background image

 Chris Manby

Sekretne życie Lizzie Jordan

background image

Rozdział 1

Brian. Kiepskie imię dla bohatera romantycznego, prawda? A jednak. Brian Coren.
Wysoki. Ciemnowłosy. Przystojny. Nie, nie, żadna konkurencja dla Brada Pitta. A mimo to 

złamał mi serce.

Poznałam   go   na   drugim   roku   studiów.   Studiowałam   literaturę   angielską   w Oksfordzie. 

Właściwie nie bardzo wiem, jakim cudem dostałam się na ten wydział, może dlatego, że mój 
college – St Judith’s – tradycyjnie przyjmował pewną grupę ubogich studentów. Przez pierwszy 
semestr byłam w szoku. Tyle nauki. Tyle tradycji. Tyle sztućców.

Brian Coren studiował w tym czasie ekonomię w małym ekskluzywnym college’u, w jakimś 

uroczym zakątku stanu Nowy Jork. Kiedy był na ostatnim roku, przyjechał na roczną wymianę 
do Anglii, żeby, między innymi, lepiej zrozumieć mechanizmy rządzące londyńską giełdą. Jego 
matka liczyła raczej na to, że rok w Oksfordzie da mu ogładę i szlif światowca, których zabraknie 
jego kolegom.

Do dziś pamiętam nasze pierwsze spotkanie tak wyraźnie, jakby to się stało godzinę temu. 

Był początek roku akademickiego, piękny, słoneczny dzień, grzechem byłoby nie usiąść przed 
wydziałem   psychologii   eksperymentalnej   i nie   zapalić   papieroska.   Siedziałam   na   schodach 
w towarzystwie dwójki najlepszych przyjaciół: Szybkiego Billa, który zawsze i wszędzie jeździł 
rowerem, i Marudnej Mary, która miała wiecznie skwaszoną minę.

Licytowaliśmy   się,   kto   miał   gorsze   wakacje.   Przepracowałam   je   w hucie   szkła,   która 

przywodziła   na   myśl   zewnętrzne   kręgi   piekła.   Bill   harował   w sadzie   gdzieś   na   wsi,   a Mary 
sterczała za ladą w londyńskim sklepiku. Nie było nas stać na podróże. Właściwie to nieprawda, 
po prostu nam się nie chciało.  Nie miałam  ochoty na zestaw: plecak  plus rozwolnienie,  ale 
wolałam   udawać,   że   brakuje   mi   pieniędzy,   a nie   zapału.   Twierdziłam,   że   podróże   są   dla 
rozpieszczonych bogaczy – Szkoda, że Bóg nie wyposażył Amerykanów w tłumiki – zauważyła 
nagle Marudna Mary i spojrzała znacząco na dwóch chłopaków i dziewczynę. Byli za eleganccy 
jak na studentów. Energicznie maszerowali do budynku psychologii (w tamtym bufecie były 
najtańsze   ciastka).   Mieli   nowiutkie   skórzane   buty.   Wyglansowane.   Dziewczyna   odrzuciła 
kasztanowe włosy takim ruchem, jakby brała udział w castingu do reklamy szamponu, chłopcy 
żartobliwie szturchali się łokciami. Z daleka było widać, że nie są stąd. Wyglądali jak bajecznie 
kolorowe   papugi   wśród   skacowanych   gołębi,   czyli   angielskich   studentów   w „oryginalnych”, 
„alternatywnych” ciuchach, czyli czarno-szarych szmatach.

– Boże drogi, to rodzina Budnych – jęknęła Mary, gdy zaczęli śpiewać.
Bill poprawił nieprzyzwoicie obcisłe szorty.
–   Mieszkają   koło   mnie,   jeden   z nich.   Wiecie   co,   Amerykanie   nie   umieją   nawet   cicho 

oddychać – stwierdził na tyle głośno, że rodzina Bundych, która właśnie nas mijała, zatrzymała 

background image

się w pół kroku.

Mary, Bill i ja wbiliśmy wzrok w popękane schody i czekaliśmy,  aż nas miną. Ostrożnie 

podniosłam głowę i wtedy napotkałam jego wzrok. Brian Coren uśmiechnął się do mnie po raz 
pierwszy.

– Cześć – zaczął.
– Cholerni Amerykanie – mruknął Bill. Chyba zapomniał o powitaniu.
– No – włączyła się Mary. – Tacy pewni siebie. Spadajcie do Disneylandu.
– Bardzo mi miło – odparł Brian.
Wyobrażacie sobie, jak mi było głupio, kiedy znowu wpadłam na Amerykanów. To było 

tego samego dnia i znowu siedziałam na schodach. Tym razem czekałam przed stołówką aż Bill 
i Mary wrócą z wykładów.

Prawdę mówiąc, raczej rzadko uczęszczałam na zajęcia, chyba  że akurat zakochałam się 

w wykładowcy.   Wówczas   pałałam   entuzjazmem   do   danego   przedmiotu.   Mój   zapał   trwał   do 
momentu, kiedy zaczynałam podejrzewać, że może obiekt moich uczuć już wie, że się w nim 
kocham, wobec czego nie mogłam mu się pokazać na oczy. Za bardzo się wstydziłam. Błędne 
koło, naprawdę. Na pierwszym roku byłam na połowie wykładów z literatury średniowiecznej 
(doktor Law wydawał mi się podobny do Indiany Jonesa), trzech wykładach z prozy Hardy’ego 
(doktor   Sillery   to   chyba   brat   bliźniak   Ruperta   Everetta)   i jednym   sympozjum   o Sylvii   Plath 
(doktor Trigell to wykapany Gerard Depardieu. Szybko się odkochałam).

Kolację   podawano   punktualnie   o siódmej,   ale   kolejka   ustawiała   się   już   pół   godziny 

wcześniej. Bynajmniej nie dlatego, że stołówkowe żarcie było takie wyśmienite, o nie. Po prostu, 
im   szybciej   wpadniesz,   tym   większą   masz   szansę   dorwać   krakersy   i serek   topiony,   a nie 
podejrzaną galaretowatą breję. Krakersy pakowano hermetycznie, stąd powszechne przekonanie, 
że szef uniwersyteckiej stołówki nie był w stanie ich popsuć. A jednak 9 razy na 10 trafiałam na 
czerstwe, stęchłe paskudztwo.

– Tu dają jeść? – zapytał Brian. Szeptem, co od razu zauważyłam.
– Słucham?
– Pytałem – tym razem mówił jeszcze ciszej, pochylił się do mojego ucha – czy tu dają jeść.
– Owszem. – Starałam się zachowywać pewnie i nonszalancko. Najwyraźniej zabolał go ten 

tekst Mary o tłumikach, więc mówiłam bardzo powoli i wyraźnie, jak do cudzoziemca:

–   Musisz   się   ustawić   w kolejce.   To   taka   angielska   tradycja   –   dodałam   z przekąsem.   – 

Kolejka.

–   Kolejka?   Naprawdę?   Jezu,   jeszcze   tyle   muszę   się   nauczyć   –   westchnął   dramatycznie 

i ustawił się za mną. Jego krajanie tymczasem studiowali tablicę ogłoszeń i zapisywali się do 
klubów, w których zazwyczaj nie uświadczysz Anglika, czyli do grup pomocy studenckiej i tak 
dalej.

background image

Nie  zwracałam   uwagi   na  nowego  znajomego.  Otworzyłam  książkę  i starałam   się  czytać. 

Kupiłam ją niedawno w Blackwel Ps, gigantycznej księgarni. Mogłabym spędzać tam całe dnie – 
głównie na czytaniu poradników. Tym razem jednak czytałam powieść. Lektura na ten semestr. 
Nie znosiłam lektur innych  niż poezja i dramaty.  Tyle  czytania. Tym bardziej się dziwię, że 
wybrałam literaturę angielską jako główny przedmiot studiów.

– Czytasz Thomasa Hardy’ego – zauważył Brian.
–   Powiedzmy,   że   czytałabym,   gdybym   mogła   się   skupić   –   burknęłam,   po   raz   kolejny 

przymierzając się do pierwszego zdania wstępu.

– Bardzo go lubię – Brian nie dawał za wygraną. – Czytałaś Tess?
– Widziałam film.
– Niezła adaptacja, nie uważasz?
Nie miałam zielonego pojęcia. Wtedy jeszcze nie czytałam książki. Nie wiedziałam nawet, że 

tytuł brzmi po prostu Tess. Ale i tak skinęłam głową.

– Podobała mi się aktorka grająca główną rolę – ciągnął. – A tak w ogóle, jestem Brian 

Coren.

– Żywot Briana – mruknęłam automatycznie, nim ugryzłam się w język. Na pierwszym roku 

studiów   mniej   więcej   dwa   razy   w tygodniu   oglądaliśmy  Żywot   Briana,  a to   dlatego,   że 
w świetlicy studenckiej były tylko dwa filmy wideo – właśnie Żywot Briana Szklana pułapka. 
Przykryłam usta dłonią, kiedy się zorientowałam, co palnęłam.

Brian uśmiechnął się krzywo.
– Monty Python, tak? Ten film to zmora mojego życia. Żywota Briana – dodał posępnie.
– Przepraszam – wymamrotałam w chusteczkę. W tamtych czasach miałam chroniczny katar. 

– To taki odruch.

– Rozumiem. A ty?
– Słucham?
– Jak się nazywasz? – wyjaśnił cierpliwie.
– A! Elizabeth Jordan. – Wepchnęłam chusteczkę do kieszeni i wyciągnęłam do niego rękę.
– Miło mi. Elizabeth na cześć królowej? – zapytał, ściskając moją dłoń.
– Nie – roześmiałam się na samą myśl. – Moi rodzice nie przepadają za monarchią. Chyba na 

cześć Liz Taylor.

– Tej aktorki? Super. Właściwie widzę pewne podobieństwo – zadumał się. – Macie podobne 

oczy.

– Ja i Liz Taylor? – szepnęłam. Przecież ona ma najpiękniejsze oczy na świecie! – Naprawdę 

tak uważasz? – zainteresowałam się.

–   Cóż,   obie   macie   po   parze.   –   Brian   szybko   pozbawił   mnie   złudzeń,   ale   zrobił   to 

z uśmiechem.   Bardzo   miłym   uśmiechem.   Może   chciał   się   sprawdzić   w słynnym   brytyjskim 

background image

sarkazmie?

– Co więcej, obie mamy własne zęby – dodałam, żeby mu pokazać, że się nie obraziłam.
– O, idą twoi przyjaciele – Brian zrobił taki ruch, jakby chciał wstać. – Lepiej już pójdę. 

Chyba mnie nie lubią, a nie chcę, żebyś miała kłopoty, bo zadajesz się z wrogiem.

Rzeczywiście Bill i Mary zbliżali się do nas. Bill miał na sobie żółtą koszulkę lidera Tour de 

France (która, jak podejrzewaliśmy, nie widziała pralki, odkąd zdjął ją zwycięzca i ofiarował na 
dobroczynną loterię uniwersytecką), a Mary minę, jakby przed chwilą jej ukochany szczeniaczek 
skonał w szczękach potwornego aligatora (co, jak na Mary, oznaczało, że jest w dość dobrym 
humorze). Na mój widok szepnęła Billowi na ucho coś bez wątpienia jadowicie złośliwego. Mary 
wiecznie narzekała, że nie mamy nowych znajomych, ale jej niechęć do obcych bardzo utrudniała 
zawieranie bliższych znajomości. Nawet najbardziej towarzyscy chowali się w kąciku na widok 
Mary.

– Czy umarł jej ktoś bliski? – zainteresował się Brian. – Jest taka nieszczęśliwa.
– To taki styl – wyjaśniłam. – Zawsze tak wygląda.
– Naprawdę? Moi znajomi mieli takie miny, kiedy statystowali w Wywiadzie z wampirem. 

Straszne. Dobra, czas na mnie. Pewnie się jeszcze spotkamy, panno Elizabeth Jordan. Spadam do 
Disneylandu.

– Nie – sprzeciwiłam się. Na wzmiankę o Disneylandzie bardzo się zarumieniłam, ale nagle 

nie chciałam, żeby odszedł. Zapragnęłam udowodnić, że nie jesteśmy najgorszymi ksenofobami 
w całym   Zjednoczonym   Królestwie.   Nie   wiem,   skąd   to   nagłe   pragnienie.   Może   miałam 
przeczucie, że Brian okaże się kimś ciekawym.

– Poznaj ich – nalegałam. – Pewnie im przykro za to, co wcześniej. Są naprawdę fajni.
– Cóż, szkoda tylko, że on tak głośno chrapie – wskazał Billa. – Mieszkam obok niego. 

Powinien się zastanowić nad usunięciem migdałków – Nowy przyjaciel? – zamruczała Mary. 
Przyglądała   się   nam   spod   sztucznych   rzęs,   które   przypominały   czarne   pająki   na   bladych 
powiekach.

– Bill, Mary, to jest Brian.
– Żywot Briana! – ucieszyli się jednocześnie. Mary nawet się uśmiechnęła. Tak jakby.
– Już to przerabialiśmy – wtrąciłam.
– To nie Mesjasz, tylko bardzo niegrzeczny chłopiec! – Bill świetnie naśladował Terry’ego 

Jonesa jako matkę Briana. – To superfilm, bardzo śmieszny. – Na samą myśl walnął się dłonią 
w udo obciągnięte lycrą.

– Tam, skąd pochodzę, Żywot Briana uchodzi za film obrazoburczy i świętokradczy. I wcale 

nie śmieszny.

Otworzyli buzie ze zdumienia.
– Jezu. Skąd ty jesteś? Z Utah? – Mary nie wierzyła własnym uszom.

background image

– Nie. Z New Jersey, a teraz mieszkam w Nowym Jorku. Poza tym jestem Żydem, więc nic 

mnie to nie obchodzi. I tak nie wierzymy, że był Mesjaszem.

– Kto? Brian? – zainteresował się Bill.
– Jezus! – poprawiłam, zanim Bill zaczął tłumaczyć Brianowi, że to przecież tylko film. – 

Dobra, dosyć tego. Musimy iść – wskazałam drzwi do stołówki. Kolejka się ruszyła nie wiadomo 
kiedy i straciliśmy miejsca na początku.

– Cholera – zaczęła Mary. – Miałam ochotę na krakersy, a teraz nie ma szans. Chyba umrę 

z głodu. – Nie mogła się oprzeć pokusie marudzenia. Zachowywała się jak rozbitek, któremu fala 
zmyła z tratwy ostatnią kromkę chleba. – Co dzisiaj dają? – zapytała już trochę spokojniej.

Bill węszył jak wilk.
–   Hm,   moim   zdaniem   dostaniemy   zupę   selerową,   na   drugie   seler   smażony   z selerkiem 

gotowanym, a na deser pyszne puree z selera z sosem waniliowym.

Brian skrzywił się z niesmakiem.
– Dlaczego tak dużo selera? – zdziwił się.
To kolejny uniwersytecki dowcip. Szef kuchni miał fioła na punkcie selera. Albo to, albo 

kupował go za grosze, w każdym razie seler był niemal we wszystkim, co nam serwował, wieść 
niosła, że nawet w lodach owocowych. Mary właściwie nie miała nic przeciwko temu, bo święcie 
wierzyła w teorię, że podczas trawienia selera zużywamy więcej kalorii, niż dostarczamy. Ale ja 
nie mogłam już na niego patrzeć. Zresztą, kto to słyszał, żeby zamiast prawdziwych warzyw, jak 
marchewka czy ziemniaki, wsuwać selery? I gdzie te witaminy, jeśli się go gotuje kilka godzin? 
Moja mama zadawała te pytania, ilekroć mnie odwiedzała.

W każdym razie Mary studiowała jadłospis przypięty nad drzwiami.
– Jaja z majonezem, później spaghetti bolognese i biszkopt na deser. Bomba – żachnęła się. – 

Nic mi nie przejdzie przez gardło. Po jajkach mam wysypkę, a w sosie bolognese są pomidory.

– Nie w tej stołówce – zauważył Bill.
– Ja zaryzykuję – zdecydował dzielnie Brian.
Ale   już   wkrótce   zaznał   rozkoszy   kebabów   z samochodu   po   drugiej   stronie   ulicy.   Na 

pierwszym roku studiów uważałam sprzedawcę kebabów za mego dobroczyńcę i zbawiciela – 
tylko on ratował mnie od śmierci głodowej. Kiedy jednak w czasie jednego semestru trzykrotnie 
podniósł   ceny,   nabrałam   podejrzeń,   czy   aby   nasz   kucharz   nie   trzyma   z nim   sztamy:   może 
specjalnie fatalnie gotuje, a ten od kebabów odpala mu jakiś procent zysków?

– Jest w tym wieprzowina? – Brian podejrzliwie zajrzał do chlebka pita i zobaczył dziwne 

brązowe mięso i małe ostre papryczki.

– Tego nie wie nikt – burknęła Mary.  Teoretycznie była wegetarianką, ale dla kebabów 

robiła wyjątek. Brian ostrożnie wbił zęby w brązową substancję i natychmiast ją wypluł.

– Co to jest? – zapytał z niedowierzaniem.

background image

– Witamy w Oksfordzie – powiedziała Mary. I tak przeszedł inicjację.
Bardzo szybko stał się nieodłącznym elementem naszej paczki. Zyskał w oczach Mary, gdy 

przyznał, że nie ma nic wspólnego z hałaśliwą dwójką, z którą widzieliśmy go pierwszego dnia, 
po prostu razem tu przyjechali. Nie grał w bejsbol ani w koszykówkę, nie czekał cały rok na 
rozgrywki   futbolu   amerykańskiego.   Co   prawda   nie   nosił,   jak   my,   strasznych   robociarskich 
buciorów, tylko porządne sznurowane półbuty, ale poza tym miał dobry gust. Jeśli nie liczyć 
ubrań – grzecznych i konserwatywnych, wybranych przez mamusię, jak nam powiedział. Miał za 
dużo rzeczy na głowie, by myśleć o ciuchach i Mary kiedyś przyznała, że go za to szanuje.

Miał   także   wiele   albumów   mrocznej   gotyckiej   muzyki,   które   Mary   zaraz   pożyczyła 

i z którymi nie chciała się rozstać aż do jego wyjazdu.

Z Billem zaprzyjaźnił się podczas nocnych sesji przy Led Zeppelin. W dodatku okazało się, 

że jego rodzice, podobnie jak rodzice Billa, także byli w Woodstock.

Jeśli chodzi o mnie, Brian mógł sobie nosić, co chciał i słuchać, czego chciał. Rozbrajało 

mnie jego poczucie humoru. Takie... cóż, takie angielskie. Dużo sarkazmu i odrobina czarnego 
humoru.   Uwielbiałam   jego   szalone   opowieści   o dzieciństwie   w Nowym   Jorku.   Zanim   go 
poznałam, nie ciągnęło mnie do Ameryki. Disney i tłuściochy – tak ją widziałam. Ale kiedy go 
słuchałam, zrozumiałam, że za oceanem czeka na mnie o wiele więcej.

Zrywałam   boki   ze   śmiechu,   gdy   przedrzeźniał   zabawny   rosyjski   akcent   nowojorskich 

taksówkarzy.  Z zapartym  tchem słuchałam opowieści o włoskiej pizzeri, gdzie pracował jako 
kelner, a gdzie często spotykali się szefowie mafii.

Aż pewnego dnia wpatrywałam się w jego piwne oczy, słuchałam anegdoty o babci, która 

zaprowadziła  swego pudla  imieniem  Spencer Tracy II do ortodonty w celu poprawy zgryzu, 
i zrozumiałam, że się zakochałam.

background image

Rozdział 2

Piorun uderzył mniej więcej miesiąc od pierwszego spotkania.
Siedzieliśmy   w świetlicy,   Brian,   Bill,   Mary   i ja,   i piliśmy   obrzydliwą   kawę,   za   którą   co 

semestr płaciliśmy po trzy funty. O jedenastej zawsze było tu pełno ludzi, wszyscy pili ile się da 
tego paskudztwa i starali się nie krzywić za bardzo.

–  Dzisiaj   w krypcie   w St  Edmund   Hall   grają  Antoniusza   i Kleopatrę  –   powiedział   nagle 

Brian. Od dawna narzekaliśmy, że nasze życie kulturalne jest żałosne, ale nie robiliśmy nic, żeby 
to zmienić. – Jak myślicie, będzie fajnie?

Mary prychnęła głośno.
– Zapytaj Liz – poradziła.
– Widziałaś to już? – zainteresował się.
Zarumieniłam się i wbiłam wzrok w kawę. Dlaczego Mary mi to robi?
– Ja w tym występuję – powiedziałam w końcu. – Nie wiem, czy będzie dobre. Pewnie nie, 

skoro wpuścili mnie na scenę – zażartowałam słabo.

– Lizzie, to wspaniale – zapalił się Brian. – Dlaczego nic nam nie powiedziałaś? – Zwrócił 

się do Billa i Mary. – Super, co? Nasza przyjaciółka Liz jest aktorką. Musimy to zobaczyć.

– Mhm – Mary uśmiechała się pod nosem.
– Nie chce, żebyśmy ją oglądali na scenie – wyjaśnił Bill. – Twierdzi, że to ją onieśmiela  

i przez to zapomina tekstu.

Bo tak było. Paraliżowała mnie świadomość, że na widowni są moi znajomi.
–   Liz,   nie   wiedziałem   nawet,   że   grasz   –   Brian   nie   mógł   wyjść   z podziwu.   –   I jeszcze 

narzekałaś   razem   z nami,   że   w naszym   życiu   kulturalnym   nic   się   nie   dzieje.   A teraz   się 
dowiaduję, że potajemnie zgłębiasz Szekspira!

Wzruszyłam ramionami.
– Kogo grasz? – zainteresował się.
– Pewnie żołnierza z włócznią – Mary machnęła pogardliwie ręką.
– Właściwie... Kleopatrę – wyznałam.
– Jezu! – Jeszcze chwila, a Brian zacznie bić brawo. – To główna rola. Najważniejsza. Grasz 

główną rolę i nic nam nie powiedziałaś?

– O ile się nie mylę, Kleopatra była piękna i tajemnicza?  – Mary przyglądała się swoim 

paznokciom jak kotka, która zastanawia się, pokazać pazury czy nie. – A już na pewno nie była 
piegowata.

– Umaluję się – zauważyłam. – Poza tym nie jestem piegowata. O co ci chodzi?
– W takim razie masz wągry.
– Daj jej spokój, Mary – wtrącił się Brian. – Liz jest idealna do tej roli.

background image

– No, nie wiem – przestraszyłam się.
– Do tego stopnia się wstydzi, że uczy się tekstu pod prysznicem, żeby nikt jej nie słyszał – 

zdradziła mnie Mary.

– Nieprawda! – zaprotestowałam. Choć rzeczywiście uczyłam się pod prysznicem po tym, 

jak sąsiad zza ściany, student matematyki imieniem Graham, narzekał, że moje ciągłe gadanie do 
siebie nie pozwala mu się skupić nad logarytmami. Co więcej, nasłał na mnie prefekta po tym, 
jak trochę  głośno ćwiczyłam  umieranie.  Chyba  zagrałam  to superrealistycznie,  skoro tak  się 
przejął. Niestety,  prefekt popsuł mi humor, mówiąc, że skończy się to nie aplauzem, a słoną 
grzywną.

– Nadal nie mieści mi się w głowie, że trzymałaś to w tajemnicy. Dlaczego skrywasz talent 

przed przyjaciółmi? – dopytywał się Brian.

– Bo tak do końca nie wiem, czy mam talent – odparłam. – Poza tym niczego nie ukrywam. 

Po prostu nie chciałam was zanudzać. To moja sprawa.

– No, nie wiem, czy występ publiczny to tylko twoja sprawa.
– Właściwie mnie do tego zmuszono – skłamałam. – Poza tym to lektura. Będę miała mniej 

roboty, kiedy gruntownie poznam tekst.

– Chyba jednak troszkę tego chcesz – nie ustępował.
Znowu wzruszyłam ramionami. Ależ tak, bardzo, bardzo chciałam. Dopóki Mary się nie 

wygadała. Właściwie bardzo się cieszyłam, że dostałam taką rolę. Nadal jednak nie byłam do 
końca  przekonana,  czy na  nią zasłużyłam,  i nie  chciałam,  żeby świadkami  mojej  klęski  byli 
przyjaciele, czyli Mary, Bill i Brian. Co będzie, jak im się nie spodobam? Jeśli zagram tak źle, że 
nie będą w stanie spojrzeć mi później w oczy? Nigdy więcej nie wyjdę na scenę, jeśli codziennie 
przy śniadaniu będę wysłuchiwała słów krytyki.

Obiecałam sobie, że poczekam na pięć pozytywnych recenzji, zanim zaproszę przyjaciół na 

spektakl,   ale  Mary podstępem  wyciągnęła   ze  mnie   informację  o nowej  roli.  A miało   być  po 
pięciu   dobrych   recenzjach.   Brzmi   rozsądnie,   ale   w rzeczywistości   szanse   były   raczej   marne. 
Między innymi dlatego, że z tego co wiedziałam, tylko czwórka studenckich krytyków wybierała 
się na spektakl.

– Bardzo chciałbym zobaczyć cię na scenie – nalegał Brian.
– My też, my też! – zawtórowali Mary i Bill z irytującą jednomyślnością. – Jeśli pozwolisz 

Brianowi, my też chcemy. Tak będzie sprawiedliwie.

– Wy nie – odparłam stanowczo. – Chcecie, żeby mi się wszystko poplątało? Proszę, nie 

przychodźcie. I tak was to nie interesuje. Umrę ze wstydu.

– Nie chowaj światła pod korcem. – Brian uraczył mnie żydowską mądrością.
– Niczego nie chowam. Po prostu nie chcę wam pokazać. Przynajmniej nie teraz. Słuchajcie, 

wiem dokładnie, co się stanie. Mary i Bill będą robili głupie miny. Już raz popełniłam ten błąd 

background image

i pozwoliłam im przyjść na mój występ. Grałam nianię w Romeo i Julii.

Mało brakowało, a udławiłabym się ze śmiechu, kiedy Bill zaczął stroić miny w ostatnim 

akcie. Na szczęście wyglądało to tak, jakbym łkała i nawet snob z „Isis” był pod wrażeniem. Ale 
kto potraktuje mnie poważnie, jeśli będę się trzęsła w smutnych scenach?

– Tym razem będę grzeczny – obiecał Bill, ale mu nie wierzyłam. Nie wierzyłam mu, odkąd 

na   początku   roku   obiecał   uroczyście,   że   po   zajęciach   sportowych   będzie   zakładał   normalne 
ubranie i przestanie prezentować wszystkim dokoła rozmaite szczegóły swego ciała. Wytrzymał 
w tym postanowieniu do... tak, tak, zdaje się, że do połowy stycznia.

– Nie wierzę wam. Jeszcze kawy? – Za wszelką cenę chciałam zmienić temat. Na szczęście 

Brian mnie zrozumiał.

– Ja przyniosę – zaoferował się – ale pod warunkiem, że jutro pozwolisz nam tam przyjść 

i popatrzeć, jak się trzęsiesz.

– O nie! – wrzasnęłam – Już wam tłumaczyłam, dlaczego nie.
– Żartowałem tylko – uspokoił mnie. – Jeśli naprawdę tego nie chcesz, nie przyjdziemy. Nie 

chcemy przeszkadzać geniuszowi przy pracy.

– Ojej – zmartwiła się Mary. – A już się cieszyłam, że znowu zobaczę tę śmieszną minę, 

którą zawsze robisz, kiedy udajesz, że jesteś poważna.

– Daj jej spokój – poprosił Brian. Kamień spadł mi z serca.
Ale nie ukrywam,  że kiedy nadszedł  czas i na widowni nie zobaczyłam  żadnego z nich, 

zrobiło mi się trochę przykro. Przed kolacją spotkałam Billa, powiedział, że wybierają się do 
hinduskiej restauracji (wspominałam już, że stołówka uniwersytecka była do niczego, chyba że 
ktoś   się   odchudza).   Myślałam   jednak,   że   to   tylko   zmyłka.   Cały   czas   spodziewałam   się,   że 
zobaczę ich w ostatnim rzędzie, jak nieudolnie próbują ukryć roześmiane twarze za programem. 
Ale ich nie było. W każdym razie ja ich nie widziałam. Nie przyjrzałam się dokładnie, bo zza 
kurtyny niewiele widać, zresztą zaraz zgaszono światła i widziałam już tylko scenę.

Na   uniwersytecie   działają   setki   trup   teatralnych.   Zgłosiłam   się   na   przesłuchania   do 

większości z nich, a wylądowałam w malutkiej  Crypt  Company.  Tylko  oni obejrzeli  mnie  do 
końca. Wszyscy inni przerywali w połowie monologu i proponowali pracę za kulisami, może 
przy kostiumach? Albo dekoracjach? Natomiast członkowie Crypt Company wykazali więcej 
zrozumienia dla mojej pasji aktorskiej. Większość z nich garściami łykała prozac, co chyba nie 
było bez znaczenia.

Od   dziecka   marzyłam   o scenie.   Zaczęło   się   chyba   w 1981,   kiedy   razem   z moim   bratem 

Colinem obejrzałam musical  Ania z Zielonego Wzgórza.  Colin nie znosił opowieści o biednej 
sierotce:   za   dużo   śpiewania   i dziewczyn,   jego   zdaniem.   A ja...   ja   przez   pół   roku   śpiewałam 
wszystkie  piosenki  na całe  gardło, nawet idąc  ulicą,  w nadziei,  że usłyszy  mnie  ktoś ważny 
i zabierze do szkoły muzycznej. Oczywiście nic takiego sienie stało. Nic takiego nie zdarza się 

background image

w Solihull.   Ale   mama   zapisała   mnie   do   parafialnego   kółka   teatralnego,   które   przygotowało 
właśnie Anię. Śpiewałam najlepiej, jak umiałam, ale główną rolę dostała córka kościelnego (nie 
miała   słuchu   za   grosz,   za   to   odpowiedni   kolor   włosów).   Miałam   być   jedną   z dziewcząt 
z sierocińca, ale w dzień premiery udałam, że jestem chora, i ani razu nie wystąpiłam.

A później przyszedł okres dojrzewania i na samą myśl, że tłumy będą się gapić na moje 

pryszcze, które starałam się ukryć za zbyt długą grzywką wolałam zostać za kulisami. Byłam 
producentem trzech szkolnych przedstawień. Nikt nie zapytał, czy nie mam ochoty wystąpić, 
pewnie   wyglądałam   na   szczęśliwą   zaciągając   kurtynę.   Tymczasem   obserwowałam   aktorki 
grające główne role i powtarzałam sobie, że zagrałabym to lepiej. Uczyłam się wszystkich ról 
i ćwiczyłam przed lustrem na wypadek, że może kiedyś któraś zachoruje, a wtedy ją zastąpię. 
Kiedyś, powtarzałam sobie, nie będę taka nieśmiała.

Kiedy zaczęłam studia, nadal bałam się występów, ale byłam świeżo po lekturze artykułu 

w „Cosmo”   czy   innej   równie   wartościowej   gazecie.   Oczywiście   artykuł   kazał   stawić   czoło 
obawom   i lękom,   więc   poszłam   na   przesłuchania.   Najzabawniejsze,   że   tak   naprawdę   nie 
obawiałam   się   widowni.   Zależało   mi   na   opinii   znajomych.   Miałabym   w nosie,   gdyby   moją 
Kleopatrę obejrzał Romek Polański i stwierdził, że jest do kitu. W czasach szkolnych to obawa 
przed pogardą rówieśników nie pozwalała mi występować. Teraz bałam się reakcji znajomych ze 
studiów.

Na przesłuchaniu do Crypt Company grałam spokojnie, ale z pasją bo nie znałam nikogo 

i wszyscy wydawali mi się obcy i nudni. A oni niemal błagali mnie, żebym do nich dołączyła, 
przekonani, że inne trupy złożyły mi ciekawe propozycje. W rzeczywistości tylko jedna trupa się 
do mnie zgłosiła – zaoferowali mi rolę włócznika w Juliuszu Cezarze. A Crypt Company – rolę 
niani Julii w Romeo i Julii. I tak zostałam grubą rybą w małym stawie.

Rod, nasz reżyser, zdecydował, że wystawimy Antoniusza i Kleopatrę, kiedy jego poprzedni 

wybór,   sztuka   współczesnego   katalońskiego   pisarza   o sekretnym   języku   struktury   zdania 
(przynajmniej   mi   się   zdaje,   że   o tym   była)   okazał   się   sromotną   klęską;   spotkał   się   z tak 
druzgocącą krytyką wszystkich studenckich pism, że o mały włos stracilibyśmy dotację.

Potrzebny nam był przebój, a Antoniusz i Kleopatra  to doskonały materiał; miłość i śmierć 

w dużej   dawce.   Wybraliśmy   właściwą   sztukę,   ale   czy   właściwe   miejsce?   Choć   krypta   w St 
Edmund  Hall, która zresztą użyczyła  nam nazwy,  była  idealna do scen we wnętrzu, zmiany 
dekoracji i kostiumów w takiej ciasnocie to istny horror. Nie powiedziałam jeszcze, że byliśmy 
tak małą trupą że nieraz graliśmy podwójne role i nawet główne postacie pomagały przy zmianie 
dekoracji. Mnie przychodziło to wyjątkowo trudno, bo mój kostium był szczodrze uzupełniony 
w biuście i biodrach. Wiem, nie mam zbyt kobiecych kształtów, a Kleopatra była już matką kiedy 
poznała mężczyznę swojego życia, ale czasami zastanawiałam się, czy gram Królową Egiptu czy 
raczej teletubisia.

background image

Phylidda, w spektaklu moja służąca, była odpowiedzialna za kostiumy. Rola mojej służącej 

to dla niej degradacja: w Romeo i Julii była Julią a ja jej nianią. Ja także ubiegałam się o rolę Julii 
i może nawet dostałabym ją, gdyby nie to, że na Romea wybrano chłopaka Phyliddy. Kiedy to 
ogłoszono, wiedziałam, że nie mam szans szlochać na balkonie. Jeśli Phylidda nie będzie Julią 
odejdzie,   a wraz   z nią   całe   oświetlenie,   darmowa   pożyczka   od   jej   nieprzyzwoicie   bogatego 
tatuśka.

– Nie zapomnij o brodawkach – powiedziała Phylidda, gdy nakładałam makijaż.
–   Nie   jestem   pewna,   czy   Kleopatra   naprawdę   je   miała   –   wyraziłam   głośno   swoje 

wątpliwości.

– Ależ tak, one wszystkie miały brodawki – zapewniła. – Pomyśl tylko, ile robactwa jest na 

pustyni.

– W czasach Kleopatry?
– Jasne.
– Nie rozumiem, po co nam one. Trochę przeszkadzają.
– Rod sobie wymyślił, że będzie to najbardziej realistyczny Antoniusz i Kleopatra w całym 

Oksfordzie – wyjaśniła cierpliwie. – Brodawki to jego pomysł.

– No dobra. – Nie przekonała mnie do końca, ale posłusznie przykleiłam sobie sztuczne 

paskudztwo na czubku nosa i po raz kolejny podziękowałam losowi, że moich przyjaciół nie ma 
na widowni.

– A gdzie twoje? – zapytałam, patrząc, jak rysuje sobie grube kreski dokoła oczu. – Skoro 

Kleopatra miała brodawki, jej niewolnica także.

–   Już   mam   –   pokazała   maciupeńki   punkcik   na   brodzie.   –   Siedź   spokojnie   –   ostrzegła, 

trzymając kredkę jak sztylet. – Jak się ruszysz, wykluję ci oko.

– Nie ruszam się – obiecałam.
– Owszem, ruszasz – stwierdziła i dźgnęła mnie w oko.
– Au! – złapałam się za oko. – Dźgnęłaś mnie!
–   Mówiłam,   żebyś   się   nie   ruszała,   prawda?   Boli?   –   Była   dziwnie   podniecona.   –   Mam 

zawołać Roda i powiedzieć, że dzisiaj nie wystąpisz?

– Najpierw sprawdź, czy nie oślepłam!
– Otwórz oko! – poleciła. – Widzisz coś?
– Nie. Teraz wsadziłaś mi palec.
– O Boże, przepraszam. – Cofnęła dłoń. – Jezu, Lizzie, co za pech. Dziś premiera, a ty nie 

wystąpisz.

– Owszem, wystąpię – zapewniłam, po omacku odpychając jej ręce. Widziałam wszystko jak 

przez mgłę. Co prawda dźgnęła mnie w lewe oko, ale łzy miałam w obu. – Jak to wygląda? – 
zapytałam niespokojnie.

background image

– Strasznie, Lizzie. Naprawdę strasznie. Nie wiem, co powiedzieć.
– Podaj mi lusterko.
– Chyba lepiej nie.
– Podaj!
Rozległ się dzwonek. Za dwie minuty mam być na scenie, spokojna i uwodzicielska, a ja 

siedzę w garderobie z zaciekami tuszu.

– Dzwonek! – wrzasnęła Phylidda, jakbym nie usłyszała. – O Boże, Lizzie. Co zrobimy? 

Wiem, wystąpię zamiast ciebie, nie ma innego wyjścia! Ty zagrasz niewolnicę. W mojej peruce 
jest dłuższa grzywka, zasłoni ci oko.

– Co się dzieje?
Rod   zajrzał   do   garderoby,   ciekawy,   czemu   nie   uczestniczymy   w medytacjach   przed 

spektaklem.

– Lizzie miała wypadek – poinformowała go Phylidda. – Muszę ją zastąpić. To straszne.
Nie dla niej. Nagle przyszło mi do głowy, że dźgnęła mnie celowo, żeby odebrać mi rolę. 

W końcu jej Greg jest Antoniuszem, a powszechnie wiadomo, że Phylidda nie wierzy, by był 
w stanie „zagrać” scenę miłosną.

–   Dam   sobie   radę   –   zapewniłam   Roda.   Nawet   przez   mgłę   widziałam   rozczarowanie 

Phyliddy.

– Nie dasz, Lizzie – powtórzyła.
– Owszem, dam. Widzę doskonale na prawe oko, a do drugiego aktu wszystko będzie dobrze 

też z lewym.

–   Powiedz   jej,   że   nie   może   tak   wystąpić,   Rod.   –   Jeszcze   chwila,   a Phylidda   wpadnie 

w histerię. – Co będzie, jeśli zapomni tekstu? Albo zemdleje?

– Wtedy mnie zastąpisz – wpadłam jej w słowo. – Ale na razie ja jestem Kleopatrą. Wiesz, 

ile to dla mnie znaczy? Zrób mi opatrunek na oko.

Kiedy do niej dotarło, że nie powstrzyma mnie przed występem, ospale zabrała się do pracy. 

Myślałam, że zrobi mi mały dyskretny opatrunek, który ukryję pod grzywką, ale tego wieczoru 
na   scenie   wystąpiła   Kleopatra   z wielkim   kłębem   waty  na   lewym   oku.  Cóż,   to   przynajmniej 
odwracało uwagę od nieszczęsnych brodawek.

Starałam się nie myśleć, że wyglądam, jakbym zaliczyła dziesięć rund z Mike Tysonem. Ba, 

uznałam, że bolące oko dodaje mi zapału i gniewu w odpowiednich momentach. Nie żeby od tej 
chwili spektakl poszedł jak po maśle. Mało brakowało, a Antoniusz zginąłby śmiercią tragiczną, 
kiedy reflektor urwał się z sufitu i upadł tuż koło niego, kiedy rozmawiał z Cezarem. Tymczasem 
stało się jasne, że moja niewolnica podejrzewa Antoniusza o romans ze studentką pierwszego 
roku. Biedak miał taką minę, że publiczność chyba się głowiła, czemu w ogóle zawraca sobie 
głowę kobietami.

background image

Na mój widok rozległy się szmery. Miałam nadzieje, że wywołało je moje aktorstwo, a nie 

opatrunek na oku i brodawka, która zresztą wylądowała na kolanach służącej, gdy ta siedziała 
u moich  stóp i słuchała, jak się żalę na Antoniusza. Podczas przerwy Phylidda  oddała mi  ją 
z obrzydzeniem, jakby była prawdziwa.

– Przez to schrzaniłam moją najlepszą kwestię – warknęła.
– Więc sobie to daruję – zaproponowałam.
– O, nie. Jak zaczęłaś, to musisz. Ale lepiej przyklej na policzku.
– Czy aby wędrujące brodawki nie wzbudzą zainteresowania?
– Ja się zajmuję kostiumami, prawda? Rób, co mówię.
– Do twarzy ci z nią – wtrącił się Antoniusz, czyli Greg Phyliddy. – Niektórym dziewczynom 

drobny defekt tylko dodaje urody.

– Tak uważasz? – zainteresowałam się.
– Skądże – warknęła Phylidda.
– Będą dzisiaj jakieś pieniądze? – Greg gorączkowo starał się zmienić temat.
– Nie. Ba, wszyscy wisicie mi po trzy funty za wynajęcie sali.
– Co? – zdziwił się. – Laurence Olivier na pewno nie miał takich przeżyć.
–   Laurence   Olivier   na   pewno   nie   flirtował   z idiotkami   z pierwszego   rzędu   –   syknęła 

Phylidda.

– Jaka idiotka z pierwszego rzędu? – zdziwił się niewinnie Greg.
– Wiesz doskonale, kogo mam na myśli. Tę z sutkami jak drut kolczasty.
– Słucham?
– Albo tak na nią podziałał twój widok, albo tu jest bardzo zimno. Co jest, nie stać jej na 

stanik czy co?

– Kiedy tu naprawdę jest zimno – zaczęłam, chcąc wyratować Grega z opresji. – Też mi 

sterczą sutki. Jak kolce.

I to był błąd. Greg natychmiast skierował wzrok na moją klatkę piersiową. Phylidda wbiła 

we mnie śmiercionośne spojrzenie.

–   Nie   mieści   mi   się   w głowie,   żeją   przyprowadziłeś   na   premierę   –   ochrzaniała   Grega. 

Odwróciła się na pięcie i pociągnęła go za sobą, byle dalej od mojego biustu. – Jak mogę oddać 
się magii Szekspira, kiedy wiem, że ona siedzi w pierwszym rzędzie i przypomina mi, czym się 
zajmowałeś, gdy ja zakuwałam do egzaminów.

– Czy już nie  czas  na  drugi  akt?  –  podsunęłam.   Miałam   dosyć   tej  awantury,  poza  tym 

chciałam jeszcze zdążyć do knajpy na małe curry. Znowu dyskretnie wyjrzałam na widownię, 
żeby sprawdzić, czy może pojawił się ktoś znajomy.  Nie. Naprawdę nie przyszli. Właściwie 
powinnam odetchnąć z ulgą, zwłaszcza przez te brodawki. Więc dlaczego jest mi tak smutno?

– Może w ostatniej scenie zabiję się naprawdę – szlochała dramatycznie Phylidda.

background image

– Nie wygłupiaj się! – Greg wyraźnie się zaniepokoił.
Zapamiętałam   sobie,   żeby   przed   sceną   finałową   sprawdzić,   czy   w koszyku   z figami   na 

pewno są tylko plastikowe węże (to wcale nie takie głupie, jak się wydaje – Phylidda studiowała 
zoologię   i z tego,   co   wiem,   miała   dostęp   do   jadowitych   gadów).   Na   szczęście   ja   byłam 
odpowiedzialna za rekwizyty.

Ku mojej uldze, spektakl zakończył  się bez samobójstwa. Kiedy Cezar wygłosił ostatnie 

słowa o godności egipskiej królowej i jej rzymskiego kochanka, ci z aktorów, którzy przeżyli 
wężowe szaleństwo, skłonili głowy, jakby na znak, że ma panować cisza, póki Rod, czyli Cezar, 
nie   da   znaku   do   burzliwych   oklasków   (których   się   właściwie   nie   spodziewałam   przy   tak 
nielicznej   widowni).   Zazwyczaj   widzowie   rozumieli   taki   zamysł   i czekali   cierpliwie,   aż 
przebrzmi ostatnie słowo... ale nie dzisiaj. Zamiast ciszy rozległy się głośne oklaski i gwizdy 
uznania z ostatniego rzędu, do niedawna pustego.

– Brawo! Bis! Wiwat  jednooka królowa  Egiptu!  Pojedyncza  czerwona róża  upadła  koło 

mnie, ciągle martwej.

A potem jeszcze jedna, ijeszcze, ijeszcze... aż przykryło mnie z pół tuzina czerwonych róż. 

Usiadłam, zmrużyłam oczy. Jeszcze nawet nie opuściliśmy kurtyny. Wielu aktorów było jeszcze 
za kulisami, a tu już owacje. Miłośnicy Szekspira byli raczej powściągliwi, nigdy się tak nie 
zachowywali.

– Ja nie mam z nimi nic wspólnego – mruknęła Phylidda, gramoląc się na nogi. W tym 

momencie na scenie wylądowały męskie slipy i rozległ się ogłuszający gwizd. Wiedziałam już, 
że element chuligański ma coś wspólnego ze mną.

Powoli   podniosłam   latające   slipy.   No   tak.   Fioletowe.   Znam   tylko   jednego   faceta,   który 

z własnej woli nosi fioletowe slipy. Dokładnie mówiąc, białe slipy zafarbowane na fioletowo, 
wskutek czego cały akademik chodził przez miesiąc w bieliźnie lila.

Bill.
Kiedy zgasły reflektory, widziałam go wyraźnie, jak siedzi w ostatnim rzędzie i gwiżdże na 

palcach. Obok niego Mary biła brawo z umiarkowanym entuzjazmem. A po drugiej stronie BiUa 
Brian   ściskał   w garści   ostatnią   czerwoną   różę.   Puścili   się   biegiem   do   sceny,   jakbyśmy   byli 
gwiazdorami rocka. Phylidda uniosła brwi:

– Zapamiętam sobie, że wisisz mi trzy funty – zagroziła. Była nie tylko garderobianą, także 

skarbniczką.

–   Super   –   Brian   szarmancko   pocałował   mnie   w rękę.   –   Byłaś   cudowna,   wspaniała, 

rewelacyjna, no nie wiem, jaka jeszcze, w końcu jestem tylko głupim studentem ekonomii.

– Byłaś niezła – przyznał Bill.
–   Tak,   nawet,   nawet   –   zawtórowała   Mary.   –   Najbardziej   mi   się   podobały   wędrujące 

brodawki. I co ci się stało w oko?

background image

– Phylidda. Ołówek do oczu.
–   Ojej.   Ajamyślałam,   że   to   lewy   sierpowy,   bo   zbyt   realistycznie   całowałaś   się 

z Antoniuszem.

– Zdecydowanie – włączył się Brian. – Byłem zazdrosny. – Zarumieniłam się po korzonki 

włosów.

– Nie widziałam was na widowni – szybko zmieniłam temat.
– Ha! – ucieszył się Bill. – To pomysł Briana. Przycupnęliśmy za fotelami, żebyś nas nie 

zobaczyła, usiedliśmy normalnie dopiero w trakcie przedstawienia.

– Byłaś naprawdę super – powtarzał Brian z niedowierzaniem.
– Mhm. Czy możemy w końcu iść coś zjeść? – włączyła się Mary. Była albo bardzo głodna, 

albo   miała   już   po   dziurki   w nosie   komplementów   pod   moim   adresem.   Nieważne,   co   nią 
kierowało,   miała   dobry   pomysł.   Nie   wytrzymam   dalszych   słów   uznania,   poza   tym   bardzo 
chciałam pozbyć się okropnej peruki.

–  Nie  myślałam,   że  przyjdziecie  –  powiedziałam,  gdy szliśmy   do  najlepszej   i najtańszej 

hinduskiej knajpki w Oksfordzie.

– Naprawdę sądziłaś, że opuszczę coś takiego? – uśmiechnął się Brian. – Że nie zobaczę 

przyjaciółki, jak gra tytułową rolę? Byłaś wspaniała, Lizzie.

– Nie mieści mi się w głowie, że udało ci się opanować Billa i Mary – zauważyłam.
– Wiedzieli, że będę zły, jeśli zepsują ci premierę. Wiesz, naprawdę podziwiam aktorów. 

Byłaś lepsza niż Liz Taylor w filmie. Jesteś bardzo wyjątkową, bardzo utalentowaną i bardzo 
zaskakującą dziewczyną, Lizzie Jordan.

– Nie mówisz poważnie – wyjąkałam.
– Wiesz, że tak.
– Och.
Spojrzał mi prosto w oko i opatrunek.
Wyjątkowa, utalentowana i bardzo zaskakująca?
Nikt nigdy nie powiedział mi nic takiego, a ja... szturchnęłam go w ramię. Ale tylko leciutko. 

Musiałam. Chyba zrozumie, że Anglicy reagują na komplementy ironią albo żartem? Przez całą 
drogę było mi gorąco, a moje policzki przybrały odcień fuksji, i to zanim spróbowałam słynnego 
kurczaka   na   ostro.   Ba,   nie   było   mi   tak   wstyd   nawet   kiedy   Bill   zauważył,   że   nie   zdjęłam 
brodawek.

Wyjątkowa, utalentowana i bardzo zaskakująca.
Równie dobrze mógłby mi powiedzieć, że się we mnie zakochał.

background image

Rozdział 3

Jak myślisz, tam w Stanach czeka na niego dziewczyna? – zagaiła Mary następnego dnia. 

Byłyśmy   na   zakupach   w Tesco,   szukałyśmy   przecenionych   produktów,   którym   niedawno 
upłynęła data ważności. Stanowiły ważny dodatek do naszej diety złożonej z serków topionych 
i krakersów.

– Nigdy o niej nie wspominał – zastanawiałam się na głos.
– Fakt. Pewnie nie ma szans przy tych byczkach od futbolu – rozważała. – Amerykanki nie 

mają za grosz gustu. Pomyśl tylko, żeby tyle kobiet leciało na Billa Clintona?

– Pociąga je władza, nie uroda – poinformowałam ją. – Coś w tym jest. Pomyśl, posuwa cię 

najpotężniejszy facet na świecie, nieważne, że brzydki.

– Hm. Ciekawe, jak wygląda nago. – Mary się zadumała.
– Bill  Clinton?  Niezbyt  gruby,  ale  chyba  nie ćwiczy.  Oponka na brzuchu. Powinien się 

opalać.

– Nie on, idiotko. Brian.
– Co? Brian? Nasz Brian? No... nie wiem. – Zachichotałam nerwowo. – Nigdy o tym nie 

myślałam.

– Kłamiesz.
– Wcale nie. To nasz przyjaciel, a nie towar, na którego widok się ślinię w supermarkecie.
– I co z tego? Nigdy się nie zastanawiałaś, jak Bill wygląda nago? – Pogroziła mi zielonym 

bananem.

– Żebyś wiedziała, że nie. – Wzdrygnęłam się z obrzydzeniem. – Ten jego kostium z lycry 

zostawia niewiele pola dla wyobraźni. I wiesz co? Wolałabym, żeby było inaczej. Właściwie to 
jestem   ciekawa,   jak   wyglądałby   w normalnych   spodniach.   Takich   grubych,   z rozporkiem 
i zaprasowanymi nogawkami. I porządnie zapiętej koszuli, żeby nie było widać tych strasznych 
włosów na klacie.

–   Błe.   Też   to   zauważyłaś?   –   Mary   zniżyła   głos   do   szeptu.   –   Nie   mogę   na   to   patrzeć, 

a jednocześnie czasami nie jestem w stanie oderwać wzroku.

– Wiem, o co ci chodzi. To tak jak z rozjechanym jeżem na drodze, prawda? – zawtórowałam 

z niepotrzebnym entuzjazmem. – A widziałaś te włosy na jego plecach?

– Skąd wiesz, że ma owłosione plecy? – zainteresowała się. – Kiedy to widziałaś? Chyba 

z nim nie spałaś w tajemnicy przede mną, co, Liz? Liz, nie, nie do wiary...

– Nie! – krzyknęłam. – Zaraz ci to wyjaśnię. Latem opalał się przy boisku do krykieta. Zanim 

do nas doszłaś, założył koszulkę z powrotem.

– I Bogu dzięki. Chyba bym zemdlała. Co za koszmar. Jak myślisz, Brian też ma owłosioną 

klatę? – wyraźnie chciała zmienić temat.

background image

– Daję słowo, nigdy się nad tym nie zastanawiałam – skłamałam.
– Na pewno. Ma takie gęste, ciemne włosy. I mocny zarost, chyba goli się dwa razy dziennie. 

Poza tym jest Żydem – dodała znacząco.

– I co z tego? Żydzi są bardziej owłosieni?
– Nie! Chodzi mi o... No, wiesz. – Znacząco spojrzała w dół. No, chyba nie ma... hełmu, 

rozumiesz?

–   Nie!   O co   ci   chodzi?   –   Zdenerwowana,   wrzuciłam   do   wózka   kartonik   śmietanki.   Nie 

wiedziałam, po co nam ona, ale data ważności minęła niedawno.

– No, jest golutki, gapciu. Bez kapturka. – Udała, że ściąga kaptur z głowy, Niestety, nadal 

nic nie rozumiałam.

– Co?
– Jezu, no, że jest obrzezany – szepnęła.
– Ach, tak – wreszcie załapałam.
– Nie mów, że o tym też nie myślałaś! – Szturchnęła mnie w ramię. – Widziałaś kiedyś 

takiego? Jak myślisz, dużo odcinają?

– Nie wiem. – Ale nagle przed oczami stanęły mi zastępy małych członeczków w bandażach. 

– Chyba go nie skracają, co? – zaniepokoiłam się.

– Nie wiem. Chyba tną tylko napletek. Pytanie, cały czy tylko kawałek?
–   Bez   sensu   byłoby   ścinać   kawałek   –   zauważyłam.   –   Chyba   cały.   Doszłyśmy   do   lady 

chłodniczej. Mężczyzna, który wybierał steki, nagle zmienił plany co do kolacji.

–   Chodzi   o higienę   –   wyj   aśniła   Mary,   wymachując   anemiczną   kiełbaską   jako   pomocą 

naukową. – Od tego się zaczęło. Przed wiekami. Dzięki temu nie wda się żadna infekcja.

–   Ale   czy   cały   interes   nie   jest   wtedy   bardziej...   no...   delikatny?   Łatwiej   o jakiś   uraz 

i w ogóle... – zastanowiłam się. Nie ma to jak intelektualna dysputa z Mary.

– Skądże – odparła. – I higiena to podobno nie jest jedyna zaleta. Jemima, wiesz, chodzimy 

razem na neurofizjologię, twierdzi, że takie są lepsze do... do buzi. Po pierwsze, wszystko idzie 
szybciej, bo jest bardziej wrażliwy na stymulację. A po drugie...

– Do mózgu faceta dociera więcej tlenu, jeśli napletek niczego nie zasłania? – podsunęłam.
– A to dobre – zachichotała. – Nie, poważnie, po drugie, nie musisz się obawiać starego sera.
– Błe!
Spojrzałyśmy   na  siebie   z niesmakiem.  Wiedziałam,   co  chciała   powiedzieć.   Niestety,   wie 

zapewne wiele dziewcząt.

Mary gwałtownie odłożyła kiełbaskę. I to nie tylko dlatego, że przypomniała sobie, że jest 

wegetarianką z bardzo wzniosłych powodów.

– O nie, właśnie przyszło mi do głowy coś strasznego – powiedziała, nagle blada i mokra od 

potu. Złapała mnie za ramię i zapytała dramatycznym szeptem:

background image

–   Wyobraź   sobie,   że   musisz   zrobić   Billowi   minetę.   Albo   to,   albo   fanatycy   religijni 

rozstrzelającałątwojąrodzinę?

– Nie!
– Wyobrażasz to sobie?
– Staram się nie.
–   Musisz,   Liz.   Musisz,   sama   tego   nie   zniosę.   Wyobraź   sobie,   że   najpierw   przebiegł 

dwanaście mil, potem wiosłował, a potem... potem... – Zakrztusiła się. Zrobiło jej się niedobrze 
na samą myśl.

– Chodźmy stąd, Liz – pociągnęła mnie do wyjścia.
– A co z zakupami?
– Nie chcę o tym myśleć, chyba będę rzygać.
Miałyśmy w wózku tylko śmietankę do kawy i trzy zielone banany, więc zostawiłyśmy go na 

środku i wybiegłyśmy na zewnątrz, na powietrze.

– Już w porządku? – podeszłam do Mary, która na przystanku zwijała się ze śmiechu.
– Jeszcze chwilę – oddychała ciężko. – Wiesz, chyba wymyśliłam nową dietę. Dietę-minetę. 

Dostarczasz organizmowi protein, robiąc minetę facetom, którzy ci się podobają, a zwalczasz 
przypływ głodu, wyobrażając sobie gości, którzy nigdy się nie myją.

– Piękna teoria, doktor Bagshot, ale co z błonnikiem?
– O, żaden problem; gryziesz poduszkę, kiedy Leonardo di Caprio odwdzięcza ci się pod 

kołdrą.

– O, nie!   – roześmiałam   się. –  Nie  jestem  lesbijką.  Facet  musi  mieć   przynajmniej  cień 

zarostu.

– Cóż... może masz rację – zamyśliła się. – No dobra. Może tak. Możesz wybrać każdego. 

Wyobraź sobie faceta twoich marzeń. Naprawdę cudowna dieta i co najlepsze, dostosowana do 
gustów indywidualnej klientki – mówiła tak, jakby już pisała ulotkę reklamową.

– W takim razie poproszę Brada Pitta – zdecydowałam. – Trochę zarostu, ale nie za dużo.
Wracałyśmy do college’u. Po drodze wstąpiłyśmy na frytki, żeby się pocieszyć po nieudanej 

wyprawie po jedzenie.

– Brian miałby niezłą brodę – zauważyła Mary. Z rozkoszą wbiła zęby w najdłuższą frytkę. – 

Wiesz, Jemima powiedziała mi, że jej się podoba, ale ostrzegłam, że nie ma na co liczyć, bo 
onjest nasz.

– Oczywiście, czysto platonicznie – zastrzegłam.
– Oczywiście. Wszystko by się popsuło, gdyby jedna z nas poszła z nim do łóżka, prawda?
– Wszystko.
– Wszyściusieńko. Więc tak: Brian Coren jest nie do wzięcia, chyba że jedna z nas zakocha 

się w kimś spoza paczki na śmierć i życie, wtedy druga może mieć Briana. Umowa stoi?

background image

Wyciągnęła rękę.
– Stoi. I tak nas nie zechce – westchnęłam.
– Mów za siebie, panno zakompleksiona – odparła Mary.

background image

Rozdział 4

Nietrudno   się   chyba   domyślić,   że   kiedy   wieczorem   widziałam   się   z Brianem,   myślałam 

o jednym – o rozmowie z Mary przy ladzie chłodniczej i o umowie z baru z frytkami.

Zastanawiałam się, czy Brian – który siedział spokojnie, sączył guinessa i udawał sam przed 

sobą, że mu smakuje – czy on w ogóle zdaje sobie sprawę, jak bardzo podoba się kobietom. 
Z Billem sytuacja miała się odwrotnie – zdaje się, był święcie przekonany, że jego doskonale 
widoczna, niemała zresztą męskość w obcisłych majtkach z lycry działa na kobiety jak magnes. 
W rzeczywistości   wołałybyśmy   zlizywać   psią   sierść   z brudnego   dywanu,   niż   pocałować   go 
w usta. Zwłaszcza teraz, kiedy z dumą wtajemniczał nas w szczegóły swego uzębienia. Miał, 
o ile   pamiętam,   siedem   plomb   w górnej   szczęce   i tylko   sześć   w dolnej.   Brian   prawie   się 
wzdrygnął, kiedy Bill zaproponował mu dokładny przegląd uzębienia.

– Jezu, tyle plomb, pewnie odbierasz sygnały radiowe? – rzucił całkiem poważnie.
Brian, ma się rozumieć, nie miał żadnych plomb, za to zęby idealnie proste i bielsze niż 

śnieg,   jak   wszyscy   w Ameryce,   od   prezydenta   po   parkingowego   –   przynajmniej   takie 
przekonanie wyniosłam z licznych filmów. Kiedy skończyliśmy już podziwiać artyzm dentysty 
Billa, Brian zwrócił się do mnie:

– Wiesz,  Liz, jak na Angielkę,  masz  całkiem ładne  zęby.  Zaraz spoważniałam  i wbiłam 

wzrok w dłonie. Po pierwsze, nie wiedziałam, czy to komplement. Po drugie, czułam na sobie 
zazdrosne spojrzenie Mary. Biedaczka, nie mogła się uśmiechnąć, bo pokazałaby wyszczerbione 
przednie zęby, pamiątkę z wyjątkowo udanej imprezy na pierwszym roku, kiedy po nadmiarze 
alkoholu całowała się z chodnikiem.

– Dobra. – Bill gwałtownie  odstawił szklankę na stół. Chciał  ponownie skupić na sobie 

uwagę. – Idziemy dzisiaj na tę imprezę dwóch ciuchów czy nie? Jeśli jednym z ciuchów jest 
kapelusz,   dają   alkohol   za   darmo   –   dodał,   jakby   była   to   wystarczająca   zachęta   do   striptizu 
w środku zimy.

Imprezy dwóch ciuchów to dla Billa idealna rozrywka. Często powtarzał, że ozłociłby tego 

faceta, który pierwszy to wymyślił (bo że był to facet, nie ma żadnych wątpliwości). Bill chyba 
tak wyobrażał sobie raj: tłum zmarzniętych dziewczyn w skąpym bikini, a on dumnie paraduje 
w kombinezonie   z lycry   (specjalnie   do   wiosłowania,   rozumiecie!)   i słomkowym   kapeluszu, 
pamiątce z wakacji w Hiszpanii.

–   Wchodzę   w to   –   oznajmił   Brian   niespodziewanie.   –   Zobaczcie,   co   dzisiaj   kupiłem.   – 

Z tymi słowami zadarł zwykłą przyzwoitą koszulę i naszym oczom ukazał się wściekle błękitny 
i wściekle obcisły kostium z lycry.  – Specjalnie do wiosłowania, rozumiecie – wyjaśnił nam. 
Niedawno wybrano go do reprezentacji wydziału i codziennie wstawał o szóstej, żeby zdążyć na 
trening. Wariat. Pewnie niedługo mu się znudzi.

background image

– W luźnych rzeczach jest za duży opór powietrza – wyjaśnił. Bill przytaknął energicznie.
– Zdecydowanie za duży.
Spojrzałam na Mary, ciekawa, co na to powie, ale gapiła się na mięśnie brzucha Briana. 

Bardzo efektowne mięśnie brzucha. Do tej pory nie zauważyłam, że są takie wyraźne. Ale też 
nigdy nie widziałam go w obcisłym kombinezonie.

– Jest zimno – zaczęłam. – Mamy listopad.
– Więc załóż reformy i długie futro – zażartował Brian.
– Chodź, Liz – zawtórowała nieoczekiwanie Mary. – Będzie fajnie.
Spojrzałam na nią z przerażeniem. Fajnie? Mary Bagshot nigdy nie uważała imprez dwóch 

ciuchów   za   fajne.   Określała   je   mianem   „żałosnych   rozrywek   napalonych   gnojków” 
i „doskonałym   pretekstem   dla   zboczeńców   pokroju   Billa,   żeby   paradować   publicznie 
w przepoconym kombinezonie i gapić się na półnagie dziewczyny”. A teraz pyta, czy buty też się 
liczą jako ciuchy? Podobno nie.

– Nie idź, jeśli nie masz ochoty, Liz – Brian wzruszył ramionami. – Ale będzie fajnie, jak 

pójdziesz z nami. Włóż sweter i dżinsy, to dwa ciuchy, będzie ci ciepło. Zrozum, muszę zaliczyć 
taką szaloną imprezę przed powrotem do domu. W Stanach nie urządza się takich zabaw, bo 
zaraz ktoś by oskarżył o molestowanie seksualne.

– Cóż,  wieczór  jest stracony,  jeśli  nikt  mnie  nie  pomolestuje  –  rzuciła   Mary beztrosko. 

I z kokieterią na dodatek. Jezu, naprawdę coś jej się stało.

– Sama nie wiem – mruknęłam.  Do tej pory uważałam,  że pomysł  jest głupi, dziecinny 

i niesprawiedliwy   wobec   tych,   którzy   się   nie   opalają.   Dotychczas   udawało   mi   się   wykręcić 
z takich imprez i nie uważałam, żeby coś mnie ominęło. Nie mieściło mi się w głowie, że Mary 
się ze mną nie zgadza. Co z nią?

– No, chodź. Nie psuj nam zabawy – namawiała mnie. – Reformy i pulower założysz po 

pięćdziesiątce, kiedy będziesz gruba i marudna, a teraz chwal się młodym ciałem.

To przeważyło szalę. Gruba i marudna. Nie, muszę się dobrze bawić, póki jeszcze mogę, 

póki nie dźwigam na sobie tony cellulitisu.

– Nie mogę. Od dwóch tygodni nie goliłam sobie pach – marudziłam.
– Poczekamy – zapewniła Mary. Wyczuła, że zmiękłam.
I tak koniec końców poszliśmy na imprezę dwóch ciuchów. Dzięki Bogu, chłopcy od rugby, 

którzy stali na bramce,  byli  tak pijani, że nie sprawdzali, ile sztuk odzieży mamy na sobie. 
I dobrze, bo miałam trzy. Ale tak szczerze: czy wkładałyście kiedyś szorstkie, obcisłe dżinsy na 
gołą pupę? Wolałam włożyć majteczki i ryzykować, że stracę kasę za wstęp, jeśli mnie przyłapią.

Mary włożyła bardzo wyzywającą sukienkę z lycry (myślałam, że już dawno ją wyrzuciła) 

i czapeczkę bejsbolową Briana. Co chwila łapała mnie za rękę i pytała nerwowo, czy można 
zajrzeć jej pod sukienkę. Właściwie nikt nie mógł nigdzie zajrzeć, bo było tak ciemno, że nie 

background image

wiedziałam, czy jędrne pośladki przedzielone stringami, tuż przede mną, należą do kobiety czy 
do mężczyzny.

Brian i ja przedzieraliśmy się do baru. Czułam się jak w pornosie z lat siedemdziesiątych, 

gdy co chwila ocierały się o mnie półnagie ciała. Bill tymczasem był w swoim żywiole. Podobnie 
jak   Mary,   o dziwo.   Kiedy   wróciliśmy   z plastikowymi   kubkami   z piciem,   Mary   wisiała   na 
owłosionym   ramieniu   Billa   i ocierała   się   udem   o jego   nogę   w kombinezonie   z lycry.   Mniej 
więcej   trzy   minuty   później   całowali   się   jak   czternastolatki,   którym   wreszcie   zdjęto   klamry 
z zębów.

– Fuj!
– Ale numer – stwierdził Brian. Odsunęliśmy się, chcąc dać im odrobinę prywatności. O ile 

można mówić o prywatności w takim tłoku, że trudno się ruszać. Brian się dziwi, że się całują. 
Brian, który nie słyszał mojej rozmowy z Mary w supermarkecie!

– Cóż, nie wiedziałam, że aż tak się lubią – mruknęłam. – Właściwie kiedy na nich patrzę, 

mam wrażenie, że się nie znoszą.

– Owszem – Brian skinął głową. – Ale czy nie zawsze tak jest? Ludzie, którzy czują do 

siebie silny pociąg, wobec innych udają że się nie znoszą. Pewnie już od dawna za sobą szaleli. 
Wiesz co, założę się o każdą sumę, że dzisiaj w nocy zacznie się ognisty romans.

– Nie, no bez przesady – sprzeciwiłam się stanowczo, choć Mary już od trzech piosenek 

badała uzębienie Billa.

– Może byłaś z nimi za blisko, żeby to dostrzec – zastanawiał się Brian. – Nic nie mówiłem, 

ale od pierwszego dnia miałem przeczucie, że kiedyś Mary będzie ze Billem. Ciągle go dotyka. 
Nie zauważyłaś tego? Nic takiego, drobne gesty, ale świadczą o zaborczości.

– Naprawdę tak uważasz? – skrzywiłam się z powątpiewaniem. Ale jak o tym pomyśleć, 

rzeczywiście,   Mary   ciągle   dotyka   Billa.   Tylko   że   do   tej   pory   nader   skutecznie   ukrywała 
zaborczość pod przyjacielskimi szturchańcami.

– Tak jest, mają fioła na swoim punkcie – zawyrokował Brian.
– Skąd się tak na tym znasz? – spytałam.
– Wystarczy posłuchać  starszych  sióstr, można się dużo nauczyć.  Szczycę  się, że widzę 

kiełkujący związek dwa tygodnie przed tym, zanim zorientują się sami zainteresowani.

Wyszliśmy   z przyjęcia,   minęliśmy   hol,   wiecznie   śmierdzący   rozlanym   piwem 

i wymiocinami.

– Co najmniej dwa tygodnie, zanim się zorientują, tak – powtórzyłam. – Też bym tak chciała. 

To pewnie przydatne.

–  Cóż...   –   Brian   objął   mnie   ramieniem,   takim   czysto   przyjacielskim   gestem,   jak  mi   się 

wydawało. – Nie dla mnie. To trochę jak z przewidywaniem przyszłości. Wiesz, jasnowidz nie 
jest w stanie zajrzeć w swoją przyszłość.

background image

– Nie wiedziałam – przyznałam.
– Naprawdę. Na sobie nie można stosować daru. Tylko dla dobra innych. Takie są prawa 

wszechświata. Byłem pewien, że kiedy Bill w końcu zdobędzie się na odwagę i zrobi pierwszy 
krok, spotka go miła niespodzianka. Ale jeśli chodzi o mnie... – Bezradnie wzruszył ramionami. 
– Nawet kiedy poznaję dziewczynę, która naprawdę mi się podoba, mogę ją obserwować dniami 
i nocami, a i tak nie mam pojęcia, czy coś do mnie czuje.

Usiedliśmy   na   niskim   murku   przed   budynkiem   i staraliśmy   się   zgłębić   tajemnice 

wszechświata. Niestety, niedługo tam posiedzieliśmy, bo okazało się, że niedaleko inna para, też 
z imprezy   dwóch   ciuchów,   chciała   zgłębić   coś   zupełnie   innego.   Nic   dziwnego,   że   zwykli 
obywatele mają o studentach takie złe zdanie.

– Szaleję za pewną dziewczyną i nie mam pojęcia, co do mnie czuje – Brian nie zwracał 

uwagi na jęki i sapania tamtej pary. Nagle zatrzymał się, stanął twarzą do mnie, nadal obejmując 
mnie ramieniem.

– To ci pech – zachichotałam nerwowo.
– Prawda?
– Taak. Straszny pech.
Boże, skąd u mnie taki histeryczny chichot? Brian dziwnie mi się przyglądał. Czy on mnie 

podrywa? – przemknęło mi przez głowę. Nie, na pewno nie. To niemożliwe. Przecież to tylko ja, 
Lizzie Jordan. Nie podobam mu się, nie ja. Przecież mam pryszcze większe od piersi. Nie, to nie 
wchodzi w grę. Wstrzymałam oddech i przygotowałam się na wyznanie: podoba mu się Jemima 
z wydziału Mary i nie wie, jak się z nią umówić.

– Chyba mam tylko jedno wyjście: skoczyć na główkę i się przekonać – mruknął. – Podobam 

się jej czy nie? Naprawdę nie wiem. Ale mam przeczucie, że może jednak tak.

Był   tak   blisko,   że   musiałam   zmrużyć   oczy,   żeby   nie   zezować.   A nim   je   otworzyłam, 

poczułam jego ustana swoich. O Boże! Całuje mnie! Więc jednak chodziło o mnie!

– Brian!
Nie przestawał.
Dzwony w głowie! Chór anielski w uszach! Stado bawołów w żołądku!
Przyciągnął   mnie   do   siebie,   do   twardego   brzucha   opiętego   lycrą.   Przywarłam   do   niego 

i poczułam ciepłą dłoń na chłodnej skórze. Chciałam się jakoś do niego dobrać, ale obcisła lycra 
nie pozwalała, musiałam poczekać, aż dotrzemy do mojego pokoju, żeby się przekonać, czy ma 
owłosione plecy.

Nie miał, na szczęście.
Właściwie nie wiem, jak wróciliśmy do akademika. Całowaliśmy się przez całą drogę i nie 

pamiętam,   którędy   szliśmy.   Najważniejsze,   że   jakoś   dotarliśmy   do   mojego   pokoju.   Nie 
przeszkadzała nam ani ciasnota, ani mordercze wąskie łóżko (stare sterczące sprężyny co noc 

background image

dźgały mnie w nerki) i spaliśmy jak zabici, gdy o ósmej rano następnego dnia obudziła nas Mary 
waleniem w drzwi.

– Liz! – wrzasnęła. – Lizzie, otwieraj, i to szybko. Stało się coś strasznego. Coś naprawdę 

strasznego! Okropnie się czuję!

– To idź do spowiedzi! – krzyknął Brian, zanim zatkałam mu usta dłonią.
Chwila przeraźliwej ciszy, gdy moja przyjaciółka trawiła informację, że w moim pokoju jest 

obcy mężczyzna.

– Masz tam kogoś? – zapytała na całe gardło. Wyobraziłam sobie, jak usiłuje zajrzeć przez 

dziurkę od klucza. Na szczęście w moich drzwiach nie ma dziurki od klucza, wszystkie drzwi 
sana karty magnetyczne, które się w kółko gubią albo psują. – Kogo tam masz, Lizzie? Faceta? 
Ale to nie Brian, prawda?

– We własnej osobie – potwierdził skwapliwie. Nie wyczuł, w przeciwieństwie do mnie, że 

powinien   się   zamknąć,   wyjść   na   balkon   i czekać   cierpliwie,   aż   pozwolę   mu   wrócić.   Ja 
tymczasem wpuściłabym Mary i przekonała ją, że nikogo tu nie ma. Tyle, jeśli chodzi o jego 
zdolność odgadywania ludzkich uczuć.

– Wpuść mnie! – domagała się Mary. Była na granicy histerii. – Wpuść mnie natychmiast, 

Lizzie Jordan!

– Najpierw musimy się ubrać – poinformował ją Brian i wkopał mnie po uszy. Biegałam 

nerwowo po pokoju, zakładając wszystko, co wpadło mi w ręce. W pewnej chwili zdałam sobie 
sprawę, że mam na sobie dwie pary majtek. Brian miał łatwiej, szybko wciągnął ten straszny 
kombinezon z lycry i otworzył drzwi, kiedy wciągałam dżinsy.

– Cześć, Mary.
– Nie do wiary! – wrzasnęła, przyłapawszy mnie na gorącym uczynku. – Jak mogłaś!
Wybiegła, nie czekała na żadne wytłumaczenie.
– Co ją ugryzło? – zdziwił się Brian.
Mary unikała mnie przez cały dzień. Unikała także, z tego co zauważyłam, Billa. Tyle jeśli 

chodzi o teorię Briana co do głęboko ukrytych namiętności. W przypadku Mary, kiedy wreszcie 
uczucie przebiło się przez skorupę chłodu jak ropa w odwiercie, trzeba było, żeby ktoś szybko 
zatkał odwiert, żeby za dużo nie wydostało się na powierzchnię. Później powiedziała mi, że 
wrzasnęła   na   widok   owłosionych   pleców   Billa,   chociaż   ją   ostrzegałam,   co   zobaczy,   kiedy 
odpakuje go z lycry.

– A ty w tym czasie kochałaś się jak wariatka z Brianem – rzuciła oskarżycielsko, kiedy 

w końcu dopadłam ją w kolejce po kebaby. – Kochałaś się z Brianem po tym, co ustaliłyśmy 
wczoraj.

– Ale... – Starałam się przedstawić jej teorię Briana na temat skrywanych uczuć. Przecież 

w naszej umowie jest klauzula, że kiedy jedna się zakocha, druga bierze sobie Briana?

background image

– Zakochać? W Billu? Na rany boskie, Liz. Byłam zalana – żachnęła się. – Gdybyś była 

prawdziwą przyjaciółką, starałabyś się mnie powstrzymać.

– Nie wiedziałam – kajałam się. – I przysięgam, nie wiedziałam, że Brian na mnie leci, póki 

nie zaczął mnie całować. Chciałam go powstrzymać. Nie, nie chciałam – przyznałam uczciwie – 
Ale przysięgam, że nie ja zaczęłam.

– Och, daj spokój – powiedziała w końcu. – Podobasz mu się i już. Od dawna na ciebie 

leciał. Zresztą nawet nie o to chodzi – dodała pospiesznie. – Nie jestem zazdrosna, że ze nim 
spałaś, Lizzie.  Jestem  zła  na siebie  o Billa  i trochę  mi  szkoda, że  nasza paczka  się  rozwali. 
Wszystko się popsuło.

– Co? Dlaczego? Nadal możemy się przyjaźnić, ty, ja, Bill i Brian.
– Nie, Lizzie. Nie. Bill widział mój tyłek. Wszystko się zmieniło. Miała rację, chociaż wtedy 

tego nie wiedziałam.

Jeszcze tego wieczoru siedzieliśmy razem w knajpie, zupełnie tak samo jak poprzedniego 

dnia, przed brzemienną  w skutki  Tamtą  Imprezą.  Mary siedziała  obok Billa,  ja koło Briana. 
Dostrzegłam   tylko   jedną   różnicę:   kiedy   zamknięto   pub,   Brian   odprowadził   mnie   do   pokoju 
i został do rana.

Póki nie poznałam Briana, właściwie nie wiedziałam, czemu robi się tyle zamieszania wokół 

seksu. Moje doświadczenia w tej powszechnie lubianej dyscyplinie sportowej ograniczały się do 
jednocyfrowej   liczby   pijackich   sesji.   Nawet   jedyny   stały   związek   (trzymiesięczny)   przed 
Brianem, z miłym  młodzieńcem imieniem James, nie przekonał mnie do tej rozrywki. Zanim 
poszliśmy do łóżka, zawsze piliśmy na umór i gasiliśmy światło (i to nie na moją prośbę). Pod 
żadnym pozorem nie wolno mi było na niego patrzeć, kiedy to robił, a ja leżałam jak kłoda, bez 
ruchu.   Ożywiałam   się   tylko   na   jego   wyraźne   polecenie.   Później   ze   studenckich   plotek 
dowiedziałam się, że takie zachowanie jest typowe dla absolwentów jego szkoły, powszechnie 
znanej i szanowanej instytucji prywatnej.

W każdym razie z takim bagażem doświadczeń nic dziwnego, że zgodziłam się z biednym 

starym Boyem Georgem, że gorąca herbatka jest przyjemniejsza niż aerobik w pościeli. Brian to 
zmienił.  Rozbudził  mnie,  włączając  przyciski,  które moim  zdaniem nie działały.  Jego jawny 
zachwyt nad moim ciałem pomógł mi pozbyć się wstydu i kompleksów.

Nigdy nie przypuszczałam, że mogę się czuć taka pociągająca, i to nie tylko w łóżku. Byłam 

ciekawa, czy inni widzą, jak promienieję po nocy w silnych ramionach Briana. Czy widzą, jak 
wchodzę na wykład rozkołysanym krokiem (gwoli ścisłości: rozkołysanym kusząco i erotycznie, 
a nie dlatego, że mam otarte uda).

Żałowałam   tylko   jednego:   nie   mogłam   opowiedzieć   o tym   Mary.   Przed   całą   tą   aferą 

z Billem, Brianem i Tamtą Imprezą zwierzałyśmy się sobie ze wszystkiego. Nie miałyśmy przed 
sobą tajemnic. Omawiałyśmy nasze życie erotyczne w najdrobniejszych szczegółach. Mężczyźni, 

background image

pozycje, zapachy. Właściwe byłyśmy obrzydliwe. Teraz jednak miałam wrażenie, że Mary nie 
powita mnie z otwartymi ramionami, gdy wpadnę do jej pokoju z rewelacjami na temat nowo 
odkrytych rozkoszy seksu. Zwłaszcza że w jej życiu erotycznym niewiele się wtedy działo.

Po nocy z Billem najpierw przysięgała, że pójdzie do klasztoru, jak tylko skończy studia, 

a potem zakochała się w doktorancie imieniem Ralph. Miał pięć kolczyków w uchu, szafirowy 
kolczyk w nosie i, jeśli wierzyć plotce, wytatuowanego delfina na prawym pośladku. Ralph był 
opiekunem Mary, miał jej pomagać przy okrutnych eksperymentach, niezbędnych do jej pracy 
magisterskiej z psychologii.

Miała nadzieję, że Ralph, młody i przystojny, zainspiruje ją do intensywniejszej pracy nad 

obranym tematem (strach przed pająkami u dzieci – przyczyny i uwarunkowania, powiedziała, 
ziewając).   Tymczasem   było   wręcz   odwrotnie:   Mary   godzinami   rozważała   w bibliotece,   czy 
oprócz kolczyka w nosie, ma także kolczyk... hm, gdzie indziej. Najwyraźniej miała fioła na 
punkcie napletka. Nigdy się nie dowiedziałam, czy chciała, żeby miał metalową kuleczkę na 
końcu ptaka, czy nie. Zresztą nic nie zapowiadało, że Mary przekona się o tym w praktyce: jej 
wysiłki, by znaleźć się z nim sam na sam w bibliotece, pod osłoną nocy, spełzały na niczym. 
Tym bardziej nie chciałam jej drażnić opowieściami o moim szczęściu.

Ale   nadal   trzymaliśmy   się   razem:   Bill,   Brian,   Mary   i ja.   Wprawdzie   nie   było   tak   jak 

przedtem, choćby dlatego, że Mary wszystkie uwagi Billa brała do siebie, ale i tak było dobrze. 
Prawdę   mówiąc,   nie   bardzo   mnie   to   obchodziło,   bo   między   mną   a Brianem   było   lepiej   niż 
dawniej, to chyba  jasne. Miałam wyrzuty sumienia,  że złamałam pakt z baru z frytkami,  ale 
miałam   nadzieję,   że   Mary   zrozumie.   Zresztą   twierdziła,   że   naprawdę   rozumie.   Tymczasem 
z jednej nocy z Brianem niepostrzeżenie zrobiły się trzy miesiące.

– Przeszło mi – zapewniała. – Wtedy wyobrażałam sobie, że fajnie byłoby iść z nim do 

łóżka, ale gdy widzę, jak robi do ciebie maślane oczy, cieszę się, że do niczego nie doszło. Jak 
dla mnie jest za bardzo sentymentalny.

Fakt, nie był to komplement, ale uznałam to za przyzwolenie, żeby nadal z nim romansować.

background image

Rozdział 5

Spędziliśmy   razem  cudowne  dwa  semestry,  Brian  i ja, ale   w miarę  jak  zbliżało   się  lato, 

spokojne wieczory zabarwiły się nutą melancholii.

Pod koniec semestru letniego starałam się robić dobrą minę do złej gry, gdy Brian staranie 

wystukał swoje CV na moim komputerze i wysłał listy motywacyjne do różnych firm w Stanach. 
Szukał sobie miejsca na praktykę. Namawiałam go, żeby zgłosił się także do firm londyńskich, 
żeby był chociaż cień nadziei, że jeszcze lato spędzimy razem. Posłuchał. Ale koniec końców to 
amerykańska   firma   zaproponowała   mu   najciekawsze   stanowisko,   że   już   nie   wspomnę 
o darmowym locie za ocean.

Na sześć tygodni przed jego wyjazdem zobaczyłam numer i godzinę lotu zapisane przy łóżku 

i nagle wiedziałam dokładnie, kiedy i o której mnie opuści. Oczywiście jego wyjazd nie oznaczał, 
że już nigdy się nie zobaczymy, ale stanowił koniec naszego związku, „nas”, jak przywykłam 
o tym myśleć. Zdawałam sobie z tego sprawę, nie byłam głupia. Zresztą odbyliśmy poważną 
rozmowę   na   ten   temat   na   samym   początku.   O tym,   że   trudno   byłoby   utrzymać   związek   na 
odległość, zwłaszcza w naszym wieku, przy naszych planach. Wtedy jednak nie przypuszczałam, 
że nasz romans potrwa na tyle długo, by ból rozstania w ogóle wchodził w grę.

Tydzień   przed   jego   wyjazdem   wynajęliśmy   samochód   i wybraliśmy   się   na   wycieczkę. 

Robiliśmy sobie zdjęcia przed Blenheim Palace. Brian zapewniał, że pewnego dnia kupi całą 
posiadłość. Zjedliśmy lunch w przytulnej knajpce, Brian kupił miniaturowy domek kryty strzechą 
– prezent dla matki, która ma fioła na punkcie wszystkiego, co angielskie. Zmartwił się, kiedy 
zobaczył, że figurkę wykonano w Chinach. Jak burza mknęliśmy przez Cotswold. To znaczy, na 
tyle szybko, na ile się gna, kiedy się wjedzie w stado owiec.

W   końcu   dotarliśmy   do   Rollright   Stones.   Bill,   ja   i Mary   odkryliśmy   ten   mało   znany 

kamienny krąg na samym początku studiów.

Mary   wypatrzyła   symbol   na   mapie   i uparła   się,   żebyśmy   się   tam   wybrali   na   piknik 

w niedzielne popołudnie. Zapakowaliśmy kanapki z masłem orzechowym i bananem do starego 
minimorrisa Billa i wyruszyliśmy w drogę. Mary pilotowała, więc szybko zabłądziliśmy. Billowi 
to jednak nie przeszkadzało. Twierdził, że dowiezie nas tam, kierowany siłami kosmosu.

– Czuję te głazy – zapewniał nas. – Zdam się na instynkt i zaraz będziemy na miejscu.
I tym sposobem pojechaliśmy dwadzieścia mil w dokładnie przeciwnym kierunku.
Brian i ja dotarliśmy do Rollright Stones tuż przed zachodem słońca. Najpierw obeszliśmy je 

z szacunkiem,   powoli,   jak   turyści,   których   tłumy   mijały   nas   przez   cały   dzień.   Przy   okazji 
opowiedziałam mu legendę związaną z tym miejscem – podobno głazów nie da się policzyć. 
Spróbowaliśmy trzy razy i za każdym razem mieliśmy inny wynik. Opowiadałam mu o wyprawie 
z Mary i Billem. Jak lunął deszcz, gdy tu w końcu dotarliśmy. Uznaliśmy go za znak niebios 

background image

i przemokliśmy do suchej nitki, zamiast zostać w samochodzie. Czuję, jak moc kamieni zmywa 
ze mnie negatywne uczucia, powtarzała w kółko Mary. Japończycy fotografowali nas z zapałem, 
gdy mokrzy wracaliśmy do Oksfordu.

–   To   chyba   była   wyjątkowa   wycieczka   –   stwierdził   Brian.   Nie   byłam   w stanie   mu 

powiedzieć, że dzisiejsza była o wiele ważniejsza. Jeszcze raz spróbowaliśmy policzyć kamienie, 
a potem wybraliśmy najwygodniejszy głaz, przytuliliśmy się do siebie i patrzyliśmy, jak słońce 
znika za górami. Brian uniósł moją dłoń do ust.

– Zawsze będziesz dla mnie kimś wyjątkowym – szepnął. Od razu miałam łzy w oczach. 

Nagle wydawało mi się, że za wzgórzami znika nie tylko słońce.

– Kocham cię – powiedziałam. Nie wiedziałam, co jeszcze mogłabym powiedzieć.
– Wiem – usłyszałam w odpowiedzi. Nie odwzajemnił wyznania, ale uznałam, że mówi mi to 

bez słów, gdy mocno ścisnął moją dłoń. – Ale wiesz, jak byłoby nam trudno, gdybyśmy chcieli 
być razem na odległość – mówił. – Bo muszę wracać do Stanów.

Długa cisza.
–   Zawsze   możesz   zmienić   zdanie   i zostać   w Londynie,   prawda?   –   zaryzykowałam.   – 

W Londynie też są wielkie banki. Nawet amerykańskie. Idę o zakład, że ten twój też ma u nas 
filie. Nie mogą cię przenieść? Zaoszczędziliby na bilecie.

–   Londyn   to   nie   Nowy   Jork,   Liz.   Tam   mieszka   moja   rodzina.   Wiesz,   że   ich   kocham. 

Tęskniłem cały czas.

– Ja też kocham moją rodzinę, ale bez namysłu pojechałabym do Nowego Jorku, gdyby ktoś 

mnie poprosił – zauważyłam znacząco.

– Musimy skończyć studia – świadomie pominął moją aluzję.
–   Jak   myślisz   –   zastanawiałam   się   –   gdybyśmy   się   spotkali   po   studiach,   w wieku, 

powiedzmy, dwudziestu pięciu – trzydziestu lat, zamiast dwudziestu jeden, czy wtedy by się nam 
udało?

– Udało nam się – zapewnił mnie. – Do końca życia nie zapomnę tego roku z tobą. – Objął 

mnie mocniej.

Starałam się uśmiechnąć, ale pod powiekami piekły powstrzymywane od dawna łzy. To takie 

niesprawiedliwe,   a zarazem   takie   romantyczne.   Rozdzielają   nas   siły   potężniejsze   od   nas. 
W milczeniu patrzyliśmy na zachodzące słońce, wstaliśmy i trzymając się za ręce wróciliśmy do 
samochodu.

Tej nocy czułam się jak szekspirowska Julia; już zaraz nieubłagany los rozdzieli ją i jej 

Romea i tych kilka godzin do świtu musi im wystarczyć za całe życie. Co prawda Brian i ja 
mieliśmy jeszcze tydzień, ale zachód słońca był naszym pożegnaniem.

Kiedy nadszedł dzień jego wyjazdu, nie odprowadziłam go na lotnisko. Prosił o to, ale nie 

znoszę   pożegnań.   Lekceważące   pożegnanie   i nadzieja   na   ponowne   spotkanie   wydaje   mi   się 

background image

kuszeniem losu; a może  podróżnik już nie wróci? A ja tak bardzo chciałam powrotu Briana. 
Pragnęłam jego powrotu bardziej niż czegokolwiek innego. Oddałabym resztę życia za jeszcze 
jeden rok z nim.

Przez pierwsze dwadzieścia cztery godziny po tym, jak wyszedł z mojego pokoju smutny 

i przygaszony, spodziewałam się, że zapuka i stanie w progu, z bukietem w garści i uśmiechem 
na   twarzy.   Zaraz   mi   powie,   że   zrozumiał,   że   mnie   kocha   i nie   może,   po   prostu   nie   może 
wyjechać. Nigdy. Sam nie wie, jak mógł sądzić inaczej?

Ale nikt nie zapukał. Oprócz Mary, która zajrzała o szóstej z pytaniem, co się dzieje i czy nie 

pójdę z nią na kebab. Następnego dnia wracała do domu. Twierdziła, że tym razem cieszy się na 
lato   w Londynie.   Doktorant   z kolczykiem   w języku   zdecydowanie   odrzucił   jej   awanse   na 
imprezie z okazji zakończenia roku akademickiego i chciała jak najszybciej zejść mu z oczu. Bill 
już wyjechał.

Tego lata nie będzie harował w sadzie, o nie: wyruszył na podbój Himalajów rowerem.
Ja   początkowo   planowałam   zostać   i nadrobić   zaległości   –   w ciągu   ostatniego   roku 

poczyniłam mierne postępy w nauce, ale nagle wizja lata w akademiku przestała mi się podobać. 
Sama,   bez   przyjaciół,   wcale   nie   poświęciłabym   się   nauce.   Godzinami   przesiadywałabym 
w bibliotece i wspominała, co się działo zaledwie tydzień, dwa tygodnie, miesiąc temu: przy tym 
stoliku pisałam do Briana głupie ckliwe karteczki, które podsuwałam mu pod nos, gdy studiował 
opasłe dzieło o ekonomii. Tutaj złapałam go za kolano, w toalecie się całowaliśmy... Nie, nie 
zniosę tylu wspomnień. Muszę uciec.

Włożyłam kurtkę i poszłam z Mary na kolację. Nie zadałam sobie nawet tyle trudu, żeby się 

uczesać. Wyglądałam okropnie, poza tym nie chciało mi się rozmawiać, ale Mary nie zwracała na 
to uwagi. Cały czas paplała o swoich planach: przejdzie na dietę, po której będzie wyglądała jak 
modelka i głupi doktorant pożałuje, że nie chciał się z nią całować.

– Przyszły rok będzie super – zapewniała z nietypowym u niej optymizmem. – Wiesz, chyba 

przekłuję sobie pępek.

– W przyszłym roku nie będzie Briana – mruknęłam. Odezwałam się po raz pierwszy od pół 

godziny.

– No cóż. Szkoda, że musiał wracać, ale życie toczy się dalej, Lizzie. Może w przyszłym 

roku nie będziesz tak bardzo zaniedbywała przyjaciół.

– Przykro mi, jeśli uważasz, że cię zaniedbywałam.
– Nie ma sprawy – zapewniła cicho. Może uznała, że przesadziła. Objęła mnie i przytuliła, 

ale bez przekonania. – Wiem, co to złamane serce.

Skinęłam głową, w duszy dodając, że chyba przesadza, tak poważnie traktując swoje uczucie 

do Ralpha, ale i tak byłam jej wdzięczna za miłe słowa.

background image

Rozdział 6

 Przez całe lato pracowałam w tej samej fabryce szkła co poprzednio. Niewiele się zmieniło, 

jeśli nie liczyć nowych twarzy wśród pracowników okresowych, czyli studentów, których tak jak 
mnie nie było stać na wakacje. Właściwie nie zmieniło się nic, do tego stopnia, że Irene z bufetu 
pamiętała, jaką lubię kawę.

– Fajnie było na studiach? – zapytała. – Nie wyglądasz, jakbyś się wiele nauczyła.
Powtarzała to, ilekroć mnie widziała, dwa razy dziennie, dzień w dzień. Ale jak się myli, 

rozważałam   ponuro,   nie   ma   nawet   pojęcia,   wiele   się   nauczyłam,   odkąd   ostatnio   roznosiłam 
dokumenty po brudnej, cuchnącej fabryce. Jestem zupełnie inną osobą. Nie wystarczy mi już 
mechaniczne odhaczanie cyferek w przerażającej hali z oknami zamalowanymi na biało, żeby 
biedacy w środku nie gapili się na świat na zewnątrz i nie snuli nierealnych marzeń. Właściwie 
nigdy mi nie wystarczało, ale w tym roku znosiłam to wyjątkowo źle.

Żyłam w transie, starałam się nie myśleć o tym, że znów spędzam wakacje w którymś tam 

kręgu piekła. O piątej, kiedy gong oznajmiał koniec zmiany, starałam się nie myśleć o Brianie, 
który  gdzieś   tam,   w Nowym   Jorku,   może   właśnie   wybiera   się   na  lunch   z szefem.   Kiedy  co 
wieczór zataczałam się do domu po zamknięciu cuchnącego pubu, gdzie regularnie upijałam się 
z pankówą   Paulą   (harowała   w fabryce,   żeby   zarobić   na   dyplom   z religioznawstwa   i tańca), 
jeszcze   bardziej   starałam   się   o nim   nie   myśleć.   Pewnie   szykuje   się   do   wyjścia   z nowymi 
przyjaciółmi. Miałam straszne przeczucie, że nigdy więcej się nie spotkamy. Dzieliło nas coraz 
więcej, dosłownie i w przenośni.

We   wrześniu   Mary,   Bill   i ja   wróciliśmy   jako   studenci   ostatniego   roku.   Wykładowcy 

wygłosili,   jak   było   do   przewidzenia,   nudne   pogadanki,   jak   to   w tym   roku   musimy   więcej 
pracować i szykować się do egzaminów, które wytyczą naszą przyszłość. Pracodawcy zaczęli 
odwieczne polowanie. W mojej skrzynce pocztowej od początku roku akademickiego pojawiały 
się oferty od firm rachunkowych: zatrudnią najlepszych absolwentów w zamian za żałośnie niską 
pensję   i darmowy   długopis.   Jako   studenci   ostatniego   roku   dostaliśmy   największe   pokoje 
w akademikach – przecież musimy mieć miejsce na dziesiątki tomów, które będziemy zgłębiać. 
Po campusie przechadzali się pierwszoroczni, porównywali wyniki matur i zawierali przyjaźnie.

– Teraz to my jesteśmy dinozaurami – zauważyła Mary, gdy obserwowałyśmy pierwszaków 

podekscytowanych  perspektywą  uroczystej   kolacji  w stołówce.  Jeszcze   nieraz  doświadczą   tej 
tortury,   o tak.   Dinozaury.   Tak   nazywałyśmy   studentów   ostatniego   roku,   gdy   zjawiliśmy   się 
w Oksfordzie po raz pierwszy. Bill właściwie nawet wyglądał jak dinozaur. Po kilku miesiącach 
jazdy   rowerem   po   górach   był   opalony   i zasuszony   jak   mumia.   Co   więcej,   przywiózł   także 
tajemniczą bakterię w jelicie, dzięki której mógł zjeść tonę czekolady, a i tak nie przytyłby ani 
grama. Mary skręcała się z zazdrości (postanowiła, że przekłuje sobie pępek, kiedy schudnie 10 

background image

kilo; być może zrezygnowała z tego, gdy się okazało, że doktorant Ralph przeszedł załamanie 
nerwowe i wstąpił do klasztoru buddyjskiego).

Po college’u przechadzali się nowi Amerykanie. Nowa partia studentów ekonomii z uczelni 

Briana. Nic na to nie poradzę, że natychmiast zwróciłam na nich uwagę. Ba, jedną zapytałam 
nawet, czy potrzebuje pomocy? Może jej w czymś doradzić? Nazywała się Megan Sanderson. 
Też pochodziła z Nowego Jorku. Miała cudownie znajomy akcent i szeroki uśmiech, z którego 
zapewne dumny był duet: jej dentysta i ortodonta. Ale czy ma wieści od Briana Corena? Nie, 
chyba go nie zna.

– Nowy Jork jest wielki – wyjaśniła ze śmiechem. Po tej rozmowie dałam jej spokój i szybko 

znalazła sobie innych znajomych.

Początkowo Brian pisał do mnie dwa razy w tygodniu, a ja zaraz odpisywałam. Nie wiem, 

które   z nas   pierwsze   odpowiedziało   z opóźnieniem.   W każdym   razie   trzy   tygodnie   po 
rozpoczęciu semestru zdałam sobie sprawę, że od tygodnia do niego nie napisałam. Nie miałam 
czasu. Pochłonął mnie nowy mężczyzna.

Phil był całkowitym przeciwieństwem Briana. Anglik. Bardzo wysoki (Brian był tylko trochę 

wyższy   ode   mnie).   Blondyn,   a Brian   był   brunetem.   Grał   w uniwersyteckiej   reprezentacji 
w rugby,   Briana   interesowały   tylko   sporty   halowe.   Mając   to   wszystko   na   uwadze,   chyba 
zrozumiecie,   dlaczego   uznałam,   że   związek   z Philem   to   najlepszy   sposób,   żeby   zagłuszyć 
bolesne wspomnienia  miłości  mojego  życia.  Poza tym  Mary chodziła  z jego kumplem,  więc 
umawialiśmy się na podwójne randki. Musiałam wreszcie przyznać, że po Tamtej Imprezie Bill 
i Mary nie byli już tak blisko. Bill zadawał się teraz z gośćmi, których życiową ambicją było 
złamać kod dostępu do Pentagonu przed ukończeniem studiów.

O ironio losu, poznałam Phila na kolejnej imprezie dwóch ciuchów. Miał na sobie kolarskie 

szorty   z lycry   i kretyńską   muchę   w czerwone   grochy.   Ja   wystąpiłam   w jednoczęściowym 
kombinezonie do spania, przywiezionym  specjalnie na taką okazję, i zabawnym  kapelusiku – 
więc miałam prawo do darmowych drinków. Gdyby nie te drinki, może nic by się nie stało. 
Zdawałam sobie sprawę, że w kombinezonie z króliczkiem na piersi nie wyglądam zbyt kusząco. 
To   samo   można   zresztą   powiedzieć   o Philu;   tuż   przed   naszym   spotkaniem   jego   żołądek 
zbuntował się przeciwko siódmemu kuflowi piwa. Lecz cały czas miałam w uszach radę Mary: 
muszę zapomnieć o Brianie, a najprędzej mi się to uda przy nowym facecie. Dopadłam Phila, gdy 
wyszedł z męskiej toalety i tak zaczął się najbardziej żałosny rozdział w moim życiu miłosnym.

Był słodki. Był kochany. Ale jeśli kiedykolwiek sięgał po gazetę, to żeby przejrzeć strony 

sportowe. Nasze dyskusje intelektualne sprowadzały się do jałowych rozważań typu: „Gdyby 
niedźwiedź   polarny   i lew   spotkały   się   na   neutralnym   gruncie,   który   by   zwyciężył?”.   Nic 
dziwnego, że w moim życiu nadal była pustka. Miejsca Briana nie zajmie pierwszy lepszy facet.

Tym   dziwniejsze   więc,   że   kiedy   Phil   w końcu   ze   mną   zerwał,   dwa   semestry   później, 

background image

zareagowałam   tak   gwałtownie.   Siedem   dni   szlochów,   potem   dwa   tygodnie   odrętwienia,   gdy 
opuszczałam pokój tylko na posiłki, i jeszcze cały miesiąc rozpaczliwych prób dorwania Phila, 
gdziekolwiek się pojawił.

Phil rozpowiadał na prawo i lewo, że jestem wariatką, choć podejrzewam, że w głębi ducha 

pochlebiało mu takie uwielbienie. Moi przyjaciele nic nie rozumieli.

–   To   tępy   goryl   –   tłumaczyła   Mary   w kółko.   Miała   już   dosyć,   że   co   wieczór   czekam 

zapłakana pod drzwiami jej pokoju i wypytuję, czy John, jej chłopak, nie mówił przypadkiem, że 
jego przyjaciel Phil, a mój były, coś powiedział na mój temat.

– Tak, że powinni cię zamknąć w wariatkowie – powiedziała kiedyś.
– To znaczy, że mu na mnie zależy – wytłumaczyłam sobie. – Przecież w innym wypadku 

nie życzyłby mi pobytu w szpitalu wbrew mojej woli.

– Moim zdaniem, raczej się obawia, że twoje wieczne szlochy psują mu branie u innych – 

zgasiła mnie Mary. – Wiesz, Liz, nie rozumiem cię. Kiedy z nim byłaś, w kółko narzekałaś, że 
z niego taki prostak. Na Boga, zasypiałaś, kiedy do ciebie mówił. Pamiętasz, jak opowiadałaś, że 
jego zdaniem gra wstępna to element rozgrywki golfowej?

– Jest bardzo wrażliwy – obruszyłam  się. – Powiedział, że od razu widać, że należę do 

dziewcząt, które lubią pieszczoty łechtaczki.

– A są takie, które nie lubią? – zainteresowała się Mary. – Zresztą, próbował tego kiedyś? 

Posłuchaj, kiedy byliście razem, chciałaś czegoś innego. A teraz, kiedy cię rzucił, zachowujesz 
się jak Glenn Close w Fatalnym zauroczeniu.

– No wiesz! – oburzyłam się. – Za żadne skarby nie skrzywdziłabym zwierzaka. – Myślałam 

o nieszczęsnym króliku.

– Więc o co chodzi? Co ci jest?
– Chyba go kocham.
–   Bzdura.   Z Brianem   byłaś   o wiele   szczęśliwsza,   a nie   zachowywałaś   się   tak   po   jego 

wyjeździe.

Wtedy słowa Mary wpadły jednym uchem, wypadły drugim, ale z perspektywy lat widzę, że 

miała sporo racji. Kiedy Phil mnie rzucił, pogrążyłam się w rozpaczy, ale nie dlatego, że mnie 
rzucił, tylko dlatego, że powrócił ból po rozstaniu z Brianem. Nie opłakiwałam Phila, płakałam 
za   Brianem.   Poza   tym,   chyba   wolałam   pogrążać   się   w czarnej   rozpaczy,   niż   myśleć 
o nadchodzących nieubłaganie egzaminach.

Chyba nie muszę mówić, że wcale się nie uczyłam. Ba, na dzień przed testem z literatury 

średniowiecznej siedziałam nie w bibliotece, jak co rozsądniejsi studenci, lecz na parapecie na 
czwartym piętrze w akademiku Phila i groziłam, że ze sobą skończę, jeśli do mnie nie wróci. 
Oblałam większość egzaminów, ale o dziwo, podobny los spotkał większość moich rówieśników 
(wyjątkowo kiepski rocznik) i jakimś cudem ukończyłam studia z żenującą oceną dostateczną.

background image

Po raz ostatni widziałam Phila, gdy odbieraliśmy dyplomy. Złamał mi serce (jak wówczas 

uważałam) i jeszcze skończył ze średnią trzy plus!

Kiedy Brian ponownie do mnie napisał, dowiedziałam się, że też skończył studia (z pierwszą 

lokatą, ma się rozumieć) i że zajmuje skromne, jak napisał, stanowisko w japońskim banku. Ja 
tymczasem wróciłam do Solihull i przez pół roku załaziłam rodzicom za skórę, zastanawiając się, 
co tak naprawdę chcę robić w życiu. Czy raczej, kto zatrudni absolwentkę literatury angielskiej 
z żałosnym wynikiem dostatecznym na dyplomie.

– Może pójdzie pani do szkoły? – Zaproponował ktoś złośliwie.
Może   powinnam   była   go   usłuchać,   ale   nie   mogłam   się   zmobilizować,   by   wypełnić 

jakiekolwiek podanie czy formularz. Co wieczór przed snem obiecywałam sobie, że od jutra 
poważnie biorę się za szukanie pracy.  A co rano po omacku wyłączałam budzik, wstawałam 
o jedenastej,   akurat   na   przedpołudniowy   blok   seriali,   i ubierałam   się   tuż   przed   przyjściem 
rodziców z pracy.

Na Boże  Narodzenie   Brian  napisał,  że  awansował  i dostał   podwyżkę.   Ja  otrzymałam   od 

rodziców   ostrzeżenie,   że   jeśli   nie   znajdę   pracy   (jakiejkolwiek),   kartony   po   gwiazdkowych 
prezentach posłużą mi za dach nad głową.

W   styczniu   Brian   rozpisywał   się   o nowym   mieszkaniu   w modnej   dzielnicy   Soho.   A ja 

spakowałam swój dobytek w stary wojskowy plecak i wprowadziłam się do rudery w nie tak 
modnym East Endzie w Londynie. Nikogo nie obchodziło, co robię, o ile skręcałam dobre skręty. 
Nadal wstawałam o jedenastej, ale często w ogóle się nie ubierałam.

Czasami dzwonili starzy znajomi z college’u. Opowiadali o swoich karierach i obiecywali 

wspólny   lunch   gdzieś,   kiedyś.   Miałam   wrażenie,   że   wszyscy   zatrudnili   się   w firmach 
rachunkowych. Powtarzałam sobie, że się sprzedali, ja tymczasem szukam swojej drogi i ćwiczę 
kreatywność, zmyślając posady, o jakie się ubiegałam.

Rok   po   studiach   Brian   kierował   sześcioosobowym   działem,   a ja   byłam   sekretarką   dla 

siedmiu osób, z których  sześcioro było  ode mnie młodszych  i głupszych. W lepsze dni przez 
godzinę siedziałam w kiblu podczas przerwy na lunch. Być może dlatego nigdy nie zapraszali 
mnie na wspólne wyjścia do pubu.

Dwa lata później Brian miał pod sobą czternaście osób i uwijał się między biurami banku 

w Los   Angeles   i Nowym   Jorku.   Ja   zmieniłam   adres,   ale   mieszkałam   w równie   obskurnym 
mieszkaniu   jak   dotychczas,   a moi   nowi   współlokatorzy   –   Gruby   Joe   i Szalona   Seema   –   to 
najwięksi dziwacy, jakich w życiu spotkałam.

Za to nie byłam już sekretarką – wywalili mnie, woleli głupkowatą Australijkę. Udawałam 

wdzięczność, gdy biuro pośrednictwa pracy dało mi ostatnią szansę i na dwa tygodnie wsadziło 
na zastępstwo do agencji nieruchomości Corbett i Spółka. Wmawiałam sobie, że mam szczęście, 
gdy tam zaproponowano mi stałą pracę – chyba tylko dlatego, że polubił mnie głupkowaty pies 

background image

Harriet Corbett.

Oczywiście   w moich   listach   do   Briana   nie   było   o tym   ani   słowa.   Byłam   tajemnicza 

i lakoniczna:   „U   mnie   wszystko   w porządku.   Dużo   pracuję.   Wprowadzam   się   do   nowego 
mieszkania”. Nie musi wiedzieć, że mój pokój jest niewiele większy od schowka na szczotki i że 
rury się sypią, tak że wodę na kąpiel gotujemy w czajniku.

W każdym liście domagał się szczegółów. Upierał się, że na pewno szykuję coś bombowego. 

Z czasem  moje   odpowiedzi  ograniczały  się  do pocztówek,   na których   gryzmoliłam  wielkimi 
literami: „Nie mam czasu pisać, przykro mi, zadzwonię niedługo, obiecuję”. Oczywiście nigdy 
nie   dzwoniłam.   Liczyłam,   że   Brian   uzna,   że   naprawdę   nie   mam   czasu,   zrozumie   i mimo 
wszystko będzie dalej do mnie pisał. Chyba daleko zaszłaś, napisał kiedyś w długim na cztery 
strony liście, w odpowiedzi na moją lakoniczną pocztówkę.

A jakże, daleko. Tylko że cały czas szłam w niewłaściwą stronę.

background image

Rozdział 7

Tak, tak. Moje życie w Londynie. Cholernie wspaniały los.
Kochani   czytelnicy,   Zapewne   kamień   spadnie   wam   z serca,   gdy   napiszę,   że   po   wielu 

miesiącach poszukiwań wreszcie znalazłam torebkę idealną. Co za ulga! Znalazłam to cudeńko 
w najbardziej   odpowiedniej   chwili   –   tuż   przed   urodzinami   znanego   projektanta   i mojego 
przyjaciela,   Sebastiana   Herona,   w nowej   restauracji   Marco   Pierre   White’a,   „Taj   Mahal”. 
Zamartwiałam się od dawna, co na siebie włożyć z tej okazji, ale torebeczka mnie uratowała. 
Istne   cudeńko   z jasnoróżowej   skórki,   od   Hermesa.   Wpadłam   do   Alexandra   McQueena 
i zamówiłam dobrany skórzany kombinezon.

Przyjęcie było, jak sobie wyobrażacie, wręcz boskie, choć nowa szminka Chanel, na którą 

czekałam od miesięcy,  całkiem znikła  z moich ust, tyle  osób całowałam, zanim dotarłam do 
kochanego   jubilata.   Lista   gości   Sebastiana   to   śmietanka   świata   mediów.   Tak,   tak,   młodszy 
z chłopców   z „Oasis”,   ten   ze   zrośniętymi   brwiami,   prosił,   żebym   załatwiła   jego  żonie   pracę 
podobną do mojej. Biedak jest trochę samotny, odkąd brat zaczął karierę solową. Ale moje życie 
to nie tylko zabawa, o nie. Musiałam wcześnie wyjść z tego przyjęcia, żeby złapać samolot na 
Mauritius, gdzie miałam obejrzeć nowy hotel, żeby wam o nim napisać.

Z tego wszystkiego tak się spieszyłam na lotnisko, że zapomniałam kremu do opalania i cały 

pierwszy   dzień   spędziłam   w cieniu,   czekając,   aż   z Paryża   dowiozą   moją   ulubioną   markę. 
Straszne, straciłam cały dzień słońca, ale uznałam, że będę blada i tajemnicza. I chyba dobrze. 
W każdym   razie   Jack   Nicholson   chyba   był   zadowolony,   skoro   wieczorem   zaprosił   mnie   na 
kolację...

Odłożyłam gazetę i sięgnęłam po kanapki.
Mnie   Jack   Nicholson   nigdzie   nie   zaprosił.   I nie   ma   mowy   o kolacji,   tylko   kanapka 

z tuńczykiem. Znowu. Chociaż to moje urodziny.

Wbiłam   zęby   w kanapkę   i wielka   kropla   majonezu   upadła   na   zdjęcie   Arabelli   Gilbert, 

towarzyszące   jej   rubryce   w „The   Daily”.   Zastanawiałam   się,   czemu   właściwie   codziennie 
torturuję   się   lekturą   tej   kolumny.   Ilekroć   sięgałam   po   kolorowy   dodatek,   czułam   się   jak 
narkoman   przed   kolejną   dawką:   podniecenie   i oczekiwanie.   Zdawałam   sobie   sprawę,   że   nie 
muszę   czytać   jej   wypocin.   Wiedziałam   doskonale,   że   przez   co   najmniej   godzinę   będę 
roztrzęsiona i załamana moim żałosnym położeniem. A mimo to nie mogłam się powstrzymać.

Nie   do   wiary,   że   Arabella   Gilbert   i ja   mieszkamy   w tym   samym   mieście.   Ona   bywa 

w najnowszych   dyskotekach   i restauracjach,   jest   członkinią   prywatnych   klubów,   do   których 
wpisowe znacznie przewyższa moją pensję. A ja... Ja nawet nie wiem, gdzie są te kluby. Portfel 
Arabelli Gilbert aż lśni od licznych złotych kart kredytowych, mój nader często święci pustkami.

Już miałam popaść w otchłań rozpaczy, gdy zadzwonił telefon. Zaklęłam z ustami pełnymi 

background image

tuńczyka   z majonezem.   Byłam   w biurze   sama.   Moja   szefowa,   Szalona   Harriet,   w latach   60. 
urocza debiutantka, dzisiaj nieco już zwiędła, siedziała u fryzjera, szykowała się na potajemną 
randkę   z żonatym   kochankiem   Króliczkiem.   Rupert,   jedyny   oprócz   mnie   pracownik   agencji 
nieruchomości Corbett & Co, skorzystał z okazji i uciekł na wystawę samochodów. Będzie się 
łudził,   że   kiedyś   sobie   kupi   jakieś   zabytkowe   cacko.   Więc   na   mnie   wypadło,   że   musiałam 
oderwać się od jedzenia i odebrać telefon. Jak zwykle. Miałam nadzieję, że to pomyłka, a nie 
ktoś naprawdę zainteresowany kupnem domu – to oznaczałoby robotę papierkową, na co nie 
miałam   najmniejszej   ochoty   w piątkowe   popołudnie.   Niepotrzebnie   się   martwiłam.   To   tylko 
Seema, moja współlokatorka. W tym tygodniu była na zwolnieniu, dopadła ją jakaś bakteria, 
pamiątka po wyjątkowo szalonym weekendzie z przystojnym żołnierzem piechoty morskiej.

– Czy wyglądam na twoją sekretarkę? – zapytała zirytowana. Nie zawracała sobie głowy 

drobiazgami   typu   „cześć”   czy   „wszystkiego   najlepszego”.   Kiedy   rano   wychodziłam,   jeszcze 
spała,  ale  trzeba  jej  przyznać,  że zostawiła  mi  kartkę  z bardzo  świńskimi  życzeniami  opartą 
o toster w kuchni.

– Słucham?
– Zapytałam, czy ja wyglądam jak twoja sekretarka, Lizzie Jordan? Przed chwilą dzwonił tu 

jakiś kretyn. Do ciebie. Kiedy powiedziałam, że cię nie ma, zapytał, czy jestem twoją sekretarką. 
Coś takiego. Co za bezczelny typ.

Byłam równie zdumiona.
– Przedstawił się?
– Nie i nie pytałam o nazwisko. Ale to Amerykanin, mówi ci to coś? Chyba ze Wschodniego 

Wybrzeża, chociaż tego nie jestem pewna. Dla mnie oni wszyscy mówią tak samo. W każdym 
razie, jeśli rozpowiadasz na prawo i lewo, że masz własną sekretarkę...

Ale ja już jej nie słuchałam, byłam na innej planecie. Amerykańskiej. Jej rozmówca mówił 

z amerykańskim akcentem. Właściwie znam tylko jednego Amerykanina, więc chyba wiem, kto 
dzwonił,   oczywiście   jeśli   wykluczymy   możliwość,   że   Jerry   Springer   z telewizji   chce   mnie 
zapytać, czemu nie jestem w stanie utrzymać żadnej pracy i związku.

– Kup mleko po drodze – Seema ściągnęła mnie na ziemię. – Gruby Joe wypił wszystko, ale 

ma znowu atak, tak twierdzi, i nie może wyjść z domu. Ja też nie, nie mogę się oddalać od kibla 
na dalej niż dwa metry. Nadal cierpię, gdyby cię to interesowało.

Nie interesowało.
– Powiedział, że jeszcze zadzwoni?
– Kto? – zdziwiła się.
–   Ten   Amerykanin.   Zadzwoni   jeszcze?   A może   zostawił   dla   mnie   wiadomość?   –   Nie 

traciłam nadziei.

– Nie wiem, musiałam odłożyć słuchawkę i lecieć do kibla. Ale jeśli to coś ważnego, na 

background image

pewno jeszcze zadzwoni. Nie wiedziałam, że znasz jakiś cudzoziemców – dodała.

– Tylko jego – wyjaśniłam.
– Aha. W każdym razie nie zapomnij o mleku. Odtłuszczonym. A jak ci zostanie trochę kasy, 

kup sok porzeczkowy.

Odłożyła słuchawkę.
Powoli   odsunęłam   się   od   biurka.   Znam   tylko   jednego   cudzoziemca.   To   Brian.   Brian 

zadzwonił.

Nagle   zrobiło   mi   się   gorąco.   Zarumieniłam   się,   jakby   zjawił   się   tu   we   własnej   osobie. 

Odsunęłam   resztki   kanapki   z tuńczykiem.   Nie   myślałam   o lunchu,   mój   żołądek   wykonywał 
dziwne kombinacje akrobatyczne. Brian nigdy nie dzwonił. Do dzisiaj. Czy to dobrze czy źle? 
Czego chce?

Wieczorem w domu w Ballham siedziałam jak na szpilkach, czekając na jego telefon.
Na pewno jeszcze zadzwoni, byłam tego pewna. Ilekroć Gruby Joe albo Seema zbliżali się 

do  telefonu,  zaklinałam  ich,  żeby rozmawiali   krótko i nie  blokowali  linii.  Kiedy  zadzwoniła 
matka   Seemy,   miałam   ochotę   jej   powiedzieć,   że   ukochanej   córeczki   nie   ma   w domu.   Nie 
zrobiłam   tego   jednak,   a one   gadały   przez   całą   wieczność,   jakby   chciały   mnie   ukarać   za 
niecierpliwość.   Przechadzałam   się   po   pokoju,   wzdychałam   głośno   i przewracałam   oczami, 
ilekroć Seema nadaremnie usiłowała przerwać słowotok swojej matki.

– A może sama do niego zadzwoń? – podsunęła Seema rozsądnie, kiedy w końcu wmówiła 

matce, że: a) zdrowo się odżywia i b) tak, ubiera się naprawdę ciepło (matka Seemy zawsze 
zakładała co najmniej dwa swetry na sari).

– Nie, i bez tego mam debet – wytłumaczyłam. – Nie stać mnie na telefony do Ameryki, 

a nie   mogę   tylko   zadzwonić   i zaraz   się   rozłączyć,   prawda?   Jakby   to   wyglądało?   Nie 
rozmawialiśmy od lat, tylko korespondowaliśmy, e-mailem i normalnie. Mamy sobie mnóstwo 
do powiedzenia. Kiedy on zadzwoni, możemy gadać do białego rana i nie będę się martwiła 
o rachunek.

– Przecież dopiero co zapłaciłyśmy – zauważyła Seema. – Następny przyjdzie dopiero za 

trzy miesiące. Do tego czasu wszystko może się zdarzyć. Mówię ci, dzwoń. Może zaprosi cię na 
przyjęcie urodzinowe do Stanów, lot i mieszkanie za darmo? Jeśli dzisiaj nie oddzwonisz, będzie 
z późno.

–   To   możliwe,   prawda?   –   ucieszyłam   się   głupio.   W końcu   to   moje   urodziny.   Wzięłam 

słuchawkę i wystukałam długi na kilometr numer do jego biura na Wall Street. Po drugiej stronie 
odezwała się automatyczna sekretarka. Natychmiast przerwałam połączenie. Nie ma sensu tracić 
kasy na rozmowę z maszyną.

– Trzeba się było nagrać – westchnęła Seema. – Dzięki temu pamiętałby, że ma do ciebie 

zadzwonić. Wolę rozmawiać z maszyną niż z człowiekiem. Robisz swoje, ale to ktoś inny zapłaci 

background image

później za dłuższą rozmowę.

– Racja. – Ponownie wybrałam długi numer. Wstrzymałam oddech, czekając na połączenie. 

Tym razem odebrał Brian.

– Brian Coren.
Milczałam. Nadal czekałam na ciągły sygnał.
– Halo? Tu Brian Coren. Kto mówi?
– Och! – Nagle do mnie dotarło, że odebrał telefon osobiście. – Och, Brian. Nie wiedziałam, 

że to ty. Myślałam, że ci się nagram na sekretarkę.

– Czy to Liz? – zapytał podekscytowany. – Lizzie Jordan? To naprawdę ty?
– No... tak. Ja. Liz. Dzwoniłeś rano?
– Och, Liz. Jak fajnie znowu cię usłyszeć – cieszył się. – Tyle czasu minęło. Zapomniałem 

już, jaki masz brytyjski akcent.

– Och, to tutaj normalne – zażartowałam. – Coś się stało, Brian?
– Słucham?
– Dzwoniłeś dzisiaj. Stało się coś?
– Chciałem ci życzyć wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, kochanie.
– Dziękuję. To wszystko?
– I odnowić kontakty – dodał szybko. – Liz, chyba się spieszysz. Pewnie nie masz czasu, co? 

Nie chcę ci przeszkadzać. Pewnie masz pełne ręce roboty, skoro twoja agencja nieruchomości tak 
się rozwija.

Nie powiem mu przecież, że martwi mnie rosnący rachunek telefoniczny.
– Nie, nie. Tylko że zazwyczaj piszesz e-maile, jeśli chcesz się ze mną skontaktować.
– No tak, ale nie sądzisz, że to za mało osobiste?
Mało osobiste, fakt. Ale za to płaci się jak za połączenie lokalne.
– A życzenia urodzinowe chciałem ci złożyć osobiście – ciągnął radośnie. – Co u ciebie, Liz? 

Ciężko pracujesz?

– O, tak. Za ciężko, Wiesz, jak jest.
– Wiem, wiem. Dużo nowych projektów?
– Mnóstwo, mnóstwo. A co u ciebie? – zapytałam, chcąc jak najszybciej zmienić temat.
–   Cóż   –   odetchnął   głośno.   –   Po   raz   pierwszy,   odkąd   zacząłem   pracę,   wszystko   jest 

w porządku. Ostatnio udaje mi się wrócić do domu przed północą – roześmiał się. – Wyobrażasz 
to sobie? W porównaniu z moimi znajomymi pracuję na pół etatu.

– Zawsze za dużo pracowałeś.
– Jak ty. Mój lekarz też jest tego zdania. Twierdzi, że powinienem wybrać się na urlop, jeśli 

nie chcę się przedwcześnie zestarzeć.

– A tego nie chcesz – stwierdziłam.

background image

– Zdecydowanie nie. Więc tak.
– Co: tak?
– Jadę na urlop, głuptasie. W przyszłym tygodniu. Zgodnie z zaleceniem lekarza.
– Fajnie. A dokąd? – Jezu, ale byłam naiwna. – Gdzieś, gdzie dużo słońca i ciepła?
– Właściwie – mówił coraz wolniej – wiesz, jak to jest, Liz... Praca pochłania cię do tego 

stopnia, że nagle nie masz czasu poznawać nowych ludzi, wyskoczyć do knajpy... Nie, nie chcę 
jechać w egzotyczne kraje, gdzie będę cały czas sam, z nosem w książce. Więc pomyślałem... 
pomyślałem, że może Londyn powita mnie ciepło.

Chyba za długo milczałam.
– Liz? Jesteś tam? Lizzie? – zaniepokoił się. – Przerwało nam czy co?
– Jestem, jestem – sapnęłam.
– To dobrze. Słuchaj, to tylko trzy-cztery dni. I tak muszę jechać do Zurychu w interesach, 

więc zatrzymam się w Londynie w drodze do Szwajcarii.

– Och!
–   Pewnie   masz   mnóstwo   pracy,   zresztą   zdecydowałem   się   w ostatniej   chwili,   więc 

zatrzymam  się   w hotelu.   Może   polecisz   mi   jakiś  przytulny  i taki  niezbyt  daleko  od  twojego 
domu, żebyśmy mogli spotykać się wieczorami?

– Co?
– Hotel? Polecisz mi jakiś hotel? Cena nie gra roli, wezmę rachunek na firmę.
Nie wiem, gdzie się wtedy podział mój rozsądek, ale powiedziałam:
– Hotel? Nie ma mowy. Zatrzymasz się u mnie.
–   Nie,   Liz,   nie   mógłbym.   Nie   chcę   sprawiać   ci   kłopotu   –   tłumaczył.   –   Zatrzymam   się 

w hotelu. Jeśli wyskoczymy kilka razy na kolacje, będę w siódmym niebie.

– Nie – obstawałam przy swoim. – Nie możesz zamieszkać w hotelu, kiedy jedziesz taki 

kawał drogi, żeby się ze mną zobaczyć.

– Liz, nie martw się. Naprawdę. Wiem, że masz mało czasu. I nie chcę ci przeszkadzać.
– Nie będziesz, Brian.
– Lubię hotele.
–   Nie   wybaczyłabym   sobie,   gdybyś   nie   zamieszkał   u mnie.   Chwila   milczenia,   a potem 

powiedział:

– No, dobra.
Kolejna chwila ciszy, gdy jego słowa docierały do mojego durnego mózgu. Dobra?
Przecież nie to miał powiedzieć! Chciałam, żeby jeszcze raz zaproponował hotel, a wtedy 

zgodziłabym się z żalem i zrobiła mu rezerwację w Metropolitarne.

– Co? – zdziwiłam się.
– Dobra. Załatwione. Zatrzymam się u ciebie, jeśli nie możesz beze mnie żyć – roześmiał się. 

background image

– W przyszłym tygodniu? Od piątku do wtorku? Wyślij mailem, jak do ciebie dojechać, sam 
trafię z lotniska.

– Nie! – krzyknęłam.
– Nie? – powtórzył.
–   To   znaczy,   sam   nie   trafisz.   Wyjdę   po   ciebie   na   lotnisko.   Niełatwo   do   mnie   trafić. 

Mieszkam w dawnych dokach.

Seema posłała mi dziwne spojrzenie, gdy to usłyszała.
– No, skoro nalegasz... W takim razie prześlę ci godzinę przylotu. Wiesz, Liz – dodał miękko 

– zdecydowanie za dużo czasu upłynęło od naszego ostatniego spotkania. Naprawdę nie mogę się 
doczekać, kiedy cię zobaczę.

– To zupełnie jak ja – mruknęłam.
– Będzie fajnie, prawda?
– Cudownie – powiedziałam mniej więcej z takim entuzjazmem, jak w pracy, kiedy miałam 

wyrzucić śmieci. – Więc do piątku.

–   Nie   mogę   się   już   doczekać.   Cześć   –   odłożył   słuchawkę,   a ja   gapiłam   się   na   telefon 

i zastanawiałam się, co ja najlepszego zrobiłam.

– Czy mi się zdawało, czy kogoś tu zaprosiłaś? – Seema nie ukrywała podniecenia. – Tego 

Amerykanina, który dzwonił rano? Powiem ci, że spodobał mi się jego głos. Czy jest na dodatek 
przystojny i bogaty?

– O tak – rozmarzyłam się.
– Super. Przyda nam się trochę świeżej krwi. Chyba że ty się za niego weźmiesz. Ale nie 

zrobisz tego, co, Liz? No, przecież do tej pory nigdy o nim nie mówiłaś. To chyba nie jest jakaś 
stara miłość, co?

– Chyba nie miałabym szans w tej konkurencji – mruknęłam posępnie.
– Więc mogę się za niego brać, tak?
–   Seema,   jesteś   nimfomanką   –   poinformowałam   ją   zirytowana.   –   Zresztą   on   się   tu   nie 

zatrzyma, o nie.

– Ale przecież powiedziałaś...
– Zapomnij, co mu powiedziałam. Rozejrzyj się! – Wybuchłam. – Czy macie pojecie, co to 

jest   odkurzacz?   –   Podniosłam   poduszkę   z kanapy   i posypał   się   śnieg   okruszków   z chipsów 
serowo-cebulowych.   Przynajmniej   wydawało   się,   że   poczułam   zapach   sera   i cebuli.   Równie 
dobrze mógł to być smród skarpet grubego Joe, który wiecznie unosił się w powietrzu. – Rano 
w zlewie znalazłam pół kotleta jagnięcego.

– Wiesz, że nie jadam jagnięciny – obruszyła się Seema.
– I co z tego? Mogłaś to wyrzucić, zanim wróciłam. Przecież cały dzień siedziałaś w domu!
– Uczyłam się!

background image

– Akurat – prychnęłam. – Ja też kiedyś studiowałam, nie zapominaj. Czy zaglądałaś ostatnio 

do lodówki?  Niewykluczone,  że któryś  z gatunków naszej pleśni zawiera  lekarstwo na raka. 
W cholernej łazience można sadzić ziemniaki. A kibel... nie, nawet nie chce mi się o tym gadać. 
Wolę korzystać z miejskiego szaletu niż z naszej ubikacji. Mamy przecież szczotkę do kibla, 
prawda?

– Już nie. W zeszłym roku Gruby Joe chciał nią przepchać rurę i szczotka zaginęła.
– Aha. A czy ktoś pomyślał o tym, żeby kupić nową? – Szłam przez pokój, zbierałam sztuki 

odzieży,   głównie   bieliznę,   i opakowania   po   hamburgerach   i przekąskach.   Brudne   rajstopy 
i papierek po kiełbasce pepperoni nie dawały się rozdzielić.

– Chciałam je wyrzucić – Seema, czerwona ze wstydu, wyrwała mi i rajstopy, i papierek.
Znalazłam trzy skarpetki nie do pary. Męskie buty, tak brudne i stare, że czubki wywinęły się 

jak   w pantoflach   Ali   Baby.   Pod   kanapą   odkryłam   dwie   płyty   CD,   o których   myślałam,   że 
straciłam je na zawsze po pewnej nieudanej imprezie. Obie służyły jako podkładki pod szklanki, 
jedna   z kawą,   druga   z winem.   Kiedy   przesunęłam   kanapę   w nadziei,   że   znajdę   banknot 
dziesięciofuntowy, który zgubiłam mniej więcej w tym samym czasie, odkryłam ogromną plamę 
z czerwonego wina na kremowej wykładzinie.

–   Wiedziałaś   o tym?   –   wrzasnęłam   na   współlokatorkę.   –   Jakim   cudem   to   wywabimy? 

Zaschła. Nie oddadzą nam kaucji!

Seema biegała za mną, wycierała kurze jedną z nieparzystych skarpetek, wyjmowała majtki 

z doniczek. Z zapałem wysypała niedopałki z popielniczki do kosza na śmieci, po czym dopiero 
po fakcie przypomniała sobie, że kosz na śmieci jest dziurawy, bo na ostatniej imprezie ktoś 
wyrzucił do niego zapalonego papierosa.

Kiedy mocowałam się ze szklanką, chyba przyklejoną do gzymsu nad kominkiem, natknęłam 

się na biały ręcznik z ogromną rdzawą plamą. Ozdabiał bezużyteczny kaloryfer.

– Co to jest? – zainteresowałam się trzymając go za róg.
– To tylko henna – zapewniła Seema pospiesznie. – Na pewno się spierze. Ale to nie twój 

ręcznik? – zapytała z niepokojem, wyrywając mi go.

– Nie, dzięki Bogu. Ale Brian nie może tu zamieszkać – jęknęłam i opadłam na kanapę. 

Zaraz się wyprostowałam, bo czubek długopisu dźgnął mnie w kręgosłup. – O nie!

– Będzie lepiej – pocieszała mnie Seema. – Spójrz tylko, już wygląda lepiej – zatoczyła ręką 

łuk, jakby jednym ruchem starej skarpety mogła zmienić nasz chlewik w reprezentacyjny salon. – 
Mamy jeszcze cały tydzień. Jeśli chcesz, możemy zaraz lecieć na zakupy, po środki czystości. 
I ścierki. Zrobimy zebranie domowników, kiedy tylko Gruby Joe uzna, że może wyjść z pokoju. 
Kiedy twój znajomy przyjedzie, będzie tu jak w Hiltonie. No, takim kiepskim Hiltonie.

– Nie, Seemo! – wrzasnęłam. – Nie rozumiesz. Nie mogę przywieźć tu Briana, choćbyśmy 

pucowały dom na kolanach od rana do nocy. Nie mogę, bo jakkolwiek na to spojrzysz, to tylko  

background image

mały domek w Ballham. A Brian sądzi, że mieszkam w ogromnym apartamencie z widokiem na 
Hyde Park.

Wyszło szydło z worka.
Wspominałam już, że nie pisałam mu całej prawdy. Problem w tym, że w czasach Internetu 

nie   mogłam   się   dłużej   wykręcać   jedną   pocztówką   rocznie   i mglistym   zapewnieniem,   że 
„wszystko w porządku”.

To Gruby Joe, nikt inny, zapoznał mnie z rozkoszami Internetu. Wtedy jeszcze starałam się 

nawiązać przyjacielskie kontakty z moimi współlokatorami i czasami zapuszczałam się do jego 
jaskini   z filiżanką   herbaty.   Nie   miał   nic   przeciwko   udzieleniu   mi   paru   lekcji.   Dzięki   niemu 
znalazłam w sieci e-mail Briana.

Odkąd   zaczęliśmy   korespondować   wirtualnie,   niemal   codziennie   zapuszczaliśmy   się   na 

infostradę   (ilekroć   udało   mi   się   zakraść   do   pokoju   Grubego   Joe.   Na   szczęście   był   bardzo 
przewidywalny i co rano wychodził  na kwadrans po pierwszej filiżance kawy). A mając tyle 
cyberprzestrzeni   do   wypełnienia   szybko   przeszłam   od   drobnych   niedomówień   do   kłamstw 
szytych grubymi nićmi, które, jak zawsze przestrzegają matki, prędzej czy później ściągną na 
ciebie kłopoty.

No ale co miałam robić, kiedy Brian pisał, że właśnie wrócił z lunchu w najmodniejszej 

nowojorskiej restauracji, a przy sąsiednim stoliku siedziała Madonna? Wyliczyć listę najgorszych 
kanapek w obskurnym barku w Battersea? O nie, wolałam uraczyć go szczegółową relacją, jak to 
niedawno   ćwiczyłam   z Madonną   ramię   w ramię   w ekskluzywnym   fitness-klubie   dla   kobiet. 
Potem już poszło lawinowo.

Brian   pisał,   że   wybiera   się   na   weekend   do   Hampton   z mniej   znanym   członkiem   klanu 

Kennedych.   Odwzajemniłam   się   bajeczką   o wyprawie   na   południe   Francji   w prywatnym 
samolocie   arabskiego   księcia,   który   stracił   dla   mnie   głowę,   kiedy   poznaliśmy   się   w klubie 
Annabelle’s.   Brian   opisywał   zakupy   u Ralpha   Laurena?   Ha,   dla   mnie   Dolce&   Gabbana 
projektują suknię na dwudzieste szóste urodziny.

Ale największy błąd popełniłam, kiedy wspomniał, że się przeprowadził...
Oczywiście dla Briana wyprowadziłam się z Ballham ledwie zmieniliśmy pióro i papier na 

klawiaturę. Teraz mieszkam w luksusowym apartamencie z widokiem na Hyde Park. Kupiłam go 
za moją prowizję w sprzedaży stulecia, w końcu jestem wspólniczką w firmie Corbett & Co, 
czyli jedną z najbardziej liczących się agencji nieruchomości na rynku (nie powiem mu przecież, 
że   to   żałosna   agencyjka   z jednopokojowym   biurem   i trzyosobową   załogą,   nie   licząc 
głupkowatego psa).

W   moich   mailach   roiło   się   od   sławnych   nazwisk   i sławnych   miejsc.   W sekretnym 

wirtualnym życiu niemal codziennie wpadałam po jakiś drobiazg do Cartiera czy Tiffany’ego – 
w końcu należy mi się nagroda za ciężką pracę, prawda? Poza tym muszę czymś ożywić nową 

background image

suknię od Donny Karan, muszę zrobić wrażenie na nowych klientach z branży filmowej.

Przyjaźniłam   się   z artystami,   pisarzami,   modelkami   i książętami.   Nie   ze   studentką 

zarządzania   bez   grosza   przy   duszy,   która   pracuje   w wypożyczalni   wideo   (Seemą),   nie 
z domorosłym  hakerem, który nigdy nie wytyka  nosa ze swego pokoju (Grubym  Joe). Brian 
sądzi, że zabawiam śmietankę towarzyską i karmię gwiazdy ekranu smakołykami, które pichcę 
pod czujnym okiem szefów kuchni z najlepszych restauracji. Nigdy, przenigdy nie jem zimnego 
makaronu z puszki, gapiąc się w czarno-biały telewizor.

Wydawało   się   to   takie   niewinne.   A nawet   zabawne.   Czasami   przepisywałam   wszystko 

żywcem z kolumny Arabelli Gilbert, zmieniałam niewiele. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że 
kiedykolwiek będę musiała udowodnić, że to prawda. Brian to typowy pracoholik. Nigdy nie brał 
urlopu, pewnie nawet nie chodził do toalety w godzinach pracy. Aż tu nagle zapragnął wpaść do 
Londynu i się ze mną spotkać. Kto by się spodziewał?

– Nie, nie, nie – szlochałam w wytarty rękaw poplamionego szlafroka.
– Co zrobisz? – zapytała Seema, gdy skończyłam tragiczną opowieść.
– Nie mam zielonego pojęcia – wyznałam z rozpaczą.
– O Boże – mruknęła.
Siedziałyśmy   tak   sobie   i gapiłyśmy   się   w elektryczny   kominek,   jakbyśmy   liczyły,   że 

z pomarańczowych płomieni spłynie na nas mądrość.

– Właściwie po co tak go okłamywałaś? – zapytała nagle.
– A jak myślisz? Mieszka sobie w Nowym Jorku, żyje pełnią życia, a ja... jestem do niczego. 

Nie chciałam, żeby wiedział, jak się stoczyłam od studiów.

Seema objęła mnie ramieniem. Czasami, jeśli akurat nie używa mojego ulubionego balsamu 

do ciała i nie podkrada mi proszku do prania, jest bardzo miła i kochana.

– Dlaczego uważasz, że się stoczyłaś? – zapytała całkiem poważnie.
– A jak sądzisz? – Zatoczyłam łuk, wskazując ten sam obskurny pokój, który, jej zdaniem, 

jeszcze się do czegoś nadawał.

– Cóż – zaczęła sztucznie radosnym głosem młodszej konsultantki. – Mieszkam tu z tobą 

i wcale nie uważam, że się stoczyłam. Owszem, droga na szczyt zajmuje mi więcej czasu, niż się 
spodziewałam, ale to jeszcze nie klęska. Masz dopiero dwadzieścia siedem lat, Liz. Wrzuć na luz. 
Masz fajną pracę, prawda?

– Akurat! Jestem sekretarką w agencji nieruchomości, nie mam nawet stałej umowy o pracę. 

Wystukuję  głupie notatki  na maszynie,  na miłość  boską! A studiowałam literaturę  angielską, 
jakbyś zapomniała.

– I co z tego? Ja studiuję zarządzanie i pracuję w wypożyczalni wideo – przypomniała mi.
– Moje życie prywatne jest do kitu – zaczęłam z innego końca.
– Masz fajnych przyjaciół – zapewniła. Nie okazała urazy, jeśli ją odczuła. – Jeśli chcesz, 

background image

możemy częściej wychodzić. Nawet dzisiaj. Potańczymy, napijemy się...

– Nie stać mnie.
– Posłuchaj, Liz – Seema była o krok od wybuchu: prawie zawsze miałam więcej forsy do 

niej.   –   Przestań   się   zadręczać.   Moim   zdaniem,   nieźle   sobie   radzisz,   jasne?   Właściwie   niby 
dlaczego miałabyś mieszkać w super-apartamencie?

– Brian mieszka.
– Widziałaś to?
– Nie.
–   No   właśnie.   A może   tak   naprawdę   mieszka   w przyczepie   gdzieś   w New   Jersey   i żyje 

z nierządu młodszych siostrzyczek? – Na te słowa uśmiechnęłam się blado. Ale bardzo blado.

– Ma starsze siostry – poprawiłam.
– Dobra, dobra, z nierządu starszych sióstr. Chodzi o to, że nie powinnaś się martwić, czy mu 

zaimponujesz.   W mailach   wszyscy   przesadzają   od   czasu   do   czasu.   Przez   dwa   tygodnie 
romansowałam   wirtualnie   z gościem,   który   podawał   się   za   brata   Billa   Gatesa,   a okazał   się 
stróżem spod Londynu. Gruby Joe siedzi teraz w sieci i zapewne czaruje jakąś małolatę, która 
powinna odrabiać pracę domową, że jest piękny jak młody bóg.

– Wiem, wiem... ale Brian nie musi kłamać. Wierz mi, jeśli Brian coś powie, to jest to 

prawda.

– Naprawdę jest taki święty?
– Niestety – westchnęłam. – Właśnie taki jest. To chyba najuczciwszy człowiek, jakiego 

znam.

– W takim razie powiedz mu prawdę – zaproponowała. – Pewnie uzna, że to świetny kawał, 

może nawet kamień spadnie mu z serca, że nie będziesz go ciągała po najdroższych klubach 
i cały czas poiła szampanem.

– Nie, nie. Przyznałabym się komuś innemu, naprawdę, ale nie Brianowi. Nie mogę. Nie 

znasz go, Seemo. Poczułby się urażony, że tak długo go okłamywałam. To Amerykanin, nie 
zapominaj. Oni tam mają inne zasady. Niektórzy do dzisiaj stosują się do dziesięciu przykazań. 
Nie, to nie przejdzie. Uzna, że zwariowałam.

– Cóż, nie widzę innego rozwiązania. – Seema przesunęła się i wyciągnęła spod poduszki na 

kanapie starego krakersa. – Niestety, nie wyczaruję ci apartamentu z widokiem na Hyde Park. 
Masz twardy orzech do zgryzienia, Liz.

Jakbym tego nie wiedziała. Jeszcze długo wpatrywałyśmy się w elektryczne płomienie. Ja 

rozważałam jedyne honorowe wyjście z tej sytuacji, czyli harakiri. Szkoda, że nie mamy nawet 
jednego ostrego noża. Nie wiedziałam, o czym myślała Seema, póki nie odezwała się głośno:

– Wiem. Powiesz mu, że był pożar, twój apartament spłonął i na jakiś czas wprowadziłaś się 

do mnie, czyli do twojej sekretarki, niech ci będzie. Świetny plan, co?

background image

Tak, wydawał  się doskonały.  Przez mniej  więcej dziesięć  sekund, po których  do salonu 

wkroczył Gruby Joe. Wyglądał jak wielka larwa, jak zwykle wmaszerował otulony poplamioną 
kołdrą, na którą nigdy nie zakładał pościeli. Wcisnął się na sofę między nas. Ani na chwilę nie 
oderwał się od lektury jakiegoś pisma komputerowego, póki nie dostrzegł krakersa, tego samego, 
którego Seema wydobyła z kanapy. Łakomie wpakował go do ust.

– Coś ciekawego? – Seema wskazała gazetę.
– Ten kretyn dziwi się, że nie widzi różnicy między Audiolab i F3! – żachnął się Joe, plując 

przy tym okruszkami na cały pokój. – Co za idiota!

– Rzeczywiście, idiota – zawtórowała Seema. Właściwie nigdy nie wiedziałyśmy, o czym 

gada Gruby Joe.

– Będzie wam przeszkadzało, jeśli włączę telewizję? – zapytał i jednocześnie puścił głośnego 

bąka. W tym momencie zrozumiałam, że plan ze spalonym mieszkaniem nie wchodzi w grę. Nie 
przyprowadzę tu Briana, dopóki mieszka tu ten potwór. Seema i ja poszłyśmy do kuchni na 
dalszą naradę.

– Nie przywiozę tu Briana, póki będzie Joe – szepnęłam.
– Rozumiem. Może go poprosimy, żeby się wyniósł na kilka dni?
–   Seema,   wiesz   równie   dobrze   jak   ja,   że   dla   niego   zejście   na   dół   to   już   sukces.   Nie 

pozbędziemy się go z domu bez wsparcia policji.

Seema zmarszczyła brwi.
–  To  niesprawiedliwe.  Tak  bardzo   chciałam   poznać  twojego  Amerykanina...   Wydaje  się 

miły... i bogaty.

Włożyłam trzy torebki z herbatą do trzech wyszczerbionych, chyba niedomytych kubków.
– Jest mój – przypomniałam jej. – Tobie rodzice wybiorą męża.
– Przecież już masz chłopaka – zaprotestowała. – Nie możesz mieć dwóch naraz.
Akurat w tej chwili rzeczony chłopak zawołał z saloniku:
– Robisz herbatkę, Lizzie? Ja też poproszę. Przybył Richard.

background image

Rozdział 8

Richard.   Mój   chłopak.   Na   śmierć   zapomniałam,   że   miał   dzisiaj   wpaść   z prezentem 

urodzinowym  dla mnie.  Kiedy go usłyszałam,  mój  żołądek fiknął  salto, zaraz dopadły mnie 
wyrzuty sumienia, że już marzę o Brianie. Ja się martwię, bo powiedziałam Brianowi, że mam 
supermieszkanie? O wiele gorsze jest to, czego mu nie powiedziałam: że mam całkiem fajnego 
faceta.

Jeszcze   tydzień   temu   z radością   ogłaszałabym   całemu   światu,   że   Richard   to   „mój   nowy 

chłopak”.   Spotykaliśmy   się   mniej   więcej   od   siedmiu   miesięcy.   Dokładnie   mówiąc,   siedem 
miesięcy upłynęło, odkąd po raz pierwszy namiętnie całowaliśmy się w taksówce. Od tego czasu 
Richard zaglądał do nas prawie codziennie i uznałam, że jesteśmy ze sobą. W pewnym wieku nie 
można już zadawać pytań w stylu: „Więc teraz ze sobą chodzimy, tak?”. Takie pytania pasują do 
dwunastolatek, nie pań przed trzydziestką a szkoda.

Poznałam   Richarda   w spelunce   w centrum   miasta,   knajpie   namiętnie   odwiedzanej   przez 

Australijczyków i Nowozelandczyków dręczonych tęsknotą za domem. Wlewają tam w siebie 
tony piwa i recytują z pamięci rodzime reklamy. Za żadne skarby bym tam nie poszła, ale były 
dwudzieste   drugie   urodziny   Seemy   i uparła   się,   że   zacznie   kolejny   rok   życia   od   porwania 
nieznajomego.   W panikę   wprawiła   Ją   karta   urodzinowa   od   rodziców;   pod   życzeniami   było 
postscriptum: jeśli Seema nie znajdzie sobie męża do dwudziestych trzecich urodzin, oni zrobią 
to za nią.

I  tak  piłyśmy  tequila  od  szóstej   po  południu.  Zjadłyśmy   miskę  orzeszków  pistacjowych 

i byłyśmy już bliskie zalania się w trupa, kiedy los postawił na naszej drodze Richarda i jego 
kumpli.

Dosłownie na naszej drodze, bo spadłyśmy im z Seemą ze schodów prosto pod nogi. Chcąc 

zachować   równowagę,   podtrzymywałyśmy   się,   ale   Seemie   podwinęła   się   noga   na   zabójczo 
wysokich obcasach i runęła w dół, a ja za nią. Dobrze, że schodów było tylko sześć; zatrzymałam 
się na Richardzie z jego piwem na głowie. Zaproponowałam, że mu postawię nowe, ale odparł, 
że to on postawi mi drinka – jestem pierwszą kobieta, która dosłownie rzuciła mu się do stóp. 
Później nie miałam wyjścia, musiałam się z nim całować. Co więcej, on i jego kumpel, Paul 
(który,   jak   się   później   dowiedziałam,   potraktował   Seemę   identycznym   tekstem)   mieszkali 
w Ballham i mogliśmy wracać wspólną taksówką po zamknięciu knajpy. Był to ważny czynnik, 
bo obie miałyśmy mało pieniędzy.

Richard dobrał się do mnie w taksówce. Momentami było to nieco krępujące, bo siedziałam 

na siedzeniu tyłem do kierowcy i czasami Richard lądował na podłodze. Na szczęście Seema 
i Paul byli za bardzo zajęci sobą, żeby zwracać uwagę na upadki Richarda. Taksówkarz gwizdał 
głośno   i nastawił   radio   na   cały   regulator,   chyba   żeby   nie   słyszeć   odgłosów   całowania. 

background image

Taksówkarze są czasami nie do zniesienia, prawda? Z drugiej strony, nie zazdroszczę im pracy 
w sobotnie wieczory: wciąż wożą samych zakochanych albo zalanych. Koszmar!

Tego wieczoru Paul i Richard nie wrócili do ciebie na noc. Następnego ranka zderzyłyśmy 

się z Seemą w drodze do łazienki; obie chciałyśmy się umyć  i umalować, zanim nasze nowe 
zdobycze się obudzą.

– I co? – Seema rozczesywała piękne, długie, czarne włosy. – Śniadanie w łóżeczku czy 

nagła wizyta u pedikiurzystki?

Nagła   wizyta   u pedikiurzystki   to   doskonały   sposób   na   pozbycie   się   nocnej   pomyłki.   Po 

pierwsze, niepożądany gość musi szybko wyjść, po drugie, facetów odstraszała wizja kochanki, 
której się wycina odciski.

Zdecydowałam się na śniadanie w łóżku. Dwa dni później Richard zapytał w imieniu Paula, 

jak   tam   odciski   Seemy.   Nie   chciała   z nim   rozmawiać.   Ja   jednak   byłam   gotowa   na   miłość. 
Chciałam stałego związku z kimś, z kim mogłabym spędzać sobotnie popołudnia, włócząc się po 
parkach i galeriach, chciałam udowodnić nieszczęsnym singlom, jak żałosna jest ich egzystencja 
z mrożonym obiadkiem dla jednej osoby.

Richard   świetnie   się   nadawał   na   faceta,   który   pomoże   mi   utrzeć   nosa   tym   wszystkim 

zarozumialcom, którzy przez ostatnie cztery lata zapewniali mnie, jak bardzo mi zazdroszczą 
wolności i niezależności. Był dosyć przystojny – to znaczy posiadał wszystkie cechy niezbędne 
w ludzkiej   twarzy,   nosił   spodnie   odpowiedniej   długości   i miał   stałą   pracę   (bardzo   ważne   – 
początkowo,   po   przyjeździe   do   Londynu,   snobowałam   się   na   muzę   artystów   i umawiałam 
wyłącznie   z muzykami   i malarzami.   Miałam   okazję   zobaczyć   na   własne   oczy,   że   myślenie 
twórcze bardzo się opłaca, kiedy wstawałam rano do pracy, facet leżał w łóżku i myślał, i to 
samo   robił,   kiedy   wracałam   wieczorem.   Twórcze   myślenie,   akurat!   Zwykłe   lenistwo!).   Nie, 
wolałam faceta, który wychodzi z domu przede mną. Tak jak Richard, który pracował w City.

W porządku, był księgowym, nie superbogatym maklerem. Ale w końcu kiedyś trzeba się 

rozstać z marzeniami o księciu z bajki. Albo o gwiazdorze rocka. Dla każdej dziewczyny prędzej 
czy później przychodzi taki moment. Dla mnie już nadszedł. Matka poinformowała mnie o tym 
na tydzień przed dwudziestymi siódmymi urodzinami.

– Nie umawialiśmy się na dzisiaj? – zapytał delikatnie Richard na mój widok. Miałam na 

sobie starą piżamę ojca i szlafrok tak przetarty, że miejscami wyglądał jak pajęczyna.

Opuściłam wzrok na stopy w bamboszach. Rzeczywiście umawialiśmy się na wieczór, ale 

byłam tak podniecona telefonem Briana, że na śmierć zapomniałam.

– Nie chcesz świętować urodzin?
– A co tu świętować? – włączyła się Seema radośnie. – Lizzie ma prawie trzydzieści lat.
– Nieprawda – oburzyłam się. – Ciągle mam dwadzieścia parę.
–   Dwadzieścia   parę?   –   żachnęła   się   Seema.   –   O nie.   Dwadzieścia   parę   oznacza   od 

background image

dwudziestu   trzech   do   dwudziestu   sześciu.   A ty   masz   dwadzieścia   siedem,   więc   jesteś   przed 
trzydziestką. – Pokazała mi język.

– Więc nigdzie nie pójdziemy, bo panie w średnim wieku nie chodzą do pubów? – zmartwił 

się Richard. Rozwalił się na jedynym  fotelu, tak że Seema i ja musiałyśmy przycupnąć koło 
Grubego Joe. – Właściwie nie szkodzi, i tak nie mam pieniędzy. Macie jakieś piwo?

– Pójdę zobaczyć – poderwałam się z ulgą, szczęśliwa, że mam pretekst, żeby dłużej nie 

siedzieć   koło   góry   tłuszczu,   która   zdecydowanie   za   często   puszcza   bąki,   czyli   koło   mojego 
współlokatora. – Chyba jeszcze mamy to francuskie świństwo, które kupiliśmy w Calais.

– Świetnie – ucieszył się mój chłopak. – Posłuchaj, czy nie żądam za wiele, jeśli poproszę, 

żebyś  mi przyrządziła coś do jedzenia? Cokolwiek, nawet ser czy fasolę z puszki. Wszystko 
jedno co, naprawdę. Po pracy miałem iść na zakupy, ale bankomat znowu pożarł mi kartę.

– Myślałam, że przesłali ci pensję w zeszły piątek – zdziwiłam się.
– Bo przesłali. Ale i tak miałem straszny debet, w sobotę podjąłem dziesięć funtów i znów 

mnie zablokowali. W tym miesiącu muszę zacisnąć pasa, ale w przyszłym wszystko wróci do 
normy, obiecuję.

Seema   spojrzała   na   mnie   z powątpiewaniem,   gdy   to   usłyszała.   Wszystkie   organizacje 

dobroczynne   świata   toczyły   kampanię   z bankiem   Westminster,   żeby   umorzył   jej   część 
ogromnego   długu,   a ona   mimo   to   nie   spotykała   się   z facetami,   którzy   nie   mieli   płynności 
finansowej.

– Mam nadzieję, że zatrzymali ci kartę po tym, jak kupiłeś Lizzie prezent urodzinowy – 

zauważyła znacząco.

Richard poruszył się nerwowo.
– Właśnie o tym chciałem z tobą porozmawiać, Lizzie. Miałem pewien pomysł na prezent, 

ale potem uznałem, że lepiej będzie iść na zakupy razem, żebyś wybrała coś, co ci się na pewno 
spodoba, a ja zapłacę. Co ty na to?

Seema tylko przewróciła oczami.
– Ale to romantyczne! – syknęła. – W takim razie przygotuj się na spore koszta, Richard!
– Nie martw się, będę rozsądna – zapewniłam go.
Na tym polega różnica między mną a Seemą Gdyby jeden z jej facetów nieopatrznie dał jej 

w ręce   swoją   kartę   kredytową   zanim   by   się   obejrzał,   musiałby   sprzedać   mieszkanie,   żeby 
zapłacić za jej zakupy. Ja natomiast wróciłabym z zakupów z wybrakowanym swetrem o jednym 
rękawie wygrzebanym na wyprzedaży i zapewniałabym, że właśnie o czymś takim marzyłam, 
a dorobienie drugiego rękawa sprawi mi tylko przyjemność... Ja uważałam, że to o mnie dobrze 
świadczy, ale Seema twierdziła, że powinnam to sobie jeszcze przemyśleć.

–   Może   nie   jesteś   zachłanna   –   przyznała   –   ale   w pewnym   sensie   sprawiasz   facetowi 

przykrość. Faceci lubią mieć wrażenie, że odpowiadają za kobietę i spełniają jej zachcianki. Nie 

background image

przyjmując ich pieniędzy, kastrujesz ich... w pewnym sensie.

Co za pomysł.
Seema   była   klasycznym   przykładem   kobiety   nierównouprawnionej.   Nie   chciała   być 

kumplem.   Chciała   nosić   boa   z różowych   piór,   tiule   i koronki,   chciała   trzepotać   rzęsami, 
uśmiechać się zalotnie i przyjmować prezenty. Ja tymczasem zajmowałam się innymi typowo 
kobiecymi   czynnościami:   gotowałam,   prasowałam   i sprzątałam,   ale   uparcie   odmawiałam 
naciągania facetów na drogie prezenty. Seema miała rację. Jestem idiotką.

– Jest wyprzedaż w top Shop – rzuciła Seema przez ramię i wyszła.
– Czytałeś?  Ten kretyn  nie widzi różnicy między F3 a Audiolabem!  – Gruby Joe podał 

Richardowi gazetę.

– Żartujesz. – Mój przyjaciel z autentycznym zainteresowaniem pogrążył się w lekturze.
No, bomba.
Mój   związek   z Richardem   rozwijał   się   w przyspieszonym   tempie.   Już   pierwszej   nocy 

zaliczyliśmy fazę fascynacji seksualnej. Teraz osiągnęliśmy ten etap, kiedy zastanawiałam się, 
czy  facet,   który   w kółko   ma   debet,   zdoła   utrzymać   żonę   i dwoje   pięknych   dzieci,   o których 
zawsze marzyłam. Tylko że ich ojciec miał być bardzo bogaty.

Tymczasem wyjęłam z lodówki dwie kromki chleba, zdrapałam zielonkawą pleśń z rogów 

i wsadziłam je do opiekacza. Blachę pokrywał obrzydliwy tłusty nalot z bekonu. Gdybym robiła 
kanapkę dla siebie, w tym momencie miałabym dość, wpadłabym w szał, wyszorowała blachę, aż 
krwawiłyby   mi   ręce,   a potem   zwołałabym   zebranie   domowników   i zażądała,   żeby   wszyscy, 
którzy smażą sobie bekon w opiekaczu, wyściełali blachę folią aluminiową, żeby łatwo było ją 
wyrzucić,   żeby  pseudowegetarianie   nie  mieli  problemów  (pseudowegetarianie,  czyli  ja –  nie 
jadałam   niczego   z sympatyczną   buzią).   Jednak   robiłam   kanapkę   dla   Richarda.   Pomyślałam 
nawet, że posmak bekonu przypadnie mu do gustu.

Wsunęłam blachę do opiekacza, oparłam się zlew i czekałam, aż grzanki będą gotowe. Nie 

tak miało wyglądać moje życie, dumałam. Przecież to moje dwudzieste siódme urodziny! Nie tak 
wyobrażałam sobie moje życie w tym wieku: miało być jak z reklamy: piękne mieszkanie, dobra 
praca... Ja tymczasem robiłam grzanki ze spleśniałego chleba dla księgowego bez grosza przy 
duszy w kuchni, którą władze sanitarne uznałyby za zagrożenie dla ludzkiego zdrowia.

Nie chciałam widzieć pleśni na podłodze i na ścianach, brudnych zacieków na suficie... Nie, 

zamiast tego wolałam pogrążyć się w marzeniach o Brianie.

W  tym   momencie  resztki  bekonu   na  blasze   stanęły  w płomieniach   i z grzanek   zrobił  się 

popiół.

–   Cholera!   –   zaklęłam,   wyjęłam   blachę   z opiekacza   i nerwowo   dźgałam   resztki   grzanek 

łyżką.

Seema, Richard i Gruby Joe natychmiast zjawili się w kuchni i udzielili mi mniej lub bardziej 

background image

sensownych rad:

– Przynieście gaśnicę! – wrzeszczała Seema.
–   Wyczerpała   się   –   przypomniałam   jej   –   robiłaś   z niej   śnieg   na   ostatniej   imprezie 

gwiazdkowej.

– Przykryj to mokrą ścierką – poradził Richard.
– Tak się robi z frytkami, idioto – poprawił go Gruby Joe.
– Nie tylko – obruszył się Richard – zawsze, jak się pali tłuszcz. – Dzielnie podbiegł do 

zlewu,   zmoczył   ścierkę,   rzucił   na   blachę,   którą   jak   idiotka   nadal   trzymałam.   Ścierka 
zaskwierczała i całą kuchnię wypełnił dławiący, gryzący dym. Richard wyjął mi blachę z ręki, 
odstawił  na  stół,  objął  mnie   ramieniem  i czekał,  sama  nie  wiem  na  co,  chyba   że  nazwę  go 
bohaterem albo zaleję się łzami. Nie zrobiłam żadnej z tych rzeczy.

– Jezu! – jęknęła Seema. – Liz, czy ty nie umiesz nawet zrobić grzanek?
– Nie doszłoby do tego, gdyby ktoś – tu spojrzałam znacząco na Grubego Joe, największego 

miłośnika bekonu w naszym domu – raczył myć po sobie blachę! Na dnie był z centymetr starego 
tłuszczu!

– Więc czemu jej najpierw nie umyłaś? – zdziwiła się Seema.
– Bo mam tego dosyć – wrzasnęłam. – Mam dosyć życia w brudzie, mam dosyć sprzątania 

po was, nie jestem waszą matką. Ta kuchnia jest obrzydliwa! Spójrzcie na sufit!

Jak na komendę wszyscy spojrzeli w górę, na żółte zacieki tłuszczu nad kuchenką.
– O Jezu. Obrzydliwe – Seema aż się wzdrygnęła.
– Więc dlaczego nikt z tym nic nie robi? – wrzasnęłam. – Mam dosyć takiego życia! Miało 

być inaczej! – Z tymi słowami wybiegłam z kuchni. Richard pośpieszył za mną.

– Napięcie przedmiesiączkowe? – zapytał ostrożnie, gdy szlochałam w poduszkę.
– Nie! – ryknęłam. – Nie, nie, nie! Jezu, ale ty jesteś przewidywalny.
– Przepraszam, że pytałem – wycofał się. – Ale od razu przewidywalny? To trochę za ostre 

słowa po zaledwie siedmiu miesiącach, nie sądzisz?

Przewrócił mnie na plecy.
– Jesteś w depresji przez to, co mówiła  Seema?  Że  masz  dzisiaj urodziny?  Dwadzieścia 

siedem lat to nie starość, Liz.

– Wiem! – syknęłam. – Nie to chodzi!
– Miałaś ciężki dzień w pracy?
– Nie. Ale miałam ciężkie życie od pięciu lat. Co ja tu robię, Richard? Dlaczego mieszkam 

z niechlujami, którzy nawet nie kiwną palcem, żeby tu trochę posprzątać?

– Nie jest tak źle – zapewnił i spojrzał z zachwytem na tapetę odklejającą się od ściany. 

Rzeczywiście,   w porównaniu   z jego   mieszkaniem   nie   było   źle,   my   przynajmniej   mieliśmy 
toaletę. To znaczy w mieszkaniu Richarda też była, ale właściciel zamknął ją na cztery spusty 

background image

i oznajmił, że nie otworzy, póki lokatorzy nie zapłacą horrendalnego rachunku telefonicznego, 
spadku po poprzednich lokatorach.

– Dlaczego nie mieszkam w Nowym Jorku? Na Manhattanie?
– szlochałam.
–   A po   co?   –   zdziwił   się.   –   W Nowym   Jorku   jest   mnóstwo   szczurów,   i to   nawet 

w najlepszych dzielnicach. Są wszędzie, niszczą meble, gryzą dzieci.

–   W Ballham   też   –   przerwałam   mu.   –   W zeszłym   tygodniu   widziałam,   jak   się   ganiały 

w śmietniku.

– No dobra, więc szczury są też w Ballham, ale tutaj przynajmniej nie musisz się obawiać, że 

jakiś gang zastrzeli cię przez omyłkę w ulicznej strzelaninie – Richard nie dawał za wygraną.

– Akurat! Nie słyszałeś o facecie, który dostał rykoszetem przed McDonaldem? A poszedł 

tylko po hamburgera. Być może już nigdy nie będzie tańczył. – Za żadne skarby nie chciałam 
przyznać, że życie na południu Londynu może mieć jakiekolwiek zalety.

–   Jesteś   naprawdę   wściekła,   co?   –   zauważył.   Jakże   spostrzegawczo.   –   Może   chcesz   się 

przejść?

– Po ciemku? Po co?
–   Cóż,   pomyślałem   sobie,   że   może   wyskoczymy   na   frytki.   Nadal   jestem   głodny.   Ale 

musiałabyś mi pożyczyć parę groszy.

– No dobra. – Ze złością naciągnęłam dżinsy na spodnie od piżamy.  Wszystko, byle się 

wyrwać   z tego   domu.   W salonie   Seema   i Gruby   Joe   oglądali   telewizję.   Oddychali   przez 
chusteczki, w całym pokoju nadal unosił się dławiący dym. Zajrzałam do kuchni; nikt nie raczył 
umyć blachy.

Za to na dworze już nie padało.
– Nadal chcesz, żebym z tobą pojechał do twoich rodziców w niedzielę? – zapytał Richard, 

gdy wracaliśmy z baru.

Kolejna rzecz, o której na śmierć zapomniałam. Czekała mnie obowiązkowa comiesięczna 

wyprawa do domu, tym razem podwójnie uroczysta – zapewne dostanę kolejny gustowny prezent 
urodzinowy,   może   żelazko   albo   czajnik.   Zanim   zaczęła   się   cała   ta   afera   z Brianem,   usilnie 
namawiałam Richarda, żeby ze mną pojechał. Ponieważ w kwestii pracy nic się nie zmieniło, 
włosy, nieudolnie ufarbowane domową henną Seemy, nadal nie odzyskały normalnego koloru, 
uznałam, że narzeczony z porządną pracą poprawi mamie humor.

– Specjalnie z tej okazji kupiłem nową marynarkę – dodał.
– Cóż, jeśli chcesz...
– Oczywiście, że chcę. Ciekawe, po kim odziedziczyłaś charakterek.
– Mojego charakterku się nie czepiaj – żachnęłam się. – Mam nadzieję, że nie przyniesiesz 

mi wstydu. Umiesz posługiwać się sztućcami? Do tej pory widziałam tylko, jak wsuwasz frytki 

background image

plastikowym widelcem.

–   Umiem   posługiwać   się   także   łyżką   –   stwierdził.   –   Słuchaj,   tak   sobie   pomyślałem... 

W przyszły weekend będzie siedem miesięcy, jak jesteśmy razem..

Jęknęłam.
– A ponieważ  nie dostałaś  ode mnie  nic na urodziny,  może  wyskoczylibyśmy  gdzieś na 

weekend we dwoje?

– Co z twoim debetem? – zapytałam praktycznie.
– Mam jeszcze kartę kredytową... chyba że ją zablokują – dodał po chwili. – Moglibyśmy 

pojechać do Brighton albo Bath. Gdzie zechcesz, Liz. Ty wybierasz, to twoje urodziny.

–   Przykro   mi,   Richard,   ale   nic   z tego,   nawet   gdybyś   miał   kasę.   Nie   mogę   w przyszły 

weekend.

– A co? Znowu myjesz włosy pod pachami? – zażartował.
– Nie, będę miała gościa.
– Super, ma faceta? Paul jest nie do wytrzymania, odkąd Seema rzuciła go po jednej upojnej 

nocy. Może wyswatamy go z tą twoją koleżanką. Pójdziemy na podwójną randkę. Może dzięki 
temu się nie stoczy na dno. Obawia się, że jajka mu uschną. Wiesz, organ nieużywany zanika.

– Słuchaj, Richard – przerwałam mu. – Przyjeżdża do mnie mężczyzna.
– Och. W takim razie podwójna randka to rzeczywiście nie najlepszy pomysł. Były chłopak? 

– zapytał ostrożnie.

– Stary przyjaciel – powiedziałam. – Ze Stanów.
– Aha. Cóż, to na pewno fajny gość. – Nie wydawał się przekonany.
– I to bardzo. – Chyba powiedziałam to zbyt uczuciowo, bo Richard nagle spochmurniał. 

Odchrząknął.

– W takim razie w przyszły weekend dam ci spokój. – Stanęliśmy przed domem. Richard 

wyraźnie czekał, że go zaproszę do środka. Dzisiaj przyda mi się ktoś bliski, do kogo mogłabym 
się przytulić, pomyślałam.

– Wejdź – pociągnęłam go za rękę.
–   Dzisiaj   wolałbym   wrócić   od   siebie.   –   Zaskoczył   mnie   tymi   słowami.   –   Rano   muszę 

wcześnie wstać. Czeka mnie trening przed pracą, w środę gramy z chłopakami z Coopersa.

– Rozumiem.
– O której pojedziemy w niedzielę?
– Koło dziesiątej. Przyjadę po ciebie.
– Dobra. – Pocałował mnie w policzek. – Więc do niedzieli.
Mniej więcej przez dziesięć sekund byłam wściekła. Żadna dziewczyna nie lubi, kiedy facet 

odrzuca jej zaproszenie, zwłaszcza w jej urodziny. Nieważne, że wygłosiłam je bez przekonania. 
Zaraz jednak doszłam do wniosku, że właściwie dobrze się stało. Poszłam na górę, starannie 

background image

unikając przy tym spojrzenia do kuchni; poczekam z tym do rana. Zamknęłam drzwi od pokoju 
i wyjęłam spod łóżka pudło ze skarbami.

Było to tylko stare pudełko po butach, ale jego zawartości nie zamieniłabym na żadne skarby 

świata.   Był   tam   żółty   żonkil,   zasuszony   między   dwoma   kartkami   starego   zeszytu,   i mała 
karteczka,   na   której   ktoś   (Brian)   nabazgrał:   „Do   zobaczenia   na   lunchu”.   Była   to   pierwsza 
karteczka, jaką przypiął mi na tablicy korkowej, mniej więcej na dwa tygodnie przedtem, nim 
mnie   pocałował.   I jeszcze   z pół   tuzina   innych   notatek   od   Briana,   dłuższych   i cieplej   szych. 
Kartka walentynkowa, na której amerykańskim zwyczajem się podpisał. Początkowo wydawało 
mi   się   to   dziwne,   teraz   się   cieszyłam,   że   to   zrobił.   Guzik   od   jego   ulubionej   koszuli,   który 
znalazłam na podłodze u mnie w pokoju już po jego wyjeździe. Kilka zdjęć zrobionych podczas 
tamtych cudownych dziewięciu miesięcy.

Szybko   znalazłam   moje   ulubione.   Zrobiono   je   na   balu   na   zakończenie   roku   szkolnego 

i zarazem na koniec jego pobytu w Anglii. Miałam na sobie sukienkę z czerwonego aksamitu, na 
którą wydałam prawie połowę mojego rocznego stypendium. Włosy upięłam na czubku głowy 
w ekstrawagancki   kok,   którego   nie   udało   mi   się   powtórzyć   nigdy   później.   Brian   wyglądał 
zabójczo   w czarnym   fraku.   Przyniósł   mi   nawet   bukiecik   kwiatków   do   przypięcia.   Żadna 
dziewczyna, która przyszła z Anglikiem, nie miała czegoś takiego.

Bukiecik odpadł podczas tańca – przygrywał nam zespół, który lata świetności dawno miał 

za sobą. Została mi tylko różowa wstążka – od lat przechowywałam ją w pudle ze skarbami.

Położyłam się i długo patrzyłam na nasze zdjęcie. Brian był taki przystojny, szeroki uśmiech 

rozjaśniał całą twarz. Nagle przypomniałam sobie, jak pachniał tamtego wieczoru. Davidoff Cool 
Water – tego wtedy używał.

Na samym dnie leżała także taśma magnetofonowa. Była to kaseta, którą Brian przygotował 

specjalnie dla mnie. Kaseta z piosenkami mającymi dla nas szczególne znaczenie. Było tam Love 
Cats 
The Cure – przy tej piosence całowaliśmy się po raz pierwszy na pamiętnej imprezie dwóch 
ciuchów. Everywhere Fleetwood Mac – przy tym się po raz pierwszy kochaliśmy (miałam wtedy 
tylko dwa CD, w tym – największe przeboje Fleetwood Mac). Im dłużej przeglądałam pamiątki, 
w tym bardziej nostalgiczny nastrój wpadałam.

Nie do wiary, że nie widzieliśmy się od prawie sześciu lat. Brian nadal stanowił istotny 

element mojego życia, często o nim myślałam. Ostatnie sześć lat to nic w porównaniu z rokiem, 
który spędziliśmy razem. Żaden inny mężczyzna nie zrobił na mnie takiego wrażenia.

Zastanawiałam   się,   czy   się   zmienił.   Czy   nadal   ma   gęste,   ciemne   włosy?   A może   stres 

przerzedził mu czuprynę? Nadal ma płaski, twardy brzuch, czy może utył, jak my wszyscy? Czy 
nadal w kącikach jego oczu pojawiają się drobne zmarszczki, kiedy się uśmiecha? Czy nadal tak 
smakowicie pachnie? Zasnęłam z twarzą wtuloną w fotografię.

background image

Rozdział 9 

Drzemka z fotografią Briana pod poduszką niewiele pomogła, w każdym razie nie wpadłam 

na żaden genialny pomysł, jak rozwiązać dramatyczny problem: wizytę Briana w Ballham.

Patelnia   stała   na   środku   stołu,   nadal   przykryta   wilgotną   ścierką   teraz   nieco   przypaloną. 

W zlewie piętrzyły się brudne naczynia i kawałki rozmontowanego roweru. Z kominka smętnie 
zwieszała   się   samotna   skarpetka,   którą   Seema   wycierała   kurze;   wyglądała   jak   żałosne 
wspomnienie Gwiazdki. W całym domu nie było nikogo, kto by choć pomyślał o sprzątaniu.

Zrobiłam sobie grzankę, to znaczy opaliłam spleśniałe brzegi chleba nad gazem i napiłam się 

herbaty bez mleka. W lodówce nie było nawet pustego kartonu po mleku. Ostatnimi czasy Gruby 
Joe nabrał zwyczaju chomikowania mleka u siebie w pokoju na wypadek nieoczekiwanego końca 
świata, ale nie czułam się na siłach iść do jego jaskini w poszukiwaniu zaginionego litra. Skoro 
cały salon śmierdział skarpetami przez pięć minut po jego przejściu, lepiej nawet nie myśleć, jaki 
zapach panował w jego sypialni. Saddam Husajn wydawał ciężkie miliony na badania nad bronią 
biologiczną a nie wie, że wystarczy krótka wizyta w pokoju Grubego Joe. Załatwiłby całą armię. 
Nawet w maskach gazowych.

Dokończyłam   grzankę   –   czyli   wyrzuciłam   ją   do   kosza   po   jednym   kęsie   i realistycznie 

analizowałam kwestię doprowadzenia domu do stanu używalności w ciągu tygodnia, czyli do 
przyjazdu Briana. Właściwie plan Seemy, czyli kłamstwo, że mój apartament się spalił, stanowił 
jedyne   sensowne   wyjście,   oczywiście   nie   biorąc   pod   uwagę   wyznania   mu   całej   prawdy. 
Rozejrzałam   się   dokoła:   wygląd   kuchni   poprawi   się   znacznie,   wystarczy   pozbierać   śmieci. 
Przypomniały mi się także opowieści o magicznych odkurzaczach, wypożyczenie czegoś takiego 
na   cały   dzień   kosztuje   50   funtów.   Dokładnie   rzecz   biorąc,   słyszałam   o fantastycznych 
sprzątaczach   za   taką   cenę.   Tylko   że   właściwie   nie   mam   tyle   kasy   na   zbyciu.   Muszę   sama 
posprzątać.

Powędrowałam   z powrotem   do   kuchni   i ostrożnie,   żeby   przypadkiem   nie   trącić   góry 

brudnych naczyń, które, jak liczyłam, magicznie umyją się same, udałam się na poszukiwania 
szmatki do kurzu w szafce pod zlewem.

Szmatki   do   kurzu   co   prawda   nie   znalazłam,   odkryłam   za   to   moją   kremową   marynarkę, 

prawie jak od Armaniego. Tę samą, którą, jak uparcie twierdziła Seema, ukradziono nam sprzed 
domu, ze sznura z bielizną. Moja współlokatorka zaklinała się, że grzecznie uprała nieszczęsną 
marynarkę   po  tym,   jak   ją   ode  mnie   pożyczyła,   i powiesiła   na   dworze,   żeby   wyschła.   Teraz 
znalazłam   się   bliżej   prawdy.   Marynarka   ziała   na   przedzie   wielką   dziurą.   Dziurą,   która 
rozmiarami   zadziwiająco   przypominała   nasze   żelazko.   Zapewne   Seema   rzeczywiście   uprała 
żakiet w przypływie dobrej woli, ale prasowanie wyraźnie przerastało jej możliwości. Po krótkim 
namyśle byłam nawet w stanie dokładnie określić, kiedy doszło do tej tragedii. Przypomniałam 

background image

sobie, jak któregoś dnia wróciłam do domu i Seema stała przy zlewie w dziwacznej pozie, jakby 
coś sobą zasłaniała, a w powietrzu unosił się dziwny zapach spalenizny. Tłumaczyła się wtedy, 
że piekła indyjskie placki, które jakoby pożarł Gruby Joe.

Zdenerwowałam  się,  ale  trudno,   w końcu  to  było   dawno,  jakiś  rok  temu.  Zresztą  nawet 

gdybym  teraz chciała wbić się w tę marynarkę, miałabym poważne kłopoty, bo odkryłam, że 
jedynym sposobem na przetrwanie dnia w firmie Corbett i S-ka jest objadanie się batonikami. 
Wyrzuciłam marynarkę do śmieci i zapamiętałam sobie, żeby wyciągnąć kwestię nieszczęsnego 
odzienia przy odpowiedniej okazji, kiedy będzie mi zależało, żeby Seema, szarpana wyrzutami 
sumienia, zrobiła coś dla mnie.

Kiedy   ponownie   wynurzyłam   się   z otchłani   szafki   z zardzewiałym   drapakiem   do   naczyń 

i butelką mleczka do mycia, które zdążyło wyciec lepką białą kałużą na podłogę, poważnie się 
zastanawiałam, czy ta chwila nie nadejdzie szybciej, niż przypuszczałam.

Wepchnęłam stertę naczyń do zlewu z letnią wodą (bez płynu do naczyń, ma się rozumieć) 

i zabrałam   się   za   szorowanie   aluminiowej   obudowy   zlewu.   Szorowałam   i szorowałam. 
I szorowałam.   Ale   przeklęty   osad   z twardej   wody  ani   myślał   ustąpić.   Może   wystarczy,   jeśli 
opłuczę zlew. Ważne, żeby było czysto, nieco zużyte sprzęty nie odstraszą Briana.

Wyjęłam ze zlewu korek; niech wreszcie spłynie brązowa woda, stojąca od mniej więcej 

tygodnia. Ale nie odpływała. Wyjęłam połowę naczyń, szukając przyczyny zatoru. Po chwili 
wyjęłam   wszystko   z wody   tak   brudnej   i mętnej,   że   nic   w niej   nie   widziałam.   Z pewnymi 
obawami wyciągnęłam rękę w stronę odpływu. Kiedyś znalazłam tam rybi łeb, patrzący na mnie 
tępymi ślepiami.

Tym razem wyciągnęłam mysz.
Wrzeszczałam na całe gardło, pobudziłam wszystkich. Wcale nie dlatego, że to była mysz, 

nie jestem histeryczną idiotką, która wskakuje na krzesło na widok chudego szczurzego ogonka. 
Ba, jako dziecko hodowałam myszki. Może właśnie dlatego tak bardzo przeżyłam fakt, że mała 
mysz  utopiła się w naszym  zlewie. Biedactwo pewnie zginęło,  próbując wyłowić  wyjątkowo 
smakowity   kąsek.   Może   utkwiła   pod   jednym   z moich   talerzy?   Ta   myśl   będzie   mnie 
prześladowała do końca życia.

W   każdym   razie   odechciało   mi   się   dalszej   pracy.   Dobrze   mi   zrobi   mały   drink,   i to   jak 

najszybciej. Na szczęście miałam na dzisiaj towarzystwo. Na lunch umówiłam się z Marudną 
Mary. Nigdy nie przegapiła okazji na szybkiego drinka. Co więcej, ona stawia. Z okazji moich 
urodzin. Obiecała.

Podczas   studiów   byłyśmy   nierozłączne,   ale   teraz   prawie   się   nie   widywałyśmy,   chociaż 

mieszkałyśmy w odległości niecałych sześciu kilometrów. Tylko że te cztery mile przez Tamizę 
oznaczają, co zapewne wie każdy,  kto mieszkał w Londynie, godzinę w zatłoczonym  metrze. 
(Nie żeby Mary korzystała z publicznych środków transportu). Ode mnie, z Ballham, na południu 

background image

miasta,   do   modnego   Belsize   Park,   gdzie   mieszka   Mary,   było   prawie   równie   daleko   jak   do 
Nowego Jorku. I tyle.

I   tak   moja   przyjaźń   z Mary,   podobnie   jak   z Brianem,   przeszła   w znajomość   wirtualną. 

Wymieniałyśmy pospieszne maile trzy razy w tygodniu. Tylko że Mary, w przeciwieństwie do 
mnie, naprawdę nie miała kiedy pisać rzeczy dłuższych niż zdawkowe: „Jak leci? Przepraszam, 
że długo nie pisałam”. Widzicie, o ile ja staczałam się po równi pochyłej, odkąd opuściłyśmy 
mury  uniwersyteckie,  Mary poszybowała  w górę.  Naprawdę,  gdybym  nie  spotykała  się  z nią 
kilka razy do roku przez te pięć lat od studiów, nie uwierzyłabym,  że nowa Marudna Mary, 
wiecznie zajęta i załatana, wiecznie rozmawiająca przez telefon z ludźmi o wiele ważniejszymi 
ode mnie, to ta sama dziewczyna, która obrażała się o brak uwagi.

Ba, nawet nie farbowała się już na czarno. Jej matka, jak się okazało, gruba ryba  w public 

relations, pracowała w ogromnej firmie, która obsługiwała wszystkich, kto się liczył, poczynając 
od producentów napojów gazowanych po arabskich handlarzy bronią (przez całe studia Mary 
nawet nie pisnęła słowa na ten temat), namówiła ją, żeby przed pierwszą rozmową w sprawie 
pracy   nałożyła   koronkę   na   ułamany   ząb   i wróciła   do   naturalnego   koloru   włosów   (miodowy 
blond). Mary posłuchała. Kiedy zajrzałam do kawiarni Mezzo, nie wiedziałam, czy przede mną 
siedzi stara przyjaciółka  Mary,  czy może  gwiazda telewizyjna.  Miała na sobie piękny,  drogi 
kostium w kolorze  szampana,  do tego czekoladową bluzkę  i dobrane dodatki.  Wyglądała  jak 
smakowita droga pralinka, podczas gdy ja byłam niejadalna, w poplamionych dżinsach i swetrze, 
który wyciągnęłam z kosza z brudną bielizną. Szczerze mówiąc, nie wiem nawet, czy sweter na 
pewno był mój.

– Cóż, nie pójdziemy w żadne eleganckie miejsce – zawyrokowała na mój widok. – Napij się 

kawy, moja droga, ja tymczasem jeszcze zadzwonię, potem poświęcę całą uwagę tylko tobie. – 
Rzuciła   na   stolik   banknot   pięciofuntowy   i przez   następny   kwadrans   przekonywała   redaktora 
naczelnego „Daily Mail” czy innego brukowca, że kolejny kryzys w Iraku to kiepski temat na 
pierwszą stronę.

– Skarbie – szczebiotała  zalotnie  (w sposób, który,  niestety,  nie podziałał  na doktoranta 

z kolczykami) – to takie nudne. Co za dołujący temat na początek tygodnia. Ludzie mają tego 
dosyć. Ale posłuchaj: wiem z pewnego źródła, że jeśli Anthea Turner nie dostanie pierścionka 
zaręczynowego w ciągu tygodnia, idzie do klasztoru. Nie uważasz, że to ciekawsza informacja? – 
O dziwo, przyznał jej rację.

Mary zaczęła jako asystentka PR w domu mody, z czasem zajęła się promowaniem artystów. 

Ojciec dał jej pieniądze na otworzenie własnej agencji artystycznej, ale nie lubiła o tym mówić. 
Dzisiaj   każdy,   kto   się   liczył   w show-biznesie   miał   w portfelu   jej   wizytówkę   –   na   wszelki 
wypadek.   Znała   osobiście   wszystkich,   poczynając   od   najsłynniejszych   korespondentów 
szanowanych   gazet,   dla   których   bagaż   podręczny   oznaczał   kamizelkę   kuloodporną,   po 

background image

raczkujące bachory ze Spice Girls, które nie ruszały się nigdzie bez walizki pieluch od Gucciego.

– Co u ciebie? – zapytała w końcu, kiedy już opowiedziała mi anegdotę o słynnej modelce, 

którą wzięła pod swoje skrzydła. (Załatwiła nowej podopiecznej randkę z politykiem, gejem, za 
mało   radykalnym,   żeby   się   publicznie   przyznać   do   swojej   orientacji.   Poszli   do   japońskiej 
restauracji i modelka wypiła wodę do płukania palców i tak dalej. Podobno parlamentarzysta też 
upił łyczek, żeby nie wprawiać jej w zakłopotanie). – Jak minęły urodziny?

Wzruszyłam ramionami.
– Dostałaś coś ładnego?
– Nie.
– No, to może to ci się spodoba – Pchnęła w moją stronę małą paczuszkę. Chciwie rzuciłam 

się na niebieski pakunek. Może przynajmniej Mary kupiła mi coś ładnego. Nie zawiodłam się. 
Pudełeczko   było   jasnoniebieskie,   z napisem   „Tiffany”,   najpiękniejszym   słowem   w języku 
angielskim, jeśli nie liczyć słów „Czy zostaniesz moją żoną” z ust Josepha Fiennesa.

– Nie podniecaj się za bardzo – ostrzegła. – To tylko breloczek.
I   tak   to   najładniejszy   prezent,   jaki   dostałam   w ciągu   roku.   Zrobiło   mi   się   głupio   na 

wspomnienie taniego płynu do kąpieli, którym obdarowałam Mary w jej urodziny.

– Chciałabym ci się jakoś odwdzięczyć.
– Może kiedyś. Mogłabyś  na przykład  znaleźć  mi  ładne przytulne  mieszkanko  i obniżyć 

prowizję.

– Nikt nie sprzedaje ładnych przytulnych mieszkanek przez naszą agencję – przypomniałam 

jej. – Chociaż nie, może niedługo będziemy mieć w ofercie apartament przy Eaton Place, zależy, 
czy stara ciotka Harriet stanie na nogi po zawale czy nie.

– Eaton Place? – skrzywiła się z niesmakiem. – Strasznie tam ciemno, chyba że na ostatnim 

piętrze.

–   Ja   tam   nie   miałabym   nic   przeciwko   temu.   –   W końcu   to   jeden   z lepszych   adresów 

w Belgravii. Ba, w całym Londynie.

– Nie, raczej nie. – Ciągle była złośliwa. – Jak tam twoi współlokatorzy?
– Bez zmian, jedno grube i wkurzające, drugie tylko wkurzające.
– Doprawdy, Lizzie – parsknęła śmiechem. – Musisz się jak najszybciej wyprowadzić, bo jak 

nie, to prędzej czy później się do nich upodobnisz.

– Nie stać  mnie  – powiedziałam.  – Właściciel  zapowiedział  kolejną podwyżkę  czynszu, 

a nowej termy nadal nie widać, chociaż ją nam obiecał. Przeczytałam umowę najmu, ale wynika 
z niej mniej więcej tyle, że może nas wyrzucić, kiedy mu się spodoba. – Widziałam, że temat 
wyraźnie Mary nudzi.

– A sprawy sercowe? – poruszyła temat, na który sama miała coś do powiedzenia.
– Ciągle jestem z Richardem, wiesz, pisałam ci o nim.

background image

– Co? – Rozbawiona, uniosła brwi. – To już ponad...
– Siedem miesięcy.
– Czyżby to on? – zapytała ciekawie. – Mężczyzna twojego życia?
– To księgowy – odparłam.
– Och. W takim razie nie przywiązuj się za bardzo.
– Skądże – chyba trochę skłamałam. – A co u ciebie?
– Nie widziałaś zdjęć w „Hello”? Wiem, było malutkie, na przedostatniej stronie, ale za to 

kolorowe. Mitchell i ja byliśmy na pięćdziesiątych urodzinach Ivany Trump. Po raz kolejny – 
dodała złośliwie.

– Nie wiedziałam, że znasz Ivane Trump – zdziwiłam się.
– Właściwie nie znam. To znaczy na tyle, żeby powiedzieć „cześć”, kiedy się mijamy w San 

Lorenzo. Ale byłam winna przysługę jej agentowi, a on się obawiał, że jej urodziny przejdą bez 
echa w mediach. Wystarczyło, żebym wpadła tam na pół godzinki z Mitchellem, dziennikarze 
zrobili nam masę zdjęć i już. Właściwie wszystkim to się opłacało, Mitchellowi nie zaszkodzi, że 
znowu będzie w „Hello”.

– Rozumiem. Jak tam jego nowa płyta?
– Biedak siedzi w studio od zmierzchu do świtu, a potem przesypia całe dnie. Mam wrażenie, 

że związałam się z wampirem.

Nie dość, że Mary sama robiła karierę, to jeszcze na dodatek znalazła sobie słynnego faceta, 

jakbyście sienie zorientowali.

Mitchell, znany tylko z imienia, to ostatni z Teenage Crush, boysbandu, który królował na 

listach   przebojów   w 1999.   Potem   grupa   się   rozpadła,   wszyscy   chłopcy   chcieli   robić   kariery 
solowe, ale jak na razie udało się tylko Mitchellowi, a i to za sprawą nowych aranżacji starych 
piosenek. W każdym razie, Mitchell to ten przystojny, z ciałem atlety i urodą gwiazdora, za to, 
jak wieść niesie, z malutkim rozumkiem. Pewnie Mary zmieniła zdanie; kiedyś zarzekała się, że 
nie pójdzie do łóżka z facetem, który pobudza tylko jej łechtaczkę, nie umysł (było to w czasach 
niespełnionej   miłości   do   nakłutego   doktoranta).   Cóż,   tak   czy   inaczej,   sypiała   ze   swoim 
najważniejszym klientem, nieważne, że ledwo zdał maturę.

– Czy na nowej płycie będą jego utwory? – zapytałam, rozkoszując się świadomością że 

niemal wszyscy nadstawili ucha: imię Mitchell było wtedy bardzo na topie. Ale Mary tylko 
przewróciła oczami.

– Boże drogi, nie. Jeszcze nie może sobie na to pozwolić. Co prawda jak idiotka pozwoliłam 

mu zmarnować cały tydzień ostatniej sesji na nagrywanie własnych kompozycji. W życiu nie 
słyszałaś czegoś takiego, Liz, i mam nadzieję, że nigdy nie usłyszysz. Koszmarne, mroczne i do 
kitu. Krwawiące serca, nieodwzajemniona miłość i na dodatek odrobina satanizmu i wampirów.

– Co?

background image

– Tak samo  zareagowałam.  Stek  bzdur, powiedziałam.  Nagra stare  kawałki  i tyle.  Może 

pozwolę mu nagrać jeden z jego utworów jako bonus, wiesz, taki, co to go słychać dwie godziny 
po skończonej płycie.

– Może lepiej nie – zastanawiałam się na głos. – Jeśli jest takie mroczne... Ani się obejrzysz, 

a rozwścieczone   matki   niewinnych   nastolatek   oskarżą   was,   że   Mitchell   szerzy   satanizm 
i zażądają zwrotu kasy.

Wiedziałam, że to ją przestraszy.
– Może masz rację – zamyśliła się. – Chociaż akurat o niewinności nie może być mowy. 

Żebyś ty widziała te czternastolatki, które się na niego rzucały, kiedy ostatnio podpisywał płyty! 
Jedna zapytała mnie, czy mam ogień, bo skręt jej zgasł! Nie mają pojęcia o moralności. Drugs, 
sex & rock’n’roll to dla nich prehistoria! O Boże, słyszysz, co ja mówię? – prychnęła. – Jak stara 
baba.

– Nie myślicie o legalizacji waszego związku? – chciałam już zmienić temat.
–   Daj   spokój,   Liz.   Gdyby   Mitchell   teraz   się   ożenił,   nie   sprzedałby   ani   jednej   płyty. 

Rozwrzeszczane nastolatki z buzującymi hormonami kupują jego płyty, bo jest wolny. Łudzą się, 
że go zdobędą.

Wiesz, Take That nie mogli nawet mieć stałych dziewczyn. Tak było w kontrakcie.
– Więc dlaczego Mitchell może cię obściskiwać na zdjęciach do „Hello”? To nie wpływa 

negatywnie na jego wizerunek?

Pokręciła głową – We wszystkim musi być równowaga. Mitchell musi się wydawać wolny, 

ale rozrywany przez kobiety.

– Och. Więc to nie jest mężczyzna twojego życia?
–  Owszem   –  żachnęła   się.   –  Ale   jest   przede   wszystkim   moim   klientem,   dopiero   potem 

facetem i na razie nie myślę o sukni ślubnej. Jego kariera jest ważniejsza.

– Szkoda.
– Chodzi też o moje zarobki – zauważyła trzeźwo. – Zarabiam razem z nim. Poza tym wiesz, 

nie wierzę w bajeczki typu: żyli długo i szczęśliwie. Nie po tym, co widziałam.

–   A co   u twoich   rodziców?   –   zapytałam   odruchowo.   Nigdy   ich   nie   poznałam.   Kiedyś 

z daleka widziałam jej matkę, siedziała w srebrnym mercedesie i czekała, aż Mary przytaszczy 
walizkę   po   kolejnym   semestrze   w Oksfordzie.   Słyszałam   jednak   o nich   na   tyle   dużo,   żeby 
wiedzieć, że jeśli ktoś obrzydził Mary instytucję małżeństwa, to właśnie ci, którzy mieli być dla 
niej wzorem.

– Ojciec ma kolejny romans – mruknęła, potwierdzając moje podejrzenia. – Co za idiota, 

wiesz,  myśli,  że  niczego   nie  zauważyłyśmy.  A to  takie   oczywiste.  Kiedy  tylko   wpadnie  mu 
w oko nowa idiotka, zaczyna dietę, zapisuje się na siłownię. Wtedy mama zmienia kolor włosów 
i wyrusza na polowanie. Są warci siebie. Nie rozumiem, czemu się po prostu nie rozwiodą. Nie, 

background image

właściwie wiem. Boją się, że to drugie zgarnie kasę i dom na Majorce. A co u twoich?

– To samo co zawsze. Ciągle razem. Rozwód im niepotrzebny, ojciec ucieka do szopy, kiedy 

się pokłócą – zażartowałam.

– Masz szczęście, że masz takich rodziców – mruknęła, wpatrując się w dno filiżanki. Mary 

w kółko powtarzała,  jakich mam  wspaniałych  rodziców, ale poznała  moją mamę  dopiero po 
menopauzie (pięć długich lat groźby końca świata, ilekroć ktoś nakruszył na dywan).

–   No   dobra,   powiedz,   czy   będzie   mi   dane   poznać   tego   supermana,   zanim   zgaśnie   jego 

gwiazda i staniecie na ślubnym kobiercu? – zapytałam, żeby trochę ją rozchmurzyć.

– Oczywiście – obiecała żarliwie. – Ale wiesz, jak to jest. We dwie spotykamy się rzadko, 

tyle   mam   pracy.   Jakby   do   tego   dodać   jeszcze   zobowiązania   Mitchella,   wiesz,   musi   się 
pokazywać na tylu imprezach... to niemożliwe.

– Więc może spotkamy się na jakiejś imprezie? – zaproponowałam ochoczo. – W sali dla 

VIP-ów w ekskluzywnym klubie. Zawsze chciałam być VIP-em.

– Taak...   zobaczymy.  –  Mary nie  była   chyba   zachwycona   moim  pomysłem.   A może  po 

prostu   miała   dosyć,   że   wszyscy   chcą   się   spotykać   z jej   facetem.   Ja   też   nie   miałabym   nic 
przeciwko znanemu kochankowi, ale chyba trzeba samemu być kimś, żeby się uporać z takim 
obciążeniem. No bo wiesz: chodzisz na różne imprezy z gwiazdami i w ogóle, ale nikt nie zwraca 
na ciebie uwagi, chyba że też jesteś kimś. Atak, to większość wolałaby, żeby facet przyszedł sam.

– Nie zgadniesz, kto do mnie wczoraj dzwonił – rzuciłam, żeby przerwać kłopotliwą ciszę.
– Bill? – domyśliła się, nawet nie podnosząc wzroku. – Rozmawiałam z nim w piątek, miał 

do ciebie zadzwonić. W przyszły weekend będzie w Londynie, w drodze z Chile do Nepalu.

– Nie, nie Bill. – Poczułam się urażona, że do mnie nie zadzwonił. Czasami wysyłał mi 

pocztówki, ale z Mary był w stałym kontakcie.

– Och. Więc rzeczywiście nie zgadnę – zamyśliła się. – Andrew?
– Andrew? Jaki Andrew? – zdziwiłam się. Nie znam żadnego Andrew. – Nie. Brian.
Przez chwilę patrzyła na mnie tępym wzrokiem.
– Brian Coren. Chyba go pamiętasz? – powtórzyłam. – Brian z Ameryki. Byliśmy wtedy na 

drugim roku. Fajny tyłek. Szeroki uśmiech. Miłość mojego życia.

Mary otworzyła buzię ze zdumienia i przez chwilę wydawało się, że czas się cofnął i znowu 

siedzimy przed budynkiem psychologii i jest nam wstyd, bo nabijałyśmy się z Amerykanów.

– Chyba nie Brian Coren z Nowego Jorku? – wykrztusiła w końcu.
– We własnej osobie. Zadzwonił wczoraj. Przyjeżdża do Londynu.
–   O Boże.   –   Odstawiła   filiżankę   i przeczesała   włosy   starannie   wymanikiurowaną   dłonią. 

Albo przestała obgryzać paznokcie, albo ma świetne tipsy.

– Kiedy? – zapytała.
– Pod koniec tygodnia. W piątek po południu.

background image

– O mój Boże kochany. Liz. Mało czasu.
– Mnie to mówisz? Powiedział, że musi korzystać z okazji, że może się urwać z pracy.
– Rozumiem go – mruknęła. – Nie byłam na urlopie od trzech lat. Gdzie się zatrzyma? 

Gdzieś w centrum?

– Hm... zaproponowałam, żeby zamieszkał u mnie.
– Co? W Ballham? Żartujesz sobie.
– Niestety nie. Twierdził, że chętnie zamieszka w hotelu, ale nie chciałam o tym słyszeć. 

Upierał się, a ja nie dawałam za wygraną, tłumaczyłam,  że będę miała wyrzuty sumienia do 
końca życia, jeśli nie zatrzyma się u mnie. On się upierał przy swoim, ja przy swoim i niestety 
wygrałam.

– Idiotka! – oburzyła się. – Nie możesz go zaprosić do tych pcheł.
– Słucham? Nie jest aż tak źle!
– Tak ci się tylko wydaje. Widzisz, nie chciałam ci o tym mówić, ale pamiętasz tę noc, kiedy 

u ciebie nocowałam? To było... no wiesz...

Po tym, jak ją rzucił bogaty, wolny i przystojny dziedzic sieci supermarketów, o ile dobrze 

pamiętam. Mary zjawiła się pod drzwiami o trzeciej w nocy, w piżamie, zapłakana. Wyglądała 
jak kandydatka na oddział zamknięty. Do rana piłyśmy wódkę z dżinem. Była to jej pierwsza 
i ostatnia wizyta w Ballham, później już zawsze spotykałyśmy się w Soho.

– Rano obudziłam się na waszej kanapie i poczułam swędzenie na nodze. Miałam czerwone 

kropki na udach. Pchły – dodała szeptem. – Niestety, scenicznym, tak że pół kawiarni obejrzało 
się w naszą stronę, żeby zobaczyć, co za niechluj mieszka z pchłami.

– Nieprawda! – oburzyłam się.
– Niestety, prawda. Wiem, to nie twoja wina, Liz. Przecież nawet nie lubisz kotów, to pewnie 

pamiątka po poprzednich lokatorach, czytałam gdzieś, że pchły żyją wiele lat. Chodzi mi tylko 
o Briana. Nie możemy mu tego zrobić, rozumiesz? Wiesz przecież, jakiego fioła Amerykanie 
mają na punkcie higieny.

– Wiem – smętnie pokiwałam głową. Z rozpaczą przypomniałam sobie dziwaczne poglądy 

Briana  na tę kwestię. Nie mieściło  mu  się w głowie, że można  wejść do wanny,  nie biorąc 
przedtem prysznica. Codziennie zmieniał bieliznę, co najmniej raz w tygodniu pościel. Chyba nie 
spodoba mu się bliskość Grubego Joe, który zdaje się wierzy, że częste zmiany odzieży osłabią 
jego ducha czy coś takiego.

–  Co   prawda  nie   wierzę   w te   pchły   –  wyjaśniłam   z godnością   ale   Brian   i tak   nie   może 

zamieszkać w Ballham. Zwłaszcza że... – I tu opowiedziałam jej o wszystkim, czyli o mailach 
z informacjami, jak to jadam obok Madonny i ćwiczę aerobik obok Spice Girls.

– O Boże – jęknęła, kiedy skończyłam. Starała się zachować powagę, ale widziałam, że lada 

chwila parsknie śmiechem. – O mój Boże! Powiedziałaś mu, że masz mieszkanie z widokiem na 

background image

Hyde Park? To śmieszne, Liz.

– Niestety.
– Boże, dawno się tak nie ubawiłam. Co cię opętało?
– Chciałam, żeby myślał, że odniosłam sukces. Mary odęła usta.
– Lizzie, Lizzie. Nie wolno kłamać – pouczyła z komiczną powagą. – Chyba że wiesz, że 

ujdzie ci to na sucho.

– Przecież uchodziło, może nie? – żachnęłam się. – A kto kłamie, nie licząc, że ujdzie mu to 

na sucho, co?

– Spokojnie. To tylko przyjacielska rada.
– Dzięki, takich rad w kółko udziela mi matka – mruknęłam. – Myślałam, że twoja pomoc 

będzie bardziej praktyczna.

Uśmiechnęła się.
– Zrobię co w mojej mocy, przecież wiesz.
– Naprawdę? Czyli mogłabym zamieszkać u ciebie? Z Brianem? Uśmiechnęła się jeszcze 

szerzej.

– Proszę, bardzo, bardzo proszę. Zapłacę, ile chcesz – błagałam, chociaż sądząc po jej minie, 

już się zgodziła.

– Nie musisz mi płacić, Liz – oznajmiła wielkodusznie i poklepała moją dłoń. – Jesteś moją 

najlepszą   przyjaciółką.   Pomogę   ci   z wielką   przyjemnością.   Oczywiście,   możesz   u mnie 
zamieszkać. Z ochotę przyjmę was oboje. Kiedy byłam w twojej sytuacji – powiedziała tonem 
osoby starszej o kilka dziesięcioleci, nie miesięcy – nie mogłam się doczekać, kiedy zamieszkam 
sama i skończą się dyżury w kuchni, ale teraz, kiedy mieszkam w luksusowym apartamencie ze 
zmywarką, czasami tęsknię za współlokatorami. Zadzwoń do Briana i powiedz, że już nie mogę 
się was doczekać. Jeśli chcesz, wydam przyjęcie na waszą cześć. Wynajmiemy salę w klubie... 
nie wiem, może w Soho House albo Groucho? Zastanów się, kogo chcesz zaprosić. Czy nie 
byłoby świetnie, gdyby Bill też wpadł? Chyba wylatuje dopiero w poniedziałek, może da się to 
jakoś zgrać...

Następne zdanie z trudem przeszło mi przez gardło:
– Szczerze mówiąc, miałam nadzieję, że na czas jego pobytu się wyprowadzisz...
– Co? – Chyba nie zrozumiała.
– Błagam cię, Mary. To tylko cztery dni, w tym dwa weekendu. Zatrzymaj się u Mitchella. 

W tym fantastycznym apartamencie, widziałam zdjęcia w „Hello” – zachęcałam.

– Na rany boskie, Liz, to wcale nie jest jego mieszkanie – żachnęła się. – Zresztą nigdy 

u niego nie nocuję.

– Dlaczego?
– Bo... Bo nie i już. Każde z nas chce zachować swoją prywatność. I tożsamość. Nie chcę, 

background image

żeby się chował za moją spódnicą, a on nie życzy sobie, żebym z nim mieszkała.

– No tak, ale chyba czasami u niego nocujesz. Na przykład w weekendy.
– Lizzie, nie wyprowadzę się do niego w przyszły weekend – ucięła zdecydowanie. – Nie ma 

mowy.

– No to może wyskoczysz na farmę piękności? Może do Champneys? Wiecznie powtarzasz, 

jak tam świetnie. Tacy przystojni masażyści. Może jeszcze tam jest ten Czech, który prosił cię 
o rękę. – (Chciał dostać wizę). – Zapłacę za twój pobyt tam, co ty na to?

– Dlaczego tak bardzo chcesz mnie wygryźć z mojego mieszkania? – zainteresowała się.
– Bo... bo udam, że jest moje. Zrozum, Mary, muszę.
– Dlaczego? – jęknęła.
– Dlaczego? – powtórzyłam ironicznie. Co ona, nie słuchała mnie czy co? – Bo nie chcę mu 

się przyznać do kłamstwa, jasne? Przyjeżdża tylko na cztery dni. Później nie zobaczę go pewnie 
przez następne sześć lat, a do tego czasu chyba już dorobię się własnego mieszkania. Błagam cię. 
Nie mogę powiedzieć mu prawdy. Co sobie o mnie pomyśli? I tak mamy tylko cztery dni. Nie 
chcę przez cały ten czas tłumaczyć mu, że od trzech lat wciskałam mu kit na temat mojego życia.

– Trzeba było o tym pomyśleć, zanim się w to wpakowałaś – mruknęła. – Wiesz, Liz, wiem, 

że zawsze chciałaś być aktorką, ale tego już za wiele. Zrobiłaś z siebie idiotkę.

–  Wiem.   I zdaję   sobie   sprawę,   że   proszę   o bardzo   dużo.   Ale   jego   wizyta   tyle   dla   mnie 

znaczy...

– Na to wygląda. Chyba nie chcesz wracać do przeszłości, co? Sześć lat temu? – dodała 

znacząco.

– Owszem. To znaczy, tak, chcę. – Liczyłam, że wizja naszej miłości zmiękczy jej serce.
– Cóż, chyba zbyt wiele oczekujesz.
– Może, ale pomożesz mi, prawda? Zacisnęła usta w wąską linię.
– Nie, do jasnej cholery, nie pomogę ci. W przyszły weekend muszę być w Londynie. Nie 

mogę   zmieniać   planów  przez   twój  kretyński   pomysł.  Wydawało   mi   się,  że  jestem  uczynna, 
zaproponowałam   ci   piękne   duże   mieszkanie   bez   robali.   Ci,   którzy   naprawdę   pracują 
z gwiazdami, a nie tylko zmyślają, że ćwiczą z nimi na siłowni, muszą dużo pracować i nie mają 
czasu na durne bajeczki.

Upiła   łyk   kawy   i czekała   na   moją   reakcję.   Świnia.   W jednej   chwili   mogłaby   rozwiązać 

wszystkie moje problemy, ale tego nie zrobi.

– Mary – powtórzyłam błagalnie.
– Mowy nie ma. – Uśmiechnęła się. – Albo moje mieszkanie i ja w nim, albo nic.
Podwójna świnia. Była moją najlepszą przyjaciółką w czasie studiów. Pocieszałam ją, kiedy 

próby   rozjaśnienia   włosów   na   brodzie   zakończyły   się   czerwoną   wysypką.   To   mnie   płakała 
w rękaw,   gdy   dopadły   ją   hemoroidy   i myślała,   że   umiera   na   tajemniczą   chorobę.   Kiedyś 

background image

wiedziałam o niej więcej niż ktokolwiek inny. Przemknęło mi przez głowę, że może powinnam 
jej   to   wszystko   przypomnieć,   dobre   i złe   chwile.   Ale   nie,   lepiej   nie.   Zmieniła   się.   Pewnie 
zaprzeczyłaby, że w ogóle miały miejsce.

– Może coś zjemy? – zaproponowała. – Znam uroczą włoską knajpkę tu niedaleko, chyba 

wpuszczą  cię w takim  stroju. Ale ja dzisiaj  nie piję, alkohol  to  puste  kalorie.  Muszę  trochę 
schudnąć. Wiesz, wczoraj dostałam pierwsze zaproszenie na przyjęcie gwiazdkowe.

– Nie jestem głodna – odparłam lodowato. – Muszę iść na zakupy,  po środek na pchły, 

wybaczysz, prawda? – I wyszłam.

Wyszłam z kawiarni z głową dumnie zadartą do góry, ale nadal nie wiedziałam, co zrobić 

z Brianem. Na dodatek pokłóciłam się z najlepszą przyjaciółką. Dlaczego nie chce mi pomóc? 
Odkąd jest taka wredna? Nagle wyobraziłam sobie, że tam, w tej kawiarni, pisze w tej chwili do 
Briana i wyśle mu wiadomość przez komórkę. Z tego co wiem, chyba nie ma jego adresu, ale 
nietrudno będzie go odnaleźć i zdradzić moją tajemnicę.

Co gorsza, przed dramatycznym wyjściem zapomniałam zabrać mój jedyny porządny prezent 

urodzinowy.

Kiedy   szłam   do   metra,   snułam   plany   zemsty   na   Mary.   Gdybyśmy   nadal   były   w szkole, 

mogłabym napisać coś złośliwego na jej temat na drzwiach toalety. Mogłabym też podrobić jej 
pismo i zostawić liścik dla największego kujona, że za nim szaleje, ale jest zbyt nieśmiała, żeby 
umówić się na randkę. Niestety, nic, co wymyśliłam, nie wydawało mi się adekwatną karą za to, 
co mi zrobiła, a co nie skończyłoby się dla mnie karą wieloletniego więzienia..

Wędrowałam   przez   Soho,   mijałam   radosne   pary,   zarówno   mieszane,   jak   i jednej   płci, 

i obserwowałam, jak przesiadują w kafejkach, trzymają się za ręce, patrzą w oczy, rozkoszują 
ostatnim być może słonecznym dniem lata. Miałam wrażenie, że wszyscy się z czegoś śmieją. 
Ukradkiem   dotykali   się   pod   stolikami,   jawnie   całowali   nad   filiżankami   kawy.   Wszyscy 
szczęśliwi,   wszyscy   zakochani.   Mary   albo   szuka   Briana,   albo   umawia   się   z Mitchellem   na 
romantyczną kolację. Szepcze mu do ucha czułe głupstwa przez najnowszy model komórki.

Czy naprawdę żądam tak wiele, chcąc być taka jak oni? Przecież pragnę tylko szaleć za kimś 

i wiedzieć, że on też za mną szaleje. Wiem, wiem, teoretycznie jestem z Richardem. Ale Richard, 
tak jak ja, byłby nie na miejscu w tłumie sławnych, bogatych i pięknych. W końcu jest tylko 
księgowym,   koniec,   kropka.   Według   niego   szczyt   ekstrawagancji   to   skarpetki   w postacie 
z komiksów; no, ewentualnie krawat z Bartem Simpsonem. Pewnie marzy mu się ford sierra 
i sobotnie popołudnia nad silnikiem, a nie nad cappuccino.

A   ja   chciałam   należeć.   Należeć   do   wielkiego   świata,   o którym   piszą   w brukowcach 

i kolorowych tygodnikach. Chciałam wejść do kafejki, zamówić kawę z mlekiem i czuć się przy 
tym   jak   pretensjonalna   idiotka.   Brian   zrobiłby   to   bez   problemu.   A Richard...   miałam 
świadomość,   że   wystarczy   wizyta   w urzędzie   stanu   cywilnego,   a wyląduję   w czyśćcu 

background image

przedmieścia i nigdy nie ujawni się mój potencjał. Przy Brianie będę sobą, odważną, kreatywną, 
szaloną. Bo taka jestem w głębi duszy, tego byłam pewna. Ta strona mojego charakteru ujawniała 
się zazwyczaj po kilku drinkach.

Dziewczyna   z jasnymi   włosami   zaplecionymi   w coś   koło   stu   króciutkich   warkoczyków 

wyszła ze sklepu ze skórzanymi rzeczami i wlazła niebotycznie ostrymi szpilkami na moje nogi. 
Nawet nie burknęła „przepraszam”. Za to ja – owszem. Przeprosiłam ją, chociaż to ona nadepnęła 
mi   na   nogę!   Odprowadzałam   ją   wzrokiem,   szła,   bezczelna   i arogancka   w różowej   mini 
i rajstopach   w paski,   machała   do   ludzi   we   wszystkich   kafejkach.   Pewnie   nawet   mnie   nie 
zauważyła, szarej i ponurej w dżinsach i wyciągniętym swetrze.

–   Tak   naprawdę   jestem   taka   sama   jak   ty   –   powiedziałam   pod   nosem,   pod   adresem 

nieznajomej. – Skąd wiesz, może pracuję w telewizji? Może parzę kawę w studiu, jak ty, bo 
pewnie nic innego nie umiesz. Jestem wykształcona. Kulturalna. Mogę zostać kim tylko zechcę. 
Na razie pracuję w kiepskiej firmie i noszę kiepskie ciuchy, bo sama jeszcze nie wiem, czego 
chcę. A kiedy już będę wiedziała, świat o mnie usłyszy. Wtedy nikt nie śmie stanąć mi na nogę 
i nie przeprosić.

Zanim   jednak   ją   dogoniłam   i zdobyłam   się   na   odwagę,   by   to   wszystko   powtórzyć, 

dziewczyna znikła – weszła do budynku z napisem „Wejście tylko dla członków klubu”. Soho 
House, przeczytałam.  Jeden z najmodniejszych  klubów, o których czytałam  w gazetach, także 
w rubryce   Arabelli   Gilbert.   Wspomniałam   o nim   w mailach   do   Briana.   O ile   się   nie   mylę, 
napisałam,  że siedziałam  na czerwonej  sofie i słuchałam,  jak bracia  Gallagher  z grupy Oasis 
improwizują z The Cardigans. W tym momencie uświadomiłam sobie, że nawet nie wiem, jakie 
tam są meble i czy Gallagherowie należą do klubu.

– Jakbym chciała, też bym tam należała – powiedziałam półgłosem.
– Spoko, skarbie – odezwał się głos z cienia. Po chwili pojawił się bezdomny. Jego włosy 

przypominały jeden wielki dred. Nie sądzę, by był to najnowszy trend mody.

– Masz. – Podał mi puszkę z piwem. Szybko oddałam mu ją z powrotem. Kiedyś pewnie 

wzruszyłaby mnie jego szczodrość, teraz byłam przerażona, że widział we mnie pokrewną duszę. 
Ofiarę losu. Osobę z dna. Myślał, że jestem jedną z nich. Przegranych. Pewnie dlatego, że sama 
do siebie gadałam.

– Może masz drobne? – zapytał.
A ja,  o hańbo,  nie   miałam.  Sprawdziłam   kieszenie.   Okazało   się,  że  starczy  mi   tylko   na 

podróż do domu.

W domu nic się nie zmieniło, przypalona patelnia nadal stała na stole. Moich współlokatorów 

nigdzie nie było widać. Za to był listonosz, przyniósł coś dla mnie. „St Judith Chronicle”, nasz 
studencki   magazyn.   Nie   wiedziałam   nawet,   że   nadal   go   prenumeruję,   działał   na   mnie   jak 
Arabella Gilbert – tylko pogłębiał depresję.

background image

Jednak tego dnia ochoczo rozerwałam kopertę; proszę bardzo, niech z kiepskiego dnia zrobi 

się koszmar. Przebiegłam wzrokiem wiadomości o innych absolwentach. Ryan Fisher założył 
sieć   kafejek   internetowych.   Anna   Simner   napisała   książkę.   Jemima   Shad   zaręczyła   się 
z dyrektorem banku, w którym pracowała (niezły interes, pomyślałam). I tak dalej, dziesiątki znaj 
ornych nazwisk. Wszyscy robili coś ciekawego. Założyli firmy, awansowali, zakładali rodziny, 
wyjeżdżali   za   granicę.   Chłopak,   w którym   się   przelotnie   kochałam   na   pierwszym   roku,   ma 
półroczną   córeczkę.   Nawet   Janie   Spright,   największa   kujonka,   założyła   własną   gazetę 
poświęconą modzie  alternatywnej  i liczyła,  że za rok wejdzie z nią na giełdę. Pamiętam,  jak 
kiedyś kłóciłam się z Mary na jej temat. Ja twierdziłam, że grube okulary Janie to konieczność, 
Mary – że nosi je celowo. Najwyraźniej Mary miała rację. Znowu.

Na samym dole była rubryka: „Co słychać z...”. Tam znalazłam moje nazwisko i prośbę, 

żebym jak najszybciej napisała, co ze mną.

– Co ze mną? – zadałam sobie pytanie. Mam dwadzieścia siedem lat. Zero sensownej pracy. 

Nie mam nawet umowy o pracę, chociaż Harriet obiecała mi, że podpiszemy ją, kiedy tylko jej 
kuzyn-prawnik wyjdzie ze szpitala. Co ze mną? Siedzę na zniszczonej kanapie w zapyziałym 
mieszkaniu. I tyle.

– Lepiej ci? – Seema wparowała do pokoju objuczona książkami i zakupami.
Nie miałam nawet siły jęknąć.
– Spójrz tylko  – wyjęła  z siatki zieloną butelkę. – Kalifornijskie chardonnay z promocji. 

Pewnie siara. Jak myślisz, dobre?

Choć było dopiero wpół do trzeciej, wypiłyśmy we dwie trzy butelki, żeby się przekonać.

background image

Rozdział 10

Ponieważ tyle wypiłam, zapadłam w głęboki pijacki sen, z którego wyrwały mnie następnego 

ranka dłonie Richarda – stukał mnie w czoło.

– Pobudka! Pobudka! – Jego słowa docierały do mnie powoli, miałam gigantycznego kaca, 

ostatnio tak cierpiałam na przełomie tysiącleci. – Jest wpół do dwunastej. Za pół godziny mamy 
być u twoich rodziców.

– Co? Co?!
Usiadłam gwałtownie i walnęłam głową w lampkę, którą umocowałam nad łóżkiem taśmą 

klejącą, żeby móc czytać na leżąco. Doprawdy wspaniały pomysł.

– Już dzwoniła i pytała,  czy wyjechaliście  – poinformowała  Seema.  Stała  w drzwiach. – 

Powiedziałam, że nie ma was od dziesiątej. I już wtedy stwierdziła, że chyba nie zdążycie do 
Solihull, zanim przypali wołowinę.

– O Jezu – jęknęłam.
Wyskoczyłam z łóżka, nerwowo naciągnęłam skarpetki i buty, które zresztą zaraz musiałam 

zdjąć, żeby włożyć dżinsy.

– W tym  jedziesz? – zapytałam  Richarda, podejrzliwie obwąchując moją bluzę, żeby się 

przekonać, czy jeszcze nadaje się do użytku. Miał na sobie koszulę ze stójką i nawet porządnie 
wyprasowane spodnie.

– A krawat?
– Noszę krawaty przez cały tydzień. Co, za mało elegancko?
– Nie, właściwie może być. Seemo, Gruby Joe ma jakiś krawat?
– Owszem, ale chyba używa go jako paska do spodni.
– Zadzwoń do mojej mamy – poprosiłam Seemę. -I powiedz, że właśnie widziałaś przez 

okno, jak się męczę przy zmianie koła. I że Richard mi pomaga. Mama zrozumie, czemu to tak 
długo trwa.

Seema szybko wróciła:
– Pyta, czy Richard nie ma samochodu?
– O Jezu, powiedz, że już jedziemy. Ale lepiej niech jeszcze nie wstawia pieczeni.
– Za późno – oznajmiła po chwili. – Twierdzi, że przez twój egoizm wszystko się zmarnuje. 

Przypuszcza  także,  że ja nie jestem taka niedobra dla mojej mamy.  Z czym  się, oczywiście, 
zgodziłam. Gdybym taka była, odesłaliby mnie do ciotki do Bombaju. Zapytała, czy moja ciotka 
nie przyjęłaby ciebie.

– Och, zamknij się, chodzący ideale! – warknęłam – Bo powiem twoim rodzicom, że marzy 

ci się posada striptizerki.

– To tylko takie gadanie – oburzyła się.

background image

– Akurat. Powiesz to cioci w Bombaju.
Richard   siedział   sobie   na   łóżku   i obserwował   z uśmiechem,   jak   wybebeszam   zawartość 

szafy,  doszedłszy do wniosku, że bluza jednak nie nadaje się od użytku.  Po kolei rzucałam 
wszystko na podłogę. Byłam już w rozpaczy, gdy weszła Seema z kostiumem, który oszczędzała 
na rozmowy kwalifikacyjne.

– Załóż go – powiedziała wielkodusznie. – Ale przysięgnij, że nic nie piśniesz o striptizie. 

I nie poplam go, dobrze?

– Dzięki. Czy wyglądam na ofiarę losu, która nie trafia widelcem do buzi?
Richard i Seema jednocześnie wbili wzrok w plamy z herbaty na mojej piżamie. Na szczęście 

nic nie powiedzieli.

Biedny Richard. Nie dość, że czeka go spotkanie z dwójką kosmitów, którzy od dwudziestu 

siedmiu lat podają się za moich rodziców, to jeszcze, co uświadomiłam sobie dopiero kiedy 
zatrzymaliśmy się przed domem, stanie twarzą w twarz z moim bratem Colinem.

Colin to mój brat bliźniak. Nie uwierzy w to jednak nikt, kto nie widział naszej metryki. 

Oczywiście, nikt się nie spodziewa, że jesteśmy identyczni, w końcu ja jestem dziewczynką, on 
chłopcem. Powinniśmy jednak mieć coś wspólnego. My tymczasem różnimy się pod każdym 
względem, nawet włosy mamy różne. Nie wiadomo, jakim cudem Colinowi dostały się złociste 
loki, które powinnam mieć ja, a mnie przypadła w udziale mysia łysinka. No dobrze, z tą łysinka 
to przesada, ale co sobie myśli matka natura, dając mężczyznom najpiękniejsze włosy i rzęsy? 
Najpiękniejsze rzęsy na świecie mają mężczyźni; jeśli maje kobieta, zaraz pytajcie, jakiego tuszu 
używa.

W każdym razie różnimy się całkowicie, Colin i ja. On – złocisty blondyn, ja szara myszka. 

Colin   ma   oczy   niebieskie,   ja   –   płytkie   bajorka   brudnozielonego   błota.   Colin   jest   pięknie 
zbudowany,   ja   jestem...   szkoda   gadać.   Już   kiedy   mieliśmy   sześć   lat,   był   o tyle   wyższy 
i silniejszy, że wszyscy myśleli, że jest o co najmniej dwa lata ode mnie starszy, podczas gdy to 
ja przyszłam na świat o całe osiem minut wcześniej. Jednak nawet to, że tak bardzo się od siebie 
różnimy, nie powstrzymywało ludzi od daremnego, nudnego porównywania nas.

Przez   całą   szkołę   podstawową   nauczyciele   sadyści   powtarzali,   ilekroć   się   pomyliłam: 

„Dlaczego   nie   rozumiesz?   Twój   braciszek   wszystko   rozumie.   Dlaczego   robisz   błędy 
ortograficzne?  Colin  pisze bezbłędnie.”  Czasami  zastanawiałam  się, czemu  nikt  nie robi mu 
wyrzutów, że nie umie zapleść warkocza francuskiego? Albo wymienić wszystkich bohaterów 
oper mydlanych z ostatnich 10 lat? Nie umiałby, o nie, ale o to nikt nie miał do niego pretensji.

–   Ładny   samochód   –   mruknął   Richard,   gdy   minął   jasnoniebieskiego   forda   focusa   na 

podjeździe (ford focus należał, ma się rozumieć, do Colina). Mój ford fiesta (czerwony, ale od 
rdzy,   nie   od   farby,   lakier   teoretycznie   był   żółty)   wyglądał   jak   weteran   wojny   krymskiej. 
Oczywiście Colin musiał zajechać samochodem prosto od dealera.

background image

– To wóz mojego brata – burknęłam.
– Nie mówiłaś, że masz brata.
– Bliźniaka.
Richard posłał mi bardzo dziwne spojrzenie.
– Tym bardziej się dziwię, że nic nie powiedziałaś. Myślałem, że bliźnięta są ze sobą bardzo 

zżyte. Nie łączy was więź telepatyczna czy coś takiego?

–   Odcięli   mnie,   kiedy   zwlekałam   z rachunkiem   –   syknęłam.   Zgasiłam   silnik   biednego 

gruchota, zaciągnęłam hamulec ręczny, aż zazgrzytał głucho.

– Gotów? – zapytałam Richarda: tym samym dałam mu ostatnią szansę ucieczki. On jednak 

już wysiadał, dzierżąc w dłoni bukiet ze stacji benzynowej.

– Gotów – odparł i dziarsko uniósł kciuk, jak pilot z II wojny światowej tuż przed startem.
– Cóż, ja jeszcze nie – odparłam, ale za późno. Mama widziała, jak wjeżdżamy na podjazd 

i stała w drzwiach. Energicznie  ściągała  fartuch,  jak jakaś supergospodyni  domowa  z lat  60., 
która   uwija   się   między   kuchnią   a salonem,   podaje   drinki,   pichci   kolację   i rozprawia 
o lądowaniach na księżycu.

Podbiegła do samochodu, zanim zdążyliśmy z niego wysiąść.
–   Straszny   ruch?   –   dopytywała   się,   całując   mnie   bez   przerwy.   –   Chyba   dlatego   się 

spóźniliście? – dodała znacząco.

– Zaspałam – przyznałam się.
– Późno poszłaś spać? – pokiwała głową z dezaprobatą. – Tak się bawiłaś, że zapomniałaś, 

że masz dzisiaj odwiedzić biedną starą matkę!

– Mamo, to jest Richard – przypomniałam jej, że przywiozłam gościa, zanim wypomni mi, 

jak to sama oddaliłam się od domu w stronę lasu i moja biedna matka ściągnęła potężną brygadę 
policyjną  na poszukiwania. Podobno nawet  osuszyli  miejscowy staw. A mnie  nie było  tylko 
dziesięć minut. Kiedy weszłam do ogrodu, zobaczyłam, jak mama ociera sobie oczy obrusem, 
a potężny   policjant   spisuje   moje   znaki   szczególne.   Mama   rzuciła   się   na   mnie   i obsypała 
pocałunkami, jakby nie widziała mnie co najmniej od miesiąca. Niestety, ledwie policjant się 
oddalił,   dostałam   lanie   i odesłano   mnie   zaraz   do   łóżka   za   karę,   że   wystawiłam   rodzinę   na 
pośmiewisko. Nadal widzę Colina, jak się ze mnie śmieje. A ja oddaliłam się od domu, bo mi 
wmówił, że na łące pod lasem mieszkają elfy.

– Richardzie, jestem mamą Lizzie – przedstawiła się.
– Chyba się tego domyślił – zauważył ktoś za jej plecami. Colin. Miał na sobie kamizelkę 

i spodnie zaprasowane w kant. Nie zdziwiłabym się, gdyby zaraz wyciągnął z kieszeni fajkę. Mój 
braciszek ma dwadzieścia siedem lat, ale bliżej mu do pięćdziesiątki niż do trzydziestki.

– Cześć, moja mała siostrzyczko – zawołał do mnie. – Jak życie w wielkim mieście?
Przytrzymał mi drzwiczki. Tak bardzo denerwowałam się przez całą drogę, że zesztywniały 

background image

mi mięśnie i nie mogłam się wyprostować.

–  Nie   jestem   twoją   małą   siostrzyczką   –  przypomniałam   mu.   –  Jestem   od   ciebie   starsza 

o osiem minut. A życie w wielkim mieście jest wspaniałe, dziękuję.

Colin chciał się odgryźć, ale Richard wysiadł i czekał, aż ich sobie przedstawię.
– Richardzie, to mój brat, Colin.
– Nie jesteście do siebie podobni – zauważył Richard bystro.
– I dobrze – uśmiechnął się Colin. Zrezygnowana weszłam do domu.
Tylko   jedno   jest   gorsze   niż   nieoczekiwane   spotkanie   z moim   bratem,   a mianowicie 

nieoczekiwane spotkanie z jego żoną. Sally, moja szwagierka, mieszała w kuchni sos do pieczeni. 
Kiedy weszliśmy,  nawet się nie odwróciła, tak bardzo się bała, żeby w sosie nie zrobiły się 
grudki. Przedstawiłam jej Richarda, który ponownie wygłosił błyskotliwą uwagę o naszym braku 
podobieństwa. Najwyraźniej on także był zdenerwowany.

– Hm – mruknęła Sally. – Zabawne, prawda. Wiecie, ludzie często mówią, że widząc nas we 

trójkę, to znaczy Colina, Lizzie i mnie,  uznaliby,  że Colin jest moim bratem,  nie mężem!  – 
Zaniosła się śmiechem. Zawsze to wszystkim opowiadała. Nie wiem, czemu uważała, że to takie 
zabawne. Moim zdaniem nie ma  nic śmiesznego w tym,  że zakochujesz się w facecie, który 
wygląda jak twój brat.

– Jak tam życie w wielkim mieście, Lizzie? – zapytała. Tylko wzruszyłam ramionami.
–   Och,   pamiętam,   co   to   znaczy   mieć   współlokatorów   –   powiedziała   zadumana,   jakby 

wspominała dawne dzieje. W rzeczywistości jest ode mnie o dwa lata młodsza.

– Nikt nigdy po sobie nie sprzątał, w kółko nie było mleka... czasami czułam się jak w serialu 

telewizyjnym.

Cóż, chyba nie jak w Świecie według Bundych tylko w Żonach ze Stepfordu, przemknęło mi 

przez głowę. Tylko raz byłam w dziewiczym mieszkaniu Sally, na jej wieczorze panieńskim, 
zorganizowanym, jakże rozsądnie, miesiąc przed ślubem, żeby na pewno zdążyła wytrzeźwieć. 
Swoją   drogą,   co   za   dziewczyna   urządza   wieczór   panieński   w mieszkaniu,   a nie 
w najmodniejszym   klubie   nocnym?   Co   więcej:   co   za   dziewczyna   piecze   z tej   okazji   trzysta 
rogalików z serem? Na Boga, która dwudziestoczterolatka umie piec rogaliki z serem? Tudzież 
ma blachy do pieczenia; takie rzeczy dostaje się dopiero w prezencie ślubnym!

Nie ma wątpliwości, że był to wyjątkowy wieczór panieński. Dwie butelki wina. Czerwoną 

przewróciła   ciotka   Giną,   która   nie   wstałaby   z fotela   bez   dwóch  lasek   i umięśnionego   ogiera 
(chociaż   ogierów   żadnych   nie   było,   ma   się   rozumieć).   Butelkę   białego   wylano   na   plamę 
z czerwonego,   żeby   ratować   dywan.   Potem   obejrzałyśmy  Cztery   wesela   i pogrzeb 
i dyskutowałyśmy zawzięcie, czy Hugh Grant postąpił słusznie, nie ciągnąc Andie MacDowell 
do ołtarza.

– Szkoda, że nie wychodzisz za mąż w tym samym czasie co Colin – powiedziała mi Sally na 

background image

koniec tamtego pamiętnego wieczoru, kiedy pomagałam jej zbierać okruszki z dziewiczego do 
niedawna dywanu. – Colin chciałby, żebyście brali ślub jednocześnie. Szkoda, że nie mam brata 
bliźniaka – zadumała się.

Teraz   badawczo   przyglądała   się   Richardowi,   jakby   chcąc   sprawdzić,   czy   zdoła   zastąpić 

wymarzonego bliźniaka.

– Czym się zajmujesz? – zapytała, kiedy już uporali się z powitaniem. Chciał podać jej rękę, 

kiedy mocowała się z rękawicą kuchenną.

– Jestem księgowym.
– Doprawdy? To pasjonujące – zauważyła ciepło, bez cienia ironii w głosie.
– Chodź tu do nas, Richard – zawołał Colin z saloniku. – Niech dziewczyny same zajmą się 

obiadem. Sally nie lubi, kiedy pętam się po kuchni, prawda, kochanie?

– Rzeczywiście – przyznała konspiracyjnym szeptem. – Wiesz, w kuchni jest beznadziejny. 

Ilekroć mi pomaga, muszę wszystko po nim poprawiać. Oczywiście mu tego nie mówię. Nie 
mogę go przecież karcić za to, że chce mi pomóc.

Colin uśmiechnął się pod nosem. Nawet jeśli słyszał jej słowa, nie zrobiły na nim wrażenia. 

W głębi duszy podejrzewałam, że to jego plan. Raz przypali grzanki i ma spokój do końca życia. 
Bardzo   sprytne.   Chociaż   w moim   wypadku   nie   zadziałało.   Przypalałam   wszystko,   nawet 
naczynia do mycia, a i tak musiałam pomagać.

– Chodź, Richard – poganiał Colin – przegapisz mecz. Lubisz rugby. – To nie było pytanie, 

tylko stwierdzenie. – Dosłownie wyciągnął Richarda z kuchni. Sally tymczasem wepchnęła mi 
w ręce garnek ziemniaków i tłuczek.

– Umiesz robić puree, prawda? – zapytała.
– Chyba sobie poradzę. Jak tam w pracy?
– Tak sobie. Awansowałam, jestem szefową działu kadr. Chcieli mnie wysłać na targi do 

Frankfurtu w ten weekend, ale Colin już zaprosił swojego szefa na kolację, więc nie pojechałam.

– Czy naprawdę mamy już dwudziesty pierwszy wiek? – zapytałam retorycznie, pracowicie 

gniotąc ziemniaki, jakby to była pusta głowa Sally.

Mama zajrzała mi przez ramię i skrytykowała moje wysiłki.
– Nie tak energicznie... panowie siedzą w salonie. Twój nowy przyjaciel wydaje się miły, 

chociaż ma tatuaż na ręku. – Pokręciła głową z dezaprobatą.

– Tatuaż? Jaki tatuaż?
– O, tu. – Pokazała wierzch dłoni.
–   Mamo   –   westchnęłam.   –   To   nie   tatuaż,   tylko   notatka   długopisem,   że   dzisiaj   do   was 

jedziemy. Richard nie ma żadnych tatuaży.

–   Notatka?   Na   ręku?   A co   on,   nie   pamięta,   co   ma   robić?   Doprawdy,   Liz,   skąd   ty   ich 

bierzesz?

background image

Oczywiście   Brian   Coren   zrobił   na   całej   rodzinie   piorunujące   wrażenie.   Zabrałam   go   na 

rodzinny obiad w wiosennym semestrze, pod koniec tamtego cudownego roku. Kiedyś zapragnął 
zobaczyć wioskę, w której dorastałam. Dopóki sam tego nie zaproponował, nawet mi przez myśl 
nie przeszło, żeby go przedstawić moim rodzicom. Nie, nieprawda, myślałam  o tym,  ale nie 
chciałam,   żeby   nasz   związek   zakończył   się   przedwcześnie   z tego   powodu.   Nie   wiem,   może 
wszystkich moich narzeczonych odstraszał magazyn „Ślub”, demonstracyjnie rozłożony na stole 
przez mamę.

Starałam się go zniechęcić, tłumaczyłam, że Solihull to nie prawdziwa wieś, poza tym jest za 

daleko, żeby jechać na weekend. Brian nie słuchał. Pochodził przecież z kraju, gdzie trzy godziny 
jazdy po zakupy to codzienność. Nalegał. Wydawało mu się że prawdziwy angielski niedzielny 
obiad   z prawdziwą   angielską   rodziną   to   coś   fajnego.   Na   nic   moje   tłumaczenia,   że   przez 
osiemnaście lat życia właśnie tego chciałam uniknąć.

Niemal umarłam z wrażenia, gdy ledwie otworzyły się drzwi, a Brian ucałował mamę w oba 

policzki na przywitanie. Takie zachowanie znacznie odbiegało od standardów naszej rodziny 
i mama była w szoku, nawet zapomniała mnie zapytać, czemu nie noszę chustki, którą mi dała na 
Gwiazdkę.

Brian przyniósł prezenty; doskonałe posunięcie na pierwsze spotkanie z rodzicami. Mama 

z teatralnym   zaaferowaniem   szukała   najlepszego   wazonu,   żeby   wyeksponować   bukiet 
bladoróżowych   róż   z najlepszej   kwiaciarni   w Oksfordzie   (kwiaty   od   Richarda   wstawiła   do 
glinianego dzbanka). Co więcej, tak łatwo się z Brianem rozmawiało. Do tamtej pory wszelkie 
prezentacje chłopców były klasycznymi przykładami wpadek i gaf. Moja wielka miłość z liceum 
podczas monologu mamy siedziała pogrążona w lekturze dzieła o wampirach. Ale nie Brian.

– Śliczna pogoda, pani Jordan – zauważył i zaczął się odwieczny temat. Czy w New Jersey 

pada  śnieg  na  Święto   Dziękczynienia?   A w Kalifornii?   Jak oni  mogą  biegać   w takim  upale? 
Gadali przez cały dzień.

Od   tego   czasu   Brian   Coren   był   ideałem   chłopaka.   Każdy   mężczyzna,   którego 

przyprowadzałam – a przez sześć lat znalazłoby się dwóch czy trzech – był porównywany do 
Briana. Czy przyniósł kwiaty? Czy pocałował mamę na powitanie, czy może kulił się w progu za 
moimi plecami, jakby się spodziewał smoczycy ziejącej ogniem? Jak się zachowywał przy stole? 
Czy   jadał   pieczeń   wieprzową,   chociaż   nie   powinien?   Następcy   Briana   nie   sprostali   tym 
wymaganiom. Jeden z nich, analityk giełdowy, którego nie wiadomo jakim cudem poderwałam 
w Soho i utrzymałam  przy sobie dłużej  niż trzy randki, nie zjadł  nawet ziemniaków, bo był 
wegetarianinem, a smażono je na zwierzęcym tłuszczu. Nie zrobiła na nim wrażenia wiadomość, 
że Brian odrzucił religię i tradycję, byle sprawić mojej mamie przyjemność, i rozstaliśmy się 
w drodze powrotnej do Londynu.

– Jak myślisz, czy Richard zje wszystko? – zastanawiała się na głos mama, nakładając na 

background image

talerze zielony groszek. – Pamiętasz tamtego Amerykanina Lizzie? – zwróciła się do Sally. – 
Tego Żyda, który zjadł wieprzowinę? Jaki to był miły chłopak. Pewnie wykluczyli go z diaspory 
za takie dobre maniery.

– Rzeczywiście, miał dobre maniery – przyznała Sally.
Wkroczyłyśmy do salonu jak trzy kelnerki, każda z dwoma talerzami w ręku. Colin siedział 

u szczytu stołu, dzierżył w dłoniach sztućce (ostrzem do góry, za co w dzieciństwie dostałby po 
łapach).

– Kto robił sos? – zainteresował się po pierwszym kęsie. – Jakiś taki... dziwny.
Sally nagle się skuliła, już myślałam, że zaleje się łzami.
– Żartowałem, myszko – Colin uśmiechnął się szeroko. – Pyszny. Gratulacje, kochanie.
Posadzono Richarda daleko ode mnie, tak że nie było szans na porozumiewawcze spojrzenia 

czy uśmiechy.  Nie odzywał  się dużo, ale też nie miał  ku temu  okazji. Colin  perorował bez 
przerwy. Wdał się w długi monolog o swoich nowych obowiązkach. Nie wiem, jakim cudem 
udało mu się zmieść wszystko z talerza, skoro nawet na chwilę nie przestał gadać.

– Wznieśmy toast za bliźnięta – zaproponował nieśmiało ojciec. – Wszystkiego najlepszego 

z okazji urodzin, Colin i Liz.

– Dwadzieścia  siedem  lat – westchnęła  mama.  – A wydaje  mi  się, że  zaledwie  wczoraj 

odeszły mi wody w naszym nowym samochodzie. A teraz jesteście już dorośli.

– W każdym razie jedno z nas – zauważył Colin, patrząc na mnie znacząco.
– Co chcesz przez to powiedzieć? – zdenerwowałam się.
– A jak myślisz? Lizzie Jordan, masz trzydziestkę na karku. Najwyższy czas zrobić coś ze 

sobą.

Miałam zjeść resztkę ziemniaków, ale odłożyłam widelec, żebyś się bronić.
– Nie do wiary, że ty i ja mamy wspólnych rodziców – powiedział. – Chyba nie chcesz 

niczego osiągnąć. I nie masz już nawet tej wymówki, że studiujesz.

– Za to zaszłam dalej niż przedmieścia Birmingham – syknęłam, kiedy w końcu odzyskałam 

mowę. – Jak śmiesz twierdzić, że niczego nie osiągnęłam! Skończyłam studia, a teraz ciężko 
pracuję. Chciałabym za kilka lat otworzyć własną agencję pośrednictwa nieruchomościami.

– Moim zdaniem nie sprzedasz nawet igloo Eskimosowi – roześmiał się Colin.
– Pewnego dnia udławisz się tymi słowami – zagroziłam.
–   W takim   razie   czekają   mnie   głodowe   lata,   jeśli   to   ma   być   mój   następny   posiłek. 

Skończyłaś? – zwrócił się do Sally i nie czekając na odpowiedź, sprzątnął jej z talerza ostatni 
kawałek pieczeni, który oszczędzała sobie na koniec.

– Widzisz – zwrócił się do mnie z mięsem w ustach – wam się wydaje, że Londyn to pępek 

świata, ósmy cud, gdzie sukces czeka na ulicy. Bzdura. Cuchnące metro dzień w dzień? O nie. 
Jeśli chcesz znać moje zdanie, Liz...

background image

– Nie chcę – przerwałam, co wcale mu nie przeszkodziło:
– Jeśli chcesz znać moje zdanie, powinnaś podkulić ogon pod siebie i wrócić do Solihull. 

Widać,   że   nie   jesteś   szczęśliwa.   Nie   nadajesz   się  do   życia   w wielkim   mieście.   W Londynie 
daleko nie zajdziesz, siostrzyczko. Załatwię ci pracę w agencji nieruchomości tu, u nas. Może za 
kilka lat będziesz mogła spróbować samodzielności. Pomogę ci, jeśli chcesz.

– Nie wrócę do Solihull – uparłam się. – Nigdy.
–   Przemów   jej   do   rozsądku   –   Colin   puścił   oko   do   Richarda,   który   uśmiechnął   się 

zdradziecko. – Jeśli masz za dużo wolnego czasu, ma się rozumieć. Wiesz, Liz, zawsze bujałaś 
w obłokach.   Zawsze   snułaś   nierealne   plany.   Wmawiałaś   sobie,   że   ktoś   cię   nagle   zauważy 
i zagrasz   Anię   albo   że   na   zakupach   odkryje   cię   Quentin   Tarantino.   Nie   słuchałaś,   kiedy 
tłumaczyliśmy ci, że to nierealne. Zawsze musiałaś się o wszystkim przekonać na własnej skórze.

Powiedział to w taki sposób, że ktoś postronny mógłby wziąć jego słowa za niefortunny 

komplement, ale ja wiedziałam, co miał na myśli.

– Tak, zawsze byłaś marzycielką, ale marzenia sienie spełniają, jeśli im nie pomagasz. Z nas 

dwojga to ja byłem praktyczny. A twoje historyjki zawsze doprowadzały mnie do śmiechu. Może 
zabrałabyś się za pisanie?

–   I wróciłabyś   do   Birmingham   –   zawtórowała   Sally.   –   Przecież   pisać   można   wszędzie, 

prawda? Poza tym, skończyłaś filologię angielską, więc znasz się na tym.

– To też strata czasu – Colin jeszcze nie dokończył. – Może studiowałem na gorszej uczelni, 

ale za to mam porządny zawód.

– Lizzie, pozbieraj talerze – powiedziała mama. Posłusznie poszłam za nią do kuchni.
– Evan, powiedz synowi, żeby nie dokuczał siostrze – poleciła ojcu na wychodnym. Tylko 

się roześmiał.

– Nie zwracaj uwagi na Colina – zaczęła, kiedy wkładałam talerze do zlewu. – Wiesz, bardzo 

cię kocha. Po prostu lubi się kłócić.

– Ale powiedział mi takie rzeczy... Jest niesprawiedliwy. Co z tego, że jestem marzycielką?
– Nic – stwierdziła mama. – Dzięki marzycielom świat jest piękniejszy. Ale dzięki tym, 

którzy coś robią, żeby zrealizować swoje marzenia.

– Ja robię – oburzyłam się.
–   Hm.   Nie   byłabym   taka   pewna.   Pamiętasz   „Anię”?   Udawałaś,   że   jesteś   chora,   bo   nie 

dostałaś głównej roli. I to nazywasz realizowaniem marzeń?

– Mamo, na Boga, miałam wtedy siedem lat.
– Ale od tamtej pory zawsze postępowałaś podobnie, kochanie. Wiesz, zawsze żałowałam, że 

Colin nie ma odrobiny twojej fantazji, a ty jego uporu. Obie wiemy, że twój brat nie zawsze ma 
rację, ale jedno trzeba mu przyznać: kiedy coś sobie postanowi, dąży do celu i nie zwraca uwagi 
na przeszkody. Walczy.

background image

– Tak. Na przykład dzisiaj z moją cierpliwością – żachnęłam się.
– Cóż, jeśli naprawdę chcesz założyć własną agencję handlu nieruchomościami, zrób mu na 

złość i postaw na swoim, niech się zdziwi.

– Nie chcę – przyznałam.
– Tak myślałam. – Mama przysiadła na stołku i zaplotła ramiona gestem, który widziałam 

tysiące razy. Skąd wiedziała? Jakim cudem matki wszystko wiedzą?

– Więc co chcesz robić, Lizzie? Ilekroć do ciebie dzwonię, masz ponury głos, jakby świat 

walił ci się na głowę. Początkowo życie w Londynie wydawało się ekscytujące, teraz już tylko 
deprymujące. Kiepska praca, kiepskie mieszkanie...

– Cóż, może to się zmieni – pocieszyłam ją. – Brian przyjeżdża.
– Ten Brian? Uroczy Brian, Żyd z Ameryki?
– We własnej osobie.
Z   radości   klasnęła   w dłonie.   Zadziwiające,   na   wieść   o przyjeździe   Briana   cieszyli   się 

wszyscy, tylko nie ja.

– Wiesz, zawsze czułam, że po ciebie wróci – Mama ścisnęła mnie za ramię.
– Nie wraca po mnie, mamo. Przyjeżdża z wizytą.
– Tak, do ciebie. Od początku wiedziałam, że stracił dla ciebie głowę.
Chyba   właśnie   to   chciałam   usłyszeć,   ale   to   w niczym   nie   zmieniało   mojej   sytuacji. 

Zastanawiałam się, czy jej nie opowiedzieć o internetowej aferze, ale mama już pogrążyła się 
w marzeniach.

– Wiesz – mówiła – niektórzy rodzice byliby przeciwko związkowi córki z cudzoziemcem 

i to na dodatek innego wyznania, ale nam zależy tylko na twoim szczęściu.

– Mamo,  czy ty aby nie przesadzasz? Brian będzie  w Anglii cztery dni. Nie wiem,  czy 

zdążymy uciec do Las Vegas.

–   Ale   przez   tyle   lat   byliście   w kontakcie.   Od   początku   wiedziałam,   że   bardzo   się 

zaangażował.   Przygotować   obiad?   Oczywiście   kurczaka.   Po   raz   drugi   nie   każę   mu   jeść 
wieprzowiny.

– Niczego nie szykuj – przestraszyłam się. – Chyba nie będziemy mieli czasu, żeby tu wpaść.
– No cóż. W takim razie może ojciec i ja wpadniemy do was do Londynu? W tym twoim 

mieszkaniu jest dosyć miejsca. Chociaż na twoim miejscu nie pokazywałabym Brianowi tego 
mieszkania, jeśli jest w takim stanie jak podczas naszej ostatniej wizyty.

Czyli idealnym jak na naszą norę. Przed wizytą mamy pucowałam przez trzy tygodnie.
–   Może   przywieź   go   do   nas,   prosto   z lotniska.   I tak   przyleci   tylko   dla   ciebie,   nie   ma 

znaczenia, czy będziecie w Londynie czy Birmingham. A co z nim? – mama wskazała głową 
salon, gdzie zostawiłam Richarda na pastwę losu. Dobiegł mnie śmiech taty. Niewielu moich 
byłych chłopaków potrafiło go rozbawić.

background image

– Powiedziałam mu, że jestem zajęta w przyszły weekend.
– Dobrze.  Nie  zepsuj   tego,  Lizzie.  Zawsze  chciałam,  żebyś  miała  cudowne,  ekscytujące 

życie, jakie mnie ominęło. Od dziecka marzyłam o tym, że wyjeżdżam do Stanów, widzę Nowy 
Jork i Hollywood, stoję przed Białym Domem. Oszczędzałam każdy grosz, żeby te marzenia się 
spełniły.   A potem   poznałam   twojego   ojca   i zamieniłam   marzenia   o Ameryce   na   urząd   stanu 
cywilnego i dwutygodniowy miesiąc miodowy w Scarborough.

– Ale kochasz tatę, prawda?
– Oczywiście, że go kocham.  Tylko czasami  zastanawiam się, jak potoczyłoby się moje 

życie, gdybym  tamtego dnia nie wsiadła do autobusu i nie nadepnęła mu na nogę. Teraz nie 
zamieniłabym go na nikogo... chyba że oświadczyłby mi się Robert Redford – zażartowała. – Ale 
jeśli nie spełnisz marzeń w młodości, do końca życia  będziesz się zastanawiała,  co by było, 
gdyby. Jestem przekonana, że gdybym poleciała wtedy do Stanów, po tygodniu umierałabym 
z tęsknoty za domem. Ale nie pojechałam i jakaś cząstka mnie do dzisiaj wierzy, że na Sunset 
Boulevard nadepnęłabym na nogę Robertowi de Niro, nie twojemu ojcu.

–   Więc   dlaczego   nie   daliście   mi   pieniędzy,   kiedy   chciałam   jechać   do   Stanów   zaraz   po 

studiach? – zdziwiłam się. – Wtedy też o tym marzyłam.

– Bzdura. Chciałaś się wymigać od pracy – skwitowała mama.
– Wielkie dzięki.
– Ale teraz, kiedy masz własne pieniądze – podjęła przerwany wątek (słucham? Ciekawe, 

gdzie   są?).   Możesz   robić,   co   chcesz.   Jeśli   Brian   cię   poprosi,   żebyś   z nim   wyjechała,   nie 
zastanawiaj się ani chwili. Rzuć pracę i jedź. Ojcu i mnie wystarczą telefony.

Rzucić pracę? Wyprowadzić się z zapyziałego mieszkania? Nie mieściło mi się w głowie, do 

czego mnie namawia.

– Masz dwadzieścia siedem lat – ciągnęła. – Nie możesz wiecznie na coś czekać. Musisz 

korzystać z okazji. A to nie lada kąsek.

– On tylko przyjeżdża z wizytą – zaprotestowałam.
– Może tak mu  się wydaje,  ale możesz  przecież  sprawić, żeby zmienił  zdanie,  prawda? 

Mężczyźni sami nie wiedzą, czego chcą. Gdyby Sally nie wzięła sprawy w swoje ręce, Colin 
nadal mieszkałby z nami.

Usiłowałam sobie wyobrazić, w jaki sposób Sally wzięła sprawy w swoje ręce.
– Co takiego zrobiła?
– Sprawiała wrażenie jedynej interesującej kobiety na świecie. Czesała się inaczej niż inne 

i zachowywała się tak, jakby bawiła się lepiej ze znajomymi niż na randkach z nim. I proszę, nie 
wiadomo kiedy Colin jej się oświadczył. Złapała go.

– Sugerujesz, że mam tak postąpić wobec Briana? – oburzyłam się. – Wiesz, w dzisiejszych 

czasach nie trzeba polować na męża. – Jakbym od lat nie marzyła, że pewnego dnia w moim 

background image

życiu pojawi się rycerz w lśniącej zbroi i rozwiąże za mnie wszystkie problemy.

– Nie, ale wtedy życie jest prostsze – oznajmiła mama pragmatycznie. – Nie wiem, gdzie 

popełniłam błąd, skoro moja córka ma na haczyku milionera i pozwala mu uciec.

– Brian nie jest milionerem.
– Jeszcze nie. Ale i tak bliżej mu do tego niż temu chłystkowi, którego dzisiaj przywiozłaś. 

Ten Richard to taki sam marzyciel jak ty, Lizzie, to widać. A wiesz, co wychodzi ze związku 
dwojga marzycieli?

– No, powiedz.
– Niespłacona hipoteka.
Akurat w tej chwili Richard wsadził głowę do kuchni. Niósł pustą sosjerkę.
– Pyszna pieczeń, pani Jordan – pochwalił z szerokim uśmiechem. – Nawet moja mama nie 

zrobiłaby lepszej.

Mama uśmiechnęła się pod nosem.
– Czy mogę jeszcze jakoś pomóc? – zapytał grzecznie.
– O, nie – odparła dziwnym tonem. – Już nic nie możesz zrobić.
Kiedy wyszedł, złapała mnie za rękę.
–   To   przeznaczenie.   Wiesz,   kiedy   byłam   w twoim   wieku,   poszłam   do   wróżki,   na   molo 

w Brighton. Powiedziała mi, że jedno z moich dzieci wyjedzie za morze. Brian cię zabierze, 
wiem to na pewno.

– A może chodziło o Colina? – zaniepokoiłam się. – Przecież już kiedyś wyjechał. – Fakt, 

mój brat przez niemal dwa lata pracował w Niemczech.

–   To   się   nie   liczy,   to   prawie   jak   w domu   –   żachnęła   się   teraz,   choć   wtedy   najpierw 

przepłakała dwa tygodnie, a przed wyjazdem zaopatrzyła go w prowiant na co najmniej miesiąc. 
Potem nie mogła się nadziwić, że go dobrze słyszy przez telefon, jakby fakt, że Niemcy mają 
niezłe linie telefoniczne, nie mieścił się jej w głowie.

–   No,   podajmy   ciasto   –   zadecydowała   nagle.   –   Daj   znać,   jak   ci   poszło   –   poprosiła 

i z szerokim uśmiechem wmaszerowała do saloniku, nucąc pod nosem amerykański hymn.

background image

Rozdział 11

Wyciągnęłam stamtąd Richarda najszybciej jak się dało. Na W szczęście była niedziela, więc 

mieliśmy wytłumaczenie – musimy wracać do Londynu, żeby się przygotować do kolejnego 
tygodnia pracy.

– I co sądzisz o moim bracie? – zapytałam, kiedy tylko jego samochód znikł nam z oczu.
– Miły facet – stwierdził Richard ostrożnie. A po chwili dodał: – Czy kiedy byliście mali, 

rywalizowaliście ze sobą?

– Właściwie nie – skłamałam.
–   Dzisiaj   miałem   wrażenie,   że   bardzo   chce   cię   usadzić.   Całe   to   gadanie   o powrocie   do 

Solihull. I namawianie mnie, żebym ci przemówił do rozsądku!

– I co, zrobisz to? – zapytałam sucho.
–   Oczywiście,   że   nie.   Po   pierwsze,   chcę,   żebyś   została   w Londynie.   –   Ścisnął   mnie   za 

kolano. – A po drugie, jeśli naprawdę zechcesz zrobić karierę w handlu nieruchomościami, stanę 
za tobą murem. Skoro już o tym mowa, może znajdziesz mi jakieś ładne mieszkanko?

– Tak naprawdę wcale nie chcę pracować w tej branży – przyznałam się. – Po prostu gdybym 

powiedziała   Colinowi,   że  chciałabym  zostać   aktorką   albo  dziennikarką,   chyba  udławiłby  się 
pieczenia – Naprawdę chcesz zostać aktorką albo dziennikarką? – zdziwił się Richard.

– No... właściwie aktorką.
– Poważnie?
– Raczej tak. Zawsze o tym marzyłam.
– Więc dlaczego pracujesz w agencji handlu nieruchomościami?
– Bo muszę zapłacić czynsz. I wspierać cię finansowo – dodałam okrutnie; Richard obiecał, 

że zwróci mi długi kiedy tylko będzie mógł, ale po spotkaniu z Colinem musiałam się na kimś 
wyżyć.

– Nie spodziewałem się tego – rozważał. – Nigdy nie wspominałaś, że chciałabyś grać. Czy 

o to chodziło z tą Anią? Byłaś w kółku teatralnym?

– Tak. Od dziecka chciałam zagrać Anię z Zielonego Wzgórza. Rodzice zabrali nas do teatru, 

kiedy mieliśmy siedem lat. Ale dałam sobie spokój, kiedy w kościelnym kółku teatralnym nie 
dostałam głównej roli.

– Pewnie dlatego, że nie miałaś rudych  włosów. – Richard musnął palcami  moje mysie 

kosmyki.

– I dzięki Bogu – prychnęłam.
– I co dalej? Grałaś gdzieś? – Nie dawał za wygraną.
– Trochę. Na studiach.
– Kogo?

background image

– Kleopatrę, nianię Julii, Wiolę, jedną z Trzech sióstr Czechowa.
Zatrzymaliśmy się na światłach. Nadal wymieniałam moje role. Kiedy skończyłam, Richard 

spojrzał na mnie ze zdumieniem.

– Boże. Nie miałem pojęcia – stwierdził. – Dużo grałaś.
– Nie lubię o tym rozmawiać – uśmiechnęłam się smutno i nacisnęłam pedał gazu.
– Chyba byłaś naprawdę dobra, skoro dostałaś tyle ról.
– Na studiach każdy może grać. Więcej studentów bawiło się w teatr niż zajmowało nauką.
– Na pewno ci się to podobało.
– Owszem, myślałam nawet o studiach aktorskich.
– I co? Wzruszyłam ramionami.
– I nic. Takie jest życie. Pożyczki. Debety.
– To nie problem. Jeśli naprawdę chcesz, żeby twoje marzenia się spełniły, weź się do roboty 

– stwierdził  pompatycznie. – Mówisz, że zawsze chciałaś być  aktorką a nigdy mi o tym  nie 
mówiłaś.

– Teraz już za późno.
– Bzdura. Skoro Michael Caine zrobił karierę, grając samego siebie, ty na pewno zarobisz na 

życie. Hollywood, szykuj się. Na pewno jesteś dobra.

– Dzięki.
– Dlaczego nie zapisałaś się do żadnego kółka teatralnego tu, w Londynie?
– Nie miałam czasu.
– Więc powinnaś go znaleźć – stwierdził stanowczo i znowu ścisnął mnie za kolano. Tym 

razem na tyle mocno, że odruchowo zmieniłam biegi i sprzęgło zazgrzytało rozpaczliwie.

– Może – mruknęłam bez przekonania.
Oj, Richard, westchnęłam w duchu. Biedak stara się być miły. To fajny facet, może niezbyt 

ekscytujący, ale fajny. Marzyciel, jak ja? Przypomniały mi się słowa mamy. Miałam wyrzuty 
sumienia, że poważnie wzięłam jej słowa i dlatego też ścisnęłam go za kolana.

–   Nie   pozwól,   żeby   to,   czego   inni   od   ciebie   oczekują,   przesłoniło   ci   własne   plany   – 

powiedział. – Dziewięć razy na dziesięć ludzie nie wiedzą, co jest dla ciebie najlepsze. Moim 
zdaniem, twój brat naśmiewa się z twoich marzeń dlatego, że ich nie rozumie, nie czuje ich 
mocy. To mrówka. Zawsze był i zawsze będzie pokorną mrówką robotnicą. Chce cię ściągnąć do 
swojego poziomu, bo wie, że jesteś gąsienicą, poczwarką, z której prędzej czy później wykluje 
się piękny motyl. Boi się tego.

Znowu stanęliśmy na światłach. Spojrzałam na niego z ukosa.
– Skąd ci to przyszło do głowy?
– Ja też kiedyś studiowałem literaturę – mruknął.
– Ale jesteś księgowym.

background image

– Nie było  to moje życiowe  marzenie  – westchnął. – Chyba  nikt o tym  nie marzy.  Ale 

zapomniałem, o czym marzę. Przyciągnęły mnie pieniądze i status społeczny.

–   Status?   –   roześmiałam   się   pogardliwie.   Księgowi   nigdy   nie   wydawali   mi   się   ludźmi 

budzącymi powszechny podziw i szacunek społeczeństwa.

– Śmiej się, śmiej, ale moja rodzina jest ze mnie dumna. Widzisz, mam czystą, stałą pracę – 

wyjaśnił śmiertelnie poważnie. – Może nie żyję z marzeń, ale też matka nie ma przeze mnie 
koszmarów.

– Jak moja – prychnęłam. – Teraz uważa, że jedynym wyjściem jest dla mnie ślub. Czasami 

myśli jak bohaterki Jane Austen.

– Pewnie chciałaby, żebyś wyszła za faceta z dobrą pracą – Richard poprawił nieistniejący 

krawat.

–   Chyba   tak.   I z dużym   dochodem   –   dodałam,   przedrzeźniając   jedną   z bohaterek   Jane 

Austen.

– Chyba się nadaję.
– Do kitu, co? – westchnęłam.
– Co? Twój występ w roli bohaterki Jane Austen?
– Nie. Dorosłe życie. Przez całe dzieciństwo nie możesz się doczekać osiemnastych urodzin. 

Powtarzasz sobie, że kiedy będziesz pełnoletni, możesz robić wszystko, co zechcesz: wychodzić, 
o której chcesz, z kim chcesz, dokąd chcesz, możesz robić, co ci się żywnie spodoba, na przykład 
zajadać słodycze i grać w gry komputerowe. Tylko że wcale tak nie jest. W ogłoszeniach o pracy 
rzadko szukają gwiazd filmowych i poetów, więc koniec końców znajdujesz sobie nudną posadę, 
jak my, żeby zapłacić czynsz i nie wylądować na bruku. Nie możesz się włóczyć całymi nocami, 
bo   rano   musisz   dobrze   wyglądać.   Nic   dziwnego,   że   wszyscy   uważają   dzieciństwo   za 
najpiękniejszy okres w życiu.

– Przestań, zanim się rozpłaczę – poprosił teatralnie. – Nie musi tak być, Liz. Jeśli chcesz, 

możesz się świetnie bawić do osiemdziesiątki. Nie możesz po prostu pozwalać, żeby inni psuli ci 
tę   radość.   Jeśli   naprawdę   chcesz   grać,   zapisz   się   do   kółka   teatralnego   i zacznij   chodzić   na 
castingi. A ja, jeśli naprawę chcę malować, muszę zacząć więcej wydawać na farby, a mniej na 
alkohol.

– Chcesz być malarzem? – zdziwiłam się.
–   Chodziło   mi   to   po   głowie.   Kiedy   miałem   osiem   lat,   narysowałem   statek   kosmiczny. 

Nauczycielka   mnie   pochwaliła   i spuchłem   z dumy.   Od   tej   pory   rysowałem   bez   przerwy,   na 
każdym skrawku papieru, który wpadł mi w ręce. Aż pewnego dnia szkicowałem konia, zamiast 
rozwiązywać zadania na matematyce. Wtedy nauczyciel wyjaśnił mi, że co prawda ładnie rysuję, 
ale rysunki nie dadzą mi chleba i dachu nad głową. A cyfry owszem...

– I stąd księgowość?

background image

– Stąd księgowość. Pewnie na świecie jest wielu niespełnionych artystów – spojrzał przez 

okno   na   wysokie   wieżowce   na   przedmieściach   Londynu.   –   Porzucili   marzenia,   bo   jakiś 
nauczyciel bez krzty wyobraźni powiedział im, że malarstwo to hobby, ale nie zawód. Jeśli jakiś 
nauczyciel powie to mojemu dziecku, poważnie sobie z nim porozmawiam.

– Gdzie mam skręcić? – zapytałam, zanim znowu się rozpędził.
– Tutaj. Z tobą tak szybko mija czas.
– Tak. I przez to poniedziałek zaczyna się szybciej, niż byśmy chcieli – prychnęłam. Byłam 

w fatalnym humorze. – Dzięki, że ze mną pojechałeś. Obiecuję, że nigdy więcej nie spotka cię ta 
tortura.

– Było bardzo miło – odparł. – Jak na taką okazję. Więc jak, zadzwonić gdzieś tak w połowie 

tygodnia? Moglibyśmy gdzieś wyskoczyć w czwartek, może do kina?

–   Hm.   –   Zacisnęłam   dłonie   na   kierownicy.   –   W czwartek   nie   mogę.   Mówiłam   ci   już. 

Przyjeżdża mój znajomy.

– A tak, pamiętam. Więc mi go nie przedstawisz? Bębniłam palcami po kierownicy.
– Ja... hm... sama nie wiem. Przyjeżdża na krótko, może już wszystko sobie zaplanował. 

Pewnie chce się spotkać też z innymi. Ma masę znajomych ze studiów. Ludzi, których oboje nie 
widzieliśmy od lat. Będziemy w kółko wspominać dawne dobre czasy, pewnie zanudzimy cię na 
śmierć.

– Rozumiem.
– Posłuchaj, nie chciałabym... Nie chciałam sprawić ci przykrości – zaczęłam.
– Wiem – zapewnił i cmoknął mnie w policzek. – Baw się dobrze. – Już prawie wchodził do 

domu, ale w ostatniej chwili odwrócił się na pięcie. Opuściłam szybę, żeby go słyszeć.

– Co się stało?
– Właśnie o to chciałem zapytać – odparł. – Jesteś smutna. Ciągle gryzą cię słowa brata?
–   Nie.   Londyn   zawsze   mnie   przygnębia   –   odparłam.   –   Po   prostu   przeraża   mnie   myśl 

o powrocie do tamtego strasznego domu. Nieważne, jak długo mnie nie ma, zawsze zastaję tam 
brud i smród.

– Wiem, co czujesz – pokiwał głową. – Ale może dzisiaj pozmywali?
– Co? Niechlujna Seema i Obrzydliwy Joe? Chcesz się założyć?
– Może o wszystkie pieniądze, które od ciebie pożyczyłem? – zażartował.
Uśmiechnęłam się. Co prawda ostatnio źle go traktowałam, ale jedno trzeba mu przyznać: 

umie mnie rozbawić. Zaraz jednak spoważniał i zrozumiałam, że czeka mnie poważna rozmowa. 
Oby się znowu nie rozczulił.

– O co chodzi? – zapytałam.
– W przyszłym miesiącu kończy ni się umowa najmu – zaczął. – Przerwij mi, jeśli uważasz, 

że to szaleństwo, ale pomyślałem sobie...

background image

O nie. Wiedziałam od razu, co sobie pomyślał. Zacisnęłam pięści, wbiłam paznokcie w skórę 

i w myślach błagałam go, żeby nie powiedział tego na głos.

– Może zamieszkalibyśmy razem? Obiecuję, że będę ci pomagał w obowiązkach domowych.
– Richard – zaczęłam.
–   Wiem,   to   poważny   krok,   ale   jesteśmy   razem   od   siedmiu   miesięcy.   Doskonale   się 

rozumiemy.   Przysięgam,   że   zadałbym   ci   to   samo   pytanie,   gdybyś   była   moją   znajomą,   nie 
dziewczyną. Uważam cię za najlepszą przyjaciółkę. – Urwał. Wyczytałam z jego twarzy, że za 
dużo powiedział i teraz żałuje.

Starałam się uśmiechnąć, ale do tej pory chyba do niego dotarło, że nie rzucę mu się na szyję, 

krzycząc: tak, tak, kochany!, chociaż właśnie tak postąpiłabym zaledwie tydzień temu. Przed 
telefonem Briana.

Najchętniej ukryłabym się pod siedzeniem. Ciekawe, czy Richard się domyśla, że kierują 

mną nie względy moralne, lecz to, że Brian ponownie wkracza w moje życie? Czy wie, że od 
kilku dni głowię się, czy i jak uda mi się ożywić dawny płomień i czy mam rzucić Richarda 
jeszcze przed przyjazdem Briana, czy może najpierw zobaczyć, jak się między nami ułoży?

– Muszę to przemyśleć – stwierdziłam.
– Oczywiście – pokiwał głową. – Nie oczekiwałem, że od razu odpowiesz. To poważna 

decyzja.

– Nie wiem, czy zdążę to przemyśleć w tym tygodniu. Wiesz, że przyjeżdża mój znajomy, – 

Zadzwoń jak już wyjedzie, dobrze?

– Oczywiście.
– Czekam – powiedział, ale jakoś bez przekonania.
Odjechałam   czym   prędzej.   Przed   domem   jeszcze   długo   siedziałam   w samochodzie. 

Nerwowo bębniłam palcami po kierownicy. To nie w porządku. Richard zaproponował mi to, na 
co czekałam od miesięcy, ale zamiast radości byłam zła: to kolejna komplikacja. Przed telefonem 
Briana   z entuzjazmem   przyjęłabym   taką   propozycję.   Teraz   czułam   się   jak   pływak,   któremu 
w połowie drogi przez kanał La Manche zaproponowano powrót na brzeg łódką. Z jednej strony 
chętnie   wlazłabym   na   pokład,   z drugiej   tak   niewiele   dzieli   mnie   od   francuskiego   wina 
i rogalików. Rozumiecie, o co mi chodzi?

Po powrocie do domu zaraz położyłam się do łóżka. Byłam zdruzgotana. Tego już za wiele 

na jeden dzień: kac, rodzinny obiad i propozycja Richarda. Moje nerwy były w strzępach.

Rodzina, też mi coś, mruczałam pod nosem, zakładając poplamioną piżamę. Powinnam od 

nich czerpać siłę, ale zawsze po wizycie w domu byłam wykończona, z głową pełną rad i aluzji, 
w których krewni są mistrzami. I te pytania na temat mojej przyszłości! Czyja w ogóle mam 
przyszłość przed sobą?

Właściwie mogłabym być na miejscu Colina, przyznałam. Gdybym tylko chciała. Mogłabym 

background image

mieć   własny   domek   na   paskudnym   osiedlu.   Miłego,   nudnego   męża.   Telewizor   z płaskim 
ekranem i pralkę automatyczną. Colin miał to wszystko, bo nie ryzykował. Kiedy los rozdawał 
przyszłość, wziął pudełko z napisem: „nudna i bezpieczna”. Co musi robić? To proste: przez 
trzydzieści lat pracować w tej samej firmie i jeździć na wakacje do Westonupon-Mare.

Ja wybrałam inną drogę. Wybrałam drogę początkowo bardzo stromą, ale przecież może się 

okazać ciekawsza, piękniejsza niż ścieżka Colina, która zaprowadziła go nie dalej niż trzy mile 
od domu rodziców.

Mnie   ciągnęło   do   Londynu.   Powtarzałam   sobie,   że   Londyn   to   odpowiednie   miejsce   dla 

takich jak ja, których dławią rodzinne miasteczka. Przecież w Solihull całe miasto wie o tobie 
wszystko. Tam gapią się na ciebie, jeśli w mroźny dzień założysz letni kapelusz. W Londynie 
możesz paradować nago, z kolczykami  w różnych częściach ciała, i nikt nie zwróci na ciebie 
uwagi, chyba że gołębie. W Londynie, tłumaczyłam sobie, wszyscy są równi, wszyscy mogą 
odnieść na sukces. Nikt ci nie powie, dajmy na to, że jako dziecko nie umiałaś malować, więc nie 
masz szans. W galeriach wiszą setki obrazów, które dowodzą czegoś wręcz przeciwnego. Nikt tu 
nie mówi: „Jojo to przeżytek.” Czy rolki. Czy hula-hoop. Czy cokolwiek innego, co może ja 
wymyślę. Londyn to miasto, do którego dążą wszystkie czarne owce z całej Anglii.

Wyjechałam   z Solihull  w pogoni  za  marzeniami.   Muszę  je zrealizować.   Dzięki  tej  myśli 

byłam w stanie kłócić się z bratem. Kiedy widziałam, jak krew go zalewa na myśl, że życie toczy 
się także z dala od Birmingham, niemal wierzyłam, że mówię prawdę.

Ale   tu,   w Londynie,   nie   byłam   już   wcale   taka   pewna,   czy   postępuję   słusznie.   Tępym 

wzrokiem gapiłam się na plamę pleśni – czyżby urosła od zeszłego tygodnia?

W   głębi   ducha   wiedziałam,   że   w poniedziałkowy   poranek   wcale   nie   będę   tryskała 

entuzjazmem. Już nic mnie nie cieszyło, kiedyś odczuwałam dreszcz emocji, ilekroć wysiadałam 
do pracy przy Knightsbridge; teraz drażniły mnie tłumy turystów, którzy biegli do Harrodsa, 
kiedy ja szłam do biura. Do biura, w którym głupkowaty pies ma wyższe stanowisko od mnie. 
Może Colin ma rację. Może rzeczywiście powinnam wrócić do domu, do świata, który dobrze 
znam.

Jaka głupia byłam, licząc, że coś osiągnę samym przyjazdem do Londynu. Na ulicach nie 

leżało złoto: raczej liczne dowody na to, że marzenia i rzeczywistość to dwa odrębne światy. 
Zmęczeni, zrezygnowani ludzie w kawiarni, w której co rano wychylałam kubek gorącej kawy; 
nieszczęśliwi pracownicy metra, którzy nigdy nawet nie patrzyli na swoich pasażerów, że już nie 
wspomnę   o powitaniu.   Współpasażerowie,   starannie   unikający   swojego   wzroku,   wmawiający 
sobie, że podróż zatłoczonym do granic możliwości pociągiem to nic takiego, że nie jadą do 
ciasnych biurowych klitek z zasłoniętymi oknami i klimatyzacją, która tłoczy im w płuca dym 
z papierosów i bakterie. I jeszcze ci, którzy sypiają w metrze i co rano proszą mnie o drobne. 
Wszyscy przyjechali do Londynu w poszukiwaniu lepszego życia. Zwabiły ich kolorowe gazety 

background image

i reklamy.

Zamknęłam oczy i starałam się zasnąć. Może kiedy zacznę myśleć pozytywnie, złe myśli 

dadzą mi spokój. W końcu udało mi się zasnąć, ale obudziła mnie Seema, energicznie szarpiąc za 
ramię.

– Dom się pali – szepnęła dramatycznie. – Z pokoju Grubego Joe wali dym.
Zerwałam   się   na   równe   nogi   i wybiegłam   na   korytarz.   Rzeczywiście,   spod   drzwi 

wydobywała się smuga dymu.

– No, na co czekasz? – ponaglała. – Może już nie żyje. Zaatakowałam drzwi jak prawdziwy 

strażak. Niestety, w tej samej sekundzie Joe otworzył i wpadłam prosto na jego rozesłane łóżko. 
Kiedy otworzyłam oczy, poczułam na sobie jego wzrok. Patrzył na mnie jak na wariatkę, chociaż 
to nie ja miałam na nosie plastikowe gogle, a na głowie kask kolarski, i to o pierwszej w nocy.

– Co wy? – zainteresował się. – Czemu tak hałasujecie w środku nocy?
– My? Co ty wyprawiasz, idioto? – zdenerwowała się Seema. – Dlaczego spod twoich drzwi 

wydobywa się dym?

– Konstruuję nadajnik radiowy – oznajmił Joe. – Żebyście wiedziały, gdzie jestem.
– A niby po co?
– Nigdy nie wiadomo, kiedy po mnie przyjdą – powiedział ze śmiertelną powagą.
– Kto? – zainteresowało mnie to.
– Chyba mnie śledzą – wyznał. – Odkąd złamałem kod dostępu do Barclays Bank.
– Czyli odkąd znalazłeś ich stronę w sieci – prychnęła Seema.
– No tak. Ale na tej stronie są różne rzeczy. Szyfry, które złamią tylko wtajemniczeni.
– Odbiło ci, Joe – orzekła Seema. – Wracam do łóżka. Błagam, nie puść domu z dymem.
Seema wróciła do swojej sypialni. Ja nadal masowałam łydkę. Bardzo ucierpiała w nieudanej 

akcji ratunkowej.

– Chcesz sobaczyć, jak to działa? – zapytał. Podał mi starą gumkę do włosów z przyklejoną 

baterią.

– Dobra. – I tak nie mogłabym zasnąć.
– Chodź po pokoju, a ja ci powiem, gdzie jesteś, chociaż będę siedział tyłem. Widzę cię na 

monitorze.

Posłusznie wędrowałam po pokoju ściskając w ręku nowy wymysł Joego.
– Jesteś koło łóżka – oznajmił radośnie.
–   Tak   –   przyznałam   zdumiona,   chociaż   w jego   pokoju,   który   nie   był   zbyt   duży 

(przekonałyśmy go z Seemą, że kobiety potrzebują więcej miejsca) można być tylko koło łóżka.

– Świetne – powiedziałam, oddając mu gumkę. – I bardzo użyteczne.
– Może mi ocalić życie – stwierdził poważnie.
– Właśnie. Ale może jakoś lepiej to maskuj.

background image

– Myślałem, czyby nie ukryć tego pod wstążką – ożywił się. Powoli skinęłam głową.
–   Tak,   to   doskonały   pomysł.   Nikt   nie   będzie   niczego   podejrzewał,   kiedy   cię   zobaczy 

z kokardą we włosach.

Joe entuzjastycznie pokiwał głową i wbił wzrok w monitor.
– Joe – zapytałam nagle – Jesteś szczęśliwy?
Odwrócił się i uwił we mnie spojrzenie dużych piwnych oczu.
– Słucham, Lizzie?
– No, jak ci się podoba w Londynie? Czy żyjesz tak, jak chciałeś?
Przesunął   wzrok   w kąt   pokoju,   gdzie   wiekowy   i dziwnie   pognieciony   plakat   z Pamelą 

Anderson walczył o miejsce ze zdjęciami statków kosmicznych z Gwiezdnych Wojen. Myślał nad 
moim pytaniem. Taką przynajmniej miałam nadzieję.

– Chyba tak – odparł. – Choć nie wiadomo, jak długo jeszcze tu będę. Kiedy pętla zacznie się 

zaciskać, a to bardzo prawdopodobne, będę musiał uciekać z kraju. Chyba do Rio.

– Boże, to straszne – wzdrygnęłam się. – W porównaniu z tym moje kłopoty to pryszcz – 

dodałam.

Joe uśmiechnął się pod nosem.
– Śpij już – powiedział. – Jeśli po mnie przyjdą zrobię wszystko, żeby dali ci spokój.
Wróciłam do siebie. Liczyłam, że uda mi się wyciągnąć Grubego Joe na poważną rozmowę 

o sensie życia. Miałam nadzieję, że powie coś, co pozwoli mi uwierzyć, że radzę sobie całkiem 
nieźle jak na dwudziestosiedmiolatkę, że wszystko się zmieni, kiedy skończę dwadzieścia osiem. 
Był ode mnie o dwa lata starszy, łudziłam się, że zna lekarstwo na stres przed trzydziestką. A tu 
nic z tego.

Nawet mi się nie chciało śmiać, że mu już kompletnie odbiło.

background image

Rozdział 12

Tej nocy nie spałam najlepiej. Zasypiałam i budziłam się, licząc plamy pleśni na suficie. 

Poniedziałkowy ranek nadszedł zdecydowanie za szybko.

Zazwyczaj nie spieszyło mi się do biura na początku tygodnia. Rupert zapewne nie pojawi 

się przed dwunastą. Co tydzień wykręcał się w ten sam sposób – wpisywał sobie do kalendarza 
fikcyjne terminy spotkań, a kiedy Harriet pytała, czemu się spóźnił, narzekał na niesłownych 
klientów. Nie żeby Harriet często bywała w biurze, zwłaszcza w poniedziałkowe ranki. W końcu 
ona była szefową i nie musiała udawać, że czuje się doskonale, kiedy miała gigantycznego kaca. 
Często zjawiała się po południu, akurat kiedy zbierałam się do wyjścia.

W ten konkretny poniedziałek cieszyłam się, że rano będę w pracy sama. Musiałam mieć 

ciszę   i spokój,   żeby   napisać   do   Briana.   Trudno,   wyznam   mu   prawdę   i zaproponuję,   że   albo 
zamieszka w norze w Ballham, albo może niech lepiej zapomni o mnie i naszej przyjaźni.

Wydawało się, że to jedyne wyjście z sytuacji. Jedyne sensowne wyjście. Tego ranka szłam 

do biura z ciężkim sercem i ponurą miną. Podeszłam do mojego biurka o wpół do dziewiątej.

– Lizzie, kochanie, co ty tu robisz tak wcześnie?
Nie wierzyłam własnym oczom. Szalona Harriet w poniedziałkowy ranek? Zazwyczaj o tej 

porze  leczyła  kaca  po burzliwym  weekendzie.  Chyba  bardzo się śpieszyła,  nerwowo cisnęła 
piękny płaszcz od Maxmary na wieszak i w histerycznym pośpiechu szukała czegoś na biurku. Ja 
tymczasem głowiłam się, jak na Boga wytłumaczyć moją obecność w biurze tak rano. Niestety, 
do głowy przychodziło mi tylko szpiegostwo przemysłowe.

– Mam kilka listów do napisania – wyjaśniłam. Ale ona nawet nie zwróciła na mnie uwagi.
– Dobrze, dobrze – mruczała pod nosem. – Jezus Maria! Nie widziałaś przypadkiem moich 

kluczyków? W domu nigdzie nie mogę ich znaleźć, chociaż dałabym sobie rękę uciąć, że wczoraj 
wieczorem   wracałam   samochodem.   Ale   nigdzie   nie   widziałam   samochodu,   więc   może   po 
imprezie wsiadłam w taksówkę, a mój biedny samochodzik stoi gdzieś na ulicy. Może ty wiesz?

Pokręciłam przecząco głową.
–  Hurra!   –  Rozpromieniona,   wynurzyła   się   z kosza   na   śmieci.   –   Super.  Ciekawe,   jakim 

cudem tam wylądowały?

Rzeczywiście ciekawe.
– Teraz muszę znaleźć samochód – stwierdziła. – Masz jakiś pomysł?
Tylko pokręciłam głową.
– Cholera. Za niecałą godzinę muszę być na lotnisku. O dziesiątej lecimy na Majorkę, taki 

urlop w ostatniej chwili. Żona Króliczka wyjeżdża na farmę piękności, więc możemy spokojnie 
razem wyjechać.

Uśmiechnęła się radośnie. Chciałam odpowiedzieć równie promiennym uśmiechem, ale moje 

background image

policzki jakoś się opierały.

– Wiesz co? Jedź na lotnisko taksówką, a ja poszukam samochodu – zaproponowałam. – Na 

pewno   zostawiłaś   go   w bezpiecznym   miejscu.   –   Sam   na   pewno   nie   odjedzie,   pomyślałam 
z przekąsem. Gustowna żółta blokada kół to praktycznie stały element wyposażenia zgrabnego 
mercedesa Harriet.

– Och kochanie, naprawdę to zrobisz? Odwdzięczę ci się, zobaczysz.
Skinęłam głową.
Podała mi kluczyki na ładnym breloczku od Tiffany’ego. Takim samym, jaki dostałam od 

Mary na urodziny. Od Mary, która nadal nie zadzwoniła z przeprosinami.

– Te są do stacyjki, a te do drzwi. Nie, chwileczkę – zawahała się. – Może odwrotnie, może 

ten jest do stacyjki, a ten do drzwi. O Boże, poplątało mi się. I co teraz?

– Chyba jakoś sobie poradzę.
– Jesteś taka mądra! Obiecuję, że zaraz po powrocie podpiszemy umowę o pracę!
Zawsze   mi   to   obiecywała.   Zatrudni   mnie   na   etat   po   powrocie,   wszystko   jedno   skąd: 

z Hiszpanii, ze sklepu, z łazienki.

– Teraz taksówka – planowała głośno. – Jakim cudem mam sobie ściągnąć taksówkę tu, do 

biura?

Podniosłam słuchawkę.
– Żaden problem, jeśli się wie, jak to załatwić – mruknęłam złośliwie.
–   Cudownie.   Jesteś   taka   sprytna   –   dodała   z podziwem,   jakbym   była   co   najmniej 

czarodziejką.   –   Oj,   muszę   sprawdzić,   czy   wszystko   mam.   Paszport,   walizka,   środki 
antykoncepcyjne...   Poradzisz   sobie   sama   w biurze,   prawda?   Zresztą,   niewiele   się   tu   dzieje. 
Gdyby ktoś naprawdę pilnie mnie potrzebował, niech zadzwoni na komórkę. Chociaż... Zaraz, 
zaraz, zdaje się, że położyłam wczoraj komórkę na dachu samochodu, zanim odjechałam... Czyli 
może   być   wszędzie   między   moim   domem   a Sloane   Square.   Czy   nie   mogłabyś   przy   okazji 
poszukać i komórki, kiedy zajmiesz się szukaniem samochodu? Powiedz Rupertowi, że bardzo 
mi przykro, że was tak zostawiam na lodzie, ale chyba mnie rozumiecie, prawda, kochanie? 
Myślisz, że będzie na mnie wściekły?

– Chyba zrozumie.
Wyobraziłam   sobie   jego   radość,   kiedy   się   dowie   o jej   wyjeździe.   Rewelacja,   codziennie 

będzie mógł grać w golfa.

– Wracam za tydzień. No, gdzie ta taksówka? Jak myślisz, udała mi się nowa fryza?
– Wyglądasz super. – Trochę niechlujnie, ale super jak na taką ofermę, pomyślałam. Biała 

koszulka od Jil Sander, nie dość, że upstrzona śladami psich łap, była wywrócona na lewą stronę.

– Dziękuję. No dobra. Czy pomyślałam o wszystkim? O, taksówka już jest. Nieźle. Chodź, 

Herkules. Jedziemy na wakacje. Aż do Hiszpanii. – Maszerowała do drzwi z walizką, paszportem 

background image

i... psem.

– Harriet! – rzuciłam się za nią. – Harriet! A co z Herkulesem?
– Spojrzałam na cuchnącego spaniela z mokrym nosem i smutnymi oczami. – Nie możesz go 

zabrać do samolotu.

Posłała mi zdumione spojrzenie.
– Jak to, moja droga? A niby dlaczego nie?
– Herkules to pies, Harriet, a psów nie wolno zabierać do samolotu. To znaczy, wolno, ale 

lecą w luku bagażowym.

Przycisnęła biednego psiaka tak mocno, że wyłupiaste oczy jeszcze bardziej wylazły mu na 

wierzch.

– No i nie wiadomo, jak jest na Majorce – ciągnęłam. – Ale jedno wiem na pewno, nikt ci nie 

pozwoli go wwieźć z powrotem do Anglii, nie od razu. Będzie musiał przejść kwarantannę.

– Kwarantannę? – powtórzyła z przerażeniem. Taksówkarz potwierdził moje słowa.
– Co najmniej pół roku w klatce – wtrącił się.
– Więc co mam robić? – zapytała zrozpaczona.
– Niech go pani zostawi na przechowanie w psim pensjonacie – podsunął taksówkarz. – 

Zazwyczaj ludzie tak robią przed urlopem.

–   Nie   mogłabym!   –   żachnęła   się   i spojrzała   na   taksówkarza   takim   wzrokiem,   jakby 

zaproponował,   żeby   tego   psa   co   najmniej   uśpiła..   –   Miałabym   zostawić   moje   maleństwo 
u obcych na cały tydzień? Nie, zadzwonię do Króliczka i powiem mu, że nie jadę. – Wysiadła 
z taksówki.

Wepchnęłam ją z powrotem i wyrwałam jej Herkulesa z objęć.
– Harriet, musisz jechać – powiedziałam. – Wiem, jak bardzo ci na tym zależy. Herkules 

zamieszka u mnie, zajmę się nim.

– Naprawdę? – rozpromieniła się. – To takie uprzejme z twojej strony. Ale czy na pewno 

wiesz, co robisz?

– Wiem, jak się obchodzić z psem. Mój gospodarz nie będzie miał nic przeciwko temu. 

Herkules będzie spał w moim pokoju.

– O, nie. Herkules nie zaśnie, jeśli nie ma swoich zabawek. – Po krótkim mocowaniu się 

z breloczkiem podała mi klucze do mieszkania w Notting Hill. – Posłuchaj, może cały dzień 
siedzieć w biurze, ale wieczorem musisz go zawieźć do domu, a rano stamtąd zabrać. I to przed 
siódmą, żeby nie nasiusiał na perskie dywany. To ci po drodze, prawda? I jeszcze jedno, kiedy 
idziesz z nim na spacer, musisz go nieść między domem a parkiem. Nie lubi chodzić po asfalcie, 
ma bardzo delikatne nóżki.

– Może powinna mu pani sprawić buciki – Taksówkarz mrugnął do mnie porozumiewawczo.
– Doskonały pomysł!  – ucieszyła  się Harriet. – Myśli pan, że ktoś szyje takie specjalne 

background image

malutkie buciki dla piesków? Lizzie, poszukasz? Jeśli coś takiego istnieje, na pewno sprzedają to 
w Internecie.

– Słuchaj, paniusiu, chyba się spieszymy na samolot? – Taksówkarz spojrzał na zegarek.
Harriet jeszcze raz pocałowała Herkulesa w mokry nos i podała mi go z ociąganiem.
– Zajmiesz się moim maleństwem, prawda? – szepnęła przez łzy.
Obiecałam,   że   tak,   oczywiście,   i w końcu   taksówka   odjechała.   Postawiłam   Herkulesa   na 

chodniku i chciałam wracać do biura. Ale pies nie szedł. Odwróciłam się, żeby zobaczyć, co się 
z nim dzieje. Stał dokładnie w tym samym miejscu, gdzie go zostawiłam, i trząsł się jak rudy liść.

– Chodź, Herk – zawołałam stanowczo i radośnie, tak jak się powinno wołać psy. – Idziemy 

do pracy.

Chude ciałko niemal rwało się w moją stronę, ale małe łapki jakby przymarzły do chodnika. 

Harriet nie żartowała, rozpieszczone psisko naprawdę nie lubi chodzić po asfalcie. Po chwili 
dałam   za   wygraną   zawróciłam   i wzięłam   go   pod   pachę.   Polizał   mnie   po   twarzy,   żałośnie 
wdzięczny. Miałam wrażenie, że pocałował mnie trampek Grubego Joe.

– Niedługo się oduczysz takich numerów – ostrzegłam, gdy wchodziliśmy do biura.
Mój e-mail do Briana nadal migotał na monitorze. Zaraz go wyślę. Na razie napisałam tylko: 

„Drogi Brianie, jest coś, co muszę ci powiedzieć”. I co dalej? Obrócić wszystko w żart? A może 
posypać głowę popiołem? Reakcja Briana będzie w dużym stopniu zależała od tego, w jakim 
świetle przedstawię mu całą sprawę. Może nawet będzie się śmiał, jeśli przekonam go, że to 
tylko niewinna zabawa, nad którą straciłam kontrolę.

Może   powinnam   to   jeszcze   przemyśleć,   stwierdziłam   i wyłączyłam   komputer.   Poza   tym 

zawsze   jest   szansa,   choćby   minimalna,   że   Brian   o niczym   się   nie   dowie.   Kiedy   zadzwonił 
i zapowiedział  się z tą nieszczęsną  wizytą  powiedział,  że nie może  robić wiążących  planów, 
dopóki szef nie zatwierdzi danych na ten czy przyszły rok, nie pamiętam. Jeśli jego dział nie 
spisał się odpowiednio, może zapomnieć o urlopie. Obiecał, że zawiadomi mnie, jak tylko się 
dowie, czyli  we wtorek rano, jego czasu. A wtorek po południu mojego. Tak, powiedziałam 
sobie. Do tego czasu wstrzymam się z rewelacjami. Nie ma sensu robić z siebie idiotki, kiedy nie 
ma takiej potrzeby.

Zadzwonił telefon. Rupert. Dzwonił, co do czego nie miałam wątpliwości, ze swojej sypialni.
– Halo? Harriet? – zapytał zbolałym głosem.
– Nie, Liz – odparłam.
– Przyszła już? – zapytał już normalnie.
– Przyszła i poszła. Poleciała. Na Majorkę.
– Co? Jak to?
– Żona Króliczka pojechała się odchudzać, więc zabrał Harriet na Majorkę.
–   Super.   Stary   dobry   Króliczek   –   rozmarzył   się   Rupert.   –   Kiedyś   chciałbym   mu 

background image

podziękować. To porządny facet.

– To oszust – syknęłam. – A Harriet jest idiotką marnuje czas, czekając na takie okazje, 

i marnuje sobie życie, czekając na starego łysego grubasa, który i tak nigdy nie rozwiedzie się 
z żoną. Nie wiem, czemu zawraca sobie nim głowę.

– Bo na świecie jest mniej wolnych mężczyzn niż kobiet – pouczył mnie Rupert. – I dlatego 

wiele z was musi się dzielić zdobyczą. To nieuniknione.

– Więc jakim cudem nadal jesteś sam? – żachnęłam się.
– A kto ci to powiedział? Skąd wiesz, może przez cały weekend byłem w łóżku z piękną 

panią?

Skrzywiłam się na samą myśl, denerwowało mnie, że wyrażał się o swoich podbojach per 

„piękna pani”, jako że traktował je okropnie. Dla Ruperta punktem honoru było, zdaje się, brać 
od dziewcząt numery telefonu, ale broń Boże nigdy nie zadzwonić.

– O której przyjdziesz? – zapytałam.
– Mam przyjść? Zwariowałaś? Kiedy ona wraca?
– Za tydzień.
– Więc do zobaczenia. Wiesz, naprawdę chętnie pomógłbym  ci zastępować szefową, ale 

dopadł mnie wirus. Co za pech, prawda? W środku lata. A przecież nie możemy ryzykować, że 
cię zarażę.

–   No   jasne.   Wielkie   dzięki.   Miałam   nadzieję,   że   pomożesz   mi   zająć   się   Herkulesem. 

Zostawiła kundla w biurze. Nie wiedziała, że nie może go ze sobą zabrać.

– Kochana Lizzie,  wiesz, jak bardzo chciałbym  ci pomóc – nawijał Rupert. – Ale mam 

alergię na psy.

– Nieprawda. Codziennie siedzisz z nim w biurze.
– I cały czas płaczę. Nie słyszałaś, jak pociągam nosem?
– Nie.
– Słuchaj,  Lizzie,   bądź  kochana  i pracuj.  Obiecuję,  że  pewnego  dnia  ci  się  odwdzięczę. 

A tymczasem   baw   się   dobrze,   pobuszuj   po   Sieci,   pisz   maile,   jak   zwykle...   Poszukaj   stron 
pornograficznych i ściągnij te najlepsze. Do zobaczenia. – I odłożył słuchawkę.

Świnia.
Cóż,   skoro   Rupert   nie   przyjdzie,   nie   będę   tu   siedziała   sama.   Poza   tym,   byłam   głodna. 

W puszce   na   słodycze   nie   było   nawet   okruszków,   za   to   w domu   czekały   na   mnie   pierożki 
tortellini   z pieczarkami   i czosnkiem.   Co   prawda   Seema   i Gruby   Joe   są   w domu,   więc   nie 
wiadomo, czy moje pierożki nadal bezpiecznie czekają w lodówce. Kiedyś przyłapałam Grubego 
Joe, jak wsuwał na śniadanie mrożone rogaliki. Nawet ich nie rozmroził. Skrzywił się tylko 
i stwierdził, że jak dla niego są za czerstwe.

– Chodź, Herkules, idziemy coś zjeść. Dochodziło wpół do dziesiątej.

background image

Herkules ochoczo podążył z mną, wyszedł na zewnątrz i czekał cierpliwie, aż zamknę drzwi. 

A potem spojrzał na mnie wyczekująco.

Zdążyłam już zapomnieć, że cierpi na bardzo niewygodną fobię.
– Chyba żartujesz? – zwróciłam się do psiej świni. – Chyba nie oczekujesz, że będę cię 

nosiła na rękach przez cały tydzień? Do stacji metra mamy dwadzieścia minut marszu, a przez 
cały  ten  czas  nigdzie  nie  zobaczysz   trawnika.  Zresztą,   co ja  mówię,   ty pewnie  nie   jeździsz 
metrem!  Cóż, nie ze mną  te numery.  Harriet jest w Hiszpanii  i ja jestem twoją panią do jej 
powrotu. I na razie, jak każdy przyzwoity pies, będziesz szedł przy nodze. Chodź tu!

Herkules zaskomlał. Wysunął badawczo łapę, ale się nie przemógł.
– Do nogi! – wrzasnęłam i władczo poklepałam się w udo.
I znowu przednia łapka uniosła się z wahaniem. Spojrzał na mnie błagalnie.
– Do nogi! – powtórzyłam. O nie, nie dam się nabrać na rozpaczliwe spojrzenia psich oczu, 

byłam już wystarczająco naiwna, już nieraz władowałam się w idiotyczny związek przez taki 
wzrok. Poklepałam się po obu udach.

Nic z tego.
– Do nogi. Błagam. Herkules, błagam. Słuchaj, zrobimy tak, w Ballham cię poniosę, ale tutaj 

chodnik   ci   nie   zaszkodzi.   Jesteśmy   w Knightsbridge,   zobacz,   jak   tu   ładnie.   –   Poklepałam 
chodnik.   –   Zobacz,   jaki   śliczny,   czysty   asfalt!   Pewnie   codziennie   tu   sprzątają!   Chodź, 
przejdziemy się. – Żadne argumenty do niego nie trafiały. – Na rany boskie! – Podbiegłam do 
niego   i wzięłam   na   ręce.   Znowu   polizał   mnie   z wdzięczności   i przez   całą   drogę   na   stację 
spoczywał w moich ramionach jak dziecko.

– Dlaczego ta pani niesie pieska? – zainteresował się mały chłopiec.
– No właśnie, dlaczego? – mruknęłam.
Całe szczęście, że Herkules nie miał nic przeciwko publicznym środkom komunikacji. O ile 

oczywiście nie próbowałam postawić go na podłogę. Wszystko było w porządku aż do Charing 
Cross,   gdzie   musieliśmy   wsiąść   do   zatłoczonego   wagonu.   Jechaliście   kiedyś   stłoczeni   jak 
sardynki   ze   spanielem   pod   pachą?   A na   schodach   ruchomych   o mały   włos   mi   nie   wypadł. 
Złapałam go za ogon. Pisnął z bólu, a sznur miłośników psów łypał na mnie z dezaprobatą.

Z o wiele gorszymi wyrazami dezaprobaty spotkałam się na dworze, gdy Herkules załatwił 

się tuż przed stacją.

– Nie ma pani torebki? – zapytał postawny starszy pan. Zdybał nas na gorącym uczynku.
–   Nie   –   odparłam   i znowu   wzięłam   Herkulesa   pod   pachę.   Przedtem   postawiłam   go 

w ostatniej   chwili,   jeszcze   moment   i wszystko   wylądowałoby   w moim   płaszczu.   Byłam 
zmęczona i spocona, w końcu niosłam go już kawał drogi. Nie miałam ochoty po nikim sprzątać.

– Za zanieczyszczanie chodników przez psy ich właściciele płacą karę do pięciuset funtów – 

zagrzmiał starszy pan. – Proszę posprzątać po psie, bo wezwę straż miejską!

background image

– Co? – żachnęłam się.
– Proszę posprzątać. Jeśli pani pies zanieczyścił chodnik, jest pani obowiązkiem, moralnym 

i prawnym, po nim posprzątać.

– Akurat.
–   Akurat   –   powtórzył   starszy   pan.   Tylko   że   mówił   poważnie.   Ale   niby   czym   miałam 

posprzątać? Nie noszę ze sobą plastikowych torebek, przecież gdyby tak było, już dawno bym 
posprzątała.   Ponieważ   jednak   nic   nie   miałam,   szłam   dalej   i udawałam,   że   nie   zauważam 
zaangażowanego społecznie staruszka. Nie dawał za wygraną.

– Młoda damo,  uprzedzam,  że zapamiętam  pani  rysopis,  podobnie  jak rysopis  pani  psa, 

i zgłoszę to na policji. Zapewniam, że oni wyciągną odpowiednie konsekwencje.

Szczere mówiąc, nie wyobrażam sobie, że policja porzuca śledztwo w sprawie o zabójstwo 

i rozwiązuje zagadkę psiej kupy, ale starszy pan był chyba innego zdania. Notował coś szybko.

– Proszę posłuchać, nie mam czym tego posprzątać – wyjaśniłam. – Poza tym, to nie mój 

pies. Przyjaciółka mnie prosiła, żebym się nim zajęła przez kilka dni.

– W takim razie pies jest pod pani opieką i musi pani po nim sprzątać. Proszę bardzo. – Podał 

mi cienką plastikową siatkę.

– Co to?
– Torebka.
Wzięłam ją i podziękowałam w nadziei, że to już koniec, ale starszy pan ani myślał odejść.
– No, dalej – wskazał psią kupę. Będzie mnie pilnował.
– Pan żartuje – sprzeciwiłam się. – Przecież to jest rzadkie.
– Posiadanie psa ma swoje wady i zalety – poinformował mnie.
– Już panu mówiłam, to nie mój pies.
– Proszę przekonać o tym sąd, młoda damo. – Złapał mnie za ramię i pociągnął w stronę 

popisu Herkulesa.

– Proszę mnie puścić. Mogłabym pana oskarżyć o naruszenie dóbr osobistych – ostrzegłam.
–   A jak   pani   myśli,   komu   uwierzą?   Powszechnie   szanowanemu   członkowi   lokalnej 

społeczności, który ma za sobą chlubną służbę w armii i dziesięć lat w straży obywatelskiej, czy 
podejrzanej azylantce? Pułkownikowi czy złodziejce psów?

– Chwileczkę. Nie jestem azylantką i nie ukradłam tego psa, choć na całe szczęście nie jest 

mój.

– W takim razie proszę mi podać nazwisko i adres jego właściciela, żebym mógł później to 

potwierdzić. Nie łudź się, że policja nie wie o szajce złodziei psów w tej okolicy, moja droga. 
Policja   wie   wszystko.   Tak,   tak,   wy   zaćpane   małolaty,   kradniecie   ludziom   zwierzaki 
i sprzedajecie do laboratoriów, żeby mieć na działkę marihuany, żeby dać sobie w żyłę.

– Słucham?

background image

– Słyszałaś. Zapamiętam cię sobie, młoda damo, tak, tak. Narkomani kradnący psy?  Już 

miałam na końcu języka pytanie, czy mój nowy znajomy przypadkiem nie bierze kwasu?

– Dobrze, posprzątam – westchnęłam. – Tylko proszę już dać mi spokój. Może zajrzy pan do 

biblioteki i poduczy się czegoś o swobodach obywatelskich?

– Poczekam i sprawdzę, czy wszystko dobrze posprzątasz, jeśli nie masz nic przeciwko.
– Tak się składa, że mam.
– Cóż, to mi nie przeszkadza. I tak poczekam.
– Świetnie – warknęłam, postawiam Herkulesa na ziemi i zebrałam jego kupę do plastikowej 

torebki.

– Na przyszłość bądź ostrożniejszy – mruknęłam do psa.
– Do mnie pani mówi? – zainteresował się wojskowy.
– Nie. Gdybym mówiła do pana, klęłabym jak szewc, sir – dodałam dla żartu. Kupa była 

w worku i pomachałam mu nim przed nosem.

– Zadowolony?
– I żebym cię więcej na tym nie przyłapał – pogroził mi palcem i oddalił się w stronę stacji 

metra.

– Dzięki – zwróciłam się do Herkulesa. – Jeszcze tylko tego było mi trzeba.
Rozejrzałam się, gdzie by tu wyrzucić moją torebkę psiej kupy, ale nie widziałam nigdzie 

kosza na śmieci.

Cholera.
Już miałam cisnąć ją komuś za płot, kiedy zobaczyłam, że mój nowy znajomy co prawda 

odszedł, ale bacznie obserwuje mnie z odległości.

No   nie.   Wyraźnie   czekał,   co   zrobię.   Wzięłam   Herkulesa   pod   pachę,   torbę   do   drugiej 

i ruszyłam   w drogę.   Co   jakiś   czas   dyskretnie   zerkałam   za   siebie,   ale   dzielny   członek   straży 
obywatelskiej szedł za mną krok w krok. Słyszałam nawet, jak rytmicznie stuka laską o chodnik.

Co jeszcze mnie czeka? Nie dość, że mam tyle problemów, teraz jeszcze niosę worek gówna. 

Postanowiłam   zgubić   starego   zrzędę,   ale   między   naszym   domem   a stacją   nie   ma   ciemnych 
zaułków. Zanim się obejrzałam, stałam na rogu naszej ulicy przed sklepem.

Pułkownik był po drugiej stronie jezdni, udawał, że wącha róże w czyimś ogródku.
Wolałam,   żeby   nie   wiedział,   gdzie   mieszkam,   a nuż   rzeczywiście   naśle   na   mnie   straż 

miejską? Postanowiłam zagrać na zwłokę, może mu się w końcu znudzi. Zresztą i tak musiałam 
iść do sklepu. W naszym domu wiecznie brakowało mleka. Może inaczej: albo mleka nie było, 
albo były trzy litry. Poza tym potrzebowałam żarcia dla psa. Harriet nie zostawiła nic w biurze, 
a obawiałam się, że nasza lodówka świeci pustkami. Za to niewykluczone, że psie żarcie mógłby 
mieć   Gruby   Joe,   który   w obawie   przed   końcem   świata   gromadził   najróżniejsze   wiktuały. 
W każdym   razie   w naszym   sklepiku   na   pewno   mieli   duży   wybór   i niskie   ceny,   przy   czym 

background image

ważniejsze były te ostatnie. Weszłam do środka z Herkulesem pod pachą i torebką z kupą na 
przegubie. Dyndała dystyngowanie, jak torebeczka wieczorowa. Ku mojemu zdumieniu, Habib, 
zawsze taki przyjazny i uczynny, kazał mi natychmiast wyjść i wcale nie był przy tym miły.

– Żadnych psów! – krzyknął.
– Habib! – jęknęłam. – Chcę tylko mleko, psią konserwę i pieczywo! Zajmę ci pół minuty!
– Żadnych psów! Taka jest zasada! Zostaw go na dworze.
– No dobra. – Właściwie po co ludziom psy, zastanawiałam się. Opiekuję się Herkulesem 

zaledwie   od   godziny,   a już   się   czuję   jak   trędowata.   A niby   wszyscy   lubią   czworonogi. 
Postawiłam Herkulesa na chodniku, obok warzyw ustawionych przed sklepem i przywiązałam do 
słupka. Oczywiście od razu zaczął skomleć, a pułkownik nadstawił ucha, wyczuwając znęcanie 
się na zwierzętami.

– Naprawdę nie mogę z nim wejść? – błagałam Habiba od drzwi. – To rasowy spaniel. Nie 

lubi stać na asfalcie.

– Co to za bzdury? Nie, nie możesz z nim wejść. Pomyśl o higienie.
No właśnie, myślę, przemknęło mi przez głowę, gdy patrzyłam na wypłowiałe od słońca 

pudła po czekoladkach, które stały na wystawie, odkąd pamiętam. Ale Herkules patrzył na mnie 
takim  wzrokiem,  że  obawiałam  się,  że  dostanie  zaraz   zawału.  Nie  miałam  wyjścia:   zdjęłam 
płaszcz, położyłam na ziemi. Herkules zaraz się na nim usadowił. Weszłam do środka. Niestety, 
nie było nic dla psów rasowych, więc kupiłam najtańszą puszkę ozdobioną zdjęciem psa dziwnie 
podobnego do niedźwiedzia polarnego. Może to konserwa z misia?

– Od kiedy masz psa, Lizzie Jordan? – zainteresował się Habib, pakując moje zakupy do 

plastikowej torby.

– Nie mam.
Spojrzał na mnie dziwnie.
– Ach, chodzi ci o tego psa? Nie jest mój, tylko mojej szefowej, opiekuję się nim. Jakbym 

i bez tego nie miała dosyć problemów.

– Jakich? Może chcesz o tym porozmawiać? – Habib uwielbiał plotki. A ja nagle nabrałam 

nadziei, że może on znajdzie rozwiązanie mojego problemu i opowiedziałam mu wszystko.

– Nie wolno kłamać – stwierdził, kiedy skończyłam.
– Wiedziałam, że to powiesz. Ale co mam teraz robić?
– Wrzuć tu drobne – pomachał skarbonką z napisem Hare Kriszna. – Pomodlimy się za 

ciebie.

– Dzięki, ale wolę sprzedać duszę diabłu. Ile płacę? – Herkules wył jak dusza potępiona.
– Chwileczkę. Jeszcze to zważę.
Z   przerażeniem   patrzyłam,   jak   Habib   przymierza   się   do   torebeczki   z psią   kupą   którą 

nierozważnie położyłam na ladzie.

background image

– Mielone, prawda? – zapytał. Wyrwałam mu ją w ostatniej chwili.
– Tak, ale kupiłam na mieście.
– Torebka wygląda na moją – upierał się.
– Wiem, wiem, ale dużo małych sklepów ma takie same torebki. Może powinieneś zamówić 

sobie własne.

– Przecież biały i niebieski to moje kolory – obruszył się.
– Już nigdy nie kupię nic na mieście – obiecałam mu. Zabrałam drobne i wyszłam.
– Chwileczkę. Wiesz, co moim zdaniem powinnaś zrobić? – zaczął, ale nie zdążyłam go 

wysłuchać. Herkules nerwowo przebierał łapkami na moim płaszczu, a takie przebieranie mogło 
oznaczać tylko jedno.

– Jutro mi powiesz – krzyknęłam przez ramię i wybiegłam przed sklep. Zdążyłam w ostatniej 

chwili, uratowałam płaszcz, ale nie worek kartofli. Muszę pamiętać, żeby w przyszłym tygodniu 
Seema broń Boże nie kupowała ziemniaków u Habiba.

– Zrobiłam zakupy i idę do domu! – Wrzasnęłam do pułkownika. – Mój chłopak już na mnie 

czeka! To kawał faceta! Złości się, kiedy się spóźniam z obiadem!

Podziałało.   Skinął   mi   i odwrócił   się   na   pięcie.   Cisnęłam   torebkę   z kupą   do   pierwszego 

ogródka.

Skrzywiłam   się   z obrzydzeniem,   nakładając   psie   żarcie   na   talerzyk.   Gwizdnęłam   na 

Herkulesa na znak, że obiad podany, ale chyba kafelki kuchni też mu nie odpowiadały, bo nie 
chciał przejść przez próg. Właściwie mu się nie dziwiłam. Kiedyś przez pomyłkę weszłam tu 
boso   i na   mojej   stopie   znalazły   się:   rozlany   miód,   trzy   włosy   łonowe   i kolekcja   karteczek 
z cenami. Od tego czasu nie wchodziłam do kuchni bez butów. Postawiłam miseczkę w progu.

Herkules obwąchał jej zawartość z obrzydzeniem. – Wiedziałam, że tak będzie – odezwałam 

się do Seemy. Szła do kuchni zaparzyć herbatę.

– Niby jak?
–   Wiedziałam,   że   nie   zechce   żarcia   z puszki.   Wiedziałam.   Przecież   to   to   samo   – 

denerwowałam się. – Do wszystkich pakują to samo, stare konie wyścigowe. Niby dlaczego mam 
przepłacać po funcie za puszkę? Żeby dostał kawałek zwycięzcy?

– Właściwie co tu robi pies? – Seema przyglądała mu się podejrzliwie. Siedziała cały czas 

w swoim pokoju, uczyła się hiszpańskiego i dopiero teraz zobaczyła naszego nowego lokatora.

– To pies Harriet, wyjechała na tydzień na Majorkę i zostawiła mi go. Wabi się Herkules.
–   Super.   Herkules?   Fajne   imię.   Jaki   kochany!   –   Seema   kucnęła   przy   nim.   –   Śliczny 

chłopczyk! – W odpowiedzi polizał ją w nos.

– Seema, litości. To tylko cholerny pies.
– Ojojoj – Posadziła go sobie na kolanach. – Nie bądź taka. Został sam, bez swojej pani, a ty 

go karmisz jakimś obrzydlistwem, którego nie tknąłby nawet Gruby Joe. To nie jego wina, że nie 

background image

chce jeść krowich warg. Bo wiesz, w psich konserwach są krowie odpady, nie konina. Mam 
kurczaka   w lodówce,   chcesz?   –   Z Herkulesem   w ramionach   podeszła   od   lodówki   i wyjęła 
apetyczną pieczoną kurzą pierś.

– Ej – zdenerwowałam się. – Jeśli ty nie masz ochoty, ja to zjem.
–   Usmaż   sobie   –   burknęła,   posadziła   Herkulesa   na   szafce   i pokroiła   pierś   na   małe 

kawałeczki. W pewnej chwili obawiałam się, że zaraz ozdobi talerzyk sałatką. Albo przyrządzi 
indyjski sos (chociaż nie umiała gotować).

– Proszę, kochanie. – Postawiła mu miskę przed nosem. – Ty jesteś rasowy, nie będziesz 

jadał żadnych świństw z puszki.

Ale   Herkules   nie   jadł   także   kurczaka.   To   znaczy,   zajrzał   do   miski   z większym 

zainteresowaniem, ale nadal nic nie wziął do pyska.

– Widzisz? Kurczaka też nie lubi. Seemo, to po prostu rozpuszczony kundel. Zostawmy mu 

żarcie w misce. Zje, kiedy zgłodnieje.

– Już jest głodny, to widać, spójrz, jakie ma smutne spojrzenie. I burczy mu w brzuszku. 

Może źle się czuje? A może jada tylko ze swojej miseczki? Sąsiedzi moich rodziców mieli kiedyś 
yorkshire teriera. Kiedy się zbiła jego miska, wychudł na wiór, ale nie jadł z innego naczynia. 
Dopiero po dwóch tygodniach znaleźli mu miseczkę identyczną jak stara.

Przewróciłam oczami.
– Chyba żartujesz.
– Nie. Czy Harriet dała ci jego zabawki i naczynia?
– Harriet niczego mi nie dała, tak się spieszyła na lotnisko, że zapomniała, że nie może 

zabrać go ze sobą. Dała mi klucze do mieszkania i powiedziała, że mam go na noc odprowadzać 
do domu, ale ani mi się śni w kółko jeździć taki kawał drogi. To tylko pies. Może spać w kuchni 
i żreć nawet z podłogi, jeśli zgłodnieje.

Seema zacisnęła usta w wąską linię.
–   Cóż,   jeśli   naprawdę   jesteś   za   leniwa,   żeby   odprowadzać   go   do   domu,   powinnaś 

przynajmniej   przywieźć   mu   miskę   i kocyk.   Jakbyś   się   czuła,   gdyby   rodzice   zostawili   cię 
u obcych bez ukochanej przytulanki?

– Często to robili i jakoś przeżyłam. Słuchaj, nie pojadę do Harriet po jakiś śmierdzący koc. 

Jeśli naprawdę lubi smrody, pożyczymy coś od Grubego Joe. Idę sprawdzić wyniki lotto, może 
tyle wygrałam, że rozwiążą się moje kłopoty z Brianem.

– Rozumiem. Wnioskuję z tego, że Mary nadal nie zadzwoniła z ofertą? A ty? Zadzwoniłaś 

do niej, jak ci radziłam?

– Nie. Bo to ona powinna przeprosić. To ona jest wredna. Po tym, co dla niej zrobiłam.
– Sukces odmienia ludzi.
– Ciekawe, może dlatego jestem równie urocza jak dawniej? – mruknęłam.

background image

– A kto się opiekuje mieszkaniem Harriet podczas jej nieobecności? – Seema podsuwała 

Herkulesowi kurczaka pod nos. Na darmo.

Wzruszyłam ramionami. Minęła dłuższa chwila, zanim zrozumiałam.
– Nikt – odparłam, nagle się prostując. – Przez cały tydzień nie będzie tam żywej duszy. Czy 

myślisz o tym, co ja? – Niemal widziałam trybiki w mózgu Seemy.

– Herkules musi mieć swój kocyk – stwierdziłam nagle i entuzjastycznie. – Chodź, jedziemy 

po niego.

– Pod warunkiem, że ja poniosę psa – zastrzegła. Ależ proszę bardzo, zobaczy, co to za 

przyjemność.

Pracowałam w agencji Corbett i S-ka już tak długo, że gdybym na nodze krzesła stawiała 

nacięcia za każdy dzień, mebel już dawno by się zawalił, ale jeszcze nigdy nie byłam u Harriet 
w domu. Kiedy w końcu dotarłyśmy na miejsce (adres był prawie nieczytelny, Harriet minęła się 
z powołaniem, powinna być lekarzem), zaniemówiłam z wrażenia. Elegancki wiktoriański dom 
z czerwonej cegły, przy drzwiach siedem mosiężnych tabliczek z nazwiskami lokatorów.

– Wspaniale! – Seema opadła na skórzaną kanapę w saloniku Harriet. – Jezu, ile ona zarabia 

na tej agencji, skoro stać ją na takie mieszkanie!

–   Grosze   –   zapewniłam.   –   W końcu   mam   wgląd   we   wszystkie   dokumenty.   Ale   chyba 

w młodości romansowała z jakimś szejkiem arabskim. I jeszcze majątek rodzinny. Chyba mają 
jakąś wioskę na południu.

Przyjrzałam się niewielkiemu szkicowi. Przedstawiał małą dziewczynkę. Nie znam się na 

sztuce, ale dałabym sobie głowę uciąć, że to oryginalny Picasso. Przypomniało mi się, jak Harriet 
kiedyś opowiadała, że jej ojciec poznał malarza w Paryżu. Jej ojciec udzielił mu kilku rad co do 
inwestycji, a Picasso odwzajemnił się paroma szkicami.

– W lodówce jest tylko szampan Cristal i piersi kurczaka dla Herkulesa – krzyknęła Seema. – 

Jezu, Liz, musisz to zobaczyć! Ona ma ekspres ciśnieniowy! I wyciskarkę do soku! Nieużywaną. 
Jasne. Super. Ale z niej szczęściara.

W kuchni Herkules z apetytem zajadał kurczaka z porcelanowej miseczki, a my udałyśmy się 

na dalsze oględziny. Dwie łazienki, jedna czarna, druga biała. W białej ogromny prysznic, tak że 
dwie osoby mogą się kąpać. Miękkie puszyste ręczniki na wieszakach. Seema nie mogła się temu 
nadziwić. Nasze ręczniki były prawdopodobnie ścierkami do podłogi w poprzednim życiu.

I do tego sypialnie. Cztery.  A w największej zobaczyłyśmy ogromne łoże z baldachimem 

z zasłonami z czerwonego aksamitu, jak z dramatu kostiumowego o życiu królowej Elżbiety I. 
W takim łożu myśli się tylko o seksie.

– Harriet pewnie się urodziła w tym łożu – powiedziałam. – Do jej rodziny należało kiedyś 

pół Szkocji.

Seema rzuciła się na posłanie.

background image

–   Materac   jest   trochę   za   miękki,   to   źle   robi   na   plecy,   ale   wyobraź   sobie,   Liz!   Łoże 

z baldachimem! Bomba! Chodź!

– Później. Najpierw muszę wszystko obejrzeć.
Harriet mieszkała na najwyższym  piętrze, z saloniku małe spiralne schody prowadziły do 

ogródka na dachu. Powoli weszłam na górę, pod niewielką szklaną kopułę i na zewnątrz. Przy 
okazji weszłam w kupę Herkulesa, ale nie przejęłam się, bo zobaczyłam najpiękniejszy widok na 
świecie.

Z oddali Londyn przypominał miasto z bajki. Na wschodzie wieża telewizyjna sterczała jak 

dziecinna grzechotka, a w oddali lśnił w słońcu Canary Wharf, najwyższy budek w kraju. Już to 
było  wspaniałe,  ale  zaparło mi  dech w piersiach, kiedy spojrzałam na południe.  Bow oddali 
widziałam czubki najwyższych drzew w najpiękniejszym parku Anglii. Hyde Parku.

– Mamy widok na Hyde Park! – wrzasnęłam. Kamień spadł mi z serca. – Chodź tu szybko! – 

wołałam Seemę.

– I jak, cieszysz się na spotkanie z Brianem? – zapytała Seema za moimi plecami.
– Jasne! Nie mogę się doczekać! Chwała Hariett!
– I Herkulesowi – dodała Seema czule i po chwili także ona weszła w psią kupę.
Decyzja zapadła. Udam, że mieszkanie Harriet jest moje. Przez całe popołudnie usuwałyśmy 

wszelkie dowody na to, że jest inaczej, a w przerwach opalałyśmy się w ogródku na dachu.

Zdjęcia krewnych Harriet wylądowały na dnie szuflad. Zbyt ryzykowne byłoby udawać, że 

to   moi  krewni:   wielu  członków   rodziny  Harriet  to   postacie   ze  świata   polityki,  a Brian  lubił 
oglądać transmisje BBC z Izby Lordów. Plik rachunków dla Lady Harriet Corbett wylądował 
w pustym pudełku po płatkach kukurydzianych na lodówce, Seema zdecydowała, że wyłączymy 
telefon, zamiast zmieniać nagranie na sekretarce.

– Teraz tylko przynieś trochę twoich zdjęć i ciuchów i mieszkanie jest twoje.
– Szkoda... – z zadumą dotknęłam czerwonej sukni Harriet, ale wiedziałam,  że nie mam 

innego   wyjścia.   Harriet   była   chuda   jak   ptaszek,   i to   ptaszek,   który   zdechł   przed   kilkoma 
tygodniami i już go nadgryzły robaki. Tak, nie dość, że bogata, to jeszcze i chuda. I gdzie tu 
sprawiedliwość?

– Czy ja tu pasuję?– zaniepokoiłam się nagle.
– Jasne. Jakbyś się tu urodziła – zapewniła Seema.
– Ciągle mam wrażenie, że nie powinnam tego robić.
– Bo nie powinnaś. Ale powiedz sobie, że czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Niby 

skąd   Harriet   ma   się   dowiedzieć?   Nie   ścieraj   kurzu,   żebyśmy   wiedziały,   gdzie   ustawić 
z powrotem zdjęcia. A nawet jeśli się dowie, powiemy, że Herkules bał się sam spać.

– Uda się?
– Pewnie.

background image

– Uspokój się – wyczuła, że nie do końca rozwiała moje wątpliwości. – Moim zdaniem to 

zrządzenie losu. Szukałaś pięknego mieszkania, a Harriet sama dała ci klucze.

– Racja. Dzięki Króliczkowi, że ją zabrał na ten tydzień. I dzięki Herkulesowi, że jada tylko 

z porcelany. – Pogłaskałam psa. – Uratowali mi skórę.

Wyjrzałam przez okno w tę stronę, gdzie mieszkała Mary. W dużo mniejszym mieszkaniu.
– Niech cię diabli wezmą, Mary.
Gdy wróciłyśmy do Ballham, czekała na mnie wiadomość na automatycznej sekretarce. Po 

wysłuchaniu zrobiło mi się głupio, że tak źle życzyłam Mary. Zaraz do niej oddzwoniłam.

– Słuchaj, przepraszam za sobotę – odezwała się słodko. – Nie byłam zbyt miła, prawda?
Ugryzłam się w język, żeby nie odpowiedzieć za ostro.
– Szkoda, że nie pogadałyśmy przy lunchu. Od dawna na to czekałam.
– Ja też.
– Za rzadko się spotykamy. Pomyślałam, że muszę ci to jakoś wynagrodzić. I tak musisz 

odebrać swój prezent urodzinowy, ja się wybieram na przyjęcie. Może pójdziesz ze mną? Wiem, 
to  trochę  za  późno  i pewnie  będzie  strasznie   nudno, ale  przynajmniej  nie  musimy  płacić  za 
alkohol.

– Gdzie to przyjęcie? – zapytałam, starając sienie okazać zbytniego entuzjazmu. Właściwie 

jutro pracuję, ale Harriet nie ma.

Głupotą   byłoby   w takiej   sytuacji   odrzucić   zaproszenie,   zwłaszcza   że   nikt   się  nie   dowie, 

o której jutro dotrę do biura.

– W Hyperion – Mary westchnęła ciężko, jakby zapraszała mnie do Burger Kinga na rogu.
– Hyperion?
– Impreza Golden Brothers.
– Jezu. – Nie zdołałam się opanować. Golden Brothers zajęli miejsce Versace na europejskim 

rynku mody dla sławnych i bogatych. Nagle do mnie dotarło.

– Przecież ja nie mam co na siebie włożyć! – jęknęłam.
– Tym się nie martw – roześmiała się Mary. – Przyjedź do mnie, załatwimy to. Właśnie 

przywieźli mi nowe kreacje. Chyba znajdziemy coś dla ciebie.

Nowe kreacje? Super. Nie, nie mogę odmówić. I chociaż powinnam zadać sobie pytanie, 

dlaczego niby Mary jest nagle taka dobra, zgodziłam się przyjechać do niej najszybciej, jak się 
da, londyńskimi środkami lokomocji.

– O nie – oburzyła się. – Nie mogę tyle czekać. Weź taksówkę. – I podała mi numer swojej 

karty kredytowej. Mary Bagshot znowu jest moją najlepszą przyjaciółką.

background image

Rozdział 13

Mary wpuściła mnie do swego wspaniałego mieszkania przez domofon, z łazienki. Siedziała 

w wannie, po uszy w pachnącej pianie, bardzo z siebie zadowolona. Ja zdążyłam tylko ochlapać 
się wodą po pracy. Niezadowolona i trochę nieświeża przysiadłam na skraju wanny.

– Tęskniłam za tobą – mruknęła.
– Przecież widziałyśmy się w sobotę rano.
– No tak, ale to dawno, zwłaszcza że się pokłóciłyśmy.
– A pokłóciłyśmy się? – zdziwiłam się.
–   No,   trochę.   Ale   wiesz,   byłam   przed   okresem,   zespół   napięcia   przedmiesiączkowego... 

W domu   zażyłam   proszki   przeciwbólowe   i zaraz   do   mnie   dotarło,   jaka   byłam   okropna. 
Właściwie   nie   prosiłaś   o tak   dużo.   Postanowiłam   więc,   że   ci   jednak   pomogę.   W sprawie 
mieszkania – dodała. Widać było, że czeka, aż podskoczę do góry z radości. Uśmiechnęłam się. 
Rzeczywiście, powinnam okazać wdzięczność. Ale wkurzało mnie, że wymyśliła stary pretekst 
z napięciem przedmiesiączkowym i nie przeprosiła mnie, a nagle uznałam, że to niezbędne.

– Wiesz co – mruknęłam, rozkoszując się tym,  że chwilowo to ja kontroluję sytuację. – 

Właściwie już nie potrzebuję twojej pomocy w tej sprawie.

Uniosła brew.
– Jak to? Przyznałaś się Brianowi do kłamstwa? Nadal chce przyjechać?
– Nie i tak. Nie, nie przyznałam  mu  się do kłamstwa,  i tak, nadal  chce przyjechać.  Nie 

musiałam mówić mu prawdy, bo znajoma użyczy mi mieszkania przy Placu Grantchester.

Mało brakowało, a Mary zadławiłaby się białym winem.
– Słucham? Grantchester? A kogo ty tam znasz? Tam mieszkają arabscy milionerzy!
– Mam ustosunkowanych znajomych – odparłam tajemniczo.
– Jasne – prychnęła.
– Jeden z moich znajomych wyjeżdża na weekend.
– Co za traf – Mary nie udało się ukryć złości.
–  Ale   i tak   musisz   mi   pomóc   –  spuściłam   trochę   z tonu.   –  To   znaczy,   nic   nie   powiesz 

Brianowi, prawda? Nie powiesz mu prawdy? Nie wyślesz mu maila?

– Za kogo ty mnie uważasz, Lizzie? – obruszyła się. – Przecież już powiedziałam, że chcę ci 

pomóc. Przez cały weekend zastawiałam się, co mogę zrobić – przyznała. – Widzisz, chodzi o to, 
że   kiedy   się   okazało,   że   chcesz   mnie   wyrzucić   z mojego   mieszkania...   Myślałaś,   że   mogę 
zatrzymać się u Mitchella i dotknęłaś bolącego tematu.

– Tak? – zamieniłam się w słuch.
– Tak. Wiesz, oddałabym wszystko, żeby z nim zamieszkać. Ale Mitchell nie chce. Chyba 

kocham go bardziej niż on mnie.

background image

– Och, Mary. – Objęłam ją serdecznie i dokumentnie się przy tym zamoczyłam. – Trzeba 

było powiedzieć. Zrozumiałabym.

– Wiem. – Nadąsała się jak mała dziewczynka. – Ale wiesz, w pracy ciągle udaję i czasami 

trudno mi być sobą. Wybaczysz mi?

– Oczywiście.
– Naprawdę chcę ci pomóc, wiesz, z Brianem. Wymyśliłam, że wprowadzę się do hotelu 

Metropolitan, żeby wam nie przeszkadzać, ale już masz mieszkanie. Co jeszcze mogę zrobić?

Zagryzłam usta. Przemknęło mi przez głowę, że może nie powinnam Mary w to wciągać. 

Zaraz jednak powiedziałam:

– Może mogłabyś pożyczyć mi coś do ubrania? No wiesz, będę wyglądała głupio, siedząc 

w superapartamencie w podkoszulce z przeceny. – Chyba nie proszę o zbyt wiele? Gdyby Mary 
nie miała szafy pełnej kreacji Armaniego, nie miałabym żadnych oporów. W końcu dziewczyny 
ciągle pożyczają sobie ciuchy, prawda? To najnormalniejsza rzecz pod słońcem.

– Bierz co chcesz – odparła wielkodusznie.
– Co chcę?
– Co chcesz. Jesteś moją najlepszą przyjaciółką.
– Tak się cieszę, że już się nie kłócimy.
–   Ja   też,   Liz.   A teraz   leć   i wybierz   z szafy   wszystko,   co   zechcesz.   Oprócz   czerwonego 

kompletu od Armaniego – zawołała za mną.

Jej   szafa   to   marzenie   każdej   kobiety.   Mary   znała   wszystkich   jeszcze   z czasów,   gdy 

pracowała jako specjalistka od PR w domu mody. Starzy znajomi utrzymywali z nią kontakty, 
przecież   miała   pod   swoimi   skrzydłami   najlepszych   ze   świata   show-biznesu.   Pozieleniałam 
z zazdrości, kiedy powiedziała mi kiedyś, że właściwie nie kupuje żadnych ciuchów, prędzej czy 
później za darmo dostaje najnowsze kreacje, i to w swoim rozmiarze.

Z satysfakcją zauważyłam, że dostawała także kreacje w złym rozmiarze. Prawdopodobnie 

serce ją bolało, gdy miała oddać sukienkę chudziutkiej aktorce, wolała zatrzymać  ją u siebie 
i czekać, aż kiedyś schudnie.

Wyjęłam z szafy fantastyczną zieloną suknię, wyglądała jak wyjściowy strój syreny.
– Pasuje ci do włosów – zauważyła  Mary.  Wyszła  z łazienki  otulona białym  puszystym 

szlafrokiem. – Ale jest za mała, rozmiar ósmy.

– Ósmy? – jęknęłam. – Kto nosi coś takiego?
– Może ja – rozmarzyła się. – Zatrudniłam osobistego trenera.
– Pomaga?
– Nie wiem, jeszcze się z nim nie widziałam. Przymierz tę brązową.
– Brązową? To nie mój kolor.
– Nie? Zobaczymy.

background image

Przyłożyła do mnie brązową kreację. Z mojej twarzy znikły wszystkie kolory.
– Świetnie – zawyrokowała.
– Nie uważam.
– No, przymierz chociaż. Odrobina makijażu i nie będziesz taka blada.
– Żeby nie być blada, musiałabym spędzić rok na plaży – odparłam.
– Wiem, jak to jest. – Otworzyła ogromne pudło z kosmetykami.
– Ciągle się wybieram do sanatorium na Maltę, ale nie mam czasu.
– Gdybym miała pieniądze, znalazłabym czas – zapewniłam, naciągając brązowy jedwab.
– Chyba nie chciałabyś tam pojechać. Przekrzywiła głowę i przyglądała mi się bacznie.
– Wygląda super.
– Akurat. Wyglądam jak parówka w folii.
– Nieprawda. – Zaprzeczyła,  ale czułam, że jest tego samego zdania. – W każdym  razie 

w tym dzisiaj wystąpisz.

– Tak myślisz? Wyglądam tak jakoś...jak buła.
– Odrobina makijażu i będziesz gwiazdą. Daj, umaluję ci oczy.
– Zbliżyła się z kredką do oczu. – To coś nowego, jeszcze niedostępne na naszym rynku, 

jedna modelka przywiozła mi ze Stanów. Ściąga powieki, rozjaśnia spojrzenie i maluje.

– Jakim cudem? – zdziwiłam się.
– Wyciąg ze strusia emu. Nie przejmuj się.
– Wyciąg z emu? – Nie zamierzałam drążyć tematu, ale Mary pospieszyła z wyjaśnieniami.
– Tak, z tłuszczu emu. Gotują je w wielkich kadziach, to najnowsze odkrycie w przemyśle 

kosmetycznym – dodała i wsadziła mi ołówek prosto w oko.

– Au! – cofnęłam się po omacku.
– Jezu, Liz – Mary rzuciła się na ratunek. – Nie chciałam. Ojej, rozmazałaś się. Spróbować 

jeszcze raz?

– Dzięki, sama sobie poradzę – Na wszelki wypadek wyjęłam jej kredkę z ręki.
– Wszystko w porządku?
– Chyba tak.
– Może powinnaś zrobić sobie opatrunek, jak wtedy na studiach, kiedy grałaś Kleopatrę? Jak 

się nazywała ta dziewczyna, która cię wtedy załatwiła?

– Phylidda Crawley.
– O właśnie. Phylidda Crawley. Boże, ale była o ciebie zazdrosna, co? Pewnie chciała ci 

wykłuć oko – roześmiała się. – Była wściekła, bo myślała, że chcesz poderwać jej chłopaka, 
prawda?

– Wcale nie chciałam – ostrożnie otworzyłam oko. – I nie zależy mi na Mitchellu, jeśli tego 

się obawiasz.

background image

– Omsknęła mi się ręka – wyjaśniła całkiem poważnie.
Na szczęście oko było całe. Chyba zamknęłam je w ostatniej chwili. Nadal jednak mrugałam 

nerwowo, kiedy godzinę później dotarłyśmy na przyjęcie. Mary podała mi okulary słoneczne.

– Będę wyglądała jak idiotka – oburzyłam się.
–   Jak   wszyscy   –   skomentowała.   Miała   rację.   W hotelowym   holu   było   mnóstwo   ludzi 

w okularach słonecznych, chociaż słońce zaszło już dawno. Wszyscy ostentacyjnie starali się nie 
zwracać na siebie uwagi. Stałam w długiej kolejce do szatni, a Mary witała się ze znajomymi. 
Uznała, że zanudzą mnie rozmowy o interesach, i obiecała, że wszystkie swoje sprawy załatwi, 
zanim wejdziemy, ja miałam oddać płaszcze i spotkać się z nią przy wejściu. Obserwowałam 
nowo przybyłych, jak zwlekają, wchodząc do budynku, żeby się upewnić, że paparazzi na pewno 
ich obfotografują.

Bolące oko zepsuło mi ten wieczór, chociaż bardzo się na niego cieszyłam. Dotychczas Mary 

zabrała mnie ze sobą tylko raz, na koktajl w związku z promocją nowej marki rajstop. Ale teraz 
podniecenie powróciło, wzbierało we mnie jak bąbelki szampana, którego roznoszono dokoła. 
Bardziej   niż   alkohol   upajało   mnie   wspomnienie   chwili,   gdy   fotograf   zrobił   mi   zdjęcie 
w drzwiach. Pstrykał i pstrykał, póki australijski kolega nie ściągnął go na ziemię;

– To nikt sławny, stary.
Sławna czy nie, tego wieczoru będę na najbardziej ekskluzywnej imprezie w Londynie. Tym 

razem nie jestem jedną z tłumu wybladłych dziewcząt, które tłoczą się przy drzwiach i wytężają 
wzrok w nadziei, że zobaczą kogoś sławnego, jak przemyka z limuzyny do wejścia. Nie wracam 
do domu z zadymionego pubu i nie wmawiam sobie, że imprezy dla śmietanki towarzyskiej nic 
mnie nie obchodzą, nie wmawiam sobie, że wolę guinessa od szampana. Co z tego, że ignorowali 
mnie wszyscy w kolejce do szatni?

Każda twarz w zasięgu wzroku wydawała się znajoma. Złapałam się na tym, że radośnie 

pozdrowiłam nieznajomego. Przyglądał mi się bacznie, aż do mnie dotarło, że znam go jedynie 
z reklamy syropu na kaszel.

Gwiazdor musicalu, nadal umalowany jak na scenę, przytrzymał żakiet aktorce z telenoweli. 

Nie mogłam się nadziwić, przywykłam, że jest wiecznie zapracowaną matką i żoną, którą bije 
mąż, a dzisiaj zamiast nylonowej podomki miała na sobie obcisłą suknię i lśniące włosy bez 
wałków. A kiedy powiedziała coś pięknym czystym akcentem, bez żadnych prowincjonalnych 
naleciałości,   poczułam,   że   dopuszczono   mnie   do   zamkniętego   kręgu   wtajemniczonych.   Ilu 
biedaków tam na zewnątrz ma pojęcie, że ona mówi tak pięknie?

– Witam, witam – odezwał się męski głos za moimi plecami. Mężczyzna położył mi dłoń na 

ramieniu i odwrócił do siebie, chciał pocałować. Kiedy jednak mnie zobaczył, był zdziwiony nie 
mniej ode mnie.

–   Boże,   przepraszam   najmocniej   –   kajał   się.   –   Myślałem,   że   to   Arabella   Gilbert. 

background image

Przepraszam.

– Nie ma sprawy – odparłam.
– Naprawdę bardzo przepraszam.
– Sprawił mi pan wielką przyjemność – zapewniłam go. Ale już go nie było.
Kiedy odszedł, dotarło do mnie, co powiedział. Arabella Gilbert? Myślał, że Arabella Gilbert 

to ja? Czyżby ona tu była? Tutaj? Na tym przyjęciu? Moja idolka? Rozglądałam się nerwowo, ale 
nigdzie jej nie widziałam.

– Mam to wziąć czy nie?
W końcu doszłam do lady. Dziewczyna wzięła nasze palta, nie patrząc mi w oczy. Nie miała 

złudzeń, wiedziała, że jestem nikim i że nie ma co liczyć na napiwek.

Ale przecież zwykła szatniarka nie popsuje mi humoru. Rozglądałam się za Mary, muszę ją 

zapytać,  czy Arabella  tu będzie? Boże, może  uda mi  się ustawić gdzieś w tle  zdjęcia, które 
zawsze towarzyszy jej rubryce. Nie posiadałabym się ze szczęścia.

– Czy ma pani zaproszenie? – zapytała mnie chuda jak szczapa dziewczyna przy drzwiach do 

sali, gdzie przyjęcie już toczyło się pełną parą. Towarzyszyło jej dwóch ochroniarzy wielkich jak 
szafy. Była spowita w czerń od stóp do głów, a czarne włosy ściągnęła w tak ciasny kok, że 
wydawało się, że ma skośne oczy, choć wyraźnie pochodziła ze starej dobrej Anglii.

– Nie – odparłam spokojnie. – Przyszłam  z przyjaciółką. Pewnie weszła do środka beze 

mnie. Ona ma nasze zaproszenie.

– A kto to? – zapytała znudzona.
– Mary Bagshot – odparłam.
– Niestety, nie wiem, czy mogę pani uwierzyć – mruknęła z bezosobowym uśmiechem. – Ale 

zapewne domyśla się pani, że wiele osób powołuje się na przyjaźń z Mary Bagshot. To obecnie 
najlepsza agentka w mieście.

– Tak, ale ja naprawdę jestem jej przyjaciółką. Studiowałyśmy razem.
– Gdzie?
– W Oksfordzie, w college’u St Judith.
– Nieprawda. – Dziewczyna uśmiechnęła się triumfalnie. Wskazała mi drzwi. – Proszę stąd 

iść.

– Chwileczkę – zdenerwowałam się. – Chyba wiem, gdzie studiowałyśmy. Byłyśmy w St 

Judith.

– Marynie.
– Owszem.
– Proszę posłuchać, nie będę się panią kłócić. Nie znam pani. Nie ma pani zaproszenia. Nie 

może pani wejść, koniec, kropka.

– O co chodzi?

background image

Nie wiadomo skąd Mary pojawiła się za anorektycznym cerberem z zaproszeniem w dłoni.
– Ona jest ze mną, Amaryllis.
– Och. Cześć, Mary. – Amaryllis się zaczerwieniła. – Miałaś już okazję rzucić okiem na moje 

nagranie? Wiesz, zrobię wszystko, naprawdę wszystko, nawet reklamy. Masz chwileczkę?

Nie do wiary. Zarozumiała suka płaszczy się przed moją przyjaciółką.
– Jeszcze nie. – Mary uśmiechnęła się słodko. – I nigdy tego nie zrobię – szepnęła do mnie, 

gdy weszłyśmy do sali. – Jej nagranie wyląduje w koszu na śmieci. – Gdzie ty byłaś? Strasznie 
długo czekałam.

– Oddałam płaszcze do szatni – przypomniałam jej zniecierpliwiona.
– Ach tak. Dzięki.
Zdawałam sobie sprawę, że długo stałam w kolejce, ale Mary w tym czasie wypiła chyba 

z butelkę szampana. Tak mi się przynajmniej zdawało, bo o ile w taksówce narzekała, że nie 
znosi   przyjęć,   teraz   promieniała.   Miała   błyszczące   oczy   i śmiała   się   gardłowo,   jakby   się 
dowiedziała, że biust Pameli Andersen eksplodował. Opowiedziałam jej, że cerber przy drzwiach 
nie wierzył, że studiowałyśmy razem.

– To wcale nie jest takie śmieszne – obruszyłam się. – A wiesz, w kolejce do szatni ktoś 

mnie pomylił z Arabella Gilbert.

– Nic dziwnego – pokiwała głową. – Ma najbardziej obwisły tyłek w branży.
– Dzięki.
– Przecież żartuję. – Dziwnie przeciągała sylaby. – Słuchaj, chcesz poznać kogoś sławnego?
– No pewnie! – Ledwie to powiedziała, jak spod ziemi wyrósł przy niej Jed Thunderton, 

gitarzysta   z Metal   Strain,   grunge’owej   kapeli,   którą   kiedyś   uwielbiałam.   Poklepał   Mary   po 
ramieniu. Przedstawi mi go czy nie? Jezu, to jak Gwiazdka w środku lata! Jed Thunderton! Te 
włosy! Te oczy! Wciągnęłam brzuch i uśmiechnęłam się promiennie.

Nic z tego.
Mary nawet go nie zauważyła, zanim zdążyłam zaprotestować, pociągnęła mnie w stronę 

toalet.

– Chodź ze mną do łazienki – poprosiła. Nic w tym dziwnego, kobiety zawsze chodzą do 

łazienki   grupami,   pewnie   po   to,   żeby   nie   marnować   cennego   czasu   i plotkować,   czekając 
w kolejce do kabiny.

– Myślałam, że przedstawisz mi jakieś sławy – przypomniałam jej.
– No pewnie. Najciekawsi ludzie siedzą w kiblach.

background image

Rozdział 14

Rzeczywiście, nie ma co ukrywać, tego wieczoru w toaletach tłoczyło się wiele osób. Płci 

obojga. Zdawali sienie zauważać złoconych oznaczeń na drzwiach, która toaleta przeznaczona 
jest dla pań, która dla panów. W dyskretnie oświetlonej umywalni panie sprawnie poprawiały 
makijaż i fryzury, panowie rozprawiali o czymś zawzięcie. Mary witała się z wieloma, ale nie 
chciała mnie nikomu przedstawiać. A potem, kiedy zwolniła się kabina, zaproponowała, żebym 
z nią weszła do środka.

– Co?
– No chodź. Szybko.
Już przedtem zauważyłam, że bardzo często do kabiny wchodziły dwójki albo i trójki, jakby 

nie było nic naturalniejszego na świecie niż patrzenie, jak najlepsza przyjaciółka robi siusiu. 
Wahałam się jeszcze, ale Mary wciągnęła mnie do środka i zamknęła drzwi.

– E... ja., chyba jednak mi się nie chce – wybąkałam.
– Mnie też nie – odparła radośnie.
– W takim razie co my tu robimy?
W porządku, rozumiem, jesteśmy w jednym z najdroższych londyńskich hoteli, ale mimo 

wszystko, żeby siedzieć w kiblu...

– Jezu, Lizzie, ale ty jesteś naiwna – westchnęła Mary ze śmiechem. Otworzyła torebkę, 

wyjęła malutką białą kopertę. – Nie wiem jak ty, ale już zaczynałam się nudzić. Ciągłe uśmiechy 
i gadka-szmatka. Tyle całusów i uśmiechów. Muszę się trochę podkręcić.

Otworzyła   kopertę:   był   w niej   biały   proszek,   coś   jakby   mąka.   Urwała   kawałek   papieru 

toaletowego, wytarła rezerwuar i nasypała odrobinę proszku na białą emalię.

– Podaj mi platynową kartę – poleciła, podając mi torebkę. Sprawnie podzieliła biały proszek 

na dwie równe linie.

– Co to jest? – zapytałam szeptem. – Kwas? Uśmiechnęła się z pobłażaniem.
– Och, litości. To nie w moim stylu. Już nie – dodała z chichotem. – To koka. I to świetna. 

Mitchell ma fantastycznego dostawcę.

– Koka? – powtórzyłam.
– Kokaina – wyjaśniła.
Zakręciło   mi   się   w głowie.   Dlaczego   mówi   tak   głośno?   Zwinęła   nowiutki   banknot 

dwudziesto funtowy w rulonik i podała mi.

– Też chcesz, prawda? Pokręciłam przecząco głową.
– Nie jestem pewna.
– Dlaczego?
– Po prostu...

background image

– Nigdy nie próbowałaś, tak? – domyśliła się. – Naprawdę? Mieszkasz w Londynie od tylu 

lat   i nigdy?   Ani   razu?   A ja   myślałam,   że   w handlu   nieruchomości   wszyscy   niuchają,   że   te 
wszystkie   prowizje   trafiają   do   nosa   agenta.   Jedna   z klientek   opowiadała,   że   kiedy   agent 
pokazywał jej mieszkanie, na chwilę zniknął w toalecie, żeby niuchnąć.

–   Nie   jestem   agentką   –   zauważyłam   praktycznie.   –   I nie   mam   żadnych   prowizji,   które 

mogłabym puszczać na narkotyki!

– Dzisiaj w każdym razie nie będziesz marnować swoich pieniędzy – przypomniała mi. – 

Dzisiaj funduje Mitchell. – Pochyliła się nad zbiornikiem i wciągnęła wąską linijkę proszku. – 
Widzisz? Zrobiłam to i żyję.

– Przecież dopiero co wciągnęłaś – syknęłam. – Możesz umrzeć w każdej chwili. I co ja 

wtedy powiem twojej mamie?

– Towar jest dobry, sprawdzałam już w domu, zanim przyszłaś. I żyję, może nie? Wciągnij 

pół kreski, ja dokończę. Ale szybko, bo na zewnątrz jest kolejka. Spragnionych.

Wyjęłam   jej   z dłoni   zrolowany   banknot   i usiłowałam   sobie   przypomnieć,   który   koniec 

wsadzała sobie do nosa. Pamiętam, jak przebiegło mi przez głowę, że zażywanie kokainy jest, 
abstrahując nawet od skutków zdrowotnych, takie nieeleganckie. Wsadzać sobie rurkę do nosa 
i wciągać prochy do mózgu? Jakaś cząstka mnie chciała oddać jej banknot i powiedzieć, że to 
mnie  nie   interesuje.  Ale  z drugiej  strony,  byłam  ciekawa.  Miałam  już  pewne  doświadczenia 
z narkotykami.   Na   studiach   często   paliłam   trawkę,   nawet   kiedyś   zażyłam   ecstasy.   Niestety, 
skończyło  się  fatalnie,  miałam   koszmarne   wizje  i rozwolnienie   przez  cały tydzień.   Więc   nie 
byłam świętoszką, która w życiu nie tknęła środków odurzających. A kokaina jest o tyle bardziej 
wyrafinowana od malutkich tabletek ecstasy, po których idziesz do łóżka z facetami, na których 
na trzeźwo nie spojrzałabyś za żadne skarby świata.

Poza tym to kolejny fascynujący szczegół tego wyjścia. Kokaina w najlepszym londyńskim 

hotelu. W kiblu, pod którym największe sławy filmu i telewizji poprawiają makijaż i wbijają się 
w odchudzającą bieliznę. Moja mama nigdy w to nie uwierzy. Nie żebym chciała jej powiedzieć. 
Ale kokaina do tego pasuje, tak. I pasuje do mojego nosa.

Pochyliłam się nad zbiornikiem, jak Mary. Zerknęłam na nią i wydało mi się, że promienieje. 

Miała szeroko otwarte oczy i uśmiech od ucha do ucha.

– No dalej – zachęciła szeptem. – Po tym życie staje się o wiele ciekawsze.
Wciągnęłam powietrze nosem. Ku memu zdumieniu, okazało się, że wciągnęłam wszystko 

do ostatniej odrobinki.

– Jak zawodowiec – skomentowała Mary. – Chyba masz dobre płuca.
Potrząsnęłam głową. I nagle biały proszek uderzył mnie w nos jak granat. Poczułam w gardle 

dziwny metaliczny posmak. Ale nie stało się jeszcze nic ciekawego. Najwyżej miałam wrażenie, 
że się dławię kawałkiem metalu.

background image

– Wracamy na imprezę, dobrze? – zaproponowała Mary.
Wyszłyśmy   z kabiny,   do   której   zaraz   weszła   kolejna   para   dziewcząt   pogrążonych 

w rozmowie.   Mary   wdała   się   w opowieść   o jednym   z podopiecznych,   aktorze   telewizyjnym, 
który dał się podejść dziennikarzowi. Dziennikarz poprosił go o trawkę, aktor dał mu odrobinę 
i za to trafił na pół roku do więzienia.

– Musieli sobie znaleźć kozła ofiarnego, ale pewnie kiedy wyjdzie, zasypią go ofertami – 

perorowała. – Ludzie lubią takie dramaty. Poza tym i tak nigdy nie grał niewiniątek. Szampana? 
– Wzięłam wysoki kieliszek z tacy, która zdawała się unosić w powietrzu. – No dobra. Więc co 
zrobimy z twoim kłopotem? Czyli z Brianem?

– Po prostu będę musiała się trochę pomęczyć i udawać.
– Kochanie, zrobisz to bez trudu. Spójrz na siebie teraz, dzisiaj. Pasujesz do nich, jesteś jedną 

z tłumu.

– Naprawdę?
– Oczywiście. – Przełknęła haust szampana. – Nikomu nawet do głowy nie przyjdzie, że 

jesteś tylko sekretarką w agencji nieruchomości. Naprawdę mam nadzieję, że wszystko pójdzie 
dobrze.   Ostatnio   niezbyt   ci   się   układało   i zasłużyłaś   na   trochę   rozrywki.   Nie   mogę   się   już 
doczekać plotek. Jeśli cię poprosi, żebyś z nim wróciła do Stanów i za niego wyszła, obiecaj mi, 
że będę druhną.

– Cieszę się, że już się nie gniewamy – wyznałam nagle.
– Ja też. Objęłyśmy się.
– A co zrobisz z chłopakiem, kiedy Brian przyjedzie? – Mary nie dawała za wygraną.
– Powiedziałam mu, że stary znajomy przyjeżdża na weekend.
– I nie chce go poznać?
– Owszem, ale powiedziałam, że będziemy się spotykać ze starymi znajomymi i że pewnie 

zanudziłby się na śmierć, wysłuchując wspomnień.

– Świetne posunięcie. Ale o ile się znam na facetach, na pewno nagle się pojawi, żeby cię 

sprawdzić. Może lepiej z nim zerwij, żeby ci niczego nie popsuł.

– To trochę brutalne.
– Oczywiście. Ale chcesz, żeby ci się udało z Brianem, prawda? Nie pozwól, żeby posępny 

księgowy zmarnował twoją szansę na szczęście.

– A jeśli Brian do mnie nie wróci? Może się okazać, że zerwę z Richardem na darmo.
Mary wzruszyła ramionami.
– Wiesz, Lizzie, zawsze mnie to w tobie wkurzało. Unikasz ryzyka. I nie mierzysz w środek 

tarczy. Nigdy nie trafisz w dziesiątkę, jeśli boisz się strzelać.

– Bardzo to mądre – mruknęłam.
– Wiem. Idziemy znowu do kibla?

background image

Wyszłyśmy z toalety najdalej dwie minuty przedtem, a jednak posłusznie poszłam za nią.
Tym razem Mary rozpoznała kobietę, która poprawiała makijaż w lustrze. Stała do nas tyłem, 

a rozwichrzone włosy zasłaniały większość twarzy, a jednak i ja ją rozpoznałam; nawet tył jej 
głowy był mi tak dobrze znany.

– Czy to...? – Zaczęłam. Mary nie odpowiedziała, tylko serdecznie objęła Arabellę Gilbert. 

Arabellę Gilbert! Moją idolkę! No, coś w rodzaju idolki. A Mary ją zna. Otworzyłam usta ze 
zdumienia.

– Cześć, skarbie! – Mary i Arabella cmokały powietrze w okolicach swoich policzków.
– Jak się masz? – mruknęła Mary. – Świetnie wyglądasz.
– Doskonale!
–   Ale   tak   się   nie   czuję   –   westchnęła   Arabella.   –   Jak   myślisz,   Mary,   koka   działa 

przeczyszczająco?

– Zależy,  z czym ją zmieszano, moja droga. Wiesz, do kogo zadzwonić, jeśli chcesz coś 

dobrego.   Właściwie   możesz   do   mnie   zadzwonić   ze   wszystkim.   –   Wręczyła   Arabelli   swoją 
wizytówkę.

–   Kto   to?   –   Arabella   nagle   zwróciła   na   mnie   uwagę.   –   Znamy   się?   –   zapytała   mnie 

bezpośrednio. – Pisałaś kiedyś dla „Mirror”, prawda? – podejrzliwie zmrużyła oczy.

Widząc jej niepokój, Mary objęła ją ramieniem i zapewniła, że nie jestem dziennikarką.
– To moja stara przyjaciółka, studiowałyśmy razem – wyjaśniła. – Zabrałam ją dzisiaj, żeby 

na własne oczy zobaczyła, jak się bawi świat show-biznesu. Lizzie pracuje w agencji handlu 
nieruchomościami. Takiej okropnej, obskurnej agencji w Knightsbridge. Nawet nie jest agentką, 
tylko sekretarką.

Wielkie dzięki, pomyślałam.
– To twoja fanka, Arabello.
– To fajnie.
– Chcesz jej autograf? – zapytała mnie Mary.
– Nie mam przy sobie kajecika – uśmiechnęłam się.
–   Poproszę   sekretarkę,   wyśle   ci   moje   zdjęcie   z autografem   –   zaproponowała   Arabella 

całkiem poważnie.

– Dzięki.
– No to baw się dobrze – zwróciła się do mnie Arabella. – Jeśli ktoś może cię wprowadzić 

w ten światek, to tylko Mary Bagshot. To królowa zabawy, dostaje niemal tyle samo zaproszeń 
co ja. Czy Mitchell też dzisiaj wpadnie?

– Nagrywa – wyjaśniła Mary.
– Jeszcze? A ja myślałam, że to obibok. Pozdrowisz go ode mnie, prawda?
– Oczywiście.

background image

– Zaprosicie mnie na imprezę z okazji wydania nowej płyty?
– Będziesz pierwszą osobą na liście gości.
– Czyli już wybaczyłaś to małe nieporozumienie na planie teledysku? – Arabella pokornie 

spuściła wzrok.

– To było tylko nieporozumienie.
–   Świetnie.   Słuchaj,   Mary,   nie   masz   przypadkiem   trochę   towaru   na   zbyciu?   Mnie   się 

skończył.

– Ależ oczywiście – Mary podała jej torebkę. – Tylko ostrożnie – ostrzegła, gdy Arabella 

weszła do kabiny. – To bardzo czysty towar.

–   Co   się   stało   na   planie   teledysku?   –   Nie   zdołałam   opanować   ciekawości   i zadałam   to 

pytanie, ledwie za Arabella zamknęły się drzwi.

– Jak to co? – żachnęła się Mary. – Zastałam ją w przyczepie Mitchella. Nagą.
– Był z nią? – dopytywałam się.
– Nie, w tym czasie siedział w bufecie i zajadał parówki.
– A może wcześniej? No wiesz. On? Z nią?
–   Wątpię.   Chociaż   to,   oczywiście,   nie   przeszkodziło   jej   sugerować   w swojej   kretyńskiej 

rubryce, że owszem.

– Pewnie niełatwo jest chodzić z kimś sławnym – mruknęłam.
– Nie mogę mieć pretensji do Arabelli, że chciała zdobyć materiał.
– Cóż. Wiem, że pracujesz w takiej branży, ale i tak mnie dziwi, że jesteś taka spokojna. Ja 

bym ją pobiła.

– Ufam Mitchellowi, wiem, że nie zadaje się z takimi szmatami.
Akurat   w tej   chwili   Arabella   wyszła   z toalety   i oddała   Mary   torebkę.   –   Supertowar   – 

powiedziała. – Naprawdę super. Wiesz, chyba jutro do ciebie zadzwonię.

– Bardzo proszę. Może umówimy się na lunch – zaproponowała szybko Mary. – A na razie 

baw się dobrze.

Arabella uśmiechnęła się promiennie. Kiedy spojrzałam jej w oczy, przestraszyłam się. Były 

tak ciemne, że nie wiedziałam, gdzie kończy się źrenica, a zaczyna tęczówka.

– Nie mieści mi się w głowie, że stoję w toalecie i obserwuję tłum gwiazd – westchnęłam, 

gdy znowu zostałyśmy same.

– Najważniejsze, żebyś się zachowywała jak gdyby nigdy nic.
– No, dla ciebie to nic. Naprawdę dobrze znasz Arabellę Gilbert? Przyjaźnicie się?
– Nie, nie potrafiłabym  się z nią zaprzyjaźnić. Co prawda mój kuzyn Edward miał z nią 

krótki romans, spotkali się chyba na dyskotece dla uczniów ekskluzywnych szkół prywatnych 
Arabella się wściekła, kiedy ją rzucił dla jej brata. Przyznam ci szczerze, że zaskoczyła mnie jej 
kariera. Jest głupia jak but, ale ma ogromny potencjał.

background image

– Głupia? Jak dziennikarka może być głupia?
– Idiotko, przecież ona nie napisała ani słowa. Nie dostałaby tej roboty, gdyby jej rodzice nie 

zadziałali.

– Och.
– Nieważne, jakim cudem dostała się od mediów, faktem jest, że okazała się doskonałym 

nabytkiem. Była w jury wszystkich możliwych teleturniej ów, teraz chce bardziej wypromować 
samą siebie. I wiele stacji telewizyjnych jest zainteresowanych. Ale wiesz, co jest najciekawsze? 
Jej obecny agent wybiera się na emeryturę i ja szykuję się na jego miejsce. Arabella Gilbert 
będzie moja.

– To okrutne i wyrachowane.
– Jak cały show-biznes.
– Cześć, Mary.
Kolejna znana twarz. Pogodynka. Była w telewizji od lat. Zdaje się, że niebezpiecznie dawno 

przekroczyła trzydziestkę, ba, o wstydzie, chyba nawet zapowiadała straszne burze w roku 1987.

– Słyszałaś, że Michael w przyszłym miesiącu przechodzi na emeryturę? Jestem załamana.
– Janie i Arabella mają wspólnego agenta – wyjaśniła mi Mary.
– Szukam nowego agenta, jeśli to cię interesuje.
– Och, Janie – Mary westchnęła dramatycznie. – Wiesz przecież, że zaraz bym się do ciebie 

zgłosiła, gdybym nie miała pełnego kurnika. Wiesz, w co wierzę w interesach? Mało, ale dobrze.

– Chyba dasz radę mnie wcisnąć? – zaprotestowała Janie. – Jestem taka malutka.
Mary skrzywiła się, słysząc błagalną nutę w jej głosie, – Nie mogę się tobą zająć, wiedząc, że 

nie zdołam ci poświęcić należnej uwagi, rozumiesz to chyba, skarbie.

– W takim razie może kiedyś umówimy się na lunch?
– Moja sekretarka do ciebie zadzwoni. Pogodynka odeszła bez słowa.
– Nie rozumiem. Przed chwilą mówiłaś Arabelli, że szukasz nowych klientów – zdziwiłam 

się.

– Szukam klientów takich jak Arabella – wyjaśniła Mary. – Ale biedna stara Janie powinna 

raczej poszukać sobie programu dla dzieci. Prezenterzy telewizyjni są drażliwi i kapryśni. Zniosę 
awantury i humory Arabelli, bo mam przeczucie, że pewnego dnia dzięki niej będę się mogła 
całymi dniami wylegiwać w olejkach aromatycznych. Ale nie chcę nikogo pokroju Janie.

Po tych słowach wyszłyśmy z toalety z powrotem na przyjęcie. Nie mogłam się nadziwić, 

jaka Mary jest profesjonalna. Nie mogła zrobić kroku, bo zaraz ktoś ją zatrzymywał, zagadywał, 
całował   w policzki.   Przedstawiała   mnie   wszystkim,   ale   widziałam,   jak   początkowa   iskierka 
zainteresowania gaśnie w ich oczach, gdy słyszeli, że jestem dawną koleżanką ze studiów, nie, 
nie, nie mam nic wspólnego z branżą. Dobre samopoczucie po kokainie szybko ustąpiło i nagle 
złapałam się na tym, że chciałabym, żeby nagle rozległ się alarm przeciwpożarowy, żeby zaczęło 

background image

się trzęsienie ziemi – cokolwiek, byle stąd wyjść. Rozmawiałam z producentem telewizyjnym, 
który   nawet   nie   patrzył   mi   w oczy,   cały   czas   rozglądał   się,   czy   nie   wypatrzy   ciekawszego 
rozmówcy.

Szczerze mówiąc, ja też na niego nie patrzyłam. Za jego plecami stała Arabella Gilbert. Stała 

w kółeczku   równie   pięknych   wielbicieli.   Śmiali   się;   pewnie   powiedziała   im   kawał.   Zanim 
dokończyła, zajrzała do torebki. Tej małej, różowej, o której niedawno czytałam.

W każdym razie, żeby lepiej oddać klimat kawału, Arabella musiała ukucnąć. Każdy inny 

wyglądałby idiotycznie w tak nieeleganckiej pozie, ale nie ona, nie dla mnie. Po chwili wstała, 
odrzuciła lśniące włosy przez ramię i nagle, jakby poczuła na sobie mój wzrok, odwróciła się 
i uśmiechnęła.   Do   mnie.   Poruszyłam   się   nieznacznie,   żeby   lepiej   ją   widzieć   za   plecami 
producenta.

Jezu. Koszmar. Widok Arabelli Gilbert we własnej osobie podziałał na mnie sto razy gorzej 

niż lektura jej rubryki.

Niestety,   Mary   nawet   nie   chciała   słyszeć,   żebyśmy   wyszły   wcześniej.   Co   jakiś   czas 

odwracała   się   do   mnie   i unosiła   kciuk   w górę.   Jakby   chciała   się   upewnić,   czy   wszystko 
w porządku, ale ani razu nie zdążyłam dać jej znać, że chcę już iść.

Ba,   kiedy   przyjęcie   się   skończyło,   Mary   ochoczo   przyjęła   zaproszenie   jednej   grupki   na 

dalszy ciąg przyjęcia w pokoju. Posłusznie podążyłam za nimi. Po pierwsze, od tamtej chwili 
w toalecie nie przebywałam z nikim bardzo sławnym tak blisko, po drugie, uznałam, że mimo 
znużenia   trzeba   korzystać   z okazji.   Często   robiłam   Mary   aluzje,   że   chciałabym   iść   na   takie 
przyjęcie.   A teraz   idę   na   górę,   do   apartamentu   w hotelu   Hyperion,   w towarzystwie   trzech 
supermodelek,  dwóch znanych  projektantów mody,  wschodzącej  gwiazdy Hollywood  i mojej 
najlepszej przyjaciółki.

Mary wzięła pod rękę nowe odkrycie Hollywood, Rada Bradbourne’a. Właśnie nakręcił film 

wojenny, gra w nim bohaterskiego rekruta, który uratował przed Niemcami całą wioskę i nawet 
sobie   przy   tym   nie   popsuł   fryzury.   Nie   powiem,   żebym   była   wysokiego   mniemania   o jego 
zdolnościach   aktorskich,   ale   kiedy   zobaczyłam   go   we   własnej   osobie,   zrozumiałam,   czemu 
wygrywa   wszystkie   castingi.   Nawet   od   tyłu   wyglądał   zabójczo.   Wyobraźcie   sobie   Dawida 
Michała Anioła na żywo.

Zanim weszliśmy do apartamentu, Mary odwróciła się do mnie i mruknęła:
– Kochanie, bądź tak dobra i skocz na dół po coś fajnego, obsługa zawsze strasznie się 

ociąga. Powiedz, żeby dopisali wszystko do rachunku.

A potem wślizgnęła się w uchylone drzwi i zamknęła je za sobą. Zostawiła mnie na progu. 

Nie miałam wyjścia, musiałam zrobić, co mi kazała.

Dotarłam na dwunaste piętro wpatrzona w plecy i pośladki Rada Bradbury. Teraz, bez tej 

rozrywki, niecierpliwie czekałam na windę, ale kiedy końcu przyjechała, okazało się, że zajmuje 

background image

ją para pochłonięta bardzo intymnymi czynnościami. Zanim zdążyłam zareagować, dziewczyna 
uniosła zgrabną stopę i sprawnie nacisnęła guzik zamykający drzwi. Czekałam jeszcze chwilę, 
póki nie zobaczyłam, że winda z zakochanymi zatrzymała się gdzieś między piątym a szóstym 
piętrem. Nie wierzyłam, żeby się tak nagle zepsuła. Co za samoluby! Kochają się w windzie 
w wieżowcu? Naciskałam guzik raz za razem, ale na darmo.

Nie miałam wyjścia, musiałam iść na piechotę. Co chwila spotykałam ludzi wędrujących na 

górę. Oczywiście byli o wiele bardziej wkurzeni na windę niż ja. Ktoś zrezygnował z dalszej 
wspinaczki, leżał pod ścianą na półpiętrze między dziewiątym a dziesiątym piętrem i wyglądał 
jak po zawale.

Nie ktoś. Arabella Gilbert. Już nie była taka ładna i elegancka jak na początku przyjęcia. 

Była  czerwona   z wysiłku.   Elegancki  kombinezon   pognieciony i poplamiony.  W obu  dłoniach 
ściskała butelki szampana.

– Wszystko w porządku? – zapytałam, gdy usiłowała wstać, ale zatoczyła się nagle i mało 

brakowało, a runęłaby w dół.

– W porządku – wybełkotała. – Napprrawdę w porządku.
– Chyba nie – zaryzykowałam.
– Bo nie – przyznała, osunęła się po ścianie, usiadła na schodach. Wydawała się zagubiona, 

jakby nie wiedziała, gdzie jest. – Czy my się znamy? – zapytała. – Chyba nie piszesz dla „Sun”, 
co?

– Nie – odparłam. – I nie pisałam nigdy dla „Mirror”. Już to przerabiałyśmy. Nazywam się 

Lizzie Jordan, poznałyśmy się w toalecie.

– Ach, Lizzie. Tobie przeciekają sztuczne piersi, tak? Widzę, rzeczywiście fatalna sprawa.
–   Eee...   nie.   –   Nerwowo   spojrzałam   w dół.   –   Pomyliłaś   mnie   z kimś.   –   Co   prawda 

rzeczywiście miałam wilgotną plamę na biuście, ale to dlatego, że ktoś oblał mnie drinkiem. – 
Przyszłam z Mary.

– Z Mary. Oj, ta nasza Mary. Nadal sypia ze swoim bratem? Jezu, co to za facet... kochałam 

się w nim przez wiele lat.

Uniosłam pytająco brwi.
– Z Mary Bagshot, agentką. Dała ci wizytówkę.
– A, z Mary! – Arabella wreszcie coś skojarzyła. – Jak się nazywasz?
– Lizzie.
– Wiesz, Lucy – wytarła pasemko śliny z podbródka pokrytego drogim podkładem. – Posiedź 

tu ze mną, co? Pogadaj ze mną, póki nie odpocznę.

– Dokąd się wybierałaś?
–   Na   przyjęcie.   Rad   Bradbury   jest   tam   z modelkami.   Muszę,   po   prostu   muszę   z nim 

porozmawiać. Powiedział mi, że za dużo piję, żeby z nim chodzić. Muszę mu udowodnić, że się 

background image

myli.

– Chyba  teraz  ci się nie uda – zauważyłam.  – Poproszę jedną butelkę.  – Wymachiwała 

rękami i co chwila waliła mnie flaszką. Oddała mi ją bez sprzeciwu i zainteresowała się drugą. 
Przez   kilka   dobrych   minut   mocowała   się   z korkiem,   po   czym   dała   sobie   spokój 
z konwencjonalnymi metodami otwierania butelek i walnęła szyjką w ścianę. Powtórzyła zabieg 
dwukrotnie i po chwili obie byłyśmy zalane pianą i obsypane szkłem.

Wyrwałam jej butelkę w ostatniej chwili, już unosiła ostrą krawędź do ust.
– Zwariowałaś? – warknęłam.
– On też o to pytał – westchnęła.
– Mogłaś się strasznie pokaleczyć.
– Nie szkodzi.
– Rano byłabyś innego zdania.
– Po prostu chcę mu  udowodnić, że nie zwariowałam. Po prostu jestem smutna,  bardzo 

smutna.

– Dlaczego? – zaciekawiłam się.
– Nie wiem. – Oparła mi głowę na ramieniu, chlipnęła głośno. – Bardzo, bardzo smutna.
– Przecież masz cudowne życie – zauważyłam. – Wcześniej byłaś szczęśliwa. Słyszałam, jak 

opowiadasz kawał. Wszyscy się śmiali.

– No właśnie. Wydawałam się szczęśliwa. Ale nie jestem, rozumiesz? Rad mnie nie kocha.
– Nieprawda.
Podniosła na mnie oczy czerwone od płaczu.
– Moje życie legło w gruzach. Zalała się łzami.
– Niedawno zostałaś dziennikarką roku.
– Tak i niedawno usłyszałam, że jestem za gruba do telewizji. Za gruba? Była chuda jak 

szczapa.

– Jeśli chcę się dostać do telewizji, muszę się poddać odsysaniu tłuszczu. To bez znaczenia, 

kiedy piszę, ale telewizja dodaje każdemu z pięć kilo. Wiem dokładnie, gdzie dodałaby mnie.

– Wcale nie uważam, że jesteś gruba – zapewniłam.
– Pewnie, że nie. Jestem chudsza od ciebie.
– Dzięki.
–   Ale   w porównaniu   z dziewczynami   z telewizji   wyglądam   jak   słoń.   Próbowałam 

wszystkiego.   Amfy.   Koki.   Ba,   nawet   pojechałam   do   Indii   i napiłam   się   wody   z muszli 
klozetowej, miałam  nadzieję, że złapię  amebę.  Ale nic z tego nie wyszło,  wróciłam  grubsza 
o półtora kilo, tak bardzo lubię indyjskie jedzenie.

– Może powinnaś więcej ćwiczyć? – zasugerowałam.
– A jeśli ktoś zrobi mi zdjęcie, kiedy jestem spocona i czerwona? – zapytała ze śmiertelną 

background image

powagą.

– Wtedy nikt ci przynajmniej nie zarzuci, że o siebie nie dbasz. Lepiej, żeby wiedzieli, że 

ćwiczysz, niż że miałaś odsysanie tłuszczu.

– Boże, zazdroszczę ci – mruknęła Arabella – nawet nie zdajesz sobie sprawy, jakie masz 

fajne życie. Rano wstajesz, wyglądasz okropnie i wcale się tym nie przejmujesz. Nie martwisz 
się,   że   z dnia   na   dzień   twoje   włosy  są   w gorszym   stanie..   –   Uniosła   mój   mysi   kosmyk   dla 
podkreślenia swoich słów. – Nikt się nie przejmuje, kiedy majtki ci się odznaczają pod sukienką.

Nerwowo zerknęłam w dół.
– Masz wspaniałe życie.
– A jednak udawałam ciebie – odparłam.
– Cóż, ja też – machnęła ręką. – Wiesz, ja nie piszę sama.
– Naprawdę? – udałam zdziwienie.
– Nie umiem nawet pisać na maszynie. Gdyby moi rodzice nie byli  tym,  kim są, ja też 

byłabym nikim. Jak ty. Wiesz, jakie to straszne? Czym się zajmują twoi rodzice, Lucy?

– Lizzie – poprawiłam.
– Pewnie twój ojciec nosi cyklistówkę, a matka lata na zakupy w kapciach?
Otworzyłam   usta,   żeby   zaprotestować.   Na   zakupy   w kapciach?   Moja   mama   umarłaby 

oburzenia, słysząc takie zarzuty.

–   Pewnie   czeka   z herbatką,   kiedy   szanowny   małżonek   wraca   z pracy.   Albo   z urzędu 

zatrudnienia. Pewnie chleją piwsko i oglądają głupie seriale.

– Właściwie  – chciałam  wszystko  wyjaśnić,  powiedzieć,  jak jest naprawdę, ale Arabella 

wpadła w trans.

– Pewnie ojciec zabierał cię na mecze piłkarskie.
– Mój ojciec nienawidzi piłki nożnej.
– I codziennie karmili cię frytkami.
– Niestety nie.
– W dzieciństwie prawie nie widywałam rodziców – zwierzyła mi się. – Wsadzili mnie do 

szkoły  z internatem,   kiedy  miałam  niecałe   cztery  latka.  Ojca   zobaczyłam,   kiedy  skończyłam 
szesnaście.

– To straszne.
– Pewnie dlatego jestem taka.
– Moim zdaniem, jesteś fajna – zapewniłam lojalnie.
– No pewnie. Masa ludzi uważa, że jestem fajna. Ale co oni wiedzą? To nie ja piszę moją 

rubrykę. No, naprawdę nie ja, jakaś dziennikarka z redakcji. Nie mam czasu. Ale nie jestem też 
tą, za którą mnie uważają, czytając tę rubrykę. Chwytasz?

– Chyba tak.

background image

– Mam okropne przeczucie, że gdzieś w środkują też jestem normalna. Jestem wieszakiem na 

drogie ubrania. To jedyna różnica między nami. – Dźgnęła mnie pod żebro. – Ja mam ładne 
ciuchy, a ty... nie.

Wtedy zrozumiałam, że brązowa kreacja była błędem.
– To Calvin Klein, prawda? – dodała, chwilowo trzeźwa.
– Owszem – zapewniłam. I chociaż przed chwilą usłyszałam jedną z najgorszych opinii na 

mój temat, nagle ogarnęła mnie błogość. Jedyne, co różni mnie od Arabelli Gilbert, to ubrania, 
nic nie znacząca powierzchowność. I powiedziała to ona, nie ja.

– Wiesz, uważaj na Mary – ciągnęła Arabella. – Udaje przyjaciółkę, ale tak naprawdę chce 

czegoś, co ty masz. Kiedy już to zdobędzie, zostawi cię na lodzie. Wszyscy agenci są tacy.

– Cóż, w takim razie mam szczęście, że nie jest moją agentką. I nie wiem, czego mogłaby 

ode mnie chcieć. Znamy się od tysięcy lat. No, dobra, od dziewięciu.

– Mimo wszystko powinnaś na nią uważać – Arabella upierała się przy swoim. – Zawsze 

miej oczy na plecach i nikomu nie ufaj.

– Dzięki za radę.
– Uwaga! Na dole!
O wilku mowa. Mary stoczyła się ze schodów i zatrzymała koło mnie i Arabelli.
– Idę do domu – powiedziała. – Na górze zrobiło się za gorąco. – Supermodelka zdobyła 

skądś   flaszkę   absyntu,   łyknęła   z gwinta,   wpadło   nie   w tę   dziurkę   i chyba   się   zadławiła.   Ej, 
Arabella, nie widziałaś przypadkiem takiej szarej myszki, z którą dzisiaj przyszłam?

– Cześć, Mary – odezwałam się w nadziei, że cały czas mnie widziała i tekst o szarej myszce 

to tylko taki żart.

– O, cześć, Liz. Nie będziesz zła, jeśli zaraz pojedziemy do domu?
– Marzę o tym od dwóch godzin – przyznałam.
– Co z tobą? – Mary zainteresowała się Arabella, która wreszcie porzuciła wszelkie próby 

siedzenia o własnych siłach i bezwładnie opierała się o poręcz, jak marionetka niedbale rzucona 
w kąt.

– Chyba troszkę za dużo wypiła – podsunęłam.
– Zabieramy ją – zadecydowała Mary. Wytrzeźwiała zadziwiająco szybko. – Nie chcę, żeby 

moja klientka udławiła się własnymi wymiocinami.

– Przecież to nie jest twoja klientka.
– Ale będzie, teraz to banalnie proste. Weź ją pod ramię, dobrze?
Zarzuciłam sobie ramię Arabelli na szyję i pomogłam jej wstać. Niedługo zrozumiałam, co 

miała na myśli, mówiąc, że tylko wydaje się chuda. Ważyła co najmniej z tonę.

background image

Rozdział 15

Co za noc! Przez całą drogę do domu błagałam opatrzność, żeby Seema jeszcze nie spała. 

Nie   mogłam   się   już   doczekać,   kiedy   jej   opowiem   o mojej   przygodzie   w show-biznesie. 
Zwłaszcza chciałam ze szczegółami zrelacjonować, jak to Arabella Gilbert płakała mi w rękaw, 
jaka była przerażona perspektywą odsysania tłuszczu. I jeszcze szampan, kanapeczki, kokaina.

Ale Seema już spała. Jak przez mgłę przypomniałam sobie, że następnego dnia miała iść na 

rano do pracy. Także Grubego Joe nie było nigdzie widać, pewnie zamknął się w swoim pokoju. 
Z braku Seemy byłby wdzięcznym słuchaczem, nie szkodzi, że nie ma pojęcia, kim jest Arabella 
Gilbert. Nie miałam wyjścia, opowiadałam wszystko sobie samej.

Poszłam   do   łazienki   i podziwiałam   w lustrze   kieckę   Mary.   Nie,   nie   widać   majtek,   co 

brutalnie podkreśliła Arabella.

Wyprostowałam   się   i przeszłam   się   po   łazience,   naśladując   rozkołysany   krok   Arabelli 

najlepiej jak umiałam. Nie tak źle. Ale czy to wystarczy, żeby zrobić wrażenie na Brianie, kiedy 
wysiądzie z samolotu na Heathrow?

Z   przodu   wyglądam   całkiem,   całkiem,   stwierdziłam.   Co   prawda   od   studiów   utyłam   od 

śmiesznie małego rozmiaru ósmego do gigantycznej dwunastki (dziesiątki w Marksa i Spencera), 
ale okrągłości pozostały tam, gdzie trzeba. Nadal miałam całkiem szczupłą talię pod wielkim 
biustem (który mnie cieszył) i nad szerokimi biodrami (które raczej drażniły). Nie chciałam ich, 
nie chciałam wyglądać... tak płodnie, jeszcze nie.

Potem jednak stanęłam bokiem. Klęska. Naprawdę wolałabym się nie przyznawać do postaci 

z lustra. Po wielu godzinach pochylania się nad klawiaturą komputera garbiłam się odruchowo, 
głowa wyrastała  spomiędzy łopatek, przypominałam żółwia wyglądającego  ze skorupy.  Albo 
osiemdziesięcioletnią staruszkę. Ale najgorsze, że mój  brzuch sterczał prawie tak bardzo jak 
podbródek.

Przerażona,  że  inni  widzieli  mnie   w tej   pozycji,  wyprostowałam  się,  wciągnęłam  brzuch 

i zaraz wydało się, że zgubiłam co najmniej sześć kilo. Dobra, nie jest tak źle. Czyli podczas 
wizyty Briana muszę przez cały czas pamiętać, żeby stać prosto. Ale garbiłam się od tak dawna, 
że inna pozycja wydawała mi się nienaturalna. Zajęłam się zbieraniem porozrzucanych ciuchów. 
Kiedy spojrzałam do lustra kilka minut później, znowu się garbiłam.

Dlaczego Brian dał mi tak mało czasu, złościłam się. Gdybym miała, powiedzmy, miesiąc, 

powitałabym go szczupła i zwinna jak modelka. Gdybym miała pół roku... Och, przez pół roku 
osiągnęłabym wszystko! To nie fair, że tak mnie zaskoczył.

Ale czy więcej czasu naprawdę coś by zmieniło? Kiedy podnosiłam skarpetkę, natknęłam się 

na   ulotkę   z nowego   klubu   odnowy   biologicznej.   Wzięłam   jątrzy   miesiące   temu,   kiedy   pod 
wpływem   impulsu   podjęłam   decyzję,   że   się   za   siebie   wezmę.   Podejmowałam   takie   decyzje 

background image

regularnie, najczęściej wtedy, kiedy nie mogłam dopiąć dżinsów. Zakreśliłam grubym czarnym 
flamastrem zajęcia, na które chciałam chodzić. I tak: wodny aerobik w poniedziałki (dla osób 
starszych, kobiet w ciąży i wszystkich tych, którzy od dawna nie ćwiczyli) po kick boxing dla 
zaawansowanych   w piątki   (coś   dla   nauczycieli   wf   po   przeszkoleniu   w oddziałach   SAS   i dla 
gladiatorów).

Żachnęłam   się,   widząc   czarne   kółka.   Zaznaczyłam   sześć   zajęć.   Sześć   zajęć   na   tydzień! 

Wyobrażacie  to sobie? Przypomniałam  sobie,  że pierwszego wieczoru,  kiedy miałam  zacząć 
wodny aerobik, zjawiłam się w klubie  bez ręcznika.  Uprzejma  recepcjonistka  poinformowała 
mnie, że mogę sobie pożyczyć ręcznik klubu za drobną opłatą pięćdziesięciu pensów. Nieważne 
jednak,   jak   gorliwie   mi   tłumaczyła,   że   ręczniki   się   pierze   i gotuje   po   każdym   użyciu, 
stwierdziłam, że obawiam się egzemy i grzybicy, i uciekłam.

To była moja wymówka.
Byłoby   łatwiej,   gdybym   należała   do   tych   świrów,   którzy   naprawdę   lubią   ćwiczyć, 

powiedziałam  sobie.  Wiecie,  tych,  co to twierdzą,  że humor  im się poprawia, kiedy biegają 
dookoła domu, omijając psie kupy. Ja, niestety, nie byłam w stanie pokonać psychicznej bariery. 
Aktywność   fizyczną   postrzegałam   jako   karę,   a nie   przyjemność.   Winni   temu   są   chyba 
nauczyciele   wf.   Kiedy   wuefista   w podstawówce   nazywa   was   niezdarą   i ciamajdą,   trudno 
oczekiwać, że w przyszłości przekroczycie próg siłowni z uczuciem innym niż strach.

No   dobra.   Ile   można   schudnąć   w cztery   dni?   We   wszystkich   poradnikach,   które 

zgromadziłam, odkąd stałam się kobietą (czyli odkąd mam obsesję na punkcie własnego ciała), 
nie obiecują niczego, chyba że po miesiącu diety. Powoli, namawiały poradniki. Nagła utrata 
wagi   to   najczęściej   tylko   odwodnienie.   Głodówka   to   nic   dobrego,   doprowadzi   tylko   do 
niekontrolowanego napadu łaknienia prędzej czy później. Fachowcy grozili. Może chcę efektu 
jojo? Gdyby efekt jojo polegał na wcinaniu ciastek w czekoladzie – tak.

Seema, chuda jak szczapa, na diecie z trzech batoników dziennie, coś wymyśli. Dopadłam ją 

w kuchni, kiedy zajadała snickersa na śniadanie. Właściwie to nie taka zła dieta.

– Chyba trochę za późno się zabierasz za odchudzanie – zauważyła.
– Zaczęłabym od razu, ale byłam w depresji w związku z mieszkaniem. Teraz, kiedy to już 

załatwione, muszę wyglądać tak, jakbym od sześciu lat regularnie ćwiczyła na siłowni.

– W tym też go oszukałaś?
– Brian myśli, że siłownia to mój drugi dom.
–   Wiesz,   nie   wyobrażam   sobie   ciebie   na   siłowni,   chyba   że   chodziłabyś   tam   sprzątać   – 

zadumała się Seema. – Może zawiąż mu oczy. Albo spróbuj diety kapuścianej – poradziła już 
sensowniej. – Podobno działa błyskawicznie, jest szansa, że do weekendu schudniesz ze dwa 
kilo. Na początku tygodnia gotujesz gar zupy kapuścianej i przez cały tydzień wsuwasz tylko tę 
zupę, ile chcesz, ale nic oprócz tego. Problem w tym,  że stanowisz wtedy niezbyt  pożądane 

background image

towarzystwo, wiesz, o co mi chodzi? Teraz nie ma sprawy, tu w Ballham nikt nie odróżni, czy to 
ty, czy Herkules, ale chyba nie chcesz puszczać bąków po przyjeździe Briana?

– Pewnie i tak narobię w majtki ze strachu – mruknęłam.
– No tak, ale nie po kapuście. Punkt dla niej.
– No dobra, kapusta odpada. Co jeszcze proponujesz?
– Może takie żelazne majtki? Wiesz, jak gorset, ścisną cię jak imadło.
– Nie są zbyt seksowne – zauważyłam. – Poza tym tłuszcz, który mają ukryć, wcale nie 

znika, tylko wypływa górą albo, co gorsza, nogawkami. Taka bielizna jest do niczego. Poza tym 
w ubraniu   wyglądasz   nieźle,   ale   boisz   się   nawet   oddychać,   no   i co   robić,   kiedy   trzeba   się 
rozebrać?

– Wiem, wiem – Seema pokiwała głową. – Dałam sobie spokój z wypychanymi stanikami, 

kiedy taka wkładka wypadła mi na środku parkietu! Wyobrażasz sobie, co za wstyd? Widziałam, 
jak leciała, ale nie mogłam przecież zatrzymać się i jej podnieść, prawda? Koniec końców facet, 
z którym tam byłam, pochylił siei ją podniósł.

– A ty co?
– Nic, powiedziałam mu, że to pewnie czyjaś poduszka z ramion i uciekłam, zanim zaczął się 

do mnie dobierać. No dobra, koniec wspomnień. Czy twoja panika oznacza, że Brian potwierdził 
przyjazd?

Już otwierałam usta, żeby powiedzieć „jeszcze nie”, kiedy zadzwonił telefon.
– Dobre wieści – powitał mnie. – Właśnie wróciłem z imprezy z szefem – U niego była 

czwarta nad ranem. – Widział już dane i nie posiada się ze szczęścia. Przylecę na pewno. Kto 
wie, może nawet zostanę trochę dłużej.

Jezu!
– Wspaniale – powiedziałam. – Ale we wtorek mam spotkanie w Jersey, więc nie wiem, czy 

będę cię mogła dłużej gościć. Seema uniosła kciuk na znak, że docenia moje szybkie myślenie.

– Nie ma sprawy – zapewnił. – Cztery dni na pewno nam wystarczą, żeby się odnaleźć.
– Cieszę się, że w pracy dobrze ci się układa – zapewniłam, – Ja też. Do piątku.
Odłożyłam słuchawkę. Sama już nie wiedziałam, co czuję: rozpacz czy euforię.
– Kiedyś byłam chuda – powiedziałam na głos. – Taką mnie pamięta.
– Daj spokój. Nie jest tak źle. – Seema traciła cierpliwość. – Idź do fryzjera, zrób sobie 

pasemka, manicure, hennę. Brian nie zauważy kilku dodatkowych kilogramów.

– Hm. Może masz rację. Może jeśli tapeta będzie w porządku, nie zauważy objętości.
I tak wybierałam się do fryzjera. Moje włosy, kiedyś starannie ostrzyżone na pazia, dawno 

już   straciły   odpowiedni   wygląd.   Nie   dało   się   ich   nijak   ułożyć,   rozdzielały   się   na   środku 
i wyglądałam jak podstarzała hippiska, chyba że zużywałam pół butelki lakieru.

Ponieważ   Harriet   nie   było,   nie   musiałam   iść   do   biura   i mogłam   się   umówić   na   wizytę 

background image

w najlepszym salonie fryzjerskim w mieście. Było drogo, mój bank chyba się zapłacze, ale jeśli 
się   weźmie   pod   uwagę,   ile   zaoszczędzę,   nie   kupując   kolorowych   gazet   (przeczytam   je 
w poczekalni),   cena   nie   jest   taka   straszna.   W jednym   nich   natknęłam   się   nawet   na   zdjęcie 
uśmiechniętej Arabelli Gilbert.

– Chciałabym wyglądać jak ona – powiedziałam Guido, fryzjerowi.
– W porządku – mruknął i odrzucił do tyłu blond grzywę a la księżna Diana. Myślałam, że 

powie   „dobre   sobie”,   ale   on   delikatnie   obrócił   moją   głowę   w prawo   i w lewo,   podrapał   się 
w podbródek z namysłem i orzekł:

– To się da zrobić. Właściwie jest pani do niej podobna. Ta sama linia szczęki.
Za te słowa zapłaciłabym każdą sumę. Jestem podobna do Arabelli Gilbert! Nagle nabrałam 

więcej pewności siebie.

W każdym razie także w jednym z kolorowych magazynów znalazłam odpowiedź na moje 

błagania   w kwestii   odchudzania.   Chcesz   błyskawicznie   schudnąć?   Pytał   nagłówek.   Spróbuj 
lewatywy.

Hm. Brzmi bardzo... medycznie. Kiedy skończyłam, doszłam do wniosku, że brzmi także 

przerażająco, ale dziennikarka twierdziła, że po pierwszej sesji schudła dwa i pół kilo. To jest to. 
Uznałam, że mam nadwagę z powodu czerwonego mięsa zalegającego w jelicie grubym, choć 
oprócz rzadkich niedzielnych obiadów w domu od pięciu lat nie jadałam wołowiny (od czasów 
BSE   i ostatniego   pożegnalnego   kebaba   w Oksfordzie,   po   którym   mało   brakowało, 
a wylądowałabym w szpitalu). Co więcej, utrata wagi to nie jedyna korzyść. Błyszczące oczy, 
czysta cera. Upokorzenie w postaci szlaucha w pupie to niewygórowana cena za tyle korzyści, 
stwierdziłam.

Niestety, cena w funtach była bardzo, ale to bardzo wygórowana.
Fryzjer Guido polecił mi gabinet, gdzie sam poddawał się temu zabiegowi.
– Proszę im powiedzieć, że ją panią przysłałem – poradził. – Może dadzą pani zniżkę.
– Jaki Guido? – zapytała recepcjonistka i wymieniła trzycyfrową sumę.
– Czy kiedykolwiek robiła pani lewatywę? – zapytała asystentka, prowadząc mnie do małego 

gabinetu.   Wyglądał   tak   samo   jak   salon   kosmetyczny   w Ballham,   do   którego   chodzę   na 
woskowanie nóg. Przypominałam sobie, że przed przyjazdem Briana czeka mnie jeszcze i ta 
tortura.

– Skąd się pani dowiedziała o naszym gabinecie? – zapytała.
– Z gazety.
– Rozumiem. Czy mam pani opowiedzieć co nieco o zabiegu?
–   Chyba   wiem   mniej   więcej,   o co   chodzi   –   odparłam   szybko.   Podobnie   jak   przy 

przekłuwaniu uszu, wolałam udawać, że nic się nie dzieje i czekać, aż będzie po wszystkim.

–  Proszę   pytać   o wszystko   –   Kobieta   wyjęła   z szafki   wielki   słój   wazeliny.   –   Proszę   się 

background image

przebrać   i założyć   to.   –   Podała   mi   taką   straszną   jednorazową   koszulę   nocną,   bez   pleców. 
Schowałam się za parawanem i założyłam to paskudztwo. Kiedy wyjrzałam i zobaczyłam, jak 
kobieta natłuszcza sobie palce, zrobiło mi się słabo.

– Proszę mi powiedzieć, kiedy się pani ostatnio wypróżniała.
– Słucham?
– Kiedy pani ostatnio była w toalecie – wyjaśniła niecierpliwie. – Kiedy ostatnio oddała pani 

stolec?

– Chyba dzisiaj rano.
– Czy oddaje pani stolec regularnie?
– Nie wiem.
–   Niewiele   osób   wie   –   posłała   mi   smutne   poważne   spojrzenie.   Skrzyżowała   ręce 

w lateksowych rękawiczkach na piersi i wygłosiła kazanie, które, jak podejrzewałam, stanowiło 
stały element tej kuracji.

– Ludzie dbają o serca i płuca, o nerki, ba, nawet o śledziony. Ale nikt nie pamięta o jelitach. 

A wie pani, co by się stało, gdyby pewnego dnia jelita się zbuntowały?

Pokręciłam przecząco głową pokorna jak licealistka złapana na paleniu w szkolnej toalecie.
–   Nie?   No   to   proszę   sobie   wyobrazić,   że   pewnego   dnia   wszyscy   londyńscy   śmieciarze 

strajkują. Dzisiaj. Przy takiej pogodzie. Do jutro wszystko zaczęłoby gnić. Tak, tak, gnić.

Oskarży cielsko dźgnęła mnie w brzuch. Czy on także gnije?
– Pewnie i tak za długo pozostawiła pani jelita same sobie – westchnęła. – Może już za 

późno. Proszę się położyć na brzuchu.

Kiedy wsadzała we mnie wąską rurkę, mruknęłam pod nosem:
– Brianie Coren, czy jesteś tego wart?
– Słucham? – zainteresowała się terapeutka. Nie słyszała mnie, bo uruchamiała straszliwą 

maszynerię, która bulgotała i mlaskała.

– Nic takiego, tylko zaklęłam.
– Proszę się nie krępować – usłyszałam w odpowiedzi. – Wszyscy klną. I jeszcze jedno pani 

powiem. Żaden facet nie jest tego wart.

No, może nie. Ale lewatywa odchudza szybciej niż przysiady. Taka miałam nadzieję.
– Zaraz poczuje pani ciepłą wodę – poinformowała mnie terapeutka. – Niedługo zobaczy 

pani, co wypływa z pani ciała. To ciekawe.

– Dziękuję, polezę sobie – mruknęłam.
Po zabiegu tak bardzo bałam się, że coś jeszcze mi wycieknie, że założyłam trzy pary majtek.
Oczywiście   wcale   nie   było   po   mnie   widać,   żebym   schudła   choć   gram,   ale   terapeutka 

zapewniała, że wypłynęły ze mnie najróżniejsze rzeczy (nie patrzyłam). Poza tym wcale nie było 
mi błogo, tylko źle. I wszystko mnie bolało.

background image

Może i miałam dziewiczo czystą pupę, ale humor fatalny, więc nie byłam zbyt radosna, kiedy 

wieczorem zjawił się Richard. Chyba wyczuł, że sienie cieszę, bo zamiast jak zwykle wejść do 
domu, czekał na progu, aż go zaproszę.

– Byłaś u fryzjera – zaczął. Nikt niczego nie zauważył.
– Seema ci powiedziała? – zapytałam.
– Nie – oburzył się. – Zobaczyłem od razu. Wyglądasz inaczej. Promieniejesz. Co porabiałaś 

od weekendu?

Nie   mogłam   mu   powiedzieć,   że   przepuściłam   czynsz   na   ten   miesiąc   w zakładzie,   gdzie 

wepchnięto mi rurę w pupę.

– Nic ciekawego – wykręciłam się. – Naprawdę wyglądam inaczej?
– Tak. Ślicznie.
– Dzięki.
– Słuchaj, nie chcę zajmować ci dużo czasu. Wiem, że się na dzisiaj nie umawialiśmy, ale 

chciałem cię jeszcze zobaczyć, zanim przyjedzie twój znajomy. Brakuje mi ciebie, Lizzie.

– Przecież to tylko kilka dni – oburzyłam się.
– Wiem, ale i tak będę za tobą tęsknił.
– Nie wygłupiaj się. Zagraj w piłkę albo co.
– Pewnie dobrze mi to zrobi. Słuchaj, gdybyś zmieniła zdanie i chciała mi przedstawić tego 

gościa, zadzwoń. To znaczy, jeśli facet cię zanudzi i będziesz chciała się go pozbyć, upchnąć na 
boisku czy coś takiego. Odpocząć od niego. Chętnie się nim zajmę.

– Dzięki, ale chyba nie będzie takiej potrzeby. Poza tym Brian nie gra w piłkę.
Stał przy drzwiach z ręką na klamce.
– Brian. Tak ma na imię, prawda?
– Mm.
– Śmiesznie.
– Tak.
Cisza.   W innej   sytuacji   powiedziałabym   coś,   żeby   rozładować   atmosferę,   coś   głupiego 

i czułego, ale dzisiaj chciałam tylko pomalować sobie paznokcie. To Richard przerwał milczenie.

– Lizzie, czy... no... czy zastanawiałaś się nad tym, co powiedziałem w niedzielę?
– O czym?
– O wspólnym mieszkaniu. Ty i ja.
O nie, żachnęłam się w myślach. Zapomniałam na śmierć. Serce stanęło mi w piersi.
– Byłam bardzo zajęta – sapnęłam. – Zostałam sama w biurze. Harriet wyjechała na tydzień, 

ale zostawiła mi psa.

Herkules pojawił się jak na zawołanie. Richard pochylił się, żeby go pogłaskać.
– Milutki – stwierdził.

background image

– Strasznie upierdliwy.
– Może pójdziemy z nim na spacer i pogadamy?
– Nie lubi spacerów.
– Rozumiem – Richard pokiwał głową. – No dobra, w takim razie spotkamy się po wyjeździe 

twojego przyjaciela. Dzisiaj chciałem cię tylko zobaczyć.. I powiedzieć ci, że...

– Tak?
– Och, że ślicznie wyglądasz i tak dalej. Jak zawsze, oczywiście.
Odruchowo   poprawiłam   włosy,   cmoknęłam   Richarda   w policzek   i pchnęłam   go   w stronę 

furtki.

– Jutro muszę być w biurze z samego rana – skłamałam.
– I jeszcze jedno. – Nie ruszał się.
– Co? – Z trudem opanowałam zniecierpliwienie.
– Nie dałem ci prezentu na urodziny. Na zakupy wybierzemy się razem, a na razie chciałem 

ci dać to.

Podał mi kopertę.
– Już mi składałeś życzenia i wysłałeś kartkę – przypomniałam mu.
– Owszem, ale nie taką.
Otworzyłam kopertę i wyjęłam cienki arkusik papieru złożony wpół. Na jednej połówce był 

szkic ołówkiem. Portret. Mój. Od razu rozpoznałam pozę. Richard naszkicował mnie ze zdjęcia, 
które mi zrobił podczas wycieczki do Brighton. Wtedy tak bardzo się cieszyłam, że kogoś mam, 
że nawet nie chciałam go zmieniać. Nie chciałam, żeby był, dajmy na to, bogatszy.

– Dziękuję. Bardzo ładny – mruknęłam. Naprawdę tak było.
– Łatwo cię rysować – odparł. – Pewnego dnia chciałbym cię namalować.
–   Mm   –   mruknęłam   niezobowiązująco,   wsunęłam   obrazek   z powrotem   do   koperty 

i położyłam kopertę do pustej doniczki, gdzie jeszcze długo poleży.

Richard wreszcie zbierał się do wyjścia.
– Więc od zobaczenia – powtórzył. – Kiedy twój znajomy wyjedzie.
– Tak. Na razie. Słuchaj, muszę zamknąć drzwi, bo wypuszczamy całe ciepło.
Richard skinął głową. A ja zamknęłam drzwi, żeby oszczędzać ciepło, choć był  to jeden 

z najgorętszych dni w roku. Pobiegłam do siebie i przez zasłony obserwowałam, jak Richard się 
oddala, kopie kamyki i latarnie. Potem długo siedziałam przed lustrem i myślałam.

Patrzyłam na siebie, ale wcale nie brzydziłam się sobą po tym, jak potraktowałam mojego 

przyjaciela, odesłałam go jak skarconego szczeniaka. Nie, rozmyślałam o czymś, co powiedział.

Czy naprawdę wyjątkowo ładnie wyglądam? Nie jest źle, to pewne. Włosy wyglądają o wiele 

lepiej  po  zabiegach   Guido. Cera  także   wydaje   się  jakaś  bardziej   świetlista.  Może  zadziałała 
lewatywa.  Mizdrzyłam  się jak nastolatka,  która marzy o karierze  modelki.  Usiłowałam sobie 

background image

wyobrazić, jak Brian zareaguje na mój widok.

Może   powinnam   mu   się  najpierw  pokazać   z jakiejś  szczególnej   strony?   Nadąsać  się  jak 

gwiazda czy może szczerzyć zęby jak wariatka? A może kiedy się uśmiecham, wyglądam na 
grubszą? Spoważniałam, nagle doszłam do wniosku, że z uśmiechem na twarzy wyglądam jak 
głupkowaty chomik.

– Witaj, Brian – mruknęłam uwodzicielsko. – Dawno się nie widzieliśmy. Jak minął lot?
I następne pytania. Jak się umalować? Błyszczykiem, który optycznie powiększa usta, ale 

sprawia, że moje zęby wydają się żółte? Czy może ciemnoczerwoną, szminka, przy której zęby 
są śnieżnobiałe, natomiast wargi nieprzyjemnie wąskie?

Przymierzałam kreacje, które pożyczyłam od Mary.
– Jestem boska – przeczytałam na głos z karteczki, którą za radą Mary przykleiłam sobie na 

lustrze. – Jestem najpiękniejszą, najwspanialszą kobietą na świecie.

No, powiedzmy.
W tej chwili przykrość, jaką sprawiłam Richardowi, obchodziła mnie mniej więcej tyle, ile 

wysokość przyszłej emerytury. Interesowało mnie co innego.

– Brian Coren – mruknęłam do uwodzicielki w lustrze. – Szykuj się.

background image

Rozdział 10

Przez całą noc nie zmrużyłam oka, chociaż położyłam się już o ósmej z plastrami ogórka na 

oczach, żeby rano nie wyglądać jak miś panda.

Przed przyjazdem Briana uznałam, że ostatnią noc spędzę w mieszkaniu Harriet, żeby się 

zapoznać z topografią terenu i lepiej grać gospodynię. Niestety, dlatego nie mogłam spać. Ledwie 
zgasiłam antyczną lampę, mieszkanie ożyło: huczało, skrzypiało, bulgotało. Przerażona szybko 
zapaliłam światło.

Nie   wiadomo   skąd   nabrałam   przekonania,   że   staroświeckie   łoże,   na   którym   spałam, 

nawiedza duch rodziny Corbettów i ukarze mnie krwawo, kiedy tylko zasnę. Nie mogłam zasnąć, 
a kiedy mi się to w końcu udało, obudziły mnie lodowate palce na policzku. W panice, oślepiona 
ogórkiem,   zerwałam   się   na   równe   nogi,   walnęłam   kolanem   w komodę   i w końcu   znalazłam 
włącznik lampy. Okazało się, że lodowate palce to nos Herkulesa. Wdrapał się na łóżko i chrapał 
smacznie. Pewnie zawsze sypiał u boku Harriet.

Położyłam   poduszkę   w nogach   i tak   przeleżałam   do   świtu.   Nie   mogłam   zasnąć, 

wspominałam   cudowne   dziewięć   miesięcy   z Brianem.   Chyba   sobie   nie   wmówiłam,   że   było 
cudownie? Naprawdę do siebie pasujemy, może nie? Pochodzimy z różnych światów, to prawda, 
ale to nie oznacza, że czeka nas wielkie rozczarowanie. Starałam się odzyskać tę cudowną wiarę 
w siebie, której nabrałam sześć godzin po tym, jak przepłukano mi jelita.

Zegar w holu wybił godzinę. Straciłam poczucie czasu. Teraz powiedziałam sobie, że jeśli 

wybije   godzinę   parzystą,  wszystko  pójdzie  dobrze.   Wybił   piątą.   Zerwałam  się  z łóżka,   żeby 
sprawdzić, czy na pewno się nie zaciął – przecież chyba jest już szósta? Niestety, zegar był 
porządku. Powiedziałam sobie, że jeśli uda mi się położyć  z powrotem do łóżka, nie budząc 
Herkulesa, zła wróżba zegarowa się nie sprawdzi. Kiedy starałam się delikatnie wślizgnąć pod 
kołdrę, pies otworzył jedno oko i leniwie polizał mnie w stopę. Zamknęłam oczy i zaczęłam się 
modlić. Jeśli mi się powiedzie, jeśli Brian na nowo się we mnie zakocha i zabierze ze sobą do 
Nowego   Jorku,   do   końca   życia   będę   dobra,   będę   pomagała   biednym,   a zwłaszcza   biednym 
kobietom – organizując bale, na których przedstawię im bogatych amerykańskich bankierów. 
Zasługuję na to, powtarzałam sobie, zasługuję na coś więcej niż marna wegetacja w Londynie; 
moje miejsce to wyżyny Empire State Building, nie zapyziałe uliczki nad Tamizą. Odsiedziałam 
już pięć lat w Londynie. Najwyższy czas na zwolnienie warunkowe.

Poza tym cuda się zdarzają. Niby jak inaczej wytłumaczyć fakt, że Arabella Gilbert dostała 

własną   rubrykę   w „Daily”?   Albo   jak   wtedy,   kiedy   Seemie   zablokowano   kartę   kredytową 
i następnego dnia wygrała w lotto trzysta funtów? Nie była wtedy nawet specjalnie miła czy 
dobra, a jednak jej modlitwy zostały wysłuchane, chociaż modliła się do Ganesza, indyjskiego 
bóstwa pieniędzy z głową słonia. Jego figurka stała na jej toaletce obok kremu na noc. Obym 

background image

tylko   modliła   się   do   właściwego   bóstwa,   tego   od   romantycznych   cudów.   Czy   w ogóle   jest 
specjalne bóstwo od romantycznych cudów?

Nadszedł   świt.   Wyjrzałam   z okna   sypialni   Harriet.   Na   jezdniach   już   tworzyły   się   korki. 

Śmieciarki utrudniały przejazd samochodom osobowym. W Londynie zaczął się normalny dzień. 
Dla wszystkich poza mną. Dla mnie to najważniejszy dzień mojego życia, o wiele ważniejszy niż 
dzień egzaminów końcowych. Sto razy ważniejszy niż pierwszy dzień w pracy.

Kiedy myłam się w łazience Harriet, moje przeznaczenie leciało ku mnie nad oceanem. Ja 

szorowałam zęby, on przelatywał nad Grenlandią.

– Błagam, niech wszystko się uda – mruknęłam, wstrzymując oddech. – Błagam, niech się 

okaże, że ta wróżka z Brighton przepowiedziała prawdę. Niech Brian Coren znowu się we mnie 
zakocha. I niech Seema ma rację co do kremowego kostiumu.

Zamówiłam limuzynę, żeby nas odebrała z lotniska, na konto Harriet – ona w kółko zamawia 

samochody   i zapomina,   więc   chyba   się   nie   zorientuje,   ale   na   Heathrow   musiałam   dojechać 
komunikacją miejską. Przez całą drogę uważałam, żeby nie pobrudzić kremowego kostiumu, 
który Mary pożyczyła mi pod warunkiem, że po użyciu zaniosę go do pralni chemicznej. Był to 
ten sam kostium, który miała na sobie podczas niefortunnego spotkania w kawiarni, kiedy nie 
chciała  mi  użyczyć  mieszkania.  Miałam nadzieję,  że  prasowanie  wystarczy i zaoszczędzę  na 
pralni.

Pociąg   mknął   na   zachód,   a ja   podziwiałam   moje   odbicie   w szybie   naprzeciwko.   Nieźle. 

Dobra fryzura, gładka cera. Nie wierzyłam, że to naprawdę ja, ale kiedy machinalnie dotknęłam 
wisiorka  na  szyi   – też  pożyczonego   od Mary  – kobieta   w szybie  zrobiła   to  samo.   Niestety, 
wkrótce mężczyzna w wysokim kapeluszu usiadł naprzeciwko i zasłonił mi widok.

Do Hounslow wszystko było w porządku, tam okazało się, że ze względów bezpieczeństwa 

pociąg będzie miał opóźnienie. Starałam się nie panikować, ale robiło mi się słabo, że nie zdążę 
poprawić makijażu  na lotnisku. Londyńczycy  do tego stopnia przywykli  do alarmów, że nie 
martwią się bombami, tylko spóźnieniem do pracy. Po dwudziestu minutach pociąg potoczył się 
w stronę lotniska. Rzuciłam się do hali przylotów tylko po to, żeby się dowiedzieć, że samolot 
Briana jest opóźniony o pół godziny. Czyli mam jeszcze trzydzieści minut, żeby się podziwiać 
w lustrze.

Kiedy jego samolot miał lądować, mój żołądek, który zapałał miłością do akrobacji, odkąd 

Brian zadzwonił po raz pierwszy, oszalał całkowicie. W pewnym momencie przeraziłam się, że 
z wrażenia zwymiotuję na jego widok, więc przez pięć minut starałam się wymusić wymioty 
w toalecie   –   żeby   powitać   Briana   spokojnie   i z godnością.   Ponieważ   jednak   od   rana   nic   nie 
jadłam, skończyło się na akrobacjach.

I   wtedy   ogłoszono   przez   mikrofon,   że   607   wylądował.   Rzuciłam   się   do   barierki   razem 

z tłumem innych oczekujących na pasażerów zza oceanu. Strażnik powiedział mi, że pierwsi 

background image

podróżni   pojawią   się  najwcześniej   za  dwadzieścia  minut,  tyle  trwają  procedury  imigracyjne. 
Jeszcze dwadzieścia minut. Cały świat się sprzysiągł przeciwko mnie. Nic, tylko czekać i czekać. 
Denerwowałam się, burczało mi w brzuchu, miałam mokre ręce, było mi niedobrze. Pozna mnie? 
Znalazłam sobie nowy powód do zmartwień. I czyja go poznam? Może trzeba było przynieść 
taką tabliczkę z jego nazwiskiem, tak na wszelki wypadek? Te i inne myśli krążyły mi po głowie, 
gdy gapiłam się na bramkę, na razie pustą. Aż w końcu, po licznych rozczarowaniach, które 
przeżyłam na widok czapeczek baseballowych, Brian się pojawił.

Mrugał szybko, jakby wynurzył  się z ciemności. Nie widziałam niczego poza nim. Hałas 

lotniska   stał   się   nic   nieznaczącym   tłem,   w uszach   brzmiała   mi   romantyczna   muzyka.   Brian 
rozglądał się bacznie, szukał mnie, nie słyszał, że wołam go na całe gardło. Przynajmniej dwóch 
innych facetów zareagowało, zanim i on zwrócił na mnie uwagę.

Myślałam, że zemdleję. Gdyby nie nacisk ludzi za mną – czekali na samolot z pielgrzymami 

z Mekki – chyba osunęłabym się na ziemię. Ale dzięki nim trwałam przyklejona do barierki, aż 
Brian mnie dostrzegł, złapał za rękę i pocałował prosto w usta.

I nagle miałam wrażenie, że wcale nie wyjeżdżał. Pachniał tak samo. Smakował tak samo. 

Był ten sam. Zatoczyłam się niepewnie.

– Brian – mruknęłam.
Wziął   mnie   za   ręce   i patrzył   bez   słowa,   przez   barierkę.   Patrzył   mi   głęboko   w oczy, 

porozumiewaliśmy się bez słów. Widać, że cieszy się z naszego spotkania tak samo jak ja. Tyle 
wyczytałam z jego spojrzenia. Moje serce dołączyło do żołądka w popisach akrobatycznych.

– Mieliśmy opóźnienie – powiedział. Pierwsze słowa po sześciu latach.
– Czekałabym do końca świata – zapewniłam.
– Niedobrze. – Podał mi teczkę i zamiast grzecznie obejść barierkę, przeskoczył ją zwinnie. – 

Nie chciałbym, żebyś siedziała tu w nocy. Może wstąpimy gdzieś na kawę, zanim pojedziemy 
metrem do ciebie?

–   Nie   pojedziemy   metrem   –   poinformowałam   go.   –   Chodź.   –   Wzięłam   go   pod   ramię 

i pociągnęłam w stronę wyjścia. Operacja Brian weszła w decydującą fazę.

– Świetnie wyglądasz – zauważył, gdy rozglądałam się za limuzyną, wynajętą na rachunek 

Harriet. – Przy tobie jestem taki niechlujny. – Miał na sobie dżinsy i spraną niebieską bluzę, ale 
dla   mnie   i tak   wyglądał   zabójczo.   Nie   utył   ani   grama.   A nawet   wydawał   się   szczuplejszy 
i zwinniejszy niż Brian, z którym się żegnałam. Gęste ciemne włosy nadal niesfornie opadały na 
oczy, aż się prosiły, żeby je odgarnąć. I właśnie to zrobiłam. Oby tylko nie zauważył, jak bardzo 
trzęsą mi się ręce.

–   Ale   na   przelot   nie   było   sensu   się   stroić   –   ciągnął.   –   Nie   znoszę   podróżować   klasą 

ekonomiczną. Co za koszmar, sześć godzin z kolanami pod brodą! Póki nie przelecisz się ze 
zwykłymi  śmiertelnikami, nie doceniasz business class. No, ale ty pewnie nie wiesz, o czym 

background image

mówię. Dla ciebie wszystko musi być pierwszej klasy, prawda, Lizzie Jordan?

– Słucham?
– Przecież twoja firma tak się rozwija – wyjaśnił.
– Och, czasami ja także latam klasą ekonomiczną – przyznałam skromnie.
O ile w ogóle gdzieś latam. Od sześciu lat poruszam się wyłącznie drogą lądową. Za to 

w tamtej chwili prawie unosiłam się w powietrzu ze szczęścia. Brian ścisnął mnie za rękę. Dotyk 
jego   dłoni   po   tylu   latach   był   upajający.   Właśnie   dlatego   wynajęłam   limuzynę.   Mogłabym 
odebrać   Briana   mercedesem   Harriet   (odnalazłam   go   –   zostawiła   samochód   na   przystanku 
autobusowym przy Oksford Street i zabrała go straż miejska), ale obawiałam się, że z wrażenia 
nie będę w stanie prowadzić.

– Czekamy na taksówkę? – domyślał się Brian.
–   Nie   na   taksówkę.   –   Uśmiechnęłam   się,   kiedy   podjechała   szara   limuzyna   z moim 

nazwiskiem na przedniej szybie. – Na limuzynę.

Kierowca limuzyny, jak większość zawodowych kierowców, ale nie taksówkarzy, w życiu 

nie był w Londynie.

– Kiedy zjedziemy z M25, musi mi pani mówić, gdzie jechać – powiedział.
– A przypadkiem już nie zjechaliśmy z M25? – zdziwiłam się. – Proszę jechać po tablicach. 

Londyn.

– A kiedy już będziemy w mieście, powie pani, jak do pani dojechać?
Skinęłam głową zirytowana. Chciałam się rozkoszować podróżą, a nie martwić, jak dotrzeć 

do domu. Brian siedział na drugim krańcu skórzanego siedzenia, niemal tak szerokiego, jak moje 
łóżko   w Ballham.   Stwierdził,   że   po   sześciu   godzinach   w pozycji   sardynki   cudownie   jest 
rozprostować nogi, ale miałam nadzieję, że zaraz się do mnie przytuli. Może alkohol pomoże mu 
się odprężyć.

–   Gdzieś   tu   powinien   być   szampan   –   zaczęłam   i otworzyłam   lodówkę.   Nie   było   tam 

szampana, tylko trzy puszki piwa.

– Gdzie szampan? – zapytałam kierowcę przez interkom.
– Szampan? – zdziwił się. – A zamawiała pani?
– Tak.
– Ja tam nic nie wiem – wzruszył ramionami. – Jak pani chce, możecie wypić moje piwo.
Uniosłam brew.
– To nie to samo. Napijesz się piwa? – zapytałam Briana.
– Wytrzymam. Na razie upajam się tobą – odparł. Uśmiechnęłam się do ucha do ucha.
– Jesteśmy już niedaleko? – Kierowca włączył się do rozmowy.
– A gdzie jesteśmy? – Nie obchodziło mnie, dokąd jedziemy, za bardzo absorbowała mnie 

bliskość Briana. – Minęliśmy już Hyde Park?

background image

– Jakieś dziesięć minut temu.
Wyjrzałam   przez   zaciemnione   szyby,   chcąc   się  zorientować,  gdzie  jesteśmy,   ale   okolica 

wydała się obca.

– Chyba dobrze jedziemy – stwierdziłam.
– Dobrze? Czyli gdzie? – Kierowca powoli tracił cierpliwość.
– Nie ma pan mapy? – zdziwił się Brian.
Nie, nie miał. W każdym razie mapy Londynu. Za to pokazał nam mapę Manchesteru.
– Cholera – zaklął. – Zabrałem nie tę. Nie wie pani, jak dojechać do domu? – zdziwił się. 

Jego zdaniem, to moja wina.

–   Rzadko   jeżdżę   samochodem   –   wyjaśniłam.   –   Zazwyczaj   korzystam   z transportu 

publicznego. Tak jest bardziej ekologicznie. Znam londyńskie metro.

– Czyli masz mercedesa i nim nie jeździsz – podsumował Brian.
– Słucham? – zgubiłam się. Zapomniałam na śmierć, że w oczach Briana jestem właścicielką 

mercedesa.

– Twój samochód. Srebrny metallic. Kupiony w zeszłym miesiącu.
–   Ach,   mój   samochód   –   roześmiałam   się   nerwowo.   –   Cóż,   to   prawda,   jeździ   się   nim 

cudownie, ale komu chciałoby się sterczeć w korkach, kiedy można szybko dotrzeć wszędzie 
metrem?

Komu?   Na   przykład   mnie.   Codziennie   zazdrościłam   szczęśliwym   posiadaczom 

samochodów.

– No tak, zawsze miałaś takie ekologiczne podejście – Brian pokiwał głową. – Dziwne, że 

trafiłaś akurat do obrotu nieruchomościami, skoro tak dbasz o środowisko. Powiem szczerze, nie 
wierzyłem własnym oczom, kiedy czytałem, że kupiłaś mercedesa. Takiego pożeracza benzyny? 
Zawsze  się spodziewałem,  że  jeśli  w ogóle  zdecydujesz  się na  samochód,  będzie  to  malutki 
diesel.

Mruknęłam coś niezrozumiale, zaniepokojona, bo wjeżdżaliśmy w posępne przedmieścia.
– Chyba musimy zawrócić do centrum – zasugerowałam kierowcy. – A potem na West End. 

Nie, to na pewno nie tu – stwierdziłam zdecydowanie. – Przepraszam za zamieszanie, Brian.

– Nie ma sprawy.
Po pewnym  czasie, o rozkoszy,  poczułam przy sobie jego ciepłe  udo, a potem nawet na 

chwilę przykrył  moją dłoń swoją. Zanim jednak rozmarzyłam się na dobre, kierowca znowu 
ściągnął mnie na ziemię. Zjechał na krawężnik i odezwał się przez interkom. – Jedziemy na ulicę, 
plac czy skwer Grantchester? Bo są wszystkie trzy, a nie pamiętam, dokąd pani chciała.

– Skwer – odparłam stanowczo. I zaraz się zaniepokoiłam. Nie, to nie to. – To znaczy ulicę – 

poprawiłam się.

– No to niech się pani zdecyduje, są w różnych krańcach miasta.

background image

–   Chwileczkę.   Już   wiem.   Plac.   Plac   Grantchester,   tak.   Mieszkam   tam   od   niedawna   – 

wytłumaczyłam się.

– Jak to? Myślałem, że od stycznia – zdziwił się Brian.
– Od stycznia? – Co? Co takiego nakłamałam na temat przeprowadzki w styczniu? – Och! – 

Pokiwałam głową. – To już nieaktualne. Wcale mi się tam nie podobało. Wystawiłam tamto 
mieszkanie na sprzedaż niemal natychmiast po tym,  jak się tam wprowadziłam. A w nowym 
mieszkam od dwóch dni.

– Od dwóch dni? Liz, trzeba było powiedzieć, że się przeprowadzasz. Przecież nie zwaliłbym 

ci się na głowę w tej sytuacji!

– Nie ma sprawy. Będziesz moim pierwszym gościem.
– Jestem zaszczycony.
Uśmiechnęłam   się   nerwowo.   Wczesnej   obiecywałam   sobie,   że   postaram   się   ograniczyć 

liczbę kłamstw do minimum, tymczasem co drugie zdanie było nieprawdziwe. Dopiero co się 
wprowadziłam? Nieźle. Przeszłoby łatwiej, gdybym zadała sobie trud, żeby odkurzyć wszystkie 
bibeloty Harriet.

– Jesteśmy na miejscu – poinformował  z dumą  kierowca. Zatrzymał  samochód,  wysiadł, 

otworzył nam drzwiczki.

– Plac Grantchester.
Cóż, wygląda w porządku. Wysiadłam i zdałam obie sprawę, że owszem, pamiętam plac, ale 

z wrażenia na śmierć zapomniałam numeru domu. Pamiętałam, że to po lewej stronie, bliżej 
środka, ale wszystkie budynki wyglądały tak samo i nagle nie wiedziałam, czy Harriet mieszka 
pod numerem siódmym czy piątym.

–   Dokąd?   –   Kierowca   wziął   lekką   torbę   podręczną,   a Brian   dźwignął   walizkę.   –   Ale 

uprzedzam, że mam chory kręgosłup i mało czasu, o drugiej muszę być w Maida Vale po Chaka 
Khan. Pamiętacie ją?

Brian   spojrzał   na   mnie   pytająco.   Przebiegłam   wzrokiem   po   oknach   obu   budynków 

w poszukiwaniu   wskazówek.  Których,   ma   się  rozumieć,   nie  było.  Miałam  nadzieję  że  może 
Herkules przyciska nos do szyby, zrozpaczony i załamany, że jego pani wyjechała. Tymczasem 
cholerny kundel pewnie śpi.

Ruszyłam do przodu z całą pewnością siebie, na jaką mnie było stać, zważywszy, że czułam 

się okropnie. Wybrałam numer pięć. Wepchnęłam klucz do dziurki. Nie pasował.

–   Może   ja   spróbuję   –   zaoferował   się   kierowca,   nie   mógł   już   patrzeć,   jak   mocuję   się 

z drzwiami.   –   Ach,   te   kobiety   –   westchnął,   nie   wiedziałam,   ze   współczuciem   czy   złością. 
Szarpnął drzwi, aż zadrżały, ale nie chciały się otworzyć. Brian i ja spojrzeliśmy po sobie.

– Spróbuję jeszcze raz – sapnął. – Zaparł się ze wszystkich sił i szarpnął. Akurat w tej chwili 

nie wiadomo skąd zjawiła się kobieta z psem bliźniaczo podobnym do Herkulesa i chrząknęła 

background image

głośno.

– Czy mogę państwu w czymś pomóc? – Powiedziała to tonem, który mówił, że wcale nie 

chce nam pomagać. O nie, sugerowała raczej, że lada moment wezwie policję.

– Herkules? – zwróciłam się do psa, który przyglądał mi się niemal równie uważnie jak jego 

pani. Jeśli to jakaś przyjaciółka Harriet, która zajrzała do psa, wpadłam po uszy. – To ty, Herk?

Wszyscy, nie wyłączając psa, patrzyli na mnie jak na wariatkę.
– To Camelot – wyjaśniła kobieta z wyższością. – Herkules mieszka obok.
– O Boże! – krzyknęłam z całą beztroską, na jaką było mnie stać. – Przepraszam bardzo. 

Pomyliłam domy. To obok, kochani! Ale ze mnie gapa!

Trzy pary oczu patrzyły na mnie z rozbawieniem.
Kobieta wsunęła klucz do zamka. Drzwi otworzyły się bez problemu. Weszła do środka 

i zamknęła za sobą drzwi, ale widziałam, że zerka przez okno, jak prowadzę mój oddział do 
sąsiedniego budynku.

– Rzeczywiście krótko tu pani mieszka – rzucił kierowca złośliwie.
– Kim jest Herkules? – zainteresował się Brian.
– To mój pies.
– Masz psa?
– Nie wspominałam ci, że kupiłam psa? Właściwie nie kupiłam, tylko odziedziczyłam. Po 

kobiecie, która dawniej tu mieszkała.

– Wydawało mi się, że nie znosisz psów – w głosie Briana narastał niepokój.
– Mnie też. Póki nie poznałam Herkulesa. Na samą górę – rzuciłam do kierowcy.
– Chyba żartujesz, paniusiu. – Postawił torbę przy schodach. – Nie wejdę tak wysoko, mam 

chory kręgosłup. Muszę się z wami pożegnać. – Ale nie wyszedł. Stał i czekał nie wiadomo na 
co. Weszłam na schody. Zakaszlał. Brian zrozumiał, cofnął się, wyjął z kieszeni portfel.

– Nie mam drobnych. Może być tak?
Jezu!   Dał   mu   dwadzieścia   funtów!   Mniej   więcej   tyle   wydaję   tygodniowo   najedzenie!   – 

Dwadzieścia? – oburzyłam się. – Taki napiwek dla kierowcy, który błądzi?

– Słuchaj, w porównaniu z taksówkarzami w Nowym Jorku był w porządku. Przynajmniej 

mówił po angielsku. Nie dalej jak w zeszłym tygodniu w Nowym Jorku taksówkarz zastrzelił 
faceta. Facet zapalił, taksówkarz go poprosił, żeby zgasił, tylko że nie po angielsku, a w jakimś 
dziwnym języku, z Kazachstanu czy skądś. Pasażer myślał, że taksówkarz go obraża, zaczęła się 
pyskówka,   a potem   proszę   bardzo,   pasażer   leży   na   jezdni,   mózg   mu   się   wylewa   na   asfalt. 
Świadkowie widzieli, że wypadł z taksówki, ale jak sprawdzisz wszystkie w mieście?

– Chcesz powiedzieć, że mamy szczęście, bo nasz kierowca był tylko idiotą i to bez broni?
– Wiesz, kariera cię zmieniła. Dawna Lizzie Jordan dawała pieniądze wszystkim żebrakom 

dokoła. Chociaż była bez grosza przy duszy.

background image

W ostatniej chwili ugryzłam się w język, żeby mu nie powiedzieć, że dawna Lizzie miała 

więcej pieniędzy do dyspozycji niż obecna.

– Chodź – chciałam jak najszybciej zmienić temat. – Wejdźmy na górę.
– Słuchaj, Liz. – Brian pożył mi dłoń na ramieniu. – Jeszcze tylko jedno pytanie. Jakiej rasy 

jest Herkules?

– Spaniel – odparłam. – Trochę śmierdzi, ale jest czysty. – Otworzyłam zapraszająco drzwi. 

Brian ani drgnął.

– Wejdź – zachęcałam.
– O, nie.
– Słucham?
– Liz,   czy  opowiadałem   ci,  że  jak  miałem  dwa  lata,  mało   brakowało,  a zagryzłby  mnie 

spaniel?

O Boże. Rzeczywiście! Teraz sobie przypomniałam. Pies omal nie przegryzł mu tętnicy. Ale 

zapomniałam o tym na śmierć, poza tym, kiedy go zapraszałam, nie wiedziałam, że będę miała 
Herkulesa na głowie.

– Wiesz, gdyby to była inna rasa... Jakakolwiek. Rottweilery, dobermany, owczarki... nie ma 

sprawy. Ale nie wejdę do domu, w którym mieszka spaniel. Wiem, to śmieszne. Minęło już 
dwadzieścia   pięć   lat   od   tamtego   wypadku,   a ja   nadal   panicznie   boję   się   spanieli.   Nawet   na 
spacerze   obchodzę   je   łukiem,   bo   pocę   się   ze   strachu.   –   Otarł   mokre   czoło.   –   Widzisz?   – 
Rzeczywiście, spocił się nagle.

– Więc   co  zrobimy?  –  zamyśliłam  się.  –  Może  chociaż  spróbuj.  To miły  psiak,  bardzo 

łagodny. I malutki. Nie pokazuj mu, że się boisz, a wszystko będzie dobrze.

– Liz, może to anioł w psiej skórze, ale ja tam nie wejdę. Wiem, jestem dorosłym mężczyzną 

i nie powinienem ulegać fobiom, ale nic na to nie poradzę. Mój terapeuta uważa, że najlepiej 
będzie, jeśli będę po prostu unikał spanieli.

– Chodzisz do terapeuty? – zapytałam z niedowierzaniem.
– W Ameryce wszyscy chodzą do terapeuty. Wiesz, moim zdaniem, niewiele z tego pożytku, 

ale zacząłem terapię, kiedy poznałem dziewczynę, która ma spaniela. Superdziewczyna. Bardzo 
mi się podobała. Ale nie mogłem u niej nocować, bo ma psa, a ona nie nocowała u mnie, bo nie 
chciała zostawiać psa samego. – Wzruszył ramionami. – Zaskoczyłem cię, Lizzie?

Owszem, zaskoczył, ale nie tym, że boi się psów. Zaskoczyło mnie, że Brian może kogoś ma. 

Co prawda ja przez te sześć lat też nie żyłam w celibacie, ale nawet przez myśl mi nie przeszło, 
że Brian umawia się z innymi kobietami. Wydawało mi się, że nie ma czasu, takie wrażenie 
odnosiłam, czytając jego maile i listy. I to mi bardzo odpowiadało.

A teraz słucham:
–   Byłem   załamany,   że   nic   z tego   nie   wyszło.   Robiłem   wszystko,   żeby   pokonać   strach. 

background image

Terapia, hipnoza. Akupunktura. Bardzo mi zależało, żeby się przemóc i uratować ten związek, 
ale na darmo. Na widok jej psa wpadałem w panikę. A raz nawet zemdlałem. – Uśmiechnął się 
smutno. – Właściwie dobrze to zniosła. Do dziś jesteśmy przyjaciółmi. Ile żyją te psy?

– Sto lat – rzuciłam złośliwie. – Dlaczego go nie uśpiła?– Ja tam nie pozwoliłabym, żeby 

jakiś kundel stanął między mną a Brianem.

– Bardzo mi przykro, ale zatrzymam się w hotelu.
–   Nie   –   krzyknęłam.   Herkules   nie   pokrzyżuje   moich   planów.   –   Coś   wymyślę.   Może 

zamkniemy Herkulesa w pokoju gościnnym? Nawet go nie zobaczysz.

– A jeśli wymknie się w środku nocy?
– Nie wymknie – zapewniłam.
– Nie wiadomo. Może wyczuje mój strach i postara się mnie odnaleźć.
– Naprawdę się boisz – jęknęłam.
– Niestety tak. Masz pomysł na jakiś dobry hotel?
– Tak. Dla psów.
– Nie możesz przeze mnie oddawać psa. To nieuczciwe. Tu jest jego dom.
– Brian, jesteś dla mnie ważniejszy niż ten kundel – żachnęłam się.
– Wydawało mi się, że wy Anglicy macie fioła na punkcie zwierząt?
– Bez przesady. Zresztą wcale nie oddam go do hotelu dla zwierząt. Zaraz postaram się 

znaleźć kogoś, kto go weźmie na kilka dni. A tymczasem poczekamy na zewnątrz.

I tak, zamiast tulić się do Briana na skórzanej sofie Harriet, siedziałam na niewygodnym 

plastikowym krzesełku w kawiarni i czekałam na Seemę, żeby zabrała Herkulesa.

Przyjechała, jak mogła najszybciej, całe szczęście. Ale i tak byłam wściekła, kiedy wpadła do 

kawiarni   prawie   godzinę   po   moim   telefonie.   Miała   na   sobie   nieprzyzwoicie   krótką   i obcisłą 
sukienkę.   I umalowała   się,   a to   zły   znak.   Malowała   się   tylko   wtedy,   kiedy   uważała,   że   ma 
u kogoś szanse. Wszyscy mężczyźni wbili w nią wzrok. Mój też.

– Brian, to Seema.
–   Sekretarka   Liz   –   dodała,   podając   mu   rękę,   na   której   brzęczały   oryginalne   indyjskie 

bransoletki. Usiadła z gracją, cały czas trzepocząc zalotnie rzęsami.

– Sekretarka? To z tobą rozmawiałem?
– Tak – roześmiała się perliście. Sądząc po jej zachowaniu, nikt nie uwierzyłby, że studiuje 

ekonomię.   –   Mam   szczęście,   że   Lizzie   mnie   zatrudniła.   Jest   fantastyczną   szefową,   raczej 
przyjaciółką   niż   przełożoną.   Jest   taka   nieprzewidywalna.   Rano   układam   dokumenty,   a po 
południu opiekuję się jej kochanym psiakiem.

–   Chyba   cię   wykorzystuje   –   zażartował   Brian.   Seema   zachichotała   i oparła   mu   dłoń   na 

ramieniu.

– Och, tylko nie osądź jej źle. Wcale mnie nie zadręcza. Nie śmiałaby... przy mojej pensji?

background image

Posłałam jej ostrzegawcze spojrzenie. Miałam nadzieję, że zrozumie.
– Może napijesz się z nami kawy, zanim pójdziesz po biednego Herkulesa? – zaproponował 

Brian uprzejmie.

– Z wielką chęcią. – Seema ochoczo zdjęła kurtkę.
– Brian, a może napijemy się już w domu? – wtrąciłam się, zanim przywołał kelnera. – Masz 

za   sobą   ciężki   dzień,   a Seema   ma   jeszcze   sporo   pracy.   W piątki   zamykamy   biuro   o piątej, 
prawda, Seemo?

Nie chciałam, żeby tu z nami przesiadywała. Z każdą chwilą wzrastało prawdopodobieństwo, 

że palnie jaką bzdurę i wszystko się wyda. Zazwyczaj najpierw mówiła, dopiero potem myślała. 
Nie zapomnę, jak kiedyś powitała Mary słowami:

– Przez telefon wydajesz się o wiele szczuplejsza.
– Tak, mam jeszcze masę roboty. – Łypnęła na mnie groźnie. – Tak to jest, jak się pracuje 

u pracoholiczki, Brianie. Lizzie to tytan pracy. Wspominała ci już o projekcie 20:20?

– O czym?
– Pewnie nie – Seema uśmiechnęła się szeroko, co tylko uwydatniło jej piękne, pełne wargi. 

– Jest za skromna.

Brian uśmiechnął się do mnie.
– Jaki projekt? 20:20?
– Tak jest.
Posłałam Seemie mordercze spojrzenie.
– Idziemy po psa?
– Jeśli nalegasz.
– Tak.
Brian został w kawiarni. Przyjdę po niego, kiedy pies zniknie z mieszkania. Wzięłam Seemę 

pod ramię, niby to przyjacielskim gestem, i jednocześnie uszczypnęłam ją mocno.

– A to za co?
– Za to, jak wyglądasz, ty świnio.
– Jak?
– Jakbyś się wybrała na imprezę.
– Może się wybieram.
– W piątek po południu? Wiesz, widać ci cały stanik w tej bluzce.
– Może o to mi chodziło. Uszczypnęłam ją jeszcze raz.
– Au.
– Co to za brednie o projekcie 20:20?
– Nie spodobało ci się? – zdziwiła się. – Moim zdaniem, to dodaje autentyczności całej 

sprawie. Mówimy o konkretnym projekcie. Wymyśliłam nazwę w metrze.

background image

– Miałaś zabrać psa, nie robić przedstawienie. Jesteś okropna.
– A ty? Traktujesz mnie jak służącą.
–   Musiałam.   A gdybyś   wszystko   zepsuła?   Zresztą   może   już   to   zrobiłaś   tym   tekstem 

o projekcie 20:20 – mamrotałam. – Co mam powiedzieć, kiedy o to zapyta?

– Wymyślisz coś. W kółko opowiadasz, jak to kiedyś byłaś aktorką. No to improwizuj! Ale 

wiesz co? – westchnęła. – Rozumiem, czemu stajesz na głowie, żeby zrobić na nim wrażenie. Co 
za facet. Rewelacyjny. I te oczy...

– No – zgodziłam się. – Jest boski. Aż się nogi pode mną ugięły.
Rozmarzyłyśmy się obie.
– Ma takie przenikliwe spojrzenie – dumała Seema. – Jakby patrzył ci prosto w serce.
– Jak to? Na ciebie też tak patrzył? – Nagle wróciłam na ziemię.
Seema wyczuła moje zdenerwowanie.
– No, nie – jąkała się. – Tylko tak sobie wyobrażam... Jak myślisz, uda ci się? – zapytała, 

chcąc zmienić temat. – To znaczy, uwieść go?

– Mam nadzieję. Co chwila kładzie mi rękę na kolanie.
– Ty szczęściaro. To dobry znak. Uśmiechnęłam się szeroko.
– Czyli niepotrzebnie się malowałaś.
– Powiem ci więcej. Założyłam nowe rajstopy.
– Nawet nie próbuj – ostrzegłam.
– Obiecuję.
– Dzięki, że weźmiesz Herkulesa.
–   Nie   ma   sprawy.   Nie   mogę   liczyć   na   inne   męskie   towarzystwo.   Poza   tym   lubię   psy. 

Zwłaszcza Herkulesa. Dałaś mu rano tabletki?

– Jakie tabletki?
Miałam nadzieję, że Herkules nie zdechł i nie nabałaganił za bardzo z nudów. Znalazłam go 

w salonie. Obgryzał but. I to mój, zorientowałam się ze złością a niejeden z setek zabójczych 
pantofli Harriet od Manolo Blahnika. Zabójczych, bo można się w nich zabić, nosząc je albo się 
o nie potykając. Zapewne się domyślacie, że je mierzyłam, ale nic z tego, Harriet miała drobne 
stopki, odpowiednie do drobnej figury.

Wyrwałam mu mój but z pyska.
–  Myślałam,   że   jada   tylko   drogie   potrawy  –  syknęłam.   Sądząc   po   zaślinionych   bokach, 

dobierał się także do mojej torebki.

Na   widok   Seemy   Herkules   wpadł   w euforię,   wywijał   ogonem   i piszczał.   Seema   zresztą 

zachowała   się   podobnie,   uklękła,   przemawiała   do   niego   jak   do   dziecka   i śmiała   się,   kiedy 
pozbawił ją połowy makijażu jednym pociągnięciem różowego ozora.

– Dlaczego Brian nie lubi takiego słodkiego psiaka? – pokręciła głową z niedowierzaniem.

background image

– Dzięki – żachnęłam się. – Ale nie jestem psiakiem. Przecież nie jestem aż taka brzydka.
–  To  nie   do  ciebie  –  komicznie   przewróciła  oczami.   –  Lepiej  spakuj  rzeczy  Herkulesa. 

Miskę, kocyk, tabletki na sierść, ostatnio widziałam je na parapecie. I kurczaka z lodówki.

–   Tak   jest,   psze   pani.   Dobrze,   psze   pani.   –   Uwijałam   się   jak   fryga,   pakując   dobytek 

Herkulesa.   Chciałam   się   go   pozbyć   jak   najszybciej.   I Seemy.   –   Pamiętaj,   że   nie   chodzi   po 
asfalcie – przypomniałam.

–   Przecież   nie   będę   go   ciągnąć   na   siłę!   –   Seema   oburzyła   się   na   samą   myśl   o takim 

okrucieństwie. – Herk, będzie nam fajnie, prawda? A tak przy okazji, jesteś moją dłużniczką.

– Mówisz do psa czy do mnie?
– Do ciebie, idiotko.
– Co chcesz?
– Coś wymyślę. Coś strasznego.
– Co tylko zechcesz. Ale zabierz już stąd tego psa. Brian siedzi w kawiarni od dwóch godzin.
– A ty chcesz zaciągnąć go do łóżka.
– Żeby się przespał – obruszyłam się. – Ma za sobą ciężką noc.
– Akurat. Ucałuj go ode mnie.
– Seema!
Szłyśmy razem jeszcze kawałek. Rozstałyśmy się przed kawiarnią. Seema nie weszła do 

środka z wiadomych przyczyn, ale zajrzała przez drzwi i pomachała Brianowi. Odmachał, starał 
się nie patrzeć na Herkulesa.

– Miła ta twoja sekretarka. Przebojowa. Ale dlaczego niosła psa? – zapytał.
– Ma chore łapy – wyjaśniłam. Harriet może nie przeszkadza, że ma psa z fobią, ale ja się do 

tego nie przyznam. – Ale niedługo wszystko będzie dobrze. Idziemy?

– Jezu.
Wreszcie. Stał na środku salonu Harriet i podziwiał mieszkanie.
– Jezu. Super. Nie do wiary, mieszkasz tu zaledwie dwa dni, a już nadałaś wnętrzu charakter. 

Liz, super. Skąd masz te wszystkie cuda?

– Z podróży – wzruszyłam ramionami.
– Mogę zobaczyć? – Podniósł wazę, wartą chyba więcej niż moje roczne zarobki.
Serce stanęło mi w piersi, kiedy odwrócił ją do góry nogami i szukał podpisu.
– Och. – Odstawił ją. – To kopia. Mam nadzieję, że nie zapłaciłaś za dużo?
– Nieważne – machnęłam ręką.
–   Przepraszam.   Zachowuję   się   jak   prostak,   szacuję   wartość   twoich   antyków,   ledwie 

wszedłem do domu. My, Amerykanie już tacy jesteśmy. Mamy fioła na punkcie wszystkiego, co 
stare.

Podszedł do mnie, objął, podniósł i obrócił, a ja umierałam ze strachu, że nogami zahaczę 

background image

o bezcenny bibelot. Autentyczny.

– W końcu sami. Tak się cieszę, że cię widzę – westchnął, odstawił mnie i zajrzał głęboko 

w oczy.

– Ja też – zapewniłam go. Nasz usta były tak blisko, byłam pewna, że zaraz mnie pocałuje. 

Tak porządnie.

–   Mam   coś   dla   ciebie   –   powiedział   i zaczął   szukać   prezentu   w torbie   podręcznej.   –   To 

drobiazg, ale może ci się spodoba.

Podał mi małą płaską paczuszkę w złotym papierze, ze srebrną wstążką.
– Znalazłem to wczoraj – powiedział. – W antykwariacie w Greenwich Village. Zważywszy, 

że się do ciebie wybierałem, uznałem, że to omen. Otwórz.

Zdarłam cienki papier. Książka, to jasne, ale żeby znak? Zastanawiałam się.
– To stare wydanie Antoniusza i Kleopatry. Oczywiście nie pierwsze, ale zajrzyj do środka. 

Spójrz na ex libris. Nie wierzyłem własnym oczom.

Otworzyłam książeczkę. Poprzedni właściciel podpisał ex libris zamaszystym, staroświeckim 

pismem.

– Elizabeth Taylor – przeczytałam z niedowierzaniem. – Myślisz, że ta?
– Może tak, może nie. Ale pomyślałem, że i tak ci się spodoba. I jak?
– Cudowna – zapewniłam go. Podziwiałam złote tłoczenia na czerwonej okładce.
–   Może   później   wystąpisz   tylko   dla   mnie.   Byłaś   najlepszą   jednooką   Kleopatrą,   jaką 

kiedykolwiek widziałem.

– Chyba dlatego, że jestem jedyną jednooką Kleopatrą w historii teatru – zauważyłam.
–  Ale   i tak   byłaś   cudowna   –  zapewnił.   –  Wzruszająca.   Wiesz,   chyba   wtedy   się  w tobie 

zakochałem. Kiedy sięgałaś po kobrę.

Przez długą chwilę znacząco patrzyliśmy sobie w oczy, aż opuściłam głowę, czerwona jak 

burak.

– Dokąd mam zanieść bagaże? – zapytał i nastrój prysł.
Zaprowadziłam go do jednego z pokoi gościnnych. Co prawda miałam nadzieję, że będzie 

razem z mną spał w sypialni Harriet, ale nie chciałam robić z siebie idiotki i oferować mu swojej 
sypialni a potem udawać, że to pomyłka. Postanowiłam jednak pomóc losowi i umieściłam go 
w pokoju z najmniej wygodnym łóżkiem.

Raz po raz czytałam  jego dedykację w książeczce dla mnie i nabierałam przekonania, że 

wszystko ułoży się po mojej myśli.

„Dla mojej kochanej Lizzie. Za to co było i za to co będzie. Z miłością, Brian”.
– Nie pogniewasz się, jeśli się zdrzemnę – zapytał. – Dopadło mnie zmęczenie. Obudzisz 

mnie na kolację?

Zapewniłam,   że   tak.   Poszedł   do   sypialni,   a ja   siedziałam   w salonie   i w kółko   czytałam 

background image

dedykację. Byłam w siódmym niebie. Cel prawie osiągnięty. Brian Coren wrócił do mego życia.

background image

Rozdział 17

Uparłam się, żebyśmy tego wieczoru poszli na kolację do restauracji, chociaż Brian twierdził, 

że wolałby zostać w domu. Ja jednak miałam inne plany. Mam mało czasu, Brian nie będzie się 
wylegiwał w łóżku, chyba że razem ze mną.

Zdecydowałam się na restaurację Capricorn, bo cieszyła się opinią odpowiedniego lokalu, 

jeśli   chce   się   kogoś   uwieść   albo   zrobić   na   nim   wrażenie.   Poza   tym   Mary   pożyczyła   mi 
rewelacyjną  suknię od Donny Karan, a przecież  nie włożę jej do kolacji przed telewizorem, 
prawda?

– Chodź, Brian – namawiałam. – Przyjechałeś na krótko. Chciałabym, żebyś jak najlepiej 

wykorzystał czas w Londynie. Idziemy na kolację.

– A nie możemy jutro? – błagał.
– Nie. Nawet nie masz pojęcia, jak się namęczyłam, żeby zarezerwować nam stolik w tej 

restauracji.   Niedawno   ją   otwarto.   Ostatnio,   kiedy   tam   byłam,   widziałam   Sylwestra   Stallone 
i Michaela Caine’a. Stallone jest bardzo niski, wiesz? – Przynajmniej raz powiedziałam prawdę, 
chociaż częściowo. Bo naprawdę trudno było załatwić stolik. Szczerze mówiąc, dopiero kiedy 
wymieniłam nazwisko Mary, wpuścili mnie do środka.

– W porządku – zgodził się. – Przypomnij mi tylko, gdzie tu masz łazienkę.
Pokazałam mu drogę do spiżarni, oczywiście przez pomyłkę. Chyba uznał, że to żart.
Ja tymczasem w sypialni Harriet robiłam się na bóstwo w sukni od Donny Karan. Ponieważ 

miałam nadzieję, że Brian spędzi noc ze mną, a nie w pokoju gościnnym, założyłam najbardziej 
seksowną bieliznę, jaką tylko można sobie wyobrazić. Kosztowała krocie, ale odkąd zobaczyłam 
ją w „Cosmpolitan”, wiedziałam, że muszę ją mieć. Zaprojektowali ją Rigby i Peller, ci sami, 
którzy szyją bieliznę królowej. Rupert z agencji orzekł, że jeśli jestna świecie coś, co zmusiłoby 
faceta do rezygnacji z pójścia na mecz rugby, to właśnie kobieta w burgundowych koronkach, 
stringach i pasie do pończoch. A skoro powiedział tak Rupert, który świata poza rugby nie widzi, 
jakie wrażenie zrobię na Brianie?

Najdroższe   majtki,   jakie   w życiu   miałam   na   sobie,   dodały   mi   pewności   siebie,   tak   że, 

o dziwo, nie przewróciłam się z wrażenia, kiedy portier w Capricorn przytrzymał mi drzwi.

–   Bierz,   co   chcesz   –   rzuciłam   nonszalancko   do   Briana,   zanim   otworzyłam   kartę   dań 

i zobaczyłam   astronomicznie   wysokie   ceny.   W jego   menu   nawet   ich   nie   podano,   byliśmy 
w superekskluzywnej restauracji.

–  Hm.   Wszystko   wygląda  smakowicie   –  mruknęłam,  szukając  wzrokiem   czegoś  poniżej 

dziesięciu funtów. O, bułeczki. Może zamówię sobie dwie.

– Weź co chcesz – paplałam. – Wrzucę to w koszta firmy. – Akurat. – Powiem, że jesteś 

potencjalnym klientem i rozmawialiśmy o interesach.

background image

– Świetnie. Może zaczniemy od szampana?
Kelner od wina już kręcił się pobliżu. Tymczasem podeszli do nas dwaj inni z czymś, co 

nazwali  ameuse   bouche.  Zdziwiona,   stwierdziłam   głośno,   że   chyba   pomylili   stoliki,   bo   my 
jeszcze nie zamawialiśmy.

–   Szanowna   pani,   to   na   koszt   firmy   –   uśmiechnął   się   jeden   z nich.   Uśmiechnął   się 

z wyższością   zauważyłam.   Nieodpowiednie   zachowanie   jak   na   kogoś,   kto   zarabia   na   życie 
myciem talerzy. – Przepiórcze jaja w sosie karmelowym. Sushi z tuńczyka, oraz – dodał, gdy 
wsunęłam w usta coś, co wyglądało jak panierowana pieczarka – ślimaki w sosie czosnkowym.

Odruchowo uniosłam dłoń do ust. Cudem udało mi się nie zakrztusić.
– Może weźmiemy szampana, żeby to wszystko popić? – zaproponowałam, z trudem łykając 

ślimaka.

– Bardzo proszę. Jakiego?
– Cristal – rzuciłam zdecydowanie.
Brian uniósł brew – dyskretnie. Podobnie jak kelner, chociaż on był bardziej ostentacyjny. 

A ja po chwili, uniosłam obie, kiedy zobaczyłam, ile kosztuje ten szampan.

– Zaledwie kilka dni temu piliśmy Cristal na kubki – powiedziałam na tyle głośno, żeby 

słyszał mnie kelner. – Na przyjęciu Golden Brothers. Znasz ich?

– Ci projektanci?
– Tak. Najnowsze odkrycie.
– Nawet ja o nich słyszałem. Jak ich poznałaś?
–   Przez   Mary   –   przyznałam   –   Mary?   –   Brian   pochylił   się   nad   stołem,   nagle   bardziej 

zaciekawiony. – Przez Marudną Mary? Widujecie się?

– Czasami.
– Co u niej?
– Ma własną firmę – zbyłam go.
– Tak? Jaka branża?
– Jest agentką – mruknęłam. – Spróbuj jajek przepiórczych.
– Agentką? Od czego? – Brian nie dawał za wygraną.
–   Show-biznes,   reprezentuje   aktorów,   piłkarzy   i tak   dalej.   Załatwia   im   prace   przy 

nagrywaniu reklam i dubbingach.

– To chyba ciekawe.
– Na pewno. Może jajko? – ja też się uparłam.
– Mówiłaś jej, że przyjeżdżam? Wiesz, jeśli to możliwe, chciałbym się z nią spotkać.
– Chyba jest bardzo zajęta.
– Na pewno cały czas. Zadzwońmy do niej. Skrzywiłam się.
– Co jest? Pokłóciłyście się?

background image

–   Nie.   –   Uśmiechnęłam   się.   –   Wszystko   w porządku.   Zastawiałam   się   tylko,   czy   Mary 

znajdzie dla nas czas.

–   Na   pewno,   kiedy   się   dowie,   że   jestem   w Londynie.   Mary  zrobi   wszystko   dla   starych 

przyjaciół.

Mało brakowało, a naplułabym do kieliszka z szampanem. Wszystko, dobre sobie.
– Nasz stara Mary – Brian się zamyślił. – Wznieśmy toast za starych przyjaciół. Za Mary 

i Billa.

Uniosłam kieliszek.
– Za Mary i Billa.
– Zadzwonimy do niej, jak tylko wrócimy do domu – zdecydował.
Przez całą kolację się martwiłam, że będzie chciał do niej zadzwonić. Ostatnie, na co mam 

ochotę, to pozwolić mu zobaczyć, co Mary osiągnęła w życiu. Poza tym nie ufałam jej, że mnie 
nie   wyda.   Co   prawda   obiecała,   że   będzie   milczała   jak   grób,   nie   licząc   swoich   znajomych 
z wielkiego   świata,   ich   może   sobie   zabawiać   opowieściami   o moich   przeżyciach.   Ale 
strzeżonego   pan   Bóg   strzeże   –   wystarczy   jedna   nieostrożna   uwaga,   jak   mi   do   twarzy   w jej 
sukience, naszyjniku czy bluzce.

A Brian na dobre pogrążył się we wspomnieniach. Chciał rozmawiać tylko o przeszłości, 

wspominał wspólne chwile w Oksfordzie. Powinnam być  mu za to wdzięczna, nie musiałam 
zmyślać   kolejnych   kłamstw   o mojej   karierze.   Denerwowało   mnie   jednak,   że   wspomina   nie 
chwile tylko ze mną, gdy leżeliśmy wtuleni w siebie na moim tapczanie, a wspólne wypady we 
czwórkę: on, ja, Bill i Mary.

– Pamiętasz, jak się ze sobą przespali? – roześmiał się.
Ciągle chciał spotkać się z Mary. Na myśl o tym pyszne kalmary nie chciały przejść mi przez 

gardło.

Kiedy podano rachunek, nawet na niego nie spojrzałam, wiedziałam, że to tylko pogorszy mi 

nastrój. Nonszalancko rzuciłam kartę kredytowana stół, po przystawkach dałam sobie spokój 
z liczeniem, ale podejrzewam, że tego dnia przejedliśmy znaczną część mojej miesięcznej pensji. 
Nie wiem, czy było warto, zważywszy że Brian w kółko rozprawiał o Mary, a mnie się ciągle 
chciało jeść – mało co zjadłam z obawy, czy przypadkiem nie pochłaniam ozdóbek.

– Obawiam się, że mamy problem z kartą szanownej pani – zaczął  szef sali, dyskretnie 

szepcząc mi do ucha. Brian zorientował się po mojej minie, że coś jest nie tak. Wiedziałam 
doskonale, co jest nie tak. Pewnie przekroczyłam limit.

– Co jest? – zapytał.
– Karta – mruknęłam cichutko.
– To się często zdarza, szanowna pani – zapewniał szef sali. – Wystarczy małe uszkodzenie 

paska magnetycznego i karta jest nieczytelna. Staraliśmy się wpisać numer ręcznie, ale ostatnia 

background image

cyfra jest nieczytelna, jakby...

Odgryziona.
Oglądałam kartę na wszystkie strony.  Herkules przegryzł  ją na wylot, gdy dobrał się do 

mojej torebki.

– Załatwię to. – Brian wyjął swoją kartę z portfela.
– Oddam ci – zapewniłam słabo.
– Nie trzeba. Ja stawiam.
Dzięki Bogu nie upiłam się na tyle, by znowu zacząć licytację.
– Może to i dobrze – zauważył Brian, składając zamaszysty podpis na wydruku. – Jestem 

staromodnym facetem i mój honor nie ucierpiał, że nowoczesna kobieta sukcesu zaprosiła mnie 
na kolację.

Już miałam poprosić kelnera o zamówienie taksówki, bo uznałam, że muszę odpocząć po 

stresie z kartą kredytową, ale Brian miał inny pomysł.

– Wracajmy przez park – zaproponował.
– Co? Hyde Park?
– Tak. To niedaleko, prawda?
– No tak, ale jest ciemno.
– Boisz się? Będę przy tobie.
Nie mogłam mu przecież tłumaczyć, że najbardziej obawiałam się tego, że wdepnę w jakieś 

świństwo w pantoflach Mary. Brian uznał moje milczenie za zgodę i po chwili przełaziliśmy 
przez ogrodzenie do Hyde Parku.

– Jak za dawnych czasów – rozmarzył się. – Pamiętasz, jak przełaziliśmy przez płot, żeby 

dostać się do parku po ciemku?

– Jasne. Podarłam sobie wtedy najładniejszy sweter.
– O tym zapomniałem. Ale było romantycznie, prawda? Blask księżyca, szum drzew...
– Bardzo. – Pewnie. Bardziej niż teraz. Bo teraz staliśmy nad Serpentine, po której pływały 

puste plastikowe butelki. Brianowi to widać nie przeszkadzało, bo pociągnął mnie na ławkę.

– Jedzenie było pyszne – stwierdził. – Ale wiesz, byłbym równie zadowolony, gdybyśmy 

wzięli rybę z frytkami na wynos i zjedli tutaj.

Teraz mi to mówi, pomyślałam.
– To znaczy, restauracja była super, świetnie urządzona i tak dalej, ale nieważne, ile wydamy 

pieniędzy, nigdy nie przebijemy piękna, które nas otacza. To znaczy piękna natury. Czy jest coś 
piękniejszego niż odbicie drzew w powierzchni wody? Albo śpiew nocnych ptaków?

Odchyliłam lekko głowę na wypadek, gdyby uznał, że czas mnie pocałować. Ale jeszcze nie 

skończył mówić.

– Wiesz, zupełnie nie czuję, że nie widzieliśmy się przez sześć lat. Jesteś prawie taka sama, 

background image

jeśli nie liczyć sukcesów zawodowych, ma się rozumieć. Ale to dobrze, że nie pozwoliłaś, by 
sukces uderzył ci do głowy. Kobiety w Nowym Jorku, które znam, też zrobiły karierę, jasne, ale 
przez to stały się... twarde. Myślą tylko o pieniądzach, kombinują, jak zarobić następny milion. 
Nigdy nie są sobą, wiecznie udają. A ty... Wciąż jesteś tą samą Lizzie Jordan. Wydaje mi się, że 
wróciliśmy na studia. Cofnęliśmy się w czasie.

– Jakbyśmy zaczynali tam, gdzie przerwaliśmy? – Podsunęłam ochoczo.
– Właśnie.
Objął mnie ramieniem. Poczułam jego palce we włosach.
– Dobrze ci w tej fryzurze – zauważył. – Taka puszysta. I miękka. Jak ty.
Moje organy wewnętrzne fiknęły salto.
–   Często   o tobie   myślałem   –   ciągnął.   Przybliżył   się.   –   Czasami   widziałem   dziewczyny 

podobne do ciebie. Wtedy godzinami o tobie myślałem.

– Wiem, jak to jest – szepnęłam.
– Kiedyś nawet pobiegłem za jedną bo była podobna do ciebie. Myślałem, że to ty. Ale 

potem okazało się, że to pomyłka. Nie miała twoich kuszących ust.

Kuszące usta? Czyżby? Oblizałam je na wszelki wypadek.
– Bardzo kuszące – szepnął i w końcu mnie pocałował.
– Wracajmy do domu – zdecydowałam, kiedy tylko pozwolił mi zaczerpnąć tchu.
– Doskonały pomysł.
Wstał, podał mi rękę. Potknęłam się na kamyku  w pożyczonych  pantoflach na wysokich 

obcasach. Podtrzymał mnie, ale nie puścił, kiedy odzyskałam równowagę. Objął mnie mocno 
i prowadził do ogrodzenia, potem do domu... I tam też nie wypuścił mnie z objęć.

background image

Rozdział 18

Cudowny   poranek!   Kiedy   się   obudziłam   u boku   Briana,   wydawało   się,   że   wszystkie 

niepowodzenia ostatnich sześciu lat rozmyły się jak zapomniane sny.

Nawet pogoda była po mojej stronie. Londyn rozkoszował się kolejnym słonecznym dniem. 

Na błękitnym niebie były tylko nieliczne białe chmurki. Kiedy Brian spał, wyszłam do ogródka 
i ze zdumieniem stwierdziłam, że jest ciepło. Zerwałam małą różyczkę. Udekoruje nią tacę ze 
śniadaniem   dla   Briana.   Zadowolona   wróciłam   do   kuchni   i zajęłam   się   śniadaniem.   Robiłam 
grzanki. Tym razem w prawdziwym, porządnym opiekaczu.

Brian wstał, zanim podałam mu śniadanie do łóżka. Przechadzał się boso po saloniku Harriet. 

Cały czas miałam wrażenie, że zaraz usłyszymy slogan reklamowy kawy rozpuszczalnej. Był 
idealny,   jakby   żywcem   wyjęty   z reportażu   o życiu   doskonałym.   Życiu,   o jakim   zawsze 
marzyłam. Uśmiechnęliśmy się do siebie nieśmiało, jakbyśmy spali ze sobą po raz pierwszy.

– Chciałam podać ci śniadanie do łóżka – zaczęłam.
– Więc wracajmy – zaproponował i pocałował mnie w rękę. – Rano ślicznie wyglądasz.
Przyjęłam komplement z lekkim uśmiechem. Nie musi wiedzieć, że ostatnie pół godziny 

spędziłam w łazience.

–   Chodźmy   –   ponaglił,   prowadząc   mnie   do   sypialni.   Śniadania   nie   tknęliśmy,   dopiero 

w porze lunchu.

– Musimy zadzwonić do Mary – zaczął, kiedy w końcu zjedliśmy grzanki, zimne i twarde. 

Jak w college’u.

Zaskoczył mnie. Myślałam już, że o niej zapomniał.
– Nie mogę być w Londynie i się z nianie spotkać – tłumaczył. – Gdyby ona była w Stanach 

i nie odwiedziła mnie, byłbym wściekły.

Podniósł słuchawkę telefonu.
– Pamiętasz jej numer?
Rozważałam,   czy   nie   skłamać,   że   go   zgubiłam,   ale   nie   dałby   za   wygraną,   sprawdziłby 

w książce telefonicznej. Wściekła, podałam mu jej telefon.

– Miejmy nadzieję, że jest w domu – powiedział. Oby nie, modliłam się.
Niestety.
– Brian! Kochany!
Odsunął od siebie słuchawkę, tak że i ja słyszałam jej entuzjastyczne powitanie.
– Co sądzisz o nowym gniazdku Lizzie? – To było jej pierwsze pytanie.
– Super. Naprawdę super. Ale wiesz, Mary, nie mógłbym być w Londynie i nie spotkać się 

z tobą. Liz jest tego samego zdania. Musimy się spotkać, najlepiej wszyscy razem.

– Doskonały pomysł!

background image

– Może dzisiaj wieczorem? Jeśli masz czas.
Nie miej, zaklinałam ją bez słów. Kiedy ja do niej dzwonię, jest wiecznie zajęta. Ale...
–   Dla   ciebie,   Brian,   zawsze   znajdę   czas   –   wdzięczyła   się.   –   Wiesz,   że   dla   przyjaciół 

zrobiłabym wszystko.

Świnia. Kiedy ostatnio prosiłam ją o przysługę, zachowywała się zupełnie inaczej.
– Mam pomysł! – zawołała. – Urządzę przyjęcie, takie małe. Moje mieszkanie nie jest takie 

ładne jak Liz, ale zmieścimy się we czwórkę.

– Świetnie – ucieszył się Brian. Szczerze.
– Co ty na to, Liz? – Proszę, proszę, pomyślała nawet o mnie.
– Wspaniale.
Brian oddał mi słuchawkę, żebyśmy ustaliły szczegóły. Na siódmą.
– Nie gniewasz się, że do mnie przyjdziecie, prawda, Lizzie? – zaniepokoiła się Mary.
Prychnęłam tylko.
–   Załóż   tę   piękną   białą   sukienkę.   Wiesz,   którą.   Wiedziałam.   Oczywiście   tę,   którą   mi 

pożyczyła.

–  To  miło  z jej  strony,  że   przygotuje   dla  nas  kolację   –  zauważył   Brian,  kiedy  w końcu 

odłożyłam słuchawkę.

Skinęłam tylko głową. W głębi ducha przyznałam mu rację, Byłam idiotką, sądząc, że przez 

cztery dni będziemy z Brianem we dwoje. Nie widział Mary od sześciu lat. Nie będę jej żałowała 
jednego   wieczoru,   zwłaszcza   ze   mną   w roli   przyzwoitki.   Poza   tym   moja   karta   kredytowa 
odpocznie. Tak, to dobry pomysł.

Sukienka,   którą,   jak   poradziła   Mary,   miałam   włożyć,   była   rzeczywiście   imponująca. 

Twierdziła, że to Versace, chociaż wycięto metkę z nazwiskiem projektanta. W życiu nie miałam 
na   sobie   piękniejszej   kreacji.   Była   wąska,   obcisła,   z białego   jedwabiu   naszywanego 
kryształowymi   paciorkami.   Czułam   się,   jakbym   wybierała   się   na   rozdanie   Oscarów,   nie   na 
spaghetti u Mary. Tylko że Mary nie zaprasza na zwykłe spaghetti.

Kiedy do niej jechaliśmy,  Brian wspominał,  jak nie  wychodził  jej makaron  na studiach, 

gotowany w mikroskopijnej kuchence w naszym akademiku. Drzwi do jej mieszkania otworzył 
nam nieznajomy chłopak w białej koszuli z muchą. Zrozumiałam, że co jak co, ale spaghetti to 
dzisiaj nie dostaniemy.

Choć mieliśmy sierpień, i to gorący sierpień jak na Londyn, Mary napaliła w kominku, żeby 

stworzyć odpowiednią atmosferę.

Stała   przy   kominku   wpatrzona   w płomienie   jak   antyczna   wróżka.   Kiedy   weszliśmy,   nie 

odwróciła się i zaraz się zorientowałam,  że to żywy obraz na użytek  Briana. Bawiła się tak 
jeszcze na studiach. Godzinami wymyślała sobie pozy i stroje, zanim kogoś do siebie zaprosiła. 
Twierdziła, że chodzi o zrobienie wrażenia. Dzisiaj udało jej się to o wiele lepiej niż w czasach, 

background image

gdy półnaga leżała na tapczanie, a w tle cicho grali The Doors.

Myślałam, że pożyczyła mi piękną suknię, ale teraz zrozumiałam, że dała mi stare szmaty. 

Miała na sobie fantastyczną kreację, czerwoną, z dekoltem na plecach niemal do majtek. Nagość 
pleców podkreślał sznur pereł z węzłem na wysokości łopatek.

Nerwowo wodziłam wzrokiem od Mary do Briana i z powrotem. Otworzył usta z wrażenia. 

Kiedy   poczuł   mój   wzrok,   uśmiechnął   się   zawstydzony,   jakbym   go   przyłapała   na   dłubaniu 
w nosie.

W końcu Mary się odwróciła.
– Nie słyszałam, kiedy weszliście – zaczęła.
– Akurat – mruknęłam.
– Brian – zamruczała, idąc do niego z otwartymi ramionami. – Tyle czasu – Zamknęła go 

w objęciach   i posłał   mi   szeroki   uśmiech   nad   jego   ramieniem.   –   Tak   się   cieszę.   Wspaniale 
wyglądasz. Ty też, Liz. To Armani?

– Versace – syknęłam.
Mary odsunęła Briana na odległość ramienia, żeby mu się lepiej przyjrzeć.
– Nie mieści mi się w głowie, że naprawdę tu jesteś – szepnęła.
Brian uniósł dłoń do krawata. Nerwowo, jak mi się wydawało. Ciekawe, czy na pewno wie, 

z kim   rozmawia.   Ostatnio   widział   Mary   w grubym   czarnym   płaszczu,   z czarnymi   włosami, 
ponurą i złą. Z cała pewnością nigdy nie widział jej jako blondynki.

– Zmi... zmieniłaś się – wystękał.
– Wiem – Uśmiechnęła się szeroko. – A ty nie. Szczupły jak dawniej! Ćwiczysz?
– Nie mam czasu, ale się staram. A... a ty? Przesunęła dłonią po biodrach.
– Staram się dbać o siebie.
– Zawsze nosiłaś czerń. Do twarzy ci w czerwonym.
– Prawda? Mam dosyć czerni. Nie mieści mi się w głowie, że tak długo nosiłam się jak córka 

grabarza.

–   Przechodziłaś   taką   fazę   –   roześmiał   się.   –   Ludzi   kreatywni   często   robią   z siebie 

brzydactwa, żeby inni koncentrowali się na ich dziełach, nie wyglądzie.

Mary się zgodziła, ale odniosłam wrażenie, widząc, jak lekko ściąga brwi, że nie przypadła 

jej do gustu uwaga, że kiedyś była brzydka.

– Może szampana? – zaproponowała.
– Doskonały pomysł.
Pstryknęła   palcami   i młodzieniec,   który   otwierał   nam   drzwi,   wszedł   z butelką   szampana 

i trzema kieliszkami.

– Masz służbę – stwierdziłam z niedowierzaniem.
– A ty nie? – zdziwiła się. – Za nas. – Uniosła kieliszek. – Za starych przyjaciół.

background image

– Szkoda, że Billa tu nie ma – zadumał się Brian. – Byłoby zupełnie jak za dawnych lat.
– No, nie wiem – roześmiała się głośno. – On? Tutaj? Chyba w złotych szortach. Na pewno 

jest szczęśliwy, gdziekolwiek jest, szukając skał i kamieni.

– Daj spokój – Brian trącił ją w bok. – Nie bądź taka. Wiemy, że w głębi serca go kochasz. 

Pamiętasz tamtą imprezę dwóch ciuchów?

– Pamiętam i co? – uśmiechnęła się drapieżnie.
– Czy Mitchell do nas dołączy? – zapytałam. Nie wiadomo kiedy Mary ustawiła się między 

mną a Brianem. A teraz posadziła go koło siebie na wąskiej białej kanapie.

– Nie wiem, może. Jest bardzo zapracowany.
– To narzeczony? – domyślił się Brian.
– Zależy, kto pyta. – Mary puściła oko.
– Coś ci wpadło do oka? – zatroskałam się.
Sączyliśmy szampana przez całą wieczność. Podziwialiśmy salon Mary, niedawno urządzony 

w stylu feng shui. Wypiłam chyba z pół butelki, ale i tak nie mogłam się odprężyć. Rozmowa się 
nie kleiła, brakowało czwartej osoby, w kółko wspominaliśmy studenckie czasy i rozmawialiśmy 
o obecnej pracy. Brian chciał się dowiedzieć więcej o Mary, ale ona przerzucała jego pytania na 
mnie – Och, moja agencja to nudy – zapewniła go. – To Lizzie robi prawdziwą karierę.

– Miło, że to mówisz – uśmiechnęłam się – ale zanudzam Briana opowieściami o mojej 

pracy przez cały dzień. Ty mu opowiedz, jak poznałaś Michaela Jacksona.

Miałam chwilę spokoju, kiedy opowiadała mu o spotkaniu z piosenkarzem i, co ciekawsze, 

z jego małpką. Ale Mary nie miała zamiaru dać mi spokoju.

– Czy mi się zdaje, czy szukałaś kiedyś dla niego mieszkania? – zwróciła się do mnie.
Przechyliłam kieliszek do dna.
– Ależ tak, opowiadałaś mi – upierała się. – Wiesz, Brian, ona jest taka skromna. Liz zna 

więcej gwiazd niż ja. Znakomita większość ludzi z show-biznesu nie ufa nikomu innemu.

Brian spojrzał na mnie wyczekująco. Wzruszyłam ramionami.
– Wiesz   – zaczął  –  kiedy  to  powiedziałaś,  przypomniało  mi   się, że  chyba  rzeczywiście 

wspominałaś, że szukasz mieszkania dla Michaela Jacksona...

Poczułam się jak umierający,  któremu  przed oczyma  przesuwa się całe  życie.  Szukałam 

mieszkania dla Michaela Jacksona? Czy to kropla, która przepełni czarę? Nie, proszę. Wodziłam 
wzrokiem od Mary do Briana. Oboje się uśmiechali. Brian ciepło – czeka na soczystą historyjkę, 
którą sprzeda znajomym w Nowym Jorku. Mary zaś uśmiechała się jak kot, który zapędził mysz 
w kozi róg.

A potem, nie wiadomo dlaczego, uratowała mnie z opresji.
– Chodź do kuchni, Liz. Musisz mi pomóc przy zupie rybnej.
– Chyba nie gotujesz sama? – zdziwił się Brian. Miał rację. W kuchni dwie kucharki uwijały 

background image

się wśród naczyń.

– Nie żartuj, Brian – Mary zbyła go machnięciem dłoni zakończonej krwistymi paznokciami. 

Pociągnęła mnie za rękę. Poszłam za nią posłusznie. Tak bardzo najadłam się strachu, że nie 
byłam w stanie wykrztusić słowa.

W kuchni Mary wsadzała łyżki do różnych garnków, jak stara gospodyni. Kucharka zwracał 

się do niej per „szanowna pani”. Mary stwierdziła, że sos jest za mało słony.

– Powinien taki być. Poza tym sól jest szkodliwa. Podnosi ciśnienie – zauważyła  młoda 

kucharka.

– Mnie już i tak skoczyło ciśnienie, chyba padnę trupem – zgodziłam się.
– Fakt, wyglądałaś na zdenerwowaną – przyznała Mary. – Wszystko w porządku?
– No pewnie – zaczęłam. Chciałam jej powiedzieć, że nawet całkiem nieźle, przynajmniej 

w porównaniu  z ludźmi,  którym  powódź zabrała  cały dobytek,  ale zanim znowu otworzyłam 
usta, Mary miała zastrzeżenia co do warzyw.

–   Gdzie   byliście   wczoraj?   –   zapytała,   kiedy   już   poinstruowała   kucharkę,   jak   gotować 

groszek.

– W Capricorn.
– Dziwię się, że dostałaś stolik – zauważyła.
– Ja też. Muszę ci się do czegoś przyznać. Zarezerwowałam go na twoje nazwisko.
Prychnęła rozbawiona.
– Wiesz, Liz, trzeba było mnie najpierw zapytać. Co by było, gdybym wybrała się do tej 

samej restauracji i nie dostała miejsca, bo jakaś Mary Bagshot już zrobiła rezerwację? Gdybym 
była z ważnym klientem?

– Nie pomyślałam o tym.
– Wygląda na to, że ostatnio dałaś sobie spokój z myśleniem. Rozmawiałaś już z Brianem 

poważnie o twojej jakże wspaniałej karierze?

– Nie.
– Pewnie  najbardziej  się obawiasz,  że ktoś cię  wsypie  – dodała  z ledwie  słyszalną  nutą 

złośliwości. – Musisz trzymać  go z dala od ulubionych miejsc, co? Na wypadek, gdyby ktoś 
zapytał, co nowego w Ballham czy coś takiego.

– Ale ty tego nie zrobisz, prawda, Mary?
Niewinnie zatrzepotała rzęsami, jakby coś takiego nawet nie przyszło jej do głowy.
–   Lizzie,   jak   możesz!   Urządzam   dla   was   przyjęcie,   ba,   pożyczyłam   ci   moją   ulubioną 

sukienkę! Pomagam ci!

– Za co jestem ci bardzo wdzięczna – wpadłam jej w słowo.
– Jest tak jak dawniej czy lepiej? – zapytała nieoczekiwanie.
– Tak samo. Czyli wspaniale – rozmarzyłam się.

background image

– Jak to miło. Cieszę się. Wszystko idzie zgodnie z planem.
– Mitchell dzisiaj wpadnie? – zapytałam. Bardzo mi na tym zależało. Może gdybyśmy obie 

miały przy sobie mężczyzn, bardziej uwierzyłabym w zapewnienia Mary.

– Może – westchnęła. – Chce jak najszybciej skończyć płytę.
– Zasługujesz na więcej uwagi – powiedziałam, chcąc ją udobruchać. – Czy on się nie boi, że 

go rzucisz? Ciągle zostawia cię samą.

Mary pokręciła przecząco głową.
– A niby z kim miałabym uciec? Mężczyźni, których znam, to geje albo żonaci. Poza tym kto 

zwróciłby na mnie uwagę? Na Mary Bagshot?

– Co ty opowiadasz? Jesteś piękna. Dowcipna. Odniosłaś sukces. Wszyscy tracą dla ciebie 

głowę.

Uśmiechnęła się skromnie.
– Rzeczywiście, znaleźliby się tacy.
– Nie Brian.
– Hm. Swoją drogą, to zabawne, nie uważasz? Brian szaleje za tobą, bo myśli, że prowadzisz 

mój styl życia.

Wyjęła szminkę Chanel i poprawiła sobie usta. Były ciemnoczerwone. Podała mi szminkę.
– Pomaluj się. Będę sobie wyobrażała, że to ja go całuję. Wygląda bardzo kusząco.
Wzięłam szminkę i dopiero do mnie dotarło znaczenie jej słów.
– Mary... ty... ty nie chcesz być z Brianem? Nie po tylu latach.
– Skądże znowu – roześmiała się. – Żartowałam. Nie myślałam o nim w ten sposób, odkąd 

po raz pierwszy poszliście razem do łóżka. Od tamtej rozmowy w supermarkecie, jak to żadna 
z nas nie pójdzie z nim do łóżka, bo to zepsułoby naszą przyjaźń, pamiętasz?

– Wydawało mi się, że postanowiłyśmy to w barze z frytkami.
–  Rzeczywiście,   może   masz   rację.   Widzisz,   to   dla   mnie   tak   mało   istotne,   że   nawet   nie 

pamiętam, gdzie odbyłyśmy tę rozmowę. Od tego czasu wiele się zmieniło, Liz. Byliśmy wtedy 
dziećmi. Brian mnie pociągał, bo był kulturalny i światowy w porównaniu z, dajmy na to, Billem. 
A teraz mam kultury po dziurki w nosie. Wiesz, niewykluczone, że gdyby zjawił się tu Bill, 
brudny i ubłocony, dałabym mu drugą szansę.

– Właściwie nigdy mi nie powiedziałaś, co się wtedy stało. Tamtej nocy – zaczęłam.
– A jak myślisz? Byliśmy młodzi, pijani, wylądowaliśmy w łóżku i zaliczyliśmy koszmarny 

seks. Kiedy było po wszystkim, Bill zapalił cygaro, nucił Led Zeppelin i miał taką minę, jakby 
dokonał heroicznego czynu. Ja prawie nic nie czułam. Poza tymi strasznymi włosami na jego 
plecach. Powiedz – wzięła mnie pod ramię. – Czy od waszego ostatniego spotkania Brian zmienił 
się pod tym względem?

– Raczej nie, ale chyba się woskuje.

background image

– Kolejna rzecz, która mi się podoba w Amerykanach. Są tacy schludni. Opowiadałam ci 

o tym facecie, który kazał mi się kapać w wodzie z sodą, zanim mnie dotknął?

– Jezu! I robiłaś to? – Skrzywiłam się. Kucharka też.
– Kochałam go – poinformowała nas Mary. – I podobał mi się zapach. Zresztą, od tego czasu 

często wącham sodę.

Znacząco   spojrzała  na  młodego   kelnera.  Udał,  że  nic  nie  rozumie   i składał  serwetki  jak 

gdyby nigdy nic.

– Wracajmy do Briana – zaproponowałam.
– Poczekaj – złapała mnie za ramię. – Zdradzę ci sekret. Przyciągnęła mnie do siebie.
– Musisz mi obiecać, że nikomu tego nie powiesz. Jeśli przecieki do prasy będą potrzebne, 

sama je sobie zorganizuję.

– Niby o czym miałabym informować prasę? Co ty zrobiłaś?
– Przepraszam, Lizzie. Po prostu przywykłam, że wszyscy kogoś znają. Zapominam, że ty 

znasz tylko studentów bez grosza przy duszy.

– Dzięki. Więc o co chodzi?
Nie   przejmowała   się,   że   w kuchni   są   jeszcze   trzy   osoby,   czyli   to   pewnie   nic   takiego, 

rozważałam.

– Pobieramy się z Mitchellem – oznajmiła scenicznym szeptem.
Otworzyłam usta z wrażenia. Kucharka przestała łuskać groszek.
– Mówiłaś, że to nie wchodzi w grę. Że to zaszkodzi jego karierze – wykrztusiłam.
– Cóż, też tak sądziłam. Ale Mitchell się uparł, że musimy zalegalizować nasz związek, więc 

w końcu   mu   uległam.   Może   dzięki   temu   będzie   lepiej   pracował.   Zresztą   fani   chyba   się   nie 
przejmą. Spójrz tylko na mojego ojca. Żonaty,  a kobiety od lat lgną do niego jak muchy do 
miodu. A przecież nie ma ani urody, ani pieniędzy Mitchella.

– Cieszę się – powiedziałam szczerze. Chociaż sama Mary nie wydawała się zachwycona.
– Mam nadzieję, że się nie obrazisz, że nie będziesz moją druhną – stwierdziła.
– Nie obrażę? Kamień spadł mi z serca – zapewniłam, zanim do mnie dotarło, że co prawda 

zawsze narzekałam, że nienawidzę bufiastych sukni druhen, to jednak przykro mi, że nawet mi 
tego nie zaproponowała. – Weźmiecie  dzieci z rodziny?  – domyśliłam się. Mary miała  dwie 
urocze kuzynki. Pięcio – i siedmioletnią.

– Nie. Arabellę Gilbert.
Znowu otworzyłam usta z wrażenia.
– O naszym ślubie będzie głośno. Trochę szumu dobrze jej zrobi.
– Ale... To znaczy... prawie jej nie znasz.
– Od ostatniego przyjęcia bardzo się zaprzyjaźniłyśmy.
– Akurat.

background image

– A żebyś wiedziała. Poprosiłam Golden Brothers, żeby nam zaprojektowali sukienki, więc 

jest szansa, że nie będziemy wyglądały jak dwie bezy. Chyba chcę czerwoną. Co ty na to?

–   Golden   Brothers   zaprojektują   wam   suknie?   –   jęknęłam.   No   nie.   Moja   najlepsza 

przyjaciółka właśnie mi powiedziała, że nie będę jej druhną, i żeby mnie dobić, dodała, że suknię 
druhny, którą ja powinnam być, zaprojektują najmodniejsi projektanci. A dostanie ją Arabella 
Gilbert, która i tak ma mnóstwo szałowych kreacji.

– Nie gniewasz się, prawda? – dopytywała się Mary.
– Skądże – zapewniłam. – Myślisz o interesach, nawet planując własny ślub.
– Nie mów tak – obruszyła się. – To zabrzmiało, jakbym wychodziła za Mitchella tylko po 

to,   żeby   zaistnieć   w mediach.   Wiesz,   jak   poważnie   podchodzę   do   instytucji   małżeństwa. 
Musiałam się długo zastanawiać, zanim dojrzałam do tej decyzji.

– No proszę, a bałaś się, że kocha cię mniej niż ty jego – zauważyłam, przypominając sobie 

naszą ostatnią rozmowę.

–   Naprawdę   tak   mówiłam?   –   zdziwiła   się.   –   Wiesz,   zawsze   przesadnie   reaguję,   kiedy 

Mitchell  dużo  pracuje.  Posłuchaj,  nieważne,  co  jeszcze   mówiłam,  w każdym   razie  chciałam, 
żebyś ty pierwsza się dowiedziała. Obiecaj, że nie puścisz pary z ust, póki nie ogłosimy tego 
oficjalnie. Najpierw muszę załatwić parę spraw. Po pierwsze, jeśli się okaże, że agent Arabelli 
jednak nie przechodzi na emeryturę, a chodzą takie plotki, wcale nie będzie moją druhną, wtedy 
poproszę ciebie.

– Dzięki. Czekam niecierpliwie.
– Lizzie, nie bądź złośliwa. Ja nie będę miała pretensji, gdy zdecydujesz się na kogoś innego 

w twój wielki dzień. A on już nadchodzi. Brian za tobą szaleje.

– Naprawdę? – Chciałam, żeby to powtórzyła.
– Oczywiście. I wiesz co? Obiecuję, że już nie wspomnę o Michaelu Jacksonie.

background image

Rozdział 19 

Nadal nam nie opowiedziałaś, jak to było z Michaelem Jacksonem – przypomniał Brian, gdy 

wróciłyśmy do salonu.

Tym razem uratował mnie zupełnie nieoczekiwany rycerz w lśniącej zbroi.
Kelner nie zdążył nawet dojść do drzwi. Młody mężczyzna wtoczył się do salonu. Garnitur, 

choć elegancki, najwyraźniej od kilku nocy służył mu za śpiwór. Włosy, brudne i posklejane Bóg 
wie czym, sterczały na wszystkie strony. Brian zerwał się na równe nogi, gotów go wyrzucić. 
Mary spochmumiała, przedstawiając nam czwartego uczestnika spotkania.

Rozpoznałam go, dopiero kiedy zdjął połamane okulary przeciwsłoneczne.
– To Mitchell – oznajmiła. Podał mi rękę i uścisnął. A potem pocałował Briana w rękę.
– Chyba odwrotnie! – zażartował Brian.
Mitchell spojrzał na niego tępo i wydał odgłos, który równie dobrze mógł być kichnięciem, 

jak i śmiechem.

– Przepraszam za spóźnienie – odparł i opadł na kremową kanapę.
Sądząc   po   minie   Mary,   już   się   martwiła,   ile   zapłaci   za   czyszczenie   jasnego   obicia. 

Uśmiechała się krzywo.

– Przeciągnęły się nagrania w studiu. Kretyn perkusista jest do niczego.
– Myślałam, że akurat perkusista jest do rzeczy – syknęła.
– Akurat. Nie wiem, kto ci to mówił. Nie dasz mi szampana? – Mitchell zmienił temat.
– Najpierw się doprowadź do ładu. – Zaprowadziła go do łazienki. – Mamy gości.
– Ach, ci artyści – uśmiechnęła się, kiedy zamknęła za nim drzwi. – Czasami są nie do 

wytrzymania. Cóż, taka praca.

Brian i ja milczeliśmy.
– Skończy się sesja nagraniowa i będzie normalny. Zazwyczaj w ogóle nie pije. Atmosfera 

w studiu tak na niego działa.

– Nie musisz nam tłumaczyć – zauważył Brian delikatnie. Mary najwyraźniej była innego 

zdania.

– Toleruję to, bo wiem, jak czasami mu ciężko. To niewygórowana cena za kreatywność.
Z trudem opanowałam odruch, by pytająco unieść brwi. Na czym niby polega kreatywność 

Mitchella?

– Niedługo dojdzie do siebie – zapewniała Mary. – Prysznic postawi go na nogi.
– Zjawił się akurat na kolację – stwierdził Brian radośnie. – Przy jedzeniu alkohol wyparuje 

mu z głowy.

Mary spojrzała na niego z wdzięcznością.
Mitchell jednak nie pojawił się nawet wtedy, kiedy zabraliśmy się do deseru, imponującej 

background image

konstrukcji z beżów i owoców. Rozmowa w zastraszającym tempie upodabniała się do wina – 
było jej coraz mniej.

Wszyscy   co   chwila   odruchowo   zerkaliśmy   do   holu.   Mitchell   siedzi   w łazience   od   co 

najmniej   godziny.   Chyba   się   nie   utopił?   W końcu   Mary   nie   wytrzymała   napięcia   i poszła 
sprawdzić. Sądząc po jej minie, jeszcze żył.

– Nawet nie dotarł pod prysznic – wyjaśniła. – Zasnął z głową na muszli klozetowej.
Brian i ja uśmiechnęliśmy się uprzejmie, jakby to było najnormalniejsze zachowanie pod 

słońcem.

–   Położyłam   mu   ręcznik   pod   policzek.   Pewnie   obudzi   się   cały   obolały.   Nie   macie   nic 

przeciwko temu, żeby tam jeszcze pospał?

– Skądże.
– Dobrze, że mam dwie łazienki, co? Może jeszcze kawy?
Najchętniej uciekłabym, gdzie pieprz rośnie. Niestety. Poprosiliśmy o kawę i siedzieliśmy 

w milczeniu. Co jakiś czas z kuchni dobiegał wybuch śmiechu i przypominaliśmy sobie, że nie 
jesteśmy sami. Po pewnym czasie Mary odprawiła kelnerów i obiecała, że wyśle im czeki.

Kiedy   dosłownie   kilka   sekund   po   ich   wyjściu   rozległ   się   dzwonek   do   drzwi,   byłam 

przekonana, że wrócili, bo czegoś zapomnieli. Mary podniosła słuchawkę domofonu, ale ten ktoś 
już był w budynku, przemknął się obok zaspanego portiera. Stał pod drzwiami.

Brian i ja staraliśmy się rozmawiać, ale nie mogliśmy nie słuchać, co się dzieje w holu. Mary 

nie wpuściła tajemniczego gościa. Rozmawiała z nim przez uchylone drzwi.

Mówiła szeptem, ale nieznajomy mniej się przejmował spokojem sąsiadów.
– Chcę się z nim zobaczyć – nalegał.
– Nie możesz. Zasnął w łazience. Pewnie przez ciebie.
– Chcę się z nim zobaczyć.
– Wezwę policję.
Brian uniósł się z fotela. Po raz drugi tego wieczoru był gotów pospieszyć Mary na ratunek. 

Ona jednak zajrzała do salonu i gestem dała mu znać, żeby usiadł.

Brian   i ja   zajęliśmy   się   kawą.   Nie   sposób   było   rozmawiać.   Co   chwila   głośno   stukałam 

filiżanką o spodek na znak, że nie podsłuchuję.

– W porządku – Mary nagle podniosła głos. – Jeśli chcesz, żeby przyleciał do ciebie do Rio 

z walizką ciuchów i niczym więcej, proszę bardzo. Powiem mu, że byłeś.

A potem zatrzasnęła nieznajomemu drzwi przed nosem. Odczekała jeszcze chwilę i wróciła 

do salonu z półmiskiem belgijskich pralinek. Częstowała nas z szerokim uśmiechem, jak gdyby 
nigdy nic.

Zżerała mnie ciekawość, co się dzieje. I zaspokoiłabym ją, co do tego nie ma wątpliwości, 

gdyby Brian nie okazał się dżentelmenem i nie skierował rozmowy na jakże fascynujący temat 

background image

czyszczenia  srebra. Powiedziałam,  że na nas już czas, ale Mary zaniepokoiła  się, słysząc  te 
słowa. Siedzieliśmy jeszcze przez godzinę. Mitchell nie wyszedł z łazienki.  O drugim gościu 
w ogóle nie było mowy.

Wieczór zakończył się tak dziwnie, że nie wiedziałam nawet, jak o nim rozmawiać, kiedy 

wracaliśmy taksówką do mieszkania Harriet.

– Daleko zaszła,  prawda?  – zaczęłam,  gdy zbliżaliśmy  się do placu  Grantchester.  Brian 

spojrzał na mnie z powątpiewaniem.

– No, ma piękne mieszkanie i w ogóle – uściśliłam.
– No tak. Piękne mieszkanie.
Po tej wymianie zdań ponownie zajęliśmy się kontemplowaniem widoku za oknem.
– Atmosfera była okropna – stwierdził Brian w mieszkaniu Harriet.
– Straszna – przyznałam. – Biedna Mary.
– Obawiałem się, że przez nią będę się musiał bić z jakimś osiłkiem. Ramię mnie rozbolało 

ze strachu.

– Masaż dobrze ci zrobi.
– Nago.
Po tych słowach tajemniczy gość Mary przestał mnie obchodzić.

background image

Rozdział 20

Zastanawiałam się, czy następnego dnia dzwonić do Mary i sprawdzić, w jakiej jest formie. 

I dowiedzieć się, czy Mitchell już doszedł do siebie po nocy w łazience.

Doszłam do wniosku, że najlepiej zadzwonić po śniadaniu. Tylko że po śniadaniu poszłam 

z Brianem   do   łóżka.   A potem   był   lunch.   Wyrzuty   sumienia   dopadły   mnie   mniej   więcej   na 
minutę, kiedy karmiłam Briana guacamole. Zaraz jednak rozgrzeszyłam się, tłumacząc sobie, że 
gdyby stało się coś naprawdę strasznego, sama by do mnie zadzwoniła. A gdyby z Mitchellem 
było   naprawdę   źle,   powiedzieliby   o tym   w telewizji.   Oczywiście,   żeby   coś   usłyszeć,   trzeba 
najpierw włączyć telewizor, czego nie zrobiliśmy.

W każdym razie nie chciałam myśleć o niczym poza Brianem i mną.
– Może zadzwonisz i zapytasz, jak się miewa twój piesek? – zaproponował nagle Brian.
– Na pewno świetnie – powiedziałam. Najwyraźniej Brian miał wyrzuty sumienia z powodu 

Herkulesa.   Ja   prawie   wcale.   Poza   tym   wolałam   nie   wiedzieć,   co   się   dzieje   w Ballham.   Nie 
uprzedziłam   Richarda,   że   na   czas   wizyty   Briana   wyprowadzam   się   z domu,   i nie   chciałam 
dzwonić do Seemy i wysłuchiwać opowieści, jak to Richard się piekli, że nigdzie nie może mnie 
znaleźć.

Richard. Na myśl o nim miałam tylko trochę więcej wyrzutów sumienia, niż kiedy myślałam 

o Herkulesie. Powrót Briana do mojego życia otworzył mi oczy na wszystko, co zawsze mnie 
wkurzało w moim księgowym. Po pierwsze, Brian rzucał na stół kartę kredytową z nonszalancją 
i przekonaniem,   że   tym   sposobem   rozwiąże   wszystkie   problemy.   Nie   dalej   jak   dzisiaj   rano 
zadzwonił do restauracji i zamówił całe śniadanie, tak że nie musiałam nawet gotować wody na 
herbatę. A Richard oszczędzał każdy grosik.

I  masa   innych   rzeczy.   Brian   na   przykład   zawsze   szedł   od  zewnętrznej   strony,   żeby   nie 

ochlapały mnie pędzące samochody. Zawsze otwierał mi drzwi i nosił wszystkie paczki. Ileż razy 
Richard pozwolił mi taszczyć wypchane siaty z supermarketu, potem puszczał mi drzwi prosto 
w twarz, rozwalał się na kanapie i domagał się kawy! Wiem, że to staroświeckie, w ogóle jestem 
za równouprawnieniem i tak dalej, ale podobało mi się, że Brian traktował mnie jak osobę słabą 
i wiotką. Według Richarda, równouprawnienie oznacza, że nie musi już zawracać sobie głowy 
i proponować mi pomocy.

Nie   chodzi   tylko   o pieniądze   i maniery.   Brian   był   o wiele   bardziej   pociągający.   I miał 

niespożyte siły. Dzięki niemu czułam się atrakcyjna. Co chwila prawił mi komplementy i nagle 
uwierzyłam,   że   może   rzeczywiście   uda   mi   się   kiedyś   osiągnąć   chociaż   część   tego,   co   mu 
opowiadałam.

Za żadne skarby nie wrócę do Richarda, rozważałam, gdy Brian robił mi masaż stóp. To tak, 

jak   przestawić   się   na   kawę   z odtłuszczonym   mlekiem   po   tym,   jak   sieją   pijało   ze   świeżą 

background image

śmietanką.  Tylko  skąd wezmę  śmietankę, kiedy Brian wróci do Stanów, a Harriet do swego 
mieszkania?   Brian   ssał   mi   palce   u nóg   pod   stołem,   a ja   planowałam   ucieczkę   do   Ameryki. 
Poproszę Mary, żeby mi pożyczyła pieniądze na przelot. Brian chętnie zaprosi mnie do siebie. 
Będę musiała udawać, że chcę założyć amerykańską filię mojej firmy, ale zanim dojdzie co do 
czego, Brian poprosi mnie o rękę z obawy, że mnie straci, kiedy skończy się moja wiza. A kiedy 
mi się oświadczy, przestanę udawać. Wtedy będzie już za późno.

Wmówiłam sobie nawet, że wcale nie jestem podstępna, do tego czasu Brian zrozumie, że 

mnie kocha, nieważne, bogatą czy nie. Będę dobrą matką dla małych Brianków, czy znam się na 
finansach, czy nie.

Spojrzał mi w oczy.
– Jesteś  cudowna – szepnął.  – Nawet  stopy masz  smakowite.  Żartobliwie  zdzieliłam  go 

gazetą.

– Chciałbym, żebyś mieszkała w Nowym Jorku – westchnął. O, Brianie. Twoje życzenie jest 

dla mnie rozkazem.

background image

Rozdział 21

Mary zadzwoniła później tego samego dnia. Chyba nie przejęła się zbytnio, że jej przyjęcie 

zakończyło się tak żałośnie. Przeprosiłam, że nie zadzwoniłam, a przecież może Mitchell się źle 
czuje, ale zapewniła, że nic sienie stało. Miała doskonałe nowiny i była w świetnym humorze.

– Mam nową klientkę – oznajmiła z dumą. – Zgadnij kogo? Nie ma wątpliwości. Arabellę 

Gilbert.

– Przyszła  do mnie  dzisiaj  o czwartej  nad ranem,  chciała  kokainy.  Powiedziałam,  że  jej 

załatwię, pod warunkiem, że podpisze kontrakt.

– I co?
– Podpisała, była nieprzytomna. Mam nadzieję, że to prawnie wiążące? W każdym razie to 

była ostatnia kropla. Już w piątek na lunchu prawie się zgodziła. Zresztą już mam coś dla niej.

– Tak? A co?
– Oglądasz czasami taki talk-show po południu? Wiesz, taki, w którym ludzie wywnętrzają 

się w studiu? Jak Jerry Springer, tylko nie taki brutalny.

– A niby jak? – żachnęłam się. – Jestem wtedy w pracy.
– Daj spokój, Liz, wiecznie bierzesz zwolnienia. Ale skoro nie znasz... nazywa się Lorinda. 

To znaczy, nazywał się, Lorinda poszła na odwyk. I przez najbliższe trzy tygodnie to będzie 
Arabella, a rzeczona Arabella to moja nowa klientka.

– Gratulacje – ucieszyłam się. – To wspaniała wiadomość.
– Dziękuję. Niełatwo było to zorganizować.
Wydawała się cieszyć tym bardziej niż nadchodzącym ślubem.
– W życiu tak się nie napracowałam na lunchach – opowiadała. – Ale Arabella chyba zna się 

na ludziach. Dobra, dosyć gadania. Mam dla was dwa bilety na jutro.

– Na nagranie?
– Tak. Pomyślałam, że może Brianowi się spodoba, niech zobaczy, jak Anglicy radzą sobie 

ze   szkieletami   w szafach.   Nie   wiem,   jaki   będzie   temat,   ale   na   pewno   ostry.   Przysłać   ci   je 
kurierem?

– Zapytam Briana.
Oczy   niemal   wyszły   mu   z orbit.   Mieszkał   na   Manhattanie,   co   mnie   wydawało   się 

spełnieniem marzeń, ale na myśl o występie w telewizji cieszył się jak małe dziecko.

– Naprawdę? Wejdziemy na nagranie?
– Mary załatwiła nam bilety. Jej klientka poprowadzi ten program.
– Super. Podziękuj jej ode mnie. Podniosłam słuchawkę.
– Brian jest zachwycony. Ja też.
– Nie ma sprawy – mruknęła. – Załóż coś ładnego, dobrze? Na początku pokazują widownię 

background image

i nie chcę, żeby moja najlepsza przyjaciółka wystąpiła w starych dżinsach. Może włożysz ten 
kremowy kostium? Ten kolor dobrze wygląda w telewizji.

– Dobrze. Ale postaram się usiąść z tyłu. Nie chcę, żeby pytała mnie o zdanie, kiedy jakiś 

biedak wyzna, że jego dziewczyna to facet.

Mary parsknęła śmiechem.
– Och, Lizzie. Wypowiedzi w takim programie to największa frajda.
Postanowiliśmy trochę pozwiedzać. Brian z tej okazji założył czapkę bejsbolową. Kiedy się 

skrzywiłam, wyjaśnił, że musi, inaczej nikt sienie zorientuje, że jest Amerykaninem. Wolałam 
mu nie mówić, że wystarczająco wyróżnia go szara jedwabna marynarka. Obiecałam sobie, że 
któregoś dnia wyrzucę ją do śmieci i kupię mu coś ładnego – oczywiście za jego pieniądze.

Najpierw   wybraliśmy   się   do   Tate   Gallery.   Brian   czytał   o tegorocznych   nominacjach   do 

nagrody  Turnera  i zainteresowały  go  zwłaszcza   dwa  dzieła:  gigantyczna   rzeźba   z dwóch  ton 
czekolady,   przedstawiająca   pochwę,   i tryptyk  Ukrzyżowanie   Pańskie,  namalowany   tylko 
i wyłącznie końskim łajnem.

W holu galerii kłębiły się tłumy turystów i miłośników sztuki. Ale ja krzyży prowadziła do 

oświetlonego krucyfiksu na środku sali wystawowej. Był podobny do krzyża kościoła baptystów 
w Ballham, ale ten tutaj to najwyraźniej dzieło sztuki.

Przechadzaliśmy   się   powoli,   przyglądaliśmy   się   co   ciekawszym   rzeźbom.   Brian   nawet 

dotknął rzeźby Henry’ego Moore’a, co natychmiast przyciągnęło do nas groźną strażniczkę.

– Nie wolno dotykać eksponatów – syknęła. – Wilgoć z dłoni może je uszkodzić.
– Niektórym rzeźbom nic by się nie stało – żachnął się, kiedy odeszła. – Gdzie prawdziwa 

sztuka? Wiesz, mój mały siostrzeniec robi podobnie rzeczy na plastyce.

Weszliśmy   do   sali   z malarstwem   Turnera.   Brian   podziwiał   pejzaże   marynistyczne,   ale 

zauważył,   że   ludzie   Turnerowi   nie   wychodzili.   Wolał   prerafaelitów   i nagle   pozazdrościłam 
biednej Ofelii leżącej  w strumieniu – powiedział, że to najpiękniej sza kobieta, jaką widział. 
Jednak nawet ona nie zainteresowała go na długo i wkrótce ponownie znaleźliśmy się w białym 
holu, z którego wyruszyliśmy na naszą przygodę po świecie sztuki.

– Czy to nie twoja sekretarka? – zapytał nagle.
W pierwszej chwili nie wiedziałam, o kim mówi. Dopiero potem przypomniało mi się, że 

niby mam sekretarkę.

– Gdzie? – zaniepokoiłam się.
– O tam, przy tym obrazie z parą jak z lat 70.?
Para z lat 70. to Ossie Clark i Celia Birtwell, uwiecznieni z kotem przez Davida Hockneya. 

Ale   Seemy   nigdzie   nie   widziałam.   Widziałam   natomiast   Richarda.   Richarda,   mojego   faceta. 
O którym   nie   pisnęłam   ani   słówka.   Stał   tam,   przed   Hockneyem,   i z zadumą   drapał   się 
w podbródek, kontemplując obraz.

background image

Zaciągnęłam Briana za rzeźbę Henry’ego Moore’a, tę, której dotknął.
– To ona? – dopytywał się.
– Nie wiem – wzruszyłam ramionami. – Może pójdziemy do Muzeum Historii Naturalnej? 

Podobno mają tam fascynująca wystawę poświęconą... larwom.

– Jeszcze nie widzieliśmy tych prac do nagrody Turnera! – sprzeciwił się.
– Moim zdaniem, to tylko strata czasu, po co ci oglądać końskie łajno?
– Niby fakt. Ale może chociaż przywitasz się z sekretarką?
– Nie widziałam jej, pewnie się pomyliłeś.
– Nie, to na pewno była ona! Spójrz!
Kiedy tym razem zerknęłam na państwa Clark, rzeczywiście dostrzegłam Seemę. Poprzednio 

chyba zasłonili ją turyści robiący nielegalnie zdjęcia. Był tam także Richard. Mój facet. A Seema 
trzymała go pod rękę!

Starałam się nie okazać zdumienia. Schowałam się za Henry’ego Moore’a żeby wziąć się 

w garść i zebrać myśli.

– I jak? Miałem rację? – dopytywał się Brian.
–   Tak,   tak,   to   rzeczywiście   Seema.   Nie   jest   sama.   Nie   znam   tego   faceta   –   dodałam 

pospiesznie. – Pewnie ma randkę. Nie będziemy im przeszkadzać. Wystarczająco często ogląda 
mnie w biurze.

– Przecież tylko się przywitamy! – zdziwił się. – Nie będziemy z nimi łazić.
– Nie, dajmy im spokój.
– Rozumiem. Ale czy nie obchodzi cię, co zrobiła z twoim pieskiem? Przecież nie ma go ze 

sobą.

– Na pewno wszystko jest w porządku. – Wzięłam Briana pod rękę tak samo, jak Seema 

trzymała mojego faceta. – Chodźmy już.

– Nie możemy. Idą do nas.
I rzeczywiście, zmierzali w naszą stronę, ale chyba nas nie zauważyli.
– Spójrz tylko – szepnęłam desperacko i opadłam na kolana. – Czy przyglądałeś się kiedyś 

rzeźbie z bliska?

– Lizzie, co ty wyprawiasz? – Powoli tracił cierpliwość.
– Brian, nie chcę popsuć randki mojej sekretarce – wyjaśniłam, ciągnąc go na podłogę.
Kontemplowałam z bliska plamki granitu. Wszystko będzie dobrze, o ile nasza rzeźba nie 

zainteresuje Richarda. Na szczęście szli dalej, ale byli tak blisko, że słyszeliśmy ich rozmowę. 
Czy   raczej   monolog   Richarda   i idiotyczną   paplaninę   Seemy,   która   zachowywała   się   jak 
głupiutkie dziewczątko, gdy Richard rozwodził się na temat sztuki współczesnej.

–   Widzisz,   szczególnie   ciekawa   jest   kompozycja   portretu   państwa   Clark   –   tłumaczył.   – 

Zazwyczaj siedzi kobieta, a u Hockneya to mężczyzna jest na krześle. A jego ostre, przenikliwe 

background image

spojrzenie nabiera dodatkowego znaczenia, kiedy się pomyśli, że na pewno wiedział, że malarz 
posuwał jego żonę.

– Naprawdę? – zagruchała Seema.
– Tak. Celia Birtwell to prawdopodobnie jedyna kobieta, z którą Hockney sypiał. Biedny 

Ossie Clark był załamany.

– Niepewność jest straszna, prawda – zauważyła  Seema inteligentnie. Co prawda jej nie 

widziałam, ale wyobraziłam sobie, jak dla podkreślenia tych słów trzepoce długimi rzęsami.

– Facet chyba się zna na sztuce – stwierdził Brian, kiedy Seema i Richard zniknęli w sali 

z nagrodami Turnera. Ciągle pod rękę.

Rzeczywiście. Więc dlaczego Richard nigdy nie zabierał mnie do galerii?
– Ty też, prawda, Brian? – nagle zapragnęłam pewności, że Brian wie wszystko to samo, co 

Richard.

–   Nie,   nigdy   mnie   to   nie   interesowało.   Nie   sztuka   współczesna.   Chyba   że   jako   lokata 

kapitału. Mój znajomy kupił kiedyś w Paryżu  niepodpisany szkic. Okazało się, że to Monet. 
Facet ot tak stał się milionerem – pstryknął palcami.

– Co to był za szkic?
– Nie wiem. Nieważne, ważne, że to Monet. To pieniądze. Wiem tyle i to mi wystarczy.
– Straszne – stwierdziłam. – Chodźmy na lunch.
– Może zjemy tutaj? – zaproponował.
O nie. Muszę zabrać go jak najdalej od Tate Gallery, póki Seema i Richard podziwiają dzieła 

namalowane końskim łajnem.

Zaprowadziłam   go   do   małej   włoskiej   knajpki   w Soho.   Byliśmy   jedynymi   klientami. 

W niedzielne   popołudnia   Soho   pustoszeje   –   bywalcy   barów   i knajp   odsypiają   szalone   noce 
i szykują się na kolejny żmudny tydzień w pracy. Poza Oksford Street wszystkie sklepy były 
zamknięte.   Przyznam,   że   nie   był   to   najlepszy   dzień   na   zwiedzanie   tej   dzielnicy.   Miałam 
wrażenie, że na Soho spadła bomba, ale jednocześnie miałam pewność, że to jedno z nielicznych 
miejsc, gdzie na pewno nie spotkamy Seemy i Richarda.

– Tutaj mamy jeść? – spytał, kiedy weszliśmy z blasku słońca w chłodny półmrok knajpki, 

która zdecydowanie lepiej prezentuje się w nocy. Ospały kelner był równie zaskoczony – nasza 
obecność oznaczała, że nie może w spokoju czytać  gazety,  tylko musi nas obsłużyć.  Niemal 
rzucił nam na stół koszyk z pieczywem.

– Ucichłaś – zauważył Brian.
– Nieprawda.
– Ależ tak. Odkąd ci powiedziałem, że widziałem twoją sekretarkę. A teraz przyszliśmy tutaj, 

w to ponure miejsce. Wszystko w porządku?

– Tak. Chcesz iść do innego lokalu?

background image

– Chcę wiedzieć, co ci jest, Lizzie.
–   Widzisz,   czasami   sztuka...   sztuka   mnie   przytłacza   –   wyrzuciłam   z siebie.   –   Znasz   to 

uczucie?

– Nie – przyznał. – Nie przejmuj się starymi bazgrołami, Lizzie.
– Jak możesz tak mówić?
– Lizzie, czy myślisz, że Picasso płakał, kiedy malował szlochające kobiety? Skądże. Śmiał 

się na całe gardło. Nie przejmuj się. Powodem do zmartwień może być giełdowy krach w Azji. 
Trzęsienia ziemi w Kalifornii. Poważne sprawy. Odpuść sobie, Lizzie. Mam jeszcze tylko dwa 
dni.

– Spróbuję. – Uśmiechnęłam się, kiedy kelner podał nam kartę dań.
Nie umknęła mi ironia całej sytuacji. Siedzę sobie z Brianem i skręca mnie z zazdrości, że 

Richard jest w galerii z Seemą. Ostatnie dwie noce spędziłam z Brianem, nie z Richardem, który 
oficjalnie jest moim facetem. Richard tymczasem nie zrobił nic złego – poszedł do galerii ze 
znajomą.   Zajęcie   niewinne   i platoniczne.   Tego   byłam   pewna,   wiem   przecież,   że   Seema   nie 
będzie się spotykała ze zwykłym księgowym. Z drugiej strony, to ja jestem wredna, nie on. Na 
Boga, przecież nie rzuciłam go przed przyjazdem Briana tylko dlatego, że się bałam, że operacja 
Brian nie wypali i zostanę na lodzie. Właściwie dlaczego ciągle się tym przejmuję? Przecież teraz 
chyba   wszystko   jasne?   Prędzej   czy   później   będę   musiała   mu   powiedzieć,   że   wyjeżdżam 
z Brianem do Stanów. Właściwie powinnam się cieszyć, że Seema go przygotowuje na cios. Nie, 
nie miałam dla siebie żadnego usprawiedliwienia. Nie miałam pojęcia, czemu byłam kłębkiem 
nerwów i zamiast jeść, drobiłam moją czabattę na małe kawałeczki.

– Sztuka współczesna? – Brian spojrzał na stertę chlebowych kuleczek. – Co się dzieje? 

Może wreszcie mi powiesz?

Odebrał mi chleb i tym samym pozbawił materiału, na którym mogłam bezkarnie wyładować 

gniew.

– Powiedz – zachęcał i masował pod stołem moje udo.
– No dobrze – zaczęłam. – Spędziłam cudowny dzień, ale nie mogę przestać myśleć o pracy, 

o tym   cholernym   projekcie   20:20.   Wiem,   powinnam   bardziej   polegać   na   Seemie,   ale   kiedy 
zobaczyłam ją w galerii, zaczęłam wątpić. Może za bardzo jej ufam? Może jest za młoda?

Przynajmniej końcówka jest prawdziwa. Jest młoda i może rzeczywiście za bardzo jej ufam. 

Może postanowiła to wykorzystać. I wziąć sobie mojego faceta.

Brian wziął mnie za rękę.
– Lizzie, jest niedziela. Nawet jeśli Seema podejmuje decyzje w twoim imieniu, dzisiaj nic 

na to nie poradzisz. A skoro już o tym mowa, opowiedz coś więcej o tym projekcie? Obiecałaś.

Super. Niczego nie przygotowałam, liczyłam, że temat nigdy nie powróci.
– Zanudzisz się – zaczęłam. – Seema się tym ekscytuje, bo to jej pierwszy poważny projekt.

background image

– Ale 20:20? Świetna nazwa – ocenił. – Jak parametry okularów.
– No właśnie – olśniło mnie. – To projekt dla sieci salonów optycznych.
– Och.
– Widzisz? Mówiłam, że to nudy. Skinął głową.
Uf.
Szybko zjedliśmy. Kelner stał nad nami i praktycznie wyrywał puste talerze. Brian zażyczył 

sobie zwiedzić kolejne muzeum, tym razem British Museum.

Wędrowaliśmy   razem   przez   sale   wypełnione   bogactwami   antyku,   podziwialiśmy   rzeźby 

i posągi, ale ja cały czas miałam przed oczami Seemę i Richarda pod rękę. Tłumaczyłam sobie, 
że   powinnam   się   cieszyć   ich   szczęściem.   Lubię   Richarda,   a Seema   to   naprawdę   fajna 
dziewczyna. Jednak choć zdecydowałam, że wolę Briana, serce mnie bolało na myśl o tamtym 
związku, który już nigdy się nie rozwinie.

Jakby tego było mało, Brian zatrzymał się przed rzeźbą, która zainteresowała także Richarda 

dawno  temu,  gdy  byliśmy   tu  na początku   naszego  związku.  Brian  wyciągnął   do mnie   rękę. 
Przypomniałam sobie, że kilka miesięcy temu Richard wykonał identyczny gest. Ale z Brianem 
jest mi lepiej, prawda?

No   pewnie,   że   z Brianem   mi   lepiej,   powtarzałam,   gdy   patrzyliśmy   sobie   w oczy   przy 

smakowitej kolacji.

Przez cały wieczór sporządzałam w myślach listy. Richard kontra Brian. Wady i zalety obu.
Na   korzyść   Richarda:   jest   fajny,   zabawny   i zna   się   na   sztuce.   Z drugiej   strony,   jest 

księgowym, czyli nudziarzem, i wiecznie nie ma pieniędzy. Nadaje się na przyjaciela, ale nie na 
męża. Nie dla mnie, skoro kiedy tylko poczuję obrączkę na palcu, mam zamiar nie pracować.

Lista zalet Briana była o wiele dłuższa. Też jest fajny i zabawny, na sztuce zna się na tyle, 

żeby na niej zarabiać, a to dobrze, bo za te pieniądze może mi kupować prezenty. Do tego jest 
przystojny. I robi ze mną w łóżku rzeczy, o których mi się dotychczas nie śniło.

Jego wady? Jedna – mieszka w Nowym Jorku. Zarazem wada i zaleta. Bardzo chciałam uciec 

z Londynu. Uciec w fascynujące miejsce. Obawiałam się jednak, że będzie mi brakowało rodziny 
i przyjaciół.

– Tęskniłeś za domem, kiedy przyjechałeś do Oksfordu? – zapytałam.
Wzruszył ramionami.
–   Poznałem   nowych   przyjaciół.   Zresztą   od   czego   jest   telefon?   Ale   odkąd   wróciłem   do 

Nowego Jorku, tęskniłem za tobą.

Właśnie to chciałam usłyszeć. Postanowiłam skoczyć na główkę.
– Chciałabym pojechać z tobą do Nowego Jorku.
– Super.
– Na dłużej.

background image

No proszę. Powiedziałam to. A Brian nie odmówił.

background image

Rozdział 22

Tej nocy długo się nie kładliśmy, omawialiśmy wszystkie możliwości. Brian proponował, 

żebym zostawiła firmę w rękach Seemy, a sama wybrała się do Stanów na rekonesans. Będzie mi 
potrzebna wiza z zezwoleniem na pracę i mnóstwo dokumentów, ale chętnie udzieli mi gościny 
na tak długo, jak będzie trzeba.

Tak długo, jak będzie trzeba? Nie podobało mi się to, brzmiało tak, jakbym prędzej czy 

później miała się wyprowadzić do własnego mieszkania, ale wmówiłam sobie, że Brian jest po 
prostu ostrożny. Może się obawia, że mnie spłoszy, jeśli od razu zaproponuje mi małżeństwo.

Ustaliliśmy, że polecę do Stanów mniej więcej tydzień po Brianie. Tyle czasu mi wystarczy, 

by wtajemniczyć  Seemę we wszystko, zapewniłam go. W rzeczywistości tygodniowe zarobki 
w agencji Corbett & S-ka wystarczą na bilet do Nowego Jorku.

– Oczywiście musisz poszukać kogoś, kto się zajmie Herkulesem – przypomniał mi. – Jesteś 

pewna, że chcesz się z nim rozstać?

Jeśli Harriet nie wróci po tego potwora, wyląduje w schronisku dla bezdomnych psów. Tego 

oczywiście nie powiedziałam Brianowi.

– Nie wierzę, że to wszystko dzieje się naprawdę. Szaleństwo, prawda? – Szybko zmieniłam 

temat.

– Szaleństwo, ale jakie cudowne.
Nie mogłam się doczekać, kiedy pójdziemy do studia. Mary pewnie się zdziwi, że mój plan 

się powiódł, ale chyba  się ucieszy.  Jednak kiedy dotarliśmy na miejsce, nigdzie nie było jej 
widać. Domyśliłam się, że siedzi za kulisami i uspokaja nową klientkę, ale uznałam, że lepiej im 
nie przeszkadzać. Jeszcze wytrzymamy z moją sensacyjną nowiną.

Usiedliśmy z Brianem mniej więcej w połowie widowni. Brian wolałby miejsca na samym 

przedzie, ale okazało się, że wszystkie są już zajęte. Obok nas siedział mężczyzna z imieniem 
Melinda wytatuowanym na ramieniu. Jego żona przedstawiła się nam ochoczo. Nazywała się 
Anita.

Mary co prawda mówiła, że mamy się ładnie ubrać, ale czułam, że przesadziłam, zakładając 

jej kremowy kostium – wszyscy dokoła byli w dresach i dżinsach. Zdjęłam żakiet i powiesiłam 
go na oparciu, ale szybko włożyłam z powrotem – mężczyzna za mną jadł czekoladę. Na myśl 
o lepkich odciskach na kremowym żakiecie Mary zrobiło mi się słabo.

Żeby   nas   trochę   rozgrzać,   ktoś   z obsługi   zaczął   dyskusję.   Zapytał   kobietę   siedzącą   na 

przedzie, co by zrobiła, gdy się dowiedziała, że mąż zakłada jej bieliznę, kiedy ona wychodzi 
z domu. Byłaby oburzona, bo ty by oznaczało, że jest gejem. Ta odpowiedź nie bardzo przypadła 
do gustu potężnemu hydraulikowi, który wyglądał jak siostra Joan Collins.

– Super – Brian pochylił się do mojego ucha. – Nie przypuszczałem, że Anglicy są tacy 

background image

nerwowi. – Walnęłam go w ramię. Zanim publiczność na dobre zabrała się do bójki, pojawił się 
kolejny człowiek z produkcji, ze słuchawkami i mikrofonem, i zapowiedział Arabellę.

Na sali zapanowała cisza. Wydawało mi się, że upłynęły całe wieki, zanim producent, który 

zaczął dyskusję o transwestytach, pojawił się ponownie i dał znać, że mamy klaskać. Arabella 
wyszła zza kurtyny na górze, schodziła między rzędami publiczności i podawała ręce, jak na 
gospodynię talk show przystało.

– Arabella! Arabella! – skandował tłum rytmicznie. Właściwie nie bardzo rytmiczniej ej imię 

miało za dużo sylab, kłóciło się muzyką. Ciekawe, czy Mary załatwi zmianę muzyki?

Arabella   podała   ręce   siedmiu   osobom,   a potem   ustawiła   się   w oznaczonym   miejscu. 

Odrzuciła  lśniące włosy i z szerokim uśmiechem  spojrzała  do najbliższej  kamery.  Wyglądała 
świetnie, chociaż nie mogłam sienie zastawiać, o ile ładniejsza będzie po odsysaniu tłuszczu.

– Dziękuję wam za przybycie – mówiła prosto do kamery. – To dla mnie dużo znaczy.
–   Ma   lepsze   nogi   niż   Jerry   Springer   –   zauważył   Brian.   Anita   posłała   mu   mordercze 

spojrzenie. Przyjechała z daleka, by wykorzystać swoje piętnaście minut i traktowała wszystko 
bardzo poważnie.

–   W dzisiejszym   programie   porozmawiamy   o tajemnicach   –   ciągnęła   Arabella.   – 

Tajemnicach  i kłamstwach.  Na czym  polega różnica  między nimi?  Kiedy tajemnica  staje się 
kłamstwem?   Czy   mamy   prawo   zatajać   prawdę   przed   tymi,   którzy   nas   kochają?   A może 
sprowadzamy na siebie kłopoty? – Zamyśliła się z poważną miną. Bardzo poważną. Publiczność 
słuchała uważnie.

– Wszyscy moi dzisiejsi goście mają tajemnice, z których chcą się zwierzyć. Chcą zrzucić ten 

ciężar, przyznać się do błędu i odetchnąć pełną piersią. Ale jak zareagują ich najbliżsi? Moi 
goście się wyspowiadają, kamień spadnie im z serca, ale czy mają prawo obciążać najbliższych 
swoimi tajemnicami? Oto mój pierwszy gość, Jane z Worcestershire. Ukrywała coś przez pięć 
lat. Jane, zapraszamy.

Publiczność posłusznie klaskała w dłonie, a Jane wyszła powoli i nieśmiało, jakby żałowała 

decyzji. Tłum klaskał i krzyczał, gdy przycupnęła na różowym krzesełku. Mrugała szybko, jak 
sarna w świetle reflektorów samochodu.

–   Ślicznie   dzisiaj   wyglądasz,   Jane   –   zaczęła   Arabella   i uśmiechnęła   się   do   dziewczyny 

w czerwonej sukience, zdecydowanie za małej, tak ciasnej, że widać było linię rajstop.

– Janet, długo trwało, zanim zdecydowałaś się zdradzić nam swoją tajemnicę, prawda?
– Tak – Jane mówiła niemal niesłyszalnie. Odchrząknęła i spróbowała jeszcze raz. – Tak. – 

Tym razem pochyliła głowę, tak że huknęła prosto do mikrofonu.

– Mów normalnie – poradziła Arabella. – Wyobraź sobie, że w studio nikogo nie ma, tylko ty 

i ja. Wyobraź sobie, że rozmawiasz szczerze z najlepszą przyjaciółką.

Dobre sobie. Biedna Janet rumieniła się i bladła na przemian. Ale w końcu wyznała całej 

background image

Anglii, że chłopiec, którego jej mąż uważa za syna, jest w rzeczywistości jego bratankiem. Brian 
ukrył twarz w dłoniach. Mieliśmy wrażenie, że patrzymy na egzekucję niewinnego.

– Jak myślisz,  poradzicie  z tym  sobie? – zapytała  Arabella.  Jane i jej zaszokowany mąż 

pokiwali głowami, ale mimo obietnic psychologów i terapeutów za kulisami, nie wyobrażałam 
sobie, by w Worcestershire czekał biedną Jane inny los niż walizki wystawione za próg.

– Dlaczego oni to robią? – dziwił się Brian. – Czemu tak się obnażają?
– Każdy chce mieć swoje pięć minut.
– Pięć minut sławy i całe życie cierpienia – mruknął.
Po wyznaniach Jane następny gość był niegroźny. Norman chciał powiedzieć, że to on stłukł 

przed laty ulubiony wazon ciotki, ale bał się przyznać.

– Niedobrze jest dławić uczucia – podsumowała Anita. – Diana, Królowa Ludzkich Serc, 

pokazała nam wszystkim, jak ważne jest okazywać uczucia i nie wstydzić się tego.

– Naprawdę? – odezwał się Brian.
– Wstrzymywanie emocji prowadzi do raka – poinformowała go Anita.
– Czy my nie jesteśmy przypadkiem w Kalifornii? – zapytał mnie szeptem.
Jeszcze trzech gości. Chyba zbliżamy się do końca programu. W pewnej chwili Arabella 

zastygła w bezruchu.

– Mam nadzieję, że nie wyjdzie zaraz z ckliwym podsumowaniem – mruknął Brian.
Szkoda, że tego nie zrobiła. Arabella wbiła wzrok w kamerę po lewej Stornie.
– Jest tu z nami jeszcze jedna osoba – zaczęła. – Ktoś, kto ma wielką tajemnicę, skrywa ją 

przed przyjacielem. Właściwie niejeden, lecz wiele sekretów. Czy może raczej są to kłamstwa? 
Zobaczymy, co o tym sądzicie. Lizzie Jordan, co nam opowiesz?

Rozglądałam się ciekawie: jakiego to biedaka teraz dopadną? Dopiero kiedy poczułam na 

sobie rozbawiony wzrok Briana, zrozumiałam, że chodzi o mnie.

– Lizzie Jordan? – Arabella się uśmiechnęła. Nie wiadomo kiedy znalazła się tuż obok mnie. 

Reflektor otaczał moją głowę aureolą.

– Tak – pisnęłam cichutko.
–   Domyślasz   się,   o jakich   tajemnicach   mówię?   –   zapytała.   No   właśnie,   o co   jej   może 

chodzić? Że ja i Amy Weskey ściągałyśmy na egzaminie maturalnym  z matematyki?  Ależ to 
było kupę lat temu! Że widziałam, jak nasz pies liże ciastko z owocami, ale nic nie powiedziałam 
i patrzyłam, jak mój brat zajada je z apetytem? Żadne inne sekrety nie przychodziły mi do głowy.

– Nie – poruszyłam się nerwowo. – Naprawdę nie mam pojęcia.
– Daj spokój – Arabella cmoknęła z dezaprobatą. – Nie udawaj niewiniątka. Spróbuj jeszcze 

raz. Zastanów się dobrze. Co ukrywasz przed obecnym tu przystojnym przyjacielem?

Spojrzała na Briana. Brian na mnie. A ja zaskoczyłam.
– Nie – szepnęłam. – O nie.

background image

– Może opowiesz Brianowi, który przyjechał aż z Ameryki, do kogo tak naprawdę należy 

piękne   mieszkanie   przy   Placu   Grantchester?   I sportowy   wóz,   którym   jeździsz?   Czym   tak 
naprawdę się zajmujesz? Do kogo należy piękny kremowy kostium, tak, ten, który masz na 
sobie? I buty? Nie uważasz, że Brian ma prawo wiedzieć?

– Wiedzieć co? – Był wyraźnie zbity z tropu.
– Prawdę – zagrzmiała Arabella.
–   Powiesz   mu,   Lizzie?   Czyja   mam   przypomnieć,   co   słyszałam   niecały   tydzień   temu 

w damskiej  toalecie hotelu Dorchester? Że od lat niemal żywcem przepisujesz moją rubrykę 
towarzyską i wysyłasz w mailach do Briana, jakby to było twoje życie.

Nagle   twarz   Arabelli   zasłoniła   mi   całe   pole   widzenia.   Nie   mogłam   tego   wytrzymać, 

zerwałam się miejsca i pobiegłam do wyjścia, jakiegokolwiek  wyjścia.  Producenci starali  się 
mnie   zatrzymać.   Janet   i jej   mąż   ocknęli   się  na   chwilę,   przestali   myśleć   o swoim   cierpieniu. 
Zafascynowała ich moja tragedia.

– Widzisz, Brian, Lizzie nie jest szalenie zapracowaną kobietą sukcesu, chociaż taką wizję 

snuła   w listach   i mailach.   W rzeczywistości   jest   sekretarką   w kiepskiej   agencji   handlu 
nieruchomościami. Mieszkanie, do którego cię zaprosiła, należy do jej szefowej, a kostium do 
Mary, jej przyjaciółki. Lizzie cię okłamała, Brian, bo miała desperacką nadzieję, że się w niej 
ponownie zakochasz i wyrwiesz z nudnego, monotonnego życia. Sądząc po tym, jak siedzieliście 
trzymając się za rączki, chyba jej się udało. Ale co czujesz teraz, Brian? Czy wybaczysz jej, 
wiedząc, że cię okłamywała?

Brian się nie odezwał, wstał i wyszedł. Zachował dosyć rozsądku, by wybrać tylne wyjście 

i uciec,   zanim   dopadły   go   kamery.   A ja   stałam   na   środku   studia   i słuchałam   bezradnie,   jak 
Arabella podsumowuje program. Potem zniknęła w garderobie. Nie zaszczyciła nawet jednym 
spojrzeniem ludzi, którzy upokorzyli się publicznie w imię jej kariery.

Nie   wiedziałam,   śmiać   się   czy   płakać.   Stałam   na   środku   i czekałam,   aż   wyjdzie   cała 

publiczność i zostanie tylko personel.

– Muszę się zobaczyć z Arabella – powiedziałam.
– Arabella nikogo nie przyjmuje. Musi pani już iść – usłyszałam w odpowiedzi. – Chyba że 

zostaje pani także na następnym programie.

– Ona mnie zna. Na pewno zdaje sobie sprawę, co mi zrobiła.
– Arabella zna mnóstwo osób. – Producent uśmiechnął się pod nosem. – Nie wszystkich 

pamięta. Naprawdę musi pani już iść.

Długim   posępnym   korytarzem   wyszłam   na   parking.   Wymacałam   w kieszeni   kluczyki 

Harriet, ale byłam zbyt zdenerwowana, żeby prowadzić. Zresztą, gdzie Brian? Nigdzie go nie 
widzę.

Nie było go na parkingu. Nie czekał przy samochodzie, roześmiany od ucha do ucha, ciekaw, 

background image

jak wytłumaczę ten dowcip. Pewnie pojechał taksówką. Ale dokąd? Kogo jeszcze tu zna? Gdzie 
przenocuje do jutra? Czy będę miała okazję wyjaśnić mu, czemu zrobiłam z siebie taką idiotkę?

Wsiadałam do pożyczonego mercedesa i zalałam się łzami. Nie do wiary, że to się stało. 

Jeszcze dwadzieścia cztery godziny i wszystko byłoby w porządku. Plan zrealizowany. Ale Mary 
Bagshot wszystko zepsuła. Zrujnowała mi życie.

background image

Rozdział 23

Pojechałam do mieszkania, ale tam także go nie było. Teraz muszę porozmawiać z Mary. 

W Londynie Brian zna tylko ją, na pewno do niej pojechał. Pewnie już mu wszystko wypaplała. 
A nawet   jeśli   nie,   chciałam   jej   powiedzieć,   co   myślę   o takim   zachowaniu.   Zaparkowałam 
samochód  Harriet   wbrew  wszelkim  przepisom,  wysiadłam,   podbiegłam   do drzwi  i tak  długo 
dzwoniłam, aż zeszła na dół. Wydawała się zaspana, otworzyła mi w szlafroku. Wydało mi się to 
dziwne, dochodziła dopiero szósta po południu. Miała zaczerwienione oczy, ale uznałam, że to na 
pewno jakieś zioła. Mary inwestowała w swoją twarz mniej więcej tyle, ile NASA w badania 
kosmiczne.

– Mam nadziej ę, że ci nie przeszkadzam – zaczęłam złośliwie. – Co, utleniasz sobie wąsik?
– Chyba złapałam grypę – odparła cicho.
–   Cóż,   jeśli   liczysz   na   współczucie,   jesteś   w błędzie.   Jak   mogłaś   mi   to   zrobić,   Mary? 

Dlaczego tak mnie upokorzyłaś?

– Słucham?
– Nie udawaj niewiniątka. Wiesz, co się dzisiaj stało.
– Nie.
– Akurat. – Oparłam się o drzwi. – Chcesz powiedzieć, że twoja nowa klientka sama wpadła 

na pomysł, żeby wsypać mnie przed Brianem? Wrobiłaś mnie. Najchętniej zamordowałabym cię 
gołymi rękami.

– Lizzie, o co ci chodzi? – Westchnęła.
– Arabella powiedziała Brianowi, że go okłamuję! Dokładnie rzecz biorąc, chciała, żebym ja 

mu to wyznała. Przed kamerami.

– Nie histeryzuj. To tylko odcinek pilotażowy. Jakby to coś zmieniało.
Minęła nas kobieta ze spanielem na smyczy. Wydawało mi się, że to ta sama, która zaledwie 

trzy dni temu przyłapała nas, jak włamywaliśmy się do niewłaściwego budynku.

– Liz, wejdź. – Mary wciągnęła mnie do środka. – Daję słowo, nie mam pojęcia, o czym 

mówisz.

–   Nie   udawaj!   –   wrzasnęłam,   gdy   ciągnęła   mnie   do   mieszkania.   –   Twoja   klientka 

powiedziała Brianowi, że go okłamywałam! Niby skąd mogła to wiedzieć? Od ciebie.

Mary nerwowo kręciła zegarkiem od Cartiera.
– Nie zrobiłabym ci tego.
– Boże, ale kłamiesz. A ja myślałam, że jesteś moją przyjaciółką.
– Jestem.
– Byłaś.
– Gdzie Brian? – zapytała.

background image

– Nie wiem. Wybiegł ze studia i tyle go widziałam. Myślałam, że przyjechał do ciebie. Jezu, 

Mary, przyznaj się chociaż. Przyznaj się, że mnie wrobiłaś.

Ze wstydem wyznaję, że złapałam ją za ramiona i potrząsnęłam z całej siły. Od razu zmiękła.
– No dobrze, rzeczywiście cię wrobiłam – pisnęła. Puściłam ją. – Ale zasłużyłaś sobie na to.
– Co? – Znowu ją złapałam. – Co? Co ja ci takiego zrobiłam, Mary Bagshot? Masz wszystko 

– rzuciłam – masz wszystko, ale musiałaś popsuć najpiękniejszą rzecz, jaka zdarzyła się w moim 
życiu.

– Nie mam wszystkiego – żachnęła się. – Nie masz pojęcia, o czym mówisz.
–   Masz   –   upierałam   się   przy   swoim.   Odliczałam   na   palcach.   –   Masz   świetną   pracę, 

supermieszkanie,   szybki   samochód   i gwiazdora   za   narzeczonego.   Czego   jeszcze   byś   chciała, 
Mary?   Ja marzyłam   o jednym,  kilka   dni z miłością   mojego  życia.   Jeden weekend.  Dlaczego 
musiałaś mnie tego pozbawić?

– Bo miałaś tę jedną rzecz, której ja nie mam. Brian cię kocha. To widać jak na dłoni. 

Mitchell ma mnie w nosie.

– Skądże. Przecież się pobieracie.
– Nie kocha mnie.
– Przestań się nad sobą użalać.
– Posłuchaj, on mnie naprawdę nie kocha. Mitchell jest gejem.
– Co?
– Dobrze słyszałaś. Cały nasz związek to pic na wodę. Nie kocham go, on mnie też. Kocha 

męskiego modela z Rio. Chciał się ze mną ożenić, żeby dziennikarze dali mu spokój, póki nowa 
płyta nie pojawi się w sklepach. Jestem tylko zasłoną dymną.

– Ale dlaczego się na to zgodziłaś?
– A co miałam do stracenia? Przecież moje szanse na normalny związek są równe zeru, może 

nie? W każdym  razie do tej pory ani razu mi  się nie udało. Nikt mnie nie kochał – dodała 
dramatycznie. – Przyzwoici faceci zawsze wybierali ciebie, Liz. Do mnie lgną żonaci, wariaci 
albo jedno i drugie. Chcę tylko, zawsze tego chciałam, żeby ktoś mnie kochał tak, jak Brian 
kocha ciebie. Najlepiej, żeby był to Brian. Brian jest miłością nie tylko twego życia, Liz. Także 
mojego.

– Co?
– Jest miłością mojego życia – powtórzyła cicho. – Też się w nim kochałam. Przez cały czas, 

gdy byliście razem.

– Nieprawda. A doktorant?
– Chciałam zapomnieć o Brianie.
– Dlaczego nic nie mówiłaś?
– Jak to nie? Powiedziałam. Wtedy w barze frytkami, nie pamiętasz? Powiedziałam ci, że 

background image

Brian mi się podoba. Ale on wybrał ciebie. A ty jego zamiast mnie. Wtedy doszłam do wniosku, 
że nie ma o co robić awantury. Byliście zakochani i wybraliście miłość, nie przyjaźń. To był 
koszmarny   rok,   serce   mi   pękało,   gdy  was   obserwowałam,   takich   beztroskich   i zakochanych. 
Kiedy   Brian   wyjeżdżał,   płakałam   niemal   tak   samo   jak   ty.   Patrzyłam   z okna,   jak   odchodzi, 
rzuciłam   się   na   łóżko   i szlochałam   przez   kilka   godzin.   Potem   było   mi   lepiej.   Nawet   się 
cieszyłam, że już go nie ma, że nie muszę patrzeć na was razem.

– Nie wiedziałam – zaklinałam się. – Nie powiedziałaś tego jasno.
– A czy to by coś zmieniło? Poza tym zgadłabyś, gdybyś widziała cokolwiek innego niż 

czubek własnego nosa. Zobaczyłabyś, że jestem nieszczęśliwa, gdyby choć trochę ci na mnie 
zależało.

– Mary, to było tak dawno. Sześć lat temu.
– Tak. I myślałam, że się z tym uporałam. Myślałam, że wybiłam sobie z głowy zauroczenie 

Brianem. Myślałam, że kiedy go zobaczę, grubego i starego, jak my wszyscy, zapomnę o nim raz 
na zawsze. Tylko że stało się inaczej. Wygląda tak samo jak dawniej i tak samo jak dawniej 
szaleje za tobą. Widziałam cię, jak stałaś piękna jak bogini w sukni, która miała cię oszpecić, 
a Brian nie mógł oderwać od ciebie wzroku. Zrozumiałam, że nie ma znaczenia, jak bardzo się 
zmieniłam przez te lata. Nadal nie mam z tobą szans w jedynej konkurencji, w której wiecznie 
przegrywam. Mężczyźni w kółko tracą dla ciebie głowę. A mnie nikt nie kocha. Nikt.

Spojrzała na mnie z dziwną satysfakcją, jakby to wszystko tłumaczyło. Zabrakło mi słów.
– I dlatego mnie wsypałaś? Z zazdrości? Jesteś chora.
– Wiem. – Nerwowo złapała mnie za rękaw. – I to, co zrobiłam, to wołanie o pomoc. Tak, 

właśnie tak! Wołanie o pomoc.

– No to wołaj – warknęłam. Wyrwałam rękę z jej uścisku. – Nie spodziewaj się, że ja ci 

pomogę. Mary, uważałam cię za najlepszą przyjaciółkę. Ale przyjaciółka nie zrobiłaby tego, co 
ty mi dzisiaj zrobiłaś, bez względu na to, jak bardzo kochałaby się w kimś sześć lat temu. Wiesz, 
nie znam cię. Chciałaś zrujnować mi życie, bo twoje nie jest takie, jakbyś chciała. Chociaż masz 
wszystko to, o czym marzę. Jesteś rozpuszczonym bachorem. Życie cię rozpieszczało, zamożni 
rodzice,   prywatne   szkoły.   Nawet   firmę   kupił   ci   tatuś.   Na  nic   nie   musiałaś   pracować.   Może 
dlatego jesteś taka beznadziejna. Może dlatego nikt cię nie kocha.

Dolna warga jej zadrżała, wiedziałam, że zaraz będzie płakać, ale szłam do drzwi z dumnie 

uniesioną głową. Nie ugnę się. Nie mam litości.

– Skoro tak uważasz – wrzasnęła za mną – ściągaj mój kostium i wracaj w bieliźnie.
–   W porządku.   –   I zrobiłam   to.   Zdjęłam   jej   kostium,   przy   okazji   celowo   depcząc   go 

brudnymi butami.

– I naszyjnik – wrzasnęła. – Naszyjnik też jest mój!
–   No   to   go   weź   –   syknęłam.   –   I tak   mi   się   nie   podoba.   Cisnęłam   złoty   łańcuszek   na 

background image

pognieciony kostium. – Jesteś żałosna.

– Zaraz się przekonamy, która z nas jest bardziej żałosna – mruknęła Mary pod nosem.
–   Ty,   ty   –   zapewniłam.   –   To   ty   nie   jesteś   w stanie   stawić   czoło   rzeczywistości   bez 

narkotyków. Pewnie nie możesz się nawet ubrać bez kilku niuchów.

– Mogę – oburzyła się. – Rzadko sięgam po narkotyki.
– Akurat. A przed moim przyjściem wciągnęłaś, bo myślałaś, że będziemy sobie radośnie 

plotkowały, co?

Spojrzała na stolik, gdzie jedna z jej kart kredytowych leżała obok małej białej koperty.
– Nie twoja sprawa. Zresztą gdyby cię było na to stać, też byś ćpała.
– A skąd ciebie na to stać?
– Jakbyś zapomniała, przypominam, że prowadzę agencję.
– Którą kupił ci tatuś.
– Sama do wszystkiego doszłam.
– Mary, sama nie doszłaś do niczego. Zawsze czekałaś, aż ktoś poda ci rękę. Gdybym ja 

miała takie warunki jak ty, kierowałabym rządem, a nie zakichaną agencyjką.

–   Akurat   –   żachnęła   się.   –   Bo   ciebie   los   zawsze   kopał   w tyłek,   tak?   Bo   nie   miałaś 

szczęśliwej, normalnej rodziny, za którą oddałabym wszystko. Wiesz, gdybym ja była na twoim 
miejscu, pewnie nie potrzebowałabym narkotyków.

– Jesteś żałosna – stwierdziłam i szczelniej otuliłam się płaszczem.
– Nie ja, ty. To nie ja noszę cudze ciuchy.
– Za to ja nie chowam tłustego tyłka za nazwiskiem znanego projektanta – odcięłam się.
– Cóż. Nie ja będę wracała przez Notting Hill nago – chlipnęła, ukryła twarz w kremowej 

marynarce i zalała się łzami.

–   Nie   jestem   naga   –   powiedziałam   na   pożegnanie.   Ale   miałam   na   sobie   tylko   bieliznę 

i płaszcz Harriet. Równie dobrze mogłabym być goła, bo było to cieniutkie jedwabne kimono, 
a nie porządny gruby płaszcz. Ale przynajmniej wyszłam z godnością.

Pogroziłam pięścią panoramicznym oknom mieszkania Mary.
Nadal mam swoją dumę.
W   tamtej   chwili   nie   wiedziałam   jeszcze,   że   mam   także   problem   z samochodem. 

Zaparkowałam go byle  jak, a teraz  bezradnie  obserwowałam,  jak straż miejska ładuje go na 
lawetę.

– Co wy wyprawiacie? – pisnęłam do łysiejącego strażnika.
–   To   twój   samochód,   skarbie?   –   zapytał,   wyraźnie   rozbawiony   moim   strojem.   Ciaśniej 

otuliłam się płaszczem.

– Nie. To znaczy tak. Mój. Proszę go natychmiast postawić z powrotem na ziemię.
– Nie mogę, skarbie. Widzisz, już go ruszyliśmy, a jak zaczniemy, nie możemy przestać, 

background image

takie przepisy. Gdybyś przyszła wcześniej i wsiadła, nic nie moglibyśmy zrobić. Nie wolno nam 
ruszać samochodów z pasażerami. Bo gdyby coś ci się stało, mogłabyś nas oskarżyć. Ale masz 
dzisiaj pecha, co?

– Przecież nie założyliście blokady! Czemu go zabieracie, skoro nie ma blokad! Byłam na 

górze przez jakieś dziesięć minut. Dlaczego nie mandat? Dajcie mi mandat.

–   Za   takie   parkowanie?   Na   środku   pasa   autobusowego?   Kochaniutka,   ciesz   się,   że   nie 

możemy cię zatrzymać za nieumiejętną jazdę!

– Dzięki – żachnęłam się. – Proszę, niech go pan opuści. Proszę. Ledwie go podnieśliście, 

łatwiej go postawić z powrotem niż wciągać na lawetę. Proszę, Tylko dziś, dla mnie. Nikomu nie 
powiem, że pan to zrobił.

Obrzucił mnie bacznym spojrzeniem. Jeszcze szczelniej otuliłam się płaszczem.
– A niby dlaczego miałbym to zrobić? Czy to mi się opłaci? – Oblizał usta. Założyłam ręce 

na piersi. – Jeśli pani pomogę, mogę mieć kłopoty. Niby dlaczego miałbym ryzykować?

– Bo jest pan dobrym człowiekiem – zaklinałam. – Proszę pana, spieszę się do szpitala – 

zmyślałam naprędce. – Moja ciotka ma zapalenie wyrostka robaczkowego. Ma tylko mnie.

– Tak, tak. Znam takie teksty. – Skrzywił się i podobnie jak ja skrzyżował ramiona.
– Błagam. Ona cierpi. Co będzie, jeśli umrze? Nie wybaczyłabym sobie tego – szlochałam. 

Miałam   łzy   w oczach.   Chyba   pomogło,   bo   facet,   który   do   tej   pory  siedział   w samochodzie, 
wychylił się przez okno i krzyknął:

– To się da zrobić, Bob. Zadzwonię i powiem, że zanim dojechaliśmy, usunięto go. Jeszcze 

nie powiedziałem, że już zaczęliśmy.

– Będzie pani moją dłużniczką – Bob dźgnął mnie w obojczyk tłustym palcem. – Więc musi 

mi pani podać swój telefon.

– Oczywiście – rzuciłam beztrosko. Kiedy tylko mercedes stanie na asfalcie, podam mu 

numer do Mary. Niech ma nauczkę.

– Ale najpierw proszę mi pokazać dokumenty wozu – odezwał się ten w samochodzie. – 

Zanim go pani oddamy, musimy się upewnić, że samochód naprawdę należy do pani.

Zagryzłam usta.
– Niestety, nie mam przy sobie. Ale mam kluczyki, więc samochód jest mój, prawda? Nie 

mogę wam później dostarczyć dokumentów?

– Niestety.   Nie ma  dokumentów,   nie  ma   samochodu.   Leć  na  górę  po papiery,  a my  go 

zestawimy. – Pewnie myślał, że tu mieszkam.

– Ale to nie moje mieszkanie. Byłam z wizytą.
– Chyba pojechałaś do niego prosto z wanny, co? – prychnął gruby.
– Do niej. Panowie, błagam, odstawcie ten samochód! Czemu czepiacie się akurat mnie?
Bob spochmurniał.

background image

– Ech, wy bogate panienki – dźgnął mnie palcem w pierś. – Wydaje się wam, że wystarczy, 

jak trochę pokrzyczycie, i wszystko ułoży się po waszej myśli, tak? No to dam ci dzisiaj nauczkę. 
Krzycz sobie, ile chcesz, ale nie ma dokumentów, nie ma samochodu. Wsiadaj w taksówkę, jedź 
do cioteczki i wyślij tatusia z czekiem, to odzyskasz samochód. Dalej, Phil. Zabieramy go.

– Błagam! – zaklinałam go. Nawet poluzowałam płaszcz, żeby go jakoś udobruchać. Na 

darmo. Skrzypiąca maszyna dźwignęła mercedesa Harriet z chodnika.

– Do zobaczenia! – zawołał gruby Bob i wsiadł do szoferki.
–   Ty   świnio!   Ty   tłusta   świnio!   Synu   Hitlera   i Stalina!   Podnieca   cię   znęcanie   się   nad 

bezbronnymi kobietami? Ty cholerny pedale!

Bob tylko mi pomachał, skinął głową i odjechał.
– Pozwę was, sukinsyny! – darłam się.
– I dobrze – skomentował rastafarianin, który przechodził obok. – Trzeba było wsiąść do 

samochodu. Nie mogą go zabrać z pasażerem.

– Teraz to wiem! – wrzasnęłam. Jeszcze nigdy wielki facet tak szybko nie uciekał przed 

drobną kobietą.

–   Dranie   –   powtórzyłam   jeszcze   raz.   Kopnęłam   kamyk   i boleśnie   walnęłam   się   w palec 

u nogi. – Świnie – powtarzałam i starałam się wyjąć kamyk z wycięcia sandałków. No ładnie. 
Rozkrwawiłam sobie stopę. Jeszcze tego brakowało. I jak teraz dojdę do domu w za małych 
pantofelkach   od   Manolo   Blahnika?   Wezwać   taksówkę?   Nie   mam   przy   sobie   pieniędzy,   są 
w torebce,   a torebka   w samochodzie.   Jedyne,   co   mam,   to   klucze   do   mieszkania   Harriet   – 
ściskałam je w garści, bo chciałam wykłuć Mary oczy.

Spojrzałam w górę. Wydawało mi się, poruszyła się zasłona w jej oknie. Wyobraziłam sobie, 

jak  z satysfakcją   obserwowała   całe   zajście.   Suka.   Wystawiłam   palec   środkowy  na   wypadek, 
gdyby naprawdę patrzyła. Suka, suka, suka.

Zdjęłam żałośnie małe sandałki i ruszyłam na piechotę. Jeszcze nigdy pół mili nie wydawało 

mi się tak długie. Szybko zrozumiałam, czemu Herkules nie lubi chodzić po asfalcie.

Przez  cały  czas   toczyłam  wyimaginowaną  rozmowę   z Brianem.   I martwiłam   się  o niego. 

Dokąd pojechał? Nie do Mary. To pewne.

Więc dokąd? Może złapał pierwszy samolot do Stanów. Może już w tej chwili siedzi na 

lotnisku i czeka, kiedy ogłoszą jego lot. Wszystko zepsułam.

background image

Rozdział 24

Brian siedział na schodach. – Jesteś! – Ze szlochem rzuciłam mu się na szyję. – Wróciłeś do 

mnie. Tak bardzo się martwiłam.

– Nie ciesz się za bardzo – zgasił mnie. – Wróciłem, bo w hotelu okazało się, że portfel 

i wszystkie dokumenty zostawiłem u ciebie... W tym mieszkaniu.

– Ale jesteś. Zostaniesz, prawda? Pozwolisz mi wszystko wytłumaczyć.
– Nie wiem, czy chcę tego słuchać.
– Och, ubawisz się po pachy – zapewniłam. – To wszystko bujda.
– Jak to?
– Wiesz, że prowadząca program to nowa klientka Mary?
– Tak – zgodził się ostrożnie. – Widzisz, jest nowa w branży i Mary chciała mieć pewność, 

że jej pierwszy program odniesie sukces. Potrzebowała skandalu, rozumiesz? Ale wiesz, jacy są 
Anglicy.   Dziewczyna   mówi   mężowi,   że   ma   dziecko   z jego   bratem,   a nikt   i tak   nie   reaguje 
spontanicznie. To nie tak jak u was, w programie Jerry’ego Springera możesz oberwać w nos, 
kiedy  powiesz  sąsiadowi,  że   nie  podobają  ci   się  jego  nowe  zasłony.   Mary  obawiała   się,  że 
program będzie nudny.

Brian nie wydawał się przekonany.
–   Zgodziłam   się,   żeby   zrobiła   ze   mnie   kłamczuchę,   rozumiesz?   Miałam   udać,   że   coś 

ukrywam.   To   wszystko   stek   bzdur.   Wymyśliłyśmy   to   w kuchni,   kiedy   u niej   byliśmy.   To 
naprawdę moje mieszkanie. Udawałam, że uciekam, żeby program się rozkręcił.

– Bardzo dobrze udawałaś – skomentował.
– Bałam się kamer. Chyba dzięki temu byłam bardziej realistyczna.
– Skoro to było udawane, czemu mi nie powiedziałaś?
Dobre pytanie, ale podczas spaceru przez Hyde Park zdążyłam coś wymyślić.
– Czułam się okropnie, że cię w to wciągam, ale gdybyś znał prawdę, nie zareagowałbyś tak 

autentycznie. Kiepski z ciebie aktor, przyznaj. Gdybyś wiedział, zaraz by się wydało, że to bujda. 
Atak się udało. Rozmawiałam z Mary, była zachwycona. Pozdrawia cię – dodałam.

– Naprawdę? No dobrze, ale na przyszłość powiedz jej, że nie chcę robić z siebie idioty. 

Tego programu chyba nie pokażą w Stanach?

– Nie, na pewno nie.
– W porządku. – Odprężył się trochę. Uwierzył?
– Jednego nie rozumiem – znowu się zasępił. – Czemu nikt nie starał się mnie powstrzymać, 

kiedy wybiegłem ze studia? Albo czemu nikt z producentów mi nie wyjaśnił, że to nieprawda?

– Rzeczywiście, to niedopatrzenie. Na pewno polecą za to głowy. Napijesz się czegoś? – 

Alkohol był mi potrzebny. Właśnie zagrałam najtrudniejszą scenę w życiu.

background image

– Jak myślisz, byliśmy przekonujący? – zastanawiał się, sącząc whisky Harriet.
– Pewnie. Może zaoferują mi rolę w filmie – zaśmiałam się. – Powiedz teraz, co chcesz 

dzisiaj robić? To nasz ostatni wieczór w Londynie.

– Chciałbym się dowiedzieć, co się stało z twoim kostiumem.
– Z kostiumem? Oddałam go do pralni.
– Jesteś szalona – stwierdził czule.
– No dobra. Więc co robimy?
– Może zadzwonimy  do Mary.  Po dzisiejszym  zamieszaniu  jest nam winna co najmniej 

kolację. Zadzwonimy do niej?

– Lepiej nie. – Myślałam gorączkowo. – Tkwi po uszy w robocie. Jej klient ma podpisać 

kontrakt z amerykańską wytwórnią, cały czas wydzwania do Los Angeles. Wiesz, musi teraz, ze 
względu na różnicę czasu.

– Wiem coś o tym. To może zamówimy coś na wynos i posiedzimy z nią?
– Nie możemy, to poufne rozmowy.
– Obiecamy, że nie będziemy podsłuchiwać.
– Słuchaj – powoli traciłam cierpliwość. – Powiedziała, że musi pracować. Przykro jej, że się 

już z tobą nie spotka, ale liczy, że niedługo poleci do Stanów, wtedy pogadacie.

– W porządku.
– Więc jak, wychodzimy czy nie? A może lepiej zostańmy w domu, żebyś się wyspał przed 

podróżą – zaproponowałam zalotnie.

– Lecę dopiero po południu, możemy szaleć przez całą noc.
– Wcale nie chcę szaleć – zapewniłam i mocno pocałowałam go w usta.
Kiedy   się   odsunęłam,   zobaczyłam,   że   uśmiecha   się   błogo.   Podziękowałam   opatrzności. 

Lizzie Jordan znowu wykaraskała się z kłopotów.

Nie poszliśmy do restauracji. Leżeliśmy na kanapie Harriet i obserwowaliśmy zachód słońca. 

Powiedziałam mu, jak cierpiałam po naszym rozstaniu.

– Teraz zobaczymy się szybciej niż po sześciu latach – zapewnił.
Wtedy rozległ się dzwonek do drzwi. Nigdy dotąd go nie słyszałam, więc dopiero po chwili 

dotarło do mnie, że ktoś chce się dostać do środka.

– Dzwonek? – Brian pierwszy się zorientował.
– Niemożliwe – Spojrzałam na drzwi z niedowierzaniem.
– Chyba jednak tak. – Dzwonek rozległ się ponownie.
– Nie wiem, kto to. Już późno.
– Może pizza.
– Nie zamawialiśmy.
– Żartowałem.

background image

Wcale nie było mi do śmiechu.
Dzwonek dzwonił uparcie. Co zrobię, jeśli to znajoma Harriet? Albo Harriet we własnej 

osobie?

– Nie otworzysz?
–   Nie   wiem.   To   znaczy,   nie   spodziewam   się   gości.   A jeśli   to   włamywacz?   –   Miałam 

nadzieję, że nie robię z siebie kompletnej idiotki. – Niedawno było w tej okolicy sporo napadów. 
Mieszka tu sporo samotnych kobiet.

– No to sprawdź tym – wskazał mały monitor na ścianie. – Zobaczymy,  kto to, i jeśli to 

morderca, to go nie wpuścimy.

Nacisnął guzik i na monitorze pokazała się twarz intruza.
– Nie znam go – powiedziałam odruchowo. Ale Brian go rozpoznał:
– To Bill.

background image

Rozdział 25

Bill? To niemożliwe. A jednak. Kiedy stanął bokiem, poznałam go. Był chudszy i bardziej 

łysy, ale to Bill, co do tego nie ma wątpliwości. Założył stary kapelusz i chciał odejść.

– Poczekaj, czekaj – ekscytował się Brian. Znalazł przycisk domofonu.
– Bill!
Ale Bill już wyszedł na ulicę. Brian rzucił się do okna i gwizdnął przeraźliwie.
– Bill! Czekaj! Jesteśmy tu!
Bill odwrócił się powoli, jak Clint Eastwood, który po raz ostatni spogląda na miasteczko, 

w którym wybił połowę populacji.

– Brian, stary! – wrzasnął. – Idę do was.
No nie! Katastrofa! Moja ostatnia noc z Brianem, a tu zjawia się Bill! Kto dał mu adres? No 

tak, to jasne. Mary. Nasłała go na mnie, żeby mi zepsuć ostatnią noc z Brianem. Będę się nudziła 
jak mops i wysłuchiwała niekończących się opowieści Billa o Indianach z Andów albo napadach 
rozwolnienia w Azji. Noc z Billem to najlepszy środek antykoncepcyjny.

–  Ale  szczęście  –  cieszył  się   Brian.  W przeciwieństwie   do  mnie.   –  Super.  Więc   jednak 

zobaczę wszystkich starych znajomych. Nie widziałem Billa od sześciu lat. Super.

Kiwałam   głową.   Rzeczywiście   super.   Ja   też   nie   widziałam   Billa   od   sześciu   lat,   ale   nie 

zmartwiłabym się, gdyby musiała czekać na tę przyjemność jeszcze jeden dzień.

Brian otworzył drzwi i czekał niecierpliwie, aż Bill wejdzie na czwarte piętro. Jak na kogoś, 

kto   dwa   razy   do   roku   wbiega   truchtem   na   Kilimandżaro,   bardzo   się   ociągał.   W końcu   go 
zobaczyliśmy.

– Pewnie naćpany – mruknęłam.
–   Cześć,   Brian.   Cześć   Lizzie.   –   Podał   nam   rękę.   Kiedy   zdjął   kapelusz,   zobaczyłam,   że 

płacze.

– Przepraszam, że wam przeszkadzam, ale naprawdę nie wiem, do kogo się zwrócić. Liz, 

znalazłem twój nowy adres przy telefonie Mary. Chyba przedawkowała.

Miałam wrażenie, że dostałam w głowę młotem pneumatycznym. Wróciłam do mieszkania 

i opadłam na kanapę.

– Dokąd ją zabrali? Dlaczego przedawkowała? – dopytywał się Brian.
Opowieść Billa docierała do mnie fragmentami. Cały czas miałam w uszach moją ostatnią 

awanturę z Mary. To straszne. Powiedziała mi, że jest nieszczęśliwa. Tylko że Mary zawsze była 
nieszczęśliwa, odkąd ją znam. To cecha jej charakteru. Gdyby wygrała milion, narzekałaby, że 
tyle pieniędzy nie zmieści się jej do torebki. Jak mogłam przypuszczać, że tym razem targnie się 
na życie?

–   Dlaczego   to   zrobiła?   –   powtarzał   Brian.   –   Widzieliśmy   się   z nią   niedawno.   Była 

background image

w doskonałej formie.

– Doskonale to ona skrywała uczucia – stwierdził posępnie Bill.
– Nieprawda! – oburzyłam się. – Nigdy nie udawała, że jest szczęśliwa. Wiecznie narzekała. 

Ale nigdy nie chciała się zabić.

– Może dzisiaj też nie. Nie zostawiła listu.
Bill ją znalazł. Był w Londynie przejazdem, wybierał się do Nepalu i wpadł do niej, żeby 

przeprać ciuchy i coś zjeść. Kiedy nie otwierała, zadzwonił do sąsiadów. Chciał czekać na nią na 
schodach. Ale drzwi do jej mieszkania były otwarte.

–   Znalazłem   ją   z twarzą   na   stoliku   –   opowiadał.   –   Wszedłem   i od   razu   ją   zobaczyłem, 

z banknotem dziesięciofuntowym w nosie.

– Boże, to straszne – Brian pokręcił głową. – Czyli przedawkowała narkotyki?
Bill potwierdził.
– Kiedy się ostatnio widzieliśmy, obiecała, że pójdzie na odwyk. Już raz była, w klinice na 

Malcie.

–   A ja   myślałam,   że   na   Maltę   jeździ   na   farmę   piękności   –   wtrąciłam   się   i zaraz   sobie 

uświadomiłam,   jak   idiotycznie   to   zabrzmiało.   Bill   prychnął.   –   Nie   wiedziałam,   że   jest 
uzależniona – dodałam ciszej. – Myślałam, że zażywa kokainę tylko czasami, na przyjęciach. 
Mówiła, że to dla zabawy.

– Pewnie tak było. Na początku. Tak zaczynają wszyscy narkomani. Pojedziecie ze mną do 

szpitala? Jej rodzice są w drodze, ale nie wiem, kiedy tu dotrą. Nie chcę, żeby się obudziła sama.

Brian już poszedł po mój płaszcz.
– Więc się obudzi? – podchwyciłam z nadzieją – Nic jej nie będzie, prawda?
– Zobaczymy.
W   taksówce   do   szpitala   (wolałam   nie   myśleć,   skąd   wezmę   pieniądze   na   odzyskanie 

samochodu Harriet) siedziałam między Billem i Brianem. Obaj co chwila brali mnie za rękę 
i ściskali   z otuchą.   Cały   czas   miałam   wrażenie,   że   wiedzą,   że   to   moja   wina.   Jej   ostatnie 
zachowanie   to   naprawdę   było   wołanie   o pomoc.   Chciała   mnie   zatrzymać,   zanim   na   zawsze 
zniknę z jej życia i zostawię ją samą i nieszczęśliwą. Ale ja byłam ślepa. Odmówiłam jej pomocy 
i przeze mnie targnęła się na życie.

Cały czas przypominałam sobie nasze rozmowy z ostatniego tygodnia. Czy nie dostrzegłam 

symptomów załamania? W moje urodziny była opryskliwa, tak, ale twierdziła, że to napięcie 
przedmiesiączkowe. A kiedy mi oznajmiła, że Arabella będzie jej druhną na ślubie z Mitchellem, 
nie wydawała się w depresji.

– Przecież miała wyjść za mąż – jęknęłam, gdy taksówka zatrzymała się przed wejściem na 

izbę przyjęć.

Brian i Bill spojrzeli na mnie takim wzrokiem, jakbym powiedziała, że Mary padła ofiarą 

background image

porwania przez UFO.

– Naprawdę. Powiedziała mi to w sobotę. Planowała ślub z Mitchellem.
– Co? Z tym gejem? – zdziwił się Bill.
– Tak. Z tym gejem – potwierdził Brian.
Z gejem. Czyżbym  ja jedna niczego nie zauważyła? Bill zaprowadził nas na oddział, na 

którym leżała. Pielęgniarka rozpoznała go.

– Obudziła się – powiedziała. – Ale teraz są u niej rodzice. Odetchnęłam z ulgą. Kiedy są 

przy niej rodzice, nie jesteśmy za nic odpowiedzialni.

Wreszcie wyszli z jej pokoju. Mężczyzna, wypoczęty i opalony po urlopie w ciepłych kraj 

ach, starał się objąć kobietę, która odpychała go ze zniecierpliwieniem. Ona płakała głośno, on 
miał czerwone oczy.

– Przez ciebie to zrobiła – chlipnęła, kiedy nas mijali. – W kółko masz romanse.
– Ty też.
– Z zemsty. Boże drogi, Króliczku, jacy z nas egoiści.
– Ja? Egoista? Ty jesteś jej matką. Gdzie byłaś, kiedy potrzebowała bratniej duszy?
– Miała mój numer. Wiedziała, że może do mnie zadzwonić o każdej porze dnia i nocy.
Widać było, że Bill zastanawia się, czy przerwać im kłótnię i zapytać o Mary, ale chyba 

uznał, że nie warto. Podszedł do drzwi jej pokoju.

–   Wchodzisz?   –   zapytał   mnie.   –   Możemy   wejść   parami.   –   Weź   Briana,   wolałabym 

porozmawiać z nią w cztery oczy.

Zostałam sama, bezmyślnie czytałam plakaty na ścianach.
Dlaczego   chciała   się   zabić?   Podczas   dzisiejszej   kłótni   obie   zachowałyśmy   się 

niewybaczalnie, ale nie wyglądała na potencjalną samobójczynię. Mówiła, że mam wszystko, 
a ona nic, ale tylko po to, żebym jej wybaczyła ten numer z telewizją, prawda?

To jest tak. Odkąd ją znam, Mary wiecznie szukała dziury w całym, ale nie przypuszczałam, 

że doprowadzi jato do samobójstwa. Zawsze na coś czekała, a to na nową miłość, a to na nowy 
koncert czy płytę Bauhausu. I była taka wybredna. Krzywiła się, nawet łykając aspirynę. Kiedyś 
zemdlała, bo przycięłam sobie palec drzwiami i trzeba mi było zerwać paznokieć. Takich osób 
nie podejrzewa się o skłonności samobójcze. Nie, Mary wydawała się zwykłą śmiertelniczką, 
która zanudzi wszystkich swoimi problemami, zanim coś zrobi.

Brian i Bill wyszli z jej pokoju. Chichotali nerwowo jak mali chłopcy po wizycie w domu 

strachów. Bali się przez całą przejażdżkę, a teraz udowadniają sobie i innym, jacy są dzielni.

– Co z nią?
– W porządku. Fizycznie. Jutro wyjdzie, ale najpierw musi ją zbadać psychiatra.
– Powiedziała, dlaczego to zrobiła?
– Chyba sama nie wie – stwierdził Brian. – Idź do niej. Czeka na ciebie.

background image

Kilka kroków do drzwi ciągnęło się w nieskończoność. Wyglądała jak porcelanowa lalka, 

blada i bezbronna, drobna na szerokim łóżku, w idiotycznej koszuli nocnej z koronkami, którą 
przyniosła jej matka. Z nadgarstków, bezwładnie leżących na kołdrze, odchodziły rurki i tuby od 
kroplówek. Była biała jak ściana, jeśli nie liczyć oczu, rozmazanych i podkrążonych. Wyglądała 
jak miś panda.

– Część, Lizzie – powiedziała cichutko.
Usiadłam na krześle obok łóżka. Przez dłuższą chwilę patrzyłyśmy na siebie w milczeniu. 

Nie do wiary, że to ta sama osoba, z którą się dzisiaj kłóciłam. Taka bezbronna. Taka krucha.

–   Przepraszam,   że   wam   to   zrobiłam   –   zaczęła.   –   Wiem,   że   to   wasz   ostatni   wieczór.   – 

Pociągnęła nosem.

– Dlaczego? – zapytałam szeptem. – Dlaczego chciałaś się zabić?
– Nie chciałam. Po prostu było mi źle i pomyślałam, że się trochę podkręcę.
– Trochę? Bill mówi, że na stoliku było mnóstwo kokainy – Wciągnęłam tylko trzy kreski. 

Ale piłam przy tym. Chyba dlatego... Płukali mi żołądek. To okropne uczucie. Wyobraź sobie 
najgorszego kaca w życiu razy dwadzieścia.

Pokiwałam głową współczująco.
– Razy dwadzieścia milionów.
– Niedługo poczujesz się lepiej.
– Niestety, mam przeczucie, że koszmar dopiero się zaczyna. Gazety na pewno się o tym 

dowiedzą.

– Dlaczego?
–   Jutro   Mitchell   wyjawi   publicznie,   że   jest   gejem.   Pomyśl,   jego   wyznanie,   moja   próba 

samobójcza... świetny temat.

– Kiedyś opowiedziałaś, że nie ma czegoś takiego jak zła prasa.
– Mówię to klientom, ale nie wiem, czy to prawda.
– Posłuchaj, bardzo mi przykro z powodu... no wiesz. Naszej kłótni. Przez cały czas myślę, 

że to przeze mnie. Tak? – Ostatnie pytanie z trudem z siebie wydusiłam. Byłam na siebie zła, że 
pytam. Ale musiałam wiedzieć.

Mary pokręciła głową.
– Nie, właściwie nie.
– Naprawdę?
– Wiesz, jak jest. Powiem ci, że nieźle się uśmiałam, kiedy zabrali ci samochód.
– Widziałaś to?
– Osobiście wezwałam straż miejską. Ale to naprawdę nie twoja wina, Lizzie. Jesteś dobrą 

przyjaciółką. Najlepszą, jaką mam. To ja powinnam cię przeprosić.

Z wdzięcznością złapałam ją za ręce i przy okazji o mały włos nie wyrwałam igły z żyły.

background image

– Uważaj. – Skrzywiła się, ale odwzajemniła uścisk.
– Jesteś moją najlepszą przyjaciółką – zapewniłam ją. – Zrobię, co w mojej mocy, żeby ci 

pomóc.

– Chyba właśnie do mnie dotarło, że pewne rzeczy muszę zrobić sama – uśmiechnęła się 

lekko.

– Razem się z tym uporamy. Jeszcze raz uścisnęła moją dłoń.
– Słuchaj, nie musicie tu siedzieć całą noc. Przecież Brian jutro odlatuje. Przysięgam, nie 

zrobiłam tego celowo.

– Dzięki, że mu nie powiedziałaś.
– Chyba uda mi się utrzymać język za zębami przez najbliższe dwadzieścia cztery godziny. 

Wpadnij do mnie po jego wyjeździe. Opowiesz mi wszystko ze szczegółami.

Obiecałam,   że   to   zrobię,   i wyszłam.   Nie   wiedziałam,   zostać   dłużej   czy   nie,   ale   Mary 

powiedziała, że jest zmęczona i chce zostać sama.

Brian i Bill nadal siedzieli w poczekalni i wymieniali się wspomnieniami. Spojrzeli na mnie 

z wyczekiwaniem.

– Powiedziała, że mamy iść. Chce się przespać.
Bill   i tak   spieszył   się   na   lotnisko,   więc   pojechał,   a my   podziwialiśmy   wschód   słońca 

w szpitalnej kafejce. Brian milczał.

– Liz, co się z nami dzieje? – zapytał. Wzdrygnęłam się. Dopiero po chwili zdałam sobie 

sprawę, że to pytanie retoryczne.

W mieszkaniu Harriet wziął mnie za rękę i poprowadził do sypialni. Już w taksówce gładził 

mnie po głowie i teraz robił to samo. Leżeliśmy w półmroku, pod aksamitnym baldachimem. 
Wtuliłam się w niego, wdychałam jego zapach. Pocałował mnie delikatnie.

Powoli, leniwie rozpiął mi bluzkę i zsunął z ramion. Całował mnie w szyję, pieścił ustami 

obojczyki, szeptał czułe słówka w rozpalone uszy.

Lata   oddalenia   nie   zgasiły   łączącej   nas   namiętności.   Kochaliśmy   się   zwinnie   jak   starzy 

tancerze, reagowaliśmy na swoje ruchy, jakbyśmy na pamięć znali choreografię. Brian wiedział, 
jak doprowadzić mnie do szaleństwa. A ja wiedziałam, jak doprowadzić jego.

Później zdecydowaliśmy się trochę przespać, zanim pojedziemy na lotnisko. Nie zasnęłam, 

ale nie zareagowałam, słysząc zgrzyt klucza w zamku. Leżałam na boku i starłam się zapamiętać 
profil Briana: to wspomnienie będzie mnie ogrzewało w puste noce w Ballham. Nie żeby tych 
nocy miało być dużo. Kiedy tylko spłacę długi, jakich narobiłam podczas wizyty Briana, kupię 
bilet do Nowego Jorku. W jedną stronę. I zacznę nowe życie z nim. Wtedy naprawdę mi się 
wydawało, że mi się udało.

Spał. Pocałowałam go w policzek. Nie zaniepokoiło mnie skrzypnięcie drzwi wejściowych.
– Herk? Herk?

background image

Światło w holu się zapaliło. Był ranek, ale mieszkanie Harriet było ciemne i ponure.
– Herk? Gdzie jesteś, kochanie? Paniusia wróciła!
Usiadłam gwałtownie. Spojrzałam na zegarek przy łóżku. Kwadrans po dziesiątej. Harriet 

powinna jeszcze być na Majorce. Do jutra.

– Herk? Schowałeś się? Nie chowaj się przede mną, kochany! Gniewasz się, bo mnie nie 

było?

Nie wiedziałam, co robić. Wybiec do przedpokoju, zatrzymać ją w korytarzu? Nie zdążyłam 

podjąć decyzji. Nie zdążyłam nawet się ubrać. Harriet weszła do sypialni i zapaliła światło.

– Pewnie tutaj jesteś! – gruchała. Brian obudził się w jednej chwili.
– Ej! – wrzasnął. – Co pani tu robi? Harriet pobladła jak ściana.
– A pan? – odcięła się.
Brian wyskoczył z łóżka, przykrył się poduszką i ruszył groźnie ku Harriet. Po drodze złapał 

wazę, żeby ją uderzyć. Wazę bez wątpienia bezcenną.

– Brian! – wrzasnęłam. – Nie.
– Lizzie – sapnęła Harriet.
I wtedy wszystko się skończyło.

background image

Rozdział 26

Nazywam się lady Harriet Corbett, a to jest moje mieszkanie. – Myli się pani starsza – syknął 

Brian.

– Niestety nie – przyznałam z trudem.
Harriet patrzyła na mnie z oburzeniem. Nie wiedziałam, co było dla niej gorsze, fakt, że 

przyłapała nas w jej łóżku, czy to, że Brian powiedział o niej „starsza”.

I tak wszystko się wydało. Mówiąc krótko, powiedziałam Brianowi, żeby przypomniał sobie 

wszystko, co mu naopowiadałam. To kłamstwo. Prawda jest całkowitym przeciwieństwem moich 
bzdur. Nie ma sensu tłumaczyć więcej. Szefowa wróciła do mieszkania, a przyjaciółka leżała 
w szpitalu.

A co zrobił Brian? Najpierw uśmiechał się głupio, jakby cały czas czekał, że zaraz powiem, 

że to kolejny głupi kawał, żeby mu urozmaicić pobyt w Londynie.

A kiedy do niego dotarło, że tym razem to nie żart, spochmurniał.
–   Więc   mnie   okłamywałaś   –   stwierdził   powoli.   Nie   miałam   innego   wyjścia,   musiałam 

potwierdzić.

– Masz mnie za idiotę?
Mówił bardzo cicho. Nie wiadomo dlaczego to było gorsze, niż gdyby krzyczał.
– Nie mieści mi się to w głowie. Podniósł bokserki z podłogi.
– Chyba czas się wyprowadzić, co?
Rzucił mi mój szlafrok. A raczej szlafrok Harriet, o czym miał się wkrótce dowiedzieć.
Harriet stała w drzwiach, nie wiedziała, gdzie patrzeć, ale jednocześnie nie chciała wyjść. 

Koszmar. Rozważałam, czy nie wyskoczyć przez okno, żeby przed nimi uciec. Nie, cztery piętra 
to jednak wysoko. Otuliłam się szczelniej szlafrokiem i poszłam z nimi do saloniku. Stanęłam 
przy kominku i kuliłam się pod ich oskarżycielskim wzrokiem.

Coś takiego, zaledwie kilka godzin temu Brian i ja snuliśmy plany na przyszłość. Gdybym 

dla niego pracowała, zwolniłby mnie.

Gdybym była jego dzieckiem, dostałabym lanie. Jako jego dziewczyna byłam skończona.
– Dlaczego? – zapytał. Dobre pytanie.
–  Bo  cię   kocham  –  zaczęłam.   –  Bo  chciałam,   żeby  między  nami  było   jak  dawniej.  Bo 

wydawało mi się, że nie zechcesz mnie, takiej zwyczajnej. Dziewczyny z beznadziejną pracą...

– W mojej firmie – pośpieszyła z wyjaśnieniami Harriet.
– W strasznym mieszkaniu.
– W Ballham – uzupełniła Harriet. – Nie tutaj, w Notting Hill. Ja tu mieszkam.
– A mercedes? – zapytał Brian.

background image

– Też mój. A tak przy okazji, gdzie jest?
– Tam, gdzie go zostawiłaś przed wyjazdem – warknęłam. Brian spojrzał na mnie groźnie. 

Znowu   kłamałam.   –   No   dobrze,   pożyczyłam   go   sobie   i źle   zaparkowałam   –   przyznałam.   – 
Zabrali go wczoraj. Zapłacę ci za to.

– Nie chcę tego słuchać – mruknął Brian. – Idę po rzeczy i jadę na lotnisko. Może uda mi się 

złapać wcześniejszy samolot.

– Brian, nie – rzuciłam się do niego, ale odepchnął mnie brutalnie.
– Bardzo mi przykro, lady Corbett – powiedział. – Proszę mi uwierzyć, gdybym wiedział, że 

naruszam pani własność, nie mieszkałbym tutaj.

– Przeprosiny przyjęte – Harriet wdzięcznie skinęła głową i Brian poszedł się spakować. 

Chciałam za nim pobiec, ale Harriet, zadziwiająco silna jak na tak drobną osóbkę, złapała mnie 
za ramię.

– Najpierw mi powiedz – wycedziła przez zęby – co zrobiłaś z moim pieskiem.
Otwierałam usta, żeby jej powiedzieć, kiedy usłyszałam trzaśniecie drzwi. Rzuciłam się do 

okna i zobaczyłam Briana, jak wychodzi na słońce. Pewnie wrzucił ciuchy byle jak do walizki, 
tak bardzo chciał stąd wyjść. Nawet się nie pożegnał.

Miałam łzy w oczach. Mój kochanek, miłość mojego życia, moja cała przyszłość odjeżdża 

zwykłą londyńską taksówką.

– Brian!
Harriet nie pozwoliła mi za nim jechać. Oznajmiła, że jeśli natychmiast nie zawiozę jej do 

Herkulesa,   wezwie   policję   i oskarży   mnie   o bezprawne   zajęcie   jej   mieszkania   i kradzież 
samochodu. Kiedy chodziło o Herkulesa, zamieniała się w lwicę broniącą młodych.

– Brian! – zawołałam jeszcze raz. Na próżno. Nawet nie spojrzał w górę.
– Daruj sobie – poradziła Harriet. – Chyba go straciłaś na dobre. W taksówce do Ballham 

trochę zmiękła, widząc, jaka jestem nieszczęśliwa.

– Kłótnie kochanków – mruknęła. – Wróci, kiedy się uspokoi. Kiwnęłam głową, chociaż 

wiedziałam, że tak nie będzie.

Im bliżej byłyśmy Herkulesa, tym milsza była Harriet. Pod koniec niemal przepraszała, że 

wszystko mi popsuła.

– Przepraszam,   że  za  wcześnie  wróciłam   – tłumaczyła   się.  – Było  cudownie,  Króliczek 

obiecał nawet, że rozwiedzie się z żoną i ożeni ze mną. Wiem, mówił to już wcześniej, ale tym 
razem mu uwierzyłam. No, ale teraz i tak nic z tego nie będzie.

– Dlaczego? – zapytałam, chociaż nic mnie to nie obchodziło.
– Dzwoniła jego żona. Była w szpitalu u ich córki. Podobno ta mała idiotka próbowała się 

zabić. A żona Króliczka oczywiście spodziewała się, że zaraz do niej przyleci. Tłumaczyłam mu, 
że   kiedy   byłam   młodsza,   podejmowałam   próby   samobójcze   mniej   więcej   co   dwa   tygodnie. 

background image

Tłumaczyłam,   że   ta   mała   chce   zwrócić   na   siebie   uwagę,   ale   mnie   nie   słuchał.   I zanim   się 
zorientowałam, już leciał do domu. Czekałam siedem godzin na następny samolot!

– Biedactwo – Pokiwałam głową. – Nie martw się, pewnie zadzwoni, kiedy tylko jego córka 

poczuje się lepiej.

–   Nie   liczę   na   to,   teraz   co   najmniej   przez   miesiąc   będzie   udawał   kochanego   tatusia 

i wzorowego   męża.   Co   za   samolubna   dziewucha.   Przecież   nie   jest   już   dzieckiem.   Ma 
dwadzieścia siedem lat. W tym wieku powinna już wydorośleć.

Dziwne słowa z ust Harriet, która wpadała w histerię z powodu zagubionego dziurkacza.
– Króliczek jest z niej dumny,  w kółko powtarza, jaką karierę zrobiła jego córeczka. Ma 

agencję PR. Nazywa MB PR. Słyszałaś o tym?

Mary   Bagshot   Public   Relations.   Pewnie   że   słyszałam.   Króliczek   to   ojciec   Mary.   Jakim 

cudem ze wszystkich żonatych facetów w Londynie Harriet poderwała akurat ojca Mary?

– Chyba słyszałam – jęknęłam.
– No widzisz. Ta dziewczyna zrujnowała mi życie – westchnęła Harriet.
Mnie też, pomyślałam.
– Pewnie już nigdy nie poznam takiego mężczyzny jak Króliczek. Nie wiem, co bym zrobiła, 

gdybym nie miała Herkulesa. Jesteś pewna, że w Ballham nic mu nie grozi?

– A niby co mogłoby mu się stać w Ballham? – zdziwiłam się.
– Herkulesa nie ma.
Seema unikała mojego wzroku.
– Poszedł siusiu? – dopytywała się Harriet radośnie.
– Poszedł na spacerek. Sam – uściśliła Seema. Harriet spoważniała i czekała na wyjaśnienia. 

Szczere.

– To nie moja wina – zaczęła Seema. – Nie ja go wypuściłam, tylko Gruby Joe. Mówiłam 

mu, żeby tego nie robił. Ale uparł się, żeby wypróbować na Herkulesie ten swój nadajnik, wiesz. 
Przymocował mu go do obroży i zostawił w parku, żeby sprawdzić, czy w domu zobaczy go na 
monitorze.

Nadajnik. Ten, nad którym Gruby Joe pracował po nocach. Chciał się przekonać, czy będzie 

widział, jak Herkules wędruje do domu. Tylko że dom Herkulesa był nie w Ballham. Kiedy tylko 
durny   kundel   poczuł   wolność,   włączył   wewnętrzny   kompas   i ruszył   do   mieszkania   Harriet 
niedaleko Hyde Parku. Po pół godzinie i Herkules, i nadajnik zniknęli z monitora. Kiedy Seema 
wróciła ze spotkania z Richardem w Tate Gallery, Joe zaraz się do wszystkiego przyznał. Szukali 
go kilka godzin we trójkę, Joe, Seema i Richard. Przestali późną nocą i wznowili poszukiwania 
o świcie.

Harriet zalała się łzami.
– Moje maleństwo! Moje biedne maleństwo! – szlochała. Seema się dołączyła, chlipiąc:

background image

– To nie moja wina.
Zostawiłyśmy Harriet na najczystszym fragmencie kanapy, zaciągnęłam Seemę do kuchni 

i zamknęłam drzwi.

– Ufałam ci – warknęłam, gdy zostałyśmy same.
– Mówiłam mu, żeby go nie wypuszczał – zawodziła.
– Co teraz robi? – zainteresowałam się.
– Chyba siedzi pod łóżkiem.
– Załatw to, Seema. Ufałam ci. To wszystko twoja wina. Do niczego by nie doszło, gdybyś  

nie umówiła się z moim facetem!

– Co? – Przestała płakać. – Coś ty powiedziała?
– Nie udawaj, że nie wiesz, o czym mówię. Widziałam was w niedzielę w Tatę. Kleiłaś się 

do Richarda.

– Nie zaprzeczam, że byłam z nim w Tatę – przyznała. – Ale nie kleiłam się do niego, o nie.
– Ależ tak. Szliście pod rękę, trzepotałaś rzęsami jak...
– Nieprawda.
–   Byłaś   w skórzanych   spodniach   –   wytoczyłam   najcięższy   argument.   Seema   zakładała 

skórzane spodnie na pierwszą randkę, zwłaszcza z facetem, na którym jej zależało. – I co ty na 
to?

Myślałam, że przyparłam ją do muru, tymczasem ona naskoczyła na mnie.
– Co ja na to? Otóż wszystkie moje ciuchy były w psiej sierści. W sierści psa, którym ty się 

miałaś opiekować, pamiętasz? Ale nie mogłaś, bo twój były facet, którego chcesz odzyskać, ma 
alergię na psy.

– Nie alergię, tylko fobię – poprawiłam.
–   Nieważne.   To   ja   wyświadczałam   ci   przysługę.   I to   niejedną.   Zajmowałam   się   twoim 

facetem,  żebyś  mogła  uwodzić  byłego  ukochanego.  Nie flirtowałam  z nim.  Przez  cały dzień 
gadał tylko o tobie.

– Nieprawda, słyszałam was – obstawałam przy swoim.
– Na Boga, Lizzie, a co miał robić, dłubać w nosie czy szlochać w centrum miasta? Był 

wściekły,   że   nie   chciałaś   mu   przedstawić   tego   Amerykanina.   Chyba   wyczuł,   co   się   święci. 
Powiedział, że rozważa, czy nie zerwać z tobą. To ja go przekonałam, że szuka dziury w całym. 
Tłumaczyłam, żeby poczekał do wyjazdu Briana, wtedy wszystko wróci do normy. Chciałam ci 
pomóc. Żebyś nie paliła mostów. Właśnie to robiłam w Tate Gallery w niedzielne popołudnie, 
chociaż sama nie wiem, czemu tak się męczyłam. Richard to fajny facet. Za fajny, żeby tak go 
krzywdzić.

Żachnęłam się.
– Naprawdę. Nie wiedziałam, jaki jest fajny aż do tej niedzieli. Zawsze mi się wydawało, że 

background image

to kolejny nudziarz, którego interesuje tylko piłka i piwo, ale to nieprawda. Dużo wie, zna się na 
sztuce,   architekturze   i muzyce.   Wiesz,   że   wie   dokładnie,   kto   zaprojektował   najsłynniejsze 
londyńskie budowle? Jest bardzo oczytany. I dowcipny.

– Wiem – jęknęłam.
– I nie jest taki brzydki. Po galerii zaciągnęłam go do Harvey Nicks i namówiłam,  żeby 

przymierzył parę ciuchów. Wymusiłam na nim obietnicę, że kiedy spłaci debet, kupi sobie coś 
porządnego – Mógłby też zajrzeć do fryzjera.

– Tak, tak. Ale najważniejsze, Liz, że on cię naprawdę kocha. Twierdzi, że nie zna drugiej 

takiej jak ty. Zrobi wszystko, bylebyś  była szczęśliwa. Na przykład wziął dzień wolny, żeby 
szukać tego cholernego psa.

– Co?
– Kiedy Herkules rano nie wrócił, zadzwoniłam do Richarda do pracy. Zwolnił się i obiecał, 

że   zacznie  go  szukać.   Zaraz   powinien  tu   być.  Wyjdziesz,  zanim   przyjedzie?  Chociaż   moim 
zdaniem powinnaś powiedzieć mu prawdę, zadał sobie tyle trudu. I tak teraz go rzucisz, prawda? 
Bo z Brianem wszystko w porządku?

– Nie. Wyjechał. Harriet wróciła za wcześnie i musiałam powiedzieć mu prawdę.
Seema westchnęła ciężko.
– No tak. To było nieuniknione.
– Nieprawda. Prawie mi się udało. Gdyby Harriet nie wróciła wcześniej... I gdyby ta idiotka 

Mary   nie   przedawkowała   alkoholu   i kokainy,   jej   ojciec   nie   wracałby   wcześniej   z urlopu, 
a Harriet dalej siedziałaby na Majorce. Dlaczego romansuje akurat z ojcem Mary? Wszystko mi 
popsuli.

– Na Boga, chyba ich nie obwiniasz?
– A niby kogo mam obwiniać? – zdziwiłam się.
– Nie wierzę, że jeszcze o to pytasz, Liz. Nazmyślałaś, ile wlezie, uknułaś straszną intrygę, 

a teraz obwiniasz wszystkich, że żyją własnym życiem. Nie martwisz się, że twoja przyjaciółka 
cudem uniknęła śmierci?

– Nie umarłaby.
– Cóż, a nawet gdyby, przynajmniej nie obawiałabyś się, że powie Brianowi prawdę, tak? 

Tylko to cię martwi. Wykorzystałaś wszystko i wszystkich. Mieszkanie Harriet, ciuchy Mary, 
mnie jako opiekunkę dla psa. Nie tylko Briana. Okłamałaś i Briana, i Richarda.

– Nie okłamałam Harriet.
– Zrobiłabyś to, gdyby nie zastała was w swoim łóżku! – zauważyła Seema.
– Chciałam tylko być szczęśliwa! – wrzasnęłam. – Dlaczego chociaż raz nie mogę mieć tego, 

co chcę?

– Bo tym razem na to nie zasłużyłaś.

background image

–   Dlaczego?   Zresztą   co   to   ma   do   rzeczy?   Czy   Mary   zasłużyła   na   to,   że   jest   taka 

nieprzyzwoicie bogata? A Harriet? Niby dlaczego im się w życiu układa?

– Układa? Mary jest tak samotna, że próbowała się zabić, a Harriet zadowala się żonatym 

facetem. Lizzie, nawet nie wiesz, co masz. Masz kochającą rodzinę i faceta, który za tobą szaleje. 
Za prawdziwą tobą.

Objęła   mnie   ramieniem,   przekonana,   że   to   do   mnie   trafiło.   Było   jak   wtedy,   kiedy 

przekonywała mnie, że nasze mieszkanie wcale nie jest takie straszne i spokojnie możemy tu 
zaprosić Briana. Chciała, żebym się cieszyła tym, co mam. Ale wtedy nie byłam na to gotowa.

– Mam dosyć takiego życia – warknęłam. – Zasługuję na coś lepszego niż ta nora! Zasługuję 

na lepsze życie!

Seema odsunęła się natychmiast.
– Wiesz, na co zasługujesz przede wszystkim, Lizzie Jordan? – syknęła. – Na siarczysty 

policzek.

I wymierzyła mi go z rozmachem.
– Och, ty! – W odpowiedzi zdzieliłam ją pięścią.
Niestety,  ja w dzieciństwie walczyłam z bratem, a Seema musiała stawiać czoła siostrom. 

Wiedziała, jak załatwić kobietę. Zanim się zorientowałam, trzymała mnie za włosy.

– Ani się waż! – wrzasnęła, kiedy chciałam znowu ją uderzyć.
– Pomożecie mi znaleźć pieska czy nie? – Harriet stanęła w progu. Na nasz widok dostała 

ataku migreny.

– Przestańcie! – wrzasnęła. – Jak możecie? Zachowujecie się jak dzieci, a biedny Herkules 

błąka się sam jak palec!

Seema puściła mnie i odepchnęła.
– No to jak, pomożecie? – powtórzyła Harriet. Sądząc po jej minie, jeśli odmówię, obedrze 

mnie żywcem ze skóry.

– Nie wiem, od czego zacząć – przyznałam. Nagle rozległy się dziwne gwizdy i trzaski.
– Udało się – wrzeszczał Gruby Joe. – Numer siedem, zgłoś się, czas minął!
Harriet z przerażeniem złapała się za gardło, gdy Gruby Joe wtoczył się do kuchni w całej 

swojej   krasie,   czyli   rynsztunku   żołnierskim.   Na   czubku   głowy   miał   okulary   do   pływania. 
Wierzył, że to noktowizor.

– Akcja Herkules znowu w fazie operacyjnej – zawiadomił nas. – Był śmiertelnie poważny, 

a zarazem   bardziej   ożywiony,   niż   kiedykolwiek   widziałam.   –   Przez   całą   noc   starałem   się 
wzmocnić odbiornik – tłumaczył. – Nie było to proste, ale...

Ze szczegółami opowiadał nam, co robił, oczywiście nic nie zrozumiałyśmy. Mówiąc krótko: 

złapał sygnał z obroży Herkulesa. Nieruchomej.

Czy to dobry znak czy zły? Może obroża mu spadła. A może Herkules nie żyje. W każdym 

background image

razie   wiedzieliśmy   już,   gdzie   szukać.   Wpatrzeni   w odbiornik   Grubego   Joe   wyruszyliśmy   do 
nadajnika z nadzieją, że znajdziemy i psa.

Biegliśmy coraz szybciej po drugiej stronie parku. Nigdy tu nie byłam. Seema kurczowo 

ściskała w dłoni grzebień, chyba jako broń przeciwko gangowi porywaczy psów rasowych.

Harriet drobiła koło Grubego Joe. Milczała. Myślała tylko o jednym.
Ja też. Ilekroć nad naszymi głowami przelatywał samolot, zastanawiałam się, czy Brian jest 

na pokładzie. Chciałam powiedzieć Harriet, gdzie może sobie wsadzić te poszukiwania, ja muszę 
jechać  na  lotnisko.  Może  jeszcze  go  złapię.   Może  zrozumie.  Ale  Harriet   już  raz  groziła  mi 
policją.

Nagle stanęliśmy przed komisariatem policji.
– To komisariat policji – zauważyła Seema. Co za błyskotliwość.
– Sygnał dochodzi ze środka – orzekł Gruby Joe.
– Myślisz, że Herkules tam jest?
Policjant bez kasku już wyglądał przez okno, zaintrygowany naszą niecodzienną gromadką. 

Gruby wariat w rynsztunku bojowym, dwie dziewczyny ubrane jak na dyskotekę i podstarzała 
arystokratka w pantofelkach bez palców.

– W czym mogę pomóc? – zapytał grzecznie.
– Porwano mojego psa! – krzyknęła Harriet.
– Ach, więc to pani pies.
 

background image

Rozdział 27

Harriet wyminęła policjanta i wbiegła do środka jak matka dowiadująca się, że dziecko, które 

uważała za martwe, jeszcze żyje.

–   Gdzie   on   jest?   –   wypytywała   policjantkę,   która   spisywała   okoliczności   kradzieży 

samochodu. – Gdzie moje maleństwo? Zaginął – tłumaczyła poszkodowanemu.

– Och, to proszę bardzo – usunął się grzecznie. Kiedy policjant przyprowadził „maleństwo” 

Harriet, był już mniej współczujący.

Sierżant postawił Herkulesa na ziemi. Pies zadygotał. Spojrzał na Harriet i zamrugał szybko, 

jakby nie wierzył własnym oczom, że znowu są razem.

– Czy to on? – zapytał policjant.
– O tak, tak! – I scena jak z filmu. Herkules nagle skoczył  Harriet w ramiona i polizał ją 

różowym jęzorem. – Przepraszam, że zostawiłam cię z tą straszną kobietą. – to o mnie. – Już 
nigdy, przenigdy tego nie zrobię.

– Gdzie go znaleźliście? – zapytała Seema.
– Przyprowadził go ten pan.
No nie, jeszcze tylko tego brakowało. W kącie stał starszy dżentelmen, który mnie zganił, że 

nie chciałam posprzątać po Herkulesie.

– Jakiś mężczyzna chciał go ukraść – opowiadał sierżant. Ktoś naprawdę chciał porwać psa 

Harriet?

– To ona! – Pułkownik mnie rozpoznał. – To szefowa tej szajki! Ją też aresztujcie!
Co?
–  Może   wniesie  coś  do  śledztwa  –  sierżant  pokiwał   głową.  –  Czy zna   pani  narkomana 

Richarda Adamsa?

Narkomana Richarda Adamsa? Chyba nie mój Richard Adams?
– Richard Adams to mój chłopak – wystękałam. – Tak jakby.
– A nie mówiłem? – triumfował pułkownik. – To cała szajka. Kradną psy i sprzedają je do 

laboratoriów.

– Harriet powierzyła go mojej opiece.
– Chciałaś go sprzedać do laboratorium? – Harriet nie mogła złapać tchu z oburzenia.
– Nie, nie chciałam. Richard też nie. Chyba.
– Proszę za mną – powiedział sierżant i otworzył drzwi do pokoju przesłuchań.
Usiedliśmy. Harriet w końcu potwierdziła, że upoważniła mnie do opieki nad Herkulesem. 

Nie wywiązałam się najlepiej ze swoich obowiązków, ale rzeczywiście pies był pod moją opieką. 
To prawda.

Okazało się, że czujny pułkownik aresztował Richarda jako członek straży obywatelskiej, 

background image

gdy zobaczył, jak ten wabi Herkulesa kawałkiem parówki (co i tak nie przyniosłoby rezultatów, 
orzekła Harriet, bo Herkules nie jada wędlin z konserwantami). I tak, kiedy Richard schwytał 
Herkulesa, pułkownik schwytał Richarda. Powalił go na ziemię, usiadł na plecach i czekał, aż 
nadejdzie patrol.

A teraz Richarda podejrzewa się o porywanie psów.
– Proszę wycofać oskarżenie – poprosiła Harriet.
Niestety, nie dało się wycofać innego zarzutu. Podczas aresztowania Richard miał w kieszeni 

skręta, wypalonego do połowy. I od razu wzięli go za narkomana.

Załamana opuściłam głowę.
– To wszystko przez ciebie – syknęła Seema. Jakbym sama tego nie wiedziała.
Nikt nie musiał mi przypominać, że gdybym tak bardzo nie chciała być z Brianem, Seema 

nie musiałaby się opiekować Herkulesem i jednocześnie pocieszać mojego faceta. Wtedy Gruby 
Joe nie miałby okazji wciągnąć Herkulesa w swoje eksperymenty, pies by się nie zgubił, Richard 
by go nie szukał, pułkownik by go nie aresztował i Richard by teraz nie siedział.

A przecież nawet nie palił trawy. Przynajmniej o ile mi wiadomo.
– Kupił skręta od kolegi, bo myślał, że dzięki temu łatwiej o tobie zapomni – wytłumaczyła 

Seema. – Wypalił połowę u nas, krztusił się i dusił, i miał dosyć. Resztę chciał wyrzucić.

A teraz nieszczęsny skręt odbije się na jego przyszłości. I to wszystko przez mnie.
Najchętniej poprosiłabym sierżanta, żeby to mnie aresztował. To moja wina. To przeze mnie 

mój chłopak siedzi wwiezieniu, moja najlepsza przyjaciółka leży w szpitalu, a miłość mojego 
życia spędza ostatni dzień urlopu w barze na lotnisku.

Nic dziwnego, że w drodze powrotnej nikt się do mnie nie odzywał.

background image

Rozdział 28

W kółko nagrywałam się Richardowi na sekretarkę i prosiłam, żeby do mnie zadzwonił, jak 

wróci do domu. Telefon milczał. Zadzwoniłam do Mary. Odebrała jej matka i poinformowała 
mnie oschle, że wszystkie sprawy mam załatwiać przez biuro. Właściwie nie było sensu dzwonić 
do Briana na komórkę. A jednak to zrobiłam.

– Halo?
Nie   wiem,   czemu   się   dziwiłam,   że   odebrał   własny   telefon.   Chyba   podejrzewałam,   że 

wszyscy wołanie słyszeć dzwonka, niż rozmawiać ze mną.

– Kto mówi? – zapytał. Milczałam.
– W porządku – westchnął. – To ty, Lizzie?
Powinien być już w połowie drogi nad Atlantykiem, a tymczasem siedział w Burger Kingu 

na Heathrow. Okazało się, że jego samolot miał opóźnienie, jakieś problemy techniczne. Wolał 
o tym   nie   myśleć,   i tak   zawsze   bał   się   latać.   Przeczytał   gazetę   od   deski   do  deski,   włącznie 
z ogłoszeniami. Tak, przyda mu się towarzystwo, nawet moje.

Byłam   tam   godzinę   później,   nie   taka   wymuskana   jak   podczas   ostatniego   spotkania   na 

lotnisku, ale równie szczęśliwa, że go widzę.

– Nie znoszę pożegnań na lotnisku – przypomniałam mu.
– Ale chyba lepsze to niż żadne pożegnanie?
Właściwie nie spodziewałam się, że Brian pozwoli mi się wytłumaczyć. Tymczasem słuchał. 

Dochodziła dziesiąta wieczorem, a jego samolot nadal nie startował. Siedział na lotnisku od rana, 
pewnie dlatego radośnie witał każdą rozrywkę.

W  rogu sali  odpraw  opowiadałam  mu,  jak naprawdę  wyglądało   moje  życie   od studiów. 

Opowiadałam   o kiepskich   wynikach   egzaminów   końcowych,   o marnie   płatnych   pracach 
i obskurnym   mieszkaniu.   Opowiadałam,   jak   kiedyś   dopijałyśmy   z Seemą   resztki   cudzych 
drinków, bo byłyśmy w drogim barze i nie stać nas było na alkohol. Opowiadałam o ciuchach ze 
szmateksówi   o tym,   jak   przekonywałam   Mary,   że   znalazłam   je   na   wyprzedaży   w dobrych 
sklepach. Przyznałam nawet, że Mary podejrzewa, że w naszej kanapie mieszkają pchły, chociaż 
podkreśliłam, że to prawdopodobnie bujda. Opowiadałam, że nic nigdy mi się w życiu nie udało. 
Pracując   u Harriet,   nie   rozwijałam   się,   tylko   pogrążałam   coraz   bardziej.   Z czasem   zaczęłam 
szukać ucieczki. Najpierw grałam w lotto, potem pisałam do niego.

– Nie rozumiem,  jak to się  stało – zastanawiał  się na głos. – Jesteś jedną z najbardziej 

utalentowanych osób, jakie znam.

– Chyba miałam swoje pięć minut, grając jednooką Kleopatrę. Takie cuda się nie powtarzają.
– A może po prostu się poddałaś?
– Dziwisz się? Wysyłałam tyle listów motywacyjnych, ale nikt... – zaczęłam.

background image

Złapał mnie za ręce.
– Ale do jakich firm? Do biur rachunkowych, tak? Chciałaś wpisywać dane do komputera, 

do cholery? Czemu nie chodziłaś na przesłuchania? Nikt nie zatrudnił cię w biurze, bo każdy 
rozsądny człowiek od razu widzi, że się do tego nie nadajesz. Zanudziłabyś się na śmierć po 
kilku dniach.

Pocałował mnie w opuszki palców. Masował je, jakby były zimne.
– Kiedy cię poznałem, od razu wiedziałem, że jesteś wyjątkowa. Wiedziałem, że nigdy nie 

będziesz przeciętna. Osiągniesz albo wszystko, albo nic, gwiazdy albo rynsztok.

– No i proszę, leżę w rynsztoku i widzę gwiazdy – zażartowałam.
–   Wiem,   wygląda   to   wszystko   fatalnie.   Zrozum   mnie,   Liz,   albo   będziesz   wielka,   albo 

będziesz nikim. To zależy od ciebie. A żeby osiągnąć sukces, wcale nie musisz się bardzo starać.

– Jak? – zapytałam cichutko.
–   Choćby   pożytkując   część   tej   energii,   którą   zużyłaś   na   przedstawienia   dla   mnie,   żeby 

przekonać   innych,   jak   świetnie   radzisz   sobie   na   scenie.   Jeśli   chcesz,   w każdej   chwili   służę 
referencjami, nabrałaś mnie, uwierzyłem we wszystko. Nie wiem, zapisz się do kółka teatralnego. 
Chodź na przesłuchania. Rób coś. Jeśli ty porzucisz marzenia, nikt inny ich za ciebie nie spełni.

Deja vu. Jakbym słyszała Richarda w drodze do domu po wizycie u moich rodziców. Używał 

nawet podobnych słów.

– Postaram się – obiecałam. – Ale naprawdę mi przykro. Zrobiłam z ciebie głupka.
– To teraz i tak bez znaczenia. Zwłaszcza że i ja nie byłem z tobą do końca szczery.
Czego   się   spodziewałam?   Chyba   wyznania,   że   zamiast   piąć   się   na   szczyty   kariery 

w bankowości, Brian pracuje jako zwykły goniec. Ale nie.

– Widzisz, Lizzie, ja też cię wykorzystałem.
– Wykorzystałeś?
– Nie wiem, jak inaczej to określić. Posłużyłem się tobą, żeby uporządkować pewne rzeczy 

w moim życiu. Pamiętasz, opowiadałem ci o tej dziewczynie ze spanielem?

Miałam okropne przeczucie, że wcale nie będzie mi lepiej, kiedy już wytłumaczy, o co mu 

chodzi.

– No więc nie zerwałem z nią. Poprosiłem ją o rękę.
– O rękę? – zaskrzeczałam jak żałosne echo.
– Tak. Ale cały czas nie byłem pewien. I nie chodzi tylko o psa. Nie byłem pewien, czy 

jestem gotów zerwać  ze  stanem kawalerskim.  Pewnie  mi  nie  uwierzysz,  pewnie  od studiów 
miałaś wielu superfacetów, ale ja cały czas nie mogłem o tobie zapomnieć. Dopóki nie poznałem 
Angeliki.

– Tak ma na imię?
– Tak. Angelica Pironi. Wiesz, jest do ciebie bardzo podobna.

background image

– Pod jakim względem? Nieudacznica? Gapa? Kłamczucha?
– Nie – przytulił mnie. – Jest zabawna, piękna, kochana. Wiesz, jest tak do ciebie podobna, 

że ciągle wspominałem nasz wspólny czas. Uznałem, że muszę się przekonać, czy kocham ją, 
czy ciebie. I dlatego przyjechałem.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Delikatnie pogładził mnie po ręku.
– I kocham ją, Lizzie. Ale wiem, że ty też kogoś kochasz. Kiedy spaliśmy razem, wołałaś go 

przez sen. I to nie byłem ja. Wolałaś: „Richard”!

Zrobiło mi się nagle zimno. Spojrzałam na niego ze zdumieniem.
– Na pewno się przesłyszałeś. Zdecydowanie pokręcił głową.
– O, nie. Wołałaś Richarda.
Wbiłam wzrok w ziemię. Nie byłam w stanie mówić, ale chyba było oczywiste, co czuję.
– Czy kiedy ta Angelica zgodzi się za ciebie wyjść, zaprosisz mnie na ślub? – zapytałam.
– Jako pierwszą. Pod warunkiem, że ty mnie też zaprosisz.
– Na ślub? Ciekawe z kim? – żachnęłam się.
– Zobaczysz, jeszcze wszystko się ułoży.
Rozległo się wezwanie dla pasażerów do Nowego Jorku.
– Miałem cudowny urlop – zapewnił. – Mimo wszystko.
– I nadal jesteśmy przyjaciółmi? – zapytałam nieśmiało. – Jak dawniej?
– Nie – odparł. – Nie jak dawniej. Lepiej. Chyba zaczynamy nowy etap naszej znajomości. 

Mam nadzieję, że ufasz mi na tyle, żeby pisać prawdę. Postarasz się coś ze sobą zrobić?

– Tak.
– Dobrze.
Ponowne wezwanie do samolotu. Moje serce fiknęło koziołka.
– Dziękuję, że przyjechałaś się pożegnać – powiedział. – Wiem, że tego nie lubisz. Ale tym 

razem nie rozstajemy się na długo. Odwiedzisz mnie, obiecujesz?

– Spróbowałbyś mnie powstrzymać.
– Muszę iść. Jutro rano muszę być w biurze, wyobrażasz to sobie?
– Za dużo pracujesz.
– Miałem cudowny urlop – powtórzył i pocałował mnie. W policzek. Nie wiedziałam, czy 

jestem   rozczarowana   czy   nie.   A potem   objął   mnie   i przytulił.   Kiedy   wypuścił   mnie   z objęć, 
wydawało mi się, że widziałam łzy w jego oczach.

– Do zobaczenia – powiedział i odszedł.
Machałam, aż całkiem znikł mi z oczu. Potem poczekałam, aż odleciały trzy samoloty do 

Nowego Jorku. Nie wiedziałam, w którym jest, a miałam wrażenie, że moja obecność podczas 
startu gwarantuje mu bezpieczny lot. A potem powoli poszłam na stację razem z tłumem innych, 
którzy pożegnali najbliższych.

background image

Byłam smutna mniej więcej przez trzy stacje, ale kiedy się przesiadałam, było mi już lepiej. 

Może dlatego, że w głowie układałam wymówienie dla Harriet i planowałam całkowitą zmianę 
życia.   Uda   mi   się,   byłam   tego   pewna.   Koniec   końców,   wizyta   Briana   przyniosła   coś 
pozytywnego.

Zdałam sobie sprawę, że właściwie wcale mi nie zależało na Brianie. Pragnęłam po prostu 

tego, co sobą reprezentował. Ucieczki od rzeczywistości. Od mojego życia po studiach. Nudnej 
pracy, brudnego mieszkania, życia towarzyskiego, które ograniczało się do spotkań w pubach.

Chciałam, żeby Brian mnie stąd wyrwał. Miał się zjawić w białym odrzutowcu i zabrać mnie 

do Nowego Jorku, żebym odnalazła swoje miejsce wśród śmietanki towarzyskiej Manhattanu. 
Nieważne, czy on tego chciał, czy nie. Nieważne, że nie wiadomo, czy życie tam byłoby lepsze 
od życia w Londynie. Najłatwiej było sobie wmówić, że wszystko się zmieni za sprawą Briana.

W   końcu   zrozumiałam,   że   tak   samo   zachowałam   się   podczas   egzaminów   końcowych: 

zamiast się uczyć, szlochałam za głupkowatym graczem w rugby i rozpaczałam, że świat toczy 
się dalej mimo mojego nieszczęścia. Wiązałam wszystko, całą przyszłość, całe życie, z nim. Ze 
zwykłym człowiekiem. Obarczałam go winą za moje klęski, bo łatwiej się pogodzić z porażką, 
kiedy możemy obarczyć winą kogoś innego.

Cóż, to się zmieni. W końcu zrozumiałam, że nawet jeśli moje życie nie jest takie, jak sobie 

wyobrażałam, tylko ja mogę to zmienić. Ja osobiście. Ale najpierw muszę posprzątać u Harriet. 
Odzyskać jej samochód... I wszystkich przeprosić.

E, pi log Upłynął już prawie rok od wizyty Briana. W końcu prowadzę takie życie, o którym 

mogę mu z dumą pisać. Posłuchałam jego rady i postanowiłam zmienić swoje życie. Napisałam 
nawet artykuł o moich perypetiach i wysłałam go do pisma kobiecego. Wydrukowali i zapłacili. 
Napisałam jeszcze kilka i ani się spostrzegłam, kiedy miałam mnóstwo zamówień na artykuły.

Harriet była załamana, że odchodzę z firmy, żeby pisać i szykować się do egzaminów na 

kursy teatralne. Niedługo po moim odejściu stwierdziła, że handel nieruchomościami jej nie bawi 
i założyła agencję wysoko wykwalifikowanych opiekunek dla psów. Poza tym ma teraz nowego 
faceta,   kawalera.   Króliczek   podjął   heroiczną   decyzję,   żeby   po   raz   ostatni   ratować   swoje 
małżeństwo z matką Mary.

Kuliłam   się   nad   biurkiem,   kiedy   pułkownik,   który   tak   bezlitośnie   kazał   mi   sprzątać   po 

Herkulesie, przyszedł zabrać Harriet na kolację w mój ostatni dzień w pracy. Harriet zacieśniła 
stosunki ze starszym panem. Zaczęło się od podziękowań za uratowanie Herkulesa i pułkownik 
od razu stracił głowę. I tak stary dobry Herk odegrał rolę Amora. Wiedziałam, że jeszcze się na 
coś przyda.

Rupert nie widział się w roli opiekuna psów, więc odszedł z agencji do konkurencji, gdzie, 

ku jego rozpaczy,  naprawdę musi pracować. W związku z tym ma mało czasu na golfa i dla 
„pięknych pań”. Powinnam mu współczuć, ale uważam, że angielskie kobiety odetchnęły z ulgą, 

background image

że już na nie nie poluje. Kiedy mu to powiedziałam, ucieszył się – odebrał to jako komplement.

Moje stosunki z Mary się poprawiły. Po próbie samobójczej wyjechała na miesiąc na Maltę, 

przeszła kurację odwykową i wróciła czysta i szczęśliwa, za to z piątką nowych klientów. Jej 
firma   prosperuje   znakomicie,   a specjalizuje   się   w lansowaniu   byłych   żon   i narzeczonych 
sławnych   ludzi.   O Mitchellu   słuch   zaginął.   Ostatnio   widziano   go   w Rio,   jak   tańczył 
w podrzędnym klubie nocnym. Mary wcale się tym nie martwi, jego płyty nadal świetnie się 
sprzedają,   dzięki   naiwnym   nastolatkom,   które   uważają   jego   nagle   zniknięcie   za   rzecz 
romantyczną. A Mary ma swoje tantiemy.

Ma także Billa. Chwilowo zaprzestał wędrówek po najdalszych zakątkach naszego globu na 

rowerze i wprowadził się z tym rowerem i brudnymi ciuchami do jej dziewiczego mieszkania. 
Zawsze ją kochał, wszyscy o tym wiedzieliśmy. A Mary musiała dojrzeć, żeby zrozumieć, że 
można   kochać   kogoś,   kto   nie   chce   od   niej   uciec.   Teraz   już   nie   pragnie   nieosiągalnych 
kochanków. Zrozumiała, że zasługuje na kogoś lepszego.

– Czasami trzeba dostać w tyłek, żeby przejrzeć na oczy – stwierdziła filozoficznie, kiedy 

ostatnio umówiłyśmy się na lunch. Zrozumiałam to.

Powiedziała   też,   że   teraz   uwielbia   nawet   włosy   na   plecach   Billa.   Tego   akurat   nie 

rozumiałam, ale wolałam nie wnikać w szczegóły.

Niezastąpiony   tropiciel   i konstruktor   Gruby   Joe   nabył   rower   treningowy.   Postanowił   się 

odchudzać, żeby znaleźć sobie dziewczynę. Przez dwa tygodnie konstruował coś, co wyglądało 
na skrzyżowanie ciśnieniomierza z mikrofalówką i szybkościomierzem. Potem poznał na czacie 
niejaką „Wenus” i teraz praktycznie już w ogóle nie wychodzi ze swego pokoju. Twierdzi, że ją 
kocha. O ile to na pewno kobieta. Chce się jej oświadczyć mailem. Oczywiście ostrzegałam go, 
że znajomości wirtualne bywają niebezpieczne.

Seema... Seema skończyła studia i porzuciła Ballham na rzecz Harvardu, gdzie robi doktorat 

na jakiś strasznie mądry temat, wszystko po to, żeby odwlec małżeństwo z bogatym kuzynem 
w drugiej linii. Dali jej czas do dwudziestych dziewiątych urodzin, żeby znalazła sobie męża. Nie 
musi nawet być Hindusem, byle lubił curry.

Wkrótce po przyjeździe do Stanów wyskoczyła na weekend do Nowego Jorku i widziała się 

z Brianem i jego narzeczoną, Angelica. Było bardzo miło, napisała mi na pocztówce ze Statuą 
Wolności i opisała piękne mieszkanie Briana. Ale wiecie co? Wcale nie ma widoku na Central 
Park! Uśmiechnęłam się, czytając to.

Narzeczona, Angelica Pironi, też do mnie napisała. Podziękowała, że pomogłam Brianowi 

przemóc idiotyczną fobię, która ich dzieliła. Teraz nawet zabiera jej psa na spacery. Zapraszała 
mnie do Nowego Jorku, ale na razie sobie daruję. Może za sześć lat Brian i ja będziemy w stanie 
śmiać się z sieci kłamstw, którą uplotłam przed jego przyjazdem.

Patrząc z perspektywy czasu, nie mogę się nadziwić, w jakim wówczas byłam stanie. Jak 

background image

nisko siebie oceniałam. Co więcej, moje postępowanie świadczy, że byłam także złego zdania 
o Brianie: obawiałam się, że przestanie mnie lubić, kiedy się okaże, że nie jestem taka, za jaką 
mnie uważał. Czasami się dziwię, czemu nadal utrzymuje ze mną kontakt.

Zostaje   jeszcze   Richard.   Jego   skrzywdziłam   najbardziej   i on   najdłużej   nie   chciał   mi 

przebaczyć.   Niestety,   afera   ze   skrętem   wystarczyła,   żeby   zwolniono   go   z pracy.   Wyrok   za 
narkotyki to koniec. Jego szef nie chciał słuchać żadnych wyjaśnień i minęło sporo czasu, zanim 
Richard dostrzegł pozytywne strony całej sytuacji. Oczywiście uważał, że w pewnym sensie to 
moja wina, że rozczarował matkę i wylądował na zasiłku. Napisał mi ostry list, oddał płytę CD, 
którą mu dałam na walentynki i zażądał zwrotu swoich kaset wideo. To był koniec. Właściwie 
wcale mu się nie dziwiłam.

Pewnego dnia, gdy rozpaczałam, że już nigdy do mnie nie zadzwoni, pokazałam Mary mój 

portret, który dostałam od Richarda na urodziny. Byłam na siebie wściekła za to, jak chłodno go 
wówczas   potraktowałam,   chciałam,   żeby   już   sobie   poszedł,   żebym   mogła   się   szykować   na 
przyjazd Briana. Byłam wtedy zła, że nie kupił mi nic porządnego, czyli nic do ubrania.

Mary spoglądała to na mnie, to na szkic.
– Świetny – zawyrokowała.
– Wiem – chlipnęłam. – Ma talent! A ja go straciłam!
–   Cóż   –   zbyła   mnie   oschle.   –   Może   wreszcie   się   czegoś   nauczysz.   Mogę   to   wziąć?   – 

zapytała.

– Po co? Tylko to mi po nim zostało.
– Oddam ci – obiecała. I oddała, ale najpierw pokazała Arabelli Gilbert. Arabella ostatnio 

widzi siebie w roli mecenasa artystów. I tak ona pierwsza zamówiła u Richarda portret. Efekt? 
Rewelacyjny   wizerunek   Arabelli   jako   bogini   Diany   pojawił   się   na   okładkach   wielu   pism 
i Richarda okrzyknięto wielkim młodym talentem. Krytycy cieszyli  się, że objawił się młody 
malarz, który maluje farbami, jak pan Bóg przykazał, a nie słoniowym łajnem. Wszyscy o nim 
mówili. A moja mama się złościła, że pozwoliłam mu się wymknąć.

– Wiedziałam, że coś osiągnie – dowodziła, prezentując zadziwiająco wybiórczą pamięć. – 

Mogłabyś razem z nim chodzić na te wszystkie przyjęcia.

– Wiem, ale wszystko zepsułam.
– Więc spróbuj naprawić.
Cóż,   robiłam   w życiu   już   większe   bzdury.   Kazałam   Mary   stać   nade   mną   i przerwać 

połączenie, gdybym zaczęła gadać od rzeczy.

– Głęboko zaczerpnij tchu i uśmiechnij się, zanim zaczniesz mówić – poradziła mi, jakbym 

była   jej   klientką.   –   Niech   słyszy,   że   się   uśmiechasz.   I rozmawiaj   z nim   jak   ze   zwykłym 
znajomym.

Wyszczerzyłam zęby i wybrałam jego numer.

background image

Rozmawiaj jak ze zwykłym znajomym. Nic z tego. Dzwoniłam do mężczyzny mojego życia, 

prawdziwego   mężczyzny   mojego   życia.   Którego   straciłam.   Kiedy   tylko   podniósł   słuchawkę, 
zaczęłam paplać:

– Richardzie, tęsknię za tobą. Bardzo. I chyba nigdy nie przestanę.
Cisza.
Umówiliśmy się na kawę. Uważał, że jest mi to winny, w końcu w pewnym sensie dzięki 

mnie poznał Arabellę Gilbert, a od tego zaczęła się jego kariera.

Po   trzech   butelkach   wina   zgodziłam   się   pozować   mu   do   współczesnej   wersji  Narodzin 

Wenus.  Chyba   nie   muszę   mówić,   co   się   działo   później.   Rano   obudziliśmy   się   na   podłodze 
przykryci tylko kocem poplamionym farbami. Nasz wielki romans wybuchł z nową siłą.

Teraz, dwa miesiące później, Richard szuka nowego mieszkania. Jasnego i przestronnego, 

dla dwojga artystów. A ja już nigdy nie skłamię. Nie muszę.

background image

Od autorki 

Drogi czytelniku, pozwól, że zadedykuję tę książkę kilku osobom... zwłaszcza tym, które 

wspierały mnie w moim prywatnym annus horribilis. Czasami kręci mi się w głowie na myśl, że 
mam tylu wspaniałych przyjaciół i taką rodzinę. A więc...

Dziękuję mamie, tacie, Kate i Lee za miłość i wsparcie. Janet i łanowi Wrightom za to, że nie 

złościli  się na najgorszą druhnę na świecie.  Janet Brown za to, że udawała, że świetnie się 
bawimy na Ibizie. Peterowi Hamiltonowi i Kate Fell, Markowi Love i Jacqui Saunders za ich 
miłość.   Geraldine   i Dylanowi   Grayom   za   to,   że   dzięki   nim   moje   urodziny   były   wyjątkowe. 
Mike’owi Elmsowi i Trudy Kelleher za to, że przyjęli mnie do siebie. Alex Lady,  dzięki za 
słuchanie. Vicki Fisher i Pam Ruthergford, dziękuję za kobiece pogaduszki i narzekania. Tomowi 
Callaghanowi (szkoda, że nie jestem o dziesięć lat starsza...), Malcolmowi Alsopowi, Philipowi 
Allardowi   i Lisie  Webb   za  to,   że  mnie   znosili.   Jessice   Adams   za  optymistyczne  horoskopy. 
Fionie Walker za plotki. Helen Lederer za to, że przywróciła mi wiarę w prawdziwą miłość. Julie 
Wright i Jonowi Stroudowi za wiarę w moją pierwszą powieść. Nickowi Rhodesowi za dobre 
rady. Steve’owi Barnhamowi za to, że miał pecha i był w domu, kiedy Nicka nie było. Billowi 
Silvery’emu za to, że dzięki niemu poczułam się atrakcyjna nawet o wpół do dziewiątej rano na 
Fulham Road. Doktor Annie Trigell za wieczny optymizm. Sian Kelley,  Mike Gayle i Zelda 
West Meads... wiecie za co. Rachel Huggard, Elaine Noone, Claire Edgar, Salomonowi dziękuję 
za mądrość! Roz Chissick za niewyczerpaną cierpliwość. Davidowi Garnettowi za to, że ściągał 
mnie na ziemię, łanowi Percivalowi za to, że był najlepszym świadkiem, jakiego sobie można 
wyobrazić. Nikki Jones, Nickowi Cornwellowi i Toby’emu  Stone’owi. Jo Medcroft i Helenie 
Roberts.

I   Amerykanom!   Chrisowi   Hobbsowi   i Marty’emu   Bealowi.   I Jenn   Matherly,   wyjątkowej 

przyjaciółce. Prawdziwemu Brianowi – Brianowi Rabinowi – chociaż oczywiście ta książka nie 
jest   o tobie...   I Collinowi   Maddenowi   –   mojemu   ulubionemu   jankesowi.   O tobie   także   nie, 
kochany!

I   na   zakończenie   ci,   których   jestem   ogromną   dłużniczką:   wydawnictwo   Hoddernad 

Stoughton. Dziękuję zwłaszcza Kate Lyall Grant, wspaniałej redaktorce i przyjaciółce, która nie 
tylko  wstawia mi  przecinki, ale i znajduje mieszkania,  zabiera na przyjęcia, a czasami nawet 
umawia facetów na randki. Za szczególną troskę poświęcaną autorce (konkurować z nią może 
tylko   uwaga,   z jaką   Jon   Wood   opiekował   się   moim   płaszczem   tamtej   nocy...)   jej   przede 
wszystkim dedykuję tę książkę.

Bez was nie udałoby mi się... 
Chris Manby 


Document Outline