background image

 

CARTLAND  BARBARA 

 

WYJĄTKOWA MIŁOŚĆ 

background image

Od Autorki 

Dziewczęta,  które  ukończyły  osiemnaście  lat,  mogą  wstępować 

do  klasztoru.  Przez  dziewięć  miesięcy  są  postulantkami,  przez 

następne  dwa  lata  —  nowicjuszkami,  a  potem,  jeśli  wciąż  czują 

powołanie,  składają  swoje  ostateczne  śluby  podczas  mistycznej 

ceremonii w klasztorze. 

Ślubując 

porzucenie 

dotychczasowego 

życia, 

stają 

się 

służebnicami Pańskimi i otrzymują złote obrączki, często w kształcie 

krzyża.  Po  złożeniu  ślubów  rzadko  opuszczają  zakon,  do  którego 

wstąpiły  dobrowolnie.  Ale  kilka  z  nich  uczyniło  to.  Wyszły  za  mąż, 

urodziły  dzieci  i  napisały  wspomnienia  o  swoich  przeżyciach  w 

klasztorze. 

background image

Rozdział 1 

1869 

Markiz  Okehampton  poczuł,  że  jest  śpiący.  Nie  było  w  tym  nic 

dziwnego,  zważywszy  na  to,  że  przez  dwie  godziny  kochał  się 

szaleńczo  z  Yasmin  Caton.  Uważał  ją  za  jedną  z  najbardziej 

namiętnych  kobiet,  jakie  kiedykolwiek  spotkał.  I  najrozkoszniejszą 

istotę  pod  słońcem.  Ale  na  dzisiaj  miał  już  dosyć.  Jakikolwiek  ruch 

sprawiał mu ból i nagle zapragnął znaleźć się w powrotnej drodze do 

swojego domu przy Park Lane w Londynie.  

Poruszył się, by wstać z łóżka, ale Yasmin, która leżała przy nim, 

powiedziała półgłosem: 

— Muszę ci coś powiedzieć, Rayburnie. — Markiz wydał odgłos, 

który z trudem można by nazwać pytaniem. Yasmin mówiła dalej: — 

Dziś  po  południu  dostałam  wiadomość  z  Paryża,  że  Lionel  doznał 

bardzo poważnego ataku apopleksji. 

Markiz zesztywniał. 

—  Dziś  po  południu?!  —  wykrzyknął.  —  A  ty  spędziłaś  tu  ze 

mną cały wieczór? 

— Nikomu o tym nie mówiłam. Tak bardzo pragnęłam się z tobą 

zobaczyć. 

Markiz  zamilkł  zdziwiony.  Lord  Caton  był  niezwykle 

dystyngowanym  człowiekiem  i  ważną  osobistością  na  dworze 

królewskim. Do Paryża udał się ze specjalną misją by zobaczyć się z 

cesarzem.  Choć  wydawało  się  to  niewiarygodne,  był  czterdzieści  lat 

background image

starszy od swojej żony. Jeśli ucierpiał na skutek tak poważnego ataku, 

to tym bardziej Yasmin powinna być u boku męża. 

Jak gdyby odgadując myśli markiza, lady Caton powiedziała: 

— Oczywiście jutro rano bezzwłocznie wyjeżdżam do Paryża, ale 

dziś musiałam cię zobaczyć Rayburnie, musiałam! 

—  W  takim  razie,  jeśli  wyjeżdżasz  tak  wcześnie...  —  zaczął 

markiz. 

Chętnie  wstałby  już,  ale  Yasmin  położyła  rękę  na  jego  piersi  i 

wyszeptała: 

— Muszę powiedzieć ci o czymś jeszcze. 

— O czym? — zapytał. 

— Będę miała dziecko! 

Markiz oniemiał. 

—  Teraz  pozostaje  nam,  najdroższy  —  kontynuowała  Yasmin 

Caton  —  czekać  na  śmierć  Lionela,  która,  zdaniem  lekarzy,  nastąpi 

niedługo, a potem pobrać się w tajemnicy, na przykład we Francji. 

Markiz pomyślał, że się przesłyszał. 

—  Potem  —  ciągnęła  Yasmin  —  pojedziemy  w  bardzo  długą 

podroż poślubną, a później ogłosimy, że pobraliśmy się kilka miesięcy 

wcześniej.  I  chociaż  dziecko  urodzi  się  przedwcześnie,  nie  będzie 

żadnych wątpliwości, że nie jest twoje. 

Markiz  wciąż  nie  był  w  stanie  wydobyć  z  siebie  słowa.  Yasmin 

przysunęła się do niego i odezwała się pieszczotliwym tonem: 

— Będziemy bardzo szczęśliwi, najdroższy, a kiedy zostanę twoją 

żoną, spełnią się moje wszystkie marzenia. 

background image

Markiz  zdawał  sobie  sprawę,  że  dla  wielu  kobiet  poślubienie  go 

było szczytem marzeń. Ale on nie miał zamiaru żenić się, a na pewno 

nie z kobietą, z którą miał romans. 

Przez  jego  życie  przewinęło  się  wiele  kobiet.  Nic  dziwnego;  był 

nie tylko niezmiernie przystojny i pociągający, ale  również jednym  z 

najbogatszych  ludzi  w  Anglii.  Od  czasu  gdy  ukończył  uniwersytet  w 

Oksfordzie,  namawiano  go,  by  się  ożenił.  Jego  krewni  padali  prawie 

na kolana, błagając go, by się ustatkował i postarał o dziedzica.  

Jednak markiz dał wszystkim jasno do zrozumienia, że nikt, ale to 

nikt  nie  będzie  wybierał  dla  niego  żony.  Nie  był  właściwie  pewien, 

jaka miałaby ona być, ale wiedział, że kobieta, która zdradzała z nim 

swojego męża, nie zostanie jego żoną. Jego znajomi z eleganckich kół 

towarzyskich  zapewne  wyśmialiby  go  za  takie  zasady,  gdyż  sam 

książę  Walii  był  tym,  który  po  raz  pierwszy  ułatwił  mężczyźnie 

nawiązanie romansu z kobietą z jego własnej klasy. 

Zainteresowanie  Jego  Książęcej  Mości  osobą  księżniczki  de 

Sagan  oraz  innymi  pięknymi  kobietami  było  powodem  wielu 

komentarzy,  jednak  odmieniło  zasady  towarzyskie  niezmiennie 

przestrzegane,  choć  nigdzie  nie  zapisane,  przez  tych,  którzy  należeli 

do wyższych sfer. 

Zatem  markiz  kochał  się  z  uroczymi  kobietami,  które  go 

pociągały, i nikt nie potępiał jego zachowania. Yasmin była dla niego 

jedną  z  najpiękniejszych  istot,  jakie  kiedykolwiek  widział.  Od 

pierwszej  chwili,  kiedy  zostali  sobie  przedstawieni,  narodziła  się 

background image

między  nimi  jakaś  wibracja,  która  szybko  doprowadziła  ich  do 

romansu.  

Przynajmniej  tak  traktował  ich  znajomość  markiz,  ale  teraz 

okazało  się,  że  Yasmin  bynajmniej  nie  uważała  tej  przygody  za 

zakończoną.  To,  co  mu  wyznała,  nie  tylko  go  zdziwiło,  ale  również 

przeraziło.  Wiele  razy  znajdował  się  w  rożnych  sytuacjach,  teraz 

jednak przemknęło  mu  przez  myśl,  że  ta  była  bardziej  niebezpieczna 

niż jakakolwiek do tej pory.  Kiedyś  o  włos ominęły  go kule i cudem 

uniknął śmierci na morzu. I teraz też potrzebny był jeszcze jeden cud, 

by uniknąć pułapki, w której byłby więźniem do końca swego życia. 

Markiz był przebiegły i bystry, ale przez chwilę poczuł pustkę w 

głowie i nie mógł pozbierać myśli. Nie przewidział, że Yasmin Caton 

znajdzie  sposób,  by  go  doprowadzić  do  ołtarza.  Postawiła  go  w 

sytuacji, z której dżentelmen nie miał wyjścia. 

Na początku pomyślał, że może rzeczy nie wyglądają tak źle, jak 

Yasmin je przedstawiła, i że lord Caton nie umrze. Potem jednak zdał 

sobie sprawę, że gdy  widział ostatnio jego lordowską mość w zamku 

królewskim w Windsorze, zwrócił uwagę, że jest mizerny i zmęczony, 

i że wygląda na jeszcze starszego, niż jest w rzeczywistości. 

Markiz gorączkowo szukał odpowiedzi na propozycję Yasmin, ale 

zanim to zrobił, Yasmin odezwała się: 

—  Kocham  cię,  Rayburnie,  całym  moim  sercem.  Wiem,  że  i  ty 

mnie  kochasz.  Czy  może  być  coś  cudowniejszego  od  dania  tobie 

syna? 

background image

Powiedziała  to  z  przesadnym  entuzjazmem,  który  markiz  słyszał 

w jej głosie już nieraz.  

Nagle doznał olśnienia. Przypomniał sobie pewną rozmowę, która 

miała miejsce niedługo po poznaniu Yasmin Caton. Siedział w Klubie 

u  White'a  z  jednym  ze  swoich  przyjaciół,  Harrym  Blessingtonem,  z 

którym  służył  kiedyś  w  tym  samym  pułku.  Rozmawiali  o  kolejnym 

przyjęciu,  które  miał  wydać  markiz  w  swojej  odziedziczonej  po 

przodkach  rezydencji  wiejskiej  —  zamku  Okehamptonów  — 

położonej nad morzem w hrabstwie Sussex. 

Rzadko  urządzał  przyjęcia,  w  których  nie  uczestniczyłby  Harry, 

szczególnie  kiedy  zapraszano  na  nie  piękności  interesujące  obu 

przyjaciół.  Powoli,  jakby  szedł  po  omacku  w  ciemnościach,  markiz 

przypominał sobie, o czym wtedy rozmawiali. 

— Przypuszczam, że zaprosisz Yasmin Caton? — zapytał Harry. 

— Widziałem cię z nią zeszłej nocy. 

— Jest niezwykle piękna! — odpowiedział markiz. 

— Zgadzam się z tobą. Moja matka, która zna jej rodzinę, często 

mówiła,  że  to  zbrodnia  zmuszać  tak  śliczną  dziewczynę  do 

poślubienia mężczyzny, który mógłby być jej ojcem. 

—  Skoro  Caton  jest  bogaty  i  odgrywa  ważną  rolę  na  dworze, 

zapewne  uważano,  że  tylko  to  się  liczy  —  odpowiedział  cynicznie 

markiz. 

—  Chyba  masz  rację  —  zgodził  się  Harry.  —  I  zaprowadzili 

Yasmin  do  ołtarza,  zanim  skończyła  osiemnaście  lat.  Oczywiście  nie 

miała pojęcia, jakim nudziarzem okaże się Caton! 

background image

— Prawie nigdy z nim nie rozmawiałem. 

— Parę dni temu na kolacji w zaniku w Windsorze siedział obok 

mnie przez dwie godziny — jęknął Harry — i mówił tak monotonnym 

głosem, że myślałem, iż oszaleję! 

— W takim razie — markiz przypomniał sobie, że powiedział to z 

uśmieszkiem — muszę pocieszyć jego żonę. 

— Ożenił się z nią, by urodziła mu spadkobiercę — powiedział w 

zadumie  Harry  —  bo  z  pierwszą  żoną  miał  tylko  córki,  ale  od  matki 

wiem, że znowu rozwiały się jego nadzieje. 

Markiz  nie  słuchał  wtedy  Harry'ego  zbyt  uważnie,  ale  teraz 

przypomniał sobie, co powiedział przyjaciel: 

—  Rok  po  ślubie  piękna  Yasmin  spadła  z  konia  podczas 

polowania i to najwidoczniej położyło kres jej nadziejom na urodzenie 

syna! 

Słuchając  opowieści  Harry'ego  jednym  uchem,  markiz  myślał 

wtedy tylko o urodzie Yasmin. Planował także, że będzie miał okazję 

powiedzieć  jej  to  w  sposób  o  wiele  bardziej  wymowny,  niż  mógł  to 

uczynić słowami.  

Teraz to, co usłyszał od Harry'ego, przypomniało mu się i było jak 

światło  rozdzierające  ciemność.  Zrozumiał,  że  Yasmin  ucieka  się  do 

podstępu, a jego, Bóg świadkiem, już niejeden raz różnymi sposobami 

próbowano zaciągnąć do ołtarza. 

Odrętwienie,  jakie  odczuwał  i  które  odurzyło  go,  minęło.  Teraz 

mógł  jasno  myśleć.  Przecież  nie  dał  się  jeszcze  złapać  w  pułapkę. 

Chciał jedynie odejść bez niepotrzebnych awantur. 

background image

Powiedział na głos: 

—  Sądzę,  że  za  daleko  wybiegasz  w  przyszłość.  Teraz  musisz 

wyjechać do Paryża i miejmy nadzieję, że nikt nie dowie się, iż jadłem 

z tobą kolację po tym, jak otrzymałaś wiadomość o chorobie twojego 

męża. 

—  List  schowałam  w  kasetce  na  kosztowności  —  odparła 

Yasmin. 

Markiz  miał  słabą  nadzieję,  że  pokojówka  Yasmin  go  nie 

przeczyta.  Zdawał  sobie  sprawę  z  tego,  jak  służący  potrafią 

plotkować,  wiedział,  że  taka  historia  zaczęłaby  krążyć  po  Mayfair* 

szybciej niż wiatr północy. 

— Bardzo rozsądnie — powiedział — ale teraz muszę już iść. 

Yasmin starała się go zatrzymać w łóżku, lecz markiz podniósł się 

i  zaczął  się  ubierać.  Położyła  się  więc  na  plecach,  opierając  się  o 

poduszki,  tak  by  markiz  mógł  podziwiać  jej  ciało,  które  często 

przyrównywał do perły. 

Poprawiając  krawat  przed  lustrem  nad  kominkiem,  markiz 

wyraźnie  widział  Yasmin.  Ale  teraz  nie  myślał  o  jej  urodzie,  tylko  o 

tym, że stała się niebezpieczna. Nigdy nie myślał, że jest inteligentną 

kobietą, ale nie przypuszczał, że jest tak bezwzględna.  

 

* Mayfair — bogata i modna dzielnica w zachodnim Londynie z 

wieloma klubami i hotelami. (Przyp. tłum.) 

 

background image

Yasmin  zdawała  sobie  sprawę,  że  w  żałobie  po  mężu  nie  będzie 

mogła brać udziału w życiu towarzyskim i może  wtedy łatwo utracić 

markiza.  Dlatego  wymyśliła  jedyną  rzecz,  która  mogła  całkowicie  i 

bezwzględnie  zmusić  go  do  pozostania  z  nią.  Jeśli,  tak  jak  sobie 

planowała,  pobraliby  się  w  ciągu  miesiąca  lub  dwóch,  a  może 

wcześniej,  markiz  po  pewnym  czasie  dowiedziałby  się,  że  dziecko 

było tylko wytworem jej wyobraźni. 

Markiz  wcisnął  się  w  swój  wieczorowy  surdut  i  zbliżył  się  do 

łóżka.  Yasmin  wyciągnęła  ręce,  ale  nie  pocałował  jej.  Wiedział,  że 

przyciągnęłaby  go  do  siebie  i  znowu  trudno  byłoby  mu  się  od  niej 

uwolnić.  Przybliżył  jedynie  jej  dłonie  do  swoich  ust  i  złożył 

pocałunek najpierw na jednej, potem na drugiej dłoni. 

— Uważaj na siebie, Yasmin — powiedział cicho. 

—  Będziesz  o  mnie  myślał,  najdroższy?  —  zapytała.  —  Będę 

liczyć godziny do naszego kolejnego spotkania. 

Nie  odpowiedział.  Bez  słowa  ruszył  w  kierunku  drzwi.  Gdy  je 

otwierał, Yasmin zawołała: 

— Zaczekaj! Muszę ci jeszcze coś powiedzieć... 

Nie zdążyła dokończyć. Drzwi zamknęły się, gdy jeszcze mówiła. 

Usłyszała,  jak  markiz  schodzi  szybko  po  schodach  wyłożonych 

grubymi dywanami w kierunku drzwi wejściowych. Na zewnątrz stał 

jego powóz i gdy tylko markiz się pojawił, lokaj zeskoczył z kozła, by 

otworzyć drzwiczki.  

Mimo  iż  Okehampton  był  trochę  wcześniej  niż  zwykle,  służący 

już na niego czekali. W przeciwieństwie do  wielu swych  znajomych, 

background image

markiz  był  wyjątkowo  uprzejmy  wobec  służby.  Gdy  wiedział,  że 

kolacja przeciągnie się do późnych godzin nocnych, zamawiał powóz 

na stosowną porę. Zawsze irytowała go świadomość, że jego stangret i 

konie czekają na niego na dworze. 

Kiedy  wsiadł  teraz  do  powozu,  lokaj  okrył  jego  kolana  lekkim 

pledem. Gdy ruszyli, markiz pomyślał, że ucieka do nory niczym lis. 

Poczuł się tak, jakby brakowało tylko kilku sekund do tego, by ogary 

rozerwały  go  na  kawałeczki.  Skąd  mógł  przypuszczać,  że  Yasmin 

zniży  się  do  tego,  by  oszukiwać  go,  uciekając  się  do  najstarszego 

podstępu świata.  

Gdyby nie matka Harry'ego Blessingtona, znalazłby się w sytuacji 

bez wyjścia. Musiałby ulec Yasmin i ożenić się z nią, gdy tylko będzie 

wolna. Mógł odmówić, bo z punktu widzenia prawa dziecko było jej 

męża.  Ale  markiz  wiedział,  że  takie  postępowanie  byłoby  niegodne 

dżentelmena. Byłoby mu po prostu wstyd, a niewątpliwie członkowie 

Klubu u White'a nazwaliby go łobuzem. 

Kobiety  mogły  oszukiwać  i  nikt  ich  nie  potępiał.  W 

rzeczywistości  istniało  dowcipne  powiedzonko:  „Ładna  dama  nie 

musi  być  dżentelmenem".  Ale  niepisane  prawo  dla  dżentelmenów 

było bardzo surowe i każdy mężczyzna, który je łamał, był narażony 

na potępienie i na wykluczenie z towarzystwa. 

Dojeżdżając  do  domu  na  Park  Lane,  markiz  jasno  sobie  zdawał 

sprawę,  że  jeszcze  niejedno  go  czeka.  Jeśli  lord  Caton  umrze  —  a 

wydawało się to nieuniknione — Yasmin nadal będzie uciekać się do 

rożnych  sztuczek.  Dzisiejszej  nocy  uniknął  awantury,  bo  nie 

background image

powiedział Yasmin o swoich podejrzeniach, ale  w przyszłości trudno 

będzie uniknąć scen. 

Markiz  wzdrygnął  się  na  samą  myśl  o  tym.  To,  czego  naprawdę 

nie  lubił,  to  łzy  i  obwinianie  przez  kobietę,  która  już  go  dłużej  nie 

interesowała.  Rozstania  zawsze  oznaczały  płacze  w  stylu:  „Dlaczego 

już  mnie  nie  kochasz?",  „Co  takiego  zrobiłam,  że  cię  tracę?",  „Jak 

możesz być taki okrutny?"  

Wtedy myślał, iż nigdy nie będzie zdolny do zainteresowania się 

jakąkolwiek  kobietą.  A  jednak  zawsze  już  po  kilku  dniach  spotykał 

uroczą  osóbkę,  która  prowokacyjnie  wydymała  usta,  a  w  jej  oczach 

pojawiała się zachęta, i wtedy czuł, jak go ogarnia ciepło pożądania, i 

wiedział,  że  wcześniej  czy  później  będzie  trzymał  ją  w  swych 

ramionach. 

—  Problem  polega  na  tym,  że  jesteś  piekielnie  przystojny!  — 

powiedział mu kiedyś Harry. 

— To chyba nie moja wina! — zaśmiał się markiz. 

—  Twój  ojciec  był  jednym  z  najlepiej  prezentujących  się 

mężczyzn, jakich kiedykolwiek widziałem — ciągnął Harry. — Twoja 

matka  była  śliczna!  Rozumiem,  dlaczego  po  jej  śmierci  trudno  mu 

było  znaleźć  kogoś  na  jej  miejsce,  chociaż  na  pewno  musiało  być 

mnóstwo kandydatek. 

Markiz pomyślał teraz, że była to prawda, i kiedy służący pomógł 

mu się rozebrać i położył się do łóżka, przyłapał się na myśleniu nie o 

Yasmin,  a  o  swojej  matce.  Była  piękna  aż  do  dnia  swojej  śmierci, 

pomimo białych włosów i pokrytej bruzdami twarzy. Gdy była młodą 

background image

dziewczyną jej uroda zapierała dech w piersiach. Ale nie tylko wygląd 

miał  znaczenie,  myślał  markiz,  lecz  przede  wszystkim  jej  łagodność, 

słodycz i miłość. Co więcej, nigdy nie wątpił, że jedynym mężczyzną 

w  jej  życiu  był  jego  ojciec.  Matce  nie  przyszłoby  do  głowy  zdradzić 

męża, tak jak nie myślała o locie na księżyc! 

„Jakim  cudem  mogłem  rozważać  poślubienie  kogoś  takiego  jak 

Yasmin,  żeby  nie  wiem  jak  była  piękna  —  pytał  siebie  —  potem 

zastanawiałbym się, ilu mężczyzn siedzących przy moim stole było jej 

kochankami lub nimi zostanie". 

Zarazem  wszystkie  dziewczęta,  jakie  spotykał,  a  nie  było  ich 

wiele,  wydawały  mu  się  bez  ogłady,  nieładne  i  na  ogół  rozpaczliwie 

nieśmiałe.  Defilowały  przed  nim,  kiedy  tylko  ich  ambitne  matki 

znalazły  ku  temu  okazję:  na  balach,  przyjęciach  w  rezydencjach 

wiejskich,  których  panie  domu  miały  niezamężne  córki,  albo  na 

proszonych obiadach.  

Znalazłszy  się  obok  osiemnastoletniej  dziewczyny,  markiz 

dokładnie  wiedział,  dlaczego  posadzono  ją  koło  niego.  Jakże  jednak 

mógłby  poślubić  pannę,  która,  choćby  pochodziła  z  wyższych  sfer, 

zaczęłaby  go  nudzić  śmiertelnie  z  chwilą  włożenia  jej  na  palec 

obrączki ślubnej? 

Znowu  jego  myśli  powróciły  do  Yasmin.  Zanim  zasnął, 

postanowił, że jeśli tylko będzie to możliwe, nie zobaczy jej już nigdy 

więcej.  Zapewne  zasypie  go  ona  listami,  ale  to  nic  niezwykłego. 

Pomyślał,  że  jest  mało  prawdopodobne,  iż  po  śmierci  lorda  Catona 

wpadną na siebie na jakimś przyjęciu, ponieważ przez rok — zgodnie 

background image

z  przykładem  danym  przez  królową  —  Yasmin  będzie  musiała 

powstrzymać się od wszelkich towarzyskich rozrywek. 

Następnego  ranka,  kiedy  o  ósmej  obudzono  markiza,  miał 

wrażenie,  że  po  straszliwym  koszmarze  znowu  zajaśniało  słońce.  W 

pogodnym  nastroju  zszedł  na  dół  na  śniadanie.  Ale  jak  gdyby  duch 

Yasmin nie dawał mu spokoju, nagle zapragnął wyjechać na wieś.  

Miał  zjeść  obiad  z  księciem  Walii,  a  wieczorem  był  zaproszony 

na  kolację  i  bal,  na  którym  spotkałby  swoich  przyjaciół  i  wiele 

piękności,  które  obecnie  urzekały  kręgi  towarzyskie.  Miał  jednakże 

uczucie,  że  każda  kobieta  przypominałaby  mu  Yasmin  i  budziła 

podejrzenie, że poza pozornym pięknem kryją się kłamstwa i podstęp. 

— Jadę na wieś — zdecydował markiz. 

Wstał  od  stolika,  przy  którym  jadł  śniadanie,  i  poszedł  do 

gabinetu.  Był  to  przyjemny  pokój  z  widokiem  na  mały  ogród 

znajdujący  się  na  tyłach  domu.  Za  chwilę  sekretarz  miał  mu  tu 

przynieść  korespondencję.  Pan  Barrett  był  starszym  człowiekiem, 

który pracował z ojcem markiza przez ostatnie lata jego życia i dzięki 

temu,  że  pozostał  w  tym  domu,  majątek  był  nadal  świetnie 

zarządzany. 

Markiz  usiadł  przy  biurku  pamiętającym  jeszcze  czasy  króla 

Jerzego. Chwilę potem do pokoju wszedł pan Barrett. 

—  Dzień  dobry,  milordzie!  —  powiedział  z  szacunkiem.  — 

Obawiam się, że mam trochę więcej listów niż zwykle. 

Mówiąc  to,  położył  przed  nim  dwa  stosy  kopert.  Jedne  były 

prywatną  korespondencją  i  markiz  wiedział,  że  pan  Barrett  nigdy  by 

background image

ich  nie  otworzył.  W  drugiej  większej  kupce  znajdowały  się 

zaproszenia  i  apele  od  instytucji  dobroczynnych,  których  z  roku  na 

rok było coraz więcej. 

— Czy jest coś ważnego, Barrett? — zapytał markiz. 

—  Nie  więcej  niż  zwykle,  milordzie,  z  wyjątkiem  księdza,  który 

czeka na spotkanie z panem. 

— Ksiądz? — zapytał markiz. — Zapewne prosi o datek! Chyba 

możesz się nim zająć? 

— Przybył, milordzie, w sprawie panny Zii Langley. 

Markiz patrzył na sekretarza i przez chwilę nie mógł przypomnieć 

sobie, skąd zna to nazwisko. 

— Czy masz na myśli córkę pułkownika Langleya? — zapytał po 

chwili. 

—  Tak,  milordzie.  Pamięta  pan,  że  jest  ona  podopieczną  waszej 

lordowskiej mości? 

—  Jezus  Maria!  —  wykrzyknął  markiz.  —  Zupełnie  o  niej 

zapomniałem! Rzeczywiście, ta dziewczyna była wychowywana przez 

swoją krewną. 

—  Tak  jest,  milordzie.  Ma  pan  świetną  pamięć  —  z  podziwem 

powiedział  pan  Barrett.  —  Kiedy  pułkownik  Langley  zginął,  jego 

bratowa,  lady  Langley,  postanowiła,  że  młoda  panienka  zamieszka  z 

nią. Miała zająć się jej nauką. 

—  I  co  się  dalej  stało?  Dlaczego  dotyczy  mnie  ta  sprawa?  — 

zapytał markiz. 

background image

—  Sądzę,  że  wasza  lordowska  mość  musiał  zapomnieć,  chociaż 

poinformowałem pana pół roku temu, że lady Langley zmarła. 

Markiz nie przypominał sobie tego, ale nie przerwał sekretarzowi 

i pan Barrett kontynuował: 

—  Wiadomość  o  tym  pojawiła  się  w  gazetach,  ponieważ  lady 

Langley  pozostawiła  bratanicy  swojego  męża  całkiem  pokaźną 

fortunę. 

Markiz  pomyślał,  że  w  takim  razie  nikt  nie  będzie  oczekiwał  od 

niego, by utrzymywał podopieczną, której nigdy nie widział.  

W  przeszłości,  gdy  odbywał  służbę  w  kawalerii  królewskiej, 

pułkownik  Terence  Langley  był  jego  dowódcą.  Ten  czarujący 

mężczyzna i świetny jeździec od samego początku okazywał przyjaźń 

markizowi.  Obydwaj  zafascynowani  końmi,  poza  obowiązkami  w 

pułku spędzali razem sporo czasu. 

Pułkownik Langley przyjechał kiedyś do zamku Okehamptonów, 

a markiz odwiedził swego przełożonego w jego wiejskiej posiadłości, 

gdzie  pułkownik  zwykle  urządzał  steeplechase,  czyli  biegi  konne  na 

przełaj  z  przeszkodami  lub  wyścigi  konne  w  terenie  zwane  point-to-

point. 

Markiz  przypomniał  sobie  o  jednym  wyścigu,  który  posiadał 

szczególnie niebezpieczną trasę. Zanim jeźdźcy wyruszyli, pułkownik 

powiedział: 

— Proponuję, żeby wszyscy młodzi mężczyźni, którzy mają jakiś 

majątek, spisali na wszelki wypadek ostatnią wolę. 

background image

Taka  rada  należała  do  tradycji,  więc  wszyscy  się  roześmieli. 

Niektórzy  spisali  zabawne  testamenty,  które  przeczytali  na  głos. 

Kiedy skończyli, ktoś zapytał pułkownika nieco zuchwale: 

— A pan, sir? Nie spisał pan swojej woli? 

— Nie — przyznał pułkownik. 

—  A  więc  dalej!  —  ktoś  krzyknął.  —  Nie  może  pan  dawać 

rozkazów, a sam ich lekceważyć! 

Wszyscy  sporo  wypili,  Langley  był  w  dobrym  humorze,  spisał 

więc  testament,  w  którym  rozdzielił  swój  majątek.  Jak  markiz 

przypomniał  sobie  później,  dom  pozostawił  żonie,  konie  —  bratu, 

kucyki  do  gry  w  polo  —  jednemu  z  oficerów  z  pułku,  a  świnie  i 

krowy — rożnym znajomym. Kiedy skończył, markiz zagadnął: 

—  A  co  z  pańską  córką?  Nigdy  jej  nie  widzieliśmy,  czy  ona 

naprawdę istnieje? 

— Nie pozwolę, żebyście zawrócili jej w głowie! — odpowiedział 

pułkownik.  —  Ale  jeśli  już  o  niej  mowa,  zostawiam  ją  tobie, 

Rayburnie!  Jesteś  najbogatszy  z  całej  tej  gromady  i  przynajmniej, 

kiedy  mnie  zabraknie,  urządzisz  jej  bal,  na  którym  zostanie  Królową 

Sezonu. 

Wszystkich  ubawił  ten  pomysł.  Ale  markiz,  który  wtedy  jeszcze 

nie  odziedziczył  tytułu,  odpowiedział,  że  jeśli  pułkownik  umrze  tego 

dnia, to bal pokaże jej na przedstawieniu w teatrze, bo na prawdziwy 

go  nie  będzie  stać.  Wszyscy  śmieli  się  z  żartu,  wsiadając  na  konie 

przygotowane dosteeplechase, w którym, na szczęście, nikt nie zginął. 

background image

Dokładnie trzy lata później pułkownik Langley poniósł śmierć  w 

fatalnym  wypadku  podczas  jazdy  powozem.  Po  jego  śmierci  okazało 

się,  że  nigdy  nie  spisał  drugiego  testamentu.  Pozostawił  tylko  ten, 

który  sporządził  owego  dnia  przed  zawodami.  Żona  zginęła  razem  z 

nim  i  markiz,  posiadając  już  tytuł,  został  pełnoprawnym  opiekunem 

córki pułkownika.  

W dniu pogrzebu Langleya i jego żony przebywał za granicą, ale 

pan  Barrett  nie  omieszkał  posłać  wieńca  z  odpowiednim  pismem. 

Czekał na powrót markiza, by powiedzieć mu, co się stało. 

—  Dobry  Boże!  —  wykrzyknął  wtedy  markiz.  —  Co  ja  teraz 

zrobię z tą dziewczynką? A właściwie, ile ona ma lat? 

— Piętnaście, milordzie, i nie musi się pan o nią martwić. Podczas 

pańskiej nieobecności  skontaktowałem  się  z  jej  ciotką,  lady  Langley, 

bratową pułkownika. Zgodziła się, żeby panna Zia z nią zamieszkała. 

Zajmie się jej wykształceniem. 

Markiz odetchnął z ulgą. 

— Dziękuję, Barrett. Wiedziałem, że mogę polegać na tobie! 

—  Lady  Langley  jest  bardzo  zamożna,  milordzie,  więc  chociaż 

pułkownik  nie  zostawił  swojej  córce  zbyt  dużo  pieniędzy,  to  na 

niczym nie będzie jej zbywało. 

I  to  było  wszystko  —  po  tej  rozmowie  markiz  nigdy  więcej  nie 

myślał o swojej podopiecznej. 

Teraz zapytał: 

— Dlaczego ten ksiądz chce się ze mną widzieć? 

background image

—  Przyniósł  list  od  panny  Zii  Langley  —  odpowiedział  pan 

Barrett i położył list na biurku przed markizem. 

Ton głosu sekretarza wydał się markizowi trochę zastanawiający. 

— Zakładam, że już znasz jego treść. O co właściwie chodzi? 

—  Panna  Langley  prosi  o  pańskie  pozwolenie,  by  mogła  zostać 

zakonnicą! 

— Zakonnicą?! — wykrzyknął markiz i otworzył kopertę. 

Drogi Opiekunie! 

Pragnęłabym  wstąpić  do  Klasztoru  Korony  Cierniowej. 

Powiedziano  mi,  że  konieczne  jest  pańskie  pozwolenie.  Byłabym 

bardzo  wdzięczna,  gdyby  Pan  łaskawie  się  zgodził,  ponieważ  tylko 

tam będę mogła poświęcić się Bogu. 

Pozostaję z szacunkiem,  

Zia Langley. 

Markiz przeczytał list. 

— To doprawdy zadziwiające! Ile teraz ma lat ta dziewczyna? 

— Ksiądz mówi, że osiemnaście. 

— I mówisz, że odziedziczyła ogromną fortunę po swojej ciotce? 

— Tak, milordzie! 

Markiz, spojrzawszy na list, powiedział: 

— Sądzę, że lepiej będzie, jeśli porozmawiam z księdzem. 

—  Przypuszczałem,  że  jego  lordowska  mość  tak  zadecyduje  — 

odparł pan Barrett. 

— Jakie zrobił na tobie wrażenie? — zapytał markiz. 

Barrett zawahał się. 

background image

—  Chyba  nie  jest  to  szczególnie  święty  człowiek.  Oczywiście, 

może pan mieć inne zdanie. 

— Czy oprócz tego, co ci mówi twój instynkt, masz jakiś powód, 

by tak sądzić? — zapytał markiz. 

—  Przybył  tu  z  samego  rana,  zanim  zszedłem  na  dół  — 

odpowiedział pan Barrett — i kiedy służący zaproponował mu kawę, 

on  poprosił  o  brandy!  Wyjaśnił,  że  ma  za  sobą  długą  podroż  z 

Kornwalii, ale mimo wszystko to dziwne życzenie jak na księdza. 

—  Zgadzam  się  z  tobą  —  powiedział  krotko  markiz.  —  Przyślij 

go tutaj! 

Wiedział,  że  Barrett  zawsze  bardzo  trafnie  ocenia  ludzi  i  rzadko 

się myli. Po chwili lokaj otworzył drzwi i zaanonsował gościa. 

— Ojciec Proteus, milordzie! 

Do  pokoju  wszedł  mężczyzna  w  sutannie.  Wyglądał  na  ponad 

czterdzieści  lat,  a  na  skroniach  miał  pasemka  siwych  włosów.  Był 

dość wysoki, dobrze zbudowany i z pewnością, pomyślał markiz, nie 

wyglądał  na  kogoś,  kto  by  odmawiał  sobie  ziemskich  rozkoszy.  Na 

jego  piersi  widniał  wielki  ozdobny  krzyż.  Rozmyślnie,  powoli  i  z 

godnością przeszedł przez pokój do biurka, za którym siedział markiz. 

Markiz wyciągnął do niego rękę ze słowami powitania. 

—  Dzień  dobry,  ojcze.  Zdaje  mi  się,  że  chciał  się  ojciec  ze  mną 

widzieć. 

— Niech cię Bóg błogosławi, mój synu — odpowiedział ksiądz i 

usiadł  naprzeciwko  markiza  na krześle,  które  ten  mu  wskazał.  —  To 

wielka przyjemność moc z panem rozmawiać, wasza lordowska mość. 

background image

Słyszałem  o  pańskich  sukcesach  na  wyścigach  konnych.  Tyle 

wygranych gonitw! 

— Czy ksiądz interesuje się wyścigami? 

—  W  bardzo  ograniczony  sposób  staram  się  wiedzieć,  co  się 

dzieje na świecie poza murami klasztoru. Zia Langley opowiadała mi, 

jakim to doskonałym kawalerzystą był jej ojciec. 

— W rzeczy samej — zgodził się markiz. — To smutne, że zginął 

w tak jeszcze młodym wieku. 

— Rzeczywiście smutne — powiedział ksiądz — ale niewątpliwie 

jest  w  Niebie  i  teraz  pragnie  jedynie,  by  ktoś  zatroszczył  się  o  jego 

córkę i ją ochronił. 

— Ochronił przed czym? — zapytał wprost markiz. 

— Przed podstępami i niegodziwościami tego ponurego świata — 

odrzekł  ksiądz.  —  Szczerze  mówiąc,  milordzie,  Zia  pragnie  wstąpić 

do  klasztoru.  Mogę  obiecać  panu,  że  zatroszczymy  się  tam  o  nią  i 

zapewnimy  jej  szczęście,  dopóki  nie  połączy  się  ze  swoim  ojcem  w 

Niebie. 

— I do tego potrzebna jest moja zgoda? — zapytał markiz. 

Wydało mu się, że nastąpiła lekka zmiana tonu w głosie księdza, 

który powiedział: 

—  Gdyby  wasza  lordowska  mość  raczył  podpisać te  dokumenty, 

więcej nie kłopotałbym już pana. 

Mówiąc  to,  ksiądz  położył  na  stole  dwa  dokumenty.  Jeden 

zezwalał  Zii  Langley  na  wstąpienie  do  klasztoru  za  zgodą  markiza 

jako  jej  opiekuna.  A  drugi  polecał  bankowi  przekazanie  pieniędzy, 

background image

jakie  były  tam  złożone  na  nazwisko  Zii,  Klasztorowi  Korony 

Cierniowej. 

Markiz przyglądał się drugiemu dokumentowi. Po chwili zapytał: 

— Czy przekazanie pieniędzy jest konieczne? 

—  Ci,  którzy  poświęcają  się  Bogu,  rezygnują  ze  swojego 

osobistego dobytku — odpowiedział ksiądz. 

—  Zdaje  mi  się,  że  jeśli  chodzi  o  pannę  Langley,  to  będzie  dość 

pokaźna suma! — zauważył markiz. 

—  Kiedy  kobieta  pragnie  wstąpić  do  klasztoru,  nie  ma  dla  nas 

znaczenia,  czy  ma  dużo,  czy  mało  pieniędzy  —  pompatycznie 

powiedział  ksiądz.  —  Wszystko  przeznaczamy  na  pomoc  biednym  i 

potrzebującym,  a  jak  wasza  lordowska  mość  wie,  w  dzisiejszych 

czasach jest ich niemało. 

—  Czy  ci biedni  i potrzebujący,  których  wspieracie,  znajdują  się 

w Kornwalii? — zapytał markiz. 

Miał  uczucie,  że  to  pytanie  nieco  zdziwiło  księdza,  który  jednak 

odpowiedział: 

—  Naturalnie,  że  wielu  jest  w  zasięgu  naszej  jurysdykcji,  ale 

wspieramy  również  pracę  naszych  braci  i  sióstr  w  Londynie  i  w 

innych  wielkich  miastach,  gdzie  ludzie  cierpią,  a  często  nawet 

głodują! 

—  Sądzę,  że  powinienem  zadać  wcześniej  to  pytanie  — 

powiedział  markiz  —  ale  wnoszę,  że  klasztor  księdza  jest 

rzymskokatolicki,  podczas  gdy  pułkownik  Langley,  a  wiem  to  na 

pewno, był protestantem! 

background image

—  Prowadzimy  przyklasztorną  szkołę  dla  uczniów,  którzy 

przychodzą  do  nas  na  naukę  nie  tylko  Pisma  Świętego,  ale  również 

innych  przedmiotów  —  powiedział  ksiądz  i  zrobiwszy  pauzę, 

kontynuował: — Przekonałem lady Langley, żeby posłała Zię do nas, 

ponieważ  mamy  najlepszych  nauczycieli  muzyki  i  malarstwa,  a  tymi 

przedmiotami  panna  Langley  bardzo  się  interesuje.  Z  początku 

przychodziła do nas na lekcje i nie mieszkała w internacie. — Ksiądz 

dramatycznie  obniżył  głos:  —  Kiedy  jej  lordowska  mość  odeszła  do 

Boga,  Zia  dobrowolnie  wstąpiła  do  klasztoru  jako  pensjonariuszka  i 

od tego czasu jest tak szczęśliwa, że jej życzeniem jest nigdy nas nie 

opuścić. 

—  To  brzmi  tak bardzo  interesująco —  powiedział  markiz  —  że 

chciałbym zobaczyć tę szkołę, a także poznać moją podopieczną. 

Obserwując księdza, markiz zauważył, że mężczyzna zesztywniał. 

— To jest całkiem zbyteczne, milordzie. Poza tym, nie chciałbym 

nadużywać  życzliwości  waszej  lordowskiej  mości  i  narażać  na  trudy 

tak  długiej  podroży.  —  Tu  ksiądz  przerwał  na  chwilę,  po  czym 

powiedział:  —  Zgodnie  z  tym,  co  pisze  Zia  w  swoim  liście,  pragnie 

ona  natychmiast  złożyć  śluby  zakonne.  W  ciągu  tygodnia 

zorganizujemy specjalne nabożeństwo, podczas którego będzie mogła 

to zrobić.  

Pochylił się do przodu i powiedział z naciskiem:  

— Wasza lordowska mość musi jedynie podpisać te dokumenty i 

nie będę już więcej robił panu kłopotu. 

background image

—  To  naprawdę  żaden  kłopot  —  beztrosko  odrzekł  markiz.  —  I 

tak  zamierzałem  wyjechać  z  Londynu,  więc  zamiast  pojechać  do 

mojego  zamku,  tak  jak  planowałem,  pojadę  do  Kornwalii.  Z  adresu 

wynika,  że  klasztor  księdza  jest  niedaleko  Flamouth.  —  Ksiądz 

milczał, a markiz mówił dalej: — Popłynę moim jachtem, więc będę 

mógł odwiedzić księdza pojutrze. Powiedzmy o godzinie dwunastej? 

—  To  wszystko  jest  całkiem  niepotrzebne,  milordzie!  —

zaprotestował  ksiądz.  —  Jestem  pewien,  że  taka  długa  podroż  okaże 

się dla waszej lordowskiej mości bardzo męcząca. I to tylko po to, by 

spotkać  się  z  dziewczyną,  która  w  tym  czasie  będzie  odmawiała 

pacierze. 

—  W  takim  wypadku  poczekam,  aż  skończy!  —  odpowiedział 

markiz. 

Mówiąc  to,  podniósł  się  z  krzesła.  Ksiądz  również,  choć  bardzo 

niechętnie, wstał. 

—  Jestem  pewien  —  wesoło  powiedział  markiz  —  że  chętnie 

zjadłby  ksiądz  coś  przed  podrożą.  Może  lekki  posiłek?  Wiem,  jak 

trudno jest dostać dobre jedzenie w pociągach. 

Markiz  wyciągnął  rękę  na  pożegnanie.  Ksiądz  zawahał  się,  a 

potem,  ociągając  się,  jakby  robił  to  z  przymusem,  uścisnął  dłoń 

markiza. 

— Szkoda, że nie mogę przekonać waszej lordowskiej mości, by 

nie tracił swego czasu — powiedział. 

background image

—  Nie  sądzę,  że  to  będzie  strata  czasu  —  odrzekł  markiz.  — 

Rozumie ksiądz, iż nie chciałbym zaniedbać obowiązków, jakie mam 

wobec córki pułkownika. 

Księdzu  nie  pozostało  nic  innego,  jak  ruszyć  w  kierunku  drzwi. 

Gdy markiz zadzwonił, lokaj je otworzył. 

— Do widzenia, ojcze! Zobaczymy się w czwartek — powiedział 

markiz. 

Jeśli  ksiądz  odmruknął  coś  w  odpowiedzi,  to  trudno  było  to 

usłyszeć.  Kilka  minut  później  pan  Barrett,  wiedząc,  że  markiz  go 

oczekuje, wrócił do pokoju. 

— Miałeś całko witą rację, Barrett — powiedział Okehampton. — 

Z tym księdzem coś jest nie w porządku. 

Mówiąc  to,  wręczył  sekretarzowi  dwa  dokumenty,  które  dał  mu 

ksiądz. Barrett przeczytał je i powiedział: 

—  Sądzę,  milordzie,  że  powinienem  skontaktować  się  z 

dyrektorem tego banku i dowiedzieć się, jaka dokładnie suma jest tam 

zdeponowana na nazwisko panny Langley. 

—  Spodziewałem  się,  że  to  zasugerujesz  —  powiedział  markiz. 

— Nie podoba mi się ta cała historia. Dowiedz się, do kogo oficjalnie 

należy  Klasztor  Korony  Cierniowej.  —  Markiz  zamilkł  na  moment, 

po czym dodał: — Wątpię, żeby arcybiskup Canterbury* lub kardynał 

londyńskiej  katedry  Westminster  mieli  jakieś  związki  z  tym 

klasztorem. 

* Canterbury—  miasto w południowo-wschodniej Anglii, słynne ze swojej 

katedry.  Arcybiskup  Canterbury  jest  głową  kościoła  anglikańskiego.  (Przyp. 

tłum.) 

background image

—  Dowiem  się  wszystkiego,  czego  będę  mógł  —  przyrzekł  pan 

Barrett.  —  W  rzeczywistości,  milordzie,  słyszałem  nieco  dziwne 

opowieści o tym szczególnym miejscu. 

— Tak? — zapytał markiz. — Nie wspomniałeś o tym wcześniej. 

— Nie chciałem nieprzychylnie pana nastawiać, milordzie, przed 

spotkaniem  z  księdzem  —  usprawiedliwił  się  pan  Barrett.  —  Poza 

tym, nie mam nic specjalnego do opowiadania oprócz tego, że jeden z 

moich krewnych mieszka w wiosce niedaleko klasztoru. 

— I co mówi o klasztorze? 

—  Widziałem  się  z  nim  mniej  więcej  rok  temu.  Przypadkowo 

dowiedziałem  się,  że  pułkownik  Langley  kupował  u  niego  konie  dla 

pułku. 

— I co dalej? — markiz ponaglił sekretarza. 

—  Moj  krewny  poznał  córkę  pułkownika  Zię,  a  także  jej  ciotkę 

lady Langley. To ona posłała dziewczynę na naukę do klasztoru. 

— To właśnie powiedział mi ksiądz — stwierdził markiz. 

— Według mojego krewnego to dziwna instytucja. Jest tam kilka 

zakonnic, z których większość przebywa tam od dłuższego czasu, oraz 

szkoła. 

Markiz  słuchał  z  przejęciem  opowiadania  Barretta,  który 

kontynuował:  

—  Udało  im  się  zebrać  sporo  doświadczonych  nauczycieli 

mieszkających  w  Kornwalii  —  pan  Barrett  zrobił  pauzę.  —  To 

oczywiście  spowodowało,  milordzie,  że  wiele  rodzin  z  całego 

hrabstwa zaczęło posyłać swoje córki na specjalne lekcje, szczególnie 

background image

lekcje  muzyki  i  malarstwa.  Księża,  którzy  prowadzą  klasztor,  a  jest 

ich tam sporo, nie są akceptowani przez  lokalny kler. Podobno spora 

ilość alkoholu przedostaje się za bramy klasztoru.  

Oczy pana Barretta błyszczały, gdy dodawał:  

— Z tego, co mówi mój krewny, wynika, że w klasztorze zawsze 

mają  dość  pieniędzy,  by  zapłacić  farmerom  za  najlepsze  młode 

jagnięta, kurczaki,  jajka  i  śmietanę.  Miejscowi  uważają  to  za  dziwne 

pożywienie  jak  dla  ludzi,  którzy  twierdzą,  że  przez  większość  czasu 

poszczą! 

—  Rzeczywiście  dziwne  —  zaśmiał  się  markiz  — i  dlatego  jadę 

do Kornwalii! 

Pan Barrett popatrzył na niego zdumiony. 

— Czy naprawdę pan tam jedzie, milordzie? 

—  Oczywiście!  Powiadom  kapitana  „Jednorożca",  że  dziś  po 

południu  wsiadam  na  jacht.  Poinformowałem  mojego  gościa,  że 

pojutrze będę w klasztorze. 

Pan Barrett roześmiał się. 

—  Pan  zawsze  robi  rzeczy  nieoczekiwane,  milordzie.  Pański 

ojciec darzył ogromnym szacunkiem pułkownika Langleya. 

— Tak jak ja! — odpowiedział markiz i zaczął przeglądać listy. 

Gdy  pan  Barrett  siadał  na  krześle  przy  biurku,  na  jego  ustach 

pojawił  się  uśmiech,  otworzył  notatnik  i  był  gotowy  do  zanotowania 

poleceń markiza. 

 

 

background image

Rozdział 2 

Natychmiast  po  obiedzie  Okehampton  wsiadł  na  jacht.  Przed 

wyjściem  z  domu  napisał  do  księcia  Walii  i  do  pani  domu,  gdzie 

miało  się  odbyć  wieczorne  przyjęcie,  listy  usprawiedliwiające  jego 

nieobecność  na  nim  oraz  do  kilku  innych  osób,  z  którymi  miał 

umówione spotkania. 

Nie  był  właściwie  pewien,  co  zamierza  robić  po  powrocie  z 

Kornwalii,  ale  był  zdecydowany  nie  kontaktować  się  z  Yasmin.  Nie 

miał  również  zamiaru,  w  razie  śmierci  lorda  Catona,  uczestniczyć  w 

jego  pogrzebie.  Zdawał  sobie  sprawę,  że  nieuchronnie  pojawią  się 

komentarze  dotyczące  jego  zachowania,  i  zastanawiał  się,  dokąd 

pojechać, by uciec przed tym wszystkim. 

Jednak  najpierw  chciał  koniecznie  dowiedzieć  się  czegoś  o 

Klasztorze  Korony  Cierniowej.  Przypomniał  sobie,  że  słyszał  w 

przeszłości o kobietach, które były  mile  widziane w klasztorach, pod 

warunkiem że miały pieniądze, by wesprzeć zakon. Jednocześnie takie 

sytuacje  zdarzały  się  przeważnie  wśród  katolików,  którzy  od 

dzieciństwa  uczyli  się  w  szkołach  przyklasztornych.  Swoje  życie 

Bogu  poświęcały  też  kobiety,  które  przeżyły  nieszczęśliwy  romans  i 

czuły,  że  żaden  inny  mężczyzna  nigdy  nie  zajmie  miejsca  tego, 

którego straciły.  

Przynajmniej,  pomyślał  markiz,  gdy  „Jednorożec"  wypływał  z 

portu  w  Folkestone,  cała  ta  sprawa  jest  czymś  nowym  dla  niego  i 

pomoże  mu  zapomnieć  o  Yasmin.  Dzień  był  ciepły  i  słoneczny,  a 

morze stosunkowo spokojne, więc markiz był zadowolony, że jest na 

background image

swoim  jachcie.  Od  dłuższego  czasu  nie  pływał  na  nim,  ale  zawsze 

nalegał,  by  statek  był  gotowy  do  wypłynięcia  w  każdej  chwili.  W 

rzeczywistości  był  to  najlepszy  sposób,  by  utrzymać  załogę  w 

gotowości. Teraz markiz docenił korzyści płynące z takiego polecenia. 

Jacht był świetnie utrzymany i kapitan z radością powitał markiza na 

pokładzie. 

—  Mamy  nadzieję,  że  jaśnie  pan  przychodzi,  by  wypróbować 

nowy silnik — powiedział. 

— Jeszcze nie miałem  okazji, by to  zrobić — odrzekł markiz — 

ale  chciałbym  być  w  Falmouth  jutro  w  nocy  albo  przynajmniej  w 

czwartek rano. 

— Nie ma w tym nic trudnego, jaśnie panie — powiedział kapitan 

i  zaczął  demonstrować  markizowi,  z  jaką  szybkością  może  płynąć 

„Jednorożec". 

Większość  popołudnia  markiz  spędził  na  mostku  kapitańskim  i 

poniekąd  żałował,  że  nie  zaprosił  na  statek  Harry'ego.  Ale  potem 

pomyślał,  że nie chce, by ktokolwiek w  Londynie wiedział, dlaczego 

wyjechał  tak  pośpiesznie.  Wieść,  że  odwiedza  zakonnicę,  stałaby  się 

okazją do rożnych plotek. 

Markiz zostawił wiadomość dla Harry'ego, tłumacząc się, że musi 

zobaczyć  się  z  córką  pułkownika  Langley'a,  która  jest  jego 

podopieczną. 

„Nie  będzie  mnie  przez  dwa  lub  trzy  dni  —  napisał  —  ale 

dziewczyna  odziedziczyła  fortunę  i  jestem  zobowiązany  do 

uporządkowania jej spraw". 

background image

Polecił  Harry'emu,  by  w  dalszym  ciągu  szykował  przyjęcie  na 

zamku  Okehamptonów,  które  miało  się  odbyć  w  następny  weekend. 

Wiedział,  że  Harry  będzie  ciekaw,  co  go  skłoniło  do  tak  nagłego 

wyjazdu.  Postanowił,  że  dopiero  po  powrocie  powie  przyjacielowi 

prawdę i każe mu przysiąc, że dotrzyma tajemnicy. 

Opuszczając  wybrzeże,  markiz  zdawał  sobie  sprawę,  że  ucieka  z 

pułapki,  którą  zastawiła  na  niego  Yasmin.  Jeśli  w  dalszym  ciągu 

będzie  twierdziła,  że  oczekuje  jego  dziecka,  i  ze  swojej  tajemnicy 

zwierzy  się  kilku  swoim  przyjaciołom,  to  będzie  mu  niewątpliwie 

bardzo trudno udowodnić, że to nieprawda. Gdy teraz zastanawiał się 

nad tym, uświadomił sobie, czego przedtem nie dostrzegał, iż Yasmin 

posiada żelazną wolę, jeśli chce postawić na swoim. 

Z  pewnością  w  delikatny  sposób  posłużyła  się  nim.  I  w  dodatku 

tak  postępowała,  żeby  myślał,  iż  to  on  zabiega  o  jej  względy. 

Jednakże  analizując  rożne  sytuacje,  markiz  zdał  sobie  sprawę,  że  to 

Yasmin  zawsze  ustalała  ich  spotkania  i  planowała  następne,  zanim 

wyszedł od niej. Nigdy mu to nie przeszkadzało, bo sam pragnął się z 

nią kochać, a jej uroda doprowadzała go do szaleństwa. 

Teraz markiz pomyślał — w rzeczywistości myślał tak często już 

dawniej — że woli być myśliwym niż zwierzyną. Zważywszy na silną 

osobowość, jaką posiadał, wydawało się to raczej dziwne,  że kobiety 

dostawały  go  w  swoje  szpony,  niemal  zanim  poznał  ich  imiona.  Był 

jednak  na  tyle  szczery,  by  przyznać,  że  miał  słabość  —  co  było  w 

sprzeczności  z  resztą  jego  charakteru  —  do  pięknych  kobiet,  które 

zawsze mogły okręcić go sobie wokół małego palca. 

background image

—  Niech  będę  przeklęty,  jeśli  pozwolę,  by  coś  takiego  mi  się 

jeszcze raz przydarzyło! — przysiągł sobie markiz. 

Ale musiał przyznać, że kobiety odgrywały tak ważną rolę w jego 

życiu, jak jego konie. 

Po  spożyciu  wybornej  kolacji  przygotowanej  przez  jednego  ze 

swoich kucharzy, markiz udał się do kajuty i zasnął w spokoju. Jacht 

był  urządzony  z  ogromnym  staraniem.  Pamiętając  niewygodne 

legowiska  na  rożnych  jachtach  lub  w  domach  u  przyjaciół,  markiz 

zatroszczył  się  o  wybranie  takich  materacy,  na  których,  jak  mówili 

przyjaciele, miało się podczas snu wrażenie, że „człowiek się unosi na 

chmurze". 

Tej  nocy  morze  było  wzburzone,  a  spowodował  to  wiatr,  który 

zaczął  wiać  o  świcie;  jednak  kiedy  obudził  się  chwilę  po  wschodzie 

słońca,  morze  uspokoiło  się  i  lekkie  falowanie  nie  było  w  żadnym 

wypadku  nieprzyjemne.  Wybrzeże  Kornwalii  dostrzeżono  późnym 

popołudniem  i  przed  zmierzchem  istotnie  jacht  wpłynął  do  portu  w 

Falmouth. 

Markiz  złożył  kapitanowi  gratulacje  za  udany  rejs,  zjadł 

wyśmienitą  kolację  i  wcześnie  położył  się  spać.  Rano  posłał  na  ląd 

Wintona,  zastępcę  kapitana,  bardzo  bystrego  człowieka,  który  służył 

we  flocie  królewskiej,  by  wynajął  najbardziej  nowoczesną  bryczkę  i 

najlepsze konie. Jeszcze nie zasiadł do śniadania, a już powiadomiono 

go,  że  chociaż  bryczka  jest  nieco  stara,  to  jednak  dobrze  zawieszona 

na resorach, a konie młode i rasowe. 

background image

—  Bardzo  dobrze!  —  pochwalił  markiz  zastępcę  kapitana.  — 

Słyszałem, Wintonie, że dobrze strzelasz. 

—  Strzelałem,  kiedy  służyłem  we  flocie,  jaśnie  panie  — 

odpowiedział  Winton  —  ale  od  kilku  lat  nie  miałem  w  ręku  ani 

karabinu, ani pistoletu. 

— Sądzę, że jest to umiejętność, której tak łatwo się nie zapomina 

— powiedział markiz. — Chcę, żebyś pojechał dziś ze mną i wziął ze 

sobą pistolet. 

Mówiąc to, markiz podniósł się zza stołu i podszedł do szuflady w 

meblu  zamontowanym  w  ścianie  kajuty.  Leżały  tam  trzy  pistolety. 

Markiz wyjął jeden i wręczył go Wintonowi. 

—  W  drodze  wyjaśnię  ci,  dlaczego  może  on  być  potrzebny  — 

powiedział. — Wyruszamy o jedenastej. 

— Tak jest, jaśnie panie. 

Markizowi  podobało  się,  że  wykonuje  jego  polecenia  bez 

zadawania  zbędnych  pytań.  Wiedział,  że  o  Wintonie  mówiono,  iż 

doskonale posługuje się bronią. Kiedyś zastępca kapitana chwalił się, 

że  strzelając  z  pistoletu  jest  w  stanie  trafić  w  środek  karty  do  gry 

rzuconej w powietrze. 

Odjeżdżając  z  nadbrzeża,  Okehampton  stwierdził,  że  konie  są 

dokładnie takie, jak je opisał Winton — młode i rasowe. Dlatego też 

siedział  w  bryczce  i  rozkoszował  się  drogą  do  klasztoru  oddalonego 

od portu w Falmouth, jak powiedział mu pan Barrett, około pięciu mil 

w głąb lądu. 

background image

Okolica  była  bardzo  piękna.  Chociaż  markiz  nigdy  przedtem  nie 

był  w  Kornwalii,  rozumiał  teraz,  dlaczego  Kornwalijczycy  tak 

wychwalają  swoje  hrabstwo.  Przypomniał  sobie  dwóch  znajomych, 

którzy mieli tu swoje posiadłości i byli do nich ogromnie przywiązani. 

Przypomniał  sobie  też,  że  Winton  czeka  na  wyjaśnienia,  więc 

powiedział, starannie dobierając słowa: 

— Mogę się mylić, Wintonie, ale podejrzewam, że  w klasztorze, 

do którego teraz jedziemy, dzieje się coś podejrzanego. Kiedy ja będę 

wewnątrz  budynku,  chcę,  żebyś  ty  przypatrywał  się  bacznie 

wszystkiemu.  I  żebyś  oczywiście  uważnie  słuchał  tego,  co  do  ciebie 

mówią. — Markiz spojrzał na mężczyznę, by upewnić się, czy słucha 

go  z  uwagą,  i  kontynuował:  —  Jeśli  zajdzie  taka  potrzeba,  pragnę 

również  szybko  stamtąd  wyjechać.  Jeśli  przypadkiem,  choć  jest  to 

mało  prawdopodobne,  ktoś  będzie  próbował  mnie  zatrzymać,  bądź 

gotów  wystrzelić  z  pistoletu,  ale  tak,  by  nikogo  nie  zranić,  a  jedynie 

przestraszyć. 

— Rozumiem, jaśnie panie — odpowiedział Winton. 

Markiz z przyjemnością zauważył, że  w głosie  zastępcy kapitana 

pojawiła  się  nutka  podekscytowania.  Wiedział,  że  tak  jak  wszyscy 

młodzi  mężczyźni  Winton  oczekuje,  jeśli  nie  potyczki,  to  na  pewno 

przygody. 

Kilka  minut  przed  godziną  dwunastą  markiz,  trzymając  się 

instrukcji, jakie dał mu pan Barrett, oraz drogowskazów, ujrzał mury, 

które otaczały dom i tereny dawnej prywatnej rezydencji. Wiedział, że 

się  nie  myli,  bo  dojechawszy  do  dużej  bramy  z  kutego  żelaza, 

background image

zobaczył, że był na niej wyryty herb, który musiał kiedyś należeć do 

jakiejś  rodziny  szlacheckiej.  Ze  stróżówki  wyszedł  portier  i  kluczem 

otworzył bramę. 

Markiz wjechał, ale zatrzymał się przy portierze i zapytał: 

— A więc to jest Klasztor Korony Cierniowej? 

—  Tak,  jaśnie  panie  —  z  obcym  akcentem  odpowiedział 

mężczyzna. — Mówili mi, że oczekują jaśnie pana. 

— Dziękuję. 

Markiz  pojechał  dalej  i  stwierdził,  że  dom  stoi  niedaleko  od 

bramy.  Był  to  ładny  budynek  z  dachem  zwieńczonym  szczytami, 

otoczony ogrodem, który aż jaśniał od kwiatów; trawniki były dobrze 

utrzymane. 

Markiz zatrzymał konie przy okazałych drzwiach frontowych. Na 

kamiennym  portyku  był  wyrzeźbiony  ten  sam  herb  co  na  bramie. 

Wręczył  lejce  Wintonowi,  a  sam  zszedł  z  bryczki.  W  tym  momencie 

otworzyły się drzwi, stanął w nich mężczyzna w sutannie i ukłonił się 

niezdarnie. Był to raczej gburowato wyglądający osobnik, ociężały i o 

wyglądzie  awanturnika,  bardziej  pasujący  do  ringu  bokserskiego  niż 

do kaplicy. 

— Przybyłem, by zobaczyć się z ojcem Proteusem — powiedział 

markiz. — Spodziewam się, że mnie oczekuje. 

—  Tędy,  proszę  —  powiedział  mężczyzna,  idąc  ociężale  w 

butach, które wydawały się zbyt masywne w porównaniu z jego szatą. 

Wprowadził  gościa  do  dużego  salonu  z  widokiem  na  ogród. 

Zobaczywszy  sofę  i  krzesła  obite  adamaszkiem,  i  kilka  bardzo 

background image

cennych  obrazów  wiszących  na  ścianach,  markiz  zdziwił  się  nieco. 

Zdążył tylko rzucić okiem dookoła, bo nagle otworzyły się drzwi i do 

pokoju wszedł pośpiesznie ojciec Proteus. 

— Witam, milordzie! — powiedział  uprzejmie. — Cieszę się, że 

znowu pana widzę! Mam nadzieję, że miał pan spokojną podroż. 

— Bardzo — powiedział markiz. — I ja mam nadzieję, iż podróż 

księdza z Londynu też nie była zbyt uciążliwa. 

Ojciec Proteus uniósł ręce. 

—  Pociągi  są  szybsze  —  odrzekł  —  choć  z  pewnością  nie  tak 

wygodne jak powozy. I nigdy takie nie będą! 

— Zgadzam się z księdzem! — uśmiechnął się markiz. 

Drzwi  otworzyły  się  i  do  salonu  wszedł  ten  sam  służący,  który 

wpuścił  markiza  do  klasztoru,  niosąc  tacę  z  butelką  wina  i  dwoma 

kieliszkami. 

—  Zapewne,  milordzie  —  powiedział  ojciec  Proteus  potrzebuje 

pan czegoś do ochłody. Ciepło jest dzisiaj, a kurz na drogach zawsze 

sprawia, że człowiek jest spragniony. 

Markiz  przyjął  kieliszek  wina.  Zauważył,  że  podano  mu  drogi 

rocznik,  który  sam  czasami  kupował.  Gdy  upił  trochę  wina, 

powiedział: 

— Z pewnością jest ksiądz bardzo zajęty, tak więc jak najszybciej 

chciałbym zobaczyć się z Zią Langley. 

—  Tak,  tak,  oczywiście!  —  odrzekł  ojciec  Proteus.  —  Zaraz  się 

pan przekona, że Zia jest zadowolona będąc tu z nami, w szczęśliwym 

Bożym Domu, wśród pięknej przyrody. 

background image

Zabrzmiało to nieco teatralnie, ale markiz pominął to milczeniem. 

Ojciec Proteus opuścił pokój, by prawie natychmiast do niego wrócić 

w  towarzystwie  młodej  kobiety,  która  najwidoczniej  musiała  czekać 

za drzwiami, potem zaś znowu wyszedł. 

Kobieta była cała w czerni, a jej głowę przykrywał ciemny welon 

typowy dla postulantek. Z pochyloną głową zbliżyła się do markiza i 

złożyła  przed  nim  ukłon, po  czym  wyprostowała  się,  by  spojrzeć  mu 

w twarz.  

Markiz był wstrząśnięty wyglądem dziewczyny. Zia Langley była 

bardzo brzydka. Markiz pomyślał, że chyba nigdy jeszcze nie spotkał 

równie  nieładnej  dziewczyny.  Miała  chudą  twarz,  wielki  nos  i 

odrobinę  „zajęczą  wargę",  jak  nazywali  lekarze  taką  deformację  ust. 

Jej  wygląd  prawie  budził  odrazę.  Kiedy  spojrzał  w  brązowe  oczy 

dziewczyny, zobaczył, że jest przestraszona. 

—  Bardzo  mi  przyjemnie  moc  cię  poznać,  Zio!  —  powiedział, 

wyciągając rękę na powitanie. 

—  To  bardzo  miło  z  pana  strony,  że  przyjechał  pan  do  mnie  — 

odpowiedziała Zia szeptem, a w jej głosie zabrzmiała nuta strachu. 

—  Bardzo  lubiłem  twojego  ojca  i  mogę  tylko  żałować,  iż  nie 

spotkaliśmy się wcześniej. 

— Ogromnie tęsknię za papą. 

Gdy  to  mówiła,  markiz  myślał,  jakim  przystojnym  człowiekiem 

był pułkownik. Właściwie to często  dokuczano mu z tego powodu w 

pułku.  Zwykle  mówiono,  że  Langley  w  mundurze  kawalerzysty  nie 

zawiedzie zgromadzonej podczas parady publiczności. 

background image

—  Kiedy  jedziemy  aleją  w  parku  św.  Jakuba  w  Londynie  — 

powiedział  kiedyś  jakiś  młodszy  oficer  —  dziewczęta  na  nas  nawet 

nie spojrzą, patrzą tylko na niego. 

Jak  to  możliwe,  zastanawiał  się  markiz,  żeby  taki  przystojny 

mężczyzna miał tak brzydką córkę? I zaraz też przypomniał sobie, jak 

podziwiał  panią  Langley  podczas  swojego  pobytu  w  ich  domu.  Była 

to bardzo atrakcyjna kobieta. Miała niebieskie oczy i jasne włosy.  

Nagle pod wpływem impulsu markiz zapytał: 

— Zawsze chciałem wiedzieć, co się stało z Jokerem. 

Zadając  pytanie,  zobaczył  zakłopotany  wyraz  twarzy  Zii,  która 

instynktownie popatrzyła za siebie na uchylone drzwi.  Wtedy markiz 

już  był  pewny,  że  ojciec  Proteus  słuchał  pod  drzwiami.  Jak  gdyby 

chciał przyjść Zii z pomocą, ksiądz pojawił się w drzwiach. 

—  Na  pewno  chce  pan,  milordzie  —  powiedział  —  zobaczyć 

kaplicę, gdzie Zia się modli i gdzie, za pana przyzwoleniem, przyjmie 

śluby zakonne. 

— Jak to miło, że ksiądz o tym pomyślał — odpowiedział markiz 

—  ale  mam  lepszy  pomysł.  Chciałbym  porozmawiać  z  Zią  na 

osobności,  a  skoro  dzisiaj  jest  tak  ciepło,  wyjdziemy  do  ogrodu  na 

słońce. 

Ojciec  Proteus  zmarszczył  brwi,  jakby  chciał  odmówić,  ale 

markiz  nie  czekając na  zgodę  ojca  Proteusa,  podszedł  do  oszklonych 

drzwi,  otworzył  je  i  wyszedł  na  taras.  W  tym  samym  czasie  ojciec 

Proteus chwycił Zię za rękę, mówiąc do niej prawie bezgłośnie: 

— Uważaj na to, co mówisz. 

background image

Na trawnik schodziło się z tarasu po trzech stopniach. Kiedy  Zia 

dołączyła do markiza, odeszli od domu w kierunku klombów usianych 

kwiatami. 

— To uroczy ogród! — powiedział markiz donośnym głosem, by 

zacząć  rozmowę.  —  Jestem  pewien,  że  z  przyjemnością  tu 

przebywasz. 

— Tak, milordzie. 

Markiz  odszedł  trochę  dalej  od  domu,  podziwiając  jednocześnie 

kwiaty, które rosły  w cieniu kilku drzew.  Wiedział, że ojciec Proteus 

obserwuje  ich  z  daleka,  i  ciągle  szedł  w  głąb  ogrodu,  z  Zią  u  boku. 

Dziewczyna  szła  z  pochyloną  głową,  jak  gdyby  nie  miała  odwagi 

spojrzeć  na  niego.  Kiedy  markiz  był  pewien,  że  ksiądz  nie  może  już 

ich usłyszeć, odezwał się: 

— Nie bój się. Obiecuję ci, że cię nie skrzywdzę. 

Dziewczyna  popatrzyła  na  niego,  otwierając  szeroko  oczy,  w 

których markiz zobaczył strach. 

— Chcę, żebyś mi pomogła — powiedział — i bardzo potrzebuję 

twojej pomocy! Na pewno jesteś dobrą dziewczyną, więc błagam cię, 

byś powiedziała mi prawdę. 

— Nie... nie rozumiem. 

— Myślę, że rozumiesz — powiedział markiz. — Gdzie jest Zia? 

Dlaczego nie pozwolono jej się ze mną zobaczyć? 

Dziewczyna  wciągnęła  mocno  powietrze  i  odwróciłaby  się 

gwałtownie,  by  spojrzeć  na  dom,  gdyby  markiz  nie  otoczył  jej 

ramieniem, co mogło wyglądać na czuły gest. 

background image

— Zaufaj mi — prosił — i pomóż mi! 

—  Jak  pan  się  domyślił,  że  nie  jestem...  Zią?  —  wyszeptała 

dziewczyna. 

— Ponieważ ani trochę nie jesteś podobna do jej rodziców. 

—  Wybrali  mnie,  bo  jestem  brzydka.  Pomyśleli,  że  pan  się  nie 

zdziwi, iż chcę przyjąć śluby zakonne. 

—  Domyśliłem  się  tego  —  powiedział  markiz  —  ale  gdzie  jest 

Zia? 

—  Pozostanie  zamknięta  w  swoim  pokoju,  dopóki  pan  nie 

wyjedzie. 

Markiz  zobaczył  drewnianą  ławeczkę  pod  drzewami  i 

poprowadził ku niej dziewczynę.  Gdy usiedli, wziął jej rękę i wsunął 

pod swoje ramię. 

—  Teraz  postaraj  się  wyglądać  tak,  jakbyśmy  mieli  radosną 

pogawędkę o twoim dzieciństwie. 

—  Oni  mnie  zabiją,  jeśli  dowiedzą  się,  że  ich  zdradziłam  — 

powiedziała żałośnie. 

— Jak się nazywasz? — zapytał markiz. 

— Siostra Marta. 

— Co robisz w klasztorze? 

—  Od  dwóch  lat  jestem  zakonnicą,  ale  mam  mało  kontaktów  z 

uczniami, którzy przychodzą tutaj na naukę. 

— Czy wiesz, dlaczego chcą zatrzymać Zię? — zapytał markiz. 

Siostra Marta skinęła głową. 

background image

—  Ona  jest  bardzo  bogata,  a  oni  zawsze  chcą  więcej  i  więcej 

pieniędzy! 

— Kim są ci „oni"? 

—  Ojciec  Proteus  i  jeszcze  czterej  inni  mężczyźni,  którzy 

prowadzą zakon. 

— Czy naprawdę są księżmi? 

—  Nie  wiem.  Ojciec  Anthony,  stary  człowiek,  który  był  tutaj, 

zanim  oni  przyszli,  jest  bardzo  chory,  jego  siostra  była  matką 

przełożoną i opiekowała się zakonnicami takimi jak ja. 

— Co się z nią stało? 

— Umarła, a ojciec Anthony nie wie, co się tu dzieje! 

— A co się dzieje? — zapytał markiz. 

— Nie wiem... naprawdę — odpowiedziała siostra Marta. — Ale 

była tu pewna dziewczyna, bardzo bogata, tak jak Zia. Zmusili ją, by 

została zakonnicą, bo chcieli jej pieniędzy. 

— I co się z nią stało? — zapytał markiz.  

Siostra Marta odwróciła głowę. 

— Powiedz mi!  

— Boję się! 

— Nie mogą niczego podsłuchać! 

Zapadła cisza, a potem szeptem, że  markiz ledwo słyszał, siostra 

Marta powiedziała: 

— Próbowała uciec i chyba oni ją... zabili! 

Markiz wciągnął mocno powietrze. Potem odezwał się: 

background image

—  Musisz  mi  pomoc,  a  kiedy  Zia  wydostanie  się  stąd,  każę 

zbadać całe to miejsce. 

—  Jeśli  się  dowiedzą,  że  coś  panu  powiedziałam  —  wyszeptała 

siostra Marta — to mnie... zabiją! 

—  Jeśli  zrobisz  dokładnie  to,  co  ci  powiem,  nie  dowiedzą  się  o 

niczym. 

— Boję się! — półgłosem powiedziała dziewczyna. — Wiem, że 

to, co się tu dzieje, jest przerażające, ale... nie mam dokąd iść. Jestem 

brzydka i nikt mnie nie chce. 

— Posłuchaj mnie, Marto — powiedział spokojnie markiz. 

Dziewczyna odwróciła głowę, by na niego popatrzeć. 

—  Obiecuję  ci,  że  jeśli  mi  pomożesz  wydostać  stąd  Zię, 

dopilnuję,  byś  miała  zapewniony  byt  do  końca  twojego  życia.  Jeśli 

będziesz  chciała  wstąpić  do  innego  klasztoru,  tak  się  stanie.  Jeśli 

zapragniesz  być  wolna,  znajdę  dla  ciebie  miejsce,  byś  mogła  żyć  z 

ludźmi, z którymi będziesz szczęśliwa. 

Markiz  zobaczył,  że  siostra  Marta  patrzy  na  niego  z 

niedowierzaniem.  Uśmiechnął  się  do  niej  w  sposób,  któremu  kobiety 

nie mogły się oprzeć. Potem powiedział: 

— Proszę, zaufaj mi i pomóż, bo tylko ty możesz to zrobić. 

Markiz  poczuł,  jak  palce  dziewczyny  zaciskają  się  na  jego 

ramieniu. 

— Spróbuję, ale ostrzegam, ojciec Proteus obserwuje nas. 

background image

—  Musimy  go  przekonać  —  wyjaśnił  markiz  —  że  uwierzyłem, 

iż  jesteś  Zią,  i  że  jestem  gotów  podpisać  dokumenty,  jakie  dla  mnie 

przygotował. 

Zauważył, że siostra Marta patrzy na niego zaskoczona. 

— Jak tylko wypuszczą Zię z pokoju — kontynuował — powiesz 

jej, że przyjechałem, by ją uwolnić. 

— Jak pan to zrobi? 

Markiz  zastanowił  się  przez  chwilę.  Potem  spojrzał  ponad 

drzewami na mury, które otaczały klasztor. 

— Nie odwracaj głowy — powiedział. — Powiedz mi tylko, czy 

jest jakieś miejsce, gdzie Zia mogłaby się wspiąć na ten mur. 

—  Tak,  na  końcu  ogrodu jest  dąb, na  który  Zia  czasem  wchodzi 

— cicho powiedziała Marta, a po chwili dodała: — Kiedyś wspięła się 

na  to  drzewo,  żeby  wyjrzeć,  ojciec  Proteusz  zobaczył  ją  i  ukarał... 

przez trzy dni dostawała tylko chleb i wodę! 

Markiz zacisnął usta, ale nic nie powiedział. 

— Czy jak opuszczę klasztor, będzie mogła wyjść do ogrodu? — 

zapytał po chwili. 

—  Tak,  możemy  spacerować  dwa  razy  dziennie  —  odrzekła 

siostra Marta. 

— Kiedy robicie to po raz ostatni? 

—  O  godzinie  szesnastej,  przed  podwieczorkiem.  Potem  zamyka 

się nas na noc. 

background image

—  Doskonale  —  ucieszył  się  markiz.  —  Powiedz  Zii,  żeby  o 

czwartej,  kiedy  będzie  w  ogrodzie,  postarała  się  zbliżyć  do  drzewa, 

szybko wdrapała się na nie, a ja będę czekał po drugiej stronie muru. 

— To będzie trudne — odpowiedziała z żalem Marta. 

—  Jeśli  się  nie  uda,  powiedz  jej,  że  wieczorem  przyjadę  do 

klasztoru i zabiorę ją stąd siłą! 

Marta nie mogła się powstrzymać od okrzyku. 

—  Bądźcie  ostrożni!  —  ostrzegła  markiza.  —  Od  czasu  gdy 

ojciec  Proteus  chce  zmusić  Zię,  żeby  została  zakonnicą  służący 

obserwują teren, by nie uciekła. 

Dziewczyna  zobaczyła,  jak  markiz  poruszył  brodą.  Ci,  którzy  go 

znali,  tak  jak  Harry,  wiedzieli,  że  oznaczało  to,  iż  jest  bardzo 

zdenerwowany. 

—  Jesteś  bardzo  odważna  i  podziwiam  cię  za  to.  Musisz  teraz 

wyglądać  na  szczęśliwą,  tak  jakbym  zgodził  się  na  wszystko,  o  co 

mnie  prosiłaś.  Gdy  się  z  tobą  pożegnam,  ojciec  Proteus  będzie  na 

pewno z ciebie zadowolony. 

— Kim był „Joker", o którym pan mówił? — zapytała Marta. 

— Był wspaniałym ogierem, na którym zawsze jeździł ojciec Zii i 

na którym wygrał sporo wyścigów. 

— Nie powiedzieli mi tego. 

—  Miałem  przygotowanych  jeszcze  kilka  innych  pytań,  gdybyś 

umiała odpowiedzieć na pierwsze — uśmiechnął się markiz. 

Podniósł się z ławki, ale nie uwolnił ręki siostry Marty. 

background image

—  Teraz  razem  wrócimy  —  powiedział  —  i  ojciec  Proteus  nie 

może  niczego  podejrzewać.  Kiedy  wyjadę,  pomyślą,  że  wracam  na 

jacht, a ty powiadom Zię, że czekam na nią. 

— Na pewno ją wypuszczą po pańskim odjeździe. 

Upewniwszy  się,  na  które  drzewo  Zia  ma  się  wdrapać,  markiz 

poszedł  powoli  z  siostrą  Martą  w  kierunku  oszklonych  drzwi 

prowadzących  do  salonu.  Gdy  byli  już  blisko  i  ojciec  Proteus  mógł 

słyszeć, o czym rozmawiają, markiz powiedział wyraźnie: 

— Pamiętam, jak twój ojciec skakał na koniu na odległość prawie 

sześciu  stop,  a  my  wszyscy  goniliśmy  go!  Zrobilibyśmy  z  siebie 

głupców, gdybyśmy nie byli równie zręczni. 

Siostra Marta nie spuszczała z niego  wzroku, jakby przejęta jego 

każdym słowem. 

—  Twoja  matka  też  była  dobrym  jeźdźcem  —  ciągnął  markiz, 

gdy  doszli  do  schodków  prowadzących  do  salonu.  —  Przynajmniej 

tak mi mówiono, chociaż właściwie nigdy nie widziałem jej w siodle. 

Markiz wszedł na schodki i widząc ojca Proteusa, wykrzyknął: 

—  Rozmawiałem  z  Zią  o  starych  dobrych  czasach.  Jak  sądzę, 

ojcze, uczennicom w klasztorze nie pozwala się jeździć konno? 

—  Można  to  zorganizować,  jeśli  tego  bardzo  pragną  —  odparł 

ojciec  Proteus.  —  Rzeczywiście,  często  sam  myślałem,  że  program 

nauki, oprócz innych przedmiotów, powinien obejmować także jazdę 

konną. 

— To jest z pewnością najlepszy sport na świecie! — powiedział 

markiz. — Ale jest to tylko moje zdanie. 

background image

—  Ja  również  tak  sądzę  —  odpowiedział  ojciec  Proteus.  — 

Wasza lordowska mość posiada najlepsze konie. 

Weszli do salonu. Markiz zwrócił się do siostry Marty: 

—  Żegnaj,  moja  droga.  Cieszę  się,  że  cię  poznałem.  Całkowicie 

rozumiem,  dlaczego  pragniesz  spędzić  resztę  życia  w  tym  uroczym 

miejscu. 

Wziął  dziewczynę  za  rękę,  a  Marta  odpowiedziała  prawie 

bezgłośnie: 

— Dziękuję, milordzie! Bardzo, bardzo dziękuję! 

Ukłoniła  się,  a  potem  wyszła  z  pokoju  zostawiając  markiza  z 

ojcem Proteusem. 

—  Urocza  dziewczyna  —  stwierdził  markiz.  —  Smutne,  że  nie 

odziedziczyła urody po swoich rodzicach. 

—  Przypuszczałem,  że  wasza  lordowska  mość  zrozumiał, 

dlaczego  będzie  bardziej  szczęśliwa  tutaj  niż  poza  murami  klasztoru 

— odpowiedział ojciec Proteus. 

— Oczywiście — zgodził się markiz — i to jest prawdopodobnie 

jedyne słuszne rozwiązanie. Jaka to jednak niesprawiedliwość losu, że 

niektóre kobiety są tak piękne, a inne wyjątkowo brzydkie. 

— Możemy tylko wierzyć — rzekł ojciec Proteus — że i takie jak 

Zia będą szczęśliwe, odnajdując piękno w swoich duszach. 

Markiz westchnął, a potem powiedział: 

—  Muszę  wracać  na  jacht.  Mam,  jak  ksiądz  się  orientuje,  sporo 

spotkań w Londynie. 

background image

—  Rozumiem,  milordzie.  Bardzo  to  wspaniałomyślnie  z  pana 

strony, że poświęcił pan tyle czasu biednej małej Zii. 

Markiz ruszył w kierunku drzwi. 

—  Chwileczkę,  milordzie  —  zatrzymał  go  ojciec  Proteus.  — 

Sądzę,  że  zapomniał  pan,  iż  potrzebny  jest  pański  podpis  na 

formularzu, by Zia mogła przyjąć śluby zakonne. 

—  Ach,  tak!  —  wykrzyknął  markiz.  —  Jaki  ze  mnie  głupiec! 

Zostawiłem dokumenty na jachcie. 

—  Wystarczy,  że  podpisze  pan  kopie  —  powiedział  ojciec 

Proteus. 

— Proszę nie robić sobie kłopotu — odrzekł markiz. — Podpiszę 

je,  zanim  wyjadę  z  Falmouth,  i  dam  je  kapitanowi  w  porcie.  Jutro 

będzie mógł je pan odebrać. 

— Tak, oczywiście, milordzie — zgodził się ojciec Proteus — ale 

znalezienie dla pana kopii zajmie mi tylko kilka minut. 

Markiz wyciągnął swój złoty zegarek. 

—  Musi  mi ksiądz  wybaczyć  —  powiedział  —  ale  ktoś  na  mnie 

czeka i już jestem spóźniony. 

I  zanim  ojciec  Proteus  zorientował  się,  markiz  był  już  przy 

drzwiach  frontowych.  Uścisnął  pośpiesznie  dłoń  księdza,  doszedł  do 

powozu,  który  czekał  przed  klasztorem,  i  skoczył  na  miejsce  dla 

stangreta obok Wintona. 

— Do widzenia, ojcze! — zawołał unosząc kapelusz. 

—  Idź  z  Bogiem,  mój  synu  —  odpowiedział  ojciec  Proteus,  ale 

jego słowa zagłuszył odgłos kół i trzask bata. 

background image

Ojciec  Proteus  nie  zdążył  się  poruszyć,  gdy  markiz  był  już  na 

końcu podjazdu i chwilę później — poza bramą, specjalnie dla niego 

otwartą.  Ksiądz,  z  uśmiechem  zadowolenia  na  ustach,  wszedł  do 

budynku, zamykając za sobą drzwi. 

Markiz czekał, aż znajdą się w pewnej odległości od klasztoru, a 

potem zapytał Wintona: 

— Czy zauważyłeś coś dziwnego, gdy byłem w środku? 

—  Niewiele,  jaśnie  panie  —  odpowiedział  Winton.  —  Chyba 

tylko to, że z okien wyglądało kilku mężczyzn. Dziwne, bo myślałem, 

że to klasztor dla kobiet! 

— Jesteś spostrzegawczy — pochwalił markiz zastępcę kapitana. 

—  Teraz  musimy  porwać  uwięzioną tam  młodą damę,  sprowadzić  ją 

na jacht i wypłynąć na morze, zanim ludzie, których widziałeś, zdążą 

nas powstrzymać! 

— Jak to zrobimy, jaśnie panie? 

—  To  nie  będzie  łatwe  —  przyznał  markiz.  —  Może  zechcą  się 

teraz  upewnić,  czy  naprawdę  odjechaliśmy,  tak  więc  odwróć  się  i 

zobacz, czy przypadkiem nie jesteśmy śledzeni. 

Winton wykonał polecenie, ale z trudem mógł dojrzeć cokolwiek 

przez chmurę kurzu, jaką konie i bryczka wznosiły na suchej drodze. 

Przez kilka minut wytężał wzrok, a potem powiedział: 

— Nikogo nie widać, jaśnie panie. 

—  W  takim  razie  wypatruj  najbliższej  gospody,  gdzie  będziemy 

mogli  coś  zjeść  —  polecił  mu  markiz  —  a  potem  wrócimy  do 

klasztoru! 

background image

Widział,  że  Winton  jest  podekscytowany,  choć  nic  nie  mówił, 

tylko patrzył przed siebie. Nagle Winton odezwał się: 

—  Tam,  jaśnie  panie,  jest  główny  gościniec,  co  go  zauważyłem, 

kiedy jechaliśmy tutaj. Niedaleko musi być jakaś oberża albo miejsce, 

gdzie zatrzymują się dyliżanse. 

— Masz rację — zgodził się markiz. — Musimy ją znaleźć! 

Po  około  kwadransie  dojechali  do  zacisznej  oberży.  Przyjazd 

markiza  zrobił  ogromne  wrażenie  na  właścicielu  i  choć  nie  mógł 

zaoferować podróżnym żadnego wyszukanego dania, to jednak to, co 

im  podał,  było  świetnie  przyrządzone.  Markiz  rozsądnie  nie 

skosztował  wina,  tylko  napił  się  smacznego  jabłecznika  domowej 

roboty. 

Kiedy zaspokoił głód, zwrócił się do oberżysty: 

—  Opowiedz  mi,  człowieku,  o  klasztorze,  który  macie  tu  w 

pobliżu. 

—  Po  prawdzie,  to  dziwne  miejsce,  panie  —  odparł  właściciel 

oberży.  —  Mówią,  że  panienki,  jakie  szlachta  tam  posyła,  dobrze  są 

uczone, ale ksiądz, co to prowadzi, jest dziwacznym jegomościem! 

— Pochodzi z Kornwalii? 

—  O  ile  wiem,  to  nie,  panie,  a  tych,  co  mu  pomagają,  nie 

chciałbym widzieć przy moim barze! 

Najwidoczniej  oberżysta  nie  miał  ochoty  więcej  mówić,  więc 

płacąc  rachunek  markiz  dodał  bardzo  hojny  napiwek.  Zobaczywszy 

pieniądze, mężczyzna ukłonił się z szacunkiem. 

background image

— Dziękuję, dziękuję, jaśnie panie! Mam nadzieję, że będę mógł 

znowu jaśnie panu usługiwać! 

Markiz  pomyślał,  że  to  mało  prawdopodobne,  ale  nic  nie 

powiedział.  Oberżysta  stanął  za barem,  a markiz  podszedł  do  niego  i 

zapytał, czy ma mapę okolicy. 

— Chyba nie mam takiej, jaśnie panie — odparł właściciel oberży 

— ale mogę objaśnić wszystko, co pan życzy sobie wiedzieć. 

—  A  więc  przypuśćmy  —  powiedział  markiz  —  że  obiorę  sobie 

Klasztor  Korony  Cierniowej  za  punkt  centralny,  jaki  obaj  znamy. 

Chciałbym ominąć go tak, jakbym jechał na północ, potem zawrócić i 

zbliżyć  się  do  niego  właśnie  z  północy,  a  nie  z  kierunku,  z  którego 

przyjechałem. 

Dokładne  wyjaśnienie,  jak  chce  tam  dojechać,  zajęło  markizowi 

trochę  czasu.  W  końcu  oberżysta  powiedział  mu  o  dróżce  ciągnącej 

się około pół mili na północ od klasztoru. Tak więc markiz, zbliżając 

się do klasztoru z tego właśnie kierunku, jechałby na południe. To mu 

bardzo  odpowiadało.  Razem  z  Wintonem  wyruszył  w  drogę,  jadąc 

zgodnie ze wskazówkami właściciela oberży.  

Gdy  minęła  trzecia  po  południu,  ukazał  się  przed  nimi  klasztor  i 

markiz  uświadomił  sobie,  że  oprócz  bram  w  południowej  ścianie 

muru,  przez  które  przedtem  wjechał,  nie  było  innego  wejścia. 

Punktualnie o godzinie czwartej podjechał na wąską drogę pod starym 

dębem, na którym miała już czekać Zia.  

Kazał  Wintonowi  zająć  miejsce  na  bryczce  przeznaczone  dla 

służącego, sam zaś pozostał na miejscu dla stangreta. Patrząc w górę 

background image

na  gałęzie  drzewa,  zaczął  modlić  się,  żeby  Zii  udało  się  dotrzeć  do 

dębu  nie  wzbudzając  podejrzeń  ojca  Proteusa.  Nasłuchiwał  i 

wydawało  mu  się,  że  usłyszał  głosy  w  ogrodzie.  Nagle  coś 

zaszeleściło  między  liśćmi  nad  głową  markiza  i  Okehampton  ujrzał 

twarz dziewczyny wyglądającej przez mur. 

— Szybko! Łap ją! — krzyknął do Wintona. 

Odłożywszy  pistolet  na  siedzenie,  Winton  zeskoczył  z  bryczki  i 

podbiegł do muru. Dziewczyna przerzuciła nogi przez mur i trzymając 

się mocno ściany, opuszczała się ze zręcznością świadczącą o tym, że 

jest  równie  wysportowana,  jak  kiedyś  był  jej  ojciec.  Gdy  wisiała  w 

powietrzu, Winton chwycił ją za kostki. 

Nagle  rozległy  się  krzyki,  a  potem  z  ogrodu  dobiegł  przeraźliwy 

wrzask. 

— Szybko! — krzyknął markiz. 

Chwilę później Zia wskoczyła do bryczki i usiadła obok markiza. 

Gdy Winton dawał susa na swoje miejsce, konie już ruszały. 

— Widzieli... mnie! — wykrztusiła dziewczyna. 

—  Słyszę  ich!  —  ponuro  powiedział  markiz.  —  Trzymaj  się 

mocno! Im szybciej stąd odjedziemy, tym lepiej! 

Trzasnął batem i konie ruszyły przed siebie. Musieli długo jechać 

wzdłuż muru, zanim dojechali do południowego wejścia do klasztoru. 

Gdy  zbliżali  się  do bramy,  na  środek  drogi  wyskoczył  ojciec  Proteus 

machając  rękoma,  a  zanim  czterech  innych  mężczyzn  pędziło  przez 

bramę. Markiz nie zwolnił prędkości. Prowadził konie prosto na ojca 

Proteusa, który dopiero w ostatniej chwili usiłował uskoczyć. Ale było 

background image

za późno. Nie  zdążył cofnąć nogi i koło powozu przejechało po niej. 

Ksiądz krzyknął przeraźliwie i upadł na ziemię. 

W tym czasie Winton wypalił dwa razy ze swojego pistoletu nad 

głowami 

mężczyzn, 

którzy 

wyciągali 

ręce, 

by 

zatrzymać 

przejeżdżającą  obok  nich  bryczkę.  Instynktownie  schylili  głowy  i 

markiz, jadąc dalej z ogromną prędkością, pokrył ich chmurą kurzu. 

Pędził jeszcze przez jakiś czas, gdy usłyszał przejęty głos: 

— Uratował mnie pan! Uratował! Jest pan... cudowny. 

 

Rozdział 3 

Dopiero  gdy  oddalili  się  już  od  klasztoru,  markiz,  zajęty 

powożeniem koni, odwrócił głowę i popatrzył na Zię. Zobaczył dwoje 

bardzo dużych niebieskich oczu osadzonych w rozkosznej i niezwykle 

ładnej  twarzyczce.  Stwierdził,  że  właściwym  słowem  na  określenie 

twarzy  dziewczyny  jest  słowo:  „urocza".  Dokładnie  tak  wyobrażał 

sobie córkę pułkownika. 

—  Teraz  wiem,  że  naprawdę  jesteś  córką  swojego  ojca!  — 

powiedział z uśmiechem. 

— To bardzo sprytnie z pana strony, że zgadł pan, iż siostra Marta 

podaje się za mnie — zaśmiała się Zia. 

—  Nie  mogłem  uwierzyć,  żeby  twój  ojciec,  który  był  jednym  z 

najprzystojniejszych  mężczyzn,  jakich  kiedykolwiek  poznałem,  mógł 

spłodzić tak brzydką istotę! 

—  Uratował  mnie  pan!  —  powiedziała  Zia.  —  Nie  wiem,  jak 

mam panu dziękować. 

background image

—  Porozmawiamy  o  tym  później  —  odparł  markiz.  —  Teraz 

musimy jak najszybciej stąd odjechać! 

Po dłuższej chwili milczenia Zia odezwała się: 

— Siostra Marta powiedziała mi, że obiecał pan zaopiekować się 

nią,  bo  ojciec  Proteus,  na  pewno  ją  ukarze.  Jeśli  wyrzuci  ją  z 

klasztoru, to nie będzie miała dokąd pójść! 

—  Musimy  ją  jak  najszybciej  uwolnić  —  stwierdził  markiz  —  a 

ty opowiedz mi teraz, w jaki sposób wplątałaś się w to wszystko. 

Zapadła cisza. Markiz pomyślał, że może Zia się boi, więc szybko 

dodał: 

— Powiesz mi o tym, gdy będziemy już bezpieczni na jachcie. 

Zia pisnęła z emocji. 

— Przypłynął pan tu swoim jachtem? 

— Myślałem, że może ojciec Proteus powiedział ci o tym. 

— Nic mi nie powiedział! Kiedy zamknęli mnie w mojej sypialni, 

podejrzewałam,  że  coś  się  dzieje,  ale  w  żaden  sposób  nie  mogłam 

uciec. 

W tym miejscu droga zakręcała i zwężała się, więc markiz musiał 

jechać  ostrożnie,  na  wypadek  gdyby  napotkali  inny  pojazd  jadący  z 

przeciwka.  Dlatego  też  nie  zadał  pytania,  na  które  pragnął  poznać 

odpowiedź.  Dopiero  gdy  dojechali  do  nadbrzeża  i  markiz  ujrzał 

swojego białego i ogromnego „Jednorożca", pomyślał z ulgą, że są już 

bezpieczni. Jeden z marynarzy czekał, by odebrać cugle.  

Markiz,  odkładając  lejce,  zsiadł  na  ziemię  i  obszedł  bryczkę,  by 

pomoc  zejść  Zii.  Ale  ona  bez  niczyjej  pomocy  zeskoczyła  z 

background image

szybkością  młodego  jelenia.  Teraz  markiz  mógł  przyjrzeć  się  jej 

należycie. Była bardzo piękna. Jednocześnie wyglądała nieco dziwnie 

z  długimi  złocistymi  włosami  o  rudawym  odcieniu,  które  spadały  jej 

na ramiona. 

Miała  na  sobie  ohydną  czarną  sukienkę  uszytą  z  jakiegoś 

szorstkiego  materiału.  Kiedy  zaczęła  iść  w  kierunku  kładki 

prowadzącej  na  jacht,  markiz  zdał  sobie  sprawę,  że  była  tylko  w 

pończochach.  Domyślił  się,  że  w  klasztorze  musiała  dostać  brzydkie 

buty na grubych podeszwach, jakie noszą zakonnice, ale zrzuciła je z 

nóg, by łatwiej jej było wdrapać się na drzewo podczas ucieczki. 

Gdy  markiz  wszedł  na  pokład  jachtu,  zwrócił  się  do  kapitana, 

który czekał na niego: 

—  Kapitanie  Blackburn,  proszę  odpływać  możliwie  jak 

najszybciej i skierować się do Plymouth. 

— Tak jest, jaśnie panie. 

Markiz  zaprowadził  Zię  do  salonu.  Kiedy  dziewczyna  usłyszała 

puszczony w ruch silnik, splotła palce rąk i zapłakała: 

—  Nie  mogę  uwierzyć,  że  to  wszystko  prawda!  Myślałam,  że 

jestem zgubiona i że jedyną moją ucieczką będzie... śmierć! 

— Teraz już  wszystko skończone — odrzekł szybko markiz — i 

sądzę, że powinniśmy to uczcić kieliszkiem szampana. 

—  Tak  zwykle  robił  papa  po  wygraniu...  wyścigu!  —  oznajmiła 

Zia. 

Markiz  polecił  przynieść  szampana  i  zanim  go  podano,  jacht 

wypłynął już  z portu na otwarte morze.  Zia wyglądała przez okienko 

background image

w  kajucie.  Kiedy  o  statek  zaczęły  uderzać  fale,  powiedziała,  jakby 

mówiła do siebie: 

— Teraz już się... nie boję! 

—  Chodź  tu  i  usiądź!  —  odezwał  się  markiz.  —  Wypij  trochę 

szampana i opowiedz dokładnie, co się zdarzyło. 

Zia  spełniła  prośbę  swego  wybawcy.  Patrząc  na  nią  markiz 

pomyślał,  że  Zia  porusza  się  z  niewątpliwym  wdziękiem,  mimo 

kołysania jachtu. 

— Gdy moja ciotka Mary żyła, chodziłam do klasztoru na lekcje 

— zaczęła — ale kiedy umarła, ojciec Proteus zaproponował,  żebym 

zamieszkała tam jako pensjonariuszka do czasu, gdy znajdę krewnego 

lub kogoś, kto by się mną zaopiekował. 

— Dlaczego do mnie nie napisałaś? — zapytał markiz. 

—  Gdybym  to  zrobiła,  zanim  zamieszkałam  w  klasztorze,  może 

otrzymałby pan mój list. Potem pisałam kilka razy, aż uświadomiłam 

sobie, że nigdy ich pan nie otrzyma. 

Markiz zmarszczył brwi. 

—  Ten  człowiek,  którego  zwą  ojcem  Proteusem,  musiał  to 

wszystko zaplanować, w chwili gdy usłyszał, że dostałaś duży spadek. 

—  Uświadomiłam  to  sobie  później  —  westchnęła  Zia  —  po 

pogrzebie,  kiedy  prawnik  powiedział  mi,  jaka  jestem  teraz  bogata, 

wszyscy mówili o pieniądzach... 

Markiz miał zamiar to skomentować, ale Zia załkała: 

background image

—  Gdyby  pan  wiedział,  co  ja  przeszłam,  z  każdym  dniem 

żałowałam  coraz  bardziej,  że  nie  skontaktowałam  się  z  panem  i 

posłuchałam ojca Proteusa! 

—  Rozumiem,  że  wydawało  się  to  wtedy  najprostszą  rzeczą  — 

markiz pocieszył Zię. 

—  Byłam  wytrącona  z  równowagi  po  stracie  cioci  Mary,  w 

Kornwalii nie znałam nikogo, kto mógłby mi poradzić... jaka ja byłam 

głupia. 

—  Przestań  się  obwiniać  —  powiedział  markiz.  —  Skąd  mogłaś 

wiedzieć,  że  człowiek,  który  nazywa  siebie  księdzem,  jest  zwykłym 

przestępcą. 

—  Kiedy  powiedział  mi,  że  muszę  przyjąć  śluby  —  opowiadała 

dalej Zia — pomyślałam, że chyba oszalał! Potem przenieśli mnie do 

części  domu  przeznaczonego  dla  zakonnic,  oddalonego  od  uczennic, 

które  przychodziły  tu  na  lekcje.  Wiele  z  nich  było  moimi 

przyjaciółkami. To wtedy zrozumiałam, że jestem... więźniem. 

—  To  musiało  być  straszne!  —  ze  współczuciem  powiedział 

markiz. 

— Byłam... przerażona! — przyznała Zia. — Nie miałam pojęcia, 

że mężczyźni zatrudniani przez ojca Proteusa, którzy codziennie tylko 

wstępowali  do  klasztoru  na  kilka  godzin,  są  to  bandyci  zdolni  do 

wszystkiego.  —  Zia  przerwała  na  chwilę  opowiadanie,  a  potem 

kontynuowała:  —  Gdyby  nas  złapali,  z  pewnością  pobiliby  pana  do 

nieprzytomności, jeśli nie... zabiliby! 

background image

—  Aż  nie  chce  mi  się  w  to  wszystko  wierzyć!  —  wykrzyknął 

markiz.  —  Niewiarygodne,  że  nikt  wcześniej  nie  zwrócił  uwagi  na 

tych diabelskich osobników! 

—  Siostra  Marta  powiedziała  panu  o  dziewczynie,  którą  oni 

zapewne zabili, gdy już mieli w swoich rękach jej... spadek. 

— Czy nikt nie badał okoliczności jej śmierci? — zapytał markiz. 

—  Powiedzieli,  że  spadła  ze  schodów  i  złamała  sobie  kark  — 

wyjaśniła Zia. — I rzeczywiście tak było, tylko że oni ją popchnęli! 

Głos  dziewczyny  zadrżał  i  markiz  domyślił  się,  że  spodziewała 

się, iż taki sam los ją spotka. 

—  Teraz  nie  masz  już  czego  się  obawiać  —  pocieszył  swoją 

podopieczną.  Zia  nie  odpowiedziała,  po  chwili  markiz  zapytał:  —  O 

czym myślisz? 

—  Przyszło  mi  do  głowy,  że  ojciec  Proteus  nie  zrezygnuje  tak 

łatwo — półgłosem powiedziała Zia. — Jeśli zawiadomi pan kogoś o 

tym,  co  się  wydarzyło,  jestem  pewna,  że  będzie  próbował...  zemścić 

się na mnie. 

— Sądzę, że jest to wysoce nieprawdopodobne — odrzekł markiz. 

—  Przede  wszystkim  muszę  porozmawiać  z  namiestnikiem 

królewskim  w  Kornwalii  oraz  z  okręgowym  komisarzem  policji.  — 

Zia  milczała,  więc  markiz  wyjaśniał  dalej:  —  Poza  tym  muszę 

uratować  siostrę  Martę.  Obiecałem,  że  się  nią  zajmę  i  znajdę  jej 

miejsce, gdzie będzie mogła  zamieszkać, chyba że zapragnie  wstąpić 

do innego klasztoru. 

background image

—  To  bardzo  dobra  osoba  —  odezwała  się  Zia  —  i  myślę,  że 

najszczęśliwsza byłaby w klasztorze, ale nie takim jak ten! 

Zadygotała.  Markiz  pomyślał,  że  nie  powinna  rozpamiętywać 

przeszłości, więc zmienił temat: 

— Mam wrażenie, że najpierw musimy zająć się twoją garderobą. 

Zia roześmiała się. 

—  Pewnie  cudacznie  wyglądam!  Kiedy  przenieśli  mnie  do 

skrzydła  dla  zakonnic,  zabrali  wszystkie  moje  rzeczy  i  dali  mi to,  co 

mam na sobie. 

— Przypuszczam, że znajdzie się coś odpowiedniego w Plymouth 

—  powiedział  markiz  i  nie  przyjedziesz  do  Londynu  wyglądając  jak 

wrona. Po przyjeździe, Bond Street* będzie do twojej dyspozycji! 

Zia spojrzała na markiza i zapytała: 

— Czy... moje pieniądze są... bezpieczne? 

— Nikt bez mej zgody nie może ich tknąć — zapewnił ją markiz i 

jak  tylko  przyjedziemy  do  mojego  domu  na  Park  Lane,  powiadomię 

bank, gdzie przebywasz. 

Zia uśmiechnęła się. 

—  Dziękuję!  Dziękuję  za  to,  że  pomyślał  pan  o  wszystkim!  Nie 

mogę  uwierzyć,  że  już  nie  muszę  się  bać  albo  czekać  na...  śmierć, 

gdyby ojciec Proteus zawładnął wszystkim, co posiadam! 

 

*  Bond  Street—  ulica  w  Londynie  znana  z  drogich  sklepów. 

(Przyp. tłum.) 

 

background image

—  Jeżeli  będziemy  mogli  udowodnić,  że  to  on  na  pewno  zabił 

tamtą  dziewczynę,  która  odziedziczyła  majątek  —  w  zamyśleniu 

powiedział  markiz  —  albo  że  jako  wspólnik  brał  udział  w 

zamordowaniu jej, to z całą pewnością czeka go stryczek! 

Z  wyrazu  twarzy  Zii  markiz  wywnioskował,  że  dopiero  wtedy 

poczuje się naprawdę bezpieczna. Dziewczyna wycierpiała tak wiele z 

rąk  tego  człowieka,  że  wspomnienie  o  nim  będzie  ją  jeszcze  długo 

dręczyć. Nie miał jednak wątpliwości, że kiedy znajdzie się w innym 

środowisku  i  posmakuje  życia  towarzyskiego  w  Londynie,  smutne 

wydarzenia zaczną zacierać się w jej pamięci. 

Markiz  celowo  zaczął  rozmawiać  z  Zią  o  przeszłości,  gdyż 

wiedział,  jak  drogie  są  jej  wspomnienia  o  rodzicach.  Powiedział,  jak 

bardzo on i jego koledzy lubili jej ojca i podziwiali jako doskonałego 

jeźdźca. 

— Przypuszczam, że ty też jeździsz konno? — zapytał. 

—  Kiedy  mieszkałam  z  ciocią  Mary,  miałam  wierzchowce  — 

odpowiedziała  Zia  —  ale  to  nie  było  to  samo,  co  dosiadanie  konia  z 

papą. Przy nim zawsze chciało się robić to lepiej. 

—  Dokładnie  to  samo  czuliśmy  służąc  pod  jego  rozkazami  — 

odparł markiz. 

Zapadł  już  zmrok,  kiedy  jacht  dopłynął  do  Plymouth. 

Okehampton  wysłał  marynarzy  z  dwoma  listami,  które  wcześniej 

napisał,  by  natychmiast  dostarczyli  je  adresatom.  Jeden  był  do 

namiestnika  królewskiego  w  Kornwalii,  a  drugi  —  do  komisarza 

policji w hrabstwie. Pomyślał, że dzięki temu Zia powinna poczuć się 

background image

bezpieczna,  choć  jeszcze  niezbyt  oddalili  się  od  klasztoru  ojca 

Proteusa.  Rozkazał  Wintonowi  i  drugiemu  członkowi  załogi,  by 

uzbrojeni stali na warcie przez całą noc. 

Następnego ranka, jak tylko otworzono sklepy, kapitan Blackburn 

udał  się  na  brzeg  w  celu  zakupienia  ubrań  dla  Zii,  by  dziewczyna 

mogła  zrzucić  z  siebie  strój  zakonnicy.  Poprzedniej  nocy  Zia  zjadła 

kolację  w  towarzystwie  markiza,  mając  na  sobie  jedwabną  koszulę 

nocną opiekuna i jego letni płaszcz uszyty z cienkiego materiału.  

Koszula  była  zbyt  długa,  więc  Zia  zawinęła  brzegi  i  mankiety  i 

spięła  je  agrafkami.  W  cienkiej  talii  zawiązała  szarfę,  która  w 

osobliwy  sposób  wydawała  się  dobrze  dobraną  częścią  garderoby. 

Lazurowy  kolor  morza  podkreślał  błękit  oczu  Zii  i  markiz  pomyślał, 

że nigdy przedtem nie widział tak niebieskich oczu.  

Po  raz  pierwszy  jadł  też  kolację  w  towarzystwie  młodej 

dziewczyny. Kiedy jego krewni powtarzali mu, że musi znaleźć sobie 

żonę,  miał  wrażenie,  że  będzie  ona  nie  tylko  nudna,  ale  i  nie  będzie 

miała  pojęcia  o  rzeczach,  które  go  interesowały.  Jednakże  Zia,  choć 

była  bardzo  młoda,  rozmawiała  z  nim  o  jego  pasji,  czyli  koniach,  i 

sporo o nich wiedziała. 

Znała również historię pułku swojego ojca i kilku innych, którymi 

interesował  się  markiz.  Zadawała  mu  inteligentne  pytania  na  temat 

jego  posiadłości,  a  ponieważ  zawsze  mieszkała  na  wsi,  mogli 

omawiać problemy związane z uprawami i hodowlą. Zastanawiali się, 

na przykład, nad sposobem przekonania chłopów do nowych maszyn, 

wobec ktorych byli wyjątkowo nieufni. 

background image

Później  markiz  pomyślał,  że  gdyby  jadł  kolację  w  towarzystwie 

Harry'ego,  ich  dyskusja  przebiegałaby  podobnie.  Nie  rozmawiali 

jednak długo. Markiz posłał Zię wcześnie do łóżka, gdyż wiedział, że 

była  zmęczona  dramatycznymi  wydarzeniami  ostatniego  dnia.  Poza 

tym powiedziała mu, że nie spała od wielu nocy, owładnięta strachem 

przed ojcem Proteusem i jego ludźmi. 

Markiz  nie  wierzył,  by  ojciec  Proteus  mógł  odważyć  się  i 

zamordować  dziewczynę.  A  jednak,  gdyby  przejął  kontrolę  nad  jej 

pieniędzmi,  co  mogłoby  go  powstrzymać?  Kiedy  sam  w  końcu 

położył  się  do  łóżka,  wciąż  rozmyślał  nad  tym,  co  się  stało  i  co 

usłyszał.  Aż  trudno  było  uwierzyć,  że  to  wszystko  wydarzyło  się 

naprawdę,  że  nie  dzieje  się  na  scenie  albo  że  nie  jest  tematem 

powieści,  w  której  wszystkie  zdarzenia  są  tworem  straszliwej 

wyobraźni autora książki.  

Zasypiając,  markiz  nie  zorientował  się,  że  od  poprzedniego 

wieczora ani razu nie pomyślał o Yasmin. 

Następnego  dnia,  gdy  kończył  jeść  śniadanie,  Zia  weszła  do 

salonu. Przez chwilę Okehampton nie mógł  oderwać od niej wzroku. 

Już  wczoraj  podczas  kolacji  wyglądała  bardzo  atrakcyjnie  w  jego 

szacie,  z  włosami  zawiązanymi  z  tyłu  kawałkiem  wstążki,  a  teraz, 

ubrana jak dama, była urzekająca! 

Miała na sobie bardzo prostą letnią suknię z cienkiego materiału, 

szeroką  i  z  małą  turniurą  z tyłu,  a drobną  talię  Zii  otaczała  niebieska 

szarfa,  niemal  w  kolorze  oczu  dziewczyny.  Kapitan  kupił  też  szpilki 

do  włosów,  by  podopieczna  markiza  mogła  upiąć  włosy  w  koczek. 

background image

Markiz  zwrócił  uwagę  na  jej  długą,  łabędzią  szyję  i  rozkosznie 

okrągłą figurę. 

Zia  stała  przez  chwilę  w  drzwiach  salonu.  Okehampton  wstał  i 

powiedział: 

— Ojciec byłby z ciebie dumny, gdyby cię teraz zobaczył! 

Zia roześmiała się zachwycona. 

—  Znowu  czuję  się  sobą.  Wyrzuciłam  przez  okno  ten  ohydny 

strój zakonnicy! 

—  Mam  nadzieję,  że  opadnie  na  samo  dno,  zabierając  ze  sobą 

wszystkie twoje zmartwienia! — roześmiał się markiz. 

Zia usiadła przy stoliku, a stewardzi wnieśli gorące dania. 

—  Ostatniej  nocy  zapomniałam  —  zwróciła  się  do  opiekuna, 

nakładając sobie potrawę na talerz — podziękować panu za pierwszy, 

pyszny  posiłek,  jakiego  nie  jadłam  od  miesięcy!  Tak  przyjemnie 

rozmawiało  mi  się  wczoraj  z  panem,  że  zapomniałam  o  dobrych 

manierach! 

Markiz  pomyślał,  że  sposób,  w  jaki  to  powiedziała,  różnił  się 

zupełnie od sposobu, w jaki inne kobiety dałyby mu do zrozumienia, 

że  dobrze  się  czuły  w  jego  towarzystwie.  Podczas  poprzedniej  nocy 

traktował  Zię  niemal  jak  dziecko,  teraz  zobaczył  w  niej  młodą 

atrakcyjną kobietą, która mogłaby zabłysnąć w kręgach towarzyskich 

Londynu.  

Ubierając  się  do  śniadania  postanowił,  że  poprosi  swoją  babkę, 

żeby  wprowadziła  Zię  w  świat.  Markiza,  choć  zbliżała  się  do 

siedemdziesiątki,  ciągle  była  bardzo  aktywna.  Nudziła  się  w  zamku 

background image

Okehamptonow,  bo  często  przebywała  tam  sama,  dlatego  też 

wykorzystywała 

każdą 

okazję, 

by 

pojechać 

do 

Londynu. 

Zatrzymywała  się  w  domu  przy  Park  Lane,  gdzie  swego  czasu  była 

wyśmienitą panią domu. 

„Babunia  ucieszy  się,  że  może  opiekować  się  debiutantką  — 

myślał  markiz  —  a  Zia  jest  tak  atrakcyjna,  że  nie  będzie  trudno 

znaleźć jej męża". 

Przyszło  markizowi  do  głowy,  że  wokół  Zii,  tak  pięknej  i  w 

dodatku bogatej, pojawi się niechybnie mnóstwo „łowców posagów", 

którzy  będą  uganiać  się  za  nią.  Pomyślał  sobie,  że  jako  jej  opiekun 

musi mieć pewność, iż ktoś ożeni się z nią dla niej samej, a nie dla jej 

pieniędzy. 

Teraz, patrząc na Zię, markiz był całkiem pewien, że co najmniej 

z tuzin mężczyzn zakocha się w niej od pierwszej chwili. Wiedział, że 

jeśli  miał  skrupulatnie  wykonać  swój  obowiązek  wobec  dziewczyny, 

będzie  musiał  poświęcić  temu  sporo  czasu.  Nie  był  pewien,  czy  taka 

perspektywa gniewa go, czy też zaczyna interesować. 

— Czy długo tu pozostaniemy? — zapytała Zia, odkładając nóż i 

widelec. 

Zadała  proste  pytanie,  jednak  markiz  zdawał  sobie  sprawę,  iż 

wciąż się boi, że  ojciec Proteus pojawi się  w jakiś diabelski sposób i 

dostanie ją z powrotem w swoje szpony. 

—  Odpłyniemy,  jak  tylko  porozmawiam  z  namiestnikiem 

królewskim  —  odparł  —  ale  obawiam  się,  Zio,  że  będziesz  musiała 

odpowiedzieć  na  kilka  pytań  dotyczących  klasztoru.  —  Zdawało  mu 

background image

się, że dziewczyna ma zamiar odmówić, więc dodał szybko: — Wiem, 

że  to  nie  jest  przyjemne,  ale  pamiętaj  o  siostrze  Marcie.  Poza  tym 

musimy  mieć  pewność,  że  ci  przestępcy  nie  dostaną  więcej 

bezradnych dziewcząt w swoje łapska! 

Markiz  powiedział  to  beztrosko,  by  złagodzić  napięcie,  a  Zia 

odpowiedziała: 

— Naturalnie, że to zrobię. I może starsze zakonnice będą mogły 

pozostać nadal w klasztorze, chociaż jestem pewna, że ojciec Proteus 

zagarnął dla siebie każdy pens, jaki miały. 

Następnego  ranka,  podczas  spotkania  z  komisarzem  policji  i 

namiestnikiem  królewskim,  markiz  dowiedział  się,  że  początkowo 

klasztor  przeznaczony  był  dla  starszych  kobiet,  które  nie  miały 

rodziny.  Potem  przywłaszczył  go  sobie  ojciec  Proteus,  który  wyczuł, 

że może łatwo i szybko czerpać z niego zyski. 

Ściągnął  swoich  wspólników,  a  ponieważ  stary  ksiądz  był  zbyt 

chory, by ich kontrolować, a matka przełożona — za słaba, po prostu 

przejęli  budynek.  Niestety,  nie  znalazł  się  nikt  dostatecznie 

wpływowy, kto by im to uniemożliwił. 

— Dopóki ktoś nie złożył skargi — wyjaśnił komisarz policji — 

nie  miałem  żadnego  powodu,  by  mieszać  się  do  czegoś,  co  pozornie 

wyglądało na instytucję o charakterze religijnym. 

—  Rozumiem  —  odpowiedział  markiz  —  ale  teraz  już  jest  inna 

sytuacja. 

— Naturalnie! — zgodził się namiestnik królewski. 

background image

Był to dystyngowany członek  Izby  Lordów. Markiz poznał go  w 

zamku  królewskim  w  Windsorze.  Namiestnik,  dowiedziawszy  się  o 

wydarzeniach  w  klasztorze,  postanowił  wszcząć  natychmiastowe 

kroki  przeciwko  ojcu  Proteusowi.  Ponieważ  markizowi  zależało  na 

jak  najszybszym  opuszczeniu  portu,  zarówno  komisarz,  jak  i 

namiestnik  obiecali,  że  po  oświadczeniu  Zii  i  dalszym  zbadaniu 

sprawy, prześlą markizowi raport do Londynu. 

— Rozumieją panowie, że bardzo mnie to interesuje — wyjaśnił 

markiz. — Równocześnie proszę, żeby nazwisko mojej podopiecznej 

nie znalazło się w żadnych publicznych oświadczeniach. 

Mówiąc  to,  markiz  spojrzał  na  namiestnika  królewskiego,  który 

od razu go zapewnił, że zrobi wszystko, by w gazetach nie ukazały się 

jakiekolwiek  informacje  na  ten  temat.  Markiz  podziękował  mu  i  gdy 

tylko obaj dżentelmeni opuścili jacht, polecił kapitanowi wypłynąć na 

morze. 

—  Cała  sprawa  jest  teraz  poza  naszym  zasięgiem  —  powiedział 

do Zii — możemy się odprężyć i przyjemnie spędzić czas na jachcie. 

Markiz  obiecał  jej  wcześniej,  że  jeśli  siostra  Marta  zostanie 

wyrzucona  z  klasztoru,  to  komisarz  policji  ma  postarać  się,  żeby 

przyjechała  do  Londynu  do  domu  Okehamptonów,  gdzie  będzie 

mogła zostać do czasu zapewnienia jej godziwej przyszłości. 

—  Oczywiście  pokryję  wszelkie  wydatki  związane  z  podrożą  — 

dodał  markiz  w  rozmowie  z  komisarzem  —  jak  i  wydatki  osoby 

towarzyszącej,  tak  by  siostra  Marta  nie  podróżowała  sama.  —  I 

background image

wyjaśnił  Zii:  —  Zawsze  musimy  pamiętać,  że  gdyby  nie  odwaga 

siostry Marty, nie byłoby cię tutaj. 

—  To  bardzo  miło,  że  przejmuje  się  pan  tak  siostrą  Martą.  Dam 

jej  wszystko,  czego  zapragnie  —  z  całą  stanowczością  powiedziała 

Zia — bo to ja jestem za nią odpowiedzialna, nie pan! 

—  Nie  będziemy  się  o  to  spierać  —  uśmiechnął  się  markiz.  — 

Sądzę,  że  oboje  dopilnujemy,  by  siostra  Marta  była  szczęśliwsza  niż 

do tej pory. 

— Biedactwo! Gdybyśmy tylko mogli zmienić jej twarz! Zawsze 

mówi o sobie, że jest brzydka, i wiem, jak to ją martwi. 

—  Podejrzewam,  że  ładne  suknie  i  bardziej  atrakcyjne  upięcie 

włosów na pewno by ją odmieniły — zauważył markiz. — Chyba że 

ma zamiar pozostać zakonnicą. 

— Moglibyśmy spróbować ją zmienić. To będzie jak opiekowanie 

się  upośledzonym  dzieckiem!  —  powiedziała  Zia  i  oboje  roześmieli 

się z tego pomysłu. 

Uwaga  o  dziecku  przypomniała  markizowi  o  Yasmin  i  jej 

zapewnieniach,  że  to  on  jest  ojcem  dziecka,  które  ma  się  narodzić. 

Markiza  ogarnęła  złość  na  tę  kobietę,  która  próbowała  go  oszukać  i 

mu groziła. Spojrzawszy na niego, Zia wykrzyknęła: 

— Czy powiedziałam coś złego?! Co pana... zdenerwowało? 

Wydawała się tak zmartwiona, że markiz zapewnił ją szybko: 

—  To  nie  ma  nic  wspólnego  z  tobą.  Po  prostu  przypomniałem 

sobie coś irytującego. 

Zia wciąż patrzyła na niego zatroskana, więc zapytał: 

background image

—  Skąd  możesz  wiedzieć,  że  myślę  o  czymś  przykrym?  Często 

gratulowałem  sobie  mojej  spostrzegawczości,  ale  nie  spodziewałem 

się tego po tobie. 

—  Sądzę,  że  to  jest  coś,  co  zawsze...  posiadałam  — 

odpowiedziała Zia. — Często czytałam w myślach papy, zanim zdążył 

je  wypowiedzieć.  Mama  mówiła,  że  to  dlatego,  iż  w  naszych  żyłach 

płynie celtycka krew. 

— Jako twój opiekun — powiedział markiz z udawaną powagą —

zabraniam  ci  czytania  w  moich  myślach!  Nie  wypada,  żeby  dobrze 

wychowana panienka je znała! 

Zia roześmiała się. 

—  Teraz  zaciekawił  mnie  pan  i  spróbuję  dowiedzieć  się 

dokładnie, co pan myśli. 

—  To  znaczy,  że  mi  się  sprzeciwiasz?  —  zażartował  markiz.  — 

W takim razie będę musiał zająć twarde stanowisko i dopilnować, byś 

słuchała moich poleceń! 

Zia znowu się zaśmiała. 

— Jeśli ja jestem zbyt młoda, by być spostrzegawczą, to pan jest z 

pewnością  za  młody,  by  być  opiekunem!  Oni  są  zwykle  starzy,  z 

siwymi włosami, jak nasi dziadkowie! 

— Za takiego właśnie powinnaś mnie uważać! 

Zia  posłała  mu  figlarny  uśmiech,  który  markizowi  wydał  się 

wyjątkowo uroczy, a potem odrzekła: 

background image

—  Teraz  to  pan  próbuje  mnie  zastraszyć,  a  skoro  jestem  już 

wolna,  przestałam  się  bać,  będzie  więc  pan  musiał  pomyśleć  o 

lepszym sposobie utrzymania mnie w ryzach! 

Po  raz  pierwszy  Zia  zachowywała  się  beztrosko.  Dokuczała  mu. 

Emanowało  z  niej  coś,  co  markiz  mógł  określić  jedynie  jako  radość 

życia.  Obydwoje  byli  w  znakomitych  humorach  i  markizowi 

wydawało się, że godziny mijają tak szybko jak nigdy. 

Wcześniej  zdecydował,  że  spędzą  noc  w  cichym  porcie,  a  z 

samego  ranka  dopłyną  do  Folkestone,  gdzie  wsiądą  w  pociąg  do 

Londynu. Potem jednak uświadomił sobie, że doskonale się bawi i nie 

czuje  potrzeby  szybkiego  powrotu  do  Londynu.  Dlatego  też  polecił 

kapitanowi,  żeby  płynął  wzdłuż  wybrzeża,  a  potem  w  gorę  Tamizą, 

tak  jak  robił  to  często  przedtem,  by  można  było  wyjść  na  brzeg  w 

samym Londynie, w dzielnicy Westminster. 

—  Cieszę  się,  że  tak  pan  zadecydował  —  stwierdziła  Zia,  gdy 

markiz  powiedział  jej  o  swoich  planach.  —  Uwielbiam  morze  i  tak 

przyjemnie mi się z panem rozmawia, bo przypomina mi pan papę. 

Na  twarzy  markiza  pojawił  się  lekki  grymas  i  pomyślał,  że 

przebywając  z  innymi  kobietami,  raczej  nie  przypominał  im  ich 

ojców.  Pomimo  to,  że  Zia  śmiała  się  z  nim,  jak  gdyby  był  jej 

rówieśnikiem,  markiz  wiedział,  że  ani  przez  chwilę  nie  myśli  o  nim 

jak  o  atrakcyjnym  mężczyźnie.  Prawdopodobnie  dlatego,  że  była  tak 

młoda  i  zupełnie  nie  miała  pojęcia  o  świecie,  co  Okehampton  zdążył 

już stwierdzić. 

background image

Najdziwniejsze,  że  rozmowa  z  nią  była  interesująca,  choć  nie 

wymieniali między sobą żadnych dwuznacznych myśli, jak to było w 

jego zwyczaju, gdy był w damskim towarzystwie. A jednak — musiał 

to przyznać — od chwili gdy znaleźli się razem, ani przez moment się 

nie nudził. 

Podczas rozmów na jachcie z Yasmin czy jakąkolwiek inną z jego 

kochanek,  padały  z  ich  ust  słowa,  w  których  kryła  się  kokieteria. 

Każde spojrzenie w ich oczach wyrażało zachętę. I markiz nie czekał 

długo,  by  wziąć  je  w  ramiona,  całować i  w  końcu  zaprowadzić je  na 

dół do kajuty. Ale najwidoczniej Zii nigdy nie przyszło do głowy, że 

mogłaby być pociągająca dla niego jako kobieta. 

Przed kolacją udali się do swych kajut i markiz, który przebrał się 

pierwszy,  czekał  na  Zię  w  salonie.  Jacht  był  zakotwiczony  w  małej 

zatoce,  która  chroniła  go  przed  wiatrem  i  ruchami  morza.  Stewardzi 

nie  zapalili  jeszcze  światła  w  salonie,  ale  palące  się  na  stole  świece 

nadawały  kolacji  przygotowanej  dla  dwojga  nastrój  bardzo 

romantyczny. 

Markiz  zawsze  wyglądał  szczególnie  wytwornie  w  strojach 

wieczorowych.  Czekając  na  Zię,  patrzył  przez  okienko  w  burcie  na 

gwiazdy,  które  zaczynały  migotać  na  niebie.  Był  ciepły  wieczór  i 

markiz  pomyślał,  że  każda  inna  kobieta,  która  by  mu  towarzyszyła, 

czekałaby  tylko  na  chwilę,  gdy  wyjdą  na  pokład.  Każdym  swym 

ruchem  dawałaby  mu  do  zrozumienia,  że  pragnie,  by  otoczył  ją 

ramieniem.  Potem  jego  usta  przywarłyby  do  jej  warg  i  całowałby  ją, 

dopóki nie zabrakłoby im tchu. 

background image

Nagle  markiz  usłyszał,  że  ktoś  lekko  wchodzi  po  schodkach,  i 

chwilę później w salonie zjawiła się Zia. 

— Proszę popatrzeć, jaka jestem wystrojona! — wykrzyknęła. 

Rozłożyła ręce i zakręciła się tak, żeby markiz mógł zobaczyć jej 

całą spódnicę oraz małą, opadającą falbankę, którą obszyty był brzeg 

sukni. Miała gołe ramiona, a jej talia wydawała się jeszcze cieńsza niż 

w  świetle  dnia.  Suknia  była  jasnozielona,  koloru  wiosennych 

pączków.  Światło  świec  uwydatniało  rudy  odcień  włosów 

dziewczyny.  

Markiz  pomyślał,  że  jest  niczym  elf,  który  dopiero  co  wynurzył 

się  z  fal.  Było  w  niej  coś  zwiewnego  i  zarazem  wydawało  się,  że 

porusza się w takt muzyki. 

—  Muszę  podziękować  kapitanowi!  —  powiedział  markiz 

zachwycony. — Jego gust jest bez zarzutu! 

— To samo i ja pomyślałam — zgodziła się Zia. — Muszę teraz 

pokazać mu, jak szykownie wyglądam. 

Nie  czekała  na  odpowiedź  markiza,  tylko  wyszła  z  salonu  na 

pokład.  Po  chwili  markiz  usłyszał,  jak  biegnie  w  kierunku  mostka 

kapitańskiego.  Podążając  za  nią  nie  mógł  powstrzymać  się  od 

uśmiechu.  Żadnej  znanej  mu  piękności  nie  zależałoby  na  zdaniu 

kapitana  na  temat  jej  wyglądu.  Z  drugiej  strony  niewątpliwie 

oczekiwałyby komplementów od markiza. 

„Nie wolno mi jej psuć" — pomyślał Okehampton, dochodząc do 

mostka. 

background image

—  Cieszę  się,  że  jest  panienka  zadowolona,  panno  Langley  — 

usłyszał  słowa  kapitana.  —  Rzeczywiście,  moja  żona  zawsze  pyta 

mnie o radę, zanim kupi nową suknię. 

—  Więc  proszę  jej  powiedzieć,  że  jego  lordowska  mość  uważa 

pański gust za wyborny — odpowiedziała Zia — i myślę, że naprawdę 

powinien pan mi doradzać w magazynach na Bond Street! 

— Lepiej znam się na statkach niż na sukniach, panno Langley — 

roześmiał  się  kapitan  —  i  muszę  przyznać,  że  to  jest  jeden  z 

najlepszych statków, jakim kiedykolwiek dowodziłem. 

—  Teraz  to  ja  przyjmuję  komplementy!  —  powiedział  markiz, 

gdy dołączył do nich. 

—  Zupełnie  słusznie  —  przyznała  Zia.  —  „Jednorożec"  jest 

wspaniały! 

Gdy  wracali  do  salonu,  markiz  zaczął  się  zastanawiać,  czy  Zia 

uważa,  że  właściciel  statku  też  jest  wspaniały.  Był  tak 

przyzwyczajony  do  adoracji  ze  strony  swych  kolejnych  zdobyczy,  że 

teraz  doszedł  do  wniosku  —  choć  musiał  przyznać,  że  to  było 

śmieszne — iż brakuje mu komplementów. 

Kiedy zasiedli do kolacji, Zia stwierdziła, że jedzenie jest równie 

wyborne  co  poprzedniego  wieczoru  i  wkrótce  zapomniała  o  swoim 

wyglądzie, gdyż ponownie zaczęli wspominać stare czasy. 

—  Może  opuszczę  niedługo  pański  dom  — powiedziała  trochę  z 

tęsknotą  w  głosie  —  ale  jeśli  będzie  pan  organizował  steeplechase, 

czy pozwoli mi pan wziąć w nim udział? 

background image

— Oczywiście, że nie! — odparł markiz. — Steeplechase'y nie są 

dla kobiet, ale jeśli będę organizował point-to-point, co czasem robię 

w lecie, to wprowadzę do programu wyścig dla pań i będziesz mogła 

się ścigać. 

Przez  chwilę  Zia  przyglądała  się  figlarnie  markizowi,  po  czym 

powiedziała: 

—  Jako  nieodrodna  córka  papy,  jeśli  wasza  lordowska  mość 

pożyczy  mi  jednego  ze  swoich  wspaniałych  koni,  wolałabym  ścigać 

się z panem! 

— I naprawdę sądzisz, że mogłabyś wygrać? — zapytał markiz. 

Spodziewał  się,  że  odpowie,  iż  to  niemożliwe,  ale  chciałaby 

spróbować, lecz Zia odrzekła: 

— Uważam, że gdyby pozwolił mi pan wybrać konia i poznać go 

przed wyścigiem, to miałabym szansę. — Markiz uniósł brwi, a jego 

podopieczna wyjaśniła: — Papa mówił, że gdy konie lubią się ścigać, 

zawsze  należy  wytłumaczyć  im,  czego  się  od  nich  oczekuje.  Jeżeli 

przyzwyczajone są do jeźdźca, będą chciały sprawić mu przyjemność. 

Markiz  chciał  powiedzieć  Zii,  że  ma  bujną  wyobraźnię,  ale 

przypomniał  sobie,  iż  pułkownik  Langley  mówił  to  samo  swoim 

młodym oficerom przed wyścigami konnymi pułków, w których pułk 

królewski zawsze się wyróżniał. 

—  Chcę  powiedzieć  —  tłumaczyła  dalej  Zia  —  że  jeśli  będę 

mogła  porozmawiać  z  moim  koniem  i  powiem  mu,  że  ma  pokonać 

pańskiego konia, wtedy może mogłabym być na mecie przed panem. 

background image

— Sądzę, że uciekasz się do magii — odparł markiz — a to jest 

wyraźne naruszenie wszystkich reguł gry! 

Zia tylko się zaśmiała. 

—  Gdybym  miała  szansę  zademonstrowania  panu  tego,  o  czym 

mówię — powiedziała — zrozumiałby pan wszystko. 

Tak  się  składało,  że  markiz  to  rozumiał.  Nigdy  przedtem  nie 

spotkał kobiety znającej sekrety jazdy konnej, tak jak znali je Cyganie 

i dżokeje, odnosząc największe sukcesy w wyścigach, w których brali 

udział. 

Leżąc już w łóżku markiz musiał przyznać, że przyjemnie spędził 

czas.  Był  całkowicie  pewien,  że  Zia  będzie  miała  ogromne 

powodzenie  w  Londynie.  Pomyślał,  że  jest  oryginalną  niezwykłą  i 

bardzo uroczą młodą dziewczyną. Zdecydował, że powie swojej babce 

o balach, jaki wyda na cześć Zii: jeden — w domu Okehamptonów w 

Londynie, a drugi — w zamku na wsi. 

„Czegoż  więcej  mogłaby  pragnąć  dziewczyna  w  jej  wieku  — 

powiedział  do  siebie.  —  Gdy  będzie  ubrana  lepiej  niż  inne 

debiutantki,  szybko  podbije  serce  jakiegoś  dystyngowanego  młodego 

arystokraty,  a  ja  szlachetnie  spełnię  swój  obowiązek,  tak  jak  jej 

rodzice by sobie życzyli". 

Markiz  robił  w  myślach  przegląd  młodych  ludzi,  zastanawiając 

się, który najbardziej by się nadawał na męża Zii, ale przyłapał się na 

tym,  że  odrzuca  jednego  po  drugim.  Choć  w  ich  żyłach  płynęła 

„błękitna" krew, choć mieli znakomite nazwiska i mieli odziedziczyć 

background image

ważne  tytuły,  zdaniem  markiza  żaden  nie  był  wart  tak  niezwykłej  i 

uroczej osoby, jaką była Zia. 

Markiz zdawał sobie sprawę, że mając tak ogromny majątek, Zia 

będzie mogła przebierać wśród kandydatów. Jednak ani przez moment 

nie  mógł  sobie  wyobrazić  Zii  jako  żony  któregoś  ze  swych 

znajomych,  którzy  od  czasu  ukończenia  szkoły  nie  robili  nic  innego, 

tylko  gonili  za  aktoreczkami  i  rozpustnicami.  Pomyślał  też  o 

szlachetnie  urodzonych  młodych  ludziach,  którzy  utrzymywali,  jak 

było  wiadomo  markizowi,  przystojnych  ujeżdżaczy  koni  w 

eleganckich willach w St. John's Wood*. 

Z rozmowy, jaką przeprowadził z  Zią, markiz wywnioskował, że 

dziewczyna  nie  wie  nic  o  tak  zwanych  innych  zainteresowaniach  w 

życiu  mężczyzny.  Niewątpliwie  byłaby  w  najwyższym  stopniu 

zaszokowana, gdyby dowiedziała się o nich. W jej niebieskich oczach 

było  coś  bardzo  czystego  i  niewinnego.  Równocześnie  pełne  były 

jakiejś trudnej do określenia duchowej tajemnicy. 

„Niech  to  wszyscy  diabli!  —  pomyślał  sobie.  —  Musi  istnieć 

jakiś porządny mężczyzna, który będzie wierny żonie takiej jak Zia!" 

Zaczął  zastanawiać  się,  czy  w  przyszłości  Zia  stanie  się  podobna  do 

Yasmin i tych wszystkich kobiet, z którymi zetknął się w życiu. Kiedy 

jadł kolację w domu innego mężczyzny podczas jego nieobecności, a 

potem  zabawiał  się  z  jego  żoną,  zawsze  odczuwał  coś  w  rodzaju 

zażenowania. 

*  St.  John's  Wood  —  drogi  rejon  Londynu,  znany  głownie  ze 

znajdujących się tam klubów dla dżentelmenów. (Przyp. tłum.) 

background image

Miał  wrażenie,  jakby  kogoś  okradał,  ale  takie  zachowanie 

stanowiło  część  życia  towarzyskiego  wyższych  sfer,  w  jakich  się 

obracał. Było powszechnie przyjęte, że jeśli mąż nie zajmuje się żoną 

lub  ma  „inne  zainteresowania",  nie  istniał  powód,  dla  którego  żona 

powinna pozostać wierna swemu prawowitemu małżonkowi. 

A  mimo  to  właśnie  wierności  Okehampton  oczekiwałby  od 

własnej żony. Zaraz jednak pomyślał cynicznie, że za dużo żąda. Czy 

mógłby  być  pewien,  że  będąc  poza  domem  choćby  przez  jedną  noc, 

kochanek jego żony nie spałby w jego łóżku? 

Ta myśl tak zirytowała markiza, że zrzucił kołdrę, wstał z łóżka i 

podszedł do jednego z okienek w kajucie. Rozsunął zasłony i zobaczył 

gwiazdy  na  niebie,  których  blask  odbijał  się  w  morzu.  Widok  był 

przepiękny  i  bardzo  romantyczny.  Markiz  stał  zapatrzony  przez 

dłuższy  czas,  a  potem  wrócił  do  łóżka,  mówiąc  do  siebie  z 

wściekłością: 

—  Wszystkie  kobiety  są  niewierne,  perfidne  i  podstępne!  Nigdy 

się nie ożenię! 

 

Rozdział 4 

Wreszcie  „Jednorożec"  dotarł  do  Londynu  i  płynął  Tamizą 

wzdłuż  nabrzeża.  Dwukonny  powóz  markiza  czekał  już  na 

podróżnych i kiedy jacht zarzucił kotwicę, markiz zabrał Zię na brzeg. 

Dziewczyna  bardzo  ładnie  podziękowała  kapitanowi  za  podróż  i 

przyjemne  spędzenie  czasu  na  jachcie.  Gdy  odjeżdżali,  powiedziała 

śpiewnym głosem: 

background image

— To było bardzo... bardzo... ekscytujące! 

—  Mam  nadzieję,  że  równie  dobrze  będziesz  się  bawić  w 

Londynie  —  rzekł  markiz.  —  Chcę  też  pokazać  ci  mój  zamek  w 

Sussex. 

Zia uśmiechnęła się. 

— Ale przede wszystkim pragnę zobaczyć pańskie konie! 

Markiz  zastanawiał  się,  czy  mógłby  zabrać  ją  na  przyjęcie,  jakie 

miał  zamiar  wydać  w  następny  weekend.  Skoro  nie  będzie  Yasmin, 

zostanie puste miejsce, ale, pomyślał markiz, to nie jest typ przyjęcia, 

na który można zabrać debiutantkę. 

„Zostawię ją z babcią w Londynie — zdecydował — i dopiero za 

tydzień przyjedzie do zamku". 

Kiedy przybyli do domu Okehamptonów na Park Lane, wspaniała 

rezydencja  oraz  wyposażenie  wnętrza,  meble  i  obrazy  zrobiły  na  Zii 

ogromne  wrażenie.  Markiz  był  niezmiernie  dumny  z  tego  domu, 

którego wystrój był dziełem jego matki, osoby o wybornym guście. W 

środku  nie  było  żadnych  egzotycznych  roślin  ani  pokrowców  na 

meble  czy  ozdóbek,  modnych  od  czasu  wstąpienia  na  tron  królowej 

Wiktorii.  Babka  markiza  wychowała  się  na  dworze  królewskim  za 

czasów regencji Jerzego IV i była bardzo przywiązana do panujących 

wtedy zwyczajów i mody. 

Zia nie zdawała sobie sprawy, iż to, co widzi, uważane jest przez 

ludzi  wyznających  zasady  obecnej  epoki  wiktoriańskiej  za 

staromodne. Uznała, że dom jest piękny; przemawiał do niej w sposób 

trudny do wyrażenia. 

background image

Starsza  pani  została  wcześniej  powiadomiona  o  przyjeździe 

wnuka i Zii, czekała więc na nich w  salonie zajmującym prawie całe 

pierwsze piętro rezydencji. Był to piękny pokój, zawieszony obrazami 

przeważnie 

francuskich 

malarzy 

oświetlony 

ogromnymi 

świecznikami  z  setką  świec  na  każdym.  Gdy  weszli,  Zia  poczuła  się 

jak w pałacu z bajki. 

Z pewnym zdziwieniem markiz stwierdził, że podczas powitania z 

jego babką, która onieśmielała większość ludzi, Zia nie była ani trochę 

speszona. Dygnęła z  wdziękiem przed wdową a potem powiedziała z 

entuzjazmem: 

—  Bardzo  pragnęłam  panią  poznać.  Jego  lordowska  mość 

opowiadał  mi  o  przyjęciach,  jakie  kiedyś  pani  wydawała.  Podobno 

były najznakomitsze w całym Londynie. 

—  Czy  tego  oczekujesz  ode  mnie?  Bym  wydała  przyjęcie  dla 

ciebie? — zaśmiała się markiza. 

—  O,  nie!  —  zaprzeczyła  Zia.  —  Ale  wchodząc  do  tego  pokoju 

zastanawiałam się, jak uroczo musiała pani wyglądać w salonie, który 

przypomina mi scenę ze sztuki Szekspira. 

Markiza ponownie roześmiała się. 

—  Sądzę,  Rayburnie  —  zwróciła  się  do  wnuka  —  że  Zia  uważa 

nas  za  nierealne  postacie,  a  nie  za  rzeczywistych  i  często  bardzo 

nudnych ludzi. 

—  Jestem  pewien,  że  to  nie  dotyczy  ciebie,  babuniu!  — 

powiedział markiz. — Jeśli o mnie chodzi, to jestem zachwycony, że 

background image

ktoś  traktuje  mnie  jako  nierealną  postać,  a  nie  jak  zgorzkniałego 

śmiertelnika. 

Markiz  dostrzegł  zdziwienie  w  oczach  babki  i uświadomił  sobie, 

że  mówi  trochę  bez  zastanowienia,  dlatego  też  szybko  zmienił  temat 

rozmowy  opowiadając,  w  jaki  sposób  uratował  Zię  z  rąk  ojca 

Proteusa. 

Babka słuchała go zdumiona. 

—  Tę  historię  musisz  zatrzymać  dla  siebie  —  powiedział  —  bo 

jak  dobrze  wiesz,  babuniu,  od  razu  stałaby  się  sensacją  w  każdym 

salonie i klubie w Londynie! 

— Nigdy nie słyszałam o czymś równie haniebnym! — oburzyła 

się  markiza,  wysłuchawszy  opowiadania.  —  Moje  biedne  dziecko! 

Musiałaś przejść męczarnie, zanim mój wnuk cię uratował! 

—  Straciłam  już  nadzieję,  że  się  stamtąd  wydostanę  — 

powiedziała  Zia  —  ale  jego  lordowska  mość  mówi,  że  powinnam  o 

tym zapomnieć... i to właśnie próbuję zrobić. 

—  Zapomnisz  o  tym,  jak  tylko  kupimy  ci  najśliczniejszą  suknię, 

jaką  znajdziemy,  a  mój  wnuk  roześle  zaproszenia  na  twój  pierwszy 

bal. 

Wdowa  po  markizie  spojrzała  pytająco  na  wnuka,  który 

odpowiedział: 

—  Zamierzam  wydać  jeden  bal  tutaj,  babuniu,  a  także  drugi  w 

zamku. Wiem, że tego oczekiwaliby ode mnie rodzice Zii. 

background image

—  Naturalnie,  że  tak!  —  pochwaliła  pomysł  starsza  pani.  —  A 

ponieważ  chcesz,  by  zapraszano  Zię  na  inne  bale,  musisz  jak 

najszybciej rozesłać zaproszenia. 

— Chyba śnię! — wykrzyknęła Zia. — To jest tak ekscytujące, że 

pragnę tańczyć i śpiewać, i nigdy nie przebudzić się z tego snu! 

Markiz  i  jego  babka  roześmiali  się.  Kiedy  zeszli  na  obiad, 

Okehampton  poczuł,  jak  zaraża  się  entuzjazmem  dziewczyny,  i 

pomyślał,  że  całkiem  zabawnie  będzie  urządzić  bal  w  domu  w 

Londynie,  czego  do  tej  pory  nigdy  nie  robił.  Po  obiedzie  markiza 

posłała po powóz i oświadczyła, że zabiera Zię na zakupy. 

—  Zaczniemy  od  toalet,  które  można  od  razu  kupić  — 

powiedziała  —  i  każemy  je  przysłać  do  domu  do  przymiarki. 

Zamówimy też kilka innych, aby uszyto je możliwie jak najszybciej i 

kupimy do nich dodatki. 

— Wygląda to na niezwykłe przedsięwzięcie — zauważył markiz. 

— Cieszę się, że nie chcecie, bym wam towarzyszył. 

— Tego by jeszcze brakowało! — żachnęła się babka. — Tak jak 

wszyscy  Anglicy  siedziałbyś  ze  znudzoną  miną  uważając,  że 

przebywanie  w  budynku  podczas  tak  słonecznego  dnia  to  zbrodnia 

przeciwko naturze! 

Zia roześmiała się. 

—  Nie  wątpię,  że  tak  by  było!  Papa  zawsze  mówił,  że  z 

przyjemnością patrzy na mamę w pięknej, nowej sukni, ale nie życzy 

sobie słyszeć o żadnych przymiarkach ani zakupach. 

background image

Markiz  towarzyszył  obu  damom  do  drzwi  frontowych,  by 

odprowadzić je do powozu. Potem udał się do swojego gabinetu, gdyż 

wiedział,  że  pan  Barrett  czeka,  by  wręczyć  mu  korespondencję.  Nie 

pomylił się. Zaraz zjawił się pan Barrett. 

— Są dwa listy, milordzie, które, jak sądzę, chciałby pan najpierw 

zobaczyć.  Jeden  z  banku,  zawiera  szczegółowe  zestawienie  majątku 

panny Langley, drugi — od namiestnika królewskiego z Kornwalii. 

— Mam nadzieję, że się czegoś od niego dowiem! — wykrzyknął 

markiz. 

Pan Barrett  wręczył  mu  list.  W  miarę  lektury  zmieniał  się  wyraz 

twarzy markiza. 

— Czytałeś to, Barrett? — zapytał. 

— Tak, milordzie. 

—  Jak  ten  przeklęty  człowiek  mógł  umknąć  tak  szybko?  Skąd 

mógł wiedzieć, że komisarz policji zamierza go aresztować? 

—  Złe  wieści  szybko  się  rozchodzą,  milordzie  —  zauważył  pan 

Barrett. 

—  Przypuszczalnie  dowiedział  się,  że  „Jednorożec"  zawinął  do 

portu  w  Plymouth,  i  wywnioskował,  że  kontaktuję  się  z 

namiestnikiem królewskim i komisarzem policji. 

— Z pewnością właśnie tak było — zgodził się pan Barrett — jak 

pisze  namiestnik,  klasztor  opustoszał,  oprócz  zakonnic  i  starego 

schorowanego księdza nie ma nikogo. 

Markiz ponownie zerknął do listu. 

background image

—  Siostra  Marta  wyjechała  do  Londynu,  tak  więc  dowiemy  się 

czegoś więcej, gdy przyjedzie dziś wieczorem. 

—  Jako  że  to  będzie  bardzo  późno,  milordzie  —  powiedział  pan 

Barrett — czy nie lepiej byłoby dla tej młodej kobiety, by poszła spać, 

a porozmawiałby pan z nią rano? 

—  Dobrze  —  zgodził  się  markiz.  —  Jednocześnie  martwi  mnie, 

że ta banda przestępców wciąż jest na wolności. 

— Czy wasza lordowska mość uważa — z wahaniem zapytał pan 

Barrett  —  że  pannie  Langley  grozi  z  ich  strony  jakieś 

niebezpieczeństwo? 

— Nigdy nic nie wiadomo. Są wściekli, że uciekła i że my wiemy 

o ich zakusach. 

Pan Barrett był wyraźnie zmartwiony. Markiz, jak gdyby sam się 

pocieszając, powiedział: 

—  Nie  trzeba  niepokoić panny  Zii.  Nie  wierzę,  żeby  ten  Proteus 

był na tyle głupi, by zwracać na siebie uwagę, wiedząc, iż policja jest 

na jego tropie. 

— Zapewne ma pan rację, milordzie — zgodził się pan Barrett. — 

Zresztą  teraz  panna  Zia  jest  pod  opieką  markizy,  nie  będzie  więc 

nigdzie się sama oddalać. 

— Oczywiście, że nie — przytaknął markiz. 

Pomimo  to  pomyślał,  że  powinien  babce  uświadomić,  iż  ze 

względu na bezpieczeństwo Zii muszą mieć się na baczności. Podczas 

podroży  na  wieś  lokaj  jadący  na  koźle  powinien  mieć  w  kieszeni 

naładowany pistolet. 

background image

Broń  była  rzeczą  niezbędną  w  czasach,  kiedy  rozbójnicy 

grasowali  po  kraju,  szczególnie  na  południu.  Kilka  lat  temu  markiz 

słyszał  o  napadzie  na  dyliżans.  Był  pewien,  że  większość  ludzi 

zostawia swoje pistolety w domu, a nawet jeśli ma je w powozie, to są 

nienaładowane.  Pocieszył  się  myślą,  że  Proteus  nie  ryzykowałby 

swojej wolności, jeśli nie życia, by zrobić coś tak zuchwałego. 

— Porozmawiam z panną Zią — powiedział. Naturalnie, nie chcę, 

żeby mówili o tym służący. 

Pan  Barrett  był  tego  samego  zdania  i  wręczył  markizowi  list  z 

banku.  Pismo  składało  się  z  kilku  stron  zapisanych  cyframi 

dotyczącymi depozytów i akcji posiadanych przez Zię Langley. 

Kiedy  markiz  spojrzał  na  pierwszą  stronę,  na  której  podano  całą 

sumę, był wyraźnie zdziwiony. Z tego, co powiedział mu pan Barrett, 

wywnioskował,  że  lady  Langley  zostawiła  ogromny  majątek,  ale  w 

rzeczywistości był on o wiele większy, niż markiz się spodziewał. 

Pan  Barrett  widząc  zaskoczenie  markiza,  pośpieszył  z 

wyjaśnieniem: 

— Gdy jej lordowska mość poślubiła brata pułkownika, nie była, 

jak wnoszę, aż tak zamożna, ale przez lata zmarło wielu jej krewnych 

i  zapisało  jej  w  testamencie  sporo  ze  swych  majątków.  Oprócz  tego 

pieniądze łady Langley zostały tak dobrze zainwestowane, że w kilku 

wypadkach przyniosły stokrotne zyski. 

— Rozumiem — powiedział markiz. — Mimo to nie jest dobrze, 

gdy młoda dziewczyna posiada tak ogromną fortunę. 

background image

—  Wasza  lordowska  mość  ma  z  pewnością  na  myśli  „łowców 

posagów" — zauważył pan Barrett. 

— W rzeczy samej! — zgodził się markiz. — Liczę na to, Barrett, 

że  będziesz  bacznie  pilnował  młodzieńców  pukających  do  drzwi, 

przysyłających kwiaty i liściki miłosne, będziemy „tłumili ich zapał w 

zarodku". 

— Sądzę — powiedział pan Barrett — iż trudno będzie znaleźć w 

Londynie  mężczyznę,  który  nie  pragnąłby  położyć  swych  łap  na  tak 

ogromnym majątku. Poza tym, panna Langley jest jedną z najbardziej 

uroczych młodych dam, jakie znam! 

— Nie rozumiem, dlaczego zawsze pakuję się w takie kłopoty! — 

zauważył markiz zirytowany. — Wiesz równie dobrze jak ja, Barrett, 

że  jeśli  Zia  poślubi  nieodpowiedniego  człowieka,  będę  to  miał  na 

sumieniu do końca życia. 

Widać  było,  że  pan  Barrett  zastanawia  się  nad  stosowną 

odpowiedzią  kiedy  drzwi  gabinetu  otworzyły  się  i  do  pokoju  wszedł 

Harry Blessington. 

— Jak się masz, Rayburnie! Dzięki Bogu, że wróciłeś! Stęskniłem 

się już za tobą. 

— Wróciłem — odparł markiz — i mam dla ciebie zadanie. 

— Zadanie? — zapytał Harry. 

Kiedy  markiz  podał  mu  pismo  z  banku,  pan  Barrett  odszedł  po 

cichu, wiedząc, że dwaj przyjaciele maja sobie sporo do powiedzenia. 

Harry przeczytał, a potem zagwizdał długo i przeciągle. 

— Wiedziałem, że będziesz zdziwiony! — powiedział markiz. 

background image

—  Jestem  zdumiony!  —  odrzekł  Harry.  —  Kto  mógłby 

przypuszczać, że córka pułkownika okaże się tak bogata? 

—  Szkoda,  że  sam  pułkownik  nie  mógł  skorzystać  z  tych 

pieniędzy — zauważył markiz. — Stać by go było na lepsze konie. 

— Powiedz mi, jaka ona jest? — zapytał Harry. — Nie mów mi, 

że nie jeździ dobrze konno, bo przestanę wierzyć w dziedziczność. 

— Mam ci sporo do opowiedzenia— odrzekł markiz. 

Mówiąc to, usiadł w wygodnym fotelu i kiedy Harry zajął miejsce 

obok niego, opowiedział mu dokładnie, co się wydarzyło wKornwalii. 

Harry  słuchał  w  milczeniu  i  dopiero  gdy  markiz  skończył,  odezwał 

się: 

—  Na  Boga,  Rayburnie!  Gdybym  cię  nie  znał  tak  dobrze, 

pomyślałbym,  że piłeś!  Ta historia to całkiem jak sztuka w teatrze, a 

nawet coś więcej! 

— To samo i ja pomyślałem — powiedział markiz. — Pytanie, co 

my teraz z tym zrobimy? 

— To znaczy, że historia się nie zakończyła? 

—  Nie,  dopóki  ten  fałszywy  ksiądz  i  jego  wspólnicy  są  na 

wolności! I tu właśnie musisz mi pomoc. 

Harry spojrzał na markiza. 

—  Oczywiście,  że  ci  pomogę.  Przynajmniej  będziesz  myślał  o 

czym innym. 

— Co chcesz przez to powiedzieć? — zapytał markiz. 

— Mam dla ciebie złe wiadomości. 

background image

Markiz  zesztywniał  i  zanim  przyjaciel  zdążył  cokolwiek 

powiedzieć, wiedział, z czym przyszedł Harry. 

— Dzisiejszej nocy zmarł lord Caton! — zaczął przyjaciel. 

Tego  się  markiz  spodziewał,  ale  z  głosu  Harry'ego  domyślił  się, 

że chodzi o coś więcej. 

—  Moja  przyjaciółka  Irene,  która  przyjedzie  na  bal  do  zamku, 

otrzymała wczoraj list od Yasminy Caton — ciągnął Harry. 

Markiz wiedział już, co było w tym liście. 

—  Yasmin  napisała  Irene,  oczywiście  w  wielkiej  tajemnicy,  że 

poprosiłeś  ją,  by  została  twoją  żoną,  jak  tylko  będzie  wolna. 

Powiadomiła ją też, że urodzi twoje dziecko! 

Markiz  spodziewał  się  takich  wieści,  a  jednak  słowa  Harry'ego 

uderzyły go jak strzała. Podniósł się i odwrócił plecami do przyjaciela, 

spoglądając na kominek, który, teraz w lecie, wyłożony był kwiatami. 

—  To  kłamstwo!  —  powiedział  z  naciskiem  po  kilku  minutach 

milczenia. 

—  Wiem!  —  odpowiedział  Harry.  —  Ale  co  zamierzasz  z  tym 

zrobić? 

Markiz odwrócił się. 

— A co, u diabła, mogę zrobić? — zapytał. 

 

Zia  wracała  z  Bond  Street  zachwycona,  że  mogła  zobaczyć 

najnowsze  i  najbardziej  wyszukane  fasony.  Markiza  zamówiła  całe 

mnóstwo  sukien,  które  poleciła  dostarczyć  do  przymiarki  do  domu 

Okehamptonów.  A  Zia,  którą  zmuszono  w  klasztorze  do  noszenia 

background image

ohydnej  czarnej  sukni  i  sztywnej  bawełnianej  bielizny  odpowiedniej 

dla  zakonnicy,  rozkoszowała  się  widokiem  jedwabnych  nocnych 

koszulek i szlafroków w sklepie z elegancką damską bielizną. 

—  To  wszystko  jest  tak  emocjonujące!  —  powiedziała,  kiedy 

wracały  na  Park  Lane.  —  Jakże  mam  pani  dziękować  za  łaskawość 

wobec mnie? 

—  Bawię  się  równie  dobrze,  jak  i  ty!  —  odparła  babka markiza. 

—  Przypuszczam,  że  każda  kobieta  marzy  o  chwili,  kiedy  będzie  ją 

stać na najdroższe i najpiękniejsze stroje. 

Zia milczała przez chwilę, po czym zapytała: 

—  Czy  pomoże  mi  pani  obdarzyć  pieniędzmi  tych,  którzy  ich 

potrzebują? 

Starsza pani popatrzyła w zadumie na dziewczynę. 

— Naturalnie, że ci pomogę, kochanie — odpowiedziała. 

—  Jestem  pewna,  że  jego  lordowska  mość  także  będzie  w  stanie 

mi doradzić — mówiła dalej Zia — ponieważ nie chcę dowiedzieć się, 

że  wszystko,  co  dam  dla  biednych,  znalazło  się  w  kieszeni  kogoś  w 

rodzaju ojca Proteusa. 

— Jesteś bardzo rozsądna, moje dziecko, i taka musisz pozostać. 

Pieniądze to odpowiedzialność i cieszę się, że chcesz pomagać innym, 

mniej szczęśliwym od ciebie. 

—  Oczywiście,  że  chcę  —  odpowiedziała  Zia  —  i  chciałabym, 

jeśli jego lordowska mość mi pozwoli, wysłać kogoś kompetentnego i 

życzliwego  do  opieki  nad  starymi  zakonnicami  w  klasztorze.  —  Tu 

background image

Zia  westchnęła.  —  Często  były  głodne,  podczas  gdy  ojciec  Proteus, 

jestem tego pewna, ucztował ze swoimi wspólnikami. 

— Porozmawiam o tym z wnukiem — obiecała markiza. 

—  Mam  tylko  nadzieję  —  w  zadumie  powiedziała  Zia  —  że 

ojciec  Proteus  i  ci  okropni  ludzie,  którzy  byli  z  nim,  siedzą  już  za 

kratkami. 

O  to  właśnie  zapytała  markiza  po  kolacji,  gdy  jego  babka  udała 

się na gorę, a Harry'ego, który zjadł z nimi posiłek, nie było w pokoju. 

Podczas  kolacji  rozmawiali  o  wszystkim,  tylko  nie  o  przeżyciach  Zii 

w  Kornwalii.  Jednak  dziewczyna  była  na  tyle  inteligentna,  by 

zauważyć, że markiz coś przed nią ukrywa. 

Teraz kiedy odprowadziwszy babkę do sypialni, wrócił do salonu, 

Zia go zagadnęła: 

— Miał pan zapewne wiadomości od namiestnika królewskiego i 

komisarza policji. Co zrobili z ojcem Proteusem? 

Markiz  chciał  skłamać,  ale  pomyślał,  że  to  byłby  błąd.  Zawahał 

się chwilę nad odpowiedzią, a Zia zapytała szybko: 

— On uciekł, prawda? 

— Tak — z wahaniem przyznał markiz. — Kiedy policja dotarła 

do klasztoru, nie było śladu ani po nim, ani po jego ludziach. 

Zia splotła palce, a w jej oczach markiz zobaczył strach. 

—  On  nigdy  mi  nie  wybaczy  i  bez  względu  na  to,  czy  dostanie 

moje pieniądze, czy nie, będzie chciał mnie... zabić... 

—  Bzdura!  —  ostro  powiedział  markiz.  —  Nie  wolno  ci  tak 

myśleć! Uciekł, ponieważ się bał, a ktoś musiał go ostrzec, że policja 

background image

chce  go  aresztować.  Mógł  wsiąść  na  statek  do  Ameryki  albo  ukrywa 

się w Szkocji czy południowej Anglii. Wie, że teraz nie wyciągnie od 

ciebie żadnych pieniędzy. 

— Ale... może chcieć się... zemścić. 

—  Nie,  jeśli  nie  będzie  się  to  mu  opłacało  —  odparł  markiz.  —

Bądź rozsądna, Zio. Pamiętaj, że teraz, kiedy jesteś ze mną, on wie, że 

nic  nie  zyska  tropiąc  ciebie.  Istnieje  wiele  innych  kobiet  na  świecie, 

od których będzie próbował wydusić pieniądze. 

—  Ma pan  rację... naturalnie!  —  powiedziała  Zia.  —  Mimo  to... 

boję  się. —  Wzdrygnęła  się  i dodała  cichutko:  —  Mieszkałam  z nim 

pod  jednym  dachem...  Wiem,  jaki  jest  bezlitosny...  i  z  jaką 

determinacją robi to, co zamierzył. 

— Powtarzam — przerwał jej markiz — nie stanowi on żadnego 

niebezpieczeństwa  ani  dla  ciebie,  ani  dla  mnie,  więc  zapomnijmy  o 

nim!  —  I  widząc  zmartwioną  twarz  Zii  dodał:  —  Dziś  wieczorem 

przyjeżdża  siostra Marta.  Zastanów  się  nad tym,  co  możemy  dla  niej 

zrobić. 

—  Przyjeżdża  tutaj?  —  zapytała  Zia.  —  Tak  się  cieszę!  Czy 

ojciec Proteus nie skrzywdził jej? 

— Może nie jest aż tak niebezpieczny, jak sądzisz — zażartował 

markiz,  ale  w  oczach  Zii  zobaczył  strach  i  wiedział,  że  żadne  słowa 

nie rozwieją jej obaw. 

Było  po  północy,  kiedy  pod  eskortą  policjanta  do  domu 

Okehamptonów  przyjechała  siostra  Marta.  Zgodnie  z  poleceniem 

markiza,  pan  Barrett  zabrał  ją  na  górę  do  ochmistrzyni,  która 

background image

wprowadziła  dziewczynę  do  przytulnej  sypialni.  Podczas  gdy 

pokojówka rozpakowywała małą walizkę gościa, przyniesiono na tacy 

kolację.  Siostra  Marta  z  przyjemnością  wszystko  zjadła,  a  potem 

położyła się do łóżka i zasnęła w spokoju.  

Obudziła  się  wcześnie,  bo  przywykła  do  porannych  modlitw  w 

kaplicy;  rozejrzała  się  po  sypialni,  która  wydała  jej  się  ogromna. 

Myślała  właśnie  o  chorobie  starego  księdza,  który  w  ostatnich 

miesiącach naprawdę ciężko zaniemógł, gdy otworzyły się drzwi i do 

pokoju  zajrzała  Zia.  Zobaczywszy,  że  siostra  Marta  już  nie  śpi, 

wydała okrzyk radości i podbiegła do jej łóżka. 

— Nareszcie jesteś! Tak się cieszę, że cię widzę! — zawołała. 

Potem, gdy przyjrzała się bliżej dziewczynie, zapytała: 

— Co się stało? Skąd masz te siniaki na twarzy? 

—  Saul  mnie  uderzył!  —  odpowiedziała  siostra  Marta.  — 

Pamiętasz tego mężczyznę z blizną? 

Zia usiadła na łóżku. 

—  Tak  i  zawsze  bałam  się,  że  któryś  z  nich  może  nam  zrobić 

krzywdę. Co się działo po mojej ucieczce? 

—  Popchnęli  mnie  i  chyba  straciłam  przytomność  —  odparła 

siostra Marta. — Później dowiedziałam się, że ojciec Proteus, pomimo 

zranionej nogi, opuścił klasztor razem z czwórką swych wspólników i 

zabrał ze sobą wszystkie wartościowe rzeczy. 

Zia patrzyła na nią, szeroko otwierając oczy, a siostra Marta dalej 

opowiadała głosem, w którym brzmiało przerażenie. 

background image

—  Trudno  ci  będzie  w  to  uwierzyć,  Zio,  ale  ojciec  Proteus 

ogołocił  cały  ołtarz.  Zabrał  lichtarze,  naczynia  na  komunię,  nawet 

krzyże, bo większość z nich zrobiona była ze srebra. 

—  To  najbardziej  diabelski  człowiek,  jaki  kiedykolwiek  istniał! 

— wykrzyknęła Zia. — Ale dlaczego policja go nie złapała! 

—  Przybyli  zbyt  późno  —  odpowiedziała  siostra  Marta.  — 

Słyszałam, że w nocy po twojej ucieczce przyjechał do klasztoru jakiś 

mężczyzna i uprzedził ojca Proteusa, że przyjedzie policja. 

Zia  pomyślała,  że  markiz  miał  rację:  szpieg  ojca  Proteusa 

obserwował,  jak  „Jednorożec"  zawijał  do  portu  w  Plymouth,  i 

prawdopodobnie  wtedy  dowiedział  się,  że  markiz  skontaktował  się  z 

namiestnikiem królewskim i z policją. 

— Czy wiesz, dokąd pojechali? — zapytała Zia. 

—  Nie  wiem  —  odpowiedziała  siostra  Marta  —  ale  mam 

wrażenie, że jest w Londynie. 

— Dlaczego w Londynie? — z ciekawością zapytała Zia. 

— Przypadkiem słyszałam, jak mówił, że „ma już dość klasztoru i 

że chce znów używać życia w Londynie!" 

—  Muszę  powiedzieć  o  tym  markizowi  —  postanowiła  Zia 

zdrętwiała  z  przerażenia  —  a  ty,  siostro  Marto,  musisz  być  bardzo 

ostrożna.  Jestem  pewna,  że  ojciec  Proteus  byłby  wściekły,  gdyby  się 

dowiedział, gdzie jesteś. 

— Teraz, gdy nie może dostać w swoje ręce twoich pieniędzy, nie 

będzie się nami przejmował. 

— Na pewno nie dostanie ani grosza, markiz nad tym czuwa. 

background image

—  Uważam  —  powiedziała  siostra  Marta  —  że  znajdzie  inne 

miejsce, które przejmie, tak jak przejął klasztor, i na tysiące sposobów 

będzie przekonywać ludzi, by zawierzyli mu swoje oszczędności. 

Zia  przyznała  jej  rację.  Ojcu  Proteusowi  udało  się  okłamać  jej 

ciotkę  wmawiając  jej,  że  jest  dobrym  i  uczynnym  księdzem.  I  wielu 

rodziców  w  hrabstwie  posłało  swoje  dzieci  do  klasztoru,  ponieważ 

ojciec obiecywał, że ich latorośle zdobędą dobre wykształcenie.  

Był 

wystarczająco 

przebiegły, 

by 

zatrudnić 

naprawdę 

znakomitego  nauczyciela  muzyki  i  malarza.  Zaangażował  także  trzy 

starsze  i  doświadczone  nauczycielki,  które  uczyły  innych 

przedmiotów,  tak  że  dziewczęta  bardzo  chętnie  przychodziły  na 

lekcje. Później, rozmawiając o tym z markizem, Zia powiedziała: 

—  Kiedy  pan  pomyśli  o  tym,  milordzie,  to  dojdzie  pan  do 

wniosku, że to był wyjątkowo inteligentny sposób na beztroskie życie. 

Proteus  mieszkał  w  klasztorze,  który  stał  się  jego  domem,  opłaty  za 

naukę  były  bardzo  wysokie,  choć  podejrzewam,  że  nauczyciele  nie 

dostawali dużo. 

— I nikt nie miał pojęcia, że nie był tym, za kogo się podawał? — 

zapytał markiz. 

—  Nie,  oczywiście,  że  nie!  Rozmawiał  tak,  jakby  był 

autentycznym  i  pełnym  poświęcenia  księdzem,  a  kiedy  ojciec 

Anthony  zachorował,  od  czasu  do  czasu,  jeśli  byli  w  klasztorze 

goście,  odprawiał  msze  w  kaplicy.  Ale  teraz  wiem,  że  to  było  czyste 

bluźnierstwo, za które powinien zostać powalony przez piorun! 

Markiz uśmiechnął się. 

background image

— Miejmy nadzieję, że tak się stanie — powiedział — ale skoro 

nigdy nie poznamy prawdy, zapomnijmy o nim! 

Zia  pomyślała,  że  chyba  nigdy  o  nim  nie  zapomni,  ale  nie 

odezwała się. 

Podczas rozmowy z siostrą Martą markiz z ogromną życzliwością 

zapytał ją, co dalej zamierza. 

— Jeśli pragniesz przenieść się do innego klasztoru — powiedział 

—  pomówię  z  arcybiskupem  katedry  westminsterskiej,  żeby  przyjęto 

cię do najlepszego klasztoru, jaki nam poleci. 

Siostra  Marta  wzięła  głęboki  oddech,  ale  nic  nie  powiedziała, 

więc markiz mówił dalej: 

— Mam jeszcze jedną propozycję, która może cię zainteresować. 

Dlaczego  nie  miałabyś  zdjąć  na  jakiś  czas  swojej  zakonnej  szaty  i 

pozostać tutaj w Londynie lub na wsi, i przekonać się, czy nie wolisz 

zwykłego życia od poświęcenia się Bogu? 

Markiz  wiedział,  że  myśl  o  mieszkaniu  razem  z  nimi  wprawi 

siostrę Martę w zakłopotanie, więc dodał: 

—  Mam  wrażenie,  że  chciałabyś  pomagać  innym  ludziom.  W 

mojej  posiadłości  w  Sussex  znajduje  się  szkoła.  Nauczycielka,  która 

uczy w niej od wielu lat, starzeje się. 

Markiz zobaczył błysk w oczach siostry Marty. 

—  Pan  Barrett  mówi,  że  szuka  ona  następczyni.  Dopóki  nie 

znajdzie  odpowiedniej,  może  chciałabyś  jej  pomagać.  W  swoim 

domku ma przygotowany pokój dla nauczycielki, jaką jej przyślę. 

Zanim siostra Marta mogła odpowiedzieć, Zia wykrzyknęła: 

background image

— To cudowny pomysł!  A jeśli przyjadę do zamku, tak jak jego 

lordowska  mość  mi  obiecał,  będę  mogła  cię  odwiedzić  i  przekonać 

się, czy jesteś naprawdę szczęśliwa! 

W  oczach  siostry  Marty  pojawiły  się  łzy.  Nie  była  w  stanie 

wydusić  z  siebie  ani  słowa.  Zia  podskoczyła  i  otoczyła  ramieniem 

dziewczynę, mówiąc: 

—  Nie  musisz  się  od  razu  decydować.  Po  prostu  przemyśl  to. 

Porozmawiamy  o  tym  i  za  dzień  lub  dwa  damy  odpowiedź  jego 

lordowskiej mości. 

— Jesteś bardzo... miła — wyjąkała siostra Marta — i nie wiem, 

co powiedzieć. 

Zia  nie  chciała  przedłużać  takich  wzruszających  scen  i 

wyprowadziła siostrę Martę z gabinetu. Markiz został sam i podszedł 

do  okna,  by  wyjrzeć  na  ogród.  Pomyślał,  że  niewiele  znanych  mu 

kobiet  tak  by  się  zachowało  jak  Zia  w  stosunku  do  nieładnej,  małej 

zakonnicy,  z  którą  nic  ją  nie  łączyło.  Wszystkie  piękne  kobiety,  z 

którymi  spędzał  czas,  przejmowały  się  jedynie  sobą.  I  często  uważał 

je za ostre i nietolerancyjne nawet wobec oddanej służby. 

„Pułkownik  Langley dobrze  wychował Zię" — pomyślał markiz. 

Ale wiedział, że to nie dzięki dobremu wychowaniu Zia troszczy się o 

innych, lecz z potrzeby serca, a to było już co innego. 

Teraz,  w  samotności,  markiz  znów  zaczął  rozmyślać  o  tym,  co 

usłyszał od Harry'ego. Wiedział, że Yasmin w bardzo subtelny sposób 

będzie  chciała  go  usidlić.  Irene  rozpowie  o  wszystkim,  choć  Harry 

zmusił  ją,  by  przysięgła  na  wszystkie  świętości,  że  nie  powtórzy 

background image

nikomu  tego,  co  napisała  do  niej  Yasmin.  Ale  czy  kobietom  można 

zaufać? Skąd pewność, że  Irene nie  powie — oczywiście w zaufaniu 

— innej przyjaciółce, która nie powtórzy następnej, a ta — kolejnej? 

W ciągu kilku dni historia zacznie krążyć po całym Londynie. 

„Co  mam  robić?  —  dziesiątki  razy  pytał  się  markiz  samego 

siebie. — Co mogę zrobić?" 

Nagle otworzyły się drzwi gabinetu i wszedł Harry. 

—  Przepraszam  za  spóźnienie,  Rayburnie  —  powiedział  —  ale 

jeden z moich koni okulał i musiałem odprowadzić go do stajni. 

— Zawsze możesz pożyczyć jednego ode mnie — zaproponował 

markiz. 

— O to właśnie chciałem cię prosić — odpowiedział Harry. 

— Jakie masz plany na dzisiaj? 

— Myślałem, żeby przejechać się konno. Potem wydajemy obiad 

połączony z przyjęciem, na które, jeśli pamiętasz, jesteś zaproszony. 

—  Oczywiście,  że  pamiętam.  Jeśli  istnieje  osoba,  z  którą 

przyjemnie  mi  się  gawędzi,  to  jest  nią  na  pewno  twoja  babka.  — 

Markiz  spojrzał  przez  okno,  a  Harry  mówił  dalej:  —  Ale,  ale,  nie 

miałem  jeszcze  okazji  wyrazić  mojego  podziwu  dla  twojej 

podopiecznej.  Ona  jest  urocza,  Rayburnie,  urocza  pod  każdym 

względem!  Mam  tylko  nadzieję,  że  zdążysz  nacieszyć  się  jej 

widokiem, dopóki masz ją przy sobie, bo nie będzie to długo trwało! 

— Na Boga! — z irytacją odpowiedział markiz. — Nie zaczynaj 

pleść  o  małżeństwie  dziewczyny,  która  nie  miała  jeszcze  swojego 

pierwszego balu. 

background image

—  Nie  miałbym  nic  przeciwko  założeniu  się,  że  do  czasu 

drugiego balu oświadczy jej się z pół tuzina kawalerów! — zażartował 

Harry. 

Markiz nie odpowiedział. Po chwili jego przyjaciel odezwał się: 

—  Rayburnie,  przestań  robić  miny,  jakbyś  miał  zamiar  kogoś 

zamordować!  Jeśli  martwisz  się  Yasmin,  to  myślę,  że  znam 

rozwiązanie. 

— Naprawdę? — zapytał markiz, myśląc, że Harry żartuje. 

Ponieważ  przez  większą  część  nocy  Okehampton  leżał 

zastanawiając się, jakie jest wyjście z sytuacji, w jakiej się znalazł, nie 

było mu wcale do śmiechu. 

—  To  całkiem  proste  —  powiedział  Harry  —  i  nie  wiem, 

dlaczego wcześniej o tym nie pomyśleliśmy. 

— O czym? 

— Że powinieneś się ożenić! 

 

Rozdział 5 

Markiz  patrzył  zdumiony  na  Harry'ego  i  miał  właśnie  mu 

odpowiedzieć, gdy otworzyły się drzwi i lokaj ogłosił: 

— Lord Charles Fane, milordzie! 

Do pokoju wszedł przystojny młody człowiek. 

—  Rayburnie,  właśnie  dowiedziałem  się  od  twojej  babki,  że 

wróciłeś, i postanowiłem natychmiast cię odwiedzić. 

— Jak się masz, Charles? — Markiz wyciągnął dłoń na powitanie. 

— Jak sądzę, jeszcze się nie ustatkowałeś? 

background image

—  Oczywiście,  że  nie  —  odpowiedział  Charles.  —  Chciałem 

porozmawiać  z  tobą  o  twoim  przyjęciu.  Niestety,  mąż  Evelyn  wrócił 

do domu, więc nie będzie mogła przyjść. 

—  Kolejna  ofiara!  —  wykrzyknął  Harry,  zanim  markiz 

powiedział cokolwiek. 

— Cześć, Harry! — dopiero teraz zauważył go Charles. — A kto 

jest tą pierwszą? 

Zdając  sobie  sprawę,  że  popełnił  błąd,  Harry  powiedział 

pośpiesznie: 

— Rayburn opowie ci o naszych kłopotach. 

—  Ale  przedtem  —  odezwał  się  markiz,  który  nie  miał  zamiaru 

zwierzać się Charlesowi — może napijesz się czegoś? 

— Nie odmówię — ucieszył się lord Fane. — Zawsze uważałem, 

że twój szampan jest najlepszym ze znanych mi trunków. 

Markiz roześmiał się i podszedł do tacy, na ktorej stały kieliszki, 

podczas gdy Charles rozsiadł się w wygodnym fotelu obok Harry'ego. 

—  Zastanawiałem  się,  co  się  z  tobą  dzieje  —  powiedział  do 

markiza,  zajętego  nalewaniem  szampana  —  kiedy  przypadkowo 

zobaczyłem twoją babkę w towarzystwie prześlicznej młodej osóbki! 

— Mówiłem dokładnie to samo — z zachwytem rzekł Harry. 

—  Ona  jest  naprawdę  niewiarygodnie  urocza  —  ciągnął  Charles 

— i jeśli nie zaprosisz mnie na kolację, to będę siedział przed twoimi 

drzwiami, aż znowu ujrzę tę dziewczynę! 

Mówił beztrosko, ale markiz poczuł się nagle zirytowany. Charles 

Fane  był  jednym  z  najbardziej  dowcipnych  mężczyzn  w  Londynie. 

background image

Jednocześnie robił niewiele oprócz wędrowania z jednego buduaru do 

drugiego,  a  jego  romanse  trudno  byłoby  zliczyć.  Markiz  uważał,  że 

jest  to  ostatni  mężczyzna,  którego  uznałby  za  odpowiedniego 

kandydata na męża dla kogoś tak niewinnego jak Zia. 

—  Posłuchaj  mnie,  Charles  —  markiz  zwrócił  się  do  gościa, 

wręczając  mu  kieliszek  szampana.  —  Zia  jest  młoda  i  niezepsuta. 

Harry  i  ja  zamierzamy  znaleźć  jej  męża  wśród  młodych  ludzi  o 

nieskazitelnej reputacji. Tak więc trzymaj się od niej z daleka! 

Charles popatrzył na niego ze zdumieniem. 

—  Czy  ty  naprawdę  chcesz  mi  rozkazywać,  Rayburnie?  —

zapytał.  Posuwasz  się  za  daleko.  Nie  pozwolę,  żeby  ktoś  mi  mówił: 

„Nie depcz trawników", jeśli mam na to ochotę. 

Markiz poczuł, jak rośnie w nim złość. Potem pomyślał sobie, że 

Zia traktowałaby Charlesa, który był dwa lata starszy od markiza, jak 

ojca. A on jako jej opiekun dopilnowałby, żeby widywała go możliwie 

jak najrzadziej. 

— Powiedz mi — mówił Charles — gdzie ją znalazłeś i kim ona 

jest? 

—  To  córka  pułkownika  Langley'a.  Z  pewnością  go  pamiętasz? 

— rzekł po chwili Harry, gdyż markiz nie spieszył się z odpowiedzią. 

—  Oczywiście,  że  go  pamiętam!  —wykrzyknął  Charles.  —  To 

był  najlepszy  jeździec,  jakiego  kiedykolwiek  widziałem,  i  niezwykle 

przystojny  mężczyzna!  To  pewnie  dlatego  jego  córka  wygląda  jak 

anioł, który zstąpił z Nieba. 

Markiz podszedł do biurka. 

background image

—  Jeśli  obaj  zamierzacie  w  dalszym  ciągu  paplać  w  ten 

idiotyczny  sposób  —  powiedział  gwałtownie  —  to  lepiej  przejdźcie 

do  innego  pokoju,  mimo  że  mam  sporo  spraw  do  omówienia  z 

Harrym. 

Lord Fane skończył pić szampana. 

—  Nie  wiem,  czym  cię  obraziłem,  Rayburnie  —  powiedział  — 

ale  czuję,  że  jestem  tu  niepożądany!  Niemniej  jednak,  chciałbym 

wiedzieć, co z twoim przyjęciem? 

—  Postanowiłem  przełożyć  je  na  późniejszy  termin!  —  odrzekł 

markiz. 

Harry popatrzył na niego zdziwiony, a Charles stwierdził: 

—  To  dobrze,  bo  Evelyn  nie  może  przyjść.  Jak dotąd nikt,  tylko 

ona mnie interesuje, chyba że panna Langley zajmie jej miejsce! 

Mimo że Charles zażartował, markiz jakoś nie mógł zdobyć się na 

uśmiech. 

— Powiadomię cię o następnym terminie — odezwał się chłodno 

— ale to będzie dopiero za jakiś czas. 

—  Mam  wrażenie,  że  ukrywasz  coś  przede  mną  —  żalił  się  lord 

Fane.  —  Jeśli  nie  zaprosisz  mnie  na  przyjęcie,  Rayburnie,  to 

przysięgam,  że  stanę  się  twoim  śmiertelnym  wrogiem!  Może  nawet 

wyzwę cię na pojedynek! 

Tym  razem  markiz  roześmiał  się,  ale  nie  był  to  szczególnie 

radosny śmiech. 

— Ostatnim razem, kiedy spieraliśmy się — powiedział — przez 

trzy tygodnie chodziłeś z ręką na temblaku. 

background image

—  No  cóż,  pomyślę  o  czymś  innym  —  odparł  Charles  —  ale  to 

nie będzie nic miłego! 

Nagle  markiz  zauważył,  że  Harry  marszczy  brwi,  i  przypomniał 

sobie,  że  lord  Fane  jest  niepoprawnym  plotkarzem.  Postanowił  więc 

załagodzić sprawę. 

—  Nie  bądź  głupcem,  Charles  —  rzekł  pojednawczym  tonem 

markiz. — Wiesz, że kolacja bez ciebie byłaby śmiertelnie nudna. Po 

prostu  nie  sądzę,  żeby  przyjęcie,  jakie  planowaliśmy  urządzić,  było 

odpowiednie  dla  debiutantki,  a  trudno,  żebym  jechał  do  zamku  i 

zostawił ją tu samą z moją babką. 

Charles,  który  był  człowiekiem  łagodnego  usposobienia, 

uśmiechnął się. 

— Masz rację — przyznał. — I jeśli mnie uprzejmie poprosisz, to 

wycofam  się  i  pozwolę  nieopierzonym  żółtodziobom  zalecać  się  do 

dziewczyny.  Ale  ostrzegam  cię,  że  w  dalszym  ciągu  będę  się  o  nią 

starał! 

—  Chcę  znaleźć  odpowiedzialnego  męża  dla  Zii  —  z  naciskiem 

powiedział markiz — a ty przecież nie masz zamiaru się żenić. 

—  Ty  będziesz  musiał  się  kiedyś  ożenić,  staruszku,  by  mieć 

dziedzica  —  odpowiedział  Charles.  —  Jeśli  o  mnie  chodzi,  sytuacja 

jest całkiem inna. Moj brat ma trzech synów, tak więc nie mam żadnej 

szansy na tytuł księcia. 

— Co za szkoda! — uśmiechnął się Harry. — Byłbyś najbardziej 

flirciarskim  księciem,  jakiego  zna  świat,  ale  niewątpliwie  skandale 

wokół ciebie zagrodziłyby ci drogę do zamku w Windsorze! 

background image

—  I  dzięki  Bogu!  —  odrzekł  Charles.  —  Tak  mi  żal  tych 

wszystkich  wystrojonych  dżentelmenów  ze  świty  królewskiej,  którzy 

pocieszają  królową  Wiktorię  i  godzinami  wysłuchują  jej  peanów  na 

cześć zmarłego, nieodżałowanego księcia małżonka! 

Harry  i  markiz  zaśmiali  się.  Jednocześnie  pomyśleli,  że  Charles 

jest bardzo niedyskretny. Markiz modlił się, żeby lord Fane nigdy nie 

dowiedział  się  o  Yasmin  albo  o  niedawnych  przeżyciach  Zii  w 

klasztorze. 

Harry,  który  domyślił  się,  o  czym  myśli  jego  przyjaciel,  zmienił 

temat rozmowy, prosząc Charlesa, by powiedział im, jakie to skandale 

krążą  ostatnio  po  Mayfair.  Cała  trójka  siedziała  i  zaśmiewała  się  z 

nich,  gdy  nagle  drzwi  gabinetu  otworzyły  się  na  oścież  i  do  pokoju 

wbiegła  Zia.  Markiz  stał  odwrócony  plecami  do  kominka,  a  Harry  i 

Charles siedzieli w skórzanych fotelach, o wysokich oparciach, tak że 

nie było ich widać. 

Zobaczywszy tylko markiza, podbiegła radośnie do niego. 

—  Proszę  spojrzeć!  Oto  moja  nowa  suknia!  Nigdy  przedtem  nie 

posiadałam  czegoś  tak  pięknego!  —  Głęboko  odetchnęła  i  mówiła 

dalej: — I co pan sądzi? Zostałam zaproszona na bal, który odbędzie 

się  dziś  w  nocy  —  mój  pierwszy  bal  —  i  pańska  babcia  przyjęła 

zaproszenie na kolację u księżnej Bedford! 

—  W  takim  razie  musi  mi  pani  obiecać  pierwszy  taniec  — 

odezwał się lord Fane i wstając z fotela, spojrzał figlarnie na markiza. 

— Och, przepraszam! Nie wiedziałam, że jest tu ktoś jeszcze! 

background image

— Pozwól, że przedstawię ci lorda Charlesa Fane'a — powiedział 

markiz — ale nie wierz w nic, co będzie mówić! 

—  A  teraz  —  wykrzyknął  lord  Charles  —  łamiesz  wszystkie 

zasady  honorowej  i  uczciwej  gry!  Zapewniam  panią, panno  Langley, 

że  mówię  teraz  szczerą  prawdę:  jest  pani  najpiękniejszą  osobą  jaką 

kiedykolwiek widziałem! 

Przez chwilę Zia wyglądała na zdziwioną. 

—  Dziękuję,  milordzie  —  odezwała  się  poważnie  —  ale  zawsze 

słucham mojego opiekuna. 

Wszyscy zaśmiali się z jej odpowiedzi, a Zia dodała jeszcze: 

—  Muszę  teraz  iść  na  podwieczorek  z  jej  lordowską  mością  ale 

przedtem chciałam, żeby zobaczył pan moją suknię! 

— Wyglądasz w niej bardzo ładnie — powiedział markiz. 

Zia  uśmiechnęła  się  do  niego  i  wybiegła  z  pokoju,  a  wtedy 

Charles zawołał: 

—  Ładnie?!  No  wiesz!  W  życiu  nie  słyszałem  bardziej 

nieodpowiedniego  słowa!  Czy  ty  na  pewno,  Rayburnie,  posiadasz 

choć odrobinę poezji w swojej duszy? 

— Powiedziałem ci już, żebyś nie psuł Zii — odrzekł markiz. — 

Ja  również  zjem  z  nimi  podwieczorek  i  jeszcze  raz  ostrzegę  moją 

podopieczną, żeby cię nie słuchała! 

—  Fakt,  że  panna  Langley  przebywa  w  twoim  domu,  daje  ci 

niezasłużoną przewagę! — uskarżał się lord Fane. 

Ale markiz już wyszedł z pokoju na korytarz. Doszedł prawie do 

holu, kiedy zdał sobie sprawę, że Charles i Harry idą za nim. Dlatego 

background image

też  zatrzymał  się  na  wypadek,  gdyby  Charlesowi  przyszło  do  głowy 

udać się za nim do salonu, gdzie do podwieczorku zasiadała Zia z jego 

babką. Jednak lord Fane brał już od lokaja swój cylinder, rękawiczki i 

laseczkę, a gdy wychodził, powiedział: 

— Do zobaczenia, Rayburnie, dziś w nocy. Bezwarunkowo będę 

domagać się pierwszego tańca! 

Wyszedł,  nie  czekając  na  odpowiedź.  Markiz  spojrzał  na 

Harry'ego. 

—  On  jest  beznadziejny  —  powiedział  —  ale  co  można  na  to 

poradzić? 

—  Nic  —  odpowiedział  Harry  —  i  jestem  pewien,  że  Zia  ma 

wystarczająco dużo rozumu, żeby nie wierzyć w to, co jej powie. 

Markiz jednak wciąż miał niezadowoloną minę, gdy wchodził po 

schodach. 

— Musimy pilnować, by takie paple jak Charles nie zawróciły jej 

w  głowie,  ale  żeby  spotkała  odpowiedniego  człowieka,  który  będzie 

dobrym mężem. 

Obaj przyjaciele w ciszy wchodzili na gorę. Nagle Harry odezwał 

się: 

—  Że  też  wcześniej  nie  przyszło  mi  to  do  głowy!  To  takie 

oczywiste i na pewno rozwiąże twoje problemy! 

— O czym ty mówisz? — zapytał markiz. 

—  Mówiąc  bez  ogródek:  im  szybciej  ty  sam  poślubisz  tę 

dziewczynę, tym lepiej! 

 

background image

Zia pomyślała, że nie ma piękniejszego miejsca niż sala balowa w 

domu  księżnej  Bedford.  Panie  w  wieczorowych  sukniach,  z 

klejnotami  we  włosach  i  na  szyjach  przypominały  postacie  z  bajki. 

Panowie  w  spodniach  zapiętych  pod  kolanami  i  jedwabnych 

pończochach,  w  surdutach,  na  których  błyszczały  ordery  i 

odznaczenia,  także  wyglądali  imponująco.  Zia  była  tak  pochłonięta 

podziwianiem gości, że nie zauważyła, iż ona sama przyciąga uwagę. 

Markiz był tak przystojny, że trudno było go nie zauważyć. Kiedy 

wszedł do sali balowej z Zią u boku, rozległ się szmer, który wydawał 

się  dochodzić  z  miejsc,  gdzie  siedziały  wdowy  obserwujące 

tańczących. Panowie, którzy stali na końcu sali i zastanawiali się nad 

wyborem kolejnej partnerki, zaniemówili, kiedy zobaczyli Zię. 

Miała  ona  na  sobie  suknię,  którą  dostarczono  do  domu 

Oketiamptonów  w  ostatniej  chwili,  ale  na  szczęście  nie  wymagała 

wielu  poprawek.  Była  biała,  bo  takiego  koloru  oczekiwano  od 

debiutantki.  Duży  dekolt  ozdabiały  kwiaty  z  diamentami  w  środku. 

Tak  samo  wykończona  była  tiurniura  i  brzeg  spódnicy,  tak  że  Zia 

lśniła przy każdym swoim ruchu. 

Markiza  pożyczyła  Zii  kilka  diamentowych  gwiazdek,  które 

zręczny  fryzjer  wpiął  dziewczynie  we  włosy.  Każdemu  mężczyźnie, 

który  na  nią  spojrzał,  wydawało  się,  że  w  jej  oczach  lśnią  diamenty, 

równie oślepiające jak te, które błyszczały w jej lokach. 

Przed  wyjściem na bal markiz przyznał, że nigdy nie  widział tak 

uroczej  dziewczyny  i  że  miał  dotąd  zupełnie  inne  wyobrażenie  o  tak 

młodych  osobach.  Pomysł  Harry'ego,  by  poślubił  Zię,  uważał  jednak 

background image

za  niedorzeczny.  Daleki  był  od  takiego  zamiaru.  Ale  wcześniej, 

podczas  ubierania  się  na  kolację  stwierdził,  że  przyjaciel  całkiem 

sprytnie to wymyślił.  

Jedynym  sposobem  na  położenie  kresu  plotkom  rozsiewanym 

przez  Yasmin  byłoby  powiadomienie  wszystkich,  że  się  żeni.  Gdyby 

ogłosił  swoje  zaręczyny,  dalsze  kłamstwa  Yasmin,  że  urodzi  jego 

dziecko, byłyby bezowocne. Wątpliwe, żeby w takich okolicznościach 

ktokolwiek  jej  uwierzył.  Zresztą  zawsze  obwiniano  kobietę,  gdy 

wpadła w tego rodzaju tarapaty. 

Cały towarzyski światek oczekiwał od markiza, że wcześniej czy 

później  wybierze  sobie  żonę,  która  stanie  się  ozdobą  wyższych  sfer 

tak  jak  kiedyś  jego  babka  i  matka.  Jednak  markiz  był  wystarczająco 

inteligentny,  by  wiedzieć,  że  Yasmin  może  sprawić  mu  wiele 

kłopotów, jeśli nie odeprze jej oskarżeń. Harry miał rację, że jedynym 

wyjściem z tej sytuacji jest małżeństwo markiza z inną kobietą. 

Chociaż markiz z zasady nie tańczył, jak tylko pojawił się z Zią w 

sali balowej, poprosił ją do tańca. Lord Fane właśnie szedł przez salę 

w kierunku Zii, a do ich spotkania Okehampton nie chciał dopuścić. 

—  To  takie  ekscytujące!  —  powiedziała  dziewczyna,  gdy 

poruszali się w takt romantycznej muzyki walca. 

Nie  rozumiała,  dlaczego  czuje  lekki  dreszcz  przebiegający  przez 

jej pierś — to markiz był tak blisko niej i trzymał ją w ramionach. 

— Wiedziałem, że ci się spodoba — odezwał się Okehampton. — 

Ale  pamiętaj,  że  wolno  ci  zatańczyć  tylko  raz  z  tym  samym 

background image

mężczyzną,  po  każdym  tańcu  wrócisz  do  mojej  babki  i  usiądziesz 

obok niej. 

—  Za  oknem  widać  bajkowe  światła  w  ogrodzie  —  zauważyła 

Zia. 

Zupełnie bezwiednie markiz mocniej ścisnął na chwilę wąską talię 

dziewczyny. 

— O, nie! — powiedział stanowczo. — Nie wyjdziesz z nikim do 

ogrodu — rozumiesz? 

—  Oczywiście,  że  rozumiem,  co  pan  do  mnie  mówi,  ale 

niepotrzebnie  jest  pan  taki  srogi!  —  Mówiąc  to,  uśmiechnęła  się  do 

markiza, który poczuł, że zareagował zbyt gwałtownie. 

—  Nie  chcę,  żebyś  zdobyła  złą  reputację  na  swym  pierwszym 

balu! — wyjaśnił. 

—  Pańska  babcia  powiedziała  mi,  jak  mam  się  zachowywać  — 

odrzekła Zia — i obiecałam jej, że będę posłuszna. 

— Mam nadzieję, że dotrzymasz obietnicy. 

—  To  może  być  trudne,  jeśli  któryś  z  moich  partnerów  będzie 

bardzo... przekonywający! 

Przez  chwilę  markiz  patrzył  groźnie  na  Zię,  ale  po  chwili  zdał 

sobie sprawę, że dziewczyna drażni się z nim. 

—  Na  miłość  boską  Zio,  bądź  rozsądna!  —  poprosił.  —  Musisz 

był  świadoma,  że  dopiero  co  przybyłaś  do  Londynu,  że  jesteś  moją 

podopieczną i że wszyscy cię obserwują. 

—  Naprawdę?  —  zdziwiła  się  Zia  i  zmieniła  temat.  —  Jakie  to 

szczęście,  że  znalazłyśmy  tę  piękną  suknię!  —  Tu  zniżyła  głos  i 

background image

powiedziała:  —  Pańska  babcia  wyjawiła  mi,  ale  nie  mogę  o  tym 

nikomu  mówić,  że  ta  suknia  była  zamówiona  jako  suknia  ślubna  dla 

hiszpańskiej księżniczki, a teraz szwaczki będą siedziały całą noc, by 

uszyć dla niej następną! 

— Przypuszczam, że dobrze im za to zapłacą! — odparł cynicznie 

markiz, ale zauważył, że Zia go nie słucha. 

Rozglądała się po sali, a po chwili wyszeptała tak, że tylko markiz 

ją słyszał: 

— Obserwują nas! Ale sądzę, że nie tylko z powodu mojej sukni, 

lecz ponieważ... pan tańczy z kimś tak mało ważnym jak ja! 

— Kto ci o mnie opowiadał? — zapytał markiz. 

Zia zaśmiała się. 

—  Pańska  babcia,  ochmistrzyni,  wszystkie  pokojówki,  które  się 

mną zajmują, i kapitan Blessington! 

— Co mówił Harry? — ostro zapytał markiz. 

—  Tego  nie  powiem,  bo  jestem  pewna,  że  stanie  się  pan  próżny 

—  odpowiedziała  Zia  —  ale  naprawdę...  zdaję  sobie  sprawę,  że  to 

wielki zaszczyt dla mnie, iż jestem pańską podopieczną. 

Markiz  nic  na  to  nie  odpowiedział  i  kiedy  skończył  się  taniec, 

zaprowadził Zię do babki. Wcześniej planował, że pójdzie do sali gier, 

ale teraz stwierdził, że musi zostać i patrzeć, co robi Zia. 

Rzeczywiście  dziewczyna  miała  szalone  powodzenie.  Markiz 

zauważył, że niemal każdy kawaler usiłował  wpisać się w jej notesik 

balowy,  ale  było  więcej  chętnych  niż  tańców.  Zdziwił  się,  że  w 

przeciwieństwie do innych debiutantek, a było ich sporo na balu, Zia 

background image

rozmawiała  i  śmiała  się  ze  swoimi  partnerami  podczas  tańca. 

Najwidoczniej komplementy jej nie onieśmielały. 

W drodze powrotnej do domu, siedząc w powozie obok markiza i 

jego babki, Zia powiedziała: 

— Dziękuję... bardzo dziękuję. To był najwspanialszy wieczór w 

moim życiu! 

—  Bezwarunkowo  miałaś  wielkie  powodzenie,  moja  droga!  — 

odpowiedziała  starsza  pani.  —  Jestem  całkiem  pewna,  że  jutro 

dostaniemy  mnóstwo  zaproszeń  na  podobne  bale  i  na  wiele  innych 

przyjęć. 

—  Wprost  wierzyć  mi  się  nie  chce,  że  to  wszystko  dzieje  się 

naprawdę!  —  półgłosem  powiedziała  Zia.  —  Jeszcze  do  niedawna 

zastanawiałam się, jak mogłabym... umrzeć. 

— Obiecałaś, że przestaniesz o tym myśleć — powiedział markiz. 

— Cóż ja na to poradzę... teraz wydaje mi się, że znalazłam się w 

świecie, który jest jak... Niebo. 

— I mam nadzieję, że o tym będziesz myśleć — wtrąciła markiza. 

—  Czy  pani  wie!  —  wykrzyknęła  Zia  —  że  trzej  dżentelmeni 

pytali  się,  czy  mogą  mnie  jutro  odwiedzić  i  że  chcą  porozmawiać 

tylko ze mną! 

Babka  zerknęła  na  swojego  wnuka  i w  świetle  latarni  zobaczyła, 

że jest nachmurzony. 

— Jeśli któryś z nich ci się oświadczy — powiedział ostro — nie 

wolno ci przyjmować oświadczyn. Ja muszę wyrazić zgodę! 

background image

— Chcą się oświadczać? — ze zdziwieniem zapytała Zia. — Ale 

dlaczego mieliby to robić? 

—  Musisz  pamiętać  —  powiedział  stanowczo  markiz  —  że 

posiadasz ogromny majątek! 

Zapadła cisza, a po chwili Zia odezwała się cichutko: 

—  Nigdy  o  tym...  nie  myślałam.  Czy  dlatego  tylu  kawalerów 

chciało dziś ze mną tańczyć? 

—  Oczywiście,  że  nie!  —  zaprzeczyła  szybko  markiza.  — 

Niewątpliwie  byłaś  najpiękniejszą  i  najlepiej  ubraną  dziewczyną  na 

sali,  i  dlatego  prosili  cię  do  tańca.  Moj  wnuk  chciał  powiedzieć,  że 

małżeństwo  to  całkiem  inna  sprawa  niż  taniec  dwojga  ludzi  na  sali 

balowej. 

—  Oczywiście  —  przyznała  Zia  —  ale  nie  wierzę,  żeby 

jakikolwiek  mężczyzna  chciał  poślubić  dziewczynę,  którą  widział 

tylko raz. 

Babka ponownie spojrzała na wnuka. 

—  Sądzę,  że  będziesz  tak  zajęta  robieniem  zakupów,  iż  nie 

starczy  ci  czasu  na  spotkania  z  tymi  lekkoduchami  —  powiedział 

powoli Okehampton. — Powiem służącym, żeby ich odprawiali. 

—  O,  nie,  proszę  pozwolić  mi  wysłuchać  oświadczyn!  — 

krzyknęła  Zia.  —  Często  zastanawiałam  się,  co  mężczyzna  mówi  w 

takiej sytuacji i czy rzeczywiście pada na kolana, tak jak to czytałam 

w powieściach! 

Markiza roześmiała się. 

background image

—  Nie  możesz  być  zbyt  surowym  opiekunem,  Rayburnie  — 

zwróciła  się  do  wnuka.  —  Pamiętam  moje  pierwsze  oświadczyny: 

prosił o moją rękę starszawy pułkownik, przyjaciel mego ojca, był tak 

przejęty, że trzęsły mu się wąsy, a mnie chciało się śmiać! 

Markiz nic nie odpowiedział, a babka dodała: 

—  Zia  musi nauczyć  się  sama  kierować  swoimi  sprawami. Musi 

umieć  powiedzieć  „nie"  w  taki  sposób,  żeby  mężczyzna  nie  miał 

żadnych złudzeń. 

Kiedy to mówiła, powóz zatrzymał się przy domu Okehamptonów 

i  markiz,  który  siedział  przy  drzwiczkach,  wysiadł  pierwszy.  Był 

wyraźnie niezadowolony. 

 

Siostra  Marta  usłyszała,  jak  ktoś  otwiera  drzwi  jej  sypialni. 

Odwróciwszy się od okna, zobaczyła ze zdziwieniem, że to Zia. 

—  Już  nie  śpisz!  —  wykrzyknęła.  —  Późno  wczoraj  wróciłaś  i 

pomyślałam, że będziesz spać aż do obiadu! 

— Tego spodziewała się też babcia markiza — odpowiedziała Zia 

— ale jestem zbyt przejęta, by spać. Chciałam opowiedzieć ci o balu! 

—  Nie  mogę  się  doczekać  —  powiedziała  siostra  Marta  —  ale 

najpierw muszę ci coś wyznać. 

— Wyznać? — Zia spojrzała na nią z zaciekawieniem.  

—  Ostatniej  nocy  myślałam  o  tym  i  modliłam  się,  żebym  była 

wystarczająco odważna, by powiedzieć ci prawdę. 

— Jaką prawdę? — zapytała Zia. 

— Skłamałam... — powiedziała siostra Marta żałosnym tonem. 

background image

— Nie rozumiem. 

—  Nie  mogę  dalej  udawać!  Nie  jestem  zakonnicą.  Udawałam, 

kiedy ojciec Proteus przyszedł do klasztoru. 

— To wszystko? — zapytała Zia. — No cóż, myślę, że postąpiłaś 

bardzo rozsądnie. 

— Naprawdę tak myślisz? Nie jesteś oburzona? 

— Oczywiście, że nie! 

—  Kiedy  on  się  pojawił  i  powiedział,  że  przejmuje  klasztor, 

bałam się, że odeśle mnie jak te biedne staruszki. 

— Na pewno by tak zrobił! — powiedziała Zia. 

—  Nie  miałam  dokąd  pójść.  Ojciec  Anthony  zgodził  się,  żebym 

została.  Śluby  zakonne  miałam  złożyć  dopiero  po  skończeniu 

dwudziestu jeden lat. 

— Więc pomyślałaś, że ojciec Proteus zostawi cię w spokoju, jeśli 

uwierzy, że jesteś zakonnicą. 

—  To  było  kłamstwo...  i  teraz  tego  się  wstydzę  —  powiedziała 

Marta.  —  Po  prostu  nałożyłam  kornet  i  welon  jednej  z  zakonnic 

przykutej  do  łóżka.  —  Załkała:  —  Potem  wszyscy  wołali  na  mnie 

„siostro Marto", więc czasami zapominałam, że jestem tylko brzydką, 

nikomu niepotrzebną Martą. 

—  Nie  wolno  ci  tak  mówić!  —  krzyknęła  na  nią  Zia.  —  Chcę, 

żebyś zaczęła uczyć w szkole w majątku markiza. 

—  Kiedy  on  dowie  się,  że  skłamałam,  odeśle  mnie  —  nerwowo 

powiedziała Marta. 

background image

—  Nie  sądzę,  żeby  orientował  się  w  sprawach  dotyczących 

zakonnic  —  odparła  Zia.  —  Przypuszczam,  że  gdybyś  była 

prawdziwą  zakonnicą  sprawa  byłaby  bardziej  skomplikowana,  ale 

teraz musisz zapomnieć o ojcu Proteusie i pomyśleć o sobie. 

Marta ocierała łzy, które spływały jej po policzkach. 

— Och, Zio! Jesteś dla mnie taka dobra i cudowna! Gdybym tylko 

mogła zacząć wszystko od nowa. 

—  I  tak  zrobisz  —  powiedziała  Zia  i  zastanowiwszy  się  chwilę, 

zawołała: — Mam cudowny pomysł! 

— Jaki? 

—  Jest  dopiero  dziewiąta,  markiza  nie  wstanie  wcześniej  niż  o 

jedenastej.  Jego  lordowska  mość  pojechał  na  przejażdżkę  konną.  — 

Marta  przyglądała  się  Zii,  która  mówiła  prawie  do  siebie:  — 

Pojedziemy same na zakupy! Kupię ci suknie, jakie będziesz nosiła w 

szkole. Wyrzucisz ten ohydny strój, tak jak ja to zrobiłam z moim.  

Marcie dech zaparło w piersiach. 

—  Zdejmuj  to!  Szybko!  —  zakrzyknęła  Zia.  —  Dam  ci  coś  do 

ubrania i poślę po powóz. 

Wybiegła  z  pokoju  i  po  kilku  minutach  wróciła  z  suknią,  jaką 

kupił  jej  kapitan  w  Falmouth.  Była  zbyt  długa  dla  Marty,  ale 

dziewczęta  podwiązały  ją  paskiem.  Zia  upięła  Marcie  włosy,  które, 

umyte  i  zakręcone,  wyglądały  atrakcyjnie,  a  na  głowę  włożyła 

kapelusz, także kupiony przez kapitana w Falmouth. Sama zaś wzięła 

drugi, pasujący do sukni, i obie panny zbiegły po schodach. 

background image

Powóz  czekał  już  na  dole  i  Zia  powiedziała  stangretowi,  żeby 

zawiózł je do wielkiego magazynu, który odwiedziła wczoraj razem z 

markizą.  Zauważyła  tam  sporo  sukien  dla  dziewcząt,  które  według 

starszej  pani  nie  były  zbyt  eleganckie.  Jednak  Zia  zdawała  sobie 

sprawę,  że  do  Marty  nie  pasują  zbyt  wyszukane  rzeczy.  Jeśli  miała 

uczyć w wiejskiej szkole, nie mogła nosić strojów, które szokowałyby 

wieśniaków. 

Lokaj  otworzył  drzwiczki  powozu.  Obie  dziewczęta  weszły  do 

środka i Zia podała adres sklepu, ale lokaj czekał i oglądał się na dom. 

— Nikt z nami nie jedzie! — wykrzyknęła Zia. 

— Jadą panienki same? 

— Tylko na zakupy — odpowiedziała Zia — i nie zajmie nam to 

długo. 

Lokaj  zamknął  drzwiczki  powozu,  wsiadł  na  kozioł  obok 

stangreta i odjechali. 

—  Jesteś  całkowicie  pewna,  że  to  dobry  pomysł?  —  zapytała 

Marta trochę nerwowo. — Dziwnie się czuję w tej sukni. 

—  Wyglądasz  bardzo  ładnie  —  zapewniła  ją  Zia  —  kiedy 

sprawimy  ci  ubrania  w  twoim  rozmiarze,  będziesz  w  nich  bardzo 

atrakcyjna! 

Marta  odwróciła  głowę  i  Zia  zorientowała  się,  że  dziewczyna 

zdaje  sobie  sprawę  ze  swej  brzydoty.  Postanowiła  dodać  jej  trochę 

pewności  siebie.  „Tak  się  na  pewno  stanie,  pomyślała,  gdy  Marta 

znajdzie się pomiędzy dziećmi, które przestaną zważać na jej wygląd, 

background image

jeśli  będzie  kochającą  je  i  wyrozumiałą  nauczycielką".  Aby  oderwać 

uwagę Marty od ponurych myśli, Zia zaczęła opowiadać jej o balu. 

— Co mówili panowie, którzy tańczyli z tobą? — zapytała Marta. 

— Prawili mi komplementy, rzucali „namiętne" spojrzenia, które, 

prawdę mówiąc, były komiczne! — zaśmiała się Zia. 

— Czy tańczyłaś z jego lordowską mością? 

— Pierwszy ze mną zatańczył, a  robi to bardzo dobrze! Na całej 

sali  balowej  nie  było  nikogo  równie  przystojnego  i  eleganckiego! 

Niemal wszystkie urocze damy w diamentach rozmawiały z nim zbyt 

wylewnie, jakby to określiła moja mama. 

— Muszą być w nim zakochane! —powiedziała Marta. 

Zia spojrzała na nią zdziwiona. 

— Tak myślisz? Przecież są zamężne! Nie pamiętam ich nazwisk. 

Jedna  z  nich  była  hrabiną,  inna  —  księżną,  a  trzecia,  bardzo  piękna, 

lady  Ja-kaś-tam  powiedziała:  „Rayburnie,  kochanie,  kiedy  mnie 

odwiedzisz?" 

— Naprawdę tak powiedziała? 

Zia skinęła głową. 

—  Z  początku  pomyślałam,  że  to  chyba  jakaś  krewna  jego 

lordowskiej mości, ale on odchodząc od niej, powiedział mi: „To jest 

księżna Taka-ataka i wiele osób uważa ją za najpiękniejszą kobietę w 

całym Londynie!" 

— I rzeczywiście taka jest? 

—  Chyba  tak  —  odpowiedziała  Zia.  —  Poczułam  się  przy  niej 

taka pospolita! 

background image

—  Niemożliwe!  —  wykrzyknęła  Marta.  —  Jesteś  śliczna, 

pokojówki  mówią,  że  jesteś  najpiękniejszą  osobą,  jaka  kiedykolwiek 

mieszkała w domu Okehamptonów! 

— Naprawdę? — zainteresowała się Zia. 

— Tak! Ale mówią też, że lady Yasmin, z którą często widuje się 

jego lordowska mość, też jest bardzo piękna. 

Zia zastanowiła się, a potem powiedziała: 

— Nie sądzę, żeby kobieta o imieniu Yasmin była na balu. 

— Bo ona jest teraz we Francji — wyjaśniła Marta. — Słyszałam, 

jak  ochmistrzyni  mówiła  pokojówce,  która  się  mną  zajmuje,  że  mąż 

lady  Yasmin  jest  bardzo  chory.  —  Przerwała  na  chwilę,  a  potem 

dodała:  —  Lady  Caton,  tak  się  nazywa:  Yasmin  Caton!  I  z  tego,  co 

mówiły,  wynika,  że  chyba  jego  lordowska  mość  jest  w  niej 

zakochany. 

Zia  spojrzała  na  Martę.  Nie  przyszło  jej  nigdy  do  głowy,  że 

markiz  mógłby  być  w  kimś  zakochany,  i  stwierdziła,  że  musiała  być 

bardzo  głupia.  Powinna  zdawać  sobie  sprawę,  że  tak  przystojny 

mężczyzna  podoba  się  kobietom.  Nie  odstępowały  go  przecież 

poprzedniej  nocy.  Przypomniała  sobie,  że  często  w  ten  sam  sposób 

kobiety  zachowywały  się  wobec  jej  ojca.  Tak  przynajmniej  mówiła 

matka. 

—  Jesteś  zbyt  przystojny,  kochanie!  —  powiedziała  kiedyś  do 

męża. — Zawsze się boję, że cię stracę! 

— Co ci przychodzi do głowy? — zaśmiał się pułkownik. — Nie 

ma na świecie drugiej takiej uroczej kobiety jak ty! Od chwili gdy cię 

background image

ujrzałem,  zawładnęłaś  moim  sercem  i  zapewniam  cię,  że  należy  do 

ciebie aż po wieczność! 

Matka  roześmiała  się  —  Zia  zapamiętała  szczęśliwy  wyraz  jej 

oczu  —  i  podniosła  głowę,  by  mąż  mógł  pocałować  jej  usta.  I  teraz 

przypominając  sobie  tę  scenę,  Zia  pomyślała,  że  też  pragnie  takiej 

miłości.  Wiedziała,  że  nigdy  nie  poczuje  czegoś  podobnego  w 

stosunku do młodych mężczyzn, którzy prosili ją na balu o spotkanie.  

Jednocześnie  stwierdziła,  że  była  bardzo  głupiutka  nie 

uświadamiając  sobie,  jak  przystojny,  atrakcyjny  i  interesujący  jest 

markiz.  „Kiedy  rozmawiałam  z  nim  na  jachcie  —  pomyślała  —  nie 

myślałam  o  nim  jak  o  człowieku,  lecz  jak  o  kimś  podobnym  do 

archanioła,  który  zstąpił  na  ziemię  z  niebios,  by  wyrwać  mnie  z  rąk 

niegodziwego ojca Proteusa". 

Przez  chwilę  zastanawiała  się,  co  by  zrobiła  lady  Caton,  gdyby 

była  na  jej  miejscu  na  „Jednorożcu",  ale  oto  powóz  zajechał  przed 

wielki magazyn. Zia zaobserwowała zachowanie markizy, gdy były tu 

poprzedniego dnia. Posłała więc po kobietę zarządzającą sklepem. 

—  Jestem  panna  Langley  —  oznajmiła.  —  Byłam  tu  wczoraj 

razem z markizą Okehampton. 

— Tak, tak, panienko, dobrze pamiętam. 

—  Przyprowadziłam  ze  sobą  tę  młodą  damę,  która  jest  moją 

przyjaciółką.  —  Zia  wskazała  na  Martę.  —  Chcę  sprawić  jej 

kompletną  garderobę,  gdyż  wszystkie  swoje  ubrania  straciła  w 

wypadku  i  nie  ma  co  na  siebie  włożyć  oprócz  tej  sukienki,  którą  jej 

pożyczyłam. Jak pani widzi, jest dla niej za duża. 

background image

— Mój Boże, co za katastrofa! Jestem pewna, że znajdziemy coś 

odpowiedniego dla młodej damy. 

—  To,  czego  potrzebuje  —  powiedziała  stanowczo  Zia  —  to 

skromne  suknie,  jakie  będzie  mogła  nosić  na  wsi.  Ma  zamiar 

zamieszkać w majątku markiza pomagając w prowadzeniu szkoły. 

Z  wyrazu  twarzy  kobiety  Zia  wywnioskowała,  że  dokładnie 

zrozumiała, o jaki typ garderoby chodzi. 

—  Nie  mamy  dużo  czasu  —  mówiła  dalej  Zia  —  i  jeśli 

zaopatrzymy moją przyjaciółkę w jedną czy dwie suknie, które będzie 

mogła  od  razu  nosić,  to  resztę  rzeczy  proszę  przesłać  jak najszybciej 

do domu markiza Okehamptona. 

W  krótkim  czasie  zaopatrzono  Martę  w  letnią  suknię,  ładną,  ale 

prostszą  i  nie  tak  szeroką  jak  ta,  którą  miała  na  sobie  Zia.  Dobrano 

również kapelusz, buty i pończochy, które sprowadzono z innej części 

sklepu. 

Zia  nie  spuszczała  oka  z  zegara.  Obawiała  się,  że  może  babka 

markiza zapragnąć widzieć się z nią przed obiadem. Gdy zakończyły 

zakupy,  zbliżało  się  południe.  Przed  sklepem  czekał  na  nie  powóz. 

Zanim  wyszły,  kierowniczka  obiecała  zapakować  wszystko,  co 

wybrały, i przesłać do domu Okehamptonów. 

— Bardzo pani dziękuję! — powiedziała do niej Zia. 

Kiedy  wychodziły,  lokaj  zszedł  z  kozła,  by  otworzyć  drzwiczki 

powozu. 

background image

—  To  była  wielka  przyjemność,  panienko,  i  mam  nadzieję 

ponownie  ją  tutaj  ujrzeć  —  pożegnała  je  kobieta  zarządzająca 

sklepem. 

— Przyjdę z pewnością! — uśmiechnęła się Zia. 

Na dworze wiał wiatr, więc wychodząc z magazynu Zia podniosła 

rękę,  przytrzymując kapelusz,  w  ten  sposób  zasłoniła  sobie  wszystko 

dokoła oprócz drogi do powozu. Weszła do środka. 

Wtedy drzwiczki zamknęły się z trzaskiem i gdy Zia obejrzała się 

za  siebie,  ze  zdumieniem  zobaczyła,  jak  Marta  zatacza  się  i  pada  na 

chodnik,  jakby  ktoś  ją  uderzył.  Zanim  spostrzegła  wyraźnie,  co  się 

stało,  lokaj,  który  zatrzasnął  za  nią  drzwiczki,  wskoczył  na  kozioł  i 

konie ruszyły z kopyta. 

Spojrzała  przez  szybkę  nad  siedzeniem  i  podniosła  rękę,  by 

zapukać  w  okienko  i  powiedzieć,  że  zostawili  Martę.  Wtedy  lokaj  w 

liberii  służącego  markiza  odwrócił  się  i  spojrzał  na  nią.  Na  widok 

twarzy  tego  człowieka  i  blizny  biegnącej  od  czoła  aż  po  brew,  Zia 

krzyknęła  z  przerażenia  i  osunęła  się  na  siedzenie.  Jej  serce  biło  jak 

szalone ze strachu. 

Lokaj,  który  na  nią  patrzył,  był  człowiekiem  ojca  Proteusa  —  to 

był Saul! 

 

Rozdział 6 

Markiz, który cały ranek jeździł konno w towarzystwie Harry'ego, 

rozstał się z nim przy Park Lane. 

background image

—  Zobaczymy  się  wieczorem  —  powiedział  Harry  —  teraz 

muszę się śpieszyć, jestem umówiony na obiad z księżną! 

— Będzie zirytowana, że się spóźniasz — zauważył markiz. 

—  Wiem  —  odpowiedział  ponuro  Harry  —  ale  nie  żałuję  tak 

wspaniałej przejażdżki! 

Markiz  uśmiechał  się  kłusując  wolno  po  Park  Lane  w  kierunku 

swojego domu. Cieszył się na myśl o spotkaniu z Ziai wysłuchaniu jej 

wrażeń  z  wczorajszego  balu,  podczas  którego,  tak  jak  powiedziała 

jego babka, Zia bezspornie miała największe powodzenie.  

Markiz uważał za rzecz niezwykłą fakt, że dziewczyna, która żyła 

w  takim  oderwaniu  od  świata,  wkroczyła  w  najbardziej  wytworne 

towarzystwo  w  Europie  i  natychmiast  oczarowała  każdego,  kto  ją 

zobaczył. Nie była wcale nieśmiała ani nie zrobiła żadnej gafy, czego 

mógłby się spodziewać po tak młodej dziewczynie. „Z pewnością jest 

oryginalna",  pomyślał  zdając  sobie  sprawę,  że  wielu  mężczyzn 

zazdrości mu, iż jest jej opiekunem. 

Przed  frontowymi  drzwiami  domu  Okehamptonów  czekał  na 

markiza  chłopiec  stajenny.  Zsiadając  z  konia,  markiz  poklepał 

zwierzę,  jakby  dziękując  mu  za  przejażdżkę.  Wszedł  do  domu  i  ze 

zdumieniem  ujrzał  hol  wypełniony  ludźmi.  Był  tam  pan  Barrett, 

ochmistrzyni,  stangret  i  lokaj,  obaj  dziwacznie  ubrani,  oraz  kilka 

pokojówek.  Obok  nich  stała  ładnie  ubrana  młoda  kobieta,  w  której 

markiz nie od razu rozpoznał siostrę Martę.  

Kiedy  pojawił  się,  wszyscy  ucichli  patrząc  na  niego  w  sposób, 

który sprawił, że markiz domyślił się, iż stało się coś złego. 

background image

—  Dlaczego  wszyscy  tu  jesteście?  —  zwrócił  się  do  pana 

Barretta. 

—  Dzięki  Bogu,  że  pan  wrócił,  milordzie!  —  Wykrzyknął 

sekretarz. 

— O co chodzi? — zapytał markiz. 

— Panna Zia została porwana! 

Przez chwilę markiz był zbyt zaskoczony, by coś powiedzieć. 

— Kiedy i przez kogo? — zapytał, choć znał odpowiedź. 

Stangret  Dobson,  mężczyzna  w  średnim  wieku,  który  służył 

jeszcze u ojca markiza i doskonale radził sobie z końmi, wysunął się z 

tłumu. 

— To było tak, jaśnie panie — zaczął. — To nie była moja wina, 

ani Bena... 

— Może byś zaczął od początku — poprosił go markiz. 

Panował  nad  głosem  i  wydawało  się,  że  jest  spokojny.  Zarazem 

rósł  jego  gniew,  gdyż  zdawał  sobie  sprawę,  że  nie  wszystkie  jego 

polecenia zostały wykonane. 

— Sądzę, że powinien pan wiedzieć — przerwał stangretowi pan 

Barrett  —  iż  panna  Zia  opuściła  dom  dziś  rano  zaraz  po  godzinie 

dziewiątej, zabierając ze sobą siostrę Martę. 

Mówiąc  to,  zerknął  na  dziewczynę,  która  stała  obok  niego, 

przykładając chusteczkę do oczu. 

— Kto jeszcze pojechał z wami? — zapytał ją markiz. 

— Nikt, milordzie. 

— Dokąd pojechałyście? 

background image

Marta odjęła chusteczkę od oczu i powiedziała: 

— Zia przyszła do mojej sypialni... i kiedy przyznałam się, że nie 

jestem... 

zakonnicą, 

zaproponowała, 

że 

pojedziemy 

kupić 

odpowiednie ubranie, w którym mogłabym uczyć w szkole... 

Dziewczyna  szlochała,  więc  mówiła  bardzo  chaotycznie,  ale 

markiz zrozumiał wszystko. 

—  Tak  więc  jednym  z  moich  powozów  pojechałyście  same  na 

zakupy? 

— T-tak, milordzie... a potem... Saul ją... porwał! 

Jakby  nie  rozumiejąc,  markiz  spojrzał  na  Dobsona,  a  ten 

pośpieszył z dalszymi wyjaśnieniami:  

—  Kiedy  dojechaliśmy  do  magazynu,  jaśnie  panie,  panienka  Zia 

powiedziała,  że  będzie  tam  z  pół  godzinki,  więc  zabrałem  powóz  w 

cień pod drzewami na placu, za Bond Street. — Markiz skinął głową 

na  znak,  że  rozumie,  a  Dobson  opowiadał  dalej:  —  Ben  i  ja  żeśmy 

siedzieli i rozmawiali w cieniu, a tu raptem jacyś dwaj ludzie ściągnęli 

nas z kozła. Jeden z nich to miał bliznę na twarzy. 

— To był Saul! — krzyknęła Marta. — To on mnie uderzył, kiedy 

wsiadałam do powozu! 

Markiz  nie  zwrócił  uwagi  na  słowa  Marty  i  powiedział  do 

Dobsona: 

— Po tym, jak wyciągnęli was z powozu, co zrobili? 

—  Zabrali  nasze  płaszcze  i  kapelusze,  jaśnie  panie,  a  potem 

przywiązali nas do drzewa i odjechali powozem! 

background image

To  wszystko  wydawało  się  tak  niewiarygodne,  że  przez  chwilę 

markiz tylko patrzył na stangreta i nic nie mówił. Nagle Marta, jakby 

czując,  że  musi  powiedzieć,  co  stało  się  dalej,  przybliżyła  się  do 

markiza. 

—  Wyszłyśmy  ze  sklepu  i  Zia  wsiadła  do  powozu,  ale  kiedy  ja 

miałam  zrobić  to  samo,  Saul  uderzył  mnie  tak  mocno,  że  upadłam... 

potem wskoczył na kozioł... i odjechali. — Marta zalała się łzami. — 

Ojciec Proteus znowu ją ma! Och, niech pan ją ratuje, milordzie... 

Markiz popatrzył na osoby zgromadzone w holu. 

— Czy ktoś ma coś do dodania? — zapytał. 

Nikt nie odpowiedział, więc pan Barrett odezwał się: 

— Sądzę, że to wszystko, co wiemy, milordzie. 

—  Dobrze!  —  powiedział  markiz.  —  Chodź  ze  mną,  Barrett. 

Zastanowimy  się,  co  robić.  Wszyscy  pozostali  mogą  powrócić  do 

swoich zajęć. 

Odszedł  w  kierunku  gabinetu,  a  pan  Barrett  podążył  za  nim. 

Kiedy sekretarz zamknął drzwi, markiz zapytał: 

— Czy powiadomiono o wypadku moją babkę? 

—  Tak,  milordzie.  Bardzo  się  zdenerwowała  i  dlatego  została  w 

łóżku. 

—  Przynajmniej  ona  jest  rozsądna!  —  odparł  markiz  i  usiadł  za 

biurkiem. — No więc, Barrett, co zrobimy? 

—  Naprawdę  nie  mam  pojęcia,  milordzie  —  odpowiedział  pan 

Barrett. — Może zawiadomić policję? 

background image

—  Wtedy  cała  historia  niewątpliwie  dostanie  się  do  gazet  — 

odrzekł markiz po chwili milczenia. 

Pan  Barrett  milczał,  a  markiz  patrzył  przed  siebie,  myśląc  z 

wściekłością,  że  Zii  grozi  poważne  niebezpieczeństwo.  Wiedział,  że 

musi  znaleźć  sposób,  by  ją  uratować.  Wstał  i  podszedł  do  okna. 

Spoglądając  tępym  wzrokiem  na  słońce  poczuł,  jakby  cały  świat 

niespodziewanie zwalił mu się na głowę.  

Dlaczego  nie  przewidział,  że  Proteus  nie  zrezygnuje  z  pieniędzy 

Zii?  Teraz  był  pewien,  że  zażąda  ogromnego  okupu  za  uwolnienie 

dziewczyny. Okehampton wiedział, że musi czekać na list, w którym 

Proteus  poda  swoje  warunki.  Ale  każdy  nerw  jego  ciała  domagał  się 

uratowania dziewczyny, zanim wycierpi ona jeszcze więcej. 

„Dlaczego  nie  przewidziałem,  że  to  może  się  zdarzyć?"  —  pytał 

siebie,  czując,  jak  narasta  w  nim  gniew.  Zdawał  sobie  sprawę,  że 

Londyn jest ogromnym miastem i że jeśli Proteus zamierzał ukryć Zię 

do  czasu  otrzymania  pieniędzy,  nikt  by  jej  nie  odnalazł.  Markiz 

zakładał,  że  zdemaskowany  Proteus  nie  zniknie  już  za  murami 

żadnego  klasztoru,  ale  przypuszczał,  że  może  ukryć  dziewczynę  w 

miejscu  niedostępnym  dla  większości  ludzi.  Myślał  o  tym 

intensywnie,  ale  nic  mu  nie  przychodziło  do  głowy.  Zdawał  sobie 

sprawę, że nawet jeśliby znaleziono po pewnym czasie konie i powóz, 

Proteus zadbałby o to, by dalszy ślad był dobrze zatarty.  

W głosie markiza pojawiła się nutka rozpaczy, kiedy po dłuższej 

chwili milczenia powiedział: 

— Przecież musi być jakieś wyjście! 

background image

—  W  rzeczy  samej,  milordzie  —  odrzekł  pan  Barrett.  —  Może 

powinniśmy wynająć detektywa albo nawet kilku. 

— Niewątpliwie wcześniej czy później wkroczy policja — odparł 

markiz  —  ale  nie  chcę  rozgłosu,  dopóki  Zia  nie  znajdzie  się 

bezpieczna w domu. 

Pan  Barrett  uświadomił  sobie,  że  jeśli  Proteus  zorientuje  się,  iż 

policja  jest  na  jego  tropie,  może  w  desperacji  albo  z  zemsty  zabić 

swojego  więźnia.  Znowu  zaległa  cisza.  Markiz  zaczął  nawet  modlić 

się, żeby jakimś cudem dowiedział się, dokąd zabrano Zię. 

Nagle otworzyły się drzwi. 

—  Jest  tu  jakiś  człowiek,  jaśnie  panie,  z  „Jednorożca"  — 

powiedział  lokaj.  —  Nazywa  się  Winton  i  chce  się  widzieć  z  waszą 

lordowską mością. Zdaje mi się, że to dotyczy panny Zii! 

Markiz odwrócił się szybko. 

— Winton?! — wykrzyknął. — Wpuść go! 

Czekając, spojrzał pytająco na Barretta. Czy możliwe, by Winton 

mógł  coś  wiedzieć?  Kiedy  markiz  opuszczał  jacht,  wydał  polecenie, 

żeby  „Jednorożec"  płynął  dalej  do  Greenwich,  gdzie  miał  czekać, 

dopóki znowu nie będzie potrzebny. 

Po  paru  minutach,  ktore  zdawały  się  ciągnąć  w  nieskończoność, 

Winton wszedł do gabinetu. Miał na sobie mundur, a w dłoni ściskał 

czapkę. Wyglądał na nieco onieśmielonego, ale gdy zobaczył markiza, 

powitał go z szacunkiem, a na jego twarzy pojawił się uśmiech. 

—  Rozumiem,  że  masz  dla  mnie  jakieś  wiadomości!  —  zwrócił 

się do niego markiz, który nie chciał tracić czasu. 

background image

—  Tak  jest,  jaśnie  panie!  —  odpowiedział  Winton.  —  Chodzi  o 

pannę Langley. 

Markiz  odetchnął  głęboko,  podszedł  do  biurka  i  wskazując 

krzesło stojące po drugiej stronie, powiedział: 

— Słucham? Co masz mi do powiedzenia? 

— No, to jest tak, jaśnie panie — odpowiedział Winton, siadając 

na  brzegu  krzesła.  —  Kiedy  wasza  lordowska  mość  nas  opuścił, 

ruszyliśmy „Jednorożcem" w dół rzeki, ale kapitan potrzebował jakieś 

rzeczy,  no  więc  posłał  po  nie  na  brzeg.  Potrzebowaliśmy  też  trochę 

farby,  bo,  wasza  lordowska  mość  zapewne  pamięta,  trzeba  było 

zamalować miejsca na prawej burcie, te zadrapane. 

— Tak, pamiętam — przytaknął markiz i tylko dzięki ogromnemu 

wysiłkowi  opanował  się  i  nie  krzyknął  na  Wintona,  by  przeszedł  do 

sedna sprawy. 

— No  więc, byłem na pokładzie, jaśnie panie — ciągnął Winton 

—  i  przyglądałem  się  urwisom,  jak  się  bawiły,  dokuczając  sobie, 

kiedy zauważyłem mężczyznę, którego wcześniej widziałem. 

— Kto to był? — zapytał markiz. — I gdzie go widziałeś? 

— W tym klasztorze, do którego mnie jaśnie pan zabrał. 

— Jesteś pewien, że tam go widziałeś? 

—  Tak,  jaśnie  panie.  Widziałem,  jak  patrzył  przez  okno. 

Wyglądał trochę dziwnie, bo na czole miał bliznę, ciągnęła mu się aż 

do brwi, słowo daję! 

— To ten! — wykrzyknął markiz. — Nazywa się Saul. 

background image

— Widziałem go też — dalej opowiadał Winton — jak wybiegał 

z bramy, kiedy odjeżdżaliśmy z panienką Langley, a wasza lordowska 

mość powiedział, żebym wypalił z pistoletu nad głowami tych, co nas 

gonili. — Winton przerwał, by zaczerpnąć powietrza. 

— I widziałeś go dzisiaj znowu na rzece? — zapytał markiz. 

—  Tak,  jaśnie  panie.  On  i  jeszcze  jeden  wchodzili  do  łódki,  a 

dwóch było przy wiosłach. 

— Byli w łódce! — wykrzyknął markiz. 

— Tak, jaśnie panie. 

— Sami? 

—  Nie,  jaśnie  panie.  Mieli  ze  sobą  kobietę.  Nie  widziałem  jej 

wyraźnie, ale... 

— Szybciej! — niecierpliwił się markiz. 

— Ciekawy byłem, jaśnie panie, więc zostawiłem Harpera. Jaśnie 

pan zna Harpera? 

— Tak, tak! Mów dalej! 

—  Zszedłem,  żeby  zobaczyć,  dokąd  płyną.  Jak  dostali  się  na 

środek rzeki, rozpoznałem tę damę... to była panienka Langley, jaśnie 

panie! 

— Jesteś pewien? — wtrącił pan Barrett. 

Winton odwrócił się do niego. 

—  Tak,  sir,  to  na  pewno.  Nie  miała  na  głowie  kapelusza, 

widziałem ją całkiem wyraźnie. 

— Obserwowałeś ich? — zapytał markiz. — Dokąd popłynęli? 

background image

— Prosto rzeką jaśnie panie, kawałeczek w dół, a potem do łodzi 

mieszkalnej. 

— Jesteś pewien, że to była łódź mieszkalna? 

—  O  tak,  jaśnie  panie.  W  tamtym  miejscu  rzeki  jest  tylko  jedna, 

stoi na kotwicy w krzakach. Całkiem się rozsypuje i przydałoby się ją 

pomalować. Wasza lordowska mość nawet by na nią nie spojrzał! 

— Łódź mieszkalna! — zawołał markiz. — I tam jest teraz panna 

Langley? 

— Zabrali ją na brzeg, jaśnie panie. 

Markiz  przyłożył  rękę  do  głowy,  jakby  to  miało  mu  pomoc  w 

myśleniu. 

—  Oddałeś  mi  wielką  przysługę,  Wintonie,  za  co  zostaniesz 

hojnie nagrodzony — powiedział. — Teraz chcę, żebyś coś zjadł, a ja 

porozmawiam  z  panem  Barrettem  i  zadecydujemy,  jak  uratować 

pannę Langley. 

—  Ale  pozwoli  mi  jaśnie  pan  wziąć  w  tym  udział?  Pan  wie,  że 

można mi powierzyć broń... 

—  Dobrze  —  zgodził  się  markiz.  —  Tylko  potrzebuję  nieco 

czasu, by przygotować całą akcję. 

Pan  Barrett  zadzwonił  na  lokaja  i  prawie  natychmiast  otworzyły 

się drzwi. 

—  Dopilnuj,  żeby  Winton  dostał  treściwy  posiłek  —  markiz 

wydał polecenie służącemu — i zaraz go tu przyślij. 

— Tak jest, jaśnie panie! 

background image

Okehampton  nie  powiedział  nic  więcej,  dopóki  Winton  nie 

wyszedł  z  pokoju.  Powtarzał  sobie,  że  w  niewiarygodny  sposób  jego 

modlitwy zostały wysłuchane i cudem dowiedział się, gdzie jest Zia. 

 

Zia  bała  się.  Była  przerażona,  kiedy  powóz  odjechał  sprzed 

magazynu.  Domyśliła  się,  że  została  pojmana  przez  ludzi  Proteusa. 

Zaczęła  zastanawiać  się,  w  jaki  sposób  wyskoczyć  z  powozu,  ale 

konie  pędziły  z  ogromną  szybkością  i  Zia  była  pewna,  że  próbując 

wydostać się z niego, wpadłaby pod koła. Nawet gdyby się jej nic nie 

stało, Saul złapałby ją, zanim zdołałaby uciec. Może nawet uderzyłby 

ją tak jak Martę.  

Siedziała  więc  w  powozie  wciśnięta  w  kąt.  Stwierdziła,  że  była 

bardzo  głupia,  wybierając  się  na  zakupy  z  Martą  bez  żadnej  osoby 

towarzyszącej.  Potem  pomyślała,  że  nawet  jeśli  poszłaby  z  nimi 

ochmistrzyni  lub  pokojówka,  byłyby  bezsilne  wobec  ludzi  Proteusa  i 

nie przeszkodziłyby im w porwaniu. W jakiś niepojęty dla niej sposób 

pozbyli się stangreta i lokaja markiza i prowadzili teraz powóz.  

Zia  w  pewnej  chwili  uświadomiła  sobie,  że  wjechali  do 

biedniejszej  i  brudniejszej  części  miasta.  W  przelocie  ujrzała  wodę  i 

zdała  sobie  sprawę,  że  przed  nimi  była  Tamiza.  Miała  okropne 

uczucie,  że  ojciec  Proteus  zamierza  wywieźć  ją  na  statku  do  obcego 

kraju. Wtedy nikt już by jej nie odnalazł, nawet markiz. 

Na  wspomnienie  o  markizie  Zię  przeszedł  dreszcz  —  tak  bardzo 

pragnęła,  żeby  ją  uratował.  Raz  ją  ocalił  i  Zia  pamiętała  ryzykowną 

ucieczkę z klasztoru. To było takie ekscytujące! Myślała wtedy, że na 

background image

zawsze  uwolniła  się  od  ojca  Proteusa.  Jednak  w  głębi  duszy  zawsze 

bała  się,  że  nigdy  się  od  niego  nie  wyzwoli.  Znowu  była  w  jego 

szponach. Wiedziała, że nie zadowoli się, dopóki nie przejmie kontroli 

nad jej pieniędzmi, jeśli nie wszystkimi, to przynajmniej nad dużą ich 

częścią.  

„Co  mam  robić?"  —  pytała  siebie  i  modliła  się  do  markiza,  by 

jeszcze raz przybył na ratunek. „Uratuj... mnie! Uratuj! — zapłakała w 

głębi serca — bo... tylko ty możesz to zrobić!"  

Powóz  zatrzymał  się  i  Zia  zorientowała  się,  że  są  nad  rzeką. 

Zastanawiała  się,  czy  byłaby  w  stanie  uciec,  gdyby  wyskoczyła  i 

rzuciła się do Tamizy. Ojciec nauczył ją pływać, ale trudno byłoby jej 

poruszać  się  w  sukni,  którą  miała  na  sobie.  Najprawdopodobniej 

utonęłaby.  Drzwiczki  powozu  otworzyły  się  na  oścież.  Zia  ujrzała 

Saula, który popatrzył na nią pożądliwym wzrokiem. 

— Chodź! —powiedział. — Miałaś ładną przejażdżkę, nie? Teraz 

zabieramy cię na wodę! 

Nic oponowała. Wiedziała, że to nie ma sensu. Saul zdjął z siebie 

płaszcz lokaja, który najwidoczniej zabrał służącym markiza, i wrzucił 

go  do  powozu.  Stangret,  w  którym  Zia  rozpoznała  jednego  ze 

wspólników Proteusa o imieniu Mark, też wrzucił swoje okrycie. Obaj 

zostali w samych koszulach. Wzięli Zię pod ramiona i poprowadzili ją 

na brzeg rzeki. Gdy zeszli ze skarpy, dziewczyna usłyszała, jak powóz 

odjeżdża.  Miała  nadzieję,  że  ktokolwiek  go  zabierze,  zaopiekuje  się 

wspaniałymi końmi markiza. 

background image

Na  wodzie  zobaczyła  łódkę,  w  której  czekali  dwaj  inni  ludzie 

Proteusa. 

— Oto ona! Czy nie wygląda fikuśniej, niż kiedy była z nami? — 

powiedział  do  nich  Saul  i  popchnął  Zię  na  łódkę,  a  wtedy  dwaj 

mężczyźni, którzy już w niej siedzieli, zaczęli wiosłować. 

Był silny prąd i Zia pomyślała, że może porwie ich i może będzie 

miała  szansę  uciec,  jeśli  łódź  się  wywróci.  Jednak  sapiąc  i  dysząc 

mężczyźni  dopłynęli  do  spokojniejszego  miejsca  rzeki  i  Zia  ujrzała 

przycumowaną do brzegu zniszczoną łódź mieszkalną. Z początku nie 

wierzyła,  że  to  jest  cel  ich  „podroży".  Jednak  kiedy  porywacze 

wyciągnęli  ją  z  łódki,  zorientowała  się,  że  tu  właśnie,  w  tej 

nieprawdopodobnej kryjówce, ma zostać uwięziona.  

Przez  chwilę  zastanawiała  się,  czy  nie  zacząć  krzyczeć  i  uciekać 

na  oślep  przed  siebie.  Ale  spojrzawszy  na  dziki  brzeg,  do  którego 

przycumowana była łódź, stwierdziła, że jest to odosobnione miejsce, 

gdzie nie ma nadbrzeża i w związku z tym — ludzi. Gdyby krzyczała, 

to  kto  by  ją  usłyszał?  A  nawet  jeśli  tak,  to  kto  mógłby  stawić  czoło 

Saulowi,  Markowi  i  pozostałym  dwóm  mężczyznom,  silnym, 

brutalnym i skorym do bójki? 

Zia długo się nad tym nie zastanawiała, gdyż mężczyźni wciągnęli 

ją  na  bardzo  rozklekotaną  kładkę,  potem  na  pokład,  a  następnie 

zaprowadzili przez walące się drzwi do pomieszczenia, gdzie w fotelu 

siedział  ojciec  Proteus,  z  unieruchomioną  nogą  a  obok  niego  stała 

butelka  brandy.  Na  jego  widok  Zię  przeszedł  dreszcz.  Wiedziała,  że 

jest na nią wściekły. 

background image

— Oto ona, szefie! — promiennie oznajmił Saul. 

—  Nie  było  was  piekielnie  długo!  —  z  niezadowoleniem 

powiedział ojciec Proteus. — Czy ktoś wie, że przywieźliście ją tutaj? 

— Chyba tylko ptaki na niebie! —  odpowiedział Saul. — Dixon 

odprowadził konie. 

— Co z nimi zrobi? — zapytał ojciec Proteus. 

—  Jak  się  nadarzy  okazja,  to  je  sprzeda,  a  bryczkę  pośle  na 

złomowisko. 

Zia  zamknęła  oczy.  Pomyślała,  jak  markiz  się  zmartwi,  gdy  się 

dowie,  że  jego  konie,  z  których  był  tak  dumny,  zostały  sprzedane 

komuś, kto je zajeździ na śmierć albo będzie dla nich okrutny. 

Ojciec  Proteus  spojrzał  na  Zię  takim  wzrokiem,  że  dziewczyna 

natychmiast zaczęła myśleć o sobie. 

— Ale mi narobiłaś kłopotu, dziewczyno! — krzyczał, patrząc na 

nią z wściekłością. — Zapłacisz mi za to! Również i za to, że ten twój 

przeklęty  opiekun  pogruchotał  mi  nogę!  —  Potem,  jakby  nie  mogąc 

ścierpieć widoku Zii, wrzasnął: — Zaprowadzić ją na dół i zamknąć! 

Zabierzcie jej suknię i buty, na wypadek gdyby próbowała uciekać. 

— To jej się nie uda! — zaśmiał się Saul i chwycił Zię za ramię, 

wpijając  swoje  palce  w  jej  miękką  skórę.  Rozkoszował  się  tym,  że 

była bezradna i przestraszona. 

— Teraz słuchaj — zwrócił się do dziewczyny ojciec Proteus, jak 

gdyby  nagle  przyszło  mu  coś  do  głowy.  —  Napiszesz  do  twojego 

opiekuna, że jeśli nie zapłaci każdego pensa, jakiego zażądam, to cię 

zabiję — rozumiesz? 

background image

Zia z trudem opanowała się i powiedziała wyzywająco: 

—  Jeśli  zabijesz  mnie,  jak  tamtą  dziewczynę  w  klasztorze, 

powieszą cię! 

Ojciec Proteus roześmiał się w bardzo nieprzyjemny sposób. 

—  Sądzisz,  że  jestem  taki  głupi?  Wrzucimy  cię  do  Tamizy  i 

przytrzymamy twoją głowę, odpłyniesz z prądem i wiele mil stąd ktoś 

wyciągnie z wody twoje martwe miękkie ciałko! 

Zia  poczuła,  że  zaraz  zacznie  krzyczeć  i  tylko  dzięki 

nadludzkiemu wysiłkowi zacisnęła usta i nic nie powiedziała. 

— Zabrać ją stąd! — rozkazał ojciec Proteus. — Niedobrze mi się 

robi, gdy na nią patrzę! 

Saul pociągnął Zię w kierunku drzwi, a ojciec Proteusz zaryczał: 

—  Mark,  przynieś  jeszcze  butelkę  brandy!  Ta  przeklęta  noga 

piekielnie mnie boli! 

Saul  ściągnął  Zię  po  roztrzaskanych  i  połamanych  schodach  pod 

pokład  łodzi,  gdzie  znajdowały  się  kajuty.  Wpuścił  Zię  do  jednej  z 

nich,  tej  która  wychodziła  na  rzekę.  Podejrzewał,  że  gdyby  miała 

kajutę  od  strony  lądu,  mogłaby  próbować  uciec  przez  okienko  w 

burcie. Saul stał przez chwilę i nagle popchnął dziewczynę tak silnie, 

że  upadła  na  wąskie  żelazne  łóżko,  które  stało  na  środku 

pomieszczenia. 

—  Teraz  dobrze  się  zachowuj  —  ostrzegł  —  albo  dostaniesz  za 

swoje! 

Słysząc  tę  groźbę,  Zia  instynktownie  skuliła  się.  Saul  roześmiał 

się,  wydając  z  siebie  chrapliwy  dźwięk,  i  wyszedł.  Zia  usłyszała,  jak 

background image

przekręca klucz. Miała wrażenie, że w drzwi wprawiono nowy zamek, 

by uniemożliwić jej ucieczkę. Po chwili znów usłyszała chrzęst zamka 

i Saul wszedł do kajuty. 

Patrząc lubieżnie na dziewczynę, krzyknął: 

— Słyszałaś, co powiedział szef?! Dawaj swoje ubranie i buty! 

—  Kiedy  je  zdejmę,  położę  na  korytarzu  przed  drzwiami!  — 

odparła Zia. 

—  Nieśmiała,  co?  —  zachichotał  Saul.  —  Pomogę  ci, jeśli  sama 

nie możesz. 

— Zaczekaj na zewnątrz! — powiedziała stanowczo  Zia, patrząc 

wyzywająco na mężczyznę. 

Przez jedną przerażającą chwilę myślała, że ten brutalny człowiek 

jej  nie  usłucha.  Jednak  Saul  ociągając  się  wyszedł  z  kajuty.  Zia 

wiedziała, że stał pod drzwiami. Szybko, bo bała się, że może znowu 

wrócić  i  dotknąć  jej,  ściągnęła  swoją  piękną  suknię,  którą  włożyła 

wybierając się na zakupy z Martą. Podniosła suknię z podłogi i razem 

z  butami podała  przez  lekko  uchylone  drzwi.  Przez  szparę  zobaczyła 

brudne dłonie Saula. 

— Dostaniesz je, jak za nie zapłacisz! — powiedział z drwiną. 

Zatrzasnęła  drzwi,  a  Saul  roześmiał  się  i  znowu  przekręcił  klucz 

w  zamku.  Opadła  na  łóżko  zdrętwiała  z  przerażenia.  Uświadomiła 

sobie, że nawet markiz nie będzie w stanie jej tutaj odnaleźć. Była  w 

rękach  człowieka,  który  nie  zawaha  się  jej  zabić,  jeśli  dzięki  temu 

uratuje swoją skórę.  

background image

Chciała walić w ściany, krzyczeć, ale jej szósty zmysł ostrzegł ją, 

że  na  niewiele  by  to  się  zdało.  Wiedziała,  że  musi  być  rozsądna. 

Podeszła  do  okienka  w  burcie,  by  wyjrzeć  na  rzekę.  Tamiza  była  w 

tym  miejscu  bardzo  szeroka.  Po  drugiej  stronie  rzeki  było  tylko 

nadbrzeże, przemysłowe budynki i żadnych domów mieszkalnych. 

„Nawet jeśli będę w stanie dać sygnał — myślała — to nikt go nie 

zobaczy, a Saul i inni mężczyźni bez wahania zaatakują mnie, gdy się 

zorientują, co robię". 

Zia  odeszła  od  okienka  i  usiadła  na  łóżku.  Składało  się  ono  ze 

starego,  spłowiałego  materaca,  w  wielu  miejscach  dziurawego, 

pokrowiec  również  był  porwany  i  poplamiony.  Na  wierzchu  leżały 

dwa  cienkie  koce,  także  niezbyt  czyste.  Poza  tym  kajuta była  pusta i 

wyglądało na to, że od dawna nikt jej nie zajmował. 

„Mogłabym  tu  umrzeć  i  nikt  by  się  o  tym  nie  dowiedział!"  — 

pomyślała  Zia. Nagle przyszło jej do głowy,  że przynajmniej rodzice 

patrzą na nią z góry i że cokolwiek się stanie, nie zapomną o niej. 

—  Pomóż  mi...  tato  —  modliła  się.  —  Byłeś  w  tylu 

niebezpiecznych  sytuacjach  w  swoim  życiu...  a  teraz  mnie  się  to 

przydarzyło! 

I  znowu  Zia  pomyślała,  że  jedyną  osobą,  która  mogłaby  się  tu 

pojawić, jest markiz. Uprowadził ją z klasztoru, kiedy myślała, że nie 

ma dla niej żadnego ratunku. Teraz była zupełnie pewna, że jak tylko 

ojciec  Proteus  zagarnie  jej  pieniądze,  ona  zginie  w  jakimś  dziwnym 

wypadku i nikt nie udowodni, że było to zwykłe morderstwo.  

background image

Ojciec  Proteus  najchętniej  by  ją  od  razu  zabił  za  ucieczkę,  za 

pogruchotane  kości.  Najprawdopodobniej  utopi  ją,  jak  tylko  dostanie 

pieniądze  z  okupu  w  swoje  ręce.  Znowu  zaczęła  się  modlić:  do  ojca, 

do matki, do markiza. 

— Uratujcie mnie... uratujcie... mnie! 

To był płacz wychodzący nie tylko z głębi jej serca, ale i z duszy. 

Późnym  popołudniem,  kiedy  słońce  już  zachodziło,  Zia  usłyszała 

kroki  na  korytarzu  i  męskie  głosy,  choć  nie  rozmawiano  głośno  z 

obawy, by nikt na lądzie nie zwrócił na nich uwagi. Klucz zazgrzytał 

w zamku i w drzwiach stanął Mark. W ręku trzymał tacę z jedzeniem 

oraz kubek i spodek. Mark położył tacę na łóżku i odezwał się: 

—  Ojciec  Proteus  —  chociaż  on  nie  jest  już  ojcem  —  mówi,  że 

trzeba trzymać cię przy życiu, aż napiszesz ten list o forsie, no to jedz 

albo  któryś  z  nas  cię  nakarmi!  —  Czekał  na  odpowiedź  Zii,  a  kiedy 

dziewczyna  milczała,  dodał:  —  Dąsamy  się?  No  to  trzeba  pomyśleć, 

jak tu cię rozweselić. 

Posłał  jej  spojrzenie,  które  przyprawiło  Zię  o  dreszcze,  a  potem 

wyszedł  z  kajuty,  zamykając  drzwi  na  klucz.  Zia  spojrzała  na  tacę. 

Była  zbyt  przestraszona  i  nieszczęśliwa,  by  odczuwać  głód.  Na  tacy 

leżało  kilka  plasterków  zimnego  mięsa,  które  nie  wyglądało  zbyt 

apetycznie  na  popękanym  talerzu,  i  kawałek  chleba  z  wiejskiego 

bochenka, który musiano dopiero co upiec. Na tym samym talerzu co 

mięso  leżała  mała  kostka masła i  kawałek  raczej  cuchnącego  żółtego 

sera.  

background image

W  kubku  było  trochę  kawy,  która,  przynajmniej  ona,  pachniała 

aromatycznie. Zia przypomniała sobie, że w klasztorze ojciec Proteus 

pił  dużo  kawy,  więc  na  pewno  napój  nadawał  się  do  picia.  Zjadła 

kawałek  chleba  z  masłem  i  wypiła  całą  kawę.  Potem  postawiła  tacę 

przy  drzwiach,  tak  żeby  ktoś,  kto  po  nią  przyjedzie,  nie  musiał 

wchodzić do kajuty. 

Zapadł  zmierzch.  Chwilę  później  Zia  usłyszała  dźwięk,  który  z 

początku  ją  przeraził.  Zorientowała  się,  że  to  ludzie  Proteusa  znoszą 

swojego  szefa  po  schodach  do  kajuty.  Ilekroć  dotykali  bolącej  nogi, 

Proteus  rzucał  sprośne  i  wulgarne  przekleństwa,  jakich  Zia  nigdy 

przedtem nie słyszała. 

Słuchając głosów mężczyzn odniosła wrażenie, że wszyscy wypili 

sporo  alkoholu.  Przeraziła  się,  że  mogą  przyjść  do  jej  kajuty,  więc 

niemal przestała oddychać. Wreszcie trochę się uspokoiła, słysząc ich 

rozmowę. 

— Teraz wiem, co zrobimy. My kładziemy się na górze, a Mark i 

Mike biorą pierwszą wachtę. Potem Joseph i ja — postanowił Saul. 

— Spać mi się chce! — poskarżył się Mark. 

— Lepiej, żeby cię stary nie usłyszał! — odpowiedział Saul. 

Joseph  powiedział  coś  nieprzyjemnego,  co  rozśmieszyło 

wszystkich.  Potem  weszli  na  pokład,  a  Zia  odetchnęła  z  ulgą. 

Postanowiła  trochę  się  przespać.  Jutro,  gdy  będzie  pisała  list  z 

żądaniem  okupu,  może  uda  się  jej,  jeśli  będzie  sprytna,  zamieścić 

jakąś wskazówkę dotyczącą miejsca, gdzie ją trzymają.  

background image

Ale zaraz pomyślała z rozpaczą że ojciec Proteus przeczyta wiele 

razy wszystko, co ona napisze, by być całkowicie pewnym, że nic ich 

nie zdradzi. 

— Pomóż mi... tato... pomóż mi! —modliła się. 

Potem znowu pomyślała o markizie. Miała wrażenie, że widzi go 

takim,  jakim  był  poprzedniej  nocy:  eleganckiego,  przystojnego  i 

pełnego  nieodpartego  uroku  dla  tych  wszystkich  dam,  które  otaczały 

go na balu. Wtedy przypomniała sobie ich wspólny taniec. Ileż emocji 

przeżywała tańcząc z markizem, który obejmował ręką jej talię. 

— Gdyby tylko był tutaj... teraz! — wyszeptała. 

Jej  serce  zapulsowało,  a  przez  ciało  przebiegł  lekki  dreszcz. 

Uświadomiła  sobie,  że  go  kocha  i  że  pokochała  go  już  wtedy,  gdy 

znaleźli się razem na jego jachcie. 

 

Markiz  bardzo  dokładnie  wszystko  zaplanował.  Bał  się 

rozpaczliwie, że jeśli coś się nie uda, to porywacze mogą skrzywdzić 

Zię. Jechał nad rzekę z Wintonem w zamkniętym powozie, a cały czas 

jego umysł pracował jak dobrze naoliwiona maszyna, by upewnić się, 

że każdy szczegół został dobrze obmyślony. 

Kiedy  wszedł  na  pokład  „Jednorożca",  zawołał  kapitana  i  załogę 

do salonu. Powiedział im, co się stało i co postanowił. Potem dodał: 

—  Nie  mamy  do  czynienia  ze  zwykłymi  przestępcami,  lecz  z 

wyjątkowo  przebiegłymi  ludźmi.  Jedno  potknięcie,  jeden  błąd,  i  nie 

uda nam się uratować panny Langley. 

background image

—  Zapewniam  pana,  milordzie  —  odezwał  się  kapitan  —  że 

wykonamy pańskie rozkazy. Jak pan dobrze  wie, kilku ludzi z załogi 

służyło we flocie. 

— Polegam na nich, kapitanie— powiedział markiz — tak jak na 

panu.  Wierzę,  że  pomogą  mi  uratować  pannę  Zię  z  rąk  mężczyzn, 

którzy powinni skończyć za kratkami, a ich szef na szubienicy! 

Markiz przebywał na pokładzie „Jednorożca" do godziny wpół do 

drugiej  nad  ranem.  O  tej  godzinie  wszyscy  z  wyjątkiem  dwóch 

starszych  członków  załogi  zeszli  po  cichu  na  brzeg.  Każdy  był 

świadom  swojej  roli.  Wszyscy  przyznali,  że  taki  plan  ataku  mógł 

wymyślić tylko ktoś tak inteligentny jak markiz. 

Sześciu  marynarzy  ruszyło  w  górę  rzeki  i  zatrzymało  się  w 

pewnej  odległości  od  łodzi  mieszkalnej,  poza  zasięgiem  wzroku 

porywaczy.  Zbliżali  się  pojedynczo,  posuwając  się  po  nie 

zabudowanym  terenie,  pod  osłoną  dziko  rosnących  krzaków.  Kiedy 

byli  już  blisko,  Winton  i  jeszcze  jeden  człowiek  podczołgali  się 

ostrożnie  i  bezszelestnie,  tak  że  dwaj  mężczyźni  stojący  na  warcie 

niczego nie zauważyli. 

Saul i Joseph byli nie tylko pijani, ale i bardzo senni. Tak jak im 

kazano,  weszli  na  pokład.  Saul  siedział  z  zamkniętymi  oczami  przy 

kładce  do  wchodzenia  na  pokład.  Joseph  leżał  na  dziobie  prawie 

nieprzytomny z przepicia. Żaden z nich nie zorientował się, że Winton 

i drugi mężczyzna przecięli liny, którymi przycumowana była łódź do 

brzegu. 

background image

Skradając  się  wzdłuż  błotnistego  brzegu  Tamizy,  po  kolana  w 

wodzie,  czterej  pozostali  marynarze  zaczęli  spychać  łódź  do  wody, 

początkowo  udało  im  się  zrobić  to  tylko  na  kilka  stop.  I  nagle  jakby 

porwał ją prąd, łódź kołysząc się odpłynęła na ponad dziesięć stop od 

suchego lądu. 

Wtedy Winton zawołał: 

— Hej, panie! Pańska łódź płynie! 

Jego  głos  obudził Saula, który podniósł głowę i zobaczył ciemną 

postać na brzegu; przez kilka sekund nie mógł pojąć, co się dzieje. 

Winton krzyknął: 

— Rzuć nam linę, to przyciągniemy łódkę! 

Jednocześnie  stanęli  przy  nim  dwaj  marynarze,  a  krzyki  Saula  o 

pomoc  sprowadziły  na  pokład  Marka,  Josepha  i  Jacoba.  W 

ciemnościach nikt nie zauważył, że marynarze ociekali wodą od pasa 

w dół. Ludzie Proteusa byli pochłonięci rzucaniem na brzeg lin, które 

leżały na rufie łodzi. Ani Wintonowi, ani dwom innym mężczyznom, 

którzy  z  nim  byli,  nie  udawało  się  ich  złapać,  wyślizgiwały  się  im  z 

rąk i trzeba było rzucać je raz za razem.  

Do Wintona dołączyło jeszcze trzech ludzi, ale oni również jakoś 

ich  nie  łapali.  Krzyki  mężczyzn:  „Hej,  łap!",  „Uważaj!",  „Jeszcze 

raz!"  wypełniały  powietrze.  Podpływając  z  drugiej  strony  do  łodzi, 

markiz był całkowicie pewien, że nikt go nie zauważy. Przypuszczał, 

że Zia jest zamknięta w jednej z kajut i nie tracił czasu na zaglądanie 

przez okienka w burcie.  

background image

Ze  zręcznością  sportowca  wdrapał  się  po  ścianie  rozklekotanej 

łodzi  na  pokład.  Nie  było  tam  nikogo.  Podszedł  do  drzwi  po 

przeciwnej stronie, z której dochodziły krzyki mężczyzn, i zsunął się 

po  kładce  pod  pokład.  Choć  było  ciemno,  widział  drzwi  od  kajut, 

dzięki światłom zostawionym w salonie. Dotknął ręką pierwszych, do 

których podszedł. Nie były zamknięte. Odsunął się szybko. 

Usłyszał,  jak  ktoś  woła  z  jednej  z  kajut  i  rozpoznał  głos  ojca 

Proteusa. Szef bandy wzywał jednego ze swoich ludzi, żeby przyszedł 

do  niego  i  powiedział  mu,  co  się  dzieje.  Raptem  ręka  markiza 

napotkała solidny zamek i klucz. Markiz wiedział, że znalazł to, czego 

szukał. Obrócił klucz i otworzył drzwi.  

Zia,  rozbudzona przez  cały  ten  hałas,  siedziała  na  łóżku  oparta  o 

ścianę  kajuty.  Przez  chwilę  myślała,  że  wszedł  Saul.  Była  tak 

wystraszona,  że  chociaż  otworzyła  usta,  by  krzyczeć,  nie  mogła 

wydać  z  siebie  żadnego  dźwięku.  Nagle  instynkt  podpowiedział  jej, 

kogo  ma  przed  sobą.  Markiz  wyciągnął  rękę,  a  ona  podbiegła  i 

zarzuciła mu ręce na szyję jak dziecko, które boi się ciemności. 

— To... ty...! — szepnęła. 

Aby  stłumić  niepotrzebne  słowa,  usta  markiza  przywarły  do  jej 

warg.  Kiedy  ją  całował,  Zia  poczuła,  jakby  niebo  otworzyło  się  i 

światło okryło ich oboje. Wydawało  się, że jej całe ciało powraca do 

życia.  Markiz  podniósł  ją  i  zaczął  wnosić  na  górę  po  schodkach  na 

pokład.  A  ona,  przytulona  do  niego,  uświadomiła  sobie,  że  jest 

całkiem  przemoczony.  Wtedy  domyśliła  się,  w  jaki  sposób  dotarł  na 

łódź. 

background image

—  Jesteś  całkowicie  bezpieczna  —  wyszeptał.  —  Na  dole  czeka 

łódka. 

Kiedy spuszczał dziewczynę z pokładu, wyciągnęły się silne ręce, 

by  ją  chwycić.  W  łódce  czekało  trzech  marynarzy.  Markiz  usiadł  na 

rufie  przy  Zii  i  mocno  ją  objął,  a  ona,  czując  się  tak,  jakby  była  w 

niebie, schowała twarz na jego mokrym ramieniu. 

Płynęli w milczeniu. Dopiero gdy byli w połowie Tamizy, markiz 

odezwał się: 

— Jesteś bezpieczna! Już nigdy coś takiego się nie powtórzy! 

Zia  nie  odpowiedziała,  ale  markiz  poczuł,  że  cała  drży.  Wtedy 

przyrzekł  sobie,  że  będzie  ją  chronił,  zapewni  jej  bezpieczeństwo, 

będzie kochał do końca życia.  

„Jak  mogłem  być  takim  głupcem,  żeby  ją  stracić?"  — pytanie  to 

zadawał  sobie  z  tysiąc  razy,  kiedy  razem  z  załogą  czekał  na 

rozpoczęcie  akcji.  Odniosł  zwycięstwo,  ale  liczyło  się  teraz  tylko  to, 

że miał przy sobie Zię. 

 

Rozdział 7 

Kiedy  łódka  dopłynęła  do  brzegu,  nieoczekiwanie  chmury,  które 

były na niebie, oddaliły się, odsłaniając księżyc. Markiz wziął Zię na 

ręce, wyniósł na ląd i obejrzał się. Parę minut wcześniej widział łódź 

mieszkalną,  unoszącą  się  na  wodzie  prawie  na  samym  środku  rzeki. 

Przechylała się mocno i rufa wypełniała się wodą. 

Zgodnie  z  rozkazami  markiza,  kiedy  odpływał  z  Zią  na  swojej 

łódce,  marynarze  zrobili  dziurę  w  burcie  dokładnie  pod  poziomem 

background image

wody.  Nie  było  to  trudne  zadanie,  gdyż  cała  stara  łódź  była  bardzo 

zmurszała.  Teraz  widział,  że  rufa  nabiera  wody.  Zapewne  już 

dostawała się do kajuty, w której był Proteus. 

Na  nadbrzeżu  pojawili  się  marynarze  z  „Jednorożca",  a  czterej 

mężczyźni z bandy Proteusa wyskoczyli  za burtę i walczyli z falami, 

by  dopłynąć  do  brzegu.  Dwóch  z  nich  wyszło  z  wody  i  natychmiast 

zostali  pochwyceni  przez  ludzi  markiza.  Pozostali  dwaj  mieli 

trudności  z  wydostaniem  się  na  brzeg  i  markiz  podejrzewał,  że  nie 

umieli pływać. „Dobrze byłoby, gdyby utonęli tak jak ojciec Proteus" 

—  pomyślał  Okehampton.  —  Uniknęliby  sprawy  sądowej,  jaka 

zostanie przeciwko nim wytoczona. 

Na  brzegu  czekał  na  nich  powóz.  Markiz,  umieściwszy  Zię  na 

siedzeniu, stał przez chwilę patrząc na zanurzającą się w wodzie łódź. 

Wyraźnie  tonęła.  Wiedział,  że  nie  minie  więcej  niż  pięć  minut,  a 

całkowicie pogrąży się w Tamizie. To oznaczało, że Proteus już nigdy 

nie będzie zagrażał Zii. 

Markiz  wszedł  do  powozu.  Kiedy  lokaj  położył  mu  na  kolanach 

pled, zauważył, że dziewczyna skrzyżowała ręce na piersiach. Wtedy 

dopiero zorientował się, że ma ona na sobie tylko jedwabną koszulkę i 

sztywną  halkę,  i  bardzo  delikatnie  otulił  ją  pledem.  Kiedy  powóz 

ruszył  z  miejsca,  dziewczyna  spojrzała  na  markiza  i  powiedziała 

swoim śpiewnym głosem: 

— Uratowałeś... mnie! 

Markiz otoczył ją ramieniem. 

background image

—  Jesteś  bezpieczna,  kochanie,  nigdy  sobie  nie  wybaczę,  że  do 

tego dopuściłem. 

— Modliłam się, żebyś mnie uratował... i jestem pewna, że papa 

ci w tym pomógł. 

—  Na  pewno  —  odrzekł  markiz.  —  Ale  teraz  najważniejsze,  że 

jesteś bezpieczna. — Przyciągnął ją do siebie: — Obawiam się, że cię 

zmoczyłem. 

—  To  nieważne  —  odparła  Zia.  —  Chcę  czuć  twoją  obecność 

tutaj. 

Położyła dłoń na jego ramieniu, a markiz wyszeptał: 

—  Istnieje  na  to  lepszy  sposób  —  i  zbliżył  swoje  usta  do  ust 

dziewczyny. 

Tego właśnie pragnęła Zia i od dawna za tym tęskniła. Kiedy byli 

na  łódce,  pomyślała,  że  całując  ją  na  łodzi,  markiz  chciał  ją  tylko 

uspokoić i  dodać  jej  odwagi.  Teraz  uczucie,  jakiego  nigdy  wcześniej 

nie znała, rozdzierało ją całą. Czuła, że jej miłość do markiza rośnie, 

tak  jak  podnoszą  się  fale  na  morzu.  „Kocham  cię...  kocham!"  — 

chciała powiedzieć, ale nie była w stanie wymówić ani słowa.  

Markiz  nie  przestawał  składać na jej  ustach  czułych, namiętnych 

pocałunków, które sprawiały, że  Zia miała wrażenie, iż stała się jego 

częścią  i  nikt  ich  nigdy  nie  rozdzieli.  Zdawało  jej  się,  że  zawładnęło 

nimi  oślepiające  światło  z  niebios,  a  jego  moc  przyprawiała  ją  o 

drżenie.  Miała  uczucie,  że  markiz  tak  samo  przeżywa  tę  chwilę 

uniesienia. 

Przejechali spory kawałek drogi, zanim się odezwał: 

background image

— Możesz być zupełnie spokojna: mężczyzna, którego nazywałaś 

ojcem Proteusem, utopił się! 

Przez  chwilę  panowała  cisza,  bo  Zia  nadal  była  w  ekstazie,  ale 

gdy tylko ochłonęła, zapytała szeptem: 

— Nie wydostał się z łodzi? 

— Nie, opadł na samo dno rzeki — powiedział markiz. 

Zia wzięła głęboki oddech. 

—  Nie  powinnam  cieszyć  się  z  tego...  ale  dopiero  teraz,  gdy  on 

nie żyje, przestanę się bać. 

— Nigdy więcej nie będziesz się niczego obawiała — zapewnił ją 

markiz. —A teraz powiedz mi, mój skarbie, kiedy wyjdziesz za mnie 

za mąż? 

Mijali właśnie jakieś światła i kiedy Zia podniosła głowę, markiz 

zobaczył promienny  wyraz twarzy dziewczyny. Oparła twarz na jego 

ramieniu. 

— Czy to możliwe... że chcesz mnie poślubić! — wyszeptała. 

—  Niczego  nie  pragnąłem  bardziej  w  całym  moim  życiu  — 

odpowiedział markiz — nikt nie może mnie oskarżyć, że jestem łowcą 

posagów! 

—  Nie  myślałam  o  tym  —  powiedziała  Zia  —  ale  może  znudzę 

cię,  może  byłbyś  bardziej  szczęśliwy  z  jedną  z  tych  pięknych  dam, 

które widziałam na balu. 

Dopiero wtedy markiz przypomniał sobie o Yasmin i zdziwił się, 

że zupełnie przestała dla niego istnieć. Wiedział, że małżeństwo z Zią 

związałoby  ręce  tej  przebiegłej  kobiecie.  Ale  mógł  szczerze  przysiąc 

background image

—  choć  może  nikt  by  mu  nie  uwierzył  —  że  nie  dlatego  pragnął 

uratować Zię, by rozwiązać swoje własne problemy. 

Szczerze  pragnął  ją  poślubić,  ale  nie  chciał,  by  dowiedziała  się 

kiedykolwiek o kłopotliwym położeniu, w jakim się znalazł.  A teraz, 

ponieważ  łatwiej  było  ją  przekonać  o  miłości  pocałunkami  niż 

słowami,  całował  swoją  podopieczną,  dopóki  nie  przybyli  do  domu 

Okehamptonów.  

Kiedy konie stanęły, Zia odezwała się: 

— Jesteśmy na miejscu! 

— To miejsce będzie w przyszłości twoim domem — powiedział 

markiz. 

Gdy lokaj otworzył drzwiczki powozu, Zia krzyknęła. 

— Co się stało? — zapytał markiz. 

—  Zapomniałam...  zapomniałam  powiedzieć  ci  o  koniach. 

Człowiek  o  nazwisku  Dixon  zabrał  je  znad  rzeki  i  zamierzał  je... 

sprzedać! — powiedziała drżącym głosem, bo wiedziała, jak bardzo ta 

wiadomość  zmartwi  markiza.  —  Powóz  ma  zostać  zabrany  na... 

złomowisko. 

—  Dziękuję,  kochanie  —  powiedział  cicho  markiz  i  wyszedł  z 

powozu. 

Wszedłszy  do  domu  nie  zdziwił  się,  że  jego  sekretarz  czeka  na 

niego. 

—  Przywiozłem  pannę  Langley  do  domu,  Barrett,  i  mam  kilka 

ważnych poleceń dla ciebie. 

Pan Barrett czekał, a markiz wziął Zię na ręce. 

background image

— Zaniosę cię na górę — rzekł — bo miałaś wystarczająco dużo 

wrażeń  ostatniej  nocy  i  najlepiej  będzie,  jeśli  pójdziesz  spać  i 

zaczniesz śnić o mnie.  

Kiedy wchodził po schodach, Zia uśmiechnęła się do niego. 

—  Będę  śnić...  o  tobie  —  powiedziała  —  a  moje  serce  nie 

przestanie być ci wdzięczne. 

Markiz  nic  nie  odpowiedział,  tylko  zaniósł  ją  do  sypialni,  gdzie 

paliły  się  światła.  Nie  czekała  na  nich  żadna  pokojówka,  ale  markiz 

wiedział,  że  wystarczy  pociągnąć  za  dzwonek,  a  natychmiast  się 

zjawi.  Bardzo  delikatnie  położył  Zię  na  łóżku,  a  potem,  trzymając  ją 

przy sobie, całował namiętnie i zaborczo. 

— Jesteś moja! Jutro o wszystkim porozmawiamy! 

Zia  spojrzała  na  niego  błyszczącymi  oczami,  a  markiz  pomyślał, 

że  żadna  kobieta  nie  wyglądałaby  bardziej  uroczo  i  pociągająco.  Z 

trudem  odwrócił  się  i  poszedł  w  kierunku drzwi.  Miał  na  sobie tylko 

koszulę  i  obcisłe,  czarne  spodnie.  Nie  były  już  mokre,  ale  wciąż 

wilgotne. 

—  Proszę,  natychmiast  zmień  ubranie!  —  zawołała  Zia.  —  Boję 

się, że się przeziębisz. 

—  Zrobię,  jak  mówisz  —  powiedział  wychodząc  z  pokoju  —  i 

obiecuję, że zawsze będę ci posłuszny! 

Zia  zaśmiała  się,  ponieważ  to  ona  chciała  go  słuchać.  Zanim 

pociągnęła za dzwonek, by przywołać pokojówkę, uklękła obok łóżka. 

Żarliwie dziękowała Bogu za ocalenie. 

background image

Zasnęła  mając  nadzieję,  że  godziny,  jakie  pozostały  do  świtu, 

szybko  miną  i  niedługo  znowu  zobaczy  markiza.  W  rzeczywistości 

spała  spokojnie  aż  do  południa.  Kiedy  obudziła  się,  zadzwoniła,  by 

przyniesiono  jej  śniadanie, ale  zanim  je  otrzymała,  do  pokoju  weszła 

Marta. 

— Wróciłaś! Dzięki Bogu, że już jesteś z nami! — wykrzyknęła. 

— Och, Zio, wszyscy tak się baliśmy o ciebie! 

—  Jestem  bezpieczna  dzięki  jego  lordowskiej  mości  — 

uśmiechnęła się Zia. — Ale ja też się bardzo bałam, Marto! 

—  Wyobrażam  sobie!  Dostaliśmy  surowe  polecenie  od  jego 

lordowskiej mości, żeby z nikim na ten temat nie rozmawiać. 

Zia zdziwiła się, ale kiedy to przemyślała, stwierdziła,  że markiz 

postąpił  bardzo  mądrze.  Gdyby  mówiono  w  domu  o  wydarzeniach  z 

poprzedniej  nocy,  na  pewno  wkrótce  plotkowaliby  o  tym  znajomi 

markiza,  a  cała  historia  mogłaby  się  pojawić  w  gazetach.  „Ojciec 

Proteus nie żyje! — pomyślała Zia — i im szybciej wszyscy zapomną 

o nim... tym lepiej!" 

Marta  zaczęła  opowiadać  Zii,  jak  bardzo  wszyscy  byli 

zdenerwowani i jak Dobson rozpaczał nad stratą koni.  

—  Ale  słyszałam  od  pana  Barretta  —  mówiła  —  że  już  je 

odnaleziono i przyprowadzono do stajni. 

—  Ach,  jak  to  dobrze!  —  ucieszyła  się  Zia.  —  Nie  mogłabym 

znieść  myśli,  że  takie  wspaniałe  zwierzęta  mogą  zostać  skrzywdzone 

łub sprzedane komuś, kto byłby dla nich okrutny. 

background image

— Więc i one też są bezpieczne — uśmiechnęła się Marta. — A 

pan  Barrett  myśli  o  zabraniu  mnie  na  wieś  w  przyszłym  tygodniu, 

żebym spotkała się z nauczycielką która uczy w szkole. 

Marta  była  tym  ogromnie  przejęta,  więc  Zia  zmieniła  temat  i 

dziewczęta  zaczęły  rozmawiać  o  przyszłości  Marty  i  jej  nowych 

sukniach. 

Jednakże  tak  naprawdę  to  Zia  pragnęła  jedynie  zobaczyć  się  z 

markizem,  więc  kiedy  Marta  wyszła,  szybko  się  ubrała  i  zbiegła  na 

dół.  Zastała  go  samego  w  gabinecie.  Gdy  otworzyła  drzwi,  markiz 

podniósł się zza biurka i wyciągnął ręce. Zia podbiegła do niego, a on 

przyciągnął ją do siebie i całował, dopóki obojgu nie zabrakło tchu. 

— Bałem się, że możesz znowu zniknąć! — powiedział cicho. 

—  Nie,  jestem  tutaj,  ale  kiedy  się  obudziłam,  byłam  pewna,  że 

śnię. 

Markiz  ponownie  pocałował  Zię,  a  potem  podszedł  do  sofy,  na 

której oboje usiedli. 

—  Poczyniłem  pewne  kroki  dotyczące  naszego  ślubu  —

powiedział.  —  Po  pierwsze,  spotkałem  się  z  arcybiskupem  w  pałacu 

Lambeth*.  —  Zia  spojrzała  na  markiza  ze  zdziwieniem,  więc 

wyjaśnił: — Otrzymałem od niego indult, co oznacza, moje kochanie, 

że  możemy  pojechać  jutro  na  wieś  do  zamku  i  pobrać  się  zaraz  po 

przyjeździe. 

— Pobrać się! — wyszeptała Zia. 

*  Pałac  Lambeth  —  oficjalna  siedziba  w  Londynie  arcybiskupa 

Canterbury, głowy kościoła anglikańskiego. (Przyp. tłum.) 

background image

—  Pragnę,  żebyś  była  ze  mną  w  dzień  i  w  nocy  —  powiedział 

markiz, podkreślając ostatnie słowo. 

Zia  zarumieniła  się,  a  markiz  pomyślał,  że  wygląda  tak  pięknie 

jak zorza poranna na niebie. 

—  Nie  zamierzam  czekać  ani  chwili  dłużej  —  powiedział.  — 

Zdarzają  ci  się  tak  nieoczekiwane  i  wyjątkowe  rzeczy,  że  nie  będę 

ryzykować! 

—  Chcę  cię  poślubić,  chcę  być...  twoją  żoną  —  wyszeptała  Zia. 

— To będzie dla mnie coś naprawdę... cudownego! 

—  I  dla  mnie!  —  zapewnił  dziewczynę  markiz,  ponownie  ją 

całując. 

Nagle odsunęli się od siebie pośpiesznie, bo drzwi otworzyły się i 

wszedł Harry. 

— Dzień dobry! —zawołał pogodnie. — Co się u was dzieje? Zia 

nie pojawiła się na przyjęciu ostatniej nocy, a ty, Rayburnie, nie byłeś 

na konnej przejażdżce dziś rano! 

—  Przepraszam,  Harry  —  powiedział  markiz  —  ale  faktycznie 

byłem  bardzo  zajęty.  Jednak  najpierw  musisz  mi  pogratulować, 

ponieważ Zia obiecała zostać moją żoną! 

—  Od  lat  nie  słyszałem  tak  dobrej  wiadomości!  —  wykrzyknął 

Harry.  —  Gratulacje,  staruszku!  Można  pocałować  przyszłą  pannę 

młodą? 

— Tylko ten jeden raz — zgodził się niechętnie Okehampton. — 

Mam nadzieję, że nie wejdzie ci to w nawyk! 

background image

Harry  roześmiał  się  i  ucałował  Zię  w  obydwa  policzki.  Potem, 

jakby nie mogąc się powstrzymać, markiz odezwał się: 

—  Powiemy  ci,  co  się  stało,  ale  nie  wolno  ci  pisnąć  nikomu  ani 

słowa! 

— Wiedziałem, że coś się dzieje! — powiedział Harry. — Daj mi 

szampana, bym pokrzepił się, zanim zamienię się w słuch. 

Usadowił  się  w  fotelu  z  kieliszkiem  szampana  w  dłoni  i  słuchał 

opowieści  o  porwaniu  i  odbiciu  Zii.  Dopiero  kiedy  markiz  skończył, 

Harry uświadomił sobie, że nie tknął szampana, i wykrzyknął: 

— Nie mogę w to uwierzyć! Żałuję tylko, że nie brałem udziału w 

tej akcji! 

—  Dziś  rano  byłem  na  „Jednorożcu"  —  zauważył  markiz  — 

marynarze  są  bardzo  dumni  i  zadowoleni  z  siebie.  Trzech  ludzi 

zabrała  policja  na  posterunek.  —  Spoglądając  na  Zię,  dodał  szybko, 

by  się  nie  denerwowała:  —  Człowiek,  który  siebie  nazywał  ojcem 

Proteusem, utopił się tak jak Saul, w przeciwnym razie obaj zostaliby 

oskarżeni  o  morderstwo.  Pozostali  będą  odpowiadać  za  kradzież 

cennych relikwi z klasztoru. 

— Bardzo sprytnie! —przyznał Harry. 

— Zmuszono ich do wyjawienia miejsca, gdzie ukryli łup, i za to 

świętokradztwo pójdą na kilka lat do więzienia. 

—  W  ten  sposób  pozbyliśmy  się  właściwie  wszystkich,  którzy 

nam zagrażali... — powiedział Harry. 

Oczy jego i markiza spotkały się i obaj wiedzieli, że Harry ma na 

myśli  Yasmin  Caton.  Później  zasiedli  do  stołu  i  rozmawiali  o 

background image

wszystkim  oprócz  okropności,  przez  jakie  przeszła  Zia.  Po 

skończonym posiłku markiz zwrócił się do Zii: 

—  Wciąż  mam  sporo  rzeczy  do  zrobienia.  Z  pewnością  zdajesz 

sobie  sprawę,  kochanie,  że  osobą,  którą  musimy  wtajemniczyć  w 

nasze  plany,  jest  książę  Walii.  Byłby  bardzo  urażony,  gdyby 

dowiedział się o naszym ślubie pojutrze z gazet. 

— A potem jedziemy na wieś! — powiedziała szybko Zia. 

Chciała uniknąć spotkań z pięknymi  damami, które na pewno na 

wiadomość o ślubie Okehamptona będą z zazdrości robiły markizowi 

uszczypliwe uwagi na jej temat. 

—  Wyjedziemy  jutro  zaraz  po  śniadaniu  —  obiecał  markiz  —  a 

teraz  chcę,  żebyś  do  czasu  podania  podwieczorku  odpoczęła,  tak  jak 

robi to zwykle babcia. 

Starsza  pani  była  bardzo  wzruszona,  gdy  dowiedziała  się,  że  jej 

wnuk  odnalazł  Zię  i  że  dziewczynie  nic  już  nie  grozi.  Ostatnie 

wydarzenia tak bardzo ją poruszyły, że poradzono jej, by pozostała w 

łóżku, ale uparła się, że zejdzie na dół na kolację. 

—  Nie  mogę  się  doczekać  wieczoru  —  powiedział  markiz,  gdy 

odwiedził  babkę  w  sypialni.  —  Gdy  będziemy  zgromadzeni  przy 

stole,  powiem  ci,  dlaczego  jestem  najszczęśliwszym  człowiekiem  na 

świecie! 

Kiedy wyszedł z pokoju, markiza uroniła kilka łez, ponieważ ona 

także  była  szczęśliwa.  Kochała  swojego  wnuka,  przywiązała  się  do 

niego  i  z  biegiem  lat  bardzo  ubolewała  nad  tym,  że  Rayburn  po 

każdym romansie staje się coraz bardziej cyniczny. Teraz zaś widziała 

background image

go  tak  szczęśliwym,  jak  nigdy  przedtem.  Jej  modlitwy  zostały 

wysłuchane,  ponieważ  uważała,  że  Zia  będzie  odpowiednią  żoną  dla 

jej ukochanego wnuka. 

Zia była zbyt podekscytowana i szczęśliwa, by czuć się zmęczoną 

nie  poszła  więc  do  swojego  pokoju,  tylko  udała  się  do  gabinetu 

markiza, tak żeby kiedy wróci, być od razu przy nim. Wzięła książkę z 

gablotki, ale nie czytała, tylko usiadła i zaczęła myśleć o markizie, o 

tym jaki jest cudowny i że nikt nie może być bardziej szczęśliwy niż 

ona, gdyż on właśnie ją pokochał.  

Kiedy  przysięgała  sobie,  że  nigdy  go  nie  zawiedzie,  drzwi 

gabinetu otworzyły się i Zia usłyszała podniecone głosy: 

— Jak jaśnie pani widzi, nie ma tutaj jego lordowskiej mości. 

— W takim razie poczekam, aż wróci. 

—  Tak  jest,  jaśnie  pani  —  odpowiedział  Carter  wyraźnie 

zirytowany. 

Zamknął  drzwi  od  gabinetu  i  Zia  uświadomiła  sobie,  że  już  nie 

jest  sama  w  pokoju.  Siedziała  w  głębokim  fotelu  obok  kominka, 

niewidocznym od strony drzwi.  Teraz podniosła się trochę nerwowo. 

Obok  biurka  stała  jedna  z  najpiękniejszych  kobiet,  jaką  Zia 

kiedykolwiek  widziała.  Była  ubrana  na  czarno,  ale  pomimo  to 

wyglądała wyjątkowo elegancko w sukni z ogromną turniurą. 

Zia  wahała  się,  zastanawiając  się,  co  powiedzieć.  Dama,  która 

patrzyła  na  stos  listów,  odwróciła  głowę  i  kiedy  zobaczyła 

podopieczną  markiza,  zesztywniała,  a  w  jej  oczach  pojawiła  się 

wrogość. 

background image

—  A  więc  to  ty  jesteś  Zia  Langley,  jak  sądzę!  —  odezwała  się 

szorstko. 

—  T-tak...  —  odpowiedziała  Zia.—  Jeśli  czeka  pani  na  jego 

lordowską mość, to obawiam się, że nie będzie go przez jakiś czas. 

—  Więc  porozmawiam  z  tobą!  Słyszałam,  choć  może  to  być 

nieprawda, że jego lordowską mość zamierza się z tobą ożenić. 

— Pojutrze zostanie to ogłoszone. 

Yasmin Caton krzyknęła przeraźliwie. 

—  A  więc  to  jest  prawda!  Kiedy  usłyszałam  pogłoskę,  byłam 

pewna, że to podłe kłamstwo, ponieważ żaden mężczyzna — żaden na 

całym  świecie  —  nie  mógłby  zachować  się  tak  nikczemnie,  tak 

niewdzięcznie! Chciałabym go za to zabić! 

Mówiła tak gwałtownie, że Zia się przestraszyła. 

—  Pozwól,  że  powiem  ci  to,  co  powinnaś  wiedzieć  — 

powiedziała kobieta, przysuwając się do Zii. — Jestem lady Caton, a 

markiz,  w  którym  rzekomo  jesteś  zakochana,  to  człowiek  bez  zasad, 

bez  przyzwoitości!  Poślubia  cię  wyłącznie  po  to,  by  uciec  od 

obowiązków. 

Wydawało  się,  że  wypluwa  słowa  do  Zii,  która  instynktownie 

odsunęła się dwa kroki do tyłu. 

— Nie rozumiem... co pani ma na myśli. 

—  Prawda  jest  taka,  że  Rayburn  jest  zakochany  we  mnie. 

Ponieważ  uwierzyłam  w  jego  uroczyste  zapewnienia  o  jego  uczuciu, 

zostałam  jego  kochanką.  Obiecał,  że  jak  tylko  umrze  mój  mąż,  on 

ożeni  się  ze  mną!  —  Jej  głos  stał  się  ostry:  —  Teraz,  kiedy  jestem 

background image

wolna,  on  ucieka  ode  mnie  i  od  swojego  dziecka,  które  wkrótce 

przyjdzie na świat. 

Przez  kilka  sekund  Zia  nie  rozumiała,  o  czym  mówi  ta  kobieta. 

Nagle zbladła. 

— Pani... pani... będzie miała z nim dziecko? — wyjąkała. 

—  Chyba  rozumiesz  po  angielsku?  —  warknęła  na  nią  Yasmin 

Caton. — Tak, noszę dziecko markiza, a ty głupia bogata dziewczyno, 

co zanudzisz go na śmierć w ciągu kilku tygodni, ty jesteś gotowa tak 

zawrócić mu w głowie, że zapomni o tym, co mi obiecywał! 

Zia patrzyła na Yasmin, nie mogąc wydusić z siebie słowa. Nagle 

jakby pragnąc zastraszyć dziewczynę, Yasmin Caton krzyknęła: 

—  Idź  stąd!  Zostaw  go!  On  jest  mój,  rozumiesz?  Jest  mój  i  nie 

pozwolę, by mnie zostawił! — Mówiła z taką wściekłością, że jej głos 

odbijał się echem od ścian gabinetu. 

Z  płaczem,  jak  małe,  zranione  zwierzątko,  Zia  odwróciła  się  i 

wybiegła  z  pokoju.  Biegła  korytarzem,  przez  hol,  a  potem  po 

schodach  na  górę  nieświadoma,  że  Carter  i  drugi  lokaj  patrzą  na  nią 

zdumieni. Wpadła do swojej sypialni, zamknęła drzwi i rzuciła się na 

łóżko. Była tak zdenerwowana, tak oszołomiona tym, co usłyszała, że 

nie mogła nawet płakać.  

Leżała, mając wrażenie, że ta piękna kobieta pchnęła ją nożem w 

tysiącu  miejscach  i  że  całe  jej  ciało  krwawi  śmiertelnie.  „Muszę... 

odejść!  —  myślała.  —  Ona  ma  rację...  jeśli  spodziewa  się...  jego... 

dziecka... on musi ją poślubić!" 

background image

Nagle  pomyślała,  że  nie  ma  dokąd  pójść.  Wtem,  jakimś  cudem 

przypomniała  sobie,  co  markiz  mówił  do  Marty:  „Jeśli  będziesz 

chciała  iść  do  klasztoru,  porozmawiam  z  arcybiskupem  katedry 

westminsterskiej". 

Klasztor!  To  jedyne  schronienie,  o  którym  mogła  myśleć  w  tej 

chwili.  Nie  była  katoliczką,  ale  pragnęła,  tak  jak  powiedziała  kiedyś 

ojcu  Anthony'emu,  przejść  na  katolicyzm.  Wtedy  każdy  klasztor 

przyjąłby ją bez zastrzeżeń. 

Zia wzięła kapelusz z szafy, rękawiczki i torebkę i zeszła na dół. 

Kiedy znalazła się w holu, zastała tam Cartera. 

— Proszę zawołać dla mnie dorożkę — poprosiła. 

—  Dorożkę,  panienko?!  —  wykrzyknął  lokaj.  —  Tylko  chwilę 

zajmie  mi  posłanie  do  stajni  po  jeden  z  powozów  jego  lordowskiej 

mości. 

— Nie, chcę dorożkę! — powiedziała stanowczo Zia. 

— Ale panienka chyba nie jedzie sama? 

— Nie rozumiem, dlaczego o to pytasz — zdenerwowała się Zia. 

— Nie sądzę, żebyś miał do tego prawo. 

Carter  zmieszał  się.  Przypuszczał,  że  coś  musiało  się  stać,  a  po 

ostatnich  wydarzeniach nie  mógł  uwierzyć,  że  panna  Langley  znowu 

zamierza pojechać bez opieki. 

—  Proszę  posłuchać,  panienko  —  powiedział  uprzejmym  tonem 

typowym dla starych, oddanych rodzinie służących. — Wiem, że jego 

lordowska  mość  nie  życzyłby  sobie,  żeby  panienka  wyjeżdżała  sama 

background image

w  publicznym  pojeździe,  kiedy  można  zawołać  nasze  konie  i 

stangreta. 

— Ja muszę jechać... muszę! — powiedziała z rozpaczą Zia. 

—  Sądzę,  że  najpierw  powinna  panienka  porozmawiać  z  panem 

Barrettem. 

Zia  odniosła  wrażenie,  jakby  znowu  więziono  ją  wbrew  jej  woli. 

Na dworze było ciepło i słonecznie, a drzwi frontowe — otwarte, więc 

bez  słowa  minęła  Cartera  i  zbiegła  po  schodkach  na  krótki  dojazd 

prowadzący  do  rezydencji  z  Park  Lane.  Carter  stał,  patrząc  za 

dziewczyną  zdumiony.  Potem  zwrócił  się  do  jednego  z  lokajów, 

którego uważał za dość rozgarniętego. 

— Idź za panienką Langley, James, i nie zgub jej. Jeśli wynajmie 

powóz, zrób to samo i jedź za nią. Rozumiesz? — Carter sięgnął ręką 

do kieszeni, wyjął kilka monet i wręczył je chłopcu. — Pośpiesz się! 

— ponaglił go. — I cokolwiek zrobisz, nie trać jej z oczu! 

Kiedy  James  pobiegł  na  Park  Lane,  Carter  prawie  pobiegł  do 

biura pana Barretta. 

 

Zia  wsiadła  do  dorożki  i  poprosiła  o  zawiezienie  jej  do  katedry 

westminsterskiej. Był ciepły dzień, woźnica opuścił dach powozu, ale 

dla  Zii  nie  świeciło  żadne  słońce  —  miała  wrażenie,  że  zapadła 

nieprzenikniona ciemność. 

Dorożka  jechała  o  wiele  wolniej,  niż  gdyby  ciągnęły  ją  ogniste  i 

rasowe  konie  markiza.  Do  katedry  nie  było  daleko.  Przez  całą  drogę 

Zia  powstrzymywała  się  od  płaczu.  Była  zdecydowana  pomówić 

background image

rozsądnie  z  kardynałem,  tak  żeby  zrozumiał  jej  pragnienie 

natychmiastowego wstąpienia do klasztoru. „Nigdy... nie pokocham... 

nikogo  innego  —  pomyślała  nieszczęśliwa  —  tak  więc,  jak  mam 

pozostać na tym świecie... gdzie mogę go spotkać z żoną i dziećmi?" 

Zia zamknęła oczy czując ból, jaki sprawiało jej myślenie o tym. 

Śmiertelną  udręką  była  dla  niej  myśl,  że  może  markiz  nie  kochał  jej 

wcale  i  tak  jak  powiedziała  lady  Caton,  próbował  po  prostu  uniknąć 

odpowiedzialności.  „Jak  będę  mogła...  żyć...  bez  niego?"  —  stawiała 

sobie  pytanie  w  rozpaczy.  Żałowała,  że  poprzedniej  nocy  nie  rzuciła 

się do Tamizy i nie utopiła się tak jak ojciec Proteus. 

Kiedy dojechała do katedry westminsterskiej, odprawiła dorożkę i 

weszła  do  środka.  Unosił  się  tam  zapach  kadzideł,  a  tysiące  świec 

migotało w bocznych kaplicach. Zia uklękła na chwilę, a potem wstała 

i patrzyła na główny ołtarz. Zobaczyła mężczyznę, który wyglądał na 

kościelnego, i podeszła do niego, mówiąc: 

— Chciałabym widzieć się z Jego Eminencją kardynałem. Czy to 

możliwe? 

Mężczyzna,  najwidoczniej  pod  wrażeniem  wyglądu  Zii, 

odpowiedział bez wahania: 

—  Nie  jestem  pewien,  madam,  czy  Jego  Eminencja  będzie  do 

pani dyspozycji, ale, o ile wiem, biskup St. Ives jest w katedrze. Może 

z nim chciałaby pani porozmawiać? 

— Tak, bardzo dziękuję — odpowiedziała Zia. 

Kościelny  poprowadził  ją  nawą  boczną  za  ołtarz,  a  potem 

poprosił,  żeby  poczekała  chwilę.  Zia  nigdy  jeszcze  nie  czuła  się  tak 

background image

odrętwiała.  Być  może  oszołomił  ją  ból,  który  zadały  jej  słowa  lady 

Caton. Wydawało jej się, że jest kimś innym.  

Nagle  drzwi  przed  nią  otworzyły  się  i  mężczyzna,  który  ją 

przyprowadził, powiedział: 

— Biskup czeka na panią, madam. 

Zia  weszła  do  środka  i  znalazła  się  w  małym  pokoju,  podobnym 

do  gabinetu.  Na  półkach  ustawione  były  religijne  książki,  a  biskup, 

dobrotliwie  wyglądający  starszy  człowiek,  siedział  za  biurkiem. 

Podniósł  się,  gdy  zobaczył  Zię,  która  ukłoniła  się,  tak  jak  to  robiła, 

kiedy  w  klasztorze  witała  się  z  ojcem  Anthonym,  a  później  z  ojcem 

Proteusem. 

—  Chciałaś  się  ze  mną  widzieć?  —  zapytał  łagodnie  biskup, 

wyciągając rękę. 

— Mam... mam... prośbę do biskupa — odpowiedziała Zia. 

Ksiądz wskazał krzesło po drugiej stronie biurka i oboje usiedli. 

— A więc, co mogę dla ciebie zrobić? — zapytał. 

Zia odetchnęła głęboko. 

—  Chcę  przejść  na  katolicyzm  i  wstąpić  do  klasztoru.  Jestem 

bogata, tak więc mogę  zapisać pieniądze każdemu klasztorowi, który 

mnie przyjmie. 

—  Czy  przemyślałaś  to  dokładnie?  —  zapytał  biskup  po  chwili 

milczenia. 

— Tak... i już odbyłam pewną naukę... w klasztorze w Kornwalii. 

— Jak się nazywa ten klasztor? 

background image

—  Klasztor  Korony  Cierniowej  —  odrzekła  Zia.  —  To  była 

częściowo  szkoła...  ojciec  Anthony,  który  kierował  klasztorem,  jest 

już bardzo chory i chyba... nie wyzdrowieje. 

— Słyszałem o tym miejscu — powiedział biskup. 

—  Byłam  tam  przez  ostatnie  dwa  lata...  ale  potem  namówiono 

mnie, bym... spróbowała żyć... poza klasztorem, teraz wiem, że to nie 

dla  mnie  —  powiedziała  Zia,  a  w  jej  głosie  słychać  było  śmiertelną 

udrękę. 

Biskup pochylił się do przodu. 

—  Sądzę,  że  jesteś  nieszczęśliwa,  moje  dziecko.  Czy  to  dlatego 

pragniesz wstąpić do klasztoru? 

Zia nie mogła wydobyć z siebie słowa, więc skinęła tylko głową, 

a ksiądz zwrócił się do niej łagodnie: 

—  Nieszczęście,  którego  doznajemy,  nie  zawsze  jest  najlepszym 

powodem,  by  poświęcić  życie  Bogu.  Chciałbym,  żebyś  zastanowiła 

się  trochę  dłużej  nad  możliwością  pozostania  w  świecie 

pozaklasztornym,  do  którego  należysz,  zanim  podejmiesz  decyzję, 

która w znacznej mierze wpłynie na twoje całe życie. 

—  Ja  już  się...  zdecydowałam  —  odpowiedziała  Zia.  —  Proszę 

mnie przyjąć... proszę! 

Patrzyła  na  biskupa,  a  w  jej  oczach  pojawiły  się  łzy.  Nagle,  gdy 

ksiądz zastanawiał się, co odrzec, i najwyraźniej szukał odpowiednich 

słów,  drzwi  do  pokoju  otworzyły  się  i  ten  sam  człowiek,  który 

przyprowadził Zię, powiedział: 

— Jakiś pan chce się widzieć z biskupem! 

background image

Zia nie obejrzała się, ale usłyszała kroki i znajomy głos: 

— Zio! Co ty wyprawiasz? 

Dziewczyna nie odwróciła głowy, tylko skryła twarz  w dłoniach, 

bo  nie  mogła  powstrzymać  się  od  płaczu.  Markiz  spojrzał  na  nią,  a 

potem powiedział: 

— Proszę mi wybaczyć, biskupie. Jestem markiz Okehampton. Z 

okien  pałacu  Buckingham  zobaczyłem,  że  moja  podopieczna  jedzie 

sama  dorożką,  podążyłem  więc  za  nią  przypuszczając,  że  coś  się 

musiało wydarzyć. 

— Sądzę, że tak — odparł biskup St.  Ives — i myślę, milordzie, 

że  pozostawię  was  samych,  byście  mogli  przedyskutować  pewne 

sprawy.  Potem,  jeśli  pan  lub  ta  młoda  dama  zechcecie  się  ze  mną 

widzieć, będę do waszej dyspozycji. 

—  To  bardzo  miło  ze  strony  biskupa  —  powiedział  markiz  — 

jestem mu niezmiernie wdzięczny. 

Ksiądz natychmiast wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi, a 

markiz usiadł na krześle obok Zii. 

— A teraz, opowiedz mi, co się stało? — poprosił ją spokojnie. — 

O  co  chodzi?  Własnym  oczom  nie  wierzyłem,  kiedy  zobaczyłem  cię 

samą w dorożce. 

Zia nie odpowiedziała, więc po chwili markiz zapytał: 

— Dlaczego tu przyjechałaś? 

— Chcę... wstąpić do klasztoru! — półgłosem powiedziała Zia. 

— I opuścić mnie? 

— T-tak. 

background image

Ledwo było słychać odpowiedź, ale markiz usłyszał ją i po chwili 

powiedział: 

— Sądziłem, że mnie kochasz! 

—  Ależ...  tak!  —  załkała  Zia.  —  Ale  ty  należysz  do  niej  i...  nie 

mogę pozostać w świecie, gdzie ty będziesz żyć z inną kobietą twoją... 

żoną! 

Markiz zesztywniał. 

— Przestań płakać, kochanie, i powiedz mi dokładnie, co się stało 

i dlaczego tak cię to zdenerwowało. 

Zia nie odpowiedziała i nie odsłoniła twarzy, ale przestała płakać. 

Bardzo  łagodnie  markiz  pochylił  się  do  przodu,  by  odjąć  jej  ręce  od 

oczu. Policzki Zii zalane były  łzami, a jej długie rzęsy mokre.  Kiedy 

spojrzała na markiza, w jej oczach Okehampton zobaczył ból i udrękę. 

Padł przed nią na kolana i położył ręce na ramionach dziewczyny. 

— Co się stało, kochanie, mój ty uroczy skarbie? — zapytał. 

Poczuł, jak Zia drży. Spuściła wzrok, a potem wyszeptała: 

— Ta dama mówiła, że urodzi twoje... dziecko i że obiecałeś się z 

nią... ożenić! 

Markiz nie poruszył się, tylko powiedział: 

— Spójrz na mnie, mój skarbie. Chcę, żebyś na mnie spojrzała. — 

Powoli  Zia  podniosła  oczy  na  niego,  a  wtedy  markiz  oświadczył 

uroczyście:  —  Jesteśmy  w  świętym  miejscu,  Domu  Bożym,  i 

przysięgam  ci  na  wszystko,  co  czczę,  na  pamięć  mojej  matki,  którą 

kochałem  tak  jak  ty  kochałaś  swoją,  że  żadna  kobieta,  również  ta,  z 

którą rozmawiałaś, nigdy nie nosiła w swoim łonie mojego dziecka! 

background image

Zia utkwiła wzrok w markizie. 

—  Musisz  mi  uwierzyć  —  mówił  dalej.  —  Myślę,  że  gdybym 

kłamał,  twój  instynkt  powiedziałby  ci  o  tym,  bo  na  pewno  przekona 

cię, że mówię prawdę. 

Zobaczył małe ogniki w oczach Zii, która spytała: 

— W takim razie... dlaczego mówiła te... okropne rzeczy? 

— Bo postanowiła mnie poślubić jeszcze za życia swojego męża. 

— A ty nie chcesz... jej poślubić? 

—  Nigdy  dotąd  nie  chciałem  ożenić  się  z  żadną  kobietą!  — 

szczerze odpowiedział markiz. 

— Więc... nie rozumiem... dlaczego...? 

—  Posłuchaj  mnie,  skarbie  —  powiedział  Okehampton.  —  Nie 

będę  udawał  przed  tobą,  było  wiele  kobiet  w  moim  życiu.  Jestem 

kawalerem, a jeśli piękna kobieta pragnie zaszczycić mnie, oddając mi 

się, to nie byłbym mężczyzną gdybym nie przyjął takiej propozycji. 

Zobaczył, że Zia zaczęła go uważnie słuchać, więc mówił dalej:  

—  Ale  jesteś  wystarczająco  inteligentna,  żeby  zrozumieć,  że 

mężczyzna  może  pożądać  kobiety,  ponieważ  jest  ona  piękna,  i  mieć 

dla  niej  uznanie  takie,  jakie  miałby  dla  pięknego  kwiatu,  radości 

wyrażonej  w  muzyce  lub  promieni  słonecznych.  —  Czując,  że  Zia 

uspokoiła  się  trochę,  ciągnął:  —  Ale  dopóki  jest  to  tylko  rozkoszne 

doznanie,  nie  ma  mowy  o  prawdziwej  miłości  —  miłości,  jaką  czuję 

do ciebie, moja ty najdroższa duszyczko, i którą jak sądzę, ty czujesz 

do  mnie.  Razem  odnaleźliśmy  miłość  pochodzącą  od  Boga,  miłość, 

background image

jaką  mężczyzna  obdarza  w  swoim  życiu  jedyną,  wyjątkową  kobietę, 

która jest w rzeczywistości jego drugą połową.  

Markiz przyciągnął do siebie Zię.  

—  To  jest  bardzo  wyjątkowa  miłość,  jaką  twój  ojciec  czuł  do 

twojej  matki,  a  mój  ojciec  do  mojej.  Ta  miłość  jest  boska  i  żadne 

kłamstwa,  podstępy  czy  zdrada  nigdy  nie  będą  mogły  jej  zniszczyć. 

Ojciec  Proteus  był  złym  człowiekiem  i  tak  samo  kobieta,  którą 

spotkałaś,  jest  zła,  mimo  że  jest  piękna.  Po  prostu  musimy  o  tych 

ludziach zapomnieć! 

— Ale jeśli — zapytała cichutko Zia — ona będzie próbowała cię 

skrzywdzić? 

—  Już  to  zrobiła,  denerwując  ciebie!  —  odparł  markiz.  —  Nie 

miałem  pojęcia,  że  będzie  miała  czelność  nie  pochowawszy  jeszcze 

swojego męża, przyjść do mojego domu i naopowiadać ci kłamstw.  

Zapadła cisza. Po chwili Zia odezwała się: 

— Przepraszam... przebacz mi... powinnam ci ufać. 

— Tego  właśnie pragnę — powiedział markiz. — Ty też musisz 

mi  wybaczyć...  że  zgrzeszyłem  w  przeszłości.  Przysięgam  ci  tutaj,  w 

katedrze, że nigdy więcej to się nie powtórzy. 

—  Kocham  cię...  kocham!  —  wyszeptała  szlochając  —  ale... 

kiedy przyszłam tutaj... chciałam... u-umrzeć! 

— A teraz oboje chcemy żyć! — zawołał markiz. — I chcę, żebyś 

pojechała  do  domu,  bo  musisz  wybrać  suknię  ślubną,  w  której  jutro 

staniesz przed ołtarzem. 

Mówiąc to, podniósł Zię z krzesła. 

background image

—  Kocham  cię  całym  moim  sercem  i  całą  moją  duszą!  — 

powiedział.  —  Tego,  kochanie,  nigdy  nie  mówiłem  żadnej  innej 

kobiecie, bo to nie byłaby prawda! 

—  I  ja  cię...  kocham!  —  wyszeptała  Zia.  —  Ty  jesteś  dla  mnie 

całym światem... niebem i morzem... i wiem, że gdybym cię straciła... 

nic, ale to nic by mi nie pozostało! 

— Nigdy mnie nie stracisz — zapewnił ją uroczyście markiz. 

Zia  myślała,  że  ją  pocałuje,  ale  on,  jakby  myśląc  o  świętym 

miejscu,  w  którym  się  znajdowali,  zbliżył  usta  do  rąk  dziewczyny, 

pocałował  najpierw  jedną,  a  potem  drugą  dłoń  i  poprowadził  Zię  do 

drzwi.  Kiedy  je  otworzyli,  zobaczyli  czekającego  pod  nimi 

kościelnego,  tego  samego  który  wprowadził  markiza  do  gabinetu 

biskupa St. Ives. 

— Czy mogę rozmawiać z biskupem? — zapytał markiz. 

—  Bardzo  żałuję,  sir,  lecz  jest  teraz  w  konfesjonale  — 

odpowiedział mężczyzna — ale poprosił mnie, bym powiedział panu, 

że będzie się za was modlił. 

— Proszę podziękować biskupowi i poinformować go, że przyślę 

mu ofiarę dziękczynną. 

Markiz poszedł nawą boczną z Zią u boku, która miała uczucie, że 

święci 

kaplicy, 

przez 

którą 

szli, 

dają 

im 

specjalne 

błogosławieństwo.  

Na  dworze  świeciło  słońce,  a  przed  drzwiami  katedry  czekał  na 

nich  powozik  markiza  zaprzężony  w  dwa  konie,  których  pilnował 

chłopiec  stajenny.  Odjechali  tą  samą  drogą,  jaką  jechała  Zia  mijając 

background image

pałac  Buckingham.  Nic  nie  mówili,  ale  Zii  zdawało  się,  że  słońce 

nigdy  nie  jaśniało  bardziej  niż  w  tej  chwili,  otaczając  ich  aurą 

szczęścia. 

Kiedy  byli  już  z  powrotem  w  domu  Okehamptonów,  na  twarzy 

Cartera  pojawił  się  wyraz  ulgi,  gdy  zobaczył,  że  panna  Langley 

przyjechała z markizem. Gdy dziewczyna pobiegła na gorę do swojej 

sypialni,  by  zdjąć  kapelusz,  Carter  poinformował  markiza  o  tym,  co 

się stało i jak bardzo się niepokoił. 

— 

Całkiem 

przypadkiem 

zobaczyłem 

pannę 

Langley 

przejeżdżającą obok pałacu Buckingham, gdzie byłem na uroczystości 

zaprzysiężenia  Jego  Książęcej  Mości  —  wyjaśnił  markiz.  —  Jednak 

bardzo  rozsądnie  i  mądrze  zrobiłeś,  Carter,  posyłając  za  nią  lokaja. 

Wiedziałem, że zawsze mogę na tobie polegać. 

Carter rozpromienił się, a markiz zapytał: 

— Czy lady Caton wciąż tu jest? 

— Już wyszła, jaśnie panie. Czekała prawie godzinę. 

—  Jeśli  znowu  przyjdzie  —  powiedział  stanowczo  markiz  —  to 

nie ma mnie dla niej w domu! 

— Nie wiedziałem, że panienka Langley była w gabinecie, jaśnie 

panie! 

—  Wiem,  ale  nie  popełnij  kolejnego  błędu.  I  nie  mów  o  niczym 

markizie. 

— Oczywiście, jaśnie panie. To by ją tylko zdenerwowało. 

Markiz  chciał  powiedzieć,  że  najbardziej  to  on  się  zdenerwował. 

Nie mogąc doczekać się spotkania z Zią, dodał tylko: 

background image

— Proszę podać herbatę do salonu. 

Udał się na górę, by zaczekać na swoją przyszłą żonę, aż wyjdzie 

z  sypialni.  Było  tyle  rzeczy,  które  chciała  obejrzeć  Zia  po  przybyciu 

do zamku, ale markiz prosił ją, by przed ślubem, który miał odbyć się 

o  piątej  po  południu,  odpoczęła  w  swojej  sypialni.  Dziewczyna 

domyśliła  się,  że  markiz  pragnie  dopilnować,  żeby  kaplica 

udekorowana została kwiatami. 

Kaplica  była  mała,  ale  bardzo  piękna,  zbudowana  w  tym  samym 

czasie  co  zamek;  przez  lata  dokonano  w  niej  niewiele  zmian.  Zia 

pomyślała, że tylko markiz mógł sprawić, iż wypełniono ją cudownie 

pachnącymi liliami, które jednocześnie stanowiły doskonałe tło dla jej 

sukni. Markiz zamówił ją, jak tylko Zia zgodziła się zostać jego żoną, 

i przysłano ją tuż przed wyjazdem z Londynu. 

— W jaki cudowny sposób zdołałeś tak wszystko zaplanować? — 

zapytała Zia, kiedy jechali przez piękną okolicę w stronę zamku. 

—  Chcę,  żeby  wszystko  w  twoim  życiu  było  doskonałe  — 

odpowiedział — tak doskonałe, mój skarbie, jak nasza miłość. 

—  Ona  jest  tak...  idealna,  że  nie  da  się  tego  opisać  słowami  — 

czule powiedziała Zia. 

Markiz myślał tak samo. Harry, który był jego drużbą, powiedział 

mu poprzedniego wieczora po kolacji: 

— Zrobiłeś dobry wybór, przyjacielu! 

— Kocham ją! — żarliwie odparł markiz.  

Obawiał  się,  że  Harry  ciągle  sądzi,  iż  żeni  się  z  Zią,  by  uwolnić 

się od Yasmin. 

background image

—  Wiem  —  powiedział  Harry.  —  Nigdy  nie  widziałem  cię  tak 

szczęśliwym ani tak zadowolonym z siebie! 

Markiz  roześmiał  się.  To  prawda  —  był  szczęśliwy.  Cieszył  się, 

że znalazł na tym świecie osobę, która tak różniła się od znanych mu 

ludzi  i  tak  bardzo  mu  odpowiadała.  Zabrał  Zię  do  zamku,  a  Harry 

ustalił  z  przyjaciółmi,  którzy  mieszkali  dwie  mile  od  siedziby 

markiza, że zamieszka u nich. 

— Zdajesz sobie sprawę — rzekł do Okehamptona — że wszyscy 

wydrapią  mi  oczy,  jeśli  będę  jedynym  gościem  na  twoim  ślubie? 

Oczekują  uroczystości,  na  której  obecny  będzie  książę  Walii  i 

przynajmniej pół tuzina druhen! 

— W takim razie rozczarują się! Moj ślub będzie dokładnie taki, 

jakiego zawsze pragnąłem, ale nie przypuszczałem, że będę miał tyle 

szczęścia, by się spełniło moje marzenie. 

—  Czy  chcesz  przez  to  powiedzieć,  że  takiego  ślubu  pragnie  też 

Zia? — zapytał Harry. 

—  Oczywiście  —  odpowiedział  markiz.  —  Po  tym  wszystkim, 

przez  co  przeszła,  nie  dopuszczę,  żeby  zdenerwowały  ją  złośliwe 

uwagi kobiet albo żeby mężczyźni gapili się na nią! 

Harry roześmiał się. 

—  Jest  tak  piękna,  że  będziesz  musiał  ciągle  odganiać  od  niej 

takich ludzi jak Charlie, którzy nie będą mogli się jej oprzeć. 

— Wiem — przyznał markiz — ale większość czasu zamierzamy 

spędzać na wsi, a osobnicy tacy jak Charlie nie będą naszymi gośćmi! 

background image

Prawdę  powiedziawszy,  przez  dłuższy  czas  nie  zamierzam 

przyjmować żadnych gości. Chcę mieć Zię tylko dla siebie. 

Harry  spojrzał  na  przyjaciela  z  zazdrością.  O  takim  właśnie 

małżeństwie  i  on  marzył.  I  on,  i  markiz  doskonale  zdawali  sobie 

sprawę  z tego, że każdy, kto tak jak Charlie, przemyka się z jednego 

buduaru  do  drugiego,  w  końcu  nieuchronnie  staje  się  znudzony  i 

rozczarowany takim życiem. 

Klękając obok siebie przed ołtarzem, markiz i Zia trzymali się za 

ręce.  Obojgu  wydawało  się,  że  wibracje  emanujące  z  nich  są  jak 

boskie światło. 

Wyszli  z  kaplicy  i  w  nabożnym  skupieniu  udali  się  na  górę  do 

sypialni  Zii,  która  dawniej  należała  do  matki  markiza.  Markiz 

zamknął drzwi, a potem, ku zdziwieniu żony, nie wziął jej w ramiona, 

lecz  podprowadził  do  okna.  Stali  patrząc  na  ogród,  na  jezioro,  które 

rozciągało się za nim, i na ogromne drzewa w parku. Za parkiem aleja 

prowadziła do morza.  

Przez chwilę markiz nie odzywał się. Potem powiedział: 

— Oto mój świat, skarbie, który teraz należy do ciebie. Myślę, że 

oboje  go  pokochamy,  będziemy  nim  rządzić  i  spróbujemy  dać 

każdemu, kto w nim żyje, takie samo szczęście, jakie sami mamy. 

Zia przysunęła się do męża. 

— Cieszę się, że tego pragniesz — szepnęła. 

—  Ty  mnie  nauczyłaś  myśleć  w  ten  sposób  —  odpowiedział  — 

ale to pragnienie czynienia dobra istniało gdzieś w moim sercu, choć 

do tej pory nie uświadamiałem sobie tego. 

background image

Otoczył Zię ramieniem i zbyteczne były już słowa. 

 

Kilka godzin później, kiedy zachodziło słońce i ptaki udawały się 

na odpoczynek, markiz powiedział: 

—  Zastanawiam  się,  skarbie,  dlaczego  tak  różnisz  się  od  kobiet, 

jakie przedtem znałem. 

—  Naprawdę?  —  zapytała  Zia.  —  Ty  jesteś  taki  cudowny... 

zdumiewający,  że  kiedy  byliśmy  ze  sobą  tak  blisko,  troszkę  się 

bałam... że nie będziesz czuł tego samego... co ja... Dla mnie to było... 

coś nowego. 

— Czułem to samo co i ty — zapewnił ją markiz — i musisz mi 

uwierzyć,  że  nic  nigdy  nie  było  tak  doskonałe  i  wspaniałe  jak  nasza 

miłość. 

Zia krzyknęła. 

—  Dokładnie  to  samo  chciałam  ci  powiedzieć...  Tak  bardzo 

pragnę, żeby nigdy ci się to nie znudziło. 

— Jakże mógłbym się znudzić czymś, co wydaje się zanosić mnie 

do  Nieba,  w  które  wierzysz,  i  co  sprawia,  że  mam  wrażenie,  jakbym 

trzymał w ramionach anioła. 

Pochylił się nad Zią i odgarnął z czoła jej miękkie złociste włosy. 

— Jesteś piękna — powiedział — ale inne kobiety też są piękne. 

W tobie jest jednak coś wyjątkowego. 

— Powiedz mi... proszę, co masz na myśli? 

—  Ty  jesteś...  dobra,  a  w  moim  życiu  poznałem  niewiele 

naprawdę dobrych kobiet! 

background image

— Choć nie jestem pewna, czy tak jest naprawdę — powiedziała 

Zia — chcę, żebyś tak myślał. 

—  Jesteś  dobra  tak  jak  moja  matka.  Do  tej  pory  nie  spotkałem 

nikogo,  kto  znaczyłby  dla  mnie  tyle  co  ona,  ale  teraz  zjawiłaś  się  ty, 

tak bardzo do niej podobna. 

— Jestem poruszona... tym, co teraz mówisz — wyszeptała Zia. 

— Wiem, moja piękna żono, że masz dobre serce i duszę, i chcę, 

żebyś taka była i żebyś się nigdy nie zmieniła. — Markiz przerwał, po 

czym  dodał  innym  tonem:  —  Jeśli  jakiś  mężczyzna  będzie  próbował 

cię skrzywdzić, to przysięgam, że go zabiję! 

I  zaczął  całować  Zię  namiętnie, pożądliwie  i  zaborczo.  Jego  usta 

prawie raniły jej wargi, a jednak nie bała się. Wiedziała, że to uczucie 

posiadania było częścią ich miłości, a w rzeczywistości miłość nie jest 

taka  spokojna,  łagodna  i  sentymentalna,  jak  myślała.  Jest  silna, 

tętniąca  życiem,  często  gwałtowna,  niszcząca,  a  jednocześnie 

niepokonana.  

Zia  wiedziała,  że  to  miłość  dała  markizowi  siłę  i  mądrość,  by 

wyrwał  ją  z  rąk  przestępców.  To  właśnie  miłość  umożliwi  im  w 

przyszłości  wspólną  walkę  z  przeciwnościami  i  trudnościami,  które 

nieuchronnie pojawią się w ich życiu. Ale wierzyła, że markiz zawsze 

będzie  zwycięzcą,  po  prostu  dlatego  że  miłość  da  mu  siłę  do 

pokonania wszystkiego co złe i niegodziwe. 

Markiz  całował  żonę  z  coraz  większym  pożądaniem,  a  w  jego 

oczach  płonął  ogień.  Zia  wiedziała,  że  nie  tylko  ją  uwielbia,  ale 

background image

jednocześnie pożąda jej również jako kobietę. Czuła ten sam płomień 

w sobie. 

— Pragnę cię! Moje kochanie, pragnę cię! — powiedział markiz. 

— Jestem... twoja! — wyszeptała Zia. 

—  Daj  mi  siebie,  kochaj  mnie, bo  tylko  Bog  wie,  jak bardzo  cię 

pragnę! 

— Kocham cię... kocham... kocham! 

Żarliwość  tych  słów  rozpaliła  ich  ciała  i  dusze.  Potem,  kiedy 

przeżywali  najwyższe  uniesienie,  wydawało  się  im,  że  znaleźli  się  w 

samym  środku  rozżarzonego  słońca.  Wspaniałość  tego  aktu  otoczyła 

ich  boskim  światłem  pochodzącym  od  Boga,  który  jest  Życiem  i 

Wiecznością.