background image

 

 

WYJĄTKOWA MIŁOŚĆ

 

 

background image

Od Autorki 

Dziewczęta, które ukończyły osiemnaście lat, mogą wstępować do 

klasztoru. 

Przez  dziewięć  miesięcy  są  postulantkami,  przez  następne  dwa 

lata  —  nowicjuszkami,  a  potem,  jeśli  wciąŜ  czują  powołanie, 

składają  swoje  ostateczne  śluby  podczas  mistycznej  ceremonii  w 

klasztorze. 

Ślubując  porzucenie  dotychczasowego  Ŝycia,  stają  się 

słuŜebnicami  Pańskimi  i  otrzymują  złote  obrączki,  często  w 

kształcie krzyŜa. Po złoŜeniu ślubów rzadko opuszczają zakon, do 

którego  wstąpiły  dobrowolnie.  Ale  kilka  z  nich  uczyniło  to. 

Wyszły za mąŜ, urodziły dzieci i napisały wspomnienia o swoich 

przeŜyciach w klasztorze. 

background image

Rozdział 1 

1869 

Markiz Okehampton poczuł, Ŝe jest śpiący. Nie było w tym nic 

dziwnego,  zwaŜywszy  na  to,  Ŝe  przez  dwie  godziny  kochał  się 

szaleńczo  z  Yasmin  Caton.  UwaŜał  ją  za  jedną  z  najbardziej 

namiętnych kobiet, jakie kiedykolwiek spotkał. I najrozkosznie-jszą 

istotę  pod  słońcem.  Ale  na  dzisiaj  miał  juŜ  dosyć.  Jakikolwiek 

ruch  sprawiał  mu  ból  i  nagle  zapragnął  znaleźć  się  w  powrotnej 

drodze  do  swojego  domu  przy  Park  Lane  w  Londynie.  Poruszył 

się,  by  wstać  z  łóŜka,  ale  Yasmin,  która  leŜała  przy  nim, 

powiedziała półgłosem: 

— Muszę ci coś powiedzieć, Rayburnie. — Markiz wydał odgłos, 

który z trudem moŜna by nazwać pytaniem. Yasmin mówiła dalej: 

— Dziś po południu dostałam wiadomość z ParyŜa, Ŝe Lionel do-

znał bardzo powaŜnego ataku apopleksji. 

7— 

background image

Markiz zesztywniał. 

—  Dziś po południu?! — wykrzyknął. — A ty spędziłaś tu 

ze mną cały wieczór? 

—  Nikomu o tym nie mówiłam. Tak bardzo pragnęłam  się  z 

tobą zobaczyć. 

Markiz zamilkł zdziwiony. 

Lord  Caton  był  niezwykle  dystyngowanym  człowiekiem  i 

waŜną  osobistością  na  dworze  królewskim.  Do  ParyŜa  udał się 

ze specjalną misją by zobaczyć się z cesarzem. Choć wydawało się 

to niewiarygodne, był czterdzieści lat starszy od swojej Ŝony. Jeśli 

ucierpiał  na  skutek  tak  powaŜnego  ataku,  to  tym  bardziej  Yasmin 

powinna być u boku męŜa. 

Jak gdyby odgadując myśli markiza, lady Caton powiedziała: 

—  Oczywiście  jutro  rano  bezzwłocznie  wyjeŜdŜam  do 

ParyŜa, ale dziś musiałam cię zobaczyć Rayburnie, musiałam! 

—  W  takim  razie,  jeśli  wyjeŜdŜasz  tak  wcześnie...  — 

zaczął markiz. 

Chętnie wstałby juŜ, ale Yasmin połoŜyła rękę na jego piersi 

i wyszeptała: 

—  Muszę powiedzieć ci o czymś jeszcze. 
—  O czym? — zapytał. 
—  Będę miała dziecko! 

Markiz oniemiał. 

—  Teraz 

pozostaje 

nam, 

najdroŜszy 

— 

konty 

nuowała 

Yasmin 

Caton 

— 

czekać 

na 

śmierć 

Lionela, która, zdaniem lekarzy, nastąpi niedługo, 

— 8— 

background image

a potem pobrać się w tajemnicy, na przykład we Francji. 

Markiz pomyślał, Ŝe się przesłyszał. 

—  Potem— 

ciągnęła 

Yasmin— 

pojedziemy 

bardzo 

długą 

podróŜ 

poślubną, 

później 

ogło 

simy, 

Ŝe 

pobraliśmy 

się 

kilka 

miesięcy 

wcześniej. 

chociaŜ 

dziecko 

urodzi 

się 

przedwcześnie, 

nie 

będzie Ŝadnych wątpliwości, Ŝe nie jest twoje. 

Markiz wciąŜ nie był w stanie wydobyć z siebie słowa. Yasmin 

przysunęła się do niego i odezwała się pieszczotliwym tonem: 

—  Będziemy 

bardzo 

szczęśliwi, 

najdroŜszy, 

a  kiedy  zostanę  twoją  Ŝoną,  spełnią  się  moje  wszy 

stkie marzenia. 

Markiz zdawał sobie sprawę, Ŝe dla wielu kobiet poślubienie go 

było  szczytem  marzeń.  Ale  on  nie  miał  zamiaru  Ŝenić  się,  a  na 

pewno nie z kobietą, z którą miał romans. 

Przez jego Ŝycie przewinęło się wiele kobiet. Nic dziwnego; był 

nie  tylko  niezmiernie  przystojny  i  pociągający,  ale  równieŜ 

jednym  z  najbogatszych  ludzi  w  Anglii.  Od  czasu  gdy  ukończył 

uniwersytet  w  Oksfordzie,  namawiano  go,  by  się  oŜenił.  Jego 

krewni  padali  prawie  na  kolana,  błagając  go,  by  się  ustatkował  i 

postarał  o  dziedzica.  Jednak  markiz  dał  wszystkim  jasno  do 

zrozumienia, Ŝe nikt, ale to nikt nie będzie wybierał dla niego Ŝony. 

Nie był właściwie pewien, jaka miałaby ona być, ale wiedział, 

9— 

background image

Ŝe  kobieta,  która  zdradzała  z  nim  swojego  męŜa,  nie  zostanie 

jego Ŝoną. 

Jego  znajomi  z  eleganckich  kół  towarzyskich  zapewne 

wyśmialiby  go  za  takie  zasady,  gdyŜ  sam  ksiąŜę  Walii  był  tym, 

który  po  raz  pierwszy  ułatwił  męŜczyźnie  nawiązanie  romansu  z 

kobietą z jego własnej klasy. 

Zainteresowanie  Jego  KsiąŜęcej  Mości  osobą  księŜniczki  de 

Sagan  oraz  innymi  pięknymi  kobietami  było  powodem  wielu 

komentarzy,  jednak  odmieniło  zasady  towarzyskie  niezmiennie 

przestrzegane,  choć  nigdzie  nie  zapisane,  przez  tych,  którzy 

naleŜeli do wyŜszych sfer. 

Zatem  markiz  kochał  się  z  uroczymi  kobietami,  które  go 

pociągały,  i  nikt  nie  potępiał  jego  zachowania.  Yasmin  była  dla 

niego jedną z najpiękniejszych istot, jakie kiedykolwiek  widział. 

Od pierwszej chwili, kiedy zostali sobie przedstawieni, narodziła 

się między nimi jakaś wibracja, która szybko doprowadziła ich do 

romansu. Przynajmniej tak traktował ich znajomość markiz, ale teraz 

okazało się, Ŝe Yasmin bynajmniej  nie  uwaŜała tej przygody za 

zakończoną.  To,  co  mu  wyznała,  nie  tylko  go  zdziwiło,  ale 

równieŜ  przeraziło.  Wiele  razy  znajdował  się  w  róŜnych 

sytuacjach,  teraz  jednak  przemknęło  mu  przez  myśl,  Ŝe  ta  była 

bardziej niebezpieczna niŜ jakakolwiek do tej pory. 

Kiedyś  o  włos  ominęły  go  kule  i  cudem  uniknął  śmierci  na 

morzu. I teraz teŜ potrzebny był jeszcze 

— 10 

background image

jeden cud, by uniknąć pułapki, w której byłby więźniem  do  końca 

swego Ŝycia. 

Markiz był przebiegły i bystry, ale przez chwilę poczuł pustkę w 

głowie i nie mógł pozbierać myśli. Nie przewidział, Ŝe Yasmin Caton 

znajdzie sposób, by go doprowadzić do ołtarza. Postawiła go w sytu-

acji, z której dŜentelmen nie miał wyjścia. 

Na  początku  pomyślał,  Ŝe  moŜe  rzeczy  nie  wyglądają tak źle, 

jak Yasmin je przedstawiła, i Ŝe lord Caton nie umrze. Potem jednak 

zdał sobie sprawę, Ŝe gdy widział ostatnio jego lordowską mość w 

zamku królewskim w Windsorze, zwrócił uwagę, Ŝe jest mizerny i 

zmęczony,  i  Ŝe  wygląda  na  jeszcze  starszego,  niŜ  jest  w 

rzeczywistości. 

Markiz gorączkowo szukał odpowiedzi na propozycję Yasmin, 

ale zanim to zrobił, Yasmin odezwała się: 

—  Kocham  cię,  Rayburnie,  całym  moim  sercem.  Wiem,  Ŝe  i  ty 

mnie kochasz. Czy moŜe być coś cudowniej  szego  od  dania  tobie 

syna? 

Powiedziała to z przesadnym entuzjazmem, który markiz słyszał w 

jej  głosie  juŜ  nieraz.  Nagle  doznał  olśnienia.  Przypomniał  sobie 

pewną  rozmowę,  która  miała  miejsce  niedługo  po  poznaniu  Yasmin 

Caton. 

Siedział  w  Klubie  u  White'a  z  jednym  ze  swoich  przyjaciół, 

Harrym  Blessingtonem,  z  którym  słuŜył  kiedyś  w  tym  samym 

pułku. Rozmawiali o kolejnym przyjęciu, które miał wydać markiz 

w swojej odziedziczonej po przodkach rezydencji wiej- 

background image

skiej  —  zamku  Okehamptonów  —  połoŜonej  nad  morzem  w 

hrabstwie Sussex. 

Rzadko urządzał przyjęcia, w których nie uczestniczyłby Harry, 

szczególnie  kiedy  zapraszano  na  nie  piękności  interesujące  obu 

przyjaciół.  Powoli,  jakby  szedł  po  omacku  w  ciemnościach, 

markiz przypominał sobie, o czym wtedy rozmawiali. 

—  Przypuszczam, 

Ŝe 

zaprosisz 

Yasmin 

Caton? 

— 

zapytał 

Harry. 

— 

Widziałem 

cię 

nią 

zeszłej 

nocy. 

—  Jest niezwykle piękna! — odpowiedział markiz. 
—  Zgadzam  się  z  tobą.  Moja  matka,  która  zna  jej  rodzinę, 

często  mówiła,  Ŝe  to  zbrodnia  zmuszać  tak  śliczną  dziewczynę  do 

poślubienia męŜczyzny, który mógłby być jej ojcem. 

—  Skoro  Caton  jest  bogaty  i  odgrywa  waŜną  rolę  na 

dworze, zapewne uwaŜano, Ŝe tylko to się liczy — odpowiedział 

cynicznie markiz. 

—  Chyba  masz  rację  —  zgodził  się  Harry.  —  I 

zaprowadzili  Yasmin  do  ołtarza,  zanim  skończyła  osiemnaście  lat. 

Oczywiście  nie  miała  pojęcia,  jakim  nudziarzem  okaŜe  się 

Caton! 

—  Prawie nigdy z nim nie rozmawiałem. 
—  Parę dni temu na kolacji w zaniku w Windsorze siedział obok 

mnie  przez  dwie  godziny  —jęknął  Harry  —  i  mówił  tak 

monotonnym głosem, Ŝe myślałem, iŜ oszaleję! 

—  W  takim razie — markiz przypomniał sobie, 

— 12— 

background image

Ŝe powiedział to z uśmieszkiem — muszę pocieszyć jego Ŝonę. 

—  OŜenił  się  z  nią,  by  urodziła  mu  spadkobie 

rcę  —  powiedział  w  zadumie  Harry  —  bo  z  pier 

wszą  Ŝoną  miał  tylko  córki,  ale  od  matki  wiem,  Ŝe 

znowu rozwiały się jego nadzieje. 

Markiz  nie  słuchał  wtedy  Harry'ego  zbyt  uwaŜnie,  ale  teraz 

przypomniał sobie, co powiedział przyjaciel: 

—  Rok  po  ślubie  piękna  Yasmin  spadła  z  konia 

podczas 

polowania 

to 

najwidoczniej 

połoŜyło 

kres 

jej nadziejom na urodzenie syna! 

Słuchając  opowieści  Harry'ego  jednym  uchem,  markiz  myślał 

wtedy  tylko  o  urodzie  Yasmin.  Planował  takŜe,  Ŝe  będzie  miał 

okazję powiedzieć jej to w sposób o wiele bardziej wymowny, niŜ 

mógł to uczynić słowami. 

Teraz to, co usłyszał od Harry'ego, przypomniało mu  się  i  było 

jak światło rozdzierające ciemność. Zrozumiał, Ŝe Yasmin ucieka 

się do podstępu, a jego, Bóg świadkiem, juŜ niejeden raz róŜnymi 

sposobami próbowano zaciągnąć do ołtarza. 

Odrętwienie, jakie odczuwał i które odurzyło go, minęło.  Teraz 

mógł jasno myśleć. PrzecieŜ nie dał się jeszcze złapać w pułapkę. 

Chciał jedynie odejść bez niepotrzebnych awantur. 

Powiedział na głos: 

—  Sądzę, 

Ŝe 

za 

daleko 

wybiegasz 

przyszłość. 

Teraz musisz wyjechać do ParyŜa i miejmy na- 

— 13 — 

background image

dzieję, Ŝe nikt nie dowie się, iŜ jadłem z tobą kolację po tym, jak 

otrzymałaś wiadomość o chorobie twojego męŜa. 

—  List 

schowałam 

kasetce 

na 

kosztowno 

ści — odparła Yasmin. 

Markiz  miał  słabą  nadzieję,  Ŝe  pokojówka  Yasmin  go  nie 

przeczyta.  Zdawał  sobie  sprawę  z  tego,  jak  słuŜący  potrafią 

plotkować, wiedział, Ŝe taka historia zaczęłaby krąŜyć po Mayfair* 

szybciej niŜ wiatr północy. 

—  Bardzo 

rozsądnie 

— 

powiedział 

— 

ale 

teraz 

muszę juŜ iść. 

Yasmin  starała  się  go  zatrzymać  w  łóŜku,  lecz  markiz 

podniósł się i zaczął się ubierać. 

PołoŜyła się więc na plecach, opierając się o poduszki, tak by 

markiz mógł podziwiać jej ciało, które często przyrównywał do 

perły. 

Poprawiając  krawat  przed  lustrem  nad  kominkiem,  markiz 

wyraźnie widział Yasmin. Ale teraz nie myślał o jej urodzie, tylko 

o tym, Ŝe stała się niebezpieczna. 

Nigdy  nie  myślał,  Ŝe  jest  inteligentną  kobietą,  ale  nie 

przypuszczał,  Ŝe  jest  tak  bezwzględna.  Yasmin  zdawała  sobie 

sprawę,  Ŝe  w  Ŝałobie  po  męŜu  nie  będzie  mogła  brać  udziału  w 

Ŝyciu  towarzyskim  i  moŜe  wtedy  łatwo  utracić  markiza.  Dlatego 

wymyśliła jedyną rzecz, która mogła całkowicie i bez- 

* Mayfair — bogata i modna dzielnica w zachodnim Londynie 

z wieloma klubami i hotelami. (Przyp. tłum.) 

— 14 

background image

względnie  zmusić  go  do  pozostania  z  nią.  Jeśli,  tak  jak  sobie 

planowała,  pobraliby  się  w  ciągu  miesiąca  lub  dwóch,  a  moŜe 

wcześniej, markiz po pewnym  czasie dowiedziałby się, Ŝe dziecko 

było tylko wytworem jej wyobraźni. 

Markiz  wcisnął  się  w  swój  wieczorowy  surdut  i  zbliŜył  się 

do łóŜka. Yasmin wyciągnęła ręce, ale nie pocałował jej. Wiedział, 

Ŝe przyciągnęłaby go do siebie i znowu trudno byłoby mu się od 

niej uwolnić. 

PrzybliŜył  jedynie  jej  dłonie  do  swoich  ust  i  złoŜył  pocałunek 

najpierw najednej, potem na drugiej dłoni. 

—  UwaŜaj na siebie, Yasmin — powiedział cicho. 
—  Będziesz  o  mnie  myślał,  najdroŜszy?  —  zapytała.  — 

Będę liczyć godziny do naszego kolejnego spotkania. 

Nie odpowiedział. Bez słowa ruszył w kierunku drzwi. Gdy je 

otwierał, Yasmin zawołała: 

—  Zaczekaj! Muszę ci jeszcze coś powiedzieć... 

Nie zdąŜyła dokończyć. Drzwi zamknęły się, gdy 

jeszcze mówiła. Usłyszała, jak markiz schodzi szybko po schodach 

wyłoŜonych grubymi dywanami w kierunku drzwi wejściowych. 

Na zewnątrz stał jego powóz i gdy tylko markiz się pojawił, lokaj 

zeskoczył z kozła, by otworzyć drzwiczki. Mimo iŜ Okehampton 

był trochę wcześniej niŜ zwykle, słuŜący juŜ na niego czekali. 

— 15 — 

background image

W  przeciwieństwie  do  wielu  swych  znajomych,  markiz  był 

wyjątkowo  uprzejmny  wobec  słuŜby.  Gdy  wiedział,  Ŝe  kolacja 

przeciągnie się do późnych godzin nocnych, zamawiał powóz na 

stosowną porę. Zawsze irytowała go świadomość, Ŝe jego stangret 

i konie czekają na niego na dworze. 

Kiedy wsiadł teraz do powozu, lokaj okrył jego kolana lekkim 

pledem.  Gdy  ruszyli,  markiz  pomyślał,  Ŝe  ucieka  do  nory 

niczym  lis.  Poczuł  się  tak,  jakby  brakowało  tylko  kilku  sekund 

do  tego,  by  ogary  rozerwały  go  na  kawałeczki.  Skąd  mógł 

przypuszczać,  Ŝe  Yasmin  zniŜy  się  do  tego,  by  oszukiwać  go, 

uciekając  się  do  najstarszego  podstępu  świata.  Gdyby  nie  matka 

Harry'ego  Blessingtona,  znalazłby  się  w  sytuacji  bez  wyjścia. 

Musiałby ulec Yasmin i oŜenić się z nią, gdy tylko będzie wolna. 

Mógł  odmówić,  bo  z  punktu  widzenia  prawa  dziecko  było  jej 

męŜa. Ale markiz wiedział, Ŝe takie postępowanie byłoby niegodne 

dŜentelmena.  Byłoby  mu  po  prostu  wstyd,  a  niewątpliwie  czło-

nkowie Klubu u White'a nazwaliby go łobuzem. 

Kobiety  mogły  oszukiwać  i  nikt  ich  nie  potępiał.  W 

rzeczywistości  istniało  dowcipne  powiedzonko:  „Ładna  dama  nie 

musi 

być 

dŜentelmenem". 

Ale 

niepisane 

prawo 

dla 

dŜentelmenów  było  bardzo  surowe  i  kaŜdy  męŜczyzna,  który  je 

łamał, był naraŜony na potępienie i na wykluczenie z towarzystwa. 

DojeŜdŜając do domu  na Park Lane, markiz jasno 

— 16— 

background image

sobie zdawał sprawę, Ŝe jeszcze niejedno go czeka. Jeśli lord Caton 

umrze — a wydawało się to nieuniknione — Yasmin nadal będzie 

uciekać się do róŜnych sztuczek. 

Dzisiejszej nocy  uniknął awantury, bo nie powiedział  Yasmin  o 

swoich  podejrzeniach,  ale  w  przyszłości  trudno  będzie  uniknąć 

scen. 

Markiz wzdrygnął się na samą myśl o tym. To, czego naprawdę 

nie lubił, to łzy i obwinianie przez kobietę, która juŜ go dłuŜej nie 

interesowała. Rozstania zawsze oznaczały płacze w stylu: „Dlaczego 

juŜ mnie nie kochasz?", „Co takiego zrobiłam, Ŝe cię tracę?", „Jak 

moŜesz  być  taki  okrutny?"  Wtedy  myślał,  iŜ  nigdy  nie  będzie 

zdolny  do  zainteresowania  się  jakąkolwiek  kobietą.  A  jednak 

zawsze  juŜ  po  kilku  dniach  spotykał  uroczą  osóbkę,  która 

prowokacyjnie wydymała usta, a w jej oczach pojawiała się zachęta, i 

wtedy czuł, jak go ogarnia ciepło poŜądania, i wiedział, Ŝe wcześniej 

czy później będzie trzymał ją w swych ramionach. 

—  Problem  polega  na  tym,  Ŝe  jesteś  piekielnie  przystojny! 

— powiedział mu kiedyś Harry. 

—  To chyba nie moja wina! — zaśmiał się markiz. 
—  Twój  ojciec  był  jednym  z  najlepiej  prezentujących  się 

męŜczyzn,  jakich  kiedykolwiek  widziałem  —  ciągnął  Harry.  — 

Twoja matka była śliczna! Rozumiem, dlaczego po jej śmierci trudno 

mu było 

17 

background image

znaleźć  kogoś  na  jej  miejsce,  chociaŜ  na  pewno  musiało  być 

mnóstwo kandydatek. 

Markiz  pomyślał  teraz,  Ŝe  była  to  prawda,  i  kiedy  słuŜący 

pomógł mu się rozebrać i połoŜył się do łóŜka, przyłapał  się na 

myśleniu nie o Yasmin, a o swojej matce. 

Była piękna aŜ do dnia swojej śmierci, pomimo białych włosów 

i  pokrytej  bruzdami  twarzy.  Gdy  była  młodą  dziewczyną  jej 

uroda  zapierała  dech  w  piersiach.  Ale  nie  tylko  wygląd  miał 

znaczenie,  myślał  markiz,  lecz  przede  wszystkim  jej  łagodność, 

słodycz  i  miłość.  Co  więcej,  nigdy  nie  wątpił,  Ŝe  jedynym 

męŜczyzną  w  jej  Ŝyciu  był  jego  ojciec.  Matce  nie  przyszłoby  do 

głowy zdradzić męŜa, tak jak nie myślała o locie na księŜyc! 

„Jakim  cudem  mogłem  rozwaŜać  poślubienie  kogoś  takiego 

jak  Yasmin,  Ŝeby  nie  wiem  jak  była  piękna  —  pytał  siebie  — 

potem  zastanawiałbym  się,  ilu  męŜczyzn  siedzących  przy  moim 

stole było jej kochankami lub nimi zostanie". 

Zarazem  wszystkie dziewczęta, jakie spotykał,  a nie było ich 

wiele, wydawały mu się bez ogłady, nieładne i na ogół rozpaczliwie 

nieśmiałe. Defilowały  przed  nim,  kiedy  tylko  ich  ambitne  matki 

znalazły ku temu okazję: na balach, przyjęciach  w rezydencjach 

wiejskich,  których  panie  domu  miały  niezamęŜne  córki,  albo  na 

proszonych  obiadach.  Znalazłszy  się  obok  osiemnastoletniej 

dziewczyny, markiz dokładnie wiedział, dlaczego posadzono ją 

— 18 

background image

koło  niego.  JakŜe  jednak  mógłby  poślubić  pannę,  która,  choćby 

pochodziła  z  wyŜszych  sfer,  zaczęłaby  go  nudzić  śmiertelnie  z 

chwilą włoŜenia jej na palec obrączki ślubnej? 

Znowu  jego  myśli  powróciły  do  Yasmin.  Zanim  zasnął, 

postanowił,  Ŝe  jeśli  tylko  będzie  to  moŜliwe,  nie  zobaczy  jej  juŜ 

nigdy  więcej.  Zapewne  zasypie  go  ona  listami,  ale  to  nic 

niezwykłego.  Pomyślał,  Ŝe  jest  mało  prawdopodobne,  iŜ  po 

śmierci  lorda  Catona  wpadną  na  siebie  na  jakimś  przyjęciu,  po-

niewaŜ przez rok — zgodnie z przykładem danym przez królową—

Yasmin  będzie  musiała  powstrzymać  się  od  wszelkich 

towarzyskich rozrywek. 

Następnego  ranka,  kiedy  o  ósmej  obudzono  markiza,  miał 

wraŜenie, Ŝe po straszliwym koszmarze znowu zajaśniało słońce. 

W pogodnym  nastroju zszedł na dół na śniadanie. Ale  jak  gdyby 

duch  Yasmin  nie  dawał  mu  spokoju,  nagle  zapragnął  wyjechać  na 

wieś.  Miał  zjeść  obiad  z  księciem  Walii,  a  wieczorem  był 

zaproszony  na  kolację  i  bal,  na  którym  spotkałby  swoich  przy-

jaciół  i  wiele  piękności,  które  obecnie  urzekały  kręgi 

towarzyskie. 

Miał 

jednakŜe 

uczucie, 

Ŝe 

kaŜda 

kobieta 

przypominałaby  mu  Yasmin  i  budziła  podejrzenie,  Ŝe  poza 

pozornym pięknem kryją się kłamstwa i podstęp. 

— Jadę na wieś — zdecydował markiz. 

— 19— 

background image

Wstał  od  stolika,  przy  którym  jadł  śniadanie,  i  poszedł  do 

gabinetu.  Był  to  przyjemny  pokój  z  widokiem  na  mały  ogród 

znajdujący  się  na  tyłach  domu.  Za  chwilę  sekretarz  miał  mu  tu 

przynieść korespondencję. 

Pan  Barrett  był  starszym  człowiekiem,  który  pracował  z 

ojcem  markiza  przez  ostatnie  lata  jego  Ŝycia  i  dzięki  temu,  Ŝe 

pozostał w tym domu, majątek był nadal świetnie zarządzany. 

Markiz  usiadł  przy  biurku  pamiętającym  jeszcze czasy króla 

Jerzego. Chwilę potem do pokoju wszedł pan Barrett. 

—  Dzień 

dobry, 

milordzie! 

— 

powiedział 

sza 

cunkiem. 

— 

Obawiam 

się, 

Ŝe 

mam 

trochę 

więcej 

listów niŜ zwykle. 

Mówiąc  to,  połoŜył  przed  nim  dwa  stosy  kopert.  Jedne  były 

prywatną korespondencją i markiz wiedział, Ŝe pan Barrett nigdy 

by  ich  nie  otworzył.  W  drugiej  większej  kupce  znajdowały  się 

zaproszenia i apele od instytucji dobroczynnych, których z roku na 

rok było coraz więcej. 

—  Czy jest coś waŜnego, Barrett? — zapytał markiz. 
—  Nie  więcej  niŜ zwykle,  milordzie, z  wyjątkiem księdza, 

który czeka na spotkanie z panem. 

—  Ksiądz?  —  zapytał  markiz.  —  Zapewne  prosi  o  datek! 

Chyba moŜesz się nim zająć? 

—  Przybył, milordzie, w sprawie panny Zii Langley. 

20 

background image

Markiz  patrzył  na  sekretarza  i  przez  chwilę  nie  mógł 

przypomnieć sobie, skąd zna to nazwisko. 

—  Czy  masz  na  myśli  córkę  pułkownika  Langleya?  — 

zapytał po chwili. 

—  Tak,  milordzie.  Pamięta  pan,  Ŝe  jest  ona  podopieczną 

waszej lordowskiej mości? 

—  Jezus  Maria!  —  wykrzyknął  markiz.  —  Zupełnie  o  niej 

zapomniałem!  Rzeczywiście,  ta  dziewczyna  była  wychowywana 

przez swoją krewną. 

—  Tak jest, milordzie. Ma pan świetną pamięć — z podziwem 

powiedział pan Barrett. — Kiedy pułkownik Langley zginął, jego 

bratowa,  lady  Langley,  postanowiła,  Ŝe  młoda  panienka 

zamieszka z nią. Miała zająć się jej nauką. 

—  I  co  się  dalej  stało?  Dlaczego  dotyczy  mnie  ta  sprawa? 

— zapytał markiz. 

—  Sądzę,  Ŝe  wasza  lordowska  mość  musiał  zapomnieć, 

chociaŜ  poinformowałem  pana  pół  roku  temu,  Ŝe  lady  Langley 

zmarła. 

Markiz  nie  przypominał  sobie  tego,  ale  nie  przerwał 

sekretarzowi i pan Barrett kontynuował: 

—  Wiadomość 

tym 

pojawiła 

się 

gazetach, 

poniewaŜ 

lady 

Langley 

pozostawiła 

bratanicy 

swo 

jego męŜa całkiem pokaźną fortunę. 

Markiz pomyślał, Ŝe w takim razie nikt nie będzie oczekiwał od 

niego, by utrzymywał podopieczną, której nigdy nie widział. 

— 21 — 

background image

w  przeszłości,  gdy  odbywał  słuŜbę  w  kawalerii  królewskiej, 

pułkownik  Terence  Langley  był  jego  dowódcą.  Ten  czarujący 

męŜczyzna  i  świetny  jeździec  od  samego  początku  okazywał 

przyjaźń  markizowi.  Obydwaj  zafascynowani  końmi,  poza  obo-

wiązkami w pułku spędzali razem sporo czasu. 

Pułkownik 

Langley 

przyjechał 

kiedyś 

do 

zamku 

Okehamptonów,  a  markiz  odwiedził  swego  przełoŜonego  w  jego 

wiejskiej  posiadłości,  gdzie  pułkownik  zwykle  urządzał 

steeplechase,  czyli  biegi  konne  na  przełaj  z  przeszkodami  lub 

wyścigi konne w terenie zwane point-to-point. 

Markiz przypomniał sobie o jednym wyścigu, który posiadał 

szczególnie  niebezpieczną  trasę.  Zanim  jeźdźcy  wyruszyli, 

pułkownik powiedział: 

—  Proponuję, 

Ŝeby 

wszyscy 

młodzi 

męŜczyźni, 

którzy 

mają 

jakiś 

majątek, 

spisali 

na 

wszelki 

wypa 

dek ostatnią wolę. 

Taka  rada  naleŜała  do  tradycji,  więc  wszyscy  się  roześmieli. 

Niektórzy  spisali  zabawne  testamenty,  które  przeczytali  na  głos. 

Kiedy skończyli, ktoś zapytał pułkownika nieco zuchwale: 

—  A pan, sir? Nie spisał pan swojej woli? 
—  Nie — przyznał pułkownik. 
—  A  więc  dalej!  —  ktoś  krzyknął.  —  Nie  moŜe  pan  dawać 

rozkazów, a sam ich lekcewaŜyć! 

Wszyscy sporo wypili, Langley był w dobrym humorze, spisał 

więc  testament,  w  którym  rozdzielił  swój  majątek.  Jak  markiz 

przypomniał sobie 

22 — 

background image

później,  dom  pozostawił  Ŝonie,  konie  —bratu,  kucyki  do  gry  w 

polo —jednemu z oficerów z pułku, a świnie i krowy — róŜnym 

znajomym. Kiedy skończył, markiz zagadnął: 

—  A co z pańską córką? Nigdy jej nie widzieliśmy, czy ona 

naprawdę istnieje? 

—  Nie  pozwolę,  Ŝebyście  zawrócili  jej  w  głowie!  — 

odpowiedział pułkownik. — Ale jeśli juŜ o niej mowa, zostawiam 

ją  tobie,  Rayburnie!  Jesteś  najbogatszy  z  całej  tej  gromady  i 

przynajmniej,  kiedy mnie zabraknie, urządzisz jej bal, na którym 

zostanie Królową Sezonu. 

Wszystkich ubawił ten pomysł. Ale markiz, który wtedy jeszcze 

nie  odziedziczył  tytułu,  odpowiedział, Ŝe jeśli pułkownik  umrze 

tego dnia, to bal pokaŜe jej na przedstawieniu w teatrze, bo na pra-

wdziwy go nie będzie stać. 

Wszyscy  śmieli  się  z  Ŝartu,  wsiadając  na  konie  przygotowane 

dosteeplechase, w którym, na szczęście, nikt nie zginął. 

Dokładnie trzy lata później pułkownik  Langley poniósł śmierć 

w  fatalnym  wypadku  podczas  jazdy  powozem.  Po  jego  śmierci 

okazało się, Ŝe nigdy nie spisał drugiego testamentu. Pozostawił 

tylko  ten,  który  sporządził  owego  dnia  przed  zawodami.  śona 

zginęła  razem  z  nim  i  markiz,  posiadając  juŜ  tytuł,  został 

pełnoprawnym  opiekunem  córki  pułkownika.  W  dniu  pogrzebu 

Langleya  i  jego  Ŝony  przebywał  za  granicą,  ale  pan  Barrett  nie 

omieszkał 

— 23 — 

background image

posłać  wieńca  z  odpowiednim  pismem.  Czekał  na  powrót 

markiza, by powiedzieć mu, co się stało. 

—  Dobry  BoŜe!  —  wykrzyknął  wtedy  markiz.  —  Co  ja 

teraz zrobię z tą dziewczynką? A właściwie, ile ona ma lat? 

—  Piętnaście,  milordzie,  i  nie  musi  się  pan  o  nią  martwić. 

Podczas  pańskiej  nieobecności  skontaktowałem  się  z  jej  ciotką, 

lady Langley, bratową pułkownika. Zgodziła się, Ŝeby panna Zia 

z nią zamieszkała. Zajmie się jej wykształceniem. 

Markiz odetchnął z ulgą. 

—  Dziękuję, Barrett. Wiedziałem, Ŝe mogę polegać na tobie! 
—  Lady  Langley  jest  bardzo  zamoŜna,  milordzie,  więc 

chociaŜ pułkownik nie zostawił swojej córce zbyt duŜo pieniędzy, 

to na niczym nie będzie jej zbywało. 

I  to  było  wszystko  —  po  tej  rozmowie  markiz  nigdy  więcej 

nie myślał o swojej podopiecznej. 

Teraz zapytał: 

—  Dlaczego ten ksiądz chce się ze mną widzieć? 
—  Przyniósł list od panny Zii Langley — odpowiedział pan 

Barrett i połoŜył list na biurku przed markizem. 

Ton 

głosu 

sekretarza 

wydał 

się 

markizowi 

trochę 

zastanawiający. 

__ 24 — 

background image

—-  Zakładam,  Ŝe  juŜ  znaszjego  treść.  O  co  właściwie 

chodzi? 

—  Panna  Langley  prosi  o  pańskie  pozwolenie,  by  mogła 

zostać zakonnicą! 

—  Zakonnicą?! — wykrzyknął markiz i otworzył kopertę. 

Drogi Opiekunie! 

Pragnęłabym  wstąpić  do  Klasztoru  Korony  Cierniowej. 

Powiedziano mi, Ŝe konieczne jest pańskie pozwolenie. 

Byłabym bardzo wdzięczna, gdyby Pan łaskawie się zgodził, 

poniewaŜ tylko tam będę mogła poświęcić się Bogu. 

Pozostaję z szacunkiem, Zia 

Langley. 

Markiz przeczytał list. 

—  To  doprawdy  zadziwiające!  Ile  teraz  ma  lat  ta 

dziewczyna? 

—  Ksiądz mówi, Ŝe osiemnaście. 
—  I mówisz, Ŝe odziedziczyła ogromną fortunę po swojej 

ciotce? 

—  Tak, milordzie! 
Markiz, spojrzawszy na list, powiedział: 

—  Sądzę, Ŝe lepiej będzie, jeśli porozmawiam z księdzem. 
—  Przypuszczałem,  Ŝe  jego  lordowska  mość  tak 

zadecyduje — odparł pan Barrett. 

— 25 — 

background image

—  Jakie 

zrobił 

na 

tobie 

wraŜenie? 

— 

zapytał 

markiz. 

Barrett zawahał się. 

—  Chyba  nie  jest  to  szczególnie  święty  człowiek. 

Oczywiście, moŜe pan mieć inne zdanie. 

—  Czy  oprócz  tego,  co  ci  mówi  twój  instynkt,  masz  jakiś 

powód, by tak sądzić? — zapytał markiz. 

—  Przybył  tu  z  samego  rana,  zanim  zszedłem  na  dół  — 

odpowiedział pan Barrett — i kiedy słuŜący zaproponował mu kawę, 

on  poprosił  o  brandy!  Wyjaśnił,  Ŝe  ma  za  sobą  długą  podróŜ  z 

Kornwalii, ale mimo wszystko to dziwne Ŝyczenie jak na księdza. 

—  Zgadzam się z tobą—powiedział krótko markiz. — Przyślij 

go tutaj! 

Wiedział, Ŝe Barrett zawsze bardzo trafnie ocenia ludzi i rzadko 

się myli. 

Po chwili lokaj otworzył drzwi i zaanonsował gościa. 

—  Ojciec Proteus, milordzie! 

Do pokoju wszedł męŜczyzna w sutannie. Wyglądał na ponad 

czterdzieści  lat,  a  na  skroniach  miał  pasemka  siwych  włosów.  Był 

dość wysoki, dobrze zbudowany i z pewnością, pomyślał markiz, 

nie  wyglądał  na  kogoś,  kto  by  odmawiał  sobie  ziemskich 

rozkoszy. Na jego piersi widniał wielki ozdobny krzyŜ. Rozmyślnie, 

powoli i z godnością przeszedł przez pokój do biurka, za którym 

siedział markiz. 

— 26 

background image

Markiz wyciągnął do niego rękę ze słowami powitania. 

—  Dzień dobry, ojcze. Zdaje mi się, Ŝe chciał się ojciec ze 

mną widzieć. 

—  Niech  cię  Bóg  błogosławi,  mój  synu  —  odpowiedział 

ksiądz  i  usiadł  naprzeciwko  markiza  na  krześle,  które  ten  mu 

wskazał.  —  To  wielka  przyjemność  móc  z  panem  rozmawiać, 

wasza  lordowska  mość.  Słyszałem  o  pańskich  sukcesach  na 

wyścigach konnych. Tyle wygranych gonitw! 

—  Czy ksiądz interesuje się wyścigami? 
—  W  bardzo  ograniczony  sposób  staram  się  wiedzieć,  co 

się  dzieje  na  świecie  poza  murami  klasztoru.  Zia  Langley 

opowiadała mi, jakim to doskonałym kawalerzystą był jej ojciec. 

—  W  rzeczy  samej  —  zgodził  się  markiz.  —To  smutne,  Ŝe 

zginął w tak jeszcze młodym wieku. 

—  Rzeczywiście  smutne  —  powiedział  ksiądz  —  ale 

niewątpliwie  jest  w  Niebie  i  teraz  pragnie  jedynie,  by  ktoś 

zatroszczył się o jego córkę i ją ochronił. 

—  Ochronił przed czym? — zapytał wprost markiz. 
—  Przed  podstępami  i  niegodziwościami  tego  ponurego 

świata  —  odrzekł  ksiądz.  —  Szczerze  mówiąc,  milordzie,  Zia 

pragnie  wstąpić  do  klasztoru.  Mogę  obiecać  panu,  Ŝe 

zatroszczymy się tam o nią i zapewnimy jej szczęście, dopóki nie 

połączy się ze swoim ojcem w Niebie. 

— 27 

background image

—  I  do  tego  potrzebna  jest  moja  zgoda?  —  za 

pytał markiz. 

Wydało  mu  się,  Ŝe  nastąpiła  lekka  zmiana  tonu  w  głosie 

księdza, który powiedział: 

—  Gdyby 

wasza 

lordowska 

mość 

raczył 

pod 

pisać 

te 

dokumenty, 

więcej 

nie 

kłopotałbym 

juŜ 

pana. 

Mówiąc  to,  ksiądz  połoŜył  na  stole  dwa  dokumenty.  Jeden 

zezwalał  Zii  Langley  na  wstąpienie  do  klasztoru  za  zgodą 

markiza jako jej opiekuna. A drugi polecał bankowi przekazanie 

pieniędzy, jakie były tam złoŜone na nazwisko Zii, Klasztorowi 

Korony Cierniowej. 

Markiz  przyglądał  się  drugiemu  dokumentowi.  Po  chwili 

zapytał: 

—  Czy przekazanie pieniędzy jest konieczne? 
—  Ci,  którzy  poświęcają  się  Bogu,  rezygnują  ze  swojego 

osobistego dobytku — odpowiedział ksiądz. 

—  Zdaje mi się, Ŝe jeśli chodzi o pannę Langley, to będzie dość 

pokaźna suma! — zauwaŜył markiz. 

—  Kiedy kobieta pragnie wstąpić do klasztoru, nie ma dla nas 

znaczenia,  czy  ma  duŜo,  czy  mało  pieniędzy  —  pompatycznie 

powiedział ksiądz. — Wszystko przeznaczamy na pomoc biednym 

i  potrzebującym,  a  jak  wasza  lordowska  mość  wie,  w 

dzisiejszych czasach jest ich niemało. 

—  Czy ci biedni i potrzebujący, których  wspieracie, znajdują 

się w Kornwalii? — zapytał markiz. 

— 28 — 

background image

Miał  uczucie,  Ŝe  to  pytanie  nieco  zdziwiło  księdza,  który 

jednak odpowiedział: 

—  Naturalnie,  Ŝe  wielu  jest  w  zasięgu  naszej  jurysdykcji, 

ale wspieramy równieŜ pracę naszych braci i sióstr w Londynie i w 

innych  wielkich  miastach,  gdzie  ludzie  cierpią,  a  często  nawet 

głodują! 

—  Sądzę,  Ŝe  powinienem  zadać  wcześniej  to  pytanie  — 

powiedział  markiz  —  ale  wnoszę,  Ŝe  klasztor  księdza  jest 

rzymskokatolicki,  podczas  gdy  pułkownik  Langley,  a  wiem  to  na 

pewno, był protestantem! 

—  Prowadzimy  przyklasztorną  szkołę  dla  uczniów,  którzy 

przychodzą  do  nas  na  naukę  nie  tylko  Pisma  Świętego,  ale 

równieŜ  innych  przedmiotów  —powiedział  ksiądz  i  zrobiwszy 

pauzę, kontynuował: — Przekonałem lady  Langley, Ŝeby posłała 

Zię  do  nas,  poniewaŜ  mamy  najlepszych  nauczycieli  muzyki  i 

malarstwa,  a  tymi  przedmiotami  panna  Langley  bardzo  się 

interesuje. Z początku przychodziła do nas na lekcje i nie mieszkała 

w internacie. — Ksiądz dramatycznie obniŜył głos: — Kiedy jej 

lordowska  mość odeszła do Boga, Zia dobrowolnie  wstąpiła  do 

klasztoru jako pensjonariuszka i od tego czasu jest tak szczęśliwa, 

Ŝe jej Ŝyczeniem jest nigdy nas nie opuścić. 

—  To brzmi tak bardzo interesująco — powiedział markiz — 

Ŝe  chciałbym  zobaczyć  tę  szkołę,  a  takŜe  poznać  moją 

podopieczną. 

— 29— 

background image

Obserwując  księdza,  markiz  zauwaŜył,  Ŝe  męŜczyzna 

zesztywniał. 

—  To  jest  całkiem  zbyteczne,  milordzie.  Poza  tym,  nie 

chciałbym  naduŜywać  Ŝyczliwości  waszej  lordowskiej  mości  i 

naraŜać  na  trudy  tak  długiej  podróŜy.  —  Tu  ksiądz  przerwał  na 

chwilę, po czym powiedział: — Zgodnie z tym, co pisze Zia w swo-

im liście, pragnie ona  natychmiast złoŜyć  śluby zakonne. W  ciągu 

tygodnia zorganizujemy specjalne naboŜeństwo, podczas którego 

będzie mogła to zrobić. — Pochylił się do przodu i powiedział z na-

ciskiem:  —  Wasza  lordowska  mość  musi  jedynie  podpisać  te 

dokumenty i nie będę juŜ więcej robił panu kłopotu. 

—  To naprawdę Ŝaden kłopot — beztrosko odrzekł markiz. — 

I  tak  zamierzałem  wyjechać  z  Londynu,  więc  zamiast  pojechać  do 

mojego  zamku,  tak  jak  planowałem,  pojadę  do  Kornwalii.  Z 

adresu  wynika,  Ŝe  klasztor  księdza  jest  niedaleko  Flamouth.  — 

Ksiądz milczał, a markiz mówił dalej: — Popłynę moim jachtem, 

więc  będę  mógł  odwiedzić  księdza  pojutrze.  Powiedzmy  o 

godzinie dwunastej? 

—  To  wszystko  jest  całkiem  niepotrzebne,  milordzie!  —- 

zaprotestował  ksiądz.  —  Jestem  pewien,  Ŝe  taka  długa  podróŜ 

okaŜe  się  dla  waszej  lordowskiej  mości  bardzo  męcząca.  I  to 

tylko po to, by spotkać się z dziewczyną, która w tym czasie bę-

dzie odmawiała pacierze. 

30 — 

background image

—  W 

takim 

wypadku 

poczekam, 

aŜ 

skończy! 

— 

odpowiedział markiz. 

Mówiąc  to,  podniósł  się  z  krzesła.  Ksiądz  równieŜ,  choć 

bardzo niechętnie, wstał. 

—  Jestem 

pewien 

— 

wesoło 

powiedział 

mar 

kiz  —  Ŝe  chętnie  zjadłby  ksiądz  coś  przed  podróŜą. 

MoŜe 

lekki 

posiłek? 

Wiem, 

jak 

trudno 

jest 

dostać 

dobre jedzenie w pociągach. 

Markiz wyciągnął rękę na poŜegnanie. Ksiądz zawahał się, a 

potem,  ociągając  się, jakby  robił  to  z przymusem,  uścisnął  dłoń 

markiza. 

—  Szkoda, Ŝe nie mogę przekonać waszej lordowskiej mości, by 

nie tracił swego czasu — powiedział. 

—  Nie sądzę, Ŝe to będzie strata czasu — odrzekł markiz. — 

Rozumie  ksiądz,  iŜ  nie  chciałbym  zaniedbać  obowiązków,  jakie 

mam wobec córki pułkownika. 

Księdzu  nie  pozostało  nic  innego,  jak  ruszyć  w  kierunku 

drzwi. Gdy markiz zadzwonił, lokaj je otworzył. 

—  Do 

widzenia, 

ojcze! 

Zobaczymy 

się 

czwar 

tek — powiedział markiz. 

Jeśli ksiądz odmruknął coś w odpowiedzi, to trudno było to 

usłyszeć. Kilka minut później pan Barrett, wiedząc, Ŝe markiz go 

oczekuje, wrócił do pokoju. 

—  Miałeś całko witą rację, Barrett —powiedział 

— 31 

background image

Okehampton. — Z tym księdzem coś jest nie w porządku. 

Mówiąc to, wręczył sekretarzowi dwa dokumenty, które dał mu 

ksiądz. Barrett przeczytał je i powiedział: 

—  Sądzę,  milordzie,  Ŝe  powinienem  skontaktować  się  z 

dyrektorem tego banku i dowiedzieć się, jaka dokładnie suma jest 

tam zdeponowana na nazwisko panny Langley. 

—  Spodziewałem  się,  Ŝe  to  zasugerujesz  —  powiedział 

markiz.  —  Nie  podoba  mi  się  ta  cała  historia.  Dowiedz  się,  do 

kogo  oficjalnie  naleŜy  Klasztor  Korony  Cierniowej.  —-  Markiz 

zamilkł na moment, po czym dodał: — Wątpię, Ŝeby arcybiskup 

Canterbury*  lub  kardynał  londyńskiej  katedry  Westminster  mieli 

jakieś związki z tym klasztorem. 

—  Dowiem się wszystkiego, czego będę mógł — przyrzekł pan 

Barrett. — W rzeczywistości, milordzie, słyszałem nieco dziwne 

opowieści o tym szczególnym miejscu. 

—  Tak?  —  zapytał  markiz.  —Nie  wspomniałeś  o  tym 

wcześniej. 

—  Nie  chciałem  nieprzychylnie  pana  nastawiać,  milordzie, 

przed spotkaniem z księdzem — usprawiedliwił  się  pan  Barrett. 

— Poza tym, nie mam 

*  Canterbury—  miasto  w  południowo-wschodniej  Anglii, 

słynne  ze  swojej  katedry.  Arcybiskup  Canterbury  jest  głową 
kościoła anglikańskiego. (Przyp. tłum.) 

32 

background image

nic  specjalnego  do  opowiadania  oprócz  tego,  Ŝe  jeden  z  moich 

krewnych mieszka w wiosce niedaleko klasztoru. 

—  I co mówi o klasztorze? 
—  Widziałem  się  z  nim  mniej  więcej  rok  temu. 

Przypadkowo dowiedziałem się, Ŝe pułkownik Langley kupował u 

niego konie dla pułku. 

—  I co dalej? — markiz ponaglił sekretarza. 
—  Mój  krewny  poznał  córkę  pułkownika  Zię,  a  takŜe  jej 

ciotkę  lady  Langley.  To  ona  posłała  dziewczynę  na  naukę  do 

klasztoru. 

—  To właśnie powiedział mi ksiądz — stwierdził markiz. 
—  Według  mojego  krewnego  to  dziwna  instytucja.  Jest  tam 

kilka  zakonnic,  z  których  większość  przebywa  tam  od  dłuŜszego 

czasu,  oraz  szkoła.  —  Markiz  słuchał  z  przejęciem  opowiadania 

Barretta,  który  kontynuował:  —  Udało  im  się  zebrać  sporo 

doświadczonych  nauczycieli  mieszkających  w  Kornwalii  —  pan 

Barrett  zrobił  pauzę.  —  To  oczywiście  spowodowało, 

milordzie,  Ŝe  wiele  rodzin  z  całego  hrabstwa  zaczęło  posyłać 

swoje  córki  na  specjalne  lekcje, szczególnie lekcje  muzyki  i  ma-

larstwa. KsięŜa, którzy prowadzą klasztor, a jest ich tam sporo, nie 

są akceptowani przez lokalny kler. Podobno spora ilość alkoholu 

przedostaje  się  za  bramy  klasztoru.  —  Oczy  pana  Barretta 

błyszczały,  gdy  dodawał:  —  Z  tego,  co  mówi  mój  krewny, 

wynika, Ŝe w klasztorze zawsze mają dość pie- 

— Wyjątkowa        
mitość 

— 33 — 

background image

niędzy,  by  zapłacić  farmerom  za  najlepsze  młode  jagnięta, 

kurczaki,  jajka  i  śmietanę.  Miejscowi  uwaŜają  to  za  dziwne 

poŜywienie  jak  dla  ludzi,  którzy  twierdzą,  Ŝe  przez  większość 

czasu poszczą! 

—  Rzeczywiście 

dziwne 

— 

zaśmiał 

się 

mar 

kiz — i dlatego jadę do Kornwalii! 

Pan Barrett popatrzył na niego zdumiony. 

—  Czy naprawdę pan tam jedzie, milordzie? 
—  Oczywiście! Powiadom kapitana „JednoroŜca", Ŝe dziś po 

południu wsiadam na jacht. Poinformowałem mojego gościa, Ŝe 

pojutrze będę w klasztorze. 

Pan Barrett roześmiał się. 

—  Pan  zawsze  robi  rzeczy  nieoczekiwane,  milordzie.  Pański 

ojciec darzył ogromnym szacunkiem pułkownika Langleya. 

—  Tak  jak  ja!  —  odpowiedział  markiz  i  zaczął  przeglądać 

listy. 

Gdy pan Barrett siadał na krześle przy biurku, na jego ustach 

pojawił się uśmiech, otworzył notatnik i był gotowy do zanotowania 

poleceń markiza. 

background image

Rozdział 2 

Natychmiast  po  obiedzie  Okehampton  wsiadł  na  jacht.  Przed 

wyjściem  z  domu  napisał  do  księcia  Walii i do pani domu, gdzie 

miało się odbyć wieczorne przyjęcie, listy usprawiedliwiające jego 

nieobecność  na  nim  oraz  do  kilku  innych  osób,  z  którymi  miał 

umówione spotkania. 

Nie  był  właściwie  pewien,  co  zamierza  robić  po  powrocie  z 

Kornwalii, ale był zdecydowany nie kontaktować się z Yasmin. 

Nie  miał  równieŜ  zamiaru,  w  razie  śmierci  lorda  Catona, 

uczestniczyć  w  jego  pogrzebie.  Zdawał  sobie  sprawę,  Ŝe  nie-

uchronnie  pojawią  się  komentarze  dotyczące  jego  zachowania,  i 

zastanawiał  się,  dokąd  pojechać,  by  uciec  przed  tym  wszystkim. 

Jednak  najpierw  chciał  koniecznie  dowiedzieć  się  czegoś  o 

Klasztorze Korony Cierniowej. 

Przypomniał sobie, Ŝe słyszał w przeszłości o ko- 

— 35 — 

background image

bietach, które były mile widziane w klasztorach, pod warunkiem 

Ŝe  miały  pieniądze,  by  wesprzeć  zakon.  Jednocześnie  takie 

sytuacje  zdarzały  się  przewaŜnie  wśród  katolików,  którzy  od 

dzieciństwa  uczyli  się  w  szkołach  przyklasztornych.  Swoje  Ŝycie 

Bogu poświęcały teŜ kobiety, które przeŜyły nieszczęśliwy romans 

i  czuły,  Ŝe  Ŝaden  inny  męŜczyzna  nigdy  nie  zajmie  miejsca  tego, 

którego straciły. Przynajmniej, pomyślał markiz, gdy „JednoroŜec" 

wypływał z portu w Folkestone, cała ta sprawa jest czymś nowym 

dla niego i pomoŜe mu zapomnieć o Yasmin. 

Dzień  był  ciepły  i  słoneczny,  a  morze  stosunkowo  spokojne, 

więc  markiz  był  zadowolony,  Ŝe  jest  na  swoim  jachcie.  Od 

dłuŜszego czasu nie pływał na nim, ale zawsze nalegał, by statek 

był gotowy do wypłynięcia w kaŜdej chwili. W rzeczywistości był 

to  najlepszy  sposób,  by  utrzymać  załogę  w  gotowości.  Teraz 

markiz  docenił  korzyści  płynące  z  takiego  polecenia. Jacht  był 

świetnie  utrzymany  i  kapitan  z  radością  powitał  markiza  na 

pokładzie. 

—  Mamy nadzieję, Ŝe jaśnie pan przychodzi, by wypróbować 

nowy silnik — powiedział. 

—  Jeszcze  nie  miałem  okazji,  by  to  zrobić  —  odrzekł 

markiz  —  ale  chciałbym  być  w  Falmouth  jutro  w  nocy  albo 

przynajmniej w czwartek rano. 

—  Nie  ma  w  tym  nic  trudnego,  jaśnie  panie  —  powiedział 

kapitan i zaczął demonstrować markizowi, z jakąszybkością moŜe 

płynąć „JednoroŜec". 

36 

background image

Większość  popołudnia  markiz  spędził  na  mostku  kapitańskim  i 

poniekąd  Ŝałował,  Ŝe  nie  zaprosił  na  statek  Harry'ego.  Ale  potem 

pomyślał,  Ŝe  nie  chce,  by  ktokolwiek  w  Londynie  wiedział, 

dlaczego wyjechał tak pośpiesznie. Wieść, Ŝe odwiedza zakonnicę, 

stałaby się okazją do róŜnych plotek. 

Markiz  zostawił  wiadomość  dla  Harry'ego,  tłumacząc  się,  Ŝe 

musi zobaczyć się z córką pułkownika Langley'a, która jest jego 

podopieczną. 

„Nie  będzie  mnie  przez  dwa  lub  trzy  dni  —  napisał—  ale 

dziewczyna  odziedziczyła  fortunę  i  jestem  zobowiązany  do 

uporządkowania jej spraw". 

Polecił  Harry'emu,  by  w  dalszym  ciągu  szykował  przyjęcie  na 

zamku  Okehamptonów,  które  miało  się  odbyć  w  następny 

weekend. Wiedział,  Ŝe Harry będzie ciekaw, co  go skłoniło do  tak 

nagłego  wyjazdu.  Postanowił,  Ŝe  dopiero  po  powrocie  powie 

przyjacielowi  prawdę  i  kaŜe  mu  przysiąc,  Ŝe  dotrzyma 

tajemnicy. 

Opuszczając  wybrzeŜe,  markiz  zdawał  sobie  sprawę,  Ŝe 

ucieka  z  pułapki,  którą  zastawiła  na  niego  Yasmin.  Jeśli  w 

dalszym  ciągu  będzie  twierdziła,  Ŝe  oczekuje  jego  dziecka,  i  ze 

swojej tajemnicy zwierzy się kilku swoim przyjaciołom, to będzie 

mu  niewątpliwie  bardzo  trudno  udowodnić,  Ŝe  to  nieprawda.  Gdy 

teraz  zastanawiał  się  nad  tym,  uświadomił  sobie,  czego  przedtem 

nie dostrzegał, iŜ Yasmin posiada Ŝelazną wolę, jeśli chce postawić 

na swoim. 

— 37— 

.    ' 

background image

Z  pewnością  w  delikatny  sposób  posłuŜyła  się  nim.  I  w 

dodatku  tak  postępowała,  Ŝeby  myślał,  iŜ  to  on  zabiega  o  jej 

względy.  JednakŜe  analizując  róŜne  sytuacje,  markiz  zdał  sobie 

sprawę, Ŝe to Yasmin zawsze ustalała ich spotkania i planowała na-

stępne, zanim wyszedł od niej. Nigdy mu to nie przeszkadzało, 

bo  sam  pragnął  się  z  nią  kochać,  a  jej  uroda  doprowadzała  go 

do szaleństwa. 

Teraz  markiz  pomyślał  —  w  rzeczywistości  myślał  tak  często 

juŜ  dawniej  —  Ŝe  woli  być  myśliwym  niŜ  zwierzyną. 

ZwaŜywszy  na  silną  osobowość,  jaką  posiadał,  wydawało  się  to 

raczej dziwne, Ŝe  kobiety  dostawały  go  w  swoje  szpony,  niemal 

zanim poznał ich imiona. Był jednak na tyle szczery, by przyznać, Ŝe 

miał słabość — co było w sprzeczności z resztą jego charakteru— 

do  pięknych  kobiet,  które  zawsze  mogły  okręcić  go  sobie  wokół 

małego palca. 

— Niech będę przeklęty, jeśli  pozwolę, by coś takiego mi się 

jeszcze raz  przydarzyło! — przysiągł sobie markiz. 

Ale  musiał przyznać, Ŝe  kobiety odgrywały tak  waŜną  rolę  w 

jego Ŝyciu, jak jego konie. 

Po spoŜyciu wybornej kolacji przygotowanej przez jednego ze swoich 

kucharzy, markiz udał się do kajuty i zasnął w spokoju. 

Jacht był urządzony z ogromnym staraniem. Pa- 

38— 

background image

miętając niewygodne legowiska na róŜnych jachtach lub w domach u 

przyjaciół,  markiz  zatroszczył  się  o  wybranie  takich  materacy,  na 

których, jak mówili przyjaciele, miało się podczas snu wraŜenie, 

Ŝe „człowiek się unosi na chmurze". 

Tej nocy morze było wzburzone, a spowodował to wiatr, który 

zaczął  wiać  o  świcie;  jednak  kiedy  obudził  się  chwilę  po 

wschodzie słońca, morze uspokoiło się i lekkie falowanie nie było 

w  Ŝadnym  wypadku  nieprzyjemne.  WybrzeŜe  Kornwalii  do-

strzeŜono  późnym  popołudniem  i  przed  zmierzchem  istotnie 

jacht wpłynął do portu w Falmouth. 

Markiz  złoŜył  kapitanowi  gratulacje  za  udany  rejs,  zjadł 

wyśmienitą kolację i wcześnie połoŜył się spać. Rano posłał na 

ląd Wintona, zastępcę kapitana, bardzo bystrego człowieka, który 

słuŜył  we  flocie  królewskiej,  by  wynajął  najbardziej  nowoczesną 

bryczkę i najlepsze konie. 

Jeszcze  nie  zasiadł  do  śniadania,  a  juŜ  powiadomiono go, Ŝe 

chociaŜ  bryczka  jest  nieco  stara,  to  jednak  dobrze  zawieszona  na 

resorach, a konie młode i rasowe. 

—  Bardzo  dobrze!  —  pochwalił  markiz  zastępcę  kapitana. 

— Słyszałem, Wintonie, Ŝe dobrze strzelasz. 

—  Strzelałem,  kiedy  słuŜyłem  we  flocie,  jaśnie  panie  — 

odpowiedział  Winton  —  ale  od  kilku  lat  nie  miałem  w  ręku  ani 

karabinu, ani pistoletu. 

—  Sądzę, Ŝe jest to umiejętność, której tak łatwo 

— 39 — 

background image

się nie zapomina — powiedział markiz. — Chcę, Ŝebyś pojechał 

dziś ze mną i wziął ze sobą pistolet. 

Mówiąc to, markiz podniósł się zza stołu i podszedł do szuflady 

w meblu zamontowanym w ścianie kajuty. 

LeŜały tam trzy pistolety. Markiz wyjął jeden i wręczył go 

Wintonowi. 

—  W drodze wyjaśnię ci, dlaczego moŜe on być potrzebny—- 

powiedział. — Wyruszamy o jedenastej. 

—  Tak jest, jaśnie panie. 
Markizowi  podobało  się,  Ŝe  wykonuje  jego  polecenia  bez 

zadawania zbędnych pytań. Wiedział, Ŝe o Wintonie mówiono, iŜ 

doskonale posługuje się bronią. Kiedyś zastępca kapitana chwalił 

się, Ŝe strzelając z pistoletu jest w stanie trafić w środek karty do 

gry rzuconej w powietrze. 

OdjeŜdŜając z nadbrzeŜa, Okehampton stwierdził, Ŝe konie są 

dokładnie takie, jak je opisał Wi-nton — młode i rasowe. Dlatego 

teŜ siedział w bryczce i rozkoszował się drogą do klasztoru odda-

lonego  od  portu  w  Falmouth,  jak  powiedział  mu  pan  Barrett, 

około pięciu mil w głąb lądu. 

Okolica była bardzo piękna. ChociaŜ markiz nigdy przedtem nie 

był  w  Kornwalii,  rozumiał  teraz,  dlaczego  Kornwalijczycy  tak 

wychwalają  swoje  hrabstwo.  Przypomniał  sobie  dwóch 

znajomych,  którzy  mieli  tu  swoje  posiadłości  i  byli  do  nich 

ogromnie przywiązani. Przypomniał sobie teŜ, Ŝe 

— 40 

background image

Winton  czeka  na  wyjaśnienia,  więc  powiedział,  starannie 

dobierając słowa: 

—  Mogę  się  mylić,  Wintonie,  ale  podejrzewam,  Ŝe  w 

klasztorze, do którego teraz jedziemy, dzieje się coś podejrzanego. 

Kiedy  ja  będę  wewnątrz  budynku,  chcę,  Ŝebyś  ty  przypatrywał 

się bacznie wszystkiemu. I Ŝebyś oczywiście uwaŜnie słuchał tego, 

co  do  ciebie  mówią.  —  Markiz  spojrzał  na  męŜczyznę,  by 

upewnić się, czy słucha go z uwagą, i kontynuował: — Jeśli zajdzie 

taka potrzeba, pragnę równieŜ szybko stamtąd wyjechać. Jeśli przy-

padkiem, choć jest to mało prawdopodobne, ktoś będzie próbował 

mnie  zatrzymać,  bądź  gotów  wystrzelić  z  pistoletu,  ale  tak,  by 

nikogo nie zranić, a jedynie przestraszyć. 

—  Rozumiem, jaśnie panie — odpowiedział Winton. 
Markiz  z  przyjemnością  zauwaŜył,  Ŝe  w  głosie  zastępcy 

kapitana  pojawiła  się  nutka  podekscytowania.  Wiedział,  Ŝe  tak 

jak  wszyscy  młodzi  męŜczyźni  Winton  oczekuje,  jeśli  nie 

potyczki, to na pewno przygody. 

Kilka  minut  przed  godziną  dwunastą  markiz,  trzymając  się 

instrukcji,  jakie  dał  mu  pan  Barrett,  oraz  drogowskazów,  ujrzał 

mury, które otaczały dom i tereny dawnej prywatnej rezydencji. 

Wiedział,  Ŝe  się  nie  myli,  bo  dojechawszy  do  duŜej  bramy  z 

kutego Ŝelaza, zobaczył, Ŝe był na niej wyryty herb, który musiał 

kiedyś naleŜeć do jakiejś 

41 — 

background image

rodziny  szlacheckiej.  Ze  stróŜówki  wyszedł  portier  i  kluczem 

otworzył bramę. 

Markiz wjechał, ale zatrzymał się przy portierze i zapytał: 

—  A więc to jest Klasztor Korony Cierniowej? 
—  Tak,  jaśnie  panie  —  z  obcym  akcentem  odpowiedział 

męŜczyzna. — Mówili mi, Ŝe oczekują jaśnie pana. 

—  Dziękuję. 
Markiz  pojechał  dalej  i  stwierdził,  Ŝe  dom  stoi  niedaleko  od 

bramy.  Był  to  ładny  budynek  z  dachem zwieńczonym szczytami, 

otoczony  ogrodem,  który  aŜ  jaśniał  od  kwiatów;  trawniki  były 

dobrze utrzymane. 

Markiz zatrzymał konie przy okazałych drzwiach frontowych. Na 

kamiennym portyku był wyrzeźbiony ten sam herb co na bramie. 

Wręczył  lejce  Wintonowi, a sam zszedł z bryczki. W tym mome-

ncie  otworzyły  się  drzwi,  stanął  w  nich  męŜczyzna  w  sutannie  i 

ukłonił  się  niezdarnie.  Był  to  raczej  gburowato  wyglądający 

osobnik,  ocięŜały  i  o  wyglądzie  awanturnika,  bardziej  pasujący 

do ringu bokserskiego niŜ do kaplicy. 

—  Przybyłem,  by  zobaczyć  się  z  ojcem  Proteusem  — 

powiedział markiz. — Spodziewam się, Ŝe mnie oczekuje. 

—  Tędy,  proszę  —  powiedział  męŜczyzna,  idąc  ocięŜale  w 

butach, które wydawały się zbyt masywne  w porównaniu z jego 

szatą. 

— 42 

background image

Wprowadził gościa do duŜego salonu z  widokiem na ogród. 

Zobaczywszy  sofę  i  krzesła  obite  adamaszkiem,  i  kilka  bardzo 

cennych obrazów wiszących na ścianach, markiz zdziwił się nieco. 

ZdąŜył tylko rzucić okiem dookoła, bo nagle otworzyły się  drzwi  i 

do pokoju wszedł pośpiesznie ojciec Proteus. 

—  Witam,  milordzie!  — powiedział uprzejmie. — Cieszę 

się, Ŝe  znowu pana  widzę!  Mam  nadzieję, Ŝe miał pan spokojną 

podróŜ. 

—  Bardzo  —  powiedział  markiz.  —  I  ja  mam  nadzieję,  iŜ 

podróŜ księdza z Londynu teŜ nie była zbyt uciąŜliwa. 

Ojciec Proteus uniósł ręce. 

—  Pociągi są szybsze — odrzekł — choć z pewnością nie tak 

wygodne jak powozy. I nigdy takie nie będą! 

—  Zgadzam się z księdzem! — uśmiechnął się markiz. 

Drzwi otworzyły się i do salonu wszedł ten sam słuŜący, który 

wpuścił markiza do klasztoru, niosąc tacę z butelką wina i dwoma 

kieliszkami. 

—  Zapewne, 

milordzie 

— 

powiedział 

ojciec 

Proteus  potrzebuje  pan  czegoś  do  ochłody.  Ciepło  jest  dzisiaj,  a 

kurz na drogach zawsze sprawia,Ŝe człowiek jest spragniony. 

Markiz przyjął  kieliszek  wina.  ZauwaŜył, Ŝe podano  mu  drogi 

rocznik,  który  sam  czasami  kupował.  Gdy  upił  trochę  wina, 

powiedział: 

43 — 

background image

—  Z  pewnością  jest  ksiądz  bardzo  zajęty,  tak  więc  jak 

najszybciej chciałbym zobaczyć się z Zią Langley. 

—  Tak, tak, oczywiście! — odrzekł ojciec Pro-teus. — Zaraz 

się  pan  przekona,  Ŝe  Zia  jest  zadowolona  będąc  tu  z  nami,  w 

szczęśliwym BoŜym Domu, wśród pięknej przyrody. 

Zabrzmiało  to  nieco  teatralnie,  ale  markiz  pominął  to 

milczeniem. Ojciec Proteus opuścił pokój, by prawie natychmiast 

do  niego  wrócić  w  towarzystwie  młodej  kobiety,  która 

najwidoczniej  musiała  czekać  za  drzwiami,  potem  zaś  znowu 

wyszedł. 

Kobieta  była  cała  w  czerni,  a  jej  głowę  przykrywał  ciemny 

welon typowy dla postulantek. Z pochyloną głową zbliŜyła się do 

markiza i złoŜyła przed nim ukłon, po czym wyprostowała się, by 

spojrzeć  mu  w  twarz.  Markiz  był  wstrząśnięty  wyglądem 

dziewczyny. Zia Langley była bardzo brzydka. Markiz pomyślał, Ŝe 

chyba  nigdy  jeszcze  nie  spotkał  równie  nieładnej  dziewczyny. 

Miała  chudą  twarz,  wielki  nos  i  odrobinę  „zajęczą  wargę",  jak 

nazywali  lekarze  taką  deformację  ust.  Jej  wygląd  prawie  budził 

odrazę. Kiedy spojrzał w brązowe oczy dziewczyny, zobaczył, Ŝe 

jest przestraszona. 

—  Bardzo  mi  przyjemnie  móc  cię  poznać,  Zio!  — 

powiedział, wyciągając rękę na powitanie. 

—  To bardzo miło z pana strony, Ŝe przyjechał pan do mnie 

—  odpowiedziała  Zia  szeptem,  a  w  jej  głosie  zabrzmiała  nuta 

strachu. 

— 44 

background image

—  Bardzo lubiłem twojego ojca i mogę tylko Ŝałować, iŜ nie 

spotkaliśmy się wcześniej. 

—  Ogromnie tęsknię za papą. 

Gdy  to  mówiła,  markiz  myślał,  jakim  przystojnym 

człowiekiem był pułkownik. Właściwie to często dokuczano mu 

z tego powodu w pułku. Zwykle mówiono, Ŝe Langley w mundurze 

kawalerzysty  nie  zawiedzie  zgromadzonej  podczas  parady 

publiczności. 

—  Kiedy 

jedziemy 

aleją 

parku 

św. 

Jakuba 

Londynie 

— 

powiedział 

kiedyś 

jakiś 

młodszy 

oficer  —  dziewczęta  na  nas  nawet  nie  spojrzą,  pa 

trzą tylko na niego. 

Jak  to  moŜliwe,  zastanawiał  się  markiz,  Ŝeby  taki  przystojny 

męŜczyzna miał tak brzydką córkę? 

I  zaraz  teŜ  przypomniał  sobie,  jak  podziwiał  panią Langley 

podczas  swojego  pobytu  w  ich  domu.  Była  to  bardzo  atrakcyjna 

kobieta. Miała niebieskie oczy i jasne włosy. Nagle pod wpływem 

impulsu markiz zapytał: 

—  Zawsze  chciałem  wiedzieć,  co  się  stało  z  Jo 

kerem. 

Zadając  pytanie,  zobaczył  zakłopotany  wyraz  twarzy  Zii, 

która instynktownie popatrzyła za siebie na uchylone drzwi. Wtedy 

markiz juŜ był pewny, Ŝe ojciec Proteus słuchał pod drzwiami. Jak 

gdyby  chciał  przyjść  Zii  z  pomocą,  ksiądz  pojawił  się  w 

drzwiach. 

—  Na pewno chce pan, milordzie — powie- 

— 45 — 

background image

dział — zobaczyć kaplicę, gdzie Zia się modli i gdzie, za pana 

przyzwoleniem, przyjmie śluby zakonne. 

—  Jak  to  miło,  Ŝe  ksiądz  o  tym  pomyślał  — 

odpowiedział 

markiz 

— 

ale 

mam 

lepszy 

pomysł. 

Chciałbym 

porozmawiać 

Zią 

na 

osobności, 

sko 

ro  dzisiaj  jest  tak  ciepło,  wyjdziemy  do  ogrodu  na 

słońce. 

Ojciec  Proteus  zmarszczył  brwi,  jakby  chciał  odmówić,  ale 

markiz  nie  czekając  na  zgodę  ojca  Proteusa,  podszedł  do 

oszklonych drzwi, otworzył je i wyszedł na taras. W tym samym 

czasie  ojciec  Proteus  chwycił  Zię  za  rękę,  mówiąc  do  niej  prawie 

bezgłośnie: 

—  UwaŜaj na to, co mówisz. 

Na trawnik  schodziło się z tarasu po trzech stopniach.  Kiedy 

Zia dołączyła do markiza, odeszli od domu w kierunku klombów 

usianych kwiatami. 

—  To  uroczy  ogród!  —  powiedział  markiz  donośnym 

głosem,  by  zacząć  rozmowę.  —  Jestem  pewien,  Ŝe  z 

przyjemnością tu przebywasz. 

—  Tak, milordzie. 

Markiz  odszedł  trochę  dalej  od  domu,  podziwiając 

jednocześnie  kwiaty,  które  rosły  w  cieniu  kilku drzew. Wiedział, 

Ŝe  ojciec  Proteus  obserwuje  ich  z  daleka,  i  ciągle  szedł  w  głąb 

ogrodu,  z  Zią  u boku. Dziewczyna szła z pochyloną głową,  jak 

gdyby nie miała odwagi spojrzeć na niego. Kiedy 

— 46— 

background image

markiz  był  pewien,  Ŝe  ksiądz  nie  moŜe  juŜ  ich  usłyszeć, 

odezwał się: 

— 

Nie bój się. Obiecuję ci, Ŝe cię nie skrzywdzę. 

Dziewczyna popatrzyła na niego, otwierając sze 

roko oczy, w których markiz zobaczył strach. 

—  Chcę,  Ŝebyś  mi  pomogła  —  powiedział  —  i  bardzo 

potrzebuję twojej pomocy! Na pewno jesteś dobrą dziewczyną, więc 

błagam cię, byś powiedziała mi prawdę. 

—  Nie... nie rozumiem. 
—  Myślę, Ŝe rozumiesz—powiedział markiz. — Gdzie jest Zia? 

Dlaczego nie pozwolono jej się ze mną zobaczyć? 

Dziewczyna  wciągnęła  mocno  powietrze  i  odwróciłaby  się 

gwałtownie,  by  spojrzeć  na  dom,  gdyby  markiz  nie  otoczył  jej 

ramieniem, co mogło wyglądać na czuły gest. 

—  Zaufaj mi — prosił — i pomóŜ mi! 
—  Jak pan się domyślił, Ŝe nie jestem... Zią? — wyszeptała 

dziewczyna. 

—  PoniewaŜ ani trochę nie jesteś podobna do jej rodziców. 
—  Wybrali mnie, bo jestem brzydka. Pomyśleli, Ŝe pan się nie 

zdziwi, iŜ chcę przyjąć śluby zakonne. 

—  Domyśliłem się tego — powiedział markiz — ale gdzie jest 

Zia? 

—  Pozostanie  zamknięta  w  swoim  pokoju,  dopóki  pan  nie 

wyjedzie. 

Markiz zobaczył drewnianą ławeczkę pod drze- 

— 47— 

background image

wami i poprowadził ku niej dziewczynę. Gdy usiedli, wziął jej rękę 

i wsunął pod swoje ramię. 

—  Teraz postaraj się wyglądać tak, jakbyśmy mieli radosną 

pogawędkę o twoim dzieciństwie. 

—  Oni mnie zabiją, jeśli dowiedzą się, Ŝe ich zdradziłam — 

powiedziała Ŝałośnie. 

—  Jak się nazywasz? — zapytał markiz. 
—  Siostra Marta. 
—  Co robisz w klasztorze? 
—  Od  dwóch  lat  jestem  zakonnicą,  ale  mam  mało 

kontaktów z uczniami, którzy przychodzą tutaj na naukę. 

—  Czy  wiesz,  dlaczego  chcą  zatrzymać  Zię?  —  zapytał 

markiz. 

Siostra Marta skinęła głową. 

—  Ona  jest  bardzo  bogata,  a  oni  zawsze  chcą  więcej  i 

więcej pieniędzy! 

—  Kim są ci „oni"? 
—  Ojciec  Proteus  i  jeszcze  czterej  inni  męŜczyźni,  którzy 

prowadzą zakon. 

—  Czy naprawdę są księŜmi? 
—  Nie wiem. Ojciec Anthony, stary człowiek, który był tutaj, 

zanim  oni  przyszli,  jest  bardzo  chory,  jego  siostra  była  matką 

przełoŜoną i opiekowała się zakonnicami takimi jak ja. 

—  Co się z nią stało? 
—  Umarła, a ojciec Anthony nie wie, co się tu dzieje! 
—  A c o się dzieje? — zapytał markiz. 

— 48— 

background image

—  Nie  wiem...  naprawdę—odpowiedziała  siostra  Marta.  —

Ale  była  tu  pewna  dziewczyna,  bardzo  bogata,  tak  jak  Zia. 

Zmusili ją, by została zakonnicą, bo chcieli jej pieniędzy. 

—  I co się z nią stało? — zapytał markiz. Siostra 
Marta odwróciła głowę. 

—  Powiedz mi! —- 
Boję się! 

—  Nie mogą niczego podsłuchać! 

Zapadła cisza, a potem szeptem, Ŝe markiz ledwo słyszał, siostra 

Marta powiedziała: 

— 

Próbowała uciec i chyba oni ją... zabili! 

Markiz wciągnął mocno powietrze. Potem ode 

zwał się: 

—  Musisz mi pomóc, a kiedy Zia wydostanie się stąd, kaŜę 

zbadać całe to miejsce. 

—  Jeśli  się  dowiedzą,  Ŝe  coś  panu  powiedziałam  — 

wyszeptała siostra Marta — to mnie... zabiją! 

—  Jeśli zrobisz dokładnie to, co ci powiem, nie dowiedzą się 

o niczym. 

—  Boję  się!  —  półgłosem  powiedziała  dziewczyna.  — 

Wiem,  Ŝe  to,  co  się  tu  dzieje,  jest  przeraŜające,  ale...  nie  mam 

dokąd iść. Jestem brzydka i nikt mnie nie chce. 

—  Posłuchaj mnie, Marto — powiedział spokojnie markiz. 

Dziewczyna odwróciła głowę, by na niego popatrzeć. 

— 49 

background image

—  Obiecuję 

ci, 

Ŝe 

jeśli 

mi 

pomoŜesz 

wydostać 

stąd 

Zię, 

dopilnuję, 

byś 

miała 

zapewniony 

byt 

do 

końca 

twojego 

Ŝycia. 

Jeśli 

będziesz 

chciała 

wstąpić 

do 

innego 

klasztoru, 

tak 

się 

stanie. 

Jeśli 

zapragniesz 

być 

wolna, 

znajdę 

dla 

ciebie 

miejsce, 

byś  mogła  Ŝyć  z  ludźmi,  z  którymi  będziesz  szczę 

śliwa. 

Markiz  zobaczył,  Ŝe  siostra  Marta  patrzy  na  niego  z 

niedowierzaniem. 

Uśmiechnął się do niej w sposób, któremu kobiety nie mogły 

się oprzeć. Potem powiedział: 

—  Proszę,  zaufaj  mi  i  pomóŜ,  bo  tylko  ty  mo 

Ŝesz to zrobić. 

Markiz  poczuł,  jak  palce  dziewczyny  zaciskają  się  na  jego 

ramieniu. 

—  Spróbuję, ale ostrzegam, ojciec Proteus obserwuje nas. 
—  Musimy  go  przekonać  —  wyjaśnił  markiz  —  Ŝe 

uwierzyłem, iŜ jesteś Zią, i Ŝe jestem gotów podpisać dokumenty, 

jakie dla mnie przygotował. 

ZauwaŜył, Ŝe siostra Marta patrzy na niego zaskoczona. 

—  Jak  tylko  wypuszczą  Zię  z  pokoju  —  kontynuował  — 

powiesz jej, Ŝe przyjechałem, by ją uwolnić. 

—  Jak pan to zrobi? 

Markiz  zastanowił  się  przez  chwilę.  Potem  spojrzał  ponad 

drzewami na mury, które otaczały klasztor. 

— 50— 

background image

—  Nie odwracaj głowy — powiedział. — Powiedz mi tylko, 

czy jest jakieś miejsce, gdzie Zia mogłaby się wspiąć na ten mur. 

—  Tak,  na  końcu  ogrodu  jest  dąb,  na  który  Zia  czasem 

wchodzi  —  cicho  powiedziała  Marta,  a  po  chwili  dodała:  — 

Kiedyś  wspięła  się  na  to  drzewo,  Ŝeby  wyjrzeć,  ojciec  Proteus 

zobaczył ją i ukarał... przez trzy dni dostawała tylko chleb i wodę! 

Markiz zacisnął usta, ale nic nie powiedział. 

—  Czy  jak  opuszczę  klasztor,  będzie  mogła  wyjść  do 

ogrodu? — zapytał po chwili. 

—  Tak,  moŜemy  spacerować  dwa  razy  dziennie  — 

odrzekła siostra Marta. 

—  Kiedy robicie to po raz ostatni? 
—  O  godzinie  szesnastej,  przed  podwieczorkiem.  Potem 

zamyka się nas na noc. 

—  Doskonale — ucieszył się markiz. — Powiedz Zii, Ŝeby o 

czwartej, kiedy będzie w ogrodzie, postarała się zbliŜyć do drzewa, 

szybko  wdrapała  się  na  nie,  a  ja  będę  czekał  po  drugiej  stronie 

muru. 

—  To będzie trudne — odpowiedziała z Ŝalem Marta. 
—  Jeśli się nie uda, powiedz jej, Ŝe wieczorem przyjadę do 

klasztoru i zabiorę ją stąd siłą! 

Marta nie mogła się powstrzymać od okrzyku. 

—  Bądźcie 

ostroŜni! 

— 

ostrzegła 

markiza. 

— 

Od  czasu  gdy  ojciec  Proteus  chce  zmusić  Zię,  Ŝeby 

została 

zakonnicą 

słuŜący 

obserwują 

teren, 

by 

nie 

uciekła. 

51 — 

background image

Dziewczyna zobaczyła, jak markiz poruszył brodą. Ci, którzy go 

znali,  tak  jak  Harry,  wiedzieli,  Ŝe  oznaczało  to,  iŜ  jest  bardzo 

zdenerwowany. 

—  Jesteś  bardzo  odwaŜna  i  podziwiam  cię  za  to.  Musisz 

teraz  wyglądać  na  szczęśliwą,  tak  jakbym  zgodził  się  na 

wszystko,  o  co  mnie  prosiłaś.  Gdy  się  z  tobą  poŜegnam,  ojciec 

Proteus będzie na pewno z ciebie zadowolony. 

—  Kim  był  „Joker",  o  którym  pan  mówił?  —  zapytała 

Marta. 

—  Był wspaniałym ogierem, na którym zawsze jeździł ojciec 

Zii i na którym wygrał sporo wyścigów. 

—  Nie powiedzieli mi tego. 
—  Miałem przygotowanych jeszcze kilka innych pytań, gdybyś 

umiała odpowiedzieć na pierwsze — uśmiechnął się markiz. 

Podniósł się z ławki, ale nie uwolnił ręki siostry Marty. 

—  Teraz razem wrócimy — powiedział — i ojciec Proteus nie 

moŜe niczego podejrzewać. Kiedy wyjadę, pomyślą, Ŝe wracam na 

jacht, a ty powiadom Zię, Ŝe czekam na nią. 

—  Na pewno ją wypuszczą po pańskim odjeździe. 

Upewniwszy  się,  na  które  drzewo  Zia  ma  się  wdrapać, 

markiz poszedł powoli z  siostrą Martą  w  kierunku oszklonych 

drzwi  prowadzących  do  salonu.  Gdy  byli  juŜ  blisko  i  ojciec 

Proteus mógł 

52 

background image

słyszeć, o czym rozmawiają, markiz powiedział wyraźnie: 

—  Pamiętam, 

jak 

twój 

ojciec 

skakał 

na 

koniu 

na 

odległość 

prawie 

sześciu 

stóp, 

my 

wszyscy 

goniliśmy 

go! 

Zrobilibyśmy 

siebie 

głupców, 

gdy 

byśmy nie byli równie zręczni. 

Siostra Marta nie spuszczała z niego wzroku, jakby przejęta 

jego kaŜdym słowem. 

—  Twoja 

matka 

teŜ 

była 

dobrym 

jeźdźcem 

— 

ciągnął 

markiz, 

gdy 

doszli 

do 

schodków 

prowa 

dzących 

do 

salonu. 

— 

Przynajmniej 

tak 

mi 

mó 

wiono, 

chociaŜ 

właściwie 

nigdy 

nie 

widziałem 

jej 

w siodle. 

Markiz wszedł na schodki i widząc ojca Proteusa, wykrzyknął: 

—  Rozmawiałem z Zią o starych dobrych czasach. Jak sądzę, 

ojcze, uczennicom w klasztorze nie pozwala się jeździć konno? 

—  MoŜna  to  zorganizować,  jeśli  tego  bardzo  pragną  — 

odparł ojciec Proteus. — Rzeczywiście, często sam myślałem, Ŝe 

program  nauki,  oprócz  innych  przedmiotów,  powinien 

obejmować takŜe jazdę konną. 

—  To  jest  z  pewnością  najlepszy  sport  na  świecie!  — 

powiedział markiz. — Ale jest to tylko moje zdanie. 

—  Ja  równieŜ  tak  sądzę  —  odpowiedział  ojciec  Proteus.  — 

Wasza lordowska mość posiada najlepsze konie. 

— 53 

background image

Weszli do salonu. Markiz zwrócił się do siostry Marty: 

—  śegnaj,  moja  droga.  Cieszę  się,  Ŝe  cię  pozna 

łem. 

Całkowicie 

rozumiem, 

dlaczego 

pragniesz 

spędzić resztę Ŝycia w tym uroczym miejscu. 

Wziął  dziewczynę  za  rękę,  a  Marta  odpowiedziała  prawie 

bezgłośnie: 

—  Dziękuję, 

milordzie! 

Bardzo, 

bardzo 

dzię 

kuję! 

Ukłoniła się, a potem wyszła z pokoju zostawiając  markiza 

z ojcem Proteusem. 

—  Urocza dziewczyna — stwierdził markiz. —-Smutne, Ŝe nie 

odziedziczyła urody po swoich rodzicach. 

—  Przypuszczałem,  Ŝe  wasza  lordowska  mość  zrozumiał, 

dlaczego będzie bardziej szczęśliwa tutaj niŜ poza murami klasztoru 

— odpowiedział ojciec Proteus. 

—  Oczywiście  —  zgodził  się  markiz  —  i  to  jest 

prawdopodobnie  jedyne  słuszne  rozwiązanie.  Jaka  to  jednak 

niesprawiedliwość losu, Ŝe niektóre kobiety są tak piękne, a inne 

wyjątkowo brzydkie. 

—  MoŜemy  tylko  wierzyć  —  rzekł  ojciec  Proteus  —  Ŝe  i 

takie  jak  Zia  będą  szczęśliwe,  odnajdując  piękno  w  swoich 

duszach. 

Markiz westchnął, a potem powiedział: 

—  Muszę  wracać  na  jacht.  Mam,  jak  ksiądz  się 

orientuje, sporo spotkań w Londynie. 

— 54— 

background image

—  Rozumiem, 

milordzie. 

Bardzo 

to 

wspania 

łomyślnie  z  pana  strony,  Ŝe  poświęcił  pan  tyle  czasu 

biednej małej Zii. 

Markiz ruszył w kierunku drzwi. 

—  Chwileczkę,  milordzie  —  zatrzymał  go  ojciec  Proteus.  — 

Sądzę,  Ŝe  zapomniał  pan,  iŜ  potrzebny  jest  pański  podpis  na 

formularzu, by Zia mogła przyjąć śluby zakonne. 

—  Ach, tak! — wykrzyknął markiz. — Jaki ze mnie głupiec! 

Zostawiłem dokumenty na jachcie. 

—  Wystarczy,  Ŝe  podpisze  pan  kopie  —powiedział  ojciec 

Proteus. 

—  Proszę  nie  robić  sobie  kłopotu  —  odrzekł  markiz.  — 

Podpiszę  je,  zanim  wyjadę  z  Falmouth,  i  dam  je  kapitanowi  w 

porcie. Jutro będzie mógł je pan odebrać. 

—  Tak,  oczywiście,  milordzie  —  zgodził  się  ojciec 

Proteus — ale znalezienie dla pana kopii zajmie mi tylko kilka 

minut. 

Markiz wyciągnął swój złoty zegarek. 

—  Musi 

mi 

ksiądz 

wybaczyć 

— 

powiedział 

— 

ale ktoś na mnie czeka i juŜ jestem spóźniony. 

I  zanim  ojciec  Proteus  zorientował  się,  markiz  był  juŜ  przy 

drzwiach frontowych. Uścisnął pośpiesznie dłoń księdza, doszedł 

do powozu,  który czekał przed klasztorem, i skoczył  na  miejsce 

dla stangreta obok Wintona. 

—  Do 

widzenia, 

ojcze! 

— 

zawołał 

unosząc 

ka 

pelusz. 

— 55 — 

background image

—  Idź 

Bogiem, 

mój 

synu 

—- 

odpowiedział 

ojciec  Proteus,  ale  jego  słowa  zagłuszył  odgłos  kół 

i trzask bata. 

Ojciec  Proteus  nie  zdąŜył  się  poruszyć,  gdy  markiz  był  juŜ  na 

końcu  podjazdu  i  chwilę  później  —  poza  bramą,  specjalnie  dla 

niego  otwartą.  Ksiądz,  z  uśmiechem  zadowolenia  na  ustach, 

wszedł do budynku, zamykając za sobą drzwi. 

Markiz czekał, aŜ znajdą się w pewnej odległości od klasztoru, a 

potem zapytał Wintona: 

—  Czy 

zauwaŜyłeś 

coś 

dziwnego, 

gdy 

byłem 

w środku? 

—-  Niewiele,  jaśnie  panie  —  odpowiedział  Winton.  — 

Chyba tylko to, Ŝe z okien wyglądało kilku męŜczyzn. Dziwne, bo 

myślałem, Ŝe to klasztor dla kobiet! 

—  Jesteś  spostrzegawczy  —  pochwalił  markiz  zastępcę 

kapitana.  —  Teraz  musimy  porwać  uwięzioną  tam  młodą  damę, 

sprowadzić ją na jacht i wypłynąć na morze, zanim ludzie, których 

widziałeś, zdąŜą nas powstrzymać! 

—  Jak to zrobimy, jaśnie panie? 

—  To nie będzie łatwe — przyznał markiz. — MoŜe zechcą 

się teraz upewnić, czy naprawdę odjechaliśmy, tak więc odwróć się i 

zobacz, czy przypadkiem nie jesteśmy śledzeni. 

Winton  wykonał  polecenie,  ale  z  trudem  mógł  dojrzeć 

cokolwiek przez chmurę kurzu, jaką konie 

— 56 — 

background image

i bryczka wznosiły na suchej drodze. Przez kilka minut wytęŜał 

wzrok, a potem powiedział: 

—  Nikogo nie widać, jaśnie panie. 
—  W  takim  razie  wypatruj  najbliŜszej  gospody,  gdzie 

będziemy  mogli  coś  zjeść  —polecił  mu  markiz  —  a  potem 

wrócimy do klasztoru! 

Widział, Ŝe Winton jest podekscytowany, choć nic nie mówił, 

tylko patrzył przed siebie. Nagle Winton odezwał się: 

—  Tam,  jaśnie  panie,  jest  główny  gościniec,  co  go 

zauwaŜyłem,  kiedy  jechaliśmy  tutaj.  Niedaleko  musi  być  jakaś 

oberŜa albo miejsce, gdzie zatrzymują się dyliŜanse. 

—  Masz rację -— zgodził się markiz. — Musimy ją znaleźć! 

Po  około  kwadransie  dojechali  do  zacisznej  oberŜy.  Przyjazd 

markiza  zrobił  ogromne  wraŜenie  na  właścicielu  i  choć  nie  mógł 

zaoferować podróŜnym Ŝadnego wyszukanego dania, to jednak to, 

co  im  podał,  było  świetnie  przyrządzone.  Markiz  rozsądnie  nie 

skosztował  wina,  tylko  napił  się  smacznego  jabłecznika  domowej 

roboty. 

Kiedy zaspokoił głód, zwrócił się do oberŜysty: 

—  Opowiedz  mi,  człowieku,  o  klasztorze,  który  macie  tu  w 

pobliŜu. 

—  Po  prawdzie,  to  dziwne  miejsce,  panie  —  odparł 

właściciel  oberŜy.  —  Mówią,  Ŝe  panienki,  jakie  szlachta  tam 

posyła, dobrze są uczone, ale 

— 57— 

background image

ksiądz, co to prowadzi, jest dziwacznym jegomościem! 

—  Pochodzi z Kornwalii? 
—  O  ile  wiem,  to  nie,  panie,  a  tych,  co  mu  pomagają,  nie 

chciałbym widzieć przy moim barze! 

Najwidoczniej  oberŜysta  nie  miał  ochoty  więcej  mówić,  więc 

płacąc rachunek markiz dodał bardzo hojny napiwek. Zobaczywszy 

pieniądze, męŜczyzna ukłonił się z szacunkiem. 

—  Dziękuję, 

dziękuję, 

jaśnie 

panie! 

Mam 

na 

dzieję, Ŝe będę mógł znowu jaśnie panu usługiwać! 

Markiz  pomyślał,  Ŝe  to  mało  prawdopodobne,  ale  nic  nie 

powiedział. 

OberŜysta stanął za barem, a markiz podszedł do niego i zapytał, 

czy ma mapę okolicy. 

—  Chyba  nie  mam  takiej,  jaśnie  panie  —  odparł  właściciel 

oberŜy  —  ale  mogę  objaśnić  wszystko,  co  pan  Ŝyczy  sobie 

wiedzieć. 

—  A  więc  przypuśćmy  —  powiedział  markiz  —  Ŝe  obiorę 

sobie  Klasztor  Korony  Cierniowej  za  punkt  centralny,  jaki  obaj 

znamy. Chciałbym ominąć go tak, jakbym jechał na północ, potem 

zawrócić  i  zbliŜyć  się  do  niego  właśnie  z  północy,  a  nie  z 

kierunku, z którego przyjechałem. 

Dokładne  wyjaśnienie,  jak  chce  tam  dojechać,  zajęło 

markizowi trochę czasu. W końcu oberŜysta powiedział mu o dróŜce 

ciągnącej się około pół mili na północ od klasztoru. Tak więc markiz, 

zbliŜając się do klasztoru z tego właśnie kierunku, jechałby 

58 

background image

na  południe.  To  mu  bardzo  odpowiadało.  Razem  z  Wintonem 

wyruszył  w  drogę,  jadąc  zgodnie  ze  wskazówkami  właściciela 

oberŜy.  Gdy  minęła  trzecia  po  południu,  ukazał  się  przed  nimi 

klasztor i markiz uświadomił sobie, Ŝe oprócz bram w południowej 

ścianie  muru,  przez  które  przedtem  wjechał,  nie  było  innego 

wejścia. 

Punktualnie  o  godzinie  czwartej  podjechał  na  wąską  drogę 

pod  starym  dębem,  na  którym  miała  juŜ  czekać  Zia.  Kazał 

Wintonowi  zająć  miejsce  na  bryczce  przeznaczone  dla  słuŜącego, 

sam  zaś  pozostał  na  miejscu  dla  stangreta.  Patrząc  w  górę  na 

gałęzie  drzewa,  zaczął  modlić  się,  Ŝeby  Zii  udało  się  dotrzeć  do 

dębu  nie  wzbudzając  podejrzeń  ojca  Proteusa.  Nasłuchiwał  i 

wydawało  mu  się,  Ŝe  usłyszał  głosy  w  ogrodzie.  Nagle  coś 

zaszeleściło między liśćmi nad głową markiza i Okehampton ujrzał 

twarz dziewczyny wyglądającej przez mur. 

—  Szybko! Łap ją! —krzyknął do Wintona. 

OdłoŜywszy pistolet na siedzenie, Winton zeskoczył  z  bryczki i 

podbiegł  do  muru.  Dziewczyna  przerzuciła  nogi  przez  mur  i 

trzymając  się  mocno  ściany,  opuszczała  się  ze  zręcznością 

świadczącą  o tym, Ŝe jest równie wysportowana, jak kiedyś był jej 

ojciec.  Gdy  wisiała  w  powietrzu,  Winton  chwycił  ją  za  kostki. 

Nagle  rozległy  się  krzyki,  a  potem  z  ogrodu  dobiegł  przeraźliwy 

wrzask. 

—  Szybko! — krzyknął markiz. 

Chwilę później Zia wskoczyła do bryczki i usia- 

— 59— 

background image

dła obok markiza. Gdy Winton dawał susa na swoje miejsce, konie 

juŜ ruszały. 

—  Widzieli... mnie! —wykrztusiła dziewczyna. 
—  Słyszę  ich!  —ponuro  powiedział  markiz.  —  Trzymaj  się 

mocno! Im szybciej stąd odjedziemy, tym lepiej! 

Trzasnął  batem  i  konie  ruszyły  przed  siebie.  Musieli  długo 

jechać wzdłuŜ muru, zanim dojechali do południowego wejścia do 

klasztoru.  Gdy  zbliŜali  się  do  bramy,  na  środek  drogi  wyskoczył 

ojciec Proteus machając rękoma, a zanim czterech innych męŜczyzn 

pędziło przez bramę. Markiz nie zwolnił prędkości. Prowadził konie 

prosto  na  ojca  Proteusa,  który  dopiero  w  ostatniej  chwili  usiłował 

uskoczyć.  Ale  było  za  późno.  Nie  zdąŜył  cofnąć  nogi  i  koło 

powozu przejechało po niej. Ksiądz krzyknął przeraźliwie i upadł 

na ziemię. 

W tym czasie Winton wypalił dwa razy ze swojego pistoletu nad 

głowami  męŜczyzn,  którzy  wyciągali  ręce,  by  zatrzymać 

przejeŜdŜającą obok nich bryczkę. Instynktownie schylili głowy 

i  markiz,  jadąc  dalej  z  ogromną  prędkością,  pokrył  ich  chmurą 

kurzu. 

Pędził jeszcze przez jakiś czas, gdy usłyszał przejęty głos: 

—  Uratował 

mnie 

pan! 

Uratował! 

Jest 

pan... 

cudowny. 

background image

Rozdział 3 

Dopiero  gdy  oddalili  się  juŜ  od  klasztoru,  markiz,  zajęty 

powoŜeniem  koni,  odwrócił  głowę  i  popatrzył  na  Zię.  Zobaczył 

dwoje bardzo duŜych niebieskich oczu osadzonych w rozkosznej i 

niezwykle ładnej twarzyczce.  Stwierdził, Ŝe  właściwym słowem 

na  określenie  twarzy  dziewczyny  jest  słowo:  „urocza".  Dokładnie 

tak wyobraŜał sobie córkę pułkownika. 

—  Teraz  wiem,  Ŝe  naprawdę  jesteś  córką  swojego  ojca!  — 

powiedział z uśmiechem. 

—  To bardzo sprytnie z pana strony, Ŝe zgadł pan, iŜ siostra 

Marta podaje się za mnie — zaśmiała się Zia. 

—Nie  mogłem  uwierzyć,  Ŝeby  twój  ojciec,  który  byłj  ednym  z 

najprzystojniejszych męŜczyzn, jakich kiedykolwiek poznałem, mógł 

spłodzić tak brzydką istotę! 

— 61 — 

background image

—  Uratował mnie pan! — powiedziała Zia. — Nie wiem, jak 

mam panu dziękować. 

—  Porozmawiamy  o  tym  później  —  odparł  markiz.  —  Teraz 

musimy jak najszybciej stąd odjechać! 

Po dłuŜszej chwili milczenia Zia odezwała się: 

—  Siostra Marta powiedziała mi, Ŝe obiecał pan zaopiekować 

się nią, bo ojciec Proteus, na pewno ją ukarze. Jeśli wyrzuci  ją z 

klasztoru, to nie będzie miała dokąd pójść! 

—  Musimy ją jak najszybciej uwolnić —stwierdził markiz — a 

ty opowiedz mi teraz, w jaki sposób wplątałaś się w to wszystko. 

Zapadła  cisza.  Markiz  pomyślał,  Ŝe  moŜe  Zia  się  boi,  więc 

szybko dodał: 

—  Powiesz  mi  o  tym,  gdy  będziemy  juŜ  bezpie 

czni na jachcie. 

Zia pisnęła z emocji. 

—  Przypłynął pan tu swoim jachtem? 
—  Myślałem, Ŝe moŜe ojciec Proteus powiedział ci o tym. 
—  Nic  mi  nie  powiedział!  Kiedy  zamknęli  mnie  w  mojej 

sypialni, podejrzewałam, Ŝe coś się dzieje, ale w Ŝaden sposób nie 

mogłam uciec. 

W  tym  miejscu  droga  zakręcała  i  zwęŜała  się,  więc  markiz 

musiał jechać ostroŜnie, na wypadek gdyby napotkali inny pojazd 

jadący  z  przeciwka.  Dlatego  teŜ  nie  zadał  pytania,  na  które 

pragnął poznać odpowiedź. Dopiero gdy dojechali do nadbrzeŜa i 

markiz ujrzał swojego białego i ogromnego 

— 62— 

background image

„JednoroŜca",  pomyślał  z  ulgą,  Ŝe  są  juŜ  bezpieczni.  Jeden  z 

marynarzy  czekał,  by  odebrać  cugle.  Markiz,  odkładając  lejce, 

zsiadł na ziemię i obszedł bryczkę, by pomóc zejść Zii. Ale ona bez 

niczyjej pomocy zeskoczyła z szybkością młodego jelenia. 

Teraz  markiz  mógł  przyjrzeć  się  jej  naleŜycie.  Była  bardzo 

piękna. Jednocześnie wyglądała nieco dziwnie z długimi złocistymi 

włosami o rudawym odcieniu, które spadały jej na ramiona. 

Miała  na  sobie  ohydną  czarną  sukienkę  uszytą  z  jakiegoś 

szorskiego  materiału.  Kiedy  zaczęła  iść  w  kierunku  kładki 

prowadzącej na jacht, markiz zdał sobie sprawę, Ŝe była tylko w 

pończochach.  Domyślił  się,  Ŝe  w  klasztorze  musiała  dostać  brzy-

dkie  buty  na  grubych  podeszwach,  jakie  noszą  zakonnice,  ale 

zrzuciła  je  z  nóg,  by  łatwiej  jej  było  wdrapać  się  na  drzewo 

podczas ucieczki. 

Gdy  markiz  wszedł  na  pokład  jachtu,  zwrócił  się  do  kapitana, 

który czekał na niego: 

—  Kapitanie  Blackburn,  proszę  odpływać  moŜliwie  jak 

najszybciej i skierować się do Plymouth. 

—  Tak  j e st, j aśnie panie. 

Markiz  zaprowadził  Zię  do  salonu.  Kiedy  dziewczyna 

usłyszała puszczony w ruch silnik, splotła palce rąk i zapłakała: 

—  Nie mogę uwierzyć, Ŝe to wszystko prawda! Myślałam, Ŝe 

jestem zgubiona i Ŝe jedyną moją ucieczką będzie... śmierć! 

—  Teraz juŜ wszystko skończone — odrzekł 

63 — 

background image

szybko  markiz  —  i  sądzę,  Ŝe  powinniśmy  to  uczcić  kieliszkiem 

szampana. 

—  Tak 

zwykle 

robił 

papa 

po 

wygraniu... 

wy 

ścigu! — oznajmiła Zia. 

Markiz  polecił  przynieść  szampana  i  zanim  go  podano,  jacht 

wypłynął juŜ z portu na otwarte morze. 

Zia  wyglądała  przez  okienko  w  kajucie.  Kiedy  o  statek 

zaczęły uderzać fale, powiedziała, jakby mówiła do siebie: 

—  Teraz juŜ się... nie boję! 
—  Chodź tu i usiądź! — odezwał się markiz. — Wypij trochę 

szampana i opowiedz dokładnie, co się zdarzyło. 

Zia  spełniła  prośbę  swego  wybawcy.  Patrząc  na  nią  markiz 

pomyślał,  Ŝe  Zia  porusza  się  z  niewątpliwym  wdziękiem,  mimo 

kołysania jachtu. 

—  Gdy  moja  ciotka  Mary  Ŝyła,  chodziłam  do  klasztoru  na 

lekcje — zaczęła — ale kiedy umarła, ojciec Proteus zaproponował, 

Ŝebym  zamieszkała  tam  jako  pensjonariuszka  do  czasu,  gdy 

znajdę krewnego lub kogoś, kto by się mną zaopiekował. 

—  Dlaczego do mnie nie napisałaś? — zapytał markiz. 
—  Gdybym  to  zrobiła,  zanim  zamieszkałam  w klasztorze, 

moŜe  otrzymałby  pan  mój  list.  Potem  pisałam  kilka  razy,  aŜ 

uświadomiłam sobie, Ŝe nigdy ich pan nie otrzyma. 

Markiz zmarszczył brwi. 

—  Ten człowiek, którego zwą ojcem Proteusem, 

— 64— 

background image

musiał to wszystko zaplanować, w chwili gdy usłyszał, Ŝe dostałaś 

duŜy spadek. 

—  Uświadomiłam  to  sobie  później  —  westchnęła  Zia  —  po 

pogrzebie, kiedy prawnik powiedział mi, jaka jestem teraz bogata, 

wszyscy mówili o pieniądzach... 

Markiz miał zamiar to skomentować, ale Zia załkała: 

—  Gdyby  pan  wiedział,  co  ja  przeszłam,  z  kaŜdym  dniem 

Ŝałowałam  coraz  bardziej,  Ŝe  nie  skontaktowałam  się  z  panem  i 

posłuchałam ojca Proteusa! 

—  Rozumiem,  Ŝe  wydawało  się  to  wtedy  najprostszą 

rzeczą— markiz pocieszył Zię. 

—  Byłam wytrącona z równowagi po stracie cioci Mary, w 

Kornwalii  nie znałam  nikogo, kto  mógłby  mi poradzić... jaka ja 

byłam głupia. 

—  Przestań  się  obwiniać  —  powiedział  markiz.  —  Skąd 

mogłaś wiedzieć, Ŝe człowiek, który nazywa siebie księdzem, jest 

zwykłym przestępcą. 

—-  Kiedy  powiedział  mi,  Ŝe  muszę  przyjąć  śluby  — 

opowiadała  dalej  Zia  —pomyślałam,  Ŝe  chyba  oszalał!  Potem 

przenieśli  mnie  do  części  domu  przeznaczonego  dla  zakonnic, 

oddalonego od uczennic, które przychodziły tu na lekcje. Wiele 

z  nich  było  moimi  przyjaciółkami.  To  wtedy  zrozumiałam,  Ŝe 

jestem... więźniem. 

—  To 

musiało 

być 

straszne! 

— 

ze 

współczu 

ciem powiedział markiz. 

 

—   65 — 

background image

—  Byłam... przeraŜona!—przyznała  Zia.  Nie  miałam pojęcia, 

Ŝe  męŜczyźni  zatrudniani  przez  ojca  Proteusa,  którzy  codziennie 

tylko wstępowali do klasztoru na kilka godzin, są to bandyci zdolni 

do wszystkiego. — Zia przerwała na chwilę opowiadanie, a potem 

kontynuowała: — Gdyby nas złapali, z pewnością pobiliby pana do 

nieprzytomności, jeśli nie... zabiliby! 

—  AŜ nie chce mi się w to wszystko wierzyć! — wykrzyknął 

markiz. — Niewiarygodne, Ŝe nikt wcześniej nie zwrócił uwagi 

na tych diabelskich osobników! 

—  Siostra  Marta  powiedziała  panu  o  dziewczynie,  którą  oni 

zapewne zabili, gdy juŜ mieli w swoich rękach jej... spadek. 

—  Czy nikt nie badał okoliczności jej śmierci — zapytał 

markiz. 

—  Powiedzieli, Ŝe spadła ze schodów i złamała sobie kark — 

wyjaśniła  Zia.  —  I  rzeczywiście  tak  było,  tylko  Ŝe  oni  ją 

popchnęli! 

Głos dziewczyny zadrŜał i markiz domyślił się, Ŝe spodziewała 

się, iŜ taki sam los ją spotka. 

—  Teraz nie masz juŜ czego się obawiać — pocieszył swoją 

podopieczną. Zia nie odpowiedziała, po chwili markiz zapytał: — 

O czym myślisz? 

—  Przyszło mi do głowy, Ŝe ojciec Proteus nie zrezygnuje tak 

łatwo  —  półgłosem  powiedziała  Zia.  —  Jeśli  zawiadomi  pan 

kogoś o tym, co się 

66 

background image

wydarzyło, jestem pewna, Ŝe będzie próbował... zemścić się na 

mnie. 

—  Sądzę,  Ŝe  jest  to  wysoce  nieprawdopodobne  — odrzekł 

markiz. — Przede wszystkim muszę porozmawiać z  namiestnikiem 

królewskim  w  Kornwalii  oraz z  okręgowym  komisarzem  policji. 

—  Zia milczała, więc markiz wyjaśniał dalej: — Poza tym muszę 

uratować siostrę Martę. Obiecałem, Ŝe się  nią  zajmę  i  znajdę  jej 

miejsce,  gdzie  będzie  mogła  zamieszkać,  chyba  Ŝe  zapragnie 

wstąpić do innego klasztoru. 

—  To bardzo dobra osoba — odezwała się Zia — i myślę, 

Ŝe najszczęśliwsza byłaby w klasztorze, ale nie takim jak ten! 

Zadygotała. Markiz pomyślał, Ŝe nie powinna rozpamiętywać 

przeszłości, więc zmienił temat: 

—  Mam 

wraŜenie, 

Ŝe 

najpierw 

musimy 

zająć 

się twoją garderobą. 

Zia roześmiała się. 

—  Pewnie  cudacznie  wyglądam!  Kiedy  przenieśli  mnie  do 

skrzydła dla zakonnic, zabrali wszystkie moje rzeczy i dali mi to, 

co mam na sobie. 

—  Przypuszczam,  Ŝe  znajdzie  się  coś  odpowiedniego  w 

Plymouth  —  powiedział  markiz    i  nie  przyjedziesz  do  Londynu 

wyglądając  jak  wrona.  Po  przyjeździe,  Bond  Street*  będzie  do 

twojej dyspozycji! 

*  Bond  Street—  ulica  w  Londynie  znana  z  drogich  sklepów. 

(Przyp. tłum.) 

67 

background image

Zia spojrzała na markiza i zapytała: 

—  Czy... moje pieniądze są... bezpieczne? 
—  Nikt  bez  mej  zgody  nie  moŜe  ich  tknąć  —  zapewnił  ją 

markiz  i jak tylko przyjedziemy do mojego domu na Park Lane, 

powiadomię bank, gdzie przebywasz. 

Zia uśmiechnęła się. 

—  Dziękuję! Dziękuję za to, Ŝe pomyślał pan o wszystkim! 

Nie  mogę  uwierzyć,  Ŝe  juŜ  nie  muszę  się  bać  albo  czekać  na... 

śmierć, gdyby ojciec Proteus zawładnął wszystkim, co posiadam! 

—  JeŜeli  będziemy  mogli  udowodnić,  Ŝe  to  on  na  pewno 

zabił  tamtą  dziewczynę,  która  odziedziczyła  majątek  —  w 

zamyśleniu  powiedział  markiz  —  albo  Ŝe  jako  wspólnik  brał 

udział w zamordowaniu jej, to z całą pewnością czeka go stryczek! 

Z wyrazu twarzy Zii markiz wywnioskował, Ŝe dopiero wtedy 

poczuje  się  naprawdę  bezpieczna.  Dziewczyna  wycierpiała  tak 

wiele z rąk tego człowieka, Ŝe wspomnienie o nim będzie ją jeszcze 

długo dręczyć. Nie miał jednak wątpliwości, Ŝe kiedy znajdzie się w 

innym środowisku i posmakuje Ŝycia towarzyskiego  w  Londynie, 

smutne wydarzenia zaczną zacierać się w jej pamięci. 

Markiz  celowo  zaczął  rozmawiać  z  Zią  o  przeszłości,  gdyŜ 

wiedział, jak drogie są jej wspomnienia o rodzicach. 

Powiedział,  jak  bardzo  on  i  jego  koledzy  lubili  jej  ojca  i 

podziwiali jako doskonałego jeźdźca. 

68— 

background image

—  Przypuszczam, Ŝe ty teŜ jeździsz konno? — zapytał. 
—  Kiedy mieszkałam z ciocią Mary, miałam wierzchowce 

—  odpowiedziała  Zia  —  ale  to  nie  było  to  samo,  co  dosiadanie 

konia z papą. Przy nim zawsze chciało się robić to lepiej. 

—  Dokładnie to samo czuliśmy słuŜąc pod jego rozkazami — 

odparł markiz. 

Zapadł  juŜ  zmrok,  kiedy  jacht  dopłynął  do  Plymouth. 

Okehampton wysłał marynarzy z dwoma listami, które wcześniej 

napisał,  by  natychmiast  dostarczyli  je  adresatom.  Jeden  był  do 

namiestnika królewskiego w Kornwalii, a drugi — do komisarza 

policji w hrabstwie. Pomyślał, Ŝe dzięki temu Zia powinna poczuć 

się bezpieczna, choć jeszcze niezbyt oddalili się od klasztoru ojca 

Proteusa. 

Rozkazał  Wintonowi  i  drugiemu  członkowi  załogi,  by 

uzbrojeni stali na warcie przez całą noc. 

Następnego  ranka,  jak  tylko  otworzono  sklepy,  kapitan 

Blackburn  udał  się  na  brzeg  w  celu  zakupienia  ubrań  dla  Zii,  by 

dziewczyna mogła zrzucić z siebie strój zakonnicy. 

Poprzedniej  nocy  Zia  zjadła  kolację  w  towarzystwie  markiza, 

mając  na  sobie  jedwabną  koszulę  nocną  opiekuna  i  jego  letni 

płaszcz uszyty z cienkiego materiału. Koszula była zbyt długa, więc 

Zia zawinęła brzegi i mankiety i spięła je agrafkami. 

— 69 

background image

W  cienkiej  talii  zawiązała  szarfę,  która  w  osobliwy  sposób 

wydawała się dobrze dobraną częścią garderoby. Lazurowy kolor 

morza  podkreślał  błękit  oczu  Zii  i  markiz  pomyślał,  Ŝe  nigdy 

przedtem nie widział tak niebieskich oczu. Po raz pierwszy jadł teŜ 

kolację w towarzystwie młodej dziewczyny. 

Kiedy jego krewni powtarzali mu, Ŝe musi znaleźć sobie Ŝonę, 

miał  wraŜenie,  Ŝe  będzie  ona  nie  tylko  nudna,  ale  i  nie  będzie 

miała  pojęcia  o  rzeczach,  które  go  interesowały.  JednakŜe  Zia, 

choć  była  bardzo  młoda,  rozmawiała  z  nim  o  jego  pasji,  czyli 

koniach, i sporo o nich wiedziała. 

Znała równieŜ historię pułku swojego ojca i kilku innych, którymi 

interesował się markiz. Zadawała mu inteligentne pytania na temat 

jego posiadłości, a poniewaŜ zawsze mieszkała na wsi, mogli oma-

wiać problemy związane z uprawami i hodowlą. Zastanawiali się, 

na  przykład,  nad  sposobem  przekonania  chłopów  do  nowych 

maszyn, wobec których byli wyjątkowo nieufni. 

Później  markiz  pomyślał,  Ŝe  gdyby  jadł  kolację  w 

towarzystwie  Harry'ego,  ich  dyskusja  przebiegałaby  podobnie. 

Nie rozmawiali jednak długo. 

Markiz  posłał  Zię  wcześnie  do  łóŜka,  gdyŜ  wiedział,  Ŝe  była 

zmęczona  dramatycznymi  wydarzeniami  ostatniego  dnia.  Poza 

tym  powiedziała  mu,  Ŝe  nie  spała  od  wielu  nocy,  owładnięta 

strachem przed ojcem Proteusem i jego ludźmi. 

Markiz nie wierzył, by ojciec Proteus mógł od- 

— 70 

background image

waŜyć  się  i  zamordować  dziewczynę.  A  jednak,  gdyby  przejął 

kontrolę nad jej pieniędzmi, co mogłoby go powstrzymać? Kiedy 

sam w końcu połoŜył się do łóŜka, wciąŜ rozmyślał nad tym, co się 

stało  i  co  usłyszał.  AŜ  trudno  było  uwierzyć,  Ŝe  to  wszystko 

wydarzyło się naprawdę, Ŝe nie dzieje się na scenie albo Ŝe nie jest 

tematem  powieści,  w  której  wszystkie  zdarzenia  są  tworem 

straszliwej wyobraźni autora ksiąŜki. 

Zasypiając,  markiz  nie  zorientował  się,  Ŝe  od  poprzedniego 

wieczora ani razu nie pomyślał o Yasmin. 

Następnego  dnia,  gdy  kończył  jeść  śniadanie,  Zia  weszła  do 

salonu.  Przez  chwilę  Okehampton  nie  mógł  oderwać  od  niej 

wzroku. 

JuŜ  wczoraj  podczas  kolacji  wyglądała  bardzo  atrakcyjnie  w 

jego  szacie,  z  włosami  zawiązanymi  z  tyłu  kawałkiem  wstąŜki,  a 

teraz, ubrana jak dama, była urzekająca! 

Miała na sobie bardzo prostą letnią suknię z cienkiego materiału, 

szeroką  i  z  małą  turniurą  z  tyłu,  a  drobną  talię  Zii  otaczała 

niebieska szarfa, niemal w kolorze oczu dziewczyny. 

Kapitan kupił teŜ szpilki do włosów, by podopieczna markiza 

mogła upiąć włosy w koczek. 

Markiz  zwrócił  uwagę  na  jej  długą,  łabędzią  szyję  i 

rozkosznie okrągłą figurę. 

Zia stała przez chwilę w drzwiach salonu. Okehampton wstał i 

powiedział: 

— 71 — 

background image

—  Ojciec  byłby  z  ciebie  dumny,  gdyby  cię  teraz 

zobaczył! 

Zia roześmiała się zachwycona. 

—  Znowu  czuję  się  sobą.  Wyrzuciłam  przez  okno  ten 

ohydny strój zakonnicy! 

—  Mam nadzieję, Ŝe opadnie na samo dno, zabierając ze sobą 

wszystkie twoje zmartwienia! — roześmiał się markiz. 

Zia usiadła przy stoliku, a stewardzi wnieśli gorące dania. 

—  Ostatniej 

nocy 

zapomniałam 

— 

zwróciła 

się 

do 

opiekuna, 

nakładając 

sobie 

potrawę 

na 

talerz 

— 

podziękować 

panu 

za 

pierwszy, 

pyszny 

posiłek, 

jakiego 

nie 

jadłam 

od 

miesięcy! 

Tak 

przyjemnie 

rozmawiało 

mi 

się 

wczoraj 

panem, 

Ŝe 

zapomnia 

łam o dobrych manierach! 

Markiz pomyślał, Ŝe sposób, w jaki to powiedziała, róŜnił się 

zupełnie  od  sposobu,  w  jaki  inne  kobiety  dałyby  mu  do 

zrozumienia,  Ŝe  dobrze  się  czuły  w  jego  towarzystwie.  Podczas 

poprzedniej nocy traktował Zię niemal jak dziecko, teraz zobaczył 

w  niej  młodą  atrakcyjną  kobietą,  która  mogłaby  zabłysnąć  w 

kręgach  towarzyskich  Londynu.  Ubierając  się  do  śniadania 

postanowił,  Ŝe  poprosi  swoją  babkę,  Ŝeby  wprowadziła  Zię  w 

świat. 

Markiza,  choć  zbliŜała  się  do  siedemdziesiątki,  ciągle  była 

bardzo aktywna. Nudziła się w zamku Okehamptonów, bo często 

przebywała tam sama, dlatego teŜ wykorzystywała kaŜdą okazję, by 

poje- 

— 72 

background image

chać do Londynu. Zatrzymywała się w domu przy Park Lane, gdzie 

swego czasu była wyśmienitą panią domu. 

„Babunia  ucieszy  się,  Ŝe  moŜe  opiekować  się  debiutantką—

myślał  markiz — a Zia jest tak atrakcyjna,  Ŝe  nie  będzie  trudno 

znaleźć jej męŜa". 

Przyszło  markizowi  do  głowy,  Ŝe  wokół  Zii,  tak  pięknej  i  w 

dodatku  bogatej,  pojawi  się  niechybnie  mnóstwo  „łowców 

posagów", którzy będą uganiać się za nią. Pomyślał sobie, Ŝe jako 

jej opiekun musi mieć pewność, iŜ ktoś oŜeni się z nią dla niej samej, 

a nie dla jej pieniędzy. 

Teraz,  patrząc  na  Zię,  markiz  był  całkiem  pewien,  Ŝe  co 

najmniej z tuzin męŜczyzn zakocha się w niej od pierwszej chwili. 

Wiedział,  Ŝe  jeśli  miał  skrupulatnie  wykonać  swój  obowiązek 

wobec  dziewczyny,  będzie  musiał  poświęcić  temu  sporo  czasu.  Nie 

był  pewien,  czy  taka  perspektywa  gniewa  go,  czy  teŜ  zaczyna 

interesować. 

—  Czy 

długo 

tu 

pozostaniemy? 

— 

zapytała 

Zia, 

odkładając nóŜ i widelec. 

Zadała  proste  pytanie,  jednak  markiz  zdawał  sobie  sprawę, 

iŜ  wciąŜ  się boi, Ŝe ojciec Proteus pojawi  się  w  jakiś  diabelski 

sposób i dostanie ją z powrotem w swoje szpony. 

—  Odpłyniemy, 

jak 

tylko 

porozmawiam 

na 

miestnikiem 

królewskim 

— 

odparł 

— 

ale 

obawiam 

się, 

Zio,  Ŝe  będziesz 

musiała  odpowiedzieć 

na 

kilka 

pytań dotyczących klasztoru. — Zdawało mu się, 

73 — 

background image

Ŝe  dziewczyna  ma  zamiar  odmówić,  więc  dodał  szybko:  — 

Wiem,  Ŝe  to  nie  jest  przyjemne,  ale  pamiętaj  o  siostrze  Marcie. 

Poza  tym  musimy  mieć  pewność,  Ŝe  ci  przestępcy  nie  dostaną 

więcej bezradnych dziewcząt w swoje łapska! 

Markiz powiedział to beztrosko, by złagodzić napięcie, a Zia 

odpowiedziała: 

—  Naturalnie, 

Ŝe 

to 

zrobię. 

moŜe 

starsze 

zakonnice 

będą 

mogły 

pozostać 

nadal 

klaszto 

rze, 

chociaŜ 

jestem 

pewna, 

Ŝe 

ojciec 

Proteus 

za 

garnął dla siebie kaŜdy pens, jaki miały. 

Następnego  ranka,  podczas  spotkania  z  komisarzem  policji  i 

namiestnikiem 

królewskim, 

markiz 

dowiedział 

się, 

Ŝe 

początkowo klasztor przeznaczony był dla starszych kobiet, które 

nie miały rodziny. Potem przywłaszczył go sobie ojciec Proteus, 

który  wyczuł,  Ŝe  moŜe  łatwo  i  szybko  czerpać  z  niego  zyski. 

Ściągnął swoich wspólników, a poniewaŜ stary ksiądz był zbyt 

chory,  by  ich  kontrolować,  a  matka  przełoŜona  —  za  słaba,  po 

prostu przejęli budynek. Niestety, nie znalazł się nikt dostatecznie 

wpływowy, kto by im to uniemoŜliwił. 

—  Dopóki  ktoś  nie  złoŜył  skargi  —  wyjaśnił  komisarz 

policji — nie miałem Ŝadnego powodu, by mieszać się do czegoś, 

co pozornie wyglądało na instytucję o charakterze religijnym. 

74 

background image

—  Rozumiem — odpowiedział markiz — ale teraz juŜ jest 

inna sytuacja. 

—  Naturalnie! — zgodził się namiestnik królewski. 

Był to dystyngowany członek Izby Lordów. Markiz poznał go w 

zamku królewskim w Windsorze. 

Namiestnik,  dowiedziawszy  się  o  wydarzeniach  w  klasztorze, 

postanowił  wszcząć  natychmiastowe  kroki  przeciwko  ojcu 

Proteusowi. 

PoniewaŜ  markizowi  zaleŜało  na  j  ak  naj  szybszym  opuszczeniu 

portu,  zarówno  komisarz,  jak  i  namiestnik  obiecali,  Ŝe  po 

oświadczeniu  Zii  i  dalszym  zbadaniu  sprawy,  prześlą  markizowi 

raport do Londynu. 

—  Rozumieją  panowie,  Ŝe  bardzo  mnie  to  interesuje  — 

wyjaśnił  markiz.  —  Równocześnie  proszę,  Ŝeby  nazwisko  mojej 

podopiecznej  nie  znalazło  się 

w  Ŝadnych  publicznych 

oświadczeniach. 

Mówiąc to, markiz spojrzał na namiestnika królewskiego, który 

od  razu  go  zapewnił,  Ŝe  zrobi  wszystko,  by  w  gazetach  nie 

ukazały  się  jakiekolwiek  informacje  na  ten  temat.  Markiz 

podziękował mu i gdy tylko obaj dŜentelmeni opuścili jacht, polecił 

kapitanowi wypłynąć na morze. 

—  Cała  sprawa  jest  teraz  poza  naszym  zasięgiem  —

powiedział 

do 

Zii 

— 

moŜemy 

się 

odpręŜyć 

i przyjemnie spędzić czas na jachcie. 

Markiz  obiecał  jej  wcześniej,  Ŝe  jeśli  siostra  Marta zostanie 

wyrzucona z klasztoru, to komisarz 

background image

policji  ma  postarać  się,  Ŝeby  przyjechała  do  Londynu  do  domu 

Okehamptonów, gdzie będzie mogła zostać do czasu zapewnienia 

jej godziwej przyszłości. 

—  Oczywiście pokryję wszelkie wydatki związane z podróŜą 

—  dodał  markiz  w  rozmowie  z  komisarzem  —  jak  i  wydatki 

osoby  towarzyszącej,  tak  by  siostra  Marta  nie  podróŜowała 

sama. — I wyjaśnił Zii: — Zawsze musimy pamiętać, Ŝe gdyby 

nie odwaga siostry Marty, nie byłoby cię tutaj. 

—  To bardzo miło, Ŝe przejmuje się pan tak siostrą Martą. 

Dam  jej  wszystko,  czego  zapragnie  —  z  całą  stanowczością 

powiedziała Zia — bo to  j  a  jestem  za  nią  odpowiedzialna,  nie 

pan! 

—  Nie będziemy się o to spierać — uśmiechnął się markiz. — 

Sądzę, Ŝe oboje dopilnujemy, by siostra Marta była szczęśliwsza 

niŜ do tej pory. 

—  Biedactwo!  Gdybyśmy  tylko  mogli  zmienić  jej  twarz! 

Zawsze  mówi  o  sobie,  Ŝe  jest  brzydka,  i  wiem,  jak  to  ją 

martwi. 

—  Podejrzewam, Ŝe ładne suknie i bardziej atrakcyjne upięcie 

włosów  na  pewno  by  ją  odmieniły  —  zauwaŜył  markiz.  — 

Chyba Ŝe ma zamiar pozostać zakonnicą. 

—  Moglibyśmy  spróbować  ją  zmienić.  To  będzie  jak 

opiekowanie  się  upośledzonym  dzieckiem!  —  powiedziała  Zia  i 

oboje roześmieli się z tego pomysłu. 

— 76— 

background image

Uwaga  o  dziecku  przypomniała  markizowi  o  Yasmin  i  jej 

zapewnieniach, Ŝe to on jest ojcem dziecka, które ma się narodzić. 

Markiza ogarnęła złość na tę kobietę, która próbowała go oszukać 

i mu groziła. Spojrzawszy na niego, Zia wykrzyknęła: 

—  Czy 

powiedziałam 

coś 

złego?! 

Co 

pana... 

zdenerwowało? 

Wydawała się tak zmartwiona, Ŝe markiz zapewnił ją szybko: 

—  To  nie  ma  nic  wspólnego  z  tobą.  Po  prostu 

przypomniałem sobie coś irytującego. 

Zia wciąŜ patrzyła na niego zatroskana, więc zapytał: 

—  Skąd  moŜesz  wiedzieć,  Ŝe  myślę  o  czymś  przykrym? 

Często  gratulowałem  sobie  mojej  spostrzegawczości,  ale  nie 

spodziewałem się tego po tobie. 

—  Sądzę,  Ŝe  to  jest  coś,  co  zawsze...  posiadałam  — 

odpowiedziała Zia. — Często czytałam w myślach papy, zanim 

zdąŜył  je  wypowiedzieć.  Mama  mówiła,  Ŝe  to  dlatego,  iŜ  w 

naszych Ŝyłach płynie celtycka krew. 

—  Jako  twój  opiekun  —  powiedział  markiz  z  udawaną 

powagą—zabraniam  ci  czytania  w  moich  myślach!  Nie  wypada, 

Ŝeby dobrze wychowana  panienka je znała! 

Zia roześmiała się. 

—  Teraz 

zaciekawił 

mnie 

pan 

spróbuję 

dowie 

dzieć się dokładnie, co pan myśli. 

— 77— 

background image

—  To  znaczy,  Ŝe  mi  się  sprzeciwiasz?  —-  za 

Ŝartował 

markiz. 

— 

takim 

razie 

będę 

musiał 

zająć 

twarde 

stanowisko 

dopilnować, 

byś 

słuchała 

moich poleceń! 

Zia znowu się zaśmiała. 

—  Jeśli ja jestem zbyt młoda, by być spostrzegawczą, to pan 

jest  z  pewnością  za  młody,  by  być  opiekunem!  Oni  są  zwykle 

starzy, z siwymi włosami, jak nasi dziadkowie! 

—  Za takiego właśnie powinnaś mnie uwaŜać! 
Zia  posłała  mu  figlarny  uśmiech,  który  markizowi  wydał  się 

wyjątkowo uroczy, a potem odrzekła: 

—  Teraz  to  pan  próbuje  mnie  zastraszyć,  a  sko 

ro  jestem  juŜ  wolna,  przestałam  się  bać,  będzie  więc 

pan 

musiał 

pomyśleć 

lepszym 

sposobie 

utrzyma 

nia mnie w ryzach! 

Po raz pierwszy Zia zachowywała się beztrosko. Dokuczała mu. 

Emanowało z niej coś, co markiz mógł określić jedynie jako radość 

Ŝycia. Obydwoje byli w znakomitych humorach i markizowi wyda-

wało się, Ŝe godziny mijają tak szybko jak nigdy. 

Wcześniej  zdecydował,  Ŝe  spędzą  noc  w  cichym  porcie,  a  z 

samego ranka dopłyną do Folkestone, gdzie  wsiądą w pociąg do 

Londynu. Potem jednak uświadomił sobie, Ŝe doskonale się bawi i 

nie  czuje  potrzeby  szybkiego  powrotu  do  Londynu.  Dlatego  teŜ 

polecił  kapitanowi,  Ŝeby  płynął  wzdłuŜ  wybrzeŜa,  a  potem  w 

górę Tamizą, tak jak robił to 

78 

background image

często  przedtem,  by  moŜna  było  wyjść  na  brzeg  w  samym 

Londynie, w dzielnicy Westminster. 

—  Cieszę  się,  Ŝe  tak  pan  zadecydował  —  stwierdziła  Zia,  gdy 

markiz powiedział jej o swoich planach. — Uwielbiam morze i tak 

przyjemnie  mi  się  z  panem  rozmawia,  bo  przypomina  mi  pan 

papę. 

Na  twarzy  markiza  pojawił  się  lekki  grymas  i  pomyślał,  Ŝe 

przebywając  z  innymi  kobietami,  raczej  nie  przypominał  im  ich 

ojców. 

Pomimo  to,  Ŝe  Zia  śmiała  się  z  nim,  jak  gdyby  był  jej 

rówieśnikiem, markiz wiedział, Ŝe ani przez chwilę nie myśli o nim 

jak o atrakcyjnym męŜczyźnie. Prawdopodobnie dlatego, Ŝe była 

tak młoda i zupełnie nie miała pojęcia o świecie, co Okehampton 

zdąŜył juŜ stwierdzić. 

Najdziwniejsze, Ŝe rozmowa z nią była interesująca, choć nie 

wymieniali między sobą Ŝadnych dwuznacznych myśli, jak to było 

w jego zwyczaju, gdy był w damskim towarzystwie. A jednak — mu-

siał  to  przyznać  —  od  chwili  gdy  znaleźli  się  razem,  ani  przez 

moment się nie nudził. 

Podczas rozmów na jachcie z Yasmin czy jakąkolwiek inną z 

jego  kochanek,  padały  z  ich  ust  słowa,  w  których  kryła  się 

kokieteria.  KaŜde  spojrzenie  w  ich  oczach  wyraŜało  zachętę.  I 

markiz  nie  czekał  długo,  by  wziąć  je  w  ramiona,  całować  i  w 

końcu  zaprowadzić  je  na  dół  do  kajuty.  Ale  najwidoczniej  Zii 

nigdy  nie  przyszło  do  głowy,  Ŝe  mogłaby  być  pociągająca  dla 

niego jako kobieta. 

— 79— 

background image

Przed kolacją udali się do swych kajut i markiz, który przebrał się 

pierwszy, czekał na Zię w salonie. Jacht był zakotwiczony w małej 

zatoce, która chroniła go przed wiatrem i ruchami morza. Stewardzi 

nie zapalili jeszcze światła  w salonie, ale palące się na  stole świece 

nadawały  kolacji  przygotowanej  dla  dwojga  nastrój  bardzo 

romantyczny. 

Markiz  zawsze  wyglądał  szczególnie  wytwornie  w  strojach 

wieczorowych. Czekając na Zię, patrzył przez okienko w burcie na 

gwiazdy, które zaczynały migotać na niebie. 

Był  ciepły  wieczór  i  markiz  pomyślał,  Ŝe  kaŜda  inna  kobieta, 

która by mu towarzyszyła, czekałaby tylko na chwilę, gdy  wyjdą 

na pokład. KaŜdym swym ruchem dawałaby mu do zrozumienia, 

Ŝe pragnie, by otoczył ją ramieniem. Potem jego usta przywarłyby 

do jej warg i całowałby ją, dopóki nie zabrakłoby im tchu. 

Nagle markiz usłyszał, Ŝe ktoś lekko wchodzi po schodkach, 

i chwilę później w salonie zjawiła się Zia. 

— Proszę popatrzeć, jaka jestem wystrojona! — wykrzyknęła. 

RozłoŜyła ręce i zakręciła się tak, Ŝeby markiz mógł zobaczyć 

jej  całą  spódnicę  oraz  małą,  opadającą  falbankę,  którą  obszyty 

był brzeg sukni. Miała gołe ramiona, a jej talia wydawała się jeszcze 

cieńsza  niŜ  w  świetle  dnia.  Suknia  była  jasnozielona,  koloru 

wiosennych pączków. Światło świec 

— 80— 

background image

uwydatniało rudy odcień włosów dziewczyny. Markiz pomyślał, 

Ŝe jest niczym elf, który dopiero co wynurzył się z fal. Było w niej 

coś zwiewnego i zarazem wydawało się, Ŝe porusza się w takt mu-

zyki. 

—  Muszę  podziękować  kapitanowi!  —  powiedział  markiz 

zachwycony. — Jego gust jest bez zarzutu! 

—  To  samo  i  ja  pomyślałam  —  zgodziła  się  Zia.  — 

Muszę teraz pokazać mu, jak szykownie wyglądam. 

Nie  czekała  na  odpowiedź  markiza,  tylko  wyszła  z  salonu  na 

pokład. Po chwili markiz usłyszał, jak biegnie w kierunku mostka 

kapitańskiego.  PodąŜając  za  nią  nie  mógł  powstrzymać  się  od 

uśmiechu.  śadnej  znanej  mu  piękności  nie  zaleŜałoby  na  zdaniu 

kapitana  na  temat  jej  wyglądu.  Z  drugiej  strony  niewątpliwie 

oczekiwałyby komplementów od markiza. 

„Nie wolno mi jej psuć" — pomyślał Okehampton, dochodząc 

do mostka. 

—  Cieszę  się,  Ŝe jest  panienka  zadowolona, panno Langley 

—  usłyszał  słowa  kapitana.  — Rzeczywiście,  moja  Ŝona  zawsze 

pyta mnie o radę, zanim kupi nową suknię. 

—  Więc  proszę  jej  powiedzieć,  Ŝe  jego  lordowska  mość 

uwaŜa pański gust za wyborny — odpowiedziała Zia — i myślę, Ŝe 

naprawdę  powinien  pan  mi  doradzać  w  magazynach  na  Bond 

Street! 

— 81 

background image

—  Lepiej znam się na statkach niŜ na sukniach, panno Langley 

—  roześmiał  się  kapitan  —  i  muszę  przyznać,  Ŝe  to  jest  jeden  z 

najlepszych statków, jakim kiedykolwiek dowodziłem. 

—  Teraz  to  ja  przyjmuję  komplementy!  —  powiedział 

markiz, gdy dołączył do nich. 

—  Zupełnie słusznie — przyznała Zia. — „JednoroŜec" jest 

wspaniały! 

Gdy wracali do salonu, markiz zaczął się zastanawiać, czy Zia 

uwaŜa, Ŝe właściciel statku teŜ jest wspaniały. 

Był  tak  przyzwyczajony  do  adoracji  ze  strony  swych 

kolejnych zdobyczy, Ŝe teraz doszedł do wniosku — choć musiał 

przyznać, Ŝe to było śmieszne — iŜ brakuje mu komplementów. 

Kiedy  zasiedli  do  kolacji,  Zia  stwierdziła,  Ŝe  jedzenie  jest 

równie  wyborne  co  poprzedniego  wieczoru  i  wkrótce 

zapomniała  o  swoim  wyglądzie,  gdyŜ  ponownie  zaczęli 

wspominać stare czasy. 

—  MoŜe  opuszczę  niedługo  pański  dom  —  powiedziała 

trochę  z  tęsknotą  w  głosie  —  ale  jeśli  będzie  pan  organizował 

steeplechase, czy pozwoli mi pan wziąć w nim udział? 

—  Oczywiście, Ŝe nie! — odparł markiz. — Steeplechase'y 

nie są dla kobiet, ale jeśli będę organizował point-to-point, co czasem 

robię w lecie, to wprowadzę do programu wyścig dla pań i będziesz 

mogła się ścigać. 

82 — 

background image

Przez chwilę Zia przyglądała się figlarnie markizowi, po czym 

powiedziała: 

—  Jako  nieodrodna  córka  papy,  jeśli  wasza  lordowska  mość 

poŜyczy mi jednego ze swoich wspaniałych koni, wolałabym ścigać 

się z panem! 

—  I  naprawdę  sądzisz,  Ŝe  mogłabyś  wygrać?  —  zapytał 

markiz. 

Spodziewał  się,  Ŝe  odpowie,  iŜ  to  niemoŜliwe,  ale  chciałaby 

spróbować, lecz Zia odrzekła: 

—  UwaŜam, 

Ŝe 

gdyby 

pozwolił 

mi 

pan 

wybrać 

konia 

poznać 

go 

przed 

wyścigiem, 

to 

miałabym 

szansę. 

— 

Markiz 

uniósł 

brwi, 

jego 

podopieczna 

wyjaśniła:  —  Papa  mówił,  Ŝe  gdy  konie  lubią  się 

ścigać, 

zawsze 

naleŜy 

wytłumaczyć 

im, 

czego 

się 

od 

nich 

oczekuje. 

JeŜeli 

przyzwyczajone 

są 

do 

jeźdźca, będą chciały sprawić mu przyjemność. 

Markiz  chciał  powiedzieć  Zii,  Ŝe  ma  bujną  wyobraźnię,  ale 

przypomniał  sobie,  iŜ  pułkownik  Langley  mówił  to  samo  swoim 

młodym  oficerom  przed  wyścigami  konnymi  pułków,  w  których 

pułk królewski zawsze się wyróŜniał. 

—  Chcę powiedzieć — tłumaczyła dalej Zia — Ŝe jeśli będę 

mogła  porozmawiać  z  moim  koniem  i  powiem  mu,  Ŝe  ma 

pokonać pańskiego konia, wtedy moŜe mogłabym być na mecie 

przed panem. 

—  Sądzę, Ŝe uciekasz się do magii — odparł markiz — a to 

jest wyraźne naruszenie wszystkich reguł gry! 

— 83 — 

background image

Zia tylko się zaśmiała. 

— Gdybym miała szansę zademonstrowania panu tego, o czym 

mówię — powiedziała — zrozumiałby pan wszystko. 

Tak  się  składało,  Ŝe  markiz  to  rozumiał.  Nigdy  przedtem  nie 

spotkał  kobiety  znającej  sekrety  jazdy  konnej,  tak  jak  znali  je 

Cyganie i dŜokeje, odnosząc największe  sukcesy  w  wyścigach,  w 

których brali udział. 

LeŜąc  juŜ  w  łóŜku  markiz  musiał  przyznać,  Ŝe  przyjemnie 

spędził czas. Był całkowicie pewien, Ŝe Zia będzie miała ogromne 

powodzenie w Londynie. Pomyślał, Ŝe jest oryginalną niezwykłą i 

bardzo uroczą młodą dziewczyną. Zdecydował, Ŝe powie swojej 

babce  o  balach,  jaki  wyda  na  cześć  Zii:  jeden  —  w  domu 

Okehamptonów w Londynie, a drugi — w zamku na wsi. 

„CzegóŜ więcej mogłaby pragnąć dziewczyna w jej wieku —

powiedział  do  siebie.  —  Gdy  będzie  ubrana  lepiej  niŜ  inne 

debiutantki,  szybko  podbije  serce  jakiegoś  dystyngowanego 

młodego arystokraty, a ja szlachetnie spełnię swój obowiązek, tak 

jak jej rodzice by sobie Ŝyczyli". 

Markiz  robił  w  myślach  przegląd  młodych  ludzi,  zastanawiając 

się, który najbardziej by się nadawał na męŜa Zii, ale przyłapał się 

na  tym,  Ŝe  odrzuca  jednego  po  drugim.  Choć  w  ich  Ŝyłach 

płynęła „błękitna" krew, choć mieli znakomite nazwiska i mieli 

odziedziczyć waŜne tytuły, zdaniem markiza 

— 84 

background image

Ŝaden nie był wart tak niezwykłej i uroczej osoby, jaką była Zia. 

Markiz  zdawał  sobie  sprawę,  Ŝe  mając  tak  ogromny  majątek, 

Zia będzie mogła przebierać wśród kandydatów. Jednak ani przez 

moment  nie  mógł  sobie  wyobrazić  Zii  jako  Ŝony  któregoś  ze 

swych znajomych, którzy od czasu ukończenia szkoły nie robili nic 

innego, tylko gonili za aktoreczkami i rozpustnicami. 

Pomyślał  teŜ  o  szlachetnie  urodzonych  młodych  ludziach, 

którzy  utrzymywali,  jak  było  wiadomo  markizowi,  przystojnych 

ujeŜdŜaczy koni w eleganckich willach w St. John's Wood*. 

rozmowy, 

jaką 

przeprowadził 

Zią, 

markiz 

wywnioskował, Ŝe dziewczyna nie wie nic o tak zwanych innych 

zainteresowaniach w Ŝyciu męŜczyzny. 

Niewątpliwie  byłaby  w  najwyŜszym  stopniu  zaszokowana, 

gdyby dowiedziała się o nich. 

W  jej  niebieskich  oczach  było  coś  bardzo  czystego  i 

niewinnego.  Równocześnie  pełne  były  jakiejś  trudnej  do 

określenia duchowej tajemnicy. 

„Niech  to  wszyscy  diabli!  —pomyślał  sobie.  —  Musi  istnieć 

jakiś porządny  męŜczyzna, który będzie  wierny  Ŝonie  takiej  jak 

Zia!" 

Zaczął zastanawiać się, czy w przyszłości Zia 

*  St.  John's  Wood  —  drogi  rejon  Londynu,  znany  głównie  ze 

znajdujących się tam klubów dla dŜentelmenów. (Przyp. tłum.) 

85 — 

background image

stanie się podobna do Yasmin i tych wszystkich kobiet, z którymi 

zetknął się w Ŝyciu. 

Kiedy  jadł  kolację  w  domu  innego  męŜczyzny  podczas  jego 

nieobecności, a potem zabawiał się z jego Ŝoną, zawsze odczuwał 

coś  w  rodzaju  zaŜenowania.  Miał  wraŜenie,  jakby  kogoś  okradał, 

ale  takie  zachowanie  stanowiło  część  Ŝycia  towarzyskiego 

wyŜszych sfer, w jakich się obracał. Było powszechnie przyjęte, 

Ŝe jeśli mąŜ nie zajmuje się Ŝoną lub ma „inne zainteresowania", 

nie  istniał  powód,  dla  którego  Ŝona  powinna  pozostać  wierna 

swemu prawowitemu małŜonkowi. 

A  mimo  to  właśnie  wierności  Okehampton  oczekiwałby  od 

własnej Ŝony. Zaraz jednak pomyślał cynicznie, Ŝe za duŜo Ŝąda. 

Czy  mógłby  być  pewien,  Ŝe  będąc  poza  domem  choćby  przez 

jedną noc, kochanek jego Ŝony nie spałby w jego łóŜku? 

Ta myśl tak zirytowała markiza, Ŝe zrzucił kołdrę, wstał z łóŜka 

i  podszedł  do  jednego  z  okienek  w  kajucie.  Rozsunął  zasłony  i 

zobaczył  gwiazdy  na  niebie,  których  blask  odbijał  się  w  morzu. 

Widok był przepiękny i bardzo romantyczny. 

Markiz  stał  zapatrzony  przez  dłuŜszy  czas,  a  potem  wrócił  do 

łóŜka, mówiąc do siebie z wściekłością: 

—  Wszystkie  kobiety  są  niewierne,  perfidne  i  podstępne! 

Nigdy się nie oŜenię! 

background image

Rozdział 4 

W reszcie „JednoroŜec" dotarł do Londynu i płynął Tamizą 

wzdłuŜ nabrzeŜa. 

Dwukonny  powóz  markiza  czekał  juŜ  na  podróŜnych  i  kiedy 

jacht  zarzucił  kotwicę,  markiz  zabrał  Zię  na  brzeg.  Dziewczyna 

bardzo  ładnie  podziękowała  kapitanowi  za  podróŜ  i  przyjemne 

spędzenie  czasu  na  jachcie.  Gdy  odjeŜdŜali,  powiedziała 

śpiewnym głosem: 

—  To było bardzo... bardzo... ekscytujące! 
—  Mam  nadzieję,  Ŝe  równie  dobrze  będziesz  się  bawić  w 

Londynie — rzekł markiz. — Chcę teŜ pokazać ci mój zamek w 

Sussex. 

Zia uśmiechnęła się. 

—  Ale przede wszystkim pragnę zobaczyć pańskie konie! 

Markiz  zastanawiał  się,  czy  mógłby  zabrać  ją  na  przyjęcie, 

jakie miał zamiar wydać w następny 

— 87— 

background image

weekend.  Skoro  nie  będzie  Yasmin,  zostanie  puste  miejsce,  ale, 

pomyślał markiz, to nie jest typ przyjęcia, na który moŜna zabrać 

debiutantkę. 

„Zostawię ją z babcią w Londynie — zdecydował — i dopiero 

za tydzień przyjedzie do zamku". 

Kiedy przybyli do domu Okehamptonów na Park Lane, wspaniała 

rezydencja oraz wyposaŜenie wnętrza, meble i obrazy zrobiły na Zii 

ogromne  wraŜenie.  Markiz  był  niezmiernie  dumny  z  tego  domu, 

którego wystrój był dziełem jego matki, osoby o wybornym guście. W 

środku  nie  było  Ŝadnych  egzotycznych  roślin  ani  pokrowców  na 

meble czy ozdó-bek, modnych od czasu wstąpienia na tron królowej 

Wiktorii. Babka markiza wychowała się na dworze królewskim  za 

czasów  regencji  Jerzego  IV  i  była  bardzo  przywiązana  do 

panujących wtedy zwyczajów i mody. 

Zia  nie  zdawała  sobie  sprawy,  iŜ  to,  co  widzi,  uwaŜane  jest 

przez  ludzi  wyznających  zasady  obecnej  epoki  wiktoriańskiej  za 

staromodne.  Uznała,  Ŝe  dom  jest  piękny;  przemawiał  do  niej  w 

sposób trudny do wyraŜenia. 

Starsza  pani  została  wcześniej  powiadomiona  o przyjeździe 

wnuka i Zii, czekała więc na nich w salonie zajmującym prawie całe 

pierwsze  piętro  rezydencji.  Był  to  piękny  pokój,  zawieszony 

obrazami przewaŜnie francuskich malarzy i oświetlony ogromnymi 

świecznikami z setką świec na kaŜdym. Gdy weszli, Zia poczuła 

się jak w pałacu z bajki. 

88— 

background image

Z pewnym zdziwieniem markiz stwierdził, Ŝe podczas powitania z 

jego babką, która onieśmielała większość ludzi, Zia nie była ani 

trochę speszona. Dygnęła z wdziękiem przed wdową a potem po-

wiedziała z entuzjazmem: 

—  Bardzo  pragnęłam  panią  poznać.  Jego  lordowska  mość 

opowiadał  mi  o  przyjęciach,  jakie  kiedyś  pani  wydawała. 

Podobno były najznakomitsze w całym Londynie. 

—  Czy tego oczekujesz ode mnie? Bym wydała przyjęcie dla 

ciebie? —- zaśmiała się markiza. 

—  O, nie! — zaprzeczyła Zia. — Ale wchodząc do tego pokoju 

zastanawiałam  się,  jak  uroczo  musiała  pani  wyglądać  w  salonie, 

który przypomina mi scenę ze sztuki Szekspira. 

Markiza ponownie roześmiała się. 

—  Sądzę,  Rayburnie  —  zwróciła  się  do  wnuka  —  Ŝe  Zia 

uwaŜa  nas  za  nierealne  postacie,  a  nie  za  rzeczywistych  i  często 

bardzo nudnych ludzi. 

—  Jestem  pewien,  Ŝe  to  nie  dotyczy  ciebie,  babuniu!  — 

powiedział markiz. — Jeśli o mnie chodzi, to jestem zachwycony, 

Ŝe  ktoś  traktuje  mnie  jako  nierealną  postać,  a  nie  jak 

zgorzkniałego śmiertelnika. 

Markiz  dostrzegł  zdziwienie  w  oczach  babki  i  uświadomił 

sobie,  Ŝe  mówi  trochę  bez  zastanowienia,  dlatego  teŜ  szybko 

zmienił temat rozmowy opowiadając, w jaki sposób uratował Zię z 

rąk ojca Proteusa. 

— 89— 

background image

Babka słuchała go zdumiona. 

Tę historię musisz zatrzymać dla siebie — powiedział— 

bo  jak  dobrze  wiesz,  babuniu,  od  razu  stałaby  się  sensacją  w 

kaŜdym salonie i klubie w Londynie! 

—  Nigdy  nie  słyszałam  o  czymś  równie  haniebnym!  — 

oburzyła  się  markiza,  wysłuchawszy  opowiadania.  —  Moje 

biedne dziecko! Musiałaś przejść męczarnie, zanim mój wnuk cię 

uratował! 

—  Straciłam  juŜ  nadzieję,  Ŝe  się  stamtąd  wydostanę  — 

powiedziała Zia — ale jego lordowska mość mówi, Ŝe powinnam o 

tym zapomnieć... i to właśnie próbuję zrobić. 

—  Zapomnisz  o  tym,  jak  tylko  kupimy  ci  najśliczniejszą 

suknię, jaką znajdziemy, a mój wnuk roześle zaproszenia na twój 

pierwszy bal. 

Wdowa  po  markizie  spojrzała  pytająco  na  wnuka,  który 

odpowiedział: 

—  Zamierzam wydać jeden bal tutaj, babuniu, a takŜe drugi 

w zamku. Wiem, Ŝe tego oczekiwaliby ode mnie rodzice Zii. 

—  Naturalnie,  Ŝe  tak!  —  pochwaliła  pomysł  starsza pani. 

— A poniewaŜ chcesz, by zapraszano Zię na inne bale, musisz jak 

najszybciej rozesłać zaproszenia. 

—  Chyba  śnię!  —  wykrzyknęła  Zia.  —  To  jest  tak 

ekscytujące, Ŝe pragnę tańczyć i śpiewać, i nigdy nie przebudzić 

się z tego snu! 

Markiz i jego babka roześmiali się. Kiedy zeszli 

90 

background image

na  obiad,  Okehampton  poczuł,  jak  zaraŜa  się  entuzjazmem 

dziewczyny, i pomyślał, Ŝe całkiem zabawnie będzie urządzić bal w 

domu w Londynie, czego  do  tej  pory  nigdy  nie  robił.  Po obiedzie 

markiza  posłała  po  powóz  i  oświadczyła,  Ŝe  zabiera  Zię  na 

zakupy. 

—  Zaczniemy  od  toalet,  które  moŜna  od  razu  kupić  — 

powiedziała  —  i  kaŜemy  je  przysłać  do  domu  do  przymiarki. 

Zamówimy  teŜ  kilka  innych,  aby  uszyto  je  moŜliwie  jak 

najszybciej i kupimy do nich dodatki. 

—  Wygląda  to  na  niezwykłe  przedsięwzięcie  —  zauwaŜył 

markiz. — Cieszę się, Ŝe nie chcecie, bym wam towarzyszył. 

—  Tego by jeszcze brakowało! — Ŝachnęła się babka. — Tak 

jak  wszyscy  Anglicy siedziałbyś ze znudzoną  miną  uwaŜając,  Ŝe 

przebywanie  w  budynku  podczas  tak  słonecznego  dnia  to 

zbrodnia przeciwko naturze! 

Zia roześmiała się. 

—  Nie  wątpię,  Ŝe  tak  by  było!  Papa  zawsze  mó 

wił,  Ŝe  z  przyjemnością  patrzy  na  mamę  w  pięknej, 

nowej  sukni,  ale  nie  Ŝyczy  sobie  słyszeć  o  Ŝadnych 

przymiarkach ani zakupach. 

Markiz  towarzyszył  obu  damom  do  drzwi  frontowych,  by 

odprowadzić je do powozu. Potem udał się  do  swojego  gabinetu, 

gdyŜ  wiedział,  Ŝe  pan  Barrett  czeka,  by  wręczyć  mu 

korespondencję. 

Nie pomylił się. Zaraz zjawił się pan Barrett. 

— 91 

background image

—  Są dwa listy,  milordzie, które, jak sądzę, chciałby pan 

najpierw  zobaczyć.  Jeden  z  banku,  zawiera  szczegółowe 

zestawienie  majątku  panny  Langley,  drugi  —  od  namiestnika 

królewskiego z Kornwalii. 

—  Mam  nadzieję,  Ŝe  się  czegoś  od  niego  dowiem!  — 

wykrzyknął markiz. 

Pan  Barrett  wręczył  mu  list.  W  miarę  lektury  zmieniał  się 

wyraz twarzy markiza. 

—  Czytałeś to, Barrett? — zapytał. 
—  Tak, milordzie. 
—  Jak ten przeklęty człowiek mógł umknąć tak szybko? Skąd 

mógł wiedzieć, Ŝe komisarz policji zamierza go aresztować? 

—  Złe  wieści  szybko  się  rozchodzą,  milordzie  — 

zauwaŜył pan Barrett. 

—  Przypuszczalnie dowiedział się, Ŝe „JednoroŜec" zawinął 

do  portu  w  Plymouth,  i  wywnioskował,  Ŝe  kontaktuję  się  z 

namiestnikiem królewskim i komisarzem policji. 

—  Z pewnością właśnie tak było — zgodził się pan Barrett — 

jak  pisze  namiestnik,  klasztor  opustoszał,  oprócz  zakonnic  i 

starego schorowanego księdza nie ma nikogo. 

Markiz ponownie zerknął do listu. 

—  Siostra  Marta  wyjechała  do  Londynu,  tak  więc 

dowiemy się czegoś więcej, gdy przyjedzie dziś wieczorem. 

—  Jako Ŝe to będzie bardzo późno, milordzie — 

92 

background image

powiedział  pan  Barrett  —  czy  nie  lepiej  byłoby  dla  tej  młodej 

kobiety, by poszła spać, a porozmawiałby pan z nią rano? 

—  Dobrze  —  zgodził  się  markiz.  —  Jednocześnie  martwi 

mnie, Ŝe ta banda przestępców wciąŜ jest na wolności. 

—  Czy wasza lordowska mość uwaŜa — z wahaniem zapytał 

pan  Barrett  —  Ŝe  pannie  Langley  grozi  z  ich  strony  jakieś 

niebezpieczeństwo? 

—  Nigdy  nic  nie  wiadomo.  Są  wściekli,  Ŝe  uciekła  i  Ŝe  my 

wiemy o ich zakusach. 

Pan Barrett był wyraźnie zmartwiony. Markiz, jak gdyby sam 

się pocieszając, powiedział: 

—  Nie  trzeba  niepokoić  panny  Zii.  Nie  wierzę,  Ŝeby  ten 

Proteus był na tyle głupi, by zwracać na siebie uwagę, wiedząc, iŜ 

policja jest na jego tropie. 

—  Zapewne  ma  pan  rację,  milordzie  —  zgodził  się  pan 

Barrett.  —  Zresztą  teraz  panna  Zia  jest  pod  opieką  markizy,  nie 

będzie więc nigdzie się sama oddalać. 

—  Oczywiście, Ŝe nie — przytaknął markiz. 
Pomimo  to  pomyślał,  Ŝe  powinien  babce  uświadomić,  iŜ  ze 

względu  na  bezpieczeństwo  Zii  muszą  mieć  się  na  baczności. 

Podczas podróŜy na wieś lokaj jadący na koźle powinien mieć w 

kieszeni naładowany pistolet. 

Broń  była  rzeczą  niezbędną  w  czasach,  kiedy  rozbójnicy 

grasowali po kraju, szczególnie na południu. 

93 

background image

Kilka lat temu markiz słyszał o napadzie na dyliŜans. ByI pewien, 

Ŝe większość ludzi zostawia swoje  pistolety  w  domu,  a  nawet  jeśli 

ma je  w powozie, to sa nie naładowane. Pocieszył się myślą, Ŝe 

Proteus nie ryzykowałby swojej wolności, jeśli nie Ŝycia, by zrobić 

coś tak zuchwałego. 

—  Porozmawiam  z  panną  Zią—powiedział.  Naturalnie,  nie 

chcę, Ŝeby mówili o tym słuŜący. 

Pan Barrett był tego samego zdania i wręczył markizowi list z 

banku.  Pismo  składało  się  z  kilku  stron  zapisanych  cyframi 

dotyczącymi  depozytów  i  akcji  posiadanych  przez  Zię  Langley. 

Kiedy markiz spojrzał na pierwszą stronę, na której podano całą 

sumę,  był  wyraźnie  zdziwiony.  Z  tego,  co  powiedział  mu  pan 

Barrett,  wywnioskował,  Ŝe  lady  Langley  zostawiła  ogromny 

majątek, ale w rzeczywistości był on o wiele większy, niŜ markiz 

się spodziewał. 

Pan  Barrett  widząc  zaskoczenie  markiza,  pośpieszył  z 

wyjaśnieniem: 

—  Gdy  jej  lordowska  mość  poślubiła  brata  pułkownika,  nie 

była,  jak  wnoszę,  aŜ  tak  zamoŜna,  ale  przez  lata  zmarło  wielu  jej 

krewnych i zapisało jej w testamencie sporo ze swych majątków. 

Oprócz  tego  pieniądze  łady  Langley  zostały  tak  dobrze 

zainwestowane, Ŝe w kilku wypadkach przyniosły stokrotne zyski. 

—  Rozumiem — powiedział markiz. — Mimo 

94— 

background image

to  nie  jest  dobrze,  gdy  młoda  dziewczyna  posiada  tak  ogromną 

fortunę. 

—  Wasza lordowska mość ma z pewnością na myśli „łowców 

posagów" — zauwaŜył pan Barrett. 

—  W rzeczy samej! — zgodził się  markiz. —  Liczę  na  to, 

Barrett, Ŝe będziesz bacznie pilnował młodzieńców pukających do 

drzwi,  przysyłających  kwiaty  i  liściki  miłosne,  będziemy  „tłumili 

ich zapał w zarodku". 

—  Sądzę — powiedział pan Barrett — iŜ trudno będzie znaleźć 

w Londynie męŜczyznę, który nie pragnąłby połoŜyć swych łap 

na  tak  ogromnym  majątku. Poza tym, panna  Langley jest jedną z 

najbardziej uroczych młodych dam, jakie znam! 

—  Nie  rozumiem,  dlaczego  zawsze  pakuję  się  w  takie 

kłopoty!  —  zauwaŜył  markiz  zirytowany.  —  Wiesz  równie 

dobrze  jak  ja,  Barrett,  Ŝe  jeśli  Zia  poślubi  nieodpowiedniego 

człowieka, będę to miał na sumieniu do końca Ŝycia. 

Widać  było,  Ŝe  pan  Barrett  zastanawia  się  nad  stosowną 

odpowiedzią  kiedy  drzwi  gabinetu  otworzyły  się  i  do  pokoju 

wszedł Harry Blessington. 

—  Jak  się  masz,  Rayburnie!  Dzięki  Bogu,  Ŝe  wróciłeś! 

Stęskniłem się juŜ za tobą. 

—  Wróciłem  —  odparł  markiz  —  i  mam  dla  ciebie 

zadanie. 

—  Zadanie? — zapytał Harry. 

Kiedy markiz podał mu pismo z banku, pan Barrett  odszedł po 

cichu, wiedząc, Ŝe dwaj przyjaciele 

— 95 — 

background image

maja  sobie  sporo  do  powiedzenia.  Harry  przeczytał,  ,a  potem 

zagwizdał długo i przeciągle. 

Wiedziałem, Ŝe będziesz zdziwiony! —powiedział markiz. 

—  Jestem  zdumiony!  —  odrzekł  Harry.  —  Kto  mógłby 

przypuszczać, Ŝe córka pułkownika okaŜe się tak bogata? 

—  Szkoda,  Ŝe  sam  pułkownik  nie  mógł  skorzystać  z  tych 

pieniędzy  —  zauwaŜył  markiz.  —  Stać  by  go  było  na  lepsze 

konie. 

—  Powiedz mi, jaka ona jest? — zapytał Harry. — Nie mów 

mi,  Ŝe  nie  jeździ  dobrze  konno,  bo  przestanę  wierzyć  w 

dziedziczność. 

—  Mam ci sporo do opowiedzenia— odrzekł markiz. 

Mówiąc  to,  usiadł  w  wygodnym  fotelu  i  kiedy  Harry  zajął 

miejsce  obok  niego,  opowiedział  mu  dokładnie,  co  się 

wydarzyło  wKornwalii.  Harry  słuchał w milczeniu i dopiero gdy 

markiz skończył, odezwał się: 

—  Na  Boga,  Rayburnie!  Gdybym  cię  nie  znał  tak  dobrze, 

pomyślałbym,  Ŝe  piłeś!  Ta  historia  to  całkiem  jak  sztuka  w 

teatrze, a nawet coś więcej! 

—  To samo i ja pomyślałem — powiedział markiz. — Pytanie, 

co my teraz z tym zrobimy? 

—  To znaczy, Ŝe historia się nie zakończyła? 
—  Nie,  dopóki  ten  fałszywy  ksiądz  i  jego  wspólnicy  sa  na 

wolności! I tu właśnie musisz mi pomóc. 

Harry spojrzał na markiza. 

— 96 

background image

—  Oczywiście, Ŝe ci pomogę. Przynajmniej będziesz myślał o 

czym innym. 

—  Co chcesz przez to powiedzieć? — zapytał markiz. 
—  Mam dla ciebie złe wiadomości. 

Markiz  zesztywniał  i  zanim  przyjaciel  zdąŜył  cokolwiek 

powiedzieć, wiedział, z czym przyszedł Harry. 

—  Dzisiejszej 

nocy 

zmarł 

lord 

Caton! 

— 

zaczął 

przyjaciel. 

Tego się markiz spodziewał, ale z głosu Harry'ego domyślił się, Ŝe 

chodzi o coś więcej. 

—  Moja 

przyjaciółka 

Irenę, 

która 

przyjedzie 

na 

bal 

do 

zamku, 

otrzymała 

wczoraj 

list 

od 

Yasminy 

Caton — ciągnął Harry. 

Markiz wiedział juŜ, co było w tym liście. 

—  Yasmin 

napisała 

Irenę, 

oczywiście 

wiel 

kiej tajemnicy, Ŝe poprosiłeś ją, by została twoją Ŝoną, jak tylko 

będzie wolna. Powiadomiła ją teŜ,Ŝe urodzi twoje dziecko! 

Markiz  spodziewał  się  takich  wieści,  a  jednak  słowa 

Harry'ego uderzyły go jak strzała. Podniósł się i odwrócił plecami 

do  przyjaciela,  spoglądając  na  kominek,  który,  teraz  w  lecie, 

wyłoŜony był kwiatami. 

—  To  kłamstwo!  —  powiedział  z  naciskiem  po  kilku 

minutach milczenia. 

—  Wiem! — odpowiedział Harry. — Ale co zamierzasz z 

tym zrobić? 

— 97 

background image

Markiz odwrócił się. 

—  A co, u diabła, mogę zrobić? — zapytał. 

 Zia  wracała  z  Bond  Street  zachwycona,  Ŝe  mogła  zobaczyć 

najnowsze i najbardziej wyszukane fasony. 

Markiza  zamówiła  całe  mnóstwo  sukien,  które  poleciła 

dostarczyć do przymiarki do domu Okehamptonów. A Zia, którą 

zmuszono w klasztorze do noszenia ohydnej czarnej sukni i sztywnej 

bawełnianej  bielizny  odpowiedniej  dla  zakonnicy,  rozkoszowała 

się widokiem jedwabnych nocnych koszulek i szlafroków w sklepie 

z elegancką damską bielizną. 

—  To wszystko jest tak emocjonujące! — powiedziała, kiedy 

wracały  na  Park  Lane.  —  JakŜe  mam  pani  dziękować  za 

łaskawość wobec mnie? 

—  Bawię się równie dobrze, jak i ty! — odparła babka markiza. 

— Przypuszczam, Ŝe kaŜda kobieta marzy o chwili, kiedy będzie ją 

stać na najdroŜsze i najpiękniejsze stroje. 

Zia milczała przez chwilę, po czym zapytała: 

—  Czy 

pomoŜe 

mi 

pani 

obdarzyć 

pieniędzmi 

tych, którzy ich potrzebują. 

Starsza pani popatrzyła w zadumie na dziewczynę. 

—  Naturalnie, Ŝe ci pomogę, kochanie — odpowiedziała. 

— 98 — 

background image

—  Jestem pewna, Ŝe jego lordowska mość takŜe będzie w stanie 

mi doradzić — mówiła dalej Zia — poniewaŜ nie chcę dowiedzieć 

się,  Ŝe  wszystko,  co  dam  dla  biednych,  znalazło  się  w  kieszeni 

kogoś w rodzaju ojca Proteusa. 

—  Jesteś  bardzo  rozsądna,  moje  dziecko,  i  taka  musisz 

pozostać.  Pieniądze  to  odpowiedzialność  i  cieszę  się,  Ŝe  chcesz 

pomagać innym, mniej szczęśliwym od ciebie. 

—  Oczywiście, Ŝe chcę — odpowiedziała Zia — i chciałabym, 

jeśli jego lordowska mość mi pozwoli, wysłać kogoś kompetentnego i 

Ŝyczliwego do opieki nad starymi zakonnicami w klasztorze. — Tu 

Zia  westchnęła.  —  Często  były  głodne,  podczas  gdy  ojciec 

Proteus, jestem tego pewna, ucztował ze swoimi wspólnikami. 

—  Porozmawiam o tym z wnukiem — obiecała markiza. 
—  Mam tylko nadzieję — w zadumie powiedziała Zia — Ŝe 

ojciec Proteus i ci okropni ludzie, którzy byli z nim, siedzą juŜ za 

kratkami. 

O  to  właśnie  zapytała  markiza  po  kolacji,  gdy  jego  babka 

udała  się  na  górę,  a  Harry'ego,  który  zjadł  z  nimi  posiłek,  nie 

było w pokoju. 

Podczas  kolacji  rozmawiali  o  wszystkim,  tylko  nie  o 

przeŜyciach  Zii  w  Kornwalii.  Jednak  dziewczyna  była  na  tyle 

inteligentna, by zauwaŜyć, Ŝe markiz coś przed nią ukrywa. 

— 99— 

background image

Teraz  kiedy  odprowadziwszy  babkę  do  sypialni,  wrócił  do 

salonu, Zia go zagadnęła: 

—  Miał 

pan 

zapewne 

wiadomości 

od 

namie 

stnika  królewskiego  i  komisarza  policji.  Co  zrobili  z  ojcem 

Proteusem? 

Markiz chciał skłamać, ale pomyślał, Ŝe to byłby błąd. Zawahał 

się chwilę nad odpowiedzią, a Zia zapytała szybko: 

—  On uciekł, prawda? 
—  Tak  —  z  wahaniem  przyznał  markiz.  —  Kiedy  policja 

dotarła  do  klasztoru,  nie  było  śladu  ani  po  nim,  ani  po  jego 

ludziach. 

Zia splotła palce, a w jej oczach markiz zobaczył strach. 

—  On  nigdy  mi  nie  wybaczy  i  bez  względu  na  to,  czy 

dostanie moje pieniądze, czy nie, będzie chciał mnie... zabić... 

—  Bzdura! — ostro powiedział markiz. — Nie wolno ci tak 

myśleć!  Uciekł,  poniewaŜ  się  bał,  a  ktoś  musiał  go  ostrzec,  Ŝe 

policja chce go aresztować. Mógł wsiąść na statek do Ameryki albo 

ukrywa  się  w  Szkocji  czy  południowej  Anglii.  Wie,  Ŝe  teraz  nie 

wyciągnie od ciebie Ŝadnych pieniędzy. 

—  Ale... moŜe chcieć się... zemścić. 
—  Nie, jeśli nie będzie się to mu opłacało — odparł markiz. 

—Bądź rozsądna,  Zio. Pamiętaj, Ŝe teraz, kiedy jesteś ze  mną, on 

wie, Ŝe nic nie zyska tropiąc ciebie. Istnieje wiele innych kobiet na 

świecie, od których będzie próbował wydusić pieniądze. 

— 100— 

background image

—  Ma pan rację... naturalnie! — powiedziała Zia. — Mimo 

to...  boję  się.  —  Wzdrygnęła  się  i  dodała  cichutko:  — 

Mieszkałam  z  nim  pod  jednym  dachem...  Wiem,  jaki  jest 

bezlitosny... i z jaką determinacją robi to, co zamierzył. 

—  Powtarzam  —  przerwał  jej  markiz  —  nie  stanowi  on 

Ŝadnego  niebezpieczeństwa  ani  dla  ciebie,  ani  dla  mnie,  więc 

zapomnijmy o nim! — I widząc  zmartwioną  twarz  Zii dodał:  — 

Dziś wieczorem przyjeŜdŜa siostra Marta. Zastanów się nad tym, co 

moŜemy dla niej zrobić. 

—  PrzyjeŜdŜa tutaj? — zapytała Zia. — Tak się cieszę!  Czy 

ojciec Proteus nie skrzywdził jej? 

—  MoŜe  nie  jest  aŜ  tak  niebezpieczny,  jak  sądzisz  — 

zaŜartował  markiz,  ale  w  oczach  Zii  zobaczył  strach  i  wiedział,  Ŝe 

Ŝadne słowa nie rozwieją jej obaw. 

Było  po  północy,  kiedy  pod  eskortą  policjanta  do  domu 

Okehamptonów przyjechała siostra Marta. Zgodnie z poleceniem 

markiza,  pan  Barrett  zabrał  ją  na  górę  do  ochmistrzyni,  która 

wprowadziła dziewczynę do przytulnej sypialni. Podczas gdy poko-

jówka rozpakowywała małą walizkę gościa, przyniesiono na tacy 

kolację. Siostra Marta z przyjemnością  wszystko zjadła, a potem 

połoŜyła się do łóŜka i zasnęła w spokoju. Obudziła się wcześnie, 

bo przywykła do porannych modlitw w kaplicy; rozejrzała się po 

sypialni, która wydała jej się ogromna. 

— 101 — 

background image

Myślała  właśnie  o  chorobie  starego  księdza,  który  w  ostatnich 

miesiącach naprawdę cięŜko zaniemógł, gdy otworzyły się drzwi 

i do pokoju zajrzała Zia.  Zobaczywszy,  Ŝe  siostra  Marta  juŜ  nie 

śpi, wydała okrzyk radości i podbiegła do jej łóŜka. 

—  Nareszcie  jesteś!  Tak  się  cieszę,  Ŝe  cię  widzę!  — 

zawołała. 

Potem, gdy przyjrzała się bliŜej dziewczynie, zapytała: 

—  Co się stało? Skąd masz te siniaki na twarzy? 
—  Saul  mnie  uderzył!  —  odpowiedziała  siostra  Marta.  — 

Pamiętasz tego męŜczyznę z blizną? 

Zia usiadła na łóŜku. 

—  Tak i zawsze bałam się, Ŝe któryś z nich moŜe nam  zrobić 

krzywdę. Co się działo po mojej ucieczce? 

—  Popchnęli  mnie  i  chyba  straciłam  przytomność  — 

odparła  siostra  Marta.  —  Później  dowiedziłam  się,  Ŝe  ojciec 

Proteus,  pomimo  zranionej  nogi,  opuścił  klasztor  razem  z 

czwórką swych wspólników i zabrał ze sobą wszystkie wartościo-

we rzeczy. 

Zia patrzyła na nią, szeroko otwierając oczy, a siostra Marta 

dalej opowiadała głosem, w którym brzmiało przeraŜenie. 

—  Trudno  ci  będzie  w  to  uwierzyć,  Zio,  ale 

ojciec 

Proteus 

ogołocił 

cały 

ołtarz. 

Zabrał 

lichtarze, 

naczynia 

na 

komunię, 

nawet 

krzyŜe, 

bo 

większość 

z nich zrobiona była ze srebra. 

— 102 — 

background image

—  To  najbardziej  diabelski  człowiek,  jaki  kiedykolwiek 

istniał!  —  wykrzyknęła  Zia.  —Ale  dlaczego  policja  go  nie 

złapała! 

—  Przybyli  zbyt  późno  —  odpowiedziała  siostra  Marta.  — 

Słyszałam,  Ŝe  w  nocy  po  twojej  ucieczce  przyjechał  do  klasztoru 

jakiś męŜczyzna i uprzedził ojca Proteusa, Ŝe przyjedzie policja. 

Zia  pomyślała,  Ŝe  markiz  miał  rację:  szpieg  ojca  Proteusa 

obserwował,  jak  „JednoroŜec"  zawijał  do  portu  w  Plymouth,  i 

prawdopodobnie wtedy dowiedział się, Ŝe markiz skontaktował się 

z namiestnikiem królewskim i z policją. 

—  Czy wiesz, dokąd pojechali? — zapytała Zia. 
—  Nie  wiem  —  odpowiedziała  siostra  Marta  —  ale  mam 

wraŜenie, Ŝe jest w Londynie. 

—  Dlaczego w Londynie? — z ciekawością zapytała Zia. 
—  Przypadkiem  słyszałam,  jak  mówił,  Ŝe  „ma  juŜ  dość 

klasztoru i Ŝe chce znów uŜywać Ŝycia w Londynie!" 

—  Muszę  powiedzieć  o  tym  markizowi  —  postanowiła  Zia 

zdrętwiała z przeraŜenia — a ty, siostro Marto, musisz być bardzo 

ostroŜna.  Jestem  pewna,  Ŝe  ojciec  Proteus  byłby  wściekły, 

gdyby się dowiedział, gdzie jesteś. 

—  Teraz,  gdy  nie  moŜe  dostać  w  swoje  ręce  twoich 

pieniędzy, nie będzie się nami przejmował. 

—  Na  pewno  nie  dostanie  ani  grosza,  markiz  nad  tym 

czuwa. 

103 

background image

—  UwaŜam 

— 

powiedziała 

siostra 

Marta 

— 

Ŝe 

znajdzie 

inne 

miejsce, 

które 

przejmie, 

tak 

jak 

prze 

jął 

klasztor, 

na 

tysiące 

sposobów 

będzie 

przeko 

nywać ludzi, by zawierzyli mu swoje oszczędności. 

Zia przyznała jej rację. Ojcu Proteusowi udało się okłamać jej 

ciotkę  wmawiając  jej,  Ŝe  jest  dobrym  i  uczynnym  księdzem.  I 

wielu rodziców w hrabstwie posłało swoje dzieci do klasztoru, po-

niewaŜ  ojciec  obiecywał,  Ŝe  ich  latorośle  zdobędą  dobre 

wykształcenie.  Był  wystarczająco  przebiegły,  by  zatrudnić 

naprawdę  znakomitego  nauczyciela  muzyki  i  malarza. 

ZaangaŜował  takŜe  trzy  starsze  i  doświadczone  nauczycielki, 

które uczyły innych przedmiotów, tak Ŝe dziewczęta bardzo chętnie 

przychodziły na lekcje. 

Później, rozmawiając o tym z markizem, Zia powiedziała: 

—  Kiedy  pan  pomyśli  o  tym,  milordzie,  to  dojdzie  pan  do 

wniosku,  Ŝe  to  był  wyjątkowo  inteligentny  sposób  na beztroskie 

Ŝycie.  Proteus  mieszkał  w  klasztorze,  który  stał  się  jego  domem, 

opłaty  za  naukę  były  bardzo  wysokie,  choć  podejrzewam,  Ŝe 

nauczyciele nie dostawali duŜo. 

—  I  nikt  nie  miał  pojęcia,  Ŝe  nie  był  tym,  za  kogo  się 

podawał? — zapytał markiz. 

—  Nie,  oczywiście,  Ŝe  nie!  Rozmawiał  tak,  jakby  był 

autentycznym  i  pełnym  poświęcenia  księdzem,  a  kiedy  ojciec 

Anthony  zachorował,  od  czasu  do  czasu,  jeśli  byli  w  klasztorze 

goście, odprawiał 

— 104— 

background image

msze w kaplicy. Ale teraz wiem, Ŝe to było czyste bluznierstwo, za 

które powinien zostać powalony przez piorun! 

Markiz uśmiechnął się. 

—  Miejmy nadzieję, Ŝe tak się stanie — powiedział — ale 

skoro nigdy nie poznamy prawdy,zapomnijmy o nim! 

Zia  pomyślała,  Ŝe  chyba  nigdy  o  nim  nie  zapomni,  ale  nie 

odezwała się. 

Podczas  rozmowy  z  siostrą  Martą  markiz  z  ogromną 

Ŝyczliwością zapytał ją, co dalej zamierza. 

—  Jeśli  pragniesz  przenieść  się  do  innego  klasztoru  — 

powiedział — pomówię z arcybiskupem katedry westminsterskiej, 

Ŝeby przyjęto cię do najlepszego klasztoru, jaki nam poleci. 

Siostra  Marta  wzięła  głęboki  oddech,  ale  nic  nie  powiedziała, 

więc markiz mówił dalej: 

—  Mam 

jeszcze 

jedną 

propozycję, 

która 

moŜe 

cię 

zainteresować. 

Dlaczego 

nie 

miałabyś 

zdjąć 

na 

jakiś 

czas 

swojej 

zakonnej 

szaty 

pozostać 

tutaj 

w  Londynie  lub  na  wsi,  i  przekonać  się,  czy  nie  wolisz  zwykłego 

Ŝycia od poświęcenia się Bogu? 

Markiz wiedział, Ŝe myśl o mieszkaniu razem z nimi wprawi 

siostrę Martę w zakłopotanie, więc dodał: 

—  Mam 

wraŜenie, 

Ŝe 

chciałabyś 

pomagać 

innym 

ludziom. 

mojej 

posiadłości 

Sussex 

znajduje 

się  szkoła.  Nauczycielka,  która  uczy  w  niej  od  wie 

lu lat, starzeje się. 

— 105 — 

background image

Markiz zobaczył błysk w oczach siostry Marty. 

—  Pan 

Barrett 

mówi, 

Ŝe 

szuka 

ona 

następczyni. 

Dopóki 

nie 

znajdzie 

odpowiedniej, 

moŜe 

chcia 

łabyś 

jej 

pomagać. 

swoim 

domku 

ma 

przygo 

towany pokój dla nauczycielki, jaką jej przyślę. 

Zanim siostra Marta mogła odpowiedzieć, Zia wykrzyknęła: 

—  To 

cudowny 

pomysł! 

jeśli 

przyjadę 

do 

zamku, 

tak 

jak 

jego 

lordowska 

mość 

mi 

obiecał, 

będę  mogła  cię  odwiedzić  i  przekonać  się,  czy  jesteś  naprawdę 

szczęśliwa! 

W  oczach  siostry  Marty  pojawiły  się  łzy.  Nie  była  w  stanie 

wydusić  z  siebie  ani  słowa.  Zia  podskoczyła  i  otoczyła  ramieniem 

dziewczynę, mówiąc: 

—  Nie musisz się od razu decydować. Po prostu przemyśl to. 

Porozmawiamy o tym  i za dzień lub dwa damy odpowiedź jego 

lordowskiej mości. 

—  Jesteś  bardzo...  miła  —  wyjąkała  siostra  Marta  —  i  nie 

wiem, co powiedzieć. 

Zia  nie  chciała  przedłuŜać  takich  wzruszających  scen  i 

wyprowadziła siostrę Martę z gabinetu. Markiz został sam i podszedł 

do  okna,  by  wyjrzeć  na  ogród.  Pomyślał,  Ŝe  niewiele  znanych  mu 

kobiet tak by się zachowało jak Zia w stosunku do nieładnej, małej 

zakonnicy, z którą nic ją nie łączyło. Wszystkie piękne kobiety, z 

którymi spędzał czas, przejmowały się jedynie sobą. I często uwaŜał 

je za ostre i nietolerancyjne nawet wobec oddanej słuŜby. 

„Pułkownik Langley dobrze wychował Zię" — 

— 106 

background image

pomyślał  markiz.  Ale  wiedział,  Ŝe  to  nie  dzięki  dobremu 

wychowaniu Zia troszczy się o innych, lecz z potrzeby serca, a 

to było juŜ co innego. 

Teraz,  w  samotności,  markiz  znów  zaczął  rozmyślać o tym, 

co  usłyszał  od  Harry'ego.  Wiedział,  Ŝe  Yasmin  w  bardzo  subtelny 

sposób będzie chciała go usidlić. Irenę rozpowie o wszystkim, choć 

Harry  zmusił  ją,  by  przysięgła  na  wszystkie  świętości,  Ŝe  nie 

powtórzy  nikomu  tego,  co  napisała  do  niej  Yasmin.  Ale  czy 

kobietom  moŜna  zaufać?  Skąd  pewność,  Ŝe  Irenę  nie  powie  — 

oczywiście  w  zaufaniu  —  innej  przyjaciółce,  która  nie  powtórzy 

następnej,  a  ta—  kolejnej?  W  ciągu  kilku  dni  historia  zacznie 

krąŜyć po całym Londynie. 

„Co  mam  robić?  —  dziesiątki  razy  pytał  się  markiz  samego 

siebie. — Co mogę zrobić?" 

Nagle otworzyły się drzwi gabinetu i wszedł Harry. 

—  Przepraszam  za  spóźnienie,  Rayburnie  —  powiedział 

— ale jeden z moich koni okulał i musiałem odprowadzić go do 

stajni. 

—  Zawsze  moŜesz  poŜyczyć  jednego  ode  mnie  — 

zaproponował markiz. 

—  O to właśnie chciałem cię prosić — odpowiedział Harry. 

— Jakie masz plany na dzisiaj? 

—  Myślałem,  Ŝeby  przejechać  się  konno.  Potem  wydajemy 

obiad  połączony  z  przyjęciem,  na  które,  jeśli  pamiętasz,  jesteś 

zaproszony. 

—  Oczywiście, Ŝe pamiętam. Jeśli istnieje oso- 

— 107— 

background image

ba,  z  którą  przyjemnie  mi  się  gawędzi,  to  jest  nią  na  pewno  twoja 

babka. —- Markiz spojrzał przez okno, a Harry mówił dalej: — Ale, 

ale, nie miałem jeszcze okazji wyrazić  mojego podziwu dla twojej 

podopiecznej.  Ona  jest  urocza,  Rayburnie,  urocza  pod  kaŜdym 

względem!  Mam  tylko  nadzieję,  Ŝe  zdąŜysz  nacieszyć  się  jej 

widokiem,  dopóki  masz  ją  przy  sobie,  bo  nie  będzie  to  długo 

trwało! 

—  Na  Boga!  —  z  irytacją  odpowiedział  markiz.  —  Nie 

zaczynaj pleść o małŜeństwie dziewczyny, która nie miała jeszcze 

swojego pierwszego balu. 

—  Nie  miałbym  nic  przeciwko  załoŜeniu  się,  Ŝe  do  czasu 

drugiego  balu  oświadczy  jej  się  z  pół  tuzina  kawalerów!  — 

zaŜartował Harry. 

Markiz  nie  odpowiedział.  Po  chwili  jego  przyjaciel  odezwał 

się: 

—  Rayburnie, przestań  robić  miny, jakbyś  miał zamiar  kogoś 

zamordować!  Jeśli  martwisz  się  Yasmin,  to  myślę,  Ŝe  znam 

rozwiązanie. 

—  Naprawdę? — zapytał markiz, myśląc, Ŝe Harry Ŝartuje. 
PoniewaŜ  przez  większączęść  nocy  Okehampton  leŜał 

zastanawiając się, jakie jest  wyjście z sytuacji,  w jakiej się znalazł, 

nie było mu wcale do śmiechu. 

—  To 

całkiem 

proste—powiedział 

Harry 

— 

nie 

wiem, dlaczego wcześniej o tym nie pomyśleliśmy. 

—  O czym? 
—  śe powinieneś się oŜenić! 

background image

Rozdział 5 

Markiz  patrzył  zdumiony  na  Harry'ego  i  miał  właśnie  mu 

odpowiedzieć, gdy otworzyły się drzwi i lokaj ogłosił: 

—  Lord Charles Fane, milordzie! 

Do pokoju wszedł przystojny młody człowiek. 

—  Rayburnie,  właśnie  dowiedziałem  się  od  twojej  babki, 

Ŝe wróciłeś, i postanowiłem natychmiast cię odwiedzić. 

—  Jak  się  masz,  Charles?  —  Markiz  wyciągnął  dłoń  na 

powitanie. — Jak sądzę, jeszcze się nie ustatkowałeś? 

—  Oczywiście,  Ŝe  nie  —  odpowiedział  Charles.  — 

Chciałem  porozmawiać  z  tobą  o  twoim  przyjęciu.  Niestety,  mąŜ 

Evelyn wrócił do domu, więc nie będzie mogła przyjść. 

—  Kolejna  ofiara!  —  wykrzyknął  Harry,  zanim  markiz 

powiedział cokolwiek. 

_ 109— 

background image

—  Cześć, 

Harry! 

— 

dopiero 

teraz 

zauwaŜył 

go 

Charles. —A kto jest tą pierwszą? 

Zdając  sobie  sprawę,  Ŝe  popełnił  błąd,  Harry  powiedział 

pośpiesznie: 

—  Rayburn opowie ci o naszych kłopotach. 
—  Ale  przedtem  —  odezwał  się  markiz,  który  nie  miał 

zamiaru zwierzać się Chariesowi — moŜe napijesz się czegoś? 

—  Nie  odmówię  —  ucieszył  się  lord  Fane.  —  Zawsze 

uwaŜałem, Ŝe twój szampan jest najlepszym ze znanych mi trunków. 

Markiz roześmiał się i podszedł do tacy, na której stały kieliszki, 

podczas  gdy  Charles  rozsiadł  się  w  wygodnym  fotelu  obok 

Harry'ego. 

—  Zastanawiałem się, co się z tobą dzieje — powiedział do 

markiza,  zajętego  nalewaniem  szampana  —  kiedy  przypadkowo 

zobaczyłem  twoją  babkę  w  towarzystwie  prześlicznej  młodej 

osóbki! 

—  Mówiłem  dokładnie  to  samo  —  z  zachwytem  rzekł 

Harry. 

—  Ona  jest  naprawdę  niewarygodnie  urocza  —  ciągnął 

Charles— i jeśli nie zaprosisz mnie na kolację, to będę siedział 

przed twoimi drzwiami, aŜ znowu ujrzę tę dziewczynę! 

Mówił  beztrosko,  ale  markiz  poczuł  się  nagle  zirytowany. 

Charles  Fane  był  jednym  z  najbardziej  dowcipnych  męŜczyzn  w 

Londynie.  Jednocześnie  robił  niewiele  oprócz  wędrowania  z 

jednego buduaru do drugiego, a jego romanse trudno byłoby 

— 110 — 

background image

zliczyć.  Markiz  uwaŜał,  Ŝe  jest  to  ostatni  męŜczyzna,  którego 

uznałby  za  odpowiedniego  kandydata  na  męŜa  dla  kogoś  tak 

niewinnego jak Zia. 

—  Posłuchaj 

mnie, 

Charles 

— 

markiz 

zwrócił 

się 

do 

gościa, 

wręczając 

mu 

kieliszek 

szampana. 

— 

Zia  jest  młoda  i  niezepsuta.  Harry  i  ja  zamierzamy 

znaleźć jej męŜa wśród młodych ludzi o nieskazitelnej reputacji. 

Tak więc trzymaj się od niej z daleka! 

Charles popatrzył na niego ze zdumieniem. 

—  Czy 

ty 

naprawdę 

chcesz 

mi 

rozkazywać, 

Rayburnie? 

—zapytał. 

Posuwasz 

się 

za 

daleko. 

Nie  pozwolę,  Ŝeby  ktoś  mi  mówił:  „Nie  depcz  traw 

ników", jeśli mam na to ochotę. 

Markiz poczuł, jak rośnie w nim złość. Potem pomyślał sobie, 

Ŝe Zia traktowałaby Charlesa, który był dwa lata starszy od markiza, 

jak ojca. A on jako jej  opiekun  dopilnowałby,  Ŝeby  widywała  go 

moŜliwie jak najrzadziej. 

—  Powiedz  mi  —  mówił  Charles  —  gdzie  ją  znalazłeś  i 

kim ona jest? 

—  To  córka  pułkownika  Langley'a.  Z  pewnością  go 

pamiętasz? — rzekł po chwili Harry, gdyŜ markiz nie spieszył się 

z odpowiedzią. 

—  Oczywiście, Ŝe go pamiętam! —wykrzyknął Charles. — To 

był najlepszy jeździec, jakiego kiedykolwiek widziałem, i niezwykle 

przystojny  męŜczyzna!  To  pewnie  dlatego  jego  córka  wygląda  jak 

anioł, który zstąpił z Nieba. 

111 — 

background image

Markiz podszedł do biurka. 

—  Jeśli 

obaj 

zamierzacie 

dalszym 

ciągu 

paplać 

w  ten  idiotyczny  sposób  —  powiedział  gwałtownie  —to  lepiej 

przejdźcie  do  innego  pokoju,  mimo  Ŝe  mam  sporo  spraw  do 

omówienia z Harrym. 

Lord Fane skończył pić szampana. 

—  Nie wiem, czym cię obraziłem, Rayburnie — powiedział — 

ale  czuję,  Ŝe  jestem  tu  niepoŜądany!  Niemniej  jednak,  chciałbym 

wiedzieć, co z twoim przyjęciem? 

—  Postanowiłem  przełoŜyć  je  na  późniejszy  termin!  — 

odrzekł markiz. 

Harry popatrzył na niego zdziwiony, a Charles stwierdził: 

—  To  dobrze,  bo  Evelyn  nie  moŜe  przyjść.  Jak 

dotąd nikt tylko ona  mnie interesuje, chyba Ŝe panna Langley 

zajmie jej miejsce! 

Mimo Ŝe Charles zaŜartował, markiz jakoś nie mógł zdobyć 

się na uśmiech. 

—  Powiadomię  cię  o  następnym  terminie—odezwał  się 

chłodno — ale to będzie dopiero za jakiś czas. 

—  Mam wraŜenie, Ŝe ukrywasz coś przede mną— Ŝalił się 

lord Fane. — Jeśli nie zaprosisz mnie na przyjęcie, Rayburnie, to 

przysięgam, Ŝe stanę się twoim śmiertelnym wrogiem! MoŜe nawet 

wyzwę cię na pojedynek! 

Tym  razem  markiz  roześmiał  się,  ale  nie  był  to  szczególnie 

radosny śmiech. 

— 112— 

background image

—  Ostatnim razem, kiedy spieraliśmy się — powiedział — 

przez trzy tygodnie chodziłeś z ręką na temblaku. 

—  No cóŜ, pomyślę o czymś innym — odparł Charles — ale 

to nie będzie nic miłego! 

Nagle  markiz zauwaŜył, Ŝe Harry  marszczy brwi, i przypomniał 

sobie, Ŝe lord Fane jest niepoprawnym plotkarzem. Postanowił więc 

załagodzić sprawę. 

—  Nie  bądź  głupcem,  Charles  —  rzekł  pojednawczym  tonem 

markiz. — Wiesz, Ŝe kolacja bez ciebie byłaby śmiertelnie nudna. Po 

prostu nie sądzę, Ŝeby przyjęcie, jakie planowaliśmy urządzić, było 

odpowiednie 

dla 

debiutantki, 

trudno, 

Ŝebym 

jechał 

do zamku i zostawił ją tu samą z moją babką. 

Charles,  który  był  człowiekiem  łagodnego  usposobienia, 

uśmiechnął się. 

—  Masz rację — przyznał. — I jeśli mnie uprzejmie poprosisz, 

to wycofam się i pozwolę nieopierzonym Ŝółtodziobom zalecać się 

do dziewczyny. Ale ostrzegam cię, Ŝe w dalszym ciągu będę się 

o nią starał! 

—  Chcę  znaleźć  odpowiedzialnego  męŜa  dla  Zii  —  z 

naciskiem  powiedział  markiz  —  a  ty  przecieŜ  nie  masz  zamiaru 

się Ŝenić. 

—  Ty będziesz musiał się kiedyś oŜenić, staruszku, by mieć 

dziedzica  —  odpowiedział  Charles.  —  Jeśli  o  mnie  chodzi, 

sytuacja jest całkiem inna. Mój brat ma trzech synów, tak więc nie 

mam Ŝadnej szansy na tytuł księcia. 

background image

—  Co  za  szkoda!  —  uśmiechnął  się  Harry.  —  Byłbyś 

najbardziej  flirciarskim  księciem,  jakiego  zna  świat,  ale 

niewątpliwie  skandale  wokół  ciebie  zagrodziłyby  ci  drogę  do 

zamku w Windsorze! 

—  I  dzięki  Bogu!  —  odrzekł  Charles.  —  Tak  mi  Ŝal  tych 

wszystkich wystrojonych dŜentelmenów ze świty królewskiej, którzy 

pocieszają królową Wiktorię i godzinami wysłuchująjej peanów na 

cześć zmarłego, nieodŜałowanego księcia małŜonka! 

Harry i markiz zaśmiali się. Jednocześnie pomyśleli, Ŝe Charles 

jest bardzo niedyskretny. Markiz modlił się, Ŝeby lord Fane nigdy 

nie dowiedział się o Yasmin albo o niedawnych przeŜyciach Zii 

w klasztorze. 

Harry,  który  domyślił  się,  o  czym  myśli  jego  przyjaciel, 

zmienił  temat  rozmowy,  prosząc  Charlesa,  by  powiedział  im, 

jakie to skandale krąŜą ostatnio po Mayfair. 

Cała  trójka  siedziała  i  zaśmiewała  się  z  nich,  gdy  nagle  drzwi 

gabinetu otworzyły się na ościeŜ i do pokoju wbiegła Zia. Markiz 

stał odwrócony plecami do kominka, a Harry i Charles siedzieli w 

skórzanych  fotelach,  o  wysokich  oparciach,  tak  Ŝe  nie  było  ich 

widać. 

Zobaczywszy tylko markiza, podbiegła radośnie do niego. 

—  Proszę spojrzeć! Oto  moja nowa suknia! Nigdy  przedtem 

nie  posiadałam  czegoś  tak  pięknego!  —  Głęboko  odetchnęła  i 

mówiła dalej: — I co 

114 

background image

pan sądzi? Zostałam zaproszona na bal, który odbędzie  się  dziś  w 

nocy  —  mój  pierwszy  bal  —  i  pańska  babcia  przyjęła 

zaproszenie na kolację u księŜnej Bedford! 

—  W  takim  razie  musi  mi  pani  obiecać  pierwszy  taniec  — 

odezwał  się  lord  Fane  i  wstając  z  fotela,  spojrzał  figlarnie  na 

markiza. 

—  Och,  przepraszam!  Nie  wiedziałam,  Ŝe  jest  tu  ktoś 

jeszcze! 

—  Pozwól,  Ŝe  przedstawię  ci  lorda  Charlesa  Fane'a  — 

powiedział markiz — ale nie wierz w nic, co będzie mówić! 

—  A teraz — wykrzyknął lord Charles — łamiesz wszystkie 

zasady  honorowej  i  uczciwej  gry!  Zapewniam  panią,  panno 

Langley, Ŝe  mówię teraz  szczerą  prawdę:  jest  pani  najpiękniejszą 

osobą jaką kiedykolwiek widziałem! 

Przez chwilę Zia wyglądała na zdziwioną. 

—  Dziękuję,  milordzie  —  odezwała  się  powaŜnie  —  ale 

zawsze słucham mojego opiekuna. 

Wszyscy zaśmiali się z jej odpowiedzi, a Zia dodała jeszcze: 

—  Muszę teraz iść na podwieczorek z jej lordowską mością 

ale przedtem chciałam, Ŝeby zobaczył pan moją suknię! 

—  Wyglądasz w niej bardzo ładnie — powiedział markiz. 

Zia  uśmiechnęła  się  do  niego  i  wybiegła  z  pokoju,  a  wtedy 

Charles zawołał: 

— 115 — 

background image

—  Ładnie?!  No  wiesz!  W  Ŝyciu  nie  słyszałem  bardziej 

nieodpowiedniego  słowa!  Czy  ty  na  pewno,  Rayburnie,  posiadasz 

choć odrobinę poezji w swojej duszy? 

—  Powiedziałem  ci  juŜ,  Ŝebyś  nie  psuł  Zii  —  odrzekł 

markiz.  —  Ja  równieŜ  zjem  z  nimi  podwieczorek  i  jeszcze  raz 

ostrzegę moją podopieczną, Ŝeby cię nie słuchała! 

—  Fakt, Ŝe panna Langley przebywa w twoim domu, daje ci 

niezasłuŜoną przewagę! — uskarŜał się lord Fane. 

Ale markiz juŜ wyszedł z pokoju na korytarz. Doszedł prawie 

do holu,  kiedy zdał sobie sprawę, Ŝe Charles i Harry idą za nim. 

Dlatego teŜ zatrzymał się na wypadek, gdyby Charlesowi przy-

szło  do  głowy  udać  się  za  nim  do  salonu,  gdzie  do 

podwieczorku zasiadała Zia z jego babką. Jednak lord Fane brał 

juŜ  od  lokaja  swój  cylinder,  rękawiczki  i  laseczkę,  a  gdy 

wychodził, powiedział: 

—  Do 

zobaczenia, 

Rayburnie, 

dziś 

nocy. 

Bez 

warunkowo będę domagać się pierwszego tańca! 

Wyszedł,  nie  czekając  na  odpowiedź.  Markiz  spojrzał  na 

Harry'ego. 

—  On jest beznadziejny — powiedział — ale co moŜna na to 

poradzić? 

—  Nic — odpowiedział Harry — i jestem pewien, Ŝe Zia ma 

wystarczająco duŜo rozumu, Ŝeby nie wierzyć w to, co jej powie. 

— 116 

background image

Markiz jednak wciąŜ miał niezadowoloną minę, gdy  wchodził 

po schodach. 

—  Musimy pilnować, by takie paple jak Charles nie  zawróciły 

jej  w  głowie,  ale  Ŝeby  spotkała  odpowiedniego  człowieka,  który 

będzie dobrym męŜem. 

Obaj przyjaciele w ciszy wchodzili na górę. Nagle Harry odezwał 

się: 

—  śe  teŜ  wcześniej  nie  przyszło  mi  to  do  głowy!  To  takie 

oczywiste i na pewno rozwiąŜe twoje problemy! 

—  O czym ty mówisz? — zapytał markiz. 
—  Mówiąc  bez  ogródek:  im  szybciej  ty  sam  poślubisz  tę 

dziewczynę, tym lepiej! 

         

Zia  pomyślała,  Ŝe  nie  ma  piękniejszego  miejsca  niŜ  sala 

balowa  w  domu  księŜnej  Bedford.  Panie  w  wieczorowych 

sukniach,  z  klejnotami  we  włosach  i  na  szyjach  przypominały 

postacie z bajki. Panowie w spodniach zapiętych pod kolanami i je-

dwabnych  pończochach,  w  surdutach,  na  których  błyszczały 

ordery  i  odznaczenia,  takŜe  wyglądali  imponująco.  Zia  była  tak 

pochłonięta  podziwianiem  gości,  Ŝe  nie  zauwaŜyła,  iŜ  ona  sama 

przyciąga uwagę. 

Markiz  był  tak  przystojny,  Ŝe  trudno  było  go  nie  zauwaŜyć. 

Kiedy wszedł do sali balowej z Zią u boku, rozległ się szmer, który 

wydawał  się  dochodzić  z  miejsc,  gdzie  siedziały  wdowy 

obserwujące tań- 

— 117 — 

background image

czacych. Panowie, którzy stali na końcu sali i zastanawiali się nad 

wyborem kolejnej partnerki, zaniemówili, kiedy zobaczyli Zię. 

Miała  ona  na  sobie  suknię,  którą  dostarczono  do  domu 

Oketiamptonów w ostatniej chwili, ale na szczęście nie wymagała 

wielu  poprawek.  Była  biała,  bo  takiego  koloru  oczekiwano  od 

debiutantki. DuŜy dekolt ozdobiały kwiaty z diamentami w środku. 

Tak samo wykończona była tiurniura i brzeg spódnicy, tak Ŝe Zia 

lśniła przy kaŜdym swoim ruchu. 

Markiza  poŜyczyła  Zii  kilka  diamentowych  gwiazdek, które 

zręczny fryzjer wpiął dziewczynie we włosy. 

KaŜdemu męŜczyźnie, który na nią spojrzał, wydawało się, Ŝe w 

jej  oczach  lśnią  diamenty,  równie  oślepiające  jak  te,  które 

błyszczały w jej lokach. 

Przed wyjściem na bal markiz przyznał, Ŝe nigdy nie widział tak 

uroczej dziewczyny i Ŝe miał dotąd zupełnie inne wyobraŜenie o tak 

młodych osobach. 

Pomysł  Harry'ego,  by  poślubił  Zię,  uwaŜał  jednak  za 

niedorzeczny.  Daleki  był  od  takiego  zamiaru.  Ale  wcześniej, 

podczas ubierania się na kolację stwierdził, Ŝe przyjaciel całkiem 

sprytnie to wymyślił. Jedynym sposobem na połoŜenie kresu plo-

tkom  rozsiewanym  przez  Yasmin  byłoby  powiadomienie 

wszystkich,  Ŝe  się  Ŝeni.  Gdyby  ogłosił  swoje  zaręczyny,  dalsze 

kłamstwa  Yasmin,  Ŝe  urodzi  jego  dziecko,  byłyby  bezowocne. 

Wątpliwe, Ŝeby w ta- 

— 118 — 

background image

kich  okolicznościach  ktokolwiek  jej  uwierzył.  Zresztą  zawsze 

obwiniano kobietę, gdy wpadła w tego rodzaju tarapaty. 

Cały  towarzyski  światek  oczekiwał  od  markiza,  Ŝe  wcześniej 

czy później wybierze sobie Ŝonę, która stanie  się ozdobą  wyŜszych 

sfer  tak  jak  kiedyś  jego  babka  i  matka.  Jednak  markiz  był 

wystarczająco  inteligentny,  by  wiedzieć,  Ŝe  Yasmin  moŜe  sprawić 

mu wiele kłopotów, jeśli nie odeprze jej oskarŜeń. Harry miał rację, 

Ŝe jedynym wyjściem z tej sytuacji jest małŜeństwo markiza z inną 

kobietą. 

ChociaŜ markiz z zasady nie tańczył, jak tylko pojawił  się z Zią 

w  sali  balowej,  poprosił  ją  do  tańca.  Lord  Fane  właśnie  szedł 

przez  salę  w  kierunku  Zii,  a  do  ich  spotkania  Okehampton  nie 

chciał dopuścić. 

—  To 

takie 

ekscytujące! 

— 

powiedziała 

dzie 

wczyna, 

gdy 

poruszali 

się 

takt 

romantycznej 

mu 

zyki walca. 

Nie rozumiała, dlaczego czuje lekki dreszcz przebiegający przez 

jej pierś —to markiz był tak blisko niej i trzymał ją w ramionach. 

—  Wiedziałem, 

Ŝe 

ci 

się 

spodoba 

— 

odezwał 

się 

Okehampton. 

—Ale 

pamiętaj, 

Ŝe 

wolno 

ci 

za 

tańczyć  tylko  raz  z  tym  samym  męŜczyzną  po  kaŜdym  tańcu 

wrócisz do mojej babki i usiądziesz obok niej. 

— 119 

background image

-—  Za  oknem  widać  bajkowe  światła  w  ogrodzie  — 

zauwaŜyła Zia. 

Zupełnie bezwiednie markiz mocniej ścisnął na chwilę wąską 

talię dziewczyny. 

—  O, nie! —powiedział stanowczo. —Nie wyjdziesz z nikim 

do ogrodu — rozumiesz? 

—  Oczywiście,  Ŝe  rozumiem,  co  pan  do  mnie  mówi,  ale 

niepotrzebnie jest pan taki srogi! — Mówiąc to, uśmiechnęła się do 

markiza, który poczuł, Ŝe zareagował zbyt gwałtownie. 

—  Nie  chcę,  Ŝebyś  zdobyła  złą  reputację  na  swym 

pierwszym balu! — wyjaśnił. 

—  Pańska babcia powiedziała mi, jak mam się zachowywać 

— odrzekła Zia — i obiecałam jej, Ŝe będę posłuszna. 

—  Mam nadzieję, Ŝe dotrzymasz obietnicy. 
—  To  moŜe  być  trudne,  jeśli  któryś  z  moich  partnerów 

będzie bardzo... przekonywający! 

Przez chwilę markiz patrzył groźnie na Zię, ale po chwili zdał 

sobie sprawę, Ŝe dziewczyna draŜni się z nim. 

—  Na  miłość  boską  Zio,  bądź  rozsądna!  —poprosił.  — 

Musisz był  świadoma, Ŝe dopiero co przybyłaś do Londynu, Ŝe 

jesteś moją podopieczną i Ŝe wszyscy cię obserwują. 

—  Naprawdę?  —  zdziwiła  się  Zia  i  zmieniła  temat.  — 

Jakie to szczęście, Ŝe znalazłyśmy tę piękną suknię! —Tu zniŜyła 

głos i powiedziała: — Pańska babcia wyjawiła mi, ale nie mogę 

o tym 

— 120— 

background image

nikomu  mówić,  Ŝe  ta  suknia  była  zamówiona  jako  suknia  ślubna 

dla  hiszpańskiej  księŜniczki,  a  teraz  szwaczki będą  siedziały  całą 

noc, by uszyć dla niej następną! 

—- Przypuszczam, Ŝe dobrze im za to zapłacą! —-odparł cynicznie 

markiz, ale zauwaŜył, Ŝe Zia go nie słucha. 

Rozglądała się po sali, a po chwili  wyszeptała tak,  Ŝe  tylko 

markiz ją słyszał: 

—  Obserwują  nas!  Ale  sądzę,  Ŝe  nie  tylko  z  po 

wodu 

mojej 

sukni, 

lecz 

poniewaŜ... 

pan 

tańczy 

z kimś tak mało waŜnym jak ja! 

—  Kto ci o mnie opowiadał? — zapytał markiz. 

Zia zaśmiała się. 

—  Pańska  babcia,  ochmistrzyni,  wszystkie  pokojówki,  które 

się mną zajmują, i kapitan Blessington! 

—  Co mówił Harry? — ostro zapytał markiz. 
—  Tego nie powiem, bo jestem pewna, Ŝe stanie się pan próŜny 

—- odpowiedziała Zia — ale naprawdę... zdaję sobie sprawę, Ŝe to 

wielki zaszczyt dla mnie, iŜ jestem pańską podopieczną. 

Markiz nic na to nie odpowiedział i kiedy skończył się taniec, 

zaprowadził Zię do babki. 

Wcześniej  planował,  Ŝe  pójdzie  do  sali  gier,  ale  teraz 

stwierdził, Ŝe musi zostać i patrzeć, co robi Zia. 

Rzeczywiście dziewczyna miała szalone powodzenie. 

— 121 — 

background image

Markiz zauwaŜył, Ŝe niemal kaŜdy kawaler usiłował wpisać się 

w jej notesik balowy, ale było więcej chętnych niŜ tańców. 

Zdziwił się, Ŝe  w przeciwieństwie do innych debiutantek, a 

było  ich  sporo  na  balu,  Zia  rozmawiała  i  śmiała  się  ze  swoimi 

partnerami  podczas  tańca.  Najwidoczniej  komplementy  jej  nie 

onieśmielały. 

W  drodze  powrotnej  do  domu,  siedząc  w  powozie  obok 

markiza i jego babki, Zia powiedziała: 

—  Dziękuję... bardzo dziękuję. To był najwspanialszy wieczór 

w moim Ŝyciu! 

—  Bezwarunkowo  miałaś  wielkie  powodzenie,  moja  droga! 

—  odpowiedziała  starsza  pani.  —  Jestem  całkiem  pewna,  Ŝe  jutro 

dostaniemy  mnóstwo  zaproszeń  na  podobne  bale  i  na  wiele  innych 

przyjęć. 

—  Wprost wierzyć mi się nie chce, Ŝe to wszystko dzieje się 

naprawdę!  —  półgłosem  powiedziała  Zia.  —  Jeszcze  do 

niedawna zastanawiałam się, jak mogłabym... umrzeć. 

—  Obiecałaś,  Ŝe  przestaniesz  o  tym  myśleć  —  powiedział 

markiz. 

—  CóŜ ja na to poradzę... teraz wydaje mi się, Ŝe znalazłam 

się w świecie, który jest jak... Niebo. 

—  I  mam  nadzieję,  Ŝe  o  tym  będziesz  myśleć  —  wtrąciła 

markiza. 

—  Czy pani  wie! —  wykrzyknęła  Zia — Ŝe trzej dŜentelmeni 

pytali się, czy mogą mnie jutro odwiedzić i Ŝe chcą porozmawiać 

tylko ze mną! 

122 — 

background image

Babka  zerknęła  na  swojego  wnuka  i  w  świetle  latarni 

zobaczyła, Ŝe jest nachmurzony. 

—  Jeśli któryś z nich ci się oświadczy — powiedział ostro — 

nie  wolno  ci  przyjmować  oświadczyn.  Ja  muszę  wyrazić 

zgodę! 

—  Chcą się oświadczać? — ze zdziwieniem zapytała Zia. 

—Ale dlaczego mieliby to robić? 

—  Musisz pamiętać — powiedział stanowczo markiz — Ŝe 

posiadasz ogromny majątek! 

Zapadła cisza, a po chwili Zia odezwała się cichutko: 

—  Nigdy  o  tym...  nie  myślałam.  Czy  dlatego  tylu 

kawalerów chciało dziś ze mną tańczyć? 

—  Oczywiście,  Ŝe  nie!  —  zaprzeczyła  szybko  markiza.  —

Niewątpliwie byłaś najpiękniejszą i najlepiej ubraną dziewczyną na 

sali, i dlatego prosili cię do tańca. Mój wnuk chciał powiedzieć, Ŝe 

małŜeństwo to całkiem inna sprawa niŜ taniec dwojga ludzi na sali 

balowej. 

—  Oczywiście  —  przyznała  Zia  —  ale  nie  wierzę,  Ŝeby 

jakikolwiek męŜczyzna chciał poślubić dziewczynę, którą widział 

tylko raz. 

Babka ponownie spojrzała na wnuka. 

—  Sądzę,  Ŝe  będziesz  tak  zajęta  robieniem  zakupów,  iŜ  nie 

starczy  ci  czasu  na  spotkania  z  tymi  lekkoduchami  — 

powiedział powoli Okehampton. — Powiem słuŜącym, Ŝeby ich 

odprawiali. 

—  O,  nie,  proszę  pozwolić  mi  wysłuchać  oświadczyn!  — 

krzyknęła Zia. —Często zastanawiałam 

— 123 — 

background image

się,  co  męŜczyzna  mówi  w  takiej  sytuacji  i  czy  rzeczywiście 

pada na kolana, tak jak to czytałam w powieściach! 

Markiza roześmiała się. 

—  Nie 

moŜesz 

być 

zbyt 

surowym 

opiekunem, 

Rayburnie 

— 

zwróciła 

się 

do 

wnuka. 

— 

Pamiętam 

moje 

pierwsze 

oświadczyny: 

prosił 

moją 

rękę 

starszawy 

pułkownik, 

przyjaciel 

mego 

ojca, 

był 

tak 

przejęty,  Ŝe  trzęsły  mu  się  wąsy,  a  mnie  chciało  się 

śmiać! 

Markiz nic nie odpowiedział, a babka dodała: 

—  Zia 

musi 

nauczyć 

się 

sama 

kierować 

swoimi 

sprawami. 

Musi 

umieć 

powiedzieć 

„nie" 

taki 

sposób, Ŝeby męŜczyzna nie miał Ŝadnych złudzeń. 

Kiedy to mówiła, powóz zatrzymał się przy domu Okehamptonów 

i  markiz,  który  siedział  przy  drzwiczkach,  wysiadł  pierwszy.  Był 

wyraźnie niezadowolony. 

Siostra  Marta  usłyszała,  jak  ktoś  otwiera  drzwi  jej  sypialni. 

Odwróciwszy się od okna, zobaczyła ze zdziwieniem, Ŝe to Zia. 

—  JuŜ  nie  śpisz!  —  wykrzyknęła.  —  Późno  wczoraj 

wróciłaś i pomyślałam, Ŝe będziesz spać aŜ do obiadu! 

—  Tego  spodziewała  się  teŜ  babcia  markiza  — 

odpowiedziała Zia — ale jestem zbyt przejęta, by spać. Chciałam 

opowiedzieć ci o balu! 

— 124 

background image

—  Nie  mogę się doczekać — powiedziała  siostra Marta — 

ale najpierw muszę ci coś wyznać. 

—  Wyznać? — Zia spojrzała na nią z zaciekawieniem. 
—  Ostatniej  nocy  myślałam  o  tym  i  modliłam  się,  Ŝebym 

była wystarczająco odwaŜna, by powiedzieć ci prawdę. 

—  Jaką prawdę? — zapytała Zia. 
—  Skłamałam...  —  powiedziała  siostra  Marta  Ŝałosnym 

tonem. 

—  Nie rozumiem. 
—  Nie mogę dalej udawać! Nie jestem zakonnicą. Udawałam, 

kiedy ojciec Proteus przyszedł do klasztoru. 

—  To  wszystko?  —  zapytała  Zia.  —  No  cóŜ,  myślę,  Ŝe 

postąpiłaś bardzo rozsądnie. 

—  Naprawdę tak myślisz? Nie jesteś oburzona? 
—  Oczywiście, Ŝe nie! 
—  Kiedy on się pojawił i powiedział, Ŝe przejmuje klasztor, 

bałam się, Ŝe odeśle mnie jak te biedne staruszki. 

—  Na pewno by tak zrobił! — powiedziała Zia. 
—  Nie  miałam  dokąd  pójść.  Ojciec  Anthony  zgodził  się, 

Ŝebym  została.  Śluby  zakonne  miałam  złoŜyć  dopiero  po 

skończeniu dwudziestu jeden lat. 

—  Więc pomyślałaś, Ŝe ojciec Proteus zostawi cię w spokoju, 

jeśli uwierzy, Ŝe jesteś zakonnicą. 

—  To  było  kłamstwo...  i  teraz  tego  się  wstydzę  — 

powiedziała Marta. — Po prostu nałoŜyłam 

— 125 — 

background image

kornet i welon jednej z zakonnic przykutej do łóŜka. — Załkała: 

— Potem wszyscy wołali na mnie „siostro Marto", więc czasami 

zapominałam,  Ŝe  jestem  tylko  brzydką,  nikomu  niepotrzebną 

Martą. 

—  Nie wolno ci tak mówić! — krzyknęła na nią Zia. — Chcę, 

Ŝebyś zaczęła uczyć w szkole w majątku markiza. 

—  Kiedy  on  dowie  się,  Ŝe  skłamałam,  odeśle  mnie  — 

nerwowo powiedziała Marta. 

—  Nie sądzę, Ŝeby orientował się w sprawach dotyczących 

zakonnic  —  odparła  Zia.  —  Przypuszczam,  Ŝe  gdybyś  była 

prawdziwą  zakonnicą  sprawa  byłaby  bardziej  skomplikowana, 

ale teraz musisz zapomnieć o ojcu Proteusie i pomyśleć o sobie. 

Marta ocierała łzy, które spływały jej po policzkach. 

—  Och, Zio! Jesteś dla mnie taka dobra i cudowna! Gdybym 

tylko mogła zacząć wszystko od nowa. 

—  I  tak  zrobisz  —  powiedziała  Zia  i  zastanowiwszy  się 

chwilę, zawołała: — Mam cudowny pomysł! 

—  Jaki? 
—  Jest dopiero dziewiąta, markiza nie wstanie wcześniej niŜ 

o jedenastej. Jego lordowska mość pojechał na przejaŜdŜkę konną. 

— Marta przyglądała się Zii, która mówiła prawie do siebie: — 

Pojedziemy same na zakupy! Kupię ci suknie, ja- 

— 126 — 

background image

kie będziesz nosiła w szkole. Wyrzucisz ten ohydny strój, tak jak j a 

to zrobiłam z moim. Marcie dech zaparło w piersiach. 

—  Zdejmuj 

to! 

Szybko! 

—zakrzyknęła 

Zia. 

— 

Dam ci coś do ubrania i poślę po powóz. 

Wybiegła z pokoju i po kilku minutach wróciła z suknią, jaką 

kupił  jej  kapitan  w  Falmouth.  Była  zbyt  długa  dla  Marty,  ale 

dziewczęta  podwiązały  ją  paskiem.  Zia  upięła  Marcie  włosy, 

które,  umyte  i  zakręcone,  wyglądały  atrakcyjnie,  a  na  głowę 

włoŜyła  kapelusz,  takŜe  kupiony  przez  kapitana  w  Falmouth. 

Sama zaś  wzięła drugi, pasujący do  sukni, i obie panny zbiegły 

po schodach. 

Powóz  czekał  juŜ  na  dole  i  Zia  powiedziała  stangretowi,  Ŝeby 

zawiózł  je  do  wielkiego  magazynu,  który  odwiedziła  wczoraj 

razem  z  markizą.  ZauwaŜyła  tam  sporo  sukien  dla  dziewcząt, 

które  według  starszej  pani  nie  były  zbyt  eleganckie.  Jednak  Zia 

zdawała  sobie  sprawę,  Ŝe  do  Marty  nie  pasują  zbyt  wyszukane 

rzeczy.  Jeśli  miała  uczyć  w  wiejskiej  szkole,  nie  mogła  nosić 

strojów, które szokowałyby wieśniaków. 

Lokaj otworzył drzwiczki powozu. Obie dziewczęta weszły do 

środka i Zia podała adres sklepu, ale  lokaj  czekał  i oglądał  się  na 

dom. 

—  Nikt z nami nie jedzie! — wykrzyknęła Zia. 
—  Jadą panienki same? 
—  Tylko na zakupy — odpowiedziała Zia — i nie zajmie 

nam to długo. 

— 127 — 

background image

Lokaj  zamknął  drzwiczki  powozu,  wsiadł  na  kozioł  obok 

stangreta i odjechali. 

—  Jesteś  całkowicie  pewna,  Ŝe  to  dobry  pomysł?  — 

zapytała  Marta  trochę  nerwowo.  —  Dziwnie  się  czuję  w  tej 

sukni. 

—  Wyglądasz bardzo ładnie — zapewniła ją Zia — kiedy 

sprawimy ci ubrania w twoim rozmiarze, będziesz w nich bardzo 

atrakcyjna! 

Marta  odwróciła  głowę  i  Zia  zorientowała  się,  Ŝe  dziewczyna 

zdaje sobie sprawę ze swej brzydoty. 

Postanowiła  dodać  jej  trochę  pewności  siebie.  „Tak  się  na 

pewno  stanie,  pomyślała,  gdy  Marta  znajdzie  się  pomiędzy 

dziećmi,  które  przestaną  zwaŜać  na  jej  wygląd,  jeśli  będzie 

kochającą  je  i  wyrozumiałą  nauczycielką".  Aby  oderwać  uwagę 

Marty od ponurych myśli, Zia zaczęła opowiadać jej o balu. 

—  Co mówili panowie, którzy tańczyli z tobą? — zapytała 

Marta. 

—  Prawili  mi  komplementy,  rzucali  „namiętne"  spojrzenia, 

które, prawdę mówiąc, były komiczne! —- zaśmiała się Zia. 

—  Czy tańczyłaś z jego lordowską mością? 
—  Pierwszy  ze  mną  zatańczył,  a  robi  to  bardzo  dobrze!  Na 

całej sali balowej nie było nikogo równie przystojnego i eleganckiego! 

Niemal wszystkie urocze damy  w diamentach rozmawiały z nim 

zbyt wylewnie, jakby to określiła moja mama. 

— 128 — 

background image

—  Muszą być w nim zakochane! —powiedziała Marta. 

Zia spojrzała na nią zdziwiona. 

—  Tak  myślisz?  PrzecieŜ  są  zamęŜne!  Nie  pamiętam  ich 

nazwisk.  Jedna  z  nich  była  hrabiną,  inna  —  księŜną,  a  trzecia, 

bardzo piękna, lady Ja-kaś-tam powiedziała: „Rayburnie, kochanie, 

kiedy mnie odwiedzisz?" 

—  Naprawdę tak powiedziała? 

Zia skinęła głową. 

—  Z 

początku 

pomyślałam, 

Ŝe 

to 

chyba 

jakaś 

krewna 

jego 

lordowskiej 

mości, 

ale 

on 

odchodząc 

od 

niej, 

powiedział 

mi: 

„To 

jest 

księŜna 

Taka-a- 

taka  i  wiele  osób  uwaŜa  ją  za  najpiękniejszą  kobietę 

w całym Londynie!" 

—- I rzeczywiście taka jest? 

—  Chyba 

tak 

— 

odpowiedziała 

Zia. 

— 

Poczu 

łam się przy niej taka pospolita! 

—NiemoŜliwe!  —wykrzyknęła  Marta.  —  Jesteś  śliczna, 

pokojówki mówią, Ŝe jesteś najpiękniejszą osobą, jaka kiedykolwiek 

mieszkała w domu Okehamptonów! 

—  Naprawdę? — zainteresowała się Zia. 
—  Tak! Ale mówią teŜ, Ŝe lady Yasmin, z którą często widuje 

się jego lordowska mość, teŜ jest bardzo piękna. 

Zia zastanowiła się, a potem powiedziała: 

—  Nie 

sądzę, 

Ŝeby 

kobieta 

imieniu 

Yasmin 

była na balu. 

— 129 — 

background image

Bo  ona  jest  teraz  we  Francji  —  wyjaśniła  Marla.  — 

Słyszałam,  jak ochmistrzyni  mówiła  pokojówce,  która  się  mną 

zajmuje,  Ŝe  mąŜ  lady  Yasmin  jest  bardzo  chory.  —Przerwała 

nachwilę,  a  potem  dodała:  —  Lady  Caton,  tak  się  nazywa: 

Yasmin  Caton!  I  z  tego,  co  mówiły,  wynika,  Ŝe  chyba  jego 

lordowska mość jest w niej zakochany. 

Zia spojrzała  na Martę. Nie przyszło jej nigdy do  głowy, Ŝe 

markiz  mógłby być  w kimś zakochany, i stwierdziła, Ŝe musiała 

być  bardzo  głupia.  Powinna  zdawać  sobie  sprawę,  Ŝe  tak 

przystojny  męŜczyzna  podoba  się  kobietom.  Nie  odstępowały  go 

przecieŜ poprzedniej nocy. 

Przypomniała  sobie,  Ŝe  często  w  ten  sam  sposób  kobiety 

zachowywały się wobec jej ojca. Tak przynajmniej mówiła matka. 

—  Jesteś  zbyt  przystojny,  kochanie!  —  powiedziała  kiedyś 

do męŜa. — Zawsze się boję, Ŝe cię stracę! 

—  Co ci przychodzi do głowy? — zaśmiał się pułkownik. — 

Nie ma na świecie drugiej takiej uroczej kobiety jak ty! Od chwili 

gdy  cię  ujrzałem,  zawładnęłaś  moim  sercem  i  zapewniam  cię,  Ŝe 

naleŜy do ciebie aŜ po wieczność! 

Matka roześmiała się — Zia zapamiętała szczęśliwy  wyraz jej 

oczu — i podniosła głowę, by mąŜ mógł pocałować jej usta. 

I  teraz  przypominając  sobie  tę  scenę,  Zia  pomyślała,  Ŝe  teŜ 

pragnie takiej miłości. Wiedziała, 

— 130 — 

background image

Ŝe  nigdy  nie  poczuje  czegoś  podobnego  w  stosunku  do  młodych 

męŜczyzn,  którzy  prosili  ją  na  balu  o  spotkanie.  Jednocześnie 

stwierdziła, Ŝe była bardzo głupiutka nie uświadamiając sobie, jak 

przystojny, atrakcyjny i interesujący jest markiz. 

„Kiedy  rozmawiałam  z  nim  na  jachcie  —  pomyślała—  nie 

myślałam o nim jak o człowieku, lecz jak o kimś podobnym do 

archanioła,  który  zstąpił  na  ziemię  z  niebios,  by  wyrwać  mnie  z 

rąk niegodziwego ojca Proteusa". 

Przez chwilę zastanawiała się, co by zrobiła lady Caton, gdyby 

była na jej miejscu na „JednoroŜcu", ale oto powóz zajechał przed 

wielki  magazyn.  Zia  zaobserwowała  zachowanie  markizy,  gdy 

były tu poprzedniego dnia. Posłała więc po kobietę zarządzającą 

sklepem. 

—  Jestem panna Langley — oznajmiła. — Byłam tu wczoraj 

razem z markizą Okehampton. 

—  Tak, tak, panienko, dobrze pamiętam. 
—  Przyprowadziłam  ze  sobą  tę  młodą  damę,  która  jest 

moją  przyjaciółką.  —  Zia  wskazała  na  Martę.  —  Chcę  sprawić 

jej kompletną garderobę, gdyŜ wszystkie swoje ubrania straciła w 

wypadku i nie ma co na siebie włoŜyć oprócz tej sukienki, którą 

jej poŜyczyłam. Jak pani widzi, jest dla niej za duŜa. 

—  Mój  BoŜe,  co  za  katastrofa!  Jestem  pewna,  Ŝe  znajdziemy 

coś odpowiedniego dla młodej damy. 

—  To, czego potrzebuje — powiedziała stano- 

— 131 — 

background image

wczo  Zia  —  to  skromne  suknie, jakie  będzie  mogła  nosić  na  wsi. 

Ma  zamiar  zamieszkać  w  majątku  markiza  pomagając  w 

prowadzeniu szkoły. 

Z  wyrazu  twarzy  kobiety  Zia  wywnioskowała,  Ŝe  dokładnie 

zrozumiała, o jaki typ garderoby chodzi. 

—  Nie  mamy  duŜo  czasu—mówiła  dalej  Zia  — 

jeśli 

zaopatrzymy 

moją 

przyjaciółkę 

jedną 

czy 

dwie  suknie,  które  będzie  mogła  od  razu  nosić,  to 

resztę 

rzeczy 

proszę 

przesłać 

jak 

najszybciej 

do 

domu markiza Okehamptona. 

W  krótkim  czasie  zaopatrzono  Martę  w  letnią  suknię,  ładną, 

ale  prostszą  i  nie  tak  szeroką  jak  ta,  którą  miała  na  sobie  Zia. 

Dobrano  równieŜ  kapelusz,  buty  i  pończochy,  które  sprowadzono  z 

innej części sklepu. 

Zia nie spuszczała oka z zegara. Obawiała się, Ŝe moŜe babka 

markiza  zapragnąć  widzieć  się  z  nią  przed  obiadem.  Gdy 

zakończyły zakupy, zbliŜało się południe. Przed sklepem czekał na 

nie  powóz.  Zanim  wyszły,  kierowniczka  obiecała  zapakować 

wszystko, co wybrały, i przesłać do domu Okehamptonów. 

—  Bardzo 

pani 

dziękuję! 

— 

powiedziała 

do 

niej 

Zia. 

Kiedy wychodziły, lokaj zszedł z kozła, by otworzyć  drzwiczki 

powozu. 

—  To 

była 

wielka 

przyjemność, 

panienko, 

mam 

nadzieję 

ponownie 

ją 

tutaj 

ujrzeć 

—  poŜegnała  je 

kobieta zarządzająca sklepem. 

— 132 — 

background image

— Przyjdę z pewnością! — uśmiechnęła się Zia. 

Na  dworze  wiał  wiatr,  więc  wychodząc  z  magazynu  Zia 

podniosła  rękę,  przytrzymując  kapelusz,  w  ten  sposób  zasłoniła 

sobie wszystko dokoła oprócz drogi  do  powozu.  Weszła  do  środka. 

Wtedy drzwiczki zamknęły się z trzaskiem i gdy Zia obejrzała się 

za siebie, ze zdumieniem zobaczyła, jak Marta zatacza się i pada na 

chodnik, jakby ktoś ją uderzył. Zanim spostrzegła wyraźnie, co się 

stało, lokaj, który zatrzasnął za nią drzwiczki, wskoczył na kozioł 

i konie ruszyły z kopyta. 

Spojrzała  przez  szybkę  nad  siedzeniem  i  podniosła  rękę,  by 

zapukać  w  okienko  i  powiedzieć,  Ŝe  zostawili  Martę.  Wtedy 

lokaj w liberii słuŜącego markiza odwrócił się i spojrzał na nią. 

Na widok twarzy tego człowieka i blizny biegnącej od czoła aŜ po 

brew,  Zia  krzyknęła  z  przeraŜenia  i  osunęła  się  na  siedzenie.  Jej 

serce biło jak szalone ze strachu. 

Lokaj, który na niąpatrzył, był człowiekiem ojca Proteusa — to 

był Saul! 

background image

Rozdział 6 

Markiz,  który  cały  ranek  jeździł  konno  w  towarzystwie 

Harry'ego, rozstał się z nim przy Park Lane. 

—  Zobaczymy się wieczorem — powiedział Harry — teraz 

muszę się śpieszyć, jestem umówiony na obiad z księŜną! 

—  Będzie zirytowana, Ŝe się spóźniasz — zauwaŜył markiz. 
—  Wiem 

— 

odpowiedział 

ponuro 

Harry 

— 

ale 

nie Ŝałuję tak wspaniałej przejaŜdŜki! 

Markiz uśmiechał się kłusując wolno po Park Lane w kierunku 

swojego domu. Cieszył się na myśl o spotkaniu z Ziai wysłuchaniu jej 

wraŜeń  z  wczorajszego balu, podczas którego, tak jak powiedziała 

jego babka, Zia bezspornie miała największe powodzenie. Markiz 

uwaŜał  za  rzecz  niezwykłą  fakt,  Ŝe  dziewczyna,  która  Ŝyła  w 

takim oderwaniu od 

— 134 

background image

świata,  wkroczyła  w  najbardziej  wytworne  towarzystwo  w 

Europie  i  natychmiast  oczarowała  kaŜdego,  kto  ją  zobaczył.  Nie 

była wcale nieśmiała ani nie zrobiła Ŝadnej gafy, czego mógłby się 

spodziewać  po  tak  młodej  dziewczynie.  „Z  pewnością  jest 

oryginalna",  pomyślał  zdając  sobie  sprawę,  Ŝe  wielu  męŜczyzn 

zazdrości mu, iŜ jest jej opiekunem. 

Przed frontowymi drzwiami domu Okehamptonów czekał na 

markiza  chłopiec  stajenny.  Zsiadając  z  konia,  markiz  poklepał 

zwierzę,  jakby  dziękując  mu  za  przejaŜdŜkę.  Wszedł  do  domu  i  ze 

zdumieniem ujrzał hol wypełniony ludźmi. Był tam pan Barrett, 

ochmistrzyni,  stangret  i  lokaj,  obaj  dziwacznie  ubrani,  oraz 

kilka pokojówek.  Obok  nich stała ładnie  ubrana  młoda  kobieta, 

w  której  markiz  nie  od  razu  rozpoznał  siostrę  Martę.  Kiedy 

pojawił  się,  wszyscy  ucichli  patrząc  na  niego  w  sposób,  który 

sprawił, Ŝe markiz domyślił się, iŜ stało się coś złego. 

—  Dlaczego  wszyscy  tu  jesteście?  —  zwrócił  się  do  pana 

Barretta. 

—  Dzięki Bogu, Ŝe pan wrócił, milordzie! — Wykrzyknął 

sekretarz. 

—  O co chodzi? — zapytał markiz. 
—  Panna Zia została porwana! 

Przez chwilę markiz był zbyt zaskoczony, by coś powiedzieć. 

—  Kiedy  i  przez  kogo?  —  zapytał,  choć  znał 

odpowiedź. 

135 — 

background image

Stangret  Dobson,  męŜczyzna  w  średnim  wieku,  który  słuŜył 

jeszcze u ojca markiza i doskonale radził sobie z końmi, wysunął 

się z tłumu. 

—  To było tak, jaśnie panie — zaczął. — To nie była moja 

wina, ani Bena... 

—  MoŜe byś zaczął od początku — poprosił go markiz. 

Panował nad głosem i wydawało się, Ŝe jest spokojny. Zarazem 

rósł jego gniew, gdyŜ zdawał sobie sprawę, Ŝe nie  wszystkie jego 

polecenia zostały wykonane. 

—  Sądzę, 

Ŝe 

powinien 

pan 

wiedzieć 

— 

przerwał 

stangretowi 

pan 

Barrett 

— 

iŜ 

panna 

Zia 

opuściła 

dom 

dziś 

rano 

zaraz 

po 

godzinie 

dziewiątej, 

zabie 

rając ze sobą siostrę Martę. 

Mówiąc  to,  zerknął  na  dziewczynę,  która  stała  obok  niego, 

przykładając chusteczkę do oczu. 

—  Kto jeszcze pojechał z wami? — zapytał ją markiz. 
—  Nikt, milordzie. 
—  Dokąd pojechałyście? 
Marta odjęła chusteczkę od oczu i powiedziała: 

—  Zia  przyszła  do  mojej  sypialni...  i  kiedy  przy 

znałam 

się, 

Ŝe 

nie 

jestem... 

zakonnicą, 

zapropo 

nowała, 

Ŝe 

pojedziemy 

kupić 

odpowiednie 

ubranie, 

w którym mogłabym uczyć w szkole... 

Dziewczyna  szlochała,  więc  mówiła  bardzo  chaotycznie,  ale 

markiz zrozumiał wszystko. 

— 136— 

background image

—  Tak 

więc 

jednym 

moich 

powozów 

pojecha- 

łyście same na zakupy? 

—  T-tak, milordzie... a potem... Saul ją... porwał! 

Jakby nie rozumiejąc, markiz spojrzał na Dobsona, a ten 

pośpieszył z dalszymi wyjaśnieniami: -— Kiedy 

dojechaliśmy do magazynu, jaśnie panie, panienka Zia 

powiedziała, Ŝe będzie tam z pół godzinki, więc zabrałem 

powóz w cień pod drzewami na placu, za Bond Street. — Markiz 

skinął głową na znak, Ŝe rozumie, a Dobson opowiadał dalej: — 

Ben i ja Ŝeśmy siedzieli i rozmawiali w cieniu, a tu raptem 

jacyś dwaj ludzie ściągnęli nas z kozła. Jeden z nich to miał 

bliznę na twarzy. 

—  To  był  Saul!  —  krzyknęła  Marta.  —  To  on 

mnie uderzył, kiedy wsiadałam do powozu! 

Markiz  nie  zwrócił  uwagi  na  słowa  Marty  i  powiedział  do 

Dobsona: 

—  Po tym, jak wyciągnęli was z powozu, co zrobili? 
—  Zabrali  nasze  płaszcze  i  kapelusze,  jaśnie  panie,  a 

potem przywiązali nas do drzewa i odjechali powozem! 

To  wszystko  wydawało  się  tak  niewiarygodne,  Ŝe  przez 

chwilę  markiz  tylko  patrzył  na  stangreta  i nic nie  mówił. Nagle 

Marta,  jakby  czując,  Ŝe  musi  powiedzieć,  co  stało  się  dalej, 

przybliŜyła się do markiza. 

—  Wyszłyśmy  ze  sklepu  i  Zia  wsiadła  do  po 

wozu, ale kiedy ja miałam zrobić to samo, Saul 

— 137 — 

background image

uderzył mnie tak mocno, Ŝe upadłam... potem wskoczył na kozioł... i 

odjechali. — Marta zalała się łzami. — Ojciec Proteus znowu ja 

ma! Och, niech pan ją ratuje, milordzie... 

Markiz popatrzył na osoby zgromadzone w holu. 

—  Czy ktoś ma coś do dodania? — zapytał. 

Nikt nie odpowiedział, więc pan Barrett odezwał 

się: 

—  Sądzę, Ŝe to wszystko, co wiemy, milordzie. 

—  Dobrze! 

— 

powiedział 

markiz. 

— 

Chodź 

ze 

mną, 

Barrett. 

Zastanowimy 

się, 

co 

robić. 

Wszyscy 

pozostali mogą powrócić do swoich zajęć. 

Odszedł w kierunku gabinetu, a pan Barrett podąŜył za nim. 

Kiedy sekretarz zamknął drzwi, markiz zapytał: 

—  Czy powiadomiono o wypadku moją babkę? 
—  Tak,  milordzie.  Bardzo  się  zdenerwowała  i  dlatego 

została w łóŜku. 

—  Przynajmniej  ona  jest  rozsądna!  —  odparł  markiz  i 

usiadł za biurkiem. — No więc, Barrett, co zrobimy? 

—  Naprawdę nie mam pojęcia, milordzie — odpowiedział 

pan Barrett. — MoŜe zawiadomić policję? 

—  Wtedy cała historia niewątpliwie dostanie się do gazet — 

odrzekł markiz po chwili milczenia. 

Pan  Barrett  milczał,  a  markiz  patrzył  przed  siebie,  myśląc  z 

wściekłością,  Ŝe  Zii  grozi  powaŜne  niebezpieczeństwo. Wiedział, 

Ŝe musi znaleźć sposób, 

— 138 — 

background image

by  ją  uratować.  Wstał  i  podszedł  do  okna.  Spoglądając  tępym 

wzrokiem na słońce poczuł, jakby cały świat niespodziewanie zwalił 

mu się na głowę. Dlaczego nie przewidział, Ŝe Proteus nie zrezygnuje 

z pieniędzy Zii? Teraz był pewien, Ŝe zaŜąda ogromnego okupu za 

uwolnienie dziewczyny. Okehampton wiedział, Ŝe musi czekać na 

list,  w którym Proteus poda swoje warunki.  Ale  kaŜdy nerw jego 

ciała  domagał  się  uratowania  dziewczyny,  zanim  wycierpi  ona 

jeszcze więcej. 

„Dlaczego  nie  przewidziałem,  Ŝe  to  moŜe  się  zdarzyć?"  —

pytał siebie, czując, jak narasta w nim gniew. 

Zdawał  sobie  sprawę,  Ŝe  Londyn  jest  ogromnym  miastem  i  Ŝe 

jeśli  Proteus  zamierzał  ukryć  Zię  do  czasu  otrzymania  pieniędzy, 

nikt  by  jej  nie  odnalazł.  Markiz  zakładał,  Ŝe  zdemaskowany 

Proteus  nie  zniknie  juŜ  za  murami  Ŝadnego  klasztoru,  ale  przy-

puszczał,  Ŝe  moŜe  ukryć  dziewczynę  w  miejscu  niedostępnym 

dla  większości  ludzi.  Myślał  o  tym  intensywnie,  ale  nic  mu  nie 

przychodziło  do  głowy.  Zdawał  sobie  sprawę,  Ŝe  nawet  jeśliby 

znaleziono po pewnym czasie konie i powóz, Proteus zadbałby o to, 

by dalszy ślad był dobrze zatarty. 

W  głosie  markiza  pojawiła  się  nutka  rozpaczy,  kiedy  po 

dłuŜszej chwili milczenia powiedział: 

—  PrzecieŜ musi być jakieś wyjście! 
—  W rzeczy samej, milordzie — odrzekł pan 

139 

background image

Barrett.  —  MoŜe  powinniśmy  wynająć  detektywa  albo  nawet 

kilku. 

—  Niewątpliwie 

wcześniej 

czy 

później 

wkroczy 

policja  —  odparł  markiz  —  ale  nie  chcę  rozgłosu, 

dopóki Zia nie znajdzie się bezpieczna w domu. 

Pan Barrett uświadomił sobie, Ŝe jeśli Proteus zorientuje się, 

iŜ  policja  jest  na  jego  tropie,  moŜe  w  desperacji  albo  z  zemsty 

zabić swojego więźnia. Znowu zaległa cisza. Markiz zaczął nawet 

modlić się, Ŝeby jakimś cudem dowiedział się, dokąd zabrano Zię. 

Nagle otworzyły się drzwi. 

—  Jest  tu  jakiś  człowiek,  jaśnie  panie,  z  „Jedno 

roŜca" 

— 

powiedział 

lokaj. 

—Nazywa 

się 

Winton 

i  chce  się  widzieć  z  waszą  lordowską  mością.  Zdaje 

mi się, Ŝe to dotyczy panny Zii! 

Markiz odwrócił się szybko. 

—  Winton?! — wykrzyknął. — Wpuść go! 

Czekając, spojrzał pytająco na Barretta. Czy moŜliwe, by Winton 

mógł  coś  wiedzieć?  Kiedy  markiz  opuszczał  jacht,  wydał 

polecenie,  Ŝeby  „JednoroŜec"  płynął  dalej  do  Greenwich,  gdzie 

miał czekać, dopóki znowu nie będzie potrzebny. 

Po  paru  minutach,  które  zdawały  się  ciągnąć  w 

nieskończoność,  Winton  wszedł  do  gabinetu.  Miał  na  sobie 

mundur, a w dłoni ściskał czapkę. 

Wyglądał na  nieco onieśmielonego, ale gdy zobaczył markiza, 

powitał go z szacunkiem, a na jego twarzy pojawił się uśmiech. 

—  Rozumiem, Ŝe masz dla mnie jakieś wiado- 

140 — 

background image

mości!  —  zwrócił  się  do  niego  markiz,  który  nie  chciał  tracić 

czasu. 

—  Tak 

jest, 

jaśnie 

panie! 

— 

odpowiedział 

Winton. — Chodzi o pannę Langley. 

Markiz  odetchnął  głęboko,  podszedł  do  biurka  i  wskazując 

krzesło stojące po drugiej stronie, powiedział: 

—  Słucham? Co masz mi do powiedzenia? 
—  No,  to  jest  tak,  jaśnie  panie  —  odpowiedział  Winton, 

siadając  na  brzegu  krzesła.  —  Kiedy  wasza  lordowska  mość  nas 

opuścił,  ruszyliśmy  „JednoroŜcem"  w  dół  rzeki,  ale  kapitan 

potrzebował  jakieś  rzeczy,  no  więc  posłał  po  nie  na  brzeg. 

Potrzebowaliśmy  teŜ  trochę  farby,  bo,  wasza  lordowska  mość 

zapewne  pamięta,  trzeba  było  zamalować  miejsca  na  prawej 

burcie, te zadrapane. 

—  Tak,  pamiętam  —  przytaknął  markiz  i  tylko  dzięki 

ogromnemu wysiłkowi opanował się i nie krzyknął na Wintona, by 

przeszedł do sedna sprawy. 

—  No więc, byłem na pokładzie, jaśnie panie — ciągnął Winton 

—  i  przyglądałem  się  urwisom,  jak  się  bawiły,  dokuczając  sobie, 

kiedy zauwaŜyłem męŜczyznę, którego wcześniej widziałem. 

—  Kto to był? — zapytał markiz. — I gdzie go widziałeś? 
—  W tym klasztorze, do którego mnie j aśnie pan zabrał. 
—  Jesteś pewien, Ŝe tam go widziałeś? 

— 141 — 

background image

—  Tak,  jaśnie  panie.  Widziałem,  jak  patrzył  przez  okno. 

Wyglądał trochę dziwnie, bo na czole miał bliznę, ciągnęła mu się 

aŜ do brwi, słowo daję! 

—  To ten! — wykrzyknął markiz. — Nazywa się Saul. 
—  Widziałem  go  teŜ  —  dalej  opowiadał  Win-ton—jak 

wybiegał  z  bramy,  kiedy  odjeŜdŜaliśmy  z  panienką  Langley,  a 

wasza lordowska mość powiedział, Ŝebym wypalił z pistoletu nad 

głowami  tych,  co  nas  gonili.  —  Winton  przerwał,  by  zaczerpnąć 

powietrza. 

—  I  widziałeś  go  dzisiaj  znowu  na  rzece?  —  zapytał 

markiz. 

—  Tak, jaśnie panie. On i jeszcze jeden wchodzili do łódki, a 

dwóch było przy wiosłach. 

—  Byli w łódce! — wykrzyknął markiz. 
—  Tak, jaśnie panie. 
—  Sami? 
—  Nie, jaśnie panie. Mieli ze sobą kobietę. Nie widziałem jej 

wyraźnie, ale... 

—  Szybciej! — niecierpliwił się markiz. 
—  Ciekawy byłem, jaśnie panie, więc zostawiłem Harpera. 

Jaśnie pan zna Harpera? 

—  Tak, tak! Mów dalej! 
—  Zszedłem, Ŝeby zobaczyć, dokąd płyną. Jak dostali się na 

środek  rzeki,  rozpoznałem  tę  damę...  to  była  panienka  Langley, 

jaśnie panie! 

—  Jesteś pewien? — wtrącił pan Barrett. 

Winton odwrócił się do niego. 

— 142— 

background image

—  Tak,  sir,  to  na  pewno.  Nie  miała  na  głowie  kapelusza, 

widziałem ją całkiem wyraźnie. 

—  Obserwowałeś  ich?  —  zapytał  markiz.  —  Dokąd 

popłynęli? 

—  Prosto rzeką jaśnie panie, kawałeczek w dół, a  potem  do 

łodzi mieszkalnej. 

—  Jesteś pewien, Ŝe to była łódź mieszkalna? 
—  O  tak,  jaśnie  panie.  W  tamtym  miejscu  rzeki  jest  tylko 

jedna,  stoi  na  kotwicy  w  krzakach.  Całkiem  się  rozsypuje  i 

przydałoby się ją pomalować. Wasza lordowska mość nawet by na 

nią nie spojrzał! 

—  Łódź  mieszkalna!  —zawołał  markiz.  —I  tam  jest  teraz 

panna Langley? 

—  Zabrali ją na brzeg, jaśnie panie. 

Markiz przyłoŜył rękę do głowy, jakby to miało mu pomóc  w 

myśleniu. 

—  Oddałeś mi wielką przysługę, Wintonie, za co zostaniesz 

hojnie nagrodzony —powiedział. — Teraz chcę, Ŝebyś coś zjadł, 

a  ja  porozmawiam  z  panem  Barrettem  i  zadecydujemy,  jak 

uratować pannę Langley. 

—  Ale pozwoli mi jaśnie pan wziąć w tym udział? Pan wie, 

Ŝe moŜna mi powierzyć broń... 

—  Dobrze — zgodził się markiz. — Tylko potrzebuję nieco 

czasu, by przygotować całą akcję. 

Pan Barrett zadzwonił na lokaja i prawie natychmiast otworzyły 

się drzwi. 

—  Dopilnuj, Ŝeby Winton dostał treściwy po- 

— 143 — 

background image

si lek — markiz wydał polecenie słuŜącemu — i zaraz go tu przyślij. 

— Tak jest, jaśnie panie! 

Okehampton  nie  powiedział  nic  więcej,  dopóki  Winton  nie 

wyszedł z pokoju. Powtarzał sobie, Ŝe w  niewiarygodny  sposób 

jego  modlitwy  zostały  wysłuchane i cudem dowiedział się, gdzie 

jest Zia. 

Zia  bała  się.  Była  przeraŜona,  kiedy  powóz  odjechał  sprzed 

magazynu. Domyśliła się, Ŝe została pojmana przez ludzi Proteusa. 

Zaczęła  zastanawiać  się,  w  jaki  sposób  wyskoczyć  z  powozu,  ale 

konie pędziły z ogromną szybkością i Zia była pewna, Ŝe próbując 

wydostać się z niego, wpadłaby pod koła. Nawet gdyby się jej nic 

nie  stało,  Saul  złapałby  ją,  zanim  zdołałaby  uciec.  MoŜe  nawet 

uderzyłby ją tak jak Martę. Siedziała więc w powozie wciśnięta w 

kąt. 

Stwierdziła, Ŝe była bardzo głupia, wybierając się na zakupy z 

Martą  bez  Ŝadnej  osoby  towarzyszącej.  Potem  pomyślała,  Ŝe 

nawet  jeśli  poszłaby  z  nimi  ochmistrzyni  lub  pokojówka,  byłyby 

bezsilne wobec ludzi Proteusa i nie przeszkodziłyby im w porwaniu. 

W  jakiś  niepojęty  dla  niej  sposób  pozbyli  się  stangreta  i  lokaja 

markiza  i  prowadzili  teraz  powóz.  Zia  w  pewnej  chwili 

uświadomiła  sobie,  Ŝe  wjechali  do  biedniejszej  i  brudniejszej 

części miasta. W przelocie ujrzała wodę i zdała sobie spra- 

144— 

background image

wę, Ŝe przed nimi była Tamiza. Miała okropne uczucie, Ŝe ojciec 

Proteus  zamierza  wywieźć  ją  na  statku  do  obcego  kraju.  Wtedy 

nikt juŜ by jej nie odnalazł, nawet markiz. 

Na  wspomnienie  o  markizie  Zię  przeszedł  dreszcz  —  tak 

bardzo pragnęła, Ŝeby ją uratował. Raz  ją  ocalił  i  Zia  pamiętała 

ryzykowną  ucieczkę  z  klasztoru.  To  było  takie  ekscytujące! 

Myślała wtedy, Ŝe na zawsze uwolniła się od ojca Proteusa. Jednak 

w  głębi  duszy  zawsze  bała  się,  Ŝe  nigdy  się  od  niego  nie 

wyzwoli.  Znowu  była  w  jego  szponach.  Wiedziała,  Ŝe  nie 

zadowoli  się,  dopóki  nie  przejmie  kontroli  nad  jej  pieniędzmi, 

jeśli  nie  wszystkimi,  to  przynajmniej  nad  duŜą  ich  częścią.  „Co 

mam  robić?"  —  pytała  siebie  i  modliła  się  do  markiza,  by 

jeszcze raz przybył na ratunek. „Uratuj... mnie! Uratuj! — zapłakała 

w głębi serca — bo... tylko ty moŜesz to zrobić!" Powóz zatrzymał 

się i Zia zorientowała się, Ŝe są nad rzeką. Zastanawiała się, czy 

byłaby  w  stanie  uciec,  gdyby  wyskoczyła  i  rzuciła  się  do 

Tamizy.  Ojciec  nauczył  ją  pływać,  ale  trudno  byłoby  jej 

poruszać się w sukni, którą miała na sobie. Najprawdopodobniej 

utonęłaby. 

Drzwiczki powozu otworzyły się na ościeŜ. Zia ujrzała Saula, 

który popatrzył na nią poŜądliwym wzrokiem. 

—  Chodź!  —powiedział.  —Miałaś  ładną  przejaŜdŜkę,  nie? 

Teraz zabieramy cię na wodę! 

145 — 

background image

Nic  oponowała.  Wiedziała,  Ŝe  to  nie  ma  sensu.  Saul  zdjął  z 

siebie płaszcz lokaja, który najwidoczniej zabrał słuŜącym markiza, 

i  wrzucił  go  do  powozu.  Stangret,  w  którym  Zia  rozpoznała 

jednego ze wspólników Proteusa o imieniu Mark, teŜ wrzucił swoje 

okrycie.  Obaj  zostali  w  samych  koszulach.  Wzięli  Zię  pod 

ramiona  i  poprowadzili  ją  na  brzeg  rzeki.  Gdy  zeszli  ze  skarpy, 

dziewczyna usłyszała, jak powóz odjeŜdŜa. Miała nadzieję, Ŝe kto-

kolwiek go zabierze, zaopiekuje się wspaniałymi końmi markiza. 

Na  wodzie  zobaczyła  łódkę,  w  której  czekali  dwaj  inni  ludzie 

Proteusa. 

— Oto ona! Czy nie wygląda fikuśniej, niŜ kiedy była z nami? — 

powiedział  do  nich  Saul  i  popchnął  Zię  na  łódkę,  a  wtedy  dwaj 

męŜczyźni, którzy juŜ w niej siedzieli, zaczęli wiosłować. 

Był  silny  prąd  i  Zia  pomyślała,  Ŝe  moŜe  porwie  ich  i  moŜe 

będzie  miała  szansę  uciec, jeśli łódź  się  wywróci. Jednak sapiąc i 

dysząc męŜczyźni dopłynęli do spokojniejszego miejsca rzeki i Zia 

ujrzała przycumowaną do brzegu zniszczoną łódź mieszkalną. Z 

początku nie  wierzyła, Ŝe to jest cel ich „podróŜy". Jednak kiedy 

porywacze wyciągnęli ją z łódki, zorientowała się, Ŝe tu właśnie, 

w  tej  nieprawdopodobnej  kryjówce,  ma  zostać  uwięziona.  Przez 

chwilę zastanawiała się, czy nie zacząć krzyczeć i uciekać na oślep 

przed  siebie.  Ale  spojrzawszy  na  dziki  brzeg,  do  którego 

przycumowana była łódź, stwierdziła, Ŝe jest to odosobnione miej- 

146 — 

background image

sce, gdzie nie ma nadbrzeŜa i w związku z tym — ludzi. 

Gdyby krzyczała, to kto by ją usłyszał? A nawet jeśli tak, to kto 

mógłby  stawić  czoło  Saulowi,  Markowi  i  pozostałym  dwóm 

męŜczyznom, silnym, brutalnym i skorym do bójki? 

Zia  długo  się  nad  tym  nie  zastanawiała,  gdyŜ  męŜczyźni 

wciągnęli  ją  na  bardzo  rozklekotaną  kładkę, potem  na pokład, a 

następnie zaprowadzili przez walące się drzwi do pomieszczenia, 

gdzie  w  fotelu  siedział  ojciec  Proteus,  z  unieruchomioną  nogą  a 

obok  niego  stała  butelka  brandy.  Na  jego  widok  Zię  przeszedł 

dreszcz. Wiedziała, Ŝe jest na nią wściekły. 

—  Oto ona, szefie! —promiennie oznajmił Saul. 
—  Nie  było  was  piekielnie  długo!  —  z  niezadowoleniem 

powiedział  ojciec  Proteus.  —  Czy  ktoś  wie,  Ŝe  przywieźliście  ją 

tutaj? 

—  Chyba  tylko  ptaki  na  niebie!  —  odpowiedział  Saul.  — 

Dixon odprowadził konie. 

—  Co z nimi zrobi? — zapytał ojciec Proteus. 
—  Jak się nadarzy okazja, to je sprzeda, a bryczkę pośle na 

złomowisko. 

Zia  zamknęła  oczy.  Pomyślała,  jak  markiz  się  zmartwi,  gdy 

się  dowie,  Ŝe  jego  konie,  z  których  był  tak  dumny,  zostały 

sprzedane komuś, kto je zajeździ na śmierć albo będzie dla nich 

okrutny. 

Ojciec Proteus spojrzał na Zię takim wzrokiem, Ŝe dziewczyna 

natychmiast zaczęła myśleć o sobie. 

— 147— 

background image

—  Ale  mi  narobiłaś  kłopotu,  dziewczyno!  —  krzyczał, 

patrząc na nią z wściekłością. — Zapłacisz mi za to! RównieŜ i za 

to, Ŝe ten twój przeklęty opiekun pogruchotał mi nogę! — Potem, 

jakby nie mogąc ścierpieć widoku Zii, wrzasnął: — Zaprowadzić 

ją  na  dół  i  zamknąć!  Zabierzcie  jej  suknię  i  buty,  na  wypadek 

gdyby próbowała uciekać. 

—  To jej się nie uda! — zaśmiał się Saul i chwycił Zię za ramię, 

wpijając  swoje  palce  w  jej  miękką  skórę.  Rozkoszował  się  tym,  Ŝe 

była bezradna i przestraszona. 

—  Teraz  słuchaj  —  zwrócił  się  do  dziewczyny  ojciec 

Proteus,  jak  gdyby  nagle  przyszło  mu  coś  do  głowy.  — 

Napiszesz  do  twojego  opiekuna,  Ŝe  jeśli  nie  zapłaci  kaŜdego 

pensa, jakiego zaŜądam, to cię zabiję — rozumiesz? 

Zia z trudem opanowała się i powiedziała wyzywająco: 

—  Jeśli 

zabijesz 

mnie, 

jak 

tamtą 

dziewczynę 

w klasztorze, powieszą cię! 

Ojciec Proteus roześmiał się w bardzo nieprzyjemny sposób. 

—  Sądzisz, 

Ŝe 

jestem 

taki 

głupi? 

Wrzucimy 

cię 

do 

Tamizy 

przytrzymamy 

twoją 

głowę, 

odpły 

niesz  z  prądem  i  wiele  mil  stąd  ktoś  wyciągnie 

z wody twoje martwe miękkie ciałko! 

Zia poczuła, Ŝe zaraz zacznie krzyczeć i tylko 

— 148 

background image

dzięki  nadludzkiemu  wysiłkowi  zacisnęła  usta  i  nic  nie 

powiedziała. 

—  Zabrać  ją  stąd!  —rozkazał  ojciec  Proteus.  — 

Niedobrze mi się robi, gdy na nią patrzę! 

Saul  pociągnął  Zię  w  kierunku  drzwi,  a  ojciec  Proteus 

zaryczał: 

—  Mark, 

przynieś 

jeszcze 

butelkę 

brandy! 

Ta 

przeklęta noga piekielnie mnie boli! 

Saul  ściągnął  Zię  po  roztrzaskanych  i  połamanych  schodach 

pod  pokład  łodzi,  gdzie  znajdowały  się  kajuty.  Wpuścił  Zię  do 

jednej z nich, tej która wychodziła na rzekę. Podejrzewał, Ŝe gdyby 

miała  kajutę  od  strony  lądu,  mogłaby  próbować  uciec  przez 

okienko  w  burcie.  Saul  stał  przez  chwilę  i  nagle  popchnął 

dziewczynę  tak  silnie,  Ŝe  upadła  na  wąskie  Ŝelazne  łóŜko,  które 

stało na środku pomieszczenia. 

—  Teraz 

dobrze 

się 

zachowuj 

— 

ostrzegł 

— 

albo dostaniesz za swoje! 

Słysząc tę groźbę, Zia instynktownie skuliła się. Saul roześmiał 

się,  wydając  z  siebie  chrapliwy  dźwięk,  i  wyszedł.  Zia 

usłyszała,  jak  przekręca  klucz.  Miała  wraŜenie,  Ŝe  w  drzwi 

wprawiono  nowy  zamek,  by  uniemoŜliwić  jej  ucieczkę.  Po 

chwili  znów  usłyszała  chrzęst  zamka  i  Saul  wszedł  do  kajuty. 

Patrząc lubieŜnie na dziewczynę, krzyknął: 

—  Słyszałaś, 

co 

powiedział 

szef?! 

Dawaj 

swoje 

ubranie i buty! 

— 149 — 

background image

—  Kiedy je zdejmę, połoŜę na korytarzu przed drzwiami! — 

odparła Zia. 

—  Nieśmiała, co? — zachichotał Saul. — Pomogę ci, jeśli 

sama nie moŜesz. 

—  Zaczekaj  na  zewnątrz!  —powiedziała  stanowczo  Zia, 

patrząc wyzywająco na męŜczyznę. 

Przez  jedną  przeraŜającą  chwilę  myślała,  Ŝe  ten  brutalny 

człowiek  jej  nie  usłucha.  Jednak  Saul  ociągając  się  wyszedł  z 

kajuty. Zia wiedziała, Ŝe stał pod drzwiami. Szybko, bo bała się, Ŝe 

moŜe  znowu  wrócić  i  dotknąć  jej,  ściągnęła  swoją  piękną  suknię, 

którą włoŜyła wybierając się na zakupy z Martą. Podniosła suknię 

z podłogi i razem z butami podała przez lekko uchylone drzwi. Przez 

szparę zobaczyła brudne dłonie Saula. 

—  Dostaniesz  je,  jak  za  nie  zapłacisz!  —powiedział  z 

drwiną. 

Zatrzasnęła drzwi, a Saul roześmiał się i znowu przekręcił klucz 

w zamku. Opadła na łóŜko zdrętwiała z przeraŜenia. Uświadomiła 

sobie, Ŝe nawet markiz nie będzie w stanie jej tutaj odnaleźć. Była 

w rękach człowieka, który nie zawaha się jej zabić, jeśli dzięki temu 

uratuje  swoją  skórę.  Chciała  walić  w  ściany,  krzyczeć,  ale  jej 

szósty  zmysł  ostrzegł  ją,  Ŝe  na  niewiele  by  to  się  zdało. 

Wiedziała,  Ŝe  musi być rozsądna. Podeszła do okienka  w burcie, 

by wyjrzeć na rzekę. Tamiza była w tym miejscu bardzo szeroka. 

Po drugiej stronie rzeki było tylko 

150 — 

background image

nadbrzeŜe, przemysłowe budynki i Ŝadnych domów mieszkalnych. 

„Nawet  jeśli będę  w  stanie  dać  sygnał  —  myślała  —  to  nikt 

go  nie  zobaczy,  a  Saul  i  inni  męŜczyźni  bez  wahania  zaatakują 

mnie, gdy się zorientują, co robię". 

Zia odeszła od okienka i usiadła na łóŜku. Składało się ono ze 

starego,  spłowiałego  materaca,  w  wielu  miejscach  dziurawego, 

pokrowiec  równieŜ  był  porwany  i  poplamiony.  Na  wierzchu  leŜały 

dwa cienkie koce, takŜe niezbyt czyste. Poza tym kajuta była pusta i 

wyglądało na to, Ŝe od dawna nikt jej nie zajmował. 

„Mogłabym tu umrzeć i nikt by się o tym nie dowiedział!" — 

pomyślała  Zia.  Nagle  przyszło  jej  do  głowy,  Ŝe  przynajmniej 

rodzice patrzą na nią z góry i Ŝe cokolwiek się stanie, nie zapomną 

o niej. 

—  PomóŜ  mi...  tato—  modliła  się.  —  Byłeś  w  tylu 

niebezpiecznych sytuacjach w swoim Ŝyciu... a teraz mnie się to 

przydarzyło! 

I znowu Zia pomyślała, Ŝe jedyną osobą, która mogłaby się tu 

pojawić, jest markiz. Uprowadziłją z klasztoru, kiedy myślała, Ŝe 

nie ma dla niej Ŝadnego ratunku. 

Teraz  była  zupełnie  pewna,  Ŝe  jak  tylko  ojciec  Proteus 

zagarnie jej pieniądze, ona zginie w jakimś dziwnym wypadku i nikt 

nie  udowodni,  Ŝe  było  to  zwykłe  morderstwo.  Ojciec  Proteus 

najchętniej by jąod razu zabił za ucieczkę, za pogruchotane kości. 

— 151 

background image

Najprawdopodobniej  utopi  ją,  jak  tylko  dostanie  pieniądze  z 

okupu w swoje ręce. Znowu zaczęła się modlić: do ojca, do matki, 

do markiza. 

—  Uratujcie mnie... uratujcie... mnie! 

To był płacz wychodzący  nie tylko z głębi jej serca,  ale  i  z 

duszy. 

Późnym  popołudniem,  kiedy  słońce  juŜ  zachodziło,  Zia 

usłyszała  kroki  na  korytarzu  i  męskie  głosy,  choć  nie 

rozmawiano  głośno  z  obawy,  by  nikt  na  lądzie  nie  zwrócił  na 

nich uwagi. Klucz zazgrzytał w zamku i w drzwiach stanął Mark. W 

ręku trzymał tacę z jedzeniem oraz kubek i spodek. Mark połoŜył 

tacę na łóŜku i odezwał się: 

—  Ojciec  Proteus  —  chociaŜ  on  nie  jest  juŜ 

ojcem  —  mówi,  Ŝe  trzeba  trzymać  cię  przy  Ŝyciu, 

aŜ  napiszesz  ten  list  o  forsie,  no  to  jedz  albo  któryś 

z  nas  cię  nakarmi!  —  Czekał  na  odpowiedź  Zii, 

kiedy 

dziewczyna 

milczała, 

dodał: 

— 

Dąsamy 

się? No to trzeba pomyśleć, jak tu cię rozweselić. 

Posłał jej spojrzenie, które przyprawiło Zię o dreszcze,  a  potem 

wyszedł z kajuty, zamykając drzwi na klucz. 

Zia  spojrzała  na  tacę.  Była  zbyt  przestraszona  i 

nieszczęśliwa, by odczuwać głód. Na tacy leŜało kilka plasterków 

zimnego mięsa, które nie wyglądało zbyt apetycznie na popękanym 

talerzu, i kawałek chleba z wiejskiego bochenka, który musiano 

— 152 — 

background image

dopiero  co  upiec.  Na  tym  samym  talerzu  co  mięso  leŜała  mała 

kostka  masła  i  kawałek  raczej  cuchnącego  Ŝółtego  sera.  W  kubku 

było  trochę  kawy,  która,  przynajmniej 

ona, 

pachniała 

aromatycznie. 

Zia przypomniała sobie, Ŝe w klasztorze ojciec Proteus pił duŜo 

kawy, więc na pewno napój nadawał się do picia. Zjadła kawałek 

chleba z masłem i wypiła całą kawę. Potem postawiła tacę przy 

drzwiach,  tak  Ŝeby  ktoś,  kto  po  nią  przyjedzie,  nie  musiał 

wchodzić do kajuty. 

Zapadł zmierzch. Chwilę później Zia usłyszała dźwięk, który z 

początku ją przeraził. Zorientowała się, Ŝe to ludzie Proteusa znoszą 

swojego szefa po schodach do kajuty. Ilekroć dotykali bolącej nogi, 

Proteus  rzucał  sprośne  i  wulgarne  przekleństwa,  jakich  Zia 

nigdy przedtem nie słyszała. 

Słuchając  głosów  męŜczyzn  odniosła  wraŜenie,  Ŝe  wszyscy 

wypili  sporo  alkoholu.  Przeraziła  się,  Ŝe  mogą  przyjść  do  jej 

kajuty,  więc  niemal  przestała  oddychać.  Wreszcie  trochę  się 

uspokoiła, słysząc ich rozmowę. 

—  Teraz  wiem,  co  zrobimy.  My  kładziemy  się  na  górze,  a 

Mark  i  Mikę  biorą  pierwszą  wachtę.  Potem  Joseph  i  ja  — 

postanowił Saul. 

—  Spać mi się chce! — poskarŜył się Mark. 
—  Lepiej, Ŝeby cię stary nie usłyszał! — odpowiedział Saul. 

Joseph  powiedział  coś  nieprzyjemnego,  co  rozśmieszyło 

wszystkich. Potem weszli na pokład, 

153 — 

background image

a Zia odetchnęła z ulgą. Postanowiła trochę się przespać. Jutro, 

gdy  będzie  pisała  list  z  Ŝądaniem  okupu,  moŜe  uda  się  jej,  jeśli 

będzie  sprytna,  zamieścić  jakąś  wskazówkę  dotyczącą  miejsca, 

gdzie  ją  trzymają.  Ale  zaraz  pomyślała  z  rozpaczą  Ŝe  ojciec 

Proteus  przeczyta  wiele  razy  wszystko,  co  ona  napisze,  by  być 

całkowicie pewnym, Ŝe nic ich nie zdradzi. 

—  PomóŜmi... tato... pomóŜ mi! —modliła się. 

Potem znowu pomyślała o markizie.  Miała 

wraŜenie,  Ŝe  widzi  go  takim,  jakim  był  poprzedniej  nocy: 

eleganckiego,  przystojnego  i  pełnego  nieodpartego  uroku  dla 

tych  wszystkich  dam,  które  otaczały  go  na  balu.  Wtedy 

przypomniała  sobie  ich  wspólny  taniec.  IleŜ  emocji  przeŜywała 

tańcząc z markizem, który obejmował ręką jej talię. 

—  Gdyby tylko był tutaj... teraz! — wyszeptała. 

Jej serce zapulsowało, a przez ciało przebiegł 

lekki dreszcz. Uświadomiła sobie, Ŝe go kocha i Ŝe pokochała go juŜ 

wtedy, gdy znaleźli się razem na jego jachcie. 

Markiz  bardzo  dokładnie  wszystko  zaplanował.  Bał  się 

rozpaczliwie,  Ŝe  jeśli  coś  się  nie  uda,  to  porywacze  mogą 

skrzywdzić Zię. 

Jechał nad rzekę z Wintonem w zamkniętym powozie, a cały 

czas jego umysł pracował jak dobrze 

154 

background image

naoliwiona maszyna, by upewnić się, Ŝe kaŜdy szczegół został 

dobrze obmyślony. 

Kiedy  wszedł  na  pokład  „JednoroŜca",  zawołał  kapitana  i 

załogę  do  salonu.  Powiedział  im,  co  się  stało  i  co  postanowił. 

Potem dodał: 

—  Nie mamy do czynienia ze zwykłymi przestępcami, lecz z 

wyjątkowo przebiegłymi ludźmi. Jedno potknięcie, jeden błąd, i 

nie uda nam się uratować panny Langley. 

—  Zapewniam pana, milordzie — odezwał się kapitan — Ŝe 

wykonamy  pańskie  rozkazy.  Jak  pan  dobrze  wie,  kilku  ludzi  z 

załogi słuŜyło we flocie. 

—  Polegam na nich, kapitanie— powiedział markiz — tak 

jak  na  panu.  Wierzę,  Ŝe  pomogą  mi  uratować  pannę  Zię  z  rąk 

męŜczyzn,  którzy  powinni  skończyć  za  kratkami,  a  ich  szef  na 

szubienicy! 

Markiz  przebywał  na  pokładzie  „JednoroŜca"  do  godziny  wpół 

do drugiej nad ranem. O tej godzinie wszyscy z wyjątkiem dwóch 

starszych  członków  załogi  zeszli  po  cichu  na  brzeg.  KaŜdy  był 

świadom swojej roli. Wszyscy  przyznali,  Ŝe taki plan  ataku  mógł 

wymyślić tylko ktoś  tak inteligentny jak markiz. 

Sześciu marynarzy ruszyło  w  górę rzeki i zatrzymało się w 

pewnej  odległości  od  łodzi  mieszkalnej,  poza  zasięgiem  wzroku 

porywaczy.  ZbliŜali  się  pojedynczo,  posuwając  się  po  nie  zabu-

dowanym terenie, pod osłoną dziko rosnących krzaków.  Kiedy  byli 

juŜ blisko, Winton i jeszcze jeden 

155 — 

background image

człowiek  podczołgali  się  ostroŜnie  i  bezszelestnie,  tak  Ŝe  dwaj 

męŜczyźni stojący na warcie niczego nie zauwaŜyli. 

Saul i Joseph byli nie tylko pijani, ale i bardzo senni. Tak jak 

im  kazano,  weszli  na  pokład.  Saul  siedział z zamkniętymi oczami 

przy  kładce  do  wchodzenia  na  pokład.  Joseph  leŜał  na  dziobie 

prawie nieprzytomny z przepicia. śaden z nich nie zorientował się, 

Ŝe  Winton  i  drugi  męŜczyzna  przecięli  liny,  którymi 

przycumowana była łódź do brzegu. 

Skradając  się  wzdłuŜ  błotnistego  brzegu  Tamizy,  po  kolana  w 

wodzie,  czterej  pozostali  marynarze  zaczęli  spychać  łódź  do 

wody,  początkowo  udało  im  się  zrobić  to  tylko  na  kilka  stóp.  I 

nagle  jakby  porwał  ją  prąd,  łódź  kołysząc  się  odpłynęła  na 

ponad dziesięć stóp od suchego lądu. 

Wtedy Winton zawołał: 

—  Hej, panie! Pańska łódź płynie! 

Jego  głos  obudził  Saula,  który  podniósł  głowę  i  zobaczył 

ciemną postać na brzegu; przez kilka sekund nie mógł pojąć, co 

się dzieje. 

Winton krzyknął: 

—  Rzuć nam linę, to przyciągniemy łódkę! 

Jednocześnie stanęli przy nim dwaj marynarze, 

a  krzyki  Saula  o  pomoc  sprowadziły  na  pokład  Marka,  Josepha  i 

Jacoba.  W  ciemnościach  nikt  nie  zauwaŜył,  Ŝe  marynarze  ociekali 

wodą  od  pasa  w  dół.  Ludzie  Proteusa  byli  pochłonięci 

rzucaniem na brzeg lin, które leŜały na rufie łodzi. Ani Wintonowi, 

— 156 — 

background image

ani dwóm innym męŜczyznom, którzy z nim byli, nie udawało się 

ich złapać, wyślizgiwały się im z rąk i trzeba było rzucać je raz 

za  razem.  Do  Wintona  dołączyło  jeszcze  trzech  ludzi,  ale  oni 

równieŜ  jakoś  ich  nie  łapali.  Krzyki  męŜczyzn:  „Hej,  łap!", 

„UwaŜaj!", „Jeszcze raz!" wypełniały powietrze. 

Podpływając z drugiej strony do łodzi, markiz był całkowicie 

pewien, Ŝe nikt go nie zauwaŜy. Przypuszczał, Ŝe Zia jest zamknięta 

w jednej z kajut i nie tracił czasu na zaglądanie przez okienka w 

burcie.  Ze  zręcznością  sportowca  wdrapał  się  po  ścianie 

rozklekotanej  łodzi  na  pokład.  Nie  było  tam  nikogo.  Podszedł  do 

drzwi po przeciwnej stronie, z której dochodziły krzyki męŜczyzn, i 

zsunął  się  po  kładce  pod  pokład.  Choć  było  ciemno,  widział 

drzwi od kajut, dzięki światłom zostawionym w salonie. Dotknął 

ręką  pierwszych,  do  których  podszedł.  Nie  były  zamknięte. 

Odsunął się szybko. 

Usłyszał, jak ktoś woła z jednej z kajut i rozpoznał głos ojca 

Proteusa.  Szef  bandy  wzywał  jednego  ze  swoich  ludzi,  Ŝeby 

przyszedł do niego i powiedział  mu, co  się dzieje. Raptem ręka 

markiza  napotkała  solidny  zamek  i  klucz.  Markiz  wiedział,  Ŝe 

znalazł  to,  czego  szukał.  Obrócił  klucz  i  otworzył  drzwi.  Zia, 

rozbudzona  przez  cały  ten  hałas,  siedziała  na  łóŜku  oparta  o 

ścianę kajuty. Przez chwilę myślała, Ŝe wszedł Saul. Była tak 

— 157 — 

background image

wystraszona,  Ŝe  chociaŜ  otworzyła  usta,  by  krzyczeć,  nie  mogła 

wydać  z  siebie  Ŝadnego  dźwięku.  Nagle  instynkt  podpowiedział 

jej, kogo ma przed sobą. Markiz wyciągnął rękę, a ona podbiegła i 

zarzuciła mu ręce na szyję jak dziecko, które boi się ciemności. 

—  To... ty...! — szepnęła. 

Aby  stłumić  niepotrzebne  słowa,  usta  markiza  przywarły  do 

jej  warg.  Kiedy  ją  całował,  Zia  poczuła,  jakby  niebo  otworzyło 

się  i  światło  okryło  ich  oboje.  Wydawało  się,  Ŝe  jej  całe  ciało 

powraca  do  Ŝycia.  Markiz  podniósł  jąi  zaczął  wnosić  na  górę  po 

schodkach  na  pokład.  A  ona, przytulona do  niego, uświadomiła 

sobie, Ŝe jest całkiem przemoczony. Wtedy domyśliła się,  w jaki 

sposób dotarł na łódź. 

—  Jesteś całkowicie bezpieczna — wyszeptał. — Na dole 

czeka łódka. 

Kiedy  spuszczał  dziewczynę  z  pokładu,  wyciągnęły  się  silne 

ręce,  by  ją  chwycić.  W  łódce  czekało  trzech  marynarzy.  Markiz 

usiadł  na  rufie  przy  Zii  i  mocno  ją  objął,  a  ona,  czując  się  tak, 

jakby  była  w  niebie,  schowała  twarz  na  jego  mokrym  ramieniu. 

Płynęli w milczeniu. Dopiero gdy byli w połowie Tamizy, markiz 

odezwał się: 

—  Jesteś 

bezpieczna! 

JuŜ 

nigdy 

coś 

takiego 

się 

nie powtórzy! 

Zia  nie  odpowiedziała,  ale  markiz  poczuł,  Ŝe  cała  drŜy.  Wtedy 

przyrzekł sobie, Ŝe będzie ją chronił, 

— 158 — 

background image

zapewni  jej  bezpieczeństwo,  będzie  kochał  do  końca  Ŝycia.  „Jak 

mogłem  być  takim  głupcem,  Ŝeby  ją  stracić?"  —  pytanie  to 

zadawał  sobie  z  tysiąc  razy,  kiedy  razem  z  załogą  czekał  na 

rozpoczęcie akcji. Odniósł zwycięstwo, ale liczyło się teraz tylko 

to, Ŝe miał przy sobie Zię. 

background image

Rozdział 7 

Kiedy  łódka  dopłynęła  do  brzegu,  nieoczekiwanie  chmury,  które 

były na niebie, oddaliły się, odsłaniając księŜyc. Markiz wziął Zię 

na  ręce,  wyniósł  na  ląd  i  obejrzał  się.  Parę  minut  wcześniej 

widział  łódź  mieszkalną,  unoszącą  się  na  wodzie  prawie  na 

samym  środku  rzeki.  Przechylała  się  mocno  i  rufa  wypełniała 

się wodą. 

Zgodnie  z  rozkazami  markiza,  kiedy  odpływał  z  Zią  na 

swojej  łódce,  marynarze  zrobili  dziurę  w  burcie  dokładnie  pod 

poziomem wody. Nie było to trudne zadanie, gdyŜ cała stara łódź 

była  bardzo  zmurszała.  Teraz  widział,  Ŝe  rufa  nabiera  wody. 

Zapewne juŜ dostawała się do kajuty, w której był Proteus. 

Na nadbrzeŜu pojawili się marynarze z „JednoroŜca", a czterej 

męŜczyźni  z  bandy  Proteusa  wyskoczyli  za  burtę  i  walczyli  z 

falami, by dopłynąć 

— 160— 

background image

do  brzegu.  Dwóch  z  nich  wyszło  z  wody  i  natychmiast  zostali 

pochwyceni przez ludzi markiza. Pozostali dwaj mieli trudności z 

wydostaniem  się  na  brzeg  i  markiz  podejrzewał,  Ŝe  nie  umieli 

pływać. 

„Dobrze  byłoby,  gdyby  utonęli  tak  jak  ojciec  Proteus"  —

pomyślał  Okehampton.  —Uniknęliby  sprawy  sądowej,  jaka 

zostanie przeciwko nim wytoczona. 

Na brzegu czekał  na  nich  powóz.  Markiz,  umieściwszy  Zię  na 

siedzeniu,  stał  przez  chwilę  patrząc  na  zanurzającą  się  w  wodzie 

łódź. Wyraźnie tonęła. Wiedział, Ŝe nie minie więcej niŜ pięć minut, 

a całkowicie pogrąŜy się w Tamizie. To oznaczało, Ŝe Proteus juŜ 

nigdy nie będzie zagraŜał Zii. 

Markiz  wszedł  do  powozu.  Kiedy  lokaj  połoŜył  mu  na 

kolanach  pled,  zauwaŜył,  Ŝe  dziewczyna  skrzyŜowała  ręce  na 

piersiach.  Wtedy  dopiero  zorientował  się,  Ŝe  ma  ona  na  sobie 

tylko jedwabną koszulkę i sztywną halkę, i bardzo delikatnie otulił 

ją pledem. 

Kiedy powóz ruszył z miejsca, dziewczyna spojrzała na markiza 

i powiedziała swoim śpiewnym głosem: 

—  Uratowałeś... mnie! 

Markiz otoczył ją ramieniem. 

—  Jesteś bezpieczna, kochanie, nigdy sobie nie wybaczę, Ŝe 

do tego dopuściłem. 

—  Modliłam  się,  Ŝebyś  mnie  uratował...  i  jestem  pewna,  Ŝe 

papa ci w tym pomógł. 

— 161 — 

background image

—  Na pewno — odrzekł markiz. — Ale teraz najwaŜniejsze, 

Ŝe jesteś bezpieczna. — Przyciągnął ją do siebie: — Obawiam się, 

Ŝe cię zmoczyłem. 

—  To  niewaŜne  —  odparła  Zia.  —  Chcę  czuć  twoją 

obecność tutaj. 

PołoŜyła dłoń na jego ramieniu, a markiz wyszeptał: 

—  Istnieje  na  to  lepszy  sposób  —  i  zbliŜył  swoje 

usta do ust dziewczyny. 

Tego  właśnie pragnęła Zia i od dawna za tym tęskniła. Kiedy 

byli  na  łódce,  pomyślała,  Ŝe  całując  ją  na  łodzi,  markiz  chciał  ją 

tylko  uspokoić  i  dodać  jej  odwagi.  Teraz  uczucie,  jakiego  nigdy 

wcześniej  nie  znała,  rozdzierało  ją  całą.  Czuła,  Ŝe  jej  miłość  do 

markiza  rośnie,  tak  jak  podnoszą  się  fale  na  morzu.  „Kocham 

cię...  kocham!"  —  chciała  powiedzieć,  ale  nie  była  w  stanie 

wymówić ani słowa. Markiz  nie przestawał składać na jej ustach 

czułych,  namiętnych  pocałunków,  które  sprawiały,  Ŝe  Zia  miała 

wraŜenie,  iŜ  stała  się  jego  częścią  i  nikt  ich  nigdy  nie  rozdzieli. 

Zdawało jej się, Ŝe zawładnęło nimi oślepiające światło z niebios, a 

jego  moc  przyprawiała  ją  o  drŜenie.  Miała  uczucie,  Ŝe  markiz  tak 

samo przeŜywa tę chwilę uniesienia. 

Przejechali spory kawałek drogi, zanim się odezwał: 

—  MoŜesz 

być 

zupełnie 

spokojna: 

męŜczyzna, 

którego nazywałaś ojcem Proteusem, utopił się! 

Przez chwilę panowała cisza, bo Zia nadal była 

— 162 — 

background image

w ekstazie, ale gdy tylko ochłonęła, zapytała szeptem: 

—  Nie wydostał się z łodzi? 
—  Nie, opadł na samo dno rzeki — powiedział markiz. 
Zia wzięła głęboki oddech. 

—  Nie  powinnam  cieszyć  się  z  tego...  ale  dopiero 

teraz, gdy on nie Ŝyje, przestanę się bać. 

—  Nigdy 

więcej 

nie 

będziesz 

się 

niczego 

oba 

wiała  —  zapewnił  ją  markiz.  —A  teraz  powiedz  mi, 

mój skarbie, kiedy wyjdziesz za mnie za mąŜ? 

Mijali  właśnie  jakieś  światła  i  kiedy  Zia  podniosła  głowę, 

markiz  zobaczył  promienny  wyraz  twarzy  dziewczyny.  Oparła 

twarz na jego ramieniu. 

—  Czy to moŜliwe... Ŝe chcesz mnie poślubić! — wyszeptała. 
—  Niczego  nie  pragnąłem  bardziej  w  całym  moim  Ŝyciu  — 

odpowiedział  markiz  —  nikt  nie  moŜe  mnie  oskarŜyć,  Ŝe  jestem 

łowcą posagów! 

—  Nie  myślałam  o  tym  —  powiedziała  Zia  —  ale  moŜe 

znudzę cię, moŜe byłbyś bardziej szczęśliwy z jedną z tych pięknych 

dam, które widziałam na balu. 

Dopiero  wtedy  markiz  przypomniał  sobie  o  Yasmin  i  zdziwił 

się,  Ŝe  zupełnie  przestała  dla  niego  istnieć.  Wiedział,  Ŝe 

małŜeństwo  z  Zią  związałoby  ręce  tej  przebiegłej  kobiecie.  Ale 

mógł szczerze przysiąc — choć moŜe nikt by mu nie uwierzył — 

163 

background image

Ŝe nie dlatego pragnął uratować Zię, by rozwiązać swoje  własne 

problemy. 

Szczerze pragnął ją poślubić, ale nie chciał, by dowiedziała się 

kiedykolwiek o kłopotliwym połoŜeniu, w jakim się znalazł. A teraz, 

poniewaŜ łatwiej było ją przekonać o miłości pocałunkami niŜ sło-

wami,  całował  swoją  podopieczną,  dopóki  nie  przybyli  do  domu 

Okehamptonów. Kiedy konie stanęły, Zia odezwała się: 

—  Jesteśmy na miejscu! 
—  To  miejsce  będzie  w  przyszłości  twoim  domem  — 

powiedział markiz. 

Gdy lokaj otworzył drzwiczki powozu, Zia krzyknęła. 

—  Co się stało? —- zapytał markiz. 
—  Zapomniałam...  zapomniałam  powiedzieć  ci  o  koniach. 

Człowiek o nazwisku Dixon zabrał je znad rzeki i zamierzal je... 

sprzedać! —powiedziała drŜącym głosem, bo wiedziała, jak bardzo 

ta wiadomość zmartwi markiza. — Powóz ma zostać zabrany na... 

złomowisko. 

—  Dziękuję, kochanie —powiedział cicho markiz i wyszedł z 

powozu. 

Wszedłszy do domu nie zdziwił  się, Ŝe jego sekretarz  czeka  na 

niego. 

—  Przywiozłem 

pannę 

Langley 

do 

domu, 

Bar- 

rett, i mam kilka waŜnych poleceń dla ciebie. 

Pan Barrett czekał, a markiz wziął Zię na ręce. 

—  Zaniosę cię na górę — rzekł — bo miałaś 

— 164— 

background image

wystarczająco duŜo wraŜeń ostatniej nocy i najlepiej będzie, jeśli 

pójdziesz spać i zaczniesz śnić o mnie. Kiedy wchodził po 

schodach, Zia uśmiechnęła się do niego. 

—  Będę  śnić...  o  tobie  —powiedziała  —  a  moje 

serce nie przestanie być ci wdzięczne. 

Markiz nic nie odpowiedział, tylko zaniósł ją do sypialni, gdzie 

paliły  się  światła.  Nie  czekała  na  nich  Ŝadna  pokojówka,  ale 

markiz  wiedział,  Ŝe  wystarczy  pociągnąć  za  dzwonek,  a 

natychmiast się zjawi. Bardzo delikatnie połoŜył Zię na łóŜku, a 

potem, trzymając ją przy sobie, całował namiętnie i zaborczo. 

—  Jesteś 

moja! 

Jutro 

wszystkim 

porozma 

wiamy! 

Zia  spojrzała  na  niego  błyszczącymi  oczami,  a  markiz 

pomyślał,  Ŝe  Ŝadna  kobieta  nie  wyglądałaby  bardziej  uroczo  i 

pociągająco. Z trudem odwrócił  się  i  poszedł  w  kierunku  drzwi. 

Miał  na  sobie  tylko  koszulę  i  obcisłe,  czarne  spodnie.  Nie  były 

juŜ mokre, ale wciąŜ wilgotne. 

—  Proszę, natychmiast zmień ubranie! — zawołała Zia. — 

Boję się, Ŝe się przeziębisz. 

—  Zrobię,  jak  mówisz—  powiedział  wychodząc  z  pokoju 

— i obiecuję, Ŝe zawsze będę ci posłuszny! 

Zia zaśmiała się, poniewaŜ to ona chciała go słuchać. Zanim 

pociągnęła za dzwonek, by przy- 

165 — 

background image

wołać  pokojówkę,  uklękła  obok  łóŜka.  śarliwie  dziękowała 

Bogu za ocalenie. 

Zasnęła  mając  nadzieję,  Ŝe  godziny,  jakie  pozostały  do  świtu, 

szybko miną i niedługo znowu zobaczy markiza. W rzeczywistości 

spała spokojnie aŜ do południa.  Kiedy  obudziła  się,  zadzwoniła, 

by przyniesiono jej śniadanie, ale zanim je otrzymała, do  pokoju 

weszła Marta. 

— 

Wróciłaś! 

Dzięku 

Bogu, 

Ŝe 

juŜ 

jesteś 

nami! 

— 

wykrzyknęła. 

— 

Och, 

Zio, 

wszyscy 

tak się baliśmy o ciebie! 

—  Jestem  bezpieczna  dzięki  jego  lordowskiej  mości— 

uśmiechnęła się Zia. — Ale ja teŜ się bardzo bałam, Marto! 

—  WyobraŜam sobie! Dostaliśmy surowe polecenie od jego 

lordowskiej mości, Ŝeby z nikim na ten temat nie rozmawiać. 

Zia zdziwiła się, ale kiedy to przemyślała, stwierdziła, Ŝe markiz 

postąpił  bardzo  mądrze.  Gdyby  mówiono  w  domu  o 

wydarzeniach  z  poprzedniej  nocy,  na  pewno  wkrótce 

plotkowaliby o tym znajomi markiza, a cała historia mogłaby się 

pojawić w gazetach. 

„Ojciec Proteus nie Ŝyje! — pomyślała Zia — i im szybciej 

wszyscy zapomną o nim... tym lepiej!" 

Marta zaczęła opowiadać Zii, jak bardzo wszy- 

— 166 

background image

scy byli zdenerwowani i jak Dobson rozpaczał nad stratą koni. 

Ale  słyszałam  od  pana  Barretta  —  mówiła—  Ŝe  juŜ  je 

odnaleziono i przyprowadzono do stajni. 

—  Ach,  jak  to  dobrze!  —  ucieszyła  się  Zia.  —  Nie 

mogłabym znieść myśli, Ŝe takie wspaniałe zwierzęta mogą zostać 

skrzywdzone łub sprzedane komuś, kto byłby dla nich okrutny. 

—  Więc i one teŜ są bezpieczne — uśmiechnęła się Marta. —A 

pan Barrett myśli o zabraniu mnie na wieś w przyszłym tygodniu, 

Ŝebym spotkała się z nauczycielką która uczy w szkole. 

Marta  była  tym  ogromnie  przejęta,  więc  Zia  zmieniła  temat  i 

dziewczęta  zaczęły  rozmawiać  o  przyszłości  Marty  i  jej  nowych 

sukniach. 

JednakŜe  tak  naprawdę  to  Zia  pragnęła  jedynie  zobaczyć  się z 

markizem, więc kiedy Marta wyszła, szybko  się  ubrała  i zbiegła na 

dół.  Zastała  go  samego  w  gabinecie. Gdy otworzyła drzwi,  markiz 

podniósł się zza biurka i wyciągnął ręce. Zia podbiegła do niego, a 

on  przyciągnął  ją  do  siebie  i  całował,  dopóki  obojgu  nie 

zabrakło tchu. 

—  Bałem  się,  Ŝe  moŜesz  znowu  zniknąć!  —  powiedział 

cicho. 

—  Nie, jestem tutaj, ale kiedy się obudziłam, byłam pewna, 

Ŝe śnię. 

Markiz ponownie pocałował Zię, a potem podszedł do sofy, na 

której oboje usiedli. 

—  Poczyniłem pewne kroki dotyczące naszego 

— 167— 

background image

ślubu—powiedział. —Po pierwsze, spotkałem się z arcybiskupem 

w  pałacu  Lambeth*.  —  Zia  spojrzała  na  markiza  ze 

zdziwieniem, więc wyjaśnił: — Otrzymałem od niego indult, co 

oznacza,  moje  kochanie,  Ŝe  moŜemy  pojechać  jutro  na  wieś  do 

zamku i pobrać się zaraz po przyjeździe. 

—  Pobrać się! — wyszeptała Zia. 
—  Pragnę,  Ŝebyś  była  ze  mną  w  dzień  iw  nocy  — 

powiedział markiz, podkreślając ostatnie słowo. 

Zia zarumieniła się, a markiz pomyślał, Ŝe wygląda tak pięknie 

jak zorza poranna na niebie. 

—  Nie zamierzam czekać ani chwili dłuŜej — powiedział. 

— Zdarzają ci się tak nieoczekiwane i wyjątkowe rzeczy, Ŝe nie 

będę ryzykować! 

—  Chcę  cię  poślubić,  chcę być...  twoją  Ŝoną—  wyszeptała 

Zia. — To będzie dla mnie coś naprawdę... cudownego! 

—  I dla mnie! — zapewnił dziewczynę markiz, ponownie ją 

całując. 

Nagle odsunęli się od siebie pośpiesznie, bo drzwi otworzyły się i 

wszedł Harry. 

—  Dzień dobry! —zawołał pogodnie.—Co się u was dzieje? 

Zia nie pojawiła się na przyjęciu ostatniej nocy, a ty, Rayburnie, 

nie byłeś na konnej przejaŜdŜce dziś rano! 

—  Przepraszam, Harry—powiedział markiz — 

*  Pałac  Lambeth  —  oficjalna  siedziba  w  Londynie 

arcybiskupa Can-terbury, głowy kościoła anglikańskiego. (Przyp. 
tłum.) 

— 168 — 

background image

ale  faktycznie  byłern  bardzo  zajęty.  Jednak  najpierw  musisz  mi 

pogratulować, poniewaŜ Zia obiecała zostać moją Ŝoną! 

—  Od  lat  nie  słyszałem  tak  dobrej  wiadomości!  — 

wykrzyknął  Harry.  —  Gratulacje,  staruszku!  MoŜna  pocałować 

przyszłą pannę młodą? 

—  Tylko ten jeden raz — zgodził się niechętnie Okehampton. 

— Mam nadzieję, Ŝe nie wejdzie ci to w nawyk! 

Harry roześmiał się i ucałował Zię w obydwa policzki. Potem, 

jakby nie mogąc się powstrzymać, markiz odezwał się: 

—  Powiemy ci, co się stało, ale nie wolno ci pisnąć nikomu 

ani słowa! 

—  Wiedziałem, Ŝe coś się dzieje! —powiedział Harry. — Daj 

mi szampana, bym pokrzepił się, zanim zamienię się w słuch. 

Usadowił  się  w  fotelu  z  kieliszkiem  szampana  w  dłoni  i 

słuchał  opowieści  o  porwaniu  i  odbiciu  Zii.  Dopiero  kiedy 

markiz skończył, Harry uświadomił sobie, Ŝe nie tknął szampana, i 

wykrzyknął: 

—  Nie  mogę  w  to  uwierzyć!  śałuję  tylko,  Ŝe  nie  brałem 

udziału w tej akcji! 

—  Dziś rano byłem na „JednoroŜcu" — zauwaŜył  markiz — 

marynarze są bardzo dumni i zadowoleni  z  siebie.  Trzech  ludzi 

zabrała  policja  na  posterunek.  —  Spoglądając  na  Zię,  dodał 

szybko, by się nie denerwowała: — Człowiek, który siebie nazywał 

ojcem Proteusem, utopił się tak jak Saul, 

— 169— 

background image

w  przeciwnym  razie  obaj  zostaliby  oskarŜeni  o  morderstwo. 

Pozostali  będą  odpowiadać  za  kradzieŜ  cennych  rełikwi  z 

klasztoru. 

—  Bardzo sprytnie! —przyznał Harry. 
—  Zmuszono ich do  wyjawienia  miejsca,  gdzie  ukryli  łup,  i 

za to świętokradztwo pójdą na kilka lat do więzienia. 

—  W  ten  sposób  pozbyliśmy  się  właściwie  wszystkich,  którzy 

nam zagraŜali... —powiedział Harry. 

Oczy jego i markiza spotkały się i obaj wiedzieli, Ŝe Harry ma na 

myśli  Yasmin  Caton.  Później  zasiedli  do  stołu  i  rozmawiali  o 

wszystkim oprócz okropności, przez jakie przeszła Zia. 

Po skończonym posiłku markiz zwrócił się do Zii: 

—  WciąŜ mam sporo rzeczy do zrobienia. Z pewnością zdajesz 

sobie sprawę, kochanie, Ŝe osobą, którą musimy wtajemniczyć w 

nasze plany, jest ksiąŜę Walii. Byłby bardzo uraŜony, gdyby do-

wiedział się o naszym ślubie pojutrze z gazet. 

—  A potem jedziemy na wieś! — powiedziała szybko Zia. 

Chciała uniknąć spotkań z pięknymi damami, które na pewno 

na  wiadomość  o  ślubie  Okehamptona  będą  z  zazdrości  robiły 

markizowi uszczypliwe uwagi na jej temat. 

—  Wyjedziemy 

jutro 

zaraz 

po 

śniadaniu 

— 

obie 

cał  markiz  — a  teraz chcę, Ŝebyś do  czasu podania podwieczorku 

odpoczęła, tak jak robi to zwykle babcia. 

— 170 

background image

Starsza pani była bardzo  wzruszona, gdy dowiedziała się, Ŝe jej 

wnuk  odnalazł  Zię  i  Ŝe  dziewczynie  nic  juŜ  nie  grozi.  Ostatnie 

wydarzenia tak bardzo ją poruszyły, Ŝe poradzono jej, by pozostała 

w łóŜku, ale uparła się, Ŝe zejdzie na dół na kolację. 

—  Nie  mogę  się  doczekać  wieczoru  —  powiedział  markiz, 

gdy  odwiedził  babkę  w  sypialni.  —  Gdy  będziemy  zgromadzeni 

przy  stole,  powiem  ci,  dlaczego  jestem  najszczęśliwszym 

człowiekiem na świecie! 

Kiedy wyszedł z pokoju, markiza uroniła kilka łez, poniewaŜ 

ona takŜe była szczęśliwa. Kochała swojego wnuka, przywiązała 

się do niego i z biegiem lat bardzo ubolewała nad tym, Ŝe Rayburn 

po  kaŜdym  romansie  staje  się  coraz  bardziej  cyniczny.  Teraz  zaś 

widziała  go  tak  szczęśliwym,  jak  nigdy  przedtem.  Jej  modlitwy 

zostały wysłuchane, poniewaŜ uwaŜała, Ŝe Zia będzie odpowiednią 

Ŝoną dla jej ukochanego wnuka. 

 

Zia  była  zbyt  podekscytowana  i  szczęśliwa,  by  czuć  się 

zmęczoną nie poszła więc do swojego pokoju, tylko udała się do 

gabinetu markiza, tak Ŝeby kiedy wróci, być od razu przy nim. 

Wzięła ksiąŜkę z gablotki, ale nie czytała, tylko usiadła i zaczęła 

myśleć o markizie, o tym jaki jest cudowny i Ŝe nikt nie moŜe być 

bardziej  szczęśliwy  niŜ  ona,  gdyŜ  on  właśnie  ją  pokochał.  Kiedy 

przy- 

— 171 

background image

sięgała sobie, Ŝe nigdy go nie zawiedzie, drzwi gabinetu otworzyły się 

i  Zia usłyszała podniecone głosy: 

—  Jak  jaśnie  pani  widzi,  nie  ma  tutaj  jego  lordowskiej 

mości. 

—  W takim razie poczekam, aŜ wróci. 
—  Tak  jest,  jaśnie  pani  —  odpowiedział  Carter  wyraźnie 

zirytowany. 

Zamknął  drzwi  od  gabinetu  i  Zia  uświadomiła  sobie,  Ŝe  juŜ 

nie  jest  sama  w  pokoju.  Siedziała  w  głębokim  fotelu  obok 

kominka,  niewidocznym  od  strony  drzwi.  Teraz  podniosła  się 

trochę  nerwowo.  Obok  biurka  stała  jedna  z  najpiękniejszych 

kobiet, jaką Zia kiedykolwiek widziała. Była ubrana na czarno, ale 

pomimo  to  wyglądała  wyjątkowo  elegancko  w  sukni  z  ogromną 

turniurą. 

Zia  wahała  się,  zastanawiając  się,  co  powiedzieć.  Dama,  która 

patrzyła  na  stos  listów,  odwróciła  głowę  i  kiedy  zobaczyła 

podopieczną  markiza,  zesztywniała,  a  w  jej  oczach  pojawiła  się 

wrogość. 

—  A więc to ty jesteś Zia Langley, jak sądzę! — odezwała się 

szorstko. 

—  T-tak... — odpowiedziała Zia.— Jeśli czeka pani na jego 

lordowską  mość,  to  obawiam  się,  Ŝe  nie  będzie  go  przez  jakiś 

czas. 

—  Więc porozmawiam z tobą! Słyszałam, choć moŜe to być 

nieprawda, Ŝe jego lordowską mość zamierza się z tobą oŜenić. 

—  Pojutrze zostanie to ogłoszone. 

Yasmin Caton krzyknęła przeraźliwie. 

— 172 — 

background image

—  A 

więc 

to 

jest 

prawda! 

Kiedy 

usłyszałam 

pogłoskę,  byłam  pewna,  Ŝe  to  podłe  kłamstwo,  poniewaŜ  Ŝaden 

męŜczyzna  —  Ŝaden  na  całym  świecie  —  nie  mógłby  zachować 

się tak nikczemnie,tak niewdzięcznie! Chciałabym go za to zabić! 

Mówiła tak gwałtownie, Ŝe Zia się przestraszyła. 

—  Pozwól,  Ŝe  powiem  ci  to,  co  powinnaś  wiedzieć  — 

powiedziała kobieta, przysuwając się doZii. — Jestem lady Caton,a 

markiz, w którym rzekomo jesteś zakochana, to człowiek bez zasad, 

bezprzyzwoitości!  Poślubia  cię  wyłącznie  po  to,  by  uciec  od 

obowiązków. 

Wydawało się, Ŝe wypluwa słowa do Zii, która instynktownie 

odsunęła się dwa kroki do tyłu. 

—  Nie rozumiem... co pani ma na myśli. 
—  Prawda  jest  taka,  Ŝe  Rayburn  jest  zakochany  we  mnie. 

PoniewaŜ  uwierzyłam  w  jego  uroczyste  zapewnienia  o  jego 

uczuciu, zostałam jego kochanką. Obiecał, Ŝe jak tylko umrze mój 

mąŜ, on oŜeni się ze mną! — Jej głos stał się ostry: — Teraz, kiedy 

jestem  wolna,  on  ucieka  ode  mnie  i  od  swojego  dziecka,  które 

wkrótce przyjdzie na świat. 

Przez  kilka  sekund  Zia  nie  rozumiała,  o  czym  mówi  ta 

kobieta. Nagle zbladła. 

—  Pani... pani... będzie miała z nim dziecko? — wyjąkała. 
—  Chyba rozumiesz po angielsku? — warknęła na nią Yasmin 

Caton.  —  Tak,  noszę  dziecko  markiza,  a  ty  głupia  bogata 

dziewczyno, co zanudzisz 

— 173 

background image

go na śmierć w ciągu kilku tygodni, ty jesteś gotowa tak zawrócić 

mu w głowie, Ŝe zapomni o tym, co mi obiecywał! 

Zia patrzyła na Yasmin, nie mogąc wydusić z siebie słowa. 

Nagle  jakby  pragnąc  zastraszyć  dziewczynę,  Yasmin  Caton 

krzyknęła: 

-— Idź stąd! Zostaw go! On jest mój, rozumiesz? Jest mój i nie 

pozwolę,  by  mnie  zostawił!  —  Mówiła  z  taką  wściekłością,  Ŝe 

jej głos odbijał się echem od ścian gabinetu. 

Z płaczem, jak małe, zranione zwierzątko, Zia odwróciła się i 

wybiegła  z  pokoju.  Biegła  korytarzem,  przez  hol,  a  potem  po 

schodach na górę nieświadoma, Ŝe Carter i drugi lokaj patrzą na nią 

zdumieni. Wpadła do swojej sypialni, zamknęła drzwi i rzuciła się 

na  łóŜko.  Była  tak  zdenerwowana,  tak  oszołomiona  tym,  co 

usłyszała, Ŝe nie mogła nawet płakać. LeŜała, mając wraŜenie, Ŝe ta 

piękna kobieta pchnęła ją noŜem w tysiącu miejscach i Ŝe całe jej 

ciało krwawi śmiertelnie. „Muszę... odejść! —myślała. — Ona ma 

rację...jeśli spodziewa  się...jego... dziecka...  on  musi  ją  poślubić!" 

Nagle  pomyślała,  Ŝe  nie  ma  dokąd  pójść.  Wtem,  jakimś  cudem 

przypomniała  sobie,  co  markiz  mówił  do  Marty:  „Jeśli  będziesz 

chciała iść do klasztoru, porozmawiam z arcybiskupem katedry 

westminsterskiej". 

Klasztor!  To  jedyne  schronienie,  o  którym  mogła  my  leć  w  tej 

chwili. Nie była katoliczką, ale pra- 

174— 

background image

gnęła,  tak  jak  powiedziała  kiedyś  ojcu  Anthony'emu,  przejść  na 

katolicyzm. Wtedy kaŜdy klasztor przyjąłby ją bez zastrzeŜeń. 

Zia wzięła kapelusz z szafy, rękawiczki i torebkę i zeszła na dół. 

Kiedy znalazła się w holu, zastała tam Cartera. 

—  Proszę zawołać dla mnie doroŜkę — poprosiła. 
—  DoroŜkę, panienko?! — wykrzyknął lokaj. — Tylko chwilę 

zajmie mi posłanie do stajni po jeden z powozów jego lordowskiej 

mości. 

—  Nie, chcę doroŜkę! — powiedziała stanowczo Zia. 
—  Ale panienka chyba nie jedzie sama? 
—  Nie rozumiem, dlaczego o to pytasz — zdenerwowała się 

Zia. — Nie sądzę, Ŝebyś miał do tego prawo. 

Carter zmieszał się. 

Przypuszczał,  Ŝe  coś  musiało  się  stać,  a  po  ostatnich 

wydarzeniach  nie  mógł  uwierzyć,  Ŝe  panna  Langley  znowu 

zamierza pojechać bez opieki. 

—  Proszę  posłuchać,  panienko  —  powiedział  uprzejmym 

tonem  typowym  dla  starych,  oddanych  rodzinie  słuŜących.  — 

Wiem,  Ŝe  jego  lordowska  mość nie Ŝyczyłby sobie, Ŝeby panienka 

wyjeŜdŜała  sama  w  publicznym  pojeździe,  kiedy  moŜna  zawołać 

nasze konie i stangreta. 

—  Ja  muszę  jechać...  muszę!  —  powiedziała  z  rozpaczą 

Zia. 

— 175 — 

background image

—  Sądzę, 

Ŝe 

najpierw 

powinna 

panienka 

poro 

zmawiać z panem Barrettem. 

Zia odniosła wraŜenie, jakby znowu więziono ją wbrew jej woli. 

Na  dworze  było  ciepło  i  słonecznie,  a  drzwi  frontowe  —  otwarte, 

więc  bez  słowa  minęła  Cartera  i  zbiegła  po  schodkach  na  krótki 

dojazd prowadzący do rezydencji z Park Lane. Carter stał, patrząc za 

dziewczyną  zdumiony.  Potem  zwrócił  się  do jednego  z  lokajów, 

którego uwaŜał za dość rozgarniętego. 

—  Idź  za  panienką  Langley,  James,  i  nie  zgub  jej.  Jeśli 

wynajmie powóz, zrób to samo i jedź za nią. Rozumiesz? — Carter 

sięgnął ręką do kieszeni,wyjął  kilka  monet  i  wręczył  je  chłopcu. 

—  Pośpiesz  się!  —  ponaglił  go.  —  I  cokolwiek  zrobisz, 

nie trać jej z oczu! 

Kiedy  James  pobiegł  na  Park  Lane,  Carter  prawie  pobiegł  do 

biura pana Barretta. 

Zia  wsiadła  do  doroŜki  i  poprosiła  o  zawiezienie  jej  do  katedry 

westminsterskiej. 

Był ciepły dzień, woźnica opuścił dach powozu, ale dla Zii nie 

świeciło  Ŝadne  słońce  —  miała  wraŜenie,  Ŝe  zapadła 

nieprzenikniona ciemność. 

DoroŜka jechała o wiele wolniej, niŜ gdyby ciągnęły ją ogniste i 

rasowe konie markiza. Do katedry nie było daleko. Przez całą drogę 

Zia powstrzymywała się od płaczu. Była zdecydowana pomówić 

— 176 

background image

rozsądnie  z  kardynałem,  tak  Ŝeby  zrozumiał  jej  pragnienie 

natychmiastowego wstąpienia do klasztoru. 

„Nigdy...  nie  pokocham...  nikogo  innego  —pomyślała 

nieszczęśliwa — tak więc, jak mam pozostać na tym świecie... gdzie 

mogę go spotkać z Ŝoną i dziećmi?" 

Zia  zamknęła  oczy  czując  ból,  jaki  sprawiało  jej  myślenie  o 

tym.  Śmiertelną  udręką  była  dla  niej  myśl,  Ŝe  moŜe  markiz  nie 

kochał  jej  wcale  i  tak  jak  powiedziała  lady  Caton,  próbował  po 

prostu uniknąć odpowiedzialności. 

„Jak będę mogła... Ŝyć... bez niego?" — stawiała sobie pytanie w 

rozpaczy. śałowała, Ŝe poprzedniej nocy nie rzuciła się do Tamizy i 

nie utopiła się tak jak ojciec Proteus. 

Kiedy  dojechała  do  katedry  westminsterskiej,  odprawiła 

doroŜkę  i  weszła  do  środka.  Unosił  się  tam  zapach  kadzideł,  a 

tysiące  świec  migotało  w  bocznych  kaplicach.  Zia  uklękła  na 

chwilę, a potem wstała i patrzyła na główny ołtarz. Zobaczyła męŜ-

czynę,  który  wyglądał  na  kościelnego,  i  podeszła  do  niego, 

mówiąc: 

—  Chciałabym 

widzieć 

się 

Jego 

Eminencją 

kardynałem. Czy to moŜliwe? 

MęŜczyzna,  najwidoczniej  pod  wraŜeniem  wyglądu  Zii, 

odpowiedział bez wahania: 

—  Nie  jestem  pewien,  madom,  czy  Jego  Eminencja  będzie 

do pani dyspozycji, ale, o ile wiem, 

— 177— 

background image

biskup  St.  Ives  jest  w  katedrze.  MoŜe  z  nim  chciałaby  pani 

porozmawiać? 

—  Tak, bardzo dziękuję — odpowiedziała Zia. 

Kościelny poprowadził ją nawą boczną za ołtarz, 

a  potem  poprosił,  Ŝeby  poczekała  chwilę.  Zia  nigdy  jeszcze  nie 

czuła się tak odrętwiała. Być moŜe oszołomił ją ból, który zadały 

jej słowa lady Caton. Wydawało jej się, Ŝe jest  kimś innym. Nagle 

drzwi przed nią otworzyły się i męŜczyzna, który ją przyprowadził, 

powiedział: 

—  Biskup czeka na panią, madam. 

Zia  weszła  do  środka  i  znalazła  się  w  małym  pokoju, 

podobnym  do  gabinetu.  Na  półkach  ustawione  były  religijne 

ksiąŜki, a biskup, dobrotliwie wyglądający starszy człowiek, siedział 

za biurkiem. Podniósł się, gdy zobaczył Zię, która ukłoniła się, tak 

jak to robiła, kiedy w klasztorze witała się z ojcem Anthonym, a 

później z ojcem Proteusem. 

—  Chciałaś się ze mną widzieć? — zapytał łagodnie biskup, 

wyciągając rękę. 

—  Mam... mam... prośbę do biskupa— odpowiedziała Zia. 

Ksiądz  wskazał  krzesło  po  drugiej  stronie  biurka  i  oboje 

usiedli. 

—  A więc, co mogę dla ciebie zrobić? — zapytał. 

Zia odetchnęła głęboko. 

—  Chcę  przejść  na  katolicyzm  i  wstąpić  do  kla 

sztoru. 

Jestem 

bogata, 

tak 

więc 

mogę 

zapisać 

pie 

niądze kaŜdemu klasztorowi, który mnie przyjmie. 

— 178 — 

background image

—  Czy  przemyślałaś  to  dokładnie?  —  zapytał  biskup  po 

chwili milczenia. 

—  Tak...  i  juŜ  odbyłam  pewną  naukę...  w  klasztorze  w 

Kornwalii. 

—  Jak się nazywa ten klasztor? 
—  Klasztor Korony Cierniowej — odrzekła Zia. —To była 

częściowo  szkoła...  ojciec  Anthony,  który  kierował  klasztorem, 

jest juŜ bardzo chory i chyba... nie wyzdrowieje. 

—  Słyszałem o tym miejscu — powiedział biskup. 
—  Byłam  tam  przez  ostatnie  dwa  lata...  ale  potem 

namówiono  mnie,  bym...  spróbowała  Ŝyć...  poza  klasztorem, 

teraz wiem, Ŝe to nie dla mnie — powiedziała  Zia, a  w jej głosie 

słychać było śmiertelną udrękę. 

Biskup pochylił się do przodu. 

—  Sądzę, 

Ŝe 

jesteś 

nieszczęśliwa, 

moje 

dziecko. 

Czy to dlatego pragniesz wstąpić do klasztoru? 

Zia  nie  mogła  wydobyć  z  siebie  słowa,  więc  skinęła  tylko 

głową, a ksiądz zwrócił się do niej łagodnie: 

—  Nieszczęście, którego doznajemy, nie zawsze jest najlepszym 

powodem, by poświęcić Ŝycie Bogu. Chciałbym, Ŝebyś zastanowiła się 

trochę dłuŜej nad moŜliwością pozostania w świecie pozaklasztornym, 

do którego naleŜysz, zanim podejmiesz decyzję, która w znacznej 

mierze wpłynie na twoje całe Ŝycie. 

—  Ja juŜ się... zdecydowałam — odpowiedziała Zia. — Proszę 

mnie przyjąć... proszę! 

— 179— 

background image

Patrzyła na biskupa, a w jej oczach pojawiły się łzy. 

Nagle, gdy ksiądz zastanawiał się, co odrzec, i najwyraźniej 

szukał  odpowiednich  słów,  drzwi  do  pokoju  otworzyły  się  i  ten 

sam człowiek, który przyprowadził Zię, powiedział: 

— 

Jakiś pan chce się widzieć z biskupem! 

Zia nie obejrzała się, ale usłyszała kroki i zna 

jomy głos: 

—  Zio! Co ty wyprawiasz? 

Dziewczyna  nie  odwróciła  głowy,  tylko  skryła  twarz  w 

dłoniach, bo nie mogła powstrzymać się od płaczu. 

Markiz spojrzał na nią, a potem powiedział: 

—  Proszę  mi  wybaczyć,  biskupie.  Jestem  markiz 

Okehampton.  Z  okien  pałacu  Buckingham  zobaczyłem,  Ŝe  moja 

podopieczna  jedzie  sama  doroŜką,  podąŜyłem  więc  za  nią 

przypuszczając, Ŝe coś się musiało wydarzyć. 

—  Sądzę,  Ŝe  tak  —  odparł  biskup  St.  Ives  —  i  myślę, 

milordzie, Ŝe pozostawię was samych, byście mogli przedyskutować 

pewne sprawy. Potem, jeśli pan lub ta młoda dama zechcecie się 

ze mną widzieć, będę do waszej dyspozycji. 

—  To bardzo  miło ze  strony  biskupa  — powiedział  markiz 

— jestem mu niezmiernie wdzięczny. 

Ksiądz natychmiast wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi, a 

markiz usiadł na krześle obok Zii. 

— 180 

background image

—  A  teraz,  opowiedz  mi,  co  się  stało?  —  poprosił 

ją  spokojnie.  —  O  co  chodzi?  Własnym  oczom  nie 

wierzyłem, kiedy zobaczyłem cię samą w doroŜce. 

Zia nie odpowiedziała, więc po chwili markiz zapytał: 

—  Dlaczego tu przyjechałaś? 
—  Chcę...  wstąpić do  klasztoru!  — półgłosem powiedziała 

Zia. 

—  I opuścić mnie? 
—  T-tak. 

Ledwo  było  słychać  odpowiedź,  ale  markiz  usłyszał  ją  i  po 

chwili powiedział: 

—  Sądziłem, Ŝe mnie kochasz! 
—  AleŜ... tak! — załkała Zia. —Ale ty naleŜysz do niej i... nie 

mogę  pozostać  w  świecie,  gdzie  ty  będziesz  Ŝyć  z  inną  kobietą 

twoją... Ŝoną! 

Markiz zesztywniał. 

—  Przestań płakać, kochanie, i powiedz mi dokładnie, co się 

stało i dlaczego tak cię to zdenerwowało. 

Zia  nie  odpowiedziała  i  nie  odsłoniła  twarzy,  ale  przestała 

płakać. Bardzo łagodnie markiz pochylił się do przodu, by odjąć 

jej ręce od oczu. Policzki Zii zalane były łzami, a jej długie rzęsy 

mokre.  Kiedy  spojrzała  na  markiza,  w  jej  oczach  Okehampton 

zobaczył  ból  i  udrękę.  Padł  przed  nią  na  kolana  i połoŜył ręce 

na ramionach dziewczyny. 

—  Co  się  stało,  kochanie,  mój  ty  uroczy  skarbie?  —- 

zapytał. 

— 181 

background image

Poczuł, jak Zia drŜy. Spuściła wzrok, a potem wyszeptała: 

—  Ta  dama 

mówiła,  Ŝe  urodzi  twoje...  dziecko 

i Ŝe obiecałeś się z nią... oŜenić! 

Markiz nie poruszył się, tylko powiedział: 

—  Spójrz  na  mnie,  mój  skarbie.  Chcę,  Ŝebyś  na 

mnie 

spojrzała. 

— 

Powoli 

Zia 

podniosła 

oczy 

na 

niego, 

wtedy 

markiz 

oświadczył 

uroczyście: 

— 

Jesteśmy 

świętym 

miejscu, 

Domu 

BoŜym, 

przy 

sięgam  ci  na  wszystko,  co  czczę,  na  pamięć  mojej 

matki, 

którą 

kochałem 

tak 

jak 

ty 

kochałaś 

swoją, 

Ŝe 

Ŝadna 

kobieta, 

równieŜ 

ta, 

którą 

rozmawiałaś, 

nigdy nie nosiła w swoim łonie mojego dziecka! 

Zia utkwiła wzrok w markizie. 

—  Musisz  mi  uwierzyć  —  mówił  dalej.  —  My 

ślę, 

Ŝe 

gdybym 

kłamał, 

twój 

instynkt 

powiedziałby 

ci  o  tym,  bo  na  pewno  przekona  cię,  Ŝe  mówię 

prawdę. 

Zobaczył małe ogniki w oczach Zii, która spytała: 

—  W takim razie... dlaczego mówiła te... okropne rzeczy? 
—  Bo postanowiła mnie poślubić jeszcze za Ŝycia swojego 

męŜa. 

—  A ty nie chcesz... jej poślubić? 
—  Nigdy  dotąd  nie  chciałem  oŜenić  się  z  Ŝadną  kobietą!  — 

szczerze odpowiedział markiz. 

—  Więc... nie rozumiem... dlaczego...? 
—  Posłuchaj  mnie,  skarbie  —  powiedział  Okehampton.  — 

Nie będę udawał przed tobą, było 

— 182 

background image

wiele  kobiet  w  moim  Ŝyciu.  Jestem  kawalerem,  a  jeśli  piękna 

kobieta  pragnie  zaszczycić  mnie,  oddając  mi  się,  to  nie  byłbym 

męŜczyzną gdybym nie przyjął takiej propozycji. — Zobaczył, Ŝe 

Zia  zaczęła  go  uwaŜnie  słuchać,  więc  mówił  dalej:  —  Ale  jesteś 

wystarczająco  inteligentna,  Ŝeby  zrozumieć,  Ŝe  męŜczyzna  moŜe 

poŜądać kobiety, poniewaŜ jest ona piękna, i mieć dla niej uznanie 

takie,  jakie  miałby  dla  pięknego  kwiatu,  radości  wyraŜonej  w 

muzyce lub promieni słonecznych. — Czując,  Ŝe  Zia  uspokoiła  się 

trochę,  ciągnął:  —  Ale  dopóki jest  to  tylko  rozkoszne  doznanie, 

nie  ma  mowy  o  prawdziwej  miłości  —miłości,    jaka  czuje  do 

ciebie, moja ty najdroŜsza duszyczko, i którą jak sądzę, ty czujesz 

do mnie. Razem odnaleźliśmy miłość pochodzącą od Boga, miłość, 

jaką  męŜczyzna  obdarza  w  swoim  Ŝyciu  jedyną,  wyjątkową 

kobietę, która jest w rzeczywistości jego drugą połową. — Markiz 

przyciągnął do siebie Zię. — To jest bardzo wyjątkowa miłość, jaką 

twój ojciec czuł do twojej matki, a mój ojciec do mojej. Ta miłość 

jest  boska  i  Ŝadne  kłamstwa,  podstępy  czy  zdrada  nigdy nie będą 

mogły  jej  zniszczyć.  Ojciec  Proteus  był  złym  człowiekiem  i  tak 

samo  kobieta,  którą  spotkałaś,  jest  zła,  mimo  Ŝe  jest  piękna.  Po 

prostu musimy o tych ludziach zapomnieć! 

—  Ale jeśli — zapytała cichutko Zia — ona będzie 

próbowała cię skrzywdzić? 

—  JuŜ to zrobiła, denerwując ciebie! — odparł 

— 183 — 

background image

markiz. — Nie miałem pojęcia, Ŝe będzie miała czelność nie 

pochowawszy jeszcze swojego męŜa, przyjść do mojego domu i 

naopowiadać ci kłamstw. Zapadła cisza. Po chwili Zia odezwała 

się: 

—  Przepraszam... przebacz mi... powinnam ci ufać. 
—  Tego  właśnie  pragnę  — powiedział  markiz.  — Ty  teŜ 

musisz mi wybaczyć... Ŝe zgrzeszyłem w przeszłości. Przysięgam 

ci tutaj, w katedrze, Ŝe nigdy więcej to się nie powtórzy. 

—  Kocham cię... kocham! —- wyszeptała szlochając — ale... 

kiedy przyszłam tutaj... chciałam... u-umrzeć! 

—  A teraz oboje chcemy Ŝyć! — zawołał markiz. — I chcę, 

Ŝebyś  pojechała  do  domu,  bo  musisz  wybrać  suknię  ślubną,  w 

której jutro staniesz przed ołtarzem. 

Mówiąc to, podniósł Zię z krzesła. 

—  Kocham  cię  całym  moim  sercem  i  całą  moją  duszą!  —

powiedział.  —Tego,  kochanie,  nigdy  nie  mówiłem  Ŝadnej  innej 

kobiecie, bo to nie byłaby prawda! 

—  I ja cię... kocham! — wyszeptała Zia. — Ty jesteś dla mnie 

całym  światem...  niebem  i  morzem...  i  wiem,  Ŝe  gdybym  cię 

straciła... nic, ale to nic by mi nie pozostało! 

—  Nigdy  mnie  nie  stracisz  —  zapewnił  ją  uroczyście 

markiz. 

Zia myślała, Ŝe ją pocałuje, ale on, jakby myśląc 

— 184 

background image

o  świętym  miejscu,  w  którym  się  znajdowali,  zbliŜył  usta  do  rąk 

dziewczyny,  pocałował  najpierw  jedną,  a  potem  drugą  dłoń  i 

poprowadził  Zię  do  drzwi.  Kiedy  je  otworzyli,  zobaczyli 

czekającego  pod  nimi  kościelnego,  tego  samego  który  wpro-

wadził markiza do gabinetu biskupa St. Ives. 

—  Czy mogę rozmawiać z biskupem? — zapytał markiz. 
—  Bardzo  Ŝałuję,  sir,  lecz  jest  teraz  w  konfesjonale  — 

odpowiedział  męŜczyzna  —  ale  poprosił  mnie,  bym  powiedział 

panu, Ŝe będzie się za was modlił. 

—  Proszę  podziękować  biskupowi  i  poinformować  go,  Ŝe 

przyślę mu ofiarę dziękczynną. 

Markiz  poszedł  nawą  boczną  z  Zią  u  boku,  która  miała 

uczucie,  Ŝe  święci  w  kaplicy,  przez  którą  szli,  dają  im  specjalne 

błogosławieństwo. 

Na dworze świeciło słońce, a przed drzwiami katedry czekał 

na  nich  powozik  markiza  zaprzęŜony  w  dwa  konie,  których 

pilnował chłopiec stajenny. Odjechali tą samą drogą, jaką jechała 

Zia mijając pałac Buckingham. Nic nie mówili, ale Zii zdawało się, 

Ŝe słońce nigdy nie jaśniało bardziej niŜ w tej chwili, otaczając ich 

aurą szczęścia. 

Kiedy byli juŜ z powrotem w domu Okehamptonów, na twarzy 

Cartera  pojawił  się  wyraz  ulgi,  gdy  zobaczył,  Ŝe  panna  Langley 

przyjechała z  markizem.  Gdy  dziewczyna pobiegła  na  górę do  swojej 

sypialni, by zdjąć kapelusz, Carter poinformował markiza o tym, 

co się stało i jak bardzo się niepokoił. 

— 185 — 

background image

—  Całkiem 

przypadkiem 

zobaczyłem 

pannę 

Langley 

przejeŜdŜającą 

obok 

pałacu 

Buckingham, 

gdzie 

byłem 

na 

uroczystości 

zaprzysięŜenia 

Jego 

KsiąŜęcej 

Mości— 

wyjaśnił 

markiz. 

— 

Jednak 

bardzo 

rozsądnie 

mądrze 

zrobiłeś, 

Carter, 

po 

syłając 

za 

nią 

lokaja. 

Wiedziałem, 

Ŝe 

zawsze 

mogę 

na tobie polegać. 

Carter rozpromienił się, a markiz zapytał: 

—  Czy lady Caton wciąŜ tu jest? 
—  JuŜ wyszła, jaśnie panie. Czekała prawie godzinę. 
—  Jeśli znowu przyjdzie — powiedział stanowczo markiz 

— to nie ma mnie dla niej w domu! 

—  Nie wiedziałem, Ŝe panienka Langley była w gabinecie, 

jaśnie panie! 

—  Wiem,  ale  nie  popełnij  kolejnego  błędu.  I  nie  mów  o 

niczym markizie. 

—  Oczywiście, jaśnie panie. To by jątylko zdenerwowało. 
Markiz  chciał  powiedzieć,  Ŝe  najbardziej  to  on  się 

zdenerwował.  Nie  mogąc  doczekać  się  spotkania  z  Zią,  dodał 

tylko: 

—  Proszę podać herbatę do salonu. 

Udał  się  na  górę,  by  zaczekać  na  swoją  przyszłą  Ŝonę,  aŜ 

wyjdzie z sypialni. 

Był o tyle rzeczy, które chciała obejrzeć Zia po przybyciu do 

zamku, ale markiz prosił ją, by przed 

— 186— 

background image

ślubem,  który  miał  odbyć  się  o  piątej  po  południu,  odpoczęła  w 

swojej  sypialni.  Dziewczyna  domyśliła  się,  Ŝe  markiz  pragnie 

dopilnować, Ŝeby kaplica udekorowana została kwiatami. 

Kaplica  była  mała,  ale  bardzo  piękna,  zbudowana  w  tym 

samym  czasie  co  zamek;  przez  lata  dokonano  w  niej  niewiele 

zmian. 

Zia pomyślała, Ŝe tylko markiz mógł sprawić, iŜ wypełniono 

ją  cudownie  pachnącymi  liliami,  które  jednocześnie  stanowiły 

doskonałe  tło  dla  jej  sukni.  Markiz  zamówił  ją,  jak  tylko  Zia 

zgodziła się zostać jego Ŝoną, i przysłano ją tuŜ przed wyjazdem z 

Londynu. 

—  W  jaki  cudowny  sposób  zdołałeś  tak  wszystko 

zaplanować? — zapytała Zia, kiedy jechali przez piękną okolicę 

w stronę zamku. 

—  Chcę, Ŝeby wszystko w twoim Ŝyciu było doskonałe — 

odpowiedział — tak doskonałe, mój skarbie, jak nasza miłość. 

—  Ona  jest  tak...  idealna,  Ŝe  nie  da  się  tego  opisać 

słowami — czule powiedziała Zia. 

Markiz  myślał  tak  samo.  Harry,  który  był  jego  druŜbą, 

powiedział mu poprzedniego wieczora po kolacji: 

—  Zrobiłeś dobry wybór, przyjacielu! 
—  Kocham  ją!  —  Ŝarliwie  odparł  markiz.  Obawiał  się,  Ŝe 

Harry ciągle sądzi, iŜ Ŝeni się z Zią, by uwolnić się od Yasmin. 

—  Wiem — powiedział Harry. — Nigdy nie 

— 187— 

background image

widziałem cię tak szczęśliwym ani tak zadowolonym z siebie! 

Markiz roześmiał się. To prawda — był szczęśliwy. Cieszył się, 

Ŝe znalazł na tym świecie osobę, która tak róŜniła się od znanych 

mu ludzi i tak bardzo mu odpowiadała. 

Zabrał  Zię  do  zamku,  a  Harry  ustalił  z  przyjaciółmi,  którzy 

mieszkali dwie mile od siedziby markiza, Ŝe zamieszka u nich. 

—  Zdajesz  sobie  sprawę  —  rzekł  do  Okehamptona  —  Ŝe 

wszyscy  wydrapiąmi  oczy,  jeśli  będę  jedynym  gościem  na  twoim 

ślubie?  Oczekują  uroczystości,  na  której  obecny  będzie  ksiąŜę 

Walii i przynajmniej pół tuzina druhen! 

—  W takim razie rozczaruj ą się! Mój ślub będzie dokładnie taki, 

jakiego zawsze pragnąłem, ale nie przypuszczałem, Ŝe będę miał 

tyle szczęścia, by się spełniło moje marzenie. 

—  Czy chcesz przez to powiedzieć, Ŝe takiego ślubu pragnie 

teŜ Zia? — zapytał Harry. 

—  Oczywiście — odpowiedział markiz. — Po tym wszystkim, 

przez  co przeszła,  nie  dopuszczę,  Ŝeby  zdenerwowały  ją  złośliwe 

uwagi kobiet albo Ŝeby męŜczyźni gapili się na nią! 

Harry roześmiał się. 

—  Jest  tak  piękna,  Ŝe  będziesz  musiał  ciągle  odganiać  od 

niej  takich  ludzi  jak  Charlie,  którzy  nie  będą  mogli  się  jej 

oprzeć. 

—  Wiem — przyznał markiz — ale większość 

188 — 

background image

czasu zamierzamy  spędzać na  wsi, a osobnicy tacy jak  Charlie  nie 

będą naszymi gośćmi! Prawdę powiedziawszy, przez dłuŜszy czas 

nie  zamierzam  przyjmować Ŝadnych gości. Chcę mieć Zię tylko dla 

siebie. 

Harry spojrzał na przyjaciela z zazdrością. O takim właśnie 

małŜeństwie i on marzył. I on, i markiz doskonale zdawali sobie 

sprawę z tego, Ŝe kaŜdy, kto tak jak Charlie, przemyka się z jednego 

buduaru do drugiego, w końcu nieuchronnie staje się znudzony i 

rozczarowany takim Ŝyciem. 

Klękając obok siebie przed ołtarzem, markiz i Zia trzymali się 

za ręce. Obojgu  wydawało się, Ŝe  wibracje  emanujące  z  nich  są 

jak boskie światło. 

Wyszli z kaplicy i w naboŜnym skupieniu udali się na górę do 

sypialni  Zii,  która  dawniej  naleŜała  do  matki  markiza.  Markiz 

zamknął  drzwi,  a  potem,  ku  zdziwieniu  Ŝony,  nie  wziął  jej  w 

ramiona,  lecz  podprowadził  do  okna.  Stali  patrząc  na  ogród,  na 

jezioro,  które  rozciągało  się  za  nim,  i  na  ogromne  drzewa  w 

parku. Za parkiem aleja prowadziła do morza. Przez chwilę markiz 

nie odzywał się. Potem powiedział: 

—  Oto  mój  świat,  skarbie,  który  teraz  naleŜy  do  ciebie. 

Myślę,  Ŝe  oboje  go  pokochamy,  będziemy  nim  rządzić  i 

spróbujemy dać kaŜdemu, 

— 189 — 

background image

kto w nim Ŝyje, takie samo szczęście, jakie sami mamy. 

Zia przysunęła się do męŜa. 

—  Cieszę się, Ŝe tego pragniesz — szepnęła. 
—  Ty mnie nauczyłaś myśleć w ten sposób — odpowiedział 

— ale to pragnienie czynienia dobra istniało gdzieś w moim sercu, 

choć do tej pory nie uświadamiałem sobie tego. 

Otoczył Zię ramieniem i zbyteczne były juŜ słowa. 

 

Kilka  godzin  później,  kiedy  zachodziło  słońce  i  ptaki 

udawały się na odpoczynek, markiz powiedział: 

—  Zastanawiam  się,  skarbie,  dlaczego  tak  róŜnisz  się  od 

kobiet, jakie przedtem znałem. 

—  Naprawdę?  —  zapytała  Zia.  —  Ty  jesteś  taki  cudowny... 

zdumiewający,  Ŝe  kiedy  byliśmy  ze  sobą  tak  blisko,  troszkę  się 

bałam...  Ŝe  nie  będziesz  czuł  tego  samego...  co  ja...  Dla  mnie  to 

było... coś nowego. 

—  Czułem to samo co i ty — zapewnił ją markiz — i musisz 

mi uwierzyć, Ŝe nic nigdy nie było tak doskonałe i wspaniałe jak 

nasza miłość. 

Zia krzyknęła. 

—  Dokładnie  to  samo  chciałam  ci  powiedzieć...  Tak  bardzo 

pragnę, Ŝeby nigdy ci się to nie znudziło. 

—  JakŜe mógłbym się znudzić czymś, co wy- 

— 190— 

background image

daje się zanosić mnie do Nieba, w które wierzysz, i co sprawia, 

Ŝe mam wraŜenie, jakbym trzymał w ramionach anioła. 

Pochylił się nad Zią i odgarnął z czoła jej miękkie złociste 

włosy. 

—  Jesteś  piękna  —  powiedział  —  ale  inne  kobiety  teŜ  są 

piękne. W tobie jest jednak coś wyjątkowego. 

—  Powiedz mi... proszę, co masz na myśli? 
—  Ty  jesteś...  dobra,  a  w  moim  Ŝyciu  poznałem  niewiele 

naprawdę dobrych kobiet! 

—  Choć  nie  jestem  pewna,  czy  tak  jest  naprawdę  — 

powiedziała Zia — chcę, Ŝebyś tak myślał. 

—  Jesteś dobra tak jak moja matka. Do tej pory nie spotkałem 

nikogo, kto znaczyłby dla mnie tyle co ona, ale teraz zjawiłaś się 

ty, tak bardzo do niej podobna. 

—  Jestem  poruszona...  tym,  co  teraz  mówisz  —  wyszeptała 

Zia. 

—  Wiem, moja piękna Ŝono, Ŝe masz dobre serce i duszę, i chcę, 

Ŝebyś taka była i Ŝebyś się nigdy nie zmieniła. — Markiz przerwał, po 

czym dodał innym tonem: — Jeśli jakiś męŜczyzna będzie próbował cię 

skrzywdzić, to przysięgam, Ŝe go zabiję! 

I zaczął całować Zię namiętnie, poŜądliwie i zaborczo. Jego usta 

prawie  raniły  jej  wargi,  a  jednak  nie  bała  się.  Wiedziała,  Ŝe  to 

uczucie  posiadania  było  częścią  ich  miłości,  a  w  rzeczywistości 

miłość nie jest taka spokojna, łagodna i sentymentalna, jak 

191 — 

background image

myślała. Jest silna, tętniąca Ŝyciem, często gwałtowna, niszcząca, a 

jednocześnie  niepokonana.  Zia  wiedziała,  Ŝe  to  miłość  dała 

markizowi siłę i mądrość, by wyrwał ją z rąk przestępców. 

To właśnie miłość umoŜliwi im w przyszłości wspólną walkę 

z przeciwnościami i trudnościami, które nieuchronnie pojawią się 

w ich Ŝyciu. Ale wierzyła, Ŝe markiz zawsze będzie zwycięzcą, po 

prostu dlatego Ŝe miłość da mu siłę do pokonania wszystkiego co 

złe i niegodziwe. 

Markiz  całował  Ŝonę  z  coraz  większym  poŜądaniem,  a  w 

jego  oczach  płonął  ogień.  Zia  wiedziała,  Ŝe  nie  tylko  ją 

uwielbia,  ale  jednocześnie  poŜąda  jej  równieŜ  jako  kobietę. 

Czuła ten sam płomień w sobie. 

—  Pragnę  cię!  Moje  kochanie,  pragnę  cię!  —  powiedział 

markiz. 

—  Jestem... twoja! — wyszeptała Zia. 
—  Daj mi siebie, kochaj mnie, bo tylko Bóg  wie, jak  bardzo 

cię pragnę! 

—  Kocham cię... kocham... kocham! 

śarliwość tych słów rozpaliła ich ciała i dusze. 

Potem, kiedy przeŜywali najwyŜsze uniesienie, 

wydawało się im, Ŝe znaleźli się  w  samym  środku rozŜarzonego 

słońca.  Wspaniałość  tego  aktu  otoczyła  ich  boskim  światłem 

pochodzącym od Boga, który jest śyciem i Wiecznością.