background image

 
 
 
 
 

Julianna Morris 

 

Randka z milionerem 

 

background image

 

 
PROLOG 
 -  Panno  Cox,  miło  mi  panią  zawiadomić,  że  właśnie 

wygrała pani randkę z miliarderem - oświadczył radosny głos 
w słuchawce. 

Zdumiona  Beth  zamrugała  oczami  i  podejrzliwie 

przyjrzała się słuchawce, nim znów przyłożyła ją do ucha. 

 - Słucham? 
 - Tu radiostacja muzyczna KLMS. Wygrała pani weekend 

w  romantycznej  Victorii  w  Kolumbii  Brytyjskiej.  Pani 
towarzyszem  będzie  Kane  O'Rourke,  najbardziej  pożądany 
kawaler w Seattle! 

Zaskoczona  Beth  siadła  na  krześle.  Niestety,  nie  trafiła  i 

znalazła się na podłodze. 

 - Auu! - jęknęła. 
 - Wszystko w porządku, panno Cox? 
 -  Niezupełnie,  właśnie  wylądowałam  na  podłodze.  W 

słuchawce rozległ się chichot 

 - 

Słyszeli 

państwo? 

Nasza 

wina, 

przed 

zakomunikowaniem 

nowiny 

powinniśmy 

poprosić 

zwyciężczynię,  żeby  usiadła.  Panno  Cox,  czy  już  uwierzyła 
pani w swoje szczęście? 

 - Nie, ja... nie. 
 -  Kochani,  ona  po  prostu  zaniemówiła!  -  Mężczyzna 

znów radośnie zachichotał. Najwyraźniej wydawało mu się, że 
jest niezwykle dowcipny. 

 - Czy jestem na antenie? - ostrożnie spytała Beth. 
 -  Tak.  Przed  chwilą  wylosowaliśmy  pani  nazwisko.  Beth 

wcale  nie  była  taka  pewna,  że  czuje  się  z  tego  powodu 
szczęśliwa. Pewna była natomiast tego, że nie zgłaszała się do 
ż

adnego  konkursu.  Wiedziała  o  nim,  bo  ostatnio  ludzie  nie 

mówili  o  niczym  innym.  Wiedziała  też,  kim  jest  Kane 

background image

O'Rourke.  W  końcu  połowa  miasta  pracowała  dla  niego. 
Istotnie  był  nadzwyczaj  atrakcyjnym  mężczyzną,  a  firma, 
którą  zarządzał  w  Crockett,  mieście  w  stanie  Waszyngton, 
była jednym z najpoważniejszych pracodawców. . 

 -  Panno  Cox,  czy  mogłaby  pani  coś  powiedzieć 

słuchaczom?  Pewnie  chcieliby  wiedzieć,  co  pani  myśli  o  tej 
niezwykłej nagrodzie. 

 - Myślę, że jestem. 
Przez  otwarte  drzwi  zauważyła  biegnącą  w  kierunku  jej 

domu sąsiadkę, wymachującą przenośnym odbiornikiem. 

 -  O  Boże,  wygrałaś!  -  wrzasnęła  Carol,  wpadając  do 

domu.  Podbiegła  i  wyrwała  jej  słuchawkę  z  ręki.  -  Halo? 
Jestem Carol Holt, najlepsza przyjaciółka Beth. 

Carol  szczebiotała  coś  bez  sensu  do  słuchawki,  a  Beth 

usiłowała  wszystko  sobie  poukładać  w  głowie.  No  tak,  to 
pewnie  Carol  zgłosiła  ją  do  konkursu.  Dwa  tygodnie 
wcześniej tyle o nim mówiła, żałowała, że jako mężatka sama 
nic  może  wziąć  udziału  i  próbowała  namówić  Beth  do 
zgłoszenia się. 

Boże,  pomyślała  Beth,  rozcierając  pulsujące  skronie.  Nie 

miała  najmniejszej  ochoty  na  jakikolwiek  wyjazd  z 
kimkolwiek.  Przed  kilkoma  laty  straciła  w  wypadku 
narzeczonego  i  nadal  czuła  przejmującą  pustkę  i  ból.  Nie 
zwracając  uwagi  na  rozgorączkowany  głos  przyjaciółki, 
sięgnęła  po  leżący  na  stoliku  stary  egzemplarz  gazety,  w 
której  zamieszczono  informacje  o  konkursie  i  zdjęcie  Kane'a 
O'Rourke'a.  Jego  spojrzenie  wyraźnie  świadczyło,  że  to 
mężczyzna, który zwykle dostaje to, czego chce. 

Wszyscy, całe miasto pewnie pomyśli, że zwariowała, ale 

nie  miała  najmniejszego  zamiaru  skorzystać  z  "wygranej" 
randki. 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 
„Wylosowana dziewczyna nie chce randki z miliarderem". 

Kane O'Rourke patrzył ze zgrozą na wielki tytuł w gazecie. 

 - Zabiję go - wydusił wreszcie. 
 -  Kogo  chcesz  zabić?  -  spytała  Shannon,  szefowa  działu 

zajmującego się kontaktami z mediami. 

 - Twojego brata. 
 -  To  także  twój  brat.  A  dokładnie,  o  którego  ci  chodzi  i 

czym cię zdenerwował... w tym tygodniu? 

 -  Patrick.  Wpakował  mnie  w  ten  przeklęty  konkurs  jego 

stacji  radiowej.  Nie  chciałem  brać  w  tym  udziału  i  wyraźnie 
mu to powiedziałem. A teraz spójrz. 

Podał siostrze gazety. Shannon uniosła brwi. 
 -  Sam  sobie  jesteś  winien.  Przecież  powiedziałeś:  „Co 

tylko  chcesz",  gdy  poprosił  o  przysługę.  Kiedy  zorientowałeś 
się, o co mu naprawdę chodzi, powinieneś po prostu odmówić. 
Ty jednak ciągle traktujesz nas jak dzieci, którymi musisz się 
opiekować. 

 - To wcale nie tak. Wiem przecież, że stacja ma kłopoty - 

odpowiedział  Kane  zirytowany  -  dlatego  gdy  Patrick  mnie 
poprosił... Och. dajmy zresztą temu spokój. 

Rodzeństwo ciągle mu zarzucało, że usiłuje odgrywać rolę 

ojca  i  wtrąca  się  do  ich  życia,  a  przecież  on,  jako  najstarszy, 
próbował tylko się nimi opiekować. 

 - Po prostu przeczytaj to. Zerknęła do gazety. 
 - Nie ma ochoty się z tobą spotkać? - spytała rozbawiona. 
 -  To  wcale  nie  jest  śmieszne.  Zdajesz  sobie  sprawę,  jak 

niezręczna jest ta sytuacja dla mnie i dla stacji Patricka? 

 -  Mógłbyś  oświadczyć  się  tej  pani.  Może  wtedy 

zmieniłaby decyzję? 

 - Mnie to nie śmieszy. Nie ożenię się i kropka. Mam tak 

dość  kłopotów,  a  ty  zachowujesz  się  jak  nieznośny  bachor  i 
nawet nie próbujesz mi pomóc. 

background image

Shannon oddala mu gazetę, nic przestając się uśmiechać. 
 - Pojedź i pogadaj z nią. Na zdjęciu dziewczyna wygląda 

całkiem interesująco. Może jest już z kimś zaręczona albo jest 
jakiś inny, poważny powód tej odmowy, a tylko gazeta robi z 
tego sensację, żeby przyciągnąć czytelników. 

Kane  spojrzał  na  zdjęcie  Bethany  Cox.  Niezbyt  wyraźne, 

ale dziewczyna nie sprawiała wrażenia wariatki ani dziwaczki. 
Można  by  powiedzieć  nawet,  że  jest  ładna.  A  z  artykułu 
wynikało, że to osoba rozsądna, wiec powinna zrozumieć, jak 
ważna  jest  ta  sprawa  dla  jego  brata.  Patrick  popełnił  w 
przeszłości parę błędów, a teraz, miał wreszcie szansę odnieść 
sukces. Mógłby osiągnąć go sam, bez pieniędzy Kane'a, 

 -  Nic  potrafię  tego  dobrze  załatwić  -  mruknął  Kane.  - 

Lepiej, żebyś ty do niej pojechała. 

Shannon roześmiała się i pokręciła głową. 
 - Po pierwsze, to ty uważasz, że jesteś jedyną osobą, która 

potrafi  wszystko  załatwić,  wiec  załatw  i  to.  Po  drugie,  każda 
prawdziwa  kobieta  miałaby  prawo  wpaść  w  złość,  gdybyś 
próbował załatwić taką sprawę przez gońca, zamiast zjawić się 
osobiście. 

 - Jesteś moją siostrą, a nie gońcem. 
 - Na jedno wychodzi. - Shannon pochyliła się z poważną 

miną.  -  Kane,  masz  rację,  że  to  poważny  problem  dla 
radiostacji. Kiepska reklama. Ale jeśli dziewczyna odmówiła, 
bo  wychodzi  za  mąż,  potrafię  to  obrócić  na  naszą  korzyść. 
Jeśli  powód  jest  inny,  lepiej  namów  ją  na  spotkanie.  Tylko 
bądź  czarujący.  Ostatecznie  która  samotna  kobieta  odmówi 
randki z uroczym, samotnym miliarderem? 

Kane  spojrzał  raz  jeszcze  na  Bethany  Cox,  spoglądającą 

na  niego  ze  zdjęcia.  Złożył  gazetę  i  schował  do  teczki. 
Uśmiechnął się. 

 - Słusznie, zamierzam to sprawdzić. 

background image

Beth  wbiła  łopatkę  w  ziemię,  drugą  ręką  chwyciła 

wyjątkowo  uparty  chwast,  który  wyrósł  w  zupełnie 
nieodpowiednim  miejscu.  Pochyliła  się  jeszcze  bardziej  i 
szarpnęła.  W  tej  chwili  przy  krawężniku  zatrzymał  się  jakiś 
samochód.  Nic  oczekiwała  żadnej  wizyty,  więc  nawet  nie 
spojrzała w tamtym kierunku. 

 - Panna Cox? 
Zielsko  niespodziewanie  poddało  się,  a  Beth  z  trudem 

utrzymała  równowagę.  Otrzepała  szorty  i  koszulkę  z  ziemi  i 
odwróciła  głowę,  Dostrzegła  przede  wszystkim  eleganckie 
pantofle i nogawki spodni z ostrym kantem. Spojrzała wyżej i 
zdumiona wytrzeszczyła oczy. 

Kane O'Rourke. 
Oczywiście  widywała  go  już  nieraz,  ale  zawsze  tylko  z 

daleka, gdy przemawiał lub przyjmował nagrody. 

 - Słucham? 
Kane wyciągnął rękę. 
 - Dzień dobry. Jestem Kane O'Rourke. Podobno jesteśmy 

umówieni na randkę. 

Beth zamrugała oczami. Czyżby nie czytał gazet? Przecież 

tylko o tym pisały, jakby to była jakaś wielka sprawa. No cóż. 
reporter  miejscowej  gazety  rozdmuchał  wszystko  okropnie. 
Szczerze mówiąc, co takiego nadzwyczajnego było w tym, że 
odmówiła? 

Nadał  trzymał  wyciągniętą  rękę.  Beth  westchnęła  cicho. 

Była umazana ziemią i nie mogła tak po prostu podać mu ręki. 

 -  Przepraszam,  lepiej  żeby  pan  mnie  nie  dotykał.  Mam 

brudne ręce. 

Otrzepała dłonie i zaczęła się podnosić. 
 - Nie szkodzi - powiedział, pomagając jej wstać. 
Był silny. Nim się spostrzegła, uniósł ją w górę. Mimo że 

należała  do  wysokich  kobiet,  jej  oczy  znalazły  się  na 
wysokości jego brody. Uniosła głowę i spojrzała bacznie. Miał 

background image

niebieskie oczy, czarne włosy, władcze spojrzenie i zmysłowe 
usta.  Niewątpliwie  był  pociągający.  Przełknęła  ślinę.  Od 
ś

mierci  Curta  to  pierwszy  mężczyzna,  który  naprawdę  zrobił 

na niej duże wrażenie. 

 - W czym mogłabym panu pomóc? - spytała, starając się 

uwolnić rękę. 

 -  Jest  upał,  więc  chciałbym  prosić  o  szklankę  wody...  i 

chwilę rozmowy. 

Domyślała  się,  o  czym  chce  rozmawiać.  Pewnie  jego 

zdaniem osobiście powinna mu powiedzieć, że nie chce żadnej 
randki.  Tylko  jak  miałaby  to  zrobić?  Nie  można  przecież 
najzwyczajniej  zadzwonić  do  znanego  miliardera  i  pogadać 
sobie z nim. Nawet próbowała, ale bezskutecznie. 

 - Zgoda - powiedziała ostrożnie. 
 - Zaprosi mnie pani do środka? 
 - Oczywiście. 
Wreszcie  uwolni!  jej  rękę.  Beth  szybko  się  odwróciła. 

Czuła,  że  jej  ciało  pokryła  gęsia  skórka,  a  oddech  stał  się 
niepokojąco  przyspieszony.  Była  zła  na  siebie.  Przecież  nie 
jest  już  podlotkiem,  żeby  tak  reagować  na  widok  pierwszego 
lepszego  atrakcyjnego  mężczyzny.  Ma  w  końcu  dwadzieścia 
sześć lat i wystarczająco dożo doświadczeń z przeciwną płcią, 
by powściągnąć emocje. 

O'Rourke wszedł za nią po schodach. W mieszkaniu było 

chłodno.  Przez  otwarte  okna  wpadał  wietrzyk  znad  Puget 
Sound. 

 - Ładnie tutaj. 
Wzruszyła  ramionami.  Dobrze  wiedziała,  że  dom  jest 

mały,  stary  i  w  oczach  kogoś  tak  zamożnego  jak  Kane 
O'Rourke  musi  wyglądać  żałośnie.  Dla  niej  jednak  ten  dom 
był  spełnieniem  marzeń  z  dzieciństwa  spędzonego  wśród 
obcych. Był jej i to liczyło się najbardziej. 

background image

 -  Mówię  szczerze,  panno  Cox  -  dodał  cicho.  Odwróciła 

się zaskoczona. Widać obserwował ją i wyczuł 

niedowierzanie. 
 - Rozumiem. - Zarumieniła się, co nie zdarzyło się już od 

lat.  Nic  miała  przecież  powodu,  żeby  czuć  się  zakłopotana. 
Nie  zgodziła  się  na  randkę.  Wielka  rzecz.  Podeszła  do 
ś

niadaniowego stolika. 

 - Może mrożonej herbaty? Świeżo zaparzona. 
 - Chętnie. 
Jej  serce  nadal  biło  nierównym  rytmem.  Odetchnęła 

głęboko,  żeby  odzyskać  równowagę  ducha.  Nie  spodziewała 
się tej wizyty. 

Umyła  ręce  i  starając  się  robić  wrażenie  osoby 

opanowanej,  sięgnęła  po  dzbanek,  z  zamrażalnika  wyjęła 
kostki lodu. Postawiła na stoliku dwie szklanki, wsypała lód i 
zalała herbatą. 

 -  Z  cukrem?  -  spytała  zadowolona,  ze  powiedziała  to 

spokojnym głosem. 

 - Nie, dziękuję. 
Przyglądał się jej z rozbawieniem. 
 -  Nadal  mi  pani  nie  dowierza,  prawda?  -  zapytał  od 

niechcenia. 

Beth niemal wypuściła dzbanek z ręki. 
 - Słucham? 
 -  Zupełnie  nie ma  pani  do  mnie  zaufania.  Czy tak  jest  w 

stosunku do wszystkich, czy tylko do mnie? 

 - Ufam wielu osobom - odparła, nie kryjąc wcale niechęci 

- i nie mam powodu, żeby traktować pana inaczej. Na pewno 
jest pan miłym człowiekiem. 

 - Jednak nie chce się pani ze mną umówić. 
No tak najwyraźniej nie lubił owijać niczego w bawełnę. 
 - Cóż, aktualnie z nikim się nic spotykam, wiec nie chodzi 

o pana. Ja po prostu... 

background image

Uniosła ręce i opuściła je w geście bezradności. Nie miała 

ochoty  mówić  o  swoich  prywatnych  sprawach,  o  tym,  że  od 
ś

mierci Curta kilkakrotnie nawet umówiła się na randkę, lecz 

za  każdym  razem  było  beznadziejnie.  Zresztą  czy  mogło  być 
inaczej? W końcu przeżyła już miłość swojego życia, a to nie 
zdarza  się  dwa  razy.  Dlatego  właśnie  nie  szukała  nikogo  na 
pocieszenie. 

Westchnęła cicho i podała gościowi szklankę z napojem. 
 -  Mam  nadzieję,  panie  O'Rourke,  że  lubi  pan  herbatę  z 

dodatkiem mięty. Ta jest z mojego ogródka. 

 - Wspaniale. 
Kane przyglądał się Bethany Cox. Miała wyrazistą twarz i 

sylwetkę  pełną  ekspresji.  Szczupła,  z  długimi  nogami, 
ciemnoblond  włosy  splecione  w  krótki  warkocz.  Nie  była  w 
jego  typie,  ale  mogła  się  podobać.  I  miała  cudowne  oczy  - 
ciepły  odcień  złocistego  koniaku.  Patrzył  w  nie  wprost 
zafascynowany. 

Zdawał  sobie  sprawę, że  nie  będzie  łatwo.  Beth wyraźnie 

była uparta i starała się rozmawiać uprzejmie. lecz na dystans. 
Zwykle unikał trudnych kobiet; życie i tak było wystarczająco 
skomplikowane.  Do  diabła.  Dlaczego  nie  powiedziała  na 
przykład, że wychodzi za mąż, zamiast tego, że się z nikim nie 
spotyka? 

 -  Proszę...  mów  mi  Kane  -  zaryzykował,  starając  się 

przywołać  uśmiech,  który  jego  najmłodsza  siostra  nazwała 
kiedyś zniewalającym. Tym razem jednak nie zrobił wrażenia. 
- Czy mógłbym mówić do pani Bethany, a może raczej Beth? 

 -  Raczej  Beth,  choć  nie  widzę  powodu,  żebyśmy  mówili 

sobie po imieniu, jeśli więcej się już nie zobaczymy. - Uniosła 
zaczepnie brodę. 

Zacisnął zęby. Musi zdobyć się na cierpliwość. Co prawda 

Beth  Cox  była  wyjątkowo  uparta,  ale  w  jej  słowach  nie  było 
agresji. Po prostu mówiła szczerze i otwarcie. 

background image

 -  Nie  wiadomo,  co  los  przyniesie.  Może  jeszcze 

zostaniemy przyjaciółmi - powiedział powoli. 

 -  Nie  sądzę.  -  Pokręciła  przecząco  głową.  Zaskoczony 

Kane  aż  uniósł  brwi.  Zaproponował  jej  właśnie,  żeby 
wkroczyła  w  jego  życie,  a  ona  odmówiła.  Zirytowany 
pomyślał, że widać słówko ,nie" musi być jej ulubionym. 

Nie będzie randki. 
Nie będzie przyjaźni. 
Nie... 
Dotychczas 

ż

ycie 

go 

rozpieszczało. 

Nie 

był 

przyzwyczajony,  żeby  ktokolwiek  mu  odmawiał,  dlaczego 
wiec  ona  nie  chciała  się  zgodzić?  Była  młoda,  samotna  i  na 
pewno zależało jej na wygranej w konkursie. Gdy spojrzała na 
niego po raz pierwszy, dostrzegł w jej oczach zainteresowanie. 
Nie była więc tak obojętna, za jaką próbowała uchodzić. 

 - Mówisz z wielkim przekonaniem. Czy jest we mnie coś 

odpychającego? - spytał zaczepnie. 

 - Nie. 
 - Więc dlaczego? Wzruszyła lekko ramionami. 
 - Powiedzmy, że gram w innej lidze. Spójrz na siebie. Jest 

gorące  sobotnie  popołudnie,  wolny  dzień,  a  ty  wbiłeś  się  w 
garnitur. Wyglądasz, jakbyś wybierał się na pogrzeb. - W tym 
momencie  ugryzła  się  w  język.  -  Przepraszam,  garnitur  jest 
bardzo elegancki. 

 - Na pogrzeb? 
No  nie!  Dlaczego  właściwie  siedzi  w  kuchni  tej  obcej 

kobiety  i  pozwala  się  obrażać?  Prawda,  rodzina  też  nieraz 
robiła złośliwe uwagi na ten temat, ale to nie znaczy, że wolno 
tak  gadać  komuś  obcemu.  Spojrzał  na  Beth  ubrana  w 
wygodny,  bawełniany  podkoszulek  z  logo  jakiejś  drużyny 
baseballowej  i  musiał  przyznać,  że  istotnie,  w  porównaniu  z 
nią sprawia wrażenie wyjątkowo sztywnego. 

background image

 -  Bardzo  przepraszam  -  powtórzyła  Beth  skruszonym  to 

nem.  -  Zapylałeś  i  odpowiedziałam  bez  zastanowienia.  Curt 
mawiał, że to moja największa wada. 

 - Kim jest Om? Lekko zamrugała oczami. 
 -  Mój  narzeczony.  Zginął  w  górach  kilka  lat  temu.  Bral 

udział w niebezpiecznej akcji ratunkowej. 

 - Współczuję. 
 -  W  każdym  razie  -  powiedziała  szybko  Beth  -  ja  twoim 

zdaniem pewnie wyglądam jak postać z innego świata. 

Kane  przymknął  oczy  w  zamyśleniu.  Zaintrygowała  go. 

Dawno  nic  spotkał  kobiety,  która  nie  starałaby  się  zrobić  na 
nim  wrażenia.  W  końcu  był  przyzwyczajony  do  damskich 
gierek  i  niezbyt  na  ogół  subtelnego  domagania  się 
komplementów. 

 - Wyglądasz świetnie - powiedział, zdejmując marynarkę. 
Raz  jeszcze  przyjrzał  się  Beth.  Miała  około  dwudziestu 

pięciu  lat,  czyli  jakieś  dziesięć,  dwanaście  mniej  niż  on. 
Dlaczego  wycofała  się  z  randki?  Albo  zabrakło  jej  pewności 
siebie,  albo  nagle  przypomniała  sobie  narzeczonego,  choć  to 
już dawna sprawa. 

 - Panno Cox... Beth - zaczął po chwili. - Jeśli chodzi o ten 

wyjazd,  to  zapewniam,  że  od  początku  były  zarezerwowane 
osobne  pokoje  hotelowe.  To  było  oczywiste,  tym  bardziej  że 
muszę dbać" o swoją reputację. 

 -  Mój  Boże,  nigdy  nie  przyszło  mi  do  głowy...  - 

zareagowała niezwykle gwałtownie. - Dobrze wiem. że jestem 
ostatnią,  która  mogłaby  cię  zainteresować...  pod  tym 
względem. To oczywiste. 

Kane  zmarszczył  brwi  i  zaskoczony  potrząsnął  kostkami 

lodu  w  szklance.  Coraz  mniej  z  tego  wszystkiego  rozumiał. 
Kobiety,  z  którymi  do  tej  pory  miewał  do  czynienia,  zawsze 
niezachwianie były pewne, że potrafią zainteresować każdego 
mężczyznę. 

background image

 -  Dlaczego  tak  sądzisz?  -  spytał  w  końcu.  Wzruszyła 

ramionami. 

 -  Twój  gust  w  sprawie  kobiet  nie  jest  chyba  dla  nikogo 

tajemnicą. 

 - Wydawało mi się, że nie jesteś typem osoby, która czyta 

rubryki towarzyskie. 

 - Masz rację, ale ludzie mówią różne rzeczy. 
Beth  spojrzała  na  swoją  spraną  koszulkę  i  szorty.  Pod 

różnymi  względami  nie  była  „tym  typem".  Była  realistką. 
Wiedziała,  że  nie  jest  ładna.  Nawet  Curt  spoglądał  z 
zainteresowaniem  na  kobiety  hojniej  obdarzone  przez  naturę. 
A  Kane  O'Rourke  na  co  dzień  spotyka  się  z  tymi 
najpiękniejszymi. Stojąc obok niego, musi wyglądać po prostu 
ś

miesznie. 

Nagle  Kane  sięgnął  po  jej  dłoń.  Poczuła  dreszcz.  Cały 

ranek  pracowała  w  ogrodzie  i  teraz  skóra  na  jej  rękach  była 
szorstka,  a  mimo  to  w  porównaniu  z  jego  silną  ręką  okazała 
się  niezwykle  drobna  i  delikatna.  Kontrast  był  tym  bardziej 
zaskakujący,  że  miała  do  czynienia  z  człowiekiem,  o  którego 
paznokcie  z  pewnością  dbała  manikiurzystka,  a  dłonie  miał 
niezwykłe  delikatne,  bo  zarabiał  na  życie,  przerzucając 
dokumenty. 

 -  Może  i  bywam  trochę  nadęty,  ale  generalnie  jestem 

przyzwoitym człowiekiem - powiedział cicho. - Moja rodzina 
to  potwierdzi.  Jeśli  chcesz,  możesz  do  nich  zadzwonić. 
Oczywiście  siostry  i  bracia  pewnie  cię  poinformują,  że  za 
bardzo  nimi  rządzę  -  uśmiechnął  się  przepraszająco  –  ale 
jestem  najstarszy  z  nich  i  czuję  się  za  wszystkich 
odpowiedzialny.  Choć  zdaniem  Shannon  nie  zawsze  mam 
rację, a tylko tak mi się wydaje. 

Beth  poczuła  ukłucie  w  sercu.  Zawsze  marzyła o  tym,  by 

należeć  do  dużej  rodziny.  Wszystko  jedno,  czy  byłaby 
najmłodsza, najstarsza czy średnia. 

background image

 - Ile was jest w rodzinie? - spytała. Uśmiechnął się. 
 - Czterech braci i cztery siostry. No i mama. Oczywiście, 

tylko ona uważa, że jestem wspaniały. 

 -  Oczywiście  -  powtórzyła  Beth,  nie  umiejąc  oprzeć  się 

jego uśmiechowi. Choć tak naprawdę nie mogła wiedzieć, jak 
to jest, gdy matka uważa cię za osobę doskonałą, bo przecież 
nic znała swoich rodziców. 

Miał miły głos i lekki irlandzki akcent; czytała gdzieś, że 

jego  rodzice  przybyli  do  Stanów  tuż  przed  jego  urodzeniem. 
Kane  był  przykładem  spełnienia  się  amerykańskich  marzeń. 
Syn  ubogich  imigrantów  osiągnął  sukces  i  zdobył  fortunę  z 
szybkością  meteoru.  I  udało  mu  się  to,  mimo  że  musiał 
zapewnić  opiekę  owdowiałej  matce  i  licznemu  rodzeństwu. 
Na dodatek był tak przystojny, że zapierało dech w piersiach. 

Dość,  powiedziała  sobie  Beth.  Otrząsnęła  się  i  uwolniła 

rękę  z  uścisku.  Nie  mogła  ulec  jego  urokowi.  Niestety,  jej 
kontakty  z  mężczyznami  od  dawna  ograniczały  się  tylko  do 
zwykłych,  nic  nieznaczących  spotkań  towarzyskich  i  długo 
hamowane uczucia domagały się swoich praw. 

 -  Musi  być  przyjemnie  mieć  dużą  rodzinę  -  stwierdziła. 

Nerwowym  ruchem  zabrała  obie  szklanki  i  zaniosła  je  do 
zlewu.  Woda  popłynęła  cienką  strużką.  No  tak,  czeka  ją 
kolejna naprawa. Wszystkie rury były stare i ciągle sprawiały 
kłopoty. 

Do 

tej 

pory 

usiłowała 

naprawiać 

usterki 

samodzielnie, żeby oszczędzić trochę pieniędzy. 

Jej życie było spokojne, ale nie samotne czy nudne. Miała 

przyjaciół, udziały w małej firmie. Nie potrzebowała więcej, a 
już  na  pewno  nic  chciała,  żeby  Kane  O'Rourke  zburzył  jej 
spokój,  który  z takim  trudem  wywalczyła.  Zacisnęła  palec  na 
ś

cierce  do  naczyń  i  potarła  nieusuwalną  plamę  na 

staroświeckim zlewie. 

 - Nie rozumiem, dlaczego przystąpiłaś do konkursu, jeśli 

nie zamierzałaś jechać - zapytał Kane. 

background image

 -  Nie  przystąpiłam  -  odpowiedziała,  odwracając  głowę.  - 

Zgłosiła mnie moja sąsiadka, Carol. Gdy powiedziałam, że nie 
jadę, poczuła się urażona. Jest mężatką, ale myślę, że mimo to 
podkochuje się w tobie. 

Nie  zgłosiła  się  do  konkursu  osobiście,  ciekawe,  czy  jest 

jakiś punkt regulaminu, który w tej sytuacji pozwoliłby mu się 
wycofać.  Zastanawiał  się  przez  chwilę.  Szybko  jednak 
porzucił  tę  myśl.  Żeby  nie  wywoływać  sensacji,  najlepiej 
byłoby  przekonać  Beth  do  wyjazdu  na  „weekend  z 
miliarderem,  osobne  pokoje  zapewnione"  -  jak  główną 
nagrodę reklamowała stacja radiowa. 

Następnym  razem,  gdy  Patrick,  poprosi  go  o  przysługę, 

dostanie po uszach. 

 - Dlaczego w takim razie nic skontaktowałaś się ze mną, 

nim oficjalnie odmówiłaś? 

 -  Dzwoniłam  i  do  radia,  i  do  twojej  firmy,  ale  nie 

doczekałam  się  żadnej  odpowiedzi.  Poza  tym  przecież  nie 
składałam  oficjalnych  oświadczeń.  To  ten  reporter  nachodził 
mnie tak długo, że wreszcie powiedziałam - nie jadę. 

Do  diabła.  Będzie  musiał  porozmawiać  sobie  z 

pracownikami.  Dobrze,  że  próbują  go  ochraniać,  ale  tym 
razem przesadzili. 

 - Beth, muszę ci to wyjaśnić. Nie chciałem być nagrodą w 

konkursie  radiowym,  ale  mój  brat,  Patrick,  który  jest 
właścicielem stacji, uznał, że to będzie świetna reklama. 

Odwróciła się. 
 - Właścicielem jest twój brat? 
 - Tak. Kupił ją i zaczął nadawać muzykę country. Wiesz, 

próbuje  znaleźć  dla  siebie  miejsce  na  radiowym  rynku  w 
Seattle.  a  konkursy  z  atrakcyjnymi  nagrodami  są  bardzo 
ważne w tej branży. 

 -  Dlatego  wymyślił  nagrodę  w  postaci  randki  z 

miliarderem? Coś takiego. 

background image

 -  Tak.  Wiesz,  jak  to  jest  w  rodzinie  -  mruknął.  - 

Zgadzamy  się  na  najgłupsze  pomysły,  żeby  sobie  wzajemnie 
pomóc. Oczywiście, nie uważam, że wyjazd z tobą jest głupi - 
dodał  szybko,  widząc,  że  się  najeżyła  -  ale  dziwacznie  się 
czułem jako nagroda, a teraz, gdy nie zgodziłaś się na wyjazd, 
jest jeszcze gorzej. 

 - Trzeba było od razu odmówić. 
 - To samo mówi Shannon. 
 - Twoja siostra? 
 - Tak. 
Kane  zaklął  pod  nosem.  Zwykle  łatwiej  było  mu 

zrozumieć  kobiety,  teraz  jednak  zupełnie  nie  wiedział,  co 
myśleć  o  Beth  Cox  ani  też  o  swoim  stosunku  do  niej. 
Przyglądał  się  jej  baczniej,  niż  wymagała  tego  sytuacja. 
Przede  wszystkim  była  zbyt  młoda  i  chyba  zbyt  niewinna.  A 
on  w  życiu  kierował  się  zasadą  -  żadnych  zabaw  z  osobą, 
która potem mogłaby cierpieć. 

Chrząknął. 
 -  W  każdym  razie  twoja  odmowa  zaszkodzi  radiostacji. 

Dałbym  Patrickowi  niezbędne  środki  na  rozkręcenie  interesu, 
ale  on  chce  coś  osiągnąć  własnymi  siłami.  Kiedyś,  jako 
nastolatek,  wpakował  się  w  kłopoty  i  teraz  chyba  próbuje 
przede wszystkim sam sobie udowodnić, że się zmienił. 

Beth westchnęła. 
 -  Współczuje  twojemu  bratu,  ale  nie  rozumiem,  co  ja 

mam z tym wspólnego. Niech wybierze kogoś innego. 

Kane  z  trudem  powstrzymał  cisnące  się  na  usta  słowa 

wściekłości. 

 -  To  nie  działa  w  ten  sposób.  Reklamodawcy  bardzo 

zwracają  uwagę  na  sposób  traktowania  słuchaczy,  ci  jego  już 
dzwonią z pytaniami, czy konkurs nie był jakimś oszustwem. 

Zauważył,  że  Beth  jest  poruszona  sytuacją.  Widać  to,  co 

napisali o niej w gazecie, było prawdą - nie należała do osób 

background image

obojętnych  na  sprawy  innych.  Podobno  działała  w 
organizacjach  charytatywnych  w  Crockett,  a  przede 
wszystkim  w  Ośrodku  Pomocy  Rodzinie.  Być  może 
darowizna na rzecz tej organizacji mogłaby załatwić sprawę. 

 -  Dobrze  -  powiedział  powoli.  -  Co  sądzisz  o  dotacji  dla 

lego ośrodka pomocy, który usiłujesz wspierać? 

 - Słucham? 
 - Dotacja za twój wyjazd. 
Wyjął  książeczkę  czekową  i  pióro.  Tak,  to  będzie 

rozwiązanie  najlepsze  dla  wszystkich.  Niech  sobie  ludzie 
gadają,  co  chcą,  ale  pieniądze  najskuteczniej  rozwiązują 
problemy. 

 - To śmieszne. 
 -  Ja  tak  nie  myślę.  -  Zależało  mu,  żeby  mieć  problem  z 

głowy.  -  Randka  się  odbędzie,  a  ty  przekażesz  ośrodkowi 
czek. Dopilnuj tylko, by zachowali dyskrecję - dodał. - Zresztą 
wpisałem  późniejszą  datę,  wiec  będzie  wyglądało,  że 
pieniądze wpłaciłem już po naszym wyjeździe. 

Beth  spojrzała  z  niechęcią  na  kawałek  papieru  trzymany 

przez Kane'a. 

 - Próbujesz mnie topić. 
 -  Staram  się  tylko,  żeby  wszyscy  byli  zadowoleni.  Poza 

tym  nie  wydaje  mi  się,  że  weekend  w  moim  towarzystwie  to 
straszne nieszczęście. 

Nie wyciągnęła ręki, więc położył czek na stole. 
 - W przyszłym tygodniu mamy być w Victorii. Ktoś się Z 

tobą skontaktuje w sprawie przygotowań. 

Wyszedł. Beth zacisnęła dłonie. 
 - Staram się, żeby wszyscy byli zadowoleni - zirytowana 

powtórzyła pod nosem, naśladując jego ton. Nie musiał dbać o 
jej dobre samopoczucie. Świetnie dawała sobie radę sama. 

Sięgnęła  po  czek,  chcąc  go  podrzeć,  i  nagle  zamarła. 

Wypisana kwota miała dużo zer! Wystarczyłoby na wszystkie 

background image

najpilniejsze  potrzeby  ośrodka  i  jeszcze  trochę  by  zostało.  Z 
drugiej  jednak  strony  ludzie  tacy  jak  Kane  O'Rourke  są 
przekonani, że mogą dowolnie kupować i sprzedawać innych. 
Wściekle zgniotła papier i wyszła na werandę. 

 -  Panie  O'Rourke,  nie  zauważył  pan  chyba,  że  nie 

powiedziałam „tak". 

Zawrócił w stronę werandy. 
 - Chcesz więcej pieniędzy? 
 - Czy pan naprawdę myśli, że wystarczy strzelić palcami i 

wszyscy pobiegną, gdzie pan każe? Ja nie pracuję u pana i nie 
robię tego, na co nie mam ochoty. Nigdzie nie pojadę. 

Kane  z  trudem  zachował  powagę.  Beth  przypominała  mu 

rozwścieczonego  kociaka  z  najeżoną  sierścią.  Ciągle  go 
atakowała. Randka na pewno nie będzie nudna. 

 -  Pojedziesz  -  stwierdził  z  przekonaniem.  -  Jesteś 

inteligentna  i  chcesz  pomagać  ludziom.  W  końcu  przyznasz, 
ż

e te pieniądze mogą zrobić dużo dobrego i jeden weekend nie 

jest zbyt wygórowaną ceną. 

 - Jesteś apodyktycznym, aroganckim tyranem. 
 - Owszem - zgodził się - lecz dość miłym. 
Często słyszał takie zarzuty ze strony rodziny i nie robiło 

to  na  nim  wrażenia,  więc  tym  bardziej  nie  miał  zamiaru 
przejmować się właśnie teraz. 

 - Mogę zatrzymać czek i nie pojechać - zagroziła. 
Roześmiał  się.  Po  prostu  nie  mógł  się  powstrzymać. 

Wreszcie ktoś - poza rodziną - ośmielał mu się przeciwstawić. 
W  innych  okolicznościach  pewnie  mogliby  się  zaprzyjaźnić, 
jednak  on  mieszkał  w  Seattle,  ona  w  Crockett,  a  jego  tryb 
ż

ycia był zbył szalony dla normalnych ludzi. 

 - Traktuj poważnie to, co mówię - warknęła. 
 -  Kobiety  zawsze  traktuję  poważnie.  Oprócz  tego  znam 

się na ludziach i coś mi mówi, że jesteś zbyt uczciwa, żeby tak 
postąpić. 

background image

Wyglądało na to, że chętnie by się z nim pokłóciła. Kane 

podszedł bliżej, pochylił się i zajrzał jej w oczy. Na pewno nie 
powinien  jej  pocałować,  choć  zupełnie  nie  mógł  sobie 
przypomnieć  dlaczego.  Nie  rozumiał  też,  dlaczego  tak  go 
pociągała. Znał wiele ładniejszych i zgrabniejszych kobiet, ale 
ż

adna tak szybko go nie zainteresowała. Dotknął jej warkocza. 

 -  Ktoś  skontaktuje  się  z  tobą  w  sprawie  przygotowań. 

Uniosła brodę. 

 -  O  nie,  skontaktuj  się  osobiście.  Nie  załatwiaj  ze  mną 

niczego za pośrednictwem personelu. Uprzedzam, jeśli zwróci 
się do mnie ktoś inny, zrywam umowę. 

Kane był pełen podziwu. Widać było, że Beth nie żartuje. 

Miała  w  ręku  czek  na  pokaźną  kwotę,  a  mimo  to  nie 
zrezygnowała z ustalania reguł gry. 

Do pioruna! Coraz bardziej mu się podobała. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 
 -  Nie  wiedziałam,  że  potrafisz  być  aż  tak  czarujący  - 

oznajmiła  Shannon,  wchodząc  do  gabinetu  Kane'a  w 
poniedziałek rano i rzucając gazetę na biurko. 

 - Już to widziałem - westchnął Kane. 
Trudno zresztą było nie zauważyć tytułu wydrukowanego 

wielką  czcionką:  „Wdzięk  miliardera:  «MOŻE»  zamiast 
«NIE»"? A niżej ich zdjęcie, na którym patrzy prosto w oczy 
Beth  Cox,  sięgając  do  jej  warkocza  przerzuconego  przez 
ramię. Niezwykle sugestywne. Jedynym pocieszeniem było to, 
ż

e  artykuł  zamieszczono  na  stronie  poświęconej  plotkom,  a 

nie na 

okładce. 
W tej samej chwili odezwał się brzęczyk na biurku. 
 - Słucham? 
 - Przyszła panna Cox i chce z panem rozmawiać. 
W  głosie  asystentki  słychać  było  rozbawienie.  Kane 

jęknął.  Świetnie.  Nie  tylko  dostarczył  pracownikom  niezłej 
zabawy,  ale  jeszcze  sprawił,  że  Beth  pewnie  ma  żal  o 
naruszenie jej prywatności. I co najważniejsze, nie mógł mieć 
do  niej  o  to  pretensji.  Też  nie  lubił  rozgłosu,  czających  się 
fotoreporterów  i  ludzi  wypytujących  o  sprawy,  które  nie 
powinny ich obchodzić. 

 - Poproś pannę Cox. 
 - Z wielką przyjemnością poznam kobietę, która ośmieliła 

się odmówić Kane'owi O'Rourke'owi - powiedziała Shannon z 
szerokim uśmiechem. 

 - Natychmiast wyjdź albo cię zwolnię. 
 - Braciszku, nie zrobisz tego. 
Otworzyły się drzwi i do gabinetu jak wicher wpadła Beth 

z groźną miną. 

 -  Nie  wystarczyło  ci,  że  dałeś  mi  czek.  Musiałeś  jeszcze 

zaprosić fotografa i zawiadomić dziennikarzy. 

background image

 - Niczego takiego nie zrobiłem. 
 -  Na  pewno  ci  uwierzę  -  syknęła  i  rzuciła  w  jego  stronę 

podarty czek. - Weź sobie te pieniądze. Aż tak bardzo ich nie 
potrzebujemy. 

Kane  wyszedł  zza  biurka  i  zbliżył  się  do  niej.  Sam 

wiedział,  że  pokpił  sprawę.  Powinien  do  niej  zadzwonić,  gdy 
tylko  zobaczył  artykuł  w  gazecie.  Nie  wiedział  jednak,  co 
powiedzieć, ani jaka może być jej reakcja. 

 -  Uwierz  mi,  nie  wiedziałem,  że  był  tam  fotograf. 

Przysięgam. Przecież zrobił to zdjęcie już po moim wyjściu z 
twojego  domu.  Nie  mogłem  przecież  przewidzieć,  że 
wybiegniesz za mną. 

Zawahała  się.  Wyglądało  na  to,  że  mówi  szczerze.  Do 

diabła. Przez całe życie starała się nauczyć wreszcie panować 
nad  sobą,  ale  najwyraźniej  jej  się  to  nie  udawało.  Gdy  tylko 
zobaczyła  tekst  w  gazecie,  zamiast  się  nad  wszystkim 
zastanowić,  natychmiast  przyjechała  do  Seattle  i  wystąpiła  z 
oskarżeniami. 

 - Niechętnie to mówię - odezwała się kobieta siedząca na 

sofie - ale ja mu wierzę. 

 -  A  kim  pani  jest?  -  spytała  Beth,  choć  podobieństwo  do 

Kane'a było uderzające. 

 - Shannon O'Rourke - Kobieta wstała, wyciągając rękę na 

powitanie i porozumiewawczo uśmiechając się do Beth. - Ten 
zwariowany  facet  to  mój  brat.  Pracuję  u  niego  jako  dyrektor 
do spraw kontaktów z mediami. Proszę nie traktować go zbyt 
ostro,  miał  trudny  tydzień.  Niezwykle  ciężko  zniósł  pani 
publiczną odmowę pójścia na randkę. 

Zwariowany  facet  tylko  jęknął.  Już  się  zdążył 

przyzwyczaić,  że  siostra  nie  traktuje  go  z  należytym 
szacunkiem. 

 - Przykro mi, nie chciałam, żeby to była sprawa publiczna 

- wyjaśniła Beth - ale przysłali kogoś z gazety i dręczyli mnie 

background image

pytaniami.  W  końcu  się  zdenerwowałam  i  powiedziałam,  że 
nie zamierzam jechać, a reporter zrobił z tego wielką sprawę. 

 -  Dokładnie  tak  samo  było  ze  zdjęciem.  Zrobili  je,  nie 

pytając nas o zgodę - wtrącił Kane. - Chodźmy teraz na lunch. 
Omówimy sytuację. 

 -  Świetny  pomysł  -  powiedziała  Shannon  z  wyraźnym 

zadowoleniem. - Umieram z głodu. 

 - Ty wcale nie jesteś zaproszona. Zdaje się, że cię właśnie 

przed chwilą wyrzuciłem z pracy? 

Beth  otworzyła  usta  ze  zdziwienia,  ale  Shannon  tylko  się 

roześmiała. 

 -  Nie  przejmuj  się.  Zwalnia  mnie  przynajmniej  raz  w 

tygodniu  -  wyjaśniła.  -  Miło  było  cię  poznać.  Musimy 
koniecznie  się  spotkać  któregoś  dnia.  opowiem  ci  straszne 
historie na temat mojego brata. Chyba się już przekonałaś, że 
potrafi być męczący, prawda? 

 -  Słuchaj  nieznośna  smarkulo,  tylko  mi  utrudniasz... 

Shannon beztrosko pomachała ręką i wybiegła z pokoju. 

pozostawiając  delikatny  zapach  drogich  perfum.  Mina 

Kane'a  była  najlepszym  dowodem,  że  tak  naprawdę  ubóstwia 
siostrę.  Beth  poczuła  ostre  ukłucie  zazdrości.  Czy  ją  też 
mógłby  ktoś  tak  traktować?  Szybko  odpędziła  przykrą  myśl. 
Nie ma sensu marzyć o czymś nierealnym. 

 -  Masz  ochotę  zjeść  coś  w  „Space  Needle",  czy  może 

gdzieś  indziej?  ,,McCormick  i  Schmick"  mają  dobre  dania 
rybne. 

Pytanie szybko ściągnęło ją na ziemię. 
 - Dziękuję, nie mam ochoty na lunch. Przepraszam, że tak 

ostro zareagowałam. 

 - Musisz coś zjeść. 
 - Nie jestem odpowiednio ubrana, by iść do lokalu. Zjem 

coś później. 

background image

 -  Twój  strój  jest  idealny,  ale  jeśli  nie  chcesz,  możemy 

zjeść coś tu, w biurze. Przy okazji moglibyśmy omówić plany 
wyjazdu  do  Victorii.  Nalegałaś  przecież,  żebyśmy  to  ustalili 
osobiście.  -  I  nie  czekając  na  jej  odpowiedź,  Kane  podniósł 
słuchawkę. - Zamów dwie kanapki do biura... tak, dla mnie to, 
co zwykle - zasłonił mikrofon i spojrzał na Beth - na co masz 
ochotę? 

Znów  pomyślała,  że  ten  facet  nie  słucha  niczego,  co  nie 

jest  po  jego  myśli.  Może  to  dobra  zasada  w  interesach,  ale  z 
pewnością nie ułatwia zdobywania przyjaciół. 

 - Żółty ser i indyk - powiedziała, rozsiadając się na sofie. 

Było  jasne, że mają  zjeść  razem  lunch,  czy  jej  się  to  podoba, 
czy  nie.  W  tej  sytuacji  mogła  przynajmniej  zamówić  to,  co 
lubiła. 

Kane zażądał szybkiej dostawy i odłożył słuchawkę. 
 - Zawsze dostajesz to, czego chcesz, prawda? - spytała. 
 - Nie zawsze... Cóż, prawie zawsze - dodał z niepewnym 

uśmiechem. 

Wpadając  jak  burza  do  biura,  Beth  była  naprawdę 

rozeźlona artykułem, teraz jednak już się trochę uspokoiła. No 
cóż,  dotychczas  wiodła  spokojne  życie  i  nie  była 
przyzwyczajona  do  plotek  na  swój  temat  i  własnych  zdjęć  w 
gazecie.  Tego  ranka  najbardziej  jednak  zaskoczył  ją  tłum 
klientek  w  sklepie  „Dla  mamy  i  dziecka",  którego  była 
współwłaścicielką.  Wspólniczka  śmiała  się,  że  ostatnie 
wydarzenia były najlepszą reklamą i dzięki nim zwiększyła się 
sprzedaż. Beth poczuła się okropnie niezręcznie, dostrzegając 
znaczące  spojrzenia  i  uniesione  brwi  kobiet.  Do  tego 
wszystkie  zazdrościły  jej,  że  Kane  tak  bardzo  zabiega,  by 
zmieniła zdanie. I tylko ona wiedziała, że wcale mu na niej nie 
zależy,  że  chce  tylko  na  pomóc  bratu.  Jej  duma  została 
urażona. 

 - Jeszcze się gniewasz? - spytał Kane. 

background image

Beth  wzruszyła  ramionami.  Niewątpliwie  miał  w  sobie 

wiele uroku, ale nie chciała tak łatwo dać za wygraną. 

 - Właśnie się nad tym zastanawiam. 
 - Starasz się być twarda, co? 
Zesztywniała. Dziecko wychowywane przez obcych ludzi 

albo  jest  twarde,  albo  nie  przetrwa.  Przez  wszystkie  te  lata 
nauczyła  się  stąpać  mocno  po  ziemi  i  nie  liczyć  na  nikogo. 
Tylko  Curt  potrafił  sprawić,  że  była  naprawdę  sobą.  Kiedy 
zmarł,  jej  świat nagle  się  zawalił.  Nie chciała  przeżyć  czegoś 
takiego raz jeszcze. 

 - Tak, jestem twarda - mruknęła. - Nie zapominaj o tym. 

Kane przestał się kpiąco uśmiechać. 

 -  Co  ja  takiego  powiedziałem?  -  zapytał  ze  zdziwioną 

miną. 

 - Nic. 
 - Nie wierzę. 
Beth spojrzała na niego z wyrzutem. 
 -  Gdy  ktoś  mówi  „nie",  dobrze  wychowani  ludzie  udają, 

ż

e rzeczywiście tak jest i zmieniają temat rozmowy. 

 - Tak powinienem zrobić? 
 - Oczywiście. - Wyraz jej twarzy zdradzał, jak bardzo jest 

zirytowana. 

Kane  roześmiał  się.  Ciekawe,  czy  zdawała  sobie  sprawę, 

jak bardzo nastroje odbijały się na jej twarzy. 

 -  Rodzina  często  twierdzi,  że  zachowuje  się  jak  walce 

drogowy - zaczął. 

 - A nie przyszło ci do głowy, że mogą mieć rację? 
 -  Po  prostu  chcę,  żeby  wszystko  było  wykonywane 

sprawnie i szybko. Nie ma w tym nic złego. 

Z niesmakiem odwróciła wzrok. 
 -  Nie,  chyba  że  jesteś  osobą,  którą  cała  ta  sprawność 

wykańcza. 

background image

 - Nikogo nie wykańczam... - przerwał, słysząc pukanie do 

drzwi. 

Naprawdę nie mógł zrozumieć, dlaczego członkowie jego 

rodziny  czy  osoby  takie  jak  Beth  są  aż  tak  uparte.  Dlaczego 
nikt nie chciał jego pomocy? Przecież, miał więcej pieniędzy, 
niż byłby w stanie kiedykolwiek wydać. 

Przyniesiono  zamówione  kanapki  i  Kane  zaproponował, 

by  zjedli  przy  biurku.  Zaoferował  Beth  swój  wygodny  fotel, 
ale odmówiła. 

 - Nie mogę uwierzyć, że jesz zwykłe kanapki ze sklepu - 

stwierdziła, gdy podał jej opakowanie z zamówioną porcją. 

 - To niezbyt wyrafinowane jak na miliardera. 
Uniósł  brew.  W  dniu,  kiedy  się  po  raz  pierwszy  spotkali, 

wyraźnie  dała  mu  do  zrozumienia,  że  jest  nadęty.  Teraz 
jeszcze  zarzuciła  mu,  że  prowadzi  ekstrawagancki  styl  życia. 
Co do tego nie miała najwyraźniej wątpliwości. 

 -  A  ty  pewnie  myślałaś,  że  całymi  dniami  objadam  się 

kawiorem, popijając go szampanem? 

Beth  wzruszyła  ramionami.  Spojrzał  na  nią  spod  oka. 

Miała  na  sobie zieloną  bluzkę  bez  rękawów  i  spódnicę,  która 
podkreślała  szczupłą  talię.  Jej  rysujące  się  pod  cienkim 
materiałem  piersi  były  drobne,  a  mimo  to  Kane  nie  mógł 
uwolnić  się  od  natrętnej  myśli,  jak  wspaniałe  są  pewnie  w 
dotyku. 

 -  Jeśli  nie  muszę  jeść  służbowego  lunchu  lub  obiadu, 

najczęściej zadowalam się kanapką. 

 - Żartujesz? Uśmiechnął się smutno. 
 - Nie. Tak właśnie wygląda to moje bajkowe życie. 
 - Mhm - mruknęła Beth. 
Wbrew  sobie  chyba  zaczynała  lubić  Kane'a.  Był 

wprawdzie  zbyt  apodyktyczny  i  arogancki,  by  się  z  nim 
zaprzyjaźniła, ale mieli przecież tylko spędzić razem weekend. 

background image

A  potem  przekaże  pieniądze  ośrodkowi  pomocy,  oczywiście 
jeśli Kane zechce wypisać nowy czek. 

Jakby czytając w jej myślach. Kane wytarł serwetką palce 

i sięgnął po książeczkę czekową. 

 - Powinienem wypisać ci nowy czek - oświadczył. 
 - Eee... Dobrze. 
Sprawiał  wrażenie  rozbawionego,  co  znów  ją  zirytowało. 

Podpisany  czek  szybko  schowała  do  torebki.  Nieważne,  że 
pieniądze  były  na  szczytny  cel,  i  tak  miała  uczucie,  że 
pozwoliła się przekupić. 

 -  Jeśli  nie  masz  nic  przeciwko  temu  -  powiedział  Kane  - 

zamówiłem  limuzynę,  która  w  sobotę  rano  zawiezie  nas  do 
Port  Angeles.  Tam  wsiądziemy  na  prom  do  Victorii.  Trochę 
pozwiedzamy, noc spędzimy w hotelu „Empress" i wrócimy w 
niedzielę po południu. 

 - Dlaczego nie możemy pojechać własnym samochodem? 
 -  Zgodnie  z  regulaminem  mamy  podróżować  limuzyną. 

Brat  uznał,  że  będzie  to  atrakcyjniejsze  dla  uczestniczek 
konkursu. 

 - Daj spokój z regulaminem. To zbędna przesada. 
 - Radio płaci za wszystko, a Patrickowi na tym zależy. W 

takich sprawach jest uparty. 

 - Ale... 
 - Nie męcz mnie już. 
I Kane zajął się kanapką. Najwyraźniej nie lubił, żeby ktoś 

krzyżował mu plany nawet w tak drobnych sprawach. Pewnie 
weźmie ze sobą komórkę i laptop, by w każdej wolnej chwili 
móc pracować, nawet w limuzynie. W końcu zapracowanemu 
miliarderowi  na  pewno  niełatwo  jest  rzucić  wszystko,  żeby 
spędzić  weekend  w  Victorii  w  Kolumbii  Brytyjskiej, 
szczególnie  z  kobietą  taką  jak  ona.  Może  gdyby  była 
seksowna  jak  Julia  Roberts  lub  Marilyn  Monroe,  nie  miałby 
nic  przeciwko  temu.  Beth  westchnęła  ze  smutkiem,  ale  zaraz 

background image

powiedziała  sobie,  że  przecież  zupełnie  jej  nie  zależy  na 
zainteresowaniu Kane'a O'Rourke'a. 

 - Beth? 
Nagle  zdała  sobie  sprawę,  że  coś  do  niej  mówił,  a  ona 

nawet na to nie zwróciła uwagi, 

 - Tak? 
 -  Pytałem, czy masz  jakieś  specjalne  życzenia, o  których 

powinienem  wiedzieć.  Myślę  o  restauracjach  i  tym,  co 
chciałabyś robić. 

 - Może być cokolwiek. 
Kane rzucił jej zniecierpliwione spojrzenie. 
 -  Mogłabyś  powiedzieć  coś  więcej.  To  są  całe  dwa  dni  i 

chciałbym,  żebyś  spędziła  je  przyjemnie.  Powinniśmy 
zaplanować to, co cię interesuje. 

Beth odłożyła plastikowy widelec, odsunęła na bok resztki 

kanapki i sałatki. 

 - Ustalmy jedno. To nic jest randka, ale... 
 - Ale co? - nic krył rozbawienia. 
 - To nie ma nic wspólnego z randką - powtórzyła. - Jadę 

do  Victorii  tylko  po  to,  żeby  pomoc  ośrodkowi,  a  ty  żeby 
pomóc bratu. To wszystko. 

Jasno  chyba  postawiła  sprawę.  Kane  nie  powinien  się 

spodziewać,  że  będzie  nim  zainteresowana  jako  mężczyzną, 
dała  też  jasno  do  zrozumienia,  że  wie.  iż  on  również  nie  jest 
nią  zainteresowany.  Takie  postawienie  sprawy  powinno 
wszystko  ułatwić.  Nie  będzie  niezręcznych  sytuacji,  które 
mogłyby  popsuć  weekend,  a  właściwie  skomplikować  go 
jeszcze  bardziej.  Rozsądek  nakazywał  Beth  nie  interesować 
się Kane'em, niestety zupełnie inne zdanie na ten temat miało 
jej  ciało.  A  wydawałoby  się,  że  po  wszystkim,  co  przeszła  w 
swoim  dwudziestosześcioletnim  życiu  -  łącznie  ze  śmiercią 
narzeczonego  -  tak  nieodpowiedni  mężczyzna  nie  wzbudzi  w 
niej żywszego bicia serca. 

background image

 - Muszę już wracać do pracy - oświadczyła. 
 - Do sklepu w Crockett? Beth spojrzała zdumiona. 
 -  Skąd  o  tym  wiesz?  Kazałeś  mnie  śledzić?  Kane  bez 

słowa wskazał gazetę leżącą na biurku. 

 - W tym ostatnim artykule podali mnóstwo szczegółów - 

przerwał na chwilę i wziął głęboki oddech. - Wiesz, że pojadą 
z  nami  fotografowie,  żeby  robić  zdjęcia  w  Victorii?  Może 
nawet  będzie  ekipa  telewizyjna.  W  końcu  konkurs  ma 
wypromować  radiostację  Patricka.  Aha,  będę  musiał  ogłosić, 
ż

e jednak pojedziesz, więc niewykluczone, że reporterzy znów 

cię zaczną nachodzić. 

Wzniosła oczy do góry. 
 - Jakby kiedykolwiek przestali! 
 - Cóż, nic na to nie poradzimy. Odprowadzę cię teraz do 

samochodu. 

 -  Nie  -  powiedziała  pospiesznie.  -  Dam  sobie  radę. 

Udawał, że nie usłyszał, co powiedziała. Przez całą drogę 

do  garażu  czuła  na  sobie  zaciekawione  spojrzenia 

pracowników  Kane'a.  on  jednak  zupełnie  nie  zwracał  na  to 
uwagi.  Zastanawiała  się,  czy  można  się  przyzwyczaić  do 
ciągłego bycia w centrum zainteresowania - Pewnie dzieje się 
to  stopniowo,  aż  w  końcu  przestaje  się  zauważać  wścibskie 
spojrzenia. Kane pomógł jej wsiąść. Uśmiechnął się. 

 -  Przyjadę  w  sobotę  rano.  Musimy  wyruszyć  o  szóstej, 

ż

eby zdążyć na prom. 

Zmusiła się do uśmiechu. 
 -  Świetnie.  Więc  jesteśmy  umówieni  punkt  szósta. 

Mógłbyś coś dla mnie zrobić? 

 - Jasne. 
 - Nie wkładaj garnituru. Kane roześmiał się. 
Ku  własnemu  zaskoczeniu  już  nie  mógł  się  doczekać 

weekendu.  Pomyślał  nagle,  że  zdarzają  się  gorsze  rzeczy,  niż 
spędzenie  czasu  z  kobietą,  która  nie  myśli  o  małżeństwie  i 

background image

która  nie  próbuje  usidlić  mężczyzny  tylko  dlatego,  że  ma  on 
wypchany  portfel.  Przed  wyjazdem  czekało  go  jednak 
mnóstwo  pracy.  Zupełnie  tego  nie  rozumiał,  ale  im  więcej 
zarabiał,  tym  mniej  miał  wolnego  czasu.  Ostatnio  jego 
weekendy były po prostu dodatkowymi dwoma dniami, które 
przeznaczał  na  załatwienie  zaległych  spraw.  Nawet  czas 
przeznaczony  na  posiłek  traktował jak  stracony. Nie  pamiętał 
już,  kiedy  ostatnio  zdarzyło  mu  się  jeść  lunch,  nie  czytając 
równocześnie  sprawozdań.  Musiał  jednak  przyznać,  że  ten 
spędzony  w  towarzystwie  Beth  był  bardzo  miły.  I  nic  go  nie 
mogło popsuć - ani jej upór. ani ten piekielny konkurs. 

Była  sobota,  piąta  rano.  kiedy  rozległ  się  przeraźliwy 

terkot budzika. Beth z trudem otworzyła oczy. 

 - Zamknij się - warknęła. 
Dzwonek  terkotał  dalej,  więc  nakryła  głowę  poduszką. 

Nigdy  nic  lubiła  poranków,  a  już  szczególnie  wtedy,  gdy 
miała  za  sobą  niewiele  ponad  dwie  godziny  snu.  Po  chwili 
dołączył dźwięk telefonu. Beth jęknęła. Podniosła słuchawkę, 
zrzucając  przy  okazji  budzik  na  podłogę.  Rozległ  się  dziwny 
dźwięk i prześladowca ostatecznie zamilkł. 

 - Słucham? - wymamrotała do słuchawki. 
 - Jeszcze jesteś w łóżku? 
 - A, to ty, Emily. 
Była  to  jej  wspólniczka  ze  sklepu  z  odzieżą.  Świetnie  im 

się  współpracowało,  choć  Emily  należała  do  tych  irytujących 
osób.  które  budzą  się  o  wschodzie  słońca,  No  cóż,  miała  dla 
kogo  tak  radośnie  wstawać  -  dla  zakochanego  w  niej  męża. 
ukochanej  córki  i  kolejnego  dziecka  w  drodze.  Do  tej  pory 
Beth  nie  zazdrościła  jej  tego,  ale  w  ostatnich  dniach  coś  się 
zaczęło  zmieniać.  Nagle  poczuła,  że  chce  jeszcze  czegoś  od 
ż

ycia.  Wtuliła  głowę  w  poduszkę  i  próbowała  sobie 

uświadomić, od kiedy przestała jej wystarczać dotychczasowa, 
wygodna egzystencja. 

background image

 -  Tak,  to  ja  -  potwierdziła  Emily.  -  Musisz  wstać.  Masz 

tylko godzinę, żeby zrobić się na bóstwa 

Beth skrzywiła się. 
 - Godzina to za mato. Potrzebny byłby cud. 
 -  Nie  przesadzaj  -  Emily  westchnęła.  -  Jesteś  bardzo 

atrakcyjną kobietą. 

 - I mówi to ktoś o twarzy anioła - odparła Beth. - Dobrze, 

pogadamy, jak wrócę. 

Odłożyła  słuchawkę  i  wyskoczyła  z  pościeli,  ziewając  i 

przeciągając  się.  Z  przyjemnością  poczuła  na  gołej  skórze 
chłodne,  poranne  powietrze.  Spakowana  torba  czekała  już  w 
pokoju  -  Beth  poszła  do  łazienki,  stanęła  przed  lustrem, 
obrzucając się badawczym spojrzeniem. 

 -  Przydałby  się  trochę  lepszy  biust  -  mruknęła  do  siebie. 

Nie  miała  złej  figury,  ale  jakoś  nie  pociągała  mężczyzn. 
Prawdę 

mówiąc,  niewielkie  miała  doświadczenie  w  tej  kwestii.  I 

nawet  narzeczeństwo  nic  nie  zmieniło.  Była  to  wyłącznie  jej 
wina  Curt  chciał,  żeby  posunęli  się  dalej,  pragnął  się  z  nią 
kochać,  ale  ona  uparła  się,  że  wszystko  powinno  być 
tradycyjnie,  łącznie  z  nocą  poślubną.  Teraz  mogła  tylko 
ż

ałować,  że  nie  robili  tego  choćby  setki  razy.  Przynajmniej 

miałaby co wspominać i łatwiej byłoby teraz uwolnić myśli od 
Kane'a O'Rourke'a. 

 -  Przynajmniej  jestem  naturalną  blondynką  -  pocieszyła 

się, patrząc w lustro i unosząc zaczepnie brodę, 

Pięćdziesiąt  pięć  minut  później,  kiedy  kończyła  malować 

rzęsy, zadźwięczał dzwonek u drzwi. Chwyciła torebkę i torbę 
podróżną, ruszyła do wyjścia. 

 - Jestem gotowa - oświadczyła. 
Za drzwiami stał Kane z bukietem kwiatów w jednej ręce. 

Druga  nonszalancko  wsunął  do  kieszeni  dżinsów.  Spojrzała 
zdumiona,  że  ubranie  może  aż  tak  zmienić  człowieka.  Biała 

background image

sportowa  koszulka  podkreślała  jego  ramiona,  które  teraz 
wydawały się jeszcze szersze i bardziej muskularne. Wyglądał 
zdecydowanie młodziej i co tu kryć - seksowniej. 

Dostrzegł  chyba  jej  badawcze  spojrzenie,  bo  sięgając  po 

torbę, zapytał: 

 - Czy coś nie tak? 
 - Tak... to znaczy nie. 
Podał  jej  kwiaty.  Przestała  mu  się  przyglądać  i  wzięła 

bukiet - stokrotki i mak, żółte róże. 

 - Dziękuję. 
Serce  waliło  jej  mocno.  Kane  O'Rourke  zawsze,  nawet 

ubrany  w  garnitur,  robił  duże  wrażenie  na  kobietach,  a  kiedy 
miał na sobie dżinsy, każda chyba gotowa byłaby zapomnieć o 
zasadach  moralnych.  Szczególnie  wtedy,  gdy  wręczał 
stokrotki.  W  pierwszej  chwili  bukiet  zrobił  na  niej  wrażenie, 
potem  jednak  pomyślała,  że  to  prawdopodobnie  tylko  dla 
reklamy i ogarnął ją smutek. 

Przy  krawężniku  stała  czarna  limuzyna,  a  za  nią  czarny 

chevrolet.  W  otwartym  oknie  zauważyła  kamerę.  Bez 
wątpienia dziennikarze. Dobrze, że Kane ją uprzedził i że jest 
tak  wcześnie.  Miała  nadzieję,  że  sąsiedzi  jeszcze  śpią  i 
niczego  nie zauważą.  Jednak  nadzieja  szybko  się  rozwiała,  w 
oknie  domu  po  przeciwnej  stronie  ulicy  dostrzegła 
ciekawskich.  Po  prostu  cudownie,  pomyślała  zrezygnowana. 
Pospiesznie  wsunęła  się  do  wnętrza  samochodu  i  opadła  na 
miękkie,  skórzane  poduszki.  Obok  położyła  kwiaty.  Oparła 
się, starając się siedzieć prosto i nieruchomo. 

 - To po prostu śmieszne - mruknęła do siebie. 
Kane tymczasem podał szoferowi torbę Beth i usiadł obok. 
 - Co jest śmieszne? 
 - Wyrzucanie takich pieniędzy na samochód. Kane stłumił 

uśmiech. 

background image

 -  Odrobina  luksusu  to  nic  złego.  Oprócz  tego  będziemy 

mieli czas, żeby porozmawiać. 

 -  O  tak.  świetny  pomysł.  Gdybyśmy  jeszcze  mieli  choć 

jeden wspólny temat do rozmowy. 

 - Coś się znajdzie. 
Kane  rozprostował  nogi  i  wygodnie  rozłożył  ramiona. 

Domyślał  się,  że  Beth  należy  do  osób,  które  rano  są  nieco 
zirytowane.  Ciekawe,  co  mógłby  zrobić,  żeby  budziła  się  w 
lepszym  nastroju?  Dobrze  wiedział,  jaka  jest  odpowiedź.  A 
przecież  wcale  nie  miał  zamiaru  sprawdzać,  czy  udałoby  mu 
się poprawić jej humor. Tylko dlaczego ona działa na niego w 
ten sposób? Dlaczego miał ochotę całować ją przez najbliższe 
sto kilkadziesiąt kilometrów? 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 
 -  Nie  do  wiary,  że  zabieramy  limuzynę  do  Victorii  - 

oświadczyła  Beth,  wchodząc  na  pokład  pasażerski.  -  To  się 
nazywa konsumpcja na pokaz. 

Kane wzruszył ramionami. 
 - Tak się łatwiej podróżuje. Jeśli jednak wolisz, możemy 

tak  jak  inni  pasażerowie  podróżować  pieszo.  Po  prostu  nie 
skorzystamy z limuzyny. 

 -  Masz  na  myśli  spacer  z  naszymi  przyzwoitkami?  - 

Rzuciła  znaczące  spojrzenie  w  stronę  ekipy  filmowej, 
ciągnącej po stromych schodkach ciężki sprzęt. 

 -  Przecież  rozmawialiśmy  o  tym,  że  bez  fotografów  się 

nie obejdzie. 

 - Zupełnie jakbym miała cokolwiek do powiedzenia w tej 

sprawie. 

Roześmiał się. No tak, miała rację. Mogła zrezygnować z 

wyjazdu i z pieniędzy na działalność charytatywną, ale on by 
przecież  nie  ustąpił  tak  łatwo.  Szukałby  sposobu,  żeby 
zmieniła zdanie. Co innego kłopotliwy artykuł w gazecie, a co 
innego urażona duma i zagrożenie interesów brata. 

Przeszli na dziób i stanęli wśród pasażerów obserwujących 

z  przejęciem,  jak  prom  odbija  od  nabrzeża.  Nad  nimi  z 
krzykiem krążyły mewy, a fale stawały się coraz większe. 

Beth  oparła  się  o  barierkę,  w  zamyśleniu  obserwując 

horyzont. 

Zimny, 

poranny 

wiatr 

przepędził 

wkrótce 

pasażerów.  Zostali  we  dwoje,  nie  licząc  upartej  ekipy 
filmowej, która na szczęście ustawiła się w pewnej odległości. 
Wreszcie  mogli  swobodnie  rozmawiać,  bez  obawy,  że  każde 
słowo zostanie nagrane. 

 - Nie jest ci zimno? 
 - Nie, i nie musisz marznąć na pokładzie tylko dlatego, że 

ja tu zostałam - mruknęła. 

Kane oparł łokcie na barierce obok niej. 

background image

 - Nie marznę, ale moje ubranie jest cieplejsze. 
 -  Czyżby  z  moim  ubraniem  było  coś  nie  w  porządku?  - 

spytała Beth, zaczepnie unosząc głowę. 

 -  Nie.  Wyglądasz  doskonale  -  powiedział  nieco 

chrapliwym tonem. 

Pewnie to chłodny wiatr sprawił, że jej piersi tak wyraźnie 

rysowały  się  pod  cienką,  zieloną  bawełnianą  koszulką.  Białe 
szorty  podkreślały  kształtne  biodra  i  długie  nogi.  Nie 
wyróżniała  się  niczym  specjalnym,  a  jednak  miała  w  sobie 
jakąś  niewymuszoną  elegancję,  coś,  czego  Kane  dotychczas 
nie dostrzegał u kobiet, 

 -  Wytłumacz  mi  -  zaczął,  odwracając  wzrok  w  kierunku 

niebieskozielonych  fal  -  co  jest  takiego  strasznego  w  tym,  że 
razem jedziemy na randkę. 

 - Mówiłam ci już, to nie jest... 
 -  Randka  -  dokończył  za  nią.  -  Wiem.  Nieważne,  jak 

nazwiesz ten wyjazd, ale ciągle jesteś na „nie". 

Beth potarła kark i ramiona, jakby wreszcie poczuła chłód. 
 - Mam ustabilizowane życie i nie brakuje mi do szczęścia 

konkursów ani randek z bajki. 

Ciekawe.  Kane  podejrzewał,  że  nie  była  całkiem  szczera 

ani w stosunku do niego, ani do siebie. Ludzie zwykle marzą o 
czymś więcej, niż już osiągnęli, nawet jeśli nie bardzo wiedzą, 
na czym to „coś" ma polegać. 

 - Jesteś szczęśliwa? 
Opierając  wyzywająco  ręce  na  biodrach,  rzuciła  mu 

wrogie spojrzenie. 

 - Nie twoja sprawa. 
 - Ciszej. - Położył jej palec na ustach i wskazał w stronę 

reporterów. - Nie powinni widzieć, że się kłócimy. Nie będzie 
to dobra reklama dla mojego brata. 

background image

 -  Mhm.  -  Odchyliła  głowę  do  tyłu,  przywołując  na  usta 

słodki,  sztuczny  uśmiech.  -  A  czy  to  będzie  dobra  reklama, 
jeśli ugryzę cię w palec? 

Kane  wybuchnął  śmiechem.  Beth  była  bystra  i  zuchwała 

zupełnie  jak  jedna  z  jego  sióstr.  Gdyby  tak  mogło  pozostać, 
gdyby  mógł  myśleć  o  niej  jak  o  młodszej  siostrze.  Żadnych 
zdrożnych  myśli,  po  prostu  miła  dziewczyna.  Jednak  zbyt 
długo  żył  w  celibacie.  Ostatnio  całkowicie  pogrążył  się  w 
pracy  i  zaniedbał  życie  towarzyskie.  Miał  już  dość  kobiet 
kręcących  się  wokół  w  nadziei,  że  uzna  którąś  z  nich  za 
doskonałą  kandydatkę  na  żonę  miliardera.  A  przecież 
pieniądze  nie  są  celem,  tylko  środkiem,  dzięki  nim  mógł 
zadbać o rodzinę. Jednak te kobiety o tym nie wiedziały. 

Ciągłe  nic  mógł  zapomnieć,  jak  czuł  się  mając 

dziewiętnaście lat, gdy wydawało mu się, że cały świat należy 
do niego. 

I nagle wszystko się zawaliło. Pamiętał ból i cierpienie po 

ś

mierci ojca, a także wszechogarniający lęk, gdy spoglądał na 

matkę  i  rodzeństwo,  zastanawiając  się,  co  przyniesie 
najbliższa przyszłość. 

Nisko  nad  nimi  przeleciała  mewa,  krążyła  przez  chwilę, 

nim odleciała z krzykiem. 

 - Powiedziała, że jesteśmy zwariowani - szepnął Kane. 
 -  Czy  dlatego,  że  jedziemy  do  Victorii,  czy  że  jedziemy 

razem? 

 - Nigdy się nie poddajesz, prawda? Nie miałaś ochoty na 

wyjazd,  więc  teraz  nie  może  być  przyjemnie.  Spróbujmy 
chociaż  udawać,  że  się  zaprzyjaźniliśmy.  Chyba  nie  proszę  o 
zbyt wiele? 

Westchnęła  i  odgarnęła  z  twarzy  włosy  rozwiane  przez 

wiatr. 

background image

 -  Po  prostu  niezręcznie  się  czuję.  Chodzenie  na  randki 

nigdy  nie  było  moim  ulubionym  zajęciem,  a  od  wypadku 
Curta - wzruszyła ramionami - nie miałam na to ochoty. 

Curt,  narzeczony,  który  zginął  w  czasie  górskiej 

wspinaczki,  a  właściwie  podczas  ratowania  komuś  życia. 
Kane czuł przygnębiający kontrast między sobą i tym drugim. 
Tak  niewielu  jest  na  świecie  bohaterów,  a  właśnie  Beth 
musiała  być  zaręczona  z  jednym  z  nich.  Spojrzał  na  nią, 
starając  się  odgadnąć,  jak  wielki  ból  wywołało  to 
wspomnienie. 

 - Jak dawno temu to się stało? 
 -  Niecałe  pięć  lat.  -  Spojrzała  gdzieś  w  przestrzeń.  -  To 

nie  jest  tak,  że  moje  życie  zatrzymało  się  w  tym  momencie. 
Tęsknię za nim, ale kochał mnie i na pewno nie chciałby, bym 
przestała normalnie żyć tylko dlatego, że go tu nie ma. 

 -  Jednak  uważasz,  że  już  się  nie  zakochasz,  że  nigdy  nie 

wyjdziesz  za  mąż.  -  Kane  uniósł  brwi  -  Myślę,  że  nie  masz 
racji. 

Gwałtownym  ruchem  odwróciła  się  w  stronę  morza. 

Widział tylko jej profil. 

 - Ciekawa opinia jak na człowieka, który oficjalnie mówi 

dziennikarzom,  że  nie  zamierza  się  żenić  -  powiedziała, 
powoli cedząc słowa. 

Ś

miech Kane'a zaskoczył Beth. 

 - Co cię tak rozśmieszyło? 
 - Pomyślałem o nas, o dwojgu zagorzałych przeciwnikach 

małżeństwa  zmuszonych  do  wspólnej  podróży.  Czy  to  nie 
doskonały  układ?  Możemy  trochę  pozwiedzać,  zjeść  dobrą 
kolację, miło spędzić czas bez zbędnych nadziei i oczekiwań. 
W związku z tym na pewno się ucieszysz, że zmieniłem naszą 
rezerwację 

hotelu 

„Empress" 

„romantycznego 

apartamentu na poddaszu" na zwykły apartament. 

 - Co za ulga - powiedziała nie całkiem szczerze. 

background image

Emily  opowiadała  jej  o  tym  hotelu;  zatrzymała  się  tam 

kiedyś z mężem. Beth nagle poczuła żal, że nie zobaczy tego 
niezwykłego 

apartamentu. 

Według 

Emily 

określenie 

„romantyczne" nie oddawało wszystkiego. Pokoje ponoć były 
niezwykłe  piękne,  umeblowane  antykami,  stały  tam  nawet 
łóżka  Z  baldachimami.  Beth  nigdy  nie  spała  w  takim  łóżku  i 
mogłoby  to  być  przyjemne.  Chociaż  może  bardziej 
odpowiednie na miesiąc miodowy albo rocznice ślubu. To jej 
jednak nie groziło. 

 - Wszystko sobie wyjaśniliśmy? - upewnił się Kane. 
 - 

Jasne. 

Przepraszam, 

chyba 

byłam 

trochę 

przewrażliwiona.  Po  prostu  wszyscy  ostatnio  tylko  o  tym  ze 
mną chcieli rozmawiać. O romantycznej randce z tobą. Teraz 
widzę, że nie ma w tym absolutnie nic romantycznego. Jak się 
nad tym dobrze zastanowić, to co może być romantycznego w 
wyjeździe z kimś zupełnie obcym? 

Kane roześmiał się. 
 - Co chcesz przez to powiedzieć? 
 - Widzisz, zazwyczaj ludzie są sobie obcy, dopóki się nie 

poznają. I w tym celu właśnie idą na randkę. 

Wyraźnie zakłopotana Beth aż zmarszczyła nos. 
 - Dobrze wiesz, co mam na myśli. 
 - Czyżby? 
 - Myślę o randce dwóch osób, które wcześniej nie zdążyły 

się poznać i wzajemnie się nie pociągają - powiedziała bardzo 
poważnie. 

 -  Aha.  -  Kane  przysunął  się  bliżej,  dotykając  jej 

ramieniem. - Więc nie jesteśmy dla siebie atrakcyjni? 

 - Oczywiście, że nie. 
 - Jestem mężczyzną, a ty kobietą. To chyba nie najgorszy 

początek. 

 -  Shannon  miała  rację  -  powiedziała.  -  Potrafisz  być 

męczący. 

background image

 -  To  tylko  takie  gadanie  młodszej  siostry.  Wiesz,  jak  to 

bywa w rodzinie. 

 -  Chyba  nie  wiem.  Widzisz,  wychowywałam  się  w 

rodzinach  zastępczych.  O  ile  mi  wiadomo,  nie  mam  żadnych 
krewnych, nikogo. 

Jej  głos  wyraźnie  świadczył  o  tym,  że  nie  najlepiej 

wspominała  dzieciństwo.  Trudno  mu  było  wyobrazić  sobie 
zupełny  brak  krewnych.  Śmierć  ojca  była  dla  niego  wielką 
stratą, ale przynajmniej nie został sam. 

 -  Więc  dlatego  ten  ośrodek  pomocy  rodzinie  jest  dla 

ciebie  tak  ważny?  -  spytał  cicho.  -  Czasem  myślę,  że  ludzie 
pozbawieni rodziny, doceniają ją bardziej niż inni. 

Beth  owinęła  kosmyk  włosów  wokół  palca  i  wzruszyła 

ramionami. 

 -  Lubię  się  angażować,  ale  nie  jestem  żadną  działaczką. 

Nie ma nic złego w tym, że próbuję pomagać. 

 -  Masz  rację.  -  Kane  odetchnął  głęboko.  Zagłębili  się  w 

osobiste  tematy  o  wiele  bardziej,  niż  zamierzał.  -  Może 
tymczasem  miałabyś  ochotę  na  filiżankę  gorącej  kawy?  Na 
pewno  uda  mi  się  namówić  kogoś  z  ekipy,  żeby  nam 
przyniósł. 

 -  Nie  wątpię  -  odpowiedziała  oschłym  tonem  -  ale  lepiej 

będzie, jeśli sami po nią pójdziemy i oszczędzimy wszystkim 
kłopotu. 

Pod pokładem było ciepło i gwarno, dzieci biegały, dorośli 

prowadzili  głośne  rozmowy,  przekrzykując  hałas  silników. 
Kane włożył okulary przeciwsłoneczne, żeby trudniej go było 
rozpoznać.  Zamówili  kawę  i  słodkie  bułeczki.  Udało  im  się 
nawet  znaleźć  wolny  stolik.  Niestety  kawa  okazała  się 
paskudna 

 - Przepraszam, że byłam taka rozdrażniona - powiedziała 

Beth, patrząc mu w oczy. - Po prostu nie lubię rano wstawać. 

 - Domyśliłem się. 

background image

 - A ty zawsze wcześnie wstajesz? 
 - Mhm - odpowiedział Kane, odsuwając na bok filiżankę. 

- Zwykle przed piątą. Potem poranny trening, i jadę do pracy 
na siódmą. 

Beth wzdrygnęła się z niesmakiem. 
 -  O  piątej  rano?  -  upewniła  się  takim  tonem,  jakby 

chodziło  o  środek  nocy.  -  Ja  ubóstwiam  długo  spać.  To 
prawdziwy luksus zostać dłużej w łóżku, szczególnie gdy jest 
zimno lub pada deszcz. 

Kane  zauważył,  że  stara  się  rozmawiać  z  nim  jak  z  kimś 

obcym,  bez  najmniejszego  osobistego  zaangażowania. 
Podejrzewał  jednak,  że  Beth  -  chociaż  starała  się  tego  nie 
okazać  -  tak  naprawdę  nie  traktowała  go  całkiem  obojętnie. 
On niestety nie potrafił zapanować nad emocjami. Gdyby nie 
to,  że  jest  znacznie  od  niego  młodsza  i  do  tego  po  takich 
przejściach, mogliby przeżyć zmysłowy romans, jak mu się to 
dawniej zdarzało. 

 - Lubisz deszczowe dni? 
 - Lubię słuchać deszczu - roześmiała się. - Tak naprawdę 

nie  jestem  zbyt  skomplikowana.  Najbardziej  lubię  proste 
rozrywki, czytanie, górskie wspinaczki, pracę w ogrodzie. 

Kane'owi,  który  od  dawna  nie  zajmował  się  takimi 

sprawami,  nagle  wydały  mu  się  one  bardzo  pociągające.  Na 
wspinaczkę  czy  ogród  nie  miał  czasu,  a  czytał  tylko  analizy, 
sprawozdania  i  dziesiątki  notatek.  Słuchając  Beth,  wyobraził 
sobie  wspólny,  spokojny  poranek  w  łóżku,  niespieszny  seks  i 
czas  na  zastanowienie.  Zaskakujące  myśli,  jak  na  człowieka, 
który dotychczas pracował czternaście godzin na dobę. 

 -  Próbowałeś  się  kiedyś  zdrzemnąć  w  ciągu  dnia?  Kane 

wyczuł,  że  chciała  powiedzieć  coś  więcej,  może  nawet 
zasugerować, że powinien zwolnić tempo życia. 

 -  Nigdy  -  odpowiedział  szybko.  -  Chyba  zbyt  się 

przejmuję obowiązkami. 

background image

 -  Niedobrze  -  stwierdziła.  Upiła  łyk  kawy  i  spojrzała  na 

niego podejrzliwie. - Ale jutro nie musimy chyba tak wcześnie 
wstać? 

 - Nie, możesz spać tak długo, jak zechcesz. Odetchnęła z 

wyraźną ulgą. 

 -  Cieszę  się.  Nie  wyobrażam  sobie  wstawania  o  piątej 

dwa dni z rzędu. 

 -  Mogłabyś,  gdybyś  tylko  chciała.  Wszystko  zależy  od 

twojego  nastawienia  -  powiedział  Kane.  -  Moja  mama  mówi, 
ż

e nawet jeśli ma się żelazne zasady, trzeba je czasem nagiąć. 

 - Czy to irlandzkie powiedzenie? 
 - Istotnie mama stamtąd pochodzi - przyznał. Jego matka 

nie miała łatwego życia, wiele wycierpiała, dlatego starał się, 
ż

eby teraz miała pełny komfort. Ale ona zgadzała się tylko na 

znikomą część tego, co gotów był jej ofiarować. 

 - Byłeś kiedyś w Irlandii? Pokręcił głowa. 
 - Shannon jeździ z mamą co roku. Ja nigdy nie miałem na 

to czasu. Może kiedyś. 

Beth  zmarszczyła  czoło.  Dokończyła  słodką  bułeczkę, 

złożyła  papierowe  opakowanie,  starannie  wytarła  ze  stołu 
kropelkę  kawy.  Patrząc  na  to,  Kane  przypomniał  sobie 
porządek w jej domu. 

 -  Nie  rozumiem  -  powiedziała  w  końcu.  -  Masz  tyle 

pieniędzy, setki pracowników, którzy dbają o twoje sprawy, i 
nie możesz znaleźć czasu na podróże? 

 - Jestem zajęty zarabianiem pieniędzy. Uniosła brwi. 
 - Świetnie. Kiedy stwierdzisz, że ci już wystarczy? Kane 

nie miał wątpliwości, że jej zdziwienie jest szczere. 

W  pierwszej chwili  nie  wiedział, co  odpowiedzieć.  Nagle 

uświadomił  sobie,  że  zgromadził  już  więcej,  niż  byłby  w 
stanie  wydać,  a  mimo  to  nie  przestawał  zarabiać.  Dlaczego? 
W  którym  momencie  powinien  uznać,  że  zapewnił  wreszcie 
całej  rodzinie  bezpieczną  przyszłość?  Beth  nie  była  pierwszą 

background image

osobą,  która  pytała,  ile  pieniędzy  mu  wystarczy,  dlaczego 
więc dopiero teraz poważnie zastanowił się nad tym? 

 -  Nie...  nie  zależy  mi  tylko  na  pieniądzach  -  próbował 

wyjaśnić.  -  Stworzyłem  firmę  i  nie  zostawię  jej  tylko  po  to, 
ż

eby się bawić. Nie mogę pozwolić, by ludzie stracili pracę. 

Ostatni  argument  nawet  dla  niego  nie  brzmiał  zbyt 

przekonująco. 

 -  Czy  wyjazd  na  urlop  oznacza  dla  ciebie  wyłącznie 

porzucenie pracy? 

 -  Któregoś  dnia  wyjadę  -  powiedział  tonem,  który 

oznaczał,  że  sprawa  jest  zamknięta.  Jego  pracownicy  dobrze 
wiedzieli, że w takich chwilach nie ma co wdawać się z nim w 
dyskusję. 

 - Uważaj, bo możesz nie zdążyć, jeśli najpierw dopadnie 

cię  wylew  lub  zawal  -  mruknęła.  -  I  na  co  ci  się  przyda  fura 
dolarów, jeśli wylądujesz na cmentarzu? 

Beth nie była jego pracownicą i najwyraźniej nie przejęła 

się groźnym tonem. 

W  tej  samej  chwili  przez  megafon  rozległ  się  komunikat 

wzywający  pasażerów  do  powrotu  do  samochodów. 
Dopływali do portu. 

 -  Panie  O'Rourke  -  podszedł  do  nich  jeden  z  członków 

ekipy filmowej. - Czas zejść do samochodu. 

 -  Idźcie  pierwsi.  Zejdziemy  za  kilka  minut,  chyba  że 

zdecydujemy się opuścić prom na piechotę. 

 -  Ależ,  panie  O'Rourke,  mamy  filmować  całą  randkę  - 

zaprotestował. 

Kane  miał  już  dość  opieki  ekipy,  wiedział  też,  że  i  Beth 

nie była tym zachwycona, 

 - Powiedziałem, że macie iść przodem - powiedział ostro. 

- Nie musicie fotografować nas, gdy idziemy po schodach lub 
rozmawiamy z celnikiem. 

background image

Zaskoczeni  filmowcy  odsunęli  się  na  tyle,  że  mógł 

swobodnie rozmawiać z Beth. Ale spokój nie trwał długo. 

 -  O  Boże  -  rozległ  się  głos  jakiejś  kobiety.  –  Poznałam 

ich,  to  miliarder  i  jego  dziewczyna.  Nie  chciała  jechać,  a 
jednak ją namówił! 

Do  diabła.  Zaczęły  błyskać  flesze,  ludzie  przepychali  się, 

prosząc  o  autograf.  Nikt  już  nie  zwracał  uwagi  na  drugi 
komunikat  wzywający  pasażerów  do  samochodów.  Beth  z 
przyklejonym  do  twarzy  uśmiechem  podpisywała  kolejne 
kartki,  myśląc tylko  o  tym, że Patrick  nieźle  musiał  zadbać  o 
reklamę  ich  weekendu  w  Victorii.  Wyglądało  na  to,  że 
wszyscy  już  o  nich  wiedzą.  A  najbardziej  intrygowało  ludzi, 
ż

e Beth początkowo odmówiła. Jak widać dzięki temu Patrick 

zyskał dodatkową, darmową reklamę. 

 -  Dlaczego  nie  chciałaś  jechać?  -  wypytywała  kobieta, 

która  ich  rozpoznała.  -  Jest  wspaniały  i  bogaty.  Jak  mogłaś 
odmówić? 

Beth  przełknęła  ślinę  i  wzięła  głęboki  oddech.  Z  natury 

była  osobą  spokojną  i  życzliwą  ludziom,  ale  zupełnie  nic 
bawiło jej takie zainteresowanie. 

 -  Sąsiadka  zgłosiła  mnie  do  tego  konkursu,  więc  nie 

przyszło  mi  do  głowy,  że  należy  mi  się  jakaś  nagroda.  -  Nie 
była to do końca prawda, ale nikt nie musiał wiedzieć. 

Tymczasem  rozległy  się  głosy,  że  pewnie  przewróciło  jej 

się w głowie, jeśli nie chciała takiej nagrody. Beth zerknęła na 
Kane'a.  Ciekawe,  jak  się  czuł  jako  „nagroda".  Dopiero  teraz 
zdała  sobie  sprawę,  że  jej  publiczna  odmowa  musiała  go 
bardzo upokorzyć. Ku jej zaskoczeniu Kane wcale jednak nie 
wydawał  się  urażony  zachowaniem  tłumu.  Był  raczej 
sfrustrowany. 

 -  Panie  i  panowie,  proszę  pozwolić  przejść  -  powiedział 

oficer,  który  pojawił  się  nie  wiadomo  skąd  z  dwoma 
marynarzami. - Panie O'Rourke, proszę za mną. Pani również. 

background image

Najlepiej  będzie,  jeśli  zejdą  państwo  na  brzeg  w  pierwszej 
kolejności. 

Przepychanie się przez tłum nie było zbyt zabawne. Kane 

objął Beth jedną ręką i przycisnął ją do swego boku. Zadrżała. 

 - Nie przejmuj się - szepnął. - Przywykniesz. 
 - Do czego? - Jej głos zabrzmiał niepewnie. 
 - Do zainteresowania twoją osobą. Na szczęście to szybko 

zazwyczaj mija. Będzie spokój, gdy tylko zejdziemy ze statku. 

Jego słowa zabrzmiały tak, jakby od tej chwili już zawsze 

musiała  pozwalać  obcym  robić  sobie  zdjęcia,  a  przynajmniej 
jakby jej zależało na popularności. 

Prom  zacumował.  Marynarze  zablokowali  wyjście, 

przepuścili ich, zatrzymując pozostałych pasażerów. 

 -  A  gdzie  są  reporterzy  i  szofer?  -  spytała  Beth,  gdy 

zbliżali się do kontroli celnej. 

 -  Nic  mnie  to  nie  obchodzi  -  mruknął.  -  Może  bez  nich 

będziemy mieć chwilę spokoju. Znajdą nas w hotelu szybciej, 
niż myślisz. 

Celnik  zajął  im  tylko  kilka  minut.  Gdy  opuścili  budynek. 

Beth  głęboko  odetchnęła  świeżym  powietrzem  i  z  radością 
rozejrzała się wokół. Minęło kilka lat od jej ostatniego pobytu 
w  Victorii,  którą  miejscowi  ludzie  nazywali  „bardziej 
angielską  niż  Anglia".  Miasto  było  piękne  -  od  wielkich 
budynków  parlamentu,  przez  doki  aż  po  kosze  kwitnących 
kwiatów zawieszone na żeliwnych latarniach ulicznych. 

 -  Chodźmy  stąd.  Może  nas  nie  zauważą  -  zaproponował 

Kane. - Im dłużej będziemy bez nich, tym lepiej. 

Beth  skinęła  głową.  Pospiesznie  zeszli  na  przystań.  Za 

sobą usłyszeli gwizdy i okrzyki. Pasażerowie promu nadal ich 
obserwowali.  Mimo  że  odległość  była  spora,  nie  stracili 
zainteresowania i ciągle robili zdjęcia. 

background image

 -  Krępuje  mnie  takie  specjalne  traktowanie  -  stwierdziła 

Beth, zagryzając wargę. - Może ty się już przyzwyczaiłeś, ale 
ja nie. Powinniśmy poczekać i zejść z promu ze wszystkimi. 

 -  To  nie  było  specjalne  traktowanie,  raczej  środki 

bezpieczeństwa  -  odpowiedział  Kane.  -  Ale  masz  rację, 
moglibyśmy  im  to  jakoś  zrekompensować.  Dać  skromną 
nagrodę - dodał z szatańskim uśmiechem. 

 - Jaką nagrodę? 
 - Na przykład taką - odpowiedział, obejmując ją w pasie. 
Obrócił  ja  i  spojrzał  w  oczy.  Kiedy  poczuł  jej 

przyspieszony oddech, upewnił się, że Beth Cox na pewno nie 
była tak obojętna, jak udawała. 

 -  Myślę,  że  mały  pocałunek  byłby  wspaniałą  nagrodą. 

Będą przekonani, że zaczyna nas łączyć prawdziwe uczucie. 

Nerwowo zwilżyła wargi końcem języka. 
 - To miałoby być dla nich takie ekscytujące? 
 - Zależy, czy i ty mnie pocałujesz. 
 -  Nie  sądzisz,  że  spoliczkowanie  też  może  zrobić 

wrażenie?  Zawahał  się.  Najchętniej  przyznałby,  że  wolałby 
pocałunek,  ale  to  mogłoby  się  źle  skończyć.  Zadał  sobie 
przecież  wiele  trudu,  by  przekonać  Beth,  że  ich  wyjazd  nie 
jest  żadną  prawdziwą  randką.  Tyle  że  czuł  się  jak  nastolatek 
na randce, i to z dziewczyną, po której nie wiadomo czego się 
spodziewać.  Do  tej  pory  zazwyczaj  spotkania  z  kobietami 
okazywały  się  śmiertelnie  nudne,  a  przecież  zawsze  umawiał 
się  w  najdroższej  restauracji  w  Seattle.  Po  raz  pierwszy  od 
niepamiętnych czasów dobrze się bawił. 

 - Beth, zróbmy małe przedstawienie. 
Z psotnym uśmiechem objęła go za szyję. 
 - Tak dobrze? 
 -  Świetnie  -  odpowiedział  ochrypłym  głosem.  Ciśnienie 

pewnie  mu  podskoczyło  jak  diabli.  Nie  sadził.  że  jeszcze 
potrafi tak reagować. Dotknął wargami jej ust i poczuł zapach 

background image

kawy.  Najchętniej  objąłby  ją  mocniej,  ale  byli  w  końcu  w 
publicznym miejscu. Przez kilka sekund nie odrywał warg od 
jej ust, wreszcie uniósł głowę. 

 -  To...  było  interesujące  -  stwierdziła  Beth  z 

nieodgadniona miną. 

 -  Czyli  dobrze  się  stało,  że  nie  zdecydowałaś  się  mnie 

spoliczkować? 

Uśmiechnęła się tajemniczo. 
 - Jeszcze nie wiem. 
 - Ale powiesz mi, gdy już będziesz wiedzieć? 
 - Panie O'Rourke, proszę się nie martwić. Na pewno pan 

pierwszy się dowie. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 
 - Co mamy dalej w planach? - spytała Beth. Nadal lekko 

się obejmowali. 

 - Powiedziałaś, co chciałabyś robić, wiec zaplanowaliśmy 

wycieczkę  do  ogrodów  Butchart  -  odpowiedział,  niechętnie 
puszczając  jej  ramię.  -  Potem  wrócimy  na  podwieczorek  do 
hotelu „Empress". Lunch zjemy gdzieś po drodze. 

 -  Dużo  przyjemniej  byłoby  pozwiedzać  na  własną  rękę  - 

stwierdziła Beth. 

Kane uśmiechnął się. 
 - Myślisz o tym, żeby uciec reporterom i mieć prawdziwą 

randkę? 

Obawiał  się,  że  słysząc  słowa  „prawdziwa  randka",  Beth 

znów zrobi aferę. 

 - Musimy zaczekać na limuzynę - dodał szybko. 
 - Komu ona potrzebna? - Złapała go za rękę i pociągnęła 

w stronę przystani. - Kupmy bilety na autobusową wycieczkę 
po  mieście.  Zobaczymy  zamek  Craigdarroch  i  mnóstwo 
innych ciekawych miejsc na wybrzeżu. 

 - Nie słyszałem o tym zamku. 
 - To elegancki, stary budynek. 
W  Seattle  było  wiele  starych  budynków,  tyle  że  Kane 

nigdy  specjalnie  nie  interesował  się  zabytkami.  Pozwolił 
jednak, żeby Beth go prowadziła. 

 - Dlaczego nazywają go zamkiem? 
 -  Nie  wiem.  Może  dlatego,  że  jest  tam  mnóstwo  pokoi  i 

wieżyczek. 

Wytłumaczenie  było  proste,  natomiast  zupełnie  nie 

potrafił  zrozumieć,  dlaczego  nadal  myślał  o  pocałunku.  To 
było  jednak  silniejsze  od  niego.  Może  dlatego,  że  przy  Beth 
czul się o wiele młodszy. Po raz pierwszy od śmierci ojca. 

Czekali  na  światłach,  żeby  przejść  na  drugą  stronę 

ruchliwego skrzyżowania w pobliżu hotelu „Empress". Trzeba 

background image

przyznać,  że  imponujący  budynek  wyglądał  jak  potężny 
wartownik  strzegący  portu.  Całe  zresztą  miasto  wyglądało 
niezwykle  malowniczo  z  domkami  przypominającymi 
lukrowane  ciasteczka,  z  wiszącymi  koszami  kwiatów  i 
kolorowo  ubranymi  turystami.  Nagle  dostrzegł  ekipę 
reporterów  zdążających  w  ich  kierunku,  a  za  nimi  limuzynę. 
Bez  słowa  chwycił  Beth  za  rękę  i  pociągnął  ją  w  boczną 
uliczkę. 

 - Autobusy odjeżdżają sprzed hotelu - zaprotestowała. 
 - Tak, ale grozi nam nieproszone towarzystwo. 
Beth spojrzała przez tłum turystów i spostrzegła limuzynę. 

Za  nią  jechał  czarny  chevrolet,  z  którego  wychylił  się  do 
połowy  jeden  z  reporterów,  nerwowo  przyglądając  się 
tłumowi. Na szczęście spoglądał w kierunku hotelu. 

Chichocząc, pobiegli przed siebie i ukryli się za kamienną 

wieżą dzwonnicy. Kane oparł się jedną ręką o ścianę. Na jego 
twarzy pojawił się szeroki uśmiech. 

 -  Tu  jest  jakieś  muzeum  -  powiedziała  Beth,  łapiąc 

oddech. - Moglibyśmy zajrzeć. 

 -  Myślałem,  że  wybieramy  się  do  zamku.  Nie  musimy 

jechać  autobusem,  możemy  przecież  wziąć  taksówkę.  Potem 
zaplanujemy resztę dnia. 

Beth  pokręciła  głową  z  politowaniem.  Nic  znała  zbyt 

dobrze  Kane'a O'Rourke'a,  ale nie  miała  wątpliwości,  że  jego 
ż

ycie  zawsze  jest  dokładne,  ze  wszystkimi  szczegółami 

zaplanowane. 

 -  Niczego  nie  musimy  planować.  Jesteśmy  przed 

wspaniałym muzeum, wiec po prostu wejdźmy do środka. 

I nie czekając na zgodę, ruszyła w kierunku wejścia. Kant 

bez  słowa  podążył  za  nią.  Może  i  brakowało  mu 
spontaniczności,  ale  był  dżentelmenem.  Musiała  przyznać,  że 
nie znała dotąd mężczyzn, dla których dobre maniery były tak 
oczywiste jak oddychanie. 

background image

Kane  kupił  bilety  i  wjechali  windą  na  jedno  z  wyższych 

pięter.  Beth  nie  była  wprawdzie  w  Victorii  całe  lata,  ale 
dobrze  pamiętała  Królewskie  Muzeum  Kolumbii  Brytyjskiej. 
Najpierw  zaprowadziła  więc  Kane'a  do  swojej  ulubionej 
ekspozycji.  Było  to  zrekonstruowane  miasteczko,  łącznie  ze 
stacją kolejową i kinem wyświetlającym nieme filmy. 

 -  Przyznasz,  że  świetnie  zrobione  -  szepnęła,  stojąc  na 

peronie  z  zamkniętymi  oczami.  Podłoga  drżała  pod  jej 
stopami,  jakby  właśnie  przejeżdżał  pociąg.  Słychać  było 
gwizd lokomotywy. 

Kane  spojrzał  na  Beth.  Jej  wyraz  twarzy  zaintrygował  go 

bardziej,  niż  którykolwiek  z  muzealnych  eksponatów. 
Wyglądała,  jakby  cofnęła  się  do  dawnych  czasów.  Ciekawe, 
czy  pocałunek  przywróciłby  ją  do  rzeczywistości.  Po  raz 
kolejny powtórzył sobie, że nie są na randce i nie powinien jej 
całować. Nie byli parą i nigdy nie będą razem. 

Usiedli  w  nastrojowo  przyciemnionej  sali,  w  której 

wystawione  były  plemienne  maski.  Z  głośników  dobiegała 
indiańska  muzyka,  a  głos  lektora  opowiadał  legendy 
pierwotnych  mieszkańców  Ameryki.  Gdy  Beth  zaczęła  się 
wiercić  na  niewygodnym  krześle,  Kane  przyciągnął  fotel  z 
holu, usiadł i wziął ją po prostu na kolana. W pierwszej chwili 
zesztywniała, potem jednak wygodnie oparła się o jego pierś. 
Znalazła  się  zbyt  blisko,  żeby  mógł  się  powstrzymać.  Nie 
namyślając  się  ani  chwili,  pocałował  ją  w  kark.  Poczuł 
delikatny zapach jej skóry. 

 - Kane... nie. 
Na tle muzyki i głosu lektora nieśmiały sprzeciw Beth był 

ledwo słyszalny. 

 - Chcę tylko, żeby było ci wygodnie - szepnął jej do ucha. 
Czuł  narastające  z  każdą  sekundą  pożądanie,  a 

jednocześnie  zdawał  sobie  sprawę,  że  nie  może  pozwolić 

background image

sobie  na  romans,  mając  reporterów  na  karku.  Poza  tym  Beth 
nie była kobietą, dla której reputacja to sprawa bez znaczenia. 

Zwiedzający  wchodzili  i  wychodzili,  nie  zwracając  na 

nich  uwagi.  Siedzieli  więc,  słuchając  kolejnych  opowieści, 
dopóki  nie  zjawiła  się  grupa  rozgadanych  uczniów, 
zanudzających  nauczycieli  pytaniami.  Beth  wyśliznęła  się  z 
jego  objęć  i  ruszyli  do  działu  poświęconego  ewolucji 
człowieka.  Minęło  jeszcze  sporo  czasu,  nim  narastający  głód 
zmusił ich do opuszczenia muzeum. 

 -  Jestem  pewien,  że  w  hotelu  „Empress"  musi  być  jakaś 

restauracja  -  oznajmił  Kane,  gdy  wyszli  z  budynku  na 
oświetloną słońcem ulicę. 

 -  Pewnie  tak,  ale  równie  dobrze  możemy  sobie  kupić  po 

hot  dogu.  Będzie  więcej  czasu  na  zwiedzanie  -  powiedziała 
zdecydowanie. 

 -  Nie  masz  ochoty  na  elegancki  lunch?  -  spyta! 

zdziwiony. Kobiety, z którymi dotąd się spotykał, z pewnością 
wolałyby  jakieś  wykwintne  danie  serwowane  do  tego  na 
delikatnej porcelanie przez eleganckiego kelnera. 

 - Hot dogi też są dobre. 
 - Pewnie tak - zgodził się bez przekonania. 
Beth uśmiechnęła się, choć w głębi duszy uważała, że nie 

ma  powodów  do  zadowolenia.  Nie  powinna  całować  się  z 
Kane'em  ani  rozmawiać  z  nim  na  tematy  osobiste.  Chyba 
opuścił  ją  zdrowy  rozsądek.  Kane  O'Rourke  jest  zbyt 
czarujący  i  troskliwy,  jeśli  nie  będzie  ostrożna,  może  się  w 
nim zakochać. Na samą myśl o tym przeszedł ją dreszcz. Nie 
chciała  miłości.  To  uczucie  zbyt  mocno  kojarzyło  się  jej  z 
cierpieniem. Poza tym nie byli dla siebie. Co mogło połączyć 
ją, samotną, skromną dziewczynę i niewyobrażalnie bogatego, 
otoczonego kochającą rodziną Kane'a? Doszła do wniosku, że 
pomysł  z  pospiesznym  zjedzeniem  hot  dogów  chyba 
rzeczywiście  nie  był  najlepszy.  W  biurze  może  i  wystarczały 

background image

mu  gotowe  kanapki,  ale  teraz  pewnie  miał  ochotę  na  coś 
bardziej wyrafinowanego. 

 -  Dobrze,  chodźmy  do  hotelu,  jeśli  ci  na  tym  zależy  - 

zaproponowała, a Kane skinął głową. 

Było  jej  łatwiej  myśleć  o  nim  jako  o  zepsutym  bogaczu, 

który nie ma pojęcia, jak żyją zwykli ludzie. 

Gdy  tylko  Beth zaproponowała  lunch  w  restauracji,  Kane 

zaczął  żałować,  że  nie  zdecydował  się  jednak  na  hot  doga. 
Przedtem była radosna i roześmiana, teraz nagle jej twarz stała 
się

 

poważna i smutna. Kane odchrząknął i zaczął mówić: 

 -  Jeden  z  moich  pracowników  przyjechał  tu  wcześniej  i 

zameldował  nas  w  hotelu.  Dostarczył  też  nasze  klucze.  Może 
obejrzymy pokoje, a potem zdecydujemy, co dalej? 

 - W porządku. 
 - Coś nie tak? 
 - Przecież mówię, że wszystko w porządku. 
Zmusiła  się  do uśmiechu.  Kane  zacisnął  zęby. Ta  kobieta 

była  niemożliwa,  ale  to  nie  zmieniało  faktu,  że  pragnął  jej 
coraz  bardziej.  Wiele  by  dał,  żeby  znów  była  taka  jak 
przedtem i żeby jej uśmiech był szczery. 

Lubił wyzwania. Może więc powinien tak to potraktować? 

Podświadomie zdawał sobie sprawę, że jego rozumowanie nie 
do  końca  jest  logiczne,  ale  najwyraźniej  o  Beth  Cox  nie 
potrafił  myśleć  rozsądnie.  Czuł  się  przy  niej  równie  pewnie, 
jak rozbitek bez łodzi ratunkowej. 

Kiedy  Beth  poszła  obejrzeć  swój  pokój,  przeprowadził 

kilka rozmów telefonicznych, zamówił lunch do pokoju... oraz 
kilka  specjalnych,  dodatkowych  usług.  Zaprosił  ją,  gdy 
wszystko  było  gotowe.  Beth  weszła,  rozejrzała  się  dookoła  i 
wybuchnęła śmiechem. 

Pokój  został  pospiesznie  ozdobiony  paprociami  i 

kwiatami, a na miękkim dywanie rozłożono obrus w czerwoną 
kratę.  Wielka  plastikowa  mrówka  zaglądała  do  koszyka 

background image

pełnego  hot  dogów.  Obok,  z  poważną  miną  stał  kelner  z 
serwetką  na  przedramieniu,  trzymając  w  ręku  butelkę 
lodowatego musującego, jabłkowego cydru. 

 -  Wiesz,  jak  ugościć  dziewczynę  -  powiedziała,  nie 

przestając się uśmiechać. 

 - Wszystko dla szanownej pani - oświadczył Kane. Wziął 

butelkę  z  rąk  kelnera,  wręczając  mu  w  zamian  banknot  o 
znacznym nominale. 

 - Dziękuję, damy już sobie radę. 
 -  Dobrze,  proszę  pana.  -  Wychodząc,  kelner  zabrał 

plastikową  mrówkę.  -  Nie  będzie  przeszkadzać  -  wyjaśnił, 
mrużąc porozumiewawczo oko. 

Beth usiadła na obrusie ze skrzyżowanymi nogami. 
 -  Nieźle  musiałeś  się  napracować  -  stwierdziła  z  lekka 

złośliwością. 

 - Wystarczyło zadzwonić. A przy okazji, w kuchni kręcą 

dla nas lody w ręcznej maszynce. 

 - Naprawdę? Nie sądziłam, że jeszcze ktoś robi to ręcznie. 

Wzruszył ramionami. 

 -  Obiecałem  im  taki  napiwek,  że  natychmiast  pobiegli 

szukać maszynki. 

 -  Musi  być  przyjemnie  mieć  aż  tyle  pieniędzy  - 

stwierdziła Beth bez cienia zazdrości. 

Kane  zmarszczył  czoło,  wróciło  uczucie  niepewności.  To 

ś

mieszne.  Beth  jest  taka  młoda,  dlaczego  więc  traci  przy  niej 

pewność  siebie?  Może  dlatego,  że  potrzebowała  tego,  czego 
nie  mógł,  jej  ofiarować?  Natychmiast  odpędził  od  siebie  tę 
myśl.  Zwykle  nie  tracił  czasu  na  bezsensowne  zastanawianie 
się, tylko energicznie ruszał do przodu, żeby zająć się tym, co 
było do zrobienia. 

W  całym  hotelu  nie  znaleziono  plastikowych  kubków, 

więc nalał cydr do kryształowych kieliszków do szampana.. 

background image

 -  Za  przyjaźń  -  zaproponował,  podając  jej  jeden.  Zrobiła 

nieco zaskoczoną minę. Stuknęli się kieliszkami. 

 - Ale my wcale nie jesteśmy przyjaciółmi - stwierdziła po 

chwili. 

Kane,  siedząc  na  podłodze,  pochylił  się  i  oparł  wygodnie 

na łokciu. 

 - Przecież jestem w dżinsach. nie w garniturze. Pamiętasz, 

kiedy się poznaliśmy, dałaś do zrozumienia, że między innymi 
z  powodu  mojego  garnituru  nie  możemy  się  zaprzyjaźnić. 
Właściwie  nie  podałaś  żadnych  innych  powodów.  Aż  tak 
bardzo ci się nie podobał? 

 - Ależ nie, był ładny. 
 - Idealny na pogrzeb, jeśli dobrze pamiętam twoje słowa. 

Beth ugryzła hot doga. Nie wiedziała, co ma odpowiedzieć 

na  przekomarzania  Kane'a.  Powtarzała  sobie,  że  powinna 

trzymać  dystans,  ale  piknik  na  dywanie  skutecznie  w  tym 
przeszkadzał. Ilu tak zamożnych mężczyzn zdecydowałoby się 
na zwykle hot dogi w apartamencie ekskluzywnego hotelu? 

 - Czy nie moglibyśmy po prostu pogodzić się z faktem, że 

jesteśmy  zupełnie  innymi  ludźmi?  -  spytała.  -  Nic  nas  nie 
łączy, no może to, że musimy wspólnie spędzić ten weekend. 

Kane zacisnął usta. 
 - Nic zdawałem sobie sprawy, że spędzanie czasu ze mną 

może być tak bolesnym obowiązkiem. 

Nim odpowiedziała, dokończyła hot doga. 
 -  To  nie  tak.  Nie  o  to  chodzi...  -  głos  jej  zamarł  i 

wzruszyła ramionami. 

Kane  O'Rourke  po  prostu  jej  nie  rozumiał.  Pewnie  przez 

całe  życie  nie  musiał  się  niczego  obawiać.  Miał  wszystko  - 
dużą  rodzinę,  miłość,  poczucie  bezpieczeństwa.  Ławo  jest 
ryzykować, gdy można liczyć na pomoc najbliższych. Ona raz 
się  zdecydowała  i  skończyło  się  to  strasznym  cierpieniem, 
które  o  mało  jej  nie  zabiło.  To  prawda,  że  miłość  zawsze 

background image

wiąże  się  z  ryzykiem,  ale  Beth  nie  mogła  go  podjąć. 
Musiałaby  przecież  sama  przed  sobą  przyznać,  że  Kane  jest 
bardzo  atrakcyjny  i  to  właśnie  stanowi  problem.  Gdyby  znał 
jej  myśli,  pewnie  uznałby,  że  zwariowała  lub  próbuje 
upolować  bogatego  męża.  Ale  byłoby  to  śmieszne 
przypuszczenie,  bo  pasowali  do  siebie  jak  orzeł  i  wróbel. 
Tymczasem Kane był najwyraźniej dotknięty. 

Westchnęła. 
 -  Jesteś  wspaniałym  facetem  -  powiedziała,  starając  się, 

ż

eby zabrzmiało to jak stwierdzenie faktu, a nie komplement. 

 -  Musisz  jednak  szczerze  przyznać,  że  jestem  ostatnią 

osobą, którą zaprosiłbyś na wspólny weekend. 

 -  Nie  byłbym  tego  taki  pewien  -  odburknął  Kane.  -  Miło 

być z tobą, przynajmniej dopóki nie zaczynasz się czepiać. 

 - Wcale się nie czepiam. 
 - Oczywiście, że tak. Na dodatek kpisz z mego garnituru. 
 - I wymownie wzruszył ramionami. 
Zirytowana  pchnęła  jego  ramię.  Nim  się  zorientowała, 

odwrócił  się,  pochwycił  jej  rękę  i  nagle  wylądowała  na 
plecach,  mając  nad  sobą  jego  roześmiana  twarz.  W  oczach 
mężczyzny czaiło się coś, czego wołałaby nie widzieć. 

 - Kane? 
Cydr  z  jej  kieliszka  popłynął  cienką  strugą,  mocząc  ich 

oboje.  Obserwował,  jak  chłodna  kropla  spływa  jej  po 
policzku. Widząc pochylającego się Kane'a, Beth przymknęła 
oczy. W chwilę później chwycił językiem kropelkę i zlizał jej 
ś

lad. 

 -  Mmm,  pyszne  -  szepnął.  Dotknął  palcami  jej  włosów  i 

znalazł kolejne krople, które powoli zebra! końcem języka. 

Beth  poczuła  zimny  dreszcz.  Kane  tymczasem  powoli, 

zmysłowo poszukiwał następnych słodkich kropli. Nie sądziła, 
ż

e  można  tak  powoli  zbliżać  się  do  pocałunku.  Chciała 

background image

zaprotestować,  lecz  w  tym  właśnie  momencie  dotknął 
wargami jej ust. Poczuła jego język i zapomniała o protestach. 

Od  dawna  z  nikim  się  nie  całowała,  a  nigdy  jeszcze  nie 

czuła  pocałunku  wszystkimi  zmysłami.  Kane  delikatnie 
głaskał  jej  rękę,  potem  powoli  przesunął  dłoń  po  jej  piersi, 
objął ją w pasie. Oczekiwanie na to, co będzie dalej, miało w 
sobie  więcej  erotyzmu  niż  same  pieszczoty.  Poruszyła  się 
niespokojnie.  Czuła  się  dziwnie.  Okropnie  i  cudownie 
zarazem. 

 - Spokojnie - szepnął Kane. 
Czuła  na  sobie  ciężar  jego  ciała.  Był  znacznie  od  niej 

większy, a jednak było to przyjemne. 

 -  Kane?  Myślę,  że  nie...  że  nie  powinniśmy...  słowa 

uwięzły jej w gardle. 

 -  Spokojnie  -  szepnął  Kane,  całując  jej  kark.  Nie  chciał, 

ż

eby  w  lej  chwili  zaprzątały  ją  jakieś  niepotrzebne  myśli. 

Myślenie prowadzi do pytań, a on nie miał teraz na nie ochoty. 

Z  jednej  strony  cudownie  było  przekonać  się,  że  tak 

szybko reaguje na pieszczoty, z drugiej jednak czuł się winny. 
Beth  była  dziewicą.  Co  do  tego  nie  miał  wątpliwości.  Nie 
chciał posunąć się za daleko, gdy jednak poczuł na ramionach 
jej  dłonie,  marzył  tylko  o  jednym  -  by  go  dotykała, 
doprowadzając  cale  jego  ciało  do  szaleństwa.  Już  zapomniał, 
jak  cudowne  mogą  być  takie  chwile.  Zupełnie  nie  rozumiał, 
dlaczego Beth tak na niego działała. Owszem, była atrakcyjna, 
ale  poznał  w  końcu  już  setki  atrakcyjnych  kobiet.  Jej  figura 
wcale  nie  była  idealna,  ale  przypomniały  mu  się  słowa  ojca, 
gdy  jako  szesnastolatek  uganiał  się  za  biuściastymi 
cheerliderkami: 

 -  Synu,  pamiętaj,  że  więcej,  niż  mieści  się  w  dłoni,  to 

zbędny nadmiar. I tak się zmarnuje. 

Nigdy wcześniej Kane nie zgadzał się z tą opinią. dopiero 

teraz  pomyślał,  że  ojciec  mógł  mieć  rację.  Nim  jego  ręka 

background image

znów powędrowała ku jej piersi, przypomniało mu się jeszcze 
jedno powiedzenie Kenana O'Rourke'a: 

 -  Nie  spiesz  się.  Z  prawdziwymi  kobietami  postępuj 

powoli, z rozwagą. Z nimi warto być na dłużej. 

Uniósł głowę i spojrzał jej w twarz. 
 -  Nawet  nie  próbuj  przepraszać  -  powiedziała  Beth,  nim 

zdążył  się  odezwać.  Dobrze,  że  go  uprzedziła,  bo  właśnie 
zamierzał to zrobić. 

 - Co więc powinienem powiedzieć? 
 - Nie wiem. po prostu nie przepraszaj. 
 - Cóż, sprawy zaszły może trochę za daleko. 
 - Słusznie. Dosyć tego. 
Próbowała  go  odepchnąć,  nie  miała  jednak  tyle  siły. 

Posłusznie się odsunął. 

 -  Chciałam  ci  pójść  na  rękę  i  myślałam,  że  jakoś 

przetrwam  ten  weekend  -  oświadczyła  -  ale  tego  nie  muszę 
znosić. 

Kane potarł twarz, myśląc, że chyba miał szczęście. Mogła 

go  przecież  spoliczkować,  choć  zupełnie  nie  rozumiał, 
dlaczego  nagle  stała  się  taka  szorstka.  Boże,  kobiety  są 
absolutnie nieprzewidywalne. 

 - Znosić czego? 
 - Głupiego męskiego przekonania, że to oni decydują, jak 

daleko  można  się  posunąć,  bo  biedne  kobietki  nie  potrafią 
panować nad sobą. 

 - Tego nie powiedziałem. 
 - Mhm. 
Bem  zacisnęła  zęby.  Owszem,  polubiła  nawet  Kane'a 

O'Rourke'a,  ale  za  nic  nie  poszłaby  z  nim  do  łóżka.  Nie 
posunęłaby się dalej niż do pocałunku, bo byłoby to tak samo 
bezpieczne, jak zabawa dynamitem. 

 - Chciałam ci tylko powiedzieć, że doskonałe panowałam 

nad sobą, gdy przestałeś mnie całować. 

background image

I  mówiła  prawdę.  Chwyciła  go  wprawdzie  wtedy  za 

ramiona,  żeby  trochę  się  uspokoić,  ale  przeszkodził  jej 
pocałunkiem.  Wzięła  głęboki  oddech,  usiadła  i  bezwiednie 
poprawiła  koszyk  z  hot  dogami.  Pomyślała,  że  przez  resztę 
weekendu  będzie  musiała  bardziej  uważać.  Szczytem  głupoty 
byłoby zadurzyć się w jednym z najbogatszych ludzi. Zresztą 
sam  Kane  prawdopodobnie  by  ją  wyśmiał.  Nie  mogła  sobie 
pozwolić  na  takie  ryzyko.  Od  tej  chwili  oboje  powinni 
trzymać ręce przy sobie. 

 - Zresztą to bez znaczenia - dodała Beth, splatając dłonie 

na  wypadek,  gdyby  jednak  nic  mogła  nad  nimi  zapanować. 
Nie była pewna, czy ma większą ochotę przytulić się do piersi 
Kane'a, czy go uderzyć. 

 -  Wiem,  że  po  prostu  jestem  teraz  pod  ręką,  ale  gdy 

nadejdzie  poniedziałek,  wrócisz  do  dotychczasowego  życia 
towarzyskiego.  Wolałabym  więc,  żeby  nie  powtórzyło  się  to, 
co zdarzyło się przed chwilą. 

Kane  otworzył  usta  i  zamknął  je  bez  słowa.  Czy  Beth 

naprawdę  myśli,  że  pocałował  ją  tylko  dlatego,  że  była  pod 
ręką?  A  może  ma  go  za  jakiegoś  erotomana,  który  nie  może 
wytrzymać  bez  kobiety  nawet  przez  jeden  weekend? 
Zirytowany zamierzał powiedzieć jej prawdę, ale powstrzymał 
go  wyraz  jej  oczu.  Nie  mógł  jej  upokorzyć,  a  byłoby  jeszcze 
gorzej,  gdyby  przyznał,  że  choć  nie  była  w  jego  typie,  miał 
ochotę  ją  pocałować  już  od  chwili,  gdy  się  poznali.  Z 
pewnością wywiązałaby się dyskusja i musiałby się przyznać, 
ż

e  woli  bardziej  obfite  kształty.  A  wtedy  poczułby  się  jak 

smarkacz,  który  ma  bardzo  powierzchowny  stosunek  do 
kobiet. 

 -  Moje  życie  towarzyskie  jest  bardzo  skromne  - 

odpowiedział chłodno. - Jestem zbyt zajęty. I nigdy nie staram 
się wykorzystać kobiety tylko dlatego, że akurat znalazła się w 
pobliżu. Za kogo ty mnie masz? 

background image

 - Za bogatego, silnego i zdolnego zdobyć każdą kobietę. 
 -  Jak  widać  nic  każdą  -  powiedział,  spoglądając  na  nią 

wymownie. 

Udała, że tego nie dostrzega. 
 - Chcesz jeszcze hot doga? - spytała. 
 - Nie o tym marze. 
 -  W  koszyka  jest  jeszcze  sałatka  ziemniaczana.  Kane 

przyjrzał się jej uważnie. 

 - Jeśli nie wyraziłem się jasno, powiem wprost - marzę o 

tym,  żeby  spędzić  z  tobą  resztę  weekendu,  gniotąc  pościel  w 
sypialni.  Jest  tam  wielkie  łóżko  i  sprężysty  materac. 
Chciałabyś coś powiedzieć na ten temat? 

Beth  przełknęła  ślinę,  choć  nie  wyglądała  na  tak 

zaskoczoną, jak się spodziewał. 

 - Czy nie powinniśmy już iść do ogrodów Butchart? Musi 

tam być wyjątkowo pięknie o tej porze roku. 

 - Nie chcesz zaczekać na ręcznie kręcone lody? - zapytał, 

starając się mówić mniej uwodzicielskim głosem. 

 - Nie - odpowiedziała szybko. - Na pewno nie. Westchnął. 
 - Obawiałem się. że tak odpowiesz. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 
Beth  zgodziła  się  w  końcu  pojechać  taksówką,  dzięki 

czemu  nie  mogli  się  dalej  sprzeczać.  Szczerze  mówiąc,  była 
dość  zakłopotana.  Nie  wierzyła,  że  mógłby  żywić  do  niej 
jakieś  uczucia,  choć  jego  stwierdzenie,  że  chciałby  spędzić  z 
nią  weekend  w  łóżku,  dodało  jej  pewności  siebie.  Z  drugiej 
strony  zupełnie  nie  rozumiała,  jak  to  się  stało,  że  straciła 
kontrolę  nad  rozmową.  Zaledwie  dala  mu  do  zrozumienia,  że 
złości  ją  jego  arogancja,  a  już  po  chwili  rozmowa  zeszła  na 
temat prześcieradeł. 

 -  Wszystko  w  porządku?  -  spytał.  Siedział  obok  niej, 

obrzydliwie przystojny i zrelaksowany. - Jeśli chcesz, jeszcze 
raz mogę cię przeprosić. 

Spojrzała na niego ze złością. 
 - Powiedziałam ci już... 
 - ...żebym nie przepraszał - dokończył za nią. - Ale ojciec 

zawsze  mi  powtarzał,  że  powinienem  się  zachowywać  jak 
dżentelmen,  dlatego  zapytałem.  Po  prostu  chciałem  się 
upewnić. 

Beth  spojrzała  badawczo  w  stronę  taksówkarza,  który 

wyraźnie zaciekawiony co i raz zerkał na pasażerów. 

 - U mnie wszystko w porządku, wprost rewelacyjnie. Nie 

widać? 

Kane  wzruszył  nieznacznie  ramionami.  Był  bardzo 

opanowany.  Beth  pomyślała,  że  nic  nie  wyszło  z  jej  planu, 
ż

eby 

zachowywać 

się 

przyjaźnie, 

ale 

utrzymywać 

jednocześnie  dystans.  Ładny  dystans,  pocałunki  na  dywanie. 
Byli tak blisko, że nie udałoby się wcisnąć między nich nawet 
karty  kredytowej.  Właśnie  -  pieniądze.  Powinna  częściej 
pamiętać, że jest obrzydliwie bogaty i nic ma pojęcia o życiu 
przeciętnych ludzi. To powinno jej pomóc. 

background image

Gdy dojechali na miejsce i podał jej rękę przy wysiadaniu, 

starała  się  być  chłodna  i  spokojna.  Wyraźnie  jednak  nie  było 
to w jej stylu, bo już po chwili poprosiła: 

 -  Opowiedz  mi  coś  więcej,  o  swoim  ojcu.  Tęsknisz  za 

nim? 

Kane  spojrzał  zdumiony,  że  Beth  tak  szybko  udało  się 

wrócić  do  chłodnej  rozmowy.  Mógł  się  tego  spodziewać,  bo 
podejrzanie cicho zachowywała się podczas jazdy. 

 -  No  cóż,  tata  przywykł  do  ciężkiej  pracy,  ale  w  Irlandii 

trudno  było  znaleźć  jakiekolwiek  zajęcie.  Ciułał  więc  każdy 
grosz,  żeby  zabrać  rodzinę  do  Ameryki.  Mama  była  wtedy  w 
siódmym miesiącu ciąży. 

 - Rejs musiał być dla niej wyjątkowo męczący. 
 -  Tak,  ale  chcieli,  żebym  się  tu  urodził  i  dostał 

amerykańskie obywatelstwo. 

 -  Irlandia  jest  piękna  -  powiedziała,  zasłaniając  oczy  od 

słońca. - Rodzice nigdy nie żałowali wyjazdu? 

Pokręcił głową. 
 -  Mama  czasem  tęskni  za  rodzinnymi  stronami,  ale 

jedyne,  czego  nie  może  przeboleć,  to  wypadek,  w  którym 
zginął ojciec - powiedział ochrypłym głosem. 

Nawet  po  latach  nie  opuszczało  go  wspomnienie  tego 

strasznego  lata.  W  takich  chwilach  czuł  złość,  której  nie 
potrafił ukryć. 

 -  Musiało  ci  być  ciężko  -  powiedziała  cicho  Beth.  W  jej 

głosie  dosłyszał  tylko  współczucie.  Ani  śladu  zaczepnego 
tonu. 

 - Pracował wtedy jako drwal. Tamtego lata ja też miałem 

pracować  w  lesie,  ale  okazało  się,  że  musze  wyjechać  na 
studencką praktykę. 

 - Miał niebezpieczne zajęcie - stwierdziła. 
 - Tak - odpowiedział krótko. 

background image

Nie  chciał  już  rozmawiać  o  śmierci  ojca.  Dręczyły  go 

wyrzuty  sumienia,  że  ważniejsza  była  dla  niego  kariera  niż 
praca  z  ojcem.  Może  i  nie  zapobiegłby  wypadkowi,  ale 
przynajmniej byłby wtedy z tatą. 

 -  Musiał  być  wspaniałym  człowiekiem  -  powiedziała 

Beth. 

 - Dlaczego tak myślisz? Położyła mu dłoń na ramieniu, 
 - Bo wychował wspaniałego syna. 
Jej  słowa  podziałały  na  rany  wspomnień  jak  kojący 

balsam.  Zapragnął  znów  ją  pocałować,  ale  powstrzymał  się  i 
ruszył  ścieżką  z  Beth  trzymającą  go  pod  rękę.  Podobało  mu 
się, że nie rozwlekała w nieskończoność tematu. Podobało mu 
się  również,  że  jego  pieniądze  wyraźnie  nie  miały  dla  niej 
znaczenia. Chyba że mogły pomóc innym ludziom. 

Do  diabła,  naprawdę  musi  ją  pocałować.  Albo  to  zrobi, 

albo  do  końca  życia  będzie  żałował,  że  nie  miał  odwagi.  A 
ż

ałowanie nigdy nie wychodziło mu najlepiej. 

 -  Muszę  cię  pocałować  -  oświadczył  desperacko.  Kroki 

Beth na chwilę straciły rytm. 

 - Myślałam, że już wyjaśniliśmy tę kwestię, 
 - Próbuję się opanować, ale to silniejsze ode mnie. 
 - Więc musisz bardziej się starać. 
Kane  zachował  złośliwy  komentarz  dla  siebie.  Pomyślał, 

ż

e  cierpliwie  poczeka  na  odpowiednią  chwilę,  ale  nagle 

uświadomił  sobie,  że  w  tym  momencie  nie  postępuje  jak 
prawdziwy  dżentelmen.  Spotkanie  z  Beth  okazało  się  dla 
niego dobrą lekcją. Nigdy wcześniej nie spotkał kobiety, która 
mogłaby  mu  się  oprzeć.  Jego  pieniądze  zawsze  działały  jak 
afrodyzjak  i  dodawały  mu  atrakcyjności.  Ta  zasada  nie 
dotyczyła jednak Beth. 

Minęło  ich  dwoje  biegnących,  roześmianych  dzieci.  Za 

nimi podążali rodzice, wołając, żeby zwolniły i były ostrożne. 
Kane i Beth odsunęli się na bok, robiąc im przejście, 

background image

 -  Nie  wiem,  jak  ludziom  się  to  udaje  -  mruknął  Kane.  - 

Co? 

 -  Wychowywać  dzieci.  Skąd  biorą  na  to  czas  i  energię? 

Beth uniosła brew. 

 -  Nie  każdy  pracuje  osiemnaście  godzin  na  dobę. 

Niektórzy mają jeszcze czas na inne sprawy. 

 - Wcale tyle nie pracuję - zaprotestował. 
Rzuciła mu figlarne spojrzenie. Zauważył to i westchnął. 
 -  Może  czternaście,  ale  i  tak  nie  miałbym  czasu  na 

zajmowanie się dziećmi. 

Ani na normalne życie, dodał w myślach. W towarzystwie 

Beth  czuł  to  o  wiele  bardziej.  Przypomniał  sobie,  jak  opisała 
leniwy poranek z deszczem padającym za oknem. Zatęsknił za 
taką  chwilą  i  za  jej  domem.  Cichym  i  eleganckim  jak  jego 
właścicielka.  Może  była  młoda,  ale  pewnie  mogłaby  go 
nauczyć, jak cieszyć się życiem. 

 -  Domyślam  się,  że  chciałabyś  mieć  dzieci  -  powiedział 

jakby od niechcenia. Jej twarz stała się niezwykle poważna. 

 -  Nawet  dziesięcioro.  Przynajmniej  tak  myślałam,  nim... 

no wiesz. 

Wiedział. Nim zginął jej narzeczony. 
 - Myślałam o adoptowaniu kilkorga - powiedziała cicho - 

tyle  że  dzieci  potrzebują  obojga  rodziców.  A  tego  nie 
mogłabym im zapewnić. 

 -  Myślę,  że  każde  dziecko  byłoby  przy  tobie  szczęśliwe. 

Nawet bez ojca - powiedział z przekonaniem. 

Zaczerwieniła się. 
 - Dzięki. 
 -  Naprawdę  tak  myślę.  -  Zatrzymał  się  i  spojrzał  jej  w 

oczy. - Jeszcze nie spotkałem kogoś takiego jak ty. 

To  było  nawet  miłe,  ale  nie  mogła  dać  się  zwieść 

komplementom.  Kam  O'Rourke  był  czarującym  mężczyzną  i 

background image

łatwo  przychodziły  mu  miłe  słówka.  Już  się  zorientował,  że 
robił na niej wrażenie, więc tym bardziej powinna uważać. 

 - Chodźmy do fontanny - zaproponowała. - Jest naprawdę 

piękna. 

Ruszyli  ścieżką,  aż  doszli  do  miejsca,  skąd  widać  było 

gigantyczną  fontannę.  Wydawało  się,  że  tryska  z  naturalnego 
jeziora. 

 -  Nie  do  wiary,  że  to  nie  jezioro,  tylko  zatopiona  dawna 

kopalnia odkrywkowa - powiedziała Beth. 

Kane zmarszczył nos. 
 - Naprawdę? 
 -  Nie  wiedziałeś?  -  Oparła  się  o  barierkę  i  obserwowała 

wodę  tryskającą  z  zielonego  jeziora.  -  Burchartowie  chcieli 
jakoś  uatrakcyjnić  okolicę,  wiec  założyli  te  ogrody. 
Zdumiewające, co można osiągnąć odrobiną wysiłku. 

 - I pieniędzy - dodał. 
 -  Zawsze  najpierw  myślisz  o  pieniądzach?  -  W  jej  głosie 

dosłyszał nutkę ironii. 

 -  Czasem  o  innych  sprawach.  -  Obrzucił  spojrzeniem  jej 

sylwetkę, nic pomijając piersi. 

Kiedy 

zauważyła 

jego 

spojrzenie, 

pomyślała 

przygnębiona,  że  pewnie  nigdy  jeszcze  nie  spotkał  kobiety  z 
tak skromnym biustem. Odsunęła włosy z twarzy. 

 - Chodźmy do restauracji na podwieczorek. Na lunch nie - 

zjedliśmy wiele i jestem już głodna. 

Kane uśmiechnął się lekko. 
 - Za to w czasie lunchu zajęliśmy się... 
 -  Podwieczorek  przy  herbacie  to  w  Victorii  tradycja. 

Typowo angielski zwyczaj - szybko wtrąciła Beth. Była zła na 
siebie,  że  wspomniała  o  lunchu,  który  zakończył  się 
pocałunkami. 

Gdy usiedli w jednej z ogrodowych restauracji, starała się 

podtrzymać  miły,  swobodny  nastrój.  Popijając  herbatę, 

background image

mówiła o kwiatach i krajobrazie, a kiedy Kane zaproponował 
powrót do Victorii taksówką, namówiła go, żeby skorzystali z 
autobusu  wycieczkowego,  który  wracał  właśnie  do  miasta. 
Wsiedli  razem  z  grupą  rozbawionych  i  rozgadanych 
emerytów. 

Było późne popołudnie. Przez okno wpadały do autobusu 

ciepłe  promienie  słoneczne.  Beth  walczyła  z  ogarniającą  ją 
sennością. 

 -  Nowożeńcy?  -  zagadnęła  ich  pogodna  starsza  pani  z 

niezwykle  oryginalną  fryzurą  w  marchewkowym  kolorze. 
Odcień  tym  bardziej  rzucał  się  w  oczy,  że  kobieta  miała  co 
najmniej osiemdziesiąt lat. 

 -  Na  razie  tylko  się  spotykamy  -  wyjaśnił  z  uśmiechem 

Kane - ale nigdy nic nie wiadomo. 

 -  Wiadomo  -  mruknęła  Beth.  -  Skończy  się  na  jednej 

randce. 

Czerwonowłosa pani poklepała ją po ręce. 
 - Nie trać nadziei, kochanie. Wyobraź sobie, że już pięciu 

panów  z  tej  grupy  mi  się  oświadczyło,  ale  ja  mam  oko  na 
jeszcze innego. 

Ruchem głowy wskazała dystyngowanego pana wspartego 

na lasce. 

 -  Robi  wrażenie  -  przyznała  Beth  -  ale  chyba  jest  nieco 

oschły,  jeśli  rozumie  pani.  co  mam  na  myśli.  Może  ktoś 
weselszy byłby bardziej odpowiedni? 

 -  Nie.  -  Kobieta  pochyliła  się  i  szeptała  konspiracyjnym 

tonem: - Tacy jak ten są najlepsi w łóżku. Możesz mi wierzyć. 
Założę się, że ten twój potrafi być jak dynamit, gdy zostajecie 
sam na sam. 

Beth  z trudem  powstrzymała  się  od  spojrzenia  na  Kane'a. 

Dziwne, kilka dni temu powiedziałaby, że jest oschły i nadęty, 
teraz jednak nie była już taka pewna. 

 - Nie znamy się jeszcze zbyt dobrze - powiedziała. 

background image

 -  Ależ  oczywiście,  że  się  znamy.  -  Kane  objął  ramiona 

Beth z diabolicznym wyrazem twarzy. - Przy niej czuję się jak 
pod napięciem. 

 -  A  nie  mówiłam?  -  zachichotała  starsza  pani.  - 

Wyglądasz na takiego. Mógłbyś konkurować nawet z Elvisem 

 -  Naprawdę?  -  upewnił  się  Kane  z  wyraźnym 

zadowoleniem. 

Od  dawna  nie  zastanawiał  się,  jak  działa  na  kobiety. 

Angażował  się  wyłącznie  w  krótkotrwałe  związki  i  nie  mógł 
sobie  przypomnieć  takiego,  który  miał  dla  niego  jakieś 
większe  znaczenie.  Odkąd  był  nastolatkiem  -  nie  miał  czasu 
zadręczać się, czy jest atrakcyjny. 

 -  Więc  jak,  przypominam  ci  Elvisa?  -  szepnął  do  ucha 

Beth. 

Odsunęła się. 
 - Elvis nie żyje. 
 - Elvis jest wieczny! - zawołał ktoś z boku. 
I wszyscy w autobusie zaczęli dyskusję na temat Presleya. 

Kane  był  rozczarowany,  bo  już  nie  mógł  przekomarzać  się  z 
Beth.  Kątem  oka  obserwował,  jak  rozmawia  z  siedzącymi 
obok.  Okazywała  ludziom  zainteresowanie  i  dzięki  temu 
bardzo szybko nawiązywała kontakty. Nim dojechali do portu, 
dostała już kilka adresów i obietnic korespondowania. Kobieta 
o  marchewkowych  włosach  mrugnęła  znacząco  do  Kane'a  i 
ruszyła  w  stronę  dystyngowanego  dżentelmena,  którego 
upatrzyła sobie na przyszłego męża. 

 -  Myślę,  że  go  usidli  -  stwierdził  Kane  przyciszonym 

głosem, widząc, jak starszy pan promienieje na jej widok. 

 -  Może  potrzebuje  właśnie  kogoś  takiego  jak  ona  - 

powiedziała Beth z uśmiechem. 

Na  widok  tego  uśmiechu  przyszła  mu  do  głowy  szalona 

myśl, że być może on z kolei potrzebuje właśnie jej. Poza tym, 
gdyby  nawet  znalazł  czas  na  założenie  rodziny,  nie  mógł 

background image

zapominać,  że  jest  znacznie  starszy  od  Beth  i  do  tego  zbyt 
zajęty  prowadzeniem  interesów.  Nie  był  człowiekiem,  na 
jakiego zasługiwała i z pewnością nie potrafiłby dorównać jej 
bohaterskiemu narzeczonemu. 

 -  Chodźmy  teraz  na  Government  Street  -  zaproponowała 

Beth, ciągnąc go za rękę. - Tam jest nie tylko herbaciarnia, ale 
i sklep, w którym sprzedają przyprawy i inne fajne drobiazgi. 

Włączyli  się  w  tłum  turystów  kręcących  się  w  po 

ruchliwej ulicy handlowej. W pewnej chwili, Kane objął Beth, 
wyjaśniając,  że  nie  chce,  by  rozdzielił  ich  potok 
przechodniów.  Zdziwiła  się  lekko,  ale  nie  protestowała.  A 
kiedy weszli do herbaciarni, zaproponował, by zrobiła zakupy, 
on zaś stanie w kolejce po napoje. 

 -  Mógłbyś  wziąć  dla  mnie  herbatę  brzoskwiniową,  jeśli 

maja? 

 - Będą mieli - zapewnił. 
Domyśliła  się,  że  gotów  jest  dodatkowo  zapłacić,  żeby 

tylko dostać to, czego zażąda. 

 -  Jeśli  nie  mają.  nie  rób  im  kłopotu.  Kane  westchnął  z 

irytacją. 

 -  Nie  doceniasz  tego,  że  pieniądze  wszystko  ułatwiają. 

Może by ci się to spodobało? 

Pokręciła przecząco głową. 
 -  Chyba  zapomniałeś,  że  jutro  wracam  do  mojego 

normalnego świata. Pieniądze są potrzebne, ale musi być jakaś 
równowaga  między  tym,  czego  się  chce,  a  tym,  co  można 
dostać. 

Stojąc  w  kolejce,  obserwował,  jak  chodzi  po  sklepie, 

ogląda  towary  i  wybiera  jakieś  drobiazgi.  Bez  najmniejszego 
uszczerbku  dla  portfela  mógłby  wykupić  cały  sklep.  Był  zły, 
ż

e  nie  pozwalała  mu  na  to,  w  czym  był  najlepszy  -  na 

wydawanie  pieniędzy.  Widział,  jak  odkłada  na  półkę 
luksusowe  przedmioty,  które  zwykłe  rozdawał  jako  nic 

background image

nieznaczące  prezenty,  i  miał  coraz  większą  ochotę  ofiarować 
je  wszystkie  Beth.  Doceniał  to,  że  nie  jest  chciwa,  lecz 
zupełnie nie wiedział, jak postępować z taką osobą. 

Zamówił napoje, zapłacił za zakupy, które zrobiła, i czekał 

na  nią  przy  małym  stoliku.  Przyszła  kilka  minut  później 
zaczerwieniona po sprzeczce z kasjerem. 

 -  Powiedział,  że  już  za  to  zapłaciłeś.  -  Wymownym 

gestem  uniosła  torby.  -  Nie  przyszłam  tu  po  to,  byś  płacił  za 
moje zakupy. 

 - Nawe! tak nic pomyślałem. 
 - Kane, ale tak nie można. 
 - Dlaczego? Przynajmniej był ze mnie jakiś pożytek. Beth 

usiadła i po raz pierwszy spojrzała na niego aż tak badawczo. 
Czyżby  naprawdę  uważał,  że  musi  kupować  ludziom  różne 
rzeczy,  bo  inaczej  nie  ma  z  niego  pożytku?  Gdy  mówił  o 
ś

mierci ojca, wyraźnie czuł się winny. Czyżby wmówił sobie, 

ż

e pieniędzmi może odkupić grzech, którego nie popełnił? 

 - Wolałabym, żebyś pomógł mi nosić zakupy, a nie płacił 

za nie. 

 - Pomogę, oczywiście. 
 - 

Wiedziałam, 

ż

to 

powiesz. 

Jesteś 

jedynym 

prawdziwym dżentelmenem, jakiego znam. 

 -  Na  pewno  nie.  Twój  narzeczony  musiał  być  kimś 

wyjątkowym. 

Upiła łyk herbaty wspaniale pachnącej brzoskwiniami. 
 -  Curt  był  dobrym  człowiekiem,  chociaż  czasem 

nierozważnym. 

Była lojalna wobec zmarłego i starała się nie myśleć o nim 

w  taki  sposób,  ale  nie  mogła  zapomnieć,  że  wielokrotnie 
zdarzało  mu  się  ranić  jej  uczucia  i  przeważnie  nawet  nie 
zdawał sobie z tego sprawy. Po jego śmierci nie była w stanic 
normalnie żyć przez kilka tygodni. 

background image

 -  Nigdy  nie  wiedziałam,  czy  ryzykował  życie,  mając  na 

względzie  innych,  czy  dla  własnej  przyjemności.  Kochał 
niebezpieczeństwo.  Był  ochotnikiem  w  straży  pożarnej  i 
ratownikiem górskim. Początkowo wydawało mi się to bardzo 
atrakcyjne,  ale  potem  zaczęłam  się  zastanawiać,  jak  będzie 
wyglądać nasza przyszłość, jeśli założymy rodzinę. 

 -  Jakoś  byś  sobie  poradziła  -  wtrącił  Kane.  -  Jesteś  zbyt 

uparta, żeby się tak łatwo poddać. 

 - Nie wiem, czy to miał być komplement - roześmiała się. 
 - Oczywiście. 
W jego spojrzeniu było tyle ciepła, że zaniepokoiła się, iż 

rozmowa  zmierza  w  niewłaściwym  kierunki  Postanowiła 
zmienić temat. Wprawdzie Kane O'Rourke nie potrzebował jej 
aprobaty,  ale  chciała  dać  mu  do  zrozumienia,  że  jej  zdaniem 
jest sympatyczny. 

 -  Jesteś  bardzo  zajęty  -  powiedziała  powoli  -  a  jednak 

pomogłeś bratu z konkursem radiowym. Ładny gest. Niewiele 
osób zdobyłoby się na to. 

 -  Nie  mogłem  odmówić  Patrickowi,  choć  paskudnie  się 

czułem  jako  nagroda.  Mówiłem  ci.  że  jako  nastolatek  miał 
poważne kłopoty. Teraz stara się coś w życiu osiągnąć i nigdy 
o  nic  nie  prosi  Zrozumiałem  więc,  że  sprawa  musi  być  dla 
niego ważna. 

Beth  uśmiechnęła  się  lekko.  Przemawiał  jak  ojciec 

rodziny.  No  tak,  życie  zmusiło  go,  by  zaopiekował  się 
młodszym  rodzeństwem.  Przez  lata  dbał  o  nich  i  teraz  nie 
mógł się pogodzić z faktem, że chcą żyć na własny rachunek. 

 -  Wiem,  że  nie  okazałam  szczególnej  wdzięczności  z 

powodu wygrania tego wyjazdu, teraz jednak jest przyjemnie i 
cieszę się, że mnie namówiłeś. 

Roześmiał się. 
 - Niezupełnie tak było. 

background image

Przypomniała  sobie  o  czeku,  ale  chyba  nie  to  miał  na 

myśli. 

 - Racja, zmusiłeś mnie niemal siłą. 
 - Niektórych trzeba zmusić do tego, co dla nich dobre. 
 - Ja też lubię się bawić, a w Victorii nic byłam od bardzo 

dawna. 

Przed drzwiami herbaciarni zatrzymali się na chwilę, żeby 

oczy  przyzwyczaiły  się  do  słońca.  Kane  zapytał,  gdzie 
chciałaby zjeść kolację. 

 - Niedaleko hotelu jest restauracja. Mają włoską kuchnię i 

owoce morza. 

 - Brzmi obiecująco. 
Wrócili  do  hotelu.  Przebrali  się  i  spacerowym  krokiem 

poszli wzdłuż brzegu w stronę restauracji. Beth czuła nu sobie 
spojrzenia  Kane'a.  Po  raz  pierwszy  miała  uczucie,  że  ktoś 
naprawdę  jej  pragnie.  Wytłumaczyła  sobie  jednak,  że  to 
zasługa zielonej, luźnej sukienki z jedwabiu, którą włożyła na 
tę  okazję.  Przecież  trudno  byłoby  się  jej  równać  z  kobietami, 
które zwykle mu towarzyszyły. 

 -  Jak  sądzisz,  gdzie  są  reporterzy?  -  spytała,  gdy  Kane 

przysuwał jej krzesło w restauracji. 

 - A kogo to może obchodzić? 
 -  Przecież  zależy  ci  na  reklamie  radiostacji  brata.  Nic 

przepadam  za  reporterami,  ale  rozumiem,  że  mogą  w  tym 
pomóc. 

Kane skrzywił się. 
 -  Znajdą  nas  rano.  Nie  sądzę,  żeby  potrzebowali  aż  tylu 

zdjęć  kobiety  i  mężczyzny  idących  ulicą  lub  oglądających 
kwiaty. 

Możliwe,  ale  Kane  nie  był  przeciętnym  mężczyzną  i  do 

tego  randka  była  niecodzienna.  Nie  mogła  przestać  o  tym 
myśleć nawet podczas spaceru, na jaki się wybrali po kolacji. 
Noc była bezksiężycowa. Szli przez park Thunderbird, a Kane 

background image

trzymał  jej  dłoń,  splatając  palce.  Zatrzymali  się  przy 
ustawionych tam indiańskich totemach. 

 - Tak naprawdę to niewiele wiem na temat Indian - przy - 

znała Beth, 

Kane  uśmiechnął  się  i  pociągnął  ją  w  najciemniejszy 

zakątek niewielkiego parku. 

 - Wiem, co łączy ich z innymi ludźmi. - Co? 
 - Właśnie to - powiedział, przytulając ją mocno. 
Była zaskoczona, lecz wcale nie miała zamiaru się bronić. 

Długo  czekał  na  tę  chwilę.  Gdy  dotknął  wargami  jej  ust, 
powoli  uniosła  ręce  i  zarzuciła  mu  je  na  szyję.  Objął  jej 
drobne  piersi,  szybko  rozpiął  guziki  i  delikatnie  zaczął 
całować napięte sutki. Oparła się mocniej na jego ramionach, 
potem  powoli  uniosła  się,  oplatając  go  w  pasie  nogami. 
Odchyliła się do tyłu. Kane nie przestawał całować jej piersi. 

 - Nie powinniśmy tego robić - szepnęła. 
 - Wiem, ale jesteś taka słodka. 
W  oddali  rozległy  się  głosy  nadchodzących  ludzi.  Kane 

gwałtownie się wyprostował. Próbował zapiąć jej guziki. 

 -  Już  raz  ci  powiedziałam,  nie  próbuj  przepraszać  - 

uprzedziła go Beth roztrzęsionym głosem. 

Kane  przymknął  oczy,  modląc  się,  żeby  nie  przyłapał  ich 

jakiś fotograf. 

 -  Masz  rację  -  szepnął.  -  To  był  błąd.  Nie  powinienem 

tego robić. 

 - Cieszę się, że się rozumiemy - oznajmiła Beth, ruszając 

w  stronę  oświetlonej  alejki.  Potknęła  się, a  Kane  przytrzymał 
ją lekko za łokieć. 

Gdy  dotarli  do  hotelu  „Empress",  Beth  z  uniesioną 

wysoko  głową  przeszła  przez  elegancki  hol  i  zatrzymała  się 
przed  windą.  Była  wściekła,  ale  nie  z  powodu  pocałunku. 
Najbardziej rozzłościł ją fakt, że Kane znów siebie obwiniał, a 
to,  co  się  stało,  nazwał  błędem.  Idąc  do  parku  wiedziała,  że 

background image

będzie chciał ją pocałować. Gdyby nie miała na to ochoty, po 
prostu  nie  poszłaby.  Ale  jej  ciało  buntowało  się  przeciw 
samotności.  Najgorsze  zaś  było  to,  że  pragnęła  Kane'a 
O'Rourke'a, a przecież nie było szans na żaden związek. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 
Która  może  być  godzina,  zastanawiał  się  Kane,  mrużąc 

oczy  przed  światłem  wpadającym  przez  okno  sypialni.  Było 
stanowczo za jasno. Potarł bolące skronie, sięgnął po zegarek i 
jęknął. 

 - To niemożliwe! 
Opadł  z  powrotem  na  pościel  i  zasłonił  oczy.  Przez 

ostatnie  dwie  noce  spał  niewiele.  Ciągle  zastanawiał  się  nad 
sobotnim wieczorem. Gdy doszli do hotelu, Beth nie odezwała 
się  już  ani  słowem,  tylko  poszła  prosto  do  pokoju  i  głośno 
zamknęła  za  sobą  drzwi.  Następnego  dnia  była  równie  mało 
rozmowna.  Pozowała  do  zdjęć,  uśmiechała  się  na  zawołanie, 
lecz  gdy  zostawali  sami,  traktowała  go  z  chłodną 
uprzejmością. 

Dlaczego  powiedział,  że  całowanie  jej  było  błędem? 

Pewnie  i  było,  ale  kobiety  nie  lubią  słyszeć  takich  słów, 
szczególnie tak niewinne jak Beth. Po powrocie chciał do niej 
zadzwonić,  spróbować  wszystko  wyjaśnić,  ale  co  miałby 
powiedzieć  -  nie  mógł  znaleźć  żadnego  sensownego 
usprawiedliwienia. 

Sięgnął do tyłu i wyrzucił poduszkę spod głowy. Było ma 

tym  bardziej  przykro,  że  nawet  mimo  tego  sobotniego 
nieporozumienia  dawno  tak  przyjemnie  nie  spędzał  czasu. 
Beth miała niezwykłe poczucie humoru, była rozsądna i pełna 
zrozumienia.  Wspaniale  czul  się  w  jej  towarzystwie.  Kiedy 
weekend  się  skończył,  nie  wiedział,  czy  się  cieszyć,  czy 
martwić.  Beth  poruszyła  w  nim  głęboko  skrywane  uczucia. 
Kusiło go, by ponownie się z nią spotkać. 

Nagle zadźwięczał dzwonek u drzwi. Nim się zdecydował 

wstać,  rozległ  się  zgrzyt  zamka.  Nie  był  to  dzień,  kiedy 
przychodziła  sprzątaczka,  więc  to  pewnie  ktoś  z  rodziny. 
Pomyślał,  że  najwyższy  już  czas  odzyskać  kilka  kompletów 
kluczy  krążących  wśród  członków  klanu  O'Rourke'ów.  W 

background image

końcu  nie  musieli  mieć  nieograniczonego  dostępu  do  jego 
mieszkania. 

 -  Kane,  żyjesz?  -  rozległ  się  głos  Shannon  i  po  chwili 

siostra  wpadła  do  pokoju.  -  Widzę,  że  tak  -  dodała  dość 
obojętnym tonem. Pod pachą trzymała plik gazet. 

 -  Nie  przyszło  ci  do  głowy,  że  mogę  spać?  -  spytał 

groźnie. Spojrzała na zegarek. 

 -  O  dziewiątej?  Przecież  codziennie,  nie  wyłączając 

niedziel,  zjawiasz  się  przy  biurku  o  siódmej.  Jesteś 
pracoholickim do kwadratu. 

Oskarżenia  siostry  nie  zrobiły  na  nim  wrażenia.  O  wiele 

mocniej poruszyła go opinia Beth na ten temat. 

 - Nie powinnaś tu tak wpadać bez uprzedzenia. W końcu 

mogłem nie być sam. 

 - Nie ma obawy, wcześniej napisaliby o tym reporterzy - 

stwierdziła, uśmiechając się szelmowsko. Rzuciła mu na łóżko 
plik gazet. - I do tego wiedzieliby z kim. 

 - Przestań. 
Kane  sięgnął  po  pierwszą  gazetę  i  na  pierwszej  stronie 

ujrzał  duże  zdjęcie,  na  którym  stali  z  Beth  na  promie.  On 
pochylał się w jej kierunku, a oboje wyglądali na bardzo sobą 
zainteresowanych.  Nad  zdjęciem  widniał  tytuł:  „Randka 
miliardera". 

 -  Nie  jest  tak  źle  -  mruknął.  -  To  niedzielne  wydanie, 

pewnie nie mieli o czym pisać. 

 -  Zajrzyj  więc  do  dzisiejszego  porannego  wydania. 

Widząc serię zdjęć z portu, na których całował Beth, Kane aż 
zagwizdał.  Tytuł  był  prosty,  ale  niezwykle  wymowny:  „A 
jajaj!",  a  poniżej:  „W  Victorii  zakwitła  miłość".  Wyraźnie 
dawano  do  zrozumienia,  że  oto  Kane,  najlepsza  partia  w 
Seattle, już wkrótce nie będzie do wzięcia. Westchnął. 

 - Beth nie będzie tym zachwycona. 

background image

Mina jego siostry świadczyła, że to nie wszystko i że inne 

wiadomości z pewnością nie poprawią mu nastroju. 

 - Wyrzuć to - zasugerował. 
 -  Także  telewizja  wielokrotnie  informowała  już  o  tym,  a 

w  radiostacji  Patricka  bez  przerwy  dzwonią  telefony. 
Słuchacze 

wypytują 

najdrobniejsze 

szczegóły. 

Pomyśleliśmy więc, że mógłbyś się jeszcze parę razy spotkać 
z  Beth,  żeby  podtrzymać  zainteresowanie.  Zrozum,  to  nie 
pomysł  Patricka,  on  by  cię  o  to  na  pewno  nie  poprosił,  ale 
takiej popularności nic da się kupić za żadne pieniądze. 

Kane  znów  spojrzał  na  zdjęcia.  Właściwie  były 

zwyczajne,  choć  sugerowały,  że  między  parą  rozwija  się 
intymna  zażyłość.  Nie  jest  źle.  Przynajmniej  dzięki  nim  miał 
pretekst,  by  spotkać  się  z  Beth.  Gdy  obiecywał  sobie,  że  nie 
będzie żadnych więcej przysług dla Patricka, dobrze wiedział, 
ż

e to tylko pobożne życzenia. Jednak dla zasady choćby, jego 

opór powinien trwać trochę dłużej. 

 -  Idź  już  -  powiedział  do  siostry.  -  I  powiedz  mojej 

asystentce, żeby się mnie dzisiaj nie spodziewała. 

 - Umrze na serce z wrażenia. 
 - Shannon! 
 - Już idę, idę. 
Shannon  kiwnęła  ręką  i  zniknęła  za  drzwiami.  Kane 

odczekał chwilę i wyskoczył z łóżka. Piętnaście minut później 
siedział  w  swoim  mercedesie  i  jechał  do  Crockett  w  stanie 
Waszyngton. 

Beth  bujała  się  na  hamaku,  spoglądając  na  bezchmurne 

niebo.  W  cieniu  było  jeszcze  chłodno,  ale  na  popołudnie 
zapowiadał  się  solidny  upał.  Właściwie  nic  powinna  mieć 
pretensji  do  Kane'a.  To  ona  była  winna,  że  nie  mogła  sobie 
poradzić  z  samą  sobą.  Gdyby  przed  laty  jej  ciało  tak 
reagowało  na  Curta,  nic  czekałaby  na  ślub  -  którego  i  tak 
przecież  nic  było  -  tylko  poszłaby  z  nim  do  łóżka.  Poruszyła 

background image

się  niespokojnie.  Szkoda,  ze  nie  ma  kota,  który  leżałby  teraz 
zwinięty  obok  niej.  Hamaki  i  mruczące  koty  powinny  być 
sprzedawane w komplecie. 

 -  Do  diabła  -  mruknęła  Kane  całkowicie  zburzył  jej 

poglądy  na  temat  własnego  ciała.  Przy  nim,  po  raz.  pierwszy 
w  życiu,  czuła  się  atrakcyjna  i  pożądana.  Pogrążyła  się  w 
myślach i nawet nic usłyszała odgłosów otwieranej furtki. 

 -  Widzę,  że  masz  ładny  ogródek  -  powiedział  Kane. 

Dlaczego  nic  była  zaskoczona?  Przecież  zupełnie  się  go  się 
spodziewała.  Jak  zwykle  świetnie  się  prezentował,  choć  tym 
razem  zjawił  się  w  dżinsach  i  bawełnianej  koszulce.  Ona  z 
kolei  miała  na  sobie  znoszone  szorty  i  bluzę  z  rękawami 
obciętymi powyżej łokci. Najodpowiedniejszy strój do brudnej 
pracy 

 -  za  dwie  godziny  z  innymi  ochotnikami  miała  pomagać 

w  malowaniu  mieszkania  jakiegoś  podopiecznego  ośrodka 
pomocy rodzinie. 

 - Czemu zawdzięczam ten zaszczyt? - spytała ironicznie. 
 -  Czyżbyś  dzisiaj  nie  poszedł  do  pracy?  Kane  tylko 

wzruszył  ramionami  i  usiadł  obok  niej  na  hamaku.  Rzucił 
kilka  gazet  i leniwie  się  przeciągnął.  Beth  pomyślała,  że  jako 
przepracowany biznesmen był już niezwykle interesujący, ale 
jako  facet  wypoczywający  na  hamaku  stał  się  podwójnie 
atrakcyjny. 

 - Domyślam się. że nie czytałaś gazet - raczej stwierdził, 

niż zapytał. 

Beth uniosła głowę. 
 -  Pewnie  nie  spodoba  mi  się  to,  co  przeczytam?  - 

domyśliła się. 

 - To zależy od twojego poczucia humoru. Sprawdź sama. 
Beth  sięgnęła  po  gazety  z  bijącym  sercem.  Szybko  je 

przejrzała.  Nie,  nie  było  tak  źle,  na  pewno  nie  gorzej,  niż  się 
spodziewała  przed  wyjazdem.  Ostatecznie  była  na  randce  z 

background image

jednym  z  najbogatszych  i  najprzystojniejszych  mężczyzn  w 
Ameryce.  Nic  dziwnego,  że  ludzie  chcą  wiedzieć,  co  będzie 
dalej. 

 - Mogło być gorzej - powiedziała. 
 - I to o wiele - przyznał Kane. 
 - Więc dlaczego tu się zjawiłeś? 
Po  raz  pierwszy  od  chwili,  gdy  się  poznali,  nie  wiedział, 

co powiedzieć. Beth spojrzała na niego podejrzliwie. 

 - Kane? 
 - Cóż, w radiostacji nie nadążają odpowiadać na telefony. 

Informacja,  że  być  może  mamy  romans,  zelektryzowała 
wszystkich.  Shannon  podczas  porannej  wizyty  stwierdziła,  że 
nawet w telewizji coś o tym mówili. 

Beth gwałtownie uniosła się na łokciach. 
 - Ale chyba nic wiedzą o... parku? 
 -  Nie.  Przynajmniej  na  razie.  Mógłbym  poprosić 

Shannon.  żeby  się  dowiedziała,  czy  coś  do  nich  dotarło. 
Chyba jednak nic chcesz jej wtajemniczać? 

 -  Niech  to  zostanie  między  nami.  Kane  milczał  przez 

dłuższą chwilę. 

 -  W  sprawie  tamtego  wieczoru...  -  zaczął  wreszcie.  - 

Chciałbym wyjaśnić. 

 -  Mam  już  dość  wyjaśnień  -  przerwała.  Westchnął 

głęboko. 

 -  Musisz  zrozumieć,  że  nazwałem  to  błędem  tylko  ze 

względu 

na 

niebezpieczeństwo 

węszących 

wszędzie 

reporterów.  Z  powodu  każdego,  nawet  najmniejszego 
drobiazgu  potrafią  człowieka  ośmieszyć.  Ty  oczywiście  nie 
musisz się przejmować rozpuszczanymi przez nich plotkami. 

Zerknął  na  nią.  Jej  spojrzenie  mówiło  nader  wyraźnie,  że 

mu nie dowierza. Cóż, uraził jej kobiecą dumę. 

 -  W  każdym  razie  ludzie  interesują  się  naszym... 

romansem. Namiętnie słuchają radiostacji Patricka. 

background image

 - Ciągle o tym mówią? 
 -  Tak.  Całą  drogę  ich  słuchałem.  Teraz  debatują,  czy 

dojdzie  do  naszego  ślubu  i  omawiają  inne  podobne  bzdury  - 
dodał z niesmakiem. 

Beth spojrzała wymownie. 
 -  Współczuję  ci.  Pewnie  myślą,  że  musiałeś  zwariować, 

skoro zainteresowałeś się kimś takim jak ja. 

Kane zdał sobie sprawę, że znów niezręcznie się wyraził. 
 -  Myślę,  że  raczej  są  zaskoczeni.  Że  tak  poprawił  mi  się 

gust  Wolałbym  jednak  nie  występować  w  nagłówkach  gazet. 
Unikałem tego, jak mogłem, a teraz oboje jesteśmy w centrum 
zainteresowania. 

Nie wydawała się tym zirytowana, więc odetchnął z ulgą. 
 -  Dzięki  temu  stacja  Patricka  może  odnieść  sukces. 

Patrick  zresztą  uważa,  że  pomoglibyśmy  jeszcze  bardziej, 
gdyby  widziano  nas  jeszcze  kilka  razy.  I  tak  będą  się  nami 
interesować, więc nie byłoby żadnego dodatkowego kłopotu. - 
Taki udawany romans na pokaz? 

 - Nie tylko - odpowiedział cicho Kane. 
Wziął  kolejny  głęboki  wdech  i  rozejrzał  się  wokół.  Dom 

był  niewielki,  lecz  stał  na  sporej  działce,  której  koniec 
przylegał do zagajnika. Wokół skalnego ogródka bujnie rosły 
kwiaty, a ze środka miniaturowego stawu porośniętego liliami 
tryskała  fontanna.  Po  przeciwnej  stronie  zauważył  grządki 
warzywne.  Widać  było,  że  Beth  poświęcała  ogrodowi  sporo 
czasu i wysiłku. 

 -  Chciałbym,  żebyśmy  się  zaprzyjaźnili  -  powiedział  po 

prostu. - Nie ma w tym żadnego udawania. Lubię być z. tobą. 
Czuję  się  inny,  lepszy,  jak  dawniej,  nim  wszystko  tak  się 
skomplikowało. 

Wyciągnął  się  leniwie  i  pomyślał  o  stercie  dokumentów 

czekających  na  biurku.  Zatrudniał  wielu  pracowników.  Może 
już  czas  przekazać  im  część  obowiązków?  Nie  wszystko 

background image

będzie  załatwione  dokładnie  tak,  jak  on  by  to  zrobił,  ale  to 
jeszcze  nie  jest  nieszczęście.  Zwłaszcza  że  w  tym  czasie 
mógłby  leżeć  na  hamaku  i  cieszyć  się  letnim  dniem  w 
towarzystwie przyjaciółki. 

 -  Co  ty  na  to,  Beth?  Na  pewno  zniosłabyś  moje 

towarzystwo  przez  jakiś  czas.  Było  nam  razem  miło,  dopóki 
wszystkiego nie zepsułem. 

Beth  odwróciła  się  na  bok.  Nie  miała  złudzeń.  Chwilowo 

stała  się  obiektem  jego  zainteresowania,  ale  nic  z  tego  nie 
mogło wyniknąć. Nawet przyjaźń. 

Hamak  gwałtownie  się  poruszył,  a  po  chwili  poczuła,  że 

ź

dźbło trawy łaskocze jej bosą stopę. 

 - Przestań - zażądała. 
 - Jeśli powiesz, o czym myślisz. 
 - Myślę, że się ośmieszę. 
 -  Chyba  raczej  ja.  Wszyscy  będą  mówić,  że  uganiam  się 

za dziewczyną, która mogłaby być moją córką. 

Odwróciła się do niego, unosząc z irytacją brwi. 
 -  Mam  dwadzieścia  sześć  lat.  a  nie  szesnaście.  Jesteś  o 

wiele za młody, żeby być moim ojcem. 

Roześmiał się. 
 -  I  tak  między  nami  jest  jedenaście  lat  różnicy.  To  za 

dużo. 

 - Nieprawda. 
 - Będą mnie nazywać pedofilem. 
 -  Nie  masz  się  czym  przejmować?  Kane  wzruszył 

ramionami. 

 - Rodzina chciała, żebym się z tobą skontaktował, ale tym 

razem  sam  także  szukałem  pretekstu  do  spotkania.  Nie 
podobał  mi  się  sposób,  w  jaki  rozstaliśmy  się  wczoraj.  Byłaś 
dotknięta i zła, a ja nic nie mogłem poradzić. Zwykle potrafię 
wszystko wyjaśnić. 

background image

Beth westchnęła i podparła policzek wierzchem dłoni. Nie 

wiedziała. co robić. Chciała pomóc Kane'owi, żeby on z kolei 
pomógł bratu. Zawsze uważała, że rodzina jest ważna, z tego 
samego powodu działała w ośrodku pomocy. Z drugiej strony, 
od  czasu  poznania  Kane'a  jej  wygodne,  bezpieczne  życie 
bardzo się skomplikowało. 

 -  Dobrze  -  zgodziła  się  niechętnie.  -  Ale  za  godzinę  idę 

pomagać  w  malowaniu  czyjegoś  mieszkania,  odłóżmy  więc 
rozmowę na później. 

 -  A  czy  będą  mieć  coś  przeciwko  temu,  że 

przyprowadzisz kogoś ze sobą? 

Spojrzała  zaskoczona.  Mimo  starań  nie  mogła  sobie 

wyobrazić Kane'a O'Rourke'a w zachlapanym farbą ubraniu i z 
pędzlem w ręku. 

 - Kiedy mówię o malowaniu - wyjaśniła - mam na myśli 

wiadra  pełne  farby,  a  nie  rozwieszanie  obrazów  na  wystawie 
malarstwa z uroczystym przyjęciem na koniec. 

 -  Domyśliłem  się.  Crockett  to  miła  miejscowość,  ale 

trudno spodziewać się tu otwarcia galerii. Mogę iść, prawda? 

 -  Owszem,  im  więcej  ludzi,  tym  weselej.  Wszyscy 

przychodzą  na  ochotnika.  Aha,  zapowiedział  się  też  jakiś 
reporter,  żeby  to  opisać,  więc  jeśli  się  tam  pojawisz,  przy 
okazji  pomożesz  bratu.  Tyle  że  to  praca  nie  w  twoim  stylu. 
Brudna i ciężka. 

Machnął ręką. 
 -  Możesz  mi  wierzyć,  że  dam  sobie  radę.  Nie  rozumiem 

tylko, dlaczego nie wynajmiecie fachowca za pieniądze, które 
ofiarowałem. 

 -  Pamiętasz,  to nie  miało  tak  wyglądać,  że  zapłaciłeś  mi, 

ż

ebym z tobą wyjechała - zaczerwieniła się, choć właśnie tak 

to  się  odbyło.  -  Dlatego  wpisałeś  na  czeku  późniejszą  datę. 
Rozmawiałam  z  dyrektorem  ośrodka.  Powiedział,  żeby  na 
razie  o  tym  nie  mówić.  Zależy  mu  na  pomocy  ochotników. 

background image

Jeśli  teraz  się  zaangażują,  to  w  przyszłości  również  chętnie 
przyjdą. 

 - Słusznie - stwierdził Kane. - Czy przedtem moglibyśmy 

tylko  pójść  na  lunch?  Nie  zjadłem  śniadania  i  umieram  z 
głodu. 

Skinęła głową i zsunęła się z hamaka. 
 - Dobrze. Włożę buty i spotkamy się przed domem. Kane 

przyglądał się Beth idącej w stronę budynku. Dobrze się stało, 
ż

e  nie  zaprosiła  go  do  środka.  Jej  zgrabna  figura  za  bardzo 

pobudzała zmysły. 

 - Opanuj się - powiedział cicho do siebie. 
Właściwie żałował, że zaproponował lunch, bo w bujaniu 

się  na  hamaku  z  atrakcyjną  dziewczyną  było  coś  niezwykle 
podniecającego. Ale  nie  mógł  się  oprzeć  myśli, że  jedenaście 
lat, to jednak duża różnica. Beth mogła uważać inaczej, ale w 
przeciwieństwie  do  niego  nie  miała  żadnego  doświadczenia. 
Miała  natomiast  miękkie,  serce  i  usiłowała  wszystkim 
pomagać,  podczas  gdy  on  był  zimnym  biznesmenem  Z 
talentem  wyłącznie  do  zarabiania  pieniędzy.  Był  cynikiem,  a 
ona  idealistką.  Zasługiwała  na  kogoś  lepszego  niż  znużony 
pracoholik. Nagle pomyślał o ojcu. Na pewno polubiłby Beth i 
uznał, że jest świetną kandydatką na żonę. 

Dziewięć  godzin  później  Kane  czyścił  malarskie  wałki. 

Początkowo  niezręcznie  czuł  się  w  grupie  wolontariuszy,  ale 
jego ujmujący sposób bycia szybko zyskał mu sympatię, a już 
szczególnie  pod  koniec  pracy,  gdy  zamówił  pizzę  dla 
wszystkich pracujących. 

 - Czy każdą sprawę załatwiasz pieniędzmi? - spytała, gdy 

byli przez chwilę sami. 

Reporter  odjechał  już  zadowolony,  że  zdobył  ciekawsze 

informacje, niż się spodziewał. 

 -  Pieniądze  mają  dar  przekonywania  -  stwierdził  Kane, 

chlapiąc wodą wokół zlewu. 

background image

 -  Może,  ale  tutaj  ludzie  chcą  po  prostu  pomagać  innym. 

Tego  pieniądze  nie  załatwią.  Czasem  mogą  nawet  być 
przeszkodą. 

Otworzył usta, jakby chciał zaprzeczyć, ale zrezygnował i 

znów zajął się myciem. 

Beth zrobiło się smutno. Kane widać przyzwyczaił się do 

tego, że ludzie potrzebują go wyłącznie z powodu pieniędzy. 

Zapomniał,  że  on  sam  też  może  być  komuś  potrzebny. 

Chyba to właśnie było przyczyna jego konfliktów z rodziną. A 
przecież  był  życzliwym  człowiekiem,  jednym  z  najlepszych, 
jakich miała okazję poznać!. Pomyślała, że teraz zakończenie 
ich krótkiej znajomości będzie dla niej dużo trudniejsze. Sama 
sobie  jest  winna,  bo  niepotrzebnie  igrała  z  ogniem.  Dotknęła 
jego ręki. 

 -  Posłuchaj,  ci  ludzie  polubili  cię.  nim  zafundowałeś  im 

pizzę - powiedziała cicho. - To było miłe, ale niepotrzebne. 

 - Nie wiem, o czym mówisz. 
 - Wiesz doskonale. 
Kane zacisnął zęby. ale wystarczyło, by spojrzał na Beth, i 

napięcie  minęło.  Jej  spojrzenie  wyrażało  prawdziwa  troskę. 
Możliwe, że mu nie ufała i uważała go za zepsutego bogacza, 
ale przywiązywała też wagę do tego. co on czuje. Sprawiło mu 
to  przyjemność,  a  jednocześnie  zrozumiał  nagle,  że 
zdobywanie  fortuny  z  myślą  o  przyszłości  rodziny 
przesłaniało  mu  radość  życia  i  stawało  się  coraz  bardziej 
uciążliwym  obowiązkiem,  Beth  za  to  angażowała  się  we 
wszystko  bez  reszty.  We  wszystko  oprócz  miłości.  Ale  jeśli 
się  wreszcie  zakocha,  to  można  tylko  pozazdrościć 
szczęściarzowi. 

 -  Przynajmniej  dzięki  tej  pizzie  możemy  być  sami  - 

mruknął.  -  Poza  tym  mylisz  się,  pieniądze  pomagają.  Dzięki 
nim zapewniłem mamie wygodne życie. 

 - Jak często ją widujesz? 

background image

 -  Dwa  razy  w  miesiącu.  Latem  częściej.  Przynoszę  jej 

polne kwiaty, takie jakie dostawała od ojca. Ile razy je widzę, 
zatrzymuję się, żeby zerwać bukiet. 

Beth uśmiechnęła się. 
 -  Mogę  się  założyć,  że  te  kwiatki  znaczą  dla  niej  więcej 

niż  najdroższe  meble,  które  dostała  od  ciebie.  Nie  zdajesz 
sobie  sprawy,  jakie  to  może  być  dla  niej  ważne.  Starł  jej  z 
podbródka plamkę farby. 

 -  Beth,  mówimy  o  zwykłych  kwiatkach,  które  znajduje 

przy drodze. 

 -  Dobrze,  nie  bądź  uparty.  Powiedz  lepiej,  czy  znasz  jej 

ulubiony kolor. A co lubi Shannon? 

Brzmiało to jak jakiś test i Kane nie widział w tym sensu, 

ale patrząc w oczy Beth, odpowiedział: 

 - Ulubionym kolorem mamy jest niebieski. Shannon woli 

zielony, lubi muzykę klasyczną, białą czekoladę i orzechy. Nie 
wiem tylko, dlaczego pytasz. To przecież drobiazgi. 

Beth uśmiechnęła się smutno i potrząsnęła głową. 
 -  Czasem  drobiazgi  są  dużo  ważniejsze.  Widzisz,  Curt 

miał  się  ze  mną  ożenić,  ale  nie  wiedział,  w  którym  miesiącu 
się  urodziłam,  a  co  dopiero  mówić  o  ulubionym  kolorze. 
Szczerze mówiąc, gdy coś go zainteresowało, stawałam się dla 
niego niewidzialna. Kochał mnie, ale czasem marzyłam, żeby 
pamiętał  również  o  drobnych  sprawach.  Po  prostu  nigdy  dla 
nikogo nie czułam się ważna. 

Kane był zaskoczony. 
 -  Może  nie  powinienem  tego  mówić,  ale  z  twojego 

powodu  niewiele  spałem  przez  ostatnie  dwie  noce  -  przyznał 
cicho. - Ostatni raz tak się zachowywałem z powodu kobiety, 
gdy miałem szesnaście lat. Wtedy jeszcze nie panowałem nad 
hormonami. 

 - Nie wierzę w ten twój brak opanowania. 

background image

 - A w sobotę wieczorem? Ostrożność, kultura, słowa ojca 

o  traktowaniu  kobiet,  wszystko  nagle  stało  się  nieważne.  W 
tamtej chwili po prostu musiałem cię całować. 

Spojrzeli  sobie  w  oczy.  Bez  namysłu  przyciągnął  ją  i 

pocałował.  Wiedział,  że  nie  powinien  tego  robić.  Mógł  jej 
ofiarować  tytko  przelotną  przygodę,  a  Beth  przecież  nie 
należała  do  osób  szukających  nic  nieznaczących  miłostek. 
Jednak było mu przy niej tak dobrze. 

Nagle błysnęło ostro światło. 
 -  Świetne  zdjęcie.  Dziękuję  -  zawołał  reporter,  który 

niespodziewanie znów się pojawił. 

 - Do diabła - zaczął Kane, gotów ruszyć za nim, ale Beth 

chwyciła go za rękę i pokręciła przecząco głową. 

 - To tylko pogorszy sprawę. Zresztą, pewnie tego właśnie 

potrzebował  twój  brat.  Dobrego  zdjęcia  na  okładkę.  Ludzie 
będą mieli o czym mówić. 

 -  Przecież  nie  pocałowałem  cię  dla  reklamy  - 

odpowiedział  ostro.  -  Po  prostu  jesteś  tak  atrakcyjna,  że  nie 
mogłem się powstrzymać. 

 - Aha. 
Beth nie wiedziała, co o tym myśleć. Nie znała go na tyle, 

by  wiedzieć,  jak  daleko  mógł  się  posunąć  dla  dobra  rodziny. 
Zresztą był to jeden z powodów, dla których go podziwiała. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 
Następnego  dnia  rano  Kane  wkroczył  do  gabinetu  swojej 

asystentki  i  spojrzał  na  nią  z  wyrzutem.  Była  jak  zawsze 
elegancka  i  nieskazitelna,  ale  na  jego  widok  uśmiechnęła  się 
dwuznacznie. 

Było 

to 

nad 

wyraz 

nieprofesjonalne 

zachowanie. 

 - Wziąłem wczoraj dzień wolnego - powiedział wyniośle. 

-  Chciałem  poświęcić  trochę  czasu  na  własne  sprawy.  Chyba 
mi wolno? 

 -  To  będzie  szok  dla  całej  zachodniej  półkuli.  Usiłował 

rzucić jej mordercze spojrzenie, ale nie wytrzymał i sam się w 
końcu uśmiechnął. 

 -  No  dobrze.  Powiedzmy,  że  pewne  sprawy  stały  się 

ważniejsze  niż  praca.  Dziś  zgłoszę  się  do  szpitala,  żeby  mi 
wymienili poglądy na życie. 

 - Powiedzmy, że nie wierzę. 
Libby  była  zaskoczona  jego  zachowaniem  i  wcale  nie 

kryła  zdumienia.  Zupełnie  się  tym  nie  przejął.  Tyle  już  uwag 
słyszał  na  temat  swojego  stylu  życia,  że  spływały  po  nim  jak 
woda  po  kaczce.  Chyba  że  mówiła  to  Beth.  Właściwie  nie 
rozumiał,  dlaczego  zależy  mu  na  opinii  tej  chudej, 
małomiasteczkowej panienki. Owszem, była bystra, życzliwa, 
z poczuciem humoru, ale jak dla niego zbyt młoda i niewinna. 

Westchnął.  Nic  powinien  myśleć  o  małżeństwie  z  nią,  bo 

zasługiwała na kogoś, kto miałby dla niej czas. Nie powinien 
też  angażować  się  w  przełomy  romans,  bo  zgodnie  z  tym,  co 
wpoił  mu  ojciec,  istnieją  zasady,  których  prawdziwy 
mężczyzna  musi  się  trzymać.  Pozostawała  wiec  tylko 
przyjaźń.  Tyle  że  zupełnie  nie  mógł  zapomnieć  jej 
pocałunków ani dotyku jej ciała, 

 -  Przy  okazji  -  powiedział,  idąc  do  drzwi  swojego 

gabinetu.  -  Za  godzinę  wychodzę.  Odwołaj  wszystkie  moje 
spotkania na najbliższe dwa tygodnie. Biorę więcej wolnego. 

background image

Libby  otworzyła  usta.  ale  nie  udało  jej  się  wydusić 

najmarniejszego nawet słowa. 

 - Słyszałaś? 
Przynajmniej  jedna  kobieta  zaniemówiła  z  jego  powodu. 

Była  to  miła  odmiana,  bo  siostry  i  matka  nigdy  tak  nie 
reagowały. Musiał przyznać, że kobiety w jego rodzinie miały 
anielskie  uśmiechy,  lecz  wybuchowe  charaktery.  Beth  nie 
różniła się od nich pod tym względem. 

Asystentka niepewnie skinęła głową. 
 -  Co  mamy  zrobić  ze  sprawami,  które  czekają  na  pilne 

załatwienie? 

Kane  błyskawicznie  podjął  decyzję.  Jeśli  chce  normalnie 

ż

yć, musi z kimś podzielić się obowiązkami. 

 - Neil da sobie radę. Od dawna o tym marzy. 
Neil  był  jednym  z  młodszych  braci  Kane'a.  Ukończył 

Harvard i potrafił prowadzić negocjacje handlowe, jakby miał 
nerwy ze stali. Do tego znał filie firmy w Niemczech i Japonii. 

 - Przygotuję upoważnienie do podpisywania dokumentów 

- powiedziała Libby. 

 -  Świetnie.  W  czasie  mojej  nieobecności  może  też 

korzystać z gabinetu, chyba że masz coś przeciwko temu. 

 - Oczywiście, że nie. 
Kane  zawahał  się.  Przypomniał  sobie  nagle,  że  Libby  i 

Neil  umówili  się  kiedyś  na  randkę,  ale  tylko  raz.  Widać 
spotkanie  musiało  być  nieudane,  bo  od  tego  czasu  byli  do 
siebie wrogo nastawieni. 

 - Jesteś pewna? - spytał cicho. 
Nie  chciałby  sprawić  jej  przykrości,  była  cennym 

pracownikiem, poza tym traktował ją jak jeszcze jedną siostrę. 
Libby przybrała oficjalny uśmiech i skinęła głową. 

 - Szefie, za bardzo się pan przejmuje. Życzę przyjemnego 

wypoczynku. 

background image

Pomyślał  o  Beth  o  jej  cichym  domu  i  ogródku. 

Uśmiechnął się. 

 - Dziękuję, Libby. Na pewno będzie przyjemnie. 
Beth  prężyła  się  pod  natryskiem.  Chłodna  woda  spływała 

po  jej  ciele.  Jak  na  kogoś,  kto  lubi  długo  spać,  wstała  dziś 
wyjątkowo  wcześnie.  Było  to  tym  dziwniejsze,  że  wzięła 
właśnie  kilka  dni  wolnego.  Od  samego  rana  pracowała  w 
ogródku,  potem  przejrzała  lokalną  gazetę.  Było  tam 
oczywiście  jej  ostatnie  zdjęcie  w  ramionach  Kane'a.  Trochę 
przykro  jej  było,  że  zainteresowano  się  nią  tylko  ze  względu 
na niego. 

 -  Dlaczego  znów  się  z  nim  całowałam?  -  mruknęła  do 

siebie. - Jestem zupełną idiotką. 

Kane  był  inny,  niż  mogłoby  się  z  pozoru  wydawać.  Pod 

klasycznym, eleganckim garniturem krył się mężczyzna, przy 
którym  zaczynała  tęsknić  za  tym,  co  kiedyś  utraciła.  To  było 
nierozsądne. Był miły i lubiła go, nic więcej. Gdy wychodziła 
spod  natrysku,  zadźwięczał  dzwonek  u  drzwi.  Pospiesznie 
owinęła  się  szlafrokiem  i  pobiegła.  To  pewna  Emily.  Jej 
wspólniczka  zaglądała  czasem  o  tej  porze.  Beth  otworzyła 
drzwi i cofnęła się gwałtownie. 

Za drzwiami stal uśmiechnięty Kane, trzymający w rękach 

dwie papierowe torebki. 

 -  Kawa  i  słodkie  bułeczki.  Pomyślałem,  że  powinniśmy 

przedyskutować nasz następny krok. 

Beth szczelniej owinęła się szlafrokiem. 
 - Jaki krok? 
 - Nasz romans na niby. 
 - Wczorajszy wieczór nie wystarczy? 
Spojrzał  na  jedwabny  szlafrok,  który  kusząco  podkreślał 

jej  ponętne  kształty.  Przechwyciła  jego  spojrzenie  i 
zaczerwieniła się. 

 - Co masz na myśli? 

background image

 - Widziałeś dzisiejszy artykuł? - Nie. 
 - Zaraz ci pokażę. 
Poszła do kuchni, gdzie zostawiła na stole gazetę, a kiedy 

odwróciła  się,  wpadła  wprost  na  Kane'a.  Przytrzymał  ją  za 
ręce,  żeby  nie  upadła,  a  na  widok  rozchylonego  szlafroka 
uśmiechnął  się.  Podsunęła  mu  gazetę  pod  nos  i  gorączkowo 
poprawiła strój. 

Ten  facet  jest  nie  do  zniesienia,  pomyślała.  Szczerze 

mówiąc,  kiedy  zgodziła  się  udawać,  że  łączy  ich  romans, 
wiedziała,  że  będzie  ją  nachodził.  Musi  to  przeczekać.  Cała 
sprawa  powinna  się  zakończyć,  gdy  Kane  zaprosi  jakąś  inną 
kobietę  do  opery,  na  koncert  czy  gdzieś,  gdzie  zwykłe  się 
umawia.  Odsunęła  mokry  kosmyk  z  czoła  i  spojrzała  na 
Kane'a przeglądającego gazetę. 

 - Okropne, prawda? - spytała. 
 - Nie jest tak źle - zapewnił. 
 -  Miliarder  uwodzi  miejscową  piękność  -  zacytowała 

Beth,  wznosząc  oczy  do  góry.  -  To  nie  jest  według  ciebie 
gruba przesada? 

 - Dlaczego? Przecież jestem miliarderem. 
 - Ale ja nie jestem pięknością. 
 - Myślę, że jesteś. Stuknęła się palcem w czoło. 
 - Zbadaj sobie wzrok. 
 - Jest doskonały. 
Kane  zmiął  gazetę  i  odłożył  ją  na  stół.  Uważał,  że  tytuł 

jest  w  porządku,  o  wiele  lepszy  niż  poprzednie.  Oczywiście 
wolałby,  żeby  pocałunki  były  ich  osobistą  sprawą.  Owszem, 
miał  ochotę  całować  Beth,  ale  me  na  oczach  publiczności. 
Natomiast jeśli chodzi o urodę... Gdy ujrzał Beth w obcisłym, 
jedwabnym  szlafroku,  który  podkreślał  jędrne  piersi  i  zarys 
bioder, uznał, że to widok niezwykle prowokujący. Chrząknął. 
starając się nie dać tego po sobie poznać. 

background image

 -  Nie  powinnaś  otwierać  drzwi  tak  ubrana.  To  zbyt 

kuszący widok. 

Wzruszyła ramionami. 
 -  Zwykle  tego  nie  robię,  ale  myślałam,  że  to  moja 

wspólniczka.  Emily  Carleton  -  wyjaśniła.  Starała  się  nie 
zwracać wagi na to, że natarczywie jej się przygląda. - Kiedy 
urodziła córkę, sprzedała mi połowę udziałów. Wzięłam teraz 
tydzień  urlopu,  bo  lada  dzień  powinna  urodzić  następne 
dziecko i mogę długo nie mieć okazji do odpoczynku. 

 - Rozumiem. Przyniosę kawę z pokoju. 
Gdy  wrócił  do  kuchni,  Bem  znów  w  skupieniu  czytała 

gazetę.  Nie  znał  jeszcze  kobiety  tak  wrażliwej  na 
komplementy. 

Może  nie  jest  Miss  Świata,  ale  w  czym  taka  Miss  jest  od 

niej  lepsza?  Owszem,  Beth  nie  miała  imponującego  biustu, 
lecz  była  z  natury  dobrym  człowiekiem.  Taka  kobieta 
zasługiwała  na  kogoś  wspaniałego.  Kane  niestety  za  takiego 
się  nie  uważał,  ale  przynajmniej  czuł  się  świetnie  w  jej 
towarzystwie. 

 - Kawy? - spytał, wyjmując z torebki plastikowy kubek z 

pokrywką.  -  Nie  wiedziałem,  jaką  lubisz.  Wziąłem  więc  z 
mlekiem i cappuccino. 

 - Poproszę cappuccino. 
Upita  łyk,  potem  zajęła  się  słodką  bułką.  Po  chwili 

spojrzała na niego i westchnęła. 

 - Nie wracasz do pracy? 
 - Wolałbym zostać z tobą. 
 - Ale ten artykuł już zrobił dobrą reklamę i radio twojego 

brata  na  pewno  zyskało  wielu  słuchaczy.  Nic  musimy  dłużej 
udawać. 

 -  Ja  niczego  nie  udaję.  Naprawdę  chciałbym,  żebyśmy 

zostali  przyjaciółmi.  Spotkajmy  się  jeszcze  kilka  razy,  żeby 

background image

wszyscy  uwierzyli,  że  to  romans.  Tylko  my  będziemy 
wiedzieć, że chodzi o przyjaźń. 

Beth  była  zupełnie  zdezorientowana.  Kane  z  pewnością 

nie miał czasu na przyjaźnienie się z kimś takim jak ona. Bez 
wątpienia nie interesował go też prawdziwy romans. W końcu 
miała lustro i zdawała sobie sprawę z własnego wyglądu. 

 -  To  się  nie  uda  -  powiedziała  powoli.  -  Zupełnie  nie 

rozumiem,  dlaczego  wszyscy  uwierzyli,  że  mogłeś  się  we 
mnie zakochać. 

 -  Może  raczej  ludzie  zadają  sobie  pytanie,  jak  ty  mogłaś 

się  we  mnie  zakochać  -  sprostował  Kane.  -  Jesteś  cudowną 
kobietą, a ja tylko facetem z dużymi pieniędzmi. 

Beth  nie  mogła  uwierzyć,  że  powiedział  to  zupełnie 

szczerze. Chociaż z drugiej strony wielokrotnie podkreślał, że 
pieniądze to wszystko, co ma do zaoferowania. 

 -  Nie  mów  tak.  Jesteś  wspaniałym,  inteligentnym 

mężczyzną.  Dbasz  o  rodzinę,  pracowników  i  nie  zapominasz 
nawet  o  polnych  kwiatkach  dla  mamy.  Ma  dodatek  jesteś 
najprzystojniejszym mężczyzna, jakiego spotkałam w życiu! 

Uśmiechnął się. 
 -  Dlaczego  w  takim  razie  nie  chcesz,  żebyśmy  zostali 

przyjaciółmi? 

 - Tego nie powiedziałam. 
 -  Czyli  przyjaźnić  się  możemy.  tylko  romans  jest 

wykluczony - podsumował. 

Miała ochotę potrząsnąć nim z wściekłości i jednocześnie 

całować  go.  Czuła  się  rozdarta.  Już  po  raz  drugi  spokój  jej 
stabilizowanego  życia  był  zagrożony.  W  obecności  Kane'a 
czuła  się  wspaniale,  ale  z  tego  mogło  wyniknąć  tylko 
cierpienie. 

 -  Nie  możemy  zostać  nawet  przyjaciółmi  -  próbowała 

argumentować  rozsądnie.  -  Mieszkamy  na  przeciwnych 
brzegach Puget Sound. 

background image

 - Też tak myślałem, ale przypomniałem sobie, że istnieje 

coś

 

takiego jak drogi. 

 -  Poza  tym  jesteś  bardzo  bogaty  -  mówiła  dalej  -  a  ja 

jestem  właścicielką  zaledwie  połowy  sklepu  z  ciuchami  dla 
dzieci i kobiet w ciąży. 

 -  Świetnie.  -  Skinął  energicznie  głową.  -  Oboje  więc 

jesteśmy  ludźmi  biznesu.  Dzięki  temu  mamy  dodatkowe 
tematy do rozmów, choć i tak nie powiedzieliśmy sobie jesz - 
cze wszystkiego. 

 - Ty mnie w ogóle nie słuchasz! - zawołała Beth. 
 -  Nieprawda.  Słyszę  każde  słowo  i  próbuję  cokolwiek 

wyjaśnić. 

 -  Nic  ma  co  wyjaśniać.  Nigdy  nie  miałam  rodziny,  a  ty 

masz bardzo dużą. Lubisz wcześnie wstawać, a ja nienawidzę 
poranków. 

Rzucił jej leniwe spojrzenie. 
 - Mógłbym sprawić, żebyś je polubiła. 
Propozycja całkiem ją zaskoczyła. Przez chwilę próbowała 

sobie  to  wyobrazić,  jednak  szybko  doszła  do  wniosku,  że  nie 
mówił poważnie, chciał jedynie pomóc bratu. 

 -  Beth,  co  ty  na  to?  -  spytał  cicho.  -  Spędźmy  razem 

trochę czasu. Niech sobie ludzie myślą, co chcą. 

Propozycja  była  niepokojąca.  W  końcu  Kane  O'Rourke 

był chodzącą pokusą. 

 - No dobrze, ale żadnych więcej pocałunków. 
 - Tego nie mogę obiecać. 
 - Dlaczego? 
Kane przeciągnął palcem po jej przegubie. 
 -  Bo  nie  łamię  obietnic,  a  wątpię,  czy  tej  mógłbym  do  - 

trzymać. Ubieraj się i ustalimy plany na dziś. 

 -  Myślałam  o  tym,  żeby  wziąć  małego  kotka  - 

powiedziała bez zastanowienia. 

background image

 -  Świetnie.  -  Kane  już  wyciągnął  telefon  komórkowy.  - 

zadzwonię do asystentki. Na pewno w tej okolicy są hodowcy 
kotów. Myślałaś o jakiejś konkretnej rasie? 

Skinęła głową. 
 - O dachowcu. 
Miał tak zaskoczoną minę, że aż się uśmiechnęła. 
 - Nigdy nie słyszałem o takich. 
 -  Wiesz,  to  taki  uliczny  kot,  który  potrzebuje  domu  - 

wyjaśniła cierpliwie. 

Pomysł  z  kotem  przyszedł  jej  do  głowy  zupełnie 

niespodziewanie.  Może  podświadomie  chciała  mieć  coś 
ż

ywego  obok  siebie,  coś,  co  mruczałoby,  wylegując  się  z  nią 

na  hamaku.  Nie  planowała  tego  wcześniej.  Po  prostu  lubiła 
zwierzęta. 

 -  Skąd  wziąć  ulicznego  kota?  Nie  będziemy  przecież  na 

niego  polować  w  jakiejś  podejrzanej  okolicy  -  powiedział  z 
przejęciem.  -  Dziki  kot  może  być  niebezpieczny.  Trzeba  go 
złapać i najpierw oswoić. 

Beth  nie  mogła  już  się  opanować  i  wybuchnęła  szczerym 

ś

miechem na cały głos. 

 - Naprawdę jesteś z innego świata. Kane, bezpańskie koty 

można wziąć ze schroniska. To w Crockett jest bardzo dobre. 

 - Domyślam się, że im też pomagasz. 
 - Pomagałam zbierać datki. Potrzebny im nowy budynek. 

Utrzymanie  weterynarza  też  kosztuje.  Wszystkie  zwierzęta  są 
tam szczepione i leczone. 

Kane  pokręcił  głową  z  podziwu.  Miał  coraz  większą 

ochotę przytulić Beth. 

 -  Dobrze.  Ubierz  się  wreszcie  i  chodźmy  do  tego 

schroniska wybierać twojego przybłędę. 

Kiedy zniknęła za drzwiami, Kane popijał stygnącą kawę, 

uśmiechając  się  do  siebie.  No  tak,  dawniej  wiedziałby,  co  to 

background image

jest  dachowiec.  Kiedy  zdążył  się  aż  tak  zmienić,  że  kot 
kojarzył mu się już tylko z drogim, rasowym okazem? 

Znajomość  z  Beth  nie  może  skończyć  się  tylko  na 

przyjaźni.  Za  bardzo  jej  pragnął.  W  porównaniu  z  nią  innym 
kobietom  brakowało  niewymuszonej  radości,  zaraźliwego 
ś

miechu  i  szczerego  uporu.  Czuł,  że  przy  niej  stara  się  być 

lepszym człowiekiem. Takiej przyjaźni potrzebował. Może nie 
muszą  stać  się  kochankami?  Zastanawiał  się  nad  tym  przez 
całą  drogę  do  schroniska,  gdzie  dziesiątki  kotów  i  psów 
zamkniętych w Watkach spoglądały na nich z nadzieją. 

Widząc,  że  Beth  zagląda  do  każdej  klatki  ze  łzami  w 

oczach,  Kane  jęknął.  Najchętniej  zabrałaby  wszystkie 
zwierzęta. Co prawda powiedziała, że chce małego kotka, ale 
już  po  chwili  miała  na  rękach  wielkie  szare  kocisko,  które 
donośnym  mruczeniem  okazywało  zadowolenie.  Kartka  na 
drzwiach  klatki  informowała,  że  potwór  nazywa  się  Smoke  i 
już od roku czeka na życzliwą osobę. 

 -  Ogłoszę  w  firmie  -  odezwał  się  po  chwili  Kane  -  żeby 

każdy  się  zastanowił,  czy  nie  chciałby  wziąć  ze  schroniska 
jakiegoś  zwierzaka.  Poniosę  wszelkie  koszty  i  pozwolę 
pojechać w godzinach pracy. 

 - Naprawdę to zrobisz? - spytała z nadzieją w oczach. Był 

gotów zgodzić się na wszystko, byleby osuszyć jej łzy. 

Nagłe  spomiędzy  krat  wysunęła  się  łapa  i  chwyciła  Beth 

za kosmyk włosów. 

 -  Miau!  -  zaczepił  ich  mały  kotek,  jakby  żądał 

natychmiastowego zabrania go do domu, 

Beth spojrzała z uśmiechem na pasiastą kulkę futra. 
 -  Jak  myślisz,  Smoke?  -  zwróciła  się  do  kota,  który 

siedział  u  niej  na  rękach.  -  Dogadasz  się  z  młodszym 
braciszkiem, prawda? 

background image

Szary  kot  ziewnął  i  schował  głowę  w  zgięcie  jej  łokcia. 

Był łagodny i do pełni szczęścia potrzebował jedzenia, miłości 
i ciepłego miejsca do snu. 

Nim  Beth  zdążyła  się  zaprzyjaźnić  z  kolejnymi  kotami, 

Kane  poprowadził  ją  do  holu,  gdzie  uparł  się  zapłacić. 
Pasiasty  kociak  nie  był  zachwycony  kartonowym  pudlem,  w 
którym został umieszczony na czas podróży, natomiast starszy 
kot  ułożył  się  wygodnie  i  zasnął.  Beth  miała  coraz  bardziej 
nieszczęśliwą  minę,  słuchając  przejmującego  miauczenia 
pręgowanego  stworka.  W  końcu  otworzyła  karton,  a 
uwolniony  kociak  wspiął  się  jej  na  kolana,  uspokoił  i  zajął 
myciem pyszczka. 

 -  Jesteś  cudowny  -  powiedziała  Beth  i  podrapała  go  pod 

brodą. 

Po  raz  pierwszy  w  życiu  Kane  zazdrościł  kotu.  Oba 

stworzenia miały zapewnioną miłość, pieszczoty i opiekę. 

 -  Pewnie  potrzebne  im  są  jedzenie,  żwirek  i  miski?  Beth 

drgnęła. 

 -  Słusznie.  Zupełnie  o  tym  zapomniałam.  Tam  dalej  jest 

sklep  zoologiczny.  Zatrzymaj  się,  a  ja  pobiegnę  i  kupię 
wszystko, czego potrzeba kotom. 

 - Żaden problem - powiedział z uśmiechem - ale pozwól, 

ż

e ja się tym zajmę. 

 - Weź moją portmonetkę. 
 -  Przecież  to  tylko  trochę  jedzenia  dla  kotów.  Lepiej 

zostań i pilnuj, żeby dzieciom nic się nie stało - zaproponował, 
wysiadając z samochodu. 

 - Nie potrzebuję już mieć dzieci - szepnęła pręgowanemu 

kotu do ucha - bo teraz mam ciebie. 

W odpowiedzi ziewnął, ułożył się na boku i zasnął. 
Po  chwili  Beth  usłyszała  odgłos  otwieranego  bagażnika. 

Za - niepokojona zauważyła, że Kane i jeden ze sprzedawców 
kilkakrotnie wracali do sklepu po pakunki. 

background image

 -  Co  ty  kupiłeś?  -  spytała,  gdy  wreszcie  trochę  zasapany 

usiadł za kierownicą. 

 - Tylko kilka niezbędnych rzeczy. 
 - Kane, nie możesz, kupować wszystkiego. 
 -  Beth  -  odpowiedział,  naśladując  jej  zirytowany  ton.  - 

Mogę  kupować,  co  chcę,  a  już  na  pewno  wolno  mi  dawać 
prezenty naszym nowym podopiecznym. 

Dotknął palcem czubka jej nosa i roześmiał się. 
 - Przy tobie człowiek nie może się nudzić. Pomyślała, że 

jest  tylko  uprzejmy,  bo  tak  naprawdę  musiało  mu  być 
strasznie nudno. Najpierw zaciągnęła go do pracy w ośrodku, 
gdzie  malował  przez  dziewięć  długich  godzin,  teraz  musiał 
odwiedzić  schronisko  dla  zwierząt  i  sklep  zoologiczny.  Tak, 
atrakcje  nie  miały  wprost  końca.  Dla  niej  nie  było  to  nudne, 
ale nic wyobrażała sobie, że Kane'a mogą cieszyć tak zwykłe 
sprawy. Ona była zadowolona ze swego życia, przy - najmniej 
do chwili, gdy on w nie wkroczył. Obawiała się jednak, że gdy 
Kane na stałe wróci do Seattle, nie będzie już umiała cieszyć 
się drobiazgami jak dawniej. 

Po  powrocie  do  domu  stwierdziła,  że  kupił  dosłownie 

wszystko:  zapas  puszek  z  jedzeniem,  zabawki,  domki  do 
spania,  środki  przeciw  pchłom  i  dwie  elektryczne, 
samoczyszczące się kuwety. 

 -  Powiedzieli,  że  są  rewelacyjne  -  mruknął  Kane,  gdy 

zaprotestowała. 

Siadł  na  podłodze  i  uważnie  studiował  instrukcję.  Po 

chwili złożył oba urządzenia i napełnił je żwirem. 

 -  Gdzie  mam  je  postawić?  Muszą  być  blisko  gniazdka  z 

prądem. 

Beth  pokręciła  głową  z  niedowierzaniem  i  zaprowadziła 

go do zapasowej sypialni. Nigdy nie przyszłoby jej do głowy, 
ż

e  Kane  O'Rourke  będzie  instalował  kocie  kuwety. 

Tymczasem on nie protestował, nie dawał po sobie poznać, że 

background image

to  zajęcie  jest  poniżej  jego  godności.  Po  prostu  zrobił,  co 
należało.  Dziwne.  Miał  tyle  pieniędzy,  a  nie  bał  się  ubrudzić 
rąk. 

Ale  to  nie  był  koniec  niespodzianek.  Wkrótce  potem, 

kiedy zdrzemnęli się na hamaku, koty po prostu wskoczyły za 
nimi. Smoke zwinął się na brzuchu Kane'a. a kociak ułożył się 
na włosach Beth. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 
Następnego ranka Beth nie mogła oprzeć się ciekawości i 

włączyła  radio.  Stacja  KLMS  podawała  właśnie  najnowsze 
informacje na temat planów małżeńskich Kane'a. Beth zatkało. 
Czy słuchacze naprawdę wierzą, że Kane mógłby się zakochać 
w  kimś  takim  jak  ona?  Przecież  są  dorośli,  a  radiostacja 
próbowała im wcisnąć jakieś bajki. 

 -  Wiele  wskazuje  na  to,  że  Kane  O'Rourke  porzuci  stan 

kawalerski  -  mówił  podnieconym  głosem  prowadzący.  - 
Widziano  go  wczoraj  w  Crockett  w  towarzystwie  uroczej 
panny  Cox.  W  schronisku  dla  bezdomnych  zwierząt  wybrali 
dwa koty. To chyba dobry znak. 

Dalej  dziennikarz  wychwalał  wspaniałe  warunki  w 

schronisku  -  niewątpliwie  wpływ  Kane'a.  Bez  dwóch  zdań  to 
dobry człowiek i byłby doskonałym mężem dla odpowiedniej 
kobiety.  Cóż.  tyle  że  ona  nie  była  odpowiednią  kandydatką. 
Nagle  uświadomiła  sobie,  że  pewnego  dnia  usłyszy 
wiadomość o jego ślubie. Tym razem prawdziwą. Zwykle nie 
obchodziły  jej  takie  uroczystości  dotyczące  znanych  osób, 
jednak  w  tym  wypadku  będzie  inaczej.  Kane  ją  całował, 
obejmował,  śmiał  się  z  nią.  Przy  nim  czuła  się  piękna  i 
pożądana. 

Sprężysta,  futrzana  kulka  skoczyła  na  parapet  i  głośno 

miaucząc,  obserwowała  wronę.  Beth  roześmiała  się  i 
pogłaskała  kociaka,  który  od  niedawna  nosił  dumne  imię 
Razzle. 

 - Lepiej jej nie zaczepiaj. Jest od ciebie dwa razy większa. 

Razzle  nadal  bacznie  przyglądał  się  ptakowi,  a  Beth  po  raz 
kolejny  w  ciągu  ostatniej  godziny  spojrzała  na  zegarek. 
Zdążyła  już  popracować  w  ogrodzie,  sprzątnąć  cały  dom  i 
wziąć  prysznic.  Wszystko  przez  Kane'a,  który  napomknął,  że 
może  wpadnie  na  chwilę  około  dziesiątej.  W  rezultacie  nie 
spała  już  od  świtu,  zastanawiając  się,  czy  mówił  serio. 

background image

Powtarzała  sobie,  że  nie  ma  to  żadnego  znaczenia,  ale  gdy 
usłyszała pukanie do drzwi, serce zabiło jej szybciej. 

Wkroczył uśmiechnięty z doniczką w ręku. 
 -  Kocia  mięta  -  wyjaśnił.  -  Myślisz,  że  spodoba  się 

maluchom? 

 -  Na  pewno.  Co  najmniej  tak  jak  grające  piłeczki  do 

zabawy. Wiesz, że hałasowały nimi przez całą noc? 

 - Przepraszani. Tego nie przewidziałem. 
 -  Cóż,  sama  chciałam  kota  -  przyznała  z  uśmiechem. 

Kane  zdał  sobie  sprawę,  że  coraz  częściej  uczestniczy  w  jej 
codziennym  życiu  i  że  każda  wspólna  chwila  sprawia  mu 
radość. Chrząknął. 

 -  Wspominałaś,  że  interesujesz  się  baseballem.  Mam 

bilety do łoży na niedzielny mecz. Chyba że masz inne plany 
na weekend. 

 -  Loża?  -  zmarszczyła  nos  niezadowolona.  -  Nie  było 

normalnych biletów? 

 -  Nie  wolałabyś  raz  pójść  z  fasonem?  Unikniesz  łupinek 

od orzechów i plam po coli. 

 - Wolę się czuć jak na meczu, a nie siedzieć w oszklonej 

loży  -  odpowiedziała  stanowczo  i  ruszyła  z  doniczką  do 
kuchni. 

Kane  pokręcił  głową.  Musiał  przyznać,  że  Beth  jest 

niepowtarzalna.  Ciągle  go  czymś  zaskakiwała.  Jego  rodzina 
bardzo chciała ją poznać. Wszyscy byli ciekawi kobiety, która 
potrafi  mu  się  sprzeciwić.  Tym  bardziej  że  Shannon  zdążyła 
już  wszystkim  opowiedzieć  o  poranku,  kiedy  to  Beth  wpadła 
jak grom do jego biura. 

 -  A  tak  przy  okazji  -  zaczął  -  nasza  rodzina  spotyka  się 

zawsze w niedzielę wieczorem. Mama chce, żebyśmy przyszli 
po meczu na kolację. 

Ku jego zaskoczeniu Beth wyraźnie się zaniepokoiła. 
 - Chyba nie myśli, że naprawdę coś nas łączy? 

background image

 - Nie - zapewnił szybko. - Niczego takiego nie dałem jej 

do  zrozumienia.  Oczywiście  marzy  o  kolejnych  wnukach. 
Teraz 

może 

rozpieszczać 

tylko 

dziewczynki 

mojej 

najmłodszej siostry. 

Beth bez słowa odwróciła się i odkręciła kran nad zlewem. 

Z  rur  dobiegło  coś  w  rodzaju  stęknięcia  i  fontanna  wody 
trysnęła w stronę sufitu. Beth krzyknęła i odskoczyła do tyłu. 
Górna część zaworu została jej w ręku. 

 - Psiakrew! - warknęła pod nosem. 
 - „Psiakrew" nie pomoże! - zawołał Kane, podbiegając do 

zlewu.  -  Weź  garnek,  odwróć  dnem  do  góry.  Niech  woda 
płynie do zlewu. Ja spróbuję to zakręcić. 

 -  Nic  nie  musisz  robić  -  odpowiedziała,  odgarniając 

mokre włosy z twarzy. - Dam sobie radę. 

Burknął  coś  do  siebie,  klęknął  i  otworzył  szafkę  pod 

zlewem.  Beth  tymczasem  przykryła  fontannę  największym 
garnkiem,  jaki  znalazła.  Była  już  cała  mokra,  a  wyglądało  na 
to,  że  Kane  też  tak  będzie  wyglądał  za  chwilę. Pomyślała, że 
mężczyźni są niemożliwi. Uważają, że znają się na wszystkim 
i potrafią naprawić każdą rzecz. 

 - Mogę sama to zrobić - upierała się. 
Tymczasem woda spod garnka pryskała na boki, chlapiąc 

ich  oboje  i  nie  oszczędzając  podłogi.  Jedynie  sufit  był 
bezpieczny. Spojrzała w dół. Mokra koszula przykleiła się do 
Kane'a, podkreślając muskulaturę. 

 -  Jeśli  kobieta  potrzebuje  pomocy,  nie  mogę  jej  tak 

zostawić - powiedział z głębi szafki. - Do diabła, nie dam rady 
przekręcić tych zaworów. Kiedy ostatnio zakręcałaś tu wodę? 

 - Nigdy. Nie było takiej potrzeby, 
 - Od dawna mieszkasz w tym domu? 
 - Ponad cztery lata. 

background image

Beth  przypomniała  sobie  dzień  po  śmierci  Curta,  gdy 

zdecydowała,  że  musi  jakoś  ułożyć  sobie  życie.  Szybko 
podjęła decyzję i wprowadziła się tu w przeciągu miesiąca. 

 -  Jest  lepiej  -  dobiegł  ją  stłumiony  głos.  -  Jeden  daje  się 

odrobinę przekręcić. 

Strumień  wody  zmniejszył  się,  wreszcie  przestało  nawet 

kapać.  Beth  ostrożnie  zdjęła  garnek,  potrząsnęła  głową,  żeby 
pozbyć  się  kropli  spływających  po  policzku.  Kane  wyczołgał 
się z szafki. Spojrzała na niego. 

 - Domyślam się, że nie wziąłeś ubrania na zmianę? 
 -  Nie  -  przyznał.  -  Spróbujmy  jakoś  usunąć  tę  wodę. 

Kiedy wrzucała do pralki stertę mokrych ręczników, usłyszała 
telefoniczną rozmowę Kane'a. 

 - Tu O'Rourke. Zawołaj Milesa. Miles? Tu Kane. Przyślij 

hydraulika na Jacobson South numer 551. 

Beth  natychmiast  zamachała  ręką  i  pokręciła  głową 

przecząco. Nie zwracał jednak na nią uwagi. 

 -  Niech  weźmie  rurki  i  złączki  potrzebne  do  instalacji 

kuchennego  zlewu.  -  Spojrzał  jeszcze  raz  na  stary  zlew  i 
uniósł brwi. - I nowy zlew. 

 -  Chwileczkę!  -  zawołała  Beth.  -  Na  to  się  nie  zgadzam. 

Kane odwrócił się, żeby lepiej słyszeć Milesa. 

 -  Tak.  Całość  do  wymiany,  łącznie  z  zaworami 

odcinającymi wodę. Ktoś inny może pojechać po zlew. Będzie 
szybciej.  -  Przez  chwilę  słuchał.  -  Nie  wiem.  Nowy, 
dwukomorowy, dobrej jakości. 

Beth  oparła  ręce  na  biodrach.  Spojrzała  na  Kane'a  i 

stwierdziła, że wyrwanie mu telefonu z ręki raczej się nie uda. 
Zaczekała więc, aż skończył rozmawiać. 

 -  Co  ty  sobie  wyobrażasz?  -  spytała  wściekle.  Rozpiął 

mankiety i zawinął rękawy. 

 -  Wzywam  hydraulika.  W  Crockett  Mill  jest  nasza 

brygada remontowa. 

background image

 -  W  żadnym  wypadku.  Zadzwoń  i  odwołaj.  Spojrzał 

zaskoczony. 

 -  Nic  z  tego.  Ta  instalacja  pochodzi  chyba  jeszcze  z  lat 

trzydziestych.  Trzeba  ją  porządnie  naprawić.  Sporo  mogę 
zrobić sam, ale przecież nic jestem specjalistą. 

Beth westchnęła przeciągle. 
 -  Wiem,  że  to  jest  stare.  Ale  potrafię  sama  rozwiązywać 

własne problemy. 

 -  Wiem  o  tym.  Po  prostu  chcę  sprowadzić  kogoś,  kto 

zrobi to szybciej. Możesz mi wierzyć, że długo trzeba szukać 
hydraulika do takiej pracy. 

 -  My,  zwykli  ludzie,  potrafimy  przetrwać  drobne 

katastrofy  -  Możemy  nawet  przeżyć  dzień  lub  dwa  bez  wody 
w kuchni. A naprawy robię sama. 

 -  Wymieniałaś  kiedyś  rurę  pod  budynkiem?  Wiesz,  że 

taki  żeliwny  zlew  waży  chyba  ze  sto  kilo?  -  pytał.  -  Nie 
poradzisz sobie sama. 

Przerwał mu dzwonek do drzwi. 
 - Jeśli to twój hydraulik, będzie musiał odejść. 
Kane  pokręcił  głową.  Zupełnie  nie  mógł  zrozumieć, 

dlaczego  kobiety,  a  Beth  w  szczególności,  potrafią  być  tak 
uparte.  Przecież  chciał  tylko,  żeby  jego  pracownik  coś 
naprawił. Tak samo pomagał matce i siostrom i nie miały nic 
przeciwko temu. Westchnął. Szczerze mówiąc, zazwyczaj nie 
chciały  jego  pomocy,  on  jednak  uważał,  że  jeśli  pojawia  się 
problem, powinien się tym zająć. Teraz, też nie proponował w 
końcu brylantowej kolii, tylko pomoc hydraulika. 

 - Cześć, Nick - usłyszał głos Beth z sąsiedniego pokoju. - 

Widzę, że Katie śpi jak aniołek. 

 - Jest zupełnie jak jej mama - odpowiedział niski głos. 
Kane  zajrzał  do  pokoju.  W  drzwiach  wejściowych  stał 

mężczyzna  z  jasnowłosym  dzieckiem  przytulonym  do 
ramienia. To nie mógł być hydraulik. 

background image

 - Co się stało? Jesteś cała mokra. 
 -  Mała  awaria  w  kuchni,  ale  uratowaliśmy  dom,  nim 

zdążył odpłynąć. 

 - My? 
 -  Nie  jestem  sama  -  wyjaśniła  zakłopotana,  zapraszając 

gestem do zajęcia miejsca na kanapie. 

 -  Witam  -  powiedział  Kane,  wchodząc  do  pokoju. 

Skrzyżował ręce na piersi. Miał ochotę jak najszybciej pozbyć 
się  lego  człowieka.  Szczególnie  teraz,  gdy  mokra  koszulka 
podkreślała  piersi  Beth.  Nick  jednak  wcale  nie  wydawał  się 
zainteresowany jej biustem. 

 -  Nick  Carleton,  a  to  Kane  O'Rourke  -  przedstawiła  ich 

sobie. 

Nick skinął głową. 
 -  Potrzebna  wam  pomoc?  -  spytał.  -  Mam  narzędzia  w 

samochodzie. 

Beth uśmiechnęła się. 
 - Byłoby miło, jeśli nie jesteś zbyt... 
 - Nie potrzebujemy pomocy - przerwał Kane. Oparła ręce 

na biodrach i spojrzała na niego ze złością. 

 - Kane! 
 -  Beth!  -  zaczął  tym  samym  tonem.  -  Dlaczego zgadzasz 

się na pomoc Nicka, a na moją nie? 

 - Nick jest przyjacielem. 
 -  A  ja  to  co?  -  zaprotestował.  -  Myślałem,  że  już  to 

ustaliliśmy. 

 -  Chętnie  pomogę  -  wtrącił  się  Nick  pospiesznie.  -  Tym 

bardziej że Beth, zawsze kiedy tego potrzebujemy, zajmuje się 
Katie,  no  i  jest  wspólniczką  mojej  żony.  Pracuje  więcej,  niż 
powinna, szczególnie teraz, gdy Emily jest w ciąży. 

 - Właśnie, jak Emily się czuje? - spytała Beth. - Mówiła, 

ż

e jeszcze kilka dni mogę nie przychodzić do sklepu. 

background image

Nick uśmiechnął się szeroko. Było jasne, że myślał tylko o 

jednej  kobiecie,  a  z  Beth  łączyły  go  wyłącznie  przyjacielskie 
stosunki. 

 -  Jest  dzielna  -  odpowiedział  Nick  -  ale  ja  już  się 

denerwuję. Lekarz mówi, że do porodu jeszcze ponad tydzień. 
Dzisiaj  kręciłem  się  trochę  po  sklepie,  ale  w  końcu  mnie 
wyrzuciła, bo podobno przeszkadzam. 

 - Nie zapomnij, że chętnie zajmę się Katie, jak przyjdzie 

czas rozwiązania. 

 -  Będę  pamiętał.  -  Zerknął  na  Beth.  -  Wracając  do 

naprawy,  u  nas  w  domu  sam  wszystko  remontowałem,  więc 
nie ma problemu. 

Kane  przecząco  pokręcił  głową.  Chciał  być  osobiście 

odpowiedzialny za naprawę. 

 - Już się tym zająłem. Nick wzruszył ramionami. 
 - Jak wolisz. 
 - Obu was mam dosyć - stwierdziła nagle Beth. - Sama się 

tym zajmę. Możecie obaj znikać - dodała, wskazując na drzwi. 

 -  Zupełnie  jak  moja  żona.  Dlatego  tak  świetnie  się 

dogadują. - Nick uśmiechnął się porozumiewawczo do Kane'a 
i po prostu posłuchał polecenia. 

Kane  jednak  wcale  nie  miał  zamiaru  pójść  w  jego  ślady. 

Beth tupnęła nogą. 

 - Ty też. 
 - Nie. Nie mam nic innego do roboty, wiec mogę się zająć 

zlewem. 

Beth westchnęła. 
 -  Wy,  mężczyźni,  myślicie,  że  bez  was  zawaliłby  się 

ś

wiat. 

Kane 

uśmiechnął 

się. 

Coraz 

bardziej 

lubił 

przekomarzanie 

się  z  nią.  Spojrzał  na  jej  długie,  gęste  włosy,  z  których 

spływała woda. 

background image

 - Czy masz coś, co mógłbym na siebie włożyć? - zapytał 

ochrypłym głosem, starając się skupić na czymś innym. 

Beth uniosła brodę. 
 -  Jeśli  zmieścisz  się  w  moje  ciuchy,  chyba  się  zastrzelę. 

Skłamałam. Zastrzelę ciebie. 

Roześmiał się. - Aż tak? 
 -  Owszem,  ale  jeśli  zawiniesz  się  w  koc.  wrzucę  twoje 

obranie do pralki i włączę wirowanie. 

 - To już wolę - zostać w mokrym. 
Nie  miał  najmniejszej  ochoty  paradować  owinięty  w  koc, 

gdy zjawi się jego pracownik. Właśnie w tej chwili nadjechała 
ciężarówka z logo firmy O'Rourke'a. 

 - Nadeszła pomoc - mruknął. 
 - Powiedz, żeby odjechali. 
 - Nie powiem, a ty musisz się przebrać. 
 - Dlaczego? Nie jestem bardziej mokra niż ty. 
 -  W  moim  przypadku  nic  ma  to  takiego  znaczenia  -  i 

wymownie wskazał na jej koszulkę. 

Spojrzała  w  dół  i  aż  jęknęła.  Dlaczego  akurat  dziś  nie 

włożyła stanika? 

 - Nie przejmuj się - powiedział. - Mnie się podoba, a Nick 

jest zdaje się tak zadurzony w swojej żonie, że nie zwróciłby 
uwagi  nawet  na  dziewczynę  z  „Playboya",  gdyby  taka 
pojawiła się w jego własnej sypialni. 

 - Nie mam nic do pokazania - stwierdziła. 
 -  Mnie  się  podoba  to,  co  widzę  -  zapewnił  i  musnął 

wierzchem  dłoni  jej  sterczące  piersi  -  Moglibyśmy  odesłać 
hydraulika  i...  -  Przyciągnął  Beth  do  siebie  drugą  ręką  i 
pocałował. Zrobiło jej się gorąco. 

Drzwi ciężarówki zatrzasnęły się z hukiem, psując nastrój. 
 - Włóż coś suchego - szepnął Kane. 
Zadźwięczał dzwonek u drzwi. Beth pobiegła do sypialni, 

a  Kane  poszedł  otworzyć.  Gdy  się  przebrała  i  zeszła  na  dół, 

background image

panowie  dyskutowali  o  stanie  tej  prawdziwie  muzealnej 
instalacji. 

 -  Słusznie.  Trzeba  wymienić  całość  -  zgodził  się 

hydraulik. 

 - Mam zamiar sama się tym zająć - oznajmiła. 
 -  Trochę  się  stawia  -  poinformował  Kane,  z  uśmiechem 

mrużąc oko do hydraulika. - Uparta się, że od nikogo nie chce 
pomocy. 

Beth  najchętniej  by  go  kopnęła.  Najwyraźniej  bawiła  go 

cała sytuacja. Hydraulik uśmiechnął się życzliwie. 

 - Z przyjemnością pomogę. Pewnie pani nie pamięta, ale 

kilka  lat  temu  Curtis  Martin,  pani  narzeczony,  uratował  z 
pożaru  mojego  szwagra.  Panie  O'Rourke,  ja  to  zrobię  bez 
wynagrodzenia. 

 -  Jestem  bardzo  wdzięczna,  ale  naprawdę  nie  trzeba  - 

powiedziała. 

Kane zauważył dziwny wyraz jej twarzy. 
 -  Czy  możemy  porozmawiać?  -  Chwycił  ją  za  rękę  i 

pociągnął  za  sobą  do  ogródka.  Niezręcznie  pogłaskał  jej 
dłonie.  Chciał  ją  pocieszyć,  ale  i  sprawić,  by  zapomniała,  że 
kiedyś kochała innego. 

 -  Beth,  nie  jestem  bohaterem.  Mogę  tylko  pomóc  w 

naprawie  zlewu.  Uważam,  że  jesteśmy  przyjaciółmi,  nawet 
jeśli ty to widzisz inaczej. 

Spojrzała na niego. 
 - Bohaterem? O czym ty mówisz? 
 -  Takim  -  zawahał  się  -  jak  twój  narzeczony.  O  nim 

myślałaś przed chwilą, prawda? 

Beth  przyjrzała  mu  się  bardzo  uważnie.  Niczego  nie 

rozumiał,  ale  nie  mogła  w  końcu  tego  od  niego  oczekiwać. 
Kochała  Curta,  wiecznego  chłopca  zajętego  własnymi 
sprawami.  Może  w  miarę  upływu  czasu  stałby  się 
odpowiedzialnym  ojcem  rodziny,  nie  wyobrażała  sobie 

background image

jednak, że mógłby poświęcić własne marzenia dla dobra matki 
i rodzeństwa. 

 - Nie myśl, że jesteś od niego gorszy - powiedziała cicho. 

-  Podejmowałeś  w  życiu  decyzje,  które  wymagają  ogromnej 
odwagi.  Chciałeś  zostać  inżynierem,  prawda?  Jednak  po 
ś

mierci ojca porzuciłeś studia, zacząłeś pracować, żeby pomóc 

rodzinie. 

 -  Cóż  to  przecież  najbliżsi  -  wyjaśnił  zdziwiony,  że  ktoś 

mógłby postąpić inaczej. 

 - Wiem i mam nadzieję, że to doceniają. 
 - Raczej ciągle narzekają. Zupełnie jak ty. 
Nie roześmiała się. Rozumiała więcej, niż sądził. 
 - Ciężko pozwolić im odejść? - spytała. - Dawniej ciągle 

byłeś im potrzebny, a teraz są dorośli i chcą być samodzielni. 

 - Jeszcze nie są całkiem dorośli. Zachichotała. 
 -  Kane,  będzie  z  ciebie  staroświecki  ojciec,  który  nie 

chce, żeby córka chodziła na randki przed trzydziestką, a syn 
nie dostanie samochodu, dopóki nie zacznie pracować. 

 -  Panno  Cox, czyżby to  były oświadczyny?  Uśmiechnęła 

się. 

 - No dobrze, skoro i tak jesteś cały mokry, możesz zająć 

się zlewem. 

Kane pogłaskał kciukiem jej wargi, a potem odwrócił się i 

poszedł do kuchni. Lubił, gdy Beth tak z nim rozmawiała. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 
Dopiero  w  piątek  Beth  miała  czas,  żeby  wszystko,  co  się 

zdarzyło, 

przemyśleć. 

Spodziewała 

się. 

ż

koszmar 

hydraulicznych przeróbek wystraszy Kane'a, on jednak zjawił 
się w czwartek i siedział u niej przez cały dzień. Na następny 
dzień  planowali  wypożyczyć  łódkę  od  Carletonów,  niestety, 
zaledwie  Kane  przyjechał,  zadzwonili  do  niego  z  biura  z 
prośbą  o  pilny  przyjazd.  Zdążył  jeszcze  przypomnieć  Beth  o 
niedzielnym  meczu  i  kolacji  z  rodziną  na  wypadek,  gdyby 
wcześniej nie mogli się zobaczyć. 

Smoke spał spokojnie na jej kolanach, a Razzle buszował 

w  kuchni.  Beth  wypuszczała  koty  do  ogródka  tylko  wtedy, 
gdy mogła wyjść razem z nimi. Zwykle lubiła tam przebywać, 
lecz dziś, bez Kane'a, jakoś nie miała na to ochoty. Rozległ się 
dzwonek  do  drzwi,  kot  otworzył  jedno  oko  i  miauknął  z 
ż

alem, gdy przełożyła go na poduszkę. 

 - Przepraszam - powiedziała. 
Poczuła  przyspieszone  bicie  serca.  To  mógł  być  Kane. 

Może  sprawa  nie  była  tak  poważna  i  zdecydował  się  wrócić 
do Crockett? 

 - Panno Cox, czy pani i pan O'Rourke pokłóciliście się? - 

spytał  reporter,  podsuwając  jej  mikrofon.  -  Wrócił  do  Seattle 
niespełna godzinę po przyjeździe tutaj, prawda? 

 -  Ja...  nie,  nie  pokłóciliśmy  się  -  odpowiedziała,  cofając 

się instynktownie przed błyskiem fleszów. 

 - Ostatnio przecież spędzaliście razem dużo czasu. Co się 

nagle stało? 

Zmarszczyła brwi. 
 -  Dwaj  jego  pracownicy  mieli  wypadek  samochodowy  - 

odpowiedziała  pospiesznie.  -  Wrócił  do  Seattle,  żeby  spotkać 
się z ich rodzinami i w miarę możliwości pomóc. 

Niezbyt ich to interesowało. Ważny był wyłącznie romans. 

- Czy już się oświadczył? 

background image

 - Kiedy planujecie ślub? 
Zadawali  pytania,  nie  czekając  na  odpowiedź.  Beth 

mocniej przytrzymała drzwi. 

 -  Jesteśmy  wyłącznie  przyjaciółmi  -  oświadczyła.  -  To 

wszystko. 

Rozległy  się  okrzyki  niedowierzania.  Ktoś  z  tyłu 

pomachał zdjęciem, na którym całowała się z Kane'em. 

 - Co pani na to? Pan O'Rourke chyba chce czegoś więcej. 

-  To  są  osobiste  sprawy.  Nie  mam  nic  do  dodania.  Starannie 
zamknęła  za  sobą  drzwi.  Reporterzy  dali  jej  się  we  znaki  już 
wtedy,  gdy  postanowiła  nie  uczestniczyć  w  wygranej  randce, 
nie  spodziewała  się  jednak  takiej  histerii  z  powodu  kilku 
spotkań i pocałunków. 

Nagle  z  kuchni  dobiegł  ją  podejrzany  hałas.  To  nie  mógł 

być Razzle. Ruszyła pospiesznie i ujrzała fotografa robiącego 
zdjęcia kwiatom stojącym na stole. 

 - Co pan tu robi? - spytała rozzłoszczona. 
 - Pan O'Rourke je przyniósł, prawda? 
 -  Wtargnął  pan  na  teren  prywatny  -  oświadczyła 

lodowatym  tonem.  -  To  jest  przestępstwo  -  dodała  i  sięgnęła 
po telefon. 

Połączyła  się  z  policją,  ale  fotograf  nie  czekał.  Dyżurny 

policjant przyjął zgłoszenie i obiecał przysłać wóz patrolowy. 
Beth  od  razu  poczuła  się  raźniej.  Nagle  dotarło  do  niej,  że 
fotograf  nie  zamknął  drzwi,  a  Razzle  gdzieś  zniknął. 
Przeszukała  dom.  Ani  śladu.  W  ogródku  też  go  nie  było. 
Krzyczała  jego  imię  na  całą  okolicę,  aż  rozbolało  ją  gardło. 
Bez  rezultatu.  Usiadła  na  schodku  przy  tylnych  drzwiach, 
próbując  powstrzymać  łzy.  Zdążyła  już  pokochać  tego 
ś

miesznego kociaka. Pocieszała się, że kiedy zgłodnieje, może 

wróci,  jednak  nie  było  to  wcale  takie  pewne.  Wyraźnie  nie 
miała w życiu szczęścia i nie najlepiej lokowała, uczucia. 

background image

Zadzwonił  telefon.  Dzwonił  kilkakrotnie,  nim  wreszcie 

wzięła się w garść. 

 - Słucham? 
 -  Beth?  Wszystko  w  porządku?  Podobno  miałaś  kłopot  z 

reporterami? - pytał niecierpliwie Kane. 

Stłumiła szloch. Nie chciała go martwić. I tak miał ciężki 

dzień. 

 - Tak. W porządku. 
 - Poznaję po głosie, że jednak nie. 
Po policzkach spłynęły jej dwie duże łzy. 
 - Nie znasz mnie na tyle, żebyś tak łatwo rozpoznał. Co z 

tymi ludźmi, którzy zostali ranni? 

 - Obaj leżą na oddziale intensywnej terapii, ale rokowania 

są dobre. 

 - Och, to dobrze. 
Kane  nadal  był  zaniepokojony.  Beth  wyraźnie  miała 

zmieniony 

głos. 

Czyżby 

reporterzy 

aż 

tak 

bardzo 

wyprowadzili  ją  z  równowagi?  Zdecydował,  że  nie  dopuści, 
by  to  się  powtórzyło.  Ludzie,  którzy  nachodzili  jego  rodzinę, 
mieli potem poważne problemy. 

 -  Powiedz  co  się  naprawdę  stało  -  poprosił.  Usłyszał 

szloch i aż poderwał się z krzesła. 

 - Razzle jakoś się wydostał z domu i nigdzie nie mogę go 

znaleźć. 

 - Natychmiast do ciebie przyjadę. 
 -  Nie.  Jesteś  zmęczony  i  niewiele  możesz  zrobić  - 

powiedziała załamanym głosem. 

 - Poczekaj, kochanie. Zaraz będę. 
Bez wahania zadzwonił po firmowy helikopter. Nim silnik 

zdążył  się  rozgrzać,  Kane  zadzwonił  jeszcze  w  kilka  miejsc. 
Był gotów poruszyć niebo i ziemię, żeby tylko odnaleźć kota. 

background image

Gdy  Kane  zadzwonił  do  drzwi  Beth,  odpowiedziała  mu 

cisza.  Obszedł  dom  dookoła  i  znalazł  ją  siedzącą  na  schodku 
pod tylnymi drzwiami. Usiadł obok. 

 - Jednak jesteś - powiedziała cicho, jakby nie wierzyła, że 

naprawdę się zjawi. - Nie powinieneś. Miałeś bardzo męczący 
dzień. 

 -  To  bez  znaczenia  -  odpowiedział.  Nie  pytając  o 

pozwolenie,  posadził  ją  sobie  na  kolanach.  -  Nie  martw  się, 
kochanie. Znajdziemy go. 

Westchnęła i objęła go rękami za szyję. 
 -  Jest  strasznie  ciekawski.  Pewnie  wybiegł,  gdy  ten 

fotograf wtargnął do kuchni. 

Kane zesztywniał. 
 - Fotograf tu się dostał? 
Był  wściekły.  Jego  mogli  śledzić,  ale  nie  pozwoli 

nachodzić Beth. Postanowił to omówić z szefem ochrony. 

 - Nic takiego już się nie powtórzy - zapewnił spokojnym 

tonem. 

 -  Myślisz,  że  Razzle  znajdzie  drogę  do  domu?  Jest  taki 

mały, mieszka tu od niedawna, może nie pamiętać. 

 -  Jestem  pewien,  że  sobie  poradzi  -  powiedział,  gładząc 

jej kark. 

Beth powoli otworzyła oczy. Leżała we własnym łóżku, a 

poranne  słońce  zaglądało  przez  szparę  między  zasłonami. 
Nadal  miała  na  sobie  szorty  i  bawełnianą  koszulkę.  Smoke, 
zwinięty  w  kłębek,  opierał  się  o  jej  plecy.  Powoli 
przypominała sobie ostatni wieczór, nagle cicho otworzyły się 
drzwi. 

 -  Wiem,  że  nie  lubisz  rano  wstawać,  ale  pomyślałem,  że 

ta wizyta cię ucieszy - powiedział Kane. 

Usłyszała  głośne  miauknięcie  nad  uchem,  a  przed  jej 

zaspanymi oczami pojawiła się ręka trzymająca kociaka. 

background image

 -  Razzle!  -  zawołała.  Odwróciła  się  do  Kane'a.  -  Jednak 

udało ci się go znaleźć. 

Uśmiechnął się. 
 - Mówiłem ci. ze go odzyskamy. 
 - Gdzie był? 
 -  Moi  ludzie  wyśledzili  reporterów,  którzy  byli  tu 

wczoraj.  Wygląda  na  to,  że  Razzle  postanowił  zwiedzić 
furgonetkę  ekipy  telewizyjnej,  ale  kierowca  tego  nie 
zauważył. 

 - Musiał znaleźć go później, dlaczego go nie odwiózł? 
 -  Myślę,  że  się  bał  -  sucho  stwierdził  Kane.  -  Teraz  jest 

jeszcze  bardziej  przestraszony.  Zastanawia  się,  czy  nie 
przenieść się do innego stanu. Ja chciałem mu zaproponować 
wyjazd  do  innego  kraju,  ale  mój  szef  ochrony  ma  miękkie 
serce - dodał z uśmiechem. 

Beth  roześmiała  się.  Była  naprawdę  wdzięczna.  Kane  jak 

widać  nie  tylko  zmobilizował  całą  okolicę  do  poszukiwań  jej 
ulubieńca,  ale  zorganizował  jej  ochronę.  Przede  wszystkim 
jednak  znalazł  czas,  żeby  ją  pocieszyć,  mimo  że  miał  na 
głowie mnóstwo ważniejszych spraw. 

 - Kane, jesteś cudowny. 
 -  Dlaczego  tak  sądzisz?  -  spytał,  bawiąc  się  jej  lokiem.  - 

Oczywiście,  nie  mam  nic  przeciwko  temu,  żebyś  mnie  tak 
nazywała. 

 - Po pierwsze, znalazłeś kota, a po drugie, przyjechałeś w 

sytuacji, 

gdy 

ktoś 

inny 

mógłby 

mnie 

uznać 

za 

rozhisteryzowaną idiotkę. 

Pokręcił głową. 
 - Nie zachowałaś się głupio. Najważniejsze, że moi ludzie 

znaleźli kota. 

Oparła dłoń na jego ręce. 

background image

 - Od dawna nikt nie zrobił dla mnie nic podobnego. Kane 

milczał  przez  chwilę,  potem  pochylił  się  i  pocałował  ją  w 
czoło. 

 - Kochanie, myślę, że wiele osób chętnie by ci pomogło. 

Jeszcze nie spotkałem nikogo tak życzliwego jak ty. 

 - Nieprawda. Mam okropny charakter. 
 -  Owszem,  i  jesteś  uparta  -  dodał  Kane.  Pochylił  się  i 

pocałował ją w usta. - Nie masz pojęcia, co się ze mną dzieje, 
gdy tak na mnie patrzysz. 

Beth postawiła kota na łóżku. 
 -  Przygotuję  jakieś  śniadanie  -  powiedziała  szybko. 

Sytuacja zaczynała wymykać się spod kontroli. 

Kane  usiadł  na  łóżku.  Nadal  nie  był  w  stanie  jasno  sobie 

powiedzieć, czego oczekiwał od Beth. ani jak miał wobec niej 
postępować.  Przyjaźń?  Na  pewno.  Była  radosna,  bystra  i 
dawała  mu  poczucie  spokoju,  którego  już  dawno  nie  zaznał. 
Bliski  związek?  Choć  bronił  się  przed  tym,  coraz;  bardziej 
czul,  że  jest  zakochany.  Dotychczas  uważał,  że  w  jego  życiu 
nie  ma  miejsca  na  małżeństwo,  lecz  ostatnio  zaczynał  się 
wahać.  Pomyślał  też,  że  być  może  różnica  wieku  nie  ma  tak 
wielkiego  znaczenia,  jeśli  dwoje  ludzi  jest  ze  sobą 
szczęśliwych. Razzle zwinął się w kłębek. Kane w zamyśleniu 
podrapał go za sterczącymi uszami. 

W pobliżu stadionu powstał ogromny korek. Kane jednak 

był  dobrym  kierowcą  i  zręcznie  manewrował  wśród  innych 
samochodów.  Beth  obserwowała  to  z  uśmiechem.  Widać  ze 
wszystkim radził sobie świetnie, a jednocześnie nie był z tego 
powodu  specjalnie  dumny.  Po  prostu  nie  przywiązywał  do 
tego wagi. Przyzwyczajony do ciężkiej pracy, nigdy nie nabrał 
manier zarozumiałego miliardera. 

 -  Słuchałeś  dziś  radiostacji  brata?  -  spytała,  gdy 

zaparkowali  i  ruszyli  w  stronę  bramy  stadionu.  -  Audycję  na 
nasz temat rozpoczęli marszem weselnym. 

background image

 -  Słyszałem  to.  Już  im  powiedziałem,  że  mocno 

przesadzają.  Beth  roześmiała  się  i  pokręciła  głową.  Wśród 
setek kibiców 

idących  do  wejścia  nikt  nie  zwracał  na  nich  uwagi. 

Baseball był ważniejszy niż jakiś tam romans miliardera. Kane 
zatrzymał się przed kioskiem spożywczym. 

 - Weźmy sobie frytki z czosnkiem - zaproponował. 
 - W żadnym wypadku. Roześmiał się. 
 -  Dlaczego?  Boisz,  się,  że  będziemy  się  całować?  Jeśli 

zjemy je oboje, zapach nie będzie przeszkadzał. 

 -  Bardzo  śmieszne.  Przecież  później  idziemy  na  kolację 

do twojej rodziny. Nie chcę im chuchać czosnkiem. 

 - Już dobrze - powiedział, obejmując ją w pasie. 
Beth była zadowolona. Nie wyróżniali się w tłumie. Kane 

miał  na  sobie  szorty  i  nowiutką  koszulkę  drużyny  Mariners. 
której Beth zawzięcie kibicowała, do tego czapka baseballowa 

daszkiem 

opuszczonym 

na 

czoło 

okulary 

przeciwsłoneczne.  Nikt  nie  był  w  stanic  go  rozpoznać.  Beth 
też  chętnie  włożyłaby  szorty,  ale  z  powodu  czekającej  ich 
wizyty  zdecydowała  się  na  spodnie  i  cienki  sweterek.  Przez 
ramię przerzuciła sportowy plecak. 

Spodziewała  się,  że  pójdą  na  górne  trybuny,  Kane  jednak 

zaprowadził  ją  na  miejsca  blisko  ławki  drużyny  Mariners. 
Spojrzała na niego zaskoczona. 

 - Nie mieli innych biletów. 
Dobrze  wiedziała,  że  to  kłamstwo.  Nie  chciał  się  jednak 

przyznać, że zdobył je z trudem dzięki znajomościom Libby. 

 - Nie powinieneś - powiedziała, kręcąc głową. 
Kane  usiadł  obok  niej,  kryjąc  uśmiech.  Wdać  było,  że 

Beth się cieszy, mogąc siedzieć tak blisko ulubionej drużyny. 

 - Byłeś już kiedyś na meczu? - spytała po chwili. 
 - Przychodzimy raz do roku. 

background image

Zawsze  w  czerwcu  Kane  kupował  karnet  biletów  dla 

pracowników i ich rodzin. Starał się, żeby wszyscy dobrze się 
bawili i nie miał czasu spoglądać na boisko. Dziś wiedział, że 
przede wszystkim będzie spoglądał na Beth. 

Zaczął  się  mecz.  Beth  bardzo  go  przeżywała,  zaciskała 

pięści,  wstawała  i  krzyczała  z  innymi.  Kane  nigdy  nie  miał 
czasu,  żeby  pasjonować  się  baseballem,  dziś  jednak  mecz 
zaczął  go  wciągać.  Wkrótce  i  on  wstawał  i  wydawał  okrzyki 
razem  z  tłumem  kibiców,  a  gdy  W  końcu  Mariners  wygrali 
osiem do zera, Beth objęła go i pocałowała z radości. 

 - Powinniśmy już iść - powiedziała, łapiąc oddech. 
 -  Halo,  panno  Cox  -  rozległ  się  nagle  jakiś  głos. 

Odwrócili  się  oboje.  W  pierwszej  chwili  Kane  pomyślał  z 
irytacją, że wypatrzył ich jakiś reporter, jednak był to jeden z 
zawodników. 

 - Słucham? - spytała zaskoczona. 
 -  Drobny  upominek  od  drużyny!  -  zawołał,  rzucając  jej 

piłkę. Beth chwyciła ją w locie. Na piłce podpisali się wszyscy 
zawodnicy. 

 -  To  ty  załatwiłeś  -  powiedziała  z  uśmiechem.  Kane 

wzruszył tylko ramionami. 

 -  Żaden  problem.  To  zasługa mojej  asystentki.  Zdaje  się, 

ż

e zna żonę jednego z graczy. 

Kane  nie  mógł  wymyślić  lepszego  prezentu.  Beth 

ucałowała go serdecznie i wrzuciła piłkę do plecaka. 

Tłum  wyraźnie  się  przerzedził,  mimo  to  musieli  jeszcze 

trochę  poczekać,  żeby  móc  spokojnie  opuścić  parking.  Beth 
przypomniała  sobie  nagle  o  czekającym  ich  spotkaniu.  Co 
prawda  Kane  dał  słowo,  że  nie  idzie  tam  jako  jego  przyszła 
ż

ona,  ale  i  tak  chciała  wypaść  jak  najlepiej.  Nerwowo 

spojrzała w lusterko. 

 -  Dlaczego  mi  nie  powiedziałeś,  że  mam  włosy  w 

nieładzie? 

background image

 - Bo nie masz. 
 -  Chyba  niedowidzisz  -  powiedziała  zdenerwowana.  - 

Dlaczego się śmiejesz? 

 -  Jeszcze  nigdy  nie  słyszałem,  żebyś  się  przejmowała 

włosami. Coś takiego... 

 - Wyglądam, jakbym właśnie wstała z łóżka. 
 -  Masz  dobrą  fryzurę.  Lubię,  jak  włosy  luźno  spadają  ci 

na ramiona. 

Poczuła  się  zdezorientowana.  Czego  właściwie  od  niej 

chciał?  Za  każdym  razem,  kiedy  powtarzała  sobie,  że 
spotykają się tylko dla reklamy, kierował rozmowę na Tematy 
osobiste. 

Wjechali  na  podjazd  niezbyt  okazałego  budynku,  który 

wyraźnie pochodził z tego samego okresu, co jej mały domek. 

 - To dom twojej matki? - spytała zdziwiona. Spodziewała 

się  czegoś  nowoczesnego  i  bardziej  na  pokaz,  a  nic  takiego 
zacisznego miejsca z gankiem dookoła domu. 

 -  Tak.  Nie  zgadza  się  na  nic  większego.  Mówi,  że  i  tak 

jest  dla  niej  za  duży.  Chyba  że  dam  jej  wnuki,  które  będą  ją 
odwiedzać. Przepada za dziećmi. 

Pomógł  Beth  wysiąść  z  samochodu.  Przez  otwarte  okna 

starego domu dobiegł ich śmiech. 

 -  Pewnie  wszyscy  już  tu  są  -  domyśliła  się.  Nerwowo 

poprawiła  sweter.  Starała  się  nie  zwracać  uwagi  na  nagły 
ucisk  w  żołądku.  Powtarzała  sobie,  że  Kane  przywiózł  ją  tu 
jako  zwykłą  znajomą,  a  nie,  żeby  oficjalnie  przedstawić 
rodzinie. 

 - Tak, na pewno są wszyscy - powiedział spokojnie. - Nie 

masz  się  czym  denerwować.  Po  prostu  chcą  poznać 
dziewczynę, która odważyła się mi odmówić. 

 - Od razu mi ulżyło - stwierdziła z przekąsem. Kane wziął 

ją pod ramię. 

 - Gwarantuję, że cię polubią. 

background image

Weszli do środka. Z różnych stron słychać było rozmowy i 

ś

miechy.  Tak  jak  Beth  się  spodziewała,  wszyscy  w  klanie 

O'Rourke'ów  dobrze  się  prezentowali.  Czułe  się  przytłoczona 
nawet wtedy, gdy matka Kane'a zaciągnęła ją do kuchni. 

 - Kochanie - zaczęła starsza pani z ciepłym uśmiechem. 
 - Od czasu śmierci ojca mój syn po raz pierwszy wygląda 

na szczęśliwego. 

 - Ależ my nie... To nie tak. Kane chyba powiedział, że nic 

nas nie łączy? 

Peggy O'Rourke zachichotała. 
 -  Słyszałam  te  bzdury,  ale  znam  swego  syna.  Widzę,  co 

się z nim dzieje. Nie obchodzi mnie, czy ma na tyle zdrowego 
rozsądku, żeby się z tobą ożenić, ale od tej chwili należysz do 
naszej rodziny, 

Beth poczuła łzy w oczach. 
 - Bardzo mi miło. 
 - Daj spokój. Znam się na ludziach. Masz mówić do mnie 

mamo. Jak wszyscy. Prawda, Kane? 

Beth odwróciła się. Kane stał w drzwiach i uśmiechał się. 
 - Słusznie - zgodził się. - Shannon kazała mi zapytać, czy 

mogłaby pomóc ci przy kolacji. 

 -  Tylko  nie  Shannon!  -  zawołała  Peggy  z  udawanym 

przerażeniem.  -  Moja  najstarsza  córka  jest  niewątpliwie 
uzdolniona  -  zwróciła  się  do  Beth  -  ale  z  pewnością  nie  w 
sprawach domowych. 

 -  Wystarczy,  żeby  Shannon  spojrzała  w  stronę  kuchni,  a 

potrawy zaczynają się przypalać - dodał Kane. 

 -  Wszystko  słyszałam  -  zawołała  Shannon.  dając  mu 

klapsa. - Nie masz szacunku dla drugiego człowieka. 

 -  Przyganiał  kocioł  garnkowi  -  odgryzł  się  Kane.  Reszta 

rodzeństwa ze śmiechem przyłączyła się do kłótni, przy okazji 
wynosząc półmiski do jadalni. 

background image

Patrick  O'Rourke  zjawił  się  w  ostatniej  chwili,  pocałował 

matkę i uśmiechnął się do Beth. 

 -  Witaj,  Beth.  Cieszę  się,  że  mogę  cię  wreszcie  poznać. 

Dzięki tobie rozkwitają moje interesy. 

 -  Raczej  dzięki  twojej  audycji  -  odpowiedziała.  -  Jestem 

pionkiem bez znaczenia w tej kampanii reklamowej. 

 -  Jak  to  bez  znaczenia?  -  zaprzeczył  Kane.  przysuwając 

jej  szarmancko  krzesło.  -  Wywróciłaś  do  góry  nogami  całe 
moje życie. 

Rozległy  się  śmiechy.  Nikt  jego  słów  nie  traktował 

poważnie.  Po  prostu  byli  dużą,  hałaśliwą  rodziną,  o  jakiej 
Beth zawsze marzyła. Widać było, że dobrze im ze sobą. Nie 
wiedziała,  jak  się  powinna  zachowywać,  bo  sama  nigdy  nic 
miała  prawdziwej  rodziny.  Tymczasem  ulubionym  tematem 
rozmów przy stole okazało się starokawalerstwo Kane'a. 

 -  Jako  najstarszy  syn  powinieneś  ożenić  się  pierwszy  - 

stwierdziła  Shannon,  sięgając  po  marchewkę.  -  Taka  jest 
tradycja. 

 -  Ja  na  pewno  nie  będę  pierwszy  -  zastrzegł  Patrick.  - 

Mam  zamiar  pozostać  kawalerem  do  końca  życia.  Jednak 
przyznaję, że Beth byłaby wspaniałą szwagierką. 

Zrobił  oko  do  Beth,  która  miała  ochotę  schować  się  pod 

stół. 

 -  Nie  dokuczaj  jej  -  upomniała  go  Peggy.  Kane  ścisnął 

porozumiewawczo kolano Beth. 

 -  Wyobrażają  sobie,  że  w  ten  sposób  są  dla  ciebie  mili  - 

Szepnął. - Nie miej im tego za złe. 

Owszem,  miała  im  za  złe,  ale  z  zupełnie  innego  powodu. 

Najwidoczniej  nie  rozumieli,  że  Kane  nigdy  nie  wziąłby  jej 
pod uwagę jako przyszłej żony. Musiałby zdarzyć się cud. To 
było  bolesne,  nie  wierzyła,  że  Kane  mógłby  ją  kiedykolwiek 
pokochać.  Nawet  nie  miała  odwagi  marzyć  o  takim 
zakończeniu historii. 

background image

 -  Wiesz,  Beth  -  odezwał  się  Neil  -  jestem  naprawdę 

zadowolony,  że  Kane  poświęca  ci  tyle  czasu.  Dzięki  temu 
mam wreszcie szansę rządzić naszym imperium. 

Mówił  żartem,  ale  było  jasne,  że  podobnie  jak  reszta 

rodzeństwa  bardzo  liczył  się  z  bratem.  Kane  zajął  miejsce 
ojca,  choć  jego  nadopiekuńczość  dawała  się  we  znaki  reszcie 
rodzeństwa. 

 -  Tylko  nie  puść  mnie  z  torbami  -  ostrzegł  Kane.  -  Parę 

milionów  straty jakoś  zniosę,  ale  staraj  się,  żeby szkody  były 
minimalne. 

 - Dzięki moim decyzjom już jesteś bogatszy, i to o więcej 

niż  kilka  milionów.  Beth,  trzymaj  go  z  dala  ode  mnie,  a  w 
ciągu miesiąca podwoję jego pieniądze. 

To  były  żarty,  ale  możliwość  straty  lub  zysku  milionów 

dolarów wywoływała w niej zbyt duży stres. 

 -  Przyniosę  trochę  wody  -  powiedziała,  wskazując  na 

pusty dzbanek. 

 -  Patrick  przyniesie,  jest  najbliżej  -  zaoponowała 

Shannon, ale Beth pokręciła przecząco głową. 

Gdy  zniknęła  w  kuchni.  Kane  zmarszczył  czoło. 

Zauważył,  że  nie  czuła  się  wśród  nich  swobodnie,  a  tak  mu 
zależało na tym, by nabrała pewności siebie. Zrobiło się cicho. 

 - Nie mieliśmy nic złego na myśli - zapewniła Shannon. - 

Sprawiliśmy jej przykrość? 

 - Zaraz się zorientuję - odpowiedział. 
Beth siała w drzwiach, spoglądając na trawnik za domem. 

Kane objął ją, z upodobaniem wciągając zapach jej włosów. 

 -  Czasem  mnie  też  działają  na  nerwy  -  szepnął.  -  Nigdy 

nie ma chwili spokoju. 

 - Nie powinnam tu przychodzić. 
Pomyślał, że nie jest to najlepsze miejsce na rozmowę we 

dwoje,  bo  za  chwilę  zacznie  zaglądać  ktoś  z  rodzeństwa, 
zapraszając ich z powrotem do stołu. 

background image

 - Musiałaś przyjść - zapewnił zdecydowanie. - Wolałabyś, 

ż

ebym samotnie odpierał ich docinki? 

 - Przecież cię uwielbiają. 
 -  Czasami  doprowadzają  mnie  do  szału.  Chwilę  spokoju 

mam  dopiero  wtedy,  gdy  pójdą  spać.  Dlatego  tak  lubię  twój 
cichy dom. 

Roześmiała się. 
 - Lubisz pękające rury i rozhisteryzowane koty? 
 - Ubóstwiam. 
Powtarzała  sobie,  że  żarty  na  temat  jej  i  Kane'a  nie  były 

złośliwe. Wiedzieli, że nie jest jego narzeczoną ani kochanką. 

Gdzieś  z  tyłu  ktoś  chrząknął.  Kane  zerknął  przez  ramię. 

Patrzyło na nich dziewięć par oczu. Jęknął. 

 -  Beth,  kochanie  -  powiedziała  jego  matka.  -  Wiem,  że 

trzeba czasu, żeby się do nas przyzwyczaić. Nie poddawaj się 
tak łatwo. 

Beth wzięła głęboki oddech i spróbowała się uśmiechnąć. 
 -  W  porządku.  Wasza  grupka  to  nic  w  porównaniu  z 

hordą  reporterów,  którzy  rzucili  się  na  mnie  z  pytaniem, 
dlaczego nie chciałam pójść na randkę z miliarderem. 

Roześmiali  się  i  zaczęli  wracać  do  jadalni.  Kane  spojrzał 

na nią z czułością. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 
 - Chyba ten jest już ostatni - powiedziała Peggy, podając 

Beth talerz do wytarcia. 

Beth uparta się. żeby jej pomóc, Przynajmniej miała czym 

zająć  ręce.  Kane  z  braćmi  wyniósł  do  schowka  dostawki  do 
siołu,  które  teraz  nie  były  już  potrzebne,  a  przy  okazji 
dyskutowali  zawzięcie  na  temat  europejskich  drużyn 
piłkarskich. Beth z przyjemnością słuchała żartobliwej kłótni. 
W  domu  jej  opiekunów  nie  było  żadnych  sprzeczek,  tylko 
chłód i ciągle obrażanie się. 

 -  Proszę  was,  zmieńcie  wreszcie  temat  -  powiedziała 

Kathleen,  wycierając  do  połysku  dębowy  blat  stołu.  Choć 
najmłodsza w rodzinie, miała już trzyletnie córki bliźniaczki. 

 - Dziewczyny nie lubią sportu - stwierdził Neil. 
 - Nie zawsze. Beth jest kibicem Mariners - wtrącił Kane, 

pociągając ją obok siebie na kanapę. 

Bracia natychmiast stwierdzili, że to niesprawiedliwe. Ich 

znajome  nie  interesowały  się  sportem,  a  Kane  ma  za  dużo 
szczęścia. 

 - Domyślam się, że radiostacja ma teraz więcej słuchaczy, 

-  Beth  zmieniła  temat,  chcąc  skończyć  przekomarzania.  - 
Więc opłaciło się urządzić konkurs. 

 -  Najważniejsze,  że  podwoiła  się  liczba  reklam  - 

pochwalił  się  Patrick.  -  Jestem  ci  wdzięczny,  że  tak  dzielnie 
wszystko  zniosłaś.  Przykro  mi  z  powodu  wizyty  reporterów, 
ale najważniejsze, że kot się znalazł. 

 -  Można  było  tego  uniknąć,  gdybyś  pozwolił  mi 

zainwestować w radiostację - zauważył Kane. 

 - W żadnym wypadku. 
 - Cichy wspólnik to nic złego. 
 -  Kane,  chyba  nie  potrafisz  milczeć  w  żadnej  sprawie  - 

wtrąciła  się  Beth.  -  Patrick  chce  samodzielnie  coś  osiągnąć. 
Daj mu szansę. 

background image

 - Dlaczego nie można tego zrobić w prostszy sposób? 
 -  Niczego  cennego  w  życiu  nie  osiąga  się  prosto  - 

wyjaśniła spokojnie. - Nikt nie ceni tego, co łatwo przyszło. 

Kane szeroko otworzył oczy. Zupełnie jakby słyszał słowa 

ojca.  Rozejrzał  się  wokół  po  uśmiechniętych  twarzach. 
Wyraźnie  spodobało  im  się.  że  Beth  broni  niezależności 
Patricka, a przy okazji każdego z nich. Zgoda, trudno mu było 
pogodzić się z ich samodzielnością. Zamiast wtrącać się w ich 
ż

ycie, powinien stać z boku, gotów do pomocy, jeśli będą jej 

potrzebować.  Powinien  też  głośno  przyznać,  że  Patrick 
odniósł sukces. Ale marzył tylko o tym, żeby przytulić Beth i 
zabrać ją z tego domu. 

 -  Powinniśmy  już  jechać  do  Crockett.  Wieczorem  prom 

rzadko kursuje. 

 - Szkoda, że nie zgodziłeś się, żebym przyjechała swoim 

samochodem  -  powiedziała  Beth.  -  Jazda  tam  i  z  powrotem 
dwa razy jednego dnia to stanowczo za dużo. 

Sprzeczali się o to już kilkakrotnie, w końcu ustąpiła. Był 

równie uparty jak ona. 

 - Możesz zostać u mnie - zaproponowała Peggy. - Bardzo 

lubię mieć towarzystwo. 

 -  Beth  pewnie  chce  wrócić  do  zwierzaków  -  wyjaśnił 

Kane.  -  Od  niedawna  ma  dwa  koty  i  bardzo  się  nimi 
przejmuje. 

Przed odjazdem Beth przypomniała mu o warzywach z jej 

ogródka,  które  przywieźli  dla  jego  matki.  Kiedy  Kane  wniósł 
ciężkie pudło do kuchni. Peggy chwyciła go za rękę. 

 - Oświadczysz się jej wreszcie? 
Pani O'Rourke miała zwyczaj mówić wprost, co jej leży na 

sercu. Kane westchnął. 

 - To nie takie proste. 
 -  Wystarczy  otworzyć  usta  i  powiedzieć:  kocham  cię, 

zostań moją żoną. 

background image

Uśmiechnął się, 
 - Powiedz, czy to ojciec ci się oświadczył, czy raczej było 

na odwrót? 

Roześmiała się. 
 -  Zastanawiam  się,  co  zrobić  -  powiedział  zatroskanym 

tonem.  -  Ma  za  sobą  ciężkie  przeżycia.  Może  jeszcze  za 
wcześnie? 

 - Nie będziesz wiedział, dopóki nie zapytasz. 
 - A jeśli odmówi? Łatwo jej to przychodzi. 
 - Rozumiem. 
Uniosła  jego  brodę  i  spojrzała  mu  głęboko  w  oczy  jak 

dawniej, gdy był jeszcze dzieckiem. 

 - Kochasz ją. Nie mylę się, prawda? 
 - Tak - przyznał niepewnym głosem. 
Gdy wrócił do pokoju, pożegnał się z rodzeństwem. 
 - Nie przejmuj się. Coś wymyślę - szepnął, całując matkę. 

Peggy uśmiechnęła się porozumiewawczo. 

 - Jesteś jak ojciec. Też nigdy się nie poddawał. 
Kiedy  wjechali  na  autostradę,  Kane  usłyszał  ciężkie 

westchnienie Beth. 

 - Przepraszam, że się wtrąciłam do rozmowy z Patrickiem 

- powiedziała Beth. - Nie powinnam zabierać głosu. 

Pokręcił przecząco głową. 
 - Nie uważam tego za wtrącanie się. Może nie było to dla 

mnie specjalnie miłe, ale miałaś rację. 

Przez chwilę panowała cisza. 
 -  Kane,  jeśli  chcesz  być  dla  nich  jak  ojciec,  musisz 

wiedzieć, kiedy pozwolić im wyfrunąć spod twoich skrzydeł 

 -  Okropne  uczucie.  Jak  człowiek  zrobi  wszystko  dobrze, 

nagle  nikomu  nie  jest  potrzebny.  Mam  tyle  pieniędzy. 
Chciałbym, żeby dzięki temu było im łatwiej. 

 -  Mylisz  się,  jeśli  uważasz,  że  pieniądze  to  wszystko,  co 

możesz im dać - powiedziała cicho. - Widzę, jak się do ciebie 

background image

odnoszą. Czują, że mają w tobie oparcie. Dzięki temu łatwiej 
im działać. 

 -  Nie  powinnaś  mówić  takich  rzeczy  -  stwierdził 

ochrypłym głosem - bo mam ochotę natychmiast cię całować. 

 -  Lepiej  z  tym  zaczekaj.  Zastanów  się  jeszcze. 

Porozmawiamy jutro. 

Zrozumiał,  że  go  nie  odrzucała.  Po  prostu  chciała,  żeby 

był  pewny  swoich  uczuć.  I  wtedy  przyszedł  mu  do  głowy 
pomysł  na  oświadczyny.  Musi  jednak  najpierw  wszystko 
ustalić z Patrickiem, a potem pozostanie już tylko modlić się, 
ż

eby powiedziała: tak. 

Patrick  spoglądał  z  niedowierzaniem  znad  stosu 

kompaktów leżących na biurku. 

 - Co chcesz zrobić? 
 - Oświadczyć się przez radio. 
 - To bardzo ryzykowne. A jeśli odmówi? 
 -  Dziękuję,  że  mi  przypomniałeś  o  tej  niemiłej 

możliwości. Jakoś mi to nie przyszło do głowy - powiedział z 
sarkazmem. 

Przypomniał sobie, jak wiele się wydarzyło od czasu, gdy 

jakaś  Bethany  Cox  odmówiła  randki  z  miliarderem  -  głównej 
nagrody  w  konkursie  radiowym.  Wtedy  poczuł  się  urażony  i 
długo  zastanawiał  się,  co  ją  do  tego  skłoniło.  Teraz  już 
wiedział,  że  jeśli  Beth  zdecyduje  się  odrzucić  jego 
oświadczyny, nie będzie się przejmowała zdaniem innych. 

Spojrzał na brata. 
 -  Patrick,  ona  nie  wierzy,  że  jest  dla  mnie  wystarczająco 

piękna i atrakcyjna. 

 -  Chyba  żartujesz.  Uważam,  że  to  ty  jesteś  dla  niej  zbyt 

paskudny, ale jeśli jej to nie przeszkadza, to już naprawdę nie 
moje zmartwienie. 

Kane roześmiał się. 

background image

 - Posłuchaj, chcę ją przekonać, że jest dla mnie ważna. I 

to  tak,  że  gotów  jestem  publicznie  zaryzykować  odrzucenie 
oświadczyn - tłumaczył. - Co ty na to? 

Patrick uśmiechnął się promiennie. 
 - Co by się nie działo, radiostacja będzie miała znakomitą 

reklamę. 

Dochodziła  jedenasta,  a  Kane  się  nie  zjawił.  Beth 

bezskutecznie  próbowała  o  tym  nie  myśleć.  W  niedziele  i 
poniedziałki  sklep  był  nieczynny,  więc  nie  miała  powodu, 
ż

eby  wychodzić  z  domu.  Nie  miała  też  nic  pilnego  do 

zrobienia.  Myślała  o  poprzednim  wieczorze.  Robiła  sobie 
wyrzuty,  że  wtrąciła  się  do  rodzinnej  rozmowy.  Kane 
wcześniej  czy  później  zorientowałby  się,  jak  ma  postępować. 
Pewnie  wyłącznie  przez  grzeczność  przyjął  jej  przeprosiny, 
ale  wreszcie  zdał  sobie  sprawę,  że  ona  do  nich  nic  pasuje. 
Zresztą i tak od początku nie miała na to żadnych szans. 

Podskoczyła  na  krześle,  słysząc  nagły  dzwonek  telefonu. 

Mógł to być Kane albo jej ciężarna wspólniczka. 

 - Słucham? 
 -  Czy  rozmawiam  z  Beth  Cox?  Głos  Wydał  jej  się 

znajomy. - Tak. 

 - Świetnie. Tu radio KLMS, transmitujemy tę rozmowę w 

całym rejonie Seattle. 

Beth  z  irytacją  ścisnęła  słuchawkę.  Reklamowe  wygłupy 

przestały ją bawić. 

 - Ja nie... 
 -  Proszę  chwileczkę  zaczekać  -  powiedział  mężczyzna 

radosnym tonem. - Jest tu ktoś, kto chciałby zadać pani bardzo 
ważne pytanie. 

Tuż  obok  domu  Beth  stała  zaparkowana  furgonetka,  a  w 

jej 

wnętrzu 

zdenerwowany 

Kane 

ś

ciskał 

mikrofon. 

Prowadzący  audycję  poprawił  słuchawki  i  z  uśmiechem  dał 
mu znak, unosząc kciuk do góry. 

background image

 - Beth? Tu Kane. 
 - O, cześć. 
Mówiła  cicho,  wiec  nie  mógł  rozpoznać,  w  jakim  jest 

nastroju.  Właściwie  nie  miało  to  znaczenia.  Przyjechał  się 
oświadczyć i nic miał zamiaru przyjąć odmowy. 

 -  Bethany  Cox,  zakochałem  się  w  tobie.  Nie  śpię  po 

nocach. Wyjdziesz za mnie? 

Usłyszał tylko sapnięcie i jakiś głuchy odgłos. 
 - Kochanie, co się tam stało? - dopytywał się gorączkowo. 

Nie  było  odpowiedzi.  Bez  namysłu  rzucił  się  więc  do  drzwi 
samochodu.  Zaskoczony  reporter  zdążył  jeszcze  zabrać  mu 
mikrofon. 

Kane  zastał  Beth  na  podłodze  w  kuchni.  Z  oszołomioną 

miną rozcierała sobie siedzenie. 

 - Co się słało? - spytał, klękając obok. 
 - Nie trafiłam na krzesło - odpowiedziała cicho. - I telefon 

się rozleciał. 

 -  Kochanie,  to  drobiazg.  Naprawimy.  Ostrożnie  pomógł 

jej wstać i przytulił do siebie. 

 -  Powinienem  zrobić  to  inaczej  -  szepnął.  -  Kwiaty  i 

szampan przy świecach. Tradycyjne oświadczyny z klękaniem 
na  kolano.  Pomyślałem  jednak  o  czymś  niecodziennym,  bo  i 
ty jesteś wyjątkowa. 

Beth nadal czuła, że kręci się jej w głowie. Jeszcze do niej 

nie dotarły oświadczyny. 

 - Nie jestem wyjątkowa. 
 -  Nic  mów  takich  rzeczy.  Owinęłaś  mnie  sobie  wokół 

palca, gdy tylko się poznaliśmy. 

Oparta  mu  policzek  na  piersi.  Czuła  bicie  jego  serca. 

Miała  mu  wiele  do  powiedzenia,  ale  najpierw  chciała  się 
zupełnie  uspokoić,  żeby  logicznie  myśleć.  Kane  głaskał  jej 
włosy, plecy, potem zaczął rozcierać stłuczone miejsce. 

background image

 -  Patrick  mówi,  że  jestem  zbyt  paskudny  dla  tak 

atrakcyjnej dziewczyny jak ty. 

 -  Nie  jestem  nadzwyczajnie  atrakcyjna  -  zaprzeczyła, 

jakby  prowokując  go  do  dalszych  zapewnień.  Pomyślała  o 
jego  rodzinie.  -  Na  twojej  rodzinie  też  nie  zrobiłam 
najlepszego wrażenia. 

 -  Złe  wrażenie?  O  czym  ty  do  diabła  mówisz?  Przecież 

oni przepadają za tobą. 

 - Byli dla mnie mili - przyznała - ale jestem przy nich jak 

z  innego  świata.  Należycie  do  śmietanki  towarzyskiej.  Ja  na 
pewno nie. 

Kane prychnął niezadowolony. 
 -  Wyższe  sfery?  Nie  Beth.  Jesteśmy  zwykłymi  ludźmi. 

irlandzkimi imigrantami, którzy zjawili się w tym kraju, mając 
tylko kilka centów przy duszy - powiedział, całując ją w rękę, 
-  Wiesz,  że  mama  już  przegląda  reklamy  sukien  ślubnych  i 
planuje  wesele?  Uważa,  że  jesteś  najsłodsza  pod  słońcem. 
Wydziedziczy  mnie,  jeśli  się  nie  pobierzemy.  -  Uśmiechnął 
się. - Oczywiście jeszcze nie wie, że jesteś taka uparta. Założę 
się  jednak,  że  to  też  uzna  za  zaletę.  -  Spojrzał  jej  w  oczy  z 
miłością. 

Zrozumiała, że  już  podjęła  nieodwołalną  decyzję.  Jeśli  za 

niego nie wyjdzie, będzie cierpiała i żałowała, że nie są razem. 
Postanowiła jednak wyjaśnić jeszcze jedną Wątpliwość, która 
ją dręczyła. 

 -  Czy  przypadkiem  nie  chcesz  tego  ślubu,  żeby  pomóc 

bratu? Zainteresowanie będzie większe niż z powodu randki. 

 -  Skąd  ci  przyszedł  do  głowy  tak  idiotyczny  pomysł??  - 

zawołał Kane. rozzłoszczony nie na żarty. 

 - Przez całe dorosłe życie pomagałeś braciom i siostrom. 
 -  Odtąd  mogą  już  o  siebie  zadbać  sami  Jedyną  osobą, 

której  chcę  pomagać,  jest  najbardziej  uparta,  nierozsądna, 
nieznośna kobieta, jaką znam. 

background image

 - A dzieciom? 
 - Jakim dzieciom? - spytał zaskoczony. 
 -  Zakładam,  że  będziemy  mieli  dzieci,  choć  na  początek 

może  wystarczy  jedno.  Czy  nimi  też  zamierzasz  się 
opiekować?  A  przy  okazji,  mówienie  kobiecie,  że  się  nią 
zaopiekujesz, nie brzmi najlepiej. 

Kane  zauważył  wreszcie  uśmiech  na  jej  twarzy  i  sam 

roześmiał się głośno. 

 -  Więc  co  mam  powiedzieć?  Czyżbym  zachował  się  jak 

jaskiniowiec? To pewnie dziedziczne. 

Pogłaskała go po policzku i uśmiechnęła się czarująco. 
 - Może ustalmy od razu, że wzajemnie będziemy się sobą 

opiekować. 

Nie  wyobrażał  sobie  lepszego  rozwiązania.  Beth  mogła 

być  wszystkim  -  partnerką,  żoną,  matką  i  kochanką. 
Najbardziej naturalnie interesowało go to ostatnie. 

 - Doskonale - szepnął, obejmując dłońmi jej twarz. - Czy 

jest jeszcze coś ważnego, o czym powinienem wiedzieć? 

Zmarszczyła nos, zastanawiając się. 
 -  Tak.  Kocham  cię,  Kane.  Dzień,  kiedy  wygrałam  ten 

głupi konkurs, okazał się najpiękniejszy w moim życiu. 

Kane przycisnął ją do siebie. Może Beth wygrała konkurs, 

ale to on zdobył prawdziwą nagrodę. 

background image

EPILOG 
 - Kochanie, zamknij oczy. 
 - Nie będę wtedy nic widzieć. Kane roześmiał się. 
 - O to właśnie chodzi. 
Trzymając  pannę  młodą  na  rękach,  zdołał  nacisnąć  guzik 

windy. 

 -  Tylko  mi  nic  mów.  że  zamiast  weselnej  kolacji 

pojedziemy  na  piknik  i  hot  dogi  -  powiedziała  Beth,  gdy 
winda  ruszyła.  Nie  otwierając  oczu.  pocałowała  Kane'a  w 
szyję. 

Ś

lub  wzięli  dość  szybko  -  zaledwie  miesiąc  po 

oświadczynach,  choć  wydawało  się.  że  przygotowania  i 
przymiarki  trwały  w  nieskończoność.  Jego  matka  przejrzała 
wszystkie  poradniki  i  czasopisma  z  tej  dziedziny.  Jeszcze 
bardziej  przejęte  byty  siostry.  Beth  znosiła  to  z  uśmiechem. 
Jedynie Kane wiedział, że miała już serdecznie dość. Wreszcie 
czekanie  się  skończyło.  Miał  żonę  tylko  dla  siebie.  Tylko  ich 
dwoje,  wielkie  łóżko  i  nikogo  z  rodziny.  Zrobił  Beth 
niespodziankę  i  na  miesiąc  miodowy  wynajął  całe  piętro  w 
hotelu. 

 -  Nie  będzie  pikniku  -  stwierdził.  -  Co  powiesz  na  taki 

początek - butelka Dom Perignon i truskawki? 

 - Drogie. 
Roześmiał się. Pomyślał, że Beth nigdy nie będzie dobrze 

się czuła w roli żony miliardera. 

 -  Pani  O'Rourke,  czy  już  wspominałem,  że  jest  pani 

bardzo piękna? 

 -  Nie  przez  ostatnie  pięć  minut.  Czy  już  mogę  otworzyć 

oczy? 

 - Musisz jeszcze chwilkę poczekać. 
Drzwi  windy  rozsunęły  się.  Zaniósł  Beth  do  schodów, 

które  prowadziły  jeszcze  wyżej.  Skinął  głową  ludziom  z 

background image

ochrony, pilnującym, by nikt im nie przeszkadzał, i wszedł do 
pokoju. 

 - Czy to już koniec świata? 
 -  Nie,  ale  możesz  otworzyć  oczy.  Beth  krzyknęła  z 

zachwytu. 

 - Cudowne miejsce! 
 -  Tu  mieliśmy  nocować  na  pierwszej  randce,  oczywiście 

w osobnych pokojach. 

Delikatnie ją pocałował i położył na łożu z baldachimem. 

Wyglądała  pięknie  i  uśmiechała  się  radośnie.  Miał  wielką 
ochotę  zaproponować,  żeby  zostali  w  łóżku.  Z  trudem  się 
opanował. 

 -  Wpuszczę  trochę  świeżego  powietrza  -  powiedział, 

cofając się, żeby otworzyć okno. 

Beth spojrzała na niego. Nie mogła uwierzyć, że są razem 

i  jej  życie  tak  się  zmieniło  w  ciągu  ostatniego  miesiąca. 
Zrzuciła  ciężką  spódnicę  od  ślubnego  stroju  i  rozejrzała  się 
wokół.  Była  w  wiktoriańskim  apartamencie  na  szczycie 
hotelu.  Dziesiątki  kremowych  róż  rozsiewały  delikatny 
zapach.  Jedyna  krwistoczerwona  leżała  na  stoliku  obok 
wiaderka z szampanem i truskawkami. 

Sięgnęli po kieliszki. 
 -  Gdybyś  wolała,  mogliśmy  zdecydować  się  na  większą 

uroczystość  -  powiedział  Kane,  całując  ją  w  usta.  -  Nie 
musieliśmy wracać do Victorii. 

Pokręciła głową. 
 - Bardzo chciałam tu

 

przyjechać, podobnie jak ty. Tak jest 

ś

wietnie. 

Udało im się utrzymać prasę z daleka. Zgodzili się jedynie 

na  zdjęcia  po  ceremonii  ślubnej,  dzięki  temu  uroczystość 
odbyła  się  w  gronie  rodzinnym  -  tylko  rodzina  Kane'a  i 
kilkoro  przyjaciół  Beth.  w  tym  Emily  z  Nickiem,  ich  córka  i 
nowo  narodzony  synek.  Przyjęcie  odbywało  się  w  hotelowej 

background image

sali  bankietowej,  jednak  Kane  szybko  zaproponował  Beth. 
ż

eby się wymknęli i świętowali tylko we dwoje. 

Beth  ostrożnie  powiesiła  suknię  ślubną.  Były  to  stare 

koronki  wyszywane  kryształowymi  koralikami,  a  do  tego 
halka  z  jedwabnej  krepy.  Sięgnęła  po  koszulę  nocną  złożoną 
na  poduszce  i  poszła  do  łazienki.  Nie  obawiała się  już,  że  jej 
ciało  może  się  wydać  Kane'owi  nieatrakcyjne,  ale  i  tak  czuła 
nerwowy  ucisk  w  żołądku.  Miłość  fizyczna  ciągle  była  dla 
niej  czymś  tajemniczym.  Koszulka  z  białej  satyny,  którą 
dostała  w  prezencie  od  Shannon,  podkreślała  kształty,  nie 
pozostawiając  wątpliwości,  co  się  pod  nią  kryje.  Beth 
przełknęła ślinę i otworzyła drzwi. 

Kane  spojrzał  z  podziwem  na  żonę.  Łagodne  światło 

zabarwiło jej skórę na złoty kolor. 

 -  Jeszcze  szampana?  -  spytał  zmienionym  głosem. 

Zaprzeczyła ruchem głowy. 

 - Zostawiłam suknię w łazience. Zabiorę ją. 
 -  Zaczekaj.  -  Kane  zatrzymał  żonę.  wyciągając  rękę.  - 

Wiesz,  że  cię  kocham  i  bardzo  cię  pragnę.  Chodzi  o  to,  że 
trochę  się  denerwuję  -  powiedział  cicho.  -  Od  czego 
chciałabyś zacząć? 

Beth spojrzała na niego zaskoczona. Nie żartował. 
 - Zacznijmy od tego - szepnęła, zsuwając powoli jedno z 

ramiączek  koszuli,  potem  drugie.  Gładka  tkanina  płynnym 
ruchem zsunęła się na dywan. 

Kane  cofnął  się  o  krok.  Nie  mógł  oderwać  wzroku  od 

Beth. 

 -  Marzyłem  o  tej  chwili  -  przyznał.  -  A  teraz  pewnie 

dostanę  ataku  serca.  Właśnie  dlatego  starsi  panowie  nic 
powinni żenić się z młodymi, seksownymi dziewczynami. 

Betu roześmiała się. 
 -  Kochanie,  przecież  nie  jesteś  stary.  Masz  dopiero 

trzydzieści siedem lat. 

background image

 -  Pocieszyłaś  mnie.  Może  rzeczywiście  jeszcze  trochę 

pożyję. 

Podszedł, uniósł ją i położył na łóżku. 
 -  Wszystko  dzieje  się  tak  szybko  -  szepnęła  Beth  -  i  nie 

zdążyłam  porozmawiać  z  tobą  na  ten  temat,  ale...  nie  biorę 
pigułek. 

 - Bardzo się z tego cieszę - stwierdził z satysfakcją. Oboje 

czuli narastające podniecenie. 

 -  Mogę?  -  spytała,  rozpinając  mu  koszulę.  -  Czekałam 

dwadzieścia sześć lat na taką chwilę. 

Pochylił się nad nią i zaczął całować. 
Dużo później Beth położyła wygodnie głowę na ramieniu 

Kane'a. 

 - Przepraszam - szepnęła. 
 - Za co? - spytał zdziwiony. 
 -  Było  mi  tak  dobrze,  że  nie  czekałam  na  ciebie. 

Roześmiał się. 

 -  Nie  przepraszaj.  Dla  mężczyzny  to  wspaniałe  uczucie 

gdy wie, że tak działa na kobietę. Zresztą za chwilę znów było 
ci dobrze. 

 - Zawsze tak będzie? 
Kane przyciągnął ją do siebie. 
 - Będzie jeszcze lepiej. 
 - Nie wiem, czy to możliwe.  
Spojrzał jej głęboko w oczy. 
 - Nie mów tyle i pocałuj mnie. 
Uśmiechnęła się i pierwszy raz bez sprzeciwu zrobiła to, o 

co ją prosił.