background image

Julianna Morris

Spotkanie pod jemiołą

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Shannon   O’Rourke   zaparkowała   przed   pocztą   i   złapała   kartki   świąteczne.   Zwykle 

wysyłała je z biura, teraz jednak, ku swojemu niezadowoleniu, przebywała na kilkudniowym 
urlopie. Niechętnie  brała wolne od swoich obowiązków  dyrektora  działu  public relations. 
Zauważyła, że z zaparkowanego nieopodal dżipa wysiada jej sąsiad. 

Jak   dotąd   spotkała   Aleksa   McKenziego   tylko   raz.   Oczywiście   dzięki   sąsiedzkim 

ploteczkom wiedziała już o nim co nieco. Był trzydziestoczteroletnim wdowcem, inżynierem 
z doktoratem, i wykładał w college’u. Był także niezaprzeczalnie przystojnym mężczyzną. 

–   Jeremy,   zostaw   Tibblesa   w   samochodzie   –   powiedział   do   syna,   odpinając   go   z 

dziecięcego fotelika. 

Chłopiec   jednak,   wysiadłszy   z   dżipa,   mocno   przycisnął   królika   do   piersi.   Shannon 

ścisnęło się serce, kiedy dojrzała wyraz jego oczu. Były pełne smutku i dziwnej dojrzałości, 
jakby nosił w sobie wspomnienie wielkiej tragedii. 

– Synku, daj spokój – powiedział łagodnie Alex. – Jestem pewien, że Tibbles z chęcią na 

nas poczeka. 

Jeremy przycisnął zabawkę jeszcze mocniej do siebie i potrząsnął głową. 
– W porządku... Zostań tutaj, a ja w tym czasie wypakuję paczki z samochodu. 
Po chwili Alex z trudem manewrował między samochodami, starając się jednocześnie 

utrzymać sporą ilość paczek i syna za rękę. 

Shannon podbiegła w ich stronę. 
– Doktorze McKenzie, pozwoli pan, że pomogę. 
Alex odwrócił się i zobaczył ognistowłosą piękność śpieszącą w jego stronę. Chyba już 

gdzieś ją widział. 

– Przepraszam, czy my się znamy? – zapytał. 
– Nazywam się Shannon O’Rourke i jestem pańską sąsiadką. 
–   Ach,   rzeczywiście!   –   To   było   przed   miesiącem.   Właśnie   wprowadzali   się   do 

dwupoziomowego   mieszkania,   kiedy   zobaczył   wjeżdżającą   na   podjazd   kobietę.   Była 
szczelnie okutana w płaszcz, jedynie spod kaptura widać było miedziane włosy. Pomachała 
do niego ręką i wbiegła do mieszkania, uciekając przed deszczem. 

Dzisiaj jednak było znacznie cieplej i pogodniej. Shannon miała na sobie markowe dżinsy 

i kaszmirowy sweter, dzięki czemu mógł podziwiać jej wspaniałą figurę. 

Jedna z paczek wysunęła mu się spod ramienia. 
– Poniosę je. – Zręcznie złapała w locie pakunek i zabrała z rąk Aleksa kilka innych. – 

Idzie pan? – Ruszyła szybkim krokiem. 

Alex zdumiał się nieco. Jego sąsiadka z pewnością nie była osobą nieśmiałą. Ujął dłoń 

Jeremy’ego i weszli do urzędu pocztowego. 

Ludzie mawiają, że po stracie ukochanej osoby najgorsze są samotne święta, jednak dla 

Aleksa   najtrudniejszym   zadaniem   było   stwarzanie   świątecznego   nastroju   ze   względu   na 
czteroletniego synka. Kim odeszła w styczniu, będzie to zatem pierwsze Boże Narodzenie bez 

background image

niej.   Jego   żona   pozostawiła   po   sobie   w   ich   życiu   ogromną,   bolesną   wyrwę.   Dodatkowo 
dręczył go fakt, że ze względu na swoją pracę musiał Jeremy’ego oddawać na kilka godzin do 
przedszkola, które, choćby i najlepsze, nie mogło chłopcu zastąpić matczynej opieki. 

Jego   przyjaciele   podkreślali,   jak   bardzo   oddanym   był   mężem,   chociaż   wiele   czasu 

spędzał w delegacjach, bo tego wymagała poprzednia praca. Przyznawał im rację, potrafił 
docenić to, co go spotkało. Miał czułą, delikatną, kochającą żonę, która nigdy nie sprawiłaby 
mu najmniejszej przykrości. Takiej właśnie kobiety szukał, pochodził bowiem z domu, w 
którym rodzice bezustannie niszczyli się nawzajem, jakby cel życia znaleźli w kłótniach i 
awanturach. 

Kochał Kim miłością ostateczną. Takie uczucie zdarza się tylko raz. 
Shannon przytrzymała drzwi biodrem, czekając cierpliwie, aż wejdą do środka. 
– To moje zadanie – zaprotestował Alex. – To mężczyzna przytrzymuje drzwi damie. 

Przypuszczam jednak, że jest pani kobietą nowoczesną i nie uznaje podobnych zasad. 

Shannon już chciała puścić ciętą ripostę, jednak powstrzymała się. Stanowczo twierdziła, 

że zawsze należy być sobą, niezależnie od tego, czy to się komuś podoba, czy nie. Tyle że już 
nie była pewna, co w jej przypadku znaczy „być  sobą”. Chciała od życia czegoś więcej, 
kariera przestała jej wystarczać. Marzyła o miłości i małżeństwie, ale jej życie uczuciowe 
zionęło pustką. Teraz, kiedy już czterech z jej pięciu braci szczęśliwie się ożeniło, pragnienie 
posiadania własnej rodziny było jeszcze silniejsze. 

– Przeciwnie, nie mam nic przeciwko staroświeckim zasadom – odparła lekko. 
– Świetnie. Proszę zatem przodem, panno O’Rourke. Kiedy znalazła się blisko niego, 

poczuła się nad wyraz przyjemnie. Zły znak. Nie wolno jej było zapominać o tym, co jej 
siostry, Miranda, Kelly i Kathleen, zawsze podkreślały, a mianowicie że samotni ojcowie to 
ciężki   orzech   do   zgryzienia,   bo   motywy,   jakimi   kierują   się   wobec   kobiet,   są   niejasne   i 
pogmatwane. Spojrzała na smutną buzię Jeremy’ego i jej serce stopniało w jednej chwili. 

– Pani przodem – powiedział chłopiec. 
– Dziękuję. – Uśmiechnęła się do Jeremy’ego, zerknęła na Aleksa i ruszyła do kolejki. Na 

poczcie,   jak   to   przed   świętami,   panował   okropny   tłok,   zapowiadało   się   zatem   dłuższe 
czekanie. Myśl ta ucieszyła Shannon, zaraz jednak zganiła się ostro. Na litość boską, facet 
tylko przytrzymał drzwi, po prostu jest uprzejmy, to wszystko!

Było jednak w Aleksie coś z dżentelmena w starym stylu, podobnie jak w jej braciach. 

Uciekała przed takimi gdzie pieprz rośnie. Wystarczy, że raz się zakochała w szarmanckim 
chłopaku, który po jakimś czasie rzucił ją w całkiem bezpardonowy sposób, oświadczając, że 
szuka   kobiety   podobnej   do   swojej   matki,   takiej,   która   „stworzy   mu   prawdziwy   dom”,   a 
Shannon kompletnie się do tego nie nadaje. Miał w tym sporo racji. Na przykład w kuchni 
radziła   sobie   rewelacyjnie,   oczywiście   jeśli   uznać,   że   gotowanie   polega   na   przemianie 
doskonałych produktów w niejadalną breję... Jednak złamane serce bolało do tej pory. 

Z zamyślenia wyrwał ją Jeremy, pociągając za sweter. 
– Pomogę ci. – Wskazał na paczki, które wciąż trzymała. 
–   Aha...   dobrze.   Weź   tę   paczuszkę,   a   ja   potrzymam   Tibblesa,   zgoda?   –   wymyśliła 

sprytnie. – Posiedzi na mojej torebce, odpocznie sobie. 

background image

Jeremy   przyglądał   jej   się   intensywnie   przez   dłuższą   chwilę.   Najwyraźniej   pluszowy 

królik   nie   był   zwykłą   zabawką,   którą   można   każdemu   powierzyć.   Shannon   ukucnęła   i 
spojrzała chłopcu w oczy. Było w nim sporo znanego jej smutku. Też tak patrzyła na świat, 
kiedy straciła ukochanego ojca. 

– Obiecuję, że się nim dobrze zajmę – przyrzekła solennie. Po długim namyśle Jeremy 

wreszcie zgodził się wymienić Tibblesa na dwie małe paczki. Shannon usadowiła królika na 
swojej torebce w taki sposób, żeby chłopiec miał go cały czas na widoku. Ze zdziwieniem 
zauważyła ogromne zaskoczenie na twarzy Aleksa. 

– Coś się stało? – zapytała. 
– Nie wiem, jak pani tego dokonała. Syn nie rozstaje się z królikiem od śmierci żony. 

Próbowałem różnych  sztuczek, ale bez skutku. Puszcza go tylko  na czas kąpieli,  bo, jak 
twierdzi, Tibbles boi się wody. Doskonale sobie pani radzi z dziećmi. 

–   Bardzo   lubię   dzieci.   –   Jej   trzy   siostrzenice   i   bratanek   byli   zabawni   i   rozkoszni. 

Zrobiłaby dla tych szkrabów wszystko. Z pewnością również chciałaby kiedyś zostać matką. 
Lecz tak naprawdę nic nie wiedziała o dzieciach. 

On   zaś   ze   zdumieniem   patrzył   na   syna,   który   właśnie   odmaszerował   do   rogu 

pomieszczenia, żeby podziwiać pięknie udekorowaną choinkę. Oczy Aleksa kryły w sobie 
smutek. Shannon z przykrością spoglądała na tego przystojnego mężczyznę, którego twarz 
naznaczona   była   cierpieniem.   Wdowiec,   samotny   ojciec...   a   właśnie   nadchodziły   święta, 
kiedy stratę najbliższych odczuwa się najboleśniej. Pamiętała pierwsze Boże Narodzenie po 
śmierci ojca... 

– To musi być bardzo trudne, szczególnie przed świętami – powiedziała prawie szeptem. 
–   Dzięki   Kim   dla   Jeremy’ego   były   to   magiczne   dni.   Lepili   gwiazdki   z   ciasta,   robili 

zabawki na choinkę i czekali na małego Jezuska. – Uśmiechnął się. – I na Świętego Mikołaja. 
Tak bardzo mu jej brak, a ja nie umiem temu zaradzić. 

Poruszyła  ją ta opowieść, zarazem  jednak nie  powinna zaprzyjaźniać  się z kimś,  kto 

wciąż opłakuje śmierć żony. Gdyby zaangażowała się w jakikolwiek sposób, na pewno znów 
skończyłoby się to złamanym sercem. Poza tym jej związki nie trwały długo. Niezależnie od 
tego, czy mężczyzna był staroświecki, czy nowoczesny, zawsze okazywało się, że marzy mu 
się to samo: kura domowa o wyglądzie seksbomby. Cóż, nie nadawała się na kurę domową, 
choć   kto   wie?   Nieźle   poradziła   sobie   z   Jeremym,   może   więc   i   ona   mogłaby   się   stać 
udomowioną boginią seksu?

– Dlaczego ten królik jest tak ważny dla twojego synka?
– Próbowała podtrzymać konwersację, chociaż i ślepy by dostrzegł, że doktor McKenzie 

nie jest w najmniejszym stopniu nią zainteresowany. 

– Nie wiem, może pani się uda rozwiązać tę zagadkę? – Uśmiechnął się do niej nieśmiało. 
Niby nic nie wiedziała o dzieciach, jednak straciła ojca, a Jeremy matkę, i to bolesne 

doświadczenie wytworzyło między nimi swoistą więź. W Shannon rodził się bunt. Dziecko 
nie powinno przechodzić przez taki koszmar!

– Tak mi przykro. Przeprowadzka pewnie też nie była łatwa. Gdybym mogła w czymś 

pomóc... – W ostatniej chwili powstrzymała się przed złożeniem propozycji opiekowania się 

background image

Jeremym podczas urlopu. 

– Dziękuję bardzo, to naprawdę miło z pani strony – odpowiedział Alex tonem, który 

jasno wskazywał, że na pewno nie skorzysta z jej oferty. 

– Shannon, wszyscy tak do mnie mówią, nawet dziennikarze, choć podczas konferencji 

prasowych stają się potwornie sztywni. 

– Często bierzesz udział w konferencjach prasowych?
–  To   należy  do  moich   obowiązków.   Jestem  dyrektorem  do  spraw   public   relations  w 

O’Rourke Enterprises. 

– No jasne, należysz do klanu O’Rourke’ów. 
Shannon zmarszczyła brwi. Być może Alex nie miał niczego złego na myśli, jednak to 

stwierdzenie   zabrzmiało   pejoratywnie.   Najstarszy   z   jej   braci   był   wybitnie   uzdolnionym 
biznesmenem. Czego tylko się tknął, zamieniało się w złoto. Nie tylko w Seattle jej nazwisko 
było dobrze znane, u jednych wzbudzało szacunek, u innych zawiść. 

–   Przepraszam   –   zreflektował   się   Alex.  –   Pewnie   doprowadzają   cię   do  szału   ludzie, 

którzy tak mówią. 

– Zdarza się – odparła z uśmiechem. 
Alex spojrzał na syna, który właśnie do nich dołączył. Przyjrzała się chłopcu uważnie. 

Był taki mały, a już stracił matkę. Być może nawet dobrze jej nie pamiętał, jednak wciąż czuł 
się   porzucony.   Może   ją   obwiniał,   że   odeszła?   Może   nie   rozumiał,   że   wcale   nie   chciała 
umrzeć? Zresztą kto potrafi zrozumieć śmierć, jej ostateczność... Ileż to razy słyszała głos 
ojca i odwracała się, pewna, że go zobaczy... Westchnęła głęboko. 

– A więc jesteś inżynierem, tak? – zapytała, próbując odgonić od siebie czarne myśli. – 

Mój brat, Kane, też chciał być inżynierem, ale musiał rzucić studia. 

– I zamiast tego został milionerem? – odparł szorstko. – To musiała być trudna decyzja. 
Oczy Shannon zwęziły się ze wściekłości. Jej bracia być może zachowywali się czasami 

jak jaskiniowcy, sama krytykowała ich za to, nieraz bardzo ostro, ale nigdy nie pozwalała, by 
ktoś   inny   to   robił.   Krytykowanie   Kane’a   wydawało   jej   się   szczególnie   niesprawiedliwe. 
Najstarszy z jej braci poświęcił studia dla rodziny, a to, że tak wiele osiągnął, dowodziło 
jedynie jego determinacji i inteligencji. 

–   Kane   jest   geniuszem   –   powiedziała   chłodno.   –   Zanim   się   ożenił,   pracował   po 

czternaście godzin dziennie. Trudno to nazwać beztroskim życiem rozpuszczonego bogacza. 
Po śmierci ojca zapewnił nam godne życie,  to było  jego celem. Jestem pewna, że byłby 
świetnym inżynierem, nie mógł jednak tego udowodnić. 

Alex zdumiał się. Ognistowłosa piękność w jednej chwili przemieniła się w Królową 

Śniegu.   Choć   wciąż   piękna,   wyglądała   teraz   równie   sympatycznie   jak   bulterier.   Przed 
sekundą ciepła kotka, i nagle – wściekła tygrysica. O’Rourke’owie muszą być bardzo zżytą i 
solidarną rodziną. 

–   Nie   miałem   zamiaru   krytykować   twojego   brata.   Jeżeli   tak   to   zabrzmiało,   to 

przepraszam. 

– Jasne. – Odwróciła się od niego, Alex westchnął z irytacją. Kobiety w stylu Shannon 

O’Rourke,   czyli   zmienne   w   nastrojach,   nie   były   w   jego   typie.   Był   człowiekiem 

background image

prostolinijnym,   twardo   stąpał   po   ziemi.   Lubił   formuły,   wzory  i   schematy,   dlatego   został 
inżynierem. Życie było wystarczająco skomplikowane bez fundowania sobie atrakcji w stylu 
humorzastych piękności. 

– Teraz nasza kolej – powiedział Jeremy. 
– Racja – odpowiedziała.  – Bardzo  nam pomogłeś.  A teraz  daj  te  paczki,  położymy 

wszystko   na   wadze,   żeby   twój   tata   mógł   je   wysłać,   a   ja   zajmę   się   moimi   kartkami 
świątecznymi. 

– Dobrze – zgodził się pogodnie Jeremy. 
Alex   zaczął   nadawać   paczki   i   rzucił   okiem   na   kartki.   Miały   naklejone   znaczki, 

wystarczyło zatem wrzucić je do skrzynki pocztowej. Shannon wcale nie musiała stać z nimi 
w kolejce. 

– Oddaję ci Tibblesa. Na mnie już czas. – Podała chłopcu królika. 
Jeremy   złapał   zabawkę   niedbale,   bez   przekonania.   Alex   pocierał   ze   zdumieniem 

podbródek i podążał wzrokiem za odchodzącą szybkim krokiem Shannon. Jego synowi nie 
zdarzyło się jeszcze nikogo zaakceptować tak szybko. 

– To proszę nadać priorytetem, zaraz wrócę – powiedział szybko, rzucając urzędnikowi 

kartę   kredytową.   Ze   strony   kolejki   odezwały   się   okrzyki   protestu,   ale   Alex   zupełnie   je 
zignorował. – Panno O’Rourke, Shannon! – krzyknął, dogoniwszy ją przy wyjściu. 

– Jak zwykle, doktorze, chce się pan zachować jak dżentelmen i przytrzymać mi drzwi? – 

powiedziała sarkastycznie. – Doprawdy nie ma takiej potrzeby. Poradzę sobie sama. 

– Wiem, i nie o to mi chodziło – powiedział przepraszającym tonem. 
– Aha, więc wcale nie chciał mi pan otworzyć drzwi? – stwierdziła z urazą. 
Jęknął z rezygnacją. 
– Nie, oczywiście, że chciałem, tylko... – Dopiero teraz zauważył w jej zielonych oczach 

wesołe ogniki. Sprawiło mu to taką ulgę, że miał ochotę się roześmiać. Niewiele znał kobiet, 
które   tak   szybko   potrafiłyby   wybaczyć   nawet   niezamierzoną   obrazę.   Być   może   Shannon 
O’Rourke miała tysiąc wad, ale na pewno nie była pamiętliwa. 

– Co chciałeś? – zapytała. 
Szkopuł   w   tym,   że   Alex   sam   nie   wiedział,   jak   to   wyrazić.   Nie   chciał   niczego 

konkretnego,  pragnął tylko,  ze  względu na Jeremy’ego,  pozostawać  ze swoją sąsiadką  w 
przyjaznych stosunkach, to wszystko. 

– Po prostu chciałem cię przeprosić. Naprawdę nie zamierzałem cię urazić. Bardzo ci 

dziękuję. Świetnie sobie radzisz z Jeremym. 

– Aha. 
Czyżby w zielonych oczach dojrzał pewne rozczarowanie? Być może myślała, że będzie 

chciał się z nią umówić, lecz nie miał takiego zamiaru. Przyjaciele i znajomi twierdzili, że 
znalezienie odpowiedniej kandydatki na żonę jest jedynie kwestią czasu. Przekonywali go, że 
jeżeli pierwsze małżeństwo było tak udane, to drugie pewnie będzie jeszcze lepsze, lecz tego 
nie kupował. Kim była darem od losu, prawdziwym cudem, ale to już się nie powtórzy, bo tak 
naprawdę nie nadawał się na męża. Pochodził z toksycznej rodziny, pełnej nienawiści i żalu. 
To w nim siedziało, tylko Kim potrafiła uśpić te upiory przeszłości. 

background image

– Proszę pana – krzyknął poirytowany urzędnik. – Kolejka czeka!
– Lepiej już idź. – Rzuciła w jego kierunku nieodgadnione spojrzenie i zniknęła, piękna, 

tajemnicza, intrygująca ponad wszelką miarę. 

Kim   nie   żyła   już   od   roku.   Nie   było   powodu,   dla   którego   powinien   się   czuć   winny, 

podziwiając tak wspaniałą kobietę. A jednak tak właśnie się czuł. 

Szybko uporał się z nadaniem paczek i wyszedł z Jeremym na zewnątrz. Shannon właśnie 

włączała się do ruchu. Malec z żalem odprowadził wzrokiem jej sportowego mercedesa. 

– Lubię ją, tato. 
– Wiem, synku, na pewno się jeszcze zobaczycie. Shannon to przecież nasza sąsiadka. 
– Tak... ale po co ją zdenerwowałeś? – Jeremy westchnął z dezaprobatą. 
Niestety nie dało się temu zaprzeczyć.  Shannon zareagowała gwałtownie na uwagę o 

swoim   bracie.   Chyba   nie   była   wybuchowa   z   natury,   ale   za   rodzinę   dałaby   się   pokrajać. 
Rozumiał  to,  choć jego najbliżsi...  Czy raczej  tak  zwani najbliżsi...  Wzajemna  nienawiść 
rodziców była wprost porażająca, po rozwodzie nawet się jeszcze nasiliła i zatruła relacje w 
całej rodzinie. Brat Aleksa pracował w rejonie Morza Arktycznego, gdzie badał zjawiska 
związane z globalnym ociepleniem, a siostra mieszkała w Japonii. Tak naprawdę tyle mógł o 
nich   powiedzieć,   bo   rodzeństwo   kontaktowało   się   z   sobą   rzadko   i   niechętnie.   Rodzice 
natomiast bezskutecznie szukali szczęścia z kolejnymi  partnerami, swoim dzieciom mając 
tylko jedno do zaoferowania:

nieprzebrane pokłady jadu i frustracji z powodu nieudanego życia. 
– Shannon nie jest zła na ciebie, więc wszystko w porządku, Jeremy. 
– Ale jest zła na ciebie, tato. Ja nie chcę, żeby była zła, bo jak ktoś jest zły, to go w 

środku bardzo boli. A ty zrobiłeś, że jest zła. 

Alex potarł kark Ponieważ wywodził się z toksycznej rodziny, panicznie się bał, że nie 

będzie   potrafił   właściwie   kochać   swojego   dziecka,   gdy   jednak   po   raz   pierwszy   ujrzał 
maleńkiego synka, oszalał z radości, a jego serce stopniało jak wosk. Kochał Jeremy’ego 
bezgraniczne i za nic nie chciałby sprawić mu przykrości. 

–   To   prawda.   Nie   martw   się,   jakoś   to   załatwimy.   –   Unikał   słów   „Wszystko   będzie 

dobrze”. Zbyt często je powtarzał, kiedy Kim zachorowała. Czuł się wtedy jak kłamca. Synek 
wierzył mu, że mama wyzdrowieje, i dawał się utulić w ramionach, zasypiając w poczuciu 
bezpieczeństwa. 

Jeremy spojrzał na niego z wyrzutem, co mogłoby wyglądać komicznie, lecz malec tym 

razem nie żartował. 

– To trzeba załatwić, tato – stwierdził z powagą. – Może kupimy jej prezent na święta?
– Świetny pomysł, synku. Kupimy jej gwiazdę betlejemską. – Czyli po prostu kwiaty, i to 

w doniczce, do tego związane ze świętami. Prezent jak najbardziej neutralny, a o to chodziło 
Aleksowi. 

– Żeby tylko  przestała być  na ciebie  zła, tato. – Chłopiec odwrócił tęsknie głowę w 

kierunku, w którym odjechała Shannon. Po raz pierwszy od roku nie przyciskał Tibblesa do 
piersi. Wypchany królik zwisał smutno, niedbale trzymany za łapkę przez Jeremy’ego. 

Alex westchnął głęboko. Trzeba być ostrożnym. Zbyt częste widywanie sąsiadki może się 

background image

skończyć tym, że jego syn uzna, iż są jakieś szanse na „nową mamusię”. 

Sam jednak nie mógł przestać myśleć o Shannon. Była tak zupełnie inna niż jego żona. 

Po śmierci Kim próbował się spotykać z różnymi kobietami, ale to była zwykła strata czasu. 
Żadna z. nich nie przypominała ani na jotę Shannon O’Rourke. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Shannon weszła do mieszkania, włączyła światełka na choince i z wściekłością rzuciła 

torebkę na sofę. Musiała chyba upaść na głowę. Przeszło jej nawet przez myśl, że mogłaby 
Aleksowi zaproponować zaopiekowanie się Jeremym. Dobre sobie! Ona jako niania. Chyba 
oszalała!

Z   jednej   strony   była   na   siebie   wściekła,   z   drugiej   jednak,   kiedy   przypomniała   sobie 

smutne   spojrzenie   błękitnych   oczu   chłopca,   stwierdziła,   że   jest   to   solidny   argument 
usprawiedliwiający jej zachowanie. Miała przecież tylko osiem lat, gdy zmarł jej ojciec. Była 
co prawda starsza niż Jeremy, ale jej ból po stracie ukochanego taty był równie silny. Samo 
wspomnienie smutnej twarzyczki rozdzierało jej serce. 

– Nie jestem typem mamuśki – wymamrotała gniewnie pod nosem. 
Nie umiała gotować, nie wiedziała, kiedy dzieci wyrastają z pieluch. W jakim wieku jej 

siostrzenice   zaczęły   siadać   na   nocniku?   Zawstydziła   się,   że   tak   mało   wie   o   ukochanych 
bliźniaczkach i o dzieciach w ogóle. 

Istniał prosty sposób, żeby się przekonać. Wykręciła numer siostry. 
–   Cześć,   Kathleen,   ile   miały   Amy   i   Peggy,   kiedy   nauczyły   się   używać   nocnika?   – 

wypaliła beż zbędnych wstępów. 

– Shannon? – usłyszała zdziwiony głos siostry. 
– Tak. To ile miały?
– Niecałe dwa lata. 
A więc Jeremy już na pewno nie nosi pieluch. Oczywiście ta wiedza i tak pewnie do 

niczego   jej   się  nie   przyda.  Alex   McKenzie  nie   okazał   najmniejszego  zainteresowania   jej 
osobą, więc nie będzie go często widywać. Ani Jeremy’ego, niestety. W ogóle jej całe życie 
uczuciowe to jedno wielkie „niestety”. Inaczej mówiąc, prawdziwa katastrofa. Nie oczekiwała 
przecież  cudów. Chciała  spotkać  odpowiedniego  faceta  i związać się z nim do grobowej 
deski. Tylko jaki miałby być ten „odpowiedni facet”?

– Co się dzieje, Shannon? – W głosie Kathleen zabrzmiał niepokój. 
– Do mieszkania obok mnie wprowadził się mały chłopiec. Jest uroczy, no i zaczęłam się 

zastanawiać,   co   wiem   o   dzieciach.   No   wiesz,   pieluchy,   zupki   i   tak   dalej.   Tak   z   czystej 
ciekawości. 

– Aha, z czystej ciekawości... 
–   Absolutnie.   –   Shannon   udawała,   że   nie   słyszy   nutki   złośliwości   w   głosie   siostry. 

Szybko się pożegnała i odłożyła słuchawkę. Znowu była na siebie zła. Skąd wzięło się to 
nagłe zainteresowanie dziećmi? Cóż, zegar biologiczny tyka... Tyka jak oszalały. Skończyła 
już dwadzieścia osiem lat, nie była mężatką i nie miała na to żadnych perspektyw. Ani się 
obejrzy, a dobry moment na zostanie mamą przeminie. 

By odegnać czarne myśli, przebrała się w dres i zaczęła biegać na bieżni. Miała wspaniałą 

rodzinę, dobrą pracę, zarabiała mnóstwo pieniędzy i prowadziła wygodne, a tak naprawdę 
luksusowe życie. Świat się nie. zawali, jeśli nie spotka drugiej połowy. Nie zawali się i już... 

background image

Bo tak naprawdę jest szczęśliwa... 

A jednak ciężko pogodzić się z samotnością, tym bardziej że cała rodzina łatwo padała 

pod strzałami Amora. Nawet Neil, który porównywał małżeństwo z dżumą i cholerą, nie oparł 
się atakowi psotnego bożka i związał się z Libby. Najstarszy z braci, Kane, ożenił się z Beth i 
urodziła im się córeczka Robin. Żoną Patricka była Maddie, a owocem ich miłości był mały 
Jared. Zaś żona Dylana, Kate, spodziewała się dziecka. Jedynie najmłodszy brat, Connor, z 
nikim   się   dotąd   nie   związał.   No   i   siostry   Shannon   nie   były   jeszcze   mężatkami,   poza 
rozwiedzioną Kathleen. Tak... Zdarzały się jednak gorsze rzeczy niż życie singla. Shannon aż 
wzdrygnęła się na wspomnienie byłego męża Kathleen. Mąż, który zdradza ciężarną żonę... 
Koszmar. 

Pół   godziny   później   Shannon   wciąż   ćwiczyła   zapamiętale,   kiedy   usłyszała   dzwonek. 

Otarła twarz ręcznikiem, wyjęła z lodówki butelkę wody mineralnej i ruszyła w stronę drzwi. 

– Kto tam? – krzyknęła ze schodów, nie otrzymała jednak odpowiedzi. Wyjrzała przez 

wizjer. Przed drzwiami stali Alex i Jeremy. – Cudownie! – burknęła pod nosem. Twarz miała 
czerwoną jak burak, włosy potargane, na sobie rozciągnięty dres. Cóż, wyprostowała plecy i 
uniosła dumnie podbródek. Każdy może wyjść z twarzą z najgorszej sytuacji, musi się tylko 
zachowywać, jakby świat leżał u jego stóp. 

– Cześć – powiedziała, otwierając drzwi. 
– Witaj. – Aksamitny tembr głosu Aleksa sprawił, że poczuła się, jakby otarł się o nią kot. 

– Jeremy chciał się upewnić, że się na nas nie gniewasz. 

Ona   miałaby   się   gniewać?   Dopiero   po   chwili   dotarło   do   niej,   że   Alex   ma   na   myśli 

sprzeczkę   o   jej   najukochańszego   brata.   Już   dawno   mu   darowała,   a   już   jeśli   chodzi   o 
Jeremy’ego... 

Chłopiec patrzył na nią z niepokojem. 
–   Wcale   się   nie   gniewam.   –   Uśmiechnęła   się   do   malca.   Naprawdę   był   słodki.   Nic 

dziwnego, że obudził w niej instynkty macierzyńskie. 

– To dla ciebie. – Jeremy wręczył jej dorodną gwiazdę betlejemską, pięknie udekorowaną 

zieloną folią i złotą kokardą. 

– Możemy wejść? – zapytał bezceremonialnie. 
–   Jasne,   że   tak   –   odpowiedziała   Shannon,   nie   zważając   na   Aleksa,   który   próbował 

wytłumaczyć synkowi, że „to nie wypada”. 

– Dziękujemy. – W ustach Aleksa zabrzmiało to nieco sztywno. 
Chłopiec dziarsko wmaszerował do salonu i z jego piersi wydobył się okrzyk zachwytu 

na widok cudownie udekorowanej choinki, stojącej w centralnym  punkcie pomieszczenia. 
Alex   wcale   mu   się   nie   dziwił.   Drzewko   było   ogromne,   migotało   różnokolorowymi 
światełkami, a u jego podstawy stały miniaturowe dziewiętnastowieczne miasteczko i kolejka. 
Wagoniki poruszały się wokół góry pokrytej czapą śniegu, w maleńkich domkach świeciły się 
światła w oknach, zaś na miniaturowym lodowisku tańczyli łyżwiarze. Widok był doprawdy 
imponujący. 

– Przepraszam za swój wygląd, akurat ćwiczyłam trochę na bieżni. 
Aleksowi spodobało się, że Shannon nie przejmuje się swoim wyglądem. Zresztą nawet z 

background image

potarganymi włosami i wypiekami prezentowała się bosko. 

– Wyglądasz dobrze – odparł. 
W delikatnym świetle choinkowych lampek jej włosy nabrały kasztanowego odcienia. 

Poczuł nieodpartą ochotę złapania za jeden z niesfornych kosmyków, żeby sprawdzić, czy są 
tak miękkie, na jakie wyglądają, i zaraz zganił się za takie niewczesne myśli. 

– Dziękuję za piękny kwiatek – dodała Shannon, stawiając gwiazdę betlejemską przy 

kominku. – Sam wybierałeś? – zapytała Jeremy’ego. 

– Mhm... – potwierdził chłopiec, cały czas wpatrując się w choinkę. 
– Bardzo dziękuję, nigdy nie widziałam tak pięknej gwiazdy betlejemskiej. 
Jeremy rozpłynął się w szerokim uśmiechu. Alex patrzył na syna ze zdumieniem. Gdzie 

podział się ten mały nerwicowiec, przyciskający do piersi wypchanego królika?

– Tibbles powiedział, żeby ci ją kupić. 
– W takim razie ty i Tibbles macie świetny gust. Nie mam w domu za dużo słodyczy, ale 

znajdą się dropsy cytrynowe. Mogą być?

– Pewnie – uśmiechnął się znowu Jeremy. 
Zdjęła z półki nad kominkiem puszkę z dropsami. Od chwili przekroczenia progu Alex 

czuł się jak bezwolny manekin. Mógł tylko obserwować, nic więcej. Jego syn już po chwili 
siedział swobodnie na podłodze i bawił się kolejką elektryczną, zajadając w najlepsze dropsy, 
a przecież zamierzał tylko wręczyć Shannon kwiatek i wrócić do siebie. Wszystko jednak 
potoczyło się inaczej. Jeremy nie posiadał się z radości. Z lokomotywy,  po przyciśnięciu 
odpowiedniego guzika, buchała para, co podobało mu się najbardziej. 

Obawiał, że Jeremy zepsuje kolejkę, ale Shannon zaraz go uspokoiła:
– Wszystko w porządku, zabawka służy do zabawy. No i do psucia. Może się czegoś 

napijesz?

– Nie chcę sprawiać kłopotu. 
– Daj spokój. Gdybym nie miała dla was czasu, powiedziałabym o tym. 
Pewnie tak by było, bo Shannon nie wyglądała na kogoś, kto owija cokolwiek w bawełnę, 

tylko waliła prosto z mostu. Prawdziwy wulkan energii i emocji. Zawsze unikał takich kobiet, 
żywiołowych i nieprzewidywalnych. 

– Wiecie co – powiedziała – jeśli jeszcze nie jedliście obiadu, to możemy zamówić pizzę. 

Co wy na to?

Alex zamierzał odmówić, ale spojrzał na syna i zmienił zdanie. Jeremy był bliski ekstazy. 

Matka   zabraniała   mu   jeść   pizzy,   uważała   bowiem,   że   jest   niezdrowa   dla   dzieci.   Alex 
pomyślał,   że   jednak   Kim   przesadzała   ze   zdrową   żywnością   i   niechęcią   do   restauracji,   o 
daniach na wynos już nie wspomniawszy. 

– Zgoda, ale ja stawiam. 
– Skoro tak sobie życzysz. – Shannon wzruszyła ramionami. – Zamów, a ja pójdę się 

przebrać. 

– Masz jakieś preferencje?
– Byle nie było anchois. – Spojrzała na Jeremy’ego. – Co byś powiedział na pizzę na 

słodko, z bitą śmietaną i czekoladą? – Gdy malec rozpromienił się, puściła do niego oko. 

background image

Po   wejściu   na   górę   próbowała   nieco   ochłonąć.   Serce   biło   jej   tak   mocno,   że   miała 

wrażenie, iż zaraz wyskoczy jej z piersi. Myślała, że po incydencie na poczcie jej kontakt z 
doktorem McKenziem ograniczy się do poprawnej wymiany sąsiedzkich uprzejmości, teraz 
jednak Alex siedział w jej salonie, a ona... 

Wzięła   szybki   prysznic,   wciągnęła   na   siebie   dżinsy   i   sweter,   cicho   zeszła   na   dół   i 

przysiadła   na   schodach.   Obserwowała   ojca   i   syna,   którzy,   nie   zdając   sobie   sprawy   jej 
obecności, bawili się kolejką, leżąc na dywanie. Cała aranżacja została wykonana parę dni po 
Święcie Dziękczynienia przez jej siostrę Mirandę, która była dekoratorką wnętrz. W tym roku 
tematem przewodnim były „Wiktoriańskie święta”, a efekt okazał się powalający. 

–   Czu,   czu,   czu!   –   krzyczał   rozradowany   Jeremy,   a   wagoniki   znikały   w   tunelu 

wydrążonym w makiecie pokrytej sztucznym śniegiem góry. Chłopiec był przeuroczy, jednak 
jej   wzrok   zatrzymał   się   na   dłuższą   chwilę   na   Aleksie.   Szczupły,   silny,   zgrabny.   Nie 
przypominał profesorów z jej college u. Gdyby miała takich wykładowców, pewnie bardziej 
przykładałaby się do nauki. Dałaby głowę, że na jego zajęcia zapisuje się dużo studentów, 
szczególnie dziewcząt. Nagle dała się ponieść fantazji i próbowała sobie wyobrazić, jak to by 
było być jego żoną. Szybko przywołała się jednak do porządku. Alex podkreślał, jak bardzo 
jego żona lubiła atmosferę świąt Bożego Narodzenia i jak potrafiła dzięki swoim wypiekom i 
zdolnościom   manualnym   stworzyć   nastrój   rodzinnych   świąt.   No   cóż,   dom   Shannon 
dekorował specjalista, zaś co do gotowania... 

Z rozmyślań wyrwał ją dzwonek do drzwi. 
– To pewnie pizza – powiedziała swobodnie, udając, że właśnie zeszła na dół. 
Jedli, siedząc po turecku na dywanie przed choinką. 
– Mamusia nie pozwalała nam jeść pizzy – powiedział Jeremy, a z jego twarzy zniknął na 

chwilę uśmiech. 

– Naprawdę?
– Aha. – Chłopiec spojrzał ze skruchą na ojca. – Martwię się, bo już jej dobrze nie 

pamiętam. 

Alex był poruszony tym wyznaniem, Shannon przygryzła wargę. Jeremy był tak mały, 

kiedy   matka   zmarła,   że   proces   zacierania   się   jej   wizerunku   w   pamięci   wydawał   się 
nieunikniony. 

Shannon dotknęła palcem jego piersi, podobnie jak robiła to jej matka, kiedy najmłodsza 

siostra martwiła się, że zapomni tatę. 

– Ona zawsze będzie tutaj, pamiętaj – zapewniła z mocą. – Najważniejsze, że zawsze 

będzie obecna w twoim sercu. Tylko to się liczy, więc nie ma się czego bać. 

Chłopiec rozważał słowa Shannon przez chwilę, potem sięgnął po ostatni kawałek pizzy i 

uśmiechnął się. 

– Tatusiu, a jakby Shannon była moją nową mamusią, to mógłbym jeść pizzę codziennie, 

prawda? – wypalił. 

Shannon zakrztusiła się kawałkiem pizzy. Przez moment spędzony na podnoszeniu rąk i 

ofiarnym  waleniu jej przez Aleksa w plecy,  nie musieli  na szczęście  reagować na słowa 
Jeremy’ego. A niech to licho! Jak niby należało odpowiedzieć na takie pytanie?

background image

– Na nas już czas – powiedział Alex, kiedy Shannon doszła do siebie. – I tak już za długo 

zawracaliśmy pani O’Rourke głowę. – Wyraz jego twarzy był nieodgadniony. 

– Tatusiu, ale... 
– Idziemy, synku. 
Usta chłopca wygięły się w podkówkę, ale nic już nie powiedział. Kiedy wyszli, Shannon 

oparła się o ścianę. Wizyta doktora McKenziego i jego syna mocno ją wyczerpała. Twarz 
Aleksa przybrała daleki od entuzjastycznego wyraz, kiedy Jeremy wpadł na pomysł, żeby 
sprawić sobie nową mamusię. Pomijając całą niezręczność sytuacji, jego niechęć brała się nie 
tyle   z   tego,   że   chodziło   o   Shannon,   bo   znał   ją   zbyt   mało,   by   z   góry   wykluczyć   jej 
kandydaturę,  lecz  z tego,  że czuł  awersję  do powtórnego  związku.  Może  czuł  się winny 
wobec zmarłej żony, może rana była zbyt świeża. Nieważne, przecież chciała pomóc tylko 
Jeremy’emu, jego ojciec mało ją obchodził... 

A   jednak   wciąż   rozmyślała   o   Aleksie.   Mimo   złych   doświadczeń   nadal   pociągali   ją 

staromodni   mężczyźni.   Mogła   sobie   wmawiać,   że   potrzebowała   przebojowego   i 
nowoczesnego faceta, jednak żaden z nich nie wzbudzał w niej takich emocji jak Alex. Ani 
trochę.   Rozmarzyła   się...   i   zaraz   przywołała   się   do   porządku.   Mężczyźni   gustowali   w 
określonym typie kobiet. O ile zdążyła się zorientować, Kimberly McKenzie nie była ani 
trochę do niej podobna. 

– Wracam do pracy – zakomunikowała Kaneowi kilka dni później podczas  obiadu u 

matki. 

Shannon   musiała   przyznać,   że   szczęście   Kane’a,   Beth   i   małej   Robin   nieco   ją 

przygnębiało.   Oczywiście   cieszyła   się,   że   tak   dobrze   im   się   układa,   jednak   humor   psuła 
świadomość, że dla niej to niedostępna kraina. 

– Zostajesz na urlopie – odparł Kane twardo. 
– Ale ja chcę... 
– Jesteś zestresowana i musisz odpocząć. 
– Już odpoczęłam. 
– Przez ostatni rok pracowałaś jak szalona. Należy ci się relaks. 
Poniekąd miał rację, chociaż Kane przed ślubem praktycznie mieszkał w firmie. 
– Posłuchaj brata, kochanie. – Matka poklepała ją po ramieniu. 
–   Naprawdę   czuję   się   świetnie.   Ten   przymusowy   urlop   mnie   męczy.   –   Shannon   nie 

dodała, że mając dużo wolnego czasu, wciąż myślała o Aleksie i jego synu. Wiedziała, że 
sypialnie jej i Aleksa dzieliła zaledwie ściana, co jeszcze bardziej pobudzało wyobraźnię. 

Po   raz   pierwszy   od   dłuższego   czasu   tak   obsesyjnie   myślała   o   mężczyźnie.   Jej 

dotychczasowe związki nie skłaniały do takich fantazji, okazały się bowiem niewypałami. 
Teraz dopiero dostrzegła, że stała się oziębła, jakby broniła się przed następnym zranieniem. 

– Jesteś nadal na urlopie – stwierdził Kane łagodnie, ale stanowczo. Połaskotał córeczkę 

pod   bródką   i   uśmiechnął   się   do   siostry   porozumiewawczo.   Wyraz   niezadowolenia,   jaki 
pojawił się na twarzy Shannon, nie zrobił na nim najwyraźniej żadnego wrażenia. 

– Brak ci obiektywizmu, bo jestem twoją siostrą. 

background image

– Daj spokój. Dostajesz pensję, jesteś na zasłużonym urlopie, a jeszcze się wściekasz. 

Grozi ci wypalenie, uwierz mi. 

– Nie jestem wypalona, tylko... – Urwała nagle. 
– Hej, siostrzyczko, co jest nie tak?
Po śmierci ojca postanowiła być silna. Ukrywała łzy, światu pokazywała uśmiechniętą 

twarz, nawet kiedy chciała krzyczeć z rozpaczy. Dobrze radziła sobie z nauką, nieszczęśliwą 
miłość obracała w żart. Jeżeli zdarzało jej się płakać, to tylko do poduszki. Teraz też nie 
zamierzała ujawniać swoich uczuć przed rodziną. 

– Wszystko  OK. – Machnęła ręką. – Wiesz, zaczął  się sezon świąteczny i ludzie są 

rozprężeni. Kiedy mnie nie ma, w biurze nikt nie zapanuje nad tym bożonarodzeniowym 
lenistwem. 

Kane przyglądał się jej sceptycznie, w końcu jednak uśmiechnął się. 
– Masz rację, tyle że obiecałem wszystkim w ramach prezentu pod choinkę odpoczynek 

od Smoczycy i muszę dotrzymać słowa. 

– Smoczycy?  Wielkie  dzięki!  Zastanawiam się, czy nie jest za późno na anulowanie 

premii świątecznych. 

– Już są zaksięgowane, siostrzyczko – zaśmiał się Kane z satysfakcją. 
Przez   resztę   popołudnia   Shannon   próbowała   utrzymać   pozory,   że   jest   w   świetnym 

nastroju, co kosztowało ją wiele i mieszkanie matki opuszczała z ulgą. Przejeżdżając koło 
domu Neila, zwolniła. Kiedyś dałaby sobie rękę uciąć, że akurat ten z jej braci nigdy się nie 
ożeni. Neil jednak zakochał się w Libby i zmienił się nie do poznania. Zrezygnowała jednak z 
odwiedzin. Miała już dosyć oglądania szczęśliwych par. 

Kiedy dojeżdżała   do siebie,  słońce  chyliło  się  ku zachodowi.   Gdy  zatrzymała   się na 

podjeździe, zauważyła Jeremyego, który biegł w stronę jej samochodu. Chłopiec wariacko 
wymachiwał jedną ręką, a w drugiej trzymał Tibblesa. 

– Cześć, Jeremy! – powiedziała radośnie. 
– Cześć, Shannon!
W ciągu ostatnich paru dni kilka razy spotkała Aleksa i Jeremy’ego, jednak po wymianie 

grzeczności Alex natychmiast zabierał syna do domu. Tempo, w jakim otwierał drzwi, było 
nieomal obraźliwe. Teraz jednak obaj stali na zewnątrz na trawniku przed domem. 

– Co tu robicie? – spytała chłopca. 
– Zakładamy z tatą światełka. 
Zauważyła drabinę opartą o ścianę obok wejścia do apartamentu doktora McKenziego. 
– Super. 
– A tata się skaleczył i powiedział brzydkie słowo! – pośpieszył z informacją Jeremy. 
Z trudem zdławiła śmiech. 
– Naprawdę?
– Tak, powiedział... 
– Jeremy – przerwał mu pośpiesznie Alek – nie powinieneś tego mówić, a już na pewno 

nie w obecności damy. 

Chłopiec ucichł i ze spuszczoną głową wymamrotał przeprosiny, przyciskając do piersi 

background image

Tibblesa. Shannon zmierzwiła mu włosy. 

– Nie ma za co – odrzekła pogodnie. – Mam to szczęście, że los obdarzył mnie pięcioma 

braćmi i zawsze któryś z nich rozwiesza świąteczne lampki przed moim domem, więc nie 
muszę się o nic martwić. 

Nie  dodała, że  jej  bracia  byli  równie  mocno  wyczuleni  na delikatność  uszu „dam”  i 

postępowali wobec kobiet bardzo szarmancko, jak nauczył ich ojciec. Ten swoisty kodeks 
rycerski O’Rourke’ów często doprowadzał panie z tej zacnej familii do szału. 

– Szkoda, że nie mam brata. 
Oby tylko, pomyślała Shannon, znów nie zaczął swatać ze mną ojca!
– Mam też trzy siostry – dodała szybko. – Mirandę, Kelly i Kathleen. Miranda i Kelly są 

bliźniaczkami. 

– A lubią grać w zbijaka? – chciał wiedzieć Jeremy. 
– Kiedyś tak, ale teraz już są dorosłe. 
– Szkoda. Chciałbym się nauczyć grać, ale starsze dzieci mówią, że jestem za mały. 
– Pewnie nie chcą, żeby ci się coś stało – podsunęła. 
Alex ukrył  spuchnięty kciuk w kieszeni  i śledził z napięciem,  jak jego synek znowu 

rozjaśnia się cały w obecności Shannon. Teraz zachowywał się jak większość dzieci w jego 
wieku, choć zwykle był znerwicowany i nieufny, unikał ludzi. Jeremy patrzył na Shannon z 
zachwytem, uśmiechał się do niej cały czas. Alex ostatnio co nieco dowiedział się o klanie 
O’Rourke’ów. Trudno by było znaleźć drugą równie szanowaną rodzinę. Znani i poważani w 
biznesie,   byli   również   bardzo   aktywni   w   działalności   charytatywnej,   pomagali   ludziom 
pokrzywdzonym przez los. Na przykład Shannon była członkinią zarządów trzech fundacji, a 
także   bardzo   się   zaangażowała   w   prowadzenie   domu   dla   bezdomnych.   Trudno   było   się 
dziwić, że tak piękna, urokliwa i obdarzona silnym charakterem kobieta potrafiła załatwić 
każdą sprawę i zyskać  przychylność  wpływowych  osób. Jej uśmiech  rozbroiłby każdego. 
Mimo to niektórzy twierdzą, że jest chłodną, cyniczną bizneswoman. Chyba nie mają oczu, 
pomyślał Alex. Nietrudno zgadnąć, że pod grzeczną, wypracowaną powłoką krył się żywy 
ogień. 

–   Witaj   –   powiedział,   lekko   zirytowany   jej   zupełnym   brakiem   zainteresowania   jego 

osobą. Kiedyś kobiety uważały go za całkiem przystojnego mężczyznę. 

Zaraz   potem   pomyślał,   że   nie   ma   przecież   żadnych   planów   wobec   Shannon.   Wolał 

podziwiać jej wdzięki z bezpiecznej odległości. 

– Cześć. Masz problemy z przyczepianiem światełek?
– Już nie. – Syknął, bo poruszył kciukiem. 
Spokoju nie dawała mu pewna sprawa. Otóż opiekunka z przedszkola dzwoniła do niego 

już trzykrotnie, domagając się namiarów na osobę, z którą można by się skontaktować w 
przypadku, gdyby on był nieosiągalny. Tylko Shannon nadawała się do tej roli, bo tylko jej 
Jeremy ufał i czuł się z nią dobrze. Oczywiście nie przypuszczał, żeby nastąpiła taka awaryjna 
sytuacja,   musiał   jednak   podać   w   przedszkolu   czyjeś   personalia.   Jedyne,   co   go 
powstrzymywało,   to  świadomość,  że  taka   prośba  zmniejszyłaby   między  nimi   dystans,  na 
którym tak bardzo mu zależało. 

background image

– Jeżeli jesteście głodni, to zapraszam na tajskie jedzenie. 
Właśnie zamierzałam zamówić. – Gdy Shannon dostrzegła wahanie Aleksa, dodała: – 

Potraktuj   to   jako   powitanie   nowych   sąsiadów.   Powinnam   przynieść   wam   ciasto   lub 
zapiekankę, ale..

–   Nie   zamierzała   zdradzać   im   swoich   antytalentów   kulinarnych,   zakończyła   więc   na 

owym „ale”, które mogło znaczyć cokolwiek. 

Alex już zauważył, że nieraz uciekała się do tej sztuczki, a domyślanie się, co Shannon 

miała na myśli, mogło każdego mężczyznę przyprawić o zawrót głowy. 

– Niestety straciłaś szansę wzięcia udziału w konkursie na danie powitalne – zażartował. 

– Tami Barton zrobiła zapiekankę, Naomi Hall uraczyła nas gigantyczną galaretką, a Lisa 
Steemple upiekła ciasto. Dostaliśmy też ciastka własnej roboty,  roladę migdałową i chleb 
domowego wypieku. 

– Niech zgadnę, że autorkami tych kulinarnych arcydzieł były kobiety niezamężne, panny 

lub rozwódki, jak Lisa, Tami i Naomi? – spytała słodziutko. 

Alex   zadumał   się.   Cóż,   Shannon   miała   rację.   Podobnie   było   w   Minnesocie,   gdzie 

uprzednio mieszkał. Już kilka dni po śmierci Kim sąsiadki zaczęły go nawiedzać. Przynosiły 
łakocie dla Jeremy’ego, smakołyki dla niego, a nawet kilkudaniowe obiady. Zachowywały się 
natrętnie,   ich   intencje   były   jednoznaczne.   Dlatego   między   innymi   bez   żalu   opuszczał 
Minnesotę. Był na siebie zły, że nie zauważył sposobu, w jaki patrzyły na niego Naomi i Lisa. 
Zupełnie nie zwrócił uwagi na ich zaloty, bo też flirty kompletnie nie były mu w głowie. 

Z   bólem   pomyślał   o   Kim.   Dzielnie   walczyła   do   końca,   chciała   żyć   dla   niego   i 

Jeremy’ego.   Nie   udało   się.   Kiedy   składali   przysięgę   „Dopóki   śmierć   nas   nie   rozłączy”, 
wydawało się, że czeka ich tak wiele wspólnie spędzonych lat... 

– Ale?
– Tak, wszystkie niezamężne – odpowiedział wreszcie. Spojrzała na niego z powagą. 
– Też jestem niezamężna, ale na pewno nie zrobię dla ciebie ciasteczek czy rolady – 

obiecała solennie. 

– A także zapiekanki i domowego chleba. – Uśmiechnął się smutno. Nie wspomniał o 

tym Shannon, ale te potrawy przypominały mu stypę po Kim. 

– Będę o tym pamiętać. Oczywiście nie musisz przyjąć mojego zaproszenia, pamiętaj 

jednak, że choć jestem wolna, jednak nie poluję na ofiarę jak Lisa czy Naomi. 

– Co to znaczy „nie poluję na ofiarę”? – chciał wiedzieć Jeremy. 
Po chwili zaskoczenia Alex odparł swobodnie:
– To znaczy, że Shannon chce się z nami tylko przyjaźnić. 
– To prawda, chcę, żebyśmy byli tylko przyjaciółmi. 
Nacisk, z jakim wypowiedziała te słowa, zwarzył  Aleksowi humor. To było zupełnie 

irracjonalne uczucie, bo przecież niczego bardziej nie pragnął niż tego, żeby traktowała go 
właśnie w ten sposób. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

– Lubię tajską kuchnię – stwierdził Alex – ale dla Jeremy’ego jest za ostra. 
– Nie ma sprawy, poproszę, żeby kurier kupił po drodze hamburgera i frytki. Co ty na to, 

Jeremy?

Chłopak bardzo się ucieszył. Uwielbiał pizzę i hamburgery,  może właśnie dlatego, że 

Kim nie pozwalała mu ich jeść. Alex starał się przestrzegać wprowadzonych przez żonę zasad 
zdrowej kuchni, ale nie było to łatwe, przecież pracował i nie miał czasu systematycznie 
gotować, choć był całkiem niezłym kucharzem. 

–   To   dobre  rozwiązanie,   lecz   tylko   w   teorii.   Bo   niby  jak   namówisz   chłopaka,   który 

rozwozi jedzenie, do zrobienia dodatkowej rundki po hamburgera i frytki. 

– Chcesz się założyć? – Shannon uśmiechnęła się szelmowsko. 
Nie. Alex nie chciał się zakładać ani o to, ani o nic innego. Ta kobieta mogłaby namówić 

każdego do wszystkiego. Najbliższy przykład: surowo sobie nakazał zachowanie dystansu, 
lecz oto znów zjedzą razem kolację! Jeśli to ma być dystans... 

– Jeżeli chcesz, możesz spróbować tajskiej kuchni – powiedziała do Jeremy’ego, kiedy 

wchodzili do jej mieszkania. – Polecam kurczaka z orzechami. Jest przyrządzany na słodko i 
po prostu pyszny. 

– OK. – Chłopiec zgodziłby się na wszystko, co zaproponowała Shannon. 
Jego   syn   szczebiotał   wesoło.   Był   zachwycony,   że   znów   spędzi   wieczór   u   sąsiadki. 

Shannon opowiadała o różnych wschodnich potrawach, . których będzie mógł spróbować. 
Kim nie przepadała za egzotyczną kuchnią. Aleksowi wydawało się, że Jeremy tę niechęć po 
niej odziedziczył, jednak teraz widać było wyraźne, że dałby się namówić nawet do zjedzenia 
świerszcza w czekoladzie, oczywiście gdyby Shannon zapewniła go, że jest pyszny. 

– Masz jakieś preferencje? – zapytała Aleksa, wieszając płaszcz w garderobie. 
W   przeciwieństwie   do   utrzymanego   we   wzorowym   porządku   salonu,   garderoba   była 

zagracona, między innymi było tu mnóstwo sprzętu do uprawiania sportów zimowych. Alex 
miał   wrażenie,   że   jest   to   swoista   metafora   złożonej   osobowości   i   nieodgadnionej   natury 
Shannon. 

– Wszystko uwielbiam z tej kuchni, dlatego pytam o twój ulubiony smak – dodała. 
Chciał   odpowiedzieć,   że   przepada   za   tym,   co   ostre,   ale   mogłoby   to   zabrzmieć 

dwuznacznie. Shannon była niewątpliwie bardzo seksowną kobietą, lecz takich jest mnóstwo. 
Była też bardzo inteligentna i pełna temperamentu, a zarazem subtelna i delikatna. Mimo że 
otwarta i szczera, zarazem tajemnicza i intrygująca. A przez to bardzo niebezpieczna. Dlatego 
ją odrzucił. 

Teraz   jednak   postrzegał   ją   inaczej.   Przede   wszystkim   była   twardą,   bezwzględną 

bizneswoman. Tego był pewien, bo znów usłyszał o niej różne opowieści, tym razem z bardzo 
wiarygodnych źródeł. Jednak poza pracą wykazywała dużo ciepłych uczuć. Przejmowała się 
losem ludzi odrzuconych, była też serdeczną sąsiadką. Cudownie też odnosiła się do jego 
syna, po prostu ofiarowała mu serce. 

background image

Nie było w tym żadnej sprzeczności. Ludzie twardzi, a nawet bezwzględni w firmie, nie 

muszą być zimnymi draniami. Wyznają po prostu zasadę, że „praca to nie piknik”, nie ma tu 
miejsca na sentymenty, natomiast po pracy stają się inni, dopuszczają do siebie różne uczucia, 
pozwalają mówić sercu. By jednak być takim, nie można mieć kruchej i eterycznej natury. I 
Shannon taka nie była. 

– Podobnie jak ja. Wiele lat pracowałem za granicą, dlatego smakuje mi  w zasadzie 

wszystko. Jeżeli jednak chcesz, żeby i Jeremy czegoś spróbował, zamów też coś łagodnego. 

– Dobrze, powiem im, żeby mielone chili podali nam oddzielnie. 
Shannon zamówiła przez telefon cały zestaw różnych dań, a także z niepojętą maestrią 

(czy też nieodpartym wdziękiem) załatwiła hamburgera, frytki i mleko. 

– Chyba trochę przesadziłaś z zamówieniem – powiedział Alex. 
– Nie sądzę. – Uśmiechnęła się. – Myślę, że masz równie monstrualny apetyt jak moi 

bracia. 

– Musisz być bardzo z nimi związana? – spytał z ledwie skrywaną zazdrością. 
– Bardzo. Co prawda często doprowadzają mnie do szału, bo uwielbiają wtrącać się w 

moje życie, a Kane za bardzo wziął sobie do serca rolę głowy rodziny. Jednak kiedy trzeba 
było rozprawić się z jednym czy drugim jaskiniowcem, zrobili to perfekcyjnie. 

– Jaskiniowcem?
– Nie uwierzyłbyś, z kim się spotykałam jako nastolatka. Jednak bracia nieraz mocno 

przesadzili. 

– To znaczy?
– Kiedy zaczęłam umawiać się na randki, Neil i Kane przez pierwsze pół roku chodzili za 

mną krok w krok. Dylan i Connor też nie byli zachwyceni, ale przynajmniej suszyli mi głowę 
w domu. Możesz sobie wyobrazić, jak się czułam? Marzę o pierwszym pocałunku, ale wiem, 
że za każdym krzaczkiem może kryć się braciszek, który marzy tylko o tym, by kochasiowi 
siostry spuścić łomot. 

Alex roześmiał się szczerze. Niby się skarżyła, ale w głębi duszy była zadowolona, że w 

każdej chwili mogła liczyć na braci. On i jego brat nie zapewnili tego swojej siostrze. Trzy 
osobne wyspy pod jednym dachem. 

–   A   miałaś   z   jakimś   chłopakiem   takie   kłopoty,   że   bez   pomocy   braci   byś   sobie   nie 

poradziła?

– Ja? Ależ skąd. Zawsze doskonale sobie daję radę sama. – Jej oczy błysnęły złowrogo. 
Jakaś tajemnica, pomyślał, ale nie zamierzał dociekać. Intrygowało go natomiast, czy 

Shannon rzeczywiście jest taka twarda, na jaką wyglądała. A może jednak był powód, dla 
którego jej bracia wciąż ją chronili?

Widział swoją siostrę Gail raz w ciągu ostatnich trzech lat. Była twardą kobietą, nie miał 

jednak pewności, czy gdyby potrzebowała pomocy, zwróciłaby się właśnie do niego. 

To uczucie nie było przyjemne, a nie chciał już dłużej myśleć o nieprzyjemnych rzeczach. 

Usiadł obok Jeremy’ego, który znowu się bawił kolejką elektryczną. Tibbles siedział oparty o 
jedną z makiet wiktoriańskich domów. Alex pomyślał, że pluszowy królik wygląda, jakby był 
wstawiony. Jedną nogę miał nonszalancko przełożoną przez drugą, a ucho zasłaniało oko. Tak 

background image

naprawdę   nienawidził   tej   zabawki.   Była   ucieleśnieniem   wszystkiego,   czego   nie   chciał 
pamiętać. Synek przyczepił się do królika jak rzep. Po stracie matki izolował się od otoczenia. 
Dopiero kiedy pojawiła się Shannon, przestał tak histerycznie reagować na próby odebrania 
mu Tibblesa choćby na chwilę. 

– Czu, czu, czu! – wykrzykiwał radośnie. 
Alex spojrzał w stronę kominka, gdzie Shannon, klęcząc, dokładała drewna do ognia. 

Wyglądała jak starożytna bogini z tą swoją aureolą kasztanowych włosów, pięknym profilem 
i niezwykle zgrabną sylwetką. 

– Dziwię się, że nie masz elektrycznego kominka, jest wygodniejszy w użyciu – zagadnął. 
– Wolę prawdziwy ogień. – Zapatrzyła się ma moment w tańczące płomienie. – Daje inne 

ciepło, a jego tajemniczy blask... – Uśmiechnęła się marzycielsko. – Co roku jeździmy z moją 
mamą do Irlandii. W domu, w którym się urodziła, jest kominek czy raczej palenisko, które 
zajmuje pół kuchni. Nad nim wiszą miedziane garnki i dzbanki, które odbijają ogień. Kiedy 
tam  jestem,   czuję  się bezpieczna   i  radosna,  jakbym   miała   pewność,  że  zawsze  wszystko 
będzie dobrze i nic nigdy się nie zmieni na tym najlepszym ze światów. 

–   Wszystko   się   zmienia   –   skomentował   ostrzej,   niżby   chciał.   Niestety   życie   w   dość 

okrutny sposób nauczyło go tej prawdy. 

– Wiem... Doświadczyłam tego, będąc niewiele starsza od Jeremy’ego, a jednak miła jest 

świadomość,   że   moi   dziadkowie   mieszkają   wciąż   w   małym   domku.   Wprawdzie   Kane 
niejednokrotnie chciał im wybudować willę z wszelkimi wygodami w Seattle, oni jednak za 
nic nie chcą się zgodzić. 

– Dlaczego?
– Tyle pokoleń z woli Boga wyrosło w ich domu, czują się strażnikami tego miejsca. Nie 

ruszą się ze skrawka ziemi, który Bóg im ofiarował na cały ich żywot. Słyszałam to często od 
babci. 

– Pewnie nie była zadowolona z wyjazdu córki do Ameryki?
– Nie akceptowali mojego ojca. To znaczy... Cóż, mój ojciec był przed ślubem trochę 

narwany, a oni byli bardzo tradycyjną rodziną. Mówili, że jest nieokiełznany, co w ich ustach 
nie było pochwałą. No i porwał ukochaną córkę za ocean. 

„Nieokiełznany?”
Alex uśmiechnął się pod nosem. 
– Jesteś podobna do twojego ojca, prawda?
–   Tak   –   odparła   z   dumą.   –   Chociaż   w   rodzinie   to   Patrick   ma   opinię   największego 

narwańca.  „Wykapany  tatuś”,  mawia  moja  mama.  Jednak  i   on  się  ustatkował,   ożenił   się 
niedługo po Kanie. 

–   Rozumiem,   że   w   twojej   rodzinie   małżeństwo   traktuje   się   jak   kotwicę,   która 

przytrzymuje szalonych O’Rourke ów, w bezpiecznej przystani?

– Można to tak ująć. – Roześmiała się. – Ze mną jednak to się nie uda. 
W jej zielonych oczach znowu pojawił się jakiś nieodgadniony błysk. Alex raz jeszcze 

poczuł, że Shannon coś ukrywa. Z jednej strony chciałby się dowiedzieć, co to takiego, z 
drugiej   jednak   w   głowie   zapalała   mu   się   ostrzegawcza   lampka.   Takie   kobiety   były 

background image

fascynujące, ale też zbyt skomplikowane dla wdowca z małym dzieckiem. Na próżno jednak 
powtarzał sobie, że nie powinien dłużej ciągnąć tego niebezpiecznego tematu. 

– Dlaczego? – Przysunął się do niej. 
– To proste. Jestem zbyt niezależna, lubię postawić na swoim, dużo pracuję i nie chcę 

tego zmieniać. Gdzie tu miejsce na udane małżeństwo?

Alex dałby głowę, że nie była to prawda, a przynajmniej nie cała. 
– Trudno w to uwierzyć. Lubisz dzieci i świetnie sobie z nimi radzisz. Wydaje mi się, że 

chciałabyś mieć rodzinę. 

– Skąd wiesz, że dobrze sobie radzę z dziećmi? Z Jeremym po prostu się lubimy, stąd 

nasza zażyłość. 

– A dlaczego się lubicie? – zaśmiał się. – Bo masz dar do dzieci. 
– Nie o to chodzi. Rozumiemy się z twoim synem, bo mamy podobne przeżycia za sobą. 

Kiedy mój ojciec zginął w wypadku, miałam osiem lat. W jednej chwili byłam pogodną, 
ciągle śmiejącą się dziewczynką, a w następnej... – Głos się jej załamał, oczy pociemniały. 

– Nie musisz kończyć – powiedział miękko. 
– Muszę ci to powiedzieć, bo może dzięki temu lepiej zrozumiesz Jeremy’ego. Wiem, co 

przeżywa dziecko, któremu zawalił się świat. Wiem, co to znaczy cierpieć tak bardzo, że 
człowiek najchętniej wpełzłby do dziury, żeby nikt go nie mógł znaleźć i żeby nareszcie mógł 
się wypłakać i wykrzyczeć. – Mówiła szybko, z ulgą, jakby pozbywała się wielkiego ciężaru. 

Miał wyrzuty sumienia, że skłonił ją do zwierzeń. Jednego mógł być pewien. Shannon 

chciała dla Jeremy’ego jak najlepiej, na pewno zatem się zgodzi, żeby podał jej numer w 
przedszkolu. Przeczesał włosy nerwowym gestem. 

– Chciałbym cię poprosić o przysługę – powiedział nieśmiało. – Chodzi o Jeremy’ego. 

Panie w przedszkolu prosiły, żeby podać awaryjny kontakt, gdybym akurat był nieuchwytny. 
Przepraszam, że cię o to proszę, ale to musi być ktoś, kto mieszka niedaleko przedszkola. 
Zrozumiem, jeśli odmówisz... 

– No co ty. – Wyjęła z torebki wizytówkę i napisała coś na odwrocie. – To mój numer do 

biura, tu domowy i na komórkę, a także telefon mojej asystentki. Zawsze wie, gdzie mnie 
szukać. Dzwoń, kiedy tylko będę mogła w czymś pomóc. 

Shannon naprawdę była miła i bezpośrednia. Wziął od niej wizytówkę i zagapił się na 

moment w jej skrzące zielone oczy, a potem wzrok ześliznął mu się na jej apetyczne, pełne 
usta. I zaraz poczuł panikę. Nie chciał, by ta kobieta mu się spodobała. Nie chciał komplikacji 
i zawirowań. Potrzebował spokoju i stabilizacji. 

Dzwonek do drzwi wyrwał go z rozmyślań. 
– O, to pewnie nasza kolacja. 
Sięgnął po portfel, ale Shannon pokręciła głową. 
– Przecież to ja stawiam. 
– Ale... – Nie mógł pozwolić, by kobieta zapłaciła za kolację. Takie miał zasady. 
– Żadnych ale. – Zerwała się z podłogi. Wydostanie się spod spojrzenia Aleksa sprawiło 

jej pewną ulgę. Już nie pamiętała, kiedy ostatnio musiała włożyć tyle wysiłku, żeby się nie 
zaczerwienić. Jego spojrzenie było takie intensywne... Z niezadowoleniem myślała, że znowu 

background image

wpadł jej w oko ktoś, kto może tylko skomplikować jej życie. Nie miała szczęścia w miłości, 
ale czy musiał spodobać jej się akurat opłakujący śmierć żony wdowiec z małym synkiem?

– A jak tam w college’u? – zapytała, kiedy zasiedli do dużego stołu w salonie. Ten temat 

był przynajmniej zupełnie neutralny. Powietrze wypełnił zapach egzotycznych przypraw, a 
Shannon rozkładała dymiące potrawy na talerze. 

– Całkiem nieźle. Nie wiedziałem jednak, że wykładanie podstaw inżynierii studentom 

pierwszego roku może być tak trudne. 

– Myślałam, że wykładasz już od wielu lat. 
–   Nie,   uczę   dopiero   pierwszy   rok.   Wcześniej   związany   byłem   z   różnymi   projektami 

budowlanymi.   Często   wyjeżdżałem,   pracowałem   w   wielu   miejscach   na   całym   świecie. 
Uznałem   jednak,   że   teraz,   kiedy   opiekuję   się   synem,   muszę   gdzieś   osiąść,   bo   dziecko 
potrzebuje stabilizacji. 

– No tak, małemu pewnie łatwiej było się zaadaptować, kiedy przemieszczaliście się we 

trójkę. 

– Nie, było inaczej. – Nieco się zmieszał. – Uwielbiam egzotyczne kraje, lecz Kim wręcz 

przeciwnie. Wolała mieszkać w naszym domu w Minnesocie, a ja dolatywałem, kiedy tylko 
mogłem. Tak było najlepiej. 

Ciekawe dla kogo, pomyślała Shannon. Nie mieściło jej się w głowie, że można pozwolić 

na tak długie rozstania. Alex jeździł tam, gdzie zdobył kontrakt, bo taką miał pracę, lecz Kim 
wolała zostać w wygodnym domu. Jakże bardzo różniła się od jej matki, która, gdy była taka 
potrzeba,   podążała   z   dziećmi   za   mężem,   który   też   znajdował   zatrudnienie   w   różnych 
miejscach. 

Oczywiście tę refleksję zachowała dla siebie. 
– Może powinieneś uczyć studentów z ostatnich lat, przed dyplomem? – zmieniła temat. 

– Byłoby ci łatwiej. 

– Przydzielą mi takie grupy w przyszłym roku. Wiesz, trochę brakuje mi wyjazdów, ale 

jeszcze bardziej twórczej pracy nad projektami, choć w sumie nie jest źle. Przekazywanie 
wiedzy przyszłym inżynierom to też ciekawe zajęcie. 

– Nie możesz zaczepić się gdzieś jako konsultant przy projektach? Taka dodatkowa praca 

mogłaby być atrakcyjna. 

–   Myślałem   o   tym,   ale   wiesz,   jak   to   jest   po   przeprowadzce.   Trzeba   najpierw 

uporządkować domowe sprawy. Teraz zacznę się za czymś rozglądać. 

Shannon postanowiła napomknąć Kaneowi o doktorze McKenziem. Jej brat zatrudniał 

tylko najlepszych i najbardziej błyskotliwych specjalistów, a Alex z pewnością taki właśnie 
był. Obawiała się jednak, że jak tylko napomknie Kane’owi o sąsiedzie inżynierze, zaraz 
podda ją przesłuchaniu, na co nie miała najmniejszej ochoty. 

Gdy spojrzała na Jeremy’ego, zauważyła, że chłopiec ma niezadowoloną minę. Wcześniej 

Shannon   nie   zachęcała   go,   żeby   spróbował   tajskich   potraw.   Na   jego   talerz   nałożyła 
hamburgera i frytki, jednak najwyraźniej nie zapomniał o złożonej mu wcześniej propozycji. 

– Mówiłaś, że będę mógł spróbować – przypomniał jej z wyrzutem. 
– Jasne, czego chcesz spróbować najpierw? – Gdy wskazał na jej talerz, uśmiechnęła się. 

background image

– Świetny wybór. To jest właśnie ten pyszny kurczak, o którym ci mówiłam. Przyrządzony na 
słodko z orzeszkami i mlekiem kokosowym. – Nałożyła mu niewielką porcję. W zestawie był 
też świeży szpinak, ale akurat to wiedziała o dzieciach: prawie wszystkie nie cierpią zielonej 
mazi. 

Jeremy chwilę się wahał, spróbował, a już po chwili spytał z nadzieją:
– Mogę jeszcze trochę?
– Czy mogę prosić o dokładkę – poprawił go automatycznie Alex. 
Wpatrywał się w syna z osłupieniem. 
– Czy mogę prosić o dokładkę i czy tata może też prosić o dokładkę? – wyrecytował 

Jeremy. 

Shannon zaśmiała się serdecznie. – I ty możesz, i tata też. Możecie prosić, o co tylko 

zechcecie. 

To   niecałkiem   prawda,   pomyślał   Alex.   Między   tym,   czego   pragnął,   a   tym,   co   mógł 

otrzymać, istniała prawdziwa przepaść. Jego zainteresowanie Shannon było niewłaściwe. Nie 
był to ani czas, ani miejsce na takie uczucie. Zarówno ze względu na Jeremy’ego, jak na 
niego samego trzeba to zainteresowanie ukryć jak najgłębiej. 

Właśnie w momencie, kiedy podjął to postanowienie, Shannon oblizała usta z resztek 

sosu. Zrobiła to w sposób tak bezwiednie erotyczny, że Alex omal nie wypuścił widelca z 
dłoni. 

Pomyślał z rezygnacją, że zachowywanie się wobec Shannon w sposób obojętny może 

być zadaniem niezwykle trudnym, kto wie, czy nieprzerastającym jego możliwości. 

Znacznie później, już we własnym mieszkaniu, po położeniu Jeremy’ego do łóżka, Alex 

zasiadł   wygodnie   w   salonie   i   oddał   się   rozmyślaniom.   Zawsze   lubił   seks.   Był   również 
niezwykle   czuły   na   kobiece   wdzięki.   Nieraz   miał   okazję,   szczególnie   podczas   swoich 
rozlicznych wyjazdów, przekonać się, jakie wrażenie robił na kobietach i często odmawiał 
różnym propozycjom. Sama myśl o tym, że mógłby zdradzić żonę, była mu wstrętna. Jego 
rodzice zdradzali się nawzajem i był to jeden z powodów, dla których ich życie, a także życie 
ich dzieci, zamieniło się w piekło. 

Jak by zareagowała Kim, gdyby mógł się jej teraz zwierzyć ze sposobu, w jaki myślał o 

swojej  sąsiadce?  Powiedziałaby  pewnie   coś   wyważonego   i  rozsądnego,   na  przykład:  „Te 
uczucia są zupełnie naturalne. Nie obwiniaj się”. Tak, Kim miała w sobie wręcz buddyjski 
spokój,  co   czasami   go  irytowało.   Jednak   to  przecież   takiej   właśnie   kobiety   potrzebował. 
Spokój Kim działał kojąco na jego biorące się przeszłości rozdarcie. 

Kim nigdy nie podnosiła głosu, nie miała zresztą powodu, bo nic nie było jej w stanie 

zdenerwować. 

Aleksowi znowu przyszła na myśl Shannon. Była nieocenioną pomocą, jeśli chodzi o jego 

syna, ale bał się, że jeżeli te kontakty się zacieśnią, Jeremy nabije sobie głowę myślami o 
„nowej mamusi”. Ciężko mu było się do tego przyznać, ale bardzo mu się podobała i bardzo 
jej pragnął. Niestety nie było możliwości,  żeby romans  z sąsiadką nie pociągnął za sobą 
istotnych zobowiązań. Poza tym Shannon z pewnością nie bawiła się w takie ulotne związki. 

background image

Mimo że starała się stwarzać pozory nowoczesnej kobiety, Alex wiedział swoje. Potarł kark z 
rezygnacją. Dlaczego jego życie nagle tak się skomplikowało?

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Shannon   sączyła   herbatę   i   z   zainteresowaniem   rozglądała   się   po   wypełnionej   do 

ostatniego miejsca kawiarni. Widziała głównie zakochane pary z czułością patrzące sobie w 
oczy. Nie wiedzieć czemu ten widok sprawił, że zaczęła myśleć o Aleksie McKenziem. A 
właściwie,   musiała   przyznać,   wcale   nie   musiała   widzieć   przed   sobą   całujących   się 
zakochanych, żeby o nim myśleć... 

Westchnęła   głęboko   i   wyszła   z   kawiarni.   Na   ulicy   owionął   ją   chłodny   wiatr.   Liście 

tańczyły w powietrzu, a chodnik lśnił od mrozu. Znowu westchnęła i sięgnęła po telefon, 
który właśnie zaczął dzwonić. 

– Shannon, tu Alex. 
– Cześć – powiedziała zaskoczona. 
– Czy ci nie przeszkadzam? – Był zdenerwowany, spięty. 
–   Nie,   właśnie   skończyłam   świąteczne   zakupy.   Czy   coś   się   stało?   –   zapytała   z 

niepokojem. 

– Nic wielkiego. Jeremy chce, żeby go wcześniej odebrać z przedszkola. Mówi, że źle się 

czuje. To chyba nic poważnego, ale mam w pracy kryzysową sytuację i nie mogę teraz wyjść. 
Głupio mi cię prosić, ale... 

– Daj spokój – przerwała mu. – Zabiorę go do siebie, na pewno sobie poradzimy. – Po 

drugiej stronie zaległa cisza. 

– Alex, jesteś tam?
– Tak, przepraszam. Jestem ci bardzo wdzięczny. Powinienem wrócić do piątej. 
Zamienili jeszcze kilka słów, a gdy skończyli rozmowę, Shannon ogarnęła panika. Nie 

wiedziała, jak się zająć dzieckiem, i do tego chorym!

– Idiotko, nie chodzi o ciebie, tylko o Jeremy’ego! – zrugała się. – Weź się w garść. 
Chodziło   też   o   Aleksa.   Do  tego   jednak   wstydziła   się   przyznać   sama   przed   sobą.   Po 

drugiej wspólnej kolacji liczyła na to, że stosunki między nimi się zacieśnią, ale Alex czuł 
wyraźny dyskomfort, gdy musiał ją o coś ją poprosić. To nie rokowało najlepiej. Sąsiedzka 
pomoc to przecież najnaturalniejsza rzecz w świecie... 

W przedszkolu przywitała ją starsza pani. 
–   Pani   Shannon   O’Rourke?   Witam,   nazywam   się   Helen   Davis.   Niestety   Jeremy   jest 

bardzo zdenerwowany. 

– Co się stało?
–   Powiedziałyśmy   mu,   że   pani   po   niego   przyjedzie   i   bardzo   się   ucieszył.   Jedna   z 

opiekunek zaproponowała, że zszyje mu pluszowego królika, z którym się nie rozstaje, i od 
tej chwili nie możemy sobie dać z Jeremym rady. 

– Czyżby opiekunka próbowała mu zabrać Tibblesa? – zapytała Shannon z niepokojem. 
– Niezupełnie... – odparła pani Davis z pewnym wahaniem. 
– Shannon! – usłyszała zapłakany głos Jeremy’ego. Chłopiec podbiegł do niej, a kiedy się 

do niego nachyliła, złapał ją za szyję i wtulił się z całej siły. 

background image

– Cześć, mały, co się dzieje? – zapytała miękko. 
– Ta pani chciała pokłuć Tibblesa! – krzyknął przez łzy. 
– To straszne, ale przecież już jest OK. Pojedziesz ze mną do domu?
– Tak. Tibbles  jest bardzo zmęczony.  Musi się położyć.  Biedny maluch  wstydził  się 

przyznać, że jest śpiący, więc zrzucał winę na przyjaciela. Shannon odsunęła mu kosmyk 
ciemnych włosów z czoła. Wydało jej się zbyt ciepłe, ale dzieci zawsze są rozgrzane. 

– No to jedziemy. 
Zaniosła go do samochodu, a w domu ułożyła na materacu na wprost choinki. Otulony 

kocem  Jeremy zwinął  się w  kłębek,  przytulił  Tibblesa  i  ssąc  kciuk, przyglądał  się przez 
chwilę wiktoriańskiemu miasteczku, a po chwili zasnął. 

Alex gnał po autostradzie, znacznie przekraczając dozwoloną prędkość. Wciąż myślał o 

przerażonej   dziewczynie,   którą   pozostawił   w   klinice   uniwersyteckiej.   Rita   Sawyer, 
niepełnoletnia,   wybitnie   uzdolniona   studentka   pierwszego   roku,   przyszła   do   niego   z 
problemem.   Sytuacja   była   tak   poważna,   że   zdecydował   poprosić   Shannon   o   odebranie 
Jeremy’ego,   czego   za   wszelką   cenę   pragnął   uniknąć.   Z   wściekłością   zacisnął   ręce   na 
kierownicy.   Gdyby   tylko   zdołał   odkryć,   który   z   zawodników   uniwersyteckiej   drużyny 
futbolowej wpędził dziewczynę w kłopoty!  Od razu odechciałoby się gówniarzowi takich 
zabaw! Niestety Rita była zbyt roztrzęsiona i przerażona, żeby wyjawić nazwisko tego, który 
był odpowiedzialny za jej stan. 

Podjechał pod budynek. Z apartamentu Shannon biły światło i ciepło. Z jego strony było 

ciemno i wiało chłodem. Prychnął z niezadowoleniem. Czyżby stawał się sentymentalny? 
Przecież   dom   to   tylko   cegły   i   cement,   nic   więcej.   Zamierzał   zapukać,   gdy  Shannon   mu 
otworzyła. 

– Jeremy śpi – powiedziała szeptem. – Myślę, że ma lekką gorączkę, ale to chyba nic 

poważnego. 

– Chcesz powiedzieć, że jest chory? – Niemal ją odepchnął i wbiegł do salonu. Zobaczył, 

że chłopiec śpi spokojnie, przytulając królika do piersi. – Mój Boże. – Alex z zakłopotaniem 
potarł kark. – Jeremy od kilku  dni narzekał,  że się źle czuje, mówił,  że go boli brzuch. 
Opiekunki z przedszkola twierdziły, że symuluje, żeby zostać w domu. 

Usiadła obok chłopca, odsunęła mu kosmyk włosów z twarzy. Czuły, spontaniczny gest. 

Aleksowi ścisnęło się serce. Shannon jako jedyna potrafiła dotrzeć do Jeremy’ego, a przecież 
tak bardzo różniła się od Kim. Nie potrafił tego zrozumieć. 

– Może złapał jakąś infekcję. Nie sądzę jednak, żeby to było coś poważnego. Napijesz się 

czegoś? Coli albo wina? Wyglądasz na zmęczonego. 

– Chętnie napiję się coli, dzięki. 
Gdy zniknęła w kuchni, Alex ukląkł przy Jeremym i położył mu dłoń na czole. Było 

cieplejsze niż zwykle, ale niewiele. Z poczuciem ulgi powrócił na wygodny, miękki fotel. Za 
kilka dni być może Jeremy nie będzie już pamiętał, że to Shannon odebrała go z przedszkola. 
Dzieci   szybko   zapominają.   Ile   razy   słyszał   to   zdanie?   Po   śmierci   Kim   wszyscy   mu 
powtarzali: „Czas leczy rany”. Radzono mu też, żeby zapisał się do jakiejś grupy wsparcia lub 

background image

skorzystał z pomocy psychologa. Jeremy również. 

On miał jednak pewność, że nie potrzebuje takiej pomocy. Wszystko, co chciał osiągnąć, 

to pewność, że jego syna nie spotka już nic złego. Alex westchnął ciężko. Gdyby częściej 
bywał w domu, być może Kim zdiagnozowano by wcześniej, a wtedy... 

– Alex? – Shannon ze zmarszczonym czołem stała w progu salonu. 
– Dziękuję ci za wszystko. 
– Przecież powiedziałam, że chętnie pomogę. – Wzruszyła ramionami. 
Jej bezinteresowność go zadziwiała. Rodzice nauczyli go, że ludzie zawsze czegoś chcą i 

nie robią nic tak po prostu, z dobroci serca. A jednak Shannon O’Rourke, za którą uganiał się 
pewnie tłum przystojnych i zamożnych kawalerów, nie mogła chcieć niczego od wdowca 
obarczonego małym dzieckiem... 

Odkaszlnął, wziął od niej szklankę z colą. Powinien teraz szybko wymyślić jakąś zgrabną 

wymówkę i zabrać syna do domu. 

– Myślisz, że Jeremy symuluje chorobę, żeby zwrócić na siebie uwagę? – spytała. 
– Tak mi się zdawało, ale teraz już nie wiem, komu wierzyć. Może naprawdę źle się czuł? 

Zaczynam martwić się o jego zdrowie. 

– Niepotrzebnie. Dzieci często coś łapią, to normalne. – Shannon zadzwoniła do matki i z 

niepokojem   opisała   jej   stan   Jeremy’ego.   Mama   uspokoiła   ją,   a   potem   rozgadała   się   o 
dziecięcych przypadłościach. – Wszystkie dzieci wymyślają różne historyjki i fantazjują. To 
też całkiem normalne. 

– Skąd ta pewność?
–   Moja   najmłodsza   siostra   odstawiała   sceny   godne   Oscara.   Wprost   fantastycznie 

symulowała różne choroby, oszukiwała nawet lekarzy, na szczęście moja mama nie dawała 
się nabierać, bo inaczej pewnie zmarłaby na zawał. 

– A ty nie odgrywałaś Julii na łożu śmierci?
– Ależ skąd, miałabym kłamać? – spytała ze zgrozą. – Zawsze słuchałam się mamusi i 

anioła stróża, byłam wzorowym dzieckiem. 

–   Akurat!   Przecież   ustaliliśmy   już,   że   odziedziczyłaś   nieokiełznaną   naturę   po   ojcu. 

Siwizna pani O’Rourke to twoja robota, przyznaj się. 

Uśmiech na jej twarzy zgasł nagle. 
–   Po   śmierci   ojca   przyrzekłam   sobie,   że   mama   nie   będzie   miała   ze   mną   żadnych 

kłopotów. Każdy z nas przeżywał tę śmierć inaczej, a ja postanowiłam być dzielna. Chciałam 
być dla matki podporą. – Jej piękne oczy zaszły mgłą. 

– Shannon, nie musisz o tym opowiadać – powiedział łagodnie. 
– Chcę... Mój ojciec zginął w wypadku, w tartaku, gdzie pracował. Od tamtego czasu nie 

okazuję bólu, nikt nie pozna, że zostałam zraniona. Nigdy i nikt. Obracam wszystko w żart, 
odgryzam się i udaję, że nic się nie stało. 

– W domu pełnym ludzi zawsze sama ze swym smutkiem... 
– Najważniejsze, że najgorsze już za mną, no i udało mi się nie wyrosnąć na potwora, 

prawda?

– Udało się – odrzekł z uśmiechem. 

background image

– Chcę przez to powiedzieć, że Jeremy dzięki twojej miłości też wyrośnie na dobrego 

człowieka. 

Nie powiedziała w zasadzie niczego, czego by już nie wiedział, ale w jej ustach słowa 

nabrały mocy. Przeżyła śmierć ojca, Jeremy doznał podobnej straty, więc jej zapewnienie, że 
„wszystko będzie dobrze”, brzmiało jak gwarancja. 

– Mówisz więc, że nie powinienem się martwić?
– Ależ skąd. Zawsze będziesz się martwił o Jeremy’ego. Jesteś jego tatą. Moja mama 

twierdzi, że rodzic to taki ktc>ś, kto zawsze martwi się o dzieci do końca swych dni. 

Spodobało mu się, że nazwała go „tatą”, nie ojcem. Każdy mężczyzna może być ojcem, 

ale nie każdy jest tatą... Zaznał tego w dzieciństwie. 

–   Alex,   nie   jestem   ekspertem   w   wychowywaniu   dzieci.   Kiedy   Jeremy   zasnął, 

zadzwoniłam do mamy, bo z kolei ona jest ekspertem co się zowie, wychowała całą naszą 
dziewiątkę, i to z niezłym skutkiem. 

– Nie potrafię sobie nawet tego wyobrazić. Jeden Jeremy spędza mi sen z powiek, a tu 

taka gromada. 

– Mama twierdzi, że przy każdym kolejnym dziecku jest łatwiej. 
– Dzielna z niej kobieta. Może by mi doradziła, jak pomóc niepełnoletniej, wybitnie 

uzdolnionej studentce, która zaszła w ciążę? – Alex wciąż nie mógł zapomnieć przerażonych, 
zapłakanych oczu Rity. 

– Niepełnoletniej? – Shannon popatrzyła na niego z napięciem. 
– Tak. Członek uniwersyteckiej reprezentacji futbolowej uwiódł ją, ponieważ założył się 

o jej   cnotę  z  kolegami   z  drużyny.  Rita   ma   do mnie   zaufanie,   więc  mi   się  zwierzyła  po 
zajęciach.   Dlatego   prosiłem   cię   o   odebranie   Jeremy’ego.   Dziewczyna   była   strasznie 
roztrzęsiona. Nie mogłem jej zostawić w tym stanie. 

– Zabiję drania! – z furią syknęła oczy Shannon. 
– Spokojnie. 
– Podaj mi tylko jego nazwisko, a już dostanie za swoje!
– Chętnie sam bym mu dołożył, ale Rita nie chce wyjawić jego nazwiska. 
Alex patrzył zafascynowany na rozpalone wściekłością policzki Shannon. On zareagował 

na tę sytuację w sposób rozumowy, chłodny i logiczny, mimo że też był wściekły na tego 
łajdaka. Ona jednak zupełnie dała się ponieść emocjom. Przez myśl przemknęła mu teoria o 
dopełniających   się   elementach   żeńskich   i   męskich.   Yin   i   yang,   dwie   połówki   jabłka, 
przyciągające się przeciwieństwa... Otrząsnął się, zerwał na równe nogi. 

– Dziękuję ci za wszystko, naprawdę. Jeżeli Jeremy rzeczywiście coś złapał, to nie chcę 

cię narażać. Mogłabyś się od niego zarazić. 

– A co z twoją studentką?
– Zostawiłem ją pod opieką psychologa w szpitalu uniwersyteckim. Pewnie niepotrzebnie 

wspomniałem o jej kłopotach, ale powinnaś wiedzieć, że miałem naprawdę ważny powód, by 
poprosić cię o pomoc. – Zabrzmiało to nieco niegrzecznie. Ponadto nie było w tym prawdy. 
Alex   chciał   się   z   kimś   podzielić   swoim   zmartwieniem.   Psycholog   w   przychodni 
przyszpitalnej   podszedł   do   sprawy   bez   emocji.   Rozmawiał   z   Aleksem   w   sposób   wysoce 

background image

profesjonalny i zupełnie wyzuty z uczuć. Alex sam uważał się za osobę zrównoważoną i 
spokojną,   jednak   sprawa   Rity   wymykała   się   prostym   szablonom.   Na   tak   krzyczącą 
niesprawiedliwość należało raczej zareagować tak jak Shannon. 

– Pora już na nas, synku. – Nachylił się nad Jeremym. Gdy chłopiec wtulił się mocniej w 

poduszkę, Alex podniósł go delikatnie. 

– Nie, tatusiu, chcę zostać u Shannon. – Jeremy był bliski płaczu. 
Alex   oczywiście   rozumiał,   że   jego   syn   miał   tu   wiele   atrakcji.   Uwielbiał   kolejkę 

elektryczną   i   miniaturowe   miasteczko.   Kiedy   zaproponował   mu,   że   pójdą   razem   wybrać 
choinkę,   jego   syn   westchnął   tylko   głęboko   i   stwierdził:   „I   tak   nie   będzie   taka   fajna   jak 
choinka   Shannon”.   Jak   dziecko   może   zakochać   się   w   kimś   zupełnie   bez   pamięci   w   tak 
krótkim czasie? To było wręcz niepojęte. 

Zaniósł   syna   w   stronę   drzwi,   a   Shannon   podążyła   za   nimi,   trzymając   w   dłoniach 

kurteczkę   Jerem/ego.   Kiedy   odwrócił   się   do   niej,   żeby   się   pożegnać,   poczuł   ledwie 
zauważalny zapach jej perfum. Ten zapach był zarazem subtelny i głęboko erotyczny. Zatonął 
na moment w jej głębokich zielonych oczach. 

– Eeee... – próbował pokryć zmieszanie. – Jeszcze raz wielkie dzięki za wszystko. – 

Otulił   syna   kurtką  i   szybko   wyszedł,   nie  czekając  na  odpowiedź.   Shannon  sprawiała,   że 
wszystkie postanowienia brały w łeb. Jej obecność wzbudzała w nim sensacje, jakich wolałby 
nie   odczuwać.   To,   że   nie   potrafił   nad   sobą   zapanować,   wzbudzało   w   nim   przerażenie. 
Najlepszym sposobem na pozbycie się tego uczucia była zatem ucieczka. 

background image

ROZDZIAŁ PIATY

Upór Jeremy’ego stawał się trudny do zniesienia. 
– Nie zostanę z niańką!
– Nie ma innego wyjścia synku. – Alex westchnął głęboko. – Musisz z kimś zostać w 

domu, dopóki nie upewnimy się, że jesteś zdrowy. Dopiero wtedy wrócisz do przedszkola. 

– Nie chcę do przedszkola! Chcę zostać u Shannon!
Alex potarł czoło z rezygnacją. Całą noc siedział przy łóżku Jeremy’ego, sprawdzając, 

czy nie podskoczyła gorączka i czy synek spokojnie oddycha. 

Zrobiłby wszystko dla swojego dziecka, jednak chodziło o Shannon... Bał się stąpać po 

kruchym lodzie. Wiedział, że można jej zaufać, jeśli chodzi o Jeremy’ego, jednak sobie nie 
mógł zaufać. Musiał unikać pokus. 

Niestety Jeremy był święcie przekonany, że opiekunki w przedszkolu marzą tylko o tym, 

żeby zamordować szpilką Tibblesa... 

– Proooooszę, tatusiu! – Chłopiec błagalnie patrzył na ojca. – Tibbles lubi Shannon. 
Alex znowu westchnął głęboko. 
–   No   dobrze   –   poddał   się.   –   Porozmawiam   z   nią.   Uczucie,   jakby   znalazł   się   na 

trzęsawisku, opanowało go, kiedy tylko stanął pod drzwiami apartamentu Shannon. Zapukał. 
Po chwili stanęła w progu świeża i promienna jak jutrzenka. Patrząc na nią, poczuł się nijako i 
staro.   Przez   ponad   rok   walczył,   żeby   uporać   się   z   poczuciem   pustki   po   śmierci   Kim,   a 
jednocześnie starał się stworzyć namiastkę domu dla zrozpaczonego, osamotnionego dziecka. 
To   był   jego   smutny,   szary   świat,   natomiast   Shannon   była   taka   piękna,   rozjaśniona 
wewnętrznym blaskiem. I zupełnie nieosiągalna. Nie powinien nawet marzyć o niej. Lepiej 
pogodzić się z rzeczywistością. 

– Czy Jeremy dobrze się czuje? – zaniepokoiła się. 
– Trochę kaszle i ma katar, lekarz stwierdził zwykłe przeziębienie. W przedszkolu jednak 

panuje grypa i prosili, żeby poczekać, aż Jeremy zupełnie wyzdrowieje. Musi więc zostać w 
domu pod opieką niani, ale nie chce... 

– Jeżeli chcesz poprosić, żebym się nim zajęła, to nie ma sprawy – stwierdziła po prostu. 
–   Naprawdę?   Opieka   nad   chorym   dzieckiem   sąsiada   to   chyba   nie   najlepszy   sposób 

spędzania urlopu. – Uśmiechnął się przepraszająco. – No i martwię się, żebyś się nie zaraziła, 
gdyby to jednak była infekcja wirusowa. 

– Więc się zarażę, ale to mało prawdopodobne, bo nigdy nie choruję, jestem zdrowa jak 

koń. – Taka była prawda, lecz i tak poczuła lekką panikę. Opieka nad dzieckiem przez kilka 
godzin to nie to samo co zajmowanie się Jeremym cały dzień, zwłaszcza że chłopiec jest 
chory. 

– To świetnie. 
A jednak Alex był daleki od entuzjazmu, jakby decyzja pozostawienia syna pod jej opieką 

przychodziła mu  z trudem.  Zaczynał  ją irytować. Z jednej strony coś mówił, a z drugiej 
zachowywał się tak, jakby chciał temu zaprzeczyć. Jeżeli nie chciał, żeby zajęła się Jeremym, 

background image

to po co ją o to prosił?

– Naprawdę chętnie spędzę z Jeremym cały dzień – zapewniła go. 
– Powinienem wziąć zwolnienie z pracy, jednak w przyszłym tygodniu zaczyna się sesja i 

nie jest to najlepszy moment, a Jeremy czuje się już znacznie lepiej – tłumaczył się. 

– Tu jest klucz do mojego mieszkania, czuj się u nas jak w domu. Jeżeli jednak wolisz, to 

możesz zabrać Jeremy’ego do siebie. Aha, jeszcze wizytówka. Są na niej wszystkie moje 
telefony. Komórkę zwykle wyłączam podczas zajęć, ale dzisiaj tylko wyciszę sygnał. 

Shannon nagle zapragnęła obejrzeć mieszkanie Aleksa. Ciekawiło ją, czy wystrój jest 

chłodny i wszystko ma swoje miejsce, czy też panuje rozgardiasz. Interesowało ją też, czy są 
na widoku jakieś pamiątki po matce Jeremy’ego i rodzinne zdjęcia. 

– Niech Jeremy zdecyduje, gdzie spędzimy ten dzień – powiedziała. 
– W porządku, tatusiu? – Spod ramienia Aleksa wychyliła się czarna główka. Chłopcu tak 

bardzo zależało na jej zgodzie, że nie wytrzymał w łóżku i przybiegł się upewnić, iż wszystko 
ułożyło się po jego myśli. 

– Tak. Wracaj szybko do łóżka! – powiedział groźnie Alex. 
– Nie, idę do Shannon – zakomunikował Jeremy, zręcznie przemknął obok ojca i już był 

za progiem. 

Instynktownie złapała go w ramiona i przytuliła. Poczuła się tak dobrze. 
Spojrzała na Aleksa. Zalała ją fala gorąca. Patrzył na nią śmiało, bezwiednie emanując 

męskością. Poczuła się jeszcze lepiej... a w każdym razie bardzo dziwnie. 

– No to co... – Głos odmówił jej posłuszeństwa. Próbowała przywołać się do porządku. 

Alex McKenzie był niezwykle łakomym kąskiem, ale nie dla niej. Kłamczucha! – zrugała 
siebie. 

Niby po co ukrywała przed nim, że nie potrafi nawet ugotować jajek na twardo i nie ma 

pojęcia, jak zajmować się dziećmi? Próbowała sobie przetłumaczyć, że nic nigdy z tego nie 
będzie. Był spokojnym, rodzinnym facetem, a ona przebojową bizneswoman, lubili zupełnie 
inne życie. Jego fascynowały pierwotne kultury i usuwanie skutków kataklizmów, ona zaś 
była   typową   kobietą   z   miasta.   Wyprostowała   się,   na   jej   twarz   wypłynął   wystudiowany 
uśmiech. – Szykuj się do pracy. Damy sobie radę. 

– Dzięki. – Przeniósł wzrok z Shannon na syna. – Niedługo wrócę – obiecał, z wyraźną 

przykrością rozstając się z Jeremym. Odwrócił się i ruszył do swojego mieszkania. 

Shannon poczuła ulgę. Im mniej czasu spędzi z ojcem Jeremy’ego, tym lepiej dla nich 

wszystkich. 

Po   lunchu   poczuła   się   wyczerpana,   ale   i   bardzo   zadowolona.   Zamówiła   dostawę   z 

lokalnego   sklepu.   Zjedli   z   Jeremym   „domowy   rosół”,   na   którego   etykiecie   widniało 
zapewnienie, że pomaga zwalczać objawy przeziębienia. Shannon udało się co prawda ocalić 
zupę  przed  wygotowaniem  w  ostatniej  chwili,   ale  i  tak  cieszyła   się,  że  nie  stało  się  nic 
poważniejszego. Po posiłku Jeremy rozłożył się z kocem naprzeciwko choinki i bawił się 
kolejką. Udało mu się jeszcze namówić Shannon, by zrobiła mu rozpuszczalne kakao. Około 
drugiej zadzwonił dzwonek do drzwi. 

background image

– Pewnie tata... – Jeremy spojrzał na Shannon nieco sennie. Przez zabawę zapomnieli o 

obowiązkowej poobiedniej drzemce. 

Rzeczywiście. W drzwiach stał Alex. 
– Wszystko w porządku? – zapytał podenerwowanym głosem, zupełnie jakby zostawił 

dziecko pod opieką bandy nieodpowiedzialnych hipisów. 

– Dlaczego miałoby być nie w porządku? – mknęła Shannon. – Zadzwoniłabym, gdyby 

coś się stało. 

Oczywiście zarejestrował jej złość, zbyt  jednak zajęty był  studiowaniem jej kształtów 

doskonale widocznych pod ciemnozieloną sukienką. To była jedna z tych sukienek, które 
leżały na kobiecie jak druga skóra. Alex podświadomie szukał załamań świadczących o tym, 
że   Shannon   miała   pod   spodem   stanik,   nie   mógł   ich   jednak   znaleźć.   Z   niezadowoleniem 
znowu złapał się na myślach, do których nie chciał dopuszczać. Shannon była jego sąsiadką, 
nikim więcej. Poza tym, skoro wciąż myśląc o niej, czuł się tak, jakby zdradzał Kim, to 
najwyraźniej   nie   pogodził   się   jeszcze   ze   stratą   żony   i   najpierw   musiał   dojść   do   ładu   z 
własnym życiem. 

– Jak minął dzień? – zapytał. 
–   Świetnie.   Przyniosłam   z   twojego   mieszkania   zabawki   i   książeczkę.   Bawiliśmy   się, 

trochę też czytałam Jeremy’emu. Myślę, że już się całkiem dobrze czuje. 

– Nie – zaprzeczył chłopiec gorliwie. – Nie czuję się lepiej, muszę tu zostać do jutra. – 

Zakaszlał dość nieudolnie. 

Alex uśmiechnął się pod nosem. W jeszcze lepszy humor wprowadził go Tibbles, który 

porzucony przez Jeremyego  leżał  smętnie  na podłodze. Obawiał się, że po incydencie  w 
przedszkolu syn jeszcze bardziej histerycznie przywiąże się do pluszowego królika, którego 
Alex szczerze  nie znosił. Wydawało się jednak, że jego chłopiec wreszcie znalazł  lepsze 
towarzystwo. 

– A może  Shannon nam podpowie, jak ubrać choinkę? – zapytał,  próbując odwrócić 

uwagę syna od pomysłu pozostania w mieszkaniu sąsiadki na jeszcze jeden dzień. 

Jej twarz pokraśniała nieco. 
– Może podaruję wam swoją, tak będzie najłatwiej – zaproponowała całkiem poważnie. – 

Razem z kolejką. 

Alex spodziewał się po niej różnych reakcji. Od entuzjastycznego zaoferowania pomocy 

po chłodną odmowę z powodu braku czasu. Złożona jednak przed chwilą wspaniałomyślna 
oferta zupełnie go zbiła z tropu. 

– Nie możemy tego przyjąć. 
– Ale tato! – zaprotestował żałośnie Jeremy. 
–   Nie,   synku.   Nie   możesz   też   zostać   u   Shannon.   Wiem,   że   lubisz   tu   przebywać   ze 

względu na tę choinkę, ale masz też swój dom. 

W milczeniu obserwowała, jak Alex zbierał zabawki Jeremy’ego. Odprowadziła ich do 

drzwi i pożegnała  się uprzejmie.  Dopiero kiedy została sama, jej wzrok się zaszklił.  „Ze 
względu   na   choinkę”.   Jeremy’emu   rzeczywiście   podobała   się   jej   choinka,   ale   nie   był   to 
jedyny powód, dla którego chłopiec tak chętnie spędzał z nią czas. Polubił ją już wtedy, kiedy 

background image

spotkali się na poczcie. A nawet gdyby było inaczej, Alex nie powinien był tego mówić. 
Zachował   się   niegrzecznie,   wręcz   grubiańsko,   a   ona   niczym   na   takie   traktowanie   nie 
zasłużyła. 

Postąpiła impulsywnie, kiedy Alex poprosił ją o pomoc w udekorowaniu ich drzewka. Jej 

reakcja podyktowana była paniką. Teraz jednak miała inny plan. Pomaszerowała dziarsko do 
telefonu. 

– Miranda? Cześć, tu Shannon. Mam dla ciebie następne zlecenie. – Opisała, jakie. 

Niecierpliwie czekała aż do dziesiątej wieczorem i dopiero wtedy zaczęła przynosić pudła 

i ustawiać je pod drzwiami doktora McKenziego. Wiedziała, że Alex należy do sów, bo z jego 
mieszkania dobiegały odgłosy aż do pierwszej w nocy, a czasami nawet dłużej. Zależało jej 
na   tym,   żeby   Jeremy   już   spał.   Zapukała   delikatnie   do   drzwi,   jednocześnie   ziewając 
dyskretnie, bo z kolei należała do skowronków, co to kładą się wcześnie, za to wstają o 
świcie. 

– Shannon? – zdziwił się Alex. – Czy coś się stało?
– Ależ skąd – mruknęła z irytacją. – Mam tu twoją choinkę. 
Patrzył na nią z osłupieniem, a ona zaczęła wnosić elementy sztucznego drzewka i pudła 

z ozdobami. Wszystko to dostarczyła jej siostra późnym popołudniem. 

– O czym ty mówisz?
–   Chciałeś,   żebym   ci   pomogła   z   choinką,   więc   właśnie   ją   przyniosłam   –   wyjaśniła 

chłodno. 

Niecierpliwie wsuwała coraz to nowe pudła do holu. Patrzył na nią, wciąż jeszcze nie do 

końca   rozumiejąc,   o   co   jej   chodzi.   Ledwie   co   uporał   się   z   Jeremym,   który   straszliwie 
marudził, że będzie musiał zostać z opiekunką i cały czas pytał, czy na pewno nie może 
zostać z Shannon, zupełnie jak zepsuta płyta. Kiedy wreszcie zasnął i Alex zasiadł spokojnie 
w salonie, do jego domu wpadła jak burza Shannon i zaczęła wnosić jakieś pudła. Ubrana w 
czarne   obcisłe   dżinsy   i   takąż   bluzeczkę,   wyszywaną   srebrnymi   listkami   podkreślającymi 
kształt piersi, z burzą rudych włosów wyglądała niezwykle seksownie. 

– To dokąd mam iść? – zapytała. 
„Do sypialni” – miał ochotę odpowiedzieć, ale ugryzł się w język. 
– Prosiłem, żebyś pomogła nam udekorować drzewko, nie miałem jednak na myśli, żebyś 

je dla nas kupowała. Ile ci jestem winien?

– Nic nie jesteś mi winien. To prezent. 
– Nie mogę przyjąć... 
– To prawda, nie możesz, bo ten prezent nie jest dla ciebie, tylko  dla Jeremy’ego  – 

przerwała mu, a jej głos był ostry jak brzytwa. – Pozwolisz, że ustawię choinkę teraz? Jeremy 
będzie miał rano miłą niespodziankę. 

– Czy coś jest nie tak? – zapytał głupio, czując w jej głosie dziwne napięcie. 
– A dlaczego miałoby być coś nie tak? – rzuciła ze sztuczną swobodą. 
Miał wrażenie, że jest wściekła. I to wściekła na niego. 
Ale   co   on   takiego   zrobił?   Owszem,   pozwolił   sobie   na   cięte   uwagi   pod   adresem   jej 

background image

najstarszego brata, ale Shannon dawno mu już wybaczyła ten nietakt. Ponadto ze wszystkich 
sił próbował jej unikać, a o jej pomoc zwrócił się w ostateczności, co pewnie wystarczyło, 
żeby poczuła się urażona. Po co jednak robiła sobie tyle zachodu z choinką, skoro była na 
niego zła?

W milczeniu pomagał jej wnosić pudła, a potem złożyli sztuczną choinkę. Wciąż bez 

słowa. 

– Wolę żywe drzewka, ale sztuczne są bardziej ekologiczne i bezpieczniejsze, szczególnie 

dla dzieci – wreszcie odezwała się Shannon. – Dzieci lubią, żeby lampki świeciły się cały 
czas, a przy żywym drzewku łatwo o pożar. – Mówiła w taki sposób, jakby cytowała jakiś 
poradnik. 

Udekorowanie choinki zajęło im sporo czasu, było jednak warto, bo drzewko wyglądało 

jak z bajki. Alex zauważył, że zostało jeszcze jedno pokaźne pudełko. Okazało się, że kryło w 
sobie kolejkę elektryczną, jeszcze większą od tej, która stała w salonie Shannon. 

– Nie – odmówił kategorycznie. – Naprawdę nie mogę tego przyjąć. Albo pozwolisz mi 

zapłacić, albo zwrócimy to do sklepu. 

– Mój brat dobrze płaci swoim pracownikom, mogę sobie pozwolić na prezenty – odparła 

hardo. 

– Ja też – odpalił. 
– Mówiłam ci już, że to prezent dla Jeremy’ego. Nie odmawiaj mi. 
– Dlaczego tak ci na tym zależy, przecież prawie nas nie znasz. – Chwycił ją delikatnie za 

ramię i odwrócił do siebie. Zauważył, że po policzku spływa jej łza. – Co się dzieje?

– Nie chcesz przecież, żeby twój syn mnie odwiedzał, prawda? Jeżeli będzie miał u siebie 

lepszą kolejkę i jeszcze ładniejsze drzewko niż moje, nie będzie miał już powodu do mnie 
przychodzić, a ty będziesz mógł udawać, że się nigdy nie spotkaliśmy – wyrzuciła z siebie. 

Patrzył na jej oczy pełne wyrzutu. Dopiero teraz do niego dotarło, jak okropnie musiało 

zabrzmieć to zdanie, które wypowiedział wcześniej, chcąc, żeby Jeremy w końcu wyszedł z 
jej mieszkania. Daleki był od sugerowania, że jego syn chciał odwiedzać Shannon tylko ze 
względu na kolejkę i pięknie udekorowaną choinkę. Nigdy by też nie przypuszczał, że ze 
swoim dumnym uśmiechem i zdystansowaną postawą do życia weźmie jego nieprzemyślane 
słowa tak bardzo do serca. A przecież wiedział, i to od niej, że niechętnie okazywała uczucia i 
głęboko chowała urazy. 

– Nie to miałem na myśli... To nie tak... – plątał się. – Jeremy naprawdę cię uwielbia, 

tylko jest jeszcze taki mały. Boję się, by za bardzo się do ciebie nie przywiązał i nie zaczął 
mieć nadziei, że coś między nami będzie. 

– A to by było straszne, prawda? – Z furią zaczęła składać kolejkę. 
Cholera, znowu powiedział coś, co zabrzmiało obraźliwie. Z drugiej strony musiał jednak 

przyznać, że w skrytości ducha łudził się, iż choinka i kolejka były głównymi powodami, dla 
których Jeremy chciał przebywać u Shannon. Spędził trzy lata przed zachorowaniem Kim na 
ciągłych rozjazdach. Niedawno dotarło do niego, że utracił te trzy lata bezpowrotnie. Chciał 
lepiej poznać własnego syna. A teraz Jeremy woli spędzać czas z sąsiadką niż z nim... Było w 
tym   coś   niewłaściwego,   nawet   jeżeli   tą   sąsiadką   był   ktoś   tak   wyjątkowy   jak   Shannon 

background image

O’Rourke. 

– Po prostu nie chcę się powtórnie żenić, to wszystko – mruknął pod nosem. 
– Jasne. 
Była urażona, zimna, niedostępna, lecz w każdej chwili mogła wybuchnąć. Alex kiepsko 

radził sobie w rozszyfrowywaniu  kobiecych  emocji.  Nawet z Kim nie wychodziło  mu to 
najlepiej, choć była wyjątkowo bezkonfliktowa i łagodna. Natomiast Shannon to jedna wielka 
zagadka. 

– Jesteś bardzo piękną kobietą. Przecież doskonale zdajesz sobie z tego sprawę. 
– „Piękną” – powtórzyła za nim z pewnym zdziwieniem, jakby usłyszała to słowo po raz 

pierwszy w życiu. – A co to ma do rzeczy?

– Nic, wszystko... – plątał się. – Chciałem tylko wyrażać się jasno. 
Bardzo jasno i przejrzyście, niczym błotniste bajoro, pomyślała zgryźliwie. Była coraz 

bardziej zła. Do diabła, że też musiała zainteresować się facetem tak niezdecydowanym jak 
on!  Po  co  tyle   zachodu?   Na  jej   prośbę   Miranda  spędziła  kilka  godzin,   zbierając   ozdoby 
choinkowe, a teraz ona ubiera z nim tę cholerną choinkę. Nie wyjaśniła nawet siostrze, o co 
tak   naprawdę   chodzi.   Powiedziała   tylko,   że   to   dla   małego   synka   jej   nowego   sąsiada   i 
poprosiła, żeby nie zadawała żadnych pytań. 

Wiedziała jednak, że jej rodzinka już coś wymyśli, żeby wydusić z niej, co tak naprawdę 

się dzieje. Będą jej nad głową brzęczeć tak długo, aż wreszcie dla świętego spokoju odkryje 
przed nimi prawdę. 

Postanowiła, że tym razem nie pozwoli, żeby ktoś złamał jej serce. Nie jest już młodą, 

naiwną dziewczyną, tylko twardą kobietą, która radzi sobie w życiu. 

Uśmiechnęła się sarkastycznie. Powinna jeszcze wmówić sobie, że tym razem Święty 

Mikołaj naprawdę zjedzie do niej przez komin... 

– Są jeszcze skarpety na prezenty do powieszenia na kominku – powiedziała. 
Na kominku nie stały żadne przedmioty. W ogóle mieszkanie Aleksa było dość surowe. 

Kilka   prostych   sprzętów,   a   jedynymi   kolorowymi   elementami   były   zabawki   i   książeczki 
Jeremy’ego.   Zawiesiła   dwie   skarpety   nad   kominkiem.   Kiedy   cofała   się,   żeby   dokładnie 
przyjrzeć się swemu dziełu, wpadła na Aleksa. 

– Przepraszam... – Miała ochotę odskoczyć jak oparzona, tak gwałtownie zareagowała na 

jego dotyk. To się stawało nie do zniesienia. Zawiesiła jeszcze wieniec ze sztucznych gałęzi 
sosny i udekorowała półkę nad kominkiem ozdobnymi świecami. 

– No i jak to wygląda? – Gdy milczał, powiedziała: – Będę się zbierać. – Jej głos załamał 

się lekko. – Kolejkę złożycie z Jeremym. 

Szybko podeszła do drzwi wejściowych. Bała się, że jeżeli zostanie w tym mieszkaniu, 

zrobi coś głupiego, na przykład wybuchnie płaczem. Otworzyła drzwi, ale nie zdążyła wyjść. 
Dłoń Aleksa zatrzasnęła jej drzwi przed nosem. Shannon znalazła się w pułapce, wciśnięta 
między drzwi a jego ciało. 

Spojrzała do góry. Patrzył na nią ze złością i żalem. Jednak w jego oczach było jeszcze 

coś. 

– Działasz na mnie – usłyszała nabrzmiały pożądaniem szept. – Przecież o tym wiesz. 

background image

Jesteś bardzo seksowną kobietą, możesz doprowadzić faceta do szaleństwa. Jednak nie mogę 
mieć romansu z sąsiadką zza ściany. Nie mogę dopuścić, żeby mój syn na to patrzył. A nie 
planuję żadnego związku. Rozumiesz?

Napierał na nią całym sobą. Śmiało objęła go za szyję, wtuliła się całym ciałem. 
– Rozumiem – wyszeptała, chociaż nie była to prawda. Pocałował ją tak drapieżnie, że 

niemal pozbawił oddechu. 

Zupełnie straciła nad sobą kontrolę. Rozpiął jej bluzkę i stanik, pieścił piersi, całował 

łapczywie, gdy nagle z góry dobiegło ich pokasływanie. 

– Tato? Czy mogę dostać szklankę wody?
– Już idę na górę. – Spojrzał na Shannon, która w panice uporządkowała ubranie i ruszyła 

do wyjścia. – Zostań, proszę. Musimy porozmawiać. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Siedziała  na podłodze  w  salonie.  Zupełnie  nie  mogła  się pozbierać.  Jak mogła  sobie 

pozwolić   na   taką   lekkomyślność?   Musiała   jednak   przyznać,   że   bardzo   pragnęła   tych 
pocałunków.  Ale  ze  mnie   idiotka,   przecież   nie  ukrywał,   że  nie  chce  żadnych  związków, 
myślała ze smutkiem. A ona przecież pochodziła z rodziny, gdzie ceniło się małżeństwo. 
Nawet   Neil   musiał   w   końcu   pogodzić   się   z   tym   faktem,   reszta   rodzeństwa   też   tego   nie 
uniknie. A ona znów będzie patrzeć, jak panny młode rzucają bukietami i ruszają ze swoimi 
oblubieńcami na miesiąc miodowy... 

Chciała   wierzyć,   że   gdzieś   czeka   na   nią   mityczna   połówka   jabłka.   Pragnęła   spotkać 

kogoś, kto by ją rozumiał i z kim dopełnialiby się wzajemnie. Kogoś, kto by ją kochał za to, 
jaka jest, nawet za to, że nie potrafi zrobić dobrej kawy. 

Alex z nieodgadnionym wyrazem twarzy zszedł po schodach i usiadł na ostatnim ich 

stopniu. Zebrała się w sobie, wyprostowała ramiona i spytała:

– Nie cieszysz się, że wreszcie mamy to za sobą?
– A rzeczywiście mamy?
Drwiąca nutka w jego głosie sprawiła, że Shannon zagotowała się ze złości. 
– Mógłbyś chociaż udawać!
– Po co? Wyrosłem w domu, który rodzice zamienili na pole bitwy. Boję się, by to nie 

powtórzyło się w moim życiu. Poszczęściło mi się z Kim, ale nie zaryzykuję powtórnie ze 
względu na Jeremy’ego. Nie narażę go na piekło na ziemi. Nigdy już się nie ożenię. 

– Czyżbym ci się oświadczyła? Przypomnij mi, jeśli tak – rzuciła drwiąco. 
– Wykluczam także romans. 
Shannon spojrzała na niego z niedowierzaniem. Nie pierwszy raz miała do czynienia z 

niepojętą wręcz męską arogancją i pychą, ale zawsze wprawiało ją to w osłupienie. 

– Czyżbym proponowała ci romans? O ile dobrze pamiętam, właśnie chciałam wyjść, 

kiedy rzuciłeś się na mnie jak neandertalczyk. A może coś mi się pomieszało w tej mojej 
małej główce? – Spojrzała na niego z jawną kpiną. 

– A może, jako człek prawy i niewinny, jesteś oszołomiony tymi pocałunkami i sam już 

nie wiesz, co mówisz? Ale zapewniam cię, kilka buziaków to po prostu nic, nie ma o co robić 
afery. 

– Oby się na nich skończyło... – Zaklął pod nosem. – Zrozum, nie uda się nam. Muszę 

myśleć o Jeremym. Co się z nim stanie, jeśli się do ciebie przywiąże, zacznie traktować jak 
kogoś bliskiego, a ty później znikniesz z jego życia?

– Ale co ma się nam nie udać? – dociekała. – Przecież stwierdziłeś dobitnie, że nie będzie 

ani ślubu, ani nawet romansu. Jakim więc cudem Jeremy miałby mnie uznać za nową mamę?

–   A   pamiętasz,   co   powiedział   podczas   naszej   pierwszej   wspólnej   kolacji?   „Gdyby 

Shannon była moją nową mamusią, to moglibyśmy zamawiać pizzę codziennie”. Mojemu 
synowi nie trzeba wiele, żeby nabrał nadziei... 

– Nie sądzę, żeby naprawdę miał to na myśli. Przypuszczam, że powiedziałby to samo o 

background image

dziewięćdziesięciopięcioletniej   staruszce,   gdyby   zamówiła   pizzę.   Dzieci   często   mówią 
rzeczy, których nie rozumieją. 

– Hm... dziewięćdziesięciopięcioletniej? – upewnił się z uśmiechem. 
– Nie sądzisz chyba,  że twój syn  zdaje sobie sprawę, na czym  polega  małżeństwo i 

dlaczego ludzie się pobierają. Przecież jest na to jeszcze za mały. 

– Mam nadzieję. W każdym razie jeszcze nie docieka, skąd się biorą dzieci. 
Roześmiała się szczerze. 
– Masz taką minę, jakbyś zobaczył wściekłego tygrysa. 
– Bo właśnie pomyślałem, że i tak będę musiał wyjaśnić Jeremy’emu, na czym polega 

seks. Praktykę mam, ale brak mi wiedzy z metodyki nauczania. 

– No wiesz, pszczółki, ptaszki i tak dalej. 
Napięcie wyraźnie spadło, teraz gawędzili jak przyjaciele. 
– Nie ma się z czego śmiać. Też będziesz kiedyś na moim miejscu i zobaczysz, jak ci 

będzie wesoło. 

– Może, kiedyś. 
– Ale chcesz mieć dzieci?
–   Może...   kiedyś   –   powtórzyła,   a   jej   uśmiech   zgasł.   Zajęła   się   składaniem   kolejki 

elektrycznej. 

Alex przyłączył się do niej i po chwili cała konstrukcja była gotowa. 
– Miałem ci oddać kolejkę, tymczasem siedzimy tu razem i ją składamy. – Westchnął 

ciężko. 

– Potraktuj to jako pożyczkę bezzwrotną. – Uśmiechnęła się. – Nie potrzebuję przecież 

dwóch kolejek, prawda?

Starał się nie patrzeć na Shannon, ale i tak o niej myślał. Było w niej coś trudnego do 

zdefiniowania.   Im   lepiej   ją  poznawał,   tym   mniej   przypominała   wyrafinowaną   i   wyniosłą 
piękność, którą spotkali z Jeremym przed budynkiem poczty. Była błyskotliwa, czarująca, 
subtelna... i ogromnie pociągająca. 

Spodziewał   się,   że   skoro   pochodziła   z   tak   wpływowej   rodziny,   będzie   przypominała 

rozpuszczoną księżniczkę. Okazało się jednak, że jest prostolinijna, szczera i szczodra aż do 
przesady. Czuł się zażenowany, nie tylko wspaniałym prezentem dla Jeremy’ego. Shannon 
emanowała czystą dobrocią. Przy niej czuł się kimś niedoskonałym, obarczonym wieloma 
przywarami. 

Przekręciła główny włącznik w makiecie świątecznego miasteczka i w oknach wszystkich 

domków zapaliły się światła, wypełniając pokój poświatą. 

– No i jak? – spytała z satysfakcją. 
– Naprawdę pięknie. Widać, że masz do tego talent. 
– Hm... to sprawka mojej siostry. Miranda jest dekoratorką wnętrz i to ona stworzyła tę 

kompozycję. Potrafi zająć się wszystkim. 

– Wszystkim? Nawet niewyparzoną gębą sąsiada? – Alex uśmiechnął się i potarł kark. – 

Wybacz,  naprawdę nie chciałem  ci zrobić przykrości.  Prawda jest taka, że jestem trochę 
zazdrosny. Jeremy jest moim całym światem, a jednak nie potrafię do niego dotrzeć tak jak ty. 

background image

– Nie martw  się, twój syn  cię uwielbia.  – Wyraz  bólu na twarzy Aleksa sprawił, że 

Shannon ścisnęło się serce. 

– Wiem, ale to nie zmienia faktu, że nie potrafię nawiązać z nim kontaktu. Dlaczego mi to 

nie wychodzi?

Przypomniał się jej smutek w oczach Jeremy’ego i jego poczucie winy, kiedy wyznał, że 

boi się, iż zapomni, jak wyglądała jego matka. 

– Może chce cię chronić? – podsunęła nieśmiało. 
– Chronić? – spojrzał na nią ze zdziwieniem. Instynktownie czuła, że ma rację. 
–   Nie   ma   tu   żadnych   pamiątek   po   Kim,   nie   ma   jej   zdjęć,   rzadko   o   niej   mówisz   w 

obecności Jeremy’ego. Może myśli, że nie wolno mu mówić o matce, bo się wtedy smucisz? 
A jednak wciąż czuje pustkę. I musi się z tym borykać sam. 

– Przecież zajmuję się nim najlepiej, jak potrafię! To nie on ma mnie chronić, a ja jego!
– Doceń jego miłość i troskę o ciebie, Alex. Po śmierci Kim pewnie mu mówiono, że 

musi być dzielny, że tata go potrzebuje, żeby nie płakał... Wziął to sobie do serca i nosi 
ogromny ciężar. 

– Tak samo było z tobą? – spytał cicho. 
– To okrutne, gdy ludzie mówią, żebyś nie płakał i był dzielny, kiedy właśnie odszedł 

ktoś bardzo kochany. Okrutne i bezmyślne... 

Westchnął ciężko. Słowa Shannon były trafne, ale zarazem bardzo bolesne. Jednocześnie 

zaczynał ją rozumieć. Choć nauczyła się nie okazywać emocji, jednak to była tylko maska. 
Shannon nieustannie przeżywała skrajne uczucia, to one kierowały jej życiem. 

Jego rodzice akurat w tym byli podobni do niej i zaprowadziło ich to na dno piekła. 
Jednak Shannon miała to, czego im brakowało: dobroć i szlachetność. 
Zaczynał rozumieć, jak ekscytujące mogą być silne uczucia. Uciekał od nich, starał się, 

by jego życie było nudne, uporządkowane, bez emocjonalnych huśtawek. I wiedział już, jak 
wiele stracił. 

Shannon miała w sobie tyle magnetyzmu, tyle cudownego szaleństwa. Mężczyzna, który 

się z nią zwiąże, nie będzie już potrafił od niej odejść. Najwyżej z łóżka do włącznika światła. 
i biegiem z powrotem. 

– O czym myślisz? – zapytała szeptem. 
Alex   oddychał   głęboko.   Wiedział,   że   nie   powinien   nawet   pozwalać   sobie   na   takie 

marzenia. Shannon rozpalała jego wyobraźnię, a to nie było bezpieczne. 

Zamknął oczy, próbował przywołać w pamięci obraz Kim. Jedyne, co poczuł, był nagły 

przypływ poczucia winy. 

Zacisnął   pięści   z   mocnym   postanowieniem,   że   ze   względu   na   pamięć   zmarłej   żony 

postara się zachowywać godnie. Nie musiał być rozpaczającym wdowcem, ale nie powinien 
tak łatwo zapominać o miłości swojego życia. 

– Shannon, zmieniliśmy temat,  ale chciałbym  do niego wrócić... Nie powinniśmy się 

widywać.   Naprawdę   to   jest   tylko   mój   problem.   Jesteś   wspaniała,   ale   muszę   myśleć   o 
Jeremym. On jest dla mnie najważniejszy. 

Wbiła   wzrok   w   ziemię.   Bolało,   że   Alex   ją   odrzuca,   cierpiało   serce,   cierpiała   duma. 

background image

Najbardziej jednak żałowała, że nie będzie widywać się z Jeremym. 

– Rozumiem, że twój syn jest na pierwszym miejscu. Jednak sam mówiłeś, że potrafię do 

niego dotrzeć, i chcesz pozbawić go kontaktu ze mną? Myślę, że można to rozwiązać. Po 
prostu zostańmy przyjaciółmi i uważajmy, żeby nie robić twojemu synowi złudnych nadziei. 
Sąsiadka, przyszywana ciocia, to bardzo bezpieczne. No i dbajmy o to, żebyśmy byli tylko 
przyjaciółmi, kiedy zostaniemy sami – zakończyła twardo. 

Alex milczał długo, wreszcie powiedział:
– Mamy zostać przyjaciółmi, tak po prostu? Po tym, co się stało?
– A co niby się stało? – prychnęła. – Kilka buziaków i wszystko. A przyjaźń między 

kobietą a mężczyzną jest możliwa – klarowała z zapałem. – Nie musi prowadzić do łóżka. Są 
na to dowody – dodała z mądrą miną. Przecież Dylan, jej brat, przyjaźnił się z Kate Douglas 
od piaskownicy. .. aż do ślubu. Hm, to zły przykład, ale były na pewno jakieś inne. – Musimy 
tylko trochę nad tym popracować, Alex. 

– Dobrze – stwierdził bez przekonania. 
– Świetnie. Wiesz, jeszcze jestem na urlopie, więc gdybyś potrzebował, zawsze mogę 

posiedzieć z Jeremym. 

– To cudownie. Bardzo ci dziękuję. 
Wyciągnął do niej dłoń. Pożegnali się tak oficjalnie, że aż zachciało jej się śmiać, choć 

tak naprawdę wcale nie było jej do śmiechu. Już raczej do płaczu. Oczywiście w samotności. 

– No i co powiesz? Dobrze?
–   Ma   być   do   samej   góry.   –   Jeremy   podchodził   do   roli   kulinarnego   eksperta   bardzo 

poważnie. 

– W porządku. – Shannon dosypała mąki do miarki. – Teraz lepiej?
– Tak. 
Dodała mąkę do innych składników, które uprzednio znalazły się w misce, i spojrzała na 

mieszaninę   z   dziwnym   uczuciem.   Według   książki   kucharskiej   był   to   „niezwykle   prosty 
przepis   na   ciasteczka   imbirowe”.   Miała   jednak   wątpliwości,   czy   autor   książki   wziął   pod 
uwagę, że może z niej korzystać niejaka Shannon O’Rourke. 

Decyzja o tym,  że będą „tylko przyjaciółmi”, miała przynajmniej jedną dobrą stronę. 

Nawet jeżeli Alex odkryje, jaką ona jest ofermą w domowych sprawach, nie będzie to miało 
żadnego wpływu  na ich  dalszą znajomość. Może marne  to było  pocieszenie,  ale  zawsze. 
Mimo to nie paliła się do tego, żeby odkryć przed Aleksem prawdę, dlatego właśnie stała w 
jego kuchni i w asyście Jeremy’ego robiła świąteczne imbirowe ciasteczka. Kiedy Alex ją o to 
poprosił,   powinna   była   po   prostu   powiedzieć:   „Niestety,   nie   umiem”.   Nie   przyznała   się 
jednak, a teraz dzielnie starała się podołać zadaniu. 

Najgorsze, że robili te nieszczęsne ciasteczka w nie swojej kuchni. Drżała na myśl, że 

zaraz coś stłucze czy zepsuje. Na całe szczęście Alex robił coś na górze i nie obserwował jej 
kompromitujących poczynań. Wiedziała jednak, że kiedy wreszcie zejdzie na dół, wszystko 
się wyda. 

Dobrze, że przynajmniej Jeremy był zadowolony. Jego policzki pokrywały smugi mąki, 

background image

uśmiechał   się   od   ucha   do   ucha.   Warto   było   zgodzić   się   na   nieunikniony   uszczerbek   na 
honorze, żeby zobaczyć taki uśmiech. Przyjemnie też było utwierdzić się w przekonaniu, że 
Jeremy jest dzieckiem bardzo inteligentnym. Znał już takie słowa jak „mąka”, „cukier”, a 
nawet „imbir”, zupełnie zadziwiający zaś był fakt, że znał się na jednostkach miar. 

Skoro   zaś   był   taki   bystry,   z   pewnością   doskonale   odróżniał   prawdziwą   chorobę   od 

symulowania.   Postanowiła   wykorzystać   okazję   i   uciąć   sobie   z   nim   teraz   umoralniającą 
pogawędkę. 

– Jeremy, znasz legendę o chłopcu, który wołał, że wilk jest we wsi?
– Nie. Opowiesz mi?
– Pewnemu pastuszkowi polecono, by ostrzegał wioskę, jeśli pojawi się wilk. To było 

bardzo odpowiedzialne i ważne zajęcie, bo w wiosce było dużo owiec i wilk mógłby je zjeść. 

– A jak ten chłopiec miał na imię?
– Bob – wymyśliła szybko. – Bob?
– Tak, Bobby. No więc Bobby bardzo lubił zajmować się owcami, ale czasami mu się 

nudziło. Wtedy wołał: „Wilk we wsi!” i robiło się ciekawie. Wszyscy rzucali swoją pracę i 
pędzili co sił w nogach, żeby przepędzić groźne zwierzę. A kiedy już się zleciała cała wioska, 
Bobby zaśmiewał się do rozpuku. 

– To nieładnie. 
–   Bardzo   nieładnie.   Niestety   Bobby   zrobił   taki   żart   kilka   razy   i   mieszkańcy   wioski 

przestali mu wierzyć. Aż pewnego razu wilk naprawdę przyszedł do wioski. 

– I co? – dopytywał się podniecony Jeremy. Shannon pomyślała, że złagodzi bajkę, w 

której wilk pożarł wszystkie owce, bo dla czterolatka byłoby to zbyt drastyczne. A może nie? 
Musi to skonsultować z Aleksem. 

– Wołał i wołał, ale nikt z wioski się nie pojawił i sam musiał przepędzić wilka. Udało 

mu się, lecz niepotrzebnie naraził się na wielkie niebezpieczeństwo. 

– Mogło mu się nie udać... – Jeremy pokiwał smutno głową. 
– Właśnie. Rozumiesz, dlaczego to takie ważne, żeby Bobby zawsze mówił prawdę? – 

zapytała, łagodnie strzepując mąkę z jego policzków. – Ty też mówisz, że źle się czujesz, a 
tak   naprawdę   po   prostu   nie   chcesz   chodzić   do   przedszkola   i   masz   nadzieję,   że   tata   też 
zostanie   w   domu,   choć   przecież   musi   pracować.   No   i   tata   już   nie   wie,   czy   naprawdę 
chorujesz, czy tylko udajesz. 

Jeremy wydął wargi, oparł się buntowniczo łokciami o stół. 
– Ja nie lubię przedszkola! – wyrzucił z siebie gniewnie. – Dlaczego mamusia musiała 

umrzeć?

Przez długie lata też pytała sama siebie: „Dlaczego tata umarł?”. 
– Nie wiem – odpowiedziała miękko. – Wiem jednak, że na pewno nie chciała cię opuścić 

i bardzo cię kochała. – Usiadła obok Jeremy’ego. Pieczenie ciasteczek mogło poczekać. – 
Opowiedz mi o swojej mamie. 

Alex stał pod drzwiami kuchni. Zasłyszany fragment rozmowy sprawił, że zatrzymał się 

w pół kroku. Walczyły w nim sprzeczne uczucia: wciąż jeszcze świeży ból po stracie Kim, 

background image

ogromna wściekłość na okrutny los i nadzieja, że dzięki Shannon Jeremy się otworzy. 

Stracił dech w piersiach, kiedy jego synek z szybkością karabinu maszynowego zaczął 

opowiadać,   jak   mama   chodziła   z   nim   nad   staw,   żeby   puszczać   papierowe   łódki,   jak 
opowiadała mu bajki na dobranoc, jak piekli w kuchni ciastka i jak mama ślicznie śpiewała 
różne piosenki. Alex myślał, że Jeremy jest za mały, żeby to wszystko pamiętać, a jednak 
okazało się, że pamiętał niemal każdą chwilę. 

Spojrzał na wygrzebaną na strychu fotografię. Było to jedno z nielicznych zdjęć, które 

zachował.  Byli  na  nim  we  troje. Pod  spodem  zaś   było   zdjęcie  Kim  z  dużym   brzuchem, 
uśmiechniętej i dumnej, na parę dni przed rozwiązaniem. 

Zastanawiał się, czy dotąd nie wyciągał tych zdjęć ze względu na siebie, czy chciał w ten 

sposób chronić Jeremy’ego. Jak długo jednak można zaprzeczać, że jakieś uczucia istnieją, po 
prostu nie mówiąc i ukrywając związane z nimi pamiątki?

– To musiało być  bardzo śmieszne, kiedy twoja mama  tak się przebrała – usłyszał z 

kuchni. 

– Tak, mama przypięła wąsy i poruszała nosem, a wąsy się ruszały jak u kotka. 
Głęboko poruszony słuchał, jak jego synek chichocze. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, 

jak   dawno   już   nie   słyszał   śmiechu   Jeremy’ego,   który   właśnie   opowiadał,   jak   Kim   się 
przebrała  na ubiegłoroczny Halloween.  Była  już wtedy bardzo chora, a jednak wykonała 
nadludzki   wysiłek,   żeby   Jeremy   mógł   się   cieszyć   jak   inne   dzieci.   Zawsze   przykładała 
ogromna wagę do tego, żeby różne święta były dla jej rodziny wyjątkowe. To był magiczny 
czas dla Kim i jej „mężczyzn”. 

Zmógł w sobie wzruszenie i wszedł do kuchni. Oczy Jeremy’ego lśniły, policzki były 

zaróżowione. Alex posłał Shannon spojrzenie pełne wdzięczności. Niestety zwrócił zarazem 
uwagę, jak pięknie i pociągająco wygląda. Przyjaźń z Shannon O’Rourke była ciężką próbą 
charakteru. 

A jednak, choć nie wierzył  w ingerencję sił nadprzyrodzonych  w ludzką egzystencję, 

musiał przyznać, że wkroczenie Shannon w ich życie tak właśnie wyglądało. To nie mógł być 
ślepy traf, ktoś tam, na górze, dobrze to wymyślił... 

– Jeremy, znalazłem zdjęcia mamusi – powiedział. – Zobacz, na tym jesteś również ty. – 

Podał mu fotografię Kim tuż przed rozwiązaniem. 

–   Nie,   tu   mamusia   jest   sama   –   powiedział   malec,   ale   wpatrywał   się   w   zdjęcie   z 

zachwytem. 

– Nieprawda. – Alex wskazał palcem brzuch Kim. – Jesteś tutaj. I dlatego mama się tak 

uśmiecha, bo czeka na ciebie. Urodziłeś się za parę dni i to był najpiękniejszy dzień w jej 
życiu. 

Podniósł wzrok znad główki syna i popatrzył na Shannon. Oprócz uczucia wdzięczności 

przepełniały go inne emocje, znacznie trudniejsze do zdefiniowania. Shannon w jakiś sposób 
sprawiła, że zmienił swój stosunek do ludzi. To dzięki niej tak bardzo zaangażował się w 
sprawę   wykorzystanej   studentki.   Nie   unikał   już   spojrzenia   pełnych   łez   oczu   Rity   i   ze 
wszystkich sił wspierał ją w samotnej walce. Dawniej zachowałby dystans, oczywiście jakoś 
by   pomógł,   gdyby   dziewczyna   go   o   to   poprosiła,   ale...   Także   postawa   Shannon,   obcej 

background image

przecież osoby, wobec Jeremy’ego zmieniła jego spojrzenie na świat. Zrozumiał, czym jest 
empatia, umiejętność przeżywania uczuć innych ludzi, i płynąca stąd szczera, bezinteresowna 
chęć pomocy. 

– Co powiecie na pizzę na kolację? – zaproponował lekko. – Może pójdziemy do tej 

nowej włoskiej restauracji, którą wszyscy tak chwalą?

– Super! – wykrzyknął Jeremy. 
– Shannon?
– A co z ciasteczkami?
– Zostawcie to na później. Chyba że masz nas dosyć i chcesz sobie zrobić wychodne. 
– Wiesz przecież, że nie mam was dosyć. – Posłała mu nieodgadnione spojrzenie. 
– No to idziemy. Ubierzcie się, a ja włączę ogrzewanie w samochodzie. 
Na zewnątrz było chłodno i dżdżysto, chmury szczelnie zakrywały niebo. Dopiero po 

kilku minutach wnętrze dżipa ociepliło się do odpowiedniej temperatury. 

– Nie wiem, czy to dobry pomysł – powiedział po powrocie do mieszkania. – Pogoda jest 

paskudna. 

– Mnie to nie przeszkadza – uśmiechnęła się Shannon. – W końcu już czas na świąteczną 

aurę. 

– Nie nazwałbym marznącej mżawki świąteczną aurą. – Też się uśmiechnął. 
–   Potrzeba   nieco   wyobraźni.   Tutaj   rzadko   się   zdarza   białe   Boże   Narodzenie,   ale   w 

powietrzu   unosi   się   zapach   palonych   w   kominkach   drew   i   choinek,   wszędzie   migoczą 
światełka jak malutkie klejnoty. 

Potrząsnął głową z niedowierzaniem, a jednak, kiedy szli do samochodu, poczuł zapach 

świeżej choinki i palonego w kominkach drewna. Na wszystkich domach migotały świąteczne 
dekoracje. Specjalnie przeprowadził się właśnie tutaj, gdzie nic nie przypominało rodzinnej 
Minnesoty. Tam na Boże Narodzenie zawsze był śnieg. Jednak tu też było pięknie z tymi 
wszystkimi   przystrojonymi   świątecznie   sosnami   i   cedrami,   wypełniającymi   powietrze 
niepowtarzalnym zapachem lasu. No i była Shannon... 

Ta myśl go zdenerwowała. Fascynacja, pożądanie, to jedno, natomiast... Nie chciał znowu 

kogoś potrzebować. 

– Coś się stało? Posmutniałeś. 
Zdobył się na uśmiech. Shannon była bardzo dobrym człowiekiem i zrobiła wiele dla jego 

syna, ale przesadą byłoby myśleć, że jej potrzebuje. Stanowczo musi wziąć się w garść. 

– Nic takiego. Bardzo lubię śnieg, szczególnie w Boże Narodzenie. 
– Czasami i tutaj pada śnieg, ale na ogół dopiero w styczniu i szybko się topi. Chociaż, 

może nam się poszczęści i spadnie na nas arktyczna burza znad Kanady? – zażartowała. 

Z prawdziwą ulgą zaczął rozmyślać o śniegu, temacie raczej neutralnym. Zastanawiał się 

usilnie, gdzie schował łopatę do śniegu. Próbował również obliczyć czas, jaki zajęłoby mu 
odśnieżenie podjazdu jego i Shannon. 

Przecież   odśnieżyłby   podjazd   każdemu   zaprzyjaźnionemu   sąsiadowi,   a   Shannon   była 

zarówno jego sąsiadką, jak i przyjaciółką. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Alex z wściekłością przeglądał plik gazet rozłożonych na biurku i próbował ignorować 

odgłosy dochodzące z kuchni. Jeremy przypomniał sobie o ciasteczkach i o godzinie piątej 
rano domagał się od nieprzytomnego ojca odpowiedzi na pytanie, czy może zadzwonić do 
Shannon i poprosić ją o pomoc w lepieniu „imbirowych człowieków”. 

– Mówi się „ludziki” – poprawił go mechanicznie. 
– Shannon mówiła „człowieki”. 
– Nie, na pewno powiedziała „ludziki”, a nie „człowieki” – upierał się Alex, chociaż 

ostatnią  rzeczą,  na jaką miał  ochotę o piątej  nad ranem,  było  prowadzenie  semantycznej 
dyskusji z czteroletnim dzieckiem. 

– Shannon nie mówi „ludziki” – powiedział Jeremy płaczliwym tonem. 
– Niech ci będzie – ustąpił. Widocznie wszystko, co powiedziała Shannon, było absolutną 

świętością   i  podważanie   tego  nie  miało  najmniejszego  sensu.  W  końcu  chodziło   tylko  o 
ciastka. 

– To zadzwoń. – Jeremy podał mu słuchawkę. 
– Nie miałem na myśli, że możemy zadzwonić. Zgodziłem się tylko, że z ciasta robi się 

„imbirowe człowieki”. – Alex zastanawiał się, dlaczego świat musi być tak urządzony, że 
dzieci wstają wtedy, kiedy dorośli jeszcze w najlepsze śpią. 

– Nie możemy o tej porze dzwonić do Shannon. Na pewno chce się wyspać, jest przecież 

na urlopie. 

Jeremy nie oponował, ale widać było, że ta informacja go zasmuciła. Już po prostu nie 

mógł się doczekać. Nie miał zamiaru wracać do swojego łóżeczka, tylko wpełzł do łóżka taty 
i przez trzy bite godziny opowiadał mu o swojej rozmowie z Shannon. W efekcie Alex był 
zupełnie nieprzytomny. 

Kiedy   wreszcie   około   dziewiątej   zdecydował   się   zadzwonić,   miał   świadomość,   że 

wyglądali z Jeremym co najmniej jak Śpioszek i Gapcio z bajki o siedmiu krasnoludkach i 
sierotce Marysi. Poskładał papiery i zszedł do syna. Shannon już przyszła. Leżeli z Jeremym 
przed choinką. Alex nieomal ze złością zastanawiał się, jak to jest możliwe, że ta kobieta 
zawsze wyglądała tak, jakby właśnie wyszła z salonu spa. Promieniała świeżością i radością 
życia   od   samego   rana.   Nastawiła   płytę   z   kolędami   i   bawili   się   z   Jeremym   kolejką. 
Mimowolny uśmiech wypłynął Aleksowi na twarz. 

Shannon   leżała   na   brzuchu   i   poruszała   do   rytmu   odzianymi   w   dopasowane   dżinsy 

nogami.   Miała   bose   stopy   i   paznokcie   pomalowane   na   ciemny   róż.   Całości   dopełniała 
koszulka z napisem „Drogi Mikołaju, przynieś mi na święta gwiazdkę z nieba”. Wyglądała w 
tym   stroju   i   z   rozpuszczonymi,   nieco   potarganymi   włosami,   jak   zbuntowana   nastolatka, 
chociaż Alex domyślał się, że dobiegała już trzydziestki. 

Jeremy leżał obok niej i śpiewał „Jingle Bells”, mocno zresztą fałszując. Tibblesa nie 

było widać nigdzie w pobliżu. 

– Hej, myślałem, że pieczecie ciasteczka – przywitał ich szerokim uśmiechem. 

background image

– Ciasto musi postać trochę w lodówce przed rozwałkowaniem – wyjaśniła Shannon. – A 

ty nie powinieneś poprawiać prac semestralnych?

– Zrobiłem sobie małą przerwę. 
– Opracowałeś już pytania na egzamin?
– Tak, ale muszę jeszcze przygotować zestawy na egzamin poprawkowy. 
– To miłe, że dajesz im drugą szansę. Większość profesorów niechętnie się umawia na 

poprawki. 

– Każdy profesor dałby drugą szansę tak czarującej studentce jak ty. 
– Wszystko zawsze zdawałam w terminie – odparła, udając, że nie zauważa tonu flirtu w 

jego głosie. – Byłam idealną studentką. 

–  Idealnie   punktualną  czy idealnie   obkutą?   Są różni  studenci.   Na przykład   niektórzy 

zakładają się i na golasa kąpią się w zimie w jeziorze Waszyngton. Ci z kolei są uwielbiani 
przez kolegów, którzy uważają ich za „idealnych kumpli”. 

– Nikt przy zdrowych zmysłach nie kąpie się w zimie w jeziorze Waszyngton – zaśmiała 

się Shannon. – Co prawda jeden z moich braci się wykąpał, ale on, jak to mój brat, jest 
nienormalny, więc się nie liczy do statystyk. 

– Co to znaczy „na golasa”? – dopytywał się Jeremy.  Alex zaklął w myślach. Wciąż 

zapominał, że przy bystrym czterolatku trzeba zważać na każde słowo. 

– „Kapać się na golasa” to znaczy pływać bez kostiumu czy spodenek. Niektórzy myślą, 

że to świetna zabawa, ale w rzeczywistości jest to coś strasznie głupiego, szczególnie kiedy 
jest zimno – pośpieszyła z wyjaśnieniem Shannon. 

– Aha. – Malec wrócił z zapałem do ustawiania na torach wagoników kolejki. 
Alex zachodził w głowę, jakim sposobem Shannon potrafiła tak szybko i prosto wszystko 

wytłumaczyć i rozwiązać problem, a jemu nastręczało to zawsze tak wielu trudności. 

Uśmiechnęła się do niego porozumiewawczo, odpowiedział tym samym. Obiecał sobie, 

że spróbuje się odwdzięczyć, kiedy Shannon będzie miała dzieci. Jeśli odziedziczą po niej 
charakter, z pewnością będzie musiała się borykać z odpowiedziami na znacznie trudniejsze 
pytania. Nie podzielił się z nią jednak tym pomysłem. Wiedział już, że ten temat z jakichś 
powodów jest dla niej niewygodny. Ostatnio, kiedy ją o to zaczepił, bardzo się zasmuciła. 

– Muszę zrobić sobie kawę – powiedział po chwili. – Też się napijesz?
– Tak, dzięki. 
Wiedziała, jak bardzo jest zmęczony. Na pewno Jeremy nie dawał mu się wyspać. Poza 

tym doktor McKenzie musiał również do późnej nocy oceniać prace semestralne, a nie był 
chyba skowronkiem. 

Shannon   przeciwnie.   Wstała   o   szóstej   rano,   napisała   kilka   maili   i   przejrzała   raporty, 

zadzwoniła   też   do   Kane’a   z   informacją,   że   ma   zamiar   skorzystać   z   jego   propozycji   i 
wykorzystać  cały urlop za kończący się rok. To oznaczało,  że miała  jeszcze prawie dwa 
tygodnie wolnego. I zamierzała dobrze się bawić. 

Zachciało jej się śmiać. Do tej pory zupełnie inaczej pojmowała „dobrą zabawę”. Nie 

podejrzewała   siebie   o   to,   że   tak   dużo   radości   może  jej  przynieść   opieka   nad   cudzym 
dzieckiem i pieczenie ciasteczek imbirowych. Nikt z rodziny czy znajomych nie uwierzyłby, 

background image

w   jaki   sposób   Shannon   spędzała   urlop.   Jej   nieudolność   w   kuchni   stała   się   wręcz 
przysłowiowa, na przykład w pracy miała zakaz wstępu do kuchni, wydany po tym, jak dwa 
razy doprowadziła tam do niegroźnego na szczęście pożaru. 

– Nie uśmiechaj się tak złośliwie, bo pomyślę, że to ja jestem przedmiotem tej złośliwości 

– powiedział Alex, stawiając dwa kubki z dymiącym napojem na stole. Zaraz potem opadł 
ciężko na krzesło. 

– A skąd ten pomysł? – zapytała niewinnie. 
– Nie udawaj, snuję się po domu jak cień i wygaduję jakieś głupoty. 
– A spałeś w ogóle w nocy?
– Tylko trochę. Jeremy wstał o piątej rano i uznał, że ja też się już wyspałem. Ponadto 

wiedliśmy   zajmujący   spór   o   to,   czy   ciasteczka,   które   robicie,   to   „imbirowe   ludziki”   czy 
„człowieki”. 

– Powiedziałam „człowieczki”, bo „ludziki” są zbyt pospolite, a chciałam, żeby nasze 

ciastka były wyjątkowe. 

– Aha, w takim razie następnym razem pozwolę, by Jeremy ciebie obudził w środku 

nocy, jak będzie chciał rozstrzygnąć jakąś istotną językową kwestię. 

– Piąta rano to nie jest środek nocy. 
– Aha, skowronek. 
– Aha, sowa. 
– A więc należysz  do tych  upiornych  dziwaków, którzy wstają skoro świt i tryskają 

radością życia. – Uśmiechnął się złośliwie. – Gdy zaś przyzwoici ludzie, jak Bóg przykazał, 
powoli i dostojnie dochodzą do siebie między dziewiątą a dziesiątą rano, za to pracują do 
pierwszej czy drugiej w nocy. – Upił solidny łyk kawy i przez moment miał taką minę, jakby 
chciał ją wypluć. – Gorąca! – krzyknął z takim wyrzutem, że Shannon aż się roześmiała. 

– Przecież sam ją zrobiłeś przed chwilą! Jaka niby miałaby być?
– I co, nie budzi się w tobie instynkt opiekuńczy? Nie biegniesz do lodówki po lód, by 

ratować mój poparzony język?

– Raczej nie chcesz, żeby ktoś ci matkował. 
– To prawda. 
– Więc już wiesz, dlaczego nie pędzę po lód. 
– Ładna z ciebie przyjaciółka. – W jego oczach zagościł nieodgadniony błysk. 
Shannon   umiejętnie   ukryła   uczucie   przykrości.   Alex   nie   musiał   na   każdym   kroku 

przypominać   o   ich   umowie.   Miała   też   niemiłą   świadomość,   że   jedynym   powodem,   dla 
którego zgodził się na taki układ, był Jeremy. Cała historia ich znajomości byłą kolejnym 
dowodem  na to,  że  związki   damsko-męskie  były  dla  niej   pasmem  katastrof.  Pijąc  kawę, 
dokonała przeglądu swoich dotychczasowych partnerów. Niektórzy chcieli ją wykorzystać, 
miała tylko otworzyć drzwi do gabinetu Kane’a, który dzięki swym wpływom i pieniądzom 
mógł tak wiele. Inni mieli alergię na małżeństwo, za to uwielbiali szybkie numerki. Jeszcze 
inni zaś marzyli o kurze domowej, która sterczy przy garach, zajmuje się dziećmi i nie zadaje 
niepotrzebnych pytań. 

Z   tej   ostatniej   grupy   najgorszy   okazał   się   chłopak,   który   był   jej   wielką   miłością   na 

background image

studiach. Stwierdził mianowicie, że Shannon na żonę zupełnie się nie nadaje, nie posiada 
bowiem najmniejszych talentów na polu zajmowania się domem i w ogóle jest mało kobieca. 
Przed zerwaniem zaś młodzian ten upewnił się, że wszyscy znajomi poznali jego opinię oraz 
powód rozstania z Shannon. O dziwo, znaleźli się tacy, którzy wcale nie uznali tego typka za 
humorystyczny relikt przeszłości... 

Zawsze sobie żartowała z powodu ich zerwania, ale ból i upokorzenie dawały o sobie 

znać do teraz. Nikt jednak nie miał pojęcia o tym, jak głęboko Shannon to rozstanie przeżyła. 
Była przecież mistrzynią w kamuflowaniu swych uczuć, szczególnie gdy chodziło o poczucie 
krzywdy, przykrości czy żalu. 

– Oj, coś mi się wydaje, że też jesteś trochę śpiąca. – Głos Aleksa wyrwał ją z rozważań o 

tak bardzo nieudanym życiu uczuciowym. 

Kofeina najwyraźniej zaczęła już działać, bo wydawał się znacznie przytomniejszy niż 

parę chwil temu. 

– Nie, ale twoja kawa z pewnością postawiłaby na nogi umarłego. 
– Aż taka mocna? Zawsze taką piję. 
Ze smutkiem pomyślała, że dla jej serca o wiele bardziej szkodliwe jest przebywanie w 

towarzystwie Aleksa niż kofeina. Za wszelką cenę musiała zwalczyć to uczucie, bo inaczej 
znowu czeka ją ból. 

– Powiedzmy, że nie jest to najsłabsza kawa, jaką piłam. 
– Myślałem, że ranne ptaszki nie potrafią funkcjonować bez sporej dawki kofeiny. Skądś 

się musi brać cała ta energia od świtu. 

– Ja mogłabym się obyć bez kawy, ale trudno mi wypowiadać się w imieniu wszystkich 

skowronków. – Kreśliła dłonią jakieś figury na stole. Dlaczego wszystko nie może być tak 
proste jak jej relacje z Jeremym? Dopóki Alex nie zszedł na dół, leżeli sobie na podłodze, 
bawili   się   kolejką,   podśpiewywali   kolędy,   a   ją   wypełniało   uczucie   radości   i   wewnętrzny 
spokój. Dzieci posiadają magiczną umiejętność oddalania trosk. Działają jak balsam. – Nie 
przepadasz za tym, żeby ktoś ci matkował – powiedziała z zadumą. Nosiła się z pewnym 
pomysłem, mianowicie chciałaby zaprosić Aleksa i Jeremy’ego na święta do swojego domu 
rodzinnego,   a   Pegeen   O’Rourke   miała   w   zwyczaju   matkować   każdemu,   czy   sobie   tego 
życzył, czy nie. 

– Jestem dużym chłopcem, nie potrzebuję opieki. 
– Uważaj, żebyś się z tym nie wyrwał przy mojej matce, jak się poznacie. W głębi duszy 

zawsze  marzyła,   żebyśmy  nigdy nie   dorośli,  jestem   o  tym  przekonana.  Od  kiedy  jednak 
pojawiły się wnuczęta, trochę nam odpuściła, za to je rozpieszcza bez umiaru. 

– Z tego, co opowiadasz, wydaje się bardzo miłą osobą. 
– Miła i serdeczna, wszyscy tak mówią. – Nie zapytała jednak o matkę Aleksa. Pamiętała, 

że wypowiadał się o rodzicach niezbyt pochlebnie. Po tym, co mówił o swoim dzieciństwie, 
decyzja o małżeństwie  musiała być  dla niego wyjątkowo trudna. Kim była  miłością  jego 
życia. Shannon poczuła lekkie ukłucie zazdrości. Jej pewnie nie będzie dane zaznać takiego 
uczucia.   –   Myślę,   że   ciasto   wystarczająco   długo   postało   w   lodówce.   –   .   Podniosła   się 
dziarsko. Nikt by się nie domyślił, jak wielki smutek gościł w jej sercu. – A ty nie masz 

background image

przypadkiem jakichś prac do sprawdzania? – zapytała Aleksa z uśmiechem. 

– Że też musiałaś mi przypomnieć! A było tak miło... 
– Od tego ma się przyjaciół, nieprawdaż? Dbam o twoje interesy, nie chcę, żebyś robił 

wszystko na ostatnią chwilę – odparła z nutką sarkazmu w głosie. 

–   A   co   do   tego   matkowania...   W   sumie   nie   mam   nic   przeciwko   temu,   jeżeli   nie 

przekracza pewnych granic. Miałem na myśli te wszystkie kobiety, które po śmierci Kim 
próbowały matkować nie tylko Jeremy’emu, ale również mnie. Aż się paliły, żeby zająć jej 
miejsce, to było wręcz niesmaczne. Wolę kobiety w twoim stylu. 

Zakrztusiła   się   kawą.   Co   on   znowu   miał   na   myśli?   Może   chciał   podkreślić,   że 

odpowiadają mu kumplowskie stosunki? A może niechcący wyrwało mu się, że Shannon 
jednak mu się podoba?

– Wiesz, na pewno robiły to z dobroci serca, przynajmniej częściowo. – Zarazem skarciła 

się   w   duchu   za   podsycanie   w   sobie   nadziei   na   związek   z   Aleksem,   choć   sprawa   była 
przegrana. – To co, Jeremy, robimy imbirowe człowieczki?

Alex kolejny już raz czytał jedną z prac semestralnych, starając się znaleźć powód, dla 

którego   mógłby   autora   przepuścić   na   następny   semestr,   gdy   nagle   poczuł   ostry   zapach 
spalenizny. W tym samym momencie w mieszkaniu włączył się alarm przeciwpożarowy. 

Błyskawicznie ruszył na dół. 
– Shannon! – Chwycił gaśnicę i wpadł do kuchni. Całe pomieszczenie wypełniały gęste 

kłęby dymu. 

– Nie trzeba – powiedziała Shannon, zanosząc się od kaszlu. – Wszystko jest pod kontrolą 

– dodała z przekonaniem, wrzucając kolejnego zwęglonego ludzika do zlewu pod strumień 
wody, a potem zaczęła wymachiwać zwilżoną ścierką, by pozbyć się dymu. 

Dla   pewności   Alex   popsikał   pianą   z   gaśnicy   na   piecyk   i   zlew,   potem   wyprowadził 

Shannon i Jeremy’ego z kuchni tylnym wyjściem na podwórko. 

– Zostańcie tu – nakazał im, a sam wrócił do kuchni, gdzie pootwierał wszystkie okna i 

włączył wywietrzniki. Kiedy upewnił się, że nic się nie zapaliło, zarzucił kurtkę na alarm, 
żeby go trochę uciszyć. 

– W porządku, możecie wracać – powiedział, otwierając drzwi na podwórko. Shannon 

przytulała Jeremyego, próbując go ogrzać, sama zaś drżała z zimna. – Wejdźcie do środka, 
już nie ma dymu. 

– Idź do kuchni, ogrzejesz się – powiedziała do chłopca, sama jednak się nie ruszyła. 
– A ty? – zapytał Alex. 
– Myślę, że lepiej będzie, jeśli już pójdę do domu – odparła łamiącym się głosem. 
– Dlaczego?
– Po prostu tak będzie lepiej – stwierdziła oschle, lecz po jej policzku spłynęła łza. 
Pomyślał ze złością, że nie wie, jak zareagować. Z jednej strony chodziło tylko o jakieś 

durne ciastka, z drugiej jednak czuł, że dla niej sprawa jest o wiele ważniejsza i jeśli pozwoli 
jej   teraz   wrócić   do   domu,   Shannon   zniknie   z   ich   życia.   A   to   dopiero   byłby   powód   do 
zmartwienia, znacznie poważniejszy niż kilka zwęglonych imbirowych ludzików. 

background image

– Dlaczego tak uważasz?
– Tak mi przykro, że spaliłam te ciastka. Powinnam była ci się od razu przyznać do mojej 

kulinarnej abnegacji, ale miałam nadzieję, że jak znajdę łatwy przepis i będę uważać, to nic 
się nie stanie. Jak widać, bardzo się myliłam. 

Ruszyła szybkim krokiem przez mały trawnik dzielący ich podwórka. Alex nie znosił 

trudnych, zagmatwanych zagadek psychologicznych. Przecież Shannon nie płakała z powodu 
głupich ciastek. Wyraźnie trapiło ją coś więcej. 

– Proszę cię, nie idź – rzucił spontanicznie. 
Niestety   tylne   wejście   od   strony  podwórka   było   zamknięte,   musiała   więc   zawrócić   i 

jeszcze   raz   przejść   koło   Aleksa,   żeby   dostać   się   do   frontu   domu.   Pilnowała   się,   by   nie 
spojrzeć na niego. 

– Hej, wszystko w porządku – powiedział cicho, przytulając ją delikatnie. 
Jego miły i ciepły uśmiech sprawiał, że Shannon poczuła się bezpiecznie. Od czasu ich 

gorących pocałunków Alex często gościł w jej snach. Ale co z tego, skoro ją odrzucił?

Nie powinna się łudzić. Jego serce było okolone bardzo wysokim i mocnym murem. 
– Nic nie jest w porządku – powiedziała. – Łatwo ci tak mówić, bo mnie nie chcesz, więc 

ci wszystko jedno. Dla mnie to jednak ma znaczenie. 

– Shannon, to nie tak, że cię nie chcę... 
Och, dobrze znała ten ton! Delikatny, gładki, by nie zranić jej uczuć... 
– Naprawdę przestań  się mną  przejmować.  To  mój  problem.  Nie  musisz  mi  niczego 

tłumaczyć. 

Chciała jak najszybciej zostać sama. Nienawidziła poczucia, że coś jej tak strasznie nie 

wyszło. Musiała się uspokoić, skupić się na czymś innym. 

– Tylko że ja chcę z tobą rozmawiać i chcę się tobą przejmować. .. 
Ten ton również znała. Niski, nieomal koci pomruk... 
– Alex, to nie ma... 
Nie dokończyła, bo zamknął jej usta namiętnym pocałunkiem. Przez moment próbowała 

się opierać, wiedziała bowiem, że kiedy fala namiętności minie, Alex będzie żałował, że dał 
się ponieść emocjom. A jednak się poddała... bo bardzo tego pragnęła. W głowie jej szumiało, 
traciła kontrolę nad własnym ciałem. Do czego ich to zaprowadzi? Może... 

Nagle rozległ się przeraźliwy pisk. 
– Miau – usłyszeli znowu. 
Shannon wspięła się na palce i spojrzała nad ramieniem Aleksa. Spod krzaka wyglądała 

główka   kociaka.   Ogromne   oczy,   wielkie   uszy   i   prawie   nic   poza   tym.   Spojrzał   na   nią   i 
zapiszczał żałośnie. 

–   Biedactwo!   –   Klęknęła   i   powoli   wyciągnęła   ku   niemu   dłoń.   –   Chodź   do   mnie.   – 

Zwierzak   spojrzał   na   nią   nieufnie.   –   Chodź,   malutki,   nic   ci   nie   zrobię   –   zachęcała   go 
łagodnym głosem. 

Alex słuchał słodkiego głosu i zastanawiał się, czy ktoś w ogóle byłby w stanie nie zrobić 

tego, czego Shannon sobie życzyła. Cholera, jak to się mogło stać, że znowu się całowali? To 
nie jej wina. Chciała przed nim uciec, a kiedy zaczął ją całować, w pierwszej chwili opierała 

background image

się. 

Kociak zrobił kilka niepewnych kroków w stronę wyciągniętej dłoni. 
– Chodź, koteczku, no chodź... 
– Miau... 
– Tak, wiem, malutki. Wszystko już będzie dobrze, chodź do mnie. 
Gdy podniosła kotka i przytuliła do siebie, Alex westchnął mimowolnie. To był naprawdę 

piękny widok, gdy tak tuliła do piersi małego, brudnego zwierzaka... Zaraz jednak zapaliło 
mu się w głowie ostrzegawcze światło. Takich uczuć powinien za wszelką cenę unikać. 

– Shannon, musimy porozmawiać o tym, co się stało. 
– Mój Boże! Przestań tak dramatyzować! – rzuciła niecierpliwie. – Byłam zdenerwowana 

i smutna, a ty mnie pocałowałeś. Chciałeś mnie pocieszyć jak prawdziwy przyjaciel. Dziwię 
się, że się ze mnie nie śmiałeś. 

– Dlaczego miałbym się śmiać?
– Nie pamiętasz już? Siwy dym wypełniający całą kuchnię i alarm przeciwpożarowy, a ja 

miotam się z wilgotną ścierką. Przecież musiałam wyglądać jak idiotka!

No tak, te nieszczęsne ciastka... Zdążył już zapomnieć o powodzie, dla którego Shannon 

uciekała z jego podwórka. Poczuł pewną ulgę, że nie potraktowała jego pocałunków zbyt 
serio. 

– Nie dramatyzuję. Miałem na myśli kota – skłamał gładko. – Co masz zamiar z nim 

zrobić?

– Wezmę go do domu, rzecz jasna. 
– Jeśli myślisz  o tym,  żeby podarować go w prezencie  świątecznym  Jeremy’emu,  to 

wybij to sobie z głowy. 

– Mam zamiar go zaadoptować. Nie mam jednak ani kropli mleka, muszę więc skorzystać 

z sąsiedzkiej pożyczki. 

Przeszła   obok   niego   jakby   nigdy   nic.   Jakby   przed   kwadransem   nie   całowali   się   jak 

szaleni. Alex miał dziwne uczucie, że Shannon nie mówi mu czegoś ważnego, ponieważ 
jednak nie miał pojęcia, co to mogło być, skupił się na prawdziwych problemach. 

– Poczekaj tutaj. Jeremy zobaczy tego kociaka i będzie go chciał wziąć do nas. 
– Nie histeryzuj, wszystko mu wytłumaczę. 
– Mężczyźni nie histeryzują!
– Jasne, nigdy – odrzekła protekcjonalnym tonem i weszła do jego domu. 
Od kiedy spotkał tę niezwykłą kobietę, Alex czuł się jak na karuzeli. Miał wrażenie, że 

przestaje decydować o swoim i Jeremy’ego losie. 

– Koty zwykle wylizują sobie futerko po posiłkach – objaśniała Shannon siedzącemu na 

jej kolanach Jeremyemu. – Dlatego ten jest taki brudny, bo rzadko zdarzało mu się jadać. 

– Nic mu nie jest?
– Chyba  nie. Zawiozę go jutro do mojego  brata. Connor jest doktorem od kotków i 

piesków i dokładnie go zbada. 

– On się chyba boi. 
– Wiesz, dużo czasu błąkał się po ulicach. Na pewno chce być kochany, ale zajmie mu 

background image

trochę czasu, zanim komuś zaufa – wyjaśniała cierpliwie. 

– A jak ma na imię? – Jeremy umościł się wygodniej na kolanach Shannon, z zachwytem 

przyglądając się kotu. 

– Jeszcze nie wiem. Koty zdradzają swoje imiona tylko wtedy, kiedy komuś zaufają. Na 

pewno ci powie, jak będzie już gotowy. – Pocałowała Jeremy’ego w czoło. 

– Shannon, nie opowiadaj historyjek – ostrzegł ją Alex szeptem. Bał się, że syn będzie 

chciał zatrzymać kotka u siebie. – Za dużo w tym fantazji. 

Spojrzała na niego z wyrzutem. Dzieci uwielbiały różne zwariowane opowieści, same je 

tworzyły,  jeśli nie tłumiło się ich wyobraźni. Mały Jeremy wystarczająco boleśnie odczuł 
rzeczywistość. 

Poza tym była na Aleksa zła. Jego z trudem skrywana ulga, kiedy powiedziała, że ich 

pocałunek   był   jedynie   przyjacielski,   była   wręcz   obraźliwa.   I   ona,   i   on   przeżyli   chwile 
prawdziwej namiętności, on jednak... Cóż, jeżeli chodziło o nią, Alex stąpał po naprawdę 
cienkim lodzie. 

– Nic nie wiem o kotach. Myślałam, że tak się rozmawia z dziećmi, ale pewnie się mylę – 

wypaliła. 

– OK – wycofał się szybko. 
Tak, była na niego wściekła. Przecież to on ją gonił po podwórku i przycisnął do ściany. 

A teraz udaje, że nic się nie stało... Była wściekła, bolała urażona duma. Czy miała rację? 
Może za mało starała się zrozumieć Aleksa? W pierwszym  rzędzie chodziło mu o dobro 
synka, dopiero potem następowała cała reszta... Nawet gdyby Alex zdecydował się powtórnie 
ożenić,   pewnie   wybierze   na   matkę   Jeremy’ego   kogoś   bardziej   odpowiedniego   od   niej. 
Powinna   być   z   sobą   szczera.   Nigdy   nie   wygrałaby   konkursu   na   „matkę   miesiąca”. 
Uśmiechnęła się do siebie smutno. Pewne rzeczy po prostu należy przyjąć takimi, jakie są. 

Lekki zapach dymu wciąż wypełniał powietrze. 
– Przepraszam,  że  spaliłam  nasze  ciastka  – powiedziała  do Jeremyego  i  zmarszczyła 

śmiesznie nos. – Nie jestem najlepszą kucharką. 

– Nie szkodzi! – Malec zarzucił jej łapki na szyję. 
–   Znam   świetną   piekarnię.   Na   pewno   można   u   nich   upiec   kilku   imbirowych 

człowieczków. Jeżeli twój tata pozwoli, pojedziemy tam w sobotę – powiedziała, próbując 
powstrzymać łzy cisnące się do oczu. 

– Możemy jechać, tatusiu? – zapytał podekscytowany Jeremy. – Ty też możesz jechać – 

dodał po chwili z poczucia przyzwoitości. 

Rozśmieszyło to Shannon, ale zdławiła śmiech, pamiętała bowiem, jak bardzo Aleksa 

bolał fakt, że jego syn wolał czas spędzać z nią niż z nim. 

Był naprawdę dobrym ojcem. Dbał o syna i martwił się o niego aż za bardzo, jednak jej 

zdaniem malcowi brakowało beztroskiej zabawy i desperacko szukał sposobu, żeby oderwać 
się od smutnych myśli. Alex zaś wciąż, zamiast patrzeć w przyszłość, oglądał się za siebie i 
grzebał w bolesnej przeszłości. 

Trochę jej przypominał małego kociaka, którego przygarnęła. Może chciał być kochany, 

ale nie potrafił nikomu zaufać i bał się cierpienia. 

background image

Patrzyła  na  przystojną  twarz Aleksa. Była  naznaczona  smutkiem  i bólem.  Zapomniał 

beztroskiego   śmiechu,   zapomniał,   jak   się   cieszyć   błahostkami.   W   jego   oczach   powinien 
pojawić się blask. Powinien znowu żyć pełnią życia. 

Ona zresztą też. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

– Wchodzimy, synku – powiedział Alex, kiedy we troje stanęli przed drzwiami piekarni. 

Wcześniej zdjął Jerem/ego z ramion. Chłopiec bardzo polubił, kiedy ojciec brał go na barana. 

Przyprawiające o zawrót głowy aromaty czekolady, wanilii i świeżo pieczonego chleba 

mieszały się w powietrzu. Mimo iż nie był to jeszcze Nowy Rok, Shannon podjęła w tej 
właśnie chwili postanowienie, że nie będzie się oglądać za siebie, tylko cieszyć się chwilą. I 
żadnego zastanawiania się nad tym, czy coś będzie trwało jutro. Oczywiście postanowienie to 
nie dotyczyło Aleksa. Zaangażowanie się w przelotny flirt byłoby po prostu głupie. 

Teraz   jednak   czuła   się   tak,   jakby   przyszła   do   tej   piekarni   z   własną   rodziną.   Kiedy 

spacerowali pięknie udekorowaną światełkami ulicą i nieśli pakunki z idealnymi ciasteczkami 
imbirowymi w kształcie ludzików (z których część miała zawisnąć na choince, a część zostać 
zjedzona z mlekiem), nastrój był niemal idylliczny. 

Oczywiście   Alex   nie   pozwolił   jej   zapłacić   za   ciastka.   Jego   upór   był   uroczy.   Nie 

wspomniał też choćby słowem o jej kulinarnej porażce. Milczał również na temat zapachu 
dymu, który wciąż jeszcze unosił się w jego mieszkaniu. 

– Hu, hu, ha! – zakrzyknął Święty Mikołaj i zadzwonił potężnym dzwonkiem. 
Shannon   sięgnęła   do   torebki   i   wyjęła   z   portmonetki   drobne,   które   wrzuciła   do 

ustawionego na chodniku pudełka. 

– Dlaczego mu wrzuciłaś pieniążki? – spytał Jeremy. 
– Mikołaj pomaga ludziom. 
– Tata nie wierzy w Świętego Mikołaja. 
Spojrzała na Aleksa ze złością. Temu facetowi naprawdę należał się solidny wycisk. 
–   Powiedziałem   tylko,   że   Święty   Mikołaj   to   nie   osoba,   tylko   swoisty   stan   umysłu 

związany ze świąteczną atmosferą. Idea, którą można wyrazić materialnym symbolem... – 
Pod wpływem spojrzenia Shannon jego głos tracił pewność, wreszcie zamarł w ogóle. 

– Filozof od siedmiu boleści – syknęła wściekle. Zatrzymali Się przed wystawą sklepu z 

zabawkami, gdzie pysznił się cudowny domek Świętego Mikołaja. Mikołaj był ubrany w 
pasiaste podkolanówki i siedział sobie wygodnie w bujanym fotelu przed kominkiem, a przed 
domkiem stała para dorodnych, zaprzężonych  do sań reniferów. Jeremy przytknął nos do 
szyby i z zachwytem obserwował szczegóły wystawy. 

– Trochę fantazji i wyobraźni jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Dlaczego odbierasz mu 

nawet to? Co jest złego w Świętym Mikołaju, na litość boską? – spytała oburzonym szeptem. 

Odciągnął ją od wystawy, by Jeremy ich nie usłyszał. 
– Pozwalałem mu wierzyć, że wszystko będzie dobrze, kiedy jego matka była już ciężko 

chora i umierająca. Ufał mi, a ja go zawiodłem. 

–  Posłuchaj,  Alex...  Moja   mama   powiedziała  mi,  że   wszystko  będzie  dobrze   w  dniu 

pogrzebu mojego ojca. 

–   Wiesz   zatem,   o   czym   mówię.   Przecież   nic   nie   było   dobrze,   prawda?   Cierpiałaś, 

tęskniłaś za ojcem... 

background image

– Nigdy nie przestaje się tęsknić za ludźmi, których się kocha. Minęło sporo lat, nim 

zrozumiałam, co przekazała mi mama. Wiedziała, że nikt z nas nie zapomni taty, wiedziała, 
że ból pozostanie. A jednak... a jednak życie idzie dalej. Tata nie żyje, lecz pozostał cały 
świat, z całym swym złem, ale i dobrem. A tata jest gdzieś tam w górze i w jakiś sposób nadal 
jest z nami. Był wspaniałym, dobrym człowiekiem... Właśnie to dobro jest wciąż z nami. To 
właśnie przekazała mi mama. I miała rację. Było przecież już tyle dobrych dni. 

– Dlaczego mi to mówisz? – gniewnie stwierdził Alex, zupełnie jakby burzyła mu jakąś 

koncepcję. 

– Ponieważ nie chcę, żeby Jeremy skrywał uczucia w środku, tak jak ja to robiłam – 

odpowiedziała szczerze. – Sądzę też, że jego matka również by chciała, żeby żył normalnie. 

Alex aż zamknął oczy. Ta kobieta stanowczo za wiele wiedziała i była po prostu zbyt 

idealna. Nie chciał już patrzeć na jej anielsko dobrą twarz i ciepłe spojrzenie, jakim obdarzała 
jego syna. Był na nią wściekły, że mimo usilnych prób nie udawało mu się o niej nie myśleć. 
Zdobywała sobie miejsce w jego sercu, mimo że nie chciał do tego dopuścić. 

Na   początku   wydawała   mu   się   wyniosła,   wyrafinowana   i   pewna   siebie,   teraz   jednak 

dostrzegał w niej każdego dnia coraz więcej zalet. Jej bezinteresowna dobroć zaskakiwała go 
na   każdym   kroku,   jak   i   jej   nieograniczona   wręcz   czułość.   Czekał   na   ich   spotkania. 
Fascynowało go, że nigdy nie wiedział, czego się może spodziewać. Ekscytowało go ciągłe 
odkrywanie nowych jej cech. Jednocześnie jednak to właśnie ta fascynacja i ekscytacja go 
przerażały.   Ciągle   też   zadawał   sobie   pytanie,   czy   dokonał   właściwego   wyboru.   Czy 
rzeczywiście po śmierci Kim w jego życiu nic już nie miało się wydarzyć? Czy czekało go 
tylko samotne ojcostwo? A jeżeli się mylił?

Może zdoła uciec od wspomnień swej przeklętej rodziny? Może to zależy tylko od niego? 

Może powinien o to walczyć, a nie wycofywać się rakiem?

Zamyślony   otarł   się   o   nowiuteńkiego,   lśniącego,   czarnego   jaguara,   który   był 

zaparkowany na chodniku. Natychmiast włączył się przeraźliwy alarm. 

– Co jest? – zdenerwował się Alex. – Przecież ledwie go musnąłem!
– Nie znoszę alarmów! – przekrzykiwała świdrujący dźwięk Shannon. – Są tak czułe, 

wystarczy chuchnąć na samochód, a już wyją. 

– Tatusiu, co się stało? – Jeremy rączkami zasłonił uszy. – Wyłącz to!
Zanim zdążył otworzyć usta, z pobliskiego sklepu wybiegł niewysoki, grubawy facecik i 

z groźną miną podbiegł do Aleksa. 

– Co pan robi?! – krzyknął z furią. 
– Oddycham sobie!
Shannon   roześmiała   się   głośno.   Zupełnie   nie   zwracała   uwagi   na   ciekawski   tłumek 

wietrzący dobrą zabawę. Alex jako dziecko wstydził się, kiedy rodzice kłócili się na ulicy i 
robiło się zbiegowisko, teraz jednak było to zupełnie coś innego. Właściciel jaguara podbiegł 
do swojego cacka i z zaaferowaną miną zaczął oglądać lakier. 

Shannon zaśmiała mu się w nos i niby przypadkiem musnęła jaguara nogą. 
–   Czy   wypada,   by   tak   zachowywała   się   pani   dyrektor   public   relations   w   O’Rourke 

Enterprises?   –   Alex   puścił   do   niej   oko.   –   Czy   w   ogóle   wypada   tak   się   zachować 

background image

przedstawicielce klanu O’Rourke ów?

– Jestem na urlopie, aha! – rzuciła psotnie. 
Na urlopie czy nie, i tak potrafiłaby owinąć sobie właściciela jaguara wokół palca. Na 

koniec facet by przepraszał, że wszystko to jego wina, bo ustawił alarm na zbyt  wysoką 
czułość. 

W centrum Seattle nikt by pewnie nie zwrócił uwagi na tak drobny incydent, jednak w tej 

małej i raczej cichej dzielnicy wszystko stawało się wydarzeniem. Ludzie wokół pytali, czy 
wszystko w porządku, zjawił się nawet policjant, zwarty i gotowy do działania. Shannon 
zagadała go przyjaźnie i obdarowała imbirowym  ciasteczkiem, które od razu ze smakiem 
zjadł. 

Coś,   co   mogło   się   skończyć   niezłą   awanturą,   zmieniło   się   miłą   uliczną   pogwarkę. 

Shannon   rozdawała   uśmiechy   i   ciasteczka.   Miała   niezwykły   dar   wydobywania   z   ludzi 
najlepszych cech. Cóż, nie była obojętna na bliźnich, akceptowała ich takimi, jakimi są, z ich 
wadami i zaletami. 

– Musimy dokupić ciasteczek.  – Pokazała  Aleksowi puste opakowanie, kiedy tłumek 

zaczął się z wolna rozchodzić. 

– Wracamy. Są pyszne – stwierdził Jeremy. 
Alex próbował zebrać się w sobie i podać jakąś wymówkę, z powodu której trzeba by już 

wracać do domu. Nie musiał nawet niczego wymyślać. Przecież w mieszkaniu czekały na 
niego prace semestralne. A jednak powiedział:

– Tak, dokupimy ciasteczek. No i koniecznie musimy wypić kakao. Trochę już wszyscy 

zmarzliśmy. 

Kiedy wchodzili do piekarni, pomyślał, że zbyt się angażuje. Zaraz jednak przestał się 

tym kłopotać, po raz pierwszy bowiem od długiego czasu czuł się naprawdę szczęśliwy. 

Shannon podśpiewywała pod nosem i czytała „Książkę kucharską dla początkujących”. 

Nigdy   nie   przepadała   za   gotowaniem,   a   dowodów   na   to,   że   była   pozbawiona   wszelkich 
talentów kulinarnych,  nie trzeba było  daleko szukać. Jednak zawsze z ochotą przeglądała 
książki kucharskie i śledziła programy kulinarne. 

Obserwowała spod oka kociaka, który wśliznął się właśnie do salonu. Stan zwierzaka 

znacznie się poprawił, ale i tak wyglądał pociesznie z tymi ogromnymi uszami i tygrysimi 
pasami na wciąż jeszcze wychudzonych łapkach. 

Wiedziała, że jeżeli będzie cierpliwa, kociak w końcu wskoczy jej na kolana. Tylko nic 

na siłę. W nocy było to samo. Kładł się w korytarzu, a kiedy rano się budziła, kotek leżał 
zwinięty na jej brzuchu i rozkosznie pomrukiwał. 

Czy równie nieufny Alex też pewnego dnia się do niej przekona? Zaufa jej?
Odłożyła książkę, próbując odnaleźć wypracowywany w ostatnich dniach spokój. Znikła 

gdzieś nerwowość, która tak martwiła jej rodzinę, a także odbijała się na pracownikach. Nie 
oznaczało to jednak, ze Shannon już niczego więcej nie chciała od życia. 

Jej uczucie do Aleksa nie było  jedynie związane z czułością,  która nawiedzała  ją na 

widok Jeremy’ego. Nie było  też tylko  wynikiem pożądania,  chociaż sposób, w jaki Alex 
działał na jej zmysły, był niezwykle intensywny. Tym, co naprawdę pociągało ją w Aleksie, 

background image

to pracowitość, inteligencja  i miłość  do syna.  Uwielbiała  również jego poczucie  humoru. 
Urzekała ją zaś najbardziej jego prawość, tak rzadka cecha w naszych zepsutych czasach. 

Tak łatwo i naturalnie byłoby się poddać tej miłości, ofiarować Aleksowi tę część siebie, 

której nikt jeszcze nie poznał. Zdała sobie sprawę, że uczucie, jakim obdarzała chłopaka na 
studiach, było zwykłym zauroczeniem. Jej duma została zraniona, rozczarowała się i straciła 
dziewczęce   marzenia.   Nie   był   to   jednak   wystarczający   powód,  żeby  nazywać   to   uczucie 
miłością. 

Poczuła, jak ciepły, mięciutki kotek otarł się o jej łydkę. Schyliła się i popatrzyła mu w 

oczy. Wciąż jeszcze było w nich wiele nieufności. Nadal nie wierzył, że może się poczuć 
bezpiecznie, że pełna miska i czułość pozostaną na zawsze. 

– Och, Alex... – westchnęła. 
Nie znała mężczyzny, który bardziej potrzebowałby miłości niż on. Musiała się jednak 

pogodzić z faktem, że to nie ona będzie tą kobietą, od której przyjmie miłość. Nawet jeżeli 
zdecyduje się na małżeństwo, wybierze kogoś podobnego do Kim. Kogoś o wiele bardziej 
nadającego się do prowadzenia domu dla dwóch mężczyzn. Nawet ze względu na Jeremy’ego 
taki   wybór   wydawał   się   najrozsądniejszy.   Tak,   Shannon,   żaden   skradziony   na   podwórku 
pocałunek tego nie zmieni, smętnie zakpiła z siebie w duchu. 

– Chciałabym z tobą zostać cały dzień, kochany – zwróciła się do kota, który wydawał się 

jej słuchać z uwagą, liżąc łapkę. Potem przeciągnął się i dotknął mimochodem jej dłoni, którą 
ku niemu wyciągnęła. Po chwili jednak zastrzygł uszami w stronę kuchni i rzeczywiście, za 
moment zabrzmiał dzwonek przy drzwiach wejściowych. 

Byli to oczywiście jej mili sąsiedzi, dwaj panowie McKenzie. Umówili się nią na lunch, 

choć nie podali dokładnej godziny, wybierali się bowiem na zakupy. 

– Shannon, pośpiesz się! – ponaglał ją Jeremy zza drzwi. 
– Już idę! Pewnie jesteście głodni jak wilki? – Wpuściła ich do środka. 
– Nie, raczej nam zimno. – Alex zatrząsł się. – Myślałem, że w Minnesocie jest zimno, 

ale tutaj marznę bardziej. 

– To przez wilgoć. Przywykniesz. 
– Jeżeli tu zostaniemy. 
Te słowa zmroziły ją bardziej niż lodowate powietrze, które przedostało z dworu. 
– Nie wiedziałam, że myślisz o wyjeździe – wydusiła z siebie z trudem. 
– Po prostu nie wykluczam takiej możliwości. 
– Kotku, kotku! – Jeremy wbiegł do holu, rozglądając się po wszystkich kątach. 
– Jeszcze się wszystkiego boi. Musisz być wobec niego bardzo cierpliwy – powiedziała 

Shannon. 

Była to świetna rada również dla niej. Niestety mężczyźni  tylko do pewnego stopnia 

przypominali   koty,   a   już   na   pewno   nie   można   było   ich   do   siebie   przekonać   taką   łatwą 
sztuczką jak pełna miska i ciepłe miejsce do spania. Alex nie miałby z pewnością z nią nic 
wspólnego, gdyby nie dogadywała się tak świetnie z Jeremym. Nie było to miła wieść, nie 
mogła jednak jej ignorować. Nie zamierza przecież budować zamków na piasku. 

– Dzwoniliśmy, żeby zapytać, o której chcesz się umówić, ale cię nie było. – Alex stanął 

background image

blisko kominka. 

– Byłam w kościele. 
–   Aha.   –   Brak   zainteresowania   w   jego   głosie   potwierdził   tylko   to,   co   Shannon 

przypuszczała.   Miała   nawet   zamiar   zaproponować,   żeby   wszyscy   razem   wybrali   się   na 
nabożeństwo, ale domyślała się, że po niedawnych przeżyciach Alex zapewne odwrócił się od 
wiary. – Wezmę torebkę – powiedziała szybko. 

– Nie ma co się tak śpieszyć. – Alex przybliżył ręce do płomieni. – Tu jest tak ciepło, tak 

przyjemnie. 

Jego   dżinsy   opinały   muskularne   uda.   Shannon   zmusiła   się   do   odwrócenia   wzroku, 

starając się nie myśleć o tym, jak Alex ją całował. 

„Przyjaciele, tylko przyjaciele”, przypominała sobie gorączkowo. 
– Jestem gotowa! – Stanęła w drzwiach do salonu. 
– Dokąd się wybieramy? Masz może jakąś ulubioną restaurację?
– Wszystko mi jedno. 
Przypomniał   sobie   wczorajszy   wieczór,   kiedy   w   zwyczajnej   piekarni   zajadali   się 

ciastkami i pili kakao. Rozmawiali o wszystkim – od literatury i historii, po podróże i stosunki 
międzynarodowe.   Dużo   też   żartowali.   Aleksa   zdziwiły   przenikliwe   pytania   Shannon 
dotyczące jego inżynierskich dokonań. Była specjalistką w zupełnie innej dziedzinie, a jednak 
dzięki  licznym  i  różnorodnym  lekturom  zdobyła  bardzo  dużą  wiedzę   ogólną.  Szkoda,  że 
wśród jego studentów rzadko zdarzały osoby o tak bystrych i otwartych umysłach. Z wielkim 
zapałem   dyskutowała   również   o   Trzecim   Świecie,   gdzie   Alex   spędził   wiele   lat   na 
kontraktach,   i   miała   bardzo   zdecydowane   zdanie   na   temat   obowiązków   bogatej   Północy 
wobec biednego Południa. 

Nagle zalało go poczucie winy wobec Kim. Zmarła żona była cudowną kobietą i Alex 

bardzo ją kochał, ale jej zainteresowania ograniczały się do spraw domowych i wychowania 
dziecka.   Zdejmowała   tym   samym   z   niego   mnóstwo   obowiązków   i   trosk,   lecz   teraz 
uświadomił sobie, że nigdy nawet nie próbował rozmawiać z Kim o swojej pracy. Po prostu 
nie była tego ciekawa, on zaś wcale nie czuł potrzeby, by opowiadać jej o konstrukcjach 
stalowych, nowych materiałach i technologiach, a także o polityce wielkich koncernów w 
krajach zacofanych... Dlaczego w takim razie z tak wielkim zapałem rozmawia teraz o tym z 
Shannon? Nie znał, niestety, odpowiedzi na to pytanie. 

– Idziemy, Jeremy. A gdzie jest Tibbles? – zwrócił się do syna. 
Chłopiec po chwili zadumy wskazał na choinkę, pod którą siedział królik. 
– Shannon mówi, że Tibbles czasami ma ochotę zostać w domu. Jest z nim kotek, więc 

nie będzie czuł się samotnie. 

– To świetny pomysł. – Spojrzał na nią z wdzięcznością. Dokonała prawdziwego cudu. 

Miał   ochotę   ją   ucałować   i   z   pewnością   by   to   zrobił,   gdyby   nie   obecność   Jeremy’ego. 
Oczywiście chodziło mu tylko o przyjacielski pocałunek. – Shannon, czy mogę cię prosić na 
moment? – Ruszył w stronę holu. 

Gdy weszli do kuchni, Alex od razu się zorientował, że gotowano tu co najwyżej wodę w 

ekspresie. Poczuł wyrzuty sumienia, że poprosił ją o pieczenie ciasta z Jeremym, chociaż cały 

background image

czas wydawało mu się dziwne, że tamto zdarzenie tak bardzo ją przygnębiło. Shannon, poza 
gotowaniem, była świetna we wszystkim, skąd więc taka reakcja?

– Alex, czy coś nie... 
Przerwał   jej   pocałunkiem,   oczywiście   krótkim,   przyjacielskim.   Chociaż   może 

niepotrzebnie w usta, wystarczyłby policzek. 

– Dzięki za Tibblesa. 
– Ależ nic takiego nie zrobiłam. 
– Nieprawda, bardzo dużo. Masz niezwykły talent do dzieci. Nigdy dotąd nie spotkałem 

kogoś   takiego.   –   Gdy   uśmiechnęła   się   zadowolona,   dodał:   –   Włączę   ogrzewanie   w 
samochodzie. Zaraz wracam. 

Gdy została sama, bezwiednie dotknęła ust. Ten pocałunek był podyktowany impulsem, 

którego z pewnością Alex będzie żałował, ale i tak był bardzo przyjemny. No i ta pochwała. .. 
Urlop   to   całkiem   fajna   rzecz,   pomyślała,   zwłaszcza   jeżeli   ma   się   szansę   zrobić   coś 
wyjątkowego. 

Kilka dni później  Shannon jeszcze bardziej  umocniła  się w przekonaniu,  że urlop to 

znakomity wynalazek. Zamiast wyżywać się podczas przedświątecznej gorączki na swoich 
pracownikach,   od   dwóch   tygodni   po   prostu   świetnie   się   bawiła.   Miała   jednocześnie 
świadomość, że robi coś istotnego. Zdawała sobie sprawę z tego, że po długich wakacjach 
trudno jej będzie powrócić do pracy, ale na razie starała się o tym nie myśleć. Poza tym Kane 
upierał się, by jej urlop wciąż trwał i trwał: „Musisz dobrze wypocząć, siostrzyczko”. Cały 
Kane, szczodry ponad miarę. Uwielbiał rodzinę i gdy tylko mógł, a mógł wiele, obdarowywał 
ją ponad wszelką miarę. 

Martwiła się, jak Jeremy zniesie powrót do przedszkola. Może to był błąd, że pozwolili 

mu zostać w domu na cały czas jej urlopu? No, może nie pozwolili, była to bowiem decyzja 
Aleksa. Ona jest tylko zaprzyjaźnioną sąsiadką. 

Strugi   deszczu   zalewały   okna.   Zaczęło   padać   już   w   niedzielę   i   dotąd   nie   przestało. 

Meteorologowie zapowiadali lokalne podtopienia. Shannon irracjonalnie czuła, że wydarzy 
się coś złego. Wciąż zaglądała do pokoju Jeremy’ego. Wszystko było w porządku, ale i tak 
bardzo by chciała, by Alex już wrócił. Niestety tego popołudnia egzaminował ostatnią grupę 
studentów i na pewno nie skończy przed wieczorem. 

Tłumaczyła sobie, że nawet gdyby woda podtopiła ulice, Alex był bezpieczny w swoim 

solidnym  dżipie, poza tym na budowach radził sobie w znacznie gorszych  warunkach. A 
jednak bardzo się niepokoiła. To lekkie mrowienie z tyłu szyi nigdy nie kłamało, zawsze 
zapowiadało coś złego. Jej pracownicy z niejakim lękiem odnosili się do tych proroczych 
zdolności   szefowej,   bo   właściwie   nigdy   się   nie   myliła   w   swych   kasandrycznych 
przewidywaniach. Zadzwoniła do swojego zastępcy. 

– O’Rourke Enterprises, w czym mogę pomóc? – W zwykle spokojnym głosie Chrisa 

można było usłyszeć nutę zdenerwowania. 

– Cześć, tu Shannon. 
– Gdzie byłaś? Dzwonię i dzwonię... 

background image

– Zostawiłam komórkę w domu. Co się dzieje?
– Woda zalewa naszą fabrykę w Bolton. Nie możemy odnaleźć dwóch pracowników. 

Proszę cię, przyjedź do biura. Nie wiem, jak rozmawiać z ich żonami. 

Zamknęła oczy, w myśli zmówiła szybką modlitwę. 
– Zaraz będę w biurze. Czy wszystkie drogi w Seattle są przejezdne?
–   Tak,   sprawdzałem   przed   chwilą,   na   wypadek,   gdybym   musiał   poprowadzić   cię 

objazdami. 

– Dobrze. Opiekuję się synkiem przyjaciela, muszę zabrać Jeremy’ego z sobą. Niech ktoś 

po nas zjedzie do garażu i zajmie się małym. Chłopak jest dość lękliwy, więc niech będzie to 
ktoś, kto wie, jak postępować z dziećmi. I niech się dobrze sprawi, bo inaczej... – Dobrze 
sobie radziła w sytuacjach kryzysowych, ale teraz miała jeszcze pod opieką Jeremy’ego. Mały 
nie mógł się niczego przestraszyć, bo źle reagował na stresy. Dopiero zaczynał wychodzić z 
traumy po śmierci matki. 

– Jeremy. – Uśmiechnęła się do niego. – Będziesz musiał dokończyć oglądanie tej bajki 

później. Musimy jak najszybciej jechać do mojego biura. – Na szczęście Alex zainstalował w 
jej mercedesie fotelik dziecięcy. 

– Czy możemy zamówić pizzę? – zapytał chłopiec z nadzieją. 
Znów się uśmiechnęła. Pizza stała się magicznym lekiem na wszystko. 
– Jasne! – Oby tylko pizzerie realizowały zamówienia w taką pogodę. 
Przez całą drogę Jeremy śpiewał „Jingle bells”. Kiedy podjechali pod biuro, Shannon 

stwierdziła z niezbitą pewnością, że kolęda ta została napisana przez sadystę. Na parkingu 
podziemnym czekały na nią trzy osoby, w tym Chris. 

– Wszystko w porządku! – zawołał z uśmiechem. – Właśnie nadeszła wiadomość, że 

pracownicy się znaleźli. Odnieśli tylko drobne obrażenia. 

– Cudownie! – Ze stratami  materialnymi  firma sobie poradzi, ale najważniejsze było 

ludzkie życie. – A teraz pozwólcie, że wam przedstawię Jeremy’ego. – Podniosła chłopca w 
ramionach. – To mój najlepszy przyjaciel. Jeremy uwielbia pizzę, więc musimy jej zamówić 
całe mnóstwo. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Alex skierował się na podziemny parking O’Rourke Enterprises i zatrzymał się przed 

bramą   wjazdową.   Z   budki   strażniczej   wyszedł   ubrany   w   elegancki   mundur   pracownik 
ochrony. 

– W czym mogę pomóc, proszę pana? – zapytał z uprzejmym uśmiechem. 
– Nazywam się Alex McKenzie. Mój syn jest... 
– Witam, panie doktorze. Oczekiwaliśmy pańskiej wizyty. Pani O’Rourke zaznaczyła, że 

będzie się pan śpieszył. Proszę się kierować białymi strzałkami. Dojedzie pan do wind na tym 
poziomie. Zaraz podniosę szlaban. 

–   Dziękuję!   –   Zaniepokoiła   go   nagrana   wiadomość,   że   Shannon   musiała   zabrać 

Jeremy’ego do biura. Ufał jej, ale wiedział, jak trudno jego syn adaptował się w nowych 
miejscach. Gdy jednak wjechał na górę, uspokoił się nieco, bo czekająca na niego kobieta 
powiedziała:

– Dzień dobry, panie doktorze. Niech się pan nie martwi, Jeremy czuje się dobrze. – 

Uśmiechnęła   się   serdecznie.   –   Nazywam   się   Claire   Hollings,   jestem   asystentką   pani 
O’Rourke. 

– Dziękuję. – Też się uśmiechnął. Już nie martwił się tak bardzo o syna. – Miło mi panią 

poznać. Czy może mi pani powiedzieć, co się stało w waszej fabryce?

– Chodzi o fabrykę odzieży w Bolton. Została podtopiona. Na miejscu jest już nasz sztab 

antykryzysowy. 

– Mam nadzieję, że nic się nikomu nie stało. 
– Na szczęście tylko dwie osoby są lekko ranne – odparła z ulgą. – Proszę tędy. 
Przechodząc długim korytarzem, Alex słyszał wielokrotnie imię Shannon, wypowiadane 

w różnych kontekstach. Ktoś wyraził ulgę, że już była z nimi, ktoś inny zastanawiał się, jak 
zareaguje   na   jakiś   pomysł.   Gdy   doszli   do   oszklonego   pokoju   na   końcu   korytarza,   Alex 
zobaczył Jeremy’ego. który siedział na biurku i z uwagą wpatrywał się w monitor laptopa. 
Kobieta, która nad nim stała, coś do niego powiedziała. Jeremy uniósł głowę, niecierpliwie 
pomachał do ojca i znów zaczął wpatrywać się w monitor. 

Alex nie wierzył własnym oczom. Jeszcze do niedawna był dla chłopca całym światem, a 

raczej jedynym ogniwem łączącym go z rzeczywistością. Jeremy miał zachwianą równowagę, 
był   pogrążony   w   swym   smutnym   świecie   i   bardzo   nieufnie   odnosił   się   do   obcych.   To 
Shannon zmieniła go w wesołego, ciekawego świata i ludzi czterolatka. 

– Pani O’Rourke jest na konferencji prasowej – poinformowała Claire, widząc, że Alex 

rozgląda się wokół. – Proszę spojrzeć. – Wskazała na telebim. Głos był wyciszony. Shannon 
mówiła coś do licznych mikrofonów, na których widniały logo różnych stacji radiowych i 
telewizyjnych. – Czy pogłośnić?

– Tak, proszę. 
– ... tylko wdzięczni, że obrażenia nie były bardziej dotkliwe – rozległ się głos Shannon. 
– A co z pracownikami fabryki? Na pewno sporo czasu zajmie wam usuwanie skutków 

background image

powodzi? – zapytał reporter dużej stacji telewizyjnej. – Święta to najgorszy moment w roku, 
żeby zostać bez wypłaty. 

– Nikt nie zostanie zwolniony, wszystkie pensje będą wypłacone w terminie, również za 

okres przestoju w produkcji – zapewniła Shannon. 

– Podobno podczas powodzi zniszczonych zostało również kilka domów. Czy któreś z 

nich należały do waszych pracowników?

–   Niestety   tak.   W   Bolton   działa   nasz   sztab   antykryzysowy.   Zapewniamy   naszym 

pracownikom mieszkania zastępcze, a także niezbędną pomoc materialną i medyczną. 

Alex wpatrywał  się w jej twarz z fascynacją. Shannon nie ukrywała współczucia dla 

poszkodowanych,   jednak   jej   głos   brzmiał   mocno   i   pewnie,   co   wzbudzało   zaufanie.   Była 
profesjonalistką w każdym calu, a mimo to nie traciła nic ze swojego ciepłego stosunku do 
ludzi. 

– Dobra jest, prawda?
Obok Aleksa stał postawny mężczyzna. 
– Jest świetna. 
– Kane O’Rourke. 
– Alex McKenzie. – Uścisnęli sobie dłonie. 
– Ach, to pan! Shannon wspominała, że jest pan inżynierem. Może udzieliłby pan nam 

konsultacji w sprawie tej zalanej fabryki?

– Nie wie pan nawet, czy mam odpowiednie kwalifikacje – odparł zaskoczony Alex. 
– Moja siostra twierdzi, że jest pan idealnym kandydatem, a nie zwykła rzucać słów na 

wiatr. – Uśmiechnął się szeroko. 

– Oczywiście dla formalności sprawdzimy pana referencje. 
– Przepraszam, panie O’Rourke, helikopter czeka – powiedziała Claire. 
–   Dzięki.   Cieszę   się,   że   pana   poznałem.   Lecę   na   spotkanie   z   pracownikami 

poszkodowanymi przez powódź, ale będziemy w kontakcie. – Odszedł szybko. 

Alex   z   niedowierzaniem   pokręcił   głową.   Praca   konsultanta   dla   O’Rourke   Enterprises 

wyglądałaby świetnie w CV, miał jednak wątpliwości, czy chce jeszcze bardziej wiązać swoje 
życie z Shannon. 

Wszedł do jej biura i pogłaskał syna po głowie. 
– Dziękuję, że się pani nim zajęła. – Uśmiechnął się do kobiety, która siedziała na krześle 

obok Jeremy’ego. 

– Nie ma za co, cała przyjemność po mojej stronie. Pański syn ma niezwykłą smykałkę 

do komputera. Do widzenia, Jeremy, mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy. 

– Do widzenia. Tatusiu, ale jeszcze nie musimy iść? – spytał z nadzieją. 
– Obawiam się, synku, że na nas już czas. 
Gdy   zaczął   wkładać   Jeremy’emu   kurtkę,   w   biurze   pojawiła   się   Shannon   otoczona 

osobami, które koniecznie musiały z nią w tej chwili porozmawiać. 

– Przepraszam, że go tu przywiozłam. – Uśmiechnęła się do Aleksa. – Zrobiło się gorąco 

i musiałam się tu zjawić. 

– Oczywiście. Zresztą Jeremy świetnie się bawił – odpowiedział z uśmiechem. 

background image

Nie po raz pierwszy pomyślał, czy Jeremy byłby bardziej otwarty, gdyby Kim uczyła go 

większej   samodzielności.   Może   łatwiej   zniósłby   ból   po   jej   śmierci,   gdyby   miał   więcej 
kontaktów   z   innymi   ludźmi,   również   swoimi   rówieśnikami?   Kim   spędzała   z   Jeremym 
dosłownie   każdą   chwilę.   Nie   chciała,   żeby   chodził   do   przedszkola,   uważała   nawet,   że 
powinien uczyć się w domu. Czy taki cieplarniany chów odbije się na nim w przyszłości?

Znowu poczuł się winny. Kim nie mogła już bronić swoich racji. Poza tym wszystkie 

decyzje podejmowała sama, bo on zwykle budował mosty i tamy na drugim końcu świata. 

– Wrócimy już z Jeremym  do domu,  żebyś  mogła  spokojnie dalej  działać.  Shannon, 

dziękuję ci bardzo, tak wiele dla nas zrobiłaś, szczególnie dzisiaj, kiedy musiałaś pogodzić 
kryzysową akcję z opieką na moim synem. Bardzo ci dziękuję – powiedział z głębi serca. 

– Och, nie było tak trudno. Jeremy zjadł pizzę, potem pograł na komputerze. – Na jej 

twarzy pojawił się wyraz, który trudno było Aleksowi rozszyfrować. 

– Mimo wszystko dziękuję. 
Jeremy   uścisnął   ją   z   całych   sił   i   niechętnie   ruszył   za   ojcem   w   stronę   drzwi.   Było 

oczywiste,  że dałby wiele, by jeszcze trochę pobyć  z Shannon. Alex uśmiechnął się pod 
nosem. To uczucie nie było obce i jemu. Ta kobieta działała jak magnes. Spojrzał na nią i 
spytał:

– Jak długo musisz tu zostać?
– Pewnie do nocy. Jednak jutro już nie będę potrzebna, więc mogę zająć się Jeremym. 
– Może po pracy wpadniesz do mnie na kawę? Kładę się późno, a po takim szaleństwie 

chwila relaksu dobrze ci zrobi. 

– Jasne, dzięki... – Zaskoczyła ją ta propozycja. 
Alex   wziął   Jeremy’ego   za   rękę   i   ruszył   w   stronę   wind   pod   obstrzałem   ciekawskich 

spojrzeń pracowników. Wszyscy się zastanawiali, kim jest i co go łączy z Shannon. Chętnie 
by im odpowiedział, sęk w tym, że nie bardzo wiedział, co miałby odpowiedzieć na drugie 
pytanie. 

Shannon z ciężkim westchnieniem opadła na krzesło. Czuła się dziwnie, jak zawsze po 

spotkaniu z Aleksem. 

– Miły dzieciak – zagadnęła Claire. – I miły tatuś – dodała z diabolicznym uśmiechem. – 

Co za prezencja, no i to spojrzenie... A zbudowany! Jak... – Uśmiechnęła się z rozmarzeniem. 
– Jak moja ostatnia wakacyjna przygoda. 

– Jest wdowcem, Claire. Tylko się przyjaźnimy – stwierdziła Shannon tonem, który miał 

rozwiać wszelkie podejrzenia asystentki. 

– A co, wdowcy nie potrzebują seksu? – bez ogródek spytała Claire, znana z nad wyraz 

konkretnego podejścia do spraw męsko-damskich. 

Shannon znowu westchnęła.  To nie  seks  był  problemem.  Przecież  czuła,  że Alex jej 

pragnął, a jednak odrzucał ją. Upierał się, że to nie ma nic wspólnego z jej osobą, lecz co z 
tego? Jego zachowanie bardzo ją bolało. 

– Wracaj do pracy. Chyba że już nie masz nic do roboty. 
– Zawsze coś się znajdzie – uśmiechnęła się złośliwie Claire. – Moja szefowa jest trochę 

background image

nie z tej epoki, najlepiej by się zrealizowała jako poganiacz niewolników. 

– Poganiacz niewolników? Już nie Smoczyca? – zaśmiała się Shannon. 
– Wiedziałam, że czeka nas obcięcie premii... – grobowym tonem stwierdziła Claire. 
– Nas? Raczej tylko ciebie. Wiem, że to ty wymyślasz wszystkie przezwiska, więc teraz 

drogo za to zapłacisz. No, znikaj już. 

Claire   poszła   do   swojego   biura,   a   Shannon   zakopała   się   w   raportach   dotyczących 

powodzi.   Kane   zlecił   dyrekcji   fabryki   oszacowanie   strat   i   zorganizowanie   pomocy   dla 
pracowników i naprawę zniszczeń. Sytuacja wydawała się w miarę opanowana. 

Shannon odczuwała swoistą ulgę, mogąc  zająć się pracą, bo dzięki temu nie myślała 

obsesyjnie o Aleksie. Opieka nad Jeremym okazała się nadzwyczaj miłym zajęciem, jednak 
jego ojciec stanowił prawdziwą zagadkę. Cóż, znowu o nim myślała... 

Pięć godzin później Shannon wróciła do domu służbowym autem, bo Kane przekonał ją, 

że kierowca lepiej niż ona poradzi sobie ze skomplikowanymi objazdami. I miał rację, bo 
dzięki Tedowi uniknęli kilometrowych korków. 

Spojrzała w okna mieszkania Aleksa. Światła na dole paliły się. Jeremy oczywiście już 

dawno spał, ale jego tata był wciąż na nogach. 

– Dziękuję, Ted. Dobranoc. 
– Nie, jeszcze odprowadzę panią do drzwi. 
– Naprawdę nie trzeba. Jest już późno. Wracaj do domu. 
– Otrzymałem polecenie, by... 
–   Dopilnuję,   żeby   pani   O’Rourke   trafiła   bezpiecznie   do   domu.   –   Na   jej   podjeździe 

pojawił się Alex. 

– Dajcie spokój! – oburzyła się. – Co was napadło! Jakoś zdołam dojść do domu bez 

waszej pomocy – zadrwiła z dżentelmenów. 

Spojrzeli na nią z urazą. Ted nie tylko otrzymał polecenie od Kane’a, ale miał również 

trzy   dorastające   córki,   nad   którymi   trząsł   się   nieustannie,   natomiast   Alex   był   równie 
staroświecki wobec dam jak jej bracia. 

– Nieważne. – Shannon uznała, że są na tym świecie ważniejsze sprawy, o które warto 

walczyć. – Dziękuję, Ted. Alex mnie odprowadzi. Jest moim przyjacielem. 

Kierowca patrzył na Aleksa tak, jak policjanci przyglądają się podejrzanym. Shannon z 

trudem stłumiła śmiech. Biedny Ted chciał tylko dobrze wypełniać swoje obowiązki. 

–   Jak   sobie   pani   życzy.   Pani   samochód   zostanie   odstawiony   jutro   z   samego   rana. 

Dopilnuję   tego   osobiście   –   powiedział   wreszcie,   uznając,   że   Alex   nie   wygląda   ani   na 
zboczeńca, ani na płatnego zabójcę. 

– Cieszę się, że humor cię nie opuszcza – powiedział Alex, kiedy Shannon wybuchła 

śmiechem, kiedy Ted zniknął w limuzynie. – Zalało pół stanu. To tutaj normalne? Jak sobie z 
tym radzicie?

– To proste, chodzimy po wodzie. Jeremy już pewnie śpi?
– Tak. Jadłaś coś?
– Kawałek zimnej pizzy około szóstej. Chcieliśmy coś zamówić, ale z powodu korków 

background image

restauracje przestały dostarczać jedzenie. 

– W takim razie zapraszam na kolację. 
– Nie, dziękuję. – Równie dobrze mogłaby mówić do ściany. Ruszyła więc za nim mocno 

rozeźlona. – Czy ty w ogóle słuchasz, co się do ciebie mówi?

–   Nie.   To   taka   wada,   która   nieraz   bardzo   się   przydaje.   –   Gdy   znów   serdecznie   się 

roześmiała, rzucił kusząco: – Lubisz omlety?

– O rany, umiesz je robić?
– Jasne, to... – O mały włos nie powiedział, że to łatwe, jednak przy tak niefortunnej 

kucharce musiał uważać na słowa. – No, jakoś mi wychodzą. 

Gdy weszli do kuchni, wyciągnął mleko i jajka z lodówki i omal  nie upuścił ich na 

podłogę, zobaczywszy, jak Shannon z głębokim ziewnięciem przeciąga się zmysłowo niczym 
kot. 

– Tylko przyjaciele – mruknął do siebie. 
Z sennym uśmiechem poszła do suszarni. 
– Hej, wracaj tutaj – powiedział stanowczo. – Miałaś odpoczywać. 
– Zaraz... O cholera!
Poszedł zobaczyć, co się stało. Jakim cudem Shannon wylała całą butlę wybielacza na 

kosz pełen jego dżinsów? Straszliwie go to rozśmieszyło, ale jej wcale nie było do śmiechu. 

Szybko  wrzucił  spodnie do pralki,  choć  nie bardzo  wierzył,  by zachowały kolor. To 

jednak nieważne. Naprawdę martwił się o to, by Shannon znowu nie odebrała tej sytuacji jako 
plamę na honorze. 

Siedziała ze wzrokiem wbitym w ścianę niczym gradowa chmura. Alex tylko w jeden 

sposób mógł jej pośpieszyć na ratunek. Objął ją. 

– Mam gdzieś te dżinsy. Ważne, że dzięki tobie mój syn zaczął się znowu uśmiechać. – 

Ujął jej podbródek, spojrzał w oczy. 

– Okropna ze mnie niezdara. 
– Nieprawda. A zresztą, jakie to ma znaczenie? Można zapłacić komuś, żeby ugotował i 

posprzątał, natomiast to, co zrobiłaś dla Jeremy’ego, nie ma ceny. 

– Cytujesz reklamę karty kredytowej?
– Mówię szczerze. A wiesz, że w pewnych krajach zapach wybielacza uważa się za silny 

afrodyzjak? – Pocałował ją wnoś. 

– Nabierasz mnie. 
Jasne, że nabierał ją, ale przy Shannon wszystko mogło się stać afrodyzjakiem. Pocałował 

ją w usta. 

– Alex, a co z naszą umową?
– Przecież całuję cię po przyjacielsku... 
– Aha – zgodziła się z niejakim entuzjazmem. Tym razem pocałował ją śmielej. 
Przyjacielskie pocałunki... Alex miał ochotę śmiać się sam z siebie. Jeszcze chwila, a 

zaniesie ją po przyjacielsku do sypialni... 

Ledwie miesiąc temu nie uwierzyłby, że mógłby tak oszaleć na czyimś punkcie. Uważał, 

że nikt nie zastąpi Kim. I to prawda, nikt jej nie zastąpi. W zupełnie inny sposób pragnął innej 

background image

kobiety. 

– Może lepiej już pójdę robić ten omlet... – Bo inaczej będziesz go jadła na śniadanie, 

dodał w duchu. 

Jednak Alex wiedział, że nie jest wart Shannon. Nie z tą niezaleczoną raną w sercu. 

Zasługiwała na kogoś innego, kto nie ma takich obciążeń. W innej sytuacji... 

W milczeniu poszedł do kuchni, po jakimś czasie postawił przed Shannon talerz. 
– Mój omlet z sosem salsa jest ostry jak diabli – ostrzegł. 
– Lubię ostre potrawy, mówiłam ci. Z zapałem zabrała się do jedzenia. 
– Ale byłam głodna – powiedziała po jakimś czasie, odstawiając pusty talerz. 
– Zimna pizza chyba nie smakuje najlepiej. 
–   Oj   nie,   niestety   mam   zakaz   wstępu   do   kuchenki   pracowniczej   –   wyznała   jak   na 

spowiedzi. 

Alex   próbował   utrzymać   twarz   pokerzysty.   Po   niedawnych   wyczynach   Shannon   z 

ciasteczkami świetnie rozumiał te restrykcje. A skoro już na nią spadły, honor nie pozwalał 
jej prosić innych choćby o podgrzanie pizzy. 

– Może przejdziemy do salonu? Wyciągniesz się wygodnie na kanapie?
– Muszę iść do domu – odpowiedziała z pewnym ociąganiem. – Biedny kot pomyśli, że 

go opuściłam. 

– Poczekaj, przyniosę tu Bezimiennego. 
– Bezimiennego?
– Skoro jeszcze nie wyjawił ci swojego imienia, na razie jest panem Bezimiennym. 
– Wariat! – Prawda była taka, że wcale nie chciało jej się wracać do domu... 
Prawie  zasnęła,  kiedy Alex położył  kota  obok niej  na kanapie.  Bezimienny  najpierw 

miauknął z wyrzutem, potem jednak zwinął się w kłębek i oparł głowę o uda Shannon. 

–   Był   wściekły,   że   na   tyle   czasu   został   sam.   –   Alex   uśmiechnął   się   do   niej,   potem 

delikatnie pogłaskał kota. 

Zwierzak  nie   był  już  tak   przeraźliwie  chudy.   Za  jakiś   czas  zamieni  się  w  dumnego, 

aroganckiego kocura, który wszystkich traktuje z góry, na razie jednak był słodką, szukającą 
ciepła drobiną. 

Alex podniósł stopy Shannon, położył je sobie na kolanach i zaczął delikatnie masować. 

Przeciągnęła się z rozkoszą, wymruczała:

– Alex... – Tak? – Nieważne... 
Pocałował ją. Jak to się stało, że mężczyźni, którzy przez te wszystkie lata obsypywali ją 

kwiatami, drogimi prezentami i zabierali do najlepszych restauracji, nie potrafili jej zdobyć? 
On zaś zdobywał ją kilkoma pocałunkami i omletem... 

Światełka   na   choince   migotały,   kot   mruczał   jednostajnie.   Powieki   Shannon   stały   się 

ciężkie, nadchodził sen. 

Po   raz   pierwszy   w   życiu   czuła,   że   jest   tam,   gdzie   powinna   być.   Jakby   po   długiej 

wędrówce znalazła nareszcie swoje miejsce na ziemi. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Przeraźliwy dzwonek telefonu wyrwał Aleksa z mocnego snu. Była szósta rano. Co za 

pomyleniec dzwonił o tej porze?

– Tak, słucham... 
– Gdzie, do cholery, jest moja siostra, McKenzie?! – nie tyle krzyknął, co zabulgotał z 

wściekłości Kane. – Nie mogę się do niej dodzwonić od wczoraj!

– Jest tutaj. – Alex pomyślał, że nim ją zdobył, już stracił pracę w O’Rourke Enterprises. 
Po drugiej stronie słuchawki dał się słyszeć ciężki oddech, zaś w tle rozległ się damski 

głos:

– Daj spokój, Kane, twoja siostra jest dorosła, nie wtrącaj się. 
Alex pomyślał, że to całkiem dobra rada, a potem spokojnie wyjaśnił:
– Shannon zasnęła u mnie na kanapie. Była bardzo zmęczona, więc nie chciałem jej 

budzić. – Ziewnął sugestywnie. 

– Aha... – Troskliwy braciszek wyraźnie złagodniał. 
– Czy chciał pan coś ważnego jej przekazać?
– Nie. Kane roześmiał się. – Chciałem tylko się upewnić, że wszystko jest OK. – Znowu 

w tle rozległ się kobiecy głos. – Moja żona prosi, żeby pana przeprosić za telefon o tak 
wczesnej porze. 

– A czy przeprosiłby mnie pan, gdybym powiedział, że Shannon leży obok mnie?
– Nie sądzę. 
Przynajmniej sytuacja była jasna. 
– Proszę chwileczkę zaczekać. Zejdę na dół i zobaczę, czy pana siostra już się obudziła. – 

Po chwili przekonał się, że Shannon wciąż śpi słodko z Bezimiennym w objęciach. Kociak 
łypnął  na niego z niezadowoleniem.  – Przykro  mi,  panie O’Rourke, ale  Shannon śpi jak 
kamień. Kiedy się tylko obudzi, przekażę jej, że pan dzwonił. 

Wrócił do łóżka, ale nie mógł już zasnąć. Cóż, Kane O’Rourke z pewnością nie grzeszył 

uprzejmością, jednak jego szczere uczucie do siostry wzbudziło w nim poczucie winy. Alex 
nawet nie miał pojęcia, czy numer do Gail był jeszcze aktualny. Widział swoją siostrę ostatni 
raz   na   pogrzebie   Kim.   Przyjął   zdawkowe   kondolencje,   podczas   stypy   też   prawie   nie 
rozmawiali z sobą. Policzył  szybko różnicę czasu, jaka dzieli stan Waszyngton i Japonię, 
wykręcił   numer  odgrzebany  w   kalendarzyku,   lecz  kiedy  usłyszał  sygnał  połączenia,  miał 
ochotę odłożyć słuchawkę. Jednak siostra coś powiedziała po japońsku. 

– Gail?
– Tak, tu Gail McKenzie. Z kim mam przyjemność? Nawet nie poznała jego głosu... 
– Cześć, tu Alex. 
Upłynęła nieznośnie długa chwila ciszy. 
– Witaj, Alex... 
– Co u ciebie słychać? – Wiedział, jak idiotycznie zabrzmiało to pytanie. 
– No wiesz, mam dużo pracy. 

background image

– Ja też, sprawdzam teraz testy i prace semestralne. 
Pełna skrępowania, zdawkowa rozmowa trwała jakiś czas, w końcu Gail powiedziała:
– Wybacz, ale muszę wracać do pracy. 
Przyjął to z głęboką ulgą. Skąd w ogóle wziął mu się ten pomysł, żeby zadzwonić do 

siostry? Byli dla siebie jak obcy ludzie. To Shannon go sprowokowała swoim stosunkiem do 
rodziny i innych ludzi... 

Jeremy   wślizgnął   się   do   jego   pokoju,   ciągnąc   za   sobą   kocyk   Alex   ucieszył   się,   że 

przyszedł tu, a nie na dół, gdzie zobaczyłby Shannon śpiącą na wprost choinki, jakby Mikołaj 
przyniósł mu nową mamę. Szybko wyjaśnił synkowi:

– Shannon wpadła do mnie na chwilę, ale była tak zmęczona, że zasnęła, a ja nie miałem 

serca jej budzić. 

– Shannon tu jest?! Hurra! – Jeremy już pędził po schodach. 
Człowiek powinien mieć trochę spokoju we własnym domu, pomyślał Alex, kiedy jednak 

dom   ucichł,   i   tak   nie   zasnął.   Shannon   mu   nie   pozwoliła.   A   raczej   kolejne   jej   obrazy 
przesuwające się w jego pamięci. Shannon wesoła, Shannon smutna, Shannon błaznuje z 
Jeremym, bawi się z kociakiem, zamyślona patrzy w okno... 

Po   śmierci   Kim   wiele   kobiet   starało   się   wkupić   w   jego   łaski,   matkowały   i   jemu,   i 

Jeremyemu, aż wreszcie Alex uciekł przed nimi z Minnesoty. 

Ze   złością   zrzucił   z   siebie   koc.   Było   mu   okropnie   gorąco.   Zwykle   spał   tylko   w 

bokserkach, ale ponieważ Shannon została na noc, włożył piżamę. Przez to to wszystko. 

Uśmiechnął się do siebie z politowaniem. Po co próbował się oszukiwać?

Shannon,   czytając   Jeremy’emu   bajkę,   przysłuchiwała   się   jednocześnie   odgłosom 

dochodzącym z piętra. Dawno już tak dobrze się nie wyspała, chociaż kiedy się obudziła i 
zobaczyła Jeremyego nad sobą, była zupełnie zaskoczona. Dopiero po chwili wszystko sobie 
przypomniała. Ten masaż stóp zdziałał cuda... Uśmiechnęła się do siebie pod nosem. 

– Dzień dobry! – rzucił od drzwi Alex. – Dzwonił twój brat. Miał ochotę dać mi ostry 

łomot za to, że jego mała siostrzyczka spędziła u mnie noc. 

– A niech to! Żartujesz, prawda? Nie, ty nie żartujesz... 
–   Nie   było   cię   w   domu,   więc   zadzwonił   do   mnie.   Cóż,   śledczy   Kane   O’Rourke 

przesłuchał kierowcę, który wyznał, że zaginiona Shanon O’Rourke ostatni raz widziana była 
w towarzystwie niejakiego Aleksa McKenziego. 

– Jezu, przecież mówiłam mu, że jesteśmy tylko’ przyjaciółmi. – Miała ochotę schować 

się ze wstydu pod kanapę, a potem zamordować Kane’a. Lub w odwrotnej kolejności. 

– Na pewno nie miał nic złego na myśli – dodała słabo, bo przecież dobrze znała swojego 

braciszka. 

– Miał, miał, jednak jego żona tłumaczyła mu jak dziecku, że jesteś dorosła i masz własne 

życie, więc w końcu mnie przeprosił, choć raczej bez entuzjazmu. – Uśmiechnął się. – Masz 
ochotę zjeść śniadanie na mieście? Mam co prawda spotkanie na uniwersytecie, ale dopiero 
po dziesiątej. 

– Świetnie. – Odetchnęła z ulgą. Całe szczęście, że Alex potraktował durny wybryk jej 

background image

brata z humorem. – Skoczę tylko do siebie, by wziąć prysznic i się przebrać. 

– Jasne. Ja umyję i ubiorę Jeremy’ego. 
Kiedy była już gotowa do wyjścia, zadzwonił telefon. 
– Cześć, siostrzyczko, co tam słychać? – niemal zaszczebiotał Kane. 
– Co tam słychać? – krzyknęła z oburzeniem. – Ty cymbale, jak śmiałeś dzwonić o świcie 

z awanturą do Aleksa?!

Mówiłam ci, że jesteśmy tylko przyjaciółmi, ale nawet gdybyśmy byli kochankami, to nie 

twoja sprawa, jasne?! I siebie, i mnie wystawiłeś na pośmiewisko! Zrobiłeś idiotów z klanu 
O’Rourke’ów!

– Przepraszam, trochę przesadziłem. 
– Trochę? Ile już razy było tego „trochę”?! – Spojrzała na zegarek. – Masz coś ważnego, 

oczywiście   poza   przeprosinami?   –   rzuciła   drwiąco.   –   Śpieszę   się,   poza   tym   może 
zapomniałeś, ale jestem na urlopie. 

Nie zapomniał, sam ją na ten urlop siłą wysłał. 
– Pa, siostrzyczko – stwierdził pogodnie. – Zadzwonię później. 
Wybiegła na dwór i przez deszcz pomknęła do dżipa. Alex uśmiechnął się szeroko. 
– Bardzo ci dziękuję. 
– Za to, że tak szybko się wyszykowałam?
–   Za   to   też,   ale   przede   wszystkim   za   coś   innego.   Jeremy,   powtórz   Shannon   to,   co 

powiedziałeś mi przed chwilą. 

– Już nie będę zachowywał się tak, jak ten chłopiec z bajki o wilku i owcach – powiedział 

malec z powagą. – Tatuś musi pracować i nie może się o mnie martwić. Nie ma rady, po 
świętach muszę wrócić do przedszkola. 

– Jesteś bardzo mądrym chłopcem. Jestem z ciebie dumna – powiedziała z głębi serca. 
Malec   aż   się   rozjaśnił   na   te   słowa,   natomiast   Alex   patrzył   na   nią   ze   szczerym 

uwielbieniem, co było dla niej największą nagrodą. Wprawdzie niczego to między nimi nie 
zmieni, jednak cieszyła się, że ją doceniał. 

Gdy już siedzieli wszyscy troje przy kawiarnianym stoliku, powiedziała:
– Mam dla was pewną propozycję. Alex, jeśli potrafisz wybaczyć memu bratu ten głupi 

wybryk, może spędzilibyście z Jeremym święta z moją rodziną. 

– Hm... sam nie wiem... – Zachmurzył się nieco. 
– Tato, możemy? – nalegał podekscytowany Jeremy. 
W pierwszym odruchu chciał odmówić, jednak dla jego syna była to szansa na prawdziwe 

święta. Tyle że Jeremy zbyt wiele oczekiwał po znajomości z Shannon. 

– Przepraszam – powiedziała szybko. – Nie powinnam była o to pytać przy Jeremym. 

Zrozumiem, jeżeli odmówisz. 

Nie mógł znieść jej smutku. ‘
– Nie mamy żadnych innych planów. Byłoby głupotą odrzucać tak wspaniałą propozycję 

– powiedział z uśmiechem. 

– Hurra! – krzyknął Jeremy. 
– Co mamy przynieść? – Alex już żałował swojej decyzji. I on, i Kim nie utrzymywali 

background image

bliższych kontaktów ze swoimi krewnymi, nie miał więc pojęcia o hucznych, rodzinnych 
uroczystościach. 

– Po prostu przyjdźcie.  Jak zawsze będzie  za  dużo jedzenia,  za dużo ludzi,  za  dużo 

hałasu, za dużo wszystkiego, czyli po prostu fantastycznie, jak to w święta. – Uśmiechnęła 
się. 

– Jeremy, moje dwie siostrzenice są w twoim wieku, na pewno się zaprzyjaźnicie. 
Aleksa   ucieszyła   ta   informacja,   bo   Jeremy   potrzebował   kontaktów   z   rówieśnikami. 

Opiekunki z przedszkola narzekały, że trzyma się z boku. 

Wiedział też, że jeśli pojawi się u O’Rourke’ów podczas świąt, dla Kane’a będzie to 

widomy dowód, iż z Shannon łączy go coś  więcej niż przyjaźń,  co dawało mu  złośliwą 
satysfakcję. 

I znów pomyślał o Kim. Musi... czuł taką potrzebę, by porozmawiać z Shannon o swoim 

poczuciu winy wobec zmarłej żony. Czy jednak ona zrozumie jego wewnętrzne rozdarcie?

– Musimy coś przywieźć – upierał się. 
–   Możecie   przywieźć   mnie.   Zawsze   zwożę   całą   górę   różnych   rzeczy,   które   świetnie 

zmieszczą się w twoim dżipie. 

– W takim razie jestem do twojej dyspozycji. 
– Cieszę się. Pojedziemy do mojej mamy w pierwszy dzień świąt i pozostaniemy tam aż 

do wieczora. Jeżeli będziecie chcieli wrócić wcześniej, na pewno ktoś inny mnie odwiezie, 
więc o to się nie martw. 

Pozostała część posiłku upłynęła na miłej rozmowie o tym i owym. 
Kiedy szli w kierunku dżipa, Shannon myślała ze smutkiem, że im bardziej zachowywali 

się, jakby byli rodziną, tym bardziej nabierała przekonania, że nigdy prawdziwą rodziną się 
nie staną... 

Około jedenastej Shannon zebrała się na odwagę i otworzyła pralkę. 
– Cholera! – Wprawdzie znoszone dżinsy nie wyglądały najgorzej, po prostu stały się 

jeszcze bardziej wyblakłe, ale nowe granatowe spodnie przedstawiały żałosny widok. Mimo 
to czuła dziwną przyjemność, gdy dotykała ubrań Aleksa. – Zupełnie mi odbija! – Pośpiesznie 
wrzuciła dżinsy do suszarki. – Z każdym dniem coraz bardziej. 

Uznała,   że   musi   zrekompensować   Aleksowi   straty   w   garderobie   i   zrobi   świąteczne 

porządki w jego mieszkaniu. To znaczy zapłaci za to. Wybrała numer firmy sprzątającej. 

Kiedy   Alex   podjeżdżał   wieczorem   pod   dom,   zauważył   furgonetkę   wykręcającą   z 

podjazdu Shannon z logo firmy sprzątającej. Od progu uderzył go świeży zapach cytryny i 
woń placka. Te aromaty skojarzyły mu się natychmiast z czasami, kiedy jeszcze żyła Kim. 

Wszedł do salonu, gdzie Shannon pakowała prezenty w ozdobny papier. 
– Co się dzieje, Shannon?
– Nic specjalnego. Jeremy uciął sobie drzemkę. Wezwałam firmę sprzątającą. Poprosiłam 

też te panie o upieczenie szarlotki, bo nie chciałam ryzykować kolejnego pożaru. 

– Mówiłem ci, że te sprawy nie mają dla mnie żadnego znaczenia. 
Opuściła głowę i z przesadną uwagą zaczęła odmierzać długość czerwonej wstążki. 

background image

– Dla większości mężczyzn mają. 
Alex zamyślił się. Kiedy był z Kim, cieszył się, że jego żona tak świetnie dba o dom. 

Można powiedzieć, wręcz obsesyjnie, przez co doprowadziła do tego, że w ogóle nie musiał 
troszczyć się o dom czy wychowanie syna. Kim zawłaszczyła te sfery całkowicie, on zaś bez 
słowa godził się na wszystko. Dlaczego tak postępowali, on i jego zmarła żona?

Już znał odpowiedź: uciekali od tragicznych wspomnień z dzieciństwa. Kim wychowała 

się w domu dziecka i kiedy założyła  rodzinę, rekompensowała  sobie tamte  stracone lata, 
realizowała marzenia, które hodowała w sobie jako opuszczona przez wszystkich sierota. On 
zaś   wychował   się   wśród   kłótni   i   awantur.   Dlatego   nigdy   nie   sprzeciwiał   się   żonie,   nie 
prowokował dyskusji, które mogły przerodzić się w ostrą wymianę zdań. 

Kim zajmowała  się domem i dzieckiem, on pracą. Nie wchodzili  sobie w drogę, nie 

kłócili się. I w jakimś sensie, choć łączyła ich prawdziwa miłość, żyli osobno. 

– Shannon, dlaczego uważasz, że dla mężczyzn to takie ważne?
– Po prostu wiem. 
– Na pewno związana jest z tym jakaś historia. – Wyjął z jej dłoni pięknie zapakowane 

pudło. – Chciałbym ją teraz poznać. 

– O nie, mój drogi. To nie działa w jedną stronę. Jeżeli mamy się wymieniać miłosnymi 

opowieściami, to ty zaczynasz. 

– Nie ma tego wiele. Zostawiałem żonę na osiem miesięcy w roku i budowałem mosty 

oraz tamy, zamiast zająć się wychowaniem syna, to wszystko – stwierdził ostro. 

– Nie to miałam na myśli, przecież wiesz! – zaoponowała z urazą. 
– Wiem... i przepraszam. 
– Alex, zaufaj mi i powiedz, co cię boli. – Gdy milczał, dodała: – Z tego, co mówisz, 

wynika,   że   Kim   była   idealną   panią   domu.   Nie   próbuję   zająć   jej   miejsca,   ale   mam 
świadomość,   jaka   ze   mnie   niezdara   na   tym   polu.   Wiesz,   nawet   odnosząca   sukcesy 
bizneswoman miewa kompleksy... – Uśmiechnęła się. 

Spojrzał na nią z wielką powagą. 
–   Jesteś   niezwykłą   kobietą,   Shannon.   Sprawiłaś,   że   mój   syn   zaczął   znowu   żyć   jak 

normalne  dziecko. – Sam jednak nie żył  normalnie,  bo po śmierci Kim odgrodził się od 
uczuć. Shannon też miała swoje tajemnice. Gdyby stali się sobie na tyle bliscy, by mogli 
powierzyć sobie najtajniejsze sekrety. .. Ale cóż, to tylko mrzonki. Nie zasługiwał na taką 
kobietę. – Posłuchaj... Mam gdzieś te wszystkie historie związane z prowadzeniem domu, ale 
nie dlatego ci powiedziałem, że nie chcę się znowu ożenić. Chodzi o to, że... No cóż, nie 
byłem najlepszym mężem. 

– Widziałam zdjęcia Kim. Wiem, że była z tobą szczęśliwa. Czy to nie znaczy, że byłeś 

dobrym mężem?

Spojrzał na nią z zastanowieniem. 
– Czy musisz już iść? – Nie... 
Wstał i wyłączył  wszystkie światła, zostawiając tylko lampki na choince. Usiadł koło 

Shannon na podłodze i przyciągnął ją mocno do siebie. 

– Alex? – Ta ich „przyjaźń” stawała się coraz trudniejsza. – Nie boisz się, co pomyśli 

background image

Jeremy, jeśli nas zobaczy?

– Boję się wszystkiego i o wszystko się martwię. Jego poważny ton sprawił, że Shannon 

zaśmiała się. 

– Więc dlaczego wciąż tu siedzimy?
– Bo jest bardzo przyjemnie. Opowiedz mi, co słychać u pana Bezimiennego?
– Wreszcie zdradził mi swoje imię. Nazywa się Magellan, bo jak ten wielki podróżnik 

chadza swoimi drogami. Bardzo się zmienił, choć wciąż jest nieufny i łatwo go przestraszyć. 
Ale wszystko idzie w dobrą stronę, bo ma ogromną potrzebę miłości. Tak wielką, że jest to aż 
wzruszające. 

Alex pomyślał, jakie szczęście miał ten kociak, że właśnie Shannon go znalazła. 
– Skoro jest taki lękliwy, pewnie nie śpi w twoim łóżku?
– Kiedy kładę się wieczorem, śpi w korytarzu, ale kiedy budzę się rano, Magellan chrapie 

wtulony we mnie. – Roześmiała się. – Nie, to oszczerstwo, on nie chrapie, za to wtula się 
słodko. 

Pomyślał, że wybrał zły temat do rozmowy. Kot, niby neutralny temat, a okazało się, że 

nadzwyczaj pobudza wyobraźnię. Trzy słowa: Shannon, łóżko, wtulanie się... 

I znów to poczucie winy. 
Zarazem jednak po raz pierwszy Alex pomyślał, że zmarła żona, jeśli widzi go z góry, na 

pewno nie życzy mu samotności. Pomyślał też o tym, co powiedziała mu Shannon. Że Kim 
była z nim szczęśliwa. Przed oczami przemknęły mu epizody z ich małżeństwa. Shannon się 
nie myliła. Dał swojej żonie szczęście. A to oznacza... 

– Alex, jak ci poszło spotkanie? – To pytanie zabrzmiało, jakby żona pytała męża „jak ci 

minął dzień”. 

Alex uśmiechnął się pod nosem. 
– Świetnie. Zatwierdziliśmy oceny za ten semestr. Jedni lepiej, inni gorzej, ale wszyscy 

zaliczyli, co nie zdarza się tak często. Aha, Rita, pamiętasz, ta studentka w ciąży, zwierzyła 
mi  się, że urodzi to dziecko. Ciągle  jeszcze  nie chce powiedzieć,  kto jest ojcem,  ale jej 
rodzice zadeklarowali się z pomocą. Nie będzie więc sama i mam nadzieję, że pogodzi studia 
z macierzyństwem. 

– Świetnie, ale i tak przyda się jej dodatkowa pomoc. Kane założył fundację opiekującą 

się młodymi matkami, które nie chcą rzucać szkoły czy studiów. Dam ci numer telefonu i 
uprzedzę dziewczyny, że Rita do nich zadzwoni. 

– Dzięki. 
Deszcz wciąż padał, lampki na choince dawały przyjemną poświatę. Kiedy tak siedzieli 

razem, miał złudzenie, że wszystko będzie dobrze, i dziwną pewność, że wszystkie błędy, 
które   popełnił   w   przeszłości,   można   jeszcze   naprawić.   Pomyślał,   że   przypomina   trochę 
Magellana. Podobnie jak ten kot, szukał ciepła i zrozumienia, tylko bał się komuś zaufać. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

–   Prooooszę!   –   Jeremy   od   ładnych   paru   minut   namawiał   Shannon,   żeby   była   w 

mieszkaniu Aleksa, jak chłopiec się obudzi w pierwszy dzień świąt. Wahała się jednak, bo 
musiałaby u nich zanocować w Wigilię. Nie zasnąć przypadkiem na kanapie, ale świadome tu 
pozostać. 

– No pewnie – zachęcał ją Alex. – Będziesz spała w pokoju Jeremy’ego, a on będzie spał 

ze mną. 

Po cichu spytała go, czy nie boi się, że Jeremy uzna ją za nową mamusię, on jednak 

stwierdził, że przecież po Nowym Roku, kiedy ona wróci do pracy, a malec do przedszkola, 
nie będą już widywać się zbyt często, więc nie ma takiego zagrożenia. 

Shannon posmutniała. Przyzwyczaiła się do stałej niemal obecności chłopca. 
– Dobrze, ale pod warunkiem, że śpię na kanapie w salonie. 
Alex zmarszczył czoło. Gość miałby spać na niewygodnej kanapie?
– Shannon, śpij w moim pokoju – nalegał Jeremy. 
– Nie ma mowy! – Uśmiechnęła się. – Muszę być na dole, żeby przyłapać Świętego 

Mikołaja, jak wnosi prezenty. – Zignorowała nerwowe sapnięcie Aleksa. – Nigdy mi się to 
nie udało, jak byłam mała, ale może wreszcie mi się poszczęści?

– Święty Mikołaj naprawdę tu przyjdzie? – z niedowierzaniem i nadzieją spytał Jeremy. 
–   Jasne.   Zostawimy   mu   ciasteczka   imbirowe   i   mleko   przy   kominku.   No   i   zapalone 

światełka na choince, bo staruszek inaczej nas nie znajdzie. 

– I przyjdzie tutaj? – entuzjazmował się malec. 
– Na pewno. Przecież wie, że jesteś dobrym i grzecznym chłopcem, a on przychodzi tylko 

do takich dzieci. 

– Tatusiu, to ja też będę spał na kanapie! Chcę zobaczyć Mikołaja. 
Masz ci los! Alex westchnął głęboko, a Shannon stłumiła chichot. 
– W porządku. Możesz spać na dole – poddał się. – Mikołaj umie jednak rozpływać się w 

powietrzu, więc nie licz na zbyt wiele. 

Pomyślała, że Alex to prawdziwy mistrz w psuciu dobrej zabawy. 
– Super! – ucieszył się niezrażony uwagą ojca chłopiec. – Mój tata to najlepsiejszy tata 

pod słońcem!

Alex, zniewolony radością synka, nie poprawił błędu językowego, a także odpuścił temat 

wiarygodności postaci Świętego Mikołaja, choć za jakiś czas do niego powróci. Nie lubił tych 
wszystkich bzdur związanych ze świętami, drażniła go wiara w cudowne zdarzenia. 

A   może   jednak   nie   miał   racji?   Ze   smutkiem   pomyślał,   że   kupowanie 

bożonarodzeniowych   prezentów   było   dla   niego   uciążliwym   obowiązkiem.   Dopiero   kiedy 
poznał Shannon, zrozumiał, że dawanie może być przyjemne. Kupił Gail złoty łańcuszek, 
kierując   się   względami   praktycznymi.   Łańcuszek   był   lekki   i   łatwo   go   było   przesłać   do 
Japonii. Z przykrością pomyślał, że powinien był wybrać coś bardziej osobistego. 

– Ty jesteś najlepsiejszy. – Shannon pocałowała Jeremy’ego w głowę, wywołując lawinę 

background image

śmiechu.  – Chodź, pokażę ci, jakie przyniosłam  gry.  – Podeszli do ławy,  gdzie Shannon 
postawiła swojego laptopa. 

Alex zastanawiał się, jak to możliwe, że Shannon tak bardzo wrosła w ich życie. Nie 

wyobrażał już sobie dnia bez niej. Kiedy jednak ona wróci do pracy, a jemu skończy się 
przerwa świąteczna, ich kontakty ulegną znacznemu ograniczeniu. Nie jest na to gotowy. Bał 
się też, jak Jeremy zniesie koniec ferii. Twarz jego syna dosłownie rozjaśniała się na widok 
Shannon. On też będzie tęsknił... Nie chodziło tylko o to, że była tak piękna... Wiedział, że 
dzięki niej jego życie odmieniło się na lepsze. Zaczął, trochę wbrew sobie, rozważać pewne 
możliwości, których wcześniej nie brał nawet pod uwagę. 

Spokojna, łagodna Kim była dla niego idealną partnerką. Pełna energii i pasji Shannon też 

taką mogła się stać, bo miała w sobie mnóstwo ciepła i dobra. 

Może jest tą drugą szansą, jaką czasami zsyła los?

– Przyciśnij ten klawisz! – Jeremy błyskawicznie opanował zasady gry.
– Widzisz?
– Świetnie ci idzie. Pójdę na chwilę do kuchni. Zastała tam Aleksa, który powiedział:
– Rozpuszczasz go. – Jak prawdziwa sowa, choć wstał przed ponad godziną, jeszcze 

musiał pobudzać się kawą. 

– To są gry edukacyjne. Nie martw się, sprawdziłam wszystkie strony dotyczące gier. 

Kiedy Jeremy był u mnie w biurze, widziałam, z jaką fascynacją bawił się komputerem. Nie 
odgrodzisz go od tego, a gry edukacyjne na pewno go nie rozpuszczą. 

– Uhm – zgodził się z powątpiewaniem. 
Uśmiechnęła   się  do  siebie.   Kilka  dni   temu,   kiedy  Alex  poszedł   na  zakupy,   Shannon 

odebrała telefon. Dzwoniła Gail. Porozmawiały przez kilka minut. Alex zadzwonił do siostry 
kilka dni wcześniej, co sprawiło, że postanowiła przyjechać do Seattle na Boże Narodzenie. 
Shannon spontanicznie zaprosiła ją’ do swojej mamy na pierwszy dzień świąt. Gail nie była 
jednak pewna, czy uda jej się kupić bilet do Stanów tuż przed Gwiazdką, dlatego poprosiła o 
zachowanie dyskrecji. Shannon miała nadzieję, że siostra Aleksa jednak przyleci do Seattle. 
Rodziny powinny podczas świąt być razem. 

– Przypuszczam, że powód, dla którego tak się uśmiechasz, to ta historia ze Świętym 

Mikołajem, co? – zagadnął ją Alex. 

– Daj spokój. Twój syn ma dopiero cztery lata. Kiedy przestałeś wierzyć w Mikołaja?
– Nigdy w niego nie wierzyłem. – Wzruszył ramionami. Shannon ogarnął smutek. Jej 

rodzice opowiadali legendy i bajki, a Święty Mikołaj był wyczekiwanym  gościem. W jej 
domu  było  mnóstwo  miłości  i radości. To był  kapitał,  który teraz  procentował.  Wszyscy 
O’Rourke’owie   byli   otwartymi,   kochającymi   ludźmi.   Dla   niej   miłość   rodziców   była 
oczywista, jednak Alex miał bardzo smutne dzieciństwo. 

– Chodź – powiedziała nagle. – Wychodzimy. 
– A dokąd to? – Nie bardzo chciało mu się ruszać. 
– Jest dwudziesty trzeci grudnia i nareszcie przestało padać. Trzeba to jakoś uczcić. – 

Zawołała Jeremy’ego, a potem złapała Aleksa za dłonie, próbując podźwignąć go z krzesła. 

background image

– Hej, maleńka! – Ze śmiechem wykręcił jej nadgarstki i zmusił, by klapnęła na jego 

kolana. 

– Hej, to zły pomysł! – Mimo to marzyła, by ją teraz pocałował. 
– Owszem, zły. – Wzrok Aleksa zawisł na jej ustach. – Małe skrzaty mają wielkie uszy i 

oczy. 

– Zawsze jest suszarnia... 
Alex ochoczo pociągnął ją za sobą do ciemnego pomieszczenia. 
– Myślałem, że nie lubisz tego miejsca – szepnął. 
– Och, kobiety często zmieniają zda... – Nie dokończyła, bo Alex żarłocznie przywarł do 

jej ust. – To tylko przyjacielskie pocałunki? – szepnęła po chwili, kiedy poczuła, jak jego 
dłonie zbliżają się do jej piersi. 

– Najszczerszy dowód przyjaźni... że tak powiem... – Jego pieszczoty stawały się coraz 

śmielsze. 

– Tatusiu? – dobiegł do nich głos zza drzwi. – Shannon? Gdzie jesteście?
– Przyjaźń, że tak powiem – zadrwiła. – Przez takie przyjaźnie świat roi się od małych 

skrzatów. 

Alex przekląć pod nosem, Shannon wyszła z suszarni. 
– Jeremy, świetnie, że jesteś już gotowy do wyjścia – powiedziała. – Musimy jednak 

jeszcze zaczekać na tatę – dodała złośliwie, wiedząc, że Alex ją słyszy. 

Z trudem łapał oddech. Kiedy był już pewien, że rumieńce znikły z jego twarzy, a serce 

zaczęło bić w miarę równym tempem, udał się do salonu. 

– Wszystko w porządku?
Zielone oczy Shannon spojrzały na niego niewinnie. Za takie sztuczki w średniowieczu 

spaliliby tę małą rudowłosą wiedźmę na stosie... 

– Tak... Dokąd idziemy?
–   Może   do   centrum   handlowego.   Obejrzymy   sklepy   z   zabawkami   i   słodyczami. 

Wstąpimy też do cukierni. 

– Jejku! – ucieszył się Jeremy. – Lubię czekoladę. 
– W takim razie twój tata na pewno kupi nam wielkiego czekoladowego Mikołaja. 
Poddał się z rezygnacją. Człowiek może walczyć z falą tylko tak długo, aż ta nie wciągnie 

go pod wodę. A Shannon była jak fala. Sprawiała, że tracił grunt pod nogami. 

Przypomniało mu się, że kiedyś, gdy był  chłopcem, siedział z ojcem na plaży,  a ten 

tłumaczył mu, że lepiej nie walczyć z falą, tylko poddać się jej, odnaleźć dno i odbić się w 
górę,   co   daje   szansę   na   ratunek.   Było   to   jedno   z   nielicznych   dobrych   wspomnień   z 
dzieciństwa. Rodzinne wakacje, słońce i plaża. 

– Widziałaś go, Shannon? – Jeremy obudził się bardzo wcześnie w świąteczny poranek. 

Był tak podekscytowany, że wiercił się całą noc. – Widziałaś Świętego Mikołaja?

– Niestety zasnęłam. – Ziewnęła szeroko. – A ty?
– Też, ale był tutaj, prawda?
Spojrzała na choinkę. Poukładała prezenty, kiedy upewniła się, że malec śpi, jednak przez 

background image

noc pakunków przybyło. Oczywiście położył je Alex, kiedy ona i Jeremy spali. 

– Tak, oczywiście, że był. – Poczuła się szczęśliwa. Zdało się jej, że Święty Mikołaj 

naprawdę ją odwiedził w tym roku. Spędzała świąteczny czas z mężczyzną, który zupełnie 
zawrócił jej w głowie, i z małym chłopcem, który stał się jej tak bliski, jakby był jej własnym 
dzieckiem. Nie chciała nawet myśleć o tym, co będzie, kiedy przerwa świąteczna się skończy. 
Jeszcze nie teraz. Nie chciała sobie psuć tych cudownych, magicznych świąt. 

– Muszę powiedzieć tacie – postanowił rozentuzjazmowany Jeremy. – Tato, tato!
– Co, synku? – Alex właśnie zszedł na dół. 
– Zobacz, był Święty Mikołaj! Zostawił prezenty i zjadł ciastka, i wypił całe mleko!
– To wspaniałe. Bardzo się cieszę. 
– Czy możemy już otworzyć prezenty, tatusiu? – zapytał Jeremy. 
– Jasne. – Alex ziewnął dyskretnie. Jeszcze nie całkiem się obudził. 
– Pozwólmy najpierw twojemu tacie napić się kawy. – Napełniła mu kubek. – Masz 

ochotę na ciasteczka? – zapytała, upewniając się, że Jeremy ich nie słyszy. 

– Hm... ciasteczka... raczej nie. Uśmiechnęła się pod nosem. 
– Dzięki, że pamiętałeś, bo ja kompletnie zapomniałam. 
– Oskarżasz mnie,  że zjadłem poczęstunek  dla Świętego  Mikołaja?! – oburzył  się. – 

Miałbym obżerać głodnego staruszka?

– Och, ty... Objął ją, przytulił do siebie. 
– Już czas otworzyć prezenty – powiedział Alex, a Jeremy klasnął z zapałem. 
Za moment cały salon usłany był ozdobnym papierem i wstążkami ku wielkiej uciesze 

Magellana, którego Shannon zabrała oczywiście z sobą. Na chwilę wstrzymała oddech, kiedy 
Alex   otwierał   prezent   od   niej.   Był   to   oryginalny   sekstans.   Alex   wspominał   kiedyś,   że 
fascynują go stare żaglowce, ale nie wiedziała, czy prezent mu się spodoba. 

– Shannon, jest cudowny! – wykrzyknął, wyjmując przyrząd z eleganckiej szkatułki. – 

Nie trzeba było, naprawdę... 

– Chciałam ci sprawić przyjemność. A zresztą, kto to mówi! – Patrzyła z zachwytem na 

piękny, zabytkowy miedziany dzbanuszek do herbaty. Alex najwyraźniej uważnie słuchał jej 
opowieści o starym domu w Irlandii. Dzbanuszek ten wyglądał wypisz-wymaluj jak te, które 
stały nad kominkiem jej dziadków. 

– A to ode mnie, Shannon. – Jeremy wręczył zwinięty w rulonik papier i wpełzł jej na 

kolana. 

Ona dała mu dziecięcy teleskop, kilka książek i zabawki. Ale najbardziej ze wszystkich 

prezentów podobała mu się fotografia jego matki, którą Shannon oprawiła w ozdobną ramkę. 
Chłopiec się z nią nie rozstawał. 

Rysunek Jeremy’ego przedstawiał kota tańczącego na dwóch łapach. 
– Dziękuję ci, Jeremy! Wygląda zupełnie jak Magellan. – Pocałowała chłopca w czoło. 
Kiedy   rozmawiała   z   Jeremym   poprzedniego   wieczoru,   chłopiec   zdradził   jej   swoje 

marzenia. Pragnął, żeby mamusia zjawiła się z nieba i pobyła z nim choć trochę. A potem 
zdradził   swoje   drugie   największe   marzenie:   żeby   Shannon   została   jego   nową   mamusią. 
Poczuła się bardzo zakłopotana. Wyjaśniła Jeremy’emu, że Mikołaj nie może nikomu robić 

background image

takich prezentów, ale zapewniła, że mamusia będzie zawsze w jego sercu, natomiast dorośli 
muszą pewne sprawy ułożyć sami między sobą. 

– Musimy się już zbierać – powiedziała Shannon z pewną obawą. 
Zanosząc Magellana do domu, zastanawiała się, czy zaproszenie Aleksa i Jeremy’ego na 

święta to dobry pomysł. Alex miał fatalne bożonarodzeniowe wspomnienia z dzieciństwa i 
tkwiło   to   w   nim   do   dziś.   Być   może,   jeśli   zjawi   się   Gail,   sytuacja   stanie   się   dla   niego 
łatwiejsza... Nie było jednak pewności, czy jego siostra przyleci do Seattle. Jeżeli tak, to 
miała wypożyczyć samochód i pojechać prosto do mamy Shannon. 

Alex, kąpiąc Jeremy’ego,  starał  się nie myśleć  o tym,  jak Shannon wyglądała,  kiedy 

zszedł na dół, aby ułożyć pod choinką prezenty. Wyciszona podczas snu, wyglądała jak anioł. 
Gdyby jego syn nie spał obok na materacu, na pewno by ją pocałował. 

Kiedy ubierał Jeremy’ego, powiedział z prawdziwą ojcowską dumą:
– Mój mały atleta. – Chłopiec rzeczywiście nabrał trochę ciała i nie był już tak chudy jak 

kilka miesięcy temu. 

Gdy wyszli z domu, Shannon właśnie pakowała pudła do samochodu. 
– Miałaś poczekać! – powiedział z wyrzutem i rzucił się z pomocą. 
– To nie jest nic ciężkiego. 
– Akurat. To pudło jest pełne butelek z winem musującym! Sama je dźwigałaś. 
– Nie wściekaj się. – Podała mu niewielką torbę wypełnioną malutkimi paczuszkami. 
Mimo   że   mówiła   mu   wcześniej,   żeby   ubrał   się   normalnie,   sama   włożyła   cieniutki 

sweterek i aksamitną spódniczkę. W rym stroju wyglądała wyjątkowo uroczo. Do sweterka 
zaś   przypięła   plastikową   broszkę   wyobrażającą   kota,   którą   Jeremy   jej   podarował.   Kiedy 
zasiedli już w dżipie, zaczęła podśpiewywać różne kolędy. Wszystko było w jak najlepszym 
porządku, a jednak Alex odczuwał zdenerwowanie. Nie chciał zagłębiać się w naturę swoich 
uczuć. Łatwiej było mu przyjąć, że to, co ich łączyło, to zwykły pociąg fizyczny i... przyjaźń. 

Wkrótce dojechali na miejsce. Alex nie zastanawiał się wcześniej, jak może wyglądać 

rodzinne siedlisko klanu O’Rourke’ów, jednak drewniany dom bardzo go zaskoczył. Jego 
architektura   była  bardzo   prosta.  Rezydencja   wyglądała   przytulnie.  Kiedy  podjeżdżali   pod 
główne wejście, na ganek wysypało się kilkanaście osób i rozległy się okrzyki:

– Wesołych świąt!
– Jesteście spóźnieni!
– Szkoda, że was wczoraj nie było!
– A co się działo wczoraj? – spytał szeptem Alex, kiedy przechodzili przez drzwi. 
– W Wigilię  Bożego Narodzenia moja  rodzina je wspólną kolację, a potem idzie na 

pasterkę do kościoła. Nk się nie stało. Obiecałam Jeremy’emu, że zanocuję u was, więc nie 
mogłam go zawieść. 

Domyślił   się,   dlaczego   Shannon   nic   mu   nie   powiedziała   o   wczorajszym   wieczorze. 

Wiedziała, że nie będzie chciał iść na nabożeństwo. 

– Boże wszechmogący! A któż to taki? Na pewno Jeremy! – powiedziała starsza pani, 

podchodząc do nich z ciepłym uśmiechem. 

background image

Malec nieśmiało przytaknął, wciąż jednak kurczowo ściskał dłoń Aleksa, zaraz jednak 

zaciekawiony   zajrzał   do   pełnego   kolorowych   ozdób   i   wypełnionego   po   brzegi   ludźmi 
przestronnego   salonu.   W   powietrzu   unosił   się   cudowny   zapach   świątecznych   aromatów, 
rozlegały się wesołe pogwarki i śmiechy. 

– Jestem Pegeen – powiedziała  starsza pani z lekkim irlandzkim  akcentem.  – Mama 

Shannon. A pan to na pewno Alex. 

– Lubię Shannon – zadeklarował Jeremy, zanim jego ojciec zdążył otworzyć usta. 
–  Ja również,  kochanie.   – Pegeen  uśmiechnęła  się.  –  Chodź, zapoznam  cię   z moimi 

wnuczętami. Na pewno będziecie się świetnie bawić. 

Jeremy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki rozjaśnił się w uśmiechu i wypuścił 

dłoń ojca. 

– Mogłem się domyślić – wymruczał pod nosem, patrząc z niedowierzaniem, jak jego 

rozradowany synek ochoczo idzie poznać nowych przyjaciół. Alex nawet zabrał z sobą na 
wszelki wypadek Tibblesa, ale było jasne, że pluszowy królik już nie będzie potrzebny. 

– Czego powinieneś się domyślić? – spytała Shannon. 
– Twoja matka jest taka sama jak ty – odparł. – Z miejsca ją polubiłem. 
Z pełnym zadowolenia uśmiechem wprowadziła do salonu Aleksa, któremu mieszały się 

w   głowie   imiona   licznych   braci,   sióstr   i   bratowych.   Zaskoczyło   go,   że   Kane   O’Rourke, 
piastujący na ramieniu  małe  dziecko,  w niczym  nie przypominał  wielkiego  biznesmena  i 
milionera czy srogiego brata. Był teraz przede wszystkim kochającym mężem i ojcem. 

– Kto mi pomoże wnieść pakunki z samochodu? – Nie zdążyła skończyć zdania, kiedy jej 

pięciu braci wypadło na zewnątrz. 

– Zawsze przywozisz za dużo – stwierdził Kane, kiedy poustawiał prezenty pod choinką, 

a siatki pełne produktów spożywczych zaniesiono do kuchni. 

– Ależ ja tego wszystkiego nie kupiłam! O co chodzi, Alex?
– Nie chciałaś mi powiedzieć, co kupić, więc sam zdecydowałem. 
W tym momencie Connor objął siostrę, zerkając do jednej z toreb z jedzeniem. 
– Super! Umieram z głodu!
– A kiedy nie byłeś głodny,  ‘żarłoku? – roześmiała się. Kiedy bracia O’Rourke’owie 

zagadnęli Aleksa, Shannon postanowiła porozmawiać z Pegeen. 

– Mamo – zaczęła, wchodząc do kuchni. 
– Tak, kochanie?
– Pamiętasz, co ci mówiłam o Aleksie? Jest tylko moim przyjacielem. Nic nas nie łączy. – 

Nie było to całkowite kłamstwo, ale na wszelki wypadek skrzyżowała palce za plecami, by 
unieważnić   grzeszny   uczynek   –  Sprawia   bardzo   dobre   wrażenie.   To   sympatyczny   młody 
mężczyzna. 

–   Nie   zapędzaj   się,   mamo   –   powiedziała   poważnie   Shannon.   –   Alex   nie   chce   się 

powtórnie żenić, wciąż to powtarza. Na pewno więc do niczego między nami nie dojdzie. 

– Kochanie, musisz mnie zrozumieć. Nigdy nie przyprowadziłaś tu mężczyzny na obiad, 

a już na pewno nie na obiad świąteczny. Nie pamiętam również, kiedy ostatnio widziałam cię 
tak promienną. 

background image

– On jest wdowcem.  Minął dopiero rok. – Za nic nie mogła  dopuścić,  by jej  matka 

zaczęła ich swatać. – Błagam cię, nie napomykaj przy nim o małżeństwie. 

– Nic nie powiem, skoro tak chcesz. Jednak nie zapominaj, że bardzo cię kocham i leży 

mi na sercu twój los. – Pocałowała córkę w policzek – A teraz idź już, złotko, i o nic się nie 
martw. Przecież są święta. 

Gdy wróciła do salonu, Alex i jej bracia prowadzili zażartą dyskusję na temat futbolu. 

Zobaczywszy ją, zrobił jej miejsce obok siebie na sofie. Shannon zawsze dziwiła łatwość, z 
jaką  mężczyźni  znajdowali  wspólny język.  W chwilach  takich  jak ta czuła  się  trochę  na 
uboczu, niemal jak odszczepieniec we własnej rodzinie. Panowie tworzyli kluby dyskusyjne, 
rozmawiali o polityce i sporcie, natomiast panie gawędziły o kuchni i dzieciach. Zupełnie 
jakby nic się nie zmieniło od czasów królowej Wiktorii. 

Westchnęła z rezygnacją. 
– A jak się miewa twój kociak? – zagadnął ją Connor, widząc zwarzoną minę siostry. – 

Kiedy go badałem, był zdrowy, tylko potwornie wychudzony. 

– Connor musi leczyć wszystkie zwierzęta znoszone przez O’Rourke’ów – zwróciła się 

do Aleksa. 

– Rozumiem, jedyny weterynarz w rodzinie. Gorzej może mieć tylko jedyny lekarz – 

roześmiał się. 

– No właśnie – zawtórował mu Connor. 
Alex dziwił się swoim obawom przed tą wizytą. O’Rourke’owie byli wspaniałą, otwartą, 

pozbawioną cienia snobizmu rodziną. Gdyby nie wiedział, jak wielką fortuną dysponowali, 
nigdy by się tego nie domyślił. Z zadowoleniem patrzył też, jak Jeremy ugania się za piłką z 
dwiema uroczymi, podobnymi do siebie jak dwie krople wody dziewczynkami. 

Wciąż zjawiali się kolejni członkowie klanu O’Rourke’ów: ciotki, wujkowie, kuzyni... 

Alex   nawet   nie   próbował   zapamiętać   ich   imion.   Dzieci   były   obsypywane   podarkami   i 
słodyczami, na stolikach porozstawiano tace z pysznymi przekąskami i napojami. Właściwa 
kolacja   miała   się   dopiero   rozpocząć.   Sądząc   po   aromatach   dobiegających   z   kuchni, 
przygotowano prawdziwe delicje. 

– Spróbuj tego – powiedziała Shannon, podając Aleksowi ciasto orzechowe. 
– Pyszne, ale jeżeli dalej będziesz mnie karmić, padnę podczas kolacji. 
– Ciesz się, że to nie moja siostra szykuje tę kolację – zakpił Connor. – Musielibyśmy 

wszyscy jechać na płukanie żołądka. 

– Albo trzeba byłoby wzywać straż pożarną – dodał inny z braci. 
– Hej, podpalam tylko  piekarniki  i mikrofalówki,  a nie całe domy!  – rzuciła  lekkim 

tonem, jednak Alex widział, że usta jej drżały. Po chwili wyszła z salonu bez słowa. 

Zdumiał się, że żaden z braci nie zauważył, jaką przykrość wyrządzili siostrze. 
– Gdybyś był chociaż w połowie tak inteligentny jak Shannon, nigdy byś z nikogo nie 

żartował w ten sposób – powiedział szorstko do Connora i wyszedł, nie dbając o to, czy to, co 
powiedział, zabrzmiało obraźliwie. Ważna była tylko Shannon. Wybiegł za nią na ganek, po 
drodze chwytając płaszcz. – Ej! – krzyknął. – Zamarzniesz tutaj. 

– Jestem twardsza, niż na to wyglądam. Otulił ją swoim płaszczem. 

background image

– Twarda. Jasne. Cała się trzęsiesz i jesteś sina. Dlaczego nie powiedziałaś Connorowi i 

reszcie, żeby się wypchali?

– A po co? Wszyscy się świetnie bawili. 
Złapał delikatnie jej podbródek i zmusił, żeby na niego spojrzała. 
– Oni na pewno, ty jednak nie. Udawałaś, że cię to nie obchodzi, ale przede mną nie 

musisz grać. 

– Nie, naprawdę, przyzwyczaiłam się do tych żartów. – Jej oczy zalśniły od łez. – Tylko 

że dzisiaj wy tutaj jesteście. To znaczy... – pogubiła się lekko. – Wyjaśniłam im, że łączy nas 
tylko przyjaźń, więc niby takie docinki nie powinny mieć znaczenia, ale wiesz, jak to jest. 
Przecież i tak myślą swoje, nieważne, co się im powie. Tym bardziej więc jest to bolesne, że 
gdybyś jednak był moim facetem, mogliby mi zaszkodzić. 

– Ta złośliwa uwaga Connora... 
– No właśnie. Przecież nie wiedział, czy nie zaczniesz się zastanawiać nad związkiem z 

kobietą, która nie umie gotować, zwłaszcza że masz małe dziecko... 

– Tylko idiota mógłby brać coś takiego pod uwagę, mając do czynienia z taką kobietą jak 

ty!

– Nie myśl źle o moich braciach. Są naprawdę wspaniali, zawsze mogę na nich polegać, 

tyle tylko, że zdarzają się im durne wyskoki. 

– Więc nie będziesz się gniewać na Connora?
– Gniewać się? Moi bracia nic na to nie poradzą, że mają subtelność nosorożców. Tacy 

się po prostu urodzili, więc muszą z tym żyć. 

Roześmiał się, przytulił ją mocno. 
–   Jesteś   niezwykłą   kobietą,   Shannon.   Szkoda,   że   nie   możesz   siebie   zobaczyć   moimi 

oczami. Zrozumiałabyś wtedy, jaka jesteś cudowna. Gdyby tylko sytuacja była inna... 

Przez jej twarz przebiegł bolesny grymas. Tak świetnie się rozumieli, a ona tak długo 

czekała,   żeby   spotkać   kogoś   takiego   jak   on.   Kogoś,   kto   zaakceptuje   ją   z   jej   wadami   i 
zaletami. Był dla niej wprost idealny, a jednak chciał, żeby pozostali tylko przyjaciółmi. Lecz 
taka przyjaźń nie mogła przetrwać, jak długo można bowiem balansować na cienkiej granicy 
między zwykłą znajomością a pożądaniem? To okaże się dla nich zabójcze... 

Lekki wietrzyk poruszył gałązkami sosny. Shannon ze smutnym uśmiechem pomyślała o 

jemiole,   którą   jej   matka   zawsze   wieszała   nad   frontowymi   drzwiami.   Spojrzała   do   góry. 
Jemioła wisiała jak co roku, przywiązana do desek jasnoczerwoną wstążką. Alex podążył za 
jej wzrokiem i zobaczył magiczną roślinę. 

– Shannon, chciałbym... 
– Nie mówmy już o tym – powiedziała szybko. – Cieszmy się chwilą. Są święta. 
– Tak... – Pocałował ją z wielką czułością, zaraz jednak lekko się odsunął. – Zdaje się, że 

mamy widownię. I to najgorszą z możliwych. 

Gdy odwróciła się, zobaczyła  trzech swoich braci. Wyglądali przez okno, miny mieli 

wściekłe, jakby Alex lubieżnie uwodził ich nieletnią siostrę. 

– No tak – zaśmiała się Shannon. – Może mają wrażliwość nosorożców, ale tak jak one 

zażarcie bronią stada!

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Wmaszerowała do domu, złapała Kanea za ramię, wciągnęła go do pustego pokoju i z 

furią zatrzasnęła drzwi. 

– Co wy wyprawiacie?! – syknęła. 
– Nic. – Kane bezczelnie patrzył jej w oczy. 
–   Nic?!   Dobre   sobie,   nic!   Podglądaliście   nas   jak   napaleni   smarkacze.   To   nie   wasza 

sprawa!

–   I   tu   się   mylisz,   bo   to   jak   najbardziej   nasza   sprawa   –   stwierdził   spokojnie.   – 

Powiedziałaś przecież mamie, że on nie ma zamiaru się żenić. 

– Powiedziałam jej, że nie zamiaru się żenić. Alex jest wdowcem, dużo przeszedł i ma 

chyba   prawo   podejmować   decyzje.   To   jedno.   A   po   drugie,   drogi   braciszku   –   groźnie 
zmrużyła  oczy – zapomniałeś, że żyjemy w XXI wieku i wolno mi robić to, na co mam 
ochotę?

– Nie, nie zapomniałem, ale nie chcę, żeby znowu ktoś cię zranił – powiedział łagodnie. 
Była   wstrząśnięta.   Przysięgłaby,   że   w   rodzinie   nikt   nic   nie   wie   o   jej   niefortunnym 

związku. 

–   Alex   stara   się   dopiero   wrócić   do   normalnego   życia.   Nie   jest   mu   łatwo   znowu 

zaryzykować. Bardzo bym chciała, żeby zmienił zdanie, ale nie będzie jego żadnej winy, 
jeżeli będę cierpieć. Zaangażowałam się w tę znajomość, mając świadomość, że nie ma ona 
przyszłości. 

– Mój Boże, Shannon... Jesteś pewna, że nie macie przed sobą żadnej przyszłości?
– Oszukiwałam siebie jakiś czas, ale teraz już jestem pewna. Dajcie mi więc spokój. Chcę 

po prostu spędzić święta z Jeremym i Aleksem, nie myśląc o tym, co przyniesie jutro. 

– W porządku – powiedział wreszcie z ociąganiem. – Powiem Patrickowi i Neilowi, żeby 

wzięli na wstrzymanie. 

–   O   nie!   –   Shannon   zdała   sobie   nagle   sprawę,   że   zostawiła   Aleksa   na   ganku   w 

towarzystwie   swoich   rozwścieczonych   braci.   Mogło   nawet   dojść   do   bijatyki,   bo 
O’Rourke’owie, gdy chodziło o ich siostrę, zachowywali się jak prymitywni jaskiniowcy. 

– Miałbyś może ochotę zagrać kiedyś z nami w piłkę? – uprzejmym tonem spytał Neil, 

lecz na tym uprzejmość się kończyła. Stał tuż obok Aleksa, niemal dotykał go nosem, ręce 
skrzyżował na piersi, oczy błyszczały mu nieprzyjaźnie. 

Postawa Aleksa wyrażała podobną wrogość. 
–  Jasne.  Futbol  to  świetny  pomysł  –  powiedział   Patrick  z  miną,  która   pozwalała  się 

domyślać, że gra byłaby pełna fauli. 

– Dość tego! Żadnego futbolu! – powiedziała Shannon kategorycznie. 
– Tak jest – dodał Kane, wchodząc pomiędzy Aleksa i Neila. – Dajmy sobie spokój ze 

sportami kontaktowymi. Shannon nie życzy sobie, żebyście grali. 

– Czy to prawda, Shannon? – zapytał Alex, a kąciki jego ust drżały lekko w uśmiechu. 
Uwielbiała go za to, że potrafił zachować dystans w każdej sytuacji. Wiedział już, że jej 

background image

bracia   to   banda   pomyleńców,   zarazem   jednak   ci   pomyleńcy   kochają   ją   jak   nikt   inny   na 
świecie.   Pamiętała,   co   Alex   opowiadał   jej   o   swoich   wiecznie   kłócących   się   rodzicach   i 
wiedziała, że unikał jak ognia konfliktów. Tym bardziej było jej miło, że w zaistniałej sytuacji 
nie złapał Jeremy’ego pod pachę i nie ulotnił się czym prędzej. 

Odwróciła się i zobaczyła, że całą scenę obserwują jej cztery bratowe. Ich miny wyrażały 

i miłość, i zakłopotanie. 

– Naprawdę nie umiecie sobie poradzić z tymi dzikusami? – sarknęła Shannon. 
– Wiesz, jak to jest. Pozwól, by macho trochę się wyszumiał, potem go przytul, a je ci z 

ręki – z rozbrajającym uśmiechem powiedziała Maddie, żona Patricka. – A teraz chodźcie na 
grzane wino, naprawdę jest pyszne. 

Nie minęła chwila, jak małżonki zaciągnęły swych mężów do salonu. 
– Czy nie powinnaś mi teraz powiedzieć, że twoi bracia są kochani i nie mieli niczego 

złego na myśli? – Alex uśmiechnął się ironicznie. 

– Och, mieli mnóstwo złych myśli, ale i tak nie jestem na nich zła. 
–   Cóż,   w   sumie   rozumiem   ich   reakcję.   Irlandzki   klan   jest   jak   skała,   łączą   was 

nierozerwalne   więzy,   a   ja   według   twoich   braci   postępuję   wobec   ciebie...   –   Przerwał   na 
chwilę.   –   Bywacie   gwałtowni,   skaczecie   sobie   do   oczu,   ale   tylko   pozazdrościć   wam   tej 
miłości i lojalności. 

– Masz rację. Zdarza się, że mam szczerze dosyć wszystkich O’Rourke’ów, ale zaraz mi 

przechodzi. – Uśmiechnęła się do niego. – Cieszę się, że nie uciekłeś od tych dzikusów. 

– Co ty, miałbym odpuścić tę wspaniałą kolację? Poza tym Jeremy by mi nie darował, 

gdyby musiał zrezygnować z zabawy z twoimi siostrzenicami. 

– Rzeczywiście, świetnie się bawi. 
–   Zupełnie   jak   jego   tata.   Chodź,   napijmy   się   wina.   Rzeczywiście,   dobrze   się   bawił. 

Zwariowana rodzina O’Rourke ów urzekła go swoją szczerością, ciepłem i miłością, a bracia 
walczący o szczęście  siostry rozbawili  go i ujęli zarazem.  Kiedy ostatni raz czuł  się tak 
dobrze? Chyba... chyba nigdy. 

Nadszedł czas otwierania prezentów, więc wszyscy zebrali się pod choinką. Na koniec 

pozostała jedna paczka, którą Shannon dyskretnie podsunęła głębiej pod drzewko, pilnie przy 
tym nasłuchując. Kiedy rozległ się pomruk silnika wjeżdżającego na podjazd, podskoczyła na 
równe nogi. 

– Mam nadzieję, że będzie to najmilszy prezent – mruknęła, po czym pomknęła do drzwi 

wejściowych. Gdy wróciła w towarzystwie jakiejś kobiety, Alex zamarł. – Moi drodzy, to jest 
Gail, siostra Aleksa – powiedziała głośno. – Przyleciała do nas z Japonii. Gail, poznaj moją 
rodzinę,   choć   wiem,   że   i   tak   nie   zapamiętasz   wszystkich   imion   –   dodała   z   szerokim 
uśmiechem. 

Gail wyglądała na mocno stremowaną, ale rozluźniła się na tak ciepłe powitanie. 
– Mam nadzieję, że państwu nie przeszkadzam – powiedziała. 
–   Ależ   skąd,   moje   dziecko.   –   Pegeen   uścisnęła   ją   serdecznie.   –   Chodź,   kochana, 

wyglądasz na strasznie zmęczoną. 

Zakłopotany Alex spojrzał na siostrę. 

background image

– Jeremy – zwrócił się do syna  – pamiętasz  ciocię  Gail? Malec nie wyglądał,  jakby 

przypominał sobie ciotkę, ale tego dnia był już tyle razy wycałowany, że jeszcze jedne uściski 
nie robiły mu różnicy. 

Gdy Alex i Gail usiedli obok siebie, Shannon podała jej paczuszkę. 
– Dziękuję... to takie miłe z pani strony. – Gail zaczerwieniła się nieco. 
Alex zacisnął zęby.  Shannon oczywiście wiedziała o przyjeździe jego siostry,  ale nie 

pisnęła o tym ani słowa. 

Po   chwili   Gail   rozluźniła   się   na   tyle,   by   przyłączyć   się   do   rodzinnego   chóru 

wykonującego   kolędy.   Shannon   przyglądała   się   Aleksowi   spod   oka,   a   on   czuł   się   jak 
wciągnięty do sieci.  Gail już wsiąkła w tę  rodzinę, podobnie jak on i Jeremy.  A przede 
wszystkim bardzo, i to z wzajemnością, polubiła Shannon... 

Był zły, lecz jakie pretensje mógłby mieć do Shannon? „Powinnaś mi była powiedzieć, że 

moja   siostra,   której   prawie   nie   znam,   przyjeżdża   na   święta”?   Nic   by   to   nie   dało   poza 
zepsuciem świątecznej atmosfery. 

Czuła, że coś jest nie w porządku. Alex odezwał się podczas obiadu może dwa razy. 

Zaraz zaś po tym, jak Gail udała się do hotelu (zdecydowała, że tam się zatrzyma, mimo że 
zaoferował jej nocleg u siebie), zaproponował, żeby wrócili do domu. 

– Jeremy już śpi – wyszeptała, kiedy jechali ostrożnie zamglonymi ulicami. 
– Tak. 
– Myślę, że się dobrze bawił. 
– Tak, świetnie. 
Odetchnęła ciężko. Trudno rozmawiać z kimś, kto wyraźnie nie chciał podtrzymywać 

konwersacji. Zastanawiała się, czy Alex jednak nie poczuł się urażony scysją z jej braćmi. 

Kiedy dotarli do domu, zaniósł Jeremy’ego na górę, a ona usiadła ciężko w głębokim 

fotelu. Nie poszła do siebie, musieli bowiem porozmawiać. Co się stało? Dlaczego nagle 
wszystko straciło swój urok i zapanowała ciężka, nieprzyjazna atmosfera?

Po zejściu na dół Alex bez słowa poszedł do kuchni. Shannon udała się za nim i z miejsca 

zaatakowała:

– Nie wytrzymam tego dłużej. Mów, co jest nie tak. 
– Nic. – Brzmiała lakoniczna odpowiedź. 
– Kłamiesz!
– W porządku, masz rację, coś jest nie tak, ale nie chcę o tym rozmawiać. 
– Alex! Spojrzyj na mnie. Co się stało?
Odwrócił się do niej z wściekłym błyskiem w oczach. 
– Dlaczego mi nie powiedziałaś, że Gail przyjeżdża do Seattle? Skąd w ogóle wiedziałaś, 

że przyjeżdża?

– Zadzwoniła tu, kiedy cię nie było, i wspomniała, że być może przyjedzie, ale ponieważ 

nie miała pewności, prosiła, żeby ci o tym nie mówić. 

– Powinnaś była mi powiedzieć!
– Gail mnie prosiła, więc nie mogłam. Alex, na miłość boską, to przecież twoja siostra! 

background image

Myślałam, że się ucieszysz z jej wizyty. 

– Nie wiesz, jakie są układy w mojej rodzinie – stwierdził twardo. – Nie masz prawa się 

do tego mieszać. Powinnaś omówić ze mną jej zaproszenie na święta do twojej matki. 

– Spojrzał na nią. – Nie jesteś moją żoną. 
– Wiem o tym – odpowiedziała przez zaciśnięte gardło. – Jasno stwierdziłeś, że nigdy nią 

nie zostanę. Przestań się zachowywać, jakbyś był pępkiem świata. 

Z wściekłością ruszyła w kierunku drzwi. Nie mieściło się jej wprost w głowie, że Alex 

mógł być  taki okropny. Nawet jeżeli nie domyślał  się, że była  w nim zakochana, musiał 
wiedzieć, że są jej z Jeremym bardzo bliscy. 

– Dokąd się wybierasz? – zapytał. 
– Do domu. 
– Odprowadzę cię. 
– Nie rób sobie kłopotu. 
Gdyby nie to, że Jeremy spał, z ochotą trzasnęłaby drzwiami. Miała nadzieję, że minie 

jeszcze trochę czasu, zanim malec zorientuje się, że jego tata jest osłem. 

Choć   wyraziła   się   jasno,   Alex   wyszedł   na   zewnątrz   i   odprowadzał   ją   wzrokiem. 

Wprawiło ją to w jeszcze większą wściekłość. 

Drzwi swego domu zatrzasnęła już z niepohamowaną złością, potem padła na kanapę w 

salonie i gorzko się rozpłakała. 

Cały czas starała się utrzymywać przyjacielskie stosunki, jak sobie tego Alex życzył, lecz 

to on nieustannie łamał ten układ. Teraz jednak wymyślił sposób, jak wyrzucić ją ze swojego i 
Jeremy’ego życia. Po prostu wywołał tę awanturę. Nie spodziewała się, że mógłby być aż tak 
perfidny i okrutny. 

– Alex... – szepnęła. 
Wiedziała, że mogłaby być dobrą żoną i matką, i wciąż pozostać sobą. Cały ten czas 

spędzony z Jeremym i Aleksem utwierdził ją w przekonaniu, że nie na gotowaniu i sprzątaniu 
polega stworzenie prawdziwego domu. 

Alex nie miał rodziny, która by go wspierała i kochała. To prawda, O’Rourke’owie mieli 

swoje   wady,   jednak   zawsze   mogła   liczyć   na   pomoc   i   zrozumienie.   Alex   zaznał   tylko 
szczęścia przy Kim, lecz choroba mu ją odebrała. Być może jego serce nigdy się już nie 
zagoi. Będzie cierpiał, a ona nic na to nie zdoła poradzić. 

– Miau? – Magellan spojrzał na nią z niepokojem i wskoczył jej na kolana. 
– Myślę, że to już definitywnie koniec, mój kotku... Magellan zlizał z jej dłoni łzę. 
Zadumała się głęboko, wreszcie uznała, że jest jednak coś, co może zrobić, żeby mu 

pomóc. Jeżeli jej się uda, Alex przestanie się wreszcie miotać. Postanowiła z samego rana 
zadzwonić do agenta nieruchomości i wystawić swoje mieszkanie na sprzedaż.

– Jesteś pewna, że nie możesz dłużej zostać? – Spytał Alex, kiedy z Gail czekali na jej 

samolot. 

– Niestety nie. Nie zaplanowałam tego wyjazdu, wyrwałam kilka dni wolnego i teraz 

muszę odrobić zaległości w pracy. 

background image

– Cieszę się, że przyjechałaś – wyznał szczerze. 
Naprawdę tak było, chociaż dwa dni wcześniej niespodzianka, jaką zrobiła mu Shannon, 

wyprowadziła go z równowagi. Teraz rozumiał, że miała jak najlepsze intencje. Wychowała 
się w rodzinie, w której wszyscy się kochali i byli sobie bliscy, była więc pewna, że wizyta 
siostry stanie się cudownym wydarzeniem. 

O’Rourke’owie z dziecięcym wręcz entuzjazmem obchodzili święta, ale nie zapominali 

też o głębszym wymiarze Gwiazdki. To Alex wspomniał Shannon, jak bardzo by chciał, żeby 
Jeremy   zrozumiał   atmosferę   świąt   i   poznał   radość   dzielenia   się   z   innymi,   sam   jednak 
zapomniał już, co to znaczy... 

Gdy rozległ się komunikat ponaglający pasażerów samolotu Gail, Alex uściskał siostrę 

serdecznie. 

– Koniecznie zadzwoń, kiedy już będziesz na miejscu – powiedział z naciskiem. 
– Jasne – odpowiedziała miękko. 
– Jeślibyś czegoś potrzebowała, daj mi tylko znać. Od razu wsiadam w samolot i lecę do 

ciebie. 

– Dobrze. 
– Do widzenia, ciociu Gail. – Jeremy cmoknął ją w oba policzki. – Obiecujesz, że znowu 

do nas przyjedziesz?

– Obiecuję – odpowiedziała z uśmiechem. 
Alex wiedział, że mówiła prawdę. Dopiero zaczęli nawiązywać z sobą kontakt. Odbyli 

trudną, ale bardzo potrzebną rozmowę na temat swojego dzieciństwa. Gail zaprosiła ich do 
siebie do Japonii, sama oczywiście zamierzała przyjeżdżać do Seattle, były też telefony. 

To wszystko wydarzyło  się dzięki Shannon. Alex wciąż o niej myślał. Podczas kilku 

tygodni zupełnie odmieniła jego życie, a on ją zranił, brutalnie odtrącił, jak jej narzeczony 
sprzed lat, a faktycznie zimny drań. Tak bardzo chciałby naprawić swój błąd, ale nie miał 
pojęcia, jak to zrobić. 

Kiedy   stanął   na   swoim   podjeździe,   zauważył   przed   domem   Shannon   tabliczkę 

informującą o tym, że mieszkanie jest na sprzedaż. Zaklął pod nosem. 

– Tatusiu, powiedziałeś brzydkie słowo – zwrócił mu uwagę Jeremy. – Możemy iść do 

Shannon? Stęskniłem się za nią. 

Jasne,   że   pójdą   do   Shannon,   i   to   zaraz,   pomyślał   Alex   z   wściekłością.   Miał   zamiar 

zamienić   z   nią   słówko.   Jedna   sprzeczka   i   już   się   chce   wyprowadzać!   Ta   kobieta   była 
niemożliwa. 

– Zostań w aucie, Jeremy. Pójdę zobaczyć, czy jest w domu. – Po kilku sekundach już 

walił w jej drzwi. – Shannon, co to ma znaczyć? – Gdy otworzyła mu wreszcie i spojrzała na 
niego bez słowa, wskazał oskarżycielko na tabliczkę. – Co to jest?

– Gdzie Jeremy? – zapytała, ignorując jego pytanie. Miał ochotę ją udusić. 
– W samochodzie. – Dostrzegł wyraźne smugi pod jej oczami. – Nic nie rozumiem. To 

prawda, zachowałem się jak cham, ale to chyba nie powód, żeby się wyprowadzać... znikać, 
zacierać ślady. Nie możesz jak zawsze zrzucić winy na moją naturę jaskiniowca?

– To nie takie proste – powiedziała zmęczonym głosem. 

background image

– Więc mi to wyjaśnij! Shannon, proszę, powiedz mi, o co chodzi... 
– Wiem już, co cię rani. Dopóki tu będę, nie będziesz odczuwał spokoju. 
– Nie, to nieprawda. 
– Prawda. Sprawiamy sobie nawzajem tylko  ból, a ponieważ nie mam dziecka  i nie 

jestem zbyt przywiązana do tego miejsca, więc się wyprowadzam. 

W   jej   oczach   widział   miłość   i   determinację.   Kochała   go   tak   bardzo,   że   postanowiła 

poświęcić  się dla niego i jego syna.  Patrzyła  na niego z czułością i dobrocią. Nigdy nie 
zraniłaby go ani nie zrobiła niczego, co mogłoby mu zaszkodzić. Przeleciały mu przed oczami 
obrazy z całego okresu ich znajomości. Jej troska o Jeremy’ego. Ciepły uśmiech. Namiętne 
pocałunki. Jej łzy. 

Musiał tylko odważyć się poczuć to, co oddalał od siebie aż tak długo. Musiał walczyć. 

Miał wszystko do stracenia i wszystko do zyskania. 

On też ją kochał. Stała mu się niezbędna do życia jak powietrze. Odrzucał tę miłość ze 

strachu i przez to okropne poczucie winy. 

– Kocham cię, Shannon. – Po tych słowach poczuł niewysłowioną ulgę. Odkrył wszystkie 

karty. Koniec ze skrywaniem uczuć, koniec z udawaniem. Teraz wszystko zależało od jej 
decyzji. – Wiem, że zachowałem się jak idiota, ale proszę, nie zostawiaj nas. Jeremy i ja nie 
damy sobie bez ciebie rady. 

– Nie, to jeszcze dla ciebie za wcześnie... 
– Nie, w samą porę. – Położył jej dłoń na swoim sercu. 
–   Całe   życie   bałem   się   uczuć.   Wyrosłem   w   okropnym   domu,   miałem   fatalne 

doświadczenia. Kim mnie kochała, ale i tak nie potrafiłem bez reszty przyjąć jej do mojego 
świata.  – Patrzyła  na niego bez słowa, a on dalej  mówił  z żarem:  – Nie chcę  drugi raz 
popełnić tej samej pomyłki. Nauczyłaś mnie, że nie da się bezkarnie chować w sobie uczuć. 
Pokazałaś mi też, że nie żyłem naprawdę. A ja chcę żyć pełnią życia. Chcę żyć z tobą. 

Była pewna, że swoją przeprowadzką zdejmie mu problem z głowy. Myślała nawet, że 

nie pożegna się z nią, tylko wydeleguje Jeremy’ego. A teraz Alex McKenzie stał w progu jej 
mieszkania i wyznawał miłość. 

– Jesteś pewien? – Tylko tyle zdołała z siebie wydusić. 
– Absolutnie. Pragnę ofiarować ci moją miłość, na dobre i na złe. Przyjmij ją, wyjdź za 

mnie i już na zawsze mnie kochaj. Pozwól, bym cię wspierał i opiekował się tobą. 

–   Alex...   –   Widziała   w   jego   oczach   uwielbienie,   a   także   siłę   i   uczciwość.   Z   takim 

człowiekiem warto iść przez życie. 

– Nigdy przed nikim nie otworzyłam się tak jak przed tobą. – Czuła bicie jego serca pod 

swoją dłonią. – Zaufałam ci jak nikomu na świecie. I pokochałam cię z całego serca. – Gdy 
przytulił ją, mruknęła: – Jeremy nas widzi... 

–   Och,   już   dawno   sobie   wymyślił,   że   będziesz   jego   mamą.   Chodź,   powiemy   mu.   – 

Przebiegli przez trawnik do samochodu, przez którego szybę Jeremy przyglądał im się tak 
intensywnie, że aż rozpłaszczył na niej nos. – Mamy dobre wieści, synku! Mikołaj ma dla 
ciebie jeszcze jeden prezent. – Jaki?

– Shannon będzie twoją nową mamusią. Jeremy wyskoczył z auta i rzucił się jej na szyję. 

background image

– Martwiłem się już – powiedział jej do ucha – ale na święta moja mamusia powiedziała, 

że   wszystko   będzie   dobrze.   Zaśpiewała   mi   kołysankę   i   powiedziała,   że   tatuś   już   sobie 
poradzi. Nie wiedziałem, co to znaczy, ale powiedziała, że wszystko będzie dobrze. 

Łzy napłynęły jej do oczu. Zawsze głęboko wierzyła w to, że ludzie odchodzą, ale miłość 

pozostaje. 

– Widzę, że prezent się podoba! – Alex roześmiał się, potem spojrzał na Shannon: – 

Zaufaj mi, najdroższa. 

Otoczyła ich ramionami w pełnym miłości, opiekuńczym geście. 

background image

EPILOG

– Udało ci się ją przekonać? – zapytał Alex, kiedy jego żona odłożyła słuchawkę. 
– Po prostu porozmawiałam z nią, to wszystko. Przecież wiesz, ze Gail jest uparta i lubi 

podejmować decyzje sama. – Uśmiechnęła się. – Rodzinne podobieństwo czy co? W każdym 
razie żadne naciski nie pomogą. 

– Ale jej firma otwiera oddział w Seattle. Dlaczego tak się waha? – Przez ostatni rok stali 

się z Gail bardzo sobie bliscy i wolałby, żeby mieszkała bliżej jego rodziny. – Gdyby się tu 
przeprowadziła,  mogłaby spędzić  z nami  święta,  nawet mając  na głowie  jakiś  idiotyczny 
projekt. 

Shannon   zaśmiała   się,   potem   roztarta   sobie   krzyż.   Dobrze   się   czuła   w   ciąży,   jednak 

rozmiar brzucha ostatnio zaczął jej doskwierać. Ubieranie i rozbieranie doprowadzało ją do 
szału, a wspinanie się po schodach liczącego ponad sto lat domu nieźle dawało się we znaki. 
Ale to drobiazg. Z zadowoleniem rozejrzała się po salonie. Początkowo napierała na kupno 
jakiejś   nowoczesnej   rezydencji,   kiedy   jednak   zobaczyła   ten   dom,   z   miejsca   się   w   nim 
zakochała. 

Alex był przy tym, widział zachwycony wyraz jej oczu – i natychmiast podjął decyzję. A 

raczej od razu zgodził się z wyborem żony. 

W salonie było wyjątkowo przytulnie, a świąteczne dekoracje dodały jeszcze urody temu 

miejscu. Shannon poustawiała gwiazdy betlejemskie na parapetach i udekorowała cały dom 
gałązkami sosny i bombkami. Kane wysłał ją na wcześniejszy urlop macierzyński, więc miała 
mnóstwo czasu, żeby się tym zająć. 

Wyprawiła też kilka przyjęć, na których Jeremy wraz ze swoimi kuzynkami i kuzynami 

wypiekał ciasteczka imbirowe i robił ozdoby choinkowe. Obecność w kuchni mamy, sióstr i 
bratowych gwarantowała, że tym razem Shannon niczego nie spali. 

– Wszystko w porządku? – zapytał Alex z niepokojem, patrząc, jak żona układa sobie 

poduszkę pod plecami. – Powinnaś więcej odpoczywać. 

–   Przestań!   Nie   debiutujesz   w   tej   roli   i   dobrze   wiesz,   że   ciąża   to   nie   choroba.   – 

Roześmiała się. – Czuję się naprawdę znakomicie. 

– Debiutuję w tej roli jeśli chodzi o ciebie – powiedział z naciskiem. – Zupełnie nie 

słuchasz wskazówek lekarza. Można z tobą oszaleć. 

– Doktor mówił, żeby kilka razy dziennie kłaść się z nogami do góry. Nie przypominam 

sobie, żeby zakazał mi się ruszać. 

– Na pewno mówił, żeby się nie przemęczać. 
–   To   ty   się   przemęczasz   tym   ciągłym   zamartwianiem   się   o   mnie.   Masz   przerwę 

świąteczną, a wcale nie odpoczywasz. 

Alex zamknął jej usta pocałunkiem. 
– Czy mówiłem ci już dzisiaj, jak bardzo cię kocham? – zapytał szeptem. 
– Nie, ale ile razy można powtarzać to samo? – zaśmiała się. 
Cały ten rok upłynął jak sen. Najpierw było huczne weselisko, potem skomplikowana 

background image

operacja sprzedaży domów i kupno nowego. Ciągle się sprzeczali i godzili, bo bardzo różnili 
się charakterami. Nie było to gładkie małżeństwo, ale zarówno Shannon, jak i Alex niczego 
innego się nie spodziewali. W każdym razie ona wolała związek, w którym wciąż iskrzy i o 
który warto walczyć, niż jakieś ciepłe kluchy lub, co najgorsze, obojętne przebywanie obok 
siebie. Więc wciąż iskrzyło i wciąż coś się działo, i było cudownie, bo mimo że tak różni, 
kochali się bezgranicznie i świetnie nawzajem rozumieli. 

– Jingle bells, Jingle bells... – Jeremy wpadł do ich pokoju z kolędą na ustach. Bardzo 

urósł przez ten rok. Stał się też Shannon jeszcze bliższy, jeżeli to w ogóle było możliwe. 

– Mamusiu, kiedy będziemy śpiewać?
– Śpiewać, w twoim stanie? – Alex pogroził jej palcem. 
–   Przecież   dzisiaj   Wigilia,   więc   najpierw   wszyscy   pośpiewamy   kolędy,   a   potem 

pójdziemy   na   pasterkę.   Dla   Jeremy’ego   będzie   to   pierwszy  raz   w   życiu.   Pewnie   mu   się 
spodoba. 

Alex pomyślał, że „wszyscy” musiało oznaczać cały klan O’Rourke’ów. Shannon powoli, 

ale skutecznie, złapała w te swoje wnyki miłości nawet Gail. Pewnie Sam, kiedy wreszcie 
wróci do kraju z misji badawczej w Arktyce, też ulegnie urokowi bratowej. 

Uśmiechnął się pod nosem. Nikt nie mógł się oprzeć rudowłosej wiedźmie. 
–   Kiedy   wreszcie   będę   miał   nowego   braciszka   albo   siostrzyczkę?   –   zapytał   Jeremy, 

wpatrując się z napięciem w wydatny brzuch Shannon. 

– Mikołaj nad tym pracuje. – Poprawiła sobie poduszki pod plecami. 
Alex popatrzył na nią z niepokojem. Minęło już kilka dni od terminu porodu. Uważał, że 

Shannon nie powinna wychodzić z domu, a już na pewno nie do zatłoczonego i dusznego 
kościoła.   Zachował   to   jednak   dla   siebie,   bo   wiedział,   że   Shannon  albo   go   ofuknie,   albo 
wyśmieje   za   „nieznośne   niańczenie”.   Musiał   więc   po   prostu   stale   nad   nią   czuwać,   nie 
odstępować na krok. Zrobiła ze mnie cerbera, pomyślał rozbawiony. 

To   wprost   niepojęte,   jak   bardzo   w   ciągu   tego   roku   odmieniło   się   jego   życie.   Alex 

odmówił cicho modlitwę dziękczynną za wszystko, co go spotkało do tej pory, i poprosił 
Boga o opiekę nad maleństwem, które miało się urodzić. 

Kiedy   Shannon   otworzyła   oczy   w   świąteczny   poranek,   poczuła   się   jak   w   niebie. 

Magellan,   teraz   już   dorosły,   piękny   kocur,   mruczał   zwinięty   w   nogach   łóżka.   Tlący   się 
jeszcze wciąż ogień w kominku roztaczał wokół miłe ciepło. Ramię jej męża obejmowało jej 
plecy, a jego dłoń spoczywała na jej brzuchu. 

Alex   oczywiście   nadal   nie   lubił   zrywać   się   rano   z   łóżka,   ale   Shannon   potrafiła   go 

rozśmieszyć nawet o bardzo wczesnej porze. Przekręciła się lekko i skrzywiła, odczuwając 
ostry ból w plecach. Pomyślała, że coraz trudniej będzie jej samej wstawać, czuła się bowiem 
bardzo   ociężała.   Spojrzała   na   Aleksa.   Jakby   tu   zażyć   tę   starą   sowę,   by   poczuła   się   jak 
skowronek?

– Mamo, tato, Mikołaj znowu przyszedł! – krzyczał Jeremy. – Zjadł wszystkie ciastka i 

wypił mleko. Zostawił nawet kartkę. Umiem przeczytać: „Dziękuję”. – Wrzucił kartkę przez 
drzwi i zbiegł po schodach z powrotem do salonu. 

background image

– Nieźle – wymruczał zaspany Alex. 
– To nie ja. To twoja działka. 
– Pewna jesteś, że ich nie zjadłaś, żarłoku? Przekomarzali się jakiś czas, docinali sobie 

wesoło. 

W pewnym momencie Alex powiedział:
– I tak wiem, że wierzysz w Świętego Mikołaja. Kto by pomyślał, dorosła kobieta, po 

studiach, żona i matka... 

– Tak, wierzę... 
Zadumała się głęboko. Tylko kochany staruszek z siwą brodą mógł jej ofiarować tak 

cudowny prezent. Rodzinę. To on sprawiał, że mimo zła i nieszczęść, tak wiele miłości było 
na świecie... i w jej domu. Trzeba wierzyć w Świętego Mikołaja, by mógł nieść dobro, trzeba 
wierzyć   w   cuda,   by   się   spełniały.   Dlatego   wierzyła   w   tego   śmiesznego   jegomościa   o 
szczodrym sercu i jego pracowite renifery. 

Alex przyglądał się jej w zamyśleniu, wreszcie szepnął cicho:
– Wiesz, kochanie... ja też wierzę. 

Po obejrzeniu prezentów znalezionych  pod ich choinką, udali się do domu jej matki. 

Jeremy przez całą drogę śpiewał swoją nową ukochaną kolędę, w tym roku była to „Cicha 
noc”. 

– Jest pewien postęp w stosunku do „Jingle bells”, ale nadal fałszuje – szepnął Alex do 

Shannon. 

Poklepała męża po dłoni. 
– Niestety, kochanie, odziedziczył słuch po tobie. Jeremy wybiegł z samochodu prosto w 

otwarte ramiona wujka Kane’a. 

– Jesteś pewna, że nie chcesz wrócić do domu? – zapytał żonę Alex. 
– Absolutnie. 
Jednak musiała się o niego oprzeć, kiedy wchodzili na schody prowadzące na ganek. Nie 

wspomniała   o   lekkich   skurczach,   które   czuła   od   rana.   Wiedziała,   że   nie   muszą   jeszcze 
oznaczać   niczego   poważnego,   a   miała   świadomość,   że   kiedy   tylko   o   nich   wspomni,   o 
świętowaniu Gwiazdki nie będzie nawet mowy, bo Alex choćby siłą zawiezie ją do szpitala. 
Wiedziała jednak, że dzieci w jej rodzinie mają zwyczaj pojawiać się na świecie w najbardziej 
kłopotliwych momentach. Obawiała się, że z jej maluszkiem może być tak samo, bo tradycja 
u O’Rourke’ów to rzecz święta, dlatego, mimo pozornego spokoju, uważnie wsłuchiwała się 
w swój organizm, by na czas zdążyć do szpitala. 

–   Niespodzianka   –   powiedziała   do   nich   Pegeen,   wprowadzając   do   salonu   Gail.   – 

Spójrzcie, kto przyleciał do Seattle. 

– A mówiłaś, że na pewno nie dasz rady! – Alex serdecznie objął siostrę. 
–   Nie   chciałam   was   rozczarować,   gdyby   mi   się   nie   udało.   –   Gail   złapała   w   objęcia 

Jeremy’ego. – Pegeen to zaaranżowała. 

– Nie ma mowy, złotko, masz do mnie mówić mamo, tak jak wszystkie moje dzieci – 

stanowczo zażądała seniorka rodu. 

background image

Alex  zauważył,  jak Gail  zaróżowiła  się z  zadowoleniem.  Sam  najlepiej  wiedział,  jak 

bardzo siostrze przez te wszystkie lata brakowało rodziców. 

Tak jak w poprzednim roku, pokój pełen był śmiechu i cudownych kulinarnych woni. 

Grzane  wino cieszyło  się  wielkim  powodzeniem,  dzieci  bawiły się wokół choinki.  Przed 
kolacją Shannon weszła do kuchni i usiadłszy w krześle, obserwowała krzątające się panie. 
Pegeen spojrzała na nią z niepokojeniem i spytała:

– Kiedy się zaczęło?
– Wiedziałam, że przed tobą nic się nie ukryje. Mam lekkie skurcze co trzydzieści minut, 

ale wody mi jeszcze nie odeszły, więc nie ma co się niepokoić. 

– Hm... W każdym razie dobrze, że Liam jest tutaj. 
Kuzyn   Liam   O’Rourke   był   lekarzem,   jednak   Shannon   stanowczo   wolałaby   rodzić   w 

szpitalu. Mimo rodzinnych tradycji w tym względzie, tak naprawdę nie dopuszczała innej 
możliwości. 

– Wszystko będzie OK – zapewniła matkę. – Wiesz przecież, bo urodziłaś dziewięcioro 

dzieci. 

– Jasne. A niedługo znów zostanę babcią. 
– Popatrz tylko... Nigdy byś nie pomyślała, że to ja będę następna. – Poklepała się z 

ukontentowaniem po wydatnym brzuchu. 

– Mylisz się, moja droga. – Pegeen pocałowała ją w czoło – Wiedziałam to od razu, kiedy 

zobaczyłam, jak Alex na ciebie patrzy. 

Dwie godziny później, kiedy Shannon siedziała na kanapie obok męża, uznała, że to już 

ta chwila. 

– Alex... 
– Tak, kochanie?
– Dobrze, gdybyś włączył ogrzewanie w dżipie – powiedziała spokojnie. 
– Czy ty... ? – Zerwał się na równe nogi. – Boże! Ty rodzisz!
– Jeszcze nie w tej chwili – zaśmiała się z trudem, odczuwając silny ból. – Ale dzidziuś 

już się zaczyna śpieszyć. 

Liam zmierzył  jej tętno, po chwili Alex wrócił z informacją, że w dżipie jest ciepło. 

Pegeen   włożyła   Shannon   płaszcz,   zapewniając,   że   zajmie   się   Jeremym.   Alex,   mimo   jej 
protestów, chwycił żonę na ręce i w asyście Liama pognał do samochodu. 

– Wszystko będzie dobrze – uspokajał chyba bardziej siebie niż ją. – Dzieci się rodzą od 

początku świata. 

W szpitalu czekali na nich pielęgniarka i lekarz położnik, który prowadził ciążę Shannon. 

Minęła godzina, a potem jeszcze jedna. Alex trzymał żonę za rękę i liczył oddechy w taki 
sposób, w jaki ćwiczyli w szkole rodzenia. W końcu odeszły wody, a potem dziecko urodziło 
się w ciągu dwudziestu minut. 

Pielęgniarka wyszła do poczekalni, gdzie nieprzebrany tłum O’Rourke’ów czynił całkiem 

spory zgiełk, w czym uczestniczyła również Gail McKenzie. Gdy usłyszeli szczęśliwą wieść, 
najpierw rozległo się zbiorowe westchnienie ulgi, a potem radosny okrzyk Jeremy’ego:

–   Dostałem   od   Mikołaja   siostrzyczkę!   Hurra!   Wyczerpana,   ale   szczęśliwa   Shannon 

background image

patrzyła,   jak   Alex   przygląda   się   z   uwielbieniem   ich   małej   córeczce.   Dziewczynka   była 
drobniutka, miała rude włoski i śliczną, małą buzię. Shannon pociekły łzy po policzkach. 
Żałowała, że jej ojciec nie doczekał tej chwili. Wierzyła jednak, że nad nimi czuwa z góry i 
cieszy się tak samo jak ona. Alex z trudem oderwał wzrok od córeczki i spojrzał na żonę. 

– Co się dzieje? Dlaczego płaczesz?
– Myślałam o tatusiu. Szkoda, że nie ma go tu z nami. 
– A jednak jest... 
– Wiem. – Zamyśliła się na chwilę. – Alex... może Kimberly?
Poczuł ogromne wzruszenie. Shannon w cudowny sposób zaakceptowała fakt, że kiedyś 

był szczęśliwy z inną kobietą, a w Jeremym, choć stała się dla niego troskliwą i kochająca 
mamą, pielęgnowała pamięć o Kim. Powiedziała kiedyś do Aleksa: „Nie wolno wam o niej 
zapomnieć.   Kochała   was   i   z   tą   miłością   patrzy   teraz   na   was   z   nieba”.   Była   naprawdę 
wyjątkowym człowiekiem. 

– Dzięki... – powiedział z trudem. – Kocham cię, Shannon McKenzie. – Pocałował ją 

czule. 

– Wiesz, Alex, a jednak cuda się zdarzają. – Uśmiechnęła się promiennie. 
– Wiem... ty mnie tego nauczyłaś. 


Document Outline