background image

 

Candace Schuler KIERUNEK - 

MIŁOŚĆ 

 
 

ROZDZIAŁ 

Goniące  za  sensacją  ilustrowane  czasopisma  nadały  jej  przezwisko  Hollywoodzkiej 

Królowej Lodu. Tym razem trafiły w sedno, rozmyślał Rafe, wpatrując się w zdjęcie kobiety 

zdobiące  okładkę  „National  Enquirer”.  Kobiety  niewiarygodnie  pięknej  -  jeżeli  komuś 

odpowiadał  typ  urody  Grace  Kelly  -  emanującej  chłodem  i  nieprzystępnej.  Jemu  nie 

odpowiadał. 

Ciemna szatynka o delikatnych rysach z włosami ściągniętymi do tyłu i upiętymi w kok 

przywodziła na myśl zwiewne tancerki baletów klasycznych. Ogromne, szafirowe oczy w 

rzeczywistości  zapewne  nie  miały  tak  intensywnej  barwy  jak  na  fotografii,  pomyślał 

uszczypliwie.  To  dzięki  umiejętnemu  i  dyskretnemu  makijażowi  rzęsy  były  tak  gęste  i 

długie,  a  brwi  zarysowane  w  piękne  łuki.  Nos  wąski,  arystokratyczny,  skóra  jasna  i  bez 
skazy -

jak z alabastru albo z płatków róż. 

Jedynie usta wskazywały, że pod tą idealną powłoką mogła kryć się prawdziwa kobieta. 

Zarys  jej  warg  był  zachwycający.  Górna;  jakby  dziecięca,  nadawała  twarzy  wyraz 
ni

ewinności.  Dolna,  pełna  i  zmysłowa,  kojarzyła  się  z  ogniem  płonącym  w  kominku  i 

czerwonymi, jedwabnymi prześcieradłami. 

Jednak wyniosły uśmiech malujący się na tych kuszących wargach psuł całe wrażenie. 

Był to bowiem zdecydowanie fałszywy uśmiech, w którym na próżno by szukać kobiecego 

ciepła. Z wielkich, szafirowych i zimnych oczu wyzierało zniecierpliwienie i niezadowolenie, 

jakby to, na co patrzyła, zupełnie jej nie interesowało. Oczywiście, miała przecież przed 

sobą tylko grupę reporterów wykonujących swą pracę. 

Rafe  Santana  posłał  ostatnie  spojrzenie  kobiecie,  której  dłoń  obejmowała  ramię  Dona 

Johnsona,  i  rzucił  pismo  na  stos magazynów  ilustrowanych  i  różnych  innych  czasopism 

związanych z przemysłem filmowym, tuż obok swych stóp, opartych na blacie biurka. W 

każdym  z  nich  można  się  było  natknąć  na  informacje  o  pięknej  pannie  Claire  Kingston. 

Przejrzał  połowę  i  doszedł  do  wniosku,  że  nie  musi  czytać  reszty,  żeby  dowiedzieć  się, 

jaką w istocie jest kobietą. 

Dobrze znał ten typ, pomyślał, patrząc jeszcze raz na zdjęcie, z którego spoglądały na 

niego  oczy  pełne  grzecznego  lekceważenia.  Oto  księżniczka.  Rozpieszczona, 

uprzywilejowana  dzięki  pieniądzom  i  właściwemu,  bo  anglosaskiemu  pochodzeniu.  Och, 

tak,  dobrze  znal  ten  typ.  Miewał  już  do  czynienia  z  takimi  kobietami i niestety 

doświadczenia te nie należały do najprzyjemniejszych. 

A tego popołudnia czekało go spotkanie właśnie z nią i rozmowa, od której zależała jego 

najbliższa przyszłość. 

Co,  u  licha,  taka  kobieta  może  wiedzieć  o  produkcji  filmów?  -  mruknął  do siebie ze 

złością. 

Mówiłeś coś? – spytała młoda kobieta, odrywając oczy od komputera. 

Była śniada, ciemnowłosa i ciemnooka jak jej pracodawca. Jego młodsza siostra, piąte z 

kolei dziecko spośród siedmiorga rodzeństwa. 

- Claire Kingston. - 

Rafe wskazał na okładkę pisma. - Co, u licha, ona może wiedzieć o 

produkcji filmów? 

Z pewnością sporo - odparła Pilar Santana. - Uważa się, że jest w Hollywood jedną z 

najbardziej obiecujących producentek młodego pokolenia. 

- Gruba przesada - 

burknął. 

-  „Para za par

ą”,  „Wszystko  jasne”,  „Obietnica”,  „Diabelska  gra”,  „Dni  chwały”.  -  Pilar 

wymieniła tytuły ostatnich pięciu filmów, które powstały przy udziale Claire Kingston. Nie 

musiała  dodawać,  że  wszystkie  cieszyły  się  wielkim  powodzeniem,  gdyż  o  tym  jej  brat 
doskona

le wiedział. - Według mnie to bardzo zdolna i fachowa producentka. 

- Asystentka producenta - 

poprawił ją Rafe. - I zapewne nie miałaby takiej opinii, gdyby 

background image

 

nie jej sławna rodzina. 

- Co? - 

roześmiała się Pilar. - Czy mam rozumieć, że ty byś mnie nie zatrudnił, gdybym 

nie była twoją siostrą? 

Wszyscy, którzy mają do czynienia z przemysłem filmowym, wiedzą, że to matka Claire 

rządzi Wytwórnią Kingston, podpisuje wszystkie umowy i nadzoruje produkcję. Bracia albo 

grają  główne  role,  albo  są  szefami  ekipy  operatorów.  A  ojciec  reżyseruje.  Jak  wynika  z 
lektury tych pism - 

Rafe  potrącił  butem  stos  ilustrowanych  magazynów  -  Królowa Lodu 

spędza czas głównie na przyjęciach i premierach i z punktu widzenia zawodowego jest z 

pewnością  przereklamowana.  W  najlepszym  razie  wykonywała  jakieś  zlecone  przez 

producenta czynności. 

Czy nie osądzasz jej zbyt surowo? Może jest bardzo kompetentną i miłą osobą. 

Wątpię.  -  Rafe  w  zamyśleniu  jeszcze  raz  spojrzał  na  fotografię.  Claire  Kingston 

odpowiedziała mu uśmiechem pięknej, władczej księżniczki. Lodowato zimnym. 

Miła czy nie, powinieneś znaleźć jakiś sposób, żeby stosunki między wami dobrze się 

układały - stwierdziła Pilar. - Przecież macie ze sobą przez pewien czas współpracować. 

O ile ona w ogóle zaangażuje cię jako reżysera „Desperata”. 

Zaangażuje  mnie,  na  pewno  -  powiedział  cicho  do  siebie,  gdy  Pilar  zajęła  się  swoją 

pracą. 

Jego słowa zabrzmiały jak zaklęcie. Albo modlitwa. Był młodym reżyserem i pochlebiało 

mu, że Wytwórnia Kingston, mająca dobrą markę, rozważała jego kandydaturę. W miarę 

czytania  scenariusza  początkowe  zainteresowanie  przerodziło  się  w  gorące  pragnienie 
zrealizowania tego filmu. 

To może być ważny etap jego zawodowej kariery. 

Wyreżyseruje ten film. 

Wyciągnął rękę i nieświadomie powiódł palcem po delikatnym zarysie górnej wargi Claire 

Kingston, spoglądającej na niego ze zdjęcia. Powtórzył w duchu przyrzeczenie. Nic go nie 

powstrzyma przed reżyserowaniem „Desperata”. Nawet ta oziębła dama, która się łudzi, 

że jest liczącą się producentką filmową. 

Dzień dobry, Robercie. 

Claire  Kingston  szła  szybkim  krokiem  przez  biuro.  Nie  zatrzymała  się  przy  biurku 

asystenta, tylko już w drodze do gabinetu, jak zwykle, wydawała polecenia. 

Połącz  mnie  z  biurem  Mike’a  Ovitza. W  czasie  śniadania  doszły  mnie  pewne  plotki  i 

musz

ą sprawdzić, ile w nich prawdy. 

Że Madonna szuka nowego scenariusza? - spytał Robert. 

Claire przystanęła z ręką na klamce i odwróciła się do asystenta. 

Już wiesz? „U Huga” zaczęło się o tym mówić dopiero dzisiaj rano. 

W restauracji  „U  Huga”  jadały  śniadanie  co  znamienitsze  postaci  przemysłu  filmowego 

Hollywood. 

Mam swoje źródła. - Robert wzruszył ramionami. 

Rzeczywiście  -  uśmiechnęła  się  Claire.  Z  doświadczenia  wiedziała,  że  asystenci, 

podobnie jak cały personel pomocniczy w Hollywood, zawsze byli dobrze poinformowani. 

Nie tak dawno sama należała do tej grupy. 

Zwróciła się do Roberta z dalszymi poleceniami. 

Jak połączysz mnie z Mike’em, spróbuj załatwić spotkanie z Costnerem i jego agentem. 

Muszę mieć ich odpowiedź jak najszybciej. Zatelefonuj do Jane Jenkins z Agencji Aktorów 

i dowiedz się, czy ma dla mnie dalsze taśmy  z próbnymi  zdjęciami. No i... chwileczkę  - 

zastanawiała się przez moment - nadaj fax do Olivera Stone’a z wiadomością, że możemy 

podpisać umowę, jeżeli zgodzi się na niższe wynagrodzenie. Zadzwoń do Goldie Hawn i 

powiedz, że jesteśmy nią bardzo zainteresowani, ale możemy się spotkać najwcześniej w 

połowie przyszłego tygodnia. I przynieś mi teczkę z danymi Santany. Muszę jeszcze raz je 

przejrzeć przed popołudniową rozmową. Zapisałeś wszystko? 

- Tak. - 

Robert zakończył stenografowanie ozdobnym zakrętasem. 

background image

 

Skinęła głową, weszła do gabinetu i zamknęła za sobą drzwi. 

W pokoju panował błogosławiony chłód. Stonowane kolory eleganckiego wnętrza działały 

kojąco.  Długie,  kremowe  zasłony  w  oknach  nie  dopuszczały  porannego  słońca.  Cichy 

szum klimatyzacji tłumił odgłosy z zewnątrz. Obite szarym brokatem małe sofki, ustawione 

przed  wytwornym,  stylowym  stolikiem  z  początku  osiemnastego  wieku,  pełniącym  rolę 

biurka, zachęcały, by na nich usiąść. 

Claire 

wstała o wpół do siódmej, gdyż musiała przebić się przez zatłoczone jezdnie Los 

Angeles i zdążyć przed ósmą trzydzieści na umówione śniadanie „U Huga”. Nie  znosiła 

pośpiechu,  lecz  nie  udało  się  jej  wymknąć  wcześniej  z  wieczornego  przyjęcia,  więc 

zaspała. 

Czuła, że zbliża się ból głowy, który stanie się nie do zniesienia, jeżeli go jakoś od razu 

nie powstrzyma. Najlepiej zrobiłaby jej drzemka, niestety, sofki były za krótkie, żeby się na 

nich wygodnie wyciągnąć, a poza tym nie miała na to czasu. Czerwone światełko telefonu 

dawało już znak, że na linii jest połączenie z Mike’em Ovitzem. Nikt, kto chciał nadal jadać 

lunch z wpływowymi ludźmi z branży filmowej, nie mógł dopuścić, aby wszechwładny szef 

największej w Hollywood agencji artystycznej czekał na rozmówcę. 

Po  uzyskaniu  od  Ovitza  potrzebnych  informacji  połączyła  się  z  Robertem  i poprosiła o 

dane Santany. 

Asystent zjawił się z herbatą w pięknej filiżance z cienkiej porcelany. Ustawił ją na biurku 

przed Claire. 

Pomyślałem,  że  najpierw  chciałabyś  napić  się  czegoś  gorącego  -  powiedział.  -  A tu 

masz dwie aspiryny. 

Skąd wiedziałeś? - Uśmiechnęła się z wdzięcznością. 

Masowałaś sobie nasadę nosa. Miałaś ciężki wieczór? 

Długi. Byłam na przyjęciu u Spellingów i późno wróciłam do domu. - Upiła łyk mocnego 

naparu. 

Och,  cudowna.  Nikt  nie  potrafi  tak  parzyć  herbaty  jak  ty.  -  Odstawiła  filiżankę,  co 

oznaczało, że przerwa w pracy jest zakończona. 

Nie  zastałem  agenta  Kevina  Costnera,  więc  zostawiłem  wiadomość  jego  sekretarce. 

Goldie Hawn powiedziała, że nie ma pośpiechu i zgodziła się na spotkanie w przyszłym 

tygodniu.  Jane  Jenkins  znalazła  trzy  bardzo  dobre  kandydatki  do  roli  Molly.  Taśmy  z 

próbnymi  zdjęciami  dwóch  z  nich  przyśle  dzisiaj  po  południu,  a  trzeciej  za  parę  dni.  Tu 

masz pocztę. 

Położył przed nią grubą teczkę. - To dzienne raporty produkcji. - Położył drugą. - A jeśli 

znajdziesz wolną chwilę, rzuć okiem na te informacje. - Dołożył trzecią. - Spodoba ci się 
to, co napisali o „Stworzonych dla siebie”. Krótko, ale bardzo pochlebnie. 

-  Tak?  -  „Stworzeni 

dla  siebie”  był  ostatnim  filmem  jej  brata  Pierce’a,  romantyczną 

komedią,  kręconą  w  Toronto.  W  filmowym  światku  zastanawiano  się  od  tygodni,  jak 

Pierce, grający do tej pory role 

awanturników w filmach akcji, da sobie radę z nową, całkowicie odmienną postacią. - Co 

napisali? 

Cytuję: „Stuprocentowy, twardy mężczyzna pokazał zupełnie inną twarz i okazało się, 

że może pretendować do przejęcia berła po Carym Grande”. Koniec cytatu. 

- Kochany Pierce, zawsze dobry - 

powiedziała Claire z czułością. Dobrze pamiętała, jak 

bardzo brat nie chciał przyjąć tej roli, gdy mu ją zaproponowała. -Wiedziałam, że mu się 

uda. Czy jest jeszcze coś godnego uwagi? 

Mogłabyś  przeczytać  w  „Entertainment  Weekly”  artykuł  o  kobietach,  zajmujących 

wysoką pozycję w Hollywood. Sytuują twoją matkę gdzieś pomiędzy Joanną D’Arc, Joan 
Crawford i Audrey Hepburn. 

Claire roześmiała się. 

Przekaż jej to do Paryża telexem. Będzie w siódmym niebie. 

Już to zrobiłem. 

background image

 

Świetnie. No to daj mi teczkę Santany. - Zrobiła na biurku miejsce, odsuwając na bok 

pozostałe trzy do przejrzenia na później. - Co tam jeszcze masz?- Zmarszczyła brwi na 

widok  dziwnej  miny  asystenta.  Na  wierzchu  ostatniej  teczki,  którą  trzymał,  leżał 
ilustrowany magazyn. 

Claire poczuła, że ból głowy się wzmaga. Wypiła duży łyk herbaty. 

O co chodzi tym razem? Czy tata znowu uwiódł jakąś wschodzącą gwiazdkę? 

Ojciec Claire, niepoprawny kobieciarz, o którego uroku krążyły legendy, a do tego znany, 

nagrodzony Oskarem reżyser, był w równej mierze przedmiotem zainteresowania młodych 
aktorek, jak dziennikarzy. 

Robert pokręcił przecząco głową. 

Jakaś dramatyczna historia o Tarze i jej najmłodszym dziecku? - zgadywała dalej. Tara 

była żoną starszego brata Claire, Gage’a. Od trzech lat nie występowała przed kamerą, 

lecz jako była gwiazda, grywająca w serialach telewizyjnych, nadal była łakomym kąskiem 
dla prasy. 

A może to kolejna przepowiednia, że Pierce i Nikki są o krok od rozwodu? 

Nie. Chodzi o ciebie. Jesteś na okładce „National Enquirer”. 

-  Ja?  - 

spytała  zdumiona.  Odkąd  przestała  grać  w  filmach,  jej  zdjęcia  bardzo  rzadko 

zdobiły pierwsze strony ilustrowanych magazynów. - Z jakiego powodu? 

Najwyraźniej  w  związku  z  kolacją  we  dwoje,  na  którą  wybrałaś  się  z  Donem 

Johnsonem. 

Kolacją we dwoje? 

„Królowa Lodu wciska się pomiędzy najbardziej zakochaną parę Hollywoodu”. - Robert 

przeczytał tytuł artykułu, kładąc pismo przed Claire. 

Najbardziej zakocha... O, mój Boże! -Już przypomniała sobie ten moment. Wychodzili 

właśnie  z  restauracji  i  dotknęła  lekko  ramienia  Dona,  żeby  zwrócić  mu  uwagę  na 

czatujących reporterów. Odwrócił się do niej z uroczym, pytającym uśmiechem. Tyle tylko, 

że obiektyw nie objął Melanie Griffith idącej obok Dona, który trzymał za rękę swą kochaną 

i  kochającą  żonę.  We  troje  omawiali  w  czasie  kolacji  możliwość  udziału  tej  słynnej 

gwiazdorskiej pary w przyszłym filmie Wytwórni Kingston. 

Claire zacisnęła dłonie. Miała ochotę wyrwać tę okładkę, zgnieść ją i rzucić w kąt pokoju. 

Z trudem się powstrzymała. 

Niezależnie  od  wszystkiego  zdjęcie  jest  dobre.  -  Robert przerwa ciszę,  która  nagle 

zapadła w gabinecie. 

Claire wydało się, że ból głowy ustępuje. Pierce tak właśnie pocieszał ją przy podobnych 

okazjach. 

A nazwisko zostało napisane prawidłowo. - Powiedziała to, gdyż Pierce zawsze mawiał, 

że  każda  wzmianka  w  prasie  jest  dobra,  jeżeli  nazwisko  nie  zostało  przekręcone. 

Oczywiście,  najlepiej  byłoby  za  to  komuś  przyłożyć.  Ale  Claire  nigdy  nie  lubiła  robić  z 

siebie widowiska. Ani w życiu zawodowym, ani prywatnym. 

Powoli i spokojnie złożyła magazyn na pół. 

Wyślij Melanie tuzin róż z karteczką, że bardzo mi przykro. - Rzuciła pismo do kosza z 

gestem najwyższej pogardy. - Więc masz te dane Santany? 

- Nic nowego w nich nie znajdziesz. - 

Robert położył teczkę na biurku. - Nie można by go 

nazwać człowiekiem Hollywoodu. Jest związany z przemysłem filmowym od niedawna, w 

każdym  razie  jako  reżyser.  Chyba  też  nie  udziela  się  towarzysko,  nie  widać  go  na 

ważnych przyjęciach. Zresztą na mniej ważnych także nie. Żadnych kolacji w „Spago” lub 

czegoś  w  tym  rodzaju.  Żadnych  kręcących  się  koło  niego atrakcyjnych gwiazdek. Ani 

plotek o wybrykach na planie. Według mnie to raczej nudnawy facet. 

Claire skinęła głową, choć właściwie wcale nie słuchała Roberta. 

Rafe Santana był znakomitym reżyserem, rozmyślała, przeglądając informacje. Po prostu 

świetnym.  Co  było  tym  bardziej  zaskakujące,  że  nie  miał  żadnych  powiązań  z 

hollywoodzkim światem filmu. 

background image

 

Przez krótki czas pracował jako kaskader, zastępując w niebezpiecznych scenach takich 

aktorów jak Stall one, Seagal czy innych bohaterów filmów akcji. I nagle, 

ni stąd ni zowąd, 

wziął się za reżyserowanie. 

Zrealizowany  przez  niego  film  dokumentalny  o  ciężkiej  sytuacji  ubogich  Meksykanów, 

zatrudnianych  przez  potężne  koncerny  amerykańskie  za  marne  grosze,  okazał  się 

arcydziełem.  Potrafił  poruszyć  serca  widzów  bez  uciekania  się  do  taniej  propagandy. 

Uzyskał w swej kategorii nominację do Oskara. 

Dwa  fabularne,  niskobudżetowe  filmy,  które  potem  zrobił,  również  były  swego  rodzaju 

perełkami.  Wykazał  się  w  nich  umiejętnością  subtelnego  i  głębokiego  ujęcia  tematu, 
oczekiw

aną  raczej  w  filmach  większego  formatu.  Żywa  akcja  nie  przesłaniała 

psychologicznego  rysunku  postaci,  gdyż  reżyser  potrafił  wydobyć  ze  scenariusza  coś 

ponad samą tylko treść. Claire podobało się zwłaszcza prowadzenie ról kobiecych. W jego 
filmach bohaterki 

odznaczały się poczuciem humoru i inteligencją, nie traktował kobiet jak 

dekoracyjne manekiny. Szukała reżysera obdarzonego takim właśnie talentem. 

Jedno ją tylko niepokoiło - jego styl pracy. Chociaż nie wprowadzał przesadnie surowej 

dyscypliny na planie

, nie pozwalał na odstępstwa od swoich założeń. Tym, którym się to 

nie  podobało,  widzieli  w  nim  upartego  autokratę,  ignorującego  uświęcone  zasady 

hollywoodzkiego kina. Ci, którym jego styl pracy odpowiadał, uważali go za pomysłowego 

reżysera,  spontanicznego  nowatora,  nienaginającego  się  do  skostniałych,  zastanych 

reguł. 

Zdaniem producenta jego ostatniego filmu Santana celowo rezygnował z powtarzania po 

wielokroć  tych  samych  scen,  gdyż  bardziej  cenił  świeżość  pierwszego  ujęcia.  W 

konsekwencji  nie  zdarzało  mu  się  przetrzymywać  aktorów  do  późna  w  nocy  dla 

osiągnięcia właściwego efektu. 

Z  wyjątkiem  scen  zbiorowych  lub  z  udziałem  kaskaderów  nie  uznawał  scenopisów  w 

formie  rysunków  przedstawiających  kolejne  kadry  na  taśmie  filmowej.  To  było  również 

niepokojące, gdyż z pewnością utrudniało określenie harmonogramu zdjęć i kosztu filmu, 
przynajmniej w takim precyzyjnym stopniu, na jakim 

Claire zależało. 

Najgorszą  wadą  Santany  była  skłonność  do  zmian  w  scenariuszu  w  czasie  zdjęć.  A 

według  Claire  scenariusz  „Desperata”  nie  wymagał  żadnych  korekt.  Jednak  plusy  były 

niewątpliwe. Pomysłowość i nowatorstwo reżysera, tak podkreślane przez producenta, z 

którym  ostatnio  pracował.  Sympatia  i  zaufanie,  jakim  go  darzyli  aktorzy,  zdający  sobie 

sprawę, jak wiele potrafią dać z siebie pod jego kierunkiem. Wreszcie wymowa dotychczas 

zrobionych  przez  niego  filmów,  bardziej  przekonujący  dowód  jego  wybitnego  talentu  niż 
wszystkie zebrane informacje o nim. 

Claire zamknęła teczkę. Nie miała wątpliwości. Rafael Santana mógł nie wywodzić się ze 

środowiska  hollywoodzkich  filmowców,  być  wolnym  strzelcem  i  właściwie  nie  znaną 

postacią  w  środowisku,  lecz  to  jego  właśnie  chciała  mieć  jako  reżysera  swego  filmu 
„Desperat”. 

Tym filmem chciała coś udowodnić - sobie, swojej rodzinie i Hollywood. 
Santana musi jej w tym pomóc. 

 
 

ROZDZIAŁ 2 

Brzęczyk  interkomu  zapowiedział  umówioną,  popołudniową  wizytę.  Claire  spojrzała  na 

zegarek  - 

było  dziesięć  po  czwartej.  Podniosła  słuchawkę  i  przekazała  Robertowi 

polecenie. 

Powiedz mu, że rozmawiam przez telefon, odczekaj piętnaście minut i dopiero potem 

wprowadź go do mnie. 

Nie cierpiała tych gierek, mających pokazać, kto tu rządzi, lecz umiała je zastosować we 

właściwym momencie, tak jak wszyscy w filmowym biznesie. 

background image

 

Rafael  Santana  spóźnił  się,  celowo  lub  nie,  teraz  ona  każe  mu  poczekać  parę  minut 

dłużej. To było małostkowe, ale konieczne. 

Mieć władzę w Hollywood to znaczyło dawać czekać na siebie. Podobne znaczenie miało 

lepsze miejsce na parkingu studia czy stolik w „Spago” lub najwygodniejsza przyczepa w 
plenerze. 

poza  tym  najlepiej  jest  występować  z  pozycji  siły,  zwłaszcza  kobiecie. W  przemyśle 

filmowym nie patrzono łaskawym okiem na koleżanki po fachu. Ci dobrzy, zacni chłopcy 

zniszczyliby każdą, gdyby tylko nadarzyła się im sposobność. Claire nauczyła się już nie 

dawać im jej. 

O  godzinie  czwartej  dwanaście  przesunęła  scenariusz  „Desperata”  na  brzeg  stolika, 

otworzyła przed sobą teczkę z dokumentami, na których ułożyła wieczne pióro marki Mont 

Blanc. Chciała stworzyć wrażenie, że gość przerwał producentce filmu pilną pracę. 

O godzinie czwartej piętnaście przełożyła pióro o centymetr dalej. 

O  czwartej  osiemnaście  poprawiła  klapy  bladoniebieskiego  żakietu  Chanel,  dotknęła 

sznurka  dużych  pereł,  zdobiących  jedwabną  bluzkę  koloru  kości  słoniowej,  przygładziła 

włosy i poprawiła kok, choć nie wystawał z niego najmniejszy kosmyczek. 

O  czwartej  dwadzieścia  cztery  zakazała  sobie  ruszać  się  z  miejsca  i  zachowywać  jak 

początkująca asystentka producenta. 

Wiele  razy  miała  podobne  spotkania.  I  to  z  ludźmi  na  pewno  sprytniejszymi  i  bardziej 

onieśmielającymi od świeżo upieczonego i niedoświadczonego reżysera. 

Da  sobie  z  Santaną  radę.  Znała  zasady  słownej  szermierki.  Żadne  tajniki  filmowego 

fachu nie były jej obce. Bracia uważali nawet, że mogłaby innym udzielać lekcji ubijania 
interesów w hollywoodzkim stylu. 

I  chociaż  tym  razem  bardziej  niż  zwykle  zależało  jej  na  zawarciu  umowy,  wcale  nie 

musiała zmieniać reguł gry. 

Tylko  spokojnie,  upominała  się,  kiedy  otworzyły  się  drzwi  gabinetu.  Chwyciła  pióro  i 

pochyliła się nad papierami. 

-  Chw

ileczkę  -  powiedziała,  nie  podnosząc  oczu.  -  Muszę  jeszcze  coś  zapisać.  - 

Nagryzmoliła  pierwszą  linijkę  dziecięcego  wierszyka,  który  tak  lubił  jej  dwuletni 
siostrzeniec. - O co chodzi, Robercie? 

Pan Santaną przyszedł na umówione spotkanie, proszę pani - zaanonsował Robert jak 

angielski lokaj. 

Powoli odłożyła pióro i przeniosła wzrok na stojącego obok asystenta mężczyznę. 

Zawodowy półuśmiech zamarł jej na wargach. Poczuła dreszcz na karku i prawie bolesny 

ucisk w gardle. 

Rafael  Santaną  należał  do  tego  rodzaju  mężczyzn,  którzy  od  pierwszego  wejrzenia 

wzbudzali  w  niej  nieufność.  Był  jednym  z  tych  stuprocentowych  przedstawicieli  swego 

gatunku, można nawet powiedzieć: kwintesencją męskości. 

Wysoki,  silnie  zbudowany,  miał  szerokie  ramiona  i  wąskie  biodra.  Emanował  jakimś 

diabelskim powabem. 

Swym strojem chciał z pewnością zrobić wrażenie na zwykłych śmiertelnikach. Obcasy 

czarnych kowbojskich butów jeszcze go podwyższały, obcisłe, czarne dżinsy przylegały do 

muskularnych, długich nóg. Prosta, czarna koszula podkreślała masywną klatkę piersiową, 
a bluza w stylu Dzikiego Zachodu - 

rozłożystość ramion. 

Miał  niedbale  zaczesane  do  tyłu  czarne  włosy.  Jak  krucze  pióra,  przemknęło  jej  przez 

myśl.  Ostre  rysy,  skórę  bardzo  śniadą,  ocienioną  ukazującym  się  już  popołudniowym 

zarostem na linii szczęki i podbródka znamionującego stanowczość. 

A jego oczy były koloru mocnej, gorącej kawy. To były oczy inteligentne, przenikliwe, o 

śmiałym, wręcz zuchwałym spojrzeniu. Taksowały Claire tak samo uważnie, jak ona jego. 

Stal w progu w n

iedbałej pozie, lecz czujny i nieruchomy jak drapieżnik, w którego polu 

widzenia  znalazła  się  ofiara.  Promieniowała  z  niego  zmysłowość  i  męska  siła,  niczym 

ciepło z ogniska. 

background image

 

Czuła tę niepokojącą energię na odległość. Nie, nie może nawet o tym myśleć, powinna 

udawać, że niczego nie zauważa. Przecież w sztuce udawania była profesjonalistką. 

Z  trudem  powstrzymała  się  od  pomasowania  karku,  po  którym  przebiegało  mrowienie. 

Przełknęła  ślinę,  żeby  wydobyć  słowa  ze  ściśniętego  gardła  i  uśmiechnęła  się  mile.  W 

miarę mile. 

Proszę wybaczyć, panie Santana, że kazałam panu czekać. 

Jej głos zabrzmiał jak zwykle chłodno i spokojnie. 

Skinął  lekko  głową,  jakby  przyjmując  usprawiedliwienie,  lecz  w  oczach  miał  żartobliwe 

uznanie dla kłamstwa, które wypowiedziała bez zająknięcia. 

Wstała zza biurka zdecydowana dać mu do zrozumienia, kto tu jest szefem. Najlepiej na 

samym  początku  pokazać,  że  ona  tu  rządzi,  żeby  w  przyszłości  nie  było  żadnych 

nieporozumień na tym tle. Musi tak postępować, zwłaszcza wobec takiego mężczyzny jak 
on

. Żadnych dwuznaczności, które kiedyś mogłyby się na niej zemścić. 

Robercie,  czy  możesz  mi  przynieść  filiżankę  herbaty?  -  spytała  swym  najbardziej 

władczym tonem. - I... - spojrzała na potężnego mężczyznę, stojącego nadal bez ruchu w 
progu... - kawy? - U

niosła pytająco w górę swe doskonałe w linii brwi. 

Bardzo proszę. 

Jego mroczny, gardłowy głos, pomyślała Claire z drżeniem, robi tak samo niepokojące 

wrażenie, jak i cała postać. Mógłby szeptać groźby. Albo składać obietnice, którym trudno 

byłoby się oprzeć. 

Z cukrem, bez śmietanki - dodał. 

A kiedy Robert zniknął w sekretariacie, gość przestąpił próg gabinetu. 

Claire z  wysiłkiem opanowała się żeby nie wezwać asystenta z powrotem. O mało nie 

zawołała: „Nie zostawiaj mnie z nim samej w pokoju!”. Jednak uniosła wysoko podbródek 

zdecydowana potraktować Rafaela Santanę jak przystało na dojrzałą, opanowaną kobietę. 

Na  miłość  boską,  nie  była  już  niedoświadczonym  niewiniątkiem,  a  on  jakimś 

mitologicznym potworem, który pożera dziewice na śniadanie. 

Był  reżyserem  ubiegającym  się  u  niej  o  pracę.  Ta  sytuacja  ustawiała  ją  w  dogodnej 

pozycji, przekonywała się Claire. Ona miała w ręce wszystkie karty i nadszedł czas, żeby 

mu to uświadomić. 

Posłała mu najzimniejsze i najgroźniejsze spojrzenie, dzięki któremu prasa ochrzciła ją 

Królową Lodu już jako dwudziestojednoletnią dziewczynę. 

Może  pan  usiądzie,  panie  Santana  -  odezwała  się  szorstkim  głosem.  -  Mamy do 

omówienia wiele spraw, zanim podejmę decyzję. 

Dobrze  go  pani  wyszkoliła  -  stwierdził  gość.  Stojąc  nadal  w  pobliżu  drzwi,  skierował 

wzrok w stronę sekretariatu, do którego tak pospiesznie wybiegł Robert. 

- Owszem - 

odparła spokojnie, jakby nie usłyszała ironii w głosie Santany.’- Robert jest 

znakomitym asystentem. - 

Ponownie wskazała obitą brokatem sofkę. -Możemy przystąpić 

do rzeczy, panie Santana? 

- Rafe - 

powiedział i ruszył z miejsca. 

Słucham? - spytała zduszonym głosem, gdyż zorientowała się, że idzie ku niej. 

Tak mam na imię. - Zatrzymał się dwa kroki przed nią. - Rafe. - Wyciągnął do niej dłoń. 

Musiała  przywołać  całą  siłę  woli,  żeby  się  przed  nim  nie  cofnąć.  Każdy  nerw  i  każde 

włókno jej ciała walczyło z paniką, jaka ją ogarniała. 

On był tak przytłaczająco męski. Taki mroczny. Taki potężny. Taki... 

W moich stronach, przed przystąpieniem do interesów podajemy sobie ręce. - Spojrzał 

na jej dłoń, której nadal nie podnosiła. 

Och. Och, tak, oczywiście. - Panika ustąpiła zmieszaniu. - Nie wiem, o czym myślałam. 

To pewno przez tę rozmowę telefoniczną... 

Niechętnie  podała  mu  dłoń.  Objęły  ją  duże,  mocne  i  cieple  palce.  To  ciepło  nią 

wstrząsnęło  -  grzało  nie  tylko  skórę,  lecz  także  płynącą  pod  nią  krew.  Rozpaczliwie 

pragnęła cofnąć rękę, zanim ogarnie ją całą. 

background image

 

Miło mi pana poznać, panie Santana. -Po zdawkowym uścisku usiłowała cofnąć dłoń, 

lecz jego palce zacisnęły się mocniej. 

Podniosła na niego wzrok. Jej źrenice rozszerzyły się, gdyż z każdym ułamkiem sekundy 

wzmagało się w niej uczucie niepewności i niepokoju. 

Wciągnęła  głęboko  powietrze,  gotowa  zapomnieć  zarówno  o  dumie,  jak  i  swym 

sławetnym opanowaniu i wołać Roberta na ratunek. Przed czym - nie wiedziała. 

Cała  przyjemność  po  mojej  stronie  -  odrzekł,  wpatrując  się  w  nią  bacznie.  -  Jak 

powiedziałem, na imię mi Rafe. - Niedbały, trochę senny uśmiech złagodził jego ostre rysy. 

A  właściwie  -  poważny  głos  także  złagodniał  i  stał  się  niebezpiecznie  uwodzicielski  - 

Rafael. Rafael Enrique Santana. Ale tylko mama tak do mnie mówi. - 

Uśmiech  stał  się 

cieplejszy,  pogłębił  zmarszczki  wokół  ciemnych  oczu.  -  I  tylko  wtedy,  kiedy  jest  zła.  - 

Wypuścił dłoń Claire i skierował się w stronę sofki. 

Claire  czuła,  jak  jej  oddech  wraca  do  normy.  Ten  mężczyzna  nie  jest  wielkim, 

przerażającym  potworem,  dybiącym  na  jej  ciało.  To  zwykły  człowiek,  na  którego  matka 

czasem  się  złości.  To  na  jej  wspomnienie  tak  się  uśmiechnął.  Czy  ktoś  taki  może  być 
niebezpieczny? 

 

Rafe  usadowił  się  na  sofce,  założył  wysoko  nogę  na  nogę  i  lekko  uderzając  w  dłoń 

zwiniętym scenariuszem „Desperata”, czekał na następny ruch Claire. 

Patrzył,  jak  stoi  za  swym  niby-biurkiem, wpatrzona w niego czujnym i bacznym 

sp

ojrzeniem,  jakby  był  dzikim  zwierzęciem,  wypuszczonym  na  wolność.  Albo  żarłoczną 

bestią,  gotową  do  niej  doskoczyć  przy  pierwszej  okazji.  Chyba  tracił  czas,  usiłując  się 

zbliżyć do tego sopla lodu. Nie, to nieprawda. Podobnie jak nieprawdziwe było zdjęcie. 

Tak,  ci,  co  je  zrobili,  dobrze  uchwycili  chłodną  elegancję  i  arystokratyczną  wyniosłość, 

która prowokowała, żeby tej księżniczce trochę utrzeć nosa. Lecz zupełnie nie udało im się 

oddać  zmysłowości  kipiącej  pod  tą  powłoką.  Królowa  Lodu  mogła  być  zimna,  lecz nie 

oziębła. Bynajmniej. 

Prawda, że jej ciało pod nieskazitelnym strojem było smukłe jak trzcina, ale wdzięczny, 

kobiecy sposób, w jaki się poruszała, był wyraźnym zaproszeniem dla każdego, w czyjej 

krwi było dość testosteronu, żeby je rozpoznać i na nie odpowiedzieć. 

Jasna skóra rzeczywiście była bez skazy jak alabaster albo płatki róży, ale emanowała 

również niemal namacalnym ciepłem, którego nie jest w stanie oddać fotografia. A zarys 

ust  był  nawet  bardziej  uroczy  niż  na  zdjęciu.  Prawdziwą  naturę  tej  kobiety  zdradzały 

przede  wszystkim  oczy,  bo  pod  lodowatym  chłodem  spojrzenia  czaił  się  blask  uczuć, 

których żaden fotograf nie zdołałby uchwycić. 

Odgadywał je, kiedy patrzyła na niego. Czuł je, gdy trzymał w palcach jej lekko drżącą 

dłoń. Słyszał je w szybkim oddechu. Doznawał ich, kiedy - cała w napięciu - usiłowała tę 

dłoń  wysunąć,  a  jednak  pozostawiła  ją  w  jego  ręce.  Jego  męskość  zrobiła  na  niej 

wrażenie,  choć  za  wszelką  cenę  starała  się  to  ukryć.  Rozpieszczona  księżniczka  była 

zaszokowana, że mógł ją pociągać zwykły wieśniak. 

Ta diagnoza trochę go zezłościła, a jednocześnie zaintrygowała. Co potrafiłoby rozgrzać 

Królową  Lodu  i  do  jakiego  stopnia?  Oczywiście  nie  zamierzał  szukać  odpowiedzi  na  to 

pytanie. A w każdym razie, poprawił się w duchu, dopóki nie rozwiąże innych problemów. 

Takich jak umowa na wyreżyserowanie filmu „Desperat”. W tym momencie żadna kobieta, 

rzucająca  mu  nie  wiadomo  jak  intrygujące  wyzwanie,  nie  była  warta  zaprzepaszczenia 

szansy, na którą tak bardzo liczył. Nawet ta kusząca mała księżniczka, Claire Kingston. 

Czy są dla pana do przyjęcia, panie Santana? 

Głos  kobiety  przerwał  jego  gorączkowe  rozmyślania.  Ten  głos  kojarzy  się  z  lodami 

waniliowymi,  pomyślał,  celowo  ociągając  się  z  podjęciem  rozmowy.  Był  tak  uroczo 

dźwięczny,  miły,  wręcz  słodki.  Choć  niewątpliwie  wystarczająco  zimny,  żeby  zmrozić 

mężczyznę, który by zapomniał o rozwadze. 

- Panie Santana? 

background image

 

Powoli  uniósł  oczy,  tylko  oczy,  odrywając  wzrok  od  czubka  kowbojskiego  buta,  i 

stwierdził, że Claire siedzi za stolikiem z utkwionym w niego spojrzeniem. 

Jej  piękne,  wiśniowe  wargi  były  zaciśnięte  jak  u  zniecierpliwionej  i  niezadowolonej 

nauczycielki, zbyt długo oczekującej na odpowiedź ucznia. 

Czy co jest do przyjęcia, panno Kingston? - zapytał. 

-  Ogólne warunki kontraktu, którego projek

t  panu  przesłałam.  Zakładam,  że  udało  się 

panu rzucić na niego okiem. 

Rafe potrząsnął głową. 

Ogólne  warunki  przeważnie  nie  mają  znaczenia.  -  Pochylił  się  do  przodu,  jakby 

przygotowując się do poważnych negocjacji. - Zajmijmy się szczegółami. 

Claire splot

ła oparte na blacie dłonie, udając sama przed sobą, że nie zwróciła uwagi na 

włosy, które opadły mu na czoło i na niedbały, typowo męski gest ręki, jakim je odgarnął. 

- Co pana konkretnie interesuje? 
- Obsada. 

Oglądałam  już  kilka  taśm  z  próbnymi  zdjęciami, a Agencja Aktorów ma mi jeszcze 

przysłać następne. Do tej pory z nikim nie przeprowadzono przesłuchań. 

Zastanawiał  się  przez  chwilę  nad  tą  informacją.  Skoro  mówiła  o  próbnych  zdjęciach  i 

przesłuchaniach, to oznaczało, że nie zamierzała zaangażować żadnych renomowanych 

aktorów.  Nie  szkodzi.  Film  oparty  na  takim  scenariuszu  odniesie  sukces  również  bez 

udziału gwiazd ekranu. Jego w tym głowa. 

- Rozumiem. Lecz zastrzegam sobie prawo zatwierdzenia wyboru. 

Claire uniosła do góry pięknie zarysowane brwi. 
-  Podz

iwiam  pana...  ambicję  -  oznajmiła  tonem  nie  pozostawiającym  wątpliwości,  co 

sądzi o tym żądaniu - ale obawiam się, że to nie wchodzi w rachubę. 

Spojrzał  jej  prosto  w  oczy,  gdyż  wiedział,  w  jaki  sposób  może  zwalczyć  jej  opór.  Albo 

stracić szansę podpisania umowy. O tym wolał nie myśleć. 

Wobec  tego  ja  obawiam  się,  że  dalsza  dyskusja  jest  bezcelowa  -  powiedział  z 

kamiennym spokojem. - 

W tym punkcie nie mogę ustąpić. 

Jego  spojrzenie  i  postawa  wyrażały  niezłomne  zdecydowanie.  Była  pewna,  że 

wyszedłby, gdyby się nie zgodziła. 

Skinęła głową. 

Niech będzie. 

Rafe powstrzymał westchnienie ulgi. 

W  porządku.  -  Teraz  już  wiedział,  jak  bardzo  jej  na  nim  zależy.  I  ile  zyskał  swą 

nieustępliwością. 

Jak wysoki jest budżet? 

Dwanaście milionów. To nieprzekraczalna granica - odparła stanowczo. 

Nie ukrywał niedowierzania. 
- Na film Wytwórni Kingston? 

Czytał pan scenariusz. To film kameralny. Raczej studium charakterów - stwierdziła. - 

Bez  specjalnych  nacisków  czy  wyczynów  kaskaderskich.  Bez  udziału  wielkich  gwiazd. 
Dwan

aście milionów to dużo. 

Ile  z  tego  przeznacza  pani  dla  mnie?  Zapytał,  bo  ona  z  pewnością  tego  oczekiwała. 

Jeśli  chodziło  o  niego,  mógłby  robić  taki  film  nawet  za  darmo.  Do  licha,  jeszcze  by  jej 

dopłacił. Choć do tego nie mógł się przyznać. 

- Czterysta ty

sięcy dolarów. 

Usiłował wyrazem twarzy dać do zrozumienia, że to marna zapłata, gdy tymczasem była 

to  dla  niego  fura  pieniędzy.  Mógł  z  niej  pokryć  w  całości  koszty  wyższych  studiów 

młodszych braci i zapłacić za remont starego, rodzinnego domostwa, z którego matka za 

nic w świecie nie chciała się wyprowadzić. I jeszcze odłożyć coś na czarną godzinę. 

Ciszę,  która  zapadła,  przerwało  wejście  Roberta.  Postawił  na  brzegu  stolika  srebrną 

tacę,  zastawioną  dwoma  małymi  czajniczkami,  dwiema  filiżankami  na  spodeczkach  - 

background image

 

10 

wszystko z delikatnej porcelany - 

i talerzem jakichś wymyślnych, kruchych ciasteczek. 

Claire  skinęła  asystentowi  głową,  uśmiechając  się  automatycznie,  bo  jej  uwaga  była 

pochłonięta całkowicie siedzącym naprzeciwko mężczyzną. 

Robert napełnił filiżanki i wyszedł bez słowa. 

Przewiduję  premię,  jeżeli  uda  się  panu  zrobić  film  przed  terminem  -  powiedziała 

najwidoczniej dla zachęty. Wzruszył ramionami i odłożył scenariusz. 

W jakiej wysokości? - Sięgnął po filiżankę. 

To zależy od tego, jakie będą oszczędności. 

Patrzyła, jak Rafe próbuje włożyć swój duży palec w malutkie uszko filiżanki. Nie udało 

mu się. Objął filiżankę dłonią. 

A  jaki  czas  zdjęć  się  proponuje?  -  Spojrzał  na  Claire  ponad posrebrzanym  brzegiem 

filiżanki. Szybko przeniosła wzrok na jego twarz. 

Nie proponuje się go. Został już ostatecznie określony - odparła. - Wynosi czterdzieści 

osiem dni. Dobrze to wiedziała, gdyż sama ten termin ustaliła. Rafe upił łyk kawy i udawał, 

że  się  zastanawia.  Czterdzieści  osiem  dni  to  było  więcej  niż  trzeba.  Zwłaszcza  że  sam 

wyliczył czas filmowania na czterdzieści dni. 

-  Zgoda.  - 

Pokiwał  powoli  głową,  jakby  trudno  mu  było  przyjąć  takie  wygórowane 

żądanie. Spojrzał na scenariusz. - Kiedy będę się mógł spotkać z autorem? 

Claire mocniej zacisnęła dłonie. 
- Nie spo

tka się pan z nim. Tym razem nie musiał udawać. Był autentycznie zaskoczony. 

A dlaczegóż to, u licha? 

A czy istnieje po temu jakaś szczególna potrzeba? - Uniosła władczo brwi. 

Sceny  od  dwudziestej  czwartej  do  trzydziestej  pierwszej  należy  przerobić.  Wloką  się 

niemiłosiernie. 

Claire ukryła irytację wywołaną tak otwarcie sformułowanym zarzutem. 

Przekażę pana zastrzeżenia. - Nie przyznała się, że i ona miała podobne wątpliwości. - 

Zawiadomię pana o stanowisku autora przed rozpoczęciem zdjęć. 

- I to wszystko? 
- Tak, to wszystko. 

Żadnych dyskusji, wymiany poglądów? Żadnego spotkania? 

Właśnie tak. 

-  Kto to, do licha, jest K.E.C.? - 

spytał,  wskazując  na  inicjały  umieszczone  na 

scenariuszu. 

Nie mogę tego ujawnić. Pewien odludek, który zastrzegł sobie szereg warunków przy 

sprzedaży praw do scenariusza. Jednym z nich było zachowanie całkowitej anonimowości. 
Kolejnym jest zakaz zmian w scenariuszu, poza autorskimi. 

Spojrzała na Rafe’a z powagą. W oczach miała stanowczość. A w żołądku gulę wielkości 

pomarańczy. 

Jeżeli panu to nie odpowiada, możemy uznać rozmowę za zakończoną. 

Rafe nie musiał się zastanawiać. I nawet nie udawał, że się waha. 

Czy członkowie ekipy realizacyjnej również zastrzegli anonimowość? - Nie mógł sobie 

odmówić  tej  ironii.  Chociaż  musiał  przyjąć  warunki,  taka  sytuacja  wcale  mu  się  nie 

podobała. 

Claire nie mogła okazać zadowolenia. Jeszcze nie wygrała do końca. 

Oczywiście, że nie - odparła spokojnym głosem. 

Robert sporządzi harmonogram spotkań ze wszystkimi, jak tylko zostanie uzgodniony 

skład zespołu. 

Chciałbym  mieć  tego  samego  asystenta,  który  pracował  ze  mną  przy  poprzednich 

dwóch filmach. 

Rafe też miał swoje zastrzeżenia. 
- Dobrze. 

Claire  wiedziała,  że  asystentką  Rafe’a  była  jego  siostra,  co  mogło  stwarzać  pewien 

background image

 

11 

problem. Jedny

m  z  zadań  asystenta  reżysera  było  zabezpieczanie  na  planie  interesów 

producenta.  Jednak  to  nie  miało  znaczenia.  Zamierzała  każdego  dnia  zjawiać  się 

osobiście. 

I proponuję Becky Ward jako scenografa. 

Claire udała, że rozważa tę propozycję. Sama od początku wybrała Becky Ward. 
- A Dennisa Cleary’ego na operatora. 

Claire domyśliła się, czego Rafe się po niej spodziewał. 
- Dobrze - 

odparła z uśmiechem. Spojrzał na nią uważnie. 

Nie upiera się pani przy swoim bracie? 

- Wprawdzie Gage jest najlepszy, ale dla mnie zbyt drogi. 

A tak naprawdę, to chciała trzymać wszystkich członków swojej utalentowanej i sławnej 

rodziny  z  daleka  od  „Desperata”.  Wypłynie  albo  utonie,  lecz  będzie  zawdzięczała  to 

wyłącznie sobie. 

-  A poza tym - 

dodała  -  on  teraz  pracuje  nad  czymś  innym.  Jeżeli  Dennis  Cleary  jest 

wolny i jego wynagrodzenie zmieści się w naszym budżecie, to możemy go zatrudnić. Coś 
jeszcze? 

Rafe zawahał się. Do diabła, musi spróbować, sprawa była tego warta. 

Chciałbym mieć prawo akceptacji ostatecznej wersji montażu. 

Takiego uprawnienia nie przyznałabym nawet Eastwoodowi - odrzekła oschłym tonem - 

chociaż dostał Oscara. O co panu chodzi? Chce pan wykazać, że jest wart więcej, niżby to 

wynikało z krążących o panu pochlebnych opinii? 

Cóż.  -  Odchylił  się  do  tyłu  i  oparł  plecami  o  sofkę.  W  tej  swobodnej  pozie  znowu 

emanował  utajoną,  męską  siłą.  -  Rozumiem  -  rzekł  z  zaczepnym  uśmiechem  -  że  pani 

sama chce się o tym przekonać, tak? 

Ten  zuchwały  uśmiech  był  wyzwaniem.  Nie  powinna  okazać  nawet  cienia  słabości. 

Zdobyłby  nad  nią  przewagę.  Obrzuciła  lekceważącym  spojrzeniem  okazałe,  muskularne 

ciało, żeby dać panu reżyserowi do zrozumienia, że ono nie wodzi jej na pokuszenie. Ani 

nie zagraża. 

- Tak - 

wycedziła lodowatym tonem. - Chyba tak. - Wstała. - A zatem, czy doszliśmy do 

porozumienia, panie Santana? 

On także się podniósł. 

Na imię mi Rafe. Zgoda. Sprawa załatwiona. Wyciągnął do niej dłoń ponad stolikiem 

służącym za biurko. 

Załatwione, Rafe. 

Podała mu rękę dla przypieczętowania umowy. 

 
 

ROZDZIAŁ 3 

Więc ty jesteś także kierownikiem produkcji tego filmu? 

Claire  podniosła  wzrok  znad  tablicy  przedstawiającej  kalendarzowy  plan  zdjęć 

poszczególnych  scen  filmu,  który  sprawdzała  jeszcze  raz  przed  pierwszym  spotkaniem 

całej ekipy realizacyjnej „Desperata”. 

Jej  reżyser  patrzył  na  nią  ze  złością.  Stał  przy  biurku  i  trzymał  w  ręce  harmonogram 

zdjęć, który dala mu do przejrzenia. Nazwisko Claire widniało na nim w dwóch miejscach. 

-  Tak - 

odrzekła tonem tak lodowatym, że masło z pewnością zamarzłoby w jej ustach. 

Szeroko otwarte oczy 

patrzyły niewinnie. - Nie wspominałam ci o tym? 

- Nie. 

Wzruszyła ramionami. 

No to teraz już wiesz. - Odwróciła się, żeby wyrównać jeden z przypiętych do tablicy 

pasków,  jakby  absorbowała  ją  wyłącznie  ta  czynność.  -  Mam  nadzieję,  że  to  nie 
przysporzy ci k

łopotów - powiedziała, zdając sobie sprawę, że każdy dobry reżyser miałby 

podobne obiekcje. 

background image

 

12 

Do 

licha, na pewno przysporzy, i tobie także. 

Czyżby? - rzuciła przez ramię. - Dlaczego? 

Claire, nie zgrywaj się. Dobrze wiesz dlaczego. Jeżeli producent przebywa nieustannie 

na planie i we wszystko wtyka nos, to podkopuje autorytet innych. 

Nie  będę  na  planie  jako  producent,  tylko  jako  kierownik  produkcji.  I  nie  zamierzam 

wtykać do niczego nosa - zapewniła go beztrosko, nadal przypatrując się tablicy. - Nasza 

współpraca dobrze się ułoży. 

Nie ułoży się. 

Rafe rzucił papiery na biurko i podszedł do Claire, żeby stanąć z nią oko w oko. 

Nie mogę dobrze pracować, jeżeli ktoś bez przerwy zagląda mi przez ramię, próbując 

na mnie wpływać i dezawuować moje polecenia. - Ujął ją pod brodę, gdyż chciał patrzeć 
jej w oczy. - 

Na  planie  filmowym  nie  może  być  dwóch  szefów  -  oświadczył.  -  A  już 

szczególnie u mnie - 

dodał burkliwie. 

Claire przekonywała się, że nie ma powodu do paniki. Nic się nie może stać, skoro w 

pokoju obo

k jest Robert, a reszta filmowców ma się zjawić lada chwila. 

Powolnym, spokojnym ruchem odsunęła rękę Rafe’a i spojrzała na niego wzrokiem, który 

potrafiłby zmrozić lawę. 

Nie  mam  zamiaru  zaglądać  ci  przez  ramię  ani  podważać  autorytetu  twojego,  ani  w 

ogóle niczyjego. - 

Serce  biło  jej  nierówno,  ale  udało  się  jej  nadać  słowom  spokojny  i 

opanowany ton. - 

Na  planie  ty  rządzisz  według  własnych  zasad,  a  ja  jestem  tylko 

kierownikiem produkcji. 

Cofnęła się, odwróciła da niego i nieświadomie przesunęła przeszło metrowej szerokości 

tablicę,  odgradzając  się  od  niego  w  ten  sposób.  Dopiero  wtedy  ponownie  odwróciła  ku 
niemu twarz. 

Obiecuję,  że  jeżeli  będę  miała  jakieś  wątpliwości  jako  producent,  nie  zgłoszę  ich  na 

planie. Przekażę ci je dopiero po zakończeniu zdjęć w danym dniu - przyrzekła. 

Teraz, kiedy oddzielała ich większa przestrzeń i tablica, poczuła się pewniej. 

A jak sobie wyobrażasz utrzymanie delikatnej równowagi między oboma stanowiskami? 

Uśmiechnęła się ironicznie. 

-  Tak samo jak twoja siostra, która jest 

twoją asystentką i rzeczniczką moich interesów 

jako producenta. 

Więc  o  to  chodzi?  Boisz  się,  że  Pilar  nie  będzie  wystarczająco  dobrze  cię 

reprezentowała i postanowiłaś dopilnować mnie osobiście? - 

Nawet jeszcze nie poznałam twojej siostry - odezwała się rzeczowo. - Postanowiłam, że 

będę kierownikiem produkcji tego filmu znacznie wcześniej, niż dowiedziałam się, że Pilar 

ma być twoją asystentką. Dla ścisłości, jeszcze zanim zdecydowałam się na złożenie ci 

propozycji  reżyserowania  filmu.  -  Poprawiła  na  tablicy jeden z ruchomych pasków, 

obrazujących  poszczególne  sceny.  -  To  była  decyzja  natury  zawodowej,  nie  mająca 

żadnych osobistych podtekstów. 

- Czy twoja matka wie o tej decyzji natury zawodowej? 
- Moja matka? - 

spytała, unikając jego wzroku. - A co ona ma do tego? 

Czy nie jest dyrektorem działu produkcji waszej wytwórni? Nie powiesz mi, że jedna z 

najbardziej  wpływowych  kobiet  w  Hollywood  -  nawiązywał  do  artykułu  w  „Entertainment 
Weekly” z poprzedniego tygodnia - 

zaaprobuje taką niedorzeczną decyzję. 

Cl

aire potrząsnęła stanowczo głową. 

Ja  jestem  kierownikiem  produkcji  filmu  „Desperat”  i  nikt  poza  mną.  -  Wymawiała  te 

słowa  jak  wydający  rozkazy  sierżant.  -  Jeżeli  dla  ciebie  ta  decyzja  jest  niedorzeczna  i 

uważasz, że przysporzy ci kłopotów, to proszę, odpowiedz, zanim zjawi się tu cała ekipa: 

czy mam szukać innego reżysera? 

Zdumiała go ta raptowna zmiana w jej postawie. Przed chwilą była opanowana i nieco 

pogardliwa,  odsunęła  jego  dłoń,  jakby  się  bała,  że  zostawi  plamę  na  jej  alabastrowym 
podbródku, potrak

towała  jego  uzasadnione  obawy  jako  drobne  dokuczliwości.  A  teraz 

background image

 

13 

nagle zmieniła się w rozszalałą kotkę. Stała z dłońmi na biodrach, wysoko uniesioną głową 

i oczami rzucającymi lodowate błyski. 

Czy  mam  szukać  kogoś  innego  na  twoje  miejsce?  -  powtórzyła  wyniosłym  tonem 

obrażonej królowej. Nie potrafił powstrzymać śmiechu. 

- Nie. 

Odpowiedziało mu zakłopotane spojrzenie szafirowych oczu. 

To... w porządku - wymamrotała zaskoczona jego wesołością. To głupie, że z rękami na 

biodrach  awanturuje  się  jak  przekupka.  Zacisnęła  dłonie  na  lamówce  eleganckiego 

żakietu, żeby odzyskać zimną krew. - Zatem wszystko zostało wyjaśnione - powiedziała 

szorstko. Usiłowała udawać, że nic się nie stało. 

Rafe popatrzył na nią z żartobliwym uśmiechem. 
-  Nie wszystko, kochanie. -  Za

nim  się  zorientowała,  już  był  przy  niej.  -  Nie  uda  ci  się 

wywinąć z tego w ten sposób. 

Wywinąć? O czym ty mówisz? - Chciała jeszcze coś powiedzieć, lecz głos uwiązł jej w 

gardle, gdyż poczuła na wargach dotyk palców Rafe’a. 

Skamieniała. 

O, widzisz, już lepiej. - Był wyraźnie zadowolony, że tak łatwo zmusił ją do milczenia. - 

O wiele lepiej. A teraz... 

Chciał  jej  powiedzieć...  o  czymś.  Albo  zwrócić  uwagę...  na  coś.  Lecz  pod  wpływem 

spojrzenia  tej  kobiety,  stojącej  tak  nieruchomo  i  wpatrzonej  w  niego  tymi 

nieprawdopodobnie szafirowymi oczami, całkiem się pogubił. 

Więc tylko czubkami palców wodził po jej wargach, zafascynowany wrażeniem, jakie na 

niej robiła ta pieszczota. 

Masz najbardziej zmysłowe usta pod słońcem - powiedział zduszonym szeptem. - Takie 

miękkie. - Powiódł palcem po delikatnym zarysie górnej wargi. - Takie słodkie. - Dotknął 

dolnej,  jakby  obrzmiałej.  -  Kuszą  jak  świeżo  zerwane  dojrzałe  wiśnie.  -  Przesunął  palec 

pod jej brodę, żeby odchylić do tyłu głowę. - Na pewno tak samo smakują. - Pochylił ku 
niej twarz. 

W  głowie  Claire  odezwał  się  sygnał  ostrzegawczy.  Powinna  odsunąć  się  albo  zacząć 

krzyczeć, odepchnąć jego dłoń. Jednak niezdolna do jakiegokolwiek działania, mogła tylko 

tak  stać  jak  sama  złapana  w  światła  nadjeżdżającego  samochodu,  oczekująca  na 

spełnienie się losu. 

Wydawało  się  jej,  że  jego  twarz  zbliża  się  bardzo  powoli,  jakby  oglądana  na  filmie  w 

zwolnionym tempie - 

każdy  szczegół  widziany  tak  ostro  i  wyraźnie  jak  przez  najczulszy 

obiektyw kamery. Ciemne włosy opadły mu na czoło, kiedy się nad nią pochylał. Czarne 

oczy, przepełnione pożądaniem, utkwione były w jej ustach, a jego lekko rozchylone wargi 

były coraz bliżej i bliżej... 

Rozległo się głośne pukanie do drzwi. Rafe zaklął pod nosem i opuścił rękę. Oboje starali 

się uspokoić przyspieszone oddechy. 

-  Bardzo przepraszam. - 

Robert  wetknął  głowę  przez  drzwi.  -  Pan Cleary i panna 

Santana już przyszli na spotkanie. Panna Ward telefonowała z samochodu i powiedziała, 

że razem z panem Benningtonem utknęli w korku, ale są już w drodze. Od pozostałych 

osób nie otrzymałem żadnych wiadomości. Czy mam czekać, aż wszyscy się zjawią, czy 

wprowadzić tych, którzy już przyszli? 

Rafe i Claire spojrzeli na siebie ukradkiem. 

Proszę ich wprowadzić - odrzekli równocześnie. 

 
- A dlaczego nie Woody Harrelson? - 

zapytał Rafe. Dwa dni po spotkaniu z ekipą filmową 

zasiedli  oboje  przy  stole  konferencyjnym,  żeby  uzgodnić,  któremu  aktorowi  zostanie 

powierzona  główna  rola  w  „Desperacie”.  -  Jest  młody,  przystojny,  potrafi  przekonująco 

zagrać  takiego  pozornie  lekkomyślnego  prostaka  jak  Josh.  W  filmie  „Biały  człowiek  nie 

umie  tak  skakać”  udowodnił,  że  to  dzięki  niemu  publiczność  waliła  do  kin.  A  w 

background image

 

14 

„Niemoralnej propozycji” pokazał, jakie ma możliwości aktorskie. 

Dlatego właśnie już się dla nas nie nadaje. Jest za drogi. 

Nie możesz zaoszczędzić na innych pozycjach budżetu? Skrócić czasu zdjęciowego? - 

zaproponował, wskazując na tablicę. - Coś z tego da się okroić. 

Nie będzie nas stać na Harrelsona, choćbyśmy coś okroili o połowę. 

Jestem przekonany, że potrafisz gdzieś znaleźć pieniądze. Wszyscy dobrzy producenci 

to potrafią. A ty jesteś dobra, prawda? 

Nie zamierzała zwracać uwagi na tę żartobliwą drwinę. 

Nie  stać  nas  na  niego  -  powtórzyła  i  wskazała  na  stos  taśm  z  próbnymi  zdjęciami.  - 

Żaden z tych aktorów ci nie odpowiada? 

Rafe potrząsnął głową. 
- Podobnie jak tobie. 

Dlaczego tak sądzisz? 

Nie sądzę. Wiem. 

Uśmiechnął się do niej niedbale, trochę sennie, jak w czasie ich pierwszego spotkania. 

Prawie uwierzyła wtedy, że on nie może być tak niebezpieczny, na jakiego wygląda. Teraz 

wiedziała, że ten uśmiech nie powinien był jej zwieść. 

Skąd wiesz? 

Gdybyś się którymś z nich zainteresowała, wyznaczyłabyś termin przesłuchania. Mam 

rację? 

- No... tak. - 

Nie była pewna, czy ma być zadowolona, że tak szybko dostosował się do 

jej stylu pracy. Trocheja zatrwożyło, że w ciągu zaledwie kilku dni tak dobrze się na niej 

poznał. 

Tyle  czasu  przeglądamy  te  taśmy,  że  wszystko  mąci  mi  się  przed  oczami.  -  Rafe 

odchylił się na oparcie krzesła i przetarł powieki wierzchem dłoni. - I żadna z aktorek nie 

nadaje się do roli Molly. 

- Chyba nie masz racji - 

sprzeciwiła się Claire. Wstała od stołu i włożyła kolejną kasetę 

do magnetowidu. -  Jeszcze raz popatrz na Christine Bishop. - 

Wróciła na swoje miejsce 

przy stole. - 

Ja uważam, że jest doskonała. 

Zbyt  wyrafinowana. Molly  jest  prowincjonalną  dziewczyną  z  małego  miasteczka.  A ta 

kobieta - 

wskazał na ekran - wygląda... czy ja wiem... jest chyba zanadto doświadczona, 

żeby grać rolę ufnej, naiwnej i skrzywdzonej. 

Molly  została  skrzywdzona,  ale  nie  można  jej  nazwać  naiwną.  To  po  prostu  osoba 

wrażliwa na ciosy. I nie była taka znowu ufna. Josh musiał sobie ciężko zapracować na jej 

zaufanie. A poza tym Molly była bardziej doświadczona, niż myślisz. - Spojrzała na Rafe’a 

kątem oka. Wyglądał wzruszająco, zmęczony, ze śladami popołudniowego zarostu. - Jak 

większość kobiet. 

Co większość kobiet? - spytał, jakby myślał o czymś innym. Popatrzył na ekran, usiłując 

dostrzec to, o czym mówiła Claire. 

Są mniej naiwne i bardziej doświadczone, niż to się zdaje mężczyznom. 

Odwrócił do niej głowę, gdyż uderzył go jakiś ukryty sens tego zdania. 

Coś mi umknęło? - zapytał. Potrząsnęła głową. Niepotrzebnie to powiedziała. Wskazała 

na ekran. 

Popatrz tylko, jak Christine gra tę scenę. Spójrz na jej oczy. Dostrzegasz tę wrażliwość i 

bezbronność?  A  jednocześnie  jak  ona  stara  się  ukryć  swą  słabość?  -  Cofnęła  taśmę.  - 

Obejrzyj  jeszcze  raz  tę  scenę  bez  dźwięku.  Teraz  widzisz?  Trzeba  złagodzić  makijaż, 

zmienić  uczesanie,  zwrócić  jej  uwagę  na  teksaski  akcent  i  będzie  doskonała.  Myślę,  że 

musimy zaprosić ją na przesłuchanie. 

Spojrzał na Claire, jakby spłynęło na niego natchnienie. 

Uważam, że ty powinnaś zagrać Molly. 

- Ja? - 

Była autentycznie zdumiona. - Nie jestem aktorką. 

Ale  byłaś.  I  to  bardzo  dobrą.  Przecież  w  „Oszustach”  grałaś  taką  prowincjonalną 

background image

 

15 

dziewczynę, jak Molly. Jesteś oczywiście trochę starsza, ale od czego właściwy makijaż i 

odpowiedni strój. To ty masz właśnie w sobie niewinność i czystość. 

-  Nie  - 

odrzekła porywczo. - Od siedmiu lat nie grałam w fiknie i nadal nie mam na to 

ochoty.  - 

Nie  lubiła  tego  zawodu  nawet  wtedy,  gdy  uchodziła  za  cudowne  dziecko 

Hollywoodu. 

To  nie  znaczy,  że  nie  możesz  wrócić  przed  kamerę.  -  Pochylił  się  w  jej  kierunku  z 

ożywieniem.  Spodobał  mu  się  pomysł,  że  mógłby  być  jej  reżyserem,  kierować  nią,  i 

wreszcie  wydobyć  na  światło  dzienne  emocje,  które  chowała  pod  kruchą  powłoką  lodu. 

Stosunki  między  reżyserem  i  aktorką  mogą  być  bardzo  intymne.  A  on  chciał,  wręcz 

pragnął nawiązać z nią intymny kontakt. - Rola Molly jest po prostu dla ciebie napisana. 

Jak mogłem tego nie zauważyć? - Wyciągnął do niej dłoń. 

Odskoczyła od stołu, zanim zdążył jej dotknąć. 

Nie bądź śmieszny. - Była zła i przerażona równocześnie. On chyba nie uświadamiał 

sobie, jak bliski był prawdy. 

-  Co w t

ym  śmiesznego?  Byłaś  podziwianą  aktorką.  Zdobyłaś  Oskara  za  rolę  w 

„Pełnoletniej” - przypomniał, tak jakby ona tego nie pamiętała. 

Byłam tylko podziwianym, cudownym dzieckiem ekranu. - Podeszła do magnetowidu i 

zaczęła przewijać taśmę. - Dostałam Oskara, kiedy miałam trzynaście lat. 

I co z tego? Bardzo wiele aktorek, które obecnie odnoszą sukcesy, zaczynały grać w 

filmie jako dzieci. Elizabeth Taylor. Natalie Wood. Jodie Foster. Po „Oszustach” wydawało 

się, że pójdziesz w ich ślady. I wtedy zrezygnowałaś z kariery. 

Dobrze pamiętał, jak prasa rozpisywała się o przyczynach jej zniknięcia po zakończeniu 

zdjęć do „Oszustów”. 

Wymyślano  rozmaite.  Cierpiała  na  anoreksję  i  została  umieszczona  w  szpitalu  przez 

zaniepokojoną  rodzinę.  Przeżyła  załamanie  nerwowe.  Uciekła  z  żonatym  mężczyzną. 

Miała  zniekształconą  figurę  po  przebytej  chorobie.  Poszła  na  wyższe  studia.  Została 

członkiem  religijnej  sekty.  Uprowadzili  ją  przybysze  z  kosmosu.  Urodziła  upośledzone 

dziecko i poświęciła się jego wychowywaniu. 

Oczywiście  żadna  nie  była  prawdziwa.  Hollywoodzki  światek  uznał  w  końcu,  że 

powodem porzucenia aktorstwa był po prostu kaprys gwiazdy. 

Lecz patrząc na nią teraz, nagle zesztywniałą. Rafe zaczął się zastanawiać, czy choć w 

jednej z tych plotek 

nie  kryło  się  źdźbło  prawdy.  Coś  przecież  stworzyło  tę  lodową  zaporę,  ukrywającą  jej 

prawdziwe uczucia. 

- Dlaczego? - 

spytał cicho. - Jak to się stało, że odnosząca sukcesy młoda aktorka, która 

praktycznie wychowała się przed kamerą, porzuciła karierę i odeszła z zawodu? 

Claire zatrzy

mała taśmę i wyjęła kasetę. Odetchnęła głęboko i z wysoko uniesioną głową 

odwróciła  się  do  niego.  Była  już  gotowa  do  odpowiedzi,  takiej  samej  zresztą,  jakiej 

niejednokrotnie udzielała swojej rodzinie. 

Sam  już  sobie  odpowiedziałeś  na  to  pytanie.  Wychowałam  się  przed  kamerą. 

Dosłownie. Moja matka była ze mną w ciąży, kiedy pracowała z Seanem Connery. Gdy 

miałam  cztery  lata,  ojciec  dał  mi  małą  rolę  w  swoim  filmie.  Wszyscy  mówili,  że  jestem 

urodzoną aktorką. A dla mnie aktorstwo było rzeczą tak naturalną jak oddychanie. Jako 

dziecko, nigdy nie zastanawiałam się, czy lubię to zajęcie. 

W  gruncie  rzeczy  go  nie  cierpiała.  Wzrastanie  w  nieustannym  świetle  jupiterów  i  w 

związanym z tym rozgłosie miało swe ujemne strony, których dziecko najpierw nie umiało, 

a  później  nie  mogło  wyrazić.  Kariera  aktorska  sprawiała  satysfakcję  jej  rodzicom. 

Stwarzała  podwaliny  przyszłych  sukcesów.  Dawała  możliwość  bogatych  przeżyć.  To 

wszystko wtedy się liczyło. 

Nie rozważałam początkowo poważnie, czy aktorstwo jest moim życiowym powołaniem. 

Taka  refleksja  przyszła  dopiero  wtedy,  gdy  zagrałam  w  „Oszustach”.  Miałam  prawie 

dziewiętnaście lat i zrozumiałam, że już więcej nie mam na to ochoty. 

background image

 

16 

Ale nadal mi nie powiedziałaś dlaczego. 

Znudziła mi się ta praca. Taki prosty powód. Przestała już być dla mnie wyzwaniem, 

więc postanowiłam spróbować czegoś innego. A to - zatoczyła wkoło ręką, wskazując na 

stosy  kaset  z  próbnymi  zdjęciami,  tablice  z  kalendarzowym  planem  zdjęć,  stertę  nie 
przeczytanych jeszcze scenariuszy - 

jest właśnie tym czymś. 

Rafe nadal nie był przekonany. 

I nigdy potem nie ciągnęło cię przed kamerę? Nie wabiły cię światła jupiterów? Żądza 

sławy i dalszej kariery gwiazdy filmowej? 

-  Nie, nigdy. - 

Wypowiedziała  te  słowa  z  najgłębszym  przekonaniem.  -  A teraz chyba 

powinieneś jeszcze raz przejrzeć tę taśmę. - Podsunęła mu kasetę z próbnymi zdjęciami 
Christine Bishop. - 

Musimy wreszcie znaleźć aktorkę do roli Molly. 

 

Przyznaję,  myliłem  się  -  stwierdził  Rafe,  spoglądając  chmurnym  wzrokiem.  Claire 

Kingston  była  naprawdę  producentką  o  niesamowitym  instynkcie,  dzięki  któremu 

bezbłędnie dobierała obsadę aktorską. - Przesłuchanie Christine Bishop wypadło... 

- ...kapitalnie - 

podsunęła, bardzo z siebie zadowolona. - Zdumiewająco. 

Miałem na myśli: zadowalająco. 

Chciał ją zezłościć. Zaczął stosować taką metodę, żeby się przekonać, czy uda mu się 

znowu wyprowadzić ją z równowagi, jak wtedy, gdy zarzucił jej podjęcie decyzji bez zgody 

matki. Jak dotąd bez skutku. Jej opanowanie zaczynało go powoli doprowadzać do szału. 

Droczysz się, bo nie miałeś racji - odparła spokojnie. Nie da się sprowokować. Tylko raz 

mu się powiodło i to się już nie powtórzy. Tak było bezpieczniej. - Christine zagrała pięknie 

i  dobrze  o  tym  wiesz.  Teraz  musimy  wyszukać  jej  partnera  o  podobnej  sile  wyrazu  i 
odpowiednim stylu gry. 

 
-  Mam kandydata do roli Josha - 

oznajmił  Rafe.  -  Znalazłem  go  tam,  gdzie  wcale  nie 

zamierzałem szukać. Przeskakiwałem wczoraj wieczorem z kanału na kanał w telewizji i 

nagle mi się objawił. 

Claire nawet nie podniosła oczu znad dziennego raportu produkcji. 
- Kto i za ile? 
- Aktor dobry warsztatowo. - 

Nie wprowadzał jej w szczegóły, gdyż wiedział, jak ona ceni 

zwięzłość. 

Nie jest olśniewający, ale ma duże umiejętności. Może trochę za stary do tej roli... 

- Kto i za ile? - Tym razem Claire un

iosła wzrok. 

- Twój stary przyjaciel z „Oszustów”. 
- Kto i za... - 

W jej oczach pojawił się przestrach. 

- Z „Oszustów”? 

Rafe skinął głową. 
- Dax Wyatt - 

wyjaśnił, oczekując, że będzie mile zaskoczona. 

- Dax Wyatt? - 

Patrzyła na niego, jakby postradał zmysły. - Chyba żartujesz. Zmarszczył 

brwi. 

- Dlaczego ci nie odpowiada? 
-  No...  - 

Zastanawiała  się  gorączkowo,  co ma mu powiedzieć,  jaką  znaleźć  wymówkę. 

Cokolwiek, byle nie prawdę. - Przede wszystkim jest za stary. - Energicznie przekładała 
kartki raportu, us

iłując ułożyć je we właściwej kolejności. - Sam to stwierdziłeś. 

To  żaden  problem.  Różnica  wieku  nie  jest  taka  duża.  Poza  tym  on  potrafi  zagrać 

mężczyznę młodszego od siebie. Najważniejsze, że jest naturalny i bezpretensjonalny. A 

fizycznie będzie dobrym kontrastem dla Christine. 

- Nie. 
- Dlaczego? 

Nie  chcę  go.  Dlatego.  -  Złożyła  gwałtownie  teczkę  z  raportem  i  wstała.  -  To  kończy 

sprawę. 

background image

 

17 

O  nie,  nie  kończy,  bynajmniej.  -  Rafe’a  zaczęła  ogarniać  złość.  -  Nie  możesz 

podejmować  sama  takiej  decyzji,  dopóki  przynajmniej  ze  mną  jej  nie  przedyskutujesz. 

Mam prawo zatwierdzania obsady, zapomniałaś? 

Ja także mam takie prawo - odparła ostro. - I nie godzę się na Daxa Wyatta. 

- Dlaczego? 

Ponieważ...  ponieważ  go  nie  cierpię.  To  wszystko.  -  Skierowała  się  do  stojącej  za 

biurkiem  sekretery  i  otworzyła  szufladę.  -  Czy  możemy  już  uznać  ten  temat  za 

wyczerpany? Bardzo proszę. 

Nie, nie możemy - odrzekł Rafe z uporem. - Chyba że mnie przekonasz. Dax Wyatt jest 

dobrym  aktorem.  Według  mnie  świetnie  nadaje  się  do  tej  roli.  Nie  odrzucę  jego 

kandydatury tylko dlatego, że ty go nie lubisz. Do licha, Claire, przecież nie namawiam cię, 

żebyś poszła z nim do łóżka. Proponuję tylko przesłuchanie i... 

Zamknęła szufladę z trzaskiem. 

Czarne oczy Rafe’a zwęziły się, jakby zaczął się czegoś domyślać. 

Co ci jest? Miałaś z Daxem Wyattem nieszczęśliwy romans? I dlatego nie chcesz z nim 

pracować? Czy właśnie o to chodzi? 

-  Romans?  - 

Palce  Claire  zacisnęły  się  na  uchwycie  szuflady.  -  Z Daxem Wyattem? - 

Przez krótki, przerażający moment myślała, że zemdleje. Albo zwymiotuje. Opanowała się 

całą siłą woli. Kiedy odwróciła się do Rafe’a, znowu była Królową Lodu. 

Nie obrażaj mnie - powiedziała tonem, jakby rozmowa o Daxie Wyattcie zaczynała ją 

nudzić.  -  To  wstrętny  typ.  -  Pięknie  zarysowana  górna  warga  wykrzywiła  się  w  lekkim 
grymasie szyderstwa. - 

Obleśny, męski szowinista. A ja po prostu z kimś takim nie lubię 

pracować. Ale skoro sądzisz, że on może być dobry w roli Josha... - Wzruszyła ramionami, 

co miało wskazywać, że na temat gustów się nie dyskutuje, i otworzyła swój terminarz. - 

Chyba będę miała trochę czasu w przyszłym tygodniu. - Przerzucała strony kalendarza. - 

Jaki dzień najbardziej by ci odpowiadał? - Podniosła na niego wzrok, gdyż milczał. -Rafe? 

Co za zaskakująca zmiana poglądów. 

-  Jestem ci to winna. - 

Musiała  się  jakoś  wytłumaczyć.  -  Ty  zawierzyłeś  mojemu 

instynktowi  przy  obsadzaniu  roli  Molly,  więc  chyba  powinnam  ci  się  zrewanżować.  Kto 

wie? Może będę mile zdziwiona. Niewykluczone, że Dax wydoroślał od tamtych czasów. - 

Wzięła do ręki pióro. - Co powiesz na czwartek? 

 

Molly, musisz podjąć decyzję. - Dax Wyatt wypowiadał swą kwestię ze scenariusza. - 

Ufasz mi czy nie? - 

Patrzył w oczy Christine Bishop. - Co się z tobą dzieje, jedziesz ze 

mną czy zostajesz - wyczuwało się, że pod oschłym tonem pragnie za wszelką cenę ukryć 

głęboką rozpacz. 

Nikt  z  oglądających  tę  scenę  nie  miał  wątpliwości,  że  bohater  przeżywa  mękę  walki 

wewnętrznej. Modulacja głosu i wyraz oczu mówiły, że Molly odmową zadałaby mu cios w 
samo serce. A on raczej 

by umarł, niż się do tego przyznał. 

Rafe spojrzał na Claire znacząco. Jego wzrok wyraźnie mówił: Czy nie miałem racji, że 

Dax Wyatt będzie doskonały w tej roli? 

Niewątpliwie miał rację, pomyślała Claire. Aktor wspaniale zagrał zakochanego młodego 

człowieka  -  czułego,  a  jednocześnie  bojącego  się  wyjawić  uczucie,  które  uważał  za 

słabość. 

Może rzeczywiście dojrzał psychicznie od czasu, kiedy razem pracowali? 

Ja... ja nie mogę. - To była kwestia Christine Bishop. - Nie teraz. Jeszcze nie. Proszę. - 

Aktorka p

ołożyła dłoń na ramieniu Daxa. - Josh, proszę cię, daj mi trochę czasu. 

- Ile? - 

spytał szorstko, jakby lekceważył takie babskie gadanie, gdy tymczasem słychać 

było łzy w jego głosie. 

Kilka dni. Dopóki mama nie wyzdrowieje. Wtedy pojadę z tobą. Obiecuję. 

Przedtem też mi obiecywałaś. 

Tym  razem  dotrzymam  słowa,  naprawdę.  Musisz  mi  uwierzyć.  -  Zacisnęła  palce  na 

background image

 

18 

gorsie jego koszuli. - 

Powiedz, że nie wyjedziesz beze mnie. Proszę, Josh. 

Odsunął ją od siebie. 

Nie mogę się tu obijać w nieskończoność - odrzekł twardo. 

Jeszcze tylko parę dni. 

Claire obserwowała, jak z wolna twarz aktora łagodnieje. 

Niech  będzie.  -  Wziął  partnerkę  w  ramiona  i  ich  usta  zwarły  się  w  namiętnym 

pocałunku. Pocałunek trwał o wiele dłużej, niż wymagał scenariusz. 

A jednak Dax ni

e  wydoroślał,  pomyślała  Claire,  patrząc  z  zakłopotaniem,  jak  Christine 

stara się w miarę dyskretnie wysunąć z jego objęć. 

-  To chyba wystarczy - 

powiedziała  Claire  donośnym  głosem.  Nie  mogła  dłużej  znieść 

tego żenującego widowiska. 

Dax uniósł głowę z uśmiechem. 

I  jak  mi  poszło?  -  spytał,  najwyraźniej  nieświadomy  reakcji  Christine  na  przedłużoną 

scenę pocałunku. 

Rafe spojrzał na Claire. Skinęła niechętnie głową. 
- Moje gratulacje - 

rzekł Rafe. - Masz tę rolę. 

 

A zatem jak dotąd, nie ma między nami rozbieżności. - Claire powiodła wzrokiem po 

zgromadzonych wokół stołu konferencyjnego. 

Właśnie  dobiegało  końca  zebranie,  jedno  z  tych  długich  i  wyczerpujących  spotkań  z 

głównymi realizatorami filmu przed przystąpieniem do zdjęć. 

Uczestniczyli w nim scenograf, de

korator wnętrz, asystentka reżysera, sekretarka planu, 

szef operatorów i oczywiście reżyser. 

- Rozumiem - 

mówiła dalej Claire - że nikt nie ma wątpliwości, co i jak chcemy osiągnąć. 

Wszyscy wiecie, jakimi środkami dysponujemy i znacie ograniczenia. A zwłaszcza każdy 

pamięta o wysokości naszego budżetu. Tak? 

Odpowiedzią  były  znużone  potakiwania.  Nikt  nie  zgłaszał  dalszych  uwag,  więc  Claire 

zwróciła się jeszcze do dwóch osób - Becky Ward, scenografa, i Benningtona, dekoratora 

wnętrz. 

- Becky? R.J.? Czy wszystko jasne? 

Jasne jak słońce - odparł R.J. Bennington w imieniu obojga. 

A ty, Anno? Nie masz żadnych pytań lub uwag? 

Anna Markowitz zdjęła okulary i pomasowała nasadę nosa. 

Jeżeli przyjdzie mi coś do głowy, czego jeszcze nie przemaglowaliśmy tysiąc razy, to 

dam ci znać. 

Pilar? O niczym nie zapomnieliśmy? 

O niczym. Wszystko zostało omówione. 

W kółko i na okrągło - powiedział Rafe scenicznym szeptem. 

Wszyscy się roześmieli, nawet Claire, która jednak nie dawała za wygraną. 
- Denis, a ty? Masz jeszcz

e jakieś nie rozwiązane problemy? 

Operator powiedział tylko jedno słowo. 
- Plener. 

Tak. Jak dotąd była to nadal otwarta kwestia. Po trzech tygodniach poszukiwań małego, 

prowincjonalnego  miasta  w  Teksasie,  mającego  oddawać  klimat  Burley,  w  którym  autor 
scen

ariusza  umiejscowił  akcję  filmu,  nie  udało  się  znaleźć  niczego,  co  odpowiadałoby 

wymaganiom Claire. 

Ja się tym zajmę. To znaczy - poprawiła się, rzucając szybkie spojrzenie na reżysera - 

my. Rafe i ja wyruszymy w sobotę skoro świt do Teksasu - wyjaśniła. Starała się, by jej 

głos nie zdradził, że na samą myśl o wspólnej podróży dostawała gęsiej skórki. 

Przemierzanie rozległych obszarów zachodniego Teksasu wypożyczonym samochodem 

w  poszukiwaniu  małego  miasteczka,  smażone  kurczaki  w  wiejskich  gospodach, 
noco

wanie w skromnych motelach bez obsługi i telewizji zupełnie się jej nie uśmiechało. 

background image

 

19 

Przede wszystkim ze względu na nieustanną obecność Rafe’a, w samochodzie, podczas 

posiłków, a nocą w sąsiednim pokoju. 

Przyrzekam,  że  znajdziemy  Burley  przed  rozpoczęciem  zdjęć.  -  Przysięgła  sobie  w 

duchu, że będzie to najkrótszy rekonesans plenerów w dziejach kina. 

Nawet gdybym musiała wybudować to miasteczko gołymi rękami - dodała. 

-  Brawo  - 

skomentowała  Becky  Ward,  po  czym  ziewnęła.  -  Czy  możemy  już  iść  do 

domu? 

- Wy 

możecie - powiedziała Claire z westchnieniem, jak wyrozumiała matka do gromadki 

dzieci. 

Robert natychmiast was zawiadomi, jak tylko coś znajdziemy. 

Zebrani zaczęli wstawać od stołu. 

I  pamiętajcie,  że  wszyscy  członkowie  naszej  ekipy  realizacyjnej  mają  zawiadamiać 

Roberta o swych aktualnych planach. - 

Claire  nie  mogła  odmówić  sobie  tej  uwagi.  - 

Wszelkie zmiany w dotychczasowych ustaleniach powinny być zgłoszone na piśmie albo... 

Rafe podszedł do niej i stanowczym ruchem położył jej dłoń na ustach, przerywając w pół 

słowa. 

-  Wiemy, wiemy - 

powiedział.  -  Daj  już...  Urwał  gwałtownie,  gdyż  wyczuł,  że  ona 

zadygotała  nerwowo.  W  jej  szeroko  otwartych  oczach  dojrzał  oburzenie  i  przerażenie, 

zupełnie nie pasujące do tego niewinnego gestu. Natychmiast cofnął rękę. 

C

laire oddychała szybko, lecz odwróciła się od niego bez słowa, jakby nic nie zaszło. 

-  Zanim wyjdziecie... - 

Zamilkła  na  moment,  gdyż  musiała  odchrząknąć.  -  Zanim 

wyjdziecie - 

powtórzyła już opanowana jak zawsze - chciałabym jeszcze coś powiedzieć. 

Pięć dorosłych osób westchnęło głośno. Jak zawiedzione dzieci, którym oznajmiono, że 

wyjazd na wakacje się opóźnia. 

Tylko  Rafe  stał  w  milczeniu  i  zastanawiał  się,  czy  przypadkiem  nie  poniosła  go 

wyobraźnia, kiedy przed chwilą wydawało mu się, że dostrzegł w oczach Claire panikę. 

Uspokójcie się - mówiła dalej. - Nie zamierzam wam znowu o czymś przypominać ani 

wydawać  ostatnich  poleceń.  Chciałam  po  prostu  powiedzieć,  jak  bardzo  jestem  wam 

wdzięczna za tyle ciężkiej pracy, którą już wykonaliście. Wiem, że przy tym właśnie fiknie 

dałam się wam trochę we znaki... 

Trochę, to za mało powiedziane - wtrąciła żartobliwie Anna Markowitz. 

Zgoda, zalazłam wam porządnie za skórę. - Claire uśmiechnęła się ze skruszoną miną. 

Pragnęłabym  więc  choć  w  drobnej  mierze  się  odwdzięczyć.  Zapraszam  was  na  bal. 

Urządza  go  Tara  w  sobotni  wieczór  w  domu  Pierce’a.  Na  cele  dobroczynne.  Będziecie 

moimi gośćmi - podkreśliła z naciskiem. - Małżonkowie i bliskie sercu osoby mile widziane. 

Mam tylko nadzieję - uśmiechnęła się kpiąco - że nie przyprowadzicie jednych i drugich. - 

Kiedy zamilkły chichoty, dodała: - Stroje wieczorowe. Będzie kolacja i oczywiście tańce, a 

dla zainteresowanych aukcja. Nie przejmujcie się dojazdem, przyślę po was samochody. 

Są chętni? 

Wszyscy byli, oczywiście. Bale dobroczynne Tary Channing-Kingston miały opinię jednej 

z najważniejszych imprez towarzyskich. Między innymi dlatego, że nie urządzała ich tak 

często jak inne damy Hollywoodu, więc zaproszenie do niej było nadzwyczaj pożądane. 

Udział w jej przyjęciu mógł mieć korzystny wpływ na pozycję towarzyską i wizerunek w 

świecie  filmowym.  W  najgorszym  razie  umożliwiał  kontakt  z  wybitnymi  ludźmi.  A  w 

najlepszym...  Plotka  głosiła,  że  szczegóły  dotyczące  jednej  trzeciej  filmów  zostały 
opracowane na koktajlowych serwetkach 

w czasie przyjęć u Tary. 

Jedynie Rafe nie wydawał się szczególnie podekscytowany. 

Nie chodzę na bale dobroczynne - odezwał się, kiedy już reszta towarzystwa opuściła 

pokój. 

- Nie? Dlaczego? 

Głównie ze względu na snobistyczne towarzystwo i czczą gadaninę - odparł. 

Patrzył, jak Claire idzie wzdłuż stołu ze spuszczoną głową i zbiera pozostałe po długim 

background image

 

20 

dniu pracy papiery. 

Płacisz setki dolarów  - ciągnął dalej - i dostajesz za to rozgotowane spaghetti i kilka 

listków sałaty, które nie wystarczyłyby nawet królikowi. Czasem przy odrobinie szczęścia 

trafi ci się kawałek nie dopieczonego kurczaka. - Podniósł kosz na śmieci i zaczął sprzątać 

ze  stołu  z  drugiej  strony.  -  A  te  wszystkie  pieniądze  idą  w  końcu  raczej  na  dekoracje 

wnętrz i rozrywki niż dla potrzebujących wsparcia. 

Jeśli chodzi o towarzystwo, to oczywiście masz rację, ale w tym mieście nie można od 

tego  uciec.  Za  to  jedzenie  u  Tary  jest  zawsze  znakomite.  Tym  razem  szykuje  jakieś 

egzotyczne,  tajlandzkie  potrawy,  maje  przyrządzać  kucharz  z  San  Francis...  -  urwała 

gwałtownie. 

Uświadomiła sobie, że Rafe stoi zupełnie blisko z wyciągniętym ku niej koszem w ręce. 

Posłała  mu  spłoszone  spojrzenie,  wrzuciła  śmieci  do  kosza  i  odeszła  w  przeciwnym 

kierunku, żeby zabrać ze stołu swoje teczki i notatniki. 

Zaręczam,  że  nie  umrzesz  z  głodu  -  mówiła  dalej,  jakby  nic  się  nie  stało.  -  A  cały 

dochód jest przeznaczony na sfinansowanie programu badań prenatalnych prowadzonych 

przez  szpital  położniczy  we  wschodniej  dzielnicy  Los  Angeles  i  tam  zostanie  od  razu 
przekazany. 

Ten program to oczko w głowie Tary. Zainteresowała się nim, kiedy zmarło jej 

pierwsze dziecko, urodzone przedwcześnie. To oczywiście było dawno temu, ale... 

- Claire. 

Zatrzymała się na dźwięk swego imienia wypowiedzianego niskim, gardłowym głosem. 
Przycis

nęła kurczowo do piersi plik teczek i uniosła głowę. 

Słucham? - Patrzyła na niego zupełnie jak wtedy, gdy położył jej dłoń na ustach. 

Prawie  tak  samo,  poprawił  się.  Z  jej  oczu  nie  wyzierała  już  panika,  tylko  jakaś  czujna 

obawa. Przypominało mu się pewne wydarzenie z dzieciństwa. Koło stajni ich sąsiadów 

półdzikie kociaki łowiły myszy. Złapał jednego, bo chciał go oswoić. Kiedy w swoim pokoju 

leżał na brzuchu na podłodze i próbował pieszczotliwym tonem nakłonić kotka, żeby wziął 

z  jego  ręki  jedzenie,  zwierzątko  patrzyło  na  niego  właśnie  takim  samym  wzrokiem,  jak 
teraz Claire. 

Masz jakiś uraz do mnie - spytał miękko - czy boisz się wszystkich mężczyzn? 

W oczach Claire błysnęło oburzenie. 

Nie boję się mężczyzn. 

A więc jedynie mnie. 

Ciebie też nie. - Uniosła wysoko głowę. - Nie wiem, skąd ci przyszła do głowy podobnie 

śmieszna myśl. 

Obserwowałem,  jak  okrążasz  stół,  żeby  stale  nas  rozdzielał,  jakbyś  się  bała,  że  cię 

złapię i przewrócę na blat. 

- Co za bzdura. 

Naprawdę? 

- Totalna - 

warknęła. - I irytująco typowa. 

- Typowa? 

Dlaczego mężczyźni zawsze uważają, że każda kobieta, która się nimi nie interesuje, 

musi albo się ich bać, albo cierpieć na oziębłość. Nie przychodzi im do głowy, że może być 

po prostu wymagająca. 

Czy możemy przeprowadzić mały test? 

- Jaki? 

Będziesz  tutaj  stała,  a  ja  przejdę  wzdłuż  stołu.  Zmrużyła  podejrzliwie  oczy.  Jakby 

spodziewała się pułapki. 

- I co potem? 

Nic. Podejdę i stanę obok ciebie, a ty tylko będziesz spokojnie stała. Myślę, że ci się to 

nie uda. Strach ci na to nie pozwoli. 

Wzruszyła ramionami i położyła teczki z trzaskiem na stole. 

Bardzo proszę. 

background image

 

21 

Zaczęła przeglądać jakieś papiery, jakby była sama w pokoju. 

A Rafe już był przy niej. Poczuła bijące od niego ciepło. Nie powinno drgnąć najmniejsze 

włókno  jej  ciała.  Tylko  w  ten  sposób  może  udowodnić,  że  się  go  nie  boi  i  nie  jest  nim 

zainteresowana. Musi zachować całkowitą obojętność. 

Stała  nieruchomo,  choć  czuła  już,  że  jego  pierś  dotyka  jej  ramienia,  a  gorący  oddech 

unosi włosy na jej skroni. Odczekała dla pewności jeszcze parę sekund. 

- Zadowolony?  - 

spytała uszczypliwie, unikając jego wzroku. Każdy nerw miała napięty, 

lecz zdecydowana była za żadne skarby świata nie okazać zdenerwowania. 

Bynajmniej,  pomyślał  Rafe,  i  ta  myśl  go  zdziwiła.  Lecz  zaraz  uświadomił  sobie,  że 

dopiero wtedy będzie usatysfakcjonowany, kiedy ona zacznie mu jeść z ręki. I pomrukiwać 

z zadowolenia, jak w końcu tamten półdziki kotek. 

Najważniejsze było wzbudzenie jej zaufania. 

Jesteś  bardzo  opanowana,  Claire  Kingston,  muszę  to  przyznać.  -  W jego  głosie 

brzmiało rozbawienie i podziw. - Ale nie aż tak, jakbyś chciała. Pod lodową maską, którą 

przybrałaś,  kipi  wulkan.  Widzę  go  w  twoich  oczach,  za  każdym  razem,  kiedy  na  mnie 

patrzysz. Wyczuwam w mchach twego ciała pod zakrywającym je szczelnie kostiumem. 

Dostrzegam na miękkiej skórze, o tu, pod brodą. - Bardzo powoli i ostrożnie podniósł rękę 

i  nie  dotykając,  wskazał  na  pulsujący  punkt  nad  wysokim  kołnierzykiem  jedwabnej, 

ozdobionej falbanką bluzki. - Tak szybko bije ci tętno. Pewnego dnia namiętność, którą w 

sobie  uwięziłaś,  wybuchnie  z  całą  mocą.  Potrzebny  jest  ci  tylko  ktoś,  kto  by  cię 

poprowadził we właściwym kierunku. Kto odbezpieczyłby zapalnik. I ja zamierzam być tym 

kimś. 

Spojrzała na niego kątem oka. 

Skończyłeś już te naiwne, pseudopsychologiczne rozważania? 

Królowa Lodu nie ustąpiła nawet o włos. Odpowiedział uśmiechem na tę kąśliwą uwagę. 

Skinął głową. 

- Na razie. 

Więc teraz zejdź mi z drogi. Mam jeszcze mnóstwo pracy. - Obrzuciła go odpychającym 

spojrzeniem. 

Ciebie oczywiście nie zatrzymuję. To już było prawie polecenie. 

-  Aha, jeszcze jedno. - 

Zatrzymał  się  w  drodze  do  drzwi.  -  O  której  jutro  przyślesz  po 

mnie samochód? 

Sądziłam, że nie bywasz na balach dobroczynnych. Uśmiechnął się do niej od progu. 

Zmieniłem zdanie. O której? 

Chci

ała  mu  powiedzieć,  żeby  nie  przejmował  się  jej  zaproszeniem.  Lecz  taka  reakcja 

byłaby  zbyt  oczywista.  Poza  tym  zaprosiła  przecież  wszystkich.  Prasa  mogłaby 

rozdmuchać fakt, że jedynie reżyser nie pojawił się na przyjęciu. 

O wpół do ósmej. Punktualnie. I Rafe - poczekała, aż ponownie zwróci na nią wzrok - 

musisz się ogolić po południu - powiedziała słodkim głosem 

żebyś  nie  wyglądał  na  gangstera  przebranego  w  smoking,  który,  niestety,  będziesz 

zmuszony sobie kupić. Jeśli ci się uda w tak krótkim czasie znaleźć odpowiedni rozmiar. 

 
 

ROZDZIAŁ 4 

Uwaga Claire o smokingu, rozmyślał Rafe, sadowiąc się w samochodzie, który po niego 

przysłała, była zapewne rewanżem za jego „naiwne, pseudopsychologiczne rozważania”. 

Prawie całe sobotnie przedpołudnie spędził na poszukiwaniach odpowiedniego rozmiaru i 

tylko  dzięki  solidnemu  napiwkowi  krawiec  jednego  z  najdroższych  salonów  mody 

dopasował mu ten strój na wieczór. 

W dzieciństwie żył w skromnych warunkach i zwykle nosił przerabiane i używane rzeczy. 

Nadal wydawało mu się absurdalne wyrzucanie masy pieniędzy na wytworne, wieczorowe 

ubranie. Ale, do licha ciężkiego, nie mógł sobie pozwolić na to, żeby wyglądać na przyjęciu 

background image

 

22 

jak  ubogi  krewny.  Claire  strzeliła  w  ciemno,  lecz  trafiła  w  słaby  punkt,  jakim  było  jego 
pochodzenie. 

A właśnie ono odbierało mu pewność siebie. 

Dorastał w biedzie, w małym miasteczku zachodniego Teksasu, niewiele różniącym się 

od  owego  fikcyjnego  Burley  z  „Desperata”.  Meksykańskie  dziedzictwo,  z  którego  był 

dumny, stanowiło jednak obciążenie na drodze do społecznej akceptacji, nie mówiąc już o 

karierze.  Po  śmierci  ojca  stal  się  głową  rodziny,  choć miał dopiero  piętnaście  lat  i  był o 

wiele  za  młody  na  dźwiganie  takich  obowiązków.  Tylko  dzięki  własnemu,  zawziętemu 

dążeniu do sukcesu i nieugiętej woli matki, udało mu się zdać maturę. Wyższe studia nie 

wchodziły  w  rachubę,  skoro  trzeba  było  wyżywić,  odziać  i  wykształcić  sześcioro 

rodzeństwa. Tak więc Rafe poszedł do pracy na polu naftowym i większość zarobionych 

pieniędzy wysyłał co tydzień do domu. 

Od tego cza

su zdobył jeszcze trochę wykształcenia, a i samo życie dodało mu ogłady, 

lecz  nadal  nie  był  całkowicie  pewny,  którego  widelca  ma  użyć,  gdy  leżały  dwa  przy 

nakryciu. To dlatego nie uczęszczał na bale dobroczynne i inne wystawne hollywoodzkie 

przyjęcia. Nie czul się na nich swobodnie. Bal się, że się wygłupi. 

I teraz, mknąc w luksusowej limuzynie, ubrany w czarny smoking i czarne, kowbojskie 

buty z wężowej skóry, zastanawiał się, czy właśnie dokładnie tego nie robi. Błaźni się. Z 
powodu rozpieszczonej, pochod

zącej z wyżyn społecznych księżniczki. 

Już mu się to kiedyś zdarzyło. 

W małym, teksaskim mieście, takim jak Flat Rock, społeczne linie podziału były znacznie 

ostrzejsze  niż  gdzie  indziej,  a  jego  od  początku  los  umieścił  po  tej  gorszej  stronie. 

Oczywiście,  wiele dziewcząt chętnie przekraczało tę niewidzialną granicę. Takie zawsze 

się znajdą, w każdym mieście. Lecz nie robiły tego nigdy publicznie. Zawsze wycofywały 

się,  gdy  pojawiło  się  ryzyko  utraty  pozycji  towarzyskiej.  Jakoś  sobie  z  tym  radził.  Dla 

większości znajomość z nim była jedynie 

okazją poznania innego świata. Wiedział o tym. I nawet go to czasem bawiło. 

Spotkał tylko jedną dziewczynę, która wydawała się  inna. Poznał ją przed maturą. Nie 

kryła  się  z  tym,  że  chodziła  z  nim  na  randki,  obwoziła  go  odkrytym, czerwonym 

kabrioletem,  który  dostała  od  ojca  na  szesnaste urodziny.  Na  spacerach  trzymali  się  za 

ręce, razem chodzili popływać do miejscowego klubu, nie zważając na plotki. Zakochał się 

w  niej  bez  pamięci,  oddał  jej  swe  młode  serce  wraz  z  obietnicą  małżeństwa.  W  końcu 

któregoś dnia w pełni długiego, gorącego teksaskiego lata oznajmiła mu, że nie chce go 

już więcej widzieć. Miesiąc później wyjechała bez pożegnania. Dopiero wtedy uświadomił 

sobie, że go wykorzystała, aby skłonić swego bogatego tatusia do wysłania jej na studia 
do Dallas. 

Potem były oczywiście inne kobiety. Tak zwane porządne dziewczyny i te trochę mniej 

porządne.  Ze  wszystkich możliwych  sfer.  Od  nich  nauczył  się,  że nie  należy  patrzeć  na 

stosunki  między  kobietą  i  mężczyzną  przez  pryzmat  bolesnego  doświadczenia 

wyniesionego  z  kontaktów  z  jedną  zepsutą  dziewczyną.  Mimo  to,  pierwsza  lekcja  była 

ciągle żywa i jej wspomnienie nawiedzało go w najmniej odpowiednich momentach. Takich 
jak ten. 

 
W wytwornej rezydencji Pierce’a w Beverly Hills trwa

ły ostatnie przygotowania do balu. 

Claire, od dawna już przebrana i uczesana, wręcz narzucała się bratowej z pomocą. Nie 

mogła znieść myśli, że choć na chwilę zostanie sama. Pragnęła znaleźć się w hałaśliwym 

dumie.  Może  gwar  gości  zagłuszyłby  wspomnienie  niskiego,  gardłowego  głosu  Rafe’a, 

który wmawiał jej, że potrzebuje kogoś, kto poprowadziłby ją we właściwym kierunku. I że 

on miałby być tym kimś. Taka wizja była równie podniecająca, jak i alarmująca. 

Wstąpiła  do  kuchni,  lecz  gospodyni,  groźna  pani  Gilmore,  całkowicie  panowała  nad 

sytuacją, poganiając personel swym zwykłym, nie znoszącym sprzeciwu głosem i rzucała 

mordercze  spojrzenie  na  każdego,  kto  ośmieliłby  się  pomyśleć  o  wścibianiu  nosa  w  jej 
sprawy. 

background image

 

23 

Claire szybko wycofała się z kuchni i weszła na piętro. Tarę zastała tam, gdzie mogła się 

jej  spodziewać  -  w  przygotowanym  przez  Pierce’a  dla  siostrzeńców  pokoju  dziecinnym. 

Bratowa właśnie karmiła piersią niemowlę. Jej mąż - starszy brat Claire, Gage, czytał na 

dobranoc bajkę dwuletniemu Beau. Malec siedział mu na kolanach. Okoloną potarganymi 

blond  włoskami  główkę  przytulił  do  plisowanego  gorsu  białej,  wieczorowej  koszuli  ojca. 

Tara z uśmiechem zaprosiła Claire gestem dłoni do środka, lecz Claire potrząsnęła głową. 

Przyjdę później. 

Nie chciała zakłócać im tej rodzinnej, intymnej atmosfery. Dobrze wiedziała, ile wysiłku 

kosztuje  Tarę  i  Gage’a  danie  dzieciom  tych  wspólnych  szczęśliwych  chwil.  Wiedziała 

także, jak ważne będą takie wspomnienia, gdy już dorosną. Ona sama, dziecko rodziców 

pochłoniętych  zawodowymi  zajęciami,  szczęśliwe  chwile  dzieciństwa  zawdzięczała 

głównie niańce. 

Pierce’a i Nikki spotkała na szerokich schodach, wiodących ku wyłożonemu marmurami 

holu. Trzymając się za ręce, skradali się w górę jak złodzieje. Ich 

miny nie pozostawiały wątpliwości, jaki jest cel tej wyprawy. 

Claire  przysunęła  się  do  połyskującej  poręczy  z  orzechowego  drewna  i  właśnie 

zastanawiała się, czy ją w ogóle zauważyli, gdy Nikki odwróciła się, by sprawdzić, czy nikt 
ich nie obserwuje z holu - 

i znieruchomiała. 

- Pierce. - 

Szarpnęła męża za rękę. Rozejrzał się wokoło. 

Och, Claire, cześć. Co słychać? 

Dziękuję,  wszystko  w  porządku  -  odparła  Claire  z  uśmiechem.  Młodszy  z  jej  dwóch 

braci zapominał o dobrych manierach, kiedy ulegał niepohamowanemu apetytowi na żonę. 
Na tym 

między innymi polegał jego urok. - A co u ciebie? 

Jak dotąd - rzucił spojrzenie na zapłonioną Nikki - wszystko szło jak najlepiej. 

Zbliżył się do siostry i pocałował ją w policzek. 

Cieszę się, że cię widzę, Claire. 

Mnie też miło widzieć was oboje. - Claire równie czule pocałowała brata. - Ale właściwie 

co  tu  robicie?  Przeglądałam  wczoraj  raporty  produkcji  i  wynika  z  nich,  że  zdjęcia  do 

„Stworzonych  dla  siebie”  mają  potrwać  jeszcze  przynajmniej  dwa  tygodnie.  Czy  nie 

powinniście być w Toronto? W pracy? 

Och, Claire, daj spokój. Nie bądź taka zasadnicza. Jesteśmy na przyjęciu. 

Przyjechaliśmy tylko na weekend - pospieszyła z wyjaśnieniem Nikki, kierując w stronę 

męża piorunujące spojrzenie. - Prawda, Pierce? 

Głębokie,  ciężkie  westchnienie  Pierce’a  miało  świadczyć  o  godnym  pożałowania  losie 

pantoflarza. 

- Tak, kochanie. 

Obie panie roześmiały się. 

No  to  wracajcie  do  swoich  zajęć  -  powiedziała  Claire.  -  A  ja  pójdę  zobaczyć,  co  się 

dzieje w ogrodzie. 

Pierce  miał  już  iść  na  górę,  gdy  Nikki  pociągnęła  go  za  rękaw,  wskazując  głową  w 

kierunku Claire. 

-  Co? Jej to nie przeszkadza. O Jezu - 

jęknął. Zza zakrętu schodów wyłonili się Tara i 

Gage. - 

To już koniec. 

Chyba nie zdążycie powiedzieć dzieciom dobranoc - odezwał się Gage. Wesołe błyski 

w jego oczach wyraźnie wskazywały, że ma na myśli zupełnie co innego. 

Za trzy godziny trzeba będzie karmić Chloe. A Beau zawsze przy tej okazji się budzi. - 

Gage objął ramieniem Nikki i zaczął sprowadzać ją i żonę po schodach. - Wtedy będziecie 

mogli ich zobaczyć. 

Pierce z 

komicznym  grymasem  rozczarowania  podał  ramię  Claire,  która  ujęła  je  ze 

śmiechem. Zeszli na dół za resztą rodziny. 

 

Limuzyna  wioząca  Rafe’a  zwalniała  na  długim,  ciągnącym  się  łukiem podjeździe.  Rafe 

background image

 

24 

wytrzeszczył oczy na widok, jaki mu się ukazał. Miał przed sobą budowlę przypominającą 

do złudzenia stary, normandzki zamek. Front budynku był wyłożony szarymi kamieniami, 

pomiędzy  którymi  połyskiwały  ozdobione  witrażami  okna.  Surowość  muru  przysłaniały 

pędy  bluszczu  pnącego  się  aż  pod  sam  dach.  Dwa  olbrzymie,  kamienne  lwy  strzegły 

okazałego portalu. Dwaj odźwierni w uniformach stali gotowi na każde skinienie. 

Samochód stanął, lecz Rafe nie wysiadał. Czuł bowiem, że potrzebuje trochę czasu, by 

wziąć się w garść. Trudno mu było przyznać się przed samym sobą do ogarniającego go 

niepokoju.  Przesunął  dłonią  po  brodzie,  sprawdzając,  czy  jest  dostatecznie  gładka, 

poprawił  spinki,  badając  równocześnie,  czy  mankiety  wystają  z  rękawów  marynarki  na 

obowiązującą  długość.  Wreszcie  dotknął  szpilki  z  onyksem,  zdobiącej  wykrochmalony 

gors  koszuli  i  dopiero  wtedy  sięgnął  do  klamki.  Gdy  tylko  wysiadł,  jeden  z  odźwiernych 

otworzył  masywne,  szerokie  odrzwia.  Idąc  ku  nim  kamiennymi  schodami,  Rafe  pokręcił 

kpiąco głową - niewykluczone, że usłyszy witające go na progu fanfary. 

Tymczasem 

z holu wybiegł mu naprzeciw melodyjny, kobiecy śmiech. 

Śmiech Claire. 

Uniósł głowę i zobaczył obraz, za którego uwiecznienie każdy szanujący się fotoreporter 

oddałby  duszę.  Sam  Rafe  nie  potrafiłby  lepiej  zaaranżować  sceny  symbolizującej 

świetność Hollywoodu, niż to zrobiła rodzina Claire, schodząca właśnie w dół po szerokich 
schodach. 

Każdy  z  jej  członków  z  osobna  nie  robił  tak  oszałamiającego  wrażenia,  lecz  razem 

tworzyli zespół gwiazd Hollywoodu, który byłby w stanie rozjaśnić całe Los Angeles. 

Bracia podobni byli do siebie z postawy - 

wysocy,  o  szerokich  ramionach  i  smukłych 

sylwetkach,  świetnie  prezentowali  się  w  wieczorowych  strojach.  Pierce  był  bardziej 

efektowny.  Miał”  gęste,  jasne,  falujące  włosy  i  oczy  o  tym  samym  odcieniu  głębokiego 
szafiru co sios

tra.  To  była  uroda  chłopięca,  tak  chwytająca  za  serce  kobiety.  Gage 

Kingston  wyglądał  poważniej  od  brata,  miał  ciemniejszą  karnację,  oczy  bursztynowe  i 

gładko zaczesane włosy, tej samej kruczoczarnej barwy co Claire. 

Ich  żony  były  swoim  całkowitym  przeciwieństwem.  Tara  Channing-Kingston o lekko 

zaokrąglonych  kształtach  z  chmurą  rozwichrzonych,  rudych  włosów  i  lekko  skośnymi 

oczami koloru akwamaryny wyglądała na kobietę zmysłową i uwodzicielską. 

Nikki  Kingston  prawie  tak  wysoka  jak  jej  mąż,  robiła  wrażenie  seksownej Amazonki z 

długimi  nogami  tancerki  rewiowej.  Jej  zielone  oczy  kontrastowały  z  czarnymi,  bardzo 

krótko ostrzyżonymi włosami. A Claire... 

Rafe stłumił westchnienie niekłamanego podziwu. 

W przylegającej  do  ciała,  lśniącej,  srebrnoniebieskiej  sukni, podkreślającej  jej  szczupłą 

sylwetkę i odsłaniającej jedno ramię, wyglądała jak cudowna i niedosiężna księżniczka z 

bajki. Włosy miała upięte, jak zwykle, w węzeł nad karkiem. Kolczyki połyskiwały blaskiem 
brylantów. Podobnie przyozdobiona bransoletka otacz

ała  wąski  przegub  jej  ręki.  Do  tej 

pory Rafe nie widział Claire tak odprężonej, łagodnej, rozbawionej. Nie mógł oderwać oczu 

od jej ujmującej, rozpromienionej twarzy. 

Claire  wyczuła  badawcze  spojrzenie.  Zarumieniła  się  i  odwróciła  głowę,  szukając 

wzrokiem. 

Brylanty  kolczyków  zamigotały  w  świetle.  Spojrzenia  Rafe’a  i  Claire  spotkały 

się. 

Zapatrzyli się w siebie. 

Trwało to parę sekund. Wystarczająco długo, żeby dostrzegła, jak doskonale leży na nim 

świetnie skrojona, smokingowa marynarka. I że biel koszuli podkreśla smagłość jego cery. 

A  czarne,  kowbojskie  buty  i  lśniące,  krucze  włosy  przydają  tej  formalnej  elegancji  nieco 

intrygującej fantazji. 

Na  widok  samotnego  nieznajomego  Tara  natychmiast  wystąpiła  w  roli  gospodyni. 

Wysunęła  rękę  spod  ramienia  męża,  pospieszyła  w  dół  po  schodach,  a  potem  szybkim 

krokiem  przemierzyła  wyłożoną  czarnymi  i  białymi  marmurowymi  płytami  posadzkę 
eleganckiego holu. 

background image

 

25 

Proszę  mi  wybaczyć.  Nie  zdawałam  sobie  sprawy,  że  nasi  goście  już  przybywają.  - 

Wyciągnęła  do  Rafe’a  dłoń  przyjaznym  gestem  powitania.  Poczuł  zapach  delikatnych 
perfum. - Tara Kingston. 

-  Rafe Santana. - 

Uścisnął  jej  dłoń.  -  Jestem  reżyserem  „Desperata”  -  dodał,  gdyż 

zauważył, że jego nazwisko nic jej nie mówi. 

- Och - 

twarz Tary rozjaśniła się - pracuje pan z Claire. 

Odwróciła się z uśmiechem do męża, który właśnie do nich podszedł. 

Gage,  kochanie,  to  Rafe  Santana,  reżyseruje  najnowszy  film  Claire.  Pamiętasz, 

wspominała nam o tym nowym projekcie. Nosi tytuł „Desperat”. Rafe, to mój mąż, Gage. 

Panowie uścisnęli sobie dłonie, bacznie się sobie przyglądając. 

A to mój szwagier Pierce. I jego żona Nikki. Znowu nastąpiły powitania. 

Właśnie szliśmy na werandę na drinka przed nadchodzącym szaleństwem... - zaczęła 

Tara. 

Proszę  sobie  nie  przeszkadzać  -  wpadł  jej  w  słowo  Rafe.  -  Zaraz  pójdę  sobie  do 

ogrodu. 

Nonsens. Nie ma mowy. Bardzo prosimy z nami. Będzie nas sześcioro, a więc do pary. 

Rzuciła figlarne spojrzenie na szwagierkę. - Z pewnością dlatego Claire zaprosiła cię na 

nieco wcześniejszą godzinę. Prawda, Claire? 

Wszystkie głowy zwróciły się w jej stronę. 
- Tak - 

wybąkała, choć do tej pory nie zdawała sobie nawet sprawy, że wysłała po niego 

samochód wcześniej. - Chyba tak. 

-  A widzisz? - 

Tara  ujęła  Rafe’a  pod  ramię  i  ruszyli  przodem.  -  Przyszedłeś  akurat  w 

dobrym m

omencie, zdążysz nam opowiedzieć o sobie i Claire, no i o „Desperacie”. Bo od 

niej trudno się czegoś na ten temat dowiedzieć. 

 

No,  nie  jest  tak  źle,  pomyślał  Rafe  trochę  już  rozluźniony,  przyjmując  z  rąk  Pierce’a 

kieliszek szampana. Zwykle pijał dobrze schłodzone piwo Lone Star, albo marganie, lecz 

w tak baśniowym świecie, pośród tych urodziwych ludzi, szampan wydawał się najbardziej 
odpowiednim trunkiem. 

No więc - Pierce usadowił się naprzeciwko niego na jednej z trzech wąskich sof - jak ci 

się podoba współpraca z naszą małą dyktatorką? - Wskazał oczami siostrę. - Dałeś już jej 

łupnia? 

Słucham? - Rafe o mało nie zakrztusił się szampanem. 

- O, tak. - 

Pierce podniósł żartobliwie dwie pięści do podbródka Claire. 

Spojrzała na brata z wściekłością. 
Rafe dobr

ze pamiętał, jak on i reszta rodzeństwa podobnie się przekomarzali. Roześmiał 

się. 

Nie myślałem jeszcze o takim podejściu do zagadnienia - przyznał. - A czy ty zwykle w 

taki właśnie sposób dawałeś sobie z nią radę, kiedy ci szefowała? 

Nie... Na ogół robiłem, co chciała. 

Bo ona na ogół ma rację - wtrąciła się Nikki. 

W  każdym  razie  miała  rację,  gdy  ciebie  wybrała.  -  Pierce  przyciągnął  żonę,  żeby  ją 

pocałować. 

Pierce, proszę - odezwała się Tara z lekkim wyrzutem - mamy gościa. 

- Mnie to nie przeszkadza. - 

Rafe spojrzał na Claire. 

Claire  przez  chwilę  nie  odwracała  od  niego  wzroku,  zahipnotyzowana  wyrazem  jego 

oczu. Przypomniało się jej, jak oskarżał ją o skrywanie emocji, mówił o namiętności, która 

kiedyś wybuchnie z całą mocą. I nie zapomniała przyrzeczenia, że to on w niej tę pasję 

wyzwoli.  Pochyliła  twarz  nad  uniesionym  kieliszkiem  w  nadziei,  że  nikt  nie  zauważy 

rumieńców, które nagle poczuła na policzkach. 

Zebrani wymienili znaczące spojrzenia. 

Podobno jutro jedziesz z Claire do Teksasu szukać pleneru do „Desperata” - zagadnął 

background image

 

26 

Gage. 

Podtekst tych słów był wyraźny. Rafe sam miał cztery siostry. 

Ona nalegała - odparł miękko. - Przecież jest szefem. 

Gage skinął głową. 
- Nie zapominaj o tym. 

Spojrzenie  Rafe’a  zapewniało,  że  Claire  będzie  z  nim  bezpieczna. Przynajmniej tak 

dalece, jak to jej będzie odpowiadało. 

No,  to  teraz  zmieńmy  temat.  -  Pierce  przerwał  ciszę,  która  zapadła  na  moment. 

Uśmiechnął się do żony. - Nikki i ja chcemy wam coś oznajmić. 

Wiedziałam,  że  nie  przyjechaliście  do  domu  tylko  na  przyjęcie  -  odezwała  się  Tara. 

Podniosła wzrok na męża. - A nie mówiłam? 

Mówiłaś. - Gage objął żonę ramieniem. - A więc? - spytał z udanym zaciekawieniem, 

jakby nikt z nich nie domyślał się nowiny. - Czy potrzebne będą większe ilości szampana 
dla wzniesienia toastu? 

Pierce uśmiechnął się szelmowsko. 

Tak, do licha, prosimy o szampana dla wszystkich. To znaczy, z wyjątkiem Nikki. - Ujął 

jej  dłoń  i  podniósł  do  ust.  -  Gdyż  ona  ma  zamiar  wydać  na  świat  nową  supergwiazdę 
Kingstonów - 

oświadczył uroczyście. Popatrzył z dumą na zarumienioną i szczęśliwą żonę. 

Nastąpiły uściski i gratulacje. Panie miały w oczach łzy. Rafe po złożeniu życzeń stanął 

nieco z boku. Miło mu było, że brał udział w tej rodzinnej uroczystości, lecz czuł się trochę 
speszony. Nowina o ma

jącym przyjść na świat dziecku jest zawsze dla rodziny niezwykłą 

wiadomością. I ma bardzo intymny charakter lub powinna taki mieć. Jednak tym ludziom 

nieustannie  występującym  publicznie  trudno  było  zachować  swoją  prywatność.  Może 
dlatego w takiej chwili ni

e czuli się skrępowani. 

Jeżeli jest na świecie sprawiedliwość, to urodzi się dziewczynka. - Gage wyciągnął rękę 

z kieliszkiem w stronę brata. - Rewanż ze strony tych ojców, którym pomogłeś osiwieć. 

Wszyscy wybuchnęli śmiechem na widok komicznie przerażonej miny Pierce’a i wznieśli 

do góry kieliszki. 

-  Bardzo przepraszam. - 

W  drzwiach  ukazał  się  jeden  z  kelnerów.  -  Pani Gilmore 

zawiadamia, że goście się schodzą. 

Jak na komendę Kingstonowie pospiesznie dopili szampana i odstawili kieliszki. 

Czas na występ - oznajmił Pierce. 

Trzeba iść do pracy - westchnęła Claire. 

 

Ogród  na  tyłach  rezydencji  Pierce’a  Kingstona  skrzył  się  setkami  białych  światełek. 

Drzewa udekorowano girlandami małych żaróweczek. Na podium grała orkiestra. Kelnerzy 

w  białych  marynarkach  zwinnie  poruszali  się  wśród  zgromadzonego  przy  oświetlonym 

basenie  tłumu  gości,  roznosząc  pikantne  przystawki  kuchni  tamilskiej  i  szampana.  Pod 

białym  namiotem,  ustawionym  na  kortach  tenisowych,  służba  kończyła  nakrywać  do 

dwóch  dużych  stołów,  jaśniejących  bielą  adamaszkowych  obrusów  i  lśniących  blaskiem 
porcelanowej zastawy. 

Rafe,  stojący  teraz  samotnie,  wsparty  o  kamienną  kolumnę,  podtrzymującą  balustradę 

tarasu wychodzącego na basen, popijał drugi kieliszek szampana i obserwował Claire w 

akcji. Od pół godziny krążyła między gośćmi. 

W tym czasie zdążyła wymienić jakieś żartobliwe uwagi z Michaelem Douglasem i jego 

żoną, poświęciła piętnaście minut na dyskusję z Susan Sarandon i Goldie Hawn na temat 

stowarzyszenia  zwanego  „Kobiety  Filmu”  i  przywitała  się  w  przelocie  z  półtuzinem 

agentów, reżyserów i innych hollywoodzkich grubych ryb. 

Zatrzymał ją, kiedy właśnie przechodziła do kolejnej grupy gości. 

Naprawdę traktujesz to jak pracę? - zapytał. 

W  tym  celu  urządza  się  przyjęcia  w  Hollywood  -  odparła  chłodno.  -  Po  cóż  innego 

przyszłoby tu tyle ludzi? 

background image

 

27 

Żeby się zabawić. 

Nie.  Chodzi  o  nawiązanie  kontaktów.  -  Upiła  mały  łyk  szampana.  -  O uzyskanie 

zakulisowych informacji. Kto jest w liczącym się układzie. Kto już z niego wypadł. Kto co 
robi. Co kto zamierza ro

bić. Więc wybacz mi - zamierzała go wyminąć - ale muszę wrócić 

do pracy. 

Zastąpił jej drogę. 

Przepraszam za wszystkie słowa, które kiedyś mogły sprawić ci przykrość, i 

- Rafe... 

Claire, powiedziałem, że cię przepraszam. Kobieto, okaż mi trochę litości. 

Litości? 

Czuję  się  jak  ryba  wyjęta  z  wody.  Jestem  tu  obcy.  -  Uśmiechnął  się  rozbrajająco. 

Usiłował przybrać minę człowieka nieśmiałego, wpatrzonego w nią z podziwem bez żadnej 

ubocznej myśli. Nie wiedział tylko, czy wypadł przekonująco. - Ty mnie zaprosiłaś na ten 

oszałamiający spęd. I twoim obowiązkiem jest przypilnować, żebym się dobrze bawił. 

Kiedy  rozmawiałeś  z  Sharon  Stone  przed  paroma  minutami,  wyglądało,  że  nawet 

bardzo dobrze się bawisz. 

Spojrzał na nią oczami niewiniątka. 

To była ona? - spytał, zadowolony, że to zauważyła. 

Patrzyła na niego przez chwilę trochę zła, a trochę już rozbawiona. Rozbawienie wzięło 

górę. 

Dobrze, chodź ze mną. - Dała znak kelnerowi, żeby zabrał jej kieliszek. - Pokażę ci, jak 

się obracać w tym towarzystwie. 

Ujęła go pod rękę, tak jak często chodziła z braćmi, nieświadoma, że po raz pierwszy 

dotknęła go z własnej woli. 

Do  Rafe’a  dotarło  to  natychmiast. Wydawało  mu  się,  że  ta  mała  dłoń  trzymająca  jego 

ramię przypieka mu skórę poprzez materiał. Miał ogromną ochotę przykryć ją swoją ręką, 

lecz bal się, że wtedy Claire uświadomi sobie, co zrobiła. 

Pierwsza  zasada  głosi,  że  trzeba  sobie  wybrać  odpowiedni  cel  -  powiedziała.  - 

Pójdziemy tam - 

wskazała głową drugi koniec basenu. - Widzisz Jona Petersa? - To był 

jeden z producentów. - Rozmawia z Arnoldem Schwarzeneggerem. 

- A my którego namierzamy? 
- Ty wybieraj. 
- Schwarzeneggera. 
- Dlaczego? 

Bo większy. 

Roześmiała się cicho, uroczo, jak wtedy na schodach, i ścisnęła jego ramię. Rafe był w 

siódmym niebie. 

Powinnaś to częściej robić. 

- Co mianowicie? 

Śmiać się tak jak teraz. 

Zdziwiona, podniosła na niego wzrok. 

Bardzo często się śmieję. 

Ale nie tak wesoło, nie tak spontanicznie. 

Jestem  tu  z  rodziną.  -  Była  zdumiona,  że  on  zauważył  tę  różnicę.  Myślała,  że  jest 

lep

szą aktorką. 

Zawsze wśród nich się odprężam. Chyba dlatego, że dają mi poczucie bezpieczeństwa. 

Bezpieczeństwa? - powtórzył. 

Pomyślał, że to niezwykle słowo w jej ustach. 

Czuję  się  kochana.  -  Szybko  starała  się  skierować  jego  myśli  na  inne  tory.  - 

Ak

ceptowana. Hołubiona. No, różu... O, Dennis, Mary, dobry wieczór. - Przystanęła, żeby 

przedstawić  Rafe’owi  żonę  operatora  zatrudnionego  przy  „Desperacie”.  -  Dobrze  się 
bawicie? 

background image

 

28 

Tak, dzięki - odrzekła Mary Cleary. - Wspaniałe przyjęcie. 

Cieszę się. - Claire uśmiechnęła się i ruszyła dalej. - Druga lekcja dotyczy spotykania 

się  i  witania  z  tymi  -  przepychali  się  teraz  przez  tłum  zebrany  wokół  przebieralni  -  do 

których nie masz interesu. Trzeba to robić w taki sposób, aby cały czas iść do celu i nie 

tracić  go z oczu. -  Wymieniła  właśnie  po  drodze  uśmiechy  i  ukłony  z  koleżanką, 

producentką Sherry Lancing. 

-  Ale  - 

dodała  szeptem  -  musisz  również  wiedzieć,  kiedy  należy  przystanąć  i 

poplotkować. - Don, Melanie, witajcie - przywitała ciepło mijaną parę. 

Co słychać? Miło spędzacie czas? 

Don Johnson wzniósł do góry szklankę z wodą mineralną. 

Tara zawsze urządza nieziemskie przyjęcia. 

Jeszcze raz dziękuję ci za róże - odezwała się Melanie Griffith swym cichym głosem 

malej dziewczynki. - 

To było bardzo miłe z twojej strony, choć naprawdę niepotrzebne. 

- Wiem - 

uśmiechnęła się Claire - ale po tym lepiej się poczułam. 

Róże? - spytał Rafe, gdy już zostali sami. Claire skrzywiła się. 

Opublikowano paskudny artykuł o mnie i Donie kilka tygodni temu. 

Tak, coś sobie przypominam. „Królowa Lodu wciska się między najbardziej zakochaną 

parę Hollywood”. - Pamiętał też, jak go to zezłościło, choć nie wiedział dlaczego. - No i co? 

Wysłałam Melanie róże z przeprosinami. 

- Za co? 

Za ten ohydny artykuł. 

Po co? Przecież to było kłamstwo. Zamilkł na moment, wmawiając sobie, że to nie jego 

sprawa. Chyba że... 

A może prawda? - zapytał, zanim zdołał się powstrzymać. 

Claire puściła jego ramię. 
- Nie - 

odrzekła stanowczo, lecz bardzo chłodno - to nieprawda. 

 

Czyż  to  nie  wspaniałe  przyjęcie?  -  Pilar  w  przerwie  między  tańcami  postanowiła 

odetchnąć i porozmawiać przez chwilę z bratem. 

Rzeczywiście - przyznał Rafe posępnym głosem, wodząc cały czas wzrokiem za Claire, 

która teraz rozmawiała z reżyserem Ronem Howardem. Po tym ostatnim, nieszczęsnym 

pytaniu, zostawiła go samego i wyraźnie zaczęła unikać. 

Do licha, jak mógł się tak głupio zachować? Claire Kingston nie należy do kobiet, które 

romansują z żonatymi mężczyznami. Wyglądało na to, że ona w ogóle nie romansuje. A 

jeśli nawet, to i tak nie jego sprawa. W każdym razie jeszcze nie. 

Nie do wiary, ile tu sław - ciągnęła Pilar. - Gwiazdy i gwiazdorzy pierwszej wielkości. 

Pilar już prawie dwa lata pracowała w Hollywood, lecz nadal była pod ich wrażeniem, jak 

każdy kinoman. 

-  S

iedziałam podczas kolacji przy tym samym stole co Denzel Washington i jego żona 

Pauletta.  Wiesz,  ona  jest  przepiękna.  Rozmawiałam  także  z  Geeną  Davis.  -  Upiła  łyk 
szampana.  - 

A  z  kim  ty  jadłeś  kolację?  -  Nie  odpowiadał,  więc  nadal  się  dopytywała.  - 

Jakie z

nakomitości siedziały koło ciebie? 

Billy Crystal z żoną. Steven Spielberg. A, i Michelle Pfeiffer. 

Jadłeś kolację z Michelle Pfeiffer i nie jesteś podekscytowany? 

Rafe wzruszył ramionami. Byłby podekscytowany, gdyby to była Claire. 

Boże, co za żałosna sytuacja. Pilar miała rację. Każdy normalny mężczyzna z krwi i kości 

byłby  przejęty,  gdyby  miał  okazję  siedzieć  koło  Michelle  Pfeiffer. A  on  dąsa  się  i  patrzy 

wilkiem znad swego kieliszka tylko dlatego, że to nie była Claire. 

...żeby za nim przepadała. 

Przepraszam, Pilar. Co mówiłaś? 

Powiedziałam, że chyba Claire nie przepada za naszym pierwszym amantem. 

Wskazała kieliszkiem stojącą w oddali parę. 

background image

 

29 

- To chyba ona z Daxem Wyattem, prawda? 

Rafe spojrzał we wskazanym kierunku. Rzeczywiście, to był Dax Wyatt. I stał o wiele za 

blisko  Claire.  Pochylony  ku  niej,  jedną  ręką  opierał  się  o  kamienną  kolumnę  nad  głową 

rozmówczyni.  Odsunęła  się  nieznacznie  z  odwróconą  od  niego  twarzą.  Cała  jej  postać 

była nienaturalnie sztywna. Każdy mężczyzna z odrobiną wrażliwości cofnąłby się, gdyż 

było oczywiste, że ona czuje się osaczona. Claire nazwała go wstrętnym typem. I chyba 

miała rację. 

Rafe  zerwał  się  z  miejsca  pod  wpływem  ślepej  i  dzikiej  furii,  jaka  ogarnia  mężczyznę, 

kiedy  widzi,  że jego kobieta jest napastowana. Podkradł się do nich i znienacka położył 

Daxowi  rękę  na  ramieniu.  Miał  zamiar  przekręcić  go  ku  sobie  i  przyłożyć  mu  pięścią  w 

żołądek. 

- Co, do... - 

Dax najwidoczniej przestraszył się tej niespodziewanej ingerencji. 

Claire  odwróciła  głowę  i  Rafe  napotkał  jej  spojrzenie.  Szeroko  rozwarte  oczy  wyraźnie 

błagały go, żeby nie wszczynał awantury. 

-  Wybacz, Dax - 

Rafe  powściągnął  wściekłość  nadludzkim  wysiłkiem  woli  -  ale Claire 

obiecała, że ze mną zatańczy przed końcem przyjęcia. Właśnie przyszedł na to czas. 

 
 

ROZD

ZIAŁ 5 

Orkiestra grała klasycznego, staromodnego walca angielskiego. W tym tańcu partnerzy 

powinni  utrzymać  między  sobą  stosowną  odległość.  Rafe  jedną  ręką  ujął  dłoń  Claire,  a 

drugą położył na jej plecach tuż pod łopatkami. Ona zaś, zacisnąwszy kurczowo dłoń na 

jego  ramieniu,  dała  mu  się  poprowadzić  w  rytmiczne  rozkołysanie.  Oddaleni  od  siebie 

prawie na długość ramienia, a jednak połączeni, obracali się powoli w takt muzyki. 

Jakie  to  kojące,  myślała  Claire,  być  tak  na  wpół  w  jego  ramionach.  Oszalałe  serce 

u

spokajało  się,  straszliwa  panika  po  kilku  chwilach  ustąpiła.  Dłoń  na  jego  ramieniu 

stopniowo rozluźniała się. Krew w żyłach zaczęła normalnie krążyć. 

Uniosła głowę i napotkała czekający na jej spojrzenie wzrok Rafe’a. 

Dziękuję - szepnęła. 

Zawsze do usług. 

Przez  chwilę  tańczyli  w  milczeniu  -  ich  ciała  w  pełnej  harmonii,  ich  oczy  wpatrzone  w 

siebie. Jej - 

szeroko  otwarte,  pełne  niedowierzania  i  wahań.  Jego  -  spoglądające  z 

czułością i niepokojem. Zadawały pytania, na które nie chciała odpowiedzieć. 

Odwróc

iła wzrok. 

Dobrze się czujesz? - zapytał. 

- Tak. - 

Teraz tak, pomyślała. 

Co on ci powiedział? Potrząsnęła głową. 

Właściwie nic takiego. Dax... po prostu jest nadal sobą. 

Pozbędziemy się go. Rozwiąż z nim umowę, zaangażuj kogoś innego do roli Josha. 

-  Nie.  - 

Spojrzała na  niego zdumiona, że on może nawet coś takiego sugerować. Dax 

Wyatt zagrał Josha w czasie przesłuchania bezbłędnie. - Naprawdę nie ma potrzeby. Nic 

nie zrobił, właściwie nic też szczególnego nie powiedział. On tylko... 

- ...jest nadal 

niedojrzałym, wstrętnym typem. 

Claire sama była zdziwiona, że potrafiła zareagować uśmiechem. 

Tak,  jest  wstrętnym  typem,  utalentowanym,  ale  wstrętnym.  -  Jej  uśmiech  zastygł.  - 

Powinnam była lepiej dać sobie z nim radę. I tak będzie następnym razem. 

- Po 

prostu wyobraź sobie, że on jest mną. 

Że on jest tobą? 

Wydaje  mi  się,  że  nie  nastręcza  ci  żadnego  kłopotu  ustawienie  mnie  na  właściwym 

miejscu, kiedy przekraczam pewną linię - powiedział z ironią. 

Zastanawiała się przez moment. 

To dlatego, że jesteś dżentelmenem. - Uświadomiła sobie, jak trafnie charakteryzuje go 

background image

 

30 

to określenie. W sprawach naprawdę się liczących był subtelnym człowiekiem. - Umiesz 

pogodzić się z tym, że ktoś mówi ci „nie”. 

Roześmiał się. 

Chyba tak. Bardzo ci dziękuję. 

To miał być komplement. 

Wiem. I to właśnie mnie martwi. W stronach, z których pochodzę, kobieta, która nazywa 

mężczyznę dżentelmenem, nieuchronnie zaczyna mu z kolei mówić, jak bardzo mu ufa i 

jaka się czuje przy nim bezpieczna. Co oznacza, że już jest gotowa traktować go jak brata. 

Przyciągnął ją nieco bliżej do swojej piersi. Nie za mocno, ale tak, żeby mogła wyczuć 

jego twarde muskuły. - Claire, ja nie jestem jednym z twoich braci - ostrzegł ją. - Nie myl 
mnie z nimi. 

- Wiem - 

odrzekła cicho, nie spuszczając z niego wzroku. - Nie obawiaj się. 

Orkiestra przestała grać, a oni stali objęci jeszcze przez chwilę. 

Może zaprowadziłbym cię do domu? - zaproponował Rafe. - Właściwie już po balu, a ty 

wyglądasz  na  wykończoną.  Reszta  Kingstonów  da  chyba  sobie  radę  z  pożegnaniem 

gości. 

-  Dobrze  - 

skinęła  głową.  -  Jestem  rzeczywiście  bardzo  zmęczona.  A  nasz  samolot 

wylatuje jutro bardzo wcześnie. 

- Dzisiaj. - 

Rafe zerknął na zegarek. - Jest po pierwszej. 

Zeszli  z  parkietu.  Przeprowadza  ją  obok  basenu,  a  potem  szerokimi,  kamiennymi 

schodami ku tarasowi pierwszego piętra. 

Panował  tu  półmrok.  Balustrada  obrośnięta  bluszczem  i  pnącą  się,  tropikalną,  słodko 

pachnącą  bugenwillą  stanowiła  osłonę  przed  wesołym  gwarem  panującym  jeszcze  na 

dole.  Szczęśliwym  trafem  dwa  fotele  przy  stoliku  z  rozpiętym  nad  nim  ogrodowym 

parasolem były puste. 

Chyba usiądę na chwilę - odezwała się Claire. 

Po domu pewno kręcą się jeszcze jacyś goście, a tu jest tak pięknie i spokojnie. Nie 

musisz  dotrzymywać  mi  towarzystwa  -  dodała,  siadając  na  jednym  z  wysłanych 
poduszkami foteli. - 

Będzie mi tu bardzo dobrze samej. 

Usiłujesz się mnie pozbyć? 

- Nie. - 

I, o dziwo, powiedziała prawdę. - Pomyślałam tylko, że chcesz wrócić do domu, 

żeby się trochę przespać przed jutrzejszą podróżą. Dzisiejszą - poprawiła się. 

Będę spał w samolocie. 

Zazdroszczę ludziom, którzy to potrafią. - Przysunęła stopą drugi fotel i położyła nogi na 

miękkim siedzeniu. - Mnie się to nigdy nie udaje. 

Boisz się latać? 

- Nie. - 

Zamknęła oczy i odchyliła do tyłu głowę. 

Nie mogę usnąć wśród obcych ludzi. 

Droga pani ma niezły problem z systemem nerwowym. Zdajesz sobie z tego sprawę? 

Już mi to mówiono. - Otworzyła szybko oczy, gdyż poczuła, że Rafe wsuwa dłonie pod 

jej stopy. - Co ty wyprawiasz? 

Zamknij  oczy  i  odpręż  się.  -  Usiadł  na  fotelu  i  położył  sobie  jej  stopy  na  kolanach.  - 

Zamierzam uchylić przed tobą nieco wrota do niebiańskiej rozkoszy. - Jego zęby zabłysły 

w uśmiechu. - Tak przynajmniej podczas masażu mówiła moja mama. 

Zręcznie rozpiął wieczorowe sandałki, jakby to robił już tysiące razy, zdjął je i ostrożnie 

postawił na podłodze obok fotela. 

Masowałeś stopy swojej mamie? - spytała, gdy zaczął uciskać jej palce. 

Prawie  każdego  wieczoru,  kiedy  wracała  do  domu  po  pracy.  Pracowała  w  barze 

samoobsługowym przy miejskim szpitalu. Nosiła wprawdzie specjalne obuwie, ale i tak po 

całym dniu na nogach ledwo się ruszała. No i jak się czujesz? 

-  Cudownie  - 

odparła.  Musiała  powstrzymać  jęk,  kiedy  jego  kciuki  zaczęły  okrężnym 

ruchem pocierać podbicie stóp. 

background image

 

31 

Początkowo była zakłopotana, jakby połączyło ich coś intymnego, choć przecież wcale 

tak nie było. Ale już po chwili czuła jedynie przyjemność. Ukojenie. Chyba nie miało to nic 

wspólnego z seksem ani niczym nie groziło. Po prostu rozcierał jej stopy. 

A  on  nadal  powoli  zataczał  kciukami  kręgi  wzdłuż  całej  podeszwy,  delikatnie  na 

wrażliwym śródstopiu, mocniej na piętach. Powtarzał te ruchy wolno, cierpliwie, czując, jak 

napięcie jej mięśni maleje. Kiedy pieszczotliwie zaczął masować ścięgna ponad piętą, nie 

mogła powstrzymać głośnego westchnienia. Uśmiechnął się do siebie. Wsunął ręce pod 

obrzeże długiej, srebrzystej sukni, żeby pomasować jej mięśnie łydek. Wiedział, że kobiety 

odczuwają  w  nich  ból  po  dłuższym  chodzeniu  w  pantoflach  na  wysokich  obcasach,  a 
Claire przez wiele godzin nie zde

jmowała szpilek. 

O Boże! To powinno być nielegalne - szepnęła w błogim upojeniu. - Jeszcze nigdy nie 

czułam się tak wspaniale. 

Nagle z ciemności dobiegło ich chrząknięcie. Claire chciała się poderwać, wysunąć stopy 

z rąk 

Rafe’a, lecz on przytrzymał je w kostkach. 
-  Prosimy  - 

zawołał  bez  cienia  zmieszania  w  kierunku  postaci  majaczącej  za  fotelem 

Claire - 

nie zagrażamy dobrym obyczajom. 

To, co słyszałem, nie brzmiało tak niewinnie - rzekł Pierce. Postąpił do przodu i jego 

twarz oświetlił blask żaróweczek dekorujących pobliskie drzewo. 

-

Dobrze, że to nie Gage usłyszał te pojękiwania i westchnienia - zwrócił się do Claire. - 

Zaraz by tu przyleciał z rewolwerem i pastorem. 

Pierce,  na  miłość  boską!  -  Claire  miała  nadzieję,  że  żaden  z  nich  nie  zauważył  jej 

ru

mieńców. Wyrwała stopy z rąk Rafe’a i postawiła je na podłodze. - On tylko masował mi 

stopy. 

- Aha. - 

Ton głosu Pierce’a wskazywał, że to wytłumaczenie wydaje mu się zbyt proste. - 

Po  takim  masażu  mężczyzna  może  dostać  od  kobiety  wszystko,  czego  zażąda.  Może 

jednak lepiej zawołam uzbrojonego Gage’a. 

Rafe roześmiał się cicho, jakby całkowicie zgadzał się z Pierce’em. 

Claire poczuła, że pod wpływem tego śmiechu dreszcz przebiega jej po plecach. 

Natychmiast przestańcie, obydwaj. - Wstała. 

Jeżeli  macie  zamiar  wymieniać  poglądy  na  temat  techniki  uwodzenia  kobiet,  to  ja 

odchodzę. 

Do  twojej  wiadomości,  nasze  panie  są  w  dziecinnym  pokoju  -  rzekł  Pierce.  -  Tara 

obiecała udzielić Nikki lekcji poglądowej przewijania dzieci. 

Bardzo  dobrze.  Jestem  pewna,  że  rozmowa  na  temat  pieluszek  będzie  ciekawsza. 

Claire weszła do domu. 

No, to nam wygarnęła - odezwał się rozbawiony Rafe. 

Wstał z fotela. 

Chyba już pójdę. Czy mogę liczyć na samochód? 

Nie spiesz się tak bardzo - zaprotestował Pierce. 

Samochód  może  być  w  każdej  chwili.  -  Włożył  ręce  do  kieszeni  spodni  i  oparł  się  o 

balustradę, jakby miał zamiar jeszcze trochę porozmawiać. - Po takich przyjęciach zawsze 

idziemy do kuchni na kawę. Panie lubią pogawędzić na gorąco o tym, czy wszystko się 

udało. To jest taka nasza tradycja. Jak kieliszek szampana przed balem na werandzie. 

Chyba jak na jeden wieczór wystarczająco zakłóciłem wam rodzinny rytuał. 

Tarze będzie przykro, jeżeli się do nas nie przyłączysz. Prosiła, żebym cię zaprosił. 

Rafe postanowił iść na całość. Musi wiedzieć, na czym stoi. 
- Dlaczego? 

No, cóż. Tara to kobieta o czułym sercu i... 

Pierce wzruszył ramionami. - Nic ci to nie mówi? 

Co  do  serca  Tary  nie  mam  wątpliwości,  ale  nadal  nie  rozumiem,  dlaczego  mnie 

zaprasza. 

background image

 

32 

- A niech to licho. - Pierce 

westchnął teatralnie. 

Tara mnie  ostrzegła,  że  mam  być  dyskretny,  ale  chyba  masz  prawo  wiedzieć.  Ja  na 

twoim  miejscu  chciałbym  wiedzieć.  Otóż  panie  mają  zamiar  zrobić  na  ciebie  zamach.  - 

Zaprezentował swój słynny uśmiech. 

- Bardzo taktownie, rzecz jasna. 

Zamach  na  mnie?  W  jakim  celu?  Pierce  spoważniał  i  przyglądał  się  Rafe’owi  przez 

długą chwilę, zanim odpowiedział. 

Jesteś  jednym  z  niewielu  mężczyzn,  którym  Claire  okazała  zainteresowanie  z 

powodów, żeby tak rzec, pozazawodowych. - Powiedział to lekkim tonem, lecz jego oczy 

bardzo uważnie wpatrywały się w Rafe’a w oczekiwaniu na jego reakcję. 

Spojrzenie Rafe’a również było poważne. 

Poza  tym  jesteś  jedynym,  którego  przyprowadziła  do  domu  i  przedstawiła  rodzinie. 

Więc rozumiesz, że wzbudziłeś naszą ciekawość. 

Słowa Pierce’a zaciekawiły Rafe’a. Nawet bardzo. 
- Niewielu, to ilu? 
- Dwóch. 
- Dwóch? - 

powtórzył Rafe jak echo. Trudno mu było w to uwierzyć. 

Chyba że prowadziła podwójne życie. Ale o tym nic nam nie wiadomo. I oba te związki 

miały  -  jak by tu powiedzieć  -  bardzo  letnią  temperaturę,  co  najwyżej.  I,  jak  wiemy,  do 

niczego nie doprowadziły. 

Znowu się uśmiechnął. - Jeżeli piśniesz choć słówko, wszystkiemu zaprzeczę. 

Więc po co mi to, u licha, mówisz? 

Ponieważ  Claire  się  tobą  interesuje.  I  tym  razem  wyczuwam  wyższą  temperaturę.  A 

poza tym, dlatego - 

jego szafirowe oczy nabrały twardego, ostrzegawczego wyrazu - byś 

dokładnie zdawał sobie sprawę, że rodzina czuwa. 

Jeśli wyrządzę jej krzywdę, padnę trupem? 

Zgadza  się.  Więc  gotów  jesteś  narazić  się  Tarze  czy  przyjmujesz  zaproszenie  na 

kawę? 

Oczywiście nie chciałbym jej urazić. 

Ja  też  tak  bym  zdecydował  na  twoim  miejscu  -  stwierdził  Pierce.  -  Gage  potrafi  być 

bardzo niemiły dla ludzi, którzy dokuczają jego żonie. 

Niech będzie kawa. 

Rafe ruszy

ł  za  gospodarzem w stronę drzwi. O mało nie potknął się o pantofle Claire. 

Podniósł je ostrożnie i wszedł za Pierce’em do domu. 

Claire  rzeczywiście  znalazła  bratowe  w  dziecinnym  pokoju,  krzątające  się  wokół 

najmłodszych Kingstonów. 

- O wilku mowa. - Nikki 

na widok Claire podniosła wzrok znad stołu, na którym zmieniała 

pieluszkę  Chloe.  W  jasnych,  zielonych  oczach  żony  Pierce’a  błyskały  wesołe  iskierki.  - 

Waśnie rozmawiałyśmy o tobie i tym twoim urodziwym przyjacielu. Gdzie go do tej pory 

ukrywałaś? 

- On nie 

jest moim przyjacielem, tylko reżyserem. I wcale go nie ukrywałam. 

Ja w każdym razie nigdzie go nie widziałam. A gdyby ktoś taki kręcił się w pobliżu, na 

pewno bym go zauważyła. Jest prawie tak przystojny jak Pierce. 

Nikki zapięła do końca śpioszki i wzięła dziecko na ręce. - Albo jak ta młoda dama. 

Ostatnio właściwie niczego nie mogłaś zauważyć. 

Claire posadziła sobie na biodrze bratanka, dwuletniego Beau, który od dłuższej chwili 

szarpał ją za sukienkę. - Nie było cię tutaj. 

- To prawda - 

wtrąciła się Tara. - Za to ja byłam i też go nigdy przedtem nie widziałam. 

- Bo on nie bywa tam, gdzie ty - 

odparła Claire. 

Reżyseruje mój najnowszy film. Kropka. Nie jest nikim więcej. Nie, Beau, kochanie, nie 

ciągnij  cioci  Claire  za  kolczyk,  to  boli.  -  Wyciągnęła  rękę  i  potrząsnęła  ozdobioną 

brylantami  bransoletką,  żeby  zwrócić  na  nią  uwagę  chłopczyka.  Zaczął  ją  przekręcać, 

background image

 

33 

usiłując dociec, jak zdjąć z ręki błyszczące cacko. - Dzisiaj wieczorem Rafe Santana był tu 
tylko dlatego - 

ciągnęła - że zaprosiłam całą ekipę filmową pracującą nad „Desperatem” w 

podziękowaniu za ich wysiłek. 

Taak,  ale  ich  wszystkich  nie  zaprosiłaś  na  wcześniejszą  godzinę  i  na  kieliszek 

szampana w rodzinnym gronie - 

zauważyła Nikki. 

Wcale  nie  zaprosiłam  go  na  szampana  przed  przyjęciem  -  zaprzeczyła  Claire,  lecz 

pomyślała,  że  choć  podświadomie,  właśnie  to  zrobiła.  -  Przecież  to  Tara  mu 

zaproponowała, żeby poszedł z nami na werandę. 

Chyba nie mogłam go zostawić samego w progu? - spytała Tara z niewinną miną. 

- No tak, ale... 
-  A poza tym  - 

nacierała  w  dalszym  ciągu  Nikki  -  to  nie  Tara  przez  cały  wieczór 

wymieniała gorące spojrzenia z pewnym wysokim, przystojnym brunetem. 

- Ja nie wy... 
- Puk, puk. - 

Zza drzwi dobiegł głos Pierce’a. 

Czy nikt nie jest rozebrany? Możemy wejść? 

Wszystkie tr

zy panie poczuły wyrzuty sumienia, że tak długo kazały na siebie czekać. 

Za minutkę schodzimy - odpowiedziała Tara - tylko położymy dzieci do łóżek. 

-  Nie ma zmartwienia - 

oznajmił  Pierce,  wchodząc  do  pokoju  z  tacą  pełną  filiżanek  i 

spodków. - To my post

anowiliśmy przyjść na górę. 

Za  bratem  kroczył  Gage  z  drugą  tacą,  na  której  stał  duży  dzbanek  z  kawą,  mały  ze 

śmietanką  i  cukierniczka.  Na  końcu  szedł  Rafe  z  dyndającymi  na  paskach  pantoflami 
Claire. 

Wyciągnął je ku Claire na zgiętym palcu. 

Zostawiłaś na tarasie. 

Mam nadzieję, że tylko to - odezwał się Gage, stawiając tacę na dziecinnym stoliku. 

Claire obrzuciła brata lodowatym spojrzeniem i, ku swemu przerażeniu, zaczerwieniła się 

jak burak. Beau poklepał ciocię po policzku. 

Ciepły! - zawołał. 

Wszyscy 

wybuchnęli śmiechem, więc i on zaśmiał się radośnie i powtarzał „ciepły, ciepły, 

ciepły” z nadzieją, że to słowo wywoła dalsze wybuchy śmiechu. Rafe pospieszył Claire na 
ratunek. 

-  Czy rodzina nie jest cudownym wynalazkiem? - 

spytał,  usiłując  odwrócić  uwagę 

zebranych od zapłonionej Claire. 

Wyciągnął do niej ponownie rękę z pantoflami. 

Masz, a ja wezmę tego małego dowcipnisia. 

Nie wiem, czy pójdzie do ciebie. Pewno będzie się wstydził i... 

Tymczasem Beau gwałtownie pochylił się do przodu, jak to się zdarza małym dzieciom. 

Rafe rzucił pantofle na ziemię, wyciągnął ręce i przygarnął malca do piersi, choć Claire 

wcale  go  nie  wypuściła.  Jej  ramiona  zostały  uwięzione,  przyciśnięte  do  muskularnego 

torsu  ciałkiem  bratanka.  A  piersi  opierały  się  o  dłonie  Rafe’a  przytrzymujące  dziecko. 

Znieruchomieli na moment, wplątani nagle w sieć intymności. Sutki Claire stwardniały pod 

jedwabiem  sukni.  Mięśnie  torsu  Rafe’a  naprężyły  się  jak  struny.  Poczuli  przepływającą 

przez nich falę pożądania. Rafe - gwałtownego i płomiennego, Claire - dopiero rodzącego 

się  i  jeszcze  nie  w  pełni  uświadomionego.  Emocja,  jakiej  się  poddali,  była  niemal 
namacalna, oczywista dla wszystkich obecnych. 

Uwięzione między nimi dziecko zaczęło się wiercić. 

Claire,  zakłopotana,  chciała  się  cofnąć,  lecz  Rafe  instynktownie  mocniej  przytulił 

chłopczyka, jakby chciał mieć przy sobie jeszcze bliżej kobietę, której zapragnął. 

Puść mnie! - zawołał Beau. Dolna warga zaczęła mu niebezpiecznie drgać. 

Rafe ocknął się i nieco uniósł chłopczyka, żeby Claire mogła uwolnić ręce. 

Już dobrze - powiedział do dziecka przymilnie. Podrzucił je leciutko na ramieniu do góry 

kilka razy w nadziei, że zapobiegnie łzom malca. 

background image

 

34 

Lecz Beau miał już dosyć. Spojrzał na trzymającego go obcego człowieka i zaczął kwilić. 

Chodź do taty, synku. - Gage przyszedł dziecku z pomocą i wziął je na ręce. - Zobacz, 

tam jest mama. 

Nagle  wszyscy,  poza  Rafe’em  i  Claire  znaleźli  się  przy  stoliku  z  kawą  i  wychwalając 

grzecznego, dzielnego Beau, zaczęli napełniać filiżanki. 

Tylko oni dwoje stali na ub

oczu,  jakby  byli  sami  w  pokoju.  Rafe  miał  ochotę  dotknąć 

miękkiego, alabastrowego policzka Claire, ciągle jeszcze zaróżowionego. A ona stała ze 

spuszczoną głową, z opadającym na ramię puklem czarnych włosów, który Beau w czasie 

zabawy  musiał  wyciągnąć  jej  z  koka.  Przygryzając  drżącą  wargę,  obracała  nerwowo 

bransoletkę na przegubie ręki. 

Tylko  raz  w  życiu  doznała  podobnego  uczucia  -  przejmującego  dreszczem, 

wzbudzającego  jednocześnie  lęk  i  podniecenie.  Nie  ufała  temu  uczuciu,  gdyż  tak 

naprawdę nie ufała żadnemu poza miłością do rodziny. Nie dowierzała bowiem tego typu 

porywom, budzącym się łatwo i równie łatwo przemijającym, a jeszcze łatwiej branym za 

uczucie, którym w istocie nie były. Zwłaszcza gdy, tak jak teraz, ogarnęła ją zdradziecka 

tęsknota za czymś, czego być może wcale nie pragnęła, a co mogło się dla niej skończyć 

bólem jak kiedyś. 

- Claire - 

wyszeptał Rafe zdławionym głosem, tak cichym, że nikt nie mógł go usłyszeć - 

Claire, popatrz na mnie. 

Rzuciła mu tylko jedno krótkie, spłoszone spojrzenie. Rafe westchnął. Nie mógł się do 

niej zbliżyć w obecności tych wszystkich ludzi udających, że nie zwracają na nich uwagi. 

Nie mógł unieść jej podbródka do góry i zażądać, żeby popatrzyła mu w oczy. Nie mógł 

zapytać, dlaczego namiętność, którą w nim rozbudziła i jej własna reakcja przejęły ją taką 

nieufnością i strachem. 

Chyba  już  pójdę.  -  Uświadomił  sobie,  że  tego  wieczoru,  w  tym  pokoju,  nie  otrzyma 

odpowiedzi na swe pytanie. 

Skinęła głową, nie usiłując nawet z grzeczności go zatrzymywać. 
- Odprowadzisz mnie 

do drzwi? Claire zawahała się. 

Spojrzał na gromadkę skupioną przy stoliku z kawą. 

Jeżeli tego nie zrobisz, uznają twoje zachowanie za dziwne - ostrzegł ją. Tylko tak mógł 

ją przekonać. - I po moim wyjściu rzucą się na ciebie z tysiącem pytań. 

Ten ostatn

i argument przemówił do niej. 

Odprowadzę Rafe’a do wyjścia, a potem pójdę spać - oznajmiła. 

Miała tutaj, w domu brata, własny pokój, tak zresztą jak i pozostali członkowie rodziny. 

Zadbano,  aby  nie  zabrakło  w  nim  jej  przyborów  toaletowych,  a  nawet  kilku  strojów w 

szafie. Uznała więc, że najlepiej będzie, jeśli przenocuje tu dzisiaj, rano wstanie wcześnie, 

żeby  uniknąć  kłopotliwych  pytań  rodziny,  a  po  rzeczy  wstąpi  do  domu  po  drodze  na 
lotnisko. 

Rafe został miło pożegnany i razem z Claire opuścił dziecinny pokój. Szli w dół schodami 

w  całkowitym  milczeniu  ku  pogrążonemu  w  półmroku  westybulowi,  gdzie  w  płynącym  z 

piętra świetle połyskiwała tylko czarno-biała posadzka. Kiedy zeszli z ostatniego stopnia, 

Claire zesztywniała z obawy, że Rafe będzie próbował ją pocałować. Zastanawiała się też, 

jak  powinna  się  w  takiej  sytuacji  zachować.  Nikomu  nie  pozwalała  na  to  od  bardzo 

długiego czasu. A jeszcze dłużej nie pragnęła żadnego mężczyzny. Byli już przy drzwiach. 

Nie zrobię tego, jeżeli ty nie będziesz chciała - powiedział. 

Nie patrzyła na niego. 
- Czego nie zrobisz? 

Nie pocałuję cię na pożegnanie - odrzekł. - Jednak - dodał lekkim tonem - radziłbym ci 

zdobyć się na odwagę i mieć to już za sobą. 

Wyraz jej oczu był parodią chłodnego opanowania. 
- Po co? 

Ponieważ oboje wiemy, że to się w końcu zdarzy. Podobno oczekiwanie i wydarzenie to 

background image

 

35 

niemal  to  samo,  a  nic  nie  okazuje  się  ani  takie  złe,  ani  takie  dobre,  jak  to  sobie 

wyobrażamy. Jeżeli cię teraz nie pocałuję, będziesz się zamartwiała i zastanawiała przez 

całą noc, kiedy to nastąpi. Nie wyśpisz się, w samolocie będziesz zmęczona i zła. Weź też 

pod uwagę, że obecność twoich obu braci tam, na górze, powstrzyma mnie przed czymś 

więcej  poza  pocałunkiem.  W  innych  okolicznościach  może  byłoby  to  trudne.  Razem 

wziąwszy,  nie znajdziesz lepszej -  w  duchu  dopowiedział:  bezpieczniejszej  -  okazji do 

naszego pierwszego pocałunku. 

Zmusił się do uśmiechu. - A przecież nie mogę nawet być pewny, czy ci się to spodoba. 

A  co  byś  powiedział,  gdybym  nie  chciała  się  z  tobą  całować,  ani teraz, ani 

kiedykolwiek? 

- Ale ty chcesz. - 

Jego głos zmienił się w uwodzicielski, schrypnięty szept, sam brzmiący 

jak pieszczota. 

- Prawda, Claire? 

Stała  pełna  wątpliwości,  z  dłonią  na  klamce,  usiłując  pojąć,  co  właściwie  czuje.  Czy 

rzeczywiście chce, żeby ją pocałował? 

- Tak - 

przyznała. Powiedziała to bardziej do siebie niż do niego. - Tak, chcę. 

- No to - 

starał się zapanować nad wzruszeniem - odwróć się do mnie. 

Czekał, a wydawało mu się, że mijają wieki. I nagle była tuż blisko, z twarzą uniesioną ku 

niemu  i  tymi  wpatrzonymi  w  niego  niezwykłymi,  szafirowymi  oczami,  błyszczącymi  w 

półmroku jak klejnoty. Wyglądała na taką kruchą i bezbronną, bez pantofli, z opadającym 

na  ramię  puklem  włosów  i  czającą  się  w  spojrzeniu  niepewnością  i  nieufnością.  Robiła 

wrażenie raczej dziecka spodziewającego się kary niż kobiety czekającej na pocałunek. 

Rafe pragnął wziąć ją w ramiona. Nie z namiętności, lecz z czułości. Chciał ją uspokoić, 

dodać jej 

odwagi i ochronić przed czymś, co powodowało, że trzęsła się ze strachu na samą myśl 

o  pocałunku. W  jego  umyśle  zaczęło  kiełkować  podejrzenie,  co  było  tym  „czymś”,  i  ten 

domysł nie był przyjemny. „Dają mi poczucie bezpieczeństwa” - tak powiedziała o swojej 

rodzinie. „Jesteś jednym z niewielu mężczyzn, którym Claire okazała zainteresowanie”  - 

przypomniał sobie słowa Pierce’a. Wszystko to wydawało mu się nad wyraz dziwne. 

Claire  Kingston,  utalentowana  i  urodziwa,  pracowała  w  branży,  która  przyciągała 

przystojnych,  obdarzonych  twórczymi  zdolnościami  i  pasją  mężczyzn.  Myśl,  że  żaden z 

nich  nie  rozpalił  w  niej  ognia  namiętności,  była  śmieszna,  wręcz  absurdalna.  Chyba  że 

jego  podejrzenia  okazałyby  się  słuszne.  Jeśli  tak,  to  postawa  Królowej  Lodu  jest 

kamuflażem. Barwą ochronną. Czy tylko on widział w niej przerażoną kobietę? I tylko on 

domyślał się prawdziwych powodów przywdziania przez nią maski oziębłej kobiety? 

Jeżeli  masz  zamiar  mnie  pocałować,  to  pocałuj  -  odezwała  się  oschle.  Nerwy  miała 

napięte  do  ostateczności  od  tego  czekania  i  żaru,  którym  płonęło  jej  ciało.  Chciała 

pocałunku  i  bała  się  go  jednocześnie.  Podobne  doznania  już  kiedyś  były  przyczyną  jej 

kłopotów. - Chciałabym trochę się przespać przed podróżą - dodała. 

Rafe uśmiechnął się z zadowoleniem. Była przerażona, lecz nie stchórzyła. 

Jeszcze bardziej zbliżył się do niej. Wzdrygnęła się, ale nie cofnęła. 
-  Zamknij oczy, Claire - 

poprosił  cicho.  Nie  posłuchała  go.  -  W  porządku  -  rzekł  z 

westchnieniem - jak wolisz. 

I  bardzo  powoli,  z  rękami  celowo  opuszczonymi  wzdłuż  ciała,  pochylił  głowę,  żeby  ją 

pocałować. 

Jego wargi dotk

nęły jej ust lekko, delikatnie. Jakby motyl musnął kwiat. Bez nacisku. Bez 

zniewolenia. Bez przymusu. Tak bardzo się bal, żeby nie odwróciła głowy. Wyczuwał jej 

napięcie, ona jednak pozostała nieporuszona. Nie wychodziła mu naprzeciw, ale też nie 

wycofywała się. Przycisnął wargi troszkę mocniej, wciąż ostrożny, gotowy do odwrotu przy 

pierwszym odruchu niechęci z jej strony. 

Lecz Claire nie poruszyła się. Nie wiedziała, że wargi mężczyzny mogą być tak miękkie. 

A  pocałunek  taki  delikatny.  Czując  jego  usta  na  swoich,  miała  wrażenie  takiej  samej 

background image

 

36 

słodyczy  i  bezpieczeństwa  jak  wtedy,  kiedy  malutki  Beau  całował  ją  w  policzek.  Powoli 

zamknęła  oczy  i  zdała  sobie  sprawę,  że  jakaś  drobna  cząstka  jej  niepokoju  ulatuje. 

Pochyliła  się  nieznacznie  ku  mężczyźnie,  próbując  sama  troszkę mocniej  przycisnąć  do 
jego ust swe wargi. 

W odpowiedzi każdy nerw ciała Rafe’a zadrżał od szalonego napięcia. Wcisnął ręce do 

kieszeni  spodni,  żeby  się  powstrzymać  od  przyciągnięcia  jej  do  siebie  i  okazania  swej 

namiętności. Zacisnął dłonie i czubkiem języka zaczął wodzić po jej wargach, cierpliwie, 

łagodnie,  czekając,  aż  utajone  w  niej  pragnienie  wyzwoli  się  i  skłoni  ją  do  dalszego 

ustępstwa. A jego doprowadzi do szaleństwa. 

Zdał  sobie  bowiem  sprawę,  że  pocałunek  z  Claire  jest  niewyobrażalnym  przeżyciem. 

Smak  jej  warg  odurzył  go,  a  ich  nieśmiały  dotyk  pobudził  bardziej  niż  wszystkie 

wyrafinowane  pieszczoty,  które  ofiarowały  mu  dotąd  inne  kobiety.  Zastanawiał  się,  jak 

daleko jeszcze może się posunąć, żeby nie stracić panowania nad sobą. Chciał porwać tę 

kobietę w ramiona, przytulić do siebie, czuć jak najbliżej jej małe, piękne piersi. Pragnął 

rozpaczliwie wyrazić w najgorętszym pocałunku całą swą namiętność. Lecz równocześnie 

wiedział, iż nie może sobie na to pozwolić, dopóki nie przywiedzie jej do takiego samego 

pragnienia i nie otrzyma od niej sygnału zachęty. Nagle poczuł, że jej język wysuwa się 

powoli,  z  wahaniem  i  wreszcie  dotyka  jego  języka.  Jęknął  cicho  i  na  moment  dotarł  do 

słodkiej głębi jej ust. Zaraz jednak oderwał się od niej i cofnął o krok. 

-  Dobranoc, Claire - 

powiedział.  Głos  miał  ochrypły  z  pożądania.  Oczy  rozszerzone  z 

namiętności.  Ciało  napięte  i  tętniące  rytmem  rozszalałej  krwi.  -  Do zobaczenia rano na 
lotnisku. 

Chwycił  klamkę  i  gwałtownie  otworzył  drzwi. Wiedział,  że  musi  uciekać,  w  przeciwnym 

razie  ulegnie  spojrzeniu  jej  szeroko  otwartych,  błyszczących  oczu,  w  których  widział 

rodzące  się  pożądanie.  Gdyby  pocałował  ją  tak,  jak  naprawdę  chciał  i  czego  ona 

nieświadomie  oczekiwała,  śmiertelnie  by  ją  wystraszył.  Czuł  instynktownie,  że  nie  była 

jeszcze  gotowa  do  dzielenia  z  nim  nieokiełznanej  pasji,  a  on  nie  potrafiłby  już  dłużej 

utrzymać się w ryzach. Szybkim krokiem wyszedł na ganek, minął kamienne lwy, zbiegł po 

schodach i nie oglądając się za siebie, wskoczył do czekającej na niego limuzyny. 

Claire stalą w progu z dłonią przy gorących wargach i patrzyła, aż samochód zniknął za 

bramą na końcu długiego podjazdu. Zastanawiała się, czy właśnie nie zrobiła pierwszego 

kroku, którego obiecała sobie nigdy więcej nie postawić. 

I dziwne było to, że perspektywa wspólnego wyjazdu z Rafe’em nie wydawała się jej już 

tak zatrważająca. 

 
 

ROZDZIAŁ 6 

Królowa  Lodu  wróciła.  Następnego  dnia  rano  siedziała  dumnie  wyprostowana  obok 

Rafe’a w samolocie lecącym do Lubbock w Teksasie. Zrobiła wszystko, co możliwe, żeby 

przywrócić swój wizerunek. Włożyła wygodne, praktyczne obuwie, szczelnie zapięty pod 

szyję żakiet, włosy ściągnęła do tyłu w kok, zrobiła nieskazitelny makijaż. A zachowywała 

się tak ozięble, że już na sam jej widok człowiek mógłby dostać zapalenia płuc. 

Rafe poczuł się nieco rozczarowany, lecz nie był zdziwiony. Wiedział bowiem, że metoda 

„krok do przodu, dwa kroki wstecz” jest typowa dla odzyskiwania równowagi po każdym 

doświadczeniu,  które  pozostawiło  uraz  fizyczny  czy  psychiczny.  U  Claire,  rozmyślał, 

obserwując ją spod oka, prawdopodobnie chodzi o obydwa. 

Dla  kobiety  gwałt  musi  być  wstrząsającym  przeżyciem,  pozostawiającym  wielorakie 

następstwa. Rozmowa z Pierce’em poprzedniego wieczoru i zachowanie Claire w czasie 

pocałunku  utwierdziły  w  przekonaniu  Rafe’a,  że  to  właśnie  jej  się  przydarzyło.  Nie 

okazywała bowiem wahania czy lęku na myśl o pocałunku, naturalnego i instynktownego 

przed pierwszym zbliżeniem. A potem jej usta pod jego wargami nie drżały z nerwowego 

podniecenia. Ona była autentycznie przerażona. To był pierwotny, skręcający wnętrzności 

background image

 

37 

strach. 

Mimo to pocałowała go. To mii dawało nadzieję. Nadzieję, że pewnego dnia, może już 

niedługo, zanim on całkiem oszaleje w oczekiwaniu na ten moment - ona pozwoli mu na 

więcej niż tylko pocałunek. Sama go do tego zachęci i będzie dzielić z nim to przeżycie z 

niekłamanym uniesieniem i namiętnością. 

Podobnie  oceniała  sytuację  psycholog  dyżurująca  przy  telefonie  zaufania  dla  ofiar 

gwałtu, czynnym całą dobę, z którą przeprowadził rozmowę po powrocie do domu. 

Nie  mogę  niczego  stwierdzić  z  całą  pewnością  bez  znajomości  stanu  faktycznego  - 

powiedziała,  kiedy  podzielił  się  z  nią  swymi  podejrzeniami.  -  Jednak  wydaje  mi  się,  że 

pana przypuszczenia są słuszne. Chyba była zgwałcona. Jeżeli naprawdę tak się stało i 

pan jest pierwszym mężczyzną, którym się po tym zainteresowała, to mogę panu udzielić 

tylko jednej, ale bardzo ważnej rady. Proszę postępować niezmiernie ostrożnie. Niech pan 

nie będzie natarczywy i do niczego jej nie nakłania. Może pan spróbuje z nią na ten temat 

porozmawiać. To zawsze pomaga. I niech pan ją zachęci, żeby poradziła się specjalistów. 

Nawet mimo znacznego upływu czasu fachowa porada pomogłaby jej uporać się z tego 
typu problemem. Jednak nade wszystko - 

powtórzyła psycholog z naciskiem - niech pan 

nie  dąży  do  zbliżeń  i  nie  wymaga  od  niej  współdziałania.  Proszę pozwolić,  żeby  to  ona 

nadawała  kierunek  waszym  stosunkom  zgodnie  z  jej  własnymi  psychicznymi 

możliwościami. 

Rafe zamierzał w pełni dostosować się do rady. Aż do osiągnięcia celu. 

Niczego od niej nie zażąda ani do niczego nie przymusi. Po prostu będzie przy niej przez 

cały  czas.  Jak  pokusa.  Jak  przynęta.  Niech  przyzwyczai  się  do  niego  i  jego  obecności. 

Będzie  ją  łagodnie  prowadził  we  właściwym  kierunku,  aż  zaufa  mu  na  tyle,  żeby  ulec 

drzemiącej w niej namiętności. I tak już ufała mu bardziej, niż to sobie uświadamiała. 

Właśnie  przed  chwilą  usnęła,  choć  twierdziła,  że  nie  może  spać  w  obecności  obcych 

ludzi. Siedziała z rękami opuszczonymi na kolana i z głową niewygodnie przechyloną na 

oparcie  fotela.  Uśmiechając  się  czule,  wyjął  z  jej  palców  wieczne  pióro  i  odłożył  na 

podniesiony,  podręczny  blat.  Uniósł  rozdzielającą  ich  siedzenia  podpórkę  i  delikatnie 

wsunął  ramię  pod  jej  plecy.  Zesztywniał,  kiedy  wymamrotała  coś  przez  sen.  Wstrzymał 

oddech w obawie, że Claire się obudzi i zaprotestuje przeciwko takiej poufałości. Lecz ona 

tylko przytuliła się do niego. Z policzkiem przy jego piersi i dłonią opartą tuż ponad srebrną 

klamrą  jego  paska  wyglądała  jak  pełne  ufności  kocię,  które  znalazło  się  w  znajomych, 

czułych rękach. 

Rafe  nakrył  jej  dłoń  swoją  i  przycisnął  ją  lekko  do  siebie.  Zamknął  oczy.  Zasypiał  z 

uśmiechem cichej satysfakcji. 

 

...schodzimy  do  lądowania  w  Lubbock.  Kapitan  prosi  o  zapięcie  pasów,  opuszczenie 

podręcznych blatów i ustawienie w pionie oparć foteli... 

Metaliczne, zniekształcone głośnikiem polecenia wyrwały Claire z głębokiego snu. 

Rafe  także  się  obudził,  lecz  nie  otwierał  oczu,  tylko  czekał  ciekawy,  jak  się  Claire 

zachowa. Gdy tylko zauważyła, co jej służyło za poduszkę, zesztywniała i usiłowała usiąść 

prosto.  Usłyszał,  że  cicho  sapnęła  z  irytacją  i  oczyma  duszy  widział  zakłopotanie  na  jej 

twarzy, kiedy rozważała swój kolejny ruch. 

Rzuciła okiem na Rafe’a, żeby się upewnić, czy śpi, i przygryzając wargę, bardzo powoli, 

mi

limetr  po  milimetrze  wysunęła  dłoń.  Potem  uchwyciła  w  dwa  palce  jego  nadgarstek, 

podniosła do góry rękę i uchylając głowę, przełożyła mu ją na kolano. Chwyciła wieczne 

pióro, ułożyła rozrzucone papiery i dopiero wtedy trąciła Rafe’a łokciem. 

Rafe, obudź się - odezwała się ożywionym głosem. - Schodzimy do lądowania. 

- Hm? - 

udawał, że z wolna powraca do przytomności. Wyprostował ramiona, potem się 

przeciągnął, ocierając się przy okazji o Claire. 

Nie odsunęła się nawet o centymetr. 

Długo spałem? - zapytał. 

background image

 

38 

Chyba  przez  całą  drogę  -  wymamrotała,  schylając  się  po  teczkę.  Położyła  ją  na 

kolanach i otworzyła z trzaskiem. - Właściwie nie zwróciłam uwagi. 

Przez cały czas pracowałaś? - Patrzył, jak metodycznie układa papiery i przybory do 

pisania na właściwe miejsca. 

- Uhm. - 

Zatrzasnęła teczkę. - W samolocie można się dobrze skupić. 

Skoro ona chce prowadzić taką grę, niech tak będzie, pomyślał. Tymczasem. Nie powie 

jej, że na policzku ma odciśnięty ślad guzika jego koszuli. 

-  Co to za miasto? - 

zapytała  Claire.  Mrużąc  oczy,  usiłowała  w  gęstniejącym  mroku 

odszukać  na  leżącej  na  kolanach  mapie  kolejną  mijaną  przez  nich  miejscowość  w 
zachodnim Teksasie. 

- Ropesville. 

Rafe nie musiał nawet odczytywać tablicy informacyjnej witającej przybyszów. Odwrócił 

się do Claire. 

Może  byśmy  się  tu  zatrzymali?  Wyjrzała  przez  okno  samochodu  i  zlustrowała 

otoczenie. 

Nie, nie nadaje się - odrzekła, potrząsając głową. 

Za duże, za ruchliwe. - Znów pochyliła się nad mapą. - Myślę, że powinniśmy zjechać z 

tej szosy w jakąś mniej uczęszczaną. Skręć w lewo przy pierwszym zakręcie. - Podniosła 

mapę bliżej do oczu. - To chyba będzie droga numer 41. 

Rafe zatrzymał samochód na parkingu następnego motelu. 

Claire spojrzała zdumiona znad mapy. 
- Co ty robisz? Dlaczego stoimy? 
-  Zwracam ci u

wagę, jeśli sama tego nie zauważyłaś, że słońce już zaszło i nic prawie 

nie można odczytać z mapy. Według mnie czas na odpoczynek. 

- Ale... 

Żadnego  ale  -  przerwał  Rafe.  Jego  cierpliwość  wystawiona  na  próbę  przez  Królową 

Lodu, przez cały dzień w najwyższym stopniu oziębłą i odpychającą, wyczerpywała się. 

Krążymy  już  tak  w  kółko  -  spojrzał  na  zegarek  -  prawie  od  sześciu  godzin, 

przejeżdżamy przez każdy przeklęty metr kwadratowy tego nieszczęsnego bezludzia. Nie 

wiem, czy od przedwczoraj spałem z pięć 

godz

in, wliczając w to drzemkę w ciasnym fotelu w samolocie. A jadłem tylko podany tam 

omlet i jakiegoś hamburgera po drodze. Jestem zmęczony i głodny. Muszę wziąć gorący 

prysznic, wypić zimne piwo i zjeść solidny stek z wszystkimi możliwymi dodatkami. W tej 
w

łaśnie  kolejności.  A  potem  chcę  się  porządnie  wyspać  przez  osiem  godzin.  Myślę,  że 

tobie też się to należy. 

Przyjrzał się jej uważnie i uderzyło go, że wcale nie robi wrażenia zmęczonej. Wyglądała 

tak samo świeżo i nieskalanie jak rano, kiedy wyruszali w podróż. 

Z jakichś niezrozumiałych dla niego samego przyczyn jej wygląd go zezłościł. 

A może Hollywoodzkiej Królowej Lodu obce są takie słabości, typowe dla zwykłych... - 

urwał nagle, gdyż zobaczył wyraz jej twarzy. - Co się stało? 

Odwróciła głowę. 
- Masz 

rację - odrzekła, wpatrując się w mapę - to był długi dzień. - Zaczęła ją składać 

lub  raczej  próbowała  to  robić.  Dlaczego  mapy  nigdy  nie  składają  się  tak  łatwo  jak  się 

rozkładają, przemknęło jej przez myśl. - Jesteśmy oboje zmęczeni i... 

Wyciągnął rękę, żeby jej dotknąć, lecz tylko przytrzymał mapę, z którą nie mogła sobie 

poradzić. 

Nie chciałem być taki obcesowy. - Wyrządził jej przykrość i poczuł się jak grubianin. A 

przecież  to  nie  ona  go  rozdrażniła,  po  prostu  był  wykończony.  Wypuścił  z  ręki  mapę.  - 
P

rzepraszam cię. 

Nie  masz  za  co  przepraszać  -  szepnęła  ze  wzrokiem  utkwionym  w  mapę.  Otworzyła 

szeroko  oczy.  To  była  znana  sztuczka,  która  miała  powstrzymać  łzy.  -  Dobrze,  że  się 

zatrzymałeś.  A  ja...  -  Sztuczka  się  nie  udała.  -  Do licha -  powiedziała  cicho  i  odwróciła 

background image

 

39 

twarz w stronę okna. Zgniotła w palcach brzeg mapy. 

Claire, na miłość boską. - Rafe patrzył przerażony na pierwszą łzę spływającą po jej 

policzku.  - 

Claire,  kochanie,  nie  płacz  -  powiedział  zrozpaczony  i  bezradny,  jak  każdy 

mężczyzna  wobec kobiecych łez. - Jeżeli nie chcesz, nie musimy się tu zatrzymywać. - 

Gotów był jej wszystko teraz obiecać, byleby nie płakała. - Możemy jechać tak długo, jak 
zechcesz. 

Po policzku pociekła druga łza. Otarła ją wierzchem dłoni, jak dziecko. 
- Ja n-nie dlatego - 

odparła, zła na siebie za okazanie słabości. Czuła się upokorzona. 

Więc dlaczego? 

To nic. Przepraszam. Sama nie wiem, co się ze mną dzieje. Ja... 

Rafe nie mógł znieść tego ani chwili dłużej. Ujął jej twarz i delikatnie odwrócił ku sobie. 
-  Powiedz  mi  - 

poprosił łagodnym głosem. Patrzyła na niego w milczeniu przez chwilę, 

która jemu wydawała się wiecznością, szafirowymi, błyszczącymi od łez oczami. Wargi jej 

drżały.  Rafe  pragnął  scałować  te  łzy  z  czułością,  która  falą  zalała  mu  serce.  A  potem 

całować wargi, żeby zaczęły drżeć już nie ze smutku, lecz z namiętności. - Powiedz mi - 

powtórzył cicho, z trudem powstrzymując odruch tkliwości. 

Nie  cierpię  tego  przezwiska!  -  wybuchnęła  gwałtownie.  -  Nigdy  go  nie  znosiłam.  Ale 

jeszcze bardziej jest mi przykro, kiedy ty tak o mnie mówisz. 

Chodzi ci o Królową Lodu? 

Kiwnęła głową. 

Jakbym była taka zimna... i nieczuła... i... - Choć sama nie była pewna, czy to nie jest 

prawda. Nawet teraz, gdy ją to tak zabolało, nie była pewna. 

Już nigdy tak nie powiem - przyrzekł. - I spiorę na kwaśne jabłko każdego, kto cię tak 

nazwie. - 

Ujął jej twarz w dłonie i kciukami otarł resztki łez. - Już wszystko dobrze? 

Pociągnęła jeszcze nosem i skinęła głową. 

Przepraszam, że zachowałam się jak idio... 

- Nie. - 

Dotknął kciukami jej warg. - To ja przepraszam, że doprowadziłem cię do płaczu. 

To się nigdy nie powtórzy. - Miał taką nadzieję. Musiał użyć całej siły woli, żeby oderwać 

dłonie od jej twarzy. - Co powiesz na taki pomysł. Może byśmy wynajęli sobie dwa pokoje 
w tym motelu?  - 

zaproponował.  -  Wykąpiemy  się,  przebierzemy  i  poszukamy 

największych, najbardziej soczystych steków w całym Ropesville. 

Claire zmusiła się do podobnie lekkiego tonu. 

A czy można by zamienić jeden z tych steków na porcję jarzyn? Nie jadam mięsa. 

 
-  W

ątpię,  czy  tutaj  mają  jakieś  specjalne  dania  jarskie  -  odezwał  się  Rafe,  kiedy  w 

godzinę później siedzieli naprzeciwko siebie w restauracji. - Ale wiem, że będziesz mogła 

dostać tutejszą cętkowaną fasolę, pieczone ziemniaki, bo to zawsze podają do steków. No 

i zieloną sałatę, jak ładnie poprosisz. 

Skąd wiesz, co tu podają do steków? W pierwszej chwili miał ochotę skłamać. Zdziwiło 

go to, gdyż już od dawna nie odczuwał takiej pokusy. Przestał ukrywać swe pochodzenie, 

kiedy przekonał się, że nie dla wszystkich kobiet wartość mężczyzny zależy od tego, kto 

był jego dziadkiem i czy jego rodzina jest zamożna. 

Wychowałem  się  we  Flat  Rock,  kilkadziesiąt  kilometrów  stąd  -  powiedział.  -  Jeżeli 

chłopak chciał zrobić na dziewczynie wrażenie, to przyjeżdżał z nią na randkę właśnie do 

Ropesville. Tu było najbliższe kino i kręgielnia. Najlepsza restauracja w promieniu wielu 

mil  znajdowała  się  wprawdzie  w  klubie  sportowym  we  Flat  Rock,  ale  -  w  jego  głosie 

zabrzmiała gorycz - tam wstęp był tylko dla członków. 

- Rozumiem, 

że ty nie miałeś karty członkowskiej. 

To  byłoby  raczej  trudne  -  odrzekł  zupełnie  szczerze,  jakby  chciał  się  zrehabilitować 

przed sobą za poprzednią pokusę kłamstwa. - Moja rodzina mieszkała w najbiedniejszej 
dzielnicy tego miasteczka. Ludzie naszego pokr

oju nie byli mile poza nią widziani, chyba 

jako dozorcy czy kucharki. 

background image

 

40 

Nie  wiedział,  jak  przyjmie  to  zwierzenie  kobieta,  przed  którą  wszystkie  drzwi  stały 

otworem. 

Wyglądało na to, że całkiem normalnie. 
- Czy twoja rodzina nadal tam mieszka, we Flat Rock? 

Tak.  W  domu,  w  którym  się  wychowałem,  wciąż  jeszcze  mieszka  mama  z  moim 

najmłodszym  bratem,  Matteo.  Zostanie  sama,  kiedy  on  na  jesieni  wyjedzie  na  studia. 

Najstarsza  siostra,  Inez,  wyszła  za  mąż  za  farmera  i  mieszka  w  pobliżu.  Druga  siostra. 
Mercedes, i j

ej mąż, też są niedaleko, mają dom na przedmieściu Brownfield. Prowadzą 

szkołę pilotażu na tamtejszym lotnisku i wykonują różne usługi lotnicze. 

Jak liczne masz rodzeństwo? 

Ze mną jest nas siedmioro. Jeszcze jedna siostra, Ramona, jest adwokatem w Dallas - 

powiedział z wyraźną dumą. - Pilar znasz. Brat Luis jest na drugim roku studiów. 

- A twój ojciec? 

Zginął w czasie pożaru na polu naftowym, kiedy miałem piętnaście lat. 

-  Bardzo mi przykro - 

szepnęła,  gdyż  z  tonu,  jakim  to  powiedział,  wywnioskowała,  że 

bolesne wspomnienie o wypadku ojca było ciągle żywe. 

Mnie też - mruknął. 

Zjawiła się kelnerka z napojami - piwem Lone Star z lodu dla Rafe’a i mrożoną herbatą 

dla Claire. 

Przyjęła  od  nich  zamówienie,  nie  mrugnąwszy  nawet  okiem,  kiedy  Claire  poprosiła  o 

porcję steku bez steku. 

Chyba będziesz chciał się zobaczyć z rodziną, skoro już jesteś tak blisko? 

- Chyba. - 

Westchnął. Gdyby do nich nie wstąpił, matka urwałaby mu głowę. 

Claire  spojrzała  na  niego  zaciekawiona.  Wydawało  się,  że  jego  rodzina  była  bardzo 

zżyta, więc powinien skwapliwie skorzystać z okazji odwiedzenia bliskich. 

- Nie masz ochoty? 

Nie,  skądże,  mam.  Tylko...  -  Wzruszył  ramionami  i  zaczął  zeskrobywać  paznokciem 

etykietę  z  butelki.  -  Moja  matka  zrobi  zaraz  z  tego  wielką  hecę. Powrót  marnotrawnego 

syna i takie tam. Będzie chciała sprosić wszystkich krewnych z bliższych i dalszych okolic, 

i wyprawić wielkie, rodzinne przyjęcie, na które poświęci swego najdorodniejszego cielaka. 

Więc co z tego? - Claire nadal nie mogła zrozumieć, dlaczego Rafe tak niechętnie się 

odnosi  do  wizyty  w  domu.  Ją  bardzo  by  ucieszyło,  gdyby  matka  chciała  dla  niej  zrobić 

przyjęcie.  Niestety,  jej  matka  wydawała  przyjęcia  jedynie  z  towarzyskiego  obowiązku.  - 

Chyba byłoby bardzo przyjemnie? 

-  Taak.  - 

Rafe  porównał  w  myślach to rodzinne zgromadzenie do balu w domu brata 

Claire, gdzie był zaledwie wczoraj. 

Myślę, że powinieneś zrobić to dla swojej matki. Kelnerka przyniosła zamówione dania. 

Claire  jadła  z  prawdziwą  przyjemnością.  Zielona  sałata  była  świeża  i  krucha,  pomidory 

miały pomidorowy smak, co się rzadko zdarzało, cienkie plasterki czerwonej cebuli i sos 

winegret zaostrzały apetyt. A do tego podano grube grzanki chleba domowego wypieku na 

kwasie, natarte czosnkiem, z roztapiającym się na nich masłem. 

- Nigdy bym nie 

pomyślał, że sobie z tym poradzisz - odezwał się Rafe po kilku minutach 

pełnej skupienia ciszy. 

Claire, z pełnymi ustami, spojrzała na niego pytająco. 

Wskazał widelcem niemal pusty talerz. 

Przełknęła jedzenie. 

Ty zjadłeś hamburgera dzisiaj po południu, a ja tylko frytki. 

Myślałem,  że  wpadłaś  na  jakiś  idiotyczny  pomysł  odchudzania  się.  Gdybyś  mi 

wcześniej powiedziała, że nie jadasz mięsa, moglibyśmy gdzieś po drodze kupić chociaż 
owoce. 

Nie  chciałam  ci  zawracać  głowy.  I  to  mówi  kobieta,  pomyślał,  która  nie  zawaha  się 

przed wierceniem dziury w brzuchu każdemu, kto pracuje nad jej filmem. Pokręcił głową 

background image

 

41 

ze zdziwieniem nad skomplikowaną kobiecą psychiką. 

I wolałaś być głodna - stwierdził z nutą żartobliwej nagany. - Wobec tego jutro rano - 

rzekł  stanowczo  -  przed  wyruszeniem  w  drogę  zabierzemy  ze  sobą  torbę  chłodniczą  i 

załadujemy do niej zapas owoców i soków. Trzeba było tak zrobić już przed wyjazdem z 

Lubbock. Lepsze to niż tłuste hamburgery. Aaa, oto mój stek. - Spojrzał łakomie na mięso. 

Nie jadłem kawałka porządnej wołowiny od wyjazdu z Teksasu. 

Pozwoliła mu w spokoju sycić się soczystym mięsem i dopiero po paru dobrych chwilach 

spytała: 

Skoro  wychowałeś  się  w  tej  okolicy,  to  zapewne  dobrze  znasz  wszystkie  małe 

miasteczka w tym regionie. 

Miał to być subtelny wyrzut, że niepotrzebnie krążyli tak długo w poszukiwaniu idealnego 

Burley. 

Właściwie  nie  bardzo.  -  Jej  aluzja  była  dość  przejrzysta.  -  Opuściłem  dom  w  parę 

miesięcy po maturze. - Niedługo po tym, jak Laura Lyn Parker wystawiła go do wiatru. - I 

nigdy  tu  na  dłużej  nie  wracałem.  Małe  miasteczka  szybko  się  zmieniają,  zwłaszcza  w 

takich niestabilnych ekonomicznie czasach, jakie mieliśmy przez ostatnie dwanaście lat. 

Dokąd wyjechałeś po maturze? 

Początkowo nie za daleko. Dostałem pracę na polu naftowym w rejonie Midland, potem 

przeniosłem się do Houston, a w końcu na platformę wiertniczą w Zatoce Meksykańskiej. 

A  jak  to  się  stało,  że  z  Zatoki  Meksykańskiej  przeniosłeś  się  do  Hollywood,  i  to  jako 

reżyser? 

Przeszłość  Rafe’a  tak  bardzo  różniła  się  od  życiorysów  znanych  jej  ludzi.  To  było 

fascynujące. 

Przyjechała  ekipa filmowa  robić film dokumentalny  o  pracy  i  życiu  na dalekomorskiej 

platformie wiertniczej. Byłem wtedy jeszcze bardzo młody, miałem dwadzieścia trzy lata, i 

kręcenie filmu, nawet dokumentalnego, wydawało mi się o wiele bardziej interesujące niż 

wydobywanie  ropy. Więc  trochę  im  pomagałem, a  kiedy  skończyli,  wyjechałem  razem  z 

nimi.  Ale  praca  nad  filmem  się  skończyła,  a  ja  byłem  bez  grosza  i  musiałem  szukać 

nowego zajęcia. 

- I dlateg

o zostałeś kaskaderem? 

Tak. Ta robota zapowiadała się na znacznie ciekawszą od przenoszenia z miejsca na 

miejsce oświetlenia czy kamer. - I o niebo lepiej płatną, dodał w duchu. - Stąd już droga do 

stanowiska  szefa  ekipy  kaskaderów  była  stosunkowo  prosta. A potem dalej, do 

reżyserowania filmów akcji. 

A  ten  film  dokumentalny,  który  zasługiwał  na  Oskara,  zrobiłeś  tak  od  niechcenia?  - 

spytała. Skinął głową w podziękowaniu za komplement. 

No to już znasz historię mego życia. Teraz twoja kolej. 

- Moja? 
-  Pr

oszę  o  historię  twojego  życia.  Jak  to  się  stało,  że  siedzi  tu  przede  mną  Claire 

Kingston, producentka filmowa? - 

spytał, patrząc na nią uważnie. 

-  O nieba! - 

To  pytanie  ją  speszyło.  Nie  lubiła  opowiadać  o  swojej  przeszłości.  - 

Wystarczy  przeczytać  pierwsze  lepsze  czasopismo  zajmujące  się  kinem  albo  jeszcze 

lepiej popularne magazyny. Powtarzają do znudzenia te same fakty z mojego życia. Zapis 

dla potomności. 

- Z. 

pewnością nie wszystkie fakty. - Nie spuszczał z niej wzroku. 

Wszystkie, które miały znaczenie - powtórzyła z uporem. 

Rozłożyła palce, żeby na nich wyliczać te wydarzenia. 

Trzeba  zacząć  od  tego,  że  urodziłam  się  -  dotknęła  pierwszego  palca  -  i to jak 

stwierdzają dziennikarze - uśmiechnęła się - we właściwym czasie, gdyż w tym dniu moi 
rodzice obc

hodziliby jedenastą rocznicę ślubu, gdyby przedtem się nie rozwiedli, co im nie 

przeszkodziło  wkrótce  pobrać  się  na  nowo.  Nie  pamiętam  tego,  ale  mówiono  mi,  że 

pierwsze urodziny spędziłam z nianią w Beverly Hills, bo mama i tata właśnie załatwiali 

background image

 

42 

sobie w 

Meksyku drugi rozwód. Potem przez jakiś czas nic się specjalnego nie działo, a w 

czwartym roku życia zadebiutowałam w filmie w niewielkiej roli sierotki o anielskiej buzi i 

niewyparzonym  języku.  Partnerowałam  aktualnej  kochance  mego  ojca,  grającej 
zakonnic

ę.  Wypaliłam  pierwszego  -  i  dzięki  Bogu  jedynego  -  papierosa  przed  kamerą, 

kiedy  miałam  dziesięć  lat.  Całowałam  się  pierwszy  raz  jako  trzynastolatka  w  filmie 

„Pełnoletnia” i za tę rolę dostałam Oskara. 

Zaczęła  wyliczać  na  palcach  drugiej  ręki.  -  Pierwszą  scenę  miłosną  zagrałam  mając 

szesnaście lat, ale nie mogłam obejrzeć tego filmu, bo był dozwolony od lat osiemnastu. - 

Ton jej głosu był teraz mniej niefrasobliwy. - Wtedy też włożyłam po raz pierwszy długą 

suknię, gdyż bohaterka, którą grałam, szła na bal maturalny. 

Nie dodała tylko, że to był jedyny bal maturalny, w którym brała udział. 

Dwa  lata  później  zagrałam  pierwszą  już  dorosłą  rolę  w  „Oszustach”,  po  czym 

zrezygnowałam  z  aktorstwa.  I  tak  oto  -  dotknęła  ostatniego  palca  -  Claire Kingston, 
kobieta, producent filmowy, siedzi teraz naprzeciwko ciebie. 

Rzeczywiście wtedy całowałaś się po raz pierwszy? 

-Tak. 

Wszystko,  co  robiła  po  raz  pierwszy,  działo  się  w  filmie.  Pierwsze  wypowiedziane 

ordynarne słowo, pierwszy wypalony papieros, pierwsza długa suknia, pierwszy romans - 

wszystko na oczach ekipy filmowej. Każdy znaczący krok w jej życiu był pozorem, fikcją, 

przeżyciem  sfabrykowanym  dla  potrzeb  kamery.  Doszło  do  tego,  że  zaczynała 

zastanawiać się, czy jest zdolna do przeżywania prawdziwych uczuć, czy je rozpozna, gdy 

nadejdą. Co doprowadziło nieuchronnie do zdarzenia, które rozegrało się później. 

Już  państwo  zjedli?  -  Kelnerka  przerwała  ich  rozmowę,  zanim  Rafe  zdołał  zadać 

następne pytanie. 

Tak, dziękujemy - odparła Claire. 

Może przynieść jakiś deser? Kawę? 

- Dla mnie nie. A dla ciebie, Rafe? 

Potrząsnął głową. 

Proszę rachunek. 

 

Z  restauracji  wyszli  w  milczeniu.  Był  ciepły,  teksaski  wieczór.  Powietrze  pachniało 

kurzem, bylicą i spalinami unoszącymi się nad przecinającą szosę drogą,” która oddzielała 
parking restauracji od ich motelu. 

Kiedy przechodzili przez skrzyżowanie, choć nie było wielkiego ruchu. Rafe wziął Claire 

za rękę. 

Claire pozwoliła mu spleść palce ze swoimi bez najmniejszego protestu. Nie czuła nawet 

cienia  niepokoju.  Przeciwnie,  wydawało  się  jej,  że  tak  właśnie  powinno  być  -  jej  dłoń  w 

jego gorącej, silnej, chroniącej ją ręce. 

Spoglądała na niego spod oka, gdy, ciągle trzymając się za ręce, przechodzili koło biur 

motelu, a potem obok basenu, w kierunku przydzielonych im pokojów. Zastanaw

iała się, 

jakim  byłby  kochankiem.  Czy  okazałby  jej  taką  delikatną  czułość  jak  wczoraj,  przy 

pocałunku?  Czy  może  nie  potrafiłby  opanować  namiętności?  Czy  oczekiwałby  od  niej 

takiej  samej  reakcji?  Czy  umiałby  się  powstrzymać,  gdyby  się  zlękła?  Był  takim  silnym, 

potężnie  zbudowanym  mężczyzną.  Lecz  także  dżentelmenem.  Człowiekiem  subtelnym. 

Nie wyrządziłby jej krzywdy, choćby nawet nie sprostała jego oczekiwaniom. 

Pociągał  ją  fizycznie  -  wbrew  jej  woli.  Być  może  nigdy  nie  będzie  miała  lepszej 

sposobności, żeby zmierzyć się ze swym strachem. A jednak gdy wypuścił jej rękę, aby 

wyjąć  klucz  z  kieszeni  opiętych  na  muskularnych  nogach  dżinsów,  poczuła  uścisk  w 

żołądku. Czy wystarczy jej odwagi, aby poszukiwać odpowiedzi na nurtujące ją pytania? 

Czy  ma  pozostać  emocjonalną  kaleką,  dlatego  że  nie  potrafi  wyzbyć  się  obaw,  mimo 

nadarzającej się szansy? 

Otworzył drzwi jej pokoju. 

background image

 

43 

-  Dobranoc, Claire - 

powiedział łagodnym głosem. Ujął jej dłoń i położył na niej klucz. - 

Śpij smacznie. 

Odwrócił się w stronę drzwi swego pokoju. 
- Rafe? - 

Usłyszała swój głos, zanim zdążyła ten 

impuls powstrzymać. 

Słucham. 

Przełknęła ślinę. 

Czy pocałujesz mnie na dobranoc? 

 
 

ROZDZIAŁ 7 

Te ciche słowa były jak uderzenie pięścią w splot słoneczny. Znieruchomiał, starając się 

pojąć ich właściwe znaczenie. 

„Czy  pocałujesz  mnie  na  dobranoc?”  Chciała,  żeby  ją  pocałował  na  dobranoc. 

Niewątpliwie to zdanie znaczyło dokładnie to. Nic więcej. Nic mniej. Czy rzeczywiście? 

Odwrócił  się  do  niej,  zdecydowany  spełnić  jej  prośbę,  a  potem  zabrać  ją  do  siebie.  I 

wtedy przypomniał sobie, co mówiła psycholog z telefonu zaufania. „Niech pan nie będzie 

natarczywy i do niczego jej nie nakłania. Proszę pozwolić, żeby to ona nadawała kierunek 

waszym  stosunkom  zgodnie  z  jej  własnymi  możliwościami  psychicznymi”.  Wiedział,  że 

musi się dostosować do tej rady. Zbliżył się do Claire i tak jak poprzedniego wieczoru, z 

rękami opuszczonymi wzdłuż ciała, pochylił głowę i tylko wargami dotknął jej ust. 

Zadrżała. 

Uniósł głowę. 
- Claire? 

Całuj  mnie  -  domagała  się  szeptem,  jakby  w  udręce. Pochyliła  się  ku niemu  i oparła 

zaciśnięte dłonie na jego piersi. - Proszę. Całuj mnie. 

Otoczył ją ramionami i połączył jej usta ze swymi. 

Zarzuciła  mu  ręce  na  szyję,  wspięła  się  na  palce,  podsuwając  gwałtownie  usta  do 

pocałunku, jak kobieta opanowana niepowstrzymaną namiętnością. 

Poddał  się  na moment  temu  wrażeniu.  Mocniej  ją  przytulił.  Rozwarł  szerzej  wargi.  Już 

miał dać się ponieść nieoczekiwanej fali uniesienia, gdy nagle uświadomił sobie, że to nie 

namiętność  nią  kieruje,  lecz  jakaś  brawurowa,  rozpaczliwa  zuchwałość.  Przypominała 

małą dziewczynkę, która decyduje się nagle na otwarcie drzwi szafy, aby stanąć oko w 

oko z zamieszkującym ją potworem. Ciało Claire w jego ramionach było napięte i sztywne, 

nie  wyczuwał  w  nim  uległości  i  pożądania.  A  dźwięk,  który  usłyszał,  nie  był  jękiem 

zachwytu, lecz przerażenia. Jego zapał ostygł, jakby ktoś oblał go kubłem zimnej wody. 

Objął dłońmi jej głowę i głaskał zaplecione po kąpieli w warkocz włosy. Potem odchylił ją 

leciutko do tyłu. 

-  Claire  - 

powiedział  z  ustami  przy  jej  wargach.  Jego oddech  był  jeszcze  gorący.  Jej  - 

przyspieszony, urywany, jakby po długim biegu. Czul pod swymi kciukami na jej skroniach 

szybko bijący puls. 

Claire.  Uspokój  się,  dziecino.  To  nie  jest  wyścig.  To  pocałunek.  -  Dotknął  wargami 

najpierw jednego, a potem drugiego kącika jej ust. - Po prostu pocałunek. 

Wciągnęła  powietrze  głęboko,  spazmatycznie,  jak  dziecko,  które  dopiero  co  przestało 

szlochać, i kiedy znowu objął ją ramionami, pozostała nieruchoma z uniesioną ku niemu 

twarzą. 

-  O 

to  właśnie  chodzi  -  pochwalił  ją  i  zaczął  całować  jej  policzki,  brodę,  powieki. 

Delikatnie, powoli, żeby ukoić to wzburzenie. Gdy poczuł, że się odpręża, szepnął: 

Tak, właśnie tak. - I znów dotknął wargami jej ust. 

Jeszcze  jakby  trochę  niepewna,  tym  razem  pokonując  wahanie,  rozchyliła  wargi  w 

oczekiwaniu.  Pieszczotę  jego  ust  i  języka  przyjęła  z  cichym  westchnieniem,  nie  jak 

agresywną  napaść,  lecz  podarunek,  którego  nie  może  odrzucić.  Starała  się  rozpoznać 

background image

 

44 

uczucia,  które  ją  ogarnęły.  Ten  mężczyzna  obdarowywał  ją  czułością,  poczuciem 

bezpieczeństwa.  I  wywoływał  w  niej  jeszcze  coś,  co  dopiero  zaczynała  pojmować  - 

zmysłowe  podniecenie.  Chciała  się  sycić  jego  pocałunkiem  bez  końca,  gdyż  z  tą 

pieszczotą  nie  wiązało  się  żadne  nieprzyjemne  doznanie  -  strachu, niebezpieczeństwa, 

bólu. Dokonuję zadziwiającego odkrycia jak na dwudziestopięcioletnią kobietę, pomyślała. 

Pragnęła się rozkoszować tym pocałunkiem i upajać się nim coraz bardziej. 

Rafe od razu wyczuł zmianę, jaka w niej zaszła. Oparł się o futrynę na wpół otwartych 

drzwi, przyciągnął Claire do siebie tak mocno, aż poczuł przy sobie jej piersi i biodra, a 

potem zaczął pieścić plecy poprzez cienki jedwab bluzki. Kusiło go, żeby przesunąć palce 

wzdłuż  wyczuwalnych  pod  materiałem  ramiączek  stanika  i  ująć  w  dłonie  jej  małe  piersi. 

Lecz nie był pewien, jak by to przyjęła. Czy była gotowa na kolejny krok? 

Tuliła  się  do  niego  taka  rozgrzana.  Jej  zmysły  już  były  pobudzone,  wilgotne  wargi 

odwzajemniały pocałunki, a palce nieprzerwanie gładziły jego włosy. Przesunął ręce ku jej 

piersiom i musnął je lekko. Zesztywniała. Odsunął ręce. 

-  Nie, nie - 

szepnęła  tuż  przy  jego  ustach.  - Wszystko  w  porządku.  Tylko  mnie  trochę 

wystraszyłeś. - Jej głos nieco drżał. - Już dobrze, naprawdę. 

Rafe  jednak  wiedział,  że  to  nieprawda.  Powrócił  ślad  dawnych  obaw,  a  on  nie  mógł 

pozwolić, aby choć cień jej strachu ciążył na atmosferze ich fizycznego zbliżenia. Jeżeli w 

końcu Claire mu się odda, to całkowicie, bez zastrzeżeń. 

Kochanie, jutro znowu mamy przed sobą długi dzień -  wyszeptał, rozluźniając uścisk 

ramion. 

Oparta o niego, nie zareagowała, jakby bała się poruszyć. 

Ale przecież ty... ty... 

Pragnę ciebie? - Wiedział, że to miała na myśli. 

Tak, pragnę. - Położył dłonie na jej karku i przytulił czoło do jej czoła. - Czy nikt ci nie 

mów

ił, że nie za każdym razem mężczyzna musi otrzymać to, czego pragnie? 

- Nie? - 

spytała z niedowierzaniem. 

Zastanawiał się, czy rzeczywiście tego nie wiedziała, czy po prostu była zdziwiona, że to 

mężczyzna jest orędownikiem wstrzemięźliwości. 

- Nie. - 

Objął dłońmi jej talię. - Myślałem, że wie o tym każda dziewczyna już w liceum. 

Przynajmniej taka, która ma starszych braci. 

Nie chodziłam do liceum - odparła. - Miałam prywatnych nauczycieli. A Gage i Pierce są 

znacznie starsi ode mnie - 

odruchowo stanęła w obronie rodziny. 

Pozwól  więc,  że  uzupełnię  luki  w  twej  edukacji,  panno  Kingston.  Nie  spełnione 

pożądanie może być dla mężczyzny frustrujące, ale z pewnością niczym mu nie grozi. I 

kobieta nie musi się tym przejmować, chyba że sama pragnie je zaspokoić. Czy to jasne? 

Uniósł jej twarz do góry. - Jasne? - powtórzył. 
- Tak - 

odrzekła słabym głosem. 

Była zażenowana, lecz równocześnie odczuła wielką ulgę. 

Dobrze. A to po to, żebyś dobrze zapamiętała, co powiedziałem. 

Jeszcze  raz  ją  pocałował,  równie  delikatnie,  jak  przedtem,  lecz  na  tyle  długo,  że  gdy 

wreszcie uniósł głowę, oboje ciężko oddychali. 

- Dobranoc, Claire - 

szepnął schrypniętym głosem i szybko odsunął ją od siebie. 

Wpatrywała się w niego trochę jeszcze oszołomiona. 

Idź już. - Popchnął ja lekko w kierunku pokoju. - Poczekam, aż zamkniesz się na klucz. 

- Dobranoc, Rafe. - 

Z jej oczu wyczytał zdumienie. - I dziękuję - szepnęła, zamykając za 

sobą drzwi. 

Odczekał moment, a kiedy usłyszał, że klucz przekręca się w zamku, podszedł do drzwi 

swego pokoju

. Za pierwszym razem nie mógł trafić do zamka. Zaklął cicho. 

Cała  nadzieja  w  tym,  że  mają  tu  telewizję  kablową  -  wymruczał,  otwierając  wreszcie 

pokój. Wiedział,  że  tej  nocy  nie  zmruży  oka.  Każda  cząstka  jego  ciała  wyrywała  się  do 

kobiety, która była tuż obok, za ścianą. 

background image

 

45 

 

Claire  myślała,  że  następnego  dnia  rano  będą  się  czuli  niezręcznie.  Powinni.  Dzięki 

Rafe’owi tak się jednak nie stało. Zjedli razem śniadanie w złudnym chłodzie wczesnego 

poranka,  po  czym  wyszli  na  zakupy.  Kupili  torbę  chłodniczą  i  zapakowali do niej zapas 

owoców,  napojów  i  trochę  różności  do  przegryzania.  Rafe  wyśmiewał  się  z  jej 

dietetycznych  odżywek  owsiano-orzechowo-rodzynkowych  i  „źródlanej”  wody,  a  ona 

wyliczała  mu  kalorie  w  czekoladowych  batonach  i  cukierkach,  które  według  niego  były 

niezbędne  w  czasie  dłuższej  podróży.  Uzupełnili  paliwo  i  o  godzinie  ósmej  trzydzieści 

ruszyli na zachód w promieniach słońca wpadających już przez boczną szybę samochodu. 

Claire wydawało się, że nigdy jeszcze nie czuła się tak odprężona i beztroska. Po części 

dlatego,  że  znalazła  się  daleko  od  Hollywood.  Poza  zasięgiem  obmowy,  podstępnych 

ciosów w plecy. Z dala od plotek i dziennikarzy, od nie kończących się przyjęć, podczas 

których można było zyskać lub stracić reputację pomiędzy jednym daniem a drugim. 

Kolejnym  powodem  była  niewątpliwie  przyjemność  podróżowania  samochodem  w 

przepiękny, pogodny dzień, pokonywania kilometrów przy cichej muzyce płynącej z radia, 

w lekkim wietrze, wpadającym przez uchylone szyby. W takiej chwili miała wrażenie, że 
wszystko, 

co najlepsze, jest jeszcze przed nią. 

Lecz  najważniejsza  przyczyna  leżała  w  czym  innym.  Można  by  powiedzieć  raczej,  że 

siedziała, o pół metra od niej. Claire spojrzała na trzymającego kierownicę i wpatrzonego 

przed  siebie  mężczyznę.  Usadowił  się  wygodnie,  widać  było,  że  jego  mięśnie  są 

całkowicie  rozluźnione,  a  przecież  wciąż  wyglądały  na  twarde  jak  skala  i  nieodparcie 

kojarzyły się z opoką. Patrząc na jego profil, Claire pomyślała, że jest to twarz człowieka 

poważnego i bezkompromisowego. 

Szerokie,  gładkie  czoło,  orli  nos,  wydatne  kości  policzkowe,  znamionujący  upór 

podbródek.  Wyraz  powagi  łagodziły  jednak  kształtne  usta,  długie  rzęsy  i  czarne,  faliste 

włosy,  teraz  rozwiane  wiatrem.  Dłonie  spoczywające  na  kierownicy  były  silne  i 
niezawodne, palce lekko wyst

ukiwały  rytm  piosenki  country  płynącej  z  radia.  Szerokie 

ramiona,  tors  zwężający  się  w  talii,  płaski  brzuch,  muskularne  uda.  Emanował  siłą, 

zmysłowością, a jednocześnie budził zaufanie. 

Wiedziała  już,  że  mogła  na  niego  liczyć,  zwłaszcza  na  jego  wrażliwość  i 

odpowiedzialność.  Czuła,  jak  ta  zlodowaciała  grudka,  którą  gdzieś  w  głębi  siebie 

przechowywała od tak dawna, zaczyna się powoli roztapiać. 

Co  takiego  dostrzegłaś?  -  spytał.  Czuł  na  sobie  jej  wzrok  jak  delikatną  pieszczotę.  - 

Została mi na brodzie resztka sosu? 

Jadł  na  śniadanie  kiełbaski  i  ta  swoista  dieta  w  stylu  Południa  była  przyczyną  żartów 

Claire, która zamówiła otręby z chudym mlekiem. 

Potrząsnęła głową. 

Zastanawiałam się, kiedy dojedziemy do Flat Rock. 

Spojrzał na nią kątem oka. 
- Spieszy ci si

ę z jakiegoś szczególnego powodu? 

- Nie. 

A jednak się jej spieszyło. Zainteresowanie osobą Rafe’a przeniosło się na wszystko, co 

go dotyczyło. 

Po prostu lubię mieć wszystko zaplanowane - dodała. 

- Tak? - 

udał zdumienie. - Naprawdę? W odpowiedzi usłyszał jej cichy śmiech. 

Zawiadomiłem mamę, że nie może nas oczekiwać wcześniej niż o trzeciej. 

Sądziłam, że do Flat Rock jest około osiemdziesięciu kilometrów. 

- Tak - 

przyznał - w linii powietrznej. Ale my nie fruwamy, a nawet nie wybraliśmy sobie 

najkrótsz

ej  drogi.  Pomiędzy  Ropesville  i  Flat  Rock  jest  sporo  małych  miasteczek.  Może 

któreś z nich okaże się naszym Burley. 

Może. 

Do  Flat  Rock  zajechali  jednak  wcześniej,  gdyż  Claire  wystarczyła  za  każdym  razem 

background image

 

46 

jedynie  minuta  na  podjęcie  decyzji,  że  żadne  z  kolejnych  mijanych  małych  miast  nie 

spełnia jej wymagań. Gdy dojechali do znaku granicznego na skraju Flat Rock, Rafe mógł 

już tylko szczerze współczuć ekipie, która do tej pory poszukiwała lokalizacji pleneru. Ani 

jedna miejscowość, którą widzieli, nie odpowiadała wyobrażeniom Claire. 

- Budynek szkolny jest zbyt nowoczesny - 

orzekła w jednym z miasteczek. 

Za dużo szyldów na głównej ulicy - stwierdziła w innym. 

- Wielkomiejska atmosfera. 

Na rynku powinno stać podium dla orkiestry jak w dawnych czasach. 

- Bu

dynek sądu jest z kamienia, a powinien być z cegły. 

- Nie ma baru z napojami bezalkoholowymi. 
- Zaniedbane. 

Współczesne budownictwo. 

- Wszystko psuje ten parking. 

Rafe  starał  się  jej  wytłumaczyć,  że  nie  ma  racji.  Kupcom  można  by  zapłacić  za 

tymczasowe zd

jęcie  szyldów,  budowa  podium  czy  ceglanej  fasady  budynku  nie  była 

problemem, a skoro nie przewidywali kręcenia scen na parkingu, to obojętne, jaki on jest 
lub czy go w ogóle nie ma. 

Claire nie chciała słuchać. 
- Czego ty, do licha, szukasz? - 

zawołał w pewnym momencie. 

- Burley - 

odparła chłodno. 

Jego groźne spojrzenie nie wywarło na niej żadnego wrażenia. Pochyliła się nad mapą i 

czerwonym krzyżykiem skreśliła kolejne miasto. 

Rafe  musiał  powstrzymać  uśmiech  podziwu.  Claire  w  różnych  kwestiach  mogła 

wykazyw

ać niepewność, gdy jednak chodziło o sprawy zawodowe, nie wahała się nigdy. 

Przystąpiła do poszukiwań fikcyjnego Burley jak dowódca oddziału zwiadowczego, który 

nie może odstąpić od wyznaczonego celu. Kiedy w parę minut później wjechali w główną 

ulicę  Flat  Rock,  a  Claire  zaczęła  się  rozglądać  wokół  z  dużym  zainteresowaniem, 

rozbawienie Rafe’a przygasło. 

Flat  Rock  wyglądało  rzeczywiście  tak,  jakby  ostatnie  ćwierćwiecze  nie  wywarło  na  nie 

żadnego  wpływu.  Wprawdzie  tu  i  ówdzie  zauważało  się  ślady  upływu  czasu,  lecz w 

zasadzie  wszystko  było  bardzo  zadbane  przez  dumnych  ze  swego  miasteczka 

mieszkańców. Boisko zbudowanego przed dwudziestu pięciu laty liceum otaczały z dwóch 

stron  drewniane  ławki  dla  widzów,  którym  wyniki  rozgrywek  sportowych  pokazywano  na 
staromod

nej  tablicy,  gdyż  technika  elektroniczna  jeszcze  tu  nie  dotarła.  Na  rynku  stało 

drewniane  podium,  a  przez  szybę  miejscowej  drogerii  widać  było  stoisko  z  napojami 

chłodzącymi. 

Budynek sądu nie jest z cegły - zwrócił uwagę Rafe. 

-  Ale za to bank jest -  zau

ważyła Claire, obserwując bacznie okazałą, starą budowlę. - 

Jestem przekonana, że właściciele pozwoliliby nam go wykorzystać. 

Tutejsi radni zaprojektowali parking na przeciwległym końcu miasta. 

Claire spojrzała na Rafe’a z wyrzutem. 

Od początku wiedziałeś, że Flat Rock doskonale nadaje się na Burley - stwierdziła. - 

Prawdopodobnie  już  po  przeczytaniu  scenariusza.  Dlaczego  nie  powiedziałeś? 

Zaoszczędziłoby to wiele czasu i wysiłku. 

- Flat Rock jako Burley? - 

zaśmiał się. - Chyba żartujesz. 

Nie,  mówię  poważnie  i  ty  dobrze  o  tym  wiesz.  Jest  po  prostu  doskonałe. Ten  rynek, 

podium, szkoła. O, mój Boże! Czy to jest biblioteka? Wręcz wymarzona. Zatrzymaj się - 

poprosiła. - Muszę ją obejrzeć od środka. 

Rafe  skierował  samochód  w  stronę parkingu  przy  motelu,  położonym  na  skrzyżowaniu 

autostrady  i  szosy  prowadzącej  do  centrum  miasteczka.  Przez  całą  drogę  nadal 

dyskutowali o możliwości nakręcenia plenerów we Flat Rock. 

- Nie do wiary. - 

Claire ze zdumieniem pokręciła głową, wysiadając z samochodu. - Ono 

background image

 

47 

jest  właśnie takie jak trzeba. -  Zatrzasnęła  drzwiczki.  -  Może  jesteś  zbyt  blisko  z  nim 

związany, dlatego nie widzisz, że jest idealne - zastanawiała się na glos, zdziwiona, że dla 
Rafe’a nie jest to tak oczywiste. 

Może - odparł posępnym tonem. A może nie chcę kręcić tego przeklętego filmu właśnie 

tutaj, dodał w duchu. 

W czasie ostatnich piętnastu lat starał się otrząsnąć ze swych butów pył Flat Rock. Żyć z 

dala od tych małostkowych, prowincjonalnych tradycjonalistów. 

Oczywiście, bywał tutaj. Przyjeżdżał - jeśli tylko mógł - na różne uroczystości rodzinne, 

takie jak wesela czy chrzciny. Lecz nigdy nie zostawał dłużej niż jeden, lub najwyżej dwa 

dni.  I  za  żadną  cenę  nie  chciałby  spędzić  w  rodzinnym  mieście  przeszło 

półtoramiesięcznego okresu zdjęciowego. 

Dusił  się  we  Flat  Rock.  Czuł  się  osaczony  przez  tutejszych  ludzi.  Oni  go  tu  już 

jednoznacznie osądzili, bez względu na to, czy kiedyś pokładali w nim nadzieje, czy byli do 

niego  uprzedzeni.  Dla  nich  wszystkich  pozostał  na  zawsze  biednym,  meksykańskim 

chłopakiem z ubogiej dzielnicy, który zbyt wysoko mierzył, zadając się z Laurą Lyn Parker i 

dostał po nosie. 

Z pewnością w stanie Teksas było wiele innych miejscowości nadających się na filmowe 

Burley. 

Jak tylko zainstalujemy się w motelu - Claire mówiła w podnieceniu - zaraz zatelefonuję 

do Tony’ego. 

Tony kierował wszystkim, co wiązało się ze sprawnym przebiegiem zdjęć plenerowych, 

począwszy od wyżywienia ekipy realizacyjnej, na niezbędnych uzgodnieniach z władzami 

miasta kończąc. 

Jeżeli mamy zacząć zdjęcia zgodnie z harmonogramem - ciągnęła - musi się tu jutro 

zjawić  i  szybko  załatwić  formalności.  Nie  zostało  wiele  czasu.  I  trzeba  zadzwonić  do 
Roberta  - 

tę  uwagę  skierowała  bardziej  do  siebie  -  żeby  zawiadomił  wszystkich  o 

znalezieniu Burley. Dennis, Becky i R.J. też muszą jak najszybciej tu przylecieć i zacząć 

działać. 

Więc podjęłaś decyzję. Bez uzgodnienia ze mną. 

Ale dlaczego, na litość boską, miałbyś się nie zgodzić? - spytała. 

Była gotowa wysłuchać wszystkich jego zastrzeżeń. Jako reżyser musiał przecież mieć 

wiz

ję scen plenerowych i z jego opinią powinna się liczyć. 

Tylko weź pod uwagę - dodała - że na dalsze poszukiwania nie zostało wiele czasu, a 

Flat  Rock  wygląda  naprawdę  na  idealne  miejsce.  Chyba  że  jest  coś,  o  czym  nie  wiem. 

Może biurokraci z magistratu będą stawiać jakieś przeszkody? 

Potrząsnął głową. Urzędnicy z pewnością gotowi będą wręczyć jej klucze do miasta na 

wiadomość,  że  ona  chce  tu  robić  film.  I  postawią  jej  pomnik,  jak  się  zorientują,  ile 

pieniędzy przy tej okazji zasili lokalny budżet. 

Więc o co chodzi? - Szczerze ją dziwiła niechęć Rafe’a. 

A jemu duma nie pozwoliła na wyjawienie prawdy. Nie potrafiłby znieść litości, a bał się, 

że takie uczucie wzbudzi w Claire, jeśli przyzna się do swych rozterek. 

- O nic - 

odparł. - Oczywiście, masz rację. Flat Rock jest idealne. 

 
 

ROZDZIAŁ 8 

Kiedy  zajechali  pod  dom  pani  Santana,  zobaczyli  stojące  już  przed  nim  cztery  inne 

samochody.  Rafe  od  razu  je  rozpoznał.  Zakurzony  pikap  ze  strzelbą  myśliwską, 

przewieszoną w poprzek tylnej szyby należał do Inez, żony farmera. Świetnie utrzymanym 

kombi  z  dwoma  dziecięcymi  fotelikami  przyjechali  Mercedes  z  mężem,  Jimmym  Lee. 

Właścicielem  starego,  rozklekotanego  mustanga  był  Luis,  który  uparcie  nazywał  ten 

wehikuł zabytkiem. Stał też srebrzysty taurus, kupiony przez Rafe’a matce kilka lat temu. 

Brakowało  tylko  japońskiego  czerwonego,  dwuosobowego  kabrioletu  Ramony,  ale  ona 

background image

 

48 

musiała jechać z Dallas ponad piętnaście godzin. 

Rafe  przyglądał  się  z  uśmiechem  tej  zbieraninie.  Teksańczycy  kochali  samochody. 

Żałował,  że  nie  mógł  przyjechać  z  Kalifornii  swym  starym  porche.  Zrobiłby  wrażenie, 

zwłaszcza na szwagrze - Jimmym Lee. 

Chyba już wszyscy są - powiedział do Claire, wysiadając z auta. 

Sądzisz,  że  ten  strój  jest  odpowiedni?  -  spytała.  Wysiadła,  nie  czekając,  aż  Rafe 

otworzy jej drzwiczki. 

Może powinnam była włożyć coś bardziej eleganckiego? 

- Nie - 

potrząsnął głową. - Wyglądasz świetnie, wierz mi. 

Miała  na  sobie  jasnobłękitną,  jedwabną  bluzkę,  wpuszczoną  w  bawełniane  spodnie 

koloru khaki, w militarnym stylu. Włosy zaplotła w jakiś bardzo skomplikowany warkocz. 

Na  nogi  włożyła  proste  sandałki.  Domyślał  się,  że  w  jej  wyobrażeniu  takie  ubranie  było 
odpowiednio skromne i stosowne dla kobiety na kierowniczym stanowisku w czasie 

wolnym  od  pracy.  I  zapewne  miała  rację.  Lecz  ponadto  ujawniało  ono  jej  wrodzone 

poczucie  stylu  i  podkreślało  wszystkie  wdzięki  dziewczęcej,  szczupłej  figury.  Pod 

przylegającym  do  ciała  jedwabiem  bluzki  rysowały  się  niewielkie,  kształtne  piersi. 

Skórzany i chyba bardzo kosztowny pasek uwydatniał wcięcie w talii, a spodnie - łagodne 

zaokrąglenie bioder. 

Rafe, zbliżając się do Claire, sycił się tym uroczym widokiem. 

Świetnie, to mało powiedziane. - Posłał jej żartobliwie lubieżne spojrzenie. 

Zarumieniła się, zmieszana komplementem. 

Może powinnam wziąć żakiet. Leżał na siedzeniu samochodu, więc schyliła się, żeby 

po niego sięgnąć. 

- Zostaw.  - 

Odciągnął ją od drzwi samochodu i zatrzasnął je. - Chodź. - Włożył jej rękę 

pod swe ramię. - Pokażę ci, jak się bawić w tym towarzystwie. 

Ominął  główną  ścieżkę,  prowadzącą  do  frontowych  drzwi  i  poprowadził  Claire  dookoła 

domu  boczną  dróżką,  krętą  i  częściej  używaną,  pomiędzy  wybujałymi,  obsypanymi 

różowymi  kwiatami  krzewami  mirtu,  a  potem  koło  garażu,  służącego  jego  matce  raczej 

jako  składzik.  Unoszący  się  zapach  pieczonego  na ruszcie, przyprawionego 

aromatycznymi  ziołami  mięsa  mieszał  się  w  ciepłym  powietrzu  późnego  popołudnia  ze 

słodką  wonią  letnich  kwiatów.  Dochodzący  z  wnętrza  domu  gwar  stawał  się  coraz 

głośniejszy. Słychać było zarówno charakterystyczne, teksaskie przeciąganie głosek, jak i 

szeleszczący, melodyjny hiszpański. Dochodzili do otwartych, tylnych drzwi domu. 

Jesteś  pewna,  że  chcesz  uczestniczyć  w  tym  spędzie?  Oho,  za  późno.  Już  nas 

zobaczyli. 

Uwolnił  rękę  Claire  i  wyciągnął  ramiona  do  drobnej,  uśmiechniętej  kobiety, prawie 

biegnącej w ich stronę. 

- Mamo. - 

Przytulił ją do siebie. 

Z  potoku  hiszpańskich  słów  Claire  zrozumiała  tylko  „Rafael”,  ale  z  tonu  wyczuła,  że 

matka czule beszta syna. 

Rafe,  potrząsając  głową  ze  śmiechem,  odpowiadał  w  tym  samym  języku,  po  czym 

odwrócił się do Claire, żeby ją przedstawić. 

Claire  nie  wiedziała  wprawdzie,  jak  powinna  wyglądać  spracowana  wdowa,  która 

dochowała  się  siedmiorga  dorosłych  dzieci,  jednak  żaden  z  obrazów,  które  mogłaby 

podsunąć  wyobraźnia,  nie  odpowiadały  wizerunkowi  stojącej  przed  nią  postaci.  Zamiast 

przygarbionej, zgaszonej staruszki w czerni zobaczyła wesołą kobietę w bardzo kolorowej, 

kretonowej sukience i espadrilach. Matka Rafe’a miała czarne, krótko ostrzyżone włosy, 

mocno  przyprószone  siwizną,  a  oczy,  podobnie  jak  syn,  koloru  gorącej,  czarnej  kawy.  I 
równie przenikliwe. 

-  Mamo, to jest Claire Kingston. - 

Rafe  dokonał  prezentacji.  -  Moja mama, Dolores 

Santana. 

Claire ujęła silną, stwardniałą od pracy dłoń. 

background image

 

49 

Bardzo  mi  miło  panią  poznać,  pani  Santana  -  powiedziała,  żałując  w  duchu,  że  nie 

zdobyła się na bardziej oryginalne powitanie. - Rafe dużo mi o pani opowiadał. 

-  Tak?  - 

Starsza  pani  uniosła  zaciekawiony  wzrok  na  syna,  po  czym  powróciła 

spojrzeniem do Claire. - 

O tobie mówił nam bardzo mało. Chodź. 

Poklepała jej szczupłą dłoń, której nie wypuszczała ze swej ręki. - Musisz poznać moje 

córki i opowiedzieć nam o tym filmie, który robisz z Rafaelem. 

- Mamo - 

Rafe próbował się wtrącić, choć wiedział, że nie uda mu się odwieść matki od 

tego tematu - 

nie  sądzę,  by  Claire  chciała  rozmawiać  o  pracy.  To  podobno  ma  być 

przyjęcie. 

- Nie mam nic przeciwko temu - 

odparła Claire, tak jak się spodziewał. 

- A widzisz? Ona nie ma nic przeciwko temu. A teraz - 

machnęła ręką w kierunku syna - 

idź porozmawiać sobie z braćmi. Luis już nie może się doczekać, kiedy pokaże ci, jak z 

Jimmym Lee wyszykowali samochód. A Miguel, mąż Inez, z pewnością potrzebuje cię do 

pomocy przy rożnie. Ją oddam ci później, jak się lepiej poznamy. 

- Ale - 

Rafe gorączkowo szukał wymówki - ona jeszcze nikogo nie poznała. 

Nie ma sensu przytłaczać jej całą rodziną od razu - odrzekła Dolores pogodnie. - Niech 

pozna wszystkich po kolei. 

Ja też się jeszcze z nikim nie przywitałem. 

Z  siostrami  zdążysz  przywitać  się  przed  kolacją.  Pani  Santana  pociągnęła  Claire za 

sobą, pozostawiając na placu boju skonsternowanego Rafe’a. 

 

Proszę, bracie. - Szwagier Rafe’a Jimmy Lee podał mu butelkę zimnego piwa. 

Dzięki. - Rafe pociągnął spory łyk, nie spuszczając wzroku z matki, prowadzącej Claire 

w stronę ustawionego pod rozłożystym drzewem stołu, gdzie zebrało się kilka kobiet. 

Przyjaciółkę Luisa też tam zaprowadziła. - Jimmy Lee wskazał głową ładną blondynkę, 

siedzącą  przy  końcu  stołu.  Trzymała  na  kolanach  jedną  z  bliźniaczek  Jimmy’ego  i 
Mercedes. 

Luis uśmiechnął się kwaśno. 

Już od pół godziny mama nie daje jej spokoju. 

Musi  się  dowiedzieć  tego,  co  ją  najbardziej  interesuje  -  wtrącił  Miguel.  -  Jak  się 

prowadzicie tam, na uczelni, kiedy nie może mieć was na oku. - Mrugnął szelmowsko do 
Rafe’a. - 

Twojej pani też to nie ominie. 

Rafe coś mruknął i upił piwa. 

Czy  mama  nie  zdaje  sobie  sprawy,  że  żyjemy  w  dwudziestym  wieku?  Teraz  na 

przyjęciach  mężczyźni  i  kobiety  nie  zbierają  się  w  osobnych  grupach.  -  Rafe  nie  był 

zachwycony tą sytuacją towarzyską. 

- We Flat Rock taki jest zwyczaj. - 

Matteo, najmłodszy z braci, wręczył Miguelowi miskę z 

sosem. -

A mama go stosuje zwłaszcza wtedy, gdy chce zaspokoić swoją ciekawość. 

Miguel polał pikantną zaprawą ułożone na rożnie żeberka i kurczaki. 

Jedzenie będzie gotowe nie wcześniej niż za godzinę - stwierdził Jimmy Lee. - Chodź 

ze mną, Rafe. Pokażę ci, co udało mi się zrobić z wyścigówką Luisa. 

 

Od jak dawna się widujecie? - spytała Dolores, nie tracąc czasu na wyszukane wstępy. 

-  Widujemy?  - 

powtórzyła  zdziwiona  Claire.  Oczekiwała,  że  matka  Rafe’a  będzie  ją 

wypytywać o film. - My się nie spotykamy. Po prostu razem pracujemy. My... - Jak można 

nazwać mężczyznę, z którym się nie „widuje”, natomiast całuje, tak jak ona poprzedniego 
wieczoru? - 

...jesteśmy kolegami - dodała, mając nadzieję, że rumieńce na jej policzkach 

zostaną przypisane upałowi. - Kolegami z pracy. 

Dolores nie wyglądała na przekonaną. 

Rafael nigdy nie przedstawiał rodzinie żadnego swego kolegi z pracy. 

No cóż... - Claire nie wiedziała, co powiedzieć. - Właściwie, to on nie przywiózł mnie 

tutaj,  żeby  przedstawić  rodzinie.  Po  prostu  byliśmy  w  tych  stronach,  bo  poszukujemy 

background image

 

50 

plenerów do „Desperata” i... - 

wzruszyła ramionami - znaleźliśmy się w tym mieście. 

- „Desperat”? Plenery? Co to wszystko znaczy? 

Na  miłość  boską,  mamo  -  odezwała  się  jedna  z  kobiet  -  daj  jej  przynajmniej  usiąść, 

zanim  przystąpisz  do  przesłuchania  trzeciego  stopnia.  -  Uśmiechnęła  się  do  Claire  i 

poklepała drewnianą ławkę obok siebie. - Jestem Inez, najstarsza siostra Rafe’a. 

Claire usiadła koło niej. 
- A to Mercedes. - 

Inez wskazała kobietę w zaawansowanej ciąży, siedzącą przy stole na 

obitym pluszem fotelu. - 

A  tamta  to  Sandy,  przyjaciółka  Luisa  ze  studiów,  trzyma  na 

kolanach  Dorrie,  jedną  z  bliźniaczek  Mercedes.  -  Objęła  ramieniem  dziesięcioletnią 
d

ziewczynkę siedzącą obok i powiedziała: 

A to Susana, moja najstarsza. Dziewczynka wstała i dygnęła. 

Chciałabyś się czegoś napić? - Mercedes przejęła rolę gospodyni, gdyż Inez zajęła się 

córką,  która  coś  jej  szeptała  na  ucho.  -  Piwa?  -  Oparła  się  o  poręcz  fotela,  żeby  się 

podnieść. - Może lemoniady? 

Proszę, nie wstawaj, jeśli mi powiesz, gdzie jest lemoniada... 

Nic  mi  nie  będzie,  rozwiązanie  nie  jest  takie  bliskie,  jak  na  to  wygląda.  -  Mercedes 

ruszyła w kierunku stojącego po drugiej stronie stołu termosu. 

- Ruch dobrze mi zrobi. - 

Nalała lemoniady do plastykowego kubka. - Mamo, skoro już tu 

jestem, może i tobie podać jeszcze jeden? 

Dolores potrząsnęła niecierpliwie głową. 

Kiedy się spodziewasz? - spytała zaciekawiona Claire, biorąc z rąk Mercedes kubek. 

Tara nawet w dniu porodu nie była taka tęga. 

Za jakieś trzy miesiące. To znowu będą bliźnięta, dlatego tak wyglądam. - Mercedes 

ostrożnie usadowiła się w fotelu. - Jimmy Lee jest oczywiście zachwycony i bardzo dumny 
ze swojego wyczynu, a nawet zapo

wiada  podobny  za  dwa  lata,  ale  ja  zgłosiłam  weto. 

Bardzo kocham moje dzieci, ale te - 

poklepała się czule po brzuchu - będą ostatnie. 

Dolores  odczekała  cierpliwie,  aż  Mercedes  skończy  swe  zwierzenia,  i  przystąpiła  do 

ataku. 

Więc od jak dawna ty i Rafe jesteście kolegami z pracy? 

- Mamo! - 

zawołały chórem Inez i Mercedes takim samym zirytowanym tonem. 

-  O co chodzi? - 

Dolores  obrzuciła  córki  wzrokiem  pełnym  urazy.  -  Czy nie wolno mi 

zainteresować  się  pracą  mego  pierworodnego  syna?  No, opowiedz  mi  -  zwróciła  się  do 
Claire. 

 

Rafe  patrząc  na  Claire  siedzącą  pomiędzy  Jimmym  Lee  i  Matteo  przy  zastawionym 

jedzeniem stole, zastanawiał się, o czym ona teraz myśli. Co sądzi o jego rodzinie i czy 

porównuje tę biesiadę z przyjęciem w rezydencji jej brata. 

Nie,  rozmyślał,  nie  można  było  w  ogóle  porównywać  szampana  w  kryształowych 

kieliszkach  z  zimnym  piwem  Lone  Star  pitym  prosto  z  butelki,  egzotycznych  dań 

podawanych  na  delikatnej  porcelanie  z  mięsem  pieczonym  na  grillu  i  układanym  na 
papierowych talerzach. Podobnie jak  zawodowej hollywoodzkiej orkiestry z piosenkami 

country  płynącymi  z  magnetofonu  i  wreszcie  jego  zwykłej,  małomiasteczkowej  rodziny  z 

konstelacją  supergwiazd  Hollywoodu.  Nie  wydawało  się,  że  Claire  zaprzątają  takie 

porównania, co było dziwne, zważywszy, że jemu się one nasunęły. 

Jakie  konkretnie  zadania  spełnia producent filmu?  -  zapytał  Matteo,  gdy  już  wszyscy 

zaspokoili pierwszy głód i byli gotowi zająć się jeszcze czymś innym poza jedzeniem. 

No, cóż. - Claire wytarła usta papierową serwetką. - Producent to rodzaj... nadzorcy, 

chyba  tak  najlepiej  można  go  określić.  Kiedy  jakiś  projekt  zostanie  przyjęty,  producent 

zaczyna  kompletować  zespół,  który  będzie  realizował  film.  Angażuje  scenarzystę, 

reżysera, scenografa, kierownika zdjęć, to znaczy szefa operatorów kamery - wyjaśniła - 

aktorów i całą resztę ekipy. Producent również określa wysokość budżetu filmu oraz okres 

zdjęciowy i pilnuje, żeby te założenia zostały dotrzymane. Oczywiście - zerknęła na Rafe’a 

background image

 

51 

siedzącego po drugiej stronie stołu, ciekawa, czy on jej słucha - producent współpracuje 

przy tym wszystkim bardzo ściśle z reżyserem. Od niego w wielkiej mierze zależy sukces 

filmu. Dobry producent zawsze bierze pod uwagę życzenia reżysera. 

Chyba że pozostają w sprzeczności z oczekiwaniami producenta - dokończył ironicznie 

Rafe. 

 

Chylące  się  ku  zachodowi  słońce  rzucało  na  przedwieczorne  niebo  bladoróżowe  i 

pomarańczowe smugi. Starsze dzieci poszły nakarmić jabłkami kozy sąsiadów, młodsze 

ułożono  już  do  łóżek.  Mercedes  drzemała  w  fotelu.  Miguel  czyścił  rożen.  Jimmy  Lee  z 

Matteo majstrowali przy którymś z samochodów. Inez i Dolores szykowały w kuchni kawę i 

desery. Luis ze swoją blondynką, oparci o płot dzielący podwórze od pastwiska, chichotali 

i szeptali sobie czułe słówka. 

Rafe  obserwował  Claire  siedzącą  samotnie  przy  stole.  Z  brodą  opartą  na  splecionych 

dłoniach, wpatrywała się w ciemniejący nad widnokręgiem nieboskłon. Najwyraźniej czuła 

się  wśród  jego  rodziny  lepiej,  niż  mógł  przypuszczać.  W  każdym  razie  nie  była  tak 

powściągliwa jak zwykle wobec obcych ludzi. Kto by zresztą zachowywał długo nieufność - 

myślał  Rafe  -wobec  bezpośrednich,  gadatliwych  mieszkańców  Teksasu,  zasypujących 

gościa  wścibskimi  pytaniami.  Claire  dzielnie  znosiła  te  przesłuchania,  a  nawet  obiecała 

zdobyć dla Matteo plakat z roznegliżowaną Heather Locklear opatrzony jej autografem. 

Po raz pierwszy od przyjazdu do domu matki mógł być z Claire sam na sam, podszedł 

więc do stołu i usadowił się koło niej na ławce. 

Zmęczona? 

Spojrzała na niego z ciepłym uśmiechem. 

Chyba trochę. Ale to jest miłe zmęczenie. - Westchnęła błogo i powróciła wzrokiem do 

odległej linii horyzontu. - Piękny wieczór, prawda? 

Rzeczywiście piękny - potwierdził wpatrzony w jej profil. 

W  Los  Angeles  nie  ma  takich  zachodów  słońca  -  stwierdziła.  -  Tu  kolory  są  wprost 

niewiarygodne.  Takie  żywe  i  intensywne.  Trzeba  parę  razy  wykorzystać  tę  scenerię  w 
„Desperacie”. 

Tylko z filmem kojarzy ci się piękny zachód słońca? - spytał rozbawiony. 

- No nie. - 

Położyła splecione dłonie na blacie stołu. - Siedząc tutaj, myślałam sobie... 

- Ogólnie o pracy - 

podpowiedział z łagodną przyganą. 

- I o innych sprawach. 
- O jakich? - 

Postanowił się z nią podręczyć. - Ośmielam się prosić, żebyś uchyliła rąbka 

tajemnicy. 

- Po prostu... o innych. - 

Na próżno usiłowała przybrać chłodny wyraz twarzy. Bo myślała 

o nim. O tym, jak ją całował poprzedniego wieczoru. O tym, czy także dzisiaj będzie ją tak 

całował. I co ona wtedy zrobi. 

-  Oho, Claire Kingston - 

Rafe  delikatnie  przesunął  palcem  po  jej  policzku  -  czy to 

przypadkiem nie jest rumieniec? 

Zacisnęła mocniej dłonie, gdyż pod wpływem tego dotyku przeszedł ją dreszcz. 

To tylko odblask słońca - stwierdziła speszona. Rafe roześmiał się cicho. 

Prosimy  na  kawę  i  deser  do  kuchni  -  zawołała  Inez,  wychylając  się  przez  kuchenne 

drzwi. 

Trzy dziec

ięce  postacie  przemknęły  obok  stołu  z  szybkością  błyskawicy.  Mercedes 

podniosła się z fotela. Miguel założył pokrywę na rożen i ruszył  w stronę domu. Za nim 

podążyli trzymający się za ręce Luis i Sandy. 

Masz ochotę na coś słodkiego? - zwrócił się Rafe do Claire. 

Spojrzała na niego zdumiona. 
- Po takiej kolacji? 

Jadła  sałatkę  z  makaronem,  zapiekaną  fasolkę,  wspaniałe,  wyhodowane  w  ogrodzie 

matki  Rafe’a  pomidory,  marynowane  ogórki,  galaretkę  z  malin,  jajka  faszerowane,  a  po 

background image

 

52 

tych przystawkach podano jej dwie 

kolby świeżo ugotowanej, polanej masłem kukurydzy, 

pieczone w folii ziemniaki i koktajl owocowy. 

I tak już wyszłam na głodomora. 

- Jest kruche ciasto z truskawkami. 

Nie kuś mnie. - Potrząsnęła głową. - Jestem przejedzona. 

Rafe  roześmiał  się,  gdyż  wyczuł,  że  to  tylko  kwestia  perswazji,  nawet  jeśli  Claire  nie 

zdawała sobie z tego sprawy. 

Pochylił się ku niej i wyszeptał jej do ucha: 
- Domowe, kruche ciasto z truskawkami. - 

Takim samym tonem zwykł podsuwać innego 

typu pokusy. - 

Na maśle domowej roboty. Z truskawkami z grządki Inez. A na wierzchu 

obłożone  wspaniałym  kremem  -  cedził  słowa  wolno,  uwodzicielsko  -  z prawdziwej 

śmietany, ubitej z cukrem waniliowym. 

Claire poczuła, że jej serce zaczyna szybciej bić w oczekiwaniu na coś, co nie miało nic 

wspólnego z kruchym ciastem. 

Nie dasz się skusić? Nawet nie spróbujesz? - szeptał jej do ucha. - Choć troszkę? 

Wstała od stołu. Takim głosem potrafiłby skłonić ją do wypróbowania wszystkiego. 
 

O, Rafe uważa się za twardego mężczyznę - roześmiała się cicho Inez, podając Claire 

umyty talerzyk do wytarcia. - 

Trzeba przyznać, że jest silny, jak, nie przymierzając, jeden z 

tych nagrodzonych byków Miguela. A uparty jak osioł, kiedy jakiś pomysł przyjdzie mu do 

głowy  -  dodała.  -  Ale  serce  ma  gołębie.  Pamiętasz,  mamo,  że  zawsze  znosił  do  domu 

wszystkie zabłąkane w okolicy zwierzaki? - Zwróciła się do matki, która pakowała resztki 

smakołyków, żeby je wręczyć dzieciom przed wyjazdem do domów. - Okaleczone ptaki. 
Oposy. Króliki. - 

Spojrzała  znowu  na  Claire.  -  Raz nawet przyniósł  dużego  armadyla. 

Biedne zwierzę ledwie uniknęło śmierci na autostradzie i Rafe zawziął się, że je wyleczy. 

Kogo się zawziąłem wyleczyć? - Rafe właśnie wszedł do kuchni. Szukał Claire, gdyż 

pomyślał, że może chciałaby już  wracać do motelu. Widok Claire wycierającej w kuchni 

naczynia niepomiernie go zdumiał. Nie sądził, że ona w ogóle wie, jak to się robi. 

Tego  biednego  pancernika,  którego  na  wpół  żywego  znalazłeś  przy  autostradzie  - 

przypomniała  mu  Inez.  -  Przyniosłeś  go  do  domu  i  trzymałeś  w  drewnianej zagrodzie, 

dopóki na tyle nie wydobrzał, że mógł powrócić na wolność. 

Niczego podobnego nigdy nie zrobiłem. - Rafe pokręcił głową. - Musiałaś mnie pomylić 

z Matteo. 

Matteo też był taki. Ale nie pomyliłam cię z nim. 

Spojrzała na matkę. - Mamo, przecież to był Rafe, prawda? 

Dolores przytaknęła skinieniem głowy. 

Pewnego razu oswoił na wpół zdziczałego kotka - opowiadała dalej Inez. - Rafe, tego 

łaciatego kodaka chyba pamiętasz? Wielki, piętnastoletni chudzielec czule przemawiał do 
malutkiego kotk

a.  Mówię  ci,  to  był  widok.  Przez  kilka  tygodni  go  oswajał  i  nigdy  się  nie 

zniecierpliwił.  Do  niczego  go  nie  zmuszał.  Tylko  się  do  niego  przymilał,  aż  wreszcie 

stworzonko zaczęło chodzić za nim jak pies. Ciekawe, co się stało z tym kotkiem? - Inez 

postawiła kolejny umyty talerzyk na kuchenny blat. 

Claire  podniosła  go  odruchowo  i  zaczęła  wycierać.  Zastanowiło  ją  to  opowiadanie  o 

gołębim  sercu  Rafe’a,  o  jego  okaleczonych  ptakach,  o  potrąconym  przez  samochód 

armadylu i na wpół zdziczałym kotku. Pomyślała, że może i ona w jakimś sensie pasuje do 

tej menażerii. Czyżby Rafe traktował ją jak zranione, półdzikie zwierzątko, które wymagało 

ostrożnego oswajania? Byłoby upokarzające, gdyby tylko dlatego tak czule ją całował i tak 

delikatnie obejmował. A może ona potrzebowała właśnie takiego traktowania? Obcowania 

z mężczyzną, który był tak subtelny i wrażliwy? 

...i dożył prawie szesnastu lat - mówiła Dolores. 

Kazałam Matteo zakopać go na podwórzu pod tą kępą mirtu, przy której tak lubił się 

wylegiwać całymi dniami. 

background image

 

53 

- Ach, ty moja sentymentalna matulu.- 

Inez uśmiechnęła się do matki. - Nie wiedziałam, 

że... 

Jimmy  Lee  mówi,  że  szykują  już  z  Mercedes  bliźniaczki  do  drogi,  bo  na  nich  czas  - 

oznajmił Luis, wchodząc do kuchni. - Jimmy uważa, że Mercedes powinna się wcześniej 

położyć. A my z Sandy i Matteo wybieramy się do Bucka. Dzisiaj występuje u niego nowy 

zespół muzyczny, chcemy go posłuchać. - Spojrzał na brata. - Nie poszlibyście z nami? 

To u Bucka występują teraz zespoły muzyczne? - spytał Rafe. Za jego czasów Buck 

miał knajpkę z barem, kilkoma stolikami, automatami do gry i grającą szafą. To nie było 

miejsce, do którego zapraszało się dziewczyny. 

Można też potańczyć - zachęcał Luis. 

- A kto tam przychodzi? - 

dopytywał się Rafe. 

Ludzie są w porządku. Nie zabrałbym Sandy do jakiejś spelunki. No to idziecie czy nie? 

-  Sam nie wiem. - 

Rafe  spojrzał  na  Claire.  -  Co  ty  na  to?  Masz  ochotę  trochę  się 

zabawić?  -  Bardzo  pragnął,  żeby  się  zgodziła.  Chciał  trzymać  ją  w  ramionach  tańczącą 

przy dźwiękach kowbojskich ballad i miłosnych piosenek country. Chciał poczuć, jak ich 

ciała poruszają się w zgodnym rytmie. - Jeżeli ci się nie będzie podobało, zawsze możemy 

wyjść. 

Chętnie pójdę. Może być miło. 

 

W powszedni dzień u Bucka nie było tłoku. Czteroosobowy zespół grał wcale nieźle i nie 

za  głośno,  co  się  nieczęsto  zdarzało  w  tego  typu  prowincjonalnych  knajpkach.  Rafe  nie 

czekając nawet, aż podadzą im drinki, poprowadził Claire na parkiet. 

Chodź, nauczę cię tańczyć slow-foxa w tutejszym stylu. 

Poszła  bez  najmniejszych  oporów  i  wpatrywała  się  w  niego  ufnym  wzrokiem,  kiedy 

ustawił ją przed sobą. 

Muzykę country tańczy się trochę inaczej. Ja kładę swoją rękę tutaj - położył prawą dłoń 

na jej ramieniu w pobliżu karku - a ty swoją... 

- Tutaj - 

umieściła dłoń na jego boku tuż nad paskiem dżinsów. - Widziałam „Miejskiego 

kowboja”. - 

Uśmiechnęła się wesoło. 

Zaśmiał się. 

Podstawowy  krok  jest  bardzo  prosty.  O,  tak,  dosuwasz  jedną  stopę  do  drugiej,  raz  i 

dwa, i trzy, i cztery. Gotowa? Raz i dwa, i trzy, i cztery. Dobrze 

pochwalił, prowadząc ją już w rytm melodii. - Troszkę uginaj kolana. Świetnie. I rozluźnij 

ramiona. 

Uścisnął lekko kilka razy mięśnie jej ramienia i karku, aż wyczul, że się odprężają. - O 

to chodzi. No widzisz - 

powiedział  z  uśmiechem,  gdy  okrążyli  mały  parkiet  -  umiesz  już 

tańczyć muzykę country. Jak dotąd wszystko w porządku? 

Jak dotąd, pomyślała, jest cudownie. 

Wydaje mi się, że w „Miejskim kowboju” ten taniec trwał trochę dłużej i krok był bardziej 

skomplikowany. 

Czy to znaczy, że masz ochotę na jeszcze? Jeżeli będzie ją trzymał trochę bliżej, to... 

- Tak - 

szepnęła. Zdecydowanie miała ochotę na jeszcze kilka okrążeń. 

Mocniej  przycisnął  dłoń  do  jej  karku,  tym  samym  bardziej  przyciągając  ją  do  siebie. 

Przysunęła się nawet bliżej, niż to było konieczne. Wprawdzie nie dotykali się ciałami, lecz 

oboje  czuli  nawzajem  bijące  od  nich  ciepło.  Rafe  prowadził  ostrożnie,  utrzymując 

wyznaczony przez nią dystans. 

Teraz musisz obrócić się wkoło - ostrzegł ją cicho i mocnym ruchem dłoni zachęcił do 

tanecznej ewolucji. 

Zawir

owała z wolna pod jego uniesionym ramieniem i znowu była przy nim. Teraz dzieliły 

ich milimetry. Ponownie nią zakręcił, tym razem szybciej, i gdy do niego wróciła, ich ciała 

już  przywarły  do  siebie.  Tańczyli  z  zamkniętymi  oczami,  oboje  świadomi  nagle  tego,  co 

może  i  powinno  się  stać.  Rafe  objął  szyję  Claire  i  odchylił  jej  głowę  tak,  że  piękne, 

background image

 

54 

wiśniowe usta znalazły się tuż koło jego warg, jakby gotowe do pocałunku. Ona zacisnęła 

palce na jego koszuli i trzymała ją kurczowo. Spletli mocno dłonie. Wyczuwała ruch mięśni 

jego ciała, jego oddech tuż przy swoich wargach, uderzenia serca przy swych piersiach. A 

także jego pożądanie. Przez moment w napięciu oczekiwała, że ogarnie ją przerażenie. 

Lecz on natychmiast zwolnił uścisk i Claire z cichym westchnieniem ponownie poddała się 

rytmowi ballady o kowboju tęskniącym za swą ukochaną. 

Rafe musnął wargami jej usta i wyszeptał: 
- Claire? 
- Tak - 

odpowiedziała mu drżąco i zamknęła oczy. 

- Nie - 

rzekł łagodnie, lecz stanowczo. - Spójrz na mnie. 

Otwierała powieki powoli, jakby były zbyt ciężkie. 

Sądzę, że wiem, czego chcesz - mówił cicho schrypniętym głosem, rozpalającym żarem 

jej krew -

do  czego  mnie  zapraszasz.  Ale  to  nie  wystarczy.  Musisz  mi  to  wyraźnie 

powiedzieć,  Claire?  -  Spojrzenie  jego  oczu  koloru  gorącej  kawy  przeszyło  ją  do  głębi.  - 

Musisz mi powiedzieć, czego pragniesz, zanim posuniemy się dalej. 

Wpatrywała się w niego szafirowymi oczami pełnymi rodzącego się pożądania. Chciała 

tylko  tego,  czego  pragną  inne  kobiety.  Miłości.  Namiętności.  Doświadczania  i  wyrażania 

tych  uczuć  bez  strachu.  Czuła  instynktownie,  że  Rafe  Santana,  który  patrzył  na  nią 

płomiennym wzrokiem, który tak delikatnie jej dotykał i jeszcze delikatniej całował, stworzy 

jej taką szansę. Ona tylko musi zdobyć się na odwagę i postawić następny krok. 

- Claire? 

Rafe, chcę, żebyś się ze mną kochał - powiedziała zdławionym głosem. 

 
 

ROZDZIAŁ 9 

Nie mógł sobie później przypomnieć, jak wyjaśnił braciom, dlaczego w takim pośpiechu 

wychodzą z Claire od Bucka. 

Ledwie  pamiętał  drogę  do  motelu.  Lecz  nigdy  nie  zapomniał  wyrazu  jej  szeroko 

otwartych, szafirowych oczu, kiedy już zamknęły się za nimi drzwi jego pokoju. 

Była w nich namiętność, wahanie, determinacja, strach. 

Znów  ożył  w  pamięci  obraz  owego  małego,  łaciatego  kotka,  wpatrzonego  w  niego  i 

próbującego zdobyć się na odwagę, gdy pierwszy raz miał wziąć jedzenie z jego ręki. 

Lecz sprawa z Claire nie była taka prosta. Zastanawiał się nawet, czy przypadkiem nie 

łudził się tylko, że potrafi rozwiązać jej problemy. 

Kochanie, jesteś pewna, że tego chcesz? - zapytał cicho. 

Tak,  oczywiście.  -  Widział,  jak  dzielnie  usiłuje  odzyskać  resztki  swej  dawnej 

wyniosłości. - Przecież powiedziałam. 

Powoli, ostrożnie wyciągnął do niej rękę. 

To chodź tutaj. 

Zawahała się, wpatrzona w niego czujnie. Powoli opuszczał rękę. 

Nie...  proszę.  -  Podeszła  do  niego  i  podała  mu  dłoń.  -  Ja  tylko...  jestem  trochę... 

zdenerwowana, to wszystko. - 

Nie  patrzyła  mu  teraz  w  oczy,  długie  rzęsy  ukrywały  jej 

spojrzenie. - 

Po prostu bardzo dawno nie... i jestem trochę zdenerwowana. 

Pozwól, że pomogę ci się odprężyć. - Rafe uniósł jej dłoń do warg i lekko pocałował, po 

czym  podszedł  do  radia  stojącego na  nocnym  stoliku.  -  Trochę  cichej  muzyki.  -  Pogasił 

wszystkie lampy, poza palącą się w łazience, i uchylił do niej drzwi. - Nie za dużo światła. 

A teraz oboje zdejmiemy buty, żeby nam było wygodniej. 

Usiadł  na  brzegu  łóżka  i  zaczął  ściągać  swoje.  Udawał,  że  nie  widzi,  jak  Claire  stoi 

niezdecydowana.  Po  chwili  jednak  pochylona,  przytrzymując  się  szafy,  zsunęła  ze  stóp 

sandałki. 

- I co teraz? - zwró

ciła się do niego z pantoflami w ręce. 

- Teraz - 

odebrał jej pantofle i rzucił za siebie - teraz będziemy tańczyć. - Wyciągnął do 

background image

 

55 

niej rękę. 

Uśmiechnęła  się  niepewnie  i  podeszła  do  niego.  Objął  ją  ostrożnie  ramieniem,  choć 

najbardziej pragnąłby przytulić do siebie z całej siły. Z radia płynęła piosenka o zagubionej 

i odnalezionej miłości kowboja, o straszliwej tęsknocie i spełnionych pragnieniach. Kołysali 

się łagodnie w takt muzyki. Właściwie nie tańczyli, gdyż nawet nie było na to miejsca, tylko 

złączeni  ze  sobą  poddawali  się  powolnemu  rytmowi.  Rafe  objął  plecy  Claire,  a  ona 

położyła  mu  dłonie  na  piersiach.  Przebrzmiała  jedna  piosenka,  potem  druga  i  nagle,  w 

połowie trzeciej, jakby pod wpływem słów o czułym pocałunku, niosącym dwóm sercom 

radość i spełnienie marzeń, Claire objęła Rafe’a i uniosła ku niemu twarz. 

Pocałuj mnie - poprosiła cicho. 

Z  uśmiechem  pochylił  głowę  i  dotknął  wargami  jej  ust.  Tym  razem  były  rozchylone, 

gotowe na przyjęcie zmysłowej pieszczoty. A on zaczął niespiesznie wodzić językiem po 

ich  obrzeżach;  drażnił  je,  rozpalał,  żeby  pocałunek  stał  się  jeszcze  słodszy  i  bardziej 

upragniony.  Poczuła  zapach  kawy  z  cynamonem  -  taką  właśnie  według  meksykańskiej 

tradycji przyrządzano w domu Rafe’a - i jeszcze coś upajającego, niezwykłego, rodzącego 

się w niej samej. 

Troszkę  mocniej  objął  szczupłe,  gorące,  nie  stawiające  najmniejszego  oporu  ciało, 

przycisnął do siebie i przywarł wargami do rozwartych, wiśniowych ust, żeby spełniło się 

marzenie o namiętnym pocałunku. I tak się stało, gdyż Claire odchyliła głowę, objęła go 

ramionami i odwzajemniła pieszczotę. Zadrżał na poły z triumfu, na poły z ulgi. Wiedział, 

że może posunąć się o krok dalej, więc zaczął przesuwać dłonie po jej plecach, powoli, 

zmysłowo, przytulać ją bardziej do siebie, lecz nadal delikatnie, żeby nie przestała czuć się 

bezpieczna w jego uścisku. 

A ona zrozumiała, że się go nie boi, i dała się ponieść tym osobliwym emocjom, które 

doprowadziły ją już tak daleko. Rafe był taki potężny, myślała, taki męski. Muskularne ciało 

było takie gorące. Zaczęła dłońmi przesuwać po jego plecach. 

Jęknął  cicho  pod  wpływem  tej  pieszczoty  i  przyciągnął  Claire  jeszcze  bliżej.  Chciał  ją 

porwać w ramiona, położyć na łóżku i poczuć pod sobą jej ciało. Jej nagie ciało. Piersi i 

sutki wezbrane pożądaniem. Chciał... tak wiele. Ale najpierw powinna jeszcze bardziej mu 

zaufać  i  dać  się  rozebrać.  Uchwycił  w  dłoń  jej  bluzkę  ponad  paskiem  i  zaczął  ostrożnie 

wyciągać ją ze spodni. Zesztywniała, lecz nie odsunęła jego ręki. Oderwał wargi od jej ust. 

Podciągnę bluzkę do góry, bo chciałbym dotknąć twoich nagich pleców. Tylko pleców. 

Nie zrobię niczego bez twojej zgody, dobrze? 

-  Tak.  -

Wypowiedziała to słowo miękko i powoli. Wsunął dłonie pod bluzkę i gładził  jej 

plecy tuż ponad paskiem spodni. 

W porządku? 

- Ach...a. 

Zabrzmiało to, jakby zabrakło jej tchu. Nie wiedział, czy ze strachu, czy z podniecenia. 

Sięgnął dłonią wyżej i wodził nią po gładkiej skórze tak samo, jak przedtem pieścił ją przez 

bluzkę. Powoli przesuwał rękę wzdłuż kręgosłupa, do góry i na dół, cierpliwie, rytmicznie, 

szepcząc słowa zachwytu nad jedwabistą gładkością jej ciała, aż poczuł, że mięśnie pod 

jego dłonią znowu się rozluźniają. 

Odsunął się od niej nieco. 

Chciałbym rozpiąć ci bluzkę. Mogę? Zawahała się, wstrzymała na moment oddech, a 

potem sk

inęła głową. 

Claire, pragnę to usłyszeć od ciebie - poprosił łagodnie. - Muszę mieć pewność. 

- Tak - 

odparła. 

Wziął w palce pierwszy guzik, lecz go nie odpinał. 

Możesz mnie powstrzymać, kiedy tylko zechcesz. Powiedz tylko „nie „ i przestanę. 

Odczekał  chwilę  i  dopiero  wtedy  zaczął  pomału  rozpinać  guziki.  Były  drobne,  a  jemu 

trzęsły się trochę palce, więc czuł, że robi to niezręcznie. Lecz Claire stalą nieruchoma i 

milcząca,  z  opuszczonymi  rękami  i  pochyloną  głową,  wpatrując  się  w  jego  dłonie 

background image

 

56 

posuwające się coraz niżej. Gdy odpiął ostatni guzik i chciał rozchylić bluzkę, zadrżała i 

odetchnęła głęboko. 

Mam przestać? - zapytał. Jeszcze raz wzięła głęboki oddech. 

-  Nie  - 

powiedziała bardzo cicho, lecz wyraźnie. Rozsunął bluzkę i sięgnął do zapięcia 

staniczk

a między piersiami. 

Mam się zatrzymać? 

Znów zadrżała. 
- Nie. 

Cichy  odgłos  odskakującej  klamerki  zabrzmiał  w  uszach  Claire  jak  wystrzał  armatni. 

Czuła,  jak  staniczek  się  rozsuwa  i  opada  luźno.  Rafe  z  wahaniem  dotknął  brzegu 

materiału. 

Proszę - powiedziała, zanim zdążył zapytać. Odsunął materiał. I oto miał jej piersi. Były 

pełniejsze,  niż  mu  się  wydawało,  w  przyćmionym  świetle  kremowobiałe.  Brązowe, 

aksamitne  sutki  otaczały  małe,  beżowe  aureole.  Objął  palcami  piersi  od  zewnętrznej 
strony, a kciukami musk

ał coraz bardziej nabrzmiałe sutki. 

Nosisz stroje, które skrywają wspaniałość twego ciała - powiedział cicho, wpatrując się 

płomiennym wzrokiem w olśniewająco jasną skórę, z którą tak kontrastowały jego śniade 

dłonie. - Jest doskonałe. 

Claire  słyszała,  jak  pod  wpływem  pieszczot  Rafe’a  zaczyna  łomotać  jej  serce  i 

zastanawiała się, czy i on to słyszy. Prawie całkowicie wyzwolona od strachu, doznawała 
teraz innego uczucia - 

zapierającego oddech podniecenia i pragnienia dalszych pieszczot. 

Nie  wiedziała  do  tej  pory,  że  pożądanie  może  być  tak  rozkoszne  i  wszechogarniające. 

Pulsowało w całym jej ciele, oczekującym dalszej gry miłosnej. 

Chciałbym teraz dotykać cię ustami - szepnął. - Mogę? 

- Tak. 

Pochylił głowę i dotknął ustami jej szyi w miejscu, gdzie pod skórą drgała żyłka tętniąca 

krwią.  Odsunął  bluzkę  i  przywarł  wargami  do  zagłębienia  ramienia.  A  potem  przesunął 

usta niżej, na delikatną skórę ponad piersiami, aż dotarł wreszcie do ich wzniesienia. 

Mogę? 

- Tak. - 

To było prawie błaganie. 

Muskał je pocałunkami, a kiedy chwycił wargami sutek, Claire wstrząsnął dreszcz, jakby 

przeszył ją prąd. 

Uniósł głowę. 
- Nie chcesz? 

Chcę - oddychała gorączkowo - chcę, chcę. Rafe zrzucił koszulę i przed każdą kolejną, 

coraz śmielszą pieszczotą pytał Claire o pozwolenie. Chciało mu się krzyczeć z radości i 

triumfu. Nie pozostał nawet ślad po Królowej Lodu. Wreszcie rozebrał ją zupełnie i pieścił 

nagą, ciągle delikatnie, pośród czułych szeptów. 

W końcu nadszedł decydujący moment. 

Claire, czy chcesz, żebym się z tobą kochał? 

Chyba zabiłby się, gdyby odmówiła. 
- Tak - 

szepnęła, podobnie jak on, głosem ochrypłym z pożądania. 

Zaprowadził  ją  do  łóżka  i  zaczął  na  nim  układać.  I  kiedy  tak  obejmując  ją  ramieniem, 

pochylony nad nią sięgnął do zamka spodni, ciało Claire zesztywniało w nagłym odruchu 

oporu. Rafe momentalnie to wyczul. Nie wypuszczając jej z ramion, przewrócił się z nią na 
plecy. 

Zmieniłem  zamiar  -  oznajmił.  Uniosła  się  nad  nim  nieco  i  spojrzała  na  niego 

podejrzliwie. 

Zmieniłeś zamiar? 

Mam  inny  pomysł.  -  Zdobył  się  na  szelmowski,  zmysłowy  uśmiech,  choć  umierał  z 

przerażenia, że może na nowo ją przestraszyć. - To ty powinnaś kochać mnie. 

Usiadła prosto, nieświadoma, że obejmuje go udami. 

background image

 

57 

- Ja ciebie? 

Przekonywał  ją  i  uczył.  Słowami  i  pieszczotami.  Długo  i  cierpliwie.  Zapewniał  ją,  że  w 

każdej chwili może się wycofać. Gdy nadeszło spełnienie, przyjęli je z najwyższą radością. 
Ona - 

w ekstazie nowo odkrytych doznań, on - w poczuciu zwycięstwa. 

-  Nie m-

miałam  p-pojęcia  -  wyjąkała,  gdy  trochę  ochłonęła.  Łzy  popłynęły  jej po 

policzkach. - 

Nie miałam pojęcia - powtórzyła. - Nie myślałam, że jestem zdolna do takich 

przeżyć. 

Wzruszony Rafe ujął twarz Claire w obie ręce. Delikatnie położył ją przy sobie. 

Oczywiście, że jesteś, dziecino. - Całował jej mokre policzki. - Oczywiście, że jesteś. 

Nie wiedziałam - powiedziała. - Dziękuję ci. Przywarła wargami do jego ust. Starał się 

zapanować  nad  sobą,  lecz  nie  potrafił.  Przyjął  ten  pocałunek  jak  cenny  dar,  obsypał  ją 

namiętnymi pieszczotami, aż ich ciała znowu się połączyły. Kiedy Claire ponownie doznała 

rozkoszy,  z  jej  ust  wyrwał  się  krzyk,  krzyk  upojenia,  które  Rafe  dzielił  z  nią  w  tej 

obejmującej ich płomieniem pożodze zmysłów. 

 

Później, gdy odpoczywali. Rafe, tuląc do siebie Claire, zastanawiał się, czy nie nadszedł 

czas, żeby pomówić z nią o tym straszliwym zniewoleniu, którego padła ofiarą. Przecież 

stawiła  już  czoło  przerażeniu,  które  się  jej  z  tym  kojarzyło  i  chyba  całkowicie  je 

przezwyciężyła.  Czuła  się  w  tej  chwili  bezpieczna  i  spokojna.  Może  nigdy  nie  będzie 
lepszej spo

sobności do poruszenia tego tematu. 

- Claire? 
- Mmm? 

Czy sądzisz, że teraz możesz mi opowiedzieć o gwałcie? Zesztywniała. 

Gwałcie? - powtórzyła zdumionym głosem, usiłując stworzyć wrażenie, że zupełnie nie 

wie, o co mu chodzi. - 

Jakim gwałcie? 

- Na tobie. 
- O czym ty w ogóle mówisz? - 

Próbowała się od niego odsunąć, lecz on jej nie puszczał. 

Nigdy nie zostałam zgwałcona. 

Czy jako dziecko byłaś seksualnie napastowana? 

- Nie - 

odparła szczerze oburzona - nigdy. 

Więc co to było, Claire? Wiem, że coś złego ci się przydarzyło. Coś, co cię wewnętrznie 

zmroziło. Pierce powiedział mi, że jestem jednym z trzech mężczyzn, którymi się trochę 

zainteresowałaś. 

Pierce  jest  głupim  gadułą  -  parsknęła  ze  złością.  -  Już  ci  mówiłam,  po  prostu  w 

stosunku do mężczyzn mam wysokie wymagania. 

Kiedy  po  raz  pierwszy  cię  pocałowałem,  trzęsłaś  się  jak  liść  osiki.  Nie,  do  licha, 

dygotałaś  przy  trzech  pierwszych  pocałunkach.  A  dzisiaj  wieczorem  początkowo 

zachowywałaś się jak lękliwa dziewica. 

- To nerwy - 

odpowiedziała. - Tłumaczyłam ci, że dawno się z nikim nie kochałam. 

Nerwy?  Claire,  ty  prawie  chciałaś  uciekać,  kiedy  się  nad  tobą  pochyliłem!  Byłaś 

zgwałcona - powtórzył z uporem. 

Zastanawiał się tylko, czy psycholog z telefonu zaufania nie uznałby jego nalegania na 

wyzna

nie prawdy za „natarczywość”. 

Nie byłam zgwał... 

Nie  dokończyła,  bo  położył  jej  dłoń  na  ustach.  Zareagowała  gwałtownie,  zaczęła  się 

wyrywać, kopać go, bić pięściami i drapać. Puścił ją dopiero wtedy, kiedy zobaczył, że ma 

do krwi zadrapaną rękę i poczuł bolesne uderzenie kolanem w żebra. 

Claire,  kochanie,  uspokój  się.  -  Usiadł  na  łóżku  i  wyciągnął  do  niej  dłoń,  żeby  ją 

pocieszyć. 

- Nie dotykaj mnie! 

Nie dotknę cię. Popatrz. - Podniósł ręce do góry jak człowiek pod lufą pistoletu. -Tak 

trzymam ręce. Nie dotknę cię. Już dobrze? - Powoli je opuszczał. - Tylko opowiedz mi o 

background image

 

58 

tym, dziecino. 

Potrząsnęła głową. 
- Nie ma nic do opowiadania. 
- Jest - 

nalegał. Wiedział, że powinna o tym porozmawiać, że to by jej dobrze zrobiło. Za 

długo dusiła to w sobie. - On położył ci dłoń na ustach, prawda? 

- Kto? 

Mężczyzna,  który  cię  zgwałcił.  Zamknął  ci  usta  dłonią,  żebyś  nie  mogła  krzyczeć.  A 

potem rzucił się na ciebie i zgwałcił. 

Nie zgwałcił mnie. Ile razy mam ci powtarzać? 

Więc co zrobił? 

- On... - 

Jej usta zaczęły drżeć żałośnie, a oczy napełniać się łzami. - On... 

No, dziecino, opowiedz mi o tym. Nie będzie lepiej, dopóki tego z siebie nie wyrzucisz. 

Nigdy nie będzie lepiej. Nigdy. - Łzy płynęły już strumieniem po jej jasnych policzkach. 

Objęła się ramionami i skuliła z bólu. - Nigdy, nigdy, nigdy... 

To było dla Rafe’a nie do zniesienia. Ostrożnie przysunął się i wziął ją w objęcia. Przez 

moment usiłowała mu się wyrwać, ale nie miała dość siły, a poza tym tak bardzo pragnęła, 

żeby ją pocieszył, żeby ją tulił i zapewniał, że wszystko będzie dobrze. 

Rafe oplótł ją mocno ramionami i zaczął kołysać. Z ustami przy jej włosach szeptał czułe 

słowa  otuchy  i  pociechy  jak  do  przestraszonego  dziecka.  A  ona wypłakiwała  swój  ból  z 

głową przytuloną do barczystego, nagiego ramienia mężczyzny, od którego mogła czerpać 

silę. 

Myśl,  że  nikt  jej  nie  pomógł  bezpośrednio  po  tym  wydarzeniu,  napawała  Rafe’a 

oburzeniem. Dlaczego, do diabła, nie znalazł się ktoś, kto okazałby jej wtedy zrozumienie, 

nie  przekonał  jej,  że  wszystko  się  dobrze  ułoży.  Nie  nakłonił,  żeby  zasięgnęła  rady 

specjalisty. Jak się orientował, rodzice nie wykazywali o nią nadmiernej troski. Lecz gdzie 

byli  jej  bracia?  Dlaczego  nie  dopadli  tego  zboczeńca,  który  ją  tak  skrzywdził  i  mógł 

skrzywdzić jeszcze inne kobiety? 

Już lepiej? - spytał. Przestała płakać i tylko od czasu do czasu wstrząsał nią spazm. - 

Chcesz wytrzeć nos? 

Poczuł, że potakująco poruszyła głową. 

I... chcia... chciałabym napić się wody. 

- Dobrze. - 

Położył ją i przykrył kocem. - Leż tutaj, zaraz ci przyniosę. 

Wrócił po paru chwilach z pudełkiem chusteczek, szklanką wody i mokrym ręcznikiem. 

Podał  jej  chusteczki,  a  kiedy  wytarła  nos,  zaczął  z  czułością  przecierać  chłodnym 

ręcznikiem jej rozgorączkowaną twarz i szyję. Claire przyjmowała te przejawy troskliwości 

jak  posłuszna  dziewczynka.  Napiła  się  wody  i  oddała  mu  szklankę  z  cichym 

podziękowaniem. Odstawił ją na nocny stolik, odsunął koc i położył się przy Claire. Objął 

ją, a ona przytuliła się do niego z głową na jego ramieniu, tak po prostu, jakby zawsze to 

robiła. 

Czy teraz chcesz mi o tym opowiedzieć? - zapytał. 

Westchnęła i zaczęła mówić, wpatrując się w sufit poprzez wypełniający pokój mrok. 

To  się  stało  dawno  temu.  Byłam  wtedy  bardzo  młoda.  I  w  kimś  się  zakochałam.  - 

Poczuł,  że  zadrżała.  -  Albo  tak  mi  się  wydawało.  Zawsze  miałam  pewne  trudności  ze 

zrozumieniem własnych uczuć. W każdym razie - ciągnęła pospiesznie, jakby bojąc się, że 

on jej przerwie, gdy tymczasem on milczał w obawie, żeby nie przestała mówić - pewnego 

popołudnia  byliśmy  sami  i  on  mnie  całował.  Początkowo  to  mi  się  podobało.  Nawet 

bardzo.  Muszę  przyznać.  Leżałam  na  kanapie  i  pozwalałam  mu  się  całować.  I 

odwzajemniałam jego pocałunki. Nawet specjalnie się nie sprzeciwiałam, kiedy mi włożył 

rękę  pod  sweter.  I  nagle,  sama  nie  wiem...  coś  się  ze  mną  stało.  Przestraszyłam  się. 

Próbowałam go odepchnąć, prosiłam, żeby przestał, ale on nie chciał słuchać. Powiedział, 

że jak zaczął, to musi skończyć. I że żaden mężczyzna nie lubi, żeby się z nim tak drażnić. 

Zaczęłam płakać, a wtedy on położył mi dłoń na ustach. Prawie nie mogłam oddychać, bo 

background image

 

59 

okropnie szlochałam, a przez tę jego rękę nie byłam w stanie złapać tchu. A on podciągnął 

mi  spódniczkę,  rozerwał  majtki...  i  zrobił  to.  Byłam  bardzo  obolała,  ale  niezbyt  mocno 

krwawiłam,  więc  on  tylko  powiedział,  żebym  przestała  być  taką  beksą.  Potem  znowu 

zaczął mnie całować i powiedział,  że następnym razem wszystko pójdzie łatwiej, bo już 

będę wiedziała, czego mam się spodziewać. I gdy już się do tego przyzwyczaję, nauczy 
mnie kilku sztuczek. A ja mu 

powiedziałam, że poskarżę się rodzicom, że mnie zgwałcił. 

Moje  słowa  go  wprost  zdumiały.  Do  końca  życia  nie  zapomnę  tej  zdziwionej  miny. 

Roześmiał się i oświadczył, że nigdy by mi nie uwierzyli, a gdyby nawet, to i tak nic by się 

nie stało poza tym, że dziennikarze mieliby swój wielki dzień. Przemyślałam to i doszłam 

do wniosku, że on ma rację. 

Chyba nie sądziłaś, że twoja rodzina ci nie uwierzy? - spytał z niedowierzaniem. 

No, nie... to znaczy... przypuszczam, że by uwierzyli. W każdym razie na pewno Pierce 

i Gage. I matka. Może. Ale to ja przecież zachowałam się prowokująco. Miałam na niego 

„ochotę. Całowałam go. - Zaśmiała się gorzko. - On nawet się zabezpieczył, powiedział mi, 

że ma już jedną sprawę o ustalenie ojcostwa i nie zamierza mieć drugiej. Więc kto by mi 

uwierzył, że zostałam zgwałcona? Ja sama czasami mam wątpliwości. 

- Nie - 

odparł gwałtownie. - Byłaś zgwałcona. Kiedy kobieta mówi „nie”, bez względu na 

to,  w  jakim  momencie,  a  mężczyzna  na  to  nie  zważa  i  posuwa  się  dalej,  to  jest  gwałt. 
Szcz

ególnie jeżeli ma do czynienia z niedoświadczoną dziewczyną, jaką ty wtedy byłaś. 

Rozumiem,  co  masz  na  myśli.  Och,  oglądałam  przecież  program  Oprah  -  usiłowała 

zażartować - i teoretycznie się z tym zgadzam, ale - dotknęła piersi nad sercem - tu, tak w 

głębi duszy, nie jestem pewna, czy to przynajmniej w części nie była moja wina. 

Do diabła, nie twoja! I proszę cię, nawet tak nie myśl. 

Uświadomił  sobie,  że  ściska  w  garści  koc.  Lecz  to  nie  ten  nieszczęsny  koc  powinien 

trzymać teraz w morderczym uścisku, ale kark zboczeńca, który tak skrzywdził Claire. 

Kto to był? - spytał cicho. 

To nieważne. 

Dla mnie bardzo ważne. Potrząsnęła głową. 

Nikomu  wtedy  nie  powiedziałam  i  nadal  nie  zamierzam  tego  zrobić.  -  Uniosła  się  na 

łokciu,  żeby  spojrzeć  mu  w  oczy.  -  Rafe,  musisz  mi  przyrzec,  że  i  ty  także  nikomu  nie 

powiesz.  Ani  słowa.  Zwłaszcza  mojej  rodzinie.  Gdyby  Pierce  i  Gage  teraz  się  o  tym 

dowiedzieli, byłoby im bardzo przykro. Mieliby wyrzuty sumienia, że ich przy mnie nie było, 

gdy... Proszę, obiecaj mi, że nic nie powiesz. Stało się i się nie odstanie. Nic na świecie 

tego  nie  zmieni.  A  być  może  teraz  -  pogładziła  jego  policzek,  na  którym  pojawił  się  już 
zarost - 

dzięki tobie, będę powoli o tym zapominać. 

Rafe przycisnął na moment jej dłoń do policzka, po czym zbliżył ją do swych ust. Całował 

ją gorąco, namiętnie, a potem obie jej dłonie położył sobie na piersiach. 

Teraz  się  prześpij  -  szepnął  czule.  Ułożył  wygodniej  jej  głowę  na  swoim  ramieniu.  - 

Musisz być bardzo zmęczona. 

Leżał wpatrzony w mroczną przestrzeń pokoju i tuląc do siebie śpiącą kobietę, obmyślał 

zemstę na mężczyźnie, który ją tak skrzywdził. Nie wymieniła jego nazwiska, to prawda, 

ale  niechcący  zdradziła  więcej,  niż  zamierzała.  Filmowy  światek  Hollywood  był  mały  i 

hermetyczny, więc nie będzie trudno natrafić w końcu na tego drania. Gdzieś. Pewnego 
dnia. 

A  kiedy  już  go  dopadnie,  jego  w  tym  głowa,  żeby  ten  łajdak  przeklął  chwilę,  w  której 

pierwszy raz dotknął Claire Kingston. 

 
 

ROZDZIAŁ 10 

Następnego  ranka  Claire  obudził  dochodzący  z  oddali,  lecz  natarczywy dzwonek 

telefonu.  Przedzierał  się  do  jej  świadomości  poprzez  pokłady  snu  i  sennych  marzeń. 

Opierała  się  przez  parę  chwil  temu  natrętnemu  wołaniu  i  mocniej  wtuliła  głowę  w 

background image

 

60 

poduszkę. Nie chciała jeszcze stracić tego niezwykłego uczucia zadowolenia i radości, w 

jakim była pogrążona. Miała taki wspaniały sen! Jednak telefon dzwonił nieustępliwie. 

Sięgnęła po omacku w stronę nocnego stolika w poszukiwaniu aparatu. I wtedy poczuła, 

że jej dłoń spoczywa na czymś, co bez najmniejszej wątpliwości było męską, owłosioną 

piersią. W  łóżku  leżał  mężczyzna!  Zesztywniała  na  moment  i  nagle  przypomniała  sobie 

wszystko. Z uczuciem bezmiernej ulgi i wdzięczności. 

Rafe. 

Była w jego łóżku. 
W jego pokoju. 
W jego ramionach. 

Telefon dzwonił w sąsiednim pokoju. 

Claire  należała  do  tej  kategorii  ludzi,  którzy  z  natury  nie  są  w  stanie  oprzeć  się 

naglącemu  wezwaniu  telefonicznego  dzwonka,  więc  zaczęła  wstawać.  Rafe  zaś  należał 

do tej kategorii ludzi, którzy potrafią oprzeć się wszystkiemu, co w danej chwili właśnie im 
nie odpowi

ada, więc objął Claire w pasie i pociągnął ją z powrotem na łóżko. 

- Niech sobie dzwoni - 

powiedział i wtulił twarz w ciepłe zagłębienie jej szyi. 

To może być coś ważnego. 

To również może być pomyłka. 

- Ale... 

Jeżeli to coś ważnego, zadzwonią o przyzwoitej porze. 

Claire uniosła głowę znad poduszki, zerkając ponad jego ramieniem w kierunku zegarka, 

stojącego na nocnym stoliku. 

- Która to godzina? 
-  Wczesna  - 

zapewnił.  Pomrukując  cicho,  zaczął  pieścić  ustami  jej  kark.  -  Bardzo 

wczesna. 

To chyba niemożliwe. Słońce jest już... Rafe! - Zadrżała, gdyż poczuła, że jego wargi 

muskają jej sutki. - Co ty robisz? 

Westchnął głęboko, co miało oznaczać, że jest rozczarowany takim brakiem zrozumienia 

dla jego poczynań. Gorący oddech owiał wrażliwą skórę jej piersi. 

Usiłuję cię zainteresować porannymi igraszkami. Ale - spojrzał na nią spod gęstych brwi 

skoro pytasz, to jest oczywiste, że moja technika wymaga jeszcze dopracowania. 

Położył się na plecy, przyciągnął ją do siebie i objął jej głowę dłońmi. 

Chodź tu bliżej - szepnął i przycisnął jej usta do swoich. 

Tego rana jego pocałunki były długie, namiętne i gorące. Pełne czułości i miłości. Kiedy 

wreszcie  udało  się  jej  złapać  oddech,  było  oczywiste,  że  jego  technika  nie  wymaga 
dopracowania. 

Jak się dzisiaj czujesz, kochanie? - szepnął, wpatrując się uważnie w jej oczy. 

Świetnie. 

Żadnych niemiłych następstw? Potrząsnęła głową. 

Nie znienawidziłaś mnie za to, że skłoniłem cię do wyznań? 

Czy  tak  wygląda  ktoś,  kto  nienawidzi?  Zaśmiał  się.  Jaka  inna  kobieta,  pomyślał, 

potrafiłaby z takim wdziękiem zrobić królewską minę, leżąc 

całkiem nago na męskiej piersi? 

Czy wobec tego mogę cię jeszcze bardziej zainteresować porannymi igraszkami? 

Jej rumieńce wystarczyły mu za odpowiedź. Gdy telefon znowu zadzwonił, Claire już go 

nie słyszała, gdyż Rafe wśród czułych szeptów i pieszczot tak rozpalił w niej namiętność, 

że głośniejsze okazało się bidę jej serca. 

 

Wiesz,  zanim  się  tu  zjawi  cała  ekipa  -  oznajmiła  Claire  przy  śniadaniu,  które  jedli  w 

kawiarni we Flat Rock - b

ędziemy musieli ustalić kilka podstawowych zasad. 

Oczywiście  -  zgodził  się  Rafe.  Był  przekonany,  że  chodzi  jej  o  problemy  związane  z 

kręceniem filmu. - O czym myślisz? 

background image

 

61 

-  O niczym nadzwyczajnym. - 

Upiła  łyk  herbaty.  -  Chodzi mi o pewne podstawowe 

zasady, 

których będziemy musieli przestrzegać, żeby nie było między nami zgrzytów. 

Rafe zatrzymał rękę z filiżanką kawy w pół drogi do ust. 

Między nami? 

Tobą i mną - wyjaśniła. 

Chcesz między nami ustalać zasady? 

Claire  uniosła  brwi.  Z  jakichś  niejasnych  dla  niego  przyczyn  Rafe uznał,  że  nie  zrobiła 

tego z takim samym wdziękiem jak rano. 

Przecież powiedziałam. 

Masz na myśli nasze stosunki zawodowe czy osobiste? 

A jaka to różnica? 

Do tej pory miałem wrażenie, że istotna. Najwidoczniej myliłem się. - Postawił na stole 

filiżankę tak gwałtownie, że zadźwięczał spodek. - Może lepiej przejdź do rzeczy. 

- 

Nie wiem, dlaczego jesteś zdenerwowany. 

- Nie jestem. 

Pomyślałam tylko, że aby zapobiec jakimś plotkom na planie, które mogłyby przedostać 

się do prasy, powinniśmy dostosować się do pewnych reguł. 

- To znaczy do jakich? 

Chodzi  mi  o  to,  żebyśmy  publicznie  nie  demonstrowali  naszych...  uczuć,  unikali 

ciągłego odwiedzania się w pokojach, przesiadywania przy posiłkach. O takie sprawy. 

Rafe spojrzał na nią ostro. 

Dlaczego? Wstydzisz się tego, co nas łączy? 

Nie, oczywiście, że nie! - Była prawdziwie zaszokowana, że on mógł tak pomyśleć. - Po 

prostu nie chcę dawać nikomu żadnych powodów do plotek, to wszystko. 

W świecie filmu plotki są nieuniknione - stwierdził. - Sądziłem, że zdążyłaś przyjąć do 

wiadomości ten fakt. 

Tak,  masz  rację.  Aleja  chcę  uniknąć  rozgłaszania  tego,  co  nie  jest  absolutnie 

niezbędne. 

- Dlaczego? - 

zapytał ponownie. 

Ponieważ  „Desperat”  ma  dla  mnie  wyjątkowe  znaczenie.  I  zależy  mi  na  tym,  żeby 

sukces  albo  klęska  tego  filmu  zostały  przypisane  jego  rzeczywistym  wartościom,  bez 

względu na to, czy i jakie stosunki łączyły mnie jako producentkę z reżyserem. Właśnie 
dlatego. 

Czy zależy ci na tym z jakichś szczególnych powodów? - spytał, choć już się domyślał. 

Claire zawahała się, jednak zdecydowała, że powinna mu to powiedzieć. 

Od  pierwszej  chwili  pracy  w Wytwórni  Kingston  na  stanowisku  producentki musiałam 

udowadniać,  że  reprezentuję  coś  więcej  niż  nazwisko.  Wszyscy  byli  przekonani,  że 
powi

erzono mi tę funkcję wyłącznie ze względu na rodzinne powiązania. Prawdą jest, że 

na początku właściwie tak było. Gdy zaczynałam, byłam zupełnie zielona i zrobiłam parę 

błędów. Ale szybko się nauczyłam tego zawodu i jestem naprawdę dobra. Mam na swoim 
konc

ie spore osiągnięcia. 

A  niektórzy  ludzie  w  Hollywood  nadal  sądzą,  że  pozostałaś  dziewczynką  na  posyłki 

twojej matki. 

Właśnie. 

I masz nadzieję dzięki „Desperatowi” udowodnić swoją wartość. Dlatego do pracy przy 

filmie nie zaangażowałaś nikogo z rodziny, prawda? 

Tak. Chciałam go zrobić na własny rachunek. I chcę, żeby ludzie to wiedzieli. 

Rafe właściwie ją rozumiał. W pewnej mierze. Jemu też by się nie podobało, gdyby na 

efekty jego pracy przy tym filmie patrzono przez pryzmat plotek, że został jego reżyserem, 

ponieważ  przespał  się  z  szefową.  Lecz  to  nie  wyjaśniało  jeszcze,  dlaczego  Claire  nie 

chciała, żeby nikt nie dowiedział się o łączącej ich zażyłości. Fakt, że była z nim, nie mógł 

mieć najmniejszego wpływu na opinię ojej pracy jako producentki. 

background image

 

62 

Wiesz,  Claire,  to  jest  trochę  mało  przekonujące  -  rzekł  podejrzliwie.  Jego  dawne 

kompleksy dały o sobie znać. 

Mało przekonujące? 

W Hollywood nie będą osądzać twojej pracy w zależności od tego, czy sypiasz ze mną, 

czy nie. 

Spojrzał na nią spod oka. - Więc jaka jest prawdziwa przyczyna udawania, że nic nas 

nie łączy? 

- To moja sprawa. 
- Claire... 

Nie życzę sobie żadnych plotek na nasz temat. 

- Dlaczego? - 

Jeżeli ona się jego wstydzi, to on musi o tym wiedzieć. Teraz. 

Ponieważ...-Wzruszyła niepewnie ramionami i spuściła oczy, krusząc w palcach kromkę 

bułki. Oczekiwał, że to, co usłyszy, nie będzie miłe. 

Ponieważ ta sytuacja - odparła w końcu - jest dla mnie zupełnie nowa. Nie chcę, żeby 

nasze... stosunki - 

nie  bardzo  wiedziała,  jak  to  inaczej  określić  -  były  analizowane  i 

komentowane w prasie całego kraju. - Podniosła na niego oczy szeroko otwarte, jasne i 
szczere. - 

Czy to tak trudno zrozumieć? Trochę mnie to... peszy. 

- Tak - 

odrzekł - to można zrozumieć. - Westchnął. Musi jej ustąpić i udawać, że łączą ich 

tylko więzy ściśle zawodowe. - I jakich jeszcze mamy przestrzegać zasad? 

 
- Rafe. Ju-hu. Rafe Santana. - 

Kobiecy głos był piskliwy i miał teksaski akcent. 

Rafe  uniósł  głowę.  Dyskutował  właśnie  z  Becky  Ward  o  szkicach  scenograficznych 

głównych  wnętrz,  w  których  umiejscowiono  akcję  „Desperata”.  Wybrane  już  zostały 

plenerowe  obiekty,  znaleźli  nawet  idealny  wprost,  walący  się  budynek,  który  miał  być 

domem  głównego  bohatera  na  jego  farmie.  Jednak  Tony  Banks  wciąż  szukał 
odpowiedniego domu Molly, wywodz

ącej się z wyższych sfer niż Josh. Czas naglił, musieli 

liczyć  się  z  harmonogramem  zdjęć  i  gdyby  Tony  nic  nie  znalazł,  trzeba  by  było  robić 

dekoracje w wynajętej remizie strażackiej, a R.J. Bennington, dekorator, wydałby fortunę 

na  umeblowanie  tych  zaaranżowanych  wnętrz.  Praca  pod  presją  napiętych  terminów  i 

jeszcze bardziej napiętego budżetu nie wprawia reżysera w najlepszy nastrój, zwłaszcza 

tuż przed rozpoczęciem kolejnego ujęcia. Ostatnią rzeczą, która mu teraz była potrzebna, 

to jakieś zakłócenia toku dokładnie zaplanowanych prac, zżymał się Rafe, patrząc spod 

zmarszczonych  brwi  w  kierunku,  skąd  dochodził  kobiecy  głos.  A  ta  kobieta  była  mu 

potrzebna jak dziura w moście. 

-  To ja, Laura Lyn Parker - 

powiedziała  z  promiennym  uśmiechem  -  to znaczy teraz 

Parker-

Moore. Nie mów, że mnie sobie nie przypominasz - roześmiała się kokieteryjnie - 

po tym, kim dla siebie byliśmy. 

Och,  bardzo  dobrzeją  pamiętał.  Laura  Lyn  Parker,  piękność  z  Flat  Rock  w  Teksasie, 

dziewczyna, która udzieliła mu pierwszej lekcji perfidii, do jakiej są zdolne niektóre kobiety. 

Kiedyś na jej widok serce zaczynało mu bić szybciej. Nawet gdy go już porzuciła, nie mógł 

się pozbyć myśli o niej. Podczas wielu samotnych nocy na platformie wiertniczej w Zatoce 

Meksykańskiej fantazjował, jak to wróci do Flat Rock po odniesionym w świecie sukcesie i 

rzuci sobie Laurę do stóp, a następnie na oczach całego miasta wzgardzi jej wdziękami. 

Właśnie to marzenie przez wiele lat pobudzało jego ambicję i kierowało nim, a okazało się 
niewarte czasu, które na nie 

poświęcił.  Teraz,  patrząc  na  nią,  doszedł  do  wniosku,  że 

mogłoby się spełnić bez nadmiernego z jego strony wysiłku. Laura Lyn sama szła mu w 

ręce. 

Wybacz Lauro, podejdę do ciebie za chwilę 

powiedział i odwrócił się od niej. Z trudem zdobył się na minimum grzeczności. Rzucił 

notatnik  na  szkice  scenograficzne  i  ryknął,  przywołując  swego  kierownika  produkcji.  - 

Claire, gdzie ty się, do diabła, podziewasz? 

- Jestem tutaj. - 

Szła do niego bez pośpiechu. 

background image

 

63 

Nie musisz się tak na mnie wydzierać. 

- Nie wydzieram 

się na ciebie. Wydzieram się, bo cię szukam. A to różnica. 

Naprawdę? - Obrzuciła go lodowatym wzrokiem, który miał mu pokazać, gdzie jest jego 

miejsce. 

To spojrzenie go rozbawiło. 

Tak, naprawdę. - Ściszył głos do uwodzicielskiego szeptu. - Jeżeli pójdziesz ze mną do 

przyczepy, to wytłumaczę ci szczegółowo różnicę. 

Puściła mimo uszu tę propozycję, tak samo jak ignorowała jego inne, podobne aluzje. W 

miejscach  publicznych  powrócili  do  statusu  Królowej  Lodu  i  reżysera  i  przeważnie  on 

przegrywał w takich jak ta utarczkach. W ciągu dwóch tygodni, które minęły od pierwszego 

dnia zdjęciowego, nikt na planie nie żywił nawet cienia podejrzenia, że łączy ich coś więcej 

poza  zawodową  współpracą.  To  doprowadzało  Rafe’a  do  szaleństwa.  Coraz  częściej 

ogarniała  go  przemożna  ochota,  żeby  publicznie  ogłosić  swoje  prawa  do  Claire.  Nie 

chodziło zresztą o prawo, jakie w prymitywnym sensie ma mężczyzna do swojej kochanki. 

Nawet  nie  myślał  tymi  kategoriami.  Lecz  nie  opuszczało  go  poczucie  niewątpliwego, 
niezaprzeczalnego posi

adania tej kobiety. Ani na chwilę. Nasilało się z dnia na dzień. A 

zwłaszcza nocami. 

Rafe przypuszczał,  że ma to związek  z  Daxem Wyattem, gdyż  zaobserwował,  iż aktor 

krąży wokół Claire jak cień, gdy tylko ma okazję. Dax był hollywoodzkim, wiecznym złotym 
m

łodzieńcem,  starszym  od  Claire  o  jakieś  osiem  lat.  Miał  gęste  włosy  koloru  dojrzalej 

pszenicy,  miejscami  jeszcze  rozjaśnione  słońcem,  niebieskie  oczy,  określane  przez 

ilustrowane  magazyny  jako  „rozkosznie  łajdackie”,  i  wspaniałe,  białe  zęby.  Ze  swym 
charak

terystycznym,  drwiącym  uśmiechem  bardzo  przekonująco  grał  postaci  wrażliwych 

nicponi. Jeżeli chciał, potrafił uśmiechać się uroczo i nadać swej twarzy niewinny wyraz, 

stwarzający  wrażenie,  że  pod  tą  podejrzaną  powłoką  bije  serce  ze  szczerego  złota.  W 
sumie 

idealnie pasował do roli Josha. Co było dość niepomyślną okolicznością, bo Rafe 

zaczął odczuwać do niego narastającą niechęć. 

Chociaż  Claire  nie  ukrywała,  że  nie  cierpi  szczególnego  rodzaju  wdzięku,  jakim 

odznaczał się ich gwiazdor, wydawało się, że ostatnio nie przejmuje się zbytnio jego dość 

natrętnym towarzystwem. Rafe nie musiał jej wybawiać z jego lepkich palców. I chociaż 

był  zadowolony,  że  znalazła  sposób  trzymania  aktora  na  dystans,  nie  mógł  pozbyć  się 
niezbyt szlachetnego uczucia... tak, chyba pow

inien  się  do  tego  przed  sobą  przyznać... 

zazdrości, która dawała o sobie znać za każdym razem, kiedy widział ich razem. Łączyło 

ich to samo anglosaskie pochodzenie. Pracowali od dawna w tej samej branży, a nawet 

razem zrobili film, który odniósł sukces. 

Redaktorzy rubryk plotkarskich w ilustrowanych czasopismach mieli pole do popisu. I o 

ile w żadnym z nich nie ukazała się najmniejsza wzmianka o romansie Rafe’a z Claire, o 

tyle  we  wszystkich  szeroko  roztrząsano  intrygujący  fakt,  że  ona  nie  flirtuje  z  Daxem 
Wyattem. 

Masz do mnie jakąś sprawę? - spytała, widząc, jak bacznie się jej przygląda. - Przecież 

mnie wołałeś. A może po prostu chciałeś sobie pokrzyczeć? Mam mnóstwo pracy, chyba 
wiesz. 

-  Pracy?  - 

powtórzył. - Ach tak, pracy, teraz sobie przypomniałem. - Ujął ją pod ramię, 

przyciągnął  blisko  do  siebie  i  odszedł  z  nią  trochę  na  bok,  poza  zasięg  bystrych  oczu  i 
ciekawskich uszu Laury. 

Pozbądź się jej jakoś. 

- Jej? Kogo? 

Tego miejscowego babsztyla  z szopą na głowie. - Przechylił  głowę  w kierunku Laury 

Lyn. - 

Nie znoszę, jak mi się tu obcy kręcą na planie, kiedy usiłuję pracować. Zupełnie nie 

mogę się skupić. 

Tak, nawet wiem dlaczego. Ona jest dość ładna. 

Jeśli ktoś lubi typ panien zagrzewających do boju drużyny sportowe. 

background image

 

64 

Claire spojrzała na niego kątem oka. 

Sądząc z tego, co mówiła mi Pilar, ty lubiłeś, i to bardzo. 

Pilar mówiła ci o Laurze? 

A także o Ionie, Tiffany, Bobbi Sue i Cathe... 

Rafe chciał zakryć jej usta dłonią, by przerwać tę litanię. Miarą postępu Claire było to, że 

się nie wzdrygnęła. Miarą wrażliwości Rafe’a - że cofnął dłoń. 

A więc czy możesz ją stąd wypłoszyć? 

Potrząsnęła głową. 

Nie mogę. 

Co  to  znaczy  nie  mogę?  Jesteś  kierownikiem  produkcji.  Podejdź  do  niej  i  opowiedz 

jakąś  bajeczkę,  na  przykład,  że  ze  względu  na  bezpieczeństwo  nie  możemy  pozwolić, 

żeby na planie przebywały osoby nie  zatrudnione i nie ubezpieczone. Albo coś takiego. 

Słyszałem, jak wczoraj użyłaś tego argumentu wobec łowców autografów. 

Laura nie jest łowczynią autografów. Jest jednym z naszych gospodarzy na tym terenie. 

- Jakich gospodarzy? 
-  Ona konkretnie reprezentuje klub sportowy, który na okres naszego pobytu we Flat 

Rock  wspaniałomyślnie  otworzył  swoje  podwoje  dla  aktorów  i  członków  całej  ekipy. 

Oczywiście odpłatnie. 

Na twarzy Rafe’a pojawił się grymas złości. 

Rafe,  bądź  rozsądny.  Nie  mogę  przecież  im  tak  ni  stąd,  ni  zowąd  odmówić.  Mają 

najlepszą restaurację w mieście. I jedyny basen pływacki w promieniu wielu kilometrów. 

Już  nie  wspominając  o  klimatyzowanej  sali  na  nocne  partyjki  pokera.  Ludzie  z  naszego 

zespołu zlinczowaliby nas oboje, gdybym nie przyjęła zaproszenia klubu tylko dlatego, że 

ty masz do jego zarządu zadawnione urazy. 

Wobec tego przydziel jej kogoś, kto ją weźmie na wycieczkę do Europy w dowód naszej 

głębokiej wdzięczności. I pozbądź się jej. 

Upatrzyłeś już kogoś konkretnego na przewodnika? 

Rafe obejrzał się w kierunku grupy aktorów siedzących w cieniu rozłożystego drzewa w 

oczekiwaniu na kolejne ujęcie. Złośliwy błysk zalśnił w jego ciemnych oczach. 

Powierz ją opiece Daxa Wyatta - odrzekł. - Pasują do siebie. 

 

Stop! Do diabła, stop! - krzyknął Rafe ze złością. 

- Chwila odpoczynku dla wszystkich. - 

Pilar ubiegła następne polecenie brata. 

Przez cale rano próbowali to samo ujęcie i ciągle nie wychodziło. Nie mieli jeszcze ani 

metra 

dobrze  sfilmowanej  taśmy,  więc  Rafe  był  już  porządnie  rozdrażniony.  Zawołał  na 

pomoc Claire i ruszył w stronę przyczepy, będącej jego bazą na planie. Nie obejrzał się 

nawet, żeby sprawdzić, czy za nim idzie. 

Piętnaście minut - ogłosiła Pilar przez tubę. 

Nie rozchodźcie się za daleko. 

- Ta scena nam nie wychodzi. - 

Zatrzasnął za nią drzwi. - Już mnie zmęczyła współpraca 

na  odległość  z  tym  tajemniczym  scenarzystą.  Zatelefonuj  natychmiast  do  tego  K.E.C., 

kimkolwiek on, do licha, jest, i zażądaj, żeby przyleciał tu najbliższym samolotem. Niech 

wreszcie ruszy swój utajniony tyłek. Muszę z nim omówić osobiście tę scenę i kilka innych 

mówił zacietrzewiony, przemierzając nerwowym krokiem wąską przyczepę. - Zobaczymy, 

czy nie będzie można dokonać zmian w tym jego bezcennym scenariuszu. 

A  może  mi  powiesz,  co  konkretnie  chciałbyś  tym  razem  zmienić?  -  Głos  Claire  był 

podejrzanie  spokojny.  Już  dwukrotnie  tę  scenę  przerabiali,  a  Rafe  ciągle  nie  był 
zadowolony. 

- Sama doskonale wiesz, co wymaga zmiany. Ta scena - ma

chnął ręką w kierunku drzwi 

przyczepy - 

nie wychodzi, bo jest po prostu źle napisana. 

A może nie wychodzi, bo ty niewłaściwie ją interpretujesz - podsunęła słodkim tonem. 

Moja  interpretacja  jest  właściwa!  -  krzyknął  ze  złością.  -  Błąd  leży  w  scenariuszu. I 

background image

 

65 

trzeba go zmienić. Natychmiast - zażądał. 

Przecież wiesz, że to niemożliwe. Muszę zatelefonować do pisarza wieczorem i... 

-  Natychmiast  - 

ponowił  żądanie  z  uporem.  Podniósł  słuchawkę  i  wyciągnął  rękę  do 

Claire. - 

Zadzwoń, a skoro ty nie potrafisz dać sobie z tym rady, to ja z nim porozmawiam. 

Z nią - powiedziała Claire odruchowo. 

- Co? 

Z nią - powtórzyła przez zaciśnięte zęby. - Ten pisarz jest kobietą. 

Dobrze. Niech sobie będzie. Połącz mnie z nią, a ja już jej wyjaśnię, co trzeba zmienić. 

-  A 

może  ona  wcale  nie  potrzebuje  wyjaśnień.  Może  oczekuje,  że  reżyser  okaże  się 

dostatecznie wrażliwy, by zrozumieć tę scenę tak, jak została napisana. 

A ja oczekuję, że ona wreszcie zacznie zachowywać się jak profesjonalistka. Pofatyguje 

się na plan i osobiście przekona, że scena jest spaprana. - Wręczył Claire słuchawkę. - 

Więc dzwoń do niej - polecił. 

Odłożyła ją z trzaskiem. 

Nie muszę do niej dzwonić. 

Nie musisz...? Do licha ciężkiego, Claire, powiedziałem, dzwoń do niej! - wrzasnął. 

A ja mówię, że nie ma potrzeby - odpowiedziała mu również podniesionym głosem. - Bo 

ona jest tutaj. 

O czym ty, do diabła, mówisz? 

- To ja! - 

krzyknęła Claire z wściekłością. - Ja jestem autorką. Ja napisałam scenariusz. 

Wytrzeszczył na nią oczy oniemiały. 

- K.E.C. to 

są moje inicjały - wyjaśniła, myśląc, że on jeszcze nie zrozumiał. - Claire Elise 

Kingston, w odwrotnym porządku. 

Więc to ty jesteś scenarzystką. 

- Tak. - 

Skinęła głową, żeby rozwiać jego wątpliwości. - Właśnie ja. 

I  od  początku  bawisz  się  ze  mną  w  tę  śmieszną  szaradę,  wmawiasz  we  mnie,  że 

musisz się porozumiewać  z ukrywającym swoją tożsamość pisarzem za każdym razem, 

kiedy trzeba zmienić choć jedno słowo w scenariuszu. 

-Tak. 

Na miłość boską, po co to wszystko? 

Nie  chciałam,  żeby  ktokolwiek  się  o  tym  dowiedział  -  odparła,  jakby  to  było  całkiem 

oczywiste. - 

I nadal pragnę utrzymać to w tajemnicy. 

- Dlaczego? - 

spytał ponownie. 

Z  tych  samych  przyczyn,  dla  których  zależy  mi  na  unikaniu  plotek.  Z  tego  samego 

powodu nikt z mojej rodziny nie uczestniczy 

w pracy nad tym filmem. Nie chcę, aby ludzi 

uważali,  że.  podjęłam  się  produkcji  „Desperata”,  bo  to  był  mój  scenariusz  i  miałam 
poparcie rodziny. 

A nie to było przyczyną? 

Spojrzała na niego rozżalonym wzrokiem. 

Myślałam, że mnie zrozumiesz. 

No cóż, oczywiście, że cię rozumiem. Jeśli chodzi o mnie, to nie zainteresowałbym się 

tym scenariuszem, gdyby nie był naprawdę świetny. - Spostrzegł, że ta uwaga sprawiła jej 

przyjemność. - Ale przecież nie byłoby w tym nic złego, gdybyś miała także inne motywy. 
Po

wstało wiele wybitnych filmów w rodzinnych produkcjach. 

Tak,  ale  ten  film  nie  będzie  zawdzięczał  swego  sukcesu  żadnym  moim  rodzinnym 

powiązaniom. Nikt z mojej rodziny nie wie, że to ja napisałam scenariusz. I tak zostanie aż 
do chwili, gdy film wejdzie na ekrany. 

-  Dobrze  - 

zgodził  się  Rafe.  -  Lecz  niezależnie  od  tego  wszystkiego,  tekst  wymaga 

przeróbek. 

-  Wiem  - 

przyznała.  Chyba  znalazła  wyjście  z  sytuacji.  -  A  może  zrobimy  przerwę  na 

wcześniejszy lunch? Przynieślibyśmy sobie kanapki tu, do przyczepy, i razem ustalili, co i 

jak trzeba poprawić. Wiem, 

background image

 

66 

że  masz  kilka  pomysłów,  bo  już  o  nich  mówiłeś,  i  to  nieraz  -  dodała  z  uśmiechem.  - 

Chyba są niezłe. Ja je tylko nieco zmodyfikuję, żeby utrzymać konsekwencję w sylwetkach 
postaci. Co ty na to? 

Całą przerwę na lunch spędzimy w mojej przyczepie, a ty nie będziesz się bala plotek? 

Potrząsnęła głową. 

- Zostawimy otwarte drzwi. 

Wstała i skierowała się do wyjścia, lecz Rafe ją zatrzymał. Położył jej dłoń na ramieniu. 

Spojrzała na niego pytająco. 

- Twój scenariusz 

jest naprawdę wspaniały - powiedział z pełnym przekonaniem. 

To była pochwała osoby kompetentnej. Zarumieniła się z radości. 
 

Idę, idę - zawołała Claire, wstając od biurka. Wstawiono ten mebel na jej żądanie do 

pokoju w motelu. Poszła otworzyć drzwi, do których właśnie ktoś pukał. 

Ostatnio  występowała  w  trzech  rolach,  a  właściwie  w  czterech,  jeśli  uwzględnić  nową, 

kochanki. I to stawało się coraz bardziej męczące. Zrywała się przed świtem, żeby przez 

nikogo  nie  zauważona,  wrócić  z  pokoju  Rafe’a  do  siebie.  Potem  prowadziła  rozmowy 

telefoniczne  z  dwoma  młodymi,  niedoświadczonymi  reżyserami,  którzy  kręcili  filmy  w 

plenerach  Nowego  Jorku.  Jak  tylko  skończą  się  zdjęcia  do  „Desperata”,  a  więc  mniej 

więcej  za  tydzień,  będzie  musiała  tam  pojechać  i  osobiście  im  pomóc. Przez ostatnie 

dziesięć  dni  matka  zasypywała  ją  z  Paryża  teleksami  w  sprawie  najnowszego  filmu 

Wytwórni  Kingston  „Osobistość”,  gdyż  starano  się  pozyskać  do  głównej  roli  Richarda 
Gere’a. Robert-

Bogu  niech  będą  dzięki  za  jego  sumienność  -  przysłał  jej  ekspresem 

bieżące  raporty  o  będących  w  realizacji  czterech  filmach.  Tym  wszystkim  musiała  się 

zająć, zanim zjawiła się na planie „Desperata” o ósmej rano. 

Wejdź,  Rafe  -  powiedziała,  przekręcając  klucz  w  zamku.  Nawet  nie  spojrzała  na 

wchodzącego, gdyż musiała wrócić do telefonu. - Za minutę kończę. 

Wbrew  oczekiwaniom  rozmowa  telefoniczna  z  montażystą  znacznie  się  przeciągnęła. 

Kiedy po kilkunastu minutach wróciła do swego gościa, zobaczyła Daxa Wyatta. Siedział 

na jej łóżku, przeglądał ostatnie wydanie „Variety” i popijał z plastykowego kubka kawę. 

Postanowiła  za  wszelką  cenę  zachować  swój  sławetny  spokój  i  chłód.  Poradzi  sobie. 

Dawała już sobie radę z tym typem przez ostatnie dwa miesiące. 

W czym mogę ci pomóc, Dax? - spytała uprzejmie. Patrzyła na niego, jakby był wężem, 

który wślizgnął się do jej pokoju i zwinął w kłębek na łóżku. 

Przyniosłem ci kawę. - Wyciągnął do niej kubek. 

Miło  z  twojej  strony,  że  o  tym  pomyślałeś  -  odpowiedziała  -  ale  ja  pijam  herbatę.  - 

Odczekała chwilę. - Masz do mnie jakąś sprawę? 

Widziałaś ostatnie tygodniki filmowe? 

- Nie - 

odrzekła krótko. - Bardzo rzadko poświęcam czas tym bzdurom. 

Powinnaś to robić częściej. W jednym z nich jesteś głośną gwiazdą. 

- Ja? 
-  Tak.  - 

Zaprezentował  swój  zwodniczo  niewinny  uśmiech,  który  miał  zrobić  na  niej 

oszałamiające wrażenie. - A właściwie my. 

Nie istnieje coś takiego jak „my”. - Jej oczy nabrały lodowatego wyrazu. 

-  Zgodnie z tym, co napisano, istnieje. - 

Podniósł  z  łóżka  ilustrowane  pismo,  które 

najwyraźniej przyniósł ze sobą, i podał Claire. 

Zawahała się, lecz sięgnęła po nie. Było to jedno z bardziej szmatławych piśmideł. Tytuł 

artykułu  wielkimi  literami  głosił:  „Dawne  uczucia  zapłonęły  na  nowo”.  Pod  nim 

umieszczono zdjęcia, które miały go uzasadniać. Fotografie były zrobione niewątpliwie na 

planie „Desperata”. Patrząc na nie, pomyślała, że musiały być specjalnie zaaranżowane 

przez Daxa dla osiągnięcia takiego efektu. 

Na pierwszym zdjęciu stali oboje w drzwiach przyczepy. Przypomniała sobie, jak to było - 

zatrzymał ją, żeby „przedyskutować” jakąś scenę. 

background image

 

67 

Na drugim, zrobionym w miejskiej bibliotece, ona siedziała przy stole na krześle, a on stał 

za  nią  tak  pochylony,  jakby  wargami  skubał  płatek  jej  ucha.  Tę  scenę  również  dobrze 

zapamiętała. Korzystając z przerwy między zdjęciami, poszła do biblioteki, żeby w spokoju 

przygotować  tekst  teleksu  do  Roberta,  kiedy  niespodziewanie  Dax  się  nad  nią  pochylił. 

Zaraz wstała i wyszła stamtąd. Reszta zdjęć była w podobnym stylu. Z wyjątkiem dwóch. 

Te dwie fotografie zostały zrobione na planie „Oszustów” prawie osiem lat temu. Grali w 

nim  parę  młodych  kochanków.  Jedna  z  nich  przedstawiała  scenę  z  filmu  -  byli na niej 
ucharakteryzowani, w kostiumach. Na drugiej, zrobionej z ukrycia, uchwycono ich, gdy 

siedzieli  razem  w  czasie  przerwy  na  posiłek.  Tak,  wtedy jeszcze w swej bezdennej 

głupocie  uważała,  że  jest  w  nim  zakochana.  Kiedy  przeczytała  artykuł  stanowiący 

komentarz  do  zdjęć,  zrobiło  się  jej  niedobrze.  Była  to  łzawa  historia  o  kochankach 

rozdzielonych  przez  rodziców  dziewczyny.  Napomknięto  w  nim  nawet,  że  aktorka 

zrezygnowała z kariery w filmie właśnie z powodu tego bolesnego przeżycia. Sugerowano, 

że maskę Królowej Lodu przybrała celowo, w samoobronie przed podobnym cierpieniem, 

a  obecnie  jej  serce  ożyło  na  nowo,  gdyż  kochankowie,  wprawdzie  już  nie  tak  młodzi, 

ponownie  jednak  połączyli  się  na  planie  innego  filmu.  Claire  uniosła  oczy  znad 

czasopisma. W jej wzroku widać było furię. 

Jaki to ma mieć cel? 

Ależ Claire, przecież to znakomity artykuł. 

Poza tym, że nie zawiera ani słowa prawdy. 

Dax wzruszy

ł ramionami. 

No,  nie  całkiem.  Ty  rzeczywiście  byłaś  we  mnie  zakochana,  a  ja  złamałem  ci  serce. 

Wprost zatrzęsła się z gniewu. 

Nie złamałeś mi serca, ty draniu! Ty mnie zgwałciłeś! 

O Boże, Claire. Ciągle wracasz do tej swojej historyjki. Byłaś napaloną panienką, która 

już nie mogła wytrzymać, żeby dać mi swój ruciany wianek. 

Byłam osiemnastoletnią dziewczyną, która sądziła, że kocha. 

No właśnie. - Znowu wzruszył ramionami. -To przecież powiedziałem, prawda? Rzuciła 

w niego czasopismem. 

Wynoś się - warknęła głosem ochrypłym z obrzydzenia. 

Dax wstał z łóżka. 

Claire, ty nadal jesteś gorącą pannicą - stwierdził i wyciągnął do niej rękę. 

Poczuła, że jego dłoń zaciska się na jej ramieniu. Skamieniała. O Boże, to ma się znowu 

powtórzyć, przemknęło jej przez myśl. Stała sparaliżowana przerażeniem. Otworzyła usta, 

żeby krzyknąć, lecz struny głosowe odmówiły jej posłuszeństwa. Och, Boże, proszę, nie 

dopuść, żeby mnie to znowu spotkało, modliła się w duchu. 

Dax roześmiał się cicho. 

I  nadal  nie  możesz  się  doczekać,  żeby  mi  to  dać  -  chełpił  się,  biorąc  najwyraźniej 

paraliżujący ją strach za przyzwolenie. Przyciągnął ją bliżej i pochylił głowę ku jej twarzy. 

Na myśl o jego ustach dotykających jej warg, instynktownie cofnęła się, a on napierał na 

nią jak pies pasterski na przerażoną owcę. 

Dziewczynka rozochocona, że aż miło - powiedział z chichotem i popchnął ją na łóżko. 

Bezradnie młóciła na oślep pięściami, jedną z nich natknęła się na otwarty pojemnik z 

kawą, który Dax zostawił na nocnym stoliku. Musiała się ratować. Chwyciła pojemnik na 

ślepo, nie bacząc, że gorący płyn pochlapał jej palce, w przerażeniu i rozpaczy zdobyła się 

na wysiłek i rzuciła nim w Daxa. 

Wynoś się! - krzyknęła, gdyż nagle odzyskała głos. 

Pojemnik trafił go w pierś, gorąca kawa rozbryzgła się na wszystkie strony. 

Przystojna twarz mężczyzny wykrzywiła się we wściekłym grymasie. 

Ty żmijo! - warknął i rzucił się ku niej. Claire błyskawicznie podciągnęła do góry kolana i 

zaczęła go kopać z całych sił. 

Nie pozwolę na to po raz drugi! - krzyknęła. Trafiła stopą w jego pierś i kopnęła go tak 

background image

 

68 

mocno, że z łomotem runął na ścianę. Na podłogę spadła zdobiąca ją rycina. 

Te hałasy zaniepokoiły mieszkającego obok Rafe’a. Wpadł jak bomba do pokoju Claire. 

Co,  do  diabła...  -  zaczął,  lecz  widok,  który  ujrzał,  mówił  sam  za  siebie.  Z  okrzykiem 

rzucił się na Daxa i uchwycił  go  za koszulę na plecach. W szale poderwał  go na nogi i 

wykręcił mu ramię. Jednym jego pragnieniem było zmienić raz na zawsze nie do poznania 

oblicze pięknisia Daxa Wyatta. 

- Rafe, nie bij go! - 

Claire rzuciła się do przodu i chwyciła Rafe’a za ramię. 

Nieprzytomny  ze  złości,  usiłował  strząsnąć  jej  dłoń.  Żadnemu  mężczyźnie 

napastującemu jego kobietę nie ujdzie to bezkarnie. 

Rafe, na miłość boską, zostaw go! - Claire wczepiła się jak pijawka w jego ramię. - On 

ma do odegrania jeszcze tylko cztery sceny! 

-  Sceny?  - 

powtórzył z niedowierzaniem, jakby nie był pewny, czy się nie przesłyszał. - 

Ten  łobuz  cię  zaatakował  -  potrząsał  nim  jak  dog  terierem  -  a  ty  się  martwisz  scenami, 
które z

ostały do nakręcenia? 

Jeśli mu pokiereszujesz twarz, będzie musiał się leczyć, a my przekroczymy budżet w 

związku z opóźnieniem - wyjaśniła. 

Patrzył na nią zdumiony, bo ona się uśmiechała. Ona się śmiała. 

Rafe poczuł, jak gniew powoli ustępuje. Ona się śmiała! 

Czy przynajmniej mogę mu parę razy przyłożyć w inne miejsce? 

 
 

ROZDZIAŁ 11 

Wyrzucili Daxa z pokoju jak worek ze śmieciami - Claire trzymała otwarte drzwi. Rafe, 

uchwyciwszy od tyłu jedną ręką kołnierzyk jego koszuli, a drugą pasek u spodni, wypchnął 

go  na  zewnątrz.  Dax  potknął  się  o  jeden  ze  słupów  podpierających  zadaszenie  i  ledwo 

utrzymał się na nogach. Zapewne również z tej przyczyny, że ręką osłaniał symbol swej 

męskości i chwytał powietrze jak ryba wyjęta z wody. 

Claire bowiem kopnęła go w podbrzusze i obcasem trafiła w to czułe miejsce, tak że z 

bólu  nie  tylko  nie  mógł  się  poruszać,  ale  nawet  oddychać. W  tej  sytuacji  pomoc  Rafe’a 

była raczej już tylko moralnym wsparciem. 

Porachuję się z wami w sądzie - wysapał Dax. 

Będzie nam bardzo miło cię tam zobaczyć - zadrwił Rafe i zatrzasnął drzwi. 

Claire rzuciła się ku niemu i całym ciałem przycisnęła go do zamkniętych drzwi. 

Claire, kochanie, nic ci się nie stało? Czy ten drań nie zrobił ci jakiejś krzywdy? Och, 

dziecinko, nie płacz, nie płacz, proszę. 

Uniosła ku niemu twarz, aby pokazać, że nie płacze. W każdym razie nie był to płacz ani 

ze strachu, ani z bólu. Zduszone dźwięki, które wydobywały się z jej gardła, były raczej 

stłumionymi wybuchami śmiechu. A łzy cieknące z kącików oczu - wyrazem ulgi i radości. 

O  Boże  -  powiedziała,  niemal  trzęsąc  się  ze  śmiechu  -  czy  widziałeś  jego  minę? 

Widziałeś?  On  był  zdumiony.  Nie  spodziewał  się,  że  potrafię  wygrać  z  nim  tę  walkę.  A 

mnie się udało - triumfowała - udało! 

- Jeszcze jak, dziecino. - 

Uniósł ją do góry i zaczął wirować po pokoju. - Jeszcze jak ci 

się udało. 

Cieszył  się  jej  radością.  Zakręciło  im  się  w  głowie,  więc  Rafe  chwiejnym  krokiem 

podszedł do łóżka i opadli na nie oboje. Trzymał ją ciągle w ramionach, a ona wysunęła 

się z nich tylko po to, żeby się na nim położyć. Pochyliła głowę i pocałowała go w usta. 

Pocałunek był namiętny, gwałtowny, dziki. 
- Kochaj mnie, Rafe - 

poprosiła - kochaj mnie teraz. 

Zawahał  się.  Przed  chwilą  przeżyła  napaść  i  choć  wydawało  się,  że  zniosła  to 

zadziwiająco dobrze, jej reakcja mogła być wynikiem szoku. 

-  Teraz  - 

nalegała z ustami przy jego wargach. Objął ją ramionami, mocno przytulił do 

siebie i całował z takim zapamiętaniem i namiętnością jak ona. Przedłużał tę pieszczotę, 

background image

 

69 

gdyż nie był pewny, czy ona rzeczywiście chce tego, czego od niego żąda, a bał się, że 

zaraz straci nad sobą panowanie. Claire uniosła głowę. 

Nic mi się nie stało i nie jestem w szoku - powiedziała, patrząc mu w oczy. - Nie jestem 

okaleczonym małym ptaszkiem ani łaciatym kotkiem, którego trzeba delikatnie oswajać. W 

każdym razie już nie. Jestem kobietą, która zmierzyła się z przeszłością i wygrała. Pragnę 

uczcić moje zwycięstwo z mężczyzną, którego kocham, najlepiej jak umiem. 

O mój Boże, Claire... - Rafe był tak wzruszony, że nie mógł dokończyć zdania. - Claire... 

Porozmawiamy później - przerwała mu i znowu zaczęła go całować. 

Poddali  się  niepohamowanej  namiętności.  Całowali  się.  Dotykali.  Zrzucili  z  siebie 

ubrania,  żeby  zatracić  się  w  pieszczocie  ciał.  Wśród  czułych  szeptów  i  miłosnych 
west

chnień dotarli zdyszani do granicy wręcz bolesnego pożądania. 

- Teraz, Rafe - 

prosiła Claire, przyciągając go do siebie - teraz. 

Oddawała  mu  się,  spragniona  jego  zaborczej  władzy  nad  jej  ciałem, a  on  chciał,  żeby 

poznała wszystko, czego odmawiała sobie Królowa Lodu. I tak się stało - usłyszał to w jej 

ochrypłym jęku ekstazy, gdy już i jego porwał zachwyt upojenia, jakiego jeszcze nigdy nie 

zaznał. Po pewnym czasie, kiedy ochłonęli, wyszeptał słowa, które pragnęła usłyszeć. 

Byłaś  wspaniała.  Ponad  wszystko  w  świecie  wspaniała.  Kocham  cię.  Pierwszym 

samolotem polecimy do Las Vegas, żeby wziąć ślub. 

- Ale... 

Rafe położył jej palec na ustach. 

Nie ma żadnego ale. Nie obchodzi mnie, czy będzie dotrzymany harmonogram zdjęć. 

Nie interesuje mnie, czy przekroczymy 

budżet.  Nie  będę  się  przejmował,  jeżeli  złośliwi 

dziennikarze  napiszą,  że  reżyseruję  film  tylko  dlatego,  że  wykorzystałem  osobiste 

powiązania z producentem, że załatwiłem to przez łóżko. Tylko ty się liczysz. - Odjął palec 
od jej warg. - Co mi odpowiesz? 

O

dpowiedziała: 

- Tak. 
 

Reporterzy  ilustrowanych  czasopism  mieli  prawdziwe  używanie.  Zaskakujące 

okoliczności związane z produkcją filmu „Desperat” były wyjątkowo smakowitym kąskiem. 

Wiadomości  o  wstrzymaniu  zdjęć  i  przekroczeniu  budżetu  wprawiły  dziennikarzy w 

uciechę,  którą  można  było  porównać  tylko  do  radosnego  podniecenia  dzieci  w  Wigilię 

Bożego Narodzenia. 

Nie  zabrakło  sugestii  o  wykorzystywaniu  rodzinnych  powiązań  oraz  aluzji  na  temat 

seksualnego  napastowania.  Cała  machina  insynuacji  została  puszczona  w  ruch bez 

najmniejszych  zahamowań.  Plotki  o  cichym  ślubie  w  Las  Vegas  również  dostały  się  na 

łamy  prasy.  Później  im  zaprzeczono,  donosząc  o  skromnej  uroczystości  ślubnej  w 

rezydencji  Pierce’a  Kingstona  w  obecności  najbliższej  rodziny.  Na  szczęście,  młodzi 

małżonkowie, zaszyci na odludziu w nie znanym nikomu domu letniskowym Kingstonów w 

górach w pobliżu granicy meksykańskiej, mogli nie zważać na całe to zamieszanie. 

Prapremiera  „Desperata”  po  przyspieszonym  montażu,  którego  ostateczną  wersję 

zaakceptował w końcu reżyser, odbyła się w iście hollywoodzkim stylu w cztery miesiące 

później. W rezultacie film mógł wejść na ekrany w tygodniu przedświątecznym. Przybyło 

zarówno mnóstwo krytyków filmowych z pism branżowych, jak i reporterów ilustrowanych 
magazynów. Ci 

drudzy  spodziewali  się  nie  lada  sensacji,  kiedy  reżyser,  producent  i 

odtwórca głównej męskiej roli pojawili się razem. Większość żądnych skandali pismaków 

oczekiwała wręcz rozlewu krwi. Niestety, ku ich rozczarowaniu, wszyscy zachowywali się 

w sposób żałośnie cywilizowany. 

Krytycy przybyli tłumnie, ponieważ doszły ich plotki, że autorem scenariusza jest ktoś z 

rodziny  Kingstonów,  więc  każdemu  się  spieszyło,  żeby  zmieszać  film  z  błotem.  Pokusa 

była zbyt duża, żeby dać się komuś wyprzedzić. Krytycy nie mieli litości dla filmu. Ckliwie 

sentymentalny to był ich najoględniejszy epitet. Zdecydowanie niskie notowania dał znany 

background image

 

70 

komentator telewizyjny Gene Siskel. Tylko Roger Ebert uznał, że film można pochwalić za 

optymistyczne przesłanie oraz za znakomitą grę Christine Bishop w roli Molly. 

Jednakże  już  w  ciągu  pierwszego  świątecznego  tygodnia  film  przyniósł  dwadzieścia 

dziewięć  milionów  dolarów  zysku.  Po  kolejnych  dwunastu  tygodniach,  jak  podał 

„Entertainment Weekly”, plasował się nadal w czołówce pierwszych dziesięciu najlepszych 

fumów  wyświetlanych  w  tym  czasie.  Okazało  się,  że  chociaż  krytykom  nie  przypadł  do 

gustu, publiczność kinową wprost zachwycił. 

W wieczór uroczystego rozdania nagród Akademii Filmowej Rafe i Claire zajęli miejsca w 

sali, gdzie odbywała się ceremonia. Po lewej stronie Claire siedziała wysmukła już Nikki, 

która  przed  dwoma  miesiącami  urodziła  córeczkę,  a  obok  niej  Pierce,  nominowany  do 

Oskara za najlepszą rolę męską w filmie 

„Stworzeni  dla  siebie”.  Tara  i  Gage  tym  razem  nie  oczekiwali  żadnych  nagród,  więc 

usadowili się w drugim rzędzie z siostrą Rafe’a Pilar, która starała się nie gapić w podziwie 

na  każdą  z  zebranych  w  tym  miejscu  gwiazd  Hollywoodu.  Po  prawej  stronie  Rafe’a 

siedziała jego matka, promieniejąca dumą i szalenie elegancka w  kreacji od Yves Saint 

Laurenta. Czerwony kolor sukni znakomicie podkreślał jej ciemną karnację. 

Pozostali członkowie klanu Santanów zebrali się w domu Inez i Miguela na ich farmie, 

żeby w telewizji obejrzeć ceremonię wręczania nagród. Matka Claire oglądała uroczystość 

dzięki przekazowi satelitarnemu w Paryżu, gotowa wysłać niezwłocznie gratulacje, gdyby 

jakiś  film  produkcji  jej  wytwórni  lub  ktoś  z  rodziny  otrzymał  tę  najbardziej  prestiżową 

nagrodę.  Ojciec  Claire  był  w  Istambule,  gdzie  kręcił  swój  najnowszy  film  i  flirtował  z 

dwudziestojednoletnią odtwórczynią głównej roli. 

Na scenie Billy Crystal przedstawiał właśnie osobę, która miała prezentować najlepsze 

filmy i wręczać nagrody. 

Rafe i Claire trzymali się za ręce, kryjąc je w fałdach jej srebrnozłotej, szyfonowej sukni i 

słuchali trzyminutowych omówień każdego z filmów, które w tym roku były nominowane do 

Oskara.  Wydawało  się  im,  że  to  trwa  całą  wieczność.  Mniej  więcej  w  połowie  występu 

prezentera Rafe nachylił się od ucha żony i zapytał cicho: 

Czy będziesz zdruzgotana, jeżeli „Desperat” nie zdobędzie nagrody? 

Claire uniosła na niego błyszczące jak szafiry oczy. 
- A ty? 

Ja spytałem pierwszy. 

Zastanawiała  się  nad  tym.  Czy  będzie  zdruzgotana?  Dzięki  temu  filmowi  osiągnęła 

przecież  wszystko,  co  sobie  zakładała  i  jeszcze  coś  więcej.  Bez  cienia  wątpliwości 

udowodniła,  na  co  ją  stać.  Jej  pozycja  samodzielnej  producentki  została  ugruntowana. 

Okazało się również, że potrafi być dobrą scenarzystką. Najdziwniejsze było jednak to, że 

zawodowe  osiągnięcia  nie  miały  dla  niej  już  tak  wielkiego  znaczenia  jak  wtedy,  gdy 

przystępowała do pracy nad „Desperatem”. 

Zdała sobie sprawę, że przestały być takie ważne z chwilą, gdy ostatecznie wyzwoliła się 

z pęt przeszłości. Przecież w gruncie rzeczy bardziej jej zależało na przekonaniu się, ile 

jest  warta  jako  kobieta,  niż  w  umocnieniu  swojej  pozycji  producentki  filmowej.  I  właśnie 

siedzący  koło  niej  mężczyzna  umożliwił  jej  poznanie  siebie.  To  on  uświadomił  jej  -  i 

uświadamiał  nadal  każdego  dnia  -  jaką  ona  ma  naprawdę  naturę.  Czułą,  uczuciową. 

Odkrył  w  niej  kobietę  zdolną  głęboko  kochać  i  zasługującą  na  miłość.  Och,  reporterzy 

nadal  nazywali  ją  Królową  Lodu,  lecz  teraz  zupełnie  się  tym  nie  przejmowała,  gdyż 

wiedziała, jak bardzo się mylili. 

- Claire? - 

wyszeptał Rafe, zaniepokojony jej długim milczeniem. 

Spojrzała mu w oczy i uśmiechnęła się. 

Nie, nie będę zdruzgotana - zapewniła go. - Może rozczarowana, ale nie zdruzgotana. 

A ty? Zaśmiał się cicho. 

Och, do licha, tak, ja będę niepocieszony. Całkowicie przybity. Więc będziesz musiała 

zabrać mnie do domu i zastosować wszystkie znane ci środki, żeby pomóc memu ciału 

background image

 

71 

wydostać się z tego pourazowego szoku. 

Wszystkie znane mi środki? Hm, to brzmi interesująco - odparła szeptem. Jej ciało już 

zareagowało żarem na tę propozycję. 

Nagrodę  Oskara za najlepszy film otrzymuje... -  Prezenter  odczekał  chwilę,  żeby 

wzmóc napięcie. 

Kamery  ze  wszystkich  stron  zostały  skierowane  na  Rafe’a  i  Claire,  operatorzy  mieli 

nadzieję  uchwycić  ich  reakcję  na  wieść  o  triumfie.  Lecz  Rafe  i  Claire  ze  splecionymi 

dłońmi pochylili się właśnie ku sobie, żeby połączyć się w pocałunku. Bez względu na to, 

kto tego wieczoru odebrał Oskara, oni już zwyciężyli. 


Document Outline