background image

Alessandro Baricco

jedwab

przełożyła

Halina Kralowa

2007 

Wydanie oryginalne

Tytuł oryginału:

Seta

Data wydania:

1996

background image

Wydanie polskie

Data wydania:

2007

Numer wydania:

IV

Opracowanie graficzne:

Agnieszka Stando

Przełożyła:

Halina Kralowa

Wydawca:

Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”

ul. Wiejska 12a 00-490 Warszawa

http://www.czytelnik.pl

ISBN 978-83-07-03097-5

Wydanie elektroniczne

Trident eBooks

  To  nie  jest  powieść.  Ani  nawet  opowiadanie.  To  pewna  historia.  Zaczyna  się  od 

mężczyzny, który przemierza świat, a kończy jeziorem w wietrzny dzień. Mężczyzna nazywa 
się Hervé Joncour. Jak się nazywa jezioro, nie wiadomo.

background image

Można  by  powiedzieć,  że  jest  to  historia  miłosna.  Ale  gdyby  tylko  o  to  chodziło,  nie 

warto byłoby opowiadać. Są tu pragnienia i cierpienia, które znasz dobrze, ale nie znajdujesz 
słowa zdolnego je wyrazić. W każdym razie nie jest to słowo miłość. (To znana sprawa. Kiedy 
nie potrafisz wyrazić czegoś jednym słowem, posługujesz się całą historią. Tak się to robi. Od 
wieków).

Każda historia ma swoją muzykę. Ta ma muzykę białą. Trzeba to koniecznie powiedzieć, 

bo biała muzyka jest muzyką dziwną, czasami cię zaskakuje: gra się ją cicho i tańczy powoli. 
Jeśli  jest  dobrze  grana,  masz  wrażenie,  że  słyszysz  muzykę  ciszy,  a  znakomici  tancerze 
wydają ci się nieruchomi. Biała muzyka jest czymś diabelnie trudnym.

To  właściwie  wszystko.  Należałoby  może  wyjaśnić,  że  jest  to  historia 

dziewiętnastowieczna: aby nikt nic spodziewał się samolotów, pralek i psychoanalityków. Nie 
ma ich tutaj.

Może innym razem.

Alessandro Baricco

 

1

Chociaż ojciec  wymarzył  sobie  dla  niego  błyskotliwą  karierę wojskową, Hervé  Joncour 

zarabiał na  życie,  uprawiając  zawód niezwykły,  któremu nieobcy był, jak na  ironię, pewien 
rys tak wdzięczny, że określić by go można w pewnym sensie jako wręcz k o b i e c y .

By zarobić na życie, Hervé Joncour kupował i sprzedawał jedwabniki.
Był  rok  1861.  Flaubert  pisał  Salammbô,  światło  elektryczne  było  dopiero  hipotezą,  a 

Abraham  Lincoln,  po drugiej  stronie  oceanu, prowadził  wojnę, której  końca  nie  miał  nigdy 
zobaczyć.

Hervé Joncour miał 32 lata.
Kupował i sprzedawał.
Jedwabniki.

background image

 

2

Ściśle  mówiąc,  Hervé  Joncour  kupował  i  sprzedawał  jedwabniki,  gdy były one  jeszcze 

maleńkimi  jajeczkami  w  kolorze  żółtym  i  szarym,  nieruchomymi  i  pozornie  martwymi.  Na 
jednej dłoni mieściło się ich tysiące.

„To właśnie znaczy mieć w ręku fortunę”.
W  pierwszych  dniach  maja  jajeczka  pękały  i  wychodziły  z  nich  larwy,  które  po 

trzydziestu dniach szaleńczego żerowania na liściach morwy zamykały się znowu w kokonie, 
a  w  dwa  tygodnie  później  opuszczały  go  ostatecznie,  zostawiając  majątek  równy  tysiącu 
metrom surowej nici jedwabnej i ładnej sumce franków francuskich: zakładając, że wszystko 
odbyło się należycie i, jak w przypadku Hervé Joncoura, gdzieś na południu Francji.

Miasteczko, w którym mieszkał Hervé Joncour, nazywało się Lavilledieu. 
Jego żona – Hélène. 
Nie mieli dzieci.

 

3

Dla uniknięcia szkód związanych z epidemiami, jakie coraz częściej nawiedzały hodowle 

europejskie,  Hervé  Joncour wyprawiał  się  po  jajeczka na  drugi brzeg  Morza  Śródziemnego, 
do Syrii i Egiptu. W tym tkwił łączący się z jego pracą element czystej przygody. Wyruszał co 
roku, na początku stycznia. Przemierzał tysiąc sześćset mil morza i osiemset kilometrów lądu. 
Wybierał  jajeczka,  uzgadniał  cenę,  kupował.  Po  czym  odwracał  się,  przemierzał  osiemset 
kilometrów  lądu  i  tysiąc  sześćset  mil  morza  i  wracał  do  Lavilledieu,  na  ogół  w  pierwszą 
niedzielę kwietnia, na ogół w samą porę, by zdążyć na sumę.

Pracował jeszcze przez dwa tygodnie, by popakować i sprzedać jajeczka. 

background image

Przez resztę roku odpoczywał.

 

4

– Jaka jest Afryka? – pytano go.
– Męcząca.
Miał  duży dom  tuż za  miastem  i  małe  laboratorium w centrum, dokładnie  naprzeciwko 

opuszczonego domu Jeana Berbecka.

Jean Berbeck postanowił któregoś dnia, że przestanie mówić. I dotrzymał obietnicy. Żona 

i dwie córki opuściły go. A on umarł. Jego domu nikt nie chciał, pozostał więc pusty.

Kupując  i sprzedając  jedwabniki, Hervé Joncour zarabiał co rok wystarczająco dużo, by 

zapewnić  sobie  i  żonie  te  wygody,  które  na  prowincji  uważane  są  za  luksusy.  Korzystał  z 
umiarem  ze  swego  majątku  i  niepozbawiona  podstaw  perspektywa,  że  stanie  się  kiedyś 
człowiekiem  naprawdę  bogatym,  była  mu  najzupełniej  obojętna.  Należał  zresztą  do  tych 
ludzi,  którzy,  uznając  za  niewłaściwą  wszelką  chęć  p r z e ż y w a n i a  własnego  życia, 
lubią mu po prostu  a s y s t o w a ć .

Widać patrzą oni na swój los w taki sposób, w jaki  większość ludzi patrzy na deszczowy 

dzień.

 

5

Gdyby  ktoś go o to zapytał, Hervé Joncour odpowiedziałby, że jego życie zawsze toczyć 

się  będzie  w taki  sposób.  Na  początku lat sześćdziesiątych  jednak  epidemia  pebryny,  która 

background image

uczyniła  niezdatnymi  do użytku  jajeczka  z hodowli  europejskich,  przeniosła  się  również za 
morze, do Afryki, a zdaniem niektórych nawet do Indii. W 1861 roku Hervé Joncour wrócił ze 
swojej zwykłej podróży z zapasem jajeczek, które po dwóch miesiącach okazały się prawie w 
całości  zarażone.  Dla  Lavilledieu, jak i  dla  wielu  innych  miast, ciągnących  wielkie  zyski  z 
produkcji  jedwabiu,  rok  ten  zdawał  się  oznaczać  początek końca.  Nauka  nie  była  w  stanie 
zrozumieć  przyczyn  epidemii. I  cały świat,  po  najdalsze  regiony, zdawał  się  więźniem  tego 
niepojętego złego czaru.

– P r a w i e  cały świat – powiedział cicho Baldabiou. – P r a w i e  –  dolewając na dwa 

palce wody do swojego pernoda.

 

6

Baldabiou to człowiek, który przed  dwudziestu laty wszedł do miasteczka, skierował  się 

prosto do biura burmistrza, niezapowiedziany wkroczył do gabinetu, położył na  biurku szal z 
jedwabiu w kolorach nieba o zachodzie i zapytał

– Wie pan, co to jest?
– Coś dla kobiet.
– Myli się pan. Coś dla mężczyzn: pieniądze.
Burmistrz kazał go wyrzucić. Baldabiou w dole rzeki wybudował przędzalnię, pod osłoną 

lasu  wielką  szopę  do  hodowania  jedwabników,  a  przy  skrzyżowaniu  z  drogą  do  Vivier 
kościółek  pod  wezwaniem  świętej  Agnieszki.  Zatrudnił  prawie  trzydziestu  robotników, 
sprowadził  z Włoch  tajemniczą  drewnianą maszynę,  składającą  się z samych kół  i trybów  i 
przez siedem miesięcy  nie odezwał się więcej. Potem wrócił do burmistrza i położył na biurku 
trzydzieści tysięcy franków w starannie posegregowanych banknotach o dużych nominałach.

– Wie pan, co to jest?
– Pieniądze.
– Myli się pan. To dowód, że jest pan głupcem.
Po czym zebrał je, wsunął do torby i ruszył ku wyjściu.

background image

Burmistrz zatrzymał go.
– Co, u diabła, powinienem zrobić?
– Nic: będzie pan burmistrzem bogatego miasta.
W  pięć  lat później  Lavilledieu  miało  siedem  przędzalni  i  stało  się  jednym  z głównych 

ośrodków europejskich hodowli jedwabników i produkcji jedwabiu. Nie wszystko to należało 
do  Baldabiou.  Inni  znaczący  obywatele  i  właściciele  ziemscy rzucili  się  jego  śladem  w  tę 
ciekawą  przygodę  przemysłową.  Baldabiou  bez żadnych  ceregieli  odkrywał  przed  każdym 
tajniki  zawodu. Bawiło go  to  o wiele  bardziej  niż robienie  pieniędzy. Uczyć.  Znać  sekrety, 
które można przekazać innym. Taki to już był człowiek.

 

7

Baldabiou był także człowiekiem, który przed ośmiu laty odmienił życie Hervé Joncoura. 

Były  to  czasy,  gdy  pierwsze  epidemie  zaczęły  niszczyć  produkowane  w  Europie  jajeczka 
jedwabników. Nie  tracąc  zimnej  krwi,  Baldabiou przemyślał  sytuację  i  doszedł  do wniosku, 
że  problemu  nie  trzeba  rozwiązywać:  trzeba  go  obejść.  Miał  pomysł,  brakowało  mu  tylko 
odpowiedniego  człowieka.  Zdał  sobie  sprawę,  że  go  znalazł,  gdy  ujrzał  Hervé  Joncoura 
przechodzącego  przed kawiarnią  Verduna,  w eleganckim  mundurze  podporucznika piechoty, 
dumnym  krokiem wojskowego na  urlopie. Miał wówczas 24 lata.  Baldabiou zaprosił  go  do 
domu, rozłożył przed nim atlas pełen egzotycznych nazw i powiedział

– Gratuluję. Nareszcie, chłopcze, znalazłeś poważne zajęcie.
Hervé  Joncour  wysłuchał  całej  historii  o  jedwabnikach,  jajeczkach,  piramidach  i 

podróżach statkiem. Po czym rzekł

– Nie mogę.
– Dlaczego?
– Za dwa dni kończy mi się urlop, muszę wracać do Paryża.
– Kariera wojskowa?
– Właśnie. Tak chciał mój ojciec.

background image

– To nie problem.
Zabrał Hervé Joncoura i poszedł z nim do ojca.
– Czy wie pan, kto to jest? – zapytał, wszedłszy do gabinetu niezapowiedziany.
– Mój syn.
– Proszę mu się przypatrzeć.
Burmistrz opadł na oparcie swego skórzanego fotela i zaczął się pocić.
– Mój syn Hervé, który  za dwa dni wróci do Paryża, gdzie czeka go wspaniała  kariera w 

naszej armii, jeśli Pan Bóg i święta Agnieszka pozwolą.

–  Właśnie. Tylko  że  Pan  Bóg  zajęty jest  czymś  innym,  a  święta Agnieszka  nienawidzi 

wojskowych.

Miesiąc  później  Hervé  Joncour  wyruszył  do  Egiptu. Płynął  statkiem, który  nazywał  się 

„Adel”. Do kabiny docierały kuchenne zapachy, pewien Anglik opowiadał, jak walczył  pod 
Waterloo, trzeciego dnia wieczorem ujrzeli delfiny połyskujące na horyzoncie jak pijane fale, 
w ruletce wychodziła stale szesnastka.

Wrócił po dwóch miesiącach – w pierwszą niedzielę kwietnia, w samą porę, by zdążyć na 

sumę  –  z tysiącem  jajeczek  ułożonych  ostrożnie  w  dwóch  wielkich  drewnianych  pudłach. 
Miał mnóstwo rzeczy do opowiedzenia. Ale kiedy zostali sami, Baldabiou poprosił

– Opowiedz mi o delfinach.
– O delfinach?
– O tym, jak je zobaczyłeś.
Taki był Baldabiou.
Nikt nie wiedział, ile ma lat.

 

8

– P r a w i e  cały świat – powiedział cicho Baldabiou. – P r a w i e  – dolewając  na dwa 

palce wody do swojego pernoda.

background image

Sierpniowa  noc,  po  północy. O tej  porze  zazwyczaj  Verdun  zdążył już dawno zamknąć. 

Krzesła, nogami  do góry, tkwiły  porządnie na  stołach.  Bufet i  cała  reszta  były umyte. Tylko 
zgasić światło i zamknąć. Ale Verdun czekał: Baldabiou mówił.

Siedzący naprzeciw niego  Hervé  Joncour,  ze  zgaszonym  papierosem  w  ustach,  słuchał 

nieruchomo. Tak samo jak osiem lat temu czekał, aby ten człowiek wytyczył mu szczegółowo 
przyszłe  koleje  losu.  Jego głos  docierał  do niego cichy i  wyraźny, przerywany od  czasu  do 
czasu  łykami  pernoda.  Minuty   płynęły,  a  on  nie  przestawał  mówić.  Na  zakończenie 
powiedział

– Nie ma wyboru. Jeśli chcemy przeżyć, musimy tam dotrzeć.
Milczenie.
Verdun, oparty o ladę, podniósł na nich wzrok.
Baldabiou próbował znaleźć ostatni łyk pernoda na dnie kieliszka.
Hervé Joncour położył papierosa na brzegu stołu i zapytał
– A gdzie jest właściwie ta Japonia?
Baldabiou uniósł laskę i skierował ją w stronę dachów Saint-Auguste.
– Prosto przed siebie. W tamtą stronę.
Powiedział.
– Na samym końcu świata.

 

9

Japonia  w owych  czasach  była  istotnie  na  drugim  końcu świata.  Była  wyspą  złożoną  z 

wysp  i  przez  dwieście  lat  żyła  w  całkowitym  odosobnieniu,  z  dala  od  reszty  ludzkości, 
odmawiając  jakiegokolwiek  kontaktu  z  kontynentem  i  zakazując  wstępu  wszelkim 
cudzoziemcom. Wybrzeże chińskie oddalone było o prawie dwieście mil, ale dekret cesarski, 
zabraniający  na całej wyspie budowy  łodzi, które miałyby więcej niż jeden maszt, sprawił, że 
stało się  ono jeszcze  bardziej odległe. Zgodnie z logiką, na  swój sposób rozsądną, prawo nie 
zabraniało zresztą opuszczać ojczyzny: tyle że ci, którzy próbowali do niej wrócić, skazywani 

background image

byli  na  śmierć.  Kupcy chińscy,  holenderscy i  angielscy starali  się  wielokrotnie  przerwać  tę 
absurdalną  izolację,  ale  udało  im  się  jedynie  doprowadzić  do  powstania  wątłej  i 
niebezpiecznej sieci kontrabandy. Przyniosło  im to niewiele  pieniędzy, dużo kłopotów i parę 
legend,  takich,  jakie  opowiada  się  wieczorami  w  portach.  Tam,  gdzie  oni  ponieśli  klęskę, 
sukces, dzięki sile swojej broni, odnieśli Amerykanie. W lipcu 1853 roku komandor Matthew 
C.  Perry  wpłynął  do  zatoki  Jokohamy   z  flotyllą  nowoczesnych  parowców  i  przekazał 
Japończykom  ultimatum,  w  którym  „wyrażał  nadzieję”,  że  wyspa  otwarta  zostanie  dla 
cudzoziemców.

Japończycy nigdy  jeszcze  nie  widzieli  statku,  który zdolny byłby  płynąć  morzem  pod 

wiatr.

Siedem  miesięcy  później,  kiedy  Perry   wrócił  po  odpowiedź  na  swoje  ultimatum, 

wojskowe  władze  wyspy  zgodziły  się  podpisać  układ  zatwierdzający  otwarcie  dla 
cudzoziemców  dwóch  portów  na  północy   kraju  i  nawiązanie  pierwszych,  ostrożnych 
kontaktów handlowych.  Morze  wokół  tej  wyspy – oświadczył  komandor uroczystym  nieco 
tonem – jest od dzisiaj o wiele mniej głębokie.

 

10

Baldabiou znał wszystkie te historie. A zwłaszcza jedną legendę, powtarzającą się często 

w  opowieściach  ludzi,  którzy  tam  byli.  Głosiła  ona,  że  na  wyspie  produkowany  jest 
najpiękniejszy na świecie jedwab. Robi się go od ponad tysiąca lat, według  starych rytuałów i 
sekretów, osiągając mistyczną  niemal precyzję. Baldabiou sądził jednak, że  nie jest to żadna 
legenda, lecz szczera i czysta prawda. Zdarzyło mu się  raz trzymać  w palcach szal  utkany z 
japońskiego jedwabiu. I miał wrażenie, że nie ma nic w ręku. Toteż, gdy wydawało się już, że 
z powodu pebryny i chorych jajeczek wszystko diabli wezmą, pomyślał sobie tak:

– Ta wyspa jest pełna jedwabników. A wyspa, na którą przez dwieście lat nie dotarł żaden 

chiński  kupiec  ani  angielski  agent  ubezpieczeniowy,  jest  wyspą,  na  którą  nigdy nie  dotrze 
żadna choroba.

background image

I nie  tylko  pomyślał:  powiedział  o  tym wszystkim  producentom jedwabiu z Lavilledieu, 

zwoławszy ich do kawiarni Verduna. Nikt z nich nie słyszał nigdy o Japonii.

–  Mielibyśmy  przemierzyć  cały świat,  żeby  kupić  jajeczka  jak  Pan  Bóg  przykazał,  w 

miejscu, gdzie jak ujrzą cudzoziemca, to go wieszają?

– Wieszali – wyjaśnił Baldabiou.
Nie wiedzieli, co myśleć. Ktoś wysunął obiekcję:
– Musi być jakiś powód, że  nikt na świecie nie pomyślał, aby kupować jajeczka właśnie 

tam.

Baldabiou mógł blefować, twierdząc, że na świecie nie ma drugiego Baldabiou. Ale wolał 

powiedzieć, jak się rzeczy mają.

– Japończycy zgodzili się w końcu sprzedawać swój jedwab. Ale nie jajeczka. Tych pilnie 

strzegą. I jeśli próbujesz wywieźć je z tej wyspy, popełniasz przestępstwo.

Producenci  jedwabiu  z  Lavilledieu  byli,  w  mniejszym  lub  większym  stopniu,  ludźmi 

honoru  i  nigdy   nie  pomyśleliby   o  złamaniu  jakiegokolwiek  prawa  we  własnym  kraju. 
Możliwość uczynienia tego w innej części świata wydała im się jednak zupełnie sensowna.

 

11

Był  rok  1861. Flaubert kończył  Salammbô,  światło elektryczne  było dopiero hipotezą,  a 

Abraham  Lincoln,  po drugiej  stronie  oceanu, prowadził  wojnę, której  końca  nie  miał  nigdy 
zobaczyć.  Hodowcy  jedwabników  z  Lavilledieu  założyli  spółkę  i  zebrali,  potrzebną  na 
zorganizowanie  wyprawy, dość  znaczną  sumę. Wszystkim  wydawało się  rzeczą  logiczną, że 
wyprawę powierzyć  trzeba Hervé  Joncourowi. Kiedy  Baldabiou  zapytał  go,  czy się  zgadza, 
tamten odpowiedział pytaniem.

– A gdzie jest właściwie ta Japonia?
Prosto przed siebie, w tamtą stronę. Na samym końcu świata.
Wyruszył  6  października.  Samotnie.  U  bram  Lavilledieu  przyciągnął  do  siebie  żonę 

Hélène i powiedział tylko

background image

– Nie musisz się niczego obawiać.
Hélène była wysoką kobietą o powolnych ruchach, z długimi czarnymi włosami, których 

nigdy nie upinała. Miała przepiękny głos.

 

12

Hervé  Joncour  wyruszył,  mając  przy  sobie  osiemdziesiąt  tysięcy  franków  w  złocie  i 

nazwiska  trzech  mężczyzn,  które  podał  mu  Baldabiou:  Chińczyka,  Holendra  i  Japończyka. 
Przekroczył  granicę  koło  Metzu,  minął  Wirtembergię  i  Bawarię,  znalazł  się  w  Austrii, 
pociągiem dojechał do Wiednia i Budapesztu, a potem dalej, aż do Kijowa. Przejechał konno 
dwa tysiące kilometrów rosyjskiego stepu, minął Ural, znalazł  się  na  Syberii, po czterdziestu 
dniach  drogi  przybył  nad  jezioro  Bajkał,  które  miejscowa  ludność  nazywała  morzem.  Z 
biegiem  rzeki  Amur,  wzdłuż  chińskiej  granicy  dotarł  do  oceanu  i  zatrzymał  się  w  porcie 
Sabirk,  gdzie  spędził  jedenaście  dni  w oczekiwaniu  na  statek holenderskich przemytników, 
który  następnie  dowiózł  go  do  przylądka  Teraya  na  zachodnim  wybrzeżu  Japonii.  Pieszo, 
bocznymi drogami, przemierzył prowincje Ishikawa, Toyama, Niigata, znalazł się w prowincji 
Fukushima  i  dotarł  do  miasta  Shirakawa,  okrążył  je  od  wschodu,  przez dwa  dni  czekał  na 
czarno ubranego człowieka, który  zawiązał  mu oczy  i zawiózł do miasteczka  na  wzgórzach, 
gdzie  spędził  noc,  a  rano  dobił  targu  w sprawie  zakupu  towaru  z mężczyzną, który nic  nie 
mówił,  a  twarz  miał  zakrytą  jedwabnym  welonem.  Czarnym.  O  zachodzie  słońca  ukrył 
jajeczka wśród bagaży, odwrócił się plecami do Japonii i ruszył w drogę powrotną.

Minął  właśnie  ostatnie  domy miasteczka,  gdy  jakiś  człowiek  dogonił  go  i  zatrzymał. 

Powiedział  coś wzburzonym  i  kategorycznym  tonem,  po  czym,  grzecznie,  lecz stanowczo, 
poprowadził go z powrotem.

Hervé  Joncour  nie  mówił ani nie  rozumiał  po japońsku. Pojął jednak, że Hara  Kei  chce 

się z nim zobaczyć.

background image

 

13

Rozsunięto  ścianę  z  ryżowego  papieru  i  Hervé  Joncour  wszedł.  Hara  Kei  siedział  ze 

skrzyżowanymi  nogami  na  ziemi,  w  najbardziej  oddalonym  rogu  pokoju.  Ubrany   był  w 
ciemną  tunikę, nie  nosił  klejnotów. Jedynym  widocznym  znakiem  jego  władzy była  kobieta 
leżąca  obok  niego,  z  głową  wspartą  na  jego  kolanach,  zamkniętymi  oczami  i  rękami 
schowanymi  w  fałdach  obszernej  czerwonej  sukni,  rozpostartej  jak  płomień  na  popielatej 
macie.  On  przesuwał  wolno  ręką  po  jej  włosach:  jakby  gładził  futro  cennego,  śpiącego 
zwierzęcia.

Hervé  Joncour  przeszedł  przez  pokój,  poczekał,  aż  gospodarz  da  mu  znak,  i  usiadł 

naprzeciw niego. Milczeli, patrząc sobie w oczy. Niedostrzegalnie nadszedł służący i postawił 
przed nimi  dwie  filiżanki  herbaty.  Potem  zniknął.  Wtedy  Hara  Kei  zaczął  mówić  w swoim 
języku, głosem monotonnym,  przechodzącym w rodzaj  drażniąco  sztucznego falsetu.  Hervé 
Joncour słuchał. Oczy miał utkwione w oczy Hara Keia i tylko na chwilę, prawie bezwiednie, 
opuścił je na twarz kobiety.

To była twarz małej dziewczynki.
Znów uniósł wzrok.
Hara Kei przerwał, podniósł jedną z filiżanek, zbliżył ją do ust, chwilę odczekał i odezwał 

się

– Niech pan spróbuje opowiedzieć mi o sobie.
Powiedział  to  po  francusku,  przeciągając  nieco  samogłoski,  głosem  ochrypłym, 

naturalnym.

 

14

background image

Człowiekowi najbardziej niedostępnemu w Japonii, panu i władcy  wszystkiego, co światu 

udawało się wywieźć z tej wyspy, Hervé Joncour próbował opowiedzieć o sobie. Czynił to we 
własnym  języku,  mówiąc  powoli  i  nie  będąc  pewnym,  czy Hara  Kei  zdoła  go  zrozumieć. 
Instynktownie zrezygnował z wszelkiej ostrożności, relacjonując bez zmyśleń i bez opuszczeń 
wszystko,  co  po  prostu  było  prawdą.  Przedstawiał  drobne  szczegóły i  wydarzenia  wielkiej 
wagi  takim  samym  głosem,  podkreślanym  powściągliwymi gestami,  naśladując  hipnotyczny 
rytm, smutny i obojętny, spisu przedmiotów ocalałych z pożaru. Hara Kei słuchał z kamienną 
twarzą  bez wyrazu.  Oczy  miał  utkwione  w  wargi  Hervé  Joncoura,  jakby to  były  ostatnie 
linijki  pożegnalnego listu. W pokoju panowała taka cisza  i bezruch, że czymś monstrualnym 
wydało się to, co zdarzyło się nagle i co właściwie było drobnostką bez znaczenia.

W pewnej chwili,
nie poruszywszy się nawet,
dziewczynka
otworzyła oczy.
Hervé  Joncour  nie  przestał  mówić,  ale  instynktownie  opuścił  wzrok  ku  niej  i,  nie 

przestając mówić, zobaczył, że te oczy   n i e  m a j ą  w y k r o j u  o r i e n t a l n e g o  i że 
utkwione są z  n i e p o k o j ą c y m  n a t ę ż e n i e m  w jego twarz: jak gdyby od początku 
śledziły  go  spod  półprzymkniętych  powiek.  Hervé  Joncour  odwrócił  wzrok  z  całą 
naturalnością, na jaką było go stać, i próbował ciągnąć dalej  swoją opowieść niezmienionym 
głosem. Przerwał dopiero wtedy, gdy  jego wzrok padł na stojącą przed nim na ziemi filiżankę 
herbaty.  Ujął  ją  jedną  ręką,  podniósł  do  warg  i  powoli  upił  łyk.  Odstawiając  ją  na  dawne 
miejsce, znowu zaczął mówić.

 

15

Francja,  podróże  morskie,  zapach  morw  w  Lavilledieu,  pociągi  parowe,  głos  Hélène. 

Hervé  Joncour  opowiadał  nadal  o  swoim  życiu,  jak  nigdy jeszcze  tego  w swoim  życiu  nie 
robił.  Dziewczynka  patrzyła  na  niego  nadal,  a  intensywność  tego  spojrzenia  nakazywała 

background image

każdemu z jego słów brzmieć w sposób niezapomniany. Zdawało się, że pokój znieruchomiał 
bezpowrotnie, gdy oto nagle, zupełnie bezszelestnie, ona wysunęła rękę spod sukni i opuściła 
ją  na  matę  przed sobą.  Hervé  Joncour ujrzał  tę  bladą  plamę  pojawiającą  się  na  skraju jego 
pola  widzenia, ujrzał, jak  muska  filiżankę Hara  Keia, po czym,  pozornie  bez sensu, posuwa 
się dalej, chwyta bez wahania drugą filiżankę, tę, z której  o n  pił, unosi  ją lekko i zabiera. 
Hara  Kei  nie  przestał  ani  na  chwilę  wpatrywać  się  z kamiennym  wyrazem  twarzy w  wargi 
Hervé Joncoura.

Dziewczynka uniosła lekko głowę.
Po raz pierwszy oderwała oczy od Hervé Joncoura i przeniosła wzrok na filiżankę.
Okręciła  ją  powoli,  aż przy jej  wargach  znalazło  się  dokładnie  to  miejsce,  którego  on 

dotknął, pijąc.

Przymknąwszy oczy, wypiła łyk herbaty.
Odsunęła filiżankę od ust.
Opuściła ją w to samo miejsce, z którego ją wzięła. 
Wsunęła rękę pod suknię. 
Znów oparła głowę na kolanach Hara Keia. 
Z otwartymi oczami, utkwionymi w oczy Hervé Joncoura.

 

16

Hervé  Joncour mówił  jeszcze  długo. Przerwał  dopiero wtedy,  gdy  Hara  Kei  oderwał  od 

niego wzrok i ledwo dostrzegalnie skłonił głowę.

Milczenie.
Po  francusku,  przeciągając  nieco  samogłoski,  naturalnym,  ochrypłym  głosem  Hara  Kei 

powiedział

– Jeśli pan zechce, z przyjemnością zobaczę pana znowu.
Po raz pierwszy się uśmiechnął.
– Jajeczka, które ma pan ze sobą, to ikra, niewarte są prawie nic.

background image

Hervé  Joncour  spuścił  oczy.  Przed  nim  stała  jego  filiżanka  herbaty.  Wziął  ją  w  rękę  i 

zaczął obracać, przypatrując się jej uważnie, jak gdyby szukał czegoś na kolorowym szlaczku 
przy brzegu. Kiedy  znalazł  to,  czego  szukał, przyłożył  tam  wargi i  wypił do dna. Następnie 
postawił filiżankę przed sobą i powiedział

– Wiem o tym.
Hara Kei roześmiał się, ubawiony.
– To dlatego zapłacił pan fałszywym złotem?
– Zapłaciłem za to, co kupiłem.
Hara Kei spoważniał.
– Kiedy będzie pan stąd wyjeżdżał, dostanie pan to, czego chce.
– Kiedy żywy opuszczę tę wyspę, dostanie pan należne mu złoto. Ma pan moje słowo.
Hervé  Joncour  nie  zaczekał  nawet na  odpowiedź.  Wstał,  zrobił  kilka  kroków  do  tyłu  i 

ukłonił się.

Ostatnią rzeczą, jaką ujrzał przed wyjściem, były jej oczy utkwione w jego oczy, zupełnie 

nieme.

 

17

Sześć  dni  później,  w  Takaoka,  Hervé  Joncour  wsiadł  na  statek  holenderskich 

przemytników, który dowiózł  go  do Sabirka.  Stąd,  posuwając  się  wzdłuż chińskiej  granicy, 
dotarł nad jezioro  Bajkał, przebył  cztery tysiące  kilometrów  ziemi  syberyjskiej,  minął  Ural, 
przybył  do Kijowa i przejechał  pociągiem  całą  Europę, ze wschodu na zachód, by wreszcie, 
po  trzech  miesiącach  podróży,  znaleźć  się  we  Francji.  W  pierwszą  niedzielę  kwietnia  –  w 
samą porę, by zdążyć na sumę – stanął u bram Lavilledieu. Zatrzymał się, podziękował Bogu 
i wszedł do miasteczka pieszo, licząc kroki, aby każdy miał swoją nazwę i aby nigdy ich nie 
zapomnieć.

– Jaki jest koniec świata? – zapytał go Baldabiou.
– Niewidoczny.

background image

Żonie  Hélène  przywiózł  w  prezencie  jedwabną  tunikę,  której  ona,  przez  wstydliwość, 

nigdy nie włożyła. Trzymając ją w palcach, miało się wrażenie, że nie ma się nic w ręku.

 

18

Jajeczka,  które  Hervé  Joncour  przywiózł  z  Japonii  –  przylepione  setkami  do  małych 

płatków  morwowej  kory  –  okazały  się  zupełnie  zdrowe.  Produkcja  jedwabiu  w  okręgu 
Lavilledieu, pod względem  ilości i  jakości, była w owym roku nadzwyczajna. Zdecydowano 
się  otworzyć  dwie  nowe  przędzalnie,  a  Baldabiou  kazał  zbudować  wirydarz przy  kościółku 
Świętej Agnieszki.  Nie  wiadomo  dlaczego,  ale  wyobraził  sobie,  że  musi  on  być  okrągły,  i 
dlatego  zlecił  przygotowanie  projektu  architektowi  hiszpańskiemu,  który nazywał  się  Juan 
Benitez i cieszył pewną sławą w dziedzinie Plazas de Toros.

– Pośrodku oczywiście żadnego piasku, tylko ogród. I, jeśli łaska, nad wejściem, zamiast 

głów byków głowy delfinów.

– Delfinów, señor?
– 
Widziałeś kiedyś rybę, Benitez?
Hervé  Joncour  zrobił  kilka  obliczeń  i  odkrył,  że  jest  bogaty.  Kupił  trzydzieści  akrów 

ziemi  na  południe  od  swojego  domu  i  spędził  letnie  miesiące  na  sporządzaniu  rysunków 
ogrodu,  gdzie  byłoby  przyjemnie  spacerować  w  ciszy.  Wyobraził  sobie,  że  będzie  on 
niewidoczny  jak  koniec  świata.  Co  rano  wyprawiał  się  do  Verduna,  gdzie  słuchał 
miejscowych  historyjek  i  przeglądał  nadesłane  z  Paryża  gazety.  Wieczorem  przesiadywał 
długo obok żony Hélène na werandzie swojego domu. Ona czytała na głos jakąś książkę, a on 
czuł się szczęśliwy, bo myślał, że na całym świecie nie ma piękniejszego głosu.

4  września  1862  roku  skończył  33  lata.  Życie  jak deszcz spływało  przed  jego  oczami: 

widok pełen spokoju.

background image

 

19

– Nie musisz się niczego obawiać.
Ponieważ Baldabiou tak  postanowił,  1 października  Hervé  Joncour  wyjechał  znowu  do 

Japonii. Przekroczył granicę francuską koło Metzu, minął Wirtembergię i Bawarię, znalazł się 
w  Austrii,  pociągiem  dojechał  do  Wiednia  i  Budapesztu,  a  potem  dalej,  aż  do  Kijowa. 
Przejechał  konno  dwa  tysiące  kilometrów  rosyjskiego  stepu,  minął  Ural,  znalazł  się  na 
Syberii,  po  czterdziestu  dniach  drogi  przybył  nad  jezioro  Bajkał,  które  miejscowa  ludność 
nazywała  demonem.  Z  biegiem  rzeki  Amur,  wzdłuż  chińskiej  granicy  dotarł  do  oceanu  i 
zatrzymał się w porcie Sabirk, gdzie spędził jedenaście dni, oczekując na statek holenderskich 
przemytników,  który  następnie  dowiózł  go  do  przylądka  Teraya  na  zachodnim  wybrzeżu 
Japonii.  Pieszo,  bocznymi  drogami,  przemierzył  prowincje  Ishikawa,  Toyama,  Niigata, 
znalazł  się  w  prowincji  Fukushima  i  dotarł  do  miasta  Shirakawa,  okrążył  je  od  wschodu  i 
przez dwa  dni  czekał  na  czarno  ubranego  człowieka, który  zawiązał  mu  oczy i  zawiózł  do 
miasteczka  Hara  Keia.  Gdy już mógł  otworzyć  oczy,  ujrzał  przed  sobą  dwóch  służących, 
którzy  wzięli jego bagaż, poprowadzili na skraj lasu, wskazali mu ścieżkę i zostawili samego. 
Hervé Joncour zaczął iść w cieniu, jaki drzewa wokół niego i nad nim wycinały z blasku dnia. 
Zatrzymał  się  dopiero  wtedy,  gdy nagle  zieleń  otwarła  się  na  chwilę  –  jak  okno  –  z boku 
ścieżki. Jakieś trzydzieści  metrów poniżej  widać było  jezioro. A na brzegu jeziora,  tyłem  do 
niego,  przysiedli  na  ziemi  Hara  Kei  i  kobieta  w  pomarańczowej  sukni,  z  włosami 
rozpuszczonymi  na  ramiona.  W  chwili  gdy  Hervé  Joncour  ją  dostrzegł,  ona  odwróciła  się 
powoli, na jedną chwilę, tyle tylko, by napotkać oczami jego wzrok.

Jej oczy nie miały wykroju orientalnego, a twarz była twarzą małej dziewczynki.
Hervé  Joncour  ruszył  dalej  przez  gąszcz  lasu,  a  gdy z  niego  wyszedł,  znalazł  się  na 

brzegu  jeziora.  Kilka  kroków  przed  nim  Hara  Kei,  odwrócony  tyłem,  siedział  sam, 
nieruchomo, ubrany na czarno. Obok niego leżała rzucona na ziemię pomarańczowa  suknia  i 
para  słomianych  sandałów.  Hervé  Joncour  podszedł  bliżej.  Maleńkie  koliste  fale,  jakby 
przysłane gdzieś z daleka, kładły wodę na brzegu jeziora.

– Mój francuski przyjaciel – szepnął, nie odwracając się, Hara Kei.

background image

Spędzili  parę  godzin,  siedząc  obok  siebie,  na  rozmowie  i  milczeniu.  Potem  Hara  Kei 

podniósł  się,  a  Hervé  Joncour  poszedł  jego  śladem.  Zanim  ruszył  w  stronę  ścieżki, 
niedostrzegalnym  ruchem  upuścił  jedną  ze  swoich  rękawiczek  obok  porzuconej  na  brzegu 
pomarańczowej sukni. Kiedy doszli do miasteczka, był już wieczór.

 

20

Hervé  Joncour był  gościem  Hara  Keia  przez cztery dni. Było to  tak,  jakby mieszkał  na 

królewskim  dworze. Cała  okolica  istniała  dla  tego  człowieka, jeśli  ktoś  na  tych  wzgórzach 
wykonał  jakiś ruch, służył  on  prawie zawsze jego obronie  lub przyjemności. Życie mrowiło 
się  niegłośnie,  poruszało  z  przebiegłą  powolnością,  jak  tropione  zwierzę  w  swojej  norze. 
Świat wydawał się odległy o całe wieki.

Hervé Joncour miał dom dla siebie i pięciu służących, którzy wszędzie mu towarzyszyli. 

Jadał  samotnie,  w  cieniu  ubarwionego  kwiatami  drzewa,  jakiego  nigdy  dotąd  nie  widział. 
Dwa  razy  na  dzień  podawano  mu,  w  sposób  nieco  ceremonialny,  herbatę.  Wieczorem 
prowadzony  był  do  największego  w  domu  pomieszczenia  z  kamienną  podłogą,  gdzie 
poddawał  się  rytuałowi  kąpieli.  Trzy  kobiety,  stare, z twarzami  pokrytymi  czymś w rodzaju 
białej  szminki, polewały  wodą  jego ciało  i  wycierały je  ciepłą, jedwabną tkaniną. Ich sękate 
dłonie były zadziwiająco lekkie.

Rankiem  drugiego  dnia  Hervé  Joncour  ujrzał  wjeżdżającego  do  miasteczka  białego 

człowieka: towarzyszyły mu dwa wozy pełne dużych drewnianych skrzyń. Był to Anglik. Nie 
przyjechał tu kupować. Przyjechał sprzedawać.

– Broń, monsieur. A pan?
– Ja kupuję. Jedwabniki.
Zjedli  razem kolację. Anglik miał  dużo do opowiadania:  od  ośmiu już lat krążył tam i  z 

powrotem między Europą a Japonią. Hervé Joncour słuchał i dopiero na końcu zapytał

– Czy zna pan kobietę, młodą, Europejkę, jak sądzę, białą, która tu mieszka?
Anglik, nieporuszony, jadł dalej.

background image

– W Japonii nie ma białych kobiet. W Japonii nie ma ani jednej białej kobiety.
Odjechał następnego dnia obładowany złotem.

 

21

Hervé  Joncour zobaczył  znów Hara  Keia  dopiero  trzeciego  dnia  rano.  Zdał  sobie  nagle 

sprawę,  że  jego  pięciu  służących  zniknęło  gdzieś,  jakby za  sprawą  czarów,  i  w  parę  chwil 
później  zobaczył jego. Ten człowiek,  dla którego wszyscy  w tych  stronach istnieli, poruszał 
się  zawsze  w  otoczce  pustki.  Jak  gdyby  jakaś  niepisana  reguła  nakazywała  światu,  by 
pozwolił mu żyć samotnie.

Poszli  razem  w  górę  zbocza  i  dotarli  do  polany,  gdzie  niebo  przecinały  dziesiątki 

przelatujących ptaków z wielkimi błękitnymi skrzydłami.

– Tutejsza ludność patrzy, jak latają, i z ich lotu odczytuje przyszłość.
Powiedział Hara Kei.
– Kiedy byłem chłopcem, ojciec zaprowadził mnie w miejsce podobne do tego, włożył mi 

w  ręce  swój  łuk  i  kazał  strzelić  do  jednego  z nich.  Zrobiłem  to  i  wielki  ptak  z błękitnymi 
skrzydłami  spadł  na  ziemię  jak  martwy kamień.  Jeśli  chcesz poznać  przyszłość,  czytaj  lot 
swojej strzały, powiedział mi ojciec.

Ptaki  latały powoli,  unosząc  się  i  opadając  na niebie, jakby  je  chciały starannie  zetrzeć 

skrzydłami.

Wrócili do wsi, idąc  w dziwnym  świetle  popołudnia, które przypominało  wieczór. Przed 

domem Hervé  Joncoura  pożegnali  się. Hara Kei  zawrócił  i ruszył  powoli  przed  siebie  drogą 
biegnącą  wzdłuż rzeki.  Hervé  Joncour  patrzył  za  nim,  stojąc  w  progu:  zaczekał,  aż tamten 
oddali się o jakieś dwadzieścia kroków, i zapytał

– Kiedy powie mi pan, kim jest ta dziewczynka?
Hara Kei szedł dalej, krokiem powolnym, w którym nie było ani śladu zmęczenia. Wokół 

była  kompletna  cisza  i  pustka.  Jakby  pod  wpływem  dziwnego  nakazu  człowiek  ów, 
dokądkolwiek szedł, poruszał się w całkowitej i doskonałej samotności.

background image

 

22

Rankiem ostatniego dnia Hervé Joncour wyszedł ze swego domu i zaczął błądzić bez celu 

po  miasteczku.  Napotykał  mężczyzn,  którzy  na  jego  widok  kłaniali  się,  i  kobiety,  które 
uśmiechały  się,  spuszczając  oczy.  Kiedy zobaczył  ogromną  wolierę z niewiarygodną  ilością 
ptaków  wszelkiego  rodzaju,  prawdziwy  spektakl,  zrozumiał,  że  jest  blisko  siedziby   Hara 
Keia. Hara Kei opowiadał mu, że kazał je sprowadzać ze wszystkich stron świata. Niektóre z 
nich warte były więcej niż cały jedwab, jaki w Lavilledieu produkowano w ciągu roku. Hervé 
Joncour przystanął, by  popatrzeć na to wspaniałe szaleństwo. Przypomniał  sobie  przeczytane 
w  jakiejś  książce  zdanie,  że  ludzie  Wschodu,  aby  uczcić  wierność  swoich  kochanek, 
ofiarowywali im nie klejnoty, lecz niezwykłe, przepiękne ptaki.

Siedziba  Hara Keia  zdawała  się  tonąć w jeziorze ciszy. Hervé  Joncour podszedł  bliżej  i 

przystanął kilka metrów od wejścia. Nie było drzwi, a na papierowych ścianach pojawiały się 
i  znikały bezgłośne cienie. Nie  sprawiało  to wrażenia  życia; jedynym  słowem  na  określenie 
tego wszystkiego było słowo teatr. Hervé Joncour zatrzymał się i – sam nie  wiedząc  na  co – 
czekał:  nieruchomo,  kilka  metrów  od  domu.  Przez  cały  ten  czas,  w  którym  zdał  się  na 
zrządzenie  losu,  na dziwnej scenie nie  było  nic poza  cieniami i  ciszą. Toteż w końcu  Hervé 
Joncour  odwrócił  się  i  ruszył  szybko  ku  domowi.  Spuściwszy głowę,  patrzył  na  stawiane 
przez siebie kroki, to bowiem pomagało mu nie myśleć.

 

23

Wieczorem  Hervé  Joncour spakował bagaże. Potem pozwolił zaprowadzić się do dużego 

pokoju z kamienną posadzką, gdzie odbywał się rytuał kąpieli. Wyciągnął się, zamknął oczy i 
zaczął myśleć  o  wielkiej  wolierze, szalonym  dowodzie  miłości. Ktoś położył mu na  oczach 

background image

wilgotną ściereczkę. Dotychczas nigdy tego nie  robiono. Instynktownie  chciał  ją zsunąć, ale 
czyjaś dłoń ujęła jego rękę i zatrzymała ją. To nie była stara dłoń starej kobiety.

Hervé  Joncour  poczuł  wodę  spływającą  na  jego  ciało,  najpierw na  nogi,  potem  wzdłuż 

ramion i na pierś. Woda jak oliwa. A wokół dziwna cisza. Poczuł lekkość jedwabnego welonu, 
który na niego opadł. I dłonie kobiety  – kobiety – które wycierały go, gładząc po całej skórze: 
te  ręce  i  ta  utkana  z powietrza  tkanina.  Nie  poruszył  się  nawet wtedy, gdy poczuł,  że  ręce 
wędrują od ramion ku szyi, a palce – jedwab i palce – unoszą się do jego warg, muskają je raz 
jeden, powoli, i nikną.

Hervé Joncour poczuł jeszcze, jak jedwabny welon odrywa się od niego i unosi. I poczuł 

rękę, która rozchylała jego dłoń i coś na niej kładła.

Czekał długo, w ciszy, nie poruszając się. Potem zdjął powoli wilgotną ściereczkę z oczu. 

W  pokoju  nie  było  już  prawie  światła.  Wokół  nie  było  nikogo.  Podniósł  się,  wziął  tunikę, 
która leżała złożona na ziemi, narzucił ją na ramiona, wyszedł z pokoju, przeszedł przez dom, 
znalazł swoją  matę  i  wyciągnął  się  na  niej.  Zapatrzył  się  w  wątły płomyk,  który migotał  w 
latarni. I z rozmysłem zatrzymał Czas na tyle czasu, ile było mu trzeba.

Potem  drobnostką  już  było  otworzyć  rękę  i  ujrzeć  tę  kartkę.  Małą.  Kilka  ideogramów 

nakreślonych jeden pod drugim. Czarnym atramentem.

 

24

Następnego  dnia  wcześnie  rano  Hervé  Joncour  odjechał.  Wiózł  ze  sobą,  ukryte  wśród 

bagaży,  tysiące  jajeczek  jedwabników,  czyli  przyszłość  Lavilledieu,  pracę  dla  setek  osób  i 
bogactwo dla dziesięciu z nich. Tam, gdzie  droga  skręcała  w lewo, kryjąc na zawsze za  linią 
wzgórza  widok  miasteczka,  zatrzymał  się,  nie  bacząc  na  dwóch  ludzi,  którzy  mu 
towarzyszyli. Zsiadł z konia  i  stał przez chwilę na skraju drogi, ze  wzrokiem utkwionym we 
wspinające się zboczem domy.

Sześć  dni  później,  w  Takaoka,  Hervé  Joncour  wsiadł  na  statek  holenderskich 

przemytników, który dowiózł  go  do Sabirka.  Stąd,  posuwając  się  wzdłuż chińskiej  granicy, 

background image

dotarł nad jezioro  Bajkał, przebył  cztery tysiące  kilometrów  ziemi  syberyjskiej,  minął  Ural, 
przybył  do  Kijowa  i  przejechał  pociągiem  przez  całą  Europę,  ze  wschodu  na  zachód,  by 
wreszcie,  po  trzech  miesiącach  podróży,  znaleźć  się  we  Francji.  W  pierwszą  niedzielę 
kwietnia – w samą porę, by zdążyć na sumę – stanął u bram Lavilledieu. Ujrzał żonę Hélène, 
która  wybiegła  mu  naprzeciw,  przyciskając  ją  do  siebie  poczuł  zapach  jej  skóry i  usłyszał 
aksamit głosu, gdy powiedziała

– Wróciłeś.
Ze słodyczą.
– Wróciłeś.

 

25

W  Lavilledieu życie  płynęło zwyczajnie, pod  znakiem  metodycznej  normalności.  Hervé 

Joncour pozwolił  mu się  nieść  przez czterdzieści  jeden dni.  Czterdziestego drugiego poddał 
się,  otworzył  szufladkę  swojego  podróżnego  kufra,  wydobył  mapę  Japonii,  rozłożył  ją  i 
wyciągnął  karteczkę,  którą  ukrył  tam  parę  miesięcy  wcześniej.  Kilka  ideogramów 
nakreślonych  jeden  pod  drugim.  Czarnym  atramentem.  Usiadł  przy  biurku  i  długo  im  się 
przyglądał.

Znalazł  Baldabiou  u  Verduna,  przy  bilardzie.  Baldabiou  grał  zawsze  samotnie,  sam 

przeciw  sobie.  Dziwne  partie.  Zdrowy  przeciw  jednorękiemu,  jak  je  określał.  Jeden  ruch 
wykonywał normalnie, a następny jedną ręką.

Tego  dnia,  gdy   wygra  jednoręki  –  mawiał  –  opuszczę  to  miasto.  Od  lat  jednoręki 

przegrywał.

– Baldabiou, muszę tu znaleźć kogoś, kto umie czytać po japońsku.
Jednoręki uderzył o dwie bandy z rotacją wsteczną.
– Poproś Hervé Joncoura, on wszystko umie.
– Ja tego nie rozumiem.
– Tutaj ty jesteś Japończykiem.

background image

– Ale i tak nic nie rozumiem.
Zdrowy pochylił się nad kijem i posłał świecę za sześć punktów.
–  W  takim  razie  zostaje  tylko  Madame  Blanche.  Ma  sklep   bławatny  w  Nîmes.  Nad 

sklepem jest burdel. Też należy do niej. Jest bogata. I jest Japonką.

– Japonką? A jak się tu znalazła?
– Nie pytaj jej o to, jeśli chcesz od niej coś uzyskać. Cholera.
Jednorękiemu nie wyszło uderzenie o trzy bandy za czternaście punktów.

 

26

Swojej  żonie  Hélène  Hervé  Joncour  powiedział,  że  musi  jechać  do Nîmes w  sprawach 

handlowych. I że wróci tego samego dnia.

Wszedł  na  pierwsze  piętro  nad  sklepem  bławatnym  przy ulicy  Moscat  12  i  zapytał  o 

Madame  Blanche.  Kazano  mu  długo  czekać.  Salon  urządzony  był  jak  na  zabawę,  która 
zaczęła się przed laty i trwa nadal. Wszystkie dziewczęta były młode i były Francuzkami. Był 
też  pianista,  który  grał  niegłośno  motywy  w  stylu  rosyjskim.  Na  zakończenie  każdego 
kawałka przeczesywał prawą ręką włosy i szeptał cicho

– Voilà.

 

27

Hervé  Joncour  czekał  przez  dwie  godziny.  Potem  zaprowadzono  go  korytarzem  do 

ostatnich drzwi. Otworzył i wszedł.

background image

Madame Blanche siedziała w wielkim fotelu pod oknem. Ubrana była w kimono z lekkiej 

tkaniny:  zupełnie  białe.  Na  palcach,  zamiast  pierścionków,  miała  małe  kwiatki  w  kolorze 
jaskrawoniebieskim. Włosy czarne, lśniące, twarz orientalna, bez skazy.

– Co pozwala panu sądzić, że jest pan dość bogaty na to, by iść do łóżka ze mną?
Hervé Joncour stał nadal przed nią, z kapeluszem w ręku.
– Chciałbym, by wyświadczyła mi pani pewną przysługę. Cena nie gra roli.
Po czym  wyjął  z wewnętrznej kieszeni marynarki  złożoną na cztery  małą kartkę i podał 

jej.

– Muszę wiedzieć, co tam jest napisane.
Madame  Blanche  nie  poruszyła  się  ani  o  milimetr.  Jej  wargi  były  lekko  rozchylone, 

przywodziły na myśl prehistorię uśmiechu.

– Bardzo panią proszę, madame.
Nie  miała  najmniejszego  powodu,  by  to  uczynić. A jednak  wzięła  kartkę,  rozłożyła  ją  i 

spojrzała. Podniosła oczy na  Hervé  Joncoura, opuściła je znowu. Powoli złożyła  kartkę. Gdy 
pochyliła  się  do  przodu,  aby mu  ją  zwrócić,  kimono  rozchyliło  się  nieznacznie  na  piersi. 
Hervé Joncour zobaczył, że nie ma nic pod spodem i że jej skóra jest młoda i jasna.

– Proszę wrócić, bo umrę.
Powiedziała  to zimnym  głosem, patrząc Hervé Joncourowi  w oczy, jej twarz ani  na jotę 

nie zmieniła wyrazu. Proszę wrócić, bo umrę.

Hervé Joncour włożył karteczkę z powrotem do wewnętrznej kieszeni marynarki.
– Dziękuję.
Skłonił  się lekko, po czym odwrócił  się, skierował ku drzwiom  i chciał położyć na stole 

kilka banknotów.

– Niech pan da spokój.
Hervé Joncour zawahał się na chwilę.
– Nie mówię o pieniądzach. Mówię o tej kobiecie. Niech pan da spokój. Nie umrze i pan 

o tym wie.

Nie odwracając się, Hervé Joncour położył banknoty na stole, otworzył drzwi i wyszedł.

 

28

background image

Baldabiou mówił, że czasem przyjeżdżali aż z Paryża, aby kochać się z Madame Blanche. 

Po powrocie do stolicy każdy demonstracyjnie obnosił w klapie wieczorowej marynarki kilka 
małych niebieskich kwiatków, takich samych jak te, które  ona nosiła zawsze między palcami 
zamiast pierścionków.

 

29

Po raz pierwszy  w życiu Hervé Joncour zabrał tego roku żonę na Riwierę. Zatrzymali się 

na  dwa  tygodnie  w  jednym  z  hoteli  w  Nicei,  odwiedzanym  najczęściej  przez Anglików  i 
znanym  z  wieczorów  muzycznych,  jakie  urządzano  tam  dla  gości.  Hélène  nabrała 
przekonania, że w miejscu tak pięknym uda się im począć dziecko, na które daremnie czekali 
od  lat.  Postanowili  wspólnie,  że  będzie  to  chłopczyk.  I  że  będzie  miał  na  imię  Philippe. 
Korzystali z umiarem  ze światowego życia  kąpieliska, a potem, zamknięci w swoim  pokoju, 
zabawiali się przypominaniem sobie różnych dziwnych, śmiesznych typów, które zdarzyło im 
się  spotkać.  Pewnego  wieczoru,  na  koncercie,  poznali  jakiegoś  Polaka,  który   handlował 
futrami: mówił, że był w Japonii.

W noc przed wyjazdem Hervé Joncour obudził się nagle, gdy  było jeszcze ciemno, wstał i 

podszedł do łóżka Hélène. Gdy otworzyła oczy, usłyszał własny głos, mówiący cicho:

– Zawsze będę cię kochał.

 

30

background image

Na  początku  września  hodowcy   jedwabników  z  Lavilledieu  zebrali  się,  by  podjąć 

decyzję,  co  robić.  Rząd  przysłał  do  Nîmes  młodego  biologa,  który  miał  zbadać  chorobę 
niszczącą produkowane we Francji jajeczka. Nazywał się Louis Pasteur i pracował, używając 
mikroskopów zdolnych  zobaczyć  to, co  niewidzialne:  mówiono, że  uzyskał  już zaskakujące 
rezultaty.  Z Japonii  napływały  wieści  o zbliżającej się  wojnie  domowej, do  której  parły siły 
przeciwne wpuszczaniu do kraju cudzoziemców. Konsulat francuski, od niedawna działający 
w  Jokohamie,  słał  pisma,  w  których  odradzał  chwilowo  nawiązywania  stosunków 
handlowych  z  wyspą  i  radził  czekać  na  poprawę  sytuacji.  Wielu  notabli  z  Lavilledieu, 
skłonnych  do  ostrożności  i  nieobojętnych  na  ogromne  koszty,  z  jakimi  wiązała  się  każda 
potajemna  wyprawa  do  Japonii,  proponowało,  by  wstrzymać  na  ten  rok  podróże  Hervé 
Joncoura i zaryzykować kupno partii jajeczek, w miarę wiarygodnych, sprowadzanych przez 
wielkich  importerów  z  Bliskiego  Wschodu.  Baldabiou  wysłuchał  wszystkich  bez  słowa. 
Kiedy w końcu przyszła jego kolej, położył swoją trzcinową laskę  na stole  i  podniósł wzrok 
na człowieka, który siedział naprzeciw niego. I czekał.

Hervé Joncour słyszał o badaniach Pasteura i czytał wiadomości  nadchodzące  z Japonii: 

ale  nigdy  nie  chciał  ich  komentować.  Wolał  spędzać  czas  na  wprowadzaniu  ostatnich 
poprawek  do  projektu  ogrodu,  który chciał  założyć  wokół  domu.  W  ciemnym  zakamarku 
swego  gabinetu  trzymał  złożoną  we  czworo  kartkę  z  kilkoma  ideogramami  nakreślonymi 
jeden  pod  drugim  czarnym  atramentem.  Miał  pokaźne  konto w  banku,  prowadził  spokojne 
życie i  żywił niepozbawioną  podstaw nadzieję, że wkrótce  zostanie ojcem. Kiedy Baldabiou 
podniósł na niego wzrok, powiedział tylko – To ty decydujesz, Baldabiou.

 

31

Hervé  Joncour  wyjechał  do  Japonii  w  pierwszych  dniach  października.  Przekroczył 

granicę  francuską  koło  Metzu,  minął  Wirtembergię  i  Bawarię,  znalazł  się  w  Austrii, 
pociągiem dojechał do Wiednia i Budapesztu, a potem dalej, aż do Kijowa. Przejechał konno 
dwa tysiące kilometrów rosyjskiego stepu, minął Ural, znalazł  się  na  Syberii, po czterdziestu 

background image

dniach  drogi  przybył  nad  jezioro  Bajkał,  które  miejscowa  ludność  nazywała  ostatnim.  Z 
biegiem  rzeki  Amur,  wzdłuż  chińskiej  granicy  dotarł  do  oceanu  i  zatrzymał  się  w  porcie 
Sabirk,  gdzie  spędził  dziesięć  dni,  czekając  na  statek  holenderskich  przemytników,  który 
dowiózł  go  do  przylądka  Teraya,  na  zachodnim  wybrzeżu  Japonii.  Znalazł  kraj  w  chaosie 
oczekiwania  na  wojnę,  która  wciąż  nie  mogła  wybuchnąć.  Podróżował  całe  dnie,  nie 
uciekając się do zwykłej ostrożności, bo mapa układu sił i sieć kontroli wokół niego zdawały 
się tracić  rację  bytu wobec bliskości wybuchu, który będzie je  musiał  wytyczyć na nowo. W 
Shirakawie spotkał  człowieka, który miał  go zaprowadzić do Hara Keia. W dwa  dni, konno, 
dojechali  do  miasteczka.  Hervé  Joncour  wkroczył  tam  pieszo,  tak,  by wiadomość  o  jego 
przyjeździe zdążyła dotrzeć przed nim.

 

32

Zaprowadzono  go  do  jednego  z  ostatnich  domów  miasteczka,  wysoko,  pod  lasem. 

Czekało  na  niego  pięciu  służących.  Oddał  im  bagaże  i  wyszedł  na  werandę.  Na 
przeciwległym  skraju  miasteczka  rysował  się  pałac  Hara  Keia,  niewiele  większy od innych 
domów,  lecz otoczony ogromnymi  cedrami,  które  strzegły jego  samotności.  Hervé  Joncour 
przyglądał mu się długo, jak gdyby za nim, aż po horyzont, nie było już nic więcej. Aż

w końcu,
niespodziewanie,
zobaczył, że  niebo nad  pałacem  pokrywa  się plamami setek lecących ptaków,  jakby siłą 

wybuchu  wyrzuconych  z ziemi,  ptaków  wszelkiego  rodzaju,  które,  oszołomione  i  oszalałe, 
pierzchały  na  wszystkie  strony,  śpiewając  i  krzycząc,  pirotechniczna  eksplozja  skrzydeł, 
chmura kolorów wystrzelonych w światło  i trwożnych dźwięków, muzyczna  fuga  lecąca  do 
nieba.

Hervé Joncour uśmiechnął się.

background image

 

33

Miasteczko zaczęło się roić jak oszalałe mrowisko: wszyscy biegali i krzyczeli, patrzyli w 

górę  i  gonili  te  zbiegłe  ptaki,  które  przez całe  lata  były  chlubą  ich  pana,  a  teraz skrzydlatą 
drwiną na niebie. Hervé Joncour wyszedł z domu i zszedł do miasteczka, idąc wolno i patrząc 
przed siebie  z bezgranicznym  spokojem. Nikt zdawał  się go nie  widzieć i  on zdawał  się nie 
widzieć  niczego.  Szedł  prosto  za  złotą  nicią  w  osnowie  dywanu  utkanego  przez szaleńca. 
Przeszedł most na rzece, dotarł do wielkich cedrów, wszedł w ich cień i wyszedł z cienia. Na 
wprost siebie zobaczył  olbrzymią wolierę z otwartymi drzwiami, zupełnie  pustą. A przed nią 
kobietę.  Hervé  Joncour  nie  rozejrzał  się  wokół,  szedł  po  prostu  dalej,  powoli,  i  przystanął 
dopiero wtedy, gdy znalazł się przed nią.

Jej oczy nie miały wykroju orientalnego, a jej twarz była twarzą małej dziewczynki.
Hervé  Joncour  postąpił  krok  ku  niej,  wyciągnął  rękę  i  otworzył  dłoń.  Leżała  na  niej 

złożona  we  czworo  karteczka.  Ona  ją  spostrzegła  i  każdy  załomek  jej  twarzy  opromienił 
uśmiech.  Oparła  rękę  na  dłoni  Hervé  Joncoura, uścisnęła  ją  delikatnie, chwilę  zwlekała,  po 
czym  cofnęła  rękę,  ściskając  w  palcach  tę  kartkę,  która  objechała  cały  świat.  Zaledwie 
zdążyła ją ukryć w fałdach sukni, gdy rozległ się głos Hara Keia

– Witam pana, mój francuski przyjacielu.
Był  o kilka  kroków od nich. Ciemne  kimono,  czarne  włosy zebrane  starannie  na  karku. 

Podszedł  bliżej.  Zaczął  przyglądać  się  wolierze,  zatrzymując  kolejno  wzrok  na  wszystkich 
szeroko otwartych drzwiach.

– Wrócą. Trudno jest oprzeć się pokusie powrotu, prawda?
Hervé Joncour nie odpowiedział. Hara Kei popatrzył mu w oczy i powiedział łagodnie
– Proszę ze mną.
Hervé Joncour ruszył za nim. Po kilku krokach odwrócił się w stronę dziewczyny i lekko 

skłonił.

– Mam nadzieję, że wkrótce panią zobaczę.
Hara Kei szedł dalej.
– Nie zna pańskiego języka.
Powiedział.

background image

– Proszę ze mną.

 

34

Tego wieczoru Hara Kei zaprosił Hervé Joncoura do swego domu. Było kilku mężczyzn z 

miasteczka i bardzo elegancko ubrane  kobiety  o twarzach pomalowanych bielą  i jaskrawymi 
kolorami. Pito sake, palono w długich fajkach tytoń o ostrym, odurzającym zapachu. Zjawili 
się  kuglarze  i  człowiek,  który rozbawiał  gości  naśladowaniem  ludzi  i  zwierząt.  Trzy stare 
kobiety grały na instrumentach strunowych, ani na chwilę nie przestając się uśmiechać. Hara 
Kei siedział  na  honorowym  miejscu, ubrany na  ciemno, z bosymi stopami. Kobieta  o twarzy 
małej  dziewczynki, w jedwabnej wspaniałej  sukni, siedziała  obok  niego.  Hervé Joncour  był 
po drugiej stronie pokoju: osaczony słodkawym zapachem otaczających go kobiet, uśmiechał 
się  z  zakłopotaniem  do  mężczyzn  zabawiających  go  historyjkami,  których  nie  mógł 
zrozumieć. Po tysiąc razy  szukał  jej  oczu  i  po tysiąc razy ona  znajdowała jego oczy. Był  to 
rodzaj smutnego tańca, tajemnego i  bezsilnego. Hervé Joncour tańczył go aż do późnej nocy, 
po czym wstał,  powiedział po  francusku parę  słów przeprosin, uwolnił  się jakoś od  kobiety, 
która  uparła  się,  by  mu  towarzyszyć,  i,  przepchnąwszy  się  w  obłokach  dymu  wśród 
mężczyzn, mówiących coś do niego w tym swoim  niezrozumiałym  języku, wyszedł.  Zanim 
opuścił  pokój,  1 I spojrzał po  raz ostatni  w jej  stronę.  Patrzyła  na  niego  oczami,  które  były 
całkowicie nieme, odległe o wieki.

Hervé  Joncour wałęsał się  po miasteczku,  wdychając świeże powietrze  i  błądząc  wśród 

zaułków na zboczu wzgórza. Kiedy dotarł do domu, zobaczył, że za papierową ścianą chwieje 
się  zapalona  latarnia.  Wszedł  i ujrzał  przed  sobą  dwie  stojące  kobiety.  Młodą  dziewczynę  o 
rysach  orientalnych, ubraną  w proste  białe  kimono. I  ją.  Miała  w oczach  jakąś gorączkową 
radość.  Nie  zostawiła  mu  na  nic  czasu.  Podeszła,  ujęła  jego  dłoń,  podniosła  ją  sobie  do 
twarzy,  musnęła  wargami,  po  czym,  ściskając  mocno,  położyła  na  dłoniach  stojącej  obok 
dziewczyny i  chwilę  przytrzymała,  by  nie  mógł  jej  cofnąć. W  końcu  oderwała  swoją  rękę, 

background image

zrobiła  dwa  kroki  do  tyłu,  wzięła  latarnię,  spojrzała  na  chwilę  w  oczy  Hervé  Joncoura  i 
wybiegła. Latarnia była pomarańczowa. Uciekające światełko, które zniknęło w nocy.

 

35

Hervé  Joncour  nie  widział  nigdy tej  dziewczyny  ani  też,  prawdę  mówiąc,  nie  miał  jej 

zobaczyć  tej  nocy. W ciemnym pokoju czuł piękno jej  ciała, poznał jej dłonie  i usta. Kochał 
się  z  nią  przez  długie  godziny,  wykonując  gesty,  których  nigdy  nie  czynił,  ucząc  się 
powolności, której nie znał. W ciemności drobnostką było kochać się z nią, ale nie ją kochać.

Tuż przed świtem dziewczyna wstała, włożyła białe kimono i wyszła.

 

36

Rano Hervé Joncour zobaczył, że przed domem czeka na niego jeden z ludzi Hara Keia. 

Miał  przy sobie piętnaście  płatków kory morwy pokrytych całkowicie maleńkimi jajeczkami 
w  kolorze  kości  słoniowej.  Hervé  Joncour  obejrzał  każdy płatek  po  kolei,  uważnie,  potem 
dogadał  się  co  do  ceny i  zapłacił  złotymi  krążkami.  Zanim  człowiek  odszedł,  dał  mu  do 
zrozumienia,  że  chciałby się  widzieć  z  Hara  Keiem.  Mężczyzna  potrząsnął  głową.  Z jego 
gestów Hervé Joncour zrozumiał, że Hara Kei odjechał wcześnie rano ze swoim dworem i że 
nikt nie wie, kiedy wróci.

Hervé  Joncour  pobiegł  przez miasteczko  do domu Hara  Keia.  Znalazł  tylko  służących, 

którzy  na każde pytanie odpowiadali potrząsaniem głowy. Dom wydawał się pusty. I chociaż 
szukał  wszędzie,  w  najdrobniejszych  nawet  przedmiotach,  czegoś,  co  przypominałoby 

background image

zostawioną mu wiadomość, nie znalazł nic. Opuścił dom i, wracając do miasteczka, przeszedł 
przed ogromną wolierą. Drzwi znowu były pozamykane. Wewnątrz setki ptaków latały z dala 
od nieba.

 

37

Hervé Joncour przez dwa dni jeszcze czekał na jakiś znak. Potem odjechał.
Nagle, o pół  godziny  drogi  od miasteczka,  gdy jechał  skrajem  lasu,  dobiegł  go  dziwny, 

srebrzysty zgiełk.  Ukryte  wśród liści  majaczyły tysiące  ciemnych  plam  stada  ptaków, które 
przysiadły,  by wypocząć. Nie  tłumacząc nic dwóm  towarzyszącym mu mężczyznom,  Hervé 
Joncour zatrzymał  konia, wyciągnął  zza  pasa  rewolwer i  oddał  sześć  strzałów  w  powietrze. 
Przerażone stado poderwało się do góry, niby  chmura dymu znad płonącego domu. Była tak 
wielka, że mógłbyś ją  dostrzec  o wiele dni  drogi  stamtąd. Ciemna  na tle nieba,  krążyła bez 
celu, kierowana jedynie własnym strachem.

 

38

Sześć  dni  później,  w  Takaoka,  Hervé  Joncour  wsiadł  na  statek  holenderskich 

przemytników, który dowiózł  go  do Sabirka.  Stąd,  posuwając  się  wzdłuż chińskiej  granicy, 
dotarł nad jezioro  Bajkał, przebył  cztery tysiące  kilometrów  ziemi  syberyjskiej,  minął  Ural, 
przybył  do  Kijowa  i  przejechał  pociągiem  przez  całą  Europę,  ze  wschodu  na  zachód,  by 
wreszcie,  po  trzech  miesiącach  podróży,  znaleźć  się  we  Francji.  W  pierwszą  niedzielę 
kwietnia  – w  samą  porę,  by zdążyć  na  sumę  –  stanął  u  bram  Lavilledieu. Kazał  zatrzymać 

background image

karetę i przez parę minut siedział nieruchomo za zaciągniętymi firankami. Po czym wysiadł i 
dalej szedł pieszo, krok za krokiem, czując bezkresne zmęczenie.

Baldabiou zapytał go, czy widział wojnę.
– Nie tę, której się spodziewałem – odparł.
W nocy  wszedł do łóżka  Hélène  i  kochał ją  tak  zachłannie, że  aż się przestraszyła  i nie 

mogła powstrzymać łez. Gdy to spostrzegł, próbowała się uśmiechnąć.

– To dlatego, że jestem taka szczęśliwa – powiedziała cicho.

 

39

Hervé  Joncour  przekazał  jajeczka  hodowcom  jedwabników  z Lavilledieu.  Potem  przez 

całe dni  nie pokazywał się w mieście, zaniedbując nawet tradycyjną,  codzienną wyprawę do 
Verduna. W pierwszych dniach maja, ku ogólnemu zdumieniu,  kupił opuszczony dom Jeana 
Berbecka,  tego,  który  pewnego  dnia  przestał  mówić  i  nie  odezwał  się  już  aż  do  śmierci. 
Wszyscy sądzili, że zamyśla urządzić tam sobie nowe laboratorium. Ale on nie  zaczął nawet 
usuwać  sprzętów.  Chodził  tam  od  czasu  do  czasu  i  siedział  samotnie,  nie  wiadomo  po  co. 
Pewnego dnia zabrał ze sobą Baldabiou.

– Czy ty może wiesz, dlaczego Jean Berbeck przestał mówić? – zapytał.
– To jedna z tych rzeczy, których już nie powiedział.
Minęły  lata, ale na ścianach wisiały jeszcze obrazy, a w kuchni przy zlewie stały garnki. 

To nie było wesołe i Baldabiou chętnie by stamtąd wyszedł. Ale Hervé  Joncour patrzył nadal 
jak urzeczony na  te  martwe,  pokryte  pleśnią  ściany.  Było oczywiste, że  czegoś tu wewnątrz 
szuka.

– Może  po  prostu czasami  życie  przybiera taki obrót, że człowiek nie  ma już właściwie 

nic do powiedzenia.

Powiedział.
– Już nic, aż do końca.

background image

Baldabiou  nie  miał  zbytniego  zacięcia  do  poważnych  rozmów.  Patrzył  na  łóżko  Jeana 

Berbecka.

– Może każdy by zaniemówił w takim szkaradnym domu.
Hervé Joncour przez długie dni prowadził życie odludka, mało się pokazując w mieście i 

spędzając  czas na  pracy nad  projektem  ogrodu,  który  wcześniej  czy  później  miał  założyć. 
Pokrywał  kartkę  za  kartką  dziwnymi  rysunkami,  które  przypominały   maszyny.  Pewnego 
wieczoru Hélène zapytała

– Co to jest?
– To woliera.
– Woliera?
– Tak.
– A do czego to służy?
Hervé Joncour patrzył na rysunki.
–  Napełniasz  ją  ptakami,  jak  największą  ilością  ptaków,  a  potem  któregoś  dnia,  gdy 

przytrafi ci się coś szczęśliwego, otwierasz ją szeroko i patrzysz, jak ulatują.

 

40

W końcu lipca Hervé Joncour pojechał z żoną do cei. Zamieszkali w małej willi na brzegu 

morza.  Tak  chciała  Hélène,  w  przekonaniu,  że  pogodny  spokój  odludnej  samotni  zdoła 
złagodzić ten melancholijny  nastrój,  który, jak się  zdawało,  owładnął  jej  mężem.  Przezornie 
postarała się jednak, żeby wyglądało to na jej własny kaprys, by sprawić mężczyźnie, którego 
kochała, przyjemność wybaczenia go jej.

Spędzili  razem  trzy tygodnie  małego, idealnego  szczęścia. W dni, gdy upał mniej dawał 

się  we  znaki,  wynajmowali  powóz  i  zabawiali  się  odkrywaniem  wiosek  ukrytych  na 
wzgórzach,  skąd morze  wydawało  się  dekoracją  z kolorowego papieru.  Od  czasu  do  czasu 
wypuszczali się do miasta na  koncert czy spotkanie  towarzyskie. Pewnego wieczoru przyjęli 
zaproszenie  włoskiego  barona,  który  świętował  swoje  sześćdziesiąte  urodziny  uroczystą 

background image

kolacją w „Hôtel Suisse”. Byli przy  deserze, gdy Hervé Joncour podniósł przypadkiem wzrok 
na  Hélène.  Siedziała  po  drugiej  stronie  stołu,  obok  czarującego  angielskiego  dżentelmena, 
który,  dziwnym  zbiegiem  okoliczności,  do  klapy  żakietu  miał  ostentacyjnie  przypięty 
wianuszek  z małych  niebieskich  kwiatków.  Hervé  Joncour  zobaczył,  że  pochyla  się  on  ku 
Hélène  i  szepce  jej  coś  do  ucha.  Hélène  zaczęła  się  śmiać  na  swój  przepiękny  sposób,  a 
śmiejąc się, skłoniła lekko głowę w stronę angielskiego dżentelmena, muskając włosami jego 
ramię,  i  ruch  ten nie  miał  w  sobie  nic  z niezręczności,  tylko bulwersującą  precyzję.  Hervé 
Joncour  opuścił  wzrok  na  talerz.  Zdał  sobie  sprawę,  że  jego  ręka,  zaciśnięta  na  srebrnej 
łyżeczce, bez żadnej wątpliwości drży.

Później, w palarni, chwiejąc się od nadmiaru wypitego alkoholu, Hervé Joncour podszedł 

do  mężczyzny,  który siedział  samotnie  przy stole,  patrząc  przed  siebie  z lekko  ogłupiałym 
wyrazem twarzy. Pochylił się nad nim i powiedział wolno

–  Muszę  zakomunikować  panu,  monsieur,  coś  bardzo  ważnego.  Wszyscy   jesteśmy 

obrzydliwi. Jesteśmy wszyscy wspaniali i wszyscy jesteśmy obrzydliwi.

Mężczyzna  pochodził z Drezna.  Handlował  cielętami  i słabo  znał  francuski. Wybuchnął 

rozgłośnym  śmiechem, kiwając  potakująco głową, raz za razem: wydawało się, że nigdy nie 
przestanie.

Hervé Joncour z żoną zostali na Riwierze aż do początku września. Z żalem opuścili małą 

willę, bo w jej murach miłość wydała im się dobrym losem.

 

41

Baldabiou przyszedł do domu Hervé Joncoura wczesnym rankiem. Usiedli na werandzie.
– Nie taki znów piękny ten ogród.
– Jeszcze nie rozpocząłem prac, Baldabiou.
– Aha.
Baldabiou nie palił nigdy rano. Wyciągnął fajkę, nabił ją i zapalił.

background image

– Poznałem tego Pasteura. To człowiek do rzeczy. Wykazał mi to. Jest w stanie odróżnić 

jajeczka  zdrowe  od  chorych.  Nie  umie  ich  leczyć,  to  się  rozumie.  Ale  może  wyodrębnić 
zdrowe.  I  mówi,  że  z  tego,  co  my  hodujemy,  zdrowych  jest  prawdopodobnie  trzydzieści 
procent.

Pauza.
–  Mówią,  że  w  Japonii  wybuchła  wojna,  tym  razem  naprawdę.  Anglicy   dają  broń 

rządowi,  Holendrzy rebeliantom.  Wygląda  na  to,  że  działają  za  wspólnym  porozumieniem. 
Pozwolą  im  się  solidnie  wyszumieć,  a  potem  zabiorą  wszystko  i  podzielą  między  siebie. 
Konsulat  francuski  przygląda  się  temu  z  boku,  oni  zawsze  się  przyglądają.  Potrafią  tylko 
wysyłać depesze, w których piszą o masakrach i cudzoziemcach zarzynanych jak owce.

Pauza.
– Jest jeszcze trochę kawy?
Hervé Joncour nalał mu kawy.
Pauza.
–  Ci  dwaj  Włosi,  Ferreri  i  ten  drugi,  ci,  którzy byli  w Chinach w  zeszłym  roku...  mają 

piętnaście  tysięcy   uncji  jajeczek,  dobry  towar,  ci  z  Bollet  też  go  kupili,  mówią,  że  to 
pierwszorzędny gatunek. Za miesiąc znowu jadą... zaproponowali nam dobry interes, uczciwa 
cena,  jedenaście  franków  za  uncję,  wszystko  z  gwarancją.  To  poważni  ludzie,  mają  całą 
organizację, pół Europy u nich kupuje. Poważni ludzie, mówię ci.

Pauza.
–  Ja  nie  wiem.  Ale  może  dalibyśmy  radę.  Z  naszymi  jajeczkami,  przy  tym,  co  robi 

Pasteur, no i z tym, co możemy  kupić od tych dwóch Włochów... dalibyśmy radę. Ludzie w 
okolicy mówią, że  to  szaleństwo  wysyłać  cię znowu  tam... przy tych wszystkich kosztach... 
mówią, że  to  zbyt ryzykowne  i  tu mają  rację, przedtem to było  co  innego,  ale  teraz...  teraz 
trudno wrócić stamtąd żywym.

Pauza.
– Chodzi o to, że oni nie chcą stracić jajeczek. A ja nie chcę stracić ciebie.
Hervé  Joncour siedział  przez jakiś czas ze  wzrokiem  utkwionym  w nieistniejący  ogród. 

Potem zrobił coś, czego nie zrobił jeszcze nigdy.

– Pojadę do Japonii, Baldabiou.
Powiedział.
– Kupię te  jajeczka i, jeśli będzie trzeba, zrobię to za własne pieniądze. Ty musisz tylko 

zdecydować, czy mam je sprzedać wam, czy komuś innemu.

background image

Tego  się  Baldabiou  nie  spodziewał.  Zupełnie  jakby  ostatnią  kolejkę  wygrał  jednoręki: 

uderzenie o cztery bandy, nieosiągalna geometria.

 

42

Baldabiou  powiedział  hodowcom  z  Lavilledieu,  że  Pasteur  jest  mało  wiarygodny,  że 

tamci  dwaj Włosi oszukali  już pół  Europy,  że  wojna w Japonii  skończy się przed zimą  i że 
święta Agnieszka zapytała  go we śnie, czy  aby nie  są  wszyscy  razem  stadem  śmierdzących 
tchórzy. Tylko przed Hélène nie potrafił kłamać.

– Czy naprawdę musi pojechać, Baldabiou?
– Nie.
– No to dlaczego?
–  Ja  nie  mogę  go  powstrzymać. I  jeśli  chce  jechać,  mogę  mu  tylko dostarczyć  jeszcze 

jakiś powód, by chciał wrócić.

Wszyscy hodowcy z Lavilledieu wpłacili, acz niechętnie, przypadającą na nich kwotę na 

pokrycie kosztów wyprawy. Hervé  Joncour rozpoczął  przygotowania  i w pierwszych dniach 
października był gotowy do drogi. Hélène, jak każdego roku, pomagała mu, nie pytając o nic i 
ukrywając niepokój. Dopiero ostatniego wieczoru, po zgaszeniu lampy, znalazła w sobie dość 
siły, by powiedzieć

– Obiecaj mi, że wrócisz.
Stanowczym, surowym głosem.
– Obiecaj mi, że wrócisz.
W ciemności Hervé Joncour odpowiedział
– Obiecuję ci to.

background image

 

43

10 października 1864 roku Hervé Joncour wyruszył  w swoją czwartą podróż do Japonii. 

Przekroczył  granicę  francuską  koło  Metzu,  minął  Wirtembergię  i  Bawarię,  znalazł  się  w 
Austrii, pociągiem dojechał do Wiednia i Budapesztu, a potem dalej, aż do Kijowa. Przejechał 
konno  dwa  tysiące  kilometrów  rosyjskiego  stepu,  minął  Ural,  znalazł  się  na  Syberii,  po 
czterdziestu  dniach  drogi  przybył  nad  jezioro  Bajkał,  które  miejscowa  ludność  nazywała 
świętym. Z biegiem rzeki Amur, wzdłuż chińskiej granicy dotarł do oceanu i  zatrzymał się w 
porcie Sabirk, gdzie spędził osiem dni w oczekiwaniu na statek holenderskich przemytników, 
który dowiózł  go  do  przylądka  Teraya  na  zachodnim  wybrzeżu  Japonii.  Konno,  bocznymi 
drogami,  przemierzył  prowincje  Ishikawa,  Toyama,  Niigata  i  znalazł  się  w  prowincji 
Fukushima.  Gdy  dotarł  do  Shirakawy,  ujrzał  miasto  na  wpół  zburzone  i  garnizon  wojsk 
rządowych rozłożony obozem wśród gruzów. Okrążył miasto od wschodu i na próżno czekał 
przez  pięć  dni  na  wysłannika  Hara  Keia.  Szóstego  dnia  o  świcie  ruszył  na  północ,  ku 
wzgórzom. Miał kilka bardzo niedokładnych map i to, co mu zostało ze wspomnień. Błądził 
przez wiele dni, aż do chwili, gdy rozpoznał rzekę, potem las, a potem drogę. Na końcu drogi 
znalazł miasteczko Hara Keia, kompletnie spalone: domy, drzewa, wszystko.

Nic nie zostało.
Nie było żywej duszy.
Hervé  Joncour  stał  nieruchomo,  patrząc  na  to  ogromne  wygasłe  pogorzelisko.  Miał  za 

sobą osiem tysięcy kilometrów drogi. A przed sobą  pustkę. Nagle ujrzał to, co wydawało mu 
się niewidzialne.

Koniec świata.

 

44

background image

Hervé  Joncour  pozostał  przez  wiele  godzin  wśród  ruin  miasteczka.  Nie  był  w  stanie 

odejść, choć wiedział, że każda godzina, którą tu traci, może  oznaczać katastrofę  dla niego i 
dla  całego  Lavilledieu:  nie  miał  jajeczek  jedwabników,  a  gdyby  nawet je  znalazł,  miał  już 
tylko dwa miesiące, by przejechać przez cały świat, zanim otworzą się w drodze i zamienią w 
kłąb bezużytecznych  larw. Nawet jeden  dzień  opóźnienia mógł oznaczać koniec. Wiedział  o 
tym,  ale  nie  mógł  odejść.  I  został  tam,  póki  nie  zdarzyło  się  coś  zaskakującego  i 
niedorzecznego: nagle z pustki wyłonił się mały chłopiec. Okryty łachmanami, szedł  powoli, 
patrząc  na  cudzoziemca  ze  strachem.  Hervé  Joncour  nie  poruszył  się.  Chłopiec  postąpił 
jeszcze  kilka  kroków i  stanął.  Patrzyli  na  siebie  z odległości  kilku  metrów. Potem  chłopiec 
wydobył coś spod łachmanów, trzęsąc się ze strachu podszedł do Hervé Joncoura i podał  mu 
to.  Rękawiczka.  Hervé  Joncour  przypomniał  sobie  brzeg  jeziora  i  rzuconą  na  ziemię 
pomarańczową  suknię,  i  małe,  jakby przysłane  skądś  z daleka  fale,  które  na  brzeg  jeziora 
kładły wodę. Wziął rękawiczkę i uśmiechnął się do chłopca.

– To ja, Francuz... człowiek od jedwabiu, Francuz, rozumiesz?... to ja.
Chłopiec przestał się trząść.
– Francuz...
Oczy miał mokre, ale śmiał się. Zaczął mówić, szybko, prawie krzycząc, i pobiegł, dając 

Hervé Joncourowi znaki, by szedł za nim. Zniknął na ścieżce prowadzącej w las, w kierunku 
gór.

Hervé  Joncour  nie  poruszył  się.  Obracał  w dłoniach  rękawiczkę,  jakby to  była  jedyna 

rzecz pozostała  po  świecie, który  zniknął.  Wiedział,  że  teraz jest już za  późno.  I że  nie  ma 
wyboru.

Podniósł  się.  Wolno  podszedł  do  konia.  Wskoczył  na  siodło.  A  potem  zrobił  coś 

dziwnego.  Ścisnął  piętami  brzuch  zwierzęcia.  I  ruszył.  W  stronę  lasu,  za  chłopcem,  poza 
koniec świata.

 

45

background image

Jechali  kilka  dni  na  północ,  górami.  Hervé  Joncour  nie  wiedział,  dokąd  zmierzają:  ale 

pozwolił się prowadzić chłopcu, nie próbując pytać go o nic. Napotkali dwie wioski. Ludność 
chowała się do domów. Kobiety  uciekały. Chłopiec wykrzykiwał za nimi niezrozumiałe słowa 
i szalenie go to bawiło. Nie miał więcej jak czternaście lat. Dmuchał ciągle w mały  trzcinowy 
instrument,  z którego dobywał głosy wszystkich ptaków świata. Wyglądał jak ktoś, kto  robi 
najpiękniejszą rzecz w swoim życiu.

Piątego  dnia  dotarli  na  szczyt kolejnego  wzgórza.  Chłopiec  wskazał  jakiś  punkt przed 

nimi,  na  drodze  schodzącej  w dolinę.  Hervé  Joncour  wziął  lunetę  i  zobaczył  coś  na  kształt 
orszaku:  zbrojni  mężczyźni,  kobiety i  dzieci,  wozy,  zwierzęta.  Całe  miasteczko  w  marszu. 
Hervé  Joncour  poznał  Hara  Keia:  jechał  konno,  w  ciemnym  stroju.  Za  nim  kołysała  się 
lektyka zamknięta z czterech stron tkaninami w jaskrawych kolorach.

 

46

Chłopiec  zsunął  się  z konia, powiedział  coś i  uciekł.  Zanim  zniknął  między drzewami, 

odwrócił się i przez chwilę próbował powiedzieć na migi, że była to piękna podróż.

– To była piękna podróż – krzyknął za nim Hervé Joncour.
Przez cały dzień Hervé Joncour podążał w pewnej odległości za karawaną. Gdy zobaczył, 

że zatrzymuje się na noc, jechał dalej, aż do chwili, gdy dwóch uzbrojonych mężczyzn wyszło 
mu  naprzeciw,  zabrało  konia  i  bagaże  i  zaprowadziło  do  jakiegoś  namiotu.  Czekał  długo. 
Potem pojawił się Hara Kei. Nie przywitał go. Nawet nie usiadł.

– Jak pan się tutaj znalazł, Francuzie?
Hervé Joncour nie odpowiedział.
– Zapytałem, kto pana tu przyprowadził.
Milczenie.
– Tutaj nie ma nic dla pana. Jest tylko wojna. I to nie pańska wojna. Proszę stąd odejść.

background image

Hervé  Joncour  wyciągnął  małą  skórzaną  sakiewkę,  otworzył  ją  i  wysypał  na  ziemię 

zawartość. Złote krążki.

– Wojna to kosztowna gra. Pan mnie potrzebuje. A ja potrzebuję pana.
Hara Kei nie spojrzał nawet na rozsypane po ziemi złoto. Odwrócił się i wyszedł.

 

47

Hervé Joncour spędził noc na skraju obozu. Nikt się do niego nie odezwał, udawali, że go 

nie widzą. Wszyscy spali na ziemi, przy ogniskach. Były tylko dwa namioty. Obok jednego z 
nich  Hervé  Joncour  ujrzał  pustą  lektykę:  na  czterech  rogach  zawieszone  były małe  klatki: 
ptaki.  Z  prętów  klatek  zwisały  maleńkie  złote  dzwoneczki.  Dźwięczały   cichutko  w 
podmuchach nocnej bryzy.

 

48

Kiedy się obudził, zobaczył wokół siebie miasteczko szykujące się do odmarszu. Nie było 

już namiotów. Lektyka stała jeszcze na swoim miejscu, otwarta. Ludzie milcząco wsiadali na 
wozy.  Wstał  i  długo  się  rozglądał,  ale  oczy,  które  napotykały   jego  wzrok  i  zaraz  się 
odwracały,  miały   wszystkie  wykrój  orientalny.  Zobaczył  uzbrojonych  mężczyzn  i  dzieci, 
które  nie  płakały.  Zobaczył nieme  twarze  ludzi  zmuszonych do ucieczki.  I  zobaczył  drzewo 
na skraju drogi. I wiszącego na gałęzi chłopca, który go tu przyprowadził.

Hervé  Joncour  podszedł  i  przez  długą  chwilę  patrzył  jak  zahipnotyzowany.  Potem 

odwiązał  sznur  przymocowany  do  drzewa,  chwycił  ciało  chłopca,  położył  je  na  ziemi  i 

background image

klęknął  obok  niego.  Nie  mógł  oderwać  oczu  od  tej  twarzy.  I  dlatego  nie  zobaczył,  jak 
miasteczko rusza w drogę, słyszał tylko, jakby z daleka, odgłosy tej procesji, wychodzącej tuż 
obok niego na trakt. Nie podniósł oczu nawet wtedy, gdy o krok od siebie usłyszał głos Hara 
Keia, który mówił

– Japonia  to stary kraj, wie  pan o tym? Jej  prawo  jest stare: głosi,  że istnieje dwanaście 

przestępstw,  za  które  wolno  skazać  człowieka  na  śmierć.  Jednym  z  nich  jest  dostarczenie 
miłosnego przesłania od swojej pani.

Hervé Joncour nie oderwał oczu od zamordowanego chłopca.
– Nie miał przy sobie żadnego miłosnego przesłania.
– On był miłosnym przesłaniem.
Hervé Joncour poczuł, że coś naciska mu na kark i przygina głowę ku ziemi.
– To strzelba, Francuzie. Niech pan nie patrzy, bardzo proszę.
Zrazu  Hervé  Joncour  nie  zrozumiał.  Potem,  w  szmerze  uciekającej  procesji,  usłyszał 

złocisty  dźwięk  tysiąca  maleńkich  dzwoneczków,  który  zbliżał  się  powoli,  krok  po  kroku 
zmierzał  w jego stronę  i  choć  w oczach miał tylko ciemną  ziemię, mógł  sobie wyobrazić tę 
lektykę,  kołyszącą  się  jak  wahadło,  i  niemal  widzieć,  jak  nadciąga  drogą,  metr  po  metrze, 
coraz  bliższa,  powoli,  lecz  nieubłaganie,  niesiona  tym  dźwiękiem,  który  staje  się  coraz 
głośniejszy,  nieznośnie  głośny,  coraz bliższy,  tak  bliski,  że  aż namacalny, złocisty  huk,  tuż 
przed nim, teraz, dokładnie przed nim – w tej właśnie chwili – ta kobieta – przed nim.

Hervé Joncour podniósł głowę.
Cudowne  tkaniny,  jedwab  wokół  całej  lektyki,  tysiące  kolorów,  pomarańczowy,  biały, 

ochra, srebrny, ani jednej szpary w tym cudownym gnieździe, tylko szelest barw falujących w 
powietrzu, nieprzeniknionych, lżejszych niż sama nicość.

Hervé Joncour nie usłyszał eksplozji, która by zdruzgotała jego życie. Słyszał, jak dźwięk 

się  oddala,  poczuł,  że  lufa  strzelby  odrywa  się  od  niego,  i  dobiegł  go  głos  Hara  Keia, 
mówiący cicho

– Proszę stąd odejść, Francuzie. I nigdy już nie wracać.

 

49

background image

Wzdłuż drogi tylko cisza.  Ciało chłopca  na  ziemi. Klęczący mężczyzna. Aż po  ostatnie 

blaski dnia.

 

50

Droga  do  Jokohamy  zajęła  Hervé  Joncourowi  jedenaście  dni.  Przekupił  japońskiego 

funkcjonariusza  i  zdobył  szesnaście  kartonów  jajeczek  jedwabników,  pochodzących  z 
południowej  części  wyspy.  Owinął  je  w  kawałki  jedwabiu  i  zamknął  w czterech  okrągłych 
drewnianych  pudłach, które  opatrzył  pieczęciami. Znalazł  statek  płynący na  kontynent i  na 
początku  marca  wylądował  na  wybrzeżu  rosyjskim.  Wybrał  drogę  przez  tereny  północne, 
szukając  chłodu,  który  by  zablokował  życie  jajeczek  i  opóźnił  termin  wyklucia  się  larw. 
Przebył  w pośpiechu cztery tysiące  kilometrów Syberii,  minął  Ural  i  dotarł  do Petersburga. 
Kupił  parę  kwintali  lodu  na  wagę  złota  i  załadował  go,  razem  z  jajeczkami,  na  statek 
handlowy płynący do Hamburga. Płynął sześć  dni. Wyładował cztery  okrągłe  pudła i  wsiadł 
do pociągu jadącego na południe. Po jedenastu godzinach podróży, tuż po odjeździe ze stacji, 
która  nazywała się  Eberfeld, pociąg  zatrzymał się,  by nabrać  wody.  Hervé  Joncour rozejrzał 
się wkoło. Łany zboża, i cały świat, tonęły w letnim słońcu. Naprzeciw niego siedział rosyjski 
kupiec:  zdjął buty i wachlował się  ostatnią stroną  jakiejś  niemieckiej  gazety. Hervé  Joncour 
zaczął mu się przyglądać. Zobaczył plamy  potu na koszuli i krople perlące się na czole i szyi. 
Rosjanin powiedział  coś ze śmiechem. Hervé  Joncour  uśmiechnął się  do niego,  wstał, wziął 
swoje bagaże i wysiadł z pociągu. Przeszedł wzdłuż wagonów, aż do ostatniego, bagażowego, 
który  wiózł  ryby  i  mięso  zamrożone  w  lodzie.  Ciekła  z  niego  woda,  jak  z  miski 
podziurawionej  tysiącem  kul.  Otworzył  drzwi,  wsiadł do  wagonu,  wyniósł  jedno po drugim 
swoje  okrągłe  drewniane  pudła  i  złożył  je  na  ziemi  przy torach.  Po  czym  zamknął  drzwi  z 
powrotem  i  czekał.  Kiedy pociąg  był  już gotów  do  odjazdu,  zaczęto  na  niego  wołać,  żeby 
szybko wsiadał. W odpowiedzi pokręcił  przecząco głową  i uniósł rękę  w geście pożegnania. 
Widział, jak pociąg oddala się i znika. Zaczekał, aż ucichnie stukot kół. Potem schylił się nad 

background image

jednym  z drewnianych  pudeł, zdjął  pieczęcie  i  otworzył. To  samo  zrobił  z innymi.  Powoli, 
starannie.

Tysiące larw. Nieżywych.
Był 6 maja 1865 roku.

 

51

Dziewięć dni  później  Hervé Joncour wjechał do Lavilledieu. Jego żona Hélène ujrzała  z 

daleka karetę jadącą zadrzewioną aleją  ku willi. Powiedziała  sobie, że nie wolno jej płakać  i 
nie wolno uciec.

Zeszła aż do drzwi wejściowych, otworzyła je i zatrzymała się w progu.
Kiedy Hervé Joncour  stanął  przed nią, uśmiechnęła się. A on, obejmując ją, powiedział 

cicho

– Proszę cię, zostań ze mną.
Nocą  długo nie kładli  się  spać, siedzieli  na  trawniku przed domem obok  siebie. Hélène 

opowiadała  o  Lavilledieu  i  o  wszystkich  tych  miesiącach  oczekiwania,  i  o  ostatnich 
strasznych dniach.

– Ty nie żyłeś.
Powiedziała.
– I świat nie miał już w sobie nic pięknego.

 

52

background image

Na farmach w Lavilledieu ludzie patrzyli na  morwy pokryte  gęstym listowiem i widzieli 

własną  ruinę.  Baldabiou  zdobył  kilka  partii  jajeczek,  ale  larwy   ginęły   natychmiast  po 
przyjściu  na  świat.  Jedwabny  surowiec,  jaki  udało  się  uzyskać  z  tych  nielicznych,  które 
wyżyły, wystarczył zaledwie dla dwu z siedmiu okolicznych przędzalni.

– Masz jakiś pomysł? – zapytał Baldabiou.
– Jeden – odparł Hervé Joncour.
Następnego dnia oświadczył, że w ciągu tych letnich miesięcy będzie zakładał przy willi 

ogród.  Wynajął  dziesiątki  kobiet  i  mężczyzn  z  całej  okolicy.  Wycięto  las  na  wzgórzu, 
łagodząc  zarys  zbocza,  które  teraz  miękką  linią  opadało  ku  dolinie.  Drzewa  i  żywopłoty 
wytyczyły na  ziemi  lekkie,  ażurowe  labirynty.  Kwiaty  najróżniejszych  gatunków  napełniły 
klomby   otwierające  się  niespodzianie,  jak  polany,  pośrodku  brzozowych  zagajników. 
Doprowadzono od rzeki wodę, która popłynęła kaskadami w dół, na zachodni kraniec ogrodu, 
gdzie utworzyła niewielkie, otoczone łąkami jezioro. Od strony południowej, pośród oliwek i 
drzew cytrynowych, wzniesiono wielką  wolierę z drewna i żelaza; przypominała zawieszony 
w powietrzu haft.

Prace  trwały cztery miesiące. W  końcu  września  ogród był  gotowy.  Nikt w Lavilledieu 

nie widział nigdy nic podobnego. Mówiono, że Hervé Joncour wydał na to cały swój kapitał. 
Mówiono również, że wrócił z Japonii jakiś inny, może chory. Mówiono, że sprzedał jajeczka 
Włochom  i  teraz  posiada  ogromny  majątek  w  złocie,  który  czeka  na  niego  w  paryskich 
bankach. Mówiono, że gdyby nie jego ogród, ludzie pomarliby tego roku z głodu. Mówiono, 
że  jest oszustem. Mówiono, że jest świętym.  Niektórzy mówili:  coś mu jest, wygląda, jakby 
był nieszczęśliwy.

 

53

O swojej podróży Hervé Joncour powiedział jedynie, że jajeczka otworzyły się w pewnej 

miejscowości pod Kolonią i że miejscowość ta nazywa się Eberfeld.

background image

W  cztery  miesiące  i  trzynaście  dni  po  jego  powrocie  Baldabiou  usiadł  przed  nim  na 

brzegu jeziora, na zachodnim krańcu ogrodu, i powiedział

– Wcześniej czy później komuś przecież będziesz musiał wyznać prawdę.
Powiedział  to  cicho,  z  wysiłkiem,  bo  nigdy  nie  wierzył,  że  prawda  może  się  na  coś 

przydać.

Hervé Joncour podniósł wzrok na ogród.
Była jesień i wszystko wokół tonęło w zwodniczym świetle.
–  Kiedy po  raz pierwszy ujrzałem  Hara  Keia,  ubrany był  w ciemną  tunikę,  siedział  ze 

skrzyżowanymi  nogami,  nieruchomo,  w  rogu  pokoju.  Przy  nim,  z  głową  opartą  na  jego 
kolanach,  leżała  kobieta.  Jej  oczy nie  miały wykroju  orientalnego,  a  jej  twarz była  twarzą 
małej dziewczynki.

Baldabiou  słuchał  w  milczeniu,  aż  do  końca,  aż do  pociągu  w  Eberfeld.  Nie  myślał  o 

niczym. Słuchał.

Było mu dziwnie przykro, gdy Hervé Joncour powiedział w końcu cicho
– Nawet nigdy nie słyszałem jej głosu.
A po chwili:
– To dziwne cierpienie.
Cicho.
– Umierać z tęsknoty za czymś, czego nigdy nie przeżyjesz.
Wrócili przez ogród, idąc obok siebie. Jedyne, co Baldabiou powiedział, to
– Ale dlaczego, u diabła, jest tak cholernie zimno?
Powiedział to po dłuższej chwili.

 

54

Na początku  nowego  roku  – 1866 – Japonia  wyraziła  zgodę  na  legalny eksport jajeczek 

jedwabników.

background image

W następnym dziesięcioleciu sama Francja miała dokonać importu japońskich jajeczek za 

dziesięć milionów franków.

W 1869 roku, po otwarciu Kanału Sueskiego, dotarcie do Japonii miało zresztą zajmować 

nie więcej jak dwadzieścia dni. A powrót niecałe dwadzieścia.

W 1884 roku pewien Francuz nazwiskiem Chardonnet uzyskał patent na sztuczny jedwab.

 

55

Sześć  miesięcy po  powrocie  do  Lavilledieu  Hervé  Joncour  otrzymał  pocztą  kopertę  w 

kolorze  musztardy.  Po  otwarciu  znalazł  w  niej  siedem  kartek  pokrytych  gęstym 
geometrycznym pismem: czarny atrament: japońskie ideogramy. Poza  nazwiskiem  i adresem 
na kopercie nie było ani jednego słowa pisanego alfabetem zachodnim. Sądząc ze znaczków, 
list musiał być nadany w Ostendzie.

Hervé  Joncour  przerzucił  kartki,  a  potem  długo  się  im  przypatrywał.  Wyglądały  jak 

zestawiony z pedantycznym  szaleństwem katalog  śladów ptasich nóżek.  Zdumiewająca była 
myśl, że to jednak znaki słowne: popiół spalonego głosu.

 

56

Przez wiele dni Hervé Joncour nosił złożony  we czworo list przy  sobie, w kieszeni. Jeśli 

zmieniał  ubranie,  przekładał  go  do  nowej  marynarki.  Nigdy go  nie  rozłożył,  by  na  niego 
popatrzeć. Czasami, rozmawiając  z dzierżawcą  czy siedząc  na werandzie  w oczekiwaniu  na 
kolację,  obracał  go  w  palcach.  Pewnego  wieczoru  obejrzał  go  pod  światło  przy lampie  w 

background image

swoim  gabinecie.  Prześwitujące  przez  papier  ślady  maleńkich  ptaszków  przemawiały 
niewyraźnym  głosem.  Czy  mówiły  coś  zupełnie  nieistotnego,  czy  też  coś,  co  mogło 
wstrząsnąć  całym  życiem:  nie  sposób  było  odgadnąć  i  to  się  Hervé  Joncourowi  podobało. 
Usłyszał kroki Hélène. Położył list na stole. Ona zbliżyła się i jak co wieczór, przed odejściem 
do  swego  pokoju,  chciała  go  pocałować.  Kiedy  pochyliła  się  nad  nim,  koszula  nocna 
rozchyliła się nieznacznie  z przodu. Hervé Joncour zobaczył, że  nie ma  nic pod spodem i że 
jej piersi są drobne i białe jak piersi dziewczynki.

Przez cztery dni prowadził życie jak zawsze i nic w regularnym rytmie jego dni nie uległo 

zmianie. Piątego dnia rano włożył elegancki szary garnitur i pojechał  do Nîmes. Powiedział, 
że wróci przed wieczorem.

 

57

Na ulicy Moscat pod  numerem  12 wszystko było jak przed trzema laty. Zabawa jeszcze 

się  nie  skończyła.  Wszystkie  dziewczęta  były  młode  i  były  Francuzkami.  Pianista  grał 
niegłośno motywy w stylu  rosyjskim. Może  była  to  kwestia  starości,  a  może  jakiejś skrytej 
udręki, ale na  zakończenie  każdego kawałka nie przeczesywał  już prawą  ręką  włosów  i  nie 
szeptał cicho

– Voilà.
Siedział w milczeniu, przypatrując się z zakłopotaniem swoim dłoniom.

 

58

background image

Madame  Blanche  przyjęła  go  bez  słowa.  Włosy  czarne,  lśniące,  twarz  orientalna,  bez 

skazy.  Na  palcach,  jak  pierścionki,  małe  niebieskie  kwiatki.  Suknia  długa,  biała.  Prawie 
przezroczysta. Bose stopy.

Hervé Joncour usiadł naprzeciw niej. Wyciągnął z kieszeni list.
– Czy pani mnie pamięta?
Madame Blanche skłoniła o milimetr głowę.
– Znowu potrzebuję pani pomocy.
Podał jej list. Nie miała najmniejszego powodu, by to uczynić, ale wzięła go i otworzyła. 

Obejrzała siedem kartek, jedną po drugiej, po czym podniosła wzrok na Hervé Joncoura.

– Ja  nie  lubię  tego  języka, monsieur.  Chcę  o  nim  zapomnieć  i chcę  zapomnieć  o tamtej 

ziemi i o moim tamtejszym życiu, i o wszystkim.

Hervé Joncour siedział nieruchomo, z rękami zaciśniętymi na poręczach fotela.
– Ja  przeczytam  panu ten list. Zrobię to. I nie chcę pieniędzy. Ale  chcę, żeby pan mi coś 

obiecał: że nigdy więcej pan mnie o to nie poprosi.

– Obiecuję to pani, madame.
Spojrzała  mu  w  oczy.  Potem  opuściła  wzrok  na  pierwszą  stronę  listu:  ryżowy  papier, 

czarny atrament.

– Ukochany mój panie,
Powiedziała
– nie bój się, nie poruszaj, nic nie mów, nikt nas nie zobaczy.

 

59

Zostań tak, chcę na ciebie patrzeć, tyle  razy na ciebie patrzyłam, ale  nie byłeś dla mnie, 

teraz jesteś dla mnie, nie  zbliżaj się, proszę, zostań, gdzie jesteś, mamy dla siebie  całą noc  i 
chcę  na  ciebie  patrzeć,  nigdy  cię  takim  nie  widziałam,  twoje  ciało  dla  mnie,  twoja  skóra, 
zamknij oczy i pieść się, proszę,

powiedziała Madame Blanche, Hervé Joncour słuchał,

background image

nie otwieraj oczu, jeśli możesz, i pieść się, twoje ręce są takie piękne, tyle razy o nich śniłam, 
a teraz chcę je widzieć, lubię je widzieć na twojej skórze, o tak, proszę cię, nie przerywaj, nie 
otwieraj oczu,  ja jestem tutaj,  nikt  nas nie  może  zobaczyć, a  ja jestem przy tobie,  pieść  się, 
panie mój ukochany, pieść swój członek, proszę cię, powoli,

przerwała, a on powiedział Niech pani czyta dalej, proszę,

piękna  jest  twoja  dłoń  na  twoim członku,  nie  przerywaj,  lubię  na  nią  patrzeć  i  patrzeć  na 
ciebie, panie mój ukochany, nie otwieraj oczu, jeszcze nie, nie powinieneś się bać, jestem przy 
tobie,  słyszysz  mnie?  jestem  tutaj, mogę  cię  dotknąć,  to  jest  jedwab, czujesz  go? to jedwab 
mojej sukni, nie otwieraj oczu, a będziesz miał moją skórę,

powiedziała, czytała cicho, głosem kobiety-dziecka, 

będziesz miał moje wargi, najpierw dotknę cię wargami, nie będziesz wiedział gdzie, w pewnej 
chwili poczujesz ciepło moich warg na sobie, nie dowiesz się gdzie, jeśli nie  otworzysz oczu, 
nie otwieraj ich, nie wiesz gdzie, ale nagle poczujesz moje usta,

on  słuchał  nieruchomo,  z  kieszonki  szarego  garnituru  wystawała  biała,  niepokalanie 

czysta chusteczka, 
może  to będą  twoje  oczy,  położę  usta na powiekach  i  rzęsach,  poczujesz ciepło wnikające  w 
twoją głowę, a moje  usta w twoje  oczy, do środka, a może będzie  to twój  członek,  położę  na 
nim moje wargi i rozchylę je, przesuwając powoli w dół,

powiedziała, głowę miała schyloną nad kartkami, jedną ręką muskała powoli szyję,

pozwolę,  by  twój  członek  uchylił  moje  usta,  wchodząc  między  wargi  i  naciskając  na  język, 
moja ślina spłynie po twojej skórze aż do dłoni, mój pocałunek i twoja dłoń, jedno w drugim, 
na twoim członku,

on słuchał, wzrok miał utkwiony w pustą srebrną ramkę wiszącą na ścianie,

i  wreszcie,  na  końcu,  pocałuję  cię  w  serce,  bo  cię  kocham,  będę  gryźć  skórę  drgającą  na 
twoim sercu, bo cię kocham, a kiedy twoje serce będzie między moimi wargami, będziesz mój, 
naprawdę,  kiedy  moje  usta  znajdą  się  na  twoim  sercu,  będziesz  mój,  na  zawsze,  jeśli  nie 
wierzysz,  otwórz  oczy,  ukochany  mój  panie,  i  spójrz  na  mnie,  to  ja,  czy  ktoś  kiedykolwiek 
będzie  mógł  wymazać tę  chwilę,  która właśnie  trwa, i to moje ciało  już bez jedwabiu, twoje 
ręce, które je dotykają, twoje oczy, które na nie patrzą,

powiedziała,  pochyliła  się  ku  lampie,  światło  padało  na  kartki  i  przenikało  na wylot jej 

przezroczystą suknię, 
twoje palce we mnie, twój język na moich wargach, wślizgujesz się pode mnie, chwytasz moje 
biodra,  unosisz mnie,  opuszczasz  na  swój  członek,  powoli,  czy  ktoś  kiedykolwiek będzie  to 
mógł  wymazać,  poruszasz  się  we  mnie  powoli,  twoje  ręce  na  mojej  twarzy,  twoje  palce  w 

background image

moich ustach, rozkosz w twoich oczach, twój głos, poruszasz się powoli, ale aż do bólu, moja 
rozkosz, mój głos,

on słuchał, w pewnej  chwili  odwrócił się, by na nią  spojrzeć, zobaczył  ją, chciał  spuścić 

oczy, ale nie zdołał, 
moje ciało na twoim, twoje plecy, które  mnie  unoszą, twoje  ramiona, które mnie trzymają, te 
pchnięcia  wewnątrz mnie,  to słodka przemoc,  widzę  twoje  oczy  szukające  czegoś  w  moich, 
chcą wiedzieć, dokąd możesz się posunąć w zadawaniu mi bólu, dokąd chcesz, ukochany mój 
panie,  czy  nie  widzisz,  że  nie  ma  końca,  że  nigdy  się  nie  skończy?  nikt  nie  będzie  mógł 
wymazać tej chwili, która właśnie  się dzieje, na zawsze  odrzucisz głowę do tyłu, krzycząc, na 
zawsze  zamknę  oczy,  strącając  łzy  z  rzęs,  mój  głos  w  twoim,  twoja  przemoc  trzyma  mnie 
mocno, nie  ma już czasu  na ucieczkę  ani  siły  na opór, ta  chwila musiała przyjść  i ta chwila 
nadeszła, wierz mi, ukochany mój panie, ta chwila trwać będzie, odtąd już będzie trwać aż do 
końca,

powiedziała ledwo dosłyszalnym głosem i urwała.
Nie  było  innych  znaków  na  kartce,  którą  trzymała  w  ręku:  ostatniej.  Ale  kiedy   ją 

odwróciła,  by  odłożyć,  ujrzała  jeszcze  kilka  linijek,  skreślonych  czarnym  atramentem  na 
środku białej  strony. Podniosła  wzrok na  Hervé Joncoura.  Jego oczy  patrzyły na  nią  i  zdała 
sobie sprawę, że są to oczy przepiękne. Opuściła wzrok na kartkę.

– Nie zobaczymy się już, panie.
Powiedziała.
– To, co mieliśmy  zrobić, zrobiliśmy, i ty wiesz o tym. Wierz mi: zrobiliśmy to na zawsze. 

Żyj, jak dotąd żyłeś, z dala ode  mnie. I jeśli twoje szczęście będzie  tego wymagać, nie  wahaj 
się ani przez chwilę zapomnieć o tej kobiecie, która teraz, bez żalu, mówi ci: żegnaj.

Przez jakiś czas przyglądała  się  kartce,  po czym  położyła  ją  na  innych,  obok siebie,  na 

stoliku  z jasnego  drewna.  Hervé  Joncour  nie  poruszył  się.  Odwrócił  tylko  głowę  i  spuścił 
oczy.  Wpatrywał  się  nieporuszenie  w  kant  spodni  na  prawej  nodze,  ledwo  widoczny,  lecz 
nienaganny, biegnący od pachwiny do kolana.

Madame Blanche wstała, pochyliła  się  nad lampą i  zgasiła  ją. W pokoju pozostało tylko 

trochę  światła, które  z salonu, przez okno,  docierało  aż tutaj.  Podeszła  do  Hervé  Joncoura, 
zsunęła z palców pierścionek z maleńkich niebieskich kwiatków i położyła przy  nim. Potem 
przeszła  przez  pokój,  otworzyła  ukryte  w  ścianie  małe  pomalowane  drzwi  i  zniknęła,  nie 
domykając ich za sobą.

background image

Hervé Joncour długo siedział w tym dziwnym świetle, obracając w palcach pierścionek z 

maleńkich  niebieskich  kwiatków.  Z  salonu  dopływały  dźwięki  znużonego  fortepianu: 
rozpraszały czas tak, że stawał się prawie nie do rozpoznania.

W końcu wstał, zbliżył się do stolika z jasnego drewna  i zebrał siedem kartek ryżowego 

papieru.  Przeszedł  przez  pokój,  nie  odwracając  się,  minął  małe  niedomknięte  drzwiczki  i 
wyszedł.

 

60

Hervé  Joncour  spędził  następne  lata,  prowadząc  świadomie  pogodne  życie  człowieka, 

który  nie  ma  już  potrzeb.  Jego  dni  mijały  pod  osłoną  umiarkowanych  emocji.  Ludzie  z 
Lavilledieu  znów zaczęli  go  podziwiać,  bo  wydawało  im  się,  że  widzą  w nim  i d e a l n y 
wzorzec życia na tym świecie. Mówili, że taki był już w młodości, zanim pojechał do Japonii.

Nabrał  zwyczaju wyjeżdżania co  roku  z żoną  Hélène  w małą  podróż. Zwiedzili Neapol, 

Rzym, Madryt, Monachium, Londyn. Któregoś roku zapuścili się aż do Pragi, gdzie wszystko 
przypominało teatr. Podróżowali bez dat i bez planów. Wszystko ich zdumiewało: po kryjomu 
nawet ich własne szczęście. Kiedy zaczynali tęsknić za ciszą, wracali do Lavilledieu.

Gdyby  ktoś  go  o to  zapytał,  Hervé  Joncour  odpowiedziałby, że  zawsze  prowadzić będą 

takie życie. Miał w sobie niewzruszony spokój  ludzi, którzy czują się na swoim miejscu. Co 
jakiś czas, w wietrzne  dni, szedł przez ogród do jeziora:  całymi godzinami tkwił na brzegu i 
patrzył,  jak  powierzchnia  wody marszczy  się,  tworząc  zaskakujące  połyskliwe  figury, które 
pojawiały się nagle, niespodzianie, ze wszystkich stron. Wiatr był jeden: ale na tym wodnym 
lustrze  było tak, jakby wiało ich  tysiąc.  Ze  wszystkich  stron. Prawdziwy spektakl.  Ulotny i 
niewytłumaczalny.

Co jakiś czas, w wietrzne dni, Hervé  Joncour schodził nad jezioro i wpatrywał się w nie 

całymi godzinami, miał bowiem wrażenie, że na wodzie rysuje się ulotny i niewytłumaczalny 
spektakl, jakim było jego życie.

background image

 

61

16  czerwca  1871  roku  na  zapleczu  kawiarni  Verduna,  gdy   zbliżało  się  południe, 

jednorękiemu  udało  się  niewiarygodne  uderzenie  o  cztery  bandy  z  rotacją  wsteczną. 
Baldabiou stał nadal  pochylony nad stołem, z jedną ręką  założoną na plecy, drugą  zaciśniętą 
na kiju, nie wierząc własnym oczom.

– Coś podobnego.
Wyprostował się, odłożył kij i wyszedł bez pożegnania. Trzy dni później wyjechał. Swoje 

dwie przędzalnie podarował Hervé Joncourowi.

– Nie chcę już słyszeć o jedwabiu, Baldabiou.
– To je sprzedaj, idioto.
Nikomu nie udało się z niego wyciągnąć, dokąd, u diabła, zamierza pojechać. No i co tam 

robić. Powiedział tylko coś o świętej Agnieszce, ale nikt tego dobrze nie zrozumiał.

Tego rana, gdy miał  wyjechać, Hervé  Joncour,  razem z Hélène, odwiózł  go na  stację w 

Awinionie. Miał  ze  sobą  tylko  jedną  walizkę i  to także  było dość trudne  do wytłumaczenia. 
Gdy zobaczył stojący na peronie pociąg, postawił walizkę na ziemi.

– Poznałem kiedyś człowieka, który kazał sobie wybudować swoją własną kolej.
Powiedział.
–  A  najpiękniejsze  było  to,  że  kazał  ją  zrobić  zupełnie  prostą,  setki  kilometrów  bez 

jednego  zakrętu.  To  miało  nawet  jakieś  uzasadnienie,  ale  nie  pamiętam  jakie.  Nigdy  nie 
pamięta się uzasadnień. W każdym razie: żegnajcie.

Nie był stworzony do poważnych przemówień. A pożegnanie to sprawa poważna.
Widzieli, jak oddala się, on i jego walizka, na zawsze.
Wówczas Hélène  zrobiła  coś dziwnego. Oderwała  się  od  Hervé  Joncoura  i  pobiegła  za 

nim, dogoniła go i mocno objęła, a objąwszy, wybuchnęła płaczem.

Hélène nigdy nie płakała.
Hervé  Joncour  odsprzedał  za  śmieszną  cenę  obie  przędzalnie  Michelowi  Lariot, 

poczciwcowi,  który  przez  dwadzieścia  lat  w  każdy  sobotni  wieczór  grał  w  domino  z 
Baldabiou,  przegrywając  zawsze,  z  żelazną  konsekwencją.  Miał  trzy  córki.  Dwie  pierwsze 
nazywały się Florence i Sylvie. Ale trzecia: Agnieszka.

background image

 

62

Trzy lata później, zimą 1874 roku, Hélène dostała zapalenia mózgu, którego żaden lekarz 

nie umiał wytłumaczyć ani leczyć. Umarła na początku marca, w deszczowy dzień.

Za trumną aleją cmentarza szło w milczeniu całe Lavilledieu: bo była to kobieta radosna, 

która nigdy nie zasiała cierpienia.

Hervé Joncour kazał wyryć na jej grobie tylko jedno słowo.
Hélas.
Podziękował wszystkim, powtarzając po tysiąc razy, że niczego mu nie potrzeba, i wrócił 

do domu. Nigdy nie wydał mu się on tak wielki: i nigdy tak nielogiczny jego własny los.

Ponieważ rozpacz była zbytkiem, nieleżącym w jego naturze, skupił się nad tym, co mu z 

życia  zostało,  i  znów  zaczął  się  o  to  troszczyć,  z niezachwianym  uporem  ogrodnika,  który 
podejmuje pracę rankiem po burzy.

 

63

Dwa miesiące i jedenaście  dni  po śmierci Hélène zdarzyło się, że Hervé Joncour poszedł 

na  cmentarz  i  obok  róż,  które  co  tydzień  składał  na  grobie  żony,  znalazł  wianuszek  z 
maleńkich niebieskich kwiatków. Schylił się, by je  obejrzeć  z bliska,  i  długo  pozostał  w tej 
pozycji:  z daleka,  w oczach  ewentualnych  świadków, musiało  to wyglądać  bardzo  dziwnie, 
jeśli nie wręcz śmiesznie.  Po powrocie do domu nie  wyszedł popracować do  ogrodu,  jak  to 
miał w zwyczaju, ale został w swoim gabinecie, by zebrać myśli. Przez wiele dni nie robił nic 
innego. Myślał.

background image

 

64

Na  ulicy  Moscat,  pod  dwunastym,  znalazł  pracownię  krawiecką.  Powiedziano  mu,  że 

Madame  Blanche  nie mieszka  tu  już od  lat.  Udało  mu się  dowiedzieć, że  przeniosła  się  do 
Paryża, gdzie została utrzymanką jakiegoś bardzo ważnego człowieka, być może polityka.

Hervé Joncour pojechał do Paryża.
Sześć  dni  zajęło  mu  odszukanie  jej  adresu.  Posłał  jej  bilecik  z prośbą, by zechciała  go 

przyjąć. Odpowiedziała, że oczekuje go następnego dnia o czwartej. O wyznaczonej godzinie 
wszedł na drugie piętro eleganckiej kamienicy przy  bulwarze des Capucines. Drzwi otworzyła 
mu  pokojówka. Wprowadziła  go do  salonu i  poprosiła, by usiadł. Madame  Blanche  zjawiła 
się ubrana w bardzo elegancką i bardzo francuską  suknię. Włosy, paryską modą, opadały jej 
na  ramiona.  Nie miała  na  palcach pierścionków  z niebieskich kwiatków. Bez słowa  usiadła 
naprzeciw Hervé Joncoura. I czekała.

On spojrzał jej w oczy. Ale tak, jak by to mogło zrobić dziecko.
– To pani napisała ten list, prawda?
Powiedział.
– Hélène poprosiła panią o napisanie go i pani to zrobiła.
Madame  Blanche  siedziała  nadal  nieruchomo,  nie  opuszczając  wzroku,  nie  okazując 

najmniejszego zdumienia. Potem powiedziała

– To nie ja go napisałam.
Milczenie.
– Ten list napisała Hélène.
Milczenie.
– Miała go już, kiedy do mnie przyszła. Poprosiła, żebym go przepisała po japońsku. I ja 

to zrobiłam. Taka jest prawda.

Hervé  Joncour  zrozumiał  wówczas,  że  już  przez  całe  życie  będzie  słyszał  te  słowa. 

Podniósł się, ale stał nieruchomo, jakby nagle zapomniał, dokąd ma iść. Jakby gdzieś z daleka 
dobiegł go głos Madame Blanche.

– Postanowiła  mi nawet ten list przeczytać. Miała przepiękny głos. I czytała te  słowa ze 

wzruszeniem, którego nigdy nie mogłam zapomnieć. Jakby to były naprawdę jej słowa.

background image

Hervé Joncour szedł przez pokój bardzo wolnym krokiem.
–  Wie  pan,  monsieur,  ja  sądzę,  że  ona  niczego  nie  pragnęła  tak  bardzo,  jak  b y ć  t ą 

k o b i e t ą . Pan nie może tego zrozumieć. Ale ja  słyszałam, jak czytała  ten list. Ja wiem, że 
tak było.

Hervé  Joncour  znalazł  się przed drzwiami. Położył  dłoń na  klamce.  Nie  odwracając  się, 

powiedział cicho 

– Adieu, madame. 
Nie zobaczyli się nigdy więcej.

 

65

Hervé  Joncour  żył  jeszcze  dwadzieścia  trzy lata,  większość  z nich  w  pogodzie  ducha  i 

dobrym  zdrowiu.  Nigdy  już  nie  wyjechał  z  Lavilledieu  i  nigdy nie  opuścił  swego  domu. 
Zarządzał  rozważnie  swoim  majątkiem,  dzięki  czemu  nie  musiał  już  nigdy  podejmować 
żadnej  pracy,  poza  staraniem  o  własny   ogród.  Z  czasem  zaczął  pozwalać  sobie  na 
przyjemność, której dawniej zawsze  sobie  odmawiał: tym, którzy  przychodzili go odwiedzić, 
opowiadał  o  swoich  podróżach.  Słuchając  go,  ludzie  z  Lavilledieu  uczyli  się  o  świecie,  a 
dzieci odkrywały, co to jest zachwyt. Opowiadał powoli, widząc w powietrzu rzeczy, których 
inni nie widzieli.

W  niedzielę  schodził  do  miasteczka  na  sumę.  Raz  w  roku  obchodził  przędzalnie,  by 

dotykać świeżo narodzonego jedwabiu. Kiedy  samotność zaczynała mu ciążyć na sercu, szedł 
na cmentarz, by porozmawiać z Hélène. Resztę czasu pochłaniała mu liturgia nawyków, które 
nie pozwalały, by czuł się nieszczęśliwy. Co jakiś czas, w wietrzne dni, schodził nad jezioro i 
wpatrywał  się  w  nie  całymi  godzinami,  miał  bowiem  wrażenie,  że  na  wodzie  rysuje  się 
ulotny, niewytłumaczalny spektakl, jakim było jego życie.