background image

SUSANNA KAYSEN

PRZERWANA LEKCJA MUZYKI

background image

Susanna Kaysen  urodziła się w  1948 roku w Cambridge, w stanie Massachusetts. 

Napisała dwie powieści: Asa, as I Know Him oraz Far Afield. Praca nad tą ostatnią książką 

wywołała   w   niej   wspomnienia   z  prawie   dwuletniego   pobytu   w   szpitalu   psychiatrycznym 

McLean.   Z   pomocą   prawnika   wydobyła   ze   szpitalnego   archiwum   swoją 

trzystupięćdziesięciostronicową kartotekę. Wkrótce powstała Przerwana lekcja muzyki.

W   1967   roku,   po   sesji   terapeutycznej   z   psychiatrą,   którego   nigdy   wcześniej   nie 

widziała na oczy, Susanna Kaysen została wsadzona do taksówki i odwieziona do szpitala 

psychiatrycznego   McLean.   Większość   czasu   z   dwóch   kolejnych   lat   swego   życia   Kaysen 

spędziła   na   oddziale   psychiatrycznym   dla   nastolatek,   w   szpitalu,   który   słynął   ze   swej 

niepośledniej klienteli. Byli tam: Sylvia Plath, Robert Lowell, James Taylor i Ray Charles.

Przerwana lekcja muzyki jest rzetelną i wnikliwą pracą, która każe zastanowić się nad 

utrwalonymi  przez nas definicjami normalności i nienormalności. Jest to książka szczera, 

wzruszająca i chwytająca za serce, a zarazem dowcipna i zmuszająca do myślenia.

background image
background image

KU TOPOGRAFII WSZECHŚWIATA RÓWNOLEGŁEGO

Ludzie pytają: jak tam trafiłaś? W rzeczywistości chcą wiedzieć, czy ich może spotkać 

to samo. Nie potrafię dać odpowiedzi na to ukryte pytanie. Mogę powiedzieć jedno: to nie jest 

trudne.

Tak jak nietrudno jest ześlizgnąć się w objęcia wszechświata równoległego. Tyle ich 

jest   wokół   nas:   świat   obłąkańców,   świat   przestępców,   świat   niepełnosprawnych,   świat 

konających, a może i świat zmarłych. Te światy istnieją równolegle obok naszego i są do 

niego podobne, ale nie są jego częścią.

Georgina,   przyjaciółka,   z   którą   dzieliłam   szpitalny   pokój,   ześlizgnęła   się 

błyskawicznie i absolutnie - jeszcze kiedy chodziła do trzeciej klasy ogólniaka. Siedziała w 

kinie, oglądając film, gdy nagle przez jej głowę przetoczyła się potężna fala ciemności. Cały 

świat zniknął jej z oczu na kilka minut. Wiedziała, że zwariowała. Rozejrzała się, chcąc 

sprawdzić, czy pozostałych widzów spotkało to samo, ale nie, wszyscy siedzieli spokojnie, 

pogrążeni w toczącej się na ekranie akcji. Wybiegła z kina, gdyż ciemność panująca w kinie 

połączona z ciemnością, jaka zapadła w jej głowie, była nie do zniesienia.

- I co potem? - zapytałam ją.

- Potem dużo ciemności - odpowiedziała. Jednak większość ludzi przekracza granicę 

stopniowo, robiąc w delikatnej membranie rozpostartej pomiędzy tu i tam szereg nakłuć, 

zanim wreszcie ukaże się duże otwarcie. A któż potrafi oprzeć się, widząc otwarcie?

We wszechświecie równoległym  prawa fizyki  zostają zawieszone. Co leci w górę, 

niekoniecznie musi upaść, ciało w spoczynku wcale nie musi w spoczynku pozostawać, nie 

każda akcja wyzwala równorzędną i odwrotną reakcję. Również czas nie jest ten sam.

Może pędzić w kółko, może płynąć wstecz, może też niepostrzeżenie przemknąć od 

teraz do kiedyś. Sama struktura molekularna ciała stałego jest bardzo płynna: stoły mogą się 

stać zegarami, twarzami albo kwiatami.

Jednak o tym wszystkim dowiadujesz się później.

Jeszcze   jedną   przedziwną   cechą   wszechświata   równoległego   jest   to,   że   choć   z 

zewnątrz pozostaje niewidzialny, to kiedy już trafi się do jego wnętrza, ciągle widać świat, z 

którego się przybyło. Świat ten niekiedy wygląda groźnie i potężnie, trzęsie się jak olbrzymia 

góra gęstej galarety, ale czasami jest zminiaturyzowany i maleńki, kusząco błyszczy i wiruje 

po swojej orbicie. Jednak w żadnym z obu tych przypadków nie sposób go nie zauważać.

Z każdej celi na Alcatraz widać przez okno San Francisco.

background image

TAKSÓWKA

- Masz pryszcz - powiedział lekarz. Miałam nadzieję, że nikt nie zauważy.

- Wyciskałaś go - ciągnął dalej. Kiedy obudziłam się tamtego ranka - odpowiednio 

wcześnie,   by   nie   spóźnić   się   na   umówione   spotkanie   - mój   pryszcz   osiągnął   ten   stan 

uzasadnionej nadziei, w którym błagał wręcz o wyciśnięcie; wołał i wzdychał tęsknie do 

wolności. Oswobadzając go spod małej, białej kopułki, wyłuskując go do pierwszej krwistej 

kropelki,   poczułam,   że   należycie   spełniłam   swój   obowiązek.   Zrobiłam   wszystko,   co   dla 

pryszcza można było w tej sytuacji zrobić.

- Wyciskałaś, bo coś ci się w sobie nie spodobało - mówił dalej lekarz. Przytaknęłam. 

Wyglądało na to, że będzie o tym mówił, dopóki nie przyznam mu racji, więc przytaknęłam.

- Masz chłopaka? Znowu przytaknęłam.

- Sprawia ci kłopoty? - Tak naprawdę to nie było pytanie, właściwie tym razem on 

przytaknął za mnie. - Coś ci się w sobie nie spodobało - powtórzył. Uniósł się nagle zza 

biurka   i   ruszył   w   moim   kierunku.   Był   ciemnym,   dość   tęgim   mężczyzną   postawnym,   z 

widocznym już brzuszkiem, pod którym zaciskał się pasek od spodni.

- Potrzebny ci odpoczynek - oświadczył. Rzeczywiście, przydałby mi się odpoczynek, 

tym  bardziej  że musiałam  bardzo wcześnie  wstać, aby przybyć  punktualnie na  spotkanie 

(lekarz mieszkał daleko na przedmieściach), w dodatku dwa razy musiałam się przesiadać z 

pociągu na pociąg. Na domiar złego wkrótce miałam całą tę drogę odbyć z powrotem, jadąc 

do pracy. Już sama myśl o tym była bardzo męcząca.

- Nie   sądzisz   -   pytał,   stojąc   ciągle   nade   mną   -   nie   sądzisz,   że   potrzebny   ci 

odpoczynek?

- Tak - odparłam.

Wyszedł   wielkimi   krokami   do   sąsiedniego   pokoju,   skąd   po   chwili   usłyszałam 

rozmowę  telefoniczną.   Później  często  myślałam   o  tych  następnych  dziesięciu   minutach  - 

moich ostatnich dziesięciu minutach.

Coś podpowiadało mi, by wstać i wyjść - minąć drzwi, przez które tu weszłam, przejść 

kilka   ulic   do   stacji   kolejowej   i   poczekać   na   pociąg,   który   zabierze   mnie   do   mojego 

ogarniętego problemami chłopaka, do pracy i sklepu ze sprzętem gospodarstwa domowego. 

Ale byłam zbyt zmęczona.

Lekarz wrócił wyraźnie zadowolony z siebie i bardzo czymś zaabsorbowany. Z jego 

oczu biła duma.

background image

- Jest łóżko - obwieścił głośno. - Będziesz miała odpoczynek. Tylko parę tygodni, 

pasuje? - W jego głosie zabrzmiała pojednawcza, prosząca nuta. Odczułam lekki strach.

- Pójdę - powiedziałam. - W piątek. Był wtorek. Pomyślałam, że do piątku może zdążę 

zmienić zdanie. On jednak zniżył się nade mną z tym swoim brzuszyskiem i rzucił dobitnie:

- Nie w piątek. Teraz. Wydało mi się to trochę nierozsądne.

- Jestem umówiona na lunch - broniłam się.

- Zapomnij o tym. Nie pójdziesz na żaden lunch. Pójdziesz do szpitala - triumfował. 

Na tych dalekich przedmieściach, przed ósmą rano, panował jakiś obezwładniający spokój. 

Żadne z nas nie miało już nic więcej do powiedzenia. Usłyszałam, jak pod dom doktora 

zajeżdża taksówka.

Ujął   mnie   pod   łokieć   -   zaciskając   wokół   niego   swoje   grube,   silne   palce   niczym 

kleszcze - i zdecydowanym krokiem wyprowadził z gabinetu. Nie wypuszczając mojej ręki, 

otworzył tylne drzwi samochodu i lekko popchnął mnie do środka. Przez chwilę jego wielka 

głowa znajdowała  się razem ze mną w tylnej  części taksówki. Zaraz  jednak się cofnął i 

zatrzasnął drzwi.

Kierowca spuścił do połowy szybę.

- Dokąd?

- Szpital McLean - polecił lekarz, wskazując na mnie palcem. Stał pewnie na nogach, 

wyprostowany, na tle wjazdu do swego pięknego domu, bez kurtki, ani nawet marynarki, w 

ten chłodny poranek.

- I proszę nie pozwolić jej wysiąść po drodze - dodał. Oparłam głowę o podgłówek i 

zamknęłam   oczy.   Cieszyłam   się,   że   nie   muszę   czekać   na   pociąg,   że   wracam   do   miasta 

taksówką.

background image
background image

ETIOLOGIA

Ta osoba jest (wybierz jedną odpowiedź):

1. w trakcie długiej i niebezpiecznej podróży, z której możemy się wiele nauczyć po 

jej powrocie,

2. opętana przez (wybierz jedną odpowiedź):

a. bogów,

b. Boga (proroka),

c. złe duchy, czarty, demony,

d. diabła,

3. czarownicą (czarownikiem),

4. zaczarowana (wariant punktu 2.),

5. zła i powinna być odizolowana i ukarana,

6.   chora   i   powinna   być   odizolowana   oraz   leczona   za   pomocą   (wybierz   jedną 

odpowiedź):

a. środków przeczyszczających i pijawek,

b. usunięcia macicy (jeśli ją ma),

c. elektrowstrząsów w okolicach mózgu,

d. zimnych prześcieradeł owijanych ciasno wokół ciała,

e. torazyny i stelazyny,

7. chora, powinna przeżyć następne siedem lat, mówiąc wyłącznie o własnej chorobie,

8. ofiarą braku społecznej tolerancji dla odmiennych zachowań,

9. nienormalna w normalnym świecie,

10. w trakcie długiej i niebezpiecznej podróży, z której może już nigdy nie wrócić.

background image

OGIEŃ

Jedna z dziewcząt kiedyś się podpaliła. Użyła do tego benzyny. Zawsze zastanawiało 

mnie,   skąd   wytrzasnęła   benzynę.   Była   jeszcze   za   młoda,   by   posiadać   prawo   jazdy   i 

samochód. Czy poszła do sąsiada i po prostu nagadała mu, że tato stoi gdzieś na drodze bez 

kropli paliwa w samochodzie? Nie umiałam patrzeć na nią, nie zadając sobie tego pytania.

Prawdopodobnie   rozlana   benzyna   osadziła   się   w   nieckach   obojczyków   po   obu 

stronach   szyi,   ponieważ   właśnie   jej   szyja   i   oba   policzki   były   miejscami   najbardziej 

poparzonymi. Od szyi pięły się ku górze grube bruzdy jasnoróżowych i białych blizn. Były 

tak twarde i grube, że nie pozwalały jej na swobodny obrót głową; kiedy chciała spojrzeć na 

osobę stojącą z boku, musiała obrócić się cała.

Tkanka blizny nie ma własnego charakteru. Nie jest tym samym, co tkanka zdrowej 

skóry. Nie nosi znamion choroby ani wieku, nie widać na niej bladości czy opalenizny. Blizna 

nie ma owłosienia, por ani zmarszczek. Jest jak ciężki pokrowiec. Osłania i kryje to, co 

pozostało jeszcze pod spodem. Dlatego człowiek nauczył się ją wytwarzać; żeby coś ukryć.

Dziewczyna miała na imię Polly. Z pewnością w dniach - czy miesiącach - kiedy 

myślała o samospaleniu, takie imię brzmiało w jej uszach ironicznie, ale ostatecznie jakoś 

pasowało   do   jej   ocalonego   życia   „pod   pokrowcem”.   Nigdy   nie   była   osobą   smutną   ani 

nieszczęśliwą. Umiała za to być oparciem dla tych, którzy czuli się nieszczęśliwie. Nigdy nie 

skarżyła  się, za to zawsze miała czas, by wysłuchać skarg innych  osób. W swej ciasnej, 

nieprzepuszczalnej,   różowo   -   białej   otulinie   była   nienaganna.   Cokolwiek   pchnęło   ją   do 

tamtego   kroku,   cokolwiek   szepnęło   jej   w   to   niegdyś   idealne,   a   teraz   zabliźnione   ucho: 

„Umrzeć!” - już to unicestwiła.

Dlaczego to zrobiła? Nikt nie wiedział. I nikt nie ważył się pytać. Bo też - co za 

odwaga! Kto ma w sobie tyle  odwagi, by podpalić samego siebie?  Dwadzieścia  tabletek 

aspiryny, lekkie nacięcie wzdłuż nabrzmiałej żyły, czy choćby złe pół godziny nad krawędzią 

dachu... każda z nas miała za sobą coś w tym stylu. A często niebezpieczniejsze wypadki, jak 

choćby   wpakowanie   sobie   w   usta   lufy   pistoletu.   Ale   cóż   to   jest,   wkładasz   lufę   w   usta, 

smakujesz ją, czujesz, że jest tłusta i zimna, kładziesz palec na spust i nagle przed oczami 

staje ci wielki świat, rozpościerający się między tym właśnie momentem a momentem, w 

którym  pociągniesz za spust. I ten świat cię pokonuje.  Wysuwasz  lufę z ust i odkładasz 

pistolet z powrotem do szuflady. Musisz wymyślić coś innego.

Jaki był dla niej ten moment? Moment, w którym zapaliła zapałkę? Czy przedtem 

background image

próbowała już i krawędzi dachu, i pistoletu, i aspiryny? Czy też był to może nagły... przypływ 

inspiracji?

Sama miałam kiedyś taki przypływ inspiracji. Obudziłam się któregoś ranka i od razu 

wiedziałam, że muszę połknąć pięćdziesiąt tabletek aspiryny. To było moje zadanie, mój plan 

do   zrealizowania   w   ciągu   dnia.   Ułożyłam   je   sobie   rzędem   na   biurku   i   licząc   każdą 

skrupulatnie, łykałam jedną po drugiej. Ale tonie to samo, co zrobiła ona. Ja przecież mogłam 

zatrzymać się przy dziesiątej albo trzydziestej tabletce. Mogłam też wyjść z domu i zemdleć - 

co rzeczywiście wtedy zrobiłam. Pięćdziesiąt aspiryn to bardzo dużo, ale wyjście z domu i 

zasłabnięcie w sklepie było tym samym, co odłożenie pistoletu z powrotem do szuflady.

Ona zapaliła zapałkę.

Gdzie? W domu, w garażu - gdzie wszystko mogło spłonąć? W polu? W szkolnej sali 

gimnastycznej? W pustym basenie kąpielowym?

Ktoś ją odnalazł, ale nie tak od razu. Kto pocałuje kogoś takiego? Kogoś bez skóry? 

Miała osiemnaście  lat, gdy wpadła na ten pomysł.  Następny rok spędziła razem z nami. 

Wszyscy   inni   buntowali   się,   krzyczeli,   płakali,   bali   się,   a   Polly   spoglądała   na   nich   i 

uśmiechała się. Siadała przy wystraszonych i uspokajała ich swoją obecnością. Jej uśmiech 

nie był cierpki ani zjadliwy, był pełen zrozumienia. Życie to piekło - wiedziała o tym. Jednak 

jej uśmiech zdawał się mówić, że ona już to z siebie wypaliła. W tym uśmiechu kryła się 

także pewnego rodzaju wyższość: my nie miałyśmy dość odwagi, by z siebie to wypalić. Ale 

ona rozumiała nawet to. Ludzie są różni. Każdy robi to, na co go stać.

Któregoś poranka ktoś płakał. Poranki zawsze były najbardziej hałaśliwą porą dnia, z 

każdego kąta dobiegały odgłosy nawoływań, głośnych utarczek o punktualne wstanie z łóżka 

albo płaczliwych skarg na senne koszmary. Polly była osobą tak cichą i nie narzucającą się, że 

żadna z nas nawet nie zauważyła jej nieobecności przy stole podczas śniadania. Po posiłku 

nadal słyszałyśmy płacz.

- Kto  to  płacze?  Nikt  nie  wiedział.  Minęło  południe,  w  czasie   lunchu  płacz trwał 

nadal.

- To płacze Polly - orzekła Lisa, która wszystko wiedziała najlepiej.

- Dlaczego? Ale tego nawet Lisa nie wiedziała.

O zmierzchu płacz przemienił się w wycie i krzyki. Zmierzch to zawsze niebezpieczna 

pora. Najpierw było wycie: „aaaaa!” i "eeee!”, potem pojawiły się słowa:

- Moja   twarz!   Moja   twarz!   Moja   twarz!   Słyszałyśmy   też   uspokajające   szepty, 

wypowiadane półgłosem pocieszenia, ale Polly krzyczała nadal, aż do późnej nocy, wyłącznie 

te dwa słowa.

background image

- Tego można się było spodziewać - powiedziała Lisa.

I wtedy, jak sądzę, do wszystkich nas dotarło, jak bardzo byłyśmy głupie. My kiedyś 

stąd wyjdziemy. Ona do końca pozostanie w swej ciężkiej skorupie.

background image

WOLNOŚĆ

Lisa uciekła. Natychmiast zrobiło się smutno, ponieważ ona zawsze podtrzymywała 

nas na duchu. Była taka zabawna. Lisa! Nie potrafię o niej myśleć  bez uśmiechu, nawet 

dzisiaj.

Najgorsze było to, że ilekroć uciekała, zawsze ją łapano i przywlekano z powrotem na 

oddział, zmęczoną, zabrudzoną, z dziko wybałuszonymi oczami, które przed chwilą oglądały 

wolność.   Tak   niezwyczajnie   przeklinała   swoich   łowców,   że   nawet   starzy,   szpitalni 

wyjadacze, zaśmiewali się z przezwisk, które wymyślała pod ich adresem.

- Pierdołek   -   świrołek!   -   krzyczała   ni   stąd,   ni   zowąd,   albo:   -   ty   schizofreniczny 

nietoperzu!

Zazwyczaj chwytano ją jeszcze tego samego dnia. Nie mogła uciec daleko - pieszo i 

bez pieniędzy. Jednak tym razem szczęście jakby jej dopisało. Trzeciego dnia przypadkowo 

usłyszałam,   jak   pielęgniarka   dyżurna   mówi   do   słuchawki:   RKP   -   „regulamin   w   każdym 

punkcie” - co oznaczało sięgnięcie do wszystkich regulaminowych środków.

Z pewnością Lisę można było łatwo rozpoznać. Nigdy nie spała i bardzo rzadko jadła, 

toteż była chuda jak wiór, a jej skóra nabrała żółtego odcienia, typowego dla ludzi, którzy 

niemal   się   nie   odżywiają.   Poza   tym   pod   oczami   miała   ciężkie   worki.   Ciemne,   długie   i 

spłowiałe włosy spinała srebrną spinką. Miała najdłuższe palce, jakie kiedykolwiek w życiu 

widziałam.

Tym razem pielęgniarze, którzy przyprowadzili ją z powrotem na oddział, byli niemal 

tak samo wściekli jak ona. Dwóch rosłych mężczyzn trzymało ją pod ramiona, a trzeci ciągnął 

ją z przodu za włosy tak mocno, że wytrzeszczyła oczy. Każdy z nich milczał. Lisa także. 

Zabrali ją na koniec korytarza, do izolatki, a myśmy przyglądały się całej tej scenie.

Przyglądałyśmy się już niejednemu.

Przyglądałyśmy   się   Cynthii,   kiedy   mokra   od   łez   wracała   z   elektrowstrząsów. 

Przyglądałyśmy   się   dygocącej   z   zimna   Polly   po   zaaplikowaniu   jej   mokrego   zawijania   z 

lodowatych prześcieradeł. Ale jedną z najokropniejszych rzeczy, jakie przyszło nam oglądać, 

było wyjście Lisy z izolatki dwa dni później.

Zacznijmy od tego, że obcięto jej paznokcie, do samych opuszków. Lisa miała długie 

palce   i   piękne   paznokcie.   Bardzo   o   nie   dbała,   czyściła   je,   przycinała   i   polerowała. 

Stwierdzono jednak, że paznokcie Lisy są „za ostre”.

No i zabrali jej ten pasek. Lisa nosiła tani, ozdobiony paciorkami pasek, jeden z tych, 

background image

które   na   przydrożnych   straganach   sprzedają   w   swoich   rezerwatach   Indianie.   Pasek   był 

zielony, z niebieskimi, trójkątnymi naszywkami, i należał do jej brata Jonasza, jedynej osoby 

w rodzinie, która utrzymywała z nią kontakt. Jej matka i ojciec nie odwiedzali jej, ponieważ - 

jak tłumaczyła nam Lisa - mieli ją za socjopatkę czy coś w tym rodzaju. No więc, zabrali jej 

ten pasek, żeby nie mogła się powiesić.

Nie rozumieli, że Lisa nigdy by się nie powiesiła.

Po dwóch dniach wypuścili ją z izolatki, oddali pasek, a jej paznokcie znowu zaczęły 

rosnąć. Lisa jednak już do nas nie wróciła. Całymi dniami przesiadywała przed telewizorem i 

gapiła się w ekran, podobnie jak inne najcięższe przypadki spośród nas.

Do tej pory Lisa nigdy nie oglądała telewizji, a dla tych, którzy tak spędzali czas, nie 

miała nic poza szyderstwem. „To gówno” - krzyczała, wsadzając głowę do świetlicy. „Już bez 

tego   jesteście   tępymi   robotami,   a   telewizja   jeszcze   bardziej   was   przytępia”.   Czasami 

wyłączała odbiornik i stawała przed ekranem strzegąc, by nikt nie ważył się go włączyć. 

Jednak telewizję oglądali głównie katatonicy i pacjenci dotknięci głęboką depresją, którzy i 

tak niechętnie ruszali się z miejsca. Po jakichś pięciu minutach - mniej więcej tyle potrafiła 

spokojnie wystać - Lisa miała już w głowie jakiś nowy pomysł i wystarczyło, że w zasięgu 

wzroku pojawiła się dyżurna, by na powrót włączyła telewizor.

Ponieważ   w   ciągu   dwóch   lat,   które   spędziła   tu   z   nami,   Lisa   w   ogóle   nie   spała, 

pielęgniarki dawno już przestały nakłaniać ją do położenia się wieczorem do łóżka. Miała za 

to  własne krzesło  na  korytarzu  -  takie  samo,  jakie  wystawiano   dla  pielęgniarki  z  nocnej 

zmiany.   Siedziała   na   nim   całą   noc,   pielęgnując   swoje   długie   paznokcie.   Lisa   umiała 

przyrządzić wspaniałe kakao. O trzeciej nad ranem robiła je dla dyżurujących pielęgniarek i 

każdego, kto nie mógł spać. Nocą była spokojniejsza. Kiedyś zapytałam ją:

- Lisa, jak to się dzieje, że nocą nie biegasz i nie krzyczysz?

- Ja też potrzebuję odpoczynku - odpowiedziała. - To, że nie śpię, wcale nie oznacza, 

że nie odpoczywam.

Lisa   zawsze   wiedziała,   czego   jej   trzeba.   Mówiła   na   przykład:   „Potrzebny   mi 

odpoczynek od tego miejsca” i krótko potem uciekała ze szpitala. Kiedy była już z powrotem, 

pytałyśmy ją, jak jest na zewnątrz.

- To paskudny świat - mówiła, zazwyczaj cieszyła się z powrotu do szpitala. - Nikt 

tam nie kiwnie nawet palcem w twoim interesie.

Tym razem nie mówiła nic. Cały swój wolny czas spędzała przed telewizorem. W 

ciągu dnia oglądała programy religijne i konkursy, wieczorem i w nocy długie talk showy, a 

nad ranem wiadomości. Jej krzesło stało w korytarzu puste i nikt już nie dostawał swojej 

background image

filiżanki kakao.

- Czy coś jej podajecie? - zapytałam któregoś dnia dyżurną.

- Wiesz, że nie możemy rozmawiać z pacjentami na temat lekarstw - usłyszałam w 

odpowiedzi. Zapytałam więc pielęgniarkę oddziałową. Znałam ją trochę jeszcze z czasów, 

kiedy nie była oddziałową.

Ale ona zachowała się tak, jakby była oddziałową przez całe życie.

- Nie rozmawiamy o lekarstwach, wiesz o tym.

- Po co w ogóle pytać - żachnęła się kiedyś Georgina. - Lisa jest zapruta w pestkę, to 

widać gołym okiem. Jasne, że coś jej dają.

Cynthia była innego zdania.

- Chodzi całkiem w porządku - upierała się.

- A ja nie - wtrącała Polly. Rzeczywiście, chodzenie Polly nie odbiegało od normy. 

Polly chodziła z rękami wysuniętymi sztywno do przodu, jej czerwono - - białe dłonie zwisały 

dziwnie z nadgarstków, a stopy jakby włóczyły się za nią po podłodze. Od czasu tamtego 

wybuchu płaczu nic nie pomagało. Nie pomagało nawet zawijanie w lodowate prześcieradła. 

Polly ciągle krzyczała nocami. W końcu dostała jakieś leki.

- Trochę to jednak trwało - pocieszałam ją. - Na początku nowej kuracji chodziłaś 

całkiem w porządku.

- Ale teraz nie - odpowiedziała, patrząc na swoje dłonie. Zapytałam Lisę, czy dostaje 

jakieś leki, ale ona nie chciała odpowiedzieć.

I tak minął nam miesiąc, potem drugi, potem cała zima. Lisa siedziała z katatonikami 

przed telewizorem, Polly poruszała się jak sztucznie ożywione cielsko, Cynthia płakała po 

elektrowstrząsach („Nie jestem smutna - tłumaczyła - po prostu nie mogę powstrzymać się od 

płaczu”), a Georgina i ja przesiadywałyśmy  w naszym  dwuosobowym  pokoiku. Byłyśmy 

uznawane za najzdrowsze.

Z   nadejściem   wiosny   Lisa   zaczęła   spędzać   trochę   więcej   czasu   poza   świetlicą. 

Mówiąc dokładniej, zaczęła przebywać w łazience, no, ale zawsze była to jakaś zmiana.

- Co ona robi w tej łazience? - zapytałam kiedyś dyżurną. Była to nowa pielęgniarka.

- Czy mam sprawdzać, co kto robi w łazience?  - odpowiedziała pytaniem.  Wtedy 

zrobiłam to, co często i z wielkim upodobaniem robiliśmy wobec nowych  pracowników. 

Natarłam na nią.

- Przecież w niecałą minutę ktoś może się tam powiesić! Jak ci się zdaje, gdzie ty w 

ogóle jesteś! W szkolnym internacie?! - rzuciłam i zbliżyłam twarz do jej nosa. Nie lubią 

tego, nie lubią nas dotykać.

background image

Zaobserwowałam, że za każdym razem Lisa wchodzi do innej łazienki. Były cztery, 

każdego dnia Lisa obchodziła je wszystkie. Nie wyglądała dobrze. Pasek zwisał luźno z jej 

bioder, a skóra zdawała się bardziej żółta niż kiedykolwiek.

- Może ma biegunkę - podzieliłam się kiedyś tą myślą z Georginą. Georgina jednak 

uparcie twierdziła, że Lisa jest zapruta i nie wie, co się wokół niej dzieje. Kiedy któregoś 

majowego poranka jadłyśmy śniadanie, trzasnęły nagle drzwi i w kuchni pojawiła się Lisa.

- Telewizja później - powiedziała tylko. Napełniła sobie filiżankę kawą tak, jak robiła 

to zawsze każdego ranka, i usiadła obok nas przy stole.

Uśmiechała się do nas, a my odwzajemniłyśmy ten uśmiech.

- Czekajcie - powiedziała tajemniczo. Usłyszałyśmy na korytarzu jakąś bieganinę i 

podniesione głosy powtarzające: „Jakim cudem...”, „Co u diabła...” Potem do kuchni weszła 

pielęgniarka i od razu zwróciła się do Lisy:

- To  twoja  sprawka.   Wybiegłyśmy  zobaczyć,   co  się stało.   Lisa  owinęła   wszystkie 

meble w świetlicy (wraz z siedzącymi na niektórych z nich katatonikami),

telewizor i wszystkie spryskiwacze systemu przeciwpożarowego w suficie... papierem 

toaletowym. Długie metry papierowych zwojów ciągnęły się w dół lub w górę, zwisały, pięły 

się,   dyndały,   gdzieniegdzie   pęczniały   i  wybrzuszały   się,   tworząc   niezwykłe,   szeleszczące 

draperie. To było niesamowite i wspaniałe.

- Wcale nie była zapruta - zawyrokowała Georgina. - Knuła spisek. Miałyśmy bardzo 

przyjemne   lato,   a   Lisa   wiele   opowiadała   nam   o   tym,   co   robiła   przez   tamte   trzy   dni   na 

wolności.

background image

SEKRET ŻYCIA

Ktoś mnie odwiedził. Siedziałam w świetlicy i obserwowałam Lisę, jak gapi się w 

telewizor, kiedy weszła pielęgniarka i powiedziała do mnie:

- Masz gościa. To mężczyzna.

Oczywiście nie był to mój ogarnięty problemami chłopak, przede wszystkim dlatego, 

że nie był już moim chłopakiem. Czy dziewczyna zamknięta w domu wariatów może w ogóle 

mieć chłopaka? Zresztą on nie czuł się na siłach, by tu przychodzić. Jak się okazało, jego 

matka   także   spędziła   kiedyś   trochę   czasu   u   czubków   i   nie   było   go   stać   na   odświeżanie 

wspomnień.

Nie był to mój ojciec. On zawsze był bardzo zajęty.

Nie był to też mój nauczyciel języka angielskiego ze szkoły średniej. Stracił posadę i 

został przeniesiony do szkoły w Północnej Karolinie.

Poszłam więc zobaczyć, kto to był.

Mężczyzna stał przy oknie w pokoju gościnnym, patrząc na świat za szybą; wysoki 

niczym żyrafa, z ramionami obwisłymi jak u jakiegoś akademickiego intelektualisty, z dłońmi 

wystającymi  z przykrótkich  rękawów marynarki  i z rzadkimi włosami, które uformowały 

dookoła głowy białą koronkę. Kiedy usłyszał, że wchodzę, odwrócił się w moją stronę.

Był   to   Jim   Watson.   Bardzo   ucieszyłam   się   z   jego   wizyty,   ponieważ   w   latach 

pięćdziesiątych odkrył on sekret życia i miałam nadzieję, że teraz być może mi go wyjawi.

- Jim! - zawołałam. Podszedł do mnie posuwistym krokiem. Zawsze, gdy miał mówić 

do ludzi, poruszał się tak, jakby unosił go wiatr, chwiał się, chybotał, a obraz jego postaci 

zacierał się niczym w kadrze filmowym - i dlatego bardzo go lubiłam.

- Dobrze wyglądasz - stwierdził.

- A czego się spodziewałeś? - zapytałam. Pokiwał głową.

- Co oni ci tu robią? - wyszeptał.

- Nic - odpowiedziałam. - Nic mi tu nie robią.

- Tu   jest   potwornie   -   oświadczył.   Pokój   gościnny   był   szczególnie   nieprzyjemnym 

miejscem.   Było   to   duże   pomieszczenie   zagracone   potężnymi   fotelami,   obitymi   brzydką, 

winylową tapicerką - fotele wydawały przedziwne odgłosy, gdy ktoś na nie siadał.

- Nie jest tak źle - odparłam, jako że przywykłam już do tego miejsca, czego nie 

można było powiedzieć o nim.

Popłynął   znowu  tym   swoim   krokiem  do  okna   i  spojrzał   na  zewnątrz.  Po  krótkiej 

background image

chwili przyciągnął mnie do siebie długim ramieniem.

- Popatrz. - Wskazał coś palcem.

- Na co?

- Tam. - Pokazywał samochód, mały, czerwony, sportowy samochód, może MG. - To 

mój   -   podkreślił.   Jim   Watson   dostał   Nagrodę   Nobla,   więc   prawdopodobnie   kupił   sobie 

samochód za te pieniądze.

- Niezły - powiedziałam. - Bardzo fajny. Znowu zniżył glos do szeptu.

- Moglibyśmy stąd wyjechać - zamruczał mi do ucha.

- Hmm?

- Ty i ja, moglibyśmy stąd wyjechać. - Znaczy... tym samochodem? - Byłam trochę 

zaskoczona. Więc to miał być ten sekret życia?

Ucieczka?

- Będą mnie szukać - wyraziłam powątpiewanie.

- To szybkie auto - zaznaczył. - Na pewno uda mi się ciebie stąd wywieźć. Nagle 

poczułam wobec niego nieufność.

- Dziękuję - powiedziałam. - Dziękuję za propozycję. To miło z twojej strony.

- Nie chcesz stąd odejść? - Nachylił się. - Pojechalibyśmy do Anglii.

- Anglii? A co tu Anglia ma do rzeczy? Nie mogę jechać do Anglii.

- Mogłabyś być guwernantką. Przez dziesięć sekund wyobrażałam sobie inne życie; 

zaczynające   się   od   momentu,   kiedy   z   Jimem   Watsonem   wsiadam   do   jego   czerwonego, 

sportowego samochodu, z piskiem opon odjeżdżamy spod szpitala i pędzimy na lotnisko. 

Jednak cały następny rozdział, zwłaszcza z pomysłem zostania guwernantką, jawił mi się 

nieco mgliście. Właściwie cała propozycja nabrała w mojej głowie dość mglistych kształtów. 

Winylowe fotele, kraty za oknami, szmer zza pulpitu pielęgniarki dyżurnej - za to te rzeczy 

przedstawiały się jak najbardziej wyraźnie.

- Teraz jestem tutaj, Jim - powiedziałam. - I sądzę, że powinnam tu pozostać.

- To dobrze. - Nie wydawał  się zirytowany.  Rozejrzał się ostatni raz po pokoju  i 

pokiwał głową. Zostałam przy oknie. Po kilku minutach zobaczyłam, jak wsiada do swojego 

czerwonego   samochodu   i   odjeżdża,   ciągnąc   za   sobą   błękitne   kłęby   „sportowych”   spalin. 

Wróciłam do świetlicy.

- Cześć, Lisa - powiedziałam. Ucieszyłam się, że jeszcze ją tu zastałam.

- Rnnn - odparła. Usiadłam obok niej i razem oglądałyśmy telewizję.

background image

POLITYKA

W naszym świecie równoległym zdarzały się rzeczy, które nigdy nie zdarzyły się tam, 

skąd przybyłyśmy. A jeśli jednak tam się zdarzały, to dla nas nie były już obce, ponieważ 

wcześniej różne ich wariacje rozgrywały się nieraz w naszym świecie. To tak, jak byśmy 

stanowiły publiczność prowincjonalną (takie New Haven wobec wielkiego świata Nowego 

Jorku), przed którą historia przeprowadza próby generalne swoich kolejnych spektakli.

Na przykład ta sprawa z cukrem i Wade'em, chłopakiem Georginy.

Poznali się w kafeterii. Wade był śniady i szalenie przystojny, w całym amerykańskim 

rozumieniu   tego   słowa.  Trudno   było   nie   zwrócić   na   niego   uwagi   -  a   to   za   sprawą   jego 

wybuchów   gniewu.   Wściekał   się   przy   byle   okazji,   aż   purpurowiał   ze   złości.   Georgina 

wyjaśniła mi, że cały problem tkwił w osobie jego ojca.

- Staruszek był szpiegiem, a Wade wścieka się, że nigdy nie będzie taki jak on, taki 

twardy. O wiele bardziej zainteresował mnie ojciec Wade'a niż Wade'a kompleksy.

- Naszym szpiegiem? - zapytałam.

- Oczywiście, że naszym - odparła Georgina, ale nie chciała powiedzieć nic więcej. 

Wade i Georgina siadali na podłodze w naszym pokoju i mówili do siebie szeptem. Ja byłam 

tą trzecią która powinna zostawić ich samych, i zazwyczaj to robiłam. Jednak któregoś dnia 

postanowiłam nie dać Wade'owi spokoju i dowiedzieć się czegoś więcej o jego ojcu. Wade 

uwielbiał o nim opowiadać.

- Mieszka w Miami na Florydzie, w każdej chwili może przerzucić się na Kubę. Brał 

udział   w   inwazji   na   Kubę,   zabił   dziesiątki   ludzi,   gołymi   rękami.   Wie,   kto   zamordował 

prezydenta.

- Czy to on zabił prezydenta? - zapytałam.

- Nie sądzę - odpowiedział sceptycznie Wade. Wade nazywał się Barker. Przyznać 

muszę,   że   nie   wierzyłam   ani   jednemu   słowu   z   opowieści   Wade'a.   W   końcu   był   tylko 

pukniętym siedemnastolatkiem - do tego tak gwałtownym, że w chwilach uniesienia dawało 

sobie z nim radę dopiero co najmniej dwóch rosłych pielęgniarzy. Czasami zamykano go na 

tydzień na jego oddziale i Georgina nie mogła się z nim widzieć. A kiedy dochodził do siebie, 

znowu rozpoczynał w naszym pokoju swoje podłogowe wizyty.

Ojciec   Wade'a   miał   dwóch   kumpli,   którzy   szczególnie   imponowali   Wade'owi. 

Nazywali się Liddy i Hunt. „Ci faceci są zdolni do wszystkiego” - mówił o nich. A mówił to 

często i zdaje się, że trochę go to nawet martwiło.

background image

Georgina nie lubiła moich dociekań na temat ojca Wade'a i całkowicie ignorowała 

mnie, kiedy siedziałam przy nich na podłodze. Ale nie mogłam się powstrzymać:

- Zdolni do czego? - dopytywałam się. - No, co takiego mogą zrobić ci faceci?

- Tego nie mogę powiedzieć - odparł Wade.

Krótko potem Wade popadł w kolejny okres zachowań wybuchowych, który trwał 

kilka tygodni. Bez Wade'a Georgina zrobiła się nerwowa. Ponieważ czułam się trochę winna 

jego nieobecności,

usiłowałam zająć ją czymś innym i znaleźć dla niej rozrywkę. „Przemeblujmy pokój” 

- proponowałam, albo: „Zagrajmy w scrabble'a”, albo: „Ugotujmy coś w kuchni”. Propozycje 

kulinarne, owszem, trafiły do jej przekonania.

- Zróbmy karmel - powiedziała. Zaskoczyło mnie, że karmel mogą zrobić w kuchni 

dwie   osoby.   Byłam   przekonana,   że   proces   palenia   cukru   wymaga   całej   załogi   i 

skomplikowanych maszyn, zupełnie jak przy produkcji samochodów. Jednak, według tego, co 

mówiła mi Georgina, potrzebowałyśmy tylko patelni i oczywiście cukru.

- Kiedy   już   zrobi   się   karmel   -   instruowała   -   zlejemy   go   na   papier   woskowy   i 

uformujemy kulki. Pielęgniarkom bardzo się spodobało, że krzątamy się w kuchni.

- Mała praktyka na dni, kiedy z Wade'em będziecie po ślubie? - zapytała jedna z nich.

- Nie sądzę, by Wade nadawał się na męża - odpowiedziała Georgina. Nawet ktoś, kto 

nigdy tego nie robił, zdaje sobie chyba sprawę, jak gorący musi być cukier, by w końcu 

zamienił się w karmel. Więc właśnie był tak gorący, kiedy patelnia wyślizgnęła mi się z ręki i 

połowę przyrządzonego karmelu wylałam na rękę Georginy, trzymającej przede mną papier 

woskowy.

Darłam się wniebogłosy, ale Georgina nie wydała z siebie nawet jęku. Do kuchni 

wbiegły   pielęgniarki,   przyłożyły   kostki   lodu,   dały   jakieś   maści   i   opatrunki.   Ja   ciągle 

wrzeszczałam,   natomiast   Georgina   stała   niewzruszona,   wyciągając   przed   siebie   swoją 

kandyzowaną rękę.

Nie pamiętam już, czy powiedział to E. Howard Hunt czy G. Gordon Liddy, przy 

okazji przesłuchań w sprawie afery Watergate, że chcąc przygotować się do tortur, każdej 

nocy trzymał dłoń nad palącą się świecą i trzymał ją nad płomieniem dopóty, dopóki nie 

poczuł swądu palonej skóry.

Którykolwiek z nich to powiedział, myśmy to już znały. Zatoka Świń, osmalona skóra, 

zdolni   do   wszystkiego   zabójcy   gotowi   zamordować   „gołymi   rękami”.   Nam,   Georginie, 

Wade'owi,   mnie,   a   także   naszej   publiczności   złożonej   z   pielęgniarek,   znane   są   pokazy 

przedpremierowe i próby generalne. Tyle że pielęgniarskie recenzje wyglądają trochę inaczej 

background image

niż te prasowe, mniej więcej tak: „Wypadek nie wywołał u pacjentki efektów ubocznych”, 

albo: „Pacjent nadal fantazjuje, że ojciec jest agentem CIA i ma niebezpiecznych przyjaciół”.

background image

GDYBYŚ TU MIESZKAŁ, BYŁBYŚ JUŻ W DOMU

Daisy   była   wydarzeniem   sezonowym.   Pojawiała   się   każdego   roku   przed   Świętem 

Dziękczynienia i zostawała z nami aż do Bożego Narodzenia. Czasami przyjeżdżała w maju, 

na swoje urodziny. Zawsze miała pojedynczy pokój.

- Kto zwolni swój pokój albo zamieszka razem z kimś innym? - zapytała oddziałowa 

podczas naszego cotygodniowego spotkania któregoś z październikowych poranków.

Była   to   zawsze   chwila   pełna   napięcia.   Georgina   i   ja   mieszkałyśmy   razem   i   co 

najwyżej mogłyśmy z rozbawieniem przyglądać się całemu przedstawieniu.

- Ja, ja! - Wyrwała się z podniesioną ręką osoba, która była dziewczyną Martiana, ale 

sama miała także malutki penisek i chętnie wszystkim go pokazywała. Jednak nikt nie chciał 

mieszkać z nią w jednym pokoju.

- Ja mogę z kimś zamieszkać, jeśli tylko ktoś inny będzie chciał, ale oczywiście nikt 

nie zechce, a ja nie chciałabym nikogo zmuszać do tego, żeby chciał.

To była Cynthia, która zaczynała mówić w taki sposób po sześciu miesiącach terapii 

elektrowstrząsowej.

- Ja mogę z tobą zamieszkać, Cynthia - pospieszyła z ratunkiem Polly.

To jednak nie rozwiązywało  problemu, ponieważ Polly dzieliła już pokój z Janet, 

która była nowo przyjętą anorektyczką. Kiedy jej waga spadała poniżej trzydziestu siedmiu 

kilogramów, natychmiast podlegała procedurze przymusowego odżywiania.

Lisa nachyliła się w moim kierunku.

- Widziałam, jak się wczoraj ważyła - powiedziała głośno. - Trzydzieści dziewięć kilo. 

Pod koniec tygodnia podłączą jej rurkę.

- Trzydzieści dziewięć to idealna waga - upierała się Janet. Ale dokładnie to samo 

mówiła przy czterdziestu jeden i czterdziestu kilogramach. Z nią też nikt nie chciał mieszkać.

W końcu, po niedługiej dyskusji, w jednym pokoju umieszczono dwójkę katatoników. 

Daisy mogła więc przyjechać. Spodziewano się jej piętnastego października.

Daisy miała dwie pasje: środki przeczyszczające i kurczaki. Każdego ranka pierwsza 

zjawiała się przed pulpitem pielęgniarki dyżurnej i bębniąc nerwowo pożółkłymi od nikotyny 

palcami w szybę, domagała się swoich środków na przeczyszczenie.

- Co z moim bisakodylem? - ponaglała, sycząc przez zęby. - Co z laxigenem?

Jeśli któraś z nas stawała obok niej, Daisy potrafiła znienacka wsadzić jej łokieć pod 

żebro albo nadepnąć boleśnie na palce u stopy. Nienawidziła każdego, kto znalazł się blisko 

background image

niej.

Jej ojciec, krępy, przysadzisty mężczyzna o twarzy wyschniętego ziemniaka, dwa razy 

w   tygodniu   przynosił   jej   kurczaka   upieczonego   maminym   sposobem   i   zawiniętego 

skrupulatnie w aluminiową folię. Daisy kładła kurczaka na kolana, gładziła go pieszczotliwie 

przez pomarszczoną folię i niecierpliwie strzelała na boki oczami czekając, aż ojciec wreszcie 

wyjdzie i pozwoli jej w spokoju dobrać się do rumianego ptaszyska. Jednak ojciec chciał 

zostawać przy Daisy tak długo, jak tylko to było możliwe, ponieważ bardzo ją kochał.

Lisa miała na to swoje własne wyjaśnienie:

- Trudno mu uwierzyć,  że ją spłodził, więc aby się przekonać, że córunia nie jest 

zjawą, chciałby ją przelecieć.

- Taką cuchnącą? - powątpiewała Polly.

To   prawda,   od   Daisy   zalatywało   zdrowo;   rzecz   jasna   gównem   i   pieczonym 

kurczakiem. - Przecież ona nie zawsze cuchnie - przekonywała dalej Lisa. Wydawało mi się, 

że Lisa ma rację, zauważyłam bowiem, że Daisy ma w sobie wiele seksu. Choć syczała przez 

zęby,   rozdawała   łokciem   kuksańce,   cuchnęła   niemiłosiernie,   a   jej   ręce   nieustannie 

połyskiwały   od   tłuszczu,   to   kryła   się   w   niej   jakaś   gorąca   iskra,   której   brakowało   nam 

wszystkim. Nosiła krótkie szorty i przyciętą na wysokości pępka koszulkę, odsłaniając blade, 

umięśnione ciało. Kiedy nad ranem maszerowała po swoje środki przeczyszczające, kręciła 

tyłkiem beztrosko, rysując w powietrzu niewidoczne półkola.

Dziewczyna Martiana była w niej zakochana. Chodziła za nią po korytarzu, jęcząc 

błagalnie:   „Chcesz   zobaczyć   mój   penis?   Chcesz   go   zobaczyć?”,   na   co   Daisy   syczała   ze 

złością: „Kicham na twój penis!” Żadna z nas nigdy nie była w jej pokoju. Lisa postanowiła 

więc, że będzie pierwszą, która tam wejdzie. Obmyśliła szczegółowy plan.

- Kurka, ale mam zatwardzenie - powtarzała od rana do wieczora przez trzy dni. - 

Uhh, ale mnie ciśnie. Czwartego dnia od pielęgniarki oddziałowej dostała laxigen.

- Nie pomaga - zakomunikowała następnego ranka. - Macie coś mocniejszego?

- Może olej rycynowy? - zaproponowała oddziałowa. Była wyraźnie przepracowana.

- Ten wasz szpital to faszystowski karcer - żachnęła się Lisa. - Potrzebna mi podwójna 

dawka laxigenu! Tym sposobem zdobyła sześć porcji laxigenu i mogła stanąć do przetargu. 

Któregoś popołudnia zapukała do pokoju Daisy.

- Hej, Daisy! - zawołała. - Hej, Daisy! - Kopnęła w drzwi.

- Odpieprz się - odpowiedziała jej ze środka Daisy. - Hej, Daisy! - Lisa była uparta. 

Daisy syknęła. Lisa przywarła do drzwi i cichym głosem powiedziała:

- Mam coś dla ciebie.

background image

- Gówno prawda - burknęła Daisy, ale otworzyła drzwi. Georgina i ja podglądałyśmy 

tę   scenę   z   końca   korytarza.   Kiedy   Daisy   otworzyła   drzwi,   zaciekawione   wyciągnęłyśmy 

szyje,  jednak  było  zbyt ciemno, by dojrzeć  cokolwiek  w  pokoju  Daisy. Kiedy drzwi  się 

zatrzasnęły, po korytarzu wzniósł się krótkotrwały powiew dziwnej, słodkiej, ciepłej woni.

Lisa nie wychodziła bardzo długo. W końcu dałyśmy za wygraną i poszłyśmy do 

kafeterii na lunch. W czasie wieczornych wiadomości Lisa wszystko nam zreferowała. Stała 

przed   telewizorem,   zasłaniając   ekran,   i   mówiła   na   tyle   głośno,   by   zagłuszyć   Waltera 

Cronkite'a, prezentera telewizyjnych wiadomości.

- W pokoju Daisy jest pełno kurczaków - zakomunikowała. - Wszystkie zajada na 

miejscu. Ma specjalną metodę jedzenia, którą mi pokazała. Każdego kurczaka obdziera z 

kawałków mięsa, robi to delikatnie, ponieważ chce zachować nienaruszony szkielet. Nawet 

skrzydełka - z nich także obdziera mięso. Potem nagie szkieleciki układa na podłodze, jeden 

przy drugim. Ma ich już dziewięć. Mówi, że jak będzie miała czternaście, to czas wracać do 

domu. - Poczęstowała cię? - zapytałam.

- Nie miałam apetytu na zdechłe kurczaki - odpowiedziała.

- Ale dlaczego ona to robi? - chciała wiedzieć Georgina.

- Do diabła! - zirytowała się Lisa. - Nie wiem przecież wszystkiego.

- A środki przeczyszczające? - dowiadywała się Polly.

- Są jej potrzebne, ze względu na te kurczaki.

- Za tym kryje się coś więcej - powątpiewała Georgina.

- Byłam tam, to chyba wiem, nie? - odpaliła Lisa. Od tej chwili rozmowa potoczyła się 

w zupełnie innym kierunku. W ciągu następnego tygodnia dowiedziałyśmy się czegoś więcej 

na temat Daisy. Ojciec kupił jej na Boże Narodzenie własne mieszkanie. „Gniazdko miłosne” 

- skonstatowała Lisa.

Daisy była  w siódmym  niebie i spędzała teraz więcej czasu poza swoim pokojem 

licząc,   że   wszyscy   będą   ją   pytać   o   nowe   mieszkanie.   Georgina   poczuła   się   nawet 

zobowiązana.

- Duże jest to twoje mieszkanie, Daisy? - zapytała.

- Sypialnia, salonik w kształcie litery L i kuchnia, dość duża, można w niej także jeść.

- Oczywiście kurczaki?

- Odwal się, kretynko.

- A gdzie jest to mieszkanie?

- Koło Massachusetts General.

- Czyli w drodze na lotnisko?

background image

- Koło   Massachusetts   General.   -   Daisy   nie   chciała   przyznać,   że   mieszkanie 

znajdowało się tuż koło lotniska.

- A co ci się w nim najbardziej podoba? Daisy zamilkła na chwilę i opuściła powieki, 

delektując się najprzyjemniejszą dla niej częścią rozmowy.

- Napis.

- Jaki napis?

- Napis przed budynkiem.

- A co ten napis mówi?

- „Gdybyś tu mieszkał, byłbyś już w domu”. - I rozemocjonowana zacisnęła dłonie. - 

Widzicie, tu chodzi o to, że każdego dnia przejeżdżają tamtędy ludzie i myślą sobie: „Ooo, to 

prawda, gdybym tu mieszkał, byłbym już w domu”, a ja już będę w tym domu. Sukinsyny.

Daisy opuściła nas dość wcześnie, gdyż te święta Bożego Narodzenia miała spędzić 

już w swoim nowym mieszkaniu.

- Wróci - mówiła Lisa, ale tym razem nie miała racji. Któregoś majowego popołudnia 

wezwano nas na specjalne zebranie ogólne.

- Dziewczęta - zaczęła pielęgniarka oddziałowa - mam dla was smutną wiadomość. 

Nadstawiłyśmy ciekawie uszu.

- Daisy popełniła wczoraj samobójstwo.

- W swoim nowym mieszkaniu? - zapytała Georgina.

- Czy zastrzeliła się? - zaciekawiła się Polly.

- Daisy? Która to była  Daisy? - dopytywała  się dziewczyna  Martiana. - Czy ja ją 

znam?

- Zostawiła jakiś list? - pytałam.

- A po co?

- Detale są nieważne - ucięła pielęgniarka.

- Wczoraj   były   jej   urodziny,   prawda?   -   przypomniała   sobie   Lisa.   Pielęgniarka 

twierdząco kiwnęła głową. Przez następną chwilę siedziałyśmy w milczeniu, czcząc pamięć 

Daisy.

background image

MOJE SAMOBÓJSTWO

Samobójstwo jest rodzajem morderstwa z premedytacją. Nie jest to coś, co robi się 

natychmiast, gdy tylko się o tym pomyśli. Trzeba przyzwyczaić się do zamiaru. Potrzebne też 

są środki, silna motywacja i dobra okazja. Aby samobójstwo się powiodło, konieczna jest 

znakomita  organizacja i trzeźwe myślenie  - właściwie ani to, ani to w żaden sposób nie 

przystaje do rozpalonej głowy samobójcy.

Ważna jest nieustanna dbałość o bezstronność spojrzenia. Jednym ze sposobów, by to 

osiągnąć, są ćwiczenia na wyobrażanie sobie siebie albo już jako trupa, albo jeszcze w fazie 

umierania. Jeżeli w zasięgu wzroku pojawia się okno, należy wyobrazić sobie, jak się z tego 

okna wypada. Jeżeli wzrok pada na nóż, należy wyobrazić sobie, jak ten nóż przebija ciało. 

Jeżeli   widzisz   jadący   pociąg,   należy   wyobrazić   sobie   swoje   zwłoki   strzaskane   kołami 

lokomotywy. Te ćwiczenia są niezbędne dla uzyskania odpowiedniego dystansu.

Fundamentalną sprawą jest motywacja. Bez silnej motywacji wszystko bierze w łeb.

Moja   motywacja   nie   była   silna:   wypracowanie   z   historii   Stanów   Zjednoczonych, 

którego nie chciało mi się napisać, oraz nachodzące mnie od miesięcy pytanie: „Dlaczego 

właściwie   się   nie   zabić?”   Będąc   martwa,   nie   musiałabym   pisać   wypracowania   i   nie 

musiałabym już zadręczać się tym pytaniem.

Roztrząsanie tej kwestii było wręcz wyniszczające. Pytanie raz postawione nie chciało 

już ulecieć z głowy. Myślę, że wielu ludzi zabiło się tylko po to, żeby zakończyć jałową 

debatę nad tym, czy będą potrafili się zabić czy nie.

Jeśli o mnie chodzi, to cokolwiek zrobiłam, o czymkolwiek pomyślałam, natychmiast 

stawało się to przedmiotem takiej debaty. Powiedziałam coś głupiego - chyba  się zabiję. 

Uciekł  mi autobus  - lepiej skończyć  z  tym  już  teraz.  Nawet dobro miało  swój  udział w 

debacie: podobał mi się film - może jednak nie warto się zabijać?

Właściwie to chciałam zabić tylko pewną część swojej osoby: tę część, która chciała 

popełnić samobójstwo, która wciągnęła mnie w tę męczącą debatę „zabić się czy nie” i która 

każde okno, każdą stację metra, każde kuchenne narzędzie przemieniła w rekwizyty albo 

scenę próby generalnej.

Jednak   wszystko   to   wydedukowałam   sobie   dopiero   po   łyknięciu   pięćdziesięciu 

aspiryn.

Miałam chłopaka imieniem Johnny, który pisał do mnie miłosne wiersze - zupełnie 

dobre.  Zatelefonowałam   do  niego,  powiedziałam,  że   zamierzam   się  zabić,  nie   odłożyłam 

background image

słuchawki na widełki, połknęłam pięćdziesiąt aspiryn i uświadomiłam sobie, że oto właśnie 

przed chwilą  popełniłam błąd. Potem wyszłam  kupić mleko,  o co matka  poprosiła  mnie, 

zanim jeszcze zaczęłam łykać aspirynę.

Johnny zawiadomił policję. Przyjechali do mojego domu i poinformowali o wszystkim 

mamę. Mama pojawiła się w sklepie A&P na Massachusetts Avenue dokładnie w chwili, gdy 

stojąc przed kontuarem w dziale mięsnym, byłam już bliska omdlenia.

Po drodze do sklepu, kiedy mijałam pięć kolejnych przecznic, zaczęłam żałować tego, 

co zrobiłam, i poczułam się upokorzona. Zrobiłam błąd i miałam z tego powodu umrzeć. 

Może więc zasłużyłam na tę śmierć? Rozpłakałam się. Przez moment poczułam litość do 

siebie i do ogromu nieszczęścia, które w sobie niosłam. Potem była już tylko mgła i świst. 

Zanim dotarłam do sklepu, cały mój świat przemienił się w wąski, pulsujący tunel. Straciłam 

ostrość widzenia, w uszach słyszałam dzwonienie, w skroniach głucho tętniła krew.

Dopiero płukanie żołądka przywróciło mnie do równowagi. Nie kończącą się rurkę 

wepchnęli mi najpierw do nosa, a potem w dół, przez gardło, do żołądka. Czułam się, jakbym 

za chwilę miała zakrztusić się na śmierć. A potem zaczęło się płukanie. To było tak, jakby 

pobierano ci krew na przemysłową skalę - potężne, rwące ssanie, poczucie, że tkanki gniotą 

się i ocierają o siebie w nie znany ci dotychczas sposób. I mdłości... - jakby wylewało się 

wszystko, co kryje wnętrze. O nie, postanowiłam, następnym razem na pewno nie będzie to 

aspiryna.

Kiedy jednak skończyło się płukanie, zaczęłam się zastanawiać, czy będzie następny 

raz. Czułam się dobrze. Nie umarłam, choć coś było we mnie martwe. Może udało mi się 

osiągnąć   mój   podstawowy   cel,   może   było   to   samobójstwo  częściowe?   Czułam   się  lżej   i 

swobodniej niż kiedykolwiek.

Moja   swoboda   trwała   kilka   miesięcy.   Odrobiłam   niektóre   zaległe   zajęcia   szkolne. 

Zerwałam z Johnnym i zainteresowałam się nauczycielem języka angielskiego, który pisał 

lepsze wiersze niż Johnny, chociaż nie dla mnie. Pojechałam z nim do Nowego Jorku, gdzie 

zabrał mnie do Galerii Fricka na wystawę Vermeera.

Jedyną dość nieszczególną konsekwencją mego uczynku był wegetarianizm. Ponieważ 

zemdlałam przed kontuarem w dziale mięsnym, samobójstwo zaczęłam bezwiednie kojarzyć 

z mięsem. Wiedziałam jednak, że za tym kryje się coś więcej.

Kawałki mięsa na ladzie były  posiniaczone, pokrwawione i uwięzione  w ciasnych 

opakowaniach. I choć miałam sześć spokojnych miesięcy, aby uwolnić się od tych myśli, to 

jednak ciągle o tym myślałam.

background image

TOPOGRAFIA ZASADNICZA

Być może ciągle nie jest jasne, w jaki sposób tam trafiłam. To musiało być coś więcej 

niż wyciśnięty pryszcz. Nie wspomniałam jeszcze, że tamtego lekarza, który po zaledwie 

piętnastu minutach postanowił odstawić mnie na bok, nigdy przedtem nie widziałam. No, 

może po dwudziestu minutach. Co było we mnie takiego pomylonego, że wystarczyło niecałe 

pół godziny, aby jakiś pierwszy lepszy lekarz odesłał mnie do domu wariatów? Trochę mnie 

nabrał: mówił, że na dwa tygodnie, a tymczasem zrobiły się z tego prawie dwa lata. Miałam 

osiemnaście lat.

Sama   podpisałam   zgodę   na   przyjęcie   do   szpitala.   Musiałam,   ponieważ   byłam   już 

pełnoletnia. Miałam do wyboru albo to, albo nakaz sądowy, choć szpital nigdy nie wydobyłby 

wtedy z sądu nakazu przeciwko mnie. Ja jednak o tym  nie wiedziałam, więc podpisałam 

zgodę.

Nie byłam niebezpieczna dla otoczenia. Czy stanowiłam zagrożenie dla siebie samej? 

Owszem, owe pięćdziesiąt aspiryn, ale już to wyjaśniłam. Były metaforyczne. Chciałam tylko 

pozbyć   się   pewnej   strony   swego   charakteru.   Za   pomocą   aspiryny   dokonałam   na   sobie 

pewnego rodzaju aborcji. Na jakiś czas podziałało. Potem przestało, ale przecież nie miałam 

już serca do podejmowania drugiej próby.

Spójrzmy   teraz  na  jego   punkt  widzenia.  Był  rok  tysiąc  dziewięćset  sześćdziesiąty 

siódmy. Nawet w takim życiu jak jego, życiu profesjonalistów, które wiodło się gdzieś na 

spokojnych   przedmieściach,   z   dala   od   rozkrzewionego   dziko   trawska,   pojawiał   się   nagle 

dziwny, obcy prąd wsteczny. Prąd z tego drugiego świata - dryfującego bez celu, odurzonego 

wszechświata   bezimiennej   młodzieży   -  którego   silne   szarpnięcie   wytrącało   z   równowagi. 

Używając jego języka, można by ów prąd nazwać „poczuciem zagrożenia”. Co te dzieciaki 

wyprawiają? Wchodzi raptem taka jedna do gabinetu, ubrana w spódniczkę wielkości chustki 

do nosa, z opryszczką,  i odpowiada niechętnymi  monosylabami.  „Oczywiście  naćpana” - 

dochodzi do wniosku. Zerka na kartę z pośpiesznie nabazgranym nazwiskiem. Czy czasem 

nie poznał kiedyś jej rodziców? Na jakimś przyjęciu  przed dwoma laty?  Czy to było  na 

spotkaniu   pracowników   Harvardu   albo   Massachusetts   Institute   of   Technology?   Buty,   co 

prawda, ma zdarte, ale płaszczyk kupiony w dość przyzwoitym sklepie. Paskudny świat (tak 

powiedziałaby Lisa). Przecież nie może tak po prostu, z czystym sumieniem, odesłać mnie z 

powrotem w te trawska - bym stała się szczątkiem rozbitej tratwy niesionym na fali przez 

jakieś podspołeczne prądy, które raz po raz wyrzucają mu do gabinetu okazy takie, jak ja 

background image

właśnie. To taka medycyna prewencyjna.

Czy   jestem   dla   niego   niemiła?   Kilka   lat   temu   przeczytałam,   że   jedna   pacjentka 

oskarżyła go o molestowanie seksualne. Ale w tamtych czasach było wiele tego rodzaju afer, 

oskarżanie lekarzy stało się modne. A może po prostu ten ranek był dla niego zbyt wczesny? I 

dla   mnie   też?   I   nie   miał   pomysłu,   co   ze   mną   zrobić?   A   może,   co   jest   najbardziej 

prawdopodobne, chował w ten sposób swój tyłek?

Mój punkt widzenia trudniej wytłumaczyć. Sama tam pojechałam. Sama weszłam do 

jego gabinetu, potem wsiadłam do taksówki, wspięłam się kamiennymi schodami do budynku 

administracji w szpitalu McLean i, jeśli dobrze pamiętam, przez kwadrans czekałam potulnie 

na jakimś krześle, by w końcu złożyć podpis pod własnym ubezwłasnowolnieniem.

Oczywiście, coś takiego nie może się wydarzyć bez pewnych warunków wstępnych.

W   moim   przypadku   takim   warunkiem   wstępnym   był   problem   z   rozpoznawaniem 

wzorów.   Orientalne   dywany,   płytki   podłogowe,   kafelki,   okienne   zasłony   i   tym   podobne 

rzeczy. Najgorsze były supermarkety, gdzie posadzki w przejściach ciągnących się między 

półkami   zawsze   miały   hipnotyczny   wzór   szachownicy.   Kiedy   przyglądałam   się   takim 

rzeczom,   zawsze   widziałam   coś   więcej   niż   tylko   wzory.   Brzmi   to   tak,   jakbym   miała 

halucynacje   wzrokowe,   ale   nie   miałam   ich.   Wiedziałam,   że   to,   na   co   patrzę,   jest   tylko 

posadzką  lub tylko  zasłoną okienną. Jednak każdy wzór zdawał  się nieść w sobie jakieś 

potencjalne przedstawienia, które w oszałamiających szykach wdzierały się na krótko w moje 

życie. Mogły to być: las, stado ptaków albo mój rysunek z drugiej klasy szkoły podstawowej. 

Cóż, oczywiście przed sobą miałam po prostu dywan czy cokolwiek innego, jednak te krótkie 

przebłyski „rzeczy drugich” pojawiały się naprawdę i były dla mnie bardzo wyczerpujące. 

Moja rzeczywistość zawężała się coraz bardziej.

Coś niedobrego działo się także z moją percepcją ludzi. Gdy spoglądałam na czyjąś 

twarz, często nie udawało mi się jej w żaden sposób odczytać. Kiedy zaczynasz uważnie 

studiować rysy czyjejś twarzy, natychmiast nabiera ona szczególnego wyrazu: okazuje się, że 

jest gładka i wyrazista albo pulchna i obwisła, albo poorana bruzdami, albo wilgotna i tłusta. 

Twarze były odwrotnością moich problemów ze wzorami. Zamiast widzieć w twarzach wiele 

znaczeń, nie widziałam w nich nic.

Ale  przecież  nie  wpadałam   w  obłęd,  nie  rzucałam  się  w  odmęty  Krainy Czarów. 

Moim nieszczęściem - a może zbawieniem - było to, że świetnie zdawałam sobie sprawę z 

fałszywego odbioru rzeczywistości. Nigdy nie wierzyłam w to, co widzą moje oczy, albo co 

zdawało mi się, że one widzą. A co więcej, właściwie rozpoznawałam i rozumiałam każde 

swoje nowe dziwne postępowanie.

background image

Czujesz   się  teraz,   mówiłam   sobie,   wyalienowana   od  ludzi   i   inna   niż   oni,   dlatego 

właśnie na nich przenosisz całą swoją złość i uczucie dyskomfortu. Spoglądając na czyjąś 

twarz, widzisz rozmazaną plamę, ponieważ niepokoi cię, że twoja własna twarz jest taką 

rozmazaną plamą.

Ta jasność pozwalała mi zachowywać się normalnie, co z kolei powodowało stawianie 

interesujących   pytań.  Czy  zatem  każdy,  kto   widział   to  samo   co  ja,  udawał,   że  widzi   co 

innego? Czy więc szaleństwo to tylko kwestia zaprzestania udawania? A jeśli niektórzy nie 

widzieli tego, to co z nimi jest? Ślepi czy co? Te pytania nie dawały mi spokoju.

Coś zostało zdarte, okrycie albo skorupa, które miało nas chronić. Nie byłam tylko 

pewna, czy to okrycie było czymś, co miało oblekać mnie, czy czymś, co miało oblekać każdą 

inną rzecz na świecie. Właściwie nie miało to znaczenia; gdziekolwiek miało ono być, już 

tego tam nie było.

Taki był zatem mój zasadniczy warunek wstępny; wszystko mogło być czymkolwiek 

innym. Z chwilą przyjęcia takiego rozumowania zrodziła się myśl, że w takim razie jestem 

szalona, a przynajmniej można mnie wziąć za szaloną. Jak mogłam zaprzeczyć temu z całym 

przekonaniem,   skoro   nie   mogłam   być   pewna,   czy   zasłona   na   oknie   nie   jest   łańcuchem 

górskim?

Mimo to muszę wyznać, że wiedziałam, iż nie jestem szalona.

To nie wzory, lecz inny warunek wstępny naruszył istniejącą we mnie równowagę: 

stan wiecznej sprzeczności. Moją ambicją było negować. Cały mój świat, zapełniony czy 

opustoszały, prowokował wyłącznie do negacji. Kiedy miałam wstawać z łóżka, spałam dalej; 

kiedy miałam mówić, milczałam; kiedy czekała mnie przyjemność, unikałam jej. Mój głód, 

moje pragnienie, moja samotność, moje znudzenie i mój strach były arsenałem broni, po którą 

sięgałam przeciwko memu wielkiemu wrogowi: światu. Oczywiście, moja broń nie miała dla 

świata   żadnego   znaczenia,   a   mnie   zadręczała.   Jednak   cierpienia   dawały   mi   ponurą 

satysfakcję. Udowadniały, że istnieję. Zdawało się, że kiedy mówię „nie”, kłamie całe moje 

jestestwo.

Okazja, by zostać zamkniętą, była zbyt kusząca, by się jej oprzeć. Dać się zamknąć, 

było bardzo dużym „nie” - największym „nie” po tej stronie samobójstwa.

Perwersyjne rozumowanie. Ale za tą perwersyjnością kryła się świadomość, że nie 

jestem szalona i nie będą mnie wiecznie trzymać pod kluczem w domu wariatów.

background image
background image

TOPOGRAFÌA ZASTOSOWANA

Dwoje   drzwi   zamykanych   na   klucz,   a   między   nimi   półtorametrowa   przestrzeń,   w 

której trzeba  było  poczekać, aż pielęgniarka  zamknie  pierwsze drzwi na klucz  i otworzy 

drugie.

Tuż za podwójnymi  drzwiami znajdowały  się trzy budki telefoniczne,  potem parę 

pokoi pojedynczych,  pokój gościnny i kuchnia, w której jednocześnie spożywano posiłki. 

Taki układ robił dobre wrażenie na gościach.

Wystarczyło jednak skręcić za pokojem gościnnym w boczny korytarz, by wrażenie to 

prysło.

Długi,   długi   korytarz:   za   długi.   Po   jednej   stronie   siedem   czy   osiem   pokojów 

dwuosobowych,   a   po   przeciwnej   dyżurka   pielęgniarek,   sala   konferencyjna   i   łazienka   z 

basenikiem do hydroterapii.  Lunatycy  na lewo, personel na prawo. Natryski  i toalety też 

znajdowały się po prawej stronie, jak gdyby personel rościł sobie prawo do nadzorowania 

nawet naszych najbardziej intymnych czynności.

Dalej tablica, a na niej dwadzieścia kilka naszych nazwisk, zapisanych zieloną kredą, i 

wolne miejsce obok nich, gdzie w przypadku wyjścia poza oddział wpisywałyśmy - białą 

kredą - czas wyjścia, czas powrotu i miejsce docelowe wyjścia. Tablica wisiała naprzeciwko 

dyżurki   pielęgniarek.   Kiedy   ktoś   miał   zakaz   opuszczenia   pokoju,   obok   jego   nazwiska 

pojawiało   się,   wypisane   zieloną   kredą,   słowo:   „restrykcja”.   O   przyjęciu   nowej   pacjentki 

wiedziałyśmy   z   wyprzedzeniem,   gdyż   zanim   ona   sama   pojawiła   się   na   korytarzu,   dzień 

wcześniej jej nazwisko figurowało na tablicy. Nazwiska pacjentek wypisanych i zmarłych 

pozostawały przez jakiś czas na tablicy w milczącym hołdzie.

Na   końcu   okropnego   korytarza   znajdowała   się   okropna   świetlica   z   telewizorem. 

Lubiłyśmy ją. Przynajmniej lubiłyśmy ją bardziej od pokoju gościnnego. Zawsze panował w 

niej   ogromny   hałas,   potworny   bałagan   i   wszędzie   unosił   się   dym   papierosowy   -   ale   co 

najważniejsze, świetlica znajdowała się po lewej, lunatycznej stronie korytarza. Z naszego 

punktu   widzenia   pokój   gościnny   należał   do   personelu.   Często   zgłaszałyśmy   wniosek,   by 

zebrania ogólne przenieść stamtąd do świetlicy, ale nigdy do tego nie doszło.

Za świetlicą znajdował się jeszcze jeden załom, a za załomem dwa pokoje pojedyncze, 

jeden dwuosobowy, toaleta i izolatka.

Izolatka   była   wielkości   przeciętnej   łazienki   w   zwykłym,   podmiejskim   domu.   Jej 

jedyne   okno   stanowił   otwór   w   drzwiach,   zabezpieczony   drucianą   siatką   tak,   by   ktoś   z 

background image

zewnątrz mógł podejrzeć, co masz zamiar wyrabiać w środku. W sumie nie można było tam 

wiele napsocić. Jedyne wyposażenie izolatki stanowił pusty materac położony na zielonym 

linoleum. Ściany były trochę poobijane i wyszczerbione, jakby ktoś wgryzał się w nie zębami 

i wdrapywał paznokciami. Izolatka była pomyślana jako pomieszczenie dźwiękoszczelne, ale 

taka nie była.

Można było wejść do izolatki, zamknąć za sobą drzwi i wykrzyczeć się. Kiedy miało 

się   dość,   można   było   otworzyć   sobie   drzwi   i   wyjść.   Wrzeszczenie   na   korytarzu   lub   w 

świetlicy traktowano jako „zachowanie poza normą” i nigdy nie było dobrym pomysłem. 

Jednak wrzeszczenie w izolatce było już zupełnie w porządku.

Można było również ustnie „złożyć prośbę o zamknięcie w izolatce na klucz”. Prawdą 

jest, że niewiele pacjentek taką „prośbę” składało. Później konieczne było „złożenie prośby” 

o wypuszczenie na oddział. Pielęgniarka zaglądała wtedy przez okienko z drucianą siatką i 

oceniała, czy pacjentka może już wyjść na zewnątrz. Trochę przypominało to doglądanie 

rosnącego ciasta przez przydymioną szybkę kuchennego piekarnika.

Izolatka miała własną etykietę. Jeżeli drzwi nie były zamknięte na klucz, każdy mógł 

wejść i dotrzymać  ci towarzystwa. Pielęgniarka mogła przeszkodzić wrzaskom i usiłować 

dojść ich przyczyny. Mógł tam wejść ześwirowany pacjent i powrzeszczeć razem z tobą. Stąd 

też wymyślono cały ten interes ze „złożeniem prośby o zamknięcie na klucz”. Za chwilę 

prywatności trzeba było zapłacić wolnością.

Izolatka była  jednak przede wszystkim miejscem, w którym  ci, którzy kompletnie 

zbzikowali,   przechodzili   kwarantannę.   I   to   było   jej   właściwe   przeznaczenie.   Jako   grupa 

zachowywałyśmy pewien stały poziom hałasu i stały poziom własnego nieszczęścia. Jeżeli 

ktoś przekroczył te poziomy na dłużej niż parę godzin, trafiał do izolatki. W przeciwnym 

razie,   jak   rozumował   szpitalny   personel,   niebezpiecznie   podniosłybyśmy   poziom   naszego 

otumanienia, co groziło całkowitą utratą kontroli nad nami. Nie istniały żadne obiektywne 

kryteria   odnośnie   do   postanowień   o   umieszczeniu   w   izolatce.   Decyzja   była   relatywna, 

dotyczyła każdego indywidualnie, tak jak przy zdawaniu do następnej klasy w szkole.

Izolatka   była   skuteczna.   Po   spędzeniu   tam   całego   dnia   lub   całej   nocy,  nie   mając 

absolutnie nic do roboty, większość ludzi uspokajała się. A jeśli nie, to przenoszono ich na 

oddział maksymalnego bezpieczeństwa.

Nasze podwójne drzwi zamykane  na klucz, nasze stalowe siatki na oknach, nasza 

kuchnia wyposażona w plastikowe noże i widelce, zamykana pod nieobecność pielęgniarki, 

nasze   drzwi   do   łazienki   bez   zamków   -   wszystko   to   było   średnio   zaostrzonym   rygorem. 

Oddział maksymalnego bezpieczeństwa to zupełnie inny świat.

background image

WSTĘP DO LODÓW

Szpital znajdował się na wzgórzu poza miastem, zupełnie jak w filmach o wariatach. 

Nasz   szpital   był   bardzo   sławny,   gościł   tu   niejeden   znany   poeta   i   muzyk.   Właściwie   nie 

wiadomo, czy to szpital specjalizował się w poetach i muzykach, czy też poeci i muzycy 

specjalizowali się w szaleństwie?

Najsławniejszym   pacjentem   był   Ray   Charles.   Nigdy   nie   traciłyśmy   nadziei,   że 

któregoś dnia wróci do szpitala i z okna oddziału dla odwykowców zaśpiewa nam swoje 

serenady. Ale nie wrócił.

Miałyśmy   za   to   rodzinę   Taylorów.   Co  prawda,   zanim  pojawiłam   się   na   oddziale, 

James otrzymał już promocję do następnego szpitala, ale za to byli Kate i Livingston. Wobec 

nieobecności Raya Charlesa, to właśnie ich bluesowe brzdąkanie piosenki  North Carolina 

wprawiało nas w rzewny smutek - a jeśli jesteś smutny, to bardzo pragniesz, by swój smutek 

usłyszeć przekształcony w dźwięk.

Podczas mojego pobytu nie było także Roberta Lowella, za to jakiś czas spędziła ze 

mną w szpitalu McLean Sylvia Plath.

Co jest w tych rytmach, stopach wierszowych i kadencjach, że prowadzą własnych 

twórców do szaleństwa?

Wokół szpitala ciągnęły się rozległe tereny obsadzone pięknymi roślinami i drzewami. 

Były zadbane i idealnie czyste, między innymi dlatego, że nie było nam wolno wychodzić na 

spacery. Czasem jednak prowadzono nas tamtędy w grupie na wielką ucztę - lody.

Grupa miała strukturę atomu: w samym środku jądro, czyli ciasno zbita gromadka 

czubków,   a   dookoła   niego   pokrzykujące   i   biegające   nerwowo   pielęgniarki   -   elektrony, 

odpowiedzialne   za   nasze   bezpieczeństwo.   Albo,   jak   kto   woli,   za   bezpieczeństwo 

mieszkańców miasteczka Belmont.

Mieszkańcy Belmontu byli  ludźmi bardzo dobrze sytuowanymi.  Większość z nich 

zajmowała dobrze płatne posady inżynierów i różnego pokroju technokratów przy budowie 

szosy numer sto dwadzieścia osiem - Technology Highway - wieloletniej inwestycji miasta. 

Ważnym rezydentem Belmontu był także Bircher. Stowarzyszenie Johna Bircha

 znajdowało 

się mniej więcej w tej samej odległości na wschód od centrum miasta, co nasz szpital na 

zachód. Obie te instytucje, z naszego punktu widzenia, wzajemnie się uzupełniały - chociaż, 

śmiem przypuszczać, birchersi mieli na ten temat odmienne zdanie. W każdym razie z obu 

  John Birch   Society (Bircher)  -  Stowarzyszenie  Johna  Bircha,  organizacja   białych   rasistów, której 

korzenie sięgają XIX wieku.

background image

stron   otaczaliśmy   miasto.   Inżynierowie   byli   tego   świadomi   i   dbali,   by   podczas   naszej 

wyprawy do lodziarni nie przyglądać nam się zbyt nachalnie.

Mówienie, że poruszaliśmy się z grupą pielęgniarek, nie wyjaśnia całego kontekstu 

sytuacji.   Istniał   bowiem   skomplikowany   system   „przywilejów”,   który   jasno   określał,   ile 

pielęgniarek miało towarzyszyć każdej pacjentce i kto pierwszy miał prawo opuścić teren 

szpitala.

System   zaczynał   się   od   braku   jakichkolwiek   przywilejów:   restrykcja,   zakaz 

wychodzenia na oddział. Taka sytuacja bardzo często przytrafiała się Lisie, choć niekiedy 

dopuszczano ją do drugiego stopnia: dwa na jeden. Oznaczało to, że Lisa mogła opuścić 

nawet   oddział,   co   prawda   najwyżej   do   kafeterii   albo   na   zajęcia   terapeutyczne,   ale   pod 

dozorem dwóch pielęgniarek. Mimo dużej liczby pielęgniarek na naszym oddziale, przywilej 

dwa na jeden najczęściej oznaczał brak przywilejów, czyli zakaz wychodzenia na oddział. 

Rzadko bowiem udawało się znaleźć dwie pielęgniarki wolne akurat od zajęć, które wzięłyby 

Lisę pod łokcie i zaciągnęły do kuchni na obiad. Następny stopień to jeden na jeden; wówczas 

pielęgniarkę i pacjentkę sczepiano razem niczym siostry syjamskie. Przywilej jeden na jeden 

obowiązywał niektóre pacjentki nawet na terenie oddziału; wyglądało to tak, jakby miały 

własną  służącą   albo   giermka,  albo  nieczyste   sumienie   -  to  zależało  już   od  przydzielonej 

pielęgniarki. Przy jeden na jeden wstrętna pielęgniarka mogła stanowić poważny problem, ale 

na szczęście pary wiązały się na długie okresy i pielęgniarka miała możliwość zrozumienia 

swej podopiecznej.

Stopniowania   przywilejów   były   iście   bizantyjskie.   Układy   jeden   na   dwa   (jedna 

pielęgniarka i dwie pacjentki) dawały już grupę, której pełen skład stanowiły trzy, cztery 

pacjentki i jedna pielęgniarka. Dobre zachowanie w grupie mogło być premiowane czymś, co 

nazywano przywilejem wyjścia docelowego. Oznaczało ono obowiązek zatelefonowania do 

pielęgniarki   oddziałowej   natychmiast   po   przybyciu   na   miejsce,   do   którego   uzyskało   się 

pozwolenie wyjścia; po to, by poinformować ją, że już się dotarło do celu. Następnie należało 

zatelefonować   tuż   przed   wyruszeniem   w   drogę   powrotną,   aby   pielęgniarka   mogła 

skalkulować sobie czas powrotu i przeszkodzić w ewentualnej ucieczce. Innym przywilejem 

była  tak zwana eskorta wzajemna - kiedy dwie pacjentki, powiedzmy mniej zwariowane, 

wychodziły na wspólny spacer. Wreszcie na samym szczycie znajdował się przywilej otwartej 

przestrzeni, oznaczający tyle, że pacjentka mogła już samodzielnie spacerować po dowolnym 

miejscu na terenie szpitala.

Kiedy wszystkie te poszczególne stacje drogi krzyżowej zostały spełnione na terenie 

szpitala, to poza jego obrębem cały korowód zaczynał  się na nowo. Ktoś, kto w szpitalu 

background image

podlegał   wzajemnej   eskorcie,   podczas   wycieczki   w   świat   zewnętrzny   mógł   liczyć 

prawdopodobnie tylko na grupę.

Tak   więc,   kiedy   przychodziłyśmy   ze   świtą   pielęgniarek   do   lodziarni   Baileya   na 

Waverley Square, struktura atomów naszej molekuły była daleko bardziej skomplikowana, 

niż mogło to się wydawać żonom inżynierów siedzącym za oknami nad filiżanką kawy i 

uprzejmie udającym, że nas nie widzą.

Nie było z nami Lisy. Po trzeciej ucieczce Lisa nigdy już nie wyszła poza układ jeden 

na jeden. Układ jeden na jeden obowiązywał również Polly, ale nie po to, aby utrzymywać 

nad nią dozór, lecz by zapewnić jej poczucie bezpieczeństwa. Polly chętnie na to przystawała. 

Georgina i ja podlegałyśmy grupie, ale ponieważ oprócz nas mało kto był w grupie, właściwie 

podlegałyśmy układowi jeden na dwa. Jeden na dwa był także układem Cynthii i dziewczyny 

Martiana, co mogło sugerować, że Georgina i ja jesteśmy w tym samym stopniu stuknięte, co 

one. Nie było  to prawdą i niekiedy budziło w nas przykry uraz. Daisy miała  całkowicie 

otwartą przestrzeń, zarówno na terenie szpitala, jak i poza nim. Żadna z nas nie mogła nigdy 

zrozumieć dlaczego.

Sześć pacjentek, trzy pielęgniarki.

To był dziesięcio - , może piętnastominutowy spacer w dół wzgórza, wzdłuż rzędu 

krzewów róż i majestatycznych drzew naszego pięknego szpitala. W miarę jak oddalałyśmy 

się   od   oddziału,   pielęgniarki   stawały   się   coraz   bardziej   nerwowe.   W   momencie   gdy 

docierałyśmy   do   ulicy,   zacinały   w   milczeniu   usta   i   otaczały   nas   ciasnym   kręgiem, 

przybierając   minę   wiecznej   nonszalancji,   która   znaczyła   mniej   więcej   tyle:   „Nie   jestem 

pielęgniarką eskortującą sześć lunatyczek do lodziarni Baileya”.

Ale przecież były takimi pielęgniarkami, a my byłyśmy sześcioma lunatyczkami, toteż 

zachowywałyśmy się jak lunatyczki.

Wcale nie robiłyśmy niczego szczególnego. Przeciwnie, każda z nas zachowywała się 

tak samo i robiła to samo, co na oddziale; płakała, narzekała, pomrukiwała albo burczała coś 

pod nosem opryskliwie. Daisy rozdawała kuksańce, a Georgina skarżyła się, że przecież nie 

jest tak stuknięta jak Cynthia i dziewczyna Martiana.

- Proszę zachowywać się w normie - upominały pielęgniarki.

Niekiedy, próbując nas uciszyć, lekko nas szczypały albo, niczym Daisy, szturchały 

łokciem. Nie miałyśmy im tych prób za złe, a one nie miały nam za złe, że jesteśmy sobą. W 

końcu to nam tylko pozostało: prawda. Pielęgniarki o tym wiedziały.

background image

LODY

Był piękny, wiosenny dzień. Taki dzień zawsze przynosi ludziom nadzieję: łagodny 

wiatr,   w   powietrzu   delikatne   wonie   płynące   z   ciepłej   ziemi.   Samobójcza   aura.   Tydzień 

wcześniej Daisy popełniła samobójstwo. Najprawdopodobniej ktoś uznał, że przyda nam się 

trochę rozrywki. Bez Daisy zmalał nasz współczynnik: pięć pacjentek, trzy pielęgniarki.

Szłyśmy w dół wzgórza, mijałyśmy magnolie powoli tracące już swoje kwiecie, na 

których róż kwiatów przechodził w brąz lekko zgniły na krawędziach płatków. Mijałyśmy 

suche żonkile, drzewka laurowe o lepkich liściach, które mogłyby udekorować nasze skronie 

albo nas otruć. Tego dnia pielęgniarki były na ulicy mniej nerwowe niż zwykle. Być może to 

wiosenna gorączka sprawiła, że okazywały więcej beztroski, a może poczuły się pewniej 

wobec lepszych proporcji liczebnych.

Posadzka w lodziarni Baileya wywoływała we mnie znany już niepokój. Znajdował 

się na niej czarno - biały wzór szachownicy, ułożony z dużych płytek, większych od tych, 

które widywałam w supermarketach. Gdybym wpatrywała się wyłącznie w białe płytki, nie 

byłoby tak źle, ale przecież nie sposób nie widzieć tych czarnych. Ten kontrast bardzo mi 

przeszkadzał.   W   lodziarni   Baileya   zawsze   byłam   poirytowana.   Posadzka   mówiła:   „tak”, 

„nie”, „to”, „tamto”, „w górę” „w dół”, „dzień”, „noc” - wyrażała wszystkie wątpliwości i 

przeciwstawności,   które   już   w   samym   życiu   były   nie   do   zniesienia,   bez   potrzeby 

artykułowania ich na posadzce.

Obsługiwał jakiś nowy chłopak. Podeszłyśmy do lady całą ławą.

- Weźmiemy osiem lodów w wafelkach. - Jedna z pielęgniarek złożyła zamówienie.

- Oczywiście,   proszę   bardzo   -   odpowiedział   chłopak,   sięgając   po   wafelki.   Miał 

sympatyczną, trochę pryszczatą twarz.

Minęło sporo czasu, zanim wszystkie zdecydowałyśmy się na wybór smaku. Zawsze 

zabierało nam to mnóstwo czasu.

- Miętowy na patyku - zażądała dziewczyna Martiana.

- Wystarczy, jeśli powiesz po prostu: miętowy - napomniała ją Georgina.

- Miętowy na kutasiku.

- O rany, jak Boga kocham... - skarżyła się Georgina.

- Miętowy na łechtaczce. Tym  razem dziewczyna  Martiana dostała od pielęgniarki 

reprymendę   w   postaci  lekkiego   szturchańca.   Nikt  więcej  nie   domagał  się  już   miętowego 

smaku,   największym   wzięciem   cieszył   się   smak   czekoladowy.   Wiosną   pojawiło   się   w 

background image

lodziarni Baileya coś nowego: brzoskwiniowa melba. Zamówiłam ten smak dla siebie.

- Mają być orzeszki?

  - zapytał chłopak. Wszystkie spojrzałyśmy krzywo na siebie. 

Powiedzieć mu dwa słowa? Pielęgniarki wstrzymały oddech.

Za oknem ćwierkały wiosennie ptaszki.

- Obejdzie się bez orzeszków - rzuciła w końcu Georgina.

 W języku angielskim słowo nuts (orzeszki) oznacza także „wariat”, „świrus”.

background image

KONTROLA

Kontrola co pięć minut, kontrola co piętnaście minut, kontrola co trzydzieści minut. 

Niektóre pielęgniarki, otwierając drzwi, uprzedzały głośno: „Kontrola!” Klik - obrót gałką 

klamki; szszs - szelest otwieranych drzwi, „kontrola!”, szszs - szelest zamykanych drzwi, klik 

- obrót gałką klamki. Kontrola co pięć minut - zbyt mało czasu na natrysk, wypicie filiżanki 

kawy lub przeczytanie trzech stron książki.

Kiedy kilka lat później pojawiły się elektroniczne zegarki cyfrowe, przypominały mi 

tamte upływające pięć minut między dwiema kontrolami. W taki sam sposób zabijały czas; 

wolno, odcinając sekundy jedna po drugiej, wrzucając je krótkim piśnięciem do kosza na 

śmieci, a w końcu informując, że czas już się skończył. Klik, szszs, „kontrola!”, szszs, klik: 

następne   pięć   minut   z   życia   spuszczone   z   wodą.   I   następne   pięć   minut   przeżyte   w   tym 

miejscu.

Po   jakimś   czasie   przeszłam   na   kontrole   co   trzydzieści   minut,   ale   Georgina 

pozostawała   na   piętnastominutówkach,   tak   więc   dopóki   zajmowałyśmy   wspólny   pokój, 

dopóty zmiana nie miała dla mnie znaczenia - klik, szszs, „kontrola!”, szszs, klik.

Był to jeden z powodów, dla których  wolałyśmy  siedzieć w korytarzu,  naprzeciw 

dyżurki pielęgniarek. Dyżurnej wystarczyło wychylić głowę i zerknąć na nas czujnym okiem 

bez zakłócania naszego spokoju.

Niekiedy pielęgniarki miały dość tupetu, aby zapytać,  gdzie ktoś jest. Klik, szszs, 

„kontrola!”

- Widziałyście Polly?

- Nie mam zamiaru odwalać za ciebie twojej roboty - burczała Georgina. Szszs, klik.

Ale zanim się obejrzałeś, już były z powrotem - klik, szszs, „kontrola!”, szszs, klik. To 

nigdy nie miało końca, nawet wieczorami, kontrole kładły nas do snu, były naszą kołysanką. 

Naszym metronem, pulsem. Były całym naszym życiem odmierzanym w dawkach niewiele 

większych od przysłowiowej łyżeczki do herbaty. Może łyżki stołowej? Łyżka życia, dwie 

łyżki życia. Stara, wgnieciona, wyszczerbiona, blaszana łyżka, wypełniona po brzegi czymś, 

co powinno być słodkie, ale było pełne goryczy, czymś, co minęło i odeszło, a czego nawet 

nie zdążyłyśmy posmakować; naszym życiem.

background image

OSTRE NARZĘDZIA

Nożyczki do paznokci. Pilniczek do paznokci. Maszynka do golenia. Scyzoryk (ten od 

ojca na jedenaste urodziny). Szpilka do włosów (ta sama, którą dostałaś po zdaniu matury, z 

dwiema maleńkimi, różowymi perełkami). Złote kolczyki Georginy (to chyba żarty! Popatrz 

tu z tyłu - pielęgniarka pokazuje na kolczyku wyostrzone zagięcia - widzisz, to jest ostre). 

Pasek.   (Mój   pasek?   Co   tu   się   dzieje?!   Wszystkiemu   jest   winna   klamra;   jej   wydłużoną, 

metalową częścią można sobie wydłubać oko.) Nóż. No dobrze, noże stanowią wyjątek. Ale 

dlaczego widelce i łyżki? Noże, widelce i łyżki.

Przy jedzeniu posługiwałyśmy się plastikowymi sztućcami. Pobyt w naszym szpitalu 

był jednym, nie kończącym się piknikiem.

Kiedy stary, stwardniały befsztyk kroi się plastikowym  nożem, a odcięty kawałek 

nakłada na plastikowy widelec (tępe zęby widelczyka nigdy nie wbijały się w mięso i trzeba 

było używać go jak łyżki), wtedy naprawdę wszystko inaczej smakuje.

Któregoś miesiąca spóźnili się z dostawą plastikowych sztućców i podczas jedzenia 

używaliśmy   tekturowych   łyżek,   noży   i   widelców.   Jadłeś   coś   kiedykolwiek   tekturowym 

widelcem?   Wyobraź   sobie,   jak   to   smakuje;   na   języku   czujesz   szorstkie   grudki   tektury, 

wpychasz jedzenie do ust, a tekturę wypluwasz.

A golenie nóg?

Oto przykład. Podchodzisz do dyżurki.

- Chcę sobie ogolić nogi.

- Minutkę.

- Ale ja teraz idę się kąpać i teraz chcę ogolić sobie nogi.

- Zaraz, muszę sprawdzić twoją kartę.

- Mam pozwolenie na golenie nóg. Pod nadzorem.

- Zaraz, zaraz, niech sprawdzę. - Krząta się, coś wertuje, czyta. - W porządku. Jeszcze 

minutkę.

- Ja już idę do łazienki. Nareszcie w wannie - wannie wielkości basenu pływackiego, 

olimpijskiego basenu pływackiego,

głębokiej  i długiej, stojącej  na nogach  w kształcie  gadzich szponów  - klik, szszs, 

„kontrola!”...

- Hej! Co z moją maszynką do golenia?

- Ja tylko kontroluję.

background image

- Ale ja chcę sobie ogolić nogi. Szszs, klik.

Jeszcze trochę gorącej wody. Wspaniałe i wygodne są te baseniki do hydroterapii. 

Klik, szszs - tym razem to maszynka do golenia i moja nadzorczyni.

- Masz maszynkę? Podaje mi maszynkę do golenia nóg. Siada na krześle obok wanny. 

Ja mam osiemnaście lat. Ona dwadzieścia dwa. Uważnie przypatruje się, jak golę sobie nogi.

Miałyśmy na oddziale sporo owłosionych nóg. Pierwsze feministki.

background image

DRUGA LISA

Któregoś dnia przyjęto drugą Lisę. Żeby odróżnić ją od naszej Lisy, zwracaliśmy się 

do niej pełnym imieniem i nazwiskiem; Lisa Cody. Nasza Lisa została Lisą, jak księżniczka.

Lisy zaprzyjaźniły się. Do ich ulubionych zajęć należały rozmowy telefoniczne.

Trzy   budki   telefoniczne   znajdujące   się   przy   podwójnych   drzwiach   były   jedynym 

miejscem zapewniającym nam odrobinę prywatności. Mogłyśmy wejść do środka i szczelnie 

zasunąć   za   sobą  harmonijkowe   drzwi.   Nawet   najbardziej   stuknięta   spośród   nas   mogła   w 

każdej chwili usiąść przy telefonie, wziąć do ręki słuchawkę i przeprowadzić rozmowę - co 

prawda   wyłącznie   ze   sobą   samą.   Po   podniesieniu   słuchawki   następowało   bowiem 

automatyczne  połączenie z dyżurką. Pielęgniarki miały u siebie listę numerów, pod które 

każdej z nas wolno było zatelefonować.

Mówiło się na przykład tak:

- Halo! Tu Georgina (albo Cynthia, albo Polly), chcę połączyć się z numerem pięćset 

pięćdziesiąt pięć czterdzieści dwa siedemdziesiąt.

- Tego   numeru   nie   ma   na   twojej   liście   -   odpowiadała   dyżurna.   I   połączenie 

przerywano.   Pozostawała   jednak   pełna   kurzu   i   ciszy   budka   telefoniczna,   ze   swoją 

staromodną, czarną słuchawką o ostro wygiętym grzbiecie.

Kiedy Lisy prowadziły rozmowę telefoniczną, wchodziły do dwóch budek, zamykały 

za   sobą   drzwi   i   wrzeszczały   w   słuchawki.   Jeśli   odzywała   się   dyżurna,   Lisa   krzyczała: 

„Odblokować linię!” - i swobodnie przystępowały do konwersacji. Czasem wywrzaskiwały 

do siebie różne przekleństwa, a czasem krzyczały o planach na cały dzień.

- Skoczymy na obiad do kafeterii? - krzyczała Lisa Cody. Lisie jednak nie było wolno 

wychodzić poza oddział, toteż odkrzykiwała mniej więcej coś w tym stylu:

- Chce ci się żreć tę bryję u boku armii psychopatów?

- A ty myślisz, że kim jesteś, hę?

- Ja jestem socjopatką! - stwierdziła Lisa z dumą. Lisie Cody nie postawiono jeszcze 

diagnozy.   Cynthia   miała   depresję,   Polly   i   Georgina   schizofrenię,   ja   miałam   zaburzenia 

charakteru, które czasem określano jako zaburzenia osobowościowe. Kiedy postawiono mi 

diagnozę, nie brzmiała ona dla mnie zbyt poważnie, ale po pewnym czasie zaczęła brzmieć o 

wiele   bardziej   złowieszczo   niż   przypadki   innych   pacjentek.   Wyobrażałam   sobie   swój 

charakter jako koszulkę albo blaszane naczynie, które zostały wyprodukowane z defektem i są 

teraz bezużyteczne.

background image

Dopiero po jakimś miesiącu od dnia przyjęcia Lisie Cody postawiono diagnozę. Także 

socjopatka. Lisa Cody była bardzo zadowolona, ponieważ w każdym calu chciała być taka 

sama jak Lisa. Jednak nie było to w smak Lisie, która jak dotąd była na oddziale jedyną 

socjopatką.

- Jest   nas   wyjątkowo   mało   -   tłumaczyła   mi   kiedyś   -   i   w   większości   jesteśmy 

mężczyznami. Kiedy Lisa Cody znała już swoją diagnozę, Lisa zaczęła przysparzać coraz 

więcej kłopotów.

- To zachowanie poza normą - upominały pielęgniarki. My jednak wiedziałyśmy, w 

czym rzecz - Lisa starała się udowodnić, że Lisa Cody wcale nie jest socjopatką.

Przez tydzień Lisa chowała pod językiem otrzymywane środki nasenne, gromadziła je 

potem w ukryciu, a w końcu łyknęła wszystkie razem. Przez całą następną dobę chodziła 

kompletnie odurzona. Lisa Cody zdołała przechować tylko cztery pigułki, a kiedy je połknęła, 

porzygała się. O szóstej trzydzieści rano, podczas zmiany pielęgniarek, Lisa zgasiła sobie na 

ramieniu papierosa. Tego samego dnia po południu Lisa Cody wypaliła sobie papierosem na 

nadgarstku cienką pręgę i przez dwadzieścia minut trzymała rękę pod zimną wodą.

Obie   Lisy   toczyły   między   sobą   spór   życiorysowy.   Nie   wiadomo   skąd,   Lisa 

dowiedziała się, że Lisa Cody urodziła się w Greenwich, w stanie Connecticut.

- Greenwich, w Connecticut? - drwiła. - Jeszcze nigdy żaden socjopata się tam nie 

urodził. Jesteś pionierem, co?

Amfa, koka, heroina, hasz - wszystko to Lisa miała za sobą. Lisa Cody przekonywała, 

że też ćpała. Podwijała rękaw i pokazywała znaki po ukłuciach: ledwo widoczne zadrapania 

wzdłuż żyły, jakby kiedyś, może przed rokiem, wpadła przypadkowo na krzak dzikiej róży.

- Ogrodowy ćpun - naigrawała się Lisa. - Zgrywasz się i tyle.

- Co chcesz? Ćpun to ćpun, no nie? - protestowała Lisa Cody. Lisa podkasała rękaw 

po łokieć i podsunęła rękę pod sam nos Lisy Cody. Od dłoni ku górze ciągnęły się twarde, 

bladobrązowe zgrubienia, zdeformowane, autentyczne blizny.

- Widzisz, człowieku? To są dopiero znaki - mówiła Lisa. - Ty ze swoimi możesz się 

schować.  Lisa  Cody  została   pokonana,  ale  nie  miała   zwyczaju  łatwo   kapitulować. Nadal 

podczas  zebrań   ogólnych   siadała   obok  Lisy  i  nadal  zamykała   się  w   budce  telefonicznej, 

czekając na połączenie, które nigdy nie mogło być zrealizowane.

- Muszę się jej pozbyć - powiedziała kiedyś Lisa.

- Jesteś podła - stwierdziła Polly.

- Kurewska dziwka - wycedziła Lisa.

- Niby   kto?   -   odezwała   się   Cynthia,   protektor   Polly.   Lisie   jednak   nie   chciało   się 

background image

precyzować. Kiedy któregoś wieczoru pielęgniarki wyszły na ciemny korytarz, aby zapalić 

lampy,   dzięki   którym   nasz   oddział   jaśniał   w   rażącej   poświacie   niczym   tani   lunapark, 

zauważyły, że nie ma ani jednej żarówki. Nie, nie były zbite, po prostu ich nie było.

Wiedziałyśmy,   kto   to   zrobił.   Pytanie   brzmiało:   gdzie   je   schowała?   Trudno   było 

prowadzić poszukiwania w ciemnościach. Zniknęły nawet żarówki z lamp w pokojach.

- Lisa ma duszę prawdziwego artysty - zawyrokowała Georgina.

- Nie gadajcie, tylko szukajcie - poleciła pielęgniarka oddziałowa. - Wszyscy szukamy 

żarówek. Lisa przeczekała polowanie na żarówki w świetlicy przed telewizorem.

Żarówki znalazła Lisa Cody, zgodnie z założeniem Lisy. Lisa Cody prawdopodobnie 

zaplanowała sobie, że nie weźmie udziału w poszukiwaniach, lecz przeczeka je w swoim 

ulubionym miejscu, które przypominało jej najlepsze dni, a więc w budce telefonicznej. Na 

pewno przy odsuwaniu harmonijkowych drzwi czuła opór, musiała poczuć, gdyż wewnątrz 

budki tkwiły dziesiątki żarówek. Lisa Cody jednak nie miała zwyczaju się poddawać i także 

w tym wypadku postanowiła wykazać podobną nieustępliwość, jaką objawiała w sporach z 

Lisą. Potworny trzask i chrzęst miażdżonego szkła w jednej chwili sprowadził nas pod budki 

telefoniczne.

- Zbiły się - powiedziała Lisa Cody.

Wszystkie   pytałyśmy   Lisę,   jakim   cudem   powpychała   tyle   żarówek   do   zamkniętej 

budki, a ona odpowiadała tylko:

- Mam długie i chude ręce.

Dwa dni później Lisa Cody zniknęła. Gdzieś między naszym oddziałem a kafeterią 

zakręciła się na pięcie i tyle ją widzieli. Nikt jej nigdy nie znalazł, choć poszukiwania trwały 

ponad tydzień.

- Nie mogła tu już wytrzymać - skonstatowała Lisa.

I choć oczekiwałyśmy, że usłyszymy nutę zazdrości w jej głosie, to nic takiego nie 

nastąpiło.

Jakiś miesiąc później, podczas wizyty kontrolnej u ginekologa, Lisie znowu udało się 

uciec. Tym razem nie było jej przez dwa dni. Kiedy wróciła, wyglądała na osobę szczególnie 

zadowoloną z siebie.

- Widziałam Lisę Cody - wyjawiła nam.

- Ooch... - bąknęła Georgina. Polly pokiwała głową.

- Teraz to jest z niej prawdziwy ćpun - powiedziała Lisa i uśmiechnęła się.

background image
background image

KONTROLA PO RAZ DRUGI

Siedziałyśmy  na podłodze przed dyżurką  pielęgniarek, paląc papierosy. Lubiłyśmy 

tam siedzieć. W ten sposób mogłyśmy mieć oko na pielęgniarki.

- Między kontrolami co pięć minut to niemożliwe - powiedziała Georgina.

- Mnie się udało - upierała się Lisa Cody.

- Eee... - mruknęła sceptycznie prawdziwa Lisa. Właśnie wtedy rozpoczynała swoją 

kampanię przeciwko Lisie Cody.

- No, to była piętnastominutówka - poprawiła się Lisa Cody.

- Piętnastominutówka to co innego - stwierdziła Lisa.

- W piętnaście minut to żadna sztuka - dorzuciła Georgina.

- Wade  jest młody - dodała  Lisa. - Piętnaście minut  całkowicie mu wystarczy. Ja 

przestałam próbować. Co prawda mój chłopak doszedł trochę do siebie i zaczął odwiedzać 

mnie w szpitalu, ale dyżurna przyłapała nas, kiedy go dmuchałam. Odtąd nasze widzenia 

musiały odbywać się pod nadzorem i on przestał do mnie przychodzić.

- Mnie przyłapali - powiedziałam. Wszyscy wiedzieli, że mnie przyłapali, ale ciągle to 

powtarzałam, bo nie dawało mi to spokoju.

- Co się przejmujesz? - pocieszała mnie Lisa. - Wielka rzecz. Pieprzyć ich. Pieprzyć 

ich i pieprzyć ich - zaśmiała się.

- Nie sądzę, by udało mu się w piętnaście minut - powiedziałam.

- Chyba że bez rozrywek, od razu do roboty - stwierdziła Georgina.

- Kogo teraz pieprzysz? - zapytała Lisa Lisę Cody. Lisa Cody nie odpowiedziała.

- Nikogo nie pieprzysz - oświadczyła Lisa.

- Same się wypieprzcie - rzuciła Daisy, która właśnie przechodziła obok nas.

- Hej, Daisy - zaczepiła ją Lisa - pieprzyłaś się kiedyś na pięciominutówkach?

- Nie mam zamiaru pieprzyć tych dupków na oddziale - odparła Daisy.

- Wymówki... - szepnęła do nas Lisa.

- Ty też nikogo nie pieprzysz - powiedziała Lisa Cody. Lisa wyszczerzyła  zęby w 

szczwanym uśmiechu.

- Niech tylko Georgina pożyczy mi Wade'a na jedno popołudnie - stwierdziła.

- Wystarczy dziesięć minut - zauważyła Georgina.

- Nigdy was nie przyłapali? - zapytałam.

- Nie zwracają na nas uwagi. Lubią Wade'a.

background image

- Musisz teraz zacząć pieprzyć pacjentów - tłumaczyła mi Lisa. - Daj spokój z tym 

swoim kretynem, znajdź sobie chłopaka wśród pacjentów.

- Pewnooo - poparła ją Georgina. - Ten twój facet to kupa nieszczęść.

- A ja myślę, że jest ładny - zaoponowała Lisa Cody.

- Wielki   chodzący   kłopot   -   powiedziała   sucho   Lisa.   Zaczęłam   pociągać   nosem. 

Georgina poklepała mnie po ramieniu.

- Nawet cię już nie odwiedza - powiedziała.

- To prawda - potwierdziła Lisa. - Jest ładny, ale nie odwiedza. A w ogóle, skąd mu 

się przyplątał ten dziwny akcent?

- Jest   Anglikiem.   Wychował   się   w   Tunezji.   Czułam,   że   są   to   niezmiernie   ważne 

predyspozycje do tego, by zostać moim chłopakiem.

- No to wyślij go z powrotem do Tunezji - doradziła Lisa.

- Ja mogę go przejąć - zaoferowała się Lisa Cody.

- Nie   przepieprzy   cię   w   piętnaście   minut   -   ostrzegłam   ją.   -   Będziesz   musiała   go 

wydmuchać.

- No to co. - Lisie Cody to nie przeszkadzało.

- Ja tam lubię obciągać pałę - stwierdziła Lisa. Georgina potrząsnęła głową.

- Słony interes.

- No to co? Mnie to nie przeszkadza - powiedziałam.

- Trafił   ci   się   kiedyś   taki   pofałdowany   i   cholernie   gorzki,   smakujący   trochę   jak 

cytryna, ale jeszcze gorzej? - zapytała Lisa.

- To jakiś rodzaj kutasiej infekcji - orzekła Georgina.

- Uhmmm - poparła ją Lisa Cody.

- Eee, żadna infekcja - zaprzeczyła Lisa. - Niektóre po prostu tak smakują.

- Ee, kto by tam je chciał - powiedziałam z goryczą.

- Znajdziemy ci jakiegoś nowego chłopaka w kafeterii - obiecała Georgina.

- Przyprowadź   ich   trochę   więcej   -   upomniała   się   Lisa,   której   nie   wolno   było 

wychodzić poza oddział.

- Jestem przekonana, że Wade ma kilku fajnych kolegów - stwierdziła Georgina.

- Daj sobie spokój - powiedziałam. Tak naprawdę, to nie chciałam mieć chłopaka, 

który był szurnięty. Lisa spojrzała na mnie.

- Wiem, o czym myślisz - stwierdziła. - Nie chcesz mieć szurniętego chłopaka, tak? 

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.

- To   ci   minie   -   zapewniła   Lisa.   -   W   końcu,   czy   masz   inny   wybór?   Dziewczyny 

background image

roześmiały się. Ja też się śmiałam. Z gabinetu pielęgniarek wynurzyła się nagle dyżurna i 

cztery razy kiwnęła ostrzegawczo głową w naszym kierunku - po razie dla każdej z nas.

- Kontrola co trzydzieści minut - rozmarzyła się Georgina. - To byłoby coś.

- Milion dolarów to też byłoby coś - zauważyła Lisa Cody.

- Zwłaszcza w tym miejscu - dodała Lisa. Westchnęłyśmy.

background image
background image
background image

KOMU WIERZYSZ, JEMU CZY MNIE?

Lekarz   twierdzi,   że  przepytywał  mnie   przez  trzy  godziny.   Ja uważam,  że  było  to 

dwadzieścia minut. Dwadzieścia minut - tyle minęło od chwili, kiedy ja przekroczyłam próg 

jego gabinetu do momentu, w którym on postanowił odesłać mnie do McLean. Być może 

spędziłam u niego jeszcze godzinę, kiedy zawiadamiał moich rodziców, szpital i telefonował 

po taksówkę. Półtorej godziny to maksimum, jakie mogę mu przyznać.

Niemożliwe, aby racja leżała jednocześnie po mojej i po jego stronie. A czy to w 

ogóle ważne, kto z nas ma rację?

Dla mnie ważne. Ale okazuje się, że to nie ja mam rację.

Mam   w   ręku   jeden   niezbity   dowód;   jest   to   rubryka   „czas   przyjęcia   na   oddział” 

zapisana   przez   pielęgniarkę   na   karcie   przyjęć.   Na   podstawie   kartoteki   mogę   wiele 

zrekonstruować. Przyjęto mnie zatem o trzynastej trzydzieści.

Powiedziałam  już,  że z domu  wyszłam  bardzo  wcześnie. Jednak  w moim  pojęciu 

„wcześnie”   mogło   oznaczać   na   przykład   dziewiątą   rano.   Wówczas   zatarła   się   dla   mnie 

granica między nocą a dniem, co zresztą było jednym z głównych tematów nieustannego 

ględzenia lekarzy.

Powiedziałam, że znalazłam się w jego gabinecie przed ósmą rano, jednak, jak mi się 

wydaje, i tu mogłam się mylić.

Zgodzę się co do tego, że wyszłam z domu o ósmej rano, a potem godzinę zajęła mi 

podróż,   aż   w   końcu  dotarłam   na   umówione   spotkanie   z  lekarzem   o  godzinie   dziewiątej. 

Dwadzieścia minut później była dziewiąta dwadzieścia.

Ale   przenieśmy   się   w   czasie:   dojazdy   taksówką.   Pokonanie   trasy   z   Newton   do 

Belmont  zabiera  jakieś  pół   godziny.  Pamiętam,   że  przez  kwadrans  czekałam   w   budynku 

administracyjnym,   by   podpisać   zgodę   na   przyjęcie   do   szpitala.   Do   tego   należy   dodać 

następny biurokratyczny kwadrans, jaki upłynął podczas wypełniania przez pielęgniarkę karty 

przyjęć. Zatem taksówka, plus czekanie, plus karta przyjęć to razem cała godzina - co znaczy, 

że   skoro   przyjęto   mnie   o   trzynastej   trzydzieści,   to   wyruszyłam   do   szpitala   o   wpół   do 

pierwszej po południu.

Wszystko zatem jasne - między dziewiątą dwadzieścia a dwunastą trzydzieści mamy 

trzygodzinny wywiad lekarza!

Ciągle jednak wydaje mi się, że to ja mam rację. Mam rację co do tego, co powinno 

się naprawdę liczyć.

background image

W tej chwili wierzycie jemu.

Ale zaraz, nie tak szybko. Mam jeszcze jeden niezbity dowód. Myślę tu o notatce na 

karcie   przyjęcia   sporządzonej   przez   lekarza   bezpośrednio   nadzorującego   mój   przypadek. 

Lekarza, który uważnie przebadał historię mojej choroby, zanim odesłał mnie do pielęgniarki. 

W górnym, prawym rogu odczytuję zanotowany czas przyjęcia: jedenasta trzydzieści.

Odejmijmy   pół   godziny   stracone   na   formalności   biurokratyczne   i   mamy   godzinę 

jedenastą. Odejmijmy pół godziny jazdy taksówką z Newton do Belmont i mamy dziesiątą 

trzydzieści. Teraz odejmijmy godzinę, podczas której lekarz wydzwaniał  do szpitala i do 

moich   rodziców,   co   da   nam   godzinę   dziewiątą   trzydzieści.   Zakładając,   że   rzeczywiście 

wyszłam z domu o ósmej i dojechałam na spotkanie o dziewiątej, tak jak byłam umówiona, to 

okazuje się, że lekarz odbył ze mną tylko półgodzinny wywiad.

Bardzo proszę, między dziewiątą a dziewiątą trzydzieści jest tylko trzydzieści minut, 

prawda? Już nie będę się kłócić o te dziesięć minut.

No, to teraz wierzycie chyba mi.

background image

SZYBKOŚĆ A LEPKOŚĆ

Szaleństwo przejawia się w dwóch podstawowych wariantach: jako powolne i jako 

szybkie.

Nie chodzi tu ani o nagłość wybuchu choroby, ani o okres jej trwania. Mam na myśli 

wyłącznie czystą jakość szaleństwa, najzwyklejszy, codzienny wymiar bycia wariatem.

Jest na to wiele nazw: depresja, mania, katatonia, irytacja, lęk, niepokój. Wszystkie 

jednak niewiele mówią.

Dominującą jakością wariantu powolnego jest lepkość.

Doświadczenia   są   napuchnięte.   Percepcja   jest   spuchnięta   i   otępiała.   Czas   płynie 

niemrawo, skapuje powoli poprzez zapchany filtr spuchniętej percepcji. Temperatura ciała 

niska.  Puls   zwolniony.  System   odpornościowy  w  półśnie.   Cały  organizm   drętwy  i  mdły. 

Odruchy bezwarunkowe osłabione; nodze uderzonej młoteczkiem  w  rzepkę kolanową nie 

chce się nawet ruszyć z miejsca.

Lepkość objawia się już na poziomie komórek. Podobnie jak szybkość.

W przeciwieństwie do lepkościowej śpiączki w komórkach, szybkość wyposaża każdy 

trombocyt i każde włókno mięśniowe we własny umysł, w środki służące do zdobywania 

wiedzy   i   komentowania   swoich   zachowań.   Percepcja   jest   zbyt   duża,   a   poza   nadmiarem 

percepcji jest jeszcze nadmiar myśli o nadmiarze percepcji i o fakcie samego jej posiadania. 

Trawienie może zabić! Chodzi mi o to, że nieustanne myślenie o odbywającym się procesie 

trawienia   może   wypruć   z   ciebie   wszystkie   siły   i   zabić.   A   przecież   trawienie   jest   tylko 

nieświadomym, mimowolnym dodatkiem do myślenia - prawdziwym problemem jest dopiero 

samo myślenie.

Weźmy jakąś myśl, jakąkolwiek, nie ma znaczenia jaką. Męczy mnie siedzenie przed 

dyżurką pielęgniarek - proszę bardzo, to jest zupełnie rozsądna myśl. A oto co z taką myślą 

robi szybkość.

Przede wszystkim należy rozłożyć zdanie: „Męczy mnie” - hmm, naprawdę męczy? 

To znaczy powoduje senność? Sprawdzasz zatem na okoliczność senności każdy fragment 

ciała, a kiedy to robisz, rozpoczyna się bombardowanie różnymi obrazami zapadania w sen; 

głowa opada na poduszkę, głowa leci na poduszkę, oczy mrużą się sennie, oczy się kleją, 

zamykają, głowa wpada między ramiona, Mały Nemo przeciera oczy ze snu, potwór morski; 

och, ojej, potwór morski; jeśli masz szczęście, potwora możesz uniknąć i drzemać dalej. 

Znowu głęboko w poduszkę, wspomnienie, jak chorowałaś na świnkę w wieku pięciu lat, 

background image

obrzękłe policzki wtulone w poduszki i ból podczas ślinienia - dość. Wracaj do spania.

Jednak myśl o ślinieniu bardzo kusi i wpadasz w dygresję na temat ust. Byłaś już tam 

poprzednio i wiesz, że sprawy nie mają się tam zbyt dobrze. Chodzi o język. Wystarczy, że 

przelotnie   o   nim   pomyślisz,   a   natychmiast   staje   się   nieusuwalnym,   natrętnym   intruzem. 

Dlaczego jest taki duży? I dlaczego jest spękany po bokach? Niedobór witamin? Mogłabyś 

usunąć swój  język? Czyż bez niego twoja jama ustna nie sprawiałaby ci znacznie mniej 

kłopotów? Byłoby w niej tyle wolnego miejsca. Teraz język jest przeogromny, każda jego 

komórka jest przeogromna. Jest olbrzymim, rozpychającym się obcym ciałem w ustach.

Próbując   zmniejszyć   rozmiary   języka,   koncentrujesz   uwagę   na   różnych   jego 

fragmentach: czubek, gładki; tył, nierówny; boki, spękane (jak już wspomniałam, niedobór 

witamin); nasada - tu kłopot. Każdy język ma własne korzenie. Widać je, a jeśli wpakujesz 

sobie palec głęboko w usta, to możesz je nawet wyczuć, jednak przede wszystkim możesz je 

wyczuć własnym językiem. To paradoks.

Paradoks. Żółw i zając. Achilles i co? Żółw? Ścięgno? Język?

Wracając  do języka.  Kiedy na chwilę  przestałaś o nim myśleć,  nieco zmalał.  Ale 

wystarczyło   znowu   pomyśleć,   by   natychmiast   zaczął   się   powiększać.   Dlaczego   jest   taki 

spękany po bokach? Niedobór witamin? Myślałaś już o tym, ale myśli te przylgnęły na dobre 

do twojego języka. Stały się częścią jego egzystencji.

Wszystko to zajęło niecałą minutę, a jest jeszcze do przeanalizowania pozostała część 

zdania. A tak naprawdę chciałaś tylko zdecydować: wstać czy nie.

Szybkość i lepkość to przeciwieństwa, jednak może się wydawać, że są to jakości 

podobne. Lepkość wywołuje bezruch i niechęć, a szybkość - bezruch i fascynację. Obserwator 

z zewnątrz nie potrafi stwierdzić, czy ktoś siedzi w milczeniu i bezruchu dlatego, że zamarło 

jego życie wewnętrzne, czy dlatego, że jest ono unieruchamiająco żywe.

Czymś   wspólnym   dla   obu   jakości   jest   nawrót   myśli.   Jak   się   wydaje,   same 

doświadczenia są zapisane wcześniej, ustylizowane. Poszczególne wzory myślenia nakładają 

się na poszczególne wzory działania i postępowania, toteż zanim się zorientujesz, niemożliwe 

staje się podjęcie tych działań bez ruszenia lawiny pomyślanych wcześniej myśli.

Letargiczna lawina syntetycznych myśli może spadać przez wiele dni. Część niemego 

paraliżu lepkości bierze się ze znajomości każdego szczegółu tego wszystkiego, co jeszcze 

przed   tobą,   i   z   przymusu   oczekiwania   na   to   wszystko.   Oto   zbliża   się   myśl:   „Jestem   do 

niczego”.   Taka   myśl   załatwia   nam   sprawę   na   resztę   dnia.   „Jestem   do   niczego”   - 

systematycznie  kapie   przez  cały dzień.  Następna  myśl  następnego  dnia:   „Jestem  aniołem 

śmierci”.   Ta   myśl   ciągnie   za   sobą   pobłyskujące   pole   paniki,   które   jednak   pozostaje 

background image

nieosiągalne. Lepkość gasi wrzenie i musowanie tej paniki.

Te myśli nie mają swego znaczenia. Są idiotycznymi mantrami funkcjonującymi we 

wcześniej zaaranżowanym cyklu: „Jestem do niczego”, „Jestem aniołem śmierci”, „Jestem 

głupia”, „Nic nie potrafię zrobić”. Pomyślenie pierwszej myśli pociąga za sobą wszystkie 

pozostałe. Tak jak grypa: najpierw mamy podrażnione gardło, a potem, co jest nieuniknione, 

zapchany nos i kaszel.

Kiedyś myśli te z pewnością miały jakieś znaczenie. Zapewne znaczyły tyle, co sobą 

mówiły, ale przytępił je ich nieustanny nawrót. Stały się tylko akompaniamentem, muzyczną 

potpourri nienawidzących siebie tematów.

Co   jest   więc   gorsze:   przeładowanie   czy   niedoładowanie?   Na   szczęście   nigdy   nie 

musiałam   dokonywać  takiego  wyboru. I  jedno,  i  drugie  nie  da  się wodzić  za  nos,   samo 

przemknie albo przepełznie przeze mnie i popędzi dalej.

Dalej dokąd? Z powrotem do moich komórek, by przyczaić się i czyhać na nową 

okazję, jak chorobotwórczy wirus? Daleko w eter, by poczekać na dogodne okoliczności i 

znowu się wynurzyć na światło dzienne? Endogenna czy egzogenna, wywodząca się z natury 

czy z wychowania - to wielka tajemnica choroby psychicznej.

background image

SIATKA OCHRONNA

- Potrzeba mi trochę świeżego powietrza - powiedziała Lisa Jak zwykle siedziałyśmy 

przed dyżurką pielęgniarek w korytarzu na podłodze. Podeszła do nas Daisy.

- Daj ćmika - zaczepiła Lisę.

- Pal własne, kurwa - odparła Lisa, częstując ją papierosem.

- Ohydne ćmiki - skwitowała Daisy. Lisa paliła koolsy. - Potrzeba mi trochę świeżego 

powietrza - powtórzyła Lisa. Zgasiła papierosa na upstrzonym w brązowo - beżowe plamki 

dywaniku i wstała.

- Hej tam! - Przez górną otwartą część podwójnych drzwi wsadziła głowę do dyżurki 

pielęgniarek. - Potrzebuję trochę tego pieprzonego świeżego powietrza!

- Chwileczkę - odezwała się pielęgniarka.

- Teraz! - Lisa uderzyła pięścią w pulpicik oddzielający górną i dolną połowę drzwi. - 

To   bezprawne.   Nie   możecie   trzymać   człowieka   miesiącami   w   zamkniętym   budynku. 

Zadzwonię do mojego adwokata.

Lisa często straszyła, że zadzwoni do adwokata. Miała obrońcę z urzędu, w wieku 

około dwudziestu pięciu lat, przystojnego, o migdałowych oczach. Nie był w stanie zapobiec 

zamknięciu jej u czubków. Miał na imię Irwin. Lisa utrzymywała, że kilka razy przepieprzyła 

go w sądzie, w pokoju, w którym adwokaci z urzędu przyjmowali swoich klientów.

Zawsze kiedy Lisa straszyła adwokatem, do akcji wkraczała pielęgniarka oddziałowa. 

Także tym razem podeszła do drzwi i oparła się o pulpicik.

- O co chodzi, Liso? - zapytała dość zmęczonym głosem.

- Potrzebuję trochę pieprzonego powietrza!

- Nie musisz krzyczeć - starała się uciszyć ją oddziałowa.

- A jak inaczej, kurwa mać, mam w tym miejscu zwrócić na siebie czyjąś uwagę? Lisa 

zawsze nazywała szpital „tym miejscem”.

- Stoję przed tobą i poświęcam ci całą swoją uwagę - mówiła oddziałowa.

- Więc wie pani, czego chcę.

- Polecę salowej, żeby otworzyła ci okno.

- Okno. - Lisa odwróciła na moment wzrok w naszą stronę. - Nie obchodzi mnie jakieś 

pieprzone okno. - Znowu walnęła pięścią w pulpicik.

Oddziałowa odsunęła się odruchowo.

- Lisa, sama wiesz, albo okno, albo nic - powiedziała.

background image

- Okno  albo  nic - zaśpiewała  Lisa.  Cofnęła  się parę  kroków,  tak  żeby wszyscy,  i 

oddziałowa, i my, mogli ją widzieć.

- Jestem ciekawa, jak pani dałaby sobie radę w tym miejscu, nigdy nie wychodząc na 

zewnątrz, nawet nie wdychając świeżego powietrza, bo nie można otworzyć sobie własnego 

popieprzonego okna, podczas gdy banda cienkich pizdeczek stale gada ci nad głową, co masz 

robić. Valerie, czas na obiad, Valerie, nie musisz krzyczeć, Valerie, czas na pigułki, Valerie, 

zachowujesz się poza normą. Valerie to, Valerie tamto. No? Jak, do licha, dałaby tu sobie 

pani radę? Ciekawe?!

Pielęgniarka oddziałowa miała na imię Valerie.

- Sama pani powiem, nie wytrzymałaby pani dziesięciu minut w tym miejscu.

- Pieprzona dziwka - odezwała się Daisy.

- A ciebie kto prosił? - Lisa wymierzyła w Daisy wskazujący palec.

- Daj ćmika - powiedziała Daisy.

- Pal własne, kurwa - odparła Lisa i odwróciła się do pielęgniarki. - Dzwonię do 

adwokata.

- Dobrze, dzwoń - odpowiedziała oddziałowa. Nie była głupia.

- Myślicie, że nie mam tu żadnych praw? Tak myślicie, tak:

- Połączyć cię z adwokatem?

- Nieee - spasowała Lisa. - Nieee, otwórzcie okno.

- Judy! - zawołała pielęgniarka oddziałowa. Judy była młodą salową o blond włosach, 

nad którą uwielbiałyśmy się znęcać.

- Valerie! - wrzasnęła Lisa. Tylko w chwilach najwyższego zdenerwowania zwracała 

się do oddziałowej po imieniu. - Valerie, ja chcę, żebyś t y otworzyła okno.

- Mam dużo zajęć, Lisa.

- Dzwonię do adwokata.

- Judy otworzy okno.

- Nie chcę u siebie w pokoju tej popierdolonej cienkiej pizdeczki!

- Boże, jaka jesteś nudna - westchnęła oddziałowa. Wcisnęła przycisk elektronicznego 

zamka otwierającego dolną część drzwi, otworzyła je i wyszła na korytarz.

Lisa uśmiechnęła się.

Aby otworzyć okno, ktoś z personelu musiał odblokować zamkniętą na klucz siatkę 

ochronną - była to solidna, gęsto pleciona, metalowa siatka osadzona w stalowej ramie - 

następnie   trzeba   było   unieść   ciężką   okienną   szybę   zrobioną   z   nietłukącego   się   szkła, 

zabezpieczyć ją, żeby nie opadła, i wreszcie zamknąć metalową siatkę z powrotem na klucz. 

background image

Cała ta operacja zajmowała jakieś trzy minuty i była dość uciążliwa. Zazwyczaj robiła to 

salowa. Jeśli dzień był wietrzny, przez otwarte okno wpadało do pokoju świeże powietrze.

Pielęgniarka oddziałowa wróciła z pokoju Lisy zarumieniona | z wysiłku.

- Załatwione - powiedziała, pukając do drzwi gabinetu pielęgniarek i czekając, aż ktoś 

wewnątrz otworzy elektroniczny zamek.

Lisa zapaliła kolejnego papierosa.

- Twoje okno jest już otwarte - zakomunikowała oddziałowa.

- Zdaję sobie z tego sprawę - odparła sucho Lisa.

- Z pewnością nie zechcesz wejść do pokoju, prawda? westchnęła oddziałowa.

- Hej,   kobieto   -   powiedziała   Lisa   -   minęło   trochę   czasu.   -   Rozżarzoną   końcówką 

papierosa dotknęła na ułamek sekundy swojej ręki. - A nawet więcej niż trochę; minęło ze 

dwadzieścia minut, 

a

 może i pół godziny.

Zabuczał elektroniczny zamek, dolna część drzwi otworzyła się, oddziałowa weszła do 

środka, odwróciła się i jak poprzednio, oparła się łokciami o pulpicik. Popatrzyła na Lisę.

- Tak, to zajmuje trochę czasu - powiedziała.

- Daj ćmika - odezwała się Daisy.

- Pal własne, kurwa - odparła Lisa i poczęstowała ją papierosem.

background image

NADZORCY

Valerie miała około trzydziestu lat. Była wysoka, miała długie ręce i szczupłe nogi. W 

dużym stopniu przypominała Lisę, choć jej włosy były jasne. Obie miały wąskie biodra i 

chude pośladki i obie odznaczały się niezwykłą elastycznością stawów. Lisa świetnie potrafiła 

wcisnąć się pod krzesło albo w najmniejszy kąt w pokoju, a Valerie wcale jej w tym nie 

ustępowała. Kiedy któraś z nas w przypływie złości wtłaczała się między ścianę i grzejnik 

albo w szparę za wanną w łazience, albo w jakiekolwiek inne bezpieczne dla siebie miejsce, 

to Valerie umiała zwinąć się w kłębek, w taką ciasno zawiązaną paczuszkę, i usiąść obok 

biedaczki.

Miała przepiękne włosy, ale kryła je w długim warkoczu splecionym z tyłu głowy w 

gruby kok. Ten warkoczowy splot nigdy się nie rozplatał i nigdy, nawet o cal, nie zsunął ze 

swego   miejsca.   Niekiedy,   bardzo   rzadko,   można   było   przymilnymi   prośbami   namówić 

Valerie,   żeby   rozwinęła   kok   i   pokazała   swój   niezwykły,   sięgający   bioder   warkocz   -   ale 

jedynie   Lisa   potrafiła   ją   do   tego   przekonać.   Natomiast   nawet   Lisa   nie   mogła   namówić 

Valerie, aby rozplotła warkocz i rozpuściła włosy, choć niejednokrotnie wszystkie ją o to 

błagałyśmy.

Valerie była stanowcza i nieugięta. Była jedyną osobą spośród personelu, do której 

miałyśmy  zaufanie. Ufałyśmy  jej,  bo Valerie  nie bała się nas. Podobnie jak nie bała  się 

lekarzy. Nigdy nie mówiła za wiele i za to także ją lubiłyśmy.

W   tym   miejscu   skazane   byłyśmy   na   wysłuchiwanie   nieustannej   paplaniny   - 

najczęściej własnej, ale nie tylko. Codziennie każda z nas widziała się z trzema różnymi 

lekarzami: dyżurnym oddziałowym, stałym szpitalnym i z własnym terapeutą. Podczas tych 

spotkań przede wszystkim wysłuchiwałyśmy same siebie, ale lekarze dorzucali własną porcję 

słów.

Używali szczególnego języka: „regresja, zaburzenie, wrogie usposobienie, izolować 

się, zachowywać się poza normą, ulegać zachowaniu”. Zwłaszcza to ostatnie wyrażenie było 

interesujące; mogło być użyte wobec jakiegokolwiek naszego działania, a to sprawiało, że 

każde nasze działanie stawało się natychmiast podejrzane. Mówiło się na przykład: ulega 

jedzeniu, ulega  mówieniu,  ulega  pisaniu. W  świecie  zewnętrznym  ludzie po prostu jedli, 

mówili i pisali, ale nic, co myśmy robiły, nie mogło być czymś „po prostu”.

Valerie była  wolna od takich sformułowań. Jedynym  wyrażeniem, którego czasem 

używała,   było   „zachowanie   poza   normą”,   a   używała   go   w   bardzo   trafnym   znaczeniu: 

background image

„Wchodzisz mi w drogę, wkurzasz mnie”. Mówiła też: „Skończ z tym wreszcie” albo „Jesteś 

nudna”. Mówiła to, co miała na myśli, zupełnie jak my.

Lekarze byli  mężczyznami,  a pielęgniarki i salowe były kobietami. Jednak salowy 

Jerry   i   doktor   Wiek   stanowili   dwa   wyjątki.   Jerry   był   wysokim   i   smukłym   mężczyzną, 

wiecznie   zafrasowanym.   Miał   jeden   dobry   numer.   Niekiedy   bardziej   uprzywilejowanej 

pacjentce wolno było pojechać gdzieś taksówką. Kiedy zwracała się do niego z prośbą o 

przywołanie taksówki: „Jerry, wołaj dla mnie taryfę”, Jerry wykrzykiwał: „Ty jesteś taryfa!” 

Uwielbiałyśmy to.

Doktor Wick to całkowicie inna historia.

Doktor Wick była szefową naszego oddziału: Drugiego Oddziału Południowego im. 

Belknapa; South Belknap - II. Każdy oddział miał swoją nazwę i swojego patrona (zupełnie 

jak internaty), na przykład Dom Wschodni czy właśnie nasz oddział. Sama doktor Wick także 

byłaby znakomitą przełożoną któregoś oddziału. Pochodziła z Rodezji i wyglądała jak jakiś 

duch konia. Nawet kiedy mówiła, brzmiała jak koń. Wydobywała z siebie niski, gardłowy 

głos, a jej kolonialny akcent nadawał jej wypowiedziom wręcz rżącą kadencję.

Doktor   Wick   w   najdrobniejszym   calu   nie   grzeszyła,   jeśli   można   tak   powiedzieć, 

zasymilowaniem   kultury   amerykańskiej,   co   mogło   wydawać   się   dziwne,   zważywszy   że 

kierowała oddziałem młodych, dorastających dziewcząt. Szokowało ją wszystko, co wiązało 

się   z  seksem.   Słowo   „pieprzyć”   w   jednej   sekundzie   wywoływało   na   jej   końskiej   twarzy 

purpurowy rumieniec, a trzeba przyznać, że przy nas rumieniec ten pojawiał się nader często.

Oto przykładowa rozmowa z doktor Wick.

- Dzień   dobry.   Stwierdzono   u   ciebie   kompulsywność   zbliżeń   pozamałżeńskich. 

Mogłabyś coś o tym powiedzieć?

- Nie. - Uznałam, że to będzie najlepsza z kilku złych odpowiedzi.

- A więź z twoim nauczycielem języka angielskiego? - Doktor Wick zawsze używała 

takich słów jak więź.

- Hmm?

- Mogłabyś mi coś o tym opowiedzieć?

- Hmm, no dobrze. Zawiózł mnie do Nowego Jorku. - To wtedy domyśliłam się, że on 

się mną interesuje. Zaprosił mnie wówczas na wspaniały wegetariański lunch. - Ale to nie 

było wtedy, kiedy to się stało.

- Co...? Kiedy co się stało? - Kiedy mnie przepieprzył. Rumieniec.

- Proszę mówić dalej.

- No, poszliśmy oglądać obrazy do Galerii Fricka, nigdy wcześniej tam nie byłam, 

background image

wisiał tam ten Vermeer, wie pani, ten niezwykły obraz z dziewczyną w czasie lekcji muzyki, 

był naprawdę niesamowity, czułam, że to wręcz niewiarygodne...

- Tak... a kiedy, no, to znaczy, eee... kiedy to się stało? Jak to? Nie chce wysłuchać, co 

mam do powiedzenia o Vermeerze? To właśnie najlepiej pamiętam.

- Kiedy co się stało?

- Eee... ta więź. W jaki sposób nawiązała się między wami?

- Och, to stało się potem, kiedy wróciliśmy do domu. - Nagle domyśliłam się, co chce 

wiedzieć. - To był jego dom, często zbieraliśmy się tam na wieczorkach poetyckich, wtedy też 

był wieczorek, a kiedy wszyscy wyszli, usiedliśmy na kanapie i siedzieliśmy trochę, aż on 

nagle zapytał: „Chcesz się pieprzyć?”

Rumieniec.

- Użył takiego słowa?

- O, tak.

Nie użył, pocałował tylko. Kiedy wcześniej chodziliśmy po Nowym Jorku, też mnie 

pocałował - ale po co mam ją rozczarowywać? To się nazywało psychoterapią.

Na szczęście doktor Wiek miała pod opieką wiele dziewcząt i sesja terapeutyczna z 

nią nie trwała zbyt długo, jakieś pięć minut każdego przedpołudnia. Jednak jej śladem podążał 

już następny lekarz; stały, rezydujący w szpitalu.

Między odejściem doktor Wick a przybyciem lekarza stałego miałyśmy jakieś dwie, 

trzy minuty oddechu. W tym czasie mogłyśmy się zastanowić, co by tu jeszcze powiedzieć i 

na   co   się   jeszcze   uskarżyć.   W   gestii   lekarza   stałego   leżały   nasze   przywileje,   lekarstwa, 

rozmowy telefoniczne, słowem - wszystkie problemy dnia codziennego zbyt mało ważne, by 

zajmowała się nimi doktor Wick.

Lekarz   stały   zmieniał   się   co   pół   roku.   Zwykle   było   tak,   że   kiedy   właśnie 

zaczynałyśmy się przyzwyczajać do jednego lekarza, raptem zabierano go i stawał przed nami 

ktoś zupełnie nowy, od samego początku całkowicie dla nas niezrozumiały. Każdy nowy 

lekarz rozpoczynał  swoją  misję pewny siebie  i twardy,  jednak  kończył  ją wycieńczony i 

zadowolony   z   niedalekiego   odejścia.   Niektórzy   zaczynali   od   okazywania   współczucia,   a 

kończyli przepełnieni goryczą, gdyż ich współczucie obracałyśmy na własną korzyść.

Oto przykładowa rozmowa z lekarzem stałym, rezydującym w szpitalu.

- Dzień dobry, jak wygląda dzisiaj twój stolec?

- Chciałabym przestać uczestniczyć w zajęciach grupowych, uważam, że należy mi się 

przywilej wyjścia docelowego.

- Czy dokuczają ci bóle głowy?

background image

- Już od pół roku biorę udział w zajęciach grupowych!

- Pielęgniarka oddziałowa powiedziała mi, że wczoraj po lunchu zachowywałaś się 

poza normą.

- Zmyśla.

- Hmmm... wrogie nastawienie... - Bazgrze coś w swoim notatniku.

- Czy mogę dostawać tylenol zamiast aspiryny? - Między tymi lekarstwami nie ma 

różnicy.

- Od aspiryny boli mnie żołądek.

- A czy dokuczają ci bóle głowy?

- Właśnie wtedy boli mnie też głowa.

- Hmmm... hipochondria... - Znowu bazgrze w notatniku. Jednak ta dwójka lekarzy 

była tylko małym hors d'oeuvres.

Prawdziwym entree był dopiero terapeuta.

Większość  z nas - poza  Cynthią  - widywała  swego  terapeutę codziennie;  Cynthia 

spotykała   się   z   terapeutą   dwa   razy   w   tygodniu.   Raz   w   tygodniu   przechodziła   terapię 

elektrowstrząsową. Lisa nie chodziła na swoje sesje terapeutyczne. Miała terapeutę, który 

spokojnie   mógł   wykorzystać   godzinę   przeznaczoną   na   spotkanie   z   Lisą   na   drzemkę   w 

gabinecie.   Kiedy   jednak   Lisa   była   skrajnie   znudzona,   żądała   eskorty   twierdząc,   że 

zdecydowała   się   na   rozmowę   z   terapeutą.   Prowadzono   ją   do   gabinetu,   gdzie   zastawała 

biedaka przysypiającego w głębokim fotelu. „Mam cię!” - krzyczała i zadowolona wracała na 

oddział. Pozostałe z nas codziennie przez godzinę dokonywały powolnej ekshumacji własnej 

przeszłości, męcząc jeden po drugim minione dni.

Terapeuci nie mieli nic wspólnego z porządkiem naszego dnia codziennego.

- Nie mów mi o szpitalu - upominał mnie terapeuta, kiedy narzekałam na Daisy albo 

na głupią pielęgniarkę.

- Nie spotkaliśmy się po to, żeby rozmawiać o szpitalu.

Nie mogli nam zwiększyć naszych przywilejów ani ich uchylić, nie mogli nic zrobić w 

sprawie usunięcia  z pokoju śmierdzącej  współlokatorki, nie  mogli  też spowodować,  żeby 

salowe przestały nam dokuczać. Jedyną władzę, jaką posiadali, była władza szpikowania nas 

lekami: torazyna, stelazyna, tiorydazyna, elenium, valium - to byli najlepsi i najwierniejsi 

przyjaciele terapeuty.  Lekarz stały także mógł nam coś zapisać, ale tylko „w wyjątkowej 

sytuacji”. Kiedy już zaczęło się przyjmować jakiś lek, trudno było się od niego oderwać, 

zupełnie   jak   z   heroiną,   tyle   tylko,   że   to   nie   my,   lecz   personel   wpadał   w   nałóg   -   nałóg 

dokarmiania nas lekiem .

background image

- Świetnie wyglądasz - mówił lekarz.

Owszem,   ponieważ   te   cuda   wybijały   z   naszych   piersi   serce.   W   ciągu   dnia   dyżur 

pełniło pół tuzina pielęgniarek, licząc w tym Valerie i jedną, dwie salowe. Nocną zmianę 

tworzyły   trzy   niezwykle   spokojne   i   cycaste   Irlandki,   które   zwracały   się   do   nas   per 

„słoneczko”. Od czasu do czasu pojawiała się niezwykle spokojna i cycasta Murzynka, która 

zwracała się do nas per „moja kochaneczko”. pielęgniarki na nocnej zmianie przytulały nas, 

jeśli   potrzebowałyśmy   trochę   ciepła.   Pielęgniarki   na   dziennej   zmianie   stosowały   się   do 

zasady unikania kontaktu fizycznego.

Między nocą a dniem rozciągał się ciemnoszary wszechświat zwany wieczorem, który 

zaczynał się już o piętnastej piętnaście. Wtedy cały personel dziennej zmiany gromadził się w 

salonie, by poplotkować o nas z pracownikami zmiany wieczornej. Kwadrans później, o wpół 

do   czwartej,   wszyscy   opuszczali   salon.   Władza   została   przekazana.   Od   tej   chwili   aż   do 

jedenastej wieczorem, kiedy to obowiązki przejmowały cycaste Irlandki, znajdowałyśmy się 

w rękach pani McWeeney.

Być   może   to   właśnie   pani   McWeeney   sprawiła,   że   zmierzch   był   dla   nas   tak 

niebezpieczną porą. Zmierzch zapadał dla nas zawsze o piętnastej piętnaście, kiedy pojawiała 

się pani McWeeney, bez względu na porę roku.

Pani McWeeney była oschła i zwięzła, niskiego wzrostu i korpulentnej figury, i miała 

wąskie, świńskie oczka. O ile doktor Wick była zamaskowaną przełożoną któregoś oddziału 

szpitalnego, o tyle pani McWeeney była nie zamaskowaną przełożoną zakładu karnego. Miała 

krótkie, sztywne, siwe włosy zaczesane w grube fale, które zaciskały się na jej głowie niczym 

migrena.   Pielęgniarki   z   dziennej   zmiany,   na   czele   z   Valerie,   nosiły   rozpięty   biały   kitel, 

narzucony bezpośrednio na ubranie domowe. Pani McWeeney nigdy nie pozwalała sobie na 

takie nieformalności.  Nosiła biały, zawsze zapięty,  skrzypiący uniform prosto od magla i 

pielęgniarskie   pantofle   o   miękkich   podeszwach,   które   przy   stawianiu   kroków   wydawały 

znaczący, cichy szmer. Na początku każdego tygodnia pastowała pantofle białą pastą i od 

poniedziałku do piątku mogłyśmy podglądać, jak na obuwiu marszczy się i odpada biała 

powłoczka.

Pani McWeeney i Valerie nie lubiły się. To było dla nas fascynujące - jak podsłuchana 

kłótnia własnych rodziców. Takim samym karcącym spojrzeniem pani McWeeney obrzucała 

nas, jak i ubranie i włosy Valerie. O piętnastej trzydzieści stała w drzwiach dyżurki i cmokała 

niecierpliwie  czekając,   aż  Valerie   zabierze  swój   płaszcz,   książkę   i  opuści  miejsce   pracy. 

Valerie ignorowała ją. Umiała ona w oczywisty sposób okazywać innym ignorancję.

Dopóki   Valerie   przebywała   na   oddziale,   czułyśmy   się   wystarczająco   bezpieczne   i 

background image

silne, aby nienawidzić pani McWeeney. Ale kiedy tylko jej smukłe plecy oddalały się w głębi 

korytarza i znikały za naszymi podwójnie zamykanymi podwójnymi drzwiami, natychmiast 

ogarniała nas porażająca trwoga: teraz władza należy do pani McWeeney.

Jej   władza   me   była   absolutna,   ale   niewiele   do   tego   brakowało.   Dzieliła   ją   z 

tajemniczym  dla  nas  „lekarzem   w   pogotowiu”.  Nigdy jednak   do  niego   nie  telefonowała, 

mówiła: „Sama dam sobie radę”.

Miała   więcej   wiary   w   swoje   umiejętności   zaprowadzenia   porządku   aniżeli   my. 

Niejeden wieczór spędziłyśmy dyskutując, czy „lekarz w pogotowiu” powinien się pojawić na 

oddziale.

- Będziemy   musiały   się   pogodzić   z   brakiem   zgody   -   powtarzała   pani   McWeeney 

dziesięć razy każdego wieczoru. Posiadała niewyczerpalny zasób podobnych komunałów.

Kiedy pani McWeeney mówiła: „Pogodzić się z brakiem zgody” albo: „Małe dzbanki 

mają wielkie uszy”, albo: „Uśmiechnij się, a świat zaśmieje się z tobą, zapłacz, a płakać 

będziesz sama”, na jej twarzy pojawiał się ledwie dostrzegalny, ale zachwycony uśmieszek.

Oczywiste, że była stuknięta. Przez osiem godzin w ciągu doby byłyśmy zamknięte z 

wariatką, która nas nienawidziła.

Pani McWeeney była nieprzewidywalna. Czasami, kiedy wieczorem podawała nam 

lekarstwa, bez powodu krzywiła twarz i trzaskała za sobą drzwiami, znikając w dyżurce. 

Musiałyśmy   czekać   na   nasze   „głupie   jasie”   w   pigułkach   do   czasu,   aż   pani   McWeeney 

uspokoi się i wróci do nas, co trwało niekiedy nawet pół godziny.

Każdego   ranka   skarżyłyśmy   się   Valerie   na   panią   McWeeney,   choć   nigdy   nie 

wspomniałyśmy słowem o tym, że musimy czekać nasze lekarstwa. Wiedziałyśmy, że pani 

McWeeney jest szaloną osobą, która musi zarabiać na życie. Nie zależało nam na tym, żeby 

straciła licencję, tylko na tym, żeby zniknęła z naszego oddziału. Valerie przyjmowała nasze 

skargi bez sympatii.

- Pani McWeeney jest profesjonalistką - mówiła - pracuje w tym zawodzie dłużej ode 

mnie.

- No to co? - oponowała Georgina.

- Ona jest kompletnie świrnięta! - krzyczała Lisa.

- Nie musisz krzyczeć, Lisa. Stoję tuż obok ciebie - odpowiadała Valerie. W pewnym 

sensie wszystkie osłaniałyśmy więc panią McWeeney. Zresztą nie była ona jedyną osobą,

której potrzebna była tu osłona.

Od   czasu   do   czasu   miałyśmy   do   czynienia   z   prawdziwym   najazdem   studentek. 

Należały do gatunku pielęgniarek wędrowniczek, przepływały przez nasz szpital w drodze do 

background image

sal operacyjnych albo na kardiochirurgię. Na oddziale niczym pisklęta podążały stadkami za 

prawdziwymi   pielęgniarkami,   właziły   im   pod   nogi   i   zamęczały   tuzinem   pytań.   „Och,   ta 

Tiffany, przyczepiła się do mnie, jak rzep psiego ogona” - narzekały pielęgniarki. Wtedy 

mówiłyśmy z satysfakcją: „Ciężki kłopot, co? Kiedy ktoś ciągle za tobą łazi”. W tym jednym 

punkcie musiały przyznać nam rację.

Studentki   miały   po   dziewiętnaście,   dwadzieścia   lat   -   tyle,   co   my.   Miały   gładkie, 

ożywione   twarze   i   gładkie,   wyprasowane   uniformy.   Ich   brak   kompetencji   i   niewinność 

wywoływały w nas uczucie litości, podczas gdy brak kompetencji salowych wywoływał w 

nas wściekłość i szyderstwo. W części było to spowodowane tym, że studentki przebywały na 

oddziale najwyżej kilka tygodni, salowe tymczasem raziły swą niekompetencją przez całe 

lata, bez żadnej przerwy. Jednak głównym powodem naszej sympatii do studentek było to, że 

widziałyśmy w nich własne odbicia. Wiodły w tamtym świecie życie, które mogłoby być 

naszym  udziałem, gdybyśmy  wcześniej nie znalazły sobie zajęcia wariatki  w szpitalu dla 

psychicznie   chorych.   Mieszkały   we   wspólnych   pokojach,   miały   chłopaków,   paplały   o 

ciuchach... Chciałyśmy osłaniać je, by mogły dalej wieść swoje spokojne życie. Były naszymi 

pełnomocniczkami   w   tamtym   świecie.   Uwielbiały   z   nami   rozmawiać.   Pytałyśmy   je,   co 

widziały w kinie, czy zdały ostami egzamin i kiedy zamierzają wychodzić za mąż (większość 

z   nich   nosiła   na   palcu   smutnie   mały   pierścionek   zaręczynowy).   Opowiadały   nam   o 

wszystkim; że chłopak nalega, by „to zrobili” przed ślubem, że matka pije bez pamięci, że 

stopnie są fatalne, a w następnym semestrze prawdopodobnie odbiorą stypendium.

My   dawałyśmy   im   dobre   rady:   „Pamiętaj   o   prezerwatywie”,   „Zgłoś   się   do 

Towarzystwa Anonimowych Alkoholików”, „Wkuwaj do końca semestru, zdążysz jeszcze 

poprawić stopnie”. A po jakimś czasie one przychodziły i mówiły: „Miałaś rację, wielkie 

dzięki”.

W   ich   obecności   usilnie   kontrolowałyśmy   nasze   burkliwe   odzywki,   jęki,   łzy   i 

pomruki.   W   konsekwencji   studentki   otrzymywały   niepełną   wiedzę   o   pielęgniarstwie   na 

zamkniętym oddziale zdrowia psychicznego. Kiedy kończyły praktyki, zabierały w pamięci 

jedynie   ulepszone   wersje   nas   samych,   coś   w   połowie   drogi   między   naszymi   żałosnymi 

osobowościami a normalnością, którą w naszych oczach one uosabiały.

Dla wielu z nas okres praktyk i obcowanie ze studentkami był okresem, w którym 

było się najbliżej wyzdrowienia.

Kiedy   odchodziły,   rzeczy   miały   się   gorzej   niż   zwykle   i   przez   jakiś   czas   po   ich 

zniknięciu pielęgniarki miały pełne ręce roboty.

Oto   więc   oni;   nasi   nadzorcy.   Natomiast   jeśli   chodzi   o   tych,   którzy   mają   nas 

background image

poszukiwać... cóż, poszukiwać to musimy się same.

background image

TYSIĄC DZIEWIĘĆSET SZEŚĆDZIESIĄTY ÓSMY

Świat   nie   stanął   w   miejscu,   ponieważ   nas   w   nim   nie   było,   wcale   nie.   W   każdy 

wieczór,   dzień   po   dniu,   na   ekranie   telewizora   padały   na   ziemię   małe   ciała:   Murzynów, 

młodych chłopców, Wietnamczyków, nędzarzy - niektórzy już byli martwi, a niektórzy tylko 

obezwładnieni. I zawsze znajdowali się następni, którzy zastępowali  tych,  co już padli, i 

kolejnego wieczoru padali u ich boku.

Potem nastał czas, kiedy zaczęli padać ludzie, których znałyśmy - nie osobiście, ale 

wiedziałyśmy,   kim   oni   są.   Martin   Luther   King,   Robert   Kennedy.   Czy   to   było   bardziej 

alarmujące? Lisa powiedziała, że to naturalne. „Muszą ich zabić - wyjaśniała - w przeciwnym 

razie to się nigdy nie uspokoi”.

Nic jednak nie wskazywało na to, by coś się miało uspokoić. Ludzie robili to, co nam 

roiło   się   tylko   w   fantazjach;   przejmowali   uniwersytety,   zawieszali   wykłady   i   zajęcia, 

budowali z wielkich pudeł tekturowe domy i stawiali je na drodze innym, wywalali języki do 

policjantów.

Dopingowałyśmy ich - tych małych ludzików na ekranie telewizora, którzy kurczyli 

się   w   miarę,   jak   rosła   ich   liczba,   aż   wreszcie   stawali   się   tłumną   masą   bezkształtnych 

punkcików   zdobywających   uniwersytety   i   pokazujących   policjantom   małe   języczki. 

Pomyślałyśmy,   że   niebawem   przyjdą   „uwolnić”   także   nas.   „Dalej,   naprzód!”   - 

zagrzewałyśmy ich głośno do czynu.

Oczywiście takie fantazje nie pociągnęły za sobą żadnych konsekwencji. Zamknięte 

ze swoim gniewem i buntem w  drogim, dobrze urządzonym  szpitalu mogłyśmy  się czuć 

całkowicie bezpieczne. Łatwo nam było mówić: „Dalej, naprzód!” Nam mogło się przytrafić 

co najwyżej popołudnie w izolatce, a zazwyczaj otrzymywałyśmy uśmiech, kiwnięcie głową 

pełne   zrozumienia   albo   notatkę   w   karcie   chorobowej:   „identyfikacja   z   ruchem 

protestacyjnym”. Oni tam dostawali pałką po głowie, kopniaki w nerki, wykwitały im siniaki 

od ciosów pod oczy, a potem zamykano ich pod kluczem, podobnie jaknas, wraz z gniewem 

i buntem.

I tak mijał dzień za dniem, miesiąc za miesiącem, marsze, bitwy i zamieszki. Personel 

miał spokój jak nigdy przedtem. Nie zachowywałyśmy się „poza normą”; robił to za nas ktoś 

inny.

Byłyśmy nie tylko spokojne. Wyczekiwałyśmy. Lada chwila świat miał się przewrócić 

do góry nogami, potulni i łagodni mieli odziedziczyć Ziemię, czy też - mówiąc dokładniej - 

background image

mieli wyrwać ją z objęć silnych i zuchwałych, a my, najsłabsze i najpotulniejsze, miałyśmy 

dziedziczyć ogromne mienie tego, czego nam dotychczas odmawiano.

Ale coś takiego nigdy się nie zdarzyło - ani nam, ani nikomu z tych, którzy rościli 

sobie prawo do tego mienia.

To, że świat nie przewróci się do góry nogami, zrozumiałyśmy w dniu, w którym 

zobaczyłyśmy w telewizji Bobby'ego Seale'a, związanego i zakneblowanego, na sali sądowej 

w Chicago. Był zakuty w łańcuchy jak niewolnik.

Szczególnie urażona poczuła się Cynthia.

- Mnie   też   tak   robią!   -   krzyknęła.   To   była   prawda;   podczas   elektrowstrząsów 

przywiązuje się pacjenta do łóżka, a do ust wkłada się knebel,

żeby w momencie konwulsji pacjent nie wpił się zębami we własny język. Lisa też się 

wściekła, ale z innego powodu.

- Nie widzisz różnicy? - sarknęła na Cynthię. - Muszą go zakneblować, bo boją się, że 

ludzie uwierzą w to, co mówi.

Spojrzałyśmy na niego; mały, ciemny mężczyzna w łańcuchach, na ekranie naszego 

telewizora, z czymś, czego my nigdy nie będziemy miały: wiarygodnością.

background image

DO ŻYWEJ KOŚCI

Dla wielu z nas szpital był zarówno azylem, jak i więzieniem. Choć pozostawałyśmy 

odcięte od świata i wszystkich kłopotów, które lubiłyśmy tam rozniecać, to byłyśmy również 

odcięte od pożądań i nadziei, które w końcu przywiodły nas do szaleństwa. Czego można 

było oczekiwać po nas teraz, kiedy odprawiono nas do domu wariatów?

Szpital   osłaniał   nas.   Mogłyśmy   poprosić   personel,   by   nie   łączył   do   nas   rozmów 

telefonicznych   albo   żeby   nie   wpuszczał   gości,   z   którymi   nie   chciałyśmy   się   widzieć   - 

rodziców nie wyłączając.

- Jestem w złym humorze! - wystarczyło jęknąć i nie musiałyśmy z nikim rozmawiać, 

ktokolwiek by to był.

Dopóki postanawiałyśmy trwać w złym humorze, nie musiałyśmy chodzić do szkoły 

ani   szukać   sobie   pracy.   Właściwie   mogłyśmy   wykpić   się   od   wszystkiego,   z   wyjątkiem 

jedzenia i przyjmowania lekarstw.

W pewnym sensie byłyśmy wolne. Dotarłyśmy do kresu. Nie miałyśmy już nic do 

stracenia.   Nasza   prywatność,   nasza   godność,   nasza   wolność   -   byłyśmy   tego   wszystkiego 

pozbawione, byłyśmy obnażone do żywej kości swego jestestwa.

Obnażone   wymagałyśmy   ochrony   i   szpital   nas   ochraniał.   Oczywiście,   to   szpital 

pierwszy   nas   obnażył,   ale   jednocześnie   podkreślił   w   ten   sposób,   że   bierze   na   siebie 

obowiązek ochraniania nas.

I szpital ten obowiązek wypełniał. Nasze rodziny wydawały na to wcale niemałe sumy 

pieniędzy:  sześćdziesiąt dolarów dziennie (w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym  siódmym 

roku) za sam pokój. Terapie, lekarstwa, konsultacje itd. opłacane były osobno. W przypadku 

pobytu   w   szpitalu   psychiatrycznym   firmy   ubezpieczeniowe   pokrywały   zazwyczaj   okres 

pierwszych   dziewięćdziesięciu   dni.   Jednak   dziewięćdziesiąt   dni   to   akurat   tyle,   ile   było 

potrzeba na początek” pobytu w McLean. Samo rozpoznanie mojej choroby zajęło szpitalowi 

dziewięćdziesiąt dni. Moja hospitalizacja pochłonęła równowartość kosztów studiów, których 

nie chciałam podjąć.

Jeśli rodziny przestawały płacić, nasza hospitalizacja się kończyła, a my same, słabe i 

obnażone,   zostawałyśmy   wystawione   na   świat,   w   którym   nie   umiałyśmy   już   prowadzić 

samodzielnego życia. Wypisanie czeku, skorzystanie z telefonu publicznego, otwarcie okna, 

zamknięcie drzwi na klucz - to tylko przykładowe czynności, których wykonanie przerastało 

nasze możliwości.

background image

Nasze rodziny. Według powszechnie panującego wśród nas przekonania to właśnie z 

ich powodu znalazłyśmy się w tym miejscu. Jednak w naszym codziennym, szpitalnym życiu, 

rodziny   były   całkowicie   nieobecne.   Zastanawiałyśmy   się:   czy   i   my   byłyśmy   tak   samo 

nieobecne w ich codzienności?

Czubek   trochę   przypomina   osobę   obarczoną   obowiązkiem   pełnienia   roli 

reprezentacyjnej. Często szalona jest cała rodzina, ale ponieważ cała rodzina nie może iść do 

szpitala, wyznacza się na wariata jedną osobę, reprezentanta, który zostaje hospitalizowany. 

Potem, w zależności od tego, jak miewa się reszta rodziny, osoba ta albo jest trzymana na 

oddziale,   albo   wyciągana   z   powrotem   do   domu.   W   obu   przypadkach   rodzina   stara   się 

udowodnić coś na temat swego” stanu zdrowia psychicznego.

Większość rodzin starała się dowieść jednej, tej samej tezy: my nie jesteśmy stuknięci, 

to nasz reprezentant jest stuknięty. Te rodziny opłacały przysyłane rachunki. Jednak niektóre 

rodziny usiłowały udowodnić, że nikt nie jest stuknięty, i właśnie one groziły nieustannie, że 

przestaną opłacać pobyt w szpitalu.

Taką rodzinę miała Torrey.

Wszystkie   lubiłyśmy   Torrey,   bo   dziewczyna   nosiła   się   z   klasą.   Jedynym   jej 

problemem   była   amfetamina.   Brała   przez   całe   dwa   lata,   kiedy   razem   ze   swoją   rodziną 

mieszkała   w  Meksyku.  Przez  amfetaminę  -  a właściwie   należałoby  powiedzieć,   że  przez 

późniejszy brak amfetaminy - jej twarz stała się blada jak kreda, a głos nabrał przeciągłej, 

zmęczonej tonacji.

Torrey była jedyną osobą akceptowaną przez Lisę, być może dlatego, że obie łączyła 

przeszłość z igłą.

Jej rodzice przylatywali co parę miesięcy z Meksyku po to, by wygłosić przed nią 

kazanie: że jest szalona, że ich także doprowadza do szału, że symuluje chorobę, że ich na to 

nie stać i tak dalej, i tak dalej. Kiedy wyjeżdżali  z Bostonu, Torrey swoim przeciągłym 

głosem zdawała nam relację ze spotkania.

- Potem   mama   powiedziała:   „Wpędziłaś   mnie   w   alkoholizm”,   a   tato   powiedział: 

„Postaram się, żebyś nigdy stąd nie wyszła”, a potem jakby trochę się zreflektowali i mama 

powiedziała: „Jesteś narkomanką”, a tato: „Nie mam zamiaru płacić tu za twoje wakacje, 

podczas gdy my naprawdę cierpimy”.

- Po co się z nimi spotykasz? - zapytała Georgina.

- Och... - westchnęła Torrey.

- Pokazują, jak naprawdę cię kochają - stwierdziła Lisa. Jej rodzice nigdy się z nią nie 

kontaktowali.   Pielęgniarki   przyznawały   Lisie   rację.   Powiedziały   Torrey,   że   okazuje 

background image

dojrzałość,   godząc   się   na   wizyty   rodziców   i   wiedząc   jednocześnie,   że   oni   chcą   jedynie 

namieszać   jej   w   głowie.   Mówiąc   „namieszać   w   głowie”,   pielęgniarki   miały   na   myśli 

„nadużyć władzy rodzicielskiej”. Ale Torrey nie miała namieszane w głowie.

- Nic   nie   mam   przeciwko   temu   miejscu   -   cedziła   wolno.   -   To   odpoczynek   od 

Meksyku. - W ustach Torrey słowo „Meksyk” brzmiało jak przekleństwo.

- Meksyk  - mówiła i kiwała głową. W Meksyku był ogromny dom z gankiem od 

frontu i werandą na tyłach, były pokojówki, byli służący,

przez cały dzień świeciło słońce, a w aptekach można było kupić amfetaminę bez 

recepty. Według Lisy wszystko to wyglądało bardzo zachęcająco.

- To śmierć - mówiła Torrey. - Żyć w Meksyku to być martwym i ćpać, żeby nie 

poczuć się do końca martwym. To wszystko.

Czasami Valerie albo inne pielęgniarki próbowały wyjaśnić Torrey, że może żyć w 

Meksyku i nie chodzić do apteki po amfetaminę.

- Wy   tam   nie   mieszkałyście   -   odpowiadała   Torrey.   W   sierpniu   rodzice   Torrey 

zawiadomili szpital, że przyjadą zabrać ją do siebie.

- Biorą mnie na śmierć - mówiła Torrey.

- Nie oddamy cię - powiedziała Georgina.

- Jasne - przytaknęłam. - Prawda, Lisa? Lisa nie chciała niczego obiecywać.

- Co my możemy zrobić? - pytała.

- Nic - odpowiadała Torrey. Tamtego popołudnia zapytałam Valerie:

- Nie pozwolicie rodzicom Torrey zabrać jej z powrotem do Meksyku, prawda?

- Jesteśmy tu po to, żeby zapewnić wam ochronę - odpowiedziała mi Valerie.

- Co to znaczy? - zapytałam.

- To znaczy gówno - wtrąciła się Lisa. Przez jakiś tydzień rodzice Torrey nie dawali 

znaku życia. Potem przysłali wiadomość, że tego a tego dnia będą czekać na lotnisku w 

Bostonie. Nawet nie chciało im się pofatygować do szpitala.

- Może uda ci się wyrwać w drodze na lotnisko? - proponowała Lisa. - Gdzieś w 

śródmieściu. I natychmiast wskakuj do metra. - Lisa była bardzo doświadczoną uciekinierką.

- Nie   mam   pieniędzy   -   mówiła   Torrey.   Wysupłałyśmy   nasze   drobiazgi.   Georgina 

miała dwadzieścia dwa dolary, Polly osiemnaście, Lisa dwanaście, a ja piętnaście dolarów i 

dziewięćdziesiąt pięć centów.

- Z tym dasz sobie radę przez kilka tygodni - powiedziała Lisa.

- Najwyżej   jeden   -   wycedziła   Torrey.   Ale   była   chyba   mniej   przygaszona.   Wzięła 

pieniądze i wcisnęła je sobie za stanik. Jej biust jakby się nawet zaokrąglił.

background image

- Dzięki - rzuciła.

- Musisz opracować sobie plan - radziła Lisa. - Zostaniesz w mieście czy wyjeżdżasz? 

Moim zdaniem powinnaś natychmiast wyjechać z miasta.

- Ale dokąd?

- Nie   masz   żadnych   znajomych   w   Nowym   Jorku?   -   pytała   Georgina.   Torrey 

potrząsnęła przecząco głową.

- Znam tylko was i kilku ćpunów w Meksyku, to wszystko.

- Lisa Cody - powiedziała nagle Lisa. - Ona jest równa. To ćpun, postawi cię na nogi.

- Nie można na niej polegać - powątpiewała Georgina.

- Lisa Cody wyda całą forsę na prochy - dorzuciłam.

- Ja mogę zrobić to samo - zauważyła Torrey.

- Ty to co innego - twierdziła Lisa. - Forsę podarowałyśmy tobie.

- Nie rób tego - ostrzegła ją Polly. - Jeśli znowu chcesz brać prochy, to już lepiej wróć 

ze starymi do Meksyku.

- Taak... - zadumała się Torrey. Znowu wyglądała na przygaszoną.

- No, co jest grane? - zapytała Lisa.

- Nie wiem, nie mam odwagi - zwątpiła Torrey. - Nie potrafię tego zrobić.

- Oczywiście, że potrafisz - przekonywała Lisa. - To proste. Kiedy samochód staje na 

czerwonym świetle, otwierasz drzwi i dajesz dyla, po prostu zwiewasz, to wszystko. Co za 

filozofia, potrafisz to zrobić.

- Ty potrafisz - mówiła Torrey. - Ja nie.

- Musisz to zrobić - nalegała Georgina.

- Wiem, że potrafisz - powiedziała Polly, kładąc swoją białoróżową dłoń na chudym 

ramieniu potencjalnej uciekinierki.

Zastanawiałam się, czy Torrey rzeczywiście może to zrobić. Rankiem następnego dnia 

na Torrey czekały dwie pielęgniarki, które miały odwieźć ją na lotnisko.

- To się nie uda - szepnęła do mnie Lisa. - Nikt nie urwie się dwóm pielęgniarkom. W 

jednej sekundzie Lisa postanowiła przeprowadzić sabotaż. Jego celem było zaabsorbowanie 

uwagi   jak   największej   części   personelu,   by   z   Torrey   pojechała   na   lotnisko   tylko   jedna 

pielęgniarka.

- Co za kurewskie miejsce! - wrzasnęła Lisa na cały głos i ruszyła wzdłuż korytarza, 

waląc pięścią w każde drzwi. - Gówno! Gówno!

Podziałało. Valerie zatrzasnęła górną część drzwi do dyżurki pielęgniarek i naprędce 

zwołała z resztą personelu naradę wojenną. Lisa nadal waliła w drzwi. Kiedy pielęgniarki 

background image

wyszły na korytarz, rozwinęły się w antyawaryjną tyralierę.

- Liso, uspokój się - powiedziała mocnym głosem Valerie. - Gdzie jest Torrey? Czas 

jechać. Jedźmy już.

Lisa zatrzymała się.

- Ty ją odwieziesz? - zapytała. Wszystkie wiedziałyśmy, że nie sposób uciec spod jej 

kontroli. Jednak Valerie pokręciła przecząco głową.

- Nie. A teraz uspokój się, Liso. Lisa uderzyła w jeszcze jedne drzwi.

- To nic nie pomoże - ostrzegała ją Valerie. - To niczego już nie może zmienić.

- Valerie, obiecałaś... - zaczęłam.

- Gdzie Torrey? - przerwała mi. - Skończmy już z tym.

- Tu jestem - odezwała się Torrey. W ręku trzymała walizeczkę, jej ręka lekko drżała, 

walizeczka także drgała, delikatnie trącając o nogę.

- W porządku - orzekła Valerie. Sięgnęła ponad pulpitem do dyżurki i wyciągnęła 

stamtąd przygotowany wcześniej biały kubeczek z lekarstwem. - Połknij to.

- Co to, do licha, jest? - krzyknęła Lisa z głębi korytarza.

- To dla uspokojenia Torrey - wyjaśniła Valerie. - Coś, co ją uspokoi.

- Ja jestem spokojna - stwierdziła Torrey.

- Wypij - powiedziała Valerie.

- Nie pij! - krzyknęła Lisa. - Nie pij, Torrey! Torrey przechyliła głowę do tyłu i wypiła 

zawartość białego kubeczka.

- Dzięki   Bogu   -   mruknęła   Valerie,   która   też   trzęsła   się   ze   zdenerwowania.   -   W 

porządku. Dobrze. To wszystko. Dobrze. Do widzenia, Torrey, kochanie, do widzenia, pilnuj 

się.

Torrey   rzeczywiście   wyjeżdżała.   Wyjeżdżała   na   lotnisko,   gdzie   za   chwilę   miała 

wsiąść do samolotu odlatującego do Meksyku.

Lisa przestała walić w drzwi i przyłączyła się do nas. Stałyśmy półkolem przy dyżurce 

i spoglądałyśmy na Torrey.

- Chyba wiem, co to było. Czy mam rację? - Lisa przysunęła się bliżej Valerie. - To 

była torazyna, tak? Mam rację?

Valerie nie odpowiedziała. Nie musiała. Oczy Torrey już zaczęły błyszczeć. Zrobiła 

krok do tyłu i lekko się zachwiała. Valerie ujęła ją silnie pod łokieć.

- Nic takiego się nie dzieje - powiedziała do Torrey.

- Wiem - zachrypiała Torrey i odkaszlnęła cicho. - Jasne. Pielęgniarka, która miała 

odwieźć ją na lotnisko, wyjęła z jej ręki walizeczkę i poprowadziła Torrey wzdłuż korytarza, 

background image

ku naszym oddziałowym, podwójnie zamykanym, podwójnym drzwiom.

Nic więcej nie można już było zrobić. Do pokoju Torrey weszła salowa i zaczęła 

ściągać z łóżka pościel. Valerie zniknęła w dyżurce. Lisa weszła do pokoju i trzasnęła za sobą 

drzwiami.  My  jeszcze  przez   jakiś  czas  stałyśmy   w  korytarzu,  a  potem  usiadłyśmy  przed 

telewizorem w świetlicy i do powrotu pielęgniarki z lotniska wpatrywałyśmy się milcząco w 

ekran.   Czekałyśmy   w   ciszy,   nasłuchując   z   napięciem,   czy   w   gabinecie   pielęgniarek   nie 

rozlegną się odgłosy poruszenia - poruszenia, które mogłoby być wywołane wiadomością o 

ucieczce pacjentki. Ale nic takiego się nie wydarzyło.

Tego dnia każda następna chwila była już tylko gorsza. Nie miało znaczenia, gdzie 

przebywałyśmy, każde miejsce było dla nas miejscem złym. W świetlicy było za gorąco, w 

pokoju gościnnym jakoś dziwacznie, nawet podłoga przed dyżurką pielęgniarek nie była ta 

sama, co zawsze. Razem z Georginą próbowałyśmy zamknąć się w pokoju, ale i tam było 

okropnie. Każde pomieszczenie było przepastne, jak głęboki kanion; ogromne i puste, i grało 

w nim echo. I nie było absolutnie nic do roboty.

Nadeszła   pora   lunchu:   pasztet   z   tuńczyka.   Komu   chciało   się   to   tknąć? 

Nienawidziłyśmy pasztetu z tuńczyka.

Po lunchu Polly zaproponowała:

- Może po prostu zaplanujmy sobie, że godzinę posiedzimy  w pokoju gościnnym, 

potem godzinę na podłodze przed dyżurką, potem godzinę jeszcze gdzie indziej i tak dalej. 

Przynajmniej będziemy miały jakiś plan zajęć.

Lisa   nie   wyraziła   zainteresowania,   natomiast   Georgina   i   ja   postanowiłyśmy 

zapoczątkować takiego kręćka.

Zaczęłyśmy  od pokoju gościnnego. Każda z nas opadła ciężko na żółte winylowe 

krzesełko. Druga po południu, sobota, sierpień, oddział o średnio zaostrzonym  rygorze w 

Belmont. Dym ze starego papierosa, stare tygodniki, dywanik w zielone cętki, pięć żółtych 

winylowych krzesełek, pomarańczowa sofa z zapadniętym oparciem: nie sposób pomylić tego 

pomieszczenia z niczym innym - to pokój gościnny w domu wariatów.

Siedziałam   na   swoim   żółtym   winylowym   krzesełku,   nie   myśląc   o   Torrey.   Za   to 

bacznie przyglądałam się swojej dłoni. Pomyślałam, że wygląda tak samo jak dłoń małej 

małpki. Po wewnętrznej stronie biegły w poprzek trzy linie, a palce zawijały się do środka w 

jakiś taki, jak mi się zdawało, małpi sposób. Kiedy je prostowałam, dłoń wydawała mi się 

bardziej   ludzka,   więc   prostowałam   palce.   Jednak   długie   utrzymywanie   wyprostowanych 

palców było bardzo męczące. Rozluźniłam je, palce się zwinęły i znowu zaczęły przywodzić 

mi na myśl małpkę.

background image

Obróciłam szybko dłoń tak, by widzieć zewnętrzną stronę. Nie była wiele lepsza. Żyły 

wybrzuszały się jak postronki - może dlatego, że był taki upalny dzień - a skóra wokół moich 

kłykci była pomarszczona i obwisła. Kiedy zwierałam i rozwierałam dłoń, dostrzegałam na jej 

grzbiecie trzy wąskie kostki biegnące od nadgarstka do pierwszych stawów przy palcach. A 

może nie były to kostki, tylko ścięgna? Pomacałam je, były sprężyste. Prawdopodobnie więc 

ścięgna. Jednak pod nimi były kości. No, przynajmniej miałam taką nadzieję.

Pomacałam silniej i głębiej, tak, by wyczuć kość. Trudno było mi ją znaleźć. Kości 

kłykciowe, owszem, te nietrudno zlokalizować, ale ja chciałam dotrzeć do kości ręki, tych 

długich, łączących palce z nadgarstkiem.

Zaniepokoiłam się. Gdzie są moje kości? Wsadziłam rękę do ust i zagryzłam zęby, 

chcąc sprawdzić, czy trafię na coś twardego. Nagle wszystko ze mnie odpłynęło. Były tam 

nerwy, naczynka krwionośne, ścięgna - wszystko oślizgłe i nieuchwytne.

- Cholera - powiedziałam. Georgina i Polly nie zwracały na mnie uwagi. Zaczęłam 

rozdrapywać grzbiet dłoni. Wymyśliłam sobie, żeby uchwycić kawałeczek skóry i oderwać go 

- po prostu chciałam zobaczyć, co jest pod spodem. Chciałam upewnić się, że moja ręka jest 

zwykłą   ludzką   ręką,   z   kośćmi.   Po   chwili   na   mojej   dłoni   pojawiły   się   białe   i   czerwone 

znamiona - podobne to tych, które miała Polly - jednak nie udawało mi się zedrzeć kawałka 

skóry i ciągle nie mogłam zobaczyć, co się pod nią znajduje.

Nadal   z   całych   sił   zagryzałam   zębami   swoją   zaciśniętą   w   ustach   rękę.   Jest!   Pod 

ostatnim kłykciem, w miejscu, gdzie siekacz przeciął skórę, pojawił się wreszcie krwawy 

pęcherz.

- Co ty wyprawiasz? - zapytała Georgina.

- Chcę się do tego dostać - powiedziałam.

- Do czego? - Georgina była chyba zła.

- Do ręki - odpowiedziałam, wymachując nią dookoła siebie. Po nadgarstku pociekła 

strużka krwi.

- Wiesz co, lepiej tego nie rób.

- To moja ręka - zaoponowałam. Też byłam zła. I coraz bardziej się denerwowałam. 

Boże, tam chyba naprawdę nie ma kości, tam po prostu nic nie ma.

- Czy ja mam kości? - zapytałam. - Czy mam jakieś kości? Jak myślicie, mam jakieś 

kości? - pytałam w kółko.

- Każdy ma kości - powiedziała Polly.

- Ale czy ja mam kości!?

- Pewnie, że masz - powiedziała Georgina i wybiegła na korytarz. Po upływie pół 

background image

minuty wróciła razem z Valerie.

- Proszę   na   nią   spojrzeć   -   powiedziała   Georgina,   pokazując   mnie   palcem.   Valerie 

spojrzała i wyszła z pokoju.

- Chcę je tylko zobaczyć - mówiłam. - Chcę mieć pewność.

- Zapewniam cię, że one tam są - przekonywała mnie Georgina.

- Nie czuję się bezpiecznie - stwierdziłam nagle. Wróciła Valerie. W ręku trzymała 

kubeczek wypełniony jakimś lekarstwem.

- Valerie, nie czuję się bezpiecznie - powiedziałam znowu.

- Weź to. - Podała mi kubeczek. Po barwie płynu poznałam, że to torazyna. Nigdy 

przedtem nie zażywałam tego lekarstwa. Przechyliłam głowę i wypiłam duszkiem.

Było kwaśne i kleiste, powoli ściekało do żołądka. Kwaśny smak pozostał w gardle. 

Kilka razy przełykałam ślinę.

- Och, Valerie... - zaczęłam - Przecież obiecałaś... Wtedy uderzyła torazyna. Doznałam 

uczucia, jakby nagle spadła na mnie ściana wody: silna, a jednocześnie miękka.

- O rany - jęknęłam. Nie usłyszałam dobrze własnego głosu. Postanowiłam wstać, ale 

kiedy to zrobiłam, znalazłam się na podłodze.

Valerie i Georgina podniosły mnie za ramiona i wyprowadziły do mojego pokoju. 

Człapałam nieporadnie, zdawało mi się, że moje nogi i stopy są jak materace - ogromne, zbite 

i   ciężkie.   Także   Valerie   i   Georgina   były   dwoma   wielkimi,   miękkimi   materacami, 

wspierającymi mnie z obu stron. Było to bardzo miłe.

- Wszystko będzie dobrze, prawda? - zapytałam. Mój głos dolatywał do mnie z oddali, 

ale nie powiedziałam chyba tego, co chciałam. Chciałam powiedzieć, że teraz czuję się już 

bezpieczna. Teraz byłam już prawdziwym wariatem, nikt już nie mógł zabrać mnie z tego 

miejsca.

background image
background image

OPIEKA DENTYSTYCZNA

Siedziałam w kafeterii, zajadając klopsik, gdy nagle poczułam coś dziwnego w tylnej 

części   szczęki.   Policzek   zaczął   szybko   puchnąć.   Zanim   wróciłam   na   oddział,   pod   moim 

uchem błyszczała bulwa wielkości piłeczki pingpongowej.

- Ząb   mądrości   -   zawyrokowała   Valerie.   Poszłyśmy   do   dentysty.   Jego   gabinet 

znajdował się w budynku administracyjnym, tym samym, w którym dawno temu czekałam na 

to, by dać się tu zamknąć. Dentysta był wysoki, posępny i nie domyty, miał przyschnięte 

plamki   krwi   na   białym   fartuchu   i   krzaczaste   wąsy.   Kiedy   wsadził   palec   do   moich   ust, 

poczułam smak usznej woskowiny.

- Ropień - powiedział. - Trzeba usunąć ząb.

- Nie - sprzeciwiłam się.

- Co nie? - zapytał, gmerając wśród metalowych narzędzi.

- Nie. - Spojrzałam na Valerie. - Nie pozwolę go usunąć. Valerie wyjrzała przez okno.

- Czy na razie nie można zastosować antybiotyku? - zapytała dentystę.

- Można - odpowiedział i spojrzał na mnie. Wyszczerzyłam na niego resztę zębów.

- Dobrze - dodał. Kiedy wracałyśmy na oddział, Valerie powiedziała do mnie:

- To, co zrobiłaś, było bardzo rozsądne. Już dawno nie słyszałam, by ktoś powiedział 

mi coś aż tak pochlebnego: że jestem rozsądna.

- Ten facet wyglądał jak czyrak - stwierdziłam.

- Najpierw trzeba zapanować nad infekcją - mruczała do siebie Valerie, zamykając na 

klucz podwójne drzwi na naszym oddziale.

Pod   koniec   pierwszego   dnia   zażywania   penicyliny   piłeczka   pingpongowa 

przeistoczyła się w szarą kulkę. Drugiego dnia szara kulka zamieniła się w nasiono grochu, 

ale na twarzy wystąpiła wysypka. Pojawiła się wysoka temperatura.

- Teraz   już   nie   ma   odwołania   -   oświadczyła   Valerie.   -   I   nie   bierz   już   więcej 

penicyliny, nigdy.

- Ja nie pójdę - zaprotestowałam.

- Jutro   zabieram   cię   do   mojego   dentysty   w   Bostonie   -   powiedziała   Valerie. 

Dziewczyny   były   podekscytowane.   „Boston!”   Polly   wyginała   z   wrażenia   swoje   wąskie 

dłonie.   „W   co   się   ubierzesz?”   „Mogłabyś   pójść   do   kina   -   mówiła   Georgina   -   i   zajadać 

popcorn”.   „Mogłabyś   zorganizować   mi   małą   działkę”   -   powiedziała   Lisa.   „Koło   sklepu 

Jordana Marsha stoi zawsze taki chłopak w niebieskiej czapce baseballowej...” „Mogłabyś 

background image

wyskoczyć z samochodu na czerwonym świetle i się urwać” - przerwała jej Cynthia. „Ten 

chłopak   ma   na   imię   Astro”   -   kontynuowała   Lisa.   Była   większą   realistką   od   Cynthii, 

wiedziała, że się nie urwę. „Ma bardzo tani towar”.

- W oczach wszystkich wyglądam jak małpka - stwierdziłam. - Dla nikogo nic nie 

będę mogła zrobić.

W taksówce byłam zbyt nerwowa, by podziwiać Boston.

- Oprzyj się wygodnie i policz do dziesięciu - polecił mi dentysta. Zanim doliczyłam 

do czterech, siedziałam już wyprostowana z dziurą po wyrwanym zębie.

- Gdzie to jest? - zapytałam.

Podniósł ujęty w cążkach ząb; wielki, zakrwawiony, szpiczasty i pomarszczony. Ale ja 

pytałam o czas. Kiedy wyrywano mi ząb, wyprzedziłam samą siebie. Nie miałam pojęcia, co 

stało się z fragmentem czasu, jaki upłynął między oparciem się w fotelu a wyprostowaniem. 

Dentysta przeniósł mnie w przyszłość.

- Jak długo to trwało? - zapytałam.

- Och, rach ciach i po krzyku - odparł. To mi nic nie dało.

- Ale ile czasu? Pięć sekund? Dwie minuty? Odsunął się na chwilę od fotela.

- Valerie! - zawołał.

- Muszę wiedzieć - nalegałam.

- Żadnych gorących napojów przez dwadzieścia cztery godziny - powiedział.

- Jak długo?

- Dwadzieścia cztery godziny. Weszła Valerie. Szybka i rzeczowa.

- Wstajemy i odjazd - powiedziała krótko.

- Muszę wiedzieć, jak długo to trwało, a on nie chce mi powiedzieć.

Rzuciła mi jedno ze swych morderczych spojrzeń.

- Niedługo. To ci mogę powiedzieć na pewno.

- To mój czas! - krzyknęłam. - Chcę wiedzieć, ile czasu upłynęło. Dentysta przymknął 

oczy.

- No, to zostawiam was same - powiedział i wyszedł z gabinetu.

- Chodź już - poleciła Valerie. - Nie sprawiaj mi kłopotów.

- Dobra. - Zeskoczyłam z fotela dentystycznego. - Nigdy nie robię żadnych kłopotów. 

W taksówce Valerie trąciła mnie łokciem.

- Mam coś dla ciebie - powiedziała. Był to mój ząb, nieco oczyszczony, ale tak samo 

wielki, i do tego jakiś mi obcy.

- Porwałam go dla ciebie.

background image

- Dziękuję ci, Valerie. To miło z twojej strony - powiedziałam, ale przecież nie o ząb 

mi chodziło. - Chcę wiedzieć, ile czasu to zajęło - mówiłam dalej. - Spójrz, Valerie, straciłam 

kawałek czasu i muszę wiedzieć ile, po prostu muszę wiedzieć.

Zaczęłam płakać. Nie chciałam, ale nie mogłam się powstrzymać.

background image

„CALAIS” WYRYTO NA MOIM SERCU

Na tablicy informacyjnej pojawiło się nowe nazwisko: Alice Calais.

- Ciekawe kto to - zastanawiała się Georgina.

- Nowy czubek - odpowiedziała jej Lisa.

- Kiedy przyjeżdża? - zapytałam Valerie.

Valerie  bez   słowa  machnęła  ręką   w   głąb  korytarza.  Stała  tam  właśnie   ona:  Alice 

Calais. Była młoda, jak my, i wcale nie wyglądała na szczególnie szurniętą osobę. Wstałyśmy 

z podłogi, żeby się przywitać.

- Nazywam się Alice Calais - przedstawiła się, ale swoje nazwisko wymówiła jakoś 

dziwnie: callous.

- Callay? - zapytała Georgina.

Alice Calais - Callous spojrzała na nas z ukosa.

- Hmm?

- To wymawia się  callous  - wyjaśniłam Georginie. Wydawało mi się, że to bardzo 

niegrzecznie  dawać  Alice   do zrozumienia,   iż  sama  nie  wie,  jak  należy wymawiać   swoje 

nazwisko.

- Callay? - zapytała znowu Georgina.

W tej chwili podeszła Valerie i zaprowadziła Alice do jej pokoju.

- To tak, jak z Vermont - wyjaśniałam Georginie. - Przecież nie mówimy vermon jak 

Francuzi, tylko vermont.

- Fonetyka - oświadczyła krótko Lisa.

Alice Calais - Callous była bardzo nieśmiała, ale polubiła nas. Często siadała przy nas 

i nasłuchiwała. Lisa twierdziła, że Alice jest nudna jak flaki z olejem. Georgina usiłowała 

wciągnąć ją do rozmowy.

- Wiesz, calais to we francuskim imię własne - powiedziała do niej.

Callous poprawiła ją Alice. - Naprawdę?

- Tak. To takie miejsce we Francji, bardzo sławne miejsce.

- Dlaczego sławne?

- Kiedyś należało do Anglii - mówiła Georgina. - Sporo Francji należało kiedyś do 

Anglii.   Ale   Anglicy   stracili   wszystko   podczas   wojny   stuletniej,   a   Calais   było   ostatnim 

miejscem, które stracili.

- Stuletniej!   -   Oczy   Alice   rozszerzyły   się.   Łatwo   było   zrobić   na   niej   wrażenie. 

background image

Właściwie o niczym nie miała zielonego pojęcia. Lisa przypuszczała, że Alice jest mocno 

opóźniona w rozwoju.

Któregoś poranka siedziałyśmy w kuchni, jedząc tosty z miodem.

- Co to jest? - zapytała Alice.

- Tost z miodem.

- Nigdy nie jadłam miodu - oświadczyła Alice.

To   było   fantastyczne.   Nikt   chyba   nie   umie   sobie   wyobrazić,   że   życie   może   być 

ograniczone do tego stopnia, by brakowało w nim miodu.

- Nigdy? - zapytałam.

Georgina podała jej kawałek tostu z miodem. Patrzyłyśmy, jak Alice wkłada go do ust.

- Smakuje jak pszczoły - powiedziała.

- Co masz na myśli?

- No,   jest   taki   miękki,   futerkowaty   i   trochę   szczypiący,   jak   pszczoły.   Ugryzłam 

kawałek własnego tostu. Miód smakował jak miód, smakował tak samo, jak wiele lat temu,

gdy po raz pierwszy brałam go do ust.

Kiedy   po   południu   tego   samego   dnia   Alice   poszła   na   testy   Rorschacha,   zadałam 

wszystkim pytanie:

- Jak to możliwe, że osoba, która nigdy nie jadła miodu, ma rodzinę, którą stać na 

umieszczenie i utrzymanie jej w takim szpitalu?

- Prawdopodobnie jest to jakiś szczególnie interesujący i naprawdę szurnięty świrus, 

więc przyjęli ją za mniejsze pieniądze - stwierdziła Georgina.

- Wątpię - powiedziała Lisa. Przez kilka następnych tygodni Alice Calais - Callous nie 

dawała jednak powodu do przypuszczeń, by była szczególnie interesującym czy naprawdę 

szurniętym świrusem. Nawet Georgina poczuła się nią zmęczona.

- Ona zupełnie nic nie wie - stwierdziła któregoś dnia. - Tak jakby całe życie spędziła 

zamknięta w garderobie.

- Bo pewnie tak było - powiedziała Lisa. - Siedziała zamknięta na klucz w garderobie i 

zajadała płatki owsiane.

- Na klucz? Myślisz, że zamknęli ją rodzice? - zapytałam.

- A czemu nie? - odparła Lisa. - W końcu cała rodzina nazywa się Callous, no nie? 

Było   to   najlepsze   z   możliwych   wytłumaczenie   po   jakimś   miesiącu,   kiedy   nagle   Alice 

eksplodowała niczym wulkan.

- Niemało w niej energii - zauważyła Georgina. Z końca korytarza, gdzie znajdowała 

się izolatka, docierały do nas przytłumione wrzaski i odgłosy walenia w drzwi.

background image

Kiedy następnego dnia siedziałyśmy na podłodze pod czarną tablicą informacyjną, 

Alice minęła nas w eskorcie dwóch pielęgniarek. Odprowadzały ją na oddział maksymalnego 

bezpieczeństwa. Twarz Alice była spuchnięta od płaczu i grzmocenia głową w ściany i drzwi. 

Nie patrzyła na nas. Była zajęta własnymi, skłębionymi myślami - można było to poznać po 

tym, jak się krzywi i przygryza wargi.

Jej nazwisko dość szybko zniknęło z tablicy informacyjnej.

- Zdaje mi się, że osiadła tam na dobre - powiedziała Lisa.

- Powinnyśmy ją odwiedzić - stwierdziła Georgina. Pielęgniarki uznały, że to bardzo 

ładnie z naszej strony. Zgodziły się nawet, by poszła z nami Lisa. Prawdopodobnie doszły do 

wniosku, że na oddziale maksymalnego bezpieczeństwa Lisa nie będzie mogła przysporzyć 

kłopotu.

Z   zewnątrz   budynek   nie   wyróżniał   się   niczym   specjalnym.   Nie   miał   nawet 

dodatkowych   drzwi.   Jednak   wnętrze   było   już   zupełnie   inne.   Okna   chroniły   plecione, 

metalowe siatki, tak samo jak na naszym oddziale, tyle że przed nimi znajdowały się kraty. 

Niewielkie, cienkie pręty, ustawione w odstępie co dziesięć, piętnaście centymetrów... ale 

jednak   zawsze   to   kraty.   W   łazience   brakowało   drzwi,   a   w   toaletach   nie   było   muszli 

klozetowych.

- Dlaczego nie ma muszli? - zapytała Lisa.

- Nie   wiem,   może   ktoś   mógłby   zerwać   sedes   i   zdzielić   nim   kogoś   po   głowie   - 

myślałam głośno. Nad kontuarem w dyżurce pielęgniarek nie było otwartej przestrzeni, jak na 

naszym oddziale - tutaj dyżurkę oddzielała od korytarza ścianka z grubego, zbrojonego szkła. 

Pielęgniarki przebywały zatem albo w środku, albo na zewnątrz. Na oddziale maksymalnego 

bezpieczeństwa nie było mowy o opieraniu się łokciami o pulpicik na dolnej części drzwi i 

gawędzeniu z pacjentkami.

Pokoje nie były pokojami. Były celami. A właściwie były izolatkami. Nie znajdowało 

się w nich nic poza zwykłym materacem i leżącą na nim osobą. W przeciwieństwie do naszej 

izolatki każda tutejsza miała okno, ale zainstalowane bardzo wysoko, a w dodatku malutkie, 

oszklone zbrojoną szybą, przesłonięte metalową siatką i zakratowane. Większość drzwi w 

korytarzu   była   otwarta   i   idąc   do   Alice,   widziałyśmy   w   pokojach   ludzi   leżących   na 

materacach. Niektórzy byli nadzy, inni nie leżeli na materacu, lecz stali w kącie nieruchomo, 

a jeszcze inni siedzieli w kucki, przytuleni do ściany, z głową wtuloną między ramiona.

To tyle. To wszystko, co tam było. Małe, puste pokoiki z zakratowanym okienkiem i 

skulonym w kącie człowieczkiem.

W pokoju Alice pachniało coś nieprzyjemnie. Ściany były czymś wysmarowane. Ona 

background image

sama zresztą też. Siedziała na materacu,  obejmując  rękami kolana - jej ramiona też były 

wysmarowane.

- Cześć, Alice - powiedziała Georgina.

- To jest gówno - szepnęła do mnie Lisa. - Rozciera wszędzie dookoła własne gówno.

Stałyśmy półkolem przed wejściem do pokoju. Z powodu zapachu nie chciałyśmy 

wchodzić do środka. Zdawało się nam, że Alice jest kimś zupełnie innym, jakby przybrała 

jakąś inną twarz. Ale wyglądała dość dobrze.

- Jak leci? - zapytała Georgina.

- W porządku - odpowiedziała Alice zachrypłym głosem. - Mam chrypę - wyjaśniła. - 

Dużo krzyczę.

- Jasne - przytaknęła Georgina. Przez dłuższą chwilę nikt nic nie mówił.

- Czuję się coraz lepiej - powiedziała Alice.

- To dobrze - powiedziała Georgina. Lisa stukała butem o linoleum. Czułam się coraz 

słabiej, próbując oddychać bez wdychania smrodu.

- No... - zaczęła Georgina. - No to do zobaczenia wkrótce, co?

- Dzięki za odwiedziny - powiedziała Alice. Zdjęła na chwilę ręce z kolan i pomachała 

nam na pożegnanie.

Wróciłyśmy pod dyżurkę, w której czekała na nas nasza pielęgniarka. Nie mogłyśmy 

dostrzec   jej   za   zbrojoną   szybą,   więc   Georgina   grzmotnęła   w   szklaną   ścianę.   Dyżurna 

spojrzała na nas i pokiwała tylko głową.

- Chcę stąd wyjść - powiedziałam. Georgina znowu uderzyła w szybę.

- Chcemy wrócić na SB II! - krzyknęła. Dyżurna przytaknęła, ale nasza pielęgniarka 

nadal nie pojawiała się na korytarzu.

- Może zrobiły nas w trąbę - odezwała się Lisa. - Może zostaniemy tu na zawsze.

- To wcale nie jest śmieszne - powiedziałam. Georgina znowu zrobiła swoje rata - rata 

- ta po szybie.

- Ja to załatwię - orzekła Lisa. Wyciągnęła z kieszeni zapalniczkę i zapaliła papierosa. 

Natychmiast z dyżurki wybiegły dwie pielęgniarki.

- Oddaj zapalniczkę  - rozkazała jedna,  a druga wyrwała  jej z ręki papierosa. Lisa 

uśmiechnęła się.

- Czekamy na naszą eskortę na SB II. Pielęgniarki wróciły za szklaną ścianę.

- Zakaz posiadania zapalniczek. Palenie tylko pod nadzorem. Wiedziałam, że to je 

poderwie  -  wyjaśniła  Lisa.   Wyciągnęła   drugiego  papierosa   i  wsunęła  go  z   powrotem  do 

paczki.

background image

Wyszła nasza pielęgniarka.

- To nie była długa wizyta - powiedziała. - Jak się ma Alice?

- Powiedziała, że czuje się coraz lepiej - poinformowała Georgina.

- I miała gówno... - Nie umiałam tego opisać. Pielęgniarka przytaknęła.

- To   nic   nadzwyczajnego.   Obrzydliwy   pokój   gościnny,   winylowe   fotele,   pokoje 

zagracone biurkami, małymi komodami i krzesłami, i kocami, i poduszkami, salowa oparta 

łokciami o pulpicik w dyżurce, gaworząca o czymś z Polly, biała kreda w pojemniczku przy 

tablicy, czekająca na nas, byśmy wpisały nasz powrót na oddział: nareszcie w domu.

- Och...   -   westchnęłam   kilka   razy.   Ciągle   nie   mogłam   wchłonąć   w   siebie 

wystarczającej ilości powietrza, czy też wypuścić tego, które tkwiło jeszcze w płucach.

- Jak myślicie, co się właściwie z nią stało? - zapytała Georgina.

- Coś - odpowiedziała Lisa.

- Gówno na ścianie - powiedziałam. - O Boże, czy i nas może to kiedyś spotkać?

- Powiedziała, że czuje się coraz lepiej - stwierdziła Georgina.

- Wszystko jest względne - powiedziała Lisa.

- Może nas spotkać, prawda? - zapytałam jeszcze raz.

- Nie pozwól na to, nie dopuść do tego - powiedziała Georgina. - Pamiętaj.

background image

CIEŃ RZECZYWISTOŚCI

Zmarł   mój   psychoanalityk.   Zanim   został   moim   psychoanalitykiem,   był   moim 

psychoterapeutą i bardzo go lubiłam. Widok z okna jego gabinetu - na parterze tego samego 

budynku,   w   którym   znajdował   się   oddział   maksymalnego   bezpieczeństwa   -   tchnął   takim 

kojącym spokojem; drzewa, liście, wiatr, niebo. Często siedziałam tam w milczeniu. Na moim 

oddziale zawsze było  mało ciszy.  Spoglądałam więc na drzewa i nic nie mówiłam,  a on 

spoglądał na mnie i też nic nie mówił. To było bardzo towarzyskie.

Czasem odezwał się. Kiedyś, po długiej nocy krzyczenia i walenia w ściany, gdy 

siedziałam w fotelu naprzeciw niego, zapadłam w krótką drzemkę.

- Chcesz tu spać ze mną? - zaszczebiotał ze śmiechem. Otworzyłam oczy i spojrzałam 

na niego. Ziemista cera, wczesna łysina i blade worki pod oczami - z pewnością nie był to 

typ, z którym chciałabym spać.

Jednak w sumie był całkiem w porządku. Już to, że mogłam usiąść w jego gabinecie 

bez konieczności zbyt wielu wyjaśnień, działało na mnie bardzo uspokajająco.

On jednak nie mógł zostawić biegu rzeczy samemu sobie. Zaczynał więc pytać: „O 

czym rozmyślasz?” Nigdy nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Moja głowa była pusta i bardzo 

mi   się   to   podobało.   Wtedy   on   zaczynał   tłumaczyć   mi,   o   czym   mogłabym   rozmyślać. 

„Wyglądasz dziś na zasmuconą”, mówił, albo: „Wyraźnie coś cię dzisiaj trapi”.

Jasne,   że   byłam   smutna   i   strapiona.   Miałam   osiemnaście   lat   i   była   wiosna,   a   ja 

siedziałam w szpitalu za kratkami.

W   końcu   powiedział   o   mnie   tyle   nieprawdziwych   rzeczy,   że   musiałam   zacząć 

wyprowadzać go z błędu, o co zresztą mu chodziło.

Zirytowało mnie, że ostatecznie wydostał ze mnie to, co chciał. W końcu ja znałam 

swoje odczucia, a on ich nie znał.

Miał na imię Melvin. Trochę było mi go żal z tego powodu.

Często, w drodze do jego gabinetu, widziałam, jak podjeżdża samochodem pod sam 

budynek. Najczęściej przyjeżdżał samochodem osobowo - towarowym o panelowej karoserii 

imitującej drewno, niekiedy jednak widziałam go w lśniącym, czarnym buicku z owalnymi 

okienkami   i   winylowym   dachem.   A   któregoś   dnia   przemknął   obok   mnie   w   sportowym, 

rzucającym się w oczy, zielonym samochodzie, który po chwili z piskiem opon zatrzymał się 

na parkingu.

Kiedyś, stojąc przed jego gabinetem, roześmiałam się nagle - uświadomiłam sobie 

background image

bowiem pewną zabawną rzecz. Nie mogłam się doczekać, tak bardzo chciałam Melvinowi o 

tym powiedzieć.

Kiedy tylko wszedł do gabinetu, powiedziałam:

- Pan ma trzy samochody, prawda? Przytaknął.

- Osobowo - towarowy, sedan i sportowy? Znowu przytaknął.

- To   obraz   pana   psyche   -   powiedziałam.   -   Osobowo   -   towarowy   to   pańskie   ego; 

śmiały, silny, zdecydowany, czyli osoba, na której można polegać. Sedan to superego, gdyż 

pokazuje, jak chciałby pan być postrzegany przez innych;  imponujący i władczy.  A wóz 

sportowy to   id,  gdyż jest   to  samochód   nie  do  powstrzymania,  rwący  do  przodu,  szybki, 

niebezpieczny i może nawet trochę zakazany. - Uśmiechnęłam się do niego. - Jest nowy, 

prawda? Ten sportowy?

Tym razem nie przytaknął.

- Nie sądzi pan, że to wspaniałe? - zapytałam. - Nie sądzi pan, że to wspaniałe, że 

pańskie samochody są odbiciem pana psyche?

Nic nie odpowiedział.

Wkrótce zaczął zadręczać mnie namowami, bym poddała się psychoanalizie.

- Drepczemy w miejscu - mówił. - Myślę, że konieczna jest analiza.

- Cóż to może zmienić? - dopytywałam się.

- Drepczemy w miejscu - powtarzał. Po paru tygodniach zmienił taktykę.

- Jesteś   jedyną   pacjentką   w   tym   szpitalu,   którą   można   poddać   psychoanalizie   - 

powiedział.

- O, tak? Niby dlaczego właśnie ja? - Nie wierzyłam mu, ale to, co powiedział, było 

intrygujące.

- Ponieważ przy analizie niezbędna jest w pełni zintegrowana osobowość pacjenta. Na 

oddział   wróciłam   z   rumieńcem   na   twarzy,   przejęta   ideą   swojej   w   pełni   zintegrowanej 

osobowości.

Nikomu nic nie mówiłam; byłoby to odebrane jako samochwalstwo.

Gdybym zwierzyła się Lisie: „Wiesz, mam w pełni zintegrowaną osobowość i poddam 

się psychoanalizie u Melvina”, Lisa wydobyłaby z siebie mdłe beknięcie i powiedziałaby: „To 

banda osłów, w niczym cię nie oświecą”, a ja zrezygnowałabym.

Jednak nie puściłam pary z ust. Melvin połechtał moją próżność - znał mnie na tyle 

dobrze,   że   wiedział,   iż   łaknę   pochlebstw   -   i   w   geście   wdzięczności   przystałam   na   jego 

propozycję.

Zamiast okna miałam teraz przed sobą ścianę, niczym nie wyróżniającą się, białawą 

background image

ścianę. Nie było drzew ani nieba i nie było cierpliwego wzroku Melvina, kiedy odwracałam 

oczy.   Owszem,   wyczuwałam   jego   obecność,   jednak   były   w   niej   chłód   i   twarda 

nieustępliwość. Jedynymi frazami, które padały z jego ust, były: „Tak?” albo: „Czy mogłabyś 

powiedzieć mi o tym coś więcej?” Jeżeli mówiłam: „Nieustanne patrzenie na tę pierdoloną 

ścianę doprowadza mnie do szału”, on odpowiadał: „Czy mogłabyś powiedzieć mi o tym coś 

więcej?” Jeżeli mówiłam: „Nienawidzę tej całej analizy”, on odpowiadał: „Tak?”

Kiedyś   zapytałam   go:   „Dlaczego   jest   pan   taki   inny?   Kiedyś   był   pan   bardziej 

przyjazny”. Na co usłyszałam: „Czy mogłabyś powiedzieć mi o tym coś więcej?”

Psychoanaliza zaczęła się w listopadzie, kiedy podlegałam jeszcze grupie. Pięć razy w 

tygodniu   dołączałam   do   stadka   pacjentek   prowadzonych   przez   pielęgniarkę   do   różnych 

lekarzy.   Jednak   większość   gabinetów   lekarskich   znajdowała   się   w   budynku 

administracyjnym,   stojącym   w   zupełnie   innym   miejscu   niż   oddział   maksymalnego 

bezpieczeństwa, gdzie urzędował mój analityk. Chodzenie w grupie szybko więc przerodziło 

się w męczarnię przypominającą jazdę zatłoczonym autobusem okrężną drogą. Poskarżyłam 

się. I przyznano mi przywilej wyjścia docelowego.

Moje  godzinne  spotkanie   u Melvina   zaczynało   się teraz   od telefonowania   na mój 

oddział   i   informowania   pielęgniarki   dyżurnej,   że   dotarłam   na   miejsce,   a   kończyło   się 

telefonowaniem i informowaniem, że właśnie wyruszam w drogę powrotną.

Melvin nie przepadał za całym tym telefonicznym cyrkiem. Kiedy dzwoniłam, rzucał 

mi krzywe spojrzenie. Aparat telefoniczny trzymał zawsze blisko siebie. Za każdym razem 

musiałam prosić, żeby przysunął go w moim kierunku.

Możliwe,   że   złożył   jakąś   skargę,   ponieważ   po   niedługim   czasie   przyznano   mi 

przywilej   wychodzenia   poza   oddział.   Co   prawda   tylko   na   psychoanalizę,   ale   zawsze.   W 

przypadku innych zajęć nadal poruszałam się w grupie.

Kiedy odkryłam tunele, był już grudzień. Razem z Georginą dołączyłyśmy do grupy 

pacjentek idących do kafeterii na obiad.

Mówi się, że Krzysztof Kolumb odkrył Amerykę, a Izaak Newton siłę ciążenia, tak 

jakby w ogóle nie było Ameryki i siły ciążenia, dopóki nie zwietrzyli ich Kolumb i Newton. 

Dokładnie tak samo było z tunelami. Dla nikogo nie były niczym specjalnym, jednak na mnie 

zrobiły tak niesamowite wrażenie, że powołałam je do życia.

To było typowe grudniowe popołudnie na bostońskim przedmieściu: cynowe chmury 

rozsiewające   kropelki   deszczu   zmieszane   z   mokrymi   płatkami   śniegu   i   wiatr   -   na   tyle 

przejmujący, by krzywić twarz w grymasie.

- Tunele - powiedziała pielęgniarka. Wyszłyśmy przez nasze podwójne drzwi i jak 

background image

zawsze zeszłyśmy w dół po schodach; ze względów bezpieczeństwa nasz oddział znajdował 

się na pierwszym  piętrze. W korytarzu  na parterze było  wiele drzwi, przez jedne z nich 

wychodziło się na zewnątrz. Jednak z powodu chłodów pielęgniarka otworzyła inne drzwi i 

zeszłyśmy jeszcze jedną kondygnację niżej. Wtedy właśnie otworzyły się przed nami tunele.

Uderzył nas ich cudowny zapach: unosiła się w nich delikatna woń pralni, czystości i 

ciepła,   nieco   naelektryzowana,   jakby   pochodząca   z   rozgrzanej   instalacji   elektrycznej. 

Następnie - temperatura tuneli: minimum dwadzieścia siedem stopni Celsjusza i to wtedy, gdy 

na zewnątrz był zaledwie jeden stopień, a może nawet poniżej zera, jeśli wziąć pod uwagę 

„efekt   chłodzenia”   wiejącego   wiatru   (choć   wówczas,   w   tych   niewinnych   latach 

sześćdziesiątych,   „efekt   chłodzenia”   nie   był   jeszcze   „odkryty”,   podobnie   jak   zegarek 

cyfrowy). Dalej - ich drżące, żółte światło i żółte płytki ścienne, beczkowe sklepienie nad 

głową i najciekawsze: rozwidlenia, zakręty i nie znane odnogi, które kusiły żarzącymi się 

żółto otworami, wyglądającymi jak rozwarte, błyszczące paszcze. Tu i ówdzie wśród żółtych 

płytek pojawiały się białe tabliczki z napisami: KAFETERIA, ADMINISTRACJA, BLOK 

WSCHODNI.

- To kapitalne - powiedziałam.

- Nigdy przedtem tu nie byłaś? - zapytała Georgina.

- Czy one rozciągają się pod całym szpitalem? - zapytałam pielęgniarkę.

- Tak - odparła. - Można nimi dotrzeć w każde miejsce, ale łatwo się zgubić.

- A znaki?

- Nie ma ich zbyt wiele - pielęgniarka zachichotała. Miała na imię Ruth i wszystkie 

uważałyśmy, że jako pielęgniarka była całkiem w porządku. - Tu jest znak wskazujący drogę 

do BLOKU WSCHODNIEGO, ale idąc dalej tą drogą, natkniemy się na rozwidlenie, przy 

którym nie ma już oznakowania.

- I co wtedy?

- Trzeba po prostu znać drogę.

- Mogę   przyjść   tu   sama?   -   zapytałam.   Nie   czułam   się   zaskoczona,   gdy   Ruth 

powiedziała, że nie. Od tamtego dnia tunele stały się moją obsesją.

- Kto   zejdzie   ze   mną   do   tuneli?   -   pytałam   pielęgniarki   każdego   dnia.   I   oto   były, 

zawsze   ciepłe,   czyste,   pachnące,   żółte   i   pełne   obietnic;   zawsze   pulsujące   wodociągiem   i 

cieplikiem, których rurowe sploty grały z bulgotem, gdy tylko zaczynała krążyć w nich woda. 

I   wszystko   tak   doskonale   połączone,   wszystko   toczące   się   własnym,   prywatnym   torem, 

dokądkolwiek on prowadzi.

- To jak być w mapie, nie wodzić palcem po mapie, ale być w mapie - powiedziałam 

background image

któregoś dnia do Ruth, kiedy zabrała mnie do podziemia. - To raczej jak plan czegoś niż samo 

to „coś”.

Ruth milczała i wiedziałam, że powinnam przestać mówić, ale nie potrafiłam.

- Wiesz, tu mieści się cała esencja, istota tego szpitala, rozumiesz, co mam na myśli?

- Kończy się czas - odpowiedziała Ruth. - Za dziesięć minut mam kontrolny obchód. 

W lutym poruszyłam ten temat u Melvina.

- Wie pan coś o tunelach? - zapytałam.

- Czy mogłabyś powiedzieć mi coś więcej o tunelach? Nie wiedział o nich. Gdyby 

wiedział, powiedziałby: „Tak?”

- Pod   całym   szpitalem   rozciąga   się   sieć   tuneli.   Wszystkie   budynki   połączone   są 

podziemnymi tunelami. Można do nich zejść i przedostać się w każde dowolne miejsce. Jest 

tam ciepło, cicho i przytulnie.

- Łono matki - powiedział Melvin.

- Żadne tam łono - zaprzeczyłam.

- Tak. Kiedy Melvin mówił „tak” bez intonacji pytającej, oznaczało to, że mówi „nie”.

- To coś przeciwnego wobec łona - mówiłam. - Łono matki donikąd nie prowadzi. - Z 

dużym wysiłkiem myślałam, jak mu to wszystko wytłumaczyć. - Widzi pan, łonem jest sam 

szpital, nie można nigdzie się ruszyć, panuje tam ciemność i hałas, i jest się uwięzionym w 

jednym miejscu. Tunele są jak szpital, ale bez wszystkich jego niedogodności.

Nic nie powiedział, ja też nie. Potem wpadłam na inny pomysł.

- Przypomina pan sobie, jak wyglądają cienie na ścianie w jaskini?

- Tak. Nie miał pojęcia.

- Platon powiedział, że wszystko na świecie jest tylko cieniem jakiegoś przedmiotu 

rzeczywistości, którego nie widzimy, a ten rzeczywisty przedmiot sam w sobie nie jest jak 

cień, lecz jak esencja, na przykład, no... - Nie umiałam znaleźć żadnego przykładu. - Na 

przykład mojżeszowe tablice.

- Czy   mogłabyś   powiedzieć   coś   więcej?   Tablice   wyraźnie   nie   były   właściwym 

przykładem.

- Albo neuroza - powiedziałam, zmyślając szybko. - Na przykład, jestem na coś zła i 

to jest ten przedmiot rzeczywisty, ale po mnie widać tylko strach; strach przed tym, że ugryzie 

mnie   jakiś   pies,   bo   prawda   jest   taka,   że   kiedy   jestem   zła,   to   sama   chciałabym   ugryźć 

wszystkich dookoła. Rozumie mnie pan?

Kiedy   skończyłam,   wydało   mi   się,   że   zabrzmiało   to   zupełnie   sensownie   i 

przekonująco.

background image

- Dlaczego jesteś zła? - zapytał Melvin. Umarł młodo, na wylew. Byłam jego pierwszą 

„analityczną” pacjentką, o czym dowiedziałam się dopiero rok po wyjściu ze szpitala, gdy 

ostatecznie przerwałam psychoanalizę. I miałam już to, na co czekałam: cały ten bałagan z 

cieniami na skale.

background image

PIĘTNOGRAFIA

Oficjalny adres szpitala brzmiał następująco: 115 Mill Street. Chodziło o to, żeby ci 

spośród nas, którzy czuli się na tyle dobrze, by podjąć pracę, lecz nie dość dobrze, by opuścić 

szpital, mieli podkładkę, składając podania o zatrudnienie. Prawdę mówiąc, adres 115 Mill 

Street stanowił osłonę w równym stopniu jak adres 1600 Pennsylvania Avenue.

- Tak... zobaczmy... co tu mamy... ma pani dziewiętnaście lat i mieszka przy 1600 

Pennsylvania Avenue... Hej! to przecież adres Białego Domu!

Mniej   więcej   tak   reagowali   nasi   potencjalni   pracodawcy,   widząc   nasze   podania   o 

pracę, tyle że bez owej krztyny humoru.

Adres 115 Mill Street jest bardzo sławny w całym Massachusetts. Podanie o pracę, 

wynajęcie   mieszkania,   zrobienie   prawa   jazdy   -   z   wszystkim   tym   wiązały   się   niemałe 

problemy.   Na   formularzu,   który   należało   wypełnić   przy   zdawaniu   egzaminów   na   prawo 

jazdy, figurowało  nawet  pytanie:  „Czy  byłeś   kiedykolwiek   hospitalizowany  w  związku  z 

chorobą   psychiczną?”   Ależ   skąd!   Po   prostu   tak   kocham   Belmont,   że   postanowiłam 

wprowadzić się pod adres 115 Mill Street.

- Mieszkasz na Mill Street sto piętnaście? - zapytał mnie człowiek o ziemistej karnacji, 

właściciel   sklepiku   „Wszystko   do   szycia”   na   Harvard   Square,   gdzie   złożyłam   podanie   o 

pracę.

- Uhm.

- A od kiedy ty tam właściwie mieszkasz?

- Hmm, od jakiegoś czasu. - Machnęłam ręką pokazując, że przeszłość mam przecież 

za sobą.

- Domyślam się, że od jakiegoś czasu nie miałaś także pracy?

- Rozbawiony oparł się ramieniem o ścianę. - Nie. Miałam co nieco do przemyślenia. 

Moje podanie zostało odrzucone.

Kiedy wychodziłam ze sklepiku, nasze spojrzenia sczepiły się na ułamek sekundy. 

Obrzucił mnie wzrokiem pełnym najskrytszej intymności tak, że aż skurczyłam się ze strachu. 

Wiem, co z ciebie za jedna - mówiły jego oczy.

Kim, u licha, byłyśmy, że tak szybko i tak trafnie można było nas rozpoznać?

Prawdopodobnie byłyśmy kimś lepszym niż przed hospitalizacją. Na pewno byłyśmy 

starsze   i   mniej   pewne   siebie.   Wiele   z   nas   spędziło   szpitalne   lata,   krzycząc   i   sprawiając 

przeróżne kłopoty, a teraz miało ochotę zacząć coś nowego. Zaocznie wszystkie nauczyłyśmy 

background image

się cenić wolność i zrobiłybyśmy wszystko, co w naszej mocy, by ją dostać i nie wypuścić już 

z rąk. Pytanie tylko: co potrafiłyśmy robić potem?

Czy potrafiłyśmy  wstawać  każdego  ranka, brać  ciepły natrysk,  nakładać na  siebie 

spodnie   i   bluzkę   i   iść   do   pracy?   Czy   potrafiłyśmy   spokojnie,   logicznie   myśleć?   Czy 

potrafiłyśmy nie wypowiadać szalonych słów, jeśli przychodziły nam do głowy?

Niektóre z nas potrafiły, inne nie, jednak w rozumieniu świata wszystkie nosiłyśmy 

takie   samo   piętno.   Odmienność   zawsze   wzbudza   zainteresowanie:   czy   mnie   także   może 

spotkać coś takiego? Im mniej prawdopodobne, że przytrafi ci się jakaś okropna rzecz, tym 

mniejszy lęk przed wyobrażaniem jej sobie lub przyglądaniem się jej. Ktoś, kto nie gada do 

siebie albo nie wpatruje się w dal nieobecnym wzrokiem, wzbudza zatem większy niepokój, 

niż   ktoś,   kto   to   robi.   Ktoś,   kto   zwykle   zachowuje   się   „normalnie”,   zadaje   sobie   wtedy 

niespokojne pytanie: jaka jest różnica między tą osobą a mną? A to pytanie prowadzi do 

następnego: co trzyma mnie z dala od domu wariatów? To wyjaśnia, dlaczego wszechobecne 

piętno jest tak chętnie rozpoznawalne i pełni tak użyteczną funkcję.

Niektórzy ludzie są bardziej wystraszeni od innych.

- Przesiedziałaś   prawie   dwa   lata   w   domu   wariatów?   Do   diaska,   dlaczego   cię   tam 

wpakowali? Trudno w to uwierzyć!

Tłumaczenie: jeśli ty jesteś szalona, to i ja muszę być szalony, ale przecież nie jestem, 

w twoim przypadku zaszła więc jakaś pomyłka.

- Przesiedziałaś prawie dwa lata w domu wariatów? A co było z tobą nie w porządku? 

Tłumaczenie: chcę poznać wszystkie szczegóły szaleństwa, żeby upewnić się, że sam nie 

jestem stuknięty.

- Przesiedziałaś prawie dwa lata w domu wariatów? Hmmm... a kiedy? Tłumaczenie: 

jesteś   jeszcze   zakażona?   Przestałam   się   przyznawać.   Z   mówienia   nie   miałam   żadnego 

pożytku. Im dłużej zachowywałam tajemnicę, tym bardziej problem niknął w dali; moje , ja”, 

które przebywało w szpitalu, stawało się ledwie widocznym punkcikiem, a moje ,ja”, które 

postanowiło się nie przyznawać, stawało się duże, silne i ciągle czymś zaabsorbowane.

Powoli i ja sama zaczęłam odczuwać odmienność tych  napiętnowanych. Szaleńcy: 

dobrze umiałam wyróżnić ich z tłumu i nie chciałam mieć z nimi nic wspólnego. I nadal nie 

chcę. Nie potrafię znaleźć trafnych, uspokajających odpowiedzi na te potworne pytania, które 

stawiają.

Nie   pytajcie   mnie!   Nie   pytajcie   mnie,   czym   jest   życie   albo   jak   poznajemy 

rzeczywistość, albo dlaczego w życiu jest tyle cierpienia. Nie mówicie mi o tym, jak realne 

jest nic, jak wszystko okryte jest bezkształtną galaretą, błyszczącą niczym olejek do opalania 

background image

rozlany na słońcu. Nie chcę słyszeć ani o tygrysach w kącie pokoju, ani o aniele śmierci, ani o 

telefonach od Jana Chrzciciela. Do mnie też mógłby zadzwonić. Ale ja i tak nie podniosę 

słuchawki.

Jeśli ja, która jeszcze tak niedawno budziłam wstręt, jestem teraz tak daleko od mego 

szalonego ,ja”, to jak daleko jesteś ty, który nigdy nie budziłeś wstrętu? I jak głęboko sięga 

twój wstręt do napiętnowanych odmiennością?

background image
background image
background image

NOWE RUBIEŻE OPIEKI DENTYSTYCZNEJ

Mój półtoraroczny wyrok powoli dobiegał końca i nadszedł czas, by zaplanować sobie 

przyszłość. Miałam już prawie dwadzieścia lat.

Dotychczas   w   życiu   wykonywałam   dwa   zawody:   najpierw   przez   trzy   miesiące 

sprzedawałam żaroodporne zestawy kuchenne do gotowania wykwintnych potraw (w dużej 

mierze potłukłam je, upuszczając na podłogę); a za drugim razem pisałam na maszynie w 

kadrach uniwersytetu Harvarda, gdzie przyprawiałam studentów o zawrót głowy, wysyłając 

im błędne rachunki za czesne; na przykład zamiast „tysiąc dziewięćset dolarów” wpisywałam 

„dziesięć tysięcy dziewięćset”.

Popełniałam   błędy,   ponieważ   panicznie   się   bałam   kierownika.   Był   to   elegancki   i 

bardzo atrakcyjny Murzyn, który przez całe osiem godzin krążył wśród maszynistek i zerkał 

im przez ramię na to, co piszą. A w dodatku palił. Kiedy ja zapaliłam papierosa, natychmiast 

na mnie naskoczył.

- Nie wolno palić - rzucił oschle.

- Pan pali.

- Ale   maszynistkom   nie   wolno   tu   palić.   Rozejrzałam   się   dookoła,   wszystkie 

maszynistki były kobietami. Kierownicy byli mężczyznami.

Wszyscy kierownicy palili papierosy, ale maszynistkom nie było wolno.

O   dziesiątej   piętnaście,   podczas   pierwszej   przerwy   w   pracy,   w   żeńskiej   toalecie 

tłoczyły się maszynistki pośpiesznie palące papierosy.

- Nie możemy palić w korytarzu? - zapytałam. Koło toalety stała popielniczka. Ale 

nie, musiałyśmy palić w toalecie. Kolejnym problemem był sposób ubierania się.

- Żadnych spódnic mini - ostrzegł kierownik. To zarządzenie już w ciągu pierwszych 

dni wpędziło mnie w tarapaty, ponieważ w domu miałam wyłącznie takie spódniczki, a do 

pierwszej wypłaty było daleko.

- Dlaczego? - zapytałam.

- Żadnych mini - powtórzył kierownik. W poniedziałek afera z paleniem, we wtorek 

zarządzenie w sprawie spódnic, a w środę włożyłam czarną spódniczkę mini, czarne, obcisłe 

rajstopy i z nadzieją w sercu wyszłam do pracy.

- Żadnych   mini   -   usłyszałam   znowu.   Wymknęłam   się   do   łazienki   na   szybkiego 

papierosa.

- Palenie   tylko   w   czasie   przerwy   -   burknął   w   moim   kierunku   kierownik,   kiedy 

background image

wróciłam do biurka.

I wtedy zaczęłam popełniać te swoje błędy rachunkowe. W czwartek kierownik, paląc, 

przywołał mnie do siebie.

- Wypisujesz błędne rachunki - powiedział. - To niedopuszczalne.

- Gdybym   mogła   palić   -  odpowiedziałam   -  nie   robiłabym   tylu   błędów.   Potrząsnął 

przecząco głową. W piątek nie przyszłam do pracy, ani nie zadzwoniłam. Leżałam w łóżku i 

rozmyślałam o pracy w kadrach. Im więcej o niej myślałam, tym bardziej wydawała się ona 

absurdalna.   Nie   mogłam   poważnie   traktować   tych   wszystkich   zarządzeń.   Śmiać   mi   się 

chciało,   gdy   przypomniałam   sobie   stłoczone   w   ciasnej,   zadymionej   toalecie   palące 

maszynistki.

Ale to była moja praca. I co więcej, byłam pracownicą, której z trudem przychodziła 

akceptacja obowiązujących przepisów. Każdy inny pracownik akceptował przepisy.

Czy to była oznaka szaleństwa?

Myślałam   o   tym   przez   cały   weekend.   Miałam   świra   czy   miałam   rację?   W   tysiąc 

dziewięćset   sześćdziesiątym   siódmym   roku   trudno   było   znaleźć   na   to   pytanie   właściwą 

odpowiedź. Zresztą trudno znaleźć ją także teraz, ponad ćwierć wieku później.

Seksizm! Oczywiście, to czysty seksizm - czyż nie jest to właściwa odpowiedź?

Prawda, to był seksizm. Jednak kłopoty z paleniem papierosów mam także dzisiaj. 

Tyle   że   dzisiaj   mówi   się   na   to:   moda   na   niepalenie.   To   jeden   z   powodów,   dla   których 

zostałam pisarką; by móc w spokoju wypalić papierosa.

- Chcę zostać pisarką - powiedziałam, kiedy opiekunka społeczna zapytała mnie w 

szpitalu, co mam zamiar robić po powrocie do normalnego życia.

- To przyjemne hobby, ale jak masz zamiar zarabiać na życie? Nie lubiłyśmy się z 

moją opiekunką społeczną. Nie lubiłam jej, ponieważ nie rozumiała, że to jestem ja, że chcę 

być   pisarką,   że   nie   będę   już   wystukiwała   na   maszynie   rachunków   dla   studentów   ani 

sprzedawała   żaroodpornych   półmisków  au   gratin,  ani   nie   będę   robiła   żadnych   innych 

podobnych głupstw. A ona nie lubiła mnie, ponieważ byłam arogancka, nie chciałam z nią 

współpracować, a co najgorsze, nadal byłam stuknięta, czego dowód dawałam, chcąc zostać 

pisarką.

- Laborant dentystyczny - orzekła w końcu. - Proszę, tu jest skierowanie. Przyuczenie 

do zawodu trwa tylko rok. Jestem pewna, że opanujesz wszystkie obowiązki.

- Ale pani nie rozumie... - zaczęłam.

- Nie, to ty nic nie rozumiesz - ucięła.

- Nienawidzę dentysty.

background image

- To czysta i przyjemna praca. Musisz spojrzeć na życie realnie.

- Valerie - skarżyłam się później na oddziale - ona chce, żebym została laborantką 

dentystyczną. To w ogóle nie wchodzi w rachubę.

- Och! - Valerie chyba też nic nie rozumiała. - Cóż w tym złego? To przyjemna, czysta 

praca. Szczęściem ktoś poprosił mnie o rękę i wyszłam ze szpitala. W tysiąc dziewięćset 

sześćdziesiątym ósmym nikt nie miał kłopotów ze zrozumieniem wagi oświadczyn.

background image

TOPOGRAFIA PRZYSZŁOŚCI

Święta Bożego Narodzenia w Cambridge. Studenci tutejszego uniwersytetu Harvarda 

wyjechali na święta do swoich rodzin w Oregonie i Nowym Jorku, a studenci z uniwersytetów 

Reed w Oregonie i Columbia w Nowym Jorku przyjechali do Cambridge.

Brat   mojego   przyjaciela,   który   miał   później   umrzeć   gwałtowną   śmiercią   -   wtedy 

jeszcze nie mogliśmy o tym wiedzieć, śmierć przyszła po dwóch latach - zabrał mnie do kina, 

gdzie poznałam swego przyszłego męża. Nasz ślub odbył się również po dwóch latach.

Spotkaliśmy się przed wejściem do kina Brattle Theatre. Grali tam francuski film pod 

tytułem  Les   Enfants   du   Paradis.  Tamtego   wieczoru   w   przejrzystym,   orzeźwiającym, 

grudniowym powietrzu całe Cambridge wydawało się rajem. Na ruchliwych, oświetlonych 

neonami ulicach przechodnie dokonywali świątecznych  zakupów. Prószył drobny śnieżek, 

którego delikatne płatki ginęły w jasnych włosach mojego przyszłego męża. Chodzili razem 

do ogólniaka; brat mojego przyjaciela, nad którym wisiało fatum, i on. Na święta przyjechał 

do Cambridge z Oregonu.

Usiadłam   pomiędzy   nimi   na   balkonie,   gdzie   można   było   zapalić   papierosa.   Mój 

przyszły mąż położył rękę na mojej dłoni długo przed sceną, w której Baptiste gubi w tłumie 

swoją Garance. I trzymał mnie za rękę jeszcze wtedy, gdy już wychodziliśmy z kina. Brat 

mojego przyjaciela taktownie zostawił nas we dwoje; w mroźnym, zaśnieżonym, wieczornym 

Cambridge.

Mój   przyszły   mąż   nie   chciał   zostawić   mnie   samej.   Działał   jeszcze   urok   filmu,   a 

Cambridge   było   tamtego   wieczoru   piękne,   pełne   życia   i   wielu   różnych   możliwości. 

Spędziliśmy wspólnie noc w mieszkaniu, którego użyczył mu kolega.

Potem on wrócił do Reed w Oregonie, a ja wróciłam do sprzedawania wyciskaczy do 

czosnku i foremek do wypieku magdalenek. Wkrótce przyszłość zaczęła zamykać się nade 

mną i szybko o nim zapomniałam.

On   jednak   nie   zapomniał   o   mnie.   Kiedy   wiosną   skończył   studia   i   powrócił   do 

Cambridge, odnalazł mnie w szpitalu. Powiedział, że latem wyjeżdża do Paryża, ale do mnie 

napisze. Zapewniał, że nie zapomni napisać.

Nie przywiązywałam do tych obietnic większej wagi. On miał przed sobą przyszłość, 

ja nie.

Kiedy wrócił z Paryża, nie był to dla mnie najlepszy czas. Opuszczała nas Torrey, 

dręczył   mnie   lęk   o   moje   kości,   dręczyło   mnie   pytanie,   ile   czasu   strwoniłam   na   fotelu 

background image

dentystycznym.  Nie chciałam  się z nim widzieć, powiedziałam  pielęgniarce, że mam  zły 

humor.

- To niemożliwe, jestem wściekła.

Rozmawialiśmy jednak przez telefon. Przenosił się do Ann Arbor. Nie zrobiło to na 

mnie większego wrażenia.

Ann Arbor nie przypadło mu do gustu. Wrócił osiem miesięcy później i znowu chciał 

się ze mną widzieć.

Miałam lepszy okres, przyznano mi już wiele przywilejów. Wychodziliśmy do kina, 

gotowaliśmy   u   niego   w   mieszkaniu   obiad,   w   wiadomościach   o   siódmej   wieczorem 

oglądaliśmy   liczenie   ciał   w   Wietnamie,   a   o   wpół   do   dwunastej   wzywaliśmy   taksówkę   i 

wracałam do szpitala.

Latem tego roku na dnie szybu windy znaleziono ciało brata mojego przyjaciela. To 

było  gorące lato, ciało częściowo było  już rozłożone. W tym  miejscu skończyła  się jego 

przyszłość; na dnie szybu, w upalny dzień.

Któregoś wrześniowego wieczoru wróciłam do szpitala wcześniej niż zwykle, przed 

jedenastą. W pokoju zastałam Georginę i Lisę.

- Zapytał mnie, czy zechcę zostać jego żoną - powiedziałam.

- Co powiedziałaś? - zapytała Georgina.

- Zapytał mnie, czy zechcę zostać jego żoną - powtórzyłam. Kiedy mówiłam to po raz 

drugi, czułam się jeszcze bardziej zaskoczona.

- Ale jemu! Co powiedziałaś jemu?

- Powiedziałam: tak.

- Naprawdę chcesz za niego wyjść? - zapytała Lisa.

- Naprawdę - potwierdziłam, choć nie byłam tego tak zupełnie pewna.

- A potem co?

- Co masz na myśli?

- No, co będzie potem, kiedy się już pobierzecie?

- Nie wiem - odparłam. - Nie myślałam o tym.

- To lepiej pomyśl - poradziła mi Lisa. Spróbowałam. Zamknęłam oczy i pomyślałam 

o nas, jak jesteśmy w kuchni, mieszamy w garnkach,

kroimy jarzyny, pomyślałam o pogrzebie naszego przyjaciela, o tym, jak wychodzimy 

do kina.

- Nic - orzekłam. - Cisza. Po prostu nie wiem. To tak, jakbym nagle odpadła od skały. 

- Zaśmiałam się. - Śmiem przypuścić, że kiedy wyjdę za mąż, moje życie zatrzyma się.

background image

Nie zatrzymało się. I nie było spokojne. A w końcu straciłam go. Zrobiłam to celowo. 

Tak   jak   Garance   zgubiła   w   tłumie   Baptiste'a.   Czułam,   że   jest   mi   potrzebna   samotność. 

Chciałam samodzielnie wkroczyć w przyszłość.

background image

UMYSŁ A MÓZG

Bez względu na to, jak to nazywamy - umysł, dusza czy charakter - chcielibyśmy 

myśleć, że posiadamy w sobie coś więcej niż tylko zbiór neuronów, który nas „ożywia”.

Jednak  wiele  z   tego,  co  nazywamy  umysłem,  jest   po  prostu   mózgiem.  Pamięć  to 

szczególne odwzorowanie zmian komórkowych, jakie zachodzą w odpowiednich miejscach 

wewnątrz głowy. Nastrój to efekt takiej, a nie innej mieszaniny przekaźników neuronowych. 

Za dużo acetylocholiny, za mało serotoniny i masz depresję.

Co zatem pozostaje dla umysłu?

Od   niedoboru   serotoniny   do   myślenia,   że   świat   jest   „stary,   nudny   i   nic   niewart” 

prowadzi długa droga; a jeszcze dłuższa do napisania sztuki o człowieku, którym takie myśli 

targają.  Gdzieś  tutaj  jest  pole  działania   umysłu.   Coś   podejmuje   się  przetłumaczenia  tego 

neurologicznego klekota.

Ale czy ów tłumacz jest nie ucieleśniony, metafizyczny? Czy nie jest to raczej jakaś 

liczba - i to ogromna - różnych funkcji mózgu pracujących równolegle? Jeśliby całą tę siatkę 

drobnych,   symultanicznych   czynności,   które   składają   się   na   myśl,   zidentyfikować, 

uszeregować i sporządzić z niej wielką mapę, to „umysł” mógłby być widzialny.

Tłumacz jest absolutnie przekonany, że nie można sporządzić takiej mapy i nie można 

zobaczyć   umysłu.   „Twoim   umysłem   jestem   ja”   -   mówi.   „Nie   możesz   rozebrać   mnie   na 

dendryty i synapsę”.

Jest pełen pretensji i różnych racji. Mówi na przykład: „Wpadłaś w depresję z powodu 

stresu w pracy”. (Nigdy nie powie: „Wpadłaś w depresję z powodu niedoboru serotoniny”).

Jednak czasami jego przekłady nie budzą wiary, na przykład kiedy zatniesz się w 

palec, a on zaczyna wrzeszczeć: „Umrzesz!”

Czasami   jego   pretensje   są   mało   prawdopodobne,   kiedy   na   przykład   twierdzi,   że 

„dwadzieścia pięć czekoladowych ciasteczek w zupełności zastąpi ci dobry obiad”.

Często   sam   nie   wie,   co   gada.   A   kiedy   w   końcu   decydujesz,   że   on   się   myli,   to 

właściwie kto albo co podejmuje wtedy tę decyzję? Jakiś inny, nadrzędny tłumacz?

Właściwie dlaczego poprzestawać na dwóch? W tym tkwi problem całego modelu. On 

nie ma końca. Każdy tłumacz potrzebuje szefa, przed którym złożyłby raport.

Jednak   przy   okazji   tego   modelu   coś   określa   nam   istotę   naszego   doświadczania 

świadomości. Jest myśl, ale jest również myślenie o tej myśli i nie wydaje się, by były to dwie 

te same rzeczy. Myśl i myślenie o myśli muszą być odzwierciedleniem zupełnie różnych stron 

background image

funkcjonowania mózgu.

Chodzi   o   to,   że   mózg   mówi   do   siebie,   a   mówiąc   do   siebie,   modyfikuje   swoją 

percepcję. Aby sporządzić nową wersję takiego nie - całkiem - fałszywego - modelu, należy 

wyobrazić   sobie   pierwszego   tłumacza   jako   korespondenta   zagranicznego   wysyłającego 

relacje ze świata - przy czym świat oznacza w tym wypadku wszystko to, co jest na zewnątrz 

lub wewnątrz naszego ciała, nie pomijając takich spraw jak poziom serotoniny w mózgu. 

Natomiast drugi tłumacz to komentator; w krótkich recenzjach prasowych analizuje nadsyłane 

relacje. Obaj uzupełniają się w swojej pracy. Komentator potrzebuje faktów, korespondent - 

spojrzenia z boku. Obaj mają na siebie wpływ. Obaj prowadzą dialog.

TŁUMACZ PIERWSZY: Ból w lewej nodze, powyżej pięty.

TŁUMACZ DRUGI: Domyślam się, że to z powodu ciasnego obuwia.

TŁUMACZ PIERWSZY: Sprawdzałem. Zdjąłem but. Ciągle boli.

TŁUMACZ DRUGI: Obejrzałeś to?

TŁUMACZ PIERWSZY: Właśnie to robię. Widzę zaczerwienienie.

TŁUMACZ DRUGI: Krwawi?

TŁUMACZ PIERWSZY: Nie.

TŁUMACZ DRUGI: To daj sobie spokój.

TŁUMACZ PIERWSZY: Dobra.

Jednak minutę później nadchodzi kolejna relacja.

TŁUMACZ PIERWSZY: Ból w lewej nodze, powyżej pięty. 

TŁUMACZ DRUGI: Przecież wiem. 

TŁUMACZ PIERWSZY: Ciągle boli. I jest małe zgrubienie. 

TŁUMACZ DRUGI: To pęcherzyk. Daj sobie spokój. 

TŁUMACZ PIERWSZY: Dobra.

Dwie minuty później.

TŁUMACZ DRUGI: Nie wyciskaj!

TŁUMACZ PIERWSZY: Przyniesie mi ulgę, jeśli go przebiję. 

TŁUMACZ DRUGI: Tylko ci się zdaje. Zostaw go. 

TŁUMACZ PIERWSZY: Dobra. Ale ciągle boli.

background image

Wydaje się, że choroba psychiczna może polegać na problemie w komunikowaniu się 

między obu tłumaczami.

Oto klasyczny przykład komunikacyjnego zagubienia.

TŁUMACZ PIERWSZY: W rogu pokoju stoi tygrys.

TŁUMACZ DRUGI: To nie tygrys, tylko biurko.

TŁUMACZ PIERWSZY: Ależ to tygrys! To tygrys!

TŁUMACZ DRUGI: Nie bądź śmieszny, podejdź i dobrze się przypatrz.

Wtedy wszystkie  dendryty,  neurony,  poziomy serotoniny i acetylocholiny, a  także 

tłumacze, gromadzą się i pędzą truchtem w róg pokoju.

Jeśli nie jesteś wariatem, argumentacja drugiego tłumacza, że mamy do czynienia z 

biurkiem, trafi do przekonania pierwszemu. Jeśli jednak jesteś wariatem, przeważy opinia 

pierwszego tłumacza, że mamy do czynienia z tygrysem.

Problem w tym, że pierwszy tłumacz naprawdę widzi tygrysa. Na drodze transmisji 

między neuronami następuje jakiś defekt. Albo powołane do misji substancje chemiczne są 

niewłaściwe, albo impulsy przewodzone są niewłaściwym torem. Prawdopodobnie zdarza się 

to nader często, jednak zawsze w porę do akcji wkracza drugi tłumacz i naprawia defekty.

Pomyśl, że siedzisz w pociągu stojącym na stacji, obok stoi drugi pociąg zmierzający 

w przeciwnym kierunku i ten drugi pociąg rusza. Jesteś przekonany, że to twój pociąg jest w 

ruchu. Stukot kół tego drugiego pociągu brzmi jak stukot kół twojego pociągu i widzisz też, 

że drugi pociąg powoli zostaje z tyłu. Może minąć jakiś czas - może z pół minuty - zanim 

drugi tłumacz wyłowi błąd w mylnym rozumowaniu pierwszego tłumacza i skoryguje go. 

Minie   tyle   czasu,   ponieważ   bardzo   trudno   jest   podważać   słuszność   wrażeń   zmysłowych. 

Wszyscy jesteśmy tak skonstruowani, by im głęboko wierzyć.

Przykład z pociągiem to nie to samo, co optyczna iluzja. Optyczna iluzja odwołuje się 

do dwóch różnych rzeczywistości. Nie jest przecież tak, że wazon jest czymś niepoprawnym, 

a   twarz   czymś   poprawnym;   oba   zjawiska   rzeczywistości   są   czymś   poprawnym,   a   mózg 

porusza się od jednego wzorca do drugiego i odczytuje je jako różniące się między sobą. 

Choć może ci się zrobić słabo od ciągłego poruszania się tam i z powrotem, od wazonu do 

twarzy i od twarzy do wazonu, to nie będziesz w stanie podkopać fundamentu, jakim jest 

twoje własne poczucie rzeczywistości, przynajmniej nie tak głęboko, jak było to w przypadku 

dwóch pociągów na stacji.

background image

Niekiedy, jeśli zorientowałeś się, że w rzeczywistości twój pociąg stoi nadal na stacji, 

następne   pół   minuty   możesz   przeżyć   zawieszony   w   próżni   między   dwiema   krainami 

świadomości: jedną, która już wie, że twój pociąg się nie porusza, i drugą, która czuje jeszcze, 

że jednak się porusza. Możesz przemykać cicho między obiema percepcjami i poczuć coś w 

rodzaju   psychicznego   zawrotu   głowy.   A   jeśli   tak   się   stanie,   to   wkroczysz   na   ziemię 

szaleństwa   -   miejsce,   gdzie   każde   fałszywie   odebrane   wrażenie   nosi   wszelkie   znamiona 

rzeczywistości.

Freud powiedział, że psychotyków nie sposób poddać analizie, ponieważ nie potrafią 

odróżnić fantazji od rzeczywistości (przykład biurka i tygrysa), a analiza opiera się właśnie na 

takim   rozróżnieniu.   Pacjent   musi   uporządkować   sobie   te   częste,   fantazyjne   twierdzenia 

pierwszego tłumacza i w obecności drugiego tłumacza uważnie je rozpatrzyć. Cała nadzieja w 

tym, że drugi tłumacz ma - albo szybko uczy się, że musi mieć - wystarczająco dużo poczucia 

humoru i intuicji, by potępić część z tych śmiesznych twierdzeń, do których w ciągu paru lat 

zdążył przekonać się pierwszy tłumacz.

Teraz   widać,   dlaczego   za   dobry   znak   można   uważać   wątpienie   w   to,   że   jest   się 

wariatem: taka wątpliwość to swego rodzaju reakcja działającego jak młockarnia drugiego 

tłumacza. Bo co się dzieje? Drugi tłumacz mówi tak: „On mówi mi, że to tygrys, aleja nie 

jestem przekonany, może ze mną jest coś nie w porządku?” To wystarczająco duża doza 

wątpliwości, by wyłuskać ziarno z łuszczyny i by „rzeczywistość” zyskała swój grunt pod 

nogami.

Nie   ma   wątpliwości   -   nie   ma   analizy.   Ktoś,   kto   wchodzi   do   gabinetu   analityka, 

paplając w kółko o tygrysach, może spodziewać się wyłącznie torazyny w kubeczku, a nie 

zaproszenia na kanapę.

W   chwili,   kiedy   lekarz   postanawia   zaordynować   torazynę,   co   się   dzieje   z   jego 

mentalną mapą choroby umysłowej? Wcześniej lekarz posiadał mapę, skrzętnie podzieloną na 

ego, superego i id, z całą gamą pokręconych, może miejscami poprzerywanych linii, które to 

tu, to tam przecinały wszystkie te trzy obszary. Analityk leczył coś, co nazywał umysłem albo 

psyche. I oto nagle ma leczyć mózg. Mózg nie ma konfiguracji podobnej do psychiki, a nawet 

jeśli ma, to nie w konfiguracji tkwi jego problem. Problemy mózgu są natury chemicznej i 

elektrycznej.

„Mózg pełni funkcję testu na rzeczywistość” - mówi analityk. - „Ten mózg, sondując 

rzeczywistość, odwala zwykłą fuszerkę, zatem nie mogę go zanalizować, w przeciwieństwie 

do innych mózgów - umysłów”.

Coś tu nie gra. Nie można nazwać kawałka owocu jabłkiem, kiedy chce się je spożyć, 

background image

a mleczem, kiedy nie chce się go spożyć. Owoc będzie tym samym owocem, bez względu na 

to, jakie żywi się wobec niego intencje. W jakim stopniu przekonujące jest kategoryczne 

rozróżnienie   między   tymi   mózgami,   które   rozpoznają   rzeczywistość,   a   tymi,   które   nie 

rozpoznają rzeczywistości? Czy naprawdę mózg nie rozpoznający rzeczywistości różni się od 

rozpoznającego rzeczywistość tak bardzo, jak powiedzmy noga od mózgu? Oczywiście, że 

nie.   Rozpoznawanie   powszechnie   akceptowanej   wersji   rzeczywistości   to   tylko   jedna   z 

miliardów funkcji, jakie pełni mózg.

Jeśli biochemicy byliby w stanie unaocznić fizyczne działanie neuroz (fobii, apatii, 

kłopotów z czerpaniem radości z życia), jeśli umieliby dokładnie wskazać związki chemiczne, 

impulsy,   wewnątrzmózgową   konwersację,   wymianę   informacji   odpowiedzialną   za 

powstawanie tych doznań, to czy wtedy analityk miałby spakować swoje id, ego, superego i, 

ustępując pola, przejść na emeryturę?

W pewnej części już ustąpili trochę pola. Depresja, manie, schizofrenia - wszystkie te 

dolegliwości,   przez   długi   czas   stanowiące   w   kuracji   potężny   problem,   teraz   leczy   się 

chemicznie. Zażyj dwa razy węglan litu, rano i wieczorem, i nie dzwoń do mnie następnego 

dnia, bo nie mamy o czym rozmawiać - to wręcz wrodzone.

Przydałaby się jednak choćby mała próba kooperacji, taka, jaką można dostrzec w 

mózgu.

Przez prawie stulecie psychoanalitycy pisywali w swych prasowych recenzjach długie 

dysertacje o krainie, której nigdy nie odwiedzali, krainie, która, jak Chiny, pozostawała poza 

ich   zasięgiem.   Nagle   ta   kraina   otworzyła   granice   i   zaroiło   się   w   niej   od   różnych 

zagranicznych korespondentów i neurobiologów, którzy dziesięć razy w tygodniu ślą nowe 

relacje, wypełnione nowymi faktami i informacjami. Jednak, jak się wydaje, te dwie grupy 

pisarzy, psychoanalitycy i zagraniczni korespondenci - neurobiolodzy, nie czytają nawzajem 

swoich prac. A to dlatego, że analitycy piszą o krainie, która nazywa się Umysł, a neurolodzy 

wysyłają korespondencje z krainy, która nazywa się Mózg.

background image

ZABURZENIA OSOBOWOŚCI POGRANICZNEJ

Podstawową cechą tego zaburzenia jest przenikający wzorzec niestabilności obrazu 

własnego , ja”, relacji interpersonalnych i nastroju, budzący się we wczesnej fazie dorosłości i 

obecny w różnorodnych kontekstach.

Wyraziste  i  trwałe  zakłócenie   tożsamości  jest  obecne   prawie  bez  przerwy.  Często 

rozwija się i uwidacznia w niepewności wobec kilku życiowych problemów, takich jak na 

przykład   obraz   siebie,   orientacja   seksualna,   stawianie   celów   długoterminowych, 

kształtowanie   kariery   zawodowej,   dobór   przyjaciół   i   kochanków   bądź   kochanek, 

przyswajanie wartości ogólnych. Dana osoba często doświadcza takiej niestabilności obrazu 

siebie w formie chronicznego poczucia pustki i znudzenia.

Relacje   interpersonalne   zazwyczaj   są   nieustabilizowane   i   intensywne   i   mogą   się 

charakteryzować alternacją ekstremów nadidealizacji i niedowartościowania. Takiej osobie 

trudno zaakceptować samotność i potrafi ona dokonać szalonego wysiłku, byle tylko uniknąć 

rzeczywistego czy wyimaginowanego osamotnienia.

Często   występuje   też   niestabilność   afektywna.   Mogą   o   niej   świadczyć   łatwo 

zauważalne   skoki   nastroju;   od   poziomu   zerowego   do   nagłej   depresji,   irytacji   albo 

rozdrażnienia - zmienny nastrój może trwać kilka godzin albo (choć rzadziej) kilka dni. Na 

dodatek osoby te odznaczają się niewymiernie intensywnym gniewem połączonym z częstymi 

wybuchami   złości   i   prowokowaniem   walki   fizycznej.   Mają   tendencję   do   zachowań 

impulsywnych, zwłaszcza w działaniu potencjalnie zagrażającym im samym, na przykład w 

nieopanowanym   robieniu   zakupów,   nadmiernej   aktywności   psychofizycznej,   nieostrożnej 

jeździe   samochodem,   uprawianiu   seksu   z   przygodną   osobą,   kradzieży   w   sklepie   czy 

zachłannej żarłoczności.

W   ostrzejszej   formie   tego   zaburzenia   często   pojawiają   się   nawracające   groźby 

samobójstwa   lub   samookaleczenia,   formułowane   za   pomocą   gestów   lub   zachowania   (na 

przykład rozdrapywanie ręki). Takie działanie może mieć na celu manipulowanie innymi, 

może wynikać z intensywnej złości lub też może stanowić przeciwdziałanie wobec poczucia 

„drętwoty”   i   depersonalizacji,   które   to   wrażenia   pojawiają   się   w   okresie   maksymalnego 

nasilenia stresu.

Cechy   towarzyszące.   Niejednokrotnie   zaburzeniu   osobowości   pogranicznej 

towarzyszy wiele cech innego rodzaju zaburzeń osobowościowych, takich jak schizotypowe, 

narcystyczne,   histrioniczne   oraz   antyspołeczne   zaburzenia   osobowościowe.   W   wielu 

background image

przypadkach   konieczne   jest   postawienie   więcej   niż   jednej   diagnozy.   Często   da   się 

zaobserwować   społeczną   przekorę   i   jednocześnie   postawę   generalnie   pesymistyczną. 

Nierzadko występuje alternacja poszukiwania uzależnienia się od kogoś i polegania na sobie 

samym.   W   okresie   maksymalnego   nasilenia   stresu   pojawiają   się   krótkotrwałe   symptomy 

psychotyczne,   jednak   ich   dotkliwość   jest   zbyt   mała   lub   też   trwają   one   niewystarczająco 

długo, by z całym przekonaniem móc postawić dodatkową diagnozę.

Osłabienie. Często następuje znaczące dla danej osoby zakłócenie funkcjonowania w 

środowisku społecznym i środowisku pracy.

Komplikacje. Możliwe są następujące komplikacje: dystymia  (neuroza depresyjna), 

głęboka depresja, nadmierna aktywność psychofizyczna, a także zaburzenia psychotyczne, jak 

na   przykład   krótkotrwała   psychoza   reaktywna.   Może   też   nastąpić   przedwczesna   śmierć 

będąca wynikiem próby samobójczej.

Odniesienie względem płci. Występowanie zaburzenia najczęściej stwierdza się wśród 

kobiet.

Powszechność   występowania.   Osobowość   pograniczna   jest   dość   powszechnym 

zaburzeniem.

Podatność na chorobę i wpływ środowiska rodzinnego. Brak danych.

Różnicowanie. Podobny wizerunek kliniczny zarysowuje się w przypadku zaburzenia 

tożsamości,   jednak   diagnoza   zaburzenia   osobowości   pogranicznej   przejmuje   diagnozę 

zaburzenia tożsamości, o ile ta spełnia wszystkie kryteria diagnozy zaburzenia osobowości 

pogranicznej,   to   znaczy:   dolegliwości   utrzymują   się   przez   dłuższy   okres,   następuje   ich 

wzajemne   przenikanie   i   zachodzą   uzasadnione   obawy,   że   nie   da   się   ich   opanować   na 

pierwszym stopniu rozwojowym.

background image

MOJA DIAGNOZA

Tak przedstawiały się postawione mi zarzuty. Ale o tym wszystkim dowiedziałam się 

dopiero dzisiaj - po ponad pięciu latach. Wtedy mówiono mi o zaburzeniach charakteru.

Musiałam   postarać   się   o   adwokata,   który   pomógł   mi   wydostać   ze   szpitala   moje 

kartoteki; musiałam zapoznać się z rubryką „32a” w formularzu Al „Historii choroby”, a 

także z rubryką G na „Karcie wypisu na wizyty okresowe” oraz z rubryką B w części IV 

„Historii   choroby”;   a   potem   musiałam   odszukać   w   bibliotece   egzemplarz   podręcznika 

Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders, zajrzeć do rozdziału o zaburzeniach 

osobowościowych i przeczytać, co tak naprawdę o mnie wtedy myślano.

To   dość   trafny   obraz   mojej   osoby,   gdy   miałam   osiemnaście   lat,   jeśli   nie   liczyć 

nieostrożnej jazdy samochodem i zachłannej żarłoczności. Trafny, ale niepełny. Oczywiście, 

autorom opracowania nie chodziło o kreślenie pełnego obrazu. Nie jest to nawet studium 

przypadku. To raczej zbiór wskazówek i uogólnień pozwalających scharakteryzować chorobę.

Kusi mnie, by obalić te teorie, ale mogłabym być znowu posądzona o „bronienie się 

przed faktami”, „opór” i tak dalej.

Wszystko, co mogę zrobić, to dać własny opis: sporządzić swoje własne przypisy do 

postawionej mi diagnozy.

„...Niepewność   wobec   kilku   życiowych   problemów,   takich   jak   na   przykład   obraz 

siebie,   orientacja   seksualna,  stawianie  celów   długoterminowych  lub  kształtowanie  kariery 

zawodowej, dobór przyjaciół i kochanków bądź kochanek...” Spodobała mi się ta ostatnia 

fraza. Jej niezgrabność („dobór” to chyba zbyteczne słowo) staje się tu istotą rzeczy i dodaje 

znaczenia. Mnie zawsze dręczy niepewność. Czy ten człowiek ma być przyjacielem bądź 

kochankiem, jakiego rzeczywiście chcę sobie dobrać? To pytanie zadaję sobie zawsze, ilekroć 

poznaję   nową   osobę.   Czarujący,   ale   trywialny;   ma   dobre   serce,   ale   jest   trochę 

konwencjonalny, zbyt przystojny; fascynujący, ale zapewne nie można na nim polegać, i tak 

dalej... Jak sądzę, mam swój własny udział wśród tych, na których nie można polegać. Czy 

ktoś ma większy? Ile osób złożyłoby się na więcej niż mój udział?

Mniej   niż   w   przypadku   kogoś,   komu   nigdy   nie   powiedziano,   że   ma   osobowość 

pograniczną?

Tu tkwi sedno mojego problemu.

Gdyby   moja   diagnoza   mówiła   o   chorobie   dwubiegunowej,   można   by   inaczej 

potraktować mnie i całą tę historię. To tylko kwestia chemii, powiedziałbyś sobie, psychoza 

background image

maniakalno   -  depresyjna,  węglan   litu  i  tyle.  Ja  sama,  jako  osoba,  w   pewnym   sensie  nie 

mogłabym  być obwiniana.  A  schizofrenia - o, tu przeszedłby po plecach  zimny  dreszcz. 

Jakkolwiek by było, to jest w końcu prawdziwe szaleństwo. Nie można „wyleczyć się” ze 

schizofrenii. Musiałbyś zastanawiać się, ile z tego, co mówię, jest prawdą, a ile fantazją.

Upraszczam,   wiem.   Ale   te   słowa   na   wszystkim   kładą   swe   piętno.   To,   że   byłam 

zamknięta, też na wszystkim kładzie piętno.

Czym właściwie jest osobowość pograniczna?

Wygląda na to, że jest to stacja na drodze od neurozy do psychozy.  Złamana, ale 

jeszcze   nie   rozczłonkowana   psyche.   Choć   jeśliby   zacytować   mego   postmelvinowego 

psychiatrę: „Tak nazywa się ludzi znużonych stylem życia”.

On mógł to powiedzieć, bo jest lekarzem. Mnie nikt by nie uwierzył.

Pewien analityk, którego znam od lat, powiedział kiedyś: „Freud i krąg jego uczniów 

zakładał, że wszyscy ludzie to histerycy, potem w latach pięćdziesiątych uważano, że ludzie 

to psychoneurotycy, a ostatnio mówi się, że każdy ma osobowość pograniczną”.

Kiedy poszłam do księgarni na róg ulicy, by sprawdzić w podręczniku, co piszą o 

mojej diagnozie, przyszło mi na myśl, że być może po dwudziestu pięciu latach nic już na ten 

temat   nie   znajdę.   Z   takich   książek   wyrzucają   różne   rzeczy,   na   przykład   wyrzucono 

homoseksualizm. Jeszcze nie tak dawno niejeden spośród moich przyjaciół zostałby w tej 

książce udokumentowany.  Cóż, jednak dzisiaj ich przypadki zostały pominięte - mój nie. 

Może   za   następne   dwadzieścia   pięć   lat   także   po   mnie   nie   będzie   śladu   w   tego   typu 

podręcznikach.

„...Niestabilność   obrazu   własnego   «ja»,   relacji   interpersonalnych   i   nastroju   [...] 

niepewność wobec [...] stawiania sobie celów długoterminowych lub kształtowania kariery 

zawodowej...”   Czy   w   taki   sposób   nie   można   by   opisać   okresu   dojrzewania?   Posępna, 

płochliwa, zmienna, rozkapryszona, strojąca nieustanne fanaberie: krótko mówiąc, osoba nie 

do zniesienia.

„...Groźby samobójstwa lub samookaleczenia, formułowane za pomocą gestów lub 

zachowania   (na   przykład   rozdrapywanie   ręki)”.   Pominęłam   trochę   tekstu,   ale   kiedy 

siedziałam w księgarni na podłodze i czytałam książkę, właśnie to zdanie wprawiło mnie w 

największe osłupienie. Rozdrapywanie ręki! Proszę, a byłam pewna, że sama to wymyśliłam. 

Obtłukiwanie ręki, mówiąc ściślej.

Właśnie tutaj ludzie przestają mnie rozumieć. Za takie coś wędruje się na oddział 

zamknięty. Choć nikt nie wiedział, że to robiłam. Nie powiedziałam nikomu, dopiero dzisiaj.

Miałam   składany   leżak.   W   latach   sześćdziesiątych   w   Cambridge   wszyscy   mieli 

background image

składane leżaki. Metalowe kanty odwróconego leżaka idealnie nadawały się do obtłukiwania 

sobie ręki. Próbowałam już rozbijać popielniczki i chodzić boso po ostrych odłamkach, ale 

nigdy nie miałam dość odwagi, by stąpać po nich całym swoim ciężarem. Obtłukiwanie ręki - 

powolne, systematyczne, bezmyślne - było rozwiązaniem lepszym. Ostateczne okaleczenie 

miało charakter skumulowany, każde więc kolejne uderzenie było do wytrzymania.

Rozwiązaniem   czego?   Cytuję   z   podręcznika:   „Takie   działanie   [...]   może   stanowić 

przeciwdziałanie wobec poczucia «drętwoty» i depersonalizacji, które to wrażenia pojawiają 

się w okresie maksymalnego nasilenia stresu”.

Całe   godziny   spędziłam   przy   swoim   leżaku,   obtłukując   sobie   dłoń.   Robiłam   to 

wieczorami,   jak   zwykłą   pracę   domową.   Zrobiłam   coś   w   domu,   a   następne   pół   godziny 

obtłukiwałam rękę, potem kończyłam coś w kuchni, a przed umyciem zębów i pójściem do 

łóżka jeszcze  raz wracałam do krzesła. Uderzałam w miejscu,  gdzie żyły  zbiegają się w 

jednym punkcie. Trochę opuchło i posiniało, jednak wziąwszy pod uwagę, jak często i mocno 

biłam, to ślady zewnętrzne były bardzo niepozorne - co stanowiło dla mnie jeszcze większą 

zachętę.

Wcześniej miałam niedługi okres drapania sobie twarzy. Jeśli paznokcie nie były dość 

krótkie, trudno było mi potem ukryć ślady. Następnego dnia moja twarz wyglądała naprawdę 

szczególnie; spuchnięta i dziwnie przebarwiona. Najpierw drapałam policzki, a potem szłam 

do łazienki i nacierałam sobie twarz wodą z mydłem. Może dzięki mydłu nie wyglądałam 

jeszcze gorzej. Jednak wyglądałam wystarczająco źle, by ludzie mnie pytali: „Z twoją twarzą 

jest coś nie w porządku?” Toteż przerzuciłam się na maltretowanie ręki.

Byłam jak odludek siedzący na pustyni w długiej włosiennicy. Sens tego działania 

polegał bowiem w dużej części na tym, że nikt nie wiedział o moim cierpieniu. Gdyby ludzie 

dowiedzieli się i wyrazili swój podziw - albo okazali wstręt - umknęłoby w tym wszystkim 

coś bardzo ważnego.

Usiłowałam samej sobie wyjaśnić swoje położenie. A było ono takie, że cierpiałam 

ból i nikt o tym nie wiedział; nawet mnie samej z trudem przychodziła ta wiedza. Toteż 

powtarzałam sobie bez końca: „Zadajesz sobie ból, cierpisz”. Tylko w taki sposób mogłam 

przeniknąć do siebie samej („przeciwdziałanie wobec poczucia drętwoty”). Na zewnątrz, w 

bardzo widocznym miejscu, w sposób nie do odrzucenia, z niezaprzeczalnym i namacalnym 

skutkiem, demonstrowałam sobie swój stan wewnętrzny.

„Często da się zaobserwować społeczną przekorę i jednocześnie postawę generalnie 

pesymistyczną”.  Ciekawe, co oni mają na myśli,  mówiąc  o „społecznej przekorze”? Czy 

chodzi im o podpieranie się łokciami  przy stole? Odmowę podjęcia pracy na stanowisku 

background image

laboranta dentystycznego? Czy może o sprawienie zawodu rodzicom, którzy żywili nadzieję, 

że podejmę studia na najlepszym uniwersytecie?

Nie podają definicji, czym jest „społeczna przekora”, i ja również nie potrafię takiej 

definicji sformułować, wydaje mi się zatem, że w tym punkcie powinnam być skreślona z 

listy - jakkolwiek przyznaję się do „postawy generalnie pesymistycznej”. Freud też taką miał.

Zupełnie szczerze mogę natomiast powiedzieć, że moje nieszczęście przemieniło się w 

najzwyczajniejsze,   pospolite   utyskiwanie,   zatem,   odwołując   się   do   definicji   Freuda, 

osiągnęłam   pełnię   zdrowia   psychicznego.   Na   formularzu   wypisu   ze   szpitala,   w   rubryce 

czterdziestej pierwszej, zatytułowanej „Wynik leczenia”, napisano: „Pacjentka wyleczona”.

Wyleczona.   Czy   moja   osobowość   przekroczyła   tę   granicę,   czymkolwiek   i 

gdziekolwiek   by   ona   była,   by   wreszcie   rozpocząć   życie   zamykające   się   w   obszarze 

normalności? Czy przestałam kłócić się z własną osobowością i nauczyłam  się stawać w 

rozkroku   pomiędzy   obłąkaniem   a   normalnością?   A   właściwie...   może   miałam   zaburzenie 

tożsamości?   „Podobny   wizerunek   kliniczny   zarysowuje   się   w   przypadku   zaburzenia 

tożsamości,   jednak   diagnoza   zaburzenia   osobowości   pogranicznej   przejmuje   diagnozę 

zaburzenia tożsamości, o ile [...] dolegliwości utrzymują się przez dłuższy okres, i [...] nie da 

się ich opanować na pierwszym stopniu rozwojowym”. Może więc byłam ofiarą niesłusznego 

przejęcia jednej diagnozy przez drugą?

I jeszcze coś w sprawie mojej diagnozy.

„Dana osoba często doświadcza niestabilności obrazu siebie w formie chronicznego 

poczucia pustki i znudzenia”. Moje chroniczne poczucie pustki i znudzenia brało się stąd, że 

wiodłam życie oparte na własnych nieudolnościach, a miałam ich sporo. Oto niepełna lista 

takich nieudolności. Nie potrafiłam i nie chciałam: jeździć na nartach, grać w tenisa i chodzić 

na gimnastykę;  uczęszczać do szkoły (z wyjątkiem lekcji języka  angielskiego i biologii); 

pisać   wypracowań   na   żaden   z   podanych   tematów   (na   angielskim   zamiast   wypracowań 

pisałam wiersze i dostawałam same niedostateczne); składać podań na wyższe studia; nie 

umiałam też i nie chciałam w racjonalny sposób wyjaśnić swojej buntowniczej postawy.

Mój obraz siebie wcale nie był niestabilny. Postrzegałam siebie, całkowicie słusznie, 

jako osobę, której nie da się wpasować w system społeczny i edukacyjny.

Jednak moi rodzice i nauczyciele nie podzielali tego poglądu. Ich obraz mojej osoby 

był oczywiście niestabilny, ponieważ wykraczał poza należyty stan rzeczywistości i opierał 

się na rodzicielskich życzeniach i potrzebach. Nie widzieli w moich uzdolnieniach zbyt wielu 

wartości   -   przyznaję,   nie   miałam   ich   wiele,   ale   były   one   jak   najbardziej   autentyczne   - 

wszystko czytałam, nieustannie pisałam i miałam chłopaków na pęczki.

background image

„Dlaczego   nie   czytasz   lektury   szkolnej?”   -   pytano   mnie.   „Dlaczego   nie   piszesz 

zadanego na jutro wypracowania, tylko jakieś tam swoje wypociny? Co to jest, swoją drogą? 

Opowiadanie?”   „Dlaczego   nie   wykorzystujesz   swojej   energii   na   naukę   w   takim   samym 

stopniu, jak na swoich chłopaków?”

Kiedy   byłam   w   ostatniej   klasie,   nie   szukałam   nawet   wymówek,   nie   mówiąc   o 

jakichkolwiek racjonalnych wyjaśnieniach.

- Gdzie twoje wypracowanie? - pytał mnie nauczyciel historii.

- Nie napisałam. Nie mam nic do powiedzenia na ten temat.

- Mogłaś wybrać sobie inny temat.

- Nie mam nic do powiedzenia na żaden temat z historii. Jeden z moich nauczycieli 

powiedział mi, że jestem nihilistką. Chciał mnie tym dotknąć, jednak ja odebrałam to jako 

komplement.

Chłopcy i literatura: jak te dwie sprawy mogą wypełniać życie? Jak się okazuje, ja 

mogłam z tego żyć; co prawda, w ostatnim czasie mam trochę więcej literatury niż chłopców, 

ale   -   w   końcu,   jak   mi   się   wydaje,   nie   można   mieć   wszystkiego   naraz.   („Często   da   się 

zaobserwować [...] postawę generalnie pesymistyczną”).

Wtedy  nie   myślałam  o  tym,   że  ja   czy  ktokolwiek  inny  mógłby  żyć  z  literatury   i 

chłopaków.   Wydawało   mi   się,   że   życie   wymaga   od   człowieka   umiejętności,   których   nie 

posiadałam. Konsekwencją tego myślenia było chroniczne poczucie pustki i znudzenia. Były 

jednak także bardziej zgubne konsekwencje; uczucie wstrętu do samej siebie, występujące na 

przemian   z   „niewymiernie   intensywnym   gniewem   połączonym   z   częstymi   wybuchami 

złości...”

W takim razie, jaki może być wymierny poziom intensywności mojego gniewu, kiedy 

ma   się   poczucie   odcięcia   od   świata?   Moje   koleżanki   z   klasy   snuły   fantazje   na   temat 

przyszłości: prawnik, etnobotanik, mniszka buddyjska (nasza szkoła była bardzo postępową 

szkołą).   Nawet   te   najgłupsze,   mało   interesujące   dziewczyny,   utrzymujące   w   klasie   tylko 

odpowiednią równowagę sił, opowiadały o swoim przyszłym małżeństwie, domu i dzieciach. 

Wiedziałam, że nie będę miała nic z tych rzeczy, ponieważ wiedziałam, że ich nie chcę. Ale 

czy to znaczyło, że nic nigdy nie będę miała?

Byłam   pierwszą   osobą   w   historii   szkoły,   która   po   jej   ukończeniu   nie   poszła   do 

college'u.   Oczywiście,   co   najmniej   jedna   trzecia   moich   kolegów   i   koleżanek   nigdy   nie 

ukończyła college'u. Przed tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym ósmym rokiem ludzie niemal 

każdego dnia odpadali ze studiów.

Dzisiaj,   kiedy   mówię   znajomym,   że   nigdy   nie   podjęłam   studiów,   bardzo   często 

background image

odpowiadają:   „Och,   to   fantastyczne!”   Nie   pomyślą,   że   wtedy   wcale   nie   było   to   takie 

fantastyczne. Koleżankom i kolegom z mojej klasy dopiero dzisiaj zdarzy się powiedzieć, 

jaka fantastyczna ze mnie dziewczyna. W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym szóstym byłam 

dla nich pariasem.

- Co zamierzasz dalej robić? - pytali mnie wtedy rówieśnicy.

- Pójdę do armii - odpowiedziałam jednemu chłopakowi.

- Och, serio? To może być bardzo interesujące!

- Nie, żartowałam.

- Och, hmm, to znaczy co, nie idziesz do armii? Osłupiałam. Co oni myślą, że kim 

jestem? Jestem pewna, że w ogóle niewiele o mnie myśleli. Byłam tą, która nosiła się na 

czarno   i   która   naprawdę   -   słyszałam   to   z   niejednych   ust   -   spała   z   nauczycielem   języka 

angielskiego.   Wszyscy   oni   mieli   wówczas   po   siedemnaście   lat,   byli   przygnębieni   i 

nieszczęśliwi   -   zupełnie   jak   ja.   Nie   mieli   czasu   zastanawiać   się,   dlaczego   ja   byłam   ciut 

bardziej przygnębiona i nieszczęśliwsza od całej reszty.

Pustka   i   znudzenie:   cóż   za   niedomówienia.   Żyłam   wtedy   w   poczuciu   absolutnej 

rozpaczy, smutku i depresji.

Czy nie można spojrzeć na to z innej strony? Przecież ponurość w takim wymiarze 

daje swego rodzaju luksusy. Aby mieć czas na wylewanie nad sobą żalu, niezbędny był dobry 

wikt i opierunek, i dach nad głową. Studia też miałam luksusowe; to znaczy nie miałam ich 

wcale. Rodzice chcieli, żebym poszła do college'u, ja nie chciałam - i nie poszłam. Było tak, 

jak chciałam. Ci, którzy nie idą na studia, muszą znaleźć sobie pracę. Zgadzałam się z tym. 

Powtarzałam to sobie nieustannie. I nawet znalazłam sobie zajęcie: tłuczenie żaroodpornych 

zestawów kuchennych do wykwintnych potraw.

Jednak   fakt,   że   nie   potrafiłam   utrzymać   posady,   był   dla   mnie   niepokojący. 

Prawdopodobnie byłam świrnięta. Przez rok, a może dwa, nie dopuszczałam do siebie takiej 

myśli, a koło teraz się zamyka.

Weź się w garść! - mówiłam sobie. Przestań ulegać zachciankom. Nie pobłażaj sobie. 

Nic ci nie jest. Po prostu jesteś trochę narwana i trochę niesforna.

Jedną z większych przyjemności, jakie ma człowiek zdrowy psychicznie (bez względu 

na to, co by to miało oznaczać), jest to, że spędza on znacznie mniej czasu na rozmyślaniu o 

sobie samym.

Ale mam jeszcze kilka przypisów do mojej diagnozy.

„Występowanie zaburzenia najczęściej stwierdza się wśród kobiet”.

Proszę zwrócić uwagę na konstrukcję tego zdania. Nie piszą: „Zaburzenie najczęściej 

background image

występuje wśród kobiet”, choć zdanie tak sformułowane nadal budziłoby podejrzenia, jednak 

nawet nie starają się ukryć toru rozumowania.

To oczywiste, wiele zaburzeń diagnozowanych przez szpitale najczęściej stwierdzano 

u kobiet. Weźmy na przykład „kompulsywność zbliżeń pozamałżeńskich”.

Jak ci się wydaje, ile dziewczyn musi przepieprzyć siedemnastoletni chłopak, żeby 

zasłużyć   sobie   na   miano   osoby   ze   skłonnością   do   „kompulsywnych   zbliżeń 

pozamałżeńskich”?   Trzy? Nie,  to  za  mało.  Sześć?  Wątpię.  Dziesięć?   To  już  byłoby  coś, 

jednak  jak mi  się wydaje,  liczba ta  wahałaby się  prawdopodobnie między piętnastoma  a 

dwudziestoma - być może przy takiej liczbie zaliczonych dziewczyn, także wśród chłopców 

stwierdzono by zaburzenie „zbliżeń”, choć jak sięgam pamięcią, nie potrafię przypomnieć 

sobie takiego przypadku.

A ilu chłopców musiało przewinąć się przez łóżko siedemnastoletniej dziewczyny?

Ze   znajdujących   się   na   liście   sześciu   zachowań   „potencjalnie   samozagrażających” 

wśród   osób   cierpiących   na   zaburzenie   osobowości   pogranicznej,   trzy   kojarzone   są 

powszechnie   z   kobietą  (nieopanowane   robienie  zakupów,   kradzież   w   sklepie   i   zachłanna 

żarłoczność), a tylko jedno z mężczyzną (nieostrożna jazda samochodem). Jedno zachowanie 

nie odnosi się do żadnego rodzaju płci, jeśli można tak powiedzieć, (nadmierna aktywność 

psychofizyczna),   a   zdefiniowanie   ostatniego   z   zachowań   (uprawianie   seksu   z   przygodną 

osobą) można właściwie zostawić do dowolnej interpretacji.

Jest jeszcze kwestia „przedwczesnej śmierci będącej wynikiem próby samobójczej”. 

Na szczęście udało mi się tego uniknąć, ale sporo myślałam o samobójstwie. Myślałam o nim, 

robiło mi się siebie żal z powodu własnej przedwczesnej śmierci i czułam się lepiej. Idea 

samobójstwa działała na mnie jak lewatywa albo środek przeczyszczający. Niektórzy jednak 

odbierali   ją   zupełnie   inaczej   -   na   przykład   Daisy.   Jednak   czyjej   śmierć   naprawdę   była 

przedwczesna?   Czy   Daisy   miała   zamykać   się   w   pokoju   ze   swoim   gniewem   i   swoimi 

pieczonymi  kurczakami przez następne pięćdziesiąt lat? Wiem, zakładam w tej chwili, że 

Daisy nie miała szans na zmianę w swoim życiu i być może się mylę. Z pewnością ona sama 

tak zakładała i być może także się myliła. A jeśli siedziałaby w tym pokoju jeszcze przez 

trzydzieści lat i zabiła się w wieku czterdziestu dziewięciu, to czy wtedy także byłaby to 

„śmierć przedwczesna”?

Mój stan poprawił się, a stan Daisy nie i nie potrafię wyjaśnić dlaczego. Być może ja 

tylko flirtowałam z szaleństwem, tak jak zabawiałam się z koleżankami i kolegami z klasy, a 

także   z   nauczycielami.   Nie   byłam   przekonana,   czy   rzeczywiście   jestem   szalona,   choć 

obawiałam   się   tego.   Niektórzy   powiadają,   że   już   sama   świadomość   posiadania   opinii   w 

background image

jakimś względzie jest znakiem szaleństwa, aleja nie bardzo w to wierzę. Ciągle o tym myślę. 

Zawsze będę o tym myśleć.

Często pytam samą siebie, czy jestem szalona. Pytam także innych ludzi.

- Czy powiedzieć coś takiego to nie wariactwo? - pytałam niekiedy, zanim zaczęłam 

mówić coś, co prawdopodobnie nie mogło być uznane za wariactwo.

Wiele swoich wypowiedzi zaczynałam od małego wstępu, na przykład: „Może mam 

źle poukładane w głowie, ale...”, albo: „Może mam bzika, ale...”

Jeśli zdarzy mi się zrobić coś niezwyczajnego - na przykład dwie kąpiele w ciągu dnia 

- mówię do siebie: ty chyba zwariowałaś.

To potoczne wyrażenie, wiem. Jednak dla mnie oznacza coś bardzo szczególnego: 

tunele, siatki na oknach, podwójne drzwi, plastikowe widelce, migotanie żółtawych świateł i 

nieustannie zmieniające się granice, które, jak wszystkie granice, kuszą, by je przekroczyć. Ja 

już nie chcę ich przekraczać.

background image

DALEJ, PROSTO PRZED SIEBIE, W TWOIM TOWARZYSTWIE

Większość z nas w końcu wyszła. Georgina i ja utrzymywałyśmy ze sobą kontakt. 

Przez pewien czas Georgina mieszkała w żeńskiej komunie na północnych przedmieściach 

Cambridge. Któregoś dnia odwiedziła mnie i sterroryzowała mieszkającą nade mną sąsiadkę, 

która akurat piekła chleb.

- Pani   źle   to   robi!   -   powiedziała   Georgina.   Poszłyśmy   z   wizytą   piętro   wyżej   i 

gawędziłyśmy przy filiżance herbaty, podczas gdy sąsiadka wygniatała ciasto.

- Ja pani pokażę - Georgina odsunęła sąsiadkę i zaczęła miotać ciastem po stole. Moja 

sąsiadka była osobą jak najlepiej ułożoną, nigdy nie okazywała nikomu niegrzeczności ani 

złości.

W konsekwencji ludzie odnosili się do niej równie uprzejmie.

- Ciasto trzeba solidnie zbić, proszę pani - mówiła Georgina, pokazując jak to robić.

- Och - wykrztusiła sąsiadka. Była starsza ode mnie i od Georginy o jakieś dziesięć lat 

i przez całe te lata nie robiła nic poza wypiekaniem chleba.

Kiedy Georgina porządnie wygniotła ciasto, stwierdziła, że na nią już czas.

- Nikt jeszcze nigdy tak mnie nie potraktował - wyrzuciła z siebie sąsiadka, bardziej 

zaskoczona niż urażona.

Potem   Georgina   zaczęła   uczęszczać   na   żeńskie   spotkania   grupowe   podnoszące 

świadomość środowiskową. Namówiła mnie: „Zobaczysz, spodoba ci się”.

Towarzystwo kobiet sprawiło, że zaczęłam się czuć cholernie nieprzystosowana. One 

znały budowę silnika samochodowego, umiały wspinać się w górach, ja z kolei byłam wśród 

nich   jedyną   mężatką.   Szybko   spostrzegłam,   że   Georgina   była   traktowana   w   grupie   jak 

naznaczona piętnem - przez swoją szpitalną przeszłość. Jakimś trafem piętno to nie objęło 

swoim   zasięgiem   mnie.   Chodziłam   za   to   na   spotkania   wystarczająco   długo,   by   nabrać 

podejrzeń wobec instytucji małżeństwa, a zwłaszcza wobec mojego męża. Wszczynałam z 

nim   głupie   kłótnie   o   byle   co.   Prawdę   mówiąc,   niełatwo   było   znaleźć   pretekst;   zmywał 

naczynia,   robił   zakupy   i   nierzadko   sprzątał.   Ja   większość   czasu   spędzałam   na   czytaniu 

książek albo malowaniu akwarelowych obrazków.

Szczęściem   Georgina   podłapała   męża   i   zdążyłam   zrezygnować   ze   spotkań,   zanim 

wpadło mi do głowy, by przeprowadzić z mężem ostateczną rozprawę.

Pojechaliśmy odwiedzić ich gospodarstwo w Massachusetts.

Mąż   Georginy   był   niski,   blady   i   szczupły;   słowem   człowiek,   który   nie   zostawia 

background image

niezatartych wspomnień. Oprócz męża Georgina miała także kozę. Wszyscy troje mieszkali w 

stodole postawionej na kilkuakrowym skrawku zarośniętego pola, u stóp małego wzgórza. W 

dniu, w którym  ich odwiedziliśmy,  panował przenikliwy chłód, choć był to dopiero maj. 

Oboje byli zajęci szkleniem okien. Framugi w stodole mierzyły może dwa na dwa metry, było 

więc co robić.

Przyglądaliśmy   się,   jak   nakładali   kit   i   przymierzali   szyby.   Koza   stała   w   swoim 

pomieszczeniu przy wejściu i także się przyglądała. W końcu Georgina obwieściła lunch. W 

kilka minut ugotowała w garnku ciśnieniowym stertę słodkich ziemniaków. To był lunch. Z 

wierzchu pokropiła ziemniaki syropem klonowym. Koza dostała banany.

Po lunchu Georgina zapytała:

- Chcecie zobaczyć kozi taniec?

Koza   nazywała   się   Milusia.   Miała   ryżą   sierść  i   długie,   owłosione   uszy.   Georgina 

podniosła w górę rękę z ziemniakiem.

- No,   tańcz   Milusia   -   rozkazała.   Milusia   stanęła   na   zadnich   nogach   i   zaczęła 

podskakiwać, starając się dosięgnąć uciekającego ziemniaka.

Jej długie uszy rozkołysały się, przednimi łapami machała w powietrzu. Racice miała 

czarne i wyostrzone, zdawało się, że może wyrządzić nimi sporo szkody. Rzeczywiście, kiedy 

w pewnym momencie straciła oparcie w nogach, co już wcześniej zdarzyło się parę razy, 

zawadziła racicą o brzeg kuchennego stołu i wyryła w drewnie szeroką szczerbę.

- Daj jej tego ziemniaka - powiedziałam. Coś w tym całym kozim tańcu wywołało we 

mnie chęć do płaczu.

Potem Georgina ze swoim mężem przeprowadzili się na zachód, do Kolorado, gdzie 

była lepsza ziemia. Georgina zatelefonowała stamtąd raz czy dwa razy, z budki telefonicznej. 

Nie wiem, co się stało z Milusią.

Kilka lat po tym, jak Georgina wyjechała do Kolorado, idąc przez Harvard Square, 

wpadłam na Lisę. Stał przy niej mały chłopczyk  o lekko brązowej cerze, może trzyletni. 

Uściskałam ją.

- Lisa. Tak się cieszę, że cię widzę.

- To moje dziecko - powiedziała. - Czy to nie szaleństwo, mieć dziecko? - zaśmiała 

się. - Aaron, powiedz cioci dzień dobry.

Aaron nie był łaskaw, schował się za nogawkę Lisy. Wyglądała dokładnie tak samo 

jak kiedyś: chuda, pożółkła i roześmiana.

- Co robisz? - zapytałam.

- Dziecko - odparła. - Tylko to można robić.

background image

- A co z ojcem?

- Pozbyłam   się   go.   -   Położyła   dłoń   na   główce   dziecka.   -   Nie   potrzebujemy   go, 

prawda?

- Gdzie mieszkasz? - Chciałam wiedzieć o niej wszystko.

- Nie   uwierzysz   -   powiedziała,   wyciągając   papierosa.   -   Mieszkam   na   Brooklynie. 

Jestem   prawdziwą   gospodynią.   Mam   dziecko,   codziennie   wożę   je   do   przedszkola.   Mam 

mieszkanie, mam meble. W piątki chodzę do kościoła.

- Do kościoła! - Byłam zaskoczona. - Dlaczego?

- Bo chcę... - Lisa zająknęła się. Nigdy nie widziałam, by Lisie kiedykolwiek zadrżał 

głos. - Chcę, żebyśmy byli prawdziwą rodziną, z domem, meblami i całą resztą. Chcę, żeby 

on miał prawdziwe życie. Kościół pomaga. Nie wiem jak, ale pomaga.

Zaczęłam wpatrywać się w Lisę, usiłując wyobrazić sobie ją i jej śniadego synka w 

kościele.   Zauważyłam,   że   ma   na   sobie   trochę   biżuterii   -   na   palcach   dwa   pierścionki   z 

szafirami, a na szyi złoty łańcuszek.

- Co to za biżuteria? - zapytałam.

- Prezent   od  babuni,   prawda?   -   Lisa   zwróciła   się   do   synka.   -  Kiedy  masz   dzieci, 

wszystko się zmienia - dodała w moim kierunku. Nie wiedziałam, co na to odpowiedzieć. 

Dawno   zdecydowałam,   że   nie   chcę   mieć   dzieci.   Poza   tym   miałam   podstawy,   by 

przypuszczać, że i moje małżeństwo nie potrwa już długo.

Stałyśmy  na środku  Harvard Square, tuż  przy zejściu  do stacji metra.  Nagle  Lisa 

pochyliła się do mnie i zapytała:

- Chcesz   zobaczyć   coś   fantastycznego?   -   W   jej   głosie   wyczułam   ten   sam   dawny, 

figlarny ton. Przytaknęłam.

Wyciągnęła koszulkę ze spodni, t - shirt z reklamą sklepu z bagietkami na Brooklynie, 

i chwyciła mocno w dłonie skórę na brzuchu. Pociągnęła. Skóra rozwinęła się jak akordeon, 

Lisa ją wyciągała, a skóry było coraz więcej, fałda za fałdą, aż w końcu trzymała w garści 

zwój oddalony od siebie o jakieś trzydzieści centymetrów. Opuściła go nagle i skóra opadła 

bezwiednie, trochę rozciągnięta, pomarszczona, ale wkrótce skurczyła się, osiadła na biodrach 

i wyglądała całkiem normalnie.

- Nieźle!

- Dzieciaki - powiedziała Lisa. - Tak to jest - zaśmiała się. - No, Aaron, powiedz cioci 

do widzenia.

- Do   widzenia   -   odezwał   się   mały   ku   mojemu   zaskoczeniu.   Wracali   metrem   na 

Brooklyn. Schodząc po schodach, Lisa jeszcze się do mnie odwróciła.

background image

- Myślisz czasami o tamtych dniach? I tamtym miejscu? - zapytała.

- Tak - odpowiedziałam. - Myślę o tym.

- Ja też. - Lisa pokiwała głową. - No cóż! - westchnęła raczej wesoło. Potem oboje 

zeszli do stacji metra, do podziemi.

background image

PRZERWANA LEKCJA MUZYKI

Ten Vermeer w Galerii Fricka to jeden z trzech wiszących tam jego obrazów, jednak 

kiedy byłam w galerii po raz pierwszy, nie dostrzegłam dwóch pozostałych. Miałam wtedy 

siedemnaście lat i pojechałam do Nowego Jorku z nauczycielem języka angielskiego, który 

nigdy wcześniej mnie nie całował. Myślałam o tym przyszłym pocałunku - co do którego 

byłam   pewna,   że   nadejdzie   -   kiedy   opuszczałam   salę   Fragonarda   i   wkraczałam   do   holu 

prowadzącego na przyciemniony korytarz, gdzie na ścianie jaśniały płótna Vermeera.

Oprócz pocałunku, myślałam też o tym, czy uda mi się skończyć szkołę, skoro drugi 

rok z rzędu oblałam biologię. To dziwne, że oblałam biologię, mój ukochany przedmiot; był 

ukochany już wtedy,  gdy oblewałam go po raz pierwszy.  Najbardziej lubiłam genetykę  i 

sporządzanie   wykresów   cech   dziedzicznych,   uwielbiałam   rozszyfrowywać   sekwencję 

niebieskich oczu w obrębie rodzin nie posiadających innych cech wspólnych, z wyjątkiem 

niebieskich i brązowych oczu. Moja rodzina miała wiele imponujących cech - talent, ambicja, 

sukces, nadzieja - wszystkie one zdawały się recesywne w moim pokoleniu.

Minęłam kobietę  w żółtej  sukni  i służącą  podającą jej  list,  minęłam  żołnierza  we 

wspaniałym   kapeluszu   i   uśmiechającą   się   do   niego   pulchną   dziewczynę   -   minęłam   ich, 

myśląc o ciepłych wargach oraz o niebieskich i brązowych oczach.

Zatrzymały mnie jej brązowe oczy.

To obraz, z którego dziewczyna spogląda wprost na widza i nie zważa na stojącego 

obok   niej   krzepkiego   nauczyciela   muzyki,   którego   dłoń,   w   stosownym   geście   dworskiej 

przyzwoitości, chłodno spoczywa na oparciu jej krzesła. Światło jest stłumione - to zimowe 

światło, jednak twarz dziewczyny pozostaje rozjaśniona.

Spojrzałam w jej brązowe oczy i zadrżałam. Dziewczyna ostrzegała mnie. Oderwała 

się od zajęć po to tylko, żeby spojrzeć na mnie i dać mi jakiś znak. Jej usta były lekko 

rozchylone, jakby właśnie nabrała powietrza, żeby powiedzieć do mnie: „Nie rób tego!”

Cofnęłam   się,   by   uciec   z   zasięgu   jej   naglącego   wzroku.   Jednak   to   niespokojne 

spojrzenie wypełniło całą salę. „Czekaj! - mówiła - czekaj, nie odchodź jeszcze”.

Nie usłuchałam jej. Wyszłam z moim nauczycielem języka angielskiego na obiad, on 

pocałował mnie, wróciłam do Cambridge, oblałam biologię, ale mimo to ukończyłam szkołę 

średnią i w końcu oszalałam.

Szesnaście   lat   później   znowu   pojechałam   do   Nowego   Jorku,   tym   razem   z   moim 

nowym, nieźle nadzianym chłopakiem. Podróżowaliśmy wiele, zawsze na jego koszt, choć 

background image

wydawanie   pieniędzy   przyprawiało   go   o   mdłości   i   rozbudzało   w   nim   gniewną   naturę. 

Rozsierdzony,   często   podczas   naszych   wypraw   atakował   mój   charakter   -   ten   sam,   który 

swego czasu uznano za zaburzony. Twierdził, że raz reaguję bardzo emocjonalnie, a innym 

razem   z   chłodem   i   wyważonym   sądem.   Cokolwiek   mówił,   zawsze   uspokajałam   go 

zapewnieniami, że pieniądze są właśnie po to, żeby je wydawać. Wtedy przestawał mnie 

atakować, co znaczyło, że ciągle byliśmy razem i mogliśmy zacząć, w następnej podróży, 

nowe błędne koło przepuszczania pieniędzy i atakowania mojego charakteru.

To był wspaniały październikowy dzień w Nowym Jorku. Mój chłopak znowu mnie 

ganił, ja uspokajałam go zapewnieniami, że pieniądze są do wydawania, i oboje byliśmy 

gotowi do zwiedzania miasta.

- Chodźmy do Galerii Fricka - zaproponowałam.

- Nigdy  tam   nie   byłem   -   powiedział.   Pomyślałam   wtedy,   że   ja   kiedyś   tam   chyba 

byłam, ale nie odezwałam się słowem. Nauczyłam się nie roztrząsać przed innymi własnych 

wątpliwości.

Kiedy dotarliśmy na miejsce, rozpoznałam budynek.

- O, tu jest obraz, który bardzo mi się podoba - powiedziałam, kiedy weszliśmy do 

środka.

- Tylko jeden? Spójrz na płótna Fragonarda. Nie podobały mi się. Opuściłam salę 

Fragonarda i weszłam do holu prowadzącego na przyciemniony korytarz.

Zmieniła się bardzo w ciągu tych szesnastu lat. Jej wzrok nie był już tak naglący, 

raczej smutny. Ona była młoda, rozkojarzona, a nauczyciel pochylał się nad nią z wysoka, 

usiłując   zająć   jej   uwagę   lekcją.   Ale   ona   rozglądała   się,   jakby   szukała   oczu   kogoś,   kto 

spojrzałby na nią, zauważył.

Tym razem odczytałam tytuł obrazu: Przerwana lekcja muzyki.

Przerwana   lekcja   muzyki.   Tak   jak   przerwane   zostało   moje   życie   -   przerwane   w 

muzyce siedemnastu lat - i tak jak przerwane zostało jej życie - uprowadzone nagle i rzucone 

jasną   farbą   na   płótno   -   tak   w   obu   przypadkach   jedna   chwila   sprawiła,   że   życie 

znieruchomiało,   zatrzymało   się.   I   ta   jedna   chwila   zastąpiła   wszystkie   chwile   następne, 

czymkolwiek   one   były   lub   czymkolwiek   mogłyby   być.   Co   życie   może   z   tego   jeszcze 

odzyskać?

Teraz miałam jej coś do powiedzenia.

- Widzę   cię,   zauważyłam   -   powiedziałam.   Mój   chłopak   znalazł   mnie   chlipiącą   na 

ławce w holu.

- Co się stało? - zapytał.

background image

- Nie widzisz? Ona chce się wydostać z obrazu - powiedziałam, pokazując palcem 

dziewczynę. Spojrzał na obraz, spojrzał na mnie i rzekł:

- Zawsze myślisz tylko o jednym, o sobie samej. W ogóle nie rozumiesz sztuki. - 

Odszedł do sali Rembrandta.

Od tamtego czasu wracałam do Galerii Fricka, żeby obejrzeć ją raz jeszcze, a także 

pozostałe dwa obrazy Vermeera. W końcu niełatwo natknąć się w muzeach na Vermeera, a 

jedno jego płótno w Bostonie zostało ukradzione.

Dwa pozostałe płótna były dla widza jakby zamknięte. Postacie, które się na nich 

znajdowały - kobieta i jej służąca oraz żołnierz i jego ukochana - patrzyły wyłącznie na 

siebie. Przyglądać im się to tak, jakby spozierać na nich przez małą dziurkę w ścianie. A jest 

to ściana światła - tego całkowicie pewnego i wiarygodnego, a przecież nierealnego światła 

Vermeera.

Takie światło nie istnieje, ale bardzo byśmy chcieli, by istniało. Chcielibyśmy,  by 

słońce uczyniło  nas tak młodymi  i pięknymi,  by nasze ubrania  połyskiwały i falowały z 

szelestem po ciele, a najbardziej chcielibyśmy, aby każdy, kogo znamy, mógł rozjaśnić się 

tylko dzięki temu, że na niego patrzymy,  tak jak rozjaśnieni są ta służąca z listem i ten 

żołnierz we wspaniałym kapeluszu.

Dziewczyna   w   czasie   lekcji   muzyki   przebywa   w   innym   świetle;   kapryśnym, 

mrocznym, przygaszonym i posępnym świetle życia, dzięki któremu widzimy siebie i innych 

tylko w sposób niedoskonały. I bardzo rzadko.

background image

Document Outline