background image

BARBARA BRETTON

GDZIEŚ W PRZESZŁOŚCI

Tytuł oryginału: Somewhere In Time

Zane (poszukuj

ą

cy 

przygód) i Emilie 
(uwielbiaj

ą

ca 

historie) s

ą

 kilka lat 

po rozwodzie. 
Pewnego dnia 
Zane w spadku 
otrzymuje stary 
mundur z okresu 
rewolucji. Aby 
sprawdzi

ć

 jego 

autentyczno

ść

 

udaje si

ę

 do 

Emilie. To krótkie 
spotkanie budzi w 
obojgu dawne 
uczucia. Podczas 
niespodziewanego 
lotu balonem oboje 
przenosz

ą

 si

ę

 o 

2oo lat w 
przesz

ł

o

ść

. A tam 

poznaj

ą

 co to 

prawdziwa mi

ł

o

ść

 i 

co znacz

ą

 dla 

siebie nawzajem. 

background image

PROLOG

Pokonując   swym   czarnym   porsche   kręty   podjazd   do   Rutledge   House, 

Zane Grey Rutledge musiał zwolnić i wrzucić drugi bieg. Pod kołami zazgrzytał 

żwir, drobne kamyki posypały się na błyszczącą maskę i błotniki samochodu. 

Nagle   jakiś   większy   odłamek   trzasnął   w   szybę,   pozostawiając   pajęczynę 

pęknięć.   Zane   zaklął   cicho.   Zatrzymał   samochód   tuż   za   ciężarówką   firmy 

przewozowej i zgasił silnik. Spojrzał na dom. Cegły dawno już straciły swój 

pierwotny kolor, a deszcze wygładziły kamienie, ale budynek wciąż prezentował 

się okazale. Była to siedziba tak wielu pokoleń rodu Rutledge, ze Zane nie miał 

nawet pojęcia, ilu. - Pewnego dnia będzie to miało dla ciebie duże znaczenie - 

powiedziała mu babka na krótko przed śmiercią. - Rodzina jest najważniejsza.

Sara   Jane   zmarła   już   trzy   miesiące   temu   i   Zane   wreszcie   kończył 

załatwiać   sprawy   spadkowe.   Ostatnio   miał   wrażenie,   że   babka   wciąż   go 

obserwuje   i   kręci   głową,   jak   wtedy,   gdy   przyłapała   go   na   piciu   piwa   w 

niewłaściwym towarzystwie.

Mężczyzna   rozparł   się   wygodnie   na   siedzeniu   i   patrzył,   jak   robotnicy 

wynoszą z domu skarby zgromadzone przez liczne pokolenia jego przodków. 

Portrety dawno zmarłych przedstawicieli rodu, książki i pamiątki, ponoć tak 

ważne dla historii rodziny i kraju. Zabębnił nerwowo palcami o kierownicę. 

Dobrze zrobiłem - pomyślał. Do diabła, w tych okolicznościach nie mógł zrobić 

nic   innego.   Nie   miał   najmniejszej   ochoty   zostać   kustoszem   muzeum,   które 

udawałoby normalny dom. Nie chciał zmieniać trybu życia tylko po to, aby dbać 

o los tych przedmiotów, choćby były najcenniejsze. Dotychczas udawało mu się 

unikać odpowiedzialności i nie miał ochoty stracić reputacji zakały rodziny.

Trudno zresztą było mówić o rodzinie. Po śmierci Sary Jane z niegdyś 

potężnej rodziny Rutledge z Pensylwanii pozostał tylko Zane, któremu wypadło 

pielęgnować rodzinną tradycję, wywodzącą się z czasów wojny o niepodległość. 

Szkoda, że nie pozostał nikt, kto mógłby docenić ironię losu.

background image

- Pan Rutledge? Tak się bałam, że się nie spotkamy!

Zane drgnął. Z otwartego okna wychylała się ku niemu kobieca postać.

-   Jestem   Olivia   McRae   -   powiedziała,   uśmiechając   się   nieśmiało.   - 

Poznaliśmy się tydzień temu.

- Pamiętam - odrzekł, wysiadając z samochodu. Uścisnął szczupłą, ptasią 

dłoń starszej pani. - To pani reprezentuje Towarzystwo Historyczne Wschodniej 

Pensylwanii.

Olivia McRae uśmiechnęła się lekko. Zane pomyślał, że kiedyś pewnie 

wszyscy się za nią oglądali.

- Jesteśmy panu niezwykle wdzięczni. Mam wrażenie, że w tym roku 

Gwiazdka nadeszła wcześniej niż zwykle.

Rutledge rzucił jej zdziwione spojrzenie. Za co mogła mu dziękować? W 

ciągu ostatnich paru dni myślał o pani McRae jak o swojej wybawicielce. Dzięki 

niej mógł przestać troszczyć się o Rutledge House i jego skarby.

- To była dla mnie prawdziwa przyjemność - odrzekł, starając się ukryć 

zdziwienie.

- Och, to również dobry dzień dla tego domu - powiedziała starsza pani z 

wyraźnym podnieceniem. - Jestem pewna, że pańska babka, Sara Jane, gorąco 

poparłaby pana decyzję.

- „Gorąco” to może nieco zbyt mocne słowo - skrzywił się ironicznie 

Zane. - Raczej jakoś musiałaby się z tym pogodzić.

Dla Sary Jane zawsze najważniejsze były więzy krwi, a nie fakt, że stary 

dom powoli obracał się w ruinę. Na jego utrzymanie nie wystarczyłyby dochody 

całej rodziny. Jednak dopóki Rutledge House był wciąż rodzinną rezydencją, 

dopóty dla babki wszystko było w porządku.

- Proszę tylko dać nam trochę czasu - Olivia McRae poklepała go po 

ramieniu. - Gdy przyjedzie pan tu następnym razem, ten wspaniały dom będzie 

już wyglądał inaczej. Doprowadzimy go do dawnej świetności.

- To teraz pani sprawa. Pani i stanu Pensylwania. - Tak naprawdę, Zane 

background image

miał w nosie, czy kiedyś jeszcze zobaczy Rutledge House.

- Bardzo nam zależy na pana opinii - odrzekła starsza pani. - Prócz tego 

bardzo   chcielibyśmy,   aby   ktoś   z   rodziny   Rutledge   był   członkiem   rady 

nadzorczej muzeum.

- Bardzo mi przykro - odrzekł nieco zbyt pośpiesznie Zane. - Chyba nie 

będę podtrzymywał więzi z tym miejscem.

- Bardzo przepraszam - powiedziała Olivia, a w jej oczach pojawiły się 

łzy. - Jaka jestem bezmyślna! To musi być dla pana ciężkie przeżycie. Pańska 

babka umarła tak niedawno...

Rutledge odwrócił wzrok. Rzadko dawał się wyprowadzić z równowagi, 

ale rozmowa o babce zawsze powodowała taki efekt.

- Muszę jechać na lotnisko - powiedział szorstko. W rzeczywistości miał 

lecieć następnego dnia. Jednak z jego punktu widzenia poddawanie się emocjom 

było groźniejsze niż skok z samolotu bez spadochronu. - Lepiej już pójdę.

- Wziął pan paczkę, prawda? - zapytała Olivia, zaglądając do wnętrza 

samochodu.

- Jaką paczkę? - zmarszczył brwi Zane. - Nie wiem, o co chodzi.

- Och, panie Rutledge, musi pan wziąć paczkę, którą przygotowałam dla 

pana. - Olivia spojrzała na niego z entuzjazmem. - To mundur.

- Do licha - mruknął pod nosem Zane. - Zapomniałem.

„W   każdym   pokoleniu   pierworodny   chłopiec   otrzymuje   pod   opiekę 

mundur”. Sara Jane wypowiedziała te słowa w dniu jego dwunastych urodzin, 

wręczając mu starannie zawiązaną paczkę.

,pewnego dnia przekażesz go swemu synowi”.

Zane pomyślał, że jeśli tylko będzie to od niego zależało, to nigdy się tak 

nie stanie. Wcale nie zapomniał o mundurze. Dobrze wiedział, gdzie jest: na 

strychu,   pogrzebany   pod   grubą   warstwą   kurzu,   jak   wszystko,   co   należy   do 

przeszłości.

- Proszę poczekać - poleciła mu pani McRae. - Zaraz przyniosę paczkę.

background image

Miał ochotę wskoczyć do samochodu i uciec, gdzie pieprz rośnie. Jak 

daleko   sięgał   pamięcią,   ten   cholerny   mundur   stanowił   kluczowy   element 

rodzinnej   tradycji.   Jego   babka   opowiadała   mu   nie   kończące   się   historie   o 

brawurowych wyczynach przodków, którzy tak naprawdę posługiwali się bronią 

chyba tylko podczas polowania na kaczki.

Olivia McRae nie kazała mu długo czekać.

-   Proszę   -   powiedziała,   podając   duży,   starannie   zapakowany   pakunek. 

Niosła go niczym matka swoje pierworodne niemowlę. - Pomyśleć, że mógł pan 

wyjechać bez munduru.

Zane spojrzał na paczkę z pewnym zaciekawieniem.

- Cięższa niż myślałem - zauważył. - Jest pani pewna, że nie ma tam 

muszkietu?

- Och, pan ze mnie żartuje... - Na policzkach pani McRae pojawiły się 

rumieńce. - Przecież z pewnością widział pan ten mundur tysiące razy.

- Niestety, nigdy nie poświęcałem mu zbytniej uwagi.

- To na pewno nieprawda.

- Nie interesuję się antykami.

- To coś więcej niż antyk - powiedziała pani McRae, wyraźnie zgorszona. 

- To część amerykańskiej historii... pańskiej historii. - Przerwała i poklepała 

dłonią paczkę.

- Proszę ją otworzyć, panie Rutledge. Chciałabym zobaczyć pana twarz, 

gdy...

- Później to zrobię - przerwał jej Zane, podchodząc do samochodu. - Teraz 

muszę pędzić na lotnisko.

- Oczywiście - z twarzy Olivii zniknął uśmiech.

Zane   dostrzegł   w   jej   oczach   wyraźne   rozczarowanie.   Czemu   jednak 

miałby   mieć   dla   niej   jakieś   względy?   Rozczarowywanie   ludzi   było   jego 

specjalnością. Rzucił pakunek na tylne siedzenie, kiwnął głową na pożegnanie i 

ruszył w kierunku bramy.

background image

Manhattan,   jak   zwykle,   powitał   go   z   szeroko   otwartymi   ramionami. 

Anonimowe życie w tłumie działało kojąco na jego niespokojną naturę, zupełnie 

odwrotnie   niż   ciepło   domowego   ogniska.   Tutaj   nikt   od   niego   niczego   nie 

oczekiwał i Zane czuł się wolny od wszelkich zobowiązań.

Nie zniechęcił go nawet tłok w tunelu Lincolna ani korek, jaki musiał 

pokonać po drodze do domu na wschód od Piątej Alei. Mieszkał w apartamencie 

na trzydziestym piętrze wieżowca, pozbawionego wszelkiego indywidualnego 

wyrazu i wznoszącego się w pobliżu UN Plaża. Kupił to mieszkanie parę lat 

wcześniej,   gdy   wygrał   mnóstwo   pieniędzy   w   Monte   Carlo.   „Nie   można 

zakorzenić   się   w   powietrzu”   -   tak   skomentowała   to   babka,   kręcąc   głową   z 

wyraźną niechęcią. Zane uśmiechnął się wtedy i powiedział, że właśnie dlatego 

wybrał takie mieszkanie.

Nie pragnął domu, w każdym razie nie w takim sensie, jak rozumiała to 

Sara   Jane.   Między   innymi   z   tego   powodu   rozpadło   się   jego   małżeństwo. 

Mieszkanie stanowiło dla niego bazę. Tu gromadził zapasy, odbierał pocztę i 

przygotowywał   plany   kolejnych   eskapad.   Gonitwa   z   bykami   w   Pampelunie, 

Wybrzeże   Kości   Słoniowej,   teraz   Tahiti.   Miejscowość   nie   miała   nawet 

znaczenia, chodziło tylko o to, aby się nie zatrzymywać.

Już   jako   dziecko   nauczył   się,   że   przywiązanie   do   miejsca   może 

spowodować kłopoty. Nigdy o tym nie zapominał i nie zamierzał wić sobie 

wygodnego gniazdka.

-   Dzień   dobry,   panie   Rutledge   -   odźwierny   w   liberii   powitał   Zane'a, 

uchylając czapki. - Myślałem, że wyjechał pan do Australii.

- Tahiti - odrzekł Zane, wchodząc do lśniącego marmurami hallu. - Jadę 

jutro po południu.

Odźwierny, emerytowany mechanik z Bensonhurst, głośno westchnął.

- Boże, to się nazywa życie - powiedział, masując sobie kark. - Pan chyba 

widział już wszystko, co warto zobaczyć...

- Mniej więcej - odparł. Wielu mogło mu pozazdrościć, ale on wciąż czuł 

background image

się nieusatysfakcjonowany.

- Przykro mi z powodu pańskiej babki. Mam nadzieję, że nie cierpiała 

długo.

- Na szczęście - powiedział Zane, idąc w stronę windy. - Dziękuję za 

zainteresowanie.

Już po krótkiej chwili znalazł się w swoim apartamencie na trzydziestym 

piętrze. Rozejrzał się wokół. Szarosrebrne ściany, niemal pusty, wypolerowany 

parkiet.   W   wystroju   wnętrza   widać   było   tak   bezwzględne   dążenie   do 

funkcjonalności   kosztem   elegancji,   że   dzięki   temu   apartament   nabrał   wręcz 

swoistego   stylu.   Zane'a   nic   to   nie   obchodziło.   Beztrosko   rzucił   paczkę   z 

mundurem na jeden z chromowanych, nowoczesnych foteli. Troska o styl nie 

leżała w jego charakterze. Prócz podróży, niewiele go w życiu obchodziło. Sara 

Jane stanowiła jeden z nielicznych wyjątków od tej reguły.

Zerwał z szyi krawat, zrzucił marynarkę i sięgnął po stojącą na barku 

butelkę szkockiej whisky. Nowoczesne życie ma swoje zalety, ale nawet cuda 

dwudziestego   wieku   nie   mogły   zastąpić   mu   słodkiego   zapomnienia,   jakie 

znajdował   w   butelce   dobrego   alkoholu.   Nalał   sporą   porcję   do   odpowiedniej 

szklanki,   przyjrzał   się   jej   krytycznie,   po   czym   napełnił   naczynie   niemal   po 

brzegi.

Sara Jane Rutledge przeżyła dziewięćdziesiąt trzy lata. W ciągu całego 

życia,   z   wyjątkiem   jednego   roku,   cieszyła   się   dobrym   zdrowiem.   Gdy 

dowiedziała się, że wkrótce umrze, przyjęła to ze spokojem i godnością. Zane 

miał wątpliwości, czy sam zdobyłby się na taką odwagę.

- Kolejna przygoda - powiedziała babka podczas ich ostatniej rozmowy. - 

Może to dziwne, ale czekam na nią z niecierpliwością.

Wspominając   te   słowa,   Zane   potrząsnął   głową   i   napił   się   whisky. 

Niektórzy ludzie sądzili, że nieustannie igra ze śmiercią. Wyścigi samochodowe 

i motorowodne, skoki ze spadochronem... W rzeczywistości wcale nie szukał 

śmierci. Po prostu już od wczesnej młodości nauczył się w ten sposób uciekać 

background image

od poczucia osamotnienia. Ciągle naprzód.

Wszystko   w   życiu   przychodziło   mu   z   łatwością.   Zawsze   tak   było.  W 

szkole, gdy tylko chciał, miał dobre stopnie. Bez trudu zdobywał kobiety. Miał 

dar obserwacji i znakomitą pamięć. Z reguły nawet z poważnych wypadków 

wychodził bez szwanku. Jedyne, co mu się nie udało, to małżeństwo, ale Zane 

uważał, że to nie ma dla niego żadnego znaczenia.

Zerknął na leżącą na fotelu paczkę.

- Niewiele brakowało, a wyjechałbym bez ciebie - powiedział. Zauważył 

ją dwa dni wcześniej na strychu w Rutledge House, gdy pokazywał ludziom z 

firmy przewozowej, co mają zapakować. Oczywiście, polecił zabrać mundur do 

muzeum, wraz ze wszystkimi pozostałymi pamiątkami rodzinnymi.

Czemu zatem nie zostawił go tej miłej Olivii McRae i nie pozbył się w ten 

sposób kłopotu? Żadne prawo nie zabrania rozdawania rodzinnego dziedzictwa. 

Gdyby   takie   prawo   istniało,   nie   zdołałby   się   pozbyć   również   rodzinnych 

portretów, biżuterii i biblioteki babki.

Nie myślałeś chyba, ze pójdzie ci ze mną tak łatwo, chłopcze?

Zane   drgnął,   rozlewając   whisky   na   koszulę.   Dwa   łyki   alkoholu   i   już 

słyszy  głos  Sary  Jane? To  śmieszne.  Pomyślał,  że  to  pewnie  głos   sumienia. 

Gotów był dać babci wszystko, z wyjątkiem tego, na czym zależało jej najbar-

dziej: prawnuka, który utrzymałby ciągłość rodu Rutledge.

-  Jeszcze nie jest za późno, Zane. Otwórz oczy i rozejrzyj się wokół, a 

twoje serce rychło odnajdzie...

Wcale nie był pewien, czy w ogóle ma serce.

Odstawił   szklankę   i   podszedł   do   fotela,   na   którym   położył   paczkę   z 

mundurem.   Doświadczenie   nauczyło   go,   że   najlepszy   sposób   rozwiązywania 

problemów polega na chwyceniu byka z rogi.

- No, dobra - powiedział, rozwiązując sznurek. Niedoczekanie, aby się bał 

nadjedzonego przez mole munduru. - Zobaczmy, co tu właściwie mamy.

Odsunął   na   bok   żółte   bryczesy   i   przyjrzał   się   granatowej   kurtce   z 

background image

ciemnymi   wyłogami.   Metalowe   guziki   wyraźnie   pociemniały   ze   starości. 

Mundur nie wyróżniał się niczym specjalnym poza dziwnym, ozdobnym haftem 

wewnątrz lewego mankietu i pod kołnierzem. Zane przyjrzał się uważnie kurtce. 

Ze zdziwieniem stwierdził, że chyba pasowałaby na niego, choć był o wiele 

wyższy niż dzisiaj przeciętny mężczyzna. Nie znał się na historii, ale dobrze 

pamiętał,   jak   rok   temu,   nurkując   u   wybrzeży   Florydy,   zwiedził   wrak 

zatopionego   żaglowca.   Wtedy   uderzyły   go   niewielkie   rozmiary   wszystkich 

elementów wyposażenia.

Co zamierzasz zrobić? Chyba nie chcesz go rzucić do szafy i zapomnieć 

o nim? Jesteś mi coś winien...

- To już się robi śmieszne - powiedział głośno Zane.

- Jadę na Tahiti. Nie mam czasu na takie bzdury.

Znajdź trochę. Nigdy ci go nie żałowałam...

Nie mógł zaprzeczyć. Sara Jane była jedyną osobą, na którą zawsze mógł 

liczyć, nigdy go nie zawiodła. Przynajmniej to jedno powinien dla niej zrobić, 

nawet jeśli nie miało to już najmniejszego znaczenia.

Dwie godziny później znów zasiadł za kierownicą swojego porsche. To 

niemożliwe - pomyślał po raz setny. Nie mógł w to uwierzyć. A jednak wszyscy, 

których spytał, powiedzieli mu to samo.

- Powinien pan zwrócić się do Emilie Crosse - poradzili mu dwaj kustosze 

i profesor z Rutgers. Zgodnym chórem chwalili profesjonalizm tej kobiety o 

staromodnym nazwisku i oryginalnym zawodzie. I na dokładkę - jego eks - 

żony.

- Nie grasz fair, Saro Jane - mruknął Zane, jadąc w stronę tunelu Lincolna. 

- Nic z tego nie będzie. Oddam jej mundur i znikam, rozumiesz?

To dopiero początek, chłopcze. Dopiero początek...

background image

1

W   chwili,   gdy   właśnie   w   jej   życiu   miała   nastąpić   radykalna   zmiana

Emilie   stała   na   drabinie   i   podlewała   kwitnącą   begonię,   która   niewątpliwie 

miewała w swym życiu lepsze okresy. Akurat zastanawiała się, czy nie skrócić 

męczarni roślinki, gdy ryk samochodowego silnika przerwał jej rozmyślania.

Nie spodziewała się nikogo. Zazwyczaj na tej uliczce pojawiał się tylko 

biało - niebieski samochód listonosza, a jego silnik raczej krztusił się i kaszlał, a 

nie ryczał.

Emilie zeszła z drabiny i wytarła ręce w spodnie. Wyjrzała na ulicę. Ryk 

silnika   wyraźnie   się   zbliżał.   Po   chwili   ze   zdumieniem   patrzyła   na   pędzący 

uliczką czarny samochód. Nie znała się na autach, ale nawet kompletny laik 

mógłby się domyślić, że suma, którą zapłacił właściciel tego smukłego cudeńka, 

wystarczyłaby na utrzymanie wszystkich szkół w Crosse Harbor.

Kierowca   jechał   tak,   jakby   właśnie   zbliżał   się   do   mety   wyścigu 

Indianapolis. Nagle rozległ się pisk hamulców i nieznajomy zatrzymał się tuż 

obok jej forda. Parsknęła z oburzeniem. Nie znosiła ludzi prowadzących tak, 

jakby   byli   sami   na   drodze.   Szczególnie   ostro   reagowała   na   kierowców 

luksusowych samochodów. Z jej punktu widzenia, każde auto to tylko kupa 

żelastwa, cztery gumowe koła i tysiące innych części, psujących się w najmniej 

stosownym momencie.

Poznała, że to porsche. Co za szpan! - skrzywiła się ironicznie.

Znała   w   życiu   tylko   jednego   mężczyznę,   którego   nie   mógł   przyćmić 

nawet taki samochód. Zwariowała na jego punkcie tak bardzo, że wyszła za 

niego   za   mąż,   ale   starczyło   jej   zdrowego   rozsądku,   aby   już   po   sześciu 

miesiącach zdecydować się na rozwód.

- To niemożliwe - powiedziała do siebie, zatrzymując się na stopniach 

tarasu.  Ze   wszystkich  sił  starała  się  opanować  nagłą  falę  podniecenia,  która 

nakazywała jej zbiec na dół i szybko otworzyć drzwi samochodu. Przyćmione 

background image

szyby powinny być zakazane - pomyślała bezładnie. To niesprawiedliwe, żeby 

kierowca mógł ją widzieć, a ona jego nie...

Drzwiczki otworzyły się i z wozu szybko wyskoczył mężczyzna.

Emilie oparła się o poręcz. Czuła się tak, jakby nagle spojrzała prosto w 

słońce. Poznała go natychmiast. Miała wrażenie, że patrzy na niebezpiecznego i 

pociągającego   pirata   z   okładki   romantycznej   powieści.  Ta   postać   nie   mogła 

należeć do tego świata.

Uszczypnęła   się   mocno   w   ramię,   ale   rzekoma   zjawa   nie   znikła. 

Mężczyzna zbliżał się do niej. Emilie miała ochotę uciec i gdzieś się schować. 

Pomyślała, że musi natychmiast zajrzeć do książki „101 powodów, dla których 

rozwód był jedynym rozwiązaniem”.

Schowała za plecami drżące dłonie i uśmiechnęła się do byłego męża.

Zane   nie   odwzajemnił   jej   uśmiechu.   Ciekawe   -   pomyślała   -   dlaczego 

najwspanialsi mężczyźni tak rzadko się śmieją? Czy nie pozwala im honor, czy 

też jest to wrodzona przypadłość?

Patrzyła na niewielki dołek w jego brodzie, mocne szczęki i bezwstydnie 

zmysłowe usta. Świetnie pamiętała, co czuła, gdy te wargi jej dotykały...

- Dawno się nie widzieliśmy, Emilie - Zane powitał ją takim głosem, że 

poczuła, jak drżą jej kolana. - Wyglądasz wspaniale.

-   Nic   nie   mów   -   odrzekła.   -   Sama   zgadnę.   Byłeś   gdzieś   w   okolicy   i 

postanowiłeś   zajrzeć,   prawda?   Co   z   tego,   że   minęło   już   pięć   lat   -   dodała, 

strzelając palcami.

-  Wciąż   ta   sama   Emilie.   Cieszę   się,   że   niektóre   rzeczy   nigdy   się   nie 

zmieniają.

- Czy kiedyś przyszło ci do głowy, żeby przed wizytą zadzwonić?

- Dlaczego? Przecież jesteś w domu.

- Czym mogę ci służyć? - spytała, spoglądając wymownie na zegarek.

- Nie zaprosisz mnie do środka?

- Nie miałam takich planów.

background image

- Kiedyś  byłaś  znacznie  serdeczniejsza  - Zane obdarzył  ją  uśmiechem 

filmowego gwiazdora.

- I znacznie głupsza. Nie przyjechałeś tutaj bez powodu. Lepiej nie traćmy 

czasu na wspomnienia - zimno stwierdziła Emilie.

- Mam w samochodzie pewną rzecz - odpowiedział. - Chciałbym, abyś 

rzuciła na nią okiem.

- Bardzo chętnie - odrzekła. - Możemy ustalić odpowiedni termin.

- Ale ja jutro wyjeżdżam na Tahiti.

- Wobec tego możemy umówić się na jakiś dzień po twoim powrocie. - 

Zane   wciąż   był   w   drodze:   na   Tahiti   albo   do   Hamptons,   albo   na   Lazurowe 

Wybrzeże. Ciągle zbyt zajęty gorączkową gonitwą za rozrywkami, aby dostrzec, 

że szczęście można znaleźć pod bokiem.

Zawsze wywierał na niej takie wrażenie. Pod jego wpływem zmieniała się 

z   rozsądnej,   inteligentnej   kobiety   w   beznadziejną   romantyczkę,   snującą 

marzenia o długim i szczęśliwym życiu.

Nie poddawaj się zbyt łatwo, chłopcze. Przekonaj ją...

Zane   aż   drgnął,   słysząc   ponownie   głos   babki.   Miał   nadzieję,   że 

przynajmniej Sara Jane cieszy się z tego spotkania.

Z   pewnością  babka  cieszyła  się  bardziej  niż  Emilie.  Rutledge   czuł  na 

sobie   gniewne,   skupione   spojrzenie   byłej   żony.   Zawsze   bardzo   mocno 

reagowała na wszystko, to również składało się na jej urok. Prócz tego była 

bardzo piękną kobietą. Piękną, choć trudną. Ich krótkie małżeństwo stanowiło 

mieszaninę seksualnej namiętności, romantycznej miłości i przekonania, że to 

nie może długo potrwać.

Niestety,   teraz   Emilie   wydawała   się   wyłącznie   zniecierpliwiona   jego 

nieoczekiwaną wizytą. Interesowała ją tylko sprawa, z którą przyjechał.

Zane zazwyczaj bez trudu zdobywał płeć przeciwną za pomocą uśmiechu. 

Miał notes pełen telefonów i adresów kobiet, które chętnie spędziłyby z nim 

trochę czasu. Ciekawe - pomyślał - czy uda mi się ją namówić, aby spojrzała na 

background image

mundur?

-   Posłuchaj   -   powiedział,   pochylając   się   w   jej   stronę.   Uśmiechnął   się 

najserdeczniej, jak potrafił. - To naprawdę bardzo ważne.

Zaczęła protestować, ale Zane przerwał jej ruchem ręki.

- Obiecałem komuś, na kim mi naprawdę zależy, że załatwię tę sprawę. 

Tylko ty możesz mi w tym pomóc.

- Skąd wiesz? Jeśli dobrze pamiętam, zawsze uważałeś mój zawód za 

totalną bzdurę.

- Jesteś sławna, Emilie. Zadzwoniłem do dwóch muzeów i na uniwersytet 

w   Rutgers.   Wszyscy   mi   poradzili,   abym   zwrócił   się   do   ciebie.   -   Znów   się 

uśmiechnął, tym razem zachęcająco. - Zaimponowałaś mi.

- Nie wysilaj się - odrzekła zimno. - I tak się na tym nie znasz.

- Wiem - przyznał szczerze. - Mimo to bardzo mi zaimponowałaś.

- No, dobra - Emilie uśmiechnęła się po raz pierwszy od jego przybycia. - 

To mi bardzo pochlebia.

- Naprawdę tak myślę - zapewnił ją Zane, wskazując ręką na samochód. - 

Spojrzysz na to?

- Mogę ci poświęcić pięć minut - zgodziła się. - Jeśli uznam, że potrafię ci 

pomóc, pomyślimy o tym po twoim powrocie.

Pobiegł   do   samochodu   po   owiniętą   w   brązowy   papier   paczkę.   Emilie 

czekała na niego na tarasie. Nie mogła oderwać wzroku od jego zgrabnej figury. 

Zane miał na sobie szare spodnie szyte na miarę i jasną koszulę z egipskiej 

bawełny. Ten strój podkreślał jego szerokie bary i wąskie biodra. Pomyślała, że 

naprawdę nadaje się na afisz reklamujący film o piratach.

Szkoda,   że   zgodnie   z   jej   filozofią   życiową   małżeństwo   nie   mogło 

ograniczać się do seksu i nieustannych podróży.

- Proszę - powiedział, podając jej paczkę. - Kiedy zaczynamy?

- Co to jest?

- Mundur.

background image

- Z jakiego okresu?

- Ma jakieś dwieście lat, plus minus dziesięć. Emilie cicho gwizdnęła.

-  Wejdźmy   do   środka.   Lepiej   nie   narażać   go   na   nadmiar  słonecznego 

światła.

- Nie mów mi, że należysz do tych wariatów od dziury ozonowej.

- Nie mów mi, że należysz do tych idiotów, którzy twierdzą, że wszystko 

jest w porządku - odpaliła.

- Nie można odwrócić biegu czasu - powiedział Zane. - Rozwój techniki z 

pewnością przyniósł więcej pożytku niż strat.

- Niewątpliwie - mruknęła Emilie, wprowadzając go do swej pracowni. - 

Na przykład kwaśne deszcze, smog... Mam ciągnąć dalej?

-   Powinienem   był   się   domyślić,   że   przystałaś   do   ekologów   - 

odpowiedział, rzucając paczkę na stół.

- Oszczędź mi tylko wyliczania twych cudów techniki. Można żyć bez 

kuchenek mikrofalowych i komputerów, ale nie bez czystej wody i powietrza.

- Nic dziwnego, że znasz się na starociach - prychnął pogardliwie Zane. - 

Zawsze, w myśleniu też, byłaś podobna do zabytków.

-   Wystarczy   -   powiedziała   Emilie,   krzyżując   ramiona.   Nic   mnie   nie 

obchodzi, jaki jesteś przystojny - pomyślała. - Do widzenia, Rutledge. To było 

interesujące, choć może niezbyt miłe, spotkanie.

Patrzył   na   nią   wzrokiem   pozbawionym   wyrazu.   Pomyślała   nagle,   że 

połączenie takiej urody z tępotą jest jednak marnotrawstwem.

- A co z mundurem?

- To  twój  problem  - stwierdziła,  wzruszając  obojętnie  ramionami.  Nie 

przyszło jej to łatwo. Dwustuletni mundur, mój Boże - westchnęła w duchu. Z 

najwyższym   trudem   powstrzymała   się,   aby   go   natychmiast   nie   rozpakować. 

Ostatni raz widziała mundur z czasów rewolucji cztery lata temu. Niestety, był 

w tak fatalnym stanie, że nic nie mogło go już ocalić. Czas i wilgoć zrobiły 

swoje.

background image

- Obiecałaś mi pięć minut - przypomniał Zane.

- I już zmarnowałam osiem.

- Powiedziałaś, że go obejrzysz.

- Po co zawracać sobie tym głowę? Znam cię. Na pewno oddałeś go już 

do pralni chemicznej i kazałeś podszyć norkami.

- Znów się mylisz. Jest nietknięty, od kołnierza po mankiety.

-   No,   dobrze   -   Emilie   nie   mogła   już   dłużej   opierać   się   pokusie.   - 

Zobaczmy, co to takiego - dodała chłodno.

Zbliżyła się do stołu z takim samym podnieceniem, z jakim nałogowy 

hazardzista zasiada do gry z nieograniczoną stawką. Tyle że żaden hazardzista 

nie pozwoliłby sobie na to, aby ręce drżały mu tak jak jej. Z trudem rozwiązała 

sznurek.

Zane chętnie uwierzyłby, że taki wpływ wywarła na nią jego obecność, 

ale czuł, że ona jest rzeczywiście podekscytowana z powodu tych starych szmat.

- Cholera - zaklęła pod nosem, walcząc z zaciśniętym supłem. Zauważył, 

że nie nosi już ślubnego pierścionka. Ze złością pomyślał, że nie powinien był 

zwracać na to uwagi.

- Pomóc ci?

- Podaj mi nożyczki - poprosiła, przygryzając dolną wargę. - Leżą tam, na 

półce.

- Chyba z dziewiętnastego wieku - mruknął Zane, podając jej nożyczki. - 

Tylko czemu wydawało mi się, że zauważyłem napis „Made in Taiwan”?

-   Bardzo   jesteś   zabawny   -   odrzekła,   nawet   na   niego   nie   patrząc. 

Błyskawicznie przecięła sznurek i zaczęła rozwijać sztywny papier.

Rutledg poczuł na plecach jakiś dziwny dreszcz.

Mówiłam ci, że tak będzie. Powoli zrozumiesz, co jest naprawdę ważne 

usłyszał   znowu   głos   Sary   Jane.   Poczuł,   że   pot   spływa   mu   po   karku.   Miał 

wrażenie, że stoi na długim pomoście i jakaś Circe kusi go, aby ruszył za nią.

Nie   mógł   uwierzyć,   że   rzeczywiście   słyszy   głosy   ani   przyznać,   że 

background image

ogarnęło   go   niecierpliwe   oczekiwanie,   którego   w   żaden   sposób   nie   potrafił 

opanować.

W pokoju rozległo się głośne westchnienie Emilie. Miała wrażenie, że 

pod jej palcami przesuwają się dwa wieki. To tylko wyobraźnia - skarciła się w 

duchu.   Naczytałaś   się   zbyt   wielu   książek...   Mimo   to   nie   mogła   zrozumieć, 

czemu słyszy głośne bicie w bębny, a na skórze czuje zimny powiew wiatru.

Znam   ten   mundur  -   pomyślała.   Miała   wrażenie,   że   sama   uszyłaby   go 

dokładnie tak samo, jak tamten krawiec. Zauważyła starannie ukryte przeróbki. 

Ktoś skrócił rękawy, aby pasowały na niższego mężczyznę.

- No, co o tym myślisz? - przerwał milczenie Zane.

- Jeśli to jakiś dowcip, przysięgam, że... - Emilie obróciła się w jego 

stronę, a w jej oczach pojawiły się błyski gniewu.

- To nie jest żaden żart.

Przejechała palcami wzdłuż kołnierza. Był skrojony i zszyty tak, jak sama 

by to zrobiła, ale nigdy przedtem nie widziała, aby ten sposób był używany w 

epoce kolonialnej.

- To reprodukcja - powiedziała. - Na pewno. Jak na autentyk kolory są 

zbyt świeże, a splot zbyt ścisły.

- To nie jest reprodukcja - zapewnił ją Zane. - Autentyk, z pewnością.

-   Uwierz   mi,   że   dwieście   lat   pozostawia   ślad   na   ubraniu.   Mój   zawód 

polega na usuwaniu tych zmian.

- Dobrze, zatem udowodnij mi, że to reprodukcja. - Pomyślał, że Emilie 

chyba nie spodziewa się, aby tak szybko sobie poszedł. Do diabła, miał ochotę 

przyglądać się jej, jak z trudem panuje nad podnieceniem...

Kobieta podniosła mundur i spojrzała nań pod światło.

- Popatrz tutaj - powiedziała. - Włókna są wciąż długie i elastyczne, szwy 

nie naruszone. Nikt nie miał na sobie tego munduru więcej niż parę razy.

- Według ciebie to poliester?

Emilie   pokręciła   głową.   Widocznie   nie   odzyskała   jeszcze   poczucia 

background image

humoru, ale pozostała piękna.

- Nie, to wełna. Bardzo ciasno tkana... - czuła pod palcami materiał, z 

jakiego szyto wtedy mundury. Słyszała coraz głośniejsze walenie w bębny. - Po 

prostu nie rozumiem, jak...

- Ale to możliwe?

-   Logicznie   biorąc,   nie.   -   Powąchała   mundur.   Czuła   zapach   wełny   i 

naturalnego barwnika. Pomyślała, że to po prostu niemożliwe.

- Ale?

- Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać - powiedziała, spoglądając na 

niego. - Jeśli poczekasz godzinę, to będziemy wiedzieli, jak jest naprawdę.

- Nie mogę tak długo czekać. Muszę jeszcze  dziś wrócić do Nowego 

Jorku.

- Żeby zdążyć na samolot?

- Żeby zdążyć na samolot - potwierdził ostro Zane.

- Wobec tego nie mogę ci pomóc - powiedziała zimno Emilie. Wydawała 

się zupełnie opanowana, ale czuła, jak kurczy się jej żołądek. Boże - myślała - 

przecież   on   nie   może   teraz   wyjść.   Coś   się   tutaj   dzieje,   coś,   czego   nie 

rozumiem...   Ten   mundur   wydawał   się   jej   dziwnie   znajomy,   poczynając   od 

haftów a na dziurkach od guzików kończąc.

Zane wyciągnął rękę w kierunku uniformu. Musnęli się palcami i w tym 

momencie   rozległ   się   trzask   iskry.   Emilie   szybko   cofnęła   dłoń,   jakby   się 

oparzyła.

- Naelektryzowałeś się - powiedziała, odwracając głowę. Chciała ukryć 

zakłopotanie.   Wciąż   w   całym   ciele   czuła   dreszcze,   wywołane   tym   krótkim 

kontaktem.

- Chyba tak - mruknął Zane, niezupełnie przekonany.

Panowało między nimi takie erotyczne napięcie, że nie mógł uwierzyć, iż 

Emilie go nie dostrzega. Stała tak blisko, że czuł zapach wiosennych kwiatów, 

które wpięła we włosy. Słyszał coraz szybsze bicie własnego serca.

background image

Wykluczone - pomyślał. Nie miał najmniejszego zamiaru popełnić po raz 

drugi tego samego błędu.

-   Godzina   to   trochę   za   długo   -   powiedział,   zerkając   na   zegarek.   - 

Chciałbym wyjechać najpóźniej za trzydzieści minut.

- W porządku. Pozwól mi tylko wykonać kilka testów i zobaczymy, co się 

okaże. - Wskazała mu drewniany taboret, stojący przy ogromnym kołowrotku. - 

Możesz tam usiąść, a ja wezmę się do pracy.

Zane po raz pierwszy rozejrzał się uważnie po pracowni, oszałamiającej 

mieszaniną   kolorów   i   stylów.   Próbki   kolonialnych   materiałów   na   ścianach 

rywalizowały   o   miejsce   z   grafikami   Erte'a   i   reprodukcją   Renoira, 

przedstawiającą pulchną, nagą kobietę. Mimo wielu przedmiotów pochodzących 

niewątpliwie z dwudziestego wieku, każdy mógłby się domyślić, że miłością 

Emilie jest okres kolonialny w historii Ameryki. Gdy byli małżeństwem, Zane 

szydził z niej bezlitośnie, że żyje w przeszłości. Nie miał pojęcia, iż uczyni z 

tego swój zawód.

- Czy rzeczywiście posługujesz się tym urządzeniem? - spytał, wskazując 

na kołowrotek.

- Oczywiście, że tak - powiedziała, rzucając mu dziwne spojrzenie.

Zane zakręcił kołem i przez chwilę wsłuchiwał się w skrzypienie drewna.

- Wydaje się, że zrobienie na tym kawałka nici wymaga mnóstwa pracy - 

mruknął.   Zawsze   wierzył,   że   jeśli   czegoś   nie   można   kupić   w   sklepie,   to 

widocznie nie jest to do niczego potrzebne.

- Owszem - potwierdziła Emilie, napełniając miskę jakąś miksturą, którą 

mieszała drewnianą łyżką. - To również wspaniała zabawa.

Rzucił jej sceptyczne spojrzenie, ale je zignorowała.

Pamiętała,   że   nie   potrafił   jej   zrozumieć,   gdy   byli   małżeństwem,   więc 

trudno było oczekiwać, aby udało mu się to teraz. Należał do ludzi lubiących 

bary szybkiej obsługi i nowoczesne samochody, a ona tęskniła do czasów rę-

cznej maselnicy i czterokonnych powozów.

background image

Przestała   o   nim   myśleć   i   zamiast   tego   skoncentrowała   się   na   pracy. 

Szybko nadpruła szew i wycięła malutki skrawek materiału. Mimo skupienia, jej 

zmysły   rejestrowały   wszystko,   co   działo   się   w   pokoju.   Słyszała   każde 

skrzypnięcie   kołowrotka.   Jednocześnie   nie   mogła   się   pozbyć   myśli,   że   oto 

zaczyna się największa przygoda jej życia.

Zane, oczywiście, nie miał pojęcia, co ona robi i niezbyt go to obchodziło. 

Z   przyjemnością   śledził   wzrokiem   jej   ruchy   oraz   wdzięczną   linię   ramion   i 

karku. Pamiętał, jaka była ciepła i chętna, gdy leżeli razem w łóżku...

Zmienił   pozycję   na   taborecie.   Był   zadowolony,   że   Emilie   siedzi 

odwrócona do niego plecami. Nie była specjalnie serdeczna, a w jej zachowaniu 

trudno   byłoby   zauważyć   choć   ślad   frywolności.   Mimo   to   z   przyjemnością 

patrzył, jak kręci się przy stole roboczym. Czuł się tak, jakby oglądał film, a ona 

była znaną gwiazdą.

Emilie   zawsze   tak   na   niego   działała.   Jedyne,   co   naprawdę   przeżywali 

razem,   to   wzajemny   pociąg   fizyczny.   Zdecydowali   się   na   małżeństwo,   bo 

uwierzyli, że nic innego nie będzie im potrzebne do szczęścia.

Tymczasem już dawno się rozwiedli.

Pożądanie pozostało...

Być   może   Emilie   coraz   bardziej   pociągała   Zane'a   właśnie   dlatego,   że 

wydawała się całkowicie niewrażliwa na jego męski urok. A może jest w kimś 

zakochana? - pomyślał. Nie miało to dla niego większego znaczenia, ale mimo 

to   rozejrzał   się   wokół,   aby   sprawdzić,   czy   gdzieś   nie   dostrzeże   śladów 

obecności jakiegoś mężczyzny. Jednak nie dostrzegł nigdzie ani zdjęcia, ani mę-

skich rzeczy. Przez chwilę wahał się, czy nie udać, że idzie do toalety i szybko 

rozejrzeć się po całym domu, ale zrezygnował z tego pomysłu. Wolał pozostać 

na miejscu i przyglądać się, jak eks - żona pracuje.

Do licha, dlaczego on mi się tak przygląda? - pomyślała z irytacją Emilie. 

Czuła na ciele jego palące spojrzenie. Jak na człowieka, którego ponoć nic nie 

obchodził ten mundur, Zane przyglądał się jej pracy niezwykle uważnie. A może 

background image

patrzył tylko na nią?

- Zrobiło się tu strasznie gorąco - powiedziała, odrzucając włosy przez 

ramię i kładąc malutki kawałek materiału na szkiełku mikroskopu. Starała się, 

aby jej głos zabrzmiał spokojnie i rzeczowo, ale miała wrażenie, że nic z tego 

nie wyszło. - Czy mógłbyś włączyć klimatyzację?

Nic   nie   odpowiedział,   ale   słyszała   skrzypienie   parkietu,   gdy   szedł   w 

stronę termostatu.

- Dziękuję - mruknęła, nie odwracając głowy. - Dziwne, ale po zmroku 

robi się cieplej, nieprawdaż?

- Nie - odparł szorstko, ale z jakąś miękkością. - To wcale nie wydaje mi 

się dziwne.

Emilie czekała, aż usłyszy skrzypienie taboretu, ale w pokoju panowała 

cisza.

- To jeszcze chwilę potrwa - usiłowała nadać swemu głosowi obojętne 

brzmienie. - Lepiej usiądź.

- Postoję.

Aż podskoczyła, słysząc jego głos tuż nad głową.

- Nie stój tak nade mną. Muszę mieć spokój.

- Przecież ci nie przeszkadzam.

- Owszem - wskazała ręką na lampy. - Zasłaniasz światło.

- Wydawało mi się, że korzystasz z mikroskopu.

- Czy możesz usiąść? - nalegała Emilie. Jej głos zabrzmiał nienaturalnie 

wysoko. - Ta praca wymaga skupienia.

Zane stał tak blisko, że czuła zapach jego skóry.

- Tak będzie dobrze? - spytał, siadając ponownie na taborecie.

- Doskonale.

- Nie chciałem ci przeszkodzić.

- Teraz już nie przeszkadzasz.

- Będę tu siedział i przyglądał ci się z daleka.

background image

- Dobrze.

Wcale nie dobrze. Żaden system klimatyzacyjny nie zdołałby opanować 

gorączki ogarniającej jej ciało. Do diabła! - zaklęła w duchu. Przecież rozwiedli 

się już pięć lat temu! Emilie myślała, że już się na niego uodporniła. Zakasłała, 

aby oczyścić oddech.

- Telewizor stoi w salonie - powiedziała.

- Niech stoi.

- Możesz jeszcze złapać lokalne wiadomości.

- Nic mnie nie obchodzą - mruknął, zerkając na zegarek. - Długo jeszcze?

- Minutkę. - Pochyliła się nad mundurem. Zmrużyła oczy, chroniąc je 

przed   ostrym   światłem   lampy   przykręconej   do   stołu.   Coś   się   działo   w   tym 

pokoju, ale najwyraźniej tylko Zane zdawał sobie z tego sprawę, choć też nie 

rozumiał, co to takiego. Nie podobało mu się, że spotkanie z Emilie wytrąciło go 

z równowagi. Chciał czegoś, ale sam nie wiedział czego.

To pragnienie pochodziło z głębi jego osobowości i pewnie dlatego tak 

bardzo go niepokoiło. Zawsze tak było między nimi. Już podczas pierwszego 

spotkania pomyślał, że ze wszystkich rzeczy i ludzi na świecie tylko Emilie jest 

dla niego nie do zdobycia.

Ale   to   go,   oczywiście,   nie   powstrzymało.   Wzięli   ślub   po   konkurach 

krótkich i gwałtownych jak letnia burza. Z jego strony był to akt desperacji. 

Zane sam dobrze nie rozumiał, co robi, ale czuł, że musi się z nią ożenić.

Emilie   wciąż   mu   się   wymykała.   Poznał   jej   ciało,   ale   zawsze   miał 

wrażenie, że dusza żony pozostaje poza jego zasięgiem.

Otrząsnął się z tych myśli. Introspekcja nigdy nie była jego silną stroną. 

Ta wizyta była kiepskim pomysłem. Pomyślał, że im prędzej wróci do Nowego 

Jorku, tym lepiej dla niego.

- Posłuchaj - powiedział, zbliżając się do stołu. - Muszę już jechać. Mam 

przed sobą długą drogę.

- A co z mundurem?

background image

- Mam do ciebie zaufanie. Odbiorę go po powrocie.

- Lepiej mi nie ufaj - powiedziała, odwracając się w jego stronę. - Myślę, 

że to autentyk.

- Mówiłaś, że to niemożliwe - odrzekł unosząc brew.

-   Zdarza   się   wiele   niemożliwych   rzeczy.   -   Emilie   wygładziła   palcami 

drobne   fałdki   na   kurtce   munduru.   Poczuła   łaskotanie   szorstkiej   wełny.   - 

Przymierz go.

- Wykluczone.

- Muszę zobaczyć, jak się układa.

- Możesz odziać swego kolegę - Zane wskazał ręką stojącego pod ścianą 

manekina. Ta cała historia zaczynała go już niecierpliwić.

- Nie - pokręciła głową. - Muszę zobaczyć, jak się układa w ruchu.

Czego się boisz, Zane? To tylko mundur!

- Zamknij się, babciu - mruknął.

- Co powiedziałeś? - nie dosłyszała Emilie.

-   Nic   -   odrzekł   z   zakłopotaniem.   Sięgnął   po   mundur.   -   Dobrze, 

przymierzę, ale zaraz potem jadę.

Emilie pomogła mu włożyć kurtkę.

- To naprawdę nie jest już moja sprawa, ale sądzę, że powinieneś zmienić 

swój stosunek do życia - powiedziała.

- Nie widzę najmniejszego powodu - odrzekł Zane i poruszył ramionami, 

poprawiając kurtkę. - Pasuje na mnie.

- Jakby był szyty na miarę - potwierdziła Emilie, patrząc na niego szeroko 

otwartymi   oczami.   Podwinęła   mu   mankiety.   -   Czy   wiesz,   jakie   jest 

prawdopodobieństwo,   żeby   tak   stary   mundur   pasował   na   kogoś   twojego 

wzrostu?

- Jeden do miliona?

- Mniej więcej.

-  Oczywiście,   że   pasuje   na   ciebie,   chłopcze.   Przecież   jesteś   Rutledge, 

background image

nieprawdaż?

Emilie pochyliła na bok głowę i spojrzała na niego z zaciekawieniem.

- Mówiłeś coś?

Zane potrząsnął przecząco głową.

- Jestem pewna, że słyszałam jakiś głos - zmarszczyła czoło i spojrzała na 

niego uważnie. - Dobrze się czujesz?

- Doskonale.

- Wcale tak nie wyglądasz.

- Będę, jak tylko zdejmę ten mundur.

- Przymierz jeszcze bryczesy.

- Nie lubię rajtuzów - Zane ściągnął z ramion kurtkę i podał ją Emilie.

- To wcale nie są rajtuzy - uśmiechnęła się. - Spandex to pomysł naszych 

czasów.

- Nic mnie nie obchodzi, że George Washington nosił takie portki. Ja nie 

zamierzam.

- Na  pewno  wyglądałbyś  w  nich wspaniale.  Zawsze  miałeś  doskonałe 

nogi.

- Wykluczone.

- Dobrze, poddaję się. Zaraz zapakuję mundur i będziesz mógł jechać.

Emilie pomyślała, że powinna była się tego spodziewać. Raz już popełniła 

taki sam błąd, ale była młoda i niedoświadczona. Wierzyła wtedy, że wszystko 

zawsze   kończy   się   szczęśliwie.   Rozsądne   kobiety   nie   oczekują   spełnienia 

marzeń.

- Możesz go zatrzymać.

- Nie - zaprotestowała Emilie. - To kawałek historii.

-   Historia   nie   ma   dla   mnie   żadnego   znaczenia   _   oświadczył   szczerze 

Zane. - Równie dobrze możesz zatrzymać ten mundur na zawsze.

- Nie tego się spodziewałam, chłopcze - wtrąciła Sara Jane.

- Jeśli rzeczywiście tak mało cię to obchodzi, to po co tu przyjechałeś? - 

background image

spytała zdziwiona.

Zane  znowu  poczuł  wstrząs   i przypływ  adrenaliny.  Nie  mógł  przecież 

powiedzieć   eks   -   żonie,   że   kazała   mu   tu   przyjechać   zmarła   babka!   Emilie 

zadzwoniłaby po pogotowie, jeszcze nim zdążyłby wyjść do samochodu.

- Wydawało mi się, że to dobry pomysł.

- Muszę powiedzieć profesorowi Attlemanowi z Rutgers, aby następnym 

razem polecił ci kogoś innego - powiedziała Emilie i zaczęła pakować mundur.

- Wcale nie żartowałem. Naprawdę możesz go zatrzymać. Już teraz ma 

dla ciebie większe znaczenie niż dla mnie.

- Jeśli historia i względy rodzinne nic dla ciebie nie znaczą, to pomyśl o 

pieniądzach. Ten mundur jest z pewnością wart małą fortunę.

- Nie dbam o to, i tak mam dość pieniędzy.

- Czy ciebie w ogóle cokolwiek obchodzi?

- Chyba nie.

-   Wcale   się   nie   zmieniłeś   -   Emilie   potrząsnęła   głową.   -   Szczerze   ci 

współczuję.

-   Zupełnie   niepotrzebnie.   Robię   to,   co   chcę,   jeżdżę   tam.   dokąd   mam 

ochotę. Większość ludzi wiele by dała, aby móc żyć tak, jak ja.

- Tak nie można żyć wiecznie - odrzekła. Nie mogła zrozumieć, dlaczego 

ją to porusza. - Wcześniej czy później będziesz musiał się na chwilę zatrzymać, 

aby zrozumieć, dlaczego jesteś taki samotny.

- Samotny? - roześmiał się Zane. - Nie żartuj. Przecież nic nie wiesz o 

moim życiu.

- Ale mam rację, prawda? - Emilie patrzyła na niego tak, jakby potrafiła 

dostrzec wszystkie zakamarki jego duszy.

Pochylił się i mocno pocałował ją w usta. Ten pocałunek wyrażał gniew, 

pragnienie i żal z powodu straconych szans.

- Baw się dobrze, Emilie. Ja uciekam.

background image

2

Pocałował ją tak gorąco, jak zawsze tego pragnęła. Natychmiast potem 

odwrócił się i wyszedł. Zachował się tak, jakby to nie miało dla niego żadnego 

znaczenia.

Emilie patrzyła przez okno, jak Zane Grey Rutledge wsiada do swojego 

supersamochodu, po czym znika równie szybko, jak wszystkie inne fantazje.

Potrząsnęła głową, starając się zapomnieć o smaku jego ust. Ostatni raz 

Zane pocałował ją na schodach sądu, zaraz po rozprawie rozwodowej.

- Jadę do Australii - powiedział wtedy z szelmowskim uśmiechem. - Może 

pojedziesz ze mną?

Emilie z trudem powstrzymała się, żeby nie kopnąć go w kostkę. Ich 

małżeństwo było niewątpliwie pomyłką, a teraz on sugerował, żeby ruszyli w 

drogę jako para kochanków. Najgorsze było to, że w głębi duszy miała na to 

ochotę. Z trudem opanowała pokusę.

Oczywiście, nic się nie zmieniło.

Pozostał   równie   lekkomyślny,   jak   przedtem,   a   jednocześnie   zdołał 

utrzymać swój wpływ na nią. Emilie miała wrażenie, że pod jego dotknięciem 

ożywa,   że   ogarnia   ją   słodkie   pragnienie,   którego   spełnienie   wymaga   tylko 

wyciągnięcia ręki.

Minęło pięć najlepszych sekund jej życia.

Księżyc rzucał srebrzyste światło na całą okolicę. Emilie pomyślała, że 

powinna była pamiętać, iż dzisiaj jest pełnia. Czuła, że jest gotowa popełnić ja-

kieś   szaleństwo,   przestaje   nad   sobą   panować.   Wystarczyłoby   jedno   słowo 

zachęty z jego strony, a rzuciłaby mu się na szyję błagając, aby kochał ją tu, na 

podłodze w pracowni, gdzie towarzyszyłyby im tylko duchy przeszłości.

Sposób,   w   jaki   na   nią   patrzył...   Ton   głosu,   gdy   wymawiał   jej   imię... 

Wyraźnie widziała te sygnały, ale pozwoliła, aby okazja wymknęła się jej z ręki.

Odwróciła   się   gwałtownie   od   okna.   Była   wściekła,   że   pozwoliła,   aby 

background image

cielesny poryw wziął w niej górę nad staroświeckim, zdrowym rozsądkiem.

Gdyby nie leżący na stole mundur, Emilie zapewne pomyślałaby, że cały 

ten incydent jest  produktem jej  wyobraźni. Szybkim krokiem przeszła  przez 

pokój i wzięła do ręki kurtkę. Zane miał ją na sobie tylko kilka minut, a mimo to 

poczuła znajomy zapach wiatru, deszczu i morskiego powietrza.

Rutledge uosabiał wszystko, czego nie znosiła u mężczyzn, a jednak, gdy 

zobaczyła, jak wysiada z samochodu przed jej domem, ogarnęła ją taka sama 

beztroska euforia, jaką przeżyła przy ich pierwszym spotkaniu.

Mieszkała wtedy w Hollywood i pracowała w wielkim studio filmowym 

specjalizującym   się   w   filmach   historycznych.   Do   niej   należał   nadzór   nad 

wiernością kostiumów i innych szczegółów.

Zane pojawił się na planie, żeby odwiedzić swojego kumpla kaskadera. 

Sam, oczywiście, nie ryzykował życia dla pieniędzy. Wolał to robić za darmo, 

dla przyjemności.

- Zane Grey Rutledge? - powtórzyła Emilie, gdy się jej przedstawił.

- Moi rodzice mieli poczucie humoru - wzruszył obojętnie ramionami, jak 

ktoś, kto nigdy nie musiał o nic walczyć. - W dniu porodu czytali w szpitalu 

„Riders of the Purple Sage” i stąd to imię.

Zane   wydawał   jej   się   człowiekiem   nie   z   tego   świata.   Po   pierwsze, 

wyglądał jak gwiazdor filmowy. Po drugie, nieustannie gonił za przygodami i 

ryzykiem. Dopiero po jakimś czasie zrozumiała, że w ten sposób próbował za-

pomnieć   o   samotności,   która   doskwierała   mu   bardziej,   niż   gotów   był   to 

przyznać.

Nigdy nie opowiadał o swojej przeszłości, ale mimo to Emilie udało się 

dowiedzieć,   że   jego   rodzice,   zajęci   życiem   pełnym   przygód,   oddali 

pięcioletniego syna do ekskluzywnego internatu i polecieli na kolejną wyprawę. 

Gdy   zginęli   na   stokach   Himalajów,   Zane   dowiedział   się   o   tym   dopiero   po 

upływie sześciu miesięcy. Tylko babka, stara matrona z Filadelfii, była gotowa 

poświęcić mu swój czas, ale wtedy było już za późno, aby mogła wpłynąć na 

background image

życie wnuka.

Emilie gorąco pragnęła zapełnić pustkę w jego sercu, ale nie zdołała go 

zatrzymać. Zane był nieuchwytny niczym spadająca gwiazda. Zbyt długo żył 

samotnie, aby teraz uwierzyć w szczęśliwe życie we dwoje. Nie mieli żadnych 

wspólnych zainteresowań. Ona kochała przeszłość, Zane uwielbiał przyszłość. 

On lubił szybkie, sportowe samochody i wyprawy w odległe zakątki świata, ona 

-   stare   tkaniny   i   wycieczki   do   muzeów.   Wspaniały   mundur   sprzed   dwóch 

wieków miał dla niego mniejsze znaczenie niż para brudnych skarpet.

Emilie pomyślała, że lepiej byłoby, gdyby Zane poleciał na Tahiti lub 

został na Manhattanie, gdzie ponoć teraz mieszkał. Jego wizyta spowodowała 

tylko zamęt, wzbudziła w niej pragnienie czegoś, co było nieosiągalne.

Ostatnio miała wrażenie, że dusi się w zapyziałym miasteczku, w którym 

się wychowała. Serdeczna ciekawość sąsiadów działała jej na nerwy. Wrzaski 

mew, słony zapach oceanu i dobrze znany rytuał dnia codziennego wydawały się 

jej teraz obce i trudne do zniesienia.

Właśnie poprzedniego dnia na rynku podniosła głos w rozmowie z panią 

Willis, a Johnowi Parkerowi powiedziała, że nie podoba się jej tapeta, którą 

przykleił w jej spiżarni. Jeszcze teraz miała przed oczami zdumione miny tych 

dwojga, gdy wychodziła ze sklepiku z litrem mleka i sześcioma jajkami.

-   Biedna   Emilie   -   usłyszała   komentarz   pani   Willis.   -   Taka   ładna 

dziewczyna nie powinna być sama.

Zdumiewające, że tamta kobieta lepiej ją rozumiała niż ona sama. Emilie 

pragnęła   przygody,   tęskniła   za   urozmaiceniem   nudnego   życia.   Potrzebowała 

jakiegoś wstrząsu, i to szybko, nim zestarzeje się na tyle, że wszystko stanie się 

jej obojętne.

Trudno było oczekiwać, że coś takiego może się wydarzyć w sennym 

Crosse Harbor w New Jersey.

Natomiast w żadnym wypadku Emilie nie życzyła sobie, aby w jej życie 

znowu wtargnął były mąż, przypominając jej, że kiedyś była na tyle naiwna, by 

background image

uwierzyć,   iż   w   jego   towarzystwie   będzie   mogła   jednocześnie   cieszyć   się   z 

przygód i czuć bezpiecznie.

Odwróciła się, żeby pójść do kuchni, ale w tym momencie ktoś zadzwonił 

do drzwi Była już ósma. Pomyślała, że chyba jej się zdawało, ale po chwili 

dzwonek odezwał się ponownie, tym razem głośniej. Szybko podeszła do drzwi.

- Kto tam?

- Zane.

Chodzi   o   mundur   -   pomyślała.   Pewnie   zdecydował   się   go   zabrać. 

Otworzyła drzwi.

- Długo czekałem - mruknął z wyrzutem. Jego ciemne włosy błyszczały w 

świetle lampy. Emilie znów pomyślała, że wygląda jak pirat. - Czy w czymś ci 

przeszkodziłem?

- Po co tu przyjechałeś?

- Wpuść mnie, to ci powiem.

- Przecież miałeś lecieć na Tahiti - Emilie słyszała, jak jej serce wali o 

żebra.

- Wylatuję dopiero jutro - odrzekł, opierając się o framugę.

- Lepiej jedź do domu i spakuj manatki.

-   Pojadę   -   powiedział   i   urwał   na   chwilę.   -  A  ty?   Emilie   wstrzymała 

oddech. Miała wrażenie, że Zane wciąga ją w ogień. To stary gracz - pomyślała. 

Lubi wyrafinowane gry dla dorosłych, których ona nigdy nie pojmie.

- Nie wiem, co ci odpowiedzieć - wybąkała wreszcie.

- Byłoby o wiele lepiej, gdybyś wiedziała.

- Przykro mi, ale nigdy nie miałam talentu do ułatwiania ludziom życia, a 

już na pewno nie będę się wysilać dla byłego męża.

Emilie wyczuła w nim pewną zmianę, co od razu ją rozbroiło. Zane starał 

się zuchwałością przesłonić dręczącą go samotność, którą ona już dawno rozpo-

znała.

- Dojechałem do rogu i zawróciłem - powiedział.

background image

-   Pewnie   wróciłeś   po   mundur   -   odrzekła,   czując   jednocześnie   strach, 

podniecenie i nadzieję.

-   Nie   -   odpowiedział   Zane,   wchodząc   do   ciemnego   przedpokoju.   - 

Wróciłem do ciebie.

-   To   przecież   nie   ma   żadnej   przyszłości   -   powiedziała,   pożerając   go 

wzrokiem. - Nic się nie zmieniło. Jesteśmy takimi samymi ludźmi. Wciąż...

- Nie ma żadnej przyszłości - przerwał jej Zane. - Istnieje tylko chwila...

Emilie   w   mgnieniu   oka   znalazła   się   w   jego   ramionach.   Bez   żadnych 

pytań, bez obietnic, bez namysłu. Uniósł do góry jej brodę i pocałował w usta. 

Początkowo   pocałunek   był   delikatny   i   subtelny,   jednocześnie   słodki   i 

zdecydowany,   ale   dokładnie   w   chwili,   gdy   zapragnęła   czegoś   więcej,   Zane 

przyciągnął ją mocniej do siebie i wsunął język w jej usta. Emilie czuła, jak w 

jej wnętrznościach zaczyna się budzić ogień.

Oparła dłonie na jego twardej piersi, czując gwałtowne łomotanie serca. 

Jak mogła była zapomnieć dotyk i zapach tego ciała, tę zmysłową eksplozję, 

którą teraz znów przeżywała?

Zane szybkim ruchem porwał ją na ręce. Instynktownie zaplotła palce na 

jego karku. Czuła, że kręci się jej w głowie. Tuż przed sobą miała jego twarz, 

wysokie kości policzkowe i dumny nos. Widziała jego ciemnoniebieskie oczy, 

przesłonięte czarnymi niczym noc rzęsami. Mogła w nich utonąć.

- Drzwi - szepnęła.

Zane zatrzasnął je kopnięciem, odgradzając ich tym od rzeczywistości. 

Znaleźli się nagle w zamkniętym, własnym świecie.

- Którędy? - spytał. Jego głos brzmiał zmysłowo i ochryple.

- Tym korytarzem.

Sypialnia Emilie znajdowała się przy jego końcu, po prawej stronie.

Zane rozpoznałby ten pokój nawet w zupełnych ciemnościach. „Wszędzie 

czuł aromat jej perfum, niezbyt silny, ale jakże znajomy. Od lat często usiłował 

wyobrazić sobie ten zapach, ale nigdy mu się to nie udało. Tym razem czuł go 

background image

naprawdę. Działał na niego równie podniecająco jak kobieta, którą trzymał w 

ramionach.

Nigdy jej nie zapomniał. Teraz bez trudu rozpoznawał smak jej warg i 

dotyk jedwabistych włosów na policzku.

Niemal utonęli w grubym puchowym materacu.

-   Nie   mogę   uwierzyć,   że   to   dzieje   się   naprawdę   -   szepnęła   Emilie, 

muskając palcami jego twarz.

- Nie potrafiłem odjechać - odrzekł Zane, głaszcząc dłonią jej biodra. - 

Chciałem, ale nie mogłem cię zostawić.

-   Wiem   -   szepnęła.   -   Kiedy   patrzyłam,   jak   odjeżdżasz...   -   urwała   i 

pokręciła głową. - Chciałam, żebyś wrócił.

- Jesteś pewna?

- Tak - powiedziała stanowczo. Czy Zane wiedział, jaki wywiera na nią 

wpływ? Jaki jest piękny? Przeciągnął dłonią po jej płaskim brzuchu i wsunął 

palce pod koszulę. Przesunął rękę wyżej, aż dotarł do koronkowego stanika. 

Błyskawicznie rozpiął go i nakrył pierś dłonią.

Emilie miała wrażenie, że wszędzie czuje dotyk jego palców. Zane powoli 

pieścił opuszkami jej sutki, aż stały się twarde i napięte. Niecierpliwie czekała 

na   dotknięcie   jego   warg,   chciała   czuć   na   piersiach   gorące   i   wilgotne   usta, 

pragnęła, by ssał jej sutki...

- Tak - powiedział, ściągając z niej koszulę i stanik. - Chcę słyszeć, jak 

krzyczysz. Chcę wiedzieć, że czujesz rozkosz...

Z gardła Emilie wydarł się jęk, tak gwałtowny i namiętny, że sama się 

przestraszyła,   ale   jednocześnie   pozbyła   ostatnich   zahamowań.   Czuła   swoją 

kobiecą siłę, zupełnie tak, jakby dotknięcie Zane'a przywróciło ją do życia.

Zbliżył   usta   do   jej   piersi.   To   dotknięcie   parzyło   niczym   ogień.   Gdy 

chwycił zębami sutek, Emilie znowu krzyknęła, nie z bólu, lecz prymitywnej, 

gwałtownej rozkoszy. Przemknęło jej przez myśl, że chyba nie przeżyje takiego 

napięcia zmysłów.

background image

Miała   wrażenie,   że   jest   w   stanie   nieważkości,   zawieszona   gdzieś   w 

ciemnej przestrzeni erotycznych marzeń.

Czuła,   jak   w   jej   ciele   odzywa   się   odwieczny   rytm.   Wyprężyła   się 

gwałtownie.

Długo   czekała   na   tę   chwilę.   Marzyła   o   niej.   Tęskniła   za   jedynym 

mężczyzną, który mógł zabrać ją w taką podróż.

Teraz pragnęła czegoś więcej.

Chciała czuć dotknięcia jego ust na całym ciele. Sięgnęła do majteczek, 

ale Zane odsunął jej rękę i zsunął je w tak podniecający sposób, że zbliżyła się o 

kolejny krok do pełnego szaleństwa.

Rutledge pomyślał, że Emilie jest jeszcze piękniejsza, niż ją zapamiętał. Z 

przyjemnością patrzył na jej długie nogi, zaokrąglone biodra i ciemne włosy 

wilgotne   z   pożądania.   Pod   wpływem   pieszczot   jego   języka   Emilie   znów 

krzyknęła z rozkoszy i Zane poczuł, że sam również płonie.

Zapragnęła go dotknąć, poczuć jego potężne ciało. Chciała wiedzieć, że 

on należy do niej i tylko do niej, nawet jeśli tylko w tę jedną noc.

Nim zdążyła coś powiedzieć, sam zrozumiał jej pragnienia. Wstał z łóżka 

i   ściągnął   spodnie.   Emilie   nie   mogła   oderwać   wzroku   od   jego   szczupłego, 

muskularnego ciała i ciemnych włosów, porastających klatkę piersiową i płaski 

brzuch.

Nie rozczarował jej. Nigdy mu się to nie zdarzyło.

Był dokładnie taki, jak Emilie go zapamiętała.

Poczuła   w   oczach   łzy   i   szybko   zamrugała,   żeby   Zane   niczego   nie 

zauważył.

Dostrzegł to jednak.

Opadł na łóżko obok niej i przytulił ją do siebie.

- Bardzo cię pragnę - powiedział wprost. - Nigdy jednak nie kocham się z 

kobietą, która nie ma na to ochoty. - Odsunął się od niej tak, że przestali stykać 

się ciałami. - Wybieraj, Emilie. Decyzja należy do ciebie.

background image

Nie czuła ani wstydu, ani zakłopotania. To była chwila, na którą długo 

czekała. Teraz   miała  szansę   spróbować  najsłodszej  namiętności  bez  żadnych 

żalów i zobowiązań, które mogłyby zakłócić pamięć tego wieczoru. Mogła być 

teraz albo poddanym, albo zdobywcą, wybór należał do niej.

Żadne słowa nie mogłyby oddać jej uczuć i pragnień. Spojrzała mu w 

oczy   i   kiwnęła   głową.   Zane   miał   wrażenie,   że   dotyka   jej   ciała   i   duszy 

jednocześnie.

Wziął ją w ramiona. Przez chwilę leżeli nieruchomo, mocno przytuleni do 

siebie, ciesząc się po prostu zetknięciem nagich ciał. Emilie nie potrzebowała 

niczego więcej, żeby zapomnieć o całym świecie.

Poruszyła się, ocierając się o niego, kusząc i podniecając. Miała wrażenie, 

że traci kontrolę nad sobą. Teraz Zane był dla niej jedynym prawdziwym bytem 

w świecie, który przestała rozpoznawać.

Emilie   była   już   gotowa.   Zane   poznał   to   po   głębokich   jękach,   jakie 

wydobywały się z jej gardła i pełnym pragnienia spojrzeniu zielonych oczu. 

Rozdzielił   jej   uda   i   ukląkł   między   nimi.   Początkowo   zaatakował   ją   lekko   i 

delikatnie, tak, aby ich namiętność mogła osiągnąć najwyższą temperaturę. Gdy 

kobieta zaczęła głośno krzyczeć, wiedział, że nie powinien dłużej zwlekać.

- Teraz - powiedziała zduszonym szeptem, prosto w jego usta. - Teraz... 

teraz...

Nie potrzebował zachęty.

Ciało Emilie było tak mocno zaciśnięte, że Zane przestraszył się, że zrobi 

jej krzywdę, ale ona nalegała, aby nie przerywał. Po chwili przyjęła go w siebie. 

W tym momencie zadygotała. Pasowali do siebie tak, jakby jakiś dobry Bóg z 

góry zadecydował, że będą do siebie należeć.

Zane był pierwszym mężczyzną, który poznał jej ciało i nauczył rytuału 

miłości. Na myśl, że w ciągu pięciu lat od rozstania Emilie z pewnością była z 

kimś innym, poczuł gwałtowne pragnienie, aby wymazać z jej pamięci wszelkie 

wspomnienia i napiętnować ją jako swoją wyłączną własność.

background image

Kochali się z gwałtowną, pierwotną namiętnością. Zane nigdy nie marzył 

o czymś więcej, niż ofiarowała mu Emilie. Gdy nadszedł moment spełnienia, 

miał wrażenie, że jego ciało rozrywa gwałtowny wybuch, ale po chwili odzyskał 

poczucie jedności.

Nie wiedział jeszcze, że w tym momencie w jego życiu nastąpił przełom.

W ciemnościach wiele się może zdarzyć.

Tej   nocy   Emilie   poznała   wszystkie   formy   zmysłowego   kontaktu   z 

mężczyzną, który odgadywał jej pragnienia, nim jeszcze zdążyła je nazwać. W 

ciemnościach,   rozproszonych   tylko   światłem   księżyca,   oboje   oddali   się 

erotycznej magii.

Wreszcie zdrzemnęli się trochę, po czym Emilie przyniosła do łóżka starą 

i   omszałą   butelkę   szampana.   Chowała   ją   na   wyjątkową   uroczystość,   która 

jednak nigdy się nie zdarzyła.

- Cristal - Zane gwizdnął z uznaniem. - To robi wrażenie.

- Powinno.

Sama otworzyła butelkę. Gdy korek wystrzelił, głośno się roześmiała.

- Uwielbiam ten dźwięk - rozlała do kieliszków pieniący się, złoty płyn. 

Postawiła butelkę na nocnym stoliku i wzniosła toast.

- Za zdrowie nieoczekiwanych gości.

- Twoje zdrowie - odrzekł Zane, patrząc jej prosto w oczy.

- Wygląda na to, że wracamy do starych czasów - powiedziała Emilie, 

delektując się napojem.

- Miałem nadzieję, że będziemy raczej rozmawiać o przyszłości.

Kobieta wyciągnęła się wygodnie na poduszce. W jej oczach zaświeciły 

iskierki.

- Może zatem opowiem ci o przygotowaniach do jutrzejszych obchodów 

Dnia Patriotów?

Zane jęknął głośno. Emilie uderzyła go w głowę poduszką.

- Możesz się śmiać - powiedziała, udając oburzenie - ale tutaj, w Crosse 

background image

Harbor, to ważny dzień. Niewątpliwie bardzo cię to rozśmieszy, ale wszyscy 

mieszkańcy przebierają się w osiemnastowieczne stroje, popijają jabłecznik i 

udają, że wypatrują nadchodzącej armii brytyjskiej. Burmistrz Gold odgrywa 

Andrew McVie'a - dodała.

McVie był jedynym wiarygodnym bohaterem rewolucji, którym mogło się 

poszczycić   Crosse   Harbor.   W   dzieciństwie   Emilie   spędziła   wiele   czasu 

rozmyślając   o  tym,   jak  uratował   on  generała  Washingtona  na   parę  miesięcy 

przed bitwą pod Princeton.

Opowiedziała Zane'owi historię tajemniczego bohatera w czarnej masce, 

który na oczach przerażonych świadków skoczył na konia Washingtona i zrzucił 

generała   na   ziemię   na   ułamek   sekundy   przedtem,   nim   kula   z   muszkietu 

przeleciała tuż nad siodłem. Gdyby nie zamaskowany mężczyzna, utkwiłaby w 

sercu przyszłego prezydenta.

Rodzina Emilie zawsze twierdziła, że owym tajemniczym bohaterem był 

ktoś   z   ich   rodu.   Któż   inny,   jeśli   nie   członek   rodziny   Crosse,   miałby   dość 

odwagi,   aby   dokonać   takiego   wyczynu?   Pozostali   mieszkańcy   miasteczka 

uważali jednak, że zbawcą generała był Andrew McVie.

- Niestety, tego dnia większość członków naszej rodziny była na weselu - 

zaśmiała się Emilie. - To tyle z historii rodzinnych.

- A ty za kogo się przebierasz? - spytał Zane. - Za kochankę McVie'a?

- Nie, mądralo, ale i tak będę sensacją dnia - stwierdziła. - Jutro pojawię 

się na rynku w balonie na gorące powietrze.

- Chyba żartujesz!

- Słowo harcerza - zapewniła go z powagą. - Świadectwa historyczne są 

raczej  wątpliwe,  ale   to  świetna   reklama   dla   towarzystwa   historycznego.   Nie 

mogłam odmówić.

- Nie zawracałbym sobie tym głowy.

- Dlatego że nie cenisz historii i nigdy jej nie zrozumiesz.

-   Za   to   świetnie   rozumiem   inne   sprawy   -   odpowiedział,   odstawiając 

background image

kieliszek na nocny stolik. - Może, cię o tym przekonam...

Później   dokończyli   szampana   i   Emilie   poszła   do   spiżarni   poszukać 

jeszcze jednej butelki. Była pewna, że powinna coś znaleźć.

- Tym razem to już nie Cristal - powiedziała. - Ale według mnie nie ma 

czegoś takiego jak zły szampan.

Zane, który poszedł z nią do kuchni, wziął butelkę i przyjrzał się nalepce.

Emilie   ponownie   zniknęła   w   spiżarni,   po   czym   wróciła   z   pudełkiem 

krakersów, dżemem i masłem fistaszkowym. Ułożyła to wszystko na tacy z laki, 

którą rok wcześniej kupiła na pchlim targu, a następnie wyjęła z kredensu dwa 

talerze i piękny, srebrny nóż.

Gdy   wrócili   do   łóżka,   z   wielkim   przejęciem   posmarowała   krakersy 

masłem fistaszkowym i dżemem, po czym ułożyła je w półkole na talerzu. Zane 

uważnie się jej przyglądał. Pomyślał, że w jej rękach wszystko zamienia się w 

złoto. Nawet z krakersów i dżemu potrafiła wyczarować przekąskę, smakującą 

jak ambrozja.

-   Dawno   już   nie   byłam   na   targu   -   powiedziała   Emilie,   napełniając 

ponownie kieliszki. - Nie mam nic w domu, inaczej przygotowałabym ci coś 

wspaniałego. Jeśli nie pamiętasz, to ci przypominam, że dobrze gotuję.

- Nie chcę ci sprawiać przykrości, ale nigdy mnie nawet nie obchodziło, 

czy potrafisz zagotować wodę - odrzekł Zane z uśmiechem.

Emilie spojrzała na niego z urazą, ale zaraz się roześmiała.

- To chyba rzeczywiście nie ma znaczenia, prawda?

- Najmniejszego - zapewnił ją i odsunął talerz. - Połóż się.

- Dlaczego?

- Połóż się - powtórzył z naciskiem.

To   były   jej   marzenia.   W   ciągu   tej   jednej,   magicznej   nocy   on   mógł 

wydawać polecenia, ona gotowa była słuchać.

Położyła się na chłodnym, jedwabistym prześcieradle. Szampan wirował 

jej w głowie. Miała kłopoty z ustaleniem, gdzie kończy się jej ciało, a gdzie 

background image

zaczyna miękka pościel. Czuła się tak, jakby płynęła na chmurce w atmosferze 

nabrzmiałej erotyzmem.

-   Zane!   -   wykrzyknęła   po   chwili,   unosząc   się   na   łokciu.   -   Co   ty 

wyprawiasz?

- Zaufaj mi - odpowiedział ze swym pirackim uśmiechem na ustach.

Emilie   poczuła   na   ciepłym   brzuchu   zimne   krople   szampana.   Drgnęła. 

Zane wypełnił jej pępek złocistym płynem.

- Zwariowałeś! - zaśmiała się, starając się nie poruszyć. - Prześcieradło...

Prześcieradłu   jednak   nic   nie   groziło.   Zane   zlizał   szampana   kropla   po 

kropli. Czuła jego język w pępku, na brzuchu i w spojeniu ud...

Przeczesała mu palcami włosy, przyciskając jego twarz do brzucha. Już 

po chwili czuła, że zaraz wybuchnie i rozpadnie się na tysiące kawałków.

Jednak przede wszystkim pragnęła, aby to się nie skończyło.

Rankiem,   po   przebudzeniu,   Emilie   usiadła   na   łóżku   i   wbiła   wzrok'   w 

śpiącego obok niej mężczyznę. Po chwili zacisnęła powieki i długo siedziała z 

zamkniętymi   oczami,   czekając,   aż   zjawa   zniknie.   Miała   nadzieję,   że   gdy 

wreszcie otworzy oczy, przekona się, że jest sama w swym staroświeckim łóżku, 

którego od pięciu lat z nikim nie dzieliła.

Ostrożnie   rozchyliła   powieki   i   dotknęła   ręką   ramienia   śpiącego 

mężczyzny. Poczuła twarde mięśnie i ciepłe ciało.

To mój były mąż! - pomyślała, jakby powoli godząc się z rzeczywistością.

Czuła lekki ból między nogami i rozkoszne znużenie. Tej nocy długo się 

kochali... Emilie miała wrażenie, że stoi na skraju urwistego brzegu i patrzy w 

przestrzeń.

Przypomniała   sobie,   jak   Zane   dotykał   ustami   jej   brzucha,   jak   pieścił 

dłońmi piersi... Nie mogła sobie wyobrazić większej rozkoszy...

- Boże - jęknęła, po czym skuliła się na brzegu łóżka i naciągnęła kołdrę 

na głowę. Pomyślała, że chyba zwariowała, godząc się na coś takiego. Zupełnie 

zwariowała!

background image

Mężczyzna wymamrotał coś, po czym przez sen uderzył ręką w poduszkę. 

Wstrzymała oddech, a on odwrócił się na bok i przycisnął ciężką, muskularną 

nogą jej biodra. Emilie automatycznie przysunęła się do niego, zapragnęła...

- Nie! - powiedziała głośno. Dość tego. Tym razem nie zamierzała ulec 

pokusie i zapomnieć o ostrożności.

Noc już minęła i byłoby znacznie lepiej, gdyby znalazła jakiś sposób, aby 

o niej zapomnieć.

Nigdy nie lubiła takich ludzi jak on. Zane gardził historią i nie zastanawiał 

się   nad   przeszłością.   Związek   z   nim   był   romantycznym   odpowiednikiem 

położenia się na torze. Raz udało się jej uciec z całym sercem; byłaby idiotką 

sądząc, że ta sztuka znów może się udać.

Magia, która połączyła ich wczoraj, nie mogła przetrwać w pełnym blasku 

słońca. Poczucie przeznaczenia, wrażenie, że kieruje nimi jakaś wyższa siła - 

Emilie pomyślała, że to pewnie skutek pełni.

Jej zdaniem, Zane czuł się tu zdecydowanie zbyt swobodnie. Rozciągnął 

się wygodnie na jedwabnym prześcieradle, niedbale zakrywając biodra rogiem 

kołdry.   Przez   chwilę   przyglądała   się   jego   szerokim   ramionom   i   potężnym 

muskułom, które w dotyku sprawiały wrażenie ciepłego, żywego marmuru... 

Potrząsnęła głową i pomyślała, że takie rozmyślania niechybnie wpędzą ją w 

kłopoty.  Wzięła   głęboki   oddech   i   spojrzała   na   niego   ponownie.  Tym   razem 

zamierzała dostrzec tylko jego niedostatki. Niestety, na pierwszy rzut oka trudno 

było dostrzec słabości Zane'a Rutledge'a. Zawsze wyglądał imponująco...

Przyzwoitość nakazywała, aby czuł się nie na miejscu w tym wyłącznie 

dotąd kobiecym pomieszczeniu, ale on Zachowywał się tak, jakby zdobył nie 

tylko jej ciało, ale również sypialnię.

Ta myśl zirytowała Emilie. Szturchnęła go w ramię.

- Zane - powiedziała, próbując go obudzić. Poruszył się na łóżku, ale nie 

otworzył oczu. - Za godzinę muszę wyjść.

-   Mhm...   -   Mężczyzna   przewrócił   się   na   brzuch   i   schował   twarz   w 

background image

poduszce.

Emilie  zastanowiła  się,  czy  nie  zerwać  z  niego kołdry, ale  wolała  nie 

ryzykować widoku podniecającej nagości eks - męża. Zamiast tego uciekła do 

łazienki,   i   to   tak   szybko,   jakby   ścigały   ją   moce   piekielne.   Gwałtownie 

zatrzasnęła za sobą drzwi.

W  tym   momencie   niemal   parsknęła   śmiechem.   Przecież   to   zazwyczaj 

mężczyzna zastanawia się, jak uciec po wspólnej nocy! Emitte często czytała w 

kobiecych magazynach, jak powinna wyglądać ta scena: ona przygotowuje w 

kuchni   wspaniałe   śniadanie,   na   przykład   capuccino   i   świeże   truskawki   ze 

śmietaną, on zaś niecierpliwie liczy sekundy dzielące go od wolności.

Zamiast tego to ona ukryła się w łazience i zastanawiała się, czy zdoła 

uciec przez ciasne okienko i zniknąć w lesie za domem.

Przeszła po cichu do garderoby, gdzie włożyła obcisłe, elastyczne rajstopy 

i   koronkowy   gorset   ze   wstążkami,   stanowiący   część   jej   kostiumu.   Było 

stanowczo   zbyt   gorąco,   aby   ubrać   się   w   cały   strój.   Emilie   postanowiła,   że 

sukienkę i całą resztę włoży dopiero w gondoli.

Zerknęła do lustra i z trudem powstrzymała się od śmiechu. Wyglądała jak 

karykatura osiemnastowiecznej damy. Wyciągnęła z portfela trochę pieniędzy i 

włożyła   je   do   haftowanej,   wyblakłej   torebki,   w   której   trzymała   igły   i   nici. 

Zabrała jeszcze prawo jazdy i kartę kredytową, po czym przymocowała torebkę 

do paska. Włożyła baletki, spakowała muślinową sukienkę i wyszła na korytarz.

Po drodze do kuchni zajrzała jeszcze do sypialni. Zane wciąż chrapał, 

wygodnie rozciągnięty na łóżku, zupełnie jakby miał zamiar zostać tu na dłużej. 

Nie każdy potrafiłby czuć się tak swobodnie w cudzej sypialni. Emilie pokręciła 

głową z irytacją. Niektórzy ludzie nigdy się nie zmienią.

W   kuchni   wyrwała   z   bloczka   różową   kartkę,   napisała   kilka   słów,   i 

przylepiła   ją   do   stojącej   na   środku   brzozowego   stołu   cukiernicy,   po   czym 

chwyciła klucze i wyszła na ulicę.

Wyjeżdżając z garażu, starała się nie patrzeć na stojącego przed domem 

background image

czarnego   porsche.   Wolała,   aby   nie   przypominał   jej   o   swym   seksownym 

właścicielu.

Pomyślała, że popełniła okropny błąd, ale, na szczęcie, już po wszystkim. 

Nie miała zamiaru więcej o tym myśleć.

Od   mieszkania   Emilie   do   Langley   Park   trzeba   było   jechać   dobre   pół 

godziny.   Lipcowy   poranek   był   dość   chłodny,   a   powietrze   zdumiewało 

przejrzystością. Choć od wschodu słońca minęło dopiero pół godziny, poranna 

mgła zdążyła już zniknąć. Tylko smród spalin, zmieszany z zapachem morza i 

kwiatów, psuł idealną pogodę.

Emilie   włączyła   radio.   Gdy   usłyszała   dobrze   znaną,   starą   piosenkę, 

zaczęła stukać do wtóru palcami o kierownicę. Mając dwadzieścia dziewięć lat 

była zbyt młoda, aby pamiętać czasy świetności tego zespołu, ale i tak znała tę 

melodię. Sama nie wiedziała, dlaczego miała wrażenie, że świetnie pasuje do 

porannej przejażdżki wiejską drogą.

Nagle   we   wstecznym   lusterku   zobaczyła   jakiś   czarny,   sportowy 

samochód. To niemożliwe - pomyślała. Przecież gdy wychodziła z domu, Zane 

zdrowo chrapał. Nacisnęła na gaz, ale samochód bez trudu trzymał się za nią.

Emilie skręciła gwałtownie w boczną drogę i nacisnęła gaz do dechy. 

Czarne auto natychmiast wykonało ten sam manewr. Emilie czuła, jak serce wali 

jej o żebra. Jeśli porsche Zane'a nie rozmnożyło się cudownie w ciągu nocy, to 

musiał być on. Może zapomniał portfela lub zostawił zegarek? Zwolniła, ale on, 

zamiast   się   zbliżyć,   również  zwolnił.   Starał  się   zachować  dystans.   Z   daleka 

widziała na twarzy eks - męża wyraz determinacji.

Emilie wróciła na główną drogę. Porsche zrobił to ' samo. Przez chwilę 

myślała, czy nie spróbować go zgubić, ale Zane przecież wiedział, że ona ma 

polecieć wielkim balonem. Już stąd widać było ponad drzewami jego czerwoną 

powłokę. Nie miała szans, żeby pozbyć się pościgu.

- Utrzymuj dystans - mruknęła przez zęby, skręcając na parking. Zane 

zawsze prowadził jak wariat. Emilie przez chwilę czuła pokusę, żeby nacisnąć z 

background image

całej siły na hamulec, po czym zażądać od niego odszkodowania za zniszczony 

samochód. To byłaby dla niego dobra nauczka.

Rozległ się głośny pisk opon. Auto zatrzymało się tuż za nią.

Drzwi porsche otworzyły się tak gwałtownie, że niemal trzasnęły zawiasy. 

Emilie miała ochotę zablokować swoje drzwi i poczekać, aż Zane ochłonie, ale 

pomyślała, że pewnie wyrwałby je gołymi rękami. Wyskoczył i podbiegł do jej 

wozu.

- Wysiadaj - warknął przez zaciśnięte zęby.

Niektórych rzeczy nie zapomina się nawet po rozwodzie. Na przykład 

takiego tonu. Emilie pomyślała, że lepiej będzie się nie sprzeciwiać.

Wzięła głęboki oddech i wysiadła z samochodu. Zane nawet nie podał jej 

ręki. Wprawdzie nie potrzebowała pomocy, ale to byłby miły gest.

Dać kurze grzędę... Emilie pomyślała, że raczej umrze, niż pozwoli mu 

odgadnąć, jakich wrażeń doznaje na jego widok.

- Zabłądziłeś - oświadczyła spokojnie. Wskazała ręką kierunek. - Tamta 

droga prowadzi do Nowego Jorku.

W tym momencie Zane miał ochotę skręcić jej kark. Już parę razy w życiu 

bliski był zabójstwa, i to na ogół Emilie była potencjalną ofiarą. Tym razem 

byłaby to niewątpliwie zbrodnia w afekcie.

- Do diabła, co ty sobie myślisz?

- Przykro mi, ale nie wiem, o czym mówisz - odrzekła, patrząc na niego 

niewinnie.

- Akurat! Oczywiście, że wiesz!

Emilie zerknęła w stronę górującego nad polem balonu. Nim zdążyła się 

ruszyć, Zane chwycił ją za ramiona.

- Co to za karteczka na kuchennym stole? Stać cię chyba na coś lepszego, 

Em!

- Wiele hałasu o nic - skwitowała, wzruszając ramionami. - Musiałam 

wyjść. Przecież mówiłam ci o dzisiejszym święcie.

background image

Wyrwała się z uścisku i ruszyła w stronę balonu. Zane zablokował jej 

drogę. Emilie na próżno usiłowała go ominąć.

- Śniadanie byłoby miłym akcentem.

- Przykro mi, że nie jestem równie doświadczona, jak inne kobiety, z 

którymi się spotykasz.

- Lodówka pusta - ciągnął. - Ani mleka, ani płatków, ani pieczywa. Można 

umrzeć z głodu.

- Dziękuję za zrobienie listy zakupów - odrzekła poirytowanym tonem.

- Gdybym to ja wymknął się w ten sposób, nazwałabyś mnie sukinsynem.

- Wcale się nie wymknęłam. Po prostu miałam umówione spotkanie.

- Bzdura. Uciekłaś, żeby ze mną nie rozmawiać.

- Nie pochlebiaj sobie, Rutledge. Próbowałam cię obudzić, ale spałeś jak 

zabity. - Dała nura pod jego uniesionym ramieniem, lecz Zane zdążył ją złapać. - 

Czy przypadkiem nie śpieszysz się na samolot?

- Owszem - odrzekł. - Właśnie dlatego tu jestem.

- Hej, Em! - zawołał do niej Dan Walsh z drugiego końca parkingu. - 

Pośpiesz się. Jesteśmy gotowi do startu.

- Muszę już iść - powiedziała Emilie. - Te balony są wynajmowane na 

godziny.

Ruszyła w kierunku gondoli. Rutledge nie odstępował jej ani na krok.

Ciszę   poranka   przerywał   ryk   propanowego   palnika,   nagrzewającego 

powietrze.   Nieopodal   stała   niewielka   furgonetka.   W   kabinie   siedzieli   dwaj 

młodzi mężczyźni i popijali kawę, z trudem tłumiąc ziewanie.

- To ekipa ratunkowa - wyjaśnił Rutledge, pozdrawiając ich machnięciem 

ręki.

- Co za ekipa ratunkowa? - skrzywiła się Emilie.

- Poszukiwacze - dodał Zane. - Ekipa naziemna. Będą jechać za tobą i 

mieć oko na balon, po prostu na wszelki wypadek.

- Nie opowiadaj takich rzeczy! Nigdy jeszcze nie leciałam balonem.

background image

- To nic specjalnego. Po prostu polecisz, dokąd wiatr cię zaniesie.

- Przecież mamy wylądować w miejskim parku.

- Wylądujecie, jeśli wiatr będzie wam sprzyjał.

- Przypuszczam, że ty już kiedyś latałeś balonem?

- Balonem, szybowcem, lotnią - uśmiechnął się Zane.

- A czy kiedykolwiek zastanawiałeś się nad podjęciem normalnej pracy? - 

spytała Emilie.

- Hej, Em! - zawołał znowu Dan, spoglądając z nieskrywaną ciekawością 

to na nią, to na Zane'a. - Baxter jest już gotów. - Walsh wskazał ręką na dość 

otyłego mężczyznę w czerwonej kurtce z napisem Soul Man wyhaftowanym na 

plecach.

Emilie przyjrzała się gondoli. Był to po prostu spory kosz z wikliny, z 

przymocowanym dużym zbiornikiem na gaz.

- To to? - spytała, przełykając głośno ślinę.

- To - potwierdził Dan. - Cieszę się, że ty lecisz, a nie ja. Powiedziałem 

żonie, że nikt mnie nie zmusi do latania mniejszym samolotem niż DC - 9.

Przyjemniaczek - pomyślała Emilie.

-   Jak   mam   się   tam   dostać?   -   spytała   głośno.  W  tym   momencie   Zane 

chwycił ją w pasie i wsadził do kosza.

- Och - westchnęła Emilie. Czuła się bardzo niepewnie. - Moja spódnica - 

dodała. - Będę jej - potrzebować przy lądowaniu. Została w samochodzie.

-   Czy   mógłby   ją   pan   przynieść?   -   Zane   zwrócił  się   do   Dana.   -   Chcę 

jeszcze zamienić parę słów z Emilie.

Mężczyzna zawahał się.

- Proszę się nie niepokoić - uśmiechnął się Rutledge. - Jesteśmy zaręczeni.

- Ach, skąd miałem wiedzieć - mruknął Dan i ruszył w stronę samochodu.

- Zabiję cię! - powiedziała Emilie zduszonym głosem i uderzyła go w 

ramię. - Dlaczego opowiadasz brednie?

- Sądziłem, że wolałabyś, abym mu nie mówił, iż jesteśmy kochankami.

background image

- Dlaczego nie powiedziałeś mu prawdy?

- Powiedziałem - odparł Zane z irytującą, męską logiką. - Zaręczyliśmy 

się... kiedyś.

- Nim wylądujemy, całe miasto będzie huczeć od plotek.

- O tym, że jesteśmy zaręczeni, czy że jesteśmy kochankami?

- Że jestem skończoną idiotką - westchnęła Emilie. Zane za dobrze się 

bawił.

- Niewielki skandal jeszcze nikomu nie zaszkodził.

- Nie znasz Crosse Harbor.

- Do diabła z Crosse Harbor. Wyjedź ze mną, Emilie - zaproponował z 

uwodzicielskim uśmiechem. - Zwiedzimy Tahiti, a potem polecimy zobaczyć 

piramidy w świetle księżyca i wschód słońca w Madrycie. Nim się pożegnamy, 

możemy   zjeść   śniadanie   w   Paryżu,   a   kolację   na   Hawajach   i   kochać   się   w 

każdym z tych miejsc.

Serce   Emilie   zabiło   gwałtownie.   Pomysł,   aby   zapomnieć   o 

rzeczywistości,   był   niezwykle   kuszący.   Przynajmniej   miałaby   na   starość   co 

wspominać i czym ogrzać duszę, a nie tylko kocem i gorącą herbatą.

- To wykluczone - odrzekła, z trudem przekrzykując hałas palnika.

- Masz ostatnią szansę - powiedział, patrząc na nią zmrużonymi oczami.

- Wybij to sobie z głowy! - krzyknęła. - Nigdzie z tobą nie pojadę.

- W takim razie ja lecę z tobą.

Nim Emilie zdążyła zareagować, Zane odcumował balon i w ostatniej 

chwili wskoczył do gondoli.

- Hej! - usłyszeli krzyk Dana. Wracał biegiem z parkingu, wymachując 

nad głową spódnicą. - Wracaj!

- Zrób coś! - odkrzyknęła. - Chwyć za cumę! Zatrzymaj ten balon!

- Uspokój się - powiedział Zane, regulując palnik.

- Dowiozę cię na festyn całą i zdrową.

- Zwariowałeś?! - wrzasnęła w odpowiedzi. Udało się jej przekrzyczeć 

background image

hałas palnika. Balon unosił się coraz wyżej. - Co ty wyprawiasz?!

- Zabieram cię na przejażdżkę.

- Jesteś szalony! - Emilie oparła się o brzeg gondoli.

- Czy wiesz, jak tym kierować?

-   Zaraz   się   przekonamy   -   odpowiedział,   manipulując   zaworami   przy 

zbiorniku. - Leciałem kiedyś balonem na gorące powietrze.

- Ja kiedyś leciałam jumbo - jetem, ale to nie znaczy, że potrafię nim 

sterować.

-   Na   tym   polega   różnica   między   nami.   Lubię   ryzykować.   -   Problem 

polegał na tym, że zazwyczaj mu się udawało.

Płomień palnika gwałtownie się powiększył. Emilie miała przed oczami 

obraz balonu zaplątanego w przewodach wysokiego napięcia, ale czerwona kula 

coraz bardziej oddalała się od ziemi.

- Mam nadzieję, że zostaniesz za to aresztowany - powiedziała. Czuła 

jednocześnie podniecenie i strach. Zawsze dawała się nabierać na jego wielkie 

gesty, choć wiedziała, że to głupota.

- Czy zamierzasz mnie oskarżyć?

- Żebyś wiedział. Jak śmiesz ryzykować moim życiem, tylko dlatego że 

masz ochotę wyciąć jakiś zwariowany numer?

- Troska o bezpieczeństwo spowodowała śmierć większej liczby ludzi niż 

wszystkie zwariowane pomysły.

- Pewnie myślisz, że potrafisz przesuwać góry, prawda?

-   Gdyby   tylko   jakaś   stała   na   mojej   drodze...   -   Zane   uśmiechnął   się 

zwycięsko.

Emilie dobrze wiedziała, o czym on myśli. Zamknęła oczy. Doznawała 

uczuć wykraczających daleko poza seksualne pragnienia.

- Po co to zrobiłeś? - szepnęła. - To była nasza ostatnia noc. Oboje dobrze 

wiemy, że to nie ma przyszłości.

- Uniosła głowę i spojrzała na niego. Dlaczego za jego urodziwą twarzą 

background image

nie kryła się dusza poety? - Pragnę czegoś więcej, niż tylko seksu. Potrzebuję 

mężczyzny, którego mogłabym kochać.

- Ludziom zazwyczaj wystarcza atrakcyjne życie seksualne.

-   Nigdy   mnie   nie   zrozumiesz   -   westchnęła   w   odpowiedzi.   Gdyby   jej 

wystarczał seks, wciąż byliby małżeństwem. Potrząsnęła głową i rozejrzała się 

wokół. Widać było wspaniałą panoramę okolicy.

- A ty rozumiesz?

- O co ci chodzi?

- Mam wrażenie, że wcale nie jesteś tak przywiązana do tego miasteczka.

- Nie mów takich rzeczy - Emilie z trudem opanowała wewnętrzny dygot. 

Trafnie odgadł jej skryte myśli.

- Crosse Harbor to mój dom... po rewolucji moja rodzina przyczyniła się 

do rozbudowy miasta.

-   Wbrew   pozorom,   jesteśmy   do   siebie   podobni   -   stwierdził 

nieoczekiwanie   Zane,   nie   zwracając   uwagi   na   jej   protest.   -   Oboje   szukamy 

czegoś, czego możemy nigdy nie znaleźć.

- Niczego nie szukam - odparła, ale to stwierdzenie zabrzmiało pusto i 

fałszywie. - Lubię moje życie takim, jakie jest.

- Akurat. Lubisz przygody, Emilie. Przyznaj się, pragniesz czegoś więcej.

To szyderstwo było tak bliskie prawdy, że przestała nad sobą panować. 

Rzuciła   się   na   niego,   próbując   zdzielić   go   pięścią,   ale   Zane   chwycił   ją   za 

nadgarstek   i   wykręcił   rękę.   W   trakcie   tego   starcia   gondola   gwałtownie 

zachybotała.   W   oczach   mężczyzny   pojawił   się   wyraz   rozbawienia.   Ilekroć 

Emilie próbowała się wyrwać, gondola kiwała się na wszystkie strony, a jej 

żołądek wyprawiał niebezpieczne harce.

- Na razie jeszcze ci się udało - powiedział zimno Zane. - Lepiej nie 

ryzykuj.

Nie   zważając   na   niebezpieczeństwo,   Emilie   spróbowała   kopnąć   go   w 

kostkę. Przyciągnął ją do siebie i mocno objął.

background image

-   Niech   pani   lepiej   uważa,   moja   damo   -   ostrzegł.   -   Do   ziemi   mamy 

ładnych parę metrów.

Rozejrzała się wokół. Lecieli ponad wierzchołkami drzew. Balon wciąż 

się wznosił.

- Wspaniały widok, prawda? - dodał Zane, widząc na jej twarzy wyraz 

zdumienia. Puścił jej ramię. Emilie kiwnęła w odpowiedzi głową. Nie mogła 

oderwać spojrzenia od fascynującej panoramy.

-   O,   tam   jest   główna   droga   -   wskazała   palcem   ciemną   tasiemkę, 

przecinającą   zieleń   lasu.   -   Nigdy   nie   myślałam,   że   może   tak   wspaniale 

wyglądać.

- To wszystko kwestia perspektywy.

- Jesteś cyniczny.

- Tylko realistyczny.

- Czy dla ciebie cokolwiek w życiu ma jakieś znaczenie?

- Sądziłem, że po ostatniej nocy nie masz co do tego wątpliwości.

- Życie nie kończy się na seksie.

- Być może, ale to jedna z jego najprzyjemniejszych stron.

-  Muszę  ci   przyznać,   że  starasz   się   zazwyczaj,  aby  poranki  wypadały 

równie dobrze, jak noce. Chciałabym... - nagle urwała. - Boże, robi się zimno - 

dodała i skrzyżowała ramiona. Temperatura gwałtownie spadla i jednocześnie 

balon   przestał   się   wznosić.   Miała   wrażenie,   że   wiszą   w   szarym,   zimnym 

kokonie. - Czy to normalne?

Jeszcze nim skończyła mówić, balon zaczaj opadać niczym pośpieszna 

winda.

- Wszystko w porządku - uspokoił ją Zane, zwiększając płomień palnika. - 

Nie martw się. Nic się nam nie stanie.

- Ale coś się dzieje, prawda?

- To przez te chmury - wskazał na wschód. - Jeszcze przed sekundą była 

wspaniała pogoda. Diabli wiedzą, skąd je przywiało.

background image

Emilie przysunęła się do niego. Zane walczył z jakimiś zaworami przy 

zbiorniku. Balon w dalszym ciągu szybko tracił wysokość.

- Możesz się nie przejmować. Zaraz zaczniemy się wzbijać, muszę go 

tylko ustabilizować.

Był   zupełnie   spokojny.   Zaliczał   się   do   tych   szczęściarzy,  którzy   ze 

wszystkich   przygód   wychodzą   cało.   Emilie   chciała   mu   wierzyć,   ale   akurat 

gwałtowny podmuch zakołysał koszem. Straciła równowagę i gdyby nie Zane, 

upadłaby. Balon wciąż zapadał się w zimną chmurę.

- Połóż się. Nie podoba mi się, że... - kolejny podmuch zagłuszył jego 

słowa. Gondola kiwała się na wszystkie strony, niczym wagonik górskiej kolejki 

z wesołego miasteczka. Nagłe rozległ się trzask pękającej powłoki.

- Uwaga, Emilie! - krzyknął mężczyzna. Z góry opadło parę czerwonych 

szmat. - Spadamy!

background image

3

Emilie  pomyślała, że  chyba  żyje.  Gdyby zginęła, nie  czułaby  się  taka 

obolała, jakby ktoś wlókł ją plecami po polnej drodze.

Piekły   ją   oczy,   bolały   ramiona,   kolana,   ręce...   wszystkie   części   ciała, 

nawet wyrostek robaczkowy, który wycięto jej, gdy miała pięć lat.

Za dużo wypiłam - pomyślała. Przed oczami zobaczyła wielką, omszałą 

butelkę Cristalu, a potem...

Nie mogła sobie przypomnieć, co było dalej.

Z pewnością nie wypiła całej butelki najlepszego szampana bez powodu, 

ale za skarby świata nie mogła sobie przypomnieć, co to była za okazja. Gdyby 

wiedziała, że takie będą tego skutki, napiłaby się raczej wody sodowej.

Spróbowała otworzyć oczy, ale słońce świeciło tak mocno, że natychmiast 

zacisnęła powieki i ukryła twarz w piasku.

W tym momencie trochę oprzytomniała. Skąd piasek? Rozłożyła szeroko 

ramiona i pomacała wokół. Wyczuła pod palcami małe kamyki i ostre fragmenty 

połamanych muszli.

- Boże! - krzyknęła, po czym zerwała się z ziemi i otworzyła oczy. Nad 

głową   zobaczyła   niebo   jak   z   pocztówki,   nieskazitelnie   niebieskie   i   czyste. 

Pożałowała, że nie zabrała okularów przeciwsłonecznych.

Ostrożnie  obmacała  twarz,  ręce, nogi  i  ramiona. Bogu dzięki,  niczego 

sobie nie złamała, ale miała solidnie podrapane dłonie i kolana. W zasadzie 

powinna być zadowolona, że nie stało się jej nic poważnego, ale zamiast tego 

próbowała sobie przypomnieć, jakim cudem znalazła się na plaży.

Z jękiem poderwała się na nogi. Rozejrzała się wokół, usiłując rozpoznać 

okolicę.   W   odległości   kilkunastu   metrów   zobaczyła   wieżę   latarni   morskiej. 

Zerknęła na ostre głazy u stóp i wyobraziła sobie, co mogło się stać. Dobrze 

wiedziała, że wielu ludzi znalazło śmierć na kamienistym brzegu Eagle Island, 

niewielkiej wysepki u wejścia do portu Crosse Harbor.

background image

-   Skup   się,   Emilie   -   powiedziała   do   siebie.   -   Jest   wcześnie   rano, 

znajdujesz się w pobliżu latarni... - Urwała i spojrzała na swój dziwaczny strój. 

Miała   na   sobie   osiemnastowieczny   gorset,   dwudziestowieczne,   elastyczne 

rajstopy i  baletki. Często wkładała  stroje  pochodzące  z różnych  czasów, ale 

zazwyczaj starała się o zachowanie pewnej konsekwencji.

A może wybierałam się na bal kostiumowy? - pomyślała.

Nie mogła się skupić. W głowie miała zupełny zamęt. Nawet po podróży 

przez   kilka   stref   czasowych   nie   czuła   się   tak   zagubiona   i   zdezorientowana. 

Zerknęła   na   zegarek.   Szkiełko   było   pęknięte,   ale   zegarek   działał.   Dziewiąta 

rano, dwudziesty piąty lipca.

Nagle przed jej oczami zawirowały jakieś obrazy.

Zobaczyła   czarny,   sportowy   samochód,   pędzący   z   głośnym   rykiem 

silnika.

Później przypomniała sobie mundur z czasów rewolucji.

Po chwili jego obraz zniknął, a zamiast niego Emilie zobaczyła twarz 

mężczyzny z cudownymi, niebieskimi oczami, który przyciskał ją do siebie, 

podczas gdy ziemia pędziła im na spotkanie...

Zane!

Zachwiała   się   na   nogach.   Z   trudem   opanowała   ogarniającą   ją   panikę. 

Gdzie podziała się gondola? Gdzie zniknęła czerwona powłoka balonu? Nawet 

plaża   sprawiała   wrażenie   opustoszałej,   tak   jakby   ktoś   starannie   uprzątnął 

wszelkie ślady życia. Nigdzie nie było widać porzuconych butelek, puszek po 

napojach   i   styropianowych   opakowań   po   hamburgerach,   czyli   najbardziej 

rozpowszechnionych śladów ludzkiej obecności. Co gorsza, nigdzie nie było 

widać jej eks - męża.

- W porządku - powiedziała głośno. - Musi istnieć jakieś wyjaśnienie tej 

sytuacji. - Dźwięk własnego głosu podziałał na nią uspokajająco. - Lepiej się 

zastanów. Z pewnością rozszyfrujesz tę zagadkę.

Może zresztą to wszystko nie było takie dziwne...

background image

Niewątpliwie trafili na jakąś dziwaczną formację chmur. Emilie nie znała 

się na aeronautyce, ale słyszała rozmaite historie na temat szkwałów i prądów 

zstępujących, które pokonały znacznie bardziej wytrawnych pilotów niż Zane 

Rutledge.

Przypomniała sobie, jak gondola zaczęła koziołkować, a powłoka balonu 

pękła. Pomyślała, że zapewne wypadła z kosza na plażę, podczas gdy Zane w 

dalszym ciągu walczył z palnikiem i zbiornikiem gazu.

- Łódź wiosłowa - powiedziała głośno i od razu się rozpromieniła. Jeśli 

pamięć jej nie myliła, po wschodniej stronie latarni powinna być przycumowana 

łódka.  Wystarczy,   że   wskoczy   do   niej   i   chwyci   za   wiosła,   a   po   kwadransie 

będzie już na stałym lądzie. Poklepała się po pasie. Z pewnym zdziwieniem 

stwierdziła, że nie zgubiła haftowanej terebki z kluczami do samochodu, kartą 

kredytową, Pieniędzmi, igłami i nićmi. Wystarczy, że zadzwoni po taksówkę, a 

zdąży   dołączyć   do   organizatorów   obchodów,   nim   ktokolwiek   pomyśli   o 

wysłaniu ekipy ratunkowej.

Odwróciła się w kierunku latarni, ale nie ruszyła, bo coś nagle przykuło 

jej   uwagę.   Osłoniła   ręką   oczy   od   słońca   i   uważnie   przyjrzała   się   morzu. 

Wszystko wydawało się w porządku, ale Emilie mogłaby przysiąc, że przed 

sekundą widziała w morzu czerwoną plamę.

- Tak! - krzyknęła nagle, znowu dostrzegając niewielki, czerwony punkt w 

odległości  jakichś  stu  metrów  od  brzegu.  -  Boże!  -  Zane  walczył  z  prądem 

odpływu i najwyraźniej nie mógł sobie dać rady.

Błyskawicznie zrzuciła pantofle i pobiegła w jego stronę. Usiłowała nie 

tracić go z oczu, ale fale co chwila przesłaniały widok.

- Trzymaj się, Zane - powtarzała do siebie, pokonując kolejne fale. Była 

świetnym   pływakiem,   ale   nawet   dla   niej   prąd   stanowił   poważne 

niebezpieczeństwo. Ilekroć mężczyzna znikał wśród fal, Emilie czuła, że ogar-

nia ją rozpacz.

-   Złap   mnie   za   ramię   -   jęknęła,   gdy   wreszcie   udało   się   jej   do   niego 

background image

dotrzeć.

Żadnej   odpowiedzi.   Zane   stracił   przytomność.   Z   najwyższym   trudem 

obróciła go na wznak i upewniła się, że może oddychać.

-   Jakoś   to   będzie   -   mruknęła.   -   Trzymaj   się   mnie.   Emilie   sama   nie 

wiedziała, czy chce pocieszyć jego, czy siebie. Rutledge był wysokim, mocno 

zbudowanym   mężczyzną.   Gdyby   nie   siła   wyporu   słonej   wody,   nie   miałaby 

najmniejszej szansy go wyciągnąć.

Powoli zbliżali się do plaży, aż wreszcie z ulgą poczuła pod stopami dno. 

Stanęła na nogi i dalej ciągnęła Zane'a w kierunku brzegu. Miał zamknięte oczy, 

a jego policzek przecinała głęboka rana.

Spływająca krew pozostawiała w wodzie złowrogi ślad.

- Na pewno żyjesz - powiedziała, z trudem wyciągając go z wody. - Nie 

śmiałbyś wyciąć mi takiego numeru - dodała, starając się nie patrzeć na ślady 

krwi, teraz wyraźnie widoczne na piasku. Zane musiał przeżyć, choćby po to, 

aby mogła mu powiedzieć, że jest najbardziej aroganckim, nieodpowiedzialnym 

i zwariowanym człowiekiem, jakiego w życiu spotkała.

Przycisnęła   ucho   do   jego   klatki   piersiowej,   ale   nie   udało   się   jej   nic 

usłyszeć.   Był   trupio   blady.   Emilie   z   trudem   łapała   oddech   po   ogromnym 

wysiłku, jakim było dla niej wyciągnięcie go na brzeg.

Jedyne, co mogła zrobić, to masaż serca. Zaczęła rytmicznie uciskać żebra 

Zane'a, usiłując przypomnieć sobie wszystko, czego nauczyła się rok wcześniej, 

podczas kursu zorganizowanego przez lokalną straż pożarną.

-   Oddychaj,   do   cholery!   -   krzyknęła,   uciskając   z   całych   sił   klatkę 

piersiową mężczyzny. - Oddychaj!

To wszystko wydawało się jej koszmarem bez końca, ale mimo to nie 

chciała   się   poddać.   Nie   mogła   zrezygnować,   choć   próby   wydawały   się 

beznadziejne.

W   pewnym   momencie   usłyszała,   jak   Zane   kaszle   i   wypluwa   morską 

wodę. Początkowo słabo, później coraz mocniej. Jeszcze parę sekund i usłyszała 

background image

cudowny szmer jego oddechu.

- Mogłabym cię chyba zamordować - mruknęła, wycierając z policzka łzy 

ulgi. - Śmiertelnie mnie przestraszyłeś.

Emilie  miała  zamiar powiedzieć mu,  co o  nim myśli,  gdy tylko  Zane 

oprzytomnieje. Miała nadzieję, że będzie czuł się winny przynajmniej przez całą 

drogę na Tahiti. Po chwili jednak przypomniała sobie o krwawiącej ranie. Ilość 

krwi wskazywała, że to poważna sprawa. Na razie zdołała uratować go przed 

utonięciem, ale to jeszcze nie koniec walki.

Chociaż   nie   była   lekarzem,   uznała,   że   w   żadnym   wypadku   nie   może 

zostawić Zane'a na mokrym piachu. To mogłoby się zakończyć wychłodzeniem 

organizmu i zapaleniem płuc. Przede wszystkim powinna przenieść go w suche i 

ciepłe miejsce, a następnie wezwać pomoc.

Spojrzała na latarnię. Pomyślała, że pewnie zdoła zaciągnąć go tam po 

piachu,   ale   drewniane   schody   wiodące   do   drzwi   stanowiły   poważniejszą 

przeszkodę.

- Musisz spróbować - powiedziała do siebie. Jedno wiedziała na pewno - 

że   nie   może   go   tu   zostawić.   Włożyła   pantofle   i   podeszła   do   leżącego 

mężczyzny.

Pochyliła się i ostrożnie chwyciła go pod ramiona. Zane jęknął głośno i 

Emilie od razu go puściła, przerażona faktem, że najwyraźniej sprawiła mu ból. 

Dopiero teraz zauważyła, że jego prawe ramię jest zgięte pod dziwnym kątem. 

Poczuła skurcz w żołądku.

Chwyciła go znowu, tym razem starając się oszczędzić prawe ramię, ale 

nierówny rozkład ciężaru sprawiał, że nie mogła utrzymać kierunku.

- Wiem, że to boli - powiedziała przepraszająco i schwyciła go pod oba 

ramiona. - Ale nie ma innego wyjścia.

Pociągnęła go najszybciej jak mogła, z trudem pokonując opór mokrego 

piachu, aż wreszcie dotarła do stóp latarni. Zawsze wierzyła, że inteligencja 

wystarcza kobiecie, aby poradzić sobie ze wszystkimi problemami, ale teraz 

background image

przydałaby się jej zwykła siła.

-   Zane   -   powiedziała,   dotykając   jego   ramienia.   -   Potrzebuję   twojej 

pomocy.

Wymamrotał coś, ale nawet nie otworzył oczu.

- Musisz mi pomóc, inaczej nie zdołam cię wciągnąć do środka - nalegała 

Emilie.

Mężczyzna otworzył oczy i z ogromnym wysiłkiem usiadł na piasku.

- Słyszysz, co do ciebie mówię? Musisz wejść po tych schodach.

Kiwnął   głową.   Widać   było,   że   nawet   taki   niewielki   nich   sprawił   mu 

nieznośny ból. Emilie nie miała jednak czasu, aby się nad nim użalać, choć 

szczerze mu współczuła.

- Połóż mi rękę na ramionach - poleciła rzeczowym tonem, podchodząc 

do niego z lewej strony. - Pomogę ci wstać.

Z trudem zachowywał przytomność, ale chwyciła jego rękę, przełożyła 

sobie przez ramię i użyła jej jako dźwigni, aby zmusić go do wstania. Usiłował 

jej pomóc. Na jego czole pojawiły się krople potu.

- Jestem za ciężki - szepnął. - Daj spokój.

-   Zamknij   się   -   odpowiedziała   uprzejmie   Emilie.   -   Trzymaj   buzię   na 

kłódkę i nie stawiaj oporu. Jakoś pokonamy te schody.

W jej głosie słychać było niezachwianą pewność. Nie miała wątpliwości, 

że w krytycznym momencie nie zabraknie jej sił. Na szczęście nie pomyliła się. 

Dotarli   na   podest.   Emilie   sięgnęła   ręką   do   klamki.   Ku   jej   radości   latarnik 

pozostawił drzwi otwarte.

Każda chwila zwłoki mogła oznaczać klęskę.

Weszli   do   środka,   zataczając   się   na   boki   i   w   tym   momencie   Zane 

ponownie stracił przytomność. Emilie spróbowała złagodzić upadek własnym 

ciałem. Skrzywiła się z bólu, gdy przypadkowo oberwała łokciem w ucho.

Jakie znaczenie ma jeszcze jeden siniak - pomyślała, przewracając go na 

plecy. Najważniejsze, że zdołała zaciągnąć go pod dach. Teraz powinna jeszcze 

background image

dopilnować,   aby   nie   leżał   w   mokrym   ubraniu,   później   będzie   pora   na 

poszukiwanie pomocy.

- Nie zrozum mnie źle - mruknęła, krzywiąc się ironicznie i sięgając do 

paska jego spodni. - To w twoim interesie.

Zane wyglądał równie wspaniale, co zeszłej nocy. Emilie poczuła się jak 

zboczeniec,   kiedy   zwróciła   na   to   uwagę.   Biedak   był   bliski   śmierci,   a   ona, 

zamiast mu pomóc, zachwyca się jego muskulaturą. Trudno jednak było nie 

zwrócić na nią uwagi.

Szybko ściągnęła z niego mokre ubranie. Przez chwilę zastanawiała się, 

czy   zostawić   slipy,   ale   uznała,   że   byłoby   to   śmieszne.   Na   ławie   przed 

kominkiem zauważyła piękny, ręcznie zdobiony koc. Owinęła nim Zane'a, po 

czym ponownie rozejrzała się wokół. Na komodzie leżał jeszcze jeden pled. 

Emilie pomyślała, że to dziwne, iż takie dwa piękne koce akurat czekały na nich 

w latarni. Jak daleko sięgała pamięcią, latarnia była nie zamieszkana, a takie 

stare koce kosztują sporo pieniędzy.

Sam   Talmadge,   jeden   z   członków   Towarzystwa   Historycznego   Crosse 

Harbor, miał się zająć efektami świetlnymi podczas dzisiejszego wieczornego 

festynu w porcie. Może to on przyniósł tu koce, aby wnuki nie zmarzły podczas 

pokazów? Pewnie miał zamiar przyprowadzić je na wieżę.

Emilie nigdy jeszcze nie była we wnętrzu latarni. Pomyślała, że wcale nie 

wygląda   na   opuszczoną.   Ściany   najwyraźniej   niedawno   pobielono,   a   schody 

wiodące na gorę wyglądały porządnie i solidnie. Ktoś zabrał stary, zdezelowany 

radar,  a   na   jego  miejscu  postawił  okrętowy  kompas   i  lunetę.  Na   stole   leżał 

egzemplarz „Poor Richard's Almanack”.

- Coś dla ciebie, Sam - mruknęła, pomagając Zane'owi położyć się na 

pryczy,   stojącej   pod   oprawionym   w   ołów   oknem.   Sam   Talmadge   zawsze   z 

wielkim zapałem uczestniczył w inscenizacjach rozmaitych wydarzeń z okresu 

rewolucji   i   bardzo   dbał   o   wierne   oddanie   wszystkich   szczegółów.   Jednak 

atmosfera panująca w latarni działała Emilie na nerwy.

background image

Być może reagowała w ten sposób z uwagi na ciszę. Pochyliła głowę i 

przez chwilę nasłuchiwała. Mimo niewielkich rozmiarów Eagle Island, nigdy 

nie brakowało tu ludzi. Teraz słychać było tylko krzyki mew, krążących nad 

wyspą w poszukiwaniu jedzenia.

Czemu nie dochodziły tutaj zwykłe odgłosy życia miasteczka? Powinno 

być słychać kosiarki, śmiech dzieci grających w piłkę i terkotanie motorówek 

zapalonych   wędkarzy.   Tymczasem   nie   słyszała   nawet   warkotu   awionetek, 

wiozących turystów do kasyn Atlantic City.

Najwyraźniej wszyscy poszli do parku, aby wziąć udział w obchodach.

Czy to możliwe?

- Chyba naprawdę zwariowałaś - powiedziała do siebie Emilie i podeszła 

do łóżka, aby sprawdzić, co z Zane'em. Wyobraźnia zaczęła płatać jej figle. To 

pewnie   skutek   wypadku   -   pomyślała   i   skrzywiła   się   sarkastycznie.   W   tym 

momencie dalsze jej rozmyślania przerwał głośny jęk.

- Boże - westchnęła. Prawe oko mężczyzny niemal zniknęło pod fioletową 

opuchlizną. Emilie nie miała wątpliwości, że złamał rękę, a pewnie również parę 

żeber.

Siedziała   przy   nim   przez   chwilę.   Zane   to   tracił,   to   odzyskiwał 

przytomność. Zbliżało się południe. Miała na sobie mokre ubranie, a poskręcane 

i pofalowane włosy spadały jej na ramiona zupełnie bezładnie. Najwyraźniej 

nikomu nie przyszło do głowy szukać ich tutaj. Emilie pomyślała, że musi się 

ruszyć i coś  zrobić. Złamana ręka nie złoży się sama, ktoś  musi jej w tym 

pomóc.

Nie   miała   przed   sobą   wielkiego   wyboru.   Mogła   tylko   skorzystać   z 

niewielkiej łódki, którą trzymał tu Sam Talmadge, i powiosłować do portu.

- Wrócę najszybciej jak potrafię - powiedziała do Zane'a, który wpatrywał 

się  w   nią   szklanym   wzrokiem.   -  Ty   zostań   w   łóżku.   Pamiętaj,   że   masz   nie 

wstawać.

Kiwnął   głową,   ale   Emilie   wcale   nie   była   pewna,   że   zrozumiał,   co 

background image

powiedziała. Wydawał się półprzytomny, a ona nie mogła znieść myśli, że ten 

pewny siebie mężczyzna jest w takim stanie. Oczami wyobraźni widziała, jak 

przewraca się na schodach latarni. Gdyby miała kawałek linki, przywiązałaby go 

do łóżka, ale nie zauważyła nic odpowiedniego.

Wyszła na zewnątrz i spróbowała obejść latarnię.

Dziwne, ale nigdzie nie widziała róż, które - jak pamiętała - rosły wokół 

wieży. Zamiast tego musiała się przebijać przez prawdziwy gąszcz krzewów. 

Szła wąską ścieżką wiodącą do miejsca, gdzie Sam cumował swoją łódź.

Jednak na łagodnych falach zatoczki nie kołysała się niewielka, metalowa 

łódka   z   czerwonym   sercem   namalowanym   na   burcie   i   nazwą   „Janine”   na 

pawęży,   lecz   solidna,   drewniana   łódź   z   ciężkimi   wiosłami.   Emilie   znowu   z 

trudem opanowała nerwy i przełknęła głośno ślinę. W okolicach Crosse Harbor 

od dawna nie spotykało się takich łodzi.

Pewnie ktoś ściągnął ją z okazji święta - pomyślała. Odcumowała łódź i 

chwyciła za wiosła. Sam Talmadge uwielbiał historię i najwyraźniej postanowił, 

że wszystkie szczegóły inscenizacji będą odpowiadać prawdzie historycznej.

Emilie nie znała go zbyt dobrze. Z tego, co słyszała, Talmadge hodował 

indyki na Dzień Dziękczynienia.

Gdy   tylko   zabrała   się   do   wiosłowania,   od   razu   pożałowała,   że 

zrezygnowała z zajęć w miejskim klubie sportowym. Drewniane wiosła były 

równie ciężkie, jak wielkie. Kilka tygodni ćwiczeń z hantlami i sztangą sta-

nowiłoby dobre przygotowanie do tego zadania. - Myśl o czymś pozytywnym - 

skarciła się w duchu, starając się utrzymać równy rytm pociągnięć. Tego dnia 

już dwukrotnie dokonała rzeczy pozornie niemożliwych, wyciągając Zane'a z 

wody i doprowadzając go do latarni. Skoro tak, to z pewnością zdoła dopłynąć 

do portu i wezwać pomoc.

Pochyliła   głowę   i   skupiła   się   na   wiosłowaniu.   W   normalnych 

okolicznościach przepłynięcie z wyspy do portu wymagało jakiegoś kwadransa.

Po upływie pół godziny Emilie musiała przyznać, że niewiele zwojowała. 

background image

Drżały jej dłonie i miała zawroty głowy. W tym tempie równie dobrze mogła 

wiosłować cały dzień.

Rozglądając   się   wokół,   nie   mogła   dostrzec   wielu   charakterystycznych 

elementów wybrzeża. Pomyślała, że musi być jakieś wytłumaczenie, dlaczego 

nie może rozpoznać okolicy.

Złożyła  na  chwilę  wiosła  i  przyjrzała   się  uważnie   nabrzeżu,  które  tak 

dobrze   znała.   Gdzie   zniknęła   restauracja   portowa?   Co   się   stało   z   zawsze 

pełnym,   kolorowym   basenem   jachtowym?   Dlaczego   nigdzie   nie   było   widać 

rybaków i wędkarzy?

-   Uspokój   się   -   powiedziała   do   siebie.   -   Musi   być   jakieś   proste 

wyjaśnienie.

A może to wcale nie jest Eagle Island i Crosse Harbor? Może gwałtowny 

wiatr zniósł ich w stronę Cape May lub Long Branch?

A może...

Emilie   na   chwilę   wstrzymała   oddech.   Nie   mogła   pojąć,   dlaczego   tak 

długo   nie   dostrzegła   rzeczy   oczywistych.   Woda   w   porcie   była   krystalicznie 

przejrzysta,   a   równie   błękitne   niebo   widziała   tylko   w   filmach   Disneya. 

Powietrze było czyste jak w wysokich górach. Gdzie zniknął brud i bałagan, 

zazwyczaj wszechobecne ślady nowoczesnego życia?

Na myśl o tym aż zadygotała. To niemożliwe... Takie rzeczy nie zdarzają 

się   naprawdę.   Bohaterowie   powieści   fantastyczno   -   naukowych   mogą 

podróżować w czasie, ale zwykłych ludzi obowiązują normalne prawa przyrody.

Emilie   zawróciła   i  ze   zdwojoną   energią   powiosłowała   z   powrotem  do 

latarni. Postanowiła za wszelką cenę rozwikłać tę tajemnicę. Po paru minutach 

dobiła do brzegu i zacumowała łódź.

Podchodząc do latarni tym razem natychmiast zauważyła brak zamka. W 

1992 roku? Mało prawdopodobne. Zawiasy były nowe i nie tknięte przez rdzę. 

Wpadła do środka i natychmiast podbiegła do stolika, na którym poprzednio 

zauważyła egzemplarz „Poor Richard's Almanack”.

background image

Drżącymi rękami otworzyła książkę. „Drukowane w Roku Pańskim 1776” 

- przeczytała. Nie było copyrightu ani żadnej informacji o tym, że to reprint, 

nigdzie nie było widać nazwy firmy wydawniczej.

Emilie czuła narastające podniecenie.

To było pierwsze, oryginalne wydanie, ale broszura wyglądała całkiem 

nieźle. Z pewnością niedawno wyszła spod prasy.

background image

4

To   nie   mogło   się   zdarzyć   naprawdę!   Żaden   racjonalny   argument   nie 

mógłby tego wyjaśnić, ale Emilie nie mogła zignorować oczywistych dowodów.

Widziała w swoim życiu już dostatecznie wiele reprintów i reprodukcji, 

aby wiedzieć, że ten egzemplarz „Poor Richard's Almanack” jest autentyczny.

Opadła na podłogę. Nogi jej tak drżały, że nie mogła już dłużej ustać.

Nic dziwnego, że Crosse Harbor wygląda inaczej niż zwykle. Wszystkie 

oznaki postępu cywilizacji zostały starte, tak jakby ich nigdy nie było.

To znaczy, że jeszcze się nie zdarzyły.

Emilie poczuła, że kręci się jej w głowie. Odetchnęła głęboko, wciągając 

w   płuca   czyste,   morskie   powietrze.   Rewolucja   przemysłowa   była   sprawą 

przyszłości.   Czyste   powietrze,   czysta   woda   -   to   wszystko,   o   co   ludziom 

dwudziestego   wieku   przyszło   rozpaczliwie   walczyć   -   teraz   były   jeszcze   dla 

wszystkich dostępne.

Do licha, dlaczego tego wcześniej nie zauważyłam? - zdziwiona uniosła 

głowę i rozejrzała się po pokoju, usiłując w pełni zdać sobie sprawę z nowej 

sytuacji. Nie ma ani telefonu, ani prądu. Takie wygody jak kanalizacja i lodówka 

to   wyłącznie   domena   marzeń.   Emilie   wyczuwała   jeszcze   jakąś   nieokreśloną 

różnicę, ale na razie dostrzegała tylko brak tego, do czego przywykła.

Każda   rozsądna   kobieta   wpadłaby   w   przerażenie,   gdyby   została   nagle 

przeniesiona w czasy wcześniejsze o dwa wieki. Strach przed nieznanym to 

jeden   z   najbardziej   podstawowych   ludzkich   odruchów.   Zamiast   tego   czuła 

rozsadzającą ją energię i ciekawość.

Czy to możliwe, że los zgotował jej groźniejszą i bardziej podniecającą 

przygodę, niż wszystkie wyprawy Zane'a razem wzięte?

- Och, Boże - jęknęła, zerkając na śpiącego eks - męża. Nigdy w to nie 

uwierzy.   Niezależnie   od   tego,   jakie   przedstawi   mu   dowody,   on   nigdy   nie 

zapomni o świecie. jaki zna.

background image

W każdym razie nie będzie łatwo go przekonać.

Zane czuł się dobrze w czasach, w jakich wypadło mu żyć. Tęsknoty i 

pragnienia,   jakie   od   dzieciństwa   odczuwała   Emilie,   były   mu   zupełnie   obce. 

Korzystał   z   życia   tak   jak   umiał   i   troszczył   się   tylko   o   dzień   bieżący.   Jak 

zareaguje, gdy przekona się, że stracił wszystko, do czego przywykł?

Musiało   istnieć   jakieś   logiczne   wyjaśnienie   tego,   co   się   stało.   Emilie 

przypomniała sobie, jak na widok męża wysiadającego z samochodu poczuła, że 

w jej życiu wkrótce coś się wydarzy.

Bardziej   dręczyło   ją   pytanie,   dlaczego   nagle   zostali   przeniesieni   w 

osiemnasty wiek, niż mechanizm tej podróży. Pomyślała, że nie spocznie, póki 

tego nie wyjaśni.

- Co... - Zane otworzył oczy i spróbował wstać, podpierając się ręką. - 

Chryste! - jęknął z bólu.

- Spokojnie. Lepiej nie wstawaj - Emilie natychmiast znalazła się przy 

nim. - Złamałeś rękę.

- Dwoi mi się w oczach - powiedział, ciężko oddychając. - A może masz 

siostrę bliźniaczkę?

Ogorzała twarz Zane'a teraz wydawała się blada jak prześcieradło. Emilie 

przypomniała sobie, ile utracił krwi.

- Dobrze wiesz, że nie mam - powiedziała, usiłując nadać swemu głosowi 

pogodne brzmienie. Mężczyzna znowu spróbował wstać, więc położyła rękę na 

jego ramieniu. - Leż spokojnie.

- Co się stało?

- Pamiętasz, jaki numer postanowiłeś wyciąć z tym balonem na gorące 

powietrze?

Zane kiwnął głową.

-   Wygląda   na   to,   że   nie   dolecieliśmy   do   Langley   Park   w   całości   - 

poinformowała   go.   Za   to   zmieniliśmy   epokę   -   pomyślała,   ale   tę   perełkę 

zachowała na później.

background image

- A co z tobą?

- Trochę guzów i siniaków, poza tym wszystko w porządku. Ty gorzej na 

tym wyszedłeś.

- Chyba tak - powiedział.

Emilie   poczuła   skurcz   serca.   Zrób   coś   -   nakazała   sobie   w   myślach. 

Przecież  on  jest  w   fatalnym  stanie.  Na  myśl,  że  powinna  sama  złożyć  jego 

ramię, zakręciło się jej w głowie, ale nie miała innego wyjścia. Zawsze była 

dumna ze swej znajomości historii Crosse Harbor, ale teraz miała w głowie 

zupełną pustkę. W obecnym stanie bala się wyruszać na poszukiwanie doktora.

- Jak się czujesz? - spytała, pochylając się nad nim.

- Umieram - skrzywił się Zane. - Gdzie jesteśmy?

- W latarni morskiej - odrzekła zgodnie z prawdą.

- Co z balonem?

- Nie wiem. Odzyskałam przytomność na plaży. Ty leżałeś w wodzie, ale 

balon i gondola zniknęły bez śladu.

- Ocaliłaś mi życie?

- Każdy by to zrobił.

- Przypomnij mi, żebym ci podziękował - mruknął, zamykając oczy. - Jak 

się obudzę...

- Za wcześnie na podziękowania - szepnęła Emilie, patrząc, jak zasypia. 

Gdy Zane dowie się, gdzie wylądowali, z pewnością nie będzie szczególnie 

wdzięczny. Na razie udało się jej przetrwać pierwszą rundę pytań, ale następna 

musiała doprowadzić do wyjawienia prawdy. Wystarczy, że zechce zadzwonić 

po pogotowie lub do biura podróży, aby zmienić rezerwację.

Wszystko w swoim czasie. Najpierw muszą zadbać o przeżycie. Emilie 

pomyślała, że powinna postarać się o wodę i coś do zjedzenia. Gdyby jeszcze 

znalazła prosty kawałek drewna do usztywnienia złamanego ramienia...

Przypomniała   sobie   ukryte   w   krzakach   drzwi   do   piwnicy,   które 

dostrzegła, wracając po przerwanej wyprawie na stały ląd. Wybiegła z latarni i 

background image

pomagając sobie łokciami, przedarła się przez zarośla. Na widok piwnicy ode-

tchnęła z ulgą.

Drzwi   były   pomalowane   szaroniebieską   farbą.   Morskie   powietrze   nie 

zdążyło   jeszcze   naruszyć   gładkiej   powierzchni.   Emilie   znów   pomyślała,   że 

latarnia morska jest w doskonałym stanie i niczym nie przypomina obecnej - czy 

też może przyszłej? - rudery.

Bez trudu otworzyła drzwi i zbiegła w dół po kamiennych schodkach. 

Jeśli   jej   wiedza   na   temat   zwyczajów   z   czasów   kolonialnych   odpowiadała 

prawdzie, to powinna znaleźć tu zapasy jedzenia.

Na   szczęście   się   nie   pomyliła.   Na   piwnicznych   półkach   stało   sporo 

garnków z dżemami i innymi przetworami, a obok na haku wisiała ogromna 

szynka. Wybór był dość skromny, mimo to Emilie czuła się tak, jakby trafiła do 

sklepu samoobsługowego z czekiem in blanco w ręce.

-   Mam   nadzieję,   że   nie   masz   kłopotów   z   ciśnieniem   -   mruknęła.   W 

osiemnastym wieku ludzie, nie znając lodówki, na ogół mocno solili zapasy 

żywności. Emilie obawiała się, że smak ich jedzenia może okazać się szokiem 

dla podniebienia człowieka z dwudziestego wieku. No, ale nie miała wyboru.

- Musimy się przystosować - powiedziała. - Przydałby się jakiś kosz. No...

W tym momencie jedzenie wyleciało jej z rąk. Ktoś popchnął ją z tyłu i 

mocno przycisnął do zimnej, kamiennej ściany.

- Gadaj, czego tu szukasz - usłyszała tuż koło siebie męski głos. - Inaczej 

poderżnę ci to śliczne gardziołko od ucha do ucha.

Emilie dorównywała wzrostem napastnikowi, ale była od niego znacznie 

słabsza. Ciekawe, czy po to ruszyłam w podróż w czasie, aby znaleźć koniec w 

wilgotnej piwnicy - przemknęło jej przez głowę. Pomyślała o swojej sytuacji i 

niesamowitych wydarzeniach ostatnich dwudziestu czterech godzin, po czym 

zrobiła   to,   co   powinna   zrobić   na   jej   miejscu   każda   dobrze   wychowana, 

osiemnastowieczna dama: zemdlała.

Andrew McVie z całą pewnością nie był głupcem Dobrze wiedział, że 

background image

nieprzyjaciel często pojawia się w przebraniu i maskuje tak, aby uśpić czujność 

przeciwnika i zwieść go na manowce.

Żyją   w   niebezpiecznych   czasach   -   mądry   człowiek   nie   ufa   nikomu, 

dopóki się nie przekona, że nie ma się czego obawiać.

Jednak gdy piękna dziewczyna z płomiennymi włosami osunęła się do 

jego stóp, Andrew zapomniał o ostrożności: zamiast tego musiał zachować się 

jak dżentelmen. Schował nóż i ukląkł koło nieznajomej.

-  Ależ   jest   wysoka   -   zdziwił   się,   przypatrując   leżącej   kobiecie.   Miała 

szerokie   ramiona   i   pełne,   krągłe   piersi.   Pociągająca.   Łatwo   mógł   sobie 

wyobrazić, jak tuli się do niej w łóżku podczas długiej, zimowej nocy. Nagle do-

strzegł, że zamiast spódnicy nieznajoma ma na sobie spodnie i aż otworzył usta 

ze zdziwienia. Gdyby zobaczył osła chodzącego na dwóch nogach, chyba mniej 

by się zdziwił.

Co to za dziwna kobieta? W piwnicy panował półmrok. Andrew pochylił 

się i przyjrzał się jej uważnie. Zamiast schować skromnie włosy pod czepkiem, 

nieznajoma rozpuściła je swobodnie na ramiona.

Leżała na podłodze przyciskając rękę do szyi, tak jakby chciała się bronić. 

Uwagę Andrew przyciągnął masywny, złoty pierścionek i delikatny łańcuszek z 

doczepioną szklaną kulką, mieniącą się wszystkimi kolorami tęczy.

Znów spojrzał na jej piersi. Sam nie wiedział, czy bardziej zaintrygował 

go jej wygląd, czy demonstracyjne obnoszenie się z bogactwem. Zmarszczył 

brwi, patrząc na jej nogi. Czarne rajstopy stanowiły wyzwanie i obrazę dla jej 

kobiecości. Z pewnością stać ją było na strój bardziej przystojny.

Andrew   zastanawiał   się   przez   chwilę,   czy   ta   dziewczyna   nie   jest 

przypadkiem szpiegiem, ale sam roześmiał się z tego pomysłu. Któż uwierzyłby 

w taki nonsens? Nie, to zapewne żona któregoś z rybaków, która przypłynęła tu 

łodzią, aby ukraść trochę jedzenia dla dzieci. W tak ciężkich czasach to nic 

dziwnego. Ale jednak ta kobieta wyglądała tak, jakby nigdy nie doświadczyła 

biedy.

background image

McVie przypomniał sobie, jak w pierwszych latach małżeństwa ciężko 

walczył, aby pogodzić życie rodzinne z praktyką prawniczą w Bostonie. Elspeth 

i ich syn często musieli drogo płacić za jego ambicje. Pragnął zdobyć dla nich 

wszystko,   co   tylko   mógł:   piękny   dom   i   służbę,   farmę   pełną   dobytku,   a   nie 

problemów,   bibliotekę   z  książkami  niezbędnymi,  aby   dać   chłopcu  klasyczne 

wykształcenie.   Chciał,   aby   Elspeth   mogła   siedzieć   przy   ozdobnym   oknie   i 

oddawać się marzeniom.

Nic z tego nie zostało. Wystarczyła jedna chwila, aby płonąca szczapa z 

paleniska wznieciła pożar, który strawił wszystko, co było dla niego drogie. W 

tym czasie Andrew gonił za pieniędzmi w Bostonie.

Dziwne, że widok tej przystojnej kobiety przypomniał mu żonę. Elspeth 

wyglądała jak delikatny pączek róży, ale za piękną powierzchownością kryła się 

siła, na której można było polegać. Przywykł korzystać z samodzielności żony, 

aby gonić za przyjemnościami życia, które wtedy wydawały mu się tak ważne. 

Piękny   chłopiec,   którego   spłodzili   pewnej   letniej   nocy,   był   ważniejszy   niż 

bogactwo, ale Andrew zrozumiał to zbyt późno.

Teraz tylko rebelia nadawała sens jego życiu. Poświęcił wszystkie siły 

walce o niepodległość, choć faktycznie nie przywiązywał do niej większej wagi.

Jego ostatnia wyprawa na opanowany przez Anglików Manhattan była 

zupełnie bezowocna. Powrócił do domu w stanie bliskim depresji i nie mógł 

otrząsnąć się z ponurego nastroju.

Wrócił do latarni morskiej, której od początku wojny nikt nie obsługiwał. 

Miał nadzieję, że znajdzie tu Josiaha Blakelee, ale bardzo się zawiódł. Blakelee, 

który   miał   farmę   w   pobliżu   Princeton,   był   fanatycznym   zwolennikiem 

niepodległości i święcie wierzył, że przyniesie ona wiele dobrodziejstw. Należał 

do tych nielicznych ludzi, którzy natychmiast zyskują powszechną sympatię. 

Był również człowiekiem odważnym i często podejmował ryzyko. Niecałe dwa 

miesiące temu zniknął gdzieś na północy Manhattanu.

Andrew zamierzał poczęstować go kazaniem na temat szczęścia, jakie 

background image

można znaleźć w życiu rodzinnym. Jego zniknięcie zabolało go do żywego. 

Miał bowiem wrażenie, że ich walka jest zupełnie beznadziejna.

Najważniejsza   w   życiu   człowieka   jest   rodzina.   Bez   niej   nawet 

niezależność od Korony nie miała większego znaczenia.

Natomiast   dla   Josiaha   Blakelee   niepodległość   stała   się   najwyższym 

celem. Od wielu miesięcy nieustannie cytował Thomasa Paine'a i powtarzał, co 

powiedział Adams, z daleko większym przekonaniem niż on sam.

Rok   wcześniej,   niedługo   po   Concord   i   Lexington,  Andrew   i   Blakelee 

poszli razem na obiad do kuzyna Josiaha, Johna Adamsa i jego żony. Przy stole 

John wygłosił długie przemówienie na temat konieczności oddzielenia kolonii 

od Korony.

Josiah zapalił się do tej sprawy. Niegdyś Andrew również czuł taki sam 

zapał,   ale   tamtego   wieczoru   po   prostu   siedział   w   milczeniu   i   rozmyślał   o 

rodzinie.

Pani   Adams,   niska   lecz   przystojna   kobieta,   dorównująca   mężowi 

inteligencją, wyczuła chłód w jego zachowaniu.

-   Poświęcając   się   jakiejś   sprawie   można   odzyskać   spokój   ducha   - 

zauważyła,   podając   mu   filiżankę   herbaty.   Sama   straciła   paroletnie   dziecko. 

Służba publiczna przyniosła jej pociechę.

W ten sposób Andrew dołączył do grupy bojowników o niepodległość.

Teraz czekało go nieprzyjemne zadanie. Musiał zawiadomić żonę Josiaha, 

że   jej   mąż   nie   powrócił   z   wyprawy.   W   okolicy   Harlem   Heights   wojska 

brytyjskie wzięły do niewoli grupę patriotów. Według krążących plotek, zostali 

oni ulokowani na statkach - więzieniach zakotwiczonych w Wallabout Bay w 

nowojorskim   porcie.   Trudno   byłoby   znaleźć  gorsze   miejsce.   Pozostawała 

nadzieja, że Josiah uniknął tego losu.

Kobieta z rudymi włosami poruszyła się lekko i Andrew wrócił myślami 

do rzeczywistości. Przede wszystkim musiał się dowiedzieć, skąd się tu wzięła i 

co wiedziała o jego sprawach.

background image

Gdyby Emilie zemdlała w swej własnej epoce, szybko znalazłaby się w 

szpitalu, gdzie powitałby ją jakiś pryszczaty stażysta z plikiem formularzy do 

wypełnienia i zerową troską o pacjenta.

Zamiast tego po przebudzeniu znalazła się na kamiennej ławce, tuż obok 

drzwi   do   piwnicy.   O   pół   metra   od   niej   klęczał   jakiś   mężczyzna   z   nożem 

zatkniętym za pasek od spodni. Emilie szybko przypomniała sobie, gdzie jest.

Usiadła i zmierzyła go najgroźniejszym spojrzeniem, na jakie potrafiła się 

zdobyć.

- Tylko mnie dotknij, a uschnie ci ręka. Nieznajomy wstał z klęczek. Był 

mniej   więcej   tego   samego   wzrostu   co   ona,   ale   znacznie   szerszy   w   barach. 

Sprawiał   wrażenie   człowieka   samotnego,   który   nie   Przejmuje   się   swoim 

wyglądem.   Jasnobrązowe,   kędzierzawe   włosy   związał   tasiemką   w   niewielki 

kucyk. Miał na sobie koszulę z grubego lnu i wypłowiałe spodnie.

- Skąd się tu wzięłaś, dziewczyno? - spytał. Mówił z wyraźnym szkockim 

akcentem.

Czy uwierzyłbyś, że przyleciałam czerwonym balonem? - pomyślała, ale 

uznała, że mądrzej będzie nie zaczynać od tej informacji.

-   Błagam   o   wybaczenie,   proszę   pana,   ale...   ale   znalazłam   się   w 

nadzwyczaj   trudnych   okolicznościach   -   wykrztusiła,   z   przerażeniem 

stwierdzając, że nie musi udawać płaczu. Dodatkowo wzruszyła się widząc, jak 

na mężczyznę podziałał widok jej łez.

- No, dość już tego - powiedział z pozorną szorstkością.

- Bardzo przepraszam, proszę pana - powtórzyła Emilie, wycierając oczy. 

Mężczyzna podał jej batystową chusteczkę z wyhaftowaną w rogu literą A. - 

Dzięki.

W   tym   samym   momencie   pożałowała,   że   nie   podziękowała   bardziej 

formalnie.

- Dzięki? - powtórzył, unosząc do góry gęste brwi. - A cóż to za sposób 

wysławiania się?

background image

- To... tak mówi się w naszej rodzinie - wyjaśniła dość nieudolnie. - Nie 

powinnam tak mówić do kogoś obcego. Jaka jestem głupia!

Mężczyzna kiwnął głową, na pozór akceptując jej wyjaśnienie, ale Emilie 

miała wrażenie, że słyszy, jak w jego głowie wyje sygnał alarmowy. Uważaj, co 

gadasz, Crosse - powiedziała do siebie. Ten człowiek nie da się łatwo zwieść. 

Miała nadzieję, że dzięki swym zainteresowaniom obyczajami kolonistów zdoła 

jakoś przebrnąć przez tę rozmowę.

- Cóż to za nadzwyczaj trudne okoliczności? - zapytał nieznajomy.

Wiedziałam, że do tego dojdzie - westchnęła w duchu.

- Wybrałam się z przyjacielem na przejażdżkę łódką. Nagle zerwała się 

burza i wiatr wyrzucił nas na pańskie wybrzeże.

- A kiedy  zdarzył  się  ten  wybryk  natury?  - spytał  gospodarz.  W jego 

oczach pojawiły się twarde błyski.

Sposób,   w   jaki   się   wysławiał,   zdradzał,   iż   jest   człowiekiem 

wykształconym, choć wyglądał dość prostacko. Emilie pomyślała, że czeka ją 

jeszcze trudniejsze zadanie, niż sądziła uprzednio.

- Tuż przed północą - odpowiedziała, modląc się w duchu, aby znów nie 

zdradzić się niebacznym słowem.

Andrew  kiwnął  głową.  To  wyjaśniało,  dlaczego  sam  nie   zauważył  nic 

szczególnego. Przybył do latarni wieczorem, zjadł parę plastrów szynki i zapadł 

w mocny sen. Ze względu na bezpieczeństwo wolał położyć się w piwnicy. 

Obudziła go dopiero ta kobieta, dobierając się do jego zapasów.

- Nie widzę żadnych śladów po pani przyjacielu - zauważył, myśląc o 

tym, że piękność i prawdomówność nie zawsze chodzą w parze.

- Jest w budynku latarni - wyjaśniła. - Obawiam się, że złamał sobie ramię 

i jest mocno potłuczony.

- A czy zadbała pani o siebie? - spytał, przyglądając się jej uważnie.

- To nie ma znaczenia - machnęła ręką. Andrew znów dostrzegł błysk 

złotego pierścionka. Nieznajoma patrzyła mu prosto w oczy.

background image

- Czy ten mężczyzna jest pani mężem? - spytał z wahaniem.

- Przyjacielem - odrzekła krótko. - Stracił bardzo dużo krwi, proszę pana. 

Boję się... - Emilie urwała i przymknęła powieki, ale McVie zdążył zauważyć 

błysk łzy.

- Zaprowadź mnie do niego, dziewczyno - powiedział. - Nie posiadam 

umiejętności chirurga, ale zapewne zdołam mu pomóc - dodał. Jego kościstą 

twarz rozjaśnił uśmiech. - Byłoby łatwiej, gdybyś powiedziała mi, jakiej świętej 

imię nosisz.

- Emilie - rzekła, odwzajemniając jego uśmiech. - Jestem Emilie Crosse.

To nazwisko nic dla niego nie znaczyło. Jej przodkowie dopiero za parę 

lat mieli przyczynić się do rozbudowy miasta, które w przyszłości wzięło nazwę 

od ich rodowego nazwiska.

- Spotkaliśmy się w dziwnych okolicznościach, panno Emilie.

- Teraz pan ma nade mną przewagę - powiedziała. To śmieszne, tańczymy 

menueta, tyle że na słowa - przemknęło jej przez głowę.

- Andrew - odrzekł. - Andrew McVie - dodał, wyciągając rękę, aby ją 

podtrzymać. - Panno Emilie, czy źle się pani czuje?

Panna Emilie dosłownie zachwiała się na nogach.

Andrew McVie!

Mężczyzna, którego nazwisko od ponad dwustu lat powtarzają wszyscy 

uczniowie   z   Crosse   Harbor!   Największy   buntownik   w   historii   miasteczka! 

Przecież jeszcze ostatniej nocy opowiadała o nim Zane'owi, z dumą relacjonując 

jego bohaterskie przygody.

- Miałam ciężki poranek - powiedziała wreszcie, chwytając go za rękę. - 

Błagam, aby zechciał mi pan wybaczyć chwilową słabość.

- Słabość to rzecz godna pochwały u płci nadobnej.

-   Siła   bardziej   zasługuję   na   pochwałę,   niezależnie   od   płci   -   odrzekła. 

Miała nadzieję, że jej bohater z lat dzieciństwa nie okaże się męskim szowinistą. 

- Nie sądzi pan?

background image

Ta kobieta ma cięty język! - pomyślał Andrew. Pewnie dlatego jeszcze nie 

wyszła za mąż.

-   Proszę   mnie   zaprowadzić   do   pani   towarzysza   -   powiedział   głośno, 

wskazując drzwi od piwnicy. - Musimy się zająć jego złamaną ręką. Jeśli się 

spóźnimy, może stracić zdolność zarabiania na życie.

Nic   jeszcze   nie   wiesz   -   pomyślała   Emilie.   Skrzywiła   się,   bo   słońce 

zaświeciło jej prosto w oczy. Zane przywykł do tego, aby cieszyć się pełnią 

życia. Jakiekolwiek ograniczenie wolności doprowadzi go do szaleństwa.

Szli razem do frontowego wejścia latarni. Andrew uważał, aby przez cały 

czas   iść   za   nieznajomą.   Jej   rude   sploty   płonęły   w   promieniach   słońca. 

Spróbował sobie wyobrazić, jak wglądałaby z włosami porządnie ułożonymi, 

jak przystało damie z towarzystwa.

Oczywiście,   ta   kobieta   wyróżniała   się   nie   tylko   fryzurą.   Andrew 

przypuszczał, że w wyniku wypadku straciła ubranie, stąd jej dziwny strój. Być 

może podarła spódnicę na skałach lub wykorzystała materiał, aby opatrzyć rany 

przyjaciela.

Dziwne tylko, że paradując tak ubrana nie czuła kobiecego zawstydzenia. 

Nie była ani nieśmiała, ani skromna. Trzymała głowę do góry, tak jakby nic ją 

nie obchodziło to, że każdy może obejrzeć jej ciało. Spodnie przylegały do jej 

nóg   niczym   druga   skóra.  Andrew   zastanawiał   się,   jak   i   po   co   uszyła   sobie 

spodnie,   w   tak   nieprzyzwoity   sposób   zdradzające   zarysy   jej   wdzięków.   Bez 

trudu widział kształt pośladków, smukłe uda...

Emilie zatrzymała się gwałtownie i spojrzała mu w oczy. Andrew poczuł 

się tak, jakby ktoś przyłapał go na podkradaniu jabłek z sadu sąsiada.

- Mój towarzysz... po wypadku na morzu ma jakieś kłopoty z głową... - 

uprzedziła.

McVie spojrzał w kierunku pomostu.

- To nie jest nasza łódź - szybko wyjaśniła Emilie.

_ A gdzie jest wasza?

background image

- Nie wiem.

- Nigdzie jej nie widzę.

- Oczywiście, że nie - Emilie wzięła głęboki oddech i rozpoczęła relację z 

ich   nieszczęśliwej   wyprawy.   -   Ogromne   fale   wyrzuciły   łódź   na   skały. 

Wpadliśmy do wody i musieliśmy desperacko walczyć o życie. - Od miodowego 

miesiąca sześć lat temu nie bawiła się tak dobrze.

A może to będzie dopiero za dwieście lat? Ciągnęłaby swą dramatyczną 

opowieść, ale Andrew odrzucił do tyłu głowę i wybuchnął głośnym śmiechem.

- To bardzo nieuprzejmie z pana strony, panie McVie.

- Nie wiem, jaka jest prawda, dziewczyno, ale ta twoja opowieść bardzo 

mnie zajmuje.

- To nie jest opowieść - zaprotestowała. Co najwyżej ta część o łodzi, ale 

to przecież tylko szczegół. - Ocaliłam życie mojego kompana.

Gdyby   to   powiedziała   inna   dziewczyna,   Andrew   miałby   poważne 

wątpliwości, czy mówi prawdę. Nigdy jeszcze nie spotkał kobiety tak wysokiej, 

aby   mogła   mu   spojrzeć   prosto   w   oczy.   To   wytrącało   go   z   równowagi,   ale 

jednocześnie   wyjaśniało,   jak   mogła   uratować   od   utonięcia   dorosłego 

mężczyznę.

Elspeth ledwo sięgała mu do ramienia, nawet na najwyższych obcasach. 

W jej towarzystwie czuł się silny, Pragnął się nią zaopiekować. Tak właśnie 

powinien  myśleć   mężczyzna  o  swej  żonie.  Czasami,  późno  w  nocy,  gdy  na 

próżno przewracał się z boku na bok, oczami wyobraźni widział swą Elspeth. 

Wydawało mu się, że czuje subtelny zapach jej skóry. Odłóż te papiery, Andrew 

- mówiła do niego. - Jest już późno. Ogrzałam łóżko.

Emilie Crosse z pewnością była zupełnie inną kobietą. Zastanawiał się 

przez chwilę, jaki mężczyzna może być jej towarzyszem.

Podchodząc do drzwi latarni, Emilie z trudem panowała nad nerwowym 

podnieceniem. To nie mogło się udać. Chyba zwariowała sądząc, że zdoła długo 

prowadzić tę grę. Za chwilę bohater rewolucji spotka mężczyznę przekonanego, 

background image

że żyje w dwudziestym wieku.

Zerknęła przez ramię na Andrew McVie'a. Nic dziwnego, że mierzył ją 

podejrzliwym   wzrokiem.   I   tak   dobrze,   że   nie   zaciągnął   jej   do   najbliższego 

przedstawiciela   prawa.   Choć   na   pewno   tak   się   stanie,   gdy   tylko   Zane   się 

odezwie. McVie zorientuje się, że coś tu jest nie tak. Emilie miała nadzieję, że 

zdoła zwalić ekscentryczność byłego męża na karb wypadku, ale wątpiła, czy 

Andrew da się długo zwodzić.

Może Zane będzie spał - modliła się w duchu. Może jest nieprzytomny? 

Potrzebowała więcej czasu, aby wyjaśnić sytuację. Niewątpliwie McVie będzie 

również potrzebował trochę czasu, aby ją zrozumieć.

Co stanie się później - nie miała pojęcia.

Zane   nerwowo   przechadzał   się   po   pokoju,   niecierpliwie   czekając   na 

powrót Emilie. Cholernie bolało go ramię, prawie nic nie widział na prawe oko i 

na dokładkę był taki głodny, że gotów był gryźć kamienie.

Ku swemu zdziwieniu, nigdzie nie mógł znaleźć telefonu. Co więcej, w 

całym   pomieszczeniu   nie   było   widać   kabli   ani   gniazdek   elektrycznych, 

normalnych oznak ludzkiej obecności. Pokój sprawiał wrażenie świeżo wyre-

montowanego.   Wnętrze   było   proste,   wiejskie,   ale   bardzo   schludne.   Zane 

przypomniał sobie, że Emilie wspomniała o renowacji latarni morskiej. Pewnie 

jeszcze nie założyli instalacji.

Zerknął na zegarek. Nieszczęsny przyrząd oberwał w wypadku równie 

mocno   jak   on.   Szkoda,   że   nie   kupiłem   zegarka   dla   nurków   -   pomyślał. 

Wiedziałby przynajmniej, czy ma szansę zdążyć na samolot.

Od chwili, gdy dowiedział się o wypadku, zachodził w głowę, co mogło 

się zdarzyć. Pamiętał tylko obraz błyskawicznie zbliżającej się ziemi i nagłą 

ciemność. Gdy przekonał się, że Emilie nic się nie stało, poczuł taką ulgę, że 

skłonny był znowu uwierzyć w Boga. Nie zgodziła się wprawdzie pojechać z 

nim na Tahiti, ale to było jeszcze przed wypadkiem. Nigdy nie rozumiała, czemu 

tak   lubi   ryzykować.   Teraz,   gdy   sama   zasmakowała   przygody,   może   będzie 

background image

skłonna zmienić decyzję.

Zane przekonał się już bardzo dawno, że najmocniej doświadcza się życia 

patrząc śmierci prosto w oczy.

Gwałtowny wzrost poziomu adrenaliny... pewność, że wytężasz wszystkie 

siły... podniecenie, z jakim podejmujesz wyzwanie i zwyciężasz.

Ostatniej nocy z Emilie przeżył podobne uczucie zagrożenia i odrodzenia. 

Nie wierzył w szczęśliwe zakończenia, ale mimo to zastanawiał się, czy nie 

powinien byt dłużej walczyć o ocalenie ich małżeństwa.

Sara Jane zwykła mówić...

Zatrzymał się.

- No tak - powiedział głośno. Od ponad godziny próbował zrozumieć, co 

się zmieniło. Teraz już wiedział: przestał słyszeć głos babki.

Nie   pamiętał,   kiedy   dokładnie   to   się   stało,   ale   w   którymś   momencie 

poprzedniej nocy przestał czuć, że Sara Jane usilnie stara się coś mu powiedzieć.

W rzeczywistości Zane dobrze wiedział, że babka umilkła w chwili, gdy 

wziął Emilie w ramiona...

Nie   chciał   zagłębiać   się   w   takie   rozważania.  To,   co   wczoraj   przeżyli, 

miało   dla   obojga   duże   znaczenie.   Nie   miał   zamiaru   temu   przeczyć.   Emilie 

poruszyła coś w jego duszy, obudziła pragnienia, o których dawno zapomniał.

To jednak jeszcze nie znaczy, że zbliżyło ich coś więcej niż seks. Zane nie 

znosił   romantycznego   bełkotu,   który   już   raz   doprowadził   do   rozpadu   ich 

małżeństwa.

Zgrzyt klamki przerwał mu te rozmyślania. Może jednak Emilie zgodzi 

się na wspólny wyjazd...

- Chyba śpi - powiedziała kobieta do Andrew, gdy wchodzili do latami. - 

Powinniśmy...

- Do diabła, czemu tak długo cię nie było? - spytał Zane, gdy Emilie i 

Andrew weszli do pokoju. - Jeśli mamy zdążyć na samolot, musimy...

Biedny Andrew stanął w miejscu jak wryty. Patrzył na Zane'a tak, jakby 

background image

nieoczekiwanie   wpadł   na   głodnego   niedźwiedzia,   co   więcej   -   ubranego   w 

kolorowy koc owinięty wokół bioder. Emilie wyobraziła sobie, co może myśleć 

McVie i z trudem opanowała nerwowy chichot.

- Oto Andrew McVie - powiedziała, zmuszając się do uśmiechu. Miała 

nadzieję,   że   Zane   dostrzeże   jej   błagalne   spojrzenie.   -   To   w   jego   domu 

znaleźliśmy schronienie.

- Prawdziwy klasztor, prawda? - odrzekł Rutledge, rozglądając się wokół.

- Nie usłyszałem, jak się pan nazywa - powiedział Andrew, wysuwając się 

do   przodu.   Imponujący   wzrost   Zane'a   nie   zrobił   na   nim   wrażenia.   Emilie 

pomyślała, że spotkali się godni siebie przeciwnicy. Ciekawe, czy Zane pamięta 

jej opowieści o bohaterskich wyczynach McVie'a? Boże, lepiej byłoby, gdyby 

zapomniał.

Zane   z   pewnym  wahaniem   wyciągnął   lewą   rękę.   -   Jestem   Zane   Grey 

Rutledge. - A cóż to za imię? - spytał Andrew, najwyraźniej zbity z tropu. - Jest 

pan Niemcem?

-   Czy   ten   facet   żartuje?   -   Zane   zwrócił   się   do   Emilie,   która   tylko 

potrząsnęła rozpaczliwie głową.

- Zostałem tak nazwany ku czci Zane'a Greya. Andrew patrzył na niego 

tępym wzrokiem.

-   Tego   pisarza   -   dodał   Zane.   Najwyraźniej   zakłopotanie   mężczyzny 

sprawiało mu przyjemność. - Pisywał westerny. Kowboje, Indianie, historie z 

Dzikiego Zachodu.

- Kowboje? - powtórzył McVie. Wciąż jeszcze nie uścisnął wyciągniętej 

ręki.

-   Dobra,   poddaję   się   -   Zane   cofnął   się   o   krok,   kręcąc   głową.   Znów 

spojrzał na Emilie. - Do cholery, co tu się dzieje?

- Muszę zażądać, aby nie używał pan takiego języka w obecności panny 

Emilie - powiedział Andrew, patrząc mu prosto w oczy.

Zane przygryzł wargę tak, jakby usiłował powstrzymać śmiech.

background image

- Czy nie przesadza pan z tą zabawą w rewolucję. panie McVie?

Obaj   mężczyźni   spojrzeli   jednocześnie   na   Emilia   która   miała   ochotę 

zapaść się pod ziemię.

- Nie wiem, o czym mówisz, Zane - powiedziała spokojnie, po czym 

zwróciła się do Andrew. - Obawiam się, że podczas wypadku pan Rutledge 

uderzył głowa. o kamienie. Jest wciąż zdezorientowany.

Andrew   odetchnął   z   wyraźną   ulgą,   Zane   natomiast   niemal   stracił 

panowanie nad sobą. Zdezorientowany, też coś!

- Do diabła, nie mam pojęcia, co się tutaj dzieje, ale jeśli ktoś mi tego 

zaraz nie wytłumaczy, to...

-   Panno   Emilie,   czy   mogłaby   pani   zostawić   nas   samych?   -   wtrącił 

Andrew, nie spuszczając oka z Zane'a. - Pan Rutledge i ja mamy do omówienia 

niezwykle pilną sprawę.

- Nie mam zamiaru o niczym rozmawiać. Interesuje mnie tylko to, jak 

mam zdążyć na samolot.

-   Samo   -   lot?   -   McVie   spojrzał   na   Emilie.   -  Wydaje   mi   się,   że   pani 

towarzysz   odniósł   poważniejsze   obrażenia,   niż   pani   sądziła.   Mówi   jakieś 

bzdury.

- A może powtórzysz mi to prosto w oczy, co? - Zane zbliżył się do 

mężczyzny. Kipiał z oburzenia.

- Panowie! - Emilie stanęła miedzy nimi. - Proszę nie zapominać, co jest 

naszym najważniejszym zadaniem. Trzeba opatrzyć ranę. Robi się późno, a my 

stoimy w miejscu.

-   Dziwnie   się   wyrażasz   -   przystojną   twarz   Zane'a   wykrzywił   grymas 

zdziwienia.

- Chyba ci się zdaje.

- Do cholery, nic mi się nie zdaje!

- Rutledge, obawiam się, że twoje zachowanie jest obraźliwe dla panny 

Emilie! - wtrącił Andrew.

background image

- Jeśli moje maniery nie odpowiadają pannie Emilie, sama może mi to 

powiedzieć! - warknął Zane.

- Twoje ramię... - jęknęła Emilie. - Proszę...

- Niech pan się położy na pryczy - polecił McVie, - Panno Emilie, czy 

mogłaby pani przynieść mi grube polano? Koło piwnicy leży drewno na opał.

- Niech ten facet nie waży się mnie dotykać - prychnął Zane, blokując 

drogę kobiecie. - Chyba w tym miasteczku jest pogotowie?

- Kiedyś będzie - westchnęła.

- Pogotowie? - powtórzył Andrew. - Czy to jakiś nowy język, czy też 

skutek wypadku?

- Jeśli się zaraz stąd nie wyniesiesz, dostaniesz w łeb!

McVie sięgnął do pasa i chwycił za rękojeść noża. Zane pochylił się w 

stronę paleniska i złapał pogrzebacz. Dwaj przeciwnicy mierzyli się wzrokiem. 

Emilie uznała, że nie ma już wyboru.

- Panowie - powiedziała, ponownie wstępując między nich. - Musimy 

porozmawiać.

background image

5

- Muszę złapać samolot - upierał się Zane. - Interesuje mnie tylko, czy 

jedziesz ze mną, czy nie. - Była już najwyższa pora, żeby ruszyli w drogę. 

Chciał, aby Emilie z nim pojechała.

- Siadaj - wskazała dłonią łóżko. - To trochę potrwa.

Andrew McVie, wciąż trzymając dłoń na rękojeści noża, patrzył to na nią, 

to   na   niego.   W   pierwszej   chwili   miał   wrażenie,   że   ten   Rutledge   to   Josiah 

Blakelee. Byli do siebie niezwykle podobni, wzrostem i budową ciała. Nagle 

przyszło mu do głowy, że to Podobieństwo może nie być kwestią przypadku. 

Być   może   jest   częścią   wyrafinowanego   planu,   mającego   doprowadzić   do 

porażki trzynastu kolonii.

- Pan może usiąść tam - zaproponowała mu Emilie, Wskazując stojące 

przy palenisku krzesło.

- Nie, panienko, wolę stać - pokręcił głową Andrew, Zajął pozycję przy 

drzwiach. Cała sytuacja była tak dziwna, że wolał być przygotowany na każdą 

ewentualność.

-  Och,  Boże  - westchnęła   ciężko  Emilie.  Patrzyła  to  na  Zane'a,  to  na 

McVie'a. - To będzie trudniejsze, niż myślałam.

-   Wykrztuś   coś   wreszcie   -   zniecierpliwił   się   Rutledge.   -   Jeśli   mamy 

zdążyć na lotnisko, lepiej...

- Nie pojedziemy na lotnisko.

- Chcesz powiedzieć, że ty nie pojedziesz?

- Nikt nie pojedzie, bo lotniska nie ma - zaśmiała się Emilie, ale w jej 

głosie słychać było panikę. - Nie ma samolotów, samochodów, komputerów. Nie 

ma niczego, do czego przywykłeś.

- A cóż to takiego komputer? - zainteresował się Andrew.

-   Co   z   tobą,   McVie?   -   prychnął   Zane.   -   Czy   od   dwudziestu   lat   nie 

wychodziłeś z domu? - spytał z ironią, jednocześnie usiłując sobie przypomnieć, 

background image

skąd zna to nazwisko.

-   Czy   ty   naprawdę   nie   rozumiesz?   -   wyraz   twarzy   Emilie   był   równie 

poważny jak jej głos. - To nie jest Crosse Harbor i nie żyjemy w 1992 roku. 

Cofnęliśmy się w czasie.

Zane poczuł w brzuchu dziwny skurcz. Kobieta najwyraźniej zwariowała.

- Posłuchaj, mieliśmy ciężki poranek - powiedział.

wstając z łóżka. - Może lepiej połóż się i odpocznij. McVie zabierze mnie 

do miasta. Złamanie ręki to żadna tragedia. Wrócę, nim zdążysz się wyspać...

- Słuchaj, co do ciebie mówię! - krzyknęła Emilie.

- Rozejrzyj się dookoła! To nie jest świat, jaki znasz!

- wskazała ręką Andrew, który uważnie się im przypatrywał. - To jego 

świat, a nie twój!

- Czy wie pan, o czym ona mówi? - Zane zwrócił się do McVie'a.

Ten potrząsnął głową, uniósł rękę i popukał się w czoło. Zane bez trudu 

zrozumiał ten gest. Niestety, Emilie również go zauważyła.

- Zobacz, tu nie ma gniazdek, nie ma telefonu! - krzyknęła do Zane'a. - 

Gdzie jest  lodówka? Czy słyszałeś warkot samochodu lub łodzi motorowej? 

Gdzie jest łazienka?

-   Wczoraj   mi   powiedziałaś,   że   latarnia   została   poddana   renowacji   - 

stwierdził spokojnie. - Pewnie jeszcze nie skończyli pracy.

- To prawda - przyznała, patrząc mu prosto w oczy.

- Minie jeszcze wiek, może dwa, nim skończą.

Zane przebiegł z kąta w kąt.

- Przestań fantazjować! - krzyknął i wyjrzał na zewnątrz, szukając czegoś, 

co zaprzeczyłoby jej słowom. Poczuł, że się spocił. - Nikt nie może podróżować 

w czasie! - Wiedział, że musi istnieć inne wyjaśnienie, ale nie przychodziło mu 

ono do głowy.

- Pamiętasz tę dziwną chmurę? - spytała Emilie. Szła tuż za nim. Zane 

wspiął się krętymi schodami na górę, do wieży. - Sam powiedziałeś, że nigdy 

background image

takiej nie widziałeś.

-   Przestań!   -   krzyknął.   -   Nie   chcę   tego   więcej   słuchać.   To   jakaś 

zwariowana historia.

- Ja też się boję - położyła dłoń na jego ramieniu. - To chyba normalne...

- To bzdury! - wykrzyknął, odsuwając się od niej.

- Nie, to nie bzdury. Wiesz już, jaka jest prawda.

- Udowodnię ci, że mam rację - nie zważając na ból, ruszył na najwyższe 

piętro   wieży,   gdzie   znajdowała   się   lampa.   -   Nowoczesne   latarnie   są 

zautomatyzowane.

- Ale nie ta.

- Załóż się.

Emilie szczerze mu współczuła. Zane przywykł do panowania nad swoim 

życiem i wydarzeniami, a teraz znalazł się w sytuacji wymykającej się spod 

kontroli. Dostrzegła na jego czole kropelki potu. Złamane ramię sterczało w bok 

pod dziwnym kątem. W normalnych okolicznościach miałby już założony gips i 

dostałby odpowiednią dawkę środków znieczulających.

-  To   jakaś   sztuczka   -   powiedział   ze   wzrokiem   utkwionym   w   miskę   z 

olejem i gruby knot.

- Spójrz na zachód, w stronę portu - zaproponowała spokojnie Emilie. - To 

nie jest Crosse Harbor, które kiedyś znaliśmy.

Zane wolał nie patrzeć. W jej głosie dosłyszał jakąś dziwną, niepokojącą 

nutkę. Wiedział już, że to nie żart.

Zacisnął zęby i rozejrzał się dookoła.

Gęsty, liściasty las podchodził do samej plaży. Po intensywnie niebieskim 

niebie płynęły leniwie białe obłoczki. Nawet stąd widział, że woda jest czysta, a 

powietrze   przejrzyste   i   wolne   od   smrodu   cywilizacji.   Wciąż   myślał,   że   to 

przecież niemożliwe, a jednocześnie instynkt podpowiadał mu, że Emilie ma 

rację.

- Pięknie tutaj, prawda? - szepnęła, zbliżając się do niego.

background image

Kiwnął tylko głową. Surowy, dziki pejzaż był wspaniały, ale nie chciał 

tego głośno przyznać.

- Który to rok? - spytał.

- Nie jestem pewna - odrzekła z wahaniem. - Chyba 1776.

- Skąd wiesz?

- „Poor Richard's Almanack”. Znalazłam na stole świeży egzemplarz.

Twarz   Emilie   niemal   promieniała,   zupełnie   tak,   jakby   oświetlał   ją 

wewnętrzny   ogień.   Zane   pomyślał,   że   niczym   nie   przypomina   żadnej   innej 

znanej mu kobiety. Nie była ani przestraszona, ani wzburzona, najwyraźniej nie 

odczuwała żadnych wrażeń, jakich można się spodziewać u człowieka nagle 

przeniesionego w epokę dwieście lat wcześniejszą. Zachowywała się tak, jakby 

przez całe życie czekała na tę chwilę.

Zapanowało milczenie.

- Zane - przerwała je Emilie. - Czy dobrze... - Nic mi nie jest - uspokoił ją, 

choć sam nie był o tym całkiem przekonany. - Żałuję tylko, że nie przykładałem 

się do historii.

-   Ja   też   nie   pamiętam   dat.   -   Emilie   dotknęła   jego   ramienia   i   Zane 

przypomniał sobie wydarzenia ostatniej nocy. - Pomyśl tylko. Właśnie toczy się 

wojna o niepodległość i tylko my wiemy, jak się zakończy.

Andrew McVie miał już tego dość. Wyłonił się z cienia.

-   Wystarczy   -   powiedział.   -   Takie   gadanie   nie   może   doprowadzić   do 

niczego dobrego.

Odwrócili się w jego stronę. McVie stał na najwyższym stopniu schodów, 

trzymając w ręce długi nóż.

- Daj spokój - westchnęła Emilie, wskazując broń. - Uspokój się, Andrew. 

Jesteśmy po twojej stronie.

Mężczyzna patrzył na nich, mrużąc oczy.

- Dziewczyno, wydajesz się bardzo sympatyczna, ale jest w tobie i w 

twoim przyjacielu coś, co bardzo mnie turbuje.

background image

-   Słyszałeś,   co   mówiłam,   prawda?   -   panna   Emilie   spojrzała   na   niego 

wielkimi, zielonymi oczami. Andrew poczuł, że mięknie.

- Mówiłaś o wojnie - wciąż trzymał nóż w pogotowiu, na wypadek gdyby 

spróbowali się wymknąć. - Co wiesz o obecnym konflikcie?

Emilie zerknęła na swego kompana, po czym skupiła uwagę na Andrew. 

Na próżno usiłowała sobie przypomnieć jakiś film lub książkę o podróży w 

czasie.

- Wiem, że twoja sprawa zwycięży.

-   A   skąd   wiesz,   której   stronie   poprzysiągłem   wierność?   -   Andrew 

pomyślał, że miał rację, nie dowierzając tym dwojgu. Teraz ta ruda dziewczyna 

będzie musiała zdradzić swoje przekonania.

Wyraźnie się zawahała.

- Tak właśnie myślałem. Przyznaję, że to był piękny podstęp, ale jego 

koniec będzie żałosny.

-   Chwileczkę!   -   wtrącił   mężczyzna   o   dziwacznym   imieniu.   - 

Powiedziałeś, że jak się nazywasz?

Dopiero   teraz   Andrew   zrozumiał,   że   nie   powinien   był   zdradzać 

nieznajomym swojego prawdziwego nazwiska. Teraz jednak nie mógł się już 

wycofać.

- McVie - mruknął niechętnie.

-   Już   wiem!   -   Zane   Grey   Rutledge   wydawał   się   bardzo   z   siebie 

zadowolony. - To ty uratowałeś Washingtona. Ocaliłeś mu życie.

Reakcja Andrew była błyskawiczna. Złapał Emilie i przyłożył jej nóż do 

gardła.

- Co jeszcze o mnie wiecie? - spytał tonem nie znoszącym sprzeciwu. - 

Gadaj całą prawdę, albo dziewczyna posmakuje noża.

Zane rzucił się w ich kierunku, ale potworny ból w złamanym ramieniu 

powalił go na kolana już przy Pierwszym zamachu.

- Tylko ją dotknij, McVie, a zabiję cię. Emilie była zupełnie spokojna.

background image

-   Wiem,   że   trudno   ci   w   to   uwierzyć,  Andrew,   ale   przybyliśmy   tu   z 

przyszłości - powiedziała łagodnie.

-   Czarownice   już   przestały   rzucać   uroki   w   koloniach   -   roześmiał   się 

mężczyzna. - Nawet w Massachusetts.

- To nie żadne czary ani wróżbiarstwo - odrzekła dziewczyna ze swoim 

dziwnym akcentem. - Mieliśmy wypadek...

- Wiem - wtrącił Andrew. - Na łodzi.

- Hm, nie całkiem - powiedziała Emilie. McVie chwycił ją za ramiona i 

szybko obrócił twarzą do siebie.

- Lecieliśmy balonem.

Andrew wiedział, że z otwartymi ustami wygląda jak wiejski matołek, ale 

nic na to nie mógł poradzić. Po chwili parsknął śmiechem.

- Mówisz jakieś nonsensy.

- Mówię prawdę - Emilie nie dała się stropić. - Lecieliśmy razem balonem 

na gorące powietrze. Pogoda gwałtownie się pogorszyła i mieliśmy wypadek. - 

Roześmiała się z wyraźnym przymusem. Andrew poczuł się dość niezręcznie. - 

Problem   polega   na   tym,   że   wylądowaliśmy   dwa   wieki   wcześniej,   niż 

wystartowaliśmy.

- Powiadasz zatem, że przybywacie z przyszłości. z 1976 roku? - spytał 

powoli. Ostatnim razem czuł się tak wtedy, gdy postanowił utopić smutki w 

mocnym piwie.

-   Dokładnie   mówiąc,   z   1992,   ale   czy   ta   różnica   ma   znaczenie?   - 

uśmiechnęła się Emilie.

- Przypuszczam, że potrafisz to jakoś udowodnić? _ spytał Andrew. Nie 

odwzajemnił   jej   uśmiechu.   Dla   niego   miał   znaczenie   każdy   rok.   To   było 

niewiarygodne.

- Masz coś? - dziewczyna zwróciła się do Zane'a.

- Pod tym kocem jestem zupełnie nagi - wzruszył ramionami. - A ty?

- Też nie... - urwała. - Nie, poczekaj, chyba coś mam...

background image

Andrew śledził uważnie, jak Emilie sięga po bogato haftowaną, damską 

torebkę,   zupełnie   taką   samą,   jakie   widywał   w   rękach   znanych   mu   kobiet   z 

porządnych rodzin.

Spojrzała   na   torebkę   i   z   trudem   powstrzymała   okrzyk   zdziwienia. 

Niedawno blade kolory nabrały życia. Wytarte brzegi zniknęły pod lamówką z 

miękkiego   aksamitu.   Dla   niej   to   mógłby   być   ostateczny   dowód,   ale   nie   dla 

niego.   Czuła   na   sobie   spojrzenia   obu   mężczyzn.   Rozwiązała   tasiemkę   i 

wyciągnęła jednodolarowy banknot.

- To cię powinno przekonać - powiedziała, podając McVie'owi dolara.

Andrew wziął go do ręki. Czuł pod palcami wypukłość druku. - Przyjrzyj 

mu się uważnie - zachęciła Emilie.

-   Federal   Reserve   Note   -   odczytał   napis   w   górnej   części   banknotu.   - 

Zjednoczone   Stany...   -   przerwał   i   zamrugał   gwałtownie.   To   chyba   jakieś 

złudzenie - pomyślał.

- Zjednoczone Stany Ameryki - dokończyła za niego Emilie. - Z drugiej 

strony jest portret Washingtona.

- Generała Washingtona? - spytał Andrew. To wszystko przekraczało jego 

zdolności pojmowania.

-   Prezydenta   Washingtona   -   odpowiedziała   z   szerokim   uśmiechem.   - 

Pierwszego prezydenta Stanów Zjednoczonych.

- To jest... Nie mogę... - Andrew nie dokończył zdania. Wpatrywał się w 

zielony banknot. Portret, wydrukowany po drugiej stronie, był bardzo podobny 

do   wizerunku   Jego   Ekscelencji,   Generała   Washingtona.   Zetknął   na   szereg 

niezrozumiałych liter i cyfr w prawym, górnym rogu, po czym przeczytał słowa 

umieszczone poniżej.

- Washington D.C. Co to znaczy?

- Dystrykt Columbia - wyjaśnił Rutledge. - Stolica pięćdziesięciu stanów.

- Nad rzeką Potomac - dodała Emilie. - W pobliżu Maryland i Virginii.

- Pięćdziesięciu stanów? - Andrew nawet nie usłyszał, co powiedziała 

background image

Emilie.

- Od trzynastu kolonii doszliśmy do pięćdziesięciu stanów - potwierdziła 

dziewczyna. Jej oczy promieniały dumą. - Od Atlantyku po Pacyfik.

Pod   nazwą   stolicy   Andrew   zauważył   pieczęć   i   napis   „Ministerstwo 

Skarbu 1989”. Upuścił banknot, jakby nagle  zaczął go parzyć. Czuł, że coś 

ściska go za gardło, oddychał z wielkim trudem. Raz jeszcze spojrzał na rudą 

kobietę   i   jej   wysokiego   kompana.   Teraz   łatwiej   mu   było   zrozumieć   jej 

dziwaczny wygląd, kosztowną biżuterię z cennych metali i oryginalny akcent, z 

jakim mówili oboje.

Trudno   się   dziwić,   że   Rutledge   wpadł   w   furię,   gdy   panna   Emilie 

wyjaśniła   mu,   co   się   stało.  Andrew   pomyślał,   że   Zane   wygląda   jak   dzikie 

zwierzę w pułapce. Dobrze znał i rozumiał uczucia człowieka, który znalazł się 

w sytuacji poza wszelką kontrolą. Przestał się dziwić jego wzburzeniu.

Ale wobec tego, jak wyjaśnić zachowanie panny Emilie? Andrew miał 

wrażenie,   że   dostrzega   w   niej   coś   bliskiego   i   znajomego.   Czuł   narastającą 

kontuzję.

Od roku patrioci walczyli z brytyjską tyranią i wciąż nie udawało się im 

zwyciężyć. Jego Ekscelencja, Generał Washington, wielokrotnie dopominał się 

posiłków, prowiantu i broni potrzebnej do prowadzenia wojny.

Andrew na własne oczy widział tragiczne wydarzenia pod Lexington i 

Concord. Od tego czasu nie zdarzyło się nic takiego, co mogłoby wzmocnić 

morale patriotów.

-   Mówiłaś   coś   o   generale   -   powiedział,   ostrożnie   dodając   słowa.   -   O 

jakimś niebezpieczeństwie... - Zawiązano spisek, aby go zamordować. Tyś temu 

zapobiegł. W naszych czasach wszyscy uważają cię za bohatera.

- A cóż takiego zrobiłem, żeby zasłużyć na taką sławę? - spytał Andrew. 

Nigdy nie uważał siebie za bohatera.

Emilie opowiedziała mu historię ubranego na czarno mężczyzny, który 

zaryzykował życie i ocalił dowódcę amerykańskiej armii.

background image

- Kiedy to się stało?

- Latem 1776.

Andrew wyraźnie się uspokoił. Właśnie kończył się lipiec.

- Czy zna pani dokładną datę i miejsce tego wydarzenia, panno Emilie? - 

spytał.

- Niestety, nie - odrzekła. - Relacje na ten temat są sprzeczne... - Wyraźnie 

się zawahała i spuściła wzrok.

- Proszę o szczerość. Nie obawiam się złych wieści.

- Trudno mi coś powiedzieć o twoich losach, Andrew. Nie wiadomo, co 

się z tobą działo po tym wydarzeniu. - Emilie uśmiechnęła się delikatnie. W tym 

momencie wydała mu się podobna do Elspeth. - Zawsze wyobrażałam sobie, że 

osiadłeś z rodziną na farmie i dożyłeś sędziwego wieku.

Jej   słowa   dotknęły   czułego   miejsca   w   jego   sercu.   Od   paru   lat   świat 

zupełnie mu zobojętniał. Wraz ze śmiercią żony i synka zniknęło wszystko, co 

sprawiało mu radość. Pozostało tylko czekać, aż Stwórca powoła go przed swe 

oblicze.

Niektórzy   ludzie   przyłączali   się   do   walki,   ponieważ   gorąco   pragnęli 

niepodległości.   Tacy   żołnierze   zostawali   generałami   i   przywódcami   innych. 

Andrew dołączył do patriotów, bo nie miał nic do stracenia i na niczym mu nie 

zależało. Nic dziwnego, że został szpiegiem.

-   Jakim   cudem   tak   dobrze   znasz   obyczaje   naszych   czasów?   - 

zainteresował   się.   Pomyślał,   że   gdyby   nagle   znalazł   się   wśród   pierwszych 

pielgrzymów, którzy przybyli tu z Anglii, nie wiedziałby, jak się zachować. - 

Czary?

- Nic niezwykłego. Zarabiam na życie... Zane! Rutledge nagle zgiął się 

wpół i przycisnął ramię do piersi.

- On cierpi - jęknęła Emilie. - Czy możemy wezwać doktora?

- Nie mogę podjąć takiego ryzyka - potrząsnął głową Andrew. - Moja 

obecność tutaj musi pozostać tajemnicą.

background image

- Ja mogę zaryzykować - powiedziała Emilie. - Powiedz mi tylko, gdzie 

mam zacumować łódź. Jakoś trafię do miasta.

- Po moim trupie - zgrzytnął zębami Zane. - Nic mi nie jest.

McVie wsadził nóż do pochwy i zbliżył się do niego.

- Masz szczęście - powiedział. - Gdyby kość przebiła skórę, rozstałbyś się 

z prawą ręką.

- Jesteś lokalnym bohaterem, a nie lekarzem.

- Lekarz powiedziałby ci to samo.

- Trzymaj tego faceta z dala ode mnie! - krzyknął Zane do Emilie.

- Trzeba nastawić ramię.

- Sam to zrobię - zapewnił Andrew.

- Nie pleć głupstw.

- Głupstw? To nie ja twierdzę, że spadłem z balonu w sam środek wojny.

Emilie   wybuchnęła   śmiechem.   Nie   mogła   się   powstrzymać.   Dostała 

histerii. Cala historia wydała jej się nagle tak absurdalna i zabawna, że wprost 

zataczała się ze śmiechu.

Po paru sekundach Zane zaraził się śmiechem. Zataczali się obydwoje.

Emilie skuliła się na ławce. Po policzkach spływały jej łzy. Rutledge oparł 

się o ścianę, nie mógł złapać oddechu. McVie stał w drzwiach i przyglądał się 

im. zachowując kamienny wyraz twarzy. Ilekroć spojrzeli na niego, ponownie 

wybuchali śmiechem.

- Zdycham z głodu - powiedziała wreszcie Emilie, trzymając się za żebra. 

- Chyba zamówimy pizzę.

- Świetny pomysł - wykrztusił Zane. - Myślisz, że będzie za pół godziny?

- Och, nie! Zostawiłam odkręcony kran!

- Przebijam. Ja nie wyłączyłem silnika porsche. Andrew przyglądał się im 

cierpliwie. Słyszał, że mówią po angielsku, ale i tak ich nie rozumiał. Co to 

„porsze” i „picca”? Ciekawe, jak wygląda ich świat? - pomyślał. Wyjrzał przez 

okno i odkaszlnął.

background image

- Wkrótce będzie ciemno. Lepiej zajmijmy się ręką. Emilie i Zane od razu 

się uspokoili i odzyskali poczucie rzeczywistości.

- On ma rację, lepiej z tym nie zwlekać.

- Nie jestem lekarzem - wtrącił McVie - ale potrafię wykonać podstawowe 

zabiegi.

- Wydaje mi się, że nie mam wyboru - mruknął Zane.

Nikt nie zaprzeczył.

W milczeniu zeszli po krętych schodach do głównego pokoju. Zmierzch 

złagodził   już   zarysy   wszystkich   mebli   i   sprzętów.   Emilie   pożyczyła   nóż   od 

McVie'a i pocięła jeden z pięknych kocy. Potrzebny był materiał na temblak i 

bandaż do obwiązania łupków.

Andrew   znalazł   w   ogrodzie   grubą   gałąź   i   szybko   wystrugał   z   niej 

sposobne łupki do usztywnienia ręki.

Zane przyglądał się tym przygotowaniom z chłodnym zainteresowaniem. 

Cała ta historia wydawała mu się zupełnie absurdalna, niczym z powieści Kafki. 

W głębi serca oczekiwał, że lada chwila się zbudzi.

Andrew podniósł głowę i spojrzał mu w oczy.

- Będzie bolało - uprzedził.

- Bierz się za robotę.

- Panno Emilie, niech pani tu stanie i przytrzyma go za ramiona.

Kiwnęła głową, nerwowo przygryzając wargi. McVie ujął dłońmi łokieć i 

nadgarstek Zane'a. Zdecydowanym ruchem ustawił kości we właściwej pozycji. 

Rutledge milczał, ale Emilie nie wytrzymała zgrzytu nastawianej ręki i głośno 

krzyknęła.

Andrew szybko dopasował łupki i obwiązał je pasem z koca. Zane był 

blady i miał zamknięte oczy, tylko niewielki mięsień na policzku pulsował mu 

nerwowo.

- Dobrze ci to idzie - powiedziała Emilie, przyglądając się zręcznym i 

pewnym ruchom McVie'a.

background image

- Mam wprawę.

Zane   zapadł   w   drzemkę.   Przez   chwilę   oboje   przysłuchiwali   się,   jak 

oddycha.

-   Wiem,   że   powinnam   myśleć   o   wielu   poważniejszych   sprawach   - 

przerwała ciszę Emilie. - Teraz jednak mogę myśleć tylko o jedzeniu.

- Chodź ze mną - Andrew ruszył w stronę drzwi. - Ukroję dla was szynki. 

Wciąż   jeszcze   nie   zdecydował,   co   zrobić   z   niezwykłymi   przybyszami   z 

przyszłości, ale postanowił, że nie spuści ich z oka.

background image

6

Emilie z wielkim apetytem zjadła parę plastrów słonej, dobrze u wędzonej 

szynki i popiła kieliszkiem mocnego rumu. Zane obudził się na chwilę. Czuł 

silny ból w ramieniu. Andrew podsunął mu butelkę i już wkrótce Rutledge znów 

spał.

-   Jutro   przestanie   go   boleć   -   powiedział  Andrew.   Siedział   na   swoim 

miejscu w pobliżu drzwi.

- Mam nadzieję -  westchnęła  Emilie,  delikatnym ruchem  odsuwając  z 

czoła  Zane'a  kosmyk  włosów.  McVie  Pomógł jej opatrzyć  rany  na  twarzy  i 

plecach mężczyzny. Na szczęście okazało się, że jest tylko potłuczony, żebra 

były całe. - Jestem ci bardzo wdzięczna za wszystko, Andrew. Dla ciebie to z 

pewnością jest jeszcze trudniejsze do uwierzenia niż dla nas.

- Pokazałaś mi kilka rzeczy, wobec których nawet logika jest bezradna - 

odrzekł, podrzucając do góry monetę, którą dostał od Emilie.

W ciemnościach nie mogła dostrzec wyrazu jego twarzy, ale wydawało 

się jej, że jest zaniepokojony.

- Czy coś się stało? A może nie powiedziałeś mi wszystkiego o ranach 

Zane'a?

A więc to tak się sprawy mają - pomyślał Andrew. Ten człowiek obchodzi 

ją bardziej, niż gotowa jest przyznać.

- Nie, panienko, niczego nie skrywam. Martwię się z innego powodu.

- Chodzi ci o to, że musisz nas zostawić - Emilie domyślnie kiwnęła 

głową. - Świetnie to rozumiem.

- I to nie budzi w tobie niepokoju? - spytał, unosząc brwi.

-   No,   cóż,   z   pewnością   nie   cieszę   się   z   tego   powodu   -   wzruszyła 

ramionami. - Wiem jednak, że masz swoje życie - dodała. - Poradzę sobie jakoś.

A ciebie czeka twoje przeznaczenie - pomyślała, lecz nie powiedziała tego 

głośno.

background image

- A co z nim? - Andrew wskazał ręką na uśpionego Zane'a. Złamane ramię 

sterczało prostopadle do poduszki. - Mam wrażenie, że nie jest to człowiek, 

który łatwo zapomni o świecie, w jakim żył przedtem.

- A czy ma inny wybór? Przeżyliśmy wypadek i znaleźliśmy się w tej 

epoce. Im prędzej się z tym pogodzimy, tym lepiej dla nas samych.

- A co z tobą, panienko? - McVie rozważnie dobierał słowa. - Nie tęsknisz 

do przyjaciół i członków rodziny, z którymi musiałaś się rozstać?

- Nie mam przyjaciół ani rodziny - potrząsnęła głową Emilie. - Jestem 

sama jak palec.

Andrew zastanawiał się przez chwilę, jaka więź łączy ją z Zane'em, ale 

powstrzymał się od pytania. Najwyraźniej nie był jej obojętny, ale trudno było 

odgadnąć, jak głębokie są jej uczucia. Natomiast Rutledge sprawiał wrażenie, 

jakby uważał, że ma prawo do tej kobiety. Andrew wyobraził ich sobie razem i 

potrząsnął głową, aby odpędzić od siebie takie myśli. Panna Emilie powiedziała 

mu, że nie są małżeństwem, ale dobrze wiedział, że gdy w żyłach płynie gorąca 

krew, brak sakramentu nie jest zasadniczą przeszkodą.

Zerknął   na   nią   z   zaciekawieniem.   Siedziała   koło   Rutledge^   i   szyła 

spódnicę.   Poświęciła   na   nią   niebieską   narzutę   z   łóżka.   W   tym   momencie 

sprawiała wrażenie osoby przedsiębiorczej i energicznej. Andrew pomyślał, że 

Emilie   pewnie   zawsze   potrafi   zrealizować   swoje   plany.   Była   kobietą   pełną 

uroku;   do   jej   sympatycznych   cech   należał   również   sposób   zachowania, 

jednocześnie zdecydowany i zgodny.

- Co do twojego stroju... - zaczął. - Dla mnie jest to... raczej niezwykłe 

ubranie.

Emilie zupełnie zapomniała, co ma na sobie. Gorset i elastyczne rajstopy. 

Szybko  wyjaśniła  mu,   że   wybierała  się  na   festyn   z  okazji  Dnia   Patriotów   i 

zamierzała dokończyć toalety podczas lotu.

- Czy inne kobiety też się tak ubierają? - spytał, wskazując na jej nogi.

- Nawet gorzej! - Na widok jego miny parsknęła śmiechem. - Byłbyś 

background image

zgorszony, gdybyś zobaczył dwudziestowieczne kobiety. - Podniosła do góry 

chusteczkę. - Niektóre pokazują się publicznie nie mając na sobie niczego poza 

taką szmatką.

- Robi się ciemno - odrzekł Andrew. Na jego twarzy pojawił się ciemny 

rumieniec. - Powinnaś już spad.

- Chyba nie zasnę - pokręciła głową. - Mam tyle rzeczy do przemyślenia.

- Życzę wam dobrej nocy.

McVie poszedł na górę, do wieży. Emilie zaśmiała się cicho na myśl, jak 

zareagowałby, gdyby opowiedziała mu o „Playboyu”.

Następnego dnia Zane obudził się o wschodzie słońca. Bolało go ramię i 

żebra, ale mimo to czuł się o wiele lepiej. Odzyskał zdolność jasnego myślenia i 

podejmowania decyzji.

Wstał z pryczy, starając się nie obudzić Emilie, która leżała na drugim 

materacu. Wreszcie pogodził się z rzeczywistością, w jakiej się nagle znaleźli. 

Choć   to   wydawało   się   sprzeczne   ze   zdrowym   rozsądkiem,   uwierzył,   że 

rzeczywiście cofnęli się w czasie.

Mimo to  nie  miał  zamiaru  uznać,  że  rozstał  się  ze swym światem  na 

dobre.   Gdyby   to   zrobił,   musiałby   jednocześnie   przyznać,   że   jego   całe 

dotychczasowe życie nie było nic warte, a na to nie mógł się zdobyć. Poza tym, 

otaczający  go  teraz   świat  niezbyt  mu  przypadł  do  gustu.  Zane  przywykł  do 

zdobyczy   nowoczesnej   cywilizacji   i   akceptował   jej   ujemne   strony   jako 

nieuchronną zapłatę za wszystkie korzyści. Życie w granicach wytyczonych z 

góry przez historię nie miało dla niego żadnego sensu.

Widział teraz przed sobą tylko jedno wyzwanie, zapewne najtrudniejsze i 

najważniejsze,   jakie   napotkał   w   życiu.   Musiał   odkryć   powrotną   drogę   do 

dwudziestego wieku.

Wiedział, że będzie jeszcze musiał przekonać Emilie, aby zechciała z nim 

powrócić.

Przez wiele lat Emilie szczyciła się swoją wiedzą o czasach kolonialnych, 

background image

ale teraz przekonała się, jak mato wie. Mogła się obyć bez elektrycznej maszyny 

do szycia i kuchenki mikrofalowej, ale trudniej jej było zrezygnować z ubikacji.

Do licha, co robić?

Wyjrzała   przez   okno.   Zane   i  Andrew   stali   przy   studni  i   rozmawiali   z 

wyraźnym ożywieniem. Wyglądało na to, że jeszcze chwilę tak postoją. Teraz 

pozostało jeszcze znaleźć nocnik. Może jednak sytuacja nie jest tak tragiczna.

Niestety, w całej latarni nigdzie nie było widać potrzebnego naczynia. 

Emilie głośno westchnęła. Ciekawe, czy mężczyźni zdają sobie sprawę, jak im 

łatwo?  Mogą   bez  trudu  zaspokajać  pewne  potrzeby  fizjologiczne.  Nie  miała 

najmniejszej ochoty kucać między krzewami róż i jeżyn, ale inne możliwości 

wydały się jej jeszcze mniej pociągające.

Otworzyła gwałtownie drzwi i zbiegła po schodkach.

- Jeśli któryś z was pojawi się po drugiej stronie latarni, to nie dożyje 

swoich następnych urodzin - warknęła, po czym zniknęła za węgłem.

- Czy ona zawsze tak się zachowuje? - spytał McVie, gdy już się oddaliła.

- Bez wątpienia ma temperament.

- Wygląda trochę na Irlandkę...

Zane domyślił się, że mężczyzna chciał zapytać, co łączy go z Emilie, 

lecz   takie   pytanie   nie   pasowało   do   osiemnastowiecznych   reguł   dobrego 

wychowania.

.  Przez  ostatnią  godzinę  rozważali,  co  powinni  dalej zrobić.  W końcu 

ustalili, że najlepiej będzie, jeśli Andrew, przynajmniej na razie, zaopiekuje się 

nimi, mimo ciągłego braku wzajemnego zaufania.

Z drugiej strony, Zane czuł ostre ukłucia zazdrości, gdy widział, z jakim 

podziwem Emilie patrzy na McVie'a. Nigdy jeszcze nie doświadczył takiego 

uczucia.

Tym razem jego konkurentem był nie książkowy bohater z uwielbianych 

przez nią opowieści, ale żywy, prawdziwy człowiek. Nigdy się nie spodziewał, 

że   będzie   musiał   współzawodniczyć   z   mężczyzną   starszym   od   niego   jakieś 

background image

dwieście lat.

Emilie   najwyraźniej   uważała   Andrew   za   autentycznego   bohatera, 

człowieka   gotowego   na   poświęcenie   dla   wielkiej   sprawy.   Natomiast   Zane 

instynktownie wyczuwał, że ma z nim coś wspólnego. To prawda, że McVie 

podejmował   się   ryzykownych   wypraw,   ale   bynajmniej   nie   z   patriotycznych 

powodów. Andrew nieustannie przed czymś lub od czegoś uciekał. Ciekawe 

tylko, od czego?

- Zatem, co dalej? - spytał, patrząc mu w oczy.

- Gdy wróci panna Emilie, ruszamy na farmę Josiaha Blakelee - odrzekł 

Andrew. - Jeśli dopisze nam szczęście, powinniśmy dotrzeć do Milltown nim 

zapadnie zmrok.

Pierwszą rzeczą, na którą zwrócił uwagę Zane, gdy przedostali się na stały 

ląd, była panująca wokół cisza. Przypomniał sobie fantastyczną powieść o tym, 

jak niejaki John Galt wyłączył maszynerię świata. Dopiero teraz zrozumiał, co 

to   naprawdę   znaczy.   Żadnych   samolotów,   samochodów,   komputerów.   Znikł 

wszechobecny, cichy szum świata pobudzanego do życia elektrycznością.

McVie zacumował łódź, po czym ruszył przez gęsty zagajnik. Emilie i 

Zane szli za nim.

- Milltown leży kilka mil na północny zachód. Będziemy obozować w 

lesie.

- A dlaczego  nie  możemy  zatrzymać  się  w mieście?  -  spytała  Emilie. 

Oczami   duszy   widziała   wspaniały,   kolonialny   zajazd,   wyobrażała   sobie   jego 

niezwykłą atmosferę.

-   Nie   w   Milltown   -   odrzekł  Andrew,   zerkając   na   nią   przez   ramię.   - 

Podobno w pobliżu są Anglicy. Wasze stroje zwróciłyby uwagę zbyt wielu osób.

Z   tym   argumentem   trudno   było   dyskutować.   McVie   postanowił 

skontaktować   się   ze   swoimi   ludźmi   w   szpiegowskiej   siatce,   aby   przy   ich 

pomocy   zdobyć   ubrania   dla   Emilie   i   Zane'a.   Gdyby   mu   się   udało,   to   po 

przybyciu w okolice Princeton mogliby zmieszać się z miejscową ludnością, nie 

background image

budząc natychmiastowej sensacji.

- Skąd mamy wiedzieć, że nie wydasz nas Anglikom? - spytał Zane.

- Nie masz żadnej gwarancji - stwierdził McVie. - Podobnie jak ja nie 

mam pewności, że nie pokrzyżujecie moich planów.

- Masz na to nasze słowo - powiedziała Emilie.

- A wy macie moje - odparł mężczyzna. - Obawiam się, że dla żadnej ze 

stron nie jest to wystarczająca gwarancja.

Od   paru   godzin   szli   w   zupełnym   milczeniu.   Emilie   obawiała   się,   że 

Andrew poprowadzi ich przez bagna, które otaczają współczesne Crosse Harbor, 

ale zamiast tego maszerowali przez majestatyczny, sosnowy las.

Drzewa były tak wysokie, że Emilie miała wrażenie, iż znaleźli się w 

katedrze. Gdy przecinali polany, czuli palące promienie słońca, ale w lesie było 

chłodno   i   ciemno.   Szli   po   grubym   dywanie   z   igieł.   Zatrzymali   się   przy 

strumieniu,   aby   chwilę   odpocząć.  Andrew   ukląkł   na   brzegu   i   nabrał   dłonią 

wody.

- Nie pij surowej wody - ostrzegła go Emilie. - Jest z pewnością...

Urwała. Patrzyła na swoje odbicie w krystalicznie czystej wodzie.

- Woda jest czysta - wtrącił Zane. Wydawał się równie zaskoczony jak 

ona.

-   A   co   w   tym   dziwnego?   -   spytał   Andrew,   patrząc   na   nich   z 

zaciekawieniem.

- W naszych czasach czysty potok to wielka rzadkość - wyjaśniła mu 

Emilie. Opowiedziała o ściekach przemysłowych, kwaśnym deszczu i sklepach, 

gdzie za ciężkie pieniądze można kupić butelkę czystej wody.

- I co was pociąga w takim świecie? - chciał się dowiedzieć Andrew.

- Wolność. Można pojechać, dokąd się tylko zechce, zrobić to, na co ma 

się ochotę. Do diabła, przecież byliśmy nawet na Księżycu! - On mówi jakieś 

bzdury - McVie spojrzał pytająco na dziewczynę.

- To prawda - zapewniła go, popijając zimną wodę. - Amerykańska flaga 

background image

powiewa na Księżycu.

- A w jaki sposób tam dotarła, panno Emilie? - spytał Andrew, siadając na 

wilgotnej trawie i patrząc w niebo. - Może zaniósł ją tam jakiś niezwykły ptak? 

A może to cud?

- Nie, to wynik ciężkiej pracy, wysiłku umysłowego i uporu - potrząsnęła 

głową Emilie.

Zane lepiej zrozumiał, o co McVie naprawdę pytał. W krótkich słowach 

wyjaśnił działanie silnika rakietowego i opowiedział o lotach kosmicznych.

- Byłam małą dziewczynką, gdy „Apollo” wylądował na Księżycu, ale 

świetnie to pamiętam - uśmiechnęła się Emilie.

- Neil Armstrong był przez jakiś czas ulubionym bohaterem wszystkich 

chłopców - dodał Zane.

To był świat zadziwiających możliwości. Andrew poczuł, że kręci mu się 

w   głowie   na   myśl   o   zwykłych   śmiertelnikach,   podróżujących   do   nieba   w 

ognistej rakiecie i lądujących na srebrzystej powierzchni Księżyca.

- A jak poruszacie się na  co  dzień?  -  zapytał. - Też  w tych  swoich... 

rakietach?

- Są różne sposoby - odpowiedziała Emilie, przysiadając na kamieniu. - 

Niektórzy ludzie chodzą do pracy pieszo, ale większość jeździ.

- Końmi?

- Nie, samochodami - wtrącił Rutledge.

McVie w milczeniu słuchał, jak opisuje metalowe pojazdy.

- Mam wrażenie, że próbujesz mnie nabrać.

- Mówi prawdę - zapewniła go Emilie. - Cały kraj jest pokryty siecią dróg 

i można dojechać, gdzie tylko się chce. _ Wydobyła z torebki sztywny, lśniący 

prostokąt. - To jest prawo jazdy - powiedziała, podając mu dokument. - Trzeba 

zdać egzamin, po czym wolno już prowadzić.

- Co to za materiał? - zapytał McVie, skrobiąc paznokciem laminowaną 

powierzchnię.

background image

- Plastyk - odrzekł z uśmiechem Zane. - Wszędzie go pełno.

- To pani portret, panno Emilie - powiedział Andrew, przyglądając się 

zdjęciu. - Bardzo dobry malarz.

- To nie jest obraz, tylko fotografia - sprostowała. Zane rozpoczął wykład 

na temat zasad fotografii, ale Andrew miał już dość.

- Czas ucieka. Musimy iść dalej.

- Starczy tych mądrości, profesorze Rutledge - zaśmiała się Emilie.

- On nie oddał ci prawa jazdy - przypomniał jej Zane, gdy już ruszyli w 

dalszą drogę.

-   Nie   sądzę,   abym   go   potrzebowała.   Jeśli   dzięki   temu   łatwiej   nam 

uwierzy...

- Przecież pewnego dnia wrócimy - powiedział z naciskiem.

- Nie sądzę.

- To nie jest nasz świat.

- Mów za siebie.

- Bądź szczera, Emilie. Widziałem twoją minę, gdy rano szłaś w krzaki. 

Wolałabyś sedes z porcelany, kafelki i bieżącą wodę.

- Jeśli nawet, to co z tego? To niczego nie zmienia. Tu jesteśmy i tu 

zostaniemy.

- Spróbuję coś na to poradzić.

- Nie sądzę, aby ci się udało.

- Już raz nam się to zdarzyło, więc może zdarzyć się ponownie.

- Jeśli masz zamiar znowu porwać balon na gorące powietrze, to będziesz 

musiał poczekać jeszcze siedem lat, aż zostaną wynalezione.

- Możemy sami go zbudować.

- A może od razu rakietę? Moglibyśmy polecieć na Marsa.

- Proszę bardzo, byle tylko udało się nam stąd wyrwać.

Przyśpieszył, rzekomo po to, aby porozmawiać z Andrew. Emilie ciężko 

westchnęła. Zane za żadne skarby świata nie chciał pogodzić się z myślą, że w 

background image

ich życiu nastąpiła nieodwracalna zmiana. Przestał panować nad sytuacją, tak 

jak przedtem stracił kontrolę nad balonem. Wiedziała, że trudno mu to przyznać. 

Stare, znane reguły postępowania przestały obowiązywać. Im prędzej nauczą się 

nowych, tym lepiej dla wszystkich.

- Koniec na dzisiaj? - spytała Emilie dwie godziny później, gdy McVie 

zatrzymał się przy skalistym zboczu, u podnóża którego płynął strumień. - Tutaj 

się zatrzymamy?

- Za tamtym krzewem jest niewielka jaskinia, w której możecie schronić 

się na noc.

- Jaskinia? - To dotychczas nie przyszło jej do głowy. - W jaskiniach śpią 

nietoperze.

- Może pokój w Holiday Inn dla pani? - zaśmiał się Zane.

- Och, bądź cicho - parsknęła. - Martwiłam się tylko o ciebie.

Nawet McVie zorientował się, że Emilie żartuje, choć przecież prawie jej 

nie znał.

- W lesie jest mnóstwo zwierzyny - powiedział. - Głód wam nie grozi.

Emilie uznała, że najwyższa pora przejść na wegetarianizm.

- Będę potrzebował pistoletu - wtrącił Zane. - Chyba że oczekujesz, iż 

złapię coś gołymi rękami.

McVie zatrzymał broń, ale podał mu nóż.

-   Odchodzisz?   -   spytała   dziewczyna,   popatrując   jednocześnie,   jak 

Rudedge ostrożnie zatyka nóż za pasek od spodni.

- Wrócę przed świtem.

- Nie zawiedziesz nas, prawda? - upewniła się niespokojnie.

- Nie, panienko - zaręczył jej Andrew. - Na pewno wrócę.

Wyraz   twarzy   Emilie   był   dla   Zane'a   prawdziwym   policzkiem. 

Wpatrywała się w odchodzącego McVie'a, dopóki nie znikł za drzewami, po 

czym z wyraźną niechęcią spojrzała na eks - męża, który w tym momencie 

zrozumiał, że teraz nie on, lecz dzielny, osiemnastowieczny patriota zapewnia 

background image

Emilie   poczucie   bezpieczeństwa.   Zapragnął   przekonać   ją,   że   jest   pod   dobrą 

opieką.

- Jeśli obawiasz się głodu, to możesz się uspokoić. Poradzę sobie nawet ze 

złamaną ręką. - Zane zaliczył w swym życiu próby przetrwania w prymitywnych 

warunkach   na  Alasce   i   w   Peru.   W  New   Jersey   ta   sztuka   nie   powinna   być 

trudniejsza, i to niezależnie od epoki.

-   Tylko   nie   zabijaj   zwierząt   z   mojego   powodu   -   powiedziała   Emilie, 

wskazując   na   piękne   jagody   i   grube   liście   szczawiu.   -  W  tym   lesie   można 

znaleźć więcej owoców i zieleniny niż w naszych sklepach spożywczych.

Zane   odetchnął   z   ulgą.   Zabijanie   dla   sportu   nigdy   nie   sprawiało   mu 

przyjemności. Wiedział, że potrafiłby zabić jakieś zwierzę, ale również wolał 

ograniczyć się do leśnych owoców.

Mimo   to,   przyglądając   się,   jak   Emilie   zbiera   jagody,   wcale   nie   czuł 

zadowolenia   z   jej   samodzielności.   Gdy   powiedział,   że   to   nie   jest   ich   świat, 

napomknął zaledwie o możliwych kłopotach. Żadne z nich nie pasowało do tego 

miejsca i tej epoki, ale obawiał się, że dotychczas tylko on to sobie uświadomił.

- No dobra - mruknął Zane, dokładając ostatnie patyki do stosu. - Teraz 

brakuje nam jeszcze zapałki.

- Bardzo jesteś zabawny - odpowiedziała Emilie.

- Mam nadzieję, że masz w kieszeni zapalniczkę.

- A ty nie masz zapałek?

- Przecież nie palę - przypomniała mu. - Nie potrafisz inaczej wzniecić 

ognia?

- Nigdy nie byłem harcerzem - odciął się Zane.

- Wiele bym dał, żeby zobaczyć, jak ty trzesz patykiem o patyk.

- A masz lepszy pomysł?

- Inny, ale nie lepszy.

-   Masz   szczęście,   że   jesteś   ze   mną   -   powiedziała   udając,   że   podwija 

rękawy. - Inaczej dawno byś zginął.

background image

Zane nie odpowiedział na tę uwagę. Emilie pomyślała, że miała rację. Nie 

był w stanie tego przyznać, ale to ona stała się jego przewodniczką w nowym, 

dziwnym świecie, w jakim się znaleźli.

Zjedli   jagody   i   trochę   szczawiu,   po   czym   napili   się   czystej   wody   ze 

strumienia.

- Nie wiem jak ty, ale ja mógłbym zamordować kogoś za podwójnego 

hamburgera - powiedział Rutledge, gdy usiedli przy ognisku.

- Jagody były wspaniałe - odrzekła Emilie, zaciskając z uporem usta.

- Albo pizza - ciągnął Zane. - Z salami i oliwkami.

- Szczaw był również pyszny - odparowała, starając się stłumić śmiech.

-   Najlepiej   krewetki   po   seczuańsku,   zupa  won   -   ton  i   lody   na   deser. 

Wszystkie smaki.

- Wygrałeś - poddała się dziewczyna. - Oddałabym wszystko za talerz 

chili i puszkę coca - coli.

-   Do   licha,   co   ci   ludzie   właściwie   jedzą?   -   spytał   Zane   ze   szczerym 

zainteresowaniem. - Jak i co gotują?

- Głównie nad paleniskiem. Wołowina, dziczyzna z rusztu, jajka, tłuszcz - 

wyjaśniła z uśmiechem Emilie.

- Jak widzisz, idealna recepta na zawał.

- Rzeczywiście - mruknął, sięgając po garść jagód.

- Teraz już wiem, czego mam oczekiwać.

- Nie jest jeszcze tak źle - spróbowała go pocieszyć.

- Mogło być gorzej.

- Może mi wytłumaczysz, co masz na myśli?

- Mogliśmy oboje zginąć.

- W pewnym sensie to właśnie się stało - stwierdził Zane. - W każdym 

razie zniknął znany nam świat.

- A może nie? - powiedziała cicho. Wyczuła w nim gorycz samotności, 

która   -   jak   podejrzewała   -   od   dawna   przepełniała   jego   duszę.   -   A   może 

background image

znaleźliśmy się dokładnie tam, gdzie powinniśmy być?

- Co za bzdura!

- Wcale tak nie myślę - ożywiła się Emilie. - Czy nie pomyślałeś nawet 

przez chwilę, że może to jest nasze miejsce?

-   Wiem   dobrze,   gdzie   jest   moje   miejsce   -   warknął   Zane.   -   Z   całą 

pewnością nie tutaj.

Ciemności   zapadły   szybciej,   niż   się   oboje   spodziewali.   Jednocześnie 

zrobiło się chłodno. W poszukiwaniu ciepła Emilie przysunęła się do ognia. Byli 

niezwykle dumni, że udało się im podpalić suche próchno krzesząc iskry za 

pomocą znalezionego kawałka krzemienia i ostrza noża.

- Gdybym tylko miała metalowy garnek, mogłabym zagotować wodę na 

herbatę   -   westchnęła   Emilie.   Toaleta,   kubek   gorącej   herbaty   i   już   byłaby 

szczęśliwą   kobietą.   Tylko   skąd   wziąć   herbatę?   Dalsze   rozważania   na   temat 

trapiących ją nieszczęść przerwał Zane, zrywając się nagle na nogi.

-   Właź   do   jaskini   -   rozkazał   takim   tonem,   jakiego   jeszcze   nigdy   nie 

słyszała.

-   Dlaczego?   -   spytała,   wyciągając   dłonie   w   stronę   ognia.   -   Jeśli 

potrzebujesz samotności, możesz schować się za drzewa.

- Już! - Mężczyzna schwycił ją za ramię i poderwał z ziemi.

Emilie pokuśtykała w stronę jaskini, zastanawiając się jednocześnie, co 

też   go   opętało.   Kucnęła   przy   wejściu   i   uważnie   wsłuchała   się   w   dźwięki, 

dochodzące z lasu. Usłyszała pohukiwanie sowy i trzask łamanych gałęzi.

Czyżby to były odgłosy czyichś kroków? Może to Andrew? - pomyślała, 

zaplatając   ciasno   ramiona.  A  może   niedźwiedź?   Nawet   za   ich   czasów   żyły 

jeszcze w New Jersey. Emilie mogła sobie tylko wyobrazić, ile ich buszowało w 

okolicznych lasach przed rewolucją przemysłową.

Zane miał tylko nóż i na dokładkę mógł posługiwać się wyłącznie lewą 

ręką.   W   takich   okolicznościach   nie   miał   szans   w   starciu   z   niedźwiedziem. 

Dziewczyna rozejrzała się po ciemnej jaskini, rozpaczliwie poszukując czegoś, 

background image

czym mogłaby mu pomóc. Chwyciła kamień wielkości sporego melona i powoli 

wyszła na zewnątrz.

Z   ogniska   pozostał   już   tylko   stos   żarzących   się   węgli.   Emilie   miała 

wrażenie,  że znalazła  się  w ciemnym  lochu. Słyszała  głośne   bicie własnego 

serca. Na próżno usiłowała odgadnąć, w którą stronę skierował się Zane.

Wokół panowała zupełna cisza, nawet sowa przestała pohukiwać.

Emilie była tak spięta, że niemal przestała oddychać. Gdzie jesteś, Zane? - 

powtarzała w myślach. W jaskini siedziała nie dłużej niż dwie lub trzy minuty. 

Przez ten czas nie mógł odejść daleko. Chyba że...

Nagle ktoś poklepał ją po ramieniu. Krzyknęła ze strachu i zaskoczenia.

- Do diabła, co ty tu robisz? - warknął Zane. - Przecież kazałem ci zostać 

w jaskini.

- Myślałam, że możesz potrzebować pomocy.

- Zamierzałaś zdzielić niedźwiedzia w łeb tym kamieniem?

- Miałam taki pomysł.

- Następnym razem rób to, co ci każę.

- Wybij to sobie z głowy - prychnęła Emilie. - Przypuszczam, że według 

ciebie znacznie bardziej sensowna jest wyprawa na niedźwiedzia z nożem w 

złamanej ręce?

- Jeśli będę potrzebował pomocy, sam cię poproszę - odrzekł Rutledge, 

ciągnąc ją do jaskini.

- Na litość boską - jęknęła. - Nie chciałam urazić twojej męskiej godności.

- I nie uraziłaś - Zane usiadł na kamieniach. - Ale zachowałaś się jak 

wariatka.

- Gdyby nie twoja ręka, dostałbyś kopniaka za tę uwagę.

- Nigdy nie brakowało ci oryginalności, Em. Inna kobieta płakałaby ze 

strachu   w   swą   haftowaną   chusteczkę,   ty   zaś   ruszyłaś   na   niedźwiedzia   z 

kamieniem w ręce.

- Czy to ma być komplement? - spytała, również siadając na skale.

background image

- A jak myślisz?

- Nie jestem pewna.

- No więc tak.

- Dziękuję - Emilie urwała na chwilę. - Co to był za hałas?

Zane wymamrotał coś pod nosem.

- Co takiego?

- Skunks - powiedział głośniej. - Niewiele brakowało, ale byłem od niego 

szybszy.

- Łaska Opatrzności - skrzywiła wargi w ironicznym uśmiechu.

Zane zaśmiał się zupełnie tak samo, jak dwa dni wcześniej, wtedy gdy 

udało mu się pobudzić jej zmysły.

- Wiesz, dotąd mi nie powiedziałaś, czy pojechałabyś ze mną na Tahiti - 

powiedział.

- Już nigdy się nie dowiesz - uśmiechnęła się Emilie.

- No, przyznaj się. Nie będę trzymał cię za słowo, gdy wrócimy do siebie.

- Jesteśmy u siebie, Zane - odrzekła cicho.

- Mów wyłącznie w swoim imieniu.

- Wydaje mi się, że nie masz wyboru.

- Zawsze można wybierać, Emilie.

Ta   uwaga   podziałała   na   nią   otrzeźwiająco.   Okoliczności   mogą   się 

zmieniać,   ale   ludzie   pozostają   tacy   sami.   Zane   nigdy   nie   był   i   nie   będzie 

mężczyzną,   z   którym   kobieta   może   wiązać   swe   życie.   Kiedy   tylko   odzyska 

równowagę,   z   pewnością   wyruszy   na   poszukiwanie   osiemnastowiecznego 

odpowiednika Tahiti.

Mężczyzna przysunął się do niej.

- Robi się chłodno - zauważył.

- Mhm - mruknęła. Choć był koniec lipca, trzęsła się z zimna.

- Co będzie, jeśli McVie nie wróci?

- Na pewno wróci - odrzekła. - Dał nam słowo.

background image

Zane zrezygnował z cennej uwagi, iż wielu ludzi daje słowo, ale tylko 

bardzo nieliczni starają się go nie złamać. Emilie miała już prawie trzydzieści 

lat. Jeśli dotychczas nie poznała takich elementarnych prawd, to najwyższa pora, 

aby doświadczyła ich słuszności na własnej skórze.

- Dziś rano McVie wysunął interesującą propozycję - powiedział Zane. - 

Według niego powinniśmy udawać, że jesteśmy małżeństwem.

- Zapewne ma rację - odpowiedziała po chwili Emilie. Dobrze, że było 

ciemno,   bo   czuła,   że   się   rumieni.   -   W   tych   czasach   kobiety   nigdy   nie 

podróżowały samotnie. Czy Andrew... Czy powiedziałeś mu prawdę?

- Że byliśmy małżeństwem? Oczywiście.

- Och, Boże - ukryła twarz w dłoniach. - Co on sobie o mnie pomyśli? 

Przecież dla niego rozwód to rzecz wprost niesłychana!

- Co cię to w ogóle obchodzi? To nie jego sprawa.

- Pewnie, musiałeś mu powiedzieć  - westchnęła Emilie. Wiedziała, że 

opinia McVie'a nie powinna mieć dla niej znaczenia, ale jednak miała.

- Cieszę się, że choć raz się ze mną zgadzasz - odrzekł Zane znaczącym 

tonem.

-  Ciekawe,  co  według  niego  powinniśmy  zrobić,  jeśli  zatrzymamy  się 

gdzieś w zajeździe.

- Skoro mamy udawać małżeństwo, to powinniśmy mieszkać razem.

-   Czy   to   ty   podsunąłeś   mu   ten   pomysł?   -   zmierzyła   go   ostrym 

spojrzeniem.

-   Chyba   żartujesz   -   Zane   wydawał   się   mówić   szczerze,   ale   Emilie 

żałowała, że nie widzi jego twarzy.

-   Musimy   ustalić   pewne   reguły   -   powiedziała,   usilnie   starając   się 

zapomnieć o ich niedawnej wspólnej nocy. - Będziemy dzielić pokój, ale nie 

łóżko.

Nic nie odpowiedział.

- Słyszałeś, co powiedziałam?

background image

- Tak.

- To czemu nie odpowiadasz?

- A co mam odpowiedzieć?

- Że zrozumiałeś, co powiedziałam.

- Nie zrozumiałem.

-   Nie   jesteśmy   sobie   przeznaczeni   -   wyjaśniła   Emilie.   -   Gdybyśmy 

pozostali w naszych czasach, poszlibyśmy każde w swoją stronę. Nie zamierzam 

poddawać się okolicznościom, w jakich się znaleźliśmy.

- Nie martw się - parsknął Zane, tracąc nadzieję, że uda mu się ją uwieść. 

- W moim towarzystwie twoja cnota jest bezpieczna.

- To dobrze.

Emilie   wyciągnęła   się   na   kamieniach,   używając   ramienia   zamiast 

poduszki.

Zane oparł się plecami o ścianę jaskini i zamknął oczy.

Minęło sporo czasu, nim usnęli.

background image

7

-   Szczęśliwej   drogi,   Andrew   -   powiedziała   piersiasta,   ciemnowłosa 

dziewka, podając mu paczkę. - Nie zapominaj o nas.

McVie podziękował jej i serdecznie ucałował.

-   Do   widzenie,   Prudence.   Z   pewnością   nie   minie   cię   nagroda   za   twą 

szczodrość.

Zaśmiała się w odpowiedzi.

- Bądź tylko zdrów i cały, na niczym więcej mi nie zależy. - Otworzyła 

drzwi. - Teraz zmiataj. Jestem dziewczyną pracującą, mój chłopcze, a ciebie nie 

stać na moje łaski.

- Bądź miła dla Anglików. Szczęśliwi ludzie zapominają o ostrożności.

- A może następnym razem? - szepnęła Prudence, całując go w usta.

- Z pewnością - obiecał, oddając pocałunek.

Jak   dotychczas,   wszystko   układało   się   wspaniale.   Prudence   dokonała 

prawdziwego cudu, wynajdując odpowiednie ubranie dla panny Emilie. Dała mu 

również   poszwę   od   poduszki,   wypełnioną   rozmaitymi   rzeczami,   podobno 

niezbędnymi każdej kobiecie.

Andrew był zbyt przejęty myślami o dziwnych wynalazkach, o których 

opowiedział   mu   Zane,   aby   cieszyć   się   wdziękami   Pru.   Jedząc   baraninę   i 

popijając piwo spytał dziewczynę, czy gotowa byłaby uwierzyć, że człowiek 

będzie kiedyś latał jak ptak. Prudence śmiała się tak, że aż dostała czkawki.

Ustąpił z drogi, aby przepuścić jakiegoś człowieka na koniu. Spod kopyt 

unosiły się kłęby kurzu.

Rutledge twierdził, że w jego czasach ludzie podróżują, wykorzystując 

energię   małych   wybuchów.   Narysował   nawet   na   piachu   prostokątne   pudło 

spoczywające   na   czterech   kołach.  Andrew   długo   wpatrywał   się   w   rysunek, 

usiłując sobie wyobrazić tysiące takich urządzeń, poruszających się z zupełnie 

niewyobrażalną prędkością.

background image

Emilie i Zane opowiadali takie niesamowite i fantastyczne historie, że 

właściwie   powinien   zaprowadzić   ich   do   domu   dla   umysłowo   chorych   na 

Manhattanie.

A może to ty powinieneś tam trafić? - mruknął do siebie, zbliżając się do 

tawerny. Nie miał najmniejszego powodu, aby im wierzyć. Dotąd nie natrafił na 

żaden dowód istnienia spisku na życie Jego Ekscelencji, Generała Washingtona. 

Był zresztą przekonany, że generał przebywa wśród swych żołnierzy na Long 

Island, ponad sto mil od środkowego New Jersey.

Tylko jedno budziło w nim niepokój. Zamiast cieszyć się, że zasłuży na 

wzmiankę w przyszłych podręcznikach historii, Andrew myślał o tym z pewną 

niechęcią. Panna Emilie powiedziała, że nie zachowały się żadne informacje o 

jego losach po udaremnieniu zamachu na życie generała. Mogło to znaczyć, że 

później znajdzie się na marginesie wydarzeń lub że wkrótce stanie mu się coś 

złego.

To,   co   trudno   przewidzieć,   zawsze   budzi   niechęć.   Kierując   siatką 

szpiegów,   Andrew   przywykł   uważać   każdą   niespodziankę   za   potencjalne 

zagrożenie, dlatego tym bardziej dziwiła go ufność, z jaką potraktował tych 

dwoje obcych ludzi.

W  tawernie   „Pod   Czarnym   Smokiem”   było   pełno   ludzi.  W  powietrzu 

wisiał  gęsty  dym  z  fajek  i  cygar,  a  ze   smrodem  tytoniu  mieszał  się  zapach 

whisky, piwa i potu. Po sali uwijały się dziewczyny w wyzywających strojach, 

podając gościom kufle z piwem i rozdzielając obiecujące uśmiechy. Andrew 

rozejrzał   się   w   poszukiwaniu   swojego   człowieka.   Wymienili   spojrzenia,   po 

czym McVie usiadł przy najbliższym stoliku.

- Dobry wieczór - powitała go bystra dziewczyna z wielkimi, niebieskimi 

oczami i obfitym biustem. - Co podać?

- Kufel piwa i trochę sera - zamówił, zerkając na człowieka, z którym 

miał się spotkać. - I ciemny chleb.

Dziewczyna pobiegła do kuchni. Andrew wstał z krzesła i dołączył do 

background image

grupki mężczyzn, rzucających strzałkami do tarczy. Po drodze przeszedł tuż 

obok swojego człowieka, ale ten nawet na chwilę nie przestał żuć chleba z 

boczkiem. Unosząc do ust pajdę, aby ugryźć kolejny kęs, niemal niewidocznym 

ruchem odebrał od szefa mały zwitek papieru. Nawet on sam ledwo dostrzegł, 

że udało mu się już przekazać informacje i polecenia.

Dwie   godziny   później   McVie   zbliżał   się   do   lasu   za   miastem.   Zrobił 

wszystko, co mógł, aby dowiedzieć się czegoś o rzekomym spisku, ale nikt nic 

nie wiedział. Chwilami myślał, że tych dwoje tajemniczych podróżników mogło 

wymyślić tę historyjkę, ale w głębi duszy chciał im wierzyć.

Wszedł   do   lasu   i   odetchnął   głęboko.   Tu   czuł   się   bezpieczniej   niż   w 

mieście.   W   głowie   wirowały   mu   obrazy   ludzi   chodzących   po   Księżycu   i 

pędzących po drogach dziwnych urządzeń, z których wydobywają się kłęby dy-

mu.   Przez   dłuższą   chwilę   wpatrywał   się   w   zielony   banknot   z   podobizną 

generała. Paliła go ciekawość i pragnienie poznania przyszłości.

Od dnia, w którym stracił Elspeth i synka, Andrew wciąż podejmował się 

różnych   ryzykownych   zadań,   rzekomo   z   powodu   wielkiego   patriotyzmu.   W 

istocie walka o niepodległość kolonii była mu niemal obojętna. Stworzona przez 

niego siatka szpiegowska była niewątpliwie bardzo użyteczna dla patriotów, ale 

Andrew niezbyt często o tym myślał. Ryzykował życiem nie dla sprawy, lecz 

dlatego że nie miał nic do stracenia.

Bez trudu odnalazł miejsce, gdzie się rozstali. Ognisko wprawdzie już 

dawno zgasło, ale Andrew i tak z daleka wyczuł zapach dymu. Ciekawe, czy 

Emilie po prostu pstryknęła palcami i wywołała ogień? - pomyślał. Niezbyt by 

się zdziwił, przecież przybyli oboje z epoki cudownych wynalazków. Dobrze 

rozumiał, dlaczego Rutledge buntuje się przeciw ograniczeniom, których sam 

zupełnie nie odczuwał.

Właśnie pierwsze promienie słońca oświetliły czubki drzew, gdy Andrew 

wślizgnął się do wnętrza jaskini. W środku panowały jeszcze zupełne ciemności. 

Po chwili dostrzegł jednak dwie sylwetki. Na ich widok poczuł w sercu ostre 

background image

ukłucie   bólu.   Emilie   leżała   skulona   obok   Zane'a,   z   głową   na   jego   piersi. 

Rutledge siedział oparty o ścianę, trzymając złamaną rękę na brzuchu.

Trudno byłoby zaprzeczyć, że pasują do siebie. Wydawali się zadowoleni, 

tak jakby...

Andrew odegnał od siebie takie myśli.

Zane zachował czujność nawet we śnie. Otworzył oczy i w ciemnościach 

dostrzegł McVie'a.

- Jak ci poszło? - spytał zaspanym głosem.

- Nie ręczę, że wszystkie ubrania będą pasować, ale panna Emilie będzie 

chyba   zadowolona   -   odpowiedział,   rzucając   torbę   na   kamienie.   Raz   po   raz 

spoglądał na piersi dziewczyny, unoszące się i opadające w miarowym oddechu. 

Od śmierci żony nie pragnął towarzystwa kobiety, ale ta wywarła na nim wielkie 

wrażenie. - O świcie wyruszamy do Princeton.

Zane   odprowadził   wzrokiem   McVie'a,   gdy   ten   wychodził   z   jaskini. 

Wyraźnie odczuwał panujące między nimi napięcie i nie miał wątpliwości co do 

jego przyczyny.

Od   pierwszej   chwili   dostrzegł,   że  Andrew   jest   zafascynowany   Emilie. 

Zresztą, czy jakikolwiek  mężczyzna  nie  zwróciłby uwagi  na taką  rudowłosą 

piękność? To było normalne, bardziej niepokojący był jej stosunek do bohatera, 

o którym czytała już w dzieciństwie.

W normalnych okolicznościach nie obawiałby się żadnej konkurencji, ale 

tutaj czuł się bezradny. Jak mógł wytrzymać porównanie z takim człowiekiem? 

Kiedyś   Zane   miał   pieniądze,   wolność   i   dostęp   do   wszystkich   możliwych 

atrakcji, ale to wszystko szlag trafił.

Jego świat zniknął. Teraz żyli w świecie Andrew.

Przez trzydzieści cztery lata Zane żył po swojemu, nie wiążąc się z nikim 

i z niczym. Pozbawiony zdobyczy cywilizacji, czuł się zupełnie nagi. W życiu 

przyszło mu już unikać bomb i radzić sobie z innymi niebezpieczeństwami, ale 

nigdy jeszcze nie czuł się równie bezradny.

background image

Nie mógł znieść myśli, że przestał panować nad swoim życiem i sytuacją, 

w jakiej się znalazł. Złamana ręka wciąż przypominała mu, że nie jest wolny od 

ograniczeń,   jakim   podlegają   wszyscy   ludzie.   Jeszcze   bardziej   niepokoiło   go 

zachowanie Emilie.

Czy tego właśnie chciałaś, babciu? - spytał w duchu. Pomyślał, że Sara 

Jane pewnie śmieje się teraz z tarapatów, w jakich się znalazł. Czy to właśnie 

miałaś na myśli mówiąc, że są w życiu ważniejsze sprawy?

Czekał przez chwilę na odpowiedź, ale bez skutku.

Po drodze do Princeton Emilie i Zane w niemym zdumieniu podziwiali 

piękno przyrody. Gęsty las stopniowo ustępował miejsca pofalowanym łąkom, 

pełnym   dzikich   kwiatów,   oraz   niewielkim   sadom.   Co   chwila   przekraczali 

niewielkie, krystalicznie czyste strumyki.

- Studiowałeś w Princeton - zauważyła Emilie.

- Ciekawe, czy poznajesz okolicę.

- Nie sądzę, aby znane mi knajpy były tak stare - odparł Zane. Nagle coś 

przyszło mu do głowy.

- Wiesz, Nassau Hall jest dość stare.

- Podobnie jak rezydencja gubernatora na Stockton Street...

- I Morven - dodał Zane kręcąc głową. Przez cztery lata niemal codziennie 

przechodził koło tych budynków i nigdy nie pomyślał, że mogą nabrać dla niego 

takiego znaczenia. Nagle zapragnął napić się whisky i o wszystkim zapomnieć.

-   Przynajmniej   teraz   jesteśmy   już   odpowiednio   ubrani   -   powiedziała 

Emilie. Miała na sobie zieloną suknię z ciasno zasznurowanym gorsetem. Zane 

zerknął na nią, przez chwilę zatrzymując spojrzenie na głębokim przedziałku 

między jej piersiami.

- Czy w tym stroju możesz oddychać? - zapytał.

-   Z   trudem   -   przyznała   z   przesadnym   jękiem.   -  Ale   i   tak   powinnam 

dziękować Bogu, że Andrew zdołał coś znaleźć.

- Czuję się jak idiota - warknął Zane.

background image

- Doskonale wyglądasz - zapewniła go. McVie nie był w stanie znaleźć 

ubrania pasującego na mężczyznę wzrostu Rutledge'a, ale udało im się stworzyć 

znośnie wyglądający strój, łącząc resztki dwudziestowiecznego ubrania Zane'a z 

elegancką, przetykaną złotymi nitkami peleryną. Emilie sczesała mu włosy do 

tyłu i przewiązała czarną wstążką. Gdyby jeszcze udało się jej zmienić jego 

nastawienie, byłaby całkiem szczęśliwa.

- W tej cholernej pelerynie jest piekielnie gorąco.

- Jakoś przeżyjesz.

- Dobrze ci mówić.

- Żyjemy teraz w innym świecie - przypomniała mu. - Sama mam na 

sobie więcej ubrania niż zakonnica, a wcale nie narzekam.

- To dlatego że lubisz takie zabawy.

- Nieprawda. Po prostu akceptuję rzeczywistość.

- Nie widzę różnicy.

- Wiem - westchnęła. - Na tym polega cały problem.

Do centrum miasta prowadziła Post Road, przedtem znana jako King's 

Highway.

- To chyba sen - westchnęła Emilie, patrząc szeroko otwartymi oczami na 

kłębiący   się   tłum   ludzi   i   zwierząt.   Mężczyźni   w   upudrowanych,   białych 

perukach   i   kolorowych   kaftanach   z   brokatu   spacerowali   dostojnie,   starannie 

unikając   kontaktu   z   osobami,   których   strój   wyraźnie   zdradzał   niską   pozycję 

społeczną. - Mam wrażenie, że znalazłam się na planie filmowym.

Minęli kuźnię i drukarnię. Po drugiej stronie ulicy znajdował się warsztat 

złotnika i pracownia peruk.

- Świeże cytryny, idealne na upał - zwróciła się do Emilie jakaś kobieta, 

podsuwając   jej   kosz   pełen   owoców.   -   Świeże,   mąż   przywiózł   z   Jamajki   w 

ostatnią sobotę.

- Och, z przyjemnością - dziewczyna wyciągnęła rękę po złote kule.

- Dwa pensy za pół tuzina - powiedziała kobieta, odsłaniając w uśmiechu 

background image

szczerby w uzębieniu. Emilie zerknęła na Zane'a, który tylko potrząsnął głową. 

Andrew patrzył na nią z nieprzeniknionym wyrazem twarzy.

-   Przepraszam   -   powiedziała   Emilie,   odkładając   cytryny.   -   Jednak   nie 

mogę.

- To po co zawraca pani głowę uczciwej kobiecie pustymi obietnicami?! - 

rozzłościła się przekupka.

-   Naprawdę   chciałabym   kupić   parę   -   spróbowała   ją   uspokoić   Emilie. 

Starała się naśladować intonację sprzedawczyni. - Niestety, nie mogę sobie na to 

pozwolić.

-   Oddam   kosz   cytryn   za   jedno   z   tych   świecidełek   -   zaproponowała 

kobieta, patrząc na kryształowy wisiorek i złoty pierścionek Emilie.

Andrew chwycił dziewczynę za ramię i pociągnął w stronę karczmy „Pod 

Kogutem”.

- Proszę nie nawiązywać rozmów z przekupkami, panno Emilie - nakazał 

jej  surowo.   -  Inaczej   wkrótce   straci   pani  wszystkie  pieniądze  i   wartościowe 

przedmioty.

- Zupełnie jak w domu - westchnęła Emilie. - U nas to się nazywa pchli 

targ.

- Dlaczego pchli?! - zdziwił się Andrew. Emilie i Zane spojrzeli na jego 

minę i parsknęli śmiechem.

- To długa historia - powiedział w końcu Rutledge.

- Kiedyś ci wyjaśnię.

-   Muszę   tu   załatwić   jedną   sprawę   -   stwierdził   Andrew,   wskazując 

karczmę. - Jak skończę, pójdziemy na farmę Josiaha Blakelee.

- Doskonale - ucieszyła się Emilie. - Wejdziemy z tobą - dodała.

- Nie - McVie zastąpił jej drogę.

- Nie bądź śmieszny, Andrew. Puść mnie.

- To nie wypada.

- Co nie wypada?!

background image

- Nie wypada, abyś wchodziła do tej karczmy.

- Ponieważ jestem obca?

- Nie, ponieważ jesteś kobietą - wyjaśnił jej Zane, wyręczając Andrew.

Emilie   zupełnie   zapomniała   o   nierównym   statusie   obu   płci   w 

osiemnastym wieku.

- Mogę chyba... - zaczęła protestować.

McVie   pokręcił   głową.   Nigdy   jeszcze   nie   widział,   żeby   kobieta   tak 

gwałtownie odrzucała oczywiste reguły postępowania.

- Bywają tam wyłącznie niewiasty, trudniące się szczególną profesją - 

wyjaśnił.   Miał   nadzieję,   że   Emilie   zrozumie   sens   jego   słów   bez   bardziej 

szczegółowych objaśnień.

- Och - westchnęła i pokręciła głową.

- Czy ty  wiesz, o  co chodzi pannie  Emilie?  - Andrew  zwrócił  się  do 

Zane'a.

- Równe prawa - padła krótka odpowiedź.

- Pojęcie wprowadzone przez Kongres Filadelfijski zaledwie parę tygodni 

temu - Andrew odetchnął z wyraźną ulgą. - Słyszałem o tym.

-   Oczywiście   -   mruknęła   Emilie   z   wyraźnym   przekąsem.   -   Wszyscy 

mężczyźni są równi.

- Nie rozumiem, o co pani chodzi. Z pewnością w pani czasach pojęcie 

równości jest również szanowane.

Zane   zaśmiał   się   ironicznie.   Emilie   odwróciła   się   gwałtownie   w   jego 

stronę. Była wściekła.

- Przestań! - zażądała. - Dobrze wiesz, o co mi chodzi!

- Wyzwolenie kobiet - powiedział Zane do McVie'a, który patrzył na nich 

szeroko otwartymi oczami. - Równa płaca za równą pracę.

- To ważny problem dla wszystkich mężczyzn - przyznał Andrew. - Ale z 

pewnością żony nie powinny domagać się zapłaty za prace domowe.

- W moich czasach kobiety nie zajmują się tylko praniem i gotowaniem - 

background image

parsknęła   Emilie.   -   Pilotują   samoloty,   prowadzą   przedsiębiorstwa,   a   nawet 

rządzą całymi państwami.

Andrew roześmiał się głośno.

- Zbyt późno się zorientowałem, że pani żartuje - wyjaśnił po chwili.

Emilie zacisnęła pięści, ale Zane wkroczył między swą byłą żonę i jej 

uwielbianego bohatera.

- Lepiej się zamknij, McVie - ostrzegł. - Ona ma świetny lewy sierpowy.

- W moich czasach kobieta rządziła Wielką Brytanią - dorzuciła jeszcze 

dziewczyna.

- Łatwo mogę w to uwierzyć - zgodził się Andrew.

- Już dwa wieki temu królowa Elżbieta odziedziczyła tron po swoim ojcu.

- No tak, później na tronie Anglii zasiadła jeszcze inna królowa Elżbieta - 

powiedziała Emilie. - Ale ona odgrywa czysto ceremonialną rolę. Myślałam o 

kimś innym.

- Ach, sprytna z pani dziewczyna - Andrew uśmiechnął się szeroko. - Ta 

królowa odgrywa ceremonialną rolę, a w istocie rządzi jej mąż, prawda?

- Nie - zaprzeczyła. Zaczęła już mieć wątpliwości, czy potrzebnie wdała 

się w tę dyskusję. Byłaby znacznie szczęśliwsza nie wiedząc, że Andrew McVie 

jest   męskim   szowinistą.   Oczywiście   nie   miała   zamiaru   tłumaczyć   mu   tego 

terminu. - Anglią rządzi parlament, na którego czele stoi premier. Od wielu lat tę 

funkcję sprawuje kobieta.

-   Nie,   to   niemożliwe   -   pokręcił   głową.   Jak   ona   mogła   sądzić,   że 

wykształcony i obyty człowiek uwierzy w takie bzdury?

- To prawda - nalegała Emilie. Andrew ponownie spojrzał na Zane'a.

Rutledge   niemal   mu   współczuł.   Sam   miał   kłopoty   z   przyjęciem 

wszystkich konsekwencji uznania równouprawnienia kobiet, a przecież przeżył 

tę rewolucję. McVie musiał być zupełnie oszołomiony.

-   To   prawda   -   potwierdził.   -   Któregoś   dnia   pewnie   kobieta   zostanie 

prezydentem Stanów Zjednoczonych.

background image

- Dość już tego - uciął Andrew. - Załatwię swoje sprawy i przyjdę po was 

- zapowiedział, po czym zniknął w karczmie.

- Biedaczysko - powiedział Zane patrząc, jak zamyka za sobą drzwi. - Nie 

mógł się doczekać, kiedy wreszcie uwolni się od nas. Ciekawe, czy jeszcze go 

zobaczymy?

- Czy byłam dla niego bardzo nieuprzejma?

- Zupełnie go zaskoczyłaś i oszołomiłaś.

-   Nie   mogę   uwierzyć,   że   on   może   mieć   taki   stosunek   do   kobiet   - 

westchnęła.

-   Rozejrzyj   się   wokół,   Em.   Nie   znajdziesz   tu   nigdzie   pism   dla 

wyzwolonych   kobiet.   Jeśli   pragniesz   równości,   musisz   poczekać   jakieś   sto 

pięćdziesiąt lat.

To był dla niej prawdziwy cios. Wiedziała, że kobiety odegrały ogromną 

rolę   w   amerykańskiej   rewolucji.   Mogła   długo  opowiadać  historie   żon,  które 

ruszyły w pole w ślad za swymi mężami, i matek ryzykujących życiem w imię 

walki o wolność dla swych dzieci.

Słuchając McVie'a, ktoś mógłby pomyśleć, że kobiety tylko siedzą przy 

kominku i oddają się marzeniom.

- Nie wszystko złoto, co się świeci, prawda? - spytał Rutledge z wyraźną 

ironią.

- Och, zamknij się - prychnęła, po czym ruszyła wzdłuż ulicy, rozpychając 

rybaków, ogrodników i handlarzy.

- Uważaj, jak idziesz - ostrzegł ją Zane. - Nie masz dokąd się śpieszyć.

Emilie już miała coś ostro odpowiedzieć, ale w tym momencie tuż przed 

nimi   przebiegła   kura,   uciekająca   co   sił   w   nogach   przed   ujadającym   psem. 

Dziewczyna   zatrzymała   się   tak   gwałtownie,   że   straciła   równowagę   i   Zane 

musiał ją podtrzymać. _ Powiedziałem, żebyś uważała.

-   Czy   zwariowałam,   czy   też   tu   panuje   taki   sam   ruch,   jak   w   naszych 

czasach?

background image

- Nie będę się spierał - odrzekł. Rozejrzał się wokół, po czym chwycił ją 

za łokieć i mocno ścisnął. - Nie oglądaj się, Em.

Otworzyła szeroko oczy. Chciała odwrócić się w stronę ulicy, ale Zane 

popchnął ją w stronę karczmy „Pod Kogutem”.

- Co się stało? - spytała.

-   Ulicą   idzie   patrol   żołnierzy.   Nie   spodziewam   się   po   nich   niczego 

dobrego.

Emilie   koniecznie   chciała   się   przyjrzeć   żołnierzom,   ale   Zane   jej   nie 

pozwolił. Gdyby nie on, z pewnością wywołałaby widowisko.

- Patrzą na nas - powiedział, gdy zatrzymali się przed karczmą.

- Przecież nie robimy nic złego - oburzyła się. - Cóż mogą nam zrobić?

-   Co   tylko   zechcą   -   odpowiedział   krótko.   -   Czyż   nie   z   tego   właśnie 

powodu wybuchła rewolucja?

background image

8

Farma Josiaha Blakelee znajdowała się milę od miasta. Zbliżali się do 

zabudowań. W zagrodzie przy stodole kłębiły się owce, na pobliskiej łące pasło 

się spore stado krów. Pięćdziesiąt akrów gruntu to niezbyt dużo, ale dość, aby 

żyć dostatnio.

W   samym   środku   zabudowań   stał   dwupiętrowy,   drewniany   dom 

mieszkalny, bez malowanych okiennic i typowych doniczek z kwiatami. Całość 

ozdabiały   wyłącznie   rosnące   przy   drzwiach   krzaki   róż.   Gdy   zbliżali   się   do 

domu, Emilie czuła, że ze zdenerwowania drżą jej ręce.

Andrew niewiele im powiedział na temat swych związków z Blakeleem, 

ale domyślili się, że Josiah należy do jego szpiegowskiej organizacji. Wiedzieli 

również, że gdzieś zniknął, ale na tym kończyły się ich informacje.

Nim zapukali do drzwi, Andrew zatrzymał się na chwilę. - Będzie lepiej, 

jeśli będziecie udawać, że jesteście małżeństwem.

-   Już   o   tym   rozmawialiśmy   -   powiedział   Zane.   Pamiętał   o 

osiemnastowiecznych obyczajach i był gotów odegrać wymaganą rolę. Zerknął 

na byłą żonę. Na szczęście tym razem nie zaczęła protestować.

-   Powinniście   starać   się   sprawić   jak   najbardziej   przeciętne   wrażenie   - 

dodał jeszcze Andrew.

- Nie martw się - uspokoiła go Emilie. - Będziemy uważać.

-   Nie   jestem   pewien,   czy   potrafię   udawać   -   powiedział   Zane, 

odprowadzając wzrokiem wchodzącego po schodkach McVie'a.

- Ja dam sobie radę - Emilie przełożyła pierścionek z prawej ręki na lewą. 

- Udawaj, że jesteś wielkim, milkliwym typem i uważaj na moje wskazówki. 

Możesz... - urwała, bo nagle otworzyły się drzwi budynku i pojawiła się w nich 

niska   kobieta   o  brązowych   włosach,  ubrana  w   prostą,   beżową   sukienkę.  Na 

głowie miała biały czepek.

Pani   Blakelee   przez   chwilę   patrzyła   na  Andrew,   po   czym   dostrzegła 

background image

stojącego do niej plecami Zane'a.

- Och, Bóg jest miłosierny! - wykrzyknęła, zbiegając po schodkach. - 

Josiah!

- Nie, Rebeko - McVie chwycił ją za ramię. - To nie Josiah.

Zane odwrócił się do gospodyni. Z twarzy kobiety szybko zniknął radosny 

wyraz.

- Miałam nadzieję, że Josiah przyjdzie z tobą.

- A ja miałem nadzieję, że zastanę go w domu - odrzekł mężczyzna. - 

Wygląda na to, że oboje jesteśmy skazani na rozczarowanie.

-   Minęło   już   dziewięć   tygodni   i   nie   miałam   od   niego   ani   słowa   - 

westchnęła ciężko Rebeka, ocierając oczy fartuchem.

- Na pewno żyje - zapewnił ją Andrew i niezręcznie poklepał po ramieniu. 

- Inaczej być nie może - dodał, myśląc jednocześnie o koszmarnych brytyjskich 

okrętach więziennych, zakotwiczonych w Wallabout Bay. Odpędził od siebie te 

myśli.

Z   wnętrza   domu   wyszedł   na   ganek   mniej   więcej   trzyletni   chłopczyk, 

trzymając   w   ręku   drewniane   kółko.   Rebeka   była   zbyt   zdenerwowana,   aby 

zwrócić na niego uwagę, choć malec szarpał ją za suknię. Przez frontowe okno 

dotarł do nich płacz niemowlaka. Emilie wyobraziła sobie, jak ciężkie musi być 

życie   samotnej   kobiety,   dźwigającej   na   swych   barkach   odpowiedzialność   za 

dzieci i farmę.

Andrew szepnął coś do Rebeki, która kiwnęła głową, po czym spojrzała 

na Emilie i Zane'a.

-   To   pani   Emilie   Rutledge.   Spotkałem   ją   w   okropnej   sytuacji   i 

zaoferowałem pomoc, dopóki jej małżonek nie wydobrzeje.

Zane rzucił mu ostre spojrzenie. Małżonek! Wydobrzeje! Zupełnie jakby 

był kanarkiem, który złamał skrzydełko. Już miał coś odpowiedzieć, ale eks - 

żona wymierzyła mu lekkiego kuksańca w żebra, co skłoniło go do opamiętania 

się.

background image

- Postaramy się być dla pani pomocą, a nie ciężarem - powiedziała Emilie, 

wysuwając się o krok do przodu.

- Na chrzcie dostałam imię Rebeka - powiedziała gospodyni, a na jej miłej 

twarzy pojawił się uśmiech.

- Oto mój mąż - przedstawiła Emilie, lekko się zacinając przy ostatnim 

słowie. - Ma na imię Zane.

Rutledge   skłonił   głowę   i   uśmiechnął   się   do   pani   Blakelee.   Emilie 

przyglądała   się   z   rozbawieniem   i   pewną   irytacją,   jak   na   policzkach   ich 

gospodyni pojawiły się rumieńce. W tej chwili Rebeka wydawała się niemal 

ładna.

- Zane - powtórzyła z pewnym zdziwieniem. - A co to za imię?

-  Tradycyjne   w   naszej   rodzinie   -   wyjaśnił   spokojnie   Rutledge.   Emilie 

odetchnęła z ulgą. Na szczęście zrezygnował z opowiadania prawdziwej historii 

swojego imienia.

- Przykro mi, że gościcie w moim domu w okresie takiego zamieszania - 

powiedziała Rebeka. W jej brązowych oczach zalśniły łzy. - Bez Josiaha trudno 

mi wszystkiego dopilnować.

W   ich   domu   dwukrotnie   kwaterowali   żołnierze,   raz   brytyjscy,   raz 

amerykańscy. Ani jedni, ani drudzy nie wykazali żadnej troski o farmę i jej 

mieszkańców.

- Potrzeba nam noclegu - rzekł Andrew. - Rutledge ma złamane ramię, a 

pani Emilie...

- Nic więcej nie mów - przerwała mu gospodyni. - Mój mąż bardzo cię 

szanuję. To dla mnie zaszczyt, że mogę was gościć.

Rebeka Blakelee okazała się bardzo praktyczną kobietą. Już parę minut po 

przyjęciu gości pod swój dach zapędziła Andrew i Zane'a do roboty, każąc im 

przynieść drewno i parę wiader wody. Emilie natychmiast po wejściu do salonu 

podeszła   do   kołowrotka,   stojącego   w   pobliżu   kamiennego   kominka.   Obok 

wygodnego fotela stał na podłodze kosz z robótkami, a na drugim fotelu leżał 

background image

stos   skrojonych   mundurów.   Na   stole   leżało   kilka   gotowych   oficerskich 

kaftanów.

-   Dobrze   sobie   radzę   z   kołowrotkiem   -   powiedziała   Emilie.   -   Będę 

szczęśliwa, gdybym mogła pani pomóc.

-   Moja   córka   będzie   zachwycona,   gdy   dowie   się   o   tej   propozycji   - 

odrzekła Rebeka. - Nie mogę jej zapędzić do przędzenia.

W tym momencie, szumiąc kwiecistymi spódnicami, wbiegła do salonu 

ciemnowłosa, śliczna szesnastolatka.

- Jak mam wyhaftować bieliznę do wyprawy, jeśli przez cały czas jestem 

uwiązana do tego koła?

-   To   Charity   -   powiedziała   gospodyni,   potrząsając   głową.   -   Moje 

najstarsze i najbardziej wyszczekane dziecko. - Zwróciła się teraz do córki. - 

Pani Emilie z mężem będą przez jakiś czas u nas gościć.

Dziewczyna   przyjęła   tę   wiadomość   z   zupełną   obojętnością.   Typowa 

nastolatka   -   pomyślała   Emilie.   Pocieszające,   że   pewne   rzeczy   nigdy   się   nie 

zmieniają.

- Charity ma wyjść za mąż za parę tygodni - wyjaśniła Rebeka patrząc, 

jak córka siada przy oknie, aby skończyć dziecięcą koszulkę. - Wychodzi za 

bardzo   sympatycznego   młodzieńca   z   dobrej   rodziny,   z   północy.   Miałam 

nadzieję, że Josiah... - nie dokończyła i odwróciła się w stronę okna.

-   Wszystko   będzie   dobrze   -   pod   wpływem   impulsu   Emilie   objęła   ją 

ramieniem. - Jestem zupełnie pewna - dodała, jednocześnie pochylając głowę. 

Wydawało się jej, że słyszy płacz niemowlęcia. - Czy masz małe dziecko?

- Płacze, bo jest głodne. Pozwól, że naleję ci jabłecznika, a później pójdę 

nakarmić Aarona.

-   Może   ja   to   zrobię   -   zaproponowała   Emilie,   nim   zdążyła   pomyśleć. 

Przecież w tych czasach nie ma butelek i sztucznych odżywek. - To znaczy, 

sama naleję sobie jabłecznika.

Rebeka nie przywykła do tego, aby jej goście sami się obsługiwali, ale 

background image

Emilie   nalegała.   Chciała   się   dowiedzieć,   jak   naprawdę   wyglądało   życie   w 

osiemnastym   wieku.   Przez   tyle   lat   była   dumna   ze   swojej   wiedzy   na   temat 

kolonialnej   Ameryki.   Teraz   miała   okazję   sprawdzić,   czy   jej   pycha   była 

uzasadniona.

Kuchnia   znajdowała   się   w   tylnej   części   domu.   Było   to   duże 

pomieszczenie   z   wysokim,   wspartym   belkami   sufitem,   a   ogromny   piec 

zajmował   tu   poczesne   miejsce.   Zgodnie   z   ówczesnymi   zwyczajami,   główny 

posiłek jadano w południe i w tej chwili ogień w piecu ledwo się tlił. Nad 

piecem,   na   wbitych   w   ścianę   hakach,   wisiały   żelazne   i   miedziane   garnki   i 

rondle.

Jakie to wspaniałe - westchnęła Emilie, odrzuciła głowę do tyłu i zaśmiała 

się z radości.

Zane stał w oknie na piętrze i przyglądał się polom. Wokół rozciągały się 

złociste łany pszenicy. Myślał o tym, jak od tysięcy lat ludzie żyli i umierali, 

trzymając   się   swojej   ziemi,   połączeni   z   nią   tajemniczymi   więzami   krwi   i 

marzeń.

Nigdy nie udało mu się zrozumieć pragnienia stabilizacji. Nie mógł tego 

pojąć ani wtedy, gdy żył w dwudziestym wieku, ani teraz, w osiemnastym.

Nie wiedział, jak to powinien rozumieć, ale po raz pierwszy w życiu czuł 

się tak, jakby coś stracił, przy czym to coś nie miało nic wspólnego z szybkimi 

samochodami i egzotycznymi miastami.

Emilie siedziała w salonie na parterze, trzymając w ramionach malutkiego 

Aarona. Zane i McVie przed chwilą wrócili ze stodoły, gdzie sprawdzali, czy 

wszystko jest w porządku. Gdy wchodzili do domu, zwrócił ich uwagę pogodny 

śmiech.

Andrew zatrzymał się w drzwiach i jak urzeczony wlepił wzrok w Emilie, 

trzymającą na rękach roześmiane dziecko. W tej scenie było coś tak intymnego, 

że Zane wolał nie patrzeć na swą byłą żonę. Odwrócił się i uciekł na górę.

Podejrzewał, że McVie wciąż stoi i patrzy na Emilie tak, jakby miała w 

background image

rękach klucz do wszystkich tajemnic Wszechświata.

- I co ci do tego, Rutledge? - mruknął, przyglądając się sielankowemu 

pejzażowi.   To   wszystko   nie   miało   dla   niego   znaczenia.   Powinien   tylko 

cierpliwie czekać, aż trafi się okazja powrotu do świata, który zostawił za sobą.

Znowu   przed   jego   oczami   pojawił   się   obraz   Emilie   z   niemowlęciem 

przytulonym do piersi. Zawsze pragnęła dziecka. Zane dobrze o tym wiedział, 

choć   ich   małżeństwo   nie   trwało   długo.   Chciała   żyć   z   pewną   perspektywą 

przyszłości, podczas gdy on pragnął cieszyć się każdą chwilą i nie myśleć ani o 

przyszłości, ani o przeszłości.

Dzieci   potrzebują   czegoś   więcej   niż   tylko   biologicznych   rodziców. 

Potrzebują miłości i opieki, którą mogą im dać tylko matka i ojciec. Dobrze 

wiedział z własnego doświadczenia, co się dzieje, gdy rodzice bardziej dbają o 

swoje   przyjemności   niż   o   potomka.   Jeśli   ktoś   nie   jest   w   stanie   poświęcić 

dziecku wszystkich sił, nie powinien powoływać go do życia.

Na myśl o córce, która miałaby oczy i uśmiech Emilie, Zane poczuł w 

piersiach dziwny skurcz.

Odwrócił się od okna i rozejrzał po pokoju. Bujany fotel, wąskie łóżko i 

półki.

W   łóżku   nigdy   nie   mieli   żadnych   kłopotów.   Gdyby   potrafili   ze   sobą 

równie dobrze rozmawiać, jak się kochać, to w tej chwili obchodziliby szóstą 

rocznicę ślubu. Zane nieoczekiwanie dla samego siebie pomyślał, że to hańba, iż 

dwoje ludzi, którym wszystko sprzyjało, pozwolili, aby szczęście wymknęło się 

im z rąk i nawet nie spróbowali o nie walczyć.

Rebeka podała solidną kolację, na którą złożyło się zimne mięso,  ser, 

chleb i jabłecznik. Wraz z nimi do stołu zasiadła cała rodzina. Emilie ze zdumie-

niem   odkryła,   że   szczupła   Rebeka   urodziła   mężowi   pięciu   synów   i   córkę. 

Najstarszy,   Isaac,   miał   już   piętnaście   lat   i   koniecznie   chciał   dołączyć   do 

patriotów.   Słuchał   z   rozdziawionymi   ustami,   jak   Andrew   opisuje   sytuację 

wojskową na Long Island i w okolicach Harlem Heights.

background image

-   Generał  Washington   ma   zaledwie   dziesięć   tysięcy   żołnierzy   przeciw 

prawdziwym   hordom  Anglików   -   McVie   urwał   i   podniósł   do   ust   kubek   z 

jabłecznikiem. - Port jest zapchany ich okrętami.

- Niepodległość to przegrana sprawa - westchnęła ciężko Rebeka. - Takie 

cuda   nigdy   się   nie   zdarzają.   Było   głupotą   z   naszej   strony   wierzyć,   że 

zdobędziemy wolność samym wysiłkiem woli.

Isaac aż podskoczył na krześle.

- Zaciągnę się do wojska, mamo! Sam Pearce już jest w armii. Zobaczysz, 

że jeszcze wygonimy Anglików za ocean!

- Siedź na miejscu, ty głupcze! - skarciła go siostra. - Tata może nigdy nie 

wrócić. Musisz tu zostać i poprowadzić farmę.

-   Mnóstwo   żołnierzy   zdezerterowało   i   wróciło   do   domów   -   zauważył 

Andrew. - Nie  można  porzucać ziemi,  gdy zbliżają  się  żniwa,  zwłaszcza  że 

wkrótce będzie potrzeba więcej prowiantu.

Emilie   dostrzegła,   że   Rebeka   spojrzała   na   Andrew   z   wyraźną 

wdzięcznością. Dotychczas myślała, że każda matka pragnęłaby, aby jej syn 

wyróżnił się w walce o niepodległość. Ale ci ludzie przywykli myśleć równie 

Poważnie o zbiorach, jak o uwolnieniu się spod brytyjskiego panowania.

- Żołnierze to straszna hałastra - zauważyła Charity zerkając na Zane'a, 

który jadł w zupełnym milczeniu. - Miesiąc temu wyłamali płot i bez słowa 

wyjaśniania zarekwirowali nasze konie.

- To byli Anglicy? - upewniła się Emilie.

- Nie, nasi - odpowiedziała dziewczyna. - Pięciu oficerów mieszkających 

u starego Whittakera. Ukradli cukier, mąkę i srebrne sztućce.

- To prawda? - zapytał Zane, patrząc na Rebekę.

-   To   jeszcze   nie   wszystko   -   potwierdziła   gospodyni.   -   Wszędzie,   od 

Trenton   do   Nowego   Jorku,   zdarzyły   się   okropne   rzeczy.   Dlatego   wszystkie 

nasze kosztowne sprzęty zakopaliśmy w ogrodzie. Bez Josiaha nie czuję się 

bezpieczna.

background image

Obie strony traktowały rodzinę Blakelee nieufnie. Zwolennicy Anglików 

podejrzewali, całkiem słusznie, że Josiah jest szpiegiem, natomiast patrioci mieli 

mu za złe zbyt bliskie kontakty z wrogiem.

Nazajutrz   Andrew   pójdzie   do   Princeton,   aby   zebrać   informacje. 

Poprzedniego dnia dostał interesujące wiadomości. Anglicy szykowali coś w 

Trenton, podczas gdy oddziały z Hesji przygotowywały się do przeprawy przez 

Hudson   na   północ.   Andrew   miał   już   dość   ciągłych   spekulacji,   które   nie 

prowadziły do ostatecznej konkluzji.

Wciąż powracał myślami do historii, jakie mu opowiedzieli Emilie i Zane. 

Z całego serca pragnął porzucić świat, w którym tkwił, i zobaczyć na własne 

oczy, jak wygląda życie w dwudziestym wieku.

Zaraz po kolacji Emilie stwierdziła, że jest bardzo zmęczona i pójdzie się 

położyć.

-   Po   dzisiejszych   przeżyciach   z   pewnością   chciała'   byś   wziąć   gorącą 

kąpiel - zaproponowała Rebeka. Usłyszała przed chwilą tę samą historyjkę o 

wypadku na łodzi, w którą już uwierzył McVie.

-   Muszę   przyznać,   że   to   wielka   pokusa   -   odpowiedziała,   z   trudem 

powstrzymując ziewanie.

- Zaraz się wykąpiesz - obiecała Rebeka. - To jeden z niewielu luksusów, 

na jaki możemy sobie jeszcze pozwolić. Nie zrezygnuję z niego łatwo.

Amen   -   pomyślała   Emilie.   Pół   godziny   później   rozkoszowała   się   już 

kąpielą.

Rebeka   nakazała   synom,   aby   zanieśli   miedzianą   wannę   do   pokoju   i 

napełnili gorącą wodą. Osobiście wlała do niej nieco olejku różanego, którego 

zazwyczaj   dodawała   do   przygotowywanego   w   domu   mydła.   Emilie   była 

szczerze wzruszona faktem, że gospodyni podzieliła się takim skarbem z kimś 

zupełnie obcym.

Miedziana wanna była tak mała, że można w niej było tylko siedzieć, a 

nie leżeć. Mimo licznych prób Emilie nie zdołała jednocześnie zanurzyć kolan i 

background image

ramion, ale niezbyt jej to przeszkadzało. Marmurowa wanna wielkości basenu 

nie sprawiłaby jej większej przyjemności.

Zamknęła oczy. Bolały ją wszystkie kości i mięśnie. W ciągu ostatnich 

dwóch dni przeszła większy dystans niż w ciągu poprzednich dwudziestu lat. 

Zabawne - pomyślała - można wiedzieć niemal wszystko o zwyczajach i historii 

danej epoki, a mimo to nie dostrzegać najbardziej podstawowych różnic.

Aerobic nie przygotował jej do życia bez samochodu. Nic dziwnego, że 

średni   czas   życia   w   osiemnastym   wieku   był   znacznie   krótszy   niż   w 

dwudziestym. Po prostu wtedy ludzie się potwornie męczyli.

Zupełnie   nie   mogła   zrozumieć,   jak   Rebeka   daje   sobie   radę   z 

prowadzeniem domu, farmy i wychowywaniem szóstki dzieci, z których każde 

potrzebuje indywidualnej opieki. Sama często myślała, że chciałaby mieć dużą 

rodzinę. Od razu polubiła wszystkie dzieci Rebeki, poczynając od szykującej się 

do ślubu Charity, a na sześciomiesięcznym Aaronie kończąc.

Przypomniała sobie, jak trzymała go na rękach, a chłopczyk przyciskał 

swoje pulchne, dziecinne dłonie do jej piersi. I zapach! Czy ktoś potrafiłby się 

oprzeć zapachowi małego dziecka? Emilie wiedziała, że to część planu Matki 

Natury, zapewniającego przedłużenie gatunku, ale nie miało to dla niej żadnego 

znaczenia.

Po   raz   kolejny   natura   wygrała.   Emilie   poczuła   takie   samo   gwałtowne 

pragnienie dziecka, jakie przeżyła podczas krótkiego małżeństwa.

Wzięła   głęboki   oddech   i   spróbowała   pomyśleć   o   czymś   innym,   na 

przykład o różach przed domem lub o weselu Charity.

Albo o pięknych, niebieskich oczach...

Nagle   drzwi   do   pokoju   otworzyły   się   jak   na   zamówienie   i   do   środka 

wszedł Rutledge.

- Zane! - Emilie skrzyżowała ramiona na piersiach i spróbowała zanurzyć 

się głębiej w wannie. - Dlaczego wchodzisz bez pukania?

-   Próbowałem   zadzwonić   -   odpowiedział,   siadając   na   brzegu   łóżka.   - 

background image

Niestety, telefon nie odpowiada.

- Bardzo zabawne - rzuciła gniewnie. - Byłam tu pierwsza.

- Właśnie widzę - powiedział, obrzucając ją gorącym spojrzeniem.

- Podaj mi ręcznik - zażądała. - I przestań tak na mnie patrzeć. - Usiłowała 

zachować   chłodną   obojętność,   ale   z   każdą   sekundą   stawało   się   to   coraz 

trudniejsze.

- Tylko nie wychodź z wanny z mojego powodu - uśmiechnął się Zane. - 

Bardzo podoba mi się ten widok. - Emilie nawet nie mogłaby sobie wyobrazić, 

jak bardzo.

-   O   tym   właśnie   mówię   -   powiedziała   surowo,   choć   w   tych 

okolicznościach nie przyszło jej to łatwo. - Tamtej nocy zrobiłam błąd i nie 

zamierzam go powtarzać.

- W pełni się z tobą zgadzam - zapewnił ją Zane, wyciągając się wygodnie 

na łóżku. - To McVie wymyślił, że mamy udawać małżeństwo, nie ja.

- Zgodziłeś się na to.

- Dlaczego miałbym się nie zgodzić? Przecież już rozebrałaś mnie do 

naga. Andrew pewnie pomyślał, że łatwo nam będzie udawać małżeństwo.

- I jeszcze powiedziałeś mu, że jesteśmy rozwiedzeni. Boże, co on sobie o 

mnie myśli! - jęknęła Emilie.

- A kogo to obchodzi, co on myśli?

- Nas. Przynajmniej powinno, jeśli chcemy, żeby nam pomógł.

- Jesteś pewna, że tylko o to ci chodzi?

- Nie rozumiem, co masz na myśli.

- Ten facet jest bohaterem twojej młodości, a na dokładkę ma o jakieś 

pięćdziesiąt   lat   mniej,   niż   powinien   mieć   bohater   czytanek   dla   dziewcząt. 

Zastanów się nad tym.

-   Doprawdy,   Zane,   mówisz   jakieś   głupstwa   -   odrzekła,   udając 

nonszalancję.

- Myślę, że jesteś w nim zakochana.

background image

- To śmieszne!

- Naprawdę?

- Z pewnością. - Emilie wstała i wyszła z wanny. Nim zdążyła okręcić się 

ręcznikiem, przez chwilę stała przed nim nago. Ku jej rozpaczy ręcznik okazał 

się kiepską zasłoną, ale przynajmniej zdołała zakryć brzuch i piersi.

-   McVie   to   poważny   facet   i   na   dokładkę   patriota   -   zauważył   Zane.   - 

Zawsze chciałaś kogoś takiego.

- Nie masz pojęcia, jakiego mężczyzny naprawdę pragnę.

- Wiem tylko, że właśnie patrzysz na tego, którego wcale nie chcesz.

Te   słowa   uraziły   Emilie,   choć   sama   nie   wiedziała,   dlaczego   tak 

zareagowała.

- To idiotyczna rozmowa - powiedziała, sięgając po bawełniany szlafrok, 

który przygotowała dla niej Rebeka. - Mamy ważniejsze sprawy do omówienia. 

Na przykład, co zrobimy, gdy już przyjdzie pora zrezygnować z gościnności 

Rebeki?

- Spytaj McVie'a. Mam wrażenie, on tu decyduje.

Znowu.   Zane   najwyraźniej   był   o   nią   zazdrosny.   Emilie   nie   mogła 

uwierzyć własnym uszom, ale to była prawda.

- To my decydujemy - stwierdziła.

- Nie możesz zmienić historii.

-   Nie   mam   takiego   zamiaru   -   zapewniła   go.   -   Chcę   ją   tylko   lekko 

popchnąć we właściwym kierunku.

- Skoro to już historia, nie możesz interweniować.

- Czy przyszło ci kiedyś do głowy, że my również należymy do tego ciągu 

wydarzeń historycznych?

- Nie - odrzekł krótko. - Ani przez chwilę tak nie myślałem.

- Wszystko, co się dzieje, ma swoją przyczynę - stwierdziła Emilie, stając 

koło okna i czesząc włosy szylkretowym grzebieniem. - Jestem przekonana, że 

nie znaleźliśmy się tutaj przypadkiem.

background image

- Nie ma żadnego wyższego powodu - powiedział Zane, zbliżając się do 

niej. - Po prostu tak się stało i teraz musimy znaleźć sposób, aby wrócić tam, 

gdzie jest nasze miejsce.

- Twoje miejsce jest na Tahiti - prychnęła, patrząc mu prosto w oczy. - 

Byłbyś tam teraz, gdybyś nie porwał balonu.

- Czy uważasz, że to zrządzenie losu?

- Uważam, że to było chwilowe szaleństwo.

- Nie powinnaś była uciekać - przyciągnął ją do siebie.

- Popełniłam błąd - powiedziała, próbując się uwolnić. - Nie powinniśmy 

zapominać o rzeczywistości.

- Mam wrażenie, że to wcale nie był błąd.

- Było nam dobrze, ale to niczego nie zmienia - stwierdziła Emilie. - 

Każde z nas pragnie osiągnąć w życiu coś innego, Zane. Nawet podróż w czasie 

nie może tego zmienić.

Zrozumiał, o co jej chodzi.

- Przespałbym się na sofie - powiedział - ale, niestety, tu takiej nie ma.

- Nie musisz spać na sofie. Zmieścimy się.

- Bardzo w to wątpię - odrzekł, mierząc wzrokiem wąskie łóżko.

- Małe, prawda?

Zane odpiął pasek od spodni.

- Co ty robisz?

- A jak myślisz?

- Myślę, że zdejmujesz spodnie - stwierdziła. Boże, czy on niczego nie 

potrafi zrozumieć? - westchnęła w duchu.

- To chyba najlepszy sposób na wzięcie kąpieli - oświadczył. - Czy woda 

jest jeszcze ciepła?

Emilie kiwnęła głową.

-   Doskonale.   -   Mimo   złamanej   ręki   mężczyzna   rozebrał   się   w 

rekordowym   tempie.   Złoty   zegarek   położył   na   parapecie.   -  Wyszorujesz   mi 

background image

plecy, Em?

- Zane, nie możesz się teraz kąpać.

- Jestem zmęczony, spocony i śmierdzący - odpowiedział. - Jeśli mamy 

spać w jednym łóżku, to muszę się umyć.

- Ale woda...

- Jest akurat - zapewnił ją, zanurzając swe wspaniałe ciało w wannie. 

Nagle   zmarszczył   brwi   i   wciągnął   nosem   powietrze.   -   Do   diabła,   co   to   za 

zapach?

- Róże.

- Z ogrodu?

- Z wody w wannie - wyjaśniła i zaczęła chichotać.

- Nabierasz mnie.

- Wcale nie. Rebeka dała mi trochę olejku różanego.

- Do licha, dlaczego mi nic nie powiedziałaś?

- Chciałam, ale nie słuchałeś.

- Cholera, będę pachniał jak grządka.

- Nikt nie zwróci na to uwagi.

Wyraz twarzy Zane'a był bardzo wymowny.

- Wyszorować ci plecy? - spytała Emilie niewinnym tonem.

Rutledg tylko warknął.

- Jedno warknięcie na tak, dwa na nie.

- Nie przeciągaj struny - ostrzegł ją.

Uklękła obok wanny i zamoczyła gąbkę.

- Nie wkładaj prawej ręki do wody - poradziła. - Lepiej, żeby łupki nie 

zamokły.

- Nic mnie to nie obchodzi.

-   Chyba   nie   chcesz,   żeby   pachniały   różami?   Emilie   z   satysfakcją 

zauważyła, że Zane stara się nie zmoczyć prawego ramienia. W całym pokoju 

jedynym źródłem światła była stojąca na nocnym stoliku świeca. Jej migoczący 

background image

płomyk   rzucał   na   ściany   roztańczono   cienie.   Dziewczyna   powoli   zanurzyła 

gąbkę i przejechała nią po ramionach mężczyzny. Patrzyła w skupieniu, jak w 

świetle świecy błyszczą pojedyncze krople.

Poczuła   nagle,   że   znów   budzi  się   w   niej   pożądanie   Zawsze   tak   było. 

Dźwięk   jego   głosu,   dotknięcie   ręki,   włosy   pachnące   plażą   i   morskim 

powietrzem   -   to   zawsze   wystarczało,   aby   rozbudzić   w   niej   romantyczne 

pragnienia.

Gdybym tylko mogła przestać o nim myśleć - z westchnęła Emilie. Ta 

cała   idiotyczna   historia   byłaby   znacznie   prostsza   i   łatwiejsza,   gdyby   go   nie 

pragnęła. Nie mogła znieść myśli, że jest bezbronna i pragnie właśnie tego, 

czego nie może dostać.

Dzięki Bogu, że już go nie kocham - pomyślała. To, co czuła, było tylko 

pożądaniem.

- Cudownie to robisz - mruknął Zane, pochylając głowę do przodu. Emilie 

masowała mu napięte mięśnie ramion. - Teraz kark...

Jak   zahipnotyzowana   wpatrywała   się   w   spływającą   wzdłuż   krzyża 

pojedynczą kroplę. Z trudem powstrzymała się, żeby nie zlizać jej językiem.

Tak, to jest dopiero życie - westchnął w myślach Rutledge. Ciepła kąpiel. 

Płonąca świeca. Piękna kobieta i pościelone łóżko. Miał nadzieję, że wszystko 

to połączy się w harmonijną całość.

Po raz pierwszy od katastrofy balonu poczuł przypływ optymizmu.

- No, już - powiedziała Emilie, wstając z klęczek. - Czystszych pleców już 

nigdy nie będziesz miał. Idę do łóżka.

Myślał dokładnie o tym samym. Dotknięcie jej dłoni spowodowało, że 

miał w głowie tylko jedno.

Emilie uniosła kołdrę i położyła się na wąskim materacu. Zane zauważył, 

że nie zdjęła jasnoniebieskiego szlafroka i uśmiechnął się do siebie. Uwielbiał ją 

rozbierać.

Niestety, szeroko ziewnęła, skuliła się pod kołdrą i zaniknęła oczy.

background image

- Zamierzasz spać? - spytał ze zdziwieniem.

- Oczywiście - przytaknęła, nawet nie podnosząc Powiek.

Dobrze ci tak, masz zbyt bujną wyobraźnię - skarcił się Zane. Przecież 

wyraźnie oświadczyła, że nie zamierza ciągnąć tego, co zostawili dwieście lat za 

sobą. Powinien był pamiętać, że jego eks - żona zwykle mówi dokładnie to, co 

myśli.

To   wcale   nie   ułatwiało   mu   sytuacji.   Pozostanie   na   swojej   połowie 

wąskiego łóżka było teraz poważnym testem siły woli, a gdy chodziło o Emilie, 

Zane nigdy nie miał do siebie szczególnego zaufania.

- Umowa jest umową - mruknął, wychodząc z wanny.

- Mówiłeś coś? - spytała Emilie, patrząc jak stoi oświetlony migoczącą 

świecą.

- Nie - zaprzeczył, chwytając małą szmatkę, która w tych czasach pełniła 

rolę ręcznika. - Ziewałem.

-   Mhm   -   mruknęła   w   odpowiedzi.   Nie   wydawała   się   przekonana. 

Przewróciła się na bok i zamknęła oczy. - Ostatni gasi świecę.

Zane pomyślał, że zapowiada się długa noc.

background image

9

Od   wschodu   do   zachodu   słońca   na   farmie   panował   ożywiony   ruch. 

Wczesnym rankiem Andrew i chłopcy ruszali w pole i wracali do domu tylko na 

krótkie posiłki.

Emilie szybko włączyła się w rytm prac domowych, które należały do 

kobiet. Zmywała podłogi, cerowała skarpety i łatała spodnie. Pomagała Rebece 

w kuchni, gdzie już drugiego dnia doznała wstrząsu na widok leżącego na stole 

nie   oskubanego   kurczaka.   Po   raz   kolejny   uświadomiła   sobie,   że   co   innego 

wiedzieć, jak wygląda czyjeś życie, a zupełnie co innego doświadczyć go same-

mu.

Przez cały czas czuła, że aby podołać sytuacji, musi Wytężyć wszystkie 

siły, co wprawiało ją w stan nerwowego podniecenia. Po tygodniu pracy na 

farmie nabrała już przekonania, że dałaby sobie radę.

Niestety,   Zane   nie   potrafił   znaleźć   dla   siebie   miejsca.   Dzień   po   dniu 

patrzył, jak McVie i chłopcy obrabiają pola, podczas gdy on przesiadywał na 

ganku i na próżno wypatrywał jakiegoś sygnału, który wskazałby mu drogę 

powrotną do jego świata.

Rozsadzała go energia, dla której nie mógł znaleźć ujścia. Złamana ręka 

uniemożliwiała   rozładowanie   wewnętrznego   napięcia   przy   pomocy   ciężkiej 

pracy, nie mógł też wskoczyć do swego porsche i ruszyć pełnym gazem przed 

siebie. Odgrywanie roli męża Emilie nie sprawiało mu kłopotu w ciągu dnia, ale 

w nocy, gdy leżeli tuż obok siebie, to zadanie stawało się znacznie trudniejsze. 

Paliło go pożądanie, którego nie mógł zaspokoić.

Był   tak   zdesperowany,   że   zaczął   spać   na   podłodze.   Emilie   nie 

zaprotestowała. Zane spędzał całe dnie na rozmyślaniach i stopniowo wpadał w 

coraz większe przygnębienie.

Wszyscy   wokół   mówili   ciągle   o   niepodległości,   ale   dla   niego 

niezależność oznaczała przede wszystkim wolność od problemów finansowych. 

background image

Dotychczas nigdy nie musiał się martwić o pieniądze. Jego rodzice byli ludźmi 

zamożnymi i Zane zawsze korzystał ze związanych z tym przywilejów. Nigdy 

nie rozumiał troski o życie codzienne, która dominowała w życiu zwykłych 

śmiertelników.   Któregoś   dnia   Andrew   powiedział,   że   gdy   tylko   Rutledge 

wyzdrowieje,   będzie   wielką   pomocą   w   pracy.   -   Dorównujesz   wzrostem 

Josiahowi - powiedział. - On potrafi udźwignąć więcej, niż sam waży.

Zane pomyślał, że co innego ćwiczenia w siłowni, a co innego ładowanie 

siana.

Zastanawiał   się   czy   nie   mógłby   zarabiać   jako   wróżbiarz,   ale   to   była 

pewna droga do więzienia. W tym momencie niechcący dotknął swego zegarka. 

Nie zgodził się, aby go schować razem z biżuterią Emilie. Teraz miał go w 

kieszeni. Za pieniądze, jakie za niego dałem, można by pewnie wyżywić obecną 

armię Stanów przez cały rok - pomyślał. Niestety, zegarek nie chodził.

-   Chwileczkę   -   powiedział   głośno   do   siebie.   Czasy   wprawdzie   się 

zmieniły,   ale   złoto   zawsze   ma   swoją   wartość.   Gdyby   przetopił   kopertę   i 

bransoletkę, zapewne odzyskałby, przynajmniej na jakiś czas, finansową nieza-

leżność.

Pieniądze radykalnie zmieniłyby ich sytuację. Mógłby od razy odpłacić 

Rebece za gościnność, kupić konia, wóz i wrócić do latarni. Miał przeczucie, że 

jeśli w ogóle zdarzy im się okazja powrotu do swego świata, to tylko z tego 

miejsca, w którym wylądowali w osiemnastym wieku.

Andrew był w równie podłym nastroju, jak jego kolega z dwudziestego 

wieku. Każdego dnia ciężko pracował na farmie Josiaha. Co noc wymykał się z 

domu, aby skontaktować się ze swymi agentami. Niestety, stracił kilku cennych 

współpracowników.   Najpierw   Blakelee,   później   Fleming.   Również   Miller   i 

Quick byli już spaleni i musieli się ukrywać.

Pewne   dokumenty   wpadły   w   niepowołane   ręce,   zaś   atrament 

sympatyczny okazał się niewystarczający, żeby zachować tajemnicę. Andrew 

wiedział, że powinien wprowadzić jakieś zmiany w systemie działania, ale nic 

background image

nie przychodziło mu do głowy.

W Princeton krążyły plotki o ruchach wojsk brytyjskich na Long Island i 

anarchii, panującej w dolinie rzeki Hudson. Ochotnicy z Pensylwanii i New 

Jersey   złożyli   broń   i   wrócili   do   domów,   aby   zająć   się   rodzinami.   Wszyscy 

obiecywali powrót do wojska po zbiorach. McVie szczególnie usilnie starał się 

zdobyć jakieś informacje o spisku na życie generała Washingtona, ale niczego 

nie mógł się dowiedzieć.

Czuł   jednocześnie   ulgę   i   rozczarowanie.   Rzecz   jasna,   nie   chciał,   aby 

generałowi   groziło   jakieś   niebezpieczeństwo,   ale   jednocześnie   pragnął,   żeby 

wszystko, co powiedzieli Emilie i Rutledge, okazało się prawdą. Jeśli natomiast 

generał był bezpieczny, to czy mógł wierzyć w prawdziwość tych wszystkich 

fantastycznych historii, jakie opowiadali?

Andrew stracił sporo czasu myśląc o dziwnym stosunku, łączącym tych 

dwoje. Ta rudowłosa  dziewczyna i  Rutledge  byli kiedyś  małżeństwem.  Stali 

przed ołtarzem i powtarzali te same święte słowa przysięgi, które połączyły go z 

Elspeth... Aż do śmierci... Tak sobie obiecali i wiedział, że tylko śmierć może 

sprawić, iż zapomni o ukochanej żonie.

W swoim życiu nie spotkał się jeszcze z rozwodem, choć jako prawnik 

wiedział,   że   jest   to   możliwe.   Samo   pojęcie   wydawało   mu   się   obce   i 

nieprzyjemne. Nie wątpił, że to Rutledge był winny, iż doszło do separacji. W 

tym   człowieku   było   coś   podejrzanego.   Z   całą   pewnością   brakowało   mu 

stateczności, tak cenionej przez kobiety.

No, ale oni pochodzą z innego świata - przypomniał sobie. W ich świecie 

ludzie oglądają ruchome obrazy na wielkich ekranach i zyskują fortuny, rzucając 

skórzaną piłkę przez metalową obręcz. Może w takim świecie rozwód nie jest 

czymś   nadzwyczajnym?   Andrew   nie   mógł   w   to   uwierzyć.   Przez   chwilę 

zastanawiał   się,   jakie   kłopoty   ściągnął   na   głowę   Emilie,   zmuszając   ją   do 

dzielenia pokoju z mężczyzną, który złamał ich małżeńską przysięgę.

Jak to możliwe, że jakiś mężczyzna odwrócił się od tak pięknej kobiety?

background image

Pewnego ranka, jakieś dwa tygodnie po ich przybyciu na farmę, Emilie 

wyrabiała w kuchni ciasto na chleb. Rebeka stała przy kuchni przygotowując 

obiad, zaś Aaron spał sobie spokojnie w kołysce pod oknem.

Isaac   z   dwoma   młodszymi   braćmi   wyszedł   do   pracy   w   polu.   Charity 

siedziała w salonie, pilnie szyjąc poszwy na poduszki do swego małżeńskiego 

łoża. Do ślubu pozostały już tylko dwa tygodnie.

Zane   wyszedł,   nim   Emilie   wstała.   Trochę   się   niepokoiła,   że   nikt   nie 

wiedział, gdzie on się podziewa, choć w zasadzie nie powinno jej to obchodzić. 

Dzielili wprawdzie ciasną sypialnię, ale ich małżeństwo pozostało fikcją. To 

byłoby trudne do zniesienia nawet w najbardziej sprzyjających okolicznościach. 

Dla nich, z uwagi na burzliwą przeszłość, obecna sytuacja powoli stawała się nie 

do wytrzymania.

Dla Emilie punktem zwrotnym była pierwsza noc na farmie. Niewiele 

brakowało, a uległaby pokusie, jednak starczyło jej siły woli. Dziwne, ale wcale 

nie czuła dumy z tego powodu.

Teraz byli dla siebie uprzejmi i grzeczni, ale to wszystko. Wprawdzie za 

zasłoną   chłodnych   manier   Emilie   skrywała   namiętne   pragnienia,   ale 

postanowiła, że im nie ulegnie. Nie chciała popełnić ponownie tego samego 

błędu, co kiedyś. Wiedziała już, że samo pożądanie to dla niej za mało: pragnęła 

miłości cielesnej i duchowej, domu i rodziny.

Wiedziała również, że Zane nigdy za tym nie tęsknił.

Zerknęła znad dzieży na śpiącego Aarona.

- Jesteś szczęśliwą kobietą, Rebeko - powiedziała, dzieląc ciasto na cztery 

porcje.

Rebeka spojrzała wpierw na nią, później na synka.

- Codziennie dziękuję Opatrzności - odpowiedziała szczerze. - Straciliśmy 

dwie córki, które zmarły na ospę trzy wiosny temu. Codziennie o nich myślę. 

Bardzo je kochałam.

-   Czyżbyś   nie   zaszczepiła   dzieci?   -   spytała   Emilie   bez   chwili 

background image

zastanowienia.

-   To   przecież   bardzo   bolesny   i   niebezpieczny   zabieg   -   Rebeka   była 

wyraźnie zdziwiona. - Musielibyśmy pojechać do Filadelfii i długo czekać, żeby 

sprawdzić, czy nie zachorują.

- Przepraszam - szepnęła Emilie, zła z powodu własnej bezmyślności. W 

dwudziestym wieku łatwo przyzwyczajali się do zdobyczy medycyny. - Przepra-

szam, nie musisz się tłumaczyć.

- Ty też nie - odrzekła Rebeka - ale od dawna chciałam ci zadać pewne 

pytanie.

- Możesz mnie spytać, o co tylko zechcesz - zapewniła ją Emilie, ale od 

razu wbiła wzrok w ciasto.

Pani Blakelee wytarła dłonie w fartuch i podeszła bliżej.

- To sprawa nadzwyczaj delikatna, ale muszę o niej z tobą porozmawiać.

Boże - jęknęła w duchu Emilie. Czuła, że serce wali tej o żebra. Czyżby 

Rebeka zaczęła podejrzewać, że ona Zane nie są takimi ludźmi, za jakich się 

podają? Przytomniała sobie, że wycięła suwak ze spodni Rutledge'a zakopała go 

za stodołą wraz z kartą kredytową. Natomiast, o ile wiedziała, jej prawo jazdy 

miał  Andrew.   Pozostało   tylko   modlić   się,   żeby   nie   podzielił   się   sekretem   z 

Rebeką.

- Mów śmiało - zachęciła ją. Zabrzmiało to trochę nazbyt uroczyście.

Rebeka poczerwieniała, ale jednocześnie wyprostowała się i spojrzała jej 

prosto w oczy.

- Chcę porozmawiać z tobą o Andrew. To wspaniały człowiek, zgodzisz 

się ze mną?

-   Owszem   -   szepnęła   Emilie,   zupełnie   zaskoczona,   -   Wydaje   się 

człowiekiem honoru i prawdziwym dżentelmenem....

- On jest zakochany - przerwała jej Rebeka, unosząc dłoń.

- Wspaniale! - ucieszyła się Emilie i odetchnęła z ulgą. - Komu poświęcił 

swe uczucia?

background image

- Tobie - odparła krótko kobieta, marszcząc surowo brwi.

- Niemożliwe! - To absurd! Przecież jestem zamężna.

- To prawda, ale widziałam, jak on na ciebie patrzy, gdy myśli, że nikt go 

nie obserwuje. Nie mam wątpliwości co do jego uczuć.

-   Przecież   on   mnie   prawie   nie   zna   -   Emilie   przestała   udawać.   -   To 

niemożliwe, aby pokochał mnie po tak krótkiej znajomości.

- Miłość kieruje się własnym zegarem. Jestem kobietą i znam się na tym. 

Andrew cię kocha.

- To okropne - jęknęła Emilie. - Z pewnością nie uczyniłam nic, aby go do 

tego zachęcić - zapewniła Rebekę i wytarła ręce w fartuch. - Muszę natychmiast 

go znaleźć i wyjaśnić to nieporozumienie.

- Nie! - Gospodyni chwyciła ją za ramię. - Nie możesz tego zrobić! Od 

dawna   nie   widziałam   na   jego   twarzy   pogodnego   uśmiechu.   Byłby   bardzo 

zakłopotany, gdyby się dowiedział, że odgadłyśmy jego myśli.

Andrew   McVie,   bohater   jej   dzieciństwa,   zakochał   się   w   niej!   To 

niemożliwe.

- To z pewnością przelotna fascynacja - powiedziała, kręcąc nerwowo 

złoty pierścionek. - Przecież on wie, że Zane i ja... - Emilie nie dokończyła zda-

nia.   McVie   rzeczywiście   znał   prawdę,   i   to   całą.   Jeśli   -   jak   twierdziła   pani 

Blakelee   -   rzeczywiście   się   w   niej   zakochał,   to   z   pełną   świadomością,   że 

mogliby być razem.

- W ciągu paru lat Andrew bardzo się zmienił - stwierdziła Rebeka. - Od 

śmierci żony...

- On był żonaty? - Emilie poderwała głowę.

- Nie znałam Elspeth, ale z pewnością Andrew kochał ją i syna z całej 

duszy.

- Miał dziecko?

Rebeka kiwnęła głową. W jej brązowych oczach pojawiły się łzy.

- To  był  straszny  pożar  - westchnęła  ciężko.  - Oboje   zginęli. Andrew 

background image

stracił wszystko.

Emilie poczuła ciarki na plecach. Zatrzęsła się i skrzyżowała ramiona.

- Zastanawiałam się nad tym... - powiedziała. - Nigdy nie wspominał o 

rodzinie.

-   Myślałam,   że   znacie   się   od   bardzo   niedawna   -   zdziwiła   się   nieco 

Rebeka.

Przez   chwilę   Emilie   miała   ochotę   wyznać   jej   prawdę,   powiedzieć   nie 

tylko   o   tym,   że   jest   rozwódką,   ale   również,   że   przybyła   tu   z   dwudziestego 

wieku. Na szczęście opamiętała się, nim popełniła ten błąd.

- Co mam teraz robić? - spytała obserwującą ją bacznie kobietę. - Jak 

mam go traktować?

- Delikatnie. Bez surowości, ale i bez niepotrzebnych zachęt - w głosie 

Rebeki Emilie dosłyszała przyganę. Widocznie gospodyni uważała, że nie była 

bez winy.

- Ja... nie chcę mu sprawić bólu.

- To dobry człowiek - powtórzyła gospodyni. Emilie wyjrzała przez okno. 

Z tego miejsca widać było pole, na którym pracował Andrew. Był tak daleko, że 

z trudem rozpoznała jego mocną sylwetkę. Odwróciła wzrok. Cos ściskało ją w 

gardle.

-   Twój   mąż   jest   bardzo   przystojny   -   zauważyła   Rebeka.   -   Jak   długo 

jesteście małżeństwem?

- Pięć... nie, sześć lat - poprawiła się Emilie. - Tak, już sześć lat.

- Czas szybko biegnie.

- Szybciej, niż można sobie wyobrazić.

- Czy Bóg pobłogosławił cię dziećmi?

- Jeszcze nie.

Rebeka spoważniała i poklepała ją po ramieniu pocieszającym gestem.

- Jesteś młoda. Jestem pewna, że dostąpisz tego błogosławieństwa.

-   Niestety,   nie   jestem   już   taka   młoda   -   westchnęła   Emilie   z   bladym 

background image

uśmiechem. - Niedługo skończę trzydzieści lat.

- Chyba żartujesz - Rebeka spojrzała na nią z niedowierzaniem.

- W grudniu będą moje trzydzieste urodziny.

- To niemożliwe!

- Rebeko! - oburzyła się Emilie. - Czy naprawdę tak źle wyglądam?

- Ależ skąd! Odwrotnie! Wyglądasz tak młodo... Nie mogę uwierzyć, że 

masz   aż   trzydzieści   lat...   Myślałam,   że   mogłabym   być   twoją   matką,   a 

tymczasem jestem tylko trzy lata starsza.

Emilie zaprzeczyła, ale nie wypadło to zbyt przekonująco. Faktycznie, 

różnica w ich wyglądzie była uderzająca.

- Miałam lekkie życie - powiedziała wreszcie tonem usprawiedliwienia.

- Nie mogę powiedzieć tego o sobie - westchnęła Rebeka.

Praca na farmie i liczne porody postarzyły ją bardziej niż upływające lata. 

Emilie nagle pomyślała o tym wszystkim, co zostawiła za sobą. Dlaczego nigdy 

przedtem nie uświadomiła sobie, jak łatwe i lekkie stało się życie większości 

kobiet   w   dwudziestym   wieku?   Ciekawe,   co   powiedziałaby   Rebeka,   gdyby 

usłyszała o automatycznej pralce, kuchence mikrofalowej i pigułkach antykon-

cepcyjnych.

Kiedyś to się skończy - pomyślała, ale wiedziała, że dla Rebeki i dla niej 

to marna pociecha.

Koniec   z   kosmetykami   od   Estee   Lauder   i   Elizabeth  Arden,   koniec   z 

operacjami plastycznymi. Teraz znalazła się w znacznie surowszych warunkach. 

W   tych   czasach   kobieca   piękność   mogła   trwać   równie   krótko   jak   róża   na 

mrozie. Emilie zawsze lubiła rozprawiać z lekceważeniem o pełnym próżności 

kulcie młodości i piękności fizycznej, ale teraz nadeszła godzina próby. Czy 

zdoła   spokojnie   patrzeć,   jak   szybko   następują   nieodwracalne   zmiany   na   jej 

twarzy?

Dochodziła   już   druga,   a   Zane   jeszcze   się   nie   pojawił.   Nikt   nie   miał 

pojęcia, dokąd mógł pójść. Emilie chciała zapytać Andrew, czy może coś wie, 

background image

ale przypomniała sobie rozmowę z Rebeką i zrezygnowała z tego pomysłu.

McVie nie wrócił do domu na obiad. Zjadł coś na polu i dalej pracował.

Emilie, Rebeka i wszystkie dzieci zjadły razem gorące bułki i pieczeń 

baranią. Oprócz Andrew brakowało jeszcze Isaaca, który również pozostał na 

polu.   Charity   i   Rebeka   miały   do   omówienia   mnóstwo   spraw   w   związku   ze 

zbliżającym się weselem. Emilie została sama ze swymi gorzkimi myślami.

Malutki Aaron spał w kołysce zadowolony z życia, Benjamin i Stephen, 

dwaj ośmioletni bliźniacy, wciąż ze sobą walczyli, a trzyletni Ethan opowiadał 

Emilie o swoim przyjacielu, Latającym Psie.

To był prosty posiłek wśród ludzi, których niemal nie znała, a jednak 

czuła   w   sercu   ostre   ukłucie   zazdrości.   Wydawało   się,   że   pragnie   rzeczy 

normalnych: własnego domu, męża, którego mogłaby kochać i dzieci, o które 

mogłaby dbać. Nigdy nie udało się jej zrealizować nawet najprostszych marzeń. 

Znalazła mężczyznę, o którym mogłaby śnić każda kobieta, po czym okazało 

się, że ma on w nosie życie rodzinne.

„On   cię   kocha”   -   przypomniała   sobie,   co   Rebeka   powiedziała   jej   o 

Andrew. „Widziałam, jak na ciebie patrzy”.

Emilie   nie   mogła   sobie   wyobrazić   rozpaczy,   jaką   przeżył  Andrew   po 

śmierci żony i dziecka. Teraz lepiej rozumiała wyraz jego oczu i melancholię, 

niemal nie znikającą z jego twarzy. Nic dziwnego, że całkowicie poświęcił się 

walce   o   niepodległość,   skoro   wszystko   inne   straciło   dla   niego   sens.   To 

mężczyzna, którego mogłaby podziwiać każda kobieta: silny, lojalny, wierny...

Potrząsnęła głową, zdumiona swoimi myślami. Sama nie wiedziała, co się 

z nią dzieje. Przecież Andrew zupełnie jej nie pociągał, a w każdym razie nie w 

tak namiętny sposób, jak Zane.

A może  jednak  powinna połączyć swój los  z  losem  mężczyzny, który 

chciał tego samego co ona, to znaczy domu i rodziny? Może namiętna i dzika 

miłość jest ze swej natury skazana na klęskę? Z pewnością tak się skończyło jej 

małżeństwo   z   Zane'em.   Gdy   brali   ślub,   jej   serce   przepełniała   nadzieja,   ale 

background image

wkrótce przekonała się, że przygody są ważniejsze dla niego od rodziny.

Po obiedzie Emilie pomagała sprzątać.

- Wydajesz się blada - zauważyła Rebeka. Przyłożyła dłoń do jej czoła. - 

Dobrze się czujesz?

- Jestem tylko zmęczona.

- Powinnaś odpocząć.

Pokręciła głową. W żadnym wypadku nie chciała siedzieć sama w pokoju 

i oddawać się przygnębiającym rozmyślaniom.

- Usiądę w ogrodzie i zajmę się szyciem.

- A może jesteś w ciąży? - spytała poważnie Rebeka.

- Nie! - wykrzyknęła, po czym uśmiechnęła się nerwowo. Przypomniała 

sobie ostatnią noc w dwudziestym wieku. - To znaczy, nie wierzę, by to się stało.

-   Kiedyś   przecież   zajdziesz   w   ciążę   -   powiedziała   pani   Blakelee   z 

nieśmiałym uśmiechem. Wyjęła Aarona z kołyski i zaczęła go przewijać.

Emilie uciekła, nim Rebeka zdążyła jeszcze coś dodać.

Znalazła sobie cieniste miejsce pod starą lipą i zabrała się do reperowania 

sterty   ubrań.   Drżącymi   rękami   sprawdzała   odłożone   do   naprawy   męskie 

koszule. Rebeka była praktyczną kobietą i wolała, aby wszystko było gotowe na 

powrót męża.

To był chyba najdziwniejszy dzień w życiu Emilie od chwili skoku w 

osiemnasty wiek. Najpierw sprawa Andrew, teraz sugestia, że jest w ciąży. Miała 

ochotę uciec i schować się gdzieś.

W tym momencie przyszło jej do głowy, że może to właśnie zrobił Zane.

Nikt   nie   mógł   przewidzieć,   co   uczyni   pod   wpływem   nienasyconego 

pragnienia coraz to nowych przygód. Od wczesnego dzieciństwa nie spędził 

zapewne równie długiego okresu w jednym miejscu. Jeszcze tydzień lub dwa i 

jego ramię będzie w porządku. Emilie wolała się nie zastanawiać, do czego 

skłoni go wtedy nieokiełznany temperament.

Niewątpliwe wciąż myślał o powrocie do dawnego świata. Pewnego dnia 

background image

przyłapała go, jak kreślił coś patykiem na piasku.

- To nasz właz ratunkowy - odparł, gdy zapytała, co to takiego. Z trudem 

rozpoznała zarys balonu.

- Wspaniale - pochwaliła. - Musisz jeszcze tylko skonstruować zbiornik z 

propanem i będziemy gotowi do drogi.

Najwyraźniej Zane nie był w stanie pogodzić się z sytuacją, w której się 

znaleźli. W tej chwili równie dobrze mógł krążyć po okolicy w poszukiwaniu 

gondoli z wikliny i kilku tysięcy metrów kwadratowych jedwabiu.

- Rebeka powiedziała mi, że tutaj cię znajdę. Emilie drgnęła i ukłuła się 

igłą.

- Andrew! - Odruchowo włożyła palec w usta i wyssała krew. - Nakryłeś 

mnie.

- Nie słyszałem jeszcze takiego wyrażenia - mruknął McVie, kucając obok 

niej.

- I tak masz szczęście - zachichotała. - Byłbyś przerażony tym, co w 

moich czasach zrobiliśmy z angielskim.

- Wczoraj słyszałem, jak powiedziałaś do męża, że pogubi skarpetki, gdy 

tylko   spróbuje   szarlotki   Rebeki.   Przez   cały   wieczór   na   próżno   próbowałem 

wyobrazić sobie takie zdarzenie.

- To angielski slang - wyjaśniła Emilie. W tym momencie dostrzegła w 

jego orzechowych oczach zielonkawe błyski.

- A co to znaczy?

- Być oszołomionym z zachwytu - odpowiedziała po krótkim namyśle.

- A jak określiłabyś sytuację odwrotną?

- Iść na dno - odrzekła. - Oczywiście, stosuje się to tylko do jeżdżących na 

desce kalifornijczyków.

- Te słowa nic dla mnie nie znaczą.

- Kalifornia to stan wzdłuż wybrzeża Pacyfiku. W 1848 znaleziono tam 

złoto i wtedy wszyscy dowiedzieli się o tym stanie.

background image

Emilie opowiedziała mu o cudownej krainie pięknych plaż i wspaniałych 

egzemplarzy męskiego rodu, ślizgających się po falach oceanu.

- Nie jestem pewien, czy dobrze cię zrozumiałem - odrzekł z namysłem 

Andrew. - Chcesz powiedzieć, że mężczyzna staje na drewnianej desce i żegluje 

po falach?

- Kobiety też to robią.

- Dziwny ten twój świat - pokręcił głową. - Rutledge zapisałby duszę 

diabłu, żeby tylko powrócić, ale ty...

- Chcesz powiedzieć, że sprawiam wrażenie, iż nic mnie to nie obchodzi? 

Masz rację. - Stało się. Powiedziała to, choć nie miała takiego zamiaru. Teraz 

miała wrażenie, że znalazła się na obcym terytorium.

- Nie rozumiem. Opowiadałaś mi o tych wszystkich cudach...

- Cuda techniki to jeszcze nie wszystko, Andrew. W moich czasach jest 

tyle złych rzeczy! Wielu ludzi sądzi, że Ziemia tego nie wytrzyma.

McVie znał tylko świat bujnej roślinności, jasnego nieba i krystalicznie 

czystych rzek. Emilie spróbowała Wyjaśnić mu, jakie nastąpiły zmiany, ale gdy 

doszła do wysypisk śmieci wielkości sporych gór, wybuchnął śmiechem.

- Naprawdę widziałaś je na własne oczy? - zapytał.

- Doświadczyłam również podróży w czasie - zaśmiała się Emilie. - Kto 

wie, co jeszcze może się zdarzyć?

- Jesteś inna niż kobiety, jakie znam.

- Jeśli wziąć pod uwagę wszystkie okoliczności, to chyba nic dziwnego - 

odrzekła lekko, choć wcale nie było jej do śmiechu.

- Jesteś tak pełna życia, taka dzielna...

- Andrew - Emilie położyła dłoń na jego ramieniu. - Proszę, przestań.

- Nie mogę, dziewczyno - odrzekł i nakrył dłonią jej rękę. - Mam ci tyle 

do powiedzenia, a boję się, że nie starczy mi czasu.

Spróbowała cofnąć rękę, ale Andrew jej nie pozwolił.

- Musisz zrozumieć, że myślisz w ten sposób tylko wskutek zewnętrznych 

background image

okoliczności. To nie ma nic wspólnego ze mną.

- Owszem, ma.

- Nie powinniśmy rozmawiać w taki sposób.

- Czy wciąż go kochasz?

- Andrew!

- To logiczne pytanie.

-   Jesteśmy   rozwiedzeni   -   wykrztusiła   Emilie.   -   Cokolwiek   nas   kiedyś 

łączyło, należy już do przeszłości.

Nie powiedziała całej prawdy, ale również nie skłamała. Nic lepszego nie 

przyszło jej do głowy.

- Rzucił cię, a mimo to wciąż się przyjaźnicie. Trudniej mi to zrozumieć 

niż opowieść o wyprawie na Księżyc.

- Mnie również. To bardzo skomplikowana historia - westchnęła Emilie. - 

W   rzeczywistości   to   ja   go   rzuciłam,   a   nie   odwrotnie   -   dodała   po   krótkim 

wahaniu.

- Nie próbuj go osłaniać.

- Wcale nie próbuję. Mówię prawdę. Każde z nas pragnęło czegoś innego. 

Byłam bardzo nieszczęśliwa, więc postanowiłam odejść.

- A on się na to zgodził?

- To wolny kraj, Andre w. No, w każdym razie będzie za parę lat.

- Czy on cię bił?

- Gdyby spróbował, połamałabym mu wszystkie kości.

- Wobec tego dlaczego go zostawiłaś? - Na twarzy mężczyzny pojawiły 

się wypieki.

- Pragnęłam domu i dzieci - westchnęła Emilie.

- Zane wolał swobodę. Chciałam mieć rodzinę, a on kocha podróże.

- Mówisz tak, jakbyście mieli jakiś wybór. Przecież tylko Wszechmogący 

może zdecydować, czy małżeństwo ma dzieci.

Emilie   nie   miała   siły,   aby   tłumaczyć   mu   zasady   antykoncepcji. 

background image

Odkaszlnęła i zmieniła temat.

- Czy udało ci się dowiedzieć czegoś o spisku?

- Nie, niestety nie - odrzekł po krótkiej zwłoce. Potrzebował paru sekund, 

aby odzyskać wewnętrzną równowagę. - Mamy za to inne kłopoty.

- Opowiedz mi o nich.

Łatając koszulę Josiaha, Emilie słuchała relacji o zniknięciu Fleminga i 

listach gończych rozesłanych za dwoma członkami szpiegowskiej siatki.

- Jak zatem przesyłasz wiadomości do generała Mercera?

- Z każdym dniem staje się to coraz trudniejsze - przyznał. Dwa dni temu 

Anglicy   przechwycili   bardzo   ważną   przesyłkę.  Andrew   obawiał   się,   że   już 

wkrótce jego organizacja może się okazać niezdolna do działania.

-   Może   przekazujesz   je   w   niewłaściwy   sposób   -   powiedziała,   nie 

spuszczając oka z igły. Szyła szybko, równymi, rytmicznymi ruchami. - Listy 

mogą zginąć, ktoś może je ukraść.

- A czy widzisz jakąś inną możliwość?

- Tak, haft - spojrzała mu w prosto w oczy. - Można wyhaftować tekst 

listu   na   ubraniu   i   przekazać   je   kurierowi.  To   nie   powinno   zwrócić   niczyjej 

uwagi.

- Żaden mężczyzna nie może podróżować z koszykiem do robótek. Każdy 

zwróciłby na to uwagę.

-   Nie   chodzi   mi   o   koszyk   do   robótek   -   wyjaśniła   Emilie.   Szybko 

wyhaftowała swoje imię.

- Widzisz?

- Zajmuje mniej miejsca niż ziarnko ryżu.

-   Właśnie.   Cały   list   można   ukryć   pod   kołnierzem   lub   we   wnętrzu 

mankietu.

- Niewielu ludzi potrafi tak haftować.

- Ja potrafię - odrzekła bez wahania.

Andrew   poczuł   mocne   uderzenie   serca.   Jej   gotowość   do   pomocy   z 

background image

pewnością nie wynikała tylko z patriotycznego zapału.

-   Jeśli   weźmiemy   cieniutką,   szarą   nitkę,   to   haft   będzie   niemal 

niewidoczny.

Andrew miał wrażenie, że słyszy głos anioła.

- Można go ukryć wewnątrz szwu lub pod podszewką.

W   jej   oczach   dostrzegł   błysk   bezcennych   szafirów.   Skóra   Emilie 

pachniała słodziej niż kwitnące przed domem róże.

- Myślę, że tak będzie doskonale, nie sądzisz? - zapytała, uśmiechając się 

do niego.

- Tak, dziewczyno - odpowiedział. Miał wrażenie, że unosi się wysoko 

nad ziemią. - Będzie wspaniale.

background image

10

- Czy zamierzasz powiedzieć mamie?

- Jeszcze nie wiem, Isaac - odrzekł Zane, patrząc na szczupłego wyrostka. 

- Jak myślisz, co powinienem zrobić?

Isaac   Blakelee   rozważał   przez   chwilę   to   pytanie   z   niemal   komiczną 

powagą. Szli razem na farmę. Chłopiec niósł pod pachą paczkę z muślinem dla 

mamy.

- Sądzę, że ta sprawa należy do mężczyzn - odparł wreszcie.

Zane przygryzł wargi, aby nie wybuchnąć śmiechem. Ten chłopak miał 

jeszcze mleko pod wąsem. Skończył zaledwie piętnaście lat, a już koniecznie 

chciał   wziąć   udział   w   walce   o   niepodległość.   Była   to   dla   niego   kwestia 

patriotyzmu   i   osobistego   honoru.   Rebeka   posłała   go   do   miasta   po   materiał, 

przykazując surowo, aby natychmiast wrócił do domu. Isaac jednak nie mógł się 

powstrzymać i wstąpił do gospody ,,Pod Kogutem”.

Rutledge spokojnie popijał tam swoje piwo, przypatrując się mieszanej 

klienteli, złożonej z farmerów i żołnierzy. W pewnej chwili zauważył Isaaca, 

ostro spierającego się z właścicielem. Chłopak gorąco bronił honoru ojca, ale 

karczmarz nie chciał go nawet słuchać.

- Wynoś się stąd, szczeniaku. Nie będziemy obsługiwać syna zdrajcy!

Zane   wkroczył   między   nich,   zapłacił   rachunek   Isaaca   i   wyciągnął 

rozgorączkowanego nastolatka z gospody. Razem ruszyli do domu.

-   Na   twoim   miejscu   unikałbym   rumu,   chłopcze   -   Mężczyzna   zrobił 

surową minę. - Ogranicz się lepiej do piwa.

Sam   czuł   się   lepiej   niż   kiedykolwiek   od   chwili   przeniesienia   w 

osiemnasty wiek. Pieniądze nie dają może szczęścia, ale z pewnością bardzo 

ułatwiają zdobycie niezależności. W zamian za złotą bransoletkę Zane otrzymał 

pokaźny plik banknotów, głównie trzyszylingowych z New Jersey, z groźnym 

napisem „Fałszerstwo to Śmierć”. W jego kieszeniach brzęczały monety, na ogół 

background image

z podobizną króla Jerzego II.

Wraz ze zdobyciem pieniędzy ostatecznie uwierzył w realność sytuacji, w 

jakiej się nieoczekiwanie znalazł.

Przez chwilę szli w zupełnym milczeniu.

-   Masz   ochotę   porozmawiać?   -   zapytał   Zane,   gdy   zatrzymali   się   na 

chwilę, aby przepuścić konny wóz.

- Ludzie myślą, że mój ojciec jest zdrajcą, a ja wiem, że to nieprawda - 

powiedział Isaac i wzruszył szczupłymi ramionami.

- Ludzie powtarzają mnóstwo głupstw - odrzekł Rutledge. - Nie należy 

zwracać na to uwagi.

- Nie mogę zapomnieć o ojcu - ciągnął chłopiec.

- Stary Carpenter powiedział, że ojciec i inni są w więzieniu w Little Rock 

Hill, i że w przyszłym tygodniu mają ich przenieść na Piekielne Statki.

- Co to takiego? - zainteresował się Zane.

- Pływające więzienia - wyjaśnił chłopak. - Podobno w Wallabout Bay 

pełno jest trupów więźniów z tych statków. - W oczach Isaaca zalśniły łzy. 

Zamrugał   parokrotnie   i   mówił   dalej.   -   Jesteśmy   za   słabi,   aby   wygrać   z 

Anglikami. Mama musi się zgodzić...

- Wybij to sobie z głowy - ostudził go mężczyzna.

- Jesteś jej potrzebny, przynajmniej tak długo, jak nie ma twojego ojca.

- A co będzie, jeśli tata nie wróci? - spytał drżącym głosem. - Co wtedy?

Na takie pytanie nie było, rzecz jasna, odpowiedzi. Nie było i nie będzie, 

ani w osiemnastym, ani w dwudziestym wieku.

W pewnej chwili chłopak spojrzał z nagłym zainteresowaniem na Zane'a.

- Armia potrzebuje ochotników - powiedział. - Wiem, że ojciec wcześniej 

lub później zaciągnie się do wojska. A co ty zamierzasz?

- Nie nadaję się do żołnierskiej służby.

- Tata też nie, ale on mówi, że każdy powinien zrobić to, co może.

- Nad tym należy się zastanowić - odrzekł Zane. W istocie myślał o tym 

background image

bardzo często patrząc, jak McVie, cała rodzina Blakelee i Emilie dążą do celu, o 

którym wiedzieli, że jest tak niezbędny do życia, jak woda i powietrze.

Objął   na   chwilę   szczupłe   ramiona   chłopca.   Resztę   drogi   do   domu 

pokonali w przyjaznej ciszy.

- Rano jedna z krów źle się czuła - powiedział Isaac, gdy podchodzili do 

zabudowań. - Czy mógłbyś dać mamie tę paczkę, a ja zobaczę co się dzieje?

Zane wyciągnął rękę i chłopak podał mu pakunek.

- Bardzo dziękuję - powiedział i pobiegł w stronę obory.

Isaac był dobrym chłopcem, pełnym energii, lojalnym idealistą. Rutledge 

pomyślał, że wcześniej czy później ten młodziak postawi na swoim i pójdzie do 

wojska. Mógł mieć tylko nadzieję, że los potraktuje go łaskawie.

Wszedł na ganek i już miał otworzyć drzwi, gdy z ogrodu dobiegł go 

perlisty śmiech Emilie. Obejrzał się z nadzieją, że zobaczy, jak idzie się z nim 

przywitać,   ale   zamiast   tego   dostrzegł   ją   pod   lipą.   Siedziała   tuż   obok   tego 

cholernego McVie'a i oboje uśmiechali się tak, jakby łączył ich jakiś sekret.

Położył paczkę z muślinem na hamaku i ruszył w stronę siedzących.

- Zane! - powitała go Emilie i zaprosiła gestem, aby do nich dołączył. - 

Od rana zastanawialiśmy się wszyscy, gdzie się podziewasz.

- Miałem pewną sprawę do załatwienia - odpowiedział, przyglądając im 

się uważnie. To, co zobaczył, wcale nie przypadło mu do gustu.

- Sprawę do załatwienia? - otworzyła szeroko oczy. - Co też ty mogłeś 

załatwiać?

-   Później   ci   powiem.   -   Zane   nie   chciał,   aby   McVie   wiedział,   że   ma 

kieszenie wypchane pieniędzmi. Nie miał do niego zaufania.

- Gdzie byłeś? - spytał Andrew.

- W Princeton.

- Jak trafiłeś tam bez przewodnika? - zdziwił się McVie.

Zane  już miał  mu odpowiedzieć  jakimś  przekleństwem, ale  Emilie  go 

uprzedziła.

background image

- On ma zdumiewającą pamięć - wyjaśniła pogodnie. - Pamięta wszystko: 

ludzi, rozmowy, miejsca... - zaśmiała się głośno. - To wprost niesamowite.

Niesamowity   był   raczej   jej   wygląd.   Była   radośnie   podniecona, 

podekscytowana, kobieca.

- Co wy tu robicie? - spytał z naganą w głosie. - Wyglądacie jak para 

spiskowców.

Emilie poczerwieniała i wbiła wzrok w naprawianą koszulę, ale McVie 

spojrzał mu prosto w oczy.

-   Panna   Emilie   właśnie   zaproponowała   sposób   przekazywania 

wiadomości, który ogromnie wspomoże naszą sprawę.

Wspaniale   -   pomyślał   Zane.   Jeszcze   trochę   i   zobaczę,   jak   prowadzi 

demonstrację.

- Aha - powiedział. - Nowe wcielenie Betsy Ross.

- Później ci wyjaśnię - wtrąciła Emilie, ubiegając pytanie Andrew.

-   Na   czym   polega   ten   wspaniały   sposób?  A  może   to   tajemnica   wagi 

państwowej?

Dziewczyna spojrzała pytająco na McVie'a, który kiwnął głową na znak 

zgody.

- Zamierzam haftować listy bezpośrednio na ubraniu kuriera - wyjaśniła.

-   Doskonały   pomysł.   Czemu   zamiast   tego   nie   skorzystacie   z 

transparentów?

- Takiś mądry? - Emilie podała mu koszulę. - Masz, powiedz mi, co tu 

widzisz.

- Nic ciekawego poza dziurą na łokciu - odrzekł po pobieżnym obejrzeniu 

koszuli.

- Co było do okazania - powiedziała dumnie splatając ramiona.

- Przyjrzyj się dokładnie podszewce kołnierza - poradził McVie. - Panna 

Emilie wyhaftowała tam swoje imię.

-   Niech   to   diabli!   -   zaklął   z   uznaniem   Zane,   starannie   sprawdziwszy 

background image

kołnierz. - To mikroskopijna robota.

- Mikroskapijna? - powtórzył Andrew.

- Bardzo drobna - wyjaśniła Emilie. - I na tym właśnie polega pomysł, 

Zane. Jeśli jeszcze nitka będzie odpowiedniego koloru, to nikt tego nie zauważy, 

chyba że wiedziałby, czego szukać.

- Świetny sposób - skomentował Rutledge. - Ale co zrobicie, gdy Anglicy 

go odkryją?

- Wtedy wymyślimy coś nowego.

McVie przyglądał się im z żywym zainteresowaniem.

- Idea od początku przestarzała - zauważył Zane. - W ten sposób Ameryka 

osiągnęła wielkość - dodał z ironią. - Czemu od samego początku nie utrudnicie 

im życia?

- Przypuszczam, że masz jakiś błyskotliwy pomysł. - Oczywiście. Użyjcie 

szyfru.

Emilie i McVie równocześnie wybuchnęli śmiechem.

- Co was tak śmieszy?

Andrew stwierdził spokojnie, że szyfr to bardzo stary pomysł.

- Przykro mi, Zane - uśmiechnęła się Emilie.

- To zależy od szyfru.

- Wyjaśnij, co masz na myśli - poprosił mężczyzna.

Zane uśmiechnął się do niego. McVie z całą pewnością nie był durniem.

- Można skorzystać z takiego, którego nikt nie zdoła złamać.

- Taki szyfr nie istnieje.

- Owszem, pod warunkiem że klucz pochodzi z 1992 roku.

Emilie głośno sapnęła. McVie skupił całą uwagę na słowach Zane'a.

- Nie ma znaczenia, jakiego klucza użyjecie. Może to być mowa Lincolna 

albo stara piosenka Rolling Stonesów. Pomysłów nie zabraknie, a jeśli się nie 

mylę, Emilie i ja to jedyni ludzie, którzy potrafiliby złamać taki szyfr.

- Boże! - wykrzyknęła dziewczyna. - To wspaniały pomysł!

background image

- Wiem - uśmiechnął się Zane. - Też tak myślałem, gdy wpadłem na to w 

szkole średniej.

- Jakiej piosenki użyłeś?

- „Lucy in the sky with diamonds” Beatlesów.  Emilie od razu zaczęła 

śpiewać stary przebój. McVie patrzył na nią tak, jakby wyrosła jej druga głowa.

-   Przepraszam   -   powiedziała   po   drugiej   zwrotce.   -   Zawsze   lubiłam   tę 

piosenkę.

- Czy znacie wiele takich pieśni? - spytał Andrew. Emilie i Zane spojrzeli 

po sobie i wybuchnęli śmiechem.

- Nie martw się, starczy.

- Powiedziałaś, że wynik wojny będzie korzystny dla naszej sprawy - 

zauważył mężczyzna - ale nie powiedziałaś, czy długo jeszcze będziemy czekać 

na zwycięstwo.

Emilie na chwilę zamilkła. Czy mogła wyjawić mu, że czekają ich jeszcze 

lata krwawych walk, nim lord Cornwallis podda się pod Yorktown?

- Niestety, jeszcze długo - przerwała wreszcie przykrą ciszę. Wolała nie 

wchodzić w szczegóły.

Emilie była zbyt podniecona, żeby zjeść kolację. Czuła mdłości, zupełnie 

tak,   jakby   zbyt   długo   jeździła   górską   kolejką   w   wesołym   miasteczku. 

Przeprosiła pozostałych i usiadła przy oknie w salonie, po czym zabrała się za 

haftowanie listu pod kołnierzem koszuli McVie'a.

Tym razem tekst był krótki. Jako klucz do szyfru wybrali starą dziecinną 

piosenkę „Jingle Bells”. Zane napisał słowa na kawałku pergaminu, klnąc pod 

nosem gęsie pióro, którym przyszło mu się posłużyć. Okazało się to zresztą 

niepotrzebne,   ponieważ  Andrew   błyskawicznie   nauczył   się   słów   na   pamięć. 

Uzgodnili, że w ciągu trzech kolejnych nocy kluczem do szyfru będą kolejne 

zwrotki piosenki.

Emilie   przez   chwilę   zastanawiała   się,   czy   dojdzie   do   tego,   że   nauczą 

grupę   szpiegów   słów   jakiegoś   przeboju   rockowego.   Uśmiechnęła   się. 

background image

Przemknęło jej przez głowę, że takie zdarzenia nigdy nie trafiają do podręczni-

ków historii.

Dwie godziny później McVie wyruszył w drogę. Emilie odprowadziła go 

do   drzwi.   Była   zadowolona   ze   swej   roboty.   Wyhaftowała   list   ściegiem   tak 

cieniutkim, jak pajęcze nitki.

- Chciałabym pójść z tobą - powiedziała, wygładzając ręką jego kołnierz. 

- To wszystko jest niewiarygodnie podniecające.

Gdy spojrzała mu w oczy, cofnęła się o krok, a na jej policzkach wykwitły 

rumieńce. Tego popołudnia Andrew jasno dał jej do zrozumienia, jakie żywi 

uczucia. Najwyraźniej mówił prawdę. Traktuj go delikatnie - powtórzyła sobie 

słowa Rebeki - on już dość wycierpiał.

-   Życz   mi   szczęścia,   w   imię   Boże   -   poprosił,   głosem   jednocześnie 

szorstkim i czułym.

- Niech cię Bóg prowadzi - wyszeptała. - Uważaj na siebie.

Odwrócił się i wyszedł.

Emilie przez dłuższą chwilę stała przy drzwiach, usiłując zebrać myśli. 

Miała wrażenie, że przeżywa na jawie jakiś zwariowany sen, w którym wszyscy 

ciągle się Zmieniają i nic nie jest pewne.

- Jesteś zmęczona - powiedziała do siebie. - To Wszystko.

Zamknęła drzwi i ruszyła na górę. Pomyślała, że jeśli dobrze się wyśpi, 

jutro   wszystko   znów   wyda   się   jej   normalne,   przynajmniej   w 

osiemnastowiecznym sensie tego słowa.

Po drodze przyszło jej do głowy, że telewizję wymyślono właśnie po to, 

aby ułatwić ludziom przetrwanie takich nocy, kiedy samotne rozmyślania są 

zbyt trudne do zniesienia.

Gdy weszła do pokoju, Zane stał przy oknie i wyglądał na zewnątrz. Był 

rozebrany   do  pasa;   w  świetle  księżyca   jego  tors   wydawał   się   jaśniejszy   niż 

zazwyczaj. Urosły mu długie włosy. Emilie namawiała go, aby zaplótł harcap, 

ale poprzysiągł, że nigdy tego nie zrobi.

background image

- Czy McVie już poszedł?

Kiwnęła głową i zerknęła na stojącą pośrodku pokoju wannę.

- Przyjdę, jak skończysz kąpiel - powiedziała.

- Już skończyłem.

- Przywykłeś do róż? - zażartowała, pociągając nosem.

- Przygotowałem kąpiel dla ciebie - wyjaśnił, nie patrząc jej w oczy.

- Dziękuję ci - rzekła z serdecznym uśmiechem.

- Posiedzę na ganku. Zawołaj mnie, jak skończysz.

- Zane - Emilie dotknęła jego ramienia. - Wydajesz się wyczerpany. Źle 

spałeś?

- Tu jest zbyt cicho i spokojnie - wzruszył ramionami. - Przywykłem do 

większego ruchu.

- Chcę poleżeć w wannie - powiedziała, biorąc głęboki oddech. - Lepiej 

kładź się spać - dodała, wskazując dłonią łóżko.

- Dziękuję - zgodził się bez sprzeciwu. Wyciągnął się wygodnie na łóżku. 

- Obudź mnie, jak będziesz chciała się położyć.

- Dobrze.

Zamknął oczy. Emilie przez chwilę czuła się bardzo zmęczona. Marzyła o 

śnie,   ale   ciepła   kąpiel   stanowiła   zbyt   silną   pokusę,   by   mogła   się   oprzeć. 

Podeszła   do   lichtarza   i   zgasiła   świeczkę.   W   pokoju   zapanowały   zupełne 

ciemności. Jeszcze do nich nie przywykła - w jej mieszkaniu zawsze było widać 

uliczne światła.

Od strony łóżka słychać było miarowy oddech Zane'a. Emilie nieporadnie 

rozwiązała tasiemki gorsetu, myśląc przez cały czas o przymusowej intymności, 

jaką musiała znosić. Zdjęła zieloną spódnicę, halkę i majtki, i położyła ubranie 

na poręczy fotela na biegunach.

Usiadła   w   wannie   i   z   przyjemnością   wciągnęła   w   płuca   zapach   róż. 

Westchnęła,   zamknęła   oczy   i   oparła   się   wygodnie.   Starała   się   zapomnieć   o 

wszystkim poza ulgą, jaką sprawiała jej ciepła, pachnąca woda.

background image

Niestety,   nie   zdołała   uspokoić   myśli.   Nawet   rozkosze   kąpieli   nie 

pozwoliły jej oderwać się od niepokojących rozważań. Dlaczego życie jest takie 

skomplikowane? - westchnęła. To wszystko powinno być prostsze. Spotkanie, 

miłość, ślub, wspólne życie. Kiedyś ludzie nie spodziewali się po małżeństwie 

niczego innego, jak tylko dzieci i współpracy w walce o przetrwanie. To wcale 

nie takie złe rozwiązanie.

Seks   jest   tylko   źródłem   kłopotów   -   myślała   Emilie.   Andrew   McVie 

wydawał się idealnym kandydatem na męża, ale w kontaktach z nim nie czuła 

takiego emocjonalnego napięcia, jakiego doznawała patrząc na Zane'a. Myśl o 

tragedii, jaką przeżył Andrew, wywoływała w niej głębokie współczucie. Jak 

pusty musiał wydawać mu się świat bez żony i synka! Ilekroć patrzył na Aarona 

lub małego Stephena, Emilie widziała w jego oczach żal i tęsknotę. Mogła sobie 

wyobrazić, jak bardzo brakuje mu domu i rodziny.

Czy   małżeństwo   nie   powinno   być   związkiem   ludzi   połączonych 

wspólnymi pragnieniami? Czy to nie wystarczyłoby do szczęścia...?

-  Dasz radę, Emilie - powiedział, podtrzymując ją w ramionach. - No, 

jeszcze raz...

-  Nie! - krzyknęła. Znów ogarnął ją skurcz bólu. - Nie mogę... Już nie 

mam siły..

Przyj, Emilie - zachęciła ją akuszerka. Już idzie główka.

Dalej, Em. Już niewiele brakuje...

Jęk Emilie odbił się echem od ścian pokoju. Ból... Czuto taki ból, jak  

jeszcze nigdy w życiu... Instynkt nakazał jej przeć z całej siły... Nagle w pokoju 

rozległ się krzyk, pierwsza oznaka nowego życia, które wydała na świat.

Boże! - zawołał mężczyzna. - Nareszcie! Mamy syna!

Dotknęła jego policzka. Poczuła pod palcami łzy spływające z oczu.

Kocham cię - szepnęła. Bardziej niż możesz to sobie wyobrazić...

- Kocham cię... - usłyszał stłumiony głos Emilie. - Bardziej niż możesz to 

sobie wyobrazić.

background image

Obudził   się   i   natychmiast   oprzytomniał.   Poczuł   powiew   chłodnego 

powietrza. Okno było otwarte.

Mimo ciemności dostrzegł, że Emilie zasnęła w wannie.

Zane wstał z łóżka i podszedł do niej.

- Obudź się, Emilie. Coś ci się śni.

Mruknęła tylko w odpowiedzi i osunęła się głębiej w wodę.

- Wstawaj, Em. Woda jest już zimna.

Teraz oddychała równo i spokojnie. Pochylił się i wziął ją na ręce. Łupki 

utrudniały mu ruchy, ale Emilie prawie nie zareagowała.

Nie mógł tego samego powiedzieć o sobie.

Trzymając dziewczynę w ramionach, przytulał do piersi jej ciepłe, jędrne 

ciało.   Zupełnie   nie   zwracał   uwagi   na   kapiącą   wodę,   czuł   tylko   przejmujący 

dreszcz podniecenia.

Powoli zaniósł ją do łóżka i położył na materacu z końskiego włosia. Miał 

ochotę   zapalić   świeczkę,   aby   w   pełni   nacieszyć   się   widokiem   jej   ciała,   ale 

zrezygnował, bo i tak doskonale znał każdy centymetr jej skóry.

Emilie   lekko   zadygotała.   Zane   oprzytomniał   i   sięgnął   po   ręcznik. 

Uklęknął i zaczął ją wycierać, poczynając od stóp. Czuł pod palcami cienką, 

delikatną kostkę i mocne mięśnie łydki.

Zmienił nieco pozycję. Słyszał gwałtowne bicie własnego serca. Emilie 

potrafiła   połączyć   delikatność   z   silą,   a   on   nie   znał   bardziej   uwodzicielskiej 

kombinacji. Przesunął ręcznik wyżej, po czym wytarł jej prawe kolano i udo.

Cicho jęknęła, ale w dalszym, ciągu spała.

Wilgotne włosy między jej nogami pachniały różanym olejkiem. Zane 

wyczuwał   również   zapach   kobiety,   własny   zapach   Emilie.   Pochylił   się   i 

pocałował ją krótko, tak jakby chciał ją napiętnować.

Mógł   bez   trudu   wziąć   ją,   nim   oprzytomniałaby   na   tyle,   aby 

zaprotestować.   Raz   jeszcze   udowodniłby,   że   w   łóżku   nie   mają   żadnych 

problemów. Pożądali się nawzajem z równą siłą i intensywnością. Pomyślał, że 

background image

to najlepsza rzecz w ludzkim życiu, jedyna okazja, aby dorównać bogom.

Niestety,   dobrze   wiedział,   że   tego   nie   zrobi.   Pewnych   zasad   się   nie 

łamie...

Emilie znów zadygotała. Choć było lato, przez otwarte okno wdzierało się 

do   pokoju   chłodne   powietrze.   Zane   odetchnął   głęboko,   po   czym   wytarł   jej 

biodra i brzuch. Każde dotknięcie sprawiało mu głęboką radość.

Przesunął dłonie powyżej jej wąskiej talii i nakrył nimi obie piersi. Przez 

chwilę rozkoszował się ich ciężarem i jędrnością.

Pomyślał, że natychmiast musi z tym skończyć. Inaczej...

Szybko wytarł jej szyję i ramiona. Spróbował związać włosy w kucyk, ale 

nic z tego nie wyszło.

Odchylił kołdrę i nakrył jej nagie ciało.

- Kocham cię - szepnęła Emilie, ale Zane zorientował się, że ona wciąż 

śni.

-  Kogo kochasz?  -  zapytał, kładąc się  na  łóżku i  biorąc ją delikatnie w 

ramiona.

Emilie nie odpowiedziała.

background image

11

Gdy Emilie obudziła się następnego ranka, była sama w pokoju. Leżała w 

łóżku zupełnie naga.

Zasłoniła się kołdrą, po czym usiadła i rozejrzała się wokół. Wszystko 

wydawało   się   w   porządku.   Pod   przeciwległą   ścianą,   dokładnie   tam,   gdzie 

poprzedniego   dnia,   stała   wanna.   Emilie   powąchała   własną   skórę.   Pachniała 

różami, zatem musiała skończyć kąpiel. Nie mogła sobie przypomnieć niczego 

poza tym, że weszła do wanny i zamknęła oczy.

Albo była jedynym na świecie lunatykiem zażywającym kąpieli, albo to 

Zane położył ją do łóżka.

Emilie   poczuła   między   nogami   falę   gorąca.   Z   pewnością   wiedziałaby, 

gdyby   doszło   do   czegoś   między   nimi.   tymczasem   pamiętała   tylko   serię 

dziwacznych snów, które wprawiły ją w huśtawkę nastrojów, przechodzących od 

depresji do entuzjazmu.

Tej nocy urodziła dziecko. Przynajmniej tak było we śnie. Gdy zamykała 

oczy, znów czuła potworny ból, po którym następowała fala radości, zmywająca 

wszystko, co zdarzyło się przedtem.

On był z nią przez cały czas. Trzymał ją za rękę, szeptał słowa otuchy. 

Dzielił   z   nią   cudowną   chwilę,   gdy   na   świecie   pojawił   się   żywy   dowód   ich 

miłości.

Teraz   czuła   się   zmęczona   i   pusta   wewnętrznie.   Chciała   trzymać   w 

ramionach dziecko. Pragnęła być z mężczyzną, z którym poczęła to maleństwo.

Niestety, we śnie nie widziała jego twarzy.

Kilka   następnych   dni   wypełniła   jej   nieustanna   krzątanina.   Haftowanie 

listów   okazało   się   świetnym   pomysłem   i  Andrew   korzystał   z   niego   coraz 

śmielej. Zane przyglądał się temu z boku z narastającą niecierpliwością. Wie-

dział, że znalazł się w ślepym zaułku i wkrótce będzie musiał podjąć pewne 

trudne decyzje.

background image

Niepewność, co dalej, odbierała Emilie siły. Zaczęła się łatwo męczyć, 

wieczorem natychmiast usypiała, a rano czuła się tak, jakby w ogóle nie spała. 

Nie starczyło jej odwagi, aby zapytać Zane'a, co stało się tej nocy, gdy przeniósł 

ją z wanny do łóżka. Prawdę mówiąc, nie chciała wiedzieć. Miała wrażenie, że 

każda odpowiedź oznaczałaby jej porażkę.

Dlaczego prawdziwe życie nie jest tak proste, jak telewizyjne randki w 

ciemno, które oglądała w dwudziestym wieku?

Dwaj mężczyźni. Pozostało jej podjąć decyzję.

Różnili się od siebie jak ogień i woda. Wybór nie powinien być trudny.

Ale kto powiedział, że rzeczywiście do niej należy wybór? Wiedziała, że 

Andrew ją kocha i ucieszyłby się z szansy stworzenia z nią nowego domu i 

rodziny. Nie łudziła się, że usidliła go swą pięknością; był raczej zafascynowany 

sekretami przyszłości, o jakich mogła mu opowiedzieć.

No,   ale   prócz   niego   był   też   Zane.   Ostatnio   wydawał   się   taki   odległy, 

zajęty swoimi myślami. Czasami nawet nie chciało mu się położyć do łóżka. 

Emilie starała się nie zastanawiać nad tym, jak spędza czas, ale na myśl, że 

może sypia z jakąś dziewką z karczmy, skręcała się z zazdrości.

Przyszło jej do głowy, że teraz Rutledge już jej nie potrzebuje w takim 

stopniu,   jak   na   początku   ich   pobytu   w   tym   dziwnym   świecie.   Zapewne   w 

dalszym   ciągu   nie   cierpiał   osiemnastowiecznego   życia,   ale   pod   względem 

zdolności adaptacyjnych zdecydowanie przewyższał Emilie i faktycznie łatwiej 

zniósł tę zmianę.

Po   wymianie   złotej   bransoletki   na   pieniądze   stał   się   od   razu   bardziej 

niezależny i samodzielny. Z całą pewnością potrafiłby już sam znaleźć sobie 

miejsce w nowym świecie. Prócz tego przecież twierdziła jasno i wyraźnie, że 

nie   pozwoli,   aby   okoliczności   zmusiły   ją   do   zmiany   zdania   na   temat   ich 

związku.

Któż mógł oczekiwać, że Zane potraktuje jej słowa z całą powagą?

Emilie miała wrażenie, że wszystko wokół niej się zmienia. Mogła mieć 

background image

tylko nadzieję, iż starczy jej sił, aby nadążyć za tymi zmianami.

Po raz pierwszy od wielu dni cała obecna w domu rodzina Blakelee i 

trójka   gości   spożyli   razem   główny   posiłek.  Andrew   i   Isaac   musieli   akurat 

przerwać pracę w polu, więc przyłączyli się do pozostałych. Nawet Zane, który 

ostatnio trzymał się na uboczu, tym razem zajął miejsce naprzeciw Emilie.

W   domu   można   już   było   wyczuć   odświętny   nastrój,   związany   z 

przygotowaniami   do   wesela   Charity.   Ciemne   sosnowe   meble   zostały   natarte 

terpentyną i wyglansowane do błysku. W oknach wisiały świeżo wyprane fi-

ranki. Rebeka kończyła ślubną suknię, a Emilie spędzała dnie szyjąc mundury i 

haftując listy.

Brakowało tylko samego Josiaha Blakelee i - niestety - szybko malała 

nadzieja, że zdąży wrócić do domu na wesele córki. Codziennie dochodziły ich 

inne   pogłoski   na   temat   jego   losu.   Według   najbardziej   fantastycznych,   miał 

przejść na stronę Anglików, według najbardziej Ponurej - został zamknięty na 

statku więziennym .Jersey”, zakotwiczonym w nowojorskim porcie.

Rebeka postanowiła, że nie przełoży ślubu Charity. Stwierdziła spokojnie, 

że   życie   jest   krótkie   i   nie   należy   cofać   się   przed   przyszłością.   Te   słowa 

zapamiętali wszyscy obecni przy rodzinnym stole.

W jadalni panowała napięta atmosfera, niczym przed zbliżającą się burzą.

Andrew myślał, że to widocznie skutek jego niezadowolenia z powstałej 

sytuacji.

Zane nie miał wątpliwości, że zmianę tę spowodował fakt, iż wraz ze 

zdobyciem pieniędzy zyskał niezależność.

Emilie uznała, że to ona sama jest zdenerwowana i rozkojarzona.

Nikt z pozostałych nie zauważył, że coś się zmieniło. Zapewne byli zbyt 

zajęci prowadzeniem domu, farmy i przygotowaniami do wesela.

- Cukier! - wykrzyknęła nagle Charity, niemal podskakując na krześle. - 

Musimy kupić głowę cukru, inaczej rodzice Timothy'ego pomyślą, że jesteśmy 

biedni jak mysz kościelna.

background image

- Czy sądzisz, że zapomniałabym o tak ważnej sprawie? - zaśmiała się 

Rebeka. - Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Może raczej...

Nagle przerwała. Z oddali dochodził tętent końskich kopyt.

Dorośli wymienili zaniepokojone spojrzenia.

- Czy spodziewasz się gości? - zapytał Andrew Rebekę.

Pokręciła głową.

- Zachowujcie się naturalnie - nakazał Andrew. Szybko wstał i zebrał ze 

stołu swoje nakrycie. - Ja schowam się w spiżarni.

Emilie   czuła,   że   serce   podchodzi   jej   do   gardła.   Z   trudem   wciągała 

powietrze w płuca. Rebeka zbladła, a wszystkie dzieci nagle zamilkły. Zane 

uznał, że powinien przejąć komendę.

-   Róbcie,   co   powiedział   McVie   -   nakazał,   pochylając   się   nad   swym 

talerzem.

Potrawka z kurczaka smakowała tym razem jak guma, ale Emilie zmusiła 

się do przełknięcia kolejnego kęsa. Pozostali również zajęli się jedzeniem.

Gdy jeźdźcy wjechali na podwórze, Emilie zauważyła, że trzęsą się jej 

ręce.

- Tego dla mnie za wiele - wymamrotała.

- Zamknij się - warknął Zane. - To już nie jest zabawa.

Emilie   mocno   się   zarumieniła.   Nie   miała   wątpliwości,   że   Rebeka 

wszystko   słyszała.   W   chwilę   później   ktoś   mocno   zastukał   do   drzwi.   Pani 

Blakelee poszła otworzyć. W jadalni zapanowała kompletna cisza.

- Rozmawiajcie o czymś - syknął Zane.

- O czym? - spytał Isaac.

- O czymkolwiek.

Wszyscy   zaczęli   mówić   jednocześnie,   nie   zwracając   uwagi   na   słowa 

pozostałych, lecz nadsłuchując odgłosów dochodzących z sieni.

Po   chwili   Rebeka   wróciła   do   jadalni   w   towarzystwie   krępego, 

rudowłosego mężczyzny w mundurze armii amerykańskiej, który przedstawił 

background image

się   jako   porucznik   Benjamin   Fellowes.   Starał   się   zachowywać   uprzejmie   i 

grzecznie, ale Emilie miała wrażenie, że oficer dostrzega i notuje w pamięci 

nawet pozornie nieważne szczegóły ich zachowania i wyglądu.

Rebeka zachowywała spokój, ale palcami nerwowo mięła fartuch.

-   Jak   pan   widzi,   poruczniku,   jesteśmy   prostymi   ludźmi,   właśnie 

spożywamy nasz codzienny posiłek.

- Rzeczywiście, tak się wydaje - powiedział powoli Fellowes, obrzucając 

uważnym spojrzeniem wszystkich obecnych. - Czy jest pani pewna, że nie było 

tu ostatnio Andrew McVie'a?

- Jak już panu powiedziałam, poruczniku, nie widziałam go od dnia, w 

którym zniknął mój mąż - gospodyni nawet nie mrugnęła okiem. - Gdybym go 

spotkała, usłyszałby, co o nim myślę. To on namówił mojego biednego męża... - 

urwała, nie kończąc zdania, a w jej oczach zaświeciły łzy.

W tym momencie Charity zerwała się z krzesła i podbiegła do oficera.

- Idźcie sobie! Czy nie dość, że tata nie będzie na moim ślubie? Czego 

jeszcze chcecie?

- Spokojnie, dziewczyno. Wcale nie miałem zamiaru was niepokoić. Po 

prostu musimy porozmawiać z tym człowiekiem.

- Tu go pan nie znajdzie - odezwał się Zane, wstając od stołu.

Krępy mężczyzna przez chwilę mierzył go wzrokiem.

- Porucznik Benjamin Fellowes - powiedział.

- Kapitan Rutledge - odrzekł po chwili Zane.

Cud, że nikt z obecnych nie wydał okrzyku zdziwienia.

- Jestem zaszczycony, kapitanie - porucznik Fellowes cofnął się o krok i 

zasalutował. - Przykro mi, że zakłóciliśmy panu spokój. Już odjeżdżamy.

Rebeka odprowadziła go do drzwi. Zane gestem nakazał pozostałym, aby 

znów zaczęli rozmawiać. Jedli i mówili o niczym, póki wszyscy żołnierze nie 

opuścili farmy.

- Nie mogę uwierzyć, że się na to zdobyłeś - powiedziała Emilie, gdy 

background image

Zane dał znak, że niebezpieczeństwo minęło. - A co by było, gdyby zażądał 

jakiegoś dowodu?

- Ale nie zażądał!

- Jak myślisz, co to wszystko znaczy?

- To znaczy że mamy poważny problem - wtrącił Andrew, wchodząc do 

jadalni. Zwrócił się do Rebeki. - Lepiej, jeśli nie będziesz znała naszych planów.

Kiwnęła głową i gestem nakazała dzieciom, aby wyszły. Przez chwilę 

stała w drzwiach, patrząc z zaciekawieniem na Zane'a i Emilie, ale też zaraz 

zniknęła.

McVie   krótko   podsumował   sytuację.   Wprawdzie   system   przesyłania 

wiadomości działał dobrze, ale, niestety, już wkrótce mógł się okazać nikomu 

niepotrzebny,   ponieważ   siatka   szpiegowska   była   niemal   całkowicie   rozbita. 

Miller   i   Quick   zostali   aresztowani.  Andrew   pozostał   jedynym   kurierem   na 

obszarze między Princeton i latarnią morską, gdzie spotkali się po raz pierwszy.

-   Przegrywamy   na   każdym   kroku   -   w   jego   głosie   pobrzmiewała 

rezygnacja. - Sądziłem, że już wkrótce dowiemy się, gdzie jest Josiah, ale teraz 

można o tym tylko pomarzyć. - Przerwał na chwilę i spojrzał Emilie w oczy. - 

Twierdzisz, że wygramy tę krwawą wojnę, ale nie widać żadnych tego oznak. 

Dzisiaj miałem umówione ważne spotkanie, a tymczasem siedzę na farmie i nie 

mogę się stąd ruszyć.

- Jutro też będzie noc - powiedziała Emilie, próbując go pocieszyć.

- Niektóre sprawy nie mogą czekać na sprzyjające okoliczności - odrzekł 

Andrew.

- Wobec tego ja to załatwię - zaproponowała Emilie. - Komuż przyszłoby 

do głowy podejrzewać kobietę?

Zaczął protestować, ale w tym momencie wtrącił się Zane.

- Ja pójdę.

Przez chwilę wpatrywali się w niego, zupełnie zaskoczeni.

- To nie jest stosowna pora na żarty - stwierdziła w końcu Emilie.

background image

- Nie żartuję.

McVie nie miał co do tego żadnych wątpliwości, ale mimo to wahał się, 

czy przyjąć propozycję.

- To niebezpieczna misja - ostrzegł.

- Lepiej powiedz mi coś, czego nie wiem - poprosił Rutledge.

Emilie nagle poczuła w sercu przypływ szalonej nadziei. A może jednak 

Zane się zmienił? - myślała, patrząc na jego piękną twarz. Takie przeżycia, jakie 

stały   się   ich   udziałem,   musiałyby   wpłynąć   na   każdego.   Z   pewnością   ona 

również stała się zupełnie inną kobietą, niż była w dwudziestowiecznym Crosse 

Harbour.

Prócz tego, nie co dzień zdarza się okazja, aby oglądać narodziny narodu. 

Być może Zane rzeczywiście przestał myśleć wyłącznie o sobie...

Emilie słuchała, jak Andrew wyjaśnia sytuację, w najmniejszym nawet 

stopniu nie minimalizując ryzyka. Patrzyła na eks - męża, a jej serce rosło z 

dumy. Wydawał się taki silny, odważny, taki...

- Dobra, idę - powiedział wreszcie Zane. - Przecież i tak nie mam nic 

lepszego do roboty.

Zrozumiał swój błąd natychmiast po wypowiedzeniu tych słów. Niestety, 

teraz   już   nic   nie   mógł   na   to   poradzić.   Na   twarzy   Emilie   nigdy   jeszcze   nie 

malował się wyraz takiego rozczarowania. Zane zaklął w myślach. Czul się jak 

głupi nastolatek, który wychodzi ze skóry, aby dokuczyć dziewczynie, na której 

mu zależy.

Niestety,   już   dawno   przestał   być   nastolatkiem.   Miał   trzydzieści   cztery 

lata, a mimo to robił wszystko, aby stracić wszelkie szanse na szczęście.

Natomiast McVie miał jego motywy w nosie. Dla niego ważny był tylko 

fakt,   iż   Zane   zgodził   się   nadstawić   karku.   Obaj   wiedzieli,   że   dodatkowym 

atutem będzie jego wspaniała pamięć.

- No, dobra, co mam zrobić? - ciągnął. - Przyda mi się trochę rozrywki.

Tylko tak dalej - pomyślał jednocześnie. Teraz ona już pewnie nie ma 

background image

żadnych wątpliwości, że jesteś kompletne zero. Nie miał odwagi spojrzeć na 

Emilie. Nie chciał widzieć, jak jej piękną twarz wykrzywia grymas zawodu.

McVie   zdołał   zdobyć   plan   nowojorskiego   portu   z   zaznaczonymi 

miejscami kotwiczenia angielskich statków więziennych.

- Mój człowiek będzie czekał... - urwał, nie kończąc zdania. Spojrzał na 

kobietę z wyraźnym zakłopotaniem. - Może będzie lepiej, jeśli zostawi nas pani 

samych, panno Emilie. To delikatna sprawa.

Zmierzyła go ostrym spojrzeniem. Znów ten męski szowinizm.

- Nigdzie nie pójdę. Jestem w to wciągnięta równie mocno jak ty. Nie 

potrzebuję niczyjej ochrony.

- Nie mam na myśli twojego bezpieczeństwa - odrzekł Andrew. - To jest... 

Zazwyczaj nie mówi się o takich sprawach...

- Lepiej już powiedz - przerwał mu Zane. - Ona i tak się dowie.

-   Musisz   skontaktować   się   z   moim   człowiekiem   w...   ee...   domu   na 

południe od Princeton, nieco na zachód od jaskini, w której nocowaliście.

- W domu? - spytała Emilie. - Jakim domu?

-   Wydaje   mi   się,   że  Andrew   nie   ma   na   myśli   palladiańskiej   willi   - 

uśmiechnął się ironicznie Zane.

- Chcesz powiedzieć... - zawahała się.

-   To   burdel   -   Zane   potwierdził   jej   podejrzenia,   po   czym   spojrzał   na 

Andrew. - Mam rację?

-  Tam   bywają   oficerowie   obu   armii   -   mruknął   w   odpowiedzi   McVie. 

Wolał nie patrzeć na Emilie.

- Słyszałam, że to wojna dżentelmenów - zauważyła ironicznie - ale to 

chyba już przesada.

- Taka jest ludzka natura - odrzekł krótko Andrew.

- Taka jest natura bestii - prychnęła Emilie.

- Skończ z tym, Em - wtrącił Zane. - I tak ciebie to nie dotyczy.

Zmierzyła   ich   obu   gniewnym   spojrzeniem.   Oto   dwaj   reprezentanci 

background image

amerykańskich   mężczyzn,   równie   głupi   i   nasyceni   hormonami.   Pozornie 

rozdzieleni przepaścią dwustu lat, faktycznie połączeni testosteronem. Dlaczego 

mężczyźni   uważają   najobrzydliwsze   instytucje   społeczne   za   logiczne   i 

naturalne? Ciekawe, jaki rozległby się wrzask, gdyby przedsiębiorcza kobieta 

zebrała grupkę młodych mężczyzn i otworzyła burdel dla kobiet?

Oczywiście,   obaj   zupełnie   nie   przejęli   się   jej   słowami.   Spokojnie 

omawiali dalej plan misji, podczas gdy Emilie słuchała, w środku gotując się ze 

złości.

- Zamierzasz to włożyć? - Emilie szeroko otworzyła oczy na widok Zane'a 

z przerzuconym przez ramię amerykańskim mundurem.

- To pomysł  McVie'a - wyjaśnił, rzucając ubranie  na łóżko.  -  Rebeka 

uszyła   go   dla   Josiaha.   Według   niej,   powinien   świetnie   pasować.   Andrew 

powiedział, że ty wykończysz kołnierz i mankiety.

- Jak to miło z jego strony, że zgłosił mnie na ochotnika.

- Rebeka jest zajęta przygotowaniami do wesela - odrzekł Zane, zerkając 

na nią z ukosa. - Wydawało mi się, że chciałaś brać w tym udział.

- To prawda - potwierdziła Emilie. - Tylko... - zaczęła coś mówić, ale 

natychmiast   urwała.   Nie   chciała   nawet   myśleć,   co   było   przyczyną   jej   złego 

humoru.

- Zajmiesz się tym? - spytał wskazując na mundur.

- Do zmierzchu jeszcze mnóstwo czasu. Skąd ten pośpiech?

- Nie będę zwlekał. Chcę ruszyć w drogę kiedy tylko skończysz robotę.

- Co za patriota - zakpiła Emilie. - Nie może się doczekać, kiedy zacznie 

służyć ojczyźnie.

- Daj spokój.

- Nie, nie dam. Robisz to tylko po to, aby po raz kolejny wystawić na 

niebezpieczeństwo swój głupi łeb.

- Przypuszczam, że według ciebie McVie cały czas myśli o poświęceniu 

życia na ołtarzu sprawy.

background image

- Jego przynajmniej obchodzi, co stanie się z tym krajem - parsknęła. - 

Rozumie, co jest naprawdę ważne.

- Kiedy ty wreszcie dorośniesz, Emilie? - warknął Zane. - On po prostu 

bez przerwy przed czymś ucieka. Jeśli jeszcze tego nie zauważyłaś, to nie jesteś 

taka bystra, jak myślisz.

Emilie przygryzła usta. Pomyślała o tragicznie zmarłej żonie Andrew. To 

prawda, że McVie ucieka przed wspomnieniami, ale w inny sposób, niż sądził 

Rutiedge. Szukał zapomnienia w pożytecznym działaniu, podczas gdy on...

- Nic z tego nie rozumiesz - westchnęła po chwili milczenia. - Lepiej 

skończmy tę rozmowę.

- Zamierzasz poprawić mundur?

- Dobrze, zrobię to - zgodziła się Emilie.

- Przyjdę za pół godziny.

- Będzie gotowy.

Dla Zane'a najcenniejszą rzeczą, jaka pozostała mu z poprzedniego życia, 

była złota bransoletka. Dla Emilie najcenniejsze były szpilki.

Choć mogło się to wydać śmieszne, tak było naprawdę. Z powodu wojny 

w kraju brakowało podstawowych artykułów. O igłach i szpilkach można było 

tylko marzyć. Emilie często dziękowała Bogu, że wybierając się na wycieczkę 

w czasie, wzięła ze sobą torebkę z przyborami do szycia.

Rozłożyła   mundur   na   łóżku   i   uważnie   mu   się   przyjrzała.   Niewiele 

pozostało już do zrobienia. Josiah Blakelee był najwyraźniej bardzo wysokim 

mężczyzną,   chyba   nawet   wyższym   od   Zane'a.   Emilie   pozostało   wykończyć 

mankiety, kołnierz i przyszyć metalowe guziki. To wszystko nie powinno jej 

zająć wiele czasu.

Sięgnęła   po   haftowaną   torebkę   i   wyciągnęła   z   niej   swoje   skarby. 

Nawlokła igłę granatową nitkę i zabrała się za szycie.

Rytmiczne ruchy igły jak zwykle podziałały na nią uspokajająco. Szyjąc, 

czuła się zjednoczona ze wszystkimi pokoleniami kobiet, zarówno tymi, które 

background image

odeszły, jak i tymi, które miały przyjść po niej. W pewnej chwili, gdy drobnymi 

ściegami szyła kołnierz, ogarnęło ją dojmujące uczucie, że przeżywa to samo po 

raz drugi.

Przez   chwilę   czuła   się   tak,   jakby   nagle   zniknęły   bariery   czasu   i 

przestrzeni.

Po sekundzie oprzytomniała. Wszystko znów wydawało się na miejscu.

-   Dziwne   -   powiedziała   do   siebie,   nie   przerywając   pracy.   Nie   mogła 

zrozumieć, skąd wzięło się to dziwne przeżycie. W ciągu ostatnich paru tygodni 

niemal codziennie szyła mundury i nigdy czegoś takiego nie doświadczyła. Zane 

wrócił do pokoju dokładnie w chwili, gdy ucinała ostatnią nitkę.

- W samą porę - stwierdziła, powtarzając sobie w duchu, że ma trzymać 

emocje na wodzy.

- Skończyłaś?

Emilie kiwnęła głową. Nie mogła oderwać od niego oczu. Miał na sobie 

obcisłe bryczesy, które uwydatniały potężne mięśnie nóg, oraz starą koszulę z 

egipskiej bawełny. Świeżo umyte włosy związał z tyłu długą, czarną wstążką.

Wstała z krzesła i podeszła, aby pomóc mu włożyć mundur. Ciekawe, czy 

kiedyś przywyknę do jego widoku? - myślała. Zane działał na nią jak jakiś 

narkotyk, i był równie groźny.

Podała mu kurtkę.

- Gdzie masz łupki i temblak? - spytała, gdy wsuwał ręce w rękawy.

- Zdjąłem je.

- Uważasz, że to rozsądna decyzja?

- Czemu nie? Minęło już dość czasu.

- Dopiero miesiąc.

- Według mnie to dość.

Oczywiście.   Zawsze   robił   to,   co   chciał.   Nic   nie   mogło   mu   w   tym 

przeszkodzić, ani złamana ręka, ani małżeństwo, ani misja, której się podjął.

- Wiem, że masz  to wszystko w nosie, ale pamiętaj, że dla innych ta 

background image

wyprawa jest bardzo ważna.

- Dobra, dobra - odpowiedział Zane. - Pewnie dla takich, jak McVie. Będę 

o tym pamiętał.

Emilie poprawiła mu kołnierz i w tym momencie znów zakręciło się jej w 

głowie.

- Boże - westchnęła. - A więc to tak...

- Co się stało? - Mężczyzna spojrzał na nią z zaciekawieniem.

-   Pamiętasz?   -   powiedziała,   wskazując   na   mundur.   -   Pamiętasz   ten 

mundur, który do mnie przywiozłeś? Miał tak dziwnie wykończone mankiety i 

kołnierz.

Spokojnie patrzyła, jak do Zane'a powoli dociera sens jej słów.

- Chryste - szepnął. - Chyba nie myślisz...?

- Musisz przyznać, że to możliwe.

-   Czy   chcesz   powiedzieć,   że   jestem   swoim   własnym   przodkiem?   - 

Rutledge nie mógł sobie poradzić z zagadką czasu.

- Sama nie wiem, co chcę powiedzieć - stwierdziła Emilie. Wiedziała 

tylko, że czuje się tak, jakby poruszała się w czasie po zamkniętym kole.

Andrew czekał na nich na dole. Podał Zane'owi złożony arkusz papieru, 

na   którym   ktoś   narysował   szczegółowy   plan   pokładu   okrętu   więziennego   z 

Wallabout Bay w nowojorskim porcie.

-   Pamiętaj   moje   słowa,   Rutledge   -   powiedział   surowo.   -   Najmniejsza 

pomyłka i wszystko będzie stracone.

- Nie będzie żadnej pomyłki - odrzekł, chowając plan do kieszeni.

- Co to znaczy, że wszystko będzie stracone? - spytała Emilie, patrząc 

prosto w oczy Andrew.

- Codziennie rano Anglicy grzebią paru więźniów na bagnach. Pozostali 

siedzą zamknięci pod pokładem, bez światła i prawie bez jedzenia.

Zerknął na stojącą przy drzwiach Rebekę z dziećmi.

- Josiah? - spytał cicho Zane.

background image

- Obawiam się, że jest na jednym ze statków - kiwnął głową Andrew.

-   Chwileczkę   -   wtrąciła   Emilie,   z   trudem   panując   nad   nerwami.   - 

Rozumiem, co grozi więźniom, ale co z Zane'em?

Brak odpowiedzi był bardziej wymowny niż wszelkie wyjaśnienia. Emilie 

wbiła wzrok w swój złoty pierścionek, który nosiła zamiast ślubnej obrączki. 

Zasłoniła go ręką.

- Musisz odszukać Maggie - Andrew kolejny raz przypomniał Zane'owi, 

od czego ma zacząć. - Ona wie, kim jesteś i skontaktuje cię z odpowiednimi 

ludźmi. Czy potrafisz jeździć konno?

- Tak, ale czy w ten sposób nie będę zwracał na siebie uwagi?

- Jesteś oficerem. To zupełnie naturalne, że podróżujesz konno.

Nastała pora pożegnania.

Andrew odsunął się nieco, aby czuli się swobodniej, ale nie przestał na 

nich patrzeć. Prócz tego Emilie czuła na sobie spojrzenia Rebeki i wszystkich 

pozostałych, łącznie z Aaronem.

W tej sytuacji uścisk dłoni byłby niewystarczający. Pani Blakelee i tak 

zaczęła chyba coś podejrzewać.

- No, chodź, Em - szepnął Zane, patrząc jej w oczy. - Spróbujmy jakoś to 

zagrać.

Gdy   wziął   ją   w   ramiona,   poczuła   zapach   mydła   i   wełny.   Mężczyzna 

uniósł jej twarz i pocałował w usta.

To był gorzki pocałunek. Czuła, że zaraz się rozpłacze.

- Uważaj na siebie - szepnęła.

Zane uśmiechnął się do niej, kiwnął pozostałym głową i wyszedł.

background image

12

Emilie   usiłowała   skupić   całą   uwagę   na   przygotowaniach   do   wesela 

Charity, ale w żaden sposób nie  mogła  pozbyć się  przeczucia, że zbliża się 

katastrofa.

Żegnając Zane'a, miała ochotę rzucić mu się w ramiona i zatrzymać przy 

sobie.  Ale   gdy   tylko   odwróciła   się   w   stronę   drzwi   i   spojrzała   na  Andrew, 

poczuła   się   zakłopotana   i   zmieszana.   Miała   wrażenie,   że   zaraz   zwariuje. 

Wiedziała, że między nimi powstała jakaś więź, ale nie mogła zrozumieć, na 

czym ona polega.

McVie również wydawał się zdenerwowany i niespokojny. Miał ochotę 

wyładować energię pracując w polu, ale bał się, że farma jest obserwowana i 

wolał nie ryzykować. Zamiast tego kręcił się z kąta w kąt i mruczał coś do 

siebie.   W   końcu   Rebeka   nie   wytrzymała   i   posadziła   go   do   czyszczenia 

srebrnych sztućców, które wykopała ze skrytki z okazji wesela.

Było oczywiste, że Andrew wolałby być na miejscu Zane'a i samemu 

stawić czoło niebezpieczeństwu.

O zmierzchu Rebeka podała kolację. Tego dnia była fasola i jabłecznik. 

Emilie nie miała apetytu. Zamiast jeść, dziobała widelcem w talerz. Po kolacji 

pomogła Rebece posprzątać. Przynajmniej przez chwilę miała co robić.

Isaac, który w tajemnicy przygotowywał dla siostry jakiś prezent, poprosił 

Andrew, aby ten mu w czymś pomógł. Poszli razem na strych, gdzie chłopak 

miał   swój   pokoik.   Emilie,   Rebeka   i   Charity   zostały   same   i   zabrały   się   do 

wykańczania ślubnej wyprawy.

- Czy bardzo się denerwujesz, Charity? - spytała Emilie, haftując kwiatki 

na obrusie. - Do ślubu pozostało już tylko czterdzieści osiem godzin.

- Charity jest jak Josiah - odrzekła Rebeka z wyraźną dumą. - Nic nie 

może skłonić jej do zmiany raz obranego kursu.

- Rodzina Tima przyjedzie jutro wieczorem - wtrąciła Charity. - Ciekawa 

background image

jestem, czy polubię ich choć w połowie tak mocno, jak jego.

- Oto cała moja córka - zaśmiała się gospodyni. - Nie martwi się, czy ją 

polubią, lecz czy przypadną jej do gustu.

- Zawsze żałowałam, że nie znałam teściów - powiedziała Emilie bardziej 

do siebie, niż do Rebeki i Charity. - Rodzice Zane'a zmarli, nim go poznałam.

W ciągu ich krótkiego małżeństwa tylko raz udało się jej porozmawiać z 

Sarą   Jane.   Bardzo   pragnęła   zaprzyjaźnić   się   z   kobietą,   która   odgrywała   tak 

ważną rolę w życiu jej męża.

- Biedaczysko - westchnęła Rebeka. - Nic dziwnego, że ciężko to przeżył. 

Powiedział   mi,   że   rodzice   zostawili   go   jeszcze   na   długo   przedtem,   nim 

przedwcześnie zmarli.

- Zane opowiadał ci o swoich rodzicach? - Emilie poderwała gwałtownie 

głowę znad szycia.

- Tak, tego ranka, kiedy pomagał mi rozwieszać pranie.

Zane pomagał rozwieszać pranie? Dziewczyna nic nie powiedziała, tylko 

popatrzyła ze zdumieniem na Rebekę.

- To dobry człowiek - dodała kobieta, nie przerywając szycia. - I bardzo 

cię kocha.

Emilie   znów   wbiła   wzrok   w   bębenek   do   haftowania.   Ciekawe,   co   by 

powiedziała, gdyby znała ich prawdziwą historię?

- Zawsze można stwierdzić, czy mężczyzna kocha kobietę. Trzeba tylko 

umieć   dostrzec   pewne   drobiazgi   -   Rebeka   nie   skierowała   tych   słów   do 

konkretnej osoby.

-   Na   przykład,   na   urodziny   dostałam   od  Tima   szylkretowy   grzebień   - 

wtrąciła Charity.

- Myślę, że twoja mama miała na myśli coś innego - zauważyła Emilie z 

lekkim uśmiechem. Zerknęła na panią Blakelee. - Czyż nie tak?

- Zawsze powtarzam, że zrozumiałam, jak bardzo Josiah mnie kocha, gdy 

przesiedział całą noc z ząbkującą Charity. - Dla Rebeki, która była wtedy w 

background image

ciąży z Isaakiem, spokojna noc znaczyła więcej niż złota biżuteria.

- Mężczyzna zawsze ofiarowuje to, co może, i czyni to na swój sposób.

- Kobieta nie powinna nadawać prostym gestom większego znaczenia, niż 

mają one naprawdę - odpowiedziała Emilie, myśląc o kąpieli, która czekała na 

nią tamtej nocy.

- Nie powinna również ich pomniejszać, tylko dlatego że mężczyzna nie 

pasuje do jej ideału - odpowiedziała Rebeka uśmiechając się łagodnie.

- Gdybym nie wiedziała, że tak nie jest, pomyślałabym, że  mówisz  o 

mnie.

- Twój mąż to dobry i uprzejmy człowiek, Emilie. Obawiam się, że nie 

zawsze to dostrzegasz.

- On nie zawsze pozwala, aby ktokolwiek to zauważył.

Z sąsiedniego pokoju dobiegł ich płacz Aarona. Rebeka posłała córkę, aby 

sprawdziła, co mu się stało. Poczekała chwilę, aż Charity nie mogła już słyszeć, 

o czym rozmawiają.

- Gdy parę dni temu zaczęłam z tobą rozmawiać o Andrew, kierowałam 

się troską o jego dobro.

- Wiem...

Rebeka uniosła dłoń, nakazując jej milczenie.

- Gdy mówię o nim teraz, to dlatego że martwię się o nas wszystkich.

- Wydaje mi się, że dostrzegasz kłopot tam, gdzie go nie ma.

- Ja natomiast sądzę, że nie widzisz tego, co masz przed nosem.

- Rebeko... - zaczęła Emilie, ale nie dokończyła. Cóż mogła powiedzieć? 

Wszystko, zabrzmiałoby jak kłamstwo lub kiepska wymówka, a prawda była 

zbyt niewiarygodna.

- Niektórzy ludzie powiedzieliby pewnie, że masz szczęście - powiedziała 

gospodyni  odchylając się  do tyłu i mierząc ją uważnym spojrzeniem. W jej 

głosie zabrzmiała subtelna nutka wyzwania. - Tacy dwaj wspaniali mężczyźni są 

w tobie zakochani.

background image

- Och, Rebeko... - westchnęła Emilie. - Jest tak wiele spraw, których nie 

mogłabyś zrozumieć... - spojrzała jej w oczy. - Zane, - zaczęła i urwała, aby ze-

brać myśli. - Zane nie jest takim człowiekiem jak Josiah. Dom i rodzina nie 

mają dla niego większego znaczenia.

- Kiedyś również mój mąż lekceważył życie rodzinne - odrzekła kobieta, 

odrzucając   wyjaśnienia   Emilie   niedbałym   ruchem   ręki.   -   Musi   minąć   sporo 

czasu, nim mężczyzna zrozumie, co jest naprawdę ważne w życiu.

- Być może - kiwnęła głową Emilie. - Ale ty masz przynajmniej stały 

dom. Masz gdzie zapuścić korzenie.

Rebeka   wybuchnęła   gromkim   śmiechem.   -   Mniej   więcej   rok   temu 

wróciliśmy   na   naszą   ziemię   -   wyjaśniła,   gdy   już   się   opanowała.   -   Przez 

osiemnaście lat Josiah zmuszał mnie do włóczęgi po całym kraju.

Emilie słuchała ze zgrozą jej opowieści. Josiah był nie tylko farmerem, 

ale   również   prawnikiem.   Przez   długie   lata   przeczesywał   cały   kraj   w 

poszukiwaniu spraw, w których mógłby się zaangażować po stronie sprawied-

liwości.

- Nie chcę, abyś myślała, że cieszę się z tej okropnej sytuacji, w jakiej się 

znaleźliśmy, ale muszę przyznać, że powrót do domu zawdzięczam pierwszej 

salwie pod Bunker Hill.

- Czy jesteś szczęśliwa?

- Czym jest szczęście? - odparła Rebeka. - Jestem zadowolona z życia. 

Więcej nie wymagam.

- Ja pragnę czegoś więcej - Emilie nie mogła się opanować. - Chcę być 

szczęśliwa.

- A jak zamierzasz to osiągnąć?

-   Gdybym   potrafiła   odpowiedzieć   na   to   pytanie,   powinnam   zostać 

wodzem naczelnym w miejsce generała Washingtona.

- Musisz kochać swojego męża takim, jakim jest, a nie marzyć, aby się 

dopasował do twojego wyobrażenia.

background image

Rebeka trafiła w sedno sprawy.

- A jeśli to niemożliwe? - szepnęła ledwo dosłyszalnie Emilie.

-   Wtedy   musisz   się   dostosować.   Jeśli   kochasz,   to   nie   masz   innego 

wyjścia.

Andrew stał przy drzwiach i słuchał. Gdy Emilie i Zane objęli się na 

pożegnanie, poczuł w sercu bolesny skurcz. Teraz miał wrażenie, że unosi się w 

górę z radości, niczym orzeł uwolniony z sideł.

Serce przepełniała mu nadzieja. Wiedział już, że ma szanse zdobyć jej 

uczucia!   To   było   oczywiste.   Gdyby   kochała   Rutledge'a,   niewątpliwie 

powiedziałaby to Rebece.

Andrew nie mógł zrozumieć tego, że tylko on widzi, jak bardzo Emilie 

różni się od wszystkich znanych mu kobiet. Jak Rebeka mogła nie dostrzec 

przepaści,   dzielącej   tę   dziewczynę   od   innych?   Melodyjny   głos,   dumnie 

wyprostowana postawa, siła i zdecydowanie, dziewczęca jędrność skóry... z całą 

pewnością na całym świecie nie ma drugiej takiej kobiety!

Odsunął się od drzwi. Wolał, aby nikt nie przyłapał go na podsłuchiwaniu. 

Odwrócił się i ruszył po schodach na górę, ale wciąż myślał o Emilie.

Czy   to   możliwe,   że   inne   kobiety   w   dwudziestym   wieku   są   do   niej 

podobne? Wspominała o sile i niezależności i w pierwszej chwili Andrew uznał, 

że te cechy nie Pasują do płci pięknej. Później, obserwując energię i odwagę, z 

jakimi borykała się z życiem, zmienił zdanie i gorąco zapragnął poznać czasy, o 

których dowiedział się od niej.

Rutledge   często   mówił   o   powrocie   do   świata,   jaki   zostawili.   McVie 

uważał,  że  to brednie, ale  teraz  przestał  być tego  całkiem  pewien. Możliwe 

przecież,   że   ta   sama   tajemnicza   siła,   która   zesłała   ich   w   osiemnasty   wiek, 

pewnego dnia odeśle ich z powrotem.

To   byłby   prawdziwy   cud,   gdybym   mógł   dzielić   z   Emilie   jej   świat   - 

myślał.

- Czy słyszałaś ten hałas? - spytała Emilie, pochylając głowę w stronę 

background image

drzwi.

- To tylko mysz - uspokoiła ją Rebeka.

- Co za mysz! - dziewczyna aż się wstrząsnęła.

- Chyba jesteś przyzwyczajona do myszy? - Kobieta spojrzała na nią ze 

zdziwieniem.   -   Nie   znam   ani   jednego   domu,   który   byłby   wolny   od   ich 

towarzystwa.

- To jeszcze nie znaczy, że ich obecność sprawia mi przyjemność.

- Większość gospodyń nie zwraca na nie uwagi - stwierdziła Rebeka. - 

Jesteś niezwykłą kobietą, Emilie. Ilekroć myślę, że już cię rozumiem, zaraz się 

okazuje, że to złudzenie.

Emilie miała ogromną ochotę, aby wyznać jej prawdę. Ostatnio czuła się 

bardziej rozstrojona nerwowo i znużona fizycznie niż kiedykolwiek przedtem. 

Potrzebowała przyjaciółki, a Rebeka była idealną kandydatką. Trudno byłoby 

znaleźć kogoś bardziej wyrozumiałego i serdecznego niż ona. Niestety, prawda, 

którą   musiałaby   wyznać,   była   tak   niewiarygodna,   że   nie   mogła   się   na   to 

odważyć.   Prócz   tego   teraz,   gdy   Zane   i   ona   zaczęli   brać   udział   w   akcji 

szpiegowskiej,   nie   mogła   w   żaden   sposób   dodatkowo   denerwować   Rebeki   i 

podważać jej poczucia bezpieczeństwa.

Odłożyła na bok szycie i wstała, aby rozprostować plecy. Nagle zakręciło 

się jej w głowie i upadła z powrotem na fotel.

Rebeka natychmiast do niej podbiegła. Podała jej kubek zimnej wody i 

wsparła ramieniem.

- Tak myślałam - powiedziała z domyślnym uśmiechem. - Jesteś w ciąży.

-   Nie   -   zaprzeczyła   Emilie,   ze   wszystkich   sił   próbując   odzyskać 

panowanie nad sobą. - Naprawdę.

Rebeka zerknęła na jej gorset.

- Wydaje mi się, że już widać.

- Trochę utyłam, to wszystko.

- A co z miesiączką? - spytała nieśmiało gospodyni. Nie chciała, aby to 

background image

pytanie zabrzmiało zbyt natrętnie.

- Nic mi nie jest - zapewniła ją dziewczyna. - Nie masz się czym martwić.

Przecież wiadomo, że podróże mogą zakłócić cykl - pomyślała, lecz nie 

powiedziała tego głośno. A co dopiero podróże w czasie?!

Gdy   doszła   do   siebie,   Rebeka  nie   wróciła   już   do  poważnej  rozmowy. 

Zamiast tego siedziały w przyjaznym milczeniu i szyły. W pewnej chwili Emilie 

znów gwałtownie wstała z fotela.

-   Gdzie   on   się   podziewa?   -   rzuciła,   podchodząc   do   okna.   W   świetle 

księżyca widać było tylko rozległe pola. - Czy nie powinien już wrócić?

W tym momencie do pokoju wszedł Andrew. Ukłonił się uprzejmie w 

stronę Rebeki, po czym zwrócił się do Emilie.

- Nie spodziewam się go dzisiaj - powiedział. - Takie sprawy na ogół 

wymagają czasu.

Emilie   pomyślała,   gdzie   Zane   załatwia   „takie   sprawy”   i   mocno 

poczerwieniała.

- Mam nadzieję, że nic mu nie grozi.

-   Jest   bezpieczny   jak   dziecko   przy   piersi   -   zachichotał   mężczyzna   w 

odpowiedzi.

-   Cieszę   się,   że   tak   cię   to   bawi   -   prychnęła.   -   On   nie   zna   obecnych 

zwyczajów! Wszystko może się zdarzyć, wszystko!

- Cicho bądź, dziewczyno - syknął Andrew. - Rebeka słyszy, co mówimy.

W rzeczywistości McVie również obawiał się o los Zane'a, ale - prawdę 

mówiąc - nie potrafił myśleć o nim w sposób całkowicie wolny od osobistych 

akcentów. Gdyby Rutledge znalazł pocieszenie w ramionach chętnej dziewki, 

Emilie zapewne przestałaby odnosić się do niego z taką sympatią.

W sąsiednim pokoju rozległ się głośny krzyk Aarona. Rebeka odłożyła 

szycie i wstała z fotela.

-   Przepraszam,   muszę   zobaczyć,   co   z   nim   się   dzieje   -   powiedziała. 

Wyciągnęła ramiona do Emilie, która podeszła, żeby ją uściskać. - Wszystko 

background image

będzie dobrze - szepnęła.

- Co ona miała na myśli? - spytał Andrew, gdy gospodyni wyszła już z 

pokoju.

- To sprawa osobista - odrzekła Emilie, nieco zdziwiona tym pytaniem. 

Zazwyczaj McVie zachowywał się z większą dyskrecją.

-   Rebeka   Blakelee   to   dobra   kobieta   -   stwierdził  Andrew.   -   Josiah   to 

szczęściarz.

Emilie ciężko westchnęła i opadła na fotel.

- A ty ? - spytała. - Też jesteś szczęściarzem? Bezpośredniość tego pytania 

zupełnie go zaskoczyła.

Tego się po niej nie spodziewał.

-   Elspeth   była   doskonałą   żoną   -   powiedział   po   krótkim   milczeniu.   - 

Chciałbym, żeby coś takiego można było powiedzieć o mnie.

-   Jestem   pewna,   że   byłeś   wspaniałym   mężem   -   zerknęła   na   niego   z 

zaciekawieniem.

- O, nie! Wspaniałym mężem to ja na pewno nigdy nie byłem.

- Już wiem, na czym polegał problem - zachichotała Emilie. - Często 

zapominałeś wynieść śmieci.

- Co powiedziałaś?

-  Nie  zwracaj  na  mnie  uwagi  - machnęła  ręką   w  powietrzu.  - Jestem 

bardzo zmęczona. To stary dowcip z dwudziestego wieku. Nie zrozumiesz, o co 

chodzi.

- Chciałbym zrozumieć - powiedział, zbliżając się do niej.

-   Co   takiego   zatem   przeskrobałeś,  Andrew?   -   spytała   niespokojnie.   - 

Dlaczego nie byłeś idealnym mężem?

McVie pomyślał o żonie i poczuł, jak wzruszenie ściska mu gardło.

- Zaniedbywałem Elspeth i Davida - wykrztusił wreszcie. - Zamiast o 

nich, myślałem tylko o interesach.

- Cóż to za interesy?

background image

- Jestem prawnikiem.

- Tak jak Josiah?

- Tak.

- Patrzcie no, kolonialny yuppie - sarkastycznie stwierdziła Emilie. - Któż 

by pomyślał.

Yup - pee? - powtórzył pytająco Andrew.

Young urban professional czyli młody miejski wysoko wykwalifikowany 

zawodowiec - wyjaśniła. - Prawnik lub biznesmen, czasem inżynier. To była 

prawdziwa   plaga   w   latach   osiemdziesiątych   dwudziestego   wieku.   Nie 

wiedziałam, że pojawiła się tak wcześnie.

Słuchała cierpliwie dobrze znanej historii o człowieku, który dla kariery 

poświecił rodzinę i przyjaciół. Dobrze wiedziała, że z biegiem lat ten problem 

będzie narastał i w końcu obejmie również kobiety.

- Jeździłem od stanu do stanu - ciągnął Andrew. - Bywało, że Elspeth 

przez wiele tygodni była sama z dzieckiem. Musiała sobie radzić ze wszystkimi 

kłopotami.

- Czy narzekała?

- To nie leżało w jej charakterze - potrząsnął głową McVie. To prawda, że 

Elspeth nie protestowała, ale świetnie pamiętał wyraz bólu na jej twarzy, gdy 

pakował się i opuszczał dom.

-   Powinna   była   -   stwierdziła   Emilie.   -   Ludzie,   którzy   akceptują   złe 

traktowanie, dostają to, na co zasługują.

- Czy tak zachowują się ludzie w dwudziestym wieku?

- Tak - kiwnęła głową. - Wszyscy gonią za szczęściem.

- Nigdy nie pomyślałem, że na tym świecie można być szczęśliwym.

- Nie masz racji, Andrew. Niewykluczone, że ten świat to wszystko, co 

mamy. Gdybyśmy nie mogli być szczęśliwi, to jaki sens miałoby życie?

Mężczyzna dobrze wiedział, o co jej chodzi. Nie miał wątpliwości, do 

czego zmierza Emilie. Uklęknął przy niej i schwycił ją za ręce.

background image

- Andrew! - wykrzyknęła zdumiona i zaskoczona jego zachowaniem.

-   Pogoń   za   szczęściem   -   powiedział.   Słyszał   gwałtowne   uderzenia 

własnego serca. - Dla mnie ty jesteś szczęściem.

- Nie możesz tak mówić. Ja... - urwała. Już chciała powiedzieć, że jest 

mężatką, ale on wiedział przecież, że to nieprawda.

-   Jesteś   wolną   kobietą   -   McVie   trafnie   odczytał   jej   myśli.   -   Nie   ma 

żadnych przeszkód na drodze do szczęścia.

- Sam nie wiesz, co mówisz - Emilie zerwała się z fotela. - Nie jestem 

taka jak Elspeth lub inne znane ci kobiety. W każdej sprawie starałabym się 

postawić na swoim.

- Przyjmuję wyzwanie - powiedział Andrew, wstając z kolan. - Kocham 

cię taką, jaką jesteś.

Już chciała mu odpowiedzieć, że kocha nie rzeczywistą Emilie Crosse, 

lecz jakieś swoje romantyczne wyobrażenie przyszłości, ale w ostatniej chwili 

zrezygnowała. A może to moje przeznaczenie? - pomyślała. Jeśli Zane zginie w 

czasie   tej   wyprawy,   będzie   musiała   ułożyć   sobie   życie   w   nowych 

okolicznościach.

- Od pierwszej chwili wiedziałem, że masz w rękach mój los - szepnął 

mężczyzna.

-   Nic   nie   wiem   o   twoim   losie   -   zaprzeczyła   gwałtownie.   -   Już   ci   to 

mówiłam.

Po uratowaniu życia generała Washingtona Andrew zniknął z kart historii.

- Być może mój los nie został jeszcze określony - odpowiedział. - Może 

zależy właśnie od ciebie.

- Nie! - krzyknęła Emilie, nagle przerażona myślą, do czego to może 

doprowadzić. - To niemożliwe! Od ciebie zależy los ojczyzny.

- Nie mogę cię stracić - szepnął, biorąc ją w ramiona. - Tak długo cię 

szukałem, że teraz nie możemy się rozstać.

Zamierzał ją pocałować. Emilie dostrzegła w jego oczach nieme pytanie. 

background image

Nieruchomo   czekała   na   to,   co   się   stanie.  Andrew   pochylił   głowę   i   dotknął 

ustami jej warg. W tym pocałunku Emilie wyczuła głód i pragnienie czegoś, 

czego nie mogła mu ofiarować.

Odwróciła głowę, ale McVie zdążył dostrzec łzy w jej oczach.

- Następnym razem zastanowisz się dwa razy, nim pójdziesz do burdelu - 

powiedział   angielski   żołnierz,   otwierając   drzwi   celi   i   wpychając   Zane'a   do 

środka. - Niektóre z tych dziewek wolą angielskie szpady od amerykańskich 

szabli.

Zatrzasnął drzwi. Rutledge znalazł się w zupełnych ciemnościach. Nie 

tyle widział, co wyczuwał obecność innych więźniów.

- Powiedz coś, człowieku - odezwał się jakiś głos. - Jak się nazywasz?

- Rutledge - odpowiedział. - A ty?

- Fleming, z Little Rocky Hill.

- Kto jeszcze tu siedzi? - spytał. Wiedział, że zna to nazwisko.

Miller... Quick... Hughes... - przedstawiali się kolejni więźniowie. Zane 

słyszał o nich rano.

- A Blakelee? - zapytał. - Czy jest tu Josiah Blakelee?

Nagle zapadła cisza. W celi czuć było wiszącą w powietrzu nieufność. 

Rutledge słyszał tylko pulsowanie krwi w skroniach.

- A dlaczego pytasz o Josiaha? - zapytał jeden z mężczyzn.

- To przez McVie'a - zaczął Zane. - Prosił mnie, żebym...

Nie skończył zdania...

background image

13

Następnego dnia o świcie w dalszym ciągu Zane'a nie było.

- Musiało się stać coś okropnego - powiedziała Emilie do Andrew. Wstała 

bardzo wcześnie, słońce dopiero co pojawiło się ponad drzewami. - Powinien 

był wrócić już dawno.

- Jest jeszcze jedno możliwe' wyjaśnienie - odrzekł Andrew. - Ale pewnie 

wolałabyś go nie słyszeć.

- Znam te opowieści o amorach - prychnęła niecierpliwie. Zauważyła, że 

McVie lekko się zarumienił, słysząc to słowo. - Jestem pewna, że nie z tego 

powodu go nie ma.

- Skąd możesz wiedzieć na pewno? - spytał z powątpiewaniem. Przecież 

rozwiedli się i teraz oboje mogli zachowywać się z pełną swobodą.

- Znam Zane'a i wiem, że nie zostawiłby nas w ten sposób. - Nie dodała, 

że z pewnością nie zostawiłby jej samej z Andrew. Tego była całkowicie pewna. 

- Muszę go odnaleźć.

- Chyba nie chcesz iść na poszukiwania?

- Muszę.

- Jest jeszcze wcześnie. Poczekaj, może wróci. Czekali do południa. Gdy 

usiedli do obiadu, nie mogli przełknąć nawet kęsa duszonej wołowiny.

- No tak - mruknął Andrew, gdy Charity już sprzątnęła wszystko ze stołu. 

- Obawiam się, że Rutledge popadł w kłopoty. - Pomyślał, że nawet jeśli został u 

Maggie i tak powinien już tu być. Dziewki też muszą kiedyś spać.

- Powiedz mi, dokąd go posłałeś - poprosiła Emilie. - Jeśli nie pójdziesz 

go szukać, sama to zrobię. - Poczuła mdłości, zapewne wywołane znużeniem i 

zdenerwowaniem. Na szczęście zaraz jej przeszło.

- Dobrze, pójdę, ale niczego nie gwarantuję - odrzekł Andrew. Wiedział, 

że lepiej się z nią nie sprzeczać.

Szybko   włożył   strój   farmera.   Na   głowę   wsadził   kapelusz   z   szerokim 

background image

rondem, częściowo skrywającym twarz.

- Wrócę, jak tylko się czegoś dowiem - obiecał i ruszył do drzwi. Emilie 

szła za nim.

- Nie, ty zostajesz - zaprotestował. - To zbyt niebezpieczne. Nie mogę 

brać za ciebie odpowiedzialności.

- Nie masz wyjścia - stwierdziła krótko. - Idę, niezależnie od tego, czy się 

zgadzasz, czy nie.

Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. Andrew pierwszy odwrócił wzrok.

- Dobrze, chodź - mruknął. - Będę się modlił, żeby nic ci się nie stało.

Obeszli Princeton szerokim łukiem, korzystając ze ścieżek wydeptanych 

przez Indian i traperów. Emilie szła nie zwracając uwagi na wspaniały las, który 

poprzednio tak ją zachwycił. Maszerowali równym krokiem, utrzymując tempo. 

Tuż przed zmierzchem dotarli do skraju lasu.

- Zostań tutaj - nakazał McVie, gdy zbliżyli się do burdelu. Nigdzie nie 

było widać wspaniałego kasztanka, na którym wczoraj odjechał Zane, ale to 

jeszcze nic nie znaczyło. - Wszyscy zwróciliby uwagę na twoją obecność.

- Jak długo cię nie będzie? - spytała, tym razem nie podejmując dyskusji.

- Dowiem się czegoś i zaraz wracam.

-   Pośpiesz   się,   proszę   -   szepnęła   Emilie.   Czuła   się   znużona   i   rozbita. 

Usiadła   pod   wyniosłą   sosną,   rozłupaną   uderzeniem   pioruna.   Westchnęła. 

Wszystko było dla niej łatwiejsze do zniesienia niż brak informacji.

Dziesięć minut po odejściu Andrew zrobiło się ciemno. Emilie myślała, że 

już przyzwyczaiła się do szybko zapadających ciemności, ale gęsty mrok znów 

ją   zaskoczył.   Jedyne   światło,   jakie   mogła   dostrzec,   to   zapalona   lampa   nad 

drzwiami burdelu, w którym Zane znalazł swój los.

Zadygotała, choć noc była ciepła. Pomyślała, że nie może oddawać się 

takim melodramatycznym rozmyślaniom. Z pewnością okaże się, że Rutledge 

zniknął z jakiegoś trywialnego powodu. Być może wypił zbyt wiele wina, albo 

skorzystał z okazji, aby popróbować szczęścia w kartach.

background image

Oczywiście, w tym lokalu czekały na niego jeszcze bardziej podniecające 

rozrywki. Miał już czym za nie zapłacić.

Przecież nie masz prawa niczego mu nakazywać i zabraniać - powtarzała 

sobie   Emilie,   spoglądając   na   dom   publiczny.   Jeśli   pominąć   tę   jedną 

niewiarygodną noc tuż przed lotem balonem, trzymała go cały czas na dystans, 

zarówno fizycznie, jak i psychicznie.

Czy   to   byłoby   rzeczywiście   takie   okropne,   gdyby   postanowił   znaleźć 

pociechę w ramionach innej kobiety?

Tak.

Emilie wstała i ruszyła w kierunku tego budynku. Nie miała pojęcia, co 

zrobi, gdy tam dotrze, ale po prostu nie mogła spokojnie siedzieć i czekać na 

powrót  Andrew.   Jeśli   Zane'owi   coś   się   stało,   chciała   o   tym   wiedzieć   naty-

chmiast.

Jeśli natomiast zamknął się w pokoju na górze z jakąś brunetką... Już ona 

pokaże tej dziwce, gdzie jej miejsce.

Należeli do siebie, byli dla siebie stworzeni. To nagle wydało się jej tak 

oczywiste, że nie mogła zrozumieć, dlaczego tak długo opierała się nieuchronnej 

prawdzie. Stanowili parę ludzi, nie mających ze sobą nic wspólnego, poza tym 

że przeznaczenie złączyło ich losy.

Emilie pomyślała, że zupełnie nie miała racji twierdząc, iż nie pozwoli, 

aby na jej decyzje wpływały okoliczności, w jakich się znaleźli. Ich udziałem 

stałą się przygoda, której zapewne nikt inny nie doświadczył. Podróż w czasie o 

dwa wieki wstecz musi zmienić charakter każdego człowieka. Jak mogła sądzić, 

że takie wydarzenie nie wpłynie na ich wzajemne stosunki?

Oczywiście, to nie był jej jedyny błąd. Dziwne, że Rebeka potrafiła tak 

łatwo dostrzec rzeczy, które dla Emilie pozostały niewidzialne. Do tego stopnia 

skupiła   uwagę   na  Andrew,   że   zupełnie   przestała   zauważać,   co   dzieje   się   z 

Zane'em.

Trzeba zaakceptować małżonka takim, jakim jest, a następnie dostosować 

background image

się   do   niego   -   powiedziała   Rebeka.   Jeszcze   kilka   miesięcy   temu   Emilie 

zaprotestowałaby stanowczo przeciw temu twierdzeniu. Teraz zastanawiała się, 

czy w tych prostych słowach nie kryję się ziarno mądrości. Tak bardzo starała 

się dopasować Zane'a do swego ideału mężczyzny, że przeoczyła wszystkie jego 

wspaniałe cechy, na przykład dzielność, radość życia, odwagę. Nie zauważyła 

nawet tego, jak bardzo ją kocha...

Gdy podeszła do budynku, usłyszała głośny śmiech. Słyszała basowy głos 

jakiegoś mężczyzny i wysoki, kobiecy chichot. Wyobraziła sobie Zane'a w łóżku 

z obcą kobietą i poczuła gwałtowny skurcz w brzuchu.

Jednak nawet to było lepsze od strachu o jego życie. Musiała wiedzieć, że 

jest bezpieczny. Nie po to przebyli razem tak długą drogę, aby teraz, w ostatniej 

chwili, wszystko stracić.

- Dlaczego tak długo nie wracasz, Andrew? - szepnęła do siebie. Uklękła 

w zaroślach przy płocie. Z pewnością McVie nie pozwoliłby sobie na zabawy z 

dziewkami wiedząc, że ona czeka w lesie, licząc każdą sekundę.

Zaśmiała się nerwowo i natychmiast zacisnęła dłonią usta, aby stłumić 

hałas. Pomyślała, że zaraz dostanie ataku histerii. Zbyt długo narażała się na 

zmęczenie, za mało śpiąc i za mało jedząc. Te wszystkie przygody wyczerpały 

jej   odporność.   Pomyślała,   że   jeszcze   chwila,   a   wejdzie   na   schody,   otworzy 

kopniakiem drzwi i zrobi awanturę.

W   tym   momencie   rozległ   się   zgrzyt   zawiasów.   Emilie   schowała   się 

głębiej w cieniu. Usłyszała, jak deski schodów skrzypią pod ciężarem męskich 

buciorów. Ostrożnie uniosła głowę, aby zobaczyć, kto to.

- Andrew - syknęła. - Jestem tutaj.

McVie   odwrócił   się   gwałtownie.   W   ciemnościach   nie   mogła   dostrzec 

wyrazu jego twarzy.

- Kto tu jest?

- Emilie.

Andrew   podszedł   do   krzaków.   Nie   musiała   mu   się   przyglądać,   aby 

background image

zgadnąć, że jest wściekły.

- Miałaś czekać pod drzewem.

- Nie mogłam wytrzymać. Co z nim?

McVie chwycił ją za przegub i wyciągnął z zarośli. Szybkim krokiem 

ruszyli w stronę lasu. Choć Emilie niemal dorównywała mu wzrostem, nadążała 

za nim z wielkim trudem.

-   Powiedz   coś,   do   diabła!   -   krzyknęła,   gdy   już   schowali   się   między 

drzewami. - Jeśli zaraz nie powiesz mi, gdzie jest Zane, to...

-   Wczoraj  Anglicy   aresztowali   sporo   ludzi   z   Princeton   -   powiedział 

wreszcie mężczyzna. W jego głosie słychać było napięcie.

- Zane? - szepnęła niemal niedosłyszalnie Emilie.

- Był wśród nich - potwierdził. - Ta dziwka, Maggie, przeszła na stronę 

Anglików.   Los   zrządził,   że   Rutledge   był   najnowszym   członkiem   siatki   i 

pierwszym, który został zdradzony.

- Boże... - Emilie wsparła się o jego ramię. Kolana ugięły się pod nią. 

Natychmiast przypomniała sobie wszystkie straszliwe opowieści o angielskich 

okrętach więziennych. - Jest na .Jersey”?

- Jeszcze nie - pokręcił głową Andrew. - Jutro rano cała grupa zostanie 

wywieziona z miejscowego więzienia na jeden ze statków.

- Wobec tego musimy coś zrobić jeszcze dziś w nocy.

- Odprowadzę cię na farmę i zastanowimy się, co dalej.

- Do licha, nigdzie mnie nie odprowadzisz! Andrew popatrzył na nią tak, 

jakby trzymała diabła za ogon.

- Przestań się tak gapić. Nie mamy czasu do stracenia.

- To niebezpieczna gra, panno Emilie - nie skomentował jej soczystego 

języka. - Nie mogę pozwolić, abyś ryzykowała życie w przedsięwzięciu, które 

ma małe szanse powodzenia.

- Ja decyduję o tym, co robię - ucięła stanowczo. - Mówię ci, że musimy 

coś zrobić, i to zaraz!

background image

- Cicho! - syknął Andrew, unosząc dłoń. - Ktoś idzie.

Przykucnęli za pniem wielkiej lipy. Po chwili na leśnej dróżce pojawili się 

dwaj okazali dżentelmeni, najwyraźniej podchmieleni.

- Oddałbym duszę diabłu za godzinkę sam na sam z tą dziewczyną - 

odezwał się wyższy.

-  Aha   -   zgodził   się   drugi.   -   Dla   chętnej   dziewki   człowiek   wszystko 

poświęci.

- Jak duże jest więzienie? - zwróciła się Emilie do Andrew, gdy tamci już 

sobie poszli.

- Niewielkie. Kamienny budynek, w środku tylko jeden pokój.

- A ilu żołnierzy pełni wartę?

- Jeden - odpowiedział powoli McVie. - Dzisiaj w Morristown jest festyn. 

Prawie cały regiment tam poszedł.

- Poradzimy sobie - stwierdziła Emilie, chwytając go za przegub. - Masz 

pistolet. Na pewno masz też nóż, nigdy się z nim nie rozstajesz.

Mężczyzna milczał.

- Zastanów się, Andrew. Jeśli nawet nic cię nie obchodzi Zane, pomyśl o 

Josiahu i pozostałych.

- Mamy niewielkie szanse powodzenia.

- Jeśli nie spróbujemy, to oni nie będą mieli żadnej szansy.

Zamknięcie   na   więziennym   statku   było   równoznaczne   z   wyrokiem 

śmierci.

Andrew   dotknął   palcem   policzka   Emilie,   tak   jakby   chciał   utrwalić   w 

pamięci jej rysy przed ostatecznym rozstaniem. Pomyślał, że jeśli uda się im 

uratować   Rutledge'a,   z   całą   pewnością   utraci   tę   dziewczynę.   Jednak   słysząc 

błagalny głos i widząc rozpaczliwe spojrzenie, wiedział w głębi serca, że i tak 

już przegrał.

- To tam - powiedział, wskazując ręką niewielki budynek.

- Rzeczywiście, niewielki - ucieszyła się Emilie. - Nie powinniśmy mieć 

background image

żadnych kłopotów.

- Mówisz tak, jakbyśmy już mieli to za sobą - zdziwił się McVie. - A 

przecież jeszcze nawet nie zaczęliśmy.

- To się nazywa pozytywne nastawienie - odrzekła. - Chcieć, to móc.

- Czy tak myślą ludzie w twoich czasach?

-   Niektórzy   nawet   zarabiają   mnóstwo   pieniędzy,   ucząc   innych   takiego 

myślenia.

- Musisz mnie zatem szybko tego nauczyć. To, co chcemy zrobić, może 

zakończyć się katastrofą.

Emilie   odmówiła   przyjęcia   do   wiadomości   takiego   rozwiązania.   Zane 

znalazł się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Tylko to miało znaczenie.

- Jest pełnia - westchnął Andrew. - Nie będziemy mogli się podkraść, 

korzystając z ciemności.

- To żaden problem - odrzekła, rozluźniając u góry tasiemki gorsetu. Z 

najwyższym   trudem   opanowała   podniecenie.   -   Ja   odwrócę   uwagę   strażnika. 

Reszta należy do ciebie.

- Obawiam się, że możesz się znaleźć w trudnej sytuacji - ostrzegł ją. - 

Nie mogę zagwarantować, że zdążę na czas.

- To moja sprawa - ucięła Emilie. - Jeśli chcesz, daj mi broń.

Ku jej zdziwieniu, Andrew nawet się nie zawahał. Podał jej pistolet i 

szybko wytłumaczył, jak się nim posługiwać.

Kiwnęła głową i zatknęła go za podwiązkę. Oczywiście, nie mogła liczyć 

na sławę najszybszego rewolwerowca Dzikiego Zachodu, ale z bronią poczuła 

się nieco pewniej.

Plan akcji był bardzo prosty. Emilie odwróci uwagę wartownika. W tym 

czasie   McVie   uprzedzi   więźniów   przez   zakratowane   okno,   a   następnie 

unieszkodliwi strażnika. Gdy już zdobędą klucz, reszta będzie prosta.

- Teraz - nakazał Andrew, gdy niewielka chmura przesłoniła na chwilę 

księżyc.

background image

- Dobry z ciebie przyjaciel - szepnęła jeszcze Emilie, patrząc mu w oczy. - 

Nie mogłabym znaleźć lepszego.

To było dla niego za mało i nie miał zamiaru udawać, że jest inaczej.

- Szczęść Boże - powiedział i na pożegnanie pocałował ją w rękę.

Szczęść Boże - odpowiedziała, modląc się za powodzenie akcji.

Wartownik, mniej więcej pięćdziesięcioletni, mocno ogorzały mężczyzna, 

drzemał na ławce przed więzieniem. Na kolanach trzymał muszkiet, a tuż obok, 

na   ziemi,   stał   dzbanek   z   rumem   z   Jamajki.   Sądząc   po   głośnym   chrapaniu, 

żołnierz sporo już wypił. Może jest pijany - pomyślała z nadzieją Emilie. Gdyby 

tak było, mogłaby odebrać mu muszkiet i pozbawić zmysłów bez konieczności 

odgrywania roli, jaką podjęła się zagrać.

Niestety, przy kolejnym głośnym chrapnięciu wartownik poderwał głowę 

i spojrzał na nią przekrwionymi oczami.

- Kto idzie? - zawołał.

Emilie   nic   nie   odpowiedziała,   tylko   zaszeleściła   spódnicą,   tak   jak 

bohaterki filmów  kostiumowych.  Mężczyzna  spojrzał  na  nią  z  uznaniem. W 

jego oczach od razu pojawiło się pożądanie.

Zatrzymała się dwa metry przed nim. Przez chwilę nie mogła oderwać 

wzroku od jego poplątanej i poplamionej jedzeniem brody. Miała nadzieję, że 

męczące ją mdłości miną na tyle szybko, że będzie mogła odegrać uwodzicielkę.

Podeszła bliżej. Nigdy nie miała talentu do flirtu. Całe to krygowanie się i 

wdzięczenie   wydawało   się   jej   stratą   czasu   i   energii.  Teraz   żałowała,   że   nie 

posiadła tej umiejętności.

- Piękna noc - powiedziała, uśmiechając się zachęcająco.

Wartownik kiwnął głową i wyprostował się na ławce.

- Biedaczysko - użaliła się nad nim Emilie, jednocześnie pochylając się 

tak, aby mógł zajrzeć w dekolt gorsetu. Pogłaskała go po głowie. - Zostałeś sam, 

podczas gdy inni świetnie się bawią. Szkoda marnować pełnię księżyca.

Mężczyzna   nie   mógł   oderwać   wzroku   od   ciemnego   rowka   między   jej 

background image

piersiami. Emilie z najwyższym trudem opanowała grymas obrzydzenia.

- Ładna z ciebie dziewka - powiedział. - Czy Maggie zaczęła wysyłać 

dziewczyny, aby same szukały pracy?

- Nie - pokręciła głową Emilie. - Ale wszystkie szczerze współczujemy 

człowiekowi, który nie może zadbać o swoje przyjemności.

Wartownik oblizał wargi i uśmiechnął się lubieżnie.

- Jak masz na imię, dziewczyno?

- Bonnie - odpowiedziała i rzuciła mu uwodzicielskie spojrzenie.

- Usiądź obok mnie - zaprosił ją wartownik, zdejmując muszkiet z kolan. 

Postawił go na ławce, opierając lufą o ścianę.

- Nie ma miejsca - Emilie wydęła usta.

- Tutaj, dziewczyno, tutaj - żołnierz poklepał się po kolanach.

- Za wiele pan sobie wyobraża - odparła, udając oburzenie i jednocześnie 

rozglądając się nieznacznie wokół, aby sprawdzić, czy Andrew już jest gotów. 

Niestety, jeszcze nie było go widać.

Strażnik wyciągnął ręce i chwycił ją w pasie.

- Daj całusa - zażądał, zmuszając ją, aby usiadła mu na kolanach.

Gdy zaczął gmerać przy tasiemkach gorsetu, Emilie poczuła, że cierpnie 

jej skóra. Myśl o Zane'ie - nakazała sobie w duchu. - Nie ma za wysokiej ceny 

za jego życie.

- Jaki jesteś skąpy! - wykrzyknęła, pochylając się i podnosząc z ziemi 

dzbanek. - Taki dobry rum z Jamajki, a ty nawet nie zaproponowałeś mi łyka.

- Mam dla ciebie coś lepszego niż najlepszy rum - odrzekł tamten, wodząc 

palcami po jej piersiach. - Napijemy się później.

-   Strasznie   ci   się   śpieszy   -   rzuciła,   udając   lubieżny   entuzjazm.   W 

rzeczywistości dałaby wiele za możność natychmiastowej kąpieli. Już czuła się 

zbrukana. - Mam nadzieję, że na długo starczy ci zapału.

- Nie martw się - wartownik odrzucił głowę do tyłu i zarechotał. Pomacał 

jej uda. - Będziesz zadowolona.

background image

Emilie   dostrzegła   nieznaczny   ruch.   Andrew   przyczaił   się   za   rogiem 

budynku.   Wymienili   porozumiewawcze   spojrzenia.   Spróbowała   wstać,   ale 

strażnik mocno ją trzymał.

- Cierpliwości - powiedziała, starając się uwolnić.

- Obiecuję, że się nie rozczarujesz.

Żołnierz   pochylił   się   i   wsadził   rękę   pod   spódnicę   Emilie.   Czuła,   jak 

szorstkimi palcami szarpie bawełnianą pończochę. Pewnym ruchem przesuwał 

dłoń coraz wyżej. Mogła sobie tylko wyobrazić, co będzie, gdy dotknie jej ciała. 

Na próżno usiłowała go odepchnąć. Bała się, że zaraz znajdzie broń.

-   Piękna   z   ciebie   sztuka   -   mruknął   z   uznaniem   mężczyzna.   -   Czekaj, 

dobrze wiem, jak sprawić kobiecie przyjemność... - dodał. Nagle znalazł pistolet 

i znieruchomiał. - Co, do diabła...

Nie było ani chwili do stracenia. Gdyby zdążył wyciągnąć broń, próba 

uwolnienia więźniów zakończyłaby się klęską. Andrew właśnie wysunął się zza 

rogu, ale miał do przebycia kilka metrów. Emilie bez zastanowienia chwyciła 

oparty p ścianę muszkiet i walnęła nim strażnika w głowę. Rozległ się głośny 

jęk bólu.

- Ty cholerna dziewko! - wykrzyknął wartownik i zdzielił ją w twarz. 

Upadła na ziemię. - Dam ci nauczkę...

W tym momencie Andrew rzucił się na niego niczym puma. Emilie, nie 

zwracając   uwagi   na   pulsujący   policzek,   wyciągnęła   spod   spódnicy   pistolet. 

Trzęsącymi  się   rękami   wycelowała   w   strażnika,  ale  na   szczęście  McVie  już 

pozbawił go przytomności.

- Dzięki Bogu, zdążyłeś - westchnęła Emilie. Andrew rzucił wartownika 

na ziemię.

- Szybko, klucze - ponaglił ją do działania. Podała mu cały pęk. Smród 

bijący od nieprzytomnego mężczyzny niemal pozbawił ją tchu.

- Pilnuj go - polecił McVie. - Gdyby oprzytomniał, sama wiesz, co robić.

Emilie miała wrażenie, że każda sekunda ciągnie się w nieskończoność. 

background image

Słyszała głosy więźniów, ale nie mogła rozpoznać wśród nich głosu Zane'a. 

Czuła, jak po plecach spływają jej krople potu. Musi tam być. Może jest ranny 

lub chory?

- Byle tylko żył - szepnęła. Ze wszystkim innym daliby sobie razem radę.

W drzwiach więzienia pojawili się dwaj mężczyźni. Szli potykając się co 

krok, tak jakby od dawna nie chodzili.

Emilie oblizała zaschnięte wargi. Boże, on musi tam być - modliła się w 

duszy. Jeśli jest, już nigdy nie poproszę cię o nic więcej...

Następny pokazał się wysoki mężczyzna z płomiennie rudą czupryną.

Czuła, jak łzy spływają jej po policzkach. Przygryzła dolną wargę.

W tym momencie usłyszała jego głos, niski i dźwięczny, który zachwycił 

ją już przy ich pierwszym spotkaniu. Poczuła się tak, jakby ktoś nagle otworzył 

przed nią drzwi do promiennej przyszłości.

- Emilie!

Odwróciła się w jego stronę. Stał przed nią, wysoki, silny, piękny - jedyny 

mężczyzna, którego kiedykolwiek miała kochać.

Jedyny.

Sama   nie   wiedziała,   jak   znalazła   się   w   jego   ramionach.   Świat   wokół 

przestał dla niej istnieć, liczył się tylko Zane.

- Już myślałam, że cię straciłam - szepnęła, odrywając na chwilę wargi od 

jego ust.

- McVie opowiedział mi już, co zrobiłaś. Jeśli jeszcze kiedyś zaryzykujesz 

taki numer, to...

Nie dokończył, bo musiał ją pocałować. Gdy po dłuższej chwili odsunął 

się od niej, poczuła się opuszczona.

- Emilie miała rację - Zane zwrócił się do Andrew. - Zawiązano spisek na 

życie Washingtona.

-   Naprawdę?   -   McVie   wydawał   się   zdziwiony.   -   Rozmawiałem   już   z 

pozostałymi i nikt nic o tym nie wie.

background image

- Dowiedziałem się w burdelu - wyjaśnił Rutledge. - Myśleli, że straciłem 

przytomność, ale wszystko słyszałem. W ciągu najbliższych dziesięciu dni ma 

nastąpić zamach na życie generała. Morderca zamierza strzelić z muszkietu, i to 

z niewielkiej odległości.

- Kto za tym stoi? - spytał Andrew. Wciąż nie wydawał się przekonany.

- Niejaki Talmadge - odrzekł Zane. - Czy to nazwisko coś ci mówi?

- To jeden z najbliższych doradców Washingtona - odpowiedział Andrew. 

Chyba wreszcie uwierzył, bo wyraźnie pobladł.

- Musimy się śpieszyć - powiedział Zane. - Ci faceci nie żartują.

McVie zawołał wysokiego, rudego mężczyznę.

- Gdzie jest generał? - zapytał.

- Na Long Island.

- A Talmadge?

- Razem z nim - odpowiedział tamten.

Andrew szybko wydał rozkazy wszystkim pozostałym.

- Rozproszcie się w okolicy - powiedział. - Zawiadomcie pozostałych o 

niebezpieczeństwie.

- Co z Washingtonem? - spytał Zane. - Ktoś musi go zawiadomić.

-   Ja   najlepiej   znam   Long   Island   -   odpowiedział   Andrew.   -   To 

niebezpieczna wyprawa. Tylko ja nie mam nic do stracenia.

Wszyscy   pozostali   mieli   dziewczyny   lub   rodziny.   Jemu   zostały   tylko 

wspomnienia.

- Koń jest u kowala na skraju miasta - powiedział Zane. - Za dziesięć 

szylingów zgodził się nim zająć. Powiedz mu, że kapitan Rutledge pozwolił ci 

go zabrać.

Emilie słuchała tej rozmowy z narastającym zdumieniem. Wyprawa na 

Long   Island   idealnie   pasowała   do   upodobań   Zane'a:   była   daleka,   trudna   i 

nadzwyczaj niebezpieczna. A jednak bez jednego słowa protestu zgodził się, aby 

pojechał tam McVie.

background image

Wartownik   zaczął   przytomnieć.   Andrew   nakazał   wszystkim,   aby   się 

rozeszli.

- Poczekajcie w lesie do świtu - powiedział do Emilie i Zane'a. - Potem 

idźcie na farmę Josiaha. Tam się spotkamy.

- Bądź ostrożny - pożegnała go. - Będziemy na ciebie czekać.

Kiwnął tylko głową, a w jego oczach Emilie dostrzegła głęboki smutek. 

Nie mogła nic na to poradzić, że raz jeszcze los odmówił mu szczęścia, na które 

zasługiwał.

Zane   podał   mu   rękę.   On   również   dostrzegł   malujące   się   na   twarzy 

Andrew przygnębienie.

- Pamiętaj, co ci teraz powiem, Rutledge - McVie mocno ścisnął dłoń 

rywala. - Gdybym wierzył, że mam szanse, podjąłbym z tobą walkę.

To powiedziawszy, zniknął w ciemnościach.

background image

14

Po   raz   drugi   w   ciągu   dwóch   dni   Zane   stał   się   jeńcem.   Tym   razem 

pozbawiła go wolności nie armia brytyjska, lecz Emilie.

Kobieta, którą kochał.

Pozostali członkowie szpiegowskiej siatki szybko znikali w ciemnościach. 

Zane nie zwracał na nich najmniejszej uwagi. Teraz liczyła się tylko Emilie. Po 

raz kolejny uderzyła go jej piękność, ale tym razem dostrzegł również, co kryje 

się w jej duszy.

Na   skroni   dziewczyny   wyskoczył   potężny,   purpurowy   guz.   Gdy 

zauważyła, że go dostrzegł, odruchowo zerknęła na wartownika. Zane poczuł, że 

ogarnia go furia.

- Daj spokój - powiedziała. - To nie ma znaczenia.

Ujął w dłonie jej podbródek i uniósł twarz do góry. W świetle księżyca 

widział dokładnie znane rysy.

- Do diabła, dlaczego McVie zgodził się, abyś podjęła takie ryzyko?

-   Nie   mógł   mnie   powstrzymać   -   odpowiedziała,   głaszcząc   go   po 

policzkach. - Musiałam cię znaleźć.

Zane dopiero teraz w pełni sobie uprzytomnił, co zrobiła. Zaryzykowała 

życiem, aby go ocalić. Chciał jej powiedzieć, co czuje, ale nie mógł znaleźć 

właściwych słów.

Wartownik poruszył się, jakby chciał wstać. Musieli uciekać.

- Jesteśmy niedaleko jaskini - powiedział Rutledge, chwytając ją za rękę. - 

Chodź, schowamy się tam do rana.

Szybko wtopili się między drzewa. Skupił uwagę na odnalezieniu jaskini. 

Nie pamiętał wielu szczegółów - jakiś strumyk, grupa wysokich sosen, pochyła 

skarpa - ale w przyszłości zdarzyło mu się szukać drogi na podstawie jeszcze 

bardziej skąpych informacji.

Pojedyncze   promienie   księżycowego   światła   przebijały   się   między 

background image

gałęziami drzew, tworząc niezwykłą atmosferę. Słychać było pohukiwanie sowy, 

a   zapach   sosen   przypominał   o   Bożym   Narodzeniu.   Zane   szedł   polegając 

głównie   na   instynkcie.   Ku   jego   zdumieniu,   Emilie   podążała   za   nim   bez 

najmniejszego wahania.

Była z nim - przyjaciółka, partnerka i żona.

- Tam - wskazał grupę skał.

-   Masz   zdumiewającą   pamięć   -   powiedziała,   gdy   już   schronili   się   w 

jaskini. - Nawet z mapą nie bylibyśmy tu szybciej.

- Pamiętam różne rzeczy, Em - Zane wziął ją w ramiona. - Wszystko, co 

wiąże się z tobą. - Niewielką myszkę na lewym ramieniu. Radosny śmiech, gdy 

nagle ją całował. Jej siłę, dobroć i absolutną pewność, że szczęście zależy tylko 

od nich.

Wsparła głowę na jego barku. Czuł, że jej serce bije równie gwałtownie, 

jak jego.

- Byłeś wspaniały - szepnęła, całując go w szyję. - Taki odważny i pełen 

poświęcenia Jestem z ciebie dumna.

- Wydajesz się zdziwiona.

- Jestem - zachichotała cicho.

- Chyba jeszcze nikt mi nie powiedział, że jest ze mnie dumny.

- I jak ci się to podoba?

- Bardzo, ale to jeszcze bardziej - mruknął, odnajdując ustami jej wargi.

Ich pocałunki nabrały nieoczekiwanie nowego wymiaru, pojawiła się w 

nich słodycz przekraczająca granice erotyzmu. Zane czuł się tak, jakby przez 

całe życie siedział zamknięty w szklanej klatce i teraz nagle wydostał się na 

wolność; ściany klatki strzaskała siła większa i groźniejsza, niż potrafił to sobie 

przedtem wyobrazić.

- Jak tu ciemno - zaśmiała się cicho Emilie. - Nie widzę nawet twojej 

twarzy.

- A ja tak.

background image

- To niemożliwe.

- Wiem bez patrzenia, jak wyglądasz - Zane przejechał opuszkami palców 

wokół jej brody, ust i policzków.

Emilie stała się częścią jego ciała i duszy, znalazła stałe miejsce w jego 

sercu.

Jej ciałem wstrząsnął dreszcz namiętności. Nie myślała o niczym poza tą 

chwilą i tym mężczyzną. Wszystkie jej sny, marzenia, fantazje, snute podczas 

wielu bezsennych nocy, odeszły w niepamięć. Nie mogła pozbyć się wrażenia, 

że kieruje nimi przeznaczenie, że połączyła ich jakaś wyższa siła.

Położyli się na posłaniu z ubrań. Bez wahania przytulili się do siebie. 

Przez chwilę leżeli nieruchomo, w ciasnych objęciach, słuchając gwałtownego 

bicia swych serc. Później odnaleźli w swych ruchach cudowną harmonię, tak 

jakby przez całe życie przygotowywali się wspólnie do tej nocy.

Emilie zachwycała się jego siłą, Zane - jej delikatnością. Akt miłości stał 

się dla nich prawdziwym sakramentem.

Jeszcze   nigdy   nie   przeżył   czegoś   takiego.   Teraz   wreszcie   poznał 

prawdziwy sekret miłości i małżeństwa, sekret życia.

- Tyle lat - mruknął, całując jej pierś. - Straciliśmy tyle czasu...

- Teraz jesteśmy już razem - szepnęła. - Tylko to ma znaczenie.

- Już na zawsze - potwierdził, powoli wchodząc w jej ciało. - Nic nas nie 

rozdzieli.

- Nie mów tak - Emilie pocałowała go w usta, tak jakby chciała zetrzeć te 

słowa.

- Chyba nie jesteś przesądna? - zaśmiał się Zane.

- Czemu mielibyśmy kusić los? - spytała. - Gdybym cię teraz straciła, z 

pewnością bym umarła.

- Do diabła z losem. Jesteśmy i będziemy razem.

To była noc obietnic i zaklęć.

- Musimy znowu wziąć ślub - powiedział, przytulając ją do piersi. Na 

background image

zewnątrz jaskini zaczęło się już robić widno.

- Do licha, jak zamierzasz to wyjaśnić Rebece? - spytała, nasłuchując, jak 

bije jego serce. - Byłaby zgorszona.

- Czy chcesz powiedzieć, że mamy żyć na kocią łapę? - W jego oczach 

pojawiły się figlarne błyski.

- Chcę powiedzieć, że musimy zachować dyskrecję - odrzekła, wodząc 

stopą wzdłuż jego muskularnej łydki.

- Jeszcze mi nie odpowiedziałaś - przypomniał Zane.

- Jeszcze nie słyszałam propozycji.

- Wyjdziesz za mnie.

- To nie jest pytanie, tylko stwierdzenie.

- Dokładnie tak - odrzekł, przewracając ją na plecy i obejmując udami jej 

biodra. - Tylko taką odpowiedź zamierzam przyjąć do wiadomości.

- Uwielbiam, kiedy jesteś takim supermężczyzną. Zane przysunął się do 

niej. W odpowiedzi Emilie uniosła biodra w górę.

- To również bardzo lubię - mruknęła.

Pochylił się i wziął w usta sutek jej piersi. Ssał i lekko kąsał go zębami.

Zacisnęła powieki. Czuła, jak ogarnia ją gorączka.

Zane zmienił pozycję. Rozdzielił jej uda i ukląkł między nimi. Dotknął 

dłonią jej seksu. Emilie przycisnęła ciało do jego ręki. Nie mogła już opanować 

pożądania.

- Jesteś gotowa - uniósł dłoń do jej ust, pozwalając, aby posmakowała 

samej siebie. - Gorąca i słodka.

-   Boże,   Zane   -   jęknęła,   oplotła   nogami   jego   biodra   i  przyciągnęła   do 

siebie. Pragnęła wszystkiego, co mógł jej ofiarować.

I żadne z nich nie było rozczarowane.

Gdy   dotarli   na   wzgórze   w   pobliżu   farmy,   usłyszeli   śmiechy   i   głośną 

muzykę.

- Wesele! - krzyknęła Emilie. - To przecież dzisiaj! Burzliwe wydarzenia 

background image

ostatnich   dni   sprawiły,   że   widok   normalnie   żyjących   ludzi   był   dla   nich 

prawdziwą   niespodzianką.   A   jednak   życie   toczyło   się   dokładnie   tak   jak 

Przedtem.

- Tam musi być około stu ludzi - zauważył Zane i cicho gwizdnął. - Zdaje 

się, że duże wesela są zawsze w modzie.

Emilie miała wrażenie, że śni. Schodzili w dół po łagodnym zboczu i 

wkrótce  wmieszali  się   w  tłum  gości.  Patrząc   na   rozradowanych  przyjaciół  i 

członków   rodziny,   którzy   zgromadzili   się,   aby   uczcić   ślub   Charity   i 

Timothy'ego, trudno było się domyślić, że trwa bezlitosna wojna. Na poręczy 

ganku siedział skrzypek i wywijał smyczkiem, idealnie dopasowując muzykę do 

nastroju biesiadników. Przed domem stały długie, zbite z desek stoły, uginające 

się pod ciężarem wędzonej szynki, pieczonych kurczaków, ryb i półmisków z 

sałatą i warzywami.

Emilie   wskazała   Zane'owi   rodziny,   które   przybyły   na   uroczystość   z 

dziećmi  i  niemowlakami.  W tym  tłumie  można  było  znaleźć  przedstawicieli 

wszystkich pokoleń. Wesele było najlepszą okazją, aby poznać piękno ich życia, 

uwolnionego choć na chwilę od niepokojów.

- Spójrz - szepnęła Emilie. - Czy to ci wystarczy?

- Mam ciebie - odpowiedział, delikatnym gestem gładząc ją po głowie. - 

Któregoś dnia wrócimy tam, gdzie jest nasze miejsce.

- Nie sądzę.

- Myślę, że tak się stanie.

- A co przedtem?

- Do diabła! - wykrzyknął Zane. Wydawał się odmłodzony i pełen energii. 

- Mamy do dyspozycji cały nowy świat, którego nie znamy!

- Przecież jest wojna - przypomniała mu.

- Tym lepiej. Już pomogliśmy uratować życie Washingtona. Kto wie, co 

jeszcze nas czeka?

- To nie my uratowaliśmy starego George'a - poprawiła go Emilie. - To 

background image

zadanie dla Andrew.

-   Dzięki   nam   stało   się   to   możliwe   -   Zane   pstryknął   w   palce.   -   Gdy 

wrócimy do dwudziestego wieku, będziemy musieli wyjaśnić to historykom.

Emilie nie chciała się z nim kłócić. Jeśli on wolał wierzyć, że wrócą do 

przyszłości, to jego sprawa. Równie dobrze mógł wierzyć w Świętego Mikołaja. 

Nic jej to nie szkodziło.

Cóż   z   tego,   że   nie   mieli   ani   domu,   ani   rodziny,   ani   stałego   źródła 

dochodów?   Emilie   musiała   uwierzyć,   że   jakoś   dadzą   sobie   radę.   Przecież 

zawsze o tym marzyła. Wraz z ukochanym mężczyzną znalazła się w świecie, 

do którego całe życie tęskniła. Rozrzucone klocki zagadki, jaką stanowiła jej 

dotychczasowa egzystencja, nagle złożyły się same w piękną całość.

A jednak nie mogła się pozbyć uczucia, że do pełnej harmonii brakuje 

jeszcze czegoś, co mogło nagle zmienić wygląd całości.

Przecież Zane nie mógł stuknąć obcasami i odmeldować się w drogę do 

dwudziestego   wieku.   To   nie   było   takie   proste.   Jedyne,   co   mogli   zrobić,   to 

zbudować swoje życie tu i teraz, tak jak wszyscy inni, niezależnie od stulecia.

Chwycił ją za rękę. Szli razem przez łąkę, przypatrując się gościom.

- Spójrz, młoda  para!  -  Emilie  wskazała mu  Charity, która tańczyła z 

młodym, przystojnym mężczyzną.

- Przecież to straszni smarkacze - zauważył Zane po chwili. - Jak myślisz, 

czy on już się goli?

-   To   inny   świat   -   odrzekła.   -   Dorosłe   życie   zaczyna   się   znacznie 

wcześniej, niż do tego przywykłeś. Chodź, złożymy im życzenia.

-   Emilie!   -   zatrzymał   ich   okrzyk   Rebeki.   -   Zane!   Rebeka,   ubrana   w 

różową sukienkę z muślinu, niemal biegła im na spotkanie. Uścisnęła Emilie. 

Gdy dostrzegła guz na jej skroni, otworzyła szeroko oczy.

- Kochanie, co się stało?!

- Wszystko w porządku - zapewniła ją pośpiesznie. - Naprawdę.

- Nie możesz sobie wyobrazić, jak bardzo się o ciebie martwiłam. Gdy nie 

background image

wróciłaś   rano,   obawiałam   się   najgorszego.   -   Kobieta   urwała   na   chwilę   i 

rozejrzała się wokół. - A Andrew? - szepnęła.

- W porządku - odrzekła Emilie. - Musiał wyjechać w ważnej sprawie.

- A... a Josiah?

- Przykro mi, ale niczego nie udało się nam dowiedzieć.

Rebeka   wyszeptała   krótką   modlitwę   za   męża   i  Andrew,   polecając   ich 

boskiej opiece. Po chwili jej szczupła twarz rozpromieniła się w uśmiechu.

- Chodźcie, musicie dołączyć do zabawy - powiedziała, biorąc ich oboje 

pod ręce i prowadząc do suto zastawionego stołu. - Dzisiaj musimy się cieszyć! 

Według   plotek,   będziemy   zaszczyceni   odwiedzinami   niezwykłego   gościa   - 

dodała konspiracyjnym szeptem.

- Ktoś, kogo znamy? - spytał Zane.

-   Z   pewnością   znacie   go   choć   ze   słyszenia   -   Rebeka   nie   zdradziła 

tajemnicy.

- Muszę się przebrać w coś bardziej stosownego - Emilie wskazała ręką 

na swą pogniecioną suknię.

- Pośpiesz się! Za chwilę tańce rozpoczną się na dobre!

Zane towarzyszył jej w drodze do domu i chciał także wejść na górę.

- Nie, mowy nie ma! - zaśmiała się Emilie, wymykając z jego ramion. - 

Rebeka na nas czeka.

- Niech czeka.

- Cierpliwości, panie Rutledge - odrzekła, biorąc do ręki ulubioną, zieloną 

sukienkę. - Mamy jeszcze przed sobą całe życie. Zdążysz.

Szybko   się   przebrała,   po   czym   przeciągnęła   grzebieniem   po   włosach, 

usiłując doprowadzić je do ładu. W końcu związała je w luźny kok i spięła 

szpilkami z kości słoniowej. Parę loków puściła swobodnie, starając się ukryć 

ślady   uderzenia.   Mogła   tylko   liczyć,   że   inni   nie   okażą   się   równie 

spostrzegawczy, jak Rebeka.

Zane zdjął mundur i włożył czarne bryczesy i czarną koszulę.

background image

- Wyglądasz jak Zorro - powiedziała z uśmiechem. - Niezła mieszanina 

epok.

- Wszystkie inne łachy trzeba oddać do pralni - odpowiedział.

-   Przypomnij   mi,   żebym   ci   później   wytłumaczyła,   jak   to   się   robi   w 

osiemnastym wieku.

Zane przyciągnął ją do siebie i mocno pocałował.

- Przypomnij mi, żebym później wytłumaczył ci parę innych rzeczy.

- Niech się pan nie martwi, panie Rutledge - zapewniła go Emilie. - Będę 

o tym pamiętała.

Zane nałożył sobie parę plastrów szynki i kawałek kurczaka, ale Emilie 

nie miała apetytu na mięso. Nalała sobie tylko kubek koktajlu z wina i owoców. 

Z nieba lał się prawdziwy żar i chłodny napój sprawił jej prawdziwą rozkosz.

- Co się tam dzieje? - spytał Rutledge, wskazując ręką tłum, jaki zebrał się 

przy stodole.

-   Pewnie   przyjechał   ten   specjalny   gość   Rebeki.   Nie   uważasz,   że   była 

strasznie tajemnicza? - spytała, pochylając głowę. - A może to Josiah wrócił?

- Kto wie? - odrzekł Zane. - Chodź, sprawdzimy. Odstawił pusty talerz. 

Emilie rozglądała się, gdzie postawić swój kubek. W tym momencie zbliżyła się 

do nich młoda para.

- Zgodnie z naszą tradycją, przed pokrojeniem ciasta panna młoda musi 

zatańczyć   z   każdym   żonatym   mężczyzną   -   powiedziała   Charity.   W   białej, 

jedwabnej   sukni   z   wyhaftowanymi   na   gorsecie   różami   wyglądała   naprawdę 

pięknie.

-   Jak   mógłbym   przeciwstawić   się   tradycji?   -   odpowiedział   Zane   z 

eleganckim ukłonem. - Czy zaszczyci mnie pani tańcem?

Charity uśmiechnęła się. Rutledge podał jej rękę i po chwili zawirowali w 

rytm skocznej muzyki.

Timothy, sympatyczny chłopak z kasztanowymi włosami, zwrócił się do 

Emilie.

background image

- Byłbym zachwycony, gdyby zechciała pani ze mną zatańczyć.

-   Sprawi   mi   to   prawdziwą   przyjemność   -   odparła.   -   Masz   na   imię 

Timothy, prawda?

- Timothy Crosse - odpowiedział z szerokim uśmiechem i podał jej rękę.

Miała wrażenie, że ktoś zdzielił ją pięścią w splot słoneczny, pozbawiając 

na chwilę tchu.

- Powtórz, proszę - wykrztusiła.

- Timothy Crosse... - Chłopak spojrzał na nią ze zdziwieniem.

Emilie   nie   mogła   oddychać.   Miała   wrażenie,   że   nagle   zrobiło   się 

potwornie duszno.

-   Proszę   pani...   -   jakby   z   oddali   dotarł   do   niej   głos  Tima.   -   Źle   pani 

wygląda.

Emilie usiadła na stopniu schodów.

- Proszę, nie przejmuj się mną - wykrztusiła. - Wszystko w porządku, to 

tylko upał.

Zaniepokojony Timothy wypatrzył wśród tańczących Charity i Zane'a i 

dał im znak, aby przerwali taniec.

- Nie wiem, co się stało - tłumaczył Zane'owi. - Jeszcze przed chwilą 

czuła się dobrze i nagle...

- Czy mógłbyś podać mi trochę wody? - poprosiła Emilie.

Timothy i Charity ruszyli razem po kubek. Zane pomógł jej dotrzeć do 

fotela, stojącego w chłodnym salonie.

- Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha.

-   Bo   rzeczywiście   zobaczyłam   -   odrzekła,   wybuchając   histerycznym 

śmiechem. Po chwili uspokoiła się.

- Nazywa się Timothy Crosse.

- Nabijasz się ze mnie - Rutledge osłupiał.

- Teraz rozumiem, dlaczego tak dobrze się tu czuję - uśmiechnęła się 

Emilie. - To moja rodzina.

background image

-   Wchodzimy   na   niebezpieczny   teren.   Jak   mogłaś   spotkać   własnego 

przodka?

- Nie wiem - potrząsnęła głową. - A jak można podróżować w czasie?

- Mnie nie pytaj - zaprotestował Zane. - To ty podobno znasz odpowiedź 

na takie pytania.

Emilie przypomniała sobie niektórych gości. Roześmiana kobieta w sukni 

z żółtego brokatu... Postawny dżentelmen w tabaczkowej kamizelce... Piękne, 

jasnowłose dziecko bawiące się na trawniku. Pomyślała, że prawie wszyscy ci 

ludzie to jej powinowaci lub krewni.

Nagle przypomniała sobie niezliczone historie rodzinne, które przekazała 

jej babka. Każda opowieść stanowiła ogniwo długiego łańcucha, który łączył ją 

z Timem.

- Nie mogę się skupić - westchnęła, ocierając pot z czoła. Usiłowała jakoś 

wyrazić swój niepokój, ale nie mogła znaleźć właściwych słów. - Coś mnie 

męczy... coś, czego nie mogę sobie przypomnieć.

- Nie martw się - odrzekł Zane, zerkając na potężnego guza na jej skroni. - 

To z pewnością nic ważnego.

- Pewnie pomyślisz, że zwariowałam, ale to coś ma związek z George'em 

Washingtonem.

- To wcale nie takie dziwne - powiedział Zane. McVie pewnie już dotarł 

na Long Island i zawiadomił generała o spisku. Zapewne to właśnie dręczyło 

Emilie. - Martwisz się o niego.

- To coś więcej - Rutledge odczytał w jej oczach prawdziwy strach. - Boję 

się, że za chwilę stanie się coś strasznego.

- Nawet jeśli, to i tak nie możesz nic zrobić w tej sprawie - odrzekł z 

typową, męską logiką. - Jesteś w New Jersey, a Washington w Nowym Jorku.

- Ale zgodnie z tradycją rodzinną...

- Zrobiłaś co mogłaś - przerwał jej Zane. - Nie martw się. Historia to 

potwierdzi.

background image

W tym momencie do salonu wpadł Isaac. Rozsadzało go podniecenie.

- Mama mówi, żebyście jak najszybciej przyszli! On zaraz wyjedzie.

Emilie i Zane spojrzeli po sobie.

- Kto zaraz wyjedzie? - spytał Rutledge.

- George Washington - wyjaśnił chłopak, biegnąc do drzwi. - Przyjechał 

na wesele, aby oddać list od taty. Mój tata jest bohaterem! On...

Emilie przestała go słyszeć. Nagle wszystko złożyło się w przerażającą 

całość. To jej rodzina. Odbywa się wesele. Przyjechał Washington. Spojrzała na 

Zane'a. Ubrany na czarno mężczyzna uratował życie generała... Przypomniała 

sobie dramatyczną opowieść.

- Boże, teraz rozumiem! - krzyknęła.

- Jesteś pewna? - zapytał Zane.

- Tak! To nie Andrew jest tym bohaterem! To... Rutledge rzucił się do 

drzwi,   przewracając   po   drodze   Isaaca.   Biegnąc   pomyślał,   że   później   go 

przeprosi.

-   Zane!   -   krzyknęła   Rebeka.   Stała   na   ganku,   przyciskając   do   piersi 

złożony list. Wydawała się szczęśliwa.

- Próbowaliśmy cię znaleźć. Chciałam przedstawić cię Jego Ekscelencji.

- Gdzie on jest? - mężczyzna ścisnął mocno jej ramię.

-  Właśnie   wyjeżdża   do   Filadelfii   -   odpowiedziała,   wskazując   ręką   na 

stodołę, obok której stał jeździec w mundurze.

- Czy jest sam?

- Podróżuje z jednym adiutantem - odrzekła, marszcząc brwi. - Jak on się 

nazywa...? Aha, już pamiętam. Talmadge.

Zane przeskoczył przez poręcz ganku. Przewrócił się przy lądowaniu i w 

tym momencie poczuł ostry ból w ramieniu. Pomyślał, że pewnie znowu złamał 

rękę, ale w tej chwili to nie miało znaczenia. Zerwał się na nogi i pobiegł w 

stronę stodoły.

Jeszcze   sto   metrów...   pięćdziesiąt...   szybciej!   Morderca   mógł   kryć   się 

background image

wszędzie. Lada chwila mógł wziąć na muszkę generała.

Usłyszał za sobą głos Emilie i jeszcze przyśpieszył. Niezależnie od tego, 

jak miała się skończyć ta historia, chciał, aby ona była z niego dumna.

- Zsiadaj z konia! - krzyknął do Washingtona. - Już! Generał obrócił się 

powoli i spojrzał na biegnącego mężczyznę. Wyglądał dokładnie tak, jak na 

banknocie jednodolarowym. Z wrażenia Zane na chwilę przystanął.

Po sekundzie znów rzucił się do przodu. Pomyślał, że jeśli nie zdąży, to 

przyszłość, która wydawała im się tak pewna, nagle zmieni się nie do poznania. 

Zamiast dolarów w Ameryce wciąż będą w obiegu funty.

Washington sięgnął do rękojeści szpady.

Rutledge usłyszał krzyk Emilie.

Przykro mi, George - pomyślał. Mnie to sprawi więcej bólu.

I Zane Grey Rutledge rzucił się prosto w główny nurt historii.

background image

15

Rebeka stała w drzwiach i przyglądała się, jak Emilie kończy pakować 

swoje rzeczy. - Lepiej się czujesz?

- Nic mi nie jest - uśmiechnęła się Emilie. - Naprawdę. - A mdłości? - 

Minęły - odpowiedziała. - Cytryna pomogła. Nie mogła już dłużej twierdzić 

wbrew   oczywistym   objawom,   iż   nie   jest   w   ciąży.   I   tak   dostatecznie   długo 

usiłowała sobie wmówić, że mdłości, zawroty głowy i brak okresu jeszcze nie 

świadczą o jej stanie. Musiała przyznać, że nosi w sobie dziecko Zane'a, poczęte 

owej cudownej nocy w przyszłości, kiedy zapomniała o ostrożności i posłuchała 

głosu serca. - To dobra oznaka. Ciężkie początki wróżą zdrowe dziecko.

- Oby Bóg usłyszał twoje słowa.

- Nie znałam dotychczas takiego wyrażenia - zdziwiła się Rebeka.

- W Nowym Jorku można je często usłyszeć - odpowiedziała, składając 

czarną koszulę Zane'a i wkładając ją do torby.

- Naprawdę? Jednak ty i twój mąż różnicie się czymś od nas wszystkich.

- Akcentem?

- Bardzo chciałabym wiedzieć, na czym dokładnie polega różnica. Nigdy 

nie miałam takiej przyjaciółki...

Emilie bez zastanowienia objęła ją i ucałowała.

- Będzie mi cię brakowało, Rebeko. Zwłaszcza teraz.

- Nie wiem, jak sobie poradzę bez twojej przyjaźni - w brązowych oczach 

kobiety zalśniły łzy.

- Nasza przyjaźń wcale się nie skończy - poważnie zapewniła ją Emilie. - 

Po prostu będzie nas dzielić większy dystans.

Od strony schodów dobiegł je odgłos kroków Zane'a.

- Ani słowa o dziecku - szepnęła pośpiesznie.

- Jeszcze mu nie powiedziałaś?

- W tym tygodniu i bez tego miał o czym myśleć - potrząsnęła głową 

background image

Emilie.

Ratując   generała   Washingtona,   Zane   ponownie   złamał   rękę.   To,   plus 

zamieszanie   spowodowane   pokrzyżowanym   spiskiem,   uniemożliwiło   jej 

rozmowę   na   tak   poważny   temat.   Emilie   postanowiła,   że   powie   mężowi 

natychmiast po przybyciu do nowego domu w Filadelfii.

Wcale się nie denerwowała z powodu konieczności odbycia tej rozmowy. 

Bynajmniej. Choć jeszcze nie rozmawiali o powiększeniu rodziny, to wcale nie 

znaczyło, że Zane nie chce mieć dzieci. To prawda, że podczas ich pierwszego 

małżeństwa jasno stwierdził, iż reprodukcja znajduje się na samym końcu jego 

listy celów do realizacji, jednak od tego czasu bardzo się zmienił.

Właśnie wszedł do pokoju.

- Pora jechać, Emilie. Mamy przed sobą daleką drogę.

- Załadowałeś wóz? - spytała. Jak zawsze, na jego widok poczuła, że coś 

ściska ją w gardle.

- Tak - odrzekł, po czym zwrócił się do Rebeki.

- Dałaś nam dość jedzenia na cały rok.

- Tak rozkazał generał - odpowiedziała Rebeka z uśmiechem.

- Jak teraz wyżywisz rodzinę?

- Jego Ekscelencja zapowiedział, że to już nie będzie dla mnie kłopotem.

- Wyobrażam sobie, jaka jesteś dumna z Josiaha - wtrąciła Emilie. - Wiele 

ryzykował, działając tak długo na tyłach angielskiej armii.

W ciągu ostatnich trzech miesięcy Josiah zebrał bardzo wiele cennych 

informacji. Generał Washington miał nadzieję, że dzięki niemu wkrótce odniosą 

decydujące zwycięstwo.

Emilie z najwyższym trudem powstrzymała się od wyjawienia Rebece, że 

do   tak   upragnionego   zwycięstwa   już   blisko.   Za   kilka   miesięcy,   podczas 

styczniowych mrozów, armia amerykańska miała odnieść ważne zwycięstwo w 

bitwie pod Princeton. Ta bitwa znaczyła początek drogi do ostatecznego tryumfu 

kolonii.

background image

- Będę czekał na dole - powiedział Rutledge i wyszedł.

-   Czy   jeszcze   się   zobaczymy?   -   na   odmianę   Emilie   zaczęła   płakać.   - 

Przecież teraz i Zane, i ja należymy do szpiegowskiej siatki...

-   Życie   jest   pełne   niespodzianek   -   westchnęła   Rebeka.   -   W   ciągu 

osiemnastu lat małżeństwa wiele razy się o tym przekonałam.

- Chyba wszystko wzięłam - Emilie rozejrzała się po pokoju. Na chwilę 

zatrzymała wzrok na miedzianej wannie i lekko się uśmiechnęła.

- Przecież prawie nic nie miałaś ze sobą - zauważyła gospodyni. - Często 

się zastanawiałam, w jaki sposób ty i twój mąż spotkaliście Andrew.

- Mam wrażenie, że od tego dnia upłynęły całe wieki - westchnęła Emilie. 

- W ciągu tych paru tygodni tyle się wydarzyło.

- Czy zabrałaś list żelazny od generała?

- To najbardziej wartościowa rzecz, jaką mamy.

Emilie poklepała się po kieszeni. Po krótkim namyśle przełożyła list z 

kieszeni do haftowanej torebki, wraz z innymi przedmiotami, które wykopała ze 

skrytki  za  stodołą.  Mogła  sobie  wyobrazić  reakcję  Rebeki,  gdyby  zobaczyła 

banknot z podobizną generała.

Washington   nie   szczędził   oznak   wdzięczności.   Prócz   listu   żelaznego, 

ofiarował im wóz i konia, co można uznać za osiemnastowieczny równoważnik 

BMW z nieograniczonym zapasem benzyny. Teraz mieli udać się do Filadelfii i 

dołączyć   do   tamtejszej   organizacji.   Washington   miał   nadzieję,   że   tam   Zane 

będzie miał wiele okazji, aby wykorzystać swój dar obserwacji i pamięć.

Propozycja generała otworzyła przed nimi nowe perspektywy. Bez niego 

nie   wiedzieliby,   jak   zorganizować   swoje   życie.   Teraz,   z   uwagi   na   dziecko, 

bezpieczna przyszłość nabrała dla Emilie wyjątkowego znaczenia.

Zane czekał na nią przy wozie, otoczony dziećmi Rebeki. Nawet Charity i 

Tim przyszli specjalnie, aby się z nimi pożegnać. Emilie bardzo się wzruszyła i 

serdecznie ich uściskała. Widząc ich czuła się częścią niewidzialnego łańcucha, 

łączącego ją z przyszłością.

background image

-   Między   Filadelfią   i   Princeton   działa   poczta   -   powiedziała   Rebeka.   - 

Musisz koniecznie napisać mi, jak ci się żyje w nowym domu.

-   Nawet   siostra   nie   byłaby   dla   mnie   lepszą   przyjaciółką   -   westchnęła 

Emilie i po raz ostatni uścisnęła Rebekę. - Nigdy cię nie zapomnę, ciebie i 

twojej rodziny.

Isaac,   niczym   dojrzały   mężczyzna,   podał   rękę   Zane'owi.   Wymienili 

solenny uścisk dłoni. Emilie miała wrażenie, że oczy Zane'a lekko się zamgliły. 

Pomyślała, że za to kocha go jeszcze mocniej.

Nie mogli już dłużej zwlekać. Emilie usiadła na koźle, tuż obok Zane'a, 

który pewnym ruchem chwycił lejce.

- Czy wiesz, jak powozić? - szepnęła niespokojnie.

-  A  co   w   tym   trudnego?   -   zdziwił   się.   -   Przecież   prawdziwą   robotę 

wykonuje koń.

- Niech was Bóg prowadzi! - krzyknęła Rebeka. Isaac klepnął konia po 

zadzie. Ruszyli.

Przez   pierwszą   godzinę   jazdy   Emilie   wielokrotnie   głośno   pociągała 

nosem.

- Jeszcze ich spotkamy - mruknął Zane. - Nasze drogi muszą się przeciąć.

- Skąd możesz wiedzieć? - obruszyła się Emilie. Jej zielone oczy znów 

wypełniły się łzami. - Nie możemy wsiąść do samochodu i podskoczyć do nich 

na kawę.

-   Co   ja   słyszę?!   Czyżbyś   zatęskniła   do   dwudziestowiecznych 

udogodnień?

-   Przestań   się   wygłupiać   -   prychnęła.   Była   naprawdę   rozgniewana.   - 

Tęsknię do Rebeki.

- Rozstałyście się godzinę temu. Chyba jeszcze za wcześnie na tęsknotę.

- Nic mnie to nie obchodzi. Tęsknię do niej i już. Zane spojrzał na nią z 

pewnym zdziwieniem. Czegoś takiego zupełnie się po niej nie spodziewał.

Widział   już   Emilie   w   stanie   bliskim   furii,   wiedział,   że   potrafi   być 

background image

zazdrosna, poznał również, jak się zachowuje, gdy coś jest jej obojętne. Nigdy 

natomiast nie wykazywała skłonności do płaczu i sentymentalizmu. - Nie patrz 

tak na mnie! - warknęła gniewnie. - Nie cierpię takich spojrzeń.

Przez   jakiś   czas   jechali   w   milczeniu.   Raz   musieli   się   zatrzymać,   aby 

gniewna Emilie mogła pójść w krzaki.

Po chwili wróciła, głośno narzekając na jeżyny.

Andrew wyobrażał sobie, że zostanie uznany za bohatera.

Miał nadzieję, że powróci do New Jersey w glorii, tak jak zapowiedziała 

mu Emilie. Zamiast tego pozostał kimś nieznanym i anonimowym.

Gdy dotarł na Long Island, dowiedział się, że generał Washington udał się 

w niespodziewaną podróż do New Jersey. Przekazując w sztabie informacje na 

temat spisku, Andrew czuł się jak idiota. Wszyscy patrzyli na niego tak, jakby 

był wariatem.

Niewykluczone, że mieli rację.

McVie czuł, że pora już przekazać pałeczkę innym. Pojawili się młodsi 

ludzie,   gotowi   zająć   jego   miejsce,   byli   pełni   zapału,   energiczni,   zdolni   do 

podjęcia działań, o których on nawet nie myślał. Na przykład Rutledge. Nawet 

Emilie bardziej rwała się do walki o niepodległość niż on sam.

Pozostał na Long Island tak długo, aby zdążyć odwiedzić matkę Elspeth, 

po czym wyruszył w drogę powrotną, choć sam nie wiedział, do czego wraca.

Ostatnio   nie   mógł   się   skoncentrować   na   sprawach   bieżących.   Zamiast 

tego wciąż wracał myślami do świata, o którym opowiedziała mu Emilie.

Miał wrażenie, że potrafi sobie wyobrazić uliczny zgiełk. Zamknął oczy. 

Wydawało mu się, że widzi na niebie ogromnego, srebrzystego ptaka, lecącego 

niczym spadająca gwiazda. Te marzenia stały się dla niego bardziej rzeczywiste 

niż świat, w którym żył.

Andrew postanowił, że gdy spotka Emilie i Zane'a, powie im, iż chciałby 

zobaczyć ich świat. Jeśli kiedykolwiek znajdą możliwość powrotu, chciał jechać 

z nimi.

background image

To, oczywiście, nie wydawało się bardzo prawdopodobne, ale przecież 

cała ta historia była zupełnie fantastyczna.

Sam nie wiedział, dlaczego ominął Princeton i udał się na południowy 

wschód.   Nie   mógł   się   oprzeć   pokusie   odwiedzenia   latarni   morskiej.   Jakiś 

wewnętrzny głos nakazał mu zboczyć o wiele mil, przedostać się na wyspę i 

zanocować, słuchając szumu fal bijących o skalisty brzeg. Tylko ta jedna noc - 

mruknął do siebie, patrząc w stronę portu. Jutro ruszam dalej.

Przez jakiś czas jechali w milczeniu. Wreszcie Emilie pochyliła się w 

stronę mężczyzny i pogłaskała go po ramieniu.

- Przepraszam, że byłam taka okropna.

_ Wolę, gdy się złościsz, niż płaczesz - powiedział Zane, patrząc jej w 

oczy. - Jeszcze zobaczysz swoją Rebekę, obiecuję ci to.

Emilie znowu zaczęła pociągać nosem.

- Nie zachowujesz się normalnie - zauważył.

- Owszem, tak - ucięła wszelką dyskusję na ten temat.

Dojechali do rozwidlenia dróg i skręcili w prawo.

- Myślę, że źle wybrałeś - powiedziała Emilie. Rutledge niemal zazgrzytał 

zębami. Dlaczego nikt mu nie powiedział, że tak będzie wyglądała ich wspólna 

podróż?

- Mieliśmy kierować się w prawo.

- Mylisz się.

- Mam fotograficzną pamięć.

- I kiepską orientację w terenie.

- Wydaje mi się, że to ja parę dni temu odnalazłem drogę do jaskini - 

przypomniał jej gniewnie. - Jakoś Wedy nic nie mówiłaś o kiepskiej orientacji w 

terenie.

Na   myśl   o   tamtej   nocy   Emilie   poczerwieniała.   Najpierw   ucieczka   z 

więzienia, później miłość pod gołym niebem. Nie zamierzała jednak się poddać.

- To tylko dowodzi, że potrafisz odnaleźć miejsce, v którym raz byłeś. 

background image

Teraz szukamy nowej drogi.

Zane tylko pokręcił głową.

Jednak   po   kilku   kolejnych   milach   sam   musiał   przyznać,   że   sytuacja 

wygląda   kiepsko.   Wedle   otrzymanych   instrukcji,   miał   wypatrywać   starej 

wierzby płaczącej, rosnącej tuż koło studni z żurawiem. Niestety, nigdzie nie 

było widać ani wierzby, ani studni.

Jechali   już   od   wielu   godzin.   Byli   głodni,   zmęczeni   i   posiniaczeni   od 

nieustannych wstrząsów.

- Myślałam, że mieliśmy spędzić noc w zajeździe - powiedziała Emilie.

- Owszem - potwierdził Zane przez zaciśnięte zęby.

- I gdzie ten zajazd?

- Już dojeżdżamy.

- Jakoś go nie widzę.

- Czy chcesz powiedzieć, że mam się zatrzymać na stacji benzynowej i 

zapytać o drogę?

Spojrzeli sobie w oczy i jednocześnie wybuchnęli śmiechem.

-   Wszystko   będzie   dobrze   -   powiedział   wreszcie   Zane   i   delikatnie 

zwichrzył jej włosy.

-   Wiem   -   westchnęła,   ale   w   tym   samym   momencie   poczuła   wyrzuty 

sumienia. Kochała go i wiedziała, że on ją kocha. Jeśli mieli żyć razem, musiała 

mu koniecznie powiedzieć o dziecku, które powoli rozwijało się w jej wnętrzu. 

Czemu właściwie miałaby z tym czekać, aż przybędą do Filadelfii?

- Zane - zaczęła powoli. - Muszę ci coś powiedzieć. Nic nie odpowiedział.

- Zane?

Emilie zwróciła wzrok w stronę, w którą patrzył.

- Co to takiego? - spytała, starając się przeniknąć wzrokiem przez gęste 

gałęzie drzew.

- Tam - wskazał jej niewielką przesiekę. - Widzisz?

- Boże - wymamrotała. Nagle poczuła zawrót głowy, zrobiło jej się zimno. 

background image

- Latarnia morska.

- Do diabła, jak mogłem się tak pomylić? - zaklął i zeskoczył z wozu. - 

Tylko idiota może pomylić wschód i zachód.

- Myślę, że to nie jest przypadkowa pomyłka.

- A co takiego?

- Jedźmy dalej - wykrztusiła Emilie.

- Co się stało, Em? To doskonałe miejsce, żeby przenocować.

- To może być niebezpieczne - odrzekła. Nie mogła pozbyć się strachu, 

który nagle ścisnął ją za gardło.

- Nikt się tu nas nie spodziewa - Zane zrobi} zdziwioną minę. - Jeśli 

nawet ktoś nas zobaczy, będziemy udawać normalne małżeństwo w podróży.

Nie   byli   jednak   normalnym   małżeństwem.   Podróżowali   aż   z 

dwudziestego wieku.

- Chodź - zaproponował. - Musimy rozejrzeć się po okolicy. Poprzednim 

razem nie mieliśmy dość czasu, bo Andrew zaraz nas znalazł.

Emilie miała ochotę chwycić lejce i jak najszybciej stąd uciec, ale nie 

mogła się na to zdobyć. Miałaby odjechać bez niego? Niechętnie zsiadła z wozu.

- Już tu byliśmy - powiedziała. Zbliżali się właśnie do brzegu. - Jest tyle 

rzeczy, których jeszcze nie widzieliśmy. Po co tracić czas na powtórki?

Na skraju plaży leżała łódź wiosłowa, na wszelki wypadek uwiązana do 

wystającego   pniaka.   Emilie   poczuła,   że   po   plecach   przeszły   jej   ciarki.   Jej 

zdaniem, to wszystko składało się w dziwną i niepokojącą całość.

- Chyba już dość się napatrzyłeś? - pociągnęła go za rękaw.

-   Chodź,   popłyniemy   na   wyspę   -   odpowiedział,   kierując   się   w   stronę 

łodzi.

- Przecież to niemożliwe, Zane. Masz złamaną rękę.

- Ja będę wiosłował z lewej, ty z prawej.

- Nie chcę tam płynąć.

- To poczekaj tu na mnie.

background image

- Dlaczego tak ci zależy, aby tam dotrzeć? Przecież już widziałeś latarnię 

z bliska.

Zastanawiał się przez chwilę.

- Nie wiem, dlaczego chcę tam popłynąć - odparł szczerze. - Po prostu coś 

mnie ciągnie.

- To mi się bardzo nie podoba - stwierdziła Emilie. - Mam złe przeczucia.

Nic   nie   mogło   odwieść   Zane'a   od   realizacji   powziętej   decyzji.   Emilie 

ciężko westchnęła i usiadła koło niego.

- No dobra, tylko szybko - powiedziała, chwytając za wiosło. Wiatr się 

wzmagał. Jeśli nie mieli nocować na wozie, to czym prędzej powinni znaleźć 

jakiś dach nad głową.

Gdy dotarli na wyspę, Zane pomógł jej wysiąść i zacumował łódź.

- Spójrz - powiedział. - Jeszcze jedna łódź. Myślisz, że ktoś obsługuje 

latarnię?

- Nie - z tyłu dobiegł ich dobrze znany głos. - Jesteśmy tu sami.

Odwrócili się gwałtownie. Przed nimi stał McVie.

- Andrew! - wykrzyknęła Emilie. - Co ty tu robisz?

- Wracam na farmę, do Rebeki. Zatrzymałem się po drodze.

- My jedziemy do Filadelfii - powiedział Zane, patrząc mu w oczy.

Żadne z nich nie skomentowało oczywistego faktu, że aby się tu dostać, 

musieli mocno zboczyć z drogi.

-   To   wygląda   na   spotkanie   lokalnej   siatki   szpiegowskiej   -   zauważyła 

Emilie.   Z   trudem   trzymała   nerwy   na   wodzy.   -   Chyba   nie   powinniśmy 

pokazywać się razem. To tylko...

Nie dokończyła. Ani Zane, ani Andrew nie słuchali, co ona mówi, tylko 

wbili wzrok w jakiś punkt na horyzoncie. Spojrzała w tamtą stronę i zobaczyła 

szybko nadciągające, szare, spiralne chmury. Chwyciła Zane'a za ramię.

- Pamiętam te chmury - gorączkowo powiedział Rutledge. - Wiedziałem, 

że powinniśmy byli spróbować zrobić balon. Mielibyśmy szansę...

background image

- Patrz tam! - wtrącił Andrew. - Tam, na plaży!

- Tak! - wykrzyknął Zane, z trudem przekrzykując szum wiatru. - Balon!!

Emilie z góry wiedziała, że powłoka i gondola są w doskonałym stanie. 

Jak to możliwe, że znów dzieje się coś takiego?

- To nasza jedyna szansa, Em! - Zane chwycił ją w pasie i odwrócił do 

siebie. - Zrobiliśmy już, co do nas należało. Zadanie wykonane, możemy wracać 

do domu.

- To tylko iluzja - ostudziła go. - To nie może dziać się naprawdę.

- Już  myślałem, że to się nigdy nie zdarzy - Zane ruszył w kierunku 

balonu, ciągnąc za sobą niechętną Emilie. - Bałem się, że z jakiegoś powodu 

straciliśmy szansę powrotu. To prawdziwy cud!

Nie - pomyślała. Cud to to, że przez chwilę wydawało mi się, że mamy 

szansę być razem.

Szarosrebrne chmury pokryły całe niebo. Były tak nisko, że wierzchołek 

balonu dotykał ich podstawy.

- Chodź, Em. Nie mamy wiele czasu.

- Nie mogę. - Miała wrażenie, że coś, czego nie rozumie, sparaliżowało 

jej ruchy.

- Nie będziemy mieli drugiej okazji, Emilie - powiedział, patrząc na nią, 

jakby widział ją po raz pierwszy w życiu.

- To może być jakiś trik. A jeśli coś się stanie?

- Przynajmniej będziemy wiedzieli, że spróbowaliśmy.

- Nie mogę - pokręciła głową w odpowiedzi.

- Z pewnością możesz.

-   Tym   razem   nie   -   odrzekła,   cofając   się   parę   kroków.   Kiedy   indziej 

gotowa byłaby pójść za nim na kraj świata, ale teraz... Teraz musiała chronić 

rosnące w niej dziecko. Nie mogła zaryzykować, że coś mu się stanie. Poczuła 

gwałtowny, bolesny skurcz serca. Wiedziała, że jeśli teraz powiedziałaby mu o 

dziecku, balon z pewnością odleciałby bez niego, ale nie chciała go do tego 

background image

zmuszać.

Kocham cię - powiedziała cicho, przełykając łzy. - Ale nie mogę lecieć.

Zane czuł, że znalazł się w jakimś koszmarnym potrzasku. Pomyślał, że 

Emilie nie może odmówić.

-   Nie   możesz   tu   zostać   -   gorączkowo   próbował   ją   przekonać.   Mijały 

cenne sekundy. Balon mógł odlecieć w każdej chwili. - Em, proszę. Przecież 

należymy do siebie.

- Wsiadaj - powiedziała, wyrywając się z jego uścisków. - Nie chcę, abyś 

z mojego powodu stracił szansę na szczęście.

Zane nie był stworzony do życia w osiemnastym wieku. Bez władzy i 

pieniędzy stał się takim samym człowiekiem jak inni. Ba, nie było nawet jasne, 

czy potrafi zarobić na życie.

- Balon zaczyna się wznosić - krzyknął Andrew. - Teraz albo nigdy!

Zane zrozumiał, że nie zdoła jej przekonać. Musiała sama podjąć decyzję.

- Decyduj, Em - krzyknął. - Lecisz czy zostajesz?

- Nie mogę lecieć - szepnęła i załkała. - Boże, tak bym chciała...

Rzuciła mu haftowaną torebkę z pieniędzmi i kartą kredytową, po czym 

odwróciła   się   i   pobiegła   do   latami.   Rzuciła   się   na   pryczę,   ukryła   twarz   w 

poduszce i zapłakała.

Postąpiłaś   słusznie   -   pocieszył   ją   głos   serca.   Pozwoliłaś,   aby   podjął 

decyzję. Zane miał prawo powrócić do świata, który znał i lubił, podobnie jak 

ona miała pełne prawo pozostać, aby zapewnić bezpieczeństwo dziecku. Emilie 

wiedziała, że to prawda, ale mimo to nie mogła się uspokoić.

Po paru minutach usłyszała skrzypienie zawiasów.

To Andrew - pomyślała tępo. Zane pewnie już poleciał.

Leżała nieruchomo, nadsłuchując odgłosów kroków.

- Emilie - usłyszała.

Dlaczego Opatrzność tak mnie prześladuje? - pomyślała. Dlaczego muszę 

słyszeć ten głos, podczas gdy on jest już daleko?

background image

W tym momencie tuż obok ugięło się łóżko i czyjeś silne ramię uniosło ją 

do góry. To mógł być tylko on.

Przytulił   ją   do   piersi.   Emilie   z   radością   wsłuchiwała   się   w   bicie   jego 

serca.

- Nie zadziałało? - spytała po chwili, patrząc mu w oczy.

- Nie spróbowałem.

- Nie rozumiem... - szepnęła, wstrzymując oddech. Boże, niech tak będzie 

naprawdę - modliła się gorączkowo. Proszę, niech on ze mną zostanie.

-   Tu   jest   nasz   dom   -   powiedział   Zane   Grey   Rutledge,   który   nigdy 

przedtem nie przywiązywał wagi do tego pojęcia. - To nieważne, czy żyjemy w 

osiemnastym, czy dwudziestym wieku. Chcę być z tobą.

Emilie zawsze pragnęła usłyszeć, jak on wymawia te słowa, ale wciąż nie 

była pewna.

- Może jeszcze zdążysz - szepnęła. - Chcę, abyś był szczęśliwy...

W tym momencie jednocześnie pomyśleli o tym samym i podbiegli do 

okna.

- Boże! - wykrzyknęła Emilie. - Andrew!

Balon już wystartował. W gondoli z wikliny siedział Andrew McVie.

-   Niech   mnie   diabli   porwą!   -   zaklął   Zane.   Gondola   znikała   już   w 

ciemnych chmurach. - Zaryzykował.

- Przecież on nic nie wie... - szepnęła, wycierając dłonią oczy. - Będzie się 

musiał tyle nauczyć.

- Da sobie radę - zapewnił ją, obejmując zdrową ręką jej ramiona. - To 

twarda sztuka.

- Mam nadzieję, że się nie mylisz.

- Ja też - powiedział, całując ją w czoło. - Czy dlatego nie chciałaś lecieć?

- To nieco bardziej skomplikowana sprawa, niż myślisz.

- Wolisz żyć w osiemnastowiecznym stylu, tak?

- To tylko jedna z przyczyn. - Wzięła głęboki oddech i spojrzała mu w 

background image

oczy. - Jest jeszcze ktoś, kogo musimy wziąć pod uwagę.

Zane już odgadł. Jak to się stało, że wcześniej się nie zorientowałem? - 

pomyślał ze zdziwieniem. Te płacze, dziwne uśmiechy, nagłe zmiany humoru. 

Czasami patrzyła na niego tak, jakby pomógł jej sprawić cud.

- Chodzi o dziecko, prawda?

- Tak - szepnęła, zaplatając ręce na brzuchu, jakby chciała je obronić.

-   To   tej   pierwszej   nocy   -   szepnął,   przygnieciony   wagą   wydarzenia. 

Dziecko było nie tylko widocznym dowodem ich miłości, ale również należało 

do dwóch wieków.

- Może chcesz usiąść? - zapytała Emilie i cicho się zaśmiała.

-   Chyba   to   ja   powinienem   ci   to   zaproponować   -   potrząsnął   głową   i 

przytulił ją do siebie. - Od dawna wiesz?

- Podejrzewałam już wcześniej, ale tak na pewno dopiero od tygodnia.

- Powinnaś była mi powiedzieć.

- Ja... Prawdę mówiąc, nie byłam pewna, jak na to zareagujesz.

-  Niczego bardziej nie  pragnę niż  małej dziewczynki  z twoimi oczami i 

twoją radością życia.

- A ja chciałabym chłopca, równie cudownego, jak jego tata - szepnęła, a 

w jej zielonych oczach zalśniły łzy.

Zane gwałtownie zamrugał i na chwilę odwrócił wzrok.

- Miałaś rację, Em. Musimy tu zostać dla naszego dziecka. Niech wie, że 

je kochamy.

- Musimy się pobrać.

-   Załatwimy   formalności,   jak   tylko   dotrzemy   do   Filadelfii,   ale   żaden 

papierek  nie  wzmocni  już  naszego  małżeństwa  -  odrzekł,  całując  ją  w  usta. 

Jeszcze nigdy nie byli sobie tak bliscy, jak teraz. - Tym razem pobraliśmy się już 

na zawsze.

background image

EPILOG

Osiem miesięcy później, gdzieś w okolicy Filadelfii.

- Siadaj, Rutledge - polecił Josiah Blakelee. - Wydeptujesz tylko podłogę.

Z pokoju obok kuchni dobiegł ich kolejny, głośny jęk. Zane aż zadrżał.

-   Masz   sześcioro   dzieci   -   powiedział,   przestając   na   chwilę   krążyć   po 

kuchni. - Czy to zawsze tak wygląda?

- Czasami gorzej - odrzekł Josiah. - Taki już jest los kobiet.

- Dlaczego zatem chcą mieć dzieci? - spytał. Każdy jęk żony sprawiał mu 

ostry ból.

- Z miłości - odpowiedział Blakelee. - Rebeka twierdzi, że zapomina o 

bólu, gdy tylko dziecko zaczyna ssać.

-   Nigdy   więcej   -   mruknął   Zane   i   znów   zaczął   nerwowo   przemierzać 

pomieszczenie. - Nigdy więcej nie narażę jej na coś takiego.

Josiah   tylko   się   uśmiechnął.   Wskutek   wojny   cała   rodzina   Blakelee 

musiała   opuścić   farmę   w   pobliżu   Princeton.   Przenieśli   się   do   Pensylwanii   i 

zamieszkali   nieopodal   Rutledge'ów.   Zane   i   Josiah   zaprzyjaźnili   się

>

  kierując 

siatką szpiegowską, a ich żony po prostu odnowiły dawną zażyłość, tak jakby 

nigdy się nie rozstały.

Teraz Rutledge myślał, że bez nich nie wiedziałby, co zrobić.

Każdy jęk Emilie sprawiał, że czuł rozdzierający serce ból. Gdy milczała, 

pocił się ze strachu, aż Wreszcie znów słyszał jej głos.

Blakelee wstał, wyjął z szafki butelkę rumu i podał przyjacielowi.

- Napij się - poradził. - Czeka cię długi dzień.. Minął cały dzień, a Emilie 

jeszcze nie urodziła, Rum nie podziałał. Zane mógłby równie dobrze pić czystą 

wodę. Zupełnie utożsamił się z cierpiącą żoną.

Gdyby rodziła w dwudziestym wieku, z pewnością byłby przy niej, ale 

teraz,   gdy   tylko   wspomniał   o   takiej   możliwości,   Josiah   spojrzał   na   niego   z 

oczywistym zgorszeniem.

background image

W końcu jednak Zane nie wytrzymał.

-   To   moja   żona,   do   diabła   -   zaklął.   -   Ten   obyczaj   to   barbarzyństwo. 

Wchodzę i już.

Zdecydowanym ruchem otworzył drzwi i wszedł do pokoju zastępującego 

izbę porodową.

-   Zane!   -   wykrzyknęła   przerażona   Rebeka.   -   To   nie   jest   miejsce   dla 

mężczyzny!

- Pozwól mu wejść - szepnęła Emilie słabym głosem. Nawet na tle białego 

prześcieradła wydawała się blada. Na jej ściągniętej twarzy widać było ogromne 

znużenie. Nagle wygięła się w łuk i kurczowo chwyciła dłoń Zane'a.

- Już widać główkę! - zawołała przyjaciółka. - Przyj, przyj!

Krzyk Emilie odbijał się od ścian pokoju i wracał do uszu mężczyzny, 

który przyglądał się porodowi z przerażeniem i uniesieniem.

- Jeszcze mocniej - nalegała Rebeka. - No, jeszcze... jeszcze raz!

- Mocniej, Em - zachęcił ją Zane.

- Nie mogę... Jestem taka zmęczona... To za dużo...

-   Owszem,   możesz.   Potrafisz   wszystko.   Znalazła   w   sobie   resztki  sił   i 

spróbowała raz jeszcze.

Jej twarz wykrzywił grymas bólu i wysiłku.

- Wychodzi... czuję, że wychodzi - szepnęła. Jeszcze chwila i rozległ się 

cudowny, głośny krzyk dziecka.

- Dziewczynka! - ucieszyła się Rebeka. - Śliczna, mała dziewczynka!

- Boże... - Emilie spojrzała na męża. Oboje płakali ze wzruszenia.

Zane myślał, że wie już wszystko o miłości. Wydawało mu się, że dzięki 

tej kobiecie i wspólnej podróży w czasie poznał wszystkie sekrety tego uczucia. 

Teraz jednak, widząc noworodka kwilącego w ramionach matki, zrozumiał, że 

nic jeszcze nie wie.

Nagle Emilie znów krzyknęła.

-   To   łożysko   -   wyjaśniła   Rebeka.   Dotknęła   ręką   wydętego   brzucha 

background image

kobiety. Na jej twarzy pojawił się wyraz zdziwienia.

- Co się stało? - zaniepokoił się Zane. Przecież to niemożliwe, aby teraz, 

już po porodzie, coś mogło się stać Emilie.

- Weź dziecko - poleciła mu zdecydowanie Rebeka. - Wydaje mi się, że to 

jeszcze nie koniec.

Wziąć dziecko? Zane spojrzał na malutką, kruchą istotkę w ramionach 

Emilie.   Jak   mógłby   to   zrobić?   Przecież   nie   miał   pojęcia,   jak   trzymać 

noworodka, jak...

- Bierz córkę!

Zane   przypomniał   sobie,   jak   ktoś   mu   tłumaczył,   że   dziecko   należy 

trzymać jak piłkę do amerykańskiego futbolu. Zacisnął z determinacją zęby i 

wziął   maleństwo.   Na   szczęście   rada   okazała   się   właściwa.   Dziewczynka 

wydawała mu się taka śliczna, doskonała...

- Przyj! - krzyknęła Rebeka niczym sierżant kierujący musztrą.

- Nie mogę! - jęknęła Emilie, chwytając się poręczy łóżka.

- Musisz!!

- Dalej! Mocniej!... Chryste! - Rebeka jednocześnie śmiała się i płakała. - 

Macie syna!

- Syna? - Zane spojrzał na dziecko, które trzymał na rękach. - Mówiłaś, że 

to córka!?

- Bliźniaki? - pierwsza oprzytomniała Emilie. W jej głosie zabrzmiała 

nutka tryumfu. - Mamy bliźnięta!

-   To   szczęśliwy   dzień   -   westchnęła   przyjaciółka,   owijając   noworodka 

prześcieradłem i podając go Emilie. - Bóg Wszechmogący wam pobłogosławił.

Płacząc   z   radości,   Rebeka   wyszła,   aby   przekazać   mężowi   szczęśliwą 

wiadomość.

- Mamy teraz prawdziwą rodzinę - szepnęła Emilie. Zane patrzył na swoją 

żonę i dzieci i myślał, że gotów byłby oddać za nich życie. Wiedział, że mają 

przed sobą trudną drogę w tym obcym dla nich świecie, ale był pewien, że zrobi 

background image

wszystko, aby zapewnić im bezpieczeństwo.

Po raz pierwszy od nagłej podróży w czasie przestał się zastanawiać, jak 

ma wyglądać przyszłość. Odrzucił do tyłu głowę i roześmiał się głośno.

-   Kocham   cię   -   powiedział   myśląc,   że   żadne   słowa   nie   oddadzą 

cudownego   uczucia,   jakie   przepełniało   jego   serce.   -   Nie   mógłbym   żyć   bez 

ciebie.

- Biedaczysko - westchnęła Emilie. Zane pochylił się nad nią i pocałował 

ją w usta. - Nie tak sobie wyobrażałeś swoje życie.

- Nie - odrzekł bez wahania. - Ale miałem szczęście.

- Nie żałujesz?

- Nie, niczego nie żałuję.

Pora, żebyś to zrozumiał - usłyszał głos babki.

- Słyszałeś coś? - Emilie rozejrzała się po pokoju.

- Ciekaw byłem, kiedy odezwie się znowu - uśmiechnął się Zane.

- Kto?

- Sara Jane.

- Twoja babka?

- Tak - kiwnął głową. - To jej zawdzięczamy to wszystko.

- Nie rozumiem...

- Kiedyś ci wytłumaczę - Obiecał Zane.

Jestem z ciebie dumna, Zane. Stałeś się prawdziwym mężczyzną, godnym 

nazwiska Rutledge' ów.

Znów ją słyszałam - powiedziała Emilie - ale nie mogłam odróżnić słów.

- Myślę, że pożegnała się z nami - uśmiechnął się Zane. Czuł w sercu 

spokój i radość.

W tym momencie do pokoju wpadli Rebeka i Josiah, Charity z mężem, 

Isaac,   Stephen,  Benjamin,  Ethan   i  nawet  mały  Aaron,   który   już   nauczył  się 

chodzić.

Wszyscy zgodnie uznali, że dzieci są cudowne i równie inteligentne jak 

background image

ich rodzice.

- Ale jeszcze nie mają imion - zauważyła Rebeka. - Jak je nazwiecie?

Zane spojrzał Emilie w oczy.

-   Chłopiec   będzie   się   nazywał  Andrew   -   powiedziała.   Chciała   uczcić 

pamięć przyjaciela, o którego losie nie mogli się niczego dowiedzieć.

- A to będzie Sara - dodał Zane patrząc, jak mała wywija w powietrzu 

maleńką piąstką. - Sara Jane.

I tak się to zaczęło...