background image

BARBARA BRETTON

GDZIEŚ W PRZESZŁOŚCI

Tytuł oryginału: Somewhere In Time

background image

PROLOG

Pokonując   swym   czarnym   porsche   kręty   podjazd   do   Rutledge   House,   Zane   Grey 

Rutledge musiał zwolnić i wrzucić drugi bieg. Pod kołami zazgrzytał żwir, drobne kamyki 

posypały   się   na   błyszczącą   maskę   i   błotniki   samochodu.   Nagle   jakiś   większy   odłamek 

trzasnął w szybę, pozostawiając pajęczynę pęknięć. Zane zaklął cicho. Zatrzymał samochód 

tuż za ciężarówką firmy przewozowej i zgasił silnik. Spojrzał na dom.  Cegły dawno już 

straciły swój pierwotny kolor, a deszcze wygładziły kamienie, ale budynek wciąż prezentował 

się   okazale.   Była   to   siedziba   tak   wielu   pokoleń   rodu   Rutledge,   ze   Zane   nie   miał   nawet 

pojęcia, ilu. - Pewnego dnia będzie to miało dla ciebie duże znaczenie - powiedziała mu 

babka na krótko przed śmiercią. - Rodzina jest najważniejsza.

Sara Jane zmarła już trzy miesiące temu i Zane wreszcie kończył załatwiać sprawy 

spadkowe. Ostatnio miał wrażenie, że babka wciąż go obserwuje i kręci głową, jak wtedy, 

gdy przyłapała go na piciu piwa w niewłaściwym towarzystwie.

Mężczyzna rozparł się wygodnie na siedzeniu i patrzył, jak robotnicy wynoszą z domu 

skarby   zgromadzone   przez   liczne   pokolenia   jego   przodków.   Portrety   dawno   zmarłych 

przedstawicieli rodu, książki i pamiątki, ponoć tak ważne dla historii rodziny i kraju. Zabębnił 

nerwowo   palcami   o   kierownicę.   Dobrze   zrobiłem   -   pomyślał.   Do   diabła,   w   tych 

okolicznościach nie mógł zrobić nic innego. Nie miał najmniejszej ochoty zostać kustoszem 

muzeum, które udawałoby normalny dom. Nie chciał zmieniać trybu życia tylko po to, aby 

dbać o los tych przedmiotów, choćby były najcenniejsze. Dotychczas udawało mu się unikać 

odpowiedzialności i nie miał ochoty stracić reputacji zakały rodziny.

Trudno   zresztą   było   mówić   o   rodzinie.   Po   śmierci   Sary   Jane   z   niegdyś   potężnej 

rodziny Rutledge z Pensylwanii pozostał tylko Zane, któremu wypadło pielęgnować rodzinną 

tradycję, wywodzącą się z czasów wojny o niepodległość. Szkoda, że nie pozostał nikt, kto 

mógłby docenić ironię losu.

- Pan Rutledge? Tak się bałam, że się nie spotkamy!

Zane drgnął. Z otwartego okna wychylała się ku niemu kobieca postać.

- Jestem Olivia McRae - powiedziała, uśmiechając się nieśmiało. - Poznaliśmy się 

tydzień temu.

- Pamiętam - odrzekł, wysiadając z samochodu. Uścisnął szczupłą, ptasią dłoń starszej 

pani. - To pani reprezentuje Towarzystwo Historyczne Wschodniej Pensylwanii.

Olivia McRae uśmiechnęła się lekko. Zane pomyślał, że kiedyś pewnie wszyscy się za 

nią oglądali.

background image

-   Jesteśmy   panu   niezwykle   wdzięczni.   Mam   wrażenie,   że   w   tym   roku   Gwiazdka 

nadeszła wcześniej niż zwykle.

Rutledge   rzucił   jej   zdziwione   spojrzenie.   Za   co   mogła   mu   dziękować?   W   ciągu 

ostatnich paru dni myślał o pani McRae jak o swojej wybawicielce. Dzięki niej mógł przestać 

troszczyć się o Rutledge House i jego skarby.

- To była dla mnie prawdziwa przyjemność - odrzekł, starając się ukryć zdziwienie.

- Och, to również dobry dzień dla tego domu - powiedziała starsza pani z wyraźnym 

podnieceniem. - Jestem pewna, że pańska babka, Sara Jane, gorąco poparłaby pana decyzję.

- „Gorąco” to może nieco zbyt mocne słowo - skrzywił się ironicznie Zane. - Raczej 

jakoś musiałaby się z tym pogodzić.

Dla Sary Jane zawsze najważniejsze były więzy krwi, a nie fakt, że stary dom powoli 

obracał się w ruinę. Na jego utrzymanie nie wystarczyłyby dochody całej rodziny. Jednak 

dopóki Rutledge House był wciąż rodzinną rezydencją, dopóty dla babki wszystko było w 

porządku.

- Proszę tylko dać nam trochę czasu - Olivia McRae poklepała go po ramieniu. - Gdy 

przyjedzie   pan   tu   następnym   razem,   ten   wspaniały   dom   będzie   już   wyglądał   inaczej. 

Doprowadzimy go do dawnej świetności.

- To teraz pani sprawa. Pani i stanu Pensylwania. - Tak naprawdę, Zane miał w nosie, 

czy kiedyś jeszcze zobaczy Rutledge House.

-  Bardzo   nam  zależy   na  pana  opinii  -  odrzekła   starsza  pani.  -  Prócz  tego   bardzo 

chcielibyśmy, aby ktoś z rodziny Rutledge był członkiem rady nadzorczej muzeum.

-   Bardzo   mi   przykro   -   odrzekł   nieco   zbyt   pośpiesznie   Zane.   -   Chyba   nie   będę 

podtrzymywał więzi z tym miejscem.

- Bardzo przepraszam - powiedziała Olivia, a w jej oczach pojawiły się łzy. - Jaka 

jestem   bezmyślna!   To   musi   być   dla   pana   ciężkie   przeżycie.   Pańska   babka   umarła   tak 

niedawno...

Rutledge odwrócił wzrok. Rzadko dawał się wyprowadzić z równowagi, ale rozmowa 

o babce zawsze powodowała taki efekt.

-   Muszę   jechać   na   lotnisko   -   powiedział   szorstko.   W   rzeczywistości   miał   lecieć 

następnego dnia. Jednak z jego punktu widzenia poddawanie się emocjom było groźniejsze 

niż skok z samolotu bez spadochronu. - Lepiej już pójdę.

- Wziął pan paczkę, prawda? - zapytała Olivia, zaglądając do wnętrza samochodu.

- Jaką paczkę? - zmarszczył brwi Zane. - Nie wiem, o co chodzi.

- Och, panie Rutledge, musi pan wziąć paczkę, którą przygotowałam dla pana. - Olivia 

background image

spojrzała na niego z entuzjazmem. - To mundur.

- Do licha - mruknął pod nosem Zane. - Zapomniałem.

„W każdym  pokoleniu pierworodny chłopiec otrzymuje pod opiekę mundur”. Sara 

Jane   wypowiedziała   te   słowa   w   dniu   jego   dwunastych   urodzin,   wręczając   mu   starannie 

zawiązaną paczkę.

,pewnego dnia przekażesz go swemu synowi”.

Zane pomyślał, że jeśli tylko będzie to od niego zależało, to nigdy się tak nie stanie. 

Wcale nie zapomniał o mundurze. Dobrze wiedział, gdzie jest: na strychu, pogrzebany pod 

grubą warstwą kurzu, jak wszystko, co należy do przeszłości.

- Proszę poczekać - poleciła mu pani McRae. - Zaraz przyniosę paczkę.

Miał ochotę wskoczyć do samochodu i uciec, gdzie pieprz rośnie. Jak daleko sięgał 

pamięcią, ten cholerny mundur stanowił kluczowy element rodzinnej tradycji. Jego babka 

opowiadała mu nie kończące się historie o brawurowych wyczynach przodków, którzy tak 

naprawdę posługiwali się bronią chyba tylko podczas polowania na kaczki.

Olivia McRae nie kazała mu długo czekać.

-   Proszę   -   powiedziała,   podając   duży,   starannie   zapakowany   pakunek.   Niosła   go 

niczym   matka   swoje   pierworodne   niemowlę.   -   Pomyśleć,   że   mógł   pan   wyjechać   bez 

munduru.

Zane spojrzał na paczkę z pewnym zaciekawieniem.

- Cięższa niż myślałem - zauważył. - Jest pani pewna, że nie ma tam muszkietu?

- Och, pan ze mnie żartuje... - Na policzkach pani McRae pojawiły się rumieńce. - 

Przecież z pewnością widział pan ten mundur tysiące razy.

- Niestety, nigdy nie poświęcałem mu zbytniej uwagi.

- To na pewno nieprawda.

- Nie interesuję się antykami.

- To coś więcej niż antyk - powiedziała pani McRae, wyraźnie zgorszona. - To część 

amerykańskiej historii... pańskiej historii. - Przerwała i poklepała dłonią paczkę.

- Proszę ją otworzyć, panie Rutledge. Chciałabym zobaczyć pana twarz, gdy...

- Później to zrobię - przerwał jej Zane, podchodząc do samochodu. - Teraz muszę 

pędzić na lotnisko.

- Oczywiście - z twarzy Olivii zniknął uśmiech.

Zane dostrzegł w jej oczach wyraźne rozczarowanie. Czemu jednak miałby mieć dla 

niej  jakieś   względy?   Rozczarowywanie  ludzi   było   jego  specjalnością.   Rzucił   pakunek  na 

tylne siedzenie, kiwnął głową na pożegnanie i ruszył w kierunku bramy.

background image

Manhattan, jak zwykle, powitał go z szeroko otwartymi ramionami. Anonimowe życie 

w   tłumie   działało   kojąco   na   jego   niespokojną   naturę,   zupełnie   odwrotnie   niż   ciepło 

domowego ogniska. Tutaj nikt od niego niczego nie oczekiwał i Zane czuł się wolny od 

wszelkich zobowiązań.

Nie zniechęcił go nawet tłok w tunelu Lincolna ani korek, jaki musiał pokonać po 

drodze do domu na wschód od Piątej Alei. Mieszkał w apartamencie na trzydziestym piętrze 

wieżowca, pozbawionego wszelkiego indywidualnego wyrazu i wznoszącego się w pobliżu 

UN Plaża. Kupił to mieszkanie parę lat wcześniej, gdy wygrał mnóstwo pieniędzy w Monte 

Carlo. „Nie można zakorzenić się w powietrzu” - tak skomentowała to babka, kręcąc głową z 

wyraźną niechęcią. Zane uśmiechnął się wtedy i powiedział, że właśnie dlatego wybrał takie 

mieszkanie.

Nie pragnął domu, w każdym razie nie w takim sensie, jak rozumiała to Sara Jane. 

Między innymi z tego powodu rozpadło się jego małżeństwo. Mieszkanie stanowiło dla niego 

bazę. Tu gromadził zapasy, odbierał pocztę i przygotowywał plany kolejnych eskapad. Goni-

twa z bykami w Pampelunie, Wybrzeże Kości Słoniowej, teraz Tahiti. Miejscowość nie miała 

nawet znaczenia, chodziło tylko o to, aby się nie zatrzymywać.

Już jako dziecko nauczył się, że przywiązanie do miejsca może spowodować kłopoty. 

Nigdy o tym nie zapominał i nie zamierzał wić sobie wygodnego gniazdka.

- Dzień dobry, panie Rutledge - odźwierny w liberii powitał Zane'a, uchylając czapki. 

- Myślałem, że wyjechał pan do Australii.

- Tahiti  - odrzekł Zane, wchodząc do lśniącego marmurami  hallu. - Jadę jutro po 

południu.

Odźwierny, emerytowany mechanik z Bensonhurst, głośno westchnął.

- Boże, to się nazywa życie - powiedział, masując sobie kark. - Pan chyba widział już 

wszystko, co warto zobaczyć...

-   Mniej   więcej   -   odparł.   Wielu   mogło   mu   pozazdrościć,   ale   on   wciąż   czuł   się 

nieusatysfakcjonowany.

- Przykro mi z powodu pańskiej babki. Mam nadzieję, że nie cierpiała długo.

- Na szczęście - powiedział Zane, idąc w stronę windy. - Dziękuję za zainteresowanie.

Już po krótkiej  chwili  znalazł  się w  swoim  apartamencie  na trzydziestym  piętrze. 

Rozejrzał się wokół. Szarosrebrne ściany, niemal pusty, wypolerowany parkiet. W wystroju 

wnętrza widać było tak bezwzględne dążenie do funkcjonalności kosztem elegancji, że dzięki 

temu apartament nabrał wręcz swoistego stylu. Zane'a nic to nie obchodziło. Beztrosko rzucił 

paczkę z mundurem na jeden z chromowanych, nowoczesnych foteli. Troska o styl nie leżała 

background image

w jego charakterze. Prócz podróży,  niewiele go w życiu  obchodziło. Sara Jane stanowiła 

jeden z nielicznych wyjątków od tej reguły.

Zerwał   z   szyi   krawat,   zrzucił   marynarkę   i   sięgnął   po   stojącą   na   barku   butelkę 

szkockiej whisky. Nowoczesne życie ma swoje zalety, ale nawet cuda dwudziestego wieku 

nie mogły zastąpić mu słodkiego zapomnienia, jakie znajdował w butelce dobrego alkoholu. 

Nalał sporą porcję do odpowiedniej szklanki, przyjrzał się jej krytycznie, po czym napełnił 

naczynie niemal po brzegi.

Sara   Jane   Rutledge   przeżyła   dziewięćdziesiąt   trzy   lata.   W   ciągu   całego   życia,   z 

wyjątkiem jednego roku, cieszyła się dobrym zdrowiem. Gdy dowiedziała się, że wkrótce 

umrze, przyjęła to ze spokojem i godnością. Zane miał wątpliwości, czy sam zdobyłby się na 

taką odwagę.

- Kolejna przygoda - powiedziała babka podczas ich ostatniej rozmowy. - Może to 

dziwne, ale czekam na nią z niecierpliwością.

Wspominając te słowa, Zane potrząsnął głową i napił się whisky. Niektórzy ludzie 

sądzili,   że  nieustannie   igra  ze   śmiercią.  Wyścigi  samochodowe   i  motorowodne,   skoki   ze 

spadochronem...   W   rzeczywistości   wcale   nie   szukał   śmierci.   Po   prostu   już   od   wczesnej 

młodości nauczył się w ten sposób uciekać od poczucia osamotnienia. Ciągle naprzód.

Wszystko w życiu przychodziło mu z łatwością. Zawsze tak było. W szkole, gdy tylko 

chciał, miał dobre stopnie. Bez trudu zdobywał kobiety.  Miał dar obserwacji i znakomitą 

pamięć. Z reguły nawet z poważnych wypadków wychodził bez szwanku. Jedyne, co mu się 

nie udało, to małżeństwo, ale Zane uważał, że to nie ma dla niego żadnego znaczenia.

Zerknął na leżącą na fotelu paczkę.

- Niewiele brakowało, a wyjechałbym bez ciebie - powiedział. Zauważył ją dwa dni 

wcześniej na strychu w Rutledge House, gdy pokazywał ludziom z firmy przewozowej, co 

mają zapakować. Oczywiście, polecił zabrać mundur do muzeum, wraz ze wszystkimi pozo-

stałymi pamiątkami rodzinnymi.

Czemu zatem nie zostawił go tej miłej Olivii McRae i nie pozbył się w ten sposób 

kłopotu? Żadne prawo nie zabrania rozdawania rodzinnego dziedzictwa. Gdyby takie prawo 

istniało, nie zdołałby się pozbyć również rodzinnych portretów, biżuterii i biblioteki babki.

Nie myślałeś chyba, ze pójdzie ci ze mną tak łatwo, chłopcze?

Zane drgnął, rozlewając whisky na koszulę. Dwa łyki alkoholu i już słyszy głos Sary 

Jane? To śmieszne. Pomyślał, że to pewnie głos sumienia. Gotów był dać babci wszystko, z 

wyjątkiem tego, na czym zależało jej najbardziej: prawnuka, który utrzymałby ciągłość rodu 

Rutledge.

background image

-  Jeszcze nie jest za późno, Zane. Otwórz oczy i rozejrzyj się wokół, a twoje serce 

rychło odnajdzie...

Wcale nie był pewien, czy w ogóle ma serce.

Odstawił   szklankę   i   podszedł   do   fotela,   na   którym   położył   paczkę   z   mundurem. 

Doświadczenie   nauczyło   go,   że   najlepszy   sposób   rozwiązywania   problemów   polega   na 

chwyceniu byka z rogi.

-   No,   dobra   -   powiedział,   rozwiązując   sznurek.   Niedoczekanie,   aby   się   bał 

nadjedzonego przez mole munduru. - Zobaczmy, co tu właściwie mamy.

Odsunął   na   bok   żółte   bryczesy   i   przyjrzał   się   granatowej   kurtce   z   ciemnymi 

wyłogami.  Metalowe guziki  wyraźnie  pociemniały ze  starości. Mundur nie wyróżniał  się 

niczym   specjalnym   poza   dziwnym,   ozdobnym   haftem   wewnątrz   lewego   mankietu   i   pod 

kołnierzem.   Zane   przyjrzał   się   uważnie   kurtce.   Ze   zdziwieniem   stwierdził,   że   chyba 

pasowałaby na niego, choć był o wiele wyższy niż dzisiaj przeciętny mężczyzna. Nie znał się 

na historii, ale dobrze pamiętał, jak rok temu, nurkując u wybrzeży Florydy, zwiedził wrak 

zatopionego   żaglowca.   Wtedy   uderzyły   go   niewielkie   rozmiary   wszystkich   elementów 

wyposażenia.

-  Co zamierzasz zrobić? Chyba nie chcesz go rzucić do szafy i zapomnieć o nim?  

Jesteś mi coś winien...

- To już się robi śmieszne - powiedział głośno Zane.

- Jadę na Tahiti. Nie mam czasu na takie bzdury.

Znajdź trochę. Nigdy ci go nie żałowałam...

Nie mógł zaprzeczyć. Sara Jane była jedyną osobą, na którą zawsze mógł liczyć, nigdy 

go nie zawiodła. Przynajmniej to jedno powinien dla niej zrobić, nawet jeśli nie miało to już 

najmniejszego znaczenia.

Dwie godziny później znów zasiadł za kierownicą swojego porsche. To niemożliwe - 

pomyślał   po   raz   setny.   Nie   mógł   w   to   uwierzyć.   A   jednak   wszyscy,   których   spytał, 

powiedzieli mu to samo.

- Powinien pan zwrócić się do Emilie Crosse - poradzili mu dwaj kustosze i profesor z 

Rutgers. Zgodnym chórem chwalili profesjonalizm tej kobiety o staromodnym nazwisku i 

oryginalnym zawodzie. I na dokładkę - jego eks - żony.

- Nie grasz fair, Saro Jane - mruknął Zane, jadąc w stronę tunelu Lincolna. - Nic z tego 

nie będzie. Oddam jej mundur i znikam, rozumiesz?

To dopiero początek, chłopcze. Dopiero początek...

background image

1

W chwili, gdy właśnie w jej życiu miała nastąpić radykalna zmianaEmilie stała na 

drabinie i podlewała kwitnącą begonię, która niewątpliwie miewała w swym życiu lepsze 

okresy. Akurat zastanawiała się, czy nie skrócić męczarni roślinki, gdy ryk samochodowego 

silnika przerwał jej rozmyślania.

Nie   spodziewała   się   nikogo.   Zazwyczaj   na   tej   uliczce   pojawiał   się   tylko   biało   - 

niebieski samochód listonosza, a jego silnik raczej krztusił się i kaszlał, a nie ryczał.

Emilie  zeszła  z drabiny i wytarła  ręce  w  spodnie.  Wyjrzała  na ulicę.  Ryk  silnika 

wyraźnie się zbliżał. Po chwili ze zdumieniem patrzyła na pędzący uliczką czarny samochód. 

Nie  znała  się  na  autach,  ale   nawet   kompletny  laik  mógłby  się  domyślić,  że  suma,  którą 

zapłacił właściciel tego smukłego cudeńka, wystarczyłaby na utrzymanie wszystkich szkół w 

Crosse Harbor.

Kierowca jechał tak, jakby właśnie zbliżał się do mety wyścigu Indianapolis. Nagle 

rozległ   się   pisk   hamulców   i   nieznajomy   zatrzymał   się   tuż   obok   jej   forda.   Parsknęła   z 

oburzeniem. Nie znosiła ludzi prowadzących  tak, jakby byli  sami na drodze. Szczególnie 

ostro reagowała na kierowców luksusowych samochodów. Z jej punktu widzenia, każde auto 

to tylko kupa żelastwa, cztery gumowe koła i tysiące innych części, psujących się w najmniej 

stosownym momencie.

Poznała, że to porsche. Co za szpan! - skrzywiła się ironicznie.

Znała   w   życiu   tylko   jednego   mężczyznę,   którego   nie   mógł   przyćmić   nawet   taki 

samochód. Zwariowała na jego punkcie tak bardzo, że wyszła za niego za mąż, ale starczyło 

jej zdrowego rozsądku, aby już po sześciu miesiącach zdecydować się na rozwód.

- To niemożliwe  - powiedziała  do siebie, zatrzymując się na stopniach tarasu. Ze 

wszystkich sił starała się opanować nagłą falę podniecenia, która nakazywała jej zbiec na dół i 

szybko otworzyć drzwi samochodu. Przyćmione szyby powinny być zakazane - pomyślała 

bezładnie. To niesprawiedliwe, żeby kierowca mógł ją widzieć, a ona jego nie...

Drzwiczki otworzyły się i z wozu szybko wyskoczył mężczyzna.

Emilie  oparła  się  o  poręcz.  Czuła   się  tak,   jakby nagle  spojrzała  prosto  w   słońce. 

Poznała go natychmiast. Miała wrażenie, że patrzy na niebezpiecznego i pociągającego pirata 

z okładki romantycznej powieści. Ta postać nie mogła należeć do tego świata.

Uszczypnęła się mocno w ramię, ale rzekoma zjawa nie znikła. Mężczyzna zbliżał się 

do niej. Emilie miała ochotę uciec i gdzieś się schować. Pomyślała, że musi natychmiast 

zajrzeć do książki „101 powodów, dla których rozwód był jedynym rozwiązaniem”.

background image

Schowała za plecami drżące dłonie i uśmiechnęła się do byłego męża.

Zane nie odwzajemnił jej uśmiechu. Ciekawe - pomyślała - dlaczego najwspanialsi 

mężczyźni   tak   rzadko   się   śmieją?   Czy   nie   pozwala   im   honor,   czy   też   jest   to   wrodzona 

przypadłość?

Patrzyła na niewielki dołek w jego brodzie, mocne szczęki i bezwstydnie zmysłowe 

usta. Świetnie pamiętała, co czuła, gdy te wargi jej dotykały...

- Dawno się nie widzieliśmy, Emilie - Zane powitał ją takim głosem, że poczuła, jak 

drżą jej kolana. - Wyglądasz wspaniale.

- Nic nie mów - odrzekła. - Sama zgadnę. Byłeś gdzieś w okolicy i postanowiłeś 

zajrzeć, prawda? Co z tego, że minęło już pięć lat - dodała, strzelając palcami.

- Wciąż ta sama Emilie. Cieszę się, że niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniają.

- Czy kiedyś przyszło ci do głowy, żeby przed wizytą zadzwonić?

- Dlaczego? Przecież jesteś w domu.

- Czym mogę ci służyć? - spytała, spoglądając wymownie na zegarek.

- Nie zaprosisz mnie do środka?

- Nie miałam takich planów.

-   Kiedyś   byłaś   znacznie   serdeczniejsza   -   Zane   obdarzył   ją   uśmiechem   filmowego 

gwiazdora.

- I znacznie głupsza. Nie przyjechałeś tutaj bez powodu. Lepiej nie traćmy czasu na 

wspomnienia - zimno stwierdziła Emilie.

- Mam w samochodzie pewną rzecz - odpowiedział. - Chciałbym, abyś rzuciła na nią 

okiem.

- Bardzo chętnie - odrzekła. - Możemy ustalić odpowiedni termin.

- Ale ja jutro wyjeżdżam na Tahiti.

- Wobec tego możemy umówić się na jakiś dzień po twoim powrocie. - Zane wciąż 

był w drodze: na Tahiti albo do Hamptons, albo na Lazurowe Wybrzeże. Ciągle zbyt zajęty 

gorączkową gonitwą za rozrywkami, aby dostrzec, że szczęście można znaleźć pod bokiem.

Zawsze wywierał na niej takie wrażenie. Pod jego wpływem zmieniała się z rozsądnej, 

inteligentnej kobiety w beznadziejną romantyczkę, snującą marzenia o długim i szczęśliwym 

życiu.

Nie poddawaj się zbyt łatwo, chłopcze. Przekonaj ją...

Zane aż drgnął, słysząc ponownie głos babki. Miał nadzieję, że przynajmniej Sara Jane 

cieszy się z tego spotkania.

Z pewnością babka cieszyła się bardziej niż Emilie. Rutledge czuł na sobie gniewne, 

background image

skupione spojrzenie byłej żony. Zawsze bardzo mocno reagowała na wszystko, to również 

składało się na jej urok. Prócz tego była bardzo piękną kobietą. Piękną, choć trudną. Ich 

krótkie   małżeństwo   stanowiło   mieszaninę   seksualnej   namiętności,   romantycznej   miłości   i 

przekonania, że to nie może długo potrwać.

Niestety, teraz Emilie wydawała się wyłącznie zniecierpliwiona jego nieoczekiwaną 

wizytą. Interesowała ją tylko sprawa, z którą przyjechał.

Zane zazwyczaj bez trudu zdobywał płeć przeciwną za pomocą uśmiechu. Miał notes 

pełen telefonów i adresów kobiet, które chętnie spędziłyby z nim trochę czasu. Ciekawe - 

pomyślał - czy uda mi się ją namówić, aby spojrzała na mundur?

- Posłuchaj - powiedział, pochylając się w jej stronę. Uśmiechnął się najserdeczniej, 

jak potrafił. - To naprawdę bardzo ważne.

Zaczęła protestować, ale Zane przerwał jej ruchem ręki.

- Obiecałem komuś, na kim mi naprawdę zależy,  że załatwię tę sprawę. Tylko ty 

możesz mi w tym pomóc.

- Skąd wiesz? Jeśli dobrze pamiętam, zawsze uważałeś mój zawód za totalną bzdurę.

- Jesteś sławna, Emilie. Zadzwoniłem do dwóch muzeów i na uniwersytet w Rutgers. 

Wszyscy   mi   poradzili,   abym   zwrócił   się   do   ciebie.   -   Znów   się   uśmiechnął,   tym   razem 

zachęcająco. - Zaimponowałaś mi.

- Nie wysilaj się - odrzekła zimno. - I tak się na tym nie znasz.

- Wiem - przyznał szczerze. - Mimo to bardzo mi zaimponowałaś.

- No, dobra - Emilie uśmiechnęła się po raz pierwszy od jego przybycia. - To mi 

bardzo pochlebia.

- Naprawdę tak myślę - zapewnił ją Zane, wskazując ręką na samochód. - Spojrzysz na 

to?

- Mogę ci poświęcić pięć minut - zgodziła się. - Jeśli uznam, że potrafię ci pomóc, 

pomyślimy o tym po twoim powrocie.

Pobiegł do samochodu po owiniętą w brązowy papier paczkę. Emilie czekała na niego 

na tarasie. Nie mogła oderwać wzroku od jego zgrabnej figury. Zane miał na sobie szare 

spodnie szyte na miarę i jasną koszulę z egipskiej bawełny. Ten strój podkreślał jego szerokie 

bary i wąskie biodra. Pomyślała, że naprawdę nadaje się na afisz reklamujący film o piratach.

Szkoda, że zgodnie z jej filozofią życiową małżeństwo nie mogło ograniczać się do 

seksu i nieustannych podróży.

- Proszę - powiedział, podając jej paczkę. - Kiedy zaczynamy?

- Co to jest?

background image

- Mundur.

- Z jakiego okresu?

- Ma jakieś dwieście lat, plus minus dziesięć. Emilie cicho gwizdnęła.

- Wejdźmy do środka. Lepiej nie narażać go na nadmiar słonecznego światła.

- Nie mów mi, że należysz do tych wariatów od dziury ozonowej.

- Nie mów  mi,  że należysz  do tych  idiotów, którzy twierdzą, że wszystko  jest w 

porządku - odpaliła.

- Nie można odwrócić biegu czasu - powiedział Zane. - Rozwój techniki z pewnością 

przyniósł więcej pożytku niż strat.

- Niewątpliwie - mruknęła Emilie, wprowadzając go do swej pracowni. - Na przykład 

kwaśne deszcze, smog... Mam ciągnąć dalej?

- Powinienem był się domyślić, że przystałaś do ekologów - odpowiedział, rzucając 

paczkę na stół.

-   Oszczędź   mi   tylko   wyliczania   twych   cudów   techniki.   Można   żyć   bez   kuchenek 

mikrofalowych i komputerów, ale nie bez czystej wody i powietrza.

- Nic dziwnego, że znasz się na starociach - prychnął pogardliwie Zane. - Zawsze, w 

myśleniu też, byłaś podobna do zabytków.

- Wystarczy - powiedziała Emilie, krzyżując ramiona. Nic mnie nie obchodzi, jaki 

jesteś przystojny - pomyślała. - Do widzenia, Rutledge. To było  interesujące, choć może 

niezbyt miłe, spotkanie.

Patrzył na nią wzrokiem pozbawionym wyrazu. Pomyślała nagle, że połączenie takiej 

urody z tępotą jest jednak marnotrawstwem.

- A co z mundurem?

- To twój problem - stwierdziła, wzruszając obojętnie ramionami. Nie przyszło jej to 

łatwo.   Dwustuletni   mundur,   mój   Boże   -   westchnęła   w   duchu.   Z   najwyższym   trudem 

powstrzymała się, aby go natychmiast nie rozpakować. Ostatni raz widziała mundur z czasów 

rewolucji cztery lata temu. Niestety, był w tak fatalnym stanie, że nic nie mogło go już ocalić. 

Czas i wilgoć zrobiły swoje.

- Obiecałaś mi pięć minut - przypomniał Zane.

- I już zmarnowałam osiem.

- Powiedziałaś, że go obejrzysz.

- Po co zawracać sobie tym głowę? Znam cię. Na pewno oddałeś go już do pralni 

chemicznej i kazałeś podszyć norkami.

- Znów się mylisz. Jest nietknięty, od kołnierza po mankiety.

background image

- No, dobrze - Emilie nie mogła już dłużej opierać się pokusie. - Zobaczmy, co to 

takiego - dodała chłodno.

Zbliżyła  się do stołu z takim samym  podnieceniem, z jakim nałogowy hazardzista 

zasiada do gry z nieograniczoną stawką. Tyle że żaden hazardzista nie pozwoliłby sobie na to, 

aby ręce drżały mu tak jak jej. Z trudem rozwiązała sznurek.

Zane chętnie uwierzyłby, że taki wpływ wywarła na nią jego obecność, ale czuł, że 

ona jest rzeczywiście podekscytowana z powodu tych starych szmat.

- Cholera - zaklęła pod nosem, walcząc z zaciśniętym supłem. Zauważył, że nie nosi 

już ślubnego pierścionka. Ze złością pomyślał, że nie powinien był zwracać na to uwagi.

- Pomóc ci?

- Podaj mi nożyczki - poprosiła, przygryzając dolną wargę. - Leżą tam, na półce.

- Chyba z dziewiętnastego wieku - mruknął Zane, podając jej nożyczki. - Tylko czemu 

wydawało mi się, że zauważyłem napis „Made in Taiwan”?

-   Bardzo   jesteś   zabawny   -   odrzekła,   nawet   na   niego   nie   patrząc.   Błyskawicznie 

przecięła sznurek i zaczęła rozwijać sztywny papier.

Rutledg poczuł na plecach jakiś dziwny dreszcz.

-  Mówiłam ci, że tak będzie. Powoli zrozumiesz, co jest naprawdę ważne  - usłyszał 

znowu głos Sary Jane. Poczuł, że pot spływa mu po karku. Miał wrażenie, że stoi na długim 

pomoście i jakaś Circe kusi go, aby ruszył za nią.

Nie   mógł   uwierzyć,   że   rzeczywiście   słyszy   głosy   ani   przyznać,   że   ogarnęło   go 

niecierpliwe oczekiwanie, którego w żaden sposób nie potrafił opanować.

W pokoju rozległo się głośne westchnienie Emilie. Miała wrażenie, że pod jej palcami 

przesuwają się dwa wieki. To tylko wyobraźnia - skarciła się w duchu. Naczytałaś się zbyt 

wielu książek... Mimo to nie mogła zrozumieć, czemu słyszy głośne bicie w bębny, a na skó-

rze czuje zimny powiew wiatru.

Znam ten mundur - pomyślała. Miała wrażenie, że sama uszyłaby go dokładnie tak 

samo, jak tamten krawiec. Zauważyła starannie ukryte przeróbki. Ktoś skrócił rękawy, aby 

pasowały na niższego mężczyznę.

- No, co o tym myślisz? - przerwał milczenie Zane.

- Jeśli to jakiś dowcip, przysięgam, że... - Emilie obróciła się w jego stronę, a w jej 

oczach pojawiły się błyski gniewu.

- To nie jest żaden żart.

Przejechała   palcami   wzdłuż   kołnierza.   Był   skrojony   i   zszyty   tak,   jak   sama   by   to 

zrobiła, ale nigdy przedtem nie widziała, aby ten sposób był używany w epoce kolonialnej.

background image

- To reprodukcja - powiedziała. - Na pewno. Jak na autentyk kolory są zbyt świeże, a 

splot zbyt ścisły.

- To nie jest reprodukcja - zapewnił ją Zane. - Autentyk, z pewnością.

-   Uwierz   mi,   że   dwieście   lat   pozostawia   ślad   na   ubraniu.   Mój   zawód   polega   na 

usuwaniu tych zmian.

- Dobrze, zatem udowodnij mi, że to reprodukcja. - Pomyślał, że Emilie chyba nie 

spodziewa się, aby tak szybko sobie poszedł. Do diabła, miał ochotę przyglądać się jej, jak z 

trudem panuje nad podnieceniem...

Kobieta podniosła mundur i spojrzała nań pod światło.

-   Popatrz   tutaj   -   powiedziała.   -   Włókna   są   wciąż   długie   i   elastyczne,   szwy   nie 

naruszone. Nikt nie miał na sobie tego munduru więcej niż parę razy.

- Według ciebie to poliester?

Emilie   pokręciła   głową.   Widocznie   nie   odzyskała   jeszcze   poczucia   humoru,   ale 

pozostała piękna.

- Nie, to wełna. Bardzo ciasno tkana... - czuła pod palcami materiał, z jakiego szyto 

wtedy mundury. Słyszała coraz głośniejsze walenie w bębny. - Po prostu nie rozumiem, jak...

- Ale to możliwe?

-   Logicznie   biorąc,   nie.   -   Powąchała   mundur.   Czuła   zapach   wełny   i   naturalnego 

barwnika. Pomyślała, że to po prostu niemożliwe.

- Ale?

- Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać - powiedziała, spoglądając na niego. - 

Jeśli poczekasz godzinę, to będziemy wiedzieli, jak jest naprawdę.

- Nie mogę tak długo czekać. Muszę jeszcze dziś wrócić do Nowego Jorku.

- Żeby zdążyć na samolot?

- Żeby zdążyć na samolot - potwierdził ostro Zane.

- Wobec tego nie mogę ci pomóc - powiedziała zimno Emilie. Wydawała się zupełnie 

opanowana, ale czuła, jak kurczy się jej żołądek. Boże - myślała - przecież on nie może teraz 

wyjść. Coś się tutaj dzieje, coś, czego nie rozumiem... Ten mundur wydawał się jej dziwnie 

znajomy, poczynając od haftów a na dziurkach od guzików kończąc.

Zane wyciągnął rękę w kierunku uniformu. Musnęli się palcami i w tym momencie 

rozległ się trzask iskry. Emilie szybko cofnęła dłoń, jakby się oparzyła.

- Naelektryzowałeś się - powiedziała, odwracając głowę. Chciała ukryć zakłopotanie. 

Wciąż w całym ciele czuła dreszcze, wywołane tym krótkim kontaktem.

- Chyba tak - mruknął Zane, niezupełnie przekonany.

background image

Panowało między nimi takie erotyczne napięcie, że nie mógł uwierzyć, iż Emilie go 

nie dostrzega. Stała tak blisko, że czuł zapach wiosennych kwiatów, które wpięła we włosy. 

Słyszał coraz szybsze bicie własnego serca.

Wykluczone - pomyślał. Nie miał najmniejszego zamiaru popełnić po raz drugi tego 

samego błędu.

- Godzina to trochę za długo - powiedział, zerkając na zegarek. - Chciałbym wyjechać 

najpóźniej za trzydzieści minut.

- W porządku. Pozwól mi tylko wykonać kilka testów i zobaczymy, co się okaże. - 

Wskazała mu drewniany taboret, stojący przy ogromnym kołowrotku. - Możesz tam usiąść, a 

ja wezmę się do pracy.

Zane po raz pierwszy rozejrzał się uważnie po pracowni, oszałamiającej mieszaniną 

kolorów i stylów.  Próbki kolonialnych  materiałów  na ścianach rywalizowały o miejsce z 

grafikami Erte'a i reprodukcją Renoira, przedstawiającą pulchną, nagą kobietę. Mimo wielu 

przedmiotów pochodzących niewątpliwie z dwudziestego wieku, każdy mógłby się domyślić, 

że miłością Emilie jest okres kolonialny w historii Ameryki. Gdy byli małżeństwem, Zane 

szydził z niej bezlitośnie, że żyje w przeszłości. Nie miał pojęcia, iż uczyni z tego swój 

zawód.

-   Czy   rzeczywiście   posługujesz   się   tym   urządzeniem?   -   spytał,   wskazując   na 

kołowrotek.

- Oczywiście, że tak - powiedziała, rzucając mu dziwne spojrzenie.

Zane zakręcił kołem i przez chwilę wsłuchiwał się w skrzypienie drewna.

- Wydaje się, że zrobienie na tym kawałka nici wymaga mnóstwa pracy - mruknął. 

Zawsze wierzył,  że  jeśli czegoś  nie można  kupić  w  sklepie,  to  widocznie  nie jest to do 

niczego potrzebne.

- Owszem - potwierdziła Emilie, napełniając miskę jakąś miksturą, którą mieszała 

drewnianą łyżką. - To również wspaniała zabawa.

Rzucił jej sceptyczne spojrzenie, ale je zignorowała.

Pamiętała,  że nie potrafił  jej zrozumieć,  gdy byli  małżeństwem,  więc trudno było 

oczekiwać, aby udało mu się to teraz. Należał do ludzi lubiących bary szybkiej obsługi i 

nowoczesne   samochody,   a   ona   tęskniła   do   czasów   ręcznej   maselnicy   i   czterokonnych 

powozów.

Przestała o nim myśleć i zamiast tego skoncentrowała się na pracy. Szybko nadpruła 

szew   i   wycięła   malutki   skrawek   materiału.   Mimo   skupienia,   jej   zmysły   rejestrowały 

wszystko, co działo się w pokoju. Słyszała każde skrzypnięcie kołowrotka. Jednocześnie nie 

background image

mogła się pozbyć myśli, że oto zaczyna się największa przygoda jej życia.

Zane,   oczywiście,   nie   miał   pojęcia,   co   ona   robi   i   niezbyt   go   to   obchodziło.   Z 

przyjemnością śledził wzrokiem jej ruchy oraz wdzięczną linię ramion i karku. Pamiętał, jaka 

była ciepła i chętna, gdy leżeli razem w łóżku...

Zmienił pozycję na taborecie. Był zadowolony, że Emilie siedzi odwrócona do niego 

plecami. Nie była specjalnie serdeczna, a w jej zachowaniu trudno byłoby zauważyć choć ślad 

frywolności. Mimo to z przyjemnością patrzył, jak kręci się przy stole roboczym. Czuł się tak, 

jakby oglądał film, a ona była znaną gwiazdą.

Emilie   zawsze   tak   na   niego   działała.   Jedyne,   co   naprawdę   przeżywali   razem,   to 

wzajemny pociąg fizyczny. Zdecydowali się na małżeństwo, bo uwierzyli, że nic innego nie 

będzie im potrzebne do szczęścia.

Tymczasem już dawno się rozwiedli.

Pożądanie pozostało...

Być może Emilie coraz bardziej pociągała Zane'a właśnie dlatego, że wydawała się 

całkowicie niewrażliwa na jego męski urok. A może jest w kimś zakochana? - pomyślał. Nie 

miało to dla niego większego znaczenia, ale mimo to rozejrzał się wokół, aby sprawdzić, czy 

gdzieś nie dostrzeże śladów obecności jakiegoś mężczyzny. Jednak nie dostrzegł nigdzie ani 

zdjęcia, ani męskich rzeczy. Przez chwilę wahał się, czy nie udać, że idzie do toalety i szybko 

rozejrzeć się po całym domu, ale zrezygnował z tego pomysłu. Wolał pozostać na miejscu i 

przyglądać się, jak eks - żona pracuje.

Do licha, dlaczego on mi się tak przygląda? - pomyślała z irytacją Emilie. Czuła na 

ciele jego palące spojrzenie. Jak na człowieka, którego ponoć nic nie obchodził ten mundur, 

Zane przyglądał się jej pracy niezwykle uważnie. A może patrzył tylko na nią?

- Zrobiło się tu strasznie gorąco - powiedziała, odrzucając włosy przez ramię i kładąc 

malutki   kawałek   materiału   na   szkiełku   mikroskopu.   Starała   się,   aby   jej   głos   zabrzmiał 

spokojnie i rzeczowo, ale miała wrażenie, że nic z tego nie wyszło. - Czy mógłbyś włączyć 

klimatyzację?

Nic nie odpowiedział, ale słyszała skrzypienie parkietu, gdy szedł w stronę termostatu.

-   Dziękuję   -   mruknęła,   nie   odwracając   głowy.   -   Dziwne,   ale   po   zmroku   robi   się 

cieplej, nieprawdaż?

- Nie - odparł szorstko, ale z jakąś miękkością. - To wcale nie wydaje mi się dziwne.

Emilie czekała, aż usłyszy skrzypienie taboretu, ale w pokoju panowała cisza.

- To jeszcze chwilę potrwa - usiłowała nadać swemu głosowi obojętne brzmienie. - 

Lepiej usiądź.

background image

- Postoję.

Aż podskoczyła, słysząc jego głos tuż nad głową.

- Nie stój tak nade mną. Muszę mieć spokój.

- Przecież ci nie przeszkadzam.

- Owszem - wskazała ręką na lampy. - Zasłaniasz światło.

- Wydawało mi się, że korzystasz z mikroskopu.

- Czy możesz usiąść? - nalegała Emilie. Jej głos zabrzmiał nienaturalnie wysoko. - Ta 

praca wymaga skupienia.

Zane stał tak blisko, że czuła zapach jego skóry.

- Tak będzie dobrze? - spytał, siadając ponownie na taborecie.

- Doskonale.

- Nie chciałem ci przeszkodzić.

- Teraz już nie przeszkadzasz.

- Będę tu siedział i przyglądał ci się z daleka.

- Dobrze.

Wcale   nie   dobrze.   Żaden   system   klimatyzacyjny   nie   zdołałby   opanować   gorączki 

ogarniającej jej ciało. Do diabła! - zaklęła w duchu. Przecież rozwiedli się już pięć lat temu! 

Emilie myślała, że już się na niego uodporniła. Zakasłała, aby oczyścić oddech.

- Telewizor stoi w salonie - powiedziała.

- Niech stoi.

- Możesz jeszcze złapać lokalne wiadomości.

- Nic mnie nie obchodzą - mruknął, zerkając na zegarek. - Długo jeszcze?

- Minutkę. - Pochyliła się nad mundurem. Zmrużyła oczy, chroniąc je przed ostrym 

światłem lampy przykręconej do stołu. Coś się działo w tym pokoju, ale najwyraźniej tylko 

Zane zdawał sobie z tego sprawę, choć też nie rozumiał, co to takiego. Nie podobało mu się, 

że spotkanie z Emilie wytrąciło go z równowagi. Chciał czegoś, ale sam nie wiedział czego.

To pragnienie pochodziło z głębi jego osobowości i pewnie dlatego tak bardzo go 

niepokoiło. Zawsze tak było między nimi. Już podczas pierwszego spotkania pomyślał, że ze 

wszystkich rzeczy i ludzi na świecie tylko Emilie jest dla niego nie do zdobycia.

Ale   to   go,   oczywiście,   nie   powstrzymało.   Wzięli   ślub   po   konkurach   krótkich   i 

gwałtownych  jak letnia  burza.  Z jego strony był  to akt  desperacji. Zane  sam dobrze nie 

rozumiał, co robi, ale czuł, że musi się z nią ożenić.

Emilie wciąż mu się wymykała. Poznał jej ciało, ale zawsze miał wrażenie, że dusza 

żony pozostaje poza jego zasięgiem.

background image

Otrząsnął się z tych myśli. Introspekcja nigdy nie była jego silną stroną. Ta wizyta 

była kiepskim pomysłem. Pomyślał, że im prędzej wróci do Nowego Jorku, tym lepiej dla 

niego.

- Posłuchaj - powiedział, zbliżając się do stołu. - Muszę już jechać. Mam przed sobą 

długą drogę.

- A co z mundurem?

- Mam do ciebie zaufanie. Odbiorę go po powrocie.

-  Lepiej   mi  nie  ufaj   -  powiedziała,  odwracając   się  w  jego  stronę.  -  Myślę,  że   to 

autentyk.

- Mówiłaś, że to niemożliwe - odrzekł unosząc brew.

- Zdarza się wiele niemożliwych rzeczy. - Emilie wygładziła palcami drobne fałdki na 

kurtce munduru. Poczuła łaskotanie szorstkiej wełny. - Przymierz go.

- Wykluczone.

- Muszę zobaczyć, jak się układa.

- Możesz odziać swego kolegę - Zane wskazał ręką stojącego pod ścianą manekina. Ta 

cała historia zaczynała go już niecierpliwić.

- Nie - pokręciła głową. - Muszę zobaczyć, jak się układa w ruchu.

Czego się boisz, Zane? To tylko mundur!

- Zamknij się, babciu - mruknął.

- Co powiedziałeś? - nie dosłyszała Emilie.

- Nic - odrzekł z zakłopotaniem. Sięgnął po mundur. - Dobrze, przymierzę, ale zaraz 

potem jadę.

Emilie pomogła mu włożyć kurtkę.

-   To   naprawdę   nie   jest   już   moja   sprawa,   ale   sądzę,   że   powinieneś   zmienić   swój 

stosunek do życia - powiedziała.

- Nie widzę najmniejszego powodu - odrzekł Zane i poruszył ramionami, poprawiając 

kurtkę. - Pasuje na mnie.

- Jakby był szyty na miarę - potwierdziła Emilie, patrząc na niego szeroko otwartymi 

oczami. Podwinęła mu mankiety. - Czy wiesz, jakie jest prawdopodobieństwo, żeby tak stary 

mundur pasował na kogoś twojego wzrostu?

- Jeden do miliona?

- Mniej więcej.

Oczywiście, że pasuje na ciebie, chłopcze. Przecież jesteś Rutledge, nieprawdaż?

Emilie pochyliła na bok głowę i spojrzała na niego z zaciekawieniem.

background image

- Mówiłeś coś?

Zane potrząsnął przecząco głową.

- Jestem pewna, że słyszałam  jakiś głos  - zmarszczyła czoło i spojrzała  na niego 

uważnie. - Dobrze się czujesz?

- Doskonale.

- Wcale tak nie wyglądasz.

- Będę, jak tylko zdejmę ten mundur.

- Przymierz jeszcze bryczesy.

- Nie lubię rajtuzów - Zane ściągnął z ramion kurtkę i podał ją Emilie.

- To wcale nie są rajtuzy - uśmiechnęła się. - Spandex to pomysł naszych czasów.

- Nic mnie nie obchodzi, że George Washington nosił takie portki. Ja nie zamierzam.

- Na pewno wyglądałbyś w nich wspaniale. Zawsze miałeś doskonałe nogi.

- Wykluczone.

- Dobrze, poddaję się. Zaraz zapakuję mundur i będziesz mógł jechać.

Emilie pomyślała, że powinna była się tego spodziewać. Raz już popełniła taki sam 

błąd, ale była młoda i niedoświadczona. Wierzyła wtedy, że wszystko zawsze kończy się 

szczęśliwie. Rozsądne kobiety nie oczekują spełnienia marzeń.

- Możesz go zatrzymać.

- Nie - zaprotestowała Emilie. - To kawałek historii.

- Historia nie ma dla mnie żadnego znaczenia _ oświadczył szczerze Zane. - Równie 

dobrze możesz zatrzymać ten mundur na zawsze.

- Nie tego się spodziewałam, chłopcze - wtrąciła Sara Jane.

- Jeśli rzeczywiście tak mało  cię to obchodzi, to po co tu przyjechałeś? - spytała 

zdziwiona.

Zane znowu poczuł wstrząs i przypływ adrenaliny. Nie mógł przecież powiedzieć eks 

-   żonie,   że   kazała   mu   tu   przyjechać   zmarła   babka!   Emilie   zadzwoniłaby   po   pogotowie, 

jeszcze nim zdążyłby wyjść do samochodu.

- Wydawało mi się, że to dobry pomysł.

-   Muszę   powiedzieć   profesorowi   Attlemanowi   z   Rutgers,   aby   następnym   razem 

polecił ci kogoś innego - powiedziała Emilie i zaczęła pakować mundur.

- Wcale nie żartowałem. Naprawdę możesz go zatrzymać.  Już teraz ma dla ciebie 

większe znaczenie niż dla mnie.

- Jeśli historia i względy rodzinne nic dla ciebie nie znaczą, to pomyśl o pieniądzach. 

Ten mundur jest z pewnością wart małą fortunę.

background image

- Nie dbam o to, i tak mam dość pieniędzy.

- Czy ciebie w ogóle cokolwiek obchodzi?

- Chyba nie.

- Wcale się nie zmieniłeś - Emilie potrząsnęła głową. - Szczerze ci współczuję.

-   Zupełnie   niepotrzebnie.   Robię   to,   co   chcę,   jeżdżę   tam.   dokąd   mam   ochotę. 

Większość ludzi wiele by dała, aby móc żyć tak, jak ja.

-   Tak   nie   można   żyć   wiecznie   -   odrzekła.   Nie   mogła   zrozumieć,   dlaczego   ją   to 

porusza. - Wcześniej czy później będziesz musiał się na chwilę zatrzymać, aby zrozumieć, 

dlaczego jesteś taki samotny.

- Samotny? - roześmiał się Zane. - Nie żartuj. Przecież nic nie wiesz o moim życiu.

- Ale mam rację, prawda? - Emilie patrzyła  na niego tak, jakby potrafiła dostrzec 

wszystkie zakamarki jego duszy.

Pochylił się i mocno pocałował ją w usta. Ten pocałunek wyrażał gniew, pragnienie i 

żal z powodu straconych szans.

- Baw się dobrze, Emilie. Ja uciekam.

background image

2

Pocałował ją tak gorąco, jak zawsze tego pragnęła. Natychmiast potem odwrócił się i 

wyszedł. Zachował się tak, jakby to nie miało dla niego żadnego znaczenia.

Emilie   patrzyła   przez   okno,   jak   Zane   Grey   Rutledge   wsiada   do   swojego 

supersamochodu, po czym znika równie szybko, jak wszystkie inne fantazje.

Potrząsnęła   głową,   starając   się   zapomnieć   o   smaku   jego   ust.   Ostatni   raz   Zane 

pocałował ją na schodach sądu, zaraz po rozprawie rozwodowej.

- Jadę do Australii - powiedział wtedy z szelmowskim uśmiechem. - Może pojedziesz 

ze mną?

Emilie z trudem powstrzymała się, żeby nie kopnąć go w kostkę. Ich małżeństwo było 

niewątpliwie pomyłką, a teraz on sugerował, żeby ruszyli w drogę jako para kochanków. 

Najgorsze było to, że w głębi duszy miała na to ochotę. Z trudem opanowała pokusę.

Oczywiście, nic się nie zmieniło.

Pozostał   równie   lekkomyślny,   jak   przedtem,   a   jednocześnie   zdołał   utrzymać   swój 

wpływ na nią. Emilie miała wrażenie, że pod jego dotknięciem ożywa, że ogarnia ją słodkie 

pragnienie, którego spełnienie wymaga tylko wyciągnięcia ręki.

Minęło pięć najlepszych sekund jej życia.

Księżyc rzucał srebrzyste światło na całą okolicę. Emilie pomyślała, że powinna była 

pamiętać, iż dzisiaj jest pełnia. Czuła, że jest gotowa popełnić jakieś szaleństwo, przestaje nad 

sobą panować. Wystarczyłoby jedno słowo zachęty z jego strony, a rzuciłaby mu się na szyję 

błagając, aby kochał ją tu, na podłodze w pracowni, gdzie towarzyszyłyby im tylko duchy 

przeszłości.

Sposób,   w   jaki   na   nią   patrzył...   Ton   głosu,   gdy   wymawiał   jej   imię...   Wyraźnie 

widziała te sygnały, ale pozwoliła, aby okazja wymknęła się jej z ręki.

Odwróciła się gwałtownie od okna. Była wściekła, że pozwoliła, aby cielesny poryw 

wziął w niej górę nad staroświeckim, zdrowym rozsądkiem.

Gdyby nie leżący na stole mundur, Emilie zapewne pomyślałaby, że cały ten incydent 

jest produktem jej wyobraźni. Szybkim krokiem przeszła przez pokój i wzięła do ręki kurtkę. 

Zane miał ją na sobie tylko kilka minut, a mimo to poczuła znajomy zapach wiatru, deszczu i 

morskiego powietrza.

Rutledge uosabiał wszystko, czego nie znosiła u mężczyzn, a jednak, gdy zobaczyła, 

jak wysiada z samochodu przed jej domem, ogarnęła ją taka sama beztroska euforia, jaką 

przeżyła przy ich pierwszym spotkaniu.

background image

Mieszkała   wtedy   w   Hollywood   i   pracowała   w   wielkim   studio   filmowym 

specjalizującym   się  w   filmach  historycznych.   Do  niej  należał   nadzór  nad   wiernością  ko-

stiumów i innych szczegółów.

Zane   pojawił   się   na   planie,   żeby   odwiedzić   swojego   kumpla   kaskadera.   Sam, 

oczywiście, nie ryzykował życia dla pieniędzy. Wolał to robić za darmo, dla przyjemności.

- Zane Grey Rutledge? - powtórzyła Emilie, gdy się jej przedstawił.

- Moi rodzice mieli poczucie humoru - wzruszył obojętnie ramionami, jak ktoś, kto 

nigdy nie musiał o nic walczyć. - W dniu porodu czytali w szpitalu „Riders of the Purple 

Sage” i stąd to imię.

Zane   wydawał   jej   się   człowiekiem   nie   z   tego   świata.   Po   pierwsze,   wyglądał   jak 

gwiazdor filmowy. Po drugie, nieustannie gonił za przygodami i ryzykiem. Dopiero po jakimś 

czasie zrozumiała, że w ten sposób próbował zapomnieć o samotności, która doskwierała mu 

bardziej, niż gotów był to przyznać.

Nigdy nie opowiadał o swojej przeszłości, ale mimo to Emilie udało się dowiedzieć, 

że jego rodzice, zajęci życiem pełnym przygód, oddali pięcioletniego syna do ekskluzywnego 

internatu i polecieli na kolejną wyprawę. Gdy zginęli na stokach Himalajów, Zane dowiedział 

się o tym dopiero po upływie sześciu miesięcy. Tylko babka, stara matrona z Filadelfii, była 

gotowa poświęcić mu swój czas, ale wtedy było już za późno, aby mogła wpłynąć na życie 

wnuka.

Emilie gorąco pragnęła zapełnić pustkę w jego sercu, ale nie zdołała go zatrzymać. 

Zane   był   nieuchwytny   niczym   spadająca   gwiazda.   Zbyt   długo   żył   samotnie,   aby   teraz 

uwierzyć w szczęśliwe życie we dwoje. Nie mieli żadnych wspólnych zainteresowań. Ona 

kochała   przeszłość,   Zane   uwielbiał   przyszłość.   On   lubił   szybkie,   sportowe   samochody   i 

wyprawy w odległe zakątki świata, ona - stare tkaniny i wycieczki do muzeów. Wspaniały 

mundur sprzed dwóch wieków miał dla niego mniejsze znaczenie niż para brudnych skarpet.

Emilie   pomyślała,   że   lepiej   byłoby,   gdyby   Zane   poleciał   na   Tahiti   lub   został   na 

Manhattanie, gdzie ponoć teraz mieszkał. Jego wizyta spowodowała tylko zamęt, wzbudziła 

w niej pragnienie czegoś, co było nieosiągalne.

Ostatnio   miała   wrażenie,   że   dusi   się   w   zapyziałym   miasteczku,   w   którym   się 

wychowała. Serdeczna ciekawość sąsiadów działała jej na nerwy. Wrzaski mew, słony zapach 

oceanu  i  dobrze  znany  rytuał  dnia  codziennego wydawały  się  jej  teraz   obce  i  trudne  do 

zniesienia.

Właśnie poprzedniego dnia na rynku podniosła głos w rozmowie z panią Willis, a 

Johnowi Parkerowi powiedziała, że nie podoba się jej tapeta, którą przykleił w jej spiżarni. 

background image

Jeszcze teraz miała przed oczami zdumione miny tych dwojga, gdy wychodziła ze sklepiku z 

litrem mleka i sześcioma jajkami.

-   Biedna   Emilie   -   usłyszała   komentarz   pani   Willis.   -   Taka   ładna   dziewczyna   nie 

powinna być sama.

Zdumiewające, że tamta kobieta lepiej ją rozumiała niż ona sama. Emilie pragnęła 

przygody, tęskniła za urozmaiceniem nudnego życia. Potrzebowała jakiegoś wstrząsu, i to 

szybko, nim zestarzeje się na tyle, że wszystko stanie się jej obojętne.

Trudno było oczekiwać, że coś takiego może się wydarzyć w sennym Crosse Harbor 

w New Jersey.

Natomiast   w   żadnym   wypadku   Emilie   nie   życzyła   sobie,   aby   w   jej   życie   znowu 

wtargnął były mąż, przypominając jej, że kiedyś była na tyle naiwna, by uwierzyć, iż w jego 

towarzystwie będzie mogła jednocześnie cieszyć się z przygód i czuć bezpiecznie.

Odwróciła się, żeby pójść do kuchni, ale w tym momencie ktoś zadzwonił do drzwi 

Była  już ósma. Pomyślała, że chyba  jej się zdawało, ale po chwili dzwonek odezwał się 

ponownie, tym razem głośniej. Szybko podeszła do drzwi.

- Kto tam?

- Zane.

Chodzi o mundur - pomyślała. Pewnie zdecydował się go zabrać. Otworzyła drzwi.

- Długo czekałem - mruknął z wyrzutem. Jego ciemne włosy błyszczały w świetle 

lampy. Emilie znów pomyślała, że wygląda jak pirat. - Czy w czymś ci przeszkodziłem?

- Po co tu przyjechałeś?

- Wpuść mnie, to ci powiem.

- Przecież miałeś lecieć na Tahiti - Emilie słyszała, jak jej serce wali o żebra.

- Wylatuję dopiero jutro - odrzekł, opierając się o framugę.

- Lepiej jedź do domu i spakuj manatki.

- Pojadę - powiedział i urwał na chwilę. - A ty? Emilie wstrzymała oddech. Miała 

wrażenie, że Zane wciąga ją w ogień. To stary gracz - pomyślała. Lubi wyrafinowane gry dla 

dorosłych, których ona nigdy nie pojmie.

- Nie wiem, co ci odpowiedzieć - wybąkała wreszcie.

- Byłoby o wiele lepiej, gdybyś wiedziała.

- Przykro mi, ale nigdy nie miałam talentu do ułatwiania ludziom życia, a już na 

pewno nie będę się wysilać dla byłego męża.

Emilie   wyczuła   w   nim   pewną   zmianę,   co   od   razu   ją   rozbroiło.   Zane   starał   się 

zuchwałością przesłonić dręczącą go samotność, którą ona już dawno rozpoznała.

background image

- Dojechałem do rogu i zawróciłem - powiedział.

- Pewnie wróciłeś po mundur - odrzekła, czując jednocześnie strach, podniecenie i 

nadzieję.

-   Nie   -   odpowiedział   Zane,   wchodząc   do   ciemnego   przedpokoju.   -   Wróciłem   do 

ciebie.

- To przecież nie ma żadnej przyszłości - powiedziała, pożerając go wzrokiem. - Nic 

się nie zmieniło. Jesteśmy takimi samymi ludźmi. Wciąż...

- Nie ma żadnej przyszłości - przerwał jej Zane. - Istnieje tylko chwila...

Emilie   w   mgnieniu   oka   znalazła   się   w   jego   ramionach.   Bez   żadnych   pytań,   bez 

obietnic, bez namysłu. Uniósł do góry jej brodę i pocałował w usta. Początkowo pocałunek 

był delikatny i subtelny, jednocześnie słodki i zdecydowany, ale dokładnie w chwili, gdy 

zapragnęła czegoś więcej, Zane przyciągnął ją mocniej do siebie i wsunął język w jej usta. 

Emilie czuła, jak w jej wnętrznościach zaczyna się budzić ogień.

Oparła dłonie na jego twardej piersi, czując gwałtowne łomotanie serca. Jak mogła 

była   zapomnieć   dotyk   i   zapach   tego   ciała,   tę   zmysłową   eksplozję,   którą   teraz   znów 

przeżywała?

Zane szybkim ruchem porwał ją na ręce. Instynktownie zaplotła palce na jego karku. 

Czuła, że kręci się jej w głowie. Tuż przed sobą miała jego twarz, wysokie kości policzkowe i 

dumny nos. Widziała jego ciemnoniebieskie oczy, przesłonięte czarnymi niczym noc rzęsami. 

Mogła w nich utonąć.

- Drzwi - szepnęła.

Zane zatrzasnął je kopnięciem, odgradzając ich tym od rzeczywistości. Znaleźli się 

nagle w zamkniętym, własnym świecie.

- Którędy? - spytał. Jego głos brzmiał zmysłowo i ochryple.

- Tym korytarzem.

Sypialnia Emilie znajdowała się przy jego końcu, po prawej stronie.

Zane rozpoznałby ten pokój nawet w zupełnych ciemnościach. „Wszędzie czuł aromat 

jej perfum,  niezbyt  silny,  ale jakże znajomy.  Od lat często  usiłował wyobrazić sobie ten 

zapach, ale nigdy mu się to nie udało. Tym razem czuł go naprawdę. Działał na niego równie 

podniecająco jak kobieta, którą trzymał w ramionach.

Nigdy   jej   nie   zapomniał.   Teraz   bez   trudu   rozpoznawał   smak   jej   warg   i   dotyk 

jedwabistych włosów na policzku.

Niemal utonęli w grubym puchowym materacu.

- Nie mogę uwierzyć, że to dzieje się naprawdę - szepnęła Emilie, muskając palcami 

background image

jego twarz.

- Nie potrafiłem odjechać - odrzekł Zane, głaszcząc dłonią jej biodra. - Chciałem, ale 

nie mogłem cię zostawić.

- Wiem - szepnęła. - Kiedy patrzyłam, jak odjeżdżasz... - urwała i pokręciła głową. - 

Chciałam, żebyś wrócił.

- Jesteś pewna?

- Tak - powiedziała stanowczo. Czy Zane wiedział, jaki wywiera na nią wpływ? Jaki 

jest piękny? Przeciągnął dłonią po jej płaskim brzuchu i wsunął palce pod koszulę. Przesunął 

rękę wyżej, aż dotarł do koronkowego stanika. Błyskawicznie rozpiął go i nakrył pierś dłonią.

Emilie miała wrażenie, że wszędzie czuje dotyk  jego palców. Zane powoli pieścił 

opuszkami jej sutki, aż stały się twarde i napięte. Niecierpliwie czekała na dotknięcie jego 

warg, chciała czuć na piersiach gorące i wilgotne usta, pragnęła, by ssał jej sutki...

- Tak - powiedział, ściągając z niej koszulę i stanik. - Chcę słyszeć, jak krzyczysz. 

Chcę wiedzieć, że czujesz rozkosz...

Z gardła Emilie wydarł się jęk, tak gwałtowny i namiętny, że sama się przestraszyła, 

ale jednocześnie pozbyła ostatnich zahamowań. Czuła swoją kobiecą siłę, zupełnie tak, jakby 

dotknięcie Zane'a przywróciło ją do życia.

Zbliżył usta do jej piersi. To dotknięcie parzyło niczym ogień. Gdy chwycił zębami 

sutek,   Emilie   znowu   krzyknęła,   nie   z   bólu,   lecz   prymitywnej,   gwałtownej   rozkoszy. 

Przemknęło jej przez myśl, że chyba nie przeżyje takiego napięcia zmysłów.

Miała   wrażenie,   że   jest   w   stanie   nieważkości,   zawieszona   gdzieś   w   ciemnej 

przestrzeni erotycznych marzeń.

Czuła, jak w jej ciele odzywa się odwieczny rytm. Wyprężyła się gwałtownie.

Długo czekała na tę chwilę. Marzyła o niej. Tęskniła za jedynym mężczyzną, który 

mógł zabrać ją w taką podróż.

Teraz pragnęła czegoś więcej.

Chciała  czuć dotknięcia jego ust na całym  ciele. Sięgnęła do majteczek,  ale Zane 

odsunął jej rękę i zsunął je w tak podniecający sposób, że zbliżyła się o kolejny krok do 

pełnego szaleństwa.

Rutledge   pomyślał,   że   Emilie   jest   jeszcze   piękniejsza,   niż   ją   zapamiętał.   Z 

przyjemnością patrzył na jej długie nogi, zaokrąglone biodra i ciemne włosy wilgotne z po-

żądania.   Pod   wpływem   pieszczot   jego   języka   Emilie   znów   krzyknęła   z   rozkoszy  i   Zane 

poczuł, że sam również płonie.

Zapragnęła go dotknąć, poczuć jego potężne ciało. Chciała wiedzieć, że on należy do 

background image

niej i tylko do niej, nawet jeśli tylko w tę jedną noc.

Nim zdążyła coś powiedzieć, sam zrozumiał jej pragnienia. Wstał z łóżka i ściągnął 

spodnie.   Emilie   nie   mogła   oderwać   wzroku   od   jego   szczupłego,   muskularnego   ciała   i 

ciemnych włosów, porastających klatkę piersiową i płaski brzuch.

Nie rozczarował jej. Nigdy mu się to nie zdarzyło.

Był dokładnie taki, jak Emilie go zapamiętała.

Poczuła w oczach łzy i szybko zamrugała, żeby Zane niczego nie zauważył.

Dostrzegł to jednak.

Opadł na łóżko obok niej i przytulił ją do siebie.

- Bardzo cię pragnę - powiedział wprost. - Nigdy jednak nie kocham się z kobietą, 

która   nie   ma   na   to   ochoty.   -   Odsunął   się   od   niej   tak,   że   przestali   stykać   się   ciałami.   - 

Wybieraj, Emilie. Decyzja należy do ciebie.

Nie czuła ani wstydu, ani zakłopotania. To była chwila, na którą długo czekała. Teraz 

miała   szansę   spróbować   najsłodszej   namiętności   bez   żadnych   żalów   i   zobowiązań,   które 

mogłyby zakłócić pamięć tego wieczoru. Mogła być teraz albo poddanym, albo zdobywcą, 

wybór należał do niej.

Żadne słowa nie mogłyby oddać jej uczuć i pragnień. Spojrzała mu w oczy i kiwnęła 

głową. Zane miał wrażenie, że dotyka jej ciała i duszy jednocześnie.

Wziął  ją w ramiona.  Przez chwilę leżeli  nieruchomo,  mocno  przytuleni  do siebie, 

ciesząc się po prostu zetknięciem nagich ciał. Emilie nie potrzebowała niczego więcej, żeby 

zapomnieć o całym świecie.

Poruszyła się, ocierając się o niego, kusząc i podniecając. Miała wrażenie, że traci 

kontrolę nad sobą. Teraz Zane był dla niej jedynym prawdziwym bytem w świecie, który 

przestała rozpoznawać.

Emilie była już gotowa. Zane poznał to po głębokich jękach, jakie wydobywały się z 

jej gardła i pełnym pragnienia spojrzeniu zielonych oczu. Rozdzielił jej uda i ukląkł między 

nimi. Początkowo zaatakował ją lekko i delikatnie, tak, aby ich namiętność mogła osiągnąć 

najwyższą   temperaturę.   Gdy   kobieta   zaczęła   głośno   krzyczeć,   wiedział,   że   nie   powinien 

dłużej zwlekać.

- Teraz - powiedziała zduszonym szeptem, prosto w jego usta. - Teraz... teraz...

Nie potrzebował zachęty.

Ciało Emilie było tak mocno zaciśnięte, że Zane przestraszył się, że zrobi jej krzywdę, 

ale   ona   nalegała,   aby   nie   przerywał.   Po   chwili   przyjęła   go   w   siebie.   W   tym   momencie 

zadygotała. Pasowali do siebie tak, jakby jakiś dobry Bóg z góry zadecydował, że będą do 

background image

siebie należeć.

Zane był pierwszym mężczyzną, który poznał jej ciało i nauczył rytuału miłości. Na 

myśl,  że w ciągu pięciu lat od rozstania Emilie z pewnością była  z kimś  innym,  poczuł 

gwałtowne pragnienie, aby wymazać z jej pamięci wszelkie wspomnienia i napiętnować ją 

jako swoją wyłączną własność.

Kochali się z gwałtowną, pierwotną namiętnością. Zane nigdy nie marzył o czymś 

więcej, niż ofiarowała mu Emilie. Gdy nadszedł moment spełnienia, miał wrażenie, że jego 

ciało rozrywa gwałtowny wybuch, ale po chwili odzyskał poczucie jedności.

Nie wiedział jeszcze, że w tym momencie w jego życiu nastąpił przełom.

W ciemnościach wiele się może zdarzyć.

Tej nocy Emilie poznała wszystkie formy zmysłowego kontaktu z mężczyzną, który 

odgadywał jej pragnienia, nim jeszcze zdążyła je nazwać. W ciemnościach, rozproszonych 

tylko światłem księżyca, oboje oddali się erotycznej magii.

Wreszcie zdrzemnęli się trochę, po czym Emilie przyniosła do łóżka starą i omszałą 

butelkę szampana. Chowała ją na wyjątkową uroczystość, która jednak nigdy się nie zdarzyła.

- Cristal - Zane gwizdnął z uznaniem. - To robi wrażenie.

- Powinno.

Sama otworzyła butelkę. Gdy korek wystrzelił, głośno się roześmiała.

- Uwielbiam ten dźwięk - rozlała do kieliszków pieniący się, złoty płyn. Postawiła 

butelkę na nocnym stoliku i wzniosła toast.

- Za zdrowie nieoczekiwanych gości.

- Twoje zdrowie - odrzekł Zane, patrząc jej prosto w oczy.

- Wygląda na to, że wracamy do starych czasów - powiedziała Emilie, delektując się 

napojem.

- Miałem nadzieję, że będziemy raczej rozmawiać o przyszłości.

Kobieta wyciągnęła się wygodnie na poduszce. W jej oczach zaświeciły iskierki.

-   Może   zatem   opowiem   ci   o   przygotowaniach   do   jutrzejszych   obchodów   Dnia 

Patriotów?

Zane jęknął głośno. Emilie uderzyła go w głowę poduszką.

- Możesz się śmiać - powiedziała, udając oburzenie - ale tutaj, w Crosse Harbor, to 

ważny dzień. Niewątpliwie bardzo cię to rozśmieszy, ale wszyscy mieszkańcy przebierają się 

w osiemnastowieczne stroje, popijają jabłecznik i udają, że wypatrują nadchodzącej armii 

brytyjskiej. Burmistrz Gold odgrywa Andrew McVie'a - dodała.

McVie był jedynym wiarygodnym bohaterem rewolucji, którym mogło się poszczycić 

background image

Crosse Harbor. W dzieciństwie Emilie spędziła wiele czasu rozmyślając o tym, jak uratował 

on generała Washingtona na parę miesięcy przed bitwą pod Princeton.

Opowiedziała   Zane'owi   historię   tajemniczego   bohatera   w   czarnej   masce,   który   na 

oczach przerażonych świadków skoczył na konia Washingtona i zrzucił generała na ziemię na 

ułamek sekundy przedtem, nim kula z muszkietu przeleciała tuż nad siodłem. Gdyby nie za-

maskowany mężczyzna, utkwiłaby w sercu przyszłego prezydenta.

Rodzina Emilie zawsze twierdziła, że owym tajemniczym bohaterem był ktoś z ich 

rodu. Któż inny, jeśli nie członek rodziny Crosse, miałby dość odwagi, aby dokonać takiego 

wyczynu? Pozostali mieszkańcy miasteczka uważali jednak, że zbawcą generała był Andrew 

McVie.

- Niestety, tego dnia większość członków naszej rodziny była na weselu - zaśmiała się 

Emilie. - To tyle z historii rodzinnych.

- A ty za kogo się przebierasz? - spytał Zane. - Za kochankę McVie'a?

- Nie, mądralo, ale i tak będę sensacją dnia - stwierdziła. - Jutro pojawię się na rynku 

w balonie na gorące powietrze.

- Chyba żartujesz!

-   Słowo   harcerza   -   zapewniła   go   z   powagą.   -   Świadectwa   historyczne   są   raczej 

wątpliwe, ale to świetna reklama dla towarzystwa historycznego. Nie mogłam odmówić.

- Nie zawracałbym sobie tym głowy.

- Dlatego że nie cenisz historii i nigdy jej nie zrozumiesz.

- Za to świetnie rozumiem inne sprawy - odpowiedział, odstawiając kieliszek na nocny 

stolik. - Może, cię o tym przekonam...

Później  dokończyli  szampana  i   Emilie   poszła  do  spiżarni  poszukać   jeszcze   jednej 

butelki. Była pewna, że powinna coś znaleźć.

- Tym razem to już nie Cristal - powiedziała. - Ale według mnie nie ma czegoś takiego 

jak zły szampan.

Zane, który poszedł z nią do kuchni, wziął butelkę i przyjrzał się nalepce.

Emilie   ponownie   zniknęła   w   spiżarni,   po   czym   wróciła   z   pudełkiem   krakersów, 

dżemem i masłem fistaszkowym. Ułożyła to wszystko na tacy z laki, którą rok wcześniej 

kupiła na pchlim targu, a następnie wyjęła z kredensu dwa talerze i piękny, srebrny nóż.

Gdy   wrócili   do   łóżka,   z   wielkim   przejęciem   posmarowała   krakersy   masłem 

fistaszkowym  i dżemem,  po czym  ułożyła  je w półkole  na talerzu.  Zane uważnie  się jej 

przyglądał. Pomyślał, że w jej rękach wszystko zamienia się w złoto. Nawet z krakersów i 

dżemu potrafiła wyczarować przekąskę, smakującą jak ambrozja.

background image

- Dawno już nie byłam na targu - powiedziała Emilie, napełniając ponownie kieliszki. 

- Nie mam nic w domu, inaczej przygotowałabym ci coś wspaniałego. Jeśli nie pamiętasz, to 

ci przypominam, że dobrze gotuję.

- Nie chcę ci sprawiać przykrości, ale nigdy mnie nawet nie obchodziło, czy potrafisz 

zagotować wodę - odrzekł Zane z uśmiechem.

Emilie spojrzała na niego z urazą, ale zaraz się roześmiała.

- To chyba rzeczywiście nie ma znaczenia, prawda?

- Najmniejszego - zapewnił ją i odsunął talerz. - Połóż się.

- Dlaczego?

- Połóż się - powtórzył z naciskiem.

To były jej marzenia. W ciągu tej jednej, magicznej nocy on mógł wydawać polecenia, 

ona gotowa była słuchać.

Położyła się na chłodnym, jedwabistym prześcieradle. Szampan wirował jej w głowie. 

Miała kłopoty z ustaleniem, gdzie kończy się jej ciało, a gdzie zaczyna miękka pościel. Czuła 

się tak, jakby płynęła na chmurce w atmosferze nabrzmiałej erotyzmem.

- Zane! - wykrzyknęła po chwili, unosząc się na łokciu. - Co ty wyprawiasz?

- Zaufaj mi - odpowiedział ze swym pirackim uśmiechem na ustach.

Emilie poczuła na ciepłym brzuchu zimne krople szampana. Drgnęła. Zane wypełnił 

jej pępek złocistym płynem.

- Zwariowałeś! - zaśmiała się, starając się nie poruszyć. - Prześcieradło...

Prześcieradłu jednak nic nie groziło. Zane zlizał szampana kropla po kropli. Czuła 

jego język w pępku, na brzuchu i w spojeniu ud...

Przeczesała mu palcami włosy,  przyciskając jego twarz do brzucha. Już po chwili 

czuła, że zaraz wybuchnie i rozpadnie się na tysiące kawałków.

Jednak przede wszystkim pragnęła, aby to się nie skończyło.

Rankiem, po przebudzeniu, Emilie usiadła na łóżku i wbiła wzrok' w śpiącego obok 

niej   mężczyznę.   Po   chwili   zacisnęła   powieki   i   długo   siedziała   z   zamkniętymi   oczami, 

czekając, aż zjawa zniknie. Miała nadzieję, że gdy wreszcie otworzy oczy, przekona się, że 

jest sama w swym staroświeckim łóżku, którego od pięciu lat z nikim nie dzieliła.

Ostrożnie rozchyliła powieki i dotknęła ręką ramienia śpiącego mężczyzny. Poczuła 

twarde mięśnie i ciepłe ciało.

To mój były mąż! - pomyślała, jakby powoli godząc się z rzeczywistością.

Czuła lekki ból między nogami i rozkoszne znużenie. Tej nocy długo się kochali... 

Emilie miała wrażenie, że stoi na skraju urwistego brzegu i patrzy w przestrzeń.

background image

Przypomniała sobie, jak Zane dotykał ustami jej brzucha, jak pieścił dłońmi piersi... 

Nie mogła sobie wyobrazić większej rozkoszy...

- Boże - jęknęła, po czym skuliła się na brzegu łóżka i naciągnęła kołdrę na głowę. 

Pomyślała, że chyba zwariowała, godząc się na coś takiego. Zupełnie zwariowała!

Mężczyzna   wymamrotał   coś,   po   czym   przez   sen   uderzył   ręką   w   poduszkę. 

Wstrzymała oddech, a on odwrócił się na bok i przycisnął ciężką, muskularną nogą jej biodra. 

Emilie automatycznie przysunęła się do niego, zapragnęła...

- Nie! - powiedziała głośno. Dość tego. Tym  razem nie zamierzała ulec pokusie i 

zapomnieć o ostrożności.

Noc już minęła  i  byłoby  znacznie  lepiej, gdyby  znalazła  jakiś  sposób, aby o niej 

zapomnieć.

Nigdy nie lubiła takich ludzi jak on. Zane gardził historią i nie zastanawiał się nad 

przeszłością. Związek z nim był romantycznym odpowiednikiem położenia się na torze. Raz 

udało się jej uciec z całym sercem; byłaby idiotką sądząc, że ta sztuka znów może się udać.

Magia, która połączyła  ich wczoraj, nie mogła przetrwać w pełnym blasku słońca. 

Poczucie przeznaczenia, wrażenie, że kieruje nimi jakaś wyższa siła - Emilie pomyślała, że to 

pewnie skutek pełni.

Jej zdaniem, Zane czuł się tu zdecydowanie zbyt swobodnie. Rozciągnął się wygodnie 

na   jedwabnym   prześcieradle,   niedbale   zakrywając   biodra   rogiem   kołdry.   Przez   chwilę 

przyglądała się jego szerokim ramionom i potężnym muskułom, które w dotyku sprawiały 

wrażenie ciepłego, żywego marmuru... Potrząsnęła głową i pomyślała, że takie rozmyślania 

niechybnie wpędzą ją w kłopoty. Wzięła głęboki oddech i spojrzała na niego ponownie. Tym 

razem zamierzała dostrzec tylko jego niedostatki. Niestety, na pierwszy rzut oka trudno było 

dostrzec słabości Zane'a Rutledge'a. Zawsze wyglądał imponująco...

Przyzwoitość   nakazywała,   aby   czuł   się   nie   na   miejscu   w   tym   wyłącznie   dotąd 

kobiecym pomieszczeniu, ale on Zachowywał się tak, jakby zdobył nie tylko jej ciało, ale 

również sypialnię.

Ta myśl zirytowała Emilie. Szturchnęła go w ramię.

- Zane - powiedziała, próbując go obudzić. Poruszył się na łóżku, ale nie otworzył 

oczu. - Za godzinę muszę wyjść.

- Mhm... - Mężczyzna przewrócił się na brzuch i schował twarz w poduszce.

Emilie  zastanowiła   się,  czy  nie   zerwać   z  niego  kołdry,   ale   wolała  nie   ryzykować 

widoku podniecającej nagości eks - męża. Zamiast tego uciekła do łazienki, i to tak szybko, 

jakby ścigały ją moce piekielne. Gwałtownie zatrzasnęła za sobą drzwi.

background image

W   tym   momencie   niemal   parsknęła   śmiechem.   Przecież   to   zazwyczaj   mężczyzna 

zastanawia się, jak uciec po wspólnej nocy! Emitte często czytała w kobiecych magazynach, 

jak powinna wyglądać ta scena: ona przygotowuje w kuchni wspaniałe śniadanie, na przykład 

capuccino i świeże truskawki ze śmietaną, on zaś niecierpliwie liczy sekundy dzielące go od 

wolności.

Zamiast tego to ona ukryła się w łazience i zastanawiała się, czy zdoła uciec przez 

ciasne okienko i zniknąć w lesie za domem.

Przeszła   po   cichu   do   garderoby,   gdzie   włożyła   obcisłe,   elastyczne   rajstopy   i 

koronkowy gorset ze wstążkami, stanowiący część jej kostiumu. Było stanowczo zbyt gorąco, 

aby ubrać się w cały strój. Emilie postanowiła, że sukienkę i całą resztę włoży dopiero w 

gondoli.

Zerknęła do lustra i z trudem powstrzymała się od śmiechu. Wyglądała jak karykatura 

osiemnastowiecznej   damy.   Wyciągnęła   z   portfela   trochę   pieniędzy   i   włożyła   je   do 

haftowanej, wyblakłej torebki, w której trzymała igły i nici. Zabrała jeszcze prawo jazdy i 

kartę   kredytową,   po   czym   przymocowała   torebkę   do   paska.   Włożyła   baletki,   spakowała 

muślinową sukienkę i wyszła na korytarz.

Po   drodze   do   kuchni   zajrzała   jeszcze   do   sypialni.   Zane   wciąż   chrapał,   wygodnie 

rozciągnięty na łóżku, zupełnie jakby miał zamiar zostać tu na dłużej. Nie każdy potrafiłby 

czuć się tak swobodnie w cudzej sypialni. Emilie pokręciła głową z irytacją. Niektórzy ludzie 

nigdy się nie zmienią.

W kuchni wyrwała z bloczka różową kartkę, napisała kilka słów, i przylepiła ją do 

stojącej na środku brzozowego stołu cukiernicy, po czym chwyciła klucze i wyszła na ulicę.

Wyjeżdżając  z garażu, starała się nie patrzeć na stojącego przed domem  czarnego 

porsche. Wolała, aby nie przypominał jej o swym seksownym właścicielu.

Pomyślała, że popełniła okropny błąd, ale, na szczęcie, już po wszystkim. Nie miała 

zamiaru więcej o tym myśleć.

Od   mieszkania   Emilie   do   Langley   Park   trzeba   było   jechać   dobre   pół   godziny. 

Lipcowy   poranek   był   dość   chłodny,   a   powietrze   zdumiewało   przejrzystością.   Choć   od 

wschodu słońca minęło dopiero pół godziny, poranna mgła zdążyła już zniknąć. Tylko smród 

spalin, zmieszany z zapachem morza i kwiatów, psuł idealną pogodę.

Emilie włączyła radio. Gdy usłyszała dobrze znaną, starą piosenkę, zaczęła stukać do 

wtóru palcami o kierownicę. Mając dwadzieścia dziewięć lat była zbyt młoda, aby pamiętać 

czasy świetności tego zespołu, ale i tak znała tę melodię. Sama nie wiedziała, dlaczego miała 

wrażenie, że świetnie pasuje do porannej przejażdżki wiejską drogą.

background image

Nagle   we   wstecznym   lusterku   zobaczyła   jakiś   czarny,   sportowy   samochód.   To 

niemożliwe - pomyślała. Przecież gdy wychodziła z domu, Zane zdrowo chrapał. Nacisnęła 

na gaz, ale samochód bez trudu trzymał się za nią.

Emilie skręciła gwałtownie w boczną drogę i nacisnęła gaz do dechy. Czarne auto 

natychmiast wykonało ten sam manewr. Emilie czuła, jak serce wali jej o żebra. Jeśli porsche 

Zane'a   nie   rozmnożyło   się   cudownie   w   ciągu   nocy,   to   musiał   być   on.   Może   zapomniał 

portfela lub zostawił zegarek? Zwolniła, ale on, zamiast się zbliżyć, również zwolnił. Starał 

się zachować dystans. Z daleka widziała na twarzy eks - męża wyraz determinacji.

Emilie wróciła na główną drogę. Porsche zrobił to ' samo. Przez chwilę myślała, czy 

nie spróbować go zgubić, ale Zane przecież wiedział, że ona ma polecieć wielkim balonem. 

Już stąd widać było ponad drzewami jego czerwoną powłokę. Nie miała szans, żeby pozbyć 

się pościgu.

-   Utrzymuj   dystans   -   mruknęła   przez   zęby,   skręcając   na   parking.   Zane   zawsze 

prowadził   jak   wariat.   Emilie   przez   chwilę   czuła   pokusę,   żeby   nacisnąć   z   całej   siły   na 

hamulec, po czym zażądać od niego odszkodowania za zniszczony samochód. To byłaby dla 

niego dobra nauczka.

Rozległ się głośny pisk opon. Auto zatrzymało się tuż za nią.

Drzwi porsche otworzyły  się tak gwałtownie,  że niemal  trzasnęły zawiasy.  Emilie 

miała ochotę zablokować swoje drzwi i poczekać, aż Zane ochłonie, ale pomyślała, że pewnie 

wyrwałby je gołymi rękami. Wyskoczył i podbiegł do jej wozu.

- Wysiadaj - warknął przez zaciśnięte zęby.

Niektórych rzeczy nie zapomina się nawet po rozwodzie. Na przykład takiego tonu. 

Emilie pomyślała, że lepiej będzie się nie sprzeciwiać.

Wzięła   głęboki   oddech   i   wysiadła   z   samochodu.   Zane   nawet   nie   podał   jej   ręki. 

Wprawdzie nie potrzebowała pomocy, ale to byłby miły gest.

Dać kurze grzędę... Emilie pomyślała, że raczej umrze, niż pozwoli mu odgadnąć, 

jakich wrażeń doznaje na jego widok.

-   Zabłądziłeś   -   oświadczyła   spokojnie.   Wskazała   ręką   kierunek.   -   Tamta   droga 

prowadzi do Nowego Jorku.

W tym momencie Zane miał ochotę skręcić jej kark. Już parę razy w życiu bliski był 

zabójstwa, i to na ogół Emilie była potencjalną ofiarą. Tym razem byłaby to niewątpliwie 

zbrodnia w afekcie.

- Do diabła, co ty sobie myślisz?

- Przykro mi, ale nie wiem, o czym mówisz - odrzekła, patrząc na niego niewinnie.

background image

- Akurat! Oczywiście, że wiesz!

Emilie zerknęła w stronę górującego nad polem balonu. Nim zdążyła się ruszyć, Zane 

chwycił ją za ramiona.

- Co to za karteczka na kuchennym stole? Stać cię chyba na coś lepszego, Em!

- Wiele hałasu o nic - skwitowała, wzruszając ramionami. - Musiałam wyjść. Przecież 

mówiłam ci o dzisiejszym święcie.

Wyrwała się z uścisku i ruszyła w stronę balonu. Zane zablokował jej drogę. Emilie na 

próżno usiłowała go ominąć.

- Śniadanie byłoby miłym akcentem.

- Przykro mi, że nie jestem równie doświadczona, jak inne kobiety, z którymi  się 

spotykasz.

- Lodówka pusta - ciągnął. - Ani mleka, ani płatków, ani pieczywa. Można umrzeć z 

głodu.

- Dziękuję za zrobienie listy zakupów - odrzekła poirytowanym tonem.

- Gdybym to ja wymknął się w ten sposób, nazwałabyś mnie sukinsynem.

- Wcale się nie wymknęłam. Po prostu miałam umówione spotkanie.

- Bzdura. Uciekłaś, żeby ze mną nie rozmawiać.

- Nie pochlebiaj sobie, Rutledge. Próbowałam cię obudzić, ale spałeś jak zabity. - Dała 

nura pod jego uniesionym ramieniem, lecz Zane zdążył ją złapać. - Czy przypadkiem nie 

śpieszysz się na samolot?

- Owszem - odrzekł. - Właśnie dlatego tu jestem.

- Hej, Em! - zawołał do niej Dan Walsh z drugiego końca parkingu. - Pośpiesz się. 

Jesteśmy gotowi do startu.

- Muszę już iść - powiedziała Emilie. - Te balony są wynajmowane na godziny.

Ruszyła w kierunku gondoli. Rutledge nie odstępował jej ani na krok.

Ciszę   poranka   przerywał   ryk   propanowego   palnika,   nagrzewającego   powietrze. 

Nieopodal stała niewielka furgonetka. W kabinie siedzieli dwaj młodzi mężczyźni i popijali 

kawę, z trudem tłumiąc ziewanie.

- To ekipa ratunkowa - wyjaśnił Rutledge, pozdrawiając ich machnięciem ręki.

- Co za ekipa ratunkowa? - skrzywiła się Emilie.

- Poszukiwacze - dodał Zane. - Ekipa naziemna. Będą jechać za tobą i mieć oko na 

balon, po prostu na wszelki wypadek.

- Nie opowiadaj takich rzeczy! Nigdy jeszcze nie leciałam balonem.

- To nic specjalnego. Po prostu polecisz, dokąd wiatr cię zaniesie.

background image

- Przecież mamy wylądować w miejskim parku.

- Wylądujecie, jeśli wiatr będzie wam sprzyjał.

- Przypuszczam, że ty już kiedyś latałeś balonem?

- Balonem, szybowcem, lotnią - uśmiechnął się Zane.

- A czy kiedykolwiek zastanawiałeś  się nad podjęciem normalnej pracy?  - spytała 

Emilie.

- Hej, Em! - zawołał znowu Dan, spoglądając z nieskrywaną ciekawością to na nią, to 

na Zane'a. - Baxter jest już gotów. - Walsh wskazał ręką na dość otyłego  mężczyznę  w 

czerwonej kurtce z napisem Soul Man wyhaftowanym na plecach.

Emilie   przyjrzała   się   gondoli.   Był   to   po   prostu   spory   kosz   z   wikliny,   z 

przymocowanym dużym zbiornikiem na gaz.

- To to? - spytała, przełykając głośno ślinę.

- To - potwierdził Dan. - Cieszę się, że ty lecisz, a nie ja. Powiedziałem żonie, że nikt 

mnie nie zmusi do latania mniejszym samolotem niż DC - 9.

Przyjemniaczek - pomyślała Emilie.

- Jak mam się tam dostać? - spytała głośno. W tym momencie Zane chwycił ją w pasie 

i wsadził do kosza.

- Och - westchnęła Emilie. Czuła się bardzo niepewnie. - Moja spódnica - dodała. - 

Będę jej - potrzebować przy lądowaniu. Została w samochodzie.

- Czy mógłby ją pan przynieść? - Zane zwrócił się do Dana. - Chcę jeszcze zamienić 

parę słów z Emilie.

Mężczyzna zawahał się.

- Proszę się nie niepokoić - uśmiechnął się Rutledge. - Jesteśmy zaręczeni.

- Ach, skąd miałem wiedzieć - mruknął Dan i ruszył w stronę samochodu.

-   Zabiję   cię!   -   powiedziała   Emilie   zduszonym   głosem   i   uderzyła   go   w   ramię.   - 

Dlaczego opowiadasz brednie?

- Sądziłem, że wolałabyś, abym mu nie mówił, iż jesteśmy kochankami.

- Dlaczego nie powiedziałeś mu prawdy?

- Powiedziałem - odparł Zane z irytującą, męską logiką. - Zaręczyliśmy się... kiedyś.

- Nim wylądujemy, całe miasto będzie huczeć od plotek.

- O tym, że jesteśmy zaręczeni, czy że jesteśmy kochankami?

- Że jestem skończoną idiotką - westchnęła Emilie. Zane za dobrze się bawił.

- Niewielki skandal jeszcze nikomu nie zaszkodził.

- Nie znasz Crosse Harbor.

background image

-   Do   diabła   z   Crosse   Harbor.   Wyjedź   ze   mną,   Emilie   -   zaproponował   z 

uwodzicielskim uśmiechem. - Zwiedzimy Tahiti, a potem polecimy zobaczyć  piramidy w 

świetle księżyca i wschód słońca w Madrycie. Nim się pożegnamy, możemy zjeść śniadanie 

w Paryżu, a kolację na Hawajach i kochać się w każdym z tych miejsc.

Serce   Emilie   zabiło   gwałtownie.   Pomysł,   aby   zapomnieć   o   rzeczywistości,   był 

niezwykle kuszący. Przynajmniej miałaby na starość co wspominać i czym ogrzać duszę, a 

nie tylko kocem i gorącą herbatą.

- To wykluczone - odrzekła, z trudem przekrzykując hałas palnika.

- Masz ostatnią szansę - powiedział, patrząc na nią zmrużonymi oczami.

- Wybij to sobie z głowy! - krzyknęła. - Nigdzie z tobą nie pojadę.

- W takim razie ja lecę z tobą.

Nim Emilie zdążyła zareagować, Zane odcumował balon i w ostatniej chwili wskoczył 

do gondoli.

- Hej! - usłyszeli krzyk Dana. Wracał biegiem z parkingu, wymachując nad głową 

spódnicą. - Wracaj!

- Zrób coś! - odkrzyknęła. - Chwyć za cumę! Zatrzymaj ten balon!

- Uspokój się - powiedział Zane, regulując palnik.

- Dowiozę cię na festyn całą i zdrową.

- Zwariowałeś?! - wrzasnęła w odpowiedzi. Udało się jej przekrzyczeć hałas palnika. 

Balon unosił się coraz wyżej. - Co ty wyprawiasz?!

- Zabieram cię na przejażdżkę.

- Jesteś szalony! - Emilie oparła się o brzeg gondoli.

- Czy wiesz, jak tym kierować?

-   Zaraz   się   przekonamy   -   odpowiedział,   manipulując   zaworami   przy   zbiorniku.   - 

Leciałem kiedyś balonem na gorące powietrze.

- Ja kiedyś leciałam jumbo - jetem, ale to nie znaczy, że potrafię nim sterować.

- Na tym polega różnica między nami. Lubię ryzykować. - Problem polegał na tym, że 

zazwyczaj mu się udawało.

Płomień palnika gwałtownie się powiększył. Emilie miała przed oczami obraz balonu 

zaplątanego w przewodach wysokiego napięcia, ale czerwona kula coraz bardziej oddalała się 

od ziemi.

- Mam nadzieję, że zostaniesz za to aresztowany - powiedziała. Czuła jednocześnie 

podniecenie i strach. Zawsze dawała się nabierać na jego wielkie gesty, choć wiedziała, że to 

głupota.

background image

- Czy zamierzasz mnie oskarżyć?

- Żebyś wiedział. Jak śmiesz ryzykować moim życiem, tylko dlatego że masz ochotę 

wyciąć jakiś zwariowany numer?

- Troska o bezpieczeństwo spowodowała śmierć większej liczby ludzi niż wszystkie 

zwariowane pomysły.

- Pewnie myślisz, że potrafisz przesuwać góry, prawda?

- Gdyby tylko jakaś stała na mojej drodze... - Zane uśmiechnął się zwycięsko.

Emilie   dobrze   wiedziała,   o   czym   on   myśli.   Zamknęła   oczy.   Doznawała   uczuć 

wykraczających daleko poza seksualne pragnienia.

- Po co to zrobiłeś? - szepnęła. - To była nasza ostatnia noc. Oboje dobrze wiemy, że 

to nie ma przyszłości.

- Uniosła głowę i spojrzała na niego. Dlaczego za jego urodziwą twarzą nie kryła się 

dusza   poety?   -   Pragnę   czegoś   więcej,   niż   tylko   seksu.   Potrzebuję   mężczyzny,   którego 

mogłabym kochać.

- Ludziom zazwyczaj wystarcza atrakcyjne życie seksualne.

- Nigdy mnie nie zrozumiesz - westchnęła w odpowiedzi. Gdyby jej wystarczał seks, 

wciąż byliby małżeństwem. Potrząsnęła głową i rozejrzała się wokół. Widać było wspaniałą 

panoramę okolicy.

- A ty rozumiesz?

- O co ci chodzi?

- Mam wrażenie, że wcale nie jesteś tak przywiązana do tego miasteczka.

- Nie mów takich rzeczy - Emilie z trudem opanowała wewnętrzny dygot. Trafnie 

odgadł jej skryte myśli.

-   Crosse   Harbor   to   mój   dom...   po   rewolucji   moja   rodzina   przyczyniła   się   do 

rozbudowy miasta.

- Wbrew pozorom, jesteśmy do siebie podobni - stwierdził nieoczekiwanie Zane, nie 

zwracając uwagi na jej protest. - Oboje szukamy czegoś, czego możemy nigdy nie znaleźć.

- Niczego nie szukam - odparła, ale to stwierdzenie zabrzmiało pusto i fałszywie. - 

Lubię moje życie takim, jakie jest.

- Akurat. Lubisz przygody, Emilie. Przyznaj się, pragniesz czegoś więcej.

To szyderstwo było tak bliskie prawdy, że przestała nad sobą panować. Rzuciła się na 

niego, próbując zdzielić go pięścią, ale Zane chwycił ją za nadgarstek i wykręcił rękę. W 

trakcie tego starcia gondola gwałtownie zachybotała. W oczach mężczyzny pojawił się wyraz 

rozbawienia. Ilekroć Emilie próbowała się wyrwać, gondola kiwała się na wszystkie strony, a 

background image

jej żołądek wyprawiał niebezpieczne harce.

- Na razie jeszcze ci się udało - powiedział zimno Zane. - Lepiej nie ryzykuj.

Nie   zważając   na   niebezpieczeństwo,   Emilie   spróbowała   kopnąć   go   w   kostkę. 

Przyciągnął ją do siebie i mocno objął.

- Niech pani lepiej uważa, moja damo - ostrzegł. - Do ziemi mamy ładnych  parę 

metrów.

Rozejrzała się wokół. Lecieli ponad wierzchołkami drzew. Balon wciąż się wznosił.

- Wspaniały widok, prawda? - dodał Zane, widząc na jej twarzy wyraz zdumienia. 

Puścił jej ramię. Emilie  kiwnęła w odpowiedzi głową. Nie mogła oderwać spojrzenia od 

fascynującej panoramy.

- O, tam jest główna droga - wskazała palcem ciemną tasiemkę, przecinającą zieleń 

lasu. - Nigdy nie myślałam, że może tak wspaniale wyglądać.

- To wszystko kwestia perspektywy.

- Jesteś cyniczny.

- Tylko realistyczny.

- Czy dla ciebie cokolwiek w życiu ma jakieś znaczenie?

- Sądziłem, że po ostatniej nocy nie masz co do tego wątpliwości.

- Życie nie kończy się na seksie.

- Być może, ale to jedna z jego najprzyjemniejszych stron.

- Muszę ci przyznać, że starasz się zazwyczaj, aby poranki wypadały równie dobrze, 

jak   noce.   Chciałabym...   -   nagle   urwała.   -   Boże,   robi   się   zimno   -   dodała   i   skrzyżowała 

ramiona. Temperatura gwałtownie spadla i jednocześnie balon przestał się wznosić. Miała 

wrażenie, że wiszą w szarym, zimnym kokonie. - Czy to normalne?

Jeszcze nim skończyła mówić, balon zaczaj opadać niczym pośpieszna winda.

- Wszystko w porządku - uspokoił ją Zane, zwiększając płomień palnika. - Nie martw 

się. Nic się nam nie stanie.

- Ale coś się dzieje, prawda?

- To przez te chmury - wskazał na wschód. - Jeszcze przed sekundą była wspaniała 

pogoda. Diabli wiedzą, skąd je przywiało.

Emilie przysunęła  się do niego. Zane walczył  z jakimiś  zaworami przy zbiorniku. 

Balon w dalszym ciągu szybko tracił wysokość.

-   Możesz   się   nie   przejmować.   Zaraz   zaczniemy   się   wzbijać,   muszę   go   tylko 

ustabilizować.

Był   zupełnie   spokojny.   Zaliczał   się   do   tych   szczęściarzy,  którzy   ze   wszystkich 

background image

przygód wychodzą cało. Emilie chciała mu wierzyć, ale akurat gwałtowny podmuch zakołysał 

koszem. Straciła równowagę i gdyby nie Zane, upadłaby. Balon wciąż zapadał się w zimną 

chmurę.

- Połóż się. Nie podoba mi się, że... - kolejny podmuch zagłuszył jego słowa. Gondola 

kiwała się na wszystkie strony,  niczym  wagonik górskiej kolejki z wesołego miasteczka. 

Nagłe rozległ się trzask pękającej powłoki.

- Uwaga, Emilie! - krzyknął mężczyzna. Z góry opadło parę czerwonych szmat. - 

Spadamy!

background image

3

Emilie pomyślała, że chyba żyje. Gdyby zginęła, nie czułaby się taka obolała, jakby 

ktoś wlókł ją plecami po polnej drodze.

Piekły ją oczy, bolały ramiona, kolana, ręce... wszystkie części ciała, nawet wyrostek 

robaczkowy, który wycięto jej, gdy miała pięć lat.

Za   dużo   wypiłam   -   pomyślała.   Przed   oczami   zobaczyła   wielką,   omszałą   butelkę 

Cristalu, a potem...

Nie mogła sobie przypomnieć, co było dalej.

Z pewnością nie wypiła całej butelki najlepszego szampana bez powodu, ale za skarby 

świata nie mogła sobie przypomnieć, co to była za okazja. Gdyby wiedziała, że takie będą 

tego skutki, napiłaby się raczej wody sodowej.

Spróbowała otworzyć oczy, ale słońce świeciło tak mocno, że natychmiast zacisnęła 

powieki i ukryła twarz w piasku.

W tym momencie trochę oprzytomniała. Skąd piasek? Rozłożyła szeroko ramiona i 

pomacała wokół. Wyczuła pod palcami małe kamyki i ostre fragmenty połamanych muszli.

-   Boże!   -   krzyknęła,   po   czym   zerwała   się   z   ziemi   i   otworzyła   oczy.   Nad   głową 

zobaczyła niebo jak z pocztówki, nieskazitelnie niebieskie i czyste. Pożałowała, że nie zabrała 

okularów przeciwsłonecznych.

Ostrożnie   obmacała   twarz,   ręce,   nogi   i   ramiona.   Bogu   dzięki,   niczego   sobie   nie 

złamała, ale miała solidnie podrapane dłonie i kolana. W zasadzie powinna być zadowolona, 

że nie stało się jej nic poważnego, ale zamiast tego próbowała sobie przypomnieć, jakim 

cudem znalazła się na plaży.

Z jękiem poderwała się na nogi. Rozejrzała się wokół, usiłując rozpoznać okolicę. W 

odległości kilkunastu metrów zobaczyła wieżę latarni morskiej. Zerknęła na ostre głazy u stóp 

i wyobraziła sobie, co mogło się stać. Dobrze wiedziała, że wielu ludzi znalazło śmierć na 

kamienistym brzegu Eagle Island, niewielkiej wysepki u wejścia do portu Crosse Harbor.

- Skup się, Emilie - powiedziała do siebie. - Jest wcześnie rano, znajdujesz się w 

pobliżu   latarni...   -   Urwała   i   spojrzała   na   swój   dziwaczny   strój.   Miała   na   sobie 

osiemnastowieczny gorset, dwudziestowieczne, elastyczne rajstopy i baletki. Często wkładała 

stroje   pochodzące   z   różnych   czasów,   ale   zazwyczaj   starała   się   o   zachowanie   pewnej 

konsekwencji.

A może wybierałam się na bal kostiumowy? - pomyślała.

Nie mogła się skupić. W głowie miała zupełny zamęt. Nawet po podróży przez kilka 

background image

stref czasowych nie czuła się tak zagubiona i zdezorientowana. Zerknęła na zegarek. Szkiełko 

było pęknięte, ale zegarek działał. Dziewiąta rano, dwudziesty piąty lipca.

Nagle przed jej oczami zawirowały jakieś obrazy.

Zobaczyła czarny, sportowy samochód, pędzący z głośnym rykiem silnika.

Później przypomniała sobie mundur z czasów rewolucji.

Po chwili jego obraz zniknął, a zamiast niego Emilie zobaczyła twarz mężczyzny z 

cudownymi, niebieskimi oczami, który przyciskał ją do siebie, podczas gdy ziemia pędziła im 

na spotkanie...

Zane!

Zachwiała się na nogach. Z trudem opanowała ogarniającą ją panikę. Gdzie podziała 

się gondola?  Gdzie zniknęła  czerwona powłoka balonu? Nawet plaża sprawiała  wrażenie 

opustoszałej, tak jakby ktoś starannie uprzątnął wszelkie ślady życia. Nigdzie nie było widać 

porzuconych   butelek,   puszek   po   napojach   i   styropianowych   opakowań   po  hamburgerach, 

czyli najbardziej rozpowszechnionych śladów ludzkiej obecności. Co gorsza, nigdzie nie było 

widać jej eks - męża.

- W porządku - powiedziała głośno. - Musi istnieć jakieś wyjaśnienie tej sytuacji. - 

Dźwięk własnego głosu podziałał na nią uspokajająco. - Lepiej się zastanów. Z pewnością 

rozszyfrujesz tę zagadkę.

Może zresztą to wszystko nie było takie dziwne...

Niewątpliwie   trafili   na   jakąś   dziwaczną   formację   chmur.   Emilie   nie   znała   się   na 

aeronautyce, ale słyszała rozmaite historie na temat szkwałów i prądów zstępujących, które 

pokonały znacznie bardziej wytrawnych pilotów niż Zane Rutledge.

Przypomniała   sobie,   jak   gondola   zaczęła   koziołkować,   a   powłoka   balonu   pękła. 

Pomyślała, że zapewne wypadła z kosza na plażę, podczas gdy Zane w dalszym ciągu walczył 

z palnikiem i zbiornikiem gazu.

- Łódź wiosłowa - powiedziała głośno i od razu się rozpromieniła. Jeśli pamięć jej nie 

myliła,   po   wschodniej   stronie   latarni   powinna   być   przycumowana   łódka.   Wystarczy,   że 

wskoczy do niej i chwyci za wiosła, a po kwadransie będzie już na stałym lądzie. Poklepała 

się   po   pasie.   Z   pewnym   zdziwieniem   stwierdziła,   że   nie   zgubiła   haftowanej   terebki   z 

kluczami   do   samochodu,   kartą   kredytową,   Pieniędzmi,   igłami   i   nićmi.   Wystarczy,   że 

zadzwoni   po   taksówkę,   a   zdąży   dołączyć   do   organizatorów   obchodów,   nim   ktokolwiek 

pomyśli o wysłaniu ekipy ratunkowej.

Odwróciła się w kierunku latarni, ale nie ruszyła, bo coś nagle przykuło jej uwagę. 

Osłoniła ręką oczy od słońca i uważnie przyjrzała się morzu. Wszystko wydawało się w 

background image

porządku, ale Emilie mogłaby przysiąc, że przed sekundą widziała w morzu czerwoną plamę.

- Tak! - krzyknęła nagle, znowu dostrzegając niewielki, czerwony punkt w odległości 

jakichś stu metrów od brzegu. - Boże! - Zane walczył z prądem odpływu i najwyraźniej nie 

mógł sobie dać rady.

Błyskawicznie zrzuciła pantofle i pobiegła w jego stronę. Usiłowała nie tracić go z 

oczu, ale fale co chwila przesłaniały widok.

- Trzymaj się, Zane - powtarzała do siebie, pokonując kolejne fale. Była świetnym 

pływakiem, ale nawet dla niej prąd stanowił poważne niebezpieczeństwo. Ilekroć mężczyzna 

znikał wśród fal, Emilie czuła, że ogarnia ją rozpacz.

- Złap mnie za ramię - jęknęła, gdy wreszcie udało się jej do niego dotrzeć.

Żadnej odpowiedzi. Zane stracił przytomność. Z najwyższym trudem obróciła go na 

wznak i upewniła się, że może oddychać.

- Jakoś to będzie - mruknęła. - Trzymaj się mnie. Emilie sama nie wiedziała, czy chce 

pocieszyć jego, czy siebie. Rutledge był wysokim, mocno zbudowanym mężczyzną. Gdyby 

nie siła wyporu słonej wody, nie miałaby najmniejszej szansy go wyciągnąć.

Powoli zbliżali się do plaży, aż wreszcie z ulgą poczuła pod stopami dno. Stanęła na 

nogi   i   dalej   ciągnęła   Zane'a   w   kierunku   brzegu.   Miał   zamknięte   oczy,   a   jego   policzek 

przecinała głęboka rana.

Spływająca krew pozostawiała w wodzie złowrogi ślad.

- Na pewno żyjesz - powiedziała, z trudem wyciągając go z wody. - Nie śmiałbyś 

wyciąć mi takiego numeru - dodała, starając się nie patrzeć na ślady krwi, teraz wyraźnie 

widoczne na piasku. Zane musiał przeżyć, choćby po to, aby mogła mu powiedzieć, że jest 

najbardziej aroganckim, nieodpowiedzialnym i zwariowanym człowiekiem, jakiego w życiu 

spotkała.

Przycisnęła ucho do jego klatki piersiowej, ale nie udało się jej nic usłyszeć. Był 

trupio  blady.  Emilie  z  trudem  łapała  oddech  po  ogromnym   wysiłku,  jakim  było  dla  niej 

wyciągnięcie go na brzeg.

Jedyne, co mogła zrobić, to masaż serca. Zaczęła rytmicznie uciskać żebra Zane'a, 

usiłując   przypomnieć   sobie   wszystko,   czego   nauczyła   się   rok   wcześniej,   podczas   kursu 

zorganizowanego przez lokalną straż pożarną.

-   Oddychaj,   do   cholery!   -   krzyknęła,   uciskając   z   całych   sił   klatkę   piersiową 

mężczyzny. - Oddychaj!

To wszystko wydawało się jej koszmarem bez końca, ale mimo to nie chciała się 

poddać. Nie mogła zrezygnować, choć próby wydawały się beznadziejne.

background image

W   pewnym   momencie   usłyszała,   jak   Zane   kaszle   i   wypluwa   morską   wodę. 

Początkowo słabo, później coraz mocniej. Jeszcze parę sekund i usłyszała cudowny szmer 

jego oddechu.

- Mogłabym  cię chyba  zamordować  - mruknęła,  wycierając z policzka  łzy ulgi. - 

Śmiertelnie mnie przestraszyłeś.

Emilie miała zamiar powiedzieć mu, co o nim myśli, gdy tylko Zane oprzytomnieje. 

Miała nadzieję, że będzie czuł się winny przynajmniej przez całą drogę na Tahiti. Po chwili 

jednak   przypomniała   sobie   o   krwawiącej   ranie.   Ilość   krwi   wskazywała,   że   to   poważna 

sprawa. Na razie zdołała uratować go przed utonięciem, ale to jeszcze nie koniec walki.

Chociaż nie była lekarzem, uznała, że w żadnym wypadku nie może zostawić Zane'a 

na mokrym piachu. To mogłoby się zakończyć wychłodzeniem organizmu i zapaleniem płuc. 

Przede   wszystkim   powinna   przenieść   go   w   suche   i   ciepłe   miejsce,   a   następnie   wezwać 

pomoc.

Spojrzała na latarnię. Pomyślała, że pewnie zdoła zaciągnąć go tam po piachu, ale 

drewniane schody wiodące do drzwi stanowiły poważniejszą przeszkodę.

- Musisz spróbować - powiedziała do siebie. Jedno wiedziała na pewno - że nie może 

go tu zostawić. Włożyła pantofle i podeszła do leżącego mężczyzny.

Pochyliła się i ostrożnie chwyciła go pod ramiona. Zane jęknął głośno i Emilie od razu 

go puściła, przerażona faktem, że najwyraźniej sprawiła mu ból. Dopiero teraz zauważyła, że 

jego prawe ramię jest zgięte pod dziwnym kątem. Poczuła skurcz w żołądku.

Chwyciła go znowu, tym razem starając się oszczędzić prawe ramię, ale nierówny 

rozkład ciężaru sprawiał, że nie mogła utrzymać kierunku.

- Wiem, że to boli - powiedziała przepraszająco i schwyciła go pod oba ramiona. - Ale 

nie ma innego wyjścia.

Pociągnęła go najszybciej jak mogła, z trudem pokonując opór mokrego piachu, aż 

wreszcie dotarła do stóp latarni. Zawsze wierzyła, że inteligencja wystarcza kobiecie, aby 

poradzić sobie ze wszystkimi problemami, ale teraz przydałaby się jej zwykła siła.

- Zane - powiedziała, dotykając jego ramienia. - Potrzebuję twojej pomocy.

Wymamrotał coś, ale nawet nie otworzył oczu.

- Musisz mi pomóc, inaczej nie zdołam cię wciągnąć do środka - nalegała Emilie.

Mężczyzna otworzył oczy i z ogromnym wysiłkiem usiadł na piasku.

- Słyszysz, co do ciebie mówię? Musisz wejść po tych schodach.

Kiwnął głową. Widać było, że nawet taki niewielki nich sprawił mu nieznośny ból. 

Emilie nie miała jednak czasu, aby się nad nim użalać, choć szczerze mu współczuła.

background image

- Połóż mi rękę na ramionach - poleciła rzeczowym tonem, podchodząc do niego z 

lewej strony. - Pomogę ci wstać.

Z trudem zachowywał przytomność, ale chwyciła jego rękę, przełożyła sobie przez 

ramię i użyła jej jako dźwigni, aby zmusić go do wstania. Usiłował jej pomóc. Na jego czole 

pojawiły się krople potu.

- Jestem za ciężki - szepnął. - Daj spokój.

- Zamknij  się - odpowiedziała  uprzejmie  Emilie. - Trzymaj  buzię na kłódkę i nie 

stawiaj oporu. Jakoś pokonamy te schody.

W   jej   głosie   słychać   było   niezachwianą   pewność.   Nie   miała   wątpliwości,   że   w 

krytycznym momencie nie zabraknie jej sił. Na szczęście nie pomyliła się. Dotarli na podest. 

Emilie sięgnęła ręką do klamki. Ku jej radości latarnik pozostawił drzwi otwarte.

Każda chwila zwłoki mogła oznaczać klęskę.

Weszli do środka, zataczając się na boki i w tym momencie Zane ponownie stracił 

przytomność. Emilie spróbowała złagodzić upadek własnym ciałem. Skrzywiła się z bólu, 

gdy przypadkowo oberwała łokciem w ucho.

Jakie   znaczenie   ma   jeszcze   jeden   siniak   -   pomyślała,   przewracając   go   na   plecy. 

Najważniejsze, że zdołała zaciągnąć go pod dach. Teraz powinna jeszcze dopilnować, aby nie 

leżał w mokrym ubraniu, później będzie pora na poszukiwanie pomocy.

- Nie zrozum mnie źle - mruknęła, krzywiąc się ironicznie i sięgając do paska jego 

spodni. - To w twoim interesie.

Zane wyglądał równie wspaniale, co zeszłej nocy. Emilie poczuła się jak zboczeniec, 

kiedy zwróciła na to uwagę. Biedak był bliski śmierci, a ona, zamiast mu pomóc, zachwyca 

się jego muskulaturą. Trudno jednak było nie zwrócić na nią uwagi.

Szybko ściągnęła z niego mokre ubranie. Przez chwilę zastanawiała się, czy zostawić 

slipy,   ale   uznała,   że   byłoby   to   śmieszne.   Na   ławie   przed   kominkiem   zauważyła   piękny, 

ręcznie  zdobiony koc. Owinęła  nim Zane'a,  po czym  ponownie  rozejrzała  się wokół. Na 

komodzie leżał jeszcze jeden pled. Emilie pomyślała, że to dziwne, iż takie dwa piękne koce 

akurat czekały na nich w latarni. Jak daleko sięgała pamięcią, latarnia była nie zamieszkana, a 

takie stare koce kosztują sporo pieniędzy.

Sam Talmadge, jeden z członków Towarzystwa Historycznego Crosse Harbor, miał 

się zająć efektami świetlnymi podczas dzisiejszego wieczornego festynu w porcie. Może to on 

przyniósł   tu   koce,   aby   wnuki   nie   zmarzły   podczas   pokazów?   Pewnie   miał   zamiar   przy-

prowadzić je na wieżę.

Emilie nigdy jeszcze nie była we wnętrzu latarni. Pomyślała, że wcale nie wygląda na 

background image

opuszczoną. Ściany najwyraźniej niedawno pobielono, a schody wiodące na gorę wyglądały 

porządnie   i   solidnie.   Ktoś   zabrał   stary,   zdezelowany   radar,   a   na   jego   miejscu   postawił 

okrętowy kompas i lunetę. Na stole leżał egzemplarz „Poor Richard's Almanack”.

- Coś dla ciebie, Sam - mruknęła, pomagając Zane'owi położyć się na pryczy, stojącej 

pod oprawionym w ołów oknem. Sam Talmadge zawsze z wielkim zapałem uczestniczył w 

inscenizacjach rozmaitych wydarzeń z okresu rewolucji i bardzo dbał o wierne oddanie wszy-

stkich szczegółów. Jednak atmosfera panująca w latarni działała Emilie na nerwy.

Być może reagowała w ten sposób z uwagi na ciszę. Pochyliła głowę i przez chwilę 

nasłuchiwała. Mimo niewielkich rozmiarów Eagle Island, nigdy nie brakowało tu ludzi. Teraz 

słychać było tylko krzyki mew, krążących nad wyspą w poszukiwaniu jedzenia.

Czemu nie dochodziły tutaj zwykłe odgłosy życia miasteczka? Powinno być słychać 

kosiarki,   śmiech   dzieci   grających   w   piłkę   i   terkotanie   motorówek   zapalonych   wędkarzy. 

Tymczasem nie słyszała nawet warkotu awionetek, wiozących turystów do kasyn Atlantic 

City.

Najwyraźniej wszyscy poszli do parku, aby wziąć udział w obchodach.

Czy to możliwe?

- Chyba naprawdę zwariowałaś - powiedziała do siebie Emilie i podeszła do łóżka, 

aby sprawdzić, co z Zane'em. Wyobraźnia zaczęła płatać jej figle. To pewnie skutek wypadku 

- pomyślała i skrzywiła się sarkastycznie. W tym momencie dalsze jej rozmyślania przerwał 

głośny jęk.

- Boże - westchnęła. Prawe oko mężczyzny niemal zniknęło pod fioletową opuchlizną. 

Emilie nie miała wątpliwości, że złamał rękę, a pewnie również parę żeber.

Siedziała przy nim przez chwilę. Zane to tracił, to odzyskiwał przytomność. Zbliżało 

się południe. Miała na sobie mokre ubranie, a poskręcane i pofalowane włosy spadały jej na 

ramiona zupełnie bezładnie. Najwyraźniej nikomu nie przyszło do głowy szukać ich tutaj. 

Emilie pomyślała, że musi się ruszyć i coś zrobić. Złamana ręka nie złoży się sama, ktoś musi 

jej w tym pomóc.

Nie miała przed sobą wielkiego wyboru. Mogła tylko skorzystać z niewielkiej łódki, 

którą trzymał tu Sam Talmadge, i powiosłować do portu.

- Wrócę najszybciej jak potrafię - powiedziała do Zane'a, który wpatrywał się w nią 

szklanym wzrokiem. - Ty zostań w łóżku. Pamiętaj, że masz nie wstawać.

Kiwnął   głową,   ale   Emilie   wcale   nie   była   pewna,   że   zrozumiał,   co   powiedziała. 

Wydawał się półprzytomny, a ona nie mogła znieść myśli, że ten pewny siebie mężczyzna 

jest   w   takim   stanie.   Oczami   wyobraźni   widziała,   jak   przewraca   się   na   schodach   latarni. 

background image

Gdyby   miała   kawałek   linki,   przywiązałaby   go   do   łóżka,   ale   nie   zauważyła   nic 

odpowiedniego.

Wyszła na zewnątrz i spróbowała obejść latarnię.

Dziwne,   ale   nigdzie   nie   widziała   róż,   które   -  jak  pamiętała   -   rosły  wokół   wieży. 

Zamiast tego musiała się przebijać przez prawdziwy gąszcz krzewów. Szła wąską ścieżką 

wiodącą do miejsca, gdzie Sam cumował swoją łódź.

Jednak na łagodnych  falach zatoczki nie kołysała się niewielka, metalowa łódka z 

czerwonym   sercem   namalowanym   na   burcie   i   nazwą   „Janine”   na   pawęży,   lecz   solidna, 

drewniana łódź z ciężkimi wiosłami. Emilie znowu z trudem opanowała nerwy i przełknęła 

głośno ślinę. W okolicach Crosse Harbor od dawna nie spotykało się takich łodzi.

Pewnie ktoś ściągnął ją z okazji święta - pomyślała. Odcumowała łódź i chwyciła za 

wiosła. Sam Talmadge uwielbiał historię i najwyraźniej postanowił, że wszystkie szczegóły 

inscenizacji będą odpowiadać prawdzie historycznej.

Emilie nie znała go zbyt dobrze. Z tego, co słyszała, Talmadge hodował indyki na 

Dzień Dziękczynienia.

Gdy tylko zabrała się do wiosłowania, od razu pożałowała, że zrezygnowała z zajęć w 

miejskim   klubie   sportowym.   Drewniane   wiosła   były   równie   ciężkie,   jak   wielkie.   Kilka 

tygodni ćwiczeń z hantlami i sztangą stanowiłoby dobre przygotowanie do tego zadania. - 

Myśl   o   czymś   pozytywnym   -   skarciła   się   w   duchu,   starając   się   utrzymać   równy   rytm 

pociągnięć. Tego dnia już dwukrotnie dokonała rzeczy pozornie niemożliwych, wyciągając 

Zane'a z wody i doprowadzając go do latarni. Skoro tak, to z pewnością zdoła dopłynąć do 

portu i wezwać pomoc.

Pochyliła   głowę   i   skupiła   się   na   wiosłowaniu.   W   normalnych   okolicznościach 

przepłynięcie z wyspy do portu wymagało jakiegoś kwadransa.

Po upływie pół godziny Emilie musiała przyznać, że niewiele zwojowała. Drżały jej 

dłonie i miała zawroty głowy. W tym tempie równie dobrze mogła wiosłować cały dzień.

Rozglądając   się   wokół,   nie   mogła   dostrzec   wielu   charakterystycznych   elementów 

wybrzeża.   Pomyślała,   że   musi   być   jakieś   wytłumaczenie,   dlaczego   nie   może   rozpoznać 

okolicy.

Złożyła na chwilę wiosła i przyjrzała się uważnie nabrzeżu, które tak dobrze znała. 

Gdzie  zniknęła  restauracja portowa? Co się stało z zawsze pełnym,  kolorowym  basenem 

jachtowym? Dlaczego nigdzie nie było widać rybaków i wędkarzy?

- Uspokój się - powiedziała do siebie. - Musi być jakieś proste wyjaśnienie.

A może to wcale nie jest Eagle Island i Crosse Harbor? Może gwałtowny wiatr zniósł 

background image

ich w stronę Cape May lub Long Branch?

A może...

Emilie   na   chwilę   wstrzymała   oddech.   Nie   mogła   pojąć,   dlaczego   tak   długo   nie 

dostrzegła   rzeczy   oczywistych.   Woda   w   porcie   była   krystalicznie   przejrzysta,   a   równie 

błękitne  niebo widziała  tylko  w filmach  Disneya.  Powietrze  było  czyste  jak w wysokich 

górach. Gdzie zniknął brud i bałagan, zazwyczaj wszechobecne ślady nowoczesnego życia?

Na   myśl   o   tym   aż   zadygotała.   To   niemożliwe...   Takie   rzeczy   nie   zdarzają   się 

naprawdę. Bohaterowie powieści fantastyczno - naukowych mogą podróżować w czasie, ale 

zwykłych ludzi obowiązują normalne prawa przyrody.

Emilie   zawróciła   i   ze   zdwojoną   energią   powiosłowała   z   powrotem   do   latarni. 

Postanowiła za wszelką cenę rozwikłać tę tajemnicę. Po paru minutach dobiła do brzegu i 

zacumowała łódź.

Podchodząc do latarni tym razem natychmiast zauważyła brak zamka. W 1992 roku? 

Mało   prawdopodobne.   Zawiasy  były   nowe  i   nie   tknięte   przez   rdzę.   Wpadła   do   środka   i 

natychmiast   podbiegła   do   stolika,   na   którym   poprzednio   zauważyła   egzemplarz   „Poor 

Richard's Almanack”.

Drżącymi   rękami   otworzyła   książkę.   „Drukowane   w   Roku   Pańskim   1776”   - 

przeczytała. Nie było copyrightu ani żadnej informacji o tym, że to reprint, nigdzie nie było 

widać nazwy firmy wydawniczej.

Emilie czuła narastające podniecenie.

To   było   pierwsze,   oryginalne   wydanie,   ale   broszura   wyglądała   całkiem   nieźle.   Z 

pewnością niedawno wyszła spod prasy.

background image

4

To nie mogło  się zdarzyć  naprawdę! Żaden racjonalny argument  nie mógłby tego 

wyjaśnić, ale Emilie nie mogła zignorować oczywistych dowodów.

Widziała w swoim życiu już dostatecznie wiele reprintów i reprodukcji, aby wiedzieć, 

że ten egzemplarz „Poor Richard's Almanack” jest autentyczny.

Opadła na podłogę. Nogi jej tak drżały, że nie mogła już dłużej ustać.

Nic   dziwnego,   że   Crosse   Harbor   wygląda   inaczej   niż   zwykle.   Wszystkie   oznaki 

postępu cywilizacji zostały starte, tak jakby ich nigdy nie było.

To znaczy, że jeszcze się nie zdarzyły.

Emilie poczuła, że kręci się jej w głowie. Odetchnęła głęboko, wciągając w płuca 

czyste,   morskie   powietrze.   Rewolucja   przemysłowa   była   sprawą   przyszłości.   Czyste 

powietrze,   czysta   woda   -   to   wszystko,   o   co   ludziom   dwudziestego   wieku   przyszło 

rozpaczliwie walczyć - teraz były jeszcze dla wszystkich dostępne.

Do   licha,   dlaczego   tego   wcześniej   nie   zauważyłam?   -   zdziwiona   uniosła   głowę   i 

rozejrzała się po pokoju, usiłując w pełni zdać sobie sprawę z nowej sytuacji. Nie ma ani 

telefonu, ani prądu. Takie wygody jak kanalizacja i lodówka to wyłącznie domena marzeń. 

Emilie  wyczuwała jeszcze jakąś nieokreśloną różnicę, ale na razie dostrzegała  tylko brak 

tego, do czego przywykła.

Każda rozsądna kobieta wpadłaby w przerażenie, gdyby została nagle przeniesiona w 

czasy   wcześniejsze   o   dwa   wieki.   Strach   przed   nieznanym   to   jeden   z   najbardziej 

podstawowych ludzkich odruchów. Zamiast tego czuła rozsadzającą ją energię i ciekawość.

Czy to możliwe, że los zgotował jej groźniejszą i bardziej podniecającą przygodę, niż 

wszystkie wyprawy Zane'a razem wzięte?

- Och, Boże - jęknęła, zerkając na śpiącego eks - męża. Nigdy w to nie uwierzy. 

Niezależnie od tego, jakie przedstawi mu dowody, on nigdy nie zapomni o świecie. jaki zna.

W każdym razie nie będzie łatwo go przekonać.

Zane czuł się dobrze w czasach, w jakich wypadło mu żyć. Tęsknoty i pragnienia, 

jakie od dzieciństwa odczuwała Emilie, były mu zupełnie obce. Korzystał z życia tak jak 

umiał   i   troszczył   się   tylko   o   dzień   bieżący.   Jak   zareaguje,   gdy   przekona   się,   że   stracił 

wszystko, do czego przywykł?

Musiało istnieć jakieś logiczne wyjaśnienie tego, co się stało. Emilie przypomniała 

sobie, jak na widok męża wysiadającego z samochodu poczuła, że w jej życiu wkrótce coś się 

wydarzy.

background image

Bardziej dręczyło ją pytanie, dlaczego nagle zostali przeniesieni w osiemnasty wiek, 

niż mechanizm tej podróży. Pomyślała, że nie spocznie, póki tego nie wyjaśni.

- Co... - Zane otworzył oczy i spróbował wstać, podpierając się ręką. - Chryste! - 

jęknął z bólu.

- Spokojnie. Lepiej nie wstawaj - Emilie natychmiast znalazła się przy nim. - Złamałeś 

rękę.

- Dwoi mi  się w oczach - powiedział, ciężko oddychając. - A może masz siostrę 

bliźniaczkę?

Ogorzała   twarz   Zane'a   teraz   wydawała   się   blada   jak   prześcieradło.   Emilie 

przypomniała sobie, ile utracił krwi.

- Dobrze wiesz, że nie mam - powiedziała, usiłując nadać swemu głosowi pogodne 

brzmienie. Mężczyzna znowu spróbował wstać, więc położyła rękę na jego ramieniu. - Leż 

spokojnie.

- Co się stało?

- Pamiętasz, jaki numer postanowiłeś wyciąć z tym balonem na gorące powietrze?

Zane kiwnął głową.

- Wygląda na to, że nie dolecieliśmy do Langley Park w całości - poinformowała go. 

Za to zmieniliśmy epokę - pomyślała, ale tę perełkę zachowała na później.

- A co z tobą?

-   Trochę   guzów   i   siniaków,   poza   tym   wszystko   w   porządku.   Ty   gorzej   na   tym 

wyszedłeś.

- Chyba tak - powiedział.

Emilie poczuła skurcz serca. Zrób coś - nakazała sobie w myślach. Przecież on jest w 

fatalnym stanie. Na myśl, że powinna sama złożyć jego ramię, zakręciło się jej w głowie, ale 

nie miała innego wyjścia. Zawsze była dumna ze swej znajomości historii Crosse Harbor, ale 

teraz miała w głowie zupełną pustkę. W obecnym stanie bala się wyruszać na poszukiwanie 

doktora.

- Jak się czujesz? - spytała, pochylając się nad nim.

- Umieram - skrzywił się Zane. - Gdzie jesteśmy?

- W latarni morskiej - odrzekła zgodnie z prawdą.

- Co z balonem?

- Nie wiem. Odzyskałam przytomność na plaży.  Ty leżałeś w wodzie, ale balon i 

gondola zniknęły bez śladu.

- Ocaliłaś mi życie?

background image

- Każdy by to zrobił.

- Przypomnij mi, żebym ci podziękował - mruknął, zamykając oczy. - Jak się obudzę...

- Za wcześnie na podziękowania - szepnęła Emilie, patrząc, jak zasypia. Gdy Zane 

dowie się, gdzie wylądowali, z pewnością nie będzie szczególnie wdzięczny. Na razie udało 

się jej przetrwać pierwszą rundę pytań, ale następna musiała doprowadzić do wyjawienia 

prawdy. Wystarczy, że zechce zadzwonić po pogotowie lub do biura podróży, aby zmienić 

rezerwację.

Wszystko w swoim czasie. Najpierw muszą zadbać o przeżycie. Emilie pomyślała, że 

powinna postarać się o wodę i coś do zjedzenia. Gdyby jeszcze znalazła prosty kawałek 

drewna do usztywnienia złamanego ramienia...

Przypomniała sobie ukryte w krzakach drzwi do piwnicy, które dostrzegła, wracając 

po   przerwanej   wyprawie   na   stały   ląd.   Wybiegła   z   latarni   i   pomagając   sobie   łokciami, 

przedarła się przez zarośla. Na widok piwnicy odetchnęła z ulgą.

Drzwi były pomalowane szaroniebieską farbą. Morskie powietrze nie zdążyło jeszcze 

naruszyć gładkiej powierzchni. Emilie znów pomyślała, że latarnia morska jest w doskonałym 

stanie i niczym nie przypomina obecnej - czy też może przyszłej? - rudery.

Bez trudu otworzyła drzwi i zbiegła w dół po kamiennych schodkach. Jeśli jej wiedza 

na temat zwyczajów z czasów kolonialnych odpowiadała prawdzie, to powinna znaleźć tu 

zapasy jedzenia.

Na   szczęście   się   nie   pomyliła.   Na   piwnicznych   półkach   stało   sporo   garnków   z 

dżemami i innymi przetworami, a obok na haku wisiała ogromna szynka. Wybór był dość 

skromny, mimo to Emilie czuła się tak, jakby trafiła do sklepu samoobsługowego z czekiem 

in blanco w ręce.

- Mam nadzieję, że nie masz  kłopotów  z ciśnieniem  - mruknęła.  W osiemnastym 

wieku ludzie, nie znając lodówki, na ogół mocno solili zapasy żywności. Emilie obawiała się, 

że smak ich jedzenia może okazać się szokiem dla podniebienia człowieka z dwudziestego 

wieku. No, ale nie miała wyboru.

- Musimy się przystosować - powiedziała. - Przydałby się jakiś kosz. No...

W   tym   momencie   jedzenie   wyleciało   jej   z   rąk.  Ktoś   popchnął   ją  z   tyłu   i   mocno 

przycisnął do zimnej, kamiennej ściany.

- Gadaj, czego tu szukasz - usłyszała tuż koło siebie męski głos. - Inaczej poderżnę ci 

to śliczne gardziołko od ucha do ucha.

Emilie   dorównywała   wzrostem   napastnikowi,   ale   była   od   niego   znacznie   słabsza. 

Ciekawe, czy po to ruszyłam w podróż w czasie, aby znaleźć koniec w wilgotnej piwnicy - 

background image

przemknęło   jej   przez   głowę.   Pomyślała   o   swojej   sytuacji   i   niesamowitych   wydarzeniach 

ostatnich dwudziestu czterech godzin, po czym zrobiła to, co powinna zrobić na jej miejscu 

każda dobrze wychowana, osiemnastowieczna dama: zemdlała.

Andrew McVie z całą pewnością nie był głupcem Dobrze wiedział, że nieprzyjaciel 

często pojawia się w przebraniu i maskuje tak, aby uśpić czujność przeciwnika i zwieść go na 

manowce.

Żyją w niebezpiecznych czasach - mądry człowiek nie ufa nikomu, dopóki się nie 

przekona, że nie ma się czego obawiać.

Jednak  gdy piękna   dziewczyna   z płomiennymi   włosami  osunęła  się  do  jego  stóp, 

Andrew zapomniał o ostrożności: zamiast tego musiał zachować się jak dżentelmen. Schował 

nóż i ukląkł koło nieznajomej.

- Ależ jest wysoka - zdziwił się, przypatrując leżącej kobiecie. Miała szerokie ramiona 

i pełne, krągłe piersi. Pociągająca. Łatwo mógł sobie wyobrazić, jak tuli się do niej w łóżku 

podczas długiej, zimowej nocy. Nagle dostrzegł, że zamiast spódnicy nieznajoma ma na sobie 

spodnie i aż otworzył usta ze zdziwienia. Gdyby zobaczył osła chodzącego na dwóch nogach, 

chyba mniej by się zdziwił.

Co   to   za   dziwna   kobieta?   W   piwnicy   panował   półmrok.   Andrew   pochylił   się   i 

przyjrzał   się   jej   uważnie.   Zamiast   schować   skromnie   włosy   pod   czepkiem,   nieznajoma 

rozpuściła je swobodnie na ramiona.

Leżała na podłodze przyciskając rękę do szyi, tak jakby chciała się bronić. Uwagę 

Andrew przyciągnął masywny, złoty pierścionek i delikatny łańcuszek z doczepioną szklaną 

kulką, mieniącą się wszystkimi kolorami tęczy.

Znów spojrzał na jej piersi. Sam nie wiedział, czy bardziej zaintrygował go jej wygląd, 

czy   demonstracyjne   obnoszenie   się   z   bogactwem.   Zmarszczył   brwi,   patrząc   na   jej   nogi. 

Czarne rajstopy stanowiły wyzwanie i obrazę dla jej kobiecości. Z pewnością stać ją było na 

strój bardziej przystojny.

Andrew   zastanawiał   się   przez   chwilę,   czy   ta   dziewczyna   nie   jest   przypadkiem 

szpiegiem, ale sam roześmiał się z tego pomysłu. Któż uwierzyłby w taki nonsens? Nie, to 

zapewne żona któregoś z rybaków, która przypłynęła tu łodzią, aby ukraść trochę jedzenia dla 

dzieci. W tak ciężkich czasach to nic dziwnego. Ale jednak ta kobieta wyglądała tak, jakby 

nigdy nie doświadczyła biedy.

McVie przypomniał sobie, jak w pierwszych latach małżeństwa ciężko walczył, aby 

pogodzić życie rodzinne z praktyką prawniczą w Bostonie. Elspeth i ich syn często musieli 

drogo płacić za jego ambicje. Pragnął zdobyć dla nich wszystko, co tylko mógł: piękny dom i 

background image

służbę, farmę pełną dobytku, a nie problemów, bibliotekę z książkami niezbędnymi, aby dać 

chłopcu klasyczne wykształcenie. Chciał, aby Elspeth mogła siedzieć przy ozdobnym oknie i 

oddawać się marzeniom.

Nic z tego nie zostało. Wystarczyła jedna chwila, aby płonąca szczapa z paleniska 

wznieciła pożar, który strawił wszystko, co było dla niego drogie. W tym czasie Andrew gonił 

za pieniędzmi w Bostonie.

Dziwne, że widok tej przystojnej kobiety przypomniał mu żonę. Elspeth wyglądała jak 

delikatny pączek róży, ale za piękną powierzchownością kryła się siła, na której można było 

polegać. Przywykł korzystać z samodzielności żony, aby gonić za przyjemnościami życia, 

które wtedy wydawały mu się tak ważne. Piękny chłopiec, którego spłodzili pewnej letniej 

nocy, był ważniejszy niż bogactwo, ale Andrew zrozumiał to zbyt późno.

Teraz   tylko   rebelia   nadawała   sens   jego   życiu.   Poświęcił   wszystkie   siły   walce   o 

niepodległość, choć faktycznie nie przywiązywał do niej większej wagi.

Jego   ostatnia   wyprawa   na   opanowany   przez   Anglików   Manhattan   była   zupełnie 

bezowocna. Powrócił do domu w stanie bliskim depresji i nie mógł otrząsnąć się z ponurego 

nastroju.

Wrócił   do   latarni   morskiej,   której   od   początku   wojny   nikt   nie   obsługiwał.   Miał 

nadzieję, że znajdzie tu Josiaha Blakelee, ale bardzo się zawiódł. Blakelee, który miał farmę 

w pobliżu Princeton,  był  fanatycznym  zwolennikiem niepodległości  i święcie  wierzył,  że 

przyniesie ona wiele dobrodziejstw. Należał do tych nielicznych ludzi, którzy natychmiast 

zyskują  powszechną sympatię.  Był  również człowiekiem  odważnym  i często  podejmował 

ryzyko. Niecałe dwa miesiące temu zniknął gdzieś na północy Manhattanu.

Andrew zamierzał poczęstować go kazaniem na temat szczęścia, jakie można znaleźć 

w życiu rodzinnym. Jego zniknięcie zabolało go do żywego. Miał bowiem wrażenie, że ich 

walka jest zupełnie beznadziejna.

Najważniejsza w życiu człowieka jest rodzina. Bez niej nawet niezależność od Korony 

nie miała większego znaczenia.

Natomiast dla Josiaha Blakelee niepodległość stała się najwyższym celem. Od wielu 

miesięcy nieustannie cytował Thomasa Paine'a i powtarzał, co powiedział Adams, z daleko 

większym przekonaniem niż on sam.

Rok wcześniej, niedługo po Concord i Lexington, Andrew i Blakelee poszli razem na 

obiad   do   kuzyna   Josiaha,   Johna   Adamsa   i   jego   żony.   Przy   stole   John   wygłosił   długie 

przemówienie na temat konieczności oddzielenia kolonii od Korony.

Josiah zapalił się do tej sprawy. Niegdyś Andrew również czuł taki sam zapał, ale 

background image

tamtego wieczoru po prostu siedział w milczeniu i rozmyślał o rodzinie.

Pani Adams, niska lecz przystojna kobieta, dorównująca mężowi inteligencją, wyczuła 

chłód w jego zachowaniu.

- Poświęcając się jakiejś sprawie można odzyskać spokój ducha - zauważyła, podając 

mu   filiżankę   herbaty.   Sama   straciła   paroletnie   dziecko.   Służba   publiczna   przyniosła   jej 

pociechę.

W ten sposób Andrew dołączył do grupy bojowników o niepodległość.

Teraz czekało go nieprzyjemne zadanie. Musiał zawiadomić żonę Josiaha, że jej mąż 

nie powrócił z wyprawy. W okolicy Harlem Heights wojska brytyjskie wzięły do niewoli 

grupę patriotów. Według krążących plotek, zostali oni ulokowani na statkach - więzieniach 

zakotwiczonych  w  Wallabout  Bay w  nowojorskim  porcie.   Trudno byłoby  znaleźć  gorsze 

miejsce. Pozostawała nadzieja, że Josiah uniknął tego losu.

Kobieta   z   rudymi   włosami   poruszyła   się   lekko   i   Andrew   wrócił   myślami   do 

rzeczywistości. Przede wszystkim musiał się dowiedzieć, skąd się tu wzięła i co wiedziała o 

jego sprawach.

Gdyby Emilie zemdlała w swej własnej epoce, szybko znalazłaby się w szpitalu, gdzie 

powitałby ją jakiś pryszczaty stażysta z plikiem formularzy do wypełnienia i zerową troską o 

pacjenta.

Zamiast tego po przebudzeniu znalazła się na kamiennej ławce, tuż obok drzwi do 

piwnicy. O pół metra od niej klęczał jakiś mężczyzna z nożem zatkniętym za pasek od spodni. 

Emilie szybko przypomniała sobie, gdzie jest.

Usiadła i zmierzyła go najgroźniejszym spojrzeniem, na jakie potrafiła się zdobyć.

- Tylko mnie dotknij, a uschnie ci ręka. Nieznajomy wstał z klęczek. Był mniej więcej 

tego samego wzrostu co ona, ale znacznie szerszy w barach. Sprawiał wrażenie człowieka 

samotnego,   który  nie   Przejmuje   się   swoim   wyglądem.   Jasnobrązowe,   kędzierzawe   włosy 

związał   tasiemką   w  niewielki   kucyk.  Miał   na sobie  koszulę  z  grubego  lnu i  wypłowiałe 

spodnie.

- Skąd się tu wzięłaś, dziewczyno? - spytał. Mówił z wyraźnym szkockim akcentem.

Czy uwierzyłbyś, że przyleciałam czerwonym balonem? - pomyślała, ale uznała, że 

mądrzej będzie nie zaczynać od tej informacji.

- Błagam o wybaczenie, proszę pana, ale... ale znalazłam się w nadzwyczaj trudnych 

okolicznościach   -   wykrztusiła,   z   przerażeniem   stwierdzając,   że   nie   musi   udawać   płaczu. 

Dodatkowo wzruszyła się widząc, jak na mężczyznę podziałał widok jej łez.

- No, dość już tego - powiedział z pozorną szorstkością.

background image

- Bardzo przepraszam, proszę pana - powtórzyła Emilie, wycierając oczy. Mężczyzna 

podał jej batystową chusteczkę z wyhaftowaną w rogu literą A. - Dzięki.

W tym samym momencie pożałowała, że nie podziękowała bardziej formalnie.

- Dzięki? - powtórzył, unosząc do góry gęste brwi. - A cóż to za sposób wysławiania 

się?

- To... tak mówi się w naszej rodzinie - wyjaśniła dość nieudolnie. - Nie powinnam tak 

mówić do kogoś obcego. Jaka jestem głupia!

Mężczyzna   kiwnął   głową,   na   pozór   akceptując   jej   wyjaśnienie,   ale   Emilie   miała 

wrażenie, że słyszy, jak w jego głowie wyje sygnał alarmowy. Uważaj, co gadasz, Crosse - 

powiedziała do siebie. Ten człowiek nie da się łatwo zwieść. Miała nadzieję, że dzięki swym 

zainteresowaniom obyczajami kolonistów zdoła jakoś przebrnąć przez tę rozmowę.

- Cóż to za nadzwyczaj trudne okoliczności? - zapytał nieznajomy.

Wiedziałam, że do tego dojdzie - westchnęła w duchu.

- Wybrałam się z przyjacielem na przejażdżkę łódką. Nagle zerwała się burza i wiatr 

wyrzucił nas na pańskie wybrzeże.

- A kiedy zdarzył się ten wybryk natury? - spytał gospodarz. W jego oczach pojawiły 

się twarde błyski.

Sposób,  w  jaki  się   wysławiał,  zdradzał,  iż   jest   człowiekiem  wykształconym,   choć 

wyglądał   dość   prostacko.   Emilie   pomyślała,   że   czeka   ją   jeszcze   trudniejsze   zadanie,   niż 

sądziła uprzednio.

- Tuż przed północą - odpowiedziała, modląc się w duchu, aby znów nie zdradzić się 

niebacznym słowem.

Andrew kiwnął głową. To wyjaśniało, dlaczego sam nie zauważył nic szczególnego. 

Przybył do latarni wieczorem, zjadł parę plastrów szynki i zapadł w mocny sen. Ze względu 

na bezpieczeństwo wolał położyć się w piwnicy. Obudziła go dopiero ta kobieta, dobierając 

się do jego zapasów.

-   Nie   widzę   żadnych   śladów   po   pani   przyjacielu   -   zauważył,   myśląc   o   tym,   że 

piękność i prawdomówność nie zawsze chodzą w parze.

- Jest w budynku latarni - wyjaśniła. - Obawiam się, że złamał sobie ramię i jest 

mocno potłuczony.

- A czy zadbała pani o siebie? - spytał, przyglądając się jej uważnie.

-   To   nie   ma   znaczenia   -   machnęła   ręką.   Andrew   znów   dostrzegł   błysk   złotego 

pierścionka. Nieznajoma patrzyła mu prosto w oczy.

- Czy ten mężczyzna jest pani mężem? - spytał z wahaniem.

background image

- Przyjacielem - odrzekła krótko. - Stracił bardzo dużo krwi, proszę pana. Boję się... - 

Emilie urwała i przymknęła powieki, ale McVie zdążył zauważyć błysk łzy.

- Zaprowadź mnie do niego, dziewczyno - powiedział. - Nie posiadam umiejętności 

chirurga, ale zapewne zdołam mu pomóc - dodał. Jego kościstą twarz rozjaśnił uśmiech. - 

Byłoby łatwiej, gdybyś powiedziała mi, jakiej świętej imię nosisz.

- Emilie - rzekła, odwzajemniając jego uśmiech. - Jestem Emilie Crosse.

To nazwisko nic dla niego nie znaczyło. Jej przodkowie dopiero za parę lat mieli 

przyczynić  się do rozbudowy miasta, które w przyszłości wzięło nazwę od ich rodowego 

nazwiska.

- Spotkaliśmy się w dziwnych okolicznościach, panno Emilie.

- Teraz pan ma nade mną przewagę - powiedziała. To śmieszne, tańczymy menueta, 

tyle że na słowa - przemknęło jej przez głowę.

- Andrew - odrzekł. - Andrew McVie - dodał, wyciągając rękę, aby ją podtrzymać. - 

Panno Emilie, czy źle się pani czuje?

Panna Emilie dosłownie zachwiała się na nogach.

Andrew McVie!

Mężczyzna, którego nazwisko od ponad dwustu lat powtarzają wszyscy uczniowie z 

Crosse Harbor! Największy buntownik w historii miasteczka! Przecież jeszcze ostatniej nocy 

opowiadała o nim Zane'owi, z dumą relacjonując jego bohaterskie przygody.

- Miałam ciężki poranek - powiedziała wreszcie, chwytając go za rękę. - Błagam, aby 

zechciał mi pan wybaczyć chwilową słabość.

- Słabość to rzecz godna pochwały u płci nadobnej.

- Siła bardziej zasługuję na pochwałę, niezależnie od płci - odrzekła. Miała nadzieję, 

że jej bohater z lat dzieciństwa nie okaże się męskim szowinistą. - Nie sądzi pan?

Ta kobieta ma cięty język! - pomyślał Andrew. Pewnie dlatego jeszcze nie wyszła za 

mąż.

- Proszę mnie zaprowadzić do pani towarzysza - powiedział głośno, wskazując drzwi 

od piwnicy. - Musimy się zająć jego złamaną ręką. Jeśli się spóźnimy, może stracić zdolność 

zarabiania na życie.

Nic jeszcze nie wiesz - pomyślała Emilie.  Skrzywiła  się, bo słońce zaświeciło  jej 

prosto   w   oczy.   Zane   przywykł   do   tego,   aby   cieszyć   się   pełnią   życia.   Jakiekolwiek 

ograniczenie wolności doprowadzi go do szaleństwa.

Szli razem do frontowego wejścia latarni. Andrew uważał, aby przez cały czas iść za 

nieznajomą. Jej rude sploty płonęły w promieniach słońca. Spróbował sobie wyobrazić, jak 

background image

wglądałaby z włosami porządnie ułożonymi, jak przystało damie z towarzystwa.

Oczywiście, ta kobieta wyróżniała się nie tylko fryzurą. Andrew przypuszczał, że w 

wyniku   wypadku   straciła   ubranie,   stąd   jej   dziwny   strój.   Być   może   podarła   spódnicę   na 

skałach lub wykorzystała materiał, aby opatrzyć rany przyjaciela.

Dziwne tylko, że paradując tak ubrana nie czuła kobiecego zawstydzenia. Nie była ani 

nieśmiała, ani skromna. Trzymała głowę do góry, tak jakby nic ją nie obchodziło to, że każdy 

może obejrzeć jej ciało. Spodnie przylegały do jej nóg niczym druga skóra. Andrew zasta-

nawiał się, jak i po co uszyła sobie spodnie, w tak nieprzyzwoity sposób zdradzające zarysy 

jej wdzięków. Bez trudu widział kształt pośladków, smukłe uda...

Emilie zatrzymała się gwałtownie i spojrzała mu w oczy. Andrew poczuł się tak, jakby 

ktoś przyłapał go na podkradaniu jabłek z sadu sąsiada.

- Mój towarzysz... po wypadku na morzu ma jakieś kłopoty z głową... - uprzedziła.

McVie spojrzał w kierunku pomostu.

- To nie jest nasza łódź - szybko wyjaśniła Emilie.

_ A gdzie jest wasza?

- Nie wiem.

- Nigdzie jej nie widzę.

-   Oczywiście,   że   nie   -   Emilie   wzięła   głęboki   oddech   i   rozpoczęła   relację   z   ich 

nieszczęśliwej wyprawy.  - Ogromne fale wyrzuciły łódź na skały.  Wpadliśmy do wody i 

musieliśmy desperacko walczyć o życie. - Od miodowego miesiąca sześć lat temu nie bawiła 

się tak dobrze.

A może to będzie dopiero za dwieście lat? Ciągnęłaby swą dramatyczną opowieść, ale 

Andrew odrzucił do tyłu głowę i wybuchnął głośnym śmiechem.

- To bardzo nieuprzejmie z pana strony, panie McVie.

- Nie wiem, jaka jest prawda, dziewczyno, ale ta twoja opowieść bardzo mnie zajmuje.

- To nie jest opowieść - zaprotestowała. Co najwyżej ta część o łodzi, ale to przecież 

tylko szczegół. - Ocaliłam życie mojego kompana.

Gdyby to powiedziała inna dziewczyna, Andrew miałby poważne wątpliwości, czy 

mówi prawdę. Nigdy jeszcze nie spotkał kobiety tak wysokiej, aby mogła mu spojrzeć prosto 

w oczy. To wytrącało go z równowagi, ale jednocześnie wyjaśniało, jak mogła uratować od 

utonięcia dorosłego mężczyznę.

Elspeth   ledwo   sięgała   mu   do   ramienia,   nawet   na   najwyższych   obcasach.   W   jej 

towarzystwie   czuł   się   silny,   Pragnął   się   nią   zaopiekować.   Tak   właśnie   powinien   myśleć 

mężczyzna o swej żonie. Czasami, późno w nocy, gdy na próżno przewracał się z boku na 

background image

bok, oczami wyobraźni widział swą Elspeth. Wydawało mu się, że czuje subtelny zapach jej 

skóry. Odłóż te papiery, Andrew - mówiła do niego. - Jest już późno. Ogrzałam łóżko.

Emilie Crosse z pewnością była zupełnie inną kobietą. Zastanawiał się przez chwilę, 

jaki mężczyzna może być jej towarzyszem.

Podchodząc   do   drzwi   latarni,   Emilie   z   trudem   panowała   nad   nerwowym 

podnieceniem. To nie mogło się udać. Chyba zwariowała sądząc, że zdoła długo prowadzić tę 

grę. Za chwilę bohater rewolucji spotka mężczyznę przekonanego, że żyje w dwudziestym 

wieku.

Zerknęła przez ramię na Andrew McVie'a. Nic dziwnego, że mierzył ją podejrzliwym 

wzrokiem. I tak dobrze, że nie zaciągnął jej do najbliższego przedstawiciela prawa. Choć na 

pewno tak się stanie, gdy tylko Zane się odezwie. McVie zorientuje się, że coś tu jest nie tak. 

Emilie miała nadzieję, że zdoła zwalić ekscentryczność byłego męża na karb wypadku, ale 

wątpiła, czy Andrew da się długo zwodzić.

Może Zane będzie spał - modliła się w duchu. Może jest nieprzytomny? Potrzebowała 

więcej czasu, aby wyjaśnić sytuację. Niewątpliwie McVie będzie również potrzebował trochę 

czasu, aby ją zrozumieć.

Co stanie się później - nie miała pojęcia.

Zane nerwowo przechadzał się po pokoju, niecierpliwie czekając na powrót Emilie. 

Cholernie bolało go ramię, prawie nic nie widział na prawe oko i na dokładkę był taki głodny, 

że gotów był gryźć kamienie.

Ku   swemu   zdziwieniu,   nigdzie   nie   mógł   znaleźć   telefonu.   Co   więcej,   w   całym 

pomieszczeniu nie było widać kabli ani gniazdek elektrycznych, normalnych oznak ludzkiej 

obecności.   Pokój   sprawiał   wrażenie   świeżo   wyremontowanego.   Wnętrze   było   proste, 

wiejskie, ale bardzo schludne. Zane przypomniał sobie, że Emilie wspomniała o renowacji 

latarni morskiej. Pewnie jeszcze nie założyli instalacji.

Zerknął na zegarek. Nieszczęsny przyrząd oberwał w wypadku równie mocno jak on. 

Szkoda, że nie kupiłem zegarka dla nurków - pomyślał. Wiedziałby przynajmniej, czy ma 

szansę zdążyć na samolot.

Od chwili, gdy dowiedział się o wypadku, zachodził w głowę, co mogło się zdarzyć. 

Pamiętał tylko obraz błyskawicznie zbliżającej się ziemi i nagłą ciemność. Gdy przekonał się, 

że Emilie nic się nie stało, poczuł taką ulgę, że skłonny był znowu uwierzyć w Boga. Nie zgo-

dziła się wprawdzie pojechać z nim na Tahiti, ale to było jeszcze przed wypadkiem. Nigdy nie 

rozumiała, czemu tak lubi ryzykować. Teraz, gdy sama zasmakowała przygody, może będzie 

skłonna zmienić decyzję.

background image

Zane przekonał się już bardzo dawno, że najmocniej doświadcza się życia patrząc 

śmierci prosto w oczy.

Gwałtowny   wzrost   poziomu   adrenaliny...   pewność,   że   wytężasz   wszystkie   siły... 

podniecenie, z jakim podejmujesz wyzwanie i zwyciężasz.

Ostatniej nocy z Emilie przeżył podobne uczucie zagrożenia i odrodzenia. Nie wierzył 

w szczęśliwe zakończenia, ale mimo to zastanawiał się, czy nie powinien byt dłużej walczyć 

o ocalenie ich małżeństwa.

Sara Jane zwykła mówić...

Zatrzymał się.

- No tak - powiedział głośno. Od ponad godziny próbował zrozumieć, co się zmieniło. 

Teraz już wiedział: przestał słyszeć głos babki.

Nie pamiętał, kiedy dokładnie to się stało, ale w którymś momencie poprzedniej nocy 

przestał czuć, że Sara Jane usilnie stara się coś mu powiedzieć.

W rzeczywistości Zane dobrze wiedział, że babka umilkła w chwili, gdy wziął Emilie 

w ramiona...

Nie chciał zagłębiać się w takie rozważania. To, co wczoraj przeżyli, miało dla obojga 

duże   znaczenie.   Nie   miał   zamiaru   temu   przeczyć.   Emilie   poruszyła   coś   w   jego   duszy, 

obudziła pragnienia, o których dawno zapomniał.

To jednak jeszcze nie znaczy, że zbliżyło ich coś więcej niż seks. Zane nie znosił 

romantycznego bełkotu, który już raz doprowadził do rozpadu ich małżeństwa.

Zgrzyt klamki przerwał mu te rozmyślania. Może jednak Emilie zgodzi się na wspólny 

wyjazd...

-   Chyba   śpi   -   powiedziała   kobieta   do   Andrew,   gdy   wchodzili   do   latami.   - 

Powinniśmy...

- Do diabła, czemu tak długo cię nie było? - spytał Zane, gdy Emilie i Andrew weszli 

do pokoju. - Jeśli mamy zdążyć na samolot, musimy...

Biedny   Andrew   stanął   w   miejscu   jak   wryty.   Patrzył   na   Zane'a   tak,   jakby 

nieoczekiwanie   wpadł   na   głodnego   niedźwiedzia,   co   więcej   -   ubranego   w   kolorowy  koc 

owinięty   wokół   bioder.   Emilie   wyobraziła   sobie,   co   może   myśleć   McVie   i   z   trudem 

opanowała nerwowy chichot.

- Oto Andrew McVie - powiedziała, zmuszając się do uśmiechu. Miała nadzieję, że 

Zane dostrzeże jej błagalne spojrzenie. - To w jego domu znaleźliśmy schronienie.

- Prawdziwy klasztor, prawda? - odrzekł Rutledge, rozglądając się wokół.

- Nie usłyszałem, jak się pan nazywa - powiedział Andrew, wysuwając się do przodu. 

background image

Imponujący wzrost Zane'a nie zrobił na nim wrażenia. Emilie pomyślała, że spotkali się godni 

siebie   przeciwnicy.   Ciekawe,   czy   Zane   pamięta   jej   opowieści   o   bohaterskich   wyczynach 

McVie'a? Boże, lepiej byłoby, gdyby zapomniał.

Zane z pewnym wahaniem wyciągnął lewą rękę. - Jestem Zane Grey Rutledge. - A cóż 

to za imię? - spytał Andrew, najwyraźniej zbity z tropu. - Jest pan Niemcem?

-   Czy   ten   facet   żartuje?   -   Zane   zwrócił   się   do   Emilie,   która   tylko   potrząsnęła 

rozpaczliwie głową.

-   Zostałem   tak   nazwany   ku   czci   Zane'a   Greya.   Andrew   patrzył   na   niego   tępym 

wzrokiem.

- Tego  pisarza  - dodał Zane.  Najwyraźniej  zakłopotanie  mężczyzny  sprawiało  mu 

przyjemność. - Pisywał westerny. Kowboje, Indianie, historie z Dzikiego Zachodu.

- Kowboje? - powtórzył McVie. Wciąż jeszcze nie uścisnął wyciągniętej ręki.

- Dobra, poddaję się - Zane cofnął się o krok, kręcąc głową. Znów spojrzał na Emilie. 

- Do cholery, co tu się dzieje?

- Muszę zażądać, aby nie używał pan takiego języka w obecności panny Emilie - 

powiedział Andrew, patrząc mu prosto w oczy.

Zane przygryzł wargę tak, jakby usiłował powstrzymać śmiech.

- Czy nie przesadza pan z tą zabawą w rewolucję. panie McVie?

Obaj mężczyźni spojrzeli jednocześnie na Emilia która miała ochotę zapaść się pod 

ziemię.

- Nie wiem, o czym mówisz, Zane - powiedziała spokojnie, po czym zwróciła się do 

Andrew. - Obawiam się, że podczas wypadku pan Rutledge uderzył głowa. o kamienie. Jest 

wciąż zdezorientowany.

Andrew odetchnął z wyraźną ulgą, Zane natomiast niemal stracił panowanie nad sobą. 

Zdezorientowany, też coś!

- Do diabła, nie mam pojęcia, co się tutaj dzieje, ale jeśli ktoś mi tego zaraz nie 

wytłumaczy, to...

-   Panno   Emilie,   czy   mogłaby   pani   zostawić   nas   samych?   -   wtrącił   Andrew,   nie 

spuszczając oka z Zane'a. - Pan Rutledge i ja mamy do omówienia niezwykle pilną sprawę.

- Nie mam zamiaru o niczym rozmawiać. Interesuje mnie tylko to, jak mam zdążyć na 

samolot.

- Samo - lot? - McVie spojrzał na Emilie. - Wydaje mi się, że pani towarzysz odniósł 

poważniejsze obrażenia, niż pani sądziła. Mówi jakieś bzdury.

- A może powtórzysz mi to prosto w oczy, co? - Zane zbliżył się do mężczyzny. Kipiał 

background image

z oburzenia.

- Panowie! - Emilie stanęła miedzy nimi. - Proszę nie zapominać, co jest naszym 

najważniejszym zadaniem. Trzeba opatrzyć ranę. Robi się późno, a my stoimy w miejscu.

- Dziwnie się wyrażasz - przystojną twarz Zane'a wykrzywił grymas zdziwienia.

- Chyba ci się zdaje.

- Do cholery, nic mi się nie zdaje!

- Rutledge, obawiam się, że twoje zachowanie jest obraźliwe  dla panny Emilie!  - 

wtrącił Andrew.

- Jeśli moje maniery nie odpowiadają pannie Emilie, sama może mi to powiedzieć! - 

warknął Zane.

- Twoje ramię... - jęknęła Emilie. - Proszę...

- Niech pan się położy na pryczy - polecił McVie, - Panno Emilie, czy mogłaby pani 

przynieść mi grube polano? Koło piwnicy leży drewno na opał.

- Niech ten facet nie waży się mnie dotykać - prychnął Zane, blokując drogę kobiecie. 

- Chyba w tym miasteczku jest pogotowie?

- Kiedyś będzie - westchnęła.

-   Pogotowie?   -   powtórzył   Andrew.   -   Czy   to   jakiś   nowy   język,   czy   też   skutek 

wypadku?

- Jeśli się zaraz stąd nie wyniesiesz, dostaniesz w łeb!

McVie   sięgnął   do   pasa   i   chwycił   za   rękojeść   noża.   Zane   pochylił   się   w   stronę 

paleniska i złapał pogrzebacz. Dwaj przeciwnicy mierzyli się wzrokiem. Emilie uznała, że nie 

ma już wyboru.

- Panowie - powiedziała, ponownie wstępując między nich. - Musimy porozmawiać.

background image

5

- Muszę złapać samolot - upierał się Zane. - Interesuje mnie tylko, czy jedziesz ze 

mną, czy nie. - Była już najwyższa pora, żeby ruszyli w drogę. Chciał, aby Emilie z nim 

pojechała.

- Siadaj - wskazała dłonią łóżko. - To trochę potrwa.

Andrew McVie, wciąż trzymając dłoń na rękojeści noża, patrzył to na nią, to na niego. 

W   pierwszej   chwili   miał   wrażenie,   że   ten   Rutledge   to   Josiah   Blakelee.   Byli   do   siebie 

niezwykle   podobni,   wzrostem   i   budową   ciała.   Nagle   przyszło   mu   do   głowy,   że   to 

Podobieństwo   może   nie   być   kwestią   przypadku.   Być   może   jest   częścią   wyrafinowanego 

planu, mającego doprowadzić do porażki trzynastu kolonii.

- Pan może usiąść tam - zaproponowała mu Emilie, Wskazując stojące przy palenisku 

krzesło.

- Nie, panienko, wolę stać - pokręcił głową Andrew, Zajął pozycję przy drzwiach. 

Cała sytuacja była tak dziwna, że wolał być przygotowany na każdą ewentualność.

- Och, Boże - westchnęła ciężko Emilie. Patrzyła to na Zane'a, to na McVie'a. - To 

będzie trudniejsze, niż myślałam.

-   Wykrztuś   coś   wreszcie   -   zniecierpliwił   się   Rutledge.   -   Jeśli   mamy   zdążyć   na 

lotnisko, lepiej...

- Nie pojedziemy na lotnisko.

- Chcesz powiedzieć, że ty nie pojedziesz?

- Nikt nie pojedzie, bo lotniska nie ma - zaśmiała się Emilie, ale w jej głosie słychać 

było panikę. - Nie ma samolotów, samochodów, komputerów. Nie ma niczego, do czego 

przywykłeś.

- A cóż to takiego komputer? - zainteresował się Andrew.

- Co z tobą, McVie? - prychnął Zane. - Czy od dwudziestu lat nie wychodziłeś z 

domu? - spytał z ironią, jednocześnie usiłując sobie przypomnieć, skąd zna to nazwisko.

- Czy ty naprawdę nie rozumiesz? - wyraz twarzy Emilie był równie poważny jak jej 

głos. - To nie jest Crosse Harbor i nie żyjemy w 1992 roku. Cofnęliśmy się w czasie.

Zane poczuł w brzuchu dziwny skurcz. Kobieta najwyraźniej zwariowała.

- Posłuchaj, mieliśmy ciężki poranek - powiedział.

wstając z łóżka. - Może lepiej połóż się i odpocznij. McVie zabierze mnie do miasta. 

Złamanie ręki to żadna tragedia. Wrócę, nim zdążysz się wyspać...

- Słuchaj, co do ciebie mówię! - krzyknęła Emilie.

background image

- Rozejrzyj się dookoła! To nie jest świat, jaki znasz!

- wskazała ręką Andrew, który uważnie się im przypatrywał. - To jego świat, a nie 

twój!

- Czy wie pan, o czym ona mówi? - Zane zwrócił się do McVie'a.

Ten potrząsnął głową, uniósł rękę i popukał się w czoło. Zane bez trudu zrozumiał ten 

gest. Niestety, Emilie również go zauważyła.

- Zobacz, tu nie ma gniazdek, nie ma telefonu! - krzyknęła do Zane'a. - Gdzie jest 

lodówka? Czy słyszałeś warkot samochodu lub łodzi motorowej? Gdzie jest łazienka?

-   Wczoraj   mi   powiedziałaś,   że   latarnia   została   poddana   renowacji   -   stwierdził 

spokojnie. - Pewnie jeszcze nie skończyli pracy.

- To prawda - przyznała, patrząc mu prosto w oczy.

- Minie jeszcze wiek, może dwa, nim skończą.

Zane przebiegł z kąta w kąt.

-   Przestań   fantazjować!   -   krzyknął   i   wyjrzał   na   zewnątrz,   szukając   czegoś,   co 

zaprzeczyłoby jej słowom. Poczuł, że się spocił. - Nikt nie może podróżować w czasie! - 

Wiedział, że musi istnieć inne wyjaśnienie, ale nie przychodziło mu ono do głowy.

- Pamiętasz tę dziwną chmurę? - spytała Emilie. Szła tuż za nim. Zane wspiął się 

krętymi schodami na górę, do wieży. - Sam powiedziałeś, że nigdy takiej nie widziałeś.

- Przestań! - krzyknął. - Nie chcę tego więcej słuchać. To jakaś zwariowana historia.

- Ja też się boję - położyła dłoń na jego ramieniu. - To chyba normalne...

- To bzdury! - wykrzyknął, odsuwając się od niej.

- Nie, to nie bzdury. Wiesz już, jaka jest prawda.

- Udowodnię ci, że mam rację - nie zważając na ból, ruszył na najwyższe piętro wieży, 

gdzie znajdowała się lampa. - Nowoczesne latarnie są zautomatyzowane.

- Ale nie ta.

- Załóż się.

Emilie szczerze mu współczuła. Zane przywykł do panowania nad swoim życiem i 

wydarzeniami, a teraz znalazł się w sytuacji wymykającej się spod kontroli. Dostrzegła na 

jego czole kropelki potu. Złamane ramię sterczało w bok pod dziwnym kątem. W normalnych 

okolicznościach   miałby   już   założony   gips   i   dostałby   odpowiednią   dawkę   środków 

znieczulających.

- To jakaś sztuczka - powiedział ze wzrokiem utkwionym w miskę z olejem i gruby 

knot.

- Spójrz na zachód, w stronę portu - zaproponowała spokojnie Emilie. - To nie jest 

background image

Crosse Harbor, które kiedyś znaliśmy.

Zane   wolał   nie   patrzeć.   W   jej   głosie   dosłyszał   jakąś   dziwną,   niepokojącą   nutkę. 

Wiedział już, że to nie żart.

Zacisnął zęby i rozejrzał się dookoła.

Gęsty,   liściasty   las   podchodził   do   samej   plaży.   Po   intensywnie   niebieskim   niebie 

płynęły   leniwie   białe   obłoczki.   Nawet   stąd   widział,   że   woda   jest   czysta,   a   powietrze 

przejrzyste   i   wolne   od   smrodu   cywilizacji.   Wciąż   myślał,   że   to   przecież   niemożliwe,   a 

jednocześnie instynkt podpowiadał mu, że Emilie ma rację.

- Pięknie tutaj, prawda? - szepnęła, zbliżając się do niego.

Kiwnął tylko głową. Surowy, dziki pejzaż był wspaniały, ale nie chciał tego głośno 

przyznać.

- Który to rok? - spytał.

- Nie jestem pewna - odrzekła z wahaniem. - Chyba 1776.

- Skąd wiesz?

- „Poor Richard's Almanack”. Znalazłam na stole świeży egzemplarz.

Twarz Emilie niemal promieniała, zupełnie tak, jakby oświetlał ją wewnętrzny ogień. 

Zane pomyślał, że niczym  nie przypomina  żadnej innej znanej mu kobiety.  Nie była  ani 

przestraszona, ani wzburzona, najwyraźniej nie odczuwała żadnych wrażeń, jakich można się 

spodziewać   u   człowieka   nagle   przeniesionego   w   epokę   dwieście   lat   wcześniejszą. 

Zachowywała się tak, jakby przez całe życie czekała na tę chwilę.

Zapanowało milczenie.

- Zane - przerwała je Emilie. - Czy dobrze... - Nic mi nie jest - uspokoił ją, choć sam 

nie był o tym całkiem przekonany. - Żałuję tylko, że nie przykładałem się do historii.

- Ja też nie pamiętam dat. - Emilie dotknęła jego ramienia i Zane przypomniał sobie 

wydarzenia ostatniej nocy. - Pomyśl tylko. Właśnie toczy się wojna o niepodległość i tylko 

my wiemy, jak się zakończy.

Andrew McVie miał już tego dość. Wyłonił się z cienia.

- Wystarczy - powiedział. - Takie gadanie nie może doprowadzić do niczego dobrego.

Odwrócili się w jego stronę. McVie stał na najwyższym stopniu schodów, trzymając w 

ręce długi nóż.

- Daj spokój - westchnęła Emilie, wskazując broń. - Uspokój się, Andrew. Jesteśmy po 

twojej stronie.

Mężczyzna patrzył na nich, mrużąc oczy.

-   Dziewczyno,   wydajesz   się   bardzo   sympatyczna,   ale   jest   w   tobie   i   w   twoim 

background image

przyjacielu coś, co bardzo mnie turbuje.

-   Słyszałeś,   co   mówiłam,   prawda?   -   panna   Emilie   spojrzała   na   niego   wielkimi, 

zielonymi oczami. Andrew poczuł, że mięknie.

- Mówiłaś o wojnie - wciąż trzymał nóż w pogotowiu, na wypadek gdyby spróbowali 

się wymknąć. - Co wiesz o obecnym konflikcie?

Emilie zerknęła na swego kompana, po czym skupiła uwagę na Andrew. Na próżno 

usiłowała sobie przypomnieć jakiś film lub książkę o podróży w czasie.

- Wiem, że twoja sprawa zwycięży.

- A skąd wiesz, której stronie poprzysiągłem wierność? - Andrew pomyślał, że miał 

rację, nie dowierzając tym dwojgu. Teraz ta ruda dziewczyna będzie musiała zdradzić swoje 

przekonania.

Wyraźnie się zawahała.

- Tak właśnie myślałem. Przyznaję, że to był piękny podstęp, ale jego koniec będzie 

żałosny.

- Chwileczkę! - wtrącił mężczyzna o dziwacznym imieniu. - Powiedziałeś, że jak się 

nazywasz?

Dopiero teraz Andrew zrozumiał, że nie powinien był zdradzać nieznajomym swojego 

prawdziwego nazwiska. Teraz jednak nie mógł się już wycofać.

- McVie - mruknął niechętnie.

- Już wiem! - Zane Grey Rutledge wydawał się bardzo z siebie zadowolony. - To ty 

uratowałeś Washingtona. Ocaliłeś mu życie.

Reakcja Andrew była błyskawiczna. Złapał Emilie i przyłożył jej nóż do gardła.

- Co jeszcze o mnie wiecie? - spytał tonem nie znoszącym sprzeciwu. - Gadaj całą 

prawdę, albo dziewczyna posmakuje noża.

Zane rzucił się w ich kierunku, ale potworny ból w złamanym ramieniu powalił go na 

kolana już przy Pierwszym zamachu.

- Tylko ją dotknij, McVie, a zabiję cię. Emilie była zupełnie spokojna.

- Wiem,  że trudno ci w  to uwierzyć,  Andrew, ale przybyliśmy  tu z przyszłości  - 

powiedziała łagodnie.

- Czarownice już przestały rzucać uroki w koloniach - roześmiał się mężczyzna. - 

Nawet w Massachusetts.

- To nie żadne czary ani wróżbiarstwo - odrzekła dziewczyna ze swoim dziwnym 

akcentem. - Mieliśmy wypadek...

- Wiem - wtrącił Andrew. - Na łodzi.

background image

- Hm, nie całkiem - powiedziała Emilie. McVie chwycił ją za ramiona i szybko obrócił 

twarzą do siebie.

- Lecieliśmy balonem.

Andrew wiedział, że z otwartymi ustami wygląda jak wiejski matołek, ale nic na to nie 

mógł poradzić. Po chwili parsknął śmiechem.

- Mówisz jakieś nonsensy.

- Mówię prawdę - Emilie nie dała się stropić. - Lecieliśmy razem balonem na gorące 

powietrze.   Pogoda   gwałtownie   się   pogorszyła   i   mieliśmy   wypadek.   -   Roześmiała   się   z 

wyraźnym przymusem. Andrew poczuł się dość niezręcznie. - Problem polega na tym, że 

wylądowaliśmy dwa wieki wcześniej, niż wystartowaliśmy.

-   Powiadasz   zatem,   że   przybywacie   z   przyszłości.   z   1976   roku?   -   spytał   powoli. 

Ostatnim razem czuł się tak wtedy, gdy postanowił utopić smutki w mocnym piwie.

- Dokładnie  mówiąc,  z 1992, ale  czy ta różnica  ma  znaczenie?  - uśmiechnęła  się 

Emilie.

- Przypuszczam, że potrafisz to jakoś udowodnić? _ spytał Andrew. Nie odwzajemnił 

jej uśmiechu. Dla niego miał znaczenie każdy rok. To było niewiarygodne.

- Masz coś? - dziewczyna zwróciła się do Zane'a.

- Pod tym kocem jestem zupełnie nagi - wzruszył ramionami. - A ty?

- Też nie... - urwała. - Nie, poczekaj, chyba coś mam...

Andrew   śledził   uważnie,   jak   Emilie   sięga   po   bogato   haftowaną,   damską   torebkę, 

zupełnie taką samą, jakie widywał w rękach znanych mu kobiet z porządnych rodzin.

Spojrzała na torebkę i z trudem powstrzymała okrzyk zdziwienia. Niedawno blade 

kolory nabrały życia. Wytarte brzegi zniknęły pod lamówką z miękkiego aksamitu. Dla niej to 

mógłby być ostateczny dowód, ale nie dla niego. Czuła na sobie spojrzenia obu mężczyzn. 

Rozwiązała tasiemkę i wyciągnęła jednodolarowy banknot.

- To cię powinno przekonać - powiedziała, podając McVie'owi dolara.

Andrew wziął go do ręki. Czuł pod palcami  wypukłość druku. - Przyjrzyj  mu się 

uważnie - zachęciła Emilie.

- Federal Reserve Note - odczytał  napis w górnej części banknotu. - Zjednoczone 

Stany... - przerwał i zamrugał gwałtownie. To chyba jakieś złudzenie - pomyślał.

- Zjednoczone Stany Ameryki - dokończyła za niego Emilie. - Z drugiej strony jest 

portret Washingtona.

- Generała Washingtona? - spytał Andrew. To wszystko przekraczało jego zdolności 

pojmowania.

background image

-   Prezydenta   Washingtona   -   odpowiedziała   z   szerokim   uśmiechem.   -   Pierwszego 

prezydenta Stanów Zjednoczonych.

- To jest... Nie mogę... - Andrew nie dokończył  zdania. Wpatrywał  się w zielony 

banknot. Portret, wydrukowany po drugiej stronie, był bardzo podobny do wizerunku Jego 

Ekscelencji, Generała Washingtona. Zetknął na szereg niezrozumiałych liter i cyfr w prawym, 

górnym rogu, po czym przeczytał słowa umieszczone poniżej.

- Washington D.C. Co to znaczy?

- Dystrykt Columbia - wyjaśnił Rutledge. - Stolica pięćdziesięciu stanów.

- Nad rzeką Potomac - dodała Emilie. - W pobliżu Maryland i Virginii.

- Pięćdziesięciu stanów? - Andrew nawet nie usłyszał, co powiedziała Emilie.

- Od trzynastu kolonii doszliśmy do pięćdziesięciu stanów - potwierdziła dziewczyna. 

Jej oczy promieniały dumą. - Od Atlantyku po Pacyfik.

Pod nazwą stolicy Andrew zauważył  pieczęć i napis „Ministerstwo Skarbu 1989”. 

Upuścił banknot, jakby nagle zaczął go parzyć. Czuł, że coś ściska go za gardło, oddychał z 

wielkim trudem. Raz jeszcze spojrzał na rudą kobietę i jej wysokiego kompana. Teraz łatwiej 

mu było zrozumieć jej dziwaczny wygląd, kosztowną biżuterię z cennych metali i oryginalny 

akcent, z jakim mówili oboje.

Trudno się dziwić, że Rutledge wpadł w furię, gdy panna Emilie wyjaśniła mu, co się 

stało.   Andrew   pomyślał,   że   Zane   wygląda   jak   dzikie   zwierzę   w   pułapce.   Dobrze   znał   i 

rozumiał uczucia człowieka, który znalazł się w sytuacji poza wszelką kontrolą. Przestał się 

dziwić jego wzburzeniu.

Ale wobec tego, jak wyjaśnić zachowanie panny Emilie? Andrew miał wrażenie, że 

dostrzega w niej coś bliskiego i znajomego. Czuł narastającą kontuzję.

Od roku patrioci walczyli z brytyjską tyranią i wciąż nie udawało się im zwyciężyć. 

Jego Ekscelencja, Generał Washington, wielokrotnie dopominał się posiłków, prowiantu i 

broni potrzebnej do prowadzenia wojny.

Andrew na własne oczy widział tragiczne wydarzenia pod Lexington i Concord. Od 

tego czasu nie zdarzyło się nic takiego, co mogłoby wzmocnić morale patriotów.

-   Mówiłaś   coś   o   generale   -   powiedział,   ostrożnie   dodając   słowa.   -   O   jakimś 

niebezpieczeństwie...   -   Zawiązano   spisek,   aby   go   zamordować.   Tyś   temu   zapobiegł.   W 

naszych czasach wszyscy uważają cię za bohatera.

- A cóż takiego zrobiłem, żeby zasłużyć na taką sławę? - spytał Andrew. Nigdy nie 

uważał siebie za bohatera.

Emilie opowiedziała mu historię ubranego na czarno mężczyzny, który zaryzykował 

background image

życie i ocalił dowódcę amerykańskiej armii.

- Kiedy to się stało?

- Latem 1776.

Andrew wyraźnie się uspokoił. Właśnie kończył się lipiec.

- Czy zna pani dokładną datę i miejsce tego wydarzenia, panno Emilie? - spytał.

-   Niestety,   nie   -   odrzekła.   -   Relacje   na   ten   temat   są   sprzeczne...   -   Wyraźnie   się 

zawahała i spuściła wzrok.

- Proszę o szczerość. Nie obawiam się złych wieści.

- Trudno mi coś powiedzieć o twoich losach, Andrew. Nie wiadomo, co się z tobą 

działo po tym wydarzeniu. - Emilie uśmiechnęła się delikatnie. W tym momencie wydała mu 

się podobna do Elspeth. - Zawsze wyobrażałam sobie, że osiadłeś  z rodziną na farmie  i 

dożyłeś sędziwego wieku.

Jej  słowa dotknęły  czułego  miejsca  w   jego  sercu. Od paru  lat   świat  zupełnie  mu 

zobojętniał.   Wraz   ze  śmiercią   żony  i  synka  zniknęło  wszystko,   co  sprawiało   mu   radość. 

Pozostało tylko czekać, aż Stwórca powoła go przed swe oblicze.

Niektórzy ludzie przyłączali się do walki, ponieważ gorąco pragnęli niepodległości. 

Tacy żołnierze zostawali generałami i przywódcami innych. Andrew dołączył do patriotów, 

bo nie miał nic do stracenia i na niczym mu nie zależało. Nic dziwnego, że został szpiegiem.

-   Jakim   cudem   tak   dobrze   znasz   obyczaje   naszych   czasów?   -   zainteresował   się. 

Pomyślał, że gdyby nagle znalazł się wśród pierwszych pielgrzymów, którzy przybyli tu z 

Anglii, nie wiedziałby, jak się zachować. - Czary?

-   Nic   niezwykłego.   Zarabiam   na   życie...   Zane!   Rutledge   nagle   zgiął   się   wpół   i 

przycisnął ramię do piersi.

- On cierpi - jęknęła Emilie. - Czy możemy wezwać doktora?

- Nie mogę podjąć takiego ryzyka - potrząsnął głową Andrew. - Moja obecność tutaj 

musi pozostać tajemnicą.

-   Ja   mogę   zaryzykować   -   powiedziała   Emilie.   -   Powiedz   mi   tylko,   gdzie   mam 

zacumować łódź. Jakoś trafię do miasta.

- Po moim trupie - zgrzytnął zębami Zane. - Nic mi nie jest.

McVie wsadził nóż do pochwy i zbliżył się do niego.

- Masz szczęście - powiedział. - Gdyby kość przebiła skórę, rozstałbyś się z prawą 

ręką.

- Jesteś lokalnym bohaterem, a nie lekarzem.

- Lekarz powiedziałby ci to samo.

background image

- Trzymaj tego faceta z dala ode mnie! - krzyknął Zane do Emilie.

- Trzeba nastawić ramię.

- Sam to zrobię - zapewnił Andrew.

- Nie pleć głupstw.

- Głupstw? To nie ja twierdzę, że spadłem z balonu w sam środek wojny.

Emilie   wybuchnęła   śmiechem.   Nie   mogła   się   powstrzymać.   Dostała   histerii.   Cala 

historia wydała jej się nagle tak absurdalna i zabawna, że wprost zataczała się ze śmiechu.

Po paru sekundach Zane zaraził się śmiechem. Zataczali się obydwoje.

Emilie   skuliła  się  na  ławce.  Po policzkach  spływały  jej  łzy.   Rutledge  oparł  się  o 

ścianę, nie mógł złapać oddechu. McVie stał w drzwiach i przyglądał się im. zachowując 

kamienny wyraz twarzy. Ilekroć spojrzeli na niego, ponownie wybuchali śmiechem.

- Zdycham z głodu - powiedziała wreszcie Emilie, trzymając się za żebra. - Chyba 

zamówimy pizzę.

- Świetny pomysł - wykrztusił Zane. - Myślisz, że będzie za pół godziny?

- Och, nie! Zostawiłam odkręcony kran!

- Przebijam. Ja nie wyłączyłem silnika porsche. Andrew przyglądał się im cierpliwie. 

Słyszał, że mówią po angielsku, ale i tak ich nie rozumiał. Co to „porsze” i „picca”? Ciekawe, 

jak wygląda ich świat? - pomyślał. Wyjrzał przez okno i odkaszlnął.

-   Wkrótce   będzie   ciemno.   Lepiej   zajmijmy   się   ręką.   Emilie   i   Zane   od   razu   się 

uspokoili i odzyskali poczucie rzeczywistości.

- On ma rację, lepiej z tym nie zwlekać.

- Nie jestem lekarzem - wtrącił McVie - ale potrafię wykonać podstawowe zabiegi.

- Wydaje mi się, że nie mam wyboru - mruknął Zane.

Nikt nie zaprzeczył.

W milczeniu zeszli po krętych schodach do głównego pokoju. Zmierzch złagodził już 

zarysy wszystkich  mebli  i sprzętów. Emilie  pożyczyła  nóż od McVie'a i pocięła  jeden z 

pięknych kocy. Potrzebny był materiał na temblak i bandaż do obwiązania łupków.

Andrew znalazł w ogrodzie grubą gałąź i szybko wystrugał z niej sposobne łupki do 

usztywnienia ręki.

Zane   przyglądał   się   tym   przygotowaniom   z   chłodnym   zainteresowaniem.   Cała   ta 

historia   wydawała   mu   się   zupełnie   absurdalna,   niczym   z   powieści   Kafki.   W   głębi   serca 

oczekiwał, że lada chwila się zbudzi.

Andrew podniósł głowę i spojrzał mu w oczy.

- Będzie bolało - uprzedził.

background image

- Bierz się za robotę.

- Panno Emilie, niech pani tu stanie i przytrzyma go za ramiona.

Kiwnęła głową, nerwowo przygryzając wargi. McVie ujął dłońmi łokieć i nadgarstek 

Zane'a. Zdecydowanym ruchem ustawił kości we właściwej pozycji. Rutledge milczał, ale 

Emilie nie wytrzymała zgrzytu nastawianej ręki i głośno krzyknęła.

Andrew szybko dopasował łupki i obwiązał je pasem z koca. Zane był blady i miał 

zamknięte oczy, tylko niewielki mięsień na policzku pulsował mu nerwowo.

-   Dobrze   ci   to   idzie   -   powiedziała   Emilie,   przyglądając   się   zręcznym   i   pewnym 

ruchom McVie'a.

- Mam wprawę.

Zane zapadł w drzemkę. Przez chwilę oboje przysłuchiwali się, jak oddycha.

- Wiem, że powinnam myśleć o wielu poważniejszych sprawach - przerwała ciszę 

Emilie. - Teraz jednak mogę myśleć tylko o jedzeniu.

- Chodź ze mną - Andrew ruszył w stronę drzwi. - Ukroję dla was szynki. Wciąż 

jeszcze nie zdecydował, co zrobić z niezwykłymi przybyszami z przyszłości, ale postanowił, 

że nie spuści ich z oka.

background image

6

Emilie z wielkim apetytem zjadła parę plastrów słonej, dobrze u wędzonej szynki i 

popiła kieliszkiem mocnego rumu. Zane obudził się na chwilę. Czuł silny ból w ramieniu. 

Andrew podsunął mu butelkę i już wkrótce Rutledge znów spał.

- Jutro przestanie go boleć - powiedział Andrew. Siedział na swoim miejscu w pobliżu 

drzwi.

- Mam nadzieję - westchnęła Emilie, delikatnym ruchem odsuwając z czoła Zane'a 

kosmyk   włosów.   McVie   Pomógł   jej   opatrzyć   rany   na   twarzy   i   plecach   mężczyzny.   Na 

szczęście okazało się, że jest tylko potłuczony, żebra były całe. - Jestem ci bardzo wdzięczna 

za wszystko, Andrew. Dla ciebie to z pewnością jest jeszcze trudniejsze do uwierzenia niż dla 

nas.

- Pokazałaś  mi  kilka rzeczy,  wobec których  nawet logika jest bezradna - odrzekł, 

podrzucając do góry monetę, którą dostał od Emilie.

W ciemnościach nie mogła dostrzec wyrazu jego twarzy, ale wydawało się jej, że jest 

zaniepokojony.

- Czy coś się stało? A może nie powiedziałeś mi wszystkiego o ranach Zane'a?

A więc to tak się sprawy mają - pomyślał Andrew. Ten człowiek obchodzi ją bardziej, 

niż gotowa jest przyznać.

- Nie, panienko, niczego nie skrywam. Martwię się z innego powodu.

- Chodzi ci o to, że musisz nas zostawić - Emilie domyślnie kiwnęła głową. - Świetnie 

to rozumiem.

- I to nie budzi w tobie niepokoju? - spytał, unosząc brwi.

- No, cóż, z pewnością nie cieszę się z tego powodu - wzruszyła ramionami. - Wiem 

jednak, że masz swoje życie - dodała. - Poradzę sobie jakoś.

A ciebie czeka twoje przeznaczenie - pomyślała, lecz nie powiedziała tego głośno.

- A co z nim? - Andrew wskazał ręką na uśpionego Zane'a. Złamane ramię sterczało 

prostopadle do poduszki. - Mam wrażenie, że nie jest to człowiek, który łatwo zapomni o 

świecie, w jakim żył przedtem.

- A czy ma inny wybór? Przeżyliśmy wypadek i znaleźliśmy się w tej epoce. Im 

prędzej się z tym pogodzimy, tym lepiej dla nas samych.

-   A   co   z   tobą,   panienko?   -   McVie   rozważnie   dobierał   słowa.   -   Nie   tęsknisz   do 

przyjaciół i członków rodziny, z którymi musiałaś się rozstać?

- Nie mam przyjaciół ani rodziny - potrząsnęła głową Emilie. - Jestem sama jak palec.

background image

Andrew zastanawiał się przez chwilę, jaka więź łączy ją z Zane'em, ale powstrzymał 

się od pytania. Najwyraźniej nie był jej obojętny, ale trudno było odgadnąć, jak głębokie są 

jej uczucia. Natomiast Rutledge sprawiał wrażenie, jakby uważał, że ma prawo do tej kobiety. 

Andrew wyobraził ich sobie razem i potrząsnął głową, aby odpędzić od siebie takie myśli. 

Panna Emilie powiedziała mu, że nie są małżeństwem, ale dobrze wiedział, że gdy w żyłach 

płynie gorąca krew, brak sakramentu nie jest zasadniczą przeszkodą.

Zerknął   na   nią   z   zaciekawieniem.   Siedziała   koło   Rutledge^   i   szyła   spódnicę. 

Poświęciła na nią niebieską narzutę z łóżka. W tym  momencie sprawiała wrażenie osoby 

przedsiębiorczej   i   energicznej.   Andrew   pomyślał,   że   Emilie   pewnie   zawsze   potrafi 

zrealizować   swoje   plany.   Była   kobietą   pełną   uroku;   do   jej   sympatycznych   cech   należał 

również sposób zachowania, jednocześnie zdecydowany i zgodny.

- Co do twojego stroju... - zaczął. - Dla mnie jest to... raczej niezwykłe ubranie.

Emilie zupełnie zapomniała, co ma na sobie. Gorset i elastyczne rajstopy.  Szybko 

wyjaśniła mu, że wybierała się na festyn z okazji Dnia Patriotów i zamierzała dokończyć 

toalety podczas lotu.

- Czy inne kobiety też się tak ubierają? - spytał, wskazując na jej nogi.

- Nawet gorzej! - Na widok jego miny parsknęła  śmiechem.  - Byłbyś  zgorszony, 

gdybyś   zobaczył   dwudziestowieczne   kobiety.  -  Podniosła  do  góry chusteczkę.  -  Niektóre 

pokazują się publicznie nie mając na sobie niczego poza taką szmatką.

- Robi się ciemno - odrzekł Andrew. Na jego twarzy pojawił się ciemny rumieniec. - 

Powinnaś już spad.

- Chyba nie zasnę - pokręciła głową. - Mam tyle rzeczy do przemyślenia.

- Życzę wam dobrej nocy.

McVie   poszedł   na   górę,   do   wieży.   Emilie   zaśmiała   się   cicho   na   myśl,   jak 

zareagowałby, gdyby opowiedziała mu o „Playboyu”.

Następnego dnia Zane obudził się o wschodzie słońca. Bolało go ramię i żebra, ale 

mimo to czuł się o wiele lepiej. Odzyskał zdolność jasnego myślenia i podejmowania decyzji.

Wstał  z pryczy,  starając się nie  obudzić Emilie,  która leżała  na drugim materacu. 

Wreszcie pogodził się z rzeczywistością, w jakiej się nagle znaleźli. Choć to wydawało się 

sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, uwierzył, że rzeczywiście cofnęli się w czasie.

Mimo to nie miał zamiaru uznać, że rozstał się ze swym światem na dobre. Gdyby to 

zrobił, musiałby jednocześnie przyznać, że jego całe dotychczasowe życie nie było nic warte, 

a na to nie mógł się zdobyć. Poza tym, otaczający go teraz świat niezbyt mu przypadł do 

gustu. Zane przywykł do zdobyczy nowoczesnej cywilizacji i akceptował jej ujemne strony 

background image

jako nieuchronną zapłatę za wszystkie korzyści. Życie w granicach wytyczonych z góry przez 

historię nie miało dla niego żadnego sensu.

Widział   teraz   przed   sobą   tylko   jedno   wyzwanie,   zapewne   najtrudniejsze   i 

najważniejsze,   jakie   napotkał   w   życiu.   Musiał   odkryć   powrotną   drogę   do   dwudziestego 

wieku.

Wiedział, że będzie jeszcze musiał przekonać Emilie, aby zechciała z nim powrócić.

Przez wiele lat Emilie szczyciła się swoją wiedzą o czasach kolonialnych, ale teraz 

przekonała się, jak mato wie. Mogła się obyć bez elektrycznej maszyny do szycia i kuchenki 

mikrofalowej, ale trudniej jej było zrezygnować z ubikacji.

Do licha, co robić?

Wyjrzała   przez   okno.   Zane   i   Andrew   stali   przy   studni   i   rozmawiali   z   wyraźnym 

ożywieniem. Wyglądało na to, że jeszcze chwilę tak postoją. Teraz pozostało jeszcze znaleźć 

nocnik. Może jednak sytuacja nie jest tak tragiczna.

Niestety, w całej latarni nigdzie nie było widać potrzebnego naczynia. Emilie głośno 

westchnęła.  Ciekawe, czy mężczyźni  zdają sobie sprawę, jak im  łatwo?  Mogą bez  trudu 

zaspokajać   pewne   potrzeby   fizjologiczne.   Nie   miała   najmniejszej   ochoty   kucać   między 

krzewami róż i jeżyn, ale inne możliwości wydały się jej jeszcze mniej pociągające.

Otworzyła gwałtownie drzwi i zbiegła po schodkach.

-   Jeśli   któryś   z   was   pojawi   się   po   drugiej   stronie   latarni,   to   nie   dożyje   swoich 

następnych urodzin - warknęła, po czym zniknęła za węgłem.

- Czy ona zawsze tak się zachowuje? - spytał McVie, gdy już się oddaliła.

- Bez wątpienia ma temperament.

- Wygląda trochę na Irlandkę...

Zane  domyślił  się, że mężczyzna  chciał  zapytać,  co łączy go z Emilie,  lecz  takie 

pytanie nie pasowało do osiemnastowiecznych reguł dobrego wychowania.

.   Przez   ostatnią   godzinę   rozważali,   co   powinni   dalej   zrobić.   W   końcu   ustalili,   że 

najlepiej będzie, jeśli Andrew, przynajmniej na razie, zaopiekuje się nimi, mimo ciągłego 

braku wzajemnego zaufania.

Z drugiej strony, Zane czuł ostre ukłucia zazdrości, gdy widział, z jakim podziwem 

Emilie patrzy na McVie'a. Nigdy jeszcze nie doświadczył takiego uczucia.

Tym razem jego konkurentem był nie książkowy bohater z uwielbianych przez nią 

opowieści,   ale   żywy,   prawdziwy   człowiek.   Nigdy   się   nie   spodziewał,   że   będzie   musiał 

współzawodniczyć z mężczyzną starszym od niego jakieś dwieście lat.

Emilie najwyraźniej uważała Andrew za autentycznego bohatera, człowieka gotowego 

background image

na poświęcenie dla wielkiej sprawy. Natomiast Zane instynktownie wyczuwał, że ma z nim 

coś wspólnego. To prawda, że McVie podejmował się ryzykownych wypraw, ale bynajmniej 

nie   z   patriotycznych   powodów.   Andrew   nieustannie   przed   czymś   lub   od   czegoś   uciekał. 

Ciekawe tylko, od czego?

- Zatem, co dalej? - spytał, patrząc mu w oczy.

- Gdy wróci panna Emilie, ruszamy na farmę Josiaha Blakelee - odrzekł Andrew. - 

Jeśli dopisze nam szczęście, powinniśmy dotrzeć do Milltown nim zapadnie zmrok.

Pierwszą rzeczą, na którą zwrócił uwagę Zane, gdy przedostali się na stały ląd, była 

panująca wokół cisza. Przypomniał sobie fantastyczną powieść o tym, jak niejaki John Galt 

wyłączył   maszynerię   świata.   Dopiero   teraz   zrozumiał,   co   to   naprawdę   znaczy.   Żadnych 

samolotów,   samochodów,   komputerów.   Znikł   wszechobecny,   cichy   szum   świata 

pobudzanego do życia elektrycznością.

McVie zacumował łódź, po czym ruszył przez gęsty zagajnik. Emilie i Zane szli za 

nim.

- Milltown leży kilka mil na północny zachód. Będziemy obozować w lesie.

- A dlaczego nie możemy zatrzymać się w mieście? - spytała Emilie. Oczami duszy 

widziała wspaniały, kolonialny zajazd, wyobrażała sobie jego niezwykłą atmosferę.

- Nie w Milltown - odrzekł Andrew, zerkając na nią przez ramię. - Podobno w pobliżu 

są Anglicy. Wasze stroje zwróciłyby uwagę zbyt wielu osób.

Z tym argumentem trudno było dyskutować. McVie postanowił skontaktować się ze 

swoimi ludźmi w szpiegowskiej siatce, aby przy ich pomocy zdobyć ubrania dla Emilie i 

Zane'a. Gdyby mu się udało, to po przybyciu w okolice Princeton mogliby zmieszać się z 

miejscową ludnością, nie budząc natychmiastowej sensacji.

- Skąd mamy wiedzieć, że nie wydasz nas Anglikom? - spytał Zane.

- Nie masz żadnej gwarancji - stwierdził McVie. - Podobnie jak ja nie mam pewności, 

że nie pokrzyżujecie moich planów.

- Masz na to nasze słowo - powiedziała Emilie.

- A wy macie moje - odparł mężczyzna. - Obawiam się, że dla żadnej ze stron nie jest 

to wystarczająca gwarancja.

Od   paru   godzin   szli   w   zupełnym   milczeniu.   Emilie   obawiała   się,   że   Andrew 

poprowadzi ich przez bagna, które otaczają współczesne Crosse Harbor, ale zamiast tego 

maszerowali przez majestatyczny, sosnowy las.

Drzewa były tak wysokie, że Emilie miała wrażenie, iż znaleźli się w katedrze. Gdy 

przecinali polany, czuli palące promienie słońca, ale w lesie było chłodno i ciemno. Szli po 

background image

grubym dywanie z igieł. Zatrzymali się przy strumieniu, aby chwilę odpocząć. Andrew ukląkł 

na brzegu i nabrał dłonią wody.

- Nie pij surowej wody - ostrzegła go Emilie. - Jest z pewnością...

Urwała. Patrzyła na swoje odbicie w krystalicznie czystej wodzie.

- Woda jest czysta - wtrącił Zane. Wydawał się równie zaskoczony jak ona.

- A co w tym dziwnego? - spytał Andrew, patrząc na nich z zaciekawieniem.

-   W   naszych   czasach   czysty   potok   to   wielka   rzadkość   -   wyjaśniła   mu   Emilie. 

Opowiedziała   o  ściekach   przemysłowych,   kwaśnym   deszczu   i   sklepach,   gdzie   za   ciężkie 

pieniądze można kupić butelkę czystej wody.

- I co was pociąga w takim świecie? - chciał się dowiedzieć Andrew.

- Wolność. Można pojechać, dokąd się tylko zechce, zrobić to, na co ma się ochotę. 

Do diabła, przecież byliśmy nawet na Księżycu! - On mówi jakieś bzdury - McVie spojrzał 

pytająco na dziewczynę.

- To prawda - zapewniła go, popijając zimną wodę. - Amerykańska flaga powiewa na 

Księżycu.

- A w jaki sposób tam dotarła, panno Emilie? - spytał Andrew, siadając na wilgotnej 

trawie i patrząc w niebo. - Może zaniósł ją tam jakiś niezwykły ptak? A może to cud?

-  Nie,   to  wynik   ciężkiej   pracy,  wysiłku  umysłowego   i  uporu  -  potrząsnęła  głową 

Emilie.

Zane  lepiej  zrozumiał,  o co McVie naprawdę pytał.  W krótkich  słowach wyjaśnił 

działanie silnika rakietowego i opowiedział o lotach kosmicznych.

- Byłam małą dziewczynką, gdy „Apollo” wylądował na Księżycu, ale świetnie to 

pamiętam - uśmiechnęła się Emilie.

- Neil Armstrong był przez jakiś czas ulubionym bohaterem wszystkich chłopców - 

dodał Zane.

To był świat zadziwiających możliwości. Andrew poczuł, że kręci mu się w głowie na 

myśl o zwykłych śmiertelnikach, podróżujących do nieba w ognistej rakiecie i lądujących na 

srebrzystej powierzchni Księżyca.

- A jak poruszacie się na co dzień? - zapytał. - Też w tych swoich... rakietach?

- Są różne sposoby - odpowiedziała Emilie, przysiadając na kamieniu. - Niektórzy 

ludzie chodzą do pracy pieszo, ale większość jeździ.

- Końmi?

- Nie, samochodami - wtrącił Rutledge.

McVie w milczeniu słuchał, jak opisuje metalowe pojazdy.

background image

- Mam wrażenie, że próbujesz mnie nabrać.

- Mówi prawdę - zapewniła go Emilie. - Cały kraj jest pokryty siecią dróg i można 

dojechać, gdzie tylko się chce. _ Wydobyła z torebki sztywny, lśniący prostokąt. - To jest 

prawo jazdy - powiedziała, podając mu dokument. - Trzeba zdać egzamin, po czym wolno już 

prowadzić.

- Co to za materiał? - zapytał McVie, skrobiąc paznokciem laminowaną powierzchnię.

- Plastyk - odrzekł z uśmiechem Zane. - Wszędzie go pełno.

-   To   pani   portret,   panno   Emilie   -   powiedział   Andrew,   przyglądając   się   zdjęciu.   - 

Bardzo dobry malarz.

- To nie jest obraz, tylko fotografia - sprostowała. Zane rozpoczął wykład na temat 

zasad fotografii, ale Andrew miał już dość.

- Czas ucieka. Musimy iść dalej.

- Starczy tych mądrości, profesorze Rutledge - zaśmiała się Emilie.

- On nie oddał ci prawa jazdy - przypomniał jej Zane, gdy już ruszyli w dalszą drogę.

- Nie sądzę, abym go potrzebowała. Jeśli dzięki temu łatwiej nam uwierzy...

- Przecież pewnego dnia wrócimy - powiedział z naciskiem.

- Nie sądzę.

- To nie jest nasz świat.

- Mów za siebie.

- Bądź szczera, Emilie. Widziałem twoją minę, gdy rano szłaś w krzaki. Wolałabyś 

sedes z porcelany, kafelki i bieżącą wodę.

- Jeśli nawet, to co z tego? To niczego nie zmienia. Tu jesteśmy i tu zostaniemy.

- Spróbuję coś na to poradzić.

- Nie sądzę, aby ci się udało.

- Już raz nam się to zdarzyło, więc może zdarzyć się ponownie.

- Jeśli masz zamiar  znowu porwać balon na gorące powietrze,  to będziesz musiał 

poczekać jeszcze siedem lat, aż zostaną wynalezione.

- Możemy sami go zbudować.

- A może od razu rakietę? Moglibyśmy polecieć na Marsa.

- Proszę bardzo, byle tylko udało się nam stąd wyrwać.

Przyśpieszył, rzekomo po to, aby porozmawiać z Andrew. Emilie ciężko westchnęła. 

Zane   za   żadne   skarby  świata   nie   chciał   pogodzić   się   z   myślą,   że   w   ich   życiu   nastąpiła 

nieodwracalna zmiana. Przestał panować nad sytuacją, tak jak przedtem stracił kontrolę nad 

balonem. Wiedziała, że trudno mu to przyznać. Stare, znane reguły postępowania przestały 

background image

obowiązywać. Im prędzej nauczą się nowych, tym lepiej dla wszystkich.

- Koniec na dzisiaj? - spytała Emilie dwie godziny później, gdy McVie zatrzymał się 

przy skalistym zboczu, u podnóża którego płynął strumień. - Tutaj się zatrzymamy?

- Za tamtym krzewem jest niewielka jaskinia, w której możecie schronić się na noc.

- Jaskinia? - To dotychczas nie przyszło jej do głowy. - W jaskiniach śpią nietoperze.

- Może pokój w Holiday Inn dla pani? - zaśmiał się Zane.

- Och, bądź cicho - parsknęła. - Martwiłam się tylko o ciebie.

Nawet McVie zorientował się, że Emilie żartuje, choć przecież prawie jej nie znał.

- W lesie jest mnóstwo zwierzyny - powiedział. - Głód wam nie grozi.

Emilie uznała, że najwyższa pora przejść na wegetarianizm.

- Będę potrzebował pistoletu - wtrącił Zane. - Chyba że oczekujesz, iż złapię coś 

gołymi rękami.

McVie zatrzymał broń, ale podał mu nóż.

- Odchodzisz? - spytała dziewczyna, popatrując jednocześnie, jak Rudedge ostrożnie 

zatyka nóż za pasek od spodni.

- Wrócę przed świtem.

- Nie zawiedziesz nas, prawda? - upewniła się niespokojnie.

- Nie, panienko - zaręczył jej Andrew. - Na pewno wrócę.

Wyraz   twarzy   Emilie   był   dla   Zane'a   prawdziwym   policzkiem.   Wpatrywała   się   w 

odchodzącego   McVie'a,   dopóki   nie   znikł   za   drzewami,   po   czym   z   wyraźną   niechęcią 

spojrzała na eks - męża, który w tym momencie zrozumiał, że teraz nie on, lecz dzielny, 

osiemnastowieczny patriota zapewnia Emilie poczucie bezpieczeństwa. Zapragnął przekonać 

ją, że jest pod dobrą opieką.

- Jeśli obawiasz się głodu, to możesz się uspokoić. Poradzę sobie nawet ze złamaną 

ręką. - Zane zaliczył w swym życiu próby przetrwania w prymitywnych warunkach na Alasce 

i w Peru. W New Jersey ta sztuka nie powinna być trudniejsza, i to niezależnie od epoki.

- Tylko nie zabijaj zwierząt z mojego powodu - powiedziała Emilie, wskazując na 

piękne   jagody   i   grube   liście   szczawiu.   -   W   tym   lesie   można   znaleźć   więcej   owoców   i 

zieleniny niż w naszych sklepach spożywczych.

Zane odetchnął z ulgą. Zabijanie dla sportu nigdy nie sprawiało mu przyjemności. 

Wiedział, że potrafiłby zabić jakieś zwierzę, ale również wolał ograniczyć się do leśnych 

owoców.

Mimo to, przyglądając się, jak Emilie zbiera jagody, wcale nie czuł zadowolenia z jej 

samodzielności. Gdy powiedział, że to nie jest ich świat, napomknął zaledwie o możliwych 

background image

kłopotach.   Żadne   z   nich   nie   pasowało   do   tego   miejsca   i   tej   epoki,   ale   obawiał   się,   że 

dotychczas tylko on to sobie uświadomił.

- No dobra - mruknął Zane, dokładając ostatnie patyki do stosu. - Teraz brakuje nam 

jeszcze zapałki.

- Bardzo jesteś zabawny - odpowiedziała Emilie.

- Mam nadzieję, że masz w kieszeni zapalniczkę.

- A ty nie masz zapałek?

- Przecież nie palę - przypomniała mu. - Nie potrafisz inaczej wzniecić ognia?

- Nigdy nie byłem harcerzem - odciął się Zane.

- Wiele bym dał, żeby zobaczyć, jak ty trzesz patykiem o patyk.

- A masz lepszy pomysł?

- Inny, ale nie lepszy.

- Masz szczęście, że jesteś ze mną - powiedziała udając, że podwija rękawy. - Inaczej 

dawno byś zginął.

Zane nie odpowiedział na tę uwagę. Emilie pomyślała, że miała rację. Nie był w stanie 

tego przyznać, ale to ona stała się jego przewodniczką w nowym, dziwnym świecie, w jakim 

się znaleźli.

Zjedli jagody i trochę szczawiu, po czym napili się czystej wody ze strumienia.

- Nie wiem jak ty, ale ja mógłbym zamordować kogoś za podwójnego hamburgera - 

powiedział Rutledge, gdy usiedli przy ognisku.

- Jagody były wspaniałe - odrzekła Emilie, zaciskając z uporem usta.

- Albo pizza - ciągnął Zane. - Z salami i oliwkami.

- Szczaw był również pyszny - odparowała, starając się stłumić śmiech.

- Najlepiej krewetki po seczuańsku, zupa won - ton i lody na deser. Wszystkie smaki.

- Wygrałeś - poddała się dziewczyna. - Oddałabym wszystko za talerz chili i puszkę 

coca - coli.

- Do licha, co ci ludzie właściwie jedzą? - spytał Zane ze szczerym zainteresowaniem. 

- Jak i co gotują?

- Głównie nad paleniskiem. Wołowina, dziczyzna z rusztu, jajka, tłuszcz - wyjaśniła z 

uśmiechem Emilie.

- Jak widzisz, idealna recepta na zawał.

- Rzeczywiście - mruknął, sięgając po garść jagód.

- Teraz już wiem, czego mam oczekiwać.

- Nie jest jeszcze tak źle - spróbowała go pocieszyć.

background image

- Mogło być gorzej.

- Może mi wytłumaczysz, co masz na myśli?

- Mogliśmy oboje zginąć.

- W pewnym sensie to właśnie się stało - stwierdził Zane. - W każdym razie zniknął 

znany nam świat.

- A może nie? - powiedziała cicho. Wyczuła w nim gorycz samotności, która - jak 

podejrzewała - od dawna przepełniała jego duszę. - A może znaleźliśmy się dokładnie tam, 

gdzie powinniśmy być?

- Co za bzdura!

- Wcale tak nie myślę - ożywiła się Emilie. - Czy nie pomyślałeś nawet przez chwilę, 

że może to jest nasze miejsce?

- Wiem dobrze, gdzie jest moje miejsce - warknął Zane. - Z całą pewnością nie tutaj.

Ciemności   zapadły   szybciej,   niż   się   oboje   spodziewali.   Jednocześnie   zrobiło   się 

chłodno. W poszukiwaniu ciepła Emilie przysunęła się do ognia. Byli niezwykle dumni, że 

udało   się   im   podpalić   suche   próchno   krzesząc   iskry   za   pomocą   znalezionego   kawałka 

krzemienia i ostrza noża.

- Gdybym  tylko miała metalowy garnek, mogłabym  zagotować wodę na herbatę - 

westchnęła Emilie. Toaleta, kubek gorącej herbaty i już byłaby szczęśliwą kobietą. Tylko 

skąd wziąć herbatę?  Dalsze rozważania na temat trapiących  ją nieszczęść  przerwał Zane, 

zrywając się nagle na nogi.

- Właź do jaskini - rozkazał takim tonem, jakiego jeszcze nigdy nie słyszała.

-   Dlaczego?   -   spytała,   wyciągając   dłonie   w   stronę   ognia.   -   Jeśli   potrzebujesz 

samotności, możesz schować się za drzewa.

- Już! - Mężczyzna schwycił ją za ramię i poderwał z ziemi.

Emilie pokuśtykała w stronę jaskini, zastanawiając się jednocześnie, co też go opętało. 

Kucnęła   przy  wejściu   i   uważnie   wsłuchała   się   w   dźwięki,   dochodzące   z   lasu.   Usłyszała 

pohukiwanie sowy i trzask łamanych gałęzi.

Czyżby to były odgłosy czyichś kroków? Może to Andrew? - pomyślała, zaplatając 

ciasno ramiona. A może niedźwiedź? Nawet za ich czasów żyły jeszcze w New Jersey. Emilie 

mogła   sobie   tylko   wyobrazić,   ile   ich   buszowało   w   okolicznych   lasach   przed   rewolucją 

przemysłową.

Zane miał tylko nóż i na dokładkę mógł posługiwać się wyłącznie lewą ręką. W takich 

okolicznościach nie miał  szans  w starciu z niedźwiedziem.  Dziewczyna  rozejrzała  się po 

ciemnej   jaskini,   rozpaczliwie   poszukując   czegoś,   czym   mogłaby   mu   pomóc.   Chwyciła 

background image

kamień wielkości sporego melona i powoli wyszła na zewnątrz.

Z   ogniska   pozostał   już  tylko   stos   żarzących   się  węgli.   Emilie   miała   wrażenie,   że 

znalazła się w ciemnym lochu. Słyszała głośne bicie własnego serca. Na próżno usiłowała 

odgadnąć, w którą stronę skierował się Zane.

Wokół panowała zupełna cisza, nawet sowa przestała pohukiwać.

Emilie była tak spięta, że niemal przestała oddychać. Gdzie jesteś, Zane? - powtarzała 

w myślach. W jaskini siedziała nie dłużej niż dwie lub trzy minuty. Przez ten czas nie mógł 

odejść daleko. Chyba że...

Nagle ktoś poklepał ją po ramieniu. Krzyknęła ze strachu i zaskoczenia.

- Do diabła, co ty tu robisz? - warknął Zane. - Przecież kazałem ci zostać w jaskini.

- Myślałam, że możesz potrzebować pomocy.

- Zamierzałaś zdzielić niedźwiedzia w łeb tym kamieniem?

- Miałam taki pomysł.

- Następnym razem rób to, co ci każę.

-   Wybij   to   sobie   z   głowy   -   prychnęła   Emilie.   -   Przypuszczam,   że   według   ciebie 

znacznie bardziej sensowna jest wyprawa na niedźwiedzia z nożem w złamanej ręce?

- Jeśli będę potrzebował pomocy, sam cię poproszę - odrzekł Rutledge, ciągnąc ją do 

jaskini.

- Na litość boską - jęknęła. - Nie chciałam urazić twojej męskiej godności.

- I nie uraziłaś - Zane usiadł na kamieniach. - Ale zachowałaś się jak wariatka.

- Gdyby nie twoja ręka, dostałbyś kopniaka za tę uwagę.

- Nigdy nie brakowało ci oryginalności, Em. Inna kobieta płakałaby ze strachu w swą 

haftowaną chusteczkę, ty zaś ruszyłaś na niedźwiedzia z kamieniem w ręce.

- Czy to ma być komplement? - spytała, również siadając na skale.

- A jak myślisz?

- Nie jestem pewna.

- No więc tak.

- Dziękuję - Emilie urwała na chwilę. - Co to był za hałas?

Zane wymamrotał coś pod nosem.

- Co takiego?

- Skunks - powiedział głośniej. - Niewiele brakowało, ale byłem od niego szybszy.

- Łaska Opatrzności - skrzywiła wargi w ironicznym uśmiechu.

Zane zaśmiał się zupełnie tak samo, jak dwa dni wcześniej, wtedy gdy udało mu się 

pobudzić jej zmysły.

background image

- Wiesz, dotąd mi nie powiedziałaś, czy pojechałabyś ze mną na Tahiti - powiedział.

- Już nigdy się nie dowiesz - uśmiechnęła się Emilie.

- No, przyznaj się. Nie będę trzymał cię za słowo, gdy wrócimy do siebie.

- Jesteśmy u siebie, Zane - odrzekła cicho.

- Mów wyłącznie w swoim imieniu.

- Wydaje mi się, że nie masz wyboru.

- Zawsze można wybierać, Emilie.

Ta uwaga podziałała na nią otrzeźwiająco. Okoliczności mogą się zmieniać, ale ludzie 

pozostają tacy sami. Zane nigdy nie był  i nie będzie mężczyzną, z którym  kobieta może 

wiązać swe życie. Kiedy tylko odzyska równowagę, z pewnością wyruszy na poszukiwanie 

osiemnastowiecznego odpowiednika Tahiti.

Mężczyzna przysunął się do niej.

- Robi się chłodno - zauważył.

- Mhm - mruknęła. Choć był koniec lipca, trzęsła się z zimna.

- Co będzie, jeśli McVie nie wróci?

- Na pewno wróci - odrzekła. - Dał nam słowo.

Zane zrezygnował z cennej uwagi, iż wielu ludzi daje słowo, ale tylko bardzo nieliczni 

starają się go nie złamać. Emilie miała już prawie trzydzieści lat. Jeśli dotychczas nie poznała 

takich elementarnych prawd, to najwyższa pora, aby doświadczyła ich słuszności na własnej 

skórze.

- Dziś rano McVie wysunął  interesującą propozycję  - powiedział  Zane.  - Według 

niego powinniśmy udawać, że jesteśmy małżeństwem.

- Zapewne ma rację - odpowiedziała po chwili Emilie. Dobrze, że było ciemno, bo 

czuła,   że   się   rumieni.   -   W   tych   czasach   kobiety   nigdy   nie   podróżowały   samotnie.   Czy 

Andrew... Czy powiedziałeś mu prawdę?

- Że byliśmy małżeństwem? Oczywiście.

- Och, Boże - ukryła twarz w dłoniach. - Co on sobie o mnie pomyśli? Przecież dla 

niego rozwód to rzecz wprost niesłychana!

- Co cię to w ogóle obchodzi? To nie jego sprawa.

- Pewnie, musiałeś mu powiedzieć - westchnęła Emilie. Wiedziała, że opinia McVie'a 

nie powinna mieć dla niej znaczenia, ale jednak miała.

- Cieszę się, że choć raz się ze mną zgadzasz - odrzekł Zane znaczącym tonem.

-   Ciekawe,   co   według   niego   powinniśmy   zrobić,   jeśli   zatrzymamy   się   gdzieś   w 

zajeździe.

background image

- Skoro mamy udawać małżeństwo, to powinniśmy mieszkać razem.

- Czy to ty podsunąłeś mu ten pomysł? - zmierzyła go ostrym spojrzeniem.

- Chyba żartujesz - Zane wydawał się mówić szczerze, ale Emilie żałowała, że nie 

widzi jego twarzy.

- Musimy ustalić pewne reguły - powiedziała, usilnie starając się zapomnieć o ich 

niedawnej wspólnej nocy. - Będziemy dzielić pokój, ale nie łóżko.

Nic nie odpowiedział.

- Słyszałeś, co powiedziałam?

- Tak.

- To czemu nie odpowiadasz?

- A co mam odpowiedzieć?

- Że zrozumiałeś, co powiedziałam.

- Nie zrozumiałem.

-   Nie   jesteśmy   sobie   przeznaczeni   -   wyjaśniła   Emilie.   -   Gdybyśmy   pozostali   w 

naszych   czasach,   poszlibyśmy   każde   w   swoją   stronę.   Nie   zamierzam   poddawać   się 

okolicznościom, w jakich się znaleźliśmy.

- Nie martw się - parsknął Zane, tracąc nadzieję, że uda mu się ją uwieść. - W moim 

towarzystwie twoja cnota jest bezpieczna.

- To dobrze.

Emilie wyciągnęła się na kamieniach, używając ramienia zamiast poduszki.

Zane oparł się plecami o ścianę jaskini i zamknął oczy.

Minęło sporo czasu, nim usnęli.

background image

7

- Szczęśliwej drogi, Andrew - powiedziała piersiasta, ciemnowłosa dziewka, podając 

mu paczkę. - Nie zapominaj o nas.

McVie podziękował jej i serdecznie ucałował.

- Do widzenie, Prudence. Z pewnością nie minie cię nagroda za twą szczodrość.

Zaśmiała się w odpowiedzi.

- Bądź tylko zdrów i cały, na niczym więcej mi nie zależy. - Otworzyła drzwi. - Teraz 

zmiataj. Jestem dziewczyną pracującą, mój chłopcze, a ciebie nie stać na moje łaski.

- Bądź miła dla Anglików. Szczęśliwi ludzie zapominają o ostrożności.

- A może następnym razem? - szepnęła Prudence, całując go w usta.

- Z pewnością - obiecał, oddając pocałunek.

Jak dotychczas, wszystko układało się wspaniale. Prudence dokonała prawdziwego 

cudu,   wynajdując   odpowiednie   ubranie   dla   panny   Emilie.   Dała   mu   również   poszwę   od 

poduszki, wypełnioną rozmaitymi rzeczami, podobno niezbędnymi każdej kobiecie.

Andrew był zbyt przejęty myślami o dziwnych wynalazkach, o których opowiedział 

mu Zane, aby cieszyć się wdziękami Pru. Jedząc baraninę i popijając piwo spytał dziewczynę, 

czy gotowa byłaby uwierzyć, że człowiek będzie kiedyś latał jak ptak. Prudence śmiała się 

tak, że aż dostała czkawki.

Ustąpił z drogi, aby przepuścić jakiegoś człowieka na koniu. Spod kopyt unosiły się 

kłęby kurzu.

Rutledge twierdził, że w jego czasach ludzie podróżują, wykorzystując energię małych 

wybuchów. Narysował nawet na piachu prostokątne pudło spoczywające na czterech kołach. 

Andrew długo wpatrywał się w rysunek, usiłując sobie wyobrazić tysiące takich urządzeń, 

poruszających się z zupełnie niewyobrażalną prędkością.

Emilie   i   Zane   opowiadali   takie   niesamowite   i   fantastyczne   historie,   że   właściwie 

powinien zaprowadzić ich do domu dla umysłowo chorych na Manhattanie.

A może to ty powinieneś tam trafić? - mruknął do siebie, zbliżając się do tawerny. Nie 

miał najmniejszego powodu, aby im wierzyć. Dotąd nie natrafił na żaden dowód istnienia 

spisku na życie Jego Ekscelencji, Generała Washingtona. Był zresztą przekonany, że generał 

przebywa wśród swych żołnierzy na Long Island, ponad sto mil od środkowego New Jersey.

Tylko jedno budziło w nim niepokój. Zamiast cieszyć się, że zasłuży na wzmiankę w 

przyszłych podręcznikach historii, Andrew myślał o tym z pewną niechęcią. Panna Emilie 

powiedziała, że nie zachowały się żadne informacje o jego losach po udaremnieniu zamachu 

background image

na życie generała. Mogło to znaczyć, że później znajdzie się na marginesie wydarzeń lub że 

wkrótce stanie mu się coś złego.

To, co trudno przewidzieć, zawsze budzi niechęć. Kierując siatką szpiegów, Andrew 

przywykł   uważać   każdą   niespodziankę   za   potencjalne   zagrożenie,   dlatego   tym   bardziej 

dziwiła go ufność, z jaką potraktował tych dwoje obcych ludzi.

W tawernie „Pod Czarnym Smokiem” było pełno ludzi. W powietrzu wisiał gęsty dym 

z fajek i cygar, a ze smrodem tytoniu mieszał się zapach whisky, piwa i potu. Po sali uwijały 

się dziewczyny  w wyzywających  strojach, podając gościom kufle z piwem i rozdzielając 

obiecujące uśmiechy. Andrew rozejrzał się w poszukiwaniu swojego człowieka. Wymienili 

spojrzenia, po czym McVie usiadł przy najbliższym stoliku.

- Dobry wieczór - powitała go bystra dziewczyna z wielkimi, niebieskimi oczami i 

obfitym biustem. - Co podać?

- Kufel piwa i trochę sera - zamówił, zerkając na człowieka, z którym miał się spotkać. 

- I ciemny chleb.

Dziewczyna   pobiegła   do   kuchni.   Andrew   wstał   z   krzesła   i   dołączył   do   grupki 

mężczyzn,   rzucających   strzałkami   do   tarczy.   Po   drodze   przeszedł   tuż   obok   swojego 

człowieka, ale ten nawet na chwilę nie przestał żuć chleba z boczkiem. Unosząc do ust pajdę, 

aby ugryźć kolejny kęs, niemal niewidocznym ruchem odebrał od szefa mały zwitek papieru. 

Nawet on sam ledwo dostrzegł, że udało mu się już przekazać informacje i polecenia.

Dwie godziny później McVie zbliżał  się do lasu za miastem. Zrobił wszystko,  co 

mógł, aby dowiedzieć się czegoś o rzekomym spisku, ale nikt nic nie wiedział. Chwilami 

myślał, że tych dwoje tajemniczych podróżników mogło wymyślić tę historyjkę, ale w głębi 

duszy chciał im wierzyć.

Wszedł do lasu i odetchnął głęboko. Tu czuł się bezpieczniej niż w mieście. W głowie 

wirowały   mu   obrazy   ludzi   chodzących   po   Księżycu   i   pędzących   po   drogach   dziwnych 

urządzeń, z których  wydobywają  się kłęby dymu.  Przez dłuższą chwilę  wpatrywał  się w 

zielony banknot z podobizną generała. Paliła go ciekawość i pragnienie poznania przyszłości.

Od dnia, w którym stracił Elspeth i synka, Andrew wciąż podejmował się różnych 

ryzykownych   zadań,   rzekomo   z   powodu   wielkiego   patriotyzmu.   W   istocie   walka   o 

niepodległość kolonii była mu niemal obojętna. Stworzona przez niego siatka szpiegowska 

była niewątpliwie bardzo użyteczna dla patriotów, ale Andrew niezbyt często o tym myślał. 

Ryzykował życiem nie dla sprawy, lecz dlatego że nie miał nic do stracenia.

Bez trudu odnalazł miejsce, gdzie się rozstali. Ognisko wprawdzie już dawno zgasło, 

ale Andrew i tak z daleka wyczuł zapach dymu. Ciekawe, czy Emilie po prostu pstryknęła 

background image

palcami i wywołała ogień? - pomyślał. Niezbyt by się zdziwił, przecież przybyli oboje z epoki 

cudownych   wynalazków.   Dobrze   rozumiał,   dlaczego   Rutledge   buntuje   się   przeciw 

ograniczeniom, których sam zupełnie nie odczuwał.

Właśnie pierwsze promienie słońca oświetliły czubki drzew, gdy Andrew wślizgnął 

się do wnętrza jaskini. W środku panowały jeszcze zupełne ciemności. Po chwili dostrzegł 

jednak dwie sylwetki. Na ich widok poczuł w sercu ostre ukłucie bólu. Emilie leżała skulona 

obok Zane'a, z głową na jego piersi. Rutledge siedział oparty o ścianę, trzymając złamaną 

rękę na brzuchu.

Trudno byłoby zaprzeczyć, że pasują do siebie. Wydawali się zadowoleni, tak jakby...

Andrew odegnał od siebie takie myśli.

Zane zachował czujność nawet we śnie. Otworzył oczy i w ciemnościach dostrzegł 

McVie'a.

- Jak ci poszło? - spytał zaspanym głosem.

-   Nie   ręczę,   że   wszystkie   ubrania   będą   pasować,   ale   panna   Emilie   będzie   chyba 

zadowolona   -   odpowiedział,   rzucając   torbę   na   kamienie.   Raz   po   raz   spoglądał   na   piersi 

dziewczyny, unoszące się i opadające w miarowym oddechu. Od śmierci żony nie pragnął 

towarzystwa kobiety, ale ta wywarła na nim wielkie wrażenie. - O świcie wyruszamy do 

Princeton.

Zane   odprowadził   wzrokiem   McVie'a,   gdy   ten   wychodził   z   jaskini.   Wyraźnie 

odczuwał panujące między nimi napięcie i nie miał wątpliwości co do jego przyczyny.

Od pierwszej chwili dostrzegł, że Andrew jest zafascynowany Emilie. Zresztą, czy 

jakikolwiek mężczyzna nie zwróciłby uwagi na taką rudowłosą piękność? To było normalne, 

bardziej niepokojący był jej stosunek do bohatera, o którym czytała już w dzieciństwie.

W normalnych okolicznościach nie obawiałby się żadnej konkurencji, ale tutaj czuł się 

bezradny.   Jak   mógł   wytrzymać   porównanie   z   takim   człowiekiem?   Kiedyś   Zane   miał 

pieniądze, wolność i dostęp do wszystkich możliwych atrakcji, ale to wszystko szlag trafił.

Jego świat zniknął. Teraz żyli w świecie Andrew.

Przez trzydzieści cztery lata Zane żył po swojemu, nie wiążąc się z nikim i z niczym. 

Pozbawiony zdobyczy cywilizacji, czuł się zupełnie nagi. W życiu przyszło mu już unikać 

bomb i radzić sobie z innymi niebezpieczeństwami, ale nigdy jeszcze nie czuł się równie 

bezradny.

Nie mógł znieść myśli, że przestał panować nad swoim życiem i sytuacją, w jakiej się 

znalazł.   Złamana   ręka   wciąż   przypominała   mu,   że   nie   jest   wolny   od   ograniczeń,   jakim 

podlegają wszyscy ludzie. Jeszcze bardziej niepokoiło go zachowanie Emilie.

background image

Czy tego właśnie chciałaś, babciu? - spytał w duchu. Pomyślał, że Sara Jane pewnie 

śmieje się teraz z tarapatów, w jakich się znalazł. Czy to właśnie miałaś na myśli mówiąc, że 

są w życiu ważniejsze sprawy?

Czekał przez chwilę na odpowiedź, ale bez skutku.

Po   drodze   do   Princeton   Emilie   i   Zane   w   niemym   zdumieniu   podziwiali   piękno 

przyrody.   Gęsty   las   stopniowo   ustępował   miejsca   pofalowanym   łąkom,   pełnym   dzikich 

kwiatów,  oraz   niewielkim  sadom.   Co  chwila  przekraczali   niewielkie,   krystalicznie   czyste 

strumyki.

- Studiowałeś w Princeton - zauważyła Emilie.

- Ciekawe, czy poznajesz okolicę.

- Nie sądzę, aby znane mi knajpy były tak stare - odparł Zane. Nagle coś przyszło mu 

do głowy.

- Wiesz, Nassau Hall jest dość stare.

- Podobnie jak rezydencja gubernatora na Stockton Street...

- I Morven - dodał Zane kręcąc głową. Przez cztery lata niemal codziennie przechodził 

koło tych budynków i nigdy nie pomyślał, że mogą nabrać dla niego takiego znaczenia. Nagle 

zapragnął napić się whisky i o wszystkim zapomnieć.

- Przynajmniej teraz jesteśmy już odpowiednio ubrani - powiedziała Emilie. Miała na 

sobie zieloną suknię z ciasno zasznurowanym gorsetem. Zane zerknął na nią, przez chwilę 

zatrzymując spojrzenie na głębokim przedziałku między jej piersiami.

- Czy w tym stroju możesz oddychać? - zapytał.

- Z trudem - przyznała z przesadnym jękiem. - Ale i tak powinnam dziękować Bogu, 

że Andrew zdołał coś znaleźć.

- Czuję się jak idiota - warknął Zane.

-   Doskonale   wyglądasz   -   zapewniła   go.   McVie   nie   był   w   stanie   znaleźć   ubrania 

pasującego na mężczyznę wzrostu Rutledge'a, ale udało im się stworzyć znośnie wyglądający 

strój, łącząc resztki dwudziestowiecznego ubrania Zane'a z elegancką, przetykaną złotymi 

nitkami peleryną. Emilie sczesała mu włosy do tyłu i przewiązała czarną wstążką. Gdyby 

jeszcze udało się jej zmienić jego nastawienie, byłaby całkiem szczęśliwa.

- W tej cholernej pelerynie jest piekielnie gorąco.

- Jakoś przeżyjesz.

- Dobrze ci mówić.

- Żyjemy teraz w innym świecie - przypomniała mu. - Sama mam na sobie więcej 

ubrania niż zakonnica, a wcale nie narzekam.

background image

- To dlatego że lubisz takie zabawy.

- Nieprawda. Po prostu akceptuję rzeczywistość.

- Nie widzę różnicy.

- Wiem - westchnęła. - Na tym polega cały problem.

Do centrum miasta prowadziła Post Road, przedtem znana jako King's Highway.

- To chyba sen - westchnęła Emilie, patrząc szeroko otwartymi oczami na kłębiący się 

tłum ludzi i zwierząt. Mężczyźni w upudrowanych, białych perukach i kolorowych kaftanach 

z   brokatu   spacerowali   dostojnie,   starannie   unikając   kontaktu   z   osobami,   których   strój 

wyraźnie  zdradzał  niską pozycję  społeczną.  - Mam wrażenie,  że  znalazłam  się na  planie 

filmowym.

Minęli kuźnię i drukarnię. Po drugiej stronie ulicy znajdował się warsztat złotnika i 

pracownia peruk.

- Świeże cytryny, idealne na upał - zwróciła się do Emilie jakaś kobieta, podsuwając 

jej kosz pełen owoców. - Świeże, mąż przywiózł z Jamajki w ostatnią sobotę.

- Och, z przyjemnością - dziewczyna wyciągnęła rękę po złote kule.

- Dwa pensy za pół tuzina - powiedziała kobieta, odsłaniając w uśmiechu szczerby w 

uzębieniu. Emilie zerknęła na Zane'a, który tylko potrząsnął głową. Andrew patrzył na nią z 

nieprzeniknionym wyrazem twarzy.

- Przepraszam - powiedziała Emilie, odkładając cytryny. - Jednak nie mogę.

- To po co zawraca pani głowę uczciwej kobiecie pustymi obietnicami?! - rozzłościła 

się przekupka.

-   Naprawdę   chciałabym   kupić   parę   -   spróbowała   ją   uspokoić   Emilie.   Starała   się 

naśladować intonację sprzedawczyni. - Niestety, nie mogę sobie na to pozwolić.

- Oddam kosz cytryn za jedno z tych świecidełek - zaproponowała kobieta, patrząc na 

kryształowy wisiorek i złoty pierścionek Emilie.

Andrew chwycił dziewczynę za ramię i pociągnął w stronę karczmy „Pod Kogutem”.

- Proszę nie nawiązywać rozmów z przekupkami, panno Emilie - nakazał jej surowo. - 

Inaczej wkrótce straci pani wszystkie pieniądze i wartościowe przedmioty.

- Zupełnie jak w domu - westchnęła Emilie. - U nas to się nazywa pchli targ.

-   Dlaczego   pchli?!   -   zdziwił   się   Andrew.   Emilie   i   Zane   spojrzeli   na   jego   minę   i 

parsknęli śmiechem.

- To długa historia - powiedział w końcu Rutledge.

- Kiedyś ci wyjaśnię.

- Muszę tu załatwić  jedną sprawę - stwierdził  Andrew, wskazując karczmę.  - Jak 

background image

skończę, pójdziemy na farmę Josiaha Blakelee.

- Doskonale - ucieszyła się Emilie. - Wejdziemy z tobą - dodała.

- Nie - McVie zastąpił jej drogę.

- Nie bądź śmieszny, Andrew. Puść mnie.

- To nie wypada.

- Co nie wypada?!

- Nie wypada, abyś wchodziła do tej karczmy.

- Ponieważ jestem obca?

- Nie, ponieważ jesteś kobietą - wyjaśnił jej Zane, wyręczając Andrew.

Emilie zupełnie zapomniała o nierównym statusie obu płci w osiemnastym wieku.

- Mogę chyba... - zaczęła protestować.

McVie   pokręcił   głową.   Nigdy   jeszcze   nie   widział,   żeby   kobieta   tak   gwałtownie 

odrzucała oczywiste reguły postępowania.

- Bywają tam wyłącznie niewiasty, trudniące się szczególną profesją - wyjaśnił. Miał 

nadzieję, że Emilie zrozumie sens jego słów bez bardziej szczegółowych objaśnień.

- Och - westchnęła i pokręciła głową.

- Czy ty wiesz, o co chodzi pannie Emilie? - Andrew zwrócił się do Zane'a.

- Równe prawa - padła krótka odpowiedź.

-   Pojęcie   wprowadzone   przez   Kongres   Filadelfijski   zaledwie   parę   tygodni   temu   - 

Andrew odetchnął z wyraźną ulgą. - Słyszałem o tym.

- Oczywiście - mruknęła Emilie z wyraźnym  przekąsem. - Wszyscy mężczyźni są 

równi.

- Nie rozumiem, o co pani chodzi. Z pewnością w pani czasach pojęcie równości jest 

również szanowane.

Zane zaśmiał  się ironicznie.  Emilie odwróciła się gwałtownie w jego stronę. Była 

wściekła.

- Przestań! - zażądała. - Dobrze wiesz, o co mi chodzi!

- Wyzwolenie kobiet - powiedział Zane do McVie'a, który patrzył na nich szeroko 

otwartymi oczami. - Równa płaca za równą pracę.

- To ważny problem dla wszystkich mężczyzn - przyznał Andrew. - Ale z pewnością 

żony nie powinny domagać się zapłaty za prace domowe.

- W moich czasach kobiety nie zajmują się tylko praniem i gotowaniem - parsknęła 

Emilie. - Pilotują samoloty, prowadzą przedsiębiorstwa, a nawet rządzą całymi państwami.

Andrew roześmiał się głośno.

background image

- Zbyt późno się zorientowałem, że pani żartuje - wyjaśnił po chwili.

Emilie zacisnęła pięści, ale Zane wkroczył między swą byłą żonę i jej uwielbianego 

bohatera.

- Lepiej się zamknij, McVie - ostrzegł. - Ona ma świetny lewy sierpowy.

- W moich czasach kobieta rządziła Wielką Brytanią - dorzuciła jeszcze dziewczyna.

- Łatwo mogę w to uwierzyć - zgodził się Andrew.

- Już dwa wieki temu królowa Elżbieta odziedziczyła tron po swoim ojcu.

- No tak, później na tronie Anglii zasiadła jeszcze inna królowa Elżbieta - powiedziała 

Emilie. - Ale ona odgrywa czysto ceremonialną rolę. Myślałam o kimś innym.

- Ach, sprytna z pani dziewczyna - Andrew uśmiechnął się szeroko. - Ta królowa 

odgrywa ceremonialną rolę, a w istocie rządzi jej mąż, prawda?

- Nie - zaprzeczyła.  Zaczęła  już mieć wątpliwości, czy potrzebnie wdała się w tę 

dyskusję.   Byłaby   znacznie   szczęśliwsza   nie   wiedząc,   że   Andrew   McVie   jest   męskim 

szowinistą.   Oczywiście   nie   miała   zamiaru   tłumaczyć   mu   tego   terminu.   -   Anglią   rządzi 

parlament, na którego czele stoi premier. Od wielu lat tę funkcję sprawuje kobieta.

- Nie, to niemożliwe - pokręcił głową. Jak ona mogła sądzić, że wykształcony i obyty 

człowiek uwierzy w takie bzdury?

- To prawda - nalegała Emilie. Andrew ponownie spojrzał na Zane'a.

Rutledge   niemal   mu   współczuł.   Sam   miał   kłopoty   z   przyjęciem   wszystkich 

konsekwencji   uznania   równouprawnienia   kobiet,   a   przecież   przeżył   tę   rewolucję.   McVie 

musiał być zupełnie oszołomiony.

-   To   prawda   -   potwierdził.   -   Któregoś   dnia   pewnie   kobieta   zostanie   prezydentem 

Stanów Zjednoczonych.

-   Dość   już   tego   -   uciął   Andrew.   -   Załatwię   swoje   sprawy   i   przyjdę   po   was   - 

zapowiedział, po czym zniknął w karczmie.

- Biedaczysko - powiedział Zane patrząc, jak zamyka za sobą drzwi. - Nie mógł się 

doczekać, kiedy wreszcie uwolni się od nas. Ciekawe, czy jeszcze go zobaczymy?

- Czy byłam dla niego bardzo nieuprzejma?

- Zupełnie go zaskoczyłaś i oszołomiłaś.

- Nie mogę uwierzyć, że on może mieć taki stosunek do kobiet - westchnęła.

- Rozejrzyj się wokół, Em. Nie znajdziesz tu nigdzie pism dla wyzwolonych kobiet. 

Jeśli pragniesz równości, musisz poczekać jakieś sto pięćdziesiąt lat.

To   był   dla   niej   prawdziwy   cios.   Wiedziała,   że   kobiety   odegrały   ogromną   rolę   w 

amerykańskiej rewolucji. Mogła długo opowiadać historie żon, które ruszyły w pole w ślad za 

background image

swymi mężami, i matek ryzykujących życiem w imię walki o wolność dla swych dzieci.

Słuchając McVie'a, ktoś mógłby pomyśleć, że kobiety tylko siedzą przy kominku i 

oddają się marzeniom.

- Nie wszystko złoto, co się świeci, prawda? - spytał Rutledge z wyraźną ironią.

- Och, zamknij się - prychnęła, po czym ruszyła wzdłuż ulicy, rozpychając rybaków, 

ogrodników i handlarzy.

- Uważaj, jak idziesz - ostrzegł ją Zane. - Nie masz dokąd się śpieszyć.

Emilie   już   miała   coś   ostro   odpowiedzieć,   ale   w   tym   momencie   tuż   przed   nimi 

przebiegła kura, uciekająca co sił w nogach przed ujadającym psem. Dziewczyna zatrzymała 

się tak gwałtownie, że straciła równowagę i Zane musiał ją podtrzymać. _ Powiedziałem, 

żebyś uważała.

- Czy zwariowałam, czy też tu panuje taki sam ruch, jak w naszych czasach?

- Nie będę się spierał - odrzekł. Rozejrzał się wokół, po czym chwycił ją za łokieć i 

mocno ścisnął. - Nie oglądaj się, Em.

Otworzyła szeroko oczy. Chciała odwrócić się w stronę ulicy, ale Zane popchnął ją w 

stronę karczmy „Pod Kogutem”.

- Co się stało? - spytała.

- Ulicą idzie patrol żołnierzy. Nie spodziewam się po nich niczego dobrego.

Emilie koniecznie chciała się przyjrzeć żołnierzom, ale Zane jej nie pozwolił. Gdyby 

nie on, z pewnością wywołałaby widowisko.

- Patrzą na nas - powiedział, gdy zatrzymali się przed karczmą.

- Przecież nie robimy nic złego - oburzyła się. - Cóż mogą nam zrobić?

- Co tylko zechcą - odpowiedział krótko. - Czyż nie z tego właśnie powodu wybuchła 

rewolucja?

background image

8

Farma Josiaha Blakelee znajdowała się milę od miasta. Zbliżali się do zabudowań. W 

zagrodzie   przy   stodole   kłębiły   się   owce,   na   pobliskiej   łące   pasło   się   spore   stado   krów. 

Pięćdziesiąt akrów gruntu to niezbyt dużo, ale dość, aby żyć dostatnio.

W   samym   środku   zabudowań   stał   dwupiętrowy,   drewniany   dom   mieszkalny,   bez 

malowanych okiennic i typowych doniczek z kwiatami. Całość ozdabiały wyłącznie rosnące 

przy drzwiach krzaki róż. Gdy zbliżali się do domu, Emilie czuła, że ze zdenerwowania drżą 

jej ręce.

Andrew niewiele im powiedział na temat swych związków z Blakeleem, ale domyślili 

się, że Josiah należy do jego szpiegowskiej organizacji. Wiedzieli również, że gdzieś zniknął, 

ale na tym kończyły się ich informacje.

Nim   zapukali   do   drzwi,   Andrew   zatrzymał   się   na   chwilę.   -   Będzie   lepiej,   jeśli 

będziecie udawać, że jesteście małżeństwem.

-   Już   o   tym   rozmawialiśmy   -   powiedział   Zane.   Pamiętał   o   osiemnastowiecznych 

obyczajach i był gotów odegrać wymaganą rolę. Zerknął na byłą żonę. Na szczęście tym 

razem nie zaczęła protestować.

- Powinniście starać się sprawić jak najbardziej przeciętne wrażenie - dodał jeszcze 

Andrew.

- Nie martw się - uspokoiła go Emilie. - Będziemy uważać.

-   Nie   jestem   pewien,   czy   potrafię   udawać   -   powiedział   Zane,   odprowadzając 

wzrokiem wchodzącego po schodkach McVie'a.

- Ja dam sobie radę - Emilie przełożyła pierścionek z prawej ręki na lewą. - Udawaj, 

że jesteś wielkim, milkliwym typem i uważaj na moje wskazówki. Możesz... - urwała, bo 

nagle otworzyły się drzwi budynku i pojawiła się w nich niska kobieta o brązowych włosach, 

ubrana w prostą, beżową sukienkę. Na głowie miała biały czepek.

Pani Blakelee przez chwilę patrzyła na Andrew, po czym dostrzegła stojącego do niej 

plecami Zane'a.

- Och, Bóg jest miłosierny! - wykrzyknęła, zbiegając po schodkach. - Josiah!

- Nie, Rebeko - McVie chwycił ją za ramię. - To nie Josiah.

Zane odwrócił się do gospodyni. Z twarzy kobiety szybko zniknął radosny wyraz.

- Miałam nadzieję, że Josiah przyjdzie z tobą.

- A ja miałem nadzieję, że zastanę go w domu - odrzekł mężczyzna. - Wygląda na to, 

że oboje jesteśmy skazani na rozczarowanie.

background image

- Minęło już dziewięć tygodni i nie miałam od niego ani słowa - westchnęła ciężko 

Rebeka, ocierając oczy fartuchem.

- Na pewno żyje - zapewnił ją Andrew i niezręcznie poklepał po ramieniu. - Inaczej 

być nie może - dodał, myśląc jednocześnie o koszmarnych brytyjskich okrętach więziennych, 

zakotwiczonych w Wallabout Bay. Odpędził od siebie te myśli.

Z wnętrza domu wyszedł na ganek mniej więcej trzyletni chłopczyk, trzymając w ręku 

drewniane kółko. Rebeka była zbyt zdenerwowana, aby zwrócić na niego uwagę, choć malec 

szarpał ją za suknię. Przez frontowe okno dotarł do nich płacz niemowlaka. Emilie wyobraziła 

sobie,   jak   ciężkie   musi   być   życie   samotnej   kobiety,   dźwigającej   na   swych   barkach 

odpowiedzialność za dzieci i farmę.

Andrew szepnął coś do Rebeki, która kiwnęła głową, po czym spojrzała na Emilie i 

Zane'a.

- To pani Emilie Rutledge. Spotkałem ją w okropnej sytuacji i zaoferowałem pomoc, 

dopóki jej małżonek nie wydobrzeje.

Zane   rzucił   mu   ostre   spojrzenie.   Małżonek!   Wydobrzeje!   Zupełnie   jakby   był 

kanarkiem, który złamał skrzydełko. Już miał coś odpowiedzieć, ale eks - żona wymierzyła 

mu lekkiego kuksańca w żebra, co skłoniło go do opamiętania się.

- Postaramy się być dla pani pomocą, a nie ciężarem - powiedziała Emilie, wysuwając 

się o krok do przodu.

- Na chrzcie dostałam imię Rebeka - powiedziała gospodyni, a na jej miłej twarzy 

pojawił się uśmiech.

- Oto mój mąż - przedstawiła Emilie, lekko się zacinając przy ostatnim słowie. - Ma 

na imię Zane.

Rutledge skłonił głowę i uśmiechnął się do pani Blakelee. Emilie przyglądała się z 

rozbawieniem i pewną irytacją, jak na policzkach ich gospodyni pojawiły się rumieńce. W tej 

chwili Rebeka wydawała się niemal ładna.

- Zane - powtórzyła z pewnym zdziwieniem. - A co to za imię?

- Tradycyjne w naszej rodzinie - wyjaśnił spokojnie Rutledge. Emilie odetchnęła z 

ulgą. Na szczęście zrezygnował z opowiadania prawdziwej historii swojego imienia.

- Przykro mi, że gościcie w moim domu w okresie takiego zamieszania - powiedziała 

Rebeka.   W   jej   brązowych   oczach   zalśniły   łzy.   -   Bez   Josiaha   trudno   mi   wszystkiego 

dopilnować.

W ich domu dwukrotnie kwaterowali żołnierze, raz brytyjscy, raz amerykańscy. Ani 

jedni, ani drudzy nie wykazali żadnej troski o farmę i jej mieszkańców.

background image

- Potrzeba nam noclegu - rzekł Andrew. - Rutledge ma złamane ramię, a pani Emilie...

- Nic więcej nie mów - przerwała mu gospodyni. - Mój mąż bardzo cię szanuję. To dla 

mnie zaszczyt, że mogę was gościć.

Rebeka Blakelee okazała się bardzo praktyczną kobietą. Już parę minut po przyjęciu 

gości pod swój dach zapędziła Andrew i Zane'a do roboty, każąc im przynieść drewno i parę 

wiader wody. Emilie natychmiast po wejściu do salonu podeszła do kołowrotka, stojącego w 

pobliżu kamiennego kominka. Obok wygodnego fotela stał na podłodze kosz z robótkami, a 

na drugim fotelu leżał stos skrojonych mundurów. Na stole leżało kilka gotowych oficerskich 

kaftanów.

-   Dobrze   sobie   radzę   z   kołowrotkiem   -   powiedziała   Emilie.   -   Będę   szczęśliwa, 

gdybym mogła pani pomóc.

- Moja córka będzie zachwycona, gdy dowie się o tej propozycji - odrzekła Rebeka. - 

Nie mogę jej zapędzić do przędzenia.

W tym momencie, szumiąc kwiecistymi spódnicami, wbiegła do salonu ciemnowłosa, 

śliczna szesnastolatka.

- Jak mam wyhaftować bieliznę do wyprawy, jeśli przez cały czas jestem uwiązana do 

tego koła?

-   To   Charity   -   powiedziała   gospodyni,   potrząsając   głową.   -   Moje   najstarsze   i 

najbardziej wyszczekane dziecko. - Zwróciła się teraz do córki. - Pani Emilie z mężem będą 

przez jakiś czas u nas gościć.

Dziewczyna   przyjęła   tę   wiadomość   z   zupełną   obojętnością.   Typowa   nastolatka   - 

pomyślała Emilie. Pocieszające, że pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają.

- Charity ma wyjść za mąż za parę tygodni - wyjaśniła Rebeka patrząc, jak córka siada 

przy   oknie,   aby   skończyć   dziecięcą   koszulkę.   -   Wychodzi   za   bardzo   sympatycznego 

młodzieńca z dobrej rodziny,  z północy.  Miałam nadzieję, że Josiah... - nie dokończyła  i 

odwróciła się w stronę okna.

- Wszystko  będzie  dobrze - pod wpływem  impulsu  Emilie  objęła ją ramieniem.  - 

Jestem zupełnie pewna - dodała, jednocześnie pochylając głowę. Wydawało się jej, że słyszy 

płacz niemowlęcia. - Czy masz małe dziecko?

- Płacze, bo jest głodne. Pozwól, że naleję ci jabłecznika, a później pójdę nakarmić 

Aarona.

- Może ja to zrobię - zaproponowała Emilie, nim zdążyła pomyśleć. Przecież w tych 

czasach nie ma butelek i sztucznych odżywek. - To znaczy, sama naleję sobie jabłecznika.

Rebeka   nie   przywykła   do   tego,   aby   jej   goście   sami   się   obsługiwali,   ale   Emilie 

background image

nalegała. Chciała się dowiedzieć, jak naprawdę wyglądało życie w osiemnastym wieku. Przez 

tyle  lat była  dumna ze swojej wiedzy na temat  kolonialnej  Ameryki.  Teraz miała  okazję 

sprawdzić, czy jej pycha była uzasadniona.

Kuchnia   znajdowała   się   w   tylnej   części   domu.   Było   to   duże   pomieszczenie   z 

wysokim, wspartym belkami sufitem, a ogromny piec zajmował tu poczesne miejsce. Zgodnie 

z ówczesnymi zwyczajami, główny posiłek jadano w południe i w tej chwili ogień w piecu 

ledwo się tlił. Nad piecem, na wbitych w ścianę hakach, wisiały żelazne i miedziane garnki i 

rondle.

Jakie   to   wspaniałe   -   westchnęła   Emilie,   odrzuciła   głowę  do   tyłu   i   zaśmiała   się   z 

radości.

Zane stał w oknie na piętrze i przyglądał się polom. Wokół rozciągały się złociste łany 

pszenicy. Myślał o tym, jak od tysięcy lat ludzie żyli i umierali, trzymając się swojej ziemi, 

połączeni z nią tajemniczymi więzami krwi i marzeń.

Nigdy nie udało mu się zrozumieć pragnienia stabilizacji. Nie mógł tego pojąć ani 

wtedy, gdy żył w dwudziestym wieku, ani teraz, w osiemnastym.

Nie wiedział, jak to powinien rozumieć, ale po raz pierwszy w życiu czuł się tak, 

jakby coś stracił,  przy czym  to coś nie miało  nic wspólnego z szybkimi  samochodami  i 

egzotycznymi miastami.

Emilie siedziała w salonie na parterze, trzymając w ramionach malutkiego Aarona. 

Zane   i   McVie   przed   chwilą   wrócili   ze   stodoły,   gdzie   sprawdzali,   czy   wszystko   jest   w 

porządku. Gdy wchodzili do domu, zwrócił ich uwagę pogodny śmiech.

Andrew zatrzymał się w drzwiach i jak urzeczony wlepił wzrok w Emilie, trzymającą 

na rękach roześmiane dziecko. W tej scenie było coś tak intymnego, że Zane wolał nie patrzeć 

na swą byłą żonę. Odwrócił się i uciekł na górę.

Podejrzewał, że McVie wciąż stoi i patrzy na Emilie tak, jakby miała w rękach klucz 

do wszystkich tajemnic Wszechświata.

- I co ci do tego, Rutledge? - mruknął, przyglądając się sielankowemu pejzażowi. To 

wszystko nie miało dla niego znaczenia. Powinien tylko cierpliwie czekać, aż trafi się okazja 

powrotu do świata, który zostawił za sobą.

Znowu przed jego oczami pojawił się obraz Emilie z niemowlęciem przytulonym do 

piersi. Zawsze pragnęła dziecka. Zane dobrze o tym wiedział, choć ich małżeństwo nie trwało 

długo. Chciała żyć z pewną perspektywą przyszłości, podczas gdy on pragnął cieszyć  się 

każdą chwilą i nie myśleć ani o przyszłości, ani o przeszłości.

Dzieci potrzebują czegoś więcej niż tylko biologicznych rodziców. Potrzebują miłości 

background image

i opieki, którą mogą im dać tylko matka i ojciec. Dobrze wiedział z własnego doświadczenia, 

co się dzieje, gdy rodzice bardziej dbają o swoje przyjemności niż o potomka. Jeśli ktoś nie 

jest w stanie poświęcić dziecku wszystkich sił, nie powinien powoływać go do życia.

Na  myśl   o córce,  która  miałaby  oczy i  uśmiech   Emilie,  Zane   poczuł  w  piersiach 

dziwny skurcz.

Odwrócił się od okna i rozejrzał po pokoju. Bujany fotel, wąskie łóżko i półki.

W łóżku nigdy nie mieli żadnych kłopotów. Gdyby potrafili ze sobą równie dobrze 

rozmawiać,   jak   się   kochać,   to   w   tej   chwili   obchodziliby   szóstą   rocznicę   ślubu.   Zane 

nieoczekiwanie dla samego siebie pomyślał, że to hańba, iż dwoje ludzi, którym wszystko 

sprzyjało,  pozwolili,  aby szczęście  wymknęło  się im  z rąk i  nawet nie  spróbowali  o nie 

walczyć.

Rebeka   podała   solidną   kolację,   na   którą   złożyło   się   zimne   mięso,   ser,   chleb   i 

jabłecznik. Wraz z nimi do stołu zasiadła cała rodzina. Emilie ze zdumieniem odkryła, że 

szczupła Rebeka urodziła mężowi pięciu synów i córkę. Najstarszy, Isaac, miał już piętnaście 

lat i koniecznie chciał dołączyć do patriotów. Słuchał z rozdziawionymi ustami, jak Andrew 

opisuje sytuację wojskową na Long Island i w okolicach Harlem Heights.

- Generał Washington ma zaledwie dziesięć tysięcy żołnierzy przeciw prawdziwym 

hordom   Anglików   -   McVie   urwał   i   podniósł   do   ust   kubek   z   jabłecznikiem.   -   Port   jest 

zapchany ich okrętami.

- Niepodległość to przegrana sprawa - westchnęła ciężko Rebeka. - Takie cuda nigdy 

się  nie  zdarzają.  Było   głupotą  z  naszej   strony wierzyć,   że  zdobędziemy   wolność  samym 

wysiłkiem woli.

Isaac aż podskoczył na krześle.

- Zaciągnę się do wojska, mamo! Sam Pearce już jest w armii. Zobaczysz, że jeszcze 

wygonimy Anglików za ocean!

- Siedź na miejscu, ty głupcze! - skarciła go siostra. - Tata może nigdy nie wrócić. 

Musisz tu zostać i poprowadzić farmę.

- Mnóstwo żołnierzy zdezerterowało i wróciło do domów - zauważył Andrew. - Nie 

można porzucać ziemi, gdy zbliżają się żniwa, zwłaszcza że wkrótce będzie potrzeba więcej 

prowiantu.

Emilie   dostrzegła,   że   Rebeka   spojrzała   na   Andrew   z   wyraźną   wdzięcznością. 

Dotychczas   myślała,   że   każda   matka   pragnęłaby,   aby   jej   syn   wyróżnił   się   w   walce   o 

niepodległość. Ale ci ludzie przywykli myśleć równie Poważnie o zbiorach, jak o uwolnieniu 

się spod brytyjskiego panowania.

background image

- Żołnierze to straszna hałastra - zauważyła Charity zerkając na Zane'a, który jadł w 

zupełnym milczeniu. - Miesiąc temu wyłamali płot i bez słowa wyjaśniania zarekwirowali 

nasze konie.

- To byli Anglicy? - upewniła się Emilie.

- Nie, nasi - odpowiedziała dziewczyna. - Pięciu oficerów mieszkających u starego 

Whittakera. Ukradli cukier, mąkę i srebrne sztućce.

- To prawda? - zapytał Zane, patrząc na Rebekę.

-   To   jeszcze   nie   wszystko   -   potwierdziła   gospodyni.   -   Wszędzie,   od   Trenton   do 

Nowego  Jorku,  zdarzyły  się  okropne   rzeczy.   Dlatego  wszystkie   nasze  kosztowne  sprzęty 

zakopaliśmy w ogrodzie. Bez Josiaha nie czuję się bezpieczna.

Obie   strony   traktowały   rodzinę   Blakelee   nieufnie.   Zwolennicy   Anglików 

podejrzewali, całkiem słusznie, że Josiah jest szpiegiem, natomiast patrioci mieli mu za złe 

zbyt bliskie kontakty z wrogiem.

Nazajutrz Andrew pójdzie do Princeton, aby zebrać informacje. Poprzedniego dnia 

dostał interesujące wiadomości. Anglicy szykowali coś w Trenton, podczas gdy oddziały z 

Hesji przygotowywały się do przeprawy przez Hudson na północ. Andrew miał  już dość 

ciągłych spekulacji, które nie prowadziły do ostatecznej konkluzji.

Wciąż powracał myślami do historii, jakie mu opowiedzieli Emilie i Zane. Z całego 

serca pragnął porzucić świat, w którym tkwił, i zobaczyć na własne oczy, jak wygląda życie 

w dwudziestym wieku.

Zaraz po kolacji Emilie stwierdziła, że jest bardzo zmęczona i pójdzie się położyć.

-   Po   dzisiejszych   przeżyciach   z   pewnością   chciała'   byś   wziąć   gorącą   kąpiel   - 

zaproponowała Rebeka. Usłyszała przed chwilą tę samą historyjkę o wypadku na łodzi, w 

którą już uwierzył McVie.

- Muszę przyznać, że to wielka pokusa - odpowiedziała, z trudem powstrzymując 

ziewanie.

- Zaraz się wykąpiesz - obiecała Rebeka. - To jeden z niewielu luksusów, na jaki 

możemy sobie jeszcze pozwolić. Nie zrezygnuję z niego łatwo.

Amen - pomyślała Emilie. Pół godziny później rozkoszowała się już kąpielą.

Rebeka nakazała synom, aby zanieśli miedzianą wannę do pokoju i napełnili gorącą 

wodą.   Osobiście   wlała   do   niej   nieco   olejku   różanego,   którego   zazwyczaj   dodawała   do 

przygotowywanego w domu mydła. Emilie była szczerze wzruszona faktem, że gospodyni 

podzieliła się takim skarbem z kimś zupełnie obcym.

Miedziana wanna była tak mała, że można w niej było tylko siedzieć, a nie leżeć. 

background image

Mimo licznych prób Emilie nie zdołała jednocześnie zanurzyć kolan i ramion, ale niezbyt jej 

to   przeszkadzało.   Marmurowa   wanna   wielkości   basenu   nie   sprawiłaby   jej   większej 

przyjemności.

Zamknęła oczy. Bolały ją wszystkie kości i mięśnie. W ciągu ostatnich dwóch dni 

przeszła większy dystans niż w ciągu poprzednich dwudziestu lat. Zabawne - pomyślała - 

można   wiedzieć   niemal   wszystko   o   zwyczajach   i   historii   danej   epoki,   a   mimo   to   nie 

dostrzegać najbardziej podstawowych różnic.

Aerobic nie przygotował jej do życia bez samochodu. Nic dziwnego, że średni czas 

życia w osiemnastym wieku był znacznie krótszy niż w dwudziestym. Po prostu wtedy ludzie 

się potwornie męczyli.

Zupełnie nie mogła zrozumieć, jak Rebeka daje sobie radę z prowadzeniem domu, 

farmy i wychowywaniem szóstki dzieci, z których każde potrzebuje indywidualnej opieki. 

Sama często myślała, że chciałaby mieć dużą rodzinę. Od razu polubiła wszystkie dzieci 

Rebeki, poczynając od szykującej się do ślubu Charity, a na sześciomiesięcznym Aaronie 

kończąc.

Przypomniała sobie, jak trzymała go na rękach, a chłopczyk przyciskał swoje pulchne, 

dziecinne dłonie do jej piersi. I zapach! Czy ktoś potrafiłby się oprzeć zapachowi małego 

dziecka?  Emilie  wiedziała,  że to część planu  Matki Natury,  zapewniającego przedłużenie 

gatunku, ale nie miało to dla niej żadnego znaczenia.

Po   raz   kolejny   natura   wygrała.   Emilie   poczuła   takie   samo   gwałtowne   pragnienie 

dziecka, jakie przeżyła podczas krótkiego małżeństwa.

Wzięła głęboki oddech i spróbowała pomyśleć o czymś innym, na przykład o różach 

przed domem lub o weselu Charity.

Albo o pięknych, niebieskich oczach...

Nagle drzwi do pokoju otworzyły się jak na zamówienie i do środka wszedł Rutledge.

- Zane! - Emilie skrzyżowała ramiona na piersiach i spróbowała zanurzyć się głębiej w 

wannie. - Dlaczego wchodzisz bez pukania?

- Próbowałem zadzwonić - odpowiedział, siadając na brzegu łóżka. - Niestety, telefon 

nie odpowiada.

- Bardzo zabawne - rzuciła gniewnie. - Byłam tu pierwsza.

- Właśnie widzę - powiedział, obrzucając ją gorącym spojrzeniem.

- Podaj mi ręcznik - zażądała. - I przestań tak na mnie patrzeć. - Usiłowała zachować 

chłodną obojętność, ale z każdą sekundą stawało się to coraz trudniejsze.

- Tylko nie wychodź z wanny z mojego powodu - uśmiechnął się Zane. - Bardzo 

background image

podoba mi się ten widok. - Emilie nawet nie mogłaby sobie wyobrazić, jak bardzo.

-   O   tym   właśnie   mówię   -   powiedziała   surowo,   choć   w   tych   okolicznościach   nie 

przyszło jej to łatwo. - Tamtej nocy zrobiłam błąd i nie zamierzam go powtarzać.

- W pełni się z tobą zgadzam - zapewnił ją Zane, wyciągając się wygodnie na łóżku. - 

To McVie wymyślił, że mamy udawać małżeństwo, nie ja.

- Zgodziłeś się na to.

- Dlaczego miałbym się nie zgodzić? Przecież już rozebrałaś mnie do naga. Andrew 

pewnie pomyślał, że łatwo nam będzie udawać małżeństwo.

- I jeszcze powiedziałeś mu, że jesteśmy rozwiedzeni. Boże, co on sobie o mnie myśli! 

- jęknęła Emilie.

- A kogo to obchodzi, co on myśli?

- Nas. Przynajmniej powinno, jeśli chcemy, żeby nam pomógł.

- Jesteś pewna, że tylko o to ci chodzi?

- Nie rozumiem, co masz na myśli.

- Ten facet jest bohaterem twojej młodości, a na dokładkę ma o jakieś pięćdziesiąt lat 

mniej, niż powinien mieć bohater czytanek dla dziewcząt. Zastanów się nad tym.

- Doprawdy, Zane, mówisz jakieś głupstwa - odrzekła, udając nonszalancję.

- Myślę, że jesteś w nim zakochana.

- To śmieszne!

- Naprawdę?

- Z pewnością. - Emilie wstała i wyszła z wanny. Nim zdążyła okręcić się ręcznikiem, 

przez chwilę stała przed nim nago. Ku jej rozpaczy ręcznik okazał się kiepską zasłoną, ale 

przynajmniej zdołała zakryć brzuch i piersi.

- McVie to poważny facet i na dokładkę patriota - zauważył Zane. - Zawsze chciałaś 

kogoś takiego.

- Nie masz pojęcia, jakiego mężczyzny naprawdę pragnę.

- Wiem tylko, że właśnie patrzysz na tego, którego wcale nie chcesz.

Te słowa uraziły Emilie, choć sama nie wiedziała, dlaczego tak zareagowała.

-   To   idiotyczna   rozmowa   -   powiedziała,   sięgając   po   bawełniany   szlafrok,   który 

przygotowała dla niej Rebeka. - Mamy ważniejsze sprawy do omówienia. Na przykład, co 

zrobimy, gdy już przyjdzie pora zrezygnować z gościnności Rebeki?

- Spytaj McVie'a. Mam wrażenie, on tu decyduje.

Znowu. Zane najwyraźniej był o nią zazdrosny. Emilie nie mogła uwierzyć własnym 

uszom, ale to była prawda.

background image

- To my decydujemy - stwierdziła.

- Nie możesz zmienić historii.

-   Nie   mam   takiego   zamiaru   -   zapewniła   go.   -   Chcę   ją   tylko   lekko   popchnąć   we 

właściwym kierunku.

- Skoro to już historia, nie możesz interweniować.

- Czy przyszło ci kiedyś do głowy, że my również należymy do tego ciągu wydarzeń 

historycznych?

- Nie - odrzekł krótko. - Ani przez chwilę tak nie myślałem.

- Wszystko, co się dzieje, ma swoją przyczynę - stwierdziła Emilie, stając koło okna i 

czesząc włosy szylkretowym grzebieniem. - Jestem przekonana, że nie znaleźliśmy się tutaj 

przypadkiem.

- Nie ma żadnego wyższego powodu - powiedział Zane, zbliżając się do niej. - Po 

prostu tak się stało i teraz musimy znaleźć sposób, aby wrócić tam, gdzie jest nasze miejsce.

- Twoje miejsce jest na Tahiti - prychnęła, patrząc mu prosto w oczy. - Byłbyś tam 

teraz, gdybyś nie porwał balonu.

- Czy uważasz, że to zrządzenie losu?

- Uważam, że to było chwilowe szaleństwo.

- Nie powinnaś była uciekać - przyciągnął ją do siebie.

- Popełniłam błąd - powiedziała, próbując się uwolnić. - Nie powinniśmy zapominać o 

rzeczywistości.

- Mam wrażenie, że to wcale nie był błąd.

- Było nam dobrze, ale to niczego nie zmienia - stwierdziła Emilie. - Każde z nas 

pragnie osiągnąć w życiu coś innego, Zane. Nawet podróż w czasie nie może tego zmienić.

Zrozumiał, o co jej chodzi.

- Przespałbym się na sofie - powiedział - ale, niestety, tu takiej nie ma.

- Nie musisz spać na sofie. Zmieścimy się.

- Bardzo w to wątpię - odrzekł, mierząc wzrokiem wąskie łóżko.

- Małe, prawda?

Zane odpiął pasek od spodni.

- Co ty robisz?

- A jak myślisz?

-   Myślę,   że   zdejmujesz   spodnie   -   stwierdziła.   Boże,   czy   on   niczego   nie   potrafi 

zrozumieć? - westchnęła w duchu.

- To chyba najlepszy sposób na wzięcie kąpieli - oświadczył. - Czy woda jest jeszcze 

background image

ciepła?

Emilie kiwnęła głową.

- Doskonale. - Mimo złamanej ręki mężczyzna rozebrał się w rekordowym tempie. 

Złoty zegarek położył na parapecie. - Wyszorujesz mi plecy, Em?

- Zane, nie możesz się teraz kąpać.

-   Jestem   zmęczony,   spocony   i   śmierdzący   -   odpowiedział.   -   Jeśli   mamy   spać   w 

jednym łóżku, to muszę się umyć.

- Ale woda...

-   Jest   akurat   -   zapewnił   ją,   zanurzając   swe   wspaniałe   ciało   w   wannie.   Nagle 

zmarszczył brwi i wciągnął nosem powietrze. - Do diabła, co to za zapach?

- Róże.

- Z ogrodu?

- Z wody w wannie - wyjaśniła i zaczęła chichotać.

- Nabierasz mnie.

- Wcale nie. Rebeka dała mi trochę olejku różanego.

- Do licha, dlaczego mi nic nie powiedziałaś?

- Chciałam, ale nie słuchałeś.

- Cholera, będę pachniał jak grządka.

- Nikt nie zwróci na to uwagi.

Wyraz twarzy Zane'a był bardzo wymowny.

- Wyszorować ci plecy? - spytała Emilie niewinnym tonem.

Rutledg tylko warknął.

- Jedno warknięcie na tak, dwa na nie.

- Nie przeciągaj struny - ostrzegł ją.

Uklękła obok wanny i zamoczyła gąbkę.

- Nie wkładaj prawej ręki do wody - poradziła. - Lepiej, żeby łupki nie zamokły.

- Nic mnie to nie obchodzi.

- Chyba nie chcesz, żeby pachniały różami? Emilie z satysfakcją zauważyła, że Zane 

stara się nie zmoczyć  prawego ramienia. W całym  pokoju jedynym  źródłem światła była 

stojąca na nocnym stoliku świeca. Jej migoczący płomyk rzucał na ściany roztańczono cienie. 

Dziewczyna powoli zanurzyła gąbkę i przejechała nią po ramionach mężczyzny. Patrzyła w 

skupieniu, jak w świetle świecy błyszczą pojedyncze krople.

Poczuła nagle, że znów budzi się w niej pożądanie Zawsze tak było. Dźwięk jego 

głosu, dotknięcie ręki, włosy pachnące plażą i morskim powietrzem - to zawsze wystarczało, 

background image

aby rozbudzić w niej romantyczne pragnienia.

Gdybym tylko mogła przestać o nim myśleć - z westchnęła Emilie. Ta cała idiotyczna 

historia byłaby znacznie prostsza i łatwiejsza, gdyby go nie pragnęła. Nie mogła znieść myśli, 

że jest bezbronna i pragnie właśnie tego, czego nie może dostać.

Dzięki Bogu, że już go nie kocham - pomyślała. To, co czuła, było tylko pożądaniem.

- Cudownie to robisz - mruknął Zane, pochylając głowę do przodu. Emilie masowała 

mu napięte mięśnie ramion. - Teraz kark...

Jak zahipnotyzowana wpatrywała się w spływającą wzdłuż krzyża pojedynczą kroplę. 

Z trudem powstrzymała się, żeby nie zlizać jej językiem.

Tak, to jest dopiero życie - westchnął w myślach Rutledge. Ciepła kąpiel. Płonąca 

świeca.   Piękna   kobieta   i   pościelone   łóżko.   Miał   nadzieję,   że   wszystko   to   połączy   się   w 

harmonijną całość.

Po raz pierwszy od katastrofy balonu poczuł przypływ optymizmu.

- No, już - powiedziała Emilie, wstając z klęczek. - Czystszych pleców już nigdy nie 

będziesz miał. Idę do łóżka.

Myślał dokładnie o tym samym. Dotknięcie jej dłoni spowodowało, że miał w głowie 

tylko jedno.

Emilie uniosła kołdrę i położyła się na wąskim materacu. Zane zauważył, że nie zdjęła 

jasnoniebieskiego szlafroka i uśmiechnął się do siebie. Uwielbiał ją rozbierać.

Niestety, szeroko ziewnęła, skuliła się pod kołdrą i zaniknęła oczy.

- Zamierzasz spać? - spytał ze zdziwieniem.

- Oczywiście - przytaknęła, nawet nie podnosząc Powiek.

Dobrze ci  tak,  masz  zbyt  bujną wyobraźnię  - skarcił  się Zane.  Przecież  wyraźnie 

oświadczyła, że nie zamierza ciągnąć tego, co zostawili dwieście lat za sobą. Powinien był 

pamiętać, że jego eks - żona zwykle mówi dokładnie to, co myśli.

To wcale nie ułatwiało mu sytuacji. Pozostanie na swojej połowie wąskiego łóżka 

było teraz poważnym testem siły woli, a gdy chodziło o Emilie, Zane nigdy nie miał do siebie 

szczególnego zaufania.

- Umowa jest umową - mruknął, wychodząc z wanny.

- Mówiłeś coś? - spytała Emilie, patrząc jak stoi oświetlony migoczącą świecą.

-   Nie   -   zaprzeczył,   chwytając   małą   szmatkę,   która   w   tych   czasach   pełniła   rolę 

ręcznika. - Ziewałem.

- Mhm - mruknęła w odpowiedzi. Nie wydawała się przekonana. Przewróciła się na 

bok i zamknęła oczy. - Ostatni gasi świecę.

background image

Zane pomyślał, że zapowiada się długa noc.

background image

9

Od   wschodu   do   zachodu   słońca   na   farmie   panował   ożywiony   ruch.   Wczesnym 

rankiem Andrew i chłopcy ruszali w pole i wracali do domu tylko na krótkie posiłki.

Emilie   szybko   włączyła   się   w   rytm   prac   domowych,   które   należały   do   kobiet. 

Zmywała podłogi, cerowała skarpety i łatała spodnie. Pomagała Rebece w kuchni, gdzie już 

drugiego dnia doznała wstrząsu na widok leżącego na stole nie oskubanego kurczaka. Po raz 

kolejny uświadomiła sobie, że co innego wiedzieć, jak wygląda czyjeś życie, a zupełnie co 

innego doświadczyć go samemu.

Przez   cały   czas   czuła,   że   aby   podołać   sytuacji,   musi   Wytężyć   wszystkie   siły,   co 

wprawiało   ją   w   stan   nerwowego   podniecenia.   Po   tygodniu   pracy   na   farmie   nabrała   już 

przekonania, że dałaby sobie radę.

Niestety,   Zane   nie   potrafił   znaleźć   dla   siebie   miejsca.   Dzień   po   dniu   patrzył,   jak 

McVie   i   chłopcy   obrabiają   pola,   podczas   gdy   on   przesiadywał   na   ganku   i   na   próżno 

wypatrywał jakiegoś sygnału, który wskazałby mu drogę powrotną do jego świata.

Rozsadzała   go   energia,   dla   której   nie   mógł   znaleźć   ujścia.   Złamana   ręka 

uniemożliwiała rozładowanie wewnętrznego napięcia przy pomocy ciężkiej pracy, nie mógł 

też wskoczyć do swego porsche i ruszyć pełnym gazem przed siebie. Odgrywanie roli męża 

Emilie nie sprawiało mu kłopotu w ciągu dnia, ale w nocy, gdy leżeli tuż obok siebie, to 

zadanie stawało się znacznie trudniejsze. Paliło go pożądanie, którego nie mógł zaspokoić.

Był tak zdesperowany, że zaczął spać na podłodze. Emilie nie zaprotestowała. Zane 

spędzał całe dnie na rozmyślaniach i stopniowo wpadał w coraz większe przygnębienie.

Wszyscy wokół mówili ciągle o niepodległości, ale dla niego niezależność oznaczała 

przede  wszystkim  wolność  od problemów  finansowych.  Dotychczas  nigdy nie  musiał  się 

martwić   o   pieniądze.   Jego   rodzice   byli   ludźmi   zamożnymi   i   Zane   zawsze   korzystał   ze 

związanych   z   tym   przywilejów.   Nigdy   nie   rozumiał   troski   o   życie   codzienne,   która 

dominowała w życiu zwykłych śmiertelników. Któregoś dnia Andrew powiedział, że gdy tyl-

ko   Rutledge   wyzdrowieje,   będzie   wielką   pomocą   w   pracy.   -   Dorównujesz   wzrostem 

Josiahowi - powiedział. - On potrafi udźwignąć więcej, niż sam waży.

Zane pomyślał, że co innego ćwiczenia w siłowni, a co innego ładowanie siana.

Zastanawiał się czy nie mógłby zarabiać jako wróżbiarz, ale to była pewna droga do 

więzienia.   W   tym   momencie   niechcący   dotknął   swego   zegarka.   Nie   zgodził   się,   aby   go 

schować razem z biżuterią Emilie. Teraz miał go w kieszeni. Za pieniądze, jakie za niego 

dałem, można by pewnie wyżywić obecną armię Stanów przez cały rok - pomyślał. Niestety, 

background image

zegarek nie chodził.

- Chwileczkę - powiedział głośno do siebie. Czasy wprawdzie się zmieniły, ale złoto 

zawsze   ma   swoją   wartość.   Gdyby   przetopił   kopertę   i   bransoletkę,   zapewne   odzyskałby, 

przynajmniej na jakiś czas, finansową niezależność.

Pieniądze radykalnie zmieniłyby ich sytuację. Mógłby od razy odpłacić Rebece za 

gościnność, kupić konia, wóz i wrócić do latarni. Miał przeczucie, że jeśli w ogóle zdarzy im 

się   okazja   powrotu   do   swego   świata,   to   tylko   z   tego   miejsca,   w   którym   wylądowali   w 

osiemnastym wieku.

Andrew   był   w   równie   podłym   nastroju,   jak   jego   kolega   z   dwudziestego   wieku. 

Każdego   dnia   ciężko   pracował   na   farmie   Josiaha.   Co   noc   wymykał   się   z   domu,   aby 

skontaktować  się ze swymi  agentami.  Niestety,  stracił  kilku  cennych  współpracowników. 

Najpierw Blakelee, później Fleming. Również Miller i Quick byli już spaleni i musieli się 

ukrywać.

Pewne dokumenty wpadły w niepowołane ręce, zaś atrament sympatyczny okazał się 

niewystarczający,   żeby   zachować   tajemnicę.   Andrew   wiedział,   że   powinien   wprowadzić 

jakieś zmiany w systemie działania, ale nic nie przychodziło mu do głowy.

W Princeton krążyły plotki o ruchach wojsk brytyjskich na Long Island i anarchii, 

panującej   w  dolinie   rzeki  Hudson.  Ochotnicy z  Pensylwanii  i  New  Jersey złożyli  broń  i 

wrócili   do   domów,   aby   zająć   się   rodzinami.   Wszyscy   obiecywali   powrót   do   wojska   po 

zbiorach. McVie szczególnie usilnie starał się zdobyć jakieś informacje o spisku na życie 

generała Washingtona, ale niczego nie mógł się dowiedzieć.

Czuł   jednocześnie   ulgę   i   rozczarowanie.   Rzecz   jasna,   nie   chciał,   aby   generałowi 

groziło jakieś niebezpieczeństwo, ale jednocześnie pragnął, żeby wszystko, co powiedzieli 

Emilie i Rutledge, okazało się prawdą. Jeśli natomiast generał był bezpieczny, to czy mógł 

wierzyć w prawdziwość tych wszystkich fantastycznych historii, jakie opowiadali?

Andrew stracił sporo czasu myśląc o dziwnym stosunku, łączącym tych dwoje. Ta 

rudowłosa dziewczyna i Rutledge byli kiedyś małżeństwem. Stali przed ołtarzem i powtarzali 

te same święte słowa przysięgi, które połączyły go z Elspeth... Aż do śmierci... Tak sobie 

obiecali i wiedział, że tylko śmierć może sprawić, iż zapomni o ukochanej żonie.

W swoim życiu nie spotkał się jeszcze z rozwodem, choć jako prawnik wiedział, że 

jest to  możliwe.  Samo  pojęcie  wydawało  mu  się obce  i nieprzyjemne.  Nie wątpił, że  to 

Rutledge był winny, iż doszło do separacji. W tym człowieku było coś podejrzanego. Z całą 

pewnością brakowało mu stateczności, tak cenionej przez kobiety.

No, ale  oni pochodzą z innego świata  - przypomniał  sobie. W ich świecie  ludzie 

background image

oglądają ruchome obrazy na wielkich ekranach i zyskują fortuny, rzucając skórzaną piłkę 

przez   metalową   obręcz.   Może   w   takim   świecie   rozwód   nie   jest   czymś   nadzwyczajnym? 

Andrew nie mógł w to uwierzyć.  Przez chwilę zastanawiał się, jakie kłopoty ściągnął na 

głowę Emilie, zmuszając ją do dzielenia pokoju z mężczyzną, który złamał ich małżeńską 

przysięgę.

Jak to możliwe, że jakiś mężczyzna odwrócił się od tak pięknej kobiety?

Pewnego ranka, jakieś dwa tygodnie po ich przybyciu na farmę, Emilie wyrabiała w 

kuchni ciasto na chleb. Rebeka stała przy kuchni przygotowując obiad, zaś Aaron spał sobie 

spokojnie w kołysce pod oknem.

Isaac   z  dwoma  młodszymi  braćmi   wyszedł   do  pracy  w   polu.  Charity  siedziała   w 

salonie, pilnie szyjąc poszwy na poduszki do swego małżeńskiego łoża. Do ślubu pozostały 

już tylko dwa tygodnie.

Zane wyszedł, nim Emilie wstała. Trochę się niepokoiła, że nikt nie wiedział, gdzie on 

się   podziewa,   choć   w   zasadzie   nie   powinno   jej   to   obchodzić.   Dzielili   wprawdzie   ciasną 

sypialnię,   ale   ich   małżeństwo   pozostało   fikcją.   To   byłoby   trudne   do   zniesienia   nawet   w 

najbardziej sprzyjających okolicznościach. Dla nich, z uwagi na burzliwą przeszłość, obecna 

sytuacja powoli stawała się nie do wytrzymania.

Dla Emilie punktem zwrotnym była pierwsza noc na farmie. Niewiele brakowało, a 

uległaby pokusie, jednak starczyło jej siły woli. Dziwne, ale wcale nie czuła dumy z tego 

powodu.

Teraz  byli  dla siebie uprzejmi  i grzeczni,  ale to wszystko. Wprawdzie  za zasłoną 

chłodnych manier Emilie skrywała namiętne pragnienia, ale postanowiła, że im nie ulegnie. 

Nie   chciała   popełnić   ponownie   tego   samego   błędu,   co   kiedyś.   Wiedziała   już,   że   samo 

pożądanie to dla niej za mało: pragnęła miłości cielesnej i duchowej, domu i rodziny.

Wiedziała również, że Zane nigdy za tym nie tęsknił.

Zerknęła znad dzieży na śpiącego Aarona.

- Jesteś szczęśliwą kobietą, Rebeko - powiedziała, dzieląc ciasto na cztery porcje.

Rebeka spojrzała wpierw na nią, później na synka.

- Codziennie dziękuję Opatrzności - odpowiedziała szczerze. - Straciliśmy dwie córki, 

które zmarły na ospę trzy wiosny temu. Codziennie o nich myślę. Bardzo je kochałam.

- Czyżbyś nie zaszczepiła dzieci? - spytała Emilie bez chwili zastanowienia.

-   To   przecież   bardzo   bolesny   i   niebezpieczny   zabieg   -   Rebeka   była   wyraźnie 

zdziwiona. - Musielibyśmy pojechać do Filadelfii i długo czekać, żeby sprawdzić, czy nie 

zachorują.

background image

- Przepraszam - szepnęła Emilie, zła z powodu własnej bezmyślności. W dwudziestym 

wieku   łatwo   przyzwyczajali   się   do   zdobyczy   medycyny.   -   Przepraszam,   nie   musisz   się 

tłumaczyć.

- Ty też nie - odrzekła Rebeka - ale od dawna chciałam ci zadać pewne pytanie.

- Możesz mnie spytać, o co tylko zechcesz - zapewniła ją Emilie, ale od razu wbiła 

wzrok w ciasto.

Pani Blakelee wytarła dłonie w fartuch i podeszła bliżej.

- To sprawa nadzwyczaj delikatna, ale muszę o niej z tobą porozmawiać.

Boże - jęknęła w duchu Emilie. Czuła, że serce wali tej o żebra. Czyżby Rebeka 

zaczęła podejrzewać, że ona Zane nie są takimi ludźmi, za jakich się podają? Przytomniała 

sobie, że wycięła suwak ze spodni Rutledge'a zakopała go za stodołą wraz z kartą kredytową. 

Natomiast, o ile wiedziała, jej prawo jazdy miał Andrew. Pozostało tylko modlić się, żeby nie 

podzielił się sekretem z Rebeką.

- Mów śmiało - zachęciła ją. Zabrzmiało to trochę nazbyt uroczyście.

Rebeka poczerwieniała, ale jednocześnie wyprostowała się i spojrzała jej prosto w 

oczy.

- Chcę porozmawiać z tobą o Andrew. To wspaniały człowiek, zgodzisz się ze mną?

- Owszem - szepnęła Emilie, zupełnie zaskoczona, - Wydaje się człowiekiem honoru i 

prawdziwym dżentelmenem....

- On jest zakochany - przerwała jej Rebeka, unosząc dłoń.

-   Wspaniale!   -   ucieszyła   się   Emilie   i   odetchnęła   z   ulgą.   -   Komu   poświęcił   swe 

uczucia?

- Tobie - odparła krótko kobieta, marszcząc surowo brwi.

- Niemożliwe! - To absurd! Przecież jestem zamężna.

-   To   prawda,   ale   widziałam,   jak   on   na   ciebie   patrzy,   gdy   myśli,   że   nikt   go   nie 

obserwuje. Nie mam wątpliwości co do jego uczuć.

- Przecież on mnie prawie nie zna - Emilie przestała udawać. - To niemożliwe, aby 

pokochał mnie po tak krótkiej znajomości.

- Miłość kieruje się własnym zegarem. Jestem kobietą i znam się na tym. Andrew cię 

kocha.

- To okropne - jęknęła Emilie. - Z pewnością nie uczyniłam nic, aby go do tego 

zachęcić - zapewniła Rebekę i wytarła ręce w fartuch. - Muszę natychmiast go znaleźć i 

wyjaśnić to nieporozumienie.

- Nie! - Gospodyni chwyciła ją za ramię. - Nie możesz tego zrobić! Od dawna nie 

background image

widziałam   na   jego   twarzy   pogodnego   uśmiechu.   Byłby   bardzo   zakłopotany,   gdyby   się 

dowiedział, że odgadłyśmy jego myśli.

Andrew McVie, bohater jej dzieciństwa, zakochał się w niej! To niemożliwe.

-   To   z   pewnością   przelotna   fascynacja   -   powiedziała,   kręcąc   nerwowo   złoty 

pierścionek.   -   Przecież   on   wie,   że   Zane   i   ja...   -   Emilie   nie   dokończyła   zdania.   McVie 

rzeczywiście znał prawdę, i to całą. Jeśli - jak twierdziła pani Blakelee - rzeczywiście się w 

niej zakochał, to z pełną świadomością, że mogliby być razem.

- W ciągu paru lat Andrew bardzo się zmienił - stwierdziła Rebeka. - Od śmierci 

żony...

- On był żonaty? - Emilie poderwała głowę.

- Nie znałam Elspeth, ale z pewnością Andrew kochał ją i syna z całej duszy.

- Miał dziecko?

Rebeka kiwnęła głową. W jej brązowych oczach pojawiły się łzy.

- To był straszny pożar - westchnęła ciężko. - Oboje zginęli. Andrew stracił wszystko.

Emilie poczuła ciarki na plecach. Zatrzęsła się i skrzyżowała ramiona.

- Zastanawiałam się nad tym... - powiedziała. - Nigdy nie wspominał o rodzinie.

- Myślałam, że znacie się od bardzo niedawna - zdziwiła się nieco Rebeka.

Przez chwilę Emilie miała ochotę wyznać jej prawdę, powiedzieć nie tylko o tym, że 

jest rozwódką, ale również, że przybyła tu z dwudziestego wieku. Na szczęście opamiętała 

się, nim popełniła ten błąd.

-   Co   mam   teraz   robić?   -   spytała   obserwującą   ją   bacznie   kobietę.   -   Jak   mam   go 

traktować?

- Delikatnie. Bez surowości, ale i bez niepotrzebnych zachęt - w głosie Rebeki Emilie 

dosłyszała przyganę. Widocznie gospodyni uważała, że nie była bez winy.

- Ja... nie chcę mu sprawić bólu.

- To dobry człowiek - powtórzyła  gospodyni. Emilie wyjrzała przez okno. Z tego 

miejsca widać było pole, na którym pracował Andrew. Był tak daleko, że z trudem rozpoznała 

jego mocną sylwetkę. Odwróciła wzrok. Cos ściskało ją w gardle.

-   Twój   mąż   jest   bardzo   przystojny   -   zauważyła   Rebeka.   -   Jak   długo   jesteście 

małżeństwem?

- Pięć... nie, sześć lat - poprawiła się Emilie. - Tak, już sześć lat.

- Czas szybko biegnie.

- Szybciej, niż można sobie wyobrazić.

- Czy Bóg pobłogosławił cię dziećmi?

background image

- Jeszcze nie.

Rebeka spoważniała i poklepała ją po ramieniu pocieszającym gestem.

- Jesteś młoda. Jestem pewna, że dostąpisz tego błogosławieństwa.

- Niestety,  nie jestem już taka młoda - westchnęła Emilie z bladym  uśmiechem. - 

Niedługo skończę trzydzieści lat.

- Chyba żartujesz - Rebeka spojrzała na nią z niedowierzaniem.

- W grudniu będą moje trzydzieste urodziny.

- To niemożliwe!

- Rebeko! - oburzyła się Emilie. - Czy naprawdę tak źle wyglądam?

- Ależ skąd! Odwrotnie! Wyglądasz tak młodo... Nie mogę uwierzyć,  że masz aż 

trzydzieści lat... Myślałam, że mogłabym być twoją matką, a tymczasem jestem tylko trzy lata 

starsza.

Emilie zaprzeczyła, ale nie wypadło to zbyt przekonująco. Faktycznie, różnica w ich 

wyglądzie była uderzająca.

- Miałam lekkie życie - powiedziała wreszcie tonem usprawiedliwienia.

- Nie mogę powiedzieć tego o sobie - westchnęła Rebeka.

Praca na farmie i liczne porody postarzyły ją bardziej niż upływające lata. Emilie 

nagle   pomyślała   o   tym   wszystkim,   co   zostawiła   za   sobą.   Dlaczego   nigdy   przedtem   nie 

uświadomiła sobie, jak łatwe i lekkie stało się życie większości kobiet w dwudziestym wieku? 

Ciekawe,   co   powiedziałaby   Rebeka,   gdyby   usłyszała   o   automatycznej   pralce,   kuchence 

mikrofalowej i pigułkach antykoncepcyjnych.

Kiedyś to się skończy - pomyślała, ale wiedziała, że dla Rebeki i dla niej to marna 

pociecha.

Koniec   z   kosmetykami   od   Estee   Lauder   i   Elizabeth   Arden,   koniec   z   operacjami 

plastycznymi. Teraz znalazła się w znacznie surowszych warunkach. W tych czasach kobieca 

piękność mogła trwać równie krótko jak róża na mrozie. Emilie zawsze lubiła rozprawiać z 

lekceważeniem o pełnym próżności kulcie młodości i piękności fizycznej, ale teraz nadeszła 

godzina próby. Czy zdoła spokojnie patrzeć, jak szybko następują nieodwracalne zmiany na 

jej twarzy?

Dochodziła już druga, a Zane jeszcze się nie pojawił. Nikt nie miał pojęcia, dokąd 

mógł   pójść.   Emilie   chciała   zapytać   Andrew,   czy   może   coś   wie,   ale   przypomniała   sobie 

rozmowę z Rebeką i zrezygnowała z tego pomysłu.

McVie nie wrócił do domu na obiad. Zjadł coś na polu i dalej pracował.

Emilie, Rebeka i wszystkie dzieci zjadły razem gorące bułki i pieczeń baranią. Oprócz 

background image

Andrew brakowało jeszcze Isaaca, który również pozostał na polu. Charity i Rebeka miały do 

omówienia mnóstwo spraw w związku ze zbliżającym się weselem. Emilie została sama ze 

swymi gorzkimi myślami.

Malutki   Aaron   spał   w   kołysce   zadowolony   z   życia,   Benjamin   i   Stephen,   dwaj 

ośmioletni bliźniacy, wciąż ze sobą walczyli, a trzyletni Ethan opowiadał Emilie o swoim 

przyjacielu, Latającym Psie.

To był prosty posiłek wśród ludzi, których niemal nie znała, a jednak czuła w sercu 

ostre ukłucie zazdrości. Wydawało się, że pragnie rzeczy normalnych: własnego domu, męża, 

którego mogłaby kochać i dzieci, o które mogłaby dbać. Nigdy nie udało się jej zrealizować 

nawet najprostszych marzeń. Znalazła mężczyznę, o którym mogłaby śnić każda kobieta, po 

czym okazało się, że ma on w nosie życie rodzinne.

„On   cię   kocha”   -   przypomniała   sobie,   co   Rebeka   powiedziała   jej   o   Andrew. 

„Widziałam, jak na ciebie patrzy”.

Emilie nie mogła sobie wyobrazić rozpaczy, jaką przeżył Andrew po śmierci żony i 

dziecka. Teraz lepiej rozumiała wyraz jego oczu i melancholię, niemal nie znikającą z jego 

twarzy. Nic dziwnego, że całkowicie poświęcił się walce o niepodległość, skoro wszystko in-

ne straciło dla niego sens. To mężczyzna, którego mogłaby podziwiać każda kobieta: silny, 

lojalny, wierny...

Potrząsnęła głową, zdumiona swoimi myślami. Sama nie wiedziała, co się z nią dzieje. 

Przecież Andrew zupełnie jej nie pociągał, a w każdym razie nie w tak namiętny sposób, jak 

Zane.

A może  jednak powinna połączyć  swój los z losem mężczyzny,  który chciał tego 

samego co ona, to znaczy domu i rodziny? Może namiętna i dzika miłość jest ze swej natury 

skazana na klęskę? Z pewnością tak się skończyło jej małżeństwo z Zane'em. Gdy brali ślub, 

jej serce przepełniała nadzieja, ale wkrótce przekonała się, że przygody są ważniejsze dla 

niego od rodziny.

Po obiedzie Emilie pomagała sprzątać.

- Wydajesz się blada - zauważyła Rebeka. Przyłożyła dłoń do jej czoła. - Dobrze się 

czujesz?

- Jestem tylko zmęczona.

- Powinnaś odpocząć.

Pokręciła głową. W żadnym wypadku nie chciała siedzieć sama w pokoju i oddawać 

się przygnębiającym rozmyślaniom.

- Usiądę w ogrodzie i zajmę się szyciem.

background image

- A może jesteś w ciąży? - spytała poważnie Rebeka.

- Nie! - wykrzyknęła, po czym uśmiechnęła się nerwowo. Przypomniała sobie ostatnią 

noc w dwudziestym wieku. - To znaczy, nie wierzę, by to się stało.

-   Kiedyś   przecież   zajdziesz   w   ciążę   -   powiedziała   pani   Blakelee   z   nieśmiałym 

uśmiechem. Wyjęła Aarona z kołyski i zaczęła go przewijać.

Emilie uciekła, nim Rebeka zdążyła jeszcze coś dodać.

Znalazła sobie cieniste miejsce pod starą lipą i zabrała się do reperowania sterty ubrań. 

Drżącymi rękami sprawdzała odłożone do naprawy męskie koszule. Rebeka była praktyczną 

kobietą i wolała, aby wszystko było gotowe na powrót męża.

To był chyba najdziwniejszy dzień w życiu Emilie od chwili skoku w osiemnasty 

wiek. Najpierw sprawa Andrew, teraz sugestia, że jest w ciąży. Miała ochotę uciec i schować 

się gdzieś.

W tym momencie przyszło jej do głowy, że może to właśnie zrobił Zane.

Nikt nie mógł przewidzieć, co uczyni pod wpływem nienasyconego pragnienia coraz 

to nowych przygód. Od wczesnego dzieciństwa nie spędził zapewne równie długiego okresu 

w jednym miejscu. Jeszcze tydzień lub dwa i jego ramię będzie w porządku. Emilie wolała się 

nie zastanawiać, do czego skłoni go wtedy nieokiełznany temperament.

Niewątpliwe wciąż myślał o powrocie do dawnego świata. Pewnego dnia przyłapała 

go, jak kreślił coś patykiem na piasku.

- To nasz właz ratunkowy - odparł, gdy zapytała, co to takiego. Z trudem rozpoznała 

zarys balonu.

- Wspaniale - pochwaliła. - Musisz jeszcze tylko skonstruować zbiornik z propanem i 

będziemy gotowi do drogi.

Najwyraźniej Zane nie był w stanie pogodzić się z sytuacją, w której się znaleźli. W 

tej chwili równie dobrze mógł krążyć po okolicy w poszukiwaniu gondoli z wikliny i kilku 

tysięcy metrów kwadratowych jedwabiu.

- Rebeka powiedziała mi, że tutaj cię znajdę. Emilie drgnęła i ukłuła się igłą.

- Andrew! - Odruchowo włożyła palec w usta i wyssała krew. - Nakryłeś mnie.

- Nie słyszałem jeszcze takiego wyrażenia - mruknął McVie, kucając obok niej.

- I tak masz szczęście - zachichotała. - Byłbyś przerażony tym, co w moich czasach 

zrobiliśmy z angielskim.

-   Wczoraj   słyszałem,   jak   powiedziałaś   do   męża,   że   pogubi   skarpetki,   gdy   tylko 

spróbuje szarlotki Rebeki. Przez cały wieczór na próżno próbowałem wyobrazić sobie takie 

zdarzenie.

background image

-   To   angielski   slang   -   wyjaśniła   Emilie.   W   tym   momencie   dostrzegła   w   jego 

orzechowych oczach zielonkawe błyski.

- A co to znaczy?

- Być oszołomionym z zachwytu - odpowiedziała po krótkim namyśle.

- A jak określiłabyś sytuację odwrotną?

- Iść na dno - odrzekła. - Oczywiście, stosuje się to tylko do jeżdżących na desce 

kalifornijczyków.

- Te słowa nic dla mnie nie znaczą.

- Kalifornia to stan wzdłuż wybrzeża Pacyfiku. W 1848 znaleziono tam złoto i wtedy 

wszyscy dowiedzieli się o tym stanie.

Emilie opowiedziała mu o cudownej krainie pięknych plaż i wspaniałych egzemplarzy 

męskiego rodu, ślizgających się po falach oceanu.

- Nie jestem pewien, czy dobrze cię zrozumiałem - odrzekł z namysłem Andrew. - 

Chcesz powiedzieć, że mężczyzna staje na drewnianej desce i żegluje po falach?

- Kobiety też to robią.

- Dziwny ten twój świat - pokręcił głową. - Rutledge zapisałby duszę diabłu, żeby 

tylko powrócić, ale ty...

- Chcesz powiedzieć, że sprawiam wrażenie, iż nic mnie to nie obchodzi? Masz rację. 

- Stało się. Powiedziała to, choć nie miała takiego zamiaru. Teraz miała wrażenie, że znalazła 

się na obcym terytorium.

- Nie rozumiem. Opowiadałaś mi o tych wszystkich cudach...

- Cuda techniki to jeszcze nie wszystko, Andrew. W moich czasach jest tyle złych 

rzeczy! Wielu ludzi sądzi, że Ziemia tego nie wytrzyma.

McVie znał tylko świat bujnej roślinności, jasnego nieba i krystalicznie czystych rzek. 

Emilie spróbowała Wyjaśnić mu, jakie nastąpiły zmiany, ale gdy doszła do wysypisk śmieci 

wielkości sporych gór, wybuchnął śmiechem.

- Naprawdę widziałaś je na własne oczy? - zapytał.

- Doświadczyłam  również  podróży w  czasie  - zaśmiała  się  Emilie.  - Kto wie, co 

jeszcze może się zdarzyć?

- Jesteś inna niż kobiety, jakie znam.

- Jeśli wziąć pod uwagę wszystkie okoliczności, to chyba nic dziwnego - odrzekła 

lekko, choć wcale nie było jej do śmiechu.

- Jesteś tak pełna życia, taka dzielna...

- Andrew - Emilie położyła dłoń na jego ramieniu. - Proszę, przestań.

background image

-   Nie   mogę,   dziewczyno   -   odrzekł   i   nakrył   dłonią   jej   rękę.   -   Mam   ci   tyle   do 

powiedzenia, a boję się, że nie starczy mi czasu.

Spróbowała cofnąć rękę, ale Andrew jej nie pozwolił.

-   Musisz   zrozumieć,   że   myślisz   w   ten   sposób   tylko   wskutek   zewnętrznych 

okoliczności. To nie ma nic wspólnego ze mną.

- Owszem, ma.

- Nie powinniśmy rozmawiać w taki sposób.

- Czy wciąż go kochasz?

- Andrew!

- To logiczne pytanie.

- Jesteśmy rozwiedzeni - wykrztusiła Emilie. - Cokolwiek nas kiedyś łączyło, należy 

już do przeszłości.

Nie powiedziała całej prawdy, ale również nie skłamała. Nic lepszego nie przyszło jej 

do głowy.

- Rzucił cię, a mimo to wciąż się przyjaźnicie. Trudniej mi to zrozumieć niż opowieść 

o wyprawie na Księżyc.

-   Mnie   również.   To   bardzo   skomplikowana   historia   -   westchnęła   Emilie.   -   W 

rzeczywistości to ja go rzuciłam, a nie odwrotnie - dodała po krótkim wahaniu.

- Nie próbuj go osłaniać.

- Wcale nie próbuję. Mówię prawdę. Każde z nas pragnęło czegoś innego. Byłam 

bardzo nieszczęśliwa, więc postanowiłam odejść.

- A on się na to zgodził?

- To wolny kraj, Andre w. No, w każdym razie będzie za parę lat.

- Czy on cię bił?

- Gdyby spróbował, połamałabym mu wszystkie kości.

- Wobec tego dlaczego go zostawiłaś? - Na twarzy mężczyzny pojawiły się wypieki.

- Pragnęłam domu i dzieci - westchnęła Emilie.

- Zane wolał swobodę. Chciałam mieć rodzinę, a on kocha podróże.

-   Mówisz   tak,   jakbyście   mieli   jakiś   wybór.   Przecież   tylko   Wszechmogący   może 

zdecydować, czy małżeństwo ma dzieci.

Emilie nie miała siły, aby tłumaczyć mu zasady antykoncepcji. Odkaszlnęła i zmieniła 

temat.

- Czy udało ci się dowiedzieć czegoś o spisku?

-   Nie,   niestety   nie   -   odrzekł   po   krótkiej   zwłoce.   Potrzebował   paru   sekund,   aby 

background image

odzyskać wewnętrzną równowagę. - Mamy za to inne kłopoty.

- Opowiedz mi o nich.

Łatając   koszulę   Josiaha,   Emilie   słuchała   relacji   o   zniknięciu   Fleminga   i   listach 

gończych rozesłanych za dwoma członkami szpiegowskiej siatki.

- Jak zatem przesyłasz wiadomości do generała Mercera?

- Z każdym dniem staje się to coraz trudniejsze - przyznał. Dwa dni temu Anglicy 

przechwycili bardzo ważną przesyłkę. Andrew obawiał się, że już wkrótce jego organizacja 

może się okazać niezdolna do działania.

- Może przekazujesz je w niewłaściwy sposób - powiedziała, nie spuszczając oka z 

igły. Szyła szybko, równymi, rytmicznymi ruchami. - Listy mogą zginąć, ktoś może je ukraść.

- A czy widzisz jakąś inną możliwość?

- Tak, haft - spojrzała mu w prosto w oczy. - Można wyhaftować tekst listu na ubraniu 

i przekazać je kurierowi. To nie powinno zwrócić niczyjej uwagi.

- Żaden mężczyzna nie może podróżować z koszykiem do robótek. Każdy zwróciłby 

na to uwagę.

- Nie chodzi mi o koszyk do robótek - wyjaśniła Emilie. Szybko wyhaftowała swoje 

imię.

- Widzisz?

- Zajmuje mniej miejsca niż ziarnko ryżu.

- Właśnie. Cały list można ukryć pod kołnierzem lub we wnętrzu mankietu.

- Niewielu ludzi potrafi tak haftować.

- Ja potrafię - odrzekła bez wahania.

Andrew poczuł mocne  uderzenie serca. Jej gotowość do pomocy z pewnością nie 

wynikała tylko z patriotycznego zapału.

- Jeśli weźmiemy cieniutką, szarą nitkę, to haft będzie niemal niewidoczny.

Andrew miał wrażenie, że słyszy głos anioła.

- Można go ukryć wewnątrz szwu lub pod podszewką.

W jej oczach dostrzegł błysk bezcennych szafirów. Skóra Emilie pachniała słodziej 

niż kwitnące przed domem róże.

- Myślę, że tak będzie doskonale, nie sądzisz? - zapytała, uśmiechając się do niego.

- Tak, dziewczyno - odpowiedział. Miał wrażenie, że unosi się wysoko nad ziemią. - 

Będzie wspaniale.

background image

10

- Czy zamierzasz powiedzieć mamie?

-   Jeszcze   nie   wiem,   Isaac   -   odrzekł   Zane,   patrząc   na   szczupłego   wyrostka.   -   Jak 

myślisz, co powinienem zrobić?

Isaac  Blakelee  rozważał  przez  chwilę  to pytanie  z  niemal  komiczną  powagą. Szli 

razem na farmę. Chłopiec niósł pod pachą paczkę z muślinem dla mamy.

- Sądzę, że ta sprawa należy do mężczyzn - odparł wreszcie.

Zane przygryzł wargi, aby nie wybuchnąć śmiechem. Ten chłopak miał jeszcze mleko 

pod wąsem. Skończył zaledwie piętnaście lat, a już koniecznie chciał wziąć udział w walce o 

niepodległość. Była to dla niego kwestia patriotyzmu i osobistego honoru. Rebeka posłała go 

do miasta po materiał, przykazując surowo, aby natychmiast wrócił do domu. Isaac jednak nie 

mógł się powstrzymać i wstąpił do gospody ,,Pod Kogutem”.

Rutledge   spokojnie   popijał   tam   swoje   piwo,   przypatrując   się   mieszanej   klienteli, 

złożonej z farmerów i żołnierzy. W pewnej chwili zauważył Isaaca, ostro spierającego się z 

właścicielem. Chłopak gorąco bronił honoru ojca, ale karczmarz nie chciał go nawet słuchać.

- Wynoś się stąd, szczeniaku. Nie będziemy obsługiwać syna zdrajcy!

Zane wkroczył między nich, zapłacił rachunek Isaaca i wyciągnął rozgorączkowanego 

nastolatka z gospody. Razem ruszyli do domu.

- Na twoim miejscu unikałbym rumu, chłopcze - Mężczyzna zrobił surową minę. - 

Ogranicz się lepiej do piwa.

Sam   czuł  się   lepiej  niż   kiedykolwiek   od  chwili   przeniesienia   w  osiemnasty  wiek. 

Pieniądze nie dają może szczęścia, ale z pewnością bardzo ułatwiają zdobycie niezależności. 

W   zamian   za   złotą   bransoletkę   Zane   otrzymał   pokaźny   plik   banknotów,   głównie 

trzyszylingowych   z   New   Jersey,   z   groźnym   napisem   „Fałszerstwo   to   Śmierć”.   W   jego 

kieszeniach brzęczały monety, na ogół z podobizną króla Jerzego II.

Wraz ze zdobyciem pieniędzy ostatecznie uwierzył w realność sytuacji, w jakiej się 

nieoczekiwanie znalazł.

Przez chwilę szli w zupełnym milczeniu.

-   Masz   ochotę   porozmawiać?   -   zapytał   Zane,   gdy   zatrzymali   się   na   chwilę,   aby 

przepuścić konny wóz.

- Ludzie myślą, że mój ojciec jest zdrajcą, a ja wiem, że to nieprawda - powiedział 

Isaac i wzruszył szczupłymi ramionami.

- Ludzie powtarzają mnóstwo głupstw - odrzekł Rutledge. - Nie należy zwracać na to 

background image

uwagi.

- Nie mogę zapomnieć o ojcu - ciągnął chłopiec.

- Stary Carpenter powiedział, że ojciec i inni są w więzieniu w Little Rock Hill, i że w 

przyszłym tygodniu mają ich przenieść na Piekielne Statki.

- Co to takiego? - zainteresował się Zane.

- Pływające więzienia - wyjaśnił  chłopak. - Podobno w Wallabout Bay pełno jest 

trupów więźniów z tych statków. - W oczach Isaaca zalśniły łzy. Zamrugał parokrotnie i 

mówił dalej. - Jesteśmy za słabi, aby wygrać z Anglikami. Mama musi się zgodzić...

- Wybij to sobie z głowy - ostudził go mężczyzna.

- Jesteś jej potrzebny, przynajmniej tak długo, jak nie ma twojego ojca.

- A co będzie, jeśli tata nie wróci? - spytał drżącym głosem. - Co wtedy?

Na  takie  pytanie   nie  było,  rzecz  jasna,  odpowiedzi.   Nie  było  i   nie  będzie,  ani   w 

osiemnastym, ani w dwudziestym wieku.

W pewnej chwili chłopak spojrzał z nagłym zainteresowaniem na Zane'a.

- Armia potrzebuje ochotników - powiedział. - Wiem, że ojciec wcześniej lub później 

zaciągnie się do wojska. A co ty zamierzasz?

- Nie nadaję się do żołnierskiej służby.

- Tata też nie, ale on mówi, że każdy powinien zrobić to, co może.

- Nad tym należy się zastanowić - odrzekł Zane. W istocie myślał o tym bardzo często 

patrząc, jak McVie, cała rodzina Blakelee i Emilie dążą do celu, o którym wiedzieli, że jest 

tak niezbędny do życia, jak woda i powietrze.

Objął   na   chwilę   szczupłe   ramiona   chłopca.   Resztę   drogi   do   domu   pokonali   w 

przyjaznej ciszy.

- Rano jedna z krów źle się czuła - powiedział Isaac, gdy podchodzili do zabudowań. - 

Czy mógłbyś dać mamie tę paczkę, a ja zobaczę co się dzieje?

Zane wyciągnął rękę i chłopak podał mu pakunek.

- Bardzo dziękuję - powiedział i pobiegł w stronę obory.

Isaac był dobrym chłopcem, pełnym energii, lojalnym idealistą. Rutledge pomyślał, że 

wcześniej czy później ten młodziak postawi na swoim i pójdzie do wojska. Mógł mieć tylko 

nadzieję, że los potraktuje go łaskawie.

Wszedł na ganek i już miał otworzyć drzwi, gdy z ogrodu dobiegł go perlisty śmiech 

Emilie. Obejrzał się z nadzieją, że zobaczy, jak idzie się z nim przywitać, ale zamiast tego 

dostrzegł ją pod lipą. Siedziała tuż obok tego cholernego McVie'a i oboje uśmiechali się tak, 

jakby łączył ich jakiś sekret.

background image

Położył paczkę z muślinem na hamaku i ruszył w stronę siedzących.

- Zane! - powitała go Emilie i zaprosiła gestem, aby do nich dołączył.  - Od rana 

zastanawialiśmy się wszyscy, gdzie się podziewasz.

- Miałem pewną sprawę do załatwienia - odpowiedział, przyglądając im się uważnie. 

To, co zobaczył, wcale nie przypadło mu do gustu.

- Sprawę do załatwienia? - otworzyła szeroko oczy. - Co też ty mogłeś załatwiać?

-   Później   ci   powiem.   -   Zane   nie   chciał,   aby   McVie   wiedział,   że   ma   kieszenie 

wypchane pieniędzmi. Nie miał do niego zaufania.

- Gdzie byłeś? - spytał Andrew.

- W Princeton.

- Jak trafiłeś tam bez przewodnika? - zdziwił się McVie.

Zane już miał mu odpowiedzieć jakimś przekleństwem, ale Emilie go uprzedziła.

-   On   ma   zdumiewającą   pamięć   -   wyjaśniła   pogodnie.   -   Pamięta   wszystko:   ludzi, 

rozmowy, miejsca... - zaśmiała się głośno. - To wprost niesamowite.

Niesamowity   był   raczej   jej   wygląd.   Była   radośnie   podniecona,   podekscytowana, 

kobieca.

- Co wy tu robicie? - spytał z naganą w głosie. - Wyglądacie jak para spiskowców.

Emilie poczerwieniała i wbiła wzrok w naprawianą koszulę, ale McVie spojrzał mu 

prosto w oczy.

-   Panna   Emilie   właśnie   zaproponowała   sposób   przekazywania   wiadomości,   który 

ogromnie wspomoże naszą sprawę.

Wspaniale - pomyślał Zane. Jeszcze trochę i zobaczę, jak prowadzi demonstrację.

- Aha - powiedział. - Nowe wcielenie Betsy Ross.

- Później ci wyjaśnię - wtrąciła Emilie, ubiegając pytanie Andrew.

- Na czym polega ten wspaniały sposób? A może to tajemnica wagi państwowej?

Dziewczyna spojrzała pytająco na McVie'a, który kiwnął głową na znak zgody.

- Zamierzam haftować listy bezpośrednio na ubraniu kuriera - wyjaśniła.

- Doskonały pomysł. Czemu zamiast tego nie skorzystacie z transparentów?

- Takiś mądry? - Emilie podała mu koszulę. - Masz, powiedz mi, co tu widzisz.

- Nic ciekawego poza dziurą na łokciu - odrzekł po pobieżnym obejrzeniu koszuli.

- Co było do okazania - powiedziała dumnie splatając ramiona.

-   Przyjrzyj   się   dokładnie   podszewce   kołnierza   -   poradził   McVie.   -   Panna   Emilie 

wyhaftowała tam swoje imię.

- Niech to diabli! - zaklął z uznaniem Zane, starannie sprawdziwszy kołnierz. - To 

background image

mikroskopijna robota.

- Mikroskapijna? - powtórzył Andrew.

- Bardzo drobna - wyjaśniła Emilie. - I na tym właśnie polega pomysł, Zane. Jeśli 

jeszcze nitka będzie odpowiedniego koloru, to nikt tego nie zauważy, chyba że wiedziałby, 

czego szukać.

- Świetny sposób - skomentował Rutledge. - Ale co zrobicie, gdy Anglicy go odkryją?

- Wtedy wymyślimy coś nowego.

McVie przyglądał się im z żywym zainteresowaniem.

- Idea od początku przestarzała - zauważył Zane. - W ten sposób Ameryka osiągnęła 

wielkość - dodał z ironią. - Czemu od samego początku nie utrudnicie im życia?

- Przypuszczam, że masz jakiś błyskotliwy pomysł. - Oczywiście. Użyjcie szyfru.

Emilie i McVie równocześnie wybuchnęli śmiechem.

- Co was tak śmieszy?

Andrew stwierdził spokojnie, że szyfr to bardzo stary pomysł.

- Przykro mi, Zane - uśmiechnęła się Emilie.

- To zależy od szyfru.

- Wyjaśnij, co masz na myśli - poprosił mężczyzna.

Zane uśmiechnął się do niego. McVie z całą pewnością nie był durniem.

- Można skorzystać z takiego, którego nikt nie zdoła złamać.

- Taki szyfr nie istnieje.

- Owszem, pod warunkiem że klucz pochodzi z 1992 roku.

Emilie głośno sapnęła. McVie skupił całą uwagę na słowach Zane'a.

- Nie ma znaczenia, jakiego klucza użyjecie. Może to być mowa Lincolna albo stara 

piosenka Rolling Stonesów. Pomysłów nie zabraknie, a jeśli się nie mylę, Emilie i ja to jedyni 

ludzie, którzy potrafiliby złamać taki szyfr.

- Boże! - wykrzyknęła dziewczyna. - To wspaniały pomysł!

- Wiem - uśmiechnął się Zane. - Też tak myślałem, gdy wpadłem na to w szkole 

średniej.

- Jakiej piosenki użyłeś?

- „Lucy in the sky with diamonds” Beatlesów.  Emilie od razu zaczęła śpiewać stary 

przebój. McVie patrzył na nią tak, jakby wyrosła jej druga głowa.

- Przepraszam - powiedziała po drugiej zwrotce. - Zawsze lubiłam tę piosenkę.

- Czy znacie wiele takich pieśni? - spytał Andrew. Emilie i Zane spojrzeli po sobie i 

wybuchnęli śmiechem.

background image

- Nie martw się, starczy.

-   Powiedziałaś,   że   wynik   wojny   będzie   korzystny   dla   naszej   sprawy   -   zauważył 

mężczyzna - ale nie powiedziałaś, czy długo jeszcze będziemy czekać na zwycięstwo.

Emilie   na   chwilę   zamilkła.   Czy   mogła   wyjawić   mu,   że   czekają   ich   jeszcze   lata 

krwawych walk, nim lord Cornwallis podda się pod Yorktown?

- Niestety, jeszcze długo - przerwała wreszcie przykrą ciszę. Wolała nie wchodzić w 

szczegóły.

Emilie była zbyt podniecona, żeby zjeść kolację. Czuła mdłości, zupełnie tak, jakby 

zbyt długo jeździła górską kolejką w wesołym miasteczku. Przeprosiła pozostałych i usiadła 

przy   oknie   w   salonie,   po   czym   zabrała   się   za   haftowanie   listu   pod   kołnierzem   koszuli 

McVie'a.

Tym razem tekst był krótki. Jako klucz do szyfru wybrali starą dziecinną piosenkę 

„Jingle Bells”. Zane  napisał  słowa na kawałku pergaminu,  klnąc pod nosem gęsie pióro, 

którym  przyszło mu się posłużyć.  Okazało się to zresztą niepotrzebne, ponieważ Andrew 

błyskawicznie  nauczył  się słów  na pamięć.  Uzgodnili, że w  ciągu trzech  kolejnych  nocy 

kluczem do szyfru będą kolejne zwrotki piosenki.

Emilie przez chwilę zastanawiała się, czy dojdzie do tego, że nauczą grupę szpiegów 

słów jakiegoś przeboju rockowego. Uśmiechnęła się. Przemknęło jej przez głowę, że takie 

zdarzenia nigdy nie trafiają do podręczników historii.

Dwie godziny później McVie wyruszył w drogę. Emilie odprowadziła go do drzwi. 

Była zadowolona ze swej roboty. Wyhaftowała list ściegiem tak cieniutkim, jak pajęcze nitki.

-   Chciałabym   pójść   z   tobą   -   powiedziała,   wygładzając   ręką   jego   kołnierz.   -   To 

wszystko jest niewiarygodnie podniecające.

Gdy spojrzała mu w oczy, cofnęła się o krok, a na jej policzkach wykwitły rumieńce. 

Tego popołudnia Andrew jasno dał jej do zrozumienia, jakie żywi uczucia. Najwyraźniej 

mówił   prawdę.   Traktuj   go   delikatnie   -   powtórzyła   sobie   słowa   Rebeki   -   on   już   dość 

wycierpiał.

- Życz mi szczęścia, w imię Boże - poprosił, głosem jednocześnie szorstkim i czułym.

- Niech cię Bóg prowadzi - wyszeptała. - Uważaj na siebie.

Odwrócił się i wyszedł.

Emilie   przez   dłuższą   chwilę   stała   przy   drzwiach,   usiłując   zebrać   myśli.   Miała 

wrażenie,   że   przeżywa   na   jawie   jakiś   zwariowany   sen,   w   którym   wszyscy   ciągle   się 

Zmieniają i nic nie jest pewne.

- Jesteś zmęczona - powiedziała do siebie. - To Wszystko.

background image

Zamknęła drzwi i ruszyła na górę. Pomyślała, że jeśli dobrze się wyśpi, jutro wszystko 

znów wyda się jej normalne, przynajmniej w osiemnastowiecznym sensie tego słowa.

Po drodze przyszło jej do głowy, że telewizję wymyślono właśnie po to, aby ułatwić 

ludziom przetrwanie takich nocy, kiedy samotne rozmyślania są zbyt trudne do zniesienia.

Gdy weszła do pokoju, Zane stał przy oknie i wyglądał na zewnątrz. Był rozebrany do 

pasa; w świetle księżyca jego tors wydawał się jaśniejszy niż zazwyczaj. Urosły mu długie 

włosy. Emilie namawiała go, aby zaplótł harcap, ale poprzysiągł, że nigdy tego nie zrobi.

- Czy McVie już poszedł?

Kiwnęła głową i zerknęła na stojącą pośrodku pokoju wannę.

- Przyjdę, jak skończysz kąpiel - powiedziała.

- Już skończyłem.

- Przywykłeś do róż? - zażartowała, pociągając nosem.

- Przygotowałem kąpiel dla ciebie - wyjaśnił, nie patrząc jej w oczy.

- Dziękuję ci - rzekła z serdecznym uśmiechem.

- Posiedzę na ganku. Zawołaj mnie, jak skończysz.

- Zane - Emilie dotknęła jego ramienia. - Wydajesz się wyczerpany. Źle spałeś?

- Tu jest zbyt cicho i spokojnie - wzruszył ramionami. - Przywykłem do większego 

ruchu.

- Chcę poleżeć w wannie - powiedziała, biorąc głęboki oddech. - Lepiej kładź się spać 

- dodała, wskazując dłonią łóżko.

- Dziękuję - zgodził się bez sprzeciwu. Wyciągnął się wygodnie na łóżku. - Obudź 

mnie, jak będziesz chciała się położyć.

- Dobrze.

Zamknął oczy. Emilie przez chwilę czuła się bardzo zmęczona. Marzyła o śnie, ale 

ciepła kąpiel stanowiła zbyt silną pokusę, by mogła się oprzeć. Podeszła do lichtarza i zgasiła 

świeczkę. W pokoju zapanowały zupełne ciemności. Jeszcze do nich nie przywykła - w jej 

mieszkaniu zawsze było widać uliczne światła.

Od strony łóżka słychać było miarowy oddech Zane'a. Emilie nieporadnie rozwiązała 

tasiemki gorsetu, myśląc przez cały czas o przymusowej intymności, jaką musiała znosić. 

Zdjęła zieloną spódnicę, halkę i majtki, i położyła ubranie na poręczy fotela na biegunach.

Usiadła   w   wannie   i   z   przyjemnością   wciągnęła   w   płuca   zapach   róż.   Westchnęła, 

zamknęła oczy i oparła się wygodnie. Starała się zapomnieć o wszystkim poza ulgą, jaką 

sprawiała jej ciepła, pachnąca woda.

Niestety,   nie   zdołała   uspokoić   myśli.   Nawet   rozkosze   kąpieli   nie   pozwoliły   jej 

background image

oderwać   się   od   niepokojących   rozważań.   Dlaczego   życie   jest   takie   skomplikowane?   - 

westchnęła.   To   wszystko   powinno   być   prostsze.   Spotkanie,   miłość,   ślub,   wspólne   życie. 

Kiedyś   ludzie   nie   spodziewali   się   po   małżeństwie   niczego   innego,   jak   tylko   dzieci   i 

współpracy w walce o przetrwanie. To wcale nie takie złe rozwiązanie.

Seks   jest   tylko   źródłem   kłopotów   -   myślała   Emilie.   Andrew   McVie   wydawał   się 

idealnym kandydatem na męża, ale w kontaktach z nim nie czuła takiego emocjonalnego 

napięcia,   jakiego   doznawała   patrząc   na   Zane'a.   Myśl   o   tragedii,   jaką   przeżył   Andrew, 

wywoływała w niej głębokie współczucie. Jak pusty musiał wydawać mu się świat bez żony i 

synka! Ilekroć patrzył na Aarona lub małego Stephena, Emilie widziała w jego oczach żal i 

tęsknotę. Mogła sobie wyobrazić, jak bardzo brakuje mu domu i rodziny.

Czy   małżeństwo   nie   powinno   być   związkiem   ludzi   połączonych   wspólnymi 

pragnieniami? Czy to nie wystarczyłoby do szczęścia...?

Dasz radę, Emilie - powiedział, podtrzymując ją w ramionach. - No, jeszcze raz...

Nie! - krzyknęła. Znów ogarnął ją skurcz bólu. - Nie mogę... Już nie mam siły..

Przyj, Emilie - zachęciła ją akuszerka. Już idzie główka.

Dalej, Em. Już niewiele brakuje...

Jęk Emilie odbił się echem od ścian pokoju. Ból... Czuto taki ból, jak jeszcze nigdy w 

życiu... Instynkt nakazał jej przeć z całej siły... Nagle w pokoju rozległ się krzyk, pierwsza 

oznaka nowego życia, które wydała na świat.

Boże! - zawołał mężczyzna. - Nareszcie! Mamy syna!

Dotknęła jego policzka. Poczuła pod palcami łzy spływające z oczu.

Kocham cię - szepnęła. Bardziej niż możesz to sobie wyobrazić...

-   Kocham   cię...   -   usłyszał   stłumiony   głos   Emilie.   -   Bardziej   niż   możesz   to   sobie 

wyobrazić.

Obudził się i natychmiast oprzytomniał. Poczuł powiew chłodnego powietrza. Okno 

było otwarte.

Mimo ciemności dostrzegł, że Emilie zasnęła w wannie.

Zane wstał z łóżka i podszedł do niej.

- Obudź się, Emilie. Coś ci się śni.

Mruknęła tylko w odpowiedzi i osunęła się głębiej w wodę.

- Wstawaj, Em. Woda jest już zimna.

Teraz oddychała równo i spokojnie. Pochylił się i wziął ją na ręce. Łupki utrudniały 

mu ruchy, ale Emilie prawie nie zareagowała.

Nie mógł tego samego powiedzieć o sobie.

background image

Trzymając   dziewczynę   w   ramionach,   przytulał   do   piersi   jej   ciepłe,   jędrne   ciało. 

Zupełnie nie zwracał uwagi na kapiącą wodę, czuł tylko przejmujący dreszcz podniecenia.

Powoli zaniósł ją do łóżka i położył na materacu z końskiego włosia. Miał ochotę 

zapalić świeczkę, aby w pełni nacieszyć się widokiem jej ciała, ale zrezygnował, bo i tak 

doskonale znał każdy centymetr jej skóry.

Emilie lekko zadygotała. Zane oprzytomniał i sięgnął po ręcznik. Uklęknął i zaczął ją 

wycierać, poczynając od stóp. Czuł pod palcami cienką, delikatną kostkę i mocne mięśnie 

łydki.

Zmienił   nieco   pozycję.   Słyszał   gwałtowne   bicie   własnego   serca.   Emilie   potrafiła 

połączyć  delikatność  z silą, a  on nie znał  bardziej  uwodzicielskiej  kombinacji.  Przesunął 

ręcznik wyżej, po czym wytarł jej prawe kolano i udo.

Cicho jęknęła, ale w dalszym, ciągu spała.

Wilgotne   włosy   między   jej   nogami   pachniały   różanym   olejkiem.   Zane   wyczuwał 

również zapach kobiety, własny zapach Emilie. Pochylił się i pocałował ją krótko, tak jakby 

chciał ją napiętnować.

Mógł bez trudu wziąć ją, nim oprzytomniałaby na tyle, aby zaprotestować. Raz jeszcze 

udowodniłby, że w łóżku nie mają żadnych problemów. Pożądali się nawzajem z równą siłą i 

intensywnością.   Pomyślał,   że   to   najlepsza   rzecz   w   ludzkim   życiu,   jedyna   okazja,   aby 

dorównać bogom.

Niestety, dobrze wiedział, że tego nie zrobi. Pewnych zasad się nie łamie...

Emilie znów zadygotała. Choć było lato, przez otwarte okno wdzierało się do pokoju 

chłodne   powietrze.   Zane   odetchnął   głęboko,   po   czym   wytarł   jej   biodra   i   brzuch.   Każde 

dotknięcie sprawiało mu głęboką radość.

Przesunął   dłonie   powyżej  jej  wąskiej   talii  i   nakrył  nimi  obie   piersi.  Przez   chwilę 

rozkoszował się ich ciężarem i jędrnością.

Pomyślał, że natychmiast musi z tym skończyć. Inaczej...

Szybko wytarł jej szyję i ramiona. Spróbował związać włosy w kucyk, ale nic z tego 

nie wyszło.

Odchylił kołdrę i nakrył jej nagie ciało.

- Kocham cię - szepnęła Emilie, ale Zane zorientował się, że ona wciąż śni.

Kogo kochasz? zapytał, kładąc się na łóżku i biorąc ją delikatnie w ramiona.

Emilie nie odpowiedziała.

background image

11

Gdy   Emilie   obudziła   się   następnego   ranka,   była   sama   w   pokoju.   Leżała   w   łóżku 

zupełnie naga.

Zasłoniła się kołdrą, po czym usiadła i rozejrzała się wokół. Wszystko wydawało się 

w porządku. Pod przeciwległą ścianą, dokładnie tam, gdzie poprzedniego dnia, stała wanna. 

Emilie powąchała własną skórę. Pachniała różami, zatem musiała skończyć kąpiel. Nie mogła 

sobie przypomnieć niczego poza tym, że weszła do wanny i zamknęła oczy.

Albo była jedynym na świecie lunatykiem zażywającym kąpieli, albo to Zane położył 

ją do łóżka.

Emilie poczuła między nogami falę gorąca. Z pewnością wiedziałaby, gdyby doszło 

do czegoś między nimi. tymczasem pamiętała tylko serię dziwacznych snów, które wprawiły 

ją w huśtawkę nastrojów, przechodzących od depresji do entuzjazmu.

Tej nocy urodziła dziecko. Przynajmniej tak było we śnie. Gdy zamykała oczy, znów 

czuła potworny ból, po którym następowała fala radości, zmywająca wszystko, co zdarzyło 

się przedtem.

On był z nią przez cały czas. Trzymał ją za rękę, szeptał słowa otuchy. Dzielił z nią 

cudowną chwilę, gdy na świecie pojawił się żywy dowód ich miłości.

Teraz czuła się zmęczona i pusta wewnętrznie. Chciała trzymać w ramionach dziecko. 

Pragnęła być z mężczyzną, z którym poczęła to maleństwo.

Niestety, we śnie nie widziała jego twarzy.

Kilka następnych dni wypełniła jej nieustanna krzątanina. Haftowanie listów okazało 

się świetnym pomysłem i Andrew korzystał z niego coraz śmielej. Zane przyglądał się temu z 

boku z  narastającą  niecierpliwością.  Wiedział,  że  znalazł   się w   ślepym   zaułku  i  wkrótce 

będzie musiał podjąć pewne trudne decyzje.

Niepewność, co dalej, odbierała Emilie siły. Zaczęła się łatwo męczyć, wieczorem 

natychmiast usypiała, a rano czuła się tak, jakby w ogóle nie spała. Nie starczyło jej odwagi, 

aby zapytać Zane'a, co stało się tej nocy, gdy przeniósł ją z wanny do łóżka. Prawdę mówiąc, 

nie chciała wiedzieć. Miała wrażenie, że każda odpowiedź oznaczałaby jej porażkę.

Dlaczego prawdziwe życie nie jest tak proste, jak telewizyjne randki w ciemno, które 

oglądała w dwudziestym wieku?

Dwaj mężczyźni. Pozostało jej podjąć decyzję.

Różnili się od siebie jak ogień i woda. Wybór nie powinien być trudny.

Ale kto powiedział, że rzeczywiście do niej należy wybór? Wiedziała, że Andrew ją 

background image

kocha i ucieszyłby się z szansy stworzenia z nią nowego domu i rodziny. Nie łudziła się, że 

usidliła go swą pięknością; był raczej zafascynowany sekretami przyszłości, o jakich mogła 

mu opowiedzieć.

No, ale prócz niego był też Zane. Ostatnio wydawał się taki odległy, zajęty swoimi 

myślami.   Czasami   nawet   nie   chciało   mu   się   położyć   do   łóżka.   Emilie   starała   się   nie 

zastanawiać nad tym, jak spędza czas, ale na myśl, że może sypia z jakąś dziewką z karczmy, 

skręcała się z zazdrości.

Przyszło jej do głowy, że teraz Rutledge już jej nie potrzebuje w takim stopniu, jak na 

początku   ich   pobytu   w   tym   dziwnym   świecie.   Zapewne   w   dalszym   ciągu   nie   cierpiał 

osiemnastowiecznego   życia,   ale   pod   względem   zdolności   adaptacyjnych   zdecydowanie 

przewyższał Emilie i faktycznie łatwiej zniósł tę zmianę.

Po wymianie złotej  bransoletki na pieniądze  stał się od razu bardziej  niezależny i 

samodzielny. Z całą pewnością potrafiłby już sam znaleźć sobie miejsce w nowym świecie. 

Prócz tego przecież twierdziła jasno i wyraźnie, że nie pozwoli, aby okoliczności zmusiły ją 

do zmiany zdania na temat ich związku.

Któż mógł oczekiwać, że Zane potraktuje jej słowa z całą powagą?

Emilie   miała   wrażenie,   że   wszystko   wokół   niej   się   zmienia.   Mogła   mieć   tylko 

nadzieję, iż starczy jej sił, aby nadążyć za tymi zmianami.

Po raz pierwszy od wielu dni cała obecna w domu rodzina Blakelee i trójka gości 

spożyli razem główny posiłek. Andrew i Isaac musieli akurat przerwać pracę w polu, więc 

przyłączyli się do pozostałych. Nawet Zane, który ostatnio trzymał się na uboczu, tym razem 

zajął miejsce naprzeciw Emilie.

W domu można już było wyczuć odświętny nastrój, związany z przygotowaniami do 

wesela Charity. Ciemne sosnowe meble zostały natarte terpentyną i wyglansowane do błysku. 

W oknach wisiały świeżo wyprane firanki. Rebeka kończyła ślubną suknię, a Emilie spędzała 

dnie szyjąc mundury i haftując listy.

Brakowało tylko samego Josiaha Blakelee i - niestety - szybko malała nadzieja, że 

zdąży wrócić do domu na wesele córki. Codziennie dochodziły ich inne pogłoski na temat 

jego   losu.   Według   najbardziej   fantastycznych,   miał   przejść   na   stronę   Anglików,   według 

najbardziej  Ponurej  -  został  zamknięty  na  statku  więziennym   .Jersey”,  zakotwiczonym   w 

nowojorskim porcie.

Rebeka postanowiła, że nie przełoży ślubu Charity. Stwierdziła spokojnie, że życie 

jest krótkie i nie należy cofać się przed przyszłością. Te słowa zapamiętali wszyscy obecni 

przy rodzinnym stole.

background image

W jadalni panowała napięta atmosfera, niczym przed zbliżającą się burzą.

Andrew myślał, że to widocznie skutek jego niezadowolenia z powstałej sytuacji.

Zane nie miał  wątpliwości, że zmianę tę spowodował fakt, iż wraz ze zdobyciem 

pieniędzy zyskał niezależność.

Emilie uznała, że to ona sama jest zdenerwowana i rozkojarzona.

Nikt   z   pozostałych   nie   zauważył,   że   coś   się   zmieniło.   Zapewne   byli   zbyt   zajęci 

prowadzeniem domu, farmy i przygotowaniami do wesela.

- Cukier!  - wykrzyknęła  nagle Charity,  niemal  podskakując  na krześle.  - Musimy 

kupić   głowę   cukru,   inaczej   rodzice   Timothy'ego   pomyślą,   że   jesteśmy   biedni   jak   mysz 

kościelna.

- Czy sądzisz, że zapomniałabym o tak ważnej sprawie? - zaśmiała się Rebeka. - Nie 

martw się, wszystko będzie dobrze. Może raczej...

Nagle przerwała. Z oddali dochodził tętent końskich kopyt.

Dorośli wymienili zaniepokojone spojrzenia.

- Czy spodziewasz się gości? - zapytał Andrew Rebekę.

Pokręciła głową.

- Zachowujcie się naturalnie - nakazał Andrew. Szybko wstał i zebrał ze stołu swoje 

nakrycie. - Ja schowam się w spiżarni.

Emilie czuła, że serce podchodzi jej do gardła. Z trudem wciągała powietrze w płuca. 

Rebeka zbladła, a wszystkie dzieci nagle zamilkły. Zane uznał, że powinien przejąć komendę.

- Róbcie, co powiedział McVie - nakazał, pochylając się nad swym talerzem.

Potrawka   z   kurczaka   smakowała   tym   razem   jak  guma,   ale   Emilie   zmusiła   się   do 

przełknięcia kolejnego kęsa. Pozostali również zajęli się jedzeniem.

Gdy jeźdźcy wjechali na podwórze, Emilie zauważyła, że trzęsą się jej ręce.

- Tego dla mnie za wiele - wymamrotała.

- Zamknij się - warknął Zane. - To już nie jest zabawa.

Emilie mocno się zarumieniła. Nie miała wątpliwości, że Rebeka wszystko słyszała. 

W chwilę później ktoś mocno zastukał do drzwi. Pani Blakelee poszła otworzyć. W jadalni 

zapanowała kompletna cisza.

- Rozmawiajcie o czymś - syknął Zane.

- O czym? - spytał Isaac.

- O czymkolwiek.

Wszyscy zaczęli mówić jednocześnie, nie zwracając uwagi na słowa pozostałych, lecz 

nadsłuchując odgłosów dochodzących z sieni.

background image

Po   chwili   Rebeka   wróciła   do   jadalni   w   towarzystwie   krępego,   rudowłosego 

mężczyzny w mundurze armii amerykańskiej, który przedstawił się jako porucznik Benjamin 

Fellowes. Starał się zachowywać uprzejmie i grzecznie, ale Emilie miała wrażenie, że oficer 

dostrzega i notuje w pamięci nawet pozornie nieważne szczegóły ich zachowania i wyglądu.

Rebeka zachowywała spokój, ale palcami nerwowo mięła fartuch.

-   Jak   pan   widzi,   poruczniku,   jesteśmy   prostymi   ludźmi,   właśnie   spożywamy   nasz 

codzienny posiłek.

- Rzeczywiście, tak się wydaje - powiedział powoli Fellowes, obrzucając uważnym 

spojrzeniem wszystkich obecnych. - Czy jest pani pewna, że nie było tu ostatnio Andrew 

McVie'a?

- Jak już panu powiedziałam, poruczniku, nie widziałam go od dnia, w którym zniknął 

mój mąż - gospodyni nawet nie mrugnęła okiem. - Gdybym go spotkała, usłyszałby, co o nim 

myślę. To on namówił mojego biednego męża... - urwała, nie kończąc zdania, a w jej oczach 

zaświeciły łzy.

W tym momencie Charity zerwała się z krzesła i podbiegła do oficera.

-   Idźcie   sobie!   Czy   nie   dość,   że   tata   nie   będzie   na   moim   ślubie?   Czego   jeszcze 

chcecie?

-   Spokojnie,   dziewczyno.   Wcale   nie   miałem   zamiaru   was   niepokoić.   Po   prostu 

musimy porozmawiać z tym człowiekiem.

- Tu go pan nie znajdzie - odezwał się Zane, wstając od stołu.

Krępy mężczyzna przez chwilę mierzył go wzrokiem.

- Porucznik Benjamin Fellowes - powiedział.

- Kapitan Rutledge - odrzekł po chwili Zane.

Cud, że nikt z obecnych nie wydał okrzyku zdziwienia.

- Jestem zaszczycony, kapitanie - porucznik Fellowes cofnął się o krok i zasalutował. - 

Przykro mi, że zakłóciliśmy panu spokój. Już odjeżdżamy.

Rebeka odprowadziła go do drzwi. Zane gestem nakazał pozostałym, aby znów zaczęli 

rozmawiać. Jedli i mówili o niczym, póki wszyscy żołnierze nie opuścili farmy.

- Nie mogę uwierzyć, że się na to zdobyłeś - powiedziała Emilie, gdy Zane dał znak, 

że niebezpieczeństwo minęło. - A co by było, gdyby zażądał jakiegoś dowodu?

- Ale nie zażądał!

- Jak myślisz, co to wszystko znaczy?

-   To   znaczy  że   mamy   poważny  problem   -  wtrącił   Andrew,   wchodząc   do   jadalni. 

Zwrócił się do Rebeki. - Lepiej, jeśli nie będziesz znała naszych planów.

background image

Kiwnęła   głową   i   gestem   nakazała   dzieciom,   aby   wyszły.   Przez   chwilę   stała   w 

drzwiach, patrząc z zaciekawieniem na Zane'a i Emilie, ale też zaraz zniknęła.

McVie   krótko   podsumował   sytuację.   Wprawdzie   system   przesyłania   wiadomości 

działał dobrze, ale, niestety, już wkrótce mógł się okazać nikomu niepotrzebny, ponieważ 

siatka   szpiegowska   była   niemal   całkowicie   rozbita.   Miller   i   Quick   zostali   aresztowani. 

Andrew pozostał jedynym kurierem na obszarze między Princeton i latarnią morską, gdzie 

spotkali się po raz pierwszy.

-   Przegrywamy   na   każdym   kroku   -   w   jego   głosie   pobrzmiewała   rezygnacja.   - 

Sądziłem,   że   już   wkrótce   dowiemy   się,   gdzie   jest   Josiah,   ale   teraz   można   o   tym   tylko 

pomarzyć.   -   Przerwał   na   chwilę   i   spojrzał   Emilie   w   oczy.   -  Twierdzisz,   że   wygramy   tę 

krwawą   wojnę,   ale   nie   widać   żadnych   tego   oznak.   Dzisiaj   miałem   umówione   ważne 

spotkanie, a tymczasem siedzę na farmie i nie mogę się stąd ruszyć.

- Jutro też będzie noc - powiedziała Emilie, próbując go pocieszyć.

- Niektóre sprawy nie mogą czekać na sprzyjające okoliczności - odrzekł Andrew.

- Wobec tego ja to załatwię - zaproponowała Emilie. - Komuż przyszłoby do głowy 

podejrzewać kobietę?

Zaczął protestować, ale w tym momencie wtrącił się Zane.

- Ja pójdę.

Przez chwilę wpatrywali się w niego, zupełnie zaskoczeni.

- To nie jest stosowna pora na żarty - stwierdziła w końcu Emilie.

- Nie żartuję.

McVie nie miał co do tego żadnych wątpliwości, ale mimo to wahał się, czy przyjąć 

propozycję.

- To niebezpieczna misja - ostrzegł.

- Lepiej powiedz mi coś, czego nie wiem - poprosił Rutledge.

Emilie nagle poczuła w sercu przypływ  szalonej nadziei. A może jednak Zane się 

zmienił? - myślała, patrząc na jego piękną twarz. Takie przeżycia, jakie stały się ich udziałem, 

musiałyby wpłynąć na każdego. Z pewnością ona również stała się zupełnie inną kobietą, niż 

była w dwudziestowiecznym Crosse Harbour.

Prócz tego, nie co dzień zdarza się okazja, aby oglądać narodziny narodu. Być może 

Zane rzeczywiście przestał myśleć wyłącznie o sobie...

Emilie słuchała, jak Andrew wyjaśnia sytuację, w najmniejszym nawet stopniu nie 

minimalizując ryzyka. Patrzyła na eks - męża, a jej serce rosło z dumy. Wydawał się taki 

silny, odważny, taki...

background image

- Dobra, idę - powiedział wreszcie Zane. - Przecież i tak nie mam nic lepszego do 

roboty.

Zrozumiał swój błąd natychmiast po wypowiedzeniu tych słów. Niestety, teraz już nic 

nie mógł na to poradzić. Na twarzy Emilie nigdy jeszcze nie malował się wyraz takiego 

rozczarowania.  Zane zaklął  w myślach.  Czul się jak głupi  nastolatek,  który wychodzi  ze 

skóry, aby dokuczyć dziewczynie, na której mu zależy.

Niestety, już dawno przestał być nastolatkiem. Miał trzydzieści cztery lata, a mimo to 

robił wszystko, aby stracić wszelkie szanse na szczęście.

Natomiast McVie miał jego motywy w nosie. Dla niego ważny był tylko fakt, iż Zane 

zgodził się nadstawić karku. Obaj wiedzieli, że dodatkowym atutem będzie jego wspaniała 

pamięć.

- No, dobra, co mam zrobić? - ciągnął. - Przyda mi się trochę rozrywki.

Tylko   tak   dalej   -   pomyślał   jednocześnie.   Teraz   ona   już   pewnie   nie   ma   żadnych 

wątpliwości, że jesteś kompletne zero. Nie miał odwagi spojrzeć na Emilie. Nie chciał wi-

dzieć, jak jej piękną twarz wykrzywia grymas zawodu.

McVie   zdołał   zdobyć   plan   nowojorskiego   portu   z   zaznaczonymi   miejscami 

kotwiczenia angielskich statków więziennych.

- Mój człowiek będzie czekał... - urwał, nie kończąc zdania. Spojrzał na kobietę z 

wyraźnym zakłopotaniem. - Może będzie lepiej, jeśli zostawi nas pani samych, panno Emilie. 

To delikatna sprawa.

Zmierzyła go ostrym spojrzeniem. Znów ten męski szowinizm.

- Nigdzie nie pójdę. Jestem w to wciągnięta równie mocno jak ty.  Nie potrzebuję 

niczyjej ochrony.

- Nie mam na myśli twojego bezpieczeństwa - odrzekł Andrew. - To jest... Zazwyczaj 

nie mówi się o takich sprawach...

- Lepiej już powiedz - przerwał mu Zane. - Ona i tak się dowie.

-   Musisz   skontaktować   się   z   moim   człowiekiem   w...   ee...   domu   na   południe   od 

Princeton, nieco na zachód od jaskini, w której nocowaliście.

- W domu? - spytała Emilie. - Jakim domu?

- Wydaje mi się, że Andrew nie ma na myśli palladiańskiej willi - uśmiechnął się 

ironicznie Zane.

- Chcesz powiedzieć... - zawahała się.

- To burdel - Zane potwierdził jej podejrzenia, po czym spojrzał na Andrew. - Mam 

rację?

background image

- Tam bywają oficerowie obu armii - mruknął w odpowiedzi McVie. Wolał nie patrzeć 

na Emilie.

- Słyszałam, że to wojna dżentelmenów  - zauważyła  ironicznie - ale to chyba już 

przesada.

- Taka jest ludzka natura - odrzekł krótko Andrew.

- Taka jest natura bestii - prychnęła Emilie.

- Skończ z tym, Em - wtrącił Zane. - I tak ciebie to nie dotyczy.

Zmierzyła   ich  obu gniewnym   spojrzeniem.  Oto  dwaj   reprezentanci  amerykańskich 

mężczyzn, równie głupi i nasyceni hormonami. Pozornie rozdzieleni przepaścią dwustu lat, 

faktycznie połączeni testosteronem. Dlaczego mężczyźni uważają najobrzydliwsze instytucje 

społeczne za logiczne i naturalne? Ciekawe, jaki rozległby się wrzask, gdyby przedsiębiorcza 

kobieta zebrała grupkę młodych mężczyzn i otworzyła burdel dla kobiet?

Oczywiście, obaj zupełnie nie przejęli się jej słowami. Spokojnie omawiali dalej plan 

misji, podczas gdy Emilie słuchała, w środku gotując się ze złości.

-   Zamierzasz   to   włożyć?   -   Emilie   szeroko   otworzyła   oczy   na   widok   Zane'a   z 

przerzuconym przez ramię amerykańskim mundurem.

- To pomysł McVie'a - wyjaśnił, rzucając ubranie na łóżko. - Rebeka uszyła go dla 

Josiaha. Według niej, powinien świetnie pasować. Andrew powiedział, że ty wykończysz 

kołnierz i mankiety.

- Jak to miło z jego strony, że zgłosił mnie na ochotnika.

- Rebeka jest zajęta przygotowaniami do wesela - odrzekł Zane, zerkając na nią z 

ukosa. - Wydawało mi się, że chciałaś brać w tym udział.

- To prawda - potwierdziła Emilie. - Tylko... - zaczęła coś mówić, ale natychmiast 

urwała. Nie chciała nawet myśleć, co było przyczyną jej złego humoru.

- Zajmiesz się tym? - spytał wskazując na mundur.

- Do zmierzchu jeszcze mnóstwo czasu. Skąd ten pośpiech?

- Nie będę zwlekał. Chcę ruszyć w drogę kiedy tylko skończysz robotę.

- Co za patriota  - zakpiła  Emilie.  - Nie może  się doczekać,  kiedy zacznie  służyć 

ojczyźnie.

- Daj spokój.

-   Nie,   nie   dam.   Robisz   to   tylko   po   to,   aby   po   raz   kolejny   wystawić   na 

niebezpieczeństwo swój głupi łeb.

- Przypuszczam,  że według ciebie McVie cały czas myśli  o poświęceniu życia  na 

ołtarzu sprawy.

background image

- Jego przynajmniej obchodzi, co stanie się z tym krajem - parsknęła. - Rozumie, co 

jest naprawdę ważne.

- Kiedy ty wreszcie dorośniesz, Emilie? - warknął Zane. - On po prostu bez przerwy 

przed czymś ucieka. Jeśli jeszcze tego nie zauważyłaś, to nie jesteś taka bystra, jak myślisz.

Emilie przygryzła usta. Pomyślała o tragicznie zmarłej żonie Andrew. To prawda, że 

McVie   ucieka   przed   wspomnieniami,   ale   w   inny   sposób,   niż   sądził   Rutiedge.   Szukał 

zapomnienia w pożytecznym działaniu, podczas gdy on...

- Nic z tego nie rozumiesz - westchnęła po chwili milczenia. - Lepiej skończmy tę 

rozmowę.

- Zamierzasz poprawić mundur?

- Dobrze, zrobię to - zgodziła się Emilie.

- Przyjdę za pół godziny.

- Będzie gotowy.

Dla Zane'a najcenniejszą rzeczą, jaka pozostała mu z poprzedniego życia, była złota 

bransoletka. Dla Emilie najcenniejsze były szpilki.

Choć mogło się to wydać śmieszne, tak było naprawdę. Z powodu wojny w kraju 

brakowało podstawowych artykułów. O igłach i szpilkach można było tylko marzyć. Emilie 

często dziękowała Bogu, że wybierając się na wycieczkę w czasie, wzięła ze sobą torebkę z 

przyborami do szycia.

Rozłożyła mundur na łóżku i uważnie mu się przyjrzała. Niewiele pozostało już do 

zrobienia.   Josiah   Blakelee   był   najwyraźniej   bardzo   wysokim   mężczyzną,   chyba   nawet 

wyższym od Zane'a. Emilie pozostało wykończyć mankiety, kołnierz i przyszyć metalowe 

guziki. To wszystko nie powinno jej zająć wiele czasu.

Sięgnęła   po   haftowaną   torebkę   i   wyciągnęła   z   niej   swoje   skarby.   Nawlokła   igłę 

granatową nitkę i zabrała się za szycie.

Rytmiczne ruchy igły jak zwykle podziałały na nią uspokajająco. Szyjąc, czuła się 

zjednoczona ze wszystkimi pokoleniami kobiet, zarówno tymi, które odeszły, jak i tymi, które 

miały przyjść po niej. W pewnej chwili, gdy drobnymi ściegami szyła kołnierz, ogarnęło ją 

dojmujące uczucie, że przeżywa to samo po raz drugi.

Przez chwilę czuła się tak, jakby nagle zniknęły bariery czasu i przestrzeni.

Po sekundzie oprzytomniała. Wszystko znów wydawało się na miejscu.

- Dziwne - powiedziała do siebie, nie przerywając pracy. Nie mogła zrozumieć, skąd 

wzięło  się to dziwne  przeżycie.  W  ciągu ostatnich  paru tygodni  niemal  codziennie  szyła 

mundury i nigdy czegoś takiego nie doświadczyła. Zane wrócił do pokoju dokładnie w chwili, 

background image

gdy ucinała ostatnią nitkę.

- W samą porę - stwierdziła, powtarzając sobie w duchu, że ma trzymać emocje na 

wodzy.

- Skończyłaś?

Emilie   kiwnęła   głową.   Nie   mogła   oderwać   od   niego   oczu.   Miał   na   sobie   obcisłe 

bryczesy,  które uwydatniały potężne mięśnie nóg, oraz starą koszulę z egipskiej bawełny. 

Świeżo umyte włosy związał z tyłu długą, czarną wstążką.

Wstała z krzesła i podeszła, aby pomóc mu włożyć  mundur. Ciekawe, czy kiedyś 

przywyknę do jego widoku? - myślała. Zane działał na nią jak jakiś narkotyk, i był równie 

groźny.

Podała mu kurtkę.

- Gdzie masz łupki i temblak? - spytała, gdy wsuwał ręce w rękawy.

- Zdjąłem je.

- Uważasz, że to rozsądna decyzja?

- Czemu nie? Minęło już dość czasu.

- Dopiero miesiąc.

- Według mnie to dość.

Oczywiście. Zawsze robił to, co chciał. Nic nie mogło mu w tym przeszkodzić, ani 

złamana ręka, ani małżeństwo, ani misja, której się podjął.

- Wiem, że masz to wszystko w nosie, ale pamiętaj, że dla innych ta wyprawa jest 

bardzo ważna.

- Dobra, dobra - odpowiedział Zane. - Pewnie dla takich, jak McVie. Będę o tym 

pamiętał.

Emilie poprawiła mu kołnierz i w tym momencie znów zakręciło się jej w głowie.

- Boże - westchnęła. - A więc to tak...

- Co się stało? - Mężczyzna spojrzał na nią z zaciekawieniem.

- Pamiętasz? - powiedziała, wskazując na mundur. - Pamiętasz ten mundur, który do 

mnie przywiozłeś? Miał tak dziwnie wykończone mankiety i kołnierz.

Spokojnie patrzyła, jak do Zane'a powoli dociera sens jej słów.

- Chryste - szepnął. - Chyba nie myślisz...?

- Musisz przyznać, że to możliwe.

- Czy chcesz powiedzieć, że jestem swoim własnym przodkiem? - Rutledge nie mógł 

sobie poradzić z zagadką czasu.

- Sama nie wiem, co chcę powiedzieć - stwierdziła Emilie. Wiedziała tylko, że czuje 

background image

się tak, jakby poruszała się w czasie po zamkniętym kole.

Andrew czekał na nich na dole. Podał Zane'owi złożony arkusz papieru, na którym 

ktoś   narysował   szczegółowy   plan   pokładu   okrętu   więziennego   z   Wallabout   Bay   w 

nowojorskim porcie.

-   Pamiętaj   moje   słowa,   Rutledge   -   powiedział   surowo.   -   Najmniejsza   pomyłka   i 

wszystko będzie stracone.

- Nie będzie żadnej pomyłki - odrzekł, chowając plan do kieszeni.

- Co to znaczy, że wszystko będzie stracone? - spytała Emilie, patrząc prosto w oczy 

Andrew.

-   Codziennie   rano   Anglicy   grzebią   paru   więźniów   na   bagnach.   Pozostali   siedzą 

zamknięci pod pokładem, bez światła i prawie bez jedzenia.

Zerknął na stojącą przy drzwiach Rebekę z dziećmi.

- Josiah? - spytał cicho Zane.

- Obawiam się, że jest na jednym ze statków - kiwnął głową Andrew.

- Chwileczkę - wtrąciła Emilie, z trudem panując nad nerwami. - Rozumiem, co grozi 

więźniom, ale co z Zane'em?

Brak   odpowiedzi   był   bardziej   wymowny   niż   wszelkie   wyjaśnienia.   Emilie   wbiła 

wzrok w swój złoty pierścionek, który nosiła zamiast ślubnej obrączki. Zasłoniła go ręką.

- Musisz odszukać Maggie - Andrew kolejny raz przypomniał Zane'owi, od czego ma 

zacząć. - Ona wie, kim jesteś i skontaktuje cię z odpowiednimi ludźmi. Czy potrafisz jeździć 

konno?

- Tak, ale czy w ten sposób nie będę zwracał na siebie uwagi?

- Jesteś oficerem. To zupełnie naturalne, że podróżujesz konno.

Nastała pora pożegnania.

Andrew odsunął się nieco, aby czuli się swobodniej, ale nie przestał na nich patrzeć. 

Prócz   tego   Emilie   czuła   na   sobie   spojrzenia   Rebeki   i   wszystkich   pozostałych,   łącznie   z 

Aaronem.

W tej sytuacji uścisk dłoni byłby niewystarczający. Pani Blakelee i tak zaczęła chyba 

coś podejrzewać.

- No, chodź, Em - szepnął Zane, patrząc jej w oczy. - Spróbujmy jakoś to zagrać.

Gdy wziął ją w ramiona, poczuła zapach mydła i wełny. Mężczyzna uniósł jej twarz i 

pocałował w usta.

To był gorzki pocałunek. Czuła, że zaraz się rozpłacze.

- Uważaj na siebie - szepnęła.

background image

Zane uśmiechnął się do niej, kiwnął pozostałym głową i wyszedł.

background image

12

Emilie usiłowała skupić całą uwagę na przygotowaniach do wesela Charity, ale w 

żaden sposób nie mogła pozbyć się przeczucia, że zbliża się katastrofa.

Żegnając Zane'a, miała ochotę rzucić mu się w ramiona i zatrzymać przy sobie. Ale 

gdy tylko odwróciła się w stronę drzwi i spojrzała na Andrew, poczuła się zakłopotana i 

zmieszana. Miała wrażenie, że zaraz zwariuje. Wiedziała, że między nimi powstała jakaś 

więź, ale nie mogła zrozumieć, na czym ona polega.

McVie również wydawał się zdenerwowany i niespokojny. Miał ochotę wyładować 

energię pracując w polu, ale  bał się, że farma  jest obserwowana i wolał nie ryzykować. 

Zamiast tego kręcił się z kąta w kąt i mruczał coś do siebie. W końcu Rebeka nie wytrzymała 

i posadziła go do czyszczenia srebrnych sztućców, które wykopała ze skrytki z okazji wesela.

Było oczywiste, że Andrew wolałby być na miejscu Zane'a i samemu stawić czoło 

niebezpieczeństwu.

O zmierzchu Rebeka podała kolację. Tego dnia była fasola i jabłecznik. Emilie nie 

miała   apetytu.   Zamiast   jeść,   dziobała   widelcem   w   talerz.   Po   kolacji   pomogła   Rebece 

posprzątać. Przynajmniej przez chwilę miała co robić.

Isaac, który w tajemnicy przygotowywał dla siostry jakiś prezent, poprosił Andrew, 

aby ten mu w czymś pomógł. Poszli razem na strych, gdzie chłopak miał swój pokoik. Emilie, 

Rebeka i Charity zostały same i zabrały się do wykańczania ślubnej wyprawy.

- Czy bardzo się denerwujesz, Charity? - spytała Emilie, haftując kwiatki na obrusie. - 

Do ślubu pozostało już tylko czterdzieści osiem godzin.

- Charity jest jak Josiah - odrzekła Rebeka z wyraźną dumą. - Nic nie może skłonić jej 

do zmiany raz obranego kursu.

- Rodzina Tima przyjedzie jutro wieczorem - wtrąciła Charity. - Ciekawa jestem, czy 

polubię ich choć w połowie tak mocno, jak jego.

- Oto cała moja córka - zaśmiała się gospodyni. - Nie martwi się, czy ją polubią, lecz 

czy przypadną jej do gustu.

- Zawsze żałowałam, że nie znałam teściów - powiedziała Emilie bardziej do siebie, 

niż do Rebeki i Charity. - Rodzice Zane'a zmarli, nim go poznałam.

W ciągu ich krótkiego małżeństwa tylko raz udało się jej porozmawiać z Sarą Jane. 

Bardzo pragnęła zaprzyjaźnić się z kobietą, która odgrywała tak ważną rolę w życiu jej męża.

- Biedaczysko - westchnęła Rebeka. - Nic dziwnego, że ciężko to przeżył. Powiedział 

mi, że rodzice zostawili go jeszcze na długo przedtem, nim przedwcześnie zmarli.

background image

- Zane opowiadał ci o swoich rodzicach? - Emilie poderwała gwałtownie głowę znad 

szycia.

- Tak, tego ranka, kiedy pomagał mi rozwieszać pranie.

Zane pomagał rozwieszać pranie? Dziewczyna nic nie powiedziała, tylko popatrzyła 

ze zdumieniem na Rebekę.

- To dobry człowiek - dodała kobieta, nie przerywając szycia. - I bardzo cię kocha.

Emilie znów wbiła wzrok w bębenek do haftowania. Ciekawe, co by powiedziała, 

gdyby znała ich prawdziwą historię?

-   Zawsze   można   stwierdzić,   czy   mężczyzna   kocha   kobietę.   Trzeba   tylko   umieć 

dostrzec pewne drobiazgi - Rebeka nie skierowała tych słów do konkretnej osoby.

- Na przykład, na urodziny dostałam od Tima szylkretowy grzebień - wtrąciła Charity.

- Myślę, że twoja mama  miała  na myśli  coś innego - zauważyła  Emilie  z lekkim 

uśmiechem. Zerknęła na panią Blakelee. - Czyż nie tak?

- Zawsze powtarzam, że zrozumiałam, jak bardzo Josiah mnie kocha, gdy przesiedział 

całą noc z ząbkującą Charity. - Dla Rebeki, która była wtedy w ciąży z Isaakiem, spokojna 

noc znaczyła więcej niż złota biżuteria.

- Mężczyzna zawsze ofiarowuje to, co może, i czyni to na swój sposób.

- Kobieta nie powinna nadawać prostym gestom większego znaczenia, niż mają one 

naprawdę - odpowiedziała Emilie, myśląc o kąpieli, która czekała na nią tamtej nocy.

- Nie powinna również ich pomniejszać, tylko dlatego że mężczyzna nie pasuje do jej 

ideału - odpowiedziała Rebeka uśmiechając się łagodnie.

- Gdybym nie wiedziała, że tak nie jest, pomyślałabym, że mówisz o mnie.

- Twój mąż to dobry i uprzejmy człowiek, Emilie. Obawiam się, że nie zawsze to 

dostrzegasz.

- On nie zawsze pozwala, aby ktokolwiek to zauważył.

Z sąsiedniego pokoju dobiegł ich płacz Aarona. Rebeka posłała córkę, aby sprawdziła, 

co mu się stało. Poczekała chwilę, aż Charity nie mogła już słyszeć, o czym rozmawiają.

- Gdy parę dni temu zaczęłam z tobą rozmawiać o Andrew, kierowałam się troską o 

jego dobro.

- Wiem...

Rebeka uniosła dłoń, nakazując jej milczenie.

- Gdy mówię o nim teraz, to dlatego że martwię się o nas wszystkich.

- Wydaje mi się, że dostrzegasz kłopot tam, gdzie go nie ma.

- Ja natomiast sądzę, że nie widzisz tego, co masz przed nosem.

background image

- Rebeko... - zaczęła Emilie, ale nie dokończyła. Cóż mogła powiedzieć? Wszystko, 

zabrzmiałoby jak kłamstwo lub kiepska wymówka, a prawda była zbyt niewiarygodna.

- Niektórzy ludzie powiedzieliby pewnie, że masz szczęście - powiedziała gospodyni 

odchylając się do tyłu i mierząc ją uważnym spojrzeniem. W jej głosie zabrzmiała subtelna 

nutka wyzwania. - Tacy dwaj wspaniali mężczyźni są w tobie zakochani.

- Och, Rebeko... - westchnęła Emilie. - Jest tak wiele spraw, których nie mogłabyś 

zrozumieć... - spojrzała jej w oczy. - Zane, - zaczęła i urwała, aby zebrać myśli. - Zane nie jest 

takim człowiekiem jak Josiah. Dom i rodzina nie mają dla niego większego znaczenia.

- Kiedyś również mój mąż lekceważył życie rodzinne - odrzekła kobieta, odrzucając 

wyjaśnienia   Emilie   niedbałym   ruchem   ręki.   -   Musi   minąć   sporo   czasu,   nim   mężczyzna 

zrozumie, co jest naprawdę ważne w życiu.

- Być może - kiwnęła głową Emilie. - Ale ty masz przynajmniej stały dom. Masz 

gdzie zapuścić korzenie.

Rebeka   wybuchnęła   gromkim   śmiechem.   -   Mniej   więcej   rok   temu   wróciliśmy   na 

naszą ziemię - wyjaśniła, gdy już się opanowała. - Przez osiemnaście lat Josiah zmuszał mnie 

do włóczęgi po całym kraju.

Emilie słuchała ze zgrozą jej opowieści. Josiah był nie tylko farmerem, ale również 

prawnikiem.   Przez   długie   lata   przeczesywał   cały   kraj   w   poszukiwaniu   spraw,   w   których 

mógłby się zaangażować po stronie sprawiedliwości.

- Nie chcę, abyś myślała, że cieszę się z tej okropnej sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, 

ale muszę przyznać, że powrót do domu zawdzięczam pierwszej salwie pod Bunker Hill.

- Czy jesteś szczęśliwa?

- Czym jest szczęście? - odparła Rebeka. - Jestem zadowolona z życia. Więcej nie 

wymagam.

- Ja pragnę czegoś więcej - Emilie nie mogła się opanować. - Chcę być szczęśliwa.

- A jak zamierzasz to osiągnąć?

- Gdybym potrafiła odpowiedzieć na to pytanie, powinnam zostać wodzem naczelnym 

w miejsce generała Washingtona.

- Musisz kochać swojego męża takim, jakim jest, a nie marzyć, aby się dopasował do 

twojego wyobrażenia.

Rebeka trafiła w sedno sprawy.

- A jeśli to niemożliwe? - szepnęła ledwo dosłyszalnie Emilie.

- Wtedy musisz się dostosować. Jeśli kochasz, to nie masz innego wyjścia.

Andrew stał przy drzwiach i słuchał. Gdy Emilie i Zane objęli się na pożegnanie, 

background image

poczuł w sercu bolesny skurcz. Teraz miał wrażenie, że unosi się w górę z radości, niczym 

orzeł uwolniony z sideł.

Serce przepełniała mu nadzieja. Wiedział już, że ma szanse zdobyć jej uczucia! To 

było oczywiste. Gdyby kochała Rutledge'a, niewątpliwie powiedziałaby to Rebece.

Andrew nie mógł zrozumieć tego, że tylko on widzi, jak bardzo Emilie różni się od 

wszystkich   znanych   mu   kobiet.   Jak   Rebeka   mogła   nie   dostrzec   przepaści,   dzielącej   tę 

dziewczynę od innych? Melodyjny głos, dumnie wyprostowana postawa, siła i zdecydowanie, 

dziewczęca jędrność skóry... z całą pewnością na całym świecie nie ma drugiej takiej kobiety!

Odsunął się od drzwi. Wolał, aby nikt nie przyłapał go na podsłuchiwaniu. Odwrócił 

się i ruszył po schodach na górę, ale wciąż myślał o Emilie.

Czy   to   możliwe,   że   inne   kobiety   w   dwudziestym   wieku   są   do   niej   podobne? 

Wspominała o sile i niezależności i w pierwszej chwili Andrew uznał, że te cechy nie Pasują 

do płci pięknej. Później, obserwując energię i odwagę, z jakimi borykała się z życiem, zmienił 

zdanie i gorąco zapragnął poznać czasy, o których dowiedział się od niej.

Rutledge często mówił o powrocie do świata, jaki zostawili. McVie uważał, że to 

brednie, ale teraz przestał być tego całkiem pewien. Możliwe przecież, że ta sama tajemnicza 

siła, która zesłała ich w osiemnasty wiek, pewnego dnia odeśle ich z powrotem.

To byłby prawdziwy cud, gdybym mógł dzielić z Emilie jej świat - myślał.

- Czy słyszałaś ten hałas? - spytała Emilie, pochylając głowę w stronę drzwi.

- To tylko mysz - uspokoiła ją Rebeka.

- Co za mysz! - dziewczyna aż się wstrząsnęła.

- Chyba jesteś przyzwyczajona do myszy? - Kobieta spojrzała na nią ze zdziwieniem. - 

Nie znam ani jednego domu, który byłby wolny od ich towarzystwa.

- To jeszcze nie znaczy, że ich obecność sprawia mi przyjemność.

-   Większość   gospodyń   nie   zwraca   na   nie   uwagi   -   stwierdziła   Rebeka.   -   Jesteś 

niezwykłą   kobietą,   Emilie.   Ilekroć   myślę,   że   już   cię   rozumiem,   zaraz   się   okazuje,   że   to 

złudzenie.

Emilie miała  ogromną ochotę, aby wyznać  jej prawdę. Ostatnio czuła się bardziej 

rozstrojona   nerwowo   i   znużona   fizycznie   niż   kiedykolwiek   przedtem.   Potrzebowała 

przyjaciółki,   a   Rebeka   była   idealną   kandydatką.   Trudno   byłoby   znaleźć   kogoś   bardziej 

wyrozumiałego i serdecznego niż ona. Niestety, prawda, którą musiałaby wyznać, była tak 

niewiarygodna, że nie mogła się na to odważyć. Prócz tego teraz, gdy Zane i ona zaczęli brać 

udział w akcji szpiegowskiej, nie mogła w żaden sposób dodatkowo denerwować Rebeki i 

podważać jej poczucia bezpieczeństwa.

background image

Odłożyła na bok szycie i wstała, aby rozprostować plecy. Nagle zakręciło się jej w 

głowie i upadła z powrotem na fotel.

Rebeka   natychmiast   do   niej   podbiegła.   Podała   jej   kubek   zimnej   wody   i   wsparła 

ramieniem.

- Tak myślałam - powiedziała z domyślnym uśmiechem. - Jesteś w ciąży.

- Nie - zaprzeczyła Emilie, ze wszystkich sił próbując odzyskać panowanie nad sobą. - 

Naprawdę.

Rebeka zerknęła na jej gorset.

- Wydaje mi się, że już widać.

- Trochę utyłam, to wszystko.

-   A   co   z   miesiączką?   -   spytała   nieśmiało   gospodyni.   Nie   chciała,   aby   to   pytanie 

zabrzmiało zbyt natrętnie.

- Nic mi nie jest - zapewniła ją dziewczyna. - Nie masz się czym martwić.

Przecież wiadomo, że podróże mogą zakłócić cykl - pomyślała, lecz nie powiedziała 

tego głośno. A co dopiero podróże w czasie?!

Gdy doszła do siebie, Rebeka nie wróciła już do poważnej rozmowy. Zamiast tego 

siedziały w przyjaznym milczeniu i szyły. W pewnej chwili Emilie znów gwałtownie wstała z 

fotela.

- Gdzie on się podziewa? - rzuciła, podchodząc do okna. W świetle księżyca widać 

było tylko rozległe pola. - Czy nie powinien już wrócić?

W tym momencie do pokoju wszedł Andrew. Ukłonił się uprzejmie w stronę Rebeki, 

po czym zwrócił się do Emilie.

- Nie spodziewam się go dzisiaj - powiedział. - Takie sprawy na ogół wymagają czasu.

Emilie pomyślała, gdzie Zane załatwia „takie sprawy” i mocno poczerwieniała.

- Mam nadzieję, że nic mu nie grozi.

- Jest bezpieczny jak dziecko przy piersi - zachichotał mężczyzna w odpowiedzi.

-  Cieszę  się,  że   tak  cię  to   bawi   -  prychnęła.   -  On  nie  zna   obecnych  zwyczajów! 

Wszystko może się zdarzyć, wszystko!

- Cicho bądź, dziewczyno - syknął Andrew. - Rebeka słyszy, co mówimy.

W rzeczywistości McVie również obawiał się o los Zane'a, ale - prawdę mówiąc - nie 

potrafił myśleć o nim w sposób całkowicie wolny od osobistych akcentów. Gdyby Rutledge 

znalazł pocieszenie w ramionach chętnej dziewki, Emilie zapewne przestałaby odnosić się do 

niego z taką sympatią.

W sąsiednim pokoju rozległ się głośny krzyk Aarona. Rebeka odłożyła szycie i wstała 

background image

z fotela.

-   Przepraszam,   muszę   zobaczyć,   co   z   nim   się   dzieje   -   powiedziała.   Wyciągnęła 

ramiona do Emilie, która podeszła, żeby ją uściskać. - Wszystko będzie dobrze - szepnęła.

- Co ona miała na myśli? - spytał Andrew, gdy gospodyni wyszła już z pokoju.

- To sprawa osobista - odrzekła Emilie, nieco zdziwiona tym pytaniem. Zazwyczaj 

McVie zachowywał się z większą dyskrecją.

- Rebeka Blakelee to dobra kobieta - stwierdził Andrew. - Josiah to szczęściarz.

Emilie ciężko westchnęła i opadła na fotel.

- A ty ? - spytała. - Też jesteś szczęściarzem? Bezpośredniość tego pytania zupełnie go 

zaskoczyła.

Tego się po niej nie spodziewał.

- Elspeth była doskonałą żoną - powiedział po krótkim milczeniu. - Chciałbym, żeby 

coś takiego można było powiedzieć o mnie.

- Jestem pewna, że byłeś wspaniałym mężem - zerknęła na niego z zaciekawieniem.

- O, nie! Wspaniałym mężem to ja na pewno nigdy nie byłem.

- Już wiem, na czym polegał problem - zachichotała Emilie. - Często zapominałeś 

wynieść śmieci.

- Co powiedziałaś?

- Nie zwracaj na mnie uwagi - machnęła ręką w powietrzu. - Jestem bardzo zmęczona. 

To stary dowcip z dwudziestego wieku. Nie zrozumiesz, o co chodzi.

- Chciałbym zrozumieć - powiedział, zbliżając się do niej.

- Co takiego zatem przeskrobałeś, Andrew? - spytała niespokojnie. - Dlaczego nie 

byłeś idealnym mężem?

McVie pomyślał o żonie i poczuł, jak wzruszenie ściska mu gardło.

- Zaniedbywałem Elspeth i Davida - wykrztusił wreszcie. - Zamiast o nich, myślałem 

tylko o interesach.

- Cóż to za interesy?

- Jestem prawnikiem.

- Tak jak Josiah?

- Tak.

-   Patrzcie   no,   kolonialny  yuppie  -   sarkastycznie   stwierdziła   Emilie.   -   Któż   by 

pomyślał.

Yup - pee? - powtórzył pytająco Andrew.

-  Young   urban   professional  czyli   młody   miejski   wysoko   wykwalifikowany 

background image

zawodowiec - wyjaśniła. - Prawnik lub biznesmen, czasem inżynier. To była prawdziwa plaga 

w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku. Nie wiedziałam, że pojawiła się tak wcześ-

nie.

Słuchała cierpliwie dobrze znanej historii o człowieku, który dla kariery poświecił 

rodzinę i przyjaciół. Dobrze wiedziała, że z biegiem lat ten problem będzie narastał i w końcu 

obejmie również kobiety.

- Jeździłem od stanu do stanu - ciągnął Andrew. - Bywało, że Elspeth przez wiele 

tygodni była sama z dzieckiem. Musiała sobie radzić ze wszystkimi kłopotami.

- Czy narzekała?

- To nie leżało w jej charakterze - potrząsnął głową McVie. To prawda, że Elspeth nie 

protestowała, ale świetnie pamiętał wyraz bólu na jej twarzy, gdy pakował się i opuszczał 

dom.

-   Powinna   była   -   stwierdziła   Emilie.   -   Ludzie,   którzy   akceptują   złe   traktowanie, 

dostają to, na co zasługują.

- Czy tak zachowują się ludzie w dwudziestym wieku?

- Tak - kiwnęła głową. - Wszyscy gonią za szczęściem.

- Nigdy nie pomyślałem, że na tym świecie można być szczęśliwym.

-   Nie   masz   racji,   Andrew.   Niewykluczone,   że   ten   świat   to   wszystko,   co   mamy. 

Gdybyśmy nie mogli być szczęśliwi, to jaki sens miałoby życie?

Mężczyzna dobrze wiedział, o co jej chodzi. Nie miał wątpliwości, do czego zmierza 

Emilie. Uklęknął przy niej i schwycił ją za ręce.

- Andrew! - wykrzyknęła zdumiona i zaskoczona jego zachowaniem.

- Pogoń za szczęściem - powiedział. Słyszał gwałtowne uderzenia własnego serca. - 

Dla mnie ty jesteś szczęściem.

- Nie możesz tak mówić. Ja... - urwała. Już chciała powiedzieć, że jest mężatką, ale on 

wiedział przecież, że to nieprawda.

- Jesteś wolną kobietą - McVie trafnie odczytał jej myśli. - Nie ma żadnych przeszkód 

na drodze do szczęścia.

- Sam nie wiesz, co mówisz - Emilie zerwała się z fotela. - Nie jestem taka jak Elspeth 

lub inne znane ci kobiety. W każdej sprawie starałabym się postawić na swoim.

- Przyjmuję wyzwanie - powiedział Andrew, wstając z kolan. - Kocham cię taką, jaką 

jesteś.

Już chciała mu odpowiedzieć, że kocha nie rzeczywistą Emilie Crosse, lecz jakieś 

swoje romantyczne wyobrażenie przyszłości, ale w ostatniej chwili zrezygnowała. A może to 

background image

moje przeznaczenie? - pomyślała. Jeśli Zane zginie w czasie tej wyprawy, będzie musiała 

ułożyć sobie życie w nowych okolicznościach.

- Od pierwszej chwili wiedziałem, że masz w rękach mój los - szepnął mężczyzna.

- Nic nie wiem o twoim losie - zaprzeczyła gwałtownie. - Już ci to mówiłam.

Po uratowaniu życia generała Washingtona Andrew zniknął z kart historii.

-   Być   może   mój   los   nie   został   jeszcze   określony   -   odpowiedział.   -   Może   zależy 

właśnie od ciebie.

- Nie! - krzyknęła Emilie, nagle przerażona myślą, do czego to może doprowadzić. - 

To niemożliwe! Od ciebie zależy los ojczyzny.

- Nie mogę cię stracić - szepnął, biorąc ją w ramiona. - Tak długo cię szukałem, że 

teraz nie możemy się rozstać.

Zamierzał ją pocałować. Emilie dostrzegła w jego oczach nieme pytanie. Nieruchomo 

czekała   na   to,   co   się   stanie.   Andrew   pochylił   głowę   i   dotknął   ustami   jej   warg.   W   tym 

pocałunku Emilie wyczuła głód i pragnienie czegoś, czego nie mogła mu ofiarować.

Odwróciła głowę, ale McVie zdążył dostrzec łzy w jej oczach.

- Następnym razem zastanowisz się dwa razy, nim pójdziesz do burdelu - powiedział 

angielski żołnierz, otwierając drzwi celi i wpychając Zane'a do środka. - Niektóre z tych 

dziewek wolą angielskie szpady od amerykańskich szabli.

Zatrzasnął drzwi. Rutledge znalazł się w zupełnych ciemnościach. Nie tyle widział, co 

wyczuwał obecność innych więźniów.

- Powiedz coś, człowieku - odezwał się jakiś głos. - Jak się nazywasz?

- Rutledge - odpowiedział. - A ty?

- Fleming, z Little Rocky Hill.

- Kto jeszcze tu siedzi? - spytał. Wiedział, że zna to nazwisko.

Miller... Quick... Hughes... - przedstawiali się kolejni więźniowie. Zane słyszał o nich 

rano.

- A Blakelee? - zapytał. - Czy jest tu Josiah Blakelee?

Nagle   zapadła   cisza.   W   celi   czuć   było   wiszącą   w   powietrzu   nieufność.   Rutledge 

słyszał tylko pulsowanie krwi w skroniach.

- A dlaczego pytasz o Josiaha? - zapytał jeden z mężczyzn.

- To przez McVie'a - zaczął Zane. - Prosił mnie, żebym...

Nie skończył zdania...

background image

13

Następnego dnia o świcie w dalszym ciągu Zane'a nie było.

- Musiało się stać coś okropnego - powiedziała Emilie do Andrew. Wstała bardzo 

wcześnie, słońce dopiero co pojawiło się ponad drzewami. - Powinien był wrócić już dawno.

- Jest jeszcze jedno możliwe' wyjaśnienie - odrzekł Andrew. - Ale pewnie wolałabyś 

go nie słyszeć.

- Znam te opowieści o amorach - prychnęła niecierpliwie. Zauważyła, że McVie lekko 

się zarumienił, słysząc to słowo. - Jestem pewna, że nie z tego powodu go nie ma.

- Skąd możesz wiedzieć na pewno? - spytał z powątpiewaniem. Przecież rozwiedli się 

i teraz oboje mogli zachowywać się z pełną swobodą.

-   Znam   Zane'a   i   wiem,   że   nie   zostawiłby   nas   w   ten   sposób.   -   Nie   dodała,   że   z 

pewnością nie zostawiłby jej samej z Andrew. Tego była  całkowicie pewna. - Muszę go 

odnaleźć.

- Chyba nie chcesz iść na poszukiwania?

- Muszę.

- Jest jeszcze wcześnie. Poczekaj, może wróci. Czekali do południa. Gdy usiedli do 

obiadu, nie mogli przełknąć nawet kęsa duszonej wołowiny.

- No tak - mruknął Andrew, gdy Charity już sprzątnęła wszystko ze stołu. - Obawiam 

się, że Rutledge popadł w kłopoty. - Pomyślał, że nawet jeśli został u Maggie i tak powinien 

już tu być. Dziewki też muszą kiedyś spać.

- Powiedz mi, dokąd go posłałeś - poprosiła Emilie. - Jeśli nie pójdziesz go szukać, 

sama to zrobię. - Poczuła mdłości, zapewne wywołane znużeniem i zdenerwowaniem. Na 

szczęście zaraz jej przeszło.

- Dobrze, pójdę, ale niczego nie gwarantuję - odrzekł Andrew. Wiedział, że lepiej się z 

nią nie sprzeczać.

Szybko   włożył   strój   farmera.   Na   głowę   wsadził   kapelusz   z   szerokim   rondem, 

częściowo skrywającym twarz.

- Wrócę, jak tylko się czegoś dowiem - obiecał i ruszył do drzwi. Emilie szła za nim.

- Nie, ty zostajesz - zaprotestował. - To zbyt niebezpieczne. Nie mogę brać za ciebie 

odpowiedzialności.

- Nie masz wyjścia - stwierdziła krótko. - Idę, niezależnie od tego, czy się zgadzasz, 

czy nie.

Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. Andrew pierwszy odwrócił wzrok.

background image

- Dobrze, chodź - mruknął. - Będę się modlił, żeby nic ci się nie stało.

Obeszli Princeton szerokim łukiem, korzystając ze ścieżek wydeptanych przez Indian i 

traperów.   Emilie   szła   nie   zwracając   uwagi   na   wspaniały   las,   który   poprzednio   tak   ją 

zachwycił. Maszerowali równym krokiem, utrzymując tempo. Tuż przed zmierzchem dotarli 

do skraju lasu.

- Zostań tutaj - nakazał McVie, gdy zbliżyli się do burdelu. Nigdzie nie było widać 

wspaniałego kasztanka, na którym wczoraj odjechał Zane, ale to jeszcze nic nie znaczyło. - 

Wszyscy zwróciliby uwagę na twoją obecność.

- Jak długo cię nie będzie? - spytała, tym razem nie podejmując dyskusji.

- Dowiem się czegoś i zaraz wracam.

- Pośpiesz się, proszę - szepnęła Emilie. Czuła się znużona i rozbita. Usiadła pod 

wyniosłą   sosną,   rozłupaną   uderzeniem   pioruna.   Westchnęła.   Wszystko   było   dla   niej 

łatwiejsze do zniesienia niż brak informacji.

Dziesięć   minut   po   odejściu   Andrew   zrobiło   się   ciemno.   Emilie   myślała,   że   już 

przyzwyczaiła się do szybko zapadających ciemności, ale gęsty mrok znów ją zaskoczył. 

Jedyne światło, jakie mogła dostrzec, to zapalona lampa nad drzwiami burdelu, w którym 

Zane znalazł swój los.

Zadygotała,   choć   noc   była   ciepła.   Pomyślała,   że   nie   może   oddawać   się   takim 

melodramatycznym rozmyślaniom. Z pewnością okaże się, że Rutledge zniknął z jakiegoś 

trywialnego   powodu.   Być   może   wypił   zbyt   wiele   wina,   albo   skorzystał   z   okazji,   aby 

popróbować szczęścia w kartach.

Oczywiście, w tym lokalu czekały na niego jeszcze bardziej podniecające rozrywki. 

Miał już czym za nie zapłacić.

Przecież nie masz prawa niczego mu nakazywać i zabraniać - powtarzała sobie Emilie, 

spoglądając na dom publiczny. Jeśli pominąć tę jedną niewiarygodną noc tuż przed lotem 

balonem, trzymała go cały czas na dystans, zarówno fizycznie, jak i psychicznie.

Czy   to   byłoby   rzeczywiście   takie   okropne,   gdyby   postanowił   znaleźć   pociechę   w 

ramionach innej kobiety?

Tak.

Emilie wstała i ruszyła w kierunku tego budynku. Nie miała pojęcia, co zrobi, gdy tam 

dotrze, ale po prostu nie mogła spokojnie siedzieć i czekać na powrót Andrew. Jeśli Zane'owi 

coś się stało, chciała o tym wiedzieć natychmiast.

Jeśli natomiast zamknął się w pokoju na górze z jakąś brunetką... Już ona pokaże tej 

dziwce, gdzie jej miejsce.

background image

Należeli do siebie, byli dla siebie stworzeni. To nagle wydało się jej tak oczywiste, że 

nie mogła zrozumieć, dlaczego tak długo opierała się nieuchronnej prawdzie. Stanowili parę 

ludzi, nie mających ze sobą nic wspólnego, poza tym że przeznaczenie złączyło ich losy.

Emilie pomyślała, że zupełnie nie miała racji twierdząc, iż nie pozwoli, aby na jej 

decyzje wpływały okoliczności, w jakich się znaleźli. Ich udziałem stałą się przygoda, której 

zapewne nikt inny nie doświadczył. Podróż w czasie o dwa wieki wstecz musi zmienić cha-

rakter   każdego   człowieka.   Jak   mogła   sądzić,   że   takie   wydarzenie   nie   wpłynie   na   ich 

wzajemne stosunki?

Oczywiście, to nie był jej jedyny błąd. Dziwne, że Rebeka potrafiła tak łatwo dostrzec 

rzeczy, które dla Emilie pozostały niewidzialne. Do tego stopnia skupiła uwagę na Andrew, 

że zupełnie przestała zauważać, co dzieje się z Zane'em.

Trzeba zaakceptować małżonka takim, jakim jest, a następnie dostosować się do niego 

-   powiedziała   Rebeka.   Jeszcze   kilka   miesięcy   temu   Emilie   zaprotestowałaby   stanowczo 

przeciw temu twierdzeniu. Teraz zastanawiała się, czy w tych prostych słowach nie kryję się 

ziarno mądrości. Tak bardzo starała się dopasować Zane'a do swego ideału mężczyzny, że 

przeoczyła wszystkie jego wspaniałe cechy, na przykład dzielność, radość życia, odwagę. Nie 

zauważyła nawet tego, jak bardzo ją kocha...

Gdy podeszła do budynku, usłyszała głośny śmiech. Słyszała basowy głos jakiegoś 

mężczyzny i wysoki, kobiecy chichot. Wyobraziła sobie Zane'a w łóżku z obcą kobietą i 

poczuła gwałtowny skurcz w brzuchu.

Jednak   nawet   to   było   lepsze   od   strachu   o   jego   życie.   Musiała   wiedzieć,   że   jest 

bezpieczny. Nie po to przebyli razem tak długą drogę, aby teraz, w ostatniej chwili, wszystko 

stracić.

- Dlaczego tak długo nie wracasz, Andrew? - szepnęła do siebie. Uklękła w zaroślach 

przy płocie. Z pewnością McVie nie pozwoliłby sobie na zabawy z dziewkami wiedząc, że 

ona czeka w lesie, licząc każdą sekundę.

Zaśmiała   się   nerwowo   i   natychmiast   zacisnęła   dłonią   usta,   aby   stłumić   hałas. 

Pomyślała, że zaraz dostanie ataku histerii. Zbyt długo narażała się na zmęczenie, za mało 

śpiąc   i  za  mało  jedząc.  Te  wszystkie   przygody  wyczerpały  jej  odporność.  Pomyślała,  że 

jeszcze chwila, a wejdzie na schody, otworzy kopniakiem drzwi i zrobi awanturę.

W tym momencie rozległ się zgrzyt zawiasów. Emilie schowała się głębiej w cieniu. 

Usłyszała, jak deski schodów skrzypią pod ciężarem męskich buciorów. Ostrożnie uniosła 

głowę, aby zobaczyć, kto to.

- Andrew - syknęła. - Jestem tutaj.

background image

McVie odwrócił się gwałtownie. W ciemnościach nie mogła dostrzec wyrazu jego 

twarzy.

- Kto tu jest?

- Emilie.

Andrew podszedł do krzaków. Nie musiała mu się przyglądać, aby zgadnąć, że jest 

wściekły.

- Miałaś czekać pod drzewem.

- Nie mogłam wytrzymać. Co z nim?

McVie chwycił ją za przegub i wyciągnął z zarośli. Szybkim krokiem ruszyli w stronę 

lasu. Choć Emilie niemal dorównywała mu wzrostem, nadążała za nim z wielkim trudem.

- Powiedz coś, do diabła! - krzyknęła, gdy już schowali się między drzewami. - Jeśli 

zaraz nie powiesz mi, gdzie jest Zane, to...

-   Wczoraj   Anglicy   aresztowali   sporo   ludzi   z   Princeton   -   powiedział   wreszcie 

mężczyzna. W jego głosie słychać było napięcie.

- Zane? - szepnęła niemal niedosłyszalnie Emilie.

- Był wśród nich - potwierdził. - Ta dziwka, Maggie, przeszła na stronę Anglików. Los 

zrządził, że Rutledge był najnowszym członkiem siatki i pierwszym, który został zdradzony.

- Boże... - Emilie wsparła się o jego ramię. Kolana ugięły się pod nią. Natychmiast 

przypomniała sobie wszystkie straszliwe opowieści o angielskich okrętach więziennych. - Jest 

na .Jersey”?

- Jeszcze nie - pokręcił głową Andrew. - Jutro rano cała grupa zostanie wywieziona z 

miejscowego więzienia na jeden ze statków.

- Wobec tego musimy coś zrobić jeszcze dziś w nocy.

- Odprowadzę cię na farmę i zastanowimy się, co dalej.

-   Do   licha,   nigdzie   mnie   nie   odprowadzisz!   Andrew   popatrzył   na   nią   tak,   jakby 

trzymała diabła za ogon.

- Przestań się tak gapić. Nie mamy czasu do stracenia.

- To niebezpieczna gra, panno Emilie - nie skomentował jej soczystego języka. - Nie 

mogę   pozwolić,   abyś   ryzykowała   życie   w   przedsięwzięciu,   które   ma   małe   szanse 

powodzenia.

- Ja decyduję o tym, co robię - ucięła stanowczo. - Mówię ci, że musimy coś zrobić, i 

to zaraz!

- Cicho! - syknął Andrew, unosząc dłoń. - Ktoś idzie.

Przykucnęli   za   pniem   wielkiej   lipy.   Po   chwili   na   leśnej   dróżce   pojawili   się   dwaj 

background image

okazali dżentelmeni, najwyraźniej podchmieleni.

- Oddałbym duszę diabłu za godzinkę sam na sam z tą dziewczyną  - odezwał się 

wyższy.

- Aha - zgodził się drugi. - Dla chętnej dziewki człowiek wszystko poświęci.

- Jak duże jest więzienie? - zwróciła się Emilie do Andrew, gdy tamci już sobie poszli.

- Niewielkie. Kamienny budynek, w środku tylko jeden pokój.

- A ilu żołnierzy pełni wartę?

- Jeden - odpowiedział powoli McVie. - Dzisiaj w Morristown jest festyn. Prawie cały 

regiment tam poszedł.

- Poradzimy sobie - stwierdziła Emilie, chwytając go za przegub. - Masz pistolet. Na 

pewno masz też nóż, nigdy się z nim nie rozstajesz.

Mężczyzna milczał.

- Zastanów się, Andrew. Jeśli nawet nic cię nie obchodzi Zane, pomyśl o Josiahu i 

pozostałych.

- Mamy niewielkie szanse powodzenia.

- Jeśli nie spróbujemy, to oni nie będą mieli żadnej szansy.

Zamknięcie na więziennym statku było równoznaczne z wyrokiem śmierci.

Andrew dotknął palcem policzka Emilie, tak jakby chciał utrwalić w pamięci jej rysy 

przed ostatecznym  rozstaniem.  Pomyślał,  że  jeśli uda  się im  uratować Rutledge'a,  z  całą 

pewnością   utraci   tę   dziewczynę.   Jednak   słysząc   błagalny   głos   i   widząc   rozpaczliwe 

spojrzenie, wiedział w głębi serca, że i tak już przegrał.

- To tam - powiedział, wskazując ręką niewielki budynek.

- Rzeczywiście,  niewielki - ucieszyła  się Emilie.  - Nie powinniśmy mieć  żadnych 

kłopotów.

- Mówisz tak, jakbyśmy już mieli to za sobą - zdziwił się McVie. - A przecież jeszcze 

nawet nie zaczęliśmy.

- To się nazywa pozytywne nastawienie - odrzekła. - Chcieć, to móc.

- Czy tak myślą ludzie w twoich czasach?

- Niektórzy nawet zarabiają mnóstwo pieniędzy, ucząc innych takiego myślenia.

- Musisz mnie zatem szybko tego nauczyć. To, co chcemy zrobić, może zakończyć się 

katastrofą.

Emilie odmówiła przyjęcia do wiadomości takiego rozwiązania. Zane znalazł się w 

śmiertelnym niebezpieczeństwie. Tylko to miało znaczenie.

- Jest pełnia - westchnął Andrew. - Nie będziemy mogli się podkraść, korzystając z 

background image

ciemności.

- To żaden problem - odrzekła, rozluźniając u góry tasiemki gorsetu. Z najwyższym 

trudem opanowała podniecenie. - Ja odwrócę uwagę strażnika. Reszta należy do ciebie.

- Obawiam się, że możesz się znaleźć w trudnej sytuacji - ostrzegł ją. - Nie mogę 

zagwarantować, że zdążę na czas.

- To moja sprawa - ucięła Emilie. - Jeśli chcesz, daj mi broń.

Ku   jej   zdziwieniu,   Andrew   nawet   się   nie   zawahał.   Podał   jej   pistolet   i   szybko 

wytłumaczył, jak się nim posługiwać.

Kiwnęła głową i zatknęła go za podwiązkę. Oczywiście, nie mogła liczyć na sławę 

najszybszego rewolwerowca Dzikiego Zachodu, ale z bronią poczuła się nieco pewniej.

Plan akcji był bardzo prosty. Emilie odwróci uwagę wartownika. W tym czasie McVie 

uprzedzi więźniów przez zakratowane okno, a następnie unieszkodliwi strażnika. Gdy już 

zdobędą klucz, reszta będzie prosta.

- Teraz - nakazał Andrew, gdy niewielka chmura przesłoniła na chwilę księżyc.

-   Dobry   z   ciebie   przyjaciel   -   szepnęła   jeszcze   Emilie,   patrząc   mu   w   oczy.   -   Nie 

mogłabym znaleźć lepszego.

To było dla niego za mało i nie miał zamiaru udawać, że jest inaczej.

- Szczęść Boże - powiedział i na pożegnanie pocałował ją w rękę.

Szczęść Boże - odpowiedziała, modląc się za powodzenie akcji.

Wartownik, mniej więcej pięćdziesięcioletni, mocno ogorzały mężczyzna, drzemał na 

ławce przed więzieniem. Na kolanach trzymał muszkiet, a tuż obok, na ziemi, stał dzbanek z 

rumem z Jamajki. Sądząc po głośnym chrapaniu, żołnierz sporo już wypił. Może jest pijany - 

pomyślała z nadzieją Emilie. Gdyby tak było, mogłaby odebrać mu muszkiet i pozbawić 

zmysłów bez konieczności odgrywania roli, jaką podjęła się zagrać.

Niestety, przy kolejnym głośnym chrapnięciu wartownik poderwał głowę i spojrzał na 

nią przekrwionymi oczami.

- Kto idzie? - zawołał.

Emilie nic nie odpowiedziała, tylko zaszeleściła spódnicą, tak jak bohaterki filmów 

kostiumowych. Mężczyzna spojrzał na nią z uznaniem. W jego oczach od razu pojawiło się 

pożądanie.

Zatrzymała się dwa metry przed nim. Przez chwilę nie mogła oderwać wzroku od jego 

poplątanej i poplamionej jedzeniem brody. Miała nadzieję, że męczące ją mdłości miną na 

tyle szybko, że będzie mogła odegrać uwodzicielkę.

Podeszła   bliżej.   Nigdy   nie   miała   talentu   do   flirtu.   Całe   to   krygowanie   się   i 

background image

wdzięczenie wydawało się jej stratą czasu i energii. Teraz żałowała, że nie posiadła tej umie-

jętności.

- Piękna noc - powiedziała, uśmiechając się zachęcająco.

Wartownik kiwnął głową i wyprostował się na ławce.

- Biedaczysko - użaliła się nad nim Emilie, jednocześnie pochylając się tak, aby mógł 

zajrzeć w dekolt gorsetu. Pogłaskała go po głowie. - Zostałeś sam, podczas gdy inni świetnie 

się bawią. Szkoda marnować pełnię księżyca.

Mężczyzna   nie   mógł   oderwać   wzroku   od   ciemnego   rowka   między   jej   piersiami. 

Emilie z najwyższym trudem opanowała grymas obrzydzenia.

- Ładna z ciebie dziewka - powiedział. - Czy Maggie zaczęła wysyłać dziewczyny, 

aby same szukały pracy?

- Nie - pokręciła głową Emilie. - Ale wszystkie szczerze współczujemy człowiekowi, 

który nie może zadbać o swoje przyjemności.

Wartownik oblizał wargi i uśmiechnął się lubieżnie.

- Jak masz na imię, dziewczyno?

- Bonnie - odpowiedziała i rzuciła mu uwodzicielskie spojrzenie.

- Usiądź obok mnie - zaprosił ją wartownik, zdejmując muszkiet z kolan. Postawił go 

na ławce, opierając lufą o ścianę.

- Nie ma miejsca - Emilie wydęła usta.

- Tutaj, dziewczyno, tutaj - żołnierz poklepał się po kolanach.

- Za wiele pan sobie wyobraża - odparła, udając oburzenie i jednocześnie rozglądając 

się nieznacznie wokół, aby sprawdzić, czy Andrew już jest gotów. Niestety, jeszcze nie było 

go widać.

Strażnik wyciągnął ręce i chwycił ją w pasie.

- Daj całusa - zażądał, zmuszając ją, aby usiadła mu na kolanach.

Gdy zaczął gmerać przy tasiemkach gorsetu, Emilie poczuła, że cierpnie jej skóra. 

Myśl o Zane'ie - nakazała sobie w duchu. - Nie ma za wysokiej ceny za jego życie.

- Jaki jesteś skąpy! - wykrzyknęła, pochylając się i podnosząc z ziemi dzbanek. - Taki 

dobry rum z Jamajki, a ty nawet nie zaproponowałeś mi łyka.

- Mam dla ciebie coś lepszego niż najlepszy rum - odrzekł tamten, wodząc palcami po 

jej piersiach. - Napijemy się później.

-   Strasznie   ci   się   śpieszy   -   rzuciła,   udając   lubieżny   entuzjazm.   W   rzeczywistości 

dałaby wiele za możność natychmiastowej kąpieli. Już czuła się zbrukana. - Mam nadzieję, że 

na długo starczy ci zapału.

background image

- Nie martw się - wartownik odrzucił głowę do tyłu i zarechotał. Pomacał jej uda. - 

Będziesz zadowolona.

Emilie   dostrzegła   nieznaczny   ruch.   Andrew   przyczaił   się   za   rogiem   budynku. 

Wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Spróbowała wstać, ale strażnik mocno ją trzymał.

- Cierpliwości - powiedziała, starając się uwolnić.

- Obiecuję, że się nie rozczarujesz.

Żołnierz   pochylił   się   i   wsadził   rękę   pod   spódnicę   Emilie.   Czuła,   jak   szorstkimi 

palcami szarpie bawełnianą pończochę. Pewnym ruchem przesuwał dłoń coraz wyżej. Mogła 

sobie tylko wyobrazić, co będzie, gdy dotknie jej ciała. Na próżno usiłowała go odepchnąć. 

Bała się, że zaraz znajdzie broń.

- Piękna z ciebie sztuka - mruknął z uznaniem mężczyzna. - Czekaj, dobrze wiem, jak 

sprawić kobiecie  przyjemność... - dodał. Nagle znalazł pistolet i znieruchomiał. - Co, do 

diabła...

Nie było ani chwili do stracenia. Gdyby zdążył wyciągnąć broń, próba uwolnienia 

więźniów   zakończyłaby   się   klęską.   Andrew   właśnie   wysunął   się   zza   rogu,   ale   miał   do 

przebycia   kilka   metrów.   Emilie   bez   zastanowienia   chwyciła   oparty   p   ścianę   muszkiet   i 

walnęła nim strażnika w głowę. Rozległ się głośny jęk bólu.

- Ty cholerna dziewko! - wykrzyknął  wartownik i zdzielił ją w twarz. Upadła na 

ziemię. - Dam ci nauczkę...

W tym momencie Andrew rzucił się na niego niczym puma. Emilie, nie zwracając 

uwagi   na   pulsujący   policzek,   wyciągnęła   spod   spódnicy   pistolet.   Trzęsącymi   się   rękami 

wycelowała w strażnika, ale na szczęście McVie już pozbawił go przytomności.

- Dzięki Bogu, zdążyłeś - westchnęła Emilie. Andrew rzucił wartownika na ziemię.

- Szybko, klucze - ponaglił ją do działania. Podała mu cały pęk. Smród bijący od 

nieprzytomnego mężczyzny niemal pozbawił ją tchu.

- Pilnuj go - polecił McVie. - Gdyby oprzytomniał, sama wiesz, co robić.

Emilie miała wrażenie, że każda sekunda ciągnie się w nieskończoność. Słyszała głosy 

więźniów, ale nie mogła rozpoznać wśród nich głosu Zane'a. Czuła, jak po plecach spływają 

jej krople potu. Musi tam być. Może jest ranny lub chory?

- Byle tylko żył - szepnęła. Ze wszystkim innym daliby sobie razem radę.

W drzwiach więzienia pojawili się dwaj mężczyźni. Szli potykając się co krok, tak 

jakby od dawna nie chodzili.

Emilie oblizała zaschnięte wargi. Boże, on musi tam być - modliła się w duszy. Jeśli 

jest, już nigdy nie poproszę cię o nic więcej...

background image

Następny pokazał się wysoki mężczyzna z płomiennie rudą czupryną.

Czuła, jak łzy spływają jej po policzkach. Przygryzła dolną wargę.

W tym momencie usłyszała jego głos, niski i dźwięczny, który zachwycił ją już przy 

ich pierwszym  spotkaniu. Poczuła  się tak, jakby ktoś nagle otworzył  przed nią drzwi do 

promiennej przyszłości.

- Emilie!

Odwróciła się w jego stronę. Stał przed nią, wysoki, silny, piękny - jedyny mężczyzna, 

którego kiedykolwiek miała kochać.

Jedyny.

Sama nie wiedziała, jak znalazła się w jego ramionach. Świat wokół przestał dla niej 

istnieć, liczył się tylko Zane.

- Już myślałam, że cię straciłam - szepnęła, odrywając na chwilę wargi od jego ust.

- McVie opowiedział mi już, co zrobiłaś. Jeśli jeszcze kiedyś zaryzykujesz taki numer, 

to...

Nie dokończył, bo musiał ją pocałować. Gdy po dłuższej chwili odsunął się od niej, 

poczuła się opuszczona.

- Emilie  miała  rację - Zane  zwrócił się do Andrew. - Zawiązano  spisek na życie 

Washingtona.

- Naprawdę? - McVie wydawał się zdziwiony. - Rozmawiałem już z pozostałymi i 

nikt nic o tym nie wie.

-   Dowiedziałem   się   w   burdelu   -   wyjaśnił   Rutledge.   -   Myśleli,   że   straciłem 

przytomność,   ale   wszystko   słyszałem.   W   ciągu   najbliższych   dziesięciu   dni   ma   nastąpić 

zamach   na   życie   generała.   Morderca   zamierza   strzelić   z   muszkietu,   i   to   z   niewielkiej 

odległości.

- Kto za tym stoi? - spytał Andrew. Wciąż nie wydawał się przekonany.

- Niejaki Talmadge - odrzekł Zane. - Czy to nazwisko coś ci mówi?

-  To   jeden  z   najbliższych  doradców   Washingtona   -  odpowiedział  Andrew.  Chyba 

wreszcie uwierzył, bo wyraźnie pobladł.

- Musimy się śpieszyć - powiedział Zane. - Ci faceci nie żartują.

McVie zawołał wysokiego, rudego mężczyznę.

- Gdzie jest generał? - zapytał.

- Na Long Island.

- A Talmadge?

- Razem z nim - odpowiedział tamten.

background image

Andrew szybko wydał rozkazy wszystkim pozostałym.

-   Rozproszcie   się   w   okolicy   -   powiedział.   -   Zawiadomcie   pozostałych   o 

niebezpieczeństwie.

- Co z Washingtonem? - spytał Zane. - Ktoś musi go zawiadomić.

- Ja najlepiej znam Long Island - odpowiedział Andrew. - To niebezpieczna wyprawa. 

Tylko ja nie mam nic do stracenia.

Wszyscy pozostali mieli dziewczyny lub rodziny. Jemu zostały tylko wspomnienia.

- Koń jest u kowala na skraju miasta  - powiedział Zane. - Za dziesięć szylingów 

zgodził się nim zająć. Powiedz mu, że kapitan Rutledge pozwolił ci go zabrać.

Emilie słuchała tej rozmowy z narastającym zdumieniem. Wyprawa na Long Island 

idealnie pasowała do upodobań Zane'a: była daleka, trudna i nadzwyczaj niebezpieczna. A 

jednak bez jednego słowa protestu zgodził się, aby pojechał tam McVie.

Wartownik zaczął przytomnieć. Andrew nakazał wszystkim, aby się rozeszli.

- Poczekajcie w lesie do świtu - powiedział do Emilie i Zane'a. - Potem idźcie na 

farmę Josiaha. Tam się spotkamy.

- Bądź ostrożny - pożegnała go. - Będziemy na ciebie czekać.

Kiwnął tylko głową, a w jego oczach Emilie dostrzegła głęboki smutek. Nie mogła nic 

na to poradzić, że raz jeszcze los odmówił mu szczęścia, na które zasługiwał.

Zane   podał   mu   rękę.   On   również   dostrzegł   malujące   się   na   twarzy   Andrew 

przygnębienie.

-   Pamiętaj,   co   ci   teraz   powiem,   Rutledge   -   McVie   mocno   ścisnął   dłoń   rywala.   - 

Gdybym wierzył, że mam szanse, podjąłbym z tobą walkę.

To powiedziawszy, zniknął w ciemnościach.

background image

14

Po raz  drugi w  ciągu dwóch dni  Zane stał  się jeńcem.  Tym  razem pozbawiła  go 

wolności nie armia brytyjska, lecz Emilie.

Kobieta, którą kochał.

Pozostali członkowie szpiegowskiej siatki szybko znikali w ciemnościach. Zane nie 

zwracał na nich najmniejszej uwagi. Teraz liczyła się tylko Emilie. Po raz kolejny uderzyła go 

jej piękność, ale tym razem dostrzegł również, co kryje się w jej duszy.

Na skroni dziewczyny wyskoczył  potężny,  purpurowy guz. Gdy zauważyła,  że go 

dostrzegł, odruchowo zerknęła na wartownika. Zane poczuł, że ogarnia go furia.

- Daj spokój - powiedziała. - To nie ma znaczenia.

Ujął   w   dłonie   jej   podbródek   i   uniósł   twarz   do   góry.   W   świetle   księżyca   widział 

dokładnie znane rysy.

- Do diabła, dlaczego McVie zgodził się, abyś podjęła takie ryzyko?

-   Nie   mógł   mnie   powstrzymać   -   odpowiedziała,   głaszcząc   go   po   policzkach.   - 

Musiałam cię znaleźć.

Zane dopiero teraz w pełni sobie uprzytomnił, co zrobiła. Zaryzykowała życiem, aby 

go ocalić. Chciał jej powiedzieć, co czuje, ale nie mógł znaleźć właściwych słów.

Wartownik poruszył się, jakby chciał wstać. Musieli uciekać.

- Jesteśmy niedaleko jaskini - powiedział Rutledge, chwytając ją za rękę. - Chodź, 

schowamy się tam do rana.

Szybko   wtopili   się   między   drzewa.   Skupił   uwagę   na   odnalezieniu   jaskini.   Nie 

pamiętał wielu szczegółów - jakiś strumyk, grupa wysokich sosen, pochyła skarpa - ale w 

przyszłości zdarzyło mu się szukać drogi na podstawie jeszcze bardziej skąpych informacji.

Pojedyncze promienie księżycowego światła przebijały się między gałęziami drzew, 

tworząc niezwykłą atmosferę. Słychać było pohukiwanie sowy, a zapach sosen przypominał o 

Bożym Narodzeniu. Zane szedł polegając głównie na instynkcie. Ku jego zdumieniu, Emilie 

podążała za nim bez najmniejszego wahania.

Była z nim - przyjaciółka, partnerka i żona.

- Tam - wskazał grupę skał.

- Masz zdumiewającą pamięć - powiedziała, gdy już schronili się w jaskini. - Nawet z 

mapą nie bylibyśmy tu szybciej.

- Pamiętam różne rzeczy, Em - Zane wziął ją w ramiona. - Wszystko, co wiąże się z 

tobą. - Niewielką myszkę na lewym ramieniu. Radosny śmiech, gdy nagle ją całował. Jej siłę, 

background image

dobroć i absolutną pewność, że szczęście zależy tylko od nich.

Wsparła głowę na jego barku. Czuł, że jej serce bije równie gwałtownie, jak jego.

- Byłeś wspaniały - szepnęła, całując go w szyję. - Taki odważny i pełen poświęcenia 

Jestem z ciebie dumna.

- Wydajesz się zdziwiona.

- Jestem - zachichotała cicho.

- Chyba jeszcze nikt mi nie powiedział, że jest ze mnie dumny.

- I jak ci się to podoba?

- Bardzo, ale to jeszcze bardziej - mruknął, odnajdując ustami jej wargi.

Ich pocałunki nabrały nieoczekiwanie nowego wymiaru, pojawiła się w nich słodycz 

przekraczająca granice erotyzmu. Zane czuł się tak, jakby przez całe życie siedział zamknięty 

w szklanej klatce i teraz nagle wydostał się na wolność; ściany klatki strzaskała siła większa i 

groźniejsza, niż potrafił to sobie przedtem wyobrazić.

- Jak tu ciemno - zaśmiała się cicho Emilie. - Nie widzę nawet twojej twarzy.

- A ja tak.

- To niemożliwe.

- Wiem bez patrzenia, jak wyglądasz - Zane przejechał opuszkami palców wokół jej 

brody, ust i policzków.

Emilie stała się częścią jego ciała i duszy, znalazła stałe miejsce w jego sercu.

Jej ciałem wstrząsnął dreszcz namiętności. Nie myślała o niczym poza tą chwilą i tym 

mężczyzną.  Wszystkie  jej sny,  marzenia,  fantazje, snute podczas wielu bezsennych  nocy, 

odeszły w niepamięć.  Nie mogła  pozbyć  się wrażenia,  że kieruje nimi  przeznaczenie,  że 

połączyła ich jakaś wyższa siła.

Położyli się na posłaniu z ubrań. Bez wahania przytulili się do siebie. Przez chwilę 

leżeli nieruchomo, w ciasnych objęciach, słuchając gwałtownego bicia swych serc. Później 

odnaleźli w swych ruchach cudowną harmonię, tak jakby przez całe życie przygotowywali się 

wspólnie do tej nocy.

Emilie zachwycała się jego siłą, Zane - jej delikatnością. Akt miłości stał się dla nich 

prawdziwym sakramentem.

Jeszcze nigdy nie przeżył czegoś takiego. Teraz wreszcie poznał prawdziwy sekret 

miłości i małżeństwa, sekret życia.

- Tyle lat - mruknął, całując jej pierś. - Straciliśmy tyle czasu...

- Teraz jesteśmy już razem - szepnęła. - Tylko to ma znaczenie.

- Już na zawsze - potwierdził, powoli wchodząc w jej ciało. - Nic nas nie rozdzieli.

background image

- Nie mów tak - Emilie pocałowała go w usta, tak jakby chciała zetrzeć te słowa.

- Chyba nie jesteś przesądna? - zaśmiał się Zane.

- Czemu mielibyśmy kusić los? - spytała. - Gdybym cię teraz straciła, z pewnością 

bym umarła.

- Do diabła z losem. Jesteśmy i będziemy razem.

To była noc obietnic i zaklęć.

- Musimy znowu wziąć ślub - powiedział, przytulając ją do piersi. Na zewnątrz jaskini 

zaczęło się już robić widno.

- Do licha, jak zamierzasz to wyjaśnić Rebece? - spytała, nasłuchując, jak bije jego 

serce. - Byłaby zgorszona.

- Czy chcesz powiedzieć, że mamy żyć na kocią łapę? - W jego oczach pojawiły się 

figlarne błyski.

- Chcę powiedzieć, że musimy zachować dyskrecję - odrzekła, wodząc stopą wzdłuż 

jego muskularnej łydki.

- Jeszcze mi nie odpowiedziałaś - przypomniał Zane.

- Jeszcze nie słyszałam propozycji.

- Wyjdziesz za mnie.

- To nie jest pytanie, tylko stwierdzenie.

- Dokładnie tak - odrzekł, przewracając ją na plecy i obejmując udami jej biodra. - 

Tylko taką odpowiedź zamierzam przyjąć do wiadomości.

-   Uwielbiam,   kiedy   jesteś   takim   supermężczyzną.   Zane   przysunął   się   do   niej.   W 

odpowiedzi Emilie uniosła biodra w górę.

- To również bardzo lubię - mruknęła.

Pochylił się i wziął w usta sutek jej piersi. Ssał i lekko kąsał go zębami.

Zacisnęła powieki. Czuła, jak ogarnia ją gorączka.

Zane zmienił  pozycję. Rozdzielił jej uda i ukląkł między nimi. Dotknął dłonią jej 

seksu. Emilie przycisnęła ciało do jego ręki. Nie mogła już opanować pożądania.

- Jesteś gotowa - uniósł dłoń do jej ust, pozwalając, aby posmakowała samej siebie. - 

Gorąca i słodka.

- Boże, Zane - jęknęła, oplotła nogami jego biodra i przyciągnęła do siebie. Pragnęła 

wszystkiego, co mógł jej ofiarować.

I żadne z nich nie było rozczarowane.

Gdy dotarli na wzgórze w pobliżu farmy, usłyszeli śmiechy i głośną muzykę.

- Wesele! - krzyknęła Emilie. - To przecież dzisiaj! Burzliwe wydarzenia ostatnich dni 

background image

sprawiły, że widok normalnie żyjących ludzi był dla nich prawdziwą niespodzianką. A jednak 

życie toczyło się dokładnie tak jak Przedtem.

- Tam musi być około stu ludzi - zauważył Zane i cicho gwizdnął. - Zdaje się, że duże 

wesela są zawsze w modzie.

Emilie   miała   wrażenie,   że   śni.   Schodzili   w   dół   po   łagodnym   zboczu   i   wkrótce 

wmieszali się w tłum gości. Patrząc na rozradowanych przyjaciół i członków rodziny, którzy 

zgromadzili się, aby uczcić ślub Charity i Timothy'ego, trudno było się domyślić, że trwa 

bezlitosna   wojna.   Na   poręczy   ganku   siedział   skrzypek   i   wywijał   smyczkiem,   idealnie 

dopasowując muzykę  do nastroju biesiadników. Przed domem  stały długie, zbite z desek 

stoły, uginające się pod ciężarem wędzonej szynki, pieczonych kurczaków, ryb i półmisków z 

sałatą i warzywami.

Emilie   wskazała   Zane'owi   rodziny,   które   przybyły   na   uroczystość   z   dziećmi   i 

niemowlakami.   W   tym   tłumie   można   było   znaleźć   przedstawicieli   wszystkich   pokoleń. 

Wesele było najlepszą okazją, aby poznać piękno ich życia, uwolnionego choć na chwilę od 

niepokojów.

- Spójrz - szepnęła Emilie. - Czy to ci wystarczy?

- Mam ciebie - odpowiedział, delikatnym gestem gładząc ją po głowie. - Któregoś 

dnia wrócimy tam, gdzie jest nasze miejsce.

- Nie sądzę.

- Myślę, że tak się stanie.

- A co przedtem?

- Do diabła! - wykrzyknął Zane. Wydawał się odmłodzony i pełen energii. - Mamy do 

dyspozycji cały nowy świat, którego nie znamy!

- Przecież jest wojna - przypomniała mu.

- Tym lepiej. Już pomogliśmy uratować życie Washingtona. Kto wie, co jeszcze nas 

czeka?

- To nie my uratowaliśmy starego George'a - poprawiła go Emilie. - To zadanie dla 

Andrew.

-  Dzięki  nam   stało  się   to  możliwe  -  Zane   pstryknął  w  palce.  -  Gdy  wrócimy  do 

dwudziestego wieku, będziemy musieli wyjaśnić to historykom.

Emilie nie chciała się z nim kłócić. Jeśli on wolał wierzyć, że wrócą do przyszłości, to 

jego sprawa. Równie dobrze mógł wierzyć w Świętego Mikołaja. Nic jej to nie szkodziło.

Cóż z tego, że nie mieli ani domu, ani rodziny, ani stałego źródła dochodów? Emilie 

musiała   uwierzyć,   że   jakoś   dadzą   sobie   radę.   Przecież   zawsze   o   tym   marzyła.   Wraz   z 

background image

ukochanym mężczyzną znalazła się w świecie, do którego całe życie tęskniła. Rozrzucone 

klocki   zagadki,   jaką   stanowiła   jej   dotychczasowa   egzystencja,   nagle   złożyły   się   same   w 

piękną całość.

A jednak nie mogła się pozbyć uczucia, że do pełnej harmonii brakuje jeszcze czegoś, 

co mogło nagle zmienić wygląd całości.

Przecież Zane nie mógł stuknąć obcasami i odmeldować się w drogę do dwudziestego 

wieku. To nie było takie proste. Jedyne, co mogli zrobić, to zbudować swoje życie tu i teraz, 

tak jak wszyscy inni, niezależnie od stulecia.

Chwycił ją za rękę. Szli razem przez łąkę, przypatrując się gościom.

-   Spójrz,   młoda   para!   -   Emilie   wskazała   mu   Charity,   która   tańczyła   z   młodym, 

przystojnym mężczyzną.

- Przecież to straszni smarkacze - zauważył Zane po chwili. - Jak myślisz, czy on już 

się goli?

- To inny świat - odrzekła. - Dorosłe życie zaczyna się znacznie wcześniej, niż do tego 

przywykłeś. Chodź, złożymy im życzenia.

- Emilie! - zatrzymał ich okrzyk Rebeki. - Zane! Rebeka, ubrana w różową sukienkę z 

muślinu, niemal biegła im na spotkanie. Uścisnęła Emilie. Gdy dostrzegła guz na jej skroni, 

otworzyła szeroko oczy.

- Kochanie, co się stało?!

- Wszystko w porządku - zapewniła ją pośpiesznie. - Naprawdę.

- Nie możesz sobie wyobrazić, jak bardzo się o ciebie martwiłam. Gdy nie wróciłaś 

rano, obawiałam się najgorszego. - Kobieta urwała na chwilę i rozejrzała się wokół. - A 

Andrew? - szepnęła.

- W porządku - odrzekła Emilie. - Musiał wyjechać w ważnej sprawie.

- A... a Josiah?

- Przykro mi, ale niczego nie udało się nam dowiedzieć.

Rebeka wyszeptała krótką modlitwę za męża i Andrew, polecając ich boskiej opiece. 

Po chwili jej szczupła twarz rozpromieniła się w uśmiechu.

- Chodźcie, musicie dołączyć do zabawy - powiedziała, biorąc ich oboje pod ręce i 

prowadząc   do   suto   zastawionego   stołu.   -   Dzisiaj   musimy   się   cieszyć!   Według   plotek, 

będziemy zaszczyceni odwiedzinami niezwykłego gościa - dodała konspiracyjnym szeptem.

- Ktoś, kogo znamy? - spytał Zane.

- Z pewnością znacie go choć ze słyszenia - Rebeka nie zdradziła tajemnicy.

-   Muszę   się   przebrać   w   coś   bardziej   stosownego   -   Emilie   wskazała   ręką   na   swą 

background image

pogniecioną suknię.

- Pośpiesz się! Za chwilę tańce rozpoczną się na dobre!

Zane towarzyszył jej w drodze do domu i chciał także wejść na górę.

- Nie, mowy nie ma! - zaśmiała się Emilie, wymykając z jego ramion. - Rebeka na nas 

czeka.

- Niech czeka.

- Cierpliwości, panie Rutledge - odrzekła, biorąc do ręki ulubioną, zieloną sukienkę. - 

Mamy jeszcze przed sobą całe życie. Zdążysz.

Szybko   się   przebrała,   po   czym   przeciągnęła   grzebieniem   po   włosach,   usiłując 

doprowadzić   je   do   ładu.   W   końcu   związała   je   w   luźny   kok   i   spięła   szpilkami   z   kości 

słoniowej. Parę loków puściła swobodnie, starając się ukryć ślady uderzenia. Mogła tylko 

liczyć, że inni nie okażą się równie spostrzegawczy, jak Rebeka.

Zane zdjął mundur i włożył czarne bryczesy i czarną koszulę.

- Wyglądasz jak Zorro - powiedziała z uśmiechem. - Niezła mieszanina epok.

- Wszystkie inne łachy trzeba oddać do pralni - odpowiedział.

- Przypomnij  mi,  żebym  ci później  wytłumaczyła,  jak to się  robi w  osiemnastym 

wieku.

Zane przyciągnął ją do siebie i mocno pocałował.

- Przypomnij mi, żebym później wytłumaczył ci parę innych rzeczy.

- Niech się pan nie martwi,  panie Rutledge - zapewniła go Emilie. - Będę o tym 

pamiętała.

Zane nałożył  sobie parę plastrów szynki i kawałek kurczaka, ale Emilie nie miała 

apetytu   na   mięso.   Nalała   sobie   tylko   kubek   koktajlu   z   wina   i   owoców.   Z   nieba   lał   się 

prawdziwy żar i chłodny napój sprawił jej prawdziwą rozkosz.

- Co się tam dzieje?  - spytał  Rutledge,  wskazując ręką tłum,  jaki zebrał  się przy 

stodole.

-   Pewnie   przyjechał   ten   specjalny   gość   Rebeki.   Nie   uważasz,   że   była   strasznie 

tajemnicza? - spytała, pochylając głowę. - A może to Josiah wrócił?

-   Kto   wie?   -   odrzekł   Zane.   -   Chodź,   sprawdzimy.   Odstawił   pusty   talerz.   Emilie 

rozglądała się, gdzie postawić swój kubek. W tym momencie zbliżyła się do nich młoda para.

- Zgodnie z naszą tradycją, przed pokrojeniem ciasta panna młoda musi zatańczyć z 

każdym   żonatym   mężczyzną   -   powiedziała   Charity.   W   białej,   jedwabnej   sukni   z 

wyhaftowanymi na gorsecie różami wyglądała naprawdę pięknie.

-   Jak   mógłbym   przeciwstawić   się   tradycji?   -   odpowiedział   Zane   z   eleganckim 

background image

ukłonem. - Czy zaszczyci mnie pani tańcem?

Charity   uśmiechnęła   się.   Rutledge   podał   jej   rękę   i   po   chwili   zawirowali   w   rytm 

skocznej muzyki.

Timothy, sympatyczny chłopak z kasztanowymi włosami, zwrócił się do Emilie.

- Byłbym zachwycony, gdyby zechciała pani ze mną zatańczyć.

- Sprawi mi to prawdziwą przyjemność - odparła. - Masz na imię Timothy, prawda?

- Timothy Crosse - odpowiedział z szerokim uśmiechem i podał jej rękę.

Miała wrażenie, że ktoś zdzielił ją pięścią w splot słoneczny, pozbawiając na chwilę 

tchu.

- Powtórz, proszę - wykrztusiła.

- Timothy Crosse... - Chłopak spojrzał na nią ze zdziwieniem.

Emilie nie mogła oddychać. Miała wrażenie, że nagle zrobiło się potwornie duszno.

- Proszę pani... - jakby z oddali dotarł do niej głos Tima. - Źle pani wygląda.

Emilie usiadła na stopniu schodów.

- Proszę, nie przejmuj się mną - wykrztusiła. - Wszystko w porządku, to tylko upał.

Zaniepokojony Timothy wypatrzył wśród tańczących Charity i Zane'a i dał im znak, 

aby przerwali taniec.

- Nie wiem, co się stało - tłumaczył Zane'owi. - Jeszcze przed chwilą czuła się dobrze i 

nagle...

- Czy mógłbyś podać mi trochę wody? - poprosiła Emilie.

Timothy   i   Charity   ruszyli   razem   po   kubek.   Zane   pomógł   jej   dotrzeć   do   fotela, 

stojącego w chłodnym salonie.

- Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha.

- Bo rzeczywiście zobaczyłam - odrzekła, wybuchając histerycznym  śmiechem. Po 

chwili uspokoiła się.

- Nazywa się Timothy Crosse.

- Nabijasz się ze mnie - Rutledge osłupiał.

- Teraz rozumiem, dlaczego tak dobrze się tu czuję - uśmiechnęła się Emilie. - To 

moja rodzina.

- Wchodzimy na niebezpieczny teren. Jak mogłaś spotkać własnego przodka?

- Nie wiem - potrząsnęła głową. - A jak można podróżować w czasie?

- Mnie nie pytaj - zaprotestował Zane. - To ty podobno znasz odpowiedź na takie 

pytania.

Emilie przypomniała sobie niektórych gości. Roześmiana kobieta w sukni z żółtego 

background image

brokatu...   Postawny   dżentelmen   w   tabaczkowej   kamizelce...   Piękne,   jasnowłose   dziecko 

bawiące się na trawniku. Pomyślała, że prawie wszyscy ci ludzie to jej powinowaci lub krew-

ni.

Nagle przypomniała sobie niezliczone historie rodzinne, które przekazała jej babka. 

Każda opowieść stanowiła ogniwo długiego łańcucha, który łączył ją z Timem.

- Nie mogę się skupić - westchnęła, ocierając pot z czoła. Usiłowała jakoś wyrazić 

swój niepokój, ale nie mogła znaleźć właściwych słów. - Coś mnie męczy... coś, czego nie 

mogę sobie przypomnieć.

- Nie martw się - odrzekł Zane, zerkając na potężnego guza na jej skroni. - To z 

pewnością nic ważnego.

-   Pewnie   pomyślisz,   że   zwariowałam,   ale   to   coś   ma   związek   z   George'em 

Washingtonem.

- To wcale nie takie dziwne - powiedział Zane. McVie pewnie już dotarł na Long 

Island i zawiadomił generała o spisku. Zapewne to właśnie dręczyło Emilie. - Martwisz się o 

niego.

- To coś więcej - Rutledge odczytał w jej oczach prawdziwy strach. - Boję się, że za 

chwilę stanie się coś strasznego.

- Nawet jeśli, to i tak nie możesz nic zrobić w tej sprawie - odrzekł z typową, męską 

logiką. - Jesteś w New Jersey, a Washington w Nowym Jorku.

- Ale zgodnie z tradycją rodzinną...

- Zrobiłaś co mogłaś - przerwał jej Zane. - Nie martw się. Historia to potwierdzi.

W tym momencie do salonu wpadł Isaac. Rozsadzało go podniecenie.

- Mama mówi, żebyście jak najszybciej przyszli! On zaraz wyjedzie.

Emilie i Zane spojrzeli po sobie.

- Kto zaraz wyjedzie? - spytał Rutledge.

- George Washington - wyjaśnił chłopak, biegnąc do drzwi. - Przyjechał na wesele, 

aby oddać list od taty. Mój tata jest bohaterem! On...

Emilie przestała go słyszeć. Nagle wszystko złożyło się w przerażającą całość. To jej 

rodzina. Odbywa się wesele. Przyjechał Washington. Spojrzała na Zane'a. Ubrany na czarno 

mężczyzna uratował życie generała... Przypomniała sobie dramatyczną opowieść.

- Boże, teraz rozumiem! - krzyknęła.

- Jesteś pewna? - zapytał Zane.

-   Tak!   To   nie   Andrew   jest   tym   bohaterem!   To...   Rutledge   rzucił   się   do   drzwi, 

przewracając po drodze Isaaca. Biegnąc pomyślał, że później go przeprosi.

background image

-   Zane!   -   krzyknęła   Rebeka.   Stała   na   ganku,   przyciskając   do   piersi   złożony   list. 

Wydawała się szczęśliwa.

- Próbowaliśmy cię znaleźć. Chciałam przedstawić cię Jego Ekscelencji.

- Gdzie on jest? - mężczyzna ścisnął mocno jej ramię.

- Właśnie wyjeżdża do Filadelfii - odpowiedziała, wskazując ręką na stodołę, obok 

której stał jeździec w mundurze.

- Czy jest sam?

- Podróżuje z jednym adiutantem - odrzekła, marszcząc brwi. - Jak on się nazywa...? 

Aha, już pamiętam. Talmadge.

Zane   przeskoczył   przez   poręcz   ganku.   Przewrócił   się   przy   lądowaniu   i   w   tym 

momencie poczuł ostry ból w ramieniu. Pomyślał, że pewnie znowu złamał rękę, ale w tej 

chwili to nie miało znaczenia. Zerwał się na nogi i pobiegł w stronę stodoły.

Jeszcze sto metrów... pięćdziesiąt... szybciej! Morderca mógł kryć się wszędzie. Lada 

chwila mógł wziąć na muszkę generała.

Usłyszał za sobą głos Emilie i jeszcze przyśpieszył. Niezależnie od tego, jak miała się 

skończyć ta historia, chciał, aby ona była z niego dumna.

- Zsiadaj z konia! - krzyknął do Washingtona. - Już! Generał obrócił się powoli i 

spojrzał   na   biegnącego   mężczyznę.   Wyglądał   dokładnie   tak,   jak   na   banknocie 

jednodolarowym. Z wrażenia Zane na chwilę przystanął.

Po sekundzie znów rzucił się do przodu. Pomyślał, że jeśli nie zdąży, to przyszłość, 

która wydawała im się tak pewna, nagle zmieni się nie do poznania. Zamiast dolarów w 

Ameryce wciąż będą w obiegu funty.

Washington sięgnął do rękojeści szpady.

Rutledge usłyszał krzyk Emilie.

Przykro mi, George - pomyślał. Mnie to sprawi więcej bólu.

I Zane Grey Rutledge rzucił się prosto w główny nurt historii.

background image

15

Rebeka stała w drzwiach i przyglądała się, jak Emilie kończy pakować swoje rzeczy. - 

Lepiej się czujesz?

- Nic mi nie jest - uśmiechnęła się Emilie. - Naprawdę. - A mdłości? - Minęły - 

odpowiedziała.   -   Cytryna   pomogła.   Nie   mogła   już   dłużej   twierdzić   wbrew   oczywistym 

objawom, iż nie jest w ciąży. I tak dostatecznie długo usiłowała sobie wmówić, że mdłości, 

zawroty głowy i brak okresu jeszcze nie świadczą o jej stanie. Musiała przyznać, że nosi w 

sobie   dziecko   Zane'a,   poczęte   owej   cudownej   nocy   w   przyszłości,   kiedy   zapomniała   o 

ostrożności  i posłuchała  głosu serca. - To dobra oznaka. Ciężkie  początki  wróżą zdrowe 

dziecko.

- Oby Bóg usłyszał twoje słowa.

- Nie znałam dotychczas takiego wyrażenia - zdziwiła się Rebeka.

- W Nowym Jorku można je często usłyszeć - odpowiedziała, składając czarną koszulę 

Zane'a i wkładając ją do torby.

- Naprawdę? Jednak ty i twój mąż różnicie się czymś od nas wszystkich.

- Akcentem?

- Bardzo chciałabym wiedzieć, na czym dokładnie polega różnica. Nigdy nie miałam 

takiej przyjaciółki...

Emilie bez zastanowienia objęła ją i ucałowała.

- Będzie mi cię brakowało, Rebeko. Zwłaszcza teraz.

- Nie wiem, jak sobie poradzę bez twojej przyjaźni - w brązowych oczach kobiety 

zalśniły łzy.

- Nasza przyjaźń wcale się nie skończy - poważnie zapewniła ją Emilie. - Po prostu 

będzie nas dzielić większy dystans.

Od strony schodów dobiegł je odgłos kroków Zane'a.

- Ani słowa o dziecku - szepnęła pośpiesznie.

- Jeszcze mu nie powiedziałaś?

- W tym tygodniu i bez tego miał o czym myśleć - potrząsnęła głową Emilie.

Ratując   generała   Washingtona,   Zane   ponownie   złamał   rękę.   To,   plus   zamieszanie 

spowodowane pokrzyżowanym spiskiem, uniemożliwiło jej rozmowę na tak poważny temat. 

Emilie postanowiła, że powie mężowi natychmiast po przybyciu do nowego domu w Fila-

delfii.

Wcale się nie denerwowała z powodu konieczności odbycia tej rozmowy. Bynajmniej. 

background image

Choć jeszcze nie rozmawiali o powiększeniu rodziny, to wcale nie znaczyło, że Zane nie chce 

mieć   dzieci.   To   prawda,   że   podczas   ich   pierwszego   małżeństwa   jasno   stwierdził,   iż 

reprodukcja znajduje się na samym końcu jego listy celów do realizacji, jednak od tego czasu 

bardzo się zmienił.

Właśnie wszedł do pokoju.

- Pora jechać, Emilie. Mamy przed sobą daleką drogę.

- Załadowałeś wóz? - spytała. Jak zawsze, na jego widok poczuła, że coś ściska ją w 

gardle.

- Tak - odrzekł, po czym zwrócił się do Rebeki.

- Dałaś nam dość jedzenia na cały rok.

- Tak rozkazał generał - odpowiedziała Rebeka z uśmiechem.

- Jak teraz wyżywisz rodzinę?

- Jego Ekscelencja zapowiedział, że to już nie będzie dla mnie kłopotem.

- Wyobrażam sobie, jaka jesteś dumna z Josiaha - wtrąciła Emilie. - Wiele ryzykował, 

działając tak długo na tyłach angielskiej armii.

W ciągu ostatnich  trzech miesięcy Josiah zebrał bardzo wiele cennych  informacji. 

Generał Washington miał nadzieję, że dzięki niemu wkrótce odniosą decydujące zwycięstwo.

Emilie   z  najwyższym   trudem   powstrzymała   się  od   wyjawienia   Rebece,   że   do   tak 

upragnionego   zwycięstwa   już   blisko.   Za   kilka   miesięcy,   podczas   styczniowych   mrozów, 

armia   amerykańska   miała   odnieść   ważne   zwycięstwo   w   bitwie   pod   Princeton.   Ta   bitwa 

znaczyła początek drogi do ostatecznego tryumfu kolonii.

- Będę czekał na dole - powiedział Rutledge i wyszedł.

- Czy jeszcze się zobaczymy? - na odmianę Emilie zaczęła płakać. - Przecież teraz i 

Zane, i ja należymy do szpiegowskiej siatki...

-   Życie   jest   pełne   niespodzianek   -   westchnęła   Rebeka.   -   W   ciągu   osiemnastu   lat 

małżeństwa wiele razy się o tym przekonałam.

- Chyba wszystko wzięłam - Emilie rozejrzała się po pokoju. Na chwilę zatrzymała 

wzrok na miedzianej wannie i lekko się uśmiechnęła.

-   Przecież   prawie   nic   nie   miałaś   ze   sobą   -   zauważyła   gospodyni.   -   Często   się 

zastanawiałam, w jaki sposób ty i twój mąż spotkaliście Andrew.

- Mam wrażenie, że od tego dnia upłynęły całe wieki - westchnęła Emilie. - W ciągu 

tych paru tygodni tyle się wydarzyło.

- Czy zabrałaś list żelazny od generała?

- To najbardziej wartościowa rzecz, jaką mamy.

background image

Emilie poklepała się po kieszeni. Po krótkim namyśle przełożyła list z kieszeni do 

haftowanej torebki, wraz z innymi przedmiotami, które wykopała ze skrytki za stodołą. Mogła 

sobie wyobrazić reakcję Rebeki, gdyby zobaczyła banknot z podobizną generała.

Washington nie szczędził oznak wdzięczności. Prócz listu żelaznego, ofiarował im 

wóz i konia, co można uznać za osiemnastowieczny równoważnik BMW z nieograniczonym 

zapasem benzyny.  Teraz mieli udać się do Filadelfii i dołączyć do tamtejszej organizacji. 

Washington miał nadzieję, że tam Zane będzie miał wiele okazji, aby wykorzystać swój dar 

obserwacji i pamięć.

Propozycja   generała   otworzyła   przed   nimi   nowe   perspektywy.   Bez   niego   nie 

wiedzieliby, jak zorganizować swoje życie. Teraz, z uwagi na dziecko, bezpieczna przyszłość 

nabrała dla Emilie wyjątkowego znaczenia.

Zane   czekał   na   nią   przy   wozie,   otoczony   dziećmi   Rebeki.   Nawet   Charity   i   Tim 

przyszli specjalnie, aby się z nimi pożegnać. Emilie bardzo się wzruszyła i serdecznie ich 

uściskała. Widząc ich czuła się częścią niewidzialnego łańcucha, łączącego ją z przyszłością.

-   Między   Filadelfią   i   Princeton   działa   poczta   -   powiedziała   Rebeka.   -   Musisz 

koniecznie napisać mi, jak ci się żyje w nowym domu.

- Nawet siostra nie byłaby dla mnie lepszą przyjaciółką - westchnęła Emilie i po raz 

ostatni uścisnęła Rebekę. - Nigdy cię nie zapomnę, ciebie i twojej rodziny.

Isaac, niczym dojrzały mężczyzna, podał rękę Zane'owi. Wymienili solenny uścisk 

dłoni. Emilie miała wrażenie, że oczy Zane'a lekko się zamgliły. Pomyślała, że za to kocha go 

jeszcze mocniej.

Nie mogli już dłużej zwlekać. Emilie usiadła na koźle, tuż obok Zane'a, który pewnym 

ruchem chwycił lejce.

- Czy wiesz, jak powozić? - szepnęła niespokojnie.

- A co w tym trudnego? - zdziwił się. - Przecież prawdziwą robotę wykonuje koń.

-   Niech   was   Bóg   prowadzi!   -   krzyknęła   Rebeka.   Isaac   klepnął   konia   po   zadzie. 

Ruszyli.

Przez pierwszą godzinę jazdy Emilie wielokrotnie głośno pociągała nosem.

- Jeszcze ich spotkamy - mruknął Zane. - Nasze drogi muszą się przeciąć.

- Skąd możesz wiedzieć? - obruszyła się Emilie. Jej zielone oczy znów wypełniły się 

łzami. - Nie możemy wsiąść do samochodu i podskoczyć do nich na kawę.

- Co ja słyszę?! Czyżbyś zatęskniła do dwudziestowiecznych udogodnień?

-   Przestań   się   wygłupiać   -   prychnęła.   Była   naprawdę   rozgniewana.   -   Tęsknię   do 

Rebeki.

background image

- Rozstałyście się godzinę temu. Chyba jeszcze za wcześnie na tęsknotę.

- Nic mnie to nie obchodzi. Tęsknię do niej i już. Zane spojrzał na nią z pewnym 

zdziwieniem. Czegoś takiego zupełnie się po niej nie spodziewał.

Widział już Emilie w stanie bliskim furii, wiedział, że potrafi być zazdrosna, poznał 

również,   jak   się   zachowuje,   gdy   coś   jest   jej   obojętne.   Nigdy   natomiast   nie   wykazywała 

skłonności do płaczu i sentymentalizmu. - Nie patrz tak na mnie! - warknęła gniewnie. - Nie 

cierpię takich spojrzeń.

Przez jakiś czas jechali w milczeniu. Raz musieli się zatrzymać, aby gniewna Emilie 

mogła pójść w krzaki.

Po chwili wróciła, głośno narzekając na jeżyny.

Andrew wyobrażał sobie, że zostanie uznany za bohatera.

Miał nadzieję, że powróci do New Jersey w glorii, tak jak zapowiedziała mu Emilie. 

Zamiast tego pozostał kimś nieznanym i anonimowym.

Gdy   dotarł   na   Long   Island,   dowiedział   się,   że   generał   Washington   udał   się   w 

niespodziewaną podróż do New Jersey. Przekazując w sztabie informacje na temat spisku, 

Andrew czuł się jak idiota. Wszyscy patrzyli na niego tak, jakby był wariatem.

Niewykluczone, że mieli rację.

McVie czuł, że pora już przekazać pałeczkę innym. Pojawili się młodsi ludzie, gotowi 

zająć jego miejsce, byli pełni zapału, energiczni, zdolni do podjęcia działań, o których on 

nawet   nie   myślał.   Na   przykład   Rutledge.   Nawet   Emilie   bardziej   rwała   się   do   walki   o 

niepodległość niż on sam.

Pozostał na Long Island tak długo, aby zdążyć odwiedzić matkę Elspeth, po czym 

wyruszył w drogę powrotną, choć sam nie wiedział, do czego wraca.

Ostatnio   nie   mógł   się   skoncentrować   na   sprawach   bieżących.   Zamiast   tego   wciąż 

wracał myślami do świata, o którym opowiedziała mu Emilie.

Miał wrażenie, że potrafi sobie wyobrazić uliczny zgiełk. Zamknął oczy. Wydawało 

mu   się,   że   widzi   na   niebie   ogromnego,   srebrzystego   ptaka,   lecącego   niczym   spadająca 

gwiazda. Te marzenia stały się dla niego bardziej rzeczywiste niż świat, w którym żył.

Andrew postanowił, że gdy spotka Emilie i Zane'a, powie im, iż chciałby zobaczyć ich 

świat. Jeśli kiedykolwiek znajdą możliwość powrotu, chciał jechać z nimi.

To, oczywiście, nie wydawało się bardzo prawdopodobne, ale przecież cała ta historia 

była zupełnie fantastyczna.

Sam nie wiedział, dlaczego ominął Princeton i udał się na południowy wschód. Nie 

mógł się oprzeć pokusie odwiedzenia latarni morskiej. Jakiś wewnętrzny głos nakazał mu 

background image

zboczyć o wiele mil, przedostać się na wyspę i zanocować, słuchając szumu fal bijących o 

skalisty brzeg. Tylko ta jedna noc - mruknął do siebie, patrząc w stronę portu. Jutro ruszam 

dalej.

Przez   jakiś   czas   jechali   w   milczeniu.   Wreszcie   Emilie   pochyliła   się   w   stronę 

mężczyzny i pogłaskała go po ramieniu.

- Przepraszam, że byłam taka okropna.

_ Wolę, gdy się złościsz, niż płaczesz - powiedział Zane, patrząc jej w oczy. - Jeszcze 

zobaczysz swoją Rebekę, obiecuję ci to.

Emilie znowu zaczęła pociągać nosem.

- Nie zachowujesz się normalnie - zauważył.

- Owszem, tak - ucięła wszelką dyskusję na ten temat.

Dojechali do rozwidlenia dróg i skręcili w prawo.

- Myślę, że źle wybrałeś - powiedziała Emilie. Rutledge niemal zazgrzytał zębami. 

Dlaczego nikt mu nie powiedział, że tak będzie wyglądała ich wspólna podróż?

- Mieliśmy kierować się w prawo.

- Mylisz się.

- Mam fotograficzną pamięć.

- I kiepską orientację w terenie.

- Wydaje mi się, że to ja parę dni temu odnalazłem drogę do jaskini - przypomniał jej 

gniewnie. - Jakoś Wedy nic nie mówiłaś o kiepskiej orientacji w terenie.

Na myśl o tamtej nocy Emilie poczerwieniała. Najpierw ucieczka z więzienia, później 

miłość pod gołym niebem. Nie zamierzała jednak się poddać.

- To tylko dowodzi, że potrafisz odnaleźć miejsce, v którym raz byłeś. Teraz szukamy 

nowej drogi.

Zane tylko pokręcił głową.

Jednak po kilku kolejnych milach sam musiał przyznać, że sytuacja wygląda kiepsko. 

Wedle otrzymanych instrukcji, miał wypatrywać starej wierzby płaczącej, rosnącej tuż koło 

studni z żurawiem. Niestety, nigdzie nie było widać ani wierzby, ani studni.

Jechali już od wielu godzin. Byli głodni, zmęczeni i posiniaczeni od nieustannych 

wstrząsów.

- Myślałam, że mieliśmy spędzić noc w zajeździe - powiedziała Emilie.

- Owszem - potwierdził Zane przez zaciśnięte zęby.

- I gdzie ten zajazd?

- Już dojeżdżamy.

background image

- Jakoś go nie widzę.

- Czy chcesz powiedzieć, że mam się zatrzymać na stacji benzynowej i zapytać o 

drogę?

Spojrzeli sobie w oczy i jednocześnie wybuchnęli śmiechem.

- Wszystko będzie dobrze - powiedział wreszcie Zane i delikatnie zwichrzył jej włosy.

-   Wiem   -   westchnęła,   ale   w   tym   samym   momencie   poczuła   wyrzuty   sumienia. 

Kochała   go   i   wiedziała,   że   on   ją   kocha.   Jeśli   mieli   żyć   razem,   musiała   mu   koniecznie 

powiedzieć o dziecku, które powoli rozwijało się w jej wnętrzu. Czemu właściwie miałaby z 

tym czekać, aż przybędą do Filadelfii?

- Zane - zaczęła powoli. - Muszę ci coś powiedzieć. Nic nie odpowiedział.

- Zane?

Emilie zwróciła wzrok w stronę, w którą patrzył.

- Co to takiego? - spytała, starając się przeniknąć wzrokiem przez gęste gałęzie drzew.

- Tam - wskazał jej niewielką przesiekę. - Widzisz?

- Boże - wymamrotała. Nagle poczuła zawrót głowy, zrobiło jej się zimno. - Latarnia 

morska.

- Do diabła, jak mogłem się tak pomylić? - zaklął i zeskoczył z wozu. - Tylko idiota 

może pomylić wschód i zachód.

- Myślę, że to nie jest przypadkowa pomyłka.

- A co takiego?

- Jedźmy dalej - wykrztusiła Emilie.

- Co się stało, Em? To doskonałe miejsce, żeby przenocować.

- To może być niebezpieczne - odrzekła. Nie mogła pozbyć się strachu, który nagle 

ścisnął ją za gardło.

- Nikt się tu nas nie spodziewa - Zane zrobi} zdziwioną minę. - Jeśli nawet ktoś nas 

zobaczy, będziemy udawać normalne małżeństwo w podróży.

Nie byli jednak normalnym małżeństwem. Podróżowali aż z dwudziestego wieku.

- Chodź - zaproponował. - Musimy rozejrzeć się po okolicy. Poprzednim razem nie 

mieliśmy dość czasu, bo Andrew zaraz nas znalazł.

Emilie miała ochotę chwycić lejce i jak najszybciej stąd uciec, ale nie mogła się na to 

zdobyć. Miałaby odjechać bez niego? Niechętnie zsiadła z wozu.

- Już tu byliśmy - powiedziała.  Zbliżali się właśnie do brzegu. - Jest tyle  rzeczy, 

których jeszcze nie widzieliśmy. Po co tracić czas na powtórki?

Na skraju plaży leżała łódź wiosłowa, na wszelki wypadek uwiązana do wystającego 

background image

pniaka. Emilie poczuła, że po plecach przeszły jej ciarki. Jej zdaniem, to wszystko składało 

się w dziwną i niepokojącą całość.

- Chyba już dość się napatrzyłeś? - pociągnęła go za rękaw.

- Chodź, popłyniemy na wyspę - odpowiedział, kierując się w stronę łodzi.

- Przecież to niemożliwe, Zane. Masz złamaną rękę.

- Ja będę wiosłował z lewej, ty z prawej.

- Nie chcę tam płynąć.

- To poczekaj tu na mnie.

- Dlaczego tak ci zależy, aby tam dotrzeć? Przecież już widziałeś latarnię z bliska.

Zastanawiał się przez chwilę.

- Nie wiem, dlaczego chcę tam popłynąć  - odparł szczerze.  - Po prostu coś mnie 

ciągnie.

- To mi się bardzo nie podoba - stwierdziła Emilie. - Mam złe przeczucia.

Nic   nie   mogło   odwieść   Zane'a   od   realizacji   powziętej   decyzji.   Emilie   ciężko 

westchnęła i usiadła koło niego.

- No dobra, tylko szybko - powiedziała, chwytając za wiosło. Wiatr się wzmagał. Jeśli 

nie mieli nocować na wozie, to czym prędzej powinni znaleźć jakiś dach nad głową.

Gdy dotarli na wyspę, Zane pomógł jej wysiąść i zacumował łódź.

- Spójrz - powiedział. - Jeszcze jedna łódź. Myślisz, że ktoś obsługuje latarnię?

- Nie - z tyłu dobiegł ich dobrze znany głos. - Jesteśmy tu sami.

Odwrócili się gwałtownie. Przed nimi stał McVie.

- Andrew! - wykrzyknęła Emilie. - Co ty tu robisz?

- Wracam na farmę, do Rebeki. Zatrzymałem się po drodze.

- My jedziemy do Filadelfii - powiedział Zane, patrząc mu w oczy.

Żadne   z   nich   nie   skomentowało   oczywistego   faktu,   że   aby  się   tu   dostać,   musieli 

mocno zboczyć z drogi.

- To wygląda na spotkanie lokalnej siatki szpiegowskiej - zauważyła Emilie. Z trudem 

trzymała nerwy na wodzy. - Chyba nie powinniśmy pokazywać się razem. To tylko...

Nie dokończyła. Ani Zane, ani Andrew nie słuchali, co ona mówi, tylko wbili wzrok w 

jakiś punkt na horyzoncie. Spojrzała w tamtą stronę i zobaczyła szybko nadciągające, szare, 

spiralne chmury. Chwyciła Zane'a za ramię.

-   Pamiętam   te   chmury   -   gorączkowo   powiedział   Rutledge.   -   Wiedziałem,   że 

powinniśmy byli spróbować zrobić balon. Mielibyśmy szansę...

- Patrz tam! - wtrącił Andrew. - Tam, na plaży!

background image

- Tak! - wykrzyknął Zane, z trudem przekrzykując szum wiatru. - Balon!!

Emilie   z   góry   wiedziała,   że   powłoka   i   gondola   są   w   doskonałym   stanie.   Jak   to 

możliwe, że znów dzieje się coś takiego?

- To nasza jedyna szansa, Em! - Zane chwycił  ją w pasie i odwrócił do siebie. - 

Zrobiliśmy już, co do nas należało. Zadanie wykonane, możemy wracać do domu.

- To tylko iluzja - ostudziła go. - To nie może dziać się naprawdę.

- Już myślałem, że to się nigdy nie zdarzy - Zane ruszył w kierunku balonu, ciągnąc za 

sobą niechętną Emilie. - Bałem się, że z jakiegoś powodu straciliśmy szansę powrotu. To 

prawdziwy cud!

Nie - pomyślała. Cud to to, że przez chwilę wydawało mi się, że mamy szansę być 

razem.

Szarosrebrne   chmury   pokryły   całe   niebo.   Były   tak   nisko,   że   wierzchołek   balonu 

dotykał ich podstawy.

- Chodź, Em. Nie mamy wiele czasu.

- Nie mogę. - Miała wrażenie, że coś, czego nie rozumie, sparaliżowało jej ruchy.

- Nie będziemy mieli drugiej okazji, Emilie - powiedział, patrząc na nią, jakby widział 

ją po raz pierwszy w życiu.

- To może być jakiś trik. A jeśli coś się stanie?

- Przynajmniej będziemy wiedzieli, że spróbowaliśmy.

- Nie mogę - pokręciła głową w odpowiedzi.

- Z pewnością możesz.

- Tym razem nie - odrzekła, cofając się parę kroków. Kiedy indziej gotowa byłaby 

pójść za nim na kraj świata, ale teraz... Teraz musiała chronić rosnące w niej dziecko. Nie 

mogła   zaryzykować,   że   coś   mu   się   stanie.   Poczuła   gwałtowny,   bolesny   skurcz   serca. 

Wiedziała,  że  jeśli teraz  powiedziałaby mu  o dziecku,  balon z pewnością  odleciałby  bez 

niego, ale nie chciała go do tego zmuszać.

Kocham cię - powiedziała cicho, przełykając łzy. - Ale nie mogę lecieć.

Zane czuł, że znalazł się w jakimś koszmarnym potrzasku. Pomyślał, że Emilie nie 

może odmówić.

- Nie możesz tu zostać - gorączkowo próbował ją przekonać. Mijały cenne sekundy. 

Balon mógł odlecieć w każdej chwili. - Em, proszę. Przecież należymy do siebie.

- Wsiadaj - powiedziała, wyrywając się z jego uścisków. - Nie chcę, abyś z mojego 

powodu stracił szansę na szczęście.

Zane nie był stworzony do życia w osiemnastym wieku. Bez władzy i pieniędzy stał 

background image

się takim samym człowiekiem jak inni. Ba, nie było nawet jasne, czy potrafi zarobić na życie.

- Balon zaczyna się wznosić - krzyknął Andrew. - Teraz albo nigdy!

Zane zrozumiał, że nie zdoła jej przekonać. Musiała sama podjąć decyzję.

- Decyduj, Em - krzyknął. - Lecisz czy zostajesz?

- Nie mogę lecieć - szepnęła i załkała. - Boże, tak bym chciała...

Rzuciła mu haftowaną torebkę z pieniędzmi i kartą kredytową, po czym odwróciła się 

i pobiegła do latami. Rzuciła się na pryczę, ukryła twarz w poduszce i zapłakała.

Postąpiłaś słusznie - pocieszył ją głos serca. Pozwoliłaś, aby podjął decyzję. Zane miał 

prawo powrócić do świata, który znał i lubił, podobnie jak ona miała pełne prawo pozostać, 

aby zapewnić bezpieczeństwo dziecku. Emilie wiedziała, że to prawda, ale mimo to nie mogła 

się uspokoić.

Po paru minutach usłyszała skrzypienie zawiasów.

To Andrew - pomyślała tępo. Zane pewnie już poleciał.

Leżała nieruchomo, nadsłuchując odgłosów kroków.

- Emilie - usłyszała.

Dlaczego Opatrzność tak mnie prześladuje? - pomyślała. Dlaczego muszę słyszeć ten 

głos, podczas gdy on jest już daleko?

W tym momencie tuż obok ugięło się łóżko i czyjeś silne ramię uniosło ją do góry. To 

mógł być tylko on.

Przytulił ją do piersi. Emilie z radością wsłuchiwała się w bicie jego serca.

- Nie zadziałało? - spytała po chwili, patrząc mu w oczy.

- Nie spróbowałem.

- Nie rozumiem... - szepnęła, wstrzymując oddech. Boże, niech tak będzie naprawdę - 

modliła się gorączkowo. Proszę, niech on ze mną zostanie.

-   Tu   jest   nasz   dom   -   powiedział   Zane   Grey   Rutledge,   który   nigdy   przedtem   nie 

przywiązywał   wagi   do   tego   pojęcia.   -   To   nieważne,   czy   żyjemy   w   osiemnastym,  czy 

dwudziestym wieku. Chcę być z tobą.

Emilie zawsze pragnęła usłyszeć, jak on wymawia te słowa, ale wciąż nie była pewna.

- Może jeszcze zdążysz - szepnęła. - Chcę, abyś był szczęśliwy...

W tym momencie jednocześnie pomyśleli o tym samym i podbiegli do okna.

- Boże! - wykrzyknęła Emilie. - Andrew!

Balon już wystartował. W gondoli z wikliny siedział Andrew McVie.

- Niech mnie diabli porwą! - zaklął Zane. Gondola znikała już w ciemnych chmurach. 

- Zaryzykował.

background image

- Przecież on nic nie wie... - szepnęła, wycierając dłonią oczy. - Będzie się musiał tyle 

nauczyć.

- Da sobie radę - zapewnił ją, obejmując zdrową ręką jej ramiona. - To twarda sztuka.

- Mam nadzieję, że się nie mylisz.

- Ja też - powiedział, całując ją w czoło. - Czy dlatego nie chciałaś lecieć?

- To nieco bardziej skomplikowana sprawa, niż myślisz.

- Wolisz żyć w osiemnastowiecznym stylu, tak?

- To tylko jedna z przyczyn. - Wzięła głęboki oddech i spojrzała mu w oczy. - Jest 

jeszcze ktoś, kogo musimy wziąć pod uwagę.

Zane już odgadł. Jak to się stało, że wcześniej się nie zorientowałem? - pomyślał ze 

zdziwieniem. Te płacze, dziwne uśmiechy, nagłe zmiany humoru. Czasami patrzyła na niego 

tak, jakby pomógł jej sprawić cud.

- Chodzi o dziecko, prawda?

- Tak - szepnęła, zaplatając ręce na brzuchu, jakby chciała je obronić.

- To tej pierwszej nocy - szepnął, przygnieciony wagą wydarzenia. Dziecko było nie 

tylko widocznym dowodem ich miłości, ale również należało do dwóch wieków.

- Może chcesz usiąść? - zapytała Emilie i cicho się zaśmiała.

- Chyba to ja powinienem ci to zaproponować - potrząsnął głową i przytulił ją do 

siebie. - Od dawna wiesz?

- Podejrzewałam już wcześniej, ale tak na pewno dopiero od tygodnia.

- Powinnaś była mi powiedzieć.

- Ja... Prawdę mówiąc, nie byłam pewna, jak na to zareagujesz.

Niczego bardziej nie pragnę niż małej dziewczynki z twoimi oczami i twoją radością 

życia.

-   A   ja   chciałabym   chłopca,   równie   cudownego,   jak   jego   tata   -   szepnęła,   a   w   jej 

zielonych oczach zalśniły łzy.

Zane gwałtownie zamrugał i na chwilę odwrócił wzrok.

- Miałaś rację, Em. Musimy tu zostać dla naszego dziecka. Niech wie, że je kochamy.

- Musimy się pobrać.

- Załatwimy  formalności, jak tylko  dotrzemy do Filadelfii,  ale żaden papierek nie 

wzmocni już naszego małżeństwa - odrzekł, całując ją w usta. Jeszcze nigdy nie byli sobie tak 

bliscy, jak teraz. - Tym razem pobraliśmy się już na zawsze.

background image

EPILOG

Osiem miesięcy później, gdzieś w okolicy Filadelfii.

- Siadaj, Rutledge - polecił Josiah Blakelee. - Wydeptujesz tylko podłogę.

Z pokoju obok kuchni dobiegł ich kolejny, głośny jęk. Zane aż zadrżał.

- Masz sześcioro dzieci - powiedział, przestając na chwilę krążyć po kuchni. - Czy to 

zawsze tak wygląda?

- Czasami gorzej - odrzekł Josiah. - Taki już jest los kobiet.

- Dlaczego zatem chcą mieć dzieci? - spytał. Każdy jęk żony sprawiał mu ostry ból.

- Z miłości - odpowiedział Blakelee. - Rebeka twierdzi, że zapomina o bólu, gdy tylko 

dziecko zaczyna ssać.

- Nigdy więcej - mruknął Zane i znów zaczął nerwowo przemierzać pomieszczenie. - 

Nigdy więcej nie narażę jej na coś takiego.

Josiah tylko się uśmiechnął. Wskutek wojny cała rodzina Blakelee musiała opuścić 

farmę   w   pobliżu   Princeton.   Przenieśli   się   do   Pensylwanii   i   zamieszkali   nieopodal 

Rutledge'ów. Zane  i Josiah zaprzyjaźnili  się

>

  kierując  siatką szpiegowską,  a ich żony po 

prostu odnowiły dawną zażyłość, tak jakby nigdy się nie rozstały.

Teraz Rutledge myślał, że bez nich nie wiedziałby, co zrobić.

Każdy jęk Emilie sprawiał, że czuł rozdzierający serce ból. Gdy milczała, pocił się ze 

strachu, aż Wreszcie znów słyszał jej głos.

Blakelee wstał, wyjął z szafki butelkę rumu i podał przyjacielowi.

- Napij się - poradził. - Czeka cię długi dzień.. Minął cały dzień, a Emilie jeszcze nie 

urodziła, Rum nie podziałał. Zane mógłby równie dobrze pić czystą wodę. Zupełnie utożsamił 

się z cierpiącą żoną.

Gdyby rodziła w dwudziestym wieku, z pewnością byłby przy niej, ale teraz, gdy 

tylko wspomniał o takiej możliwości, Josiah spojrzał na niego z oczywistym zgorszeniem.

W końcu jednak Zane nie wytrzymał.

- To moja żona, do diabła - zaklął. - Ten obyczaj to barbarzyństwo. Wchodzę i już.

Zdecydowanym   ruchem   otworzył   drzwi   i   wszedł   do   pokoju   zastępującego   izbę 

porodową.

- Zane! - wykrzyknęła przerażona Rebeka. - To nie jest miejsce dla mężczyzny!

-   Pozwól   mu   wejść   -   szepnęła   Emilie   słabym   głosem.   Nawet   na   tle   białego 

prześcieradła wydawała się blada. Na jej ściągniętej twarzy widać było ogromne znużenie. 

Nagle wygięła się w łuk i kurczowo chwyciła dłoń Zane'a.

background image

- Już widać główkę! - zawołała przyjaciółka. - Przyj, przyj!

Krzyk   Emilie   odbijał   się   od   ścian   pokoju   i   wracał   do   uszu   mężczyzny,   który 

przyglądał się porodowi z przerażeniem i uniesieniem.

- Jeszcze mocniej - nalegała Rebeka. - No, jeszcze... jeszcze raz!

- Mocniej, Em - zachęcił ją Zane.

- Nie mogę... Jestem taka zmęczona... To za dużo...

- Owszem, możesz. Potrafisz wszystko. Znalazła w sobie resztki sił i spróbowała raz 

jeszcze.

Jej twarz wykrzywił grymas bólu i wysiłku.

- Wychodzi... czuję, że wychodzi - szepnęła. Jeszcze chwila i rozległ się cudowny, 

głośny krzyk dziecka.

- Dziewczynka! - ucieszyła się Rebeka. - Śliczna, mała dziewczynka!

- Boże... - Emilie spojrzała na męża. Oboje płakali ze wzruszenia.

Zane myślał, że wie już wszystko o miłości. Wydawało mu się, że dzięki tej kobiecie i 

wspólnej   podróży w  czasie   poznał  wszystkie   sekrety  tego  uczucia.   Teraz  jednak,  widząc 

noworodka kwilącego w ramionach matki, zrozumiał, że nic jeszcze nie wie.

Nagle Emilie znów krzyknęła.

- To łożysko - wyjaśniła Rebeka. Dotknęła ręką wydętego brzucha kobiety. Na jej 

twarzy pojawił się wyraz zdziwienia.

-  Co się  stało?  -  zaniepokoił  się  Zane.  Przecież  to  niemożliwe,  aby  teraz,  już  po 

porodzie, coś mogło się stać Emilie.

- Weź dziecko - poleciła mu zdecydowanie Rebeka. - Wydaje mi się, że to jeszcze nie 

koniec.

Wziąć dziecko? Zane spojrzał na malutką, kruchą istotkę w ramionach Emilie. Jak 

mógłby to zrobić? Przecież nie miał pojęcia, jak trzymać noworodka, jak...

- Bierz córkę!

Zane przypomniał sobie, jak ktoś mu tłumaczył, że dziecko należy trzymać jak piłkę 

do amerykańskiego futbolu. Zacisnął z determinacją zęby i wziął maleństwo. Na szczęście 

rada okazała się właściwa. Dziewczynka wydawała mu się taka śliczna, doskonała...

- Przyj! - krzyknęła Rebeka niczym sierżant kierujący musztrą.

- Nie mogę! - jęknęła Emilie, chwytając się poręczy łóżka.

- Musisz!!

- Dalej! Mocniej!... Chryste! - Rebeka jednocześnie śmiała się i płakała. - Macie syna!

- Syna? - Zane spojrzał na dziecko, które trzymał na rękach. - Mówiłaś, że to córka!?

background image

- Bliźniaki? - pierwsza oprzytomniała Emilie. W jej głosie zabrzmiała nutka tryumfu. - 

Mamy bliźnięta!

- To szczęśliwy dzień - westchnęła przyjaciółka, owijając noworodka prześcieradłem i 

podając go Emilie. - Bóg Wszechmogący wam pobłogosławił.

Płacząc z radości, Rebeka wyszła, aby przekazać mężowi szczęśliwą wiadomość.

- Mamy teraz prawdziwą rodzinę - szepnęła Emilie. Zane patrzył  na swoją żonę i 

dzieci i myślał, że gotów byłby oddać za nich życie. Wiedział, że mają przed sobą trudną 

drogę w tym obcym dla nich świecie, ale był pewien, że zrobi wszystko, aby zapewnić im 

bezpieczeństwo.

Po raz pierwszy od nagłej podróży w czasie przestał się zastanawiać, jak ma wyglądać 

przyszłość. Odrzucił do tyłu głowę i roześmiał się głośno.

- Kocham cię - powiedział myśląc, że żadne słowa nie oddadzą cudownego uczucia, 

jakie przepełniało jego serce. - Nie mógłbym żyć bez ciebie.

- Biedaczysko - westchnęła Emilie. Zane pochylił się nad nią i pocałował ją w usta. - 

Nie tak sobie wyobrażałeś swoje życie.

- Nie - odrzekł bez wahania. - Ale miałem szczęście.

- Nie żałujesz?

- Nie, niczego nie żałuję.

Pora, żebyś to zrozumiał - usłyszał głos babki.

- Słyszałeś coś? - Emilie rozejrzała się po pokoju.

- Ciekaw byłem, kiedy odezwie się znowu - uśmiechnął się Zane.

- Kto?

- Sara Jane.

- Twoja babka?

- Tak - kiwnął głową. - To jej zawdzięczamy to wszystko.

- Nie rozumiem...

- Kiedyś ci wytłumaczę - Obiecał Zane.

Jestem z ciebie dumna, Zane. Stałeś się prawdziwym mężczyzną, godnym nazwiska 

Rutledge' ów.

Znów ją słyszałam - powiedziała Emilie - ale nie mogłam odróżnić słów.

- Myślę, że pożegnała się z nami - uśmiechnął się Zane. Czuł w sercu spokój i radość.

W tym momencie do pokoju wpadli Rebeka i Josiah, Charity z mężem, Isaac, Stephen, 

Benjamin, Ethan i nawet mały Aaron, który już nauczył się chodzić.

Wszyscy zgodnie uznali, że dzieci są cudowne i równie inteligentne jak ich rodzice.

background image

- Ale jeszcze nie mają imion - zauważyła Rebeka. - Jak je nazwiecie?

Zane spojrzał Emilie w oczy.

-   Chłopiec   będzie   się   nazywał   Andrew   -   powiedziała.   Chciała   uczcić   pamięć 

przyjaciela, o którego losie nie mogli się niczego dowiedzieć.

-   A   to   będzie   Sara   -   dodał   Zane   patrząc,   jak   mała   wywija   w   powietrzu   maleńką 

piąstką. - Sara Jane.

I tak się to zaczęło...