background image

Jorge Luis Borges

Księga piasku

OPOWIADANIA

(Przełożyła: Zofia Chądzyńska)

background image

Spis treści:

Tamten..........................................................3

Ulrica...........................................................10
Kongres.......................................................14

There Are More Things................................28
Sekta Trzydziestu.........................................34

Noc darów....................................................37

Zwierciadło i maska.................

....................41

Undr............................................................45

Utopia człowieka zmęczonego......................50

Fortel...........................................................56

Avelino Arredondo......................................61

Krążek.........................................................66

Księga piasku..............................................68

Epilog.........................................................72

2

background image

Tamten

Wydarzenie to miało miejsce w lutym 1969 roku w Cambridge, na północ od Bostonu. 

Nie zanotowałem go od razu, pierwszą mą myślą bowiem było o nim zapomnieć, by nie 

stracić   rozumu.   Teraz,   w   roku  1972,   myślę,   że   jeżeli   je  opiszę,   inni   przeczytają   to   jako 

opowiadanie, a może wtedy, z upływem lat, stanie się nim i dla mnie.

Wiem, że było czymś potwornym, póki trwało, a również w czasie bezsennych nocy, 

jakie nastąpiły potem. To nie znaczy zresztą, by miało wzruszyć osobę trzecią.

Było około dziesiątej rano. Siedziałem na ławce nad brzegiem rzeki Charles. O jakieś 

pięćset metrów w prawo stał wysoki budynek, którego nazwy nigdy się nie dowiedziałem. 

Szara woda popychała wielkie kawały lodu. W sposób nieunikniony rzeka skojarzyła mi się z 

czasem. Tysiącletni obraz Heraklita. Spałem dobrze; moje wykłady poprzedniego dnia chyba 

zainteresowały słuchaczy. Dokoła nie było żywej duszy.

Nagle   doznałem   uczucia   (zdaniem   psychologów   dowodzącego   zmęczenia),   że 

moment ten już raz przeżyłem. Na drugim końcu ławki ktoś usiadł. Byłbym wolał samotność, 

ale   nie   chciałem   od   razu   wstawać,   by   nie   wydać   się   niegrzecznym.   Tamten   zaczął 

pogwizdywać. Wtedy właśnie nastąpił pierwszy z wielu niepokojących epizodów tego ranka. 

To,   co   gwizdał,   to,   co   usiłował   gwizdać   (nigdy   nie   miałem   zbyt   dobrego   słuchu),   było 

popularną kreolską balladą “La Tapera" Eliasa Regules. Sposób gwizdania

 przeniósł mnie na 

nie istniejące już patio i przywiódł wspomnienie Àlvara Meliana Lafinur, który od tak dawna 

nie żył. Potem pojawiły się pierwsze zwrotki. Nie był to głos Àlvara, ale usiłował być do 

niego podobny. Uświadomiłem to sobie ze zgrozą. Zbliżyłem się doń i zapytałem:

- Pan z Urugwaju czy z Argentyny?

-   Jestem   Argentyńczykiem,   ale   od   czternastego   roku   mieszkam   w   Genewie   - 

zabrzmiała odpowiedź.

Nastąpiła   długa   cisza.   Zapytałem:   —   Na   ulicy   Malagnou   pod   siedemnastym,   na 

wprost cerkwi?

Odpowiedział, że tak.

- W takim razie - powiedziałem zdecydowanie - pan się nazywa Jorge Luis Borges. Ja 

także jestem Jorge Luis Borges. Jest rok 1969 i znajdujemy się w Cambridge.

- Nie - odpowiedział moim własnym, tyle że dalekim głosem.

Po jakimś czasie powtórzył z

 naciskiem:

- Jestem w Genewie, na ławce, o parę kroków od Rodanu. Dziwne wydaje mi się 

3

background image

jedno,   że   jesteśmy   do   siebie   podobni,   choć   pan,   z   tą   siwą   głową,   wygląda   na   o   wiele 

starszego.

Odpowiedziałem:

-   Mogę   ci   dowieść,   że   nie   kłamię.   Opowiem   ci   o   sprawach,   o   jakich   nie   może 

wiedzieć nieznajomy. W domu jest srebrne naczynie do mate na nóżce udającej węża, które 

nasz pradziad przywiózł z Peru. Jest też srebrna miska, którą przytraczał do siodła. W twojej 

szafie stoją dwa rzędy książek. Trzy tomy bajek “Księgi tysiąca i jednej nocy" Lane'a ze 

stalorytem   i   notkami   zamieszczonymi   petitem   pomiędzy   rozdziałami,   słownik   łaciński 

Quicherata, “Germania" Tacyta po łacinie w wersji Gordona, “Don Kichot" wydany przez 

Garniera, “Tablas de sangre" Rivery Indarte, z ded

ykacją autora, “Sartor Resartus" Carlyle'a, 

biografia   Amiela   i   schowana   za   innymi   w   tekturowej   oprawie   książka   o   obyczajach 

seksualnych   ludów   bałkańskich.   Nie   zapomniałem   również   pewnego   popołudnia   na 

pierwszym piętrze domu przy placu Dubourg.

- Dufour - poprawił.

- Zgoda. Dufour. Czy ci to wystarcza?

- Nie - odpowiedział. - Te dowody niczemu nie służą. Jeżeli śni mi się pan, to nic 

dziwnego, że wie pan to, co ja wiem. Wszystkie pańskie staranne wyliczania są daremne.

Zarzut był słuszny. Odparłem:

- Jeżeli ten ranek i to spotkanie są snem, każdy z nas z pewnością uważa, że to jego 

sen. Może przestaniemy śnić, może nie przestaniemy. Tymczasem naszym obowiązkiem jest 

przyjąć ten sen tak, jak przyjęliśmy wszechświat i to, że nas poczęto, że do patrzenia ma

my 

oczy i że oddychamy.

- A jeżeli sen będzie trwał? - zapytał z niepokojem.

Aby uspokoić i jego, i siebie, powiedziałem z przekonaniem, jakiego z pewnością nie 

miałem:

-   Mój   sen   trwa   już   siedemdziesiąt   lat.   W   końcu,   jeżeli   o   tym   pomyśleć,   nie   ma 

człowieka, który by nie spotkał samego siebie. To właśnie zdarza się nam w tej chwili, z tą 

różnicą, że jest nas dwóch. Czy nie chcesz wiedzieć czegoś z mojej przeszłości, co w przy-

szłości oczekuje i ciebie?

Przytaknął bez słowa. Mimo że trochę zagubiony, mówiłem

 dalej:

- Matka jest zdrowa i czuje się dobrze, mieszka nadal w swym domu na rogu Charcas i 

Maipú w Buenos Aires, ale ojciec umarł trzydzieści lat temu. Umierał na serce. Dobił go 

paraliż   połowy  ciała:   lewa   ręka   położona   na   prawej   wyglądała   jak   ręka   dziecka   na  ręce 

giganta. Niecierpliwie czekał śmierci, ale nigdy się nie skarżył. Nasza babka umarła w tym 

4

background image

samym domu. Na parę dni przed końcem zawołała nas wszystkich i powiedziała: “Jestem 

bardzo starą kobietą, która umiera bardzo powoli. Niech nikt sobie

 nie zawraca głowy czymś 

tak zwykłym i codziennym". Twoja siostra Norah wyszła za mąż i ma dwóch synów. No, a co 

słychać u ciebie w domu?

-   Dobrze.   Tata   ze   swymi   wiecznymi   żarcikami   na   temat   religii.   Wczoraj   wieczór 

powiedział,  że Chrystus  był  jak gauczo,  który nie  chce się  angażować, i  dlatego  używał 

przypowieści.

Zawahał się, a potem dodał:

- A pan?

— Nie znam liczby książek,  jakie napiszesz,  ale wiem,  że będzie  ich zbyt  wiele. 

Będziesz   pisał   wiersze,   które   dadzą   ci   rozkosz   nie   dzieloną   z   nikim,   i   opowiadania 

fantastyczne. Będziesz wykładał, tak jak twój ojciec i jak tylu z naszej krwi.

Byłem   zadowolony,   że   wcale   nie   pyta   o   powodzenie   lub   niepowodzenie   książek. 

Zmieniłem ton i ciągnąłem dalej:

- Co dotyczy historii... Była inna wojna, między niemal tymi samymi przeciwnikami. 

Francja   od   razu   skapitulowała.   Anglia   i   Ameryka   wygrały   z   niemieckim   dyktatorem 

nazwiskiem Hitler cykliczną bitwę pod Waterloo. Buenos Aires około roku 1946 spłodziło 

nowego Rosasa, dość podobnego do naszego krewnego. Prowincja 

Córdoba uwolniła nas od 

niego w pięćdziesiątym  piątym, tak jak uprzednio Entre Ríos. Teraz źle się dzieje. Rosja 

usiłuje   wziąć   we   władanie   tę   planetę;   Ameryka,   uwikłana   w   przesąd   o   konieczności 

demokracji, nie może się zdecydować, czy zostać prawdziwym im

perium. Z każdym dniem 

nasz kraj staje się bardziej prowincjonalny. Bardziej prowincjonalny i bardziej zadufany w 

sobie,   jakby   zamykał   oczy.   Nie   zaskoczyłoby   mnie,   gdyby   w   szkołach   naukę   łaciny 

zastąpiono nauką guarani.

Zauważyłem, że zaledwie mnie słucha. Naturalny lęk przed niemożliwym, a jednak 

oczywistym paraliżował go. Ja, który nie byłem ojcem, poczułem dla tego biednego chłopaka 

bliższego   mi,   niż   gdyby   był   moim   rodzonym   synem,   przypływ   miłości.   Zobaczyłem,   że 

trzyma w rękach książkę. Zapytałem 

o jej tytuł.

- To “Biesy" Fiodora Dostojewskiego - odpowiedział z pewną dumą.

- Już nie bardzo pamiętam. Jakie to jest?

Ledwie   wypowiedziałem   te   słowa,   już   wiedziałem,   że   takie   pytanie   jest 

świętokradztwem.

-   Mistrz   rosyjski   -   odparł   -   głębiej   niż   ktokolwiek   inny   spenetrował   labirynt 

słowiańskiej duszy.

5

background image

Ten retoryczny wysiłek wydał mi się dowodem, że się uspokoił.

Zapytałem, czy zna inne książki mistrza.

Wymienił dwie czy trzy, między innymi “Sobowtóra".

Zapytałem, czy czytając je potrafił odróżnić postacie, podobnie jak i u Conrada, i czy 

ma zamiar przeczytać wszystkie jego dzieła.

- Raczej nie - odrzekł dość zaskoczony.

Zapytałem   go,   co   pisze;   odpowiedział,   że   przygotowuje   tomik   wierszy,   który   ma 

zamiar nazwać “Czerwone hymny". Myślał również o tytule 

“Czerwone rytmy".

- Czemu nie? - powiedziałem. - Masz znakomitych poprzedników. “Błękitny wiersz" 

Rubena Daria. “Szara piosenka" Verlaine'a.

Nie słuchając mnie wyjaśnił, że jego książka ma wyśpiewać braterstwo wszystkich 

ludzi. Poeta naszych czasów nie może odwracać się tyłem do swojej epoki.

Zamyśliłem   się   i   zapytałem,   czy   rzeczywiście   czuje   się   bratem   wszystkich.   Na 

przykład   wszystkich   pracowników   zakładów   pogrzebowych,   wszystkich   listonoszy, 

wszystkich nurków, wszystkich tych, co mieszkają po parzystej stronie ulicy, wszystkich za-

chrypniętych   i   tak   dalej.   Odpowiedział,   że   jego   książka   odnosi   się   do   masy   pariasów   i 

uciśnionych.

-   Twoja   masa   pariasów   i   uciśnionych   -   odparłem   —   nie   jest   niczym   innym   jak 

abstrakcją. Tylko jednostki istnieją, jeżeli w ogóle ktoś istnieje. “Człowiek wczorajszy nie jest 

człowiekiem dzisiejszym", zawyrokował pewien Grek. My dwaj, na tej ławce w Genewie czy 

też w Cambridge, zapewne możemy być tego dowodem.

Prócz surowych stronic Historii pamiętne wydarzenia obywają się bez pamiętnych 

zdań. Człowiek, który ma umrzeć, chce przypomnieć sobie jakiś wyryty w pamięci obraz z 

dzieciństwa; żołnierze przed pójściem do ataku mówią o błocie lub o kapralu. Nasza sytuacja 

była jedyna w swoim rodzaju i szczerze mówiąc nie byliśmy do

  niej przygotowani. My - 

oczywiście - mówiliśmy o literaturze; obawiam się zresztą, że nie powiedziałem nic więcej 

niż to, co zazwyczaj  mówię  dziennikarzom.  Moje  

alter ego  wierzyło  w wymyślenie  lub 

odkrycie nowych metafor; ja - w te, które odpowiadają wewnętrznym zbliżeniom, poczuciu 

bliskości, i w te, jakie nasza pamięć zaakceptowała. Starość ludzi i zmierzch, sny i życie, 

płynięcie czasu i wody. Wyłożyłem mu tę opinię, którą po latach zamieści w książce. Niemal 

mnie nie słuchał. Nagle rzucił: - Jeżeli 

pan jest mną, jak wytłumaczyć, że zapomniał pan o 

swoim spotkaniu z pewnym starszym panem, który w roku 1918 powiedział panu, że też jest 

Borgesem?

Nie pomyślałem o tej trudności. Odpowiedziałem bez przekonania:

6

background image

- Może było to tak niezwykłe, że postarałem się o tym zapomnieć.

Zaryzykował nieśmiałe pytanie:

- Jak z pańską pamięcią?

Zrozumiałem,   że   dla   chłopca,   który   nie   ma   dwudziestu   lat,   człowiek   przeszło 

siedemdziesięcioletni jest niemal nieboszczykiem. Odpowiedziałem:

- Często bywa podobna do zapomnienia, ale zawsze jeszcze znajduje to, co powinna. 

Uczę się anglosaskiego i nie jestem w tym najgorszy.

Jak na sen nasza rozmowa trwała już zbyt długo. Nagle przyszło mi coś do głowy.

- Mogę ci natychmiast dowieść - powiedziałem - że ci się nie śnię. Posłuchaj tego 

wersetu, którego nigdy nie czytałeś, a który ja zapamiętałem.

Powoli   zacząłem   deklamować   przesławne   zdanie:  

L'hydre-univers   tordant   son 

corps écaillé d'astres...

Odczułem jego niemal przerażone zdumienie. Powtórzył zdanie szeptem, rozkoszując 

się każdym olśniewającym słowem.

- To prawda - wybełkotał - nigdy nie byłbym w stanie napisać czegoś podobnego.

Hugo nas zjednoczył.

Przedtem  powtarzał   z  zapałem,  teraz   to  sobie  przypominam,   ów  krótki   wiersz,  w 

którym   Walt   Whitman   wspomina   wspólną   noc   nad   morzem,   kiedy   to   był   naprawdę 

szczęśliwy.

- Jeśli Whitman to wyśpiewał - zauważyłem - to dlatego, że tego pragnął, a to nie 

nastąpiło. Poemat zyskuje, jeśli można się z niego domyślić, że jest wyrazem pragnienia, nie 

zaś kroniką faktu.

Popatrzył na mnie.

- Pan go nie zna! - wykrzyknął. - Whitman nie może kłamać!

Pół   wieku   nie   mija   bezkarnie.   Po   naszej   rozmowie,   ludzi   wielorakich   lektur   i 

odmiennych  gustów, poznałem, że nie możemy się zrozumieć. Byliśmy zbyt  różni i zbyt 

podobni. Nie mogliśmy też oszukiwać się, to utrudnia dialog. Każdy z nas był karykaturalną 

kopią   drugiego.   Sytuacja   była   zbyt   nienormalna,   by   mogła   trwać   dłużej.   Radzić   czy   też 

dyskutować też nie miało sensu, bo jego nieuniknionym przeznaczeniem było stać się tym, 

czym ja jestem.

Niespodziewanie   przypomniała   mi   się   fantazja   Coleridge'a.   Ktoś   śni,   że   wędruje 

przez raj, na dowód czego dostaje kwiat. Po obudzeniu trzyma ten kwiat w dłoni.

Pomyślałem o podobnej sztuczce.

- Posłuchaj - powiedziałem - czy masz jakieś pieniądze?

7

background image

-   Tak   -   odparł.   -   Mam   dwadzieścia   franków.   Zaprosiłem   dziś   wieczór   Simona 

Żychlińskiego do “Crocodile'a".

- Powiedz Simonowi, że poświęci się medycynie, że będzie praktykował jako lekarz w 

Carouge i zdziała wiele dobrego... a teraz daj mi trochę drobnych.

Wyjął trzy srebrne monety i garstkę miedziaków. Nie rozumiejąc, dał mi jedną ze 

srebrnych.

Podałem   mu   któryś   z   tych   niebezpiecznych   amerykańskich   banknotów   mających 

rozmaitą wartość przy jednakowej wielkości. Popatrzył nań zdumiony.

- To niemożliwe! - krzyknął. - Jest 

na nim data 1964.

(W wiele miesięcy później ktoś zwrócił mi uwagę, że na banknotach w ogóle nie ma 

dat).

- To jakiś cud - wybąkał.  - A cuda napawają strachem. Tych,  co byli  świadkami 

zmartwychwstania Łazarza, ogarnęło przerażenie.

Nic się nie zmieniliśmy, pomyślałem. Zawsze odniesienia literackie.

Podarł banknot i schował monetę.

Ja postanowiłem rzucić swoją do rzeki. Srebrny łuk niknący w srebrnej rzece nadałby 

mojej historii jakiś obraz życia, ale los chciał inaczej.

Odpowiedziałem,   że   jeżeli   coś   nadnaturalnego   zdarza   się   dwukrotnie,   przestaje 

przerażać. Zaproponowałem, byśmy spotkali się nazajutrz na tej samej ławce, znajdującej się 

w dwóch różnych miejscach i w dwóch różnych epokach.

Zgodził się natychmiast i powiedział, nie patrząc na zegarek, że nie ma już wiele 

czasu. Obaj kłamaliśmy i każdy z nas wiedział, że jego rozmówca kłamie. Dodałem, że mają 

tu przyjść po mnie.

- Przyjść po pana? - zapytał.

- Tak. Kiedy dojdziesz do mojego wieku, stracisz niemal całkowicie wzrok. Będziesz 

widział żółtości, cienie, światła. Ale nie przejmuj się. Stopniowe tracenie wzroku nie jest 

tragiczne. Przypomina powolny letni zmierzch.

Pożegnaliśmy się, nie podając sobie rąk. Nazajutrz nie poszedłem. On też pewnie nie 

przyszedł.

Wiele  myślałem  nad tym  spotkaniem, o którym  nie opowiedziałem  nikomu.  Mam 

wrażenie, że znalazłem do niego klucz. Spotkanie było rzeczywiste, ale tamten rozmawiał ze 

mną   we   śnie   i   dlatego   mógł   o     mnie   zapomnieć;   ja   rozmawiałem   z   nim   na   jawie   i 

wspomnienie to wciąż jeszcze mnie niepokoi.

Tamten śnił o mnie, choć niezupełnie o mnie. Śnił, teraz dopiero to rozumiem, o nie 

8

background image

istniejącej dacie na dolarze.

9

background image

Ulrica

Hann tekr svenhit Gram ok

leggr i methal theira bert

Völsunga Saga, 27

Moje   opowiadanie   będzie   wierne   rzeczywistości,   a   w   każdym   razie   mojemu 

wspomnieniu rzeczywistości, co w końcu jest tym samym. Wypadki miały miejsce bardzo 

niedawno,   ale   wiem,   że   maniera   literacka   równa   się   manierze   nadawania   rysów   przy-

padkowości i podkreślaniu emfazy. Chcę opowiedzieć o moim spotkaniu z Ulricą (n

ie znałem 

jej nazwiska i zapewne nie poznam go nigdy) w mieście York. Kronika ta obejmuje jedną noc 

i jeden ranek. Nic by mnie nie kosztowało nadmienić, że zobaczyłem ją pierwszy raz obok 

“Pięciu sióstr Yorku", owych słynnych czystych, pozbawionych wszel

kich obrazów witraży, 

jakie   uszanowali   obrazoburcy   Cromwella,   ale   faktem   jest,   że   poznaliśmy   się   w   saloniku 

“Northern Inn", gospody leżącej poza murami miasta. Było tam zaledwie parę osób, a ona 

siedziała tyłem do mnie. Ktoś poczęstował ją kieliszkiem, lec

z odmówiła.

- Jestem feministką - powiedziała. - Nie chcę naśladować mężczyzn. Nie lubię ich 

tytoniu ani alkoholu.

Zdanie miało brzmieć dowcipnie i odgadłem, że nie po raz pierwszy je wygłasza. 

Potem dowiedziałem się, że wcale nie było dla niej charakterys

tyczne, ale to, co mówimy, 

nie zawsze do nas pasuje.

Opowiedziała, że spóźniła się do muzeum, ale wpuszczono ją, dowiedziawszy się, że 

jest Norweżką.

Ktoś z obecnych skomentował:

- Nie po raz pierwszy Norwegowie wchodzą do Yorku.

- To prawda - przytaknęła. - Anglia należała do nas i straciliśmy ją, jeżeli w ogóle 

można coś mieć i w ogóle można coś stracić.

Wtedy   na   nią   popatrzyłem.   Pewien   werset   Blake'a   wspomina   o   dziewczynach   z 

łagodnego srebra i szalonego złota, ale w Ulrice była mieszanina złota i łagodności. Była 

zręczna i wysoka, o drobnych rysach i szarych oczach. Większe wrażenie niż jej twarz zrobił 

na mnie wyraz spokojnej tajemniczości.

Uśmiechała się łatwo, a uśmiech wydawał się ją oddalać. Nosiła się czarno, co jest 

rzadkie na północy, gdzie starają się rozweselać to, co samo otoczenie przygasza. Mówiła 

10

background image

poprawnie po angielsku, lekko akcentując literę “r". Nie jestem bystrym obserwatorem; to 

wszystko zauważyłem z czasem.

Przedstawiono nas sobie. Powiedziałem, że jestem profesorem na Uniwersytecie Los 

Andes w Bogocie, Kolumbijczykiem - wyjaśniłem.

Zapytała zamyślona:

- Co to znaczy być Kolumbijczykiem?

- Nie wiem - odpowiedziałem. - To akt wiary.

- To tak jak być Norweżką - przytaknęła.

Nie pamiętam żadnych innych słów, jakie padły tej nocy. Nazajutrz wcześnie rano 

zszedłem do sali jadalnej. Przez szyby zobaczyłem,  że spadł śnieg; równina gubiła się w 

świetle poranka. Nie było nikogo więcej. Ulrica zaprosiła mnie do swego stołu. Powiedziała, 

że lubi samotne spacery.

Przypomniał mi się żart Schopenhauera i odpowiedziałem:

- Ja także. Możemy więc wyjść razem.

Oddaliliśmy się od domu, sunąc po świeżym śniegu. Na polach nie było żywej duszy. 

Zaproponowałem spacer do Thorgate, które leżało o parę mil w dół rzeki. Wiem, że już wtedy 

byłem w niej zakochany; nie zniósłbym nikogo innego u swego boku.

Usłyszałem dalekie wycie wilka. Nigdy nie słyszałem, jak wyje wilk, ale wiem, że to 

był wilk. Ulrica się nie przelękła.

Po chwili odezwała się, jakby myśląc głośno:

-   Niewielkie   i   prymitywne   miecze,   jakie  widziałam   wczoraj   w   York   Minster, 

wzruszyły mnie bardziej niż wielkie okręty w muzeum w Oslo.

Nasze drogi rozdzieliły się. Ulrica tegoż popołudnia wyjeżdżała do Londynu, ja - do 

Edynburga.

- Na Oxford Street - powiedziała - pójdę śladem De Quinceya, który szukał swej Anny 

zagubionej w londyńskim tłoku.

- De Quincey - odparłem - przestał jej szukać. Ja ciągle jej szukam.

- Może - powiedziała półgłosem - teraz ją znalazłeś.

Zrozumiałem, że rzecz nieoczekiwana przestała mi być wzbroniona, i ucałowałem jej 

usta i oczy. Odsunęła się ode mnie z łagodną stanowczością, a potem rzuciła:

- Będę twoją w gospodzie w Thorgate. Proszę, nie dotykaj mnie teraz. Tak będzie 

lepiej.

Dla człowieka samotnego w starszym wieku ofiarowana miłość jest darem, którego 

już się nie spodziewa. Cud ma prawo stawiać swoje warunki. Pomyślałem o swoich młodych 

11

background image

latach   w   Popayán   i   o   pewnej   dziewczynie   z   Teksasu,   jasnej   i   smukłej   jak   Ulrica,   która 

odmówiła mi swojej miłości.

Nie   popełniłem   błędu   zapytując,   czy   mnie   kocha.   Zrozumiałem,   że   nie   jestem 

pierwszy i że nie będę ostatni. Ta przygoda, może jedyna dla mnie, będzie jedną z wielu dla 

prześlicznej i stanowczej uczennicy Ibsena.

Trzymając się za ręce, nadal rozmawialiśmy.

- Wszystko to jest jak sen - powiedziałem - a ja nigdy nie śnię.

- Jak ów król - odparła Ulrica - który nie śnił aż do chwili, gdy czarownik uśpił go w 

chlewie.

Potem dodała:

- Posłuchaj. Zaraz zaśpiewa ptak.

Po chwili usłyszeliśmy śpiew.

- W tych okolicach - powiedziałem - mówią, że ten, kto ma umrzeć, widzi przyszłość

.

- A ja mam umrzeć - dodała.

Spojrzałem na nią zdumiony.

- Idźmy na przełaj przez las - zaproponowałem. - Będziemy prędzej w Thorgate.

- Las jest niebezpieczny - odparła.

Poszliśmy pustymi polami.

- Chciałbym, żeby ta chwila trwała zawsze - wyszeptałem.

- “Zawsze" jest słowem niedozwolonym dla ludzi - stwierdziła Ulrica i ażeby uniknąć 

patosu, poprosiła, bym jeszcze raz powtórzył swoje nazwisko, którego nie dosłyszała.

- Javier Otárola - powiedziałem.

Próbowała je wymówić, ale nie potrafiła. Podobnie i ja pomyliłem się, powtarzając jej 

imię: Ulrikke.

- Będę cię nazywała Zygfrydem - oznajmiła, uśmiechając się.

- Jeżeli ja jestem Zygfrydem, ty jesteś Brunhildą.

Zwolniła kroku.

- Znasz sagę? - zapytałem.

-   No   pewno   -   odparła.   -   Tragiczna   historia,   którą   Niemcy   zmarnowali   w   swych 

zapóźnionych “Nibelungach".

Nie chciałem dyskutować i odpowiedziałem:

- Brunhildo, idziesz tak powoli, jakbyś chciała, żeby między nami w łożu pojawił się 

miecz.

Nagle znaleźliśmy się przed gospodą. Nie zdziwiło mnie, że nazywała się tak jak 

12

background image

tamta - “Northern Inn".

Ze szczytu schodów Ulrica krzyknęła:

- Słyszałeś wilka? Nie ma już wilków w Anglii. Spiesz się.

Kiedy   wchodziłem   na   pięterko,   zauważyłem,   że   ściany   wyklejone   są   tapetą  

à   la 

William Morris - głęboką czerwienią ze splatającymi się owocami i ptakami. Ulrica weszła 

pierwsza. Ciemny pokój był niski, mansardowy. Oczekiwane łoże odbijało się w lustrze, a 

ciemny mahoń przypominał mi zwierciadło z Pisma. Ulrica już się rozebrała. Zawołała mnie 

moim prawdziwym imieniem: Javier.  

Poczułem, że śnieżyca się wzmaga. Nie było już ani 

mebli, ani luster. Między nami nie było miecza. Czas sączył się niby piasek. W cieniu płynęła 

odwieczna miłość i po raz pierwszy i jedyny posiadłem obraz Ulriki.

13

background image

Kongres

Ils s'acheminerent vers un château immense, au frontis-

pice duquel on lisait: “Je n'appartiens à personne

et j'appartiens à tout le monde. Vous y étiez avant que

d'y entrer, et vous y serez encore quand vous en sortirez".

Diderot, “Jacques Le Fataliste et son Maître"

*

(1796)

Nazywam się Alejandro Ferri. W nazwisku mym pobrzmiewają wojownicze echa, ale 

nie   skojarzenia   z   żelazem,   symbolem   chwały,   ani   wielki   cień   Macedończyka   -   zdanie 

pochodzi od autora “Marmurów", który zaszczycał mnie swoją przyjaźnią - nie przypomina w 

niczym szareg

o człowieczka, który kreśli te linijki na piętrze hoteliku przy ulicy Santiago del 

Estero, w południowej części miasta, pod żadnym względem nie przywodzącej już na pamięć 

jego dawnych dzielnic. Wkrótce skończę siedemdziesiąt ileś tam lat, nadal udzielam l

ekcji 

angielskiego   garstce   uczniów.   Z   powodu   niezdecydowania,   niedbalstwa   czy   z   innych 

przyczyn nie ożeniłem się i teraz jestem sam. Nie doskwiera mi samotność; dość trudno jest 

znosić samego siebie i własne manie. Widzę, że się starzeję: nieomylną ozna

ką jest fakt, że 

nie interesują mnie ani nie zaskakują nowości, może dlatego że - jak stwierdzam - nie ma w 

nich nic specjalnie nowego, są to zawsze te same, skromne wariacje. Kiedy byłem młody, 

pociągały mnie zmierzchy, przedmieścia, nieszczęścia; teraz

  - poranki w centrum miasta i 

łagodny spokój. Już nie udaję Hamleta. Zapisałem się do partii konserwatywnej i do klubu 

szachowego, dokąd chodzę jako widz, i to nieraz roztargniony. Ciekawski może ekshumować 

z   jakiegoś   ciemnego   kąta   Biblioteki   Narodowej   pr

zy   ulicy   Mexico   egzemplarz   mojego 

“Krótkiego studium analitycznego języka Johna Wilkinsa", dzieła, które należałoby wznowić, 

już choćby po to, żeby poprawić jego liczne błędy. Nowy dyrektor Biblioteki jest, jak mówią, 

literatem,   który   się   poświęcił   bad

aniom   dawnych   języków   (jakby   obecne   nie   były   dość 

prymitywne)   oraz   demagogicznemu   wychwalaniu   wyimaginowanego   Buenos   Aires 

nożowników. Nigdy nie chciałem go poznać. Przybyłem do tego miasta w 1899 roku i jeden 

jedyny raz przypadek zetknął mnie z nożownik

iem czy też z osobnikiem cieszącym się opinią 

nożownika. Jeżeli się nadarzy okazja, opiszę kiedyś ten epizod.

* “Skierowali się do... ogromnego zamku, nad którego bramą znajdował się napis: «Należę do nikogo i do 
wszystkich. Byliście tu, nimeście weszli, i będziecie jeszcze, skoro wyjdziecie»" - Denis Diderot, “Kubuś 
Fatalista i jego pan", tłum. Tadeusz Żeleński-Boy. (Przyp. red.)

14

background image

Już   mówiłem,   że   jestem   sam;   parę   dni   temu   sąsiad   z   hotelu,   który   słyszał,   jak 

wspominam Fermina Egurena, powiedział mi, że zmarł on w Punta del Es

te.

Śmierć owego człowieka, który z pewnością nigdy nie był mym przyjacielem, w jakiś 

uporczywy sposób nie przestawała mnie zasmucać. Wiem, że zostałem sam jako jedyny już 

na świecie  strażnik  owego wydarzenia,  Kongresu, którego wspomnienia  nie będę mógł  z 

nikim dzielić. Teraz jestem ostatnim członkiem Kongresu. To prawda, że każdy człowiek nim 

jest, że nie istnieje na planecie istota, która by nim nie była, ale ja jestem nim w inny sposób. 

Wiem,   że   nim   jestem:   to   mnie   odróżnia   od   mych   niezliczonych   kole

gów,   obecnych   i 

przyszłych. Jest prawdą, że siódmego lutego 1904 roku przysięgliśmy na to, co najświętsze - 

czyż jest na świecie coś świętego lub coś, co by nie było święte? - nie wyjawiać historii 

Kongresu, ale jest równie pewne, że fakt, który wyjawiam 

teraz, łamiąc przysięgę, jest także 

częścią   Kongresu.   To   oświadczenie   jest   niejasne,   ale   może   rozpalić   ciekawość   moich 

ewentualnych czytelników.

W   każdym   wypadku   zadanie,   jakie   sobie   narzuciłem,   nie   jest   łatwe.   Nigdy   nie 

trudniłem   się,   nawet   w   sposób   epistolarny,   gatunkiem   narracyjnym,   a   poza   tym   -   co   z 

pewnością jest o wiele ważniejsze - historia, którą opowiadam, jest niewiarygodna. Pióro José 

Fernandeza Irali, niesłusznie zapomnianego poety, autora “Marmurów", było przeznaczone 

do tego dzieła,  lecz dz

iś jest już za późno. Nie będę rozmyślnie przeinaczał  faktów, ale 

przeczuwam, że lenistwo i niezręczność niejeden raz doprowadzą mnie do błędów.

Dokładne daty nie mają znaczenia. Przypomnijmy sobie, że przybyłem z Santa Fe, 

mojej rodzinnej prowincji, w 1899 roku. Nigdy już tam nie wróciłem; przyzwyczaiłem się do 

Buenos Aires, miasta, które mnie nie pociąga, tak jak można przyzwyczaić się do własnego 

ciała lub do nie przemijającego bólu. Bez większych emocji przewiduję, że niedługo umrę; 

wobec   powyższeg

o  muszę   opanować   swój   zwyczaj   dygresji   i   trochę   przyspieszyć   tok 

opowiadania.  Naszej osobowości - o ile  takową posiadamy - nie zmieniają  lata;  ten sam 

impuls, który pewnej nocy skierował mnie do Kongresu Świata, zaprowadził mnie wcześniej 

do redakcji “Ul

tima Hora". Dla biednego chłopaka z prowincji dziennikarstwo wydaje się 

zawodem romantycznym, podobnie jak dla biednego chłopaka z miasta może wydawać się 

romantyczne życie gaucza lub parobka na cudzej ziemi. Nie zawstydza mnie, że chciałem 

zostać dzie

nnikarzem, choć to rutynowe zajęcie wydaje mi się dziś banalne. Pamiętam, jak 

mój kolega Fernandez Irala powiedział, że dziennikarz pisze dla zapomnienia, podczas gdy 

chciałby pisać dla pamięci i czasu. Już wycyzelował (czasownik ten był wtedy w użyciu) 

kilka znakomitych sonetów, które później z małymi zmianami miały ukazać się na stronicach 

“Marmurów".

15

background image

Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy po raz pierwszy usłyszałem o Kongresie. Może 

było to owego popołudnia, gdy kasjer wypłacił mi pierwszą gażę, ja zaś, aby uświęcić ów 

dowód, że Buenos Aires mnie przyjęło, zaprosiłem Iralę, byśmy razem poszli coś zjeść. Ten 

wymówił się jednak, twierdząc, że nie może opuścić Kongresu. Natychmiast zrozumiałem, że 

nie chodzi tu o pretensjonalną budowlę zwieńczoną kopułą 

na końcu szerokiej, zamieszkanej 

przez Hiszpanów alei, lecz o coś bardziej tajemniczego i ważniejszego. Ludzie mówili  o 

Kongresie, niektórzy z jawną niechęcią, inni zniżając głos, jeszcze inni z przejęciem i cie-

kawością, a w gruncie rzeczy - myślę - nikt

 nie wiedział, o co chodzi. W parę tygodni później, 

którejś   soboty,   Irala   zaproponował   mi,   bym   mu   towarzyszył.   Załatwił   już,   jak   twierdził, 

niezbędne formalności.

Było   około   dziewiątej   czy   też   dziesiątej   wieczór.   W   tramwaju   powiedział   mi,   że 

zebrania wstępne odbywają się w soboty i że don Alejandro Glencoe, może z powodu mojego 

imienia, już wyraził zgodę. Weszliśmy do cukierni “Gas". Kongresmani, a było ich piętnastu 

lub dwudziestu, siedzieli wokół długiego stołu. Nie wiem, czy było jakieś podium, czy t

eż 

podsuwa je tylko moja pamięć. Natychmiast rozpoznałem przewodniczącego, choć nigdy go 

dotąd nie widziałem. Don Alejandro, o godnym wyglądzie, był już człowiekiem w latach, 

miał wysokie czoło, szare oczy i miedzianą brodę przetykaną siwymi nitkami. Wi

dywałem go 

zawsze w ciemnym tużurku, złożone ręce zwykł opierać na lasce. Był silny i wysoki. Na lewo 

od niego siedział człowiek o wiele młodszy, również rudowłosy; intensywność tej radości 

przywodziła na myśl ogień, kolor brody pana Glencoe i jesienne  

liście. Po prawej siedział 

młody   chłopak   o  podłużnej   twarzy  i   czole   dziwnie   niskim,  ubrany  jak  dandys.  Wszyscy 

zamówili kawę, niektórzy absynt. Moje zdziwienie spowodowała obecność kobiety, jedynej 

pośród grona mężczyzn. Przy drugim końcu stołu siedział d

ziesięcioletni chłopiec w stroju 

marynarskim,   który   jednak   szybko   zasnął.   Był   tam   również   protestancki   pastor,   dwóch 

typowych Żydów i jakiś Murzyn w jedwabnej chustce, w bardzo obcisłych spodniach, na 

wzór 

compadritos z ulicznych skrzyżowań. Przed chłopcem i Murzynem stały dwie filiżanki 

z czekoladą. Innych osób nie pamiętam, prócz pana Marcela del Mazo, człowieka o nader 

eleganckich   manierach   i   pięknej   wymowie,   którego   nigdy   więcej   nie   zobaczyłem. 

Zachowałem zatartą fotografię jednego z zebrań, ale nie

 opublikuję jej, ubiory bowiem z owej 

epoki,   fryzury   i   wąsy  nadają   tym   postaciom   groteskowy  i   niemal   żałosny   wygląd,   który 

zafałszowałby   całą   scenerię.   Wszelkie   zgrupowania   tworzą   własne   rytuały,   własne 

słownictwo; wydawało się, że życzeniem Kongresu, kt

óry dla mnie miał zawsze w sobie coś 

ze snu, jest, by kongresmani bez pośpiechu odkrywali cel, ku jakiemu dążą, a także imiona i 

nazwiska kolegów; szybko zrozumiałem, że mym obowiązkiem jest niestawianie pytań, i nie 

16

background image

zapytałem o nic Fernandeza Irali, któr

y  sam z siebie również nic mi nie powiedział. Nie 

opuściłem   ani   jednej   soboty,   ale   minął   miesiąc   czy  nawet   dwa,   zanim   zrozumiałem.   Od 

drugiego zebrania sąsiadem moim był Donald Wren, inżynier południowej linii kolejowej, 

który potem miał mi dawać lekcje an

gielskiego.

Don Alejandro odzywał się rzadko; inni nie zwracali się doń wprost, ale czułem, że 

mówią dla niego i że szukają jego aprobaty. Wystarczał powolny gest ręką, aby temat debat 

się   zmienił.   Powoli   odkryłem,   że   rudzielec   z   lewej   nosi   dziwaczne   nazwisko   Twirl. 

Przypominam   sobie   jego   kruchą   sylwetkę,   właściwość   niektórych   zbyt   wysokich   ludzi, 

sprawiających wrażenie, jakby wzrost przyprawiał ich o zawrót głowy, na skutek czego się 

garbią. Pamiętam, że lubił bawić się miedzianą busolą, którą co jakiś

 czas odstawiał na stół. 

Pod koniec 1914 roku zginął jako żołnierz piechoty w jakimś irlandzkim pułku. Po prawej 

siedział zawsze ów chłopak o niskim czole, Fer-min Eguren, siostrzeniec przewodniczącego. 

Nie wierzę w realistyczne metody, gatunek - jeżeli  

takie bywają - sztuczny; wolę od razu 

opowiedzieć   to,   co   stopniowo   zrozumiałem.   Przedtem   pragnę   jednak   przypomnieć 

czytelnikowi swoją ówczesną sytuację: byłem biednym chłopakiem z Casildy, chłopskim sy-

nem,  który przybył  do  Buenos  Aires   i nagle   się  znalazł,   tak  to  widziałem,  w  intymnym 

centrum   miasta,   a   może   nawet   -   świata.   Pół   wieku   minęło   i   ciągle   jeszcze   czuję   owo 

początkowe olśnienie, które z pewnością nie było ostatnie.

A oto fakty: opowiem je możliwie zwięźle. Don Alejandro Glencoe, przewodniczący, 

był właścicielem ziemskim z Urugwaju, z obszarów graniczących z Brazylią. Ojciec jego, 

pochodzący z Aberdeen, zapuścił korzenie na tym kontynencie w połowie zeszłego wieku. 

Przywiózł   ze   sobą   setkę   książek,   jedynych,   odważam   się   twierdzić,   jakie   don   Ale

jandro 

przeczytał w ciągu swego życia. (Mówię o tych różnorodnych książkach, jakie miałem w 

ręku,   jedna   z   nich   bowiem   leży   u   źródła   mojej   historii).   Pierwszy   Glencoe,   umierając, 

pozostawił córkę i syna, który potem został naszym przewodniczącym. Córka wy

szła za don 

Egurena   i   została   matką   Fermina.   Don   Alejandro   pragnął   w   swoim   czasie   zostać 

deputowanym, ale przywódcy polityczni zamknęli przed nim drzwi kongresu urugwajskiego. 

Rozgniewał się i postanowił zorganizować inny Kongres, o szerszym zasięgu. Prz

ypomniał 

sobie   wyczytane   na   którejś   z   wulkanicznych   stronic   Carlyle'a   przeznaczenie   owego 

Anacharsisa   Cloots,   wyznawcy   bogini   mądrości,   który   na   czele   trzydziestu   sześciu 

cudzoziemców przemawiał jako “orator rodzaju ludzkiego" przed zgromadzeniem w Par

yżu. 

Za jego przykładem don Alejandro wymyślił projekt zorganizowania Kongresu Świata, który 

by reprezentował wszystkich ludzi i wszystkie narody. Jako miejsce zebrań wybrał cukiernię 

“Gas";   inauguracja,   przewidziana   cztery   lata   później,   miała   odbyć   się

  w   majątku   don 

17

background image

Alejandra.   Jak   wielu   Urugwajczyków,   nie   będących   zwolennikami   Artigasa,   kochał   on 

Buenos   Aires,   ale   zdecydował,   że   Kongres   będzie   się   zbierał   w   jego   ojczyźnie.   Zasta-

nawiające, że zasadnicze założenia miały się sprawdzić z niemal magiczną d

okładnością.

Z początku mieliśmy diety nie do pogardzenia, ale zapał, z jakim Fernandez Irala, tak 

biedny jak i ja, zrezygnował ze swoich apanaży, porwał nas wszystkich i poszliśmy w jego 

ślady.   Okazało   się   to   zbawcze,   jako   że   pomogło   oddzielić   plewy   od   ziarna;   liczba 

kongresmanów zmniejszyła się, ale ci, co pozostali, byli wierni. Jedynym płatnym zajęciem 

była praca sekretarki, Nory Erfjord, która nie miała innych środków do życia i której robota 

była bardzo ciężka. Zorganizowanie jednostki obejmujące

j całą planetę to nie bagatelka. Listy 

i telegramy płynęły w tę i w tamtą stronę. Nadchodziły zgłoszenia z Peru, Danii, Hindustanu. 

Jakiś Boliwijczyk pisał, że jego ojczyzna pozbawiona jest dostępu do morza i że ten fatalny 

brak powinien być tematem jed

nej z pierwszych debat.

Twirl, człowiek o dużej inteligencji, zauważył, że Kongres nasuwa pewne filozoficzne 

problemy.  Planowanie  zebrania  reprezentującego  wszystkich  ludzi  to zadanie  podobne do 

obliczania   archetypów   platońskich,   zagadki,   która   przez   wieki   absorbowała   myślicieli. 

Sugerował, by nie posuwać się za daleko, gdyż don Alejandro Glencoe mógłby podjąć się nie 

tylko   reprezentacji   właścicieli   ziemskich   i   Urugwajczyków,   ale   również   prekursorów   i 

miedzianobrodych,   i   siedzących   w   fotelu.   Nora   Erfjor

d  była   Norweżką.   Czy   miała 

reprezentować   sekretarki   czy   Norweżki,   czy   po   prostu   wszystkie   piękne   kobiety?   Czy 

wystarczał  jeden inżynier,  by reprezentować  wszystkich  inżynierów, nawet tych  z Nowej 

Zelandii?

Mam wrażenie, że wtedy właśnie włączył się Fermin.

- Ferri będzie reprezentował gringos - powiedział, wybuchając śmiechem.

Don Alejandro popatrzył na niego surowo i niespiesznie rzekł:

- Pan Ferri jest reprezentantem imigracji, której praca wspomaga nasz kraj.

Fermin Eguren zawsze mnie nie znosił. Był to człowiek nadzwyczaj z siebie dumny; 

pysznił się, że jest Urugwajczykiem, że przyciąga kobiety, że potrafi wybrać sobie drogiego 

krawca, że pochodzi z Basków, ludzi na marginesie historii, którzy trudnili się tylko jednym - 

dojeniem krów.

Incydent niesłychanie trywialny przypieczętował naszą wzajemną wrogość. Po sesji 

Eguren zaproponował, byśmy udali się na ulicę Junin. Nie pociągało mnie to zbytnio, ale 

zgodziłem się, nie chcąc wystawiać się na jego drwiny. Poszliśmy wraz z Fernandezem Iralą. 

Wychodząc z budynku, minęliśmy jakiegoś rosłego mężczyznę. Eguren, z lekka wstawiony, 

popchnął go. Tamten zagrodził nam przejście i powiedział:

18

background image

- Kto zechce wyjść, nadzieje się na ten nóż.

Przypominam sobie błysk stali w ciemnościach sieni. Eguren, przerażony, rzucił się 

do tyłu. Ja też byłem w strachu, ale moja niechęć była silniejsza. Wsunąłem rękę pod pachę, 

jakbym chciał wyjąć broń, i stanowczym głosem rzuciłem:

- Rozstrzygniemy to na ulicy.

Nieznajomy już innym tonem odpowiedział:

- Proszę, to jest mężczyzna. Chciałem tylko wypróbować was, przyjacielu. - Teraz 

uśmiechał się życzliwie.

- Przyjaźń to już na pański rachunek - odparłem i wyszliśmy.

Człowiek z nożem wszedł do burdelu. Potem powiedziano mi, że nazywa się Tapia 

czy też Paredes i że ma opinię awanturnika. Gdy wyszliśmy na ulicę, Irala, który nie stracił 

kontenansu, poklepał mnie po plecach i oświadczył z emfazą:

- Wśród nas trzech znalazł się prawdziwy muszkieter. Twoje zdrowie, d'Artagnan!

Fermin Eguren nigdy mi nie darował, że byłem świadkiem jego słabości.

Czuję, że teraz, i to dopiero teraz, zaczyna się właściwa historia. Stronice już napisane 

odnotowały tylko warunki, jakie przypadek czy też przeznaczenie stworzyły,  aby zaistniał 

niewiarygodny fakt, chyba jedyny w moim życiu. Don Alejandro Glencoe tkwił zawsze w 

samym   środku   sprawy,   ale   ze   zdumieniem   i   niepokojem   stopniowo   pojmowaliśmy,   że 

prawdziwym   prezesem   jest   Twirl.   Ten   dziwaczny   wąsacz   schlebiał   Glencoe,   a   nawet 

Ferminowi Egurenowi, choć w sposób tak przesadny, że mogło to wyglądać na  

kpiny; nie 

ośmieszało go to jednak i nie nadwerężało jego pozycji. Glencoe żył w blasku swojej fortuny. 

Twirl odgadł, że aby przekonać go do jakiegoś projektu, wystarczy wspomnieć, że jest on 

zbyt kosztowny. Z początku Kongres był, jak podejrzewam, tylk

o nieokreśloną nazwą; Twirl 

proponował ciągłe rozszerzanie go, na które don Alejandro zawsze przystawał. To było tak, 

jakbyśmy się znajdowali w środku rosnącego koła, które bez przerwy powiększa się i oddala. 

Oświadczył   na   przykład,   że   Kongres   nie   może  

się   obejść   bez   podręcznej   biblioteki; 

Nierenstein, który pracował w księgarni, zaczął nabywać atlasy Justusa Perthesa i rozmaite 

obszerne   encyklopedie,   począwszy   od   “Historia   naturalis"   Pliniusza   i   “Speculum" 

Wincentego z Beauvais aż do labiryntów (odczyt

uję to słowo głosem Fernandeza Irali) uczo-

nych   encyklopedystów   francuskich   i   do   encyklopedii   brytyjskiej,   Pierre'a   Larousse'a, 

Brockhausa,   Larsena   oraz   Montanera   i   Simona.   Pamiętam,   jak   z   szacunkiem   gładziłem 

jedwabiste tomy pewnej encyklopedii chińskie

j, której pięknie wyrobione litery wydawały mi 

się bardziej tajemnicze niż plamy na skórze lamparta. Jeszcze nie powiem, jaki koniec je 

czekał, ale z pewnością nad nim nie ubolewam.

19

background image

Don Alejandro polubił Iralę i mnie, może dlatego, że tylko my dwaj nie usiłowaliśmy 

mu schlebiać. Zaprosił nas na parę dni do swego majątku Kaledonia, gdzie rozpoczęli już 

prace murarze.

Po długiej podróży w górę rzeki i po przeprawie promem  stanęliśmy o świcie na 

drugim brzegu La Platy. Potem wiele nocy spędzaliśmy w oberżach, otwierając i zamykając 

zastawy   przeprawialiśmy   się   przez   ogrodzenia   dla   bydła   w   Cuchilla   Negra.   Jechaliśmy 

wolantem. Wieś wydała mi się jakaś większa i bardziej samotna niż ta, gdzie się urodziłem.

Dotąd zachowałem w pamięci oba obrazy jego majątku: ten wymyślony i ten, który 

wreszcie ujrzały moje  oczy.  Bezsensownie wyobraziłem  sobie, niby we śnie, niemożliwe 

połączenie równiny Santa Fe z czymś  w rodzaju Wieży Ciśnień. Kaledonia była wielkim 

domiskiem   z   wypalanej   gliny   pokrytym   dwuspadową   strzechą,   połą

czonym   z   ceglaną 

przybudówką. Dom ten wydał mi się stworzony, by stawić czoło niepogodom i upływającemu 

czasowi. Szorstkie mury były bardzo grube, drzwi wąskie. Nikomu nie przyszło do głowy, by 

w pobliżu posadzić choćby jedno drzewo. Był wystawiony zaró

wno na pierwsze, jak i na 

ostatnie   promienie   słońca.   Zabudowania   były   z   kamienia,   liczne   bydło   chude,   o   długich 

rogach, zmierzwione końskie ogony sięgały ziemi. Po raz pierwszy poczułem zapach świeżo 

zarzynanych zwierząt. Przyniesiono wory sucharów. W parę dni później dowiedziałem się, że 

zarządca nigdy w swym życiu nie miał w ustach świeżego chleba. Irala zapytał o ubikację; 

don Alejandro szerokim gestem wskazał na cały horyzont. Noc była księżycowa, wyszedłem 

się przejść i wpadłem na niego, pilnował go

 nandu.

Upał,   który   nie   zmniejszył   się   z   nastaniem   nocy,   był   nie   do   zniesienia,   wszyscy 

marzyli   o   odrobinie   chłodu.   Liczne   niskie   pokoje   wydały   mi   się   nie   urządzone;   nam 

wskazano izbę wychodzącą na południe, w której stały dwie prycze i komoda, a na niej srebr-

na miska i dzbanek. Zamiast podłogi było klepisko.

Następnego   dnia  natknąłem  się  w   bibliotece  na  trzy  tomy   Carlyle'a   i  poszukałem 

stronic   poświęconych   znakomitemu   mówcy,   rzecznikowi   rodzaju   ludzkiego,   nazwiskiem 

Anacharsis Cloots, który przywiódł mnie do owego ranka, do owej samotności. Po śniadaniu, 

niczym nie różniącym się od obiadu, don Alejandro pokazał nam, jak posuwają się roboty. 

Przejechaliśmy milę konno po pustkowiu. Irala, który nie był zbyt dobrym jeźdźcem, spadł z 

konia. Zarządca zauważył bez uśmiechu:

- Miastowy, a umie zsiadać.

Z daleka zobaczyliśmy budowlę. Chyba ze dwudziestu ludzi pracowało nad czymś w 

rodzaju rozczłonkowanego amfiteatru. Przypominam sobie jakieś rusztowania i stopnie, przez 

które widać było połacie nieba.

20

background image

Parokrotnie usiłowałem nawiązać rozmowę z gauczami, ale nic z tego nie wyszło. 

Jakimś sposobem wyczuwali własną odmienność. Między sobą porozumiewali się gęgającą 

mieszaniną   hispano-brazylijską.   Bez   wątpienia   w   ich   żyłach   płynęła   krew   indiańska   i 

murzyńska. By

li krępi, silni. Ja wydawałem się w Kaledonii wysoki, co dotąd mi się nie 

zdarzało. Niemal wszyscy nosili chiripy

*

, niektórzy bufiaste spodnie. Mieli bardzo niewiele 

wspólnego z płaczliwymi postaciami z Hernandeza lub też Rafaela Obligado. Pod wpływem 

sobotnich pijatyk z łatwością stawali się napastliwi. Nie było między nimi kobiet, nigdy też 

nie usłyszałem dźwięku gitary.

Bardziej   niż   ci   ludzie   znad   granicy   zainteresowała   mnie   całkowita   zmiana,   jaka 

nastąpiła w don Alejandrze. W Buenos Aires był to łagodny i pełen umiaru dżentelmen, w 

Kaledonii - surowy szef klanu, tak jak jego przodkowie. W niedzielę rano czytywał Pismo 

Święte robotnikom, którzy nie rozumieli z niego ani słowa. Pewnej nocy zarządca, młody 

chłopak, który przejął tę funkcję po swoim oj

cu, przyszedł nas zawiadomić, że tutejszy chłop 

i   jeden   z   robotników   podźgali   się   nożami.   Don   Alejandro   podniósł   się   bez   pośpiechu. 

Podszedł   do   tłumu   gapiów,   broń,   którą   zawsze   nosił   przy   sobie,   podał   zarządcy,   dość 

zalęknionemu - jak mi się wydało - i wsz

edł między stalowe klingi. Usłyszałem rozkaz:

- Rzućcie te noże, chłopcy. - Po czym równie spokojnym głosem dodał: - A teraz 

podajcie sobie ręce i pogódźcie się. Nie chcę tu żadnych awantur.

Obydwaj posłuchali go. Następnego dnia dowiedziałem się, że zwolnił zarządcę.

Czułem się osaczony przez samotność. Bałem się, że nigdy nie wrócę do Buenos 

Aires. Nie wiem, czy Fernandez Irala podzielał moje lęki, ale mówiliśmy dużo o Argentynie i 

o tym, co będziemy robili po powrocie. Tęskniłem nie do zwykłych rzeczy, tylko na przykład 

do dwóch lwów, strzegących bramy przy ulicy Jujuy niedaleko placu Once, lub do świateł 

pewnego sklepu, którego usytuowania nie byłem pewien. Zawsze byłem dobrym jeźdźcem, 

teraz nabrałem zwyczaju dalekich konnych przejażdżek. Pamiętam wciąż pewnego deresza, 

którego sam siodłałem, a który już z pewnością nie żyje. Możliwe, że jakiegoś popołudnia lub 

wieczoru   znalazłem   się   w   Brazylii,   granicę   bowiem   wytyczały   tylko   rzadko   rozstawione 

słupki.

Przestałem już liczyć dni, gdy któregoś wieczoru, podobnego do wszystkich innych, 

don Alejandro uprzedził nas:

- Trzeba się wcześnie położyć, bo jutro wyjazd o świcie.

Jadąc   w   dół   rzeki,   czułem   się   tak   szczęśliwy,   że   mogłem   z   czułością   myśleć   o 

Kaledonii.

* Tuniki noszone przez Indian Araukanas i gauczów. (Przyp. tłum.)

21

background image

Wróciliśmy do naszych sobotnich zebrań. Na pierwszym z nich Twirl poprosił o głos. 

Za pomocą  właściwych  sobie kwiecistych  zwrotów retorycznych  stwierdził,  że biblioteka 

Kongresu Świata nie może ograniczać się do książek pomocniczych i że klasyczne dzieła 

narodowe we wszystkich językach są rodzajem św

iadectwa, którego brak może się okazać 

fatalny w skutkach. Jego propozycja została natychmiast przyjęta. Fernández Irala i doktor 

Cruz, profesor łaciny, wzięli na siebie misję wybrania odpowiednich tekstów. Twirl omówił 

już sprawę z Nierensteinem. W owyc

h czasach nie spotkałoby się Argentyńczyka, który by 

nie marzył o Paryżu niby o wyśnionej utopii. Najniecierpliwszy z nas był Fermin Eguren, a 

zaraz   po   nim   Fernandez   Irala,   choć   z   całkowicie   odmiennych   powodów.   Dla   autora 

“Marmurów" Paryż to był Verlaine 

i Leconte de Lisle; dla Egurena rozpustne dzielnice ulicy 

Junín w lepszym wydaniu. Podejrzewałem, że dogadał się z Twirlem. Ów na najbliższym 

zebraniu   poruszył   kwestię   języków,   jakimi   będą  się  porozumiewali   kongresmani,  a  także 

konieczność wybrania deleg

atów, którzy by pojechali jako oficjalni wysłannicy do Paryża i 

Londynu. Aby się nie zdradzić, początkowo wysunął moją kandydaturę, dopiero potem, po 

lekkim wahaniu, zgłosił swego przyjaciela Egurena. Don Alejandro, jak zawsze, zgodził się.

Chyba pisałem już o tym, że w zamian za lekcje włoskiego Wren wprowadził mnie w 

nieogarnione   tajniki   angielskiego;   ograniczył   do   minimum   gramatykę   i   przysłowiowe 

“rozmówki" i od razu zabraliśmy się do poezji, której formy wymagają zwięzłości. Moim 

pierwszym zetknięc

iem z językiem, który potem miał wypełnić mi życie, było wspaniałe “Re-

quiem" Stevensona; potem przyszły ballady, które Percy objawił dostojnemu osiemnastemu 

wiekowi. Na krótko przed wyjazdem do Londynu doznałem olśnienia Swinburne'em, który 

sprawił, iż - 

acz z poczuciem winy - zwątpiłem w aleksandryny Irali.

Przybyłem do Londynu w początkach stycznia 1902 roku; pamiętam wciąż pieszczotę 

śniegu,   którego   nigdy   przedtem   nie   widziałem,   a   którego   czar   głęboko   odczułem.   Na 

szczęście   udało   mi   się   nie   jechać   razem   z   Egurenem.   Zatrzymałem   się   w   skromnym 

pensjonaciku na tyłach British Museum, całe dni spędzałem w bibliotece w poszukiwaniu 

mowy   godnej   Kongresu   Świata.   Nie   zaniedbywałem   języków   uniwersalnych,   zająłem   się 

esperanto,   które   Lugones   w   “Lunario   sentime

ntal"   określa   jako   “bezstronne,   proste   i 

oszczędne",  oraz   volapukiem,  usiłującym   wyczerpać  wszystkie  możliwości  lingwistyczne, 

deklinując czasowniki i koniugując rzeczowniki. Brałem pod uwagę argumenty za i przeciw 

łacinie,   do   której   nostalgia   trwała   nad

al   po   wiekach.   Zatrzymałem   się   nad   analitycznym 

językiem Johna Wilkinsa, w którym określenie każdego słowa tkwi w literach, z jakich jest 

uformowane. Pod kopułą owej sali poznałem Beatriz.

Opisuję   historię   Kongresu   Świata,   nie   zaś   historię   moją,   Alejandra   Ferri,   lecz   ta 

22

background image

pierwsza obejmuje tę drugą, tak jak obejmuje wszystko inne. Beatriz była wysoka, smukła, o 

czystych rysach i rudych włosach, które mogły - choć nigdy tak się nie stało - przypomnieć 

mi włosy dwuznacznej postaci Twirla. Nie miała dwudzie

stu lat. Opuściła jakieś północne 

hrabstwo, by studiować literaturę na uniwersytecie. Pochodziła, tak jak i ja, ze skromnej 

rodziny. Naonczas w Buenos Aires pochodzenie włoskie nie było uważane za wykwintne; w 

Londynie   odkryłem,   że   dla   wielu   ma   w   sobie   c

oś   romantycznego.   Wkrótce   staliśmy   się 

kochankami; poprosiłem, by została moją żoną, lecz Beatriz Frost, podobnie jak Nora Erfjord, 

była gorliwą wyznawczynią wiary głoszonej przez Ibsena i nie chciała z nikim się wiązać. Z 

jej to ust narodziło się słowo, 

jakiego nie ośmieliłem się wymówić. O noce, o letnie wspólnie 

dzielone ciemności, o miłości płynąca w mroku niby tajemna rzeka, o chwilo szczęścia, w 

której każde jest obojgiem, o niewinności i czystości tego szczęścia, o jedności, w której 

zatracaliśmy 

się, aby potem zatracić się we śnie, o pierwsze zorze dnia, podczas których na 

nią patrzyłem.

Na   wypalonej   granicy   Brazylii   dokuczała   mi   nostalgia;   inaczej   czułem   się   w 

czerwonym   labiryncie   Londynu,   który   dał   mi   tak   wiele.   Pomimo   pretekstów,   jakie 

wymyślałem, by odsunąć wyjazd, musiałem wracać w końcu roku; wspólnie spędziliśmy Bo-

że   Narodzenie.   Obiecałem   jej,   że   don   Alejandro   pozwoli   jej   przystąpić   do   Kongresu, 

odpowiedziała  mi  niewiążąco,  że chętnie  pozna południową półkulę  i że jakiś jej kuzyn, 

dentys

ta, osiedlił się w Tasmanii. Beatriz nie chciała odprowadzić mnie na statek. Pożegnania 

były  według niej rodzajem bezsensownego uniesienia, celebrowaniem  nieszczęścia,  a ona 

była   przeciwna   wszelkiemu   dramatyzmowi.   Pożegnaliśmy   się   w   bibliotece,   w   której 

poznaliśmy się poprzedniej zimy. Jestem człowiekiem tchórzliwym: nie zostawiłem jej swego 

adresu, gdyż chciałem oszczędzić sobie oczekiwania na listy.

Zauważyłem, że podróż powrotna zazwyczaj trwa krócej niż droga w pierwszą stronę, 

ale ten rejs przez Atlantyk, pełen wspomnień i niepokoju, wydał mi się niezwykle długi. Nic 

nie bolało mnie bardziej niż myśl, że jednocześnie z moim Beatriz będzie przeżywała własne 

życie, minuta po minucie, noc po nocy. Napisałem wielostronicowy list, który podarłem, gdy 

o

dpływaliśmy z Montevideo. Przybyłem do kraju we czwartek; Irala czekał na mnie w porcie. 

Wróciłem owego dnia do swego dawnego mieszkania przy ulicy Chile, a nazajutrz łaziliśmy i 

gadaliśmy. Chciałem odzyskać Buenos Aires. Z ulgą dowiedziałem się, że Fer

min Eguren 

wciąż   jeszcze   przebywa   w   Paryżu;   fakt,   że   wróciłem   przed   nim,   mógł   w   jakiś   sposób 

złagodzić moją długą nieobecność.

Irala   był   zniechęcony.   Fermin   wydawał   w   Europie   krocie   i   nie   stosował   się   do 

ponawianych   wciąż   wezwań,   by   wracać   natychmiast.   Było   to   do   przewidzenia.   Jeszcze 

23

background image

bardziej   zaniepokoiły   mnie   inne   nowiny;   nie   licząc   się   z   opozycją   Irali   i   Cruza,   Twirl, 

powołując się na Pliniusza Młodszego, wedle którego nie było książek tak złych, by nie 

zawierały   w   sobie   czegoś   dobrego,   zaproponował

  nabycie   z   kolekcji   “La   Prensa"   trzech 

tysięcy   czterystu   egzemplarzy   rozmaitych   wydań   “Don   Kichota",   całej   korespondencji 

Balmesa,   rozpraw   uniwersyteckich,   rachunków,   biuletynów   i   programów   teatralnych. 

“Wszystko jest świadectwem" - oznajmił. Nierenstein  

poparł go; don Alejandro “po trzech 

burzliwych   sobotach"   zaaprobował   ten   wniosek.   Nora   Erfjord   zrezygnowała   ze   swego 

stanowiska sekretarki; miejsce jej zajął nowy członek, Karliński, człowiek Twirla. Olbrzymie 

paki  gromadzono  teraz,  bez  katalogów  i  fisze

k,  w  pokojach  położonych   w  głębi  oraz  w 

piwnicach wielkiego  domiska don Alejandra. W początkach lipca Irala spędził tydzień w 

Kaledonii; murarze porzucili pracę. Zapytany, zarządca odpowiedział, że tak im rozkazał szef 

i że w końcu zawsze jest na wszyst

ko dosyć czasu.

W   Londynie   napisałem   sprawozdanie,   którego   nie   warto   tu   przytaczać.   W   piątek 

poszedłem   przywitać   się   z   don   Alejandrem   i   wręczyć   mu   ów   tekst.   Towarzyszył   mi 

Fernández Irala. Zmierzchało i do wnętrza domu napływał wiatr z pampy. Na wprost frontonu 

domu, od strony ulicy Alsina, stał wóz zaprzężony w trzy konie. Dotąd widzę ludzi zgiętych 

pod ciężarem pak, które składali na ostatnim patio. Komenderował nimi władczo Twirl. Jakby 

coś przeczuwając, znaleźli się tam również Nora Erfjord, Nieren

stein, Cruz i Donald Wren 

oraz jeden czy dwóch kongresmanów. Nora uściskała mnie i ucałowała, a ten uścisk i ten 

pocałunek przywiodły mi na myśl inne. Dobrotliwy i wesoły Murzyn pocałował mnie w rękę.

W   jednym   z   pokoi   otwarta   była   kwadratowa   klapa   w   podłodze   prowadząca   do 

sutereny, ceglane stopnie ginęły w mroku.

Nagle usłyszeliśmy kroki. Zanim go ujrzałem, wiedziałem, że to don Alejandro. Nie 

wszedł,   ale   raczej   wbiegł.   Miał   zmieniony   głos.   Nie   był   to   głos   ani   zrównoważonego 

dżentelmena, przewodniczącego naszym sobotnim zebraniom, ani głos feudała, właściciela 

majątku,   który   zmusza   swych   gauczów   do   przerwania   bitki   na   noże   i   czytuje   im   Pismo 

Święte, bardziej jednak przypominał ten ostatni.

Nie patrząc na nikogo, rozkazał:

- Proszę wynieść to wszystko, co zostało złożone na dole. W suterenie nie może zostać 

ani jedna książka.

Wykonanie zadania trwało niemal godzinę. Na klepisku ostatniego patia ułożyliśmy 

bardzo wysoki stos. Chodziliśmy tam i na powrót, jedynym, który się nie poruszył, był don 

Alejandro.

Po czym padł rozkaz:

24

background image

- A teraz proszę to podpalić.

Twirl był bardzo blady. Nierenstein wybełkotał:

- Kongres Świata nie może się obejść bez tych drogocennych naukowych pomocy, 

które tak troskliwie wybierałem.

-   Kongres   Świata?   -   powiedział   don   Alejandro.   Roześmiał   się   gorzko,   a   nigdy 

przedtem nie słyszałem, żeby się śmiał.

W niszczeniu tkwi jakaś tajemnicza rozkosz; płomienie rozbłysły hucząc, ludzie zaś 

przytulili się do murów lub schronili po pokojach. Noc, popiół i zapach spalenizny pozostały 

na patio. Przypominam sobie jakieś zabłąkane kartki; ocalone - teraz bieliły się na ziemi. 

Nora   Erfjord,   która   kochała   don   Alejandra   miłością,   jaką   młode   kobiety   darzą   starych 

mężczyzn, powiedziała, nie wiedząc właściwie, co mówi:

- Don Alejandro wie, co robi.

Irala, wierny literaturze, wypowiedział zdanie:

- Co ileś wieków biblioteka aleksandryjska musi spłonąć.

Potem doszło do nas niespodziewane oświadczenie:

-   Cztery   lata   czekałem   na   zrozumienie   tego,   co   wam   w   tej   chwili   mówię. 

Przedsięwzięcie, które podjęliśmy, jest tak ogromne, że obejmuje - teraz już to wiem - cały 

świat. To nie jest sprawa dla kilku agitatorów, którzy sami siebie otumaniają, w szopach ja-

kiejś, hen daleko zagubionej estancji. Kongres Świata rozpoczął się w pierwszym momencie 

istnienia świat

a  i będzie trwał, gdy my staniemy się już prochem. Nie ma takiego miejsca, 

którego by nie obejmował. Kongres to książki, któreśmy spalili. Kongres to Kaledończycy, 

którzy rozbili  legiony Cezarów. Kongres  to Hiob na  swym  gnoju i Chrystus  na Krzyżu. 

Kong

res to ten nic niewart chłopak, który trwoni mój majątek z ladacznicami.

Nie mogłem się powstrzymać i wykrzyknąłem:

- Don Alejandro, ja też jestem winny.  Miałem już skończone sprawozdanie, które 

panu   przywiozłem,   ale   nadal   w   Anglii   wydawałem   pańskie   pieniądze   przez   miłość   do 

kobiety.

Don Alejandro mówił dalej:

- Podejrzewałem to, Ferri. Kongres to moje byki. Kongres to byki, które sprzedałem, i 

mile ziemi, która nie należy już do mnie.

Rozległ się przerażony głos: był to głos Twirla.

- Nie powie nam pan chyba, że sprzedał pan Kaledonię?

Don Alejandro odpowiedział niespiesznie:

- Tak, sprzedałem ją. Nie pozostała mi ani jedna piędź ziemi, ale nie boli mnie moja 

25

background image

ruina,   bo   teraz   rozumiem.   Może   się   więcej   nie   zobaczymy,   lecz   Kongres   już   nas   nie 

potrzebuje, tej zaś ostatniej nocy wyjdziemy razem, by popatrzeć na Kongres.

Był pijany zwycięstwem. Jego pewność i wiara porwały nas. Nikt ani przez sekundę 

nie pomyślał, że zwariował.

Na placu wsiedliśmy do dorożki. Usiadłem na koźle obok woźnicy, a don Alejandro 

rozkazał:

- Objedziemy miasto, maestro. Niech pan nas wiezie, dokąd ma pan ochotę.

Murzyn   na   stopniach   nie   przestawał   się   uśmiechać.   Nigdy   się   nie   dowiem,   czy 

cokolwiek zrozumiał.

Słowa   są   symbolami,   które   zakładają   wspólną   pamięć.   To,   co   teraz   notuję,   jest 

owocem wyłącznie mojej pamięci. Ci, co dzielili ją ze mną - pomarli. Mistycy wywołują różę, 

pocałunek,   ptaka   będącego   wszystkimi   ptakami,   słońce   będące   wszystkimi   gwiazdami   i 

słońcem, dzban wina, ogród albo akt płciowy. Nie mogę posłużyć się żadną z me

tafor, by 

opisać tę długą upojną noc, która opuściła nas zmęczonych i szczęśliwych, gdy wstały zorze. 

Niemal   nie  rozmawialiśmy,   słychać   było   tylko   skrzyp  kół  i  stukot  kopyt   uderzających  o 

kamienny bruk. Przed świtem, niedaleko wody cichej i ciemnej, którą może było Maldonado, 

a może Riachuelo, wysoki głos Nory Erfjord zaintonował balladę Patricka Spensa, a don 

Alejandro wtórował jej od czasu do czasu cicho i fałszywie. Angielskie słowa nie przyniosły 

mi obrazu Beatriz. Za moimi plecami Twirl wyszeptał:

- Chciałem zła, a przynoszę dobro.

Coś   niecoś   z   tego,   cośmy   widzieli,   wciąż   istnieje   -   czerwonawy   cmentarny   mur 

Recolety,   żółta   ściana   więzienia,   dwóch   mężczyzn   tańczących   z   sobą   na   rogu   ulicy, 

zakratowane patio wyłożone czarnymi i białymi kaflami niby szachownica, szlabany, mój 

dom, jakieś targowisko, niezgłębiona i wilgotna ciemność nocy - ale żadna z tych rzeczy 

ulotnych, które może były czymś innym, nie ma znaczenia. Ważne jest to, iż odczuliśmy, że 

nasz   plan,   z   którego   niejednokrotnie   kpiliśmy,   naprawdę   sekretnie   istnieje,   że   jest 

wszechświatem i nami. Nie mając nadziei, przez lata szukałem smaku owej nocy; czasem 

wydawało mi się, że odnajduję go w muzyce, w miłości, w niepewnej pamięci, ale nie wróciła 

nigdy prócz jednego ranka, gdy pojawiła mi się w

e śnie. Kiedy przysięgaliśmy, że nigdy nic 

nikomu o tym nie powiemy, była już sobota rano.

Nie zobaczyłem więcej żadnego z nich prócz Irali. Nigdy nie mówiliśmy o tym, co 

zaszło: każde nasze słowo byłoby profanacją. W 1914 roku don Alejandro Glencoe zmarł i 

został pochowany w Montevideo. Irala umarł na rok przed nim.

Raz jeden minęliśmy się z Nierensteinem na ulicy Lima; udaliśmy, że się nie widzimy.

26

background image

There Are More Things

Pamięci Howarda P. Lovecrafta

Miałem właśnie składać ostatni egzamin na teksaskim uniwersytecie w Austin, kiedy 

dowiedziałem się, że mój stryj, Edwin Arnett, zmarł na zawał w zapadłym kącie na południu 

Argentyny. Odczułem to, co zazwyczaj odczuwamy, gdy ktoś umiera; rozpacz już zbędną, 

gdyż nic nas nie kosztowało być lepszym, niż jes

teśmy.  Człowiek zapomina, że sam jest 

umarłym, który rozmawia ze zmarłymi. Studiowałem filozofię; przypomniałem sobie, że to 

właśnie stryj, tam, w Czerwonym Domu pod Lomas, nie wymieniając żadnego nazwiska, 

objawił mi jej piękne zawiłości. Podana na dese

r  pomarańcza stawała się instrumentem, za 

pomocą   którego   wprowadzał   mnie   w   idealizm   Berkeleya;   szachownica   służyła   do   wy-

jaśnienia paradoksów  eleatów. Wiele  lat później  pożyczył  mi  traktat  Hintona, który chce 

dowieść istnienia czwartego wymiaru przestrz

ennego, hipotezy, jaką można udowodnić za 

pomocą rozmaitych kombinacji kolorowych sześcianów. Nie zapomnę pryzm i piramid, jakie 

ustawialiśmy na podłodze jego gabinetu.

Mój stryj był inżynierem. Zanim przeszedł na emeryturę, pracował w kolejnictwie, 

postanowił osiąść w Turdera, która ofiarowywała  mu  niemal  wiejską samotność  i bliskie 

sąsiedztwo   Buenos   Aires.   Nic   łatwiejszego   niż   odgadnąć,   że   jego   architektem   miał   być 

najbliższy przyjaciel, Alexander Muir. Ten sztywny mężczyzna wyznawał sztywną doktrynę 

Knoxa; mój stryj, na wzór wszystkich panów owej epoki, był wolnomyślicielem lub raczej 

agnostykiem,   ale   interesowała   go   teologia,   tak   jak   interesowały   go   zabawne   sześciany 

Hintona lub ład koszmarów sennych młodego Wellsa. Lubił psy; miał wielkiego owczar

ka, 

którego   nazwał   Samuel   Johnson   na   pamiątkę   Lichfield,   swego   odległego   rodzinnego 

miasteczka.

Czerwony Dom stał na wzgórzu, otoczony od zachodu przez mokradła. Rosnące za 

żelaznym ogrodzeniem araukarie nie łagodziły jego masywnych zarysów. Zamiast tarasu miał 

dwuspadowy dach z czarnej dachówki i kwadratową zegarową wieżę, która wydała mi się 

przytłaczać mury, a także wąskie okna. Jako chłopiec przyjmowałem tę brzydotę, tak jak się 

przyjmuje nie pasujące do siebie rzeczy, które dlatego tylko, że współistnieją, noszą miano 

wszechświata.

Wróciłem do kraju w 1921 roku. Dla uniknięcia wszelkich rodzinnych sporów dom 

został sprzedany na licytacji. Kupił go cudzoziemiec nazwiskiem Max Preetorius, podwajając 

27

background image

najwyższą   ofiarowaną   sumę.   Kiedy   akt   został   podpisany,   przyjechał   o   zachodzie   w 

towarzystwie   dwóch   pomocników,   którzy   wraz   z   nim   wyrzucali   na   pustkowie   nieopodal 

drogi, jaką dawniej pędzono bydło, wszystkie meble, wszystkie książki i wszystkie domowe 

sprzęty. (Ze smutkiem wspominałem tomy Hintona i wielki

 globus). Następnego dnia poszedł 

porozmawiać   z   Muirem   i   zaproponował   mu   pewne   przeróbki,   co   tamten   z   oburzeniem 

odrzucił. Ostatecznie podjęło się robót jakieś stołeczne przedsiębiorstwo. Miejscowi stolarze 

odmówili ponownego meblowania domu; na warunk

i proponowane przez Preetoriusa przystał 

wreszcie   niejaki   Mariani   z   Glew.   Przez   dwa   tygodnie   pracował   nocą   przy   zamkniętych 

drzwiach. Również nocą nowy właściciel wprowadził się do Czerwonego Domu. Okien już 

nie otwierano, lecz w ciemnościach widać było  

przebłyski światła. Pewnego dnia mleczarz 

natknął   się   na   owczarka:   leżał   na   bruku   bez   głowy   i   poćwiartowany.   W   zimie   zrąbano 

araukarie. Nikt nigdy więcej nie widział Preetoriusa, który jakoby szybko opuścił kraj.

Jak można się domyślić, te wieści mnie zaintrygowały. Wiem, że moją zasadniczą 

cechą jest ciekawość, która nieraz doprowadzała mnie do związku z zupełnie obcą kobietą 

tylko   po   to,   by   sprawdzić,   kim   jest   i   jaka   jest,   do   zażywania   (zresztą   bez   specjalnych 

rezultatów)   laudanum,   do   ekstrapolacji   l

iczb   nieskończonych   lub   do   przedsięwzięcia 

straszliwej przygody, o której tu opowiem. Na skutek tego wszystkiego powziąłem fatalną 

decyzję przebadania całej sprawy.

Pierwszym posunięciem było zobaczenie się z Alexandrem Muirem. Pamiętałem go 

jako trzymającego się prosto, ciemnowłosego mężczyznę, szczupłego szczupłością, która nie 

wyklucza siły; lata przygarbiły go, krucza broda zaś poszarzała. Przyjął mnie w swym domu 

w Temperley,  nader podobnym - co było do przewidzenia - do domu stryja, jako że oba 

odpow

iadały solidnym zasadom dobrego poety i złego architekta, jakim był William Morris.

Rozmowa była powściągliwa; nie na darmo symbolem Szkocji jest oset. Niemniej 

jednak zrozumiałem, że mocna cejlońska herbata i spory półmisek drożdżowych bułeczek 

(które mój gospodarz przełamywał i smarował mi, jakbym był jeszcze dzieckiem) były w 

istocie wspaniałym kalwińskim festynem na cześć siostrzeńca przyjaciela. Teologiczne spory 

tych dwóch panów były w gruncie rzeczy niby długa partia szachów, wymagająca współpra

cy 

obu graczy.

Czas mijał, ale nie dotykaliśmy sprawy, o którą mi chodziło. Nastąpiło kłopotliwe 

milczenie, wreszcie Muir zagaił:

— Młodzieńcze  

(Young man) -  powiedział  - nie po to przyjechał  pan do mnie, 

byśmy mówili o Edwinie czy też o Stanach Zjednoczonych, kraju, który w dodatku niezbyt 

mnie interesuje. To, co spędza panu sen z powiek, to sprzedaż Czerwonego Domu  i ów 

28

background image

niecodzienny   kupiec.   Mnie   także.   Szczerze   mówiąc,   nie   podoba   mi   się   ta   cała   historia. 

Opowiem panu tyle, ile wiem, niestety nie ma tego

 wiele.

Po chwili przerwy znowu zaczął mówić:

-   Przed   samą   śmiercią   Edwina   burmistrz   wezwał   mnie   do   swego   biura.   Był   w 

towarzystwie   proboszcza.   Zaproponowali   mi   zrobienie   projektu   katolickiej   kaplicy, 

zaznaczając, że bardzo dobrze mi zapłacą. Z miejsca odmówiłem: jestem sługą bożym i nie 

mogę przykładać ręki do ołtarzy stawianych bożkom.

Tu przerwał.

- To wszystko? - ośmieliłem się zapytać.

- Nie. Z kolei ten gudłaj Preetorius chciał, bym zburzył moje dzieło i na jego miejsce 

wystawił coś monstrualnego. Ohyda umie przybierać rozmaite kształty.

Słowa te wymówił z powagą i podniósł się z miejsca.

Gdy byłem już na ulicy, podszedł do mnie Daniel Iberra. Znaliśmy się tak, jak znają 

się ludzie pochodzący z tego samego miasteczka. Zaproponował wspólny spacer. Nigdy nie 

interesowali mnie plotkarze i przygotowałem się na ponurą litanię sklepikarskich historyjek, 

ordynarnych i częściowo apokryficznych, ale zrobiłem dobrą minę do złej gry i zgodziłem się 

na jego propozycję. Był późny wieczór. Kiedy w pewnej chwil

i na wzgórzu wyłonił się Czer-

wony   Dom,   Iberra   niespodziewanie   zmienił   kierunek.   Zapytałem   go   o   powód.   Jego 

odpowiedź była inna, niż przewidywałem.

- Jestem prawą ręką don Felipe. Wiadomo, że nigdy nie byłem tchórzem. Pamiętasz 

pewnie tego chłopaka nazwiskiem Urgoiti, który specjalnie przyjechał z Merlo, żeby się ze 

mną   zmierzyć,   i   pamiętasz,   co   się   z   nim   stało.   Więc   teraz   posłuchaj.   Parę   nocy   temu 

wracałem z zabawy. O kilka sążni od ogrodu zobaczyłem coś. Koń stanął dęba i gdybym go 

nie przytrzymał i 

nie zmusił do skręcenia w boczną uliczkę, dziś nie opowiadałbym ci tego, 

co słyszysz. To, co zobaczyłem, nie da się opisać.

Rozdrażniony zaklął brzydko.

Owej nocy nie mogłem zasnąć. Nad ranem przyśnił mi się sztych w rodzaju grafik 

Piranesiego,   którego   nie   znałem   albo   jeżeli   widziałem,   to   zapomniałem   o   tym, 

przedstawiający labirynt. Był to kamienny amfiteatr otoczony cyprysami, sięgający wyżej niż 

ich wierzchołki. Nie miał drzwi ani okien, tylko nie kończący się szereg wąskich pionowych 

nacięć. Za pomocą lupy usiłowałem dojrzeć minotaura, wreszcie go spostrzegłem. Był  to 

potwór nad potworami. Miał w sobie mniej z byka niż z bizona, leżące zaś na ziemi ciało 

ludzkie wydawało się spać i śnić. O czym śniło, o kim?

Następnego   popołudnia   znalazłem   się   na   wprost   Czerwonego   Domu.   Brama   w 

29

background image

ogrodzeniu była zamknięta, niektóre pręty pokrzywione. To, co niegdyś było ogrodem, stało 

się gęstwiną dzikich chaszczy. Na prawo był niezbyt głęboki rów o rozdeptanych brzegach.

Został mi już tylko jeden sposób, który odkładałem z dnia na dzień, nie tylko dlatego, 

że   wydawał   mi   się   nieskuteczny,   ale   też   dlatego,   że   mógł   przywieść   mnie   do   tego,   co 

nieuniknione, co ostateczne.

Bez   specjalnej   nadziei   pojechałem   do   Glew.   Stolarz   Mariani   był   już   niemłody; 

różowy,   tęgi   Włoch,   kordialny   i   wulgarny   zarazem.   Sam   jego   widok   wystarczył   mi,   by 

zrezygnować z fortelu, jaki sobie zaplanowałem. Podałem mu wizytówkę, którą z pompą 

przeliterował   na   głos,   przy   czym   z   szacunkiem   zająknął   się   przy   słowie   “doktor". 

Powiedziałem, że interesują m

nie meble, jakie robił do posiadłości mojego stryja w Turdera. 

Wtedy   zaczął   mówić   bez   końca.   Nie   będę   próbował   powtarzać   wszystkich   jego   słów, 

połączonych z gestykulacją, w sumie wyjaśnił mi, że jego zadaniem jest spełnianie choćby 

najdziwniejszych   życz

eń   klienta   i   dokładne   wykonanie   tego,   co   mu   zostało   polecone. 

Pogrzebał w szufladach i pokazał mi jakieś papiery, z których nic nie zrozumiałem, podpisane 

przez nieuchwytnego Preetoriusa. (Najprawdopodobniej wziął mnie za adwokata). Kiedyśmy 

się żegnali

, zwierzył mi się, że za żadne skarby świata nie postawiłby więcej nogi w Turdera, 

a już na pewno nie w tym domu. Dodał, że klient ma zawsze rację, ale że jego skromnym 

zdaniem pan Preetorius jest obłąkany. Po czym zamilkł, jakby żałował tego, co powied

ział. 

Nic więcej nie udało mi się z niego wyciągnąć.

Przewidywałem,   że   wiele   z   tego   wszystkiego   nie   wyniknie,   ale   co   innego   jest 

przewidywać, a co innego ponieść porażkę.

Wielokrotnie  mówiłem   sobie,   że  jedyną  tajemnicą   jest  czas,   ten  nie   kończący  się 

wątek   z   wczoraj,   dziś,   przyszłości,   zawsze   i   nigdy.   Te   głębokie   refleksje   okazały   się 

niepotrzebne; poświęcając popołudnia, studiowałem Schopenhauera albo Royce'a; całe noce 

krążyłem po bitych drogach wokół Czerwonego Domu. Czasem widziałem na piętrze światło 

dziwnie   białe,   kiedy   indziej   wydawało   mi   się,   że   słyszę   jakieś   jęki.   Tak   trwało   do 

dziewiętnastego stycznia.

Był   to   jeden   z   tych   argentyńskich   dni,   kiedy   człowiek   czuje   się   nie   tylko 

zmaltretowany i zniszczony przez upał, lecz wręcz upodlony. Była może jedenasta w nocy, 

kiedy rozpętała się burza: najpierw południowy wiatr, a potem ulewa. Błądziłem, poszukując 

jakiegoś   drzewa.   W   nagłym   świetle   błyskawicy   zobaczyłem,   że   stoję   o   parę   kroków   od 

ogrodzenia. Nie wiem już, z lękiem czy też z nadzieją spróbow

ałem, czy brama jest otwarta. 

Niespodziewanie   ustąpiła.   Ruszyłem   przed   siebie   gnany   przez   burzę.   Niebo   i   ziemia 

sprzysięgły   się   przeciw   mnie.   Również   drzwi   domu   były   uchylone.   Uderzenie   deszczu 

30

background image

chlasnęło mnie w twarz i wszedłem.

Wewnątrz usunięto posadzki, stąpałem więc po nierówno rosnących kępach trawy. 

Jakiś zapach słodkawy i mdlący przenikał cały dom. Na lewo czy też na prawo, sam już nie 

wiem,  natknąłem się na kamienną  balustradę.  Pospiesznie  wszedłem na górę. Niemal  nie 

myśląc, przekręciłem kontakt.

Jadalnia i biblioteka z mych wspomnień były teraz, po zburzeniu ścianki działowej, 

jedną olbrzymią pustą izbą z jakąś resztką mebli. Nie będę usiłował ich opisać, bo nie jestem 

pewien, czy rzeczywiście je widziałem, mimo bezlitosnego białego światła. Chcę

 wyjaśnić, że 

aby coś zobaczyć, trzeba to zrozumieć. Fotel przewiduje ciało ludzkie, jego gesty, kształty, 

tak jak nożyczki - czynność krojenia. Cóż powiedzieć o lampie, o pojeździe? Dziki nie może 

zrozumieć   Biblii   misjonarza,   pasażer   inaczej   postrzega   ol

inowanie   statku   niż   załoga. 

Gdybyśmy naprawdę zobaczyli wszechświat, może pomogłoby to nam ogarnąć go umysłem.

Ni   jeden   z   bezsensownych   kształtów,   jakie   udało   mi   się   zobaczyć   tej   nocy,   nie 

odpowiadał ciału ludzkiemu ani też żadnemu zastosowaniu, jakie bylibyśmy w stanie pojąć. 

Poczułem obrzydzenie i przerażenie. W jednym z kątów zauważyłem ustawioną prostopadle 

drabinę wiodącą na wyższe piętro. Pomiędzy nie więcej niż dziesięcioma żelaznymi szczebla-

mi pozostawione były puste, nierówne przestrzenie. Ta

  drabina, postulująca wchodzenie za 

pomocą rąk i nóg, była zrozumiała i w jakiś sposób przyniosła mi ulgę. Zgasiłem światło i 

przez   pewien   czas   czuwałem   w   ciemnościach.   Nie   słyszałem   najlżejszego   dźwięku,   ale 

przenikała mnie świadomość obecności rzeczy n

iepojętych. Wreszcie się zdecydowałem.

Gdy już znalazłem się na górze, moja lękliwa ręka po raz drugi przekręciła kontakt. 

Koszmar, jaki zapowiadało niższe piętro, w całej okazałości kwitł na drugim. Było tam wiele 

przedmiotów, a może tylko kilka, lecz jednych w drugich. Teraz przypominam sobie coś w 

rodzaju długiego stołu operacyjnego, bardzo wysokiego, w kształcie litery U, z okrągłymi 

wyżłobieniami na końcach. Przyszło mi do głowy, że jest to łoże mieszkańca tego domu, 

którego potworna anatomia tak 

właśnie się przedstawia, niby anatomia zwierzęcia lub boga, 

nie bezpośrednio jednak, lecz poprzez swój cień. Z jakiejś przed laty czytanej, zapomnianej 

stronicy Lukiana przypłynęła ku mnie nazwa  

amfisbena,  która sugerowała to, co widziały 

moje oczy, lecz w żadnym razie tego nie wyczerpywała. Przypominam sobie również lustra w 

kształcie litery 

V, ginące w panujących w górze ciemnościach.

Kim był mieszkaniec? Czego szukał na tej planecie nie mniej straszliwej dla niego niż 

dla nas? Z jakich tajemnych zakamarków astronomii czy też czasu, z jakiego dawnego, dziś 

nie do pojęcia, zmierzchu zjawił się na owym południowo-amerykańskim przedmieściu tej 

właśnie nocy?

31

background image

Poczułem się intruzem wśród chaosu. Deszcz już ustał. Spojrzałem na zegarek i ze 

zdumieniem   zobaczyłem,   że   dochodzi   druga.   Zostawiłem   zapalone   światło   i   ostrożnie 

zacząłem   schodzić.   Zejść   tędy,   którędy   wszedłem,   nie   wydawało   się   niemożliwe.   Zejść, 

zanim mieszkaniec powróci. Doszedłem do wniosku, że nie zamknął drzwi, bo nie wiedział, 

jak to się robi

.

Moja noga dotykała przedostatniego szczebla drabiny, kiedy poczułem, że wchodzi po 

niej   coś,   co   jest   przytłaczające,   powolne,   mnogie.   Ciekawość   przemogła   strach   i   nie 

zamknąłem oczu.

32

background image

Sekta Trzydziestu

Oryginalny manuskrypt obejrzeć można w bibliotece uniwersyteckiej w Lejdzie; jest 

po   łacinie,   ale   pewne   hellenistyczne   naleciałości   usprawiedliwiają   podejrzenie,   że   został 

przetłumaczony z greckiego. Według Leiseganga pochodzi z 

IV wieku ery chrześcijańskiej. 

Gibbon wspomina o nim przelotnie w jednej z not odnoszących się do 

XV rozdziału “Decline 

and Fall".

Oto co mówi anonimowy autor:

“...Sekta   ta   nigdy   nie   była   liczna,   a   i   teraz   ma   bardzo   niewielu   wyznawców. 

Zdziesiątkowani przez ogień i żelazo śpią na poboczach dróg albo w ruinach, jakie się ostały 

po wojnie, nie wolno im bowiem budować domów. Zazwyczaj chodzą nago. Fakty zarejestro-

wane   przez   moje   pióro   są   ogólnie   znane;   moim   celem   jest   pozostawienie   pisemnego 

świadectwa temu, co udało mi się odkryć w związku z ich doktryną i zwyczajami. Długo 

dyskutowałem z ich mistrzami, ale nie zdołałem nawrócić ich na wiarę w Boga.

Pierwszą rzeczą, jaka zwróciła moją uwagę, była różnorodność ich wierzeń na temat 

tego, co dotyczy zmarłych. Najprostsi uważają, że duchy tych, którzy przestali żyć, same 

zajmują   się   grzebaniem   własnych   ciał;   inni,   mniej   ortodoksyjni,   są   zdania,   że   polecenie 

Chrystusa: «Niechaj umarli grzebią swe umarł

*

, potępia pompatyczną próżność naszych 

obrzędów pogrzebowych.

Rada, aby sprzedać, co się ma, i rozdać to biednym, jest gorliwie wypełniana przez 

wszystkich; pierwsi obdarowani oddają to, co dostali, następnym, ci z kolei następnym. Oto 

wystarczające wytłumaczenie ich ubóstwa i nagości, zbliżającej  ich do stanu rajskiego. Z 

zapałem powtarzają słowa: «Wejrzyjcie na ptaki niebiesk

ie, iż nie sieją ani żną, ani zbierają 

do gumien, a Ojciec wasz niebieski żywi je. Azażeście wy niedaleko ważniejsi niż one?» 

Tekst zakazuje im oszczędzania: «A jeśli trawę polną, która dziś jest, a jutro będzie w piec 

wrzucona, Bóg tak przyodziewa, jakoż

  daleko więcej was małej wiary? Nie troszczcież się 

tedy, mówiąc: Cóż będziem jeść albo co będziem pić?» Przykazanie: «Iż wszelki, który patrzy 

na niewiastę, aby jej pożądał, już ją scudzołożył w sercu swoim», jest nieomylnym nakazem 

czystości. Tymczasem

  wielu sekciarzy twierdzi, że skoro nie ma pod niebem ani jednego 

człowieka, który by nie popatrzył pożądliwie na kobietę, wszyscyśmy cudzołożyli. Jako że 

pragnienie czynu jest równie grzeszne jak sam czyn, sprawiedliwi mogą bez ryzyka oddawać 

* Wszystkie cytaty z Nowego Testamentu (Ewangelia św. Mateusza) w dum. Jakuba Wujka. (Przyp. red.)

33

background image

się najstr

aszniejszej rozpuście.

Sekta unika kościołów; jej kapłani głoszą kazania na świeżym powietrzu, ze wzgórza, 

z jakiegoś murku, czasem ze stojącej na brzegu morza barki.

Nazwa sekty wywoływała rozmaite przypuszczenia. Jedno z nich mówi, że jest to 

liczba,   do   jakiej   ograniczeni   są   wierni,   liczba   niewielka,   lecz   prorocza,   sekta   bowiem   z 

powodu   swej   perwersyjnej   doktryny   skazana   jest   na   zagładę.   Inne   wyprowadzają   ją   z 

wysokości   arki,   która   miała   trzydzieści   łokci;   inne,   fałszujące   astronomię,   z   liczby   nocy 

dących  sumą  księżycowego  miesiąca;  inne  ze chrztu Zbawiciela;  jeszcze inne z wieku 

Adama, gdy powstał z czerwonej gliny. Wszystkie są równie fałszywe. Nie mniej kłamliwy 

jest katalog trzydziestu boskości lub tronów, z których jednym jest Abraksas wyobraż

ony z 

głową koguta, ramionami i torsem człowieka, a odwłokiem zwiniętego węża.

Bezcenny dar głoszenia Prawdy - chociaż ją znam - nie został mi dany. Niechaj inni, 

szczęśliwsi ode mnie, zbawiają sekciarzy słowem. Słowem lub ogniem. Lepiej jest zostać 

straconym   niż   zadać   sobie   samemu   śmierć.   Ograniczę   się   więc   do  wyłożenia   straszliwej 

herezji.

Słowo stało się ciałem, aby być człowiekiem wśród ludzi, którzy ukrzyżują Go, a 

potem zostaną przez Niego zbawieni. Narodził się z żywota kobiety z ludu wybranego nie 

tylko po to, by głosić miłość, ale również by zostać męczennikiem.

Nie wolno, by te sprawy zostały zapomniane. Nie wystarczyła śmierć żywej istoty od 

żelaza czy od cykuty, aby wstrząsnąć wyobraźnią ludzką do końca naszych dni. Zrządzeniem 

Pana   wydarzenia   nabrały   patosu.   Oto   co   tłumaczy   Ostatnią   Wieczerzę,   słowa   Jezusa 

zapowiadające wydanie Go, wielokrotny znak dawany jednemu z uczniów; błogosławieństwo 

chleba i wina, zaparcie się Piotra, samotne czuwanie w Getsemani, sen dwunastu apostołów, 

ludzką   mod

litwę   Syna   Człowieczego,   krwawy   pot,   miecze,   zdradziecki   pocałunek,   Piłata 

umywającego ręce, biczowanie, szydzenie, cierniem koronowanie, purpurę i berło z trzciny, 

ocet i żółć, krzyż na wzgórzu, obietnicę daną dobremu łotrowi, trzęsienie ziemi i ciemnoś

ci.

Boskie miłosierdzie, jakiemu zawdzięczam tyle łask, pozwoliło mi odkryć prawdziwą 

i tajemną przyczynę nazwy sekty. W Kariocie, gdzie najprawdopodobniej powstała, przetrwał 

klasztor zwany klasztorem trzydziestu srebrników. To była najwcześniejsza nazwa i ona daje 

nam   klucz.   W   tragedii   Krzyża   -   piszę   to   z   należną   czcią   -   byli   aktorzy   świadomi   i 

nieświadomi, wszyscy nieodzowni, wszyscy nieuniknieni. Nieświadomi byli kapłani, którzy 

wręczyli   srebrniki,   nieświadomy   był   motłoch,   który   wybrał   Barabasza,   ni

eświadomy   był 

prokurator Judei, nieświadomi byli Rzymianie, co wznieśli Krzyż, na którym On miał ponieść 

mękę,   i   wbili   gwoździe,   i   rzucili   kości   o   Jego   szaty.   Świadomych   było   tylko   dwóch: 

34

background image

Odkupiciel i Judasz. Ten ostatni rzucił trzydzieści sztuk srebra,

  będących ceną zbawienia 

dusz, i natychmiast się powiesił. Miał wówczas trzydzieści trzy lata, tak jak Syn Człowieczy. 

Sekta czci ich jednakowo, a innych rozgrzesza.

Nie ma winnego; nie ma ani jednego, który by świadomie, czy też nieświadomie, był 

wykonawcą planu, jaki nakreśliła Mądrość. Teraz wszyscy spoczywają w Chwale.

Ręka   odmawia   mi  opisania  drugiej  potworności.  Wtajemniczeni,  skończywszy  ów 

wiek, każą wyszydzić się i ukrzyżować na wzgórzu, aby iść śladem swoich mistrzów. To 

zbrodnicze   pogwałcenie   piątego   przykazania   musi   zostać   ukarane   poprzez   zastosowanie 

rygorów, jakich prawa ludzkie i boskie zawsze wymagały. Oby przekleństwa firmamentu, 

oby nienawiść aniołów..."

Zakończenia manuskryptu nie odnaleziono.

35

background image

Noc darów

Historię tę usłyszeliśmy w starej kawiarni “Pod Orłem", na skrzyżowaniu Floridy i 

Piedad.

Rozmawiano o problemie poznania. Ktoś wspomniał platońską tezę twierdzącą, że 

wszystko   widzieliśmy   już   w   poprzednim   świecie,   tak   że   zawsze   poznawanie   jest 

rozpoznawaniem; zdaniem - chyba -mojego ojca Bacon napisał, że jeśli dowiadywać się, to 

znaczy przypominać sobie, w takim razie nie wiedzieć czegoś, znaczyłoby o tym zapomnieć. 

Inny rozmówca, jakiś stary pan, być może trochę zagubiony w tej metafizyce, zdecydował się 

zabrać głos. Powiedzi

ał wolno i z przekonaniem:

- Nie do końca pojmuję, czym są platońskie archetypy. Nikt nie pamięta, kiedy po raz 

pierwszy zobaczył żółć czy czerń ani gdy po raz pierwszy zachciało mu się zjeść jakiś owoc, 

może dlatego, że był wtedy za mały i nie wiedział, iż właśnie zapoczątkowuje bardzo długi 

szereg. Natomiast istnieją inne pierwsze doświadczenia, których się nie zapomina. Mógłbym 

wam opowiedzieć, co mi dała pewna kwietniowa noc 1874 roku, która wyryła się w mej 

pamięci.

Dawniej lato bywało jakieś dłuższe; sam nie wiem, dlaczego zatrzymaliśmy się tak 

długo w majątku naszych krewnych, Dornów, o parę mil od Lobos. W owym czasie jeden z 

parobków,   Rufino,   zaczął   wprowadzać   mnie   w   wiejskie   obyczaje.   Ukończyłem   właśnie 

trzynaście   lat,   on   był   trochę   starszy   i  

uchodził   za   chłopaka   pełnego   animuszu;   kiedy 

bawiliśmy się w  “znaczenie  sadzą", zawsze jego przeciwnik miał  na twarzy czarny ślad. 

Któregoś   piątku   zaproponował   mi,   żebyśmy   w   sobotę   wieczór   poszli   na   zabawę   do 

miasteczka. Rzecz jasna, zgodziłem się, choć n

ie bardzo wiedziałem, jakie nas tam czekają 

rozrywki.  Uprzedziłem  go, że nie umiem  tańczyć,  odparł, że łatwo  się tego nauczyć.  Po 

kolacji, około wpół do ósmej, wyszliśmy. Rufino wystroił się jak na święto i zabrał srebrny 

sztylecik, ja zaś nie wziąłem moje

go kozika, bojąc się narazić na śmieszność. Niezadługo 

pojawiły się pierwsze domy. Znacie, panowie, Lobos? Zresztą to nie ma znaczenia; wszystkie 

prowincjonalne   miasta   są   identyczne   nawet   w   tym,   że   każde   uważa   się   za   coś   zupełnie 

odmiennego od innych. T

e same udeptane drogi, te same niskie domki, te same między nimi 

szczerby,  jakby po to, by człowiek na koniu wydawał  się wyższy.  Zsiedliśmy z koni na 

wprost domu  pomalowanego   na  niebiesko,  czy  też  różowo,  z szyldem   “La  Estrella".  Do 

słupka przywiązanych j

uż było parę koni w pięknej uprzęży. Spoza przymkniętych  drzwi 

36

background image

padało na ulicę światło. W głębi sieni ujrzałem długą izbę z drewnianymi ławami. Między 

nimi parę ciemnych, nie wiadomo dokąd prowadzących drzwi. Psiak o żółtej sierści przyjął 

nas  radosnym

  szczekaniem.  Wewnątrz  było  sporo ludzi,  pośród których  kręciło  się  kilka 

kobiet w kwiecistych sukniach. Gospodynią wydała mi się starsza niewiasta cała w czerni. 

Rufino powitał ją i powiedział:

- Przyprowadziłem przyjaciela, który jeszcze niewiele widział.

- Nauczy się, niech pan się nie martwi - odparła dama.

Zawstydziłem się. Ażeby odwrócić uwagę lub pokazać, że jestem jeszcze dzieckiem, 

siadłem na brzegu ławy i zacząłem bawić się z psem. Na kuchennym stole paliły się łojowe 

świece,   osadzone   w   butelkach,   pamiętam   też   blask   żarzącego   się   w   głębi   piecyka.   Na 

przeciwległej, pochlapanej wapnem ścianie wisiał obraz Matki Boskiej Miłosiernej.

Wśród żartów  ktoś niezdarnie  brzdąkał  na gitarze. Z nieśmiałości  nie odmówiłem 

kieliszka jałowcówki, która sparzyła mi usta. Wśród kobiet jedna wydała mi się inna niż 

reszta. Nazywali ją Branką. Zauważyłem w jej rysach coś indiańskiego, ale była piękna, oczy 

miała smutne, warkocz do pasa. Rufino, który zauważył, że na nią popatruję, zwrócił się do 

niej:

- Opowiedz o napadzie Indian, żeby nam odświeżyć pamięć.

Dziewczyna  zaczęła  mówić,  jakby wokół nie było nikogo, a ja odczułem  w jakiś 

dziwny   sposób,   że   nie   może   myśleć   o   niczym   innym,   wydawało   się,   że   to   jedyne,   co 

przydarzyło się w jej życiu. Opowiadała to tak:

- Byłam jeszcze mała, kiedy mnie przywieziono z Catamarki. Co ja tam wiedziałam o 

napadach.   Na   estancji   ze   strachu   ani   słowem   o   tym   nie   wspominano.   Potajemnie 

dowiedziałam   się,   że   Indianie   spadają   niby   burza,   że   zabijają   ludzi,   porywają   zwierzęta, 

kobiety za

bierają ze sobą w głąb lądu i Bóg wie, co z nimi wyrabiają. Nie chciałam w to 

wierzyć. Mój brat Lucas, którego potem zadźgali, przysięgał mi, że to wszystko bujdy, ale 

kiedy coś jest prawdziwe, wystarczy to usłyszeć, aby zrozumieć, iż tak jest naprawdę. 

Rząd 

daje im alkohol i mate, żeby siedzieli w spokoju, ale oni mają bardzo chytrych czarowników, 

którzy nimi  rządzą. Na rozkaz wodza napadają małe  forciki, rozrzucone daleko jedne od 

drugich.   Z   samej   ciekawości   właściwie   już   chciałam,   żeby   nas   napadli,   i

  nieraz   długo 

wypatrywałam ich od zachodu. Nie wiem, ile upłynęło czasu, ale zanim doszło do napadu, 

zdarzyły się przymrozki i lata upalne, i znakowanie bydła, i śmierć syna zarządcy. To było 

tak, jakby ich przywiał wiatr z pampy. Zobaczyłam w rowie kwitnący kwiat ostu i przyśnili 

mi się Indianie, a rano to się stało. Zwierzęta wyczuły to przed ludźmi, tak jak wyczuwają 

trzęsienie   ziemi.   Powiało   jakimś   niepokojem,   a   ptactwo   zaczęło   latać   tam   i   na   powrót. 

37

background image

Pobiegliśmy spojrzeć w tę stronę, w którą ja zawsz

e patrzyłam.

- Kto was zawiadomił? - zapytał któryś ze słuchaczy.

Dziewczyna, jakby wciąż była myślami hen daleko, powtórzyła tylko ostatnie zdanie.

-   Pobiegliśmy   spojrzeć   w   tę   stronę,   w   którą   ja   zawsze   patrzyłam.   Jakby   ruszyła 

pustynia. Przez żelazne sztachety najpierw ujrzeliśmy tuman kurzu, a potem dopiero Indian. 

To był napad. Uderzali się rękami po ustach, wydając dziki krzyk. W Santa Irene było trochę 

długiej broni, dobrej najwyżej do tego, by ich ogłuszyć i jeszcze bardziej rozzłościć.

Branka mówiła to, jakby się z pamięci modliła, ale ja usłyszałem na ulicy Indian z 

pustyni i ich pokrzykiwania. Jedno pchnięcie i już byli na sali, jakby wgalopowali do niej na 

koniach we śnie. Byli to pijani mieszkańcy nadbrzeży. Teraz - we wspomnieniu - wydaje m

się,   że   byli   bardzo   wysokiego   wzrostu.   Ten,   który   stał   na   czele,   dał   łokciem   kuksańca 

Rufinowi,   znajdującemu   się   pod   drzwiami.   Tamten   usunął   się   i   go   przepuścił.   Starsza 

niewiasta, która dotąd nie ruszyła się ze swego miejsca, teraz wstała i zwracając 

się do nas, 

powiedziała:

- To Juan Moreira.

Tyle czasu upłynęło, że dziś już nie wiem, czy pamiętam człowieka z owej nocy, czy 

też tego, którego potem tylokrotnie miałem widywać w rzeźni. Widzę czuprynę i czarną brodę 

Podesty, ale jednocześnie przypominam sobie jakąś twarz blondyna, poznaczoną ospą. Psiak 

wyskoczył do nich, łasząc się. Moreira powalił go jednym cięciem. Padł na grzbiet i zdechł, 

przebierając w powietrzu łapami. Tu zaczyna się prawdziwa historia.

Bezszelestnie podszedłem do drzwi, które wychodziły na wąskie przejście i na schody. 

Na górze schowałem się w jakimś ciemnym pokoju. Poza niskim łóżkiem nie zapamiętałem 

żadnych mebli. Drżałem. Na dole krzyki nie ustawały, dobiegł mnie brzęk tłuczonego szkła. 

Usłyszałem lekkie kroki, na chwilę zajaśniała szpara w drzwiach i rozpoznałem głos Branki, 

wzywający mnie szeptem.

- Jestem tu po to, by służyć, ale tylko spokojnym ludziom. Przyjdź do mnie i nie bój 

się, nie zrobię ci krzywdy.

Zdjęła   już   szlafrok.   Położyłem   się   obok   niej,   dłońmi   poszukałem   jej   twarzy.   Nie 

wiem, ile czasu minęło. Nie było żadnych słów, żadnego pocałunku. Rozplotłem jej warkocz i 

pieściłem   najpierw   jej   włosy,   a   potem   jej   ciało.   Nie   widzieliśmy   się   więcej   i   nigdy  nie 

dowiedziałem się jej prawdziwego imienia.

Ogłuszył nas strzał. Powiedziała wtedy:

- Możesz zejść innymi schodami.

Tak zrobiłem i znalazłem się na udeptanej ścieżce. Świecił księżyc. Sierżant policji z 

38

background image

bagnetem na karabinie pilnował muru. Roześmiał się i powiedział:

- Jak widzę, wcześnie zaczynasz.

Coś mu odpowiedziałem, ale nie zwrócił na to uwagi. Na mur wdrapywał się jakiś 

człowiek. Jednym ruchem sierżant wbił bagnet w jego ciało. Człowiek stoczył się na ziemię i 

pozostał tak, leżąc na plecach, jęcząc i brocząc krwią. Przypomniał mi się pies. By dobić 

ran

nego, sierżant  raz  jeszcze  zagłębił  w nim  bagnet.  Z niejakim zadowoleniem  w głosie 

powiedział:

- Tym razem ci się nie powiodło, Moreira.

Umundurowani ludzie otaczający dom zbiegli się z różnych stron, za nimi sąsiedzi. 

Andrés Chirino siłą musiał  wyrywać  bagnet z rany.  Wszyscy pragnęli uścisnąć mu dłoń. 

Rufino roześmiał się:

- Temu wreszcie odechciało się wojować.

Chodziłem pomiędzy grupkami ludzi, opowiadając wszystkim to, co widziałem. Nagle 

poczułem się strasznie zmęczony, może miałem gorączkę. Wymknąłem się więc, odszukałem 

Rufina i ruszyliśmy w drogę powrotną. Wciąż jechaliśmy konno, gdy zobaczyliśmy blade 

światło świtu. Bardziej niż zmęczony czułem się oszołomiony falą tylu wydarzeń.

- Wielkim przypływem tej nocy - powiedział mój ojciec.

Tamten przytaknął.

- Rzeczywiście. W czasie paru krótkich godzin poznałem miłość i zobaczyłem śmierć. 

Wszystkim ludziom zostają ukazane wszystkie sprawy, a w każdym razie te, które dane im 

jest poznać, ale mnie te dwie najbardziej istotne rzeczy ukazały się w ciągu jednej nocy. Lata 

mijają, tylekroć opowiadałem tę historię, że nie wiem już, czy rzeczywiście ją pamiętam, czy 

tylko   powtarzam   słowa   na   nią   się   składające.   Może   to   samo   przydarzyło   się   Brance   z 

opowieścią o napadzie Indian. Dziś to już wszystko jedno

, czy to ja, czy też ktoś inny widział, 

jak zginął Moreira.

39

background image

Zwierciadło i maska

Po bitwie pod Clontarf, w której Norweg został ukorzony, król wezwał poetę i rzecze:

- Najwspanialsze wyczyny tracą swój blask, jeżeli się ich nie przełoży na słowa. Chcę, 

byś   wyśpiewał   me   zwycięstwo   i   mą   chwałę.   Będę   Eneaszem,   a   ty   mym   Wergilim.   Czy 

czujesz się na siłach stworzyć dzieło, które unieśmiertelni nas obu?

- Tak, królu - odparł poeta. - Jestem Ollanem.  Przez dwanaście  zim studiowałem 

sekrety wersyfikacji. Znam na pamięć  trzysta  sześćdziesiąt  opowieści będących  podstawą 

prawdziwej poezji, Cykle  z Ulsteru i Munsteru tkwią w strunach mej  harfy.  Mam zatem 

prawo   używać   najstarszych   słów   naszego   języka   i   najzawilszych   metafor.   Opanowałem 

tajemne pismo chroniące naszą

 sztukę przed niedyskretnymi oczami tłumu. Mogę wysławiać 

miłość, kradzież bydła, morskie wyprawy i wojny. Znam mitologiczne powiązania wszystkich 

domów  królewskich Irlandii.  Znam działanie  ziół,  zasady astrologii,  matematykę  i prawo 

kanoniczne.   W   publicz

nych   sporach   zwyciężałem   rywali.   Ćwiczyłem   się   w   uprawianiu 

satyry, sprowadzającej choroby skórne do trądu włącznie. Jak tego dowiodłem w tej bitwie, 

umiem   władać   mieczem.   Jednego   nie   potrafię:   wywdzięczyć   ci   się   za   łaskę,   jaką   mnie 

obdarzasz.

Król,   którego   łatwo   męczyły   długie   przemowy,   zwłaszcza   nie   przez   niego 

wygłaszane, odparł z ulgą:

- Wiem o tym  aż nazbyt  dobrze. Mówiono mi,  że słowik już przestał  śpiewać w 

Anglii. Kiedy przeminą deszcze i śniegi, a słowik powróci z południa, wyrecytujesz swój 

poemat ku mej chwale przed dworem i przed kolegium poetów. Daję ci na to pełny rok. 

Wygładzisz każde słowo i każdą literę. Jak wiesz, nagroda będzie godna mych królewskich 

obyczajów i twych nie przespanych nocy.

- Królu, największą nagrodą jest spoglądanie w twoje oblicze - odrzekł poeta, który 

był również dworakiem.

Złożył zwyczajowy pokłon i wycofał się, zaczynając już w myśli układać wiersz.

Gdy minął naznaczony czas, a był to czas epidemii i buntów, zaprezentował swój 

panegiryk. Wydeklamował go z powolną pewnością siebie, nie rzuciwszy nawet okiem na 

rękopis. Król kiwał głową z aprobatą. Wszyscy naśladowali ten gest, nawet ci, którzy cisnęli 

się w drzwiach i nie słyszeli z poematu ani słowa. Wreszcie król zabrał głos:

-   Przyjmuję   twe   dzieło.   Jest   to   nowe   zwycięstwo.   Każdemu   słowu   nadałeś   jego 

właściwy sens, a każdemu rzeczownikowi określenie, jakie mu przydawali pierwsi poeci. W 

40

background image

całym panegiryku nie ma ani jednego obrazu, którego by nie używali klasycy.  Bitwa jest 

cudowną tkaniną z ludzi, ostrzem mie

cza jest zaś krew. Morze ma swego boga, a z chmur 

wróży   się   przyszłość.   Zręcznie   manewrowałeś   rymami,   aliteracją,   asonansem,   sylabami, 

retoryką, mądrymi kanonami metryki. Gdyby nawet zniknęła cała irlandzka literatura - 

omen 

absit  -   można   by   bez   straty   odbudować   ją   z   twej   klasycznej   ody.   Trzydziestu   skrybów 

przepisze ją po dwanaście razy.

Nastała chwila ciszy, po czym ciągnął dalej:

- Całość jest udana, a przecież nic się nie stało. Puls nie bije szybciej, krew żwawiej 

nie płynie. Ręce nie chwyciły za łuk. Nikt nie zbladł. Nikt nie wydał wojowniczego okrzyku, 

nikt   przeciw   wikingom   nie   nadstawił   piersi.   Za   rok,   poeto,   będziemy   oklaskiwać   nowy 

poemat. Jako wyraz naszego uznania przyjmij to srebrne zwierciadło.

- Składam dzięki, zrozumiałem - rzekł poeta.

Gwiazdy na niebie wędrowały nadal swą świetlistą drogą. I znowu w saskich lasach 

zaśpiewał   słowik,   a   poeta   wrócił   ze   swym   dziełem,   krótszym   niż   poprzednie.   Nie 

wypowiedział go z pamięci, lecz odczytał z widoczną niepewnością, opuszczając niektóre 

akapity,

  jakby sam nie całkiem je rozumiał lub jakby nie chciał ich profanować. Były to 

dziwne stronice. Nie był to opis bitwy - to była bitwa. W jej wojennym chaosie szamotał się 

Bóg, który jest Trzema i Jednym, pogańskie bożki Irlandii i ci, co będą walczyli  

setki lat 

później, w początkach “Starszej Eddy". Forma była równie osobliwa. Rzeczownikiem w licz-

bie pojedynczej rządził czasownik w liczbie mnogiej. Przyimki nie były używane zgodnie ze 

zwyczajami. Szorstkość i słodycz przeplatały się. Metafory były zbyt

 śmiałe, w każdym razie 

takie się wydawały.

Król wymienił parę słów z ludźmi pióra, którzy go otaczali, i ozwał się tak oto:

- O twej pierwszej odzie mogłem powiedzieć, że była szczęśliwym podsumowaniem 

tego,   co   do   dziś   skomponowano   w   Irlandii.   Ta   przewyższa   to,   coś   uprzednio   napisał, 

przewyższa,   a   również   unicestwia.   Zdumiewa,   zachwyca,   olśniewa.   Nie   zasługują   na   nią 

głupcy,   lecz   małe   grono   mędrców.   W   szkatule   z   kości   słoniowej   spocznie   jej   jedyny 

egzemplarz.   Od   poety,   którego   pióro   potrafiło   coś   takiego   s

płodzić,   możemy   oczekiwać 

jeszcze wspanialszego dzieła. - I dodał z uśmiechem: - Jesteśmy postaciami z baśni, a należy 

pamiętać, że w baśniach prym wiedzie liczba trzy.

Poeta ośmielił się wyszeptać:

- Trzy dary czarownika, triada, niepodważalna Trójca.

Król ciągnął dalej:

- Jako dowód naszego zadowolenia przyjmij tę oto złotą maskę.

41

background image

- Składam dzięki i przyjmuję - rzekł poeta.

I   upłynął   kolejny   rok.   Pałacowe   straże   doniosły,   że   poeta   nie   niesie   żadnego 

manuskryptu. Król popatrzył nań pełen zdumienia, bo był jakby odmieniony. Coś, co nie było 

czasem, naznaczyło i zmieniło jego rysy. Wydawało się, że oczy patrzą w dal, a może oślepły. 

Poeta poprosił króla o chwilę rozmowy. Niewolnicy opuścili pokój.

- Nie napisałeś poematu? - zapytał król.

-  Owszem   - smutno  odparł  poeta.   -  Oby  Chrystus,  nasz   Pan,  nie  był   mi  na  to 

zezwolił.

- Czy możesz go wygłosić?

- Nie śmiem.

- Daję ci odwagę, której ci brak - oznajmił król.

Poeta wygłosił poemat. Był to jeden wers.

Nie ośmielając się wypowiedzieć go na głos, poeta i król wyszeptali go, jakby był 

sekretną   modlitwą   lub   też   bluźnierstwem.   Król   nie   był   mniej   zachwycony   ani   mniej 

poruszony niż poeta. Patrzyli na siebie, obaj bardzo bladzi.

-   Kiedy   byłem   młody   -   rzekł   król   -   pływałem   ku   zachodowi.   Na   pewnej   wyspie 

widziałem  srebrne charty,  które zagryzały,  złote  dziki.  Na innej żywiliśmy  się zapachem 

magicznych jabłoni. Na jeszcze innej widziałem mury ognia. Na najdalszej ze wszystkich rze-

ka wysoka i pochyła jak nawa strzelała w niebo, a wodami jej płynęły ryby i łodzie. Oto cud

a, 

ale nie można porównywać ich z twym poematem, który w jakiś sposób wszystkie je zawiera. 

Jakie czary sprawiły, że spłynął on na ciebie?

- Rankiem - rzekł poeta - zbudziłem się, powtarzając jakieś słowa, których z początku 

nie   pojmowałem.   Te   słowa   to   był   poemat.   Poczułem,   że   popełniam   grzech,     może   taki, 

jakiego  Duch nie przebacza.

- Ten, który teraz dzielę z tobą - wyszeptał król. - Grzech poznania Piękności. Jest to 

łaska niedostępna ludziom. Musimy ją odpokutować. Dałem ci zwierciadło i złotą maskę, oto 

trzeci dar, który będzie ostatni.

I w prawą rękę wsunął mu sztylet.

Wiemy, że wyszedłszy z pałacu, poeta zadał sobie śmierć, a król jest żebrakiem, który 

przemierza drogi Irlandii, niegdyś będącej jego królestwem, i że nigdy nie powtórzył owego 

po

ematu.

42

background image

Undr

Muszę   uprzedzić   moich   czytelników,   że   przedstawionego   niżej   tekstu   nadaremnie 

będą szukać w “Libellusie" (1615) Adama z Bremy, który, jak wiadomo, narodził się i zmarł 

XI wieku. Lappenberg odkrył go w manuskrypcie znajdującym się w Bodleian Library w 

Oksfordzie   i   ze   względu   na   wiele   okolicznościowych   szczegółów   uznał   za   zapóźnioną 

interpolację,   lecz   opublikował   w   charakterze   ciekawostki   w   swych   “Analecta 

Germanica" (Lipsk 1894). Opinia dyletanta z Argentyny niewiele znaczy, niech czytelni

cy 

sami to osądzą. Moja wersja hiszpańska nie jest dosłowna, lecz jest wiarygodna.

Pisze Adam z Bremy:

“...Ze  wszystkich  narodów  graniczących  z  pustynią,   a  leżących   po  drugiej   stronie 

zatoki,   poza   ziemiami   prokreacji   dzikiego   konia,   najbardziej   godny   wzmiankowania   jest 

naród Umów. Niepewne lub zmyślone wieści pochodzące od kupców, niebezpieczne drogi i 

napady nomadów sprawiły, że nigdy nie dotarłem do ich terytorium. Niemniej jednak mam 

wrażenie, że ich rzadko trafiające się i daleko od siebie pobudowa

ne osady leżą w dolnym 

biegu Wisły. W odróżnieniu od Szwedów Umowie wyznają prawdziwą wiarę w Chrystusa, 

nie zabarwioną arianizmem ani też krwawym kultem demonów, z których biorą początek 

królewskie domy Anglii i innych północnych narodów. Są wśród nich

  pasterze, wodniacy, 

czarownicy,   płatnerze   wykuwający   miecze   i   wikliniarze   plotący   łyko.   Bezlitosne   wojny 

niemal nie pozwalają im na uprawianie ziemi. Płaskość terenu i napady rozmaitych plemion 

sprawiły, że są świetnymi jeźdźcami i łucznikami. W końcu 

człowiek zawsze upodabnia się 

do   swego   wroga.  Ich   włócznie   dłuższe   są  niż   nasze,   bo   są  to   włócznie   jeźdźców,   a   nie 

piechurów.

Należy   przypuszczać,   że   nie   znają   pióra,   rogu   napełnionego   atramentem   ani   też 

pergaminu. Żłobią swe pismo tak, jak nasi przodkowie żłobili runy, które im objawił Odyn po 

tym, gdy -  Odyn poświęcony Odynowi - przez dziewięć nocy zwisał z jesionu.

Do   tych   ogólnych   informacji   dodam   mą   rozmowę   z   Islandczykiem   Ulfem 

Sigurdarsonem,   człowiekiem   poważnym   i   małomównym.   Spotkaliśmy   się   w   Uppsali 

nieopodal świątyni. Ogień z płonących drewien już zagasł, przez szczeliny w murze przenikał 

chłód i pierwsze blaski świtu. Na zewnątrz zapewne zostawiały na śniegu ślady swych łap 

szare   wilki,   pożerające   mięso   pogan   przeznaczone   dla   trzech   bogów.

  Nasza   rozmowa 

rozpoczęła się po łacinie, jak to jest w zwyczaju wśród kleru, ale wkrótce przeszliśmy na 

język nordycki, którym mówią od dalekiej Thule aż po azjatyckie bazary.

Oto co mi powiedział:

43

background image

- Pochodzę z rodu skaldów. Wystarczyła  mi wieść, że poezja Urnów składa się z 

jednego słowa, aby przedsięwziąć poszukiwania i podróż, która miała zaprowadzić mnie do 

ich ziemi. Nie bez zmęczenia i wysiłku dotarłem po roku na miejsce. Była noc, zauważyłem, 

że mijający mnie ludzie spoglądają na mnie bacznie, ni

eraz dosięgnął mnie ciśnięty kamień. 

Ujrzałem blask kuźni i wszedłem.

Kowal zgodził się mnie przenocować. Nazywał się Orm. Mówił językiem podobnym 

do naszego. Zamieniliśmy parę słów. Z jego ust usłyszałem po raz pierwszy imię króla, które 

brzmiało   Gunnlaug.   Dowiedziałem   się,   że   po   ostatniej   wojnie   nieufnie   odnosił   się   do 

cudzoziemców i miał zwyczaj ich krzyżować. Aby uniknąć tego losu, mniej odpowiedniego 

dla   człowieka   niż   dla   boga,   postanowiłem   napisać   drapę,   czyli   hymn   pochwalny, 

wysławiający zwycięstw

a, sławę i miłosierdzie królewskie. Zaledwie nauczyłem się go na 

pamięć, kiedy przyszło po mnie dwóch ludzi. Nie chciałem oddać im miecza, ale pozwoliłem 

im się poprowadzić.

Mimo   świtu   widać   było   jeszcze   gwiazdy.   Szliśmy,   mijając   nędzne   chaty   po   obu 

stronach drogi. Mówiono mi o piramidach. Na pierwszym placu zobaczyłem słup z żółtego 

drewna. Na jego szczycie zauważyłem czarną rybę. Orm, który poszedł z nami, powiedział 

mi, że ta ryba wyobraża Słowo. Na drugim placu zobaczyłem czerwony słup uwieńczony 

kołem. Orm powtórzył, że to też jest Słowo. Poprosiłem, by mi je powiedział. Odparł, że jest 

prostym rzemieślnikiem i że go nie zna.

Na   trzecim   i   ostatnim   placu   zobaczyłem   czarny   słup   z   rysunkiem,   którego   nie 

potrafiłbym sobie przypomnieć. W głębi spostrzegłem prosty mur, jego krańców nie było 

widać. Potem okazało się, że tworzy koło, jest pokryty glinianym dachem, nie ma żadnych 

wewnętrznych   drzwi   i   otacza   całe   miasto.   Konie   przywiązane   do   pali   były   niewielkiego 

wzrostu i miały długie grzywy. Kowala n

ie wpuszczono. Wewnątrz pełno było uzbrojonych 

mężczyzn,   wszyscy   stali.   Gunnlaug,   król,   był   chory   i   leżał   z   przymkniętymi   oczami   na 

podwyższeniu wysłanym wielbłądzimi skórami. Był to człowiek zniszczony, o żółtej cerze, 

niby święty, lecz zapomniany prz

edmiot; na jego piersiach widniały dawne, długie blizny. 

Jeden z żołnierzy utorował mi drogę, ktoś przyniósł harfę. Przyklęknąwszy, cicho zacząłem 

nucić drapę. Nie brakło tam figur retorycznych, aliteracji ani innych wymaganych przez ten 

gatunek akcentów

. Nie wiem, czy król ją zrozumiał, ale dał mi srebrny pierścień, który mam 

do dziś. Pod poduszką dojrzałem ostrze sztyletu. Po prawej stronie króla stała szachownica o 

stu polach, z garścią rozrzuconych pionków.

Strażnik odepchnął mnie. Jakiś człowiek stanął na moim miejscu. Dotknął strun, jakby 

je   stroił,   i   cicho   powtórzył   słowo,   jakie   chciałem   usłyszeć,   lecz   nie   dosłyszałem.   Ktoś 

44

background image

powiedział z szacunkiem: “Teraz to nic nie znaczy".

Zobaczyłem   czyjeś   łzy.   Człowiek   podnosił   lub   zniżał   głos,   niemal   jednakowo 

brzmiące akordy były zaś monotonne, a raczej nie kończące się. Pragnąłbym, żeby ten śpiew 

trwał wiecznie i stał się moim życiem. Nagle ustał. Usłyszałem stuk harfy, gdy śpiewak, bez 

wątpienia całkowicie wyczerpany,  upuścił ją na ziemię. Wychodziliśmy bezładnie. Byłem 

jednym z ostatnich. Ze zdumieniem ujrzałem, że zapada noc.

Przeszedłem   parę   kroków.   Zatrzymałem   się,   gdy   poczułem   czyjąś   rękę   na   moim 

ramieniu. Ktoś powiedział:

- Klejnot króla był twym talizmanem, ale musisz umrzeć, usłyszałeś bowiem Słowo. 

Ja, Bjarni Thorkelsson, uratuję cię. Pochodzę z rodu skaldów. W swym dytyrambie nazwałeś 

krew ostrzem miecza, bitwę zaś tkaniną z ludzi. Słyszałem te zwroty u ojca mego ojca. Obaj, i 

ty,   i   ja,   jesteśmy   poetami.   Uratuję   cię.   Już   nie   szukamy   określeń   na   to

,  co   jest   dla   nas 

natchnieniem, i nazywamy to jednym słowem, którym jest Słowo.

Odpowiedziałem:

- Nie udało mi się go dosłyszeć. Błagam cię, powiedz mi je.

Przez chwilę się wahał, po czym odparł:

- Przysięgłem, że go nie wyjawię. Poza tym nikt nie może niczego nauczyć. Musisz je 

znaleźć sam. Spieszmy, twemu życiu grozi niebezpieczeństwo. Ukryjesz się w mym domu, 

gdzie nie odważą się ciebie szukać. Jeśli zawieje pomyślny wiatr, już jutro będziesz płynął na 

południe.

Tak zaczęła się przygoda, która trwała wiele zim. Nie opowiem wszystkiego, co mnie 

spotkało, ani nie będę się starał, by opisać logiczny porządek wszystkich wydarzeń. Byłem 

kolejno   wioślarzem,   handlarzem   niewolników,   niewolnikiem,   drwalem,   rabusiem 

napadającym   karawany,   śpiewakiem,   różdżkarze

m  głębokich   wód   i   metali.   Przez   rok 

znosiłem niewolę w kopalniach rtęci, od której traci się zęby. Wraz z ludźmi przybyłymi ze 

Szwecji   broniłem   Mikligarthru   (Konstantynopola).   Nad   brzegami   Morza   Azowskiego 

pokochała mnie kobieta, której nie zapomnę; porzuc

iłem ją czy też ona mnie porzuciła, to 

obojętne.   Byłem   zdradzany   i   zdradzałem.   Niejeden   raz   los   kazał   mi   zabijać.   Zostałem 

wyzwany przez greckiego żołnierza, który dał mi do wyboru dwa miecze. Jeden był o dłoń 

dłuższy od drugiego. Zrozumiałem, że chce mn

ie nastraszyć, i wybrałem krótszy. Zapytał 

dlaczego. Odpowiedziałem, że od mej dłoni do jego serca odległość jest zawsze ta sama. Na 

brzegach Morza Czarnego istnieje runiczne epitafium, które wyryłem dla mego towarzysza 

Leifa Arnarsona. Biłem się z Błękit

nymi Ludźmi z Serkland, czyli z Saracenami. W miarę 

upływu   czasu   stawałem   się   po   kolei   różnymi   ludźmi,   ale   ten   zamęt   był   jak   długi   sen. 

45

background image

Najważniejsze było Słowo. Czasami przestawałem w nie wierzyć. Powtarzałem sobie, że jest 

bezsensem rezygnować z przepięk

nej sztuki tworzenia przepięknych słów i że nie ma powodu 

szukać jednego jedynego, niemal złudnego. Było to płonne rozumowanie. Jakiś misjonarz 

zaproponował  mi  słowo Bóg, które odrzuciłem.  Kiedyś  o świcie  na brzegu pewnej  rzeki 

wpadającej do morza wydało

 mi się, że wreszcie doznaję olśnienia.

Wróciłem na ziemię Urnów i z trudem odnalazłem dom śpiewaka.

Wszedłem i wypowiedziałem  swe imię. Była  już noc. Thorkelsson, który leżał  na 

ziemi, kazał mi zapalić gromnicę w świeczniku z brązu. Jego twarz była tak postarzała, że 

zrozumiałem,   iż   i   ja   jestem   już   stary.   Jak   to   jest   w   zwyczaju,   zapytałem   go   o   króla. 

Odpowiedział:

Już się nie nazywa Gunnlaug. Teraz ma inne imię. Opowiedz mi o swych podróżach.

Zrobiłem to, zachowując, o ile się dało, chronologię i szczegóły, jakie tu opuściłem. 

Zanim skończyłem, zapytał:

- Dużo śpiewałeś na tych ziemiach?

Pytanie zaskoczyło mnie.

- Na początku - odrzekłem - śpiewałem dla zarobku. Potem lęk, którego nie pojmuję, 

kazał mi porzucić śpiew i harfę.

- Dobrze - powiedział

. - Mów dalej.

Posłuchałem jego rozkazu, potem nastała długa cisza.

- Co ci dała pierwsza kobieta, którą posiadłeś? - zapytał.

- Wszystko - odparłem.

- Mnie również życie dało wszystko. Wszystkim daje wszystko, lecz większość o tym 

nie wie. Mój głos jest zmęczony, a me palce słabe, ale słuchaj.

Wyszeptał słowo 

Undr, co znaczy cud.

Porwał   mnie   śpiew   tego   umierającego   człowieka,   ale   w   jego   tonach   i   akordach 

rozpoznałem własne trudy, niewolnicę, która dała mi pierwszą miłość, ludzi, których zabiłem, 

chłodne świty, zorze nad wodami, wiosła. Chwyciłem harfę i zaśpiewałem inne słowo.

-   Dobrze   -   powiedział   tak   cicho,   że   musiałem   przysunąć   się,   by   go   dosłyszeć.   - 

Zrozumiałeś mnie.

46

background image

Utopia człowieka zmęczonego

Nazwał je “utopią", słowem greckim,

znaczącym “takie m

iejsce nie istnieje".

Quevedo

Nie ma jednakowych wzgórz, ale równina na całej ziemi jest taka sama. Szedłem po 

równinie.   Zastanawiałem   się,   bez   ciekawości   zresztą,   czy   jestem   w   Oklahomie,   czy   w 

Teksasie, czy może w miejscu zwanym przez pisarzy pampą. Ani po lewej, ani po prawej 

żadnych ogrodzeń. Jak mi się to już zdarzało, z wolna powtórzyłem słowa Emilia Oribe:

W środku przeraźliwej, nie kończącej się równiny,

Tam niedaleko Brazylii,

które rosną i olbrzymieją.

Droga była nierówna. Zaczęło padać. Dwieście lub trzysta metrów dalej zauważyłem 

światło   w   jakimś   domu;   dom   był   niski,   czworokątny,   otoczony   drzewami.   Otworzył   mi 

mężczyzna tak wysoki, że niemal się przeląkłem. Był w szarym ubraniu. Poczułem, że czeka 

na kogoś. W drzwiach nie było zamka.

Weszliśmy do podłużnego pomieszczenia o drewnianych ścianach. Z sufitu zwieszała 

się lampa, siejąca żółtawe światło. Stół nie wiedzieć dlaczego zadziwił mnie. Stała na nim 

klepsydra, pierwsza, z jaką się zetknąłem, dotychczas  widywałem je tylko na stalorytach. 

Mężczyzna wskazał mi krzesło.

Usiłowałem   przemawiać   do   niego   rozmaitymi   językami,   ale   nie   udało   nam   się 

porozumieć.   On   z   kolei   spróbował   mówić   po   łacinie.   Zebrałem   moje   dawne   szkolne 

umiejętności i przygotowałem się do rozmowy.

- Po ubraniu - powiedział - poznaję, że przybywasz z innego wieku. Różnorodność 

języków sprzyjała różnorodności narodów i wojnom, świat wrócił więc do łaciny. Niektórzy 

obawiają się, że przerodzi się ona znowu we francuski, prowansalski czy w jakiś bełkot, ale 

nie ma obawy. Zre

sztą ani to, co było, ani to, co będzie, mnie nie interesuje.

Nie odpowiedziałem, więc dodał:

- Jeśli nie lubisz patrzeć, jak ktoś inny je, może zechcesz mi towarzyszyć?

Zrozumiałem, że dostrzegł moje zmieszanie, przystałem więc na tę propozycję.

Poszliśmy   korytarzem   pełnym   rozmaitych   drzwi   prowadzącym   do   niewielkiej 

kuchenki,  w  której  wszystko  było  z metalu.  Wróciliśmy  niosąc kolację  na tacy:  kaczany 

47

background image

kukurydzy, winne grona, jakiś nieznany owoc, którego zapach przypominał mi figi, i wielki 

dzban   wody.   Chyb

a  nie   było   chleba.   Rysy   mego   gospodarza   były   ostre   i   miał   on   coś 

dziwnego w oczach. Nie zapomnę tej twarzy surowej i bladej, której więcej nie zobaczę. 

Mówił bez gestykulacji.

Krępowała mnie konieczność posługiwania się łaciną, lecz w końcu rzekłem:

- Nie zdumiewa cię moje nagłe pojawienie?

-   Nie   -   odparł.   -   Takie   wizyty   miewamy   od   wieku   do   wieku.   Nie   trwają   długo. 

Najpóźniej jutro znajdziesz się u siebie.

Pewność w jego głosie mi wystarczyła. Uznałem, że należy się przedstawić:

- Jestem Eudoro Acevedo. Urodziłem się w 1897 roku w mieście Buenos Aires. 

Mam   siedemdziesiąt   lat.   Jestem   profesorem   literatury   angielskiej   i   amerykańskiej   oraz 

pisarzem opowiadań fantastycznych.

-   Pamiętam,   że   czytałem   bez   przykrości   -   odpowiedział   -   dwa   opowiadania 

fantastyczne.   Podróże   kapitana   Lemuela   Guliwera,   które   wielu   uważa   za   prawdziwe,   i 

“Summę teologiczną". Ale nie mówmy o faktach. Nikogo nie obchodzą już fakty. Są tylko 

punktami wyjścia inwencji i rozumowania. W szkole     uczą     nas     sztuki     wątpienia     i 

zapomi

nania. Zapominania przede wszystkim tego, co osobiste i lokalne. Żyjemy w czasie 

przemijającym, staramy się jednak żyć 

sub specie aeternitatis. Z przeszłości pozostało nam 

zaledwie parę imion, lecz język skłania się ku ich zapomnieniu. Unikamy zbędnych uściśleń. 

Nie ma już chronologii ani historii. Nie ma również statystyki. Powiedziałeś, że masz na imię 

Eudoro; ja nie mogę ci powiedzieć, jak się nazywam, bo zwą mnie po prostu kimś.

- A jak się nazywał twój ojciec?

- Nie nazywał się.

Na jednej ze ścian zobaczyłem regał. Na chybił trafił wyjąłem książkę i otworzyłem 

ją;   litery   były   wyraźne,   lecz   nie   do   rozszyfrowania,   pisane   ręcznie.   Ich   ostre   linie 

przypominały mi pismo runiczne, którego jednakże używano zawsze tylko do epigrafów. Po-

myślałem, że ludzie pr

zyszłości nie tylko są wyżsi, ale i zręczniejsi. Instynktownie spojrzałem 

na długie i szczupłe palce mężczyzny.

Ten odezwał się:

- Teraz zobaczysz coś, czego nigdy nie widziałeś.

Ostrożnie podał mi tom “Utopii" Moore'a, wydrukowany w Bazylei w 1518 roku, w 

którym brak było wielu kartek i rycin.

Nie bez zarozumiałości odpowiedziałem:

- To książka drukowana. W domu mam ich przeszło dwa tysiące, choć nie są ani tak 

48

background image

stare, ani tak drogocenne.

Przeczytałem głośno jej tytuł. Tamten roześmiał się.

- Nikt nie może przeczytać dwóch tysięcy książek. Żyję od czterech wieków i w tym 

czasie przeczytałem nie więcej niż pół tuzina. Zresztą nie jest ważne, by czytać, tylko by 

czytać wielokrotnie. Druk, obecnie zniesiony, był czymś bardzo złym dla ludzkości, jako że 

mnożył do zawrotu głowy niepotrzebne teksty.

- W moim czasie, w interesującym wczoraj - odparłem - panował przesąd, że między 

każdym wieczorem a rankiem dzieją się rzeczy, o których wstyd nie wiedzieć. Planeta była 

usiana zbiorowymi zjawami, jak Kanada, Brazylia, Kongo Szwajcarskie lub Wspólny Rynek. 

Niemal nikt nie znał wcześniejszej historii tych bytów platońskich, natomiast wszyscy znali 

najdrobniejsze szczegóły ostatniego kongresu pedagogicznego czy nieuchronnego zerwania 

stosunków między prezydentami i

 przesłań, jakie do siebie kierowali, zredagowanych przez 

sekretarzy sekretarzy z tą ostrożnością, jaka charakteryzuje tego rodzaju dokumenty.

Czytano to wszystko tylko po to, by od razu zapomnieć, gdyż  po paru godzinach 

wypierane   były   przez   inne   sprawy,   równie   banalne.   Ze   wszystkich   istniejących   funkcji 

funkcja polityka była bez wątpienia najbardziej publiczna. Ambasador czy też minister był 

czymś   w   rodzaju   kaleki,   którego   należało   przewozić   z   miejsca   na   miejsce   w   dużych   i 

hałaśliwych   wehikułach,   pod  

ochroną   motocyklistów   i   grenadierów,   osaczonego   przez 

rozgorączkowanych fotografów. Można pomyśleć, że ucięto im nogi, jak lubiła mawiać moja 

matka. Obrazy i wydrukowane teksty były bardziej rzeczywiste niż fakty same w sobie. Tylko 

to,   co   wydrukowane,  

uważało   się   za   prawdziwe.  Esse   estpercipi  (być   to   być 

sfotografowanym), taka panowała zasada, sposób i cel naszego specyficznego pojmowania 

świata. W tym wczoraj, które stało się moim udziałem, ludzie byli naiwni; uważali, że jakiś 

towar jest dobry, bo tak z uporem twierdził ten, co go produkował. Kradzieże również były 

częste, chociaż każdy wiedział, że posiadanie pieniędzy nie daje ani więcej szczęścia, ani 

więcej spokoju.

-   Pieniędzy...   -   powtórzył.   -   Teraz   nikt   nie   doświadcza   ubóstwa,   co   musiało   być 

nieznośne, ani też bogactwa, które było najbardziej krępującym rodzajem wulgarności. Każdy 

wykonuje jakiś zawód.

- Jak rabini - rzekłem.

Chyba nie zrozumiał, bo ciągnął dalej:

- Nie ma również miast. Sądząc po ruinach Bahia Blanca, które obejrzałem z pustej 

ciekawości, strata jest niewielka. Jako że nie ma własności, nie ma też dziedziczenia. Kiedy 

człowiek dorasta, mając sto lat, gotów jest do przyjęcia siebie samego i swej samotności. Już 

49

background image

począł syna.

- Syna? - zapytałem.

- Tak, jednego jedynego. Nie należy mnożyć  rodzaju ludzkiego. Są tacy,  którzy 

uważają, że człowiek jest organem boskości, odczuwającym, że wszechświat istnieje, ale nikt 

nie jest pewien, czy istnieje ta boskość. Mam wrażenie, że teraz się rozważa złe i dobre strony 

samobójstwa stopn

iowego lub jednoczesnego wszystkich ludzi na świecie. Ale wracajmy do 

naszych spraw.

Przytaknąłem.

-   Po   skończeniu   stu   lat   jednostka   może   się   obejść   bez   miłości   i   bez   przyjaźni. 

Cierpienia   i   nie   zamierzona   śmierć   już   jej   nie   grożą.   Zajmuje   się   jakąś   sztuką,   studiuje 

filozofię, matematykę lub też gra ze sobą w szachy. Kiedy chce, zabija się. Będąc panem 

swego życia, jest również panem swej śmierci.

- Czy to cytat? - zapytałem.

- Z pewnością, nie pozostaje nam nic więcej. Język jest zestawem cytatów.

- A wielka przygoda moich czasów, podróże międzyplanetarne? - zapytałem.

- Już od wieków zarzuciliśmy te przenosiny, które zresztą były, rzecz jasna, cudowne. 

Nigdy nie udało się nam umknąć przed Tu i Teraz. - Po czym dodał z uśmiechem: - W 

dodatku wszelkie podróże są międzyplanetarne. Skoczyć z planety na planetę to tyle, co pójść 

do   stodoły   naprzeciwko.   Kiedy   pan   wszedł   do   tego   pokoju,   odbył   pan   właśnie   między-

planetarną podróż.

- Oczywiście - przytaknąłem. - Ale również mówiło się o substancjach chemicz

nych i 

gatunkach zoologicznych.

Mężczyzna siedział teraz do mnie tyłem i spoglądał przez szybę. Równina bieliła się 

cichym śniegiem i światłem księżyca.

Ośmieliłem się zapytać:

- A czy są jeszcze muzea i biblioteki?

- Nie. Chcemy zapomnieć o wczoraj, z jednym wyjątkiem: komponowania elegii. Nie 

ma rocznic ani czczenia pamięci, nie ma posągów zmarłych. Każdy na własny rachunek musi 

tworzyć sztukę, jakiej potrzebuje.

- Wobec tego każdy musi być  własnym  Bernardem Shaw, własnym  Chrystusem i 

własnym Archime

desem.

Przytaknął bez słowa. Zapytałem:

- Co się stało z rządami?

- Zgodnie z tradycją powoli wyszły z użycia. Robili wybory,  wypowiadali wojny, 

50

background image

narzucali   taryfy,   konfiskowali   fortuny,   wydawali   nakazy   aresztowań   i   chcieli   narzucać 

cenzurę, a nikt na planecie ich nie szanował. Prasa przestała publikować ich przemowy i 

podobizny. Politycy zostali zmuszeni do wzięcia się za uczciwe zawody, niektórzy stali się 

zabawnymi   komikami   lub   dobrymi   znachorami.   Rzeczywistość   była   zresztą   z   pewnością 

bardziej skompliko

wana niż to moje streszczenie.

Zmienił ton i dodał:

- Zbudowałem ten dom, który jest podobny do wszystkich innych. Zrobiłem te meble i 

te sprzęty. Pracowałem na roli, na której inni - nie znam ich twarzy - pracowali może lepiej 

niż ja. Mogę ci pokazać pewn

e rzeczy.

Przeszedłem za nim do sąsiedniego pokoju. Zapalił lampę, również zwisającą z sufitu. 

W kącie zobaczyłem harfę z paroma strunami. Na ścianach wisiały prostopadłe płótna, na 

których dominowały różne odcienie barwy żółtej. Nie wydawały się wytworem tej samej ręki.

- To moje dzieło - oświadczył.

Obejrzałem płótna i zatrzymałem się przed najmniejszym, które przedstawiało, a może 

sugerowało zachód słońca i zawierało w sobie coś z nieskończoności.

- Jeśli ci się podoba, możesz to sobie wziąć jako podarek od przyszłego przyjaciela - 

rzucił spokojnie.

Z   wdzięcznością   przyjąłem   podarunek,   lecz   inne   płótna   w   jakiś   sposób   mnie 

niepokoiły. Nie powiem, żeby były puste, ale takie odnosiło się wrażenie.

- Namalowane są farbami, jakich twe starodawne oczy nie mogą dojrzeć.

Delikatne palce potrąciły struny harfy, zaledwie dosłyszałem jakiś dźwięk.

Wtedy dało się słyszeć pukanie.

Wysoka kobieta i trzech czy też czterech mężczyzn weszło do domu. Można by rzec, 

że byli rodzeństwem lub też że upodobnił ich czas. Mój gospodarz zaczął zrazu rozmawiać z 

kobietą.

- Wiedziałem, że zjawisz się tej nocy. Widziałaś Nilsa?

- Parę razy. Ciągle maluje.

- Miejmy nadzieję, że z większym powodzeniem niż jego ojciec.

Rękopisy,   obrazy,   meble,   sprzęty,   niczego   nie   pozostawiliśmy   w   domu.   Kobieta 

pracowała na równi z mężczyznami. Zawstydziłem się swojej słabości, która nie pozwalała 

mi prawdziwie im pomóc. Nikt nie zaryglował drzwi, gdy już wyszliśmy objuczeni. Zauwa-

żyłem, że dach domu jest dwuspadowy.

Po   piętnastu   minutach   marszu   skręciliśmy   na   lewo.   W   głębi   dostrzegłem   coś   w 

rodzaju wieży zwieńczonej kopułą.

51

background image

-   To   krematorium   -   powiedział   któryś   z   nich.   -   Wewnątrz   jest   komora   śmierci. 

Podobno to wynalazek pewnego filantropa o nazwisku, jeśli się nie mylę, Adolf Hitler.

Dozorca, którego wzrost mnie nie zaskoczył, otworzył nam kratę.

Mój   gospodarz   szepnął   parę   słów.   Przed   wejściem   do   środka   zrobił   ręką   gest 

pożegnania.

- Znów będzie padał śnieg - powiedziała kobieta.

W mym gabinecie przy ulicy Mexico mam płótno, które ktoś namaluje za tysiące lat 

materiałami rozrzuconymi dzisiaj po całej planecie.

52

background image

Fortel

Historia,   którą   opowiem,   to   historia   dwóch   ludzi   czy   też   może   raczej   historia 

wydarzenia,   w   którym   wzięło   udział   dwóch   ludzi.   Samo   wydarzenie   ani   oryginalne,   ani 

niezwykłe ma zresztą mniejsze znaczenie niźli osobowość bohaterów. Obaj zgrzeszyli przez 

pychę, ale w sposób całkowicie odmienny i z odmiennym rezultatem. Fakt (właściwie niemal 

anegdota) miał miejsce niedawno w jednym z amerykańskich stanów. Moim zdaniem nie 

mógł zdarzyć się nigdzie indziej.

W   końcu   1961   roku   na   teksaskim   uniwersytecie   w   Austin   miałem   okazję   długo 

rozmawiać z jednym z protagonistów wydarzenia, które chcę opowiedzieć, doktorem Ezrą 

Winthropem. Jest on profesorem staroangielskiego (sam nie uznaje określenia “anglosaski", 

twierdząc, że ta nazwa kojarzy się z elementem dwuczęściowym). Przypominam sobie, że nie 

zaprzeczywszy   mi   ani   razu,   poprawił   wiele   moich   błędów   i   zbyt   śmiałych   konkluzji. 

Mówiono mi, że w czasie egzaminów woli nie formułować ż

adnych pytań i zaprasza studenta 

do wypowiadania się na dowolny temat, pozwalając mu wybrać jakieś określone zagadnienie. 

Winthrop pochodzi z Bostonu, ze starej purytańskiej rodziny i wiele go kosztowało nagięcie 

się do zwyczajów i przesądów Południa. Tę

sknił za śniegiem, zauważyłem jednak, że ludzie 

Północy umieją chronić się przed zimnem, tak jak my przed upałem. Obraz jego, trochę już 

zamglony, ukazuje mi wysokiego mężczyznę o siwiejących włosach, nie tyle zręcznego, ile 

mocnego. Lepiej przypominam 

sobie jego kolegę, Herberta Locke'a. Ofiarował mi on egzem-

plarz swej książki “Toward a History of the Kenning", w której twierdzi, że Sasi wyzwolili 

się z tych cokolwiek mechanicznych metafor (“droga wieloryba" zamiast “morza", “sokół 

bitwy" zamiast “orł

a"), podczas gdy poeci skandynawscy przeplatali je i łączyli aż do utraty 

sensu. Wspomniałem Herberta Locke'a, albowiem gra pewną rolę w mym opowiadaniu.

Teraz dochodzę do głównego bohatera, Islandczyka Erica Einarssona. Nigdy go nie 

spotkałem. Przyjechał do Teksasu w 1969 roku, podczas gdy byłem w Cambridge, ale listy 

wspólnego przyjaciela Ramona Martineza Lopeza sprawiły, iż miałem uczucie, że znam go 

doskonale. Wiem, że był gwałtowny, energiczny, chłodny w obyciu; w kraju ludzi wysokich 

mógł   uchodzić

  za   wysokiego.   Z   powodu   rudych   włosów,   jak   to   było   do   przewidzenia, 

studenci ochrzcili go Czerwonym Erikiem. Był on zdania, że nie najlepszy slang w ustach 

cudzoziemca zmienia go w intruza, wobec czego nigdy nie używał skrótu O.K. Dobry badacz 

języków nor

dyckich, angielskiego, łaciny i - choć się do tego nie przyznawał - niemieckiego, 

bez trudu wyrobił sobie markę na amerykańskich uniwersytetach. Jego pierwszą pracą była 

53

background image

monografia na temat czterech artykułów De Quinceya poświęconych wpływowi duńskiego 

na 

krainę jezior Westmoreland. Po niej napisał drugą na temat chłopskiego dialektu w Yorkshire. 

Obie te publikacje zostały dobrze przyjęte, lecz Einarsson był zdania, że jego kariera wymaga 

czegoś   bardziej   spektakularnego.   W   1970   roku   w   Yale   opublikował

  obszerne   wydanie 

krytyczne   ballady   o   bitwie   pod   Maldon.   Erudycja,   jaką   wykazał   w   przypisach,   nie 

pozostawiała nic do życzenia, lecz pewne hipotezy zawarte we wstępie wzbudziły dyskusję w 

najbardziej   elitarnych   kręgach   akademickich.   Einarsson   twierdził  

na   przykład,   że   rodzaj 

ballady przypomina - jakkolwiek nie bezpośrednio -heroiczny styl fragmentów “Finnsburha", 

nie zaś opanowaną retorykę “Beowulfa", i że sposób, w jaki miejscami są w niej wplatane 

wzruszające szczegóły, jest interesującą zapowiedzią m

etod podziwianych, słusznie zresztą, 

w sagach islandzkich. Wniósł również pewne poprawki w tekście Elphinstona. Od razu w 

1969 roku został mianowany profesorem uniwersytetu w Teksasie.

Jak wiadomo, na amerykańskich uniwersytetach dość często odbywają się kongresy 

germanistów. Doktor Winthrop miał szczęście być  delegatem na poprzednim kongresie w 

East   Lansing.   Dziekan   jego   wydziału,   który   zresztą   szykował   się   do   roku   wolnego   od 

wykładów,   poprosił   go,   by   zastanowił   się   nad   kandydatem   na   następne   spotkanie

,  w 

Wisconsin. W rzeczywistości było ich tylko dwóch: Herbert Locke lub Eric Einarsson.

Podobnie   jak   Carlyle,   Winthrop   wyrzekł   się   purytańskiej   wiary   swych   przodków, 

pozostał jednak wierny ich zasadom etycznym. Nie odmówił swej rady, jego obowiązek był 

zresztą   oczywisty.   Herbert   Locke   od   1954   roku   nie   skąpił   mu   swej   pomocy   przy 

opracowywaniu wyczerpującego wydania eposu “Beowulf”, które w pewnych określonych 

wypadkach   miało   zastąpić   edycję   Klaebera,   teraz   zajęty   był   kończeniem   czegoś   bardzo 

przydatnego   dl

a  germanistyki:   słownika   angielsko-anglosaskiego,   który   miał   oszczędzić 

czytelnikom niepotrzebnego nieraz szperania po słownikach etymologicznych. Einarsson był 

o wiele młodszy. Jego pewność siebie ściągnęła nań ogólną niechęć, nie wyłączając niechęci 

Win

thropa. Wydanie krytyczne “Finnsburha" niemało przyczyniło się do zwrócenia ogólnej 

uwagi na jego nazwisko. Miał zacięcie polemiczne, na kongresie mógł odegrać większą rolę 

niż milczący i nieśmiały Locke. Nad tym wszystkim zastanawiał się właśnie Winthr

op, kiedy 

stało się to, co się stało.

W   “Yale   Monthly"   ukazał   się   obszerny   artykuł   na   temat   studiów   nad   literaturą   i 

językiem anglosaskim. Pod ostatnią linijką widniały nie pozostawiające wątpliwości inicjały 

E.E.,   a   jakby   jeszcze   tego   było   mało,   słowa  

University   of   Texas.  Artykuł,   napisany 

prawidłową angielszczyzną cudzoziemca, nie pozwalał sobie na najmniejsze uszczypliwości, 

był jednak utrzymany w tonie agresywnym. Autor stwierdzał, że rozpoczynanie studiów tego 

54

background image

języka   od   eposu   “Beowulf",   dzieła   starej   daty,   napisanego   stylem   retorycznym   i 

wergiliańskim,   jest   nie   mniej   dowolne   niż   zaczynanie   ich   od   zawiłych   wierszy   Miltona. 

Doradzał   odwrócenie   porządku   chronologicznego:   zaczęcie   od   “Grobu"   z  

XI  wieku,   w 

którym pobrzękuje aktualny język, a potem cofanie się do początków. Co do “Beowulfa", 

wystarczy przedstawić jakiś fragment tego nudnawego eposu o trzech tysiącach wersów, na 

przykład rytuały pogrzebowe Scylda, powracającego do morza, z którego wyszedł. Nazwisko 

Winthropa nie było ani razu wzmiankow

ane, lecz ten ostatni poczuł się osobiście dotknięty. 

Niewymienienie   go   nie   miało   znaczenia:   ważne   było,   że   podważono   jego   metody 

pedagogiczne.

Do powzięcia  decyzji  pozostawało niewiele  już czasu.  Chcąc  być  sprawiedliwym, 

Winthrop nie mógł pozwolić, by artykuł Einarssona, ogólnie już znany i komentowany, miał 

wpłynąć na jego decyzję. Wybór był trudny. Któregoś ranka zjawił się w dziekanacie; tegoż 

popołudnia Einarssonowi zlecono oficjalnie misję wyjazdu do Wisconsin.

W   wilię   dnia   19   marca,   kiedy   to   miał   nastąpić   wyjazd,   Einarsson   zjawił   się   w 

gabinecie   Ezry   Winthropa.   Przyszedł   pożegnać   się   i   podziękować.   Okno   wychodzące   na 

skośną, obsadzoną drzewami ulicę było obudowane półkami pełnymi książek. Einarsson od 

razu dostrzegł pierwsze wydanie “Eddy Island

orum" w pergaminie. Winthrop powiedział, że 

wie, iż Einarsson dobrze wywiąże się z nałożonego nań zadania, i że nie ma za co dziękować. 

Jeśli się nie mylę, ich rozmowa trwała długo.

- Porozmawiajmy szczerze - powiedział Einarsson. - Absolutnie wszyscy na naszym 

uniwersytecie   wiedzą,   że   jeżeli   nasz   dziekan,   Lee   Rosenthal,   zaszczycił   mnie   misją 

reprezentowania nas, zrobił to na skutek pańskich sugestii. Nie chcę pana oszukiwać. To 

prawda, że jestem dobrym germanistą, językiem mojego dzieciństwa jest język

  sag i mam 

lepszą wymowę niż moi koledzy z Wielkiej Brytanii. Moi studenci wymawiają 

cyning, a nie 

cunning,  wiedzą również, że pod żadnym pozorem na wykładach nie wolno im palić ani 

pojawiać się w hipisowskich strojach. Teraz co do mojego zawiedzionego rywala: byłoby w 

najgorszym guście, gdybym zabrał się do krytykowania go; na temat kenningów wykazuje on 

nie tylko źródłową, ale również dokładną znajomość prac Meissnera i Marquardta. Pomińmy 

jednak te drobiazgi. Jestem panu, doktorze, winien osobiste wyjaśnienie. Opuściłem mój kraj 

pod koniec 1967 roku. Jeżeli ktoś decyduje się na wyjazd w dalekie strony, niedwuznacznie 

narzuca   sobie   obowiązek,   że   się   tam   wybije.   Moje   dwie   początkowe   czysto   filologiczne 

publikacje miały na celu tylko wykazanie moich umi

ejętności. Rzecz jasna, że nie było to 

dosyć. Zawsze interesowała mnie ballada o Maldon, którą z niewielkimi potknięciami mogę 

deklamować z pamięci. Udało mi się skłonić władze Yale do wydania mojej pracy krytycznej 

55

background image

na ten temat; jak pan wie, ballada o

piewa skandynawskie zwycięstwo, ale teza, że miała 

wpłynąć  na późniejsze sagi islandzkie, jest moim  zdaniem absurdalna i nie do przyjęcia. 

Wspomniałem o tym, tylko by schlebić angielskim czytelnikom.

Teraz   przechodzę   do   sprawy   zasadniczej,   do   mojej   polemicznej   noty   w   “Yale 

Monthly". Jak pan wie, usprawiedliwia ona lub chce usprawiedliwić mój system nauczania, 

umyślnie wyolbrzymiając minusy pańskiego, który w zamian za narzucenie studentom owych 

trzech tysięcy zawiłych wersów opowiadających jakąś niejasną

 historię, ofiarowuje im bogaty 

słownik, który - o ile nie przerwą tego, co robią - pozwoli im później korzystać z całego 

corpus literatury anglosaskiej. Prawdziwym celem mego artykułu był wyjazd do Wisconsin. 

Pan, mój drogi, wie tak jak i ja, że kongresy nie są same w sobie wiele warte i powodują 

zbędne koszta, ale dobrze jest mieć je w swoim życiorysie.

Winthrop   popatrzył   na   niego   zaskoczony.   Był   inteligentny,   ale   skłonny  do   brania 

wszystkiego zbyt serio, wszystkiego - tak kongresów, jak i wszechświata, w końcu również 

mogącego być kosmicznym żartem. Einarsson ciągnął dalej:

-   Może   przypomina   pan   sobie   naszą   pierwszą   rozmowę.   Przyjechałem   z   Nowego 

Jorku, była to niedziela, stołówka uniwersytecka była  zamknięta i poszliśmy na lunch do 

“Nighthawk". Dowiedziałem się wówczas wielu rzeczy. Jako prawdziwy Europejczyk zawsze 

uważałem wojnę domową za krucjatę przeciw zwolennikom niewolnictwa. Pan dowodził, że 

Południe było w swoim prawie, chcąc odłączyć się od Unii i zachować własne instytucje. Aby 

nadać większą wagę swej opinii, zaznaczył pan, że pochodzi z Północy i że ktoś z pańskich 

przodków   walczył   w   szeregach   Henry'ego   Hallecka.   Wychwalał   pan   również   odwagę 

konfederatów. W odróżnieniu od innych mam dobrego nosa do ludzi. Ów ranek wystarczył 

mi.   Zrozu

miałem,   drogi   kolego,   że   trawi   pana   specyficzne   amerykańskie   pragnienie 

bezstronności.   Przede   wszystkim   pragnie   pan   być

  fair.  Właśnie   dlatego,   że   jest   pan 

człowiekiem   Północy,   usiłuje   pan   zrozumieć   i   usprawiedliwić   racje   Południa.   Kiedy 

dowiedziałem   się,  że  mój   wyjazd   do Wisconsin  zależy od  pańskiej   opinii,  postanowiłem 

wykorzystać swoje odkrycie. Zrozumiałem, że zaatakowanie metody, jaką posługuje się pan 

w swych  wykładach,  jest najskuteczniejszym  sposobem,  aby zapewnić  sobie pański głos. 

Natychmiast na

pisałem swój artykuł. Obyczaje miesięcznika zmusiły mnie do użycia inicja-

łów, ale zrobiłem co mogłem, by nie pozostawić najmniejszych wątpliwości co do tożsamości 

autora. Niezależnie od tego rozgłosiłem wszystko między kolegami.

Nastąpiła długa cisza, którą w końcu przerwał Winthrop.

- Teraz rozumiem - powiedział. - Jestem starym przyjacielem Herberta i doceniam 

jego pracę. Pan bezpośrednio czy też pośrednio mnie zaatakował. Odmówienie panu mego 

56

background image

głosu mogło równać się represji. Porównałem więc wasze zasługi, a rezultat pan zna. - Potem 

dodał, jakby myśląc głośno: - Może chcąc nie okazać się małostkowym, uległem próżności. 

Jak pan widzi, pański fortel nie zawiódł.

-     Fortel   jest   odpowiednim   słowem   -   odparł   Einarsson   -   ale   nie   żałuję   tego,   co 

zrobiłem. Uczynię co w mej mocy dla dobra naszego uniwersytetu. Poza tym zdecydowałem, 

że pojadę do Wisconsin.

- Mój pierwszy wiking - powiedział Winthrop, patrząc mu prosto w oczy.

-   Jeszcze   jeden   romantyczny   przesąd.   Nie   wystarczy   być   Skandynawem,   by   być 

potomkiem   wikingów.  Moi   rodzice   byli   dobrymi  pasterzami   Kościoła  ewangelickiego;  w 

początkach dziesiątego wieku moi przodkowie byli może dobrymi kapłanami Tho-ra. O ile 

wiem, w mojej rodzinie w ogóle nie zdarzali się ludzie morza.

- W mojej było wielu - odparł Winthrop. - Mimo wszystko nie różnimy się tak bardzo. 

Łączy   nas   wspólny   grzech:   próżność.   Pan   mnie   odwiedził,   by   się   poszczycić   swym 

pomysłowym fortelem, ja poparłem pana, by się poszczycić mą prawością.

- I jeszcze coś nas łączy - odpowiedział Einarsson. - Narodowość. Jestem obywatelem 

amerykańskim. Moje miejsce jest tu, nie w dalekiej Thule. Pan pewnie uważa, że paszport nie 

zmienia charakteru człowieka.

Podali sobie ręce, po czym się rozstali.

57

background image

Avelino Arredondo

Zdarzyło się to w Montevideo w 1897 ro

ku.

W   każdą   sobotę   grupa   przyjaciół   spotykała   się   w   “Café   del   Globo"   wokół   tego 

samego, stojącego na uboczu stolika, jak robią ludzie przyzwoici i skromni, którzy nie chcą 

pokazywać   swoich   mieszkań   czy   też   uciekają   od   swego   otoczenia.   Wszyscy   byli   miesz-

kańcami  Montevideo   i z  początku   niełatwo  im  było  zaprzyjaźnić  się  z  Arredondo,  który 

pochodził z głębi kraju i ani się nie zwierzał, ani nie zadawał pytań. Miał niewiele ponad 

dwadzieścia  lat, był  chudy,  ciemnoskóry,  raczej  niski i chyba  tępawy.  Jego tw

arz mogła 

wydawać się bez wyrazu, gdyby nie oczy jednocześnie senne i pełne energii. Pracował w 

pasmanterii   na   ulicy   Buenos   Aires,   a   w   wolnych   chwilach   studiował   prawo.   Kiedy   inni 

piętnowali   szalejącą   w   kraju   wojnę,   którą   według   powszechnej   opinii   prezyd

ent   z 

nikczemnych przyczyn przeciągał, Arredondo milczał. Milczał i wtedy, kiedy zarzucano mu 

skąpstwo.

Niezadługo po bitwie pod Cerros Blancos Arredondo oznajmił kolegom, że znika na 

jakiś   czas,   bo   musi   pojechać   do   Mercedes.   Wiadomość   nie   zaniepokoiła   nikogo.   Ktoś 

powiedział, by miał się na baczności przed tym nicponiem Apariciem Saravią; Arredondo 

odparł z uśmiechem, że nie boi się białych. Tamten, który zapisał się do partii, nic już nie od-

powiedział.

Trudniej mu przyszło rozstanie z jego dziewczyną, Klarą. Zrobił to używając tych 

samych słów. Uprzedził ją, by nie czekała na listy, bo będzie bardzo zajęty. Klara, która też 

nie miała zwyczaju pisania, zgodziła się na taki układ. Bardzo się kochali.

Arredondo mieszkał pod miastem. Usługiwała mu Mulatka o tym samym nazwisku co 

on, gdyż  jej przodkowie byli  niewolnikami rodziny Arredonda w czasie Wielkiej Wojny. 

Należała do osób, którym można było w pełni zaufać; nakazał jej, by każdemu, kto będzie o 

niego pytał, mówiła, że jest na wsi. Właśnie odebrał 

w sklepie ostatnią pensję.

Przeniósł się do pokoju w głębi, wychodzącego na ziemne patio. Posunięcie to nie 

było   konieczne,   ale   pomagało   mu   w   wyobcowaniu   się,   którego   pragnął.   Wróciwszy   do 

zarzuconego zwyczaju drzemania podczas sjesty, z wąskiego żelaznego łóżka spoglądał ze 

smutkiem na puste półki biblioteczne. Sprzedał wszystkie swe książki, z propedeutyką prawa 

włącznie. Pozostała mu tylko Biblia, której nigdy naprawdę nie poznał i nie przeczytał do 

końca.

Przeglądał  ją strona  po stronie, czasami  z  zainteresowaniem,  czasami  znudzony,  i 

58

background image

narzucał  sobie obowiązek uczenia  się na pamięć  niektórych  rozdziałów  Księgi Wyjścia  i 

zakończenia Eklezjastesa. Nie usiłował zrozumieć tego, co czytał. Był wolnomyślicielem, ale 

co wieczór odmawiał “Ojcze nasz", bo t

ak obiecał matce, wyruszając do Montevideo. Niedo-

trzymanie tej synowskiej obietnicy mogło mu przynieść nieszczęście.

Wiedział, że musi doczekać do poranka dwudziestego piątego sierpnia. Znał dokładnie 

liczbę dni dzielących go od tej daty. Po tym terminie czas ustanie lub, wyrażając się ściśle, 

nic, co stanie się potem, nie będzie miało znaczenia. Oczekiwał tej daty, jak się czeka na 

chwilę szczęścia i wyzwolenia. Zatrzymał zegarek, by ciągle na niego nie spoglądać, ale co 

noc słysząc dwanaście ciemnych 

uderzeń, zrywał kartkę z kalendarza, myśląc: o jeden dzień 

mniej.

Z początku chciał nabrać jakichś przyzwyczajeń: pić mate, palić mocne papierosy, 

które by sam sobie skręcał, czytać i powtarzać na głos pewną liczbę stronic, rozmawiać z 

Klementyną, kiedy na tacy przynosiła mu posiłek, powtarzać i przed zdmuchnięciem świec 

ulepszać pewne przemówienie. Rozmowa z Klementyną, kobietą bardzo już starą, nie była 

łatwa, pamięć jej bowiem ograniczała się do wsi i codziennych wiejskich zajęć.

Miał też do dyspozycji  szachownicę; rozgrywał na niej chaotyczne  partie, których 

nigdy   nie   kończył.   Brakło   w   tych   szachach   wieży,   zastępował   ją   zwykle   nabojem   lub 

dwudziestocentówką.

Aby jakoś zapełnić czas, co rano sprzątał swój pokój za pomocą ścierki i miotły oraz 

zabijał pająki. Mulatce nie podobało się, iż zniża się do zajęć należących do niej, których w 

dodatku nie umie wykonywać.

Wolałby budzić się, kiedy słońce stało już wysoko na niebie, ale przyzwyczajenie 

wstawania o świcie było silniejsze niż jego postanowienia. Bardzo tęsknił do przyjaciół, choć 

bez goryczy myślał  o tym,  że oni nie tęsknią za nim z powodu jego nieprzezwyciężonej 

rezerwy. Pewnego popołudnia jeden z przyjaciół przyszedł zapytać, co się z nim dzieje, ale 

Mulatka go nie znała i odprawiła go. Arredo

ndo nigdy nie miał się dowiedzieć, kto to był. 

Wiele   go   kosztowało,   jako   zapalonego   czytelnika   gazet,   zrezygnowanie   z   tych   muzeów 

nieważnych drobiazgów. Nie był człowiekiem skłonnym do medytacji lub wahań.

Jego dni i noce były jednostajne, mimo to najtrudniejsze były niedziele.

W połowie lipca pomyślał, że popełnił błąd, dzieląc czas, który i tak w jakiś sposób 

nami rządzi. Pozwolił wtedy błądzić swym marzeniom po rozległych ziemiach Urugwaju, 

dziś zlanych krwią, myśląc o falistych polach Santa Irene, gdzie bawił się latawcem, o kucu, 

który dzisiaj zapewne już nie żył, o kurzu, jaki unosił się po przejściu stada prowadzonego 

przez pasterzy,  o sfatygowanym  dyliżansie przyjeżdżającym co miesiąc z Fray Bentos ze 

59

background image

swym ładunkiem błyskotek i tandety, o zatoc

e La Agraciada, gdzie wylądowało Trzydziestu 

Trzech bohaterów narodowych, o Hervidero, o szczytach, lasach i rzekach, o Cerro, na które 

się wdrapywał, docierając aż do latarni morskiej na szczycie, przekonany, że na brzegu La 

Platy   nie   ma   drugiego,   któr

e  mogłoby   się   z   nim   równać.   Kiedyś   ze   wzgórza   w   zatoce 

przeniósł się myślą do wzgórza w herbie Montevideo i zasnął.

Co noc wiatr od morza przynosił chłód ułatwiający sen. Nie zaznał bezsenności.

Bardzo kochał swoją dziewczynę, ale powiedział sobie, że mężczyzna nie powinien 

myśleć  o kobietach, zwłaszcza wtedy,  gdy odczuwa ich brak. Wieś przyzwyczaiła  go do 

czystości.   Co   do   tamtej   sprawy...   Usiłował   jak   najmniej   myśleć   o   człowieku,   którego 

nienawidził.

Deszcz bębniący o dach tarasu dotrzymywał mu towarzys

twa.

Dla więźnia lub ślepca czas płynie niby woda po łagodnej pochyłości. Mniej więcej w 

połowie okresu swego odosobnienia Arredondo zdołał niejeden raz poczuć się jakby w czasie 

poza czasem. Na pierwszym patio była studnia, w głębi której siedziała ropucha; nigdy nie 

przyszło   mu   do   głowy,   że   tym,   czego   by   pragnął,   jest   czas   ropuchy,   czas   graniczący   z 

wiecznością. Kiedy termin już się zbliżał, zaczął się znowu niecierpliwić. Pewnej nocy nie 

wytrzymał   i   wyszedł   na   ulicę.   Wszystko   wydało   mu   się   inne,   jakb

y  większe.   Na   rogu 

zobaczył światło i wszedł do szynku. Aby usprawiedliwić swą obecność, zamówił kieliszek 

gorzkiej  

cana.  Żołnierze rozparci przy drewnianym szynkwasie rozmawiali. Jeden z nich 

powiedział:

- Wiecie, że jest surowo zakazane podawanie jakichkolwiek wiadomości o walkach. 

Wczoraj wieczór zdarzyło się nam coś, co was zabawi. Wraz z jednym chłopakiem z koszar 

przechadzaliśmy się przed gmachem redakcji “La Razón". Na ulicy usłyszeliśmy dochodzące 

ze środka słowa, sprzeczne z tym zakazem. Weszliśmy, nie tracąc czasu. Ciemno tam było jak 

w grobie, więc po omacku puściliśmy serię w kierunku mówiącego. Kiedy wreszcie zamilkł, 

zaczęliśmy go szukać, żeby go wyciągnąć nogami do przodu, i wtedy przekonaliśmy się, że to 

maszyna, takie coś, co się nazywa

 fonograf, że to samo gadało.

Wszyscy się roześmieli.

Arredondo słuchał ich gadaniny w milczeniu. Jeden z żołnierzy zapytał go:

- Jak ci się podoba ten dowcip, chłopie?

Arredondo   nie   odpowiedział,   wtedy   chłopak   w   mundurze   zwrócił   się   do   niego, 

przysuwając

 blisko twarz:

- Natychmiast krzyknij: “Niech żyje prezydent Juan Idiarte Borda!"

Arredondo posłuchał rozkazu. Wśród kpiących okrzyków doszedł do drzwi. Już był na 

60

background image

ulicy, kiedy usłyszał ostatnią obelgę:

- Strach się nie boi ani nie obraża.

Zachował się jak tchórz, ale wiedział, że nim nie jest. Spokojnie wrócił do domu.

Dwudziestego piątego sierpnia Avelino Arredondo zbudził się po dziewiątej. Najpierw 

pomyślał o Klarze, dopiero później o dacie. Powiedział do siebie z ulgą:

- Koniec męki oczekiwania. Oto nadszedł dzień.

Ogolił   się   bez   pośpiechu   i   w   lustrze   ujrzał   swą   zwykłą   twarz.   Wybrał   czerwony 

krawat i ubrał się w to, co miał najlepszego. Obiad zjadł późno. Szare niebo groziło deszczem 

- zawsze wyobrażał sobie, że to będzie promienny dzień. Poczuł ściśnięcie serca na myśl, że 

na zawsze opuszcza wilgotną izdebkę. W sieni natknął się na Mulatkę i oddał jej ostatnie 

pieniądze, jakie mu jeszcze pozostały. Na metalowej żaluzji mydlarni zobaczył kolorowe tra-

pezy i pomyślał sobie, że zapomniał o nich już p

rzeszło dwa miesiące temu. Ruszył w stronę 

ulicy Sarandi. Był to dzień świąteczny i na ulicach nie było wielu ludzi.

Nie wybiła trzecia, kiedy doszedł do placu Matriz. Właśnie skończyło się “Te Deum" i 

grupki mężczyzn, wojskowych i księży, powoli schodziły po stopniach kościoła. Na pierwszy 

rzut oka cylindry, czasem trzymane w rękach, mundury, galony, broń, sutanny mogły dać 

złudzenie, że jest ich wielu. W rzeczywistości nie było więcej niż jakieś trzydzieści osób. 

Arredondo   nie   czuł   strachu,   lecz   coś   w

  rodzaju   szacunku.   Zapytał,   który   z   nich   jest 

prezydentem. Odpowiedziano mu:

- Ten obok arcybiskupa w mitrze i z pastorałem.

Wyjął rewolwer i wystrzelił.

Idiarte Borda zrobił parę kroków, padł na wznak i powiedział wyraźnie:

- Umieram.

Arredondo oddał się do dyspozycji władz. Jakoby potem zadeklarował:

- Należę do partii  czerwonych, co stwierdzam z dumą. Zabiłem prezydenta,  który 

zdradził i zgnoił naszą partię. Zerwałem z przyjaciółmi i z dziewczyną, żeby ich w to nie 

wplątywać. Nie czytywałem gazet, by nikt nie mógł powiedzieć, że zostałem namówiony. 

Ten akt sprawiedliwości jest mój i tylko mój. A teraz mnie sądźcie.

Tak to mniej więcej wyglądało, aczkolwiek w sposób mniej prosty; wolno mi jednak 

wyobrażać sobie, że właśnie tak.

61

background image

Krążek

Jestem drwalem. Nazwisko nie ma znaczenia. Chata, w której się urodziłem i w 

której niezadługo umrę, stoi na skraju lasu. O tym lesie mówią, że ciągnie się aż do morza 

otaczającego całą ziemię, po którym krążą drewniane domki, takie jak mój. Bo ja wiem? 

Nigdy go nie w

idziałem. Nie widziałem też drugiego krańca lasu. Kiedy byliśmy mali, mój 

starszy brat kazał mi przysiąc, że we dwóch wyrąbiemy cały las do ostatniego drzewa. Mój 

brat umarł, a ja szukam i będę szukał czegoś całkiem innego. Na zachodzie płynie rzeczka, w 

której można łowić ryby ręką. W lesie są wilki, ale nie boję się ich, a moja siekierka nigdy 

mnie nie zawiodła. Nigdy nie liczyłem też swoich lat, choć wiem, że mam ich dużo. Moje 

oczy już nie widzą. We wsi, dokąd zresztą nie chodzę, żeby nie zabłądzić, 

uważają mnie za 

sknerę. Ale do czego mógł w życiu dojść drwal?

Drzwi   domu   przyciskam   kamieniem,   żeby   się   tam   nie   dostał   śnieg.   Pewnego 

popołudnia  usłyszałem  ciężkie   kroki,  a   potem  stukanie.  Otworzyłem  i  wszedł   jakiś  obcy 

człowiek. Był wysoki, stary, owinięty w zniszczony koc. Na twarzy miał bliznę. Lata dodały 

mu więcej chudości, niż odebrały sił, lecz zauważyłem, że chodzi o lasce. Zamieniliśmy parę 

słów, których nie pamiętam. Wreszcie rzekł:

- Nie mam domu i sypiam, gdzie popadnie. Przeszedłem całe król

estwo anglosaskie.

Te   słowa   pasowały   do   jego   wieku.   Mój   ojciec   zawsze   mówił   o   królestwie 

anglosaskim, teraz ludzie mówią o Anglii.

Miałem   chleb   i   rybę.   W   czasie   posiłku   milczeliśmy.   Zaczęło   padać.   Z   paru   skór 

zrobiłem mu posłanie na klepisku, na którym umarł mój brat. Kiedy zapadła noc, zasnęliśmy.

Wyszliśmy z domu o świtaniu. Deszcz ustał, a na ziemi leżał świeży śnieg. Upadła mu 

laska, którą mi kazał podnieść.

- Dlaczego mam cię słuchać? - zapytałem.

- Bo jestem królem - odparł.

Pomyślałem, że to wariat. Podniosłem laskę i podałem mu ją.

Przemówił już innym głosem:

-   Jestem   królem   Secgenów.   Wielekroć   wiodłem   ich   poprzez   ciężkie   bitwy   do 

zwycięstwa, lecz w chwili dopełnienia się przeznaczenia straciłem moje królestwo. Moje imię 

jest Isern, a pochodzę z 

rodu Odyna.

- Nie czczę Odyna - rzekłem. - Czczę Chrystusa.

Ciągnął dalej, jakby mnie nie usłyszał:

62

background image

- Przemierzam drogi wygnania, ale wciąż jestem królem, bo mam krążek. Chcesz go 

zobaczyć?

Otworzył kościstą dłoń. Nie było w niej nic. Wtedy zdałem sobie sprawę, że przez 

cały czas miał zaciśniętą pięść. Wbijając we mnie wzrok, powiedział:

- Możesz go dotknąć.

Nie bez nieufności dotknąłem czubkami palców jego dłoni. Poczułem coś zimnego i 

dojrzałem błysk. Jego dłoń nagle się zamknęła. Nie powiedziałem nic. Tamten ciągnął dalej, 

cierpliwie, jakby mówił do dziecka:

- To jest krążek Odyna. Ma tylko jedną stronę. Na całym  świecie nie ma drugiej 

rzeczy, która by miała tylko jedną stronę. Póki będzie w mojej ręce, będę królem.

- Jest ze złota? - zapytałem.

- Nie wiem. To krążek Odyna i ma tylko jedną stronę.

Wtedy poczułem żądzę, by posiąść ten krążek. Gdyby był mój, mógłbym go sprzedać, 

wymienić na sztabkę złota, być królem.

Powiedziałem do włóczęgi, którego do dziś nienawidzę:

- W chacie mam ukrytą szkatułkę pełną monet. Są ze złota i lśnią jak siekierka. Jeżeli 

dasz mi krążek, oddam szkatułkę.

Odrzekł z uporem:

- Nie chcę.

- A więc - powiedziałem - idź swoją drogą.

Odwrócił się do mnie tyłem. Wystarczyło uderzenie siekiery w kark, by zachwiał się i 

padł, lecz padając, otworzył pięść i zobaczyłem w powietrzu złoty błysk. Dobrze zaznaczyłem 

miejsce siekierką i zaciągnąłem trupa aż do wezbranego strumienia. Tam go cisnąłem.

Po powrocie do domu szukałem krążka. Nie znalazłem go. Od lat bez przerwy go 

szukam.

63

background image

Księga piasku

...thy rope of sands...

George Herbert (1593-1633)

Linia składa się z nieskończonej liczby punktów; płaszczyzna z nieskończonej liczby 

linii;   objętość   z   nieskończonej   liczby   płaszczyzn;   nadobjętość   z   nieskończonej   liczby 

objętości... Nie, 

zdecydowanie to more geometrico nie jest najlepszym sposobem zaczęcia 

mojej opowieści. Teraz stało się zwyczajem twierdzenie, że każde opowiadanie fantastyczne 

jest prawdziwe; moje jednak 

JEST

 prawdziwe.

Mieszkam   sam,   na   czwartym   piętrze   przy   ulicy   Belgrano.   Parę   miesięcy   temu,   o 

zmroku,   ktoś   zapukał   do   moich   drzwi.   Otworzyłem   i   zobaczyłem   nieznajomego.   Był   to 

wysoki mężczyzna o niewyraźnych rysach. Może zresztą taki mi się wydał z powodu mej 

krótkowzroczności. Wyglądał ubogo, lecz schludnie. Był w szar

ym ubraniu, a w ręku miał 

walizkę, też szarą. Od razu domyśliłem się, że to cudzoziemiec. Z początku sądziłem, że jest 

stary; potem spostrzegłem, iż zmyliły mnie jego przerzedzone włosy, tak jasne, że niemal 

białe,   jakie  często  miewają   Skandynawowie.  W  cz

asie  naszej  rozmowy,  która  nie  trwała 

nawet godziny, dowiedziałem się, że pochodzi z Orkadów.

Wskazałem   mu   krzesło.   Milczał   chwilę,   zanim   zaczął   mówić.   Wiało   od   niego 

melancholią, tak jak teraz chyba wieje nią ode mnie.

- Sprzedaję biblie - powiedział.

Nie bez pedanterii odpowiedziałem:

-   W   tym   domu   jest   parę   biblii   angielskich,   z   pierwszą   Johna   Wiclifa   włącznie. 

Posiadam  również biblie  Cipriano  de Valera  oraz Lutra,  która  literacko  jest najsłabsza,  i 

łaciński egzemplarz Wulgaty. Jak pan sam widzi, biblie nie są mi specjalnie potrzebne.

Po chwili ciszy odparł:

-   Sprzedaję   nie   tylko   biblie.   Mogę   panu   pokazać   świętą   księgę,   jaką   nabyłem   w 

zapadłym kącie Bikaniru. Może ona pana zainteresuje.

Otworzył walizkę i położył ją na stole. Był to tom 

in octavo, oprawny w materiał. 

Niewątpliwie przeszedł przez wiele rąk. Kiedy go oglądałem, zaskoczył mnie jego niezwykły 

ciężar. Na grzbiecie był napis 

Holy Writ, a pod spodem Bombay.

Dziewiętnasty wiek, prawda? - zapytałem.

- Nie wiem, nigdy tego nie wiedziałem - brzmiała odpowiedź.

64

background image

Otworzyłem księgę na chybił trafił. Litery były nie znane. Strony, które wydawały się 

zniszczone, a ich typografia marna, były drukowane w dwóch kolumnach, tak jak biblie. 

Tekst był gęsty, ułożony wersetami. W górnym rogu każdej strony widniały arabskie cyfry. 

Zastanowiło mnie, że strona parzysta nosiła (powiedzmy)  numer 40 514, nieparzysta zaś, 

idąca   zaraz   po   niej,   numer   999.   Odwróciłem   ją:   na   jej   odwrocie   znalazłem   numer 

ośmiocyfrowy. Była też tam mała rycina, z rodzaju tych, jakie zna

jdują się w encyklopediach: 

kotwiczka, narysowana piórkiem, niby niezdarną ręką dziecka.

Wtedy właśnie nieznajomy powiedział:

- Niech pan dobrze się jej przypatrzy. Nie zobaczy jej pan nigdy więcej.

Coś jakby groźba zabrzmiało w tym zapewnieniu, ale nie w głosie.

Zapamiętałem   miejsce   i   zamknąłem   tom.   Natychmiast   go   otwarłem.   Nadaremnie 

strona po stronie szukałem rysunku kotwicy. Aby pokryć zmieszanie, powiedziałem:

- Jest to wersja Pisma w którymś z języków hindustańskich, nieprawdaż?

- Nie - odpowiedział. Potem zniżył głos, jakby chciał powierzyć mi jakiś sekret: - 

Nabyłem ten egzemplarz w miasteczku na równinie w zamian za Biblię i parę rupii. Ten, co 

go posiadał, nie umiał czytać. Podejrzewam, że Księgę Ksiąg uważał za amulet. Należał do 

bardzo ni

skiej kasty: nie można było nadepnąć na jego cień bez zarażenia się. Powiedział mi, 

że   jego  książka   nazywa   się  Księgą   Piasku,  albowiem   ani   ta   księga,   ani   piasek   nie   mają 

początku ni końca.

Poprosił, bym poszukał pierwszej strony.

Oparłem   lewą   rękę   na   okładce   i   otworzyłem   księgę   dwoma   niemal   ściśniętymi 

palcami:   dużym   i   wskazującym.   Wszystko   nadaremnie:   między   okładką   a   ręką   zawsze 

znajdowało się parę stron, jakby kiełkowały z książki.

- A teraz niech pan poszuka ostatniej.

I to również mi się nie udało; zaledwie, nie swoim głosem, zdołałem wyjąkać:

- Nie może to być.

Sprzedawca biblii ściszonym tonem powiedział:

- Nie może być, ale jest. Liczba stronic w tej książce jest dokładnie nieskończona. 

Żadna   nie  jest  pierwsza. Żadna   nie  jest  ostatnia.   Nie wiem,  czemu  są tak,   a nie  inaczej 

ponumerowane. Może dlatego, by wykazać, że określenie nieskończoności wymyka się ja-

kimkolwiek   liczbom.   -   Po   czym,   jakby   myśląc   głośno,   dodał:   -   Jeżeli   przestrzeń   jest 

nieskończona, jesteśmy w jakimkolwiek punkcie przestrze

ni. Jeżeli czas jest nieskończony, 

jesteśmy w jakimkolwiek punkcie czasu.

Jego rozważania rozdrażniły mnie, więc powiedziałem:

65

background image

- Pan jest zapewne wierzący?

- Tak, jestem prezbiterianinem. Moje sumienie jest spokojne. Jestem pewien, że nie 

oszukałem tamtego człowieka, dając mu Słowo Boże w zamian za tę diabelską księgę.

Zapewniłem go, że nie powinien robić sobie żadnych  wyrzutów, i zapytałem,  czy 

znalazł się w tych stronach przypadkiem. Odparł, że za parę dni chce wracać do ojczyzny. 

Wtedy właśnie dowiedziałem się, że jest Szkotem z Orkadów. Powiedziałem, że ja osobiście 

bardzo kocham Szkocję poprzez miłość do Stevensona i Hume'a.

- I zapewne do Robbie Burnsa - uzupełnił.

W   czasie   rozmowy   przeglądałem   nieskończoną   księgę.   Z   udaną   obojętnością 

zapytałem:

- Chce pan zaoferować ten ciekawy egzemplarz British Museum?

- Nie. Proponuję go panu - odparł i wymienił wysoką cenę.

Zgodnie   z   prawdą   odpowiedziałem,   że   taka   suma   przekracza   moje   możliwości,   i 

zamyśliłem się. Po paru minutach miałem gotowy plan.

- Proponuję panu pewną transakcję - rzekłem. - Pan dostał ten tom za parę rupii oraz 

Pismo Święte; ofiarowuję zań panu moją miesięczną emeryturę, którą właśnie podjąłem, i 

odziedziczoną po mych rodzicach Biblię Wiclifa wydrukowaną gotykiem.

A black letter Wiclif! - wymruczał.

Poszedłem do sypialni i przyniosłem pieniądze

  oraz Biblię. Przerzucił parę kartek i 

obejrzał okładkę z zapałem bibliofila.

- W porządku - powiedział.

Byłem zdziwiony, że się nie targuje. Potem dopiero miałem zrozumieć, iż przyszedł 

do mnie już zdecydowany, by sprzedać księgę. Schował pieniądze, nie licząc.

Mówiliśmy o Indiach, o Orkadach, o norweskich jarls, którzy tymi wyspami rządzili. 

Kiedy wyszedł, była już noc.

Nie zobaczyłem go więcej i nie poznałem jego nazwiska.

Miałem zamiar  wstawić  Księgę Piasku w puste miejsce po Wiclifie,  ale w  końcu 

zdecydowałem schować ją za niekompletną edycję “Księgi tysiąca i jednej nocy".

Postawiłem ją tam i nie mogłem zasnąć. O trzeciej czy czwartej nad ranem zapaliłem 

światło.   Wziąłem   tę   niezwykłą   księgę   i   zacząłem   ją   przeglądać.   Na   jednej   ze   stron 

zobaczyłem rysunek maski. W rogu miała nie wiem już jaką cyfrę podniesioną do dziesiątej 

potęgi.

Nikomu nie pokazałem mej zdobyczy. Do szczęścia jej posiadania dołączył się lęk, by 

mi jej nie ukradziono, a potem nieufność, że może jednak nie okaże się nieskończona. Te 

66

background image

dwie obawy pogłębiły moją dawną mizantropię. Miałem jeszcze garść przyjaciół - przestałem 

ich widywać. Stałem się więźniem księgi i niemal zaprzestałem wychodzenia na ulicę. Za 

pomocą   lupy   pr

zebadałem   jej   zniszczony   grzbiet   i   okładki   i   odrzuciłem   przypuszczenie 

jakichkolwiek sztuczek. Sprawdziłem, że małe ryciny oddalone są od siebie o dwa tysiące 

stron. Zapisałem je w notatniku alfabetycznym, który dość szybko się wypełnił. Nigdy się nie 

pow

tórzyły. Nocą, w czasie krótkich chwil, kiedy udawało mi się zasnąć, śniłem o księdze.

Lato miało się ku końcowi, kiedy zrozumiałem, że jest to księga monstrualna. Na nic 

się nie zdały rozważania, że nie mniej potworny jestem ja sam, kiedy oglądam ją oczami, 

dotykam  dziesięcioma  zakończonymi  paznokciami  palcami.  Poczułem,  że jest ona jakimś 

koszmarem, czymś nieczystym, co bezcześci i przenika rzeczywistość.

Pomyślałem o ogniu, ale zląkłem się, że spalenie nieskończonej księgi będzie również 

nieskończone i zadusi dymem całą planetę.

Pamiętam, że czytałem, iż najlepiej schować liść pomiędzy liśćmi. Przed pójściem na 

emeryturę pracowałem w Bibliotece Narodowej, w której znajduje się dziewięćset tysięcy 

tomów: wiem, że na prawo z holu kręcone schodki giną w m

rokach suteren, gdzie złożone 

są czasopisma i mapy. Skorzystałem z nieuwagi pracowników, by zgubić Księgę Piasku na 

jednym z pełnych wilgoci regałów. Postarałem się nie zauważyć, na jakiej wysokości ani w 

jakiej odległości od drzwi ją umieszczam.

Trochę mi ulżyło, ale nadal nie chcę nawet przechodzić ulicą M

éxico.

67

background image

Epilog

Pisanie   prologu   do   nie   czytanych   jeszcze   opowiadań   jest   zadaniem   właściwie 

niemożliwym, jako że wymaga analizy wątków, których nie należy zdradzać. Z tych względów 

wolę napisać epilog.

Opowiadanie   początkowe   podejmuje   stary   temat   sobowtóra,   który   ty

lekroć   kusił 

zawsze szczęśliwe pióro Stevensona. W Anglii nosi on nazwę 

fecht lub bardziej literacko 

wraith   of   the   living.  W   Niemczech   -  Doppelgänger.  Podejrzewam,   że   najdawniejszą 

formą był

o  alter ego.  Ta zjawa poczęła się zapewne od odbić w zwierciadłach metalu czy 

wody lub po prostu od pamięci, która z każdego z nas robi aktora i widza zarazem. Moim 

obowiązkiem było sprawić, by rozmówcy byli dostatecznie różni i dostatecznie podobni, by  

być jednym i tym samym. Czy warto wspominać, że pomysł tej historii przyszedł mi do głowy 

nad brzegami rzeki Charles w Nowej Anglii, której zimny bieg przywiódł mi na myśl dalekie  

wody Rodanu?

Miłość jest bardzo często tematem mych wierszy; inaczej jest z prozą, gdzie występuje 

raz jeden: w “Ulri

ce". Czytelnicy zauważą jej formalne zbliżenie do “Tamtego".

“Kongres" jest najdłuższym opowiadaniem z tego tomu, o założeniu tak szerokim, że w  

końcu   łączącym   się   z   kosmosem   i   z   sumą   wszystkich   dn

i.   Niejasny   początek   pragnie 

przypomnieć   temat   fikcji   Kafki;   koniec   -

  wznieść   się,   z   pewnością   daremnie,   do   ekstazy 

Chester

tona lub Johna Bunyana. Nigdy nie zasłużyłem na podobne olśnienie, ale udało 

mi się je wyśnić. Moim zwyczajem wplotłem w to opowiadanie szczegóły autobiograficzne.

Przeznaczenie, które -  jak głosi fama -  jest niezbadane, nie dawało mi spokoju, 

dopóki   nie   przejrzałem   pośmiertnego   opowiadania   Lovecrafta,   pisarza,   którego   zresztą 

zawsze uważałem za nieświadomego parodystę Poego. W końcu uległem; pożałowania godny 

owoc tej kapitulacji nosi tytuł

 “There Are More Things".

“Sekta   Trzydziestu"   opisuje   bez   żadnego   dokumentalnego   zaplecza   historię 

domniemanej herezji.

“Noc darów" jest może najprostszym opowiadaniem w tym tomie, najgwałtowniejszym  

i najba

rdziej egzaltowanym.

“Biblioteka Babel"

*

 (1941) wyobraża nie kończącą się liczbę książek; “Undr" oraz 

“Zwierciadło i maska" 

- odwieczne dzieła składające się z jednego wyrazu.

“Utopia   człowieka   zmęczonego"   jest   moim   zdaniem   opowieścią   najuczciwszą,   a 

* Opowiadanie z tomiku “Fikcje". (Przyp. tłum.)

68

background image

zarazem najbardziej melancholijną z całej serii.

Zawsze mnie zaskakiwała obsesja etyczna u Amerykanów z Północy; “Fortel" chce  

odzwierciedlić ten rys.

Mimo Johna Feltona, Charlotty Corday, znanej opinii Rivery Indarte (“Jest 

rzeczą   świętą   zamordować   Rosasa")   i   urugwajskiego   hymnu   narodowego   (“Tak,   tyrani, 

Brutusa  sztylet  wziąć")  nie  zgadzam   się  z  morderstwem  politycznym.   Cokolwiek   by było, 

czytelnicy samotnej zbrodni Arredonda zechcą dowiedzieć się jej zakończenia. Luis Melidn 

Lafinur   prosił   o   jego   uniewinnienie,   lecz   sędzio

wie   Carlos   Fein   i   Cristóbal   Salvanac 

skazali go na miesiąc odosobnienia i na pięć lat więzienia. Dziś jedna z ulic Montevideo nosi 

jego imię.

Dwa różne i niepojęte przedmioty są tematem ostatnich opowiadań. “Krążek" to koło 

Euklidesa,   które   zakłada   możliwość   istnienia   jednej   strony;   “Księga   piasku"

-   tom   o 

niezliczonej liczbie stron.

Mam   nadzieję,   że   pospieszne   notki,   które   właśnie   skończyłem   dyktować,   nie 

wyczerpują tej książki i że jej fantazje będą puszczały pędy w gościnnej wyobraźni tych, 

którzy ją właśnie zamykają.

J. L. B.

Buenos Aires, 3 lutego 1975

69


Document Outline