background image

Ze zbiorów

Zygmunta Adamczyka

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 

 

 

Jorge Luis Borges

 

 

 

 

Księga piasku 

OPOWIADANIA 

(Przełożyła: Zofia Chądzyńska) 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 2 

Spis treści: 

 

Tamten..........................................................3 

Ulrica...........................................................10 

Kongres.......................................................14 

There Are More Things................................28 

Sekta Trzydziestu.........................................34 

Noc darów....................................................37 

Zwierciadło i maska.....................................41 

Undr............................................................45 

Utopia człowieka zmęczonego......................50 

Fortel...........................................................56 

Avelino Arredondo......................................61 

Krążek.........................................................66 

Księga piasku..............................................68 

Epilog.........................................................72 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 3 

 

Tamten 

 

Wydarzenie to miało miejsce w lutym 1969 roku w Cambridge, na północ od Bostonu. 

Nie zanotowałem go od razu, pierwszą  mą myślą bowiem było o nim zapomnieć, by nie 

stracić rozumu. Teraz, w roku 1972, myślę,  że jeżeli je opiszę, inni przeczytają to jako 

opowiadanie, a może wtedy, z upływem lat, stanie się nim i dla mnie. 

Wiem, że było czymś potwornym, póki trwało, a również w czasie bezsennych nocy, 

jakie nastąpiły potem. To nie znaczy zresztą, by miało wzruszyć osobę trzecią. 

Było około dziesiątej rano. Siedziałem na ławce nad brzegiem rzeki Charles. O jakieś 

pięćset metrów w prawo stał wysoki budynek, którego nazwy nigdy się nie dowiedziałem. 

Szara woda popychała wielkie kawały lodu. W sposób nieunikniony rzeka skojarzyła mi się z 

czasem. Tysiącletni obraz Heraklita. Spałem dobrze; moje wykłady poprzedniego dnia chyba 

zainteresowały słuchaczy. Dokoła nie było żywej duszy. 

Nagle doznałem uczucia (zdaniem psychologów dowodzącego zmęczenia),  że 

moment ten już raz przeżyłem. Na drugim końcu ławki ktoś usiadł. Byłbym wolał samotność, 

ale nie chciałem od razu wstawać, by nie wydać się niegrzecznym. Tamten zaczął 

pogwizdywać. Wtedy właśnie nastąpił pierwszy z wielu niepokojących epizodów tego ranka. 

To, co gwizdał, to, co usiłował gwizdać (nigdy nie miałem zbyt dobrego słuchu), było 

popularną kreolską balladą “La Tapera" Eliasa Regules. Sposób gwizdania przeniósł mnie na 

nie istniejące już patio i przywiódł wspomnienie Àlvara Meliana Lafinur, który od tak dawna 

nie  żył. Potem pojawiły się pierwsze zwrotki. Nie był to głos Àlvara, ale usiłował być do 

niego podobny. Uświadomiłem to sobie ze zgrozą. Zbliżyłem się doń i zapytałem: 

- Pan z Urugwaju czy z Argentyny? 

- Jestem Argentyńczykiem, ale od czternastego roku mieszkam w Genewie - 

zabrzmiała odpowiedź. 

Nastąpiła długa cisza. Zapytałem: — Na ulicy Malagnou pod siedemnastym, na 

wprost cerkwi? 

Odpowiedział, że tak. 

- W takim razie - powiedziałem zdecydowanie - pan się nazywa Jorge Luis Borges. Ja 

także jestem Jorge Luis Borges. Jest rok 1969 i znajdujemy się w Cambridge. 

- Nie - odpowiedział moim własnym, tyle że dalekim głosem. 

Po jakimś czasie powtórzył z naciskiem: 

- Jestem w Genewie, na ławce, o parę kroków od Rodanu. Dziwne wydaje mi się 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 4 

jedno,  że jesteśmy do siebie podobni, choć pan, z tą siwą  głową, wygląda na o wiele 

starszego. 

Odpowiedziałem: 

- Mogę ci dowieść,  że nie kłamię. Opowiem ci o sprawach, o jakich nie może 

wiedzieć nieznajomy. W domu jest srebrne naczynie do mate na nóżce udającej węża, które 

nasz pradziad przywiózł z Peru. Jest też srebrna miska, którą przytraczał do siodła. W twojej 

szafie stoją dwa rzędy książek. Trzy tomy bajek “Księgi tysiąca i jednej nocy" Lane'a ze 

stalorytem i notkami zamieszczonymi petitem pomiędzy rozdziałami, słownik  łaciński 

Quicherata, “Germania" Tacyta po łacinie w wersji Gordona, “Don Kichot" wydany przez 

Garniera, “Tablas de sangre" Rivery Indarte, z dedykacją autora, “Sartor Resartus" Carlyle'a, 

biografia Amiela i schowana za innymi w tekturowej oprawie książka o obyczajach 

seksualnych ludów bałkańskich. Nie zapomniałem również pewnego popołudnia na 

pierwszym piętrze domu przy placu Dubourg. 

- Dufour - poprawił. 

- Zgoda. Dufour. Czy ci to wystarcza? 

- Nie - odpowiedział. - Te dowody niczemu nie służą. Jeżeli  śni mi się pan, to nic 

dziwnego, że wie pan to, co ja wiem. Wszystkie pańskie staranne wyliczania są daremne. 

Zarzut był słuszny. Odparłem: 

- Jeżeli ten ranek i to spotkanie są snem, każdy z nas z pewnością uważa, że to jego 

sen. Może przestaniemy śnić, może nie przestaniemy. Tymczasem naszym obowiązkiem jest 

przyjąć ten sen tak, jak przyjęliśmy wszechświat i to, że nas poczęto, że do patrzenia mamy 

oczy i że oddychamy. 

- A jeżeli sen będzie trwał? - zapytał z niepokojem. 

Aby uspokoić i jego, i siebie, powiedziałem z przekonaniem, jakiego z pewnością nie 

miałem: 

- Mój sen trwa już siedemdziesiąt lat. W końcu, jeżeli o tym pomyśleć, nie ma 

człowieka, który by nie spotkał samego siebie. To właśnie zdarza się nam w tej chwili, z tą 

różnicą, że jest nas dwóch. Czy nie chcesz wiedzieć czegoś z mojej przeszłości, co w przy-

szłości oczekuje i ciebie? 

Przytaknął bez słowa. Mimo że trochę zagubiony, mówiłem dalej: 

- Matka jest zdrowa i czuje się dobrze, mieszka nadal w swym domu na rogu Charcas i 

Maipú w Buenos Aires, ale ojciec umarł trzydzieści lat temu. Umierał na serce. Dobił go 

paraliż połowy ciała: lewa ręka położona na prawej wyglądała jak ręka dziecka na ręce 

giganta. Niecierpliwie czekał  śmierci, ale nigdy się nie skarżył. Nasza babka umarła w tym 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 5 

samym domu. Na parę dni przed końcem zawołała nas wszystkich i powiedziała: “Jestem 

bardzo starą kobietą, która umiera bardzo powoli. Niech nikt sobie nie zawraca głowy czymś 

tak zwykłym i codziennym". Twoja siostra Norah wyszła za mąż i ma dwóch synów. No, a co 

słychać u ciebie w domu? 

- Dobrze. Tata ze swymi wiecznymi żarcikami na temat religii. Wczoraj wieczór 

powiedział,  że Chrystus był jak gauczo, który nie chce się angażować, i dlatego używał 

przypowieści. 

Zawahał się, a potem dodał: 

- A pan? 

— Nie znam liczby książek, jakie napiszesz, ale wiem, że będzie ich zbyt wiele. 

Będziesz pisał wiersze, które dadzą ci rozkosz nie dzieloną z nikim, i opowiadania 

fantastyczne. Będziesz wykładał, tak jak twój ojciec i jak tylu z naszej krwi. 

Byłem zadowolony, że wcale nie pyta o powodzenie lub niepowodzenie książek. 

Zmieniłem ton i ciągnąłem dalej: 

- Co dotyczy historii... Była inna wojna, między niemal tymi samymi przeciwnikami. 

Francja od razu skapitulowała. Anglia i Ameryka wygrały z niemieckim dyktatorem 

nazwiskiem Hitler cykliczną bitwę pod Waterloo. Buenos Aires około roku 1946 spłodziło 

nowego Rosasa, dość podobnego do naszego krewnego. Prowincja Córdoba uwolniła nas od 

niego w pięćdziesiątym piątym, tak jak uprzednio Entre Ríos. Teraz źle się dzieje. Rosja 

usiłuje wziąć we władanie tę planetę; Ameryka, uwikłana w przesąd o konieczności 

demokracji, nie może się zdecydować, czy zostać prawdziwym imperium. Z każdym dniem 

nasz kraj staje się bardziej prowincjonalny. Bardziej prowincjonalny i bardziej zadufany w 

sobie, jakby zamykał oczy. Nie zaskoczyłoby mnie, gdyby w szkołach naukę  łaciny 

zastąpiono nauką guarani. 

Zauważyłem,  że zaledwie mnie słucha. Naturalny lęk przed niemożliwym, a jednak 

oczywistym paraliżował go. Ja, który nie byłem ojcem, poczułem dla tego biednego chłopaka 

bliższego mi, niż gdyby był moim rodzonym synem, przypływ miłości. Zobaczyłem,  że 

trzyma w rękach książkę. Zapytałem o jej tytuł. 

- To “Biesy" Fiodora Dostojewskiego - odpowiedział z pewną dumą. 

- Już nie bardzo pamiętam. Jakie to jest? 

Ledwie wypowiedziałem te słowa, już wiedziałem,  że takie pytanie jest 

świętokradztwem. 

- Mistrz rosyjski - odparł - głębiej niż ktokolwiek inny spenetrował labirynt 

słowiańskiej duszy. 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 6 

Ten retoryczny wysiłek wydał mi się dowodem, że się uspokoił. 

Zapytałem, czy zna inne książki mistrza. 

Wymienił dwie czy trzy, między innymi “Sobowtóra". 

Zapytałem, czy czytając je potrafił odróżnić postacie, podobnie jak i u Conrada, i czy 

ma zamiar przeczytać wszystkie jego dzieła. 

- Raczej nie - odrzekł dość zaskoczony. 

Zapytałem go, co pisze; odpowiedział,  że przygotowuje tomik wierszy, który ma 

zamiar nazwać “Czerwone hymny". Myślał również o tytule “Czerwone rytmy". 

- Czemu nie? - powiedziałem. - Masz znakomitych poprzedników. “Błękitny wiersz" 

Rubena Daria. “Szara piosenka" Verlaine'a. 

Nie słuchając mnie wyjaśnił,  że jego książka ma wyśpiewać braterstwo wszystkich 

ludzi. Poeta naszych czasów nie może odwracać się tyłem do swojej epoki. 

Zamyśliłem się i zapytałem, czy rzeczywiście czuje się bratem wszystkich. Na 

przykład wszystkich pracowników zakładów pogrzebowych, wszystkich listonoszy, 

wszystkich nurków, wszystkich tych, co mieszkają po parzystej stronie ulicy, wszystkich za-

chrypniętych i tak dalej. Odpowiedział,  że jego książka odnosi się do masy pariasów i 

uciśnionych. 

- Twoja masa pariasów i uciśnionych - odparłem — nie jest niczym innym jak 

abstrakcją. Tylko jednostki istnieją, jeżeli w ogóle ktoś istnieje. “Człowiek wczorajszy nie jest 

człowiekiem dzisiejszym", zawyrokował pewien Grek. My dwaj, na tej ławce w Genewie czy 

też w Cambridge, zapewne możemy być tego dowodem. 

Prócz surowych stronic Historii pamiętne wydarzenia obywają się bez pamiętnych 

zdań. Człowiek, który ma umrzeć, chce przypomnieć sobie jakiś wyryty w pamięci obraz z 

dzieciństwa; żołnierze przed pójściem do ataku mówią o błocie lub o kapralu. Nasza sytuacja 

była jedyna w swoim rodzaju i szczerze mówiąc nie byliśmy do niej przygotowani. My - 

oczywiście - mówiliśmy o literaturze; obawiam się zresztą,  że nie powiedziałem nic więcej 

niż to, co zazwyczaj mówię dziennikarzom. Moje alter ego wierzyło w wymyślenie lub 

odkrycie nowych metafor; ja - w te, które odpowiadają wewnętrznym zbliżeniom, poczuciu 

bliskości, i w te, jakie nasza pamięć zaakceptowała. Starość ludzi i zmierzch, sny i życie, 

płynięcie czasu i wody. Wyłożyłem mu tę opinię, którą po latach zamieści w książce. Niemal 

mnie nie słuchał. Nagle rzucił: - Jeżeli pan jest mną, jak wytłumaczyć, że zapomniał pan o 

swoim spotkaniu z pewnym starszym panem, który w roku 1918 powiedział panu, że też jest 

Borgesem? 

Nie pomyślałem o tej trudności. Odpowiedziałem bez przekonania: 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 7 

- Może było to tak niezwykłe, że postarałem się o tym zapomnieć. 

Zaryzykował nieśmiałe pytanie: 

- Jak z pańską pamięcią? 

Zrozumiałem,  że dla chłopca, który nie ma dwudziestu lat, człowiek przeszło 

siedemdziesięcioletni jest niemal nieboszczykiem. Odpowiedziałem: 

- Często bywa podobna do zapomnienia, ale zawsze jeszcze znajduje to, co powinna. 

Uczę się anglosaskiego i nie jestem w tym najgorszy. 

Jak na sen nasza rozmowa trwała już zbyt długo. Nagle przyszło mi coś do głowy. 

- Mogę ci natychmiast dowieść - powiedziałem - że ci się nie śnię. Posłuchaj tego 

wersetu, którego nigdy nie czytałeś, a który ja zapamiętałem. 

Powoli zacząłem deklamować przesławne zdanie: L'hydre-univers tordant son corps 

écaillé d'astres... 

Odczułem jego niemal przerażone zdumienie. Powtórzył zdanie szeptem, rozkoszując 

się każdym olśniewającym słowem. 

- To prawda - wybełkotał - nigdy nie byłbym w stanie napisać czegoś podobnego. 

Hugo nas zjednoczył. 

Przedtem powtarzał z zapałem, teraz to sobie przypominam, ów krótki wiersz, w 

którym Walt Whitman wspomina wspólną noc nad morzem, kiedy to był naprawdę 

szczęśliwy. 

- Jeśli Whitman to wyśpiewał - zauważyłem - to dlatego, że tego pragnął, a to nie 

nastąpiło. Poemat zyskuje, jeśli można się z niego domyślić, że jest wyrazem pragnienia, nie 

zaś kroniką faktu. 

Popatrzył na mnie. 

- Pan go nie zna! - wykrzyknął. - Whitman nie może kłamać! 

Pół wieku nie mija bezkarnie. Po naszej rozmowie, ludzi wielorakich lektur i 

odmiennych gustów, poznałem,  że nie możemy się zrozumieć. Byliśmy zbyt różni i zbyt 

podobni. Nie mogliśmy też oszukiwać się, to utrudnia dialog. Każdy z nas był karykaturalną 

kopią drugiego. Sytuacja była zbyt nienormalna, by mogła trwać  dłużej. Radzić czy też 

dyskutować też nie miało sensu, bo jego nieuniknionym przeznaczeniem było stać się tym, 

czym ja jestem. 

Niespodziewanie przypomniała mi się fantazja Coleridge'a. Ktoś śni, że wędruje przez 

raj, na dowód czego dostaje kwiat. Po obudzeniu trzyma ten kwiat w dłoni. 

Pomyślałem o podobnej sztuczce. 

- Posłuchaj - powiedziałem - czy masz jakieś pieniądze? 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 8 

- Tak - odparł. - Mam dwadzieścia franków. Zaprosiłem dziś wieczór Simona 

Żychlińskiego do “Crocodile'a". 

- Powiedz Simonowi, że poświęci się medycynie, że będzie praktykował jako lekarz w 

Carouge i zdziała wiele dobrego... a teraz daj mi trochę drobnych. 

Wyjął trzy srebrne monety i garstkę miedziaków. Nie rozumiejąc, dał mi jedną ze 

srebrnych. 

Podałem mu któryś z tych niebezpiecznych amerykańskich banknotów mających 

rozmaitą wartość przy jednakowej wielkości. Popatrzył nań zdumiony. 

- To niemożliwe! - krzyknął. - Jest na nim data 1964. 

(W wiele miesięcy później ktoś zwrócił mi uwagę, że na banknotach w ogóle nie ma 

dat). 

- To jakiś cud - wybąkał. - A cuda napawają strachem. Tych, co byli świadkami 

zmartwychwstania Łazarza, ogarnęło przerażenie. 

Nic się nie zmieniliśmy, pomyślałem. Zawsze odniesienia literackie. 

Podarł banknot i schował monetę. 

Ja postanowiłem rzucić swoją do rzeki. Srebrny łuk niknący w srebrnej rzece nadałby 

mojej historii jakiś obraz życia, ale los chciał inaczej. 

Odpowiedziałem,  że jeżeli coś nadnaturalnego zdarza się dwukrotnie, przestaje 

przerażać. Zaproponowałem, byśmy spotkali się nazajutrz na tej samej ławce, znajdującej się 

w dwóch różnych miejscach i w dwóch różnych epokach. 

Zgodził się natychmiast i powiedział, nie patrząc na zegarek, że nie ma już wiele 

czasu. Obaj kłamaliśmy i każdy z nas wiedział, że jego rozmówca kłamie. Dodałem, że mają 

tu przyjść po mnie. 

- Przyjść po pana? - zapytał. 

- Tak. Kiedy dojdziesz do mojego wieku, stracisz niemal całkowicie wzrok. Będziesz 

widział  żółtości, cienie, światła. Ale nie przejmuj się. Stopniowe tracenie wzroku nie jest 

tragiczne. Przypomina powolny letni zmierzch. 

Pożegnaliśmy się, nie podając sobie rąk. Nazajutrz nie poszedłem. On też pewnie nie 

przyszedł. 

Wiele myślałem nad tym spotkaniem, o którym nie opowiedziałem nikomu. Mam 

wrażenie, że znalazłem do niego klucz. Spotkanie było rzeczywiste, ale tamten rozmawiał ze 

mną we śnie i dlatego mógł o  mnie zapomnieć; ja rozmawiałem z nim na jawie i 

wspomnienie to wciąż jeszcze mnie niepokoi. 

Tamten śnił o mnie, choć niezupełnie o mnie. Śnił, teraz dopiero to rozumiem, o nie 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 9 

istniejącej dacie na dolarze. 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 

10 

 

Ulrica 

 

Hann tekr svenhit Gram ok 

leggr i methal theira bert 

Völsunga Saga, 27 

 

Moje opowiadanie będzie wierne rzeczywistości, a w każdym razie mojemu 

wspomnieniu rzeczywistości, co w końcu jest tym samym. Wypadki miały miejsce bardzo 

niedawno, ale wiem, że maniera literacka równa się manierze nadawania rysów przy-

padkowości i podkreślaniu emfazy. Chcę opowiedzieć o moim spotkaniu z Ulricą (nie znałem 

jej nazwiska i zapewne nie poznam go nigdy) w mieście York. Kronika ta obejmuje jedną noc 

i jeden ranek. Nic by mnie nie kosztowało nadmienić,  że zobaczyłem ją pierwszy raz obok 

“Pięciu sióstr Yorku", owych słynnych czystych, pozbawionych wszelkich obrazów witraży, 

jakie uszanowali obrazoburcy Cromwella, ale faktem jest, że poznaliśmy się w saloniku 

“Northern Inn", gospody leżącej poza murami miasta. Było tam zaledwie parę osób, a ona 

siedziała tyłem do mnie. Ktoś poczęstował ją kieliszkiem, lecz odmówiła. 

- Jestem feministką - powiedziała. - Nie chcę naśladować  mężczyzn. Nie lubię ich 

tytoniu ani alkoholu. 

Zdanie miało brzmieć dowcipnie i odgadłem,  że nie po raz pierwszy je wygłasza. 

Potem dowiedziałem się, że wcale nie było dla niej charakterystyczne, ale to, co mówimy, nie 

zawsze do nas pasuje. 

Opowiedziała, że spóźniła się do muzeum, ale wpuszczono ją, dowiedziawszy się, że 

jest Norweżką. 

Ktoś z obecnych skomentował: 

- Nie po raz pierwszy Norwegowie wchodzą do Yorku. 

- To prawda - przytaknęła. - Anglia należała do nas i straciliśmy ją, jeżeli w ogóle 

można coś mieć i w ogóle można coś stracić. 

Wtedy na nią popatrzyłem. Pewien werset Blake'a wspomina o dziewczynach z 

łagodnego srebra i szalonego złota, ale w Ulrice była mieszanina złota i łagodności. Była 

zręczna i wysoka, o drobnych rysach i szarych oczach. Większe wrażenie niż jej twarz zrobił 

na mnie wyraz spokojnej tajemniczości. 

Uśmiechała się  łatwo, a uśmiech wydawał się  ją oddalać. Nosiła się czarno, co jest 

rzadkie na północy, gdzie starają się rozweselać to, co samo otoczenie przygasza. Mówiła 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 

11 

poprawnie po angielsku, lekko akcentując literę “r". Nie jestem bystrym obserwatorem; to 

wszystko zauważyłem z czasem. 

Przedstawiono nas sobie. Powiedziałem, że jestem profesorem na Uniwersytecie Los 

Andes w Bogocie, Kolumbijczykiem - wyjaśniłem. 

Zapytała zamyślona: 

- Co to znaczy być Kolumbijczykiem? 

- Nie wiem - odpowiedziałem. - To akt wiary. 

- To tak jak być Norweżką - przytaknęła. 

Nie pamiętam  żadnych innych słów, jakie padły tej nocy. Nazajutrz wcześnie rano 

zszedłem do sali jadalnej. Przez szyby zobaczyłem,  że spadł  śnieg; równina gubiła się w 

świetle poranka. Nie było nikogo więcej. Ulrica zaprosiła mnie do swego stołu. Powiedziała, 

że lubi samotne spacery. 

Przypomniał mi się żart Schopenhauera i odpowiedziałem: 

- Ja także. Możemy więc wyjść razem. 

Oddaliliśmy się od domu, sunąc po świeżym śniegu. Na polach nie było żywej duszy. 

Zaproponowałem spacer do Thorgate, które leżało o parę mil w dół rzeki. Wiem, że już wtedy 

byłem w niej zakochany; nie zniósłbym nikogo innego u swego boku. 

Usłyszałem dalekie wycie wilka. Nigdy nie słyszałem, jak wyje wilk, ale wiem, że to 

był wilk. Ulrica się nie przelękła. 

Po chwili odezwała się, jakby myśląc głośno: 

- Niewielkie i prymitywne miecze, jakie widziałam wczoraj w York Minster, 

wzruszyły mnie bardziej niż wielkie okręty w muzeum w Oslo. 

Nasze drogi rozdzieliły się. Ulrica tegoż popołudnia wyjeżdżała do Londynu, ja - do 

Edynburga. 

- Na Oxford Street - powiedziała - pójdę śladem De Quinceya, który szukał swej Anny 

zagubionej w londyńskim tłoku. 

- De Quincey - odparłem - przestał jej szukać. Ja ciągle jej szukam. 

- Może - powiedziała półgłosem - teraz ją znalazłeś. 

Zrozumiałem, że rzecz nieoczekiwana przestała mi być wzbroniona, i ucałowałem jej 

usta i oczy. Odsunęła się ode mnie z łagodną stanowczością, a potem rzuciła: 

- Będę twoją w gospodzie w Thorgate. Proszę, nie dotykaj mnie teraz. Tak będzie 

lepiej. 

Dla człowieka samotnego w starszym wieku ofiarowana miłość jest darem, którego 

już się nie spodziewa. Cud ma prawo stawiać swoje warunki. Pomyślałem o swoich młodych 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 

12 

latach w Popayán i o pewnej dziewczynie z Teksasu, jasnej i smukłej jak Ulrica, która 

odmówiła mi swojej miłości. 

Nie popełniłem błędu zapytując, czy mnie kocha. Zrozumiałem,  że nie jestem 

pierwszy i że nie będę ostatni. Ta przygoda, może jedyna dla mnie, będzie jedną z wielu dla 

prześlicznej i stanowczej uczennicy Ibsena. 

Trzymając się za ręce, nadal rozmawialiśmy. 

- Wszystko to jest jak sen - powiedziałem - a ja nigdy nie śnię. 

- Jak ów król - odparła Ulrica - który nie śnił aż do chwili, gdy czarownik uśpił go w 

chlewie. 

Potem dodała: 

- Posłuchaj. Zaraz zaśpiewa ptak. 

Po chwili usłyszeliśmy śpiew. 

- W tych okolicach - powiedziałem - mówią, że ten, kto ma umrzeć, widzi przyszłość. 

- A ja mam umrzeć - dodała. 

Spojrzałem na nią zdumiony. 

- Idźmy na przełaj przez las - zaproponowałem. - Będziemy prędzej w Thorgate. 

- Las jest niebezpieczny - odparła. 

Poszliśmy pustymi polami. 

- Chciałbym, żeby ta chwila trwała zawsze - wyszeptałem. 

- “Zawsze" jest słowem niedozwolonym dla ludzi - stwierdziła Ulrica i ażeby uniknąć 

patosu, poprosiła, bym jeszcze raz powtórzył swoje nazwisko, którego nie dosłyszała. 

- Javier Otárola - powiedziałem. 

Próbowała je wymówić, ale nie potrafiła. Podobnie i ja pomyliłem się, powtarzając jej 

imię: Ulrikke. 

- Będę cię nazywała Zygfrydem - oznajmiła, uśmiechając się. 

- Jeżeli ja jestem Zygfrydem, ty jesteś Brunhildą. 

Zwolniła kroku. 

- Znasz sagę? - zapytałem. 

- No pewno - odparła. - Tragiczna historia, którą Niemcy zmarnowali w swych 

zapóźnionych “Nibelungach". 

Nie chciałem dyskutować i odpowiedziałem: 

- Brunhildo, idziesz tak powoli, jakbyś chciała, żeby między nami w łożu pojawił się 

miecz. 

Nagle znaleźliśmy się przed gospodą. Nie zdziwiło mnie, że nazywała się tak jak 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 

13 

tamta - “Northern Inn". 

Ze szczytu schodów Ulrica krzyknęła: 

- Słyszałeś wilka? Nie ma już wilków w Anglii. Spiesz się. 

Kiedy wchodziłem na pięterko, zauważyłem,  że  ściany wyklejone są tapetą  à la 

William Morris - głęboką czerwienią ze splatającymi się owocami i ptakami. Ulrica weszła 

pierwsza. Ciemny pokój był niski, mansardowy. Oczekiwane łoże odbijało się w lustrze, a 

ciemny mahoń przypominał mi zwierciadło z Pisma. Ulrica już się rozebrała. Zawołała mnie 

moim prawdziwym imieniem: Javier. Poczułem,  że  śnieżyca się wzmaga. Nie było już ani 

mebli, ani luster. Między nami nie było miecza. Czas sączył się niby piasek. W cieniu płynęła 

odwieczna miłość i po raz pierwszy i jedyny posiadłem obraz Ulriki. 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 

14 

 

Kongres 

 

Ils s'acheminerent vers un château immense, au frontis- 

pice duquel on lisait: “Je n'appartiens à personne 

et j'appartiens à tout le monde. Vous y étiez avant que 

d'y entrer, et vous y serez encore quand vous en sortirez". 

 

Diderot, “Jacques Le Fataliste et son Maître"

*

 

(1796)

 

 

Nazywam się Alejandro Ferri. W nazwisku mym pobrzmiewają wojownicze echa, ale 

nie skojarzenia z żelazem, symbolem chwały, ani wielki cień Macedończyka - zdanie 

pochodzi od autora “Marmurów", który zaszczycał mnie swoją przyjaźnią - nie przypomina w 

niczym szarego człowieczka, który kreśli te linijki na piętrze hoteliku przy ulicy Santiago del 

Estero, w południowej części miasta, pod żadnym względem nie przywodzącej już na pamięć 

jego dawnych dzielnic. Wkrótce skończę siedemdziesiąt ileś tam lat, nadal udzielam lekcji 

angielskiego garstce uczniów. Z powodu niezdecydowania, niedbalstwa czy z innych 

przyczyn nie ożeniłem się i teraz jestem sam. Nie doskwiera mi samotność; dość trudno jest 

znosić samego siebie i własne manie. Widzę, że się starzeję: nieomylną oznaką jest fakt, że 

nie interesują mnie ani nie zaskakują nowości, może dlatego że - jak stwierdzam - nie ma w 

nich nic specjalnie nowego, są to zawsze te same, skromne wariacje. Kiedy byłem młody, 

pociągały mnie zmierzchy, przedmieścia, nieszczęścia; teraz - poranki w centrum miasta i 

łagodny spokój. Już nie udaję Hamleta. Zapisałem się do partii konserwatywnej i do klubu 

szachowego, dokąd chodzę jako widz, i to nieraz roztargniony. Ciekawski może ekshumować 

z jakiegoś ciemnego kąta Biblioteki Narodowej przy ulicy Mexico egzemplarz mojego 

“Krótkiego studium analitycznego języka Johna Wilkinsa", dzieła, które należałoby wznowić, 

już choćby po to, żeby poprawić jego liczne błędy. Nowy dyrektor Biblioteki jest, jak mówią, 

literatem, który się poświęcił badaniom dawnych języków (jakby obecne nie były dość 

prymitywne) oraz demagogicznemu wychwalaniu wyimaginowanego Buenos Aires 

nożowników. Nigdy nie chciałem go poznać. Przybyłem do tego miasta w 1899 roku i jeden 

jedyny raz przypadek zetknął mnie z nożownikiem czy też z osobnikiem cieszącym się opinią 

nożownika. Jeżeli się nadarzy okazja, opiszę kiedyś ten epizod. 

                                                           

*

 “Skierowali się do... ogromnego zamku, nad którego bramą znajdował się napis: «Należę do nikogo i do 

wszystkich. Byliście tu, nimeście weszli, i będziecie jeszcze, skoro wyjdziecie»" - Denis Diderot, “Kubuś 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 

15 

Już mówiłem,  że jestem sam; parę dni temu sąsiad z hotelu, który słyszał, jak 

wspominam Fermina Egurena, powiedział mi, że zmarł on w Punta del Este. 

Śmierć owego człowieka, który z pewnością nigdy nie był mym przyjacielem, w jakiś 

uporczywy sposób nie przestawała mnie zasmucać. Wiem, że zostałem sam jako jedyny już 

na  świecie strażnik owego wydarzenia, Kongresu, którego wspomnienia nie będę mógł z 

nikim dzielić. Teraz jestem ostatnim członkiem Kongresu. To prawda, że każdy człowiek nim 

jest, że nie istnieje na planecie istota, która by nim nie była, ale ja jestem nim w inny sposób. 

Wiem,  że nim jestem: to mnie odróżnia od mych niezliczonych kolegów, obecnych i 

przyszłych. Jest prawdą, że siódmego lutego 1904 roku przysięgliśmy na to, co najświętsze - 

czyż jest na świecie coś  świętego lub coś, co by nie było  święte? - nie wyjawiać historii 

Kongresu, ale jest równie pewne, że fakt, który wyjawiam teraz, łamiąc przysięgę, jest także 

częścią Kongresu. To oświadczenie jest niejasne, ale może rozpalić ciekawość moich 

ewentualnych czytelników. 

W każdym wypadku zadanie, jakie sobie narzuciłem, nie jest łatwe. Nigdy nie 

trudniłem się, nawet w sposób epistolarny, gatunkiem narracyjnym, a poza tym - co z 

pewnością jest o wiele ważniejsze - historia, którą opowiadam, jest niewiarygodna. Pióro José 

Fernandeza Irali, niesłusznie zapomnianego poety, autora “Marmurów", było przeznaczone 

do tego dzieła, lecz dziś jest już za późno. Nie będę rozmyślnie przeinaczał faktów, ale 

przeczuwam, że lenistwo i niezręczność niejeden raz doprowadzą mnie do błędów. 

Dokładne daty nie mają znaczenia. Przypomnijmy sobie, że przybyłem z Santa Fe, 

mojej rodzinnej prowincji, w 1899 roku. Nigdy już tam nie wróciłem; przyzwyczaiłem się do 

Buenos Aires, miasta, które mnie nie pociąga, tak jak można przyzwyczaić się do własnego 

ciała lub do nie przemijającego bólu. Bez większych emocji przewiduję,  że niedługo umrę; 

wobec powyższego muszę opanować swój zwyczaj dygresji i trochę przyspieszyć tok 

opowiadania. Naszej osobowości - o ile takową posiadamy - nie zmieniają lata; ten sam 

impuls, który pewnej nocy skierował mnie do Kongresu Świata, zaprowadził mnie wcześniej 

do redakcji “Ultima Hora". Dla biednego chłopaka z prowincji dziennikarstwo wydaje się 

zawodem romantycznym, podobnie jak dla biednego chłopaka z miasta może wydawać się 

romantyczne  życie gaucza lub parobka na cudzej ziemi. Nie zawstydza mnie, że chciałem 

zostać dziennikarzem, choć to rutynowe zajęcie wydaje mi się dziś banalne. Pamiętam, jak 

mój kolega Fernandez Irala powiedział,  że dziennikarz pisze dla zapomnienia, podczas gdy 

chciałby pisać dla pamięci i czasu. Już wycyzelował (czasownik ten był wtedy w użyciu) 

kilka znakomitych sonetów, które później z małymi zmianami miały ukazać się na stronicach 

                                                                                                                                                                                     
Fatalista i jego pan", tłum. Tadeusz Żeleński-Boy. (Przyp. red.) 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 

16 

“Marmurów". 

Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy po raz pierwszy usłyszałem o Kongresie. Może 

było to owego popołudnia, gdy kasjer wypłacił mi pierwszą gażę, ja zaś, aby uświęcić ów 

dowód, że Buenos Aires mnie przyjęło, zaprosiłem Iralę, byśmy razem poszli coś zjeść. Ten 

wymówił się jednak, twierdząc, że nie może opuścić Kongresu. Natychmiast zrozumiałem, że 

nie chodzi tu o pretensjonalną budowlę zwieńczoną kopułą na końcu szerokiej, zamieszkanej 

przez Hiszpanów alei, lecz o coś bardziej tajemniczego i ważniejszego. Ludzie mówili o 

Kongresie, niektórzy z jawną niechęcią, inni zniżając głos, jeszcze inni z przejęciem i cie-

kawością, a w gruncie rzeczy - myślę - nikt nie wiedział, o co chodzi. W parę tygodni później, 

którejś soboty, Irala zaproponował mi, bym mu towarzyszył. Załatwił już, jak twierdził, 

niezbędne formalności. 

Było około dziewiątej czy też dziesiątej wieczór. W tramwaju powiedział mi, że 

zebrania wstępne odbywają się w soboty i że don Alejandro Glencoe, może z powodu mojego 

imienia, już wyraził zgodę. Weszliśmy do cukierni “Gas". Kongresmani, a było ich piętnastu 

lub dwudziestu, siedzieli wokół  długiego stołu. Nie wiem, czy było jakieś podium, czy też 

podsuwa je tylko moja pamięć. Natychmiast rozpoznałem przewodniczącego, choć nigdy go 

dotąd nie widziałem. Don Alejandro, o godnym wyglądzie, był już człowiekiem w latach, 

miał wysokie czoło, szare oczy i miedzianą brodę przetykaną siwymi nitkami. Widywałem go 

zawsze w ciemnym tużurku, złożone ręce zwykł opierać na lasce. Był silny i wysoki. Na lewo 

od niego siedział człowiek o wiele młodszy, również rudowłosy; intensywność tej radości 

przywodziła na myśl ogień, kolor brody pana Glencoe i jesienne liście. Po prawej siedział 

młody chłopak o podłużnej twarzy i czole dziwnie niskim, ubrany jak dandys. Wszyscy 

zamówili kawę, niektórzy absynt. Moje zdziwienie spowodowała obecność kobiety, jedynej 

pośród grona mężczyzn. Przy drugim końcu stołu siedział dziesięcioletni chłopiec w stroju 

marynarskim, który jednak szybko zasnął. Był tam również protestancki pastor, dwóch 

typowych  Żydów i jakiś Murzyn w jedwabnej chustce, w bardzo obcisłych spodniach, na 

wzór compadritos z ulicznych skrzyżowań. Przed chłopcem i Murzynem stały dwie filiżanki z 

czekoladą. Innych osób nie pamiętam, prócz pana Marcela del Mazo, człowieka o nader 

eleganckich manierach i pięknej wymowie, którego nigdy więcej nie zobaczyłem. 

Zachowałem zatartą fotografię jednego z zebrań, ale nie opublikuję jej, ubiory bowiem z owej 

epoki, fryzury i wąsy nadają tym postaciom groteskowy i niemal żałosny wygląd, który 

zafałszowałby całą scenerię. Wszelkie zgrupowania tworzą  własne rytuały, własne 

słownictwo; wydawało się, że życzeniem Kongresu, który dla mnie miał zawsze w sobie coś 

ze snu, jest, by kongresmani bez pośpiechu odkrywali cel, ku jakiemu dążą, a także imiona i 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 

17 

nazwiska kolegów; szybko zrozumiałem, że mym obowiązkiem jest niestawianie pytań, i nie 

zapytałem o nic Fernandeza Irali, który sam z siebie również nic mi nie powiedział. Nie 

opuściłem ani jednej soboty, ale minął miesiąc czy nawet dwa, zanim zrozumiałem. Od 

drugiego zebrania sąsiadem moim był Donald Wren, inżynier południowej linii kolejowej, 

który potem miał mi dawać lekcje angielskiego. 

Don Alejandro odzywał się rzadko; inni nie zwracali się doń wprost, ale czułem, że 

mówią dla niego i że szukają jego aprobaty. Wystarczał powolny gest ręką, aby temat debat 

się zmienił. Powoli odkryłem,  że rudzielec z lewej nosi dziwaczne nazwisko Twirl. 

Przypominam sobie jego kruchą sylwetkę, właściwość niektórych zbyt wysokich ludzi, 

sprawiających wrażenie, jakby wzrost przyprawiał ich o zawrót głowy, na skutek czego się 

garbią. Pamiętam, że lubił bawić się miedzianą busolą, którą co jakiś czas odstawiał na stół. 

Pod koniec 1914 roku zginął jako żołnierz piechoty w jakimś irlandzkim pułku. Po prawej 

siedział zawsze ów chłopak o niskim czole, Fer-min Eguren, siostrzeniec przewodniczącego. 

Nie wierzę w realistyczne metody, gatunek - jeżeli takie bywają - sztuczny; wolę od razu 

opowiedzieć to, co stopniowo zrozumiałem. Przedtem pragnę jednak przypomnieć 

czytelnikowi swoją ówczesną sytuację: byłem biednym chłopakiem z Casildy, chłopskim sy-

nem, który przybył do Buenos Aires i nagle się znalazł, tak to widziałem, w intymnym 

centrum miasta, a może nawet - świata. Pół wieku minęło i ciągle jeszcze czuję owo 

początkowe olśnienie, które z pewnością nie było ostatnie. 

A oto fakty: opowiem je możliwie zwięźle. Don Alejandro Glencoe, przewodniczący, 

był  właścicielem ziemskim z Urugwaju, z obszarów graniczących z Brazylią. Ojciec jego, 

pochodzący z Aberdeen, zapuścił korzenie na tym kontynencie w połowie zeszłego wieku. 

Przywiózł ze sobą setkę książek, jedynych, odważam się twierdzić, jakie don Alejandro 

przeczytał w ciągu swego życia. (Mówię o tych różnorodnych książkach, jakie miałem w 

ręku, jedna z nich bowiem leży u źródła mojej historii). Pierwszy Glencoe, umierając, 

pozostawił córkę i syna, który potem został naszym przewodniczącym. Córka wyszła za don 

Egurena i została matką Fermina. Don Alejandro pragnął w swoim czasie zostać 

deputowanym, ale przywódcy polityczni zamknęli przed nim drzwi kongresu urugwajskiego. 

Rozgniewał się i postanowił zorganizować inny Kongres, o szerszym zasięgu. Przypomniał 

sobie wyczytane na którejś z wulkanicznych stronic Carlyle'a przeznaczenie owego 

Anacharsisa Cloots, wyznawcy bogini mądrości, który na czele trzydziestu sześciu 

cudzoziemców przemawiał jako “orator rodzaju ludzkiego" przed zgromadzeniem w Paryżu. 

Za jego przykładem don Alejandro wymyślił projekt zorganizowania Kongresu Świata, który 

by reprezentował wszystkich ludzi i wszystkie narody. Jako miejsce zebrań wybrał cukiernię 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 

18 

“Gas"; inauguracja, przewidziana cztery lata później, miała odbyć się w majątku don 

Alejandra. Jak wielu Urugwajczyków, nie będących zwolennikami Artigasa, kochał on 

Buenos Aires, ale zdecydował,  że Kongres będzie się zbierał w jego ojczyźnie. Zasta-

nawiające, że zasadnicze założenia miały się sprawdzić z niemal magiczną dokładnością. 

Z początku mieliśmy diety nie do pogardzenia, ale zapał, z jakim Fernandez Irala, tak 

biedny jak i ja, zrezygnował ze swoich apanaży, porwał nas wszystkich i poszliśmy w jego 

ślady. Okazało się to zbawcze, jako że pomogło oddzielić plewy od ziarna; liczba 

kongresmanów zmniejszyła się, ale ci, co pozostali, byli wierni. Jedynym płatnym zajęciem 

była praca sekretarki, Nory Erfjord, która nie miała innych środków do życia i której robota 

była bardzo ciężka. Zorganizowanie jednostki obejmującej całą planetę to nie bagatelka. Listy 

i telegramy płynęły w tę i w tamtą stronę. Nadchodziły zgłoszenia z Peru, Danii, Hindustanu. 

Jakiś Boliwijczyk pisał, że jego ojczyzna pozbawiona jest dostępu do morza i że ten fatalny 

brak powinien być tematem jednej z pierwszych debat. 

Twirl, człowiek o dużej inteligencji, zauważył, że Kongres nasuwa pewne filozoficzne 

problemy. Planowanie zebrania reprezentującego wszystkich ludzi to zadanie podobne do 

obliczania archetypów platońskich, zagadki, która przez wieki absorbowała myślicieli. 

Sugerował, by nie posuwać się za daleko, gdyż don Alejandro Glencoe mógłby podjąć się nie 

tylko reprezentacji właścicieli ziemskich i Urugwajczyków, ale również prekursorów i 

miedzianobrodych, i siedzących w fotelu. Nora Erfjord była Norweżką. Czy miała 

reprezentować sekretarki czy Norweżki, czy po prostu wszystkie piękne kobiety? Czy 

wystarczał jeden inżynier, by reprezentować wszystkich inżynierów, nawet tych z Nowej 

Zelandii? 

Mam wrażenie, że wtedy właśnie włączył się Fermin. 

- Ferri będzie reprezentował gringos - powiedział, wybuchając śmiechem. 

Don Alejandro popatrzył na niego surowo i niespiesznie rzekł: 

- Pan Ferri jest reprezentantem imigracji, której praca wspomaga nasz kraj. 

Fermin Eguren zawsze mnie nie znosił. Był to człowiek nadzwyczaj z siebie dumny; 

pysznił się, że jest Urugwajczykiem, że przyciąga kobiety, że potrafi wybrać sobie drogiego 

krawca, że pochodzi z Basków, ludzi na marginesie historii, którzy trudnili się tylko jednym - 

dojeniem krów. 

Incydent niesłychanie trywialny przypieczętował naszą wzajemną wrogość. Po sesji 

Eguren zaproponował, byśmy udali się na ulicę Junin. Nie pociągało mnie to zbytnio, ale 

zgodziłem się, nie chcąc wystawiać się na jego drwiny. Poszliśmy wraz z Fernandezem Iralą. 

Wychodząc z budynku, minęliśmy jakiegoś rosłego mężczyznę. Eguren, z lekka wstawiony, 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 

19 

popchnął go. Tamten zagrodził nam przejście i powiedział: 

- Kto zechce wyjść, nadzieje się na ten nóż. 

Przypominam sobie błysk stali w ciemnościach sieni. Eguren, przerażony, rzucił się 

do tyłu. Ja też byłem w strachu, ale moja niechęć była silniejsza. Wsunąłem rękę pod pachę, 

jakbym chciał wyjąć broń, i stanowczym głosem rzuciłem: 

- Rozstrzygniemy to na ulicy. 

Nieznajomy już innym tonem odpowiedział: 

- Proszę, to jest mężczyzna. Chciałem tylko wypróbować was, przyjacielu. - Teraz 

uśmiechał się życzliwie. 

- Przyjaźń to już na pański rachunek - odparłem i wyszliśmy. 

Człowiek z nożem wszedł do burdelu. Potem powiedziano mi, że nazywa się Tapia 

czy też Paredes i że ma opinię awanturnika. Gdy wyszliśmy na ulicę, Irala, który nie stracił 

kontenansu, poklepał mnie po plecach i oświadczył z emfazą: 

- Wśród nas trzech znalazł się prawdziwy muszkieter. Twoje zdrowie, d'Artagnan! 

Fermin Eguren nigdy mi nie darował, że byłem świadkiem jego słabości. 

Czuję, że teraz, i to dopiero teraz, zaczyna się właściwa historia. Stronice już napisane 

odnotowały tylko warunki, jakie przypadek czy też przeznaczenie stworzyły, aby zaistniał 

niewiarygodny fakt, chyba jedyny w moim życiu. Don Alejandro Glencoe tkwił zawsze w 

samym  środku sprawy, ale ze zdumieniem i niepokojem stopniowo pojmowaliśmy,  że 

prawdziwym prezesem jest Twirl. Ten dziwaczny wąsacz schlebiał Glencoe, a nawet 

Ferminowi Egurenowi, choć w sposób tak przesadny, że mogło to wyglądać na kpiny; nie 

ośmieszało go to jednak i nie nadwerężało jego pozycji. Glencoe żył w blasku swojej fortuny. 

Twirl odgadł,  że aby przekonać go do jakiegoś projektu, wystarczy wspomnieć,  że jest on 

zbyt kosztowny. Z początku Kongres był, jak podejrzewam, tylko nieokreśloną nazwą; Twirl 

proponował ciągłe rozszerzanie go, na które don Alejandro zawsze przystawał. To było tak, 

jakbyśmy się znajdowali w środku rosnącego koła, które bez przerwy powiększa się i oddala. 

Oświadczył na przykład,  że Kongres nie może się obejść bez podręcznej biblioteki; 

Nierenstein, który pracował w księgarni, zaczął nabywać atlasy Justusa Perthesa i rozmaite 

obszerne encyklopedie, począwszy od “Historia naturalis" Pliniusza i “Speculum" 

Wincentego z Beauvais aż do labiryntów (odczytuję to słowo głosem Fernandeza Irali) uczo-

nych encyklopedystów francuskich i do encyklopedii brytyjskiej, Pierre'a Larousse'a, 

Brockhausa, Larsena oraz Montanera i Simona. Pamiętam, jak z szacunkiem gładziłem 

jedwabiste tomy pewnej encyklopedii chińskiej, której pięknie wyrobione litery wydawały mi 

się bardziej tajemnicze niż plamy na skórze lamparta. Jeszcze nie powiem, jaki koniec je 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 20 

czekał, ale z pewnością nad nim nie ubolewam. 

Don Alejandro polubił Iralę i mnie, może dlatego, że tylko my dwaj nie usiłowaliśmy 

mu schlebiać. Zaprosił nas na parę dni do swego majątku Kaledonia, gdzie rozpoczęli już 

prace murarze. 

Po długiej podróży w górę rzeki i po przeprawie promem stanęliśmy o świcie na 

drugim brzegu La Platy. Potem wiele nocy spędzaliśmy w oberżach, otwierając i zamykając 

zastawy przeprawialiśmy się przez ogrodzenia dla bydła w Cuchilla Negra. Jechaliśmy 

wolantem. Wieś wydała mi się jakaś większa i bardziej samotna niż ta, gdzie się urodziłem. 

Dotąd zachowałem w pamięci oba obrazy jego majątku: ten wymyślony i ten, który 

wreszcie ujrzały moje oczy. Bezsensownie wyobraziłem sobie, niby we śnie, niemożliwe 

połączenie równiny Santa Fe z czymś w rodzaju Wieży Ciśnień. Kaledonia była wielkim 

domiskiem z wypalanej gliny pokrytym dwuspadową strzechą, połączonym z ceglaną 

przybudówką. Dom ten wydał mi się stworzony, by stawić czoło niepogodom i upływającemu 

czasowi. Szorstkie mury były bardzo grube, drzwi wąskie. Nikomu nie przyszło do głowy, by 

w pobliżu posadzić choćby jedno drzewo. Był wystawiony zarówno na pierwsze, jak i na 

ostatnie promienie słońca. Zabudowania były z kamienia, liczne bydło chude, o długich 

rogach, zmierzwione końskie ogony sięgały ziemi. Po raz pierwszy poczułem zapach świeżo 

zarzynanych zwierząt. Przyniesiono wory sucharów. W parę dni później dowiedziałem się, że 

zarządca nigdy w swym życiu nie miał w ustach świeżego chleba. Irala zapytał o ubikację; 

don Alejandro szerokim gestem wskazał na cały horyzont. Noc była księżycowa, wyszedłem 

się przejść i wpadłem na niego, pilnował go nandu. 

Upał, który nie zmniejszył się z nastaniem nocy, był nie do zniesienia, wszyscy 

marzyli o odrobinie chłodu. Liczne niskie pokoje wydały mi się nie urządzone; nam 

wskazano izbę wychodzącą na południe, w której stały dwie prycze i komoda, a na niej srebr-

na miska i dzbanek. Zamiast podłogi było klepisko. 

Następnego dnia natknąłem się w bibliotece na trzy tomy Carlyle'a i poszukałem 

stronic poświęconych znakomitemu mówcy, rzecznikowi rodzaju ludzkiego, nazwiskiem 

Anacharsis Cloots, który przywiódł mnie do owego ranka, do owej samotności. Po śniadaniu, 

niczym nie różniącym się od obiadu, don Alejandro pokazał nam, jak posuwają się roboty. 

Przejechaliśmy milę konno po pustkowiu. Irala, który nie był zbyt dobrym jeźdźcem, spadł z 

konia. Zarządca zauważył bez uśmiechu: 

- Miastowy, a umie zsiadać. 

Z daleka zobaczyliśmy budowlę. Chyba ze dwudziestu ludzi pracowało nad czymś w 

rodzaju rozczłonkowanego amfiteatru. Przypominam sobie jakieś rusztowania i stopnie, przez 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 

21 

które widać było połacie nieba. 

Parokrotnie usiłowałem nawiązać rozmowę z gauczami, ale nic z tego nie wyszło. 

Jakimś sposobem wyczuwali własną odmienność. Między sobą porozumiewali się  gęgającą 

mieszaniną hispano-brazylijską. Bez wątpienia w ich żyłach płynęła krew indiańska i 

murzyńska. Byli krępi, silni. Ja wydawałem się w Kaledonii wysoki, co dotąd mi się nie 

zdarzało. Niemal wszyscy nosili chiripy

*

, niektórzy bufiaste spodnie. Mieli bardzo niewiele 

wspólnego z płaczliwymi postaciami z Hernandeza lub też Rafaela Obligado. Pod wpływem 

sobotnich pijatyk z łatwością stawali się napastliwi. Nie było między nimi kobiet, nigdy też 

nie usłyszałem dźwięku gitary. 

Bardziej niż ci ludzie znad granicy zainteresowała mnie całkowita zmiana, jaka 

nastąpiła w don Alejandrze. W Buenos Aires był to łagodny i pełen umiaru dżentelmen, w 

Kaledonii - surowy szef klanu, tak jak jego przodkowie. W niedzielę rano czytywał Pismo 

Święte robotnikom, którzy nie rozumieli z niego ani słowa. Pewnej nocy zarządca, młody 

chłopak, który przejął tę funkcję po swoim ojcu, przyszedł nas zawiadomić, że tutejszy chłop 

i jeden z robotników podźgali się nożami. Don Alejandro podniósł się bez pośpiechu. 

Podszedł do tłumu gapiów, broń, którą zawsze nosił przy sobie, podał zarządcy, dość 

zalęknionemu - jak mi się wydało - i wszedł między stalowe klingi. Usłyszałem rozkaz: 

- Rzućcie te noże, chłopcy. - Po czym równie spokojnym głosem dodał: - A teraz 

podajcie sobie ręce i pogódźcie się. Nie chcę tu żadnych awantur. 

Obydwaj posłuchali go. Następnego dnia dowiedziałem się, że zwolnił zarządcę. 

Czułem się osaczony przez samotność. Bałem się,  że nigdy nie wrócę do Buenos 

Aires. Nie wiem, czy Fernandez Irala podzielał moje lęki, ale mówiliśmy dużo o Argentynie i 

o tym, co będziemy robili po powrocie. Tęskniłem nie do zwykłych rzeczy, tylko na przykład 

do dwóch lwów, strzegących bramy przy ulicy Jujuy niedaleko placu Once, lub do świateł 

pewnego sklepu, którego usytuowania nie byłem pewien. Zawsze byłem dobrym jeźdźcem, 

teraz nabrałem zwyczaju dalekich konnych przejażdżek. Pamiętam wciąż pewnego deresza, 

którego sam siodłałem, a który już z pewnością nie żyje. Możliwe, że jakiegoś popołudnia lub 

wieczoru znalazłem się w Brazylii, granicę bowiem wytyczały tylko rzadko rozstawione 

słupki. 

Przestałem już liczyć dni, gdy któregoś wieczoru, podobnego do wszystkich innych, 

don Alejandro uprzedził nas: 

- Trzeba się wcześnie położyć, bo jutro wyjazd o świcie. 

Jadąc w dół rzeki, czułem się tak szczęśliwy,  że mogłem z czułością myśleć o 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 22 

Kaledonii. 

Wróciliśmy do naszych sobotnich zebrań. Na pierwszym z nich Twirl poprosił o głos. 

Za pomocą  właściwych sobie kwiecistych zwrotów retorycznych stwierdził,  że biblioteka 

Kongresu  Świata nie może ograniczać się do książek pomocniczych i że klasyczne dzieła 

narodowe we wszystkich językach są rodzajem świadectwa, którego brak może się okazać 

fatalny w skutkach. Jego propozycja została natychmiast przyjęta. Fernández Irala i doktor 

Cruz, profesor łaciny, wzięli na siebie misję wybrania odpowiednich tekstów. Twirl omówił 

już sprawę z Nierensteinem. W owych czasach nie spotkałoby się Argentyńczyka, który by 

nie marzył o Paryżu niby o wyśnionej utopii. Najniecierpliwszy z nas był Fermin Eguren, a 

zaraz po nim Fernandez Irala, choć z całkowicie odmiennych powodów. Dla autora 

“Marmurów" Paryż to był Verlaine i Leconte de Lisle; dla Egurena rozpustne dzielnice ulicy 

Junín w lepszym wydaniu. Podejrzewałem,  że dogadał się z Twirlem. Ów na najbliższym 

zebraniu poruszył kwestię  języków, jakimi będą się porozumiewali kongresmani, a także 

konieczność wybrania delegatów, którzy by pojechali jako oficjalni wysłannicy do Paryża i 

Londynu. Aby się nie zdradzić, początkowo wysunął moją kandydaturę, dopiero potem, po 

lekkim wahaniu, zgłosił swego przyjaciela Egurena. Don Alejandro, jak zawsze, zgodził się. 

Chyba pisałem już o tym, że w zamian za lekcje włoskiego Wren wprowadził mnie w 

nieogarnione tajniki angielskiego; ograniczył do minimum gramatykę i przysłowiowe 

“rozmówki" i od razu zabraliśmy się do poezji, której formy wymagają zwięzłości. Moim 

pierwszym zetknięciem z językiem, który potem miał wypełnić mi życie, było wspaniałe “Re-

quiem" Stevensona; potem przyszły ballady, które Percy objawił dostojnemu osiemnastemu 

wiekowi. Na krótko przed wyjazdem do Londynu doznałem olśnienia Swinburne'em, który 

sprawił, iż - acz z poczuciem winy - zwątpiłem w aleksandryny Irali. 

Przybyłem do Londynu w początkach stycznia 1902 roku; pamiętam wciąż pieszczotę 

śniegu, którego nigdy przedtem nie widziałem, a którego czar głęboko odczułem. Na 

szczęście udało mi się nie jechać razem z Egurenem. Zatrzymałem się w skromnym 

pensjonaciku na tyłach British Museum, całe dni spędzałem w bibliotece w poszukiwaniu 

mowy godnej Kongresu Świata. Nie zaniedbywałem języków uniwersalnych, zająłem się 

esperanto, które Lugones w “Lunario sentimental" określa jako “bezstronne, proste i 

oszczędne", oraz volapukiem, usiłującym wyczerpać wszystkie możliwości lingwistyczne, 

deklinując czasowniki i koniugując rzeczowniki. Brałem pod uwagę argumenty za i przeciw 

łacinie, do której nostalgia trwała nadal po wiekach. Zatrzymałem się nad analitycznym 

językiem Johna Wilkinsa, w którym określenie każdego słowa tkwi w literach, z jakich jest 

                                                                                                                                                                                     

*

 Tuniki noszone przez Indian Araukanas i gauczów. (Przyp. tłum.) 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 23 

uformowane. Pod kopułą owej sali poznałem Beatriz. 

Opisuję historię Kongresu Świata, nie zaś historię moją, Alejandra Ferri, lecz ta 

pierwsza obejmuje tę drugą, tak jak obejmuje wszystko inne. Beatriz była wysoka, smukła, o 

czystych rysach i rudych włosach, które mogły - choć nigdy tak się nie stało - przypomnieć 

mi włosy dwuznacznej postaci Twirla. Nie miała dwudziestu lat. Opuściła jakieś północne 

hrabstwo, by studiować literaturę na uniwersytecie. Pochodziła, tak jak i ja, ze skromnej 

rodziny. Naonczas w Buenos Aires pochodzenie włoskie nie było uważane za wykwintne; w 

Londynie odkryłem,  że dla wielu ma w sobie coś romantycznego. Wkrótce staliśmy się 

kochankami; poprosiłem, by została moją żoną, lecz Beatriz Frost, podobnie jak Nora Erfjord, 

była gorliwą wyznawczynią wiary głoszonej przez Ibsena i nie chciała z nikim się wiązać. Z 

jej to ust narodziło się słowo, jakiego nie ośmieliłem się wymówić. O noce, o letnie wspólnie 

dzielone ciemności, o miłości płynąca w mroku niby tajemna rzeka, o chwilo szczęścia, w 

której każde jest obojgiem, o niewinności i czystości tego szczęścia, o jedności, w której 

zatracaliśmy się, aby potem zatracić się we śnie, o pierwsze zorze dnia, podczas których na 

nią patrzyłem. 

Na wypalonej granicy Brazylii dokuczała mi nostalgia; inaczej czułem się w 

czerwonym labiryncie Londynu, który dał mi tak wiele. Pomimo pretekstów, jakie 

wymyślałem, by odsunąć wyjazd, musiałem wracać w końcu roku; wspólnie spędziliśmy Bo-

że Narodzenie. Obiecałem jej, że don Alejandro pozwoli jej przystąpić do Kongresu, 

odpowiedziała mi niewiążąco,  że chętnie pozna południową półkulę i że jakiś jej kuzyn, 

dentysta, osiedlił się w Tasmanii. Beatriz nie chciała odprowadzić mnie na statek. Pożegnania 

były według niej rodzajem bezsensownego uniesienia, celebrowaniem nieszczęścia, a ona 

była przeciwna wszelkiemu dramatyzmowi. Pożegnaliśmy się w bibliotece, w której 

poznaliśmy się poprzedniej zimy. Jestem człowiekiem tchórzliwym: nie zostawiłem jej swego 

adresu, gdyż chciałem oszczędzić sobie oczekiwania na listy. 

Zauważyłem, że podróż powrotna zazwyczaj trwa krócej niż droga w pierwszą stronę, 

ale ten rejs przez Atlantyk, pełen wspomnień i niepokoju, wydał mi się niezwykle długi. Nic 

nie bolało mnie bardziej niż myśl, że jednocześnie z moim Beatriz będzie przeżywała własne 

życie, minuta po minucie, noc po nocy. Napisałem wielostronicowy list, który podarłem, gdy 

odpływaliśmy z Montevideo. Przybyłem do kraju we czwartek; Irala czekał na mnie w porcie. 

Wróciłem owego dnia do swego dawnego mieszkania przy ulicy Chile, a nazajutrz łaziliśmy i 

gadaliśmy. Chciałem odzyskać Buenos Aires. Z ulgą dowiedziałem się,  że Fermin Eguren 

wciąż jeszcze przebywa w Paryżu; fakt, że wróciłem przed nim, mógł w jakiś sposób 

złagodzić moją długą nieobecność. 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 24 

Irala był zniechęcony. Fermin wydawał w Europie krocie i nie stosował się do 

ponawianych wciąż wezwań, by wracać natychmiast. Było to do przewidzenia. Jeszcze 

bardziej zaniepokoiły mnie inne nowiny; nie licząc się z opozycją Irali i Cruza, Twirl, 

powołując się na Pliniusza Młodszego, wedle którego nie było książek tak złych, by nie 

zawierały w sobie czegoś dobrego, zaproponował nabycie z kolekcji “La Prensa" trzech 

tysięcy czterystu egzemplarzy rozmaitych wydań “Don Kichota", całej korespondencji 

Balmesa, rozpraw uniwersyteckich, rachunków, biuletynów i programów teatralnych. 

“Wszystko jest świadectwem" - oznajmił. Nierenstein poparł go; don Alejandro “po trzech 

burzliwych sobotach" zaaprobował ten wniosek. Nora Erfjord zrezygnowała ze swego 

stanowiska sekretarki; miejsce jej zajął nowy członek, Karliński, człowiek Twirla. Olbrzymie 

paki gromadzono teraz, bez katalogów i fiszek, w pokojach położonych w głębi oraz w 

piwnicach wielkiego domiska don Alejandra. W początkach lipca Irala spędził tydzień w 

Kaledonii; murarze porzucili pracę. Zapytany, zarządca odpowiedział, że tak im rozkazał szef 

i że w końcu zawsze jest na wszystko dosyć czasu. 

W Londynie napisałem sprawozdanie, którego nie warto tu przytaczać. W piątek 

poszedłem przywitać się z don Alejandrem i wręczyć mu ów tekst. Towarzyszył mi 

Fernández Irala. Zmierzchało i do wnętrza domu napływał wiatr z pampy. Na wprost frontonu 

domu, od strony ulicy Alsina, stał wóz zaprzężony w trzy konie. Dotąd widzę ludzi zgiętych 

pod ciężarem pak, które składali na ostatnim patio. Komenderował nimi władczo Twirl. Jakby 

coś przeczuwając, znaleźli się tam również Nora Erfjord, Nierenstein, Cruz i Donald Wren 

oraz jeden czy dwóch kongresmanów. Nora uściskała mnie i ucałowała, a ten uścisk i ten 

pocałunek przywiodły mi na myśl inne. Dobrotliwy i wesoły Murzyn pocałował mnie w rękę. 

W jednym z pokoi otwarta była kwadratowa klapa w podłodze prowadząca do 

sutereny, ceglane stopnie ginęły w mroku. 

Nagle usłyszeliśmy kroki. Zanim go ujrzałem, wiedziałem, że to don Alejandro. Nie 

wszedł, ale raczej wbiegł. Miał zmieniony głos. Nie był to głos ani zrównoważonego 

dżentelmena, przewodniczącego naszym sobotnim zebraniom, ani głos feudała, właściciela 

majątku, który zmusza swych gauczów do przerwania bitki na noże i czytuje im Pismo 

Święte, bardziej jednak przypominał ten ostatni. 

Nie patrząc na nikogo, rozkazał: 

- Proszę wynieść to wszystko, co zostało złożone na dole. W suterenie nie może zostać 

ani jedna książka. 

Wykonanie zadania trwało niemal godzinę. Na klepisku ostatniego patia ułożyliśmy 

bardzo wysoki stos. Chodziliśmy tam i na powrót, jedynym, który się nie poruszył, był don 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 25 

Alejandro. 

Po czym padł rozkaz: 

- A teraz proszę to podpalić. 

Twirl był bardzo blady. Nierenstein wybełkotał: 

- Kongres Świata nie może się obejść bez tych drogocennych naukowych pomocy, 

które tak troskliwie wybierałem. 

- Kongres Świata? - powiedział don Alejandro. Roześmiał się gorzko, a nigdy 

przedtem nie słyszałem, żeby się śmiał. 

W niszczeniu tkwi jakaś tajemnicza rozkosz; płomienie rozbłysły hucząc, ludzie zaś 

przytulili się do murów lub schronili po pokojach. Noc, popiół i zapach spalenizny pozostały 

na patio. Przypominam sobie jakieś zabłąkane kartki; ocalone - teraz bieliły się na ziemi. 

Nora Erfjord, która kochała don Alejandra miłością, jaką  młode kobiety darzą starych 

mężczyzn, powiedziała, nie wiedząc właściwie, co mówi: 

- Don Alejandro wie, co robi. 

Irala, wierny literaturze, wypowiedział zdanie: 

- Co ileś wieków biblioteka aleksandryjska musi spłonąć. 

Potem doszło do nas niespodziewane oświadczenie: 

- Cztery lata czekałem na zrozumienie tego, co wam w tej chwili mówię. 

Przedsięwzięcie, które podjęliśmy, jest tak ogromne, że obejmuje - teraz już to wiem - cały 

świat. To nie jest sprawa dla kilku agitatorów, którzy sami siebie otumaniają, w szopach ja-

kiejś, hen daleko zagubionej estancji. Kongres Świata rozpoczął się w pierwszym momencie 

istnienia  świata i będzie trwał, gdy my staniemy się już prochem. Nie ma takiego miejsca, 

którego by nie obejmował. Kongres to książki, któreśmy spalili. Kongres to Kaledończycy, 

którzy rozbili legiony Cezarów. Kongres to Hiob na swym gnoju i Chrystus na Krzyżu. 

Kongres to ten nic niewart chłopak, który trwoni mój majątek z ladacznicami. 

Nie mogłem się powstrzymać i wykrzyknąłem: 

- Don Alejandro, ja też jestem winny. Miałem już skończone sprawozdanie, które 

panu przywiozłem, ale nadal w Anglii wydawałem pańskie pieniądze przez miłość do 

kobiety. 

Don Alejandro mówił dalej: 

- Podejrzewałem to, Ferri. Kongres to moje byki. Kongres to byki, które sprzedałem, i 

mile ziemi, która nie należy już do mnie. 

Rozległ się przerażony głos: był to głos Twirla. 

- Nie powie nam pan chyba, że sprzedał pan Kaledonię? 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 26 

Don Alejandro odpowiedział niespiesznie: 

- Tak, sprzedałem ją. Nie pozostała mi ani jedna piędź ziemi, ale nie boli mnie moja 

ruina, bo teraz rozumiem. Może się więcej nie zobaczymy, lecz Kongres już nas nie 

potrzebuje, tej zaś ostatniej nocy wyjdziemy razem, by popatrzeć na Kongres. 

Był pijany zwycięstwem. Jego pewność i wiara porwały nas. Nikt ani przez sekundę 

nie pomyślał, że zwariował. 

Na placu wsiedliśmy do dorożki. Usiadłem na koźle obok woźnicy, a don Alejandro 

rozkazał: 

- Objedziemy miasto, maestro. Niech pan nas wiezie, dokąd ma pan ochotę. 

Murzyn na stopniach nie przestawał się  uśmiechać. Nigdy się nie dowiem, czy 

cokolwiek zrozumiał. 

Słowa są symbolami, które zakładają wspólną pamięć. To, co teraz notuję, jest 

owocem wyłącznie mojej pamięci. Ci, co dzielili ją ze mną - pomarli. Mistycy wywołują różę, 

pocałunek, ptaka będącego wszystkimi ptakami, słońce będące wszystkimi gwiazdami i 

słońcem, dzban wina, ogród albo akt płciowy. Nie mogę posłużyć się  żadną z metafor, by 

opisać tę długą upojną noc, która opuściła nas zmęczonych i szczęśliwych, gdy wstały zorze. 

Niemal nie rozmawialiśmy, słychać było tylko skrzyp kół i stukot kopyt uderzających o 

kamienny bruk. Przed świtem, niedaleko wody cichej i ciemnej, którą może było Maldonado, 

a może Riachuelo, wysoki głos Nory Erfjord zaintonował balladę Patricka Spensa, a don 

Alejandro wtórował jej od czasu do czasu cicho i fałszywie. Angielskie słowa nie przyniosły 

mi obrazu Beatriz. Za moimi plecami Twirl wyszeptał: 

- Chciałem zła, a przynoszę dobro. 

Coś niecoś z tego, cośmy widzieli, wciąż istnieje - czerwonawy cmentarny mur 

Recolety,  żółta  ściana więzienia, dwóch mężczyzn tańczących z sobą na rogu ulicy, 

zakratowane patio wyłożone czarnymi i białymi kaflami niby szachownica, szlabany, mój 

dom, jakieś targowisko, niezgłębiona i wilgotna ciemność nocy - ale żadna z tych rzeczy 

ulotnych, które może były czymś innym, nie ma znaczenia. Ważne jest to, iż odczuliśmy, że 

nasz plan, z którego niejednokrotnie kpiliśmy, naprawdę sekretnie istnieje, że jest 

wszechświatem i nami. Nie mając nadziei, przez lata szukałem smaku owej nocy; czasem 

wydawało mi się, że odnajduję go w muzyce, w miłości, w niepewnej pamięci, ale nie wróciła 

nigdy prócz jednego ranka, gdy pojawiła mi się we śnie. Kiedy przysięgaliśmy, że nigdy nic 

nikomu o tym nie powiemy, była już sobota rano. 

Nie zobaczyłem więcej  żadnego z nich prócz Irali. Nigdy nie mówiliśmy o tym, co 

zaszło: każde nasze słowo byłoby profanacją. W 1914 roku don Alejandro Glencoe zmarł i 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 27 

został pochowany w Montevideo. Irala umarł na rok przed nim. 

Raz jeden minęliśmy się z Nierensteinem na ulicy Lima; udaliśmy, że się nie widzimy. 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 28 

 

There Are More Things 

 

Pamięci Howarda P. Lovecrafta 

 

Miałem właśnie składać ostatni egzamin na teksaskim uniwersytecie w Austin, kiedy 

dowiedziałem się, że mój stryj, Edwin Arnett, zmarł na zawał w zapadłym kącie na południu 

Argentyny. Odczułem to, co zazwyczaj odczuwamy, gdy ktoś umiera; rozpacz już zbędną, 

gdyż nic nas nie kosztowało być lepszym, niż jesteśmy. Człowiek zapomina, że sam jest 

umarłym, który rozmawia ze zmarłymi. Studiowałem filozofię; przypomniałem sobie, że to 

właśnie stryj, tam, w Czerwonym Domu pod Lomas, nie wymieniając  żadnego nazwiska, 

objawił mi jej piękne zawiłości. Podana na deser pomarańcza stawała się instrumentem, za 

pomocą którego wprowadzał mnie w idealizm Berkeleya; szachownica służyła do wy-

jaśnienia paradoksów eleatów. Wiele lat później pożyczył mi traktat Hintona, który chce 

dowieść istnienia czwartego wymiaru przestrzennego, hipotezy, jaką można udowodnić za 

pomocą rozmaitych kombinacji kolorowych sześcianów. Nie zapomnę pryzm i piramid, jakie 

ustawialiśmy na podłodze jego gabinetu. 

Mój stryj był inżynierem. Zanim przeszedł na emeryturę, pracował w kolejnictwie, 

postanowił osiąść w Turdera, która ofiarowywała mu niemal wiejską samotność i bliskie 

sąsiedztwo Buenos Aires. Nic łatwiejszego niż odgadnąć,  że jego architektem miał być 

najbliższy przyjaciel, Alexander Muir. Ten sztywny mężczyzna wyznawał sztywną doktrynę 

Knoxa; mój stryj, na wzór wszystkich panów owej epoki, był wolnomyślicielem lub raczej 

agnostykiem, ale interesowała go teologia, tak jak interesowały go zabawne sześciany 

Hintona lub ład koszmarów sennych młodego Wellsa. Lubił psy; miał wielkiego owczarka, 

którego nazwał Samuel Johnson na pamiątkę Lichfield, swego odległego rodzinnego 

miasteczka. 

Czerwony Dom stał na wzgórzu, otoczony od zachodu przez mokradła. Rosnące za 

żelaznym ogrodzeniem araukarie nie łagodziły jego masywnych zarysów. Zamiast tarasu miał 

dwuspadowy dach z czarnej dachówki i kwadratową zegarową wieżę, która wydała mi się 

przytłaczać mury, a także wąskie okna. Jako chłopiec przyjmowałem tę brzydotę, tak jak się 

przyjmuje nie pasujące do siebie rzeczy, które dlatego tylko, że współistnieją, noszą miano 

wszechświata. 

Wróciłem do kraju w 1921 roku. Dla uniknięcia wszelkich rodzinnych sporów dom 

został sprzedany na licytacji. Kupił go cudzoziemiec nazwiskiem Max Preetorius, podwajając 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 29 

najwyższą ofiarowaną sumę. Kiedy akt został podpisany, przyjechał o zachodzie w 

towarzystwie dwóch pomocników, którzy wraz z nim wyrzucali na pustkowie nieopodal 

drogi, jaką dawniej pędzono bydło, wszystkie meble, wszystkie książki i wszystkie domowe 

sprzęty. (Ze smutkiem wspominałem tomy Hintona i wielki globus). Następnego dnia poszedł 

porozmawiać z Muirem i zaproponował mu pewne przeróbki, co tamten z oburzeniem 

odrzucił. Ostatecznie podjęło się robót jakieś stołeczne przedsiębiorstwo. Miejscowi stolarze 

odmówili ponownego meblowania domu; na warunki proponowane przez Preetoriusa przystał 

wreszcie niejaki Mariani z Glew. Przez dwa tygodnie pracował nocą przy zamkniętych 

drzwiach. Również nocą nowy właściciel wprowadził się do Czerwonego Domu. Okien już 

nie otwierano, lecz w ciemnościach widać było przebłyski  światła. Pewnego dnia mleczarz 

natknął się na owczarka: leżał na bruku bez głowy i poćwiartowany. W zimie zrąbano 

araukarie. Nikt nigdy więcej nie widział Preetoriusa, który jakoby szybko opuścił kraj. 

Jak można się domyślić, te wieści mnie zaintrygowały. Wiem, że moją zasadniczą 

cechą jest ciekawość, która nieraz doprowadzała mnie do związku z zupełnie obcą kobietą 

tylko po to, by sprawdzić, kim jest i jaka jest, do zażywania (zresztą bez specjalnych 

rezultatów) laudanum, do ekstrapolacji liczb nieskończonych lub do przedsięwzięcia 

straszliwej przygody, o której tu opowiem. Na skutek tego wszystkiego powziąłem fatalną 

decyzję przebadania całej sprawy. 

Pierwszym posunięciem było zobaczenie się z Alexandrem Muirem. Pamiętałem go 

jako trzymającego się prosto, ciemnowłosego mężczyznę, szczupłego szczupłością, która nie 

wyklucza siły; lata przygarbiły go, krucza broda zaś poszarzała. Przyjął mnie w swym domu 

w Temperley, nader podobnym - co było do przewidzenia - do domu stryja, jako że oba 

odpowiadały solidnym zasadom dobrego poety i złego architekta, jakim był William Morris. 

Rozmowa była powściągliwa; nie na darmo symbolem Szkocji jest oset. Niemniej 

jednak zrozumiałem,  że mocna cejlońska herbata i spory półmisek drożdżowych bułeczek 

(które mój gospodarz przełamywał i smarował mi, jakbym był jeszcze dzieckiem) były w 

istocie wspaniałym kalwińskim festynem na cześć siostrzeńca przyjaciela. Teologiczne spory 

tych dwóch panów były w gruncie rzeczy niby długa partia szachów, wymagająca współpracy 

obu graczy. 

Czas mijał, ale nie dotykaliśmy sprawy, o którą mi chodziło. Nastąpiło kłopotliwe 

milczenie, wreszcie Muir zagaił: 

— Młodzieńcze (Young man) - powiedział - nie po to przyjechał pan do mnie, byśmy 

mówili o Edwinie czy też o Stanach Zjednoczonych, kraju, który w dodatku niezbyt mnie 

interesuje. To, co spędza panu sen z powiek, to sprzedaż Czerwonego Domu i ów 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 30 

niecodzienny kupiec. Mnie także. Szczerze mówiąc, nie podoba mi się ta cała historia. 

Opowiem panu tyle, ile wiem, niestety nie ma tego wiele. 

Po chwili przerwy znowu zaczął mówić: 

- Przed samą  śmiercią Edwina burmistrz wezwał mnie do swego biura. Był w 

towarzystwie proboszcza. Zaproponowali mi zrobienie projektu katolickiej kaplicy, 

zaznaczając, że bardzo dobrze mi zapłacą. Z miejsca odmówiłem: jestem sługą bożym i nie 

mogę przykładać ręki do ołtarzy stawianych bożkom. 

Tu przerwał. 

- To wszystko? - ośmieliłem się zapytać. 

- Nie. Z kolei ten gudłaj Preetorius chciał, bym zburzył moje dzieło i na jego miejsce 

wystawił coś monstrualnego. Ohyda umie przybierać rozmaite kształty. 

Słowa te wymówił z powagą i podniósł się z miejsca. 

Gdy byłem już na ulicy, podszedł do mnie Daniel Iberra. Znaliśmy się tak, jak znają 

się ludzie pochodzący z tego samego miasteczka. Zaproponował wspólny spacer. Nigdy nie 

interesowali mnie plotkarze i przygotowałem się na ponurą litanię sklepikarskich historyjek, 

ordynarnych i częściowo apokryficznych, ale zrobiłem dobrą minę do złej gry i zgodziłem się 

na jego propozycję. Był późny wieczór. Kiedy w pewnej chwili na wzgórzu wyłonił się Czer-

wony Dom, Iberra niespodziewanie zmienił kierunek. Zapytałem go o powód. Jego 

odpowiedź była inna, niż przewidywałem. 

- Jestem prawą ręką don Felipe. Wiadomo, że nigdy nie byłem tchórzem. Pamiętasz 

pewnie tego chłopaka nazwiskiem Urgoiti, który specjalnie przyjechał z Merlo, żeby się ze 

mną zmierzyć, i pamiętasz, co się z nim stało. Więc teraz posłuchaj. Parę nocy temu 

wracałem z zabawy. O kilka sążni od ogrodu zobaczyłem coś. Koń stanął dęba i gdybym go 

nie przytrzymał i nie zmusił do skręcenia w boczną uliczkę, dziś nie opowiadałbym ci tego, 

co słyszysz. To, co zobaczyłem, nie da się opisać. 

Rozdrażniony zaklął brzydko. 

Owej nocy nie mogłem zasnąć. Nad ranem przyśnił mi się sztych w rodzaju grafik 

Piranesiego, którego nie znałem albo jeżeli widziałem, to zapomniałem o tym, 

przedstawiający labirynt. Był to kamienny amfiteatr otoczony cyprysami, sięgający wyżej niż 

ich wierzchołki. Nie miał drzwi ani okien, tylko nie kończący się szereg wąskich pionowych 

nacięć. Za pomocą lupy usiłowałem dojrzeć minotaura, wreszcie go spostrzegłem. Był to 

potwór nad potworami. Miał w sobie mniej z byka niż z bizona, leżące zaś na ziemi ciało 

ludzkie wydawało się spać i śnić. O czym śniło, o kim? 

Następnego popołudnia znalazłem się na wprost Czerwonego Domu. Brama w 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 

31 

ogrodzeniu była zamknięta, niektóre pręty pokrzywione. To, co niegdyś było ogrodem, stało 

się gęstwiną dzikich chaszczy. Na prawo był niezbyt głęboki rów o rozdeptanych brzegach. 

Został mi już tylko jeden sposób, który odkładałem z dnia na dzień, nie tylko dlatego, 

że wydawał mi się nieskuteczny, ale też dlatego, że mógł przywieść mnie do tego, co 

nieuniknione, co ostateczne. 

Bez specjalnej nadziei pojechałem do Glew. Stolarz Mariani był już niemłody; 

różowy, tęgi Włoch, kordialny i wulgarny zarazem. Sam jego widok wystarczył mi, by 

zrezygnować z fortelu, jaki sobie zaplanowałem. Podałem mu wizytówkę, którą z pompą 

przeliterował na głos, przy czym z szacunkiem zająknął się przy słowie “doktor". 

Powiedziałem, że interesują mnie meble, jakie robił do posiadłości mojego stryja w Turdera. 

Wtedy zaczął mówić bez końca. Nie będę próbował powtarzać  wszystkich  jego  słów, 

połączonych z gestykulacją, w sumie wyjaśnił mi, że jego zadaniem jest spełnianie choćby 

najdziwniejszych  życzeń klienta i dokładne wykonanie tego, co mu zostało polecone. 

Pogrzebał w szufladach i pokazał mi jakieś papiery, z których nic nie zrozumiałem, podpisane 

przez nieuchwytnego Preetoriusa. (Najprawdopodobniej wziął mnie za adwokata). Kiedyśmy 

się żegnali, zwierzył mi się, że za żadne skarby świata nie postawiłby więcej nogi w Turdera, 

a już na pewno nie w tym domu. Dodał,  że klient ma zawsze rację, ale że jego skromnym 

zdaniem pan Preetorius jest obłąkany. Po czym zamilkł, jakby żałował tego, co powiedział. 

Nic więcej nie udało mi się z niego wyciągnąć. 

Przewidywałem,  że wiele z tego wszystkiego nie wyniknie, ale co innego jest 

przewidywać, a co innego ponieść porażkę. 

Wielokrotnie mówiłem sobie, że jedyną tajemnicą jest czas, ten nie kończący się 

wątek z wczoraj, dziś, przyszłości, zawsze i nigdy. Te głębokie refleksje okazały się 

niepotrzebne; poświęcając popołudnia, studiowałem Schopenhauera albo Royce'a; całe noce 

krążyłem po bitych drogach wokół Czerwonego Domu. Czasem widziałem na piętrze światło 

dziwnie białe, kiedy indziej wydawało mi się,  że słyszę jakieś  jęki. Tak trwało do 

dziewiętnastego stycznia. 

Był to jeden z tych argentyńskich dni, kiedy człowiek czuje się nie tylko 

zmaltretowany i zniszczony przez upał, lecz wręcz upodlony. Była może jedenasta w nocy, 

kiedy rozpętała się burza: najpierw południowy wiatr, a potem ulewa. Błądziłem, poszukując 

jakiegoś drzewa. W nagłym  świetle błyskawicy zobaczyłem,  że stoję o parę kroków od 

ogrodzenia. Nie wiem już, z lękiem czy też z nadzieją spróbowałem, czy brama jest otwarta. 

Niespodziewanie ustąpiła. Ruszyłem przed siebie gnany przez burzę. Niebo i ziemia 

sprzysięgły się przeciw mnie. Również drzwi domu były uchylone. Uderzenie deszczu 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 32 

chlasnęło mnie w twarz i wszedłem. 

Wewnątrz usunięto posadzki, stąpałem więc po nierówno rosnących kępach trawy. 

Jakiś zapach słodkawy i mdlący przenikał cały dom. Na lewo czy też na prawo, sam już nie 

wiem, natknąłem się na kamienną balustradę. Pospiesznie wszedłem na górę. Niemal nie 

myśląc, przekręciłem kontakt. 

Jadalnia i biblioteka z mych wspomnień były teraz, po zburzeniu ścianki działowej, 

jedną olbrzymią pustą izbą z jakąś resztką mebli. Nie będę usiłował ich opisać, bo nie jestem 

pewien, czy rzeczywiście je widziałem, mimo bezlitosnego białego światła. Chcę wyjaśnić, że 

aby coś zobaczyć, trzeba to zrozumieć. Fotel przewiduje ciało ludzkie, jego gesty, kształty, 

tak jak nożyczki - czynność krojenia. Cóż powiedzieć o lampie, o pojeździe? Dziki nie może 

zrozumieć Biblii misjonarza, pasażer inaczej postrzega olinowanie statku niż załoga. 

Gdybyśmy naprawdę zobaczyli wszechświat, może pomogłoby to nam ogarnąć go umysłem. 

Ni jeden z bezsensownych kształtów, jakie udało mi się zobaczyć tej nocy, nie 

odpowiadał ciału ludzkiemu ani też żadnemu zastosowaniu, jakie bylibyśmy w stanie pojąć. 

Poczułem obrzydzenie i przerażenie. W jednym z kątów zauważyłem ustawioną prostopadle 

drabinę wiodącą na wyższe piętro. Pomiędzy nie więcej niż dziesięcioma żelaznymi szczebla-

mi pozostawione były puste, nierówne przestrzenie. Ta drabina, postulująca wchodzenie za 

pomocą  rąk i nóg, była zrozumiała i w jakiś sposób przyniosła mi ulgę. Zgasiłem światło i 

przez pewien czas czuwałem w ciemnościach. Nie słyszałem najlżejszego dźwięku, ale 

przenikała mnie świadomość obecności rzeczy niepojętych. Wreszcie się zdecydowałem. 

Gdy już znalazłem się na górze, moja lękliwa ręka po raz drugi przekręciła kontakt. 

Koszmar, jaki zapowiadało niższe piętro, w całej okazałości kwitł na drugim. Było tam wiele 

przedmiotów, a może tylko kilka, lecz jednych w drugich. Teraz przypominam sobie coś w 

rodzaju długiego stołu operacyjnego, bardzo wysokiego, w kształcie litery U, z okrągłymi 

wyżłobieniami na końcach. Przyszło mi do głowy,  że jest to łoże mieszkańca tego domu, 

którego potworna anatomia tak właśnie się przedstawia, niby anatomia zwierzęcia lub boga, 

nie bezpośrednio jednak, lecz poprzez swój cień. Z jakiejś przed laty czytanej, zapomnianej 

stronicy Lukiana przypłynęła ku mnie nazwa amfisbena,  która sugerowała to, co widziały 

moje oczy, lecz w żadnym razie tego nie wyczerpywała. Przypominam sobie również lustra w 

kształcie litery V, ginące w panujących w górze ciemnościach. 

Kim był mieszkaniec? Czego szukał na tej planecie nie mniej straszliwej dla niego niż 

dla nas? Z jakich tajemnych zakamarków astronomii czy też czasu, z jakiego dawnego, dziś 

nie do pojęcia, zmierzchu zjawił się na owym południowo-amerykańskim przedmieściu tej 

właśnie nocy? 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 33 

Poczułem się intruzem wśród chaosu. Deszcz już ustał. Spojrzałem na zegarek i ze 

zdumieniem zobaczyłem,  że dochodzi druga. Zostawiłem zapalone światło i ostrożnie 

zacząłem schodzić. Zejść  tędy, którędy wszedłem, nie wydawało się niemożliwe. Zejść, 

zanim mieszkaniec powróci. Doszedłem do wniosku, że nie zamknął drzwi, bo nie wiedział, 

jak to się robi. 

Moja noga dotykała przedostatniego szczebla drabiny, kiedy poczułem, że wchodzi po 

niej coś, co jest przytłaczające, powolne, mnogie. Ciekawość przemogła strach i nie 

zamknąłem oczu. 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 34 

 

Sekta Trzydziestu 

 

Oryginalny manuskrypt obejrzeć można w bibliotece uniwersyteckiej w Lejdzie; jest 

po  łacinie, ale pewne hellenistyczne naleciałości usprawiedliwiają podejrzenie, że został 

przetłumaczony z greckiego. Według Leiseganga pochodzi z IV wieku ery chrześcijańskiej. 

Gibbon wspomina o nim przelotnie w jednej z not odnoszących się do XV rozdziału “Decline 

and Fall". 

 

Oto co mówi anonimowy autor: 

“...Sekta ta nigdy nie była liczna, a i teraz ma bardzo niewielu wyznawców. 

Zdziesiątkowani przez ogień i żelazo śpią na poboczach dróg albo w ruinach, jakie się ostały 

po wojnie, nie wolno im bowiem budować domów. Zazwyczaj chodzą nago. Fakty zarejestro-

wane przez moje pióro są ogólnie znane; moim celem jest pozostawienie pisemnego 

świadectwa temu, co udało mi się odkryć w związku z ich doktryną i zwyczajami. Długo 

dyskutowałem z ich mistrzami, ale nie zdołałem nawrócić ich na wiarę w Boga. 

Pierwszą rzeczą, jaka zwróciła moją uwagę, była różnorodność ich wierzeń na temat 

tego, co dotyczy zmarłych. Najprostsi uważają,  że duchy tych, którzy przestali żyć, same 

zajmują się grzebaniem własnych ciał; inni, mniej ortodoksyjni, są zdania, że polecenie 

Chrystusa: «Niechaj umarli grzebią swe umarło»

*

, potępia pompatyczną próżność naszych 

obrzędów pogrzebowych. 

Rada, aby sprzedać, co się ma, i rozdać to biednym, jest gorliwie wypełniana przez 

wszystkich; pierwsi obdarowani oddają to, co dostali, następnym, ci z kolei następnym. Oto 

wystarczające wytłumaczenie ich ubóstwa i nagości, zbliżającej ich do stanu rajskiego. Z 

zapałem powtarzają słowa: «Wejrzyjcie na ptaki niebieskie, iż nie sieją ani żną, ani zbierają 

do gumien, a Ojciec wasz niebieski żywi je. Azażeście wy niedaleko ważniejsi niż one?» 

Tekst zakazuje im oszczędzania: «A jeśli trawę polną, która dziś jest, a jutro będzie w piec 

wrzucona, Bóg tak przyodziewa, jakoż daleko więcej was małej wiary? Nie troszczcież się 

tedy, mówiąc: Cóż będziem jeść albo co będziem pić?» Przykazanie: «Iż wszelki, który patrzy 

na niewiastę, aby jej pożądał, już ją scudzołożył w sercu swoim», jest nieomylnym nakazem 

czystości. Tymczasem wielu sekciarzy twierdzi, że skoro nie ma pod niebem ani jednego 

człowieka, który by nie popatrzył pożądliwie na kobietę, wszyscyśmy cudzołożyli. Jako że 

pragnienie czynu jest równie grzeszne jak sam czyn, sprawiedliwi mogą bez ryzyka oddawać 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 35 

się najstraszniejszej rozpuście. 

Sekta unika kościołów; jej kapłani głoszą kazania na świeżym powietrzu, ze wzgórza, 

z jakiegoś murku, czasem ze stojącej na brzegu morza barki. 

Nazwa sekty wywoływała rozmaite przypuszczenia. Jedno z nich mówi, że jest to 

liczba, do jakiej ograniczeni są wierni, liczba niewielka, lecz prorocza, sekta bowiem z 

powodu swej perwersyjnej doktryny skazana jest na zagładę. Inne wyprowadzają  ją z 

wysokości arki, która miała trzydzieści  łokci; inne, fałszujące astronomię, z liczby nocy 

będących sumą księżycowego miesiąca; inne ze chrztu Zbawiciela; jeszcze inne z wieku 

Adama, gdy powstał z czerwonej gliny. Wszystkie są równie fałszywe. Nie mniej kłamliwy 

jest katalog trzydziestu boskości lub tronów, z których jednym jest Abraksas wyobrażony z 

głową koguta, ramionami i torsem człowieka, a odwłokiem zwiniętego węża. 

Bezcenny dar głoszenia Prawdy - chociaż ją znam - nie został mi dany. Niechaj inni, 

szczęśliwsi ode mnie, zbawiają sekciarzy słowem. Słowem lub ogniem. Lepiej jest zostać 

straconym niż zadać sobie samemu śmierć. Ograniczę się więc do wyłożenia straszliwej 

herezji. 

Słowo stało się ciałem, aby być człowiekiem wśród ludzi, którzy ukrzyżują Go, a 

potem zostaną przez Niego zbawieni. Narodził się z żywota kobiety z ludu wybranego nie 

tylko po to, by głosić miłość, ale również by zostać męczennikiem. 

Nie wolno, by te sprawy zostały zapomniane. Nie wystarczyła śmierć żywej istoty od 

żelaza czy od cykuty, aby wstrząsnąć wyobraźnią ludzką do końca naszych dni. Zrządzeniem 

Pana wydarzenia nabrały patosu. Oto co tłumaczy Ostatnią Wieczerzę, słowa Jezusa 

zapowiadające wydanie Go, wielokrotny znak dawany jednemu z uczniów; błogosławieństwo 

chleba i wina, zaparcie się Piotra, samotne czuwanie w Getsemani, sen dwunastu apostołów, 

ludzką modlitwę Syna Człowieczego, krwawy pot, miecze, zdradziecki pocałunek, Piłata 

umywającego ręce, biczowanie, szydzenie, cierniem koronowanie, purpurę i berło z trzciny, 

ocet i żółć, krzyż na wzgórzu, obietnicę daną dobremu łotrowi, trzęsienie ziemi i ciemności. 

Boskie miłosierdzie, jakiemu zawdzięczam tyle łask, pozwoliło mi odkryć prawdziwą 

i tajemną przyczynę nazwy sekty. W Kariocie, gdzie najprawdopodobniej powstała, przetrwał 

klasztor zwany klasztorem trzydziestu srebrników. To była najwcześniejsza nazwa i ona daje 

nam klucz. W tragedii Krzyża - piszę to z należną czcią - byli aktorzy świadomi i 

nieświadomi, wszyscy nieodzowni, wszyscy nieuniknieni. Nieświadomi byli kapłani, którzy 

wręczyli srebrniki, nieświadomy był motłoch, który wybrał Barabasza, nieświadomy był 

prokurator Judei, nieświadomi byli Rzymianie, co wznieśli Krzyż, na którym On miał ponieść 

                                                                                                                                                                                     

*

 Wszystkie cytaty z Nowego Testamentu (Ewangelia św. Mateusza) w dum. Jakuba Wujka. (Przyp. red.) 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 36 

mękę, i wbili gwoździe, i rzucili kości o Jego szaty. Świadomych było tylko dwóch: 

Odkupiciel i Judasz. Ten ostatni rzucił trzydzieści sztuk srebra, będących ceną zbawienia 

dusz, i natychmiast się powiesił. Miał wówczas trzydzieści trzy lata, tak jak Syn Człowieczy. 

Sekta czci ich jednakowo, a innych rozgrzesza. 

Nie ma winnego; nie ma ani jednego, który by świadomie, czy też nieświadomie, był 

wykonawcą planu, jaki nakreśliła Mądrość. Teraz wszyscy spoczywają w Chwale. 

Ręka odmawia mi opisania drugiej potworności. Wtajemniczeni, skończywszy ów 

wiek, każą wyszydzić się i ukrzyżować na wzgórzu, aby iść  śladem swoich mistrzów. To 

zbrodnicze pogwałcenie piątego przykazania musi zostać ukarane poprzez zastosowanie 

rygorów, jakich prawa ludzkie i boskie zawsze wymagały. Oby przekleństwa firmamentu, 

oby nienawiść aniołów..." 

Zakończenia manuskryptu nie odnaleziono. 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 37 

 

Noc darów 

 

Historię  tę usłyszeliśmy w starej kawiarni “Pod Orłem", na skrzyżowaniu Floridy i 

Piedad. 

Rozmawiano o problemie poznania. Ktoś wspomniał platońską tezę twierdzącą,  że 

wszystko widzieliśmy już w poprzednim świecie, tak że zawsze poznawanie jest 

rozpoznawaniem; zdaniem - chyba -mojego ojca Bacon napisał, że jeśli dowiadywać się, to 

znaczy przypominać sobie, w takim razie nie wiedzieć czegoś, znaczyłoby o tym zapomnieć. 

Inny rozmówca, jakiś stary pan, być może trochę zagubiony w tej metafizyce, zdecydował się 

zabrać głos. Powiedział wolno i z przekonaniem: 

- Nie do końca pojmuję, czym są platońskie archetypy. Nikt nie pamięta, kiedy po raz 

pierwszy zobaczył żółć czy czerń ani gdy po raz pierwszy zachciało mu się zjeść jakiś owoc, 

może dlatego, że był wtedy za mały i nie wiedział, iż właśnie zapoczątkowuje bardzo długi 

szereg. Natomiast istnieją inne pierwsze doświadczenia, których się nie zapomina. Mógłbym 

wam opowiedzieć, co mi dała pewna kwietniowa noc 1874 roku, która wyryła się w mej 

pamięci. 

 

Dawniej lato bywało jakieś  dłuższe; sam nie wiem, dlaczego zatrzymaliśmy się tak 

długo w majątku naszych krewnych, Dornów, o parę mil od Lobos. W owym czasie jeden z 

parobków, Rufino, zaczął wprowadzać mnie w wiejskie obyczaje. Ukończyłem właśnie 

trzynaście lat, on był trochę starszy i uchodził za chłopaka pełnego animuszu; kiedy 

bawiliśmy się w “znaczenie sadzą", zawsze jego przeciwnik miał na twarzy czarny ślad. 

Któregoś piątku zaproponował mi, żebyśmy w sobotę wieczór poszli na zabawę do 

miasteczka. Rzecz jasna, zgodziłem się, choć nie bardzo wiedziałem, jakie nas tam czekają 

rozrywki. Uprzedziłem go, że nie umiem tańczyć, odparł,  że  łatwo się tego nauczyć. Po 

kolacji, około wpół do ósmej, wyszliśmy. Rufino wystroił się jak na święto i zabrał srebrny 

sztylecik, ja zaś nie wziąłem mojego kozika, bojąc się narazić na śmieszność. Niezadługo 

pojawiły się pierwsze domy. Znacie, panowie, Lobos? Zresztą to nie ma znaczenia; wszystkie 

prowincjonalne miasta są identyczne nawet w tym, że każde uważa się za coś zupełnie 

odmiennego od innych. Te same udeptane drogi, te same niskie domki, te same między nimi 

szczerby, jakby po to, by człowiek na koniu wydawał się wyższy. Zsiedliśmy z koni na 

wprost domu pomalowanego na niebiesko, czy też różowo, z szyldem “La Estrella". Do 

słupka przywiązanych już było parę koni w pięknej uprzęży. Spoza przymkniętych drzwi 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 38 

padało na ulicę  światło. W głębi sieni ujrzałem długą izbę z drewnianymi ławami. Między 

nimi parę ciemnych, nie wiadomo dokąd prowadzących drzwi. Psiak o żółtej sierści przyjął 

nas radosnym szczekaniem. Wewnątrz było sporo ludzi, pośród których kręciło się kilka 

kobiet w kwiecistych sukniach. Gospodynią wydała mi się starsza niewiasta cała w czerni. 

Rufino powitał ją i powiedział: 

- Przyprowadziłem przyjaciela, który jeszcze niewiele widział. 

- Nauczy się, niech pan się nie martwi - odparła dama. 

Zawstydziłem się. Ażeby odwrócić uwagę lub pokazać, że jestem jeszcze dzieckiem, 

siadłem na brzegu ławy i zacząłem bawić się z psem. Na kuchennym stole paliły się łojowe 

świece, osadzone w butelkach, pamiętam też blask żarzącego się w głębi piecyka. Na 

przeciwległej, pochlapanej wapnem ścianie wisiał obraz Matki Boskiej Miłosiernej. 

Wśród  żartów ktoś niezdarnie brzdąkał na gitarze. Z nieśmiałości nie odmówiłem 

kieliszka jałowcówki, która sparzyła mi usta. Wśród kobiet jedna wydała mi się inna niż 

reszta. Nazywali ją Branką. Zauważyłem w jej rysach coś indiańskiego, ale była piękna, oczy 

miała smutne, warkocz do pasa. Rufino, który zauważył, że na nią popatruję, zwrócił się do 

niej: 

- Opowiedz o napadzie Indian, żeby nam odświeżyć pamięć. 

Dziewczyna zaczęła mówić, jakby wokół nie było nikogo, a ja odczułem w jakiś 

dziwny sposób, że nie może myśleć o niczym innym, wydawało się,  że to jedyne, co 

przydarzyło się w jej życiu. Opowiadała to tak: 

- Byłam jeszcze mała, kiedy mnie przywieziono z Catamarki. Co ja tam wiedziałam o 

napadach. Na estancji ze strachu ani słowem o tym nie wspominano. Potajemnie 

dowiedziałam się,  że Indianie spadają niby burza, że zabijają ludzi, porywają zwierzęta, 

kobiety zabierają ze sobą w głąb lądu i Bóg wie, co z nimi wyrabiają. Nie chciałam w to 

wierzyć. Mój brat Lucas, którego potem zadźgali, przysięgał mi, że to wszystko bujdy, ale 

kiedy coś jest prawdziwe, wystarczy to usłyszeć, aby zrozumieć, iż tak jest naprawdę. Rząd 

daje im alkohol i mate, żeby siedzieli w spokoju, ale oni mają bardzo chytrych czarowników, 

którzy nimi rządzą. Na rozkaz wodza napadają małe forciki, rozrzucone daleko jedne od 

drugich. Z samej ciekawości właściwie już chciałam,  żeby nas napadli, i nieraz długo 

wypatrywałam ich od zachodu. Nie wiem, ile upłynęło czasu, ale zanim doszło do napadu, 

zdarzyły się przymrozki i lata upalne, i znakowanie bydła, i śmierć syna zarządcy. To było 

tak, jakby ich przywiał wiatr z pampy. Zobaczyłam w rowie kwitnący kwiat ostu i przyśnili 

mi się Indianie, a rano to się stało. Zwierzęta wyczuły to przed ludźmi, tak jak wyczuwają 

trzęsienie ziemi. Powiało jakimś niepokojem, a ptactwo zaczęło latać tam i na powrót. 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 39 

Pobiegliśmy spojrzeć w tę stronę, w którą ja zawsze patrzyłam. 

- Kto was zawiadomił? - zapytał któryś ze słuchaczy. 

Dziewczyna, jakby wciąż była myślami hen daleko, powtórzyła tylko ostatnie zdanie. 

- Pobiegliśmy spojrzeć w tę stronę, w którą ja zawsze patrzyłam. Jakby ruszyła 

pustynia. Przez żelazne sztachety najpierw ujrzeliśmy tuman kurzu, a potem dopiero Indian. 

To był napad. Uderzali się rękami po ustach, wydając dziki krzyk. W Santa Irene było trochę 

długiej broni, dobrej najwyżej do tego, by ich ogłuszyć i jeszcze bardziej rozzłościć. 

Branka mówiła to, jakby się z pamięci modliła, ale ja usłyszałem na ulicy Indian z 

pustyni i ich pokrzykiwania. Jedno pchnięcie i już byli na sali, jakby wgalopowali do niej na 

koniach we śnie. Byli to pijani mieszkańcy nadbrzeży. Teraz - we wspomnieniu - wydaje mi 

się,  że byli bardzo wysokiego wzrostu. Ten, który stał na czele, dał  łokciem kuksańca 

Rufinowi, znajdującemu się pod drzwiami. Tamten usunął się i go przepuścił. Starsza 

niewiasta, która dotąd nie ruszyła się ze swego miejsca, teraz wstała i zwracając się do nas, 

powiedziała: 

- To Juan Moreira. 

Tyle czasu upłynęło, że dziś już nie wiem, czy pamiętam człowieka z owej nocy, czy 

też tego, którego potem tylokrotnie miałem widywać w rzeźni. Widzę czuprynę i czarną brodę 

Podesty, ale jednocześnie przypominam sobie jakąś twarz blondyna, poznaczoną ospą. Psiak 

wyskoczył do nich, łasząc się. Moreira powalił go jednym cięciem. Padł na grzbiet i zdechł, 

przebierając w powietrzu łapami. Tu zaczyna się prawdziwa historia. 

Bezszelestnie podszedłem do drzwi, które wychodziły na wąskie przejście i na schody. 

Na górze schowałem się w jakimś ciemnym pokoju. Poza niskim łóżkiem nie zapamiętałem 

żadnych mebli. Drżałem. Na dole krzyki nie ustawały, dobiegł mnie brzęk tłuczonego szkła. 

Usłyszałem lekkie kroki, na chwilę zajaśniała szpara w drzwiach i rozpoznałem głos Branki, 

wzywający mnie szeptem. 

- Jestem tu po to, by służyć, ale tylko spokojnym ludziom. Przyjdź do mnie i nie bój 

się, nie zrobię ci krzywdy. 

Zdjęła już szlafrok. Położyłem się obok niej, dłońmi poszukałem jej twarzy. Nie 

wiem, ile czasu minęło. Nie było żadnych słów, żadnego pocałunku. Rozplotłem jej warkocz i 

pieściłem najpierw jej włosy, a potem jej ciało. Nie widzieliśmy się więcej i nigdy nie 

dowiedziałem się jej prawdziwego imienia. 

Ogłuszył nas strzał. Powiedziała wtedy: 

- Możesz zejść innymi schodami. 

Tak zrobiłem i znalazłem się na udeptanej ścieżce. Świecił księżyc. Sierżant policji z 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 40 

bagnetem na karabinie pilnował muru. Roześmiał się i powiedział: 

- Jak widzę, wcześnie zaczynasz. 

Coś mu odpowiedziałem, ale nie zwrócił na to uwagi. Na mur wdrapywał się jakiś 

człowiek. Jednym ruchem sierżant wbił bagnet w jego ciało. Człowiek stoczył się na ziemię i 

pozostał tak, leżąc na plecach, jęcząc i brocząc krwią. Przypomniał mi się pies. By dobić 

rannego, sierżant raz jeszcze zagłębił w nim bagnet. Z niejakim zadowoleniem w głosie 

powiedział: 

- Tym razem ci się nie powiodło, Moreira. 

Umundurowani ludzie otaczający dom zbiegli się z różnych stron, za nimi sąsiedzi. 

Andrés Chirino siłą musiał wyrywać bagnet z rany. Wszyscy pragnęli uścisnąć mu dłoń. 

Rufino roześmiał się: 

- Temu wreszcie odechciało się wojować. 

Chodziłem pomiędzy grupkami ludzi, opowiadając wszystkim to, co widziałem. Nagle 

poczułem się strasznie zmęczony, może miałem gorączkę. Wymknąłem się więc, odszukałem 

Rufina i ruszyliśmy w drogę powrotną. Wciąż jechaliśmy konno, gdy zobaczyliśmy blade 

światło świtu. Bardziej niż zmęczony czułem się oszołomiony falą tylu wydarzeń. 

 

- Wielkim przypływem tej nocy - powiedział mój ojciec. 

Tamten przytaknął. 

- Rzeczywiście. W czasie paru krótkich godzin poznałem miłość i zobaczyłem śmierć. 

Wszystkim ludziom zostają ukazane wszystkie sprawy, a w każdym razie te, które dane im 

jest poznać, ale mnie te dwie najbardziej istotne rzeczy ukazały się w ciągu jednej nocy. Lata 

mijają, tylekroć opowiadałem tę historię, że nie wiem już, czy rzeczywiście ją pamiętam, czy 

tylko powtarzam słowa na nią się składające. Może to samo przydarzyło się Brance z 

opowieścią o napadzie Indian. Dziś to już wszystko jedno, czy to ja, czy też ktoś inny widział, 

jak zginął Moreira. 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 

41 

 

Zwierciadło i maska 

 

Po bitwie pod Clontarf, w której Norweg został ukorzony, król wezwał poetę i rzecze: 

- Najwspanialsze wyczyny tracą swój blask, jeżeli się ich nie przełoży na słowa. Chcę, 

byś wyśpiewał me zwycięstwo i mą chwałę. Będę Eneaszem, a ty mym Wergilim. Czy 

czujesz się na siłach stworzyć dzieło, które unieśmiertelni nas obu? 

- Tak, królu - odparł poeta. - Jestem Ollanem. Przez dwanaście zim studiowałem 

sekrety wersyfikacji. Znam na pamięć trzysta sześćdziesiąt opowieści będących podstawą 

prawdziwej poezji, Cykle z Ulsteru i Munsteru tkwią w strunach mej harfy. Mam zatem 

prawo używać najstarszych słów naszego języka i najzawilszych metafor. Opanowałem 

tajemne pismo chroniące naszą sztukę przed niedyskretnymi oczami tłumu. Mogę wysławiać 

miłość, kradzież bydła, morskie wyprawy i wojny. Znam mitologiczne powiązania wszystkich 

domów królewskich Irlandii. Znam działanie ziół, zasady astrologii, matematykę i prawo 

kanoniczne. W publicznych sporach zwyciężałem rywali. Ćwiczyłem się w uprawianiu 

satyry, sprowadzającej choroby skórne do trądu włącznie. Jak tego dowiodłem w tej bitwie, 

umiem władać mieczem. Jednego nie potrafię: wywdzięczyć ci się za łaskę, jaką mnie 

obdarzasz. 

Król, którego łatwo męczyły długie przemowy, zwłaszcza nie przez niego wygłaszane, 

odparł z ulgą: 

- Wiem o tym aż nazbyt dobrze. Mówiono mi, że słowik już przestał  śpiewać w 

Anglii. Kiedy przeminą deszcze i śniegi, a słowik powróci z południa, wyrecytujesz swój 

poemat ku mej chwale przed dworem i przed kolegium poetów. Daję  ci  na  to  pełny rok. 

Wygładzisz każde słowo i każdą literę. Jak wiesz, nagroda będzie godna mych królewskich 

obyczajów i twych nie przespanych nocy. 

- Królu, największą nagrodą jest spoglądanie w twoje oblicze - odrzekł poeta, który 

był również dworakiem. 

Złożył zwyczajowy pokłon i wycofał się, zaczynając już w myśli układać wiersz. 

Gdy minął naznaczony czas, a był to czas epidemii i buntów, zaprezentował swój 

panegiryk. Wydeklamował go z powolną pewnością siebie, nie rzuciwszy nawet okiem na 

rękopis. Król kiwał głową z aprobatą. Wszyscy naśladowali ten gest, nawet ci, którzy cisnęli 

się w drzwiach i nie słyszeli z poematu ani słowa. Wreszcie król zabrał głos: 

- Przyjmuję twe dzieło. Jest to nowe zwycięstwo. Każdemu słowu nadałeś jego 

właściwy sens, a każdemu rzeczownikowi określenie, jakie mu przydawali pierwsi poeci. W 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 42 

całym panegiryku nie ma ani jednego obrazu, którego by nie używali klasycy. Bitwa jest 

cudowną tkaniną z ludzi, ostrzem miecza jest zaś krew. Morze ma swego boga, a z chmur 

wróży się przyszłość. Zręcznie manewrowałeś rymami, aliteracją, asonansem, sylabami, 

retoryką, mądrymi kanonami metryki. Gdyby nawet zniknęła cała irlandzka literatura - omen 

absit  - można by bez straty odbudować  ją z twej klasycznej ody. Trzydziestu skrybów 

przepisze ją po dwanaście razy. 

Nastała chwila ciszy, po czym ciągnął dalej: 

- Całość jest udana, a przecież nic się nie stało. Puls nie bije szybciej, krew żwawiej 

nie płynie. Ręce nie chwyciły za łuk. Nikt nie zbladł. Nikt nie wydał wojowniczego okrzyku, 

nikt przeciw wikingom nie nadstawił piersi. Za rok, poeto, będziemy oklaskiwać nowy 

poemat. Jako wyraz naszego uznania przyjmij to srebrne zwierciadło. 

- Składam dzięki, zrozumiałem - rzekł poeta. 

Gwiazdy na niebie wędrowały nadal swą świetlistą drogą. I znowu w saskich lasach 

zaśpiewał  słowik, a poeta wrócił  ze  swym  dziełem, krótszym niż poprzednie. Nie 

wypowiedział go z pamięci, lecz odczytał z widoczną niepewnością, opuszczając niektóre 

akapity, jakby sam nie całkiem je rozumiał lub jakby nie chciał ich profanować. Były to 

dziwne stronice. Nie był to opis bitwy - to była bitwa. W jej wojennym chaosie szamotał się 

Bóg, który jest Trzema i Jednym, pogańskie bożki Irlandii i ci, co będą walczyli setki lat 

później, w początkach “Starszej Eddy". Forma była równie osobliwa. Rzeczownikiem w licz-

bie pojedynczej rządził czasownik w liczbie mnogiej. Przyimki nie były używane zgodnie ze 

zwyczajami. Szorstkość i słodycz przeplatały się. Metafory były zbyt śmiałe, w każdym razie 

takie się wydawały. 

Król wymienił parę słów z ludźmi pióra, którzy go otaczali, i ozwał się tak oto: 

- O twej pierwszej odzie mogłem powiedzieć, że była szczęśliwym podsumowaniem 

tego, co do dziś skomponowano w Irlandii. Ta przewyższa to, coś uprzednio napisał, 

przewyższa, a również unicestwia. Zdumiewa, zachwyca, olśniewa. Nie zasługują na nią 

głupcy, lecz małe grono mędrców. W szkatule z kości słoniowej spocznie jej jedyny 

egzemplarz. Od poety, którego pióro potrafiło coś takiego spłodzić, możemy oczekiwać 

jeszcze wspanialszego dzieła. - I dodał z uśmiechem: - Jesteśmy postaciami z baśni, a należy 

pamiętać, że w baśniach prym wiedzie liczba trzy. 

Poeta ośmielił się wyszeptać: 

- Trzy dary czarownika, triada, niepodważalna Trójca. 

Król ciągnął dalej: 

- Jako dowód naszego zadowolenia przyjmij tę oto złotą maskę. 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 43 

- Składam dzięki i przyjmuję - rzekł poeta. 

I upłynął kolejny rok. Pałacowe straże doniosły,  że poeta nie niesie żadnego 

manuskryptu. Król popatrzył nań pełen zdumienia, bo był jakby odmieniony. Coś, co nie było 

czasem, naznaczyło i zmieniło jego rysy. Wydawało się, że oczy patrzą w dal, a może oślepły. 

Poeta poprosił króla o chwilę rozmowy. Niewolnicy opuścili pokój. 

- Nie napisałeś poematu? - zapytał król. 

- Owszem - smutno odparł poeta. - Oby Chrystus, nasz Pan, nie był mi na to zezwolił. 

- Czy możesz go wygłosić? 

- Nie śmiem. 

- Daję ci odwagę, której ci brak - oznajmił król. 

Poeta wygłosił poemat. Był to jeden wers. 

Nie ośmielając się wypowiedzieć  go  na  głos, poeta i król wyszeptali go, jakby był 

sekretną modlitwą lub też bluźnierstwem. Król nie był mniej zachwycony ani mniej 

poruszony niż poeta. Patrzyli na siebie, obaj bardzo bladzi. 

- Kiedy byłem młody - rzekł król - pływałem ku zachodowi. Na pewnej wyspie 

widziałem srebrne charty, które zagryzały, złote dziki. Na innej żywiliśmy się zapachem 

magicznych jabłoni. Na jeszcze innej widziałem mury ognia. Na najdalszej ze wszystkich rze-

ka wysoka i pochyła jak nawa strzelała w niebo, a wodami jej płynęły ryby i łodzie. Oto cuda, 

ale nie można porównywać ich z twym poematem, który w jakiś sposób wszystkie je zawiera. 

Jakie czary sprawiły, że spłynął on na ciebie? 

- Rankiem - rzekł poeta - zbudziłem się, powtarzając jakieś słowa, których z początku 

nie pojmowałem. Te słowa to był poemat. Poczułem,  że popełniam grzech,  może taki,  

jakiego  Duch nie przebacza. 

- Ten, który teraz dzielę z tobą - wyszeptał król. - Grzech poznania Piękności. Jest to 

łaska niedostępna ludziom. Musimy ją odpokutować. Dałem ci zwierciadło i złotą maskę, oto 

trzeci dar, który będzie ostatni. 

I w prawą rękę wsunął mu sztylet. 

Wiemy, że wyszedłszy z pałacu, poeta zadał sobie śmierć, a król jest żebrakiem, który 

przemierza drogi Irlandii, niegdyś będącej jego królestwem, i że nigdy nie powtórzył owego 

poematu. 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 44 

 

Undr 

Muszę uprzedzić moich czytelników, że przedstawionego niżej tekstu nadaremnie 

będą szukać w “Libellusie" (1615) Adama z Bremy, który, jak wiadomo, narodził się i zmarł 

w XI wieku. Lappenberg odkrył go w manuskrypcie znajdującym się w Bodleian Library w 

Oksfordzie i ze względu na wiele okolicznościowych szczegółów uznał za zapóźnioną 

interpolację, lecz opublikował w charakterze ciekawostki w swych “Analecta Germanica" 

(Lipsk 1894). Opinia dyletanta z Argentyny niewiele znaczy, niech czytelnicy sami to osądzą. 

Moja wersja hiszpańska nie jest dosłowna, lecz jest wiarygodna. 

Pisze Adam z Bremy: 

“...Ze wszystkich narodów graniczących z pustynią, a leżących po drugiej stronie 

zatoki, poza ziemiami prokreacji dzikiego konia, najbardziej godny wzmiankowania jest 

naród Umów. Niepewne lub zmyślone wieści pochodzące od kupców, niebezpieczne drogi i 

napady nomadów sprawiły,  że nigdy nie dotarłem do ich terytorium. Niemniej jednak mam 

wrażenie,  że ich rzadko trafiające się i daleko od siebie pobudowane osady leżą w dolnym 

biegu Wisły. W odróżnieniu od Szwedów Umowie wyznają prawdziwą wiarę w Chrystusa, 

nie zabarwioną arianizmem ani też krwawym kultem demonów, z których biorą początek 

królewskie domy Anglii i innych północnych narodów. Są  wśród nich pasterze, wodniacy, 

czarownicy, płatnerze wykuwający miecze i wikliniarze plotący  łyko. Bezlitosne wojny 

niemal nie pozwalają im na uprawianie ziemi. Płaskość terenu i napady rozmaitych plemion 

sprawiły, że są świetnymi jeźdźcami i łucznikami. W końcu człowiek zawsze upodabnia się 

do swego wroga. Ich włócznie dłuższe są niż nasze, bo są to włócznie jeźdźców, a nie 

piechurów. 

Należy przypuszczać,  że nie znają pióra, rogu napełnionego atramentem ani też 

pergaminu. Żłobią swe pismo tak, jak nasi przodkowie żłobili runy, które im objawił Odyn po 

tym, gdy -  Odyn poświęcony Odynowi - przez dziewięć nocy zwisał z jesionu. 

Do tych ogólnych informacji dodam mą rozmowę z Islandczykiem Ulfem 

Sigurdarsonem, człowiekiem poważnym i małomównym. Spotkaliśmy się w Uppsali 

nieopodal świątyni. Ogień z płonących drewien już zagasł, przez szczeliny w murze przenikał 

chłód i pierwsze blaski świtu. Na zewnątrz zapewne zostawiały na śniegu  ślady swych łap 

szare wilki, pożerające mięso pogan przeznaczone dla trzech bogów. Nasza rozmowa 

rozpoczęła się po łacinie, jak to jest w zwyczaju wśród kleru, ale wkrótce przeszliśmy na 

język nordycki, którym mówią od dalekiej Thule aż po azjatyckie bazary. 

Oto co mi powiedział: 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 45 

- Pochodzę z rodu skaldów. Wystarczyła mi wieść,  że poezja Urnów składa się z 

jednego słowa, aby przedsięwziąć poszukiwania i podróż, która miała zaprowadzić mnie do 

ich ziemi. Nie bez zmęczenia i wysiłku dotarłem po roku na miejsce. Była noc, zauważyłem, 

że mijający mnie ludzie spoglądają na mnie bacznie, nieraz dosięgnął mnie ciśnięty kamień. 

Ujrzałem blask kuźni i wszedłem. 

Kowal zgodził się mnie przenocować. Nazywał się Orm. Mówił językiem podobnym 

do naszego. Zamieniliśmy parę słów. Z jego ust usłyszałem po raz pierwszy imię króla, które 

brzmiało Gunnlaug. Dowiedziałem się,  że po ostatniej wojnie nieufnie odnosił się do 

cudzoziemców i miał zwyczaj ich krzyżować. Aby uniknąć tego losu, mniej odpowiedniego 

dla człowieka niż dla boga, postanowiłem napisać drapę, czyli hymn pochwalny, 

wysławiający zwycięstwa, sławę i miłosierdzie królewskie. Zaledwie nauczyłem się go na 

pamięć, kiedy przyszło po mnie dwóch ludzi. Nie chciałem oddać im miecza, ale pozwoliłem 

im się poprowadzić. 

Mimo  świtu widać było jeszcze gwiazdy. Szliśmy, mijając nędzne chaty po obu 

stronach drogi. Mówiono mi o piramidach. Na pierwszym placu zobaczyłem słup z żółtego 

drewna. Na jego szczycie zauważyłem czarną rybę. Orm, który poszedł z nami, powiedział 

mi,  że ta ryba wyobraża Słowo. Na drugim placu zobaczyłem czerwony słup uwieńczony 

kołem. Orm powtórzył, że to też jest Słowo. Poprosiłem, by mi je powiedział. Odparł, że jest 

prostym rzemieślnikiem i że go nie zna. 

Na trzecim i ostatnim placu zobaczyłem czarny słup z rysunkiem, którego nie 

potrafiłbym sobie przypomnieć. W głębi spostrzegłem prosty mur, jego krańców nie było 

widać. Potem okazało się,  że tworzy koło, jest pokryty glinianym dachem, nie ma żadnych 

wewnętrznych drzwi i otacza całe miasto. Konie przywiązane do pali były niewielkiego 

wzrostu i miały długie grzywy. Kowala nie wpuszczono. Wewnątrz pełno było uzbrojonych 

mężczyzn, wszyscy stali. Gunnlaug, król, był chory i leżał z przymkniętymi oczami na 

podwyższeniu wysłanym wielbłądzimi skórami. Był to człowiek zniszczony, o żółtej cerze, 

niby  święty, lecz zapomniany przedmiot; na jego piersiach widniały dawne, długie blizny. 

Jeden z żołnierzy utorował mi drogę, ktoś przyniósł harfę. Przyklęknąwszy, cicho zacząłem 

nucić drapę. Nie brakło tam figur retorycznych, aliteracji ani innych wymaganych przez ten 

gatunek akcentów. Nie wiem, czy król ją zrozumiał, ale dał mi srebrny pierścień, który mam 

do dziś. Pod poduszką dojrzałem ostrze sztyletu. Po prawej stronie króla stała szachownica o 

stu polach, z garścią rozrzuconych pionków. 

Strażnik odepchnął mnie. Jakiś człowiek stanął na moim miejscu. Dotknął strun, jakby 

je stroił, i cicho powtórzył  słowo, jakie chciałem usłyszeć, lecz nie dosłyszałem. Ktoś 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 46 

powiedział z szacunkiem: “Teraz to nic nie znaczy". 

Zobaczyłem czyjeś  łzy. Człowiek podnosił lub zniżał  głos, niemal jednakowo 

brzmiące akordy były zaś monotonne, a raczej nie kończące się. Pragnąłbym, żeby ten śpiew 

trwał wiecznie i stał się moim życiem. Nagle ustał. Usłyszałem stuk harfy, gdy śpiewak, bez 

wątpienia całkowicie wyczerpany, upuścił  ją na ziemię. Wychodziliśmy bezładnie. Byłem 

jednym z ostatnich. Ze zdumieniem ujrzałem, że zapada noc. 

Przeszedłem parę kroków. Zatrzymałem się, gdy poczułem czyjąś  rękę na moim 

ramieniu. Ktoś powiedział: 

- Klejnot króla był twym talizmanem, ale musisz umrzeć, usłyszałeś bowiem Słowo. 

Ja, Bjarni Thorkelsson, uratuję cię. Pochodzę z rodu skaldów. W swym dytyrambie nazwałeś 

krew ostrzem miecza, bitwę zaś tkaniną z ludzi. Słyszałem te zwroty u ojca mego ojca. Obaj, i 

ty, i ja, jesteśmy poetami. Uratuję cię. Już nie szukamy określeń na to, co jest dla nas 

natchnieniem, i nazywamy to jednym słowem, którym jest Słowo. 

Odpowiedziałem: 

- Nie udało mi się go dosłyszeć. Błagam cię, powiedz mi je. 

Przez chwilę się wahał, po czym odparł: 

- Przysięgłem, że go nie wyjawię. Poza tym nikt nie może niczego nauczyć. Musisz je 

znaleźć sam. Spieszmy, twemu życiu grozi niebezpieczeństwo. Ukryjesz się w mym domu, 

gdzie nie odważą się ciebie szukać. Jeśli zawieje pomyślny wiatr, już jutro będziesz płynął na 

południe. 

Tak zaczęła się przygoda, która trwała wiele zim. Nie opowiem wszystkiego, co mnie 

spotkało, ani nie będę się starał, by opisać logiczny porządek wszystkich wydarzeń. Byłem 

kolejno wioślarzem, handlarzem niewolników, niewolnikiem, drwalem, rabusiem 

napadającym karawany, śpiewakiem, różdżkarzem głębokich wód i metali. Przez rok 

znosiłem niewolę w kopalniach rtęci, od której traci się zęby. Wraz z ludźmi przybyłymi ze 

Szwecji broniłem Mikligarthru (Konstantynopola). Nad brzegami Morza Azowskiego 

pokochała mnie kobieta, której nie zapomnę; porzuciłem ją czy też ona mnie porzuciła, to 

obojętne. Byłem zdradzany i zdradzałem. Niejeden raz los kazał mi zabijać. Zostałem 

wyzwany przez greckiego żołnierza, który dał mi do wyboru dwa miecze. Jeden był o dłoń 

dłuższy od drugiego. Zrozumiałem,  że chce mnie nastraszyć, i wybrałem krótszy. Zapytał 

dlaczego. Odpowiedziałem, że od mej dłoni do jego serca odległość jest zawsze ta sama. Na 

brzegach Morza Czarnego istnieje runiczne epitafium, które wyryłem dla mego towarzysza 

Leifa Arnarsona. Biłem się z Błękitnymi Ludźmi z Serkland, czyli z Saracenami. W miarę 

upływu czasu stawałem się po kolei różnymi ludźmi, ale ten zamęt był jak długi sen. 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 47 

Najważniejsze było Słowo. Czasami przestawałem w nie wierzyć. Powtarzałem sobie, że jest 

bezsensem rezygnować z przepięknej sztuki tworzenia przepięknych słów i że nie ma powodu 

szukać jednego jedynego, niemal złudnego. Było to płonne rozumowanie. Jakiś misjonarz 

zaproponował mi słowo Bóg, które odrzuciłem. Kiedyś o świcie na brzegu pewnej rzeki 

wpadającej do morza wydało mi się, że wreszcie doznaję olśnienia. 

Wróciłem na ziemię Urnów i z trudem odnalazłem dom śpiewaka. 

Wszedłem i wypowiedziałem swe imię. Była już noc. Thorkelsson, który leżał na 

ziemi, kazał mi zapalić gromnicę w świeczniku z brązu. Jego twarz była tak postarzała,  że 

zrozumiałem, iż i ja jestem już stary. Jak to jest w zwyczaju, zapytałem go o króla. 

Odpowiedział: 

Już się nie nazywa Gunnlaug. Teraz ma inne imię. Opowiedz mi o swych podróżach. 

Zrobiłem to, zachowując, o ile się dało, chronologię i szczegóły, jakie tu opuściłem. 

Zanim skończyłem, zapytał: 

- Dużo śpiewałeś na tych ziemiach? 

Pytanie zaskoczyło mnie. 

- Na początku - odrzekłem - śpiewałem dla zarobku. Potem lęk, którego nie pojmuję, 

kazał mi porzucić śpiew i harfę. 

- Dobrze - powiedział. - Mów dalej. 

Posłuchałem jego rozkazu, potem nastała długa cisza. 

- Co ci dała pierwsza kobieta, którą posiadłeś? - zapytał. 

- Wszystko - odparłem. 

- Mnie również życie dało wszystko. Wszystkim daje wszystko, lecz większość o tym 

nie wie. Mój głos jest zmęczony, a me palce słabe, ale słuchaj. 

Wyszeptał słowo Undr, co znaczy cud. 

Porwał mnie śpiew tego umierającego człowieka, ale w jego tonach i akordach 

rozpoznałem własne trudy, niewolnicę, która dała mi pierwszą miłość, ludzi, których zabiłem, 

chłodne świty, zorze nad wodami, wiosła. Chwyciłem harfę i zaśpiewałem inne słowo. 

- Dobrze - powiedział tak cicho, że musiałem przysunąć się, by go dosłyszeć. - 

Zrozumiałeś mnie. 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 48 

 

Utopia człowieka zmęczonego 

 

Nazwał je “utopią", słowem greckim, 

znaczącym “takie miejsce nie istnieje". 

Quevedo

 

 

Nie ma jednakowych wzgórz, ale równina na całej ziemi jest taka sama. Szedłem po 

równinie. Zastanawiałem się, bez ciekawości zresztą, czy jestem w Oklahomie, czy w 

Teksasie, czy może w miejscu zwanym przez pisarzy pampą. Ani po lewej, ani po prawej 

żadnych ogrodzeń. Jak mi się to już zdarzało, z wolna powtórzyłem słowa Emilia Oribe: 

W środku przeraźliwej, nie kończącej się równiny, 

Tam niedaleko Brazylii, 

które rosną i olbrzymieją. 

Droga była nierówna. Zaczęło padać. Dwieście lub trzysta metrów dalej zauważyłem 

światło w jakimś domu; dom był niski, czworokątny, otoczony drzewami. Otworzył mi 

mężczyzna tak wysoki, że niemal się przeląkłem. Był w szarym ubraniu. Poczułem, że czeka 

na kogoś. W drzwiach nie było zamka. 

Weszliśmy do podłużnego pomieszczenia o drewnianych ścianach. Z sufitu zwieszała 

się lampa, siejąca  żółtawe  światło. Stół nie wiedzieć dlaczego zadziwił mnie. Stała na nim 

klepsydra, pierwsza, z jaką się zetknąłem, dotychczas widywałem je tylko na stalorytach. 

Mężczyzna wskazał mi krzesło. 

Usiłowałem przemawiać do niego rozmaitymi językami, ale nie udało nam się 

porozumieć. On z kolei spróbował mówić po łacinie. Zebrałem moje dawne szkolne 

umiejętności i przygotowałem się do rozmowy. 

- Po ubraniu - powiedział - poznaję,  że przybywasz z innego wieku. Różnorodność 

języków sprzyjała różnorodności narodów i wojnom, świat wrócił więc do łaciny. Niektórzy 

obawiają się, że przerodzi się ona znowu we francuski, prowansalski czy w jakiś bełkot, ale 

nie ma obawy. Zresztą ani to, co było, ani to, co będzie, mnie nie interesuje. 

Nie odpowiedziałem, więc dodał: 

- Jeśli nie lubisz patrzeć, jak ktoś inny je, może zechcesz mi towarzyszyć? 

Zrozumiałem, że dostrzegł moje zmieszanie, przystałem więc na tę propozycję. 

Poszliśmy korytarzem pełnym rozmaitych drzwi prowadzącym do niewielkiej 

kuchenki, w której wszystko było z metalu. Wróciliśmy niosąc kolację na tacy: kaczany 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 49 

kukurydzy, winne grona, jakiś nieznany owoc, którego zapach przypominał mi figi, i wielki 

dzban wody. Chyba nie było chleba. Rysy mego gospodarza były ostre i miał on coś 

dziwnego w oczach. Nie zapomnę tej twarzy surowej i bladej, której więcej nie zobaczę. 

Mówił bez gestykulacji. 

Krępowała mnie konieczność posługiwania się łaciną, lecz w końcu rzekłem: 

- Nie zdumiewa cię moje nagłe pojawienie? 

- Nie - odparł. - Takie wizyty miewamy od wieku do wieku. Nie trwają  długo. 

Najpóźniej jutro znajdziesz się u siebie. 

Pewność w jego głosie mi wystarczyła. Uznałem, że należy się przedstawić: 

- Jestem Eudoro Acevedo. Urodziłem się w 1897 roku w mieście Buenos Aires. Mam 

siedemdziesiąt lat. Jestem profesorem literatury angielskiej i amerykańskiej oraz pisarzem 

opowiadań fantastycznych. 

- Pamiętam,  że czytałem bez przykrości - odpowiedział - dwa opowiadania 

fantastyczne. Podróże kapitana Lemuela Guliwera, które wielu uważa za prawdziwe, i 

“Summę teologiczną". Ale nie mówmy o faktach. Nikogo nie obchodzą już fakty. Są tylko 

punktami wyjścia inwencji i rozumowania. W szkole   uczą      nas      sztuki      wątpienia   i   

zapominania. Zapominania przede wszystkim tego, co osobiste i lokalne. Żyjemy w czasie 

przemijającym, staramy się jednak żyć  sub specie aeternitatis. Z przeszłości pozostało nam 

zaledwie parę imion, lecz język skłania się ku ich zapomnieniu. Unikamy zbędnych uściśleń. 

Nie ma już chronologii ani historii. Nie ma również statystyki. Powiedziałeś, że masz na imię 

Eudoro; ja nie mogę ci powiedzieć, jak się nazywam, bo zwą mnie po prostu kimś. 

- A jak się nazywał twój ojciec? 

- Nie nazywał się. 

Na jednej ze ścian zobaczyłem regał. Na chybił trafił wyjąłem książkę i otworzyłem 

ją; litery były wyraźne, lecz nie do rozszyfrowania, pisane ręcznie. Ich ostre linie 

przypominały mi pismo runiczne, którego jednakże używano zawsze tylko do epigrafów. Po-

myślałem, że ludzie przyszłości nie tylko są wyżsi, ale i zręczniejsi. Instynktownie spojrzałem 

na długie i szczupłe palce mężczyzny. 

Ten odezwał się: 

- Teraz zobaczysz coś, czego nigdy nie widziałeś. 

Ostrożnie podał mi tom “Utopii" Moore'a, wydrukowany w Bazylei w 1518 roku, w 

którym brak było wielu kartek i rycin. 

Nie bez zarozumiałości odpowiedziałem: 

- To książka drukowana. W domu mam ich przeszło dwa tysiące, choć nie są ani tak 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 50 

stare, ani tak drogocenne. 

Przeczytałem głośno jej tytuł. Tamten roześmiał się. 

- Nikt nie może przeczytać dwóch tysięcy książek. Żyję od czterech wieków i w tym 

czasie przeczytałem nie więcej niż pół tuzina. Zresztą nie jest ważne, by czytać, tylko by 

czytać wielokrotnie. Druk, obecnie zniesiony, był czymś bardzo złym dla ludzkości, jako że 

mnożył do zawrotu głowy niepotrzebne teksty. 

- W moim czasie, w interesującym wczoraj - odparłem - panował przesąd, że między 

każdym wieczorem a rankiem dzieją się rzeczy, o których wstyd nie wiedzieć. Planeta była 

usiana zbiorowymi zjawami, jak Kanada, Brazylia, Kongo Szwajcarskie lub Wspólny Rynek. 

Niemal nikt nie znał wcześniejszej historii tych bytów platońskich, natomiast wszyscy znali 

najdrobniejsze szczegóły ostatniego kongresu pedagogicznego czy nieuchronnego zerwania 

stosunków między prezydentami i przesłań, jakie do siebie kierowali, zredagowanych przez 

sekretarzy sekretarzy z tą ostrożnością, jaka charakteryzuje tego rodzaju dokumenty. 

Czytano to wszystko tylko po to, by od razu zapomnieć, gdyż po paru godzinach 

wypierane były przez inne sprawy, równie banalne. Ze wszystkich istniejących funkcji 

funkcja polityka była bez wątpienia najbardziej publiczna. Ambasador czy też minister był 

czymś w rodzaju kaleki, którego należało przewozić z miejsca na miejsce w dużych i 

hałaśliwych wehikułach, pod ochroną motocyklistów i grenadierów, osaczonego przez 

rozgorączkowanych fotografów. Można pomyśleć, że ucięto im nogi, jak lubiła mawiać moja 

matka. Obrazy i wydrukowane teksty były bardziej rzeczywiste niż fakty same w sobie. Tylko 

to, co wydrukowane, uważało się za prawdziwe. Esse estpercipi (być to być 

sfotografowanym), taka panowała zasada, sposób i cel naszego specyficznego pojmowania 

świata. W tym wczoraj, które stało się moim udziałem, ludzie byli naiwni; uważali, że jakiś 

towar jest dobry, bo tak z uporem twierdził ten, co go produkował. Kradzieże również były 

częste, chociaż każdy wiedział,  że posiadanie pieniędzy nie daje ani więcej szczęścia, ani 

więcej spokoju. 

- Pieniędzy... - powtórzył. - Teraz nikt nie doświadcza ubóstwa, co musiało być 

nieznośne, ani też bogactwa, które było najbardziej krępującym rodzajem wulgarności. Każdy 

wykonuje jakiś zawód. 

- Jak rabini - rzekłem. 

Chyba nie zrozumiał, bo ciągnął dalej: 

- Nie ma również miast. Sądząc po ruinach Bahia Blanca, które obejrzałem z pustej 

ciekawości, strata jest niewielka. Jako że nie ma własności, nie ma też dziedziczenia. Kiedy 

człowiek dorasta, mając sto lat, gotów jest do przyjęcia siebie samego i swej samotności. Już 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 

51 

począł syna. 

- Syna? - zapytałem. 

- Tak, jednego jedynego. Nie należy mnożyć rodzaju ludzkiego. Są tacy, którzy 

uważają, że człowiek jest organem boskości, odczuwającym, że wszechświat istnieje, ale nikt 

nie jest pewien, czy istnieje ta boskość. Mam wrażenie, że teraz się rozważa złe i dobre strony 

samobójstwa stopniowego lub jednoczesnego wszystkich ludzi na świecie. Ale wracajmy do 

naszych spraw. 

Przytaknąłem. 

- Po skończeniu stu lat jednostka może się obejść bez miłości i bez przyjaźni. 

Cierpienia i nie zamierzona śmierć już jej nie grożą. Zajmuje się jakąś sztuką, studiuje 

filozofię, matematykę lub też gra ze sobą w szachy. Kiedy chce, zabija się. Będąc panem 

swego życia, jest również panem swej śmierci. 

- Czy to cytat? - zapytałem. 

- Z pewnością, nie pozostaje nam nic więcej. Język jest zestawem cytatów. 

- A wielka przygoda moich czasów, podróże międzyplanetarne? - zapytałem. 

- Już od wieków zarzuciliśmy te przenosiny, które zresztą były, rzecz jasna, cudowne. 

Nigdy nie udało się nam umknąć przed Tu i Teraz. - Po czym dodał z uśmiechem: - W 

dodatku wszelkie podróże są międzyplanetarne. Skoczyć z planety na planetę to tyle, co pójść 

do stodoły naprzeciwko. Kiedy pan wszedł do tego pokoju, odbył pan właśnie między-

planetarną podróż. 

- Oczywiście - przytaknąłem. - Ale również mówiło się o substancjach chemicznych i 

gatunkach zoologicznych. 

Mężczyzna siedział teraz do mnie tyłem i spoglądał przez szybę. Równina bieliła się 

cichym śniegiem i światłem księżyca. 

Ośmieliłem się zapytać: 

- A czy są jeszcze muzea i biblioteki? 

- Nie. Chcemy zapomnieć o wczoraj, z jednym wyjątkiem: komponowania elegii. Nie 

ma rocznic ani czczenia pamięci, nie ma posągów zmarłych. Każdy na własny rachunek musi 

tworzyć sztukę, jakiej potrzebuje. 

- Wobec tego każdy musi być  własnym Bernardem Shaw, własnym Chrystusem i 

własnym Archimedesem. 

Przytaknął bez słowa. Zapytałem: 

- Co się stało z rządami? 

- Zgodnie z tradycją powoli wyszły z użycia. Robili wybory, wypowiadali wojny, 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 52 

narzucali taryfy, konfiskowali fortuny, wydawali nakazy aresztowań i chcieli narzucać 

cenzurę, a nikt na planecie ich nie szanował. Prasa przestała publikować ich przemowy i 

podobizny. Politycy zostali zmuszeni do wzięcia się za uczciwe zawody, niektórzy stali się 

zabawnymi komikami lub dobrymi znachorami. Rzeczywistość była zresztą z pewnością 

bardziej skomplikowana niż to moje streszczenie. 

Zmienił ton i dodał: 

- Zbudowałem ten dom, który jest podobny do wszystkich innych. Zrobiłem te meble i 

te sprzęty. Pracowałem na roli, na której inni - nie znam ich twarzy - pracowali może lepiej 

niż ja. Mogę ci pokazać pewne rzeczy. 

Przeszedłem za nim do sąsiedniego pokoju. Zapalił lampę, również zwisającą z sufitu. 

W kącie zobaczyłem harfę z paroma strunami. Na ścianach wisiały prostopadłe płótna, na 

których dominowały różne odcienie barwy żółtej. Nie wydawały się wytworem tej samej ręki. 

- To moje dzieło - oświadczył. 

Obejrzałem płótna i zatrzymałem się przed najmniejszym, które przedstawiało, a może 

sugerowało zachód słońca i zawierało w sobie coś z nieskończoności. 

- Jeśli ci się podoba, możesz to sobie wziąć jako podarek od przyszłego przyjaciela - 

rzucił spokojnie. 

Z wdzięcznością przyjąłem podarunek, lecz inne płótna w jakiś sposób mnie 

niepokoiły. Nie powiem, żeby były puste, ale takie odnosiło się wrażenie. 

- Namalowane są farbami, jakich twe starodawne oczy nie mogą dojrzeć. 

Delikatne palce potrąciły struny harfy, zaledwie dosłyszałem jakiś dźwięk. 

Wtedy dało się słyszeć pukanie. 

Wysoka kobieta i trzech czy też czterech mężczyzn weszło do domu. Można by rzec, 

że byli rodzeństwem lub też że upodobnił ich czas. Mój gospodarz zaczął zrazu rozmawiać z 

kobietą. 

- Wiedziałem, że zjawisz się tej nocy. Widziałaś Nilsa? 

- Parę razy. Ciągle maluje. 

- Miejmy nadzieję, że z większym powodzeniem niż jego ojciec. 

Rękopisy, obrazy, meble, sprzęty, niczego nie pozostawiliśmy w domu. Kobieta 

pracowała na równi z mężczyznami. Zawstydziłem się swojej słabości, która nie pozwalała 

mi prawdziwie im pomóc. Nikt nie zaryglował drzwi, gdy już wyszliśmy objuczeni. Zauwa-

żyłem, że dach domu jest dwuspadowy. 

Po piętnastu minutach marszu skręciliśmy na lewo. W głębi dostrzegłem coś w 

rodzaju wieży zwieńczonej kopułą. 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 53 

- To krematorium - powiedział któryś z nich. - Wewnątrz jest komora śmierci. 

Podobno to wynalazek pewnego filantropa o nazwisku, jeśli się nie mylę, Adolf Hitler. 

Dozorca, którego wzrost mnie nie zaskoczył, otworzył nam kratę. 

Mój gospodarz szepnął parę  słów. Przed wejściem do środka zrobił  ręką gest 

pożegnania. 

- Znów będzie padał śnieg - powiedziała kobieta. 

W mym gabinecie przy ulicy Mexico mam płótno, które ktoś namaluje za tysiące lat 

materiałami rozrzuconymi dzisiaj po całej planecie. 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 54 

 

Fortel 

 

Historia, którą opowiem, to historia dwóch ludzi czy też może raczej historia 

wydarzenia, w którym wzięło udział dwóch ludzi. Samo wydarzenie ani oryginalne, ani 

niezwykłe ma zresztą mniejsze znaczenie niźli osobowość bohaterów. Obaj zgrzeszyli przez 

pychę, ale w sposób całkowicie odmienny i z odmiennym rezultatem. Fakt (właściwie niemal 

anegdota) miał miejsce niedawno w jednym z amerykańskich stanów. Moim zdaniem nie 

mógł zdarzyć się nigdzie indziej. 

W końcu  1961 roku na teksaskim uniwersytecie w Austin miałem okazję  długo 

rozmawiać z jednym z protagonistów wydarzenia, które chcę opowiedzieć, doktorem Ezrą 

Winthropem. Jest on profesorem staroangielskiego (sam nie uznaje określenia “anglosaski", 

twierdząc, że ta nazwa kojarzy się z elementem dwuczęściowym). Przypominam sobie, że nie 

zaprzeczywszy mi ani razu, poprawił wiele moich błędów i zbyt śmiałych konkluzji. 

Mówiono mi, że w czasie egzaminów woli nie formułować żadnych pytań i zaprasza studenta 

do wypowiadania się na dowolny temat, pozwalając mu wybrać jakieś określone zagadnienie. 

Winthrop pochodzi z Bostonu, ze starej purytańskiej rodziny i wiele go kosztowało nagięcie 

się do zwyczajów i przesądów Południa. Tęsknił za śniegiem, zauważyłem jednak, że ludzie 

Północy umieją chronić się przed zimnem, tak jak my przed upałem. Obraz jego, trochę już 

zamglony, ukazuje mi wysokiego mężczyznę o siwiejących włosach, nie tyle zręcznego, ile 

mocnego. Lepiej przypominam sobie jego kolegę, Herberta Locke'a. Ofiarował mi on egzem-

plarz swej książki “Toward a History of the Kenning", w której twierdzi, że Sasi wyzwolili 

się z tych cokolwiek mechanicznych metafor (“droga wieloryba" zamiast “morza", “sokół 

bitwy" zamiast “orła"), podczas gdy poeci skandynawscy przeplatali je i łączyli aż do utraty 

sensu. Wspomniałem Herberta Locke'a, albowiem gra pewną rolę w mym opowiadaniu. 

Teraz dochodzę do głównego bohatera, Islandczyka Erica Einarssona. Nigdy go nie 

spotkałem. Przyjechał do Teksasu w 1969 roku, podczas gdy byłem w Cambridge, ale listy 

wspólnego przyjaciela Ramona Martineza Lopeza sprawiły, iż miałem uczucie, że znam go 

doskonale. Wiem, że był gwałtowny, energiczny, chłodny w obyciu; w kraju ludzi wysokich 

mógł uchodzić za wysokiego. Z powodu rudych włosów, jak to było do przewidzenia, 

studenci ochrzcili go Czerwonym Erikiem. Był on zdania, że nie najlepszy slang w ustach 

cudzoziemca zmienia go w intruza, wobec czego nigdy nie używał skrótu O.K. Dobry badacz 

języków nordyckich, angielskiego, łaciny i - choć się do tego nie przyznawał - niemieckiego, 

bez trudu wyrobił sobie markę na amerykańskich uniwersytetach. Jego pierwszą pracą była 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 55 

monografia na temat czterech artykułów De Quinceya poświęconych wpływowi duńskiego na 

krainę jezior Westmoreland. Po niej napisał drugą na temat chłopskiego dialektu w Yorkshire. 

Obie te publikacje zostały dobrze przyjęte, lecz Einarsson był zdania, że jego kariera wymaga 

czegoś bardziej spektakularnego. W 1970 roku w Yale opublikował obszerne wydanie 

krytyczne ballady o bitwie pod Maldon. Erudycja, jaką wykazał w przypisach, nie 

pozostawiała nic do życzenia, lecz pewne hipotezy zawarte we wstępie wzbudziły dyskusję w 

najbardziej elitarnych kręgach akademickich. Einarsson twierdził na przykład,  że rodzaj 

ballady przypomina - jakkolwiek nie bezpośrednio -heroiczny styl fragmentów “Finnsburha", 

nie zaś opanowaną retorykę “Beowulfa", i że sposób, w jaki miejscami są w niej wplatane 

wzruszające szczegóły, jest interesującą zapowiedzią metod podziwianych, słusznie zresztą, 

w sagach islandzkich. Wniósł również pewne poprawki w tekście Elphinstona. Od razu w 

1969 roku został mianowany profesorem uniwersytetu w Teksasie. 

Jak wiadomo, na amerykańskich uniwersytetach dość często odbywają się kongresy 

germanistów. Doktor Winthrop miał szczęście być delegatem na poprzednim kongresie w 

East Lansing. Dziekan jego wydziału, który zresztą szykował się do roku wolnego od 

wykładów, poprosił go, by zastanowił się nad kandydatem na następne spotkanie, w 

Wisconsin. W rzeczywistości było ich tylko dwóch: Herbert Locke lub Eric Einarsson. 

Podobnie jak Carlyle, Winthrop wyrzekł się purytańskiej wiary swych przodków, 

pozostał jednak wierny ich zasadom etycznym. Nie odmówił swej rady, jego obowiązek był 

zresztą oczywisty. Herbert Locke od 1954 roku nie skąpił mu swej pomocy przy 

opracowywaniu wyczerpującego wydania eposu “Beowulf”, które w pewnych określonych 

wypadkach miało zastąpić edycję Klaebera, teraz zajęty był kończeniem czegoś bardzo 

przydatnego dla germanistyki: słownika angielsko-anglosaskiego, który miał oszczędzić 

czytelnikom niepotrzebnego nieraz szperania po słownikach etymologicznych. Einarsson był 

o wiele młodszy. Jego pewność siebie ściągnęła nań ogólną niechęć, nie wyłączając niechęci 

Winthropa. Wydanie krytyczne “Finnsburha" niemało przyczyniło się do zwrócenia ogólnej 

uwagi na jego nazwisko. Miał zacięcie polemiczne, na kongresie mógł odegrać większą rolę 

niż milczący i nieśmiały Locke. Nad tym wszystkim zastanawiał się właśnie Winthrop, kiedy 

stało się to, co się stało. 

W “Yale Monthly" ukazał się obszerny artykuł na temat studiów nad literaturą i 

językiem anglosaskim. Pod ostatnią linijką widniały nie pozostawiające wątpliwości inicjały 

E.E., a jakby jeszcze tego było mało, słowa  University of Texas. Artykuł, napisany 

prawidłową angielszczyzną cudzoziemca, nie pozwalał sobie na najmniejsze uszczypliwości, 

był jednak utrzymany w tonie agresywnym. Autor stwierdzał, że rozpoczynanie studiów tego 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 56 

języka od eposu “Beowulf", dzieła starej daty, napisanego stylem retorycznym i 

wergiliańskim, jest nie mniej dowolne niż zaczynanie ich od zawiłych wierszy Miltona. 

Doradzał odwrócenie porządku chronologicznego: zaczęcie od “Grobu" z XI wieku, w 

którym pobrzękuje aktualny język, a potem cofanie się do początków. Co do “Beowulfa", 

wystarczy przedstawić jakiś fragment tego nudnawego eposu o trzech tysiącach wersów, na 

przykład rytuały pogrzebowe Scylda, powracającego do morza, z którego wyszedł. Nazwisko 

Winthropa nie było ani razu wzmiankowane, lecz ten ostatni poczuł się osobiście dotknięty. 

Niewymienienie go nie miało znaczenia: ważne było,  że podważono jego metody 

pedagogiczne. 

Do powzięcia decyzji pozostawało niewiele już czasu. Chcąc być sprawiedliwym, 

Winthrop nie mógł pozwolić, by artykuł Einarssona, ogólnie już znany i komentowany, miał 

wpłynąć na jego decyzję. Wybór był trudny. Któregoś ranka zjawił się w dziekanacie; tegoż 

popołudnia Einarssonowi zlecono oficjalnie misję wyjazdu do Wisconsin. 

W wilię dnia 19 marca, kiedy to miał nastąpić wyjazd, Einarsson zjawił się w 

gabinecie Ezry Winthropa. Przyszedł pożegnać się i podziękować. Okno wychodzące na 

skośną, obsadzoną drzewami ulicę było obudowane półkami pełnymi książek. Einarsson od 

razu dostrzegł pierwsze wydanie “Eddy Islandorum" w pergaminie. Winthrop powiedział, że 

wie, iż Einarsson dobrze wywiąże się z nałożonego nań zadania, i że nie ma za co dziękować. 

Jeśli się nie mylę, ich rozmowa trwała długo. 

- Porozmawiajmy szczerze - powiedział Einarsson. - Absolutnie wszyscy na naszym 

uniwersytecie wiedzą,  że jeżeli nasz dziekan, Lee Rosenthal, zaszczycił mnie misją 

reprezentowania nas, zrobił to na skutek pańskich sugestii. Nie chcę pana oszukiwać. To 

prawda,  że jestem dobrym germanistą, językiem mojego dzieciństwa jest język sag i mam 

lepszą wymowę niż moi koledzy z Wielkiej Brytanii. Moi studenci wymawiają cyning, a nie 

cunning,  wiedzą również,  że pod żadnym pozorem na wykładach nie wolno im palić ani 

pojawiać się w hipisowskich strojach. Teraz co do mojego zawiedzionego rywala: byłoby w 

najgorszym guście, gdybym zabrał się do krytykowania go; na temat kenningów wykazuje on 

nie tylko źródłową, ale również dokładną znajomość prac Meissnera i Marquardta. Pomińmy 

jednak te drobiazgi. Jestem panu, doktorze, winien osobiste wyjaśnienie. Opuściłem mój kraj 

pod koniec 1967 roku. Jeżeli ktoś decyduje się na wyjazd w dalekie strony, niedwuznacznie 

narzuca sobie obowiązek,  że się tam wybije. Moje dwie początkowe czysto filologiczne 

publikacje miały na celu tylko wykazanie moich umiejętności. Rzecz jasna, że nie było to 

dosyć. Zawsze interesowała mnie ballada o Maldon, którą z niewielkimi potknięciami mogę 

deklamować z pamięci. Udało mi się skłonić władze Yale do wydania mojej pracy krytycznej 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 57 

na ten temat; jak pan wie, ballada opiewa skandynawskie zwycięstwo, ale teza, że miała 

wpłynąć na późniejsze sagi islandzkie, jest moim zdaniem absurdalna i nie do przyjęcia. 

Wspomniałem o tym, tylko by schlebić angielskim czytelnikom. 

Teraz przechodzę do sprawy zasadniczej, do mojej polemicznej noty w “Yale 

Monthly". Jak pan wie, usprawiedliwia ona lub chce usprawiedliwić mój system nauczania, 

umyślnie wyolbrzymiając minusy pańskiego, który w zamian za narzucenie studentom owych 

trzech tysięcy zawiłych wersów opowiadających jakąś niejasną historię, ofiarowuje im bogaty 

słownik, który - o ile nie przerwą tego, co robią - pozwoli im później korzystać z całego 

corpus literatury anglosaskiej. Prawdziwym celem mego artykułu był wyjazd do Wisconsin. 

Pan, mój drogi, wie tak jak i ja, że kongresy nie są same w sobie wiele warte i powodują 

zbędne koszta, ale dobrze jest mieć je w swoim życiorysie. 

Winthrop popatrzył na niego zaskoczony. Był inteligentny, ale skłonny do brania 

wszystkiego zbyt serio, wszystkiego - tak kongresów, jak i wszechświata, w końcu również 

mogącego być kosmicznym żartem. Einarsson ciągnął dalej: 

- Może przypomina pan sobie naszą pierwszą rozmowę. Przyjechałem z Nowego 

Jorku, była to niedziela, stołówka uniwersytecka była zamknięta i poszliśmy na lunch do 

“Nighthawk". Dowiedziałem się wówczas wielu rzeczy. Jako prawdziwy Europejczyk zawsze 

uważałem wojnę domową za krucjatę przeciw zwolennikom niewolnictwa. Pan dowodził, że 

Południe było w swoim prawie, chcąc odłączyć się od Unii i zachować własne instytucje. Aby 

nadać większą wagę swej opinii, zaznaczył pan, że pochodzi z Północy i że ktoś z pańskich 

przodków walczył w szeregach Henry'ego Hallecka. Wychwalał pan również odwagę 

konfederatów. W odróżnieniu od innych mam dobrego nosa do ludzi. Ów ranek wystarczył 

mi. Zrozumiałem, drogi kolego, że trawi pana specyficzne amerykańskie pragnienie 

bezstronności. Przede wszystkim pragnie pan być fair. Właśnie dlatego, że jest pan 

człowiekiem Północy, usiłuje pan zrozumieć i usprawiedliwić racje Południa. Kiedy 

dowiedziałem się,  że mój wyjazd do Wisconsin zależy od pańskiej opinii, postanowiłem 

wykorzystać swoje odkrycie. Zrozumiałem, że zaatakowanie metody, jaką posługuje się pan 

w swych wykładach, jest najskuteczniejszym sposobem, aby zapewnić sobie pański głos. 

Natychmiast napisałem swój artykuł. Obyczaje miesięcznika zmusiły mnie do użycia inicja-

łów, ale zrobiłem co mogłem, by nie pozostawić najmniejszych wątpliwości co do tożsamości 

autora. Niezależnie od tego rozgłosiłem wszystko między kolegami. 

Nastąpiła długa cisza, którą w końcu przerwał Winthrop. 

- Teraz rozumiem - powiedział. - Jestem starym przyjacielem Herberta i doceniam 

jego pracę. Pan bezpośrednio czy też pośrednio mnie zaatakował. Odmówienie panu mego 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 58 

głosu mogło równać się represji. Porównałem więc wasze zasługi, a rezultat pan zna. - Potem 

dodał, jakby myśląc głośno: - Może chcąc nie okazać się małostkowym, uległem próżności. 

Jak pan widzi, pański fortel nie zawiódł. 

-  Fortel jest odpowiednim słowem - odparł Einarsson - ale nie żałuję tego, co 

zrobiłem. Uczynię co w mej mocy dla dobra naszego uniwersytetu. Poza tym zdecydowałem, 

że pojadę do Wisconsin. 

- Mój pierwszy wiking - powiedział Winthrop, patrząc mu prosto w oczy. 

- Jeszcze jeden romantyczny przesąd. Nie wystarczy być Skandynawem, by być 

potomkiem wikingów. Moi rodzice byli dobrymi pasterzami Kościoła ewangelickiego; w 

początkach dziesiątego wieku moi przodkowie byli może dobrymi kapłanami Tho-ra. O ile 

wiem, w mojej rodzinie w ogóle nie zdarzali się ludzie morza. 

- W mojej było wielu - odparł Winthrop. - Mimo wszystko nie różnimy się tak bardzo. 

Łączy nas wspólny grzech: próżność. Pan mnie odwiedził, by się poszczycić swym 

pomysłowym fortelem, ja poparłem pana, by się poszczycić mą prawością. 

- I jeszcze coś nas łączy - odpowiedział Einarsson. - Narodowość. Jestem obywatelem 

amerykańskim. Moje miejsce jest tu, nie w dalekiej Thule. Pan pewnie uważa, że paszport nie 

zmienia charakteru człowieka. 

Podali sobie ręce, po czym się rozstali. 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 59 

 

Avelino Arredondo 

 

Zdarzyło się to w Montevideo w 1897 roku. 

W każdą sobotę grupa przyjaciół spotykała się w “Café del Globo" wokół tego 

samego, stojącego na uboczu stolika, jak robią ludzie przyzwoici i skromni, którzy nie chcą 

pokazywać swoich mieszkań czy też uciekają od swego otoczenia. Wszyscy byli miesz-

kańcami Montevideo i z początku niełatwo im było zaprzyjaźnić się z Arredondo, który 

pochodził z głębi kraju i ani się nie zwierzał, ani nie zadawał pytań. Miał niewiele ponad 

dwadzieścia lat, był chudy, ciemnoskóry, raczej niski i chyba tępawy. Jego twarz mogła 

wydawać się bez wyrazu, gdyby nie oczy jednocześnie senne i pełne energii. Pracował w 

pasmanterii na ulicy Buenos Aires, a w wolnych chwilach studiował prawo. Kiedy inni 

piętnowali szalejącą w kraju wojnę, którą według powszechnej opinii prezydent z 

nikczemnych przyczyn przeciągał, Arredondo milczał. Milczał i wtedy, kiedy zarzucano mu 

skąpstwo. 

Niezadługo po bitwie pod Cerros Blancos Arredondo oznajmił kolegom, że znika na 

jakiś czas, bo musi pojechać do Mercedes. Wiadomość nie zaniepokoiła nikogo. Ktoś 

powiedział, by miał się na baczności przed tym nicponiem Apariciem Saravią; Arredondo 

odparł z uśmiechem, że nie boi się białych. Tamten, który zapisał się do partii, nic już nie od-

powiedział. 

Trudniej mu przyszło rozstanie z jego dziewczyną, Klarą. Zrobił to używając tych 

samych słów. Uprzedził ją, by nie czekała na listy, bo będzie bardzo zajęty. Klara, która też 

nie miała zwyczaju pisania, zgodziła się na taki układ. Bardzo się kochali. 

Arredondo mieszkał pod miastem. Usługiwała mu Mulatka o tym samym nazwisku co 

on, gdyż jej przodkowie byli niewolnikami rodziny Arredonda w czasie Wielkiej Wojny. 

Należała do osób, którym można było w pełni zaufać; nakazał jej, by każdemu, kto będzie o 

niego pytał, mówiła, że jest na wsi. Właśnie odebrał w sklepie ostatnią pensję. 

Przeniósł się do pokoju w głębi, wychodzącego na ziemne patio. Posunięcie to nie 

było konieczne, ale pomagało mu w wyobcowaniu się, którego pragnął. Wróciwszy do 

zarzuconego zwyczaju drzemania podczas sjesty, z wąskiego  żelaznego  łóżka spoglądał ze 

smutkiem na puste półki biblioteczne. Sprzedał wszystkie swe książki, z propedeutyką prawa 

włącznie. Pozostała mu tylko Biblia, której nigdy naprawdę nie poznał i nie przeczytał do 

końca. 

Przeglądał  ją strona po stronie, czasami z zainteresowaniem, czasami znudzony, i 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 60 

narzucał sobie obowiązek uczenia się na pamięć niektórych rozdziałów Księgi Wyjścia i 

zakończenia Eklezjastesa. Nie usiłował zrozumieć tego, co czytał. Był wolnomyślicielem, ale 

co wieczór odmawiał “Ojcze nasz", bo tak obiecał matce, wyruszając do Montevideo. Niedo-

trzymanie tej synowskiej obietnicy mogło mu przynieść nieszczęście. 

Wiedział, że musi doczekać do poranka dwudziestego piątego sierpnia. Znał dokładnie 

liczbę dni dzielących go od tej daty. Po tym terminie czas ustanie lub, wyrażając się ściśle, 

nic, co stanie się potem, nie będzie miało znaczenia. Oczekiwał tej daty, jak się czeka na 

chwilę szczęścia i wyzwolenia. Zatrzymał zegarek, by ciągle na niego nie spoglądać, ale co 

noc słysząc dwanaście ciemnych uderzeń, zrywał kartkę z kalendarza, myśląc: o jeden dzień 

mniej. 

Z początku chciał nabrać jakichś przyzwyczajeń: pić mate, palić mocne papierosy, 

które by sam sobie skręcał, czytać i powtarzać na głos pewną liczbę stronic, rozmawiać z 

Klementyną, kiedy na tacy przynosiła mu posiłek, powtarzać i przed zdmuchnięciem  świec 

ulepszać pewne przemówienie. Rozmowa z Klementyną, kobietą bardzo już starą, nie była 

łatwa, pamięć jej bowiem ograniczała się do wsi i codziennych wiejskich zajęć. 

Miał też do dyspozycji szachownicę; rozgrywał na niej chaotyczne partie, których 

nigdy nie kończył. Brakło w tych szachach wieży, zastępował  ją zwykle nabojem lub 

dwudziestocentówką. 

Aby jakoś zapełnić czas, co rano sprzątał swój pokój za pomocą ścierki i miotły oraz 

zabijał pająki. Mulatce nie podobało się, iż zniża się do zajęć należących do niej, których w 

dodatku nie umie wykonywać. 

Wolałby budzić się, kiedy słońce stało już wysoko na niebie, ale przyzwyczajenie 

wstawania o świcie było silniejsze niż jego postanowienia. Bardzo tęsknił do przyjaciół, choć 

bez goryczy myślał o tym, że oni nie tęsknią za nim z powodu jego nieprzezwyciężonej 

rezerwy. Pewnego popołudnia jeden z przyjaciół przyszedł zapytać, co się z nim dzieje, ale 

Mulatka go nie znała i odprawiła go. Arredondo nigdy nie miał się dowiedzieć, kto to był. 

Wiele go kosztowało, jako zapalonego czytelnika gazet, zrezygnowanie z tych muzeów 

nieważnych drobiazgów. Nie był człowiekiem skłonnym do medytacji lub wahań. 

Jego dni i noce były jednostajne, mimo to najtrudniejsze były niedziele. 

W połowie lipca pomyślał, że popełnił błąd, dzieląc czas, który i tak w jakiś sposób 

nami rządzi. Pozwolił wtedy błądzić swym marzeniom po rozległych ziemiach Urugwaju, 

dziś zlanych krwią, myśląc o falistych polach Santa Irene, gdzie bawił się latawcem, o kucu, 

który dzisiaj zapewne już nie żył, o kurzu, jaki unosił się po przejściu stada prowadzonego 

przez pasterzy, o sfatygowanym dyliżansie przyjeżdżającym co miesiąc z Fray Bentos ze 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 

61 

swym ładunkiem błyskotek i tandety, o zatoce La Agraciada, gdzie wylądowało Trzydziestu 

Trzech bohaterów narodowych, o Hervidero, o szczytach, lasach i rzekach, o Cerro, na które 

się wdrapywał, docierając aż do latarni morskiej na szczycie, przekonany, że na brzegu La 

Platy nie ma drugiego, które mogłoby się z nim równać. Kiedyś ze wzgórza w zatoce 

przeniósł się myślą do wzgórza w herbie Montevideo i zasnął. 

Co noc wiatr od morza przynosił chłód ułatwiający sen. Nie zaznał bezsenności. 

Bardzo kochał swoją dziewczynę, ale powiedział sobie, że mężczyzna nie powinien 

myśleć o kobietach, zwłaszcza wtedy, gdy odczuwa ich brak. Wieś przyzwyczaiła go do 

czystości. Co do tamtej sprawy... Usiłował jak najmniej myśleć o człowieku, którego 

nienawidził. 

Deszcz bębniący o dach tarasu dotrzymywał mu towarzystwa. 

Dla więźnia lub ślepca czas płynie niby woda po łagodnej pochyłości. Mniej więcej w 

połowie okresu swego odosobnienia Arredondo zdołał niejeden raz poczuć się jakby w czasie 

poza czasem. Na pierwszym patio była studnia, w głębi której siedziała ropucha; nigdy nie 

przyszło mu do głowy,  że tym, czego by pragnął, jest czas ropuchy, czas graniczący z 

wiecznością. Kiedy termin już się zbliżał, zaczął się znowu niecierpliwić. Pewnej nocy nie 

wytrzymał i wyszedł na ulicę. Wszystko wydało mu się inne, jakby większe. Na rogu 

zobaczył światło i wszedł do szynku. Aby usprawiedliwić swą obecność, zamówił kieliszek 

gorzkiej  cana.  Żołnierze rozparci przy drewnianym szynkwasie rozmawiali. Jeden z nich 

powiedział: 

- Wiecie, że jest surowo zakazane podawanie jakichkolwiek wiadomości o walkach. 

Wczoraj wieczór zdarzyło się nam coś, co was zabawi. Wraz z jednym chłopakiem z koszar 

przechadzaliśmy się przed gmachem redakcji “La Razón". Na ulicy usłyszeliśmy dochodzące 

ze środka słowa, sprzeczne z tym zakazem. Weszliśmy, nie tracąc czasu. Ciemno tam było jak 

w grobie, więc po omacku puściliśmy serię w kierunku mówiącego. Kiedy wreszcie zamilkł, 

zaczęliśmy go szukać, żeby go wyciągnąć nogami do przodu, i wtedy przekonaliśmy się, że to 

maszyna, takie coś, co się nazywa fonograf, że to samo gadało. 

Wszyscy się roześmieli. 

Arredondo słuchał ich gadaniny w milczeniu. Jeden z żołnierzy zapytał go: 

- Jak ci się podoba ten dowcip, chłopie? 

Arredondo nie odpowiedział, wtedy chłopak w mundurze zwrócił się do niego, 

przysuwając blisko twarz: 

- Natychmiast krzyknij: “Niech żyje prezydent Juan Idiarte Borda!" 

Arredondo posłuchał rozkazu. Wśród kpiących okrzyków doszedł do drzwi. Już był na 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 62 

ulicy, kiedy usłyszał ostatnią obelgę: 

- Strach się nie boi ani nie obraża. 

Zachował się jak tchórz, ale wiedział, że nim nie jest. Spokojnie wrócił do domu. 

Dwudziestego piątego sierpnia Avelino Arredondo zbudził się po dziewiątej. Najpierw 

pomyślał o Klarze, dopiero później o dacie. Powiedział do siebie z ulgą: 

- Koniec męki oczekiwania. Oto nadszedł dzień. 

Ogolił się bez pośpiechu i w lustrze ujrzał swą zwykłą twarz. Wybrał czerwony 

krawat i ubrał się w to, co miał najlepszego. Obiad zjadł późno. Szare niebo groziło deszczem 

- zawsze wyobrażał sobie, że to będzie promienny dzień. Poczuł ściśnięcie serca na myśl, że 

na zawsze opuszcza wilgotną izdebkę. W sieni natknął się na Mulatkę i oddał jej ostatnie 

pieniądze, jakie mu jeszcze pozostały. Na metalowej żaluzji mydlarni zobaczył kolorowe tra-

pezy i pomyślał sobie, że zapomniał o nich już przeszło dwa miesiące temu. Ruszył w stronę 

ulicy Sarandi. Był to dzień świąteczny i na ulicach nie było wielu ludzi. 

Nie wybiła trzecia, kiedy doszedł do placu Matriz. Właśnie skończyło się “Te Deum" i 

grupki mężczyzn, wojskowych i księży, powoli schodziły po stopniach kościoła. Na pierwszy 

rzut oka cylindry, czasem trzymane w rękach, mundury, galony, broń, sutanny mogły dać 

złudzenie,  że jest ich wielu. W rzeczywistości nie było więcej niż jakieś trzydzieści osób. 

Arredondo nie czuł strachu, lecz coś w rodzaju szacunku. Zapytał, który z nich jest 

prezydentem. Odpowiedziano mu: 

- Ten obok arcybiskupa w mitrze i z pastorałem. 

Wyjął rewolwer i wystrzelił. 

Idiarte Borda zrobił parę kroków, padł na wznak i powiedział wyraźnie: 

- Umieram. 

Arredondo oddał się do dyspozycji władz. Jakoby potem zadeklarował: 

- Należę do partii czerwonych, co stwierdzam z dumą. Zabiłem prezydenta, który 

zdradził i zgnoił naszą partię. Zerwałem z przyjaciółmi i z dziewczyną,  żeby ich w to nie 

wplątywać. Nie czytywałem gazet, by nikt nie mógł powiedzieć,  że zostałem namówiony. 

Ten akt sprawiedliwości jest mój i tylko mój. A teraz mnie sądźcie. 

Tak to mniej więcej wyglądało, aczkolwiek w sposób mniej prosty; wolno mi jednak 

wyobrażać sobie, że właśnie tak. 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 63 

 

Krążek 

 

Jestem drwalem. Nazwisko nie ma znaczenia. Chata, w której się urodziłem i w której 

niezadługo umrę, stoi na skraju lasu. O tym lesie mówią,  że ciągnie się  aż do morza 

otaczającego całą ziemię, po którym krążą drewniane domki, takie jak mój. Bo ja wiem? 

Nigdy go nie widziałem. Nie widziałem też drugiego krańca lasu. Kiedy byliśmy mali, mój 

starszy brat kazał mi przysiąc, że we dwóch wyrąbiemy cały las do ostatniego drzewa. Mój 

brat umarł, a ja szukam i będę szukał czegoś całkiem innego. Na zachodzie płynie rzeczka, w 

której można łowić ryby ręką. W lesie są wilki, ale nie boję się ich, a moja siekierka nigdy 

mnie nie zawiodła. Nigdy nie liczyłem też swoich lat, choć wiem, że mam ich dużo. Moje 

oczy już nie widzą. We wsi, dokąd zresztą nie chodzę, żeby nie zabłądzić, uważają mnie za 

sknerę. Ale do czego mógł w życiu dojść drwal? 

Drzwi domu przyciskam kamieniem, żeby się tam nie dostał  śnieg. Pewnego 

popołudnia usłyszałem ciężkie kroki, a potem stukanie. Otworzyłem i wszedł jakiś obcy 

człowiek. Był wysoki, stary, owinięty w zniszczony koc. Na twarzy miał bliznę. Lata dodały 

mu więcej chudości, niż odebrały sił, lecz zauważyłem, że chodzi o lasce. Zamieniliśmy parę 

słów, których nie pamiętam. Wreszcie rzekł: 

- Nie mam domu i sypiam, gdzie popadnie. Przeszedłem całe królestwo anglosaskie. 

Te słowa pasowały do jego wieku. Mój ojciec zawsze mówił o królestwie 

anglosaskim, teraz ludzie mówią o Anglii. 

Miałem chleb i rybę. W czasie posiłku milczeliśmy. Zaczęło padać. Z paru skór 

zrobiłem mu posłanie na klepisku, na którym umarł mój brat. Kiedy zapadła noc, zasnęliśmy. 

Wyszliśmy z domu o świtaniu. Deszcz ustał, a na ziemi leżał świeży śnieg. Upadła mu 

laska, którą mi kazał podnieść. 

- Dlaczego mam cię słuchać? - zapytałem. 

- Bo jestem królem - odparł. 

Pomyślałem, że to wariat. Podniosłem laskę i podałem mu ją. 

Przemówił już innym głosem: 

- Jestem królem Secgenów. Wielekroć wiodłem ich poprzez ciężkie bitwy do 

zwycięstwa, lecz w chwili dopełnienia się przeznaczenia straciłem moje królestwo. Moje imię 

jest Isern, a pochodzę z rodu Odyna. 

- Nie czczę Odyna - rzekłem. - Czczę Chrystusa. 

Ciągnął dalej, jakby mnie nie usłyszał: 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 64 

- Przemierzam drogi wygnania, ale wciąż jestem królem, bo mam krążek. Chcesz go 

zobaczyć? 

Otworzył kościstą  dłoń. Nie było w niej nic. Wtedy zdałem sobie sprawę,  że przez 

cały czas miał zaciśniętą pięść. Wbijając we mnie wzrok, powiedział: 

- Możesz go dotknąć. 

Nie bez nieufności dotknąłem czubkami palców jego dłoni. Poczułem coś zimnego i 

dojrzałem błysk. Jego dłoń nagle się zamknęła. Nie powiedziałem nic. Tamten ciągnął dalej, 

cierpliwie, jakby mówił do dziecka: 

- To jest krążek Odyna. Ma tylko jedną stronę. Na całym  świecie nie ma drugiej 

rzeczy, która by miała tylko jedną stronę. Póki będzie w mojej ręce, będę królem. 

- Jest ze złota? - zapytałem. 

- Nie wiem. To krążek Odyna i ma tylko jedną stronę. 

Wtedy poczułem żądzę, by posiąść ten krążek. Gdyby był mój, mógłbym go sprzedać, 

wymienić na sztabkę złota, być królem. 

Powiedziałem do włóczęgi, którego do dziś nienawidzę: 

- W chacie mam ukrytą szkatułkę pełną monet. Są ze złota i lśnią jak siekierka. Jeżeli 

dasz mi krążek, oddam szkatułkę. 

Odrzekł z uporem: 

- Nie chcę. 

- A więc - powiedziałem - idź swoją drogą. 

Odwrócił się do mnie tyłem. Wystarczyło uderzenie siekiery w kark, by zachwiał się i 

padł, lecz padając, otworzył pięść i zobaczyłem w powietrzu złoty błysk. Dobrze zaznaczyłem 

miejsce siekierką i zaciągnąłem trupa aż do wezbranego strumienia. Tam go cisnąłem. 

Po powrocie do domu szukałem krążka. Nie znalazłem go. Od lat bez przerwy go 

szukam. 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 65 

 

Księga piasku 

 

...thy rope of sands... 

George Herbert (1593-1633) 

 

Linia składa się z nieskończonej liczby punktów; płaszczyzna z nieskończonej liczby 

linii; objętość z nieskończonej liczby płaszczyzn; nadobjętość z nieskończonej liczby 

objętości... Nie, zdecydowanie to more geometrico nie jest najlepszym sposobem zaczęcia 

mojej opowieści. Teraz stało się zwyczajem twierdzenie, że każde opowiadanie fantastyczne 

jest prawdziwe; moje jednak 

JEST 

prawdziwe. 

Mieszkam sam, na czwartym piętrze przy ulicy Belgrano. Parę miesięcy temu, o 

zmroku, ktoś zapukał do moich drzwi. Otworzyłem i zobaczyłem nieznajomego. Był to 

wysoki mężczyzna o niewyraźnych rysach. Może zresztą taki mi się wydał z powodu mej 

krótkowzroczności. Wyglądał ubogo, lecz schludnie. Był w szarym ubraniu, a w ręku miał 

walizkę, też szarą. Od razu domyśliłem się, że to cudzoziemiec. Z początku sądziłem, że jest 

stary; potem spostrzegłem, iż zmyliły mnie jego przerzedzone włosy, tak jasne, że niemal 

białe, jakie często miewają Skandynawowie. W czasie naszej rozmowy, która nie trwała 

nawet godziny, dowiedziałem się, że pochodzi z Orkadów. 

Wskazałem mu krzesło. Milczał chwilę, zanim zaczął mówić. Wiało od niego 

melancholią, tak jak teraz chyba wieje nią ode mnie. 

- Sprzedaję biblie - powiedział. 

Nie bez pedanterii odpowiedziałem: 

- W tym domu jest parę biblii angielskich, z pierwszą Johna Wiclifa włącznie. 

Posiadam również biblie Cipriano de Valera oraz Lutra, która literacko jest najsłabsza, i 

łaciński egzemplarz Wulgaty. Jak pan sam widzi, biblie nie są mi specjalnie potrzebne. 

Po chwili ciszy odparł: 

- Sprzedaję nie tylko biblie. Mogę panu pokazać  świętą księgę, jaką nabyłem w 

zapadłym kącie Bikaniru. Może ona pana zainteresuje. 

Otworzył walizkę i położył  ją na stole. Był to tom in octavo, oprawny w materiał. 

Niewątpliwie przeszedł przez wiele rąk. Kiedy go oglądałem, zaskoczył mnie jego niezwykły 

ciężar. Na grzbiecie był napis Holy Writ, a pod spodem Bombay. 

Dziewiętnasty wiek, prawda? - zapytałem. 

- Nie wiem, nigdy tego nie wiedziałem - brzmiała odpowiedź. 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 66 

Otworzyłem księgę na chybił trafił. Litery były nie znane. Strony, które wydawały się 

zniszczone, a ich typografia marna, były drukowane w dwóch kolumnach, tak jak biblie. 

Tekst był  gęsty, ułożony wersetami. W górnym rogu każdej strony widniały arabskie cyfry. 

Zastanowiło mnie, że strona parzysta nosiła (powiedzmy) numer 40 514, nieparzysta zaś, 

idąca zaraz po niej, numer 999. Odwróciłem ją: na jej odwrocie znalazłem numer 

ośmiocyfrowy. Była też tam mała rycina, z rodzaju tych, jakie znajdują się w encyklopediach: 

kotwiczka, narysowana piórkiem, niby niezdarną ręką dziecka. 

Wtedy właśnie nieznajomy powiedział: 

- Niech pan dobrze się jej przypatrzy. Nie zobaczy jej pan nigdy więcej. 

Coś jakby groźba zabrzmiało w tym zapewnieniu, ale nie w głosie. 

Zapamiętałem miejsce i zamknąłem tom. Natychmiast go otwarłem. Nadaremnie 

strona po stronie szukałem rysunku kotwicy. Aby pokryć zmieszanie, powiedziałem: 

- Jest to wersja Pisma w którymś z języków hindustańskich, nieprawdaż? 

- Nie - odpowiedział. Potem zniżył  głos, jakby chciał powierzyć mi jakiś sekret: - 

Nabyłem ten egzemplarz w miasteczku na równinie w zamian za Biblię i parę rupii. Ten, co 

go posiadał, nie umiał czytać. Podejrzewam, że Księgę Ksiąg uważał za amulet. Należał do 

bardzo niskiej kasty: nie można było nadepnąć na jego cień bez zarażenia się. Powiedział mi, 

że jego książka nazywa się Księgą Piasku, albowiem ani ta księga, ani piasek nie mają 

początku ni końca. 

Poprosił, bym poszukał pierwszej strony. 

Oparłem lewą  rękę na okładce i otworzyłem księgę dwoma niemal ściśniętymi 

palcami: dużym i wskazującym. Wszystko nadaremnie: między okładką a ręką zawsze 

znajdowało się parę stron, jakby kiełkowały z książki. 

- A teraz niech pan poszuka ostatniej. 

I to również mi się nie udało; zaledwie, nie swoim głosem, zdołałem wyjąkać: 

- Nie może to być. 

Sprzedawca biblii ściszonym tonem powiedział: 

- Nie może być, ale jest. Liczba stronic w tej książce jest dokładnie nieskończona. 

Żadna nie jest pierwsza. Żadna nie jest ostatnia. Nie wiem, czemu są tak, a nie inaczej 

ponumerowane. Może dlatego, by wykazać,  że określenie nieskończoności wymyka się ja-

kimkolwiek liczbom. - Po czym, jakby myśląc głośno, dodał: - Jeżeli przestrzeń jest 

nieskończona, jesteśmy w jakimkolwiek punkcie przestrzeni. Jeżeli czas jest nieskończony, 

jesteśmy w jakimkolwiek punkcie czasu. 

Jego rozważania rozdrażniły mnie, więc powiedziałem: 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 67 

- Pan jest zapewne wierzący? 

- Tak, jestem prezbiterianinem. Moje sumienie jest spokojne. Jestem pewien, że nie 

oszukałem tamtego człowieka, dając mu Słowo Boże w zamian za tę diabelską księgę. 

Zapewniłem go, że nie powinien robić sobie żadnych wyrzutów, i zapytałem, czy 

znalazł się w tych stronach przypadkiem. Odparł,  że za parę dni chce wracać do ojczyzny. 

Wtedy właśnie dowiedziałem się, że jest Szkotem z Orkadów. Powiedziałem, że ja osobiście 

bardzo kocham Szkocję poprzez miłość do Stevensona i Hume'a. 

- I zapewne do Robbie Burnsa - uzupełnił. 

W czasie rozmowy przeglądałem nieskończoną księgę. Z udaną obojętnością 

zapytałem: 

- Chce pan zaoferować ten ciekawy egzemplarz British Museum? 

- Nie. Proponuję go panu - odparł i wymienił wysoką cenę. 

Zgodnie z prawdą odpowiedziałem,  że taka suma przekracza moje możliwości, i 

zamyśliłem się. Po paru minutach miałem gotowy plan. 

- Proponuję panu pewną transakcję - rzekłem. - Pan dostał ten tom za parę rupii oraz 

Pismo  Święte; ofiarowuję zań panu moją miesięczną emeryturę, którą  właśnie podjąłem, i 

odziedziczoną po mych rodzicach Biblię Wiclifa wydrukowaną gotykiem. 

A black letter Wiclif! - wymruczał. 

Poszedłem do sypialni i przyniosłem pieniądze oraz Biblię. Przerzucił parę kartek i 

obejrzał okładkę z zapałem bibliofila. 

- W porządku - powiedział. 

Byłem zdziwiony, że się nie targuje. Potem dopiero miałem zrozumieć, iż przyszedł 

do mnie już zdecydowany, by sprzedać księgę. Schował pieniądze, nie licząc. 

Mówiliśmy o Indiach, o Orkadach, o norweskich jarls, którzy tymi wyspami rządzili. 

Kiedy wyszedł, była już noc. 

Nie zobaczyłem go więcej i nie poznałem jego nazwiska. 

Miałem zamiar wstawić Księgę Piasku w puste miejsce po Wiclifie, ale w końcu 

zdecydowałem schować ją za niekompletną edycję “Księgi tysiąca i jednej nocy". 

Postawiłem ją tam i nie mogłem zasnąć. O trzeciej czy czwartej nad ranem zapaliłem 

światło. Wziąłem tę niezwykłą księgę i zacząłem ją przeglądać. Na jednej ze stron 

zobaczyłem rysunek maski. W rogu miała nie wiem już jaką cyfrę podniesioną do dziesiątej 

potęgi. 

Nikomu nie pokazałem mej zdobyczy. Do szczęścia jej posiadania dołączył się lęk, by 

mi jej nie ukradziono, a potem nieufność,  że może jednak nie okaże się nieskończona. Te 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 68 

dwie obawy pogłębiły moją dawną mizantropię. Miałem jeszcze garść przyjaciół - przestałem 

ich widywać. Stałem się więźniem księgi i niemal zaprzestałem wychodzenia na ulicę. Za 

pomocą lupy przebadałem jej zniszczony grzbiet i okładki i odrzuciłem przypuszczenie 

jakichkolwiek sztuczek. Sprawdziłem,  że małe ryciny oddalone są od siebie o dwa tysiące 

stron. Zapisałem je w notatniku alfabetycznym, który dość szybko się wypełnił. Nigdy się nie 

powtórzyły. Nocą, w czasie krótkich chwil, kiedy udawało mi się zasnąć, śniłem o księdze. 

Lato miało się ku końcowi, kiedy zrozumiałem, że jest to księga monstrualna. Na nic 

się nie zdały rozważania,  że nie mniej potworny jestem ja sam, kiedy oglądam ją oczami, 

dotykam dziesięcioma zakończonymi paznokciami palcami. Poczułem,  że jest ona jakimś 

koszmarem, czymś nieczystym, co bezcześci i przenika rzeczywistość. 

Pomyślałem o ogniu, ale zląkłem się, że spalenie nieskończonej księgi będzie również 

nieskończone i zadusi dymem całą planetę. 

Pamiętam, że czytałem, iż najlepiej schować liść pomiędzy liśćmi. Przed pójściem na 

emeryturę pracowałem w Bibliotece Narodowej, w której znajduje się dziewięćset tysięcy 

tomów: wiem, że na prawo z holu kręcone schodki giną w mrokach suteren, gdzie złożone są 

czasopisma i mapy. Skorzystałem z nieuwagi pracowników, by zgubić Księgę Piasku na jed-

nym z pełnych wilgoci regałów. Postarałem się nie zauważyć, na jakiej wysokości ani w 

jakiej odległości od drzwi ją umieszczam. 

Trochę mi ulżyło, ale nadal nie chcę nawet przechodzić ulicą México. 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 69 

 

Epilog 

 

Pisanie prologu do nie czytanych jeszcze opowiadań jest zadaniem właściwie 

niemożliwym, jako że wymaga analizy wątków, których nie należy zdradzać. Z tych względów 

wolę napisać epilog. 

Opowiadanie początkowe podejmuje stary temat sobowtóra, który tylekroć kusił 

zawsze szczęśliwe pióro Stevensona. W Anglii nosi on nazwę  fecht  lub bardziej literacko 

wraith of the living. W Niemczech - Doppelgänger. Podejrzewam, że najdawniejszą formą by-

ło alter ego. Ta zjawa poczęła się zapewne od odbić w zwierciadłach metalu czy wody lub po 

prostu od pamięci, która z każdego z nas robi aktora i widza zarazem. Moim obowiązkiem 

było sprawić, by rozmówcy byli dostatecznie różni i dostatecznie podobni, by być jednym i 

tym samym. Czy warto wspominać, że pomysł tej historii przyszedł mi do głowy nad brzegami 

rzeki Charles w Nowej Anglii, której zimny bieg przywiódł mi na myśl dalekie wody Rodanu? 

Miłość jest bardzo często tematem mych wierszy; inaczej jest z prozą, gdzie występuje 

raz jeden: w “Ulrice". Czytelnicy zauważą jej formalne zbliżenie do “Tamtego". 

“Kongres" jest najdłuższym opowiadaniem z tego tomu, o założeniu tak szerokim, że w 

końcu  łączącym się z kosmosem i z sumą wszystkich dni. Niejasny początek pragnie 

przypomnieć temat fikcji Kafki; koniec - wznieść się, z pewnością daremnie, do ekstazy 

Chestertona lub Johna Bunyana. Nigdy nie zasłużyłem na podobne olśnienie, ale udało mi się 

je wyśnić. Moim zwyczajem wplotłem w to opowiadanie szczegóły autobiograficzne. 

Przeznaczenie, które - jak głosi fama - jest niezbadane, nie dawało mi spokoju, dopóki 

nie przejrzałem pośmiertnego opowiadania Lovecrafta, pisarza, którego zresztą zawsze 

uważałem za nieświadomego parodystę Poego. W końcu uległem; pożałowania godny owoc 

tej kapitulacji nosi tytuł “There Are More Things". 

“Sekta Trzydziestu" opisuje bez żadnego dokumentalnego zaplecza historię 

domniemanej herezji. 

“Noc darów" jest może najprostszym opowiadaniem w tym tomie, najgwałtowniejszym 

i najbardziej egzaltowanym. 

“Biblioteka Babel"

*

  (1941) wyobraża nie kończącą się liczbę książek; “Undr" oraz 

“Zwierciadło i maska" - odwieczne dzieła składające się z jednego wyrazu. 

“Utopia człowieka zmęczonego" jest moim zdaniem opowieścią najuczciwszą, a 

zarazem najbardziej melancholijną z całej serii. 

background image

KRAINA LOGOS www.logos.astral-life.pl 

 70 

Zawsze mnie zaskakiwała obsesja etyczna u Amerykanów z Północy; “Fortel" chce 

odzwierciedlić ten rys. 

Mimo Johna Feltona, Charlotty Corday, znanej opinii Rivery Indarte (“Jest rzeczą 

świętą zamordować Rosasa") i urugwajskiego hymnu narodowego (“Tak, tyrani, Brutusa 

sztylet wziąć") nie zgadzam się z morderstwem politycznym. Cokolwiek by było, czytelnicy 

samotnej zbrodni Arredonda zechcą dowiedzieć się jej zakończenia. Luis Melidn Lafinur 

prosił o jego uniewinnienie, lecz sędziowie Carlos Fein i Cristóbal Salvanac skazali go na 

miesiąc odosobnienia i na pięć lat więzienia. Dziś jedna z ulic Montevideo nosi jego imię. 

Dwa różne i niepojęte przedmioty są tematem ostatnich opowiadań. “Krążek" to koło 

Euklidesa, które zakłada możliwość istnienia jednej strony; “Księga piasku"- tom o 

niezliczonej liczbie stron. 

Mam nadzieję,  że pospieszne notki, które właśnie skończyłem dyktować, nie 

wyczerpują tej książki i że jej fantazje będą puszczały pędy w gościnnej wyobraźni tych, którzy 

ją właśnie zamykają. 

 

J. L. B. 

Buenos Aires, 3 lutego 1975 

                                                                                                                                                                                     

*

 Opowiadanie z tomiku “Fikcje". (Przyp. tłum.)