background image

Renee Roszel 

Barwy miłości

(A Bride for the Holidays)

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

W pustej, sennej kawiarni nagły dźwięk telefonu zabrzmiał jak wystrzał z armaty. Trisha 

zamarła, jakby we wnętrzu wykończonym białymi kafelkami i błyszczącym aluminium mogło 
grozić  jej   niebezpieczeństwo.  Instynktownie  czuła,   że  od tej   rozmowy  zależeć  będzie   jej 
przyszłość. Ominęła wiadro z mopem, które Amber Grace przyniosła z zaplecza, żeby zmyć 
rozlaną kawę z mlekiem. Drżącą ręką podniosła słuchawkę telefonu wiszącego na ścianie. 

–   Kawiarnia   „U   Eda”.   Trisha   August,   kierowniczka   zmiany   –   przedstawiła   się. 

Natychmiast poznała głos rozmówcy. Był to pracownik banku, zajmujący się udzielaniem 
kredytów. Czuła, jak łomoce jej serce. Zaraz będzie jasne, czy dostanie pożyczkę na otwarcie 
własnej firmy. Nie wiedząc, czy martwić się, czy cieszyć, słuchała, kiwając głową. 

Urzędnik mówił uprzejmie, lecz zupełnie obojętnym tonem. Z doświadczenia wiedziała, 

że oznacza to wstęp do odmowy. 

–   Przecież   jestem   odpowiedzialna   i   ciężko   pracuję.   Zrobię   wszystko,   żeby   dostać 

pożyczkę! – wybuchnęła w końcu. – Proszę, dajcie mi szansę!

Rozmówca nie silił się na zbędne uprzejmości. 
– Dziękujemy, że zechciała pani skorzystać z usług Kansas City Bank – wyrecytował, 

odkładając słuchawkę. 

Trisha stała bez ruchu, trzymając słuchawkę w zaciśniętej dłoni. Była wściekła na cały 

świat. Przecież poradziłaby sobie, gdyby tylko miała szansę!

– Nie możesz pożyczyć pieniędzy, jeśli ich nie masz – powiedziała ze złością. – Jak inni 

ludzie zaczynają prowadzić własny biznes?

– Bardzo dobre pytanie – odezwał się nagle życzliwy, męski głos. 
Trisha spojrzała zaskoczona w stronę lady. Nie zauważyła, kiedy pojawił się tam wysoki 

mężczyzna.   Miał   na   sobie   płaszcz   z   najlepszego   kaszmiru.   Na   głowie   i   ramionach 
połyskiwały   mu   płatki   topniejącego   śniegu.   Jednak   mimo   zimnego   światła   jarzeniówek 
najbardziej rzucała się w oczy jego twarz. Uśmiechał się lekko kącikami ust, co nadawało mu 
nonszalancki wygląd. Miał długie rzęsy i zdecydowane, oceniające spojrzenie. 

Najwyraźniej przyglądała mu się zbyt długo, bo chrząknął znacząco. 
– Chciałbym prosić o filiżankę kawy. 
Trisha poczuła się jak idiotka. Co ja robię? – pomyślała. Ominęła Amber Grace i jej mop. 

Zauważyła, że nastolatka, która pomagała w kawiarni, żeby zarobić na kieszonkowe, też stała 
jak wryta. 

–   Rozlana   kawa   sama   się   nie   wytrze   –   szepnęła   do   niej   Trisha.   Tamta   zamrugała 

gwałtownie, wracając do rzeczywistości. 

– Słusznie – odpowiedziała i zajęła się sprzątaniem. Trisha pospiesznie podeszła do lady. 

Zmusiła się do uśmiechu, choć rozmowa z bankiem zepsuła jej humor. Pożyczka dałaby jej 
szansę na spełnienie marzeń. Jednak nie mogła teraz demonstrować złego nastroju. 

– Witam pana – powiedziała uprzejmym tonem. – Mamy dziś lody malinowo-waniliowe, 

czekoladowe i pomarańczowe... 

background image

– Może przypadkiem macie też coś, co nazywa się kawa? Spojrzała mu w oczy. Dopiero 

teraz dostrzegła, że były stalowoszare. Jego spojrzenie przyciągało uwagę, ale było nieco zbyt 
przeszywające. Przez chwilę nie mogła się skupić, by zrozumieć, o co pytał. 

– Proponuję kolumbijską Czarną Magię. 
– Jeśli tylko zawiera kawę. 
– Zapewniam pana, że tak – powiedziała z uśmiechem. Był to nie lada wyczyn, biorąc 

pod uwagę, że przed chwilą rozwiały się jej marzenia. – Jaką pan sobie życzy: dużą, wielką 
czy ogromną? – spytała, wskazując trzy filiżanki stojące na ekspresie do kawy. 

– Średnią – stwierdził zdecydowanie. 
Spodobało jej się, że nie robiły na nim wrażenia reklamowe frazesy i nazywał rzeczy 

takimi, jakimi są. 

– Dobrze, proszę pana. 
Sięgnęła po filiżankę. Domyśliła się, że nie będzie chciał mleka. Po prostu czarna kawa 

dla prawdziwego mężczyzny,  pomyślała  z uznaniem.  Jednocześnie  uświadomiła  sobie, że 
zbyt wiele uwagi poświęca zupełnie obcemu człowiekowi. 

Odwróciła się w stronę ekspresu. Czuła, że przybysz nie spuszcza z niej oka. Co prawda 

często zdarzało się, że klienci obserwowali, jak przygotowuje ich zamówienia. Jednak zwykle 
były   to   obojętne   spojrzenia   bez   znaczenia.   Była   przekonana,   że   tym   razem   jest   inaczej. 
Zaczerwieniła się na myśl, że taki mężczyzna mógłby... 

– Jak chciała pani wykorzystać kredyt? – spytał nagle. 
Pytanie zaskoczyło ją zupełnie. Niemal upuściła filiżankę. 
– Och, bardzo przepraszam, że musiał pan tego słuchać... – zaczęła. 
– Naprawdę proszę powiedzieć  – wtrącił  z poważną miną.  – Może znam kogoś, kto 

udzieliłby pani kredytu. 

Odwróciła się w jego stronę, podając gorący napój. 
– Obawiam się, że nic z tego – powiedziała, kręcąc głową. – Tu w mieście byłam już 

wszędzie. Próbowałam też w internetowych bankach. Chętni są jedynie ci, którzy pożyczają 
na złodziejski procent. 

– Niedobrze – przyznał, sięgając po swoją kawę. 
Nie zdążył jej dotknąć, gdy Trisha poczuła ostre uderzenie w plecy. Było na tyle silne, że 

na chwilę straciła równowagę. Gwałtownie oparła się o ladę. 

– Och, co do diabła... – zawołała, starając się rozmasować bolące miejsce. 
–   Zdaje   się,   że   w   coś   uderzyłam.   Trafiłam   cię   w   plecy?   –   spytała   Amber   Grace 

obrażonym tonem. Używała go zawsze, gdy wykazała się nieudolnością. Trisha spojrzała na 
dziewczynę, z trudem powstrzymując się od komentarza. A jak sądzisz, kto inny dźgnąłby 
mnie kijem od mopa? – pomyślała. Na dodatek Amber Grace jako kuzynka Eda czuła się tu 
bardzo pewnie. 

Jednak tym razem spojrzała na Trishę z przerażeniem. 
– Spójrz, co zrobiłaś temu panu – zawołała z wyrzutem. Trisha nie musiała spoglądać. 

Natychmiast   domyśliła   się,   że   w   kosztowny   kaszmirowy   płaszcz   właśnie   wsiąkała 
kolumbijska czarna kawa. Oznaczało to, że całą tygodniową wypłatę będzie trzeba wydać w 

background image

pralni. 

Spojrzała na klienta z niepewną miną. Z kolei on zerkał na swój płaszcz. Wyraźnie nie 

był zbyt zadowolony. 

– Naprawdę bardzo pana przepraszam!
– Są może serwetki? – spytał, wyciągając rękę. 
– Ależ oczywiście! – odpowiedziała i wydobyła spod lady całą ich stertę. Ed bardzo je 

oszczędzał.   Twierdził,   że   każdemu   klientowi   wystarczy   jedna   drogocenna   serwetka   z 
reklamowym nadrukiem. Jednak tym razem sytuacja była wyjątkowa. 

– Amber Grace, przynieś papierowe ręczniki z zaplecza – poleciła. Jednocześnie warstwą 

serwetek usiłowała zebrać resztki kawy z płaszcza. Na ile znała Eda, na pewno policzy jej za 
zmarnowane serwetki. 

– Jeszcze raz przepraszam – powiedziała, sięgając po kolejne. – Zaniosę pana płaszcz do 

pralni chemicznej. Oczywiście na mój koszt. Przynajmniej tyle mogę zrobić. 

– Wystarczy filiżanka świeżej kawy – stwierdził. – Nie wracajmy już do sprawy płaszcza. 
Trisha była bardzo nieszczęśliwa. Przez pięć miesięcy pracy u Eda nie zdarzyło jej się 

wylać na kogoś choćby kropli kawy. Tym razem wylała całą filiżankę na tego wspaniałego 
mężczyznę. Spojrzała mu oczy. Miał zmysłowe spojrzenie, choć twarde i oficjalne. Jednak 
było w nim coś przyciągającego uwagę. Nie potrafiła tego nazwać ani oderwać od niego 
wzroku. 

– Przepraszam, co pan mówił? – spytała jak wyrwana ze snu. 
Odłożył   na   zalaną   ladę   stertę   mokrych   serwetek.   Od   Amber   Grace   wziął   rolkę 

papierowych ręczników. Oddarł kilka i przyłożył do klap płaszcza, nie przestając spoglądać 
na Trishę. 

– Zapomnijmy o płaszczu. Czy mógłbym prosić kawę?
– spytał. 
– Oczywiście – odpowiedziała. Weź głęboki oddech, nakazała sobie. Uspokój się, bo 

pogorszysz sprawę, jeśli to jeszcze możliwe!

– Amber Grace?
Trisha była zaskoczona, że zwrócił się bezpośrednio do kuzynki Eda. Spojrzała przez 

ramię w ich kierunku. 

– Tak, proszę pana? – spytała nastolatka, uśmiechając się jak zauroczona. Podał jej rolkę 

ręczników. 

– Mogłabyś wytrzeć ladę?
– Jasne. 
Nie przestała się uśmiechać. Patrzyła rozmarzonym wzrokiem, nawet gdy rozwijała rolkę 

i wycierała resztki kawy. 

Trisha odwróciła się sfrustrowana. Nie miała wątpliwości, że ten klient nigdy więcej do 

nich   nie   zajrzy.   Zawracała   mu   głowę   sprawą   pożyczki,   a   Amber   Grace   popisała   się 
nieudolnością.   Musiał   dojść   do   wniosku,   że   pracownicy   Eda   to   wyjątkowi   nieudacznicy. 
Nawet pomijając kawę na płaszczu!

Powłóczyste spojrzenia niewątpliwie wywierały wrażenie na kobietach, pomyślała Trisha. 

background image

Uważała, że ona i Amber Grace zrobiły z siebie idiotki, gdy tylko klient wszedł i lekko się 
uśmiechnął. Co prawda przestał się uśmiechać, gdy wylądowała na nim kawa. Sądząc po 
cielęcym zachwycie Amber Grace, nastolatka była zauroczona przystojnym klientem. Trisha 
pomyślała, że nie powinna mieć do niej o to pretensji, bo sama zachowała się niewiele lepiej. 

Teraz napełniła filiżankę i odwróciła do niego, starając się zachowywać z dystansem. 
– Na koszt firmy – powiedziała. Było jej obojętne, czy będzie musiała zwrócić za to 

pieniądze. Po prostu nie potrafiłaby po tym wszystkim zażądać od niego trzech dolarów i 
dziewięćdziesięciu dziewięciu centów. Jeszcze raz wróciła do sprawy płaszcza. 

– Naprawdę gotowa jestem zapłacić za pralnię. 
–   To   nie   była   pani   wina   –   stwierdził   zdecydowanie.   Tym   razem,   gdy  podawała   mu 

filiżankę, zagrożenie ze strony Amber Grace było o wiele mniejsze. Dziewczyna przerwała 
wycieranie,   oparła   się   łokciami   o   ładę   i   podpierając   dłońmi   brodę,   obserwowała   klienta 
rozmarzonym wzrokiem. Wreszcie miał okazję wypić pierwszy łyk. 

– To jest całkiem dobre – przyznał. – Wydaje mi się, że rzeczywiście zawiera kawę. 
Trisha ze zdziwieniem zauważyła, że znów się uśmiechnął. Uznała to za prawdziwy cud. 
–   Proszę   mi   teraz   opowiedzieć,   co   to   miał   być   za   biznes   –   odezwał   się.   Znów   ją 

zaskoczył.   Była   przekonana,   że   przedtem   zapytał   ją   jedynie   przez   uprzejmość.   Nie 
wyobrażała sobie, że mogło go to naprawdę interesować. 

– Cóż, nie chciałabym pana zanudzać – stwierdziła. Upił kolejny łyk. 
– Jeśli człowiekowi naprawdę na czymś  zależy,  powinien wykorzystać  każdą okazję, 

żeby to zrealizować. 

Pomyślała, że oczywiście miał rację. Jej sprawy mogły być niezbyt interesujące dla kogoś 

obcego.   Jednak   warto   było   zaryzykować,   jeśli   dawało   to   cień   szansy   na   zrealizowanie 
marzeń. 

– Powiedz mu wreszcie – wtrąciła nagle Amber Grace. Spojrzeli na nią jednocześnie. 

Miała na sobie strój w krzykliwych kolorach, które do siebie zupełnie nie pasowały. Koszulka 
polo była w odcieniu cytrynowym, spodnie seledynowe. Do tego nakrycie głowy, które miało 
przypominać  marynarską  czapkę, ale  było  podobne do czepka pielęgniarki.  Krótkie, rude 
włosy przywodziły na myśl świeżo skoszony trawnik. Dwa kolczyki w nosie połyskiwały 
przy każdym poruszeniu. Była ja zły sen rodziców, których dzieci zaczynają dorastać. 

Jednak dziwaczny strój nie był zasługą Amber Grace, lecz Eda. Niezwykle oszczędny 

właściciel kawiarni kupił wszystko na internetowej wyprzedaży. Był na tyle przebiegły, że 
jeszcze udało mu się na tym zarobić, bo pracownicy mieli obowiązek wykupić służbowe 
stroje na własność. 

Trisha zdawała sobie sprawę, że wygląda równie paskudnie jak Amber Grace. Zresztą w 

zimnym świetle jarzeniówek nikt nie wygląda rewelacyjnie. Dotychczas nie zwracała uwagi 
na   brzydotę   służbowego   uniformu.   Dotarło   to   do   niej   dopiero   teraz,   gdy   zjawił   się   ten 
mężczyzna  w eleganckim,  gustownie dobranym  stroju. Niestety niedawno polanym  kawą, 
pomyślała ze skruchą. Doszła jednak do wniosku, że nie ma sensu rozpamiętywać spraw, na 
które nic nie można poradzić. 

Oderwała z rolki kilka ręczników. Polerując ladę, spojrzała mu w oczy. 

background image

– Myślałam o salonie piękności dla psów – zwierzyła się w końcu. – Ludzie mogliby tam 

samodzielnie zadbać o ulubione czworonogi, korzystając z mojego wyposażenia. Mieliby do 
dyspozycji wanny, maszynki do strzyżenia, szampony i niezbędny sprzęt. Zostawialiby sierść, 
brudne   wanny   i   zalane   podłogi.   Wszystko   za   ułamek   ceny,   jaką   trzeba   zapłacić   w 
specjalistycznym salonie. 

Przez   ostatnie   pięć   miesięcy  powtarzała   to  wielokrotnie,  więc   teraz   recytowała  jak  z 

kartki. 

–   Widziałam   już   takie   miejsca.   Jedno   w   Wichita,   drugie   w   Olathe.   Oba   świetnie 

prosperują. Klienci lubią tam zaglądać. Jestem pewna, że w Kansas City też odniosłabym 
sukces.   Znalazłam   już   odpowiedni   lokal   do   wynajęcia   w   samym   śródmieściu.   Gdybym 
dostała   dwadzieścia   pięć   tysięcy   dolarów   pożyczki   i   ostro   zakasała   rękawy,   mogłabym 
urządzić to naprawdę ładnie. 

Westchnęła przeciągle, żeby choć trochę rozładować napięcie ostatnich dni. 
– Jedyny problem to brak gotówki. Pracowałam już w różnych miejscach i mam spore 

doświadczenie. Ostatnią pracę w psim salonie piękności musiałam zakończyć, bo właściciel 
przeszedł na emeryturę. Wtedy znalazłam zajęcie tutaj. 

Wyrzuciła   do   kosza   zwój   mokrych   ręczników.   Spojrzała   z   determinacją   na   swego 

rozmówcę. 

–   Odkładałam   każdy   grosz.   Nie   boję   się   ciężkiej   pracy   przez   wiele   godzin,   żeby 

zrealizować marzenie mojego życia – powiedziała. – Jednak gdy zwracam się o pożyczkę, 
ciągle słyszę, że drobne firmy to ryzykowna inwestycja. Najwięcej plajtuje już w pierwszym 
roku. Oprócz tego podobno jestem za młoda, bez kapitału i doświadczenia  w pracy.  Dla 
banku  nie   ma  znaczenia,  jak  ciężko   pracuję.  Najważniejsze,   że  jestem  młoda  i   biedna  – 
mówiła rozzłoszczona. – Mam już dwadzieścia osiem lat, więc nie należę do najmłodszych. 
Jakoś   sobie   radzę   od   osiemnastego   roku   życia.   Zresztą   gdybym   nie   była   biedna,   nie 
potrzebowałabym pożyczki!

Zakończyła, uderzając dłońmi w ladę. Pochyliła głowę. 
– Rozmowa, którą pan słyszał, była moją ostatnią nadzieją – dodała. Jednocześnie kątem 

oka dostrzegła jakiś ruch przy drzwiach wejściowych. Odwróciła głowę. Właśnie wchodził 
muskularny młody człowiek w uniformie przypominającym galowy strój oficera” marynarki. 
Zdjął czapkę, wetknął ją pod pachę i stanął na baczność. 

– Koło wymienione. Możemy ruszać, gdy tylko będzie pan gotów – oświadczył. Trisha 

oceniła, że musiał mieć około dwudziestu pięciu lat. 

Klient, który słuchał jej opowieści, skinął głową. 
– Dziękuję, Jeffery. Zaraz wychodzę. 
– Dobrze, proszę pana. 
Trisha zerknęła przez okno. Uliczna latarnia oświetlała płatki padającego śniegu. Zalegał 

coraz grubszą warstwą. Teraz pewnie już ponad trzydzieści centymetrów. Było ciemno, choć 
zbliżało się dopiero wpół do piątej. Trisha pomyślała, że jeśli w Kansas City osiemnastego 
grudnia jest zimno i śnieżnie, taka pogoda może utrzymać się aż do świąt. 

Mężczyzna   w   mundurze   wyszedł   sprężystym   krokiem.   Tymczasem   przystojny   klient 

background image

sięgnął po jedną z serwetek, które nie zostały zużyte do wycierania kawy. Zapisał coś na niej. 

– Podoba mi się pani pomysł – powiedział. – Proszę się spotkać z tym człowiekiem. 

Znajdzie   go   pani   w   wieżowcu   Dragana.   Ma   tam   biuro.   Proszę   mu   powtórzyć   to,   co 
powiedziała pani mnie. Myślę, że może pomóc – dodał, podając jej serwetkę. 

Trisha spojrzała zaskoczona. 
– W budynku Dragana? – upewniła się. Skinął głową. 
– Proszę mu powiedzieć, że Gent panią przysyła. 
– Gent? Dobrze – potwierdziła. Nie miała pojęcia, że w tamtym biurowcu są jakieś banki. 

– Na którym piętrze? Jak nazywa się firma? – wypytywała z niepokojem. 

– Ochrona z pewnością wskaże pani drogę – powiedział, odwracając się. 
Zerknęła na serwetkę. Wspomniał coś o ochronie? Pewnie wyprowadzą mnie na ulicę 

najkrótszą drogą, doszła do wniosku. 

– Panie Gent, mówi pan poważnie? – spytała, lecz nie doczekała się odpowiedzi. Uniosła 

wzrok znad serwetki. Zdołał wyjść równie cicho, jak się pojawił. 

Wbrew   rozsądkowi   miała   nadzieję,   że   mówił   prawdę.   Na   serwetce   był   krótki   tekst: 

Herman Hodges, Dragan VC. Poniżej niedbały podpis: Gent. Nie mogła uwierzyć, że taka 
papierowa serwetka nieco poplamiona kawą może stanowić klucz do sukcesu. 

– Cóż – szepnęła zamyślona. 
– Słucham? – spytała Amber Grace, która obudziła się z letargu. 
– Nic, nic – odpowiedziała Trisha, kręcąc głową. Złożyła serwetkę i schowała do kieszeni 

spodni. Muszę spróbować, nawet jeśli wyrzucą mnie za drzwi, pomyślała. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Trisha siedziała sztywno na brzegu krzesła w biurze Hermana Hodgesa na pięćdziesiątym 

piętrze biurowca Dragana. Starała się ukryć nerwowy niepokój. Jednocześnie miała wielką 
ochotę,   żeby   podejść   do   okna   i   spojrzeć   na   śnieg   padający   na   nowoczesne   wieżowce 
śródmieścia.   Widok   spadających   płatków   działał   na   nią   uspokajająco.   Właśnie   tego 
potrzebowała teraz najbardziej. 

Kurczowo   zaciskała   palce   na   torebce,   obserwując   nobliwego,   łysego   mężczyznę. 

Przeglądał   kartki   planu   biznesowego   jej   przyszłej   firmy.   Było   tam   dokładne   wyliczenie 
kosztów wyposażenia salonu dla czworonogów oraz wyciąg z konta bankowego Trishy. Przez 
ostatnie dziesięć lat udało się jej odłożyć dwa tysiące trzysta dziewięćdziesiąt jeden dolarów i 
osiemdziesiąt siedem centów. Nie miała innego majątku, nawet samochodu. Spojrzenie pana 
Hodgesa nie dodawało jej otuchy.  Pewnie zastanawiał się, dlaczego, do diabła, musiałam 
przyjść właśnie do niego, pomyślała. 

Gdy pan Gent polecił jej, żeby tu się zgłosiła, nie przyszło jej nawet do głowy, że Hodges 

może   mieć   coś   wspólnego   z   Dragan   Venture   Capital   Inc.   firmą   inwestującą   na   rynku 
kapitałowym.  Słyszała o nich już wcześniej, ale jakoś nie mogła sobie wyobrazić, że tak 
poważni ludzie zajmą się śmieszną pożyczką marnych dwudziestu pięciu tysięcy dolarów. 

Była  przekonana,  że Dragan  Venture  Capital  ma  zwykle  do czynienia  z  inwestorami 

dużego kalibru, którzy potrzebują wielomilionowych pożyczek Mimo to, gdy sympatyczny 
pan   z   ochrony   zaprowadził   ją   do   ekskluzywnie   urządzonego   biura   zarządu,   Trisha 
zapanowała nad pierwszym odruchem, żeby natychmiast stąd uciec. Nie mogła poddać się tak 
łatwo. Pamiętała słowa przystojnego klienta: „Jeśli człowiekowi naprawdę na czymś zależy, 
powinien wykorzystać każdą okazję, żeby to zrealizować”. 

Pan Hodges zamknął teczkę z jej dokumentami, zmarszczył brwi i uniósł wzrok. Trisha 

była przekonana, że za chwilę usłyszy uprzejme zdanie typu: „Dziękuję, miło mi było panią 
poznać”. Wyprostowała się na wygodnym krześle pokrytym skórą. 

– Cóż, pani August – zaczął z uśmiechem, choć bez nadmiernej życzliwości. – Widzę, że 

poświęciła pani dużo czasu i energii na dokładne zaplanowanie swojego przedsięwzięcia. 

Trisha poczuła odrobinę nadziei, jakby wspinając się na skałę nad przepaścią, znalazła 

oparcie dla czubków palców. Tymczasem on odchylił się w fotelu i splótł dłonie, oparte na 
przyniesionej przez nią teczce z dokumentami. Sprawiał wrażenie człowieka sukcesu, który 
nawykł do wydawania poleceń. Miał na sobie elegancki garnitur, śnieżnobiałą koszulę, a jego 
paznokcie   lekko   błyszczały.   Cóż,   najwidoczniej   korzysta   z   usług   profesjonalnej 
manikiurzystki,   pomyślała.   Zdawała   sobie   sprawę,  że   jej   paznokcie   nie   są  tak   doskonale 
wypielęgnowane. 

–   Pani   August   –   zaczął   tonem   wykładowcy:   –   Dragan   Ventures   to   firma 

międzynarodowa. Zajmujemy się głównie przedsięwzięciami, które na szybko rozwijających 
się rynkach mogą przynieść dziesięcio-, a nawet dwudziestokrotny zwrot zainwestowanego 
kapitału w okresie od pięciu do ośmiu lat. Interesuje nas infrastruktura w dziedzinie łączności, 

background image

technologie programistyczne dla biznesu, najnowsze technologie przemysłowe. 

Przerwał na chwilę. Trisha uznała, że powinna cokolwiek powiedzieć. 
– Rozumiem – stwierdziła bez przekonania. Pochylił się, jakby chciał ją przestraszyć. 
–   Proszę   pani,   szczerze   mówiąc,   nawet   jeśli   uznamy   pani   pomysł   za   trafiony   i 

zainwestujemy   w   psie   salony   piękności,   nasz   minimalny   wkład   wynosi   pięć   milionów 
dolarów. Dwadzieścia pięć tysięcy nie leży w sferze naszego zainteresowania – oświadczył, 
uśmiechając się chłodno. – Nie próbowała pani skorzystać z najbliższego banku?

Kolejny raz poczuła gorzki smak klęski. Specjalnie wzięła wolny dzień, żeby usłyszeć tak 

genialną radę!

– Owszem, próbowałam w kilku – odpowiedziała nadzwyczaj  spokojnie. Tylko palce 

kurczowo zaciśnięte na torebce zdradzały, że udało mu się wyprowadzić ją z równowagi. 
Pochylił się nad biurkiem, podając jej dokumenty. 

–   Pani   August,   dziękujemy   za   zainteresowanie   usługami   naszej   firmy.   Jednak,   jak 

starałem się wyjaśnić, nie zajmujemy się... 

– Cpż, oczywiście – wtrąciła, żeby nie słuchać kolejnej odmowy. – Od początku byłam 

przekonana, że nie angażują się państwo w takie przedsięwzięcia jak moje. Jednak gdy pan 
Gent zasugerował, żebym zwróciła się do pana, pomyślałam... miałam nadzieję, że może... 

–   Kto?   –   spytał,   nie   wypuszczając   z   ręki   dokumentów,   po   które   Trisha   już   zdążyła 

sięgnąć. – Powiedziała pani, że kto skierował panią do mnie?

Po raz pierwszy okazał prawdziwe zainteresowanie od chwili, gdy Trisha przestąpiła próg 

jego ekskluzywnie urządzonego biura. Przysunął bliżej do siebie teczkę z jej dokumentami. 

–   Pan   Gent   –   powtórzyła.   Spojrzał   na   nią   podejrzliwie.   Zastanawiała   się,   co   sobie 

pomyślał. W każdym razie nie zamierzała czekać, by rozdeptał ją jak robaka. 

–   Doszłam   do   wniosku   –   zaczęła   tłumaczyć   –   że   pan   Gent   jest   waszym   klientem. 

Najwyraźniej był przekonany, że zechcecie mi pomóc. 

Hodges zmrużył oczy. 
– Powiada pani, że był to pan Gent?
Trisha nie rozumiała, co tak bardzo go poruszyło. Właściwie nie wiedziała nawet, kim był 

ten   cały   pan   Gent.   Może   oszustem,   który   wyłudził   od   nich   pożyczkę?   Nagle   doznała 
olśnienia. Pewnie przysłał ją tutaj, żeby odpłacić się za poplamienie płaszcza! Teraz pewnie 
śmieje się w głos. Czyżby miła powierzchowność skrywała mściwego sadystę? Właściwie, 
dlaczego nie? Przecież mówi się, że pozory mylą:

Żeby   jak   najszybciej   zakończyć   coraz   bardziej   krępującą   sytuację   i   opuścić   biuro, 

wyciągnęła z torebki poplamioną serwetkę. 

– Nie powiedział, jak się nazywa, tylko napisał. Proszę spojrzeć – powiedziała, zdając 

sobie nagle sprawę, że musi to sprawiać zabawne wrażenie. 

Wziął od niej wymiętą serwetkę, unosząc wysoko brwi. Zapadła cisza. Trisha czuła, że 

musi przerwać nieznośne milczenie, bo zacznie krzyczeć. 

– Jeden z klientów  kawiarni, w której pracuję, zainteresował się moim pomysłem na 

własny biznes. Dał do zrozumienia, że według niego salon dla psów to może być opłacalna 
inwestycja. Zapisał na serwetce pana nazwisko i kazał się zgłosić. Oczywiście, powinnam się 

background image

domyślić, że to zbyt piękne, by mogło być prawdziwe... 

– Pani August, pozwoli pani, że ją na chwilę opuszczę?
– spytał, błyskawicznie wstając z fotela. 
Trisha spojrzała zaskoczona jego zatroskanym  tonem i przyspieszonymi  ruchami. Nie 

spodziewała się, że ktoś jego postury może poruszać się tak szybko. 

– Ależ oczywiście... – zaczęła, ale już zniknął za bocznymi drzwiami. Spojrzała za nim z 

niepokojem. O co tu mogło chodzić? Kim był ten pan Gent? Czyżby znalazł się na liście 
dziesięciu   przestępców   najbardziej   poszukiwanych   przez   FBI?   Może   Hodges   uznał   ją   za 
wspólniczkę?

Pochyliła się w napięciu. Miała ochotę natychmiast uciekać. Jednak zapanowała nad tym 

odruchem. Sympatyczny pan z ochrony budynku na pewno zacząłby ją ścigać. Podobnie jak 
cała grupa jego kolegów, którzy wyśledziliby ją dzięki licznym  kamerom  monitorującym 
korytarze. 

Poczuła zawrót głowy. Pomyślała, że to pewnie dlatego, że przyspieszyła oddech. 
–   Oddychaj   głęboko,   ale   powoli   –   wymamrotała.   –   Opanuj   się   i   myśl   logicznie!   – 

szepnęła, opierając się wygodnie. 

– Przecież nie zrobiłaś niczego złego. 
– Panie Dragan?
Lassiter nacisnął guzik interkomu, nie podnosząc wzroku znad dokumentów. 
– Tak, Cindy?
– Jessica Lubek jest na linii. 
Lassiter uniósł brwi i na chwilę przerwał obliczenia. Skądś znał to nazwisko. – Kto?
– Jest wydawcą pisma „The Urban Sophisticate”. Dziś to już jej drugi telefon. 
Nagle przypomniał sobie. 
– Słusznie – mruknął, niezadowolony. Przez cały tydzień unikał rozmowy z nią. Jednak 

wiedział, że musi udzielić jej informacji przed zakończeniem dnia pracy. Lassiter zwykle nie 
odkładał podejmowania decyzji, lecz tym razem ciągle się wahał. 

– Odbiorę – powiedział, zakręcając eleganckie, złote pióro. 
– Na drugiej linii, proszę pana. Uniósł słuchawkę. 
– Panie Dragan – zaczęła lekko chrapliwym głosem kobieta, która zapewne dobiegała 

pięćdziesiątki.   –   Mam   nadzieję,   że   zgadza   się   pan   na   publikację   artykułu   „Święta   z 
Lassiterem Draganem”?

– Bardzo mi pochlebia państwa zainteresowanie – przyznał szczerze. Przez cały tydzień 

rozważał wszystkie za i przeciw. 

– To nie brzmi jak ostateczna zgoda – stwierdziła Jessica Lubek. – Co mam powiedzieć, 

żeby   pana   przekonać?   Czy   wspominałam,   że   nasze   świąteczne   wydanie   wychodzi   w 
zwiększonym nakładzie?

– Tak, pani Lubek. Wiem też, że artykuł zapewni Dragan Ventures doskonałą reklamę. 
– Wartą miliony dolarów. Mamy czytelników na całym świecie. 
– To prawda – powiedział i przerwał na chwilę. Już poprzednio tłumaczył jej, że od lat 

nie udziela wywiadów. Jednak była tak wytrwała i cierpliwa, że postanowił wyjaśnić to do 

background image

końca. 

–   Cóż,   przyznaję,   pani   propozycja   jest   bardzo   nęcąca.   Jednak   ostatnim   razem,   gdy 

napisano coś na mój temat, rezultaty nie były zbyt przyjemne. 

–   Naprawdę?   –   zdziwiła   się.   Lassiter   był   przekonany,   że   chwila   ciszy   w   słuchawce 

oznacza, że rozmówczyni właśnie zaciągnęła się papierosem. Pomyślał, że pewnie dlatego 
miała taki chropawy głos. 

Spojrzał   przez   oszkloną   ścianę.   Śnieg   ciągle   padał   wielkimi   płatkami.   Pomyślał,   że 

wracając do domu, na pewno utknie w korku. Spojrzał na zegarek. Trzecia. Szkoda, że nie 
piąta. Miałby już za sobą wszystkie decyzje. 

– Uważam, że należy się pani wyjaśnienie, bo musiała pani czekać na odpowiedź przez 

cały tydzień. Otóż pięć lat temu miesięcznik „Midas Touch” zamieścił artykuł na mój temat. 
Wiedziała pani o tym?

– Oczywiście. Czytałam. Udany tekst. „Midas Touch” to niezłe pismo dla ludzi biznesu. 

Nie chcę się chwalić, ale mamy dużo większy nakład. 

Lassiter roześmiał się ironicznie. 
– Słusznie, ale mimo ich skromnego nakładu znalazłem się... – zastanawiał się, jak to 

powiedzieć – ... stałem się obiektem propozycji matrymonialnych całej hordy niemądrych 
pań. 

– Ach, tak – odezwała się Jessica. Usłyszał, że znów zaciąga się papierosem. – Bardzo 

panu współczuję. Być bogatym i przystojnym to prawdziwe przekleństwo. 

Zaskoczyła go tak jawna złośliwość. 
– Zamożność ma dobre i złe strony, a co do urody... Tamtym paniom mój wygląd był 

zupełnie obojętny. Mógłbym być nawet mutantem. 

Zdawał sobie sprawę, że historia sprzed lat może wydawać się zabawna komuś, kto jej nie 

przeżył. 

– Zależało im wyłącznie na tym, by wyjść za bogacza. Czaiły się przed wejściem do 

domu, rzucały na maskę samochodu, a jedna kazała się dostarczyć w pudle jako przesyłka 
ekspresowa. 

Zdziwił się, że nawet po pięciu latach te wspomnienia były tak żywe i nieprzyjemne. 
–   Wkroczyły   w   moje   życie.   Nachodziły   mnie   w   biurze.   Przez   miesiąc   nie   mogłem 

normalnie pracować – mówił, nerwowo obracając w palcach złote pióro. – Od tego czasu nie 
pozwalałem, by ktokolwiek pisał na mój temat. 

Zachichotała w odpowiedzi. 
– Znam wielu mężczyzn, korzy chętnie wzięliby na siebie takie problemy. Niewątpliwie 

mój mąż też do nich należy. 

–   Powinni   być   ostrożniejsi.   Proszę   mi   wierzyć,   banda   chciwych   kobiet   to   nic 

przyjemnego. 

Odchylił się w fotelu. Czuł się zmęczony po długim, wyczerpującym tygodniu pracy i 

zdecydowanie nie miał ochoty na rozmowę. 

–   Jednak   z   drugiej   strony,   muszę   przyznać,   że   artykuł   pomógł   mi   dotrzeć   do   kilku 

poważnych klientów. Można powiedzieć, że podwoiłem swoje dochody. 

background image

–   Krótko   mówiąc,   ma   pan   teraz   problem   do   rozwiązania   –   wtrąciła   już   bez   śladu 

rozbawienia. 

– Tak. 
– Chciałabym pana zapewnić, że to się już nie powtórzy. 
Oczywiście nie mogę tego zrobić. Popularność ma wady i zalety. 
Zacisnął   zęby.   Musiał   teraz   zdecydować,   czy   jej   propozycja   była   wyjątkową   okazją, 

której   nie   mógł   przepuścić,   czy   może   była   to   bezsensowna   oferta,   której   człowiek   przy 
zdrowych   zmysłach   nie   powinien   traktować   poważnie.   Chwilowa   popularność   na   pewno 
zdezorganizuje jego uporządkowane życie prywatne. 

Dla   Lassitera   wszystko   wiązało   się   z   biznesem.   Dom   i   sprawy   osobiste   też   były 

inwestycją, jeśli tylko mogły zapewnić korzyści. Artykuł w prasie niewątpliwie przyniesie 
liczne profity. Dlatego nie mógł zrozumieć własnego wahania. Przecież powinien zgodzić się 
bez zastanowienia! Powstrzymywała go tylko świadomość, że za darmową reklamę przyjdzie 
mu zapłacić utratą spokoju przynajmniej na jakiś czas. Najlepszym wyjściem byłoby zgodzić 
się na artykuł, a potem uniknąć narażania się na matrymonialne zaczepki. 

– Domyślam się, że żadna pana nie usidliła?
– Słucham? – spytał zaskoczony. 
– Pytam, czy jest pan żonaty. 
Lassiter wzdrygnął się. Dla niego kobiety były jak wszystko inne – przynosiły zyski i 

straty.   Miło   było   spotykać   się   z   nimi.   W   zamian   za   towarzystwo   korzystały   z   jego 
zamożności.   Nie   czuł   się   więc   winny,   gdy   znajomość   dobiegała   końca.   Nie   myślał   o 
małżeństwie. Jaki miałby z tego zysk?

– Słyszał pan pytanie? – upewniła się Jessica. – Tak, właśnie... 
Podwójne drzwi do jego gabinetu otwarły się nagle. Pojawił się w nich Herman Hodges, 

zaczerwieniony z emocji. Miał wyraźnie zmartwioną minę. 

– Gent... – zaczął. Lassiter zasłonił mikrofon. 
– Herm, jestem w trakcie rozmowy. 
Przybyły zamachał rękami, jakby chodziło o sprawę życia lub śmierci. Lassiter zauważył, 

że tamten trzymał w dłoni coś białego. 

– W moim gabinecie jest pewna kobieta. Wręczyła mi to – powiedział, wyciągając przed 

siebie wymiętą serwetkę. – Podobno jakiś pan Gent polecił jej przyjść do mnie w sprawie 
pożyczki na psi salon piękności. 

Oddychał ciężko. Sięgnął do kieszeni po chustkę do nosa i wytarł spocone czoło. 
–   Byłem   zupełnie   zaskoczony,   gdy   zobaczyłem   na   tym   twój   podpis   –   powiedział 

niedowierzającym tonem. – Gent, czy to naprawdę chodzi o ciebie?

Lassiter   pochylił   się   z   zaciekawieniem.   Jednak   kierowniczka   kafejki   odważyła   się 

skorzystać z propozycji!

– Nigdy bym nie pomyślał, że będziesz... – mówił dalej Herm, głośno przełykając ślinę 

–   ...   że   łączysz   biznes   i   przyjemność.   Gent,   na   litość   boską,   ona   nie   ma   żadnego 
doświadczenia   w   prowadzeniu   interesów.   Na   dodatek   potrzebuje   tak   skromnej   pomocy 
finansowej,   że   nie   możemy   przyznać   się   do   tego   publicznie.   Najpierw   próbowałem   ją 

background image

zniechęcić, potem niemal wyrzuciłem ją za drzwi. Jeśli to twoja przyjaciółka, powinieneś 
mnie uprzedzić... – tłumaczył bardzo przejęty. 

Lassiter przypomniał sobie jej twarz, zielone oczy rozszerzone z przerażenia, gdy oblała 

go kawą. Ciągle nie rozumiał, co go wtedy naszło, że podał jej kontakt do Herma w sprawie 
pożyczki. Dotychczas nie dopuszczał, by udzieliło mu się coś tak łzawego jak świąteczny 
nastrój.   Widocznie   teraz   nastąpił   ten   pierwszy   raz.   Nie   widział   innego   logicznego 
wytłumaczenia. 

Drobna, leciwa asystentka Lassitera zajrzała przez uchylone drzwi. Zaniepokoiło ją, gdy 

Herm   wtargnął   do   jej   szefa   bez   uprzedzenia.   Lassiter   skinął   do   niej   głową   na   znak,   że 
wszystko w porządku. 

– Herm, przepraszam cię na chwilę – powiedział i odsłonił mikrofon. – Jessica, wrócimy 

do rozmowy za  jakieś  pół  godziny,  dobrze?  – spytał,  spoglądając  na zegarek.  – Dam  ci 
ostateczną odpowiedź. 

– Cóż, oczywiście – zgodziła się z wahaniem. – Oczywiście, o ile będzie to zgoda na 

publikację. 

– Za pół godziny – powtórzył. Rozłączył się i wskazał Hermowi wygodny fotel. – Usiądź 

i odpocznij. Dlaczego tak sapiesz? Biegłeś po schodach?

Herm rozsiadł się w fotelu. 
– Ja? Dwa piętra w górę? Chyba żartujesz – stwierdził. 
– Bardzo przepraszam, że nie wspomniałem ci o pani August – odezwał się Lassiter. 

Trisha August, powtórzył w myślach, zdziwiony, że ciągle o niej pamięta. – Pochłonął mnie 
ten kontrakt z Randallem i nie myślałem o niczym innym – wyjaśnił. – Oprócz tego, szczerze 
mówiąc, nie sądziłem, że ona tu przyjdzie. Nie jest moją przyjaciółką. Poznałem ją w kafejce 
kilka dni temu.  Pod wpływem  jakiegoś impulsu  zaproponowałem,  żeby tu przyszła. Cóż, 
może dlatego, że idą święta. 

– Impuls? Święta? – powtórzył za nim Herm. Zmarszczył brwi i spojrzał badawczo. 
Lassiter w odpowiedzi wzruszył ramionami. 
– Podałem jej twoje nazwisko, bo wydawało mi się, że łatwiej jej będzie rozmawiać z 

tobą. To biuro działa na ludzi onieśmielająco, a ty potrafisz być miły i uprzejmy. Widziałem, 
jak bawisz się z wnukami. Jesteś jak wielki pluszowy miś. 

– Pluszowy miś! – jęknął Herm ze zbolałą miną. – Byłem wobec niej bez serca, jak zimny 

głaz.   Szkoda,   że   mnie   nie   uprzedziłeś.   Myślałem,   że   to   jedna   z   tych   nachodzących   nas 
oszustek.   Czuję   się   teraz   jak   idiota   –   powiedział   cierpiętniczym   tonem   i   zdesperowany 
przejechał po włosach obiema dłońmi. 

–   Zrobiłeś,   co   do   ciebie   należało   –   uspokoił   go   Lassiter.   –   Nie   wiedziałeś,   że   ja   ją 

przysłałem. Jestem pewien, że wszystko ci wybaczy, jeśli wyjdzie stąd z pieniędzmi. 

Herm skinął głową, choć nadal spoglądał na rozmówcę z nachmurzoną niną. 
– Zgoda – powiedział powoli, krzyżując ręce na piersi. – Jeśli bawisz się w świętego 

Mikołaja, dlaczego przysłałeś tę ładną blondynkę właśnie do mnie? Jestem żonaty i niemłody, 
a dwaj nasi wiceprezesi są kawalerami. Czyżbyś  obawiał się ich konkurencji? – spytał  z 
domyślnym uśmiechem. 

background image

– Ona potrzebuje pożyczki, a nie kochanka – stwierdził Lassiter. 
– Słusznie. Wystarczy na nią spojrzeć. Tak atrakcyjna kobieta nie potrzebuje pomocy w 

tej dziedzinie. 

Lassiter słuchał go niezbyt uważnie. Przypomniał sobie pytanie, które zadała mu Jessica 

Lubek. Spojrzał na zegarek. Miał jeszcze dwadzieścia minut na odpowiedź. 

– Zastanawiam się właśnie... – zaczął w zamyśleniu. 
– Przecież to oczywiste – wtrącił Herm. 
– Co? – spytał Lessiter, unosząc wzrok. Herm spojrzał na swego szefa z nieukrywanym 

zdziwieniem. 

– Wydawało mi się, że mówiliśmy o prywatnym życiu pani August. 
– A... tak – zgodził się Lassiter. Myślał o tym, jak atrakcyjnie wyglądała nawet w tym 

bezsensownym ubraniu. 

Włosy miała spięte na karku, błyszczące oczy przypominały nefryty, do tego zmysłowe 

usta i lekko zadarty nos z nieco za dużym garbkiem. Była to jedyna skaza na jej twarzy. 
Lassiter   nie   widywał   żadnych   wad   na   twarzach   swoich   przyjaciółek.   Wszelkie 
niedoskonałości   korygowały   u   chirurga   plastycznego.   Poprawiały   policzki,   usta,   brody   i 
piersi. Nos Trishy nie był doskonały, ale najwidoczniej zupełnie tym się nie przejmowała. 
Gotów był się założyć, że rzadko robiła makijaż. Kolor jej ust i policzków był jak najbardziej 
naturalny. Dla Lassitera była to ważna, pozytywna informacja na temat jej charakteru. 

– Zastanawiałem się nad tym, co mi powiedziała – odezwał się, myśląc na głos. – Dla tej 

pożyczki zrobiłaby wszystko. 

– Gent, twoja mina nie wróży nic dobrego – stwierdził zaniepokojony Herm. Lassiter 

zamrugał oczami, wracając do rzeczywistości. 

– Przyprowadź panią August do mojego gabinetu. Herm podskoczył. Polecenie Lassitera 

całkiem zbiło go z tropu. 

–   Odniosłem   wrażenie,   że   chcesz   tylko   zabawić   się   wobec   tej   kobiety   w   świętego 

Mikołaja. Chyba zdajesz sobie sprawę, że byłoby nieetyczne, gdybyś wykorzystał... – mówił, 
wstając z krzesła. – Przecież dopiero przyznałeś, , że ona nie szuka kochanka. 

Lassiter spojrzał na niego zniecierpliwiony. Nie był przyzwyczajony, by podwładni go 

pouczali. 

– Nadal tak uważam – stwierdził krótko. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Trisha przeszła przez biuro Hermana Hodgesa i znów znalazła się w eleganckiej recepcji 

Dragan Ventures. Wspaniały,  puszysty dywan sprawiał wrażenie, że chodzenie po nim w 
butach to poważny nietakt. Hodges kroczył obok, niosąc jej teczkę z dokumentami i płaszcz 
przerzucony przez ramię. Traktował ją z przyjacielską serdecznością. Zupełnie inaczej niż 
dwadzieścia minut temu. Przeprowadził ją przez główny hol wyłożony zielonym marmurem. 
Zatrzymali się przed wejściem do wind. Hodges nacisnął guzik ze strzałką wskazującą w 
górę. Oboje niemal jednocześnie zerknęli przez oszkloną ścianę na panoramę Kansas City. 

– Zdaje się, że śnieżyca znacznie się zmniejszyła – zauważył uprzejmie. 
– Rzeczywiście – przyznała. Zupełnie nie wiedziała, jak powinna zareagować na jego 

niespodziewaną   życzliwość.   Na   uśmiech   odruchowo   odpowiadała   uśmiechem,   choć   bez 
przekonania. – Panie Hodges, dokąd właściwie idziemy? – spytała. Chciała się upewnić, że 
dobrze go zrozumiała. Nie oswoiła się jeszcze z faktem, że zupełnie zmienił zdanie w sprawie 
pożyczki. 

– Do gabinetu pana Dragana – powtórzył kolejny raz. Zastanawiała się, dlaczego muszą 

tam   jechać.   Nie   rozumiała,   dlaczego   Herman   Hodges   zareagował   tak   gwałtownie,   gdy 
wspomniała pana Genta. Co się działo, gdy na dwadzieścia minut zniknął ze swojego pokoju?

Otworzyły   się   drzwi   windy.   Hodges   zaprosił   ją   gestem   do   lustrzanej   kabiny.   Gdy 

wchodziła, zobaczyła odbicie jego zmartwionej miny.  Było jasne, że coś go niepokoi. To 
jednak musi mieć coś wspólnego z Gentem, pomyślała. Niepotrzebnie pokazałam tę zapisaną 
serwetkę. Gdybym jej nie wyciągnęła, Hodges na pewno odmówiłby. Teraz siedziałabym w 
autobusie, spokojnie jadąc do domu. 

– Pan Dragan chce z panią porozmawiać – dodał z miną winowajcy, jakby prowadził na 

rzeź niewinną owieczkę. 

–   Rozumiem   –   odpowiedziała,   ściskając   pasek   od   torby.   Oczywiście   niczego   nie 

rozumiała.   Znów   miała  ochotę   uciec   jak  najdalej.   Jednak   byłoby  to  zwykłe   tchórzostwo. 
Powtarzała sobie jedynie, że nie zrobiła niczego złego, więc nic jej nie grozi. 

Uniosła wzrok. Wyświetlacz  nad drzwiami  pokazał pięćdziesiąt  jeden, a zaraz  potem 

pięćdziesiąt dwa. Zatrzymali się. Drzwi rozsunęły się z sykiem. Hodges poprowadził Trishę 
przez   wysoki,   wyłożony   marmurem   hol,   w   stronę   szerokich,   dwuskrzydłowych   drzwi. 
Czyżby to był gabinet Dragana? – pomyślała, onieśmielona. 

Hodges   ujął   ją   pod   rękę   i   wprowadził   do   obszernego   pomieszczenia.   Wnętrze   było 

urządzone ze smakiem. Skórzane fotele, tkaniny na ścianach, jedwabne zasłony, a do tego 
donice z żywymi roślinami. 

– Bardzo tu ładnie – oceniła Trisha, rozglądając się wokół. Zauważyła, że dwie ściany 

pokoju były całkowicie oszklone. Naturalne światło rozjaśniało pomieszczenie, choć dzień 
był pochmurny. 

–   Tak,   całkiem   miło   –   zgodził   się   Hodges.   Nie   spuszczał   oka   z   szerokich, 

dwuskrzydłowych drzwi po przeciwległej stronie pokoju. 

background image

Zastanawiała się, co ją czeka za tamtymi drzwiami. Dlaczego Dragan chciał rozmawiać z 

nią osobiście? Pięćdziesiąte drugie piętro było niewątpliwie najważniejsze dla całej korporacji 
Dragan Ventures. Żeby znaleźć się tutaj, trzeba było mieć wyjątkowe szczęście lub strasznego 
pecha. 

– Do czego służy ten pokój? – spytała, żeby zająć czymś myśli i nie zastanawiać się 

ciągle nad najbliższą przyszłością. 

– Tu odbywają się spotkania zarządu. 
– Zdaje się, że niezbyt często – stwierdziła, widząc, że nie ma tu żywej duszy. 
– Teraz są święta i wiele osób bierze urlop – wyjaśnił. Hodges otworzył jedno skrzydło 

drzwi. Za nimi wreszcie znajdowało się coś, co przypominało biuro. Tu również dwie ściany 
były ze szkła. Stały przy nich biurka. Dwie panie zajęte pisaniem na komputerach uniosły 
głowy i uśmiechnęły się na powitanie. Fakt, że nie wytrzeszczyły na nią oczu, był niewielkim 
pocieszeniem. Na pewno nie wiedziały, po co tu przyszła. 

Za kolejnymi drzwiami znajdował się przyjemny pokój z podłogą wyłożoną dywanem. 

Na ścianach wisiały impresjonistyczne grafiki. Przy biurku stojącym nieco na lewo siedziała 
kobieta mniej  więcej w wieku Hermana Hodgesa. Niewysoka, z nieskazitelnie ułożonymi 
siwymi   włosami,   wyglądała   niezwykle   schludnie   i   atrakcyjnie.   Oderwała   wzrok   od 
komputera. 

– Cindy, to pani August. 
– Bardzo mi miło – odpowiedziała tamta. Nacisnęła przycisk interkomu i poinformowała 

o wizycie. 

– Niech wejdzie – rozległ się z głośnika głęboki, śmiertelnie poważny męski głos. 
Poczuła  się niepewnie,  jakby zaraz  miała  wejść do jaskini smoka.  Za tymi  drzwiami 

mieścił się gabinet legendarnego Lassitera Q. Dragana. Przeszedł ją dreszcz. Kolana lekko 
ugięły się pod nią. Przytrzymała się ręki Hodgesa, starając się nie stracić równowagi. Spojrzał 
na nią badawczo. 

– Wszystko w porządku? – spytał, zaniepokojony. Na pewno nie, pomyślała. Jednak nie 

zamierzała rozczulać się nad sobą. Wraz z matką już nieraz była w poważnych tarapatach. 
Nauczyła się od niej, by mieć do wszystkiego pozytywne nastawienie. 

– Nic mi nie jest – zapewniła z przekonaniem. Poklepał jej dłoń uspokajającym gestem. 
–   Zostawię   panią   tutaj   –   powiedział,   sięgając   do   klamki.   Zawahał   się   na   moment   i 

pochylił w jej stronę. 

– Niech pani kieruje się własnym rozsądkiem i działa dla własnego dobra – szepnął z 

zatroskaną miną. 

Spojrzała zaskoczona. Czy była to dobra rada, czy ostrzeżenie? Skinął głową, podał jej 

dokumenty i płaszcz. Potem otworzył przed nią drzwi i odszedł. Odruchowo skinęła głową w 
odpowiedzi. 

–   Pani   August,   proszę   wejść!   –   rozległo   się   polecenie   zza   uchylonych   drzwi.   Nogi 

zaniosły   ją   do   środka   niemal   wbrew   jej   woli.   Weszła   i   spojrzała   na   mężczyznę   w 
przeciwległym końcu pokoju. Siedział za biurkiem na tle szklanej ściany. Wstał na powitanie. 
Właściwie widziała tylko jego sylwetkę, bo oślepiało ją słońce. Był wysoki, barczysty i bez 

background image

marynarki. Biała koszula kontrastowała z ciemnym krawatem. 

– Proszę wejść dalej i usiąść – zaproponował już dużo bardziej przyjaznym tonem. 
– Dziękuję – powiedziała, podchodząc do fotela, który jej wskazał. 
Tymczasem jej oczy oswoiły się z jaskrawym światłem. Wreszcie mogła zobaczyć jego 

twarz. Spojrzała i zastygła w bezruchu. 

– To... to pan? – spytała z niedowierzaniem, patrząc na klienta, którego oblała kawą. – 

Pan Gent? Myślałam, że mam się spotkać z panem Draganem. 

– Proszę siadać. Wszystko pani wytłumaczę – powiedział i jeszcze raz wskazał jej fotel 

zapraszającym gestem. 

Przez chwilę patrzyła na niego, nim wreszcie zdecydowała się usiąść. Nadal jednak była 

spięta, siedziała sztywno, przyciskając do siebie płaszcz i torebkę. 

– Siedzę – oznajmiła, jakby chciała przyspieszyć jego wyjaśnienia. 
– Może ma pani ochotę na kawę? – zaproponował. Pokręciła głową. 
– Dziękuję. Już nie mogę patrzeć na kawę. 
– Słusznie – przyznał, wyczuwając ironię w jej głosie. Okrążył biurko i stanął przed nią. 

Poczuła zapach wody po goleniu, który natychmiast kojarzył się z lasem i dymem z ogniska. 

– Mogę prosić pani płaszcz?
Zapomniała, że kurczowo przyciska go do siebie razem z dokumentami. 
–   Oczywiście.   Dziękuję   –   powiedziała,   starając   się   choć   trochę   odprężyć.   Na   krótką 

chwilę zerknęli sobie w oczy. Spojrzenie jego szarych oczu wywołało w niej dreszcz. Taki 
sam jak trzy dni wcześniej w kawiarni. Przesunęła teczkę na kolana i oparła na niej dłonie. 
Starając się unikać jego wzroku, spojrzała przez okno na padający śnieg. 

Gent powiesił jej płaszcz i usiadł za biurkiem. Spojrzała na jego zadbane dłonie z długimi 

palcami, szerokie ramiona, muskularną klatkę piersiową i płaski brzuch. Biała koszula nie 
była w stanie ukryć tych atrybutów jego sylwetki. 

– Bardzo przepraszam za to całe zamieszanie. Nazywam się Lassiter Dragan. Gent to 

przezwisko, które już dawno do mnie przylgnęło. Koledzy od lat tak mnie nazywają. 

– Ale dlaczego... ? – zaczęła, zagryzając wargę. 
– Dlaczego nie powiedziałem, kim jestem?
Skinęła głową. Czuła się niezręcznie, gdy ktoś potrafił odgadywać jej pytania. 
– Nie byłem u pani z oficjalną wizytą, tylko jako osoba prywatna. Jestem znany w Kansas 

City i trudno mi zachować prywatność. Tamtego dnia zaoszczędziłem pani czas, nie wdając 
się w długie wyjaśnienia. 

Spojrzał na zegarek, jakby wspomnienie upływającego czasu przypomniało mu, że dziś 

też ma go za mało. Trisha zaczęła się zastanawiać, ile minut przewidział dla niej. Odruchowo 
zerknęła na swój zegarek. Minęło dwadzieścia pięć po trzeciej. 

– Nie planowałem, że spotkamy się osobiście – mówił dalej. – Zwykle nie biorę udziału 

we wstępnych rozmowach. 

– Dlaczego więc jestem tutaj? – spytała zdezorientowana. 
Uśmiechnął się lekko. Poczuła dreszcz na plecach. Czy on mi się podoba, czy mam złe 

przeczucie? – pomyślała. Pewnie po trochu jedno i drugie, zdecydowała. 

background image

–   Cieszę   się,   że   należy   pani   do   osób,   które   szybko   przechodzą   do   sedna   sprawy   – 

powiedział.   –   Znalazła   się   pani   tutaj,   bo   doszedłem   do   wniosku,   że   powinniśmy 
porozmawiać. 

– Słucham uważnie – ponagliła go. Miała nadzieję, że wreszcie dojdzie do rozmowy o 

pożyczce. 

– Skierowałem panią do Hermana Hodgesa, bo uznałem, że potrzebuje pani zasadniczej 

zmiany w swoim życiu – mówił. – Początkowo planowałem pożyczyć pani te dwadzieścia 
pięć tysięcy dolarów... 

Poczuła   przyspieszone   bicie   serca.   Chciała   natychmiast   mu   podziękować,   ale 

powstrzymał ją ruchem ręki. 

– Jednak wydarzyło się coś, co zmusiło mnie do przemyślenia całej sprawy jeszcze raz. 

Myślę, że oboje moglibyśmy na tym skorzystać. 

Przerwał i zacisnął zęby, jakby miał trudności z wyjaśnieniem, co ma na myśli. 
– Słucham, panie Dragan – wtrąciła Trisha, niemal chora z przejęcia. Spodziewała się 

wyrzutów lub przynajmniej odmowy. Tymczasem wpływowy kapitalista rozmawiał z nią o 
pożyczce najzupełniej serio. 

–  Jestem   pewna,  że  moja  firma  może  być  dochodowa.   Wystarczy,   żeby  ktoś  dał   mi 

szansę. 

– Też jestem o tym przekonany – powiedział, opierając się wygodnie w fotelu. – Dlatego 

chciałbym   zaoferować   pani   nie   tylko   te   dwadzieścia   pięć   tysięcy,   żeby   firma   mogła 
wystartować.   Proponuję   dwa   razy   więcej,   żeby   od   razu   wszystko   nabrało   większego 
rozmachu. 

Trisha siedziała jak ogłuszona. Miała ochotę krzyczeć z radości. Jednak w głębi duszy 

przeczuwała, że za tą ofertą kryje się coś więcej. 

– Bardzo się cieszę, panie Dragan – starała się, by głos jej nie zadrżał. – Czy mogłabym 

wiedzieć, dlaczego zdobył się pan na taki hojny gest, gdy nikt inny nie chciał poświęcić mi 
chwili czasu? Nawet dziś, tu na dole niemal zostałam wyproszona za drzwi. Dopiero gdy pan 
Hodges zobaczył napis na serwetce, wszystko się zmieniło. Nawet nie zerknął pan na moją 
kalkulację... 

– Pani August, sytuacja jest trochę niezwykła – zaczął wyjaśniać z lekkim uśmiechem. – 

Mam pewien  drobny problem.  Możemy rozwiązać  go wspólnie. Pani pomoże  mnie,  a ja 
pomogę pani. 

–   Jak   miałabym   pomóc?   –   spytała   z   obawą.   Przypomniała   sobie,   że   to   przy   nim 

nieopatrznie powiedziała, że dla pożyczki zrobi wszystko. Teraz zdała sobie sprawę, że za 
pięćdziesiąt tysięcy dolarów nie żąda się drobnych przysług. 

– Nie zrobię niczego niezgodnego z prawem. 
– O nic takiego nie prosiłbym pani – zapewnił. – Wszystko będzie zgodne z prawem. 

Miałaby pani do spełnienia pewien miły obowiązek od najbliższego weekendu do Nowego 
Roku. 

„Miły   obowiązek”   skojarzył   jej   się   jednoznacznie   z   namiętnością,   nagimi   ciałami   i 

jedwabną pościelą. Natychmiast przypomniała sobie, że Hodges próbował ją ostrzec. 

background image

– Jeszcze nikt tak mnie nie obraził! Proponuje mi pan pieniądze za... Panie Dragan – 

mówiła z irytacją – nie popełnię niczego nielegalnego ani niemoralnego, jeśli takie słowo 
jeszcze istnieje w dzisiejszych czasach. 

– Owszem, istnieje – potwierdził z lekkim uśmiechem. Czy on śmieje się ze mnie? – 

pomyślała rozzłoszczona. 

– Więc przyznaje pan, że mam rację! – zawołała, wstając z krzesła. 
– Pani August – powiedział, wychodząc zza biurka – To nieporozumienie. Nie zamierzam 

pani nawet dotknąć. 

Zdążyła   już   zrobić   kilka   kroków   w   stronę   drzwi,   ale   ta   odpowiedź   zatrzymała   ją   w 

miejscu. Spojrzała przez ramię. 

– Na pewno? Skinął głową. 
– W takim razie jaki „miły obowiązek” miał pan na myśli?
– Potrzebna mi narzeczona. 
Otworzyła usta ze zdumienia, jakby spodziewała się, że zażąda odmalowania elewacji 

całego  biurowca lub  skoku z  dachu na eksperymentalnym  spadochronie  utkanym  z nitek 
spaghetti.   Oczekiwała   czegoś   niebezpiecznego   lub   bezsensownego.   Jednak   on   przeszedł 
samego siebie. 

– Nasza znajomość byłaby zgodna z prawem i wyłącznie biznesowa. 
Spojrzała na niego, nie wiedząc, co powiedzieć. Tymczasem on potraktował jej milczenie 

jako zgodę. 

–   Otrzyma   pani   odpowiednie   stroje   i   spędzi   święta   w   mojej   willi   w   luksusowych 

warunkach.   Przed   reporterami   pewnego   czasopisma   będzie   pani   udawać,   że   jest   moją 
narzeczoną. Po Nowym Roku otrzyma pani pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Będzie to pożyczka 
bez odsetek. 

Spojrzał na nią i skrzyżował ręce na piersi. 
– Oprócz świętego Mikołaja nikt nie udziela pożyczek bez zysku. Szaleństwem byłoby jej 

nie przyjąć. 

–   W   takim   razie   jestem   szalona   –   stwierdziła,   wyprowadzona   z   równowagi   jego 

pewnością siebie. Ruszyła do drzwi. – Do widzenia. 

– Mam nadzieję, że za dziesięć lat, nadal podając ludziom kawę, nie będzie pani żałować 

tej decyzji. 

Już   żałowała.   Przypomniała   sobie,   że   niedawno   gotowa   była   zrobić   wszystko   dla 

pożyczki. Zwolniła kroku. W końcu zatrzymała się przed drzwiami. Co jest obraźliwego w 
udawaniu narzeczonej przystojnego biznesmena? – pomyślała. Do tego za darmo szafa pełna 
najlepszych ciuchów, święta w eleganckim domu, a na koniec pięćdziesiąt tysięcy dolarów, za 
które można wreszcie spełnić własne marzenia. Jeśli odmówię, okażę się naprawdę ostatnią 
idiotką! – powiedziała do siebie. 

Odwróciła się w jego stronę z ociąganiem. Trudno jej było głośno przyznać, że miał rację. 

Zaczerwieniła się. 

–   Tylko   żadnych   oszustw!   –   oświadczyła,   starając   się   ratować   resztki   dumy.   Skinął 

głową. 

background image

– Przyrzekam. 
– Dlaczego akurat ja? – spytała. – Na pewno zna pan różne dziewczyny, które chętnie 

zgodziłyby się na to bez najmniejszych zastrzeżeń. 

– Wolę utrzymywać znajomości na zasadzie: coś za coś. 
– To naprawdę niezwykle romantyczne – zauważyła cierpkim tonem. 
– Akurat na tym mi nie zależy – przyznał chłodno. Odniosła wrażenie, że przynajmniej 

mówił szczerze. 

Natknęła   się   już   na   wielu   mężczyzn,   którzy   mówili   co   innego,   niż   myśleli,   składali 

obietnice,   które   łamali   bez   wahania.   Lasiter   Dragan   był   atrakcyjnym   mężczyzną   o 
uwodzicielskim   spojrzeniu.   Czy   naprawdę   jego   propozycja   była   tylko   biznesem?   – 
zastanawiała się. Gdy już nie będzie mu potrzebna, czy zyska na tym jej duma, czy może 
poczuje się wykorzystana i upokorzona?

Jednak mimo niepewności nie znalazła przekonujących argumentów za tym, żeby mu 

odmówić. 

– Właściwie do czego potrzebna panu narzeczona?
– Jedno z czasopism chce zamieścić wywiad ze mną – wyjaśnił, wstając zza biurka. – W 

przeszłości zdarzyło się, że po artykule na mój temat miałem poważne kłopoty z kobietami – 
powiedział ze zniechęceniem. 

– Z kobietami? – powtórzyła. Dziwny powód do irytacji, pomyślała. Chyba że on nie lubi 

kobiet... Dlatego obiecał, że jej nawet nie dotknie. 

– Rozumiem – stwierdziła. 
– Sądzę, że źle się pani domyśla – oświadczył. – Wtedy kobiety nie pozwalały mi żyć. 

Kręciły się wokół domu, koczowały przed bramą wjazdową, rzucały się na maskę samochodu 
i nachodziły mnie w biurze. Głupie, płytkie, pazerne baby, które za wszelką cenę chciały 
zdobyć bogatego męża. Na tym polegały moje kłopoty z kobietami. Nie mam ochoty znów 
przez to przechodzić. Rozumiemy się? – spytał. 

Skinęła głową. 
– Jasne. 
– Teraz pani rozumie,  ile kłopotów  zaoszczędzi  mi  pokazywanie  się w towarzystwie 

narzeczonej. 

– Oczywiście – przyznała. Tego dnia była to pierwsza sprawa, którą mogła zrozumieć. 
– Cała sytuacja nie wydaje się pani zabawna? Wzruszyła ramionami. 
– Niespecjalnie. 
Przez chwilę spoglądał na nią badawczo. 
– Dziękuję – powiedział w końcu. 
– Za co?
– Za to, że się pani ze mnie nie śmieje – powiedział i podszedł do szafy. Zdjął jej płaszcz 

z wieszaka. – Taki artykuł to dla mnie dobra reklama i konkretny zysk. Dzięki temu pani też 
może coś na tym zyskać – mówił. Pomógł jej włożyć płaszcz. – Umowa stoi? – spytał, niemal 
dotykając ustami jej włosów na karku. 

Czy stać mnie, żeby zrezygnować z pożyczki? – pomyślała. A jeśli będę potem żałować, 

background image

że się zgodziłam? Czy naprawdę zależy mi na własnym biznesie tak bardzo, jak dotychczas 
mi się wydawało?

– Co nastąpi, gdy artykuł się ukaże? Ludzie będą przekonani, że naprawdę jesteśmy parą. 
Lekceważąco machnął ręką. 
–   Chodzi   o   „Urban   Sophisticate”.   To   miesięcznik.   Materiał   opublikują   dopiero   w 

czerwcu, czyli za ponad pół roku. Wiele małżeństw trwa krócej niż sześć miesięcy. Zawsze 
może pani powiedzieć, że pochopnie podjęliśmy decyzję i musieliśmy się rozstać. 

Miał niski, ciepły głos i Trisha słuchała go z przyjemnością. Pomyślała, że nawet gdyby 

czytał na głos kawiarniane menu, w jego wykonaniu brzmiałoby jak poezja. 

– Oboje możemy na tym tylko zyskać – dodał. 
Jego propozycja była – delikatnie mówiąc – niecodzienna. Jednak jeśli zwrócił się w tej 

sprawie do niej, to znaczy, że uznał ją za godną siebie partnerkę. Na dodatek chciał zapłacić 
za to okrągłą sumkę! Trisha poczuła, że przybywa jej wiary w siebie. Już dawno nie czuła się 
tak doceniona. W każdym razie Ed, jej szef, płacił siedem dolarów za godzinę i nigdy nie dał 
do zrozumienia, że docenia jej pracę. 

Pomyślała, że zasłużyła  na taką szansę. Mimo  że za propozycją  kryły się dodatkowe 

warunki, dlaczego miałaby się nie zgodzić?

– Zgadzam się, panie Dragan – powiedziała, wyciągając rękę przesadnym gestem, jakby 

właśnie dobijali targu, robiąc korzystny interes. Ujął jej dłoń i uśmiechnął się lekko, widząc 
ironię w jej zachowaniu. 

– Bardzo słuszna decyzja – stwierdził. – Mój szofer zaraz będzie w holu. Oczywiście 

zawiezie panią do domu. Proszę się spakować. 

– Spakować? – upewniła się z niedowierzaniem. 
– Tak, pani August – powiedział. Uwolnił z uścisku jej palce tylko po to, by delikatnie 

przejechać nimi po jej przedramieniu. Poczuła przyjemny dreszcz. – Dziś wieczorem lecimy 
do Las Vegas – dodał. 

– My?
– Oczywiście. To miejsce, gdzie można wziąć ślub najszybciej na świecie. Jeśli spędzimy 

tam weekend, łatwiej będzie potem wmówić wszystkim, że pod wpływem nagłego impulsu 
zdecydowaliśmy się na małżeństwo. 

Skinęła głową. Jego argumenty brzmiały przekonująco. 
– Pewnie będzie pani miała ochotę kupić tam jakieś stroje – dodał. Jeszcze nie wyszła z 

jego biura, a już serce waliło jej jak oszalałe. Najwyraźniej wszystko dokładnie obmyślił. 

– Panie Dragan, nie jestem pewna, czy... 
– Szofer zabierze panią z domu i zawiezie do mojego hangaru na lotnisku – wtrącił, 

przerywając jej w pół słowa. – Spotkamy się o siódmej koło mojego samolotu – powiedział, z 
lekkim   ukłonem   otwierając   przed   nią   drzwi.   –   Teraz   proszę   mi   wybaczyć,   ale   mam   do 
załatwienia pilny telefon. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Lassiter   zjawił   się   przed   swoim   hangarem   punktualnie   o   siódmej,   mijając   swoim 

sportowym   samochodem   zatłoczone   parkingi   przed   budynkiem   lotniska.   Odrzutowiec 
należący do jego firmy stał już na zewnątrz, gotów do kołowania na pas startowy. Jeden z 
dwóch pilotów w czarnych uniformach i czapkach ze złoceniami zajął się bagażem Trishy 
August i pomógł jej wspiąć się po składanych stopniach. 

Miała na sobie ten sam czarny płaszcz, w którym zjawiła się w jego biurze, i torebkę na 

długim pasku przerzuconym przez ramię. W zgiętych rękach coś niosła, lecz Lassiter nie był 
w stanie dostrzec szczegółów. Słońce zaszło przed kilkoma godzinami i tylko oślepiające 
światła hangaru rozjaśniały okolicę. 

Lassiter chwycił walizkę leżącą na siedzeniu pasażera. Nie odrywał wzroku od Trishy, 

która właśnie wchodziła do błękitnego odrzutowca. Po raz pierwszy widział ją ze swobodnie 
rozpuszczonymi włosami. Były lekko kręcone, błyszczały w świetle reflektorów. Powinnaś 
zawsze  nosić  je  w   ten  sposób,  zamiast  upinać   w   kok  na  karku,  pomyślał.   Zdawał   sobie 
sprawę,  że  była  atrakcyjną  kobietą.  Nawet  dziwaczny strój, który nosiła  w  kawiarni,   nie 
potrafił  tego ukryć.  Natomiast  gdy zjawiła  się w jego biurze, był  naprawdę oczarowany. 
Szmaragdowy   rozpinany   sweter   i   świetnie   pasująca   do   niego   biała   bluzka   stanowiły 
doskonały  kontrast   dla  dużych,   zielonych  oczu.   Marszczony  kołnierzyk  podkreślał   długą, 
zmysłową szyję. Włosy rozwiane zimowym wiatrem dodawały uroku smukłej sylwetce. 

Lassiter   z   trudem   powstrzymał   się,   by   nie   zagwizdać   z   podziwu   na   jej   widok.   Był 

zaskoczony własną reakcją. Znał wiele pięknych kobiet i zachowywał się przy nich naturalnie 
i swobodnie. Dopiero przy niej speszył się, gdy powitał ją w biurze bez marynarki. Pomyślał, 
że nadrobi to w Las Vegas, choć miał to być wypoczynkowy weekend. Nie musiał odgrywać 
roli szefa firmy. Mógłby zamiast garnituru włożyć dżinsy i luźny sweter. 

– Czy mogę zabrać pana bagaż?
Lassiter zamrugał gwałtownie. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że podszedł do niego 

pierwszy pilot. 

– Dziękuję, Kent – powiedział, podając walizkę. – Domyślam się, że pani August już 

wsiadła. 

– Tak, proszę pana. 
Ruszyli w stronę samolotu. W świetle reflektorów widać było pojedyncze płatki śniegu. 
– Jak zapowiada się pogoda?
– Jest trochę chmur na niskim pułapie. Zaraz po starcie wzniesiemy się wyżej niż one, 

więc lot powinien być przyjemny. 

– W porządku. 
Gdy podeszli do odrzutowca, pilot zaczekał, by Lassiter wspiął się po czterech stopniach 

do przedniej części kabiny pasażerskiej. Trisha August była jedyną pasażerką, dostrzegł więc 
ją natychmiast. Drugi pilot już zdążył zająć się jej płaszczem. Spośród dwunastu miejsc dla 
pasażerów wybrała odległe w piątym rzędzie. Lassitera bardzo to rozbawiło. Najwyraźniej 

background image

uznała, że powinna siedzieć jak najdalej od niego. 

– Pani August – powiedział,  pochylając  się w niskim przejściu – nie musi  pani tam 

siedzieć. Wszystkie miejsca są w tej samej cenie – zażartował. 

Uniosła wzrok, jakby jego obecność na pokładzie zupełnie ją zaskoczyła. Pomyślał, że 

prawdopodobnie obawiała się latania. Rozumiał to. Wiele osób nie lubi odrywać się od ziemi. 

– Proszę się nie obawiać lotu. Moi piloci są bardzo staroświeccy. Nie latają, jeśli pogoda 

nie jest doskonała. 

– Nie boję się – zapewniła z miłym uśmiechem. – Staram się uspokoić Perrier. Jeszcze 

nigdy nie była w samolocie. 

Dopiero   teraz   zauważył   białe,   kudłate   stworzenie   zwinięte   na   jej   kolanach.   Lassiter 

wytrzeszczył oczy. 

– Wzięła pani psa? – spytał oskarżycielskim tonem. Natychmiast przestała się uśmiechać. 

Spojrzała na niego zaniepokojona. 

–   Tak.   Mam   nadzieję,   że   to   panu   nie   przeszkadza,   ale...   –   przerwała,   przytulając 

zwierzaka do siebie. Zupełnie jakby się obawiała, że Lassiter wyrzuci go prosto w zaspę. – 
Znalazłam ją przy drodze, gdy była małym szczeniakiem. Jeszcze nigdy nie rozstałyśmy się 
na całą noc. Waży tylko niecałe cztery kilo, jest grzeczna i nie sprawia kłopotu. 

Lassiter poczuł narastającą irytację.  Nigdy nie mógł  zrozumieć,  dlaczego ludzie mają 

dziwny sentyment do zwierząt. Uważał, że darzenie uczuciem głupiego czworonoga jest po 
prostu bez sensu. Spojrzał ponuro na psa i przyszło mu coś do głowy. Ci z miesięcznika 
potraktują takie zwierzę jako przykład domowej stabilizacji. 

Gdy uznał, że pies może okazać się przydatny, odzyskał dobry humor. Nawet pogłaskał 

małą futrzaną kulkę. 

–   Gdyby   mnie   pani   spytała,   czy   może   wziąć   psa,   na   pewno   bym   odmówił.   Jednak 

mnóstwo ludzi lubi psy. Do tego stopnia, że może to być dla nich argument, żeby ze mną 
prowadzić interesy. 

Trisha nie odzywała się przez chwilę. Wreszcie spojrzała na niego z powątpiewaniem. 
– Cóż, cieszę się, że zdoła pan zarobić na moim psie – powiedziała dobitnie. – Może 

powinniśmy   wynająć   trochę   dzieci?   Obiło   mi   się   o   uszy,   że   niektórzy   ludzie   za   nimi 
przepadają. 

Wyprostował się, słysząc złośliwość pod swoim adresem. 
– Uważam, że pies wystarczy – stwierdził. Nie był przyzwyczajony, by ktoś od niego 

zależny pozwalał sobie na uwagi lub krytykę. Oczywiście, tym razem chodziło o szczególny 
przypadek. Trisha August miała odgrywać rolę jego żony. Jej niezależność wydała mu się 
bardziej   interesująca  niż  irytująca.   Miał  nadzieję,  że  zapanuje  nad  tym   zainteresowaniem 
zgodnie Ze swoją obietnicą. 

– Jak pani dotychczasowa praca?
– Ed wiedział, że staram się o pożyczkę, by otworzyć własny interes. Było jasne, że mogę 

odejść w każdej chwili. Jego bratanek szukał pracy, więc natychmiast zajął moje miejsce. 

– Miły zbieg okoliczności. Wzruszyła ramionami. 
–   Mam   nadzieję,   że   tam   wytrwa.   Ostatnio   szukał   pracy   co   miesiąc   –   powiedziała 

background image

poważnym tonem, co rozbawiło Lassitera. Jednak udało mu się powstrzymać od śmiechu. 
Wskazał siedzenia w przedniej części. 

– Nie wolałaby pani przesiąść się tutaj?
– Dziękuję. Wygodnie mi tu, gdzie jestem – powiedziała, odwracając się do okna. Jasno 

dała do zrozumienia, że zaczął ją irytować, choć nie miał pojęcia dlaczego. 

– Jeśli jest pani głodna, mamy sałatkę z krewetek i... 
– Zanim wyszłam z domu, zdążyłam zjeść kanapkę z masłem orzechowym – powiedziała, 

spoglądając przez chwilę w jego stronę. – W każdym razie, dziękuję. 

Pomyślał,   że  nawet   jeśli   coś   wyprowadzało  ją  z  równowagi,  starała  się  zachowywać 

uprzejmie. Niczego więcej od niej nie oczekiwał do czasu, gdy flesze „Urban Sophisticate” 
skończą błyskać. 

– Mam trochę pracy, więc na razie zostawię panią samą. Tam jest wysuwany blat – dodał, 

wskazując tuż poniżej okna. – Wystarczy wyciągnąć. Zwykle stewardesa podaje posiłki, ale 
jedna akurat ma wolne, a druga złapała grypę. Obok wejścia jest niewielka kuchnia. Proszę 
sobie wybrać coś z zapasów. Są tam kanapki, gotowe dania, desery i napoje. W kuchence 
mikrofalowej można coś podgrzać – powiedział, odwracając się, by odejść. Jednak zawrócił. 
– Jeśli chciałaby pani wyprostować nogi, można odwrócić fotel w stronę środka kabiny – 
dodał, wskazując odpowiedni przycisk. – Gdy wystartujemy, proszę się wygodnie usadowić. 

– Panie Dragan? – rozległ się głos pierwszego pilota. Lassiter odwrócił się w jego stronę. 

Niewysoki, szczupły mężczyzna około czterdziestki właśnie zatrzasnął drzwi wejściowe. 

– Za chwilę kołujemy na pas startowy. 
– Dziękuję, Kent. 
Tamten zniknął w kabinie pilotów. Lassiter jeszcze raz odwrócił się do Trishy. 
– Proszę wybaczyć,  ale muszę odejść – powiedział.  Trisha odpowiedziała  skinieniem 

głowy i odwróciła się do okna. 

Samolot wystartował. Trisha patrzyła w zamyśleniu w okno, za którym widać było tylko 

ciemną noc. Starała się oswoić z faktem, że jej życie zmieniło się zupełnie w ciągu jednego 
dnia. Leciała prywatnym odrzutowcem milionera do Las Vega& tylko dlatego, że trzeba było 
uprawdopodobnić historyjkę o jego pospiesznym ślubie. 

Za każdym razem, gdy zastanawiała się, na co się zgodziła, zaczynała wątpić w swój 

zdrowy rozsądek. Jednak natychmiast przypominała sobie o pięćdziesięciu tysiącach dolarów 
i czuła się nie tylko rozsądna, ale i najszczęśliwsza na świecie. 

Zerknęła na Perrier drzemiącą na jej kolanach. W czasie startu wpadła w panikę, lecz 

potem szybko się uspokoiła. Trisha spojrzała nad fotelami w stronę Dragana. Widziała tylko 
tył jego głowy, elegancko ostrzyżone, ciemne włosy. Cóż, okazało się, że nie znosił zwierząt. 
Może   to   przesada,   pomyślała,   ale   na   pewno   za   nimi   nie   przepadał.   Zabolało   ją   to,   bo 
natychmiast   naszło   ją   wspomnienie   ojca.   Zawsze   twierdził,   że   jest   zajęty   „rozwijaniem 
działalności”. W praktyce oznaczało to, że nie miał czasu dla żony i córki. 

Od najwcześniejszych lat znosiła do domu błąkające się psy i koty. Ojciec za każdym 

razem   urządzał   awanturę.   Krzyczał,   że   zwierzaki   są   niehigieniczne,   roznoszą   choroby, 
cuchną,   a   ich   utrzymanie   kosztuje   krocie.   Nie   pozwalał,   by  zatrzymała   je   na  dłużej.   Na 

background image

szczęście dla Trishy i zwierząt ojciec niewiele czasu spędzał w domu. Nigdy nie zaglądał do 
jej pokoju, ukrywała więc tam przed nim wygłodzone czworonogi, zanim znalazła dla nich 
nowy dom. 

W końcu ojciec całkiem się wyprowadził. Trisha miała wtedy osiem lat. Wraz z matką 

musiały przeprowadzić się do niewielkiego mieszkania, które z trudem wystarczało dla nich 
dwóch. Mimo to ona i matka nadal opiekowały się zwierzakami. Trisha czuła w głębi duszy, 
że   obie   są   dużo   szczęśliwsze   w   skromnym   mieszkaniu   w   towarzystwie   sympatycznych 
zwierząt niż ojciec w ekskluzywnym  apartamencie. 'Ciągle prowadził rozliczne interesy i 
teraz należał do śmietanki towarzyskiej Kansas City ze swoją trzecią lub może czwartą żoną. 

Trisha nie widziała go od dnia, gdy je opuścił. Nigdy za nim nie tęskniła. Dawniej, gdy 

zjawiał się w domu, terroryzował córkę i żonę, Maggie. Po rozwodzie Maggie zrezygnowała 
z alimentów. Wraz z córką wróciła do swego panieńskiego nazwiska August. 

Spojrzenie,   jakim   Lassiter   obrzucił   jej   psa,   natychmiast   obudziło   złe   wspomnienia. 

Pomyślała nawet przez chwilę, że ma charakter jak jej ojciec. Zgodziła się spędzić święta w 
towarzystwie   Lassitera   Dragana,   poczuła   więc   lęk   i   złość.   Nie   zamierzała   przebywać   w 
pobliżu kogokolwiek, kto przypominał w jakiś sposób jej ojca. 

Teraz, gdy ochłonęła, doszła do wniosku, że przesadziła z okazywaniem mu niechęci. 

Przede wszystkim był jedynym człowiekiem, który zaoferował jej pomoc, by mogła spełnić 
swoje marzenie. Uznała, że należą mu się przeprosiny. Szkoda, że nie lubił zwierząt, ale to 
nie była jej sprawa. 

Zerknęła na śpiącą Perrier. 
– Przepraszam, kochanie – powiedziała do niej, wstając. – Muszę porozmawiać z panem 

Draganem. 

Ułożyła psa na fotelu. Perrier otworzyła oczy i usiadła. 
–   Spij   dalej.   Niedługo   wrócę   –   dodała   Trisha   i   pogłaskała   psa   po   głowie.   Perrier 

najwyraźniej   zrozumiała.   Oparła   głowę   na   przednich   łapach   i   zamknęła   oczy.   Trisha 
niepewnie ruszyła do przedniej części kabiny. „

Dragan   wydawał   się   bardzo   zajęty.   Na   blacie   z   polerowanego   drewna   miał   otwarty 

laptop.   Czytał   jakąś   internetową   stronę.   Trisha   oparła   się   o   sąsiedni   fotel,   starając   się 
zachować jak największy dystans. Najwyraźniej nie zauważył, że przyszła, więc zakasłała, by 
zwrócić na siebie uwagę. Zaskoczony, odwrócił się w jej stronę. 

– Czy mógłbym coś dla pani zrobić? – spytał. Skinęła głową. 
– Tak. Chciałabym, żeby przyjął pan przeprosiny. Zachowałam się bardzo nieuprzejmie. 
Uniósł jedną brew. 
– Czyżby?
–   Nie   musi   pan   udawać,   że   niczego   nie   zauważył.   To   oczywiście   typowe   dla 

prawdziwego   dżentelmena,   ale...   –   przerwała   na   chwilę.   Coś   przyszło   jej   do   głowy.   – 
Nazywają pana Gent, bo postępuje pan jak dżentelmen?

Uśmiechnął się lekko. 
–   Kiedyś   reporter   z   „Wall   Street   Journal”   nazwał   mnie   Smokiem   Dżemtelmenem   – 

powiedział i zamyślił się na chwilę. – Już nie pamiętam dlaczego. W każdym razie, od tego 

background image

czasu znajomi nazywają mnie Gent – dodał, zamykając laptop. – Jednak nigdy nie zdarzyło 
mi się rzucić własnego płaszcza w kałużę, by dama mogła przejść suchą stopą. Sądzę więc, że 
nie jestem prawdziwym dżentelmenem – zażartował. 

Uśmiechnęła się i pokiwała głową. 
– Chciałam tylko powiedzieć, że bardzo mi przykro. Byłam niemiła, gdy okazało się, że 

nie lubi pan zwierząt. Pana uwagi wywołały złe wspomnienia... Pochylił się w jej kierunku. 

– W takim razie proszę wybaczyć. Moje uwagi były zupełnie niepotrzebne. 
Trisha miała ochotę powiedzieć mu, że nie jest jej winien żadnych przeprosin. Jednak 

zabrakło jej odwagi. Skinęła tylko głową i uśmiechnęła się. 

– Lepiej już wrócę na swoje miejsce, Perrier może się przestraszyć, gdy zauważy, że 

długo nie wracam. 

– Czy to francuskie imię oznacza, że to rasowy francuski pudel? – spytał. 
– Ależ skąd – zaprzeczyła pospiesznie. – Weterynarz stwierdził, że to mieszaniec pudla z 

terrierem. Znalazłam ją przy drodze razem z trójką rodzeństwa. Ktoś wyrzucił szczeniaki, gdy 
zorientował się, że nie są rasowe. Dla tamtej trójki znalazłam w końcu opiekunów. Natomiast 
jej  imię  wymyśliłam,  zamieniając  „t” od terriera  na „p” od pudla.  Żeby było  zabawniej, 
wymawiam  to zawsze z  francuskim akcentem,  bo przecież  oni mają  swoją sławną wodę 
Perrier. Poza tym nie ma w niej nic niezwykłego – zapewniła. – Oczywiście, jeśli nie liczyć 
wyjątkowo łagodnego charakteru. 

– Rozumiem – stwierdził. 
Spojrzała mu w oczy. Jego chłodny wzrok przeczył temu, co powiedział. 
– Nie sądzę – zaprotestowała. – Jednak nie zamierzam nagle żądać od pana bezgranicznej 

miłości   do   zwierząt   –   zakończyła   ze   smutnym   uśmiechem.   Nie   próbuj   go   pouczać, 
powiedziała do siebie. Masz szansę, której nie możesz zaprzepaścić, kłócąc się ze swoim 
dobroczyńcą. 

Gdy Trisha wysiadła z odrzutowca Lassitera, zaskoczyło  ją, że w Las Vegas jest tak 

chłodno. Co prawda, było powyżej zera, ale zupełnie inaczej wyobrażała sobie miasto na 
pustyni. Myślała, że zawsze panuje tu upał. 

Wynajęta  limuzyna  czekała, by zawieźć ich do hotelu. W czasie tej krótkiej podróży 

Trisha trzymała Perrier na kolanach i podziwiała gigantyczne neony za oknem. Spojrzała na 
zegarek. Dziewiąta piętnaście. Pilot wspominał, że przekroczyli dwie strefy czasowe. Mniej 
więcej o tej samej porze wystartowali z lotniska w Kansas City. Dwie godziny lotu po prostu 
zniknęły. Chciała się podzielić tym spostrzeżeniem ze swoim dobroczyńcą. Siedział obok niej 
na tylnym siedzeniu. Odwróciła się do niego, ale znów rozmawiał przez komórkę. Właśnie 
dyktował list sekretarce. Najwyraźniej dla niego dzień pracy trwał całą dobę. 

Trisha pomyślała, że może to nawet lepiej. Dla kogoś latającego własnym odrzutowcem 

zmiana stref czasowych nie była niczym nadzwyczajnym. Gdyby z przejęciem robiła uwagi 
na ten temat, pewnie wyszłaby na ignorantkę. 

Poczuła się samotna. Dla niego mogłaby być niewidzialna. Podróż z obcym mężczyzną 

była wystarczająco krępującym przeżyciem. Jednak najgorsza była świadomość, że jest mu 
zupełnie obojętna. Jak para butów: niby niezbędne, ale niebudzące żadnych emocji. 

background image

Podróż zaczęła jej się dłużyć. Na szczęście właśnie dojechali do hotelu „The Monarch”. 

Było   to   architektoniczne   arcydzieło   ze   szklanymi   ścianami,   obrotowymi   drzwiami, 
marmurowymi posadzkami i fontannami. 

Uśmiechnięty,   gadatliwy   recepcjonista   określił   położenie   hotelu   jako   najciekawszy 

zakątek,   z   którego   najlepiej   widać   stolicę   światowego   hazardu.   Gdy   znalazła   się   w 
apartamencie na szczycie budynku, przekonała się, że niewiele przesadził. Z jednej strony 
nadal panował dzień dzięki setkom świateł i neonów. Widok z drugiej strony wydawał się jak 
z innej planety. Zupełną ciemność rozświetlał tylko blask księżyca. W oddali wznosił się 
majestatyczny szczyt zwieńczony śniegiem. 

– Co to za góra? – spytała młodego, wąsatego pracownika hotelu, który przyniósł bagaże. 
Chłopak spojrzał we wskazanym kierunku. 
– Mount Charleston, proszę pani. Ma ponad 3300 metrów – wyjaśnił i ruchem głowy 

wskazał wejście do dalszych pomieszczeń. – Tam są sypialnie – stwierdził. – Gdzie postawić 
bagaże?

– Och... – Nie miała pojęcia, co odpowiedzieć, a Lassiter właśnie gdzieś zniknął. – Proszę 

je po prostu tu zostawić. 

Zagryzła wargę. Na pewno należy mu się napiwek, uznała. Sięgnęła do torebki. Miała 

tam dwadzieścia trzy dolary, wszystko, co znalazła w mieszkaniu. Wyciągnęła z torebki trzy 
banknoty dolarowe. 

Tamten pokręcił głową i uśmiechnął się. 
– Ten pan już zapłacił za wszystko – poinformował. – Gdyby pani czegoś potrzebowała, 

jestem   George   –   powiedział,   dotykając   palcami   daszka   czapki.   Odwrócił   się   na   pięcie   i 
szybko ruszył do wyjścia. 

Trisha stała bez ruchu, dopóki nie zniknął za drzwiami. Miło, że pan Dragan zadbał o 

wszystko, pomyślała. Westchnęła, rozglądając się wokół. 

Hol eleganckiego apartamentu prowadził do obszernego salonu oraz jadalni z miejscami 

dla ośmiu osób. Pomieszczenia urządzono w wiktoriańskim stylu. Wyglądały jak przeniesione 
ze stron ekskluzywnego czasopisma dla dekoratorów wnętrz. 

Trisha,   choć   nie   była   specjalistką   w   dziedzinie   malarstwa,   zauważyła,   że   sypialnie 

ozdobiono obrazami, które wyglądały na autentyczne dzieła sztuki. Zaglądając kolejno przez 
wszystkie drzwi, odkryła, że każda sypialnia ma własną łazienkę. To się nazywa luksus! – 
pomyślała. 

Otworzyła szklane drzwi, prowadzące na dach hotelu, spełniający jednocześnie funkcję 

tarasu.   Z   prawej   strony   mieścił   się   pełnowymiarowy   basen   wykończony   marmurem.   Nie 
dowierzając własnym  oczom,  podeszła bliżej. Poczuła zapach chloru. Powierzchnia wody 
lekko parowała. Nie było wątpliwości, z basenu można było korzystać cały rok!

– Oczywiście, że jest podgrzewany – Trisha zwróciła się do Perrier. – Musimy tu sobie 

zrobić grudniową kąpiel. Bez tego święta nie byłyby kompletne – dodała ze śmiechem. 

Podeszła   do   barierki   sięgającej   piersi   i   ogradzającej   taras.   Wychyliła   głowę.   Z 

apartamentu   na   czterdziestym   piętrze   rozciągał   się   widok   na   liczne   stawy   otoczone 
egzotyczną roślinnością. Szum fontann dochodził aż tutaj. Aleje z gazowym oświetleniem 

background image

wiły się wśród gęstego listowia, tworzącego doskonałe tło dla romantycznych spacerów dla 
nowożeńców. 

Trisha   poczuła   dreszcz.   Przypomniała  sobie,  po  co   przyjechała   do  Las   Vegas.  Miała 

udawać, że jest zakochana. Obrzydliwie bogaty Lassiter Dragan byłby spełnieniem marzeń 
każdej kobiety. Jednak to właśnie ona z nim była. Właściwie, była obok niego. 

Miotana   sprzecznymi   uczuciami,   przestała   podziwiać   widok   z   tarasu.   Podeszła   do 

oszklonych drzwi, oparła dłoń na klamce i spojrzała do środka. Poczuła się jak ktoś, kto nie 
ma prawa tam wejść. Zupełnie jakby była ubogą dziewczynką z zapałkami, która przez okno 
podgląda szczęśliwą rodzinę przy świątecznym stole. 

–  Niestety,  nie   ma  tu   szczęśliwej   rodziny  –  powiedziała  ze   smutkiem.   –  Nawet  mój 

rzekomy narzeczony gdzieś zniknął. 

W końcu stwierdziła, że nie jest bezdomnym,  porzuconym psem. Weszła do środka i 

dwukrotnie   obeszła   całe   wnętrze.   Pozwoliła,   by   Perrier   zwiedzała   na   własną   rękę.   Sama 
rzuciła się na łóżko, podziwiając szczyt górski oświetlony blaskiem księżyca. 

– Tu pani jest – rozległ się nagle niski męski głos. Trisha podskoczyła i odwróciła się. W 

drzwiach sypialni stał Lassiter. 

– Obawiałem się, że pani gdzieś zaginęła. 
– Byłam tu przez cały czas. 
– Stąd wniosek, że mnie tu nie było – przyznał. – Spotkałem kogoś znajomego. 
– Tę ładną kobietę, która w holu upuściła torebkę? Oparł się o futrynę. 
– Tak – odpowiedział krótko. – Czy ten pokój pani odpowiada? – spytał. Temat „ładnej 

kobiety” niewątpliwie uznał za zakończony. Pomyślała, że każdy mężczyzna przystojny jak 
Lassiter często napotyka kobiety, które na jego widok upuszczają torebki, bransoletki, gubią 
buty, a nawet bieliznę, by zwrócić na siebie uwagę. 

–   Pokój   jest   świetny   –   odpowiedziała.   –   Miałabym   przewrócone   w   głowie,   gdybym 

uważała inaczej. 

– Ja zajmę najdalszą sypialnię – powiedział, rozluźniając krawat. – Mam sporo rozmów 

służbowych przez telefon i nie chciałbym pani budzić. 

Skinęła głową. Wszystko było jasne. Nie powinna zapominać, jaką rolę ma tu spełniać. 

Natomiast   on   niewątpliwie   nie   był   nią   zainteresowany.   Udała,   że   ziewa,   dając   do 
zrozumienia, że ta sytuacja ją nudzi. Usiłowała w ten sposób ratować własną dumę. 

– Przepraszam – powiedziała, zasłaniając usta. – Zdaje się, że jestem zmęczona. 
– Nim zapomnę – wtrącił. – Wynająłem dla pani samochód na jutro. Kierowca wie, że ma 

panią zabrać o dziesiątej i zawieźć do najlepszych sklepów w Las Vegas. Z tego, co widzę, 
ma pani dobry gust i nie muszę się obawiać, że kupi pani jakiś nieodpowiedni strój. W razie 
wątpliwości, proszę zwrócić się do sprzedawcy. 

Poczuła narastającą irytację. Do tej chwili nie zdawała sobie sprawy, że uważał ją za 

idiotkę.   Przynajmniej   stało   się   jasne,   dlaczego   wybrał   właśnie   ją.   Uznał,   że   pochodzą   z 
różnych światów. Po świętach ona otworzy swój punkt usługowy dla psów, a on będzie dalej 
brylował wśród śmietanki towarzyskiej. Nie będą mieli okazji, by kiedykolwiek znów się 
spotkać. Lassiter nie będzie musiał się obawiać krępującej sytuacji. 

background image

–   Cóż,   bardzo   dziękuję   za   poradę   w   sprawie   zachowania   w   sklepie   –   powiedziała, 

wstając. Co prawda, powtarzała sobie, żeby trzymać język za zębami, jednak nie potrafiła się 
powstrzymać.   –   Gdy   dla   odmiany   będę   potrzebowała   dowiedzieć   się,   jak   zachowuje   się 
nadęty bubek, zwrócę się bezpośrednio do pana. 

Ten   wybuch   sarkazmu   wywołał   długą   chwilę   ciszy.   Teraz   jednak   przesadziłaś, 

powiedziała do siebie. Naprawdę musiałaś posunąć się do wyzwisk? Możesz zapomnieć o 
pożyczce. Za chwilę ten facet każe cię wyrzucić z hotelu na zbity pysk! Potem razem z Perrier 
wyruszysz na bardzo długi spacer do Kansas City!

– Jeszcze mi się nie zdarzyło... – zaczął powoli z ponurą miną. Zaczęło się! – zdążyła 

pomyśleć. – Żebym jednego dnia – mówił dalej – musiał kogoś dwukrotnie przepraszać. 

Przestał opierać się o futrynę. Stał obok drzwi wyprostowany jak grecki bóg w garniturze 

za pięć tysięcy dolarów. Opuścił głowę. 

– Naprawdę nie chciałem pani obrazić. Proszę wybaczyć moją bezmyślność. 
Co on mówi? – zdziwiła się Trisha. Spojrzała z niedowierzaniem, spodziewając się raczej 

jakiegoś:   „Precz!”   lub   „Proszę   wyjść!”.   Jednak   on   ją   przepraszał.   Nie   wiedziała,   jak   się 
zachować. 

– Mam nadzieję, że mówi pan szczerze – odezwała się w końcu. – Dziękuję. Proszę mi 

tylko powiedzieć, czy kiedykolwiek żałował pan naprawdę tego, co zrobił?

Uniósł wysoko brwi. 
– Słucham?
Skrzyżowała ręce przed sobą. 
– Chodzi mi o to, czy kiedykolwiek miał pan złamane serce. Żałował pan jakiejś straty? 

Czuł się pan tak samotny i zagubiony, że stawało się obojętne, czy następnego dnia świat 
będzie jeszcze istniał?

Spojrzał na nią zaskoczony. 
– Każdy ponosi straty. 
– Zgoda, ale czy jakaś strata spowodowała, że czuł się pan, jakby się rozsypał na kawałki 

i zupełnie nie mógł się pozbierać?

– Nie – przyznał w końcu, unosząc wzrok. 
– A co z wielką radością? – spytała. – Czuł się pan kiedyś tak szczęśliwy, że radość 

dosłownie pana rozsadzała?

Uśmiechnął się cynicznie. 
– Domyślam się, że wspaniały seks się nie liczy?
– Nie – stwierdziła, rumieniąc się. – Pytam poważnie. Przeżył pan kiedyś radość, która 

panem wstrząsnęła?

Schował ręce do kieszeni. 
– O co pani właściwie chodzi? Wzruszyła ramionami i usiadła na łóżku. 
– Starałam się dojść, ile są warte pana przeprosiny. 
– Dobranoc, pani August – powiedział, zamykając za sobą drzwi. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Trisha   czuła   się   jak   księżniczka   z   bajki.   Spędziła   cały   dzień,   robiąc   zakupy.   Kupiła 

sukienki,   bluzki,   spodnie,   bieliznę,   a   nawet   buty   i   torebki.   Jeszcze   nigdy   nie   miała   tak 
dobranych do siebie elementów stroju. 

Wszystko,   co   kupiła,   było   luksusowe,   świetnie   zaprojektowane   i   wykończone. 

Dotychczas nawet nie marzyła o takich ubraniach. Jednak mężczyźnie, który miał udawać jej 
męża, zależało, by zaopatrzyła się w eleganckie, a jednocześnie skromne stroje. Była gotowa 
spełnić to życzenie. 

Przyjrzała się sobie w wysokim lustrze w swej obszernej łazience. Miała kaszmirowe 

białe   spodnie  i   obcisły  biały  sweter.  By ożywić   ten  zestaw,   dołożyła   starą,  wielobarwną 
broszkę po mamie. Zabrała ją ze sobą z domu, bo mama zawsze nosiła ją w czasie świąt. 
Trisha przymocowała ją do kołnierza swetra. Ozdoba nigdy nie była nadzwyczaj elegancka. 
Jednak Trisha powiedziała sobie, że jeśli Dragan ją skrytykuje, bez zastanowienia podbije mu 
oko. 

Nadal nie mogła mu zapomnieć aroganckich uwag na temat dobrego smaku. Pamiętając 

jego pouczenia, postąpiła na odwrót i nie zapytała o radę żadnej sprzedawczyni. 

– Niech spróbuje zrobić jakąś uwagę! – powiedziała głośno i dobitnie, wyrywając Perrier 

z drzemki. 

– Przepraszam, kochanie – uspokoiła ją Trisha. – Nie chciałam cię przestraszyć. 
Perrier ziewnęła i wygodnie oparła głowę na przednich łapach. 
Trisha   wyszła   z   łazienki.   Nie   zamierzała   w   nieskończoność   przejmować   się   jego 

humorami. Ostatecznie wydała na zakupy kilka tysięcy dolarów z jego konta. 

W sypialni włożyła jeszcze buty z białego zamszu, sięgające kostek. Następnie ruszyła w 

stronę   salonu.   Już   z   daleka   słyszała,   że   Lassiter   prowadzi   rozmowę   dotyczącą   biznesu. 
Siedział   na   jednej   z   dwóch   kanap   stojących   w   pobliżu   kominka.   Miał   na   sobie   dżinsy, 
granatowy sweter i wygodne, skórzane buty jak do wędrówki w góry. Spojrzała zaskoczona. 
Sportowy strój nie pasował do człowieka inwestującego miliony. 

Trisha zatrzymała się niepewnie. Nie chciała przeszkadzać w rozmowie. Zdawała sobie 

sprawę,   że   obracał   gigantycznymi   kwotami.   Pomyślała,   że   gdyby   przerwała   mu   myśl   na 
przykład atakiem kaszlu, mogła spowodować zerwanie kontraktu wartego fortunę. 

Lassiter zauważył ją i kiwnął ręką, by podeszła bliżej. Przesunął się na kanapie i sięgnął 

ręką do kieszeni. 

– Bill, to naprawdę doskonała okazja – tłumaczył przez telefon. Jednocześnie chwycił 

dłoń Trishy i przyciągnął ją bliżej. Niespodziewany dotyk wywołał w niej dreszcz. Dopiero 
po chwili dotarło do niej, że wsunął jej coś na serdeczny palec. Nawet na chwilę nie przerwał 
przy tym rozmowy przez telefon. 

Trisha   spojrzała   na   palec.   Pojawiły   się   na   nim   obrączka   i   pierścionek   z   owalnym 

brylantowym oczkiem wielkości ziarnka fasoli. Jeszcze raz przyjrzała się z niedowierzaniem. 
Lassiter Dragan zaopatrzył ją w rodowe klejnoty bez słowa, nie spoglądając jej w oczy i nie 

background image

przestając załatwiać interesów. 

Cóż,   czego   się   spodziewałaś?   –   powiedziała   do   siebie.   Romantycznej   kolacji   i 

oświadczyn  z padaniem na kolana? Ślub to dla niego jedna ze spraw do załatwienia. Co 
prawda   jest   przystojny   i   brylant   jest   prawdziwy,   ale   nie   ślub!   Nie   zapominaj   o   tym!   – 
powtarzała sobie. 

W końcu zdała sobie sprawę, że zaschło jej w gardle i stoi od dłuższej chwili z otwartymi 

ustami. 

– Mój Boże... – szepnęła. 
– Przepraszam cię, Bill, na chwilę – powiedział do telefonu i odwrócił się do Trishy. – 

Słucham?

–   Niebrzydkie   –   przyznała,   co   było   wyjątkowo   oszczędnym   określeniem   pięknych 

klejnotów. 

– Odpowiedni rozmiar? – spytał. Skinęła głową. 
– Zupełnie jakby były na mnie zro... – przerwała. Ta biżuteria nie była przewidziana dla 

niej. – Tak, doskonale – poprawiła się. 

– To dobrze – stwierdził. – Niedługo powinni podać obiad – dodał. 
– Świetnie – powiedziała, cofając się o krok. Czuła się bardzo rozczarowana i miała do 

siebie pretensję. – Otworzę im drzwi. 

– Bill, już mogę rozmawiać – Lassiter wrócił do telefonu. 
Trisha   poczuła   się   jak   dziecko   wyrzucone   z   klasy.   Zerknęła   na   Lassitera.   Teraz 

zauważyła, że też włożył obrączkę. Nie było w tym nic dziwnego. Przecież mieli udawać, że 
są małżeństwem.  Odwróciła się, żeby nie zauważył  jej spojrzenia. Podeszła do oszklonej 
ściany.   Rozciągał   się   stąd   widok   na   Las   Vegas   Strip   pulsujący   światłami   i   tętniący 
nieustannym ruchem. 

Lubiła obserwować ludzi, skupiła się więc na widoku za oknem. Starała się nie myśleć o 

mężu na niby. 

– Przepraszam za te rozmowy przez telefon. Trisha podskoczyła, słysząc głos tuż za sobą. 
– Bardzo cicho pan chodzi. 
– Nie chciałem pani przestraszyć  – zapewnił. – Natomiast dzwonię często, bo pewną 

sprawę muszę załatwić do poniedziałku. 

Nieprzyzwyczajona   do   noszenia   biżuterii,   odruchowo   obracała   na   palcu   obrączkę   i 

pierścionek. Uniosła dłoń. 

– Czy to rodzinne klejnoty? – spytała. 
– Tak. Należały do prababci ze strony matki. 
– A pana? – wskazała na jego palec serdeczny. 
– Po pradziadku. 
– To prawdziwe szczęście, mieć biżuterię czekającą gdzieś w kasetce. 
–   Raczej   nieuniknione.   Moja   rodzina   kieruje   się   zasadą:   zdobywaj   dla   siebie   jak 

najwięcej. 

–   Racja.   Zapomniałam,   z   kim   rozmawiam.   Ciekawe,   co   powiedziałaby   prababcia, 

wiedząc, że fałszywa narzeczona nosi jej klejnoty. 

background image

– Na pewno nie byłaby zachwycona – przyznał. – Ale gdybym kazał je przetopić na 

spinkę do krawata, byłaby bardziej rozczarowana. 

Podszedł bliżej i dotknął jej broszki. 
– Wzięła pani to z domu? – spytał. Skinęła głową. Jedno nieodpowiednie słowo, panie 

Dragan, a popamięta mnie pan! – pomyślała. 

Tymczasem on delikatnie przejechał palcem po garbku na jej nosie. Przeszedł ją dreszcz i 

odruchowo zasłoniła nos. 

– Dlaczego pan to zrobił?
Nie odrywając od niej oczu, wsunął dłonie do kieszeni dżinsów. 
– Jak to się stało, że został złamany? – spytał. 
Zadał pytanie tak bezceremonialnie, że się zaczerwieniła. 
–   Miałam   jedenaście   lat.   Grałam   w   baseball   z   dziećmi   z   sąsiedztwa.   Właśnie 

wystartowałam   do   kolejnej   bazy,   gdy   rozgrywająca   ruszyła   do   przodu,   odrzucając   kij. 
Niechcący   uderzyła   mnie   prosto   w   nos   –   wyjaśniła,   odruchowo   pocierając   zgrubienie.   – 
Matka twierdziła, że dzięki temu moja twarz nabrała charakteru – dodała. 

Nie odpowiedział, uniosła więc wzrok i zaczepnie spojrzała mu w oczy. 
– Może ten artykuł w gazecie przeczyta ktoś ze złamanym nosem i poczuje taką sympatię, 

że natychmiast powierzy panu prowadzenie swoich spraw finansowych. Na moim nosie zrobi 
pan doskonały interes – stwierdziła. 

Zmarszczył brwi. 
– Pani nosowi nic nie brakuje – oświadczył z przekonaniem. Potem wskazał na broszkę w 

kołnierzu swetra. – To świetnie ożywia strój – dodał. 

Uniosła głowę, starając się okazać chłodny spokój. 
– Dziękuję. 
– Naprawdę pięknie pani wygląda. Myślała pani, że nie zauważyłem?
– Ja... Cóż, nie zastanawiałam się nad tym – skłamała. – Mam nadzieję, że pieniędzy, 

które wydałam na ubrania, nie uzna pan za stracone. 

–   Nie   ma   obawy.   Artykuł   w   „The   Urban   Sophisticate”   to   darmowa   reklama   warta 

miliony. 

– Miliony dolarów? – upewniła się. – Tak. 
– Czy pan nie jest już wystarczająco bogaty?
–  Co to  znaczy  „wystarczająco”?  –  spytał,   stając  przed  nią.  Oparł  się  o  okno za  jej 

plecami.   Poczuła   się   niezręcznie.   Był   stanowczo   zbyt   blisko.   Czuła   zapach   jego   wody 
kolońskiej i miała ochotę rzucić mu się w ramiona. Dlaczego? – pytała samą siebie. Przecież 
ich małżeństwo było fikcją, zwykłym interesem, który obu stronom przynosił korzyści. 

– Panie Dragan, nie kupi pan szczęścia za pieniądze. 
– Możliwe, ale umożliwiają one poszukiwanie go w najpiękniejszych miejscach na ziemi. 
Trisha   poczuła   na   plecach   nieprzyjemny   dreszcz.   Jej   ojciec   wielokrotnie   używał 

podobnych argumentów. Świadomość, że ma spędzić dwa tygodnie z Lassiterem Draganem, 
zaczęła jej ciążyć. Choć pociągał ją od chwili, gdy go ujrzała, musiała teraz pogodzić się z 
prawdą. Lassiter Dragan był takim samym egocentrykiem obsesyjnie nastawionym na sukces 

background image

jak jej ojciec!

Prysły złudzenia. Jednak Trisha była zbyt rozsądna, by z tego powodu zrywać umowę. 

Ludzie   tacy   jak   Dragan   i   jej   ojciec   nie   potrafili   okazać   serdeczności   najbliższym.   Jeśli 
dotychczas Trisha miała jakiekolwiek złudzenia wobec Lassitera, teraz rozsypały się w proch. 

– W tym białym stroju wygląda pani jak panna młoda. Właśnie na ten temat powinniśmy 

porozmawiać. 

– Słucham? – spytała z niedowierzaniem. 
Skinął głową. Jego spojrzenie było jak zwykle nie do odczytania. Nigdy nie wiedziała, co 

naprawdę czuł i myślał. Co cię to obchodzi? – powiedziała do siebie. Niech sobie myśli, co 
chce. Po świętach rozstaniecie się i nigdy więcej go nie zobaczysz. Spojrzała mu w oczy. 

– O czym mielibyśmy rozmawiać? – spytała. Uśmiechnął się. 
– Doszedłem do wniosku, że powinniśmy wziąć ślub. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Zapowiedziana rozmowa była szalenie krótka i jednostronna. Właściwie był to monolog 

Lassitera. Zamówił bardzo skromną i krótką uroczystość ślubną. Nawet pocałunek nie był 
zaplanowany. Trisha powtarzała sobie, że to najlepsze rozwiązanie. Z pocałunkami jest jak z 
jedzeniem orzechów. Jeden nigdy nie wystarczy. 

Gdy tylko podpisali dokumenty, Lassiter odprowadził do drzwi urzędnika i dwóch bojów 

hotelowych, którzy pełnili rolę świadków. Zostali sami i nagle dotarło do niej, że jest panią 
Dragan. Stała bez słowa, nie czując żadnej różnicy. Może nawet bardziej niż zwykle czuła się 
samotna   i   opuszczona.   Co   prawda,   ich   umowa   nie   przewidywała   ślubu,   ale   tak   było 
bezpieczniej. Żaden wścibski reporter nie przyłapie ich na kłamstwie. Pięćdziesiąt tysięcy 
dolarów miała otrzymać w chwili podpisywania dokumentów rozwodowych. Wszystko było 
teraz zgodne z prawem i pozbawione zbędnych sentymentów. 

Trisha   nie   mogła   zrozumieć,   dlaczego   tak   łatwo   dała   się   przekonać.   Lassiter   mówił 

zwykle   spokojnie   i   miękko,   co   działało   niemal   jak   hipnoza.   Wytłumaczył   jej,   że   jeśli 
oszustwo wyjdzie na jaw, zanim artykuł zdąży się ukazać, tekst nie zostanie opublikowany. 
Jeśli natomiast prawda wyjdzie na jaw po wydrukowaniu, jego życie zmieni się w prawdziwe 
piekło. Zdesperowane kobiety znów zaczną na niego polować i nie będzie w stanie normalnie 
prowadzić interesów. 

Był jeszcze jeden powód, dla którego powinna wziąć ślub. Musiała przyznać sama przed 

sobą, że miała dość konserwatywne poglądy w tej dziedzinie. Było jej bardziej na rękę, żeby 
ludzie myśleli, iż ona i Lassiter zapałali do siebie gorącym uczuciem, które po ślubie niestety 
szybko się wypaliło. Wolała to niż szepty za plecami, że naiwnie wplątała się w przygodny 
romans z bogatym playboyem. 

Zupełnie nie wiedziała, jak zareaguje jej matka. Prawdopodobnie nie uznałaby tego za 

najchlubniejszy   moment   w   życiu   Trishy.   Jednak   małżeństwo   zawarła   tylko   na   wszelki 
wypadek. Nie musiała przy tym łamać swoich zasad. Jednocześnie zbliżała się coraz bardziej 
do upragnionej chwili, gdy będzie mogła otworzyć własną firmę. 

Weekend w Las Vegas przebiegł im typowo dla tego miejsca. Oprócz pospiesznego ślubu 

i sobotnich zakupów starali się nie opuszczać apartamentu. Podobnie postępowały inne pary, 
które przyjeżdżały tu, by zalegalizować związek. 

W poniedziałkowe południe dwudziestego czwartego grudnia wrócili do Kansas City. 

Trishę prześladowała myśl, że powinni teraz dopracować szczegóły dalszego postępowania. 
Jednak nie potrafiła nawiązać rozmowy. Lassiter z ponurą miną pracował na swoim laptopie. 
Doszła do wniosku, że jego zmienne humory wynikają częściej z powodu jej obecności niż 
problemów w pracy. Jego sprawa, powiedziała sobie. Chciał udawanego związku, to niech 
teraz się martwi!

Gdy samolot   zbliżał  się  do lądowania,   kierowca  już czekał  na  lotnisku.  Nowe  stroje 

Trishy zajęły wnętrze limuzyny. Nie było szans, by zmieściły się w sportowym wozie pana 
Dragana. Nowożeńcy wsiedli razem do dwuosobowego bolidu na wypadek, gdyby reporterzy 

background image

zjawili się wcześniej. Trisha znów miała krępujące uczucie, że siedzą zbyt blisko siebie. Za 
każdym razem, gdy zmieniał biegi, dotykał jej ramieniem. Jak zwykle pachniał doskonałą 
wodą po goleniu. 

Przez ponad pół godziny jechali w milczeniu. Trisha ciągle spięta, bezwiednie głaskała 

Perrier drzemiącą na jej kolanach. W końcu skręcili na boczną drogę. Rosły wzdłuż niej dęby 
w   równych   szeregach.   Po   chwili   zatrzymali   się   przed   bramą   w   wysokim,   kamiennym 
ogrodzeniu. Stalowe skrzydła zaczęły powoli się rozsuwać. Trisha przypomniała sobie, że 
podobno tu czaiły się na Lassitera zdesperowane panie. Zerknęła na składany brezentowy 
dach samochodu. 

– Miał pan ten sam samochód, gdy co odważniejsze panie wskakiwały na dach? – spytała. 

Natychmiast zaczęła żałować, że nie ugryzła się w język. 

Zerknął w jej stronę. 
– Skąd to pytanie?
– Wyobraziłam sobie podartą w strzępy tkaninę... Wziął ostry zakręt. 
– To było pięć lat temu. Ten model porsche jest tegoroczny. Domyślam się więc, że nie 

interesuje się pani sportowymi wozami?

–   Nie   mam   samochodu   –   przyznała.   –   I   szczerze   mówiąc,   mam   kłopoty   z   ich 

odróżnianiem – dodała, wyglądając przez okno. Starała się nie patrzeć w jego stronę. Miał na 
sobie jasnoniebieski sweter, który podkreślał szerokie ramiona i wąskie biodra. Wyglądał w 
nim doskonałe. 

– Nie jestem żadną przeciwniczką samochodów – mówiła dalej. – Po prostu nie stać mnie 

na taki zakup. 

Spojrzała przed siebie, starając się wypatrzeć jakiś budynek. Była ciekawa, jak wygląda 

prywatna siedziba Lassitera Dragana, lecz nie miała zamiaru o to pytać. W końcu za kolejnym 
zakrętem,   zasłoniętym   dębami   przyprószonymi   śniegiem,   stopniowo   zaczął   wyłaniać   się 
budynek. Zaskoczył ją hiszpański styl. Budynek kryty był dachówką, okna osadzono głęboko 
w grubych ścianach z wapienia. Malownicze łuki dodawały egzotycznego uroku. 

Trisha była pod wrażeniem. 
– Piękny dom, panie Dragan – stwierdziła. 
–   Dziękuję,   pani   Dragan   –   odpowiedział,   zatrzymując   samochód   przed   łukowatym 

wejściem. – Teraz, gdy już jesteśmy w domu, proponuję zwracać się do mnie po imieniu. 
„Kochanie” brzmiałoby jeszcze lepiej. 

Musiała zrobić minę całkowicie zaskoczonej, bo zmarszczył brwi. 
– To była jedynie sugestia. Proszę mnie nazywać, jak tylko pani sobie życzy. Z jednym 

wyjątkiem. „Panie Dragan” nie wchodzi w rachubę – powiedział, wyłączając silnik. – Ja będę 
zwracał się do pani „kochanie”. Jest proste i z uczuciem. 

Uśmiechnęła się. 
– Bardzo wygodne. Jeśli zapomni pan, jak mi na imię, nikt tego nie zauważy. 
Nachmurzył się. 
– Słusznie – przyznał po chwili i otworzył drzwi. Słusznie? – powtórzyła w myślach. Nie 

rozumiała,   dlaczego   ta   odpowiedź   sprawiła   jej   przykrość.   Cóż,   sama   go   sprowokowała. 

background image

Tymczasem Lassiter okrążył samochód, otworzył przed nią drzwi i wyciągnął rękę. 

Nie zamierzała korzystać z jego pomocy. Jednak miała na rękach psa, a wydostanie się z 

niskiego, sportowego fotela bynajmniej nie było takie proste. Chcąc, nie chcąc, podała mu 
dłoń. 

– Dziękuję, mój drogi bazyliszku – powiedziała. 
– Co proszę?
– Ostatnio dużo czytałam. Bazyliszek to legendarny stwór. Wąż wykluty z jaja złożonego 

przez koguta. Potrafił zabijać samym spojrzeniem – wyjaśniła, stając obok samochodu. – Tak 
będę   cię   nazywać   –   zakończyła,   zdając   sobie   sprawę,   że   to   jeden   z   jej   najgłupszych 
pomysłów. 

Wzruszył ramionami. 
– Chyba żartujesz? – spytał niezadowolony. 
–   Nazywali   cię   smokiem,   a   wąż   jest   równie   sympatyczny   –   stwierdziła   ze   złośliwą 

satysfakcją. Wreszcie miała okazję zrewanżować się za drobne złośliwości z jego strony, choć 
nie zamierzała znęcać się nad nim zbyt długo. – Chcę sama coś wybrać. Zresztą „bazyliszek” 
bardzo do ciebie pasuje. 

– Dlaczego?
– Oprócz innych powodów masz zabójcze spojrzenie. Dosłownie niczym twarda stal. 
Nie   dodała,   że   jego   spojrzenie   było   jednocześnie   bardzo   zmysłowe.   Szli   teraz   przez 

kamienne patio wśród wysokich roślin przysypanych śniegiem. 

– Sam zaproponowałeś, żebym nazywała cię, jak tylko sobie życzę. 
– Ale nie po to, by mi dokuczać. 
Zaproponował jej rolę żony, więc uznała, że też ma prawo podejmowania decyzji. 
– Wolno mi tylko  to, na co mąż mi pozwoli. Trzeba było postawić sprawę jasno od 

początku.   Na   pewno   bym   się   nie   zgodziła,   panie   Dragan.   Ostatecznie   mogę   mówić 
„najdroższy” – ustąpiła w końcu. 

– Wolałbym uniknąć tego określenia – stwierdził. 
– Słucham? – spytała zdziwiona. – Tego też mi nie wolno używać?
Perrier zapiszczała. Trisha zdała sobie sprawę, że odruchowo przycisnęła ją zbyt mocno 

do siebie. Natychmiast postawiła ją na ziemi. Spojrzała na posmutniałą twarz Lassitera. 

– Moi rodzice zwracali się tak do siebie, choć stali się sobie zupełnie obojętni. To słowo 

wywołuje we mnie złe wspomnienia. 

– Och, przepraszam 

T

 powiedziała ze współczuciem. Przestało ją dziwić, że bywał oschły. 

Dorastał   w   domu,   gdzie   nie   było   miejsca   na   serdeczność   i   życzliwość.   Dotychczas   nie 
uważała  się za specjalnie szczęśliwą  z tego  powodu, że tylko  jedno z jej rodziców  było 
pozbawione uczuć. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak smutne musiało być dzieciństwo 
Lassitera. 

– W takim razie będę mówić „kochanie”. Nie sprawi mi to żadnej trudności – stwierdziła 

w końcu. 

Miał minę, jakby żałował, że ujawnił coś ze swego osobistego życia. 
– Dziękuję – powiedział. – Przy okazji... – zaczął, szybko zmieniając temat. – Wiesz 

background image

może, co określano kogucim jajem?

Nie miała pojęcia, lecz nie zamierzała przyznać się do tego. 
– Nie pamiętam – stwierdziła. – Coś mitycznego, jak mi się wydaje. 
– Podobno dużo czytasz – powiedział, spoglądając sceptycznie. 
Nie zdążyła się odciąć, bo uniósł ją na rękach. Przestraszyła się tak niespodziewanym 

zachowaniem. Objęła go za szyję, żeby nie upaść. – Co... ? – zaczęła. 

– Kochanie, taka jest tradycja – powiedział, przenosząc ją przez próg. Uśmiechnął się 

radośnie,   jakby   nagle   zapomniał   o   wszystkich   zmartwieniach.   Jednocześnie   zaskoczył   ją 
oślepiający błysk. 

– Wspaniale! – usłyszała męski głos. – Doskonałe ujęcie młodej pary!

Lassiter zobaczył ich, gdy tylko otworzył drzwi. Dwoje obcych. Jedno z nich z aparatem. 

W ułamku sekundy zdał sobie sprawę, że ekipa z „Urban Sophisticate” zjawiła się przed nimi. 
Chwytając Trishę na ręce, był niemal tak samo zaskoczony jak ona. Zrobił to odruchowo. 
Potem już tylko grał swoją rolę. Dziwiło go, że w ostatnich dniach nauczył się reagować 
natychmiast i bezwiednie na różne sytuacje. Dotychczas starał się postępować rozważnie i 
podejmować decyzje po namyśle.  Jednak od czasu, gdy na kawiarnianej serwetce napisał 
numer telefonu Hermana Hodgesa, jego życie zupełnie się zmieniło. 

Zanim poznał Trishę, nie dotknąłby kobiety, która nie dałaby jasno do zrozumienia, że 

sama tego chce. Niedawno wiedziony impulsem pozwolił sobie dotknąć nosa Trishy, jakby 
miał do tego jakiekolwiek prawo. Nigdy nie proponował kobietom małżeństwa i nie marzył o 
życiu rodzinnym. Starał się unikać tego tematu. Teraz zupełnie odruchowo chwycił kobietę w 
ramiona, by przenieść ją przez próg. Nie było to żadne zaplanowane działanie. Po prostu 
wystarczył mu pretekst, żeby przytulić ją do siebie. 

Spojrzał   na   nią.   Zaróżowiły   jej   się   policzki   i   lekko   rozchyliła   usta,   gdy   musnął   je 

wargami. 

– Kochanie, jesteśmy w domu – szepnął, delikatnie ją całując. Spojrzała na niego, jakby 

nie mogła uwierzyć w to, co się dzieje. Sam tego nie rozumiał. Nawet w czasie ślubu nie 
posunął   się   tak   daleko.   Powtarzał   sobie,   że   przecież   zgodnie   z   prawem   jest   jego   żoną. 
Jednocześnie   miał   do   siebie   pretensję,   że   przekroczył   bezpieczną   barierę.   Już   nie   mógł 
przewidzieć, dokąd ich to zaprowadzi. 

Dyskretne kaszlnięcie wyrwało go z zamyślenia. Szybko się opanował. Stał przed nim 

siwowłosy kamerdyner w białej marynarce i koszuli, czarnych spodniach i muszce. 

– Tak, Marvin?
– Zająłem się gośćmi, jak pan kazał. 
– Dziękuję. Wszysko gotowe na wieczorne przyjęcie? – spytał Lassiter, powoli stawiając 

Trishę na podłodze. Poczuł zmysłowy dreszcz, gdy przestała kurczowo trzymać się jego szyi i 
odzyskując równowagę, dotknęła jego klatki piersiowej. 

– Tak, proszę pana. 
– Dziękuję, Marvin. 
Kamerdyner skłonił się i podszedł, by zamknąć drzwi. Lassiter przypomniał sobie o roli 

background image

gospodarza. 

–   Kochanie,   ci   państwo   są   z   czasopisma,   o   którym   ci   wspominałem   –   powiedział, 

wskazując kobietę i mężczyznę stojących obok kamiennych schodów. Trisha zatoczyła się 
lekko, stając na własnych nogach. Mąż natychmiast objął ją za ramiona. 

– Jestem Lassiter Dragan, a to moja świeżo poślubiona żona Trisha – zwrócił się do gości. 

Jednocześnie   zauważył,   że   minęła   ich   kula   rozpędzonego   futra.   Pies   zatrzymał   się   na 
schodach i spojrzał wyczekująco na swoją panią. Lassiter ciągle nie mógł się przyzwyczaić, 
że coś wyglądającego  jak pluszowa maskotka  na baterie  może  poruszać się na własnych 
nogach. Dotychczas pies kojarzył mu się raczej z użytecznym zwierzęciem ratującym ludzi z 
zawalonych budynków lub tropiącym bandziorów. – A to nasz pies Perrier – dodał. Fotograf 
zagwizdał. 

– Hej, Perrier! – zawołał. Pies obejrzał się i został uwieczniony na zdjęciu. 
– Zwierzaki zawsze wzbudzają zainteresowanie – powiedział wysoki, szczupły fotograf. 

Był mniej więcej w wieku Lassitera. Miał na sobie sprane dżinsy, sweter zrobiony na drutach, 
na który narzucił jeszcze wielobarwną hawajską koszulę z krótkim rękawem. Ciemne włosy 
miał na tyle długie, że spiął je w kitkę. Kobiety oceniłyby jego urodę jako klasyczną, gdyby 
nie pokaźny nos. 

Kobieta trzymająca się nieco z tyłu miała około trzydziestki, owalną twarz, małe piwne 

oczy ukryte za okularami w ciemnej oprawie. Szary sweter i sztruksowe spodnie świadczyły, 
że nie przejmowała się modą. Krótkie włosy ostrzyżone niemal po męsku. Uśmiechała się do 
wszystkich, lecz widać było wyraźnie, że jest onieśmielona. 

Lassiter   był   tym   wyraźnie   zaskoczony.   Spodziewał   się,   że   czasopismo   o 

międzynarodowym zasięgu jak „Urban Sophisticate” zatrudnia zdecydowanych, agresywnych 
reporterów. W końcu doszedł do wniosku, że przecież nie chodzi tu o drapieżny reportaż, ale 
relaksujący tekst na święta. Podszedł z Trishą do dziennikarzy, wyciągając rękę na powitanie. 

– Z kim mam przyjemność? – spytał. 
– Reggie Carter. – Fotograf zaskoczył go natychmiastowym podaniem dłoni. Spodziewał 

się, że pierwsza przywita się kobieta. – Zasada jest taka – mówił tamten – że zajmujecie się 
swoimi sprawami, jakby nas tu nie było. Chcemy pokazać państwa Dragan w naturalnych 
sytuacjach. Oczywiście nie mam na myśli żadnych intymnych... 

– To było jasne od początku – przerwał mu Lassiter. 
–   To   Jane   Dewey.   Pisze   najlepiej   w   całej   redakcji   –   przedstawił   koleżankę, 

protekcjonalnie poklepując ją po ramieniu. 

Jane nadal uśmiechała się nieśmiało. 
– Miło mi  państwa poznać  – powiedziała,  wyciągając  rękę. – Obawiam się, że będę 

musiała trochę państwu poprzeszkadzać – mówiła cicho, niemal szeptem. – Muszę poznać 
trochę faktów i historii rodzinnych. Chciałabym zacytować niektóre wypowiedzi. Postaram 
się przeszkadzać jak najmniej. 

–   Bardzo   się   cieszymy,   że   będziemy   was   gościć.   Prawda,   kochanie?   –   dodał,   mając 

nadzieję, że Trisha włączy się do rozmowy. 

Trisha zamrugała i uśmiechnęła się. Wreszcie do niej dotarło, że wszyscy czekają na jej 

background image

słowa. 

–  Oczywiście   –  powiedziała   z  przekonaniem   i  wyciągnęła  rękę.   –  Jane,  miło   mi   cię 

poznać. Reggie, bardzo mi miło. 

– Rozumiemy, że to wasz miesiąc miodowy i chcecie nacieszyć się sobą – powiedziała 

Jane. – Wiem, że połączyło was nagłe uczucie. Chętnie dowiedziałabym się czegoś więcej. 

Lassiter spodziewał się takich pytań po tym, co wcześniej naopowiadał przez telefon. 

Jednak podobnie jak Trisha nie miał ochoty, by ciągnąć tę historyjkę właśnie teraz. 

– Może później. Wybaczcie, ale chcielibyśmy odpocząć po podróży. Wieczorem czeka 

nas   jeszcze   przyjęcie   –   mówił   swobodnie   i   z   uśmiechem.   –   Jeśli   chcecie   obejrzeć   dom, 
Marvin chętnie was oprowadzi. Gdy zgłodniejecie, zajrzyjcie do kuchni. Dużo się tam teraz 
dzieje, więc na pewno zostaniecie poczęstowani czymś smakowitym. Zobaczymy się około 
siódmej. 

– Świetnie – odezwała się Jane. 
– Mam już kilka niezłych zdjęć – powiedział Reggie. 
– Naprawdę? – spytał Lassiter z udawanym niedowierzaniem. – Kochanie? – odwrócił się 

do Trishy. – Może pójdziemy nabrać sił przed wieczornym spotkaniem?

Odpowiedziała niepewnym spojrzeniem. 
– Odbędzie się małe przyjęcie dla zarządu firmy – podpowiedział. 
– Ach, słusznie – przytaknęła. Było jasne, że nie wiedziała, o czym mówił. Czyżbym jej 

nie uprzedził? – pomyślał. 

– Cóż, w takim razie proszę nam wybaczyć – zwrócił się do tamtej dwójki. 
– Ależ  oczywiście  – powiedziała  Jane  przyciszonym  głosem i  zarumieniła  się lekko. 

Czyżby uważała, że przez całe popołudnie będziemy uprawiać namiętny seks? – pomyślał 
Lassiter. Spojrzał na Reggiego. Lubieżny uśmiech świadczył, że fotograf był o tym absolutnie 
przekonany. 

Lassiter uśmiechnął się, zaciskając zęby. Skinął głową i wziął Trishę za rękę. Ruszyli po 

kamiennych  schodach. Spojrzał na zegarek. Mieli przed sobą pięć długich godzin, zanim 
zjawią się goście. Zastanawiał się, jak wypełnić ten czas. Najprzyjemniej byłoby powrócić do 
całowania  Trishy,  pomyślał  i natychmiast  ogarnęły go wyrzuty sumienia.  Ona potrzebuje 
pożyczki, a nie kochanka!

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Trisha usłyszała, że Lassiter zamyka za nimi drzwi sypialni. Dopiero teraz bardzo powoli 

zaczęła wychodzić z transu. Czy naprawdę całował ją i nosił na rękach? Dotknęła ust. Były 
gorące. Przypomniała sobie, że zaskoczył ją tak bardzo, iż z trudem zareagowała na jego 
pocałunek. Na pewno stwierdził, że jestem strasznie oziębła. Stałam jak słup! – pomyślała. 
Jednak po chwili zaczęła sobie tłumaczyć, że nie powinna się czuć upokorzona. Przecież 
Lassitera zaoferował jej pożyczkę, a nie gorące i głębokie uczucie. Co z tego, że teraz jest 
przekonany, że ona całuje jak mrożona ryba? Jest dla niego zasłoną dymną, a nie bratnią 
duszą!

Nie zapamiętała, jak wyglądali ci ludzie z redakcji ani co do nich mówiła. Stała przed 

nimi, myśląc wyłącznie o tym, że obejmuje ją Lassiter. 

– Trisha? – jego głos wyrwał ją z rozmyślań. – Tak?
– Domyślasz się, dlaczego cię pocałowałem? – spytał zatroskanym głosem. Spojrzała na 

niego. 

– Niezupełnie. 
Przejechał dłonią po czole i westchnął ciężko. 
– Bardzo przepraszam. Powinienem ustalić z tobą, czy mogę się posunąć tak daleko. 

Szczerze mówiąc, nie pomyślałem o tym wcześniej – powiedział speszonym tonem. 

Do   tamtej   chwili   nawet   nie   przyszło   mu   do   głowy,   że   mógłby   mnie   pocałować?   – 

pomyślała rozczarowana. Nadal trzymał ją za rękę. Odruchowo uwolniła dłoń. 

– Mogłam się spodziewać tak spontanicznego zachowania – powiedziała, odsuwając się o 

kilka kroków. Rozejrzała się po przestronnej sypialni. Była urządzona w spokojnej tonacji, 
naturalnych, łagodnych barwach. Poczuła się tu jak u siebie, choć była to sypialnia Lassitera 
Dragana. – Oczywiście zdaję sobie sprawę, że gramy role szczęśliwych nowożeńców, ale 
teraz zachowajmy umiar w spontanicznych odruchach. 

Wsunął dłonie do kieszeni dżinsów. 
– Z tym nie powinno być problemu – powiedział. – Z natury nie jestem spontaniczny. 
Miała ochotę roześmiać się głośno. Jednak udało jej się powstrzymać. 
– Jakoś tego nie zauważyłam. Skinął głową. 
– Ostatnio jestem mniej spięty – przyznał, unosząc wzrok. Nie patrzył na padający śnieg 

za szklanymi drzwiami prowadzącymi na balkon. Spoglądał w przestrzeń, pogrążając się we 
wspomnieniach. Gdy po chwili spojrzał na Trishę, znów miał nachmurzoną minę. 

– Z łazienką  połączona  jest garderoba  – poinformował.  Najwyraźniej  zdecydował  się 

zakończyć   rozmowę   na   temat   własnej   osoby.   –   Myślę,   że   twoje   rzeczy   już   zostały   tam 
ułożone.   Jeśli   masz   ochotę   wykąpać   się   i   trochę   odpocząć,   ja   mogę   zająć   się   pracą   – 
powiedział, wskazując niewielkie biurko obok szerokich foteli. 

Trisha zrozumiała, że teraz jest zbędna. Skinęła głową. 
– Jasne. Już idę – powiedziała. – Dziwi mnie, że organizujesz spotkanie w Wigilię – 

dodała nagle. – Przecież to święto spędza się z rodziną. 

background image

Uniósł brwi. 
– Nie zdawałem sobie z tego sprawy – przyznał. – Zwykle spędzałem święta ze służbą, a 

rodzice wyjeżdżali na morskie wycieczki. 

– Przykro mi to słyszeć – powiedziała ze współczuciem. Pokręcił głową. 
– Prowadzę otwarty dom. Każdy może przyjść, kiedy chce. Jedni wpadną wcześnie, przed 

spotkaniem z rodziną. Inni późno, po drodze do domu. Kto nie ma rodziny, może spędzić tu 
cały wieczór. Nie jestem dyktatorem, który rujnuje pracownikom świąteczne plany. 

– Cóż, cieszę się – odpowiedziała. 
– Miło mi, że mnie popierasz – powiedział z nutą złośliwości, ale nie udało mu się jej 

onieśmielić. 

– Co powinnam włożyć na to przyjęcie?
– Na co tylko masz ochotę. Nie obowiązują stroje wieczorowe. 
– Zostaniesz w dżinsach? – spytała Uśmiechnął się lekko. 
– Włożę coś bardziej oficjalnego. 
– Rozumiem – powiedziała, kierując się do drzwi. – Co dokładnie powiemy wszystkim 

tym ludziom? Chodzi mi o to, że są twoimi pracownikami. Nie będziesz czuł się niezręcznie, 
przedstawiając mnie jako najbliższą ci osobę?

– Niezręcznie? Może trochę – stwierdził. 
– Ale reklama warta miliony dolarów doskonale to zrekompensuje?
– Jeśli ja odnoszę korzyści, odnosi je również moja firma i jej pracownicy – powiedział 

od niechcenia. – Podobnie jest z nami. Oboje coś zyskujemy na tej znajomości. Czyżbyś 
chciała się wycofać?

– Spokojna głowa. Potrzebuję tej pożyczki. 
– Wracając do twojego pytania, uważam, że powinniśmy powiedzieć prawdę. Pominiemy 

tylko sprawę pożyczki. Poznaliśmy się w kawiarni i była to miłość od pierwszego wejrzenia. 
Szybko zdecydowaliśmy się na ślub w Las Vegas. Proste?

Pomyślała,   że   jeśli   on   nie   ma   żadnych   oporów   przed   oszukiwaniem   ludzi,   których 

codziennie   widuje,   ona   tym   bardziej   nie   powinna   mieć.   Zresztą,   zgodnie   z   prawem   byli 
małżeństwem, choć nie łączyło ich uczucie. Poza tym nie spotka ich już nigdy. Podobnie jak 
męża. Poczuła żal, lecz szybko wzięła się w garść. 

– Wszytko jasne, panie Dragan. 
Spojrzał na nią. Miała wyjątkowo nieszczęśliwą minę. 
–   Wolałbym,   żebyś   nie   zwracała   się   do   mnie   po   nazwisku.   Co   będzie,   gdy   „panie 

Dragan” wyrwie ci się, gdy nie będziemy sami?

– Jak sobie życzysz, kochanie – wyrecytowała bez przekonania. 

Przyjęcie trwało w najlepsze. Oboje spędzili pierwszą godzinę w holu, witając kolejnych 

gości. Lassiter z dużym talentem grał rolę zakochanego małżonka. Jego bliskość, dotyk, gesty 
i spojrzenia były bardzo przekonujące. Trishę nieco męczyła sytuacja, że musiała udawać 
zakochaną, a jednocześnie była nim naprawdę zauroczona. 

Gdy pierwsza fala gości zaczęła rzednąć, Lassiter zaproponował, żeby przyłączyli się do 

background image

tłumu.   Budynek   był   przestronny,   więc   Trisha,   pozdrawiając   gości   skinieniem   głowy, 
wędrowała na własną rękę, czując się jak turystka  w drogim hotelu. Dom miał  zaledwie 
dziesięć   lat,   ale   urządzony   został   klasycznie   meblami   w   starym   stylu.   Sufity   i   ściany 
wyglądały jak w doskonale odrestaurowanym zabytku. Były też trzy kamienne kominki, w 
których płonęły kłody drewna, stwarzając zaciszną atmosferę. 

W jednym  z wysokich luster zobaczyła  własne odbicie.  Spojrzała na siebie z lekkim 

zaskoczeniem. Nadal nie mogła przyzwyczaić się do ekskluzywnych ubrań. Miała na sobie 
czerwony   sweter   odsłaniający   ramiona.   Broszka   po   mamie   wyglądała   na   nim   jak   cenny 
klejnot, a nie bezwartościowe szkiełko. 

– Wesołych świąt, mamo – szepnęła. Po raz pierwszy zdarzyło jej się spędzać święta bez 

matki. Poczuła falę smutku i szybko odwróciła się od lustra. Nie była to odpowiednia chwila, 
by wybuchnąć płaczem. 

Skup się na czymś. Oglądaj dom, nakazała sobie. Spojrzała na podłogę. Przykrywał ją 

orientalny dywan w łagodnych odcieniach czerwieni i zieleni. Była miłośniczką dywanów, ale 
zdawała sobie sprawę, że nigdy nie będzie jej stać na takie dzieło  sztuki ręcznej  roboty. 
Dziwnie się czuła, chodząc po nim w butach. Zupełnie jakby deptała obraz Van Gogha. 

Ogarnęła   ją   przemożna   chęć,   żeby   zrzucić   buty   na   wysokich   obcasach   i   –   dotknąć 

dywanu bosymi stopami. Było to absurdalne uczucie, biorąc pod uwagę, że wokół kręcili się 
goście. Jednak światła były nastrojowo przyćmione, postanowiła więc zaryzykować. Szybko 
usiadła na sofie obok kominka. Buty i pończochy dyskretnie wsunęła pod mebel. 

Wreszcie  mogła  naprawdę odpocząć. Położyła  wygodnie  głowę na oparciu,  zamknęła 

oczy. Bosymi stopami kilkakrotnie przejechała po dywanie. Po raz pierwszy od przekroczenia 
progu tego domu poczuła spokój. 

–   Och,   Trisha   –   westchnęła   cicho.   –   Masz   niecodzienną   słabość   do   egzotycznych 

dywanów. 

– Powinnaś się wstydzić – zażartował Lassiter. Otworzyła oczy. Zobaczyła jego twarz tuż 

nad swoją, lecz do góry nogami. Stał za sofą, pochylając się. Ręce oparł obok jej głowy. – 
Trudno cię znaleźć, kochanie – powiedział z uwodzicielskim uśmiechem. 

Natychmiast wstała i odwróciła się w jego stronę. 
– Przepraszam. Po prostu... 
–   Wiem.   Chciałaś   nacieszyć   się  dywanem   –   wtrącił.   Obszedł   sofę   i   wyciągnął   dłoń. 

Wyglądał doskonale w czarnych spodniach i swetrze z dekoltem w karo. – Przyszło kilka par. 
Chętnie by cię poznali. 

Splótł palce z jej dłonią, chcąc ruszyć do wejścia. 
– Zapomniałam o butach – zaprotestowała. Pochyliła się, by je znaleźć, lecz powstrzymał 

ją ruchem ręki. 

– Zostaw je. W domu jest sporo dywanów. Możesz cieszyć się nimi do woli. 
Spojrzała na niego z zaskoczeniem i uśmiechnęła się. 
– Nie sądzisz, że to trochę szalone?
– Bardzo – potwierdził. – Jestem zupełnie zszokowany – powiedział, starając się zrobić 

poważną minę. 

background image

– Wszystko jasne – odezwała się. – Na pewno wśród czytelników znajdą się tacy, którzy 

lubią   chodzić   bez   butów.   Zobaczą   mnie   na   bosaka   i   natychmiast   popędzą   ubijać   z   tobą 
interesy. 

Przyjrzał się jej uważnie od stóp do głów. 
– Może chodziło mi o coś zupełnie innego? Nikt ci nie mówił, że masz śliczne stopy?
– Jasne – odpowiedziała. – Ciągle to słyszę. W lecie, gdy tylko włożę sandały, ludzie 

specjalnie przyjeżdżają, żeby podziwiać moje stopy. Turyści robią zdjęcia... 

– Kochanie, to Herman Hodges, moja prawa ręka – przedstawił z uśmiechem. Trisha 

skinęła głową. Zajęta rozmową, nie zauważyła, kiedy Lassiter podprowadził ją do kolejnej 
grupy gości. 

Obejmował   jej   odsłonięte   ramiona,   czubkami   palców   delikatnie   dotykając   obojczyka. 

Wywoływało   to   przyjemne   drżenie   w   całym   ciele.   Trisha   z   trudem   mogła   się   skupić. 
Zadawała sobie pytanie, czy naprawdę uważał, że miała zgrabne stopy, czy tylko sobie drwił. 
Weź się w garść! – powiedziała do siebie. Odezwij się wreszcie!

Wyciągnęła dłoń na powitanie. 
– Dzień dobry, panie Hodges. Miło mi znów pana widzieć. Wesołych świąt. 
Starszy   pan   odpowiedział   zbolałym   uśmiechem.   Zatroskana   mina   świadczyła,   że   był 

jedynym   gościem,   który   zupełnie   nie   wierzył   w   ich   historyjkę   o   miłości   od   pierwszego 
wejrzenia. 

– Bardzo się cieszę, pani Dragan – odpowiedział, podając dłoń. 
–   Proszę   mi   mówić   Trisha   –   zaproponowała,   czerwieniąc   się   lekko.   Zdawała   sobie 

sprawę, że bierze udział w oszustwie, i nie dawało jej to spokoju. 

– Chciałbym przedstawić moją żonę Cecylię – powiedział Herm Hodges. 
Trisha   rozmawiała   z   Hodgesami   tylko   przez   chwilę,   bo   musiała   poznać   drugiego 

wiceprezesa i jego partnerkę. 

Greg – zapamiętała tylko jego imię – miał na sobie wzorzysty sweter, jak instruktor 

narciarski ze Skandynawii. Po chwili uprzejmej rozmowy powiedział głośno to, nad czym 
wszyscy się zastanawiali. 

–   Nagłe   małżeństwo   Genta   zupełnie   nas   zaskoczyło.   Trisha   nie   poczuła   się   urażona. 

Gorączkowo szukała jakiejś odpowiedzi zgodnej ze scenariuszem. 

– Lassiter po prostu mnie porwał. Jest taki impulsywny – dodała. Greg zakrztusił się 

przystawką.   Wszyscy   wokół   zamilkli,   spoglądając   na   nią   ze   zdumieniem.   Najwyraźniej 
Lassiter nie przesadzał, opowiadając o sobie. 

Teraz chrząknął, co Trisha odebrała jako naganę. Co miałam powiedzieć? – pomyślała. 

Wytłumaczeniem ich decyzji mógł być nagły impuls lub chwilowa niepoczytalność. Czyżby 
ta druga możliwość była bliższa prawdy?

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Około północy wyszli ostatni goście. Przez cały wieczór Trisha bardzo rzadko spotykała 

Jane.   Nieśmiała   dziennikarka   stała   zwykle   gdzieś   w   kącie,   obserwując   ludzi.   Trochę   po 
dziesiątej Jane wróciła do sypialni. Reggie był jej dokładnym przeciwieństwem. Śmiał się, 
żartował, nieustannie robił zdjęcia i był w ciągłym ruchu, aż do wyjścia ostatniego gościa. 
Gdy   obsługa   kuchni   wzięła   się   za   sprzątanie,   natychmiast   ruszył,   by   na   swoim   talerzu 
zapewnić   schronienie   licznym   kanapkom.   Nie   wypuszczając   ich   z   ręki,   zasiadł   przed 
ogromnym telewizorem. Zdążył jeszcze życzyć słodkich snów nowożeńcom. 

Trisha i Lassiter poszli na górę, ostentacyjnie trzymając się za ręce. 
– Ktoś tu rozpalił ogień – stwierdziła z zadowoleniem Trisha, gdy weszli do sypialni. 
– Dobrze, że w kominku. Chyba mieliśmy szczęście – zauważył Lassiter. Trisha spojrzała 

na niego z szerokim uśmiechem. 

– Przyjęcie było o wiele przyjemniejsze, niż się spodziewałam. Wszyscy ci ważniacy 

okazali się normalnymi, sympatycznymi ludźmi – powiedziała i przywitała się z Perrier, która 
przybiegła   jej   na   spotkanie,   radośnie   machając   ogonem.   –   Spotkałam   kilka   osób,   które 
podobnie jak ja mają bzika na punkcie zwierząt. 

– Wyglądało na to, że dobrze się bawiłaś – przyznał, opierając się o drzwi. Wyglądał 

bardzo atrakcyjnie, jak model z luksusowego czasopisma. Spojrzała na niego, starając się 
skupić. 

– Tak, dobrze mi się z nimi rozmawiało. 
Trisha usiadła na dywanie blisko kominka. Potem wyciągnęła się wygodnie. Przed laty, 

gdy ojciec odszedł, musiała wraz z mamą przenieść się do taniego mieszkania. Brakowało 
tam kominka. Zdążyła zapomnieć, jak wspaniale pachnie płonące drewno. 

–   Znów   uległaś   słabości   do   dywanów?   –   spytał.   Odwróciła   głowę   w   jego   stronę   i 

otworzyła oczy. 

– Aha. 
Podszedł bliżej i pochylił się nad nią. Przyglądał jej się z zaciekawieniem, jakby była 

nieznanym gatunkiem. 

– Nigdy nie leżysz na dywanie przed kominkiem? – spytała. Przechylił głowę na bok. 
– Nigdy sam – powiedział. I pewnie nigdy w ubraniu, pomyślała Trisha. Chrząknęła i 

spojrzała w ogień. Postanowiła szybko zmienić temat. 

– Gdy ojciec nas zostawił, musiałyśmy z mamą zamieszkać w suterenie. Przez dziesięć lat 

nasze podłogi to był lity beton. 

Przypomniała sobie, jaki był wilgotny, szorstki i zimny. 
– Mama wpadła na pomysł, żeby pomalować podłogę w wesołe, barwne kwiaty. Nie 

zrobiło się nagle cieplej, ale na pewno przyjemniej. 

– Mama nie dostawała alimentów ani zasiłku na wychowanie dziecka? – spytał. 
Pokręciła przecząco głową. 
– Mama niczego nie chciała od taty. Nawet nazwiska. August to jej panieńskie nazwisko. 

background image

Skrzyżowała ręce. Zdziwiła się, że po tylu latach wspomnienia były nadal tak bolesne. 
– Żeby jakoś się utrzymać, mama zajęła się sprzątaniem mieszkań. W czasie weekendów 

szłam razem z nią. W soboty sprzątała w domu pełnym pięknych dywanów. Pani, która tam 
mieszkała,   była   inwalidką.   Czasem   rozmawiałyśmy.   Opowiadała   mi   wtedy   o   swoich 
obrazach, kolekcji porcelany i dywanach. Myślałeś kiedyś, ile talentu i wysiłku potrzeba, by 
stworzyć tak piękne rzeczy?

Uśmiechnął się lekko i pokręcił głową. 
– Nie. Ale od tej pory będę patrzył na nie zupełnie inaczej – powiedział, wyciągając rękę. 

– Chyba nie zamierzasz tu spać?

Przymknęła   oczy.   Choć   dzień   był   męczący,   była   zbyt   ożywiona,   by   zasnąć.   Miała 

nadzieję, że leżenie blisko płonącego ognia uśpi ją tak jak wtedy, gdy była dzieckiem. 

– Dlaczego nie? Jest ciepło i przytulnie. 
– Przestanie tak być, gdy tylko zgaśnie ogień. 
– Wtedy włączę ogrzewanie gazowe. 
– Czy w ten sposób chcesz mi dać do zrozumienia, że nie zamierzasz ze mną spać?
Jego zaskakujące pytanie rozwiało nadzieję na spokojną drzemkę przy kominku. 
– Słucham? – spytała, siadając. Patrzyła na niego z bijącym sercem. Dlaczego musiał być 

taki przystojny? Dlaczego płomienie tak wspaniale podkreślały jego rysy?

– Oczywiście, że nie zamierzam. Nie sądzę, żeby podlegało to dyskusji – powiedziała, 

wskazując w stronę foteli i sofy stojących między łóżkiem a biurkiem. 

– Myślę, że tam mogę się przespać – powiedziała. 
– Nic z tego – zaprotestował, chwytając jej dłoń. – Ty zajmujesz łóżko, ja sofę, a Perrier 

może spać na dywanie. 

Wskazał w kierunku łazienki. 
– Lepiej już teraz przygotuj się do snu. Umówiłem nas na śniadanie z Jane i Reggiem na 

ósmą rano. Będzie to świąteczny poranek z rodziną Draganów. Tradycyjne śniadanie, a potem 
rozpakujemy prezenty. 

– Na czym polega tradycyjne śniadanie? Nic nie wiem o prezentach – zdziwiła się. 
Wzruszył ramionami. 
–   Nie   mam   pojęcia,   co   będzie   na   śniadanie.   Pozostawiłem   to   kucharzowi.   Moja 

sekretarka, Cindy, podrzuciła prezenty i choinkę w czasie weekendu. Zwykle wyjeżdżam na 
święta do Vail. Mam tam mieszkanie. Spotykam się z przyjaciółmi i jeżdżę na nartach do 
Nowego Roku. 

Poczuła zazdrość. Co to za przyjaciele? – pomyślała. Czy jest wśród nich jakaś kobieta? 

Na pewno. Przecież nie żyjemy w purytańskich czasach. 

– Nie masz rodziny, z którą mógłbyś spędzać święta?
– Od śmierci moich rodziców nie mam nikogo. 
– Bardzo mi przykro – powiedziała ze współczuciem. – Jak to się stało?
– Wypadek samochodowy. Miałem wtedy dwadzieścia pięć lat. Cóż, śmierć jest częścią 

życia. 

– Podobnie jak rozpacz – wtrąciła. – Nie ma powodu, by się jej wstydzić. 

background image

– Minęło już wiele lat. Możemy zmienić temat?
Zdała   sobie   sprawę,   że   miał   zwyczaj   chować   bolesne   sprawy   gdzieś   głęboko   w 

świadomości. Szkoda. 

– Oczywiście – zgodziła się z jego propozycją. – W tym roku nie pojechałeś na narty. A 

twoi przyjaciele?

– Dozorca ma klucz. Będą się z pewnością doskonale bawić beze mnie. 
Pewnie jest rozczarowany tą sytuacją, pomyślała. 
– Bardzo mi przykro... 
– Dlaczego? Sam zdecydowałem, że potrzebny mi ten artykuł i nigdzie nie jadę. Nie 

zepsułaś mi urlopu, jeśli to masz na myśli. 

– Pewnie czeka na ciebie jakaś narzeczona... 
Nie odpowiedział. Trisha bała się spojrzeć mu w oczy. Może lepiej nie znać prawdy? – 

pomyślała w końcu. Poczuła się zmęczona. Wstała i ruszyła do łazienki. 

– A ja nie zepsułem ci świątecznych planów? – spytał. Zaskoczył ją. Była przekonana, że 

interesują go wyłącznie własne sprawy. Taki był jej ojciec. 

– Naprawdę chcesz wiedzieć? – spytała. 
– Oczywiście.  Nie pytałbym,  gdyby  mnie  to nie interesowało  – powiedział  z lekkim 

zniecierpliwieniem. 

–   Dobrze   już,   dobrze   –   powiedziała,   dotykając   broszki   po   matce.   Ten   drobny   gest 

pomagał jej się uspokoić. – Dopóki mama żyła, przygotowywałyśmy posiłki dla bezdomnych 
na Boże Narodzenie. Gdy powtórnie wyszła za mąż, ojczym przyłączał się do nas. Zmarła w 
marcu na skutek komplikacji pooperacyjnych – mówiła. Na chwilę głos jej się załamał. – 
Ojczym wyjechał teraz do Albuquerque, żeby w czasie świąt odwiedzić córkę i wnuczkę. 
Właścicielka mieszkania, które wynajmuję, wiedziała, że będę sama, więc zaprosiła mnie do 
swojej rodziny, ale... 

– Bardzo ci współczuję. Spojrzała na niego. 
– To przecież nic wielkiego... 
– Mówię o twojej mamie. 
– Bardzo cię proszę, daruj sobie. Znam twoją filozofię. 
– Trisha, możesz sobie myśleć, co chcesz, ale nie jestem pozbawiony ludzkich uczuć. 

Straciłaś matkę, a mnie jest przykro z tego powodu. Byłyście bardzo zżyte, prawda?

Trisha poczuła, że opuszcza ją złość. Jednak logika podpowiadała jej, że znów uległa 

dyplomatycznym   zdolnościom   Lassitera.   Uświadomiła   sobie   nagle,   że   została   żoną   tego 
mężczyzny tylko dlatego, że potrafił przekonująco mówić. 

– Mama była cudowna – szepnęła Trisha, powstrzymując napływające łzy. – Gdy miałam 

osiemnaście lat, wyszła za Gerarda. Był wdowcem, sympatycznym człowiekiem. Pracował 
jako kierowca ciężarówki i przepadał za łowieniem ryb. W czasie wakacji zawsze wyjeżdżał z 
mamą.   Zatrzymywali   się   na   kempingu   i   wędkowali.   Mama   była   z   nim   szczęśliwa.   Ja 
cieszyłam się z jej szczęścia. 

Uśmiechnęła się lekko. 
– Gerard miał bardzo mały domek. Wzięli ślub i za' mieszkałam oddzielnie. Gdy tylko 

background image

było mnie stać, kupiłam dywan. Żadne perskie dzieło sztuki, ale i tak go lubię. Żeby po nim 
nie chodzić, zawiesiłam go na ścianie – powiedziała, uśmiechając się do wspomnień. – Mamę 
zawsze to bawiło. 

Przejechała dłonią po włosach, starając się nie wpaść w melancholijny nastrój. Mama na 

pewno by nie chciała, by jej córka w czasie świąt pogrążyła się w smutku. 

– Zdaje się, że czas iść spać. Dobranoc panu... kochanie. 
– Dobranoc – odpowiedział, patrząc, jak drepce boso do łazienki. Dragan, nie gap się tak 

na nią! – powiedział do siebie. Widziałeś już niejedną bosą kobietę. Sporo z nich było dużo 
bardziej roznegliżowanych. Odetchnął głęboko, dopiero gdy zniknęła za drzwiami łazienki. 
W tej samej chwili Lassiter kątem oka zobaczył jakiś ruch. Futrzana kula pędziła w jego 
kierunku. Pies podbiegł, radośnie machając ogonem. 

–   Mam   nadzieję,   że   przyniesiesz   przynajmniej   milion   dzięki   darmowym   reklamom. 

Natomiast twoja pani powinna przestać... 

Co przestać? – pomyślał. Skąd ta złość? Przecież Trisha nie zrobiła niczego złego. 
O   co   mi   właściwie   chodzi?   Zaczynam   rozmawiać   z   psami.   Chyba   nie   jest   ze   mną 

najlepiej. Nie zapomniałem, że jest jej potrzebna pożyczka, a nie kochanek. 

Spojrzał w ogień, potem na psa. 
– Zamknij się, Dragan, i idź spać – powiedział do siebie. 

Gdy   Trisha   wyjrzała   z   łazienki,   Lassiter   skończył   przygotowywać   posłanie   na   sofie. 

Niewątpliwie   nie   było   mu   tam   wygodnie.   Długie   nogi   wystawały   poza   mebel.   Jednak 
wydawało się, że śpi. Zasłonił oczy zgiętą ręką i nie ruszał się. Nie miała pojęcia, czy włożył 
jakąkolwiek piżamę, gdyż kołdra zakrywała go po szyję. Trisha szybko doszła do wniosku, że 
to bez znaczenia. Jego nocny strój nie miał przecież nic wspólnego z jej pożyczką. 

Wskoczyła do wielkiego łóżka i odwróciła sie tyłem do Lassitera. Spoglądanie w jego 

stronę na pewno nie pozwoliłoby jej zasnąć. Godzinę później stwierdziła, że odwrócenie się 
plecami   niewiele   pomogło.   Łóżko   było   wygodne,   ale   obcy   pokój   i   nieznane   dźwięki 
dochodzące   czasem   z   innych   części   domu   nie   pozwoliły   jej   zasnąć.   Jednak   najbardziej 
przeszkadzała jej świadomość, że Lassiter Dragan śpi obok. 

Na dodatek Perrier, przyzwyczajona, że wolno jej spać na łóżku pani, natrętnie usiłowała 

tam się dostać. Trisha nie poddawała się do trzeciej nad ranem. Wtedy pomogła psu wskoczyć 
na pościel, biorąc na siebie odpowiedzialność przed Lassiterem. O świcie Trisha cicho wstała 
z   łóżka.   Ubrała   się   w   dżinsy   i   flanelową   koszulę.   Kończyła   zawiązywać   drugi   but,   gdy 
usłyszała, że Lassiter zaczął się poruszać. W końcu wstał. 

– Dzień dobry – odezwał się ponuro i spojrzał na zegarek. – Jest szósta. Co robisz o tej 

porze?

Wskazała na Perrier. 
– Muszę ją wyprowadzić. 
Skinął głową ze zrozumieniem i przetarł twarz dłonią. 
– Dobrze spałaś?
– Świetnie – skłamała. – A ty? – spytała bez sensu. Na krótkiej sofie nikomu nie byłoby 

background image

wygodnie. 

– Słyszałaś o fakirach, którzy kładą się na łóżkach nabijanych ostrymi gwoździami?
Skinęła głową. 
– Oddałbym wszystko za tak wygodny mebel – oświadczył z przekonaniem. 
Ostatkiem sił powstrzymała się przed wybuchnięciem głośnym śmiechem. 
– Bardzo mi przykro. Machnął ręką. 
– Ktoś ze służby może wyprowadzić psa. Nie musisz wkładać dżinsów i wysokich butów. 
– I tak będę w tym dziś chodzić – powiedziała. Poprzedniego dnia przerwał jej, gdy tylko 

zaczęła mówić o swoich planach. 

–   Czy   to   odpowiedni   strój   na   Boże   Narodzenie?   Zaplanowaliśmy   na   dziś   oficjalne 

spotkania. 

– My? Chcesz chyba powiedzieć, że ty zaplanowałeś. Przykro mi, ale muszę wyjść. 
–   Co   to   znaczy,   że   musisz   wyjść?   Nie   zamierzasz   dotrzymać   umowy?   –   spytał 

rozzłoszczony. 

– Nic podobnego. Staram się zawsze dotrzymywać słowa. Natomiast co do planów na 

dziś, obawiam się, że zupełnie inaczej wyobrażaliśmy sobie ten dzień. Mówiłam ci, że zwykle 
w   Boże   Narodzenie   pomagałyśmy   z   mamą   przygotowywać   posiłek   dla   bezdomnych   w 
ośrodku prowadzonym  przez zakonnice. Mama nie żyje, ale ja nadal chcę podtrzymać  tę 
tradycję. 

– Nie wygłupiaj się – powiedział niezadowolony. 
– Lassiter, pomaganie innym nie jest głupotą. 
– Zapomniałaś o artykule? Kucharz przygotowuje dziś wspaniałe dania. 
– Jestem pewna, że będą bardzo smaczne – powiedziała, stawiając Perrier na podłodze. – 

Natomiast gdybyś oddał te dania naprawdę potrzebującym, zachowałbyś się jak prawdziwy 
święty Mikołaj. 

Gdy wychodziła, Lassiter miał taką minę, jakby zaproponowała mu podpalenie domu 

tylko po to, by ogrzać zziębnięte dłonie. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Lassiter   nadal   nie   mógł   uwierzyć,   że   spędza   Boże   Narodzenie   w   najuboższej   części 

miasta wśród rozsypujących się ruder. Budynek, w którym zakonnice prowadziły schronisko, 
powstał we wczesnych  latach  pięćdziesiątych.  Kiedyś  mieściła  się tu szkoła podstawowa. 
Potem został opuszczony. Zniszczone podłogi były utrzymane w czystości. Ściany ożywiały 
wesołe łąki pełne barwnych kwiatów, malowane bezpośrednio na murze. Sala gimnastyczna 
pełniła teraz rolę głównej sypialni. Mieszkańcy mieli do dyspozycji łazienki i natryski oraz 
dawną   stołówkę.   Właśnie   tam   rozdzielano   jego   wspaniały,   świąteczny   obiad   wśród 
bezdomnych głodomorów. 

Lassiter   nie   zdążył   spróbować   swej   ulubionej   przystawki   z   krabów.  Zniknęła   równie 

szybko, jak jego marzenia o nastrojowych zdjęciach reklamowych, zaplanowanych  na ten 
dzień. Podobny los spotkał pieczonego indyka. Nikt na świecie nie potrafił przygotować go 
równie doskonale, jak jego kucharz Andre. Ciasto z kremem bananowym  miało zamykać 
menu. Lassiter tylko zobaczył z daleka kilka kawałków. 

Właśnie rozdawał bony obiadowe i papierowe kubki z kawą wśród ludzi, którzy od kilku 

godzin czekali na mrozie, by w końcu dostać się do środka. Dopiero teraz dowiedział się, że 
wiele   osób,   które   przyszły   tu   po   posiłek,   ma   gdzie   mieszkać.   Jednak   nie   wystarcza   im 
pieniędzy, by pod koniec miesiąca kupować jedzenie. Wśród czekających było sporo dzieci. 
Większość bez rękawiczek. Patrząc na czerwone, popękane od mrozu pałce, żałował, że ma 
do zaoferowania tylko kubek kawy. 

– Dobrze się bawisz? – spytała Trisha. Hałas rozmów zagłuszył jej kroki. 
– Nie jest tak zabawnie, żeby pękać ze śmiechu. Jednak nie mam powodów do narzekania 

– powiedział i zdał sobie sprawę, że to prawda. 

Uśmiechnęła się. 
– Mam nadzieję, że za chwilę nie zmienisz zdania. Spojrzał na nią podejrzliwie. 
– Dlaczego? Coś nowego przyszło ci do głowy? Chcesz oddać mój dom?
Roześmiała się i wskazała na stoły pełne niesprzątniętych sztućców i talerzy. 
– Jeszcze nie. Tymczasem potrzebujemy doświadczonego organizatora, który spowoduje, 

że brudne naczynia odzyskają dawny blask. 

– Mam zająć się myciem naczyń?
– Myślałam, że uda mi się zaprowadzić cię do kuchni, nim zgadniesz, co cię czeka – 

odpowiedziała z uśmiechem. 

– Poświęciłem moje ulubione ciasto z kremem bananowym. To nie wystarczy?
– Dwójka ochotników musi już wracać do domu. Trzeba ich zastąpić. A przy okazji, 

ciasto było doskonałe. 

Spojrzał na nią z zazdrością. 
– Próbowałaś?
– Siostra Petunia mnie poczęstowała. 
Lassiter został niedawno przedstawiony Petunii Cook i Peg Ray. Wyobrażał sobie, że 

background image

będą to uduchowione zakonnice w habitach. Ku jego kompletnemu zaskoczeniu obie panie 
krzątały się w wojskowych panterkach z demobilu. W podzięce za dostarczone jedzenie Peg 
klepnęła go bezceremonialnie w plecy, niemal go przewracając. 

– Dzięki, stary – dodała Petunia, powierzając mu bony i kawę. 
– Nikt nie poczęstował mnie moim ciastem – jęknął Lassiter, robiąc przy tym zbolałą 

minę. – Dotychczas udało mi się zjeść kawałek pokruszonego herbatnika. 

– Bardzo dzielnie znosisz swój ciężki los – przyznała Trisha z uśmiechem. – Naprawdę 

cię podziwiam. 

– Niewątpliwie zasłużyłem na ten podziw – zgodził się Lassiter. 
Trisha, nie wypuszczając jego dłoni, zaciągnęła go do kuchni. Zastanawiał się, dlaczego 

nie powiedział jej otwarcie, że nigdy nie umył  talerza  i teraz też nie ma  zamiaru.  Może 
zależało mu na jej uśmiechu?

Od chwili, gdy przyjechali, wodził za nią wzrokiem. Widział, jak śmiała się i żartowała z 

Reggiem.   Fotograf   był   radosnym,   przyjacielskim   człowiekiem.   Teraz   robił   zdjęcia   w 
schronisku,   starając   się   uszanować   prywatność   tutejszych   mieszkańców.   Wczesnym 
popołudniem   śmiechy   Trishy   i   Reggiego   zaczęły   go   drażnić.   Nie   mógł   znieść,   że 
zaprzyjaźniła się z obcym człowiekiem i była dla niego milsza niż dla męża. 

Gdy   teraz   uśmiechnęła   się   do   Lassitera,   odebrał   to   jako   wielką   pochwałę   za   swoje 

wysiłki. Dla kolejnego uśmiechu gotów był zakasać rękawy i wziąć się za zmywanie. 

– Tata? – usłyszał Lassiter i poczuł szarpnięcie za sweter. Spojrzał w dół. Mały chłopiec 

trzymał go z całej siły rękami wyciągniętymi nad głowę. – Tata? – powtórzył z nieszczęśliwą 
miną.   Miał   czarne,   kręcone   włosy,   piwne   oczy.   Jego   wysokie   buty   były   wilgotne   od 
topniejącego śniegu. 

Lassiter   nie   miał   pojęcia,   co   powinien   powiedzieć   łub   zrobić.   Trisha   kucnęła   obok 

dziecka. 

– Cześć. Jak się nazywasz? – spytała. 
– Pedro Rodriguez – powiedział mały, spoglądając na nią. 
– Pedro, czy pan Dragan wygląda jak twój tata? Chłopiec skinął głową, nadal trzymając 

kurczowo sweter Lassitera. 

Kobieta siedząca przy stole odwróciła się do nich. 
– Pedro, co ty wyrabiasz?
Dziecko nie spuszczało wzroku z Lassitera. 
– Chcę do taty. 
Tamta spojrzała na nich przepraszająco. 
– Pedro, pozwól przejść temu miłemu panu – powiedziała takim tonem, jakby połykała 

łzy. – Jego ojciec zmarł trzy tygodnie temu – wyjaśniła. – Zator w płucach. Juan miał ciemne 
włosy jak pan. Nie był taki wysoki... Dla czterolatka to straszny cios. 

Wyciągnęła rękę i wyplątała dziecięce palce ze swetra Lassitera. 
– Pedro, to nie tata. Pamiętasz? Rozmawialiśmy o tym. Tata jest teraz w niebie. 
Lassiter poczuł falę współczucia. Biedny dzieciak, pomyślał. Ojciec nie zdążył zapewnić 

im dobrobytu, jeśli muszą się żywić w darmowej garkuchni. Dotychczas sam uważał się za 

background image

pechowca,   bo   miał   oschłych   rodziców.   Dopiero   teraz   dotarło   do   niego,   co   to   znaczy 
prawdziwy ból. 

– Witaj, Pedro – powiedział, kucając obok chłopca. – Mam na imię Lassiter. Był już u 

ciebie święty Mikołaj? – spytał, patrząc ze smutkiem na łzę spływającą dziecku po policzku. 

Usłyszał westchnienie, spojrzał więc na młodą wdowę. Zaprzeczyła ruchem głowy. 
–   Niedawno   się   przeprowadziliśmy,   więc   Mikołaj   jeszcze   nie   zna   nowego   adresu   – 

wyjaśniła dziecku. Natomiast Lassiter zdał sobie sprawę, jak bezsensowne było jego pytanie. 

– Mama mówi, że święty Mikołaj znajdzie nas w przyszłym roku, o ile nie będziemy się 

przeprowadzać. Niestety, może tak się zdarzyć. 

Jestem skończonym idiotą, pomyślał Lassiter. Nie mógł sobie darować, że nie ugryzł się 

w język. 

– Pedro, lubisz czary? – spytał. Chłopiec skinął głową. 
– Ja też – powiedział Lassiter, wyciągając z kieszeni monetę ćwierć dolarową. – Potrafię 

sprawić, że zniknie – zapewnił. Kilku sztuczek tego typu nauczył się w czasie pierwszego 
roku studiów na Harvardzie. Teraz wyciągnął w stronę malca zaciśnięte pięści. 

– Zgadnij, w której jest – poprosił. Pedro dotknął lewej dłoni. Lassiter otworzył ją. Była 

pusta. – Zgaduj dalej. 

Wybór   był   niewielki.   Pedro   wskazał   drugą   dłoń.   Niestety,   też   była   pusta.   Spojrzał 

zakłopotany. 

– Zniknęła! – przyznał głośno. Lassiter odczekał chwilę. 
– Co to jest? – zawołał nagle, sięgając do ucha chłopca. 
– Pokazał mu monetę. – Nie wiesz przypadkiem, skąd się tam wzięła?
Sztuczka   była   stara   jak   świat,   ale   w   oczach   chłopca   Lassiter   był   niewątpliwie 

największym czarodziejem naszych czasów. 

– Wesołych świąt, Pedro – powiedział Lassiter, zostawiając mu monetę. – Nie martw się 

o Mikołaja. Jest bardzo mądry. Na pewno cię znajdzie – powiedział i odwrócił się do Trishy. 
–   Jest   tu   gdzieś   Reggie   z   aparatem?   Mama   na   pewno   chciałaby   mieć   zdjęcie   dziecka   – 
zaproponował. Trisha spojrzała na niego ze zdziwieniem. Potwierdził ruchem głowy, żeby to 
załatwiła. 

– Czy mogę go na chwilę zabrać? – spytała Trisha. 
– Oczywiście, bardzo proszę. Pedro, tylko wróć zaraz po zrobieniu zdjęcia. 
Chłopiec skinął głową i wziął Trishę za rękę. Lassiter odwrócił się do młodej matki. 
–   Chciałbym   przeprosić.   Wygłupiłem   się   z   tym   świętym   Mikołajem.   Żeby   to   jakoś 

zrekompensować, chciałbym prosić, żeby kupiła mu pani coś na mój koszt. 

Wyjął   z   kieszeni   banknoty   spięte   srebrną   spinką.   Wysunął   z   niej   dwie 

pięćdziesięciodolarówki. Kobieta usiłowała zaprotestować, ale włożył jej banknoty w dłoń i 
zacisnął palce. 

– Zanim pani odejdzie, proszę podać swój adres tamtemu mężczyźnie z aparatem. Będę 

mógł przesłać zdjęcie Pedra. Zgoda? – spytał, widząc, że zastygła w bezruchu. Skinęła głową 
bez słowa. – Bardzo współczuję pani tego, co się stało. Natomiast muszę przyznać, że ma 
pani wspaniałego syna. 

background image

– Dziękuję – szepnęła. 
– Teraz proszę mi wybaczyć – powiedział, wkładając ręce do kieszeni. – Muszę się zająć 

zmywaniem. Skinął głową na pożegnanie i ruszył w stronę kuchni. 

Trisha stała obok Reggiego, gdy robił chłopcu zdjęcia. Jakiś dobry człowiek zawiesił na 

drzewie   plastikowe   laski   wypełnione   cukierkami.   Pedro   nie   omieszkał   solidnie   się 
poczęstować. Namawianie go, by uśmiechnął się do obiektywu, było bardzo łatwe, bo obie 
dłonie miał wypełnione słodką, zdobyczą. Trishę zawsze zdziwiło, jak niewiele trzeba, by 
sprawić ludziom radość. 

Tymczasem zerknęła na Lassitera, który rozmawiał z matką Pedra. Pomyślała, że Lassiter 

ostatnio ciągle ją zaskakuje. Nie przyszłoby jej do głowy, że zna jakieś magiczne sztuczki. 
Naprawdę współczuł chłopcu i jego matce. Bez protestów spędził sześć godzin, stojąc przy 
drzwiach, podając bony i gorącą kawę. Każdego witał miłym słowem. 

Jednak zaraz dał znać o sobie chłodny rozsądek Dziewczyno, nie trać głowy, powiedziała 

sobie. Dla niego ten posiłek nie jest żadnym wydatkiem. Pewnie odliczy go sobie od podatku. 
Specjalnie dla dziennikarzy upozował się na szczodrego księcia. Nie ma nic do stracenia. 
Natomiast   może   zdobyć   popularność   i   jeszcze   na   tym   zarobić,   pomyślała   ze   smutkiem. 
Uśmiech zniknął z jej twarzy. 

– Coś się stało? – spytał Reggie. 
– Nie, nic. Dzięki za zdjęcia – powiedziała, nie patrząc mu w oczy. 
– Zrobiłem je z przyjemnością. 
Rzeczywiście wyglądał na szczęśliwego. Trisha zaczęła się zastanawiać, dlaczego on i 

Jane   poświęcają   co   roku   własne   święta   z   rodziną,   żeby   zbierać   materiały   do   artykułów. 
Jednak teraz nie było czasu, żeby o to spytać. 

– Wracajmy do mamy – zwróciła się do Pedra, wyciągając rękę. Odruchowo spojrzała w 

miejsce, gdzie ostatnio widziała Lassitera. Niestety, już go tam nie było. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Dzień w schronisku dla bezdomnych był długi i męczący, ale to jeszcze nie oznaczało 

końca obowiązków. Trisha wzięła gorącą kąpiel i przebrała się w luźny, sztruksowy komplet. 
Zastała Lassitera stojącego przed kominkiem i spoglądającego w ogień. Miał jeszcze wilgotne 
włosy po prysznicu. Przebrał się w czarne spodnie i biały sweter. 

Gdy przed pół godziną weszli do sypialni, zapadła krępująca cisza. Rozmowa ograniczała 

się do pojedynczych zdań. Trisha zdawała sobie sprawę, że na jej nastrój wpłynęło ukrywane 
zainteresowanie jego osobą. Nie wiedziała, dlaczego on stracił humor. Jednak nie sądziła, by 
wynikło to z faktu, że zepsuła mu świąteczne plany. 

Stanęła obok niego przy kominku. Ujął jej dłoń i zbiegli razem po kręconych schodach 

jak   prawdziwa   para   zakochanych.   Reggie   i   Jane   już   zajęli   wygodne   fotele   przed   dużym 
kominkiem w salonie. Perrier dotrzymywała im towarzystwa. Po chwili zasiedli we czwórkę 
do sałatki z krabów, tartinek i kawy. Rozmowa z reporterami była bardziej przyjacielska i 
serdeczna niż poprzednio. Trisha domyślała się, że wynikało to ze wspólnych odwiedzin w 
schronisku. Prawdopodobnie tamci doszli do wniosku, że zamożny kapitalista i jego żona, 
zawsze w najmodniejszych strojach, nie są tak nadęci, jak im się początkowo wydawało. 
Chętnie   zaprzyjaźniłaby   się   z   nimi.   Niestety,   wraz   z   Lassiterem   zaangażowała   się   w 
oszustwo, które zupełnie to uniemożliwiało. 

Gdy   sprzątnięto   ze   stołu,   Lasiter   i   Trisha   zaczęli   rozpakowywać   prezenty.   Kontrast 

między tym, co otaczało ich w schronisku, a tym, czym teraz się zajęli, był uderzający. Trisha 
z trudem zmusiła się do zachowania świątecznego nastroju. Jednak udawało jej się uśmiechać 
do   obiektywu.   Otwierając   kolejne   prezenty   –   brylantową   biżuterię,   kosztowne   perfumy, 
jedwabie i koronki – zastanawiała się, ile dobrego można by zrobić za te pieniądze. 

Następnie przyszła kolej na Lassitera. Otwierał prezenty, które rzekomo pochodziły od 

niej. Trisha patrzyła  ze zdziwieniem.  Wszystko było zbyt  drogie, by kiedykolwiek mogła 
sobie   pozwolić   na   taki   zakup.   Sekretarka   Lassitera   musiała   odwiedzić   wiele   markowych 
sklepów,   by   to   wybrać.   Zadbała,   by   prezenty   zostały   świątecznie   zapakowane.   Zdołała 
jeszcze dostarczyć wszystko na czas, a służba umieściła paczki pod choinką. 

Trisha czuła się samotna i opuszczona. Drogie prezenty podziałały na nią przygnębiająco. 

Na   dodatek   Lassiter   pod   pewnymi   względami   przypominał   jej   ojca.   Co   prawda   musiała 
przyznać, że w schronisku okazywał wszystkim życzliwość i sympatię. Chyba że robił to 
tylko   na   pokaz.   Przecież   dosłownie   zaniemówił,   gdy   zaproponowała   mu,   by   oddał 
bezdomnym   swój   wyszukany   posiłek.   Chętnie   wyszłaby   na   balkon   i   wykrzyczała   światu 
swoje wątpliwości. 

Miała już dość udawania, że śpi. Wstała, włożyła  cienki szlafrok i ruszyła  do drzwi. 

Istniała szansa, że nie natknie się na Reggiego, gapiącego się z przejęciem na jakiś mecz w 
telewizji.   Było   już   po   trzeciej,   więc   jego   obecność   wydawała   się   mało   prawdopodobna. 
Wyszła z sypialni i zatrzymała się na szczycie schodów. Panowała cisza. Zbiegła na dół. 

W   czasie   wigilijnego   przyjęcia   kręciła   się   trochę   po   domu.   Dzięki   temu   odkryła,   że 

background image

budynek wyposażono w ogrzewany basen ze szklanymi ścianami. Otaczały go egzotyczne 
rośliny w ogromnych donicach. Miejsce sprawiało wrażenie ogrodu botanicznego. Za osłoną 
z roślin i szklaną ścianą skrzył się śnieg. Widok był zaskakujący. 

Trisha wiedziała z własnego doświadczenia, że nic tak nie pomaga nerwom odpocząć, jak 

pływanie.  Bardzo lubiła pływać. Niestety,  w czasie zakupów w Las Vegas zapomniała  o 
kostiumie kąpielowym. Uznała, że teraz to bez znaczenia. Mimo szklanych ścian z zewnątrz 
trudno było zajrzeć do środka. Rośliny stanowiły doskonałą osłonę. O tej porze, gdy wszyscy 
spali, nie było obawy, że natknie się na kogoś. 

Światło   księżyca   odbijało   się   w   wodzie.   Było   na   tyle   jasno,   że   zauważyła   niską 

trampolinę, nadmuchiwane fotele wśród bujnej roślinności. Księżyc rzucał srebrną poświatę 
na liście roślin i z ich powodu nie oświetlał całej powierzchni wody. Trisha podeszła do 
najbliższego fotela. Położyła na nim szlafrok i piżamę. 

Lassiter   leżał   w   ciemnościach.   Starał   się   zasnąć.   Od   kilku   godzin   spoglądał   na 

gwiaździste   niebo.   Księżyc   powoli   wędrował,   przypominając   o   upływie   czasu.   Jednak 
większą torturą niż obserwowanie księżyca  była  obecność Trishy.  Wieczorem odruchowo 
spojrzał  na  nią,  gdy  wychodziła  z  łazienki.  Miała  na  sobie  lekką  piżamę,  która  niewiele 
zasłaniała. Wyglądała w niej bardzo seksownie. Oczywiście, nie miało to nic wspólnego z 
łączącą ich umową. Nie potrafił przestać o niej myśleć. Doszedł do wniosku, że najlepszym 
wyjściem w tej sytuacji byłoby porządne fizyczne zmęczenie. Postanowił popływać. 

Gdy Trisha ułożyła się wygodnie i odwróciła plecami, Lassiter cicho wstał i wyszedł z 

pokoju. Szedł przez dom okrężną drogą, żeby nie natknąć się na Reggiego przed telewizorem. 
Przez ostatnie cztery godziny tłumaczył sobie, że z Trishą łączy go umowa. Może dziewczyna 
była bardziej pociągająca, niż się spodziewał? Może wspólna sypialnia okazała się większym 
problemem,   niż   przewidział?   Pogrążony   w   myślach,   usiadł   nad   basenem   na   jednym   z 
nadmuchiwanych foteli. 

Nie należał do ludzi łatwo ulegających słabościom. Nie był też maniakiem seksualnym. 

Po prostu ta kobieta miała w sobie coś, co nie pozwalało o niej zapomnieć. Powtarzał sobie, 
że na szczęście zostało już tylko sześć nocy. Nagle usłyszał hałas, jakby ktoś odbijał się na 
trampolinie. Zaskoczony spojrzał w stronę głębokiej części basenu. Nie było wątpliwości. 
Trisha przygotowywała się do skoku. W świetle księżyca połyskiwała jej naga skóra. Do 
diabła! Zanurkuj wreszcie! – powtarzał w myślach. 

W końcu wyciągnęła ręce i wyskoczyła w powietrze. Zanurzyła się w wodzie, lekko ją 

rozbryzgując.  Lassiter  skurczył  się na fotelu,  by go nie  zauważyła.  W przeciwnym  razie 
mogłaby   poczuć   się   upokorzona,   wyjechać   i   nie   dotrzymać   umowy.   Dragan,   wyjdź   stąd 
natychmiast, zanim zrobisz coś głupiego! – pomyślał, wstając. Jedyne, na co naprawdę miał 
ochotę, to skoczyć za nią i wziąć ją w ramiona. Natychmiast!

Gdy Trisha wynurzyła się, by zaczerpnąć powietrza, była znów sama. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Obudziła się rano i zerknęła w stronę Lassitera. Ze zdziwieniem stwierdziła, że już się 

obudził. Siedział, przeczesując dłońmi włosy. 

– Dzień dobry – powiedziała, siadając na łóżku. – Dobrze spałeś?
Spojrzał na nią z nieukrywaną irytacją. 
– Po prostu świetnie – odburknął ponuro. – A ty?
– Nie najlepiej – przyznała. – Skorzystałam z basenu. Chyba nie masz nic przeciwko 

temu?

Zacisnął zęby. 
– Dlaczego miałoby mi to przeszkadzać? Zdziwiła ją jawna wrogość. 
– Nadal jesteś na mnie wściekły z powodu świątecznego obiadu?
– To już stara historia. 
– W takim razie o co chodzi? Zrobiłam coś, co cię rozzłościło?
– Nie jestem na ciebie zły – zapewnił, wstając z sofy. Trisha mogła się przekonać, że 

jednak nie sypiał nago, jak się obawiała. Miał na sobie bokserki. – Idę pod natrysk. 

– Nie obrazisz się, jeśli zejdę teraz na śniadanie? – spytała. – Już brałam prysznic po 

basenie. 

– Tak, wiem – mruknął, mijając łóżko. 
– Słucham?
Szybko ruszył w stronę łazienki. 
– Powiedziałem: Tak, idź. 
Zatrzasnął za sobą drzwi. Trisha siedziała trochę oszołomiona. 
–   Cóż,   wygląda   na   to,   że   pan   Dragan   żałuje   interesów   z   nami   –   powiedziała   z 

westchnieniem do Perrier. Suczka spojrzała na nią z pełnym oddaniem. Trisha uśmiechnęła 
się, pogłaskała ją i wzięła na ręce. – Jeszcze tylko kilka dni – dodała. – Potem każdy idzie w 
swoją stronę. 

Lassiter Dragan na pewno szybko zapomni o tych świętach, pomyślała. Miała jednak 

dręczące przeczucie, że jej nie będzie tak łatwo. 

Trisha ubrała się pospiesznie i zeszła do jadalni. Reggie i Jane już tam czekali. Wyglądali 

na   świeżych   i   wypoczętych.   Jane   pozbyła   się   odrobiny   nieśmiałości.   Dzięki   temu   mogli 
poplotkować jak trójka starych znajomych. Opowiedzieli Trishy o początkach świątecznej 
serii, którą kontynuowali od czterech lat. Do pierwszego materiału zgłosili się na ochotnika, 
bo   oboje   byli   samotni   i   mogli   czymś   wypełnić   święta.   Potem   seria   stawała   się   coraz 
popularniejsza. Kontynuowali ją. Dzięki temu inni reporterzy mogli święta spędzić z rodziną. 

Lubili   pracę   w   redakcji,   jednak   mieli   ambitniejsze   marzenia.   Reggie   marzył   o 

fotografowaniu   dzikiej   przyrody.   Natomiast   Jane,   czerwieniąc   się,   przyznała,   że   gdy   ma 
wolny   czas,   pisze   scenariusze   sztuk   teatralnych.   Trisha   zaczęła   się   domyślać,   że   mimo 
zupełnie różnych osobowości ta dwójka ma się ku sobie. 

W końcu zjawił się Lassiter. Prezentował się doskonale w dżinsach i szarym swetrze z 

background image

dekoltem w serek. Pieszczotliwie dotknął policzka Trishy i usiadł obok. Nie spodziewała się 
gorących gestów i natychmiast się zaczerwieniła. Jednak zaraz się uśmiechnęła, bo przyszło 
jej do głowy, że mogłaby zabawić się w swatkę. 

– Sanki! – oznajmiła triumfalnie. 
– Słucham? – spytał Lassiter. 
– Chodźmy pojeździć na sankach – powiedziała, wskazując śnieżny krajobraz za oknem. 

–  Mamy   piękny,   zimowy  dzień   i  szkoda   siedzieć   w   domu   –  tłumaczyła,   spoglądając   na 
Lassitera. – Kochanie, na pewno masz jakieś sanki. 

– W garażu powinny się znaleźć co najmniej dwie pary – przyznał. 
– Wspaniale – powiedziała, odsuwając krzesło. – Kto jest za jazdą na sankach? – spytała. 
Zdawała   sobie   sprawę,   że   zakochany   żonkoś,   za   jakiego   chwilowo   chciał   uchodzić 

Lassiter, musi poprzeć damę? swego serca. Natomiast Reggie i Jane powinni im towarzyszyć, 
jeśli zamierzali zebrać materiały do artykułu. 

Wkrótce cała czwórka w sportowych strojach wspinała się na pagórek, najlepszy w całej 

posiadłości do jazdy na sankach. 

– Skąd nagle takie zainteresowanie saneczkarstwem? – spytał Lassiter. Trisha zerknęła 

przez ramię na towarzyszącą im parę. 

– Z powodu Reggiego i Jane. Bawię się w swatkę. 
– Co takiego? – spytał Lassiter, unosząc brwi. 
– Z daleka widać, że są sobą zainteresowani. 
– Niczego takiego osobiście nie zauważyłem – stwierdził stanowczo. 
– Zdaje się, że spostrzegawczość nie jest twoją mocną stroną. 
– Cóż, w tej dziedzinie nie jestem specjalistą – przyznał po chwili. 
– W takim razie musisz uwierzyć mi na słowo. Zdaj się na moją intuicję. 
– Jesteśmy na miejscu – powiedział Lassiter. Wyciągniętą ręką wskazał widok ze zbocza. 

Gdzieniegdzie   rosły   tam   pojedyncze   drzewa.   Dalej   rozciągała   się   dolina   wielkości 
piłkarskiego boiska. 

– Wygląda zachęcająco – oceniła Trisha. 
– Rewelacyjny stok! – stwierdził Reggie, gdy wraz z Jane wspięli się na szczyt. 
Trisha dopiero teraz  zdała  sobie sprawę, że jeśli zgodnie z jej  planem tamta  dwójka 

będzie zjeżdżać wspólnie, na nią przypada jazda z Lassiterem. Zerknęła na sanki. Wyglądały 
na bardzo małe, biorąc pod uwagę, że powinny unieść dwie dorosłe osoby. 

– Jak będziemy na tym jeździć? – spytała. Pomysł z sankami przyszedł jej do głowy pod 

wpływem chwili, całkiem niespodziewanie. Ostatni raz siedziała na czymś takim w odległym 
dzieciństwie. Tyle że wtedy mieściła się na sankach razem z trzema koleżankami. 

Reggie powiesił aparat fotograficzny na gałęzi najbliższej sosny. 
– Panowie zjeżdżają na leżąco. Panie wskakują jako kolejna warstwa – zaproponował. 

Trisha była zupełnie zaskoczona. 

– Nigdy nie zjeżdżałam na leżąco – zaprotestowała. Wyobraziła sobie, że wspina się na 

Lassitera. – Może jednak na siedząco? Tak zjeżdżałam, gdy byłam dzieckiem. 

– To kolejny sposób – mówił Reggie, układając się na sankach brzuchem do dołu. Kiwnął 

background image

na Jane, żeby się pospieszyła. – Siadasz z przodu. Lassiter obejmuje cię nogami. Jednak 
wtedy opór powietrza jest dużo większy. 

– Co ty na to, kochanie? – spytał tamten z rozbawieniem. – Może po prostu staniemy na 

sankach? – zaproponował. 

Spojrzała na niego wyraźnie strapiona. Pochylił się i zsunął jej czapkę z jednego ucha. 

Następnie bez pośpiechu, delikatnie chwycił zębami jej ucho. Zaskoczył ją tym tak bardzo, że 
wylądowałaby na kolanach, gdyby jej nie objął za ramiona. 

– Mamy się zachowywać jak nowożeńcy – przypomniał szeptem. – Sanki to twój pomysł. 

Albo kładziesz się na mnie, albo siadasz przede mną. Wybieraj. 

Trisha nie sądziła, że niewinna propozycja jazdy na sankach okaże się tak stresująca. 
–   Będziecie   tu   stać   cały   dzień,   czy   może   zdecydujecie   się   zjechać?   –   spytał 

zniecierpliwiony Reggie. Lassiter wyprostował się, natomiast Trisha drżącą ręką poprawiła 
czapkę. 

– Jedziemy – powiedziała niepewnym głosem. Tymczasem Reggie ułożył się na sankach 

na brzuchu. 

Na   jego   plecach   zajęła   miejsce   Jane   z   nosem   w   futrzanym   kapturze   jego   kurtki. 

Uśmiechała się nieśmiało, ale Trisha gotowa była przysiąc, że dziewczyna jest zachwycona. 

– Kochanie, ułóż się na sankach, bo przegramy już na starcie – zwróciła się do Lassitera. 
– To samo właśnie przyszło mi do głowy – stwierdził. 
– Ścigamy się? – spytał Reggie. 
– Nie! – zaprotestowała Trisha. 
– Jasne! – zgodził się Lassiter bez wahania. 
Ruszyli.   W   pierwszej   chwili   Trisha   krzyknęła   z   przerażenia,   kurczowo   trzymając   się 

Lassitera, jakby walczyła o życie. Jednak po chwili przekonała się, że nic jej nie grozi, a jazda 
sprawia przyjemność. Odwróciła głowę, bo z tyłu rozległy się piski i głośny śmiech. Reggie i 
Jane wywrócili się i potoczyli kilka metrów, nie przerywając uścisku. 

Gdy dojechali do końca trasy, Trisha wskazała na drugą parę. 
– Zaręczą się jeszcze przed Nowym Rokiem – powiedziała do Lassitera. 
– Jesteś beznadziejną romantyczką. 
– Wolę być beznadziejną romantyczką niż oschłym ponurakiem. Szanowny pan zalicza 

się do tej drugiej kategorii – oświadczyła zdecydowanie. 

– Opinia na mój temat została zapamiętana – powiedział. – Gdybyś  ze mnie zsiadła, 

miałbym większe szanse, żeby wciągnąć sanki na pagórek. 

Poczuła się jak idiotka, leżąc na nim i usiłując się kłócić. Zsunęła się, klękając w śniegu. 

Reggie i Jane nadal tkwili w zaspie. Nie spieszyli się, by się wydostać. 

Ranek   minął   na   wielu   wspinaczkach   i   zjazdach.   Cała   czwórka   śmiała   się,   rzucała 

śnieżkami i zjeżdżała kolejny raz. Lassiter doskonale panował nad sankami. Nie wywrócili się 
nawet raz. Z kolei Jane i Reggie wielokrotnie lądowali w śniegu. Trisha zaczęła podejrzewać, 
że to nie był pech ani przypadek. W pewnej chwili poczuła, że im zazdrości. 

Jak   na   zawołanie   nagle   sanki   ustawiły   się   bokiem.   Trisha   potoczyła   się,   krzycząc   i 

wymachując rękami. Gdy otarła twarz ze śniegu, okazało się, że leży na Lassiterze nosem w 

background image

nos. Sama tego chciałaś! – pomyślała. 

– Będzie rewelacyjne zdjęcie! Pocałuj ją! – zawołał Reggie, biegnąc z aparatem. Trisha 

nie zamierzała czekać. Zdawała sobie sprawę, że kolejny pocałunek Lassitera może posunąć 
sprawy za daleko. Spróbowała wyswobodzić się z uścisku. 

– Nie!  – ostrzegł  ją Lassiter,  przyciągając  ją mocniej  do siebie.  – On ma  rację.  Już 

najwyższy czas na kolejny pocałunek. 

Najwyższy czas? Co to niby miało znaczyć? – pomyślała. 
– Już zrobił nam zdjęcie, gdy się całowaliśmy... 
– Przestań – szepnął Lassiter i pocałował ją. Był zmysłowy, gorący i prowokujący. Trisha 

czuła, że coraz bardziej traci kontrolę nad sobą. Nie! – powtarzała sobie. Przecież łączy nas 
tylko biznes. Nic więcej!

– Świetnie! – zawołał Reggie. – Co za zdjęcie! Kochankowie na śniegu. 
Lassiter   powoli   opuścił   ręce   i   uwolnił   ją   z   uścisku.   Otworzyła   oczy.   Nie   potrafiła 

rozszyfrować jego spojrzenia. 

Lassiter siedział na jednym z wysokich krzeseł przyf kuchennym bufecie. Niewidzącymi 

oczami obserwował ogień na kominku. Było to jedyne światło rozjaśniające wnętrze. Lassiter 
nie potrzebował teraz więcej światła. Ciemność bardziej odpowiadała jego nastrojowi. Był zły 
na siebie. Nie musiał całować Trishy z takim zapałem, jakby od tego zależało jego życie. Co 
się z nim stało? Mieli tylko przez chwilę pozować do zdjęcia. Nic więcej. Co prawda widział, 
jak przez cały ranek Reggie i Jane bawili się w śniegu. W końcu i jemu udzielił się ich 
nastrój. 

Specjalnie wywrócił sanki. Nie był to żaden przypadek. Jednak on posunął się dużo dalej. 

Przyciągnął Trishę do siebie i całował ją, jakby chciał ją natychmiast uwieść. Zaklął pod 
nosem. Gdyby nie było świadków, pewnie tak by się stało. To złościło go najbardziej. Nie 
zamierzał angażować się emocjonalnie w kontaktach z Trisha August. 

Z domu nie wyniósł dobrych wzorców. Z kobietami nie nawiązywał długich znajomości. 

Zaangażowanie uczuciowe mogło grozić cierpieniem. 

– Wartość rodziny jest bardzo przeceniana – mruknął do siebie. 
–   Mylisz   się   –   odpowiedział   mu   znajomy   kobiecy   głos.   Trisha   stanęła   w   drzwiach, 

włączając światło. 

– Dobry wieczór – powiedział i uniósł kubek. – Masz ochotę na kawę?
Skinęła głową. 
– Naleję sobie – powiedziała, sięgając po dzbanek. Postawiła kubek obok na bufecie. 
– Chcesz wiedzieć, dlaczego się mylisz?
– Nie upieram się. 
Uniosła rękę i kiwnęła na niego palcem. 
– Chodź ze mną. Wzruszył ramionami. 
– Tylko na chwilę – powiedziała, ciągnąc go za mały palec. – Chodź. 
Spojrzał ponuro, ale ruszył za nią do drzwi. 
– Spójrz – powiedziała,  wskazując Jane bawiącą  się z Perrier. Zawzięcie  walczyły  o 

skarpetkę.   Jane   zaśmiewała   się   przy   tym   głośno.   Reggie   uklęknął   obok,   żeby   zrobić   im 

background image

zdjęcie. Błysk lampy błyskowej spowodował, że Jane uniosła na niego wzrok. Uśmiechnęli 
się do siebie. 

– Widziałeś? – spytała Trisha. 
– Co?
Lassiter znał odpowiedź, ale nie chciał odbierać Trishy przyjemności wyjaśnienia. Było 

jasne, że między Reggiem i Jane wiele się zmieniło. Inaczej na siebie patrzyli. Dotykali się, 
ocierali o siebie. Potrzebowali bezpośredniego kontaktu. 

–   Uważasz,   że   znaczenie   rodziny   jest   przeceniane   –   zaczęła   Trisha,   gdy   wrócili   do 

kuchni. – Jak chcesz oceniać wartość związku dwojga ludzi, którym  przedtem dokuczała 
samotność?

– Beznadziejny romantyzm znów daje znać o sobie. Spojrzała na niego z wyrzutem. 
–   Twoi   rodzice   byli   jak   dwie   kostki   lodu.   Czy   to   znaczy,   że   wszyscy   ludzie   są 

nieszczęśliwi w małżeństwie?

Kostki lodu. Dobre określenie, pomyślał. 
– Opowiadałaś o swoim dzieciństwie. Twoja rodzina też nie była doskonała – powiedział. 

– Dlaczego tak zawzięcie bronisz instytucji małżeństwa?

– Widziałam, jak matka była szczęśliwa, gdy drugi raz wyszła za mąż. Jej drugi mąż w 

niczym   nie   przypominał   mojego   ojca.   Był   miły,   uczuciowy,   a   moją   mamę   kochał 
bezgranicznie. 

Lassiter nie zamierzał drążyć tego tematu. 
– W takim razie powinniśmy się cieszyć, że już wzięliśmy ślub – stwierdził, nie wierząc 

we własne słowa. Trisha uniosła głowę i spojrzała mu w oczy. 

–   Jako   człowiek,   który   wszystko   ocenia   w   kategorii   zysków   i   strat,   powinieneś   się 

domyślić, do której rubryki wpisałabym nasze małżeństwo – powiedziała zaczepnie. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Rankiem dwudziestego siódmego grudnia Trisha miała wreszcie okazję uwolnić się spod 

opiekuńczych skrzydeł Lassitera Dragana. Jane i Reggie pojechali z nim zwiedzić wieżowiec 
Dragana. Co prawda artykuł miał opowiadać, jak milioner spędza święta, ale chcieli zrobić 
trochę zdjęć jego biurowca. Ostatecznie „The Urban Sophisticate” zainteresowało się jego 
osobą ze względu na sukcesy odniesione przez niego jako inwestora. 

Trisha samotnie zjadła śniadanie. Służący czekał w pobliżu, gotowy na każde wezwanie. 

Trisha w pewnym momencie wstała i ruszyła do kuchni z filiżanką w ręku. Służący podreptał 
za nią, powtarzając, że wystarczy powiedzieć, a kawa zostanie przyniesiona. 

– Proszę mi wierzyć, że mam duże doświadczenie w podawaniu kawy – odpowiedziała. 
Napełniła   filiżankę   i   zerknęła   na   stos   kart   świątecznych.   Zdawała   sobie   sprawę,   że 

wysłano   je   do   Lassitera,   ale   karty   świąteczne   to   nie   zaklejone   listy,   pomyślała.   I   tak 
przeznaczone są do wspólnego oglądania. Zabrała je do pokoju, położyła się na dywanie i 
zaczęła je przeglądać. Perrier natychmiast przybiegła, by dotrzymać jej towarzystwa. 

–   Skąd   taki   samotnik   dostaje   tyle   kart?   –   spytała   psa,   choć   nie   spodziewała   się 

odpowiedzi. 

Wiele świątecznych życzeń nadeszło od firm. Było też sporo kart od różnych osobistości, 

gubernatora i dwóch senatorów. Całkiem sporo nadesłały samotne kobiety. Jednak najbardziej 
zaskoczyły ją liczne podziękowania od organizacji charytatywnych. Okazało się, że był także 
fundatorem stypendiów dla uczącej się młodzieży. 

– Perrier, co ty na to? Kto by się spodziewał, że pan Dragan potrafi dzielić się z innymi?
Jej własny ojciec z zasady nikomu w niczym nie pomagał. 
Przerzucając   kartki,   zdecydowała,   że   najlepiej   będzie   je   powiesić   nad   wejściem   do 

salonu. Poprosiła służącego o nożyczki, tasiemkę i drabinę. Godzinę później, gdy kończyła 
zajmować się kartkami, Lassiter, Reggie i Jane właśnie weszli. Trisha zamarła, jak przestępca 
przyłapany na gorącym uczynku. Lassiter zatrzymał się jak wryty. Natomiast Reggie sięgnął 
po aparat. 

– Prawdziwy rodzinny nastrój – stwierdził z aprobatą. Trisha zerknęła na Lassitera. 
– A ty jak sądzisz, kochanie? – spytała. 
– Rzeczywiście. Jest bardziej rodzinnie – przyznał bez entuzjazmu. 
– Zawsze z mamą rozwieszałyśmy kartki. Brakowało mi tego. Pomyślałam, że warto 

wrócić do starego zwyczaju. 

– Tradycja jest ważna – poparła ją Jane, zapisując coś w notatniku. 
Trisha pomyślała, że niezależnie od opinii Lassitera zdjęcie rozwieszonych kart znajdzie 

się na stronach „The Urban Sophisticate”. Może kosztem fotografii z jego nowoczesnego 
biura?

– Marvin prosił, żebym was poinformowała, że lunch podadzą za dwadzieścia minut. 

Tymczasem możecie się odświeżyć. 

– Świetnie. Zdążę włożyć nowy film – odezwał się Reggie. 

background image

– Pójdę umyć ręce – powiedziała Jane, rumieniąc się lekko. Trisha spojrzała za nimi, gdy 

razem wchodzili po schodach. Zauważyła, że znacząco spojrzeli na siebie. Ich gesty mówiły 
więcej niż słowa. 

–   Chyba   nie   masz   mi   za   złe   tych   kart?   –   spytała   Trisha,   gdy   zostali   we   dwójkę   z 

Lassiterem. 

– Skądże. 
– Mógłbyś wykazać więcej entuzjazmu. 
– Przeglądałaś moją pocztę. Ciesz się, że nie wpadłem w złość. 
– Oczywiście. Masz rację – przyznała. Rozsądek podpowiadał jej, żeby zakończyła ten 

temat. Jednak musiała dodać jeszcze jedno zdanie. 

– To nie moja sprawa, ale muszę przyznać, że mi zaimponowałeś. 
Spojrzał na nią z niedowierzaniem. 
– Czym?
– Sporo kart przyszło z organizacji charytatywnych. Jesteś hojnym człowiekiem. 
– Coś trzeba zostawić innym – powiedział. – Oprócz tego darowizny mogę odpisać od 

podatku – mówił, spoglądając na zegarek. – Mówiłaś, że lunch będzie o której?

– W południe. 
– Wybacz, ale chciałbym się przebrać przed posiłkiem. 
– Oczywiście. 
Odwrócił się i pobiegł po schodach, skacząc po dwa stopnie. Smutne, pomyślała Trisha. 

Robi coś dla innych i nie ma z tego żadnej przyjemności. Jednak musiałby wtedy zdobyć się 
na przeżywanie uczuć. Natomiast on nie chce sobie pozwolić na coś takiego. 

Usiadła na dywanie przed kominkiem i obserwowała płomienie. Zastanawiała się, czy 

Lassiter   jest   beznadziejnym   przypadkiem.   Gdy   się   poznali,   była   o   tym   całkowicie 
przekonana.   Potem   okazało   się,   że   nigdy   nie   odmawiał   pomocy.   Jeśli   zrobił   coś 
pożytecznego, nie mówił potem bez przerwy na ten temat. Pod tym względem był zupełnie 
inny niż jej ojciec. Tamten nigdy nie włączał się do domowych obowiązków. Każde drobne 
poświęcenie ze swojej strony wypominał w nieskończoność. 

– Perrier, będziemy  tu tylko  kilka dni – mówiła,  głaszcząc  psa. – Jak w tym  czasie 

nauczyć pana Dragana, by potrafił się cieszyć?

Na popołudnie został zaplanowany wywiad  z Lassiterem na temat jego dzieciństwa i 

rodziny. Trisha była ciekawa, jak będzie opisywał życie rodzinne. Mówił krótko i zwięźle, 
unikając wszelkich emocji. Okazało się, że portret hiszpańskiej damy wiszący nad kominkiem 
nie znalazł się tu przypadkowo. Była to jego prababka, księżna Madelena de la Vińa. To do 
niej należały kiedyś klejnoty, które teraz nosiła Trisha. Książę Diego de la Vina z małżonką 
przybył do Stanów Zjednoczonych tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej. 

Zapytany o krewnych ze strony ojca, Lassiter zażartował, że pochodzili w prostej linii od 

rumuńskich Cyganów, utrzymujących się z wróżenia. Dziadkowie, Melchior i Ida Dragan, 
przybyli do Stanów jako imigranci po drugiej wojnie światowej. Ich jedyny syn, Johann, był 
ojcem Lassitera. 

background image

Trisha   słuchała   w   milczeniu.   Zaskoczyły   ją   te   informacje.   Z   hiszpańskiej   szlachty   i 

rumuńskich   Cyganów   powstała   nadzwyczaj   interesująca   mieszanka   genów.   Inteligencja, 
uroda   i   żyłka   do   interesów   niewątpliwie   wyróżniały   Lassitera.   Gorący   temperament   i 
zmysłowa   uczuciowość   drzemały   w   ukryciu,   czasem   tylko   dając   znać   o   sobie.   Trisha 
pomyślała, że nikt nie nauczył go cieszyć się życiem. W tym momencie podszedł Marvin i 
podał jej telefon bezprzewodowy. 

– Telefon do pani Dragan – wyjaśnił. 
Skinęła głową, wzięła telefon i wyszła z pokoju z przepraszającym uśmiechem. 
–   Słucham?   –   spytała   w   holu.   Numer   telefonu   podała   na   wszelki   wypadek   tylko 

właścicielce mieszkania. 

– Cześć, Trisha. Tu Kindra. 
– Coś się stało?
– Mamy mały kłopot... – zaczęła. – Zaraz, zaraz, ten pan, który odebrał telefon, nazywa 

cię panią Dragan. Czyżbyś wyszła za mąż?

Trisha zagryzła  wargę. Wiedziała, że musi coś odpowiedzieć.  Kindra nie należała do 

osób, które dają się zbyć. 

– Cóż, właściwie to tak – przyznała. 
– Mój Boże! Kiedy? Nie mogę uwierzyć!
– Nie ma wiele do opowiadania. Sprawa wynikła nagle. 
–   To   brzmi   jak   bajka.   Bardzo   się   cieszę.   Przysięgam,   że   gdybym   mogła,   nie 

zawracałabym ci głowy, ale dzwoniłam już do wszystkich. Są święta, ludzie powyjeżdżali... 
Chodzi   o   to,   że   Chuck   miał   niespodziewane   wydatki   i   nie   może   dać   nam   w   prezencie 
obiecanej  farby.  Troje wolontariuszy musiało wyjechać w tym  tygodniu.  Mamy poważny 
kłopot – powiedziała łamiącym się głosem. 

– Kindra, tylko nie płacz. 
– Dobrze – tamta pociągnęła nosem, starając się zapanować nad sobą. – Pani Chappell i 

jej córki muszą opuścić mieszkanie do końca miesiąca. Nie możemy wyrzucić ich na śnieg 
razem z rzeczami i powiedzieć, że będą mogły wprowadzić się do swojego domu za tydzień. 
Tymczasem staramy się, żeby nie zamarzły. Ich dom musi być gotowy do Nowego Roku. Co 
możemy zrobić bez farby i wolontariuszy?  Wiem, że już dałaś z siebie bardzo dużo, ale 
potrzebujemy cudu. 

Trisha poznała panią Chappell, wdowę z trzema córkami, gdy wraz z innymi ochotnikami 

pomagała zbudować dla niej niewielki  dom. Wreszcie cała czwórka miała szansę zdobyć 
własny   kąt.   Trisha   zaczęła   pracować   jako   wolontariuszka   już   w   dzieciństwie,   gdy   tylko 
nauczyła się trzymać młotek. Teraz też gotowa była włączyć się do pomocy. Jednak była 
sama, nie stać jej było na zakup farby, pędzli i innych rzeczy, które obiecał Chuck Milson. 

– Widzisz, Kindra, szczerze mówiąc, nie jest to najlepszy moment... – Pokręciła głową, 

bo zabrakło jej słów. Miała się przyznać, że chwilowo jest żoną pewnego bogacza, który 
obiecał jej pożyczkę?

Spojrzała przez drzwi do pokoju. Księżna na portrecie uśmiechała się łagodnie, jakby 

chciała zachęcić ją do działania. 

background image

– Zaczekaj, Kindra, coś mi przyszło do głowy – zawołała Trisha, uśmiechając się do 

portretu. 

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Lassiter przyjrzał się wolontariuszom, którzy właśnie jedli pizzę, śmiali się, żartowali i 

plotkowali. Pracownicy lokalu zsunęli dla nich pięć stołów, żeby posadzić razem dwunastkę 
zmęczonych, pochlapanych farbą ochotników wraz z panią Chappell i jej córkami. Mimo że 
malowanie trwało już trzeci dzień, Lassiter nie mógł uwierzyć, że wraz z Jane i Reggiem dali 
się do tego namówić. Dziwił się, że w gruncie rzeczy sprawiało mu to przyjemność i że 
zdążył polubić ich wszystkich. 

Pani Chappell z córkami siedziała przy przeciwległym końcu pospiesznie zestawionych 

stołów.   Wszystkie   cztery   były   rude   i   piegowate.   Każda   pochlapana   farbą.   Szczególnie 
wyróżniała się ośmioletnia Emma. Wyglądała zabawnie, jakby większość czasu spędzała pod 
kapiącymi pędzlami. 

Lassiter oparł się wygodnie na krześle. Był zmęczony i bolały go mięśnie. Jednak było to 

przyjemne fizyczne zmęczenie. Zupełnie inne niż po ciężkim dniu pracy w biurze. Leniwie 
słuchał   fragmentów   rozmowy.   Następnego   dnia   panie   Chappell   miały   się   przeprowadzić. 
Mnóstwo chętnych  zgłosiło się do pomocy,  więc spotkanie przy pizzy było pożegnaniem 
grupki malarzy. Od czasu do czasu słyszał głos Trishy. Jako żona zasiadła obok niego. 

Nagle poczuł uderzenie łokciem w żebra. Najwyraźniej jego pani chciała zwrócić na coś 

jego uwagę. 

– Są delikatniejsze sposoby, by sprawdzić, czy jeszcze żyję – odezwał się do niej, nie 

otwierając oczu. – Spróbuj przytrzymać lusterko przy ustach i powiedz, czy zaparowało. 

– Promieniejesz – powiedziała cicho. 
– Co ty pleciesz?
–   Promieniejesz   z   zadowolenia,   że   zrobiłeś   coś   pożytecznego.   Przyjemne   uczucie, 

prawda?

Spojrzał na nią z niedowierzaniem. Przez lata uczył się, jak uwolnić się od zbędnych 

emocji. Jej wyjaśnienie zupełnie mu nie odpowiadało. Zgodził się popracować z nimi przez 
trzy dni. Okazali się sympatyczni. Ciężko pracowali i teraz byli zmęczeni. Kropka. 

–   Znów   masz   jakieś   romantyczne   wytłumaczenie.   Po   prostu   jestem   zmęczony   jak 

wszyscy. 

– Możesz sobie zaprzeczać. Któregoś dnia przyznasz, że miałam rację – stwierdziła z 

uśmiechem. 

Przez większą część życia Trisha spędzała sylwestra z wolontariuszami i ich rodzinami. 

Jednak Lassiter nalegał, żeby tym razem wzięła udział w eleganckim przyjęciu w sali balowej 
luksusowego   hotelu   tuż   przy   modnym   Crown   Center.   Miała   w   tym   uczestniczyć   elita 
towarzyska Kansas City. Na samą myśl o tym Trisha cierpiała, jakby czekało ją wyrwanie 
zęba. 

Teraz   wsiadła   z   Lassiterem   do   sportowego   porsche.   Reggie   i   Jane   jechali   za   nimi 

limuzyną z kierowcą. Gdy dojeżdżali do Crown Center, ujrzeli iluminację z pięćdziesięciu 

background image

tysięcy lampek. Tak przynajmniej podawała lokalna prasa. Wszystkie drzewa tworzące aleję 
przed wejściem były ozdobione światełkami. 

– Co powiem wolontariuszom, gdy zaczniemy na wiosnę budować kolejny domek i ciebie 

nie będzie? – spytała nagle Trisha. 

–   Umawialiśmy   się,   że   będziemy   opowiadać,   że   nasz   romans   skończył   się   równie 

gwałtownie, jak się zaczął. Powinni to zrozumieć. 

– Pewnie tak – przyznała i skinęła głową. 
– Daj mi znać, gdy znów będzie potrzebna farba i pędzle – dodał niespodziewanie. 
– Masz na myśli kolejny domek? Spojrzał na nią z dziwną miną. 
– Każdy kolejny, dopóki będziesz pracować z nimi na ochotnika. 
W tym momencie parkingowy otworzył przed nią drzwi i podał dłoń w białej rękawiczce, 

zanim zdążyła odpowiedzieć Lassiterowi. Ruszyli w kierunku wejścia. 

– Dziękuję – powiedziała zaskoczona. – Wiesz, że nie musisz tego robić. Nikt nie będzie 

miał do ciebie żalu. 

Przez obszerny hol przeszli w kierunku wind. Wysiedli na szesnastym piętrze. Lassiter 

pomógł jej zdjąć długie, wełniane palto. Wzięła kilka głębokich wdechów, żeby zwalczyć 
tremę. Objął jej dłoń. 

– Spokojnie. Świetnie dasz sobie radę. Możemy przyłączyć się do innych?
Miała ochotę odwrócić się na wysokich obcasach, wrócić do domu, włożyć dżinsy, luźny 

sweter i pojechać na prywatkę do Kindry. Właśnie zamierzała to powiedzieć głośno, gdy 
oślepiło ją światło lampy błyskowej. 

– Niezłe zdjęcie – usłyszała głos Reggiego, zanim zaczęła normalnie widzieć. – Teraz 

możecie spokojnie się bawić. Nie będziemy wam przeszkadzać. 

Jane i Reggie stali przed nimi w odświętnych strojach. Jane miała na sobie satynową 

obcisłą sukienkę sięgającą kostek. On na tę okazję spiął w kucyk długie włosy. 

– Bawcie się dobrze – wtrącił Lassiter. – Zapomnijcie o pracy. To ostatni dzień roku. 
Reggie roześmiał się radośnie. 
– Tylko kilka zdjęć i sprawdzimy tutejsze zakąski – powiedział, obejmując Jane. 
Trisha spojrzała za nimi, gdy wchodzili do sali balowej. Była obszerna, niemal wielkości 

boiska.   Stało   tam   nieco   antycznych   mebli,   bardziej   dla   dekoracji   niż   do   użytku.   Na 
przeciwległej ścianie umieszczono scenę. Niewielka orkiestra grała nastrojową muzykę. Kilka 
par już zaczęło  tańczyć.  Trisha czuła  się tu jak Kopciuszek. Na szczęście przybywała  w 
towarzystwie przystojnego księcia. W odróżnieniu od pierwowzoru nie miała co liczyć, że 
kiedykolwiek w przyszłości książę zacznie jej szukać. 

Tymczasem   pozwalała   się   prowadzić   przez   salę.   Lassiter   dokonywał   kolejnych 

prezentacji. Czasem się rozdzielali. Wtedy zawierała znajomości na własną rękę. Wymieniła 
uściski dłoni z gubernatorem Missouri, potem z najnowszym amantem z Hollywood, wreszcie 
podeszła do państwa Richmond, których rozpoznała dzięki zdjęciom w gazecie. Dopiero teraz 
zdała sobie sprawę, jak inny był jej świat w porównaniu ze światem Lassitera. Starała się nie 
ulec oszołomieniu z powodu tylu znanych twarzy polityków, sportowców, ludzi rozrywki. Z 
kolei Lassiter czuł się w tym towarzystwie jak ryba w wodzie. 

background image

Ze zdziwieniem zauważyła, że wszyscy uważnie słuchali tego, co miała do powiedzenia. 

Jej opinie traktowano najzupełniej poważnie. Dzięki temu wkrótce przestała być speszona i 
onieśmielona. Gdy Lassiter wdał się w polityczną dyskusję, sięgnęła po deserowy talerz i 
rzuciła okiem na tutejsze przysmaki. Przeszła powoli wzdłuż szwedzkiego stołu. Wybrała 
greckie   kulki   mięsne,   kilka   tartinek,   żeberka   w   śliwkowym   sosie   i   odrobinę   sałatki   ze 
świeżych owoców. 

– Jak jedzenie? – spytał akurat w chwili, gdy zajadała się greckim przysmakiem. Skinęła 

głową. 

– Spróbuj żeberek. Są wyborne – dodała po chwili. 
– Może później. Dobrze się bawisz? Uśmiechnęła się. 
– Tak, choć zupełnie się tego nie spodziewałam. Wiesz, że gubernator i jego żona mają 

dwa psy wzięte ze schroniska? Ona zainteresowała się wolontariatem. Och, zapomniałam, że 
obiecałam  żonie burmistrza  podać numer  konta schroniska dla kotów. Wzięłam  tak małą 
torebkę, że nie mieści się tam długopis ani notes. Mam tylko chusteczkę i agrafki. Mógłbyś 
mnie poratować?

Spojrzał na nią jak na zupełnie nową, lecz interesującą formę życia. Zachichotał i pokręcił 

głową. 

– Wystarczy zostawić cię na chwilę i już rekrutujesz ochotników. 
– Ciesz się. Tym razem nie chodziło o ciebie. 
– Słusznie. Miałem szczęście – przyznał. Z kieszeni fraka wyciągnął pióro i srebrne etui 

na wizytówki. Podał jej dwie. – Pisz na tym. Od razu daję ci jedną na zapas. 

–   Słusznie.   Dziękuję.   Przytrzymasz?   –   spytała,   podając   mu   swój   talerzyk.   –   Teraz 

mógłbyś się odwrócić?

– Dlaczego?
– Potrzebne mi twoje plecy jako podkładka do pisania. 
–   Jasne   –   odpowiedział   zaskoczony.   Najwyraźniej   niezwykle   rzadko   bywał 

wykorzystywany do tego celu. 

Stanął do niej plecami. Szybko zapisała kartkę. 
– Przy okazji, do czego potrzebne są ci agrafki? – spytał. 
– Przydają się w krytycznych sytuacjach. 
– Naprawdę?
Uśmiechnęła się do siebie. Może był bogaty i wpływowy. Jednak nie miał pojęcia, jak 

wiele znaczy mała agrafka, gdy odpruje się ramiączko, tasiemka, zerwie pasek lub zginie 
spinka. 

– Dziękuję, już napisałam – powiedziała po chwili. Objął ją za ramiona. 
– Jeśli możesz na chwilę przerwać polowanie na wolontariuszy, chciałbym, żebyś poznała 

jednego z moich klientów. 

Gdy ją prowadził przez tłum, wcisnęła do torebki jego wizytówki. 
– Dlaczego chcesz mnie poznać z klientem? – spytała. Zupełnie jakby uważała, że im 

mniej osób dowie się o ich małżeństwie, tym lepiej. 

– Poprosił, żebym go przedstawił. 

background image

– Dlaczego jakiś klient miałby sobie tego życzyć?
– Jest także moim przyjacielem. Po prostu spytał: – Czy to twoja żona? Potwierdziłem. 

Poprosił, żebym go przedstawił. Może lubi poznawać piękne kobiety? Był kilka razy żonaty, 
więc nabrał w tej dziedzinie doświadczenia. 

Trisha spojrzała na niego z wyrzutem. Czyżby zadrwił sobie z jej urody?
– Nie musisz być złośliwy – szepnęła. Milczał przez chwilę. 
– Nie jestem – zapewnił poważnym tonem. 
Jego   komplement   bardzo   ją   poruszył.   Zagryzła   wargi,   by   nie   powiedzieć   czegoś 

bezsensownego, czego potem mogłaby żałować. 

– No, Gent – dobiegł ją męski głos. – Dlaczego ukrywałeś ten skarb?
Ten   głos!   Natychmiast   go   rozpoznała.   Spojrzała   na   mężczyznę,   który   to   mówił.   Był 

grubszy, niż pamiętała, i miał o wiele mniej włosów. Jednak nie było wątpliwości. To on 
porzucił   ją   i   matkę   dwadzieścia   lat   temu.   Ojciec!   Natychmiast   wróciła   jej   dawna   złość. 
Poczerwieniała   i   zrobiło   jej   się   duszno.   Czuła   się   zdradzona.   Jak   Lassiter   Dragan   mógł 
nazywać swoim przyjacielem takiego samolubnego egoistę? Całą wściekłość skierowała na 
Lassitera. 

– Powinnam się domyślić, że możesz się przyjaźnić z kimś takim jak on!

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Lassiter umiejętnie wyplątał rozzłoszczoną żonę z niemiłej sytuacji. Wziął ją pod rękę i 

poprowadził w stronę tanecznego parkietu. 

– Skąd mogłem wiedzieć, że Sawyer Henderson to twój ojciec? Ojcowie i córki zwykle 

noszą to samo nazwisko. 

– Mówiłam ci, że po rozwodzie mama wróciła do panieńskiego nazwiska, a ja razem z 

nią. 

– Bardzo przepraszam. Zapomniałem. 
– Dlaczego miałbyś  pamiętać? Na twojej skali Richtera jestem wstrząsem o sile zero 

stopni! Jak kursy giełdowe, jestem przydatna teraz i bezużyteczna za chwilę. 

Musiał przyznać, że początkowo tak było. Jednak w tym momencie wszystko wyglądało 

inaczej. 

– Przecież nie podałaś mi nazwiska ojca. 
– Staram się nigdy go nie wspominać, to jasne. Poza tym skąd mogłam wiedzieć, że 

jesteście tak serdecznymi kumplami?

Pomyślał,   że   nazywanie   Sawyera   Hendersona   serdecznym   kumplem   było   poważną 

przesadą. Nie łączyła ich zażyła przyjaźń. 

– Trisha, on nie jest złym człowiekiem – zapewnił Lassiter. – Na pewno masz powody, 

żeby czuć do niego żal. Jednak możesz mi wierzyć, że nie jest wcielonym diabłem. 

Puścił jej ramiona i odwrócił ją do siebie. Pomyślał, że będą mieć większe szanse na 

porozumienie, gdy patrząc sobie w oczy, zaczną mówić szeptem. 

– Nie chcę o nim rozmawiać – powiedziała twardo. 
–   Posłuchaj,   Trisha   –   zaczął   cicho,   lecz   zdecydowanie.   –   Patrzysz   na   Sawyera 

Hendersona   oczami   ośmioletniej   dziewczynki,   którą   porzucił   tatuś,   a   mama   przez   niego 
płakała. 

– Nieprawda! Zostawiając nas, zrobił nam największą przysługę. Nie mogę wybaczyć 

tych ośmiu wspólnych lat. Był domowym tyranem. Czepiał się o wszystko. Nigdy nikomu nie 
pomógł. Bardziej zależało mu na pieniądzach niż na własnej rodzinie. 

– Zgoda, jest daleki od doskonałości. Jednak Sawyer Henderson, którego ja znam, to 

patologiczny pesymista. Zamartwia się wszystkim do tego stopnia, że traci przyjaciół, kolejne 
żony,  rujnuje  sobie  zdrowie.   Można  mu  tylko  współczuć.  Spróbuj   spojrzeć  na   niego  jak 
dorosła osoba. 

Uniosła wzrok. Nadal była zirytowana, ale przynajmniej słuchała tego, co mówił. 
– Nie jest szczęśliwy. Wydaje mi się, że on tego nie potrafi. Co prawda osiągnął sukcesy 

w   biznesie,   ale   to   nie   sprawiło   mu   satysfakcji.   Ma   czwartą   żonę.   Dwudziestoletnią   i 
atrakcyjną. Jednak ona myśli wyłącznie o tym, jak wycisnąć z niego pieniądze na podróże po 
Europie i kosztowną biżuterię. Wkrótce znudzą ją ciągłe narzekania i zmartwienia. Żadne 
klejnoty   i   wyjazdy   nie   powstrzymają   jej   przed   rozwodem.   Szczerze   mówiąc,   pod   maską 
zadowolonego z siebie mężczyzny kryje się smutny, zagubiony człowieczek. 

background image

Trisha zamyśliła się. Lassiter miał nadzieję, że będzie potrafiła obiektywnie ocenić ojca. 
– Prowadziłem z Sawyerem interesy – mówił dalej. – Ma wyczucie w tych sprawach, 

choć nie potrafi cieszyć się z sukcesu. 

Przyciągnął   ją   bliżej,   choć   nie   było   specjalnego   powodu.   Mówili   szeptem   i   nikt   nie 

mógłby ich usłyszeć. Po prostu Lassiter nie potrafił sobie tego odmówić. 

– Sawyer martwi się przy podejmowaniu każdej decyzji. Natychmiast uważa, że popełnił 

błąd. Katastrofa czai się za każdym rogiem. Jest przekonany, że jutro obudzi się jako nędzarz. 
Kolejne sukcesy nie mają znaczenia, bo w głębi duszy jest patologicznym pesymistą. 

Pochylił głowę i delikatnie dotknął rozpalonymi wargami jej ucha. Wmawiał sobie, że 

stało się to najzupełniej przypadkiem. 

– Nie wymyśliłabyś dla ojca większych tortur, niż on sam sobie stwarza. Dla własnego 

dobra, przestań go wreszcie nienawidzić. 

Odsunęła się, by zobaczyć wyraz jego twarzy. W oczach miała łzy. 
–   Piękne   przemówienie.   Mądre   i   pełne   zrozumienia.   To   ironiczne,   że   akurat   ty   mu 

współczujesz. Pewnie dlatego, że widzisz mnóstwo podobieństw między tobą i moim ojcem. 
A może uważasz, że jesteś zupełnie inny, mniej żałosny, bo cieszysz się z bogactwa, nie 
zastanawiasz się nad decyzjami i nie żenisz się z kobietami, z którymi się spotykasz. Czy fakt, 
że nie widzisz potrzeby zakładania rodziny, ma świadczyć, że jesteś od niego lepszy, czy 
tylko bardziej wyrachowany?

Samotna łza spłynęła jej po policzku. Lassiter miał do siebie pretensje, że to jego wina. 

Powinien się domyślić, że jeszcze nie potrafiła spokojnie wysłuchać jakiejkolwiek obrony 
człowieka, którego nienawidziła przez całe życie. Zabrakło mu słów. Usiłowali tańczyć, choć 
po policzkach spływało jej coraz więcej łez, a usta drżały od szlochów. 

Lassiter zaklął cicho, zły na siebie. Nie chciał sprawić jej bólu. Marzył, by przytuliła się 

do niego, a w jej oczach odbijały się zupełnie inne uczucia. Pomyślał, że zupełnie nie zdawała 
sobie   sprawy   ze   swej   urody.   Na   pewno   nie   uwierzyłaby,   że   przez   cały   wieczór   z 
przyjemnością   obserwował   każdy   jej   ruch   i   słuchał   każdego   słowa.   Gdy   się   śmiała, 
rozjaśniała jej się twarz. Jej rozmówcy odruchowo odpowiadali tym samym. Miała w sobie 
coś przyciągającego ludzi i budzącego sympatię. Sam uległ jej urokowi, gdy poznali się w 
kawiarni. 

Zauważył  nagle,  że   Reggie   i  Jane  nadchodzą  pośpiesznie,   torując  sobie  drogę   wśród 

tancerzy. 

– Zdaje się, że czeka nas kolejne zdjęcie – uprzedził Trishę. 
– Tylko nie to! – powiedziała, starając się wytrzeć łzy. – Nie jestem teraz w nastroju. 
– Dobrze się bawicie? – spytał Lassiter nadchodzącą parę. 
– Świetnie  – powiedział  Reggie z miną  konspiratora. – Słuchajcie, wiem,  że jeszcze 

daleko do północy, ale musimy z Jane wyjść dość wcześnie. Potrzebny nam już teraz wasz 
gorący pocałunek noworoczny – powiedział, unosząc aparat. 

Lassiter nie miał pojęcia, jak w tej sytuacji wypadnie gorący pocałunek. Obawiał się, że 

tym razem ukłon w stronę tradycji może okazać się kompletnym niewypałem. Obiektywu nie 
da się oszukać. 

background image

– Zgoda – odpowiedziała Trisha, przybierając oficjalny uśmiech. Reggie skoncentrował 

się więc na jej oczach. Tylko one mówiły prawdę: w tym  momencie na pewno nie była 
szczęśliwa. 

– Zrobię kilka ujęć – powiedział Reggie. – Potem się pożegnamy. 
Lassiter pochylił głowę w stronę Trishy. Zrób to przeklęte zdjęcie i znikaj! – powtarzał w 

myślach. Delikatnie dotknął wargami jej ust. Odpowiedziała namiętnym pocałunkiem. On nie 
pozostał   jej   dłużny.   Czuł   narastające   pożądanie.   Miał   ochotę   niespiesznie   ją   rozebrać, 
całować piersi, dotykać całego ciała... 

Oprzytomniał, słysząc diaboliczny śmiech Reggiego. 
– Stop, jesteśmy pismem dla całej rodziny, a nie wyłącznie dla dorosłych – próbował 

ostudzić ich zapał. – Może zaczerpnijcie powietrza... 

Lassiter   nie   wypuścił   Trishy   z   uścisku.   Czuł   dotyk   jej   ciała.   Zaschło   mu   w   gardle. 

Spojrzał jej w oczy. Nadal były smutne. 

– Zdaje się, że już mieliście wychodzić – powiedział, nie odrywając wzroku od Trishy. 
Reggie roześmiał się głośno. Kilka par w pobliżu zaczęło im się przyglądać, przerywając 

taniec. 

–   Już   mnie   nie   ma   –   zapewnił   Reggie.   –   Jak   widzę,   wpadłeś   po   szyję   –   dodał   na 

odchodnym. 

Nowy Rok zaczął się od pożegnalnego lunchu dla Jane i Reggiego. Jedzenie wyglądało 

bardzo apetycznie,  ale  Trisha zjadła  zaledwie  kilka  kęsów. Gdy przyszła,  kolej  na kawę, 
reporterzy zwierzyli się, że właśnie się zaręczyli. Trisha była wniebowzięta. Objęła ich mocno 
i życzyła mnóstwo szczęścia. 

Po ostatnich, pożegnalnych zdjęciach zatrzymali się przed frontowymi  drzwiami. Jane 

pocałowała Trishę w policzek. 

–   Wiesz,   ja   i   Reggie   dawniej   nie   czuliśmy   do   siebie   takiej   sympatii.   Dopiero   gdy 

poznaliśmy was, wszystko się zmieniło – powiedziała, rumieniąc się. – Mam nadzieję, że 
teraz zaliczycie nas do grona przyjaciół. 

– Oczywiście – zapewniła Trisha ze wzruszeniem. Tymczasem Reggie objął Lassitera w 

niedźwiedzim uścisku. 

– Nie miałem brata, ale gdybym  mógł wybierać... – nie dokończył.  Wreszcie i jemu 

zabrakło słów. 

– Ja też  nie miałem  i byłbym  zaszczycony  – zapewnił.  Trisha odniosła wrażenie,  że 

powiedział to z pełnym przekonaniem. Poczuła łzy wzruszenia. Razem z Lassiterem machała 
na pożegnanie, gdy tamci odjeżdżali na lotnisko. Stała na progu jego rezydencji, czuła, że ją 
obejmował, i jednocześnie myślała o tym, że za godzinę wróci do swojego normalnego życia. 
Ostatniego wieczoru podjęła ważną decyzję. Był najwyższy czas, żeby mu o tym powiedzieć. 

Zamknął drzwi i poprowadził ją do salonu. Zastanawiała się, czy zdawał sobie sprawę, że 

nadal   ją   obejmuje.   Wydawał   się   zamyślony,   więc   prawdopodobnie   zrobił   to   bezwiednie. 
Uwolniła się z uścisku, stanęła przed nim, patrząc mu w oczy. 

– Lassiter, doszłam do wniosku, że nie mogę przyjąć twojej pożyczki. 
Zasępił się. 

background image

– Ale przecież... 
– Nie martw się – przerwała. – Podpiszę oświadczenie, że się zrzekam. 
– Nie o to mi chodzi. Dlaczego rezygnujesz z pożyczki, po tym wszystkim?
Splotła dłonie, żeby nie było widać, że się trzęsą. 
– Po prostu nie mogę. Podobnie jak nie mogłabym pożyczyć pieniędzy od mojego ojca. 
– Co twój ojciec ma do rzeczy?
– Nieważne. Nie potrafiłabym ci tego wytłumaczyć. 
Właściwie sama nie rozumiała do końca własnego postępowania. Dotychczas nikogo nie 

oszukiwała.   Natomiast   w   ciągu   ostatnich   dwóch   tygodni   podawała   się   za   kogoś   innego. 
Wprowadziła w błąd mnóstwo osób, redakcję, pracowników Lassitera... Czuła się z tym źle i 
miała ochotę natychmiast opuścić ten dom. 

–   Wiem,   że   rujnuję   swoje   marzenia.   Przynajmniej   na   razie.   Nic   na   to   nie   poradzę. 

Podobnie jak nie mogę pogodzić się z twoim postępowaniem. 

– Co ja takiego zrobiłem? – spytał. 
–   Jesteś   zimnym,   wyrachowanym   człowiekiem.   Nawet   jeśli   decydujesz   się   na   jakąś 

darowiznę, nie robisz tego z przekonania, tylko żeby załatwić sobie odpis od podatku. Nikt 
cię nie obchodzi... – mówiła ze smutkiem. Starała się opanować i nie płakać. – Łudziłam się, 
że sprawi ci przyjemność, jeśli zrobisz coś dla innych jako wolontariusz. Przez chwilę tak 
było, jestem pewna. Jednak znów stałeś się obojętny i zimny jak głaz. Dlatego nie chcę twojej 
pomocy.   Czułabym,   że   zdradzam   wszystkie   swoje   zasady.   Teraz   idę   się   spakować.   Nie 
odprowadzaj mnie – zakończyła i odeszła przekonana, że już nigdy nie zobaczy Lassitera 
Dragana. 

Trisha wyszła. Lassiter uszanował jej wolę i nie próbował jej zatrzymać. Minął tydzień. 

Potem drugi. Ona zrobiła wszystko, czego sobie życzył. Podpisała zrzeczenie się obiecanej 
pożyczki. Jednak on ciągle nie mógł sobie znaleźć miejsca. Próbował sobie tłumaczyć, że to 
dlatego, iż zaciągnął wobec niej dług wdzięczności. Nie lubił sytuacji, gdy był komuś coś 
winien. 

Podróżując w interesach, mijał kawiarnię Eda kilka razy w tygodniu. Był ciekaw, czy 

Trisha znów tam pracuje. Przed świętami zwolniła się z pracy, bo spodziewała się otworzyć 
własną firmę.   Czy  Ed znów   ją przyjął,   czy  musiała  szukać  nowego  miejsca?   Kilka  razy 
wykręcił  jej  numer  domowy,  ale  zawsze rozłączał  się, nim telefon zdążył  zadzwonić.  W 
końcu powiedział sobie, że to jej sprawa. Odmówiła pożyczki, więc dlaczego miałby się o nią 
martwić? Nie była już częścią jego życia. 

Minęła połowa stycznia, gdy wiedziony impulsem, kazał kierowcy zatrzymać się przed 

kawiarnią Eda. Padał śnieg, przypominając inne zimowe popołudnie, gdy poznał Trishę. Tym 
razem wszedł i od razu ją rozpoznał, choć była odwrócona tyłem do wejścia. 

– Czym mogę służyć? – spytała, odwracając się. Uśmiech zamarł jej na ustach. 
Lassiter zdziwił się, że samo brzmienie jej głosu wytrąciło go z równowagi. Uśmiechnął 

się. 

– Odzyskałaś miejsce pracy. Rodzina właściciela się nie sprawdziła?

background image

Trisha zbladła jak ściana. Otworzyła usta, lecz nie wydobyła z siebie głosu. Pokręciła 

głową. 

– Na pewno Ed jest szczęśliwy, że wróciłaś – dodał, gdy nadal milczała. – Zamarzyła mi 

się filiżanka kawy. Poproszę średnią. 

Skinęła głową, jakby dopiero teraz zaczęła odzyskiwać świadomość. 
– Bardzo proszę – powiedziała, odwracając się. 
Nagle   zdał   sobie   sprawę,   że   na   moment   przestał   oddychać.   Dziwne,   pomyślał 

zaskoczony. 

Trisha wróciła z papierowym kubkiem z pokrywką. Przypomniał sobie poprzedni pobyt 

tutaj,   sprzątającą   dziewczynę   z   mopem,   która   potrąciła   Trishę.   Kubki   nie   miały   wtedy 
pokrywek. 

– Widzę, że wolisz nie ryzykować – powiedział, sięgając po kawę. 
– Staram się po prostu nie popełnić tego samego błędu dwa razy. 
Natychmiast domyślił się, że nie mówiła o kawie. 
– Ile płacę?
– Trzy dziewięćdziesiąt dziewięć. 
– Trisha – mówił, sięgając po portfel. – Przyjechałem tu nie tylko na kawę. 
Oparła dłonie płasko na ladzie. 
– Mamy doskonałe desery. Polecam ciastka z nadzieniem toffi. 
– Nie o to mi chodzi – powiedział, wyciągając cztery jednodolarówki. 
– Zupa dnia to... 
– Spójrz na mnie – przerwał. 
Nie uniosła wzroku. Lassiter pomyślał, że nie ma prawa, by wydawać jej polecenia. Nie 

była jego podwładna, która zasłużyła na naganę. 

– Wybacz szorstkie zachowanie. Ostatnio nie jestem sobą. 
Było   to   bardzo   delikatne   określenie   jego   nastroju.  W   ostatnich   dniach   całą   siłą   woli 

powstrzymywał   się   przed   atakami   wściekłości   o   wszystko   i   na   wszystkich.   Nie   mógł 
zrozumieć, dlaczego ciągle myślał o tej upartej dziewczynie. Teraz gapiła się na jego kubek z 
kawą i nie zamierzała wdawać się w dyskusje. 

– Chcę ci pożyczyć te pięćdziesiąt tysięcy bez żadnego oprocentowania – powiedział w 

końcu. Czekał na jakąś odpowiedź. Z jej miny nie mógł niczego odczytać. Czy zaniemówiła 
ze szczęścia, czy nie była zainteresowana propozycją? Może planowała, jak się go pozbyć?

– Już mi to kiedyś proponowałeś – odpowiedziała po chwili. 
– Chcesz zacząć własny biznes, prawda? Do diabła, skorzystaj z tej oferty!

Jego   słowa   odbiły   się   echem   w   pustej   kawiarni.   W   pierwszej   chwili,   gdy   nagle   się 

pojawił, odczuła to jak prawdziwy cud. Jednak szybko zeszła na ziemię. Uśmiechnęła się 
smutno, gdy próbował jej rozkazywać. Była  przekonana, że miał w sobie wiele dobrego. 
Jednak został tak wychowany, że nie potrafił ofiarować drugiej osobie niczego więcej niż 
pieniądze. Nigdy nie przyszłoby mu do głowy, że gdyby ofiarował jej prawdziwe uczucie, 
zamieszkałaby z nim nawet w namiocie. Pracowałaby w kawiarni przez lata, szczęśliwa, że 

background image

jest z nią ktoś dobry i życzliwy. 

Wzięła od niego cztery dolary i podeszła do kasy. 
– Rozumiem, że masz dobre intencje i dziękuję ci za propozycję – powiedziała. Wróciła z 

jednym centem reszty. Zmusiła się, żeby spojrzeć na Lassitera. 

– Do widzenia – powiedziała spokojnie z uprzejmym uśmiechem, choć w środku trzęsła 

się jak galareta. 

Spojrzał na nią, skinął głową, odwrócił się na pięcie i szybko wyszedł. 

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

Lassiter siedział przy biurku zmęczony i rozdrażniony. Nie rozumiał, skąd brał się jego 

zły humor. Interesy szły świetnie. Odwrócił się na fotelu, by spojrzeć na niebo. Znów padał 
śnieg. Czy taka pogoda już nigdy się nie skończy? – pomyślał z irytacją. W tym momencie 
zadzwonił interkom. 

– Tak, Cindy? – odezwał się. 
– Jest dla pana przesyłka. Ma napis: Pilne. Otworzyć natychmiast. 
– Więc otwórz – polecił zniecierpliwionym tonem. 
– Jest też napis, że to dla pana do rąk własnych. 
– W takim razie dawaj ją tu! – zażądał. Przymknął oczy. Sekretarka nie była winna, że 

miał zły humor. – Przepraszam, Cindy. Jeśli możesz, przynieś ją tu, bardzo cię proszę. 

– Tak, proszę pana. 
Filigranowa   sekretarka   wkroczyła   do   gabinetu   z   pudłem   wielkości   komputerowego 

monitora. Przewiązane było szeroką, niebieską wstążką. Niosła je, wyciągając ręce daleko 
przed siebie. 

– Co się dzieje? – spytał, wstając zza biurka. 
– Wydaje jakieś odgłosy – powiedziała zaniepokojona. – Jednak to nie tykanie bomby. 
Uśmiechnął się. Cindy czasem lubiła przesadzać. 
–  Cieszę  się  –  powiedział,   odbierając  pudło.   Rzeczywiście,  pudło   wydawało   odgłosy 

przypominające skrobanie pazurów. – Co do... ? – zaczął, stawiając je na biurku. Wstążka 
odpadła przy pierwszym pociągnięciu. 

– Powinna tu gdzieś być kartka – przypomniała sobie Cindy i podała mu kopertę. Była w 

niej   złożona   karta   ze   zdjęciem   szczeniaka,   wystawiającego   głowę   i   przednie   łapy   z 
kowbojskiego kapelusza. Otworzył ją. 

„Doggerel został porzucony przy drodze. Jesteście sobie potrzebni. To mój spóźniony, ale 

prawdziwy prezent świąteczny. Trisha”. 

– O, nie – mruknął. Miał nadzieję, że coś źle zrozumiał. – Tego by mi nie zrobiła. 
Otworzył   pudło   i   zajrzał   do   środka.   Wewnątrz   na   grubym   ręczniku   siedział 

najpaskudniejszy   kundel,   jakiego   Lassiter   kiedykolwiek   widział.   Miał   nieproporcjonalnie 
duże uszy, szerokie łapy i krótką sierść w czarne i białe łaty. Spojrzał na nich brązowymi 
oczami i zaskomlał, prosząc o wyjęcie z pudła. 

– Jaki słodki – stwierdziła Cindy. – Ma na imię Doggerel? – upewniła się. 
– Nie mam pojęcia – przyznał Lassiter, nadal nie wierząc własnym oczom. 
– Tak jest napisane na kartce – powiedziała Cindy, wyciągając psa i tuląc do siebie. – 

Wyrośnie na dużego psa. Wystarczy spojrzeć na łapy – powiedziała, chichocząc, bo szczeniak 
polizał ją w szyję. 

– Chcesz go? – spytał Lassiter. 
– Och, nie – odpowiedziała Cindy z uśmiechem. – W moim mieszkaniu jest za mało 

miejsca nawet dla mnie i moich dwóch kotów. 

background image

Wyciągnęła ręce z wychudzonym szczeniakiem w stronę szefa. 
– Wesołych świąt – powiedziała, jednak on nie wziął od niej psa. 
– Jest taki słodki – stwierdziła Cindy. – Jakaś okrutna świnia zostawiła go na śniegu, żeby 

zamarzł. 

– Pewnie jego matka – mruknął Lassiter. Cindy roześmiała się, uznając, że miał to być 

żart. 

–   Muszę   już   wracać   za   biurko.   Proszę   –   powiedziała,   podając   mu   psa.   –   Żegnaj, 

Doggerel. Szczęśliwego Nowego Roku. 

Lassiter   spojrzał   na   stworzenie,   które   trzymał   na   rękach.   Było   nim   wyraźnie 

zainteresowane.   Przyglądało   mu   się   z   językiem   zwisającym   z   jednej   strony   pyska.   Pies 
wyglądał, jakby się uśmiechał. 

– O, nie – ostrzegł go Lassiter. – Nie wyobrażaj sobie nawet, że będziesz spędzał długie, 

zimowe noce zwinięty przed moim kominkiem. Dobra pani, która cię znalazła, tym razem 
przekroczyła wszelkie granice. 

Godzinę później, gdy zapadł zmierzch, Lassiter stał przed drzwiami mieszkania Trishy. 

Zapukał, trzymając żywy prezent świąteczny pod pachą. 

– Kto tam?
– Co ty sobie wyobrażałaś? – powiedział, zamiast się przedstawić. Po kilku sekundach 

uchyliła drzwi i wyjrzała niepewnie. 

– A, to ty. 
– Jasne, że ja. Dużo ludzi przychodzi tu z pytaniem, co sobie wyobrażałaś?
– Dziś jesteś pierwszy. 
– Zadziwiasz mnie. Wpuścisz mnie wreszcie? Jest zimno, a twój prezent cały drży. 
Spojrzała na szczeniaka i nachmurzyła czoło. 
– Żeby to było od razu jasne – nie przyjmuję reklamacji ani zwrotów. 
Tak ci się tylko zdaje, pomyślał. 
– Słyszałeś? – spytała – Tak. Możemy już wejść?
Jedyny   pokój   w   mieszkaniu   Trishy   był   mały   i   przytulny.   Jeden   koniec   zajmowało 

wiekowe, metalowe, podwójne łóżko. Perrier wylegiwała się teraz dokładnie na jego środku. 
Uniosła na chwilę głowę. Uznała, że Lassiter nie stanowi zagrożenia, i wróciła do drzemki. 
Drugi   koniec   pomieszczenia   stanowiła   kuchenna   wnęka.   Zajmowała   ją   kuchenka, 
zlewozmywak   i   stara   lodówka.   Nad   zlewozmywakiem   wisiała   półka,   na   której   równo 
ustawiono talerze i naczynia. Środek ściany zajmowało okno, a pod nim niewielki stolik i 
cztery krzesła. Na przeciwległej ścianie wisiał dywan, o którym z dumą wspominała Trisha. 
Obok   stała   sofa,   dwa   fotele   i   stolik   do   kawy.   Choć   nic   nie   było   nowe,   wszystko   lśniło 
czystością. 

– Może usiądziesz? – zaproponowała, stając obok jednego z foteli. 
Miała na sobie sprane dżinsy, różowy, luźny sweter i grube szare skarpety zamiast kapci. 
– Może zrobić ci kawę lub herbatę?
– Może zupę dnia? – spytał, nie kryjąc złośliwości. 
– Pewnie myślisz, że to świetny dowcip. Ed rzeczywiście pozwala zabierać mi to, co 

background image

zostaje w garnkach. Jeśli chcesz zupę, możesz ją dostać. 

Pokręcił głową i usiadł na sofie. Wypuścił z rąk psa, który natychmiast zaczął dokładnie 

obwąchiwać wszystkie kąty. 

– Oddaję psa – oświadczył Lassiter. – To nie było zabawne. 
– Powiedziałam już, że nie przyjmuję zwrotów – stwierdziła, siadając na fotelu naprzeciw 

niego. 

– Daj spokój. Sama oddałaś wszystko, co ci podarowałem. 
–   Dobrze   wiesz,   że   to   były   prezenty   na   pokaz.   Długo   się   zastanawiałam   nad 

powierzeniem ci Doggereła. 

Jak na zawołanie pies wskoczył mu na kolana i zaczął się wygodnie układać. 
Trisha wskazała na niego. 
– Widzisz? Zwierzęta znają się na ludziach. On już cię kocha. 
– Po prostu szuka ciepłego miejsca. 
– Czyżby? Spójrz, gdzie położyłeś rękę. 
Ze zdziwieniem stwierdził, że oparł ją na chudym karku szczeniaka. 
– Podświadomie starasz się go chronić – powiedziała. Wzruszył ramionami i cofnął dłoń. 
– Nie żartuj. Ciężko westchnęła. 
– On potrzebuje domu, a ty chcesz czuć się potrzebny. – Nie mogę opiekować się psem. 

Cały dzień jestem w pracy. 

–   Słucham?   Masz   w   domu   służbę.   Jestem   pewna,   że   Doggerel   przetrwa   do   twojego 

powrotu, a wszystkie jego zachcianki zostaną spełnione. 

– Nigdy nie miałem psa i nadal nie chcę mieć. 
– Nie rozumiesz, że staram się pomóc? – spytała ze smutkiem. – Ten szczeniak da ci 

więcej szczęścia niż największe pieniądze. Nie przegap takiej okazji. 

– Ja? Dlaczego ty nie korzystasz z okazji? Proponowałem ci pożyczkę, szansę na zmianę 

życia. Odmówiłaś. 

– Dlaczego to zrobiłeś?
– Bo mam wobec ciebie dług. Pomogłaś mi w sprawie tego artykułu... 
Spojrzała na niego, czując łzy w kącikach oczu. 
– Uważasz, że zrobiłem to z innego powodu? Zmarszczyła brwi. Wyprostowała się, jakby 

doszła do wniosku, że musi powiedzieć coś ważnego. 

– Bo... bo mnie kochasz – powiedziała szeptem. Spojrzał na nią zaskoczony. Nie chciał 

dopuścić do siebie takiej myśli. Nie planował żadnej miłości. Musiał jakoś uwolnić się od 
tego problemu. 

– Nie chcesz mnie kochać – mówiła dalej, jakby czytała w jego w myślach. – Przecież 

najważniejsze są interesy. Musisz się ode mnie uwolnić. 

Spojrzał na nią. Łza spływała jej po policzku, potem następna. Co miał powiedzieć? Nie 

potrafił zaprzeczyć prawdzie. Kochał ją, choć od tygodni nie chciał się do tego przyznać. Nie 
potrzebował żadnej kobiety, psa, świętego Mikołaja czy czarodziejskiej różdżki. On, Lassiter 
Dragan,   był   chodzącym   sukcesem   i   niczego   nie   potrzebował.   Teraz   zmusił   się,   by 
odpowiedzieć Trishy chłodnym spojrzeniem. 

background image

Lassiter zacisnął zęby i nie odzywał się. Trisha siedziała w ciszy, patrząc na człowieka, 

któremu   próbowała   powiedzieć,   że   ją   kocha.   Powiedziała   głośno   to,   o   czym   od   dawna 
myślała. Teraz czuła się upokorzona, jakby błagała Lassitera o miłość. Jak mogła być tak 
naiwna? Przecież już go poznała wystarczająco dobrze. Doszła do wniosku, że nie da się go 
zmienić. 

Wstała, ominęła stolik do kawy i walcząc ze sobą, zrobiła najtrudniejszą rzecz w życiu – 

wyciągnęła rękę, by pożegnać się z nim ostatni raz. 

– Zdaje się, że ciągle się żegnamy – powiedziała cicho. – Jeśli zatrzymasz szczeniaka, 

spłacisz wszelkie długi wobec mnie. 

Nie spieszył się z pożegnalnym uściskiem dłoni. Trisha poczuła, że jeśli ta chwila potrwa 

dłużej, przestanie panować nad emocjami. Chwyciła jego dłoń. 

– Idź już, proszę – powiedziała, zmuszając go, by wstał. Uniosła Doggerela i podała mu 

go. 

– Nigdy się nie dowiem, czy zatrzymałeś psa. Rób, co uważasz za właściwe. 
Nie ruszył się, więc chwyciła go za łokieć i poprowadziła do drzwi. 
– Nie przychodź więcej – poprosiła i spojrzała na jego twarz. Ponuro zacisnął usta. 
– Zatrzymam psa – powiedział w końcu. 
Poczuła wdzięczność. Wreszcie usłyszała jedną dobrą wiadomość. 
– Dziękuję – szepnęła. 
– Kosztował cię pięćdziesiąt tysięcy dolarów i niespełnione marzenia. Mam nadzieję, że 

był tego wart. 

Zamknęła za nimi drzwi i usiadła na podłodze, przełykając łzy. 

background image

ROZDZIAŁ SZESNASTY

Lassiter   siedział   na   ulubionym   fotelu,   czytając   najnowszą   powieść   sensacyjną.   Stopy 

oparł   na   kanapie.   Ogień   płonął   na   kominku.   Jedno   ciągle   nie   dawało   mu   spokoju.   Nie 
wiedział,   o   co   chodzi   w   powieści.   Nieustannie   marzył   o   Trishy.   Do   diabła!   Zawsze 
panowałem na emocjami, pomyślał. Dlaczego tym razem było inaczej? Coś wylądowało na 
jego udach. Doggerel oparł łapy, domagając się zainteresowania. 

– Czego chcesz? – spytał ostro. – Myślisz, że mam mało kłopotów i bez ciebie?
Szczeniak zareagował na jego oschły ton, chowając się pod stolikiem. 
Lassiter usłyszał ciche chrząknięcie z okolic drzwi. Uniósł wzrok. 
– Tak, Marvin?
Siwowłosy kamerdyner podszedł bliżej. 
– Chodzi o psa. Pani Dragan i ja rozmawialiśmy któregoś dnia na temat uratowanych 

zwierząt. 

– Nie nazywaj jej panią Dragan. Przecież nią nie jest – mruknął Lassiter, choć niezupełnie 

miał rację. Ostatnio był bardzo zajęty i nie załatwił wszystkich formalności w tej sprawie. 

– Cóż, pani Trisha powiedziała mi, że zwierzęta, które były źle traktowane, mogą bać się 

podniesionego głosu. Prawdopodobnie ktoś na nie krzyczał i bił je. 

– Bił? – Lassiter uniósł brwi. Myśl, że ktoś mógł bić tak łagodne zwierzę jak Doggerel, 

była dla niego szokiem. 

Spojrzał na psa schowanego pod stolikiem. Jego smutne oczy prosiły o odrobinę uczucia. 

Lassiter poczuł się jak sadysta. Ukląkł, a potem położył się na brzuchu, żeby zajrzeć psu w 
oczy. 

– Cześć. Nie wiedziałem, że... przepraszam cię. W porządku?
– Niech pan spróbuje najpierw wyciągnąć rękę, żeby mógł pana powąchać – zasugerował 

Marvin. 

– Słusznie. 
Wsunął dłoń pod stolik. 
– W tym domu nikogo się nie bije, kolego. Przepraszam, że podniosłem głos. Nigdy już 

tego   nie   zrobię   –   zapewnił.   Pomyślał,   że   znalazłoby   się   sporo   ludzi,   którym   powinien 
powiedzieć to samo. 

Pies bez wahania polizał mu palce. 
– Hej, widzę, że nie potrafisz długo się gniewać – powiedział i spojrzał na kamerdynera. – 

Dziękuję, Marvin. 

Starszy pan uśmiechnął się. 
– Bardzo proszę. Czy jeszcze coś mógłbym dla pana zrobić?
Lassiter spojrzał na szczeniaka i nachmurzył się. 
– Czy Trisha powiedziała, jak wyciągnąć go spod stolika?
– Myślę, że może pan wziąć go na ręce. 
– Całkiem logiczne – przyznał Lassiter. – Chodź, kolego. Nie musisz się chować. 

background image

Wstał, trzymając psa na ręku. 
– Jak sądzisz, co powinienem teraz zrobić? Chodzi mi o to, jak można przeprosić psa... 
Czuł   się   trochę   głupio.   Zarabiał   wielkie   pieniądze,   ale   nigdy   nie   opiekował   się 

zwierzęciem. 

– Nie wiem, proszę pana. Może ucieszyłby się, siedząc panu na kolanach, gdy będzie pan 

czytał. Co prawda niektórzy uważają, że psy powinny przebywać wyłącznie na podłodze. 

– Rozumiem – stwierdził Lassiter, drapiąc szczeniaka za uszami. – Jak myślisz, co Trisha 

by powiedziała?

Marvin uśmiechnął się. 
– Na pewno byłaby zadowolona, proszę pana. 
Lassiter   skinął   głową.   Usiadł   powoli   na   fotelu,   oparł   nogi   na   kanapie   i   zajął   się 

czytaniem.   Spod   oka   obserwował   psa.   Ten   najpierw   stał,   patrząc   na   swojego   pana.   Gdy 
przekonał się, że wszystko jest w porządku, zwinął się w kłębek na jego udach, a łeb oparł mu 
na piersi. Przez chwilę przyglądał się twarzy pana. Potem wydał z siebie długie westchnienie. 
Lassiter   poczuł   ucisk   w   sercu.   To   westchnienie   było   jak   obietnica   miłości,   lojalności   i 
wdzięczności. 

Lassiter delikatnie sięgnął po książkę. Po chwili zerknął na szczeniaka. Pies zamknął oczy 

i zasnął. Lassiter uśmiechnął się do siebie. 

Trisha   często   kontaktowała   się   z   Jane.   Dzięki   temu   dowiedziała   się   jako   jedna   z 

pierwszych,   że   wkrótce   po   artykule   o   Trishy   i   Lassiterze   para   reporterów   złożyła 
wymówienie.   Postanowili   wspólnie   zrealizować   marzenia.   Reggie   zajął   się   fotografią 
przyrody. Jane podróżowała z nim, pisząc sztuki teatralne. 

Trisha przyznała im się do „chwilowego małżeństwa” z Lassiterem. Nie obrazili się, że 

zostali wykorzystani.  Natomiast  ubolewali, że ten pozornie doskonały związek nie istniał 
naprawdę.   Ich   niewinne   uwagi   na   temat   tak   zgranego   małżeństwa   były   trudne   do 
zapomnienia. Po prostu mieli rację. Natomiast Lassiter nie potrafił zrozumieć, że większość 
związków nie była odmianą nieudanego małżeństwa jego rodziców. Trisha miała nadzieję, że 
przynajmniej poczciwy Doggerel sprawi Lassiterowi wiele radości. 

Na   walentynki   Trisha   i   Perrier   leciały   samolotem   w   góry   Adirondack   w 

północnowschodniej części stanu Nowy Jork. Celem była leśna kaplica. Trisha została tam 
zaproszona jako druhna na ślub Jane i Reggiego. Lot był  przyjemny.  Na miejscu czekał 
samochód z kierowcą. Trisha, chcąc nie chcąc, miała sporo czasu na rozmyślania. Kierowca 
odpowiadał monosylabami, a radio w dżipie grało za głośno, by rozmawiać. Wspinali się 
ośnieżoną   drogą,   mijając   kolejne   strumienie,   lasy   i   łąki.   Wreszcie   zatrzymali   się   przed 
niewielką kaplicą w środku leśnej doliny. Cała okolica tonęła w śniegu. 

Kierowca otworzył przed nią drzwi. Z Perrier na ręku ruszyła kamienistą ścieżką. Obok 

kaplicy stały jeszcze dwa samochody terenowe. Jej kierowca wrócił do samochodu i zajął się 
czytaniem   książki.   Najwidoczniej   nie   należał   do   grona   zaproszonych   na   ślub.   Trisha 
postawiła Perrier na ścieżce i podeszła do drzwi. Otworzyły się jak na zawołanie. 

– Dzięk... – zaczęła zaskoczona i natychmiast stanęła jak wryta. 
Lassiter Dragan otworzył szeroko drzwi i uśmiechnął się szeroko. 

background image

– Cześć, Trisha – powiedział, jakby rozstali się przed chwilą. Otworzyła usta, lecz nic z 

siebie nie wydusiła. Ujął ją pod rękę i wprowadził do środka. – Miło cię widzieć – dodał. 

Zdobyła się na skinienie głową. Nie mogła zrozumieć, dlaczego nagłe zaniemówiła. 
Minęli cztery rzędy pustych ławek. Oprócz nich w kościele były jeszcze tylko trzy osoby 

– Jane, Reggie i pastor. Państwo młodzi uśmiechnęli się do nich. Wyglądali bardziej jak 
drwale niż młoda para. Byli w dżinsach i flanelowych koszulach. Jane miała wiązankę ślubną. 

– Jestem drużbą – wyjaśnił Lassiter. – Widzę po twojej minie, że nie wiedziałaś. 
– A ty wiedziałeś, że ja będę?
– Tak. Po prostu zapytałem. 
–  Cześć,   Trisha.  Wspaniale  wyglądasz   –  powiedziała   Jane,   obejmując   ją  i   całując  w 

policzek. 

– Dzięki. Nie uprzedziłaś mnie, że on będzie – szepnęła. 
– Bardzo ci przykro z tego powodu?
– Skądże – zapewniła Trisha. Jane wręczyła jej mniejszy z bukietów, które trzymała w 

ręku. – Pamiętaliśmy o bukiecie dla druhny. 

– Wystarczy, że zapłaciliście za mój bilet lotniczy. To był zbyt hojny gest. 
– Zależało nam, żebyś była z nami – wtrącił Reggie. – Jeśli kiedyś moglibyśmy coś dla 

ciebie zrobić, natychmiast daj znać. 

– Dzięki. Nawet nie wiecie, jak wiele to dla mnie znaczy – odpowiedziała z uśmiechem. 
Ceremonia   wkrótce   się   zaczęła.   Trisha   stanęła   za   Jane,   Lassiter   za   Reggiem.   Trisha 

musiała niebawem wracać do pracy. Bilet miała zarezerwowany na najbliższy lot. Teraz stała 
zbyt blisko Lassitera. Niechcący otarli się o siebie kilkakrotnie. Czuła zapach jego wody po 
goleniu, choć starała się o nim nie myśleć i skupić wyłącznie na uroczystości. 

Odniosła   wrażenie,   że   Lassiter   nadal   jest   tak   jak   dawniej   zapatrzony   w   siebie   i 

zdobywanie pieniędzy. Miała ochotę poprosić go, by wziął ją w ramiona i szepnął, że jest już 
zupełnie kimś innym. Były to tylko szalone marzenia, zupełnie oderwane od rzeczywistości. 

–   Dokąd   wyjeżdżacie   na   miesiąc   miodowy?   –   spytała,   gdy   pastor   ogłosił   koniec 

ceremonii. 

–  Wynajęliśmy  domek   niedaleko  stąd  –  powiedziała   Jane,  obejmując  Trishę.   –  Będę 

pisała sztukę, a Reggie zrobi mnóstwo zdjęć okolicy. Natomiast na wiosnę chcemy wynająć 
mały domek w pobliżu Wielkiego Kanionu. 

–  Widzę,  że   wiele   się  u  was  dzieje   –  powiedziała   Trisha.  Starała  się   nie  dostrzegać 

Lassitera, ale okazało się to niewykonalne. Ciągle był w zasięgu jej wzroku. 

–   Chcielibyśmy   zaprosić   was   na   obiad   do   naszego   domku   –   powiedziała   Jane.   – 

Przynajmniej tyle możemy dla was zrobić po podróży. 

– Bardzo bym chciała, bo tęskniłam za wami, ale jedyny lot do Kansas jest o trzeciej. 
Trisha chętnie posiedziałaby z nimi przez wiele godzin. Jednak prawdziwą tragedią była 

świadomość, że za chwilę rozstanie się również z Lassiterem. 

– Ed spodziewa się mnie rano w pracy, a jeśli nie zdążę na samolot... 
– Mógłbym cię podrzucić. Przyleciałem swoim – wtrącił Lassiter. 
Poczuła   dreszcz,   choć   starała   się   myśleć   racjonalnie.   Proponował   jej   podróż,   a   nie 

background image

dozgonną miłość. Podniosła na niego wzrok i zaniemówiła na chwilę. Trzymał na ręku psa. 
Zwierzę wyglądało znajomo. 

– Doggerel? – spytała z niedowierzaniem. Szczeniak bardzo urósł przez ostatni miesiąc, 

jednak rozpoznała go bez trudu. – To ty! – mówiła, obejmując jego pysk. – Nie wiedziałam, 
że tu jesteś!

–   Zdrzemnął   się   –   wyjaśnił   Lassiter.   –   Przedtem   biegał   przez   godzinę   po   śniegu   za 

plastikowym talerzem – mówił, drapiąc go za uszami. – To prawdziwy demon szybkości. 
Może zostanie mistrzem świata, o ile ja wytrzymam te treningi. 

Trisha wypuściła psa i spojrzała na Lassitera. 
– Gdy cię dziś zobaczyłam, pomyślałam, że świetnie wyglądasz. 
Uśmiechnął się. 
– Naprawdę? Dzięki – odpowiedział, stawiając psa na ziemi. Perrier nadbiegła, machając 

ogonem. Psy spędziły ze sobą tydzień, zanim Doggerel trafił do Lassitera. Teraz rozpoznały 
się natychmiast i witały jak prawdziwi przyjaciele. 

– Naprawdę bawisz się z psem? – spytała Trisha z niedowierzaniem. 
Wzruszył ramionami lekko zawstydzony. 
– Gdzieś czytałem, że szczeniaki muszą się dużo ruszać. No a skoro tak... 
Spojrzała na niego, nie dając po sobie poznać, że w środku aż podskakuje z radości. – 

Gdzie to wyczytałeś?

– W książce. 
– Tylko mi nie mów, że kupiłeś książkę o psach. 
–  A  jednak –  przyznał  i  roześmiał  się  głośno. Skrzyżowała   ręce  i  patrzyła   na niego 

badawczo.   Rzeczywiście   zmienił   się   przez   ten   czas.   Wreszcie   był   radosny   i   pogodny. 
Wskazał na nowożeńców. 

– Jaka decyzja w sprawie podróży? Będą szczęśliwi, jeśli jeszcze zostaniesz. Podobnie 

jak ja. 

– Słuchajcie – wtrącił Reggie. – Pastor Palmer i kierowca Trishy są sąsiadami. Może 

moglibyście  się  zamienić?  Pastor  pojedzie  samochodem  Trishy,  a ty,  Lassiter,  zabierzesz 
Trishę na lotnisko. 

– Jasne, żaden problem – powiedział Lassiter. – Zgadzasz się? – zwrócił się do Trishy. 
– Oczywiście. 
Jane i Reggie uściskali ją na pożegnanie. Z Lassiterem umówili się na później. Teraz 

pomógł  Trishy i Perrier  zająć miejsca  w wypożyczonym  samochodzie  terenowym.  Tylne 
siedzenia były złożone, żeby Doggerel miał więcej miejsca. Perrier dołączyła do niego. 

– Jestem zaskoczona, że te psy tak się polubiły. 
– Ten mały spryciarz wszystkich uważa za kumpli – roześmiał się Lassiter. – Można 

powiedzieć, że personel je mu ziapy. Któregoś wieczoru po powrocie do domu zobaczyłem, 
że siedzi na kuchennym krześle, a na łbie ma czapkę szefa kuchni. 

– Mam nadzieję, że zrobiłeś mu zdjęcie? – spytała Trisha, chichocząc. 
– Chyba z dziesięć. 
– Musisz mi jedno dać. 

background image

– Umowa stoi, ale pod jednym warunkiem. – Jakim?
Zatrzymał samochód na poboczu. 
– Zostań – powiedział, odwracając się do niej. – Wrócimy wieczorem. 
Nie była to propozycja małżeństwa, ale Trisha zyskiwała sporo czasu, żeby pobyć w jego 

towarzystwie. Zmienił się, był serdeczniejszy niż dawniej i na pewno pokochał psa. Jednak 
czy to wystarczająca zmiana?

– Wiesz, myślę, że jednak nie... 
– Podobno zaprosiłaś ojca na obiad – wtrącił. Poczuła się trochę zakłopotana. Głównie z 

powodu niechęci do ojca, z jaką obnosiła się w czasie świąt. Dopiero obiektywne spojrzenie 
Lassitera sprawiło, że zaczęła inaczej to oceniać. 

– Cóż, zaopiekowałeś się Doggerelem, więc ja też poszłam na ustępstwa. 
– Sawyer jest bardzo szczęśliwy z tego powodu – powiedział Lassiter. – To był piękny 

gest. Znów stał się częścią twojego życia. 

Nie wiedziała, co powiedzieć. Zaskoczył ją niespodziewanym komplementem. 
– Nie zamierzasz zostać, więc w czasie jazdy opowiem ci o paru sprawach. 
– Zdaje się, że nie jedziemy – zauważyła, spoglądając na zegarek. Mieli jeszcze mnóstwo 

czasu. Skrzyżowała dłonie na kolanach i spojrzała na niego. 

– Rzeczywiście – przyznał, pochylając się w jej stronę. – Otworzyłem w firmie nowy 

dział. Ma pomagać realizować marzenia ludziom takim jak ty. 

Spojrzała zdumiona. Lassiter skakał z tematu na temat, zadziwiając ją coraz bardziej. 
– Oferujemy pożyczki osobom otwierającym drobne firmy. Umiarkowane marzenia, jak 

twoja firma zajmująca się zwierzętami, są dla nas równie cenne jak wielkie przedsięwzięcia. 
Wymyśliłem coś, co nazwałem na razie Dniami Troski. Pracownicy mają do wykorzystania 
określoną liczbę płatnych dni na pracę charytatywną. 

Spojrzała na niego. Oczy błyszczały mu z przejęcia. Widać było, że naprawdę cieszył się 

z tego, co robił. 

– Następny domek wolontariusze zbudują z mojego drewna – pochwalił się jeszcze. – Od 

czasu, gdy ostatnio się widzieliśmy, wiele myślałem na temat rodziny, domu, marzeń. 

– Zrobiłeś mnóstwo wspaniałych rzeczy. 
– Cieszę się, że tak myślisz. Udowodniłaś mi, że w rodzinie nie musi panować chłód i 

obojętność. Opowiadałaś o mamie. Zrozumiałem, że rodzina może niczego nie posiadać, ale 
miłość   pozwala   przetrwać   najcięższe   chwile.   Chciałbym   ofiarować   ci   teraz   prawdziwy 
prezent świąteczny. 

Rozejrzała się niepewnie. Nie zauważyła  żadnego pakunku. Ujął jej dłoń i delikatnie 

pocałował palce. 

– Chciałbym ofiarować ci miłość – powiedział cicho. – Bezinteresowną i bezwarunkową. 

Pewien szczeniak nauczył mnie wiele w tej dziedzinie. 

Siedziała zaskoczona. Usłyszała słowa, o których marzyła, ale ciągle nie mogła w nie 

uwierzyć. 

– Dwa miesiące temu mówiłeś, że rodzina nie ma wielkiej wartości. Zmieniłeś zdanie?
Spojrzał jej w oczy. 

background image

–   Z   twojego   powodu.   Potrafisz   zamienić   kawał   lodu   w   wulkan   uczuć.   Powinnaś 

powiedzieć, że już mi o tym mówiłaś. Kochałem cię już wtedy, gdy odwiedziłem cię w twoim 
mieszkaniu. Jednak zajęło mi trochę czasu, zanim zdałem sobie z tęgo sprawę. 

Trisha nie mogła uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Czyżby cuda się zdarzały? Lassiter 

Dragan był zupełnie innym człowiekiem. 

– Muszę ci się przyznać jeszcze do jednej sprawy – powiedział. – Nigdy nie wypełniłem 

dokumentów dotyczących naszego rozwodu. Nadal jesteśmy małżeństwem. 

– Słucham?
– Próbowałem, ale nie potrafiłem się zmusić, żeby pożegnać się z kobietą, która nauczyła 

mnie cieszyć się życiem. 

– Naprawdę jesteśmy małżeństwem?
– Próbowałem to zmienić. Możesz mi wierzyć. Jedynym wytłumaczeniem jest fakt, że cię 

kocham. 

Przysunął się bliżej i pocałował ją. 
–   Nie   dziwię   się,   że   jesteś   zaskoczona.   Wybacz   mi.   Jednak   bez   ciebie   czuję   się 

zagubiony. 

– Tak, jestem zaskoczona. Natomiast nie mam ci czego wybaczać. Kocham cię i chcę być 

matką twoich dzieci. Chcesz mieć dzieci? – upewniła się. 

– Oczywiście. Może na następne Boże Narodzenie?
– To na początek – powiedziała, rumieniąc się. 
– W takim razie zostajesz? – spytał. 
– Jasne. Roześmiał się. 
– Mam dziwne uczucie, że Jane i Reggie zabawili się w swatki. Zrobimy im awanturę 

przy obiedzie – zażartował. 

– Koniecznie – poparła go. 


Document Outline