background image

Kot

 który 

się publiczności 

nie kłaniał 

Lilian Jackson Braun 

 

background image

tom 25. 

Kot, który się publiczności 

nie kłaniał 

Przełożył 

Bartosz Kuźniarz

 

background image

Tytuł oryginalny serii: The Cat Who... Series! 

Tytuł oryginału: The Cat Who Brought Down the House 

Tłumaczenie z oryginału: Bartosz Kuźniarz 

Projekt okładki: Aleksandra Mikulska 

Korekta: Maciej Korbasiński 

Skład: Elipsa Sp. z o.o. 

Copyright © 1966 by Lilian Jackson Braun 

Copyright © for this edition by Elipsa Sp. z o.o. 

ISBN 978-83-61226-65-9 

Elipsa Sp. z o.o. 

01-673 Warszawa, ul. Podleśna 37 

tel./fax +48 (22) 833 38 22 

Printed in EU 

INFORMACJE (0 22) 624 16 07

 

(od pn. do pt. w godz. 9.00-17.00)

 

background image

Spis treści: 

Spis treści: ...................................................................................................................... 4 

Rozdział pierwszy .......................................................................................................... 5 

Rozdział drugi .............................................................................................................. 13 

Rozdział trzeci .............................................................................................................. 20 

Rozdział czwarty .......................................................................................................... 25 

Rozdział piąty ............................................................................................................... 33 

Rozdział szósty ............................................................................................................. 40 

Rozdział siódmy ........................................................................................................... 46 

Rozdział ósmy .............................................................................................................. 54 

Rozdział dziewiąty ....................................................................................................... 64 

Rozdział dziesiąty ......................................................................................................... 74 

Rozdział jedenasty ........................................................................................................ 83 

Rozdział dwunasty ........................................................................................................ 91 

Rozdział trzynasty ........................................................................................................ 98 

Rozdział czternasty ..................................................................................................... 106 

Rozdział piętnasty ...................................................................................................... 112 

Rozdział szesnasty ...................................................................................................... 118 

Rozdział siedemnasty ................................................................................................. 125 

Rozdział osiemnasty ................................................................................................... 131 

Rozdział dziewiętnasty ............................................................................................... 137 

Rozdział dwudziesty ................................................................................................... 146 

Rozdział dwudziesty pierwszy ................................................................................... 153 

Rozdział dwudziesty drugi ......................................................................................... 161 

 

background image

Rozdział pierwszy 

 

Kim była Thelma Thackeray? 

Pierwszego dnia kwietnia brzmiało to jak primaaprilisowy żart. 

Bo czy ktoś o tym nazwisku mieszkał kiedykolwiek w Moose County, czterysta mil na 

północ od czegokolwiek? 

A  jednak  w  dziale  informacji  drobnych  „Moose  County  coś  tam”  stało  przecież  jak 

wół: 

POWRÓT W RODZINNE STRONY 

Thelma  Thackeray,  82  lata,  urodzona  w  Moose County,  wraca  w  rodzinne  strony  po 

pięćdziesięciu pięciu latach pracy w Hollywood. - Wracam do domu, aby umrzeć - oznajmiła 

wesoło - ale nie od razu. Najpierw chcę się trochę pobawić. 

Dalej  zaczynała  się  lista  spraw  mniejszego  kalibru:  Szeryf  kupił  lizak  świetlny,  aby 

ułatwić  funkcjonariuszom  zatrzymywanie  piratów  drogowych...  Komitet  Miejskiego  Piękna 

zdecydował  się  na  różowe  petunie  do  kwietników  przy  Main  Street...  W  piwnicy  szkoły 

podstawowej Black Creek znaleziono lochę, która zbiegła z ciężarówki przy Sandpit Road. 

Główna  wiadomość  natychmiast  obiegła  pocztą  pantoflową  całe  miasteczko.  W 

kawiarniach, na ulicach i ponad płotami podwórek przekazywano sobie tę samą wiadomość: 

„Gwiazda z Hollywood będzie mieszkać w Pickax!” 

background image

Jim Qwilleran, felietonista miejscowej gazety, pracował właśnie w domu, gdy zaczął 

dzwonić  jego  telefon:  „Kim  była  Thelma  Thackeray"?...  Czy  to  naprawdę  gwiazda 

filmowa?... Czy prasa wiedziała więcej, niż starała się przekazać czytelnikom?” 

-  To  brzmi  jak  głupi  dowcip  -  udzielał  zwięzłej  odpowiedzi.  Pamiętał  dobrze 

primaaprilisowy  figiel,  który  jego  redakcyjni  koledzy  spłatali  rok  temu  pracownikom 

„Lockmaster  Ledger”.  Zadzwonili  z  informacją,  że  zdobywcę  Potrójnej  Korony  potajemnie 

wycofano z udziału w kolejnych gonitwach i przeniesiono w stan spoczynku do stadniny w 

Lockmaster.  Reporterzy  „Lockmaster  Ledger”  spędzili  tydzień,  usiłując  potwierdzić  tę 

rewelację. 

Ciekawość  Qwillerana  została  jednak  rozbudzona.  Zadzwonił  do  młodego  redaktora 

Juniora Goodwintera i zażądał surowo: 

- Kto jest źródłem informacji o Thelmie Thackeray? 

- Sama do nas zadzwoniła - z Kalifornii. Czemu pytasz? Niepokoi cię to? 

-  Oczywiście!  Nazwisko  brzmi  dziwnie!  A  uwaga  o  zabawie  przed  śmiercią  jest 

stanowczo zbyt frywolna jak na osobę w jej rzekomym wieku. 

- Co zatem, Qwill? 

-  Zatem  to  kawał  tych  gości  z  Lockmaster,  w  odwecie  za  dowcip  z  koniem  sprzed 

roku. Są jakieś reakcje ze strony czytelników? 

-  Jasne!  Telefon  w  redakcji  nie  przestaje  się  urywać!  I,  do  diaska,  Qwill!  Być  może 

Thelma Thackeray naprawdę istnieje! 

- Chcesz się założyć? - mruknął Qwilleran, odkładając słuchawkę. 

Qwillerana  dopadła  nagła  ochota  na  kawałek  szarlotki  Lois  Inchpot  i  postanowił 

przespacerować się do zapyziałej jadłodajni w centrum, w której zawsze można było liczyć na 

sensowne jedzenie za sensowną cenę, otrzymując na deser najświeższą porcję plotek. Sama 

Lois  była  piersiastą,  apodyktyczną  i  pracowitą  kobietą  cieszącą  się  dozgonnym  zaufaniem 

swoich klientów. Gdy potrzebowała nowego ekspresu do kawy, klienci zorganizowali na ten 

cel  spontaniczną  zbiórkę,  gdy  ściany  w  sali  obiadowej  wymagały  malowania,  bez  wahania 

zaproponowali swoje usługi. 

Qwilleran wszedł do baru. W jego wnętrzu świeciły pustki. Krzesła leżały na blatach, 

a Lois zamiatała przed kolacją. 

- Za wcześnie na kolację! Za późno na kawę! - ryknęła. 

- Gdzie twój chłopak na posyłki, Lois? 

background image

Jej syn, Lenny, zazwyczaj pomagał w przygotowaniach do kolacji. 

-  Szuka  pracy!  Obronił  licencjat  w  college'u  i  chciałby  pójść  na  jeden  z  tych 

uniwersytetów na Nizinach, ale są za drogie. Więc szuka pracy. 

- Powiedz Lenny'emu - odparł Qwilleran po krótkim namyśle - żeby złożył podanie o 

stypendium do Fundacji K. Wstawię się za nim. 

Chłopak nie dał się złamać osobistej tragedii, zmowie i zdradzonemu zaufaniu. 

- Jakie chcesz ciasto? - spytała zmienionym tonem. 

- Szarlotkę - odparł - i daj mi tę miotłę. Skończę zamiatać, a ty zaparz kawę. 

Zamiatający podłogę mężczyzna w średnim wieku zostałby rozpoznany w dowolnym 

miejscu na terenie trzech okręgów jako James Mackintosh Qwilleran. Pod nosem kręcił mu 

się  szpakowaty  wąs  o  wspaniałych  proporcjach,  a  jego  zdjęcie  towarzyszyło  rubryce 

„Piórkiem  Qwilla”  w  każdy  wtorek  i  piątek.  Był  cenionym  dziennikarzem  w  największych 

miastach  kraju;  potem  odziedziczył  ogromny  majątek  Klingenschoenów  w  Moose  County  i 

osiedlił się na północy. Z przyczyn osobistych przekształcił majątek w instytucję filantropijną. 

Fundacją  Kilngenschoenów,  popularnie  zwaną  Fundacją  K,  zarządzali  eksperci  z  Chicago, 

gdzie Qwilleran cieszył  się sławą najbogatszego człowieka w północnej części Środkowego 

Zachodu. W okolicach Pickax nazywano go panem Q. 

Lois  wróciła  w  końcu  z  kuchni,  niosąc  dwa  kawałki  szarlotki  i  dzbanek  kawy; 

widelce, serwetki i kubki pomieściła w kieszeni fartucha. Usiedli we wnęce w pobliżu kuchni, 

aby  mogła  wykrzykiwać  instrukcje  do  gotującej  obiad  kobiety.  Sama  Lois  podawała  do 

stołów, inkasowała pieniądze i moderowała otwarty dla wszystkich talk-show, którego arenę 

stanowiły okoliczne stoliki. 

-  No  więc,  panie  Q  -  zaczęła  -  ominął  cię  tego  popołudnia  niezły  konkurs  oratorski. 

Wszyscy rozprawiają o przyjeździe gwiazdy filmowej do miasteczka. Myślisz, że będzie się 

tu stołować? 

Wciąż podejrzewając oszustwo, odparł wymijająco: 

-  Fakt,  że  mieszkała  w  Hollywood  przez  pięćdziesiąt  lat,  nie  robi  z  niej  jeszcze 

gwiazdy kina. Mogła być księgową, policjantką albo prezesem banku. 

Kimkolwiek jest - pomyślał - musi mieć kasę, skoro kupuje dom na Miłej. 

Lois wrzasnęła w kierunku kuchni: 

- Effie! Nie zapomnij rozmrozić sosu z żurawin!... Ale ciekawa rzecz, panie Q  - nikt 

sobie w tych stronach nie przypomina Thackerayów. 

- Trzeba sprawdzić, czy jest spokrewniona z Williamem Makepeace'em Thackerayem 

- zażartował. 

background image

- Nie znam takiego. Co robi? 

- To pisarz, ale ostatnio niczego nie wydał. 

- I, Effie, dorzuć trochę przyprawy czosnkowej do puree z ziemniaków! - ryknęła. 

- Brzmi smakowicie - rzekł Qwilleran. - Wziąłbym z chęcią indyka na kolację. 

Lois krzyknęła: 

- Effie! Przygotuj opakowanie na wynos dla pana Q  - i dorzuć trochę mięsa dla jego 

kotów. 

-  Swoją  drogą  -  odezwał  się  -  o  co  chodzi  z  tym  ruchem  na  sąsiedniej  ulicy? 

Ciężarówki jeżdżą jak najęte. 

-  Wyprowadzają  się!  -  powiedziała.  -  Krzyżyk  na  drogę!  Po  co  komu  taki  sklep  w 

centrum? 

Zaczekał na swoje „opakowanie” i udał się na róg ulicy Kościelnej i Sosnowej, gdzie 

do  ciężarówek  ładowano  wielkie  kartonowe  pudła,  wywożąc  je  w  bliżej  nieokreślonym 

kierunku. Napisy na pudłach informowały o ich zawartości: lodówki, zmywarki, kuchenki i 

telewizory. 

Zwrócił się do człowieka zawiadującego załadunkiem: 

- Albo się przenosicie, albo trafiliście w tym tygodniu na niezłego klienta. 

-  Mamy  nowy  budynek  przy  Sandpit  Road  -  stalowa  hala  z  prawdziwym  dokiem 

załadunkowym. Dużo miejsca dla ciężarówek. 

Gmach, z którego się wynosili, stanowił spiętrzoną masą kamieni wciśniętych między 

fasady sklepów o znacznie krótszym rodowodzie. Musiał mieć ponad sto lat. Kamieniołomy 

okręgu pracowały wówczas pełną parą, a Pickax pięło się w górę w glorii sławy Kamiennego 

Miasta.  Dopiero  teraz  zdał  sobie  z  tego  sprawę.  W  bocznych  murach  brakowało  okien,  a 

frontowe wejście zabito dechami. Wąsacz przeszedł na drugą stronę ulicy i po raz pierwszy 

zadał  sobie  trud,  by  przyjrzeć  się  architekturze  budynku:  cztery  kolumny  podpierały 

kamienny fronton, na którym wyryto prosty napis OPERA. 

Zauważył,  że  także  mniejsze  budynki  po  obu  stronach  gmachu  zostały  opuszczone. 

Coś się zaczynało dziać w centrum Pickax! 

Qwilleran wrócił do domu w przebudowanym składzie na jabłka, równie starym co budynek 

opery.  Ośmioboczny,  wysoki  na  trzynaście  metrów  dom  stał  na  podbudówce  z  polnych 

kamieni,  a  jego  ściany  pokrywał  szalunek  z  sezonowanego  drewna.  Działka  zajmowała 

zalesiony teren na obrzeżach miasta. Wjeżdżając na podwórko, wąsacz czuł na sobie wzrok 

background image

dwóch  czujnych  kotów  przyglądających  mu  się  niecierpliwie  z  kuchennego  okna.  Były  to 

postawne syjamczyki o jasnopłowej sierści i smukłych łapach. Ich uszy i  maski wokół oczu 

miały  barwę  pieczęci  z  laki,  a  ogony  sprężystość  bicza.  No  i  miały  nieziemsko  niebieskie 

oczy. 

Yum Yum była zalotną małą kobietką, która mruczała, ocierała się o kostki i błagalnie 

wlepiała  w  Qwillerana  ślepia  z  nutką  fioletu.  Wiedziała,  jak  dostać  to,  na  czym  jej  zależy, 

naturę miała na wskroś kocią... Koko był za to stupięćdziesięcioprocentowym kotem. Smukły, 

gibki  i  umięśniony,  miał  najbardziej  niebieskie  z  niebieskich  oczu,  w  których  pobłyskiwała 

inteligencja, a oprócz niej coś jeszcze - niebywała intuicja. Zdarzały się sytuacje, w których 

kocur  znał  odpowiedź,  zanim  Qwilleran  zdążył  postawić  pytanie.  Jego  prawdziwe  imię 

brzmiało Kao K'o-Kung. 

Gdy  Qwilleran  wszedł  do  składu,  Yum  Yum  ucieszyła  się  perspektywą  posiłku  z 

indyka. Koko bardziej zajmowała automatyczna sekretarka; czekała na niej nowa wiadomość. 

Kobiecy głos informował: 

-  Qwill,  wychodzę  wcześniej  z  biblioteki  i  idę  na  obiad  do  klubu  ornitologicznego. 

Dziś  będzie  mowa  o  czarnogłówkach.  Zadzwonię  po  powrocie  do  domu  i  będziemy  mogli 

porozmawiać o Thelmie Thackeray. A bientôt

Nie przedstawiła się i nie było takiej potrzeby. Polly Duncan odgrywała w jego życiu 

główną  rolę  kobiecą.  Była  w  jego  wieku  i  tak  jak  on  interesowała  się  literaturą,  pełniąc 

obowiązki dyrektora biblioteki miejskiej w Pickax. Pierwsze, co go w niej zainteresowało, to 

jej muzykalny głos. Nawet teraz, słuchając wiadomości, poczuł przyjemny dreszczyk, który 

niemal usunął w cień znaczenie jej słów. 

Qwilleran podziękował Koko za to, że zwrócił mu uwagę na otrzymaną wiadomość, i 

zapytał  Yum  Yum,  czy  znalazła  jakieś  skarby  w  koszu  na  śmieci.  Mówienie  do  kotów,  jak 

sądził, wspaniale rozwija ich nieszablonowy intelekt. 

Mięso  z  indyka  zostało  posiekane  i  ułożone  na  dwóch  talerzach  pod  kuchennym 

stołem,  gdzie koty wchłonęły je z dzikim  animuszem.  Dłuższą chwilę zajęła im poobiednia 

toaleta. Im hojniejsza ofiara, tym dłuższe ablucje - wyrozumiale pokiwał głową wąsacz. 

Po czym głośno oznajmił: 

- „Strzała Belwederu” odjeżdża do wszystkich stacji docelowych na wschodzie! 

Yum Yum i Koko wskoczyły do płóciennej torby na ramię, którą odkupił od biblioteki 

w Pickax. Miała odpowiednią wielkość dla dziesięciu książek albo dwóch zaprzyjaźnionych 

kotów. 

background image

Belweder, czyli zabudowana ze wszystkich stron ośmioboczna altana, znajdował się w 

ptasim ogrodzie. Wieczorami syjamczykom dostarczały tu rozrywki ptaki i małe czworonogi, 

po  zapadnięciu  zmroku  powietrze  gęstniało  zaś  od  nocnych  woni  i  dźwięków.  Qwilleran 

posiedział chwilę w towarzystwie kotów i  wrócił  do środka, chcąc popracować jeszcze  nad 

rubryką „Piórkiem Qwilla”. 

Co jakiś czas odbierał telefony od przyjaciół chcących porozmawiać o znakomitości z 

Hollywood:  od  Pogodnego  Jimmy'ego,  meteorologa  stacji  PKX  FM;  od  Celii  Robinson 

O'Dell, jego ulubionej specjalistki od bankietów; od Susan Exbridge, sprzedawczyni antyków; 

od państwa Lanspeaków, właścicieli domu towarowego. 

W  pewnym  momencie  przerwał  mu  telefon  od  Lisy  Compton,  żony  dyrektora 

kuratorium. 

- Lyle i ja zastanawiamy się, czy wiesz, co się dzieje w budynku opery? 

-  Nie,  wiem  tylko,  co  się  z  niego  wynosi.  Może  zamierzają  sprowadzić  na  powrót 

Marka Twaina. Nie było go tutaj od 1895 roku. 

-  Wiem  -  powiedziała  Lisa.  -  Moja  babcia  piała  z  zachwytu  jeszcze  sześćdziesiąt  lat 

później.  Kochała  jego  wąs  -  tak  jak  i  twój,  Qwill.  Jego  poczucie  humoru  i  cięty  język 

doprowadzały  wszystkich  do  rozpuku!  Babci  najbardziej  spodobał  się  dowcip  o  krzyżówce 

człowieka  z  kotem:  Udoskonaliłoby  to  człowieka,  lecz  byłoby  wysoce  szkodliwe  dla  kota. 

Mówiła  mi,  że  powozy  zajeżdżały  przed  główne  wejście,  a  oblepione  klejnotami  damy  w 

futrach  wysiadały  w  towarzystwie  mężczyzn  w  cylindrach  i  operowych  płaszczach. 

Wyobrażasz to sobie - w Pickax, Qwill? 

- To było sto lat temu - stwierdził Qwilleran. - Wszystko się zmienia. 

-  Święta  racja!  Przed  pierwszą  wojną  światową  gospodarka  się  załamała.  Pickax 

zmieniło się niemal w miasto widmo, a operę zabito dechami. W latach dwudziestych, przez 

kilka lat, było tam kino. W czasie drugiej wojny gmach przejął rząd - cichutko i pod ścisłym 

nadzorem. Rodzina mówiła mi, że usunęli krzesła i wyrównali podłogę. 

- Losy starego gmaszyska - zauważył Qwilleran - toczyły się w kratkę. 

-  Tak,  od  tamtego  czasu  był  jeszcze  lodowiskiem,  salą  taneczną,  klubem  fitness,  a 

ostatnio hurtownią. Kto wie, co będzie teraz? 

- Jeśli czegoś się dowiesz, daj mi znać - powiedział. 

- Tak zrobię... Jak kociaki, Qwill? 

- W porządku. Jak Lyle? 

- Marudny. Znowu ma na pieńku z zarządem szkoły. 

background image

Gdy zadzwoniła Polly, Qwilleran raczył się porcją lodów. 

- Jak tam twoje spotkanie? - spytał. - Co jadłaś na kolację? 

-  Firma  „Robin-O'Dell”  przywiozła  mięso  w  cieście.  Transport  zawsze  szkodzi,  ale 

dało się przeżyć. 

- Dowiedziałaś się o czarnogłówkach czegoś, czego nie wiedziałaś wcześniej? 

-  Więcej  dyskutowano  o  tej  Thackeray  niż  o  ptakach!...  -  fuknęła  ze  złością.  -  Jedna 

sprawa wydała mi się za to całkiem interesująca. Na spotkaniu był agent nieruchomości, który 

sprzedał  jej dom; są z żoną miłośnikami ptaków. Z początku  nie chciał  nic mówić  - wiesz, 

taka  tam  zawodowa  dyskrecja  -  ale  po  paru  kieliszkach  wina  trochę  się  wyluzował. 

Powiedział,  że  dom  kupiła  w  ciemno,  po  otrzymaniu  zdjęć  i  specyfikacji...  Wzięli  Mavis 

Adams, aby zajęła się kwestiami prawnymi, i Fran Brodie, aby przygotowała nowy wystrój. 

Fran poleciała nawet do Kalifornii na konsultacje. 

- Wspominał, dlaczego potrzebny jej tak wielki dom? - spytał Qwilleran. 

- Twierdził, że nie wie. Warto by jednak porozmawiać z Fran, nie sądzisz? 

Udając  brak  zainteresowania,  bąknął  coś  pod  nosem  i  przypomniał  Polly,  że 

następnego wieczoru mają kolację z Rikerami. 

- Zrobiłem rezerwację w „Mackintosh Inn”. Spotykamy się tu, przy składzie, o szóstej. 

- Nie mogę się doczekać - powiedziała. - A bientôt

A bientôt

Zanim przetransportował koty z altany,  Qwilleran pstryknął  elektryczny  włącznik  i  wnętrze 

składu w jednej chwili rozświetliły strugi dolnego i górnego światła. Wzdłuż wewnętrznych 

ścian  ciągnęły  się  pochyłe  podesty  spinające  w  całość  trzypoziomową  galerię.  Pośrodku 

znajdował się gigantyczny biały piec w kształcie sześcianu z białym i sięgającym kopulastego 

sklepienia kominem. 

Koty  przez  chwilę  się  ociągały,  rozdarte  między  powabami  nocy  a  perspektywą 

późnowieczornej przekąski. Gdy tylko znalazły się w domu, wyskoczyły z torby i wbiegły na 

schody - Koko siedział Yum Yum na ogonie do samej góry. Na szczycie zawróciła i pogoniła 

go z powrotem na dół. Wąsacz zmierzył czas: trzydzieści siedem sekund na pełną pętlę. 

Następnie cała trójka wdrapała się na wielki fotel i wysłuchała płytowego wykonania 

Carmen. Koty za tym przepadały. Qwilleran lubił wszystkie utwory Bizeta. Czyż nie byłoby 

fantastycznie  -  pomyślał  -  gdyby  stare  gmaszysko  znów  zaczęło  gościć  zespoły  operowe! 

background image

Było  to  możliwe.  Wszystko  się  mogło  zdarzyć  w  Pickax,  czterysta  mil  na  północ  od 

czegokolwiek. 

background image

Rozdział drugi 

 

W środę, tuż przed pobudką, wąsaczowi śniła się stara opera. Elitę Pickax przywoziły powozy 

konne.  Wszystkie  miejsca  w  teatrze  zajmowali  miłośnicy  opery,  wyczekujący  niecierpliwie 

na  dźwięki  Tristana  i  Izoldy.  Wtedy  otworzył  oczy!  Syjamczyki  wykonywały  pod  jego 

drzwiami wagnerowski duet. 

Wąsacz wyskoczył z łóżka na równe nogi. 

- Diablęta! - wystękał. 

Koty pobiegły w kierunku podestu, on wybrał spiralne schody, skrótem schodzące w 

kierunku kuchni. 

Bezmyślnie  przygotował  kotom  śniadanie,  pochłonięty  dwoma  pytaniami,  z  których 

każde  posiadało  większy  ciężar  gatunkowy  niż  siekane  kurze  wątróbki.  Kim  była  Thelma 

Thackeray?  -  spytał  sam  siebie.  I  co  się  szykowało  w  budynku  opery?  Po  epizodzie  z 

hurtownią  AGD  stare  gmaszysko  mogło  już  tylko  awansować.  A  gdyby  tak  Fundacja  K 

przywróciła  mu  dawną  świetność!  Tylko  czy  ktoś  przyjdzie  na  odczyty  i  koncerty  w  epoce 

wideo i telewizji? 

W ekspresie zaparzył kawę o potrójnej mocy i podgrzał pieczywo. Następnie sięgnął 

po telefon. 

Najpierw  zadzwonił  do  „Studia  Dekoracji  Wnętrz  Amandy”,  mając  nadzieję,  że 

zastanie Fran Brodie. Pracowała jednak ciągle z klientką w Kalifornii. Z kolei Amanda była w 

ratuszu, pełniąc obowiązki burmistrza. Qwilleran przedstawił się, prosząc o kontakt, a nowa 

asystentka powiedziała: 

-  Ojej!  A  więc  to  pan  jest  panem  Q!  Mieszkam  w  Lockmaster,  ale  czytuję  pana 

rubrykę w „Coś tam” i jest super - naprawdę super! 

background image

Potem  zadzwonił  do  historyka  okręgu  z  pytaniem  o  rodzinę  Thackerayów.  Homer 

Tibbitt  miał  dziewięćdziesiąt  osiem  lat  i  mieszkał  ze  swoją  żoną,  Rhodą,  w  Ittibittiwassee 

Estates, wiejskiej posiadłości dla emerytów. Właściwie byli z Rhodą nowożeńcami. Żadne nie 

wzięło wcześniej ślubu i uznawano ich związek za romans stulecia. 

Rhoda  odezwała  się  swym  przemiłym  głosem  i  przekazała  słuchawkę  Homerowi, 

którego tembr uciekał w zdecydowanie wyższe rejestry, był jednak pełen wigoru. 

-  Jedyne,  co  wiem  o  rodzinie  Thackerayów,  to  to,  że  Milo  szmuglował  alkohol  w 

latach  trzydziestych.  Thornton  Haggis  będzie  miał  informacje  na  ten  temat.  Miał  kiedyś 

odczyt na spotkaniu towarzystwa historycznego  - wszystko o naszym sympatycznym okręgu 

w czasach prohibicji. 

Tak  więc  Qwilleran  zadzwonił  do  rezydencji  Thorntona  Haggisa.  Thorn  -  lubił,  gdy 

się tak do niego zwracano - był kamieniarzem w czwartym pokoleniu, obecnie na emeryturze 

po  wielu  latach  pracy  w  rodzinnej  firmie  kamieniarskiej.  Skończył  historię  sztuki  na 

uniwersytecie  na  Nizinach  i  teraz  poświęcał  swój  czas  społeczności  miejscowych  artystów. 

Jego  żona  doradziła  Qwilleranowi,  by  zadzwonił  do  Centrum  Sztuki;  Thorn  pomagał  przy 

wieszaniu nowej wystawy. 

W rzeczy samej telefon Qwillerana zastał ochotnika w połowie drabiny. 

-  Tak,  mogę  ci  powiedzieć  parę  słów  o  pijackiej  przeszłości  Moose  County.  Gdzie 

jesteś,  Qwill?  W  składzie?  Roboty  starczy  tu  jeszcze  na  pół  godziny,  potem  do  ciebie 

przyjadę. Zaparz trochę swojej śmiercionośnej kawy! 

Stanowiło przedmiot milczącej zgody, że Thornton przejmie niepłatne stanowisko historyka 

okręgu, gdy, jeśli w ogóle, swój urząd złoży Homer. Archiwum firmy kamieniarskiej sięgało 

wstecz  1850  roku,  czasów,  gdy  w  nagrobku  ryto  dłutem  imię  i  nazwisko  denata,  datę  jego 

narodzin i śmierci, przyczynę zgonu, jak również imiona żyjących członków rodziny oraz jej 

udomowionych  ulubieńców.  Za  skromną  opłatę  od  litery  wykuwano  również  żartobliwe 

sentencje. 

Gość Qwillerana miał na głowie szalony snop śnieżnobiałych włosów, widoczny bez 

trudu z odległości dwóch ulic. Gdy się pojawiał, syjamczyki zawsze popadały w szampański 

nastrój. 

- Czy to komplement? - pytał. - A może o coś mnie podejrzewają? 

- Kojarzą twoje nazwisko z czymś smacznym. Koty mają ciekawe pomysły na to, jak 

można do siebie dodać dwa i dwa - zasugerował wąsacz. 

background image

- Wstąpiłem po drodze do biblioteki i wygrzebałem tekst, który napisałem do kolekcji 

historii lokalnej. Ten sam, który wygłosiłem na spotkaniu Klubu Złotej Jesieni. Część z nich 

doprowadził do płaczu. 

-  Znakomicie!  Chodźmy  na  zewnątrz  do  altany  z  czymś  do  picia  i  możesz  mi  go 

przeczytać. Wezmę pudełko chusteczek. 

Przyjemne ciepło unosiło się w powietrzu - o tej porze dzikie stworzenia nie wznosiły 

się jeszcze na wyżyny swego natręctwa. Coś, co na tacy z napojami wyglądało jak czerwone 

wino, w rzeczywistości było wodą squunk z dodatkiem żurawinowego soku. Thorn mlasnął z 

aprobatą. 

- Mógłbyś to sprzedawać w sklepach! 

Qwilleran  włączył  swój  dyktafon.  Nagrana  opowieść  stała  się  później  częścią 

Opowieści z tej i nie z tej ziemi, zbioru miejscowych legend. 

MILO HODOWCA ZIEMNIAKÓW 

Milo  Thackeray  i  mój  dziadek  byli  dobrymi  przyjaciółmi.  Razem  grali  w  warcaby  i 

polowali  na  małe  drapieżniki  i  jelenie.  Polowanie  nie  było  wówczas  sportem.  Dla  wielu 

stanowiło  sposób  na  wyżywienie  rodziny.  Ciężkie  czasy  przyszły  do  Moose  County  w 

początkach dwudziestego wieku. Dopóki wydobywano tu surowce naturalne, w całym stanie 

nie było jednak bogatszego okręgu. 

Potem  zamknięto  fabryki,  pozbawiając  nadziei  na  pracę  całe  wioski;  lasy 

przetrzebiono;  nie  było  zbytu  na  wydobywany  lokalnie  kamień;  odkąd  wysokie  maszty 

szkunerów wyparły kominy parowców, przemysł stoczniowy wyniósł się gdzie indziej. Tysiące 

ludzi  uciekły  na  Niziny,  szukając  pracy  w  fabryce,  ci  zaś,  którzy  zostali,  wydawali  ostatnie 

pieniądze na ziemniaki i nagrobki. Milo uprawiał ziemniaki, a Gramps obrabiał kamienie. 

To  był  tragiczny  rok  dla  hodowcy  ziemniaków.  Jego  najstarszy  syn  jako  jeden  z 

pierwszych zginął na wojnie, dwoje młodszych dzieci nie przetrwało epidemii grypy, a teraz 

jego  żona  zmarła,  wydając  na  świat  bliźnięta,  Thelmę  i  Thurstona.  Stały  się  one  jego 

wybawieniem! Gramps stał przy nim, gdy Milo przysiągł, że zapewni dzieciom lepszy los niż 

ten, którego sam doświadczył. Do opieki nad bliźniętami przychodziła szwagierka, którą Milo 

ostatecznie poślubił. Całe jego życie miało ostatecznie przybrać dziwny obrót. 

W  1919  roku  weszła  w  życie  Ustawa  Volsteada  i  spragnieni  obywatele  zapewnili 

ogromny rynek dla producentów nielegalnych trunków. Milo dowiedział się jakimś sposobem, 

background image

że z ziemniaków można pędzić mocny alkohol. Gramps pomógł mu wybudować destylarnię i 

pomysł  chwycił!  Na  farmie  zaroiło  się  od  fordów  T  i  konnych  bryczek.  Na  nieszczęście  dla 

uradowanego  farmera  wkrótce  zjawili  się  również  urzędnicy  podatkowi.  Roztrzaskali 

destylator, a alkohol wylali na ziemię. (Do dziś utrzymuje się przekonanie, że to właśnie ich 

interwencji ziemniaki z Moose County zawdzięczają swój niezrównany smak). 

Milo się nie zraził! Jego bliźnięta dorastały szybko, on zaś złożył przecież przysięgę. 

Sto  mil  na  północ,  po  drugiej  stronie  jeziora,  znajdowała  się  Kanada,  słynąca  z 

doskonałej  whisky.  Na  wybrzeżach  Moose  County  pracowały  dziesiątki  rybaków,  którzy 

dostawali ledwie dwa centy za kilogram połowu. Milo zorganizował flotę szmuglerów, którzy 

pod  osłoną  ciemności  mieli  przewozić  whisky.  Wkrótce  na  północ  zaczął  ciągnąć 

nieprzerwany strumień fordów T, których właściciele wznosili się na wyżyny pomysłowości, 

wymyślając dla swoich pojazdów skuteczny kamuflaż. 

Biedny hodowca ziemniaków stał się bogatym przemytnikiem alkoholu. 

Transakcji  dokonywano  w  gotówce  i  Gramps  trzymał  latarnię,  gdy  Milo  zakopywał 

pieniądze na podwórku. 

W każdy weekend Milo zabierał swoją rodzinę i ich młodych przyjaciół do Lockmaster 

na  piknik  i  pokaz  ruchomych  obrazków,  jak  się  o  tym  wówczas  mówiło.  Tył  samochodu 

wypełniały dzieci siedzące na skrzyniach z kontrabandą. Milo nigdy nie poszedł na pokaz, a w 

drodze powrotnej nigdy nie było miejsc siedzących. 

W Moose County brakowało podobnej rozrywki. Bliźnięta prosiły ojca, by sprowadził 

ruchome obrazki do Pickax. 

Prohibicja  skończyła  się  w  1933  roku,  ale  hodowca  ziemniaków  mógł  już  wówczas 

rozpuszczać swoje bliźnięta. Kupił stary budynek opery, przez długie lata stojący odłogiem, i 

przekształcił  go  w  kino  „Pickax”.  Dał  dzieciom  pieniądze,  dzięki  którym  mogły  zająć  się 

wymarzonym zawodem. 

Bliźnięta  różniła  od  siebie  nie  tylko  płeć.  Thurston  był  wątłej  budowy  i  bardziej 

wrażliwy;  przepadał  za  psami  i  końmi  i  chciał  zostać  weterynarzem.  Milo  wysłał  go  na 

Uniwersytet Cornelia, gdzie uzyskał dyplom lekarza weterynarii. 

Thelma była wyższa i bardziej przysadzista; marzyła, by występować w filmach. Milo 

wysłał  ją  do  Hollywood  w  towarzystwie  matki  jako  przyzwoitki.  Nigdy  więcej  nie  zobaczył 

żadnej z kobiet. 

Thelma  zagrała  niewielkie  rólki  w  podrzędnych  filmach  i  zdecydowała,  że  woli 

gastronomię, grając pierwsze skrzypce we własnej restauracji. Milo najpierw sfinansował bar 

z  przekąskami  („Przekąski  Thackeray”),  a  potem  pierwszorzędną  restaurację  „U  Thelmy”. 

background image

Powodziło  jej  się  znakomicie.  Gdy  Milo  zmarł,  zapisał  swą  fortunę  Thurstonowi,  by  mógł 

założyć Klinikę Weterynaryjną Thackerayów, oraz Thelmie, by mogła spełnić swoje marzenie 

o prywatnym klubie obiadowym dla koneserów starego kina. 

Mila  pochowano  na  cmentarzu  na  wzgórzach  Hilltop,  Gramps  był  jedynym 

żałobnikiem. Wyrył na kamieniu nagrobnym napis, który zażyczył sobie jego przyjaciel: MILO 

HODOWCA ZIEMNIAKÓW. 

- Świetna historia! - pochwalił Qwilleran, wyłączając dyktafon. - Brat Thelmy jeszcze 

żyje? 

- Nie. Doktor Thurston zginął w wypadku mniej więcej rok temu. Krążyły plotki, że to 

morderstwo,  ale  nie  zostały  postawione  żadne  oskarżenia.  Niektórzy  twierdzili,  że  grupa 

hodowców  koni  usiłowała  kupić  klinikę  Thackerayów,  a  Thurston  nie  chciał  jej  sprzedać. 

Odkupili ją od majątku wkrótce po jego śmierci i zmienili jej nazwę. Nie czytuję „Lockmaster 

Ledger”,  więc  nie  znam  szczegółów.  Pomysł  z  morderstwem  wydawał  mi  się  jednak  bez 

sensu. 

-  W  każdym  razie  siostra  bliźniaczka  wraca  do  rodzinnego  miasta,  by  się  trochę 

„zabawić”, jeśli zaufać artykułowi z „Coś tam”. 

-  Żona  mi  wspominała.  Z  czego  tu  się  cieszyć?  Starsza  pani  najwyraźniej  za  długo 

poleżała na słońcu! 

Wąsacz starał się pozostać niewzruszony, zżerała go jednak ciekawość, by dowiedzieć 

się czegoś więcej na temat Thelmy Thackeray. Nie mógł się doczekać powrotu Fran Brodie z 

Kalifornii. 

Syjamczyki  wiedziały,  że  coś  się  święci  -  coś  ważnego,  lecz  niedającego  powodu  do 

niepokoju. Ich obiad podano wcześniej niż zwykle; na dodatek miski z orzechami na stoliku 

kawowym wypełniły się po brzegi, szklanki i butelki zaś zameldowały się na barowym blacie. 

Koty  obserwowały  przygotowania,  rezygnując  ze  swojej  tradycyjnej  przedpołudniowej 

medytacji w dobrze nasłonecznionym miejscu. 

Qwilleran  był  dumny  ze  swoich  barmańskich  umiejętności  i  zawsze  usługiwał 

gościom z poszanowaniem reguł sztuki. Tym razem zdecydował się na okrągłą tacę ze srebra 

o  żłobionym  brzegu  -  wzór  był  delikatny,  dawał  jednak  pewną  nadzieję  na  uniknięcie 

porównań  z  kołpakiem.  (Opłacalne  ryzyko,  gdy  się  nie  lubi  niczego,  co  zbyt  dekoracyjne). 

Pełno dziś było nowoczesnych tac z aluminium, nierdzewnej stali czy chromu i zdarzało mu 

background image

się serwować drinki także na nich, lecz srebro  miało  duszę. Nawet koty  rozumiały  różnicę. 

Wskoczyły na bar i przyjrzały się swoim odbiciom w wypolerowanej powierzchni. Taca była 

prezentem od dwójki jego młodych ulubieńców! 

O  godzinie  osiemnastej  Polly  Duncan  prosto  z  biblioteki  zameldowała  się  na 

podwórku składu. 

- Masz nową tacę! Całkiem ładna. Podoba mi się krawędź - jak w kruchym cieście. To 

antyk? Gdzie ją upolowałeś? 

-  To  coś  w  rodzaju  „dziękuję”  od  państwa  Bambów.  Poleciłem  Lori  i  Nicka,  gdy 

Fundacja  K  szukała  pary,  która  poprowadziłaby  pensjonat  „Nutcracker”.  Przeczytam  ci 

dedykację. 

Brzmiała  ona:  „Dla  Qwilla  od  pensjonatu  «Nutcracker»,  ostoi  wszystkich  z  dobrze 

pofalowanym sufitem”. 

Na  podwórku  zatrzymał  się  kolejny  samochód.  Rikerowie  przyjechali  prosto  z 

redakcji.  Mildred  zajmowała  się  rubryką  kulinarną;  Arch  był  redaktorem  naczelnym  i 

dozgonnym  przyjacielem  Qwillerana.  Dorastali  razem  w  Chicago  i  ich  przyjaźń  trwała  już 

wystarczająco długo, by mogli sobie dokuczać przy każdej nadarzającej się okazji. 

Mildred zauważyła nową tacę na barze. 

- Śliczna! Skąd ją masz? 

- To prezent. Cieszę się, że ci się podoba. 

- Nie jest zbyt stara - ocenił Arch, który uważał się za autorytet w dziedzinie antyków. 

- A poza tym to tylko srebrny talerz. 

-  Musi  wystarczyć  -  rzekł  Qwilleran  -  dopóki  nie  sprezentujesz  mi  na  urodziny 

osiemnastowiecznej tacy wykonanej przez rękodzielniczych mistrzów, a to już za miesiąc, na 

wypadek gdybyś miał ochotę zapomnieć. 

Gdy  podano  drinki  i  przenieśli  się  na  miękkie  sofy  wokół  kominka,  Arch 

zaproponował toast. 

-  Za  wszystkich  tych,  którzy  harują  w  pracy  od  dziewiątej  do  siedemnastej  -  oraz za 

tych, którzy piszą tygodniowo dwa felietony. 

Na ripostę autora rubryki „Piórkiem Qwilla” nie trzeba było czekać. 

-  Gdybym  nie  sklecił  swojego  tysiąca  słów  w  każdy  wtorek  i  piątek,  twój  nakład 

spadłby  o  pięćdziesiąt  procent.  Swoją  drogą,  szykują  się  jakieś  newsy  w  jutrzejszym 

wydaniu? 

background image

-  Tak  -  powiedziała  Mildred.  -  Dobre  wieści  w  rubryce  kulinarnej!  Przyjaciółka 

Dereka Cuttlebrinka i  jej dwóch braci  z Chicago  kupili  „Old Stone Mill”, który będzie miał 

teraz nową nazwę, nowego kucharza i nową kartę dań... no a Derek będzie menedżerem! 

Pozostała trójka zaczęła mówić jedno przez drugie. 

- Świetna wiadomość!... Najwyższy czas!... Nie ma to jak mieć bogatą dziedziczkę z 

Chicago za narzeczoną... Ciekawe, czy przestanie teraz rosnąć... Pamiętam go, jak miał metr 

dziewięćdziesiąt parę, był chłopcem na posyłki w restauracji i marzył, by zostać policjantem... 

Chłopak ma charyzmę!... Czekajcie tylko, jak jego wielbicielki się dowiedzą!... Jak się będzie 

nazywać ta nowa restauracja? 

-  „Grist  Mill”.  W  dawnych  czasach  farmerzy  przywozili  tam  swoją  pszenicę  i 

kukurydzę, by je zmielić na mąkę. 

-  Mam  nadzieję,  że  pozbędą  się  tej  atrapy  koła  młyńskiego!  -  zapalił  się  Arch.  - 

Podobno  strumień  napędzający  młyn  wysechł  pięćdziesiąt  lat  temu  -  ale  obracanie  koła  za 

pomocą silnika elektrycznego było pomylonym pomysłem! Te wszystkie buczenia, pomruki i 

mechaniczne  zgrzyty  przyprawiały  człowieka  o  niestrawność...  Doprowadzało  mnie  to  do 

szału! 

- O to nietrudno - zauważył uprzejmie Qwilleran. 

W czasie rozmowy syjamczyki trzymały się na uboczu i Mildred spytała: 

- A gdzie słodka mała Yum Yum? 

Znajdowała się pod sofą, ukradkiem dobierając się do sznurówek Archa. 

- A gdzie król Koko? - zapytał Arch. 

Koko  usłyszał  swoje  imię  i  wyrósł  jak  spod  ziemi,  defilując  sztywno  na  długich, 

eleganckich łapach. Zapewniwszy sobie na wyłączność uwagę zgromadzonych, poczęstował 

wszystkich po kolei wyniosłym spojrzeniem i opuścił pokój. 

- Czyż nie tak król beszta swoich podwładnych? - rzucił redaktor. 

Wyjeżdżając na kolację, towarzystwo znajdowało się w świetnym nastroju. 

background image

Rozdział trzeci 

 

Dawny  i  przygnębiający  hotel  „Pickax”  stał  się  obecnie  eleganckim  „Mackintosh  Inn”  -  z 

naturalnych  rozmiarów  portretem  Anne  Mackintosh  Qwilleran  w  lobby,  nowym  wnętrzem 

projektu  Fran  Brodie  oraz  krzesłami  w  szkocką  kratę  w  największej  sali  obiadowej.  Nosiła 

teraz nazwę sali Mackintoshów, a nowy szef kuchni uczynił z lokalu najlepszą restaurację w 

mieście. 

Nowemu  maitre  d'hotel,  który  mierzył  niecały  metr  osiemdziesiąt,  brakowało 

rozmachu  grubo  ponaddwumetrowego  Dereka  Cuttlebrinka,  wiedział  jednak,  że  gości 

Qwillerana należy posadzić przy najlepszym stoliku. 

Stanowili wesoły kwartet - w średnim wieku, zadowoleni z życia i czujący się dobrze 

w  swoim  towarzystwie.  Każde  z  nich  dźwigało  jednak  bagaż  życiowych  doświadczeń:  Jim 

Qwilleran  po  nieudanym  małżeństwie  popadł  w  alkoholizm  i  dopiero  cud  sprowadził  go  z 

powrotem na prostą drogę. Polly Duncan, owdowiała tragicznie w wieku dwudziestu pięciu 

lat,  nigdy  ponownie  nie  wyszła  za  mąż.  Mildred  Hanstable  Riker  tylko  wielkoduszność  i 

ciepłe  serce  pozwoliły  ujść  cało  z  tragicznej  sytuacji  rodzinnej.  Arch  Riker,  odchowawszy 

dzieci,  usłyszał  od  swej  pierwszej  żony:  „Wolę  być  samotną  sprzedawczynią  antyków  niż 

zamężną ich kolekcjonerką”. 

Zapoznawszy się z kartą dań, Arch oświadczył z przekonaniem: 

- Wezmę duży stek. 

-  Skarbie,  duży  stek  możesz  sobie  zamówić  w  tawernie  „Tipsy”  -  powiedziała  jego 

żona  dobrotliwym  głosem.  -  Mistrz  kucharski  Wingo  stwarza  ci  możliwość  poszerzenia 

smakowych horyzontów. Myślę, że bez większego ryzyka mógłbyś się zdecydować na schab 

marynowany  w  zalewie  czosnkowo-pieprzowej  z  karmelizowaną  cebulką  i  dodatkiem 

winnego octu. 

background image

Arch powiódł dokoła bezradnym wzrokiem. 

- Co bierze Qwill? 

-  Grillowaną  polędwicę  z  sarniny  z  wędzonym  boczkiem,  duszonym  strudlem  z 

kapusty i delikatnie blanszowanymi oregońskimi wiśniami - odpowiedział uprzejmie wąsacz. 

Panie  zamówiły  napoleonkę  z  owoców  morza  z  marchewkowymi  goferkami  i 

cytrynowym sosem beurre blanc

Na początek poprosili dla wszystkich o puree z dyni piżmowej w głębokich talerzach z 

przybraniem ze świeżych borówek. 

- Czyżbym wyczuwała twój wpływ, Mildred? - spytała Polly. 

- Powiedziałam Wingo, że smak czarnych borówek z Moose County otaczają legendy. 

Qwilleran  się  ożywił.  Gromadził  miejscowe  legendy  do  książki,  którą  planował 

zatytułować Opowieści z tej i nie z tej ziemi

- Coś, co pasowałoby do książki, Mildred? Chciałbym to nagrać. 

- Wspaniale! - odrzekła. - Przynieś swój dyktafon na otwarcie wystawy w niedzielę. 

- Co to za wystawa? - zainteresowała się Polly. 

-  Hafciarstwo.  Ale  nie  te  tradycyjne  kapy  na  łóżka,  które  mieliśmy  wcześniej.  Teraz 

będą  wzory  ścienne:  duże  i  małe,  obrazkowe  i  geometryczne.  Mówimy  o  tym  „Sztuka  na 

bliski  dotyk”,  zaraz  wyjaśnię  dlaczego.  Ileś  lat  temu  byłam  w  muzeum  w  Chicago,  chcąc 

przyjrzeć się fakturze pewnego płótna. Ochroniarz poklepał mnie po ramieniu i powiedział: 

„Proszę  się  cofnąć  na  odległość  pół  metra.  Oddychanie  na  obraz  jest  wzbronione”.  Cóż! 

Dzieła sztuki, które pokazujemy w niedzielę, są odporne nie tylko na oddech, ale i na dotyk 

zwiedzających.  Nie  trzeba  ich  zresztą  dotykać,  samo  patrzenie  sprawia,  że  człowiek  ma  w 

dołku sympatyczne uczucie. 

- Ciekawe! - powiedział Qwilleran, rozważając dalekosiężne konsekwencje „Sztuki na 

bliski dotyk”. - Trzeba będzie wywiesić tabliczki z napisem UMYJ RĘCE. 

Podano  przystawki  i  przez  chwilę  rozmawiali  o  kuchni.  Kelner  postawił  pośrodku 

stołu niewielki półmisek z ćwiartkami cytryny. 

- A to po co? - spytał Arch. 

-  Szef  Wingo  sądzi,  że  kilka  kropel  cytryny  dodaje  pikanterii  każdemu  posiłkowi, 

skarbie - wyjaśniła Mildred. 

-  Qwill  i  ja  używaliśmy  soku  z  cytryny  jako  niewidzialnego  atramentu  w  tajnej 

korespondencji... Pamiętasz to, Qwill? 

- W której to było klasie, w czwartej? 

background image

- Wydaje mi się, że w piątej. Uczyła nas pani Getz. - I znów to samo! - Polly zwróciła 

się do Mildred. 

W  trakcie  ich  spotkań  prędzej  czy  później  zawsze  pojawiała  się  anegdota  o 

chłopięcych szelmostwach dwójki dojrzałych panów. 

- Qwill, opowiedz nam o pani Getz i tajnej korespondencji - powiedziała Polly, udając 

przejęcie. 

- Arch i ja w tę i we w tę wymienialiśmy na lekcji świstki czystego papieru i pani Getz 

wiedziała, że coś majstrujemy, lecz nigdy nie odkryła tajemnicy naszego pisma. 

- Działa to tak - wtrącił się Arch - że moczy się bawełniany patyczek w soku z cytryny 

i  pisze nim na czystej kartce.  Nic nie  widać, dopóki  nie przytrzyma się  papieru nad  gorącą 

żarówką. Byle nie za blisko. 

Polly zadała pytanie: 

-  Czy  mogę  się  dowiedzieć  czegoś  więcej  na  temat  charakteru  wymienianych  przez 

was w czwartej klasie informacji? 

- W piątej - poprawił Arch. - To ogromna różnica. Qwilleran pogładził swój wąs,  co 

czynił zawsze, gdy próbował zebrać myśli. 

-  No  więc...  do  naszej  klasy  chodziła  dziewczyna  o  imieniu  Pauline  Pringle,  która 

miała bardzo brzydki trądzik. Któregoś dnia Arch podał mi swoją kartkę. Gdy wróciłem do 

domu i przytrzymałem ją nad żarówką, śmiałem się tak strasznie, że moja mama myślała, że 

dostałem jakiegoś ataku. Było w niej napisane: „Pauline Pryszcz bardzo cię lubi”. 

Arch zachichotał na to wspomnienie. Obie kobiety pozostały niewzruszone. 

- Następnego dnia - ciągnął Qwilleran - przesłałem mu wiadomość o nauczycielce. Jej 

twarz  robiła  się  od  czasu  do  czasu  mocno  czerwona  i  ocierała  sobie  brew  chusteczką.  Na 

kartce widniał napis: „Ręczniki sportowe pani Getz”. 

Kobiety jęknęły. Polly nie przywykła do szkolnego humoru; z kolei Mildred, mając za 

sobą  trzydzieści  lat  w  zawodzie  nauczyciela,  solidaryzowała  się  z  narażoną  na  wieloletnie 

męki panią Getz. Powiedziała: 

- Dranie! Na deser zasługujecie co najwyżej na cytrynowy sorbet. 

Cała czwórka zamówiła jednak słynny placek z jagodami szefa kuchni. Arch zażyczył 

sobie  do  swojego  ciasta  furę  lodów;  Polly  poprosiła  o  nieco  jogurtu;  Mildred  po  namyśle 

uznała, że ma ochotę na „krzynę” bitej śmietany. Gospodarz wieczoru pozostał przy samym 

placku. 

Zapytał jednak: 

- Czy wolno wiedzieć, co to takiego „krzyna”? 

background image

-  Coś  pomiędzy  ociupiną  i  ździebkiem  -  pouczyła  go  Mildred.  Popijając  kawę, 

wymieniali  uwagi  na  temat  zaplanowanego  na  przyszły  rok  święta  sto  pięćdziesięciolecia 

powstania Pickax. Arch brał udział w pierwszym zebraniu komitetu organizacyjnego. 

- Z przykrością muszę was zawiadomić - oznajmił - że Hixie Rice została wybrana na 

stanowisko przewodniczącego. 

- O rany! - powiedziała Mildred. 

- O Boże! - mruknęła Polly. 

Dyrektor  działu  promocji  „Moose  County  coś  tam”  była  pomysłową,  pełną  zapału  i 

niespożytej energii społeczniczką - z długą listą poniesionych nie z własnej winy porażek na 

koncie.  Przed  Festiwalem  Lodowym  nadeszła  odwilż,  Festiwal  Marka  Twaina  odwołano  z 

powodu  morderstwa,  a  wybory  kota  najbardziej  podobnego  do  Tipsy  skończyły  się  ogólną 

bijatyką (właścicieli, a nie zwierząt). Miasto wciąż zastanawiało się, co zrobić z piętnastoma 

tysiącami  znaczków  z  niedźwiedziem  polarnym,  które  zostały  zamówione  na  Festiwal 

Lodowy. 

Hixie jednak za każdym razem odbijała się od dna, zarażała ludzi swoim optymizmem 

i była wybierana, by stanąć na czele kolejnego fiaska. 

Nazajutrz  czekał  wszystkich  zwykły  dzień  roboczy,  więc  towarzystwo  rozeszło  się 

wcześnie.  Dla  Qwillerana  wieczór  jednak  się  nie  skończył.  W  domu  włożył  czystą  kartkę 

papieru do koperty i zaadresował ją do Archa, chichocząc cicho na myśl o reakcji przyjaciela. 

Mimo  podejrzeń  jego  stary  druh  z  pewnością  nie  powstrzyma  się  przed  ogrzaniem  kartki 

ponad  żarówką,  a  gdy  przekona  się,  że  jest  ona  pusta,  będzie  leżał  całą  noc,  snując 

scenariusze mrocznego odwetu. 

Następnego dnia Qwilleran wybrał się do miasta kupić „New York Timesa” i wstąpił 

do  studia  dekoracji  wnętrz,  w  którym  zawsze  można  było  liczyć  na  filiżankę  kawy  i 

najświeższe wiadomości. Powiedziano mu, że Fran wróciła już do Pickax, lecz zrobiła sobie 

dzień wolny. 

Jej  asystentka  próbowała  usilnie  stać  się  klonem  swojej  szefowej  -  począwszy  od 

ubioru, przez fryzurę, po sposób bycia. Była jednak bardziej gadatliwa. Nazywa się Lucinda 

Holmes  i  ma  chłopaka,  do  którego  ludzie  zwracają  się  „Doktorze  Watson”,  oznajmiła, 

chichocząc. Watson jest weterynarzem w Klinice Weterynaryjnej Whinny Hills. Leczyła tam 

kiedyś swego pełnej krwi wałacha i dwa angielskie foxhoundy. Uwielbiała jeździć konno na 

polowania.  Klinika  należała  kiedyś  do  Thackeraya.  Bardzo  się  zmieniła.  To  takie  smutne. 

Doktor  Thackeray  zginął  w  wypadku.  Krążyły  plotki,  że  to  samobójstwo,  a  może  nawet 

morderstwo. 

background image

- Doktor był krewnym klientki Fran? - spytał Qwilleran. 

-  Bratem  bliźniakiem.  Klientka  Fran  to  bardzo  ciekawa  osoba.  Byłam  u  niej  za 

pierwszym razem. Musiałyśmy z Fran wszystko dokładnie pomierzyć. Przywożą ze sobą cały 

dom  i  trzeba  było  ustalić  rozkład  pomieszczeń,  zanim  zjawią  się  tu  ludzie  z  firmy 

przewozowej. 

- A więc jesteś z Lockmaster. Jak trafiłaś do Pickax? 

-  Studiowałam  wzornictwo  w  Harrington  School  w  Chicago  i  pracowałam  przez 

chwilę w Lockmaster, ale nie uczyłam się niczego nowego. Przy Fran dowiedziałam się, jak 

przedstawiać pomysły klientom, jak wysłuchiwać ich własnych pomysłów i jak wpływać na 

ich zdanie, nie obrażając ich przy tym. 

Nad wejściem rozległ się dzwonek. Qwilleran osuszył do końca swój kubek i wyszedł, 

zostawiając Lucindzie możliwość przećwiczenia na kliencie świeżo nabytych umiejętności. 

Na automatycznej sekretarce w składzie migała czerwona lampka, lecz Koko nie zwracał na 

nią  najmniejszej  uwagi.  Miał  zwyczaj  odsiewania  mało  znaczących  rozmów  i  urządzania 

kociej muzyki, gdy uznał jakąś za ważną. 

Tym  razem  dzwoniła  Fran  Brodie.  „Jeśli  zaprosisz  mnie  na  drinka  -  mówiła 

gardłowym głosem - opowiem ci o Thelmie Thackeray. Tylko nie zapraszaj mnie na kolację. 

Jem  dziś  z  Dutchem  w  „Palomino  Paddock”.  Mam  nadzieję,  że  wiesz,  jak  przyrządzić 

margaritę. Zadzwoń po prostu i zostaw wiadomość: tak lub nie”. 

Qwilleran prychnął pod wąsem. Jasne, że potrafił przygotować margaritę - i całą resztę 

z podręcznika. Na studiach zarabiał na życie, stojąc za barem. 

Odezwał się do Yum Yum: 

- Zgadnij, kto przychodzi na drinka! 

Sierść na jej grzbiecie stała dęba, rozpoznała głos nagrany na sekretarkę. 

background image

Rozdział czwarty 

 

Qwilleranowski system wag i miar stanowił kolejny temat rubryki „Piórkiem Qwilla”. Pisał w 

niej: 

Daleko stąd do stacji benzynowej? „Rzut beretem”. 

Gdzie jest motel? „To raptem dwa kroki”. 

Życzy pan sobie jeszcze kawę? „Parę kropel”. 

Może szklaneczkę szkockiej? „Kapeńkę”. 

Ile ostrego sosu dodałeś do zupy? „Niedużo. Ociupinę”. 

Jak długo muszę jeszcze czekać na lekarza? „Raz-dwa i już będzie”. 

Jak szybko potrafisz przyszyć guzik? „W okamgnieniu”. 

Jak bardzo mnie kochasz? „Ponad miarę!” 

Składając kopię swojego tekstu w redakcji, Qwilleran powiedział: 

-  Miałeś  rację,  Junior;  Thelma  Thackeray  naprawdę  istnieje.  Stawiam  ci  lunch  w 

„Renniem”. 

- Znakomicie! Robiłem się już głodny!... Usiądź. Wracam migiem. 

Redaktor wybiegł z biura z wydrukiem w ręce. 

Zastanawiając  się  nad  różnicą  pomiędzy  sekundą  i  raz-dwa,  Qwilleran  spostrzegł 

złożoną  do  druku  stronę  działu  opinii,  na  której  jakiś  czytelnik  ciekawie  i  dobitnie 

przedstawiał w liście do redakcji swoje poglądy: 

background image

Do redakcji 

Moja  rodzina  wzięła  udział  w  niedawnym  zebraniu  otwartym  prezydium  okręgu. 

Chciałam,  aby  moje  córki  miały  okazję  przyjrzeć  się  pracy  lokalnego  rządu.  Dyskusja 

dotyczyła ważnej kwestii strefowania. Czy wolno mi zadać uprzejme pytanie, jakim językiem 

posługiwali  się  szacowni  członkowie  komisji?  Brzmiało  to  trochę  jak  Dziaberliada  z  „Po 

drugiej stronie lustra” - „Brzdęśniało już; ślimonne prztowie wyrło i warło się w gulbieży”. 

W  swym  trwożliwym  podziwie  dla  ich  dokonań  nie  byliśmy  osamotnieni.  Razem  z  resztą 

słuchaczy  zebraliśmy  się  po  zebraniu  na  schodach  sądu  i  postanowiliśmy  przekazać 

wiadomość  naszym  demokratycznie  wybranym  przedstawicielom:  „Zmimszałe  ćwiły 

borogovie i rcie grdypały z mrzeży”. 

Mavis Adams „HBB & A” 

Junior wrócił, gotowy na darmowy lunch na koszt przyjaciela, i poszli do kawiarni „U 

Renniego” w „Mackintosh Inn”. Swoją nazwę kawiarnia zawdzięczała Charlesowi Renniemu 

Mackintoshowi,  inspirację  dla  niej  zaś  stanowiła  jedna  z  należących  do  Mackintosha 

herbaciarni w Glasgow: stoliki polakierowano na jasnoniebiesko i jasnozielono, krzesła miały 

niespotykanie wysokie oparcia, a serwetki przecinały biało-czarne paski. 

Zamówili francuskie kanapki z pieczonym mięsem oraz frytki i sałatkę Cezara. 

- Jakieś wiadomości, które nie nadają się do druku? - zapytał Qwilleran. 

- Wszyscy czekamy na Thelmę Thackeray. Chciałbyś zrobić z nią wywiad? 

- Nie, dziękuję. To raczej historia dla Jill Handley. 

-  Chcemy  zrobić  o  niej  naprawdę  porządny  materiał  -  powiedział  redaktor.  -  Dobrze 

jest mieć coś takiego w teczce z nekrologami. Pani Thackeray nie robi się młodsza. 

- Tak jak nikt z nas - z wyjątkiem ciebie, Junior. Wciąż wyglądasz jak stażysta. 

- Nie musisz do tego ciągle wracać tylko dlatego, że stawiasz lunch. 

- Słyszałeś, co się dzieje w budynku opery? 

- Ktoś mówił, że okręg robi tam nowe więzienie. 

- Miałem nadzieję, że największe na świecie centrum używanych książek. Brakuje mi 

starej księgarni Eddingtona. 

-  To  musi  być  coś,  co  wymaga  dużego  parkingu  -  rzekł  Junior.  -  Po  obu  stronach 

wyburzyli sklepy i wylewają asfalt. 

-  Akcja  przyspiesza  -  stwierdził  Qwilleran.  -  Bierzemy  deser?  Nieźle  się  zapowiada 

ciasto czekoladowe z orzechami amerykańskimi. 

background image

Zamówili ciasto i Junior powiedział: 

- Wciąż czytasz swoim kotom? 

-  Jak  najbardziej!  To  wyostrza  ich  umysł.  Odkąd  przekonywałem  o  tym  w  swojej 

rubryce, otrzymałem stertę listów od czytelników, którzy donosili o wspaniałych rezultatach. 

- Byle z tym nie przesadzić - ostrzegł Junior. - Jeszcze się nam miejscowe koty wezmą 

do polityki. 

- Nie najgorszy pomysł! Zacznijmy od spakowania rady miejskiej. 

Gdy podano ciasto, na chwilę zapadła wypełniona błogą kontemplacją cisza, po czym 

Junior zapytał: 

- Co teraz czytasz kotom? Platona i Schopenhauera? 

- Biografię Noela Cowarda. Śpiewam niektóre z jego piosenek. Koko podoba się ta, w 

której mowa o wściekłych psach i Anglikach. 

Młody redaktor nigdy nie był pewien, czy powinien brać słowa Qwillerana poważnie, 

czy  też  wykazać  się  zrozumieniem  żartu,  na  wszelki  wypadek  podwoił  więc  wysiłek 

zużywany na dokończenie ciasta. 

Qwilleran  odpowiedział  „tak”  na  ułańską  propozycję  Fran  Brodie  i  miał  nadzieję,  że  nie 

będzie  tego  żałował.  Gdy  zbliżała  się  szesnasta,  postawił  na  kuchennym  blacie  tequile, 

limonkę, sól, srebrną tacę i tym podobne akcesoria. Yum Yum zwinęła się lękliwie w pobliżu. 

Zwrócił się do niej: 

- Fran Brodie przychodzi na drinka. Co chcesz, żebym jej dolał? 

Wzięła nogi za pas. 

Fran  stanowiła  uosobienie  szyku  -  ze  swoim  modnym  ubiorem,  figurą  modelki, 

starannie  ułożoną  fryzurą  i  parą  doskonałych  nóg.  O  ile  tylko  pozwalała  na  to  pogoda,  ich 

walory podkreślały  dodatkowo sandały z cienkich skórzanych pasków na wysokim  obcasie. 

Wyrafinowana  projektantka  i  słodka  mała  kotka  od  samego  początku  prowadziły  ze  sobą 

wojnę.  Yum  Yum  dzieliła  się  Qwilleranem  niechętnie,  a  Fran  zabrała  się  do  sprawy  ostro, 

przywabiona jego ogromnym wąsem, ogromną fortuną, lub pospołu jednym i drugim. 

Gdy po raz pierwszy przyjechał do Pickax, dał Fran klucz do mieszkania, by mogła się 

nim  zająć  pod  jego  nieobecność.  Przychodziła  w  towarzystwie  swojego  montera, 

przestawiając  meble  i  zakładając  żaluzje.  Zjawiała  się  również  sama,  uzupełniając 

wyposażenie o poduszki, świece, obrazki na ściany i tym podobne. Uważała, że są potrzebne, 

a jej klient postanowił się nie wtrącać. 

background image

Jedynym  posiadanym  przez  niego  bibelotem  był  herb  Mackintoshów,  wykonany  z 

kutego żelaza i pochodzący ponoć ze szkockiego zamku. Stał oparty o ścianę w przedpokoju i 

Fran  uznała,  że  świetnie  się  sprawdzi  w  charakterze  osłony  na  stary  grzejnik.  Przetaczając 

herb  niczym  obręcz  w  stronę  pokoju  gościnnego,  wtoczyła  dwudziestopięciokilogramowy 

artefakt na swą obutą w sandałek stopę. Twierdziła, że to przez Yum Yum, która się zaczaiła i 

wyskoczyła przed nią jak z katapulty. Kilka tygodni w gipsie ostudziło jej zapał dla dziedzica 

fortuny Klingenschoenów. Qwilleran zresztą i tak nie lubił napastliwych przedstawicielek płci 

pięknej, optując zdecydowanie za uwodzeniem kobiet we własnym zakresie. Rola Yum Yum 

w trakcie zajścia stanowiła kwestię sporną, lecz Fran już zawsze miała paranoję na punkcie 

kotek. 

Jej pierwsze słowa, gdy zjawiła się po swoją margaritę, brzmiały. 

- Gdzie ona jest? 

- Oboje są w altanie - odparł. 

- Masz nową srebrną tacę! Nie umieściłabym jej w takim otoczeniu, ale jest ładna - nie 

wyśmienita, ale ładna. 

Wyglądała olśniewająco w jedwabnej lawendowej garsonce, z nową farbą na włosach 

i w sandałach na wysokim obcasie - bez wątpienia wszystko wybrała specjalnie na wieczorną 

randkę z... Dutchem. 

Qwilleran powiedział: 

- Wyglądasz wystrzałowo, pomimo ciężkiej podróży... Usiądźmy w salonie. 

Zagłębiła się w miękkiej sofie i obrzuciła krytycznym spojrzeniem sześcian kominka. 

W  jego  przedniej  części  -  u  góry,  a  także  po  obu  bokach  zamontowano  ruchome  półki  na 

książki. 

- Naprawdę potrzebne są ci te półki po obu stronach? - spytała. 

- Kończy mi się miejsce na ścianach - stwierdził, unosząc kieliszek. - Na zdrowie! 

- Na zdrowie!... Co pijesz? 

- Nowy koktajl Qwillerana... Receptura poszła już do urzędu patentowego. 

Jego gość wlepiał wzrok w ścianę książek. 

- Czy to dobry pomysł, aby trzymać książki nad kominkiem? Mam wrażenie, że pod 

wpływem temperatury mogą wypadać kartki. Gdybyś usunął te książki, mogłabym ci załatwić 

na ścianę duży rzeźbiarski akcent... 

- Szkoda, że oddałem herb Mackintoshów do hotelu - rzucił mimochodem. 

Fran gwałtownie zmieniła temat. 

- Wczoraj poznałeś moją nową asystentkę. Opowiadała ci o czymś? 

background image

- Tak, wygląda na to, że bardzo interesują ją psy i konie. 

- Chodzi mi o to, czy mówiła coś o Thelmie Thackeray? 

- Powiedziała tylko tyle, że to interesująca osoba. 

- No tak, to prawda - zgodziła się Fran. - I dobra klientka! Wie, co lubi, jest otwarta na 

sugestie, podejmuje szybkie decyzje i  nie zmienia zdania. Obraca się w  świecie biznesu od 

pięćdziesięciu lat i to widać! Co więcej, godzi się tylko na najwyższą jakość i nie waha się za 

nią zapłacić. 

Margarita robiła swoje. Fran przestała być tak podenerwowana i miała ochotę mówić. 

- Czym się zajmowała w Kalifornii? 

- Zaczynała od baru z kanapkami, potem prowadziła porządną restaurację, a na koniec 

prywatny klub obiadowy. Myślę, że odniosła sukces dzięki mocnej osobowości. Przyjaciele i 

klienci wyprawili jej wspaniałe pożegnalne przyjęcie. 

- Dlaczego zachciało się jej wracać właśnie do Moose County? 

- Jej jedyny żyjący krewny tu mieszka, a wiesz przecież, jak to jest: ludzie stają się na 

starość sentymentalni w sprawach rodzinnych. 

Fran uniosła kieliszek, oczekując dolewki, i zrzuciła na podłogę buty. 

- Naprawdę potrafisz robić margaritę, Qwill! Nalał kolejnego drinka. 

- Kiedy przyjeżdża pani Thackeray? 

-  Wszystko  jest  dobrze  zgrane.  Wyjechała,  zanim  pojawili  się  u  niej  ludzie  z  firmy 

przewozowej,  a  przybędzie  tu  po  tym,  jak  przywiozą  rzeczy  na  miejsce.  Wtedy  wszystko 

zostanie rozpakowane. 

- Ile ma ze sobą osób? 

-  Sekretarkę,  gospodynię  domową  i  kierowcę  -  powiedziała  Fran,  uważnie 

przyglądając  się  jego  reakcji.  Po  czym  szybko  dodała:  -  A  to  wszystko  w  jednej  osobie  - 

przyjaciółce - kobiecie o połowę od niej młodszej, która jest Thelmie naprawdę oddana. 

Qwilleran zauważył: 

- Też by mi się taka przydała, gdy będę w jej wieku. Ile ona ma w ogóle lat? 

- Osiemdziesiąt dwa, ale z pewnością na swój wiek nie wygląda! 

- Lifting? - próbował uściślić. 

-  To  kolejna  cudowna  cecha  Thelmy.  Racjonalnie  się  odżywia,  ćwiczy  i  codziennie 

funduje sobie lifting za pomocą promieni elektromagnetycznych w opuszkach palców... Może 

nie powinnam opowiadać takich rzeczy w obecności mediów. 

-  Jeszcze  jedno  -  powiedział  Qwilleran.  -  Dlaczego  zdecydowała  się  kupić 

nieruchomość przy ulicy Miłej? 

background image

-  Pamiętała  ją  z  dzieciństwa,  kiedy  jej  ojciec  -  był  hodowcą  ziemniaków  -  woził 

rodzinę do miasta fordem T na oglądanie filmów. W ramach dodatkowej atrakcji jeździł w tę i 

z powrotem ulicą Miłą. Dzieciom przypominała bajki Grimmów. Domy z piernika zdobione 

białym  lukrem  o  fantazyjnych  kształtach.  Gdy  więc  zadzwoniła  do  agencji  nieruchomości  i 

dowiedziała się, że jeden z domów z bajki został wystawiony na sprzedaż, oszalała z radości! 

Znasz Mavis Adams, tę adwokat? - zapytała nagle. 

- Wiem, że jest nowym „A” w „HBB & A”. Poznaliśmy się kiedyś. 

- Pośrednik ją polecił, by zajęła się prawnymi szczegółami zakupu nieruchomości. Po 

przeprowadzce  Thelma  będzie  też  musiała  spisać  nowy  testament...  Mavis  uważa,  że 

mieszkańcy ulicy Miłej powinni urządzić dla Thelmy przyjęcie powitalne. 

-  Sympatyczny  pomysł  -  uznał  Qwilleran.  -  Połowa  mieszkających  tam  rodzin 

pochodzi ze Szkocji, więc można by je zorganizować w Loży Szkockiej. 

Fran posłała mu chytre spojrzenie. 

- Mieliśmy nadzieję, że pozwolisz nam skorzystać ze swojego składu. 

- Hm - zastanowił się. - Warto się nad tym zastanowić! 

-  Zastanawiaj  się szybko. Przyjeżdża w następną  niedzielę.  „Robin-O'Dell zajmie się 

cateringiem, a Burgess Campbell weźmie na siebie sprawę wydatków. Szkoci będą ubrani w 

narodowe stroje, co gwarantuje galową atmosferę. 

- No więc, skoro terminy aż tak cię naglą... Mówię  „tak” - Qwilleranowi odpowiadał 

każdy pretekst, byle tylko włożyć na siebie swój szkocki zestaw. 

Fran wkładała buty. 

- Wszyscy będą zachwyceni, a Thelma będzie pod ogromnym wrażeniem. 

-  Zanim  wyjdziesz,  przyniosę  z  podwórka  Yum  Yum  -  powiedział  Qwilleran.  -  Wy 

dwie, rozsądne kobiety, powinnyście zakopać wreszcie topór wojenny. 

- Nie, tylko nie to! Jeśli nie złamie mi od razu nogi, to z pewnością poszarpie rajstopy! 

Odprowadził ją na podwórko i spostrzegł, że ma nowy samochód - luksusowy model. 

Zlecenie pani Thackeray musiało być lukratywne. 

Wsiadając do samochodu, zawahała się na moment i rzekła: 

- Qwill, czy wyświadczyłbyś mi tę przysługę i zgodził się, abym przywiozła ci grafikę 

do  powieszenia  na  jakiś  czas  nad  kominkiem  zamiast  półek  na  książki?  Thelma  wie,  że 

urządziłam wnętrze składu, więc chciałabym, aby wyglądało bez zarzutu. 

- Wezmę to pod uwagę - odparł ponuro. 

Swoje książki darzył podobnym uczuciem do tego, jakim rodzice darzą swoje dzieci. 

background image

Gdy  przyniósł  syjamczyki  z  altany  i  obserwował  pochłaniającego  obiad  Koko  oraz 

Yum  Yum,  która  z  wdziękiem  wydzielała  sobie  niewielkie  kąski,  pomyślał:  Jak  można  tę 

słodką małą istotkę oskarżać o gryzienie czyichś rajstop? 

Trochę później zapytał przez telefon Polly: 

- Czy Catta gryzie czasami damskie rajstopy? 

- Nie. Czemu pytasz? 

- Słyszałem, że niektóre kotki mają nylonowy fetysz. 

Starał się nie wspominać o wizycie Fran. Polly nie odpowiadał jej agresywny sposób 

bycia i występy w rodzaju zrzucania na podłogę butów po otrzymaniu drugiego drinka. Polly 

nazywała takie gesty „uroczymi do przesady”. 

Qwilleran powiedział więc tylko tyle, że mili ludzie z ulicy Miłej chcieli skorzystać ze 

składu na powitanie Thelmy. 

- To już w następną niedzielę. Zaleca się szkocki strój, jako że połowę mieszkańców 

stanowią Szkoci. 

- Pięknie! - orzekła. - Jestem zaproszona? Włożę swoją klanową szarfę, mocowaną na 

ramieniu za pomocą broszki ze szkockim kwarcem. 

-  Nie  tylko  jesteś  zaproszona,  lecz  odpowiadasz  za  oprawę  muzyczną  -  zaleca  się 

lekkich klasyków, którzy wprawiają ludzi w dobry nastrój, ale nie są śmiertelnie ograni. 

- Mam coś takiego! Utwory na fortepian Sibeliusa. Na twoim sprzęcie grającym będą 

brzmieć wspaniale. 

Potem  wspomniał  jej,  że  zamierza  usunąć  książki  znad  kominka,  robiąc  miejsce  dla 

artystycznej dekoracji. 

Była za. 

-  Zawsze  uważałam,  że  to  ryzykowne  miejsce  na  książki.  Ciepło  może  je  po  prostu 

wysuszyć.  Powinieneś  znaleźć  odpowiednią  ozdobę  na  niedzielnej  wystawie  w  Centrum 

Sztuki. 

Uzyskawszy  aprobatę  Polly  dla  swoich  dwóch  najbliższych  projektów,  zabrał  się  do 

przygotowań z umiarkowanym entuzjazmem. 

Qwilleran  był  nieudacznikiem,  jeśli  chodzi  o  prace  wokół  domu.  W  swojej  profesji 

posługiwał się słowami i uważał, że cieśle powinni pracować za pomocą młotków, hydraulicy 

za  pomocą  kluczy  francuskich,  a  malarze  za  pomocą  pędzli.  Ilekroć  porywał  się  na 

background image

przedsięwzięcie z gatunku „zrób to sam”, syjamczyki wyczuwały ciężar gatunkowy sytuacji i 

przyglądały się temu z niepokojem. Mówił im: 

- Trzymajcie za mnie kciuki, a jeśli spadnę z drabiny, dzwońcie po karetkę. 

Tym  razem  zadanie  polegało  na  wyniesieniu  książek  oraz  usunięciu  metalowych 

kształtek  i  wkrętów  mocujących  półki  w  ścianach.  Po  wykonaniu  wszystkich  tych  operacji 

pozostał jeszcze problem otworów na wkręty. Był prawie pewien, że można je wypełnić pastą 

do zębów, ale ściana miała kolor biały, a jego aktualna pasta do zębów zielony. Oczywistym 

rozwiązaniem  wydawał  się  wobec  tego  zakup  ozdoby  ściennej  o  wielkości  wystarczającej, 

aby zakryć ubytki. Potrzebna była dekoracja szeroka przynajmniej na półtora metra i wysoka 

na metr. 

background image

Rozdział piąty 

 

W  dziewiętnastym  wieku  ośmioboczny  skład  na  jabłka  górował  nad  jedną  z  częstych  w 

tamtym okresie podłużnych farm - długich na pół mili, lecz bardzo wąskich. Ślady kół wozu 

ciągnęły  się  wówczas  wzdłuż  całej  działki.  Obecnie  wiodła  tędy  asfaltowa  droga,  z  rzadka 

jednak  uczęszczana  przez  ruch  kołowy.  Qwilleran  korzystał  z  niej,  idąc  po  gazetę  i  do 

skrzynki na listy lub spacerując do Centrum Sztuki, które mieściło się na samym końcu drogi. 

W niedzielę Qwilleran i Polly szli drogą na wystawę Sztuki na Bliski Dotyk - w jego 

kieszeni ciążyła taśma pomiarowa. 

Polly zapytała po drodze: 

-  A  mówiłam  ci,  że  w  bibliotece  zabrakło  powieści  Williama  Makepeace'a 

Thackeraya? 

-  Tylko  Moose  County  potrafi  dodać  dwa  i  dwa,  otrzymując  siedemnaście...  - 

zauważył cierpko. - Dowiedziałaś się czegoś na temat jego drugiego imienia? 

- Nic a nic!... Miałam wuja Makemoney’a - przynajmniej tak się do niego zwracałam. 

Wciąż  mówił  o  robieniu  pieniędzy!  Mój  ojciec,  który  wykazywał  się  wielką  dbałością  o 

słowa, mawiał, że pieniądze można zarabiać, inwestować, dziedziczyć, oszczędzać lub tracić, 

ale nie można ich robić. Mój ojciec by ci się spodobał, Qwill, jemu też przypadłbyś do gustu. 

- Mój pech - bąknął. 

Zaśniedziałe  szkielety  jabłoni  ustąpiły  miejsca  ogrodowi  dla  ptaków,  potem  jeszcze 

jednemu,  zaprojektowanemu  specjalnie  dla  motyli,  który  na  koniec  przeszedł  w  sztucznie 

sadzony liściasty las. 

Centrum  Sztuki  przypominało  wiejską  rezydencję  i  takie  też  było  jego  pierwotne 

przeznaczenie. Teraz stanowiło kompleks sal wystawowych, pracowni i sal lekcyjnych. Nowa 

wystawa  przedstawiała  prace  hafciarskie  inspirowane  dziełami  wielkich  artystów.  Były 

background image

słoneczniki (van Gogh), jabłka (Cezanne), super kwiaty (O'Keeffe), trompe l'oeil (Harnett) i 

tak dalej. 

Qwilleran  znalazł  dla  siebie  abstrakcję  wzorowaną  na  Feiningerze  -  eksplozja 

kolorów,  dająca  oku  wrażenie  przestrzeni  i  głębi.  No  i  miała  odpowiednią  wielkość! 

Przyczepiono do niej naklejkę „sprzedano”. Zgodnie z polityką galerii kupione prace musiały 

pozostać  częścią  wystawy  do  końca  następnego  miesiąca.  Qwilleran  zaczepił  jednak 

kierownika z pytaniem o zbliżające się przyjęcie. 

-  Żaden  problem!  Zawiadomimy  artystkę,  z  pewnością  będzie  zaszczycona,  że  jej 

praca zostanie wystawiona w pańskim wspaniałym składzie. 

Mildred  Riker  stawiła  się  zgodnie  z  obietnicą,  przygotowana,  by  opowiedzieć 

jagodową legendę Moose County. Dla większego spokoju przenieśli się do pustej pracowni. 

- Arch śmieje się, że próbuję do wszystkiego dorzucić garść jagód - powiedziała - ale 

są przecież częścią historii Moose County. 

Na  biurku  znajdowała  się  metalowa  łopatka,  szeroka  na  trzydzieści  centymetrów,  z 

której sterczało jakieś trzydzieści metalowych zębów. 

- A to co? - zainteresował się Qwilleran. - Nadawałoby się do czesania kotów. 

Tłumiąc chichot, Mildred rzekła: 

- To grabie używane przy zbiorze jagód. 

Włączył dyktafon, nagrany materiał posłużył mu do spisania poniższej opowieści: 

NIESAMOWITE JAGODY Z MOOSE COUNTY 

Na długo, zanim usłyszeliśmy o antyutleniaczach i bioflawonoidach, jagody robiły już, 

co  do  nich  należy.  Matka  natura  uczyniła  je  dobrymi  w  smaku,  jak  i  dla  zdrowia.  W 

siedemnastym  wieku  francuscy  odkrywcy  donosili,  że  Indianie  amerykańscy  wykorzystują 

dzikie jagody jako pokarm i lekarstwo. 

W  wieku  osiemnastym  mój  prapradziadek,  Elias  King,  przybył  do  Moose  County  z 

Maine,  aby  pracować  jako  drwal  i  oszczędzać  pieniądze  na  zakup  farmy.  Jego  pamiętnik 

stanowi część kolekcji historycznej miejskiej biblioteki. 

Pisał  w  nim,  że  lasy  pełne  są  tu  dzikich  jagód,  nazywanych  czarnymi  borówkami. 

Drwale  jedli  je  garściami.  W  diecie  składającej  się  niemal  wyłącznie  z  fasoli  i  solonej 

wieprzowiny smakowały jak cukierki. 

background image

W końcu prapradziadek zaoszczędził wystarczająco dużo, by kupić ziemię w północnej 

części tego, co dziś jest miastem Pickax. Działka obfitowała w jagody. Niskie krzaki pieniły 

się dosłownie wszędzie, jakby ziemia stanowiła ich prawowitą własność. 

Mój  dziadek,  Matthew  King,  który  odziedziczył  farmę,  twierdził,  że  jagody  porastały 

wówczas większy obszar niż kukurydza i ziemniaki razem wzięte. Powiedział: 

- Dzikich jagód nie można uprawiać, lecz nie da się ich także pozbyć. 

Dawał więc jagody każdemu, kto tylko miał ochotę je zbierać. Babcia King mówiła, że 

nie  spała  po  nocach,  wymyślając  sposoby  na  umieszczenie  jagód  w  domowych  posiłkach: 

garść jagód tu, garść jagód tam. Stworzony przez nią przepis na doskonałe ciasto jagodowe 

znajduje się w mojej skrzynce depozytowej w banku. 

Do  czasu,  gdy  ziemię  odziedziczył  mój  ojciec,  w  zbieranie,  pakowanie,  sprzedaż  i 

wysyłkę  produktów  z  jagód  zaangażowana  była  cała  rodzina.  Nazywano  go  żartobliwie 

Jagodowym Królem, a przyjaciele rozpoczęli humorystyczną kampanię na rzecz zmiany nazwy 

regionu na Jagodowy Okręg. Hasło przewodnie: „Kiedy po raz ostatni widziałeś łosia? „ 

W  końcu  jagodowe  imperium  przypadło  w  udziale  moim  braciom  i  mnie,  mieliśmy 

jednak własne plany na życie. Sprzedaliśmy ziemię rodzinie Toodle'ów, która spożytkowała ją 

na wiele sposobów, wliczając w to budowę supermarketu z rozległym parkingiem i miejscem 

na  załadunek.  Sprzedają  tam  znakomite  produkty  rolne  z  całego  kraju,  między  innymi 

ogromne  jagody,  które  dodaję  do  muffinek,  naleśników,  zup,  sałatek,  duszonego  mięsa  i 

jagodowego placka babci King. Biorąc pod uwagę moje jagodowe dziedzictwo, zakrawa na 

ironię,  że  kupuję  teraz  jagody  w  ćwierćkilogramowych  pojemnikach...  No  trudno.  Ta 

opowieść ma jednak swoje postscriptum. 

Supermarket  ma  ciągłe  problemy  z  parkingiem.  Asfalt  się  wybrzusza.  Beton  pęka. 

Któregoś dnia babcia Toodle pokazała mi najnowsze uszkodzenia. Pędy przeciskały się przez 

szerokie pęknięcia. 

- Jak myślisz, co to za roślina? - spytała. 

-  Nie  mam  żadnych  wątpliwości!  -  odparłam.  -  Nic  nie  powstrzyma  niesamowitych 

jagód z Moose County. 

Qwilleran wyłączył dyktafon i powiedział: 

- Mildred, miliony ludzi nie uwierzyłyby, że jagody mogą zniszczyć parking... ale nie 

ja! 

                                                 

 Angielską nazwę Moose County tłumaczyć można jako Okręg Łosia czy też Łosiowy Okręg. 

background image

W poniedziałek rano Koko pochylał się w skupieniu nad swoją miską, gdy raptownie 

zwrócił  głowę  w  bok,  przez  kilka  sekund  nasłuchiwał,  po  czym  wrócił  do  przerwanego 

zajęcia. Parę chwil później znów się odwrócił i w kuchni zadzwonił telefon. 

W  słuchawce  rozległ  się  głos  Thorntona  Haggisa,  ochotnika  do  wszystkiego  z 

Centrum Sztuki. Powiedział: 

-  Mildred  przekazała  mi  wczoraj,  że  kupiłeś  tkaninę  ścienną  i  że  można  ją  ściągnąć 

przed zakończeniem wystawy. Mógłbym teraz przyjechać i ją u ciebie powiesić. 

-  To  najlepsze  wieści,  odkąd  Amanda  została  wybrana  na  burmistrza  -  odrzekł 

Qwilleran. - Mam drabinę. Co jeszcze potrzebujesz? 

- Nic. Mam wszystkie narzędzia i znam wszystkie triki konieczne, by z powodzeniem 

wieszać tekstylia. 

- Zatem przybywaj. Nastawiam kawę. 

Syjamczyki  ucieszyły się, widząc wyciąganą ze schowka drabinę i  samochód jadący 

drogą,  na  której  z  rzadka  pojawiał  się  jakikolwiek  ruch,  a  potem  mężczyznę  o  białych 

włosach, który zmierzał w kierunku składu, dźwigając pod pachą jakąś pokaźną rolkę. 

- Gdzie to wieszamy? - spytał Thornton na powitanie. 

- Nad kominkiem, trzeba przykryć dziury. 

- Nie wystarczy! Wzór biegnie pionowo. 

- Więc powieś to w poziomie. 

Ekspert rozwinął tkaninę na podłodze i przyjrzał się jej ze wszystkich stron. 

- W sumie czemu nie? - zadecydował. - Ale artystce nic nie mówimy. 

Gdy dzieło zostało dokonane, a rezultat skonstatowany, mężczyźni usiedli przy stole na kawę 

i parę słodkich bułeczek z zamrażalnika. 

- Znakomite bułeczki! Gdzie je kupiłeś? - spytał Thornton. 

- Od kobiety w Fishport, która sprzedaje domowe wypieki. 

-  Znam  ją.  Ona  i  jej  mąż  zgłosili  ubiegłego  lata  zaginięcie  i  spotkali  się  z  całą  tą 

przykrą  gadaniną  na  swój  temat.  Wstyd!  To  mili  ludzie  ci  Hawleyowie.  On  jest  rybakiem, 

częściowo już na emeryturze. 

Thornton znał wszystkich mieszkańców okręgu, przeszłych i obecnych. 

Rozmawiali  o  obchodach  stopięćdziesięciolecia  Pickax  i  firmie  kamieniarskiej 

Haggisów, przez półtora wieku dostarczycieli miejscowych nagrobków. 

background image

-  W  pierwszych  latach  moi  przodkowie  wykonywali  inskrypcje  zupełnie  nie  z  tej 

ziemi i zawsze robię zdjęcia, gdy uda mi się jakąś odnaleźć. 

- Powinieneś napisać książkę - podsunął Qwilleran. - Jestem przekonany, że Fundacja 

K by ją opublikowała. Kupię pierwszy egzemplarz. 

-  Myślisz,  że  odnowiony  gmach  opery  ma  jakiś  związek  z  obchodami 

stopięćdziesięciolecia? Mam przeczucie, że kroi się wielka feta i dlatego trzymają to wszystko 

w takiej tajemnicy. 

Jeśli tak - myślał Qwilleran - i jeśli stoi za tym Hixie, wydarzy się coś okropnego! 

Nie chcąc brnąć dalej w czarnowidztwo, po krótkim milczeniu zmienił temat: 

- Gdzie ściąłeś włosy, Thorn? 

- Gdy żona pozwala mi je wreszcie ściąć, co nie zdarza się zbyt często, idę do  „Boba 

Golibrody”. Ona z jakiegoś powodu lubi, gdy wyglądam jak nieokrzesaniec. 

Fryzjer Bob prowadził zakład w starym, dziwacznym budynku przy Main Street. Stał 

cofnięty o kilka metrów w stosunku do innych domów i schody prowadziły z chodnika w dół 

na  niewielkie  patio  na  poziomie  piwnicy.  Znajdowała  się  tam  parkowa  ławka,  drzewko  w 

donicy i stary obrotowy znak fryzjerski. Można było zajrzeć przez okno i zobaczyć, ilu czeka 

klientów. 

Qwilleran powiedział: 

- Znaków fryzjerskich już się prawie nie widuje, szczególnie tych obrotowych. Często 

się zastanawiałem nad znaczeniem tej biało-czerwonej spirali w środku. 

Thornton  był  historycznym  maniakiem  i  odpowiednim  adresatem  dla  tego  rodzaju 

pytań. Wyjaśnił: 

-  W średniowieczu istnieli  fryzjerzy-chirurdzy, którzy upuszczali krew, korzystając z 

pijawek. Na zewnątrz zakładu wieszali na słupie bandaże, aby rozreklamować swoje usługi. 

Stąd wzięły się kolory znaku fryzjerskiego: czerwony od krwi, biały od bandaży i niebieski od 

żył. 

- Po co ja w ogóle pytałem? - mruknął Qwilleran. 

Wizytę u fryzjera zaplanował na poniedziałek, dzień, w którym na ogół nie było tłoku. 

Schodząc  w  dół  do  zakładu  fryzjerskiego,  zorientował  się,  że  na  podobny  pomysł  wpadli 

także  inni  klienci.  Przez  dużą  szybę  widział  zajęte  fotele  fryzjerskie  oraz  kilku  klientów 

czekających w kolejce na składanych krzesełkach pod ścianą. Mężczyzna w ogrodniczkach, 

rybackiej czapce i kaloszach wychodził właśnie z zakładu. Powiedział: 

background image

- Nie mogę czekać... wolno idzie. Młody Bob złamał kciuk. 

- Ścinając włosy? - zapytał Qwilleran. 

Widział Starego Boba pracującego przy pierwszym fotelu i Młodego Boba z szyną na 

dłoni przy drugim. 

- Grając w softball - odpowiedział farmer. - Może lekko poruszać palcami, ale... wolno 

idzie... za wolno. Nie mam czasu. 

Wśród  tych,  którzy  mieli  czas,  znajdował  się  urzędnik  rolny,  właściciel  sklepu  i 

wykładowca miejscowego college'u. Burgess Campbell, niewidomy od urodzenia, siedział w 

towarzystwie Alexandra, swojego psa przewodnika. 

Dwaj mężczyźni mieli w zwyczaju odgrywać krótką szaradę towarzyską. 

- Profesor Moriarty! Pan na strzyżenie czy upuszczanie krwi? - rozpoczął Qwilleran. 

- Mój przyjaciel Sherlock! - odparł tamten. - Wziął pan ze sobą skrzypce? 

- Czy nie powinien pan być w sali wykładowej, profesorze? 

-  Dopiero  o  trzynastej.  Kiedy  planuje  pan  przeprowadzić  audyt  któregoś  z  moich 

wykładów? 

- Jaki jest w tym tygodniu temat? 

- Machinacje geopolityczne w dziewiętnastym wieku. 

- Wstrzymam się do następnego tygodnia - zadecydował Qwilleran. 

Stary Bob zerwał z ramion klienta chustę i powiedział: 

- Czy któryś ze starych dowcipnisiów wyraża już gotowość na strzyżenie? 

Qwilleran zwrócił się do Burgessa: 

- Idź pierwszy, ja chcę popatrzeć na tablicę ogłoszeń. 

- U mnie trzeba tylko trochę podciąć. Zwolnię fotel... w okamgnieniu. 

Akcent na ostatnie słowa stanowił wyraźną aluzję do rubryki „Piórkiem Qwilla”. 

Na ścianie przy drzwiach wisiała korkowa tablica, na której klienci mogli umieszczać 

swoje wizytówki: zakład blacharski Bila, kwiaciarnia „Main Street”, restauracja „Tipsy” i tym 

podobne.  Obok  oficjalnych  wizytówek  wisiały  tam  również  komputerowe  wydruki,  które 

przynosili ze sobą miejscowi cwaniacy. 

MANDATY  DROGOWE  ANULOWANE  -  TANIO  FAŁSZYWE  DOKUMENTY  - 

OD RĘKI UNIKANIE PODATKÓW - NAJLEPSI SPECJALIŚCI 

Qwilleran zapytał szefa zakładu: 

background image

- Przyjeżdża tu w ogóle policja? 

- Gdy zjawia się u nas Andy Brodie, idzie prosto do tablicy i rechocze na cały głos  - 

powiedział Stary Bob. 

Po odbyciu sesji w fotelu fryzjerskim Qwilleran zastał Burgessa i Alexandra oczekujących go 

na patio. 

- Możesz usiąść na minutę, Qwill? Chcę ci podziękować za udostępnienie nam składu 

na przyjęcie powitalne. 

-  Cała  przyjemność  po  mojej  stronie.  Nigdy  jednak  nie  byłeś  w  stodole  i  -  jako 

gospodarz imprezy - powinieneś chyba wpaść, aby poznać nowy teren. 

- Świetny pomysł! Któryś ze zmotoryzowanych studentów może mnie tam zawieźć po 

piętnastej. 

-  Zakładam,  że  masz  na  myśli  studenta  college'u,  który  prowadzi  samochód  -  a  nie 

młodzieńca, który w szkole dla kierowców dopiero zdobywa tę cenną umiejętność. 

Burgess głośno się roześmiał... i spotkanie zostało umówione. 

background image

Rozdział szósty 

 

Wobec  ulicy  Miłej  Qwilleran  żywił  mieszane  uczucia.  Wśród  mieszkańców  znajdowali  się 

niektórzy  z  jego  najlepszych  przyjaciół,  osoby  dla  miasteczka  ważne  i  znane  ze  swojej 

inteligencji  i  smaku.  Mieszkali  w  dużych  domach,  sporo  od  siebie  oddalonych  na 

jednoakrowych działkach  - domach z drewna, pomalowanych na biało i bogato  zdobionych 

rzeźbiarskimi ornamentami. 

Zdaniem  Qwillerana,  lubiącego  sprowadzać  wszystko  do  parteru,  wyglądały  one  jak 

zestaw  tortów  weselnych!  Ulicę  często  jednak  fotografowano  i  pokazywano  w 

ogólnokrajowych pismach jako doskonały przykład ciesielskiego gotyku. 

Zostały  wybudowane  przez  rodzinę  Campbellów  w  dziewiętnastym  wieku  i  choć 

domy należały obecnie do ich mieszkańców, Burgess Campbell wciąż trzymał w swym ręku 

ziemię.  Fakt  ten  sprawiał,  że  wykazywał  iście  lordowskie  zainteresowanie  swoim 

sąsiedztwem i sprawami jego mieszkańców. 

Qwilleran  uznał,  że  wypada  mu  teraz  przyjrzeć  się  bliżej  ulicy  Miłej.  Przejedzie  się 

rowerem,  pedałując  na  swym  wiekowym  angielskim  silverlighcie.  W  obcisłym  czerwono-

żółtym  kostiumie,  żółtym  kasku,  okularach  przeciwsłonecznych  i  ze  swoim 

ponadwymiarowym wąsem posiadał mimowolną umiejętność sabotowania miejskiego ruchu. 

(Pewien  kierowca  tak  się  na  niego  zapatrzył,  że  wjechał  na  skrzyżowaniu  w  tył  stojącego 

przed nim samochodu). Na wszelki wypadek zbliżał się do ulicy Miłej boczną drogą. 

Uliczka była ślepa i kończyła się rondem do zawracania z wypielęgnowaną wysepką 

zieleni  pośrodku.  Po  jednej  i  drugiej  stronie  ulicy  stało  pięć  domów,  wszystkie  z  szerokim 

trawnikiem,  a  wrażenie  spokoju,  jakiego  się  w  tym  miejscu  doznawało,  potęgował  fakt,  że 

wzdłuż krawężników nie było miejsc parkingowych. Każde domostwo miało z boku podjazd i 

przesunięty  nieco  w  tył  parking  dla  gości.  Panująca  wokół  cisza  przypominała,  że  jest 

background image

środowy  ranek:  dzieci  w szkole, dorośli  pracują,  załatwiają sprawunki albo udzielają się na 

rzecz  lokalnej  społeczności.  Reszta  zajmuje  się  swoim  hobby.  Jakiś  kontralt  wykonywał 

ćwiczenia wokalne. Odległe wycie piły tarczowej sygnalizowało, że cieśla robi właśnie stolik 

na drinki. 

Qwilleran  przejechał  dwa  razy  całą  długość  ulicy,  a  potem  zatrzymał  się  przy 

wjeździe, by uzyskać widok na całość. Żaden dom nie przypominał drugiego, wszystkie miały 

jednak  pionową  sylwetkę.  Drzwi  i  okna  były  wysokie  i  wąskie,  z  ostro  wznoszącymi  się 

dachami  nad  drugim  piętrem.  Niektóre  miały  wieżyczki.  Wszystkie  miały  bogate  zdobienia 

wzdłuż krawędzi dachu, poręczy balkonowych, a także wokół okien i drzwi. 

Opuszczając  to  miejsce,  zahamował  rower  i  spojrzał  na  ulicę  spod  przymrużonych 

powiek.  Musiał  niechętnie  przyznać,  że  posiadała  ona  jakiś  urok  -  coś  na  kształt 

ilustrowanego  wydania  bajek  dla  dzieci.  Jej  mieszkańcami  byli  biznesmeni,  zawodowy 

astrolog,  muzyk  i  artysta!  Być  może  Burgess  będzie  potrafił  wyjaśnić  uwodzicielską  moc 

ulicy Miłej. 

Przed  spotkaniem  z  Burgessem  Qwilleran  miał  czas,  by  wziąć  szybki  prysznic,  wrzucić  do 

talerza na podłodze w kuchni trochę chrupek i pochłonąć kanapkę z szynką. Chwilę później, 

parę  minut  przed  piętnastą,  Koko  podbiegł  do  kuchennego  okna.  Przeczuwał,  że  samochód 

skręcił z Main Street, przeciął parking obok kina i krętą drogą przez las zbliżał się do składu. 

Qwilleran wyszedł mu na spotkanie i zobaczył, jak z obu stron otwierają się przednie 

drzwiczki. Od strony pasażera wyskoczył pies, za którym podążył mężczyzna w tweedowej 

marynarce  akademickiego  wykładowcy.  Kierowca,  w  dżinsach  i  T-shircie,  wysiadł  z 

wyrazem nabożnego podziwu na twarzy. 

- Jezu, człowieku! To dopiero skład! 

-  Qwill,  to  Henry Ennis, szofer pełną  gębą  -  powiedział Burgess.  - Hank, możesz po 

mnie przyjechać o szesnastej. 

- Bezpieczniej będzie o szesnastej trzydzieści - zasugerował Qwilleran. 

-  Jeśli  pan  sobie  życzy,  abym  przyjechał  szybciej,  proszę  zadzwonić  do  biblioteki. 

Będę się tam uczył - odrzekł kierowca. 

Gdy odjeżdżał, Burgess wyjaśnił: 

- Hank to stypendysta z Sawdust City. Pierwsze piętro w moim domu przeznaczam na 

noclegi dla studentów college'u, którzy nie mogą codziennie dojeżdżać do szkoły. 

background image

Burgess  zatrudniał  studentów  do  czytania  na  głos  -  materiałów  badawczych,  „New 

York Times’a” i prac zaliczeniowych. Qwilleran powiedział: 

- Do dzieła! Wycieczka zaczyna się w tym miejscu... W niedzielę wieczorem parking 

będzie musiał  być właśnie tutaj,  na podwórzu składu, a przestrzeń jest ograniczona. Trzeba 

więc doradzić gościom, aby w miarę możliwości przyjeżdżali razem. 

Burgess nagrał to sobie na niewielki dyktafon. 

-  To  tutaj  to  właściwie  drzwi  kuchenne,  więc  ktoś  będzie  ich  musiał  pokierować 

naokoło  składu  do  głównego  wejścia.  Dróżkę  ułożono  z  kamieni,  co  z  pewnością  docenią 

panie  na  wysokich  obcasach.  Zakładam,  że  okazja  skłaniać  będzie  do  raczej  szykownych 

strojów... Radzę, aby przed wejściem do środka goście zebrali się w ptasim ogrodzie. Są tam 

kamienne  ławki  i  kwitnące  krzewy  i  myślę,  że  zdołamy  namówić  Andy'ego  Brodiego,  aby 

pograł na kobzie przez pół godziny. 

Weszli  do  środka  i  Qwilleran  poprowadził  ich  przez  dużą  sień,  gdzie  ustawi  się 

komitet  powitalny...  przez  pokój  obiadowy,  gdzie  „Robin-O'Dell”  przygotuje  stół  z 

napojami...  obok  baru  z  czterema  wysokimi  stołkami,  przy  którym  goście  będą  siedzieć, 

wspierając  się  na  łokciach...  przez  bibliotekę  z  jej  wygodnymi  miejscami  siedzącymi...  do 

pokoju gościnnego, gdzie przy kominku znajdują się przepastne sofy. 

- Gdzie koty? - spytał Burgess. - Wiem, że tu są - poznaję po sposobie, w jaki oddycha 

Alexander. 

-  Siedzą na krokwiach, trzynaście metrów nad nami  - odparł Qwilleran.  - Obserwują 

każdy nasz ruch. 

Gdy podjęto wszystkie decyzje i nagrano wszystkie użyteczne informacje, usiedli przy 

barze do przekąsek na zimny napój, a Qwilleran zdobył kolejną historię do  Opowieści z tej i 

nie z tej ziemi

JAK ULICA MIŁA ZASŁUŻYŁA NA SWĄ NAZWĘ 

W dziewiętnastym wieku moi przodkowie byli budowniczymi statków w Szkocji  - nad 

słynną  rzeką  Clyde  w  Glasgow.  Gdy  Nowy  Świat  zaczął  kusić  bogactwem  możliwości,  mój 

prapradziadek Angus przybył tu z zespołem cieśli okrętowych, uznawanych za najlepszych w 

swoim fachu na świecie. Założyli stocznię w Purple Point, gdzie budowali drewniane szkunery 

o czterech masztach, wykorzystując czterdziestometrowe sosny z Moose County. 

To  właśnie  te  żaglowce  przywoziły  osadnikom  zaopatrzenie  i  zabierały  od  nich 

transporty węgla, kamienia i drewna. 

background image

Potem  przyszła  Nowa  Technologia!  Pojawił  się  bezprzewodowy  telegraf;  zniknęła 

poczta konna. Pojawiła się kolej i parowe statki; z użytku wyszły czteromasztowe szkunery. W 

swoim pamiętniku Angus zapisał, że to było dla niego jak cios nożem w serce  - patrzeć, jak 

rozbiera  się  wyniosły  statek,  by  zrobić  z  niego  barkę  do  przewozu  węgla.  Dla  jego  cieśli 

brakowało pracy i marnowały się ich wspaniałe umiejętności. 

Wówczas „zawsze cichutki” głos powiedział mu, że powinien budować domy! Głos ten 

należał do jego żony Anne, obrotnej szkockiej kobiety. Powiedziała: 

- John, buduj domy równie romantyczne jak żaglowce - i równie dobre! 

Miała rację! Wraz z Nową Technologią pojawiła się klasa młodych i prężnych ludzi, 

którzy chcieli mieć dobre i wygodne życie. Nie dla nich ciężkie pałace z kamienia budowane 

przez  nieprzyzwoicie  bogatych  magnatów  węglowych  i  baronów  drzewnych!  Chcieli  czegoś 

romantycznego! 

Angus  kupił  więc  ziemię  na  południowym  krańcu  Pickax  i  postawił  dziesięć  domów, 

każdy  na  arowej  działce.  Choć  żaden  nie  był  taki  sam  jak  inny,  wszystkie  nawiązywały  do 

strzelistej  architektury  gotyckiego  odrodzenia,  a  obfitość  białych  wolutowych  skrętów 

stanowiła ostatni krzyk mody w ciesielskim gotyku. 

Coś, o czym na ogół się nie wie, to fakt, że pionowe szalowanie z desek malowano w 

kolory,  które  zachwycały  ludzi  żyjących  we  wczesnej  epoce  wiktoriańskiej:  miodowy, 

czekoladowy,  rdzawy,  zielonkawy,  niebieskofioletowy  -  na  tym  tle  białe  wolutowe  skręty 

wyglądały jak przepyszna koronka. 

Dziś  malujemy  deski  na  biało,  stając  się  przyczyną  przezwisk  w  rodzaju 

„urodzinowego tortu”. 

Gdy nadszedł czas, by umieścić tablice z nazwą ulicy, Angus miał kłopot. 

-  Nie  chcę  niczego  zbyt  osobistego  -  powiedział  -  jak  Clampbell  czy  Glasgow...  ani 

niczego zbyt przyziemnego lub przesadnie górnolotnego... niech nazwa będzie po prostu miła 

dla ucha. 

Praprababcia Anne podsunęła więc z niezrównaną kobiecą logiką: 

- Więc nazwij ulicę Miłą. 

-  A  wszyscy  żyli  długo  i  szczęśliwie  -  powiedział  Qwilleran,  wyłączając  dyktafon.  - 

Nie  wiem  nawet,  kim  byli  moi  dziadkowie,  więc  jestem  zazdrosny  o  obywateli  Pickax  w 

czwartym pokoleniu. 

background image

- Chciałem, aby było pięć pokoleń - odparł Burgess - ale nie wyszło. Wychowywałem 

się  razem  z  dziewczynką  z  sąsiedztwa  i  byliśmy  dobrymi  przyjaciółmi.  Zawsze  miałem 

nadzieję,  że  pewnego  dnia  się  pobierzemy,  ale  wyjechała  na  studia  i  nigdy  już  się  nie 

zobaczyliśmy.  Ma  teraz  trójkę  dzieci,  które  powinny  być  moje.  Jej  rodzice  wciąż  traktują 

mnie  jednak  jak  zięcia.  A  ja  otaczam  studentów,  którzy  mieszkają  u  mnie  na  piętrze, 

ojcowską opieką. 

- Mają szczęście! - rzekł Qwilleran. - Mam nadzieję, że wszyscy staną się dla ciebie w 

przyszłości  chlubą...  a  jakie  uczucia  żywisz  wobec  ludzi,  którzy  posiadają  domy  na  twojej 

ziemi? 

- Pracujemy razem, aby utrzymać ulicę Miłą miłą, rozwiązując bieżące problemy i tym 

podobne. 

- Czy kontyngent kalifornijski już przybył? - spytał Qwilleran. 

-  Mają  się  zjawić  dziś  po  południu  -  odpowiedział  Burgess.  -  Moja  gospodyni,  pani 

Richards, co jakiś czas zanosi tam kawę i ciastka  - pod pozorem dobrosąsiedzkości, ale tak 

naprawdę dlatego, że zżera nas oboje ciekawość. Ciężarówka firmy przewozowej przyjechała 

w  poniedziałek.  Od  tego  czasu  ekipa  Fran  pracuje  non  stop,  rozpakowując  i  ustawiając 

wszystkie rzeczy. Dom wygląda, jakby mieszkali w nim od tygodni! 

- Jedno pytanie - wtrącił się Qwilleran. - Wiesz coś na temat rodziny Thackerayów? 

-  Oczywiście!  -  brzmiała  szybka  odpowiedź.  -  Ojciec  Thelmy  był  hodowcą 

ziemniaków, który trafił na żyłę złota  - jak to  się mówi  - w czasach prohibicji. Jej  brat  był 

weterynarzem  wierzącym  w  medycynę  holistyczną,  a  klinika  Thackerayów  należała  do 

najlepszych w tej części kraju.  Zabierałem do nich Alexandra na badania okresowe. Doktor 

Thurston  tak  kochał  zwierzęta,  że  nie  mogły  się  one  doczekać  wizyty  u  niego.  Cieszył  się 

świetnym  zdrowiem,  lubił  przebywać  na  powietrzu  i  przeżyłby  pewnie  jeszcze  kolejne 

dziesięć  lat,  gdyby  nie  zginął,  wędrując  samotnie  w  okolicach  wąwozu  Black  Creek. 

Tragiczna sprawa! No i jeszcze te okropne plotki, których wolałbym nie rozpowszechniać. 

Na podwórku rozległ się klakson i wąsacz odprowadził swoich gości do samochodu. 

- Jeszcze pytanie, Burgess. Fran mówiła, że w powitaniu mają uczestniczyć wyłącznie 

dorośli. 

- A tak! U Adamsów ma być przyjęcie dla sześciorga dzieci z sąsiedztwa, w wieku od 

siedmiu do dziesięciu lat. Zajmą się nimi córki Mavis. To nastolatki, ale mają doświadczenie 

w pracy z maluchami. Mówiły mi, że będą gry z nagrodami, filmy - na przykład Zakochany 

kundel i/lub Niezwykła podróż Disneya. Muzyka w stylu lat sześćdziesiątych. Napoje, cztery 

rodzaje  pizzy  i  desery  lodowe  własnej  roboty...  Dziewczynki  Adamsów  są  dobrze 

background image

zorganizowane  i  odpowiedzialne...  Byłbym  zapomniał  -  każde  dziecko  dostanie  drobny 

prezent do domu. Ciastka czekoladowe z orzechami. 

- Zapowiada się lepiej niż powitalny szampan - stwierdził Qwilleran. 

Alexander delikatnie pokierował Burgessa na miejsce dla pasażera i odjechali. 

Następnego  wieczoru  Qwilleran  i  Polly  mieli  jeść  kolację  w  odnowionej  restauracji  „Grist 

Mill”.  Zawsze  się  starannie  ubierała  na  takie  okazje,  więc  także  tym  razem  przezornie 

zadzwoniła  do  lokalu  z  pytaniem  o  kolorystykę  wnętrz.  Utrzymano  je  w  zielonej  tonacji. 

Zdecydowała się na garsonkę w kolorze przybrudzonej róży. 

Przekazała tę kluczową informację Qwilleranowi podczas ich cowieczornej rozmowy 

telefonicznej. 

Dziwnym  zbiegiem  okoliczności  pisał  właśnie  wprawkę  o  zieleni  do  kolejnego 

odcinka  „Piórkiem  Qwilla”.  Przechwalał  się  czasami,  że  potrafi  wziąć  na  warsztat  dowolny 

rzeczownik albo przymiotnik i napisać na jego temat tysiąc słów. W tym tygodniu padło na 

„zieleń”. Najpierw... zrobił notatki: 

To  czwarty  kolor  w  spektrum:  czerwony,  pomarańczowy,  żółty,  ZIELONY,  niebieski, 

fioletowy. Dlaczego mówi się o nim więcej niż o pozostałych kolorach? 

W  wielkich  miastach  w  książkach  telefonicznych  są  setki  Zielińskich  -  i  trochę 

Zieleniewiczów. 

Nie było jednak nigdy prezydenta o nazwisku Zieliński. 

Dlaczego niebieski cieszy się większą popularnością w modzie i aranżacji wnętrz? Co 

państwo sądzą o zielonych dżinsach? 

Dlaczego Święty Mikołaj nosi czerwony strój zamiast zielonego? 

Dlaczego zwariowana młodzież farbuje sobie włosy na zielono? 

Zielone drzewa oczyszczają powietrze. Zielone warzywa są dobre dla zdrowia. 

Zielony  rymuje  się  z  szalony.  Potwory  mają  zielone  oczy.  Nikt  nie  lubi,  gdy  się  go 

nazywa zielonym. 

Mamy zielone krokodyle, zielone węże i zielone koniki polne. Dlaczego nie zwierzęta z 

zielonym futrem? 

- Miau! - rozległ się oburzony komentarz. 

Wybiła jedenasta w nocy, najwyższa pora na coś dobrego przed snem. 

background image

Rozdział siódmy 

 

Na kolację w „Grist Mill” Qwilleran wybrał oliwkowe spodnie i koszulę oraz jasnobrązową 

marynarkę,  do  których  dorzucił  w  „Scottie's  Men’s  Store”  ciemnooliwkowy  krawat  z 

jasnobrązowym  motywem.  Jego  troska  o  spójność  garderoby  zadziwiała  Archa  Rikera, 

pamiętającego  Qwillerana  przede  wszystkim  z  jego  wczesnego,  „flejtuchowatego”  okresu. 

Teraz  musiał  on  jednak  spełnić  oczekiwania  Polly,  pokazać  się  wielbicielom,  no  i  miał  w 

kieszeni do wydania trochę grosza. 

W  drodze  do  „Grist  Mill”  rozmawiali  o  startującym  w  Moose  County  programie 

ochrony zwierząt. Na jego czele stanęła adwokat Mavis Adams. Nazwano go Akcją Kotek. 

-  Chodzi  o  powstrzymanie  eutanazji  niechcianych  kotów  -  wytłumaczyła  Polly.  - 

Planują jakąś imprezę charytatywną, aby zebrać środki. 

- Mavis pisuje do redakcji całkiem sensowne listy - zauważył. 

- Mieszka na Miłej. 

-  Zastanawiam  się,  jak  Thelma  wpasuje  się  w  swoje  sąsiedztwo?  Polly  podjęła  z 

zapałem: 

- Wiesz, kto przyszedł do mnie dziś na kawę? Asystentka Thelmy Thackeray! Wzięła 

dla nich obu karty biblioteczne, a potem przyszła do mojego biura - przedstawić się i złożyć 

pewną propozycję. Ubrana była skromnie, mówiła z dużą łatwością, bardzo miła - gdzieś tak 

w okolicach czterdziestki - no i sprawiała wrażenie, że poszłaby za swoją szefową w ogień. 

- Czego dotyczyła propozycja? 

-  Thelma  ma  kolekcję  zdjęć  dawnych  gwiazd  kina  z  ich  autografami,  którą  chętnie 

nam wypożyczy. Dałam słowo, że na taką wystawę w bibliotece z pewnością nie zabraknie 

miejsca.  Clark  Gable,  Mae  West,  John  Wayne,  Joan  Crawford  i  tak  dalej  -  całkiem  niezły 

zestaw! 

background image

- Skoro tak mówisz - odparł. 

-  Ma  nawet  odbitkę  zdjęcia,  które  znalazło  się  później  na  okładce  „Time'a”  -  Hedda 

Hopper w kapeluszu z maszyny do pisania, mikrofonu i słuchawki telefonicznej. 

Zanim Qwilleran zdążył zareagować, dojechali do restauracji „Grist Mill”. 

- Musisz mi potem opowiedzieć więcej - zwrócił się do niej. 

Był to wciąż ten sam kamienny młyn z ogromnym wnętrzem i drewnianym stropem, 

lecz  teraz  wprowadził  się  do  niego  kolor:  zielone  nakrycia  stołów  i  zielony  dywan  o  nieco 

ciemniejszym odcieniu. Kamienne ściany zdobiły narzędzia rolnicze z dziewiętnastego wieku. 

W  lobby  powitała  ich  Elizabeth  Hart,  jedna  z  trójki  właścicieli,  w  luźnej  jedwabnej 

garsonce w kolorze nefrytu. Na stanowisku maitre d'hótel górował mierzący ponad dwa metry 

Derek  Cuttlebrink.  Zaprowadził  ich  do  stolika  dla  specjalnych  gości  -  pod  morderczo 

wyglądającą kosą. 

- Mam nadzieję, że to coś trzyma się wystarczająco mocno - odezwał się Qwilleran. 

- Ktoś musiał wydać fortunę na te antyki! - zawołała Polly. 

- Nie wygadajcie się, że wam powiedziałem, ale Liz kupiła wszystko w Hollywood  - 

to  filmowe  rekwizyty  -  wyjaśnił  Derek  ściszonym  głosem.  Po  czym  już  głośniej  dodał:  - 

Jedna wytrawna sherry i jeden koktajl Qwillerana? 

Stoły  zapełniały  się  w  szybkim  tempie  gośćmi,  cieszącymi  się  z  otwarcia  kolejnej 

restauracji.  Menu  było  nowe  i  zachęcające.  Polly  zamówiła  trzy  niewielkie  dania:  krem  z 

pieczarek,  kraba  na  ostro  zapiekanego  w  muszli  i  sałatkę  kalifornijską  z  indykiem, 

roquefortem  i  awokado.  Qwilleran  wziął  zupę  minestrone,  ostrygi  Rockefellera  i  stek  z 

owocami morza, nie decydując się jednak na żadną sałatkę. 

-  Gdyby  tu  była  Mildred,  wmusiłaby  w  ciebie  jakieś  zielone  liście.  Nagle  w  sali 

zapadła cisza. Wszyscy spojrzeli w kierunku wejścia. 

- Co się dzieje? - spytał Qwilleran, który siedział tyłem do drzwi. 

Obsługująca ich młoda kelnerka wykrzyknęła: 

- To ona! - i pobiegła do kuchni. 

Siedząca przodem do akcji Polly podjęła sprawozdawczym tonem: 

-  Trzyosobowa  grupa...  Thelma  ma  władczy  wygląd...  Jedną  z  osób  jest  asystentka, 

którą widziałam w biurze... Jest z nimi mężczyzna... Wszyscy się gapią. 

Cisza ustąpiła miejsca gorączkowej paplaninie. 

-  Thelma  -  ciągnęła  dalej  -  ma  na  sobie  perłowoszary  kostium,  niewielki  kapelusz  i 

kosztowną wpinkę do żakietu... Składa zamówienie... Piją szampana... Mężczyzna ma około 

background image

czterdziestu lat. Wygląda jak jeden z tych elegantów z Lockmaster... Czy on jest jej jedynym 

żyjącym krewnym? 

-  Sądzę,  że  dom,  który  kupiła  -  odezwał  się  Qwilleran  -  to  ten  sam,  który 

odziedziczyłaś ty - zresztą jeden z najładniejszych na Miłej. 

-  Tak.  Bardzo  chciałam  go  zatrzymać  i  tam  mieszkać.  Cieszę  się,  mój  drogi,  że 

wyperswadowałeś mi ten pomysł. Zajmowanie się taką posesją graniczyłoby z szaleństwem, 

biorąc  pod  uwagę  czas,  który  muszę  spędzić  w  pracy...  Chociaż  ludzie  z  Miłej  są  tacy 

sympatyczni! To musi być jakiś psychologiczny efekt związany z nazwą ulicy. Campbellowie 

nigdy  nie  stracili  prawa  do  ziemi  i  całe  sąsiedztwo  przypomina  księstewko.  Wiedziałeś,  że 

Burgessa sąsiedzi nazywają pieszczotliwie Księciem? 

Polly  zamówiła  na  deser  mały  sorbet  i  przyglądała  się  z  zazdrością  Qwilleranowi, 

który wrzucił w siebie dużą porcję cynamonowego puddingu w karmelowej polewie. 

Gdy  wychodzili,  towarzystwo Thelmy  ciągle siedziało przy swoim stoliku.  W lobby 

Polly  przeprosiła  na  chwilę,  a  Qwilleran  podszedł  niespiesznie  do  miejsca,  gdzie  siedział 

przerośnięty maitre

- Derek, czy twoje tutejsze obowiązki nie będą kolidować ze śpiewaniem w zespole i 

przedstawieniami Klubu Teatralnego? 

- Liz mówi, że coś wymyślimy. Biorę udział w Kociej Rewii. 

- Brzmi jak nazwa nocnego klubu w starym musicalu. 

-  To impreza charytatywna w ramach projektu  pomocy dla zwierząt  -  zastanawiałem 

się, czy nie mógłbyś napisać słów do piosenki o niechcianych kotach. Najlepiej wyciskacza 

łez. 

Takie wyzwania lubił. 

- Czyli coś w stylu... - odezwał się - Frankie i Johny byli kotkami... Na Boga! Gdybyś 

widział ich łzy!... Dzielili celę w schronisku... Lecz nie chciał ich nikt... Teraz za późno... Za 

późno jest już! 

- Brawo! Dopiszesz jeszcze parę linijek, Qwill? 

- Być może. Ale jeśli komuś powiesz, że piszę słowa do waszych piosenek, będziesz 

się musiał uczyć śpiewu od nowa! 

W tym momencie dołączyła do nich Polly i Derek powiedział: 

-  Smakował  pani  obiad,  pani  Duncan?  Właśnie  informowałem  pana  Q,  że  nasz  szef 

kuchni uczył się fachu w Singapurze. 

- Naprawdę? - zdziwiła się. - Elizabeth mówiła, że jest z New Jersey. 

background image

-  No  tak...  Ale  prawie  wszystkiego  nauczył  się  w  Singapurze  -  odparł  z  tupetem 

znamionującym wyłącznie największych krętaczy. 

W drodze do domu Polly przerwała milczenie: 

-  Spytałam  Elizabeth  o  broszkę,  którą  miała  Thelma.  Powiedziała,  że  to  rubinowo-

szmaragdowa  papużka  z  diamentowym  oczkiem  i  że  miała  na  ręce  dopasowaną  do  niej 

bransoletkę. Nawet Elizabeth była pod wrażeniem! 

- Wiesz coś o Kociej Rewii? - spytał Qwilleran. 

-  Tylko  tyle,  że  to  część  nowego  projektu  ratowania  zwierząt  Mavis  Adams.  Mavis 

będzie w niedzielę na przyjęciu. Zastanawiam się, co włoży Thelma? Wszystkie te spódniczki 

i szarfy stanowić będą nie lada konkurencję. 

-  Fran  Brodie  jej  doradzi  -  powiedział  Qwilleran.  -  Zdaje  się,  że  powoli  przekonuje 

Thelmę o swej niezbędności. 

-  Podejrzewam,  że  mężczyzna  przy  stoliku  Thelmy  to  jej  bratanek.  Był  całkiem 

przystojny i straszliwie szarmancki - zakomunikowała Polly. 

-  Jako  jedyny  żyjący  krewny  bogatej  osiemdziesięciolatki  nie  ma  innego  wyjścia  niż 

być straszliwie szarmanckim. 

- Och, Qwill! Nie bądź taki cyniczny! 

Cynicznemu czy też nie, wąsy zjeżyły mu się tego dnia wyjątkowo mocno - a stan ten tylko 

się pogłębił, gdy w piątkowy ranek posłaniec na motocyklu dostarczył mu kopertę. Załączony 

bilecik  był  komputerowym  wydrukiem:  „Serdecznie  zapraszamy  na  lekki  posiłek  dla 

uhonorowania  naszych  przyjaciół  z  Kalifornii  -  bezpośrednio  po  przyjęciu,  w  sali  balowej 

«Mackintosh  Inn».  Kuchnia  kalifornijska”.  Podpisano:  Richard  Thackeray,  prośbę  o 

potwierdzenie  przybycia  pominięto.  Najwyraźniej  ktoś  zakładał,  naiwnie  lub  z  ogromną 

pewnością siebie, że nikt nie zechce przepuścić takiej okazji. 

Pismo  odręczne  na  kopercie  należało  do  Fran.  Także  styl  zaproszenia  stanowił  bez 

wątpienia  jej  dzieło,  choć  sam  pomysł  musiał  wyjść  od  Richarda.  Fran  nie  przyszłoby  do 

głowy,  aby  łączyć  na  siłę  kolację  z  powitalnym  przyjęciem.  Qwilleran  znał  ją  zbyt  dobrze, 

aby  mieć  co  do  tego  jakiekolwiek  wątpliwości.  Starała  się  zadowolić  Richarda.  (Potrafił 

podać ku temu przynajmniej kilka powodów). 

Tak czy inaczej, zadzwonił do Polly, by powiedzieć jej o zaproszeniu. 

- To znaczy, że powrót do domu zapowiada się dwie lub trzy godziny później, niż się 

wydawało pierwotnie. Możliwe, że powinnaś o tym pomówić z Brutusem i Cattą. 

background image

-  Ojej,  nie  mówiłam  ci?  Mam  automatyczny  podajnik  z  zegarem,  świetnie  się 

sprawdza. Pogodny Jimmy wypatrzył go w katalogu i zamówił dla nas obojga po sztuce. 

Meteorolog  stacji  PKX  FM  (prawdziwe  nazwisko  Joe  Bunker)  był  sąsiadem  Polly  i 

miał kota o imieniu Huragan. 

- Może ty też się zdecydujesz, Qwill? Dam ci numer telefonu. 

-  Dzięki,  ale  wątpię,  czy  Koko  byłby  zachwycony.  Yum  Yum  pewnie  dałoby  się 

przekonać, ale Koko lubi wiedzieć dokładnie, czyja ręka go żywi. 

Potem  Qwilleran  skończył  Wszystko  o  zieleni  i  poszedł  do  miasta,  aby  złożyć  tekst 

przed upływem ostatecznego terminu. Junior Goodwinter rzucił na stronę wprawnym okiem i 

powiedział: 

-  Zawsze  się  chwalisz,  że  potrafisz  napisać  tysiąc  słów  o  czymkolwiek,  i  -  do  licha, 

Qwill! - wygląda na to, że wreszcie tego dowiodłeś! 

-  Co  masz  dziś  na  pierwszej  stronie  -  bo  chyba  coś  masz,  prawda?  -  odgryzł  się 

Qwilleran. 

- Thelmę i jej papużki - podjął naczelny. - Świetne zdjęcia Bushy'ego, ale tekst brzmi 

jak  komunikat  prasowy.  Przyda  się  do  teczki  z  nekrologami,  to  najlepsze,  co  można  o  nim 

powiedzieć. Szkoda, że nie mogłeś tego wziąć, Qwill. 

- Zawsze sądziłem, że Jill dobrze pisze. 

-  Tak,  ale  przyzwyczaiła  się  do  wywiadów  z  miejscowymi.  No  i  dała  się  gwieździe 

wziąć  na  rogi.  W  gimnazjum  miałem  nauczyciela,  który  wbijał  nam  do  głów:  Nie  bądź 

najgrzeczniejszy dla innych! 

- Niegłupia rada - zgodził się Qwilleran. 

-  Pierwszy  swój  wywiad  robiłem  z  jakimś  VIP-em.  Ignorant  zbywał  moje  pytania  i 

czytał przygotowane wcześniej kwestie. W końcu go zapytałem: „Bardzo pana przepraszam, 

ale czy mogę zadać jedno proste pytanie?” Wysłuchał mnie i odparł chłodno: „Powinien pan 

znać odpowiedź” Powiedziałem z szacunkiem: „Owszem, ale chciałem wiedzieć, czy pan też 

ją zna” Uff! To było dopiero ryzyko, ale się opłaciło i zrobiłem naprawdę dobry wywiad. 

Qwilleran  pokiwał  głową  ze  zrozumieniem.  Junior  miał  utrudnienie  -  wygląd 

wiecznego młodzieńca. Na studiach wyglądał jak uczeń drugiej klasy liceum, a teraz  - jako 

redaktor prasowy i ojciec dwójki dzieci - wciąż wyglądał na piętnastolatka. 

Gdy  Qwilleran  wrócił  do  domu,  Koko  poinformował  go,  że  na  automatycznej 

sekretarce czeka wiadomość. 

background image

- Tu Celia, szefie. Robimy catering na twoje niedzielne przyjęcie. Będzie w porządku, 

jeśli  wpadnę  po  południu  przyjrzeć  się  infrastrukturze  i  zdecydować,  gdzie  jeszcze  należy 

wprowadzić usprawnienia? 

Koko  rozpoznał  głos,  mimo  zniekształceń  w  słuchawce.  Należał  do  kobiety,  która 

przywoziła im klopsy. Podekscytowany, raz po raz wskakiwał i zeskakiwał z biurka. 

Qwilleran zadzwonił do niej i nagrał własną wiadomość. 

- Przyjeżdżaj o dowolnej porze. Koty już się stęskniły. 

Celia  Robinson  wynajęła  kiedyś  od  niego  domek  letniskowy.  Była  rozkochaną  w 

dobrej zabawie babcią, która mieszkała w domu dla emerytów na Florydzie, lecz uznała, że 

woli  bitwy  na  kule  śniegowe  od  rzucania  lotkami  do  tarczy.  Gotowała,  udzielała  się 

społecznie i poprawiała wszystkim humor swoim szczerym śmiechem. 

Tak się złożyło, że zaczytywała się w książkach szpiegowskich i detektywistycznych, 

Qwillerana zaś interesowały policyjne śledztwa. Gdy podejrzenia sprawiały, że wąsy stawały 

mu  dęba,  co  zdarzało  się  często,  odczuwał  nerwową  potrzebę  dyskretnego  poszukiwania 

poszlak.  A  cóż  bardziej  dyskretnego  niż  tajny  agent  wyglądający  jak  czyjaś  babcia  i  na 

wszystko reagujący śmiechem? Celia nazywała go „szefem”, a on nazywał ją „tajną agentką 

zero zero trzynaście i pół”. 

Potem  wyszła  za  mąż  za  pogodnego  Pata  O'Della  i  wprowadziła  się  do  jego 

przestronnego domu przy ulicy Miłej. 

- Wiara i moja wielka kuchnia sprawiły, że mnie wzięła, jakby się kto pytał - mawiał z 

silnym szkockim akcentem. 

Pat  prowadził  wcześniej  firmę  sprzątającą  i  razem  z  Celią  założyli  „Robin-O'Dell 

Catering”. 

Celia  zinterpretowała  zaproszenie,  aby  przyjeżdżać  „o  dowolnej  porze”,  jako 

„natychmiast” i zjawiła się „raz-dwa” czy też raczej „w okamgnieniu”. 

-  Wystarczy  ci  czasu  na  szklankę  soku?  -  spytał  Qwilleran,  proponując  jej  miejsce 

przy barze. 

- O, masz nowe stołki! - wykrzyknęła. - Wygodne... Gdzie kotki? 

- Patrzą na ciebie z lodówki. 

Celia  sięgnęła  do  torebki  i  cztery  pary  łap  błyskawicznie  wylądowały  na  kuchennej 

podłodze  -  Yum  Yum  wykonała  swój  manewr  jak  piórko,  Koko  niczym  muskularny 

mężczyzna. 

Qwilleran dał im kawałek klopsa z precyzyjnym pouczeniem: 

- To tylko przekąska. Danie główne podajemy o siedemnastej trzydzieści. 

background image

- Jak ci się podoba w nowym zawodzie? - zwrócił się do swojej rozmówczyni. 

- Przepadam za tym! Brakuje mi jednak tajnych zleceń, szefie. 

-  Wciąż  mogłabyś  trochę  powęszyć,  jeśli  masz  czas  i  jeśli  Pat  nie  będzie  zgłaszał 

zastrzeżeń. 

- Nigdy się nie dowie - mrugnęła okiem. - Masz jakieś podejrzenia, szefie? 

-  Nie.  Tylko  ciekawość,  która  nie  chce  mi  dać  spokoju.  Kto  kupił  starą  operę,  co  w 

niej  robią,  no  i  po  co  ta  cała  tajemnica?  Gdybym  zaczął  zadawać  pytania,  ludzie  mieliby 

używanie! 

- Popytam. Gdzie powinnam zacząć? 

- Idź do sądu i dowiedz się, kto kupił budynek. Idź do urzędu miasta i dowiedz się, czy 

wydali zgodę na przebudowę. To może być klucz do tajemnicy... Bez pośpiechu. 

-  Mogę  pójść  we  wtorek.  W  poniedziałek  organizujemy  lunch  urodzinowy  w  Purple 

Point.  Przy  okazji,  czy  to  wypada,  jeśli  nie  pójdziemy  z  Patem  na  kolację  Richarda 

Thackeraya? Będziemy musieli tutaj posprzątać i zabrać się do przygotowań do lunchu. Znasz 

jakąś dobrą wymówkę? 

- Na zaproszeniu nie było prośby o potwierdzenie przybycia - powiedział Qwilleran - 

więc  nie  musisz  niczego  tłumaczyć.  Po  prostu  zrób,  co  musisz.  A  gdyby  ktoś  pytał,  z 

pewnością coś wymyślę. 

-  Masz  do  tego  talent!  -  stwierdziła  z  podziwem.  -  Myślę  o  tobie  za  każdym  razem, 

kupując owoce i warzywa w „Toodle's Market”. 

Wspomnienie przyprawiło ją o taką wesołość, że zakrztusiła się swoim żurawinowym 

sokiem. 

- Spokojnie! - doradził. 

Któregoś razu, gdy natrafiła na materiał dowodowy wymagający od nich najwyższej 

dyskrecji,  tajne  spotkanie  odbyło  się  w  dziale  warzywnym  miejscowego  sklepu.  Dwoje 

zwykłych klientów dyskutowało na temat ceny ogórków, dopóki ona nie wyszeptała do jego 

ucha rewelacji tak szokujących, że strach je było zapisać na kartce lub przekazać przez telefon 

(który  mógł  być  przecież  na  podsłuchu).  Poważny,  a  jednocześnie  komiczny  charakter  tej 

sytuacji  wprawił  Celię  w  zachwyt.  Była  wiecznie  młoda:  zimą  ona  i  Pat  wciąż  rzucali  do 

siebie śnieżkami, co ze śmiechem opowiadali sobie sąsiedzi. 

- Ile zamówiono szampana na niedzielne przyjęcie? - spytał ją Qwilleran. 

-  Książę  zamówił  dwie  skrzynki  i  życzy  sobie,  aby  szampan  był  doskonale 

schłodzony,  więc  przywozimy  naszą  przenośną  lodówkę  z  regulowaną  temperaturą 

chłodzenia. Zapewniamy też szklane, a nie plastikowe kieliszki  - te ostatnie Książę nazywa 

background image

zwykłym obrzydlistwem. Daje nam obrus bankietowy swojej babki i zamawia na stół bukiet 

kwiatów.  Ponieważ  wszyscy  udają  się  później  na  kolację,  koktajlowe  przekąski  będą 

niewielkie, a Książę wyraził zgodę na zakup sera wyłącznie w najlepszym gatunku! 

Po  wyjściu  Celii  Qwilleran  poszedł  szosą  po  swoją  gazetę.  Podniósł  ją  z  ziemi  i  zabrał  na 

ganek Centrum Sztuki, sadowiąc się niecierpliwie na stojącej tam ławce. Ciekawił go artykuł 

o Thelmie Thackeray. 

Nagłówek  obok  dużego  zdjęcia  Thelmy  w  asyście  dwóch  papug  głosił:  THELMA  I 

JEJ PRZYJACIELE PRZYJEŻDŻAJĄ NA  ZASŁUŻONY ODPOCZYNEK. Sentymentalna 

nuta wkradła się do jej wypowiedzi tylko raz, gdy mówiła o swoich pięciu papugach. „Było 

sześć ptaków, ale Chico zmarł. Wciąż mam klatkę i pledzik z jego wyhaftowanym imieniem”. 

W  rozmowie  nie  brakowało  okazji,  aby  pochwalić  się  znajomością  znanych  osób,  i 

Thelma wykorzystała je wszystkie. Jej klub obiadowy odwiedzały gwiazdy filmowe i znani 

politycy. 

Chwaliła się, że jej brat  bliźniak był doktorem  weterynarii. A przechwałka na temat 

ojca sprawiła, że Qwilleran dwukrotnie podchodził do tego samego akapitu, za każdym razem 

mocniej przecierając oczy. 

„Tata  był  pracowitym  hodowcą  ziemniaków,  z  trudem  wiązał  koniec  z  końcem  -  aż 

wpadł na genialny pomysł, aby wykorzystać ziemniaki w zupełnie nowy sposób. To uczyniło 

z  niego  bogatego  człowieka!  Mógł  wysłać  mojego  brata  na  studia,  a  mnie  sfinansować 

restaurację w Hollywood. Wynalazł niskokaloryczne chipsy!” 

W  tym  momencie  otworzyły  się  drzwi  do  Centrum  Sztuki  i  pojawił  się  w  nich 

Thornton Haggis ze słowami: 

- Nie wolno się tu kręcić! 

-  Thorn!  Widziałeś  dzisiejszą  gazetę?  -  Qwilleran  podstawił  mu  pod  nos  pierwszą 

stronę. 

- A co? Wynaleźli coś na kaca? 

- Siadaj i słuchaj! - Qwilleran przeczytał cały artykuł o córce przemytnika. 

-  Co?!  -  zawył.  -  Czy  ona  naprawdę  mówiła  o  ziemniaczanych  chipsach?  I  może 

jeszcze  w  to  wierzy?  Milo  tak  jej  powiedział?  A  może  wymyśliła  całą  historię  na  użytek 

czytelników z Moose County? 

- Sam ją zapytaj! - powiedział Qwilleran. 

background image

Rozdział ósmy 

 

W  sobotę  rano  Qwilleran  obudził  się  z  przeświadczeniem,  że  sensacja  Thelmy  o 

ziemniaczanym  chipsie  musiała  być  z  jej  strony  żartem.  Odziedziczyła  typowe  dla  Moose 

County upodobanie do nabijania innych w butelkę. Tylko weterani mogli docenić dowcip z 

niskokalorycznym chipsem. Weterani i pasjonaci historii, ma się rozumieć. 

Zadzwonił do Thorntona, chcąc podzielić się z nim swoją najnowszą teorią. 

- Jest u fryzjera, Qwill - oznajmiła pani Haggis. 

- U fryzjera! 

-  Tak,  czyż  to  nie  zbrodnia?  Czy  słyszano  kiedykolwiek  o  równie  pięknej  białej 

grzywie?  Groził  jednak,  że  ją  pofarbuje  na  zielono,  więc  chcąc  nie  chcąc,  musiałam  się 

zgodzić. 

- Powiedz mu tylko, że dzwoniłem. Nic ważnego. 

Było  to  jednak  dla  Qwillerana  wystarczająco  ważne,  by  zadzwonić  do  Homera 

Tibbitta  w  Ittibittiwassee  Estates.  Tylko  on  mógł  się  poszczycić  stażem  na  tyle  długim,  by 

pamiętać coś więcej na temat prohibicji. 

Rhoda odezwała się do słuchawki ściszonym głosem, który oznaczał, że jej mąż ucina 

sobie właśnie jedną ze swoich licznych drzemek. 

- Nie budź go. Czytaliście o Thelmie we wczorajszej gazecie? 

- Jak najbardziej! Czytałam na głos i Homer powiedział, że Thelma robi wszystkich w 

balona... Homer wspominał, że miała do tego niezły dryg. 

- Właśnie to chciałem wiedzieć. Kiedy Homer ma urodziny? 

- Za tydzień. Mówi, że nie życzy sobie świeczek urodzinowych i mediów. 

- Prosi o zbyt wiele. Ekipy telewizyjne z Nizin nie przegapią takiego wydarzenia. 

background image

Qwilleran  przezornie  nie  wspomniał,  że  pisze  urodzinową  piosenkę,  a  w  stan 

gotowości postawieni zostali Derek Cuttlebrink i jego gitara. 

W  niedzielny  ranek  lekki  deszcz  odświeżył  liście  wokół  składu  Qwillerana.  Po 

południu  wyszło  słońce  i  miękkie  światło  rozlało  się  w  koronach  drzew  tysiącem  złotych 

iskier.  Przed  siedemnastą  zerwał  się  wietrzyk,  wypełniając  cichym  szmerem  ptasi  ogród,  w 

którym Brodie miał zagrać dla gości kilka szkockich utworów. 

-  Ktokolwiek  odpowiada  za  lokalną  pogodę  -  odezwał  się  Qwilleran  -  postanowił 

pokazać tym kalifornijskim picusiom parę sztuczek. 

Miał  na  sobie  kilt  w  czerwono-zieloną  kratę  Mackintoshów  oraz  zieloną  marynarkę, 

zielone  podkolanówki  z  czerwonymi  lampasami,  torebkę  z  cielęcej  skóry,  a  w  skarpecie 

tradycyjny sztylet. 

Polly ubrana była w zapinaną z przodu na  guziki sukienkę z białego jedwabiu,  a na 

ramieniu  miała  szarfę  w  kratę  Robertsonów,  stanowiącą  część  rodzinnej  kolekcji  klanu 

Duncanów. 

Koty zjadły już obiad i zostały wyekspediowane do altany w płóciennej torbie. 

Ekipa  „Robin-O'Dell”  zainstalowała  się  w  centrum  dla  gości  z  wyszywanym 

bankietowym  obrusem  babki  Burgessa  Campbella,  kompozycją  z  czerwonych  goździków  i 

białych stokrotek, baterią kieliszków do szampana oraz tacami pełnymi kanapek, przekąsek, 

drobnych przysmaków i apetycznie wyglądających koreczków na wykałaczkach. 

Pierwszy  zjawił  się  komisarz  Brodie,  parkując  samochód  przy  bocznej  drodze  -  co 

dawało  mu  dogodną pozycję, by dokonać szybkiej  ewakuacji po swym  występie. Wyglądał 

olśniewająco w kilcie klanu Brodie, pledzie w szkocką kratę i „berecie” kobziarza, wysokim 

na dobre czterdzieści centymetrów. 

Gdy  zaczęli  przyjeżdżać  goście,  Pat  O'Dell  uwijał  się  na  podwórzu,  przydzielając 

wszystkim  miejsca  parkingowe  i  kierując  towarzystwo  w  stronę  ptasiego  ogrodu.  Mistrz 

ceremonii  i  jego  przewodnik  zjawili  się  pierwszym  transportem  -  razem  z  małżeństwem 

Bethunów,  dwójką  niedoszłych  teściów  Burgessa.  Z  wyjątkiem  psa  wszyscy  mieli  na  sobie 

szkocki  strój.  MacWhannellowie  i  Cameronowie,  Ogilvie  i  MacLeodowie,  wszyscy  w 

klanowej kracie. Mavis Adams i Morghanowie, jako jedyni w tym towarzystwie nie-Szkoci, 

stwierdzili, że czują się jak nielegalni imigranci. 

background image

Goście przechadzali się dookoła ogrodu, wymieniali uwagi na temat rosnących w nim 

roślin, poszli nad staw dla motyli i odnaleźli altanę. Popatrzyli na syjamczyki, jakby były one 

stworzeniami z zoo, a koty odwzajemniły im się analogicznym spojrzeniem. 

W tym  momencie Pat  O'Dell wyszedł  zza składu i  dwukrotnie podnosząc kciuk,  dał 

Qwilleranowi  umówiony  sygnał:  „Są!”  Qwilleran  odnalazł  spojrzeniem  Brodiego  i  postukał 

palcem w tarczę zegarka. Kobziarz ściągnął na siebie powszechną uwagę, intonując poważne 

nuty Scotland the Brave

To,  co  zdarzyło  się  w  ciągu  kolejnych  kilku  minut,  najlepiej  opisują  słowa  samego 

Qwillerana. Zanotował on w swoim prywatnym dzienniku: 

Niedziela, 13 kwietnia 

Oto  w  sieni,  odbierając  należne  honory,  stała  rodzina  królewska:  królowa  Thelma, 

książę  Richard  i  dama  dworu.  Królowa  miała  na  sobie  przepyszne  klejnoty  -  jak  również 

jeden ze swoich „artystycznych” kapeluszy. Richardowi udało się potwierdzić swą reputację 

elegancika - włożył długą marynarkę w indyjskim stylu i pantofle w dwóch kolorach. 

Goście  jeden  za  drugim  przesuwali  się  wzdłuż  szeregu,  przedstawiani  kolejno  przez 

Fran,  która  była  niezwykle  wprost  ożywiona.  Miałem  zostać  przedstawiony  Thelmie  jako 

ostatni. 

Ująłem jej dłoń w swoje ręce i powiedziałem ciepło: 

- Muszę z panią porozmawiać o tym kapeluszu! 

- A ja muszę z panem porozmawiać, słodziutki... - odezwała się głosem Mae West - o 

tym... wąsie! 

Na jej twarzy malowały się uprzejmość, opanowanie i lekkie zdziwienie. 

- A to mój bratanek, Richard Thackeray. Richard, to słynny pan Q. 

Jego uścisk dłoni i żywiołowość budziły respekt. 

- Może mi pan mówić Dick. Wiem wszystko o panu Q. 

- Tylko nikomu o tym nie mów - odparłem. 

Jego  głos  był  bardzo  szczególny:  aksamitny,  ale  bardzo  dźwięczny.  Thelma 

opowiadała  mi  później,  że  słuchając  go,  dostawała  gęsiej  skórki;  to  był  głos  jej  brata,  ten 

sam, który czworonożne stworzenia uznawały za zniewalający, kojący, a nawet przypisywały 

mu lecznicze właściwości. 

background image

Janice  stała  ostatnia  w  szeregu,  jej  sposób  bycia  stanowił  połączenie  gorliwości  z 

nieśmiałością. Nie mogłem się powstrzymać od rozważań na temat jej roli w domostwie, które 

właśnie zmieniało adres zamieszkania na ulicę Miłą. 

Dopełniwszy  pierwszej  części  rytuału,  goście  sięgnęli  po  kieliszki  -  przyszła  pora  na 

toast ku czci nowych sąsiadów. Burgess wywiązał się z obowiązku wprost olśniewająco. Jego 

toast został przyjęty długim i głośnym aplauzem. Potem Thelma wygłosiła podziękowanie, po 

którym  nastąpiła  kolejna  fala  entuzjastycznych  okrzyków.  Spojrzałem  na  psa  przewodnika, 

aby  się  przekonać,  co  też  sądzi  o  całej  wrzawie.  Alexander,  jak  zwykle  zresztą,  był  jednak 

absolutnie nieporuszony. 

Towarzystwo  się  podzieliło,  część  koczowała  wokół  Thelmy,  inni  chwytali  przekąski 

lub  wspinali  się  po  schodach,  by  móc  obejrzeć  wnętrze  składu  z  góry.  Fran  towarzyszyła 

Thelmie  w  zwiedzaniu  parteru,  zwracając  jej  uwagę  na  różne  elementy  dekoracyjne.  W 

pewnej chwili syknęła mi do ucha: 

-  A nad kominkiem to  niby co? Mówiłam, że mogę ci  pożyczyć grafikę  -  coś  bardziej 

odpowiedniego! 

Thelmę martwił przede wszystkim brak odbiorników telewizyjnych. 

- Gdzie pański telewizor? - spytała tonem Bette Davis. - Nad kominkiem zmieściłby się 

pięćdziesięciocalowy  ekran  -  z  tych  prostokątnych,  do  oglądania  filmów...  W  połączeniu  z 

tymi  sofami  miałby  pan  świetne  miejsce  na  filmowy  wieczór.  Mam  dużą  kolekcję  starych 

filmów, które mogłabym panu pożyczyć. 

Dick  przyglądał  się  rowerowi  poziomemu,  który  stał  oparty  o  kamienną  ścianę 

westybulu. 

- Naprawdę na tym jeździsz? - spytał. - Jak to jest pedałować z nogami do góry? 

- Jak się człowiek przyzwyczai, ma to sporo zalet - powiedziałem. - Jeśli masz ochotę 

spróbować, z chęcią się nim podzielę. 

Asystentka  Thelmy  stała  samotnie  przy  regałach  z  książkami,  które  zajmowały 

większość miejsca wokół kominka. 

- Wszystkie przeczytałeś? - spytała, gdy podszedłem. 

Słyszałem  to  pytanie  już  wielokrotnie  z  ust  osób  będących  z  czytaniem  mocno  na 

bakier. 

- Niektóre dwukrotnie, albo częściej. Jeśli coś wpadnie ci w oko, nie krępuj się... ale 

jeśli mi tego nie zwrócisz, szeryf zjawi się u was z psem policyjnym. 

Dowcip upadł, zanim zdążył się unieść. 

background image

- Nie mam czasu na czytanie książek - powiedziała Janice. - Czytam na głos Thelmie - 

znaczy się gazety i artykuły z kolorowych pism... Gdzie koty? 

Czułem, że zmienia temat, aby uniknąć spraw osobistych. Choć nie miałem pewności. 

-  Są  w  altanie.  Nie  lubią  dużych  przyjęć.  Lubisz  koty?  Mogłabyś  przywieźć  kiedyś 

Thelmę. 

-  Och,  Thelma  nie  jest  amatorką  kotów  -  ani  trochę!  -  Janice  powiodła  dokoła 

niepewnym wzrokiem. - Przepraszam. Chyba mnie potrzebuje. 

Teraz już byłem pewien. Janice została zatrudniona, by prowadzić samochód, gotować 

i  czytać  na  głos...  a  nie  po  to,  by  rozmawiać  o  sprawach,  które  mogłyby  nadszarpnąć 

reputację Thackerayów. 

Szampan się lał, goście krążyli z miejsca na miejsce, a sąsiedzi gawędzili ze sobą jak 

przyjaciele, którzy spotkali się nieoczekiwanie po latach rozłąki. 

-  Przysłuchiwałam  się  rozmowie  o  Akcji  Kotek  -  Polly  odezwała  się  w  pewnym 

momencie do Qwillerana - i pomysł wydaje się świetny! To lokalna nazwa ogólnokrajowego 

projektu.  Część  ochotników  daje  domy  zastępcze  dla  niechcianych  kotków  i  ich  matek,  a 

reszta pełni rolę urzędników adopcyjnych, którzy wyszukują dla kotków stałych właścicieli. 

Burgess,  Davis  i  Bethunowie  zapewniają  przejściową  opiekę,  a  Hannah  MacLeod  werbuje 

nowych właścicieli. 

- Kto może mi coś powiedzieć o logistyce tych domów zastępczych? 

- Spytaj Mavis. 

Qwilleran zastał ją przy stole z przekąskami. 

- Spróbuj jednego z tych przepysznych koreczków serowych - powiedziała. 

- Zjadłem już trzy - odparł. - Powiedz mi coś o waszych domach zastępczych. Gdzie 

kocie rodziny spędzają swój czas? Jak wygląda ich wikt i opierunek? 

-  Należy  im  zapewnić  osobny  pokój  -  wyjaśniła.  -  Ludzie  tam  przychodzą,  aby  we 

wspólnej zabawie uczyć kotki życia w grupie. Zsocjalizowany kotek ma silniejszą osobowość 

i staje się lepszym domownikiem niż mały biedaczek, który przez pół życia leżał zwinięty w 

kłębek w klatce. 

- Rozumiem - powiedział. 

-  Powinieneś  porozmawiać  z  Hanną  MacLeod,  jedną  z  czterech  urzędników 

adopcyjnych.  Mieszkała  tu  całe  życie  i  wszystkich  zna,  więc  osiąga  wspaniałe  rezultaty, 

poszukując stałych właścicieli. 

background image

Hannah  Hawley,  znakomity  kontralt,  wyszła  niedawno  za  mąż  za  „Wujka  Louie” 

MacLeoda,  dyrektora  Zespołu  Chóralnego  „Mooseland”,  i  byli  właśnie  w  trakcie  adopcji 

ośmioletniego chłopca. 

- Jak Danny? - zwrócił się Qwilleran do młodej pary. 

-  To  taki  mądry,  sympatyczny  chłopiec  -  powiedziała  Hannah.  -  Uwielbia  mi 

towarzyszyć,  gdy  zabieram  przyszłych  właścicieli  do  domów  zastępczych,  aby  wybrali  dla 

siebie kotka - albo dwa. Przeważnie dwa. Trudno się oprzeć tym małym kłębkom futra, które 

patrzą na człowieka ogromnymi oczami i mylą jego palec z czym innym. 

- Rozumiem, że macie jakąś opłatę adopcyjną? - dopytywał się dalej Qwilleran. 

-  Skromną,  biorąc  pod  uwagę,  że  pokrywa  wszystkie  zastrzyki  i  sterylizację.  Kocia 

Rewia,  którą  organizujemy,  ma  pomóc  w  znalezieniu  dodatkowych  pieniędzy,  no  i 

rozreklamować naszą akcję. 

Wujek Louie patrzył na Qwillerana z nadzieją. 

- Śpiewasz albo tańczysz? 

- Przypuszczalnie mógłbym się pokusić o jakąś parodię - odpowiedział. 

Zbliżała  się  dziewiętnasta  i  Qwilleran  zdołał  już  pomówić  ze  wszystkimi  z  wyjątkiem 

Bethunów. Znalazł ich w sieni, pochylonych nad długim i wąskim pulpitem. Obwieścił im z 

dumą, że został wykonany ręcznie, na specjalne zamówienie Fran Brodie, i że należało w nim 

zwrócić  uwagę  przede  wszystkim  na  niezwykłe  szuflady,  wykonane  ze  schodzących  się  w 

jaskółczy ogon desek. 

- Wiem - powiedział Doug Bethune. - Sam go robiłem. 

-  Nieładnie.  Dlaczego  nie  umieściłeś  na  nim  podpisu?  -  upomniał  Qwilleran  swego 

rozmówcę. - Za sto lat arcydzieło z warsztatu Bethuna poszłoby za parę milionów, jeśli ceny 

dalej rosłyby w takim tempie. 

Bonnie zwróciła się do męża: 

-  Odkup  pulpit  z  powrotem.  Któremuś  z  naszych  potomków  może  brakować  na 

rachunki! 

-  Co  u  Winstona?  -  spytał  Qwilleran.  Bethunowie  wzięli  do  siebie  kota  Eddingtona 

Smitha po likwidacji księgarni. 

-  Ma  się  świetnie.  Najczęściej  spędza  czas  w  bibliotece,  ale  chętnie  odwiedza  naszą 

kocią  kolonię,  uważając  się  za  kogoś  w  rodzaju  ojca  chrzestnego.  Mamy  pięć  kotków, 

wszystkie są już po słowie. 

background image

Po wyjściu gości na drugą część obchodów - w „Mackintosh Inn” - Polly i Qwilleran 

wybierali  się  z  domu  jako  ostatni  i  wąsacz  zwrócił  się  do  Pata  i  Celii,  którzy  uprzątali  ze 

stołów napoje: 

-  Niezłe  przedstawienie!  Trzeba  to  kiedyś  powtórzyć...  Przy  okazji:  przyniosłem  z 

altany  koty.  Koko  jest  czymś  zdenerwowany.  Trzeba  mu  dać  trochę  sera,  na  pewno  się 

uspokoi. 

- Wścieka się, bo nie został zaproszony - powiedziała Celia. 

Wścieka się, bo zaproszony został ktoś, kto nie ma jego błogosławieństwa - pomyślał 

Qwilleran. 

Koko  krążył  po  wnętrzu  składu,  skrupulatnie  coś  obwąchując,  a  nawet  warcząc  i 

spluwając gdzieniegdzie z sobie tylko znanych powodów. Był inteligentnym kotem, lecz jego 

działania niekiedy trudno było zrozumieć. 

Qwilleran i Polly odjechali wreszcie do hotelu. 

-  Przyjęcie  powitalne  udało  się  pod  każdym  względem  -  powiedziała  Polly  w 

samochodzie. -  Kilku  gości  komentowało  utwory Sibeliusa, Thelma także. Jej  głos  w jednej 

chwili  przypomina  Tallulah  Bankhead,  a  w  drugiej  Katharine  Hepburn.  Co  sądzisz  o  Akcji 

Kotek, Qwill? 

- Ma moje pełne poparcie. 

- Mavis ma rację - to wspaniałe, że niechciane kotki dostaną teraz szansę, by stać się 

na wiele lat czyimiś towarzyszami życia. 

- Jak ci się spodobał Dick? 

- Czarujący! Spytałam, czy myśli, że Thelma zgodziłaby się powiedzieć parę słów do 

naszego  klubu  ornitologicznego.  Odparł,  że  Thelma  nie  wygłasza  oficjalnych  mów,  ale  że 

mógłby ją przekonać do sesji dyskusyjnej w klubie. Przywiózłby w klatkach dwie albo trzy 

papugi. Jest taki pomocny! Thelma ma szczęście, że ktoś taki się o nią troszczy. 

Qwilleran skrzywił się pod wąsem. 

- Dick z nimi mieszka? 

- Nie. Mieszka w Lockmaster, ale na Miłej może w każdej chwili korzystać z pokoju 

dla gości. 

Kolację  w  „Mackintosh  Inn”  podano  w  sali  balowej  na  niższym  piętrze.  Stół  w  kształcie 

podkowy  został  nakryty  dla  dwudziestu  osób,  na  jego  blacie  stanęły  świece  i  kwiaty.  Z 

background image

żyrandoli  sączyło  się  dyskretne  światło.  Trio  na  akordeon,  gitarę  i  skrzypce  grało 

romantyczną latynoską muzykę. 

- W Moose County ich raczej nie znaleźli - mruknął Qwilleran. 

- Pewnie są z Lockmaster - stwierdziła Polly. 

Na stole leżały kartki z nazwiskami i Qwilleran znalazł się między Thelmą i Dickiem. 

Thelma już na wstępie wyjaśniła: 

-  Być  może  zastanawiała  pana  „kalifornijska  kuchnia”.  To  właśnie  serwowałam  w 

swoim klubie obiadowym - nowatorskie podejście, z akcentem na warzywa, cytrusy i owoce 

morza, wszystko w starannie wyważonych proporcjach. Zawsze uważałam Jamesa Bearda za 

swojego  guru.  Wiem  pan,  że  pochodził  z  Zachodniego  Wybrzeża?  Mam  dwadzieścia  dwie 

książki kucharskie jego autorstwa. 

Ucichła  muzyka.  Dick  powiedział  kilka  słów  na  powitanie,  a  Thelma  zaskoczyła 

wszystkich, odmawiając głośne błogosławieństwo. Powróciła muzyka, a kelnerzy wtoczyli na 

salę  wózki  z  homarami  i  mango  w  cytrynowym  sosie.  Potem  przyszła  kolej  na  pierożki  z 

wołowym  mięsem  zapiekane  w  sosie  z  pomidorów,  kaparów  i  bazylii.  Rozmowa,  która 

toczyła  się  żywo  podczas  powitania,  pod  wpływem  magii  kalifornijskiej  kuchni  stała  się 

wylewna. 

W pewnym momencie Dick zwrócił się do Qwillerana: 

- Jak wyglądał skład, zanim go kupiłeś? 

- Nie kupiłem go; odziedziczyłem. To był zwykły skład na jabłka z dwoma wejściami 

- w środku nic oprócz desek i drabin, jeśli nie liczyć szczurów i nietoperzy. Architekt z Nizin 

miał wizję i dostateczną ilość samozaparcia, żeby zmienić go w to, czym jest obecnie. 

- Za co z pewnością otrzymał szczodrą prowizję. Musiałeś wydać fortunę! 

Qwilleran sapnął w wąsy. 

- To duża kubatura jak na jednego człowieka - ciągnął Dick niewzruszony.  - Gdybyś 

starał  się  kiedyś  o  zwrot  kosztów inwestycji,  znam  dewelopera,  który  mógłby  przekształcić 

skład w kompleks apartamentów. 

-  To  możliwe,  choć  nie  w  dającej  się  przewidzieć  przeszłości  -  odrzekł  sucho 

Qwilleran. 

Podczas posiłku wąsacz wykazywał szczere zainteresowanie papugami Thelmy. Było 

ich  pięć:  Esmeralda,  Pedro,  Lolita,  Carlotta  i  Navarro.  Wszystkie  były  amazonkami,  które 

słynęły ze swej inteligencji i językowych zdolności. 

- Przyjedź je poznać, złociutki!  - zaproponowała Thelma bez wahania. - Na przykład 

jutro. Janice zrobi na śniadanie gofry w polewie owocowej. Tylko nie przychodź za wcześnie. 

background image

Godzinę ustalono na dziesiątą. 

Wioząc Polly do Indian Village, Qwilleran spytał: 

- Jak ci się podobał kapelusz Thelmy? 

(Miał sztywne rondo pięciocentymetrowej szerokości, a jego bufiasty szczyt tworzyły 

ułożone  jedna  na  drugiej  warstwy  satyny,  aksamitu,  adamaszku  i  tweedu  -  w  różnych 

odcieniach  zieleni,  najwyraźniej  imitujące  liście.  Całości  dopełniała  zielona  wstążeczka  z 

szyfonu, przytwierdzona po obu stronach zieloną różą ręcznej roboty). 

-  Tylko  ktoś  o  jej  pozycji  i  władczym  sposobie  bycia  mógł  to  na  siebie  bezkarnie 

włożyć. 

Wygadał  się  niemal  o  śniadaniu,  na  które  został  zaproszony  nazajutrz.  W  ostatniej 

chwili powstrzymało go drżenie górnej wargi. Wracając do składu z Indian Village, zaciekle 

skubał nastroszone wąsy. 

Gdy Qwilleran wszedł do domu, Yum Yum otarła się przymilnie o jego kostki, a Koko 

stał  na  kominku,  trzymając  się  na  uboczu  w  geście  jawnej  dezaprobaty.  Sprawę  wyjaśniła 

kartka  od  Celii,  którą  zostawiła  na  kuchennym  blacie:  „Szefie,  po  twoim  wyjściu  Koko 

zachowywał  się  bardzo  dziwnie  -  chodził  tam  i  z  powrotem,  jeżył  sierść  i  na  wszystko 

spluwał. Myślę, że czuł zapach psa. Mówiłam do niego, dałam mu smakołyk i się uspokoił”. 

Alexander był tu już wcześniej - pomyślał Qwilleran - a Koko siedział na krokwiach i 

przyglądał mu się spokojnie z dużej odległości... coś dziwnego musiało naruszyć terytorium 

kota pod jego nieobecność. 

Usiadł przy maszynie do pisania, aby podsumować zdobycze tego wieczoru. 

Niedziela, 13 kwietnia 

A więc po wszystkim! Thelmę powitano, wzniesiono ku jej czci toast i wypowiedziano 

pod  jej  adresem  stosowną  ilość  zachwytów  -  na  okoliczność  szalonego  kapelusza  i  całej 

reszty. Podczas takich spotkań zawsze znajdzie się jedna natrętna mucha z małym aparatem, 

która  przemyka  cichaczem  wzdłuż  ścian,  robiąc  z  ukrycia  zdjęcia  gości  -  jedzących, 

ziewających, całujących nieswoich małżonków czy robiących wszystkie te rzeczy naraz. Co się 

dzieje z odbitkami? Czy ktoś je wywołuje? Czy w aparacie znajduje się w ogóle jakiś film? 

Amatorką ukrytej kamery była tego wieczoru asystentka Thelmy, zdjęcia robiła jednak 

wyłącznie swej pani. Katalogują je i umieszczają w archiwum? A może trzymają je wszystkie 

w beczce? W każdym razie muszą mieć ich tysiące, skoro... 

background image

Stukanie na maszynie przerwało mu ponaglające miauczenie Koko. Zaniedbany został 

wieczorny rytuał. Zgodnie z programem najpierw powinna odbyć się sesja czytania na głos, 

po której przychodziła pora na coś dobrego i gaszenie światła. 

- Tyrania! - mruknął Qwilleran, podążając za kotem w kierunku książek. 

Kot wskoczył zwinnie na górną półkę i zrzucił oprawioną w skórę książkę. Qwilleran 

złapał  ją  w  powietrzu.  (W  college'u  uchodził  za  świetnego  łapacza.  Któż  mógł  się 

spodziewać,  że  z  bejsbolowego  talentu  przyjdzie  mu  korzystać  w  tak  prozaicznych 

okolicznościach?) Cest la vie, pomyślał. 

Wybór  Koko  padł  na  Child's  Garden  of  Verses,  tymczasem  Qwilleran  nie  miał 

nastroju na poezję Roberta Louisa Stevensona. 

- Masz jeszcze jedną próbę! - powiedział. 

Z półki zleciał kolejny zwycięski Stevenson: Doktor Jekyll i pan Hyde

Qwilleran ponownie zgłosił weto. 

- Przykro mi, ale to naprawdę nie w waszym stylu. 

Usiedli wreszcie przy Podróżach z osłem tego samego autora, już po kilku akapitach 

zadzwonił jednak telefon. Przerażony kobiecy głos wyszeptał w słuchawkę: 

- Qwill, tu Janice. Nie przychodź jutro! Wydarzyło się coś strasznego! 

- Coś z Thelmą? - powiedział szybko. 

-  Nie.  Ale  nie  mogę  o  tym  mówić.  Po  prostu  nie  przychodź...  Po  czym  dodała 

trwożliwie: 

- Proszę, nikomu o tym nie mów! 

Kilka godzin po tej enigmatycznej rozmowie Qwilleran spał w swoim pokoju na pierwszym 

balkonie, a syjamczyki powinny były robić to samo dwa poziomy wyżej. Zawsze zostawiał 

im  otwarte  drzwi  (z  wielu  powodów)  i  zawsze  zamykał  własne.  Jakże  brutalnie  został 

obudzony  mrożącym  krew  w  żyłach  wrzaskiem  pod  swoimi  drzwiami!  Znał  dobrze  ten 

dźwięk: Koko oznajmiał nim czyjąś niesprawiedliwą śmierć. Według zegara na szafce nocnej 

mijała właśnie trzecia piętnaście. Natychmiast pomyślał o „czymś strasznym”, co wydarzyło 

się na ulicy Miłej po przyjęciu. 

Co mógł jednak zrobić? Zadzwonić na policję i powiedzieć, że wyje jego kot? 

Koko  dokończył  to,  co  uważał  za  swój  święty  obowiązek,  i  wrócił  na  górę.  Po 

godzinie bezproduktywnych spekulacji także Qwilleran zapadł w sen. 

background image

Rozdział dziewiąty 

 

W  poniedziałkowy  ranek,  przygotowując  śniadanie  dla  syjamczyków,  Qwilleran  słuchał 

prognozy  pogody  stacji  PKX  FM.  Celia  odłożyła  wczoraj  dla  kotów  coś  w  najlepszym 

gatunku. Od samego rana syjamczyki obserwowały w skupieniu każdy jego ruch. 

Nie  kłopocząc  się  wyłączeniem  radia,  Qwilleran  wysłuchał  także  informacji  z 

sąsiednich okręgów. Z Lockmaster: Wybrany został nowy rektor Akademii Sztuk Pięknych... 

Ustalono  termin  dorocznej  wystawy  kwiatów...  Miejscowy  szachista  wygrał  prestiżowy 

turniej  w  Milwaukee.  Z  Bixby:  Obława  na  handlarzy  narkotyków  w  Bixton  skończyła  się 

aresztowaniem  trzech  kobiet  i  czterech  mężczyzn...  Dwoje  ludzi  zginęło  w  wypadku 

motocyklowym  na  autostradzie  numer  dwanaście...  Za  kierownicą  furgonetki  odnaleziono 

zastrzelonego mężczyznę o nieustalonej tożsamości. 

W tym  momencie mrożące krew w żyłach miauczenie wydostało  się z gardła Koko. 

Po raz kolejny oznajmiał on czyjąś niesprawiedliwą śmierć. Tylko dlaczego kocur interesował 

się  niezidentyfikowanym  kierowcą  samochodu  dostawczego  w  okręgu  Bixby...  chyba,  że... 

miało to coś wspólnego z zagadkowym telefonem Janice poprzedniego wieczoru. W jej głosie 

było przerażenie i lęk. Qwilleran obmyślił procedurę dalszego postępowania. 

Najpierw zadzwonił do Burgessa Campbella i pogratulował mu udanego przyjęcia. 

-  Ulica  Miła  już  ochłonęła?  Nikt  nie  wypił  za  dużo  szampana  ani  nie  zjadł  za  wielu 

pierożków? 

- Nie słyszałem w nocy żadnych karetek - odpowiedział Książę. - I pozwól, że ci przy 

okazji  przekażę,  jak  wdzięczni  są  wszyscy,  że  otworzyłeś  dla  nas  podwoje  swojego 

sławetnego składu. 

- Cała przyjemność po mojej stronie - powiedział Qwilleran. 

background image

-  Thackerayowie  roztaczali  jakieś  pomylone  wizje  -  ciągnął  dalej  Burgess.  -  Thelma 

uznała, że skład sprawdziłby się znakomicie jako restauracja - z kuchnią i barem na parterze 

oraz kelnerami, którzy obsługiwaliby siedzących na balkonach klientów, jeżdżąc na wrotkach 

w  górę  i  w  dół  po  pochyłych  podestach...  Dick  wyobraził  go  sobie  z  kolei  jako  kompleks 

dwunastu apartamentów, gdybyś tylko zechciał zainstalować windy i zdecydował się na nową 

kanalizację... To dziwne, Qwill, ale naprawdę ciężko odgadnąć, kiedy żartują, a kiedy mówią 

coś na poważnie. 

-  Święta  racja,  Burgess.  Zawsze  podejrzewam  kobiety  w  szalonych  kapeluszach  i 

mężczyzn w dwukolorowych gangsterkach. 

Następnie  Qwilleran  zadzwonił  do  „Studia  Dekoracji  Wnętrz  Amandy”  i  nie  zdziwił  się, 

słysząc, że Fran Brodie wzięła tygodniowy urlop. Zadzwonił do jej domu w Indian Village. 

- Qwill, jestem padnięta! - jęknęła. - Nikt nawet nie wie, jak ciężko harowałam dla tej 

kobiety - i jej wielkiego ego. 

- Byłaś heroiczna. 

- A teraz ma kolejny projekt i chce, żebym się tym zajęła. Poszczuję na nią Amandę. 

To będzie bitwa stulecia. Thelma Thackeray przeciwko Amandzie Goodwinter. 

- Co Thelma chce teraz projektować? 

- Nie powiedziała. 

- Może to ma jakiś związek z budynkiem opery? 

- Bardziej z restauracją, serwującą kalifornijską kuchnię. 

-  No  nic,  Fran,  wykonałaś  wspaniałą  robotę,  przygotuję  ci  margaritę,  kiedy  tylko 

powiesz. 

Qwilleran ciągnął dalej: 

-  Tych  przyjęć  było  sporo  jak  na  kobietę  w  wieku  Thelmy.  Nie  wiesz,  w  jakiej  jest 

dzisiaj formie? 

-  Nie,  ale  z  pewnością  trzymała  się  dobrze,  gdy  zostawiałam  ich  pod  domem. 

Zaprosiła  mnie  na  kieliszek  czegoś  mocniejszego  przed  snem,  ale  odmówiłam,  a  Janice 

przypomniała  Thelmie,  że  rano  wyjeżdża  na  parę  dni  do  Lockmaster.  Jak  na  osobę 

ponadosiemdziesięcioletnią  Thelma  ma  w  sobie  niespotykane  pokłady  energii.  Nie  pije, 

zdrowo się odżywia i chodzi spać o dziesiątej... Może ja też tak powinnam! 

Wprawdzie rozmowa była całkiem ciekawa, ale nie dawała żadnych wskazówek co do 

„okropności”,  która  wydarzyła  się  w  domu  Thackerayów.  O'Dellowie  mieszkali  po  drugiej 

background image

stronie ulicy - Pat słynął ze swojego zmysłu obserwacji, Celia zaś w głębi duszy zawsze była 

tajnym  agentem.  Jednak  O'Dellowie,  wraz  z  kurczakiem  zapiekanym  w  cieście  i  blachą 

pachnących jagodzianek, powinni być w drodze do Purple Point na urodzinowy lunch. 

Przedstawiając  się  jako  Ronald  Frobnitz,  Qwilleran  zostawił  wiadomość  na 

automatycznej sekretarce. Celia odczekała, aż Pat wyjdzie z domu, zanim oddzwoniła. 

- Co jest, szefie? - spytała dziarsko. 

- Czy na Miłej wydarzyło się wczoraj wieczorem coś szczególnego? 

- Do czasu, gdy wszyscy zaczęli zjeżdżać do domów, było spokojnie i ciemno. Potem 

ulicę zaczęły wypełniać światła, śmiejący się i wykrzykujący pożegnania ludzie, no i dzieci 

wracające  z  przyjęcia.  Ucichło,  gdy  Fran  Brodie  przywiozła  towarzystwo  Thackerayów  i 

zostawiła ich przed domem. Dokładnie w chwili, gdy włączali światła, miałam wrażenie, że 

słyszę krzyk. Pat też go usłyszał, ale stwierdził, że to papugi. Jak mi idzie, szefie? 

- Jak cię już znudzi catering, zawsze możesz liczyć na pracę w CIA. 

- A, no i przypominam sobie coś jeszcze. Zanim wszyscy wrócili do domu z przyjęcia, 

Pat  zobaczył  furgonetkę  na  tyłach  domu  Thackerayów  -  odjechała  parę  minut  później. 

Doszliśmy  do  wniosku,  że  to  pewnie  jakiś  wspaniały  prezent  spowodował  okrzyk  Thelmy, 

kiedy przekroczyła próg domu. 

Qwilleran  sapnął  przez  wąsy  i  pomyślał:  Tylko  jak  się  to  wszystko  ma  do  paniki  w 

głosie  Janice...  i  wzmianki  o  czymś  strasznym...  i  jej  gorączkowej  prośby,  by  nikomu  o 

niczym nie wspominać? 

- Szefie, jutro rano będę miała dla ciebie informacje z miasta. 

- Możesz dzwonić. To nie ma ściśle tajnego statusu. 

-  Tak,  ale  chciałabym  przywieźć  kurczaka  w  cieście  i  jagodowe  muffinki,  jeśli 

uważasz, że mogą się okazać przydatne. 

-  Sądzę,  że  zdołam  wymyślić  odpowiedni  sposób  -  zawiesił  głos  -  ...aby  się  z  nimi 

rozprawić. 

Gwałtowny śmiech Celii uderzył w jego bębenki, gdy odkładała słuchawkę. 

Pracował nad wtorkową rubryką i musiał sobie zrobić przerwę, więc poszedł do biblioteki po 

książkę z ulubionym wierszem Homera. Parking był prawie pełen, a w głównej sali tłoczyli 

się  mężczyźni  i  kobiety  w  różnym  wieku.  Dotarł  do  nich  komunikat  z  piątkowej  gazety: 

„Zdjęcia dawnych gwiazd kina z autografami z kolekcji Thelmy Thackeray zostaną pokazane 

na wystawie czasowej w miejskiej bibliotece”. 

background image

Zdjęcia formatu A4 w stojących ramkach wypełniły dwie szklane gabloty: Claudette 

Colbert,  Ronald  Colman,  Groucho  Marx,  Joan  Crawford,  Fred  Astaire,  Humphrey  Bogart, 

Esther  Williams,  Edward  G.  Robinson  i  inni.  Co  pewien  czas  pojedynczy  komentarz 

przerywał pełną nabożnego skupienia ciszę. 

Mężczyzna: „Przyjdę, gdy nie będzie już takich tłumów”. 

Inny mężczyzna: „Cenna kolekcja! Pewnie wszystko jest ubezpieczone”. 

Kobieta:  „Moja  mama  miała  fioła  na  punkcie  Ronalda  Colmana”.  Dziecko: 

„Mamusiu! Gdzie są kotki?” 

Przed wyjściem z budynku Qwilleran pogłaskał dwa biblioteczne koty i wrzucił kilka 

monet do słoika, którego zawartość finansowała ich materialne potrzeby. 

-  Przystojny  Mac!  Delikatna  Katie!  -  rzucił,  zastanawiając  się  z  troską,  czy  ktoś 

przeczytał im kiedyś choć trochę Dickensa albo Hemingwaya. 

Syjamczyki  czekały  na  niego  z  wyciągniętymi  szyjami  i  czujnie  nastawionymi  uszami. 

Wiedziały, że się bratał z kotami z miejskiej biblioteki. 

-  Czytajcie!  Czytajcie!  -  wykrzyknął,  pozwalając  im  powąchać  książkę  z  biblioteki. 

Była nieźle sfatygowana, a szycie zostało dwukrotnie naprawione przez Eddingtona Smitha, o 

czym  informowała  adnotacja  na  trzeciej  stronie  okładki.  Zanim  nagrał  Lascę  na  urodziny 

Homera, w ramach treningu przeczytał Koko i Yum Yum kilka akapitów. 

Lascę  napisał  Frank  Desprez.  Miejsce  akcji:  Teksas,  brzegi  Rio  Grande.  Fabuła: 

Samotny kowboj włóczy się po barach, plotąc androny o utraconej miłości i rozpamiętując, 

jak pędzili po prerii na swych szarych mustangach. Pewnego dnia, bez ostrzeżenia, zmieniła 

się  pogoda,  wprawiając  w  popłoch  stado  bawołów,  które  stratowało  na  swojej  drodze 

dosłownie wszystko. Gdy opadł pył, Lasca nie żyła, lecz jej niebywały akt heroizmu zdążył 

wcześniej  ocalić  życie  kochanka.  Teraz  wszystko  na  prerii  pogrążone  było  w  bezruchu,  z 

wyjątkiem samotnego kojota, szarych wiewiórek, przemykającego w trawie czarnego węża i 

kołującego w górze orła. 

Qwilleran  przerwał.  To  ponad  sto  wersów  galopującego  rytmu  i  chwytających  za 

gardło emocji. Yum Yum oddychała ciężko; Koko wydał z siebie ciche miauknięcie. 

To była  chwila, w której  Rhoda Tibbitt zawsze wycierała oczy, a Homer smarkał  w 

bawełnianą chustkę. 

Syjamczyki  zostały  oddelegowane  do  altany  i  Qwilleran  nagrał  na  kasetę  swoje 

wykonanie wiersza. 

background image

We wtorek rano Celia wmaszerowała ważnym krokiem do składu. 

-  Na  gmachu  opery  od  wielu  lat  łapę  trzyma  bank  -  zameldowała  -  żadnych  nowych 

właścicieli...  nie  wydano  też  nowych  zezwoleń  na  budowę  ani  nie  złożono  w  tej  sprawie 

żadnych wniosków. 

-  Być  może  bank  zamierza  wynajmować  budynek  wędrownym  teatrom  burleski  - 

zauważył  Qwilleran  gorzko.  -  Wprawdzie  fotele  teatralne  usunięto  już  dawno,  ale  klientów 

dałoby się namówić na przyniesienie czegoś miękkiego pod własne siedzenie. 

-  Ależ  szefie!  -  zaprotestowała  ze  swoim  gotowym  na  każde  zawołanie  śmiechem.  - 

Pojechałam  jednak  zobaczyć,  co  się  dzieje  na  miejscu.  Na  parkingu  stała  furgonetka  z 

drabinami  na  dachu  i  napisem  BIXBY  MALOWANIE  I  DEKORACJE.  Pat  mówi,  że  w 

Bixby wszystko jest tańsze - towary, usługi i benzyna. Świeże jedzenie kupujemy w „Toodle's 

Market”, ale raz na tydzień Pat jedzie do Bixby zatankować i kupić podstawowe produkty. 

- Dokładnie to chciałem wiedzieć, Celia. Masz czas na kawę albo sok? 

Wskoczyła na jeden z barowych stołków. 

-  Wiem,  że  się  nie  łapiesz  na  plotki,  szefie,  ale  zachowałam  resztki  zmysłu 

krytycznego... 

- Mów. 

- Podczas przyjęcia asystentka Thelmy kręciła się po pokoju gościnnym i okazało się, 

że  mamy  ze  sobą  wiele  wspólnego:  obie  mamy  ziemię  rolną  i  obie  zajmujemy  się 

przygotowywaniem posiłków. Janice pochodzi z Dakoty Północnej. 

- Jak się znalazła w Hollywood i w domu Thackerayów? 

-  Historia  a  la  Kopciuszek.  Miała  dziesięć  lat,  gdy  zmarła  jej  matka.  Ojciec  poślubił 

kobietę  z  trójką  małych  dzieci.  Przez  kilka  następnych  lat  Janice  musiała  pomagać  przy 

dzieciach i gotowaniu. Nie miała czasu na hobby i sport, chciała rzucić szkołę i uciec z domu, 

ale  jej  ciocia  Patty  zawarła  z  nią  umowę.  Jeśli  Janice  zostanie  i  zdobędzie  dyplom,  ciocia 

pożyczy jej pieniądze na przeprowadzkę do wielkiego miasta i rozpoczęcie pracy w biurze. W 

szkole  uczyła  się  specjalnie  pod  tym  kątem.  Tak  naprawdę  bardziej  interesowało  ją  jednak 

gotowanie  niż  pisanie  na  maszynie  i  pomyślała,  że  w  Hollywood  będzie  przynajmniej  tyle 

samo  restauracji  co  wielkiego  szyku.  Thelma  zatrudniła  ją  do  zmywania  naczyń,  a  ona 

przebiła się aż na stanowisko zastępcy szefa kuchni. 

- Wszystko to powiedziała ci na przyjęciu? 

- No, nie do końca... Przyszła do nas wczoraj rano i spytała, czy może w czymś pomóc 

przy  lunchu.  Wzięłam  ją  ze  sobą  zamiast  Pata.  Thelmy  nie  ma  w  mieście.  Szkoda  mi  tej 

młodej kobiety. Nie ma własnego życia. Na przykład uwielbia koty, a Thelma ich nienawidzi. 

background image

-  Szkoda,  że  nie  miała  okazji  poznać  Koko  i  Yum  Yum  w  niedzielę  -  stwierdził 

Qwilleran.  -  Może  chciałaby  tu  przyjechać  pod  nieobecność  szefowej?  Może  przyjechać, 

kiedy chce, pod warunkiem że wcześniej zadzwoni. 

- To bardzo miłe z twojej strony, szefie. 

Wzruszył  skromnie  ramionami.  Ściśle  rzecz  biorąc,  dostrzegł  właśnie  szansę,  by 

zaspokoić swą ciekawość co do odwołanego śniadania. Powiedział jednak: 

-  Koty  cieszą  wizyty  nowych  wielbicieli,  którzy  zaczynają  ćwierkać  i  się  nad  nimi 

rozpływać. Są tylko ludźmi. 

Jego ironiczne uwagi zawsze budziły jej zachwyt. 

- Gdzie przebywają małe ślicznotki - spytała. - Muszę się pożegnać przed pójściem do 

domu. 

Zanurzyła rękę w torebce z miękkiej skóry. 

- Szukasz kluczyków czy potencjalnych pasażerów na gapę? 

Yum  Yum  była  w  kuchni,  okładając  i  goniąc  małą  świecącą  zabawkę,  podczas  gdy 

Koko wyglądał znad lodówki, jakby zażenowany tym jej nagłym atakiem kociego rozumu. 

-  Jedna z moich wielbicielek z Nizin  -  starsza kobieta, która ma za słaby wzrok, aby 

ciągle  szyć  -  przysłała  mi  swój  srebrny  naparstek  do  zabawy  dla  kotów.  To  nauczycielka  z 

drugiej  klasy  liceum,  której  zawdzięczam  swoją  pisarską  karierę.  Krewni  z  Lockmaster  od 

czasu do czasu przysyłają jej wycinki z moimi felietonami.  Co tydzień poleruję naparstek i 

chowam go do innej szuflady, ale Yum Yum zawsze potrafi odgadnąć, do której, a jej łapka 

otwiera każdą szufladę, na której nie dynda akurat kłódka. 

Janice zadzwoniła późnym popołudniem i zjawiła się wkrótce szmaragdowozielonym coupe. 

Qwilleran przywitał ją na podwórku. 

- Przywieźliście ten samochód z Kalifornii? 

- Holowaliśmy go za naszą furgonetką z papugami - wyjaśniła. 

Miała na sobie niebieskie spodnie dżinsowe i koszulę, a ciemne włosy związała z tyłu 

w kucyk. W innych sytuacjach układała je raczej blisko głowy. 

-  Dałem  znać  kotom,  że  przyjeżdżasz  -  powiedział  -  i  zafundowały  sobie  porządną 

toaletę. Czekają w altanie. 

Oto  były  i  one,  siedząc  sztywno  na  tylnych  łapach,  z  oczekiwaniem  wypisanym  na 

każdym ich wąsie. 

- Ale piękne! - wykrzyknęła. - Te niebieskie oczy! 

background image

-  Ten  z  aurą  cesarza  to  Kao  K'o-Kung.  Yum  Yum  lubi,  kiedy  się  ją  podnosi  i 

obściskuje, ale Koko jest zbyt macho, aby siedzieć u kogoś na kolanach. 

Z wrodzoną skłonnością do przekory Koko był jednak pierwszym, który zameldował 

się na kolanach Janice, gdy ta zajęła miejsce. 

-  Nigdy  nie  widziałam  syjamczyków  na  żywo  -  odezwała  się.  -  Gdy  mieszkałam  na 

farmie, koty mieliśmy tylko w stodole. 

- To tak jak z tymi tutaj. 

Po raz pierwszy usłyszał jej śmiech. 

- Szkoda, że nie wzięłam mojego aparatu. 

- Na niewiele by się to zdało, Janice. Nie współpracują. Koko uważa to za naruszenie 

prywatności, a nieprzyzwoita Yum Yum pozuje tylko od strony ogona - jego słowa wywołały 

kolejny wybuch śmiechu. - Interesujesz się fotografią? 

-  Głównie  z  przyczyn  praktycznych.  Obfotografowałam  cały  dom  na  potrzeby 

ubezpieczenia i pstrykam wszystko, co nosi Thelma, kiedy pokazuje się publicznie. No wiesz, 

żeby się nie powtarzała. 

- Pomysłowe. Czy mogę ci zaproponować kieliszek białego wina? W lodówce chłodzi 

się przyzwoity biały zinfandel. 

Na przyjęciu zauważył, że ani Janice, ani Thelma nie piły szampana, i zastanawiał się, 

czy to część domowej reguły Thackerayów. Teraz będzie miał okazję się przekonać. 

- Tak, chyba napiję się wina - odparła po krótkim wahaniu. 

Dla  siebie  przygotował  coś,  co  na  terenie  okręgu  stawało  się  już  powoli  znane  jako 

„koktajl Q”, czyli sok żurawinowy z wodą squunk. 

Rozmowa wciąż dotyczyła kotów i Janice wydzielała im z ręki słodkie chrupki. 

- Uwielbiam ten szorstki koci język i ich małe ostre ząbki! - emocjonowała się. 

- Słyszałaś o Akcji Kotek? 

- A, tak, i chciałabym mieć koty... ale u nas w domu jest to niemożliwe. Sąsiedzi mają 

kocią kolonię i Książę mówi, że mogę ich odwiedzać i bawić się z kotami, kiedy tylko mam 

ochotę. To polepsza im nastrój. Gospodyni powiedziała, że tylne drzwi są zawsze otwarte  - 

mogę wchodzić bez pukania. Jest bardzo miła. Wszyscy są tutaj mili. Powiedzieli nam, że to 

dobrosąsiedzki  zwyczaj,  aby  nie  zamykać  tylnych  drzwi.  Według  Thelmy  to  już  przesadna 

poufałość, ale... wszedłeś między wrony, musisz krakać jak one. 

Nagle Janice przestała trajkotać i zaczęła sprawiać wrażenie zmartwionej. 

- Książę wykłada historię Ameryki w college'u, możesz wpaść kiedyś na jego wykład. 

Nie zanudzi cię, ma poczucie humoru. 

background image

- Chętnie, ale to zależy od grafiku Thelmy. 

- Ile już z nią jesteś? 

-  Od  liceum.  Chciałam  pracować  w  restauracji  i  zatrudniła  mnie  przy  zmywaniu 

naczyń. To taka kuchenna pomoc do wszystkiego, no wiesz. Po jakimś czasie awansowałam 

na asystenta szefa kuchni w jej prywatnym klubie obiadowym. 

Znów trajkotała - nerwowo, pomyślał Qwilleran. 

-  To  był  luksusowy  klub,  z  wysokim  sufitem  w  sali  obiadowej  i  kryształowymi 

żyrandolami. Obok znajdował się bar, gdzie można było  wypić drinka i  na wielkim ekranie 

obejrzeć stare filmy. Thelma przechadzała się między stolikami w sali obiadowej w jednym 

ze  swoich  słynnych  kapeluszy  i  gawędziła  z  klientami,  mówiąc  do  nich  „złociutki”  i 

przeklinając po portugalsku, czego nauczyła się od papug. Wszyscy uwielbiali Thelmę i byli 

zawiedzeni,  gdy  zdecydowała  się  przejść  na  emeryturę.  Sprzedała  klub  i  zatrudniła  mnie  w 

charakterze sekretarki, gospodyni i kierowcy. 

Ze szczerym uśmiechem Janice dodała: 

-  Zawsze  cytuje  przysłowia  swojego  taty:  Nie  dziel  skóry  na  niedźwiedziu...  Czas  to 

pieniądz... Próbuj upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu... 

-  Nic  dziwnego,  że  odniosła  sukces  w  interesach...  Jeszcze  wina?  -  odezwał  się 

Qwilleran i dodał uprzejmie: - Ciężko sobie wyobrazić tak pełną życia osobę na emeryturze. 

- No cóż, jej brat bliźniak zmarł, a jego syn Dick poprosił ją o powrót na wschód. 

Milczała  wystarczająco  długo,  by  mógł  nabrać  podejrzeń,  że  długoletnia  pracowita 

asystentka odczuwa zazdrość w stosunku do czarującego nowobogackiego fircyka, który był 

jedynym żyjącym krewnym jej szefowej. 

-  Dick  jest  typem  osoby,  którą  wszyscy  lubią  -  powiedziała  jednak  po  chwili.  - 

Wprawia ją w dobry nastrój. Z drugiej strony, ona traktuje go jak surowy rodzic. 

Janice zachichotała usprawiedliwiająco. 

-  Thelma  urodziła  się,  aby  być  szefem!  Och,  byłabym  zapomniała,  Thelma  zaprasza 

cię na gofry w czwartek rano o dziesiątej. Będziesz mógł poznać papugi. 

Qwilleran zerwał się z miejsca. 

-  Właśnie  przyszedł  mi do  głowy  świetny  pomysł!  Jestem szczęśliwym  posiadaczem 

pokaźnej  ilości  kurczaka  zapiekanego  w  cieście  i  jagodowych  muffinek.  Moglibyśmy  je 

podgrzać i w ramach kolacji zorganizować sobie w altanie mały piknik. 

Weszli  do  środka  i  Janice  otrzymała  przywilej  nakarmienia  kotów,  podczas  gdy 

Qwilleran zajął się przygotowaniem prowiantu. Starał się zmienić temat rozmowy. 

background image

Jedząc posiłek, opowiadał o zajęciach w Centrum Sztuki, klubach, do których można 

wstąpić, i możliwościach pracy charytatywnej. 

-  Mogłabyś  poświęcić  trochę  czasu  schronisku  dla  zwierząt,  Janice.  Thelma  też  z 

łatwością znajdzie sprawę, która mogłaby skorzystać na jej obecności. 

Czuł, że stąpa po kruchym lodzie, ale taki właśnie miał plan. Janice odłożyła widelec i 

spojrzała na niego z rozpaczliwym niezdecydowaniem. 

- Jest coś, o czym nie powinnam mówić... 

- Więc nie mów. 

-  Tyle że chcę, a Celia twierdzi,  że jesteś jedyną osobą w Moose County, która tego 

nie  wypaple...  Thelma  tak  naprawdę  nie  jest  na  emeryturze;  przygotowuje  pewną  umowę 

handlową. Tylko tyle mogę powiedzieć. 

- Tym lepiej dla niej! 

- Uparła się, aby jechać dziś do Lockmaster na grób swojego brata i zobaczyć miejsce, 

w którym zginął. Nie wiem, po co. Przypuszczalnie tylko ją to przygnębi. 

- Nazywają to „zamknięciem pewnego etapu w życiu” - uniósł do góry butelkę wina. - 

Jeszcze kieliszek? 

- Chyba nie powinnam. Prowadzę. 

- W najgorszym razie odholuję cię moją terenówką. 

Uwaga Qwillerana spotkała się ze śmiechem. Łatwo wpadała w wesołość. 

- Ulica Miła miałaby o czym mówić! Nic im nie umknie. 

- To dlatego twój telefon w niedzielę tak mnie zmartwił - odezwał się, poważniejąc. - 

Powiedziałaś, że wydarzyło się coś strasznego, a wasi sąsiedzi słyszeli krzyki. 

Przez  chwilę  twarz  Janice  stężała  w  grymasie  niepewności,  jej  oczy  uciekały 

bezradnie na boki. 

Czekał cierpliwie, starając się nie wywierać żadnej presji. 

-  Gdy  wróciliśmy  -  powiedziała  z  wahaniem  -  w  domu  nie  było  papug!... 

Uprowadzone! Na stole leżało żądanie okupu. 

- Zawiadomiliście policję? 

-  Baliśmy  się.  List  zawierał  groźby  -  co  się  stanie,  jeśli  zadzwonimy.  Groźby  tak 

straszne, że nie mogę ich nawet powtórzyć. Thelmę rozbolał żołądek. 

-  Koszmarne  przeżycie  -  powiedział,  przypominając  sobie  własne  przerażenie,  gdy 

schwytano Yum Yum. 

- Musieliśmy zrobić to, czego chcieli. Na szczęście był z nami Dick, który nad ranem 

przywiózł papugi z powrotem, ale boi się o tym w ogóle mówić. Zamówiliśmy nowe zamki 

background image

do drzwi i alarm przeciwwłamaniowy, który ma bezpośrednie połączenie z policją... Tylko, na 

litość boską, nie mów Thelmie, że ci o tym wszystkim opowiedziałam! 

Odprowadzając Janice do auta, spytał: 

- Na pewno chcesz prowadzić? Mógłbym cię odwieźć twoim samochodem i wrócić do 

domu na piechotę. 

- Nie, nie! Czuję się w porządku. Dzięki za wszystko i do zobaczenia w czwartek rano. 

Po odjeździe Janice Qwilleran wniósł do środka syjamczyki i cała trójka rozłożyła się 

na wielkim fotelu, aby trochę poczytać. Koty zawsze lubiły słuchać jego głosu, a Yum Yum - 

ta  mała  szelma  -  odkryła  szczególne  wibracje  w  jego  klatce  piersiowej,  gdy  odgrywał  co 

bardziej pikantne partie tekstu. 

Gdy  zamknął  książkę,  jego  słuchacze  przeszli  do  innych  zajęć,  a  on  zaczął 

dopasowywać do siebie różne elementy łamigłówki. 

Kim  byli  porywacze,  którzy  zdołali  ulotnić  się  bez  śladu  w  towarzystwie  pięciu 

wygadanych  amazonek?  Bez  wątpienia  byli  czytelnikami  „Moose  County  coś  tam”. 

Wiedzieli,  jak  Thelma  ceni  swoje  zwierzęta.  Wiedzieli,  że  cała  ulica  Miła  będzie  wówczas 

gdzie  indziej,  świętując  przyjazd  Thelmy  na  galowym  przyjęciu.  Czego  żądali  w  ramach 

okupu? W niedzielny wieczór o wielkie sumy gotówki niełatwo. Może klejnoty? Drogocenna 

broszka w kształcie papugi  i  dopasowana do niej  bransoletka zrobiły wrażenie na klientach 

restauracji  „Grist  Mill”.  Czy  Thelma  obnosiła  się  ze  swoimi  rubinami,  szmaragdami  i 

diamentami  także  w  innych  restauracjach  w  Moose  County  i  Lockmaster?  Niezależnie  od 

charakteru okupu, ofiary zostały ostrzeżone, by nie zawiadamiać policji. 

A co z Dickiem? Bardzo zaryzykował... Jak mówi przysłowie: „Troje może dochować 

tajemnicy,  jeśli  dwoje  z  nich  nie  żyje”.  Nie  chciałbym  się  teraz  znaleźć  w  skórze  Dicka 

Thackeraya! 

background image

Rozdział dziesiąty 

 

Qwilleran  odczuwał  silne  pragnienie,  aby  pomówić  z  fotografem,  który  robił  zdjęcia  do 

artykułu  o  Thelmie  -  nazywanego  „papuzią  sesją”  przez  pracowników  laboratorium 

fotograficznego.  John  Bushland  wykonywał  zlecenia  dla  gazety,  posiadał  jednak  również 

własne studio w Pickax i  Qwilleran znalazł  go tam  przy  pracy w środowy  ranek. Od czasu 

rozwodu Bushy stał się regularnym pracoholikiem. 

- Chciałem ci tylko pogratulować papug, Bushy. Co myślisz o starszej pani? 

- Niezłe ziółko! Miałbyś materiał na książkę. 

-  Jutro  mam  poznać  papugi,  więc  pomyślałem,  że  zasięgnę  u  ciebie  języka.  Co 

powiesz na lunch w „Renniem”? Stawiam. 

-  Zostało  mi  jeszcze  do  wywołania  sporo  odbitek  -  na  termin.  Może  kupimy  jakieś 

kanapki w „Toodles Market” i zjemy je tutaj? Zrobię kawę. 

W  międzyczasie  Qwilleran  miał  do  załatwienia  kilka  spraw.  Zwrócił  tomik  wierszy  do 

biblioteki  i  znajdował  się  już  w  drodze  do  wyjścia,  gdy  ciekawość  zwabiła  go  do  czytelni 

gazet.  Szybko  odnalazł  wtorkowe  wydanie  „Bixby  Bugle”.  Pamiętał  informację  o 

morderstwie  w  PKX  FM.  Nie  podano  wówczas  żadnych  szczegółów  z  wyjątkiem 

przybliżonej  godziny  zajścia:  trzeciej  piętnaście  nad  ranem.  Dokładnie  o  tej  porze  Koko 

wydał  z siebie mrożący  krew w żyłach skowyt.  Wreszcie znalazł  poszukiwany  przez siebie 

artykuł. MORDERSTWO W POŁUDNIOWEJ DZIELNICY. Przebiegł tekst w poszukiwaniu 

faktów. 

background image

W  poniedziałek  nad  ranem  pracownicy  policji  znaleźli  w  furgonetce  osuniętego 

bezwładnie  na  koło  kierownicy  człowieka.  Mężczyzna  został  postrzelony  w  głowę.  Ofiara 

miała przy sobie sfałszowane dokumenty, a tablice rejestracyjne pochodziły z kradzieży. 

O  trzeciej  piętnaście  policjanci  odebrali  telefon  od  właścicielki  przyczepy 

kempingowej stojącej przy wiejskiej szosie na południe od Bixton. 

- Obudził mnie mój kot - powiedziała. - Jeżył się i warczał. Była pełnia, no a wiadomo, 

jakie  są  koty!  Ale  męczyło  go  co  innego.  Tony  to  zwykły  stary  kocur,  ale  kłopoty  potrafi 

wywęszyć jak mało kto. Popatrzyłam przez okno i zobaczyłam pod drzewami dwie furgonetki. 

Stały  do  siebie  tyłem  i  dwóch  mężczyzn  przenosiło  jakieś  rzeczy  z  jednej  do  drugiej.  Duże 

kartonowe pudła, jak na telewizor. Włączyły się tylne światła załadowanej furgonetki i zaraz 

potem  usłyszałam  strzał  z  pistoletu.  Potrafię  rozpoznać  strzał  z  pistoletu,  gdy  go  słyszę. 

Załadowana furgonetka odjechała w pośpiechu. Wtedy zadzwoniłam na policję. 

Policja  prowadzi  dochodzenie.  Spekuluje  się,  że  wydarzenie  może  mieć  związek  z 

niedawną kradzieżą w sklepie telewizyjnym. 

Qwilleran nie mógł  powstrzymać chichotu. Nigdy  nie przepadał  za dziennikarstwem 

„Bixby  Bugle”.  Przerabiając  na  historię  z  życia  wziętą  suchy  raport  policyjny,  do  którego 

dorzucili  wątek  kota,  którego  bohaterski  nos  wywietrzył  zbrodnię,  dziennikarze  gazety 

przeszli  jednak  samych  siebie.  Swoją  drogą  Tony  byłby  dla  Koko  świetnym  partnerem. 

Gdyby udało im się znaleźć jeszcze trzeciego utalentowanego kocura w Lockmaster, ich koci 

system szybkiego wykrywania pokrywałby już terytorium trzech okręgów. 

Takie  to  przyjemne  myśli  zajmowały  go  w  tym  momencie,  choć  powinien  już  w 

zasadzie kupić kanapki i  rozmówić się w studiu  fotograficznym z Bushym,  no i  dostarczyć 

kasetę. 

Przyszło mu do głowy pewne pytanie: skąd Koko mógł wiedzieć - i dlaczego się tym 

w  ogóle  przejmował  -  o  morderstwie  jakiegoś  szemranego  typka  dziewięćdziesiąt  mil  od 

Pickax? Nie było racjonalnej odpowiedzi; Qwilleran przestał już ich poszukiwać. 

Następnie  pojechał  do  Ittibittiwassee  Estates,  domu  emerytalnego,  który  miał 

przypominać  szwajcarski  kurort.  Korzystając  z  domofonu,  zadzwonił  na  górę  i  powiedział 

energicznym głosem: 

- Pani Tibbitt, stoi tu pewien dżentelmen, który twierdzi, że ma dla pani przesyłkę i że 

musi ją dostarczyć osobiście. Ma ogromne wąsy i wygląda podejrzanie. Chce pani zadzwonić 

na policję? To może być bomba. 

background image

-  Zaraz  schodzę  -  odpowiedziała,  zasłaniając  ręką  histeryczny  śmiech.  -  Proszę  mu 

powiedzieć, żeby nie odchodził. 

Chwilę  później  siwowłosa  pani  o  młodzieńczym  wyglądzie  wysiadła  z  windy.  W 

końcu Rhoda miała tylko osiemdziesiąt osiem lat; jej mąż w sobotę kończył dziewięćdziesiąt 

dziewięć. 

- Dziękuję, Qwill. Jak ci się podobał wiersz? 

-  Nagrywanie  go  stanowiło  ciekawe  wyzwanie,  no  i  spodobał  się  kotom,  zwłaszcza 

uciekające  w  popłochu  bawoły  oraz  fragment  o  kojocie  i  czarnym  wężu.  Jak  wygląda 

program na sobotę? 

-  O  jedenastej  Derek  zaśpiewa  urodzinową  piosenkę,  którą  napisał  specjalnie  dla 

Homera - chłopak ma talent! - będą też jakieś szychy z miasta i media. Żadnego tortu! Homer 

mówi, że nie chce wyzionąć ducha, dmuchając na świeczki. 

- Przy okazji, Rhoda, uczyłaś kiedyś w Lockmaster, prawda? 

- Tak. Tam poznałam Homera. Był dyrektorem w mojej szkole. 

- Słyszałaś o doktorze Thackerayu, weterynarzu? 

-  Oczywiście!  Był  wspaniałym  człowiekiem  -  przychodził  do  szkoły  i  opowiadał 

młodszym klasom, jak powinna wyglądać troska o domowe zwierzęta. Zginął w tragicznym 

wypadku.  Uwielbiał  przebywać  na  powietrzu  i  wędrował  w  górach,  gdy  poślizgnął  się  na 

mokrych skałach i spadł w przepaść. 

Qwilleran  skubał  wąsy,  myśląc  o  doktorze  Thackerayu;  miał  ochotę  zadać  więcej  pytań. 

Zatrzymał się w studiu Amandy, wiedząc, że sklepu pilnować będzie młoda asystentka Fran. 

Lucinda  Holmes  powitała  go  ze  swą  zwykłą  wylewnością,  ale  zanim  mogła 

zaproponować kawę, Qwilleran powiedział: 

- Kawy nie trzeba. Chciałbym tylko,  abyś odpowiedziała na jedno pytanie. Zabierasz 

zwierzęta do kliniki Thackerayów? 

- Teraz to już klinika Whinny Hill. Po śmierci doktora Thurstona kupili ją nowi ludzie. 

Mój chłopak tam pracuje. 

- Czyli... doktor Watson? 

-  Pamiętał  pan!  -  powiedziała  z  pełnym  uznania  śmiechem,  dodając  ściszonym 

głosem: - Nie jest zbyt szczęśliwy. Nowe szefostwo obiecywało utrzymać standardy doktora 

Thurstona,  trzymają  nawet  jego  zdjęcie  przy  recepcji,  ale  to  tylko  pozory  na  użytek 

dotychczasowych klientów - i jego syna. 

background image

- Znasz Dicka Thackeraya? 

-  Poznałam  go  raz  na  przyjęciu.  Pamiętam  tylko  jego  olśniewający  uśmiech.  Mówią 

jednak, że załamał się po śmierci ojca i musiał na pewien czas wyjechać. Wie pan, mówiono o 

samobójstwie, a to musiało boleć dodatkowo. 

- Doktor był w górach zupełnie sam? 

-  Tak,  a  gdy  nie  wracał,  jego  syn  zawiadomił  policję.  Odnalezienie  go  zajęło  grupie 

ratowniczej siedem godzin. Bardzo smutne. Więc nie wiem... 

- Straszna szkoda - mruknął Qwilleran. 

John Bushland lubił przezwisko „Bushy”; czyniło z jego łysiny żart zamiast katastrofy. On i 

Qwilleran  przyjaźnili  się  od  czasów,  gdy  połączył  ich  ze  sobą  los  rozbitka  na  bezludnej 

wyspie - ledwie dwanaście mil od Mooseville, za to w deszczu, zimnie i nie do zapomnienia. 

Tym  razem  usiedli  razem  przy  zupie  ze  szparagów  i  z  kanapkami  z  peklowaną 

wołowiną w rękach. 

-  Dowiedziałem  się  właśnie,  Bushy,  że  twój  portret  Thurstona  Thackeraya  wisi  w 

lobby kliniki Whinny Hills. 

- Taa, zamówił sobie portret, gdy prowadziłem studio w Lockmaster. Dobrze się z nim 

pracowało - cierpliwy, opanowany, skory do współpracy. 

- Jesteś sobie w stanie wyobrazić, że popełnia samobójstwo? 

-  Mowy  nie  ma!  Nigdy  nie  kupiłem  tej  ploty.  Ktoś  próbował  zrobić  skandal  ze 

zwykłego wypadku. Ludzie potrafią być straszni. 

- Dzwoniłem do ciebie - podjął Qwilleran - ponieważ Thelma zaprosiła mnie do siebie 

na oglądanie papug. Co o tym myślisz? 

-  Nie  wiem.  Ciężko  ja  rozgryźć.  Niby  skryta,  a  lubi  publikę.  Ma  świra  na  punkcie 

swoich papug,  a nie biorą jej żadne inne zwierzęta... Spodobała mi się za to  jej  asystentka, 

Janice - uprzejma i konkretna. 

- Poznałeś bratanka Thelmy? 

- Nie... to syn doktora Thurstona. 

- Czym się zajmuje? 

- Zarządzanie finansami, cokolwiek to znaczy. Chyba inwestycje. Gdy mieszkałem w 

Lockmaster, chodził taki żart, że Dick odziedziczył po swoim ojcu miłość do koni i dlatego 

spędzał tyle czasu na torze wyścigów konnych. 

- Rozpocząłeś już w tym roku sezon żeglarski? 

background image

- W ostatni weekend. Może chcesz popłynąć na Wyspę Trzech Drzew? - odezwał się, 

udając chytrość. 

- Kiepski żart - mruknął Qwilleran. - Wolałbym sobie od razu podciąć żyły. 

- W niedzielę zabieram Jill Handley i jej męża na mały rejs. Poznały się z Janice, gdy 

robiliśmy materiał o papugach. Jill zasugerowała, że można by zaprosić Janice na łódkę. Jest 

tu nowa i nikogo nie zna. 

-  Jestem pewien, że Janice spodoba się pomysł...  - stwierdził Qwilleran - tyle że ona 

tak naprawdę nie ma dni wolnych... Chociaż... może uda mi się coś wskórać. Zadzwonię do 

ciebie jutro po południu. 

W  drodze  do  domu  Qwilleran  zdał  sobie  sprawę,  że  nie  ma  nic  do  piątkowej  rubryki,  a  co 

gorsza, że nie przyszło  mu  jeszcze do głowy nawet  pół  pomysłu.  Pozwolił, aby rytm pracy 

zakłóciły  mu  porwanie,  niewyjaśniona  śmierć,  prace  wokół  opuszczonego  budynku  i 

dziwactwa starszej kobiety. 

W takich chwilach bawił się z Koko w pewną grę. Kocur lubił zrzucać z półek książki 

i  przyglądać  się  znad  krawędzi  regału,  jak  też  zachowają  się  one  w  momencie  kontaktu  z 

podłogą. Qwilleran, nie potrafiąc wyplenić niecnego procederu, wynalazł sposób, aby zrobić z 

niego  praktyczny  użytek.  Dawał  sygnał,  a  kocur  zrzucał  książkę.  Reguły  gry  obligowały 

Qwillerana do zajęcia się danym tytułem w kolejnym „Piórku Qwilla”. To dziwne, ale twardy 

przymus  zawarty w przepisach gry naprawdę pobudzał  do szybszego krążenia twórcze soki. 

Rzecz wydawała się absurdalna, lecz przynosiła niezłe efekty. 

Tym razem Koko spoglądał z góry pełnym satysfakcji spojrzeniem na cienką książkę 

w  sfatygowanej  okładce  -  jedną  z  ostatnich,  które  jego  właścicielowi  udało  się  kupić  przed 

zamknięciem  lokalnego  antykwariatu.  Qwilleran  wziął  ją  ze  sobą  razem  z  kotami  i 

bezprzewodowym  telefonem  do  altany.  Była  to  księga  przysłów  i  kartkował  ją  właśnie  w 

poszukiwaniu inspiracji, gdy zadzwonił telefon. 

Głos należał do Fran Brodie. 

- Chciałabym się zgłosić po obiecaną margaritę. 

- Kiedy? - pytanie Qwillerana było ostre. 

- Teraz! - brzmiała odpowiedź. 

- Gdzie jesteś? 

- Na twoim podwórku. 

Gdy udał się na tyły składu, aby ją przywitać, dodała przepraszająco: 

background image

- Mam nadzieję, że nie przerywam ci pracy. 

- Nie ma sprawy. Jestem pewien, że nie zabawisz długo. 

Touche

- Wejdź do środka. 

Usiadła przy barze, a on zajął się przygotowaniem jej ulubionego drinka. 

- Jestem tutaj - powiedziała - bo słyszałam, że jutro odwiedzasz papugi. 

- Myślisz, że potrzebuję zastrzyku przeciw papuzicy? Od kogo wiesz? 

-  Dwighta -  miała na myśli ich wspólnego znajomego, który zajmował  się u Thelmy 

sprawami public relations. - Jeśli planujesz pisać o rodzinie Thackerayów, Dwight uważa, że 

powinieneś pominąć wątek wnętrza domu. Jestem tego samego zdania! 

Wyznanie było nietypowe jak na projektantkę, która za swoją pracę skasowała właśnie 

ogromny czek. 

Zabrali  swoje  drinki  do  pokoju  gościnnego,  gdzie  Fran  zobaczyła  nad  kominkiem 

ścienną ozdobę. 

- Wciąż tutaj - żachnęła się. 

-  Więc  co  jest  nie  tak  z  domem  Thelmy?  -  zignorował  jej  uwagę.  -  Zostałem 

zaproszony  na  gofry  i  spotkanie  towarzyskie  z  Pedro,  Lolitą  i  całą  resztą.  Jeśli  cokolwiek 

napiszę, to tylko kolejną legendę do Opowieści z tej i nie z tej ziemi. Nie rozumiem, dlaczego 

chcesz mi coś powiedzieć o ozdobach - ups, przepraszam - o wystroju wnętrz. 

- Byłeś w innych domach na Miłej? 

- Dwóch albo trzech. 

- Zatem wiesz, że we wszystkich na ścianach są tapety, na suficie drewniana stolarka, 

w oknach draperie, a na podłogach z litego drewna perskie dywany. Thelma zażyczyła sobie 

białych ścian, zamalowanej na biało stolarki na suficie, białych żaluzji w oknach i - o zgrozo! 

- białych płyt z PCW na pięknej dębowej posadzce. Co mieliśmy robić? To jej dom! Amanda 

uważa, że klientom trzeba dawać wolną rękę. Jej nowoczesne meble wyglądają doskonale na 

tym tle... ale nie na Miłej! 

- Twardy orzech! - przyznał Qwilleran. 

-  Wiem,  że  lubisz  nowoczesność,  Qwill,  i  to  pod  każdą  postacią,  więc  pewnie  ci  się 

spodoba. Ale ja i Dwight uważamy, że publikacja informacji na temat tego wnętrza nikomu 

nie  przyniesie  korzyści.  Skup  się  raczej  na  papugach  Thelmy,  jej  kolekcji  designerskich 

kapeluszy, gofrach i ciężkim zauroczeniu starym kinem. 

-  Hmm  - Qwilleran wziął  do ręki  jej kieliszek.  -  Mam spróbować jeszcze raz? Może 

tym razem uzyskamy lepszy efekt. 

background image

Podskoczyła na równe nogi. 

- Nie, dziękuję. Mam dziś spotkanie rodzinne. Muszę się pojawić - i być trzeźwa. 

Patrząc,  jak  odjeżdża,  Qwilleran  rozważał  możliwość,  że  być  może  Fran  wcale  nie 

czeka  spotkanie  rodzinne.  Chciała  uniknąć  pytań  o  tajemnicze  przedsięwzięcie  biznesowe 

Thelmy. Teraz był już pewien, że miało ono związek z gmachem opery. Wcześniej tego dnia 

przejechał obok budynku i widział furgonetki firmy przewozowej, z których wypakowywano 

wielkie  kartonowe  pudła.  Każde  miało  z  boku  nazwę  producenta  i  napisy,  które  dużymi 

literami informowały KRZESŁO albo STÓŁ. 

Qwilleran poszedł prosto do telefonu i zadzwonił do Dwighta Somersa. Zastał go jeszcze w 

biurze. 

- Qwill! Kopę lat! Nie broisz za bardzo? 

-  Nie,  i  nie  wiem,  jak  sobie  z  tym  poradzić.  Masz  czas  na  kolację?  Moglibyśmy  się 

wybrać do „Onoosh’s Cafe” i uknuć jakąś straszną intrygę. 

Dwight miał jedną z tych twarzy, które wyglądają lepiej z brodą - mocniej i mądrzej. 

Przyjechał do Moose County z Nizin - zająć się public relations w przedsiębiorstwie XYZ. Po 

konflikcie z zarządem o rozwój przybrzeżnej wyspy Dwight złożył rezygnację i zatrudnił się 

w  agencji  public  relations  w  Lockmaster.  Wewnętrzne  przepisy  firmy  nie  zezwalały 

pracownikom  na  brodę.  Szkoda.  Bez  zarostu  wyglądał  schludnie,  uczciwie  i  młodo,  ale  z 

pewnością  nie  mocno  i  mądrze.  Przeniósł  się  ostatecznie  do  Pickax  i  założył  własną  firmę. 

Nazwał ją Somers i Broda, Sp. z o.o. 

- Nareszcie wyglądasz jak Dwight Somers! - powiedział Qwilleran, gdy spotkali się w 

śródziemnomorskiej  kawiarni.  Siedzieli  przy  stoliku  w  dobrze  osłoniętej  wnęce.  Na  blatach 

przybito mosiężne blachy, w oknach wisiały zasłonki z korali, a w menu znajdowała się pita 

ze szpinakiem. 

Qwilleran zapytał uprzejmie o Indian Village (gdzie Dwight mieszkał) i o Hixie Rice 

(z którą widywano go wszędzie). Dwight zapytał uprzejmie o koty. 

-  Słyszałem,  że  zajmujesz  się  public  relations  u  Thelmy  Thackeray.  Jak  się  z  nią 

pracuje? 

-  Mówię  do  niej  jak  starszy  brat.  Tłumaczę,  że  ludzie  mają  skłonność  do 

krytykanctwa,  zazdrości,  a  nawet  wrogości,  gdy  ktoś  powraca  z  szykiem,  pieniędzmi  i  w 

glorii sławy do rodzinnego miasta. Moja praca polega na tym, aby pokazać tym ludziom, jaką 

przyjazną i hojną osobą jest w rzeczywistości ich krajanka. Wysłaliśmy datki do wszystkich 

background image

lokalnych organizacji charytatywnych i do piętnastu kościołów - do tych ostatnich ze względu 

na pamięć o jej zmarłym „Tatce”. Thelma nie jest wielkim mówcą, ale zamierza pojawiać się 

na  różnych  imprezach  i  odpowiadać  na  pytania  o  papugach,  filmach  i  kapelusznictwie  jako 

dziedzinie sztuki. 

-  I  nie  chcesz,  abym  wspominał,  jak  wygląda  w  środku  jej  dom  -  powiedział 

Qwilleran. 

Jako dziennikarz powinien czuć się obrażony, że specjalista od public relations mówi 

mu, co powinien napisać... mieszkali jednak w małym miasteczku, a stawką w tej rozmowie 

nie był tylko wizerunek Thelmy. 

-  Dyskutowaliśmy  o  tym  z  Fran.  Za  granicą  i  w  niektórych  częściach  kraju 

minimalizm uznaje się za oznakę wyrafinowanego smaku. W Moose County takie pomysły są 

jednak  od  czapy,  a  dostarczanie  tematu  do  złośliwych  plotek  niczemu  nie  służy.  Póki  co 

chcemy podkreślać sprawy pozytywne, na przykład skupiając się na papugach. 

- Oraz gofrach, artystycznych kapeluszach i starym kinie - Qwilleran uzupełnił listę. - 

Tak czy inaczej, nie jestem ekspertem od wystroju wnętrz, chociaż wiem, co mi się podoba - 

rozwiązania  najbardziej  współczesne.  Mógłbyś  mi  za  to  pomóc,  Dwight,  mówiąc  coś  o  jej 

nowym biznesie, który najwyraźniej stanowi skrzętnie skrywaną tajemnicę. Kupiła budynek 

opery? 

- Należy do jej rodziny od siedemdziesięciu pięciu lat. W międzyczasie wynajmowali 

go już chyba wszyscy: rząd w czasach wojny i hurtownicy w czasach pokoju. 

- Otwiera restaurację? Widziałem, że przywieźli tam krzesła i stoły. 

- To ma być klub filmowy, w stylu kabaretu... - powiedział Dwight ściszonym głosem 

-  ...z  najlepszym  nagłośnieniem  i  aparaturą  projekcyjną  na  rynku...  no  i  chcą  mieć  w 

repertuarze stare filmy. 

Po obiedzie Qwilleran zamknął się w swoim gabinecie i zaczął pracę nad piątkowym 

felietonem.  Pytanie:  jak  zainteresować  czytelników?  Odpowiedź:  skłonić  ich  do  myślenia. 

Niech zgadują... Trzeba im dać coś, o czym będą mogli ze sobą rozmawiać. Napisał: 

KTO TO POWIEDZIAŁ: 

Troje  może  dochować  tajemnicy,  jeśli  dwoje  z  nich  nie  żyje.  Macie  Państwo  trzy 

próby. A oto garść wskazówek: 

background image

Był filozofem, wydawcą, naukowcem, dyplomatą, matematykiem, naczelnikiem poczty 

głównej,  sygnatariuszem Deklaracji Niepodległości,  wegetarianinem i  geniuszem.  Wpadł  na 

pomysł zmiany czasu zimowego na letni na długo przed tym, zanim wprowadzono go w życie. 

Wynalazł  też  niezwykłą  szklaną  harmonikę.  Na  wypadek,  gdybyście  państwo  nie  odgadli... 

znajdziecie jego portret na studolarowym banknocie. 

Ten  człowiek  renesansu  i  osiemnastowieczny  Amerykanin  potrafił  znaleźć  czas,  by 

pisać zbiory przysłów i publikować je przez ćwierć wieku pod pseudonimem Richard Sanders. 

(Stały  się  znane  jako  „Almanach  biednego  Ryszarda”).  Zawierają  sentencje  znane  chyba 

wszystkim, takie jak „Spiesz się powoli” oraz „Czas to pieniądz”. W niektórych pobrzmiewa 

szczypta  cynizmu:  „Gdzie  istnieje  małżeństwo  bez  miłości,  tam  będzie  i  miłość  bez 

małżeństwa”. 

Qwilleran  zakończył  rubrykę  quizem,  zachęcającym  czytelników,  by  przetestowali 

swą życiową mądrość. Poinformował, że odpowiedzi znajdą się w rubryce „Piórkiem Qwilla” 

już w najbliższy wtorek. 

Zadowolony ze swojej pracy, zjadł dużą porcję lodów i przespacerował się z latarką 

trzy razy dookoła składu, intensywnie w tym czasie myśląc... 

Następny  dzień  rozpocznie  się  od  gofrów  przy  ulicy  Miłej  numer  pięć  i  sesji 

zapoznawczej  z  papugami.  Czy  będą  zdenerwowane  po  ich  uprowadzeniu  przez  obcych  w 

środku nocy? Ile zechce Thelma opowiedzieć o swej wizycie w Lockmaster? Czy Dick zabrał 

ją na kolację do pięciogwiazdkowego hotelu „Palomino Paddock”? Kto uiścił rachunek? 

Przychodziło  mu  do  głowy  wiele  pytań,  które  mógłby  zadać,  jednak  wszystkie 

wykraczały  poza  jutrzejszą  etykietę:  Czy  to  możliwe,  że  porywacze  przyjechali  aż  z 

Kalifornii?  Jeśli  nie,  to  może  dowiedzieli  się  o  ukochanych  papugach  z  piątkowej  gazety? 

Czy  wywiad  zawierał  informację,  że  wszyscy  mieszkańcy  ulicy  Miłej  pojadą  świętować 

przybycie  nowej  sąsiadki?  Czego  żądali  porywacze?  Skąd  wziąć  dużą  ilość  gotówki  w 

niedzielny  wieczór?  Czy  porywacze  przyjmują  teraz  czeki  albo  karty  kredytowe?  (Kiepski 

żart). A więc chodziło im o klejnoty Thelmy? Skąd wiedzieli, że ma broszki do żakietu warte 

dziesięć tysięcy dolarów i bransoletki za piętnaście tysięcy? 

background image

Rozdział jedenasty 

 

Przed  śniadaniem  u  Thelmy  Qwilleran  włączył  prognozę  pogody  stacji  PKX  FM  ze 

świadomością,  że  usłyszy  za  chwilę  zarówno  trochę  bzdur,  jak  i  względnie  dokładnych 

przewidywań. Jego przyjaciel Pogodny Jimmy był bardziej showmanem niż meteorologiem, 

lecz  tego  właśnie  oczekiwał  od  niego  poczciwy  lud  Moose  County.  Prognozie  pogody  w 

wykonaniu  Jimmy'ego  zawsze  towarzyszyła  jakaś  piosenka,  dziecięca  rymowanka  lub  parę 

linijek poezji. 

Przynajmniej  raz  na  tydzień  Jimmy  dedykował  swoją  prognozę  komuś,  o  kim 

wspominano w wiadomościach, na przykład Lois Inchpot, gdy ta wygrała zawody kolarskie, 

albo Amandzie Goodwinter, gdy została ona wybrana na stanowisko burmistrza. 

W czwartek Pogodny Jimmy zadedykował swoją prognozę „Thelmie Thackeray, która 

tu  się  wychowała  i  powróciła  do  Pana  Boga  za  piec  po  wielu  latach  pracy  gdzieś  w 

Kalifornii... Thelmo, mogłaś zapomnieć, że mamy tu  ciekawą pogodę. Dzisiejszy ranek jest 

słoneczny, a temperatura sięga dwudziestu stopni, ale jeśli masz ochotę wyjść, weź ze sobą 

kurtkę  i  parasol,  bo  szykuje  się  niewielki  deszcz  i  chłodny  wiatr  -  a  nie  planujesz  chyba 

nabawić się przeziębienia. Jeśli jednak trochę się zakaszlesz, wypij gorącą lemoniadę i zrób 

sobie na szyi okład z gęsiego sadła”. 

Potem  zaśpiewał  kilka  linijek  o  „kroplach  spadających  na  mą  głowę”,  przygrywając 

sobie na radiowym fortepianie. 

Gdyby  słuchała  tego  Thelma,  padłaby  ze  śmiechu  na  wzmiankę  o  gęsim  sadle. 

Wspomnienie  gorących,  gryzących  i  cuchnących  okropieństw  okładów  z  gęsiego  sadła 

stanowiło stały punkt programu wśród weteranów Moose County rozprawiających o „starych 

złych czasach”. 

background image

O ile dobrze pamiętał, Qwilleran jadł gofry tylko raz w życiu, więc wypadało mu co 

nieco  się  w  tym  zakresie  wyedukować.  W  tych  odważnych  poszukiwaniach  asystowała  mu 

przez telefon pracownica biblioteki. 

Dzięki jej staraniom dowiedział się, że o gofrach wspomina się od czasów starożytnej 

Grecji... że pierwszą gofrownicę w Stanach Zjednoczonych opatentowano w 1890 roku... że 

gofrownice  były  najpopularniejszym  prezentem  weselnym  w  pierwszych  trzech  dekadach 

dwudziestego  wieku...  że  na  każdy  szanujący  się  strych  w  Moose  County  przypadała 

przynajmniej jedna gofrownica. 

Gdy  zbliżał  się  czas  wyjścia  na  śniadanie,  koty  obserwowały  go  czujnymi  niebieskimi 

ślepiami, jakby spodziewały się, że może już do nich nie wrócić. 

- Chcecie przesłać pozdrowienia Pedro i Lolicie? - spytał. 

Na  ulicy  Miłej  panował  spokój  -  dziesięć  gigantycznych  tortów  weselnych  oczekiwało  na 

weselnych  gości.  Najbardziej  krzykliwy  był  numer  piąty.  Główne  wejście,  nazywane 

drzwiami karocy, znajdowało się z boku i Janice czekała przy nim w kuchennym fartuchu i 

kucharskiej czapce. 

- Dzień dobry - powiedziała. - Czyż to nie piękny dzień? 

Wręczył  jej bukiet goździków w zielonym  przybraniu,  które kupił chwilę wcześniej. 

Instynkt podpowiedział mu, aby zdecydować się na krwistoczerwone. 

- Thelma będzie zachwycona! - zawołała Janice. - Trochę się spóźnia. Przynieść ci w 

międzyczasie kawę? 

Oczekiwanie dało mu szansę, żeby przyjrzeć się dekoracjom. Uznał, że nie brakuje im 

elegancji i radości życia. Wszechobecna biel przypomniała mu biały kwadrat na białym tle, 

który wygrał kiedyś na loterii w Centrum Sztuki. Tu jednak na całkowicie białym  tle działy 

się  ciekawe  rzeczy:  sofa  i  krzesła  w  hebanowych  ramach  miały  kwadratowe  siedziska  i 

oparcia ze stalowoszarego jedwabiu. Niezłe! - pomyślał. Podkreślały je dodatkowo brzuchate 

poduszki  w  kolorach  papugi:  zielonym,  karminowym  i  żółtym.  Stoły  zostały  wykonane  z 

nierdzewnej  stali  i  miały  szklane  blaty.  Ręcznie  wykonane  dywany  o  różnej  wielkości 

przejrzyście dzieliły przestrzeń. Na ścianach wisiały duże nowoczesne płótna i arrasy, które 

zdobiły ściany, a nie rzucały się agresywnie na patrzącego człowieka. 

Spodobała  mu  się  zwłaszcza  stojąca  w  sieni  wysoka  i  wąska  etażerka  -  ze  stalową 

ramą  i  pięcioma  półkami  o  stopniowanej  wielkości.  Rama  rozszerzała  się  ku  górze,  co 

background image

sprawiało,  że  na  dolnych  półkach  było  mniej  miejsca  niż  na  górnych.  Pomysł  ten  dawał 

wrażenie  lekkości  i  swobody.  W  Moose  County  zabrano  by  się  do  tego  inaczej,  pomyślał 

Qwilleran: prosto z góry na dół, wedle niedościgłego wzorca drabiny. 

Półki wypełniała zachwycająca kolekcja ptaków tropikalnych z kolorowej porcelany. 

Przyglądając  się  im,  Qwilleran  poczuł  w  pewnym  momencie  czyjąś  obecność:  Thelma 

schodziła właśnie ze schodów, jedną ręką w bransoletce przytrzymując się poręczy, drugą zaś 

wyciągając  w  geście  powitania.  Miała  na  sobie  prostą  kamizelkę  w  jasnożółtym  kolorze, 

podkreślającym  srebrzystą  siwiznę  jej  włosów  -  ściętych  krótko  i  z  opadającą  na  czoło 

grzywką. 

- Twój dom, Thelmo, ma w sobie elegancję i dużo joie de vivre! - powiedział. 

-  Bóg  zapłać,  złociutki!  Mówisz  tak,  jak  piszesz!  I  wyglądasz  nawet  przystojniej  niż 

podczas  przyjęcia!  Chodź  za  mną!  Gofry  zostaną  podane  w  pokoju  śniadaniowym.  Mam 

nadzieję, że będą ci smakować tak jak mnie! 

W  pokoju  śniadaniowym  podano  Qwilleranowi  kruche,  maślane  gofry  z  dodatkiem 

siekanych orzechów i jabłkową polewą. Stwierdził, że nigdy w życiu nie jadł lepszych. (Jego 

wcześniejsza przygoda z goframi miała miejsce w jadłodajni w New Jersey). 

- A co na śniadanie jedzą papugi? - spytał, by zepchnąć rozmowę na inne tory. 

-  Zwykłą  karmę  dla  papug  -  powiedziała  Thelma  -  plus  smakołyki  w  rodzaju  nasion 

słonecznika, jabłek, bananów, selera i orzeszków ziemnych. Uwielbiają czekoladki i słodkie 

żelki, ale nie chcemy ich utuczyć. 

- Dick dał Lolicie karmelek w czekoladzie - odezwała się Janice - i zakleił jej się cały 

dziób. Wyglądała śmiesznie, próbując się tego pozbyć, ale cukierek smakował jej tak bardzo, 

że zaraz chciała więcej. 

-  Nie  pochwalam  słodkich  sztuczek  Dicka  i  mu  o  tym  powiedziałam!  -  stanowczo 

orzekła jego ciotka. 

Dwukrotnie,  zwracając  się  do  siebie  na  stronie,  kobiety  wspomniały  o  „panu 

Simmonsie”. 

- Kim jest pan Simmons? - zapytał Qwilleran. - Waszym kuratorem sądowym? 

Janice  parsknęła  śmiechem;  Thelma  mruknęła  coś  pod  nosem  rozbawiona  i  głośno 

powiedziała: 

-  To emerytowany detektyw policyjny, który pracował  ze mną w klubie obiadowym. 

Był  ochroniarzem  we  fraku  i  czarnym  krawacie  i  uważał  za  swój  osobisty  obowiązek,  by 

zapewnić mi bezpieczeństwo. 

- Miał chrapkę na Thelmę - dodała figlarnie Janice. 

background image

-  Gdy  sprzedałam  klub  i  przeszłam  na  emeryturę,  został  przyjacielem  rodziny, 

przychodzącym  raz  w  tygodniu  na  obiad  i  mającym  na  wszystko  oko.  Uwielbiał  kuchnię 

Janice.  Dowiedziawszy  się,  że  wyjeżdżamy  na  wschód,  nalegał,  bym  wzięła  od  niego 

rewolwer  i  nauczyła  się  z  niego  korzystać  -  niepokoił  go  los  dwóch  kobiet  samotnie 

przemierzających kontynent. To uroczy, przemiły człowiek. 

- Mam nadzieję, że nikt mnie nie nazwie uroczym, przemiłym człowiekiem - zauważył 

Qwilleran. 

-  Nie  martw  się,  złociutki.  Zupełnie  ci  to  nie  grozi  -  zrewanżowała  mu  się 

bezzwłocznie. 

To właśnie w niej lubił - jej ostrość. 

Qwilleran  unikał  zadawania  oczywistych  pytań  o  papugi,  ponieważ  odpowiedzi 

znajdowały  się  w  piątkowym  reportażu,  który  powinien  był  przeczytać.  Gwoli  ścisłości, 

zerknął przelotnie na tekst, więc był w miarę kryty. 

- Jak ci się udała wycieczka do Lockmaster? - zapytał. 

-  Piękne  tereny  na  konie...i  całkiem  niezłe  restauracje...  ale  nie  tak  dobre  jak  moja, 

złociutki!  -  puściła  do  niego  porozumiewawczo  oko.  I  dodała  trzeźwo:  -  Tak  naprawdę 

pojechałam zobaczyć grób mojego brata. Powiedziałam Dickowi, żeby mnie zostawił na parę 

minut,  i  odwiedziłam  kochanego  Buda...  zmówiłam  krótką  modlitwę...  Później  chciałam 

obejrzeć wąwóz, gdzie lubił wędrować z Sally i gdzie miał swój wypadek. Dick został przy 

samochodzie - powiedział, że to zbyt przygnębiające miejsce. Moim zdaniem było tam jednak 

pięknie. W oddali majaczył stalowy most, który wyglądał, jakby został zrobiony z zapałek, i 

w  pewnym  momencie  przetoczyła  się  po  nim  dziecięca  kolejka.  Jeszcze  niżej  w  stronę 

horyzontu płynęła rzeka. 

- Black Creek - powiedział Qwilleran. 

-  Gdy  Tatko  woził  nas  do  Lockmaster  na  spektakl,  przez  całą  drogę  nie  było 

piękniejszego  widoku  niż  ten  wąwóz.  Tatko  zatrzymywał  samochód,  a  moja  macocha 

rozkładała jedzenie i urządzaliśmy sobie piknik. Bilety na spektakl kosztowały pięć centów, 

czyli dwadzieścia centów za cztery osoby. Tatko nieczęsto szastał pieniędzmi. 

- Pamiętasz swój pierwszy film? 

-  Jak  mogłabym  zapomnieć?  To  był  Ben  Hur  z  tymi  wszystkimi  wyścigami 

rydwanów!  Niemy,  ma  się  rozumieć...  następnie  Cyrk  z  Charliem  Chaplinem.  Jakżeż  my 

kochaliśmy  tego  małego  obdartusa!...  Pierwszy  film  z  dźwiękiem  to  był  chyba  Śpiewak 

jazzowy  -  wtedy  zdecydowałam,  że  chcę  być  „w  filmach”,  jak  to  się  wówczas  mawiało.  Do 

tego czasu nie byliśmy już biedni i mogliśmy bywać w kinie częściej. 

background image

- Kiedy filmy pojawiły się w Pickax? - spytał Qwilleran. 

- Bud i ja skończyliśmy właśnie dwanaście lat, a Tatko zafundował nam kino „Pickax” 

na  urodziny.  Dawniej  była  tam  opera  -  wówczas  od  lat  zamknięta  -  i  twierdził,  że  kupił  ją 

bardzo  tanio.  Wtedy  zaczęliśmy  oglądać  Garbo,  Johna  Barrymore'a,  Clarke'a  Gable  i  braci 

Marx.  Trzy  razy  poszliśmy  na  Kacza  zupę.  Gdy  zobaczyłam  Wesołą  rozwódkę  z  Ginger 

Roberts i Fredem Astaire'em, miałam już pewność, że muszę pojechać do Hollywood. 

Na stole stała gofrownica i Qwilleran raz po raz pozwalał się rozpieszczać kulinarnym 

umiejętnościom Janice. 

- Może pójdziemy z kawą do ptaszarni? - zasugerowała Thelma. 

We  wszystkich  domach  na  Miłej  przewidziano  przedni  i  tylny  salon  -  ten  drugi  to  pokój 

rodzinny, w myśl współczesnego nazewnictwa. Pod numerem piątym nosił on jednak nazwę 

ptaszarni.  Połowa  pomieszczenia  znajdowała  się  za  sięgającą  sufitu  drucianą  siatką.  Druga 

połowa  została  umeblowana  stołem  i  fotelami  z  wikliny,  wokół  których  stały  drzewa 

pokojowe w mosiężnych donicach. 

Wewnątrz  gigantycznej  klatki  aż  furczało  od  kolorów,  gdy  papugi  przysiadały  na 

żerdziach,  robiły  sztuczki  na  trapezach  albo  wspinały  się  po  drucianej  siatce,  chwytając  ją 

szponami i podciągając się za pomocą silnych dziobów. Jeden z mocnych dziobów podgryzał 

gałąź  drzewa.  Wszystko  tonęło  w  szczebiocie  i  harmidrze  dwujęzycznych  pokrzykiwań, 

potęgowanym przez głośny trzepot skrzydeł. 

W tle stało sześć pojedynczych klatek, pięć z nich miało otwarte drzwiczki i odsunięte 

zasłonki. Te z wyhaftowanym imieniem CHICO pozostały zasunięte. 

- Kim jest Chico? - spytał Qwilleran. - Popadł w niełaskę? 

-  Nasz  biedny  Chico  zmarł  trzy  lata  temu  -  powiedziała  Thelma.  -  Trzymamy  jego 

klatkę dla upamiętnienia tego bardzo niezwykłego ptaka. 

-  Muszę  przyznać,  że  stanowią  bardzo  żywiołowe  towarzystwo!  -  stwierdził 

Qwilleran.  Potrafił  sobie  wyobrazić,  jak  zdruzgotana  musiała  być  Thelma  po  kradzieży 

ptaków. 

Usiedli z kawą w wiklinowych fotelach. 

- W piątkowej gazecie - odezwał się Qwilleran - przytoczono twoją wypowiedź o tym, 

że  amazonki  są  inteligentne  i  komunikatywne  i  że  twoje  ucinają  sobie  pogawędki  po 

angielsku  i  portugalsku.  Jak  ptaki,  niezależnie  od  tego  jak  inteligentne,  uczą  się  ludzkiej 

mowy? 

background image

-  Naśladują  ludzi,  z  którymi  przebywają,  wliczając  w  to  dzieci,  koty,  psy  i  głosy  w 

telewizji - powiedziała Thelma. - Pedro mieszkał kiedyś z profesorem z Ohio i posiada zasób 

słownictwa  liczący  dwieście  słów.  Lubi  też  rozmawiać  o  polityce.  Pedro  to  ten,  który 

podgryza gałąź. 

- Mocny dziób - ocenił Qwilleran. - Nie chciałbym się z nim spotkać w ciemnej ulicy. 

-  To  amazonka  niebieskoczelna.  Inne  to:  żółtobrzucha  i  krasnogłowa  -  wszystkie  są 

cudownie kolorowe, gdy rozkładają ogon i stroszą piórka na karku. 

- Ta z plamką wokół oka wydaje się szczególnie czujna i wsłuchana we wszystko, co 

mówimy. 

-  To  Esmeralda.  Mieszkała  z  umuzykalnioną  rodziną  i  zna  bogaty  repertuar 

patriotycznych  pieśni,  popularnych  piosenek  i  operowych  arii.  Niestety  nie  zna  niczego  od 

początku  do  końca.  Carlotta  potrafi  recytować  grecki  alfabet,  ale  tylko  do  kappa...  Navarro 

wspaniale naśladuje wycie wilka... Powtarzają wszystko, co usłyszą... Te dwie, które siedzą z 

dziobami  obok  siebie,  jakby  plotkowały,  to  Lolita  i  Carlotta.  Wciąż  się  gapią  na  twój  wąs, 

Qwill  przypuszczalnie  próbując  znaleźć  jakiś  sposób,  aby  go  podwędzić.  Amazonki  to 

straszne łotrzyki. 

-  Sytuacja  robi  się  napięta!  -  Qwilleran  uniósł  się  z  miejsca.  -  W  trosce  o 

bezpieczeństwo aparycji zmuszony jestem się oddalić. 

Odpowiedziała  mu  swoim  miękkim  śmiechem  -  muzykalnym  „mhmmm  mhmmm 

mhmmm”. 

W drodze do drzwi odezwał się już zupełnie poważnym tonem: 

- Byłaś kiedyś na grobie swojego ojca, Thelmo? 

- Nie wiem nawet, gdzie się znajduje! 

- Ja wiem. To piękne miejsce. Zabiorę cię tam w niedzielę po południu. I moglibyśmy 

zjeść kolację w gospodzie „Boulder House” z widokiem na jezioro. 

- Dziękuję! - zawołała. 

Wychodząc, zapytał uprzejmie: 

- Będzie w porządku, jeśli napiszę w  „Piórku Qwilla” o amazonkach? Jeśli tak, będę 

musiał przyjechać jeszcze raz zrobić notatki. 

Zdawał  sobie  sprawę,  że  Janice  patrzy  na  niego  skamieniałym  z  przerażenia 

wzrokiem,  ale  koncentrował  się  na  reakcji  Thelmy.  Musiała  złapać  oddech  i  lekko  się 

zawahała, ale odpowiedziała z równą nonszalancją: 

- Moje zarozumiałe nicponie otrzymały już wystarczającą reklamę. Dziękuję, ale nie. 

- Szkoda - powiedział Qwilleran. - Myślałem, że porozmawiam z Pedro o polityce. 

background image

- Owszem, ma pewne przemyślenia, ale rzadko nadają się one do druku  - zakończyła 

Thelma. 

W drodze do domu zjechał na bok i zadzwonił do Bushy'ego, nagrywając wiadomość 

na jego automatycznej sekretarce. 

-  Śmiało  zabieraj  Janice  na  łódkę.  Jadę  z  Thelmą  na  wycieczkę  w  niedzielę  po 

południu. 

Thelma zadzwoniła do składu niedługo później. 

-  Qwill,  fotograf,  który  robił  zdjęcia  papug,  zaprosił  Janice  na  przejażdżkę  łódką  w 

niedzielę, z piknikiem na wyspie w ramach lunchu. Dziennikarka, która z nim tutaj była, oraz 

jej  mąż  też  się  wybierają.  Chciałabym,  żeby  Janice  spotykała  ludzi  w  swoim  wieku,  ale 

zastanawiam się, czy to całkiem... bezpieczne. 

Martwiła  się  o  zdatność  łódki  do  żeglugi?  O  kompetencje  sternika?  Warunki 

pogodowe? Czy o co? 

- John Bushland - odpowiedział - pochodzi z rodziny o długich tradycjach żeglarskich 

i wychowywał się z kołem sterowym w ręku. A mąż Jill Handley jest właścicielem sklepu ze 

zdrową żywnością, więc masz pewność, że także lunch będzie bezpieczny. 

Wieczorem Qwilleran i Polly odbywali swoją tradycyjną pogawędkę telefoniczną. 

- Będzie ci przeszkadzać - spytał - jeśli zabiorę inną kobietę na kolację w niedzielę? 

Odczekał, aż wyrzuci z siebie pytanie, i wyjaśnił: 

- Thelma nigdy nie widziała grobu swojego ojca na cmentarzu na wzgórzach Hilltop, 

więc  pomyślałem,  że  to  będzie  miły  gest,  jeśli  ją  tam  zabiorę  i  zjemy  razem  w  „Boulder 

House” niedzielną kolację. 

- Dlaczego „Boulder House”? - zapytała mniej lub bardziej szorstko. 

-  To  malownicze  i  historyczne  miejsce  -  właściwie  widział  w  tym  szansę,  aby 

podokuczać dziedziczce niskokalorycznego chipsa. 

Pod koniec wieczoru, gdy wciąż było za wcześnie na zgaszenie świateł, rozłożył się na swoim 

fotelu  z  nogami  na  podnóżku  i  zastanowił  nad  kolejnym  felietonem  do  rubryki  „Piórkiem 

Qwilla”  -  i  kolejnym  -  i  jeszcze  jednym.  Praca  felietonisty,  jak  zwykł  mawiać,  to  w 

dziewięćdziesięciu  pięciu  procentach  myśl,  a  w  pięciu  atrament.  Przyglądał  mu  się  Koko. 

Nigdy  nie  miało  się  pewności,  czy  jego  ślepia  emitują  właśnie  komunikat  o  gwałtownym 

przypływie apetytu, czy przekazują wzniosłe idee do „Piórkiem Qwilla”. Qwilleran podzielał 

background image

bowiem zdanie Christophera Smarta, poety, który utrzymywał, że gapienie się swojemu kotu 

w oczy zapładnia umysł. 

To,  co  chwilę  później  zaświtało  mu  w  głowie,  mogło  stanowić  pomysł  kocura  bądź 

jego  własny;  trudno  w  takich  przypadkach  o  jednoznaczne  rozstrzygnięcia.  Faktem  jest  w 

każdym razie, że wybiegł myślą w kierunku Tonye'go, kota z Bixby... i dwóch furgonetek... i 

dużych  pudeł,  w  których  miały  się  znajdować  skradzione  telewizory...  Czy  to  możliwe,  że 

były  w  nich  klatki,  w  których  za  szytymi  na  zamówienie  zasłonkami  siedziały  kolorowe 

amazonki? Jeśli tak, osobą, która odjechała w pośpiechu z miejsca zdarzenia, mógł być Dick, 

oficjalnie namaszczony na bohatera całego incydentu. W takim razie to Dick zabił porywacza. 

A jeśli tak, to czy udało mu się odzyskać okup z rąk nieboszczyka? 

Pomyślał  jednak  również,  że  człowiek,  który  uratował  papugi,  mógł  być  tylko 

pośrednikiem,  pozbawionym  skrupułów  najemcą,  opłacanym  za  swoje  usługi.  A  wtedy 

należałoby zapytać, czy pośrednik skasował do kieszeni okup po odzyskaniu ptaków i zabiciu 

łatwowiernego nieszczęśnika za kierownicą? Ile osób współpracowało przy realizacji całego 

scenariusza? 

Wtedy pomyślał: a może Dick był jedną z nich? 

Pomysł wydawał się wstrętny, choć - jak zauważył Szekspir - można się uśmiechać i 

uśmiechać, a być łajdakiem. 

-  Miau!  -  nie przebierając w  słowach, oznajmił Koko. W końcu już pięć minut  temu 

syjamczyki powinny otrzymać przed snem coś dobrego. 

Kolejne  dni  były  dla  Qwillerana  bardzo  pracowite  i  nie  miał  czasu  snuć 

fantastycznych podejrzeń na temat porwania. Musiał przyznać, że duże, sześcienne obiekty, o 

których wspominano w „Bixby Bugle”, mogły być w rzeczy samej kradzionymi telewizorami, 

tak jak twierdziła policja. 

background image

Rozdział dwunasty 

 

Gdy  Qwilleran  wręczył  mu  swój  tekst  do  piątkowej  gazety,  Junior  rzucił  nań  okiem  i 

powiedział: 

-  Lepiej  zawiadomić  bank,  aby  wyjął  ze  skarbca  jakieś  studolarówki.  Ludzie  w  tych 

okolicach są przekonani, że w sklepach nie można płacić niczym powyżej dwudziestki. 

-  We  wczorajszym  wydaniu  był  dobry  artykuł  o  Akcji  Kotek  -  podzielił  się  swoją 

refleksją Qwilleran. 

-  Taa,  wywiady  z  Mavis  Adams  na  ogół  wychodzą  świetnie.  Wie,  o  czym  mówi,  i 

potrafi się wysłowić. To adwokat, choć na to nie wygląda. 

-  A  jak  powinna  wyglądać  kobieta  adwokat,  Junior?  Ty  też  raczej  nie  wyglądasz  na 

redaktora naczelnego. 

Junior nie połknął haczyka. 

- Tylko czekaj, jak zobaczysz reklamę na piątej stronie - powiedział. 

Przerwało mu zamaszyste wejście Hixie Rice. 

- Cześć, chłopaki! Co mamy dziś na tapecie? 

- Stare przysłowia - odparł Qwilleran. - Tak tylko, aby przetestować twoje kulturowe 

kompetencje,  zobaczymy,  czy  potrafisz  dokończyć  następującą  sentencję.  Trzy  pociechy 

starości to... 

Ani ona, ani redaktor naczelny nie potrafili dokończyć zdania. 

-  Moją  kolumnę  kończę  quizem.  Czytelnicy  otrzymają  trzy  albo  cztery  początkowe 

słowa kilku przysłów. Jeśli nie będą w stanie ich dokończyć, odpowiedzi znajdą we wtorek. 

- Więc na czym polegają te trzy pociechy starości? - chcieli się koniecznie dowiedzieć. 

- Będziecie musieli zaczekać do wtorku. 

background image

-  Za długo  -  stwierdziła Hixie.  - Czytelnicy stracą zapał.  Mam  lepszy  pomysł.  Ukryj 

odpowiedzi w dzisiejszej gazecie - w ogłoszeniach o pracę, ofertach sprzedaży nieruchomości 

albo jeszcze gdzie indziej. 

Junior,  zawsze  podatny  na  uroki  Hixie,  poparł  wniosek  i  Qwilleran  został 

przegłosowany. Niechętnie podał odpowiedzi i Junior czym prędzej zabrał je do działu składu 

i grafiki. 

- A jak tam plany obchodów stopięćdziesieciolecia Pickax?  - Qwilleran zwrócił się z 

tym pytaniem do Hixie. 

- Komitet ma tysiące pomysłów! - odpowiedziała z typowym dla siebie entuzjazmem. 

- I mamy cały rok, żeby je dopracować! To będzie największe małe stopięćdziesięciolecie w 

Ameryce Północnej! 

- Tym lepiej dla ciebie! - powiedział. 

Kolejne zadanie Qwillerana polegało na odnalezieniu w „Toodle's Market” produktów, które 

Polly umieściła na swej długiej liście. W dziale produktów papierniczych jego wózek zderzył 

się z pojazdem mieszkanki ulicy Miłej. 

- Przepraszam - powiedział. - Mam OC, na wypadek gdyby pobiły się pani jajka albo 

zsiadła śmietanka do kawy. 

Jego słowa skierowane były do Jeffy, nowej żony Whannella MacWhannella. 

- Qwill! Czy to nie trochę za dużo zakupów jak na kawalera i dwa koty? 

- To dla Polly - wyjaśnił. - Robię dla niej zakupy, gdy jest w pracy, a potem dostaję 

zaproszenie na kolację. 

- Niezłe! Nigdy nie załatwiłam sobie takiego układu, gdy chodziłam do pracy... Swoją 

drogą, w waszej gazecie był świetny artykuł o Akcji Kotek. 

- Bierzesz w niej udział? 

- Mac zgodził się na kocią kolonię, o ile będą miały własny pokój i nie rozpełzną się 

po mieszkaniu, wchodząc mu do butów albo do nogawek spodni. We wtorek wieczorem jest 

spotkanie w sprawie Kociej Rewii. Mam nadzieję, że wpadniesz. 

Gdy  Qwilleran  wrócił  do  składu,  Yum  Yum  powitała  go  pełnym  oddania  ocieraniem  się  o 

kostki, lecz Koko siedział sztywno i wyzywająco na jednej z półek na książki. 

Obwieś jeden! - pomyślał Qwilleran. Znowu zrzucił książkę i wydaje mu się, że jest 

zabawny. 

background image

Na podłodze nie leżał tym razem Almanach biednego Ryszarda, lecz inny stary tom z 

nieistniejącej  księgarni  Eddingtona  Smitha:  powieść  historyczna  autorstwa  Winstona 

Churchilla. 

Eddington  nazwał  swego  kota  Winston  Churchill  -  pełnego  godności  dachowca  z 

długą  szarą  sierścią  i  nietuzinkowym  intelektem.  Tę  ostatnią  cechę  księgarz  wiązał  z  na 

wskroś literackim środowiskiem, w którym kot miał okazję na co dzień przebywać. Dopiero 

teraz  Qwilleranowi  przyszło  do  głowy,  że  Winston  nie  otrzymał  swego  imienia  na  cześć 

brytyjskiego  polityka,  lecz  amerykańskiego  autora!  Książka  na  podłodze  była 

dziewiętnastowieczną  powieścią  historyczną  traktującą  o  amerykańskiej  rewolucji. 

Zatytułowana  Richard  Carvel,  napisana  została  przez  najpopularniejszego  autora  powieści 

historycznych swoich czasów. 

O  czternastej  Qwilleran  poszedł  szosą  po  gazetę.  Chcąc  jak  najszybciej  zobaczyć 

reklamę na piątej stronie, usiadł na ławce przed wejściem do Centrum Sztuki. 

Reklama  zapowiadała  otwarcie  Klubu  Filmowego  „Thelma”  w  dawnym  budynku 

opery, pokazującego wyłącznie stare filmy ze złotego wieku hollywoodzkiej kinematografii... 

tylko dla członków... w stylu kabaretu. Piwo i wino podczas pokazów wieczornych i pełen bar 

podczas  seansów  nocnych.  Podano  numer  telefonu  dla  osób  chcących  uzyskać  dalsze 

informacje. Numer kierunkowy wskazywał na Lockmaster. 

Gdy  Qwilleran porządkował  pytania, które  cisnęły  mu  się do  głowy, drzwi Centrum 

Sztuki otworzyły się z hukiem i Thornton Haggis wykrzyknął: 

-  Hej,  Qwill!  Co  to  za  figle  płatasz  swoim  cierpiącym  w  milczeniu  czytelnikom?  - 

wymachiwał  egzemplarzem  „Coś  tam”.  -  Przejrzałem  tę  całą  gazetę  linijka  po  linijce  i  nie 

mogę znaleźć choćby jednej wskazówki dla czytelnika dotyczącej starych przysłów. 

- Do diabła! Mogę od ciebie zadzwonić? - spytał Qwilleran. 

W redakcji poprosił do telefonu Juniora. 

-  Wszystko  zostało  przygotowane  na  strony  biznesowe!  -  grzmiał  Junior.  -  I  znikło! 

Nie  pytaj,  w  jaki  sposób.  Nasz  telefon  nie  przestaje  dzwonić.  Hixie  przygotowała 

automatyczną  wiadomość:  „Jeśli  chcesz  usłyszeć  odpowiedzi  do  quizu z rubryki  «Piórkiem 

Qwilla», wciśnij jeden”. Wtedy miły głos odczytuje twoich dziewięć przysłów... Nie ma co 

gadać, Qwill, zawsze coś... 

Kolejny  pomysł  Hixie  się  nie  powiódł.  Qwilleran  zaczął  się  obawiać  o  obchody 

stopięćdziesięciolecia miasta. 

background image

Po powrocie do składu Qwilleran zadzwonił do „Moose County coś tam” i zgodnie z 

instrukcją „wcisnął jeden”. Głos oznajmił:  „Przepraszamy za błąd komputerowy, w wyniku 

którego  zniknęły  odpowiedzi  do  quizu  z  rubryki  «Piórkiem  Qwilla».  Poprawne  odpowiedzi 

to...” 

Trzy pociechy starości to stara żona, stary pies i pieniądze w kieszeni. 

Kot w rękawiczkach nie złapie żadnej myszy. 

Pusta sakiewka nie będzie trzymać się prosto. 

Jedz, aby żyć, a nie żyj, aby jeść. 

Używany klucz zawsze lśni jasnym blaskiem. 

Ten, który żyje nadzieją, umiera z głodu. 

Nigdy nie istniała dobra wojna albo zły pokój. 

Niezgodziński i Potakiwacz to dwa jełopy. 

Trzymaj  oczy  szeroko  otwarte  przed  małżeństwem  i  na  wpół  przymknięte  w  jego 

trakcie. 

Przyjechawszy  do  Polly  na  kolację,  Qwilleran  posłużył  się  przy  wejściu  własnym  kluczem, 

czym zasłużył sobie u Brutusa na wyczekujące spojrzenie. 

- Chcesz zobaczyć moje prawo jazdy czy dowód osobisty?  - zwrócił się do kota. - A 

może wystarczy moja akredytacja? 

-  Wejdź!  Wejdź!  -  Polly  wołała  z  kuchni.  -  I  powiedz  mi,  co  się  dziś  stało  w  „Coś 

tam”? W bibliotece urywał się telefon! 

- Czego chcieli? 

-  Odpowiedzi  do  quizu  -  które  powinny  się  znaleźć  w  gazecie,  ale  ich  tam  nie  było. 

Sprawdziliśmy przysłowia u Bartletta i pracownicy czytali je dzwoniącym. 

-  Zawsze  masz  wszystko  pod  kontrolą,  Polly  -  powiedział.  -  Zjemy  na  tarasie? 

Temperatura jest idealna i nie ma wiatru. 

- Komary? 

- Za wcześnie. 

Zaczęli od grejpfruta w syropie z dodatkiem jagód. 

- Nie pamiętam grejpfruta na twojej liście zakupów - powiedział. 

-  Czekaj  tylko,  aż  usłyszysz  całą  historię!...  Jedna  z  naszych  ochotniczek  otrzymała 

dostawę grejpfrutów z sadu na Florydzie  - z życzeniami  urodzinowymi od osoby o imieniu 

Miranda. Nie zna nikogo o takim imieniu, a jej urodziny wypadają w listopadzie. Zadzwoniła 

background image

do sadu. Nie wydawali się zmartwieni - uznali, że zaszła komputerowa pomyłka, i życzyli jej 

smacznego...  Cóż,  kobieta  jest  wdową,  mieszka  sama,  więc  przyniosła  grejpfruty  do 

biblioteki. 

-  Mam  wrażenie  -  odezwał  się  Qwilleran  -  że  komputery  robią  więcej  błędów,  niż 

kiedykolwiek mieli to w zwyczaju ludzie. 

- A ludzkie błędy wydawały się bardziej zrozumiałe i wybaczalne. 

-  Muszę  jednak  przyznać,  że  to  najlepszy  grejpfrut,  jaki  w  życiu  jadłem.  Witamy  w 

nowym wspaniałym świecie komputerowych pomyłek. 

Główne danie przyrządziła, dusząc na wolnym ogniu obiadowe resztki z ostatnich dni, 

i  Qwilleran  pogratulował  jej  stworzenia  smaku  nieznanego  dotąd  ludzkiemu  podniebieniu, 

mimo że samo danie z wyglądu do złudzenia przypominało karmę dla psów. 

- Jest nie do opisania - orzekł Qwilleran. - Mam nadzieję, że są dokładki. 

Zjedli  wszystko  w  milczeniu,  które  mogło  stanowić  przejaw  zachwytu  lub  dowód 

zimnej krwi. 

- A teraz jesteś gotowy na sałatkę, mój drogi? 

- Jak jeszcze nigdy! 

Próbując  odwieść  swój  umysł  od  myślenia  o  szpinaku,  cykorii,  jarmużu  i  rukoli, 

zapytał: 

-  Widziałaś  reklamę  klubu  Thelmy?  Zadzwoniłem  na  podany  numer  i  usłyszałem 

nagraną wiadomość. Członkostwo z prawem wstępu na wieczór kosztuje pięćdziesiąt dolarów 

i sto dolarów ze wstępem na noc - ważne przez rok. Bilety wstępu sprzedawać będą po pięć 

dolarów. Członkowie mogą kupować bilety dla gości. Nagrany głos przedstawił się jako Dick 

Thackeray, menedżer, ale dodał, że wieczorne pokazy prowadzić będzie Thelma Thackeray. 

Polly zastanawiała się, czy pomysł ma szansę chwycić w Moose County. 

-  Myślę,  że  klub  przyciągnie  głównie  ludzi  z  Lockmaster  i  Bixby.  Ale  nie  ulega 

wątpliwości, że skorzystają na tym restauracje w Pickax. 

Na deser był mrożony jogurt z trzema polewami do wyboru. Wybór Qwillerana padł 

na wszystkie. 

-  Jakieś  nowinki  w  twoim  ekscytującym  życiu,  Qwill?  Musiał  się  przez  chwilę 

zastanowić. 

-  Yum  Yum  zwróciła  swoje  śniadanie...  Koko  dostał  napadu  miauczenia  w  trzech 

rozpaczliwych tonacjach, aby poinformować mnie, że cieknie jeden z kranów... 

- Jak gofry Thelmy? 

background image

-  Dobre,  ale  wystawne.  Nie  w  twoim  stylu...  Papugi  były  interesujące  i  uderzająco 

piękne. 

- Co miała na sobie Thelma? 

-  Długi  żółty  strój  i  dwie  garście  złotych  bransoletek  -  cienkich  jak  drucik,  ale  za  to 

całe ich mnóstwo. 

-  Takie  bransoletki  nazywają  się  bangles  -  powiedziała  Polly.  -  Wpadłam  dzisiaj 

przypadkiem  na  Fran  Brodie  w  salonie  fryzjerskim  i  powiedziała  mi,  że  zdaniem  Thelmy 

drogocenne broszki,  naszyjniki  i  bransoletki z klejnotami  są zbyt  efekciarskie jak na Moose 

County.  Złożyła  je  w  bankowym  depozycie.  Będzie  nosić  tylko  swoje  małe  diamentowe 

kolczyki, okulary z diamentami w oprawkach i proste bransoletki bangles

Qwilleran sapnął w swoje wąsy i pomyślał: Naprawdę są w bankowym depozycie?... 

czy w drodze do Kalifornii z porywaczami? 

Rozważał  swoją  teorię  -  że  okup  miał  zostać  wypłacony  w  klejnotach,  a  nie  w 

gotówce. Czy porywacze przyjechali tu aż z Kalifornii? Czy oddała im wszystko z wyjątkiem 

diamentowych  kolczyków  i  złotych  bransoletek?  Jaką  założy  biżuterię  na  wizytę  na  grobie 

Tatki i kolację w „Boulder House”? 

Pomógł Polly wnieść z tarasu obiadowe akcesoria, a potem ułożyli plan na następny 

wieczór:  kolacja  w  restauracji  „Tipsy”  i  opera  na  sprzęcie  grającym  w  domu.  Polly 

zasugerowała Traviatę

- Idziesz rano na obchody urodzin Homera? 

- Wyłącznie jako widz - odparł. 

Qwilleran opisał obchody w swoim prywatnym dzienniku. 

Sobota, 19 kwietnia 

Ozdobione  kolorowymi  balonikami  lobby  Ittibittiwassee  Estates  wypełnił  tłum 

miejskich  i  regionalnych  oficjeli,  lokalnych  i  stanowych  mediów  oraz  Derek  Cuttlebrink  ze 

swą gitarą. Mieszkańcy domu stali odgrodzeni za liną. Wszyscy spoglądali w kierunku windy. 

Gdy  drzwi  się  otworzyły,  ze  środka  wytoczył  się  Homer  na  wózku  inwalidzkim, 

popychanym  przez  swoją  żonę.  Na  głowie  miał  zawadiacko  przekrzywioną  złotą  koronę  z 

papieru.  Z  jego  zmarszczonej  twarzy  dało  się  wyczytać,  że  ani  korona,  ani  aparaty 

fotograficzne,  ani  baloniki  nie  były  jego  pomysłem.  Przykro  nam,  Homer,  gdy  stajesz  się 

wspólnotowym  skarbem,  zrzekasz  się  części  osobistych  przywilejów.  Gdy  długie  oklaski 

background image

zaczęły przygasać, Derek brzdąknął parę akordów i zaśpiewał nosowym głosem na melodię 

You're a Grand Old Flag George'a M. Cohana: 

Jest przyjacielem i mistrzem z błyskiem w oku 

I nie ma sobie równych jego rozum! 

I mawiają, że choć wózek 

Pisany mu na dłużej 

To w herbacie woli rum od soku 

Teraz ma dziewięćdziesiąt dziewięć lat 

I wciąż czuje się jak chwat 

A problemy mija z boku! 

Wszyscy tutaj z nas 

Pojawią się za rok na czas 

By uczcić sto lat Homera - the grand old guy! 

To  nie  były  najlepsze  słowa,  jakie  kiedykolwiek  napisałem,  ale  za  sprawą  Dereka 

zabrzmiały  dobrze.  Gdy  aplauz  wszedł  w  crescendo,  otworzyły  się  drzwi  windy,  do  środka 

wjechał wózek, drzwi się zamknęły, a zielony napis poinformował o kierunku ruchu kabiny: 

GÓRA. 

background image

Rozdział trzynasty 

 

Syjamczyki wiedziały, kiedy Qwilleran ubiera się do jakiegoś wyjścia. Kręciły się obok, jak 

to tylko potrafią koty, czekając cierpliwie na pożegnalny kąsek mozzarelli. 

-  Zabieram  „złotko”  na  przejażdżkę  wokół  okręgu  -  wyjaśnił.  -  Przepraszam,  że  nie 

zostaliście zaproszeni. Ma awersję do kotów. 

Potrafił zrozumieć, jeśli ktoś miał alergię na sierść kota, ale ktoś, kto kotów po prostu 

nie znosił, był podejrzany. 

Przy Miłej pięć powitała go Thelma, wyglądająca elegancko w żółtozielonym żakiecie 

z  miękkiej  skóry  i  białym  skórzanym  kapeluszu.  Biały  kolor  miały  również  jej  spodnie, 

sandały i torba na ramię. T-shirt w poziome paski w różnych odcieniach zieleni dodawał jej 

wyglądowi animuszu. Była gotowa do wyjścia. 

-  Zapomniałem  ci  powiedzieć  -  odezwał  się.  -  Na  cmentarzu  musimy  wspiąć  się 

kawałek żwirową ścieżką. Masz jakieś wygodniejsze buty? 

-  Już  się  robi!  Pójdę  na  górę  się  przebrać,  a  ty  w  tym  czasie  przywitaj  się  z 

amazonkami. 

Słyszał  je  już  z  daleka.  Dźwięk  przypominał  przyjęcie,  które  wymknęło  się  spod 

kontroli,  lecz  jazgot  ustał  natychmiast,  gdy  tylko  pojawił  się  w  drzwiach  -  z  wyjątkiem 

zalotnego komentarza: 

- Niezłe ciacho! Niezłe ciacho! 

- Zostawmy komplementy - odezwał się Qwilleran - i porozmawiajmy lepiej o jakichś 

mądrych sprawach. 

W odpowiedzi otrzymał zwięzłą próbkę purnonsensu. 

- Która godzina?... Szła dzieweczka do laseczka... Ijaj-ijaj-ho... Niezłe ciacho! 

background image

-  Lubią  cię  -  powiedziała  Thelma,  schodząc  z  góry  w  białych  półbutach  na  płaskiej 

podeszwie. - Nie o wszystkich da się to powiedzieć. 

- Jestem zaszczycony. 

Wsiadła zgrabnie do terenówki Qwillerana. 

- Zanim odjedziemy - powiedział - pozwól, że pogratuluję ci klubu filmowego i złożę 

życzenia  zawodowych  sukcesów.  Dla  miasteczka  to  wspaniała  inicjatywa,  nie  obawiasz  się 

jednak, że prowadzenie klubu może być zbyt ambitnym wyzwaniem? 

-  Mój  bratanek  zrobi  czarną  robotę  i  weźmie  na  siebie  odpowiedzialność,  klub 

powstaje jednak za moje pieniądze i to ja będę wszystko nadzorować. 

Qwilleran często wysłuchiwał zwierzeń, zarówno od osób starszych, jak i młodszych. 

Ufali mu, ponieważ był  dobrym słuchaczem, miał sympatyczną twarz i wiedział, co i kiedy 

należy powiedzieć. 

- Jeśli jest coś, co mogę zrobić, chętnie pomogę - powiedział w tym momencie. 

Jechali  na  północ  do  Hilltop  -  obok  kliniki,  college'u,  Teatru  K,  „Toodle's  Market”, 

klubu  curlingowego  w  domku  alpejskim  i  Ittibittiwassee  Estates.  Wszystko  to  powstało  w 

ciągu kilku ostatnich lat. 

-  Pamiętam  dom  towarowy  Lanspeaków  -  powiedziała.  -  Tam  kupiłam  swój 

wielkanocny kapelusz. Kapelusze zawsze były dla mnie ważne. Nie wiem, dlaczego. 

-  To  twój  królewski  instynkt.  Urodziłaś  się,  aby  nosić  koronę.  Widać  to  w  twoim 

sposobie bycia, sylwetce, usposobieniu. 

- Mówisz takie miłe rzeczy, złociutki! Sprawdziłabym się jako pisząca o życiu gwiazd 

felietonistka,  ktoś  taki  jak  Hedda  Hopper,  która  słynęła  zresztą  ze  swoich  kapeluszy.  Miała 

ich setki i zrobiono jej kiedyś zdjęcie na okładkę „Time'a” w kapeluszu z maszyny do pisania, 

mikrofonu i słuchawki telefonicznej. 

- Ciekawe, że obie macie imię i nazwisko, które układają się w aliterację  - zauważył 

Qwilleran.  - Co więcej,  wyznam  zupełnie szczerze, że Thelma i  Thurston to  moim  zdaniem 

piękne imiona dla bliźniąt, których nazwisko brzmi Thackeray. Komu je zawdzięczacie? 

-  Mojej  matce,  zanim  się  urodziliśmy.  Gdyby  miała  dziewczynkę,  chciała  jej  dać  na 

imię  Thelma;  gdyby  miała  chłopca,  miał  się  nazywać  Thurston.  W  rodzinie  mówiliśmy 

jednak  do  siebie  po  prostu  Bud  i  Sis.  Mój  ojciec  był  Tatkiem...  Masz  jakieś  rodzeństwo, 

Qwill? 

- Nie, a mój ojciec zmarł, zanim się urodziłem... Wyszłaś kiedyś za mąż? 

background image

-  Tylko  raz.  Wygoniłam  go  po  sześciu  miesiącach.  Był  hazardzistą  i  nie  miałam 

zamiaru finansować jego hobby. Od tego czasu znakomicie sobie radziłam sama. Jak mówi 

przysłowie: Kobieta bez mężczyzny jest jak ryba bez roweru. 

Przez chwilę jechali w milczeniu. 

- Piękna okolica - odezwała się wreszcie. 

Była odprężona i powoli ulatniała się jej zawodowa poza. 

- Ile godzin jechaliście tu z Kalifornii? 

- To około dwóch tysięcy i dalibyśmy radę przejechać tę odległość w ciągu pięciu dni, 

ale nie chcieliśmy narażać na stres amazonek, no i  nie chcieliśmy przyjechać wcześniej niż 

ciężarówka  firmy  przewozowej,  więc  się  nie  spieszyliśmy,  zatrzymując  się  w  domkach 

kempingowych  zamiast  w  motelach.  Mogliśmy  tym  sposobem  wnieść  ferajnę  do  środka, 

odsłonić im klatki i nikomu nie przeszkadzać. Papugi okazały się spolegliwymi pasażerami, a 

Janice jest świetnym kierowcą. 

Po kolejnych kilku minutach spokojnego milczenia Qwilleran powiedział: 

- Zbliżamy się do Hilltop - u góry po lewej. 

Cmentarz  Hilltop  znajdował  się  na  szczycie  biegnącego  z  północy  na  południe 

grzbietu Hummocks. Sylwetki kamieni nagrobnych tworzyły coś w rodzaju wycinanki na tle 

zachodniego nieba. 

- Dzięki znajomemu z Towarzystwa Genealogicznego sprawdziłem lokalizację grobu 

twojego ojca. Na szczyt prowadzi pięć ścieżek. Idąc pierwszą, wzdłuż wierzchołka, człowiek 

popada w nastrój pogodnego spokoju - a przynajmniej tak ją reklamują. 

Znaleźli nagrobek poświęcony  „Milo  hodowcy ziemniaków” i  Qwilleran oddalił  się, 

by Thelma mogła spędzić kilka chwil sam na sam z Tatką. 

-  Opuść  swoją  szybę,  Thelmo  -  powiedział  Qwilleran,  gdy  jechali  już  w  stronę  jeziora  -  i 

wciągnij  głęboko  powietrze.  Od  Kanady  oddziela  nas  sto  mil  wody.  „Boulder  House”  była 

pierwotnie letnią rezydencją właściciela kamieniołomu. 

Kuriozum architektoniczne rozparło się na klifie ponad piaszczystą plażą, sprawiając 

wrażenie bliższe warowni niż miłego zakątka na niedzielny obiad. Także właściciel gospody 

nie  wyparłby  się  związków  ze  średniowiecznym  drzeworytem:  niski,  pulpetowaty,  w 

skórzanym fartuchu, a zarazem na tyle serdeczny, że stali bywalcy zwracali się do niego per 

„nasz gospodarzu”. 

Przed kolacją wypili drinka na kamiennej werandzie ponad krawędzią klifu. 

background image

- Nie wolno mi popijać, złociutki - odezwała się Thelma. - Rozkaz lekarza. W moim 

wieku muszę być grzeczną dziewczynką. 

Polecił  jej  koktajl  Q  i  objaśniał  właśnie  niuanse  smakowe  wody  squunk,  gdy  jakieś 

wielkie i ofutrzone stworzenie przywędrowało do nich w wyraźnie pokojowych zamiarach. 

- A to co? - zawołała ze strachem. 

-  To  Rocky,  tutejszy  kot.  Owszem,  widać  przede  wszystkim  futro,  ale  to  dlatego,  że 

kot jest długowłosy. Jeśli nie chcesz się z nim bratać, spław go za pomocą kilku żołnierskich 

„sio”. 

Gdy  Rocky  przemieścił  się  na  drugą  stronę  werandy,  Qwilleran  objaśnił,  że 

wyjątkowa architektura gospody umożliwiała Rocky'emu wspinanie się po jej zewnętrznych 

murach na wzór alpejskiej kozicy i podglądanie przez okna śpiących gości. 

Thelma się wzdrygnęła. 

Sala  obiadowa  była  równie  grubo  ciosana  co  cała  reszta.  Jej  podłoga  składała  się  z 

płaskich kamiennych płyt, w których czas rzeźbił powoli kolejne bruzdy. Z boku znajdował 

się potężny kominek, który latem zasłaniało cienkie przepierzenie. 

- Gdy jest zimno - powiedział Qwilleran - goście siadają po obiedzie wokół kominka, 

a  nasz  gospodarz  opowiada  historie  o  duchach  i  inne  legendy,  od  których  włos  się  jeży  na 

głowie. Menu nie jest może wyrafinowane, ale wszystko jest dobrej jakości. 

Wzięli prosty befsztyk z polędwicy wołowej i ziemniaki w mundurkach oraz coś, co 

Qwilleran  nazwał  zielonym  haraczem  brokuł.  Po  placku  z  jagodami,  gdy  popijali  jeszcze 

kawę, gospodarz zapytał, czy smakował im posiłek. 

- Panno Thackeray, oto Silas Dingwall, prawnuk człowieka, który odpowiada za ósmy 

cud świata. 

- Jak mu się to udało? - wykrzyknęła. 

-  Jeśli  zechce  pani  zaszczycić  mnie  w  moim  gabinecie  -  odparł  gospodarz  -  z 

przyjemnością podam pani poobiedniego drinka i opowiem całą historię. 

Zgodzili się, a Thelma szepnęła: 

- Ależ oryginał! 

Swój  swego  zwącha  -  pomyślał  Qwilleran.  W  gabinecie  poprosił  o  pozwolenie,  by 

nagrać  opowiadanie  gospodarza,  i  na  dyktafonie  wąsacza  zapisana  została  następująca 

historia: 

background image

Pod koniec dziewiętnastego wieku, gdy Moose County przeżywało rozkwit, baronowie 

drzewni budowali dla siebie ogromne letnie pałace nad brzegiem jeziora. W tamtych czasach 

gust nie nadążał za pieniędzmi - w naszych zresztą też o to niełatwo. W każdym razie lokalni 

bonzowie  starali  się  nawzajem  przebić  i  każdy  pałac  musiał  być  większy  i  bardziej 

imponujący od sąsiedniego. 

Moi przodkowie mieli kamieniołom i uważano ich za przedstawicieli niższej klasy niż 

dużych  chłopców,  którzy  prowadzili  kopalnie  i  leśne  interesy.  Mój  pradziadek  miał  jednak 

poczucie humoru i wpadł razem z moim ojcem i jego braćmi na szalony pomysł. Przywlekli na 

to miejsce ogromne głazy i zaczęli je układać tak, aby stworzyć nadający się do zamieszkania 

budynek. Trzeba było całych zaprzęgów koni pociągowych i drużyny osiłków, aby plan dało 

się wcielić w życie. Owoc ich wysiłku stał się z miejsca atrakcją turystyczną. 

W 1912 roku załamała się gospodarka i ludzie zaczęli z tych okolic uciekać. Ci, którzy 

zostali, niemal przymierali głodem, aż do momentu, gdy weszła w życie... prohibicja i narodził 

się  nowy  przemysł.  Szmuglerzy  alkoholu  pod  osłoną  nocy  przywozili  whisky  z  Kanady  do 

Moose County, a nielegalni handlarze wynajdywali chytre sposoby, aby rozprowadzić ją na 

Nizinach.  Punkt  zborny  większości  ówczesnych  operacji  stanowiła  sieć  podziemnych  komór 

pod tym budynkiem, do których wchodziło się przez tunel od strony plaży. 

W  trakcie  opowieści  Silasa  Qwilleran  obserwował  Thelmę,  usiłując  dostrzec 

trzepotanie powiek, wilgotność ust albo jakiekolwiek inne oznaki wskazujące, że wiedziała o 

zaangażowaniu w sprawę swojego ojca. Zmianie nie uległa nawet głębokość jej oddechu i na 

zakończenie odezwała się prawie bez żadnych emocji: 

-  To  byłby  dobry  film...  tajemnicze  odgłosy  z  piwnicy...  i  duch  urzędnika 

podatkowego uwięzionego przez wdzierający się do tunelu przypływ. 

-  Na  jeziorach  nie  ma  przypływów  -  powiedział  Qwilleran,  podejmując  tonację  jej 

opowieści  -  ale  mogłoby  chodzić  o  wzburzoną  przez  sztorm  kipiel,  z  błyskawicami  i 

gromami,  które  biłyby  bezlitośnie  przy  akompaniamencie  jakiegoś  dzikiego  fragmentu  z 

Czajkowskiego. Boris Karloff mógłby zagrać ducha! 

Może i nie powiodło się jej w filmie - pomyślał - ale z pewnością potrafi zagrać rolę. 

A może naprawdę wierzy w historię o ziemniaczanym chipsie? 

Przed końcem dnia pojawiło się jeszcze więcej pytań bez odpowiedzi. 

background image

Do Pickax wracali wzdłuż wybrzeża, zatrzymując się od czasu do czasu, by podziwiać 

widoki:  żaglówki  na  horyzoncie...  łodzie  motorowe  płynące  donikąd...  kutry  rybackie 

kołyszące się tu i ówdzie na kotwicach. 

-  Gdy dorastaliśmy, jezioro nie odgrywało  w naszym  życiu  żadnej  roli  -  powiedziała 

Thelma. 

-  Jakie  to  doświadczenie  -  bycie  bliźniaczką?  Mieliście  ze  sobą  jakiś  szczególny 

kontakt? 

-  Mój  brat  miał  inne  zainteresowania,  ale  łączył  nas  wspólny  duch.  Zawsze 

musieliśmy  wiedzieć,  gdzie  w  danej  chwili  znajduje  się  to  drugie.  Mimo  że  byliśmy 

bliźniętami, mieliśmy bardzo różną osobowość. Bud był szczupły i wrażliwy, ja byłam silna i 

twarda.  Raz  rozkwasiłam  nos  łobuzowi,  który  dokuczał  Budiemu  na  szkolnym  podwórku. 

Nauczycielka  na  mnie  nawrzeszczała,  ale  powiedziałam  jej,  że  jestem  z  tego  dumna  i  że 

zrobiłabym to jeszcze raz. Gdy poszedł na studia na wschód, a ja pojechałam na zachód, stale 

mieliśmy  ze  sobą  kontakt.  Byłam  z  niego  dumna.  Był  lekarzem  i  miał  własną  klinikę 

weterynaryjną. Potrafił wspaniale, bardzo czule traktować swoich pacjentów - głównie konie i 

psy  -  a  także  ich  właścicieli.  Pewna  kobieta,  której  doberman  nie  reagował  na  leczenie, 

powiedziała,  że  chce  się  skonsultować  z  psychiatrą  diagnozującym  zwierzęce  zaburzenia  - 

przez  telefon!  Zamiast  obruszyć  się  na  ten  pomysł,  Bud  zachęcił  ją,  by  zadzwoniła  i 

opowiedziała mu o diagnozie. Powiedział, że może się czegoś nauczyć... ale mówię ci chyba 

więcej, niż masz ochotę usłyszeć. 

- Przeciwnie! Jestem szczerze zainteresowany. Wiesz, że portret twojego  brata wciąż 

wisi w recepcji kliniki, którą założył? Mocna twarz. Żałuję, że nie miałem okazji go poznać. 

Zdjęcie  zrobił  John  Bushland,  który  słynie  z  umiejętności  fotografowania  prawdziwego 

charakteru swoich modeli. Na pewno ma jeszcze negatyw. Mogę ci załatwić odbitkę. 

- Bóg zapłać, Qwill! Bud pisał do mnie najwspanialsze listy pod słońcem i trzymam je 

do tej pory  w nadziei, że kiedyś złożą się na podnoszącą na duchu książkę dla miłośników 

zwierząt. Jak myślisz? 

- Musiałbym je zobaczyć, ale chętnie podzielę się swoim zdaniem. 

-  Ostatni  list  Buda  był  taki  cudowny!  -  zdjęła  ciemne  okulary  i  przetarła  oczy 

chusteczką. 

-  Mam  wrażenie,  że  Dickie  Ptaszyna  -  powiedziała  po  chwili  nie  jest  człowiekiem 

pokroju swojego ojca. Dlatego tu jestem. Klub Filmowy, taką mam nadzieję, będzie dla niego 

wyzwaniem i czymś, o co będzie potrafił się troszczyć. 

background image

-  Bardzo  chwalebne  -  powiedział  Qwilleran  cicho,  choć  nie  uważał  pieszczotliwego 

imienia  „Dickie  Ptaszyna”  za  odpowiednie  dla  dziecka  płci  męskiej;  mogło  człowieka 

wykoślawić na całe życie. 

Na fotelu obok siebie wyczuwał napięcie. 

-  A  jakie  macie  reakcje  w  sprawie  Klubu  Filmowego?  W  Moose  County  nigdy  nie 

było takiego miejsca - zapytał. 

Thelma się rozpromieniła. 

-  Dick  wspominał  o  setkach  telefonów.  Sprzedaje  złote  karty  członkowskie  na 

spektakle  wieczorne  i  zielone  karty  członkowskie  na  spektakle  nocne  -  ludzie  często  płacą 

kartą kredytową. 

- Kto wybiera repertuar? 

-  Ten  jeden  obowiązek  zostawiam  wyłącznie  sobie,  ale  chętnie  uwzględnię  twoje 

sugestie. 

Nigdy  nie  był  fanem  kina,  ale  dobrze  zapamiętał  Opowieść  o  dwóch  miastach  - 

Dickens należał do grona jego ulubionych powieściopisarzy. 

Gdy wymienił tytuł, Thelma wykrzyknęła z entuzjazmem: 

-  To  także  jeden  z  moich  faworytów!  Ściska  mnie  w  gardle  za  każdym  razem,  gdy 

Ronald Colman wypowiada swą ostatnią kwestię! 

-  Dwight  Somers  sprawdza  się  jako  twój  specjalista  od  public  relations?  -  Qwilleran 

zmienił temat. 

-  Jest  jednym  z  najlepszych  fachowców,  z  jakimi  do  tej  pory  pracowałam.  Ułożony 

młody  człowiek.  Zresztą  uwielbiam  mężczyzn  z  brodą!  No  i  oczywiście  z  wąsami!  - 

uzupełniła, sprzedając mu lekkiego kuksańca. 

Górna warga wąsacza zadrgała - nie na skutek figlarnego komplementu, ale z powodu 

przeczucia, że Dickie Ptaszyna za często się uśmiechał. 

Na Miłej odprowadził ją do drzwi, lecz nie przyjął zaproszenia na filiżankę herbaty, 

tłumacząc, że w domu czekają już na niego głodne koty. 

Czuł, że spisał się nieźle na zakończenie dnia, a może nawet całego tygodnia. Thelma 

odwiedziła grób Tatki; w tym czasie Janice mogła spokojnie pojechać na przejażdżkę łódką. 

Wybieg  mający  skłonić  spadkobierczynię  ziemniaczanego  chipsa  do  wyjścia  z  ukrycia  nie 

zadziałał,  lecz  miało  to  co  najwyżej  takie  konsekwencje,  że  niezaspokojona  pozostała  jego 

dziennikarska ciekawość - odnośnie do czegoś, co i tak nie było jego sprawą. Przyznawał to 

otwarcie.  Thelmie  spodobała  się  jednak  wycieczka  i  legenda  o  kamiennym  domu. 

background image

Dowiedziała się również, że może powiedzieć „sio” do Rocky'ego, a ten posłucha. To mógł 

być pierwszy krok na drodze do wyleczenia jej z ailurofobii. 

Wróciwszy  do  domu,  Qwilleran  odnalazł  w  sobie  przemożną  potrzebę,  aby  zjeść  porcję 

lodów  i  posłuchać  muzyki.  Na  zainstalowanym  w  składzie  wyśmienitym  sprzęcie  grającym 

nastawił operę Verdiego, której płytowe wykonanie dostał niedawno w prezencie od Polly. 

Usiedli  razem  w  fotelu.  To  jedna  z  tych  rzeczy,  które  mogli  robić  wspólnie  jako 

rodzina.  Koty  zwinęły  się  w  kłębek,  wyrobione  na  tyle,  aby  grzmiące  basy  i  świdrujące 

koloratury  przyjmować  ze  stoickim  spokojem  -  co  najwyżej  od  czasu  do  czasu  strzygąc 

uszami i wychodząc do kuchni na szybki łyk wody. 

background image

Rozdział czternasty 

 

Qwilleran wychodził właśnie na lunch z Pogodnym Jimmym, postrzelonym pogodziarzem, i 

syjamczyki patrzyły na niego tak, jakby doskonale wiedziały, dokąd się wybiera. 

- Macie jakąś wiadomość dla waszego przyjaciela Huragana? - zapytał. 

Yum  Yum  lekko  kichnęła,  a  Koko  odczuł  nagłą  potrzebę  podrapania  się  w  prawe 

ucho. Dlaczego zawsze w prawe? 

Pogodny  Jimmy  był  rodowitym  mieszkańcem  okręgu  Lockmaster,  wychowanym  w 

mieście  Horseradish,  którego  cechowały  umysłowość,  talent  towarzyski  i  słabość  do 

eleganckich  strojów  właściwe  raczej  typom  nizinnym  -  miał  z  nimi  wspólne  wszystko  z 

wyjątkiem dwukolorowych półbutów, odnotował swego czasu Qwilleran. 

Przed  „Onoosh's  Cafe”  pojawił  się  jako  pierwszy  i  czekał  na  powietrzu,  ciesząc 

nozdrza podmuchami lekkiego, kwietniowego wiatru. 

Po chwili zjawił się Jimmy - we własnej osobie i... w dwukolorowych półbutach! 

- Co się stało? - spytał Qwilleran, udając zatroskanie. - Och! Przepraszam. Myślałem, 

że miałeś wypadek i nosisz bandaże na stopach. 

Jimmy nie wydawał się zbity z tropu. 

- Powinieneś kupić dwukolorowe gangsterki, Qwill. To teraz duża rzecz. 

- Moje stopy są wystarczające duże w zwykłych butach, Joe. Wchodzimy? 

Usiedli  we  wnęce  i  zamówili  baba  ghanouj  na  przystawkę.  (Nikt  nie  zdążył 

Qwilleranowi powiedzieć, że robi się to z bakłażana). 

- Jak nasz przyjaciel Huragan? - spytał. 

- To dobry kot. Jesteśmy kumplami - powiedział Jimmy. - Wydaję jednak majątek na 

pozbywanie  się  kocich  odchodów.  Weterynarz  mówi,  że  chłopak  cierpi  na  „guliweriańską 

background image

hydraulikę” - w sumie nic poważnego, choć okazuje się, że dałem mu jednak właściwe imię. 

Jak twoje bachory? 

- Wiecznie zajęte - Yum Yum grzebie w koszu na śmieci, a Koko krąży po regałach, 

wywąchując klej z książkowych grzbietów. Ostatnio chce, żeby mu ciągle czytać Almanach 

biednego Ryszarda, ale męczą mnie te wszystkie złote myśli. 

- Na przykład? 

- Mężczyzna bez żony jest tylko połową człowieka. 

- Propaganda! - zaprotestował Jimmy. 

-  Uprzedzenia,  by  nie  nazywać  rzeczy  po  imieniu!  Dlatego  zdecydowałem  się 

opublikować zbiór kocich sentencji zatytułowany Almanach fajnego Koko. 

- Pamiętasz jakieś przykłady? 

-  Kot bez ogona jest  lepszy niż polityk bez  głowy... Kot może patrzeć na króla, lecz 

nie  musi  całować  go  po  butach...  Nie  widzę  nic  złego,  nie  słyszę  nic  złego,  nie  mówię  nic 

złego, ale pazury mam ostre... Dosyć jednak! Co słychać w Indian Village? 

Zimą, gdy skład trudno było ogrzać, Qwilleran przenosił swą siedzibę do mieszkania 

w  bloku  naprzeciwko  Jimmy'ego.  Miejsce  było  dobre,  ale  deweloper  spartaczył  robotę. 

Podłogi  się  trzęsły;  ściany  między  mieszkaniami  były  cienkie.  Odkąd  właścicielem  Indian 

Village stała się Fundacja K, sukcesywnie wykonywano kolejne poprawki. Ostatnio wiązało 

się to z wytłumieniem ściany między hallem Qwillerana i salonem Jimmy'ego. 

-  Niesłychane,  ile  można  zrobić,  nie  robiąc  bałaganu  -  stwierdził  pogodziarz  z 

uznaniem.  -  Osłaniają  wszystko  folią,  następnie  wiercą  dziury  w  ścianie  i  wtłaczają  pod 

ciśnieniem  izolację;  gipsują  dziury;  malują  ścianę.  Czysta  robota.  Myślałem,  że  użyją 

cieńszych wierteł, ale w końcu zdecydowali się na grubsze i mogli wtłoczyć więcej izolacji. 

- Sprawdza się? 

-  Ponieważ  ty  i  twoje  muzykalne  koty  chwilowo  obok  mnie  nie  mieszkacie,  a 

mieszkanie  po  drugiej  stronie  ktoś  próbuje  sprzedać  -  nie  wiem.  Ale  sąsiedzi  z  osiedla  są 

zadowoleni. Nawet takie zawodowe mąciwody jak Amanda Goodwinter! Trochę złagodniała, 

odkąd  wybrano  ją  na  burmistrza.  To  pewnie  dlatego,  że  jej  specjalista  od  public  relations 

doradził jej, by kupiła kota dla poprawy wizerunku. 

Amanda  od  lat  była  zrzędliwą  właścicielką  studia  projektowego  i  kłótliwym 

członkiem  rady  miejskiej.  Niezależnie  od  tego,  ile  wydawała  na  ubrania  i  fryzjera,  zawsze 

wyglądała  jak  strach  na  wróble.  Gdy  wybierała  kota,  jej  przyjaciele  spodziewali  się,  że 

zaadoptuje  niechlujnego  szarego  kocura  bez  połowy  ogona  i  ze  zgryzionym  uchem.  Kupiła 

background image

jednak  wspaniałego  długowłosego  kota,  któremu  nadała  imię  Quincy  na  cześć  jednego  z 

pierwszych prezydentów Stanów Zjednoczonych. 

- Skoro mowa o kotach - powiedział Qwilleran - angażujesz się w Kocią Rewię? 

- Taa..? Prosili mnie o prowadzenie. 

- Chyba będę musiał przypomnieć sobie lekcje stepowania - powiedział Qwilleran - i 

odstawić jakiś dwójkowy numer z burmistrz Goodwinter. 

Tak naprawdę miał nadzieję, że wyłga się recytacją zwariowanych wierszy T.S. Eliota 

z jego Kotów. Często je czytał syjamczykom. Yum Yum podobał się ten o Bertrandzie Bobruj 

i Melchiorze Melinie, które krążyły po domu, podkradając rzeczy; łatwo było w jej przypadku 

o  empatię.  Koko  zdawał  się  odczuwać  pokrewieństwo  z  Kotem  Naprzekórkiem.  „Nic  nie 

wskórasz u kocura Naprzekóra, taka bowiem tego gbura jest natura

1

„. 

Po  lunchu  Qwilleran  przechodził  obok  biblioteki,  gdy  na  parkingu  zauważył  zielone  coupe 

Thelmy. Wszedł do budynku i zaskoczony zastał Janice i jedną z ochotniczek, które ściągały 

wystawę zdjęć gwiazd filmowych. 

- Co się dzieje? - spytał. 

-  A!  To  ty!  -  powiedziała  Janice.  -  Co  za  miła  niespodzianka!  Thelma  uznała,  że 

wszyscy już widzieli zdjęcia i czas pokazać nowe. Zamówiła nawet nowy szyld. 

Napis obwieszczał: WYSTAWA ZA ZGODĄ KLUBU FILMOWEGO „THELMA”. 

- Zapraszam cię na filiżankę kawy, gdy skończycie - powiedział. - Nie spiesz się. 

Czekając,  przejrzał  katalogi,  wymienił  parę  słów  z  Mackiem  i  Katie,  wrzucił 

jednodolarówkę do ich słoika i uciął sobie pogawędkę z młodymi pracownicami czytelni. 

-  Pani  Duncan wyszła na lunch  - oznajmiła jedna z nich.  -  Nie powiedziała, o której 

godzinie wróci. 

Cichy romans szefowej ze sławnym panem Q stanowił dla nich sprawę wielkiej wagi i 

z pewnością uznały za rzecz niesłychanie doniosłą, gdy opuścił on budynek w towarzystwie 

kobiety z Hollywood, która była młodsza od pani Duncan, choć nie tak ładna. 

Przemierzali  z  Janice  niewielki  dystans  dzielący  ich  od  „Lois's  Luncheonette”  i 

Qwilleran  wyjaśniał  głęboką  kulturową  zasadność  przyjaznych,  zapyziałych  i  hałaśliwych 

jadłodajni. Gdy przybyli na miejsce, wśród klientów toczyła się właśnie dysputa polityczna, z 

Lois  w roli niezależnego arbitra  - funkcja, z której wywiązywała się, balansując dzbankiem 

kawy między głowami oponentów. Głosy ucichły, gdy pan Q wszedł z nieznajomą kobietą. 

                                                 

1

 Przełożył Stanisław Barańczak. 

background image

-  Wejdźcie!  -  zawołała  Lois.  -  Siadajcie  gdziekolwiek! Wszystkie stoły są czyste. W 

kuchni mamy jeszcze dwa kawałki szarlotki. 

-  Thelma  ominęłaby  to  miejsce  szerokim  łukiem  -  szepnęła  Janice.  -  Ale  mnie  się 

podoba! 

- A co Thelma robi dziś po południu? - spytał niezobowiązująco. 

-  Medytuje  w  swojej  piramidzie.  Zrobiono  ją  z  miedzi,  dzięki  czemu  lepiej  skupia 

dobrą energię. Potrzebuje tego po porannej kłótni z Dickiem. 

- Znowu dawał Lolicie niedozwolone karmelki? 

Janice się zawahała. 

- Może nie powinnam o tym mówić, ale martwię się o nią, no i to pomaga, gdy pozna 

się inne zdanie. Była dla Dicka taka dobra, o on jest taki niewdzięczny. 

- Masz całkowitą słuszność, że się niepokoisz, Janice. Słyszałaś, o co się kłócili? 

- O pracowników Klubu Filmowego. Będą potrzebować ludzi do sprawdzania biletów, 

obsługi projektora, podawania drinków i sprzątania między pokazami. Dick chce przywieźć 

ludzi, których zna - z Bixby. Thelma nalega, by zatrudnić miejscową pomoc - z kilku dobrych 

powodów. 

- Ma całkowitą słuszność. 

- Cóż, Dick wybiegł z domu i trzasnął drzwiami, więc podejrzewam, że Thelma użyła 

Mocnego Argumentu. Zawsze mówi, że nosi przy sobie Mocny Argument, aby w razie czego 

postawić na swoim. 

- Ciekawe, dlaczego Dickowi tak zależało, żeby zatrudnić tłumoków z Bixby, jak ich 

nazywamy w Moose County - rzucił Qwilleran od niechcenia. 

(Wydawało mu się, że zna odpowiedź). 

- Jak wczorajsza przejażdżka łódką? - dodał, zmieniając temat. 

-  Wspaniała!  „Viewfinder”  to  piękna  łódź.  Handleyowie  byli  mili.  A  lunch  bardzo 

smaczny. Bushy potrafi zapewnić rozrywkę. Opowiadał historie o swoich przodkach, którzy 

byli rybakami, i o UFO, i o strasznych katastrofach na jeziorze, zanim rząd zbudował latarnię. 

- A jak wygląda odzew na reklamę klubu? 

- Bardzo dobrze! Dick sprzedaje zarówno złote, jak i zielone karty członkowskie. 

- Ustalono już datę otwarcia? - spytał Qwilleran. 

-  Nie  do  końca.  Thelma  chce,  żeby  otwarcie  wypadło  w  ten  sam  dzień,  co  potrójny 

szczyt w jej kalendarzu biorytmów. 

background image

Pokiwał głową z uznaniem. 

- Rozsądne podejście! 

- A wiesz, kto się pojawi na otwarciu? 

No przecież chyba nie pan Simmons - pomyślał. 

- Pan Simmons! - obwieściła. 

- Jako przyjaciel rodziny czy ochroniarz? 

- Przyjaciel, choć Thelma uważa, że ma czujne oko, które rozgląda się dokoła i w mig 

potrafi wszystkich prześwietlić - Janice powiedziała to z rozbawieniem. 

-  Czy  jest  coś,  w  czym  mógłbym  pomóc  w  związku  z  jego  pobytem?  Odebrać  go  z 

lotniska? 

-  Thelma  powiedziała,  że  z  pewnością  będzie  bardzo  zainteresowany  obejrzeniem 

twojego składu. Opowiadała mu o nim. 

- Da się to zorganizować - odparł. 

- A Bushy obiecał, że zabierze nas na „Viewfindera”. 

Janice  nie  była  już  nieśmiałym  gościem,  którego  poznał  na  przyjęciu.  Czy  Thelma 

uznała, że „czas dojrzał”, aby rozmawiać otwarcie z panem Q? Tak czy inaczej, dzięki swej 

umiejętności słuchania zawsze mógł liczyć na jakieś zwierzenia. 

- Bushy zrobi portret Thelmy podobny do tego, który wykonał dla jej brata  - mówiła 

Janice. - I zleciła mu sfotografowanie jej dwudziestu czterech kapeluszy - na potrzeby książki. 

Tekst napisze kobieta z Kalifornii. Nie widziałeś jeszcze tych kapeluszy, prawda? Mam parę 

zdjęć, która sama kiedyś zrobiłam. 

Sięgnęła do torebki. 

To naprawdę ma więcej wspólnego ze sztuką niż z kapeluszem! - pomyślał Qwilleran, 

rzuciwszy na nie okiem. 

- Ciekawe - powiedział. 

- Fran Brodie uważa, że powinnyśmy zaproponować je na wystawę w Centrum Sztuki. 

- W Mooseville otwierają właśnie galerię, gdzie można liczyć na większą publiczność 

i na bardziej wyrobiony gust - doradził Qwilleran. - Turyści przyjeżdżają tam z Nizin, a latem 

na  jachtach  przypływają  również  ludzie  z  Grand  Island.  Myślę,  że  powinnaś  pokazać  te 

zdjęcia  Elizabeth  Hart.  Jest  współwłaścicielką  restauracji  „Grist  Mill”  i  założycielką  butiku 

„Elizabeth's Magic” w Mooseville. Powołaj się na mnie i powiedz jej, że zyska dzięki temu 

rozgłos w całym stanie. 

background image

Qwilleran nie był przygotowany na znużone „halo”, którym Polly rozpoczęła ich wieczorną 

pogawędkę. 

- Polly! Wszystko dobrze? - spytał zaniepokojony. 

-  Nie  wiem.  Gdzieś  tak  w  okolicy  szóstki  na  dziesięciostopniowej  skali.  Poszłam  na 

lunch z moją przyjaciółką Shirley - wiesz, tą bibliotekarką z Lockmaster. Spotykamy się raz 

na parę miesięcy. Tym razem  kolej wypadła na jej  przyjazd tutaj.  Poszłyśmy do  „Onoosh's 

Cafe”.  W  poniedziałek  nie  ma  tam  ruchu,  a  chciałyśmy  pomówić  spokojnie  o  sprawach 

biblioteki. Wymieniłyśmy wrażenia i doszłyśmy do wniosku, że biblioteki to już nie to samo 

co  dwadzieścia  lat  temu.  W  bibliotekach  chodziło  kiedyś  o  książki!  I  o  ludzi,  którzy  je 

czytają! A teraz chodzi o całe to „audio” i „wideo”, i komputery, i ludzi, którzy wiecznie się 

do  czegoś  spieszą.  Tam,  gdzie  kiedyś  była  cisza  i  spokój,  teraz  można  znaleźć  wszystko  z 

wyjątkiem  książek.  Nawet  ochotnikom  się  już  nie  podoba  i  spóźniają  się  często  do  pracy. 

Publika  wali  tłumami,  żeby  zobaczyć  zdjęcia  gwiazd  filmowych,  ale  nikt  się  nie  zgłosi  po 

program czytelniczy. Shirley się zwalnia! Jej syn ma księgarnię w Lockmaster i zamierza tam 

pracować.  Ja  chciałam  jeszcze  to  ciągnąć,  ale  nie  wiem,  czy  wytrzymam  kolejne  pięć  lat 

frustracji. A jeśli odejdę, to czym się będę zajmować? Mogłabym uczyć dorosłych czytania... 

może masz jakieś inne propozycje, Qwill? 

- Jeśli Fundacja K zdecydowałaby się otworzyć księgarnię w Pickax, zgodziłabyś się 

ją poprowadzić? - spytał spokojnie. 

- Co? Nie możesz tego mówić poważnie! - wykrzyknęła. 

- To zbrodnia przeciw miastu tej wielkości, aby nie miało swojej księgarni! Mogłabyś 

organizować grupy dyskusyjne i sesje czytania klasyków... zawsze można przywieźć autobus 

słuchaczy z Ittibittiwassee Estates. 

- Chyba zemdleję! - powiedziała Polly. 

-  Zanim  to  nastąpi,  chciałbym  ci  jeszcze  podziękować  za  płytę,  którą  mi  ostatnio 

kupiłaś! 

background image

Rozdział piętnasty 

 

Qwilleran  nie  żartował  w  sprawie  księgarni.  Szykowały  się  długie  spotkania  z  G.  Allenem 

Barterem,  prawnikiem  Fundacji  K,  i  podróże  do  Chicago,  aby  zdecydować,  czy  księgarnia 

powinna  powstać  w  nowym  budynku  przy  Book  Alley,  czy  w  dawnej  siedzibie  „Pickax 

Picayune”. W międzyczasie była jeszcze Kocia  Rewia, którą należało  przygotować... i  Klub 

Filmowy „Thelma”, który lada chwila miał otworzyć podwoje... i kolejny felieton do rubryki 

„Piórkiem Qwilla”, który należało oddać w terminie. 

Qwilleran  szlifował  swoje  tysiąc  słów  o  Almanachu  fajnego  Koko,  gdy  zadzwonił 

Thornton Haggis. 

- Mam dla ciebie ciekawe informacje, Qwill. Masz czas? 

- Ścigam się z terminem. Wpadnij może o czternastej? I weź po drodze moją pocztę i 

gazetę. Napijemy się czegoś dla orzeźwienia. Twoje informacje się nie zestarzeją? 

-  Pochodzą  sprzed  wieku.  Parę  godzin  więcej  nie  powinno  im  zaszkodzić.  To  coś,  o 

czym się dowiedziałem w Towarzystwie Genealogicznym wczoraj wieczorem. 

Osłabiło to nieco ciekawość słuchającego, powiedział jednak na zakończenie: 

- Nie mogę się doczekać! 

Po  czternastej  jego  przyjaciel  Thorn  przyczłapał  szosą  od  strony  Centrum  Sztuki  i 

Qwilleran  przywitał  go  dzbankiem  sangrii.  Poruszyli  kwestie  pogody,  przyszłości  Klubu 

Filmowego „Thelma” oraz cen paliwa. Następnie Qwilleran zadał pytanie o TG, jak potocznie 

nazywano organizację o dziesięciosylabowej nazwie. 

- No... parę lat temu zaczęli inwentaryzować zagubione cmentarze. 

- Jak można zgubić cmentarz? 

-  Od  około  1850  roku  ludzi  grzebano  na  podwórkach,  wzdłuż  dróg  i  na  małych 

placykach  przykościelnych.  Dziś  nie  ma  po  nich  śladu,  ale  grupa  członków  TG,  którzy 

background image

nazywają  się  tropicielami  grobów,  przejrzała  archiwa  okręgu  i  znalazła  setki  wzmianek  z 

nazwami i lokalizacjami starych cmentarzy. Większość małych kościołów została zniszczona, 

ale  znaleźli  jeden  drewniany  kościółek  mniej  więcej  wielkości  garażu  -  za  to  z  dumną 

wieżyczką  na  dachu.  Kamienny  murek  otacza  niewielki  cmentarz  z  nagrobkami  nie 

większymi niż betonowe pustaki - zachowały się jednak na nich nazwiska i daty. Najstarszy 

nagrobek pochodzi z 1918 roku. Cmentarz jest kompletnie zarośnięty. Swoją drogą objęto go 

programem  ochrony  dziedzictwa  Klingenschoenów.  TG  stara  się  właśnie  o  pozwolenie  na 

jego uporządkowanie. I tu niespodzianka! Na cmentarzu pogrzebano troje Thackerayów, a do 

tego jest prawie pewne, że to Milo i inni farmerzy zbudowali kościół. 

-  Hm...  - zastanowił się  Qwilleran.  - To byłaby  niezła historia dla  „Coś  tam”,  gdyby 

się nią odpowiednio zająć. Czy TG ma już konkretne plany? 

- Skoro do Moose County wróciła ostatnia z tutejszych Thackerayów, pomyśleli, że na 

miejscu byłaby jakaś ceremonia poświęcenia. Znasz Thelmę. Myślisz, że się na coś takiego 

zgodzi? 

-  Lubi,  gdy  się  o  niej  dobrze  mówi.  Zatrudniła  specjalistę  od  public  relations. 

Mógłbym ją wybadać. 

-  W  takim  razie  nie  będziemy  rozpowszechniać  informacji  o  grobie  Thackerayów, 

dopóki się z nami nie skontaktujesz. 

Qwilleran  obiecał,  że  zabierze  Thelmę  na  lunch  do  pensjonatu  „Nutcracker”;  mógłby  przy 

okazji  zaproponować  zwiedzanie  okolicy,  w  tym  wycieczkę  do  starego  drewnianego 

kościółka.  Zadzwonił  do  niej  zaraz  po  wizycie  Thorntona,  lecz  zanim  zdążył  wystosować 

swoje zaproszenie, zawołała: 

-  Dziękuję,  złociutki,  że  wysłałeś  nas  do  tej  uzdolnionej  Elizabeth  Hart!  Przyjechała 

dziś  rano  obejrzeć  nasze  kapelusze  i  powiedziała,  że  wystawi  je  u  siebie  z  wielką 

przyjemnością! 

- Musisz mi o tym opowiedzieć! Przyjadę, powiedzmy, jutro o jedenastej i zabiorę cię 

na lunch i wycieczkę po okolicy. 

- Jakie mam włożyć buty? - brzmiała jej szybka odpowiedź. Rozłączył się zadowolony 

z „dobrze spełnionej misji”. Jeszcze tego samego dnia czekało go jednak trudniejsze zadanie. 

Nowa  w  Moose  County  Akcja  Kotek  po  cichu  rozwijała  skrzydła  i  nadszedł  czas,  aby  ją 

upublicznić, organizując zbiórkę pieniędzy podczas Kociej Rewii. Pytanie tylko: gdzie i kiedy 

background image

miała się ona odbyć? Spotkanie robocze w tej sprawie ustalono na wtorkowy wieczór w domu 

MacLeodów  przy  ulicy  Miłej.  Qwilleran  zjawił  się  o  dziewiętnastej  trzydzieści,  gdy  na 

trawniku  przed  domem  zgromadziło  się  już  kilkoro  sąsiadów,  a  od  strony  Indian  Village 

nadjeżdżał właśnie samochód z kolejnymi gośćmi. Hannah MacLeod witała wchodzących w 

drzwiach, podczas gdy wujek Louie MacLeod grał na fortepianie utwory z musicalu Koty

W  domu  przy  Miłej  wychowały  się  już  trzy  pokolenia  muzyczne  MacLeodów  i 

wszędzie  można  się  było  natknąć  na  portrety  przedstawiające  śpiewaków  operowych, 

skrzypków oraz pianistów. 

Najmłodszy  członek  rodziny  -  adoptowany  niedawno  Danny  -  wprowadził  gości  do 

sąsiedniego pokoju, stosując się do wymogów etykiety tak gorliwie, jak potrafi to chyba tylko 

ośmiolatek.  Przyniósł  dodatkowe  krzesła  z  kuchni,  zapytał,  czy  ktoś  życzy  sobie  wodę  w 

butelce, a także odpowiadał wyczerpująco na pytania o kocią kolonię. 

- Koty muszą pozostać przy matce przez osiem tygodni... Matka karmi je i pokazuje, 

jak  się  powinny  myć...  Podnosi  kotki  za  grzbiet  i  wrzuca  je  do  kuwety...  Uczy  je  także 

zabawy. 

Gdy pojawił się ostatni gość - Burgess Campbell z Alexandrem - Wujek Louie zagrał 

kilka akordów Boże pobłogosław Amerykę, a Danny powiedział: 

- Wstańmy i zaśpiewajmy wszyscy! 

Spotkaniu  przewodniczyła  Mavis  Adams,  pomysłodawczyni  lokalnego  programu 

opieki  dla  zwierząt  i  organizatorka  charytatywnej  rewii.  Przedstawiła  dwoje  gości 

specjalnych. Hixie Rice była kierownikiem działu promocji w „Moose County coś tam”; jej 

gazeta  mogła  potraktować  finansowanie  rewii  jako  wydatek  na  cele  społeczne.  Dwight 

Sommers  był  specjalistą  od  public  relations,  który  będzie  doradzał  komitetowi 

organizacyjnemu pro publico bono. 

-  Znamy  już  w  zasadzie  program  rewii  -  powiedziała  Mavis  -  ale  nie  możemy 

podejmować  decyzji  co  do  ilości  lub  ceny  biletów,  dopóki  nie  będziemy  wiedzieć,  gdzie  i 

kiedy zostanie ona wystawiona. 

-  Jeśli  mi  wolno...  -  zabrał  głos  Burgess  Campbell.  -  W  tym  okręgu  mieszka  sporo 

dostatnich  obywateli,  którzy  chętnie  wesprą  dobrą  sprawę,  jeśli  rewia  zawierać  będzie 

elementy nowości i elitaryzmu. Pięćdziesiąt osób zapłaciło po trzysta dolarów za możliwość 

degustacji serów na przyjęciu, na którym obowiązywały smokingi... właściwie tylko dlatego, 

że  odbyło  się  ono  w  składzie  Qwilla.  Odnowiony  gmach  opery  stanowić  będzie  podobny 

magnes tak długo, dopóki ludzie wciąż o nim dyskutują na ulicy. 

background image

-  Tylko  czy dama zechce nam  ją na jedną noc wypożyczyć?  -  spytał  Wujek  Louie.  - 

Podobno nie znosi kotów. Co na to kancelaria „Somers & Beard”? 

- Jest bardzo czuła na punkcie swojego wizerunku - odezwał się specjalista do spraw 

public relations. - W okręgu, w którym mieszka dziesięć tysięcy obrońców kotów, normalnie 

radziłbym  za  wszelką  cenę  unikać  etykietki  ailurofoba.  Ale  ponieważ  dla  niej  pracuję, 

niespecjalnie wypada mi agitować na rzecz Kociej Rewii.  Musicie poprosić o udostępnienie 

opery. Wtedy, jeśli zapyta mnie o zdanie - poprę cały pomysł. 

- Qwill ma sztamę z Thelmą - odezwał się Pogodny Jimmy. - Wnoszę o powołanie go 

na stanowisko nadzwyczajnego agitatora. 

- Wniosek przyjęty! 

- Wszyscy za? 

Ponad głowami zgromadzonych pokazał się las rąk. 

- Czy ktoś widział salę opery? - spytał Wujek Louie. 

-  Miejsca jest  na jakieś  sto  osób, przy małych okrągłych stolikach, jak w kabarecie  - 

odezwał  się  Dwight.  -  Jest  scena  z  pełnowymiarowym  ekranem  kinowym  w  tle.  Jest  bar  z 

alkoholem. Dużo miejsca na zapleczu. 

Ktoś zapytał: 

- Jak urządzili wnętrze opery? Widział je tylko Dwight. 

-  Wszystko  w  szarofioletowym,  jak  poczekalnia  u  okulisty  -  nie  za  ciemno,  nie  za 

jasno. Stoliki są małe i okrągłe, na pojedynczej nóżce. Krzesła obrotowe i z całkiem wygodną 

tapicerką. 

Pokój  wypełniła  głośna  paplanina.  Mavis  zapukała  w  stół,  prosząc  o  uwagę,  i 

wywołała Wujka Louie do zdania relacji z programu rewii. 

- Oprócz utworów muzycznych - powiedział - i dowcipnych recytacji mamy występy 

szkolnego klubu tańca nowoczesnego i drużyny gimnastyki artystycznej, która pokaże swoje 

ćwiczenia  w  kostiumach  kotów.  Dzieciaki  odwiedziły  kilka  kolonii  zastępczych,  aby 

podpatrzeć bawiące się kotki. 

Hixie Rice poprosiła o głos. 

-  Sugerowałabym  porywający  finał  dla  całego  programu:  przemarsz  na  deskach 

estrady  prominentnych  obywateli  miasta  w  towarzystwie  ich  kotów!  Burmistrz,  kurator 

szkolny, dyrektor biblioteki miejskiej, ludzie z gazety i oczywiście nasz wzięty meteorolog. 

Rozległ się aplauz i Pogodny Jimmy ukłonił się w pas. Hixie ciągnęła dalej: 

-  Wiem,  gdzie  mogę  zamówić  wysadzane  kryształami  górskimi  obroże  i  smycze  -  z 

dostawą na drugi dzień - na przemarsz kotów. 

background image

-  Czy  mogę  wtrącić  parę  słów?  -  rozległ  się  stanowczy  głos.  Wszystkie  głowy 

zwróciły  się  w  tym  samym  kierunku.  Qwilleran  był  nie  tylko  „tym,  kim  był”,  lecz  rubryka 

„Piórkiem Qwilla” uczyniła z niego autorytet w dziedzinie kociej natury i jej osobliwości. 

-  Kot  może  iść  na  smyczy  w  parku  -  powiedział  -  zatrzymując  się,  by  powąchać 

niezidentyfikowany  obiekt,  albo  udać  się  w  krótką  pogoń  za  spadającym  liściem.  Ale  czy 

będzie szedł w szeregu - z lewej strony sceny do prawej - przed setką nieznajomych? 

Wszystkie głowy zwróciły się w stronę Hixie. 

-  Jeśli  nie  pójdą,  można  je  przenieść  lub  przewieźć  jakimś  środkiem  lokomocji. 

Ponadto istnieją bezpieczne ziołowe środki uspokajające, których się używa, gdy kot gra rolę 

w teatrze - na przykład Pywacket w Bell, Book and Candle. Zapewniają uczucie spokoju. 

- Aktorom czy kotu? - spytał Jimmy. 

- Przejdziemy tę rzekę, gdy się znajdziemy na jej brzegu - ucięła Mavis. 

- Wszystko zależy od tego, czy Qwillowi uda się przekabacić Thelmę  -  dodał Wujek 

Louie. 

- Racja! Racja! - wykrzyknęła reszta i posiedzenie zostało zamknięte. 

W składzie Koko bawił się w konika polnego. 

- Co, piekły cię uszy? - spytał Qwilleran. - Nie podoba ci się perspektywa wysadzanej 

kryształami górskimi obroży? 

Chodziło  jednak  o  coś  innego.  Kocur  informował  o  wiadomości  na  automatycznej 

sekretarce  -  od  Bushy'ego.  „Chcesz  zarobić  kilka  dodatkowych  groszy  w  czwartek  rano? 

Oddzwoń”. 

Qwilleran oddzwonił. 

- Robiąc co? - spytał, gdy Bushy podniósł słuchawkę. 

- Jako asystent fotografa. Kwalifikacje nie są wymagane. Łatwa praca. Niskie zarobki. 

Robię zdjęcia wszystkich dwudziestu czterech kapeluszy Thelmy i byłoby znacznie szybciej, 

gdyby ktoś trzymał oświetlenie. 

- Nie masz lamp na stojakach? 

- Naturalnie - odparł Bushy - te dwie panie będą się pewnie kręcić tuż obok, chcąc za 

wszelką cenę wtrącić swoje kilka groszy; będziesz miał okazję spławić je dyplomatycznie w 

razie czego. 

-  Okej,  ale przeznacz moje wynagrodzenie na cele charytatywne. Wolałbym  tego nie 

zgłaszać w urzędzie skarbowym. 

background image

- Przyjadę po ciebie w czwartek rano. 

Qwilleranowi  spodobał  się  pomysł.  Obiecał  Thelmie  lunch  w  pensjonacie 

„Nutcracker”,  a  wzmianka  o  małym  drewnianym  kościółku  sugerowała,  że  szykuje  dla  niej 

sentymentalną  podróż  w  odległą  przeszłość;  jeśli  pomoże  Bushy'emu  robić  zdjęcia  jej 

kapeluszy, zdobędzie dodatkowe punkty, zanim wreszcie „wyskoczy ze swoim pytaniem”. 

background image

Rozdział szesnasty 

 

Gdy Qwilleran poprosił Thelmę w środę rano, Janice podeszła do drzwi i powiedziała: 

-  Wejdź. Jest  gotowa.  Żegna się tylko  z amazonkami. Mówisz  „do widzenia”  swoim 

kotom? 

- Zawsze - odpowiedział wąsacz. 

Thelma zjawiła się, roztaczając wokół siebie atmosferę tak żywego wyczekiwania, że 

Qwilleran zdążył tylko dostrzec, że miała na sobie coś lawendowego - i bransoletki bangles, i 

diamentowe kolczyki, i buty na płaskiej podeszwie. 

Wskoczyła do terenówki z werwą dwudziestolatki i zapytała: 

- Będziemy przejeżdżać obok „Toodle's Market”? 

- W Moose County wszystko jest „obok” czegoś innego. Czemu pytasz? 

-  Janice  robi  tam  zakupy  i  nie  może  się  ich  nachwalić.  Poza  tym  kobieta,  która 

prowadzi sklep, to babcia Toodle i podobno mówi, że zna mnie z podstawówki. 

- Znamy już zatem nasz pierwszy przystanek. 

Zastali babcię Toodle podejrzliwie obwąchującą ananasy w dziale owoców. Oderwała 

od nich wzrok i rozłożyła ramiona w szerokim geście. 

-  Thelma!  Widziałam  twoje  zdjęcie  w  gazecie!  Pamiętasz  mnie?  Emma  Springer! 

Nazywałaś mnie swoją małą siostrzyczką. 

-  Byłaś  taka  malutka!  Musiałam  się  o  ciebie  troszczyć.  Miałaś  piękne  długie  loki  i 

kiedy  ciągnęli  za  nie  chłopcy,  goniłam  za  nimi  z  jakimś  Mocnym  Argumentem  w  ręce  - 

zażartowała Thelma. 

- A teraz jesteś sławna! 

- Ale wciąż lubię mieć pod ręką jakiś Mocny Argument! 

background image

Qwilleran  oddalił  się  i  studiował  brokuły  do  chwili  zakończenia  tego  dość 

histerycznego klasowego zlotu. 

Thelma  włożyła  do  koszyka  świeży  ananas,  wyjaśniając,  że  zawiera  enzym,  który 

leczy człowieka z jego dolegliwości. Qwilleran wziął parę jabłek i ustawili się w kolejce do 

kasy. Oczekiwanie się przedłużało, bo klienci nie mogli znaleźć karty kredytowej albo kasjer 

musiał  sprawdzić  aktualną  cenę  bananów.  Przed  Thelmą  stał  cierpliwie  chłopiec  w  wieku 

około dziesięciu lat, którego matka głośno narzekała na przestój; wyjadał z papierowej torebki 

cukierki. 

W pewnym momencie odwrócił się do Thelmy i powiedział: 

- Ma pani ochotę na żelka? 

Podał  klientce  w  diamentowych  kolczykach  i  złotych  bransoletkach  bangles  swoją 

torebkę. 

- Dziękuję, złociutki! - powiedziała. - Masz może czarne? 

- Tak, psze pani, ale trzeba dobrze pogrzebać. 

Thelma sięgnęła do torebki w tej samej chwili, gdy matka chłopca powiedziała: 

- Zostaw te wszystkie cukierki, Jason.  

Nie zjesz potem obiadu. Kolejka przesunęła się do przodu o kilkanaście centymetrów. 

- Miły chłopiec - zauważyła Thelma, gdy wychodzili ze sklepu. 

- Znalazłaś czarny? - spytał. 

- Po tym, jak on przewalał wszystko brudnymi łapami? Wzięłam jeden dla Lolity. Jej 

wszystko jedno, jaki to kolor. 

Gdy odjeżdżali, zebrało się jej na wspominki. 

- Wyobraź sobie tylko!  - mała Emma Springer wychodzi za dużego Bucka Toodle'a! 

Wszyscy  uczyliśmy  się  w  szkole,  gdzie  były  dwie  sale  lekcyjne!  Osiem  klas  z  jednym 

nauczycielem i pękatym piecem! 

- Pisaliście do siebie tajemne listy sokiem z cytryny? - spytał Qwilleran. 

-  Żartujesz  sobie,  złociutki?  Nie  widziałam  cytryny,  dopóki  nie  przeprowadziłam  się 

do Kalifornii!... Toodle'owie mieli sklep spożywczy na skrzyżowaniu dróg, ze wszystkim od 

rzepy po naftę. Musieliśmy iść milę, żeby wydać centa na cukierki. Wszędzie chodziliśmy, 

chyba że była akurat śnieżyca. W niedzielę wkładaliśmy nasze najlepsze stroje i szliśmy do 

kościoła.  Na  miejsce  docieraliśmy  zawsze  cali  brudni...  Lubiłam  chodzić  do  kościoła,  bo 

mogłam  włożyć  kapelusz...  Zawsze  uwielbiałam  nakrycia  głowy.  Paradowałam  po  domu  z 

garnkami i patelniami na głowie. Kapelusze robiłam nawet z pudełek po płatkach. 

- Pamiętasz nazwę kościoła? 

background image

-  Nie,  ale  zbudowano  go  z  ogromnych  drewnianych  bali.  Tatko  przy  tym  pomagał. 

Powiedział, że będzie stać wiecznie. 

-  Być  może  miał  rację.  Las  wyrósł  dokoła,  ale  go  częściowo  karczują,  a  przyjaciel 

wyjaśnił mi, jak się tam dostać. Obok jest niewielki cmentarz, okolony kamiennym murkiem. 

Trochę  dalej  napis  pod  strzałką  oznajmiał:  STARY  DREWNIANY  KOŚCIÓŁ. 

Samochód zaczął podskakiwać na wąskiej i pełnej kolein drodze przez gęsty las. 

Za kolejnym z zakrętów Thelma wykrzyknęła: 

- To tu! To tu! 

Wyskoczyła  z  samochodu  i  od  razu  wiedziała  dokładnie,  gdzie  znaleźć  trzy  groby 

Thackerayów. 

Qwilleran odczekał, aż opadną jej emocje. 

-  Planowana  jest  ceremonia  poświęcenia  -  powiedział  w  końcu.  -  Pojawisz  się  w 

imieniu rodziny Thackerayów? 

- Dziękuję, Qwill! Będę zaszczycona! 

Jadąc ponownie asfaltową drogą, przegadali całą podróż do pensjonatu „Nutcracker”. 

- Kupiłem złotą kartę członkowską - powiedział. 

- Nie trzeba było, złociutki. Możesz obejrzeć wszystkie spektakle jako mój gość. 

- Chciałem być członkiem klubu. Skąd się dowiemy, jakie filmy będą pokazywane? 

- Raz na dwa miesiące członkowie klubu dostają biuletyn. Wymieniła filmy takie, jak 

Afrykańska królowaOjciec chrzestnyMy Fair LadyBliskie spotkania trzeciego stopnia

-  Tak  się  zastanawiałam,  Qwill.  Jak  sobie  dajesz  radę  ze  sprzątaniem  w  tym 

ogromnym składzie? - zmieniła nagle temat. 

-  Trzech  młodych  ludzi  zjawia  się  regularnie  z  odkurzaczami  i  innym  sprzętem 

czyszczącym  -  plus  starsza  pani,  która  ściera  kurze  i  jest  bardzo  zrzędliwa...  Przy  okazji, 

pomagam Bushy'emu fotografować jutro rano twoje kapelusze. 

- Cieszę się, że mi mówisz! Zjemy gofry. 

-  Nie  tym  razem.  To  czysto  robocza  sesja.  Ale  pamiętaj  o  nas  następnym  razem... 

Kapelusze przetrwały podróż przez kontynent bez szwanku? 

- Każdy był zapakowany osobno, a firma przewozowa zrobiła cztery drewniane kraty 

z miejscem na sześć kartonowych pudełek. Na każdym pudełku wypisano wielkimi literami, 

gdzie znajduje się góra. Nie było miejsca na błędy! 

background image

Pensjonat  „Nutcracker”  mieścił  się  w  wiktoriańskim  pałacu  z  wieżyczką  i  stolarką 

okienną z czarnego orzecha, zakupionym przez Fundację K i przerobionym na stylowy kurort. 

Przy wejściu odwiedzających zaopatrywano w orzeszki ziemne dla biegających po ogromnym 

terenie  wiewiórek  oraz  w  chleb  dla  pluskających  się  w  pobliżu  Black  Creek  kaczek.  Stary 

przyjaciel  Qwillerana,  właściciel  pensjonatu  Lori  Bamba,  zafundował  Thelmie  jedno  z  tych 

górnolotnych  powitań,  które  tak  lubiła.  Lśniący  czarny  Nicodemus,  miejscowy  kocur, 

przypatrywał się wszystkiemu z boku, wiedząc, kiedy powinien, a kiedy nie powinien okazać 

się wylewny. Wąsacz odnotował, że Thelma zniosła obecność kota z dużym spokojem. 

Ich  stolik  znajdował  się  w  oranżerii,  ale  najpierw  wypili  koktajle  Q  na  tarasie,  z 

którego mogli podziwiać szaleństwa wiewiórek. 

- Jak ci się spodobał czarny kocur? - spytał Qwilleran. 

- Miał nieprzyjemne oczy - odpowiedziała wymijająco. 

-  Ale  za  to  wspaniały  charakter.  Goście,  którzy  tęsknią  za  swoimi  domowymi 

ulubieńcami,  mogą  go  sobie  nawet  zamówić  na  noc  do  pokoju.  Rezerwacje  robione  są  z 

dużym wyprzedzeniem. 

To  ostatnie  stanowiło  celową  przesadę,  którą  dodał  od  siebie  dla  uzyskania 

komicznego efektu, i Thelma spojrzała na niego ostrym wzrokiem. 

-  Co  w  ogóle  myślisz  o  kotach?  -  ciągnął.  -  Gdy  przyjeżdżałaś,  powiedziano  mi,  że 

swoje powinienem ukryć. 

-  Nie  jestem  ich  entuzjastką.  Na  farmie  mieliśmy  całe  watahy  wiejskich  kotów  i 

wszystkie  uwielbiały  mojego  brata.  Już  wtedy  miał  w  sobie  jakiś  magnetyzm,  który 

przyciągał koty i psy. Myślę, że byłam zazdrosna. Ciągnęłam je za ogon i jeden z kotów Buda 

mnie  ugryzł.  Koty  to  jedyna  sprawa,  o  którą  kiedykolwiek  się  kłóciliśmy...  Odkąd  został 

lekarzem - a byliśmy w stałym kontakcie - nie wspomnieliśmy o kotach ani razu. 

Qwilleran pokiwał głową ze zrozumieniem. 

-  Ale  wtedy  było  wtedy,  a  teraz  jest  teraz.  Mieszkasz  w  miasteczku,  w  którym 

przypada  jeden  przecinek  pięć  kota  na  mieszkańca.  Wszyscy  mamy  nasze  upodobania  i 

awersje. Tyle że znaleźli się już intryganci, którzy chcą ci przykleić łatkę „tępicielki kotów”. 

Myślę, że powinnaś wykonać jakiś gest, który uciszy plotki. Spytaj zresztą o zdanie Dwighta 

Somersa. A kto jest tutaj twoim prawnikiem? 

Wiedział, ale chciał to usłyszeć od niej. 

-  Mavis  Adams!  -  Thelma  się  rozpromieniła.  -  Pierwsza  kobieta  adwokat,  którą 

zatrudniłam. To skarb! Słucha; rozumie; daje dobre rady; rozwiązuje problemy. 

background image

-  I  mieszka  na  Miłej  -  dodał  Qwilleran.  -  Nie  zawadzałoby  przedyskutować  sprawę 

także z nią. Otworzyła miejscową sekcję programu ratowania zwierząt i chce zorganizować 

rewię,  która  pozwoli  zebrać  środki  na  jej  utrzymanie.  Niezależnie  od  tego,  ile  pieniędzy 

zostanie zebrane, Fundacja K dołoży od siebie taką samą sumę. 

Hostessa przerwała im grzecznie, informując, że stolik jest już gotowy, i  przeszli do 

oranżerii. Pomieszczenie miało wiele okien, z widokiem wychodzącym na trzy strony. 

- Tatko zbudował oranżerię - powiedziała Thelma - na tyłach naszego domu, gdy już 

się dorobił na chipsach. Nazywaliśmy ją słonecznym salonem. 

Złożywszy  zamówienie  (kanapka  z  grillowaną  wołowiną  dla  niego,  coś  bardzo 

zdrowego dla niej), podjął temat listów Buda. 

- Ciągle chciałabyś usłyszeć opinię na temat ich ewentualnej publikacji? 

-  Chcę! Chcę! Janice układa je w porządku chronologicznym i  wkłada do teczek dla 

twojej wygody. Taką mam z niej pociechę!  - kompetentna sekretarka, wspaniała kucharka i 

bezpieczny kierowca! Na marginesie, Qwill,  otworzyłam  konto  w funduszu powierniczym  z 

myślą  o  jej  przyszłych  potrzebach  finansowych.  No  i  mam  nadzieję,  że  mieszkając  tutaj, 

znajdzie sobie przyjaciół. Chodzi do Campbellów pobawić się z kotami i to jej zdecydowanie 

służy. 

Po  lunchu  zeszli  w  dół  wzgórza  do  strumienia,  niosąc  ze  sobą  trochę  chleba  dla  kaczek. 

Usiedli na ławce parkowej, zwróconej w stronę wody, i od razu dwie kacze matki ze swoim 

potomstwem  podpłynęły  do  nich  w  nienagannej  formacji.  Thelma  była  zachwycona  ich 

występem i gdy skończył się chleb, ociągała się z odejściem. 

-  Tak  tu  spokojnie  -  powiedziała.  A  po  dłuższym  milczeniu  znienacka  zapytała:  - 

Myślisz, że dobrze zrobiłam, tworząc Klub Filmowy „Thelma”? 

-  Myślę,  że  pomysł  jest  świetny,  Thelmo.  I  mówisz  przecież,  że  karty  członkowskie 

dobrze się sprzedają. Są więc jakieś problemy? 

- Tylko jeden. Mój bratanek! Nie jest taki jak jego ojciec. Chce, żeby raz w tygodniu 

goście grali w klubie w bingo! Nie pozostawiłam mu żadnych wątpliwości, że kiedykolwiek 

pozwolę  na  hazard  w  klubie  z  moim  imieniem  w  nazwie.  Powiedział:  „To  tylko  gra, 

ciotuniu”.  Irytuje  mnie,  gdy  tak  mnie  nazywa!  A  jeśli  bingo  to  nie  hazard,  to  dlaczego  jest 

nielegalne  w  tak  wielu  miastach...  no  i  dlaczego  w  miejscach,  gdzie  się  je  traktuje  jako 

zalegalizowany hazard, gra jest obwarowana taką ilością regulacji? 

background image

-  Masz  rację,  Thelmo,  rezerwując  klub  filmowy  wyłącznie  dla  filmów.  W  okręgu 

Bixby  istnieje  kasyno,  ale  ani  Lockmaster,  ani  Moose  County  nigdy  na  coś  podobnego  nie 

zezwoliły. Jak się skończyła ta rozmowa? 

- Powiedział, że skoro prowadzimy klub prywatny, możemy w nim robić, co nam się 

żywnie  podoba  -  nawet  striptiz!  -  dopóki  nikt  się  o  tym  nie  dowie.  Odparłam,  że  nie  mam 

zamiaru słuchać tych bredni! I żeby decydował, czy chce u mnie pracować, czy nie! Wtedy 

się wycofał. Wie, czyja ręka go karmi! 

- Cieszę się, że potrafisz pozostać przy swoim, Thelmo. 

- Zawsze pozostaję przy swoim. 

- Kiedy zaczynacie puszczać filmy? 

- Za tydzień. Wszystko szło tak dobrze, aż do tej smutnej kłótni z moim bratankiem. 

-  Zapomnij  o  Dickiem  Ptaszynie  i  o  tym,  jaki  z  niego  łotr  -  powiedział  Qwilleran.  - 

Zrób coś konstruktywnego, co usunie twoje negatywne emocje! Najlepiej jakiś spektakularny 

gest, którym zdobędziesz podziw i szacunek całego okręgu. 

Resztę ich rozmowy najlepiej opisują słowa samego Qwillerana - z jego prywatnego 

dziennika: 

Środa, 23 kwietnia 

Przez całą naszą sentymentalną wycieczkę dookoła okręgu, a także podczas uroczego 

lunchu w pensjonacie „Nutcracker” wyczekiwałem na odpowiedni moment, by wyskoczyć ze 

swoim pytaniem (jak to  ujął Dwight). Chyba właśnie nadszedł. Wiedziałem już wcześniej, że 

docenia moją gościnność, ale nie chciałem prosić w zamian o przysługę. Miałoby to posmak 

quid pro quo. 

Teraz była jednak rozczarowana swoim bratankiem i zniechęcona Klubem Filmowym. 

Przemyślałem  szybko  swoje  położenie.  Trik  powinien  polegać  na  tym,  aby  poprawić  jej 

nastrój i rozwiązać problem Kociej Rewii za jednym posunięciem. 

-  Wiem,  że  jesteś  rozczarowana,  Thelmo  -  powiedziałem  -  ale  musisz  się  wznieść 

ponad to! Zrób coś, co przyniesie korzyść tobie, jak i innym! 

Thelma popatrzyła na mnie pytającym wzrokiem, więc ciągnąłem: 

- Remont starej opery jest dobrodziejstwem dla całego okręgu! Nawet ludzie, których 

nie interesują stare filmy, są ciekawi, jak też wygląda budynek po ostatniej renowacji. I tak 

się  składa,  że  mamy  wielu  majętnych  obywateli,  którzy  zapłaciliby  niemałe  pieniądze,  żeby 

obejrzeć  budynek,  pod  warunkiem  jednak,  że  przeznaczy  się  je  na  cele  charytatywne.  (Nie 

background image

zapominajmy o odliczeniach od podatku). Lubią wkładać fraki i wieczorowe suknie i czuć się 

jak  znane  osobistości:  boy  parkingowy,  czerwony  dywan,  reporterzy,  a  także  kamery 

telewizyjne z Nizin, no i gwarancja oglądalności na terytorium całego stanu. Byłem na swoim 

koniku, jak to określa Polly. 

Thelma wydawała się zahipnotyzowana. 

- Masz może na myśli to, że powinnam przedpremierowo otworzyć budynek na imprezę 

charytatywną? To właśnie miałeś na myśli? 

- Mavis Adams wykonuje wspaniałą robotę, kierując nową akcją ratowania zwierząt, i 

przygotowywała  jakąś imprezę rozrywkową, podczas  której można by zorganizować zbiórkę 

funduszy. Miejscy liderzy zapłacą po dwieście albo i trzysta dolarów za wstęp, jeśli impreza 

odbędzie się w takim miejscu jak Klub Filmowy. Ty zaś, proponując swoją siedzibę, wykonasz 

elegancki  gest.  Wypytaj  Mavis  o  szczegóły  i  skontaktuj  się  ze  swoim  człowiekiem  od  public 

relations. Jestem przekonany, że Dwight przyklaśnie twoim planom. 

-  Mam jutro  spotkanie z Mavis  w biurze prawniczym  -  powiedziała.  -  Wspomnę jej o 

tym... To brzmi jak interesująca możliwość. 

Zadanie wykonane! I to bez żadnego przekabacania! Dobrowolnie i ze śpiewem! 

Mam  jednak  przeczucie,  że  Dickie  Ptaszyna  stanowić  będzie  większy  kłopot,  niż  się 

wydaje jego „ciotuni”. 

background image

Rozdział siedemnasty 

 

W czwartek rano trzech młodych mężczyzn z wysokiej jakości sprzętem do czyszczenia oraz 

pani Fulgrove z domowej roboty środkiem do polerowania metalu zjawili się w składzie, co 

oznaczało  konieczność  usunięcia  syjamczyków  z  terenu  posiadłości.  Nie  przeszkadzałyby 

ekipie  czyszczącej,  lecz  ekipa  przeszkadzałaby  im.  Qwilleran  wsadził  koty  do  terenówki 

razem  z  ich  niebieską  poduszką,  prowiantem,  naczyniem  na  wodę  i  miską  na  przysmaki  i 

odjechali w kierunku ulicy Miłej, żeby pomóc przy fotografowaniu kapeluszy. 

Janice wyszła Qwilleranowi naprzeciw. 

-  Bushy  jest  na  górze  -  powiedziała.  -  Thelma  poszła  na  spotkanie  ze  swoją 

prawniczką. Mogę ci coś podać? Kawę? Coś zimnego? 

- Sądzę, że powinnaś raczej podejść do samochodu i przywitać się z syjamczykami. 

- Mogłyby wejść do środka, skoro nie ma Thelmy. 

-  Nie,  dziękuję.  Są  szczęśliwie  tam,  gdzie  są.  Mają  ze  sobą  wszystkie  domowe 

wygody. 

Bushy był w pokoju na piętrze nazywanym Galerią Kapeluszy, rozkładając sprzęt. Na 

półkach  wzdłuż  bocznych  ścian  wystawione  były  kapelusze.  Kilka  kolejnych  sztuk 

znajdowało się na postumentach pośrodku pokoju. Każdy miał osobną akrylową podstawkę. 

-  Zrobimy  tak  -  odezwał  się  Bushy.  -  Przestaw  wszystkie  kapelusze  na  jedną  stronę 

pokoju, a potem bierz po jednym z powrotem na drugą, w miarę jak będziemy robić zdjęcia. 

Tym sposobem nie sfotografujemy dwa razy tego samego. 

-  To  mi  przypomina  historię  o  człowieku,  który  chciał  skrócić  o  pięć  centymetrów 

nowe spodnie, a krawiec skrócił dwa razy jedną nogawkę. 

- Zabawne, ale nie mam czasu na dowcipy. Za dużo roboty. 

background image

Bushy wykorzystał jeden z postumentów jako podium dla kapelusza. Dwie podłogowe 

lampy ustawiono tak, aby światło odbijało się od ścian i sufitu. Przygotowany do akcji aparat 

powędrował na stojak. Qwilleran miał za zadanie stawiać kapelusz na postumencie i obracać 

go tak długo, aż Bushy będzie miał najlepszy kąt. Następnie instruował on swojego asystenta, 

jak manewrować trzymanym w ręce oświetleniem, aby uzyskać pożądany efekt. 

- Podnieś... obróć w dół... trochę w lewo... parę centymetrów do przodu. 

Skomplikowany rytuał należało powtórzyć trzy razy przy każdym kapeluszu. 

Przez  pierwsze  dwa  zdjęcia  było  ciekawie.  Później  Qwilleran  dostarczał  sobie 

rozrywki,  wymyślając  dla  kapeluszy  nazwy:  Niebiański  Salceson...  Sałatka  Szefa... 

Czekoladowy  Krem.  Pomimo  talentu  do  opisu  nie  potrafił  oddać  sprawiedliwości  tym 

kreacjom.  Miały  kosmyki  tego,  zawijasy  tamtego,  zaskakujące  lamówki,  hafty  i  ręcznie 

malowane wstawki, wyzywające kolory, szczyty i ronda o szalonych proporcjach. 

W połowie pracy fotograf powiedział: 

- Qwill, zobacz, czy nie da się czegoś zrobić w sprawie kawy, i zróbmy sobie krótką 

przerwę. 

- Jaką pijesz? 

- Bez niczego. 

- Co myślisz o kapeluszach? 

- Hm... są inne! Ciekawe, ile za nie wyłożyła? 

- Zwróciłeś uwagę na pudełka? 

W  rogu  pokoju  leżały  dwa  tuziny  pudełek  na  kapelusze  w  błyszczącym  papierze  o 

fakturze imitującej skórę aligatora. Qwilleran zapytał o nie, gdy schodzili w dół na kawę. 

-  Thelma  zrobiła  je  na  zamówienie  -  powiedziała  Janice.  -  Uwielbia  wszystko,  co 

przypomina skórę aligatorów. Ma buty i torebki w tym stylu. 

- Widziałaś się z syjamczykami? 

-  Tak,  i  zaniosłam  im  mały  przysmak.  Włożyłam  też  do  samochodu  parę  pudełek 

listów od brata Thelmy. Przejrzałam je i ułożyłam w porządku chronologicznym, żebyś miał 

łatwiej. 

- Dziękuję. 

Na górze odezwał się do Bushy'ego: 

- Chciałbym już obejrzeć te twoje zdjęcia. Na ogół wszystko u ciebie wygląda lepiej 

niż w rzeczywistości. 

-  Thelma  ci  powiedziała,  że  będę  robił  jej  portret?  Będzie  to  para  dla  portretu 

wiszącego w lobby kliniki. 

background image

-  Mówiłeś  z  uznaniem  o  doktorze  Thurstonie,  ale  chyba  nie  wiesz  za  wiele  o  jego 

synu, co? 

- Tylko ze słyszenia. Moja była żona urodziła się w Lockmaster i mówiła, że to niezły 

obibok. Z drugiej strony chyba zawsze miał pieniądze. 

Po  swym  wątpliwej  jakości  doświadczeniu  z  dwudziestoma  czterema  kapeluszami  Thelmy 

Qwilleran  zjadłby  z  przyjemnością  kanapkę  z  frytkami  w  „Renniem”,  lecz  syjamczyki 

siedziały w zamknięciu i tak wystarczająco długo, więc pojechał z powrotem do składu. Jego 

pasażerowie zdawali się spokojnie zmierzać w dobrze sobie znanym kierunku do momentu, 

gdy  samochód  skręcił  w  gęsty  las  w  pobliżu  składu.  Ciche  bulgotanie  w  gardle  Koko 

przeistoczyło  się  nagle  w  głośne  warknięcie.  Był  to  jego  stały  sygnał  dezaprobaty.  Ekipa 

czyszcząca znikła. Coś w środku wzbudziło jednak niechęć Koko. 

Zostawiwszy  koty  w  samochodzie,  Qwilleran  wszedł  ostrożnie  do  składu.  W 

powietrzu unosił się znajomy zapach środków czyszczących. Na barze leżała zapakowana jak 

prezent przesyłka - z nagryzmoloną przez panią Fulgrove w jej unikalnym stylu wiadomością: 

„Człowiek przyniósł ten prezent i zostawił bez imienia”. 

Zapakowano  go  w  papier  imitujący  krokodylą  skórę  z  delikatną  czarną  wstążką. 

Dołączona wiadomość pochodziła od Thelmy: „Z podziękowaniami za wszystko; Dick jest ze 

mną i podrzuci paczkę do składu”. W pudełku znajdowała się para porcelanowych papug w 

jaskrawozielonym kolorze z plamkami żółci i czerwieni. 

Postawił  je  na  kominku  dziobem  do  siebie,  niczym  Lolitę  i  Carlottę  plotkujące  w 

ptaszarni Thelmy. 

Gdy  koty  zostały  wniesione  do  składu  i  wypuszczone  z  przenośnego  kojca,  Yum  Yum 

wychynęła  ostrożnie,  jakby  pojawiła  się  w  tym  miejscu  po  raz  pierwszy  w  życiu,  Koko  zaś 

wypadł na zewnątrz z hukiem, warcząc i rozglądając się na wszystkie strony. 

Qwilleran  uderzył  się  w  czoło,  bo  sytuacja  zaczynała  przedstawiać  się  jasno.  Dick 

Thackeray dostarczył prezent. Coś w bratanku Thelmy odstręczało Koko i kocur wyczuł jego 

obecność,  zanim  jeszcze  dojechali  do  składu.  Podobnie  było  po  przyjęciu  powitalnym,  gdy 

Koko wszedł do składu, wszędzie węsząc - i warcząc na kogoś, kto tu wcześniej przebywał. 

Qwilleran  otworzył  puszkę  wędzonych  ostryg,  które  pokroił  na  części  i  ułożył  na 

dwóch talerzykach. 

background image

Zastanawiał  się,  czy  manifestacje  wrogości  Koko  należało  uznać  za  potwierdzenie 

zwierzeń  Thelmy  z  ławki  przy  Black  Creek.  I  czy  miały  one  związek  z  wyborem  książek, 

które kot spychał na podłogę z półki? 

Istniała  oczywiście  możliwość,  że  Koko  cieszyło  po  prostu  głośne  „plask!”,  którym 

książka oznajmiała swój kontakt z podłożem. Fakt, że jedną z książek był Almanach biednego 

Ryszarda, a drugą  Richard  Carvel, mógł  być czysto  przypadkowy. Pewne było  jedno. Koko 

przepadał za wędzonymi ostrygami. Yum Yum zwinęła się w kłębek na niebieskiej poduszce 

na lodówce i poszła spać. 

Qwilleran  udał  się  teraz  do  altany  z  kanapką  z  serem  i  termosem  kawy  oraz  z 

pudełkami  listów,  które  Janice  przyniosła  do  samochodu.  Telefon  bezprzewodowy  celowo 

zostawił w składzie. 

Brat  Thelmy  rzeczywiście  dobrze  pisał,  ważniejsza  była  jednak  treść.  Pytanie 

brzmiało:  czy  listy  nadawały  się  do  publikacji?  Napisane  zostały  na  przestrzeni  jakichś 

trzydziestu lat. Bud ożenił się z absolwentką weterynarii doktor Sally i Tatko założył dla nich 

klinikę w Lockmaster. Jednak największą radość, takie się miało wrażenie, dostarczał im syn, 

Dickie  Ptaszyna  -  tym  bardziej  że  Sally  nie  mogła  mieć  więcej  dzieci.  Byli  entuzjastami 

swojej  pracy.  Wierzyli  w  medycynę  holistyczną.  Sally  robiła  kurs  akupunktury.  Ich  hobby 

stanowiła  muzyka  i  piesze  wędrówki.  Bud  grał  na  flecie.  W  każdą  niedzielę  zostawiali 

Dickiego Ptaszynę z nianią i wędrowali wzdłuż grzbietu wąwozu Black Creek. Bud opisywał 

wąwóz  w  sposób  niemal  poetycki.  Siadali  na  wielkiej  płaskiej  skale,  jedli  batoniki 

energetyczne i pili wodę ze swoich menażek. 

Dickie  Ptaszyna,  jak  nazywali  go  prywatnie  rodzice,  był  przystojnym  chłopcem  z 

naprawdę  miłym  charakterem.  Bardzo  dobrze  się  uczył,  grał  trochę  w  tenisa,  ale  nie 

wykazywał  najmniejszego  zainteresowania  pieszą  wędrówką.  W  liceum  wolał  towarzystwo 

swoich znajomych. 

Bud pisał: „Dick ma skłonności do życia ponad stan, jednak wciąż go rozpuszczamy. 

Jest  naszym  jedynym  dzieckiem! No i  wiemy, że nie wziął się za narkotyki  ani  nic takiego. 

Dzieciaki, z którymi przebywa, to wszystko ludzie sukcesu, z ambitnymi planami zawodowej 

kariery.  Dick  nie  wie  jeszcze,  co  chciałby  robić.  Może  już  otrzymać  prawo  jazdy  i  na 

urodziny kupujemy mu samochód... Sis, pamiętasz, jak Tatko dał nam kino na urodziny?” 

Lekturę  przerwało  Qwilleranowi  głośne  miauknięcie  z  wnętrza  składu.  Pobiegł  do 

środka i zastał Koko paradującego w tę i we w tę przed automatyczną sekretarką. Wiadomość 

była oburzoną skargą. „Qwill! Gdzie jesteś? Już siódma! Miałeś tu być o szóstej!” 

- Ojej! Mam przechlapane! - powiedział do Koko. 

background image

Sytuacja  wyglądała  tak,  że  Polly  była  w  Chicago,  Mildred  była  w  Duluth,  Arch  zaś 

grillował  dwa  steki  z  polędwicy  na  użytek  męskiego  wieczoru  na  tarasie.  Qwilleran  podjął 

szybką  decyzję  i  zadzwonił  do  Pogodnego  Jimmy'ego,  który  mieszkał  ulicę  od  Rikerów. 

Strzał został oddany całkowicie w ciemno, ale na szczęście Jimmy był w domu. 

- Joe! Wyświadcz mi przysługę! - powiedział z rozpaczą w głosie. - Biegnij - nie idź - 

do  mieszkania  Rikerów  i  powiedz  Archowi,  że  przychodzisz  zjeść  mój  stek.  Żadnych 

wyjaśnień! Żadnych przeprosin! Powiedz tylko, że dzwoniłem z więzienia. 

Qwilleran  chichotał.  W  ciągu  długich  lat  ich  przyjaźni  on  i  Arch  przetrwali  już  wiele  gaf, 

blefów i sprzeczek - jak na razie wciąż bez poważniejszych urazów wewnętrznych. 

Zadzwonił  telefon  i  -  myśląc,  że  to  znowu  Arch  -  Qwilleran  pozwolił  włączyć  się 

automatycznej sekretarce. Głos należał jednak do Hixie Rice, dzwoniącej z biura redakcji. 

Oddzwonił, aby z miejsca usłyszeć jej żywiołowe sprawozdanie. 

-  Qwill!  Dostajemy  operę  na  rewię!  W  następny  wtorek!  Bilety  będą  kosztować 

dwieście dolarów! Czyż to nie wspaniała wiadomość! Powiedziałam Mavis, że dam ci znać. 

No i Doug Bethune drukuje programy, więc musi znać tytuły twoich recytacji. 

Hixie zatrzymała się, by zaczerpnąć oddech, i Qwilleran zadał niemądre pytanie: 

- Mogę w czymś pomóc? 

- Bardzo przydałby się twój wkład w przygotowanie Wielkiego Przemarszu. I, Qwill, 

im prędzej, tym lepiej. Gdybyś mógł wpaść tutaj do biura... 

-  Gdybyś  mogła  wpaść  tutaj  do  składu  -  wtrącił  się  -  mógłbym  ci  zaproponować 

drinka. 

Hixie  Rice  była  atrakcyjną,  pełną  energii  kobietą  w  nieokreślonym  wieku,  która  nie 

miała szczęścia w miłości. Qwilleran poznał ją kiedyś na Nizinach i od tego czasu śledził jej 

podboje jak odcinki kiepskiego serialu.  Jednak w świecie biznesu jej zaraźliwy entuzjazm i 

dobre  pomysły  gwarantowały  sukces  nawet  wtedy,  gdy  w  ostatecznym  rozrachunku 

okazywały się klapą. Qwilleran lubił przebywać w jej towarzystwie. 

Pojawiła się w składzie „w okamgnieniu”, jak od niedawna lubili mawiać mieszkańcy 

Moose County. 

- Gdzie są te dwa cudowne koty? - spytała, a syjamczyki pojawiły się, by ją przywitać. 

Wszyscy lubili Hixie. 

- Czego się napijesz? - spytał Qwilleran. 

- A ty co pijesz? 

background image

- Koktajl Q. 

- Wezmę martini. 

Gdy zasiedli w „uwodzicielskich” sofach (określenie Hixie), Qwilleran spytał: 

- Co uzyskałaś w sprawie skrzyknięcia prominentnych obywateli na Wielki Finał? 

- Wszyscy współpracują! - odpowiedziała ze swą zwykłą żywiołowością.  - Jak ci się 

podoba lista? Felietonista  gazety, meteorolog, właściciel  gospody, szkolny  kurator, wybitny 

cieśla,  doktor  medycyny,  dyrektor  miejskiej  biblioteki,  redaktor,  dwie  panie  profesor  (na 

emeryturze) i... Jej Wysokość burmistrz! Panie profesor to siostry Cavendish. Jennie porusza 

się na wózku, więc będzie trzymać na kolanach dwa koty, a Ruth będzie popychać wózek. 

- Obroże z kryształami górskimi zostały zamówione? 

- Są w drodze. 

- Nalać ci jeszcze? 

Zrobiła spory zamach, aby wydostać się z głębokiej sofy. 

- Nie, dziękuję, choć twoje martini jest najwyższej próby! Masz jakąś tajemnicę? 

- Czternaście do jednego. 

Ściśle  rzecz  biorąc,  nie  miał  wytrawnego  wermutu,  więc  proporcje  wynosiły 

czternaście do zera! 

Później  tego  wieczoru,  gdy  zadzwonił  do  Polly  w  Chicago,  opowiedział  jej  o  obrożach  z 

kryształami górskimi, imponującym składzie defilady prominentnych obywateli i niewinnym 

ziołowym środku uspokajającym, który miał utrzymać spokój w szeregach kotów. 

-  Litości!  -  powiedziała.  -  To  mi  pachnie  kolejnym  ze  świetnych  pomysłów  Hixie! 

Mam nadzieję, że się uda. 

- Twoje rozmowy idą dobrze? 

-  Zrobiliśmy  burzę  mózgów.  Przerzucamy  się  wszystkim,  co  nam  przychodzi  do 

głowy. To całkiem niezła zabawa. Ludzie z Fundacji K są przemili, więc musiałam wykonać 

ciężką pracę w restauracji... Już się nie mogę doczekać powrotu do domu i kanapki z serem. 

Na szczęście wylatuję w sobotę rano... I mam coś dla ciebie! 

- Co? 

- Zobaczysz, jak przyjadę!... A bientôt

A bientôt - mruknął. 

Nie lubił się znajdować po ciemnej stronie tajemnicy. 

background image

Rozdział osiemnasty 

 

W  piątek  rano  Qwilleran  złożył  swój  tekst  wcześniej  niż  zwykle,  co  skłoniło  redaktora 

wydania do wygłoszenia pod adresem wąsacza życzliwej uwagi. 

- Coś nie tak? A może stałeś się lepszą osobą od tych wszystkich brokuł? 

-  Mam  co  innego  do  roboty,  Junior!  I  nie  waż  się  tknąć  ani  przecinka!  Po 

ubiegłotygodniowym fiasku z przysłowiami... 

- Wiem! Wiem! - Junior wyrzucił przed siebie ręce w obronnym geście. 

Prawda  była  taka,  że  Qwilleran  chciał  już  wrócić  do  lektury  listów  Buda.  Znajome 

doznanie  w  rejonie  górnej  wargi  zawsze  zapowiadało  pojawienie  się  jakichś  podejrzanych 

rewelacji, a ich nadejście potwierdzało dodatkowo warczenie i spluwanie Koko pod wpływem 

kogoś  lub  czegoś,  co  chwilowo  znajdowało  się  poza  zasięgiem  jego  wzroku.  Qwilleran  był 

przekonany,  że  tym  razem  to  Dick  znajdował  się  na  liście  Koko,  którą  wąsacz  na  własny 

użytek nazywał „czarną listą osób aż nadto wartych splunięcia”. 

Najpierw  należało  jednak  załatwić  parę  spraw,  na  przykład  wysłać  list  do  Anglii  i 

wybrać gotówkę na codzienne wydatki. 

W  banku  Qwilleran  znalazł  się  w  kolejce  tuż  za  Pogodnym  Jimmym.  Pochylił  się  i 

powiedział cicho: 

- PKX FM zaczęło płacić za twoją pracę? 

- Hej! Qwill! - pogodziarz odwrócił się szybko. - To był najlepszy stek, jaki jadłem w 

życiu! Będę twoim sobowtórem na każde życzenie! 

- Masz czas na kawę u Lois? 

- Następny! - powiedziała zniecierpliwiona kasjerka. 

background image

Dokończywszy swoje transakcje, mężczyźni poszli do jadłodajni Lois okrężną drogą, 

chcąc  jeszcze  zobaczyć,  co  dzieje  się  w  gmachu  opery.  Stary  kamienny  budynek  znów 

wyglądał szlachetnie. Z okien zdjęto deski. Wstawiono nowe drzwi. Po jednej stronie wejścia 

rzeźbiony szyld o dobrze dobranej wielkości informował złotymi literami: KLUB FILMOWY 

„THELMA”. Parkingi zostały utwardzone i wyłożone płytami, a po drugiej stronie ulicy cały 

ciąg  wystaw  sklepowych  zmienił  swój  dotychczasowy  charakter.  Zniknęły  armatura  i 

poligraficzne  klamoty.  Na  ich  miejsce  wprowadziły  się  bar  z  lodami,  sklep  z  antykami  i 

galeria bibelotów. Pośrodku tego ciągu nowy napis ozdobił drzwi prowadzące do niewielkich 

mieszkań na pierwszym piętrze: APARTAMENTY PRZY OPERZE. 

-  To  nie  najgorsze  mieszkania  -  powiedział  Jimmy.  -  Kawalerki.  Kiedyś  tam  kogoś 

widywałem.  Z  tyłu  przez  całą  długość  biegnie  weranda,  ale  nadaje  się  tylko  na  sadzenie 

pomidorów. 

- Wstąpiłeś do klubu? - spytał Qwilleran. 

- Iii. Nie biorą mnie filmy. A ty? 

-  Tylko  po  to,  żeby  zaprosić  co  jakiś  czas  gości.  Słyszałem,  że  interes  prowadzi 

bratanek Thelmy. 

- Ma się to szczęście - stwierdził Jimmy. 

W barze zamówili kawę i „co tam będzie świeżego na słodko”. Trafili na lukrowane 

plecionki z cynamonem. 

Zawarty  w  ostatniej  uwadze  Jimmy'ego  sarkazm  potwierdzał  wzbierającą  w 

Qwilleranie niechęć. 

- Czyżbym wyczuł nutkę cynizmu w twojej wypowiedzi na temat Dicka Thackeraya? - 

powiedział. 

- Wiesz... jak ci to... chodziliśmy razem do szkoły przez dwanaście lat. My, dzieciaki z 

Horseradish,  uczęszczaliśmy  do  łączonej  szkoły  w  East  Lockmaster  -  grupka  chłopków-

roztropków  wśród  tych  wszystkich  nadzianych  kolesi.  Znałem  Dicka,  odkąd  rzucaliśmy 

razem monety na szkolnym podwórku. Dick zawsze wygrywał. W liceum harowałem, żeby 

dostać czwórkę, Dick dostawał piątki. Grałem w sztukach; on się kolegował z jajogłowymi, 

którzy  później  zostali  naukowcami.  Mój  sport  to  było  bieganie;  jego  gra  w  karty  -  na 

pieniądze. Musiałem się sprężać w college'u; Dick uważał, że studia nie są potrzebne; zaczął 

podróżować. Nigdy nie przysiadł nad żadną pracą. Ile będzie w stanie udawać menedżera w 

Klubie Filmowym cioci? 

- Chyba wiem, co masz na myśli - powiedział Qwilleran. 

background image

Później  rozmawiali  o  Kociej  Rewii;  jak  dogadają  się  ze  sobą  koty  za  kulisami, 

oczekując na swój występ... jaką muzykę należałoby zagrać podczas Wielkiego Przemarszu... 

co Huragan i Koko pomyślą sobie o obrożach wysadzanych górskimi kryształami. 

- Niektóre odpowiedzi poznamy już na poniedziałkowej próbie - zauważył Jimmy. 

Syjamczyki czekały niecierpliwie w składzie, wiedząc, że ich południowa przekąska opóźnia 

się już jedenaście minut. Qwilleran nakarmił je i na dokładkę przeczytał na głos fragment z 

„Wilson  Quarterly”  -  by  je  trochę  ululać.  Gdy  odczłapały  w  swoje  tajemne  miejsca 

popołudniowego  spoczynku,  wąsacz  wziął  do  altany  dużą  porcję  lodów  -  razem  z  drugim 

pudełkiem listów Thackeraya. 

Listy  Buda  stały  się  w  starszym  wieku  nieregularne.  Większość  z  nich  opisywała 

nietypowe przypadki, które on i Sally leczyli w swojej klinice  - istna litania imion sławnych 

koni  wyścigowych i psich czempionów. Pewnego razu zdarzył  się fatalny  pożar w jednej  z 

miejscowych stodół i Bud zdawał się cierpieć nie mniej niż sami jej właściciele. Co jakiś czas 

pojawiał się bez zapowiedzi Dick i zostawał z nimi na tydzień. Jego przypochlebny uśmiech i 

wesołe usposobienie czyniły z niego wdzięcznego gościa. Czasami miewał dobre pomysły na 

biznes i chętnie pożyczali mu wtedy pieniądze. Doświadczenie uczyło, że nigdy im długu nie 

zwróci,  lecz  nie  zamierzali  się  tym  przejmować.  Był  ich  jedynym  dzieckiem.  Czy  mogli 

zainwestować swoje pieniądze lepiej? Szkoda, że nigdy nie zechciał wybrać się na wycieczkę 

wzdłuż wąwozu Black Creek. 

Wkrótce Sally zaczęła stawać się wolniejsza, miewać gorsze dni, rezygnować z pracy. 

W  tym  czasie  zjawili  się  inwestorzy,  proponując  kupno  kliniki,  co  uwolniłoby  Buda  od 

męczącej  odpowiedzialności.  Miał  już  przecież  pod  osiemdziesiątkę.  Sally  namówiła  go 

jednak, by zatrzymał klinikę, która znaczyła dla niego zawsze tak wiele. Dick pojawiał się i 

znikał.  A  potem  Sally  po  prostu  odeszła.  Bud  tylko  tyle  zdołał  napisać.  Już  nie  chodził  na 

wycieczki wzdłuż wąwozu. Był jednak wdzięczny za swą wymagającą pracę - i zdrowie, by 

jej podołać. 

To był ostatni list w pudełku. Co się stało z ostatnim, o którym Thelma powiedziała, 

że  był  tak  piękny?  Zadzwonił  do  domu  Thackerayów,  słuchawkę  podniosła  Janice.  Thelma 

była w klubie, poinformowała, pracując nad ostatnimi szczegółami. 

-  Przeczytałem  dwa  pudełka  listów  -  powiedział  Qwilleran  -  i  wydaje  mi  się,  że 

brakuje ostatniego. 

background image

- Och!... To prawda! Trzyma go pod ręką - tak by móc go w każdej chwili przeczytać. 

Jest już nieźle sfatygowany od ciągłego składania i rozkładania kartek. 

-  Powinnaś  zrobić  ksero  i  trzymać  oryginał  w  jakimś  szczególnym  miejscu.  Macie 

kserokopiarkę? 

- Nie, ale mogę zrobić ksero gdzieś w mieście. 

-  Ja  mam  kopiarkę.  Jeśli  znajdziesz  list,  mogłabyś  tu  przyjechać  i  załatwimy  sprawę 

w...  właściwie  od  ręki  -  pogratulował  sobie,  że  udało  mu  się  uniknąć  modnego  ostatnio 

zwrotu. 

Wkrótce zielone coupe zatrzymało się na podwórku składu i Qwilleran zabrał cenny 

list do swojego gabinetu, podczas gdy Janice przekomarzała się z syjamczykami i przyglądała 

się tytułom na półkach. 

-  To  zabawny  tytuł  -  powiedziała,  gdy  Qwilleran  schodził  w  dół  pochyłego  podestu. 

Patrzyła na Jak czytać książkę? doktora Mortimera Adlera. - Jeśli człowiek potrafi przeczytać 

książkę o tym, jak przeczytać książkę - zauważyła - to po co ją w ogóle czytać? 

-  Kiedyś  ci  ją  pożyczę  i  się  dowiesz...  Zrobiłem  dwie  kopie  listu  i  jedną  złożę  w 

pudełku razem z resztą. Możesz wziąć drugą, aby przedłużyć życie oryginału. Masz czas na 

szklankę soku? 

Cieszył się, że nie przyjęła zaproszenia. Chciał przeczytać ostatni list Buda. 

Droga Sis, 

dwudziestego czerwca tego roku - w urodziny Sally - wydarzył się cud. 

Przez niemal rok nie byłem w stanie stawić czoła pięknu naszego starego szlaku. Dick 

przyjechał  z  jedną  ze  swoich  sporadycznych  wizyt  -  jego  dawny  pokój  jest  zawsze 

przygotowany na taką okoliczność - ale jego obecność nie pomogła mi pozbyć się ciężaru z 

serca, który ciąży na nim od chwili utraty mojej ukochanej Sally. 

I  wtedy  wydarzył  się  cud!  Właściciel  psów  gończych  z  „Klubu  pod  Psią  Budą” 

zaprosił mnie na spacer. Ma pięćdziesiąt foxhoundów, które trzeba przegonić codziennie en 

masse  wiejskimi  drogami.  Między  panem  i  psami  istnieje  coś  w  rodzaju  miłosnego 

zrozumienia. Przemawia do nich twardym, lecz muzykalnym głosem. Nazywa się pan Tomasz. 

- Możecie wyjść - powiedział i sfora psów gończych wyszła ze schroniska, kierując się 

w stronę drogi. - Teraz chodźcie tędy - i poszły za nim w lewo. 

background image

Moje  zadanie  polegało  na  „zabezpieczaniu  tyłów”  i  przekonywaniu  maruderów  do 

trzymania się reszty sfory. Zarówno pan Tomasz, jak i ja mieliśmy bicze - jednak tylko po to, 

by uderzając nimi w ziemię, zwracać na siebie uwagę psów. 

Prawie nie było ruchu, ale gdy pojawiał się samochód, pan Tomasz mówił: 

-  Chodźcie  tu  teraz  -  i  gromadziły  się  wszystkie  na  lewym  lub  prawym  poboczu. 

Potrafiły czytać w jego myślach, nie było wątpliwości. Za którymś razem zatrzymał się nawet 

jakiś farmer i powiedział: 

- Jeszczem pikniejszej rzeczy nie widzioł! 

Do  momentu,  gdy  znalazłem  się  z  powrotem  w  klubie,  a  pan  Tomasz  nakazał  psom 

udać się do budy, znów chciałem iść na wycieczkę do wąwozu! Wszystkie cudy natury, którymi 

cieszyliśmy  się  razem  z  Sally,  powróciły  do  mnie  w  jednej  chwili  w  atmosferze  czułej 

tkliwości, nie zaś przejmującego smutku. 

Dick  spędza  tu  kilka  tygodni  i  zaprosiłem  go  na  niedzielę.  Ku  mojemu  zachwytowi 

zgodził się i powiedział, że pójdzie do miasta kupić górskie buty. 

Droga  Sis  -  ciesz  się  razem  ze  mną.  Mam  wrażenie,  jakby  anioł  dotknął  skrzydłem 

mojego zatroskanego czoła. 

Ściskam Cię, kochana Bud 

PS Czemu nie wpadniesz z jakąś wizytą? To już tyle lat! Wymiana zdjęć „to nie to, o 

co tu biega” - by przytoczyć Dickiego Ptaszynę. Nie martw się, Sis. Nie będę Cię zmuszał do 

chodzenia. 

Powoli i z namysłem Qwilleran umieścił kopię listu w pudełku. Odczuwał mrowienie 

w cebulkach wąsów, co go nieco rozpraszało. 

Spojrzał na zegarek; nie było jeszcze za późno, by zadzwonić do jego przyjaciela Kipa 

MacDiarmida, redaktora „Lockmaster Ledger”. 

-  Qwill!  O  wilku  mowa.  Rozmawialiśmy  o  tobie  wczoraj  w  klubie  literackim.  Chcą 

wiedzieć, kiedy znów pojawisz się na naszym spotkaniu. 

- Jako gość? Czy muszę płacić za swoją kolację? 

- Weźmiesz to sobie na fakturę - odparł redaktor. 

Po zwyczajowej wymianie złośliwości Qwilleran powiedział: 

-  Będę  w  Lockmaster  w  poniedziałek.  Masz  czas  na  lunch?  Chcę  porozmawiać  o 

książce,  którą  planuję  napisać,  i  byłoby  świetnie,  gdybyś  mógł  dla  mnie  skopiować  parę 

starych artykułów. 

background image

Ustalono szczegóły. 

Qwilleran  wiedział  z  długiego  doświadczenia,  że  pracownicy  gazet  zawsze  mieli 

własną teorię na temat opisywanych przez siebie zdarzeń i że w większości przypadków była 

ona prawdziwsza od wersji oficjalnej. Wąsacz stosował także stały wybieg, aby poznać ukryte 

fakty  i/lub  plotki.  „Piszę  książkę”  -  mówił.  Tak  laicy,  jak  i  zawodowcy  godzili  się  - 

częstokroć  bardzo  gorliwie  -  na  rozmowę  z  rzekomym  autorem  książki,  która  nigdy  nie 

zostanie napisana. 

background image

Rozdział dziewiętnasty 

 

W  sobotę  rano  Qwilleran  pojechał  do  miasta  kupić  kwitnącą  roślinę  na  przywitanie 

wracającej  z  Chicago  Polly.  Zostawił  samochód  na  miejskim  parkingu  i  szedł  właśnie  w 

stronę  sklepów  na  Main  Street,  gdy  usłyszał  za  sobą  przyjazne  bip-bip  czyjegoś  klaksonu. 

Fran Brodie opuściła szybę i przywoływała go gestem ręki. 

- Słyszałeś nowinę? 

-  Będzie  padać?  -  spytał,  choć  z  wyrazu  jej  twarzy  mógł  się  zorientować,  że 

wiadomość była niedobra. 

- Chyba tracę swoją asystentkę - po całym tym czasie i energii, które włożyłam w jej 

wyszkolenie. Zabrałam ją nawet do Kalifornii przy okazji pracy z Thelmą. 

- Jaki ma powód? - spytał Qwilleran. 

-  Wychodzi  za  mąż  i  być  może  wyprowadzi  się  do  miasta,  gdzie  jej  narzeczony 

dostaje pracę. 

Chodzi więc o młodą panią Holmes i jej doktora Watsona - pomyślał wąsacz. Powód 

był uzasadniony, lecz Fran chciała się tylko wyżalić, więc Qwilleran ją pocieszył. 

- Amanda będzie musiała spędzać więcej czasu w studiu, a mniej w urzędzie miasta. 

- Sam jej to powiedz - kwaśno odrzekła Fran. 

Qwilleran,  zamiast  kupić  tulipany  w  doniczce,  poszedł  do  studia  Amandy.  Lucinda 

siedziała  za  biurkiem,  a  młody  człowiek  siedział  rozparty  wygodnie  na  jednym  z  foteli  dla 

klientów.  Promienny  wyraz  obu  twarzy  wskazywał  jednak,  że  ich  wzajemne  stosunki 

wykraczają poza klasyczną relację projektant-klient. 

- Cześć, Lucinda - odezwał się Qwilleran. - Pomyślałem, że rozejrzę się trochę, zanim 

pojadę odebrać Polly z lotniska. 

background image

-  Witam,  panie  Q!  -  powiedziała,  wymachując  ręką  ze  świecidełkiem  na  środkowym 

palcu. - To Blade Watson. 

- Dzień dobry, panie Q! - powiedział, stając na równe nogi. 

-  Jeśli  ta  obrączka  znaczy  to,  co  myślę,  że  znaczy,  gratulacje  dla  was  obojga.  Jakie 

macie plany? 

- Pobieramy się w czerwcu - oznajmiła Lucinda z dumą. - A potem przeprowadzamy 

się do Minneapolis, jeśli Blade przyjmie ofertę, którą mu złożono. 

- Są pod wrażeniem moich pięciu lat z doktorem Thurstonem  - uzupełnił Blade. - To 

pokazuje, jak go ceniono w zawodzie. Ale gdy zmarł, a klinika przeszła w inne ręce, zaczęli 

na wszystkim oszczędzać. 

- To się często zdarza - mruknął Qwilleran. - Dobrze, że zostawili chociaż nazwę! 

- Zgadza się!... ale pan musi chyba iść na samolot, a ja pana zatrzymuję. 

Gdy w południe Qwilleran wiózł Polly do domu z lotniska, zapytał, czy nie miałaby ochoty 

zatrzymać się na mały lunch w „Onoosh's Cafe”. 

- Dzięki, ale wolę położyć się w domu z Brutusem i Cattą. 

- Zajeżdżałem do ciebie dwa razy w ciągu tygodnia i wyglądało na to, że są w dobrym 

nastroju i dobrze odżywione. Twoja kocia niania codziennie zostawiała krótkie sprawozdanie 

na kuchennym stole i napełniała automatyczny podajnik jedzeniem na obiad. 

- Tak, jest bardzo sumienna i całkowicie uczciwa. Chodzi do mojego kościoła - Polly 

popatrzyła na krajobraz za szybą. - Wszystko wydaje się suche. Przydałby się deszcz. 

- Zapadły jakieś doniosłe decyzje w sprawie sklepu? 

-  I  tak,  i  nie,  ale  to  wszystko  ściśle  poufne  informacje.  Nie  chcą,  aby  cokolwiek  się 

rozeszło,  zanim  plany  nie  będą  ostateczne,  a  ja  nie  chcę,  aby  się  rozeszło,  że  odchodzę  z 

biblioteki przed końcem roku. 

-  No  to  powiedz  mi  w  samochodzie  -  powiedział.  -  Na  tylnym  siedzeniu  nie  ma 

tajniaków. Sprawdzałem. 

Polly była zbyt zmęczona, by docenić fantazyjność jego uwag. 

-  Zdecydowali  się  już  ostatecznie  na  budowę  w  miejscu,  gdzie  stała  stara  księgarnia 

Eddingtona. Eksperci  budowlani,  którzy odwiedzili  Pickax, stwierdzili, że Book  Alley to  w 

rzeczywistości alejka i że stary sklep wychodził na zaplecze poczty z dokiem załadunkowym i 

jeżdżącymi  tam  ciągle  ciężarówkami.  Dlatego  nowe  wejście  będzie  od  strony  Orzechowej. 

background image

Nie  powiedziałam  im  o  zakopanym  skarbie.  Nie  chciałam  tracić  swojej  wiarygodności. 

Możesz im o tym opowiedzieć przy jakiejś okazji. 

Tak  jak  tę  historię  rozumiał  Qwilleran,  dziadek  Eddingtona  był  kowalem,  który 

dorabiał na boku jako pirat i pogrzebał swoje łupy pod drzewem na podwórku. Po tym, jak 

umarł  -  czy  też  nie  dotarł  nigdy  do  domu  -  żona  odkryła  jego  tajemnicę  i  kazała  wyłożyć 

podwórko kocimi łbami. Opowiedziała wszystko Eddingtonowi na łożu śmierci. Uwierzył jej 

albo i nie, tak czy inaczej kazał wylać na kocie łby asfalt - taka wersja tej legendy miała się 

pojawić w pisanym przez Qwillerana zbiorze Opowieści z tej i nie z tej ziemi

- Wizja Fundacji Klingenschoenów, która przed postawieniem księgarni przekopuje w 

poszukiwaniu  pirackiego  skarbu  parking,  zdaje  się  posiadać  niejakie  walory  komiczne. 

Pytanie brzmi: czy lepiej jest kopać i się rozczarować, czy nie kopać, skazując się na wieczną 

niepewność. 

Przez chwilę jechali w milczeniu, rozważając opcje. 

- Przyznaję, że miałam tremę przed burzą mózgów w towarzystwie zespołu doradców 

fundacji, ale wszyscy okazali się wyluzowani i weseli i było naprawdę miło. Propozycji było 

sporo... Żadnego jedzenia, żadnych kartek pocztowych... Osobna sala na spotkania autorskie i 

dyskusje  literackie,  goście  z  zewnątrz...  Sponsoring  Klubu  Literackiego...  Jeden  procent 

dochodów  na  rzecz  Rady  do  spraw  Walki  z  Analfabetyzmem...  Żadnych  filmów...  Sala  na 

książki wielkoformatowe i książki audio... Jedno skrzydło sklepu na książki używane, które 

zostanie  nazwane  salą  Eddingtona  Smitha...  Programy  czytelnicze  dla  dzieci  z  zakazem 

przynoszenia lizaków... Zakup pustych działek naprzeciw wejścia - pod trawiasty park. 

- Zgłosiłaś swój ukochany pomysł? - spytał Qwilleran. 

-  Tak,  powiedziałam  im,  że  w  dziewiętnastym  wieku  sklepy  przy  Main  Street  miały 

piętra  mieszkalne  i  że  kupiec,  który  mieszkał  nad  swoim  sklepem,  uważany  był  za 

roztropnego. Zmieniło się to wraz z nadejściem automobilu i przedmieść; pomieszczenia na 

piętrze  przeznacza  się  teraz  na  magazyny  albo  biura.  Efekt  jest  taki,  że  brakuje  nam  dziś 

mieszkań  w  mieście  dla  singli  i  młodych  małżeństw.  W  okręgu  jest  też  sporo  osób 

zamożnych,  które  doceniłyby  pied-a-terre  w  mieście.  Są  wykładowcy  college'u,  którzy 

przyjeżdżają  tu  uczyć  przez  dwa  albo  trzy  dni  w  tygodniu  i  woleliby  kawalerkę  od  pokoju 

hotelowego. Wreszcie idea mieszkania nad księgarnią z widokiem na park będzie miała dużą 

siłę  przyciągania  dla  intelektualistów...  Qwill,  wyobraź  sobie  moje  zaskoczenie,  gdy  się  ze 

mną zgodzili! 

- Nic dziwnego, Polly. To racjonalne rozumowanie, a co więcej przedstawiła je piękna 

kobieta o hipnotyzującym głosie! 

background image

Sprzeciwiła  się  skromnie  i  przez  kolejną  chwilę  jechali  w  wypełnionej  własnymi 

myślami ciszy, która stanowi przywilej bliskich przyjaciół. 

- Co masz dla mnie z Chicago? - zapytał. 

-  Operę  Prokofiewa  na  płycie.  Już  się  nie  mogę  doczekać,  żeby  usłyszeć,  jak  to 

zabrzmi w składzie. 

- Puścimy ją sobie jutro. Po brunchu w „Tipsy”. 

-  Naturalnie  jest  po  rosyjsku,  scenariusz  napisano  na  podstawie  powieści 

Dostojewskiego - same skandale, intrygi, fałsz i chciwość. 

- To tak jak w Pickax - powiedział Qwilleran. 

Restauracja  „Tipsy”  była  zajazdem  zlokalizowanym  w  dużej  drewnianej  chacie  -  z 

podwórkiem pełnym kur i menu z potrawami z jaj przetworzonych na dwa tuziny sposobów. 

Qwilleran zamówił jaja na szynce z domowymi frytkami; Polly wybrała sadzone z topionym 

cheddarem na kukurydzianych naleśnikach, podawane z jabłkowym chutney. Uznała, że jest 

dobre, ale popełnili błąd, zostawiając rodzynki w całości. 

- To ważne, aby rodzynki straciły swą tożsamość - powiedziała.  

Później  pojechali  do  składu  posłuchać  nowej  płyty.  Qwilleran  dopiero  ostatnio 

zainteresował  się  operą  i  to  przede  wszystkim  po  to,  aby  zadowolić  Polly,  popisując  się 

zarazem  wspaniałą  akustyką  składu.  Syjamczyki  zasiadły  wśród  publiczności:  bardziej  ze 

względu  na  poczucie  wspólnoty  niż  z  miłości  do  muzyki.  Pierwsza  sopranowa  aria  zawsze 

sprawiała, że próbowały tylnymi łapami zasłonić uszy. 

Zanim  zagrała  muzyka,  Qwilleran  przyniósł  im  po  szklance  ananasowego  sosu  na 

drewnianej tacy w stylu shakerów. 

- Co się stało ze srebrną? - spytała Polly. 

- Nie mogę jej znaleźć od sprzątania. Zostawiłem ją pani Fulgrove do wypolerowania, 

a  ona  ma  w  zwyczaju  odkładanie  rzeczy  nie  tam,  gdzie  ich  miejsce.  Jeszcze  nie  zdążyłem 

przeprowadzić gruntownych poszukiwań. 

-  Nie  mogłam  znaleźć  libretta  po  angielsku  -  odezwała  się  Polly.  -  Mam  jednak 

scenariusz. To opera w czterech aktach. 

Akcja toczyła się w kasynie spa,  gdzie mężczyźni  i  kobiety tracili  fortuny, pożyczali 

pieniądze, aby spłacić długi, nie ufali nikomu i kłamali na prawo i lewo, aby zdobyć środki na 

swój nałóg. Starsza kobieta przegrała fortunę, na którą czekali jej spadkobiercy. 

background image

Koko  był  zdegustowany!  Ledwie  zaczął  się  pierwszy  akt,  a  już  podniósł  wściekły 

wrzask  i  nie  przerywał  pomstowania  na  głośniki  aż  do  chwili,  gdy  został  wyproszony  do 

altany. 

- Nie lubi Prokofiewa - wytłumaczył Qwilleran. Zastanawiał się jednak, jak też kocur 

rozpoznał temat opery, której tytuł brzmi Gracz

W  poniedziałek  rano  Qwilleran  pojechał  do  Lockmaster,  aby  spotkać  się  z  Kipem 

MacDiarmidem  w  „Inglehart  House”,  restauracji  prowadzonej  przez  byłą  żonę  Bushy'ego. 

Inglehart  było  w  tym  mieście  słynnym  nazwiskiem,  nic  zatem  dziwnego,  że  restauracja 

mieściła  się  w  zabytkowym  pałacu  przy  głównej  ulicy.  Rozmowa  zaczęła  się  w 

przewidywalny sposób. 

-  Jak  Moira?  -  powiedział  Qwilleran.  -  Podróżujecie?...  Zdecydowaliście  się  już  na 

zakup nowego domownika?... Co nowego w Klubie Literackim?... Przydałby się deszcz, co? 

-  Klubowi  Literackiemu  podobał  się  Almanach  fajnego  Koko...  -  odparł  Kip.  -  Co  u 

Bushy'ego? Widuję jego nazwisko przy zdjęciach. Moira chciała, abym zapytał, czy ożenił się 

po raz drugi... Podróżujesz?... Co u Polly?... Co to za książka, o której wspominałeś? 

-  Biografia bliźniąt o nazwisku Thackeray, które przyszły na świat  w Moose County 

jakieś  osiem  dekad  temu.  Thelma  właśnie  wróciła  po  latach  owocnej  pracy  z  Kalifornii;  o 

klinice dla zwierząt Thurstona sam słyszałeś. 

-  Wyprzedziła swoją epokę  -  stwierdził Kip.  -  Moira zabierała tam nasze zwierzaki  i 

opowiadała,  że  doktor  Thurston  był  wyjątkowy  -  nie  chodzi  tylko  o  jego  kwalifikacje,  ale 

również  o  niesłychaną  troskliwość.  Dysponenci  majątku  Thackerayów  sprzedali  klinikę 

jakiemuś konsorcjum i teraz nazywa się Kliniką Weterynaryjną Winny Hills. 

-  To,  czego  nie  mogę  ustalić,  to  przyczyna  śmierci  doktora  Thurstona.  Dlatego  tu 

jestem. 

- Przyniosłem ci kopię wszystkich wycinków prasowych dotyczących tamtej sprawy. 

Plotkarze  mieli  używanie.  Mówiono  o  samobójstwie,  ponieważ  doktor  miał  depresję  po 

śmierci  żony.  Ale  oficjalnie  uznano  całe  wydarzenie  za  wypadek.  Niedawny  deszcz  śliskie 

skały na krawędzi wąwozu - przypuszczalnie jakiś zawrót głowy. Posuwał się w latach. 

- Kim byli jego spadkobiercy? - spytał Qwilleran. 

- Dom zapisał okręgowi na muzeum koni, ruchomości przeszły na siostrę, a klinika na 

syna, Dicka. 

- Jakie jest jego główne zajęcie? 

background image

- Dobre pytanie. Zawsze robił interesy w innych częściach kraju, przyjeżdżając raz na 

jakiś czas do domu odwiedzić rodziców... Dodam, że parę lat temu uczestniczył w awanturze, 

gdy wystąpił o pozwolenie na prowadzenie toru motokrosowego. Kupił ziemię w zachodniej 

części okręgu, obok jakichś ekskluzywnych apartamentów. Sąsiedzi się zbuntowali. Podczas 

sesji  rady  miejskiej  zaczęły  się  właściwie  regularne  zamieszki.  Potem  zasypywali  redakcję 

„Lockmaster Ledger” gniewnymi listami, sprzeciwiając się planowanej inwestycji z powodu 

hałasu,  brudu,  weekendowych  korków  na  spokojnych  wiejskich  drogach,  rujnacji 

niedzielnego spokoju i nieuchronnego spadku wartości ich mieszkań. 

-  To  musiało  być  bolesne  dla  doktora  Thurstona  -  Qwilleran  pokiwał  głową  ze 

zrozumieniem. 

-  Jego  klienci  i  wielbiciele  uważali  to  za  skandal,  a  plotka  głosiła,  że  Dick  otrzymał 

ziemię  w  ramach  spłaty  hazardowego  długu,  z  którym  ktoś  mu  zalegał.  Doktor  nigdy  nie 

pogodził się z myślą, że Dick był nałogowym hazardzistą, lecz nieoficjalnie stanowiło to fakt. 

Qwilleran poczuł szczypanie w cebulkach wąsów, gdy przypomniał sobie napad złości 

Koko podczas słuchania rosyjskiej opery. 

- Jak to się skończyło? 

- Dick zniknął z pola widzenia, a ziemię wystawiono na sprzedaż. Podobno ojciec mu 

zapłacił, aby wyjechał z miasta. To musiał być miażdżący cios - i to tak niedługo po śmierci 

doktor Sally. 

-  Szkolni znajomi  Dicka mówią, że był  bardzo lubiany. Szkoda, że stał  się plamą na 

honorze Thackerayów - powiedział Qwilleran. 

- Tak, zrobił sobie paru wrogów w Lockmaster podczas motokrosowego epizodu. 

Redaktor ściszył głos. 

-  Jest  jeszcze  coś.  Gdy  wykluczono  samobójstwo,  pojawiło  się  sporo  znaków 

wskazujących,  że  mogło  to  być  ojcobójstwo.  Dick  tak  szybko  sprzedał  klinikę  ojca,  że 

wypadek na szlaku w wąwozie zaczął zdaniem wielu wydzielać nieciekawy zapaszek. 

- Dick powiedział policji, że ojciec wyszedł jak zwykle o świcie - aby uniknąć tłumu 

niedzielnych  turystów.  Powiedział,  że  wróci  w  południe  i  pójdą  na  niedzielny  brunch  do 

„Palomino  Paddock”.  Gdy  doktor  nie  zjawił  się  do  godziny  piętnastej,  Dick  zawiadomił 

policję...  Masz  to  wszystko  w  wycinkach,  które  ci  przyniosłem.  Domorośli  detektywi 

podnieśli nawet kwestię butów do chodzenia po górach. Dick twierdził, że nigdy nie chodził 

na  piesze  wycieczki;  natomiast  w  miejscowym  sklepie  mówiono,  że  kupił  parę  górskich 

butów  dzień  przed  wypadkiem  jego  ojca...  Byłoby  to  niedorzeczne,  gdyby  nie  było  tak 

tragiczne. 

background image

W poniedziałkowy wieczór na lokalnym lotnisku wylądował samolot i pasażerowie wyłaniali 

się  z  jego  wnętrza,  trzymając  w  rękach  teczki  albo  torby  na  zakupy.  Krzepki  siwowłosy 

mężczyzna z workiem marynarskim na ramieniu zszedł po schodkach, rozglądając się czujnie 

na wszystkie strony. 

-  Pan  Simmons?  -  Qwilleran  zbliżył  się  w  jego  kierunku.  -  Firma  Transportowa 

Qwilleran. 

Worek  marynarski  zmienił  położenie  z  jednego  ramienia  na  drugie  i  w  przód 

wyciągnęła się energicznie prawa ręką. 

- Pan Qwill, o którym tyle słyszałem! Jestem Mark Simmons. 

- Witamy w Moose County! Ma pan inny bagaż? 

- Jeden. Thelma powiedziała, żeby przywieźć smoking. 

- Jak wygląda torba? 

- Niebieski nylon. Czerwony pasek. 

- Dzień dobry, panie Q! - powiedział bagażowy. - Który jest pański? 

- Niebieski nylon. Czerwony pasek. Ale wezmę wszystko, co dobrze wygląda. 

Gość wciągał głęboko powietrze. 

- Powietrze pięknie pachnie. Co do niego dodajecie? 

- Tajemnica. Ale proszę się nie zaciągać za głęboko, bo może pan odpłynąć. 

Gdy  tylko  wsiedli  do  terenówki,  kierując  się  w  stronę  Pickax,  zaczęła  się  ożywiona 

rozmowa. 

-  Jak  ci  się  spodobała  nasza  Thelma,  Qwill?  -  odezwał  się  Simmons,  przechodząc  z 

wąsaczem na ty. 

- Wspaniała dama! Ale nie jest wasza! Jest nasza, tylko wypożyczyliśmy ją Kalifornii 

na sześćdziesiąt lat. Urodziłeś się na Zachodnim Wybrzeżu? 

- Bynajmniej! Pochodzę z Indiany. Gdy byłem w wojsku, poznałem dziewczynę z Los 

Angeles i pojechałem za nią na zachód. Doskonałe małżeństwo. Dwóch synów, jedna córka - 

wszyscy  po  ślubie.  W  drodze  wnuki.  Nie  mogę  narzekać.  Miałem  swoje  dobre  lata. 

Owdowiały sześć lat temu. Na emeryturze od pięciu. Robię trochę w ochronie. Tak poznałem 

Thelmę. 

- Z tego, co słyszałem, Mark, bardzo jej pomagasz. 

- Mów mi Simmons. Tak się do mnie zwracano w armii i tak się do mnie zwracano w 

policji. Tylko Thelma dodaje „pana”. 

- Thelma i „New York Times” - mruknął Qwilleran. 

background image

- Thelma to mądra kobieta, ale nie rozumiem, dlaczego - w jej wieku - chciało się jej 

tutaj przyjeżdżać i pomagać swojemu bratankowi, który przecież od dawna jest już dorosłym 

mężczyzną... Poznałeś go, Qwill. Co o nim myślisz? 

- Sporo się uśmiecha. 

- Rzeczywiście!... A to co? - wskazywał wysoką, nadwerężoną przez wiatr budę. 

- Stary szyb. W tym miejscu znajdowała się kiedyś kopalnia. W całej okolicy było ich 

dziesięć. Gdy je zamknięto, Moose County dotknął trwający trzy dekady kryzys. 

-  Thelma mi o tym  mówiła. Jej  ojciec  -  nazywa  go  Tatkiem  -  był  biednym  hodowcą 

ziemniaków, dopóki się nie wziął za interes z chipsami. 

Qwilleran  popatrzył  na  pasażera,  szukając  przelotnego  błysku  w  jego  oku  albo 

drgnięcia mięśni twarzy. Nic z tych rzeczy. Mit ziemniaczanego chipsa dotarł na Zachodnie 

Wybrzeże. 

- Thelma opowiadała ci o składzie? - spytał Qwilleran. 

- Oczywiście. Bardzo chciałbym go zobaczyć. 

-  W  takim  razie  mam  propozycję  -  powiedział  Qwilleran.  -  Ponieważ  do  momentu 

otwarcia klubu pokój dla gości w domu Thelmy zajmuje jej bratanek, planowała ulokować cię 

w  hotelu.  Blisko  mojego  składu  jest  jednak  wolne  mieszkanie,  z  którego  możesz  bez 

problemu skorzystać. To tylko parę ulic od Miłej, a Thelma da ci kluczyki do jednego z jej 

samochodów, więc będziesz mógł wchodzić i wychodzić, kiedy tylko masz ochotę. 

- Brzmi nieźle - powiedział Simmons. - Lepiej niż skoszarowanie z dwiema kobietami, 

pięcioma  papugami  i  facetem,  który  się  ciągle  uśmiecha.  Lubię  kuchnię  Janice,  ale  prawdę 

mówiąc gofry, które u niej zjadłem, mogłyby posłać na dno niejeden okręt. Poznałeś Janice? 

- Tak, naturalnie. To miła kobieta - bardzo troskliwa i oddana Thelmie. Powiedziała, 

że będzie do ciebie wpadać posłać łóżko, powiesić świeże ręczniki i wstawić małe co nieco 

do lodówki. 

- To do niej podobne - stwierdził Simmons. 

W pewnym momencie, gdy jechali Main Street, Qwilleran zatrzymał samochód. 

- Popatrz tam. Co ci to przypomina? 

- Disneyland. 

- To Miła, dom Thelmy jest trzeci po lewej. 

Na małym rondzie Qwilleran skręcił w podjazd przy dużym budynku z piaskowca. 

-  Kiedyś  była  tu  rezydencja  pełna  antyków,  ale  została  zniszczona  przez  pożar... 

Podpalenie,  na  wypadek  gdyby  cię  to  miało  interesować...  Teraz  mieści  się  tutaj  niewielka 

scena  teatralna...  Dawna  powozownia  na  tyłach  miała  boksy  dla  czterech  karoc  i 

background image

pomieszczenia  dla  służby  na  piętrze.  Tam  cię  zadekujemy  na  czas  pobytu...  Proponuję, 

abyśmy rzucili twoje bagaże i zabrali się razem do mojego składu na drinka. 

- Może nie będę już wracał do Kalifornii - odezwał się gość. 

- Jak się dogadujesz z kotami? Mam dwa syjamczyki. 

-  Koty,  psy,  chomiki,  białe  myszki!  Moje  dzieci  miały  wszystko.  Thelma  nie  znosi 

kotów! 

- Wiem. Były poza zasięgiem wzroku podczas powitalnego szampana w składzie. 

Przejechali  przez  gęsty  las  i  ukazali  się  w  prześwicie,  ponad  którym  ośmioboczny 

skład górował niczym średniowieczny zamek. 

- Nie wierzę! - powiedział Simmons. 

- Czekaj tylko, aż zobaczysz wnętrze! 

Qwilleran przywykł już do achów, ochów i braku słów u zjawiających się u niego po 

raz  pierwszy  gości,  ale  tym  razem  dżentelmen  z  Kalifornii  zwyczajnie  oniemiał,  wodząc 

bezradnym wzrokiem po balkonach, podestach, białym sześcianie kominka i zawieszonych na 

wysokości trzech pięter krokwiach. 

- Co powiesz na drinka? - spytał Qwilleran. 

Gość zdołał wydostać się z transu w sam raz na tyle, by odpowiedzieć: 

- Burbona z wodą poproszę. 

background image

Rozdział dwudziesty 

 

Panu  Simmonsowi  pobyt  w  składzie  -  i  zainteresowanie,  jakie  okazywały  mu  syjamczyki  - 

spodobał się na tyle, że ociągał się z odejściem, gdy przyjechała po niego Janice. Wybierali 

się  na  kolację  do  restauracji  „Grist  Mill”  i  Qwilleran  mógł  do  nich  dołączyć.  Odmówił, 

tłumacząc się bardzo ważnym spotkaniem. 

Chodziło o próbę generalną przed Kocią Rewią, która dowiodła słuszności twierdzenia 

Qwillerana, że kot na smyczy będzie szedł tam, gdzie mu się podoba, a nie tam, gdzie mu się 

wskaże. Huragan Jimmy'ego zachowywał się tak, jakby miał pchły, i usiadł na środku sceny, 

aby się podrapać. Nicodemus Nicka Bamby wciąż wąchał niewidoczne plamy na podłodze i 

wyciągał pazury w geście jawnej dezaprobaty. Zdecydowano ostatecznie, że wszystkie koty 

będą niesione lub w inny sposób transportowane przez swoich właścicieli. Poza tym wszystko 

poszło  dobrze.  Klub  tańca  nowoczesnego  z  liceum  i  drużyna  gimnastyki  artystycznej 

przeprowadziły próby, aby poczuć atmosferę sceny - i przetestować swoje kocie kostiumy. 

Bushy wyświetlał za sceną swoje zdjęcia kotów. Pomysł polegał na tym, aby każdemu 

występowi towarzyszył inny slajd. Wszystkie zdjęcia zostały zrobione w kocich koloniach na 

Miłej:  kadry  wypełniały  małe  stworzonka  z  wielkimi  uszami,  niezdarnymi  łapami  i 

komicznymi cętkami. Była też kocia matka karmiąca swoje małe, bawiąca się z nimi swoją 

miękką łapką i przenosząca je ostrożnie za skórę na karku. 

Następnie przedstawiono pokrótce plan wielkiego finału. Wszystkie koty miały zostać 

przyniesione  do  opery  w  nosidełkach  i  pozostać  w  kojcach  do  chwili  swojego  występu  - 

odosobnione  w  różnych  garderobach  i  biurach  na  zapleczu  sceny.  Takie  rozwiązanie  miało 

zapobiec potencjalnym sprzeczkom. 

-  Do  rozpoczęcia  finału  -  odezwała  się  Hixie  do  prominentnych  obywateli 

oczekujących  na  instruktaż  -  dominować  będą  lekkie  piosenki  i  humorystyczne  wierszyki. 

background image

Później nastrój nieoczekiwanie się zmienia. Salę wypełniają dźwięki Pomp and Circumstance 

Elgara,  podkreślające  podniosły  nastrój  chwili,  i  rozpoczyna  się  przemarsz  prominentnych 

obywateli - kroczących dostojnie jeden za drugim - ze swoimi pupilami na rękach. 

- Załóżmy, że z publiczności rozlegają się gwizdy i krzyki - powiedział Qwilleran. 

-  Publiczność  zostanie  poinstruowana,  by  ograniczyć  swoje  reakcje  do  uprzejmych 

oklasków  -  odparła  Hixie.  -  Gdy  ze  sceny  zejdzie  ostatni  kot,  będzie  miejsce  na  gwizdy, 

okrzyki i owację na stojąco. 

- Co mamy włożyć? - padło czyjeś pytanie. 

- Coś w neutralnym kolorze - szarym, jasnobrązowym, czarnym. Warto zaakcentować 

barwę kociej sierści. 

- Co z nieszkodliwym ziołowym środkiem uspokajającym? 

-  Mamy  dla  każdego  kopertę  zawierającą  kapsułkę,  którą  przed  występem  należy 

złamać i rozprowadzić proszek w kocim posiłku. 

- Przewidziano rezerwowe porcje? Myślę, że sam mógłbym skorzystać! 

Następnego wieczoru osoby wspierające Akcję Kotek jako pierwsze miały zobaczyć wnętrze 

odnowionego  gmachu  opery  -  dwadzieścia  cztery  godziny  przed  pierwszą  galą  Thelmy.  To 

coś,  czym  można  się  było  później  chwalić  przez  lata  -  zresztą  z  więcej  niż  tylko  jednego 

powodu. 

Na  chodniku  leżał  czerwony  dywan.  Przy  wejściu  stał  płócienny  parawan.  Czekał 

kordon  fotografów  prasowych.  Grupa  studentów  college'u  w  T-shirtach  z  napisem  AKCJA 

KOTEK parkowała samochody, chcąc zdobyć punkty za pracę na rzecz lokalnej społeczności. 

Uroczystość  była  szczególna  i  kolejni  goście  zjawiali  się  w  smokingach  i  długich 

wieczorowych sukniach, zapełniając wygodne obrotowe krzesła przy okrągłych kabaretowych 

stolikach. Studenci w koszulkach AKCJA KOTEK podawali dobrze schłodzonego szampana i 

wino w plastikowych kieliszkach. 

Gdy  przygasły  światła,  mistrz  ceremonii  Pogodny  Jimmy  przywitał  gości  w  swoim 

nonszalanckim stylu, po czym usiadł przy pianinie i zagrał  Kota na klawiaturze. Uczniowie 

szkoły  muzycznej  w  Moose  County  grali  ten  morderczy  technicznie  utwór  od 

siedemdziesięciu pięciu lat. Jimmy zagrał go szybciej. 

Następnie  Hannah  MacLeod  zaśpiewała  Chase  Me,  Charlie,  Over  the  Garden  Wall 

Noela  Cowarda.  Qwilleran  przeczytał  żartobliwe  wiersze  T.S.  Eliota  o  kotach  kociubkach  i 

tak  słynnych  przedstawicielach  swojego  gatunku  jak  Szmędeferek  czy  Koterion  Wtrząchał. 

background image

Tańczyli  koci  tancerze  i  ćwiczyli  koci  gimnastycy.  W  międzyczasie  dwumetrowy  Derek 

Cuttlebrink,  miejscowy  dar  dla  muzyki  country,  wkroczył  zamaszyście  na  scenę,  uderzył 

struny swej gitary i zaśpiewał kilka niepowtarzalnych zwrotek, choćby takich jak ta: 

Małe kotki są pełne miłości, małe 

kotki zabawy chcą, trochę futerka, 

ciche pomruki, więc weź je ze sobą 

no! 

Publiczność była zachwycona zmieniającymi się w tle scenami z kociego życia. 

A potem sala została na chwilę wygaszona, eter wypełniły donośne akordy Pomp and 

Circumstance, a dobywający się zza kulis głos obwieścił: 

-  Podczas  rozpoczynającego się właśnie przemarszu kotów maszerujących w obronie 

kotów proszę ograniczyć się do uprzejmych oklasków. 

Rozpoczęła się uroczysta procesja. Każdą parę wzywał „głos”. Każda para poruszała 

się powoli w poprzek sceny, nie zwracając uwagi na uprzejme oklaski. 

- Szanowna pani burmistrz Amanda Goodwinter... oraz Quincy. 

- Meteorolog stacji PKX FM Pogodny Jimmy... oraz Huragan. 

-  Redaktor  działu  kulinarnego  „Moose  County  coś  tam”  Mildred  Riker...  oraz 

Toulouse. 

- Mistrz stolarki drewnianej Douglas Bethune... oraz Winston Churchill. 

- Doktor Diane Lanspeak... oraz Hypo. 

- Właściciel pensjonatu „Nutcracker” Nick Bamba... oraz Nicodemus. 

- Panie profesor Jennie i Ruth Cavendish... oraz Pinky i Quinky. 

- Woźny z czterdziestoletnim stażem Pat O'Dell... oraz Wrigley. 

- Kurator szkolny Lyle Compton... oraz Sokrates. 

- Dyrektor miejskiej biblioteki Polly Duncan... oraz Brutus. 

- I last but not least felietonista James Mackintosh Qwilleran... oraz Kao K'o-Kung. 

Uprzejme  oklaski  zbliżały  się  niebezpiecznie  do  swej  górnej  granicy.  Szmer 

zadowolenia zmienił się w tumult aprobaty. Ktoś zawołał: 

- Fajny Koko! 

Kot  siedzący  na  ramieniu  Qwillerana  patrzył  z  niepokojem  w  głąb  ciemnej  sali. 

Potem, oślepiony reflektorami, wyskoczył w górę, wyszarpując smycz z ręki Qwillerana. Dał 

background image

drapaka  ze  sceny,  lądując  w  pierwszym  rzędzie.  Okrzyki  i  wrzaski  tylko  go  dodatkowo 

przestraszyły, więc zaczął skakać po całej sali z dyndającą mu u szyi smyczą - przelatując nad 

głowami, spadając znienacka na kulące się ramiona i plecy, przewracając kieliszki i butelki. 

- Zamknąć drzwi! - ryknął Qwilleran. 

Drogi  odwrotu  zostały  odcięte  i  Koko  zawrócił,  przedzierając  się  z  powrotem  przez 

stoliki i siedzących przy nich gości, aż coś zatrzymało go gwałtownie w tym niszczycielskim 

pochodzie. 

-  SMAKOŁYK!  -  zagrzmiał  Qwilleran  i  kocur  wrócił  na  scenę,  odbijając  się  po 

drodze od kilku kolejnych głów i pleców. 

Gdy  Qwilleranowi  udało  się  wreszcie  opanować  zdezorientowanego  kota,  inne 

zwierzęta  odjechały  już  do  domu,  a  ich  drogocenne  obroże  leżały  na  stole  na  zapleczu. 

Dołączyła do nich teraz obroża Koko, on sam został zaś wtłoczony do przenośnego kojca - w 

międzyczasie Qwilleran pomagał gościom nieco się ogarnąć. 

Hixie, MacLeodowie i Mavis Adams podnosili puste butelki i plastikowe kieliszki. Na 

szczęście nic się nie rozlało ani nie potłukło. Kabaretowe krzesła i stoły trzeba było po prostu 

przesunąć na ich dotychczasowe miejsca. 

- Koko naprawdę wie, jak rzucić na kolana publiczność! - powiedziała Hixie. 

-  Jego  występ  raczej  nie  wpłynie  pozytywnie  na  liczbę  kocich  adopcji  -  burknął 

Qwilleran z wyraźną irytacją. 

- Dałeś mu środek uspokajający? 

- Rozprowadziłem w posiłku, zgodnie z instrukcją. 

Potem dopadło go dziwne przeczucie. Rzucił nosidło na tylne siedzenie i w pośpiechu 

pojechał do składu. Zostawił Koko w samochodzie, wbiegł do środka i spojrzał na stojące pod 

kuchennym stołem talerze kotów. 

Oba  zostały  wylizane  do  czysta.  Koko  zjadł  nie  swoją  porcję?  Gdzie  Yum  Yum? 

Znalazł  ją  leżącą  bezwładnie  na  dywanie  przy  kominku.  Powiedział  głośno  jej  imię,  a  ona 

uniosła głowę i obrzuciła go szklistym wzrokiem... Sprawa była oczywista. Koko wyczuł, że 

coś niewłaściwego zostało dodane do jego posiłku. Odepchnął Yum Yum na bok i wymiótł 

zawartość jej talerza, z kolei ona zjadła ziołowy środek uspokajający. Musiał jej smakować! 

Po kilku minutach zadzwoniła Polly z Indian Village. 

- Qwill! Co się stało? Koko nie był pod wpływem tabletki? 

- Nie uwierzysz! - powiedział. - Koty nigdy nie wymieniają się talerzami. Talerz Koko 

stoi  zawsze  po  prawej,  on  tego  bardzo  pilnuje,  ale  tym  razem  wyczuł  w  jedzeniu  obcy 

background image

składnik. Jakimś sposobem przekonał Yum Yum, żeby się z nim wymieniła. Nie tylko więc 

zjadła środek uspokajający, ale o wiele większą porcję niż zwykle. Biedaczyna ledwo zipie! 

Pierwszy  tydzień  działalności  Klubu  Filmowego  także  miał  zostać  zapamiętany  w  Moose 

County  ze  względu  na  „burzę  z  piorunami  stulecia”.  Zdaniem  meteorologa  front 

atmosferyczny  zainstalował  się  nad  Kanadą  i  z  dnia  na  dzień  stawał  się  coraz  bardziej 

wściekły.  Bushy  przełożył  wycieczkę  dla  Thelmy,  Janice  i  jej  gościa;  Qwilleran  zaniósł  z 

wyprzedzeniem  swój  felieton  i  zaszył  się  w  przytulnym  wnętrzu  składu;  syjamczyki  były 

podminowane. Do składu zadzwonił Simmons. 

- Jesteś zajęty, Qwill? Thelma chce, aby ci coś dostarczyć. Kilka minut później zielone 

coupe zajechało na podwórko. 

- Wygodnie ci się mieszka w starej powozowni? - spytał Qwilleran. 

- Bardzo! Niechętnie się z nią rozstanę. 

- Nie spiesz się - powiedział Qwilleran. - Mieszkanie stoi puste przez cały maj. Bądź 

moim gościem... Co powiesz na trochę burbona z wodą? 

- Nie zaszkodzi. A może pomóc - wręczył wąsaczowi plastikową torbę na zakupy. 

Zaglądając do środka, Qwilleran powiedział: 

- Nie do wiary. Gdzie to znalazła? 

- To długa historia - odparł jego gość. 

Usadowiwszy  się  wygodnie  na  sofach,  odbyli  zwyczajową  rozmowę  o  pogodzie. 

Wielka burza z piorunami zbliżała się nieuchronnie. Sierść Koko stała dęba, jakby sama była 

naelektryzowana. Kocur wciąż drapał się za uchem - lewą łapką, nie prawą. Potem wbiegał z 

prędkością stu na godzinę na podest i zbiegał z niego w nie gorszym tempie. Yum Yum leżała 

już od jakiegoś czasu zagrzebana pod dywanem przy kominku. 

- Pora na długą historię - uprzejmie przypomniał Qwilleran. 

- No więc - rozpoczął jego gość - Thelma pojechała do klubu wcześnie rano, gdy nie 

było tam jeszcze Dicka, zobaczyć, czy wszystko toczy się zgodnie z planem. Zauważyła, że 

bogato urządził swój gabinet. Miał nawet mały bar z kilkoma butelkami alkoholu. Stały tam 

również dwie kryształowe karafki. Zastanawiała się, czy zrobiono je w Waterford. No i była 

srebrna  taca.  Zastanawiała  się,  czy  to  antyk.  Odwróciła  ją  i  znalazła  pod  spodem  twoje 

wygrawerowane imię... Zdecydowała, że nie powie o tym Dickowi. Po prostu ją wzięła. I oto 

jest! 

background image

Qwilleran  pomyślał:  Bingo!...  Była  tu  ekipa  sprzątająca...  Pomagałem  Bushy'emu 

fotografować  kapelusze...  Dick  przyniósł  prezent...  zobaczył  wypolerowaną  przez  panią 

Fulgrove tacę... 

- No cóż, dziękuję! Co mam powiedzieć... 

-  Możesz  zgodzić  się  ze  mną  i  przyznać,  że  chłop  jest  kleptomanem!  -  powiedział 

Simmons.  -  Do  Thelmy  to  powoli  dociera.  Przeszukała  nawet  biurko  Dicka,  szukając 

wartościowego przedmiotu, który zniknął z jej domu, ale jedyne, co znalazła, to rewolwer w 

dolnej szufladzie. Zastanawiała się, czy jest zarejestrowany. 

- To wszystko bardzo ciekawe, Simmons. O jaki cenny przedmiot chodzi? 

-  Zegarek  Tatki,  który  trzymała  na  swojej  toaletce  przez  czterdzieści  lat!  Nakręcany 

złoty rolex. 

- Nalać ci jeszcze? 

Przez  chwilę  Simmons  pociągał  drinka  w  pełnej  skupienia  ciszy,  podczas  gdy  Yum 

Yum bawiła się jego sznurówką. 

- Używasz czasem kieszonkowego dyktafonu, Qwill? - odezwał się w końcu. 

- Przez cały czas. 

-  Przywiozłem  coś  takiego  Thelmie.  Kobieta  w  jej  wieku,  z  jej  pieniędzmi  i  pozycją 

powinna nosić dyktafon bez przerwy. Miała już parę sprzeczek z Panem Uśmieszkiem, a kto 

wie, co ten macher trzyma w rękawie. Prawdę mówiąc, Qwill, obawiam się o Thelmę... Ona 

chyba  myśli,  że  umieściła  bratanka  we  właściwym  miejscu,  ale  czy  można  mu  ufać?  Ma 

wszelkie symptomy nałogowego hazardzisty. Może popełnić przestępstwo, aby spłacić długi, 

albo zostać sprzątnięty, gdy sam ich nie spłaci. Thelma nie przyjmie do wiadomości faktu, że 

jest hazardzistą, tak jak nie potrafi przyznać, że jej tatko szmuglował alkohol. Dlaczego? Bo 

tak się troszczy o swój wizerunek? 

- Wiesz o szmuglerce? - Qwilleran był zaskoczony. 

- Wiem, że wybrzeże w tym miejscu stanowiło główny port dla przywożonej z Kanady 

kontrabandy, a ciężko by było określić tym mianem ziemniaczane chipsy. 

- Cała rodzina ma jakiś problem z mówieniem prawdy na głos - powiedział Qwilleran. 

-  Czytałem  listy  jej  brata.  Wspomina  o  problemach  finansowych  Dicka,  ale  nigdy  o  jego 

skłonnościach do hazardu, choć podobno stanowiły one tajemnicę poliszynela. 

- Odkąd zmarł jego ojciec, Uśmieszek pojawiał się w Kalifornii i urabiał swoją ciotkę. 

- Miau! - Koko wrzasnął ostrzegawczo i w tej samej chwili biało-niebieska błyskawica 

rozbłysła w nieregularnych szybach składu. Tuż po niej nastąpiło uderzenie gromu, którego 

background image

dudniący pogłos pulsował przez dłuższą chwilę w ogromnym wnętrzu. Wył wiatr. Deszcz bił 

wściekle w ściany składu. 

Rozmowa została zagłuszona przez dobiegający z góry huk i gość Qwillerana ścisnął 

mocniej oparcie sofy, spodziewając się wyraźnie, że dach wygnie się za chwilę i wpadnie do 

środka składu. 

Odstępy między błyskawicami i uderzeniami gromu zaczęły się stopniowo zwiększać i 

burza przeniosła się nad inny cel. 

-  Wy  macie  swoje  błotne  lawiny  i  trzęsienia  ziemi  -  odezwał  się  Qwilleran.  -  My 

mamy nasze północne huragany. Jeśli podobało ci się już teraz, musisz koniecznie zobaczyć, 

co się dzieje, jak przychodzi śnieg! 

Dzień po burzy Pogodny Jimmy powiedział do słuchaczy PKX FM: 

-  Było  fajnie,  dopóki  się  działo,  co  nie,  ziomki?  Trochę  pozalewała  nas  woda  z 

przelewających  się  rynien,  ale  ogólnie  chodziło  nam  przecież  o  taki  deszcz.  Możecie  teraz 

brać prysznic i podlewać geranium bez poczucia winy. No i pogoda planuje się uśmiechnąć 

na otwarcie Klubu Filmowego. Wszystkich bywalców premier uprasza się o galowy strój - ja 

do mankietów zakładam swoje nowe spinki... 

background image

Rozdział dwudziesty pierwszy 

 

W wieczór premiery Qwilleran i Polly znajdowali się wśród nieobecnych. Wyjaśnił Thelmie, 

że  dla  wszystkich  o  wiele  lepiej  będzie,  jeśli  sprzeda  ich  miejsca  jakimś  napalonym 

bywalcom premier. Zrozumiała. 

Bardziej interesowała ich propozycja z następnego tygodnia - udźwiękowiona wersja 

nagrodzonego  dramatu  Anna  Christie  Eugene'a  O'Neilla  z  1922  roku.  To  film,  w  którym 

gardłowy  głos  Grety  Grabo  usłyszano  na  srebrnym  ekranie  po  raz  pierwszy.  „Nalej  mi 

whisky, mały, i nie bądź taki skąpy” - brzmiała ta słynna kwestia. 

Qwilleran dopełnił jednak wymogów premierowej etykiety, wysyłając Thelmie długi 

telegram do opery i tuzin czerwonych róż do domu. 

On  i  Polly  jedli  kolację  w  „Grist  Mill”  -  w  drugiej  turze,  po  wyjściu  tych,  którzy 

wybierali  się  na  pierwszy  wieczorny  pokaz  w  klubie.  Derek  Cuttlebrink  posadził  ich  przy 

stoliku pod kosą. 

- Curry z homara jest dzisiaj wyśmienite - powiedział. 

-  To znaczy, że na ogół  jest  niedobre?  -  odparł Qwilleran.  -  A może sprzedaliście za 

mało homara tym z pierwszej tury i nie bardzo wiecie, co z nim teraz zrobić? 

Derek posłał mu znaczący uśmieszek. 

- Za tę uwagę będziesz miał w zupie muchę. 

- Mam nadzieję, że szefowa nie przysłuchuje się tej wymianie uprzejmości - wtrąciła 

Polly. 

Elizabeth Hart, właścicielka, zbliżała się do ich stolika. 

- Polly, tak się cieszę, że cię widzę! Wiem, że uwielbiasz curry. Spróbuj homara a la 

Kalkuta!... Qwill, dziękuję, że przysłałeś do nas Thelmę! Kapelusze przywozi w niedzielę - 

do  tego  czasu  będzie  zajęta  w  klubie.  Wystawę  otworzymy  w  następną  sobotę.  Cała  flota 

background image

jachtów przypływa z Grand  Island. Media będą  zachwycone. Ściągamy  modelkę z Nowego 

Jorku, żeby pozowała do zdjęć w tych wszystkich kapeluszach! 

Polly i Qwilleran zamówili homara a la Kalkuta i byli zadowoleni. 

Powiedział jej, że znalazł srebrną tacę. 

- Gdzie była? - spytała z troską. 

- W plastikowej torbie na zakupy. 

-  Widać,  że  pani  Fulgrove  wie,  co  robi.  Dzięki  temu  srebro  nie  będzie  czernieć  tak 

szybko.  Za  każdym  razem,  gdy  polerujesz  swoją  tacę  środkiem  czyszczącym,  zdzierasz 

ułamek procenta jej srebrnej powierzchni. 

Powiedział  jej  również  o  miłej  wizycie  pana  Simmonsa  -  ale  nie  o  tym,  o  czym 

rozmawiali. 

- Na imię ma Mark. 

- Bardzo lubię to imię. 

-  Mój  ojciec  mawiał,  że  każdy,  kto  ma  na  imię  Matthew,  Mark,  Luke  albo  John, 

posiada  już  na  starcie  fory  w  stosunku  do  George'ów  czy  Walterów.  Sam  miał  na  imię 

Orville. 

-  Często  myślałem,  że  powinienem  napisać  felieton  o  nadawaniu  imion  potomstwu  - 

powiedział  Qwilleran.  -  Dlaczego  rodzice  dają  im  takie  a  nie  inne  imiona...  ile  osób  idzie 

przez  życie,  nosząc  imię,  którego  nie  lubi.  Moja  mama  dała  mi  na  imię  Merlin!  Pewien 

człowiek, którego znam, z trudem uniknął imienia Melrose. A są jeszcze te wszystkie modne 

imiona, które zmieniają się z pokolenia na pokolenie. W dwudziestym pierwszym wieku nikt 

nie dałby dziewczynce na imię Thelma. Kiedyś jednak kobiece imiona z „th” w środku były 

bardzo modne: Martha, Bertha, Dorothy, Edith, Faith, Ethel, Samantha, Judith... 

- Czasami, Qwill, naprawdę brzmisz jak mój ojciec! - powiedziała Polly. 

Następnego dnia Polly pracowała, więc Qwilleran zawiózł ją po kolacji prosto do domu. Po 

powrocie  do  składu  zastał  Koko  w  trakcie  numeru  z  konikiem  polnym,  co  znaczyło,  że  na 

automatycznej  sekretarce  czekała  ważna  wiadomość.  „Qwill,  muszę  z  tobą  porozmawiać  - 

głos należał do Janice. - To ważne. Zadzwoń do mnie o dowolnej porze przed północą”. 

Zadzwonił natychmiast. 

- Coś nie tak, Janice? 

background image

- Smutna sprawa! - powiedziała przygnębiona. - Do pana Simmonsa przyszła w klubie 

wiadomość.  Jego  córka  w  Kalifornii  miała  wypadek  i  znajduje  się  w  szpitalu  w  stanie 

krytycznym. Jutro leci do domu. 

- Fatalna sprawa! - powiedział Qwilleran. - Mam go odwieźć na lotnisko? 

-  Jeśli  możesz.  Zawiozłabym  go  sama,  ale  muszę  pomagać  Thelmie.  W  klubie  są 

problemy, jak to zawsze przez pierwszy tydzień. Więc z góry dziękuję, Qwill. 

- Nie ma za co. Zdaje się, że tylko tyle mogę zrobić. 

Miała  to  być  jego  ostatnia  szansa  na  rozmowę  z  powiernikiem,  doradcą  i 

samozwańczym psem obronnym Thelmy. 

W  czwartek  wczesnym  rankiem  Qwilleran  pojechał  po  zasmuconego  ojca  do  mieszkania  w 

starej powozowni. 

- Jakieś wieści ze szpitala? - zapytał. 

-  Nie mogę się niczego  dowiedzieć. Co się stało? Gdzie to  się stało? Z czyjej  winy? 

Zawsze  była  ostrożnym  kierowcą.  Jakie  ma  obrażenia?  W  ogóle  nie  spałem  ostatniej  nocy. 

Mam trzydziestodwuletnią córkę z dwójką dzieci - która jest w szpitalu dwa tysiące mil stąd. 

Nie  mogę  martwić  się  o  osiemdziesięciodwuletnią  kobietę,  która  ma  chyba  wszystkie 

pieniądze świata i zamierza je zostawić krewnemu, który jest bęcwałem i łotrem. 

-  Zapomnij  o  Thelmie  -  powiedział  Qwilleran.  -  Pójdę  tam  i  zrobię,  co  trzeba.  Ale 

potrzebuję od ciebie informacji. 

- Po pierwsze, dała mi swoje pełnomocnictwo w Kalifornii. Doradzałem, żeby wybrała 

sobie kogoś na miejscu. Ale jak na razie nic się w tej sprawie nie rusza. Gdy przyjechała tutaj, 

pełna  rodzinnych  uczuć  i  wielkoduszności,  sporządziła  nowy  testament,  zapisując  wszystko 

Uśmieszkowi!  Duży  błąd!  Trzeba  to  zmienić,  zanim  będzie  za  późno.  Uwielbia  cię,  więc 

może  uda  ci  się  choć  trochę  przemówić  jej  do  rozsądku!  Jest  inteligentną,  przebojową, 

niezależną,  pewną  siebie  kobietą,  ale  ma  ten  swój  nieznośny  sentymentalizm  dotyczący  jej 

„drogiego Buda”, który grał na flecie i kochał zwierzęta, i był taki dobry dla swojego syna, 

dając mu wszystko, na co tamten miał ochotę... no i jeszcze jej „drogi Tatko”, który odnowił 

oblicze  ziemniaczanego  chipsa  i  był  taki  dobry  dla  swoich  dzieci.  Zostawił  jej  swojego 

złotego roleksa i  przez czterdzieści  lat go nakręcała.  Leżał  na jej toaletce. Ostatnio zniknął. 

Niesłychane. 

-  Jedno  pytanie,  Simmons.  Słyszałeś  o  porwaniu  papug  wkrótce  po  przyjeździe 

Thelmy? 

background image

- Nie! - zagrzmiała odpowiedź. - Czemu mi nie powiedziała? 

- Bała się - albo wstydziła. Wyciągnąłem to od jej asystentki. Rzecz miała miejsce w 

tę  samą  niedzielę  co  wielkie  przyjęcie  powitalne.  Dwa  dni  wcześniej  jej  zdjęcie  z  dwiema 

papugami było na pierwszej stronie „Coś tam”. Ale nie sądzę, aby te dwa fakty miały ze sobą 

coś wspólnego. Myślę, że to była robota kogoś z wewnątrz. Ktoś wiedział o jej słabości do 

tych  ptaków.  Ktoś  wiedział,  że  rodziny  nie  będzie  w  domu  -  ściśle  rzecz  biorąc,  cała  ulica 

Miła pojechała na przyjęcie... z jednym  wyjątkiem. O'Dellowie wrócili  wcześniej i  widzieli 

samochód  dostawczy,  który  podjechał  na  tyły  domu  Thackerayów  i  odjechał  parę  minut 

później.  Ktoś  wiedział,  że  przy  dużych,  gadatliwych  ptakach  potrzebne  będą  klatki  i 

przykrycie.  Ktoś  wiedział  o  imponującej  kolekcji  biżuterii  Thelmy  ukrytej  na  terenie 

posiadłości.  Okup  miał  być  wypłacony  natychmiast  -  inaczej  pożałują!  Dick  wyszedł  na 

bohatera, bo sam pojechał dokonać transakcji i przywiózł do domu papugi. 

- A dziewczyny go nie podejrzewały? 

-  Nawet  jeśli,  Thelma  uznała,  że  lepiej  o  tym  zapomnieć...  ale  jest  coś  jeszcze.  Tej 

samej  nocy  dwie  furgonetki  spotkały  się  na  wiejskiej  drodze  w  okręgu  Bixby  i  z  jednej  do 

drugiej  zostały  przeniesione  duże  pudła.  Szeryf  uznał,  że  musiało  chodzić  o  telewizory 

ukradzione ostatnio z miejscowego sklepu. Przed odjazdem kierowca załadowanej furgonetki 

postrzelił  i  zabił  drugiego.  Myślę,  że  strzelającym  był  Dick,  który  odjechał  z  ptakami  i  z 

okupem w ręce. Na pewno zna paserów, którzy rozprowadzają kradzioną biżuterię. 

- Ktoś musi ostrzec tę kobietę! - powiedział Simmons. 

-  Byłoby  rzeczą  logiczną,  gdyby  zrobił  to  jej  wieloletni  ochroniarz  i  przyjaciel  - 

stwierdził  Qwilleran.  -  Jeśli  chcesz,  dam  ci  jeszcze  trochę  amunicji...  Gdy  Bud  Thackeray 

zginął w wąwozie Black Creek, uznano to oficjalnie za wypadek. Zeznania Dicka na policji 

nie pokrywają się jednak z tym,  co  Bud napisał w swoim ostatnim  liście do Thelmy. Dick, 

odwiedzając ojca, zgodził się pójść z nim na wycieczkę i zamierzał nawet kupić górskie buty. 

W wycinkach z gazety Dick czeka jednak w domu na powrót ojca, aby pójść z nim na lunch. 

-  Gdybym  chciał być adwokatem diabła, Qwill,  mógłbym powiedzieć, że wędrowiec 

mimo woli w ostatniej chwili zmienił zdanie. Jednak biorąc pod uwagę to, co wiem na temat 

tego konkretnego diabła, nie tylko jestem pewien, że pobrudził sobie buty, ale że siedział w 

tym błocie po pachy. 

Dwa dni po nagłym wyjeździe Simmonsa, trzy dni po otwarciu Klubu Filmowego i cztery dni 

po wielkiej burzy z piorunami Bushy zadzwonił do składu Qwillerana. 

background image

-  Jestem  w  pobliżu.  Chcesz  usłyszeć  najnowszy  odcinek  historii  o  Bushlandach  i 

Thackerayach? 

Owilleran wiedział, że fotograf wysłał Thelmie odbitki jej zdjęć z papugami. 

Wiedział, że Bushy wkupił się w łaski pani Thackeray jeszcze bardziej, robiąc odbitkę 

portretu jej brata - na matowym papierze nadającym się później do oprawienia. 

Wiedział,  że  pozowała  w  studiu  Bushy'ego  do  portretu,  który  oceniła  później 

jednoznacznie: 

- To moja najwierniejsza podobizna, jaką widziałam. Udało mu się uchwycić to, co o 

sobie myślę! 

Więc co tym razem? 

Gdy przyjechał Bushy, poszli do altany z dzbankiem kawy i talerzem kruchych ciastek 

ze „Szkockiej Piekarni”. 

-  W  kruchych  ciastkach  nie  ma  nic,  czego  nie  dałoby  się  naprawić  za  pomocą 

czekoladowego lukru i orzechowej posypki - oznajmił Bushy. 

-  Więcej  cię  nie  wpuszczą  do  Szkocji,  mój  panie!  Wciąż  olśniewasz  dziedziczkę 

ziemniaczanego chipsa? 

- Cóż, powiedziała mi, że jej zdaniem łysiejący mężczyźni są sexy. Nazywam ją lady 

Thelmą, a ona mnie panem Bushym. No a wczoraj poprosiła mnie o dziwną przysługę. Dała 

mi  zieloną  kartę  na  późnowieczorny  pokaz  w  Klubie  Filmowym  i  wysłała  na  małe 

przeszpiegi. Tak bym to określił. Chciała wiedzieć, jacy ludzie wówczas przychodzą i jak się 

zachowują.  Dodała,  że  podczas  wcześniejszych,  wieczornych  pokazów  wszyscy  są 

zadowoleni i uprzejmi. 

- Poszedłeś? 

-  Powiedziałem,  że  cały  następny  tydzień  będę  zajęty,  ale  że  mogę  pójść  w  środę. 

Prosiła, abym nie rozmawiał z nikim w klubie... Co o tym sądzisz, Qwill? Brzmi to trochę tak, 

jakby spodziewała się jakichś strasznych draństw przy okazji późnowieczornych pokazów. 

-  Z  tego,  co  wiem,  lokatorzy  mieszkań  po  drugiej  stronie  ulicy  narzekali  na  hałas  i 

rozróby  o  trzeciej  nad  ranem.  Jestem  ciekaw,  czego  się  dowiesz...  Swoją  drogą,  widziała 

zdjęcia kapeluszy? 

- Tak, i dostała fioła na ich punkcie! 

- Jej bratanek i Janice przewożą jutro kapelusze do Mooseville. Thelma jedzie ze mną. 

Może dowiem się czegoś ciekawego. 

background image

W  niedzielę  po  południu  dwadzieścia  cztery  pudełka  na  kapelusze  zostały  zapakowane  do 

dużego vana Thelmy.  Była podekscytowana jak  dumny rodzic, którego dziecko gra  główną 

rolę  w  szkolnym  przedstawieniu  My  Fair  Lady.  Van  jechał  przodem  -  Janice  była  już  w 

Mooseville i znała drogę. Gdy znaleźli się na Sandpit Road, należało jechać cały czas prosto. 

Chcąc nieco uspokoić nerwy Thelmy, Qwilleran opowiadał jej związane z Mooseville 

legendy:  o  Piaskowym  Gigancie,  który  zamieszkuje  górującą  nad  miasteczkiem  wydmę  i 

którego  można  usłyszeć,  gdy  wydaje  z  siebie  gniewne  pomruki...  i  o  tajemniczym  losie 

„Jenny Lee”, kutra rybackiego należącego do przodków Bushy'ego... i o... 

- Dlaczego te rowy są wypełnione wodą? 

-  To  rowy  odprowadzające,  które  chronią  pola  przed  powodzią  po  dużym  deszczu  - 

wyjaśnił Qwilleran. - Na tej drodze będzie sporo maszyn rolniczych. 

Duży traktor wlókł się przed nimi z prędkością dwudziestu kilometrów na godzinę. 

- Człowiek uczy się cierpliwości, jadąc samochodem przez tereny rolnicze. I lepiej nie 

narzekać  na  błoto  na  drodze.  Ten  traktor  nie  będzie  przed  nami  długo;  przejeżdża  tylko  z 

jednego pola na drugie. 

Szosa  miała  dwa  pokryte  asfaltem  pasy,  zabłocone  jednak  od  śladów  maszyn 

rolniczych. 

Qwilleran jechał za vanem Thackerayów, przed którym toczył się traktor. 

Kierujący  vanem  Dick  Thackeray  nie  był  cierpliwy.  Kilka  razy  zjeżdżał  na  lewą 

stronę,  próbując  wyprzedzić  zawalidrogę,  lecz  za  każdym  razem  z  przeciwka  jechał 

samochód, który zmuszał go do powrotu na prawy pas. 

Qwilleran przerwał rozmowę i z niepokojem obserwował te manewry. 

- Nawet nie próbuj, bracie - bąknął pod nosem. 

Dick  spróbował.  Zjechał  na  lewy  pas  i  przyspieszył.  Kierowca  traktora  próbował 

zatrzymać go gestem ręki. Z przeciwka jechała ciężarówka. Jej kierowca nacisnął na klakson. 

Dick jechał dalej - coraz szybciej. 

- Co ten głupiec wyrabia?! - zawołała Thelma. 

W  ostatniej  chwili,  zdając  sobie  sprawę,  że  nie  zdąży,  Dick  skręcił  ostro  na  lewe 

pobocze. Było błotniste. Van wpadł w poślizg i koziołkując ponad rowem, zatrzymał się na 

dachu. 

- Mój Boże! - krzyknęła Thelma. - Moje kapelusze!... Janice!  

Ruch ustał. Thelma szarpała się ze swoim pasem. 

background image

- Nie! Zostań! - Qwilleran wybierał dziewięćset jedenaście na telefonie komórkowym. 

Kierowca ciężarówki robił to samo. Thelma sięgała ręką do klamki, ale Qwilleran chwycił jej 

lewe przedramię tak mocno, że aż krzyknęła z bólu. 

Farmer zeskoczył z traktora i szedł w kierunku vana, który leżał kołami do góry, do 

połowy  zatopiony.  Kierowca  ciężarówki  kierował  cały  ruch  na  prawy  pas,  żeby  zrobić 

miejsce  dla  samochodów  ratowniczych.  Po  upływie  minuty  albo  dwóch  dało  się  słyszeć 

syreny; Pierwsza Pomoc... patrol policji... służby ratownicze... dwa ambulansy... jeszcze jeden 

patrol... pomoc drogowa z wyciągarką. 

Qwilleran zwolnił swój uścisk i Thelma ukryła twarz w dłoniach, zawodząc: 

- Ten głupiec! Ten głupiec! 

Co  miał  powiedzieć?  Jak  miałby  ją  pocieszyć?  Widział,  jak  pudełka  ze  wzorem  z 

krokodylej  skóry  unoszą  się  w  rowie,  a  potem  znikają  pod  brunatną  powierzchnią. 

Wypowiedział jej imię i nie było odpowiedzi. Obawiając się, że doznała szoku, zwrócił się do 

policjanta: 

-  Widziała  wypadek.  W  środku  są  członkowie  rodziny.  Jestem  zaniepokojony.  Ma 

ponad osiemdziesiąt lat. 

Zjawił się lekarz i sprawdził jej oddech, puls i ciśnienie. 

- Jest dobrze - poinformował Qwillerana. - Jest tylko wściekła. Wścieklejsza niż osa i 

jasna cholera razem wzięte! 

Ofiary wypadku zostały wyciągnięte z wraku i ułożone na noszach - ambulans zabrał 

je natychmiast do szpitala w Pickax. 

- Oboje wyglądali na przytomnych - Qwilleran zwrócił się do Thelmy. - Za jakiś czas 

zadzwonię do szpitala. W międzyczasie muszę wykonać parę telefonów. Przepraszam. 

Wysiadł z samochodu, zabierając ze sobą komórkę i książkę telefoniczną okręgu. 

Najpierw  zadzwonił  do  Elizabeth  Hart,  która  była  w  szoku,  potem  zmartwiła  się 

Thelmą, potem nie mogła odżałować pokrzyżowanych planów. 

Zawiadomił lekarza Thelmy, Diane Lanspeak, w jej domu w Indian Village. 

Zadzwonił  też  do  Celii  O'Dell,  która  pracowała  jako  ochotniczka  przy  osobach 

niepełnosprawnych  i  wiedziała  dokładnie,  co  w  takich  sytuacjach  zrobić  i  powiedzieć. 

Obiecała, że będzie dostępna w razie potrzeby. Czekała na nich, gdy wrócili na Miłą. Spytała 

Thelmę, czy wypije kubek kakao. 

- Chcę tylko posiedzieć przez chwilę w mojej piramidzie.  

Wkrótce  zadzwoniła  doktor  Diane.  Dowiedziała  się  w  szpitalu,  że  obu  ofiarom 

wypadku udziela się pomocy i zostaną one wypisane jeszcze tego samego dnia. 

background image

Qwilleran  sapnął  w  wąsy.  Nie  miał  ochoty  oglądać  głupiego  bratanka  Thelmy  i 

odbywać uprzejmej rozmowy o niczym. Ucieszył się, gdy Celia powiedziała, że przyjedzie po 

nich jej mąż. 

Nie był to najlepszy scenariusz niedzielnego popołudnia, jaki Qwilleran potrafił sobie 

wyobrazić. 

A przecież dzień jeszcze się nie skończył! 

Gdy  wrócił do składu, samozwańczy nadzorca automatycznej  sekretarki  biegał  jak z 

pieprzem.  To  zadziwiające,  że  kocur  potrafił  bezbłędnie  odróżnić  ważną  wiadomość  od 

niechcianego strupa. Może wyczuwał niepokój w czyimś głosie? 

Pierwsza wiadomość pochodziła od Simmonsa. 

-  Przepraszam,  że  nie  mogłem  odebrać.  Zajmowałem  się  wnukami.  Moja  córka  ma 

pękniętą  miednicę.  Bolesne,  ale  mogło  być  gorzej.  Gdy  tylko  sprawy  wyjdą  na  prostą, 

przywołam Thelmę do porządku - powiedz jej, czego dowiedziałem się od ciebie o porwaniu i 

tak zwanym wypadku jej brata. Powinna się pozbyć tego człowieka! 

Niech  no  tylko  usłyszy  o  kapeluszach!  -  pomyślał  Qwilleran.  Wiadomość  od 

Bushy'ego stanowił jego szpiegowski raport. 

- Późnowieczorny film skończył się o północy. Połowa gości poszła do domu. Reszta 

poszła na zaplecze. Było picie, maszyny do grania i - możesz wierzyć albo nie - film porno na 

mniejszym  ekranie.  Wyjątkowo  świński!  Jak  mam  o  tym  powiedzieć  Thelmie?  Dostanie 

zawału! Sprawdziłem tablice rejestracyjne na parkingu. W większości z okręgu Bixby. 

background image

Rozdział dwudziesty drugi 

 

Nawet  jak  na  kogoś,  kto  lubi  rozgłos,  Thelma  zaczynała  cierpieć  na  jego  nadmiar. 

„Thackeray”  stało  się  modnym  słowem  we  wszystkich  lokalnych  mediach.  Otwarcie  Klubu 

Filmowego  i  wspaniałomyślne  udostępnienie  opery  na  potrzeby  akcji  ratowania  zwierząt 

postawiły  Thelmę  w  blasku  jupiterów,  lecz  nie  wszystkie  wiadomości  były  dla  niej  równie 

dobre. 

W  poniedziałek  nagłówek  na  pierwszej  stronie  gazety  oznajmiał:  „24  DZIEŁA 

SZTUKI  UTOPIONE  W  BŁOCIE.  Dick  Thackeray  pozwany  do  sądu  za  niebezpieczną 

jazdę”. 

We  wtorek  wiadomość  była  lepsza,  lecz  nie  tak  dramatyczna:  „KOŚCIÓŁ 

ODNALEZIONY W ŚRODKU LASU. Thackerayowie pogrzebani na cmentarzu przy małej 

drewnianej kaplicy”. 

W  środę  nie  padło  żadne  nazwisko:  „PUBLICZNE  TOALETY  STANĄ  W 

CENTRUM PICKAX. Kupcy i sklepikarze chwalą decyzję rady miejskiej”. 

W  czwartek  rano  Bushy  wstąpił  do  składu  po  drodze  na  zlecone  mu  przez  gazetę 

zdjęcia. 

-  W redakcji informacyjnej  aż dzisiaj  kipi. Pomyślałem,  że będziesz chciał  wiedzieć. 

Ma  to  związek  ze  złymi  informacjami,  które  musiałem  przekazać  Thelmie.  Jeśli  nie  miała 

zawału wtedy, to będzie go miała dziś, czytając pierwszą stronę gazety. 

Treść czwartkowego nagłówka była następująca: „TRZY OSOBY ARESZTOWANE 

ZA  OBNAŻENIE  SIĘ  W  MIEJSCU  PUBLICZNYM.  Członkowie  Klubu  Filmowego 

przyłapani podczas tańca nago na parkingu”. 

Gdy tylko gazety dotarły do biblioteki, Polly zadzwoniła do Qwillerana. 

background image

- Biedna kobieta! Serce mi krwawi na myśl o niej! Ale nie potrafię wymyślić nic, co 

moglibyśmy zrobić. 

Milczał. 

- Qwill, słyszałeś, co powiedziałam? 

-  Myślę...  Thelma  to  stary  wyga!  Wypije  parę  kubków  kakao,  posiedzi  w  swojej 

piramidzie i klub będzie działał dalej, jakby się nic nie wydarzyło. 

Później  potwierdził  tylko  swoje  przypuszczenia,  dzwoniąc  do  klubu  i  wysłuchując 

nagranej wiadomości. „Wszystkie bilety na dzisiejszy pokaz filmu Anna Christie z udziałem 

Grety Garbo zostały sprzedane. Jeśli chcecie państwo zrobić rezerwację na kolejne pokazy, 

proszę wybrać jeden. W przyszłym tygodniu proponujemy Światła wielkiego miasta z 1931 

roku, ostatni w pełni niemy film Charliego Chaplina”. 

Jednak  dopiero  w  piątek  niskie  ciśnienie  Qwillerana  zaczęło  naprawdę  rosnąć.  Jego 

znajomi  z  „Coś  tam”  zawsze  chętnie  dawali  mu  cynk.  W  tym  wypadku  wiedzieli  zaś,  że 

Thelma Thackeray interesuje go szczególnie. 

Najpierw Bushy zadzwonił z samochodu. 

- Jeden z chłopaków z laboratorium ma zrobić zdjęcie wejścia do Klubu Filmowego. 

Podobno jest zamknięty do odwołania. 

Roger  MacGillivray,  wieloletni  przyjaciel,  zadzwonił  do  Qwillerana  w  drodze  na 

komisariat. 

- W klubie była strzelanina - powiedział. 

A redaktor naczelny zadzwonił i zapytał: 

- Qwill, na kiedy jesteś w stanie przynieść tekst? Musimy wcześniej zamknąć numer. 

Wydarzyło się morderstwo. 

Piątkowy  nagłówek  obwieszczał:  „MENEDŻER  KLUBU  FILMOWEGO 

ZASTRZELONY  PODCZAS  WŁAMANIA.  Ciało  Dicka  Thackeraya  znajdują  sprzątacze. 

Splądrowany sejf”. 

Qwilleran był skonfundowany - nie z powodu morderstwa; w końcu Dick poruszał się 

w szemranym towarzystwie. Spokoju nie dawało mu zachowanie Koko w środku nocy  - nie 

wycie... bardziej jak... pianie! To było coś w rodzaju wojowniczego i pełnego mocy przekazu, 

który teraz należało  odczytać jako  „A nie mówiłem!”... Ten kocur! W nocy,  gdy Qwilleran 

został  bezceremonialnie  obudzony,  myślał,  że  Koko  połknął  coś  niedobrego  i  że  teraz 

pozbędzie się tego w jakimś mniej lub bardziej nieodpowiednim miejscu. Teraz jednak... jego 

zachowanie nabrało nowego znaczenia. 

background image

Qwilleran posłał Thelmie kwiaty i notę kondolencyjną, z trudem opierając się pokusie, 

by  napisać:  „Krzyżyk  na  drogę!”  Gdy  zadzwonił  do  Simmonsa  w  Kalifornii,  ochroniarz 

stwierdził: 

-  No  cóż,  to  rozwiązuje  problem  bezpieczeństwa  Thelmy,  prawda?  Szkoda,  że  nie 

pociągnie klubu dalej, zatrudniając menedżera... Sam bym się do tego wziął. Chętnie bym dla 

niej znów popracował. 

Potem Bushy zadzwonił po raz drugi. 

-  No  i  co  ty  na  to,  Qwill?  Szkoda  mi  Thelmy.  To  raczej  pokrzyżuje  jej  plany. 

Chciałbym móc coś zrobić. Nie chcę wycofywać się z pierwszej linii. 

- Weź ją z Janice na przejażdżkę łódką w niedzielę po południu. Jezioro jest spokojne. 

Może się okazać niezłą terapią. Zadzwoń do Janice i ją wybadaj. Myślę, że się zgodzi. 

Co  do  autora  „Piórkiem  Qwilla”,  to  nie  planował  on  nigdy  napisać  biografii  Buda  i 

Sis. Lecz Ostatni z Thackerayów byłby wspaniałą legendą do Opowieści z tej i nie z tej ziemi

Musiał pracować szybko, jeśli chciał z nią przeprowadzić wywiad rzekę; miała już w końcu 

osiemdziesiąt dwa lata. 

Nie okazał się dość szybki. W poniedziałkowej gazecie znalazło się ogłoszenie na tyle ważne, 

że  redakcja  zdecydowała  się  przerobić  w  ostatniej  chwili  pierwszą  stronę.  Czarna  ramka 

przyciągała wzrok do smutnej wiadomości: „Thelma Thackeray, 82 lata, zmarła dziś podczas 

snu  w  swoim  domu  przy  ulicy  Miłej.  Pani  Thackeray  założyła  niedawno  Klub  Filmowy 

«Thelma»  po  sześćdziesięciu  latach  pracy  w  Hollywood.  Była  ostatnim  z  mieszkających  w 

Moose County Thackerayów. Uroczystości pogrzebowe w środę”. 

Qwilleran zwalczył w sobie impuls, by zadzwonić do Janice i wypytać ją o szczegóły, 

wiedząc,  że  będzie  zajęta  w  towarzystwie  uprzejmych  sąsiadów.  Burgess  Campbell,  jako 

książę ulicy Miłej, weźmie na siebie wszystkie formalności. Mavis Adams była prawniczką 

Thelmy. Celia i Pat O'Dell z pewnością okażą się bardzo pomocni. 

Dlatego był zaskoczony, kiedy zadzwoniła do niego Janice. 

- Mogę przyjechać, Qwill? Potrzebuję twojej rady. 

Kilka  minut  później  zielone  coupe  zatrzymało  się  na  podwórku  składu  i  Qwilleran 

wyszedł, by ją przywitać. Obok zwykłej torebki miała przy sobie jedną z dużych skórzanych 

toreb  na  ramię  Thelmy.  Mimo  sporych  rozmiarów  torba  była  wybrzuszona,  jakby  w  środku 

znajdował się arbuz. Powstrzymał się od komentarza. 

- Usiądźmy w bibliotece - powiedział. 

background image

Stare  książki,  które  zasłaniały  od  góry  do  dołu  jedną  ze  ścian  kominka,  zapewniały 

atmosferę sprzyjającą zwierzeniom. 

- Tyle książek! - powiedziała. 

-  To  tylko  połowa.  Reszta  jest  w  moim  gabinecie...  Zatem  w  czym  mogę  ci  pomóc, 

Janice? 

- Nie wiem, czy postąpiłam właściwie. 

- Co zrobiłaś? - zapytał  ciepłym  głosem,  choć zżerała go ciekawość.  - Chcesz trochę 

owocowego soku? Kieliszek wina? 

- No... tak... Chyba zdecyduję się na wino. 

Biały zinfandel ją rozluźnił, za to Qwilleran siedział jak na szpilkach. 

- Thelma zawsze wstaje wcześnie i zapukałam do jej drzwi, żeby się dowiedzieć, czy 

nie  życzy  sobie  kawy.  Była  wciąż  w  pościeli,  ale  nabrałam  podejrzeń,  gdy  zobaczyłam 

butelkę  alkoholu  na  stoliku  przy  łóżku  -  burbona,  którego  kupiłyśmy  dla  pana  Simmonsa. 

Thelma  od  zawsze  cierpiała  na  przewlekłe  zapalenie  trzustki  i  musiała  unikać  stresu  i 

alkoholu. 

- Ostatnio miała stresu pod dostatkiem - zauważył Qwilleran. 

-  Doktor  Diane  wpisała  ostre  zapalenie  trzustki w  akcie  zgonu.  Oboje  milczeli  przez 

chwilę; Qwilleran przypomniał sobie słowa Thelmy, że „musi być grzeczną dziewczynką”. 

Janice zaczynała się wiercić i spoglądać na torbę Thelmy na biurku. 

- Muszę ci coś wyznać, Qwill... o tym, co zrobiłyśmy w czwartek wieczorem. A raczej 

w piątek rano. Thelma powiedziała, że chce, abym ją zawiozła do klubu o drugiej trzydzieści 

-  i  że  w  związku  z  tym  powinnam  się  zdrzemnąć  i  nastawić  budzik  na  drugą.  Gdy 

zajechałyśmy na miejsce, na parkingu wciąż było kilka samochodów i czekałyśmy spokojnie, 

aż został tylko pożyczony samochód Dicka. Wiesz, rozbił ostatnio swojego starego vana... 

- Pamiętam aż za dobrze! 

-  Kazała  mi  zostać  w  samochodzie,  a  gdy  wyszła  z  klubu  parę  minut  później, 

uśmiechała  się,  a  jej  wielka  torba  na  ramię  była  czymś  wypchana.  Powiedziała:  „Wszystko 

dobre, co się dobrze kończy”. Jedna rzecz, której się nauczyłam, to nie zadawać pytań. Była 

dosyć spokojna przez cały weekend, siedząc w swojej piramidzie i zajmując się amazonkami. 

Bushy zaprosił nas na przejażdżkę w niedzielę po południu  - nie przyjęcie, po prostu  cichy 

rejs po spokojnym jeziorze. Uznałam, że to bardzo miłe z jego strony, a Thelma stwierdziła, 

że dokładnie tego potrzebuje. Poszłyśmy do domu i położyła się wcześnie - resztę pamiętam 

jak przez mgłę. 

- Ze wszystkim poradziłaś sobie świetnie, Janice. 

background image

- Tak, ale po wyjściu doktor zaglądnęłam do torby Thelmy, choć czułam, ze robię coś 

złego. Była bardzo skryta, sam wiesz... Torba była pełna pieniędzy! Całe pliki banknotów! I 

mały  rewolwer,  który  pan  Simmons  dał  jej  na  naszą  podróż  z  Kalifornii.  Chciała  mu  go 

ostatnio  oddać,  ale  odmówił...  Potem  zaczęłam  szukać  kieszonkowego  dyktafonu,  który  jej 

przywiózł. Leżał w górnej szufladzie jej komody. 

- Użyła go? 

- Tak - powiedziała Janice z przestraszonym wzrokiem. 

- Wysłuchałaś nagrania? 

- Tak. I dlatego tu jestem - zapytać cię, co zrobić z tymi rzeczami Thelmy. 

- Zanim ci coś poradzę - rzekł poważnie Qwilleran - lepiej, abym wysłuchał taśmy. 

- Ależ ciotuniu! Co tu robisz o tej godzinie? Powinnaś być w domu, sen dobrze robi na 

urodę - nie żebyś tego potrzebowała! Jesteś piękna - na swój wiek! 

- Daruj sobie ten wazeliniarski uśmiech, Dickie Ptaszyno, i wyjaśnij, kto dał ci prawo, 

aby zmieniać Klub Filmowy „Thelma” w salon gry i galerię porno. Jeszcze trochę i zaczniesz 

wynajmować pokoje na godziny! 

- Ależ ciotuniu! 

- Gdzie srebrna taca, którą tu niedawno miałeś? 

- Nigdy nie miałem srebrnej tacy. 

- Nie tylko jesteś złodziejem, ale i kłamcą! Ile z tych pieniędzy, które przechodzą przez 

twoje ręce, trafia na konto klubu, a ile do twojej kieszeni? Zwalniam cię! W tej chwili! Chcę, 

abyś  się  wyniósł  z  siedziby  klubu  w  ciągu  pół  godziny.  Mój  pokój  gościnny  już  nie  jest  do 

twojej dyspozycji! Swoje rzeczy znajdziesz w pudle na tylnej werandzie. 

- Nie rozumiem, o co chodzi! 

-  Więc  powiedz  mi,  co  zrobiłeś  z  wartymi  sto  tysięcy  dolarów  klejnotami,  które 

zabrałeś swojemu wspólnikowi po tym, jak zabiłeś go na wiejskiej drodze w Bixby. I powiedz 

mi,  co  się  stało  z  zabłoconymi  butami,  które  miałeś  na  sobie,  spychając  swojego  ojca  znad 

krawędzi klifu? Własnego ojca, który tak cię kochał i dawał ci wszystko, czego tylko chciałeś! 

Musiałeś być bezbrzeżnie zepsuty, aby pójść do domu i zawiadomić policję, że ojciec spóźnia 

się na lunch! To był mój brat!... Ty... jesteś potworem! 

- Ciotuniu, co cię napadło! 

background image

-  A  potem  przyjechałeś  do  Hollywood  odgrywać  rolę  kochającego  bratanka,  aż  nie 

zmieniłam testamentu i nie uczyniłam cię moim jedynym spadkobiercą... Cóż, teraz zamierzam 

go zmienić znowu! I nie dostaniesz ani grosza! 

-  Ty  samolubna  stara  kobieto!  Nie  pożyjesz  wystarczająco  długo,  żeby  zmienić 

testament. 

- A ty nie pożyjesz wystarczająco długo, żeby cokolwiek odziedziczyć! 

(Dwa wystrzały). 

(Klik). 

Gdy taśma dobiegła końca, Qwilleran powiedział stanowczo: 

-  Pokaż  wszystko  Mavis  Adams  tak  szybko,  jak  to  możliwe.  Zna  się  na  prawie,  a 

Thelma była jej klientką. 

- Zrobiłam dobrze, Qwill? 

-  Tak, ale nie mów nikomu,  że wszystko  tu  ze sobą przywiozłaś. Pokaż to  Mavis... i 

nie martw się. Nalać ci jeszcze? 

- Nie, dziękuję. Pozbyłam się ogromnego ciężaru. Teraz chcę pójść do domu i... może 

posiedzieć w piramidzie Thelmy. 

- Jeszcze tylko jedno, Janice. Czy Thelma podpisała nowy testament? 

-  Tak,  pracowała  nad  nim  z  Mavis  i  miała  go  podpisać  w  sobotę.  Mavis  przyniosła 

testament  do  domu.  Thelma  zapisała  wszystko  fundacji,  która  zajmie  się  odbudową  kliniki 

Thackerayów - w hołdzie dla jej ukochanego Buda. 

Dwa głuche odgłosy rozległy się w kuchni, gdy Koko zeskoczył z lodówki na podłogę. 

Wszystko  słyszał!...  -  pomyślał  Qwilleran.  Ciekawe,  czy  rozpoznał  głos  Dicka  na 

kasecie? NIE! Nigdy nie poznał Uśmieszka; wyczuwał tylko jego złą obecność. 

Koko spoglądał znacząco na swój pusty talerz pod kuchennym stołem i Qwilleran dał 

mu  coś  dobrego.  Sobie  zafundował  porcję  lodów.  Następnie  rozparł  się  w  swoim  wielkim 

fotelu, aby pomyśleć. Mógł sobie wyobrazić reakcję Simmonsa na tę aferę. Dyktafon okazał 

się doprawdy natchnionym pomysłem. 

Gdy  Thelma  starła  się  ze  swoim  bratankiem  i  usłyszała  od  niego,  że  nie  pożyje 

wystarczająco długo, aby zmienić swój testament, wiedziała, że w szufladzie biurka znajduje 

się rewolwer - w końcu sama o tym powiedziała Simmonsowi. 

background image

Czy Thelma od początku zdawała sobie sprawę, że Dick to kawał drania? Szkoda, że 

Simmons  musiał  wyjechać  tak  szybko.  Qwilleran  z  chęcią  opowiedziałby  mu  o  kunszcie 

śledczym Koko. 

To  zresztą  ciekawe,  że  wyłącznie  stróże  prawa  przyjmowali  do  wiadomości 

szczególne talenty kota. Był porucznik Hames, na Nizinach, i był Brodie, komendant policji 

w  Pickax.  Qwilleran  miał  przeczucie,  że  Simmons  byłby  trzeci.  Za  późno,  żeby  się 

dowiedzieć. 

Koko czuł, że Qwilleran o nim myśli. Siedział obok na stoliku nocnym i mrużył oczy. 

Pocierał też brodą o dolną krawędź abażuru. Ten gest najwyraźniej należał do ulubionych w 

jego kocim repertuarze. Zrzucanie książek z półki było kolejnym z dziwactw Koko, choć w 

tym wypadku jego szaleństwo zdawało się zawierać zalążek metody. 

W ciągu ostatnich dwóch lub trzech tygodni okazał się pasjonatem książek z imieniem 

„Richard”  w  tytule.  I  wykazał  nagłe  zainteresowanie  Robertem  Louisem  Stevensonem.  W 

krótkich odstępach czasu zrzucił na podłogę  Wyspę skarbów, Podróże z osłem oraz  Doktora 

Jekylla i pana Hyde'a. Dopiero teraz Qwilleran poczuł swędzenie w okolicach górnej wargi. 

Czy  to  możliwe,  że  Koko  szukał  Porwanych?  Tylko  tej  książki  Stevensona  brakowało  na 

półce. Pomysł był oczywiście niedorzeczny, choć z drugiej strony... 

Niedorzeczny czy też nie - myślał Qwilleran - co jednak powiedzieć o kociej muzyce, 

którą  nam  urządził,  gdy  słuchaliśmy  Gracza?  Myśleliśmy,  że  nie  podoba  mu  się  opera 

Prokofiewa.  Tymczasem  starał  się  nam  raczej  przekazać  coś  na  temat  bratanka  Thelmy... 

Koko wyczuje skunksa na odległość! 

- Miau-uuu-uuu! - Koko przemówił wyraźnie zniecierpliwiony i raz jeszcze otarł się o 

abażur. 

Wtedy Qwilleran dostrzegł leżącą na stole kopertę zaadresowaną po prostu:  „Qwill”. 

Była duża, miała kwadratowy kształt i kolor kości słoniowej. Qwillerana nie zaskoczyło, gdy 

odkrył inicjały T. T. na odwrocie. Naturalnie musiała ją tu zostawić Janice. 

W środku znajdowała się czysta kartka białego papieru. 

Niechętnie  i  z  powątpiewaniem,  a  może  nawet  nieco  ukradkiem  Qwilleran  zdjął 

abażur i przesunął kartkę kilka razy nad rozgrzaną żarówką. 

Wiadomość  ukazywała  się  stopniowo,  zapisana  wielkimi  drukowanymi  literami: 

DZIĘKUJĘ, ZŁOCIUTKI, ZA WSZYSTKO. 

A gdzie poszedł Koko? Siedział pod kuchennym stołem, wpatrując się w swój pusty 

talerz - ten po prawej. 

background image

Yum Yum leżała z wyciągniętymi do przodu łapkami, strzegąc swego największego i 

ukochanego skarbu, srebrnego naparstka.