background image

IWAN TURGIENIEW

OJCOWIE I DZIECI

background image

I

- Cóż, Piotrze? Nie widać jeszcze? - pytał 20 maja 1859 roku swego służącego, pyzatego 

chłopaka   z  białym  puszkiem  na  podbródku  i małymi,  mętnymi  oczkami,  pan  liczący   lat 
niewiele   ponad   czterdzieści,   który   bez   czapki,   w   zakurzonym   płaszczu   i   kraciastych 

spodniach wyszedł na niski ganek zajazdu przy*** trakcie.

Służący,  w którym wszystko: i turkusowy kolczyk  w uchu, i wypomadowane włosy o 

niejednolitej   barwie,   i   uprzejme   ruchy,   słowem,   wszystko   zdradzało   człowieka   nowej, 
doskonałej generacji, z pobłażaniem spojrzał na drogę i odpowiedział:

- Żadną miarą nie widać, proszę łaski pana.
- Nie widać? - powtórzył pan.

- Nie widać - po raz drugi odrzekł służący.
Pan westchnął i przysiadł na ławeczce. Zapoznamy z nim czytelnika, kiedy tak siedzi 

podgiąwszy nogi i w zamyśleniu spogląda dokoła.

Nazywa się Mikołaj Pietrowicz Kirsanow. Jego piękny majątek, położony o piętnaście 

wiorst   od   zajazdu,   liczy   dwieście   dusz   albo,   jak   powiada   sam   Kirsanow,   od   czasu   gdy 
wydzielił   ziemię   chłopom   i   założył   „fermę"   -   dwa   tysiące   dziesięcin   ziemi.   Ojciec   jego, 

waleczny generał z 1812 roku, prostak ledwie władający piórem, ale niezły człowiek, całe 
życie   klepał   biedę;   z   początku   dowodził   brygadą,   potem   dywizją   i   stale   mieszkał   na 

prowincji, gdzie dzięki swej randze odgrywał dość znaczną rolę. Mikołaj Pietrowicz urodził 
się na południu Rosji, podobnie jak starszy jego brat, Paweł, o którym będzie dalej mowa, i 

wychowywał   się   do   czternastego   roku   życia   w   domu,   wśród   tanich   guwernerów, 
nonszalanckich a uniżonych adiutantów i innych pułkowych oraz sztabowych osobistości. 

Matka jego, z domu Kolazin, jako panna - Agathe, w roli zaś zacnej generałowej - Agafokleja 
Kuźminiczna Kirsanow, nosiła wspaniałe czepce i szeleszczące jedwabne suknie, w cerkwi 

podchodziła pierwsza do krzyża, mówiła głośno i dużo, rano podawała dzieciom rękę do 
ucałowania,   wieczorem   błogosławiła   je,   słowem,   żyła   jak   Pan   Bóg   przykazał.   Mikołaj 

Pietrowicz, jako syn generała - chociaż nie tylko nie odznaczał się męstwem, ale w dodatku 
zdobył sobie przydomek podszytego tchórzem - powinien był, podobnie jak brat jego Paweł, 

zostać   wojskowym;   tymczasem   tego   dnia,   kiedy   przyszła   wiadomość   o   jego   przydziale, 
złamał właśnie nogę; przeleżał dwa miesiące w łóżku, po czym okazało się, że zostanie na 

całe życie kulawy. Zrezygnowany ojciec przystał, by syn robił karierę cywilną. Gdy chłopiec 
skończył osiemnaście lat, zawiózł go do Petersburga i zapisał na uniwersytet. Właśnie w tym 

czasie   brat   Mikołaja   został   oficerem   pułku   gwardii.   Młodzi   ludzie   zamieszkali   razem, 

background image

doglądani z daleka przez ciotecznego wuja ze strony matki, Ilję Kolazina, urzędnika wysokiej 
rangi. Ojciec wrócił do swojej dywizji i do małżonki; niekiedy tylko przysyłał synom wielkie 

ćwiartki szarego papieru upstrzone zamaszystym pismem godnym kancelisty. Na końcu tych 
ćwiartek pysznił się otoczony starannymi zakrętasami podpis: „Piotr Kirsanow, generał - 

major." W roku 1835 Mikołaj Pietrowicz ukończył uniwersytet jako kandydat; w tym samym 
roku   generał   Kirsanow,   przeniesiony   w   stan   spoczynku   za   nieudany   przegląd   wojsk, 

sprowadził się z żoną do Petersburga. Wynajął dom przy Ogrodzie Taurydzkim i zapisał się 
do Klubu Angielskiego, ale raptem umarł na apopleksję. Agafokleja Kuźminiczna wkrótce 

poszła   za   nim:   nie   mogła   przywyknąć   do   pustki   stołecznego   życia;   zadręczyła   ją   nuda 
egzystencji,   którą   wiodła   jako   żona   dymisjonowanego   generała.   Tymczasem   Mikołaj 

Pietrowicz, jeszcze za życia rodziców i ku wielkiemu ich zmartwieniu, zdążył zakochać się w 
córce   urzędnika   Prepołowieńskiego,   u   którego   wynajmował   dawniej   mieszkanie.   Była   to 

ładna   panna   o   wyższych,   jak   to   mówią,   aspiracjach:   czytała   w   czasopismach   poważne 
artykuły z działu „Nauka". Gdy tylko minęła żałoba, Mikołaj ożenił się z nią i opuściwszy 

Ministerstwo Dworu i Apanażów, gdzie dostał się z protekcji ojca, zażywał szczęścia ze swą 
Maszą najpierw w małym domku pod Petersburgiem, niedaleko Instytutu Leśnego, potem w 

mieście, w niewielkim i ładnym mieszkaniu z czystymi schodami i chłodnawym salonem, 
wreszcie   na   wsi,   gdzie   osiedli   na   stałe   i   gdzie   wkrótce   urodził   im   się   syn   Arkadiusz. 

Małżonkowie żyli szczęśliwie i spokojnie, nie rozstawali się prawie nigdy, czytali razem, grali 
na cztery ręce na fortepianie, śpiewali duety; ona sadziła kwiaty i doglądała ptactwa, on 

niekiedy   jeździł   na   polowanie   i   zajmował   się   gospodarstwem;   Arkadiusz   zaś   rósł,   także 
szczęśliwie i spokojnie. Dziesięć lat minęło jak sen. W roku 1847 żona Kirsanowa umarła. 

Ciężko przeżył ten cios, osiwiał w kilka  tygodni; wybierał się za granicę, by choć trochę 
zapomnieć... lecz nastał właśnie rok czterdziesty ósmy

1

. Chcąc nie chcąc musiał wrócić na 

wieś   i   po   dość  długim   okresie   apatii   zajął   się   ulepszaniem   gospodarstwa.   W   roku   1855 
zawiózł  syna na uniwersytet; spędził z nim trzy zimy w Petersburgu, nigdzie prawie nie 

bywał i starał się poznać młodych kolegów Arkadiusza. Ostatniej zimy nie mógł przyjechać - 
i   właśnie   widzimy   go   w   maju   1859   roku,   zupełnie   już   siwego,   pulchnego   i   nieco 

przygarbionego: czeka na syna, który, jak niegdyś on sam, otrzymał stopień kandydata.

Służący,   czy  to  z  poczucia   przyzwoitości,  czy   też  nie  chcąc  pozostawać  pod  pańskim 

okiem, stanął przy wrotach i zapalił fajkę. Mikołaj Pietrowicz pochyliwszy głowę spoglądał 
na   zbutwiałe   schodki   ganku:   przechadzał   się   tu   statecznie   spory   pstry   kurczak,   głośno 

postukując   dużymi,   żółtymi   łapami;   brudna   kotka   nieżyczliwie   zerkała   na   niego 

1 Mowa o Wiośnie Ludów. Rząd carski, obawiając się przeniesienia nastrojów rewolucyjnych do Rosji, zabronił 

poddanym wyjazdów za granicą. (Przyp. red.)

background image

przycupnąwszy niedbale na poręczy. Słońce przypiekało; z na wpół ciemnej sieni zajazdu 
dolatywał   zapach   ciepłego   żytniego   chleba.   Mikołaj   Pietrowicz   pogrążył   się   w   myślach. 

„Syn...   kandydat...   Arkasza..."   -  nieustannie   snuło   mu   się   po  głowie;   próbował   zająć   się 
czymś   innym,   ale   znowu   wracały   te   same   myśli.   Wspomniał   nieboszczkę   żonę...   -   Nie 

doczekała! - szepnął żałośnie. Tłusty, błękitnawy gołąb sfrunął na drogę i szybko podreptał w 
stronę studni, żeby się napić wody z kałuży. Mikołaj Pietrowicz zaczął mu się przypatrywać, 

ale ucho jego już łowiło turkot zbliżających się kół...

- Musowo panicz jadą - zameldował służący wychylając się zza wrót.

Mikołaj Pietrowicz skoczył na równe nogi i spojrzał na drogę wytężając wzrok. Ukazał się 

tarantas zaprzężony w trzy pocztowe konie, w tarantasie mignął otok studenckiej czapki, 

znajomy zarys drogiej twarzy...

- Arkasza, Arkasza! - zawołał Kirsanow i pobiegł wymachując rękami... W kilka chwil 

potem przyciskał wargi do gładkiego, zakurzonego i opalonego policzka młodego kandydata.

background image

II

-   Pozwól,   że   się   otrzepię,   papo   -   mówił   Arkadiusz   nieco   ochrypłym   po   podróży,   ale 

dźwięcznym,   młodzieńczym   głosem,   wesoło   odpowiadając   na   uściski   ojca.   -   Zakurzę   cię 
całego.

-   To   nic,   to   nic   -   powtarzał   uśmiechając   się   z   rozrzewnieniem   Mikołaj   Pietrowicz   i 

dwakroć uderzył dłonią po kołnierzu synowskiego szynela i po własnym płaszczu. - Pokaż no 

się, pokaż - dodał odstępując o krok i natychmiast ruszył szybko w stronę zajazdu, mówiąc: - 
Tutaj, tutaj. Dawajcie konie, tylko prędko.

Mikołaj   Pietrowicz   zdawał   się   o   wiele   bardziej   przejęty   niż   jego   syn;   był   zmieszany, 

onieśmielony. Arkadiusz zatrzymał go.

-  Papo  -  powiedział   -  pozwól,   że  zapoznam  cię   z  moim  przyjacielem,   Bazarowem,   o 

którym tak często ci pisałem. Był tak dobry, że zgodził się przyjechać do nas w gościnę.

Mikołaj Pietrowicz szybko się odwrócił, podszedł do odzianego w długi podróżny kitel z 

chwastami wysokiego młodzieńca, który dopiero co wysiadł z tarantasu, i mocno uścisnął 

jego czerwoną dłoń, którą tamten nie od razu mu podał.

- Rad jestem serdecznie - rozpoczął - i wdzięczny, że zechciał nas pan odwiedzić; mam 

nadzieję... pozwoli pan, że zapytam o imię?

-   Eugeniusz   Wasiliewicz   -   odpowiedział   Bazarow   leniwie,   lecz   męskim   głosem   i 

opuszczając   wysoki   kołnierz   kitla   ukazał   Mikołajowi   Pietrowiczowi   całą   twarz.   Była 
wydłużona i chuda, o szerokim czole; nos, spłaszczony u góry, ku dołowi się zaostrzał; oczy 

były wielkie, zielonkawe; faworyty obwisłe, płowe; ożywiał ją spokojny uśmiech, wyrażała 
pewność siebie i rozum.

- Mam nadzieję, drogi Eugeniuszu Wasiliczu, że nie będzie się pan u nas nudził - ciągnął 

dalej Mikołaj Pietrowicz.

Cienkie wargi Bazarowa drgnęły z lekka, ale nic nie odpowiedział i tylko uchylił czapki. 

Mimo długich i gęstych ciemnoblond włosów widać było wypukłości jego szerokiej czaszki.

- Więc jak, Arkadiuszu? - odezwał się znowu Mikołaj Pietrowicz zwracając się do syna. - 

Czy zaraz zakładać konie? A może chcecie odpocząć?

- Odpoczniemy w domu, papo; każ zakładać.
-   Zaraz,   natychmiast   -   podchwycił   ojciec.   -   Hej,   Piotrze,   słyszysz?   Każ   no   zakładać, 

bratku, a żywo!

Piotr,   który   jako   udoskonalony   sługa   nie   ucałował   ręki   panicza,   tylko   poprzestał   na 

ukłonie z daleka, znowu znikł we wrotach.

background image

-   Przyjechałem   tu   kolaską,   lecz   mam   także   trójkę   do   twojego   tarantasu   -   mówił   z 

przejęciem   Mikołaj   Pietrowicz,   gdy   Arkadiusz   pił   wodę   z   żelaznego   czerpaka,   który 

przyniosła gospodyni zajazdu, a Bazarow zapalił fajkę i podszedł do woźnicy odprzęgającego 
konie. - Ale kolaska jest tylko na dwie osoby i nie wiem, jak twój przyjaciel...

- Pojedzie tarantasem - przerwał półgłosem Arkadiusz. - Proszę, nie rób z nim ceremonii. 

To wspaniały chłopak, taki prosty - zobaczysz.

Furman Mikołaja Pietrowicza wyprowadził konie.
- Ruszaj się, brodaczu! - zwrócił się Bazarow do furmana.

- Ej, Mitiucha - podchwycił drugi furman, który stał obok z rękami wsuniętymi w tylne 

kieszenie kożucha. - Jak to wielmożny pan ciebie nazwał? Brodacz, i kwita.

Mitiucha tylko potrząsnął czapką i zdjął lejce ze spoconego dyszlowego konia.
- Szybciej, szybciej, chłopcy, zaprzęgajcie! - zawołał Mikołaj Pietrowicz - dostaniecie na 

wódkę!

W kilka chwil konie były założone; ojciec i syn usadowili się w kolasce, Piotr wlazł na 

kozioł; Bazarow wskoczył do tarantasu, głowę oparł o skórzaną poduszkę - i oba pojazdy 
ruszyły.

background image

III

- Jesteś więc wreszcie kandydatem i przyjechałeś do domu - mówił Mikołaj Pietrowicz 

dotykając to ramienia, to znów kolan Arkadiusza. - Nareszcie!

- A jakże się miewa stryj? Zdrów? - zapytał Arkadiusz, który choć sam pełen szczerej, 

prawie dziecinnej radości, pragnął jak najprędzej zakończyć rozmowę utrzymaną w tonie 
podniosłym i skierować ją na zwykłe tory.

- Zdrów. Chciał nawet pojechać ze mną, ale jakoś się rozmyślił.
- Długo na mnie czekałeś? - zapytał Arkadiusz.

- Około pięciu godzin.
- Poczciwy papcio!

Arkadiusz   żywo   obrócił   się   w  stronę  ojca   i   głośno   pocałował   go   w  policzek.   Mikołaj 

Pietrowicz roześmiał się cichutko.

- Przygotowałem ci świetnego konia! - zaczął - zobaczysz. I w twoim pokoju kazałem dać 

obicia.

- A czy jest pokój dla Bazarowa?
- Znajdzie się i dla niego.

- Papo, proszę, bądź dla niego serdeczny. Nie potrafię ci powiedzieć, jak bardzo zależy mi 

na jego przyjaźni.

- Poznałeś go niedawno?
- Niedawno.

- Tak, nie widywałem go ubiegłej zimy. Co studiuje?
- Jako przedmiot główny nauki przyrodnicze. Ale umie wszystko. W przyszłym roku chce 

zdawać egzamin na doktora.

-   Aha!   Więc   medycyna   -   zauważył   Mikołaj   Pietrowicz   i   umilkł.   -   Piotrze   -   dodał 

wyciągając rękę - czy to nasi chłopi jadą?

Piotr spojrzał w stronę, gdzie wskazywał pan. Kilka wozów, zaprzężonych w konie bez 

wędzideł, jechało szybko wąską polną drogą. Na każdym wozie siedziało co najwyżej dwóch 
chłopów w rozpiętych kożuchach.

- Tak jest, proszę łaski pana - rzekł Piotr.
- Dokąd oni jadą? Pewno do miasta, co?

- Należy przypuszczać, że do miasta. Do szynku - dodał pogardliwie i z lekka pochylił się 

w   stronę   furmana,   jakby   szukał   u   niego   potwierdzenia.   Ale   tamten   ani   drgnął;   był   to 

człowiek starej daty, nie podzielający nowych poglądów.

background image

-   Mam   w   tym   roku   wielkie   kłopoty   z   chłopami   -   ciągnął   dalej   Mikołaj   Pietrowicz 

zwracając się do syna. - Nie płacą czynszu. Co robić?

- A z najemnych robotników jesteś zadowolony?
- Tak  - wycedził  przez zęby Mikołaj  Pietrowicz.  - Bieda  tylko,  że wciąż  im podbijają 

dniówki, no i prawdziwego starania wciąż jeszcze ani śladu. Niszczą uprząż. Orali zresztą 
wcale dobrze. Miejmy nadzieję, że wszystko się jakoś ułoży. Ale czy ciebie obchodzi teraz 

gospodarstwo?

- Szkoda, że nie ma u nas cienia - zauważył Arkadiusz nie odpowiadając na ostatnie 

pytanie.

- Nad tarasem od północnej strony kazałem  zawiesić wielką  markizę  - rzekł Mikołaj 

Pietrowicz. - Teraz nawet obiad można jeść na dworze.

- Za bardzo będzie wyglądało na letnisko... zresztą wszystko to głupstwo. Ale jakie tutaj 

powietrze! Jak cudownie pachnie! Doprawdy, zdaje mi się, że nigdzie na świecie tak nie 
pachnie jak w tych okolicach. I niebo tutaj...

Arkadiusz urwał nagle, obejrzał się za siebie i zamilkł.
- Oczywiście - zauważył Mikołaj Pietrowicz - tyś się tu urodził, wszystko tu powinno mieć 

dla ciebie niezwykły urok...

- Ależ, papo, przecie to wszystko jedno, gdzie człowiek się urodził.

- A jednak...
- Nie, to zupełnie wszystko jedno.

Mikołaj Pietrowicz spojrzał z boku na syna; kolaska ujechała dobre pół wiorsty, zanim 

znów nawiązali rozmowę.

- Nie pamiętam, czy ci pisałem - zaczął Mikołaj Pietrowicz - że twoja niania, Jegorowna, 

umarła.

- Doprawdy? Biedna staruszka! A Prokoficz żyje?
- Żyje i wcale się nie zmienił. Wciąż tak samo zrzędzi. Wielkich zmian zresztą w Mariinie 

nie znajdziesz.

- I rządca wciąż ten sam?

-   Właśnie   rządcę   zmieniłem.   Postanowiłem   nie   zatrudniać   już   zwolnionych   z 

poddaństwa   chłopów,   dawnych   dworskich,   lub   przynajmniej   nie   zlecać   im   żadnych 

odpowiedzialnych funkcji. (Arkadiusz wskazał oczami na Piotra.) Il est libre, en effet

2

 - za-

uważył półgłosem Mikołaj Pietrowicz - ale to kamerdyner. Teraz mam rządcę z mieszczan; 

zdaje się, że dzielny z niego człowiek. Wyznaczyłem mu dwieście pięćdziesiąt rubli rocznej 

2 Jest wolny, rzeczywiście.

background image

pensji. Zresztą - mówił pocierając czoło i brwi, co zawsze było u niego oznaką zmieszania - 
powiedziałem ci, że nie znajdziesz zmian w Mariinie... To niezupełnie prawda. Uważam za 

swój obowiązek uprzedzić cię, chociaż...

Zamilkł na chwilę i mówił dalej już po francusku:

- Surowy moralista uznałby moją szczerość za niewłaściwą; ale po pierwsze, tego nie 

można ukryć, a po drugie, wiesz dobrze, że zawsze miałem szczególne zasady, jeśli chodzi o 

stosunek   ojca   do   syna.   Zresztą   masz   oczywiście   prawo   mnie   potępić.   W   moim   wieku... 
Słowem, ta... ta dziewczyna, o której zapewne już słyszałeś...

- Fieniczka? - bezceremonialnie zapytał Arkadiusz.
Mikołaj Pietrowicz poczerwieniał.

- Nie wymieniaj głośno jej imienia... No, tak... ona teraz mieszka u mnie. Umieściłem ją 

w domu... Były tam dwa niewielkie pokoiki. Zresztą wszystko to można zmienić.

- Zlituj się, papo, dlaczego?
- Twój przyjaciel będzie u nas gościł... Nie wypada...

- O Bazarowa nie kłopocz się, proszę. On jest ponad to.
- No, a ty? - spytał Mikołaj Pietrowicz. - Oficynka jest przecie bardzo licha.

- Ależ, papo - przerwał mu Arkadiusz - zupełnie jakbyś się tłumaczył, jak ci nie wstyd?
-   Oczywiście,   że   powinienem   się   wstydzić   -   odpowiedział   Mikołaj   Pietrowicz,   coraz 

bardziej się czerwieniąc.

- Dosyć, papo, dosyć, dajże pokój! - Arkadiusz uśmiechnął się serdecznie. „Z czego się 

tłumaczy!" - pomyślał i duszę jego napełniła pobłażliwa tkliwość dla dobrego i delikatnego 
ojca, zmieszana z poczuciem jakiejś utajonej przewagi. - Przestań, proszę - powtórzył raz 

jeszcze, mimo woli upajając się własną dojrzałością i brakiem przesądów.

Mikołaj Pietrowicz zerknął na niego spod palców ręki, którą wciąż pocierał czoło, i coś 

ukłuło go w serce... Ale natychmiast zrzucił całą winę na siebie.

- Patrz, to już nasze pola - rzekł po długim milczeniu.

- A tam, przed nami, to chyba nasz las? - zapytał Arkadiusz.
- Tak, nasz. Tylko że już sprzedany. W tym roku będą go rąbać.

- Dlaczego sprzedałeś?
- Trzeba było pieniędzy; zresztą te grunta przechodzą na rzecz chłopów.

- Którzy nie płacą ci czynszów?
- To już ich sprawa; kiedyś zresztą będą płacić.

- Szkoda lasu - zauważył Arkadiusz i zaczął się rozglądać dokoła.
Jechali   przez   okolice,   które   trudno   byłoby   nazwać   malowniczymi.   Pola   za   polami 

background image

wznosząc się nieco w górę, to znów opadając, ciągnęły się aż po nieboskłon. Gdzieniegdzie 
widniały   niewielkie   lasy,   a   kręte   parowy   z   rzadka   usiane   kępami   niskich   zarośli   przy-

pominały oznaczenia wąwozów na starych mapach z czasów Katarzyny. Trafiały się rzeczki o 
poszarpanych brzegach, małe stawy z lichymi grobelkami, wioski, gdzie stały niskie chaty o 

ciemnych,   na   poły   rozrzuconych   strzechach,   na   wpół   zapadnięte   stodoły   o   ścianach 
plecionych z chrustu i na oścież otwartych wrotach obok opustoszałych gumien, cerkwie, to 

murowane z opadłym tu i ówdzie tynkiem, to znów drewniane z pochylonymi krzyżami i 
zapuszczonymi cmentarzami. Arkadiuszowi robiło się coraz smutniej. Jak na złość spotykali 

obszarpanych   chłopów   na   wynędzniałych   kobyłkach;   niby   żebracy   w   łachmanach,   stały 
przydrożne, odarte z kory wierzby o połamanych gałęziach; wychudłe krowy o skudlonej, 

jakby wygryzionej sierści, chciwie szczypały trawę po rowach. Zdawało się, że przed chwilą 
wyrwały się z czyichś groźnych, śmiercionośnych pazurów - i nagle pod wpływem żałosnego 

widoku tych wynędzniałych zwierząt, wśród wiosennego, pięknego dnia stawało białe widmo 
posępnej, nie kończącej się zimy z jej zamieciami, mrozem i śniegiem... „Nie - pomyślał 

Arkadiusz - niebogaty to kraj, nie olśniewa ani dobrobytem, ani pracowitością; nie powinien 
żadną miarą takim pozostać, zmiany są konieczne... ale jak je przeprowadzić, jak się do tego 

zabrać?”

Tak   rozmyślał   Arkadiusz...   A   tymczasem   wiosna   nie   ustawała   w   pracy.   Wokół 

połyskiwała   świeża   zieleń,   lśniły   drzewa,   krzaki   i   trawy,   szeroko,   miękko   falując   pod 
łagodnym   tchnieniem   ciepłego   wiatru;   wszędzie,   niby   nieprzerwana   struga,   płynął 

dźwięczny  śpiew skowronków; czajki  z krzykiem krążyły  nad niskimi łąkami, to znów w 
milczeniu przebiegały po kępach; pięknie czerniejąc na tle bladej zieleni niskiego jeszcze, 

jarego zboża przechadzały się szpaki i ginęły w lekko już bielejącym  życie; tylko czasem 
ukazywały się ich łebki w niebieskawej fali zbóż. Arkadiusz wciąż patrzył, a jego myśli z 

wolna   słabły   i   ucichały...   Zrzucił   szynel   i   spojrzał   na   ojca   tak   wesołym,   tak   bardzo 
chłopięcym wzrokiem, że Mikołaj Pietrowicz znowu go uściskał.

- Teraz już niedaleko - rzekł Mikołaj Pietrowicz. - Tylko wjedziemy na to wzgórze i zaraz 

będzie widać dom. Ach, Arkasza, ułożymy sobie wspaniale życie; będziesz mi pomagał w 

gospodarstwie,   jeśli   cię   to   nie   znudzi.   Powinniśmy   teraz   zbliżyć   się   do   siebie,   poznać 
nawzajem, prawda?

- Oczywiście - powiedział Arkadiusz. - Jaki cudowny dzień dzisiaj!
-   To   na   twój   przyjazd,   mój   drogi.   Tak,   wiosna   w  całej   pełni.   Zresztą   zgadzam   się   z 

Puszkinem - pamiętasz w Eugeniuszu Onieginie:

Jak smutno witam przyjście twoje,

background image

Poro miłości, dniu wiosenny!
Jakież...

3

- Arkadiuszu! - rozległ się z tarantasu głos Bazarowa. - Przyślij mi zapałki, nie mam czym 

zapalić fajki.

Mikołaj Pietrowicz zamilkł, Arkadiusz zaś, który słuchał go nieco zdumiony, ale z pewną 

sympatią,   wyciągnął   z   kieszeni   srebrne   pudełko   z   zapałkami   i   posłał   je   przez   Piotra 

Bazarowowi.

- Chcesz cygaro? - zawołał znowu Bazarow.

- Daj - odpowiedział Arkadiusz.
Piotr   wrócił   do   kolaski   i   wraz   z   pudełkiem   wręczył   mu   grube   czarne   cygaro,   które 

Arkadiusz zaraz zapalił, roztaczając wokół siebie tak mocny i kwaśny zapach starego tytoniu, 
że Mikołaj Pietrowicz, który nigdy w życiu nie palił, mimo woli, choć niedostrzegalnie, żeby 

nie urazić syna, odwracał głowę.

W kwadrans  potem oba pojazdy zatrzymały  się przed gankiem nowego drewnianego 

domu, pociągniętego starą farbą i pokrytego malowaną na czerwono blachą. Było to właśnie 
Mariino, zwane inaczej Nową Słobódką, albo jak mawiali chłopi - Chutor na osóbku.

3 Eugeniusz Oniegin, VII, 2. Przekład Adama Ważyka.

background image

IV

Tłum   dworskiej   służby   nie   wybiegał   na   spotkanie   państwa;   pokazała   się   tylko   jedna 

dwunastoletnia może dziewczynka, a za nią wyszedł chłopiec, bardzo podobny do Piotra, 
odziany   w   szarą   liberyjną   kurtkę   ze   srebrnymi   herbowymi   guzikami,   służący   Pawła 

Pietrowicza   Kirsanowa.   Milcząc   otworzył   drzwiczki   kolaski   i   odpiął   fartuch   tarantasu. 
Mikołaj Pietrowicz wraz z synem i Bazarowem ruszyli przez ciemny i prawie pusty salon, zza 

drzwi   którego   mignęła   twarz   młodej   kobiety,   i   weszli   do   bawialni   urządzonej   już   wedle 
nowszego smaku.

- No, jesteśmy w domu - rzekł Mikołaj Pietrowicz zdejmując czapkę i potrząsając głową. - 

Teraz najważniejsze to kolacja i odpoczynek.

- Rzeczywiście, nieźle byłoby coś zjeść - zauważył przeciągając się Bazarow i usiadł na 

kanapie.

- Tak, tak, podawać kolację, podawać jak najprędzej. - Mikołaj Pietrowicz bez żadnego 

powodu zatupał nogami. - O, proszę, właśnie jest Prokoficz.

Wszedł   człowiek   w   wieku   lat   sześćdziesięciu,   o   białych   włosach,   chudy   i   smagły,   w 

brązowym fraku z miedzianymi guzikami; na szyi miał różową chustkę. Wyszczerzył zęby w 

uśmiechu, ucałował rękę panicza i złożywszy ukłon gościowi, cofnął się do drzwi zakładając 
ręce w tył.

-   No,   Prokoficzu   -   zaczął   Mikołaj   Pietrowicz   -   przyjechał   do   wreszcie…   I   co,   jak   go 

znajdujesz?

-   Jak   najlepiej,   proszę   łaski   pana   -   odrzekł   starzec   i   znowu   wyszczerzył   zęby,   ale 

natychmiast zmarszczył gęste brwi. - Pan każe podawać? - zapytał z naciskiem.

- Tak, tak,  proszę! Czy nie zechce pan wpierw pójść do swojego pokoju, Eugeniuszu 

Wasiliczu?

- Nie, dziękuję, po co? Niech pan tylko każe zanieść tam mój kuferek i to okrycie - dodał 

zdejmując płaszcz.

- Doskonale! Prokoficz, weź szynel pana! (Prokoficz jakby ze zdumieniem ujął obiema 

rękami   „okrycie"   Bazarowa   i   wysoko   unosząc   je   nad   głową,   wyszedł   na   palcach.)   A   ty, 

Arkadiuszu, pójdziesz na chwilę do siebie?

- Tak, muszę się trochę otrzepać - odparł Arkadiusz i kierował się już ku drzwiom, gdy w 

tej samej chwili wszedł do salonu mężczyzna średniego wzrostu, odziany w ciemny angielski 
suit

4

, modny, nisko zawiązany  halsztuk  i lakierowane  buty o niskich cholewkach.  Był to 

Paweł Pietrowicz Kirsanow. Wyglądał na jakie czterdzieści pięć lat: jego krótko ostrzyżone 

4 garnitur.

background image

siwe włosy mieniły się ciemnym połyskiem niby wypolerowane srebro; twarz żółtawa, ale 
bez   zmarszczek,   niezwykle   regularna   i   czysta,   jak   gdyby   wyrzeźbiona   cienkim   i   lekkim 

rylcem, zdradzała ślady niezwykłej urody; szczególnie piękne były pełne blasku czarne oczy o 
podłużnym wykroju. Cała postać, zgrabna i rasowa, zachowała młodzieńczą smukłość i tę 

postawę jakby przed wzlotem ku górze, która najczęściej znika po ukończeniu dwudziestu 
lat.

Paweł   Pietrowicz   wyjął   z   kieszeni   spodni   swoją   piękną   dłoń   o   długich,   różowych 

paznokciach, która przy śnieżnej białości mankietu, spiętego wielkim opalem, wydawała się 

jeszcze   piękniejsza,  i  podał  ją  bratankowi.   Po tym  wstępnym europejskim  shake hands

trzykrotnie, po rosyjsku, ucałował go, to znaczy dotknął swymi pachnącymi wąsami jego 

policzków i rzekł:

- Witaj!

Mikołaj   Pietrowicz   przedstawił   mu  Bazarowa:   Paweł   Pietrowicz  pochylił   z   lekka   swą 

gibką figurę i z lekka się uśmiechnął, ale nie podał ręki, a nawet włożył ją z powrotem do 

kieszeni.

-   Myślałem   już,   że   nie   przyjedziecie   dzisiaj   -   powiedział   miłym   głosem,   uprzejmie 

kołysząc   się,   poruszając   ramionami   i   pokazując   wspaniałe,   białe   zęby.   -   Czyżby   się   coś 
przytrafiło w podróży?

- Nie, nic się nie stało - odrzekł Arkadiusz. - Po prostu spóźniliśmy się nieco. Za to teraz 

jesteśmy głodni jak wilki. Każ, papo, Prokoficzowi, żeby się pośpieszył, zaraz wrócę.

- Poczekaj, pójdę z tobą - zawołał Bazarow zrywając się nagle z kanapy. Obaj młodzi 

ludzie wyszli.

- Co to za jeden? - zapytał Paweł Pietrowicz.
- Przyjaciel Arkaszy, jego zdaniem bardzo mądry człowiek.

- Zostaje u nas?
- Tak.

- Ten rozczochrany?
- No, tak.

Paweł Pietrowicz zastukał paznokciami po stole.
- Uważam, że Arkadiusz s'est dégourdi

6

 - zauważył. - Cieszę się z jego powrotu.

Przy kolacji rozmawiano mało. Zwłaszcza Bazarow nic prawie nie mówił, ale dużo jadł. 

Mikołaj   Pietrowicz   gawędził   o   rozmaitych   zdarzeniach   ze   swego,   jak   się   wyrażał, 

fermerskiego   życia,   wyjaśniał   treść   uchwał,   które   rząd   miał   niebawem   ogłosić,   mówił   o 

5 uścisk dłoni.
6 stał się swobodniejszy

background image

komitetach,   o   posłach,   o   konieczności   wprowadzenia   maszyn   rolniczych   itd.   Paweł 
Pietrowicz powoli przechadzał się po jadalni (kolacji nie jadał nigdy), niekiedy pociągając łyk 

z kieliszka napełnionego czerwonym winem i jeszcze rzadziej rzucając jakąś uwagę lub raczej 
wykrzyknik, w rodzaju: „a! aha! hm!" Arkadiusz opowiedział kilka petersburskich nowin, ale 

czuł się trochę niezręcznie, jak młodzieniec, który dopiero co przestał być dzieckiem i wrócił 
tam,   gdzie   wszyscy   przywykli   uważać   go   za   dziecko.   Niepotrzebnie   przewlekał   swoje 

wypowiedzi,   unikał  słowa   „papa",   a   nawet   raz   zastąpił   je   słowem   „ojciec",   które   zresztą 
wycedził przez zęby; z niepotrzebną nonszalancją nalał sobie do szklanki znacznie więcej 

wina,   niżby   miał   ochotę,   i   wypił   wszystko.   Prokoficz   nie   spuszczał   z   niego   oczu   i   tylko 
poruszał wargami. Zaraz po kolacji wszyscy się rozeszli.

- Dziwak z twojego stryja - mówił do Arkadiusza Bazarow siedząc w szlafroku obok jego 

łóżka i pykając krótką fajeczkę. - Co za elegancja na wsi, proszę! A paznokcie - tylko na 

wystawę!

- Trzeba ci wiedzieć - odrzekł Arkadiusz - że w swoim czasie był z niego lew salonowy. 

Kiedyś opowiem ci jego historię. Odznaczał się wielką urodą, kobiety szalały za nim.

- Ach, tak! Więc to mu zostało z dawnych czasów! Nie ma tu, niestety, kogo czarować. 

Cały czas patrzyłem na jego kołnierz, po prostu coś niezwykłego, można by pomyśleć, że 
wykuty z kamienia, i podbródek tak starannie wygolony. Arkadiuszu, przecież to śmieszne!

- Owszem, ale to doprawdy bardzo dobry człowiek.
-   Archaiczne   zjawisko!   Ale   ojca   masz   zacnego.   Niepotrzebnie   deklamuje   wiersze,   na 

gospodarstwie pewno też nie bardzo się zna, lecz jest z gruntu poczciwy.

- To złoty człowiek.

- Zauważyłeś, jak łatwo się miesza?
Arkadiusz skinął głową, jakby sam łatwo się nie mieszał.

-   Zadziwiający   są   ci   starzy   romantycy!   -   ciągnął   dalej   Bazarow.   -   System   nerwowy 

doprowadzony do stanu rozdrażnienia... I rzecz jasna, naruszona równowaga ducha. No, 

dobranoc! Mam w pokoju angielską umywalnię, ale drzwi się nie domykają. Mimo to należy 
temu przyklasnąć, angielskie umywalnie to postęp!

Bazarow   wyszedł.   Arkadiusza   zaś   ogarnęły   radosne   uczucia.   Słodko   zasypiać   w 

rodzinnym domu, na znajomym sobie łóżku, pod kołdrą, którą szyły kochane ręce, może 

ręce niani, te łagodne, dobre, niestrudzone ręce. Arkadiusz przypomniał sobie Jegorownę i 
westchnął życząc jej królestwa niebieskiego... Za siebie się nie modlił.

I on, i Bazarow rychło zasnęli, ale inni w domu długo jeszcze nie spali. Powrót syna 

wzburzył   Mikołaja   Pietrowicza.   Położył   się   do   łóżka,   lecz   nie   zgasił   świecy   i   podparłszy 

background image

głowę, długo rozmyślał. Brat jego siedział długo po północy w swoim gabinecie, w szerokim 
fotelu roboty Gambsa, przed kominkiem, na którym słabo tliły się węgle. Paweł Pietrowicz 

nie rozebrał się, tylko zamiast lakierowanych butów włożył chińskie, czerwone pantofle bez 
napiętków. W rękach trzymał ostatni numer „Galignani", ale nie czytał; wpatrywał się w 

kominek, gdzie przygasając i wybuchając na nowo, drgał błękitnawy  płomień... Bóg wie, 
gdzie błądziły myśli Pawła Pietrowicza, ale błądziły nie tylko w przeszłości: na jego twarzy 

malowało   się  skupienie   i  smutek,   co   się  nie   zdarza,   gdy  człowiek   jest  pochłonięty   tylko 
wspomnieniami. W małym zaś pokoiku w głębi domu, na wielkiej skrzyni, w niebieskim 

kaftaniku i białej chustce, narzuconej na ciemne włosy, siedziała młoda kobieta, Fieniczka, i 
na przemian to nasłuchiwała, to drzemała, to spoglądała w otwarte drzwi, spoza których 

widać było dziecinne łóżeczko i dobiegał miarowy oddech śpiącego dziecka.

background image

V

Nazajutrz Bazarow zbudził się pierwszy i wyszedł z domu. „Oho - pomyślał rozglądając 

się dokoła - niezbyt tu pięknie." W owym czasie, kiedy Mikołaj Pietrowicz wytyczał granice 
między swoimi gruntami a ziemią swoich chłopów, wypadło tak, że pod budowę nowego 

dworu musiał wydzielić cztery dziesięciny zupełnie płaskiej i nagiej ziemi. Wzniósł dom, 
pomieszczenia dla służby i zabudowania gospodarskie, założył sad, kazał wykopać sadzawkę 

i   dwie   studnie,   ale   młode   drzewka   źle   się   przyjmowały,   woda   w   studniach   miała   smak 
słonawy, a w sadzawce zebrało się mało wody. Tylko altanka z bzów i akacji rozrosła się 

bujnie; tutaj niekiedy podawano herbatę i jadano obiady. W kilka minut Bazarow przebiegł 
wszystkie   ścieżki   sadu,   zaszedł   do   obory   i   stajni,   spotkał   dwóch   dworskich   chłopców,   z 

którymi   od   razu   nawiązał   znajomość,   po   czym   wraz   z   nimi   wyruszył   po   żaby   ku 
niewielkiemu bagnu w odległości wiorsty od dworu.

- Na co wam żaby, panie? - zapytał go jeden z chłopców.
- Ano widzisz - odrzekł Bazarow, który w osobliwy sposób potrafił budzić zaufanie w 

ludziach niższego stanu, chociaż nigdy im nie potakiwał i traktował ich raczej niedbale - 
rozetnę żabę i zobaczę, co ma tam w środku; a ponieważ ty i ja jesteśmy takimi samymi 

żabami, tyle tylko że chodzimy na nogach, więc będę wiedział, co się dzieje u nas w środku.

- Na cóż wam to potrzebne?

- Żeby się nie pomylić, jeżeli zachorujesz i będę cię leczył.
- Alboście wy dochtór?

- Tak.
- Waśka, słyszysz, pan mówi, że jesteśmy żaby. Dziw!

- Ja tam się boję żab - zauważył Waśka, siedmioletni chłopiec o białej jak len czuprynie, 

bosy, w szarej kazakinie ze stojącym kołnierzem.

- Czego się bać? Czy to one gryzą?
- No, właźcie do wody, filozofy - rzekł Bazarow.

Tymczasem   Mikołaj   Pietrowicz   obudził   się   i   poszedł   do   syna,   którego   zastał   już 

ubranego. Ojciec i syn udali się na taras osłonięty markizą; obok balustrady, na stole między 

wielkimi   bukietami   bzu   kipiał   już   samowar.   Zjawiła   się   dziewczynka,   ta   sama,   która 
poprzedniego dnia pierwsza wyszła na spotkanie przybyłym, i cienkim głosem powiedziała:

- Fiedosja Nikołajewna trochę niezdrowa i nie może przyjść; kazała pana zapytać, czy 

pan sam będzie łaskaw nalać herbaty, czy przysłać Duniaszę?

- Sam naleję, sam - szybko podchwycił Mikołaj Pietrowioz. - Arkadiuszu, chcesz herbaty 

background image

ze śmietanką czy z cytryną?

- Ze śmietanką - odrzekł Arkadiusz i po chwili milczenia zwrócił się pytająco do Mikołaja 

Pietrowicza. - Papo?

Mikołaj Pietrowicz spojrzał na syna zmieszany.

- Co? - spytał.
Arkadiusz spuścił oczy.

-   Wybacz,   papo,   jeśli   moje   pytanie   wyda   ci   się   niestosowne   -   zaczął   -   ale   ty   sam 

wczorajszą swą szczerością upoważniasz mnie do szczerości... Nie będziesz się gniewał?...

- Mów.
- Pozwól, że odważę się zapytać... Czy Fien... czy ona nie chce nalewać herbaty dlatego, że 

ja tu jestem?

Mikołaj Pietrowicz odwrócił z lekka głowę.

- Możliwe - powiedział wreszcie. - Ona przypuszcza... Wstydzi się...
Arkadiusz szybko podniósł oczy na ojca.

-   Niepotrzebnie   się   wstydzi.   Po   pierwsze,   znasz   mój   sposób   myślenia   (Arkadiusz   z 

przyjemnością   wypowiedział   te   słowa),   a   po   drugie,   nie   sądzisz   chyba,   że   zechcę   cię 

krępować, zmieniać twoje przyzwyczajenia? Ponadto jestem przekonany, że nie mogłeś źle 
wybrać;   jeśli   pozwoliłeś   jej   mieszkać   z   sobą   pod   jednym   dachem,   niewątpliwie   na   to 

zasługuje. W każdym razie syn nie może być sędzią ojca, zwłaszcza zaś ja nim być nie mogę, i 
to w stosunku do takiego, jak ty ojca, który nigdy w niczym nie krępował mojej swobody.

Z początku głos Arkadiusza drżał; czuł, że okazuje ojcu wspaniałomyślność, lecz zarazem 

rozumiał, że wygłasza coś w rodzaju kazania; ale dźwięk własnego głosu silnie działa na 

człowieka, toteż Arkadiusz wypowiedział ostatnie słowa stanowczo, a nawet z afektacją.

- Dziękuję ci, Arkadiuszu - rzekł Mikołaj Pietrowicz stłumionym głosem, a jego palce 

znowu   zaczęły   błądzić   po   brwiach   i   czole.   -   Twoje   przypuszczenia   są   w   istocie   słuszne. 
Oczywiście,   gdyby   ta   dziewczyna   nie   była   warta...   Nie   jest   to   lekkomyślna   zachcianka. 

Niezręcznie mi o tym z tobą mówić, ale rozumiesz, że trudno jej było przyjść tutaj, kiedy ty 
jesteś, zwłaszcza że to pierwszy dzień twojego pobytu.

-   W   takim   razie   sam   pójdę   do   niej   -   zawołał   Arkadiusz   w   nowym   przystępie 

wspaniałomyślnych uczuć i zerwał się z krzesła. - Wytłumaczę jej, że nie ma powodu, aby się 

mnie wstydziła.

Mikołaj Pietrowicz wstał również.

- Arkadiuszu - zaczął. - Chwileczkę... Jakże można... Tam... Nie uprzedziłem cię, że...
Ale Arkadiusz już nie słuchał i wybiegł z tarasu. Mikołaj Pietrowicz spojrzał za nim i, 

background image

pełen zmieszania, opadł na krzesło. Serce mu zabiło... Trudno powiedzieć, czy w owej chwili 
ukazał mu się nieunikniony, dziwny układ przyszłych stosunków z synem, czy zdawał sobie 

sprawę,   że   Arkadiusz   może   okazałby   mu   więcej   szacunku,   gdyby   wcale   tej   kwestii   nie 
poruszał, czy też może wyrzucał sobie swoją słabość - dość, że wszystkie te uczucia były w 

nim, ale w postaci niejasnych wrażeń; żywe rumieńce wciąż nie schodziły mu z twarzy, a 
serce biło mocno.

Rozległy się szybkie kroki i Arkadiusz wszedł na taras.
- Poznaliśmy się, ojcze! - zawołał z wyrazem jakiegoś tkliwego i radosnego triumfu. - 

Fiedosja Nikołajewna czuje się dzisiaj naprawdę niezupełnie dobrze i przyjdzie później. Ale 
dlaczego mi nie powiedziałeś, że mam brata? Ucałowałbym go jeszcze wczoraj wieczorem, 

tak jak to zrobiłem teraz.

Mikołaj Pietrowicz chciał coś powiedzieć, wstać, otworzyć ramiona. Arkadiusz rzucił mu 

się na szyję.

- Cóż to? Znowu się ściskacie? - rozległ się za nimi głos Pawła Pietrowicza.

Ojciec i syn jednakowo ucieszyli się z jego nadejścia właśnie w tej chwili: zdarzają się 

czasem wzruszające sytuacje, którym człowiek rad jednak jak najrychlej położyć kres.

- Dlaczego tak się dziwisz? - wesoło zapytał Mikołaj Pietrowicz. - Ileż to czasu czekałem 

na Arkaszę... Od wczoraj nie zdążyłem się nawet na niego napatrzeć.

- Wcale się nie dziwię - rzekł Paweł Pietrowicz - nawet sam chętnie go uściskam.
Arkadiusz   podszedł   do   stryja   i   znowu   poczuł   na   swych   policzkach   dotknięcie   jego 

pachnących   wąsów.   Paweł   Pietrowicz   zasiadł   do   stołu.   Miał   na   sobie   wykwintny   strój 
poranny w angielskim guście, a na głowie maleńki fezik. Ów fezik i niedbale zawiązany mały 

halsztuk   stanowiły   aluzję   do   swobody   wiejskiego   życia,   ale   sztywny   kołnierzyk   koszuli, 
wprawdzie   nie   białej,   tylko   kolorowej,   jakiej   wymaga   poranna   toaleta,   tak   samo 

nieubłaganie jak zawsze wpijał się w wygolony podbródek.

- Gdzież twój nowy przyjaciel? - zapytał Paweł Pietrowicz Arkadiusza.

- Nie ma go w domu; wstaje zwykle wcześnie i wychodzi. Nie należy zwracać na niego 

uwagi: nie lubi ceremonii.

- Tak, to widać. - Paweł Pietrowicz zaczął powoli smarować chleb masłem. - Długo u nas 

zostanie?

- Jak wypadnie. Wstąpił tutaj jadąc do ojca.
- Gdzie mieszka jego ojciec?

- W naszej guberni, osiemdziesiąt wiorst stąd. Ma tam niewielki mająteczek. Dawniej był 

lekarzem pułkowym.

background image

-   Ach,   więc   tak...   Wciąż   zadawałem   sobie   pytanie:   gdziem   słyszał   to   nazwisko: 

Bazarow?... Mikołaju, zdaje się, że w dywizji ojca był lekarz Bazarow?

- Zdaje się, że był.
- Na pewno, na pewno. Więc ten lekarz jest jego ojcem. Hm! - Paweł Pietrowicz ruszył 

wąsami. - No, a sam pan Bazarow? Kimże jest właściwie? - zapytał z naciskiem.

- Kim jest Bazarow? - Arkadiusz uśmiechnął się. - Chce stryj, żebym powiedział, kim 

jest?

- Proszę cię, drogi bratanku.

- To nihilista.
- Co? - zapytał Mikołaj Pietrowicz, a Paweł Pietrowicz wzniósł do góry nóż z kawałkiem 

masła na ostrzu i znieruchomiał.

- Nihilista - powtórzył Arkadiusz.

- Nihilista - powtórzył Mikołaj Pietrowicz. - To, o ile mi wiadomo, od łacińskiego nihil, 

nic, czyli to słowo oznacza człowieka, który... nic nie uznaje?

- Powiedz raczej: który nic nie szanuje - podchwycił Paweł Pietrowicz i znów zabrał się 

do masła.

- Który do wszystkiego odnosi się krytycznie - poprawił Arkadiusz.
- Czy to nie wszystko jedno? - zapytał Paweł Pietrowicz.

- Nie, nie wszystko jedno. Nihilista to człowiek, który nie schyla głowy przed żadnymi 

autorytetami, który nie przyjmuje żadnego pryncypu na wiarę, nawet gdyby ten pryncyp był 

otoczony największym szacunkiem.

- I cóż, czy to dobre? - przerwał Paweł Pietrowicz.

- Jak dla kogo, stryjaszku. Dla jednego dobre, dla innego wręcz złe.
- Ach, tak! Widzę, że to nie dla nas. My, ludzie starej daty, sądzimy, że bez prinsipiów 

(Paweł   Pietrowicz   wymówił   to  słowo   miękko,   na  sposób   francuski,   natomiast   Arkadiusz 
powiedział   „pryncyp"   kładąc   akcent   na   pierwszej   sylabie),   przyjętych,  jak   powiadasz,   na 

wiarę, nie można zrobić ani kroku, nawet odetchnąć nie można.  Vous avez changé tout 
cela

7

, daj wam Boże zdrowie i generalskie szlify, a my będziemy się wami tylko zachwycać, 

panowie... jak, proszę?

- Nihiliści - wyraźnie powiedział Arkadiusz.

- Tak. Przedtem byli hegliści, a teraz nihiliści. Zobaczymy, jak będziecie istnieć w pustce, 

w bezpowietrznej przestrzeni; zadzwoń, proszę, bracie, czas na moje kakao.

Mikołaj Pietrowicz zadzwonił i krzyknął: - Duniasza! - Ale zamiast Duniaszy na taras 

7 Wy zmieniliście wszystko.

background image

weszła   Fieniczka.   Była   to  młoda   kobieta,  licząca   lat  dwadzieścia  trzy,  biała  i  pulchna,  o 
ciemnych włosach i oczach, o pełnych, jak u dziecka, czerwonych usteczkach i delikatnych 

rękach.   Miała   na   sobie   schludną   perkalową   sukienkę;   niebieska   nowa   chustka   lekko 
układała się na jej krągłych ramionach. Niosła wielką filiżankę kakao; postawiła ją przed 

Pawłem   Pietrowiczem   i   zawstydziła   się;   gorąca   krew   napłynęła   jasnoczerwoną   falą   pod 
cienką   skórę   jej   miłej   twarzy.   Spuściła   oczy   i   stanęła   przy   stole,   z   lekka   opierając   się 

koniuszkami palców. Zdawało się, że wstydzi się swojego przyjścia, ale zarazem czuje, że 
miała prawo przyjść.

Paweł Pietrowicz surowo zmarszczył brwi, Mikołaj Pietrowicz był zakłopotany.
- Dzień dobry, Fieniczka! - powiedział przez zęby.

- Dzień dobry! - odrzekła niegłośno, lecz dźwięcznie i spojrzawszy z ukosa na Arkadiusza, 

który uśmiechnął się do niej przyjaźnie, cichutko wyszła. Idąc kołysała się nieco, ale i to w 

niej nie raziło.

Na tarasie przez kilka chwil panowało milczenie. Paweł Pietrowicz, który popijał kakao, 

podniósł nagle głowę.

- Właśnie zmierza tu do nas pan nihilista - rzekł półgłosem.

Rzeczywiście, ogrodem na przełaj, przez klomby, szedł Bazarow. Jego płócienne spodnie 

i płaszcz były brudne, jakaś błotna roślina wiła się wokół jego starego, okrągłego kapelusza, 

w   prawej   ręce   trzymał   niewielki   woreczek,   w   którym   poruszało   się   coś   żywego.   Szybko 
zbliżył się do tarasu i skinąwszy głową powiedział:

- Dzień dobry panom! Proszę mi wybaczyć, że spóźniłem się na herbatę, zaraz wrócę; 

muszę wpierw umieścić w odpowiednim miejscu moje branki.

- Co pan tam ma, pijawki? - zapytał Paweł Pietrowicz.
- Nie, żaby.

- Pan je zjada czy hoduje?
- Potrzebne mi są do doświadczeń - obojętnie odparł Bazarow i wszedł do domu.

- Będzie je zatem krajał - zauważył Paweł Pietrowicz. - Nie wierzy w prinsipia, ale w żaby 

wierzy.

Arkadiusz   z   ubolewaniem   spojrzał   na   stryja:   Mikołaj   Pietrowicz   ukradkiem   wzruszył 

ramionami.   Paweł   Pietrowicz   poczuł,   że   zażartował   niezręcznie,   i   zaczął   mówić   o 

gospodarstwie i o nowym rządcy, który ubiegłego dnia przyszedł do niego ze skargą, że pa-
robek Foma wyprawia „breweryje" i jest nieposłuszny. „Taki już z niego Ezop - powiedział 

przy tym rządca - wszędzie dal się poznać jako zły człowiek; pożyje sobie jak głupiec i jak 
głupiec umrze.”

background image

VI

Bazarow wrócił, usiadł przy stole i szybko zabrał się do herbaty. Obaj bracia patrzyli na 

niego w milczeniu, Arkadiusz zaś ukradkiem spoglądał to na ojca, to na stryja.

- Daleko pan chodził? - zapytał wreszcie Mikołaj Pietrowicz.

- Bagno jest tu blisko, obok osinowego zagajnika. Spłoszyłem z pięć bekasów; możesz je 

ustrzelić, Arkadiuszu.

- Pan nie poluje?
- Nie.

- Właściwie zajmuje się pan fizyką? - zapytał z kolei Paweł Pietrowicz.
- Tak, fizyką; i w ogóle naukami przyrodniczymi.

- Podobno Germanowie mają teraz w tej dziedzinie duże osiągnięcia.
-   Tak,   Niemcy   są   w   tej   dziedzinie   naszymi   nauczycielami   -   niedbale   odpowiedział 

Bazarow.

Paweł Pietrowicz, mówiąc „Germanowie" zamiast Niemcy, użył tego słowa w znaczeniu 

ironicznym, czego nikt jednak nie zauważył.

- Pan jest tak wysokiego mniemania o Niemcach? - zapytał z wyszukaną uprzejmością 

Paweł   Pietrowicz.   Czuł   utajone   rozdrażnienie.   Jego   arystokratyczną   naturę   irytowała 
całkowita   bezceremonialność   Bazarowa.   Ten   syn   lekarza   nie   tylko   nie   zdradzał 

onieśmielenia,   ale   nawet   odpowiadał   krótko   i   niechętnie,   a   w   głosie   jego   brzmiał   ton 
niegrzeczny, prawie zuchwały.

- Tamtejsi uczeni to dzielni ludzie.
- Tak, tak. Ale o rosyjskich uczonych nie ma pan zapewne tak pochlebnego mniemania?

- Raczej nie.
-   Godne   pochwały   samozaprzaństwo   -   powiedział   Paweł   Pietrowicz   prostując   się   i 

odchylając głowę  w tył.  - Mój bratanek  mówił  przed chwilą,  że pan nie uznaje żadnych 
autorytetów, że w nic pan nie wierzy.

-   Po   cóż   miałbym   je   uznawać?   I   w   co   miałbym   wierzyć?   Jeśli   mi   powiedzą   coś 

dorzecznego, zgodzę się, ot i wszystko.

-   Czy   Niemcy   zawsze   mówią   dorzecznie?   -   spytał   Paweł   Pietrowicz,   a   twarz   jego 

przybrała tak obojętny, daleki wyraz, jak gdyby uleciał gdzieś w zaobłoczne wyżyny.

- Nie wszyscy - odpowiedział z lekka poziewając Bazarow, który wyraźnie nie miał ochoty 

przedłużać dyskusji.

Paweł   Pietrowicz   spojrzał   na   Arkadiusza,   jakby   chciał   mu   powiedzieć:   „Ten   twój 

background image

przyjaciel jest bardzo uprzejmy, nie ma co.”

-   Jeśli   o   mnie   mowa   -   zaczął   znów,   z   pewnym   już   wysiłkiem   -   jam   człek   grzeszny, 

Niemców nie szanuję. O rosyjskich Niemcach nawet nie wspominam: wiadomo, co to za 
ptaszki. Ale i niemieccy Niemcy nie bardzo mi przypadają do gustu. Dawniejsi - jeszcze pół 

biedy; mieli wtedy Schillera, no, G e t e g o... Brat bardzo ich ceni... Teraz jednak pojawili się 
jacyś chemicy i materialiści...

- Porządny chemik jest stokroć pożyteczniejszy od każdego poety - przerwał Bazarow.
- A więc tak - rzekł Paweł Pietrowicz i jak gdyby zasypiając, leciutko uniósł brwi. - Pan 

nie uznaje zatem sztuki?

- Sztuki robienia pieniędzy! - zawołał z pogardliwym uśmiechem Bazarow.

- Aha, aha! Raczy pan żartować. Wszystko pan zatem odrzuca? No, dobrze! Wierzy więc 

pan tylko w naukę?

- Miałem już zaszczyt oświadczyć panu, że w nic nie wierzę. Cóż to znaczy nauka - nauka 

w ogóle? Istnieją nauki, tak jak istnieją rzemiosła, profesje, nie ma nauki w ogóle.

- Doskonale. Ale czy i do innych, przyjętych w społeczeństwie ludzkim zasad odnosi się 

pan tak samo negatywnie?

- Cóż to, przesłuchanie? - zapytał Bazarow.
Paweł Pietrowicz zbladł... Mikołaj Pietrowicz uznał, że należy wtrącić się do rozmowy.

-   Kiedyś   bardziej   szczegółowo   pomówimy   z   panem   na   ten   temat,   drogi   Eugeniuszu 

Wasiliczu; zapoznamy się z poglądami  pana, wypowiemy własne.  Ze swej strony bardzo 

jestem   rad,   że   zajmuje   się   pan   naukami   przyrodniczymi.   Słyszałem,   że   Liebig   dokonał 
nadzwyczajnych   odkryć   w   dziedzinie   ulepszania   gleby.   Mógłby   mi   pan   pomóc   w   moich 

agronomicznych pracach, udzielić pożytecznych rad.

- Jestem do usług, Mikołaju Pietrowiczu; ale gdzie nam do Liebiga! Najpierw trzeba się 

nauczyć   abecadła,   a   dopiero   później   sięgać   po   książkę,   my   zaś   nie   widzieliśmy   nawet 
pierwszej litery.

„No, widzę, że prawdziwy z ciebie nihilista" - pomyślał Mikołaj Pietrowicz.
- Pozwoli pan, że zwrócę się do niego w razie potrzeby - dodał głośno. - Myślę jednak, 

bracie, że czas nam porozmawiać z rządcą.

Paweł Pietrowicz wstał.

- Tak - powiedział nie patrząc na nikogo. - Zła to rzecz mieszkać przez pięć lat na wsi, z 

dala od wielkich umysłów! Od razu człowiek głupieje. Stara się nie zapomnieć tego, czego się 

nauczył, a tu widzi jak na dłoni, że wszystko to głupstwo, i powiadają mu, że porządni ludzie 
takimi głupstwami już się nie zajmują, co zaś jego samego tyczy, to dureń z niego zacofany i 

background image

kwita. Trudno! Pewnie młodzież teraz od nas mądrzejsza.

Paweł Pietrowicz powoli obrócił się na obcasach i wyszedł; Mikołaj Pietrowicz ruszył za 

nim.

-  Cóż  to,  czy  on zawsze   jest  taki?   - chłodno zapytał   Bazarow  Arkadiusza,   gdy drzwi 

zamknęły się za obydwoma braćmi.

-   Słuchaj,   Eugeniuszu,   trochę   za   ostro   się   z   nim   obszedłeś   -   zauważył   Arkadiusz.   - 

Obraziłeś go.

- Właśnie, będę się cackał z tymi powiatowymi arystokratami, jeszcze czego! Przecież to 

wcielony egoizm, próżność, salonowe przyzwyczajenia, obyczaje dandysów! Cóż, niechby się 
nadal popisywał w Petersburgu, jeśli już ma taką naturę... Zresztą Bóg z nim! Znalazłem 

dość rzadki okaz wodnego żuka, dytiscus marginatus, wiesz? Pokażę ci.

- Obiecałem opowiedzieć ci jego historię... - zaczął Arkadiusz.

- Historię żuka?
- Przestań, Eugeniuszu. Historię mojego stryja. Zobaczysz, że to inny człowiek, niż sobie 

wyobrażasz. Bardziej zasługuje na współczucie niż na kpiny.

- Nie przeczę, ale cóż ci tak na tym zależy?

- Trzeba być sprawiedliwym, Eugeniuszu.
- Niby dlaczego?

- Posłuchaj, proszę cię...
I Arkadiusz opowiedział mu historię swego stryja. Czytelnik znajdzie ją w następnym 

rozdziale.

background image

VII

Paweł Pietrowicz Kirsanow wychowywał się najpierw w domu, podobnie jak młodszy 

jego brat,  Mikołaj, a potem w Korpusie Paziów. Od dzieciństwa odznaczał się niezwykłą 
urodą; przy tym był pewny siebie, zabawnie zgryźliwy i trochę kpiarz, toteż nie mógł się nie 

podobać. Gdy tylko został oficerem, zaczął bywać w świecie. Noszono go na rękach, a on 
pozwalał sobie na wszystko, nawet robił głupstwa, nawet pozował; ale i z tym było mu do 

twarzy. Kobiety szalały za nim, mężczyźni nazywali go fircykiem, lecz skrycie mu zazdrościli. 
Paweł   Pietrowicz,  jak   już  o tym  była  mowa,  mieszkał  razem  z   bratem,   którego  szczerze 

kochał, chociaż w niczym nie był do niego podobny. Mikołaj Pietrowioz z lekka kulał, rysy 
miał drobne, przyjemne, ale nieco smutne, oczy niewielkie, czarne, włosy miękkie i rzadkie; 

chętnie próżnował, ale i chętnie czytał, lękał się towarzystwa. Paweł Pietrowicz ani jednego 
wieczora nie spędzał w domu, był słynny z odwagi i zręczności (wprowadził wśród światowej 

młodzieży modę gimnastyki) i przeczytał jakie pięć lub sześć francuskich książek. Mając lat 
dwadzieścia osiem został kapitanem, czekała go wspaniała kariera. Nagle wszystko się zmie-

niło.

W owym czasie w salonach petersburskich bywała niekiedy kobieta, której do dziś nie 

zapomniano, księżna R. Mąż jej był dobrze ułożony, przyzwoity, ale nieco głupi; dzieci nie 
mieli.   Nieoczekiwanie   wyjeżdżała  za   granicę,   potem  nieoczekiwanie   wracała   do  Rosji,   w 

ogóle   wiodła   dziwny   tryb   życia.   Uchodziła   za   lekkomyślną   kokietkę,   uwielbiała   wszelkie 
rozrywki,   tańczyła   do   upadłego,   śmiała   się   i   żartowała   z   młodymi   ludźmi,   których 

przyjmowała   przed   obiadem   w   półmroku   salonu,   nocami   zaś   płakała   i   modliła   się,   nie 
znajdując w niczym ukojenia; często do białego dnia krążyła po pokoju, w udręce załamując 

dłonie; albo też blada, zziębnięta, przesiadywała nad psałterzem. Nadchodził dzień i księżna 
znów stawała się światową damą, znów jeździła z wizytami, śmiała się, gawędziła i gotowa 

była z radością powitać wszystko, co mogłoby dać jej najmniejszą choćby przyjemność. Była 
cudownie zbudowana; złoty i jak złoto ciężki warkocz spadał niżej kolan, ale pięknością nikt 

by jej nie nazwał; w całej jej twarzy piękne były tylko oczy, a nawet może nie same oczy - 
niewielkie i szare - ale ich spojrzenie, bystre i głębokie, beztrosko zuchwałe, pełne smutnej 

zadumy, zagadkowe. Lśniło w nich coś niezwykłego, nawet wtedy, gdy paplała najbardziej 
błahe rzeczy. Ubierała się w sposób wyszukany. Paweł Pietrowicz spotkał ją na jakimś balu, 

przetańczył z nią mazura, podczas którego nie powiedziała ani jednego rozsądnego słowa, i 
zakochał się w niej bez pamięci. Jako człowiek przywykły do triumfów, szybko osiągnął cel; 

ale   łatwość   zwycięstwa   nie   zgasiła   jego   zapałów.   Przeciwnie:   jeszcze   mocniej,   jeszcze 

background image

namiętniej przywiązał się do tej kobiety, która nawet wtedy, gdy oddawała się całkowicie, 
pozostawała tajemnicza, niedostępna i nieprzenikniona. Bóg tylko wie, co kryło się w jej 

duszy!   Można   by   pomyśleć,   że   znajduje   się   we   władzy   jakichś   tajemnych,  jej   samej   nie 
znanych   sił;   była   igraszką   tych   sił;   jej   niewielki   rozum   nie   mógł   sobie   dać   rady   z   ich 

kaprysami. Całe zachowanie się księżnej było pasmem sprzeczności; jedyne listy, które mo-
głyby wzbudzić słuszne podejrzenia męża, napisała do człowieka prawie obcego, a w miłości 

jej dźwięczał ton smutku: nie śmiała się już i nie żartowała z tym, kogo wybrała; słuchała go i 
patrzyła   na   niego   ze   zdumieniem.   Niekiedy,   przeważnie   nieoczekiwanie,   to   zdumienie 

ustępowało miejsca zgrozie; wtedy wyraz jej twarzy stawał się martwy i dziki; zamykała się w 
swojej   sypialni   i   pokojówka   przyłożywszy   ucho   do   zamka   mogła   usłyszeć   jej   głuche 

szlochanie. Nieraz wracając do domu po czułym spotkaniu, Kirsanow czuł ową rozdzierającą 
i gorzką rozpacz, która ogarnia serce po zupełnej klęsce. „Czegóż jeszcze chcę?" - pytał sam 

siebie, a w sercu wciąż miał rozpacz. Kiedyś podarował jej pierścień z wyrytym w kamieniu 
sfinksem.

- Cóż to? - zapytała. - Sfinks?
- Tak - odpowiedział - a tym sfinksem jest pani.

- Ja? - zapytała znów, powoli podnosząc na niego swoje zagadkowe spojrzenie. - Wie 

pan, że to bardzo pochlebne - dodała z lekkim uśmieszkiem, a jej oczy patrzyły wciąż tak 

samo dziwnie.

Paweł  Pietrowicz  czuł  się przygnębiony  nawet wtedy,  gdy księżna R.  kochała  go, ale 

kiedy   uczucia   jej   ochłodły,   a   stało   się   to   dość   szybko,   bliski   był   pomieszania   zmysłów. 
Dręczył się, był zazdrosny, nie dawał jej spokoju, włóczył się za nią wszędzie. Miała tego 

dosyć   i   wyjechała   za   granicę.   Paweł   Pietrowicz   podał   się   do   dymisji   i   nie   zważając   na 
błagania przyjaciół oraz perswazje przełożonych, pojechał za księżną; spędził cztery lata na 

obczyźnie, to ścigając ją, to znów umyślnie tracąc z oczu; wstydził się sam siebie, oburzała go 
własna małoduszność... ale nic nie pomagało. Jej obraz, niepojęty, prawie niedorzeczny, ale 

czarowny, zbyt głęboko zapadł mu w serce. W Baden zbliżył się do niej znowu jak dawniej; 
zdawało się, że nigdy jeszcze tak namiętnie go nie kochała... ale po miesiącu wszystko się 

skończyło: płomień wybuchnął po raz ostatni i zgasł na zawsze. Przeczuwając nieuniknione 
rozstanie, chciał przynajmniej zostać jej przyjacielem, jak gdyby mogła istnieć przyjaźń z 

taką   kobietą...   Ukradkiem   wyjechała   z   Baden   i   odtąd   stale   unikała   Kirsanowa.   Paweł 
Pietrowicz wrócił do Rosji, próbował żyć po dawnemu, ale nie potrafił już wdrożyć się w to 

dawne życie. Jak struty włóczył się z miejsca na miejsce; bywał jeszcze w salonach, zachował 
wszystkie   przyzwyczajenia   człowieka   światowego,   mógłby   pochwalić   się   dwoma,   trzema 

background image

nowymi triumfami; lecz nie spodziewał się już niczego szczególnego ani po sobie, ani po 
innych, i nic nie przedsiębrał. Zestarzał się, posiwiał; przesiadywanie wieczorami w klubie, 

gorzka nuda, beznamiętne dyskusje w męskim towarzystwie stały się dla niego potrzebą, co, 
jak wiadomo, jest złym znakiem. O małżeństwie oczywiście ani myślał. Tak minęło dziesięć 

lat bezbarwnie, bezowocnie i szybko, straszliwie szybko. Nigdzie czas nie upływa tak szybko 
jak w Rosji; powiadają, że w więzieniu upływa jeszcze szybciej. Pewnego dnia, siedząc w 

klubie przy obiedzie, Paweł Pietrowicz dowiedział się o śmierci księżnej R. Zmarła w Paryżu, 
bliska obłędu. Kirsanow wstał od stołu i długo krążył po salach klubowych, zatrzymując się 

jak wryty obok grających w karty; ale do domu nie wrócił wcześniej niż zwykle. Po niejakim 
czasie otrzymał pakiecik zaadresowany na jego nazwisko: znajdował się w nim pierścień, 

który dał ongi księżnie. Na sfinksie nakreśliła znak krzyża i kazała mu powiedzieć, że krzyż 
stanowi rozwiązanie zagadki.

Zdarzyło się to na początku 1848 roku, w tym samym czasie, kiedy Mikołaj Pietrowicz po 

śmierci żony przyjeżdżał do Petersburga. Paweł Pietrowicz prawie nie widywał się z bratem 

od chwili, gdy ów osiadł na wsi. Ślub Mikołaja Pietrowicza przypadł na początek znajomości 
Pawła Pietrowicza z księżną. Po powrocie z zagranicy Paweł pojechał do niego, mając zamiar 

spędzić na wsi ze dwa miesiące i nacieszyć się szczęściem brata, ale pozostał tylko tydzień. 
Różnica sytuacji obu braci była zbyt wielka. W 1848 roku ta różnica się zmniejszyła: Mikołaj 

stracił żonę, Paweł swoje wspomnienia; po śmierci księżnej starał się o niej nie myśleć. Ale 
Mikołajowi pozostała świadomość dobrze spędzonego życia, syn rósł na jego oczach; Paweł 

natomiast, samotny kawaler, wstępował w ów niejasny, mroczny okres życia, pełen żalów 
podobnych do nadziei, nadziei podobnych do żalów, kiedy młodość już minęła, a starość 

jeszcze nie nadeszła.

Ten okres dla Pawła Pietrowicza był trudniejszy niż dla kogokolwiek innego: straciwszy 

przeszłość, stracił wszystko.

- Nie proszę cię teraz do Mariina - powiedział mu kiedyś Mikołaj Pietrowicz (nazwał tak 

swoją wieś na cześć żony). - Nudziłeś się tam jeszcze za życia nieboszczki, a teraz zanudzisz 
się chyba na śmierć.

- Wtedy byłem głupi i zaprzątnięty marnościami świata - odrzekł Paweł Pietrowicz - ale 

od tamtego czasu ustatkowałem się, jeśli nie stałem się mądrzejszy. Teraz, gdybyś pozwolił, 

gotów byłbym zamieszkać u ciebie na zawsze.

Zamiast odpowiedzi Mikołaj uścisnął go; ale półtora roku minęło od tej rozmowy, zanim 

Paweł   zdecydował   się   wprowadzić   w   życie   swój   zamiar.   Osiadłszy   wreszcie   na   wsi,   nie 
opuszczał   jej   nawet   w   ciągu   owych   trzech   zim,   które   Mikołaj   Pietrowicz   spędził   w 

background image

Petersburgu z synem. Zaczął czytać, przeważnie po angielsku; całe swe życie zorganizował na 
modłę angielską, rzadko widywał się z sąsiadami i jeździł wyłącznie na zebrania wyborcze, 

gdzie   przeważnie   milczał,   niekiedy   tylko   drażniąc   i   przerażając   ziemian   starego   pokroju 
liberalnymi konceptami, lecz nie zbliżając się do przedstawicieli nowego pokolenia. Jedni i 

drudzy mieli go za pyszałka; jedni i drudzy szanowali go za nieskazitelne arystokratyczne 
maniery,   za   pogłoski   o  jego   triumfach;   za   to,   że   świetnie   się   ubierał   i   zawsze   stawał   w 

najlepszym pokoju najlepszego hotelu; za to, że w ogóle jadał  wyborne obiady, a kiedyś 
nawet jadł obiad z Wellingtonem u Ludwika Filipa; za to, że wszędzie woził ze sobą neseser 

ze   srebrnymi   przyborami   i   podróżną   wannę;   za   to,   że   pachniał   zawsze   jakimiś 
nadzwyczajnymi,   niezwykle   „szlachetnymi"   perfumami;  za   to,  że   po  mistrzowsku   grał  w 

wista   i   zawsze   przegrywał;   wreszcie   szanowali   go   za   nieposzlakowaną   uczciwość.   Panie 
uważały go za czarującego melancholika, ale on nie zadawał się z paniami...

- Widzisz więc, Eugeniuszu - rzekł Arkadiusz kończąc opowiadanie - jak niesprawiedliwe 

są  twoje mniemania  o stryju! Nie mówię już  o tym,  że  nie tylko nieraz  wyciągał  ojca  z 

kłopotów, oddawał mu wszystkie swoje pieniądze - może nie wiesz o tym, że majątek nie jest 
podzielony - ale każdemu chętnie pomoże i zawsze broni wieśniaków; mówiąc z nimi krzywi 

się wprawdzie i wącha wodę kolońską...

- Wiadomo, nerwy - przerwał Bazarow.

- Możliwe, lecz serce ma złote. I bynajmniej nie jest głupi. A jakie mi dawał pożyteczne 

rady... zwłaszcza jeśli idzie o stosunek do kobiet.

- Aha! Kto się na gorącym sparzył, ten na zimne dmucha! Znamy się na tym!
- Słowem - ciągnął dalej Arkadiusz - jest bardzo nieszczęśliwy, wierzaj mi; pogardzać 

nim byłoby grzechem.

- Któż nim pogardza? - zaoponował Bazarow. - A jednak muszę powiedzieć, że człowiek, 

który całe życie postawił na kartę miłości, a gdy ta karta przepadła, stracił wszelką energię i 
zgnuśniał do tego stopnia, że do niczego już nie jest zdolny, taki człowiek to nie mężczyzna, 

nie samiec. Powiadasz, że jest nieszczęśliwy; zapewne znasz go lepiej, ale ja uważam, że 
dziwactwo wciąż jeszcze w nim tkwi. Jestem pewien, że na serio uważa się za rozsądnego 

człowieka, ponieważ czyta tego tam „Galignani" i raz na miesiąc uwolni chłopa od chłosty.

- Pamiętaj jednak o jego wychowaniu, o czasie, w którym żył - zauważył Arkadiusz.

-   Wychowanie?   -   podchwycił   Bazarow.   -   Każdy   człowiek   sam   siebie   powinien 

wychowywać, jak ja na przykład... Jeżeli zaś mowa o czasie, czemu miałbym być od niego 

zależny? Niech raczej czas zależy ode mnie. Nie, bracie, wszystko to z pustki duchowej i 
folgowania sobie! I co tu mówić o tajemniczych stosunkach między mężczyzną i kobietą? 

background image

My,   fizjologowie,   wiemy,   co   to   za   stosunki.   Przestudiuj   sobie   anatomię   oka:   skąd   tu 
zagadkowe spojrzenie? Wszystko to romantyzm, głupstwa, zgnilizna i sztuczność. Chodźmy 

lepiej obejrzeć żuka.

I   obaj   przyjaciele   udali   się   do   pokoju   Bazarowa,   gdzie   zdążył   się   już   utrwalić   jakiś 

lekarsko - chirurgiczny zapach, pomieszany z zapachem taniego tytoniu.

background image

VIII

Paweł Pietrowicz niedługo był obecny przy rozmowie brata z rządcą, wysokim i chudym 

mężczyzną   o   słodkim,   suchotniczym   głosie   i   chytrych   oczach,   który   na   wszystkie   uwagi 
Mikołaja   Pietrowicza   odpowiadał:   „Ależ   proszę   pana,   przecież   to   wiadomo",   i   starał   się 

udowodnić,   że   chłopi   to   pijacy   i   złodzieje.   Przestawione   niedawno   na   nowe   tory 
gospodarstwo skrzypiało jak nie nasmarowane koło, trzeszczało jak meble z mokrego drzewa 

domowej roboty. Mikołaj Pietrowicz nie tracił otuchy, ale często wzdychał i zamyślał się: 
czuł, że bez pieniędzy nie poradzi sobie, wszystkie zaś prawie pieniądze już wydał. Arkadiusz 

powiedział prawdę: Paweł Pietrowicz niejednokrotnie pomagał bratu; nieraz widząc, jak brat 
borykał   się   i   łamał   sobie   głowę   szukając   jakiegoś   wyjścia,   Paweł   Pietrowicz   powoli 

podchodził do okna i wsunąwszy ręce w kieszenie bąkał  przez zęby:  „Mais je puis vous 
donner de l'argent"

8

  - i dawał mu pieniądze; tego jednak dnia sam nic nie miał i wolał 

odejść. Gospodarskie kłopoty przyprawiały go o nudę; przy tym ciągle mu się zdawało, że 
Mikołaj Pietrowicz mimo swego zapału i pracowitości bierze się do rzeczy nie tak, jak by 

należało; nie potrafiłby mu jednak wskazać, na czym polegają jego błędy. „Brat mój nie jest 
dość   praktyczny   -   myślał   -   oszukują   go."   Mikołaj   Pietrowicz   miał   natomiast   wysoce 

pochlebne mniemanie o praktyczności Pawła Pietrowicza i zawsze pytał go o radę. „Jestem 
człowiekiem miękkim, słabym, życie spędziłem na odludziu - mawiał - ty zaś nie na próżno 

wiele przebywałeś z ludźmi i znasz ich dobrze: masz sokole oko." W odpowiedzi na te słowa 
Paweł Pietrowicz tylko odwracał głowę, ale nie prostował opinii brata.

Zostawiwszy Mikołaja w gabinecie, Paweł Pietrowicz wyszedł na korytarz oddzielający 

frontową część domu od tylnej i zbliżywszy się do niskich drzwi przystanął w zamyśleniu, 

podkręcił wąsa i zastukał.

- Kto tam? Proszę wejść - rozległ się głos Fieniczki.

- To ja - powiedział Paweł Pietrowicz i otworzył drzwi.
Fieniczka   zerwała   się   z   krzesła,   na   którym   siedziała   trzymając   dziecko,   i   oddała   je 

dziewczynie; ta natychmiast wyniosła je z pokoju, a Fieniczka szybko poprawiła chusteczkę.

-   Proszę   mi   wybaczyć,   że   przeszkodziłem   -   zaczął   Paweł   Pietrowicz   nie   patrząc   na 

Fieniczkę. - Chciałem tylko panią poprosić... Zdaje się, że dzisiaj jadą do miasta... Niech pani 
poleci kupić dla mnie zielonej herbaty.

- Słucham - odpowiedziała Fieniczka. - Ile pan każe kupić?
- Myślę, że pół funta będzie dosyć. A u pani tutaj zmiany - powiedział rozglądając się 

wokół; jego spojrzenie zatrzymało się chwilę na twarzy Fieniczki. - Firanki - dodał widząc, że 

8 Przecież mogę dać ci pieniędzy.

background image

go nie rozumie.

- Tak, firanki; od Mikołaja Pietrowicza; ale dawno już wiszą.

- Dawno też u pani nie byłem. Bardzo tu teraz ładnie.
- Z łaski Mikołaja Pietrowicza - szepnęła Fieniczka.

- Lepiej pani tutaj niż w oficynie? - zapytał Paweł Pietrowicz uprzejmie, ale bez cienia 

uśmiechu.

- O, tak, lepiej.
- Któż teraz mieszka na pani miejscu?

- Teraz są tam praczki.
- A!

Paweł Pietrowicz umilkł. „Teraz sobie pójdzie" - myślała Fieniczka; ale nie wychodził, 

ona zaś stała przed nim jak wryta, z lekka przebierając palcami.

-   Dlaczego   kazała   pani   wynieść   małego?   -   spytał   wreszcie   Paweł   Pietrowicz.   -  Lubię 

dzieci: proszę mi go pokazać.

Fieniczka zarumieniła się z zakłopotania i radości. Lękała się Pawła Pietrowicza: prawie 

nigdy z nią nie rozmawiał.

- Duniasza - zawołała - proszę przynieść Mitię. (Fieniczka do nikogo w domu nie mówiła 

ty.) Albo nie, trzeba mu włożyć sukienkę.

Skierowała się ku drzwiom.
- Przecież to wszystko jedno - zauważył Paweł Pietrowicz.

- Zaraz wrócę - odpowiedziała Fieniczka i szybko wyszła.
Paweł   Pietrowicz   został   sam   i   tym   razem   ze   szczególną   uwagą   rozejrzał   się   dokoła. 

Niewielki, niski pokoik, w którym się znajdował, był bardzo czysty i przytulny. Pachniało tu 
świeżo pomalowaną podłogą, rumiankiem i melisą. Pod ścianami stały krzesła z oparciami w 

kształcie lir; kupił je jeszcze nieboszczyk generał, w Polsce, podczas kampanii; w jednym z 
kątów stało łóżeczko z muślinową zasłoną, obok okuta skrzynia z półokrągłym wiekiem. W 

przeciwległym   kącie   paliła   się   lampka   przed   wielkim,   ciemnym   obrazem   Mikołaja 
Cudotwórcy;   maleńkie   porcelanowe   jajeczko   na   czerwonej   wstążeczce   wisiało   na   piersi 

świętego,   przyczepione   do   aureoli;   na   oknach   mieniły   się   zielonym   blaskiem   starannie 
zawiązane   słoiki   z   zeszłorocznymi   konfiturami;   Fieniczka   wielkimi   literami   wypisała   na 

papierowych   pokrywkach   angrest.   Mikołaj   Pietrowicz   szczególnie   lubił   te   konfitury.   Pod 
sufitem, na długim sznurku, wisiała klatka z czyżykiem o krótkim ogonku; ptak nieustannie 

świergotał  i skakał,  a klatka  wciąż kołysała  się i drżała; ziarna konopi z lekkim stukiem 
spadały na podłogę. W niszy, nad niewielką komodą, wisiały dość liche fotografie Mikołaja 

background image

Pietrowicza   w   rozmaitych   pozach,   zrobione   przez   wędrownego   artystę;   tam   też   wisiała 
fotografia Fieniczki, zupełnie nieudana: jakaś twarz bez oczu wymuszenie uśmiechała się w 

ciemnej   ramce,   nic   więcej   nie   można   było   dostrzec;   a   nad   Fieniczką   spod   jedwabnego 
pantofelka na szpilki, który spadał mu akurat na czoło, Jermołow w burce groźnie spoglądał 

na dalekie góry Kaukazu.

Minęło   jakie   pięć   minut;   w   sąsiednim   pokoju   słychać   było   szelest   i   szepty.   Paweł 

Pietrowicz wziął z komody zatłuszczony i podarty tom  Strzelców  Masalskiego, przewrócił 
kilka   stronic...   Drzwi   otworzyły   się   i   weszła   Fieniczka   z   Mitią   na   rękach.   Ubrała   go   w 

czerwoną koszulkę z galonem na kołnierzu, przyczesała mu włoski i otarła twarz; oddychał 
ciężko, podrywał się całym ciałem i machał rączkami, jak to robią wszystkie zdrowe dzieci; 

ale   strojna   koszulka   widocznie   na   niego   podziałała:   jego   tłuściutkie   ciałko   tchnęło 
zadowoleniem.   Fieniczka   doprowadziła   też   do   ładu   swoje   włosy   i   poprawiła   chusteczkę; 

mogła   jednak   tego   nie   robić.   Doprawdy,   czy   może   być   coś   bardziej   zachwycającego   niż 
urodziwa młoda matka ze zdrowym dzieckiem na rękach?

-   Ale   zuch!   -  łaskawie  powiedział   Paweł   Pietrowicz   i   końcem  długiego   paznokcia   na 

wskazującym palcu połaskotał Mitię w podwójny podbródek; dziecko spojrzało na czyżyka i 

roześmiało się.

- To stryj - rzekła Fieniczka pochylając się nad nim i lekko go potrząsając, podczas gdy 

Duniasza cichutko postawiła na oknie zapaloną trociczkę podłożywszy pod nią grosz.

- Ile sobie liczy miesięcy? - zapytał Paweł Pietrowicz.

- Sześć; niedługo siódmy zacznie, jedenastego.
- Czy aby nie ósmy, Fiedosjo Nikołajewno? - nieśmiało wtrąciła Duniasza.

- Nie, siódmy, co znowu! - Dziecko znów się zaśmiało, spojrzało na skrzynię i nagle całą 

rączką chwyciło matkę za nos i usta. - Pieszczoch! - rzekła Fieniczka nie odsuwając twarzy.

- Podobny do brata - zauważył Paweł Pietrowicz.
„Do kogóż ma być podobny?" - pomyślała Fieniczka.

-   Tak   -   ciągnął   Paweł   Pietrowicz,   jakby   rozmawiając   ze   sobą.   -   Niewątpliwe 

podobieństwo.

Uważnie, prawie ze smutkiem spojrzał na Fieniczkę.
- To stryj - powtórzyła, ale już szeptem.

- Ach, Paweł! Jesteś tu! - rozległ się nagle głos Mikołaja Piętrowicza.
Paweł  Pietrowicz  szybko odwrócił  się i zachmurzył;  lecz  brat spoglądał  na  niego tak 

radośnie i z taką wdzięcznością, że musiał odpowiedzieć mu uśmiechem.

- Wspaniały smyk - rzekł i spojrzał na zegarek. - Wstąpiłem tu w sprawie herbaty.

background image

I przybrawszy obojętny wyraz twarzy Paweł Pietrowicz zaraz wyszedł z pokoju.
- Sam tak przyszedł? - zapytał Fieniczkę Mikołaj Pietrowicz.

- Sam; zastukał i wszedł.
- Arkasza więcej u ciebie nie był?

- Nie. Czy nie powinnam przeprowadzić się do oficyny?
- A to dlaczego?

- Myślę, że na początek tak będzie lepiej.
-   N...   nie   -   powiedział   jąkając   się   Mikołaj   Pietrowicz   i   potarł   czoło.   -   Trzeba   było 

przedtem... Jak się masz, bąku - rzekł z nagłym ożywieniem i zbliżywszy się do dziecka 
pocałował je w policzek; potem schylił się nieco i dotknął ustami ręki Fieniczki, bielejącej jak 

mleko na tle czerwonej koszulki Miti.

- Mikołaju Pietrowiczu! Co też pan?... - wyszeptała i spuściła oczy, a potem wolno je 

podniosła... Oczy te miały cudowny wyraz, kiedy patrzyła jak gdyby ukradkiem, uśmiechając 
się tkliwie i trochę głupiutko.

Mikołaj Pietrowicz poznał Fieniczkę w następujący sposób: pewnego razu, przed trzema 

laty,   wypadło   mu   zanocować   w   zajeździe   w   odległym   mieście   powiatowym.   Przyjemnie 

zdziwiła   go   czystość   pokoju,   świeżość   bielizny   pościelowej.   „Chyba   Niemka   jest   tu 
gospodynią?"   -   przyszło   mu   na   myśl.   Ale   gospodynią   była   Rosjanka,   kobieta   około 

pięćdziesiątki,   schludnie   ubrana,   o   przyjemnej,   rozumnej   twarzy   i   statecznej   mowie. 
Rozmawiał z nią przy herbacie, bardzo mu się spodobała. W owym czasie Mikołaj Pietrowicz 

dopiero co przeprowadził się do nowego domu i nie chcąc mieć przy sobie ludzi poddanych, 
szukał najemnych; gospodyni ze swej strony skarżyła się na niewielką liczbę podróżnych, na 

ciężkie czasy; zaofiarował jej u siebie pracę klucznicy; zgodziła się. Mąż jej dawno umarł 
zostawiając   jedną   tylko  córkę,   Fieniczkę.   Po  dwóch   tygodniach   Arina   Sawiszna   (tak   na-

zywała się nowa klucznica) przyjechała wraz z córką do Mariina i zamieszkała w oficynie. 
Wybór  Mikołaja  Pietrowicza   okazał   się trafny.  Arina  zaprowadziła  w domu porządek.  O 

Fieniczce,  która wówczas  skończyła  już siedemnaście  lat,  nikt nie mówił i rzadko  kto ją 
widywał:   żyła   cichutko,   skromnie   i   tylko   w   niedzielę,   w   parafialnej   cerkwi,   Mikołaj 

Pietrowicz dostrzegał gdzieś z boku jej delikatny profil. Tak minął z górą rok.

Pewnego   ranka   Arina   zjawiła   się   w   jego   gabinecie,   jak   zwykle   nisko   się   pokłoniła   i 

zapytała,   czy   nie   mógłby   pomóc   jej   córce,   której   wpadła   do   oka   iskra   z   pieca.   Mikołaj 
Pietrowicz, jak wszyscy domatorzy wiejscy, zajmował się leczeniem i miał nawet apteczkę 

homeopatyczną. Zaraz też kazał Arinie przyprowadzić chorą. Fieniczka dowiedziawszy się, 
że pan ją wzywa, zlękła się bardzo, poszła jednak za matką. Mikołaj Pietrowicz podprowadził 

background image

ją do okna i ujął w obie ręce jej głowę. Starannie obejrzał zaczerwienione i rozpalone oko, 
zaordynował  okłady, które sam zaraz  przygotował,  i podarłszy swą chustkę, pokazał,  jak 

należy je robić. Fieniczka wysłuchała go i chciała odejść. - Pocałujże pana w rękę, głupia - 
powiedziała Arina. Mikołaj Pietrowicz nie podał jej ręki do ucałowania i zmieszany, sam 

pocałował   ją   w   przedziałek   na   pochylonej   głowie.   Oko   Fieniczki   szybko   się   zagoiło;   ale 
wrażenie, które wywarła na Mikołaju Pietrowiczu, nie minęło tak szybko. Wciąż marzyła mu 

się  jej czysta,  delikatna,  trwożnie   wzniesiona  do góry twarz;  czuł   pod swymi  dłońmi  jej 
miękkie włosy, widział niewinne, lekko rozchylone usta, spoza których migotały w słońcu 

wilgotne, perłowe ząbki. Zaczął teraz patrzeć na nią w cerkwi z wielką uwagą, próbował 
nawiązać rozmowę. Z początku stroniła od niego i kiedyś, pod wieczór, gdy go spotkała na 

wąskiej ścieżynce wydeptanej wśród żyta, weszła w wysokie, gęste zboże, zarosłe piołunem i 
bławatkami,  byle tylko jej nie zauważył.  Mikołaj Pietrowicz  dostrzegł jej główkę poprzez 

złotą siatkę kłosów, spoza której wyglądała niby zwierzątko, i zawołał dobrotliwie:

- Dzień dobry, Fieniczka! Nie gryzę przecież.

- Dzień dobry panu - wyszeptała nie opuszczając swojej kryjówki.
Powoli   zaczęła   do   niego   przywykać,   lecz   wciąż   jeszcze   była   onieśmielona   w   jego 

obecności; nagle matka jej, Arina, zmarła na cholerę. Cóż miała z sobą począć Fieniczka? Po 
matce odziedziczyła zamiłowanie do porządku, rozsądek i stateczność; ale była taka młoda, 

taka samotna, a Mikołaj Pietrowicz taki dobry i skromny... Reszty dopowiadać nie trzeba...

- A więc brat jednak wstąpił do ciebie? - pytał Mikołaj Pietrowicz. - Zastukał i wszedł?

- Tak.
- No, to dobrze. Daj, pohuśtam Mitię.

I Mikołaj Pietrowicz zaczął go podrzucać prawie do sufitu ku wielkiemu zadowoleniu 

maleństwa,   a   niemałemu   przerażeniu   matki,   która   za   każdym   razem   wyciągała   ręce   do 

odsłoniętych nóżek dziecka.

Paweł Pietrowicz wrócił do swego wykwintnego gabinetu o pięknych szaroniebieskich 

obiciach, gdzie na barwnym perskim dywanie wisiała broń, gdzie stały orzechowe meble, 
obite   ciemnozieloną   trypą,   biblioteka  renaissance  ze   starego   czarnego   dębu,   wspaniałe 

biurko z pięknymi statuetkami z brązu, kominek... Rzucił się na kanapę, założył ręce pod 
głowę   i   leżał   nieruchomo   z   rozpaczą   prawie   patrząc   w   sufit.   Może   chciał   ukryć   przed 

ścianami wyraz swej twarzy, może powodowało nim co innego, dość, że wstał, zaciągnął 
ciężkie zasłony na oknach i znowu rzucił się na kanapę.

background image

IX

Tego samego dnia również i Bazarow zapoznał się z Fieniczką. Chodził z Arkadiuszem po 

ogrodzie i tłumaczył mu, dlaczego nie przyjęły się niektóre drzewa, a zwłaszcza dębczaki.

- Trzeba tu sadzić srebrne topole, świerki, lipy, dodawszy najpierw czarnoziemu. Altanka 

wyrosła doskonale - dodał - bo akacja i bez to poczciwe rośliny, nie wymagające pielęgnacji. 
O! ale tutaj ktoś jest!

W   altance   siedziała   Fieniczka   z   Duniaszą   i   Mitią.   Bazarow   zatrzymał   się.   Arkadiusz 

skinął głową Fieniczce jak stary znajomy.

- Któż to? - zapytał Bazarow, gdy tylko minęli altankę. - Jaka ładna.
- O kim mówisz?

- Wiadomo o kim: jedna tu tylko jest ładna.
Arkadiusz z pewnym zakłopotaniem wyjaśnił mu krótko, kim jest Fieniczka.

- Aha! - rzekł Bazarow. - Widzę, że twój ojciec zna się na rzeczy. Podoba mi się twój 

ojciec, ani słowa. Zuch z niego! Trzeba jednak zawrzeć znajomość - dodał i skierował się z 

powrotem ku altance.

- Eugeniuszu! - z przestrachem krzyknął Arkadiusz. - Ostrożnie, na miłość boską!

- Bądź spokojny - rzekł Bazarow. - Obycia nam nie brak, ludzie my w świecie bywali.
Zbliżywszy się do Fieniczki zdjął czapkę.

- Pozwoli pani, że się przedstawię - zaczął z uprzejmym ukłonem. - Jestem przyjacielem 

Arkadiusza Nikołajewicza, człowiek ze mnie spokojny.

Fieniczka wstała z ławeczki i patrzyła na niego w milczeniu.
- Jakie śliczne dziecko! - ciągnął dalej Bazarow. - Niech się pani nie obawia, na nikogo 

jeszcze nie rzuciłem uroku. Czemu on ma takie czerwone policzki? Ząbki mu się wyrzynają?

- Tak - rzekła Fieniczka - ma już cztery ząbki i teraz znowu puchną mu dziąsła.

- Proszę pokazać... Niech się pani nie boi, jestem doktorem.
Bazarow wziął na ręce dziecko, które ku wielkiemu zdziwieniu Fieniczki i Duniaszy nie 

przestraszyło się i wcale się nie opierało.

- Widzę, widzę... To nic, wszystko w porządku: będzie miał mocne zęby. Gdyby się coś 

stało, zechce mi pani powiedzieć. A pani sama czuje się dobrze?

- Dobrze, Bogu dzięki.

- Bogu dzięki - to najważniejsze. A pani? - dodał Bazarow zwracając się do Duniaszy.
Duniaszą,   zazwyczaj   bardzo   poważna   na   pokojach,   ale   skłonna   do   żartów,   ledwo 

opuszczała ich progi, w odpowiedzi parsknęła śmiechem.

background image

- No, to doskonale. Proszę wziąć tego zucha.
Fieniczka wzięła dziecko na ręce.

- Jaki był cichutki, kiedy go pan trzymał - powiedziała półgłosem.
- Wszystkie dzieci są przy mnie cichutkie - odrzekł Bazarow - mam na to sposób.

- Dzieci czują, kto je lubi - zauważyła Duniaszą.
- To prawda - potwierdziła Fieniczka. - Mitia za nic do obcego nie pójdzie.

- A do mnie pójdzie? - zapytał Arkadiusz, który poczekawszy chwilę w pewnej odległości, 

zbliżył się do altanki.

Zaczął zachęcać Mitię, ale dziecko odwróciło główkę i zapiszczało, co wprawiło Fieniczkę 

w wielkie zakłopotanie.

- Innym razem, kiedy się przyzwyczai - wyrozumiale rzekł Arkadiusz i obaj przyjaciele 

odeszli.

- Jakże ona się nazywa? - zapytał Bazarow.
- Fieniczka... Fiedosja - odpowiedział Arkadiusz.

- A po ojcu? Trzeba to także wiedzieć.
- Nikołajewna.

Bene. Podoba mi się, że jest niezbyt płochliwa. Kto inny zresztą potępiłby tę cechę. Cóż 

za głupstwa! Dlaczego miałaby się płoszyć? Jest matką, nic jej nie można zarzucić.

- Jej nic nie można zarzucić - zauważył Arkadiusz - ale mój ojciec...
- I on jest w porządku - przerwał Bazarow.

- No, nie uważam.
- Zapewne nie bardzo nam odpowiada drugi spadkobierca?

-  Jak   ci  nie  wstyd  posądzać   mnie  o  takie  myśli  -  gorąco  zaprotestował  Arkadiusz.  - 

Bynajmniej nie dlatego ojciec nie jest w porządku; moim zdaniem powinien się z nią ożenić.

- Ho, ho! - spokojnie rzekł Bazarow. - Tacy to jesteśmy wspaniałomyślni! Przypisujesz 

znaczenie małżeństwu? Nie spodziewałem się tego po tobie.

Przyjaciele przeszli kilka kroków w milczeniu.
-   Widziałem   gospodarstwo   twego  ojca   -   zaczął   znowu   Bazarow.   -  Bydło   liche,   konie 

podbite. Budynki także zapuszczone, robotnicy wyglądają na skończonych leniów, rządca zaś 
to albo głupiec, albo oszust, jeszcze nie wiem dokładnie.

- Ależ surowy jesteś dzisiaj, Eugeniuszu.
-   I   poczciwi   chłopkowie   niewątpliwie   wystrychną   twego   ojca   na   dudka.   Znasz 

powiedzonko: „Rosyjski chłop Pana Boga pożre.”

-   Zaczynam   zgadzać   się  ze   stryjkiem   -  zauważył   Arkadiusz   -   masz  zdecydowanie   złe 

background image

zdanie o Rosjanach.

-  Wielkie  rzeczy!  To  tylko  dobre w Rosjaninie,  że  ma  o  sobie  najgorsze  mniemanie. 

Ważne jest tylko, że dwa razy dwa to cztery, a reszta głupstwo.

- I natura też głupstwo? - spytał Arkadiusz, w zamyśleniu patrząc na różnobarwne pola w 

oddali, pięknie oświetlone łagodnymi promieniami zachodzącego już słońca.

-   I   natura   też   głupstwo   w   tym   znaczeniu,   w   jakim   ty   ją   rozumiesz.   Natura   nie   jest 

świątynią, ale warsztatem, gdzie pracuje człowiek.

W tej samej chwili dobiegły ich z domu powolne dźwięki wiolonczeli. Ktoś z uczuciem, 

choć niewprawną ręką grał Oczekiwanie Schuberta; słodka jak miód melodia rozlewała się w 
powietrzu.

- A to co? - spytał ze zdumieniem Bazarow.
- To ojciec gra.

- Twój ojciec gra na wiolonczeli?
- Tak.

- Ile twój ojciec ma lat?
- Czterdzieści cztery.

Bazarow roześmiał się nieoczekiwanie.
- Czemu się śmiejesz?

- Zlituj się! Mężczyzna w wieku lat czterdziestu czterech, pater familias, w *** powiecie, 

gra na wiolonczeli!

Bazarow   nie   przestawał   śmiać   się,   lecz   Arkadiusz,   jakkolwiek   otaczał   czcią   swojego 

nauczyciela, tym razem nawet się nie uśmiechnął.

background image

X

Minęły   prawie   dwa   tygodnie.   Życie   w   Mariinie   płynęło   swoim   trybem:   Arkadiusz 

próżnował,   Bazarow   zajęty   był   pracą.   Wszyscy   w   domu   przywykli   do   niego,   do   jego 
niedbałych manier, lakonicznych i urywkowych wypowiedzi. Fieniczka zwłaszcza tak się z 

nim   oswoiła,   że   kiedyś   nocą   kazała   go   obudzić,   gdy   Mitia   dostał   konwulsji.   Bazarow 
przyszedł i jak zawsze, na wpół żartując, na wpół ziewając, spędził u niej dwie godziny i 

pomógł dziecku. Natomiast Paweł Pietrowicz z całej duszy znienawidził Bazarowa: uważał go 
za pyszałka, impertynenta, cynika, plebejusza; podejrzewał, że Bazarow go nie szanuje, że 

bez   mała   gardzi   nim  -  Pawłem  Kirsanowem!   Mikołaj   Pietrowicz   trochę  się  bał   młodego 
„nihilisty"   i   powątpiewał,   czy   jego   wpływ   na   Arkadiusza   jest   korzystny;   ale   chętnie   go 

słuchał, chętnie przypatrywał się jego fizycznym czy chemicznym doświadczeniom. Bazarow 
przywiózł   ze   sobą   mikroskop   i   spędzał   nad   nim   całe   godziny.   Służba   także   polubiła 

Bazarowa, chociaż sobie z niej pokpiwał: czuli, że to przecież swój człowiek, a nie żaden pan. 
Duniasza   chętnie   z   nim   żartowała   i   ukradkiem   rzucała   na   niego   wymowne   spojrzenia, 

przebiegając   obok   jak   przepióreczka;   nawet   Piotr,   człowiek   w   najwyższym   stopniu 
samolubny i głupi, wiecznie naburmuszony, Piotr, którego wszystkie zalety polegały na tym, 

że z wyglądu sprawiał wrażenie uprzejmego, potrafił sylabizować i często czyścił szczotką 
swój surducik - otóż nawet Piotr uśmiechał się i promieniał, gdy Bazarow zwracał na niego 

uwagę; dworscy chłopcy biegali za „dochtorem" jak pieski. Tylko stary Prokoficz nie lubił go 
i z ponurą miną usługiwał mu przy stole; nazywał go „hyclem" i „chłystkiem" i zapewniał, że 

ze   swymi   faworytami   wygląda   jak   świnia   w   krzakach.   Prokoficz   na   swój   sposób   był 
arystokratą, nie gorszym niż Paweł Pietrowicz.

Nadeszły najpiękniejsze dni w roku, pierwsze dni czerwca. Pogoda była wspaniała. Co 

prawda, z daleka groziła znów cholera, ale mieszkańcy *** guberni zdążyli już przywyknąć 

do jej odwiedzin. Bazarow wstawał bardzo wcześnie i szedł dwie lub trzy wiorsty, nie na 
spacer - nie znosił przechadzek bez celu - lecz by zbierać zioła i owady. Niekiedy zabierał ze 

sobą   Arkadiusza.   W   drodze   powrotnej   wywiązywała   się   zazwyczaj   dyskusja   i   Arkadiusz 
wychodził z niej przeważnie pokonany, chociaż mówił więcej niż jego towarzysz.

Pewnego razu jakoś długo nie wracali; Mikołaj Pietrowicz wyruszył na ich spotkanie do 

ogrodu; zbliżywszy się do altanki usłyszał nagle szybkie kroki i głosy obu młodzieńców. Szli 

po drugiej stronie i nie mogli go widzieć.

- Nie dość znasz mojego ojca - mówił Arkadiusz.

Mikołaj Pietrowicz przyczaił się.

background image

- Poczciwiec z niego - rzekł Bazarow - ale to człowiek poza nurtem życia, nie ma już nic 

do powiedzenia.

Mikołaj Pietrowicz nastawił ucha... Arkadiusz nic nie odpowiadał.
„Człowiek poza nurtem życia" stał jeszcze kilka chwil i powoli powlókł się do domu.

- Onegdaj, patrzę, czyta Puszkina - ciągnął tymczasem dalej Bazarow. - Wytłumacz mu, 

proszę, że to diabła warte. Przecież nie jest chłopcem: czas zostawić te głupstwa. Że też chce 

mu się być romantykiem w dzisiejszych czasach. Daj mu coś dorzecznego do czytania.

- Cóż by mu dać? - zapytał Arkadiusz.

- Myślę, że na początek Stoff und Kraft Büchnera.
- Jestem tego samego zdania - zgodził się Arkadiusz. - To książka napisana językiem 

przystępnym.

- A więc - mówił tego samego dnia Mikołaj Pietrowicz siedząc po obiedzie w gabinecie 

swego brata - zostaliśmy ludźmi poza nurtem życia, nie mamy już nic do powiedzenia. Cóż? 
Może Bazarow ma rację; ale jedno mnie boli: miałem nadzieję, że właśnie teraz zbliżę się i 

zaprzyjaźnię z Arkadiuszem, wygląda zaś na to, że ja zostałem w tyle, a on poszedł naprzód i 
nie możemy się nawzajem zrozumieć.

- W czymże on poszedł naprzód? I na czym polega ta wielka różnica między nim a nami?! 

- niecierpliwie wykrzyknął Paweł Pietrowicz. - Wszystko to wbił mu w głowę ów signor, ów 

nihilista. Nienawidzę tego lekarzyny; według mnie to po prostu szarlatan; jestem pewien, że 
niedaleko zaszedł w fizyce mimo tych wszystkich swoich żab.

- Nie, bracie, nie mów tego; Bazarow jest mądry i wykształcony.
- A ile w nim wstrętnej ambicji - przerwał znowu Paweł Pietrowicz.

- Tak - odparł Mikołaj Pietrowicz - jest ambitny. Ale to widocznie cecha niezbędna; czego 

innego natomiast nie mogę pojąć. Zdawałoby się, że robię wszystko, by nadążyć za epoką: 

dałem   chłopom   ziemię,   założyłem   fermę,   tak   że   w   całej   guberni   raczą   mnie   nazywać 
czerwonym; czytam, uczę się, w ogóle usiłuję sprostać współczesnym wymaganiom, a oni 

mówią, że nic już nie mam do powiedzenia. I wiesz, bracie, ja sam zaczynam dochodzić do 
wniosku, że to prawda.

- A to dlaczego?
- Zaraz zobaczysz. Siedzę dziś i czytam Puszkina... Bodaj że Cyganie wpadli mi w rękę... 

Nagle podchodzi do mnie Arkadiusz i milcząc, z wyrazem tkliwego współczucia na twarzy, 
łagodnie, niby dziecku, zabiera mi książkę i kładzie przede mną inną, niemiecką... Potem 

uśmiechnął się i odszedł zabierając Puszkina.

- Ach tak! Jaką książkę ci dał?

background image

- Tę oto!
I   Mikołaj   Pietrowicz   wyjął   z   tylnej   kieszeni   surduta   dziewiąte   wydanie   sławetnej 

broszury Büchnera. Paweł Pietrowicz obrócił ją w rękach.

- Hm! - mruknął. - Arkadiusz troszczy się o twoje wychowanie. Cóż, próbowałeś czytać?

- Próbowałem.
- No i co?

- Albo sam jestem głupi, albo to są wszystko brednie. Zapewne to ja jestem głupi.
- Nie zapomniałeś po niemiecku? - zapytał Paweł Pietrowicz.

- Po niemiecku rozumiem.
Paweł   Pietrowicz   znów   obrócił   książkę   w   rękach   i   z   ukosa   spojrzał   na   brata.   Obaj 

zamilkli.

- Ale, wiesz - zaczął Mikołaj Pietrowicz, widocznie pragnąc zmienić temat rozmowy - 

dostałem list od Kolazina.

- Od Matwieja Iljicza?

- Tak. Właśnie przyjechał do*** na kontrolę guberni. Został teraz wielką figurą i pisze 

mi,   że   jak   przystało   krewnym,   pragnie   zobaczyć   się   z   nami   i   zaprasza   ciebie,   mnie   i 

Arkadiusza do miasta.

- Pojedziesz? - zapytał Paweł Pietrowicz.

- Nie, a ty?
- Także nie. Warto też wlec się pięćdziesiąt wiorst! Mathieu pragnie pokazać się nam w 

całym blasku; e, do licha! Starczy mu gubernialnego kadzidła, obejdzie się bez nas. Wielka 
mi   persona,   tajny   radca!   Gdybym   dalej   służył,   gdybym   jak   głupiec   ciągnął   to   brzemię, 

byłbym teraz generałem - adiutantem. Zresztą jesteśmy ludźmi poza nurtem życia.

- Tak, bracie, czas nam chyba zamawiać trumnę i ręce skrzyżować na piersi - zauważył z 

westchnieniem Mikołaj Pietrowicz.

- No, ja się tak szybko nie poddam - zamruczał jego brat. - Przyjdzie jeszcze do starcia z 

tym medykiem, czuję to.

Do starcia doszło tego samego dnia przy wieczornej herbacie. Paweł Pietrowicz zszedł do 

salonu gotów do boju, rozdrażniony i zdecydowany na wszystko. Czekał tylko okazji, by się 
rzucić   na   wroga,   lecz   okazja   długo   się   nie   nadarzała.   Bazarow   w   ogóle   mało   mówił   w 

obecności „staruszków Kirsanowów" (tak nazywał obu braci), tego zaś wieczora był nie w 
humorze   i   w   milczeniu   wypijał   filiżankę   za   filiżanką.   Paweł   Pietrowicz   płonął   z 

niecierpliwości; wreszcie spełniły się jego pragnienia.

Rozmowa zeszła na jednego z sąsiadów.

background image

-   Łajdak,   arystokracik   -   obojętnie   zauważył   Bazarow,   który   spotykał   się   z   nim   w 

Petersburgu.

- Pozwoli pan, że go spytam - zaczął Paweł Pietrowicz i wargi mu zadrgały - czy według 

pana słowa „łajdak" i „arystokrata" oznaczają to samo?

- Powiedziałem „arystokracik" - rzekł Bazarow, leniwie popijając herbatę.
-   Tak,   właśnie;   przypuszczam   jednak,   że   pan   jest   takiego   samego   mniemania   o 

arystokratach, co i o arystokracikach. Uważam za swój obowiązek oświadczyć panu, że tego 
mniemania nie podzielam. Ośmielę się zauważyć, że wszyscy znają mnie jako człowieka libe-

ralnego   i   ceniącego   postęp;   ale   właśnie   dlatego   szanuję   arystokratów,   oczywiście 
prawdziwych.   Zechce   pan,   łaskawy   panie   (przy   tych   słowach   Bazarow   podniósł   oczy   na 

Pawła Pietrowicza), zechce pan, łaskawy panie - powtórzył z zaciętością - przypomnieć sobie 
angielskich   arystokratów.   Nie   ustępują   na   jotę   ze   swoich   praw   i   dlatego   szanują   prawa 

innych; wymagają spełnienia obowiązków w stosunku do siebie i dlatego spełniają swoje 
własne   obowiązki.   Arystokracja   przyniosła   Anglii   wolność   i   arystokracja   tę   wolność 

podtrzymuje.

- Słyszeliśmy już tę piosenkę niejednokrotnie - odparł Bazarow - lecz cóż pan chce przez 

to powiedzieć?

-   Chcę   onym   powiedzieć,   łaskawy   panie   (Paweł   Pietrowicz,   będąc   rozgniewany, 

naumyślnie mówił „ono" zamiast „to", chociaż doskonale wiedział, że gramatyka podobnych 
słów nie uznaje. To dziwactwo było spuścizną czasów Aleksandra I. Ówczesne osobistości w 

rzadkich wypadkach, kiedy mówiły językiem ojczystym, używały owego ono: bo my jesteśmy 
Rosjanie z dziada pradziada; my, wielcy panowie, możemy sobie lekceważyć szkolne reguły), 

chcę onym powiedzieć, że bez poczucia własnej godności, bez szacunku dla siebie samego - a 
w arystokracie te uczucia są rozwinięte - nie ma żadnych trwałych podstaw do budowania... 

bien public

9

... społecznego gmachu. Najważniejsza jest jednostka, łaskawy panie; jednostka 

w społeczeństwie ludzkim winna być mocna jak skała, na niej bowiem wszystko się wspiera. 

Wiem doskonale, że pan raczy uważać za śmieszne moje przyzwyczajenia, ubiór, schludność 
wreszcie, lecz wszystko to wynika z szacunku dla samego siebie, z poczucia obowiązku, tak, 

tak,   obowiązku.   Mieszkam   na   wsi,   na   odludziu,   ale   nie   zatracam   się,   szanuję   w   sobie 
człowieka.

- Za pozwoleniem, Pawle Pietrowiczu - rzekł Bazarow - ma pan dla siebie szacunek i 

siedzi pan z założonymi rękoma; jakaż z tego korzyść dla bien public! Gdyby pan siebie nie 

szanował, postępowałby pan tak samo.

9 dobro publiczne

background image

Paweł Pietrowicz zbladł.
- To zupełnie inne zagadnienie. Nie mam powodu tłumaczyć panu teraz, dlaczego siedzę 

z   założonymi   rękoma,   jak   pan   zechciał   łaskawie   się   wyrazić.   Chcę   tylko   rzec,   że 
arystokratyzm - to prinsip, w naszych zaś czasach  bez prinsipiów mogą żyć tylko ludzie 

płytcy   lub   pozbawieni   moralności.   Mówiłem   to   już   Arkadiuszowi   nazajutrz   po   jego 
przyjeździe i powtarzam to teraz panu. Prawda, Mikołaju?

Mikołaj Pietrowicz skinął głową.
- Arystokratyzm, liberalizm, progres, principia - mówił tymczasem Bazarow - pomyśleć 

tylko, ile cudzoziemskich... i bezużytecznych słów. Rosjaninowi nawet za darmo na nic się 
nie zdadzą.

- Cóż więc jest mu potrzebne, według pańskiego zdania? Słuchając pana można dojść do 

wniosku, że znajdujemy się poza człowieczeństwem,  poza jego prawami.  Daj pan pokój, 

logika historii wymaga...

- Na cóż nam logika historii? Doskonale się bez niej obchodzimy.

- Jak to?
- Po prostu. Mam nadzieję, że po to, by włożyć kawałek chleba do ust, gdy jest pan 

głodny, nie potrzebuje pan logiki. Na cóż nam takie abstrakcje?

Paweł Pietrowicz rozłożył ręce.

- W takim razie nie rozumiem pana. Obraża pan naród rosyjski. Nie pojmuję, jak można 

nie uznawać prinsipiów, prawideł? Cóż więc wami powoduje?

- Mówiłem już stryjaszkowi, że nie uznajemy autorytetów - wtrącił Arkadiusz.
- Działamy powodując się tym, co uznajemy za pożyteczne - rzekł Bazarow. - W obecnych 

czasach najbardziej pożyteczne jest odrzucanie - więc odrzucamy.

- Wszystko?

- Wszystko.
- Jak to? Nie tylko sztukę, poezję, lecz także... strach powiedzieć...

- Wszystko - z nieopisanym spokojem powtórzył Bazarow.
Paweł   Pietrowicz   wlepił   w   niego   wzrok;   tego   się   nie   spodziewał.   Arkadiusz   aż 

poczerwieniał z zadowolenia.

- Niechże pan jednak pozwoli - odezwał się Mikołaj Pietrowicz. - Pan wszystko odrzuca 

albo, mówiąc dokładniej, wszystko burzy... Trzeba jednak także budować.

- To już nie nasza sprawa... Wpierw należy oczyścić grunt.

- Obecne położenie ludu tego wymaga - z namaszczeniem dodał Arkadiusz - powinniśmy 

spełniać te wymagania, nie wolno nam poświęcać się zaspokajaniu własnego egoizmu.

background image

Ostatnie   zdanie   najwyraźniej   nie   spodobało   się   Bazarowowi;   trąciło   filozofią,   czyli 

romantyzmem,   ponieważ   Bazarow   filozofię   również   nazywał   romantyzmem;   nie   uznał 

jednak za stosowne zaprzeczyć swojemu młodemu uczniowi.

- Nie, nie! - zawołał z nagłym uniesieniem Paweł Pietrowicz. - Nie chcę wierzyć, że wy, 

panowie, znacie naprawdę lud rosyjski, że jesteście wyrazicielami jego potrzeb i jego dążeń. 
Nie, lud rosyjski nie jest taki, jak sobie wyobrażacie. Ma bogobojną cześć dla tradycji, jest 

patriarchalny, nie może żyć bez wiary...

- Nie będę temu przeczył - przerwał Bazarow - gotów nawet jestem się zgodzić, że pod 

tym względem ma pan słuszność.

- Jeśli więc mam słuszność...

- To niczego jednak nie dowodzi.
- Właśnie, to niczego nie dowodzi - powtórzył Arkadiusz z pewnością doświadczonego 

szachisty, który przewidział niebezpieczny na pozór ruch przeciwnika i dlatego ani trochę 
nie traci kontenansu.

-   Jak   to   niczego   nie   dowodzi?   -   bąknął   zdumiony   Paweł   Pietrowicz.   -   Więc   idziecie 

przeciw swemu ludowi?

- A jeśli nawet? - zawołał Bazarow. - Lud uważa, że gdy rozlega się grzmot, to znak, że 

prorok Eliasz jedzie wozem po niebie. I co? Mam się więc zgodzić z ludem? Przecie to lud 

rosyjski, a czyż ja sam nie jestem Rosjaninem?

- Nie, pan nie jest Rosjaninem, sądząc z tego, co pan tutaj powiedział. Nie mogę pana 

uważać za Rosjanina.

- Mój dziad orał ziemię - hardo i dumnie odrzekł Bazarow. - Zapytaj pan któregokolwiek 

z pańskich chłopów, kogo z nas - pana czy mnie - uzna za swego rodaka. Pan nawet mówić z 
nim nie potrafi.

- A pan z nim mówi i gardzi nim jednocześnie.
-   Cóż   robić,   jeśli   zasługuje   na   pogardę!   Pan   potępia   moje   poglądy,   ale   któż   panu 

powiedział, że doszedłem do nich przypadkiem, że nie powstały one we mnie pod wpływem 
tego samego ducha, w którego imieniu pan tak peroruje?

- Akurat! Bardzo nam są nihiliści potrzebni!
- Potrzebni czy niepotrzebni, nie my będziemy decydowali. Przecież pan także uważa się 

za pożytecznego.

- Panowie, panowie, proszę, tylko bez osobistych aluzji - zawołał Mikołaj Pietrowicz i 

wstał.

Paweł Pietrowicz uśmiechnął się i kładąc rękę na ramieniu brata zmusił go, by usiadł.

background image

- Bądź spokojny - rzekł. - Nie zapomnę się, właśnie dzięki owemu poczuciu godności, z 

którego tak okrutnie pokpiwa sobie pan... pan doktor. Ale pan może myśli - ciągnął dalej, 

zwracając   się   znowu   do   Bazarowa   -   że   wasze   teorie   są   nowe?   Jest   pan   tedy   w   błędzie. 
Materializm, który głosicie, nieraz już był w modzie i zawsze bankrutował...

- Znów cudzoziemskie słowo - przerwał Bazarow. Był już zły i twarz jego przybrała jakąś 

miedzianą,   ordynarną   barwę.   -   Po   pierwsze,   nic   nie   głosimy;   to   nie   leży   w   naszych 

zwyczajach…

- Cóż więc robicie?

- Powiem panu, co robimy. Przedtem, jeszcze niedawno, mówiliśmy, że nasi urzędnicy 

biorą łapówki, że nie mamy ani dróg, ani handlu, ani sprawiedliwych sądów...

-   No,   tak,   tak,   jesteście   oskarżycielami,   tak   się   to   bodaj   nazywa.   Na   wiele   waszych 

oskarżeń przystaję, ale...

-   A   potem   doszliśmy   do   wniosku,   że   nie   dość   gadać,   wciąż   tylko   gadać   o   naszych 

bolączkach,   że to  prowadzi   wyłącznie   do  ogólników i  doktrynerstwa;   ujrzeliśmy,  że nasi 

mędrcy, tak zwani przodujący ludzie i oskarżyciele, sami nic nie są warci, że zajmujemy się 
głupstwami, rozprawiamy o jakiejś sztuce, nieświadomej twórczości, o parlamentaryzmie, 

adwokaturze i diabli wiedzą o czym jeszcze, podczas gdy chodzi o chleb powszedni, gdy 
duszą nas najciemniejsze przesądy, gdy wszystkie nasze towarzystwa akcyjne rozlatują się 

tylko dlatego, że brak uczciwych ludzi; gdy nawet wolność, o którą troszczy się rząd, może 
nam nie wyjść na dobre, ponieważ chłop chętnie sam okradłby siebie, byleby tylko upić się w 

karczmie do nieprzytomności.

-   Tak   -   przerwał   Paweł   Pietrowicz   -   tak,   przekonaliście   się   o   tym   wszystkim   i 

postanowiliście nic poważnego nie robić?

- I postanowiliśmy nic poważnego nie robić - ponuro powtórzył Baznrow.

Nagle ogarnął go gniew, że tak szczerze mówi z tym jaśnie panem.
- I tylko wymyślać?

- I tylko wymyślać.
- To się nazywa nihilizm?

-   To   się   nazywa   nihilizm   -   powtórzył   znowu   Bazarow,   tym   razem   ze   szczególnym 

zuchwalstwem.

Paweł Piotrowicz lekko zmrużył oczy.
- Ach tak! - powiedział dziwnie spokojnym głosem. - Nihilizm powinien na każde zło 

znaleźć   sposób,   wy   więc   jesteście   naszymi   zbawcami   i   bohaterami.   Tak.   Ale   dlaczego 
oczerniacie innych, choćby owych oskarżycieli? Czy nie tak samo gadacie jak wszyscy?

background image

- Co jak co, ale tego grzechu nie mamy na sumieniu - wycedził przez zęby Bazarow.
- Więc jak? Działacie? Macie zamiar działać?

Bazarow nie odpowiadał. Paweł Pietrowicz drgnął, lecz natychmiast się opanował.
- Hm... Działać, burzyć... - ciągnął dalej. - Ale jak można burzyć nie wiedząc dlaczego?

- Burzymy, ponieważ jesteśmy siłą - wtrącił Arkadiusz.
Paweł Pietrowicz spojrzał na swego bratanka i uśmiechnął się.

- Tak, siłą, a siła nie potrzebuje usprawiedliwienia - rzekł Arkadiusz i wyprostował się.
- Nieszczęsny! - wykrzyknął Paweł Pietrowicz; w żaden sposób nie potrafił już nad sobą 

zapanować.   -   Pomyślałbyś   chociaż,   co   popierasz   w   Rosji   wypowiadając   swoją   trywialną 
sentencję. Nie, to nawet anioła może wytrącić z równowagi! Siła! Nawet w dzikim Kałmuku, 

nawet w Mongole kryje się siła, lecz na cóż nam ona potrzebna? Nam droga jest cywilizacja, 
tak, tak, łaskawy panie; drogie nam są jej owoce. I nie mówcie mi, że te owoce są nędzne: 

ostatni   bazgracz,  un   barbouilleur,  grajek,   który   dostaje   pięć   kopiejek   za   wieczór,   są 
pożyteczniejsi   od   was,   ponieważ   są   przedstawicielami   cywilizacji,   nie   zaś   prostackiej, 

mongolskiej siły! Wyobrażacie sobie, że jesteście ludzie postępowi, a powinniście mieszkać 
w kałmuckiej jurcie! Siła! Przypomnijcie sobie wreszcie, panowie siłacze, że jest was raptem 

cztery i pół osoby, tych zaś, co nie dopuszczą, abyście zdeptali ich najświętsze przekonania, 
tych, co was zduszą, są miliony!...

- Jeśli zduszą, to trudno - powiedział Bazarow. - Tylko na dwoje jeszcze babka wróżyła. 

Nie tak nas mało, jak pan przypuszcza.

- Co? Czy pan żartuje, czy doprawdy sądzi pan, że dacie sobie radę z całym narodem?
- Pan wie, że od łojowej świeczki spłonęła Moskwa

10

 - odrzekł Bazarow.

- Tak, tak. Najpierw pycha szatańska, potem drwiny. Oto czym się zajmuje młodzież, oto 

metody ujarzmiania niedoświadczonych chłopięcych serc! Niechże pan spojrzy; jeden z nich 

siedzi   obok   pana,   niemal   się   do   pana   modli,   ciesz   się   pan!   (Arkadiusz   odwrócił   się   i 
nachmurzył.) Ta zaraza zatoczyła już szerokie kręgi. Mówiono mi o naszych malarzach w 

Rzymie, że noga ich nawet nie postoi w Muzeum Watykańskim. Rafaela uważają prawie za 
głupca, bo to przecież autorytet, sami zaś tak dalece nic nie umieją i nic zrobić nie mogą, że 

aż wstręt bierze; wyobraźnia ich nie sięga poza Dziewczynę u źródła, i tyle. A ta dziewczyna 
jest obrzydliwie namalowana. Pan zapewne sądzi, że to dzielni ludzie, co?

- Sądzę, że Rafael niewart złamanego szeląga, oni zaś nie są od niego lepsi - odrzekł 

Bazarow.

10  Aluzja   do   przysłowia   rosyjskiego:   „Moskwa   spłonęła   od   świecy   za   kopiejkę"   (Moskwa   sgoriela   ot 

kopiejecznoj swieczi). W r. 1443 Moskwa spaliła się od świeczki postawionej w cerkwi Sw. Nikoły, w r. 1737 - od 
świecy w domu Miłosławskiego. (Przyp. red.)

background image

- Brawo, brawo! Słuchaj, Arkadiuszu... oto jak powinna mówić współczesna młodzież. 

Jakże ma nie iść za wami? Dawniej młodzi musieli się uczyć; jeśli nie chcieli uchodzić za 

ignorantów, musieli pracować. A teraz dość powiedzieć: wszystko na świecie głupstwo! - i 
sprawa załatwiona. Młodzież przyjęła to z radością. Doprawdy, przedtem byli zwykłymi dur-

niami, a teraz otrzymali nagle miano nihilistów.

- Otóż i zawiodło pana sławetne  poczucie własnej godności - flegmatycznie  zauważył 

Bazarow, podczas gdy Arkadiusz zaczerwienił się i błysnął oczami. - Nasza sprzeczka zaszła 
zbyt daleko... Lepiej będzie, jeśli ją przerwiemy. Gotów będę zgodzić się z panem wtedy tylko 

-   dodał   wstając   -   kiedy   pokaże   mi   pan   choć   jedną   rodzinę   lub   społeczną   instytucję   we 
współczesnym świecie, której nie trzeba przekreślić, i to bez żadnej litości.

- Mogę panu pokazać miliony takich instytucji - zawołał Paweł Pietrowicz - miliony! 

Weźmy na przykład gminę wiejską.

Ironiczny uśmiech wykrzywił wargi Bazarowa.
- Na ten temat niechże pan porozmawia raczej ze swoim bratem. Zdaje się, że teraz wie 

on już doskonale, co to jest gminna, zbiorowa odpowiedzialność, trzeźwość i tym podobne 
historie.

- A na przykład rodzina w tej formie, jaką widzimy u naszych wieśniaków? - wykrzyknął 

Paweł Pietrowicz.

- Sądzę, że lepiej, by pan nie zastanawiał się nad tym zagadnieniem. Pewno słyszał pan o 

teściach, co żyją ze swymi synowymi? Pawle Pietrowiczu, niechże pan sobie zostawi kilka dni 

czasu, wątpię, żeby pan od razu coś znalazł. Niech pan weźmie pod uwagę wszystkie nasze 
warstwy społeczne, pomyśli dobrze nad każdą, ja zaś i Arkadiusz będziemy...

- Kpić sobie ze wszystkiego - podchwycił Paweł Pietrowicz.
- Nie, krajać żaby. Chodźmy, Arkadiuszu, do widzenia panom.

Przyjaciele wyszli. Bracia zostali sami i z początku tylko spoglądali na siebie.
- Proszę - zaczął Paweł Pietrowicz - proszę, oto dzisiejsza młodzież! Nasi następcy!

- Następcy - powtórzył z żałosnym westchnieniem Mikołaj Pietrowicz. Przez cały wieczór 

siedział jak na rozżarzonych węglach, ukradkiem i udręką patrząc na Arkadiusza. - Wiesz, 

co mi się przypomina, bracie? Kiedyś posprzeczałem się z nieboszczką matką: krzyczała, nie 
chciała mnie słuchać... Powiedziałem jej wreszcie, że nie może mnie zrozumieć, że należymy 

do   dwóch   różnych   pokoleń.   Obraziła   się   bardzo,   ja   zaś   pomyślałem:   cóż   robić?   Gorzka 
pigułka, ale musi ją przełknąć. Teraz nasza kolej i nasi następcy mogą nam powiedzieć: nie 

jesteście z naszego pokolenia, łykajcie pigułkę.

- Zbyt jesteś dobroduszny i skromny - zaoponował Paweł Pietrowicz - ja natomiast wiem 

background image

dobrze, że mamy więcej racji niż te paniczyki, chociaż posługujemy się może językiem trochę 
przestarzałym,  vieilli,  i brak nam zuchwałej pewności siebie... A jacy ci młodzi są nadęci! 

Zapytasz   którego:   „Jakiego   chce   pan   wina,   czerwonego   czy   białego?"   „Mam   zwyczaj 
przekładać   czerwone   nad   inne"   -   odpowiada   basem   i   z   tak   dostojną   miną,   jakby   cały 

wszechświat patrzył na niego w tej chwili.

-   Czy   podać   jeszcze   herbaty?   -   spytała   Fieniczka   wysuwając   głowę   zza   drzwi;   nie 

ośmielała się wejść do salonu, póki słychać było głosy dyskutujących.

- Nie, każ zabrać samowar - odpowiedział Mikołaj Pietrowicz i wstał, by do niej podejść. 

Paweł Pietrowicz rzucił mu krótko bon soir i poszedł do swojego gabinetu.

background image

XI

W pół godziny później Mikołaj Pietrowicz wyszedł do ogrodu, do swej ulubionej altanki. 

Ogarnęły go smutne myśli. Po raz pierwszy zdał sobie jasno sprawę ze swego rozejścia się z 
synem; przeczuwał, że różnica, która ich dzieli, z każdym dniem będzie się zwiększać. A więc 

na próżno zimą w Petersburgu po całych dniach przesiadywał nad najnowszymi dziełami; na 
próżno przysłuchiwał się rozmowom młodzieży; na próżno cieszył się, kiedy potrafił wtrącić 

słówko do ich burzliwych dyskusji. „Brat powiada, że my mamy rację - rozmyślał. - Jeśli 
nawet odrzucić wszelką próżność, to i tak wydaje się, że oni są dalsi od prawdy niż my; a 

przecież   czuję,   że   mają   w   sobie   coś,   czego   my   nie   mamy,   jakąś   przewagę   nad   nami... 
Młodość? Nie, nie tylko młodość. Czy nie na tym polega owa przewaga, że mniej w nich 

śladów pańskości niż w nas?”

Mikołaj Pietrowicz spuścił głowę i przesunął ręką po twarzy.

„Ale odrzucać poezję? - pomyślał znowu. - Nie odczuwać sztuki, natury...”
I rozejrzał się wokół, jakby chcąc zrozumieć, jak można nie odczuwać natury. Zapadał 

zmrok;   słońce   schowało   się   za   niewielki   gaj   osinowy,   który   rósł   o   jakie   pół   wiorsty   od 
ogrodu;   bezkresny   jego   cień   padał   na   nieruchome   pola.   Po   ciemnej,   wąskiej   ścieżce, 

biegnącej skrajem lasku, jechał kłusem chłopek na białym koniku: widać go było dobrze, a 
chociaż   jechał   cienistą   stroną,   nawet   łata   na   ramieniu   nie   uchodziła   uwagi   patrzącego; 

przyjemnie było spoglądać na migające wyraźnie nogi konika. Promienie słońca przenikały 
do   lasku   i,   przebijając   się   przez   gęstwinę,   zalewały   pnie   osin   tak   ciepłym   światłem,   że 

stawały się podobne do pni sosen, listowie zaś przybierało barwę  niemal niebieską; nad 
konarami   drzew   wznosiło   się   bladobłękitne   niebo,   lekko   zarumienione   zorzą.   Jaskółki 

krążyły wysoko; wiatr zamarł zupełnie; zapóźnione pszczoły leniwie i sennie brzęczały w 
kwiatach  bzu; muszki gęstym rojem wirowały  nad samotną,  daleko wyciągniętą  gałązką. 

„Jak pięknie, mój Boże!" - pomyślał Mikołaj Pietrowicz i na usta cisnęły mu się już ulubione 
wiersze, ale przypomniał sobie Arkadiusza,  Stoff und Kraft  - i zamilkł, lecz siedział nadal, 

oddając się smutnym i na przemian radosnym, samotnym rozmyślaniom. Lubił sobie po-
marzyć;   życie   wiejskie   rozwinęło   w   nim   tę   umiejętność.   Niedawno   jeszcze   tak   marzył 

czekając na syna w zajeździe, lecz od tego czasu nastąpiły zmiany, niejasne jeszcze wtedy 
stosunki ustaliły się... i to jak! Znowu ujrzał przed sobą nieboszczkę żonę, ale nie taką, jaką 

znał przez tyle lat; nie była to skrzętna, zapobiegliwa gospodyni, lecz młoda dziewczyna o 
smukłej   talii;   spoglądała   niewinnie   i   pytająco,   nad   dziecinnym   karczkiem   miała   mocno 

skręcony   warkocz.   Przypomniał   sobie,   jak   ujrzał   ją   po   raz   pierwszy.   Był   wtedy   jeszcze 

background image

studentem. Spotkał ją na schodach domu, gdzie mieszkał, i niechcący ją potrąciwszy obrócił 
się   i   chciał   przeprosić,   ale   wybąkał   tylko:  „Pardon,   monsieur",  ona   zaś   schyliła   głowę, 

uśmiechnęła się jakby zalękniona, uciekła, mijając zaś zakręt rzuciła mu szybkie spojrzenie, 
nagle przybrała poważną minę i zaczerwieniła się. A potem pierwsze nieśmiałe spotkania, 

półsłówka, półuśmiechy, niepewność, smutek, porywy i wreszcie ta zapierająca oddech ra-
dość...   Wszystko   to   minęło.   Została   jego   żoną,   był   szczęśliwy   jak   niewielu   na   ziemi... 

„Dlaczego   -   myślał   -   owe   słodkie   pierwsze   chwile   nie   trwają   wiecznie,   nie   mają 
nieśmiertelnego życia?”

Nie próbował wyjaśnić sobie tej myśli, ale czuł, że chciałby nie tylko pamięcią utrzymać 

przy  sobie  ów  błogi czas,  lecz   pragnąłby   znów odczuć  bliskość  swojej Marii,  jej  ciepło i 

oddech, i wydawało mu się, jak gdyby nad nim...

- Mikołaju Pietrowiczu - rozległ się w pobliżu głos Fieniczki. - Gdzie pan jest?

Wzdrygnął   się.  Nie  doznał  ani  bólu,  ani   wyrzutów  sumienia...   Nie  dopuszczał  nawet 

myśli,   że   mógłby   porównywać   żonę  z   Fieniczką,   ale   żałował,   że   przyszło   jej  na   myśl  go 

szukać. Jej głos przypomniał mu własną starość, siwe włosy, teraźniejszość...

Czarodziejski  świat,  do którego  już wstępował,   który już  wyłaniał   się z  mglistych  fal 

przeszłości, zachwiał się - i znikł.

-   Jestem   tutaj   -   odpowiedział   -   zaraz   przyjdę,   a   ty   idź.   -   „Oto   ślady   pańskości"   - 

przemknęło   mu   przez   myśl.   Fieniczka   w   milczeniu   zajrzała   do   altanki   i   znikła;   ze 
zdumieniem spostrzegł, że kiedy tak marzył, nadeszła noc. Wokół było ciemno i cicho; twarz 

Fieniczki prześliznęła się przed jego oczami, taka blada i maleńka. Wstał i chciał wrócić do 
domu,   lecz   nie   mógł   opanować   wzruszenia;   zaczął  wolno   przechadzać   się   po   ogrodzie, 

patrząc w zamyśleniu pod nogi lub podnosząc oczy ku niebu, gdzie migotały już roje gwiazd. 
Chodził   długo,   aż   do   zmęczenia,   a   niepokój,   jakiś   nieokreślony,   bolesny   niepokój   nie 

ustawał. O, jakże śmiałby się z niego Bazarow, gdyby wiedział, co się w nim wtedy działo! 
Nawet   Arkadiusz   by   go   potępił.   On,   czterdziestoczteroletni   mężczyzna,   agronom   i 

gospodarz,   miał   w   oczach   łzy,   łzy   bez   żadnego   powodu;   to   było   sto   razy   gorsze   niż 
wiolonczela.

Mikołaj Pietrowicz wciąż chodził i nie mógł się zdecydować, by wrócić do domu, do tego 

cichego i przytulnego gniazda, które tak życzliwie spoglądało na niego swymi oświetlonymi 

oknami; nie miał siły, by rozstać się z ciemnością, z ogrodem, ze świeżością, którą dawało 
chłodne, nocne powietrze muskające policzki, z tym smutkiem, z tym niepokojem...

Na zakręcie ścieżki spotkał brata.
- Co ci się stało? - zapytał Paweł. - Jesteś blady jak widmo. Tyś niezdrów! dlaczego się nie 

background image

kładziesz?

Brat opowiedział mu krótko o swoich doznaniach i wrócił do domu. Paweł Pietrowicz 

doszedł  aż   do  końca  ogrodu,  również  się  zamyślił  i  podniósł  oczy   ku  niebu.   Ale  w  jego 
wspaniałych   ciemnych   oczach   nie   odbijało   się   nic   prócz   światła   gwiazd.   Nie   urodził   się 

romantykiem,   jego   wykwintna,   oschła   i   namiętna,   na   francuski   sposób   nasycona 
mizantropią dusza nie umiała marzyć.

- Wiesz co? - mówił tej samej nocy Bazarow do Arkadiusza. - Przyszła mi do głowy 

świetna   myśl.   Twój   ojciec   wspomniał   dzisiaj,   że   otrzymał   zaproszenie   od   tego   waszego 

znakomitego krewniaka. Ojciec nie pojedzie; wybierzmy się do ***, przecież ten jegomość 
ciebie też zaprasza. Widzisz, jaka tu teraz zrobiła się atmosfera; przejedziemy się trochę, 

obejrzymy miasto, powałęsamy się pięć, sześć dni, i basta.

- A stamtąd wrócisz tutaj?

- Nie, muszę pojechać do ojca. Wiesz przecież, że mieszka w odległości trzydziestu wiorst 

od ***. Nie widziałem dawno jego i matki; trzeba staruszkom zrobić przyjemność. To zacni 

ludzie, zwłaszcza ojciec; jest przezabawny. Mają tylko mnie jednego.

- Długo u nich zostaniesz?

- Nie sądzę. Na pewno będzie nudno.
- Chyba wstąpisz do nas wracając?

- Nie wiem... zobaczę. No więc jak? Jedziemy?
- Dobrze - leniwie rzekł Arkadiusz.

W duchu bardzo się ucieszył z pomysłu swego przyjaciela, lecz uznał, że powinien ukryć 

swe uczucia. Był przecież nihilistą.

Nazajutrz   wyjechali   do   ***.   Młodzież   w   Mariinie   bardzo   żałowała,   że   odjeżdżają; 

Duniasza nawet się popłakała... ale starsi panowie odetchnęli z ulgą.

background image

XII

Miasto ***, do którego wyruszyli nasi przyjaciele, znajdowało się pod zarządem młodego 

gubernatora,   postępowca   i   despoty,   jak   to   wszędzie   i   zawsze   bywa   w   Rosji.   W   ciągu 
pierwszego roku swego urzędowania zdążył pokłócić się nie tylko z gubernialnym marszał-

kiem   szlachty,   dymisjonowanym   sztabsrotmistrzem   gwardii,   hodowcą   koni   i   gościnnym 
gospodarzem,   lecz   nawet   z   własnymi   urzędnikami.   Wynikłe   na   tym   tle   zatargi   przyjęły 

wreszcie takie rozmiary, że ministerstwo w Petersburgu uznało za konieczne wysłać do *** 
zaufaną osobę z poleceniem, by na miejscu rozpatrzyła powikłane sprawy. Wybór władz padł 

na  Matwieja  Iljicza  Kolazina,  syna  owego Kolazina,  który w swoim czasie  opiekował  się 
braćmi   Kirsanow.   Kolazin   także   należał   do   „młodych",   to   znaczy,   niedawno   skończył 

czterdzieści lat, ale już kroił na męża stanu i nosił na piersi z każdej strony gwiazdę. Jedna z 
nich była co prawda cudzoziemska, i to nie najlepsza. Podobnie jak gubernator, o którym 

miał   wydać   opinię,   uważał   się   za   postępowca   i   chociaż   zaliczał   się   już   do   grubych   ryb, 
bynajmniej ich nie przypominał. Mniemania był o sobie wysokiego; próżność jego nie znała 

granic, ale odznaczał się prostotą w obejściu, patrzył życzliwie, pobłażliwie słuchał i śmiał się 
tak   dobrodusznie,   że   z   początku   mógł   nawet   uchodzić   za   „wspaniałego   chłopa".   W 

poważnych   sytuacjach   potrafił   jednak,   jak   to   mówią,   pokazać   pazury.   „Energia   jest 
niezbędna - mawiał wtedy - l’énergie est la premiére qualité d'un homme d’état

11

." Mimo to 

zazwyczaj bywał wystrychnięty na dudka i każdy choć trochę doświadczony urzędnik łatwo 
mógł go wodzić za nos. Matwiej Iljicz z wielkim szacunkiem wyrażał się o panu Guizot i 

starał się dać do zrozumienia wszem wobec i każdemu z osobna, że nie należy do rutyniarzy i 
zacofanych biurokratów, że nie przechodzi obojętnie obok żadnego z ważnych przejawów 

życia społecznego... Frazesy tego rodzaju znał doskonale. Interesował się nawet, co prawda z 
pewną   wielkopańską   niedbałością,   rozwojem   współczesnej   literatury:   podobnie   dorosły 

człowiek, spotkawszy na ulicy czeredę chłopaków, niekiedy się do nich przyłącza. W gruncie 
rzeczy   Matwiej   Iljicz   niezbyt   się   różnił   od   mężów   stanu   z   czasów   Aleksandra,   którzy 

wybierając   się   na   wieczór   do   mieszkającej   podówczas   w   Petersburgu   pani   Swieczin 
odczytywali z rana stronicę Condillaca; tylko maniery miał inne, bardziej współczesne. Był 

zręcznym dworakiem, wielkim spryciarzem i nic więcej; na sprawach publicznych się nie 
znał, wielkiego rozumu nie posiadał, lecz potrafił dbać o swoje interesy: w tej dziedzinie nikt 

nie   mógł   nim  kierować,   a   to  przecież   najważniejsze.   Matwiej   Iljicz   przyjął   Arkadiusza  z 
właściwą światłemu dygnitarzowi dobrodusznością, a nawet nieco filuternie. Zdumiał się 

jednak,   gdy   usłyszał,   że   zaproszeni   przez   niego   krewni   nie   przyjechali.  -   Twój   papa   był 

11 Energia jest najważniejszą zaletą męża stanu.

background image

zawsze   dziwakiem   -   zauważył   podrzucając   chwasty   swego   wspaniałego   aksamitnego 
szlafroka i nagle, zwróciwszy się do młodego urzędnika w mundurze zapiętym w sposób 

świadczący   o   jak   największej   lojalności,   zawołał   z   zatroskaną   miną:   -   Co   tam?   -   Młody 
człowiek,   którego   wargi   skleiły   się   od   długiego   milczenia,   wstał   i   niepewnie   spojrzał   na 

swego zwierzchnika. Ale Matwiej Iljicz wprawiwszy w zakłopotanie podwładnego nie zwracał 
już   na   niego   uwagi.   Nasi   dygnitarze   w   ogóle   lubią   zaskakiwać   swoich   podwładnych;   by 

osiągnąć ten cel, stosują dość rozmaite sposoby. Oto sposób, bardzo zresztą używany,  is 
quite a favourite

12

, jak powiadają Anglicy: dygnitarz przestaje nagle rozumieć najprostsze 

słowa, udaje głuchego. Pyta na przykład: jaki dzień mamy dzisiaj?

Odpowiadają mu z największym szacunkiem:

- Piątek, wasza eks...eks...eks...cjo...
- Jak? Co? Co takiego? Co pan mówi? - z naciskiem powtarza dostojnik.

- Piątek, wasza eks...cjo.
- Jak? Co? Cóż to takiego piątek? Jaki piątek?

- Piątek, wasza eks...eks...cjo, to dzień tygodnia.
- No, widzę, że masz zamiar mnie uczyć!

Matwiej Iljicz był mimo wszystko dygnitarzem, chociaż uważał się za liberała.
-   Radzę   ci,   mój   przyjacielu,   złożyć   wizytę   gubernatorowi   -   rzekł   do   Arkadiusza.   - 

Rozumiesz,   że   radzę   ci   tak   nie   dlatego,   bym   sam   był   zwolennikiem   starych   poglądów   i 
uważał,   iż   władzom   trzeba   się   koniecznie   kłaniać;   po   prostu   dlatego,   że   gubernator   to 

porządny   człowiek;   przypuszczam   też,   że   zechcesz   zaznajomić   się   z   tutejszym 
towarzystwem...   Nie   jesteś,   mam   nadzieję,   niedźwiedziem?   Pojutrze   gubernator   wydaje 

wielki bal.

- Wuj będzie na tym balu? - zapytał Arkadiusz.

- To bal na moją cześć - powiedział Matwiej Iljicz niemal z ubolewaniem. - Tańczysz?
- Tańczę, ale kiepsko.

- Szkoda. Są tu ładne kobiety, zresztą wstyd, żeby młody człowiek nie tańczył. Znowu nie 

mówię tego ze względu na tradycję; bynajmniej nie uważam, że rozum powinien znajdować 

się w nogach; ale bajronizm jest śmieszny, il a fait son temps

13

.

- Przecież ja nie z powodu bajronizmu, wujaszku, nie...

- Zapoznam cię z tutejszymi paniami, biorę cię pod swoje skrzydła - przerwał Matwiej 

Iljicz i roześmiał się z zadowoleniem. - Będzie ci jak u Pana Boga za piecem, co?

Wszedł lokaj i oznajmił przybycie przewodniczącego izby skarbowej, starca o słodkim 

12 ulubiony
13 przeżył się

background image

wejrzeniu i pomarszczonych ustach, który ogromnie kochał naturę, zwłaszcza w letni dzień, 
gdy   według   jego   własnych   słów:   „Każda   pszczółeczka   z   każdego   kwiateczka   bierze 

łapóweczkę..." Arkadiusz wyszedł.

Zastał  Bazarowa  w hotelu,  gdzie  się  zatrzymali,   i długo  namawiał  go,  by poszedł  do 

gubernatora.

-   Cóż   robić!   -   powiedział   wreszcie   Bazarow.   -   Jeśli   wpadłeś   między   wrony... 

Przyjechaliśmy oglądać ziemian, oglądajmy ich zatem!

Gubernator   przyjął   młodzieńców   uprzejmie,   ale   nie   prosił   ich,   by   usiedli,   i   sam   nie 

siadał.   Nieustannie   był   czymś   zajęty   i   zawsze   się   spieszył.   Z   rana   wkładał   obcisły 
wicemundur i niezwykle ciasno wiązał halsztuk, nie kończył śniadania, nie dopijał herbaty i 

wciąż wydawał polecenia. W guberni nazywano go Bourdaloue, nie czyniąc w ten sposób 
aluzji do znakomitego francuskiego kaznodziei, lecz do pierwszych dwu sylab jego nazwiska. 

Zaprosił Kirsanowa i Bazarowa do siebie na bal i po dwóch minutach zaprosił ich po raz 
wtóry, uważając ich tym razem za braci i nazywając panami Kajsarow.

Wracali właśnie od gubernatora, kiedy z przejeżdżającej obok dorożki wyskoczył nagle 

mężczyzna niewielkiego wzrostu, w słowianofilskiej szamerowanej węgierce, i z okrzykiem: - 

Eugeniuszu Wasiliczu! - rzucił się ku Bazarowowi.

- Ach, to pan, Herr Sitnikow - rzekł Bazarow wciąż idąc. - Skąd się pan tu wziął?

- Niech pan sobie wyobrazi, zupełnie przypadkowo - odpowiedział tamten i zawróciwszy 

ku dorożce, skinął kilkakrotnie ręką i krzyknął: - Jedź za nami! Mój ojciec ma tutaj coś do 

załatwienia - ciągnął dalej, przeskakując przez rynsztok - prosił mnie więc... Dowiedziałem 
się dzisiaj o pana przyjeździe i już u pana byłem... (W istocie, przyjaciele wróciwszy do swego 

pokoju znaleźli bilecik z zagiętymi rogami i nazwiskiem Sitnikowa, wydrukowanym z jednej 
strony po francusku, z drugiej zaś rosyjską czcionką.) Mam nadzieję, że nie wraca pan od 

gubernatora?

- Próżna nadzieja, idziemy wprost od niego.

-  W takim   razie  ja  też  się do niego  udam.  Eugeniuszu Wasiliczu,  niechże  mnie pan 

zapozna ze swoim... z panem...

- Sitnikow, Kirsanow - mruknął nie zatrzymując się Bazarow.
- Ogromnie się cieszę - zaczął Sitnikow idąc obok, uśmiechając się i szybko zdejmując 

swoje   nazbyt   eleganckie   rękawiczki.   -   Wiele   słyszałem...   Jestem   starym   znajomym 
Eugeniusza Wasilicza, a nawet mogę powiedzieć - jego uczniem. Zawdzięczam mu swoje 

przeistoczenie...

Arkadiusz spojrzał na ucznia Bazarowa. W drobnych, przyjemnych zresztą rysach jego 

background image

gładziutkiej twarzy malował się wyraz trwożnego i tępego napięcia; niewielkie, wciśnięte w 
głąb oczy patrzyły z uporem i niespokojnie, śmiał się także niespokojnie: jakimś urywanym, 

drewnianym śmiechem.

- Czy pan uwierzy - ciągnął dalej - że gdy Eugeniusz Wasilicz pierwszy raz powiedział 

przy mnie, że nie należy uznawać autorytetów, ogarnął mnie taki zachwyt... jakbym nagle 
przejrzał! Ach! pomyślałem, wreszcie znalazłem człowieka! Ale, ale... Eugeniuszu Wasiliczu, 

musi pan koniecznie odwiedzić jedną z tutejszych dam, która potrafi pana zrozumieć i dla 
której pańska wizyta będzie prawdziwym świętem; słyszał pan zapewne o tej damie?

- Któż to? - spytał niechętnie Bazarow.
- Eudoxie Kukszin, Eudoksja Kukszin. To niezwykła natura, emancipee w prawdziwym 

znaczeniu   tego   słowa,   postępowa   kobieta.   Wie   pan   co?   Chodźmy   do   niej   teraz,   razem. 
Mieszka dwa kroki stąd... Zjemy tam śniadanie. Panowie jeszcze nie jedli śniadania?

- Nie.
- Doskonale. Wie pan, ona rozeszła się z mężem, jest niezależna.

- Ładna? - przerwał Bazarow.
- N... nie, nie można tego powiedzieć.

- Więc po jakiego diabła zaprasza pan nas do niej?
- Ach, żartowniś z pana, żartowniś... Postawi nam butelkę szampana.

-  Od  razu  widać   praktycznego  człowieka.  Ale  właśnie!  Czy  ojciec  pana   wciąż  jeszcze 

zajmuje się propinacją?

- Wciąż - szybko odpowiedział Sitnikow i roześmiał się piskliwie. - Cóż, idziemy?
- Doprawdy, nie wiem.

- Chciałeś oglądać ludzi, ruszaj więc - zauważył półgłosem Arkadiusz.
- A pan? - zwrócił się Sitnikow do Kirsanowa. - Niechże pan idzie z nami; bez pana nic z 

tego.

- Jak to, wszyscy, tak bez ceremonii?

- Nic nie szkodzi. To wspaniała kobieta.
- Dostaniemy butelkę szampana? - zapytał Bazarow.

- Trzy butelki! - zawołał Sitnikow. - Ręczę za to!
- Czym?

- Własną głową.
- Lepiej by sakiewką ojczulka... Zresztą chodźmy!

background image

XIII

Niewielki szlachecki domek w moskiewskim guście, gdzie mieszkała Awdotia Nikitiszna 

(albo Eudoksja) Kukszin, stał przy jednej z niedawno spalonych ulic miasta ***; wiadomo, że 
nasze   miasta   gubernialne   płoną   co   pięć   lat.   U   drzwi,   nad   krzywo   przybitym   biletem 

wizytowym, widać było rączkę dzwonka; do przedpokoju na spotkanie gości wyszła kobieta 
w czepku, ni to służąca, ni to dama do towarzystwa, niewątpliwe świadectwo postępowych 

dążeń pani domu. Sitnikow zapytał, czy zastali Awdotię Nikitisznę.

- To pan, Victor? - rozległ się cienki głos z sąsiedniego pokoju. - Proszę wejść.

Kobieta w czepku natychmiast znikła.
- Nie jestem sam - powiedział Sitnikow zdejmując węgierkę, spod której ukazało się coś 

w rodzaju długiej kurtki czy sakpalta, i rzucając dziarskie spojrzenie w stronę Arkadiusza i 
Bazarowa.

- Wszystko jedno - odrzekł głos. - Entrez.
Młodzi ludzie weszli. Pokój, w którym się znaleźli, bardziej był podobny do gabinetu niż 

do salonu. Na zakurzonych stołach pełno było papierów, listów i przeważnie nie rozciętych 
zeszytów   rosyjskich   czasopism;   wszędzie   bielały   porzucone   niedopałki   papierosów.   Na 

skórzanej kanapie spoczywała na wpół leżąc młoda jeszcze kobieta, blondynka o nieco potar-
ganych   włosach,   w   jedwabnej,   niezbyt   schludnej   sukni,   z   grubymi   bransoletami   na 

króciutkich rękach i koronkową chusteczką na głowie. Wstała z kanapy i niedbałym ruchem 
okrywając ramiona aksamitną mantylką podbitą pożółkłymi gronostajami, rzekła leniwie:

- Dzień dobry, Victor! - i uścisnęła rękę Sitnikowa.
- Bazarow, Kirsanow - powiedział krótko Sitnikow naśladując Bazarowa.

-   Bardzo   jestem   rada   -   odpowiedziała   pani   Kukszin   i   wlepiwszy   w   Bazarowa   swoje 

okrągłe oczy, między którymi samotnie czerwieniał maleńki, zadarty nosek, dodała: - Znam 

pana - i uścisnęła mu rękę.

Bazarow zmarszczył brwi. W malutkiej, niepozornej figurce wyemancypowanej kobiety 

nie było nic odrażającego, lecz wyraz jej twarzy wywierał nieprzyjemne wrażenie. Mimo woli 
miało się ochotę zapytać: „Co ci jest, czy jesteś głodna? Może się nudzisz? Może się czegoś 

obawiasz? Dlaczego jesteś taka nienaturalna?" I ona, podobnie jak Sitnikow, odczuwała jakiś 
ustawiczny niepokój. Mówiła i ruszała się niedbale, przy tym bardzo niezręcznie; najwidocz-

niej uważała się za istotę dobroduszną i prostą, a jednak cokolwiek robiła, zawsze sprawiało 
to   wrażenie,   że   tego   właśnie   nie   chciała   zrobić;   wszystko,   jak   mówią   dzieci,   robiła 

naumyślnie, to znaczy nienaturalnie.

background image

- Tak, tak, Bazarow, znam pana - powtórzyła. (Jak wiele dam na prowincji i w Moskwie, 

miała  zwyczaj  od  pierwszego  dnia  znajomości   zwracać  się  do  mężczyzn   po  nazwisku.)  - 

Zapali pan cygaro?

- Cygaro cygarem - przerwał Sitnikow, który zdążył już rozwalić się w fotelu i zadrzeć 

nogę do góry - lecz prosiłbym o śniadanie. Okropnie jesteśmy głodni; niech pani każe też 
przynieść nam butelkę szampana.

- Sybaryta - powiedziała Eudoksja i roześmiała się. (Gdy się śmiała, nad zębami widać 

było dziąsła.) - Prawda, Bazarow, że to sybaryta?

-   Lubię   komfort   -   rzekł   z   namaszczeniem   Sitnikow.   -   To   nie   przeszkadza   mi   być 

liberałem.

- Przeciwnie, przeszkadza, przeszkadza - zawołała Eudoksja, ale mimo to kazała służącej 

zająć   się   śniadaniem   i   szampanem.   -   Co   pan   o   tym   myśli?   -   dodała   zwracając   się   do 

Bazarowa. - Jestem pewna, że podziela pan moje zdanie.

- No, nie - odparł Bazarow - kawałek  mięsa jest lepszy niż kawałek  chleba,  nawet z 

punktu widzenia chemii.

- Pan zajmuje się chemią? To moja namiętność. Wymyśliłam nawet pewien mastyks.

- Mastyks? Pani?
- Tak, ja. Wie pan, w jakim celu? Do wyrobu lalek i główek do nich, żeby się nie tłukły. 

Przecież   jestem   także   praktyczna.   Ale   to   wszystko   jeszcze   nie   gotowe.   Trzeba   jeszcze 
poczytać Liebiga. Ale, ale... czy czytał pan w „Gazecie Moskiewskiej" artykuł Kislakowa o 

pracy kobiet? Niech pan koniecznie przeczyta. Przecież interesuje pana problem kobiecy? I 
szkoły także? Co robi pański przyjaciel? Jak się nazywa?

Pani Kukszin siała swe pytania, jedno po drugim, z niedbałą kokieterią, nie czekając 

odpowiedzi; tak rozmawiają ze swoimi nianiami rozpieszczone dzieci.

- Nazywam się Arkadiusz Nikołajewicz Kirsanow - powiedział Arkadiusz - i nic nie robię.
Eudoksja wybuchnęła śmiechem.

- To ślicznie! Co, pan nie pali? Wiktorze, jestem na pana zła.
- Za co?

- Podobno znowu wychwala pan George Sand. To zacofana kobieta i tyle. Jakże można 

porównywać   ją   z   Emersonem?   Nie   ma   żadnych   poglądów   ani   na   wychowanie,   ani   na 

fizjologię, w ogóle na nic. Jestem pewna, że nie słyszała nawet o embriologii, a w naszych 
czasach jakże można o tym nie wiedzieć? (Eudoksja aż rozłożyła ręce.) Ach, jaki zadziwiający 

artykuł na ten temat napisał Jelisiewicz.  To genialny jegomość! (Eudoksja stale używała 
słowa „jegomość" zamiast „człowiek".) Bazarow, niechże pan siądzie obok mnie na kanapie. 

background image

Może pan nie wie, że bardzo się pana boję?

- Pozwoli pani, że zapytam - dlaczego?

- Niebezpieczny z pana jegomość; taki krytyk. Ach, mój Boże! To śmieszne, mówię jak 

prowincjonalna   dziedziczka.   Zresztą   naprawdę   jestem   dziedziczką.   Sama   zarządzam 

majątkiem   i  niech   pan   sobie   wyobrazi,   mam   starostę   Jerofieja   -   zadziwiający   typ,   istny 
Tropiciel Śladów Coopera; ma w sobie coś tak bezpośredniego. Ostatecznie osiedliłam się 

tutaj; nieznośne miasto, prawda? Cóż jednak robić?

- Miasto jak miasto - chłodno zauważył Bazarow.

- Wciąż tylko te błahe sprawy, to okropne. Dawniej mieszkałam zimą w Moskwie... Ale 

teraz przebywa tam mój ślubny małżonek,  monsieur  Kukszin. Zresztą Moskwa teraz... nie 

wiem doprawdy, ale to już nie to. Mam zamiar wyjechać za granicę; w zeszłym roku byłam 
już gotowa do podróży.

- Do Paryża, oczywiście? - zapytał Bazarow.
- Do Paryża i Heidelbergi.

- Czemu do Heidelbergi?
- Zlituj się pan, tam jest Bunsen.

Na to Bazarow nie znalazł odpowiedzi.
- Pierre Sapożnikow... pan go zna?

- Nie, nie znam.
- Zlituj się pan, Pierre Sapożnikow... ten, co wciąż jeszcze bywa u Lidii Chostatow.

- Jej także nie znam.
- Otóż on właśnie chciał być moim przewodnikiem. Dzięki Bogu, jestem wolna, nie mam 

dzieci. Cóż to ja powiedziałam: dzięki Bogu? Zresztą wszystko jedno.

Eudoksja skręciła papierosa pożółkłymi od tytoniu palcami, pociągnęła po nim językiem, 

possała i zapaliła. Weszła służąca z tacą.

- Proszę, śniadanie. Może coś przekąsicie? Wiktorze, proszę odkorkować butelkę; to już 

należy do pana.

- Do mnie, do mnie - mruknął Sitnikow i znowu roześmiał się piskliwie.

- Czy są tu ładne kobiety? - zapytał Bazarow dopijając trzeci kieliszek.
- Są - odrzekła Eudoksja - ale wszystkie takie puste... Mon amie Odincowa, na przykład, 

jest niebrzydka.  Szkoda,  że ma taką  reputację...  Zresztą to nie ma znaczenia; ale żadnej 
swobody   poglądów,   szerszych   horyzontów,   nic...   Należy   zmienić   zupełnie   system 

wychowania. Myślałam już o tym: nasze kobiety wychowuje się bardzo źle.

- Nic pani nie poradzi - podjął Sitnikow. - Trzeba nimi gardzić i ja nimi gardzę, zupełnie i 

background image

całkowicie!   (Możność   pogardzania   i   wyrażania   swej   pogardy   była   dla   Sitnikowa 
najprzyjemniejszym   doznaniem;   ze   szczególnym   upodobaniem   napadał   na   kobiety,   nie 

podejrzewając, że za kilka miesięcy będzie się płaszczył przed swoją żoną tylko dlatego, że 
była   z   domu   księżniczką   Durdoleosow.)   Żadna   z   nich   nie   potrafiłaby   zrozumieć   naszej 

rozmowy; żadna nie jest warta, abyśmy my, poważni mężczyźni, mówili o niej.

- Po cóż miałyby rozumieć nasze rozmowy? - spytał Bazarow.

- O kim mówicie? - wtrąciła się Eudoksja.
- O ładnych kobietach.

- Jak to? Więc pan podziela poglądy Proudhona?
Bazarow hardo się wyprostował.

- Nie podzielam niczyich poglądów; mam własne.
- Precz z autorytetami! - krzyknął Sitnikow rad, że może użyć ostrych słów w obecności 

człowieka, przed którym się poniżał.

- Ale sam Macaulay... - zaczęła znów Kukszina.

- Precz z Macaulayem! - zagrzmiał Sitnikow. - Pani broni tych bab?
- Nie bronię bab, tylko praw kobiet, o które przysięgłam sobie walczyć do ostatniej kropli 

krwi.

- Precz z... - tu Sitnikow urwał. - Bynajmniej ich nie neguję - powiedział.

- Nie! Widzę, że jest pan słowianofilem.
- Nie, nie jestem słowianofilem, chociaż oczywiście…

- Nie! nie! nie! Słowianofil z pana! Zwolennik Domostroju

14

. Panu by tylko nahajkę do 

ręki.

- Nahajka... to niezła rzecz - zauważył Bazarow - tylko że pijemy teraz ostatnie krople...
- Czego? - przerwała Eudoksja.

- Szampana, czcigodna Awdotio Nikitiszno, szampana, nie twojej krwi.
- Nie mogę słuchać obojętnie, gdy ktoś napada na kobiety - ciągnęła dalej Eudoksja. - To 

okropne, okropne. Zamiast napadać, lepiej przeczytałby pan książkę Micheleta De l'amour. 
To cudo. Panowie, rozmawiajmy o miłości - dodała Eudoksja, w rozmarzeniu opuszczając 

rękę na zmiętą poduszkę kanapy.

Zapanowało nagłe milczenie.

- Nie, po co mówić o miłości - rzekł Bazarow. - Ale wspomniała pani o Odincowej... 

Takie, zdaje się, wymieniła pani nazwisko? Któż to jest?

-  Urocza!   urocza!   - zapiszczał   Sitnikow.  - Przedstawię   pana! Mądra,  bogata,  wdowa. 

14 Domostroj - zbiór przepisów z w. XVI, dotyczących zasad rodzinnych i domowych Rosjan. (Przyp. red.)

background image

Niestety, nie jest jeszcze dosyć inteligentna: powinna poznać bliżej naszą Eudoksję. Pani 
zdrowie, Eudoxie! Trąćmy się. Et toc, et toc, et tin - tin - tin. Et toc, et toc, et tin - tin - tin - 

tin!

- Victor, figlarz z pana.

Śniadanie ciągnęło się długo. Po pierwszej butelce szampana poszła druga, trzecia, a 

nawet   czwarta...   Eudoksja   trajkotała   bez   wytchnienia;   Sitnikow   dotrzymywał   jej   kroku. 

Długo   rozważali   oboje   zagadnienie   małżeństwa:   czy   małżeństwo   jest   przesądem,   czy 
występkiem?   i   jacy   rodzą   się   ludzie,   jednakowi   czy   różni?   i   na   czym   właściwie   polega 

indywidualność? Doszło wreszcie do tego, że Eudoksja, czerwona od wypitego wina, stukając 
płaskimi   paznokciami   o   klawisze   rozstrojonego   fortepianu,   zaczęła   śpiewać   ochrypłym 

głosem   najpierw   cygańskie   pieśni,   a   potem   romans   Seymour   -   Schiffa  Drzemie   senna 
Grenada,  
Sitnikow   zaś   owiązał   głowę   szalem   i   odgrywał   omdlewającego   kochanka   przy 

słowach:

I usta twe z moimi

Gorącym pocałunkiem złączyć...
Arkadiusz nie mógł już wytrzymać.

- Panowie, za bardzo to wszystko staje się podobne do Bedlam

15

 - zauważył głośno.

Bazarow, który bardzo rzadko wtrącał do rozmowy szydercze uwagi - zajmował go raczej 

szampan   -   głośno   ziewnął,   wstał   i   nie   żegnając   się   z   gospodynią   wyszedł   razem   z 
Arkadiuszem. Sitnikow pobiegł za nimi.

- No co, no co? - pytał przypochlebnie, biegnąc to z prawej, to z lewej strony. - Przecież 

mówiłem: wspaniała osoba! Więcej takich kobiet! Eudoksja jest w swoim rodzaju wysoce 

moralnym zjawiskiem.

-   A   ten   zakład   twego   ojca   jest   także   moralnym   zjawiskiem?   -   powiedział   Bazarow 

wskazując palcem na szynk, obok którego właśnie przechodzili.

Sitnikow   znowu   wybuchnął   piskliwym   śmiechem.   Bardzo   wstydził   się   swego 

pochodzenia   i   nie   wiedział,   czy   powinien   uznać   nieoczekiwane   tykanie   Bazarowa   za 
pochlebstwo czy też za obrazę.

15 Bedlam - zakład dla umysłowo chorych pod Londynem. (Przyp. red.)

background image

XIV

W   kilka   dni   później   odbył   się   bal   u   gubernatora.   Matwiej   Iljicz   był   prawdziwym 

„bohaterem   dnia".   Gubernialny   marszałek   szlachty   oświadczył   wszem   wobec,   że   przybył 
właściwie  tylko  z  szacunku   dla  niego, gubernator  zaś  nawet  na  balu,  i  nawet  kiedy stał 

nieruchomo, wciąż  jak gdyby „wydawał polecenia".  Delikatność obejścia Matwieja  Iljicza 
mogła   równać   się   tylko   z   jego   dostojeństwem.   Głaskał   próżność   wszystkich,   jednych   z 

pewnym niesmakiem, innych z odcieniem szacunku; en vrai chevalier français

16

 rozpływał 

się w uprzejmościach wobec pań, wciąż śmiał się donośnym, dźwięcznym śmiechem, i sam 

tylko,   jak   przystało   dostojnikowi.   Poklepał   po   plecach   Arkadiusza   i   głośno   nazwał   go 
„kochanym   siostrzeńcem",   zaszczycił   Bazarowa,   ubranego   w   podniszczony   frak, 

roztargnionym, ale pobłażliwym spojrzeniem, które musnęło twarz młodzieńca, oraz nie-
wyraźnym,  choć uprzejmym mruknięciem, w którym można było tylko odróżnić dźwięki 

„ja..."   i   „...dzo";   podał   palec   Sitnikowowi   i   obdarzył   go   uśmiechem,   ale   uczynił   to,   gdy 
odwracał   już   głowę;   nawet   pani   Kukszin,   która   zjawiła   się   na   balu   bez   krynoliny   i   w 

brudnych rękawiczkach, ale za to z rajskim ptakiem we włosach, powiedział: Enchanté

17

.

Gości   było   mnóstwo,   nie   brakło   też   kawalerów;   panowie   we   frakach   cisnęli   się   pod 

ścianami, za to wojskowi tańczyli z zapałem, a zwłaszcza jeden z nich, który spędził ze sześć 
tygodni   w   Paryżu,   gdzie   nauczył   się   rozmaitych   zawadiackich   okrzyków,   jak:  zuf,   ah 

fichtrrre, pst, pst, mon bibi  itp. Słówka  te wymawiał doskonale, z prawdziwie  paryskim 
szykiem, ale jednocześnie mówił  si j’aurais,  zamiast  si j'avais i absolument  w znaczeniu 

koniecznie,   słowem,   posługiwał   się   owym   rosyjsko   -   francuskim   narzeczem,   które   tak 
śmieszy Francuzów, kiedy nie muszą nas zapewniać, że mówimy ich językiem jak anioły, 

comme des anges.

Arkadiusz, jak wiemy, tańczył źle, Bazarow zaś nie tańczył wcale; obaj usadowili się w 

kącie; przyłączył się do nich Sitnikow. Z pogardliwym uśmiechem na twarzy rzucał jadowite 
uwagi, zuchwale rozglądał się dokoła i zdawało się, że doznaje prawdziwej rozkoszy. Nagle 

wyraz jego twarzy zmienił się; zwrócił się do Arkadiusza i powiedział jakby zmieszany: - 
Przyjechała Odincowa.

Arkadiusz obejrzał się i zobaczył wysoką kobietę w czarnej sukni; przystanęła w drzwiach 

sali. Uderzył go jej dostojny wygląd. Obnażone ręce były harmonijnie opuszczone wzdłuż 

zgrabnej figury; na krągłe ramiona spadały z lśniących włosów delikatne gałązki fuksji; jasne 
oczy spoglądały mądrze i spokojnie, właśnie spokojnie, nie marząco, spod nieco wydatnego 

16 jak prawdziwy kawaler francuski
17 bardzo mi miło

background image

białego czoła, a na ustach błąkał się ledwo dostrzegalny uśmiech. Promieniowała z tej twarzy 
jakaś łagodna i delikatna siła.

- Pan ją zna? - zapytał Arkadiusz Sitnikowa.
- Od niedawna. Chce pan, żebym pana przedstawił?

- Owszem... po tym kadrylu.
Bazarow także zwrócił uwagę na Odincową.

- Cóż to za osoba? - rzekł. - Nie jest podobna do innych bab.
Gdy kadryl się skończył, Sitnikow zaprowadził Arkadiusza do Odincowej; ale można było 

wątpić, czy znał ją bliżej; plątał się w swych wypowiedziach, ona zaś patrzyła na niego z 
pewnym   zdumieniem.   Twarz   jej   rozjaśniła   się   jednak   na   dźwięk   nazwiska   Arkadiusza. 

Zapytała go, czy jest synem Mikołaja Pietrowicza.

- Tak, pani.

- Widziałam pańskiego ojca dwa razy i wiele o nim słyszałam - ciągnęła dalej. - Rada 

jestem pana poznać.

W tej chwili podbiegł do niej jakiś adiutant i poprosił ją do kadryla. Przyjęła zaproszenie.
- Pani tańczy? - z szacunkiem zapytał Arkadiusz.

- Tańczę. Dlaczego pan myśli, że nie tańczę? Czy wydaję się panu zbyt stara?
- Ależ co znowu! W takim razie pozwolę sobie prosić panią o mazura.

Odincowa uśmiechnęła się pobłażliwie.
- Bardzo chętnie - powiedziała i spojrzała na Arkadiusza wprawdzie nie z góry, ale tak, 

jak zamężne siostry patrzą na młodziutkich braci.

Odincowa była nieco starsza od Arkadiusza, niedawno skończyła dwadzieścia osiem lat, 

ale  w jej obecności czuł się niby uczeń  czy  student, jak gdyby różnica  lat była  znacznie 
większa. Do Odincowej majestatycznie podszedł Matwiej Iljicz z komplementami. Arkadiusz 

oddalił się trochę, ale wciąż patrzył na nią; również podczas kadryla nie spuszczał z niej 
oczu. Odincowa rozmawiała ze swoim tancerzem w sposób tak samo niewymuszony jak z 

dygnitarzem;   spokojnie   poruszała   głową,   wodziła   wokół   oczyma   i   dwa   razy   cicho   się 
roześmiała. Nos miała nieco zbyt gruby, jak prawie wszystkie Rosjanki, i cerę niezupełnie 

czystą, mimo to Arkadiusz orzekł, że nigdy jeszcze nie spotkał tak uroczej kobiety. Głos jej 
ciągle   dźwięczał   mu   w   uszach;   nawet   fałdy   jej   sukni   układały   się   jak   gdyby   inaczej, 

harmonijniej i szerzej niż u innych, ruchy zaś były lekkie, a zarazem naturalne.

Arkadiusz czuł się nieco onieśmielony, gdy przy pierwszych dźwiękach mazura usiadł 

obok swej damy; zamierzał rozpocząć rozmowę, przeciągnął ręką po włosach i nie znajdował 
ani jednego słowa.  Ale jego nieśmiałość i zakłopotanie nie trwały  długo; udzielił  mu się 

background image

spokój Odincowej; po kwadransie swobodnie opowiadał jej o swoim ojcu, o stryju, o życiu w 
Petersburgu   i   na   wsi.   Odincowa   słuchała   go   z   uprzejmym   zainteresowaniem,   lekko 

otwierając   i   zamykając   wachlarz;   przerywał   swoją   paplaninę,   gdy   zapraszali   ją   do  tańca 
kawalerowie; Sitnikow prosił ją dwa razy. Wracała, siadając znowu, brała wachlarz i pierś jej 

nawet   nie   poruszała   się   szybciej.   Arkadiusz   zaś   znowu   zaczynał   paplać,   szczęśliwy,   że 
znajduje się w jej pobliżu, że mówi z nią, widzi jej oczy, wspaniałe czoło i całą jej miłą, 

poważną i mądrą twarz. Sama mówiła mało, ale to, co mówiła, wskazywało na znajomość 
życia; z pewnych jej uwag Arkadiusz wywnioskował, że wiele już przeżyła i przemyślała.

- Z kim pan stał? - zapytała. - Wtedy gdy pan Sitnikow podszedł z panem do mnie?
- Więc pani go zauważyła? - zapytał z kolei Arkadiusz. - Wspaniałą ma twarz, prawda? To 

mój przyjaciel Bazarow.

I Arkadiusz zaczął mówić o „swoim przyjacielu".

Mówił o nim tak szczegółowo i z takim zachwytem, że Odincowa zwróciła się w jego 

stronę i spojrzała z uwagą. Mazur zbliżał się ku końcowi. Arkadiusz poczuł żal, że musi 

pożegnać swą damę, tak przyjemnie spędził z nią około godziny! Co prawda, przez cały czas 
czuł wyraźnie, że ona czyni mu jak gdyby łaskę, że powinien być jej wdzięczny, ale młodym 

sercom nie ciążą takie uczucia.

Muzyka zamilkła.

Merci - rzekła Odincowa wstając. - Obiecał pan mnie odwiedzić, niechże więc zabierze 

pan z sobą swego przyjaciela. Ciekawa byłabym poznać człowieka, który ma odwagę w nic 

nie wierzyć.

Do Odincowej zbliżył się gubernator, oświadczył, że kolacja na stole, i z zaaferowaną 

miną podał jej ramię. Odchodząc odwróciła się, aby po raz ostatni uśmiechnąć się i skinąć 
Arkadiuszowi głową. Arkadiusz złożył jej niski ukłon, spojrzał za nią (jak zgrabna wydała mu 

się jej postać spowita w połyskujący czarny jedwab!), pomyślał: „W tej chwili zapomniała już 
o moim istnieniu", i duszę jego ogarnął słodki spokój...

- No, cóż? - zapytał Bazarow, gdy Arkadiusz wrócił do kąta. - Zabawiłeś się? Mówił mi 

przed chwilą pewien ziemianin, że ta pani - ho, ho, ho! Ale ten ziemianin to chyba głupiec. A 

jak ty myślisz? Czy ona rzeczywiście jest ho, ho, ho?

- Niezupełnie rozumiem to określenie - odrzekł Arkadiusz.

- A to dopiero! Jaki niewinny!
- W takim razie nie rozumiem twego ziemianina. Odincowa jest bez wątpienia bardzo 

miła, ale zachowuje się tak chłodno i powściągliwie, że...

- Cicha woda... wiesz! - przerwał Bazarow. - Mówisz, że jest chłodna? Właśnie cały w tym 

background image

smak! Przecie lubisz lody, prawda?

- Może - wybąkał Arkadiusz - ale nic o tym nie wiem. Ona chce cię poznać i prosiła, 

żebym cię do niej zabrał.

- Wyobrażam sobie, jak mnie obmalowałeś! Zresztą dobrześ zrobił. Zawieź mnie do niej. 

Wszystko jedno czy to gubernialna lwica, czy emancipee w rodzaju pani Kukszin, ale takich 
ramion dawno nie widziałem.

Arkadiusz poczuł się dotknięty cynizmem Bazarowa, lecz jak to często bywa, zarzucił mu 

nie to, co mu się nie spodobało...

-   Dlaczego   nie   chcesz   przyznać,   że   kobiety   też   mogą   myśleć   niezależnie?   -   zapytał 

półgłosem.

-   Dlatego,   bracie,   że   według   moich   obserwacji   tą   cechą   odznaczają   się   tylko   bardzo 

brzydkie kobiety.

Na   tym   rozmowa   się   urwała.   Obaj   młodzi   ludzie   opuścili   bal   zaraz   po   kolacji.   Gdy 

wychodzili, pani Kukszin roześmiała się nerwowo, ze złością, ale niezbyt głośno; czuła się 

głęboko urażona, że żaden z nich nie zwrócił na nią uwagi. Została najdłużej ze wszystkich 
na balu i o czwartej nad ranem zatańczyła z Sitnikowem polkę - mazurkę na paryską modłę. 

Tym pouczającym widowiskiem zakończył się bal u gubernatora.

background image

XV

-  Zobaczymy,  do  jakiego   rzędu  ssaków  należy  ta  osoba   -  mówił  następnego  dnia  do 

Arkadiusza   Bazarow  idąc  z nim  schodami  hotelu,  w którym  zatrzymała   się Odincowa.  - 
Czuję, że coś tu jest nie w porządku.

-  Zdumiewasz  mnie! -  zawołał  Arkadiusz.  -  Jak   to?  Ty,   Bazarow,  uznajesz   tę  ciasną 

moralność, która...

- Ależ dziwak z ciebie! - niedbale przerwał mu Bazarow. - Czy nie wiesz, że wśród nas, w 

naszym narzeczu „nie w porządku" znaczy „w porządku"? A zatem sprawa godna uwagi. Czy 

sam nie mówiłeś mi dzisiaj, że Odincowa jakoś dziwnie wyszła za mąż, chociaż uważam, że 
małżeństwo z bogatym starcem nie tylko nie jest dziwne, lecz przeciwnie, dowodzi rozsądku. 

Nie   wierzę   miejskim   plotkom;   ale   lubię   pomyśleć,   jak   powiada   nasz   wykształcony 
gubernator, że nie są pozbawione słuszności.

Arkadiusz nic nie odpowiedział i zastukał do drzwi. Młody służący w liberii wprowadził 

obu   przyjaciół   do   wielkiego   pokoju,   kiepsko   umeblowanego,   jak   wszystkie   pokoje   w 

rosyjskich hotelach, lecz za to pełnego kwiatów. Wkrótce zjawiła się Odincowa w skromnej 
porannej   sukni.   W   blasku   wiosennego   słońca   wydawała   się   jeszcze   młodsza.   Arkadiusz 

przedstawił jej Bazarowa i z ukrytym zdziwieniem spostrzegł, że tamten jakby się zmieszał; 
Odincowa   była   zupełnie   spokojna,   jak   wczoraj.   Bazarow   zdał   sobie   sprawę   ze   swego 

zmieszania i był zły na siebie. „To ci dopiero! Przeląkłem się baby!" - pomyślał i rozwalił się 
w fotelu niczym Sitnikow, po czym zaczął mówić w sposób przesadnie swobodny; Odincowa 

nie spuszczała z niego swoich jasnych oczu.

Anna Odincowa była córką Sergiusza Nikołajewicza Łoktiewa, słynnego z urody aferzysty 

i karciarza, który spędziwszy piętnaście lat w Petersburgu i Moskwie na hucznych zabawach, 
skończył na tym, że zgrał się do nitki i musiał osiąść na wsi, gdzie zresztą wkrótce umarł 

zostawiając   niewielki   mająteczek   dwom   swym   córkom:   dwudziestoletniej   Annie   i   dwu-
nastoletniej Katarzynie. Matka ich, pochodząca ze zubożałego rodu książąt Ch., zmarła w 

Petersburgu, gdy mąż jej był jeszcze w pełni sił. Położenie Anny po śmierci ojca było bardzo 
ciężkie.   Wyborna   edukacja,   jaką   otrzymała   w   Petersburgu,   nie   przygotowała   jej   do 

gospodarskich i domowych kłopotów ani też do życia na odludnej wsi. Nie znała dosłownie 
nikogo   w   całej   okolicy,   nie   miała   do   kogo   zwrócić   się   o   radę.   Ojciec   starał   się   unikać 

wszelkich stosunków z sąsiadami, gardził nimi i oni nim gardzili, każdy na swój sposób. 
Anna   nie   straciła   jednak   głowy,   natychmiast   zaprosiła   do   siebie   siostrę   swojej   matki, 

księżniczkę   Awdotię   Stiepanownę   Ch.,   złą   i   sprytną   staruszkę,   która   zamieszkawszy   u 

background image

siostrzenicy  zagarnęła  dla  siebie najlepsze pokoje, gderała  i zrzędziła  od rana  do nocy i 
nawet do ogrodu wychodziła w towarzystwie jedynego, jaki jej pozostał, poddanego chłopa, 

ponurego lokaja w trójgraniastym kapeluszu i znoszonej tabaczkowej  liberii  z błękitnym 
galonem.   Anna   cierpliwie   znosiła   wszystkie   dziwactwa   ciotki,   z   wolna   zajęła   się 

wychowaniem siostry i jak gdyby pogodziła się z myślą, że zwiędnie na odludziu... Ale los 
chciał inaczej. Przypadkiem ujrzał ją niejaki Odincow, mężczyzna czterdziestosześcioletni, 

bardzo   bogaty,   dziwak,   hipochondryk,   gruby,   ciężki   i   ponury,   zresztą   niegłupi   i   niezły 
człowiek; zakochał się w niej i poprosił o rękę. Zgodziła się zostać jego żoną; przeżył z nią 

sześć lat, a umierając zostawił jej cały swój majątek. Anna Siergiejewna przez rok po śmierci 
męża nie wyjeżdżała ze wsi; potem wybrała się razem z siostrą za granicę, lecz była tylko w 

Niemczech; stęskniła się i wróciła do swej uroczej wsi Nikolskoje położonej w odległości 
czterdziestu wiorst od ***. Miała tam wspaniały, doskonale urządzony dom, piękny ogród i 

oranżerię:   nieboszczyk   Odincow   nie   odmawiał   sobie   niczego.   Anna   Siergiejewna   bardzo 
rzadko bywała w mieście, przeważnie jeździła tam za interesami i na krótko. W guberni nie 

była lubiana; bardzo oburzano się z powodu jej małżeństwa z Odincowem, opowiadano o 
niej   przeróżne   niebywałe   historie,   zapewniano,   że   pomagała   ojcu   w   jego   szulerskich 

machinacjach,   że   nie   przypadkiem   jeździła   za   granicę,   lecz   po   to,   by   ukryć   nieszczęsne 
następstwa...   „Pan  rozumie,   jakie  następstwa?"   -   dodawali   oburzeni   plotkarze.   „Przeszła 

przez   ogień   i   wodę"   -   mawiano   o   niej,   a   pewien   znany   w   guberni   dowcipniś   dorzucał 
zazwyczaj: „I z niejednego pieca chleb jadła." Wszystkie te plotki dochodziły do niej, lecz 

puszczała je mimo uszu: charakter miała niezależny i dość stanowczy.

Odincowa siedziała głęboko wtulona w fotel i złożywszy jedną rękę na drugiej słuchała 

Bazarowa, który, wbrew swemu zwyczajowi, mówił dużo i wyraźnie starał się zainteresować 
towarzyszkę rozmowy, co znowu zdziwiło Arkadiusza. Nie potrafił rozstrzygnąć, czy Bazarow 

osiągnął swój cel. Z twarzy Anny Siergiejewny trudno było się domyślić, jakich doznawała 
wrażeń;   ta   twarz   niezmiennie   wyrażała   subtelną   uprzejmość;   piękne,   błyszczące   oczy 

patrzyły   uważnie,   ale   była   to   uwaga   beznamiętna.   Sztuczność   Bazarowa   w   pierwszych 
chwilach wizyty podziałała na nią nieprzyjemnie, jak przykry zapach czy ostry dźwięk; ale od 

razu zrozumiała, że Bazarow był zmieszany, a to jej nawet schlebiało. Budziła w niej odrazę 
tylko wulgarność, tego zaś nikt Bazarowowi nie mógł zarzucić. Arkadiusz owego dnia nie 

przestawał się dziwić. Spodziewał się, że Bazarow z Odincową, jako kobietą mądrą, będzie 
rozmawiał o swoich poglądach i przekonaniach; przecież sama chciała posłuchać człowieka, 

„który ma odwagę w nic nie wierzyć"; tymczasem Bazarow mówił o medycynie, homeopatii, 
botanice. Okazało się, że Odincowa na swym odludziu nie traciła czasu: przeczytała kilka 

background image

dobrych książek i mówiła poprawnie po rosyjsku. Skierowała rozmowę na temat muzyki, 
lecz zauważywszy, że Bazarow nie uznaje sztuki, wróciła niepostrzeżenie do botaniki, chociaż 

Arkadiusz   zaczął   się   już   rozwodzić   o   znaczeniu   melodii   ludowych.   Odincowa   nadal 
traktowała go jak młodszego brata: zdawało się, że ceni w nim dobroć i prostotę młodości, 

lecz nic ponadto. Rozmowa pełna umiaru, urozmaicona i żywa trwała przeszło trzy godziny.

Wreszcie   przyjaciele   wstali,   by   się   pożegnać.   Anna   Siergiejewna   spojrzała   na   nich 

życzliwie, podała każdemu swą piękną białą rękę i pomyślawszy chwilkę, z niepewnym, lecz 
miłym uśmiechem powiedziała:

- Jeśli nie boicie się, panowie, nudy, przyjedźcie do mnie na wieś.
- Ależ, Anno Siergiejewno! - zawołał Arkadiusz. - Będę to sobie poczytywał za wyjątkowe 

szczęście...

- A pan, monsieur Bazarow?

Bazarow poprzestał na ukłonie, i Arkadiuszowi wypadło zdziwić się po raz ostatni: na 

twarzy przyjaciela zauważył rumieniec.

- No - powiedział do niego, gdy wyszli - czy wciąż jeszcze myślisz, że ona jest ho - ho - 

ho?

-   Kto  ją   tam   wie!   Proszę,   do   jakiej   oziębłości   doszła!   -   odrzekł   Bazarow   i   po  chwili 

milczenia dodał: - Księżna, osoba panująca! Powinna tylko nosić z tyłu tren i koronę na 

głowie.

- Nasze księżne nie mówią tak po rosyjsku - zauważył Arkadiusz.

- Była w opałach, braciszku, pokosztowała naszego chleba.
- A jednak jest zachwycająca - powiedział Arkadiusz.

- Jakie  wspaniałe  ciało!  - ciągnął  dalej  Bazarow  - doprawdy,  aż  się prosi na wykład 

anatomii.

- Przestań, Eugeniuszu, na Boga! Do czego to podobne!
- No, nie gniewaj się, delikaciku. Przecież powiedziałem: pierwsza klasa. Trzeba będzie 

do niej pojechać.

- Kiedy?

- Chociażby pojutrze. Cóż mamy tu do roboty? Pić z panią Kukszin szampana? Słuchać, 

co mówi twój krewny, liberalny dygnitarz? Pojedziemy pojutrze. Zresztą dworek mojego ojca 

znajduje się niedaleko stamtąd. Przecie to Nikolskoje leży przy drodze do ***?

- Tak.

-  Optime.  Po   cóż   zwlekać;   zwlekają   tylko   głupcy   i   przemądrzalcy.   Powiadam   ci: 

wspaniałe ciało!

background image

W trzy dni potem obaj przyjaciele jechali traktem do wsi Nikolskoje. Dzień był jasny i 

niezbyt   gorący,   dobrze   odkarmione   konie   pocztowe   szły   zgodnie,   z   lekka   wymachując 

podwiązanymi i zaplecionymi ogonami. Arkadiusz patrzył na trakt i uśmiechał się, sam nie 
wiedząc dlaczego.

-   Złóż   mi   życzenia   -   zawołał   nagle   Bazarow.   -   Dzisiaj   jest   22   czerwca,   dzień   moich 

imienin. Zobaczymy, jak mi się powiedzie. Dzisiaj czekają na mnie w domu - dodał zniżając 

głos. - No to poczekają, nic ważnego!

background image

XVI

Dwór, w którym mieszkała Anna Siergiejewna, stał na połogim, odsłoniętym wzgórzu, 

opodal żółtej murowanej cerkwi z zielonym dachem, białymi kolumnami i wymalowanym 
nad górnym wejściem freskiem w stylu „włoskim", który przedstawiał Zmartwychwstanie 

Chrystusa.   Osobliwie   zwracał   uwagę   swymi   zaokrąglonymi   konturami   smagły   rycerz   w 
szyszaku, widoczny na pierwszym planie malowidła. Za cerkwią dwoma rzędami ciągnęły się 

wiejskie   chaty;   gdzieniegdzie   nad   słomianymi   strzechami   sterczały   kominy.   Dwór, 
zbudowany w tym samym stylu co cerkiew,  znanym u nas pod nazwą  stylu Aleksandra, 

również był pomalowany na żółto, miał zielony dach, białe kolumny i fronton z herbem. 
Gubernialny architekt wzniósł obie budowle za aprobatą nieboszczyka Odincowa, który nie 

cierpiał   niedorzecznych,   według   jakiegoś   widzimisię   improwizowanych,   jak   mawiał, 
nowości.   Z   obu   stron   domu   stały   ciemno   drzewa   starego   parku;   aleja   wysadzona 

strzyżonymi świerkami wiodła do podjazdu.

Na spotkanie naszych przyjaciół wyszli dwaj rośli lokaje w liberiach; jeden z nich zaraz 

pobiegł po ochmistrza. Ochmistrz, gruby mężczyzna w czarnym fraku, zjawił się natychmiast 
i poprowadził gości wysłanymi dywanem schodami do pokoju, gdzie stały już dwa łóżka i 

wszystko, co potrzebne do toalety. Widać było, że w domu panował porządek: wszędzie było 
czysto, wszędzie unosił się jakiś szacowny zapach, niby w ministerialnych poczekalniach.

- Anna Siergiejewna prosi panów do siebie za pół godziny - oznajmił ochmistrz. - Czy na 

razie panowie nic nie rozkażą?

- Nie, mój czcigodny - odrzekł Bazarow. - Chyba że zechcesz nam przynieść kieliszek 

wódki.

-   Słucham   pana   -   powiedział   ochmistrz   z   pewnym   zdumieniem   i   odszedł   skrzypiąc 

butami.

- Cóż za granżanr!

18

 - zauważył Bazarow. - Chyba tak się to po waszemu nazywa! Księżna, 

nie ma co mówić!

-   Właśnie,   księżna!   -   zaprotestował   Arkadiusz.   -   Od   razu   zaprosiła   do   siebie   takich 

wielkich arystokratów jak my.

- A zwłaszcza ja, przyszły lekarzyna, syn konowała i wnuk diaka... Wiesz przecież, że 

jestem wnukiem diaka?...

- Jak Sperański - dodał, krzywiąc się, po chwili milczenia. - Ależ sobie dogadza, dogadza 

sobie ta pani! Może powinniśmy włożyć fraki?

Arkadiusz wzruszył tylko ramionami... ale także czuł niejakie zakłopotanie.

18 Grand genre - wielkopański styl. (W oryg. pisownia fonetyczna.)

background image

W pół godziny później Bazarow i Arkadiusz zeszli do salonu. Był to obszerny, wysoki 

pokój,   urządzony   z   pewnym  przepychem,   lecz   bez   szczególnego   smaku.   Ciężkie   i   drogie 

meble   stały   według   z   dawna   ustalonego   porządku   pod   ścianami   pokrytymi   brązowym 
obiciem w złoty deseń; nieboszczyk  Odincow sprowadził je z Moskwy za pośrednictwem 

swojego przyjaciela, handlarza win, który załatwiał wszystkie jego zlecenia. Nad kanapą, na 
środkowej ścianie, wisiał portret jasnowłosego mężczyzny o obrzękłej twarzy; zdawało się, że 

niechętnie spogląda na gości.

- To pewno on - szepnął do Arkadiusza Bazarow i marszcząc nos dodał: - A może stąd 

uciec?

W tej chwili jednak weszła pani domu. Miała na sobie lekką bareżową suknię; włosy 

zaczesane gładko na uszy nadawały dziewczęcy wyraz jej czystej i świeżej twarzy.

-   Dziękuję,   że   panowie   dotrzymali   słowa   -   zaczęła   -   zabawicie   trochę   u   mnie;   tutaj 

doprawdy jest niebrzydko. Zapoznam was z moją siostrą; dobrze gra na fortepianie. Dla 
pana,  monsieur  Bazarow, to sprawa obojętna; ale pan,  monsieur  Kirsanow, zdaje się, lubi 

muzykę;   prócz   siostry   mieszka   u   mnie   staruszka   ciotka,   a   jeden   z   sąsiadów   niekiedy 
przyjeżdża na karty: oto całe nasze towarzystwo. A teraz siądźmy.

Krótkie to przemówienie wygłosiła Odincowa bardzo wyraźnie, jak gdyby nauczyła się go 

na pamięć. Potem zwróciła się do Arkadiusza. Matka Odincowej, jak się okazało, znała jego 

matkę   i   była   nawet   jej   powiernicą   w   okresie,   gdy   tamta   zakochała   się   w   Mikołaju 
Pietrowiczu. Arkadiusz z zapałem zaczął mówić o nieboszczce, Bazarow zaś przez ten czas 

przeglądał albumy. „Jaki zrobiłem się grzeczniutki" - pomyślał.

Piękna charcica w błękitnej obroży wbiegła do salonu, stukając pazurami o podłogę; za 

nią weszła osiemnastoletnia dziewczyna, smagła brunetka o nieco okrągłej, lecz przyjemnej 
twarzy i niewielkich, ciemnych oczach. W rękach trzymała koszyk pełen kwiatów.

- To moja Katia - powiedziała Odincowa wskazując ją ruchem głowy.
Katia lekko dygnęła, usiadła obok siostry i zaczęła układać kwiaty. Charcica, która wabiła 

się Fifi, machając ogonem podeszła kolejno do obu gości i dotknęła swym chłodnym nosem 
ręki każdego z nich.

- Sama to wszystko narwałaś? - zapytała Odincowa.
- Tak - powiedziała Katia.

- A ciotka przyjdzie na herbatę?
- Tak.

Mówiąc Katia uśmiechała się przyjemnie, trochę wstydliwie, ale szczerze, i patrzyła w 

jakiś zabawny i surowy jednocześnie sposób, z dołu do góry. Wszystko w niej było bardzo 

background image

jeszcze dziewczęce, prawie dziecinne: głos, puszek na całej twarzy, różowe ręce z bledszymi 
nieco plamkami na dłoniach i stulone troszkę ramiona... Nieustannie czerwieniła się i szyb-

ko oddychała.

Odincowa zwróciła się do Bazarowa:

-   Pan   przegląda   obrazki   z   poczucia   przyzwoitości,   Eugeniuszu   Wasiliczu   -   zaczęła.   - 

Przecież  to pana nie interesuje. Niech pan zechce przysunąć się do nas, podyskutujemy 

trochę.

Bazarow przysiadł się bliżej.

- O czym każe pani mówić? - rzekł.
- Wybór pozostawiam panu. Uprzedzam, że bardzo lubię dyskutować.

- Pani?
- Tak. Pana to dziwi? Dlaczego?

- Ponieważ, o ile mogę sądzić, ma pani charakter spokojny i opanowany, dyskusja zaś 

wymaga zapału.

- Tak szybko zdążył mnie pan poznać? Po pierwsze, jestem niecierpliwa i uparta, proszę 

zapytać Kati; po drugie, bardzo prędko się zapalam.

Bazarow spojrzał na Annę Siergiejewnę.
-   Być   może,   pani   wie   lepiej.   Chce   pani   zatem   dyskutować?   Cóż,   proszę   bardzo. 

Przeglądałem  widoki Saskiej Szwajcarii  w pani albumie; pani zauważyła,  że mnie to nie 
może zająć. Powiedziała pani tak dlatego, że nie przypuszcza pani, bym posiadał zmysł ar-

tystyczny, i tak jest w istocie; ale te widoki mogły mnie na przykład zainteresować z punktu 
widzenia geologii, kształtowania się gór.

- Pan wybaczy, jako geolog raczej posłużyłby się pan książką, dziełem specjalnym niż 

rysunkiem.

- Rysunek ukaże mi plastycznie to, co w książce zawiera się na dziesięciu stronicach.
Anna Siergiejewna chwilę milczała.

- Więc doprawdy nie ma pan w sobie ani odrobiny wyczucia artystycznego? - zapytała 

opierając się łokciami o stół i w ten sposób przybliżając swą twarz do twarzy Bazarowa. - 

Jakże się pan bez tego obchodzi?

- Chciałbym wiedzieć, do czego to wyczucie ma mi służyć?

- Chociażby do tego, by poznawać i rozumieć ludzi.
Bazarow uśmiechnął się.

- Po pierwsze, do tego celu służy doświadczenie życiowe; po drugie ośmielę się twierdzić, 

że poznawanie poszczególnych jednostek niewarte jest zachodu. Wszyscy ludzie są do siebie 

background image

podobni,   zarówno   ciałem,   jak   i   duszą;   każdy   z   nas   ma   mózg,   śledzionę,   serce   i   płuca 
zbudowane jednakowo; tak zwane cechy charakteru są również takie same u wszystkich: 

niewielkie odchylenia nic nie znaczą. Wystarczy znać jeden egzemplarz człowieka, by móc 
wydawać sądy o wszystkich innych. Ludzie są jak drzewa w lesie; botanik nie będzie się 

zajmował każdą brzozą z osobna.

Katia, która bez pośpiechu układała kwiaty, ze zdumieniem podniosła oczy na Bazarowa 

i   napotkawszy   jego   przelotne   i   niedbałe   spojrzenie   zarumieniła   się   po   uszy.   Anna 
Siergiejewna pokręciła głową.

- Drzewa w lesie - powtórzyła. - Więc według pana nie ma różnicy między człowiekiem 

mądrym a głupim, dobrym a złym?

- Nie, jest, ale taka, jak między chorym a zdrowym. Płuca suchotnika wyglądają inaczej 

niż płuca pani czy moje, chociaż zbudowane są tak samo. Wiemy w przybliżeniu, jakie są 

przyczyny   niedomagań   cielesnych;   choroby   zaś   charakteru   powstają   wskutek   złego 
wychowania, przeróżnych głupstw, którymi od dzieciństwa nabija się człowiekowi głowę, 

słowem, są wynikiem oburzającego stanu społeczeństwa. Naprawcie społeczeństwo, a wtedy 
nie będzie chorób.

Bazarow mówił to wszystko z taką miną, jakby jednocześnie myślał: „Wierz mi lub nie 

wierz, wszystko mi jedno!" Powoli wodził długimi palcami po faworytach i spojrzenie jego 

błądziło z kąta w kąt.

- Przypuszcza pan zatem - rzekła Anna Siergiejewna - że z chwilą gdy społeczeństwo się 

zmieni, nie będzie głupich i złych ludzi?

- W każdym razie gdy społeczeństwo będzie należycie urządzone, stanie się obojętne, czy 

człowiek jest głupi czy mądry, zły czy dobry.

- Rozumiem, wszyscy będą mieli jednakowe śledziony.

- Otóż to, łaskawa pani!
Odincowa zwróciła się do Arkadiusza:

- A pan jak sądzi, Arkadiuszu Nikołajewiczu?
- Zgadzam się z Eugeniuszem - odpowiedział.

Katia popatrzyła na niego ukradkiem.
- Zadziwiacie mnie, panowie - rzekła Odincowa - ale jeszcze o tym pomówimy. Słyszę, że 

ciotka schodzi na herbatę; powinniśmy oszczędzić jej uszu.

Weszła ciotka Anny Siergiejewny, księżniczka Ch ***, chudziutka i mała, o twarzy jak 

piąstka i nieruchomych, złych oczach spoglądających spod siwej peruczki; ledwie skinąwszy 
głową gościom, usiadła w szerokim, obitym aksamitem fotelu, do którego nikt prócz niej nie 

background image

miał prawa. Katia podstawiła jej podnóżek, stara nie podziękowała, nawet nie spojrzała na 
nią; poruszyła tylko rękoma pod żółtym szalem okrywającym niemal całkowicie jej wątłe 

ciało. Księżniczka lubiła żółty kolor, przy czepku też miała jaskrawożółte wstążki.

- Jak się cioci spało? - zapytała Odincowa podnosząc głos.

- Znowu ten pies tutaj?  - burknęła w odpowiedzi  stara  i widząc,  że Fifi zrobiła  dwa 

niepewne kroki w jej kierunku, krzyknęła: - A pójdziesz, pójdziesz!

Katia zawołała Fifi i otworzyła jej drzwi.
Fifi radośnie rzuciła się przed siebie w nadziei, że wyprowadzą ją na spacer, gdy została 

jednak sama za drzwiami, zaczęła drapać w nie i skomleć. Księżniczka nachmurzyła się, 
Katia chciała już wyjść...

- Myślę, że podano herbatę - rzekła Odincowa. - Chodźmy, panowie; ciocia pozwoli na 

herbatę.

Księżniczka wstała w milczeniu i pierwsza wyszła z salonu. Wszyscy ruszyli za nią do 

jadalni. Kozaczek w liberii z hałasem podsunął jej wymoszczony poduszkami i tak samo 

uświęcony   fotel.   Katia,   która   nalewała   herbatę,   podała   jej   pierwszej   filiżankę   z   wy-
malowanym herbem. Stara nałożyła sobie miodu do filiżanki (uważała, że picie herbaty z 

cukrem  jest grzechem i  zbytecznym  wydatkiem,  chociaż  sama na  nic nie łożyła)  i nagle 
zapytała ochrypłym głosem:

- A cóż pisze k s j ą ż e Iwan?
Nikt jej nie odpowiedział. Bazarow i Arkadiusz wkrótce domyślili się, że nikt na nią nie 

zwraca uwagi, chociaż jest traktowana z szacunkiem. „Trzymają ją tu dla splendoru, bo to 
latorośl   książęcego   rodu"   -   pomyślał   Bazarow...   Po   herbacie   Anna   Siergiejewna 

zaproponowała  przechadzkę,  ale zaczął  kropić deszcz  i wszyscy,  z wyjątkiem  księżniczki, 
wrócili  do salonu. Przyjechał  sąsiad,  amator gry w karty; Porfiriusz Płatonowicz,  tak się 

bowiem   ów   sąsiad   nazywał,   był   tłuściutki,   siwy,   z   krótkimi,   jakby   toczonymi   nóżkami, 
bardzo uprzejmy i skory do śmiechu. Anna Siergiejewna, która przeważnie rozmawiała z 

Bazarowem,   zapytała   go,   czy   nie   zechciałby   zagrać   z   nimi   w   staromodnego   preferansa. 
Bazarow przystał mówiąc, że zawczasu winien się przygotować do przyszłego stanowiska 

lekarza powiatowego.

-   Proszę   się   strzec   -   powiedziała   Anna   Siergiejewna   -   ogramy   pana   z   Porfiriuszem 

Płatonowiczem. Ty zaś, Katiu - dodała - zagraj coś; Arkadiusz Ni - kołajewicz lubi muzykę, a 
my też posłuchamy.

Katia niechętnie zbliżyła się do fortepianu. Arkadiusz, choć rzeczywiście lubił muzykę, 

nierad poszedł za nią: zdawało mu się, że Odincowa go odprawia; w sercu Arkadiusza, jak w 

background image

sercu każdego młodzieńca  w jego wieku, rodziło się jakieś  niejasne i męczące  doznanie, 
podobne   do   przeczucia   miłości.   Katia   podniosła   wieko   fortepianu   i   nie   patrząc   na 

Arkadiusza spytała półgłosem:

- Co mam panu zagrać?

- Zechce pani wybrać sama - obojętnie odpowiedział Arkadiusz.
- Jaką muzykę lubi pan najbardziej? - powtórzyła Katia wciąż nie patrząc na Arkadiusza.

- Klasyczną - odparł tym samym tonem. - Lubi pan Mozarta?
- Tak.

Katia wydobyła ze stosu nut  Sonatę - fantazję c - moll  Mozarta. Grała bardzo dobrze, 

choć nieco surowo i oschle. Nie spuszczając z nut oczu, mocno zacisnąwszy usta siedziała 

nieruchoma i wyprostowana i tylko pod koniec utworu twarz jej zapłoniła się i pasemko 
włosów opadło na ciemną brew.

Arkadiusza osobliwie uderzyła ostatnia część sonaty, owa część, gdzie wśród urzekająco 

wesołej,   beztroskiej   melodii   nieoczekiwanie   pojawiają   się   akcenty   bolesnego,   prawie 

tragicznego smutku... Ale myśli wywołane dźwiękami Mozarta nie miały związku z Katią. 
Patrząc na nią zauważył tylko: „Nieźle gra ta panna i sama jest niebrzydka.”

Gdy   Katia   skończyła   sonatę,   zapytała   nie   odejmując   rąk   od   klawiszy:   -   Dosyć?   - 

Arkadiusz oświadczył, że nie śmie jej więcej trudzić, i wszczął rozmowę o Mozarcie, pytając, 

czy sama wybrała tę sonatę, czy też ktoś zwrócił jej na nią uwagę. Ale Katia odpowiadała 
monosylabami: schowała się, zamknęła w sobie. Z tego stanu nieprędko umiała się otrząsnąć 

i   twarz   jej   przybierała   wówczas   uparty,   tępy   prawie   wyraz.   Nie   tyle   była   nieśmiała,   co 
nieufna i trochę zahukana przez wychowującą ją siostrę, czego oczywiście tamta nawet nie 

podejrzewała. Arkadiusz nie wiedząc więc, co począć, zawołał Fifi, która znów znalazła się w 
salonie, i dla dodania sobie animuszu z życzliwym uśmiechem gładził ją po łbie. Katia znowu 

zabrała się do swych kwiatów.

Bazarow nie był dobrym graczem.  Anna Siergiejewna grała w karty po mistrzowsku, 

Porfiriusz Płatonowicz też nie dawał się zapędzić w kozi róg. Bazarow przegrał wprawdzie 
niewiele, ale było mu nieprzyjemnie. Przy kolacji Anna Siergiejewna znowu zaczęła mówić o 

botanice.

- Chodźmy jutro z rana na przechadzkę - rzekła do Bazarowa. - Chciałabym się od pana 

dowiedzieć nazw łacińskich i poznać właściwości roślin.

- Na cóż pani nazwy łacińskie? - zapytał Bazarow.

- Porządek niezbędny jest we wszystkim - odpowiedziała.
-  Cóż  to  za   cudowna   kobieta!  -  zawołał  Arkadiusz,  gdy  został  sam  z  przyjacielem  w 

background image

przeznaczonym dla nich pokoju.

- Tak - rzekł Bazarow. - I z głową na karku. No, widziała już w życiu niejedno.

- Co masz na myśli, Eugeniuszu Wasiliewiczu?
-   Nic   złego,   kochany   Arkadiuszu   Nikołaiczu,   nic   złego!   Jestem   przekonany,   że 

znakomicie zarządza swym majątkiem. Jednak prawdziwe cudo to nie ona, ale jej siostra.

- Jak to? Masz na myśli tę smagłą?

- Tak, tę smagłą. Świeże to i nietknięte, lękliwe i milczące. Oto osóbka, którą można by 

się zająć. Zrobisz z niej wszystko, co zechcesz; za to tamta jest kuta na cztery nogi.

Arkadiusz   nic   nie   odpowiedział   i   każdy   z   nich   położył   się   spać   ze   szczególniejszymi 

myślami.

Tego wieczora Anna Siergiejewna także myślała o swoich gościach. Bazarow spodobał się 

jej dlatego,  że  nie miał  w sobie śladu  kokieterii  i sądził  o wszystkim bardzo krytycznie. 

Widziała w nim cechy nowe, z jakimi dotychczas się nie zetknęła, a była z natury ciekawa.

Anna Siergiejewna była dziwną istotą. Nie mając żadnych przesądów, nie mając nawet 

żadnych   ściśle   określonych   przekonań,   przed   niczym   nie   ustępowała   i   nie   zmierzała 
donikąd.   Wiele   rzeczy   widziała   jasno,   wiele   ją   interesowało,   ale   nic   jej   nie   zadowalało 

zupełnie; nie wiadomo też, czy pragnęła nawet pełni zadowolenia. Umysł miała dociekliwy, 
ale zarazem obojętny; jej wątpliwości nie przycichały nigdy do tego stopnia, by mogła o nich 

zapomnieć, ale też nigdy nie urastały tak, by mogły stać się przyczyną niepokoju. Gdyby nie 
była bogata i niezależna, może rzuciłaby się w wir walki, poznała namiętność... Lecz życie 

miała łatwe, chociaż nudziła się niekiedy i spędzała dzień po dniu bez pośpiechu, bardzo 
rzadko ulegając jakimś wzruszeniom. Tęczowe barwy błyskały niekiedy przed jej oczyma, 

lecz   oddychała  swobodnie   dopiero   wtedy,  gdy  gasły,   a   po   ich   zniknięciu   nie   czuła   żalu. 
Wyobraźnia jej wybiegała nawet poza granicę tego, co według zasad pospolitej moralności 

uważa  się za dozwolone; ale i wtedy krew miarowo,  jak  zawsze, krążyła  w jej czarująco 
kształtnym i spokojnym ciele. Niekiedy, gdy cała ciepła i rozleniwiona wychodziła z wonnej 

kąpieli, zamyślała się nad nicością życia, nad jego nieszczęściami, trudem i złem... Duszę jej 
napełniała   nieoczekiwana   śmiałość,   zapalał   szlachetny   poryw;   ale   dość,   by   z   na   wpół 

otwartego okna wionął chłodny wietrzyk, a już Anna Siergiejewna kuli się, skarży i prawie 
gniewa; w takiej chwili pragnie zawsze tylko jednego: żeby nie wiał na nią ten obrzydliwy 

wiatr.

Jak   wszystkie   kobiety,   które   nie   kochały,   pragnęła   czegoś,   sama   nie   wiedząc   czego. 

Prawdę   mówiąc,   nie   pragnęła   niczego,   chociaż   zdawało   się   jej,   że   wszystkiego   pragnie. 
Nieboszczyka  Odincowa   znosiła  z   trudem   (wyszła   za   niego  z   wyrachowania,   chociaż   nie 

background image

zdecydowałaby   się   zapewne   na   to   małżeństwo,   gdyby   nie   uważała   go   za   przyzwoitego 
człowieka)   i   nabrała   skrytego   obrzydzenia   do   wszystkich   mężczyzn,   których   wyobrażała 

sobie jedynie jako istoty niechlujne, ciężkie, gnuśne i bezsilne w swej dokuczliwości. Kiedyś 
za   granicą   spotkała   młodego,   pięknego   Szweda   o   rycerskim   wyrazie   twarzy   i   szczerych 

błękitnych oczach pod wysokim czołem; ów Szwed wywarł na niej silne wrażenie, lecz nie 
przeszkodziło to jej bynajmniej w powrocie do Rosji.

„Dziwny   ten   medyk"   -   myślała   leżąc   w   swym   wspaniałym   łóżku,   na   koronkowych 

poduszkach, pod lekką jedwabną kołdrą... Anna Siergiejewna odziedziczyła po ojcu pewne 

zamiłowanie   do   zbytku.   Bardzo   kochała   swego   grzesznego,   ale   dobrego   ojca,   który   ją 
ubóstwiał, po przyjacielsku żartował jak z równą sobie i mając do niej zupełne zaufanie, 

szukał często jej rady. Matkę ledwie pamiętała.

- Dziwny ten medyk - powtórzyła cicho. Przeciągnęła się, uśmiechnęła, skrzyżowała ręce 

pod głową, potem przebiegła wzrokiem dwie stronice głupiego francuskiego romansu, ale 
książka wypadła jej z rąk. Zasnęła, czysta i chłodna, w czystej i pachnącej pościeli.

Nazajutrz zaraz po śniadaniu Anna Siergiejewna poszła z Bazarowem herboryzować i 

wróciła tuż przed obiadem; Arkadiusz nigdzie nie wychodził i spędził z Katią około godziny. 

Nie   nudził   się   z   nią   wcale,   Katia   sama   zaproponowała,   że   zagra   mu   znowu   wczorajszą 
sonatę; ale gdy Odincowa wreszcie wróciła, gdy ją zobaczył, natychmiast ścisnęło mu się 

serce... Szła przez park nieco znużonym krokiem; policzki miała zarumienione, a oczy jej 
błyszczały   mocniej   niż   zwykle   pod   słomkowym,   okrągłym   kapeluszem.   W   ręku   obracała 

cienką łodyżkę polnego kwiatu, lekka mantyla zsunęła się jej z ramion do łokci, a szerokie 
szare   wstążki   kapelusza   przylgnęły   do   jej   piersi.   Bazarow   szedł   za   nią,   pewny   siebie   i 

niedbały jak zawsze, ale wyraz jego twarzy, chociaż wesoły, a nawet serdeczny, nie spodobał 
się Arkadiuszowi. Rzuciwszy krótkie: „dzień dobry", Bazarow poszedł do swojego pokoju, 

Odincowa z roztargnieniem podała Arkadiuszowi rękę i też poszła dalej.

„Dzień dobry?... - pomyślał Arkadiusz. - Przecież widzieliśmy się dzisiaj!”

background image

XVII

Czas, wiadomo, niekiedy leci jak ptak, niekiedy pełznie jak robak, ale człowiekowi dobrze 

jest zwłaszcza wtedy, gdy nawet nie spostrzega, czy wolno, czy też szybko płynie czas. W taki 
to właśnie sposób Arkadiusz i Bazarow spędzili dwa tygodnie u Odincowej. Sprzyjał temu 

częściowo porządek, który Odincowa wprowadziła w swoim domu i w swoim życiu. Sama 
przestrzegała go surowo i zmuszała do tego innych. Wszystko w ciągu dnia odbywało się w 

określonym czasie. Rano, punktualnie o ósmej, całe towarzystwo zbierało się przy herbacie; 
w przerwie  między herbatą i śniadaniem  każdy robił, co chciał,  a pani domu załatwiała 

sprawy z rządcą (majątek był czynszowy), z ochmistrzem i główną klucznicą. Przed obiadem 
towarzystwo   zbierało   się   znowu   na   rozmowę   lub   czytanie;   wieczór   był   przeznaczony   na 

przechadzkę,   karty,   muzykę;   o   wpół   do   jedenastej   Anna   Siergiejewna   szła   do   swojego 
pokoju, wydawała polecenia na dzień następny i kładła się spać. Bazarowowi nie podobała 

się ta odmierzona, nieco uroczysta regularność codziennego życia toczącego się, jak mawiał, 
„niczym   po   szynach";   lokaje   w   liberii,   dostojni   ochmistrze   obrażali   jego   demokratyczne 

uczucia. Uważał, że skoro już przyszło do tego, to i do obiadu powinni zasiadać jak Anglicy, 
we frakach i białych halsztukach. Kiedyś zaczął na ten temat rozmowę z Anną Siergiejewna.

Anna Siergiejewna miała taki sposób bycia, że każdy bez ogródek wypowiadał przy niej 

swoje zdanie. Wysłuchała Bazarowa i rzekła: - Ze swego punktu widzenia ma pan rację, 

może istotnie żyję po pańsku; ale na wsi trzeba żyć według jakiegoś porządku, inaczej można 
zanudzić się na śmierć - i nadal postępowała po swojemu. Bazarow zrzędził; lecz zarówno on 

sam, jak i Arkadiusz dlatego czuli się tak dobrze i swobodnie u Odincowej, że wszystko w 
domu szło „niczym po szynach". Mimo to od pierwszych dni pobytu w Nikolskoje w obu 

młodych ludziach zaszła zmiana. Bazarow, któremu Anna Siergiejewna, chociaż rzadko się z 
nim   zgadzała,   okazywała   niewątpliwie   przychylność,   zaczął   zdradzać   niebywały   u   niego 

przedtem niepokój: łatwo  ulegał rozdrażnieniu,  mówił niechętnie,  patrzył gniewnie  i nie 
mógł   usiedzieć   na   miejscu,   jak   gdyby   coś   go   podrywało;   Arkadiusza,   który   ostatecznie 

doszedł   do   wniosku,   że   kocha   się   w   Odincowej,   ogarnął   cichy   smutek.   Ów   smutek   nie 
przeszkadzał mu zresztą w zbliżeniu z Katią; przeciwnie, nawet dopomógł mu w nawiązaniu 

serdecznych, przyjaznych stosunków. „Ona mnie nie ceni!... Dobrze! A ta miła istota mną 
nie gardzi" - myślał i serce jego znów napełniało się słodkim uczuciem wspaniałomyślności. 

Katia niejasno zdawała sobie sprawę, że Arkadiusz szuka pociechy w jej towarzystwie, i nie 
wzbraniała ani jemu, ani sobie niewinnej przyjemności na poły wstydliwej, na poły ufnej 

przyjaźni. W obecności Anny Siergiejewny nie rozmawiali ze sobą: Katia zawsze czuła się 

background image

niepewnie   pod   bystrym   spojrzeniem   siostry,   Arkadiusz   zaś,   jak   przystoi   zakochanemu, 
będąc w pobliżu ukochanej istoty nie umiał już dostrzec nic prócz niej; ale dobrze mu było 

tylko z Katią. Czuł, że nie potrafi zwrócić na siebie uwagi Odincowej; tracił kontenans, gdy 
tylko zostawał z nią sam; ona też nie wiedziała, o czym z nim mówić: był dla niej zbyt młody. 

Natomiast z Katią czuł się jak ryba w wodzie; odnosił się do niej z wyrozumiałością, nie 
przeszkadzał w wypowiadaniu wrażeń wywołanych muzyką, czytaniem powieści, wierszy i 

podobnymi głupstwami, nie widząc i nie zdając sobie sprawy, że sam interesuje się tymi 
głupstwami. Katia ze swej strony nie przeszkadzała mu się smucić. Arkadiuszowi dobrze 

było z Katią, Odincowej z Bazarowem, i dlatego obie pary, spędziwszy trochę czasu wspólnie, 
rozchodziły   się   zazwyczaj   każda   w   inną   stronę,   zwłaszcza   na   przechadzkach.   Katia 

ubóstwiała   przyrodę,   Arkadiusz   lubił   ją   także,   chociaż   nie   śmiał   się   do   tego   przyznać; 
Odincowa,   podobnie   jak   Bazarow,   miała   do   przyrody   stosunek   dość   obojętny.   Niemal 

ustawiczne   odosobnienie   naszych   przyjaciół   sprawiło,   że   ich   wzajemne   stosunki   uległy 
zmianie.   Bazarow   przestał   mówić   z   Arkadiuszem   o   Odincowej,   przestał   nawet   na   nią 

napadać za jej „arystokratyczne nawyki"; co prawda, chwalił jak dawniej Katię, radził tylko 
powściągać   w   niej   sentymentalne   skłonności,   lecz   pochwały   jego   były   zdawkowe,   rady 

oschłe, i w ogóle rozmawiał z nim znacznie mniej niż dawniej... jak gdyby unikał lub wstydził 
się przyjaciela...

Arkadiusz widział to, ale o tym nie mówił.
Prawdziwą przyczyną tej zmiany było uczucie, które wzbudziła w Bazarowie Odincowa, 

uczucie, które go dręczyło i doprowadzało  do wściekłości, którego Bazarow wyparłby  się 
natychmiast z pogardliwym śmiechem i cynicznym przekleństwem, gdyby ktokolwiek choć 

mgliście napomknął o takiej możliwości. Bazarow był wielkim amatorem kobiet i kobiecej 
urody,   ale   miłość   w   znaczeniu   idealnym   albo,   jak   powiadał,   romantycznym   nazywał 

niedorzecznością,   niewybaczalną   głupotą,   rycerskie   uczucia   uważał   za   coś   w   rodzaju 
kalectwa czy choroby i niejednokrotnie dawał  wyraz swemu zdziwieniu,  że Togenburga

19 

wraz z wszystkimi minezengerami i trubadurami nie zamknięto w domu dla obłąkanych. 
„Jeśli podoba ci się kobieta - mawiał - staraj się osiągnąć swój cel; a jeśli się nie udaje, 

trudno, odejdź od niej, na jednej kobiecie świat się nie kończy." Odincowa podobała mu się; 
krążące o niej słuchy, swoboda i niezależność jej myślenia, niewątpliwa dla niego sympatia, 

wszystko zdawało się przemawiać na korzyść Bazarowa; lecz wkrótce zrozumiał, że celu nie 
osiągnie, odejść zaś, ku swemu zdumieniu, nie miał sił. Krew zaczynała się w nim burzyć na 

samo jej wspomnienie; łatwo dałby sobie z tym radę, ale zrodziło się w nim coś innego, czego 

19 Togenburg - bohater ballady Schillera Rycerz Togenburg (Der Ritter Toggenburg). (Przyp. red.)

background image

żadną   miarą   nie   dopuszczał,   z   czego   zawsze   pokpiwał,   co   godziło   w   jego   dumę.   W 
rozmowach z Anną Siergiejewną bardziej jeszcze niż poprzednio podkreślał swoją obojętną 

pogardę do wszystkiego, co romantyczne; ale gdy zostawał sam, z oburzeniem odkrywał w 
sobie romantyka. Wtedy szedł do lasu i spacerował wielkimi krokami, łamiąc gałązki i klnąc 

półgłosem ją i siebie; albo kładł się w stodole na sianie i uparcie zamykając oczy zmuszał się 
do snu, co mu się oczywiście nie zawsze udawało. Wystarczyło, by pomyślał, że te nieskalane 

ręce otoczą kiedyś jego szyję, że te dumne usta odpowiedzą na jego pocałunki, że te mądre 
oczy z tkliwością, tak, z tkliwością spojrzą w jego oczy, a już czuł zawrót głowy, zapominał się 

na   chwilę,   zanim   znowu   nie   wybuchło   w   nim   oburzenie.   Chwytał   się   na   wszelakich 
„haniebnych"   marzeniach,   jakby   diabeł   z   nim   igrał.   Zdawało   mu   się   niekiedy,   że   i   w 

Odincowej następuje jakaś przemiana, że w wyrazie jej twarzy zjawiło się coś szczególnego, 
co, być może... Ale wówczas tupał nogą, zgrzytał zębami i wygrażał sobie pięścią.

Bazarow niezupełnie jednak się mylił. Poruszył wyobraźnię Odincowej; interesował ją, 

myślała o nim wiele. Gdy go nie było, nie tęskniła za nim, nie czekała na niego, ale gdy tylko 

się zjawił, natychmiast się ożywiała; chętnie zostawała z nim sam na sam i chętnie z nim 
rozmawiała,   nawet   wtedy,   gdy   ją   gniewał   lub   obrażał   jej   smak,   jej   wykwintne   przy-

zwyczajenia. Chciała jak gdyby go doświadczyć i zarazem sama wystawić się na próbę.

Pewnego dnia, przechadzając się z nią po ogrodzie, rzekł nagle ponurym głosem, że ma 

zamiar niedługo wyjechać na wieś, do ojca... Odincowa zbladła, jak gdyby poczuła nagły ból 
w sercu, i to tak mocny, że ogarnęło ją zdziwienie; długo jeszcze potem rozmyślała, co to 

mogło znaczyć. Bazarow powiedział jej o swym odjeździe nie po to, by ją doświadczyć, zoba-
czyć,   co   z   tego   wyniknie:   nigdy   nie   stosował   takich   metod.   Tego   samego   dnia   z   rana 

rozmawiał   z   ekonomem   ojca,   swoim   byłym   piastunem,   Timofieiczem.   Ów   Timofieicz, 
doświadczony i sprytny staruszek o wypłowiałych, żółtych włosach, spalonej wiatrem, czer-

wonej   twarzy   i   malutkich,   załzawionych,   zmrużonych   oczkach,   nieoczekiwanie   zjawił  się 
przed Bazarowem w swej krótkiej czujce z grubego, szaroniebieskiego sukna, przepasanej 

kawałkiem rzemienia, i w wysmarowanych dziegciem butach.

- Witaj, staruszku! - zawołał Bazarow.

- Dzień dobry, Eugeniuszu Wasiliczu! - zaczął stary, uśmiechnął się radośnie i cała jego 

twarz pokryła się nagle zmarszczkami.

- Po co przyjechałeś? Czyżby cię po mnie przysłali?
- Ależ, Eugeniuszu Wasiliczu, broń Boże! - wymamrotał Timofieicz (przypomniał sobie 

surowy nakaz, jaki otrzymał od pana przy odjeździe). - Jechałem do miasta w sprawach 
naszego pana i dowiedziałem się, że panicz tu jest, więc zawróciłem z drogi, żeby na panicza 

background image

popatrzeć... Gdzieżbym śmiał niepokoić.

- No, nie kłam - przerwał mu Bazarow. - Czy tędy prowadzi droga do miasta?

Timofieicz zmieszał się i nic nie odpowiedział.
- Ojciec zdrów?

- Zdrów, dzięki Bogu.
- A matka?

- Arina Własiewna też, chwała Bogu.
- Oczekują mnie, co?

Staruszek przechylił na bok swą małą głowę.
- Ach, Eugeniuszu Wasiliczu, jakże nie czekać! Wierzaj, serce już płacze, gdy popatrzę na 

twoich rodziców.

- No, dobrze, dobrze. Nie ma co się rozwodzić. Powiedz im, że wkrótce będę.

- Słucham - z westchnieniem odpowiedział Timofieicz.
Wyszedłszy z domu, obu rękami nacisnął czapkę na głowę, wsiadł na nędzną linijkę, 

którą zostawił przy bramie, i powlókł się, ale nie w kierunku miasta.

Tego   dnia   wieczorem   Odincowa   siedziała   w   swoim   pokoju   z   Bazarowem;   Arkadiusz 

przechadzał się po salonie słuchając gry Kati. Księżniczka poszła do siebie na górę; w ogóle 
nie znosiła gości, osobliwie zaś tych „na nową modłę rozwydrzonych", jak ich nazywała. Na 

pokojach była tylko nadęta, lecz u siebie, w obecności pokojówki, krzyczała i wymyślała tak, 
że czepek wraz z postiszem podskakiwał na jej głowie. Odincowa wiedziała o tym doskonale.

- Pan zamierza wyjechać - zaczęła - a co z pana obietnicą?
Bazarow drgnął.

- Z jaką obietnicą?
- Pan zapomniał? Chciał mi pan udzielić kilku lekcji chemii.

-   Cóż   robić?   Ojciec   czeka   na   mnie;   nie   mogę   zwlekać   dłużej.   Zresztą   może   pani 

przeczytać Pelouze et Frémy,  Notions générales de chimie;  dobra i przejrzyście napisana 

książka. Znajdzie pani w niej wszystko, co trzeba.

- A zapewniał mnie pan, że książka nie może zastąpić... zapomniałam, jak pan się wtedy 

wyraził, ale pan wie, co chcę powiedzieć... Pamięta pan?

- Cóż robić! - powtórzył Bazarow.

- Dlaczego miałby pan wyjeżdżać? - spytała Odincowa zniżając głos.
Spojrzał na nią. Przechyliła głowę na oparcie fotela i skrzyżowała na piersi obnażone do 

łokci ręce. W świetle jednej tylko lampy osłoniętej wycinaną papierową siatką wydawała się 
bledsza niż zwykle. Szeroka biała suknia spowijała ją całą miękkimi fałdami; ledwo było 

background image

widać końce stóp, także skrzyżowanych.

- A dlaczego miałbym zostawać? - odrzekł Bazarow.

Odincowa lekko zwróciła głowę w jego stronę.
- Jak to dlaczego? Czy nie jest tu panu przyjemnie? Czy myśli pan, że nie będzie tu 

nikomu żal, gdy pan odjedzie?

- Jestem tego pewien.

Odincowa zamilkła na chwilę.
- Myli się pan. Zresztą nie wierzę w to, co pan mówi. Nie mógł pan tego powiedzieć 

poważnie.   -   Bazarow   siedział   wciąż   nieruchomo.   -   Dlaczego   pan   milczy,   Eugeniuszu 
Wasiliczu?

- Cóż mam pani powiedzieć? Nikt nie jest wart żalu, a ja tym bardziej.
- Dlaczego?

- Jestem człowiekiem rzeczowym, nieciekawym. Nie umiem mówić.
- Pan domaga się komplementów.

- Nie jest to w moim zwyczaju. Czy pani nie wie, że wykwintne strony życia, te właśnie, 

które pani tak ceni, dla mnie są niedostępne?

Odincowa przygryzła koniuszek chusteczki.
- Może pan myśleć, co pan chce, ale będzie mi nudno, kiedy pan wyjedzie.

- Zostanie Arkadiusz - zauważył Bazarow.
Odincowa z lekka wzruszyła ramionami.

- Będzie mi nudno - powtórzyła.
- Doprawdy? W każdym razie nie potrwa to długo. - Dlaczego pan tak sądzi?

- Ponieważ pani sama mi powiedziała, że nudzi się tylko wtedy, gdy zostaje naruszony 

porządek pani życia. Pani tak nieomylnie i systematycznie ułożyła swoje życie, że nie może w 

nim być miejsca na nudę, na tęsknotę... na żadne męczące uczucia.

- Więc pan uważa, że jestem nieomylna... a raczej, że tak systematycznie ułożyłam sobie 

życie?

- Oczywiście. Ot, choćby dla przykładu: za kilka minut wybije dziesiąta i wiem już z góry, 

że pani mnie odprawi.

- Nie, Eugeniuszu Wasiliczu. Może pan zostać. Proszę otworzyć okno... Duszno mi.

Bazarow wstał i pchnął okno. Obie połowy ze stukiem otwarły się jednocześnie... Nie 

sądził, że ustąpią tak łatwo; przy tym ręce mu drżały. Ciemna, łagodna noc wpłynęła do 

pokoju, a wraz z nią czarne prawie niebo, cichy szum drzew i świeże, czyste powietrze.

- Niech pan zapuści storę i usiądzie - rzekła Odincowa. - Chciałabym porozmawiać z 

background image

panem przed wyjazdem. Proszę mi opowiedzieć coś o sobie; nigdy pan o sobie nie mówi.

- Staram się rozmawiać z panią o rzeczach pożytecznych, Anno Siergiejewno.

- Bardzo pan jest skromny... Lecz pragnęłabym dowiedzieć się czegoś o panu, o pana 

rodzinie, o ojcu, dla którego pan nas porzuca.

„Po co ona to mówi?" - pomyślał Bazarow.
- Wszystko to nieciekawe - rzekł głośno - zwłaszcza dla pani; myśmy ludzie prości...

- A pan sądzi, że ja jestem arystokratką?
Bazarow spojrzał na Odincowa.

- Tak - rzekł z przesadną surowością.
Odincowa uśmiechnęła się.

- Widzę, że mało mnie pan zna, chociaż pan zapewnia, że wszyscy ludzie są do siebie 

podobni i nie warto się nad nimi zastanawiać. Kiedyś opowiem panu historię mojego życia... 

lecz najpierw niechże mi pan opowie o sobie.

- Znam panią mało - powtórzył Bazarow. - Może ma pani słuszność; może istotnie każdy 

człowiek   jest   zagadką.   Chociażby   pani   sama...   Stroni   pani   od   towarzystwa,   uważa   je   za 
kłopotliwe, a jednocześnie zaprasza pani do siebie dwóch studentów. Dlaczego pani, taka 

rozumna, taka piękna, mieszka na wsi?

- Co? Co pan powiedział? - żywo podchwyciła Odincowa. - Taka... piękna?

Bazarow nachmurzył się.
- Mniejsza o to - bąknął. - Chciałem powiedzieć, że nie rozumiem właściwie, dlaczego 

osiadła pani na wsi.

- Pan tego nie rozumie... A jednak jakoś pan to sobie tłumaczy?

- Tak... Przypuszczam, że przebywa pani stale w jednej miejscowości dlatego, że jest pani 

rozpieszczona, że bardzo lubi pani komfort, wygody, a wszystko inne jest jej obojętne.

Odincowa znowu się uśmiechnęła. Bazarow ogarnął ją szybkim spojrzeniem.
- Pan stanowczo nie chce wierzyć, że mogłabym ulegać porywom?

- Porywom ciekawości - i owszem; ale nie innym.
- Doprawdy? Teraz rozumiem, dlaczego zbliżyliśmy się z panem: przecież pan jest taki 

sam jak ja.

- Zbliżyliśmy się... - wyrzekł głucho Bazarow.

- Ach, tak, zapomniałam, że pan chce wyjechać.
Bazarow wstał. Lampa płonęła przyćmionym światłem w pociemniałym, pełnym woni, 

zacisznym pokoju; przez poruszającą  się od czasu do czasu storę wpływała podniecająca 
świeżość nocy,  słychać  było  jej tajemniczy  szept.  Odincowa  siedziała  nieruchomo, lecz  z 

background image

wolna ogarniał ją jakiś skryty niepokój... Ów niepokój udzielił się Bazarowowi. Nagle zdał 
sobie sprawę, że jest sam na sam z młodą, piękną kobietą...

- Dokąd pan idzie? - zapytała powoli.
Nie odpowiedział i usiadł.

- A więc uważa pan, że jestem spokojną, wydelikaconą, rozpieszczoną istotą - ciągnęła 

dalej tym samym głosem, nie spuszczając oczu z okna. - Ja jednak wiem, że jestem bardzo 

nieszczęśliwa.

- Pani - nieszczęśliwa? Dlaczego? Czyżby przypisywała pani znaczenie marnym plotkom?

Odincowa nachmurzyła się. Było jej przykro, że tak ją zrozumiał.
- Te plotki nawet mnie nie bawią, Eugeniuszu Wasiliczu, a jestem zbyt dumna, żeby 

mogły mnie niepokoić. Jestem nieszczęśliwa, ponieważ nie czuję chęci ani pragnienia życia. 
Patrzy  pan na mnie nieufnie i myśli: „Mówi  to «arystokratka»,  cała  spowita  w koronki, 

siedząca w aksamitnym fotelu." Nie będę ukrywała: lubię to, co pan nazywa komfortem, tak, 
ale jednocześnie nie zależy mi na życiu. Proszę ocenić tę sprzeczność, jak się panu podoba. 

Zresztą w pana oczach wszystko to - romantyzm.

Bazarow pokiwał głową.

- Pani jest zdrowa, niezależna, bogata; czego trzeba więcej? Czego pani chce?
- Czego chcę? - powtórzyła Odincowa i westchnęła. - Jestem bardzo zmęczona, jestem 

stara; wydaje mi się, że żyję już bardzo długo. Tak, jestem stara - dodała naciągając powoli 
mantylę   na   obnażone   ręce.   Wzrok   jej   napotkał   spojrzenie   Bazarowa,   i   zaczerwieniła   się 

lekko. - Mam za sobą już tyle wspomnień: życie w Petersburgu, bogactwo, potem bieda, 
śmierć ojca, zamążpójście, podróż za granicę, tak jak to jest przyjęte... Mnóstwo wspomnień, 

i nic, co warto by wspominać... A przede mną długa, bardzo długa droga i nie ma żadnego 
celu... Nie chcę iść tą drogą.

- Tak bardzo jest pani rozczarowana? - zapytał Bazarow.
-   Nie   -   odparła   powoli   Odincowa   -   ale   nie   czuję   zadowolenia.   Może   gdybym   mogła 

mocno się do czegoś przywiązać...

- Pani chciałaby pokochać - przerwał Bazarow - ale pokochać pani nie może; w tym całe 

nieszczęście.

Odincowa spojrzała uważnie na rękawy swojej mantyli.

- Czyż naprawdę nie mogłabym pokochać? - rzekła.
-   Wątpię.   Ale   nie   miałem   racji   nazywając   to   nieszczęściem.   Bardziej   jest   godny 

współczucia ten, komu się to przytrafi.

- Co?

background image

- Pokochać.
- A pan skąd o tym wie?

- Ze słyszenia - gniewnie odpowiedział Bazarow.
- „Bawisz się kokieterią - pomyślał - nudzisz się i igrasz ze mną dla rozrywki, a ja..." Czuł, 

że rwie mu się serce.

- Poza tym jest pani może zbyt wymagająca  - powiedział  pochylając się do przodu i 

bawiąc się frędzlą fotela.

- Być może. Moim zdaniem, albo wszystko, albo nic. Życie za życie. Wziąłeś moje, daj 

własne, ale wtedy już bez żalu i bezpowrotnie. Inaczej nie warto.

-  No  cóż  - zauważył   Bazarow  -  to słuszny  warunek  i dziwię   się, że  dotychczas...   nie 

znalazła pani tego, czego pani chciała.

- Sądzi pan, że tak łatwo dać się zagarnąć czemukolwiek?

-   Niełatwo,   jeśli   zacznie   się   pani   zastanawiać,   czekać,   drożyć   się,   przydawać   sobie 

znaczenia; ale nie zastanawiając się, można to uczynić bardzo łatwo.

- Nie znać własnej wartości? Lecz jeśli nie mam żadnej wartości, komu zda się moje 

przywiązanie?

- To już nie moja rzecz; niechaj kto inny mnie ocenia. Najważniejsze to umieć poświęcić 

się drugiej istocie.

Odincowa wyprostowała się w fotelu.
- Pan mówi tak - zaczęła - jakby pan tego wszystkiego doświadczył.

- Tak tylko mówię, Anno Siergiejewno: pani wie, że nie znam się na tych sprawach.
- A pan sam umiałby się poświęcić drugiej istocie?

- Nie wiem, a chwalić się nie chcę.
Odincowa   nic   nie   powiedziała;   Bazarow   też   zamilkł.   Z   salonu   dobiegły   ich   dźwięki 

fortepianu.

- Cóż to Katia gra tak późno? - zauważyła Odincowa.

Bazarow wstał.
- Tak, już późno, czas, by pani udała się na spoczynek.

- Proszę poczekać, dokąd się pan tak śpieszy... Chcę panu coś powiedzieć.
- Co?

- Niechże pan poczeka, proszę - szepnęła.
Jej spojrzenie zatrzymało się na Bazarowie, można było pomyśleć, że przypatruje mu się 

z uwagą.

Bazarow przemierzył krokami pokój, potem nagle zbliżył się do niej, szybko powiedział: 

background image

„dobranoc", ścisnął jej rękę tak, że omal nie krzyknęła, i wyszedł. Odincowa podniosła palce 
do  ust,   dmuchając   na   nie,   i  nagle,   gwałtownie  wstając   z   fotela,  skierowała   się  szybkimi 

krokami   ku   drzwiom,   jakby   chciała   zawołać   Bazarowa...   W   tej   chwili   weszła   pokojówka 
niosąc karafkę na srebrnej tacy. Odincowa przystanęła, kazała jej odejść i, zamyślona, znowu 

usiadła. Warkocz jak ciemny wąż opadł jej na ramię. W pokoju długo jeszcze paliła się lampa 
i   Anna   Siergiejewna   długo   siedziała   nieruchomo,   niekiedy   tylko   wodząc   palcami   po 

ramionach, które owiewał nocny chłód.

W dwie godziny potem Bazarow, nastroszony i ponury, wrócił do swojej sypialni; buty 

miał mokre od rosy. Zastał Arkadiusza przy biurku, z książką w ręce, w surducie zapiętym na 
wszystkie guziki.

- Nie położyłeś się jeszcze? - zapytał jakby z irytacją.
-   Długo  byłeś   dziś  u   Anny   Siergiejewny   -  rzekł   Arkadiusz   nie   odpowiadając   na  jego 

pytanie.

-  Tak,  byłem  u niej  przez  cały  ten  czas,  kiedyście  z  Katarzyną  Siergiejewną  grali  na 

fortepianie.

- Nie grałem... - zaczął Arkadiusz i umilkł. Czuł, że łzy napływają mu do oczu, a nie chciał 

się rozpłakać w obecności swojego skłonnego do drwin przyjaciela.

background image

XVIII

Następnego dnia, gdy Odincowa przyszła na herbatę, Bazarow długo siedział pochylony 

nad   stołem,   po   czym   nagle   spojrzał   na   nią...   Odwróciła   się   w  jego   stronę,   jak   gdyby   ją 
potrącił, i Bazarowowi wydało się, że twarz jej trochę przybladła przez noc. Niebawem poszła 

do siebie i zjawiła się dopiero na śniadanie. Z rana pogoda była dżdżysta, nieodpowiednia do 
przechadzki. Całe towarzystwo zebrało się w salonie. Arkadiusz wziął ostatni numer jakiegoś 

czasopisma i zaczął głośno czytać. Księżniczka, swoim zwyczajem, naprzód zrobiła zdziwioną 
minę, jak gdyby Arkadiusz knuł coś nieprzyzwoitego, potem spojrzała na niego gniewnie, ale 

on nie zwrócił na nią uwagi.

- Eugeniuszu Wasiliczu  - rzekła  Anna Siergiejewna  - chodźmy do mnie...  Chcę pana 

zapytać... Wymienił pan wczoraj pewien podręcznik...

Wstała i skierowała się ku drzwiom. Księżniczka rozejrzała się wokół z takim wyrazem 

twarzy, jakby chciała powiedzieć: „Patrzcie, patrzcie, jak się dziwię!", i znowu wlepiła wzrok 
w Arkadiusza, ale on podniósł głos i zamieniwszy spojrzenie z Katią, obok której siedział, 

czytał dalej.

Odincowa   szybkimi   krokami   szła   do   swego   gabinetu.   Bazarow   szedł   tuż   za   nią,   nie 

podnosząc oczu i tylko łowiąc uchem delikatny szelest sunącej przed nim jedwabnej sukni. 
Odincowa zajęła ten sam fotel, w którym siedziała poprzedniego wieczora. Bazarow także 

usiadł tam, gdzie wczoraj.

- Jak więc nazywa się ta książka? - zapytała po chwili milczenia.

- Pelouze et Frémy,  Notions générales...  - odpowiedział Bazarow. - Zresztą mogę pani 

również polecić Ganota  Traité élémentaire de physique expérimentale.  W dziele tym są 

bardziej przejrzyste rysunki i w ogóle ten podręcznik...

Odincowa wyciągnęła rękę.

- Eugeniuszu Wasiliczu, zechce mi pan wybaczyć, ale prosiłam pana tutaj nie po to, by 

mówić o podręcznikach. Chciałabym wrócić do naszej wczorajszej rozmowy. Pan odszedł tak 

nieoczekiwanie... Nie znudzę pana?

- Jestem do pani usług, Anno Siergiejewno. Ale o czym to rozmawialiśmy wczoraj?

Odincowa spojrzała na niego z ukosa.
- Mówiliśmy, zdaje się, o szczęściu. Opowiadałam panu o sobie. Powiedziałam teraz: 

szczęście. Niechże mi pan powie, dlaczego nawet wtedy, gdy na przykład rozkoszujemy się 
muzyką,   pięknym   wieczorem,   rozmową   z   miłymi   ludźmi,   wszystko   to   wydaje   się   raczej 

aluzją   do   jakiegoś   niezmierzonego,   gdzieś   istniejącego   szczęścia   niż   szczęściem 

background image

rzeczywistym, to znaczy takim, które jest naszym udziałem? Dlaczego tak jest? A może pan 
takich uczuć nie doświadcza?

- Zna pani przysłowie: „Tam dobrze, gdzie nas nie ma"? - spytał  Bazarow.  - Zresztą 

mówiła mi pani wczoraj, że nie jest pani zadowolona z życia. Mnie takie myśli nawet nie 

przychodzą do głowy.

- Może wydają się panu śmieszne?

- Nie, po prostu nie przychodzą mi do głowy.
- Doprawdy? Wie pan, bardzo bym chciała wiedzieć, o czym pan myśli?

- Nie rozumiem pani.
-  Niechże  pan posłucha,  od dawna  już  pragnę  porozmawiać  z panem poważnie.   Nie 

trzeba panu mówić, sam wie pan dobrze, że nie należy pan do ludzi przeciętnych; jest pan 
jeszcze młody, ma pan przed sobą całe życie. Do czego się pan przygotowuje? Jaka przy-

szłość pana czeka, a raczej, jaki cel pragnie pan osiągnąć, do czego pan dąży, co pan czuje? 
Słowem, chcę wiedzieć, kim pan jest, jaki pan jest?

-   Pani   mnie   zadziwia,   Anno   Siergiejewno.   Wie   pani,   że   zajmuję   się   naukami 

przyrodniczymi, kim zaś jestem...

- Tak, kim pan jest?
- Miałem już zaszczyt oświadczyć pani, że jestem przyszłym lekarzem powiatowym.

Anna Siergiejewna poruszyła się niecierpliwie.
-   Dlaczego   pan   mi   to   mówi?   Sam   pan   w   to   przecież   nie   wierzy.   Tak   mógłby   mi 

odpowiedzieć Arkadiusz, ale nie pan.

- Dlaczego Arkadiusz?...

-  Ach,  niechże   pan  przestanie!  Czy   to  możliwe,  żeby   się  pan  zadowolił   tak  skromną 

działalnością; sam pan przecież zawsze zapewnia, że medycyna dla pana nie istnieje. Pan - 

ze swoją ambicją - powiatowym lekarzem! Odpowiada mi pan tak, żeby mnie zbyć, bo nie 
ma pan do mnie zaufania. Czy wie pan jednak, Eugeniuszu Wasiliczu, że potrafiłabym pana 

zrozumieć? Sama byłam biedna i ambitna jak pan; byłam może wystawiona na takie same co 
i pan próby.

-   Bardzo   pięknie,   Anno   Siergiejewno,   ale   zechce   mi   pani   wybaczyć...   W   ogóle   nie 

przywykłem się wypowiadać, a między panią a mną jest taki dystans...

-   Jaki   dystans?   Znowu   mi   pan   powie,   że   jestem   arystokratką?   Dość,   Eugeniuszu 

Wasiliczu; zdaje się, że dowiodłam panu...

- A poza tym - przerwał Bazarow - po cóż mówić i myśleć o przyszłości, która na ogół nie 

zależy od nas? Jeżeli się zdarzy, że człowiek coś zrobi w życiu, tym lepiej; jeżeli zaś wypadnie 

background image

inaczej, to przynajmniej będzie rad, że nie gadał na próżno.

- Pan nazywa przyjacielską rozmowę gadaniną... A może sądzi pan, że jako kobieta nie 

zasługuję na pańskie zaufanie? Przecież pan nami wszystkimi gardzi.

- Panią nie gardzę, Anno Siergiejewno, pani wie o tym.

- Nie, nie wiem... ale przypuśćmy: rozumiem, że nie chce pan mówić o swojej przyszłej 

działalności, ale to, co się teraz w panu dzieje...

- Dzieje! - powtórzył Bazarow. - Jakby tu chodziło o jakieś państwo czy społeczeństwo! 

W każdym razie nie ma w tym nic ciekawego; zresztą, czy człowiek zawsze może głośno 

powiedzieć, co się w nim „dzieje"?

- Nie widzę powodu, dlaczego nie można by wypowiedzieć tego, co się ma na sercu.

- Pani to potrafi? - zapytał Bazarow.
- Potrafię - odpowiedziała Anna Siergiejewna po chwili wahania.

Bazarow schylił głowę.
- Jest pani szczęśliwsza ode mnie.

Anna Siergiejewna spojrzała na niego pytająco.
- Jak pan chce - ciągnęła dalej - a jednak coś mi mówi, że spotkaliśmy się nie na próżno, 

że będziemy dobrymi przyjaciółmi. Jestem przekonana, że ta pańska - jak by to powiedzieć - 
sztywność, powściągliwość zniknie wreszcie.

-   Pani   zauważyła   moją   powściągliwość?...   Moją   -   jak   pani   jeszcze   się   wyraziła... 

sztywność?

- Tak.
Bazarow wstał i podszedł do okna.

- Chciałaby pani poznać przyczynę tej powściągliwości, wiedzieć, co się we mnie dzieje?
- Tak - powtórzyła Odincowa z jakimś niepojętym jeszcze dla niej przestrachem.

- Pani się nie pogniewa?
- Nie.

- Nie? - Bazarow stał odwrócony do niej plecami. - Więc niech pani wie, że kocham panią 

głupio, jak wariat... Domagała się pani - proszę.

Odincowa wyciągnęła ręce przed siebie; Bazarow oparł czoło o szybę. Dusił się, dygotał 

cały. Ale nie było to nieśmiałe drżenie młodzieńcze ani też słodki lęk pierwszego wyznania: 

wstrząsała nim namiętność, silna i gwałtowna, namiętność podobna do gniewu czy może tak 
mu bliska... Odincowa poczuła lęk, zrobiło się jej go żal...

- Eugeniuszu Wasiliczu... - powiedziała i mimo woli w jej głosie zadźwięczała tkliwość.
Odwrócił się szybko, rzucił na nią płomienne spojrzenie i chwyciwszy ją za ręce, nagle 

background image

przyciągnął ku sobie.

Nie od razu uwolniła się z jego objęć; ale w chwilę potem stała już daleko w kącie pokoju 

i patrzyła stamtąd na Bazarowa. Rzucił się ku niej.

- Pan mnie nie zrozumiał - wyszeptała pośpiesznie, przerażona. Zdawało się, że krzyknie, 

jeśli Bazarow zrobi jeszcze jeden krok. Bazarow przygryzł wargi i wyszedł.

W   pół   godziny   później   służąca   podała   Annie   Siergiejewnie   kartkę   od   Bazarowa; 

zawierała jedno tylko zdanie: „Mam wyjechać dzisiaj, czy mogę zostać do jutra?" „Po cóż 
wyjeżdżać? Nie zrozumiałam Pana i Pan mnie nie zrozumiał" - odpisała Anna Siergiejewna i 

pomyślała: „Siebie także nie rozumiałam.”

Aż do obiadu  nie opuszczała  swojego gabinetu  i wciąż  chodziła  tam  i  z powrotem z 

założonymi rękoma, od czasu do czasu przystając przed oknem lub przed lustrem; powoli 
wodziła chusteczką po szyi, na której wciąż majaczyła się jej paląca plama. Pytała siebie, co 

ją zmusiło do tego, żeby, jak mówił Bazarow, domagać się od niego szczerości; czy może 
sama   coś   podejrzewała?   -   Jestem   winna   -   powiedziała   głośno   -   ale   nie   mogłam   tego 

przewidzieć. - Wpadała w zadumę i oblewała się rumieńcem przypominając sobie zwierzęcą 
prawie twarz Bazarowa, kiedy rzucił się ku niej.

- A może? - rzekła nagle, przystanęła i potrząsnęła lokami... Zobaczyła się w lustrze; jej 

odrzucona w tył głowa z tajemniczym uśmiechem wpółprzymkniętych oczu i rozchylonych 

ust mówiła w tej chwili coś takiego, co ją samą wprawiało w zmieszanie...

„Nie - postanowiła wreszcie - Bóg wie, dokąd by to zaprowadziło, z takimi rzeczami nie 

można żartować, spokój przecież jest najwięcej wart na świecie.”

Jej   spokój   nie   został   naruszony,   ale   posmutniała   i   nawet   rozpłakała   się,   sama   nie 

wiedząc dlaczego, na pewno jednak nie z powodu doznanej obrazy. Nie czuła się obrażona: 
raczej czuła się winna. Pod wpływem rozmaitych niejasnych uczuć, świadomości, że życie 

przemija,   pragnienia   nowości,   zmusiła   się,   by   dojść   do   określonej   granicy;   ale   gdy 
spróbowała dojrzeć, co kryje się za nią, zobaczyła nie otchłań nawet, lecz nicość... a może 

ohydę.

background image

XIX

Chociaż Odincowa była bardzo opanowana i potrafiła odrzucić wszelkie przesądy, czuła 

się jakoś nieswojo, gdy zjawiła się w jadalni przy obiedzie. Obiad zresztą minął dość gładko. 
Przyjechał   Porfiriusz   Płatonowicz   i   opowiadał   anegdoty;   wrócił   dopiero   co   z   miasta. 

Powiedział   między   innymi,   że   gubernator   Bourdaloue   rozkazał   nosić   ostrogi   swoim 
urzędnikom do szczególnych poruczeń, na wypadek jeśli wyśle ich gdzieś konno. Arkadiusz 

półgłosem rozmawiał z Katią i dyplomatycznie nadskakiwał księżniczce. Bazarow uparcie i 
ponuro milczał. Odincowa dwakroć spojrzała mu prosto w twarz, złą i surową; oczy miał 

opuszczone, a w każdym rysie widać było pogardliwą determinację.

„Nie... nie... nie..." - pomyślała. Po obiedzie wyszła z wszystkimi do ogrodu, a widząc, że 

Bazarow pragnie z nią mówić, zrobiła kilka kroków w bok i przystanęła. Zbliżył się do niej, 
ale i teraz nie podniósł oczu, tylko powiedział głucho:

- Muszę panią przeprosić, Anno Siergiejewno. Pani na pewno się na mnie gniewa.
- Nie, nie gniewam się, Eugeniuszu Wasiliczu - odrzekła - ale jestem zmartwiona.

- Tym gorzej. W każdym razie jestem dostatecznie ukarany. Zgodzi się pani zapewne, że 

jestem w niezwykle głupiej sytuacji. Pani napisała: „Po co wyjeżdżać?" Ale ja nie mogę i nie 

chcę zostać. Jutro mnie tutaj nie będzie.

- Eugeniuszu Wasiliczu, dlaczego pan...

- Dlaczego odjeżdżam?
- Nie, chciałam powiedzieć coś innego.

- Co się stało, to się nie odstanie, Anno Siergiejewno... Doszłoby do tego prędzej czy 

później. A zatem muszę wyjechać. Mógłbym zostać tylko pod jednym warunkiem; ale ten 

warunek nigdy nie zostanie spełniony. Przecież, proszę wybaczyć moje zuchwalstwo, pani 
mnie nie kocha i nie pokocha nigdy?

Oczy Bazarowa zabłysły na chwilę pod ciemnymi brwiami.
Anna Siergiejewna nie odpowiedziała. „Boję się tego człowieka" - przemknęło jej przez 

myśl.

- Żegnam panią - rzekł Bazarow, jak gdyby odgadując jej myśl, i ruszył w stronę domu.

Anna Siergiejewna powoli poszła za nim i zawoławszy Katię, wzięła ją pod rękę. Nie 

rozstawała się z nią aż do wieczora. Nie siadła do kart i wciąż się śmiała, co wyraźnie kłóciło 

się z jej przybladłą, zakłopotaną twarzą. Arkadiusz nic nie rozumiał i obserwował ją tak, jak 
obserwują młodzi ludzie, to znaczy nieustannie pytał sam siebie: cóż to oznacza? Bazarow 

zamknął się w swoim pokoju, przyszedł jednak na herbatę; Anna Siergiejewna chciała mu 

background image

powiedzieć jakieś życzliwe słowo, ale nie wiedziała, jak zacząć rozmowę...

Nieoczekiwane zdarzenie wywiodło ją z zakłopotania: ochmistrz zameldował przyjazd 

Sitnikowa.

Trudno opisać, z jakim impetem wpadł do pokoju, młody postępowiec. Postanowiwszy z 

właściwym sobie natręctwem pojechać na wieś do kobiety, której prawie nie znał i która 
nigdy   go  nie   zapraszała,   lecz   u   której,   wedle   zebranych   przez   niego   wiadomości,   gościli 

rozumni i bliscy mu ludzie, truchlał do szpiku kości i zamiast wygłosić przygotowane góry 
przeprosiny i powitania, wybełkotał coś zupełnie bez sensu, że Eudoksja Kukszina przysłała 

go,   by   się   dowiedział   o   zdrowie   Anny   Siergiejewny;   że   Arkadiusz   Nikołajewicz   również 
wyrażał się z największym uznaniem... Na tym słowie utknął i stracił kontenans tak dalece, 

że usiadł na własnym kapeluszu. Ponieważ jednak nikt go nie wypędził, Anna Siergiejewna 
zaś przedstawiła go nawet ciotce i siostrze, szybko wrócił do równowagi i rozgadał się na 

dobre.   Trywialność   często   bywa   w   życiu   pożyteczna:   tłumi   zbyt   górnie   nastrojone   tony, 
ochładza zbyt pewne siebie lub zapamiętałe uczucia, przypominając o swym bliskim z nimi 

pokrewieństwie. Dzięki przyjazdowi Sitnikowa wszystko stało się jakby bardziej tępe, puste i 
proste; towarzystwo zjadło nawet bardziej obfitą kolację i rozeszło się na spoczynek o pół 

godziny wcześniej niż zwykle.

- Mogę ci teraz powtórzyć - mówił leżąc w łóżku Arkadiusz do Bazarowa, który także się 

rozebrał - to, coś mi powiedział kiedyś: „Czemu jesteś taki smutny? Spełniłeś na pewno jakiś 
święty obowiązek?”

Od pewnego czasu obaj młodzi ludzie przybrali w stosunku do siebie postawę pozornie 

swobodnego   szyderstwa;   jest   to   zawsze   oznaką   ukrywanego   niezadowolenia   lub 

przemilczanych podejrzeń.

- Jutro wyjeżdżam do ojca - powiedział Bazarow.

Arkadiusz podniósł się i oparł na łokciu. Ogarnęło go zdziwienie i jak gdyby radość.
- Aha! - rzekł. - Dlatego jesteś smutny?

Bazarow ziewnął.
- Zestarzejesz się rychło, jeżeli za dużo będziesz wiedział.

- A cóż Anna Siergiejewna? - ciągnął dalej Arkadiusz.
- Anna Siergiejewna?

- Chciałem powiedzieć: czy ona cię puści?
- Nie najmowałem się do niej na służbę.

Arkadiusz zamyślił się; Bazarow położył się do łóżka i odwrócił twarzą do ściany.
Kilka minut upłynęło w milczeniu.

background image

- Eugeniuszu! - zawołał nagle Arkadiusz.
- No?

- Jadę jutro z tobą.
Bazarow nie odpowiedział.

-   Wrócę   do   domu   -   ciągnął   dalej   Arkadiusz.   -   Pojedziemy   razem   do   chochłowskich 

kolonii, tam weźmiesz u Fiedota konie. Z przyjemnością poznałbym twoich rodziców, ale 

obawiam się, że będę krępował ich i ciebie. Później znów do nas przecie przyjedziesz?

- Zostawiłem u was swoje rzeczy - powiedział nie odwracając się Bazarow.

„Czemu mnie nie pytasz, dlaczego wyjeżdżam tak samo niespodzianie jak i ty? - pomyślał 

Arkadiusz.   -   Doprawdy,   dlaczego   właściwie   wyjeżdżamy?"   -   rozważał   dalej.   Nie   potrafił 

odpowiedzieć na własne pytanie; w sercu czuł gorycz. Zdawał sobie sprawę, że ciężko mu 
będzie rozstać się z życiem,  do którego tak  przywykł,  ale jakoś dziwnie byłoby pozostać 

samemu. „Coś między nimi zaszło - tłumaczył sobie - po cóż więc mam tu sterczeć po jego 
odjeździe?   Obrzydnę   jej   zupełnie;   stracę   wszystko   do   reszty."   Wyobraził   sobie   Annę 

Siergiejewnę; powoli inne rysy zaczęły zacierać piękną twarz młodej wdowy.

-  Kati  też  szkoda!  -  szepnął  Arkadiusz   do  poduszki,  na  którą  spadła   już  łza...  Nagle 

potrząsnął głową i głośno powiedział:

- Po kiego diabła przyjechał tu ten dureń Sitnikow?

Bazarow poruszył się na łóżku, po czym zaczął mówić:
- Widzę, bracie, żeś jeszcze głupi. Tacy jak Sitnikow są niezbędni. Zrozum, że potrzebny 

jest taki bęcwał. Wyższe duchy na nic się tu nie zdadzą.

„Oho!   -   pomyślał   Arkadiusz   i   nagle   ujrzał   przez   chwilę   bezdenną   przepaść   pychy 

Bazarowa. - Więc jesteśmy wyższe duchy? A raczej ty jesteś wyższym duchem, bęcwałem zaś 
chyba ja?”

- Tak - powtórzył ponuro Bazarow - głupiś jeszcze.
Odincowa nie okazała szczególnego zdziwienia, gdy nazajutrz Arkadiusz powiedział jej, 

że wyjeżdża  z  Bazarowem. Wyglądała na zmęczoną i roztargnioną. Katia milcząc spojrzała 
na niego poważnie, księżniczka nawet przeżegnała się pod swoim szalem, tak że nie mógł 

tego nie dostrzec; tylko Sitnikow zgoła się stropił. Dopiero co zszedł na śniadanie w nowym, 
eleganckim, tym razem nie słowianofilskim stroju; poprzedniego dnia zadziwił służącego 

mnóstwem przywiezionej bielizny, a tu raptem opuszczają go towarzysze! Zaczął przebierać 
nogami, miotać się jak goniony przez ogary zając na skraju lasu, i nagle, z przestrachem, 

nieledwie   krzycząc   oświadczył,   że   także   ma   zamiar   wyjechać.   Odincowa   go   nie 
zatrzymywała.

background image

-   Mam   bardzo   wygodną   kolaskę   -   dodał   nieszczęsny   młodzieniec   zwracając   się   do 

Arkadiusza. - Mógłbym pana podwieźć, a Eugeniusz Wasilicz pojedzie pańskim tarantasem; 

tak będzie nawet wygodniej.

- Ależ panu nie po drodze, a przy tym do mnie jest daleko.

- Nic nie szkodzi, nic nie szkodzi; czasu mamy sporo i muszę jeszcze coś załatwić w 

tamtych stronach.

- Propinacje? - zapytał Arkadiusz ze zbyt już widoczną pogardą.
Ale   Sitnikow   był   tak   zdesperowany,   że   wbrew   swojemu   zwyczajowi   nawet   się   nie 

roześmiał.

- Zapewniam pana, że kolaska jest bardzo wygodna - bąknął - dla wszystkich starczy 

miejsca.

- Nie martwcie, panowie, monsieur Sitnikowa odmową - rzekła Anna Siergiejewna.

Arkadiusz spojrzał na nią i wymownie schylił głowę.
Goście wyjechali po śniadaniu. Żegnając się z Bazarowem Odincowa wyciągnęła do niego 

rękę i rzekła:

- Zobaczymy się jeszcze, prawda?

- Jak pani każe - odpowiedział Bazarow.
- Zobaczymy się zatem.

Arkadiusz pierwszy wyszedł na ganek i wsiadł do kolaski Sitnikowa. Ochmistrz pomagał 

mu   z   szacunkiem,   lecz   Arkadiusz   z   przyjemnością   by   go   pobił   lub   wybuchnął   płaczem. 

Bazarow zajął miejsce w tarantasie. Gdy przyjechali do chochłowskich kolonii, Arkadiusz 
poczekał, aż Fiedot, właściciel zajazdu, zaprzęgnie konie, po czym podszedł do tarantasu i z 

dawnym uśmiechem rzekł do Bazarowa:

- Eugeniuszu, weź mnie z sobą; chcę do ciebie pojechać.

- Siadaj - wycedził przez zęby Bazarow.
Sitnikow,   który   chwacko   pogwizdując   przechadzał   się   wokół   kolaski,   usłyszawszy   te 

słowa rozdziawił usta; Arkadiusz z zimną krwią zabrał swój bagaż z kolaski, usiadł obok 
Bazarowa, uprzejmie ukłonił się byłemu towarzyszowi podróży i krzyknął: „Jazda!" Tarantas 

potoczył się i wkrótce  znikł z oczu. Sitnikow, do reszty zbity z tropu, spojrzał  na swego 
stangreta, ale ten wymachiwał tylko batem nad ogonem lejcowego konia. Sitnikow skoczył 

więc do kolaski, huknął na dwóch przechodzących chłopów: - Włóżcie czapki, durnie! - i 
pojechał   do   miasta,   dokąd   przybył   bardzo   późno;   następnego   dnia   „obu   wstrętnym   py-

szałkom i grubianom" dobrze dostało się u pani Kukszin.

Siadając do tarantasu Arkadiusz mocno uścisnął rękę Bazarowa i długo nic nie mówił. 

background image

Bazarow jak gdyby zrozumiał ów uścisk i milczenie. Poprzedniej nocy nie spał zupełnie, 
przez  ostatnich   kilka  dni  nie  palił   i  prawie   nic nie  jadł.  Pod  nasuniętą  na  czoło   czapką 

posępnie i ostro zaznaczał się jego wychudły profil.

- Cóż, bracie - powiedział wreszcie - daj no papierosa. Spójrz, żółty mam język?

- Żółty - odrzekł Arkadiusz.
- Tak... Dlatego papieros nie smakuje. Rozklekotała się maszyna.

- Rzeczywiście, zmieniłeś się ostatnio - zauważył Arkadiusz.
- To nic! Jakoś wybrniemy. Przykro mi tylko ze względu na matkę; okropnie wrażliwa: 

jeśli brzuch ci nie urósł i nie jesz dziesięć razy na dzień, wpada w desperację. Z ojcem nie ma 
zmartwienia, bywał na wozie i pod wozem. Nie, nie mogę palić - dodał i cisnął papierosa w 

kurz przydrożny.

- Do twego majątku jest dwadzieścia pięć wiorst? - zapytał Arkadiusz.

- Tak. Zapytaj zresztą tego mędrca.
Wskazał na siedzącego na koźle chłopa, Fiedotowego parobka.

Ale mędrzec odpowiedział, że „kto ich tam wie, wiorsty tutaj nie mierzone", i dalej klął 

półgłosem dyszlowego konia, że „głowizną liga", czyli szarpie łbem.

- Tak, tak - powiedział Bazarow - oto dla ciebie nauczka, mój młody przyjacielu, bardzo 

pożyteczny przykład. Diabli wiedzą, co za brednie. Nie dość, że człowiek na nitce wisi, że w 

każdej chwili może się pod nim otworzyć przepaść, jeszcze sam sobie wymyśla najrozmaitsze 
przykrości i psuje sobie życie.

- Do czego właściwie zmierzasz? - zapytał Arkadiusz.
- Do niczego nie zmierzam, wprost powiadam, żeśmy obaj bardzo głupio się prowadzili. 

Co tu gadać! Już na klinice zauważyłem, że kto nie folguje swemu cierpieniu, zawsze je 
pokona.

- Niezupełnie cię rozumiem - rzekł Arkadiusz - zdaje się, że nie masz powodu się skarżyć.
- Jeśli więc niezupełnie mnie rozumiesz, powiem ci tyle: myślę, że lepiej kamienie tłuc 

przy drodze niż pozwolić, by kobieta zapanowała nad tobą choćby w najmniejszym stopniu. 
Wszystko   to...   -   Bazarow   miał   już   użyć   swego   ulubionego   słowa   „romantyzm",   ale 

powstrzymał się i rzekł - ...brednie. Nie uwierzysz mi teraz, ale powiadam ci: znaleźliśmy się 
w towarzystwie  kobiet i  było nam  przyjemnie;  lecz  rzucić  takie  towarzystwo  to  jakby  w 

upalny dzień zanurzyć się w zimnej wodzie. Mężczyzna nie ma czasu na podobne głupstwa; 
mężczyzna   powinien   być   okrutny,   jak   głosi   znakomite   hiszpańskie   przysłowie:   Hej,   mój 

zacny - zawołał zwracając się do siedzącego na koźle chłopa - masz ty żonę?

Chłop ukazał obu przyjaciołom swoją płaską, przyślepą twarz.

background image

- Żonę? Mam. Jakże bez żony?
- Bijesz ją?

- Żonę? Różnie bywa. Bez powodu nie biję.
- Znakomicie. No, a ona ciebie bije?

Chłop szarpnął lejcami.
- Co też mówicie, panie. Tylko byście żartowali... - Najwidoczniej się obraził.

-   Słyszysz,   Arkadiuszu   Nikołajewiczu?   A   nas   przecież   pobito...   Ot,   co   znaczy   być 

wykształconym człowiekiem.

Arkadiusz   roześmiał   się   z   przymusem,   a   Bazarow   odwrócił   się   i   przez   cały   czas   nie 

odezwał się już ani słowem.

Droga   tak   się   dłużyła,   że   dwadzieścia   pięć   wiorst   wydało   się   Arkadiuszowi   niczym 

pięćdziesiąt. Ale wreszcie na stoku pochyłego wzgórza ukazała się niewielka wioska, gdzie 

mieszkali rodzice Bazarowa. Obok niej, w młodym brzozowym lasku, widać było dworek 
kryty słomianą strzechą. Przy pierwszej chacie stali dwaj chłopi w czapkach i kłócili się. - 

Stara z ciebie świnia - mówił jeden do drugiego - a przecie gorszy jesteś od małego prosiaka. 
- A twoja żona czarownica - odciął się drugi.

- Ze swobody zachowania się - zauważył Bazarow - i soczystości zwrotów możesz wnosić, 

że   chłopi   mojego   ojca   nie   są   zbyt   uciskani.   Ale   właśnie   ojciec   wychodzi   na   ganek   swej 

siedziby!   Usłyszał   zapewne   dzwoneczki.   Tak,   to   on,   poznaję.   Ho,   ho!   Ale   jakże   biedak 
posiwiał!

background image

XX

Bazarow   wychylił   się   z   tarantasu,   Arkadiusz   zaś   wysunął   głowę   zza   pleców   swojego 

towarzysza   i  ujrzał   na   ganku   wysokiego,  chudego   mężczyznę   o   nastroszonych   włosach   i 
cienkim, orlim nosie, odzianego w starą, rozpiętą kurtkę wojskową. Stał rozstawiwszy nogi, 

palił długą fajkę i mrużył oczy od słońca.

Konie zatrzymały się.

- Przyjechałeś wreszcie - powiedział ojciec Bazarowa wciąż paląc, chociaż cybuch skakał 

mu między palcami. - No, wyłaź, wyłaź, pocałujemy się.

Objął syna... - Jeniusza, Jeniusza - rozległ się drżący głos kobiecy. Drzwi otworzyły się i 

na progu stanęła okrągła, niziutka staruszka w białym czepku i krótkim barwnym kaftaniku. 

Jęknęła, zachwiała się i na pewno by upadła, gdyby Bazarow jej nie podtrzymał. Jej pulchne 
ręce w mgnieniu oka otoczyły szyję Bazarowa, głowa przypadła do jego piersi, i wszystko 

ucichło. Słychać było tylko jej urywany szloch.

Stary Bazarow głęboko oddychał i mrużył oczy bardziej niż poprzednio.

- No, dosyć, dosyć, Arisza! Przestań - powiedział wymieniwszy spojrzenie z Arkadiuszem, 

który stał nieruchomo przy tarantasie, podczas gdy chłop na koźle aż odwrócił głowę. - Dajże 

spokój! Przestań, proszę!

- Ach, Wasiliu Iwanyczu - wyszeptała staruszka. - Ileż to czasu nie widziałam mojego 

złotego Jeniuszy... - i nie rozplatając rąk oderwała od Bazarowa swoją mokrą od łez, pełną 
zmarszczek, rozrzewnioną twarz, spojrzała na niego uszczęśliwionym a zarazem ubawionym 

spojrzeniem i znowu do niego przypadła.

- No, tak, oczywiście, to naturalny porządek rzeczy - powiedział Wasilij Iwanowicz - ale 

lepiej chodźmy do pokoju. Gość przyjechał z Eugeniuszem. Pan wybaczy - dodał zwracając 
się do Arkadiusza i z lekka szurnął nogą. - Rozumie pan: kobieca słabość, no i serce matki...

Ale   i   jemu   drgały   usta,   brwi   i   trząsł   się   podbródek...   Starał   się   jednak   opanować   i 

przybrać wygląd prawie obojętny. Arkadiusz skłonił się.

-   Chodźmy,   mateczko   -   rzekł   Bazarow   i   poprowadził   do   domu   osłabłą   staruszkę. 

Umieściwszy   ją   w   wygodnym   fotelu,   raz   jeszcze   szybko   uścisnął   ojca   i   przedstawił   mu 

Arkadiusza.

- Rad jestem z całego serca - rzekł Wasilij Iwanowicz - tylko niech pan wybaczy: bardzo 

tu u nas zwyczajnie, na wojskową modłę. Arino Własiewno, uspokój się, proszę! Co sobie o 
nas pomyśli nasz gość?

- Ach, panie - powiedziała przez łzy staruszka - nie mam zaszczytu znać imienia...

background image

- Arkadiusz Nikołajewicz - dobitnie, choć półgłosem podpowiedział Wasilij Iwanowicz.
- Wybacz pan głupiej kobiecie. - Staruszka wysiąkała nos i przechylając głowę raz w 

prawo, raz w lewo, dokładnie otarła oczy. - Proszę mi wybaczyć. Myślałam przecie, że umrę, 
nie doczekam się mego sy...neczka.

- Ale doczekałaś się, dobrodziejko - podchwycił Wasilij Iwanowicz. - Tania - zwrócił się 

do   nieśmiało   wyglądającej   zza   drzwi   bosej   dziewczynki,   lat   około   trzynastu,   w 

jaskrawoczerwonej perkalowej sukience - przynieś pani szklankę wody na tacy, słyszysz? Wy 
zaś,   moi   panowie   -   dodał   ze   staroświecką   elegancją   -   pozwólcie   do   gabinetu   starego 

weterana.

- Jeszcze choć raz cię uściskam, Jeniusza - jęknęła Arina Własiewna. Bazarow pochylił 

się ku niej. - Jakżeś ty wypiękniał!

- Wypiękniał czy nie wypiękniał - zauważył Wasilij Iwanowicz - ale to mężczyzna, jak 

powiadają: o m f e

20

. Mam jednak nadzieję, Arino Własiewno, że teraz, kiedy zaspokoiłaś już 

potrzebę swojego macierzyńskiego serca,  pomyślisz o strawie  dla  naszych  drogich gości; 

wiadomo, nie tylko duchem człowiek żyje.

Staruszka wstała z fotela.

- Zaraz stół będzie nakryty; sama pobiegnę do kuchni i każę nastawić samowar, wszystko 

będzie, wszystko. Przecie trzy lata go nie widziałam, nie karmiłam, nie poiłam, czy to lekko?

- No, uważaj, gosposiu, żeby wstydu nie było; wy zaś, panowie, proszę za mną! Oto i 

Timofieicz przyszedł z tobą się przywitać, Eugeniuszu. Ucieszył się stary. Prawda? Ucieszyłeś 

się, stary brodaczu, co? Proszę za mną!

I Wasilij Iwanowicz ruszył naprzód, szurając i człapiąc przydeptanymi pantoflami.

Domek   składał   się   z   sześciu   małych   pokoików.   Jeden   z   nich,   do   którego   weszli 

przyjaciele,   nosił   nazwę   gabinetu.   Stół   na   grubych   nogach,   zawalony   poczerniałymi   od 

kurzu, jak gdyby zakopconymi papierami, zajmował całą przestrzeń od okna do okna; na 
ścianach   wisiała   broń   turecka,   nahajki,   szabla,   dwie   mapy,   jakieś   rysunki   anatomiczne, 

portret Hufelanda

21

, monogram z włosów w czarnej ramce i dyplom pod szkłem; skórzana, 

zapadnięta  gdzieniegdzie  i podarta  kanapa  mieściła  się między  dwiema ogromnymi cze-

czotkowymi   szafami;   na   półkach   stały   w   nieładzie   książki,   pudełeczka,   wypchane   ptaki, 
słoiki, buteleczki; w jednym z kątów widać było popsutą maszynę elektryczną.

- Uprzedziłem pana, miły mój gościu - zaczął Wasilij Iwanowicz - że mieszkamy tutaj 

niczym na biwaku...

- Przestań, po co się tłumaczysz? - przerwał Bazarow. - Kirsanow wie doskonale, że nie 

20 Homle fait - dorosły mężczyzna. (W oryg. pisownia fonetyczna.)
21 Krzysztof Wilhelm Hufeland (1762 - 1836) - lekarz niemiecki.

background image

jesteśmy krezusami i że nie masz pałacu. Gdzie go umieścić, oto pytanie!

- Ależ, Eugeniuszu! W oficynie jest wyborny pokoik, będzie tam panu bardzo dobrze.

- Masz zatem oficynkę?
- A jakże, tam gdzie łaźnia, proszę panicza - wtrącił Timofieicz.

- To znaczy obok łaźni - spiesznie dodał Wasilij Iwanowicz. - Teraz mamy lato... Zaraz 

tam pobiegnę, wydam polecenia; ty zaś, Timofieicz, zanieś rzeczy pana. Tobie, Eugeniuszu, 

dam oczywiście mój gabinet. Suum cuique.

22

- No, widzisz! To przezabawny i najlepszy w świecie człowiek - rzekł Bazarow, gdy tylko 

Wasilij Iwanowicz wyszedł. - Taki sam dziwak jak twój ojciec, ale w innym rodzaju. Tylko 
zbyt wiele gada.

- Twoja matka, jak widzę, też zacności kobieta - zauważył Arkadiusz.
- Tak, dobra, prosta. Zobaczysz, jaki nam obiad wyszykuje!

-   Nie  spodziewaliśmy   się   dzisiaj   panicza   i  nie   przywieźliśmy   wołowinki   -  powiedział 

Timofieicz, który przed chwilą przyniósł walizę Bazarowa.

- Obejdzie się bez wołowinki, jak nie ma, to nie! Bieda, powiadają, nie hańbi.
- Ile dusz ma twój ojciec? - zapytał nagle Arkadiusz.

- Majątek jest własnością matki; zdaje się, że piętnaście.
- Dwadzieścia dwie - zauważył urażony Timofieicz.

Rozległo się człapanie pantofli i znów zjawił się Wasilij Iwanowicz.
- Za chwilę pokój będzie gotów na pana przyjęcie - zawołał triumfalnie - Arkadiuszu... 

Nikołajewiczu? Zdaje się, że tak należy się do pana zwracać? A oto pański służący - dodał 
wskazując   krótko   ostrzyżonego   chłopca   w   niebieskim,   podartym   na   łokciach   kaftanie   i 

pożyczonych butach. - Nazywa się Fiedka. Powtarzam znowu, chociaż syn zabrania: proszę 
nam wybaczyć. Zresztą fajkę nabić potrafi. Przecie pan pali?

- Palę raczej cygara - odrzekł Arkadiusz.
- I bardzo rozsądnie pan czyni. Sam wolę cygara,  ale w naszych odległych okolicach 

bardzo trudno je dostać.

- No, dosyć już biadolenia - przerwał znowu Bazarow. - Siądź lepiej tu, na kanapie, i 

niechże ci się przyjrzę.

Wasilij Iwanowicz roześmiał się i usiadł. Z twarzy był bardzo podobny do syna, tylko 

czoło   miał   niższe   i   bardziej   wąskie,   a   usta   trochę   szersze;   nieustannie   chodził,   poruszał 
ramionami, jak gdyby ubranie uciskało go pod pachami, mrugał, kaszlał, przebierał palcami, 

podczas gdy jego syn odznaczał się jakąś niedbałą powolnością ruchów.

22 Każdemu, co się należy.

background image

- Dość biadolenia! - powtórzył Wasilij Iwanowicz. - Nie myśl, Eugeniuszu, że chciałem 

wzruszyć gościa,  że to w takiej  zapadłej dziurze mieszkamy. Przeciwnie, uważam,  że dla 

myślącego   człowieka   nie   ma   zapadłych   dziur.   Staram   się   zresztą   w   miarę   możności   nie 
poróść, jak powiadają, pleśnią, nie zostać w tyle.

Wasilij Iwanowicz wyciągnął z kieszeni nową, żółtą fularową chustkę, którą zdążył wziąć 

idąc do pokoju Arkadiusza, i wywijając nią w powietrzu, ciągnął dalej:

- Nie mówię już o tym, że moi chłopi są na czynszu i że oddałem im ziemię za połowę 

zbioru, co stanowi dla mnie dotkliwą stratę. Uważałem to za swój obowiązek, sam rozsądek 

tak dyktuje, chociaż inni właściciele ani o tym pomyślą; mówię o naukach i wykształceniu.

- Tak, widzę tu właśnie „Przyjaciela Zdrowia" na rok 1855 - zauważył Bazarow.

- Stary kolega przysyła mi go po znajomości - szybko rzucił Wasilij Iwanowicz. - Ale 

mamy też niejakie pojęcie o frenologii - dodał zwracając się zresztą głównie do Arkadiusza i 

wskazując stojącą na szafie niewielką gipsową główkę, podzieloną na oznaczone liczbami 
prostokąty. - Wiemy, kto Schoenlein, kto Rademacher.

- Więc jeszcze wierzą w Rademachera w *** guberni? - zapytał Bazarow.
Wasilij Iwanowicz zakaszlał.

- W guberni... Panowie oczywiście wiecie lepiej; gdzie nam do was? Przecież wy macie 

zająć nasze  miejsce.  W  swoich  czasach  taki   zwolennik  teorii  humorów jak   Hoffman  czy 

Brown   ze   swym   witalizmem   wydawali   się   śmieszni,   a   przecież   byli   kiedyś   sławni. 
Rademachera zastąpił wam ktoś nowy, więc teraz uznajecie już tylko tego nowego, ale za 

dwadzieścia lat z niego także będą się śmiać.

- Powiem ci na pociechę - rzekł Bazarow - że my teraz w ogóle śmiejemy się z medycyny i 

nikogo nie uznajemy.

- Jak to? Przecież chcesz być lekarzem?

- Tak, lecz jedno drugiemu nie przeszkadza.
Wasilij Iwanowicz pogrzebał środkowym palcem w fajce, gdzie znajdowało się jeszcze 

nieco gorącego popiołu.

- Może, może, nie będę się spierał. Bo któż ja jestem? Dymisjonowany sztabslekarz, w o l 

a t u

23

; teraz zostałem agronomem. Służyłem w brygadzie pańskiego dziadka - zwrócił się 

znowu do Arkadiusza - tak, tak, wiele w swoim życiu widziałem. W jakich towarzystwach 

bywałem, jakich znałem ludzi! Tak jak mnie pan tu przed sobą widzi, badałem puls księciu 
Wittgensteinowi,   Żukowskiemu.   Takich   to   ludzi   znałem   w   armii   południowej,   po   roku 

czternastym,   rozumie   pan   -   mówiąc   to   Wasilij   Iwanowicz   znacząco   zacisnął   wargi.   - 

23 Zniekształcone: voila tout - ot, i wszystko. (w oryg. pisownia fonetyczna.)

background image

Wszystkich znałem! tak, ale moje zadanie jest skromne: pilnuj swego lancetu, i basta! Pański 
dziadek to był godny człowiek, prawdziwy żołnierz.

- Przyznaj się, tępy był jak pień, co? - leniwym głosem rzekł Bazarow.
- Ach, Eugeniuszu, jak ty się wyrażasz, bój się Boga!... Oczywiście, generał Kirsanow nie 

należał do liczby...

- No, dajmy mu pokój - przerwał Bazarow. - Kiedy jechałem tutaj, ucieszyłem się widząc, 

że twój brzozowy lasek pięknie wyrósł.

Wasilij Iwanowicz ożywił się.

- Popatrz tylko, jaki mam teraz ogród! Sam każde drzewko sadziłem. Owoce są i jagody, i 

wszelkie zioła lekarskie. Mędrkujcie, jak chcecie, panowie młodzi, a przecie stary Paracelsus 

powiedział świętą prawdę:  in herbis, verbis et lapidibus

24

... Wiesz przecież, że przestałem 

praktykować, a jednak ze dwa razy na tydzień trzeba wracać do dawnego zawodu. Przycho-

dzą po radę, nie można odmówić. Zdarza się, że biedacy proszą o pomoc. Lekarzy wcale tu 
nie ma. Wyobraź sobie, że pewien mój sąsiad, dymisjonowany major, także leczy. Pytałem, 

czy uczył się medycyny. Powiadają mi: nie, nie uczył się, raczej z filantropii... Cha, cha, z 
filantropii! Co? cha, cha, cha, cha!

- Fiedka, nabij mi fajkę! - ostrym tonem powiedział Bazarow.
- Jest tu jeszcze inny lekarz; przyjeżdża do chorego - ciągnął dalej jak gdyby z rozpaczą w 

głosie Wasilij Iwanowicz - a chory już  ad patres;  służący nie wpuszcza doktora, powiada: 
„Za późno." Doktor tego nie oczekiwał, zmieszał się i pyta: „Powiedz, czy twój pan przed 

śmiercią miał czkawkę?" - „Ano, tak." - „Długo to trwało?" - „Długo." - „No, to wszystko w 
porządku", i jazda z powrotem. Cha, cha!

Nikt się nie roześmiał prócz starego Bazarowa; Arkadiusz zdobył się jedynie na grymas 

podobny do uśmiechu, Bazarow zaś zaciągnął się fajką. Rozmowa toczyła się w ten sposób 

około godziny. Arkadiusz wstąpił jeszcze do swojego pokoju: była to ubieralnia przy łaźni, 
ale bardzo przyjemna i czysta. Wreszcie weszła Tania mówiąc, że obiad już gotów.

Wasilij Iwanowicz wstał pierwszy.
- Chodźmy, panowie! Zechciejcie wybaczyć, jeśli was znudziłem. Może moja gosposia 

bardziej was zadowoli.

Obiad, chociaż przygotowany w pośpiechu, bardzo się udał, był nawet obfity, tylko wino 

nie dopisało: czarny prawie kseres, kupiony przez Timofieicza w mieście u znajomego kupca, 
zalatywał miedzią czy kalafonią; dokuczały też muchy. Zazwyczaj chłopak odpędzał je wielką 

zieloną gałęzią; tym razem jednak Wasilij Iwanowicz odesłał go obawiając się krytyki ze 

24 w ziołach, słowach i kamieniach

background image

strony młodego pokolenia. Arina Własiewna ubrała się odświętnie: włożyła wysoki czepek z 
jedwabnymi   wstążkami   i   błękitny   szal   w   deseń.   Znów   sobie   popłakała   na   widok   swego 

Jeniuszy, ale mąż nie musiał jej już przywoływać do porządku: szybko otarła łzy, żeby nie 
zaplamić szala. Jedli tylko młodzi; gospodarze byli już od dawna po obiedzie. Usługiwał 

Fiedka, który, jak widać, nie przyzwyczajony do noszenia butów, odczuwał ich niezwykły 
ciężar; pomagała mu ślepa na jedno oko kobieta o męskich rysach, zwana Anfisuszką, która 

pełniła obowiązki klucznicy, opiekunki ptactwa domowego i praczki. Podczas obiadu Wasilij 
Iwanowicz   chodził   bez   przerwy   po   pokoju   i   ze   szczęśliwym,   a   nawet   pełnym   błogości 

wyrazem   twarzy   mówił   o   poważnych   obawach,   jakie   budzi   w  nim   polityka   Napoleona   i 
zagmatwana kwestia włoska. Arina Własiewna nie dostrzegała Arkadiusza ani nie podsuwała 

mu potraw; podparłszy piąstką  okrągłą  twarz, której pełne wiśniowe usta i pieprzyki na 
policzkach oraz nad brwiami nadawały wyraz ogromnie dobroduszny, nie spuszczała oczu z 

syna i nieustannie wzdychała: ogromnie chciała się dowiedzieć, na jak długo przyjechał, ale 
nie miała odwagi zapytać. „A jeśli powie, że na dwa dni?" - myślała i serce w niej zamierało. 

Po pieczystym Wasilij Iwanowicz znikł na chwilę i wrócił z odkorkowaną butelką szampana. 
„Chociaż   żyjemy   na   odludziu   -   zawołał   -   w   uroczystych   wypadkach   mamy   czym   się 

rozweselić!" Nalał wina do trzech kielichów oraz małego kieliszka, wzniósł toast: „Na cześć 
drogich gości", i jednym haustem, po wojskowemu, wychylił swój kielich zmuszając Arinę 

Własiewnę  do wypicia  zawartości małego kieliszka  aż do ostatniej  kropli. Kiedy przyszła 
kolej na konfitury, Arkadiusz, który nie znosił słodyczy, uznał jednak za swój obowiązek 

skosztować   po   trosze   z   czterech   różnych,   świeżo   zrobionych   gatunków,   tym   bardziej   że 
Bazarow odmówił kategorycznie, i zaraz zapalił cygaro. Potem na stole zjawiła się herbata ze 

śmietanką,   masło   i  obwarzanki;  następnie   Wasilij   Iwanowicz   zaprowadził   wszystkich   do 
ogrodu,   żeby   nacieszyć   się   pięknością   wieczoru.   Przechodząc   obok   ławeczki   szepnął   do 

Arkadiusza:

-   Lubię   sobie   tutaj   pofilozofować   patrząc   na   zachód   słońca;   to   miejsce   jest   jakby 

stworzone dla samotnika. A tam dalej posadziłem kilka ulubionych drzew Horacego.

- Cóż to za drzewa? - zapytał przysłuchując się Bazarow.

- No... akacje.
Bazarow zaczął ziewać.

- Przypuszczam,  że czas już, by podróżni spoczęli  w objęciach  Morfeusza - zauważył 

Wasilij Iwanowicz.

- To znaczy czas spać! - podchwycił Bazarow. - Słuszna myśl. Istotnie, już czas.
Żegnając   się   z   matką   pocałował   ją   w   czoło,   ona   zaś   objęła   go   i   ukradkiem,   za   jego 

background image

plecami,   trzykrotnie   pobłogosławiła   go   znakiem   krzyża.   Wasilij   Iwanowicz   odprowadził 
Arkadiusza do jego pokoju, życząc mu „tak błogiego odpoczynku, jaki znałem w szczęśliwym 

wieku pana". Rzeczywiście, Arkadiusz spał doskonale w ubieralni: pachniało tam miętą i 
dwa świerszcze ćwierkały na przemian za piecem. Stamtąd Wasilij Iwanowicz udał się do 

swego gabinetu i siadłszy na kanapie obok syna zamierzał z nim porozmawiać; lecz Bazarow 
natychmiast go odprawił mówiąc, że chce mu się spać; nie zasnął jednak do rana. Szeroko 

otwartymi oczyma gniewnie wpatrywał się w ciemność: wspomnienia dzieciństwa nie miały 
nad   nim   władzy,   nie   mógł   się   też   uwolnić   od   niedawnych   przykrych   wrażeń.   Arina 

Własiewna najpierw pomodliła się do woli; potem długo jeszcze rozmawiała z Anfisuszką, 
która, stojąc jak wryta przed swą panią i patrząc na nią swoim jedynym okiem, tajemniczym 

szeptem   dzieliła   się   z   nią   wrażeniami   i   uwagami   na   temat   Eugeniusza   Wasiliewicza. 
Staruszce z radości, od wypitego wina i dymu cygar zupełnie zakręciło się w głowie; mąż 

próbował z nią rozmawiać, ale machnąwszy ręką dał za wygraną.

Arina Własiewna była prawdziwą rosyjską szlachcianeczką z dawnych czasów; powinna 

była żyć dwieście lat temu, w epoce starej Moskwy. Była bardzo pobożna i sentymentalna, 
wierzyła we wszelkie znaki, wróżby, zaklęcia, sny; wierzyła w opętanych, w duchy domowe i 

leśne, w złe spotkania, uroki, ludowe leki, czwartkową sól

25

, rychły koniec świata; wierzyła, 

że jeśli na nabożeństwie wielkanocnym nie zgasną świece, będzie urodzaj na grykę, i że grzyb 

przestanie rosnąć, jeśli zobaczy go ludzkie oko; wierzyła, że diabeł lubi trzymać się blisko 
wody i że każdy Żyd ma na piersi krwawe znamię; bała się myszy, węży, żab, wróbli, pijawek, 

grzmotu, zimnej wody, przeciągu, koni, kozłów, rudych ludzi i czarnych kotów oraz uważała, 
że świerszcz i pies to nieczyste zwierzęta; nie jadła cielęciny, gołębi, raków, sera, szparagów, 

bulw, zająca ani arbuzów, ponieważ rozcięty arbuz przypomina głowę Jana Chrzciciela; o 
ostrygach mówiła wzdrygając się; lubiła dobrze zjeść, ale surowo przestrzegała postów; spała 

dziesięć godzin na dobę, ale nie kładła się wcale, jeśli Wasilia Iwanowicza zabolała głowa; 
nie przeczytała żadnej książki prócz Alexisa, czyli Chaty w lesie

26

, pisała jeden, najwyżej dwa 

listy na rok, znała się na gospodarstwie, smażeniu konfitur, suszeniu grzybów, chociaż nic 
sama nie robiła i w ogóle niechętnie ruszała się z miejsca. Arina Własiewna była bardzo do-

bra   i   na   swój   sposób   niegłupia.   Wiedziała,   że   na   świecie   są   panowie,   którzy   powinni 
rozkazywać, i ludzie prości, którzy mają służyć, toteż nie raziła jej ani pokora, ani pokłony do 

ziemi; ale z podwładnymi obchodziła się delikatnie i łagodnie, żaden ubogi nie odszedł od 

25 Według obyczaju rosyjskiego w Wielki Czwartek prażono sól, z którą w Niedzielę Wielkanocną jadło się 

święcone jaja. Sól tę przechowywano następnie przez cały rok, wierzono bowiem, że ma właściwości leczenia wszelkich 
chorób. (Przyp. red.)

26  Sentymentalna powieść pisarza francuskiego Ducray - Dumnil (1769 - 1818), przełożona współcześnie na 

rosyjski. (Przyp. red.)

background image

niej bez jałmużny i nigdy o nikim źle nie mówiła, chociaż czasem lubiła poplotkować. W 
młodości była bardzo ładna, grała na klawikordzie i trochę mówiła po francusku; lecz w 

ciągu   długoletnich   wędrówek   z   mężem,   za   którego   wyszła   wbrew   woli,   roztyła   się   i 
zapomniała   muzyki   i   francuskiego.   Syna   kochała   i   bała   się   niewypowiedzianie;   zarząd 

majątkiem zostawiła Wasiliowi Iwanowiczowi i do niczego się już nie wtrącała: wzdychała, 
wachlowała się chusteczką i z przerażenia wciąż wyżej unosiła brwi, kiedy mąż wyjaśniał jej 

swoje   projekty   zmian   i   nowe   zamierzenia.   Była   podejrzliwa,   zawsze   oczekiwała   jakiegoś 
wielkiego nieszczęścia i natychmiast płakała, gdy tylko przypomniała sobie coś smutnego... 

Takich kobiet dzisiaj już prawie nie ma. Bóg wie, czy należy się z tego cieszyć!

background image

XXI

Gdy Arkadiusz wstał z łóżka i otworzył okno, pierwszą osobą, którą zobaczył, był Wasilij 

Iwanowicz.   Odziany   w   bucharski   szlafrok,   przepasany   fularową   chustką,   staruszek   z 
zapałem kopał w ogrodzie. Na widok młodego gościa wsparł się na łopacie i zawołał:

- Dzień dobry! Jakże się spało?
- Doskonale! - odpowiedział Arkadiusz.

- A ja tutaj, jak pan widzi, niby ów Cincinnatus, przygotowuję grzędę pod późną rzepę. 

Teraz nadeszły takie czasy - chwalić Boga! - że każdy musi własnymi rękami zdobywać sobie 

pożywienie; na innych nie należy liczyć: samemu trzeba pracować. Wygląda na to, że Jean 
Jacques Rousseau ma rację. Przed półgodziną ujrzałby mnie pan dobrodziej przy zupełnie 

innym   zajęciu.   Pewnej   babie,   która   skarżyła   się,   mówiąc   ich   językiem,   na   kolki   -   my 
nazywamy to dyzenterią - ja... jak by to rzecz?... wlewałem opium; innej wyrwałem ząb; 

zaproponowałem jej znieczulenie eterem... ale nie chciała. Wszystko to gratis, anamater

27

. 

Zresztą, nic to dla mnie niezwykłego; przecież plebejusz ze mnie, homo novus, nie pochodzę 

ze szlachty starożytnego rodu, jak moja małżonka... Czy nie zechciałby pan jednak przyjść tu 
w cień, odetchnąć przed herbatą świeżym porannym powietrzem?

Arkadiusz zszedł do ogrodu.
- Dzień dobry raz jeszcze! - rzekł Wasilij Iwanowicz, po wojskowemu przykładając dłoń 

do zatłuszczonej mycki, którą miał na głowie. - Wiem, że pan przywykł do zbytku, do wygód, 
lecz nawet możni świata tego nie gardzą na krótko skromną chatą.

- Ależ, drogi panie - zawołał Arkadiusz - jaki tam ze mnie możny? Do zbytku także nie 

przywykłem.

- Zaraz, zaraz - rzekł z uprzejmym gestem Wasilij Iwanowicz. - Chociaż teraz jestem już 

stary, przecież otarłem się trochę w świecie i ptaka po locie poznaję. Jestem na swój sposób 

psychologiem i fizjonomistą. Gdybym nie miał tego, ośmielę się rzec, talentu, dawno bym 
zginął; jestem człowiek mały, zgnietliby mnie jak nic. Powiem panu bez komplementów: 

przyjaźń pańska z moim synem szczerze mnie cieszy. Widziałem się z nim przed chwilą: 
według swego zwyczaju, który pan zna zapewne, zerwał się bardzo wcześnie i pobiegł gdzieś 

w okolicę. Pozwoli pan, że zapytam - jak dawno się znacie?

- Od tej zimy.

- Aha. I jeszcze zapytam o jedno - czy jednak nie chciałby pan usiąść? - zapytam jak 

ojciec, z największą szczerością: jakiego pan jest zdania o moim Eugeniuszu?

- Syn pański jest jednym z najwspanialszych ludzi, jakich kiedykolwiek spotkałem - żywo 

27 Zniekształcone: en amateur - z amatorstwa. (W oryg. pisownia fonetyczna.)

background image

odpowiedział Arkadiusz.

Oczy   Wasilia   Iwanowicza   rozwarły   się   nagle   szeroko,   a   na   policzki   wystąpił   słaby 

rumieniec. Łopata wyśliznęła mu się z rąk.

- A więc przypuszcza pan... - zaczął.

-  Jestem  pewien  -  podjął   Arkadiusz  -  że  pańskiego  syna  czeka  wielka  przyszłość,   że 

wsławi wasze nazwisko. Przekonałem się o tym od pierwszego spotkania.

- Jakże... jak to było? - ledwie wymówił Wasilij Iwanowicz. Na jego szerokich wargach 

ukazał się błogi uśmiech i już z nich nie schodził.

- Chce pan wiedzieć, w jaki sposób się spotkaliśmy?
- Tak... i w ogóle...

Arkadiusz zaczął opowiadać o Bazarowie z większym jeszcze zapałem i podziwem niż 

owego wieczora, kiedy tańczył mazura Odincową.

Wasilij Iwanowicz słuchał go, wycierał nos, kręcił chustkę w rękach, kaszlał, targał włosy; 

wreszcie nie wytrzymał, schylił się i pocałował Arkadiusza w ramię.

- Uszczęśliwił mnie pan zupełnie - rzekł, wciąż się uśmiechając - muszę panu powiedzieć, 

że... ubóstwiam mego syna; o mojej staruszce nawet nie mówię: wiadomo, matka! ale nie 

śmiem okazywać przy nim swych uczuć, ponieważ on tego nie lubi. Jest wrogiem wszelkich 
wynurzeń; wielu nawet potępia go za tak twardy charakter i uważa to za dowód pychy czy 

nieczułości;   ale   takich   ludzi   jak   on   nie   można   mierzyć   zwykłą   miarą,   prawda?   Albo   na 
przykład: inny na jego miejscu ciągnąłby, ile się da, ze swoich rodziców; a czy pan uwierzy, 

że nigdy nie wziął od nas zbytecznej kopiejki, dalibóg!

- To bezinteresowny, rzetelny człowiek - zauważył Arkadiusz.

- Właśnie - bezinteresowny. Ja zaś, Arkadiuszu Nikołajewiczu, nie tylko go ubóstwiam, 

ale jestem  z  niego dumny i cała moja próżność polega na tym, by kiedyś w jego biografii 

znalazły się następujące słowa: „Ojcem jego był zwykły sztabslekarz, który jednak wcześnie 
zrozumiał, jakiego ma syna, i niczego nie szczędził, aby go wychować...''

Głos staruszka załamał się.
Arkadiusz uścisnął mu rękę.

- Jak pan myśli - zapytał Wasilij Iwanowicz po chwili milczenia - chyba nie w dziedzinie 

medycyny osiągnie ową sławę, którą mu pan przepowiada?

- Oczywiście, nie w medycynie, chociaż i tutaj będzie jednym z pierwszych uczonych.
- W jakiej więc dziedzinie, Arkadiuszu Nikołajewiczu?

- Trudno to dzisiaj powiedzieć, ale będzie sławny.
- Będzie sławny! - powtórzył staruszek i pogrążył się w zadumie.

background image

- Arina Własiewna kazała prosić na herbatę - powiedziała Anfisuszka przechodząc obok z 

ogromnym półmiskiem dojrzałych malin.

Wasilij Iwanowicz otrząsnął się z zadumy.
- Czy do malin będzie zimna śmietanka?

- A będzie, proszę pana.
- Ale zimna, pamiętaj! Niech pan nie robi ceremonii, Arkadiuszu Nikołajewiczu, proszę 

wziąć więcej. Ale czemu to Eugeniusza nie widać?

- Jestem tutaj - rozległ się głos Bazarowa z pokoju Arkadiusza.

Wasilij Iwanowicz szybko się odwrócił.
- Aha! Chciałeś odwiedzić swego przyjaciela; spóźniłeś się,  amice,  myśmy tu już sobie 

ucięli długą pogawędkę. Teraz trzeba pójść na herbatę, matka prosi. Muszę zresztą  z  tobą 
porozmawiać.

- O czym?
- Mam tu chłopaka, który cierpi na icterus...

- To znaczy na żółtaczkę?
- Tak, na chroniczny i uparty icterus. Przepisywałem mu tysiącznik i świętojańskie ziele; 

kazałem jeść marchew, dawałem sodę; ale to są paliatywy, trzeba by coś radykalniejszego. 
Jestem   pewien,   że   choć   śmiejesz   się   z   medycyny,   potrafisz   dać   mi   mądrą   radę.   Lecz 

zostawmy to na potem. Teraz chodźmy na herbatę.

Wasilij Iwanowicz żywo wstał z ławeczki i zaśpiewał arię z Roberta Diabła:

Ustanowimy sobie prawa, prawa, prawa,
By radość życia pełną czaszą pić...

- Nadzwyczajna żywotność! - rzekł Bazarow odchodząc od okna.
Nadeszło   południe.   Słońce   paliło   zza   cienkiej   zasłony   białawych   obłoków,   gęsto 

pokrywających całe niebo. Cisza była zupełna, tylko koguty czupurnie przekrzykiwały się na 
wsi,  budząc  w  każdym,   kto  je  słyszał,  dziwne  wrażenie   senności  i  nudy;  gdzieś  wysoko, 

wśród   wierzchołków   drzew,   jak   płaczliwe   wezwanie   rozlegało   się   nie   milknące   kwilenie 
młodego   jastrzębia.   Arkadiusz   i   Bazarow   leżeli   w   cieniu   niewielkiego   stogu   siana, 

podesławszy sobie dwa naręcza szeleszczącej i suchej, ale jeszcze zielonej i wonnej trawy.

-  Ta osina - zaczął Bazarow - przypomina mi moje dzieciństwo; rośnie na skraju dołu, 

który   został   po   murowanej   wozowni;   byłem   wówczas   przekonany,   że   ten   dół   i   osina 
wyposażone są w osobliwą moc: nigdy się tu nie nudziłem. Nie rozumiałem wtedy, że nie 

nudziłem się, ponieważ byłem dzieckiem. Teraz jestem dorosły i ta moc już nie działa.

- Ile czasu tu spędziłeś? - zapytał Arkadiusz.

background image

- Dwa lata bez przerwy; potem wyjeżdżaliśmy. Prowadziliśmy koczowniczy tryb życia, 

najwięcej włóczyliśmy się po miastach.

- A ten dom dawno stoi?
- Dawno. Zbudował go jeszcze mój dziad, ojciec matki.

- Kim był twój dziadek?
- Diabli go wiedzą. Jakiś sekund - major. Służył pod Suworowem i wciąż opowiadał o 

przeprawie przez Alpy. Na pewno łgał.

- Więc to dlatego wisi u was w salonie portret Suworowa! Lubię takie domki jak wasz, 

stare i ciepłe; mają jakiś osobliwy zapach.

- Zapach nostrzyku i oliwy z lampek przed ikonami - powiedział ziewając Bazarow. - A ile 

much w tych miłych domkach... Uff!

- Powiedz - zaczął Arkadiusz po chwili milczenia - czy nie krępowano cię w dzieciństwie?

- Widzisz przecie, jacy są moi rodzice. Niezbyt srodzy z nich ludzie.
- Kochasz ich, Eugeniuszu?

- Kocham!
- Oni ciebie tak kochają!

Bazarow milczał.
- Wiesz, o czym myślę? - powiedział wreszcie, zakładając ręce pod głowę.

- Nie wiem. O czym?
- Myślę, że dobrze moim rodzicom żyć na świecie. Ojciec mając lat sześćdziesiąt krząta 

się,   rozprawia   o   „paliatywach",   leczy   ludzi,   jest   wspaniałomyślny   wobec   wieśniaków, 
słowem, dobrze sobie żyje; matce też jest dobrze: dzień ma tak bardzo wypełniony wszelkimi 

zajęciami, wzdychaniem i popłakiwaniem, że nie ma czasu się zastanawiać. Ja zaś...

- A ty?

- A ja myślę: oto leżę sobie pod tym stogiem... Niewielkie miejsce, które zajmuję, jest tak 

bardzo nieznaczne w porównaniu z resztą przestrzeni, gdzie mnie nie ma i gdzie nikogo nie 

obchodzę; cząsteczka czasu, którą przeżyję, tak jest znikoma wobec wieczności, gdzie mnie 
nie było i nie będzie. I w tym atomie, w tym punkcie matematycznym krąży krew, pracuje 

mózg, pragnie nawet czegoś... Co za nonsens! Jakie głupstwa!

- Pozwól, ale to, co mówisz, odnosi się do wszystkich ludzi...

- Masz słuszność - podjął Bazarow. - Chciałem powiedzieć, że oni właśnie, to znaczy moi 

rodzice, są zajęci i nie martwią się własną nicością, nie cuchnie im ona... a ja... czuję tylko 

nudę i złość.

- Złość? Dlaczego?

background image

- Dlaczego? Jak to dlaczego? Czyżbyś zapomniał?
-   Pamiętam   wszystko,   a   mimo  to   nie  widzę  powodu,   dla   którego   miałbyś   prawo   się 

złościć. Jesteś nieszczęśliwy, przyznaję, ale...

-   Ech!   Arkadiuszu   Nikołajewiczu,   widzę,   że   ty   pojmujesz   miłość   jak   wszyscy   młodzi 

ludzie nowego pokolenia: cip, cip, cip, kureczko, a gdy tylko kureczka zacznie się przybliżać - 
w nogi! Ja nie jestem taki. Ale dość o tym! Wstyd mówić o rzeczach, na które nie ma rady. - 

Odwrócił się na bok. - Ho, ho! Oto dzielna mrówka wlecze na wpół martwą muchę. Ciągnij, 
bracie, ciągnij! Nie zważaj na to, że się opiera, korzystaj, że jako zwierzę masz prawo nie 

uznawać współczucia, nie tak jak my wszyscy, co wciąż udajemy.

- I ty to mówisz, Eugeniuszu! Kiedyż to zdarzyło ci się udawać?

Bazarow podniósł głowę.
- Z tego tylko mogę być dumny. Sam się nie wykoślawiłem, więc i baba mnie nie złamie. 

Amen! Skończone! Więcej na ten temat nie usłyszysz ode mnie ani słowa.

Przyjaciele leżeli przez pewien czas w milczeniu.

- Tak - zaczął Bazarow - człowiek to dziwna istota. Jeśli spojrzeć z boku i z daleka na 

odludne życie, jakie tu wiodą nasi „ojcowie", wydawałoby się: czegóż można chcieć jeszcze? 

Jedz, pij i wiedz, że postępujesz w najbardziej słuszny i rozumny sposób. Lecz nie! Nuda cię 
zadręczy. Masz ochotę obcować z ludźmi, nawet im wymyślać, ale mimo wszystko obcować z 

nimi.

- Należałoby tak ułożyć życie, żeby każda chwila miała jakiś sens - rzekł w zamyśleniu 

Arkadiusz.

- A pewnie! Wszystko, co ma sens, chociaż bywa kłamliwe, daje przyjemność, ale i z tym, 

co   nie   ma   sensu,   też   można   się   pogodzić...   Kłopoty,   drobne   troski...   oto   prawdziwe 
nieszczęście.

- Kłopoty nie istnieją dla człowieka, jeżeli ich nie uznaje.
- Hm... powiedziałeś odwrócony komunał.

- Jak to? Co przez to rozumiesz?
- Widzisz, powiedzieć, że oświata jest pożyteczna, to komunał; powiedzieć zaś, że oświata 

jest szkodliwa, to odwrócony komunał. Wygląda bardziej błyskotliwie, w istocie jest jednak 
tym samym.

- Ale gdzie jest prawda, po której stronie?
- Gdzie? Odpowiem ci jak echo: gdzie?

- Jesteś dziś w melancholijnym nastroju, Eugeniuszu.
- Doprawdy? Może zbyt mnie rozgrzało słońce, nie wolno też jeść tyle malin.

background image

- W takim razie dobrze byłoby się zdrzemnąć.
- Owszem, tylko nie patrz na mnie: każdy człowiek, gdy śpi, ma głupią twarz.

- Nie wszystko ci jedno, co o tobie myślę?
-   Nie   wiem,   co   ci   odpowiedzieć.   Prawdziwy   człowiek   nie   powinien   się   troszczyć   o 

podobne rzeczy; prawdziwym człowiekiem jest ten, nad którym nie ma co się zastanawiać, 
ale którego się słucha lub nienawidzi.

- Dziwne! Nie czuję do nikogo nienawiści - rzekł po namyśle Arkadiusz.
-   A   ja   -   do   bardzo   wielu!   Ty   masz   duszę   tkliwą,   jesteś   mazgaj,   gdzie   tobie   do 

nienawiści!... Łatwo się mieszasz, nie bardzo na siebie liczysz...

- A ty - przerwał Arkadiusz - liczysz na siebie? Masz o sobie dobre mniemanie?

Bazarow milczał chwilę.
-   Jeśli   spotkam   człowieka,   który   mi   nie   ustąpi   -   rzekł   powoli   -   wtedy   zmienię   to 

mniemanie.   Nienawidzić!   Na   przykład   powiedziałeś   dzisiaj,   kiedy   przechodziliśmy   obok 
chaty naszego starosty, Filipa - śliczna chata, bielutka - otóż powiedziałeś, że Rosja wówczas 

osiągnie   doskonałość,   kiedy  każdy  chłop  będzie  miał   takie   mieszkanie,   i  że  każdy  z  nas 
powinien się do tego przyczynić... Znienawidziłem owego najnędzniejszego chłopa, Filipa 

czy Sidora, dla którego mamy wyłazić ze skóry i nie usłyszeć nawet od niego: dziękuję... 
Zresztą po kiego diabła mi jego podziękowanie? Przypuśćmy więc, że będzie mieszkał w bia-

łej chacie, a na mnie już trawa wyrośnie - i co dalej?

- Dosyć, Eugeniuszu... słuchając tego, co dziś mówisz, mimo woli trzeba się zgodzić z 

ludźmi, którzy zarzucają nam brak zasad.

- Mówisz jak twój stryj. Nie ma żadnych zasad, czyżbyś się dotychczas tego nie domyślił! 

Istnieją tylko doznania. Wszystko od nich zależy.

- Jak to?

-   Po   prostu.   Mnie,   na   przykład,   odpowiada   negacja,   właśnie   dzięki   doznaniom. 

Przeczenie sprawia mi przyjemność, tak jest zbudowany mój mózg - i kropka! Dlaczego mi 

podoba   się   chemia?   Dlaczego   ty   lubisz   jabłka?   Również   dzięki   doznaniom.   Wszystko   to 
jedna i ta sama sprawa. Głębiej ludzie nie sięgną nigdy. Nie każdy ci to powie i ja także drugi 

raz tego nie powtórzę.

- Więc jak? Czy uczciwość to także doznanie?

- Oczywiście!
- Eugeniuszu!... - zaczął smutnym głosem Arkadiusz.

- Cóż? Nie w smak ci to? - przerwał Bazarow. - Nie, bracie! Jeśli postanowiłeś wszystko 

kosić, walże i siebie po nogach!... Dosyć jednak tej filozofii. „Przyroda tchnie milczeniem 

background image

snu" - powiedział Puszkin.

- Nigdy Puszkin nie powiedział nic podobnego - rzekł Arkadiusz.

- Więc jeśli nie powiedział, to jako poeta mógł i powinien był powiedzieć. Ale wiesz, on 

na pewno służył w wojsku.

- Puszkin nigdy nie był w wojsku!
- Zlituj się, przecież znajdziesz u niego na każdej stronicy: Na bój, na bój! za honor Rosji!

- Cóż ty za bajdy zmyślasz! Przecież to po prostu oszczerstwo.
- Oszczerstwo? I cóż z tego! Sądzisz, że przestraszę się tego słowa? Choćbyś rzucił na 

człowieka najgorsze oszczerstwo, w gruncie rzeczy zasługuje na dwadzieścia razy większe.

- Śpijmy raczej! - z irytacją rzekł Arkadiusz.

- Ależ najchętniej! - odparł Bazarow.
Ale nie mogli spać. Niemal wrogie uczucie ogarnęło serca obu młodzieńców. Po pięciu 

minutach otworzyli oczy i spojrzeli na siebie w milczeniu.

- Patrz - powiedział nagle Arkadiusz. - Z drzewa zerwał się suchy liść klonu i spada na 

ziemię; jego lot jest całkiem podobny do lotu motyla. Czy to nie dziwne? To, co jest martwe i 
najsmutniejsze, przypomina to, co żywe i najbardziej wesołe.

- O mój przyjacielu, Arkadiuszu Nikołajewiczu! - zawołał Bazarow - o jedno cię proszę: 

nie mów pięknie.

- Mówię, jak umiem... Zresztą to despotyzm. Przyszła mi myśl do głowy; dlaczego nie 

miałbym jej wypowiedzieć?

- Tak; ale dlaczego mnie także nie wolno wypowiedzieć swojej myśli? Uważam, że mówić 

pięknie jest rzeczą nieprzyzwoitą.

- Cóż więc jest przyzwoite? Kłócić się?
- Ho, ho! Widzę, że masz zamiar wstąpić w ślady stryjaszka. Jakże ucieszyłby się ten 

idiota, gdyby ciebie słyszał!

- Jak nazwałeś Pawła Pietrowicza?

- Nazwałem go, jak na to zasługuje - idiotą.
- To jednak nie do zniesienia! - zawołał Arkadiusz.

- Aha, odezwały się w tobie uczucia rodzinne - spokojnie rzekł Bazarow. - Zauważyłem, 

że te uczucia bardzo uparcie trzymają się ludzi. Człowiek wszystkiego się wyrzeknie, odrzuci 

wszelkie przesądy, ale przyznać, że brat, który kradnie cudze chusteczki, jest złodziejem, to 
już ponad jego siły. No bo doprawdy: mój brat, mój - a nie geniusz... czy to możliwe?

-   Odezwało   się   we   mnie   zwykłe   poczucie   sprawiedliwości,   a   nie   uczucia   rodzinne   - 

zapalczywie sprzeciwił się Arkadiusz. - Ponieważ jednak tego nie rozumiesz, ponieważ brak 

background image

ci tego doznania, więc nie możesz o nim wyrokować.

- Słowem: Arkadiusz Kirsanow jest zbyt wzniosły, abym go mógł zrozumieć; chylę więc 

głowę i milknę.

- Dosyć, Eugeniuszu, bo się pokłócimy.

- Ach, Arkadiuszu! Proszę cię, pokłóćmy się raz, ale porządnie, tak na dobre!
- Tą drogą dojdziemy jednak...

-   Do   bójki?   -   podchwycił   Bazarow.   -   No,   cóż?   Tutaj   na   sianie,   w   tak   idyllicznym 

otoczeniu,   z   dala   od   świata   i   ludzkich   spojrzeń,   jakoś   to   ujdzie.   Ale   nie   dasz   mi   rady. 

Natychmiast chwycę cię za gardło...

Bazarow rozcapierzył swoje długie i twarde palce. Arkadiusz odwrócił się i jakby żartem 

gotował   się   do   walki...   Ale   twarz   przyjaciela   wydała   mu   się   tak   złowieszcza,   a   w   jego 
wykrzywionych uśmiechem ustach,

 

w płonących oczach widać było tak nieżartobliwą po-

gróżkę, że poczuł mimo woli strach...

- A, jesteście tutaj! - rozległ się w tej chwili głos Wasilia Iwanowicza - i stary sztabslekarz 

w marynarce z domowego płótna i w słomianym, także domowej roboty, kapeluszu ukazał 
się młodym ludziom. - A ja was szukam, szukam... Ależ doskonale wybraliście sobie miejsce i 

wspaniale spędzacie czas. Leżąc na „ziemi" patrzeć w „niebo"... Wiecie, to ma jakieś osobliwe 
znaczenie!

- Patrzę w niebo tylko wtedy, kiedy chcę kichnąć! - mruknął Bazarow i zwróciwszy się do 

Arkadiusza dodał półgłosem: - Że też nam przeszkodził!

-   No,   dosyć   -   szepnął   Arkadiusz   i   ukradkiem   uścisnął   rękę   przyjaciela.   -   Ale   żadna 

przyjaźń nie wytrzyma długo takich starć.

- Patrzę na was, moi młodzi przyjaciele - mówił tymczasem Wasilij Iwanowicz kiwając 

głową i opierając się skrzyżowanymi rękami na przemyślnie wygiętej lasce własnej roboty, z 

figurką  Turka  zamiast gałki  - patrzę i napatrzeć się nie mogę. Ile w was  siły, kwitnącej 
młodości, uzdolnień, talentów! Doprawdy... Kastor i Polluks!

- Patrzajcie, do mitologii sięgnął! - rzekł Bazarow. - Od razu widać, że w swoim czasie 

mocny był z ciebie łacinnik! Zdaje się, że miałeś nawet srebrny medal za wypracowanie?

- Dioskurowie, Dioskurowie! - powtórzył Wasilij Iwanowicz.
- Dosyć, ojcze, nie roztkliwiaj się.

- Chyba raz mi wolno - wybąkał staruszek. - Zresztą, panowie, szukałem was nie po to, 

żeby wam prawić komplementy: po pierwsze, chciałem wam powiedzieć, że wkrótce będzie 

obiad; po drugie, rad bym cię uprzedzić, Eugeniuszu... jesteś mądrym człowiekiem, znasz 
ludzi, znasz kobiety i wobec tego wybaczysz... Twoja matka kazała odprawić nabożeństwo z 

background image

okazji twego przyjazdu. Nie sądź, że proszę cię, abyś był obecny na tym nabożeństwie: już się 
skończyło; lecz ojciec Aleksy...

- Pop?
- Tak, będzie u nas na obiedzie... Nie spodziewałem się tego, nawet nie doradzałem... ale 

tak  jakoś  wyszło...  nie zrozumiał  mnie...  I Arina  Własiewna...  Zresztą  to bardzo dobry i 
rozsądny człowiek...

- Przecież nie zje przy obiedzie mojej porcji? - zapytał Bazarow.
Wasilij Iwanowicz roześmiał się.

- Ależ co ty mówisz!
- Nic więcej nie wymagam. Z każdym mogę siąść do stołu.

Wasilij Iwanowicz poprawił kapelusz.
-   Byłem   przekonany   -   powiedział   -   że   jesteś   ponad   wszelkie   przesądy.   Nawet   ja   w 

sześćdziesiątym drugim roku życia także nie mam przesądów. (Wasilij Iwanowicz nie miał 
odwagi przyznać się, że sam życzył sobie tego nabożeństwa... Był nie mniej pobożny niż 

żona.) Ojciec Aleksy bardzo chciał cię poznać. Zobaczysz, że ci się spodoba. W karty gra 
chętnie, nawet... ale to już między nami... pali fajkę.

- Bardzo dobrze. Po obiedzie zasiądziemy zatem do jerałasza i ogram go bez litości.
- Che, che, che, zobaczymy! Na dwoje babka wróżyła.

- Cóż, przypomnisz sobie młode lata - rzekł z osobliwym akcentem Bazarow.
Brązowe policzki Wasilia Iwanowicza okrył lekki rumieniec.

- Jak ci nie wstyd, Eugeniuszu... Co było, to było. Tak, gotów jestem przyznać się panu, 

że miałem tę namiętność w młodości; ale też zapłaciłem za to! Co za upał! Pozwólcie, że 

siądę przy was. Nie przeszkadzam?

- Ani trochę - odpowiedział Arkadiusz.

Wasilij Iwanowicz postękując usiadł na sianie.
- Wasze legowisko, moi panowie - zaczął - przypomina mi moje życie obozowe, punkty 

opatrunkowe gdzieś przy jakimś stogu jak ten, i to jeszcze było świetnie. - Westchnął. - Wiele 
doświadczyłem w życiu. Gdybyście chcieli, opowiedziałbym wam na przykład ciekawy epizod 

z epidemii dżumy w Besarabii.

-   Ten,   za   który   dostałeś   Włodzimierza?   -   podchwycił   Bazarow.   -   Wiemy,   wiemy... 

Dlaczego właściwie go nie nosisz?

- Mówiłem ci przecie, że nie mam przesądów - bąknął Wasilij Iwanowicz (poprzedniego 

dnia kazał odpruć czerwoną wstążeczkę od surduta) i zaczął opowiadać ów epizod. - Zasnął - 
szepnął nagle do Arkadiusza wskazując na Bazarowa i dobrodusznie mrugając. - Wstawaj, 

background image

Eugeniuszu! - dodał głośno. - Chodźmy na obiad!

Ojciec Aleksy, postawny i tęgi mężczyzna o gęstych, starannie rozczesanych włosach, w 

liliowej jedwabnej riasie ściągniętej haftowanym pasem, okazał się człowiekiem zręcznym i 
umiejącym się znaleźć. Pierwszy podał rękę Arkadiuszowi i Bazarowowi, jakby rozumiejąc, 

że   nie   potrzebują   jego   błogosławieństwa,   i   w   ogóle   obejście   miał   swobodne.   Potrafił 
zachować   godność,   ale   i   innych   nie   urażał;   przy   sposobności   pokpił   sobie   trochę   z 

seminaryjnej łaciny, ale wystąpił w obronie swego archijereja; wypił dwa kieliszki wina, ale 
za trzeci podziękował; wziął od Arkadiusza cygaro, lecz nie zapalił mówiąc, że zabierze je do 

domu. Miał tylko pewne nieprzyjemne przyzwyczajenie: wolno i ostrożnie podnosił wciąż 
rękę   do   twarzy,   żeby   chwytać   muchy,   i   niekiedy   je   przy   tym   rozgniatał.   Zasiadł   do   gry 

okazując zadowolenie w sposób umiarkowany i skończyło się na tym, że wygrał od Bazarowa 
2 ruble 50 kopiejek asygnatami: w domu Ariny Własiewny nie wiedziano nawet o srebrze. 

Arina Własiewna,  jak przedtem, siedziała  obok syna (nie grała  w karty)  i jak  przedtem, 
podpierała piąstką twarz, a wstawała tylko po to, by kazać podać jakieś nowe przysmaki. 

Bała się pogładzić Bazarowa, on zaś nie zachęcał jej do pieszczot; zresztą Wasilij Iwanowicz 
poradził jej, żeby go za bardzo „nie niepokoiła". „Młodzi ludzie tego nie lubią" - powtarzał. 

(Nie trzeba nawet mówić, jaki owego dnia był obiad; Timofieicz osobiście pojechał o świcie 
po   jakąś   specjalną   czerkaską   wołowinę;   karbowy   popędził   w   drugą   stronę   po   miętusy, 

jazgarze   i   raki;   za   same   grzyby   zapłacono   babom   42   kopiejki.)   Lecz   spojrzenie   Ariny 
Własiewny, nieustannie skierowane na syna, wyrażało coś więcej niż oddanie i tkliwość; 

widać w nim było smutek pomieszany z ciekawością i lękiem oraz nieśmiały wyrzut.

Bazarow nie miał ochoty zastanawiać się nad tym, co wyraża wzrok matki; zwracał się do 

niej bardzo rzadko, i to tylko z króciutkimi pytaniami. Raz poprosił ją o rękę „na szczęście"; 
ostrożnie położyła swoją miękką, małą rękę na jego twardej i szerokiej dłoni.

- No i jak - zapytała po chwili - nie pomogło?
- Wypadło jeszcze gorzej - odpowiedział z niedbałym uśmiechem.

- Młody człowiek za bardzo ryzykuje - jak gdyby z żalem rzekł ojciec Aleksy i pogładził 

swoją piękną brodę.

- Napoleońska zasada, ojcze, napoleońska - podchwycił Wasilij Iwanowicz i wyszedł w 

asa.

- Toteż doprowadziła go do wyspy Św. Heleny - powiedział ojciec Aleksy i przebił asa 

atutem.

- Czy nie chciałbyś wody z sokiem porzeczkowym, Jeniusza? - zapytała Arina Własiewna.
Bazarow wzruszył tylko ramionami.

background image

- Nie! - mówił następnego dnia do Arkadiusza - wyjeżdżam stąd jutro. Nuda; chciałoby 

się pracować, ale tu nie można. Pojadę znów do was na wieś; zostawiłem tam wszystkie 

preparaty. U was można się przynajmniej zamknąć. A tutaj ojciec powtarza mi: „Mój gabinet 
jest do twojej dyspozycji, nikt ci nie będzie przeszkadzał", ale nie odstępuje mnie na krok. 

Przykro byłoby się przed nim zamykać. Matka tak samo. Słyszę, jak wzdycha za ścianą, a gdy 
pójdę do niej, nie wiem, co jej powiedzieć.

- Bardzo się zmartwi - rzekł Arkadiusz - i ojciec także.
- Wrócę jeszcze do nich.

- Kiedy?
- Gdy będę jechał do Petersburga.

- Żal mi zwłaszcza twojej matki.
- Co znowu? Zjednała cię jagodami?

Arkadiusz spuścił oczy.
-   Nie   znasz   swojej   matki,   Eugeniuszu.   To   nie   tylko   przezacna,   ale   i   bardzo   mądra 

kobieta,   doprawdy!   Dziś   z   rana   rozmawiała   ze   mną   pół   godziny,   mówiła   rozsądnie   i 
zajmująco.

- Na pewno cały czas o mnie?
- Nie tylko o tobie.

- Być może; jako postronny, widzisz więcej. Jeśli kobieta potrafi prowadzić półgodzinną 

rozmowę, to dobry znak. Mimo to wyjadę.

- Niełatwo ci będzie im o tym powiedzieć. Wciąż tylko zastanawiają się, co będziemy 

robili przez następne dwa tygodnie.

- To prawda, niełatwo. Diabeł mnie dziś skusił, żeby podrażnić ojca: niedawno kazał 

wychłostać jednego ze swoich czynszowych chłopów, i bardzo dobrze zrobił; tak, nie patrz na 

mnie z takim przerażeniem, bardzo dobrze zrobił, bo to straszliwy złodziej i pijak; ale ojciec 
nie przypuszczał, że wiem o tym. Zmieszał się bardzo i na dobitkę muszę go jeszcze teraz 

zmartwić... Ale to nic! Do wesela się zagoi.

Bazarow powiedział: „To nic!", lecz cały dzień minął, zanim zdecydował się powiadomić 

Wasilia Iwanowicza o swoim zamiarze. Gdy żegnał się z nim na dobranoc w gabinecie, rzekł 
wreszcie udając, że ziewa:

-  Ach,  prawda...   byłbym  zapomniał   ci  powiedzieć...  Każ  wysłać  jutro nasze  konie  do 

Fiedota, na przeprząg.

Wasilij Iwanowicz zdumiał się:
- Czyżby pan Kirsanow wyjeżdżał?

background image

- Tak, jadę z nim razem.
Wasilij Iwanowicz cofnął się przerażony.

- Wyjeżdżasz?
- Tak... muszę. Zarządź, proszę, co do koni.

- Dobrze... - wyjąkał staruszek. - Na przeprząg... dobrze... tylko... tylko... Jakże to tak?
- Muszę pojechać do niego na krótko. Potem znowu tu wrócę.

- Tak. Na krótko... dobrze. - Wasilij Iwanowicz wyjął chustkę i wycierając nos, schylił się 

prawie do ziemi. - No cóż... wszystko będzie gotowe. Myślałem, że ty do nas na dłużej... Trzy 

dni... po trzech latach, to mało, mało, Eugeniuszu!

- Przecież ci mówię, że wkrótce wrócę. Muszę jechać.

- Musisz... No cóż! Przede wszystkim trzeba spełnić obowiązek... Więc wysłać konie? 

Dobrze. Oczywiście, nie spodziewaliśmy się tego. Matka poprosiła sąsiadkę o kwiaty, chciała 

przybrać twój pokój. (Wasilij Iwanowicz nie wspomniał już o tym, że każdego ranka, skoro 
świt, stojąc w rannych pantoflach na bosych nogach, wydobywał drżącymi palcami jedną 

podartą   asygnatę   za   drugą,   naradzał   się   z   Timofieiczem   i   polecał   mu   załatwienie 
najrozmaitszych sprawunków, kładąc nacisk zwłaszcza na wiktuały i czerwone wino, które, o 

ile   można   było   zauważyć,   bardzo   zasmakowało   młodym   ludziom.)   Swoboda   to   rzecz 
najważniejsza; oto moja zasada... nikogo nie należy krępować... nie...

Zamilkł nagle i skierował się ku drzwiom.
- Wkrótce zobaczymy się, ojcze, doprawdy.

Ale Wasilij Iwanowicz nie odwracając się machnął ręką i wyszedł. W sypialni zastał żonę 

już w łóżku i zaczął się modlić szeptem, żeby jej nie zbudzić. Obudziła się jednak.

- To ty, Wasiliu Iwanowiczu?
- Tak, mateczko.

- Wracasz od Jeniuszy? Wiesz, obawiam się, czy wygodnie mu spać na kanapie. Kazałam 

Anfisuszce, by podłożyła mu twój polowy materac i nowe poduszki; dałabym mu jeszcze nasz 

piernat, ale pamiętam, że nie lubi spać na miękkim posłaniu.

- Wszystko dobrze, mateczko, bądź spokojna. Jest mu wygodnie. Boże, bądź miłościw 

nam grzesznym - ciągnął dalej półgłosem swą modlitwę. Zrobiło mu się żal żony: nie chciał 
jej powiedzieć przed nocą, jakie ją czeka zmartwienie.

Bazarow   i   Arkadiusz   odjechali   następnego   dnia.   Już   od   samego   rana   cały   dom 

posmutniał; Anfisuszce naczynia leciały z rąk; nawet Fiedka zdumiał się tak bardzo, że zdjął 

buty.   Wasilij   Iwanowicz   uwijał   się   żwawiej   niż   kiedykolwiek;   widać   było,   że   stara   się 
zachować dzielnie: mówił głośno i stukał butami, ale twarz mu się ściągnęła, wzrok wciąż 

background image

błądził   wokół   syna.   Arina   Własiewna   cicho   płakała;   straciłaby   zupełnie   równowagę   i 
panowanie nad sobą, gdyby rano mąż nie uspokajał jej przez całe dwie godziny. Ale kiedy 

Bazarow po wielokrotnych obietnicach, że wróci najdalej za miesiąc, wyrwał się wreszcie z 
jej objęć i wsiadł do tarantasu, kiedy ruszyły konie i zadźwięczał dzwoneczek, kiedy zaczęły 

się   obracać   koła   i   już   nie   widać   było   nic,   a   kurz   przydrożny   opadł,   kiedy   zgięty   wpół 
Timofieicz chwiejąc się na nogach powlókł się do swojej izdebki, kiedy staruszkowie zostali 

sami w swym domu, który także  jak gdyby postarzał  się i skurczył  - Wasilij  Iwanowicz, 
jeszcze przed kilku minutami dzielnie powiewający chustką na ganku, opadł na krzesło i 

spuścił głowę na piersi. - Porzucił nas, porzucił! - wyszeptał. - Porzucił, było mu z nami 
nudno. Jestem teraz sam jak palec! - powtórzył kilkakrotnie i za każdym razem wyciągał 

przed siebie rękę z wysuniętym wskazującym palcem. Wtedy zbliżyła  się do niego Arina 
Własiewna i przytuliwszy swą siwą głowę do jego siwej głowy, rzekła: - Cóż robić, Wasia! Syn 

jest niby odcięta ręka: nie przyrośnie z powrotem. Jak sokół: przyleci i odleci, kiedy zechce; 
a my jak opieńki przy dziupli, siedzimy obok siebie i nie ruszamy się na krok. Tylko ja 

zawsze będę taka sama dla ciebie, a ty będziesz taki sam dla mnie.

Wasilij Iwanowicz oderwał ręce od twarzy i objął żonę tak mocno, jak nie obejmował jej 

nawet w młodości: pocieszyła go bowiem w strapieniu.

background image

XXII

Nasi przyjaciele w milczeniu, niekiedy tylko wymieniając obojętne słowa, dojechali do 

Fiedota. Bazarow niezupełnie był z siebie zadowolony; Arkadiusz wręcz był z niego nierad. 
Na domiar czuł w sercu ów nie mający przyczyny smutek, który znają tylko bardzo młodzi 

ludzie. Furman zmienił konie i wdrapawszy się na kozioł zapytał: - Na prawo czy na lewo?

Arkadiusz drgnął. Droga na prawo prowadziła do miasta, a stamtąd do domu, droga na 

lewo do Odincowej.

Spojrzał na Bazarowa.

- Eugeniuszu - zapytał - na lewo?
Bazarow odwrócił się.

- Cóż to za głupstwa? - mruknął.
-   Pewno,   że   głupstwa   -   odpowiedział   Arkadiusz.   -   No,   i   co   z   tego?   Czy   to   nam 

pierwszyzna?

Bazarow nasunął czapkę na czoło.

- Jak chcesz - rzekł wreszcie.
- Na lewo! - krzyknął Arkadiusz.

Tarantas   ruszył   w   kierunku   na   Nikolskoje.   Ale   zdecydowawszy   się   na   głupstwo, 

przyjaciele milczeli jeszcze bardziej uparcie niż przedtem, a nawet wydawali się zagniewani.

Sposób, w jaki ochmistrz przyjął ich na ganku, pozwolił im się domyślić, że postąpili 

nierozsądnie, idąc za głosem nagłej fantazji. Najwidoczniej nie oczekiwano ich tutaj. Dość 

długo   i  z  dość   głupimi   minami   siedzieli   w   salonie.   Wreszcie   wyszła   do   nich   Odincowa. 
Przywitała ich ze zwykłą uprzejmością, lecz wyraziła zdziwienie, że wrócili tak szybko, i jak 

można   było   wywnioskować   z   jej   powolnych   ruchów   i   słów,   niezbyt   była   rada   wizycie. 
Oświadczyli natychmiast, że zajechali tylko po drodze i za jakie cztery godziny wyruszą dalej 

do miasta. Odincowa poprzestała na słabym proteście, prosiła Arkadiusza, aby kłaniał się od 
niej  ojcu,   i  posłała  po  ciotkę.   Księżniczka  zjawiła  się  mocno  zaspana,   co  przydawało  jej 

pomarszczonej, starej twarzy wyrazu jeszcze większej złości. Katia czuła się niezbyt dobrze i 
nie  wychodziła  ze  swojego  pokoju.  Arkadiusz   zrozumiał   nagle,   że  co  najmniej  tak  samo 

chciał ujrzeć Katię jak Annę Siergiejewnę. Cztery godziny minęły na błahych rozmowach o 
tym i o owym; Anna Siergiejewna słuchała i mówiła bez uśmiechu. Dopiero przy pożegnaniu 

jak gdyby obudziła się w jej duszy dawna przyjaźń.

- Jestem teraz w bardzo złym nastroju - powiedziała - lecz nie zwracajcie na to uwagi i 

przyjeżdżajcie za jakiś czas, zapraszam panów obu.

background image

Bazarow i Arkadiusz odpowiedzieli jej milczącym ukłonem, wsiedli do pojazdu i nigdzie 

już się nie zatrzymując ruszyli do domu, gdzie znaleźli się następnego dnia wieczorem. Przez 

całą   drogę   żaden   z   nich   nie   wspomniał   nawet   nazwiska   Odincowej;   zwłaszcza   Bazarow 
prawie nie otwierał ust i z jakąś zawziętą determinacją wciąż patrzył w bok poza gościniec.

W  Mariinie   wszyscy  niezwykle  się ucieszyli  z  ich  przyjazdu.  Długa  nieobecność syna 

zaniepokoiła już nieco Mikołaja Pietrowicza; kiedy Fieniczka z błyszczącymi oczyma wpadła 

do jego pokoju oznajmiając przyjazd „młodych panów", krzyknął, podskoczył na kanapie i 
zerwał   się   na   równe   nogi;   nawet   Paweł   Pietrowicz   poczuł   pewnego   rodzaju   przyjemne 

podniecenie i pobłażliwie  uśmiechał  się potrząsając ręce  przybyłych.  Zaczęto  rozmawiać, 
zadawać pytania; przeważnie mówił Arkadiusz, zwłaszcza przy kolacji, która przeciągnęła się 

długo   jeszcze   po   północy.   Mikołaj   Pietrowicz   kazał   podać   kilka   butelek   porteru,   przy-
wiezionego dopiero co z Moskwy, i sam rozochocił się tak, że policzki jego przybrały barwę 

malinową;   wciąż   śmiał   się   trochę   dziecinnym,   trochę   nerwowym   śmiechem.   Ogólne 
ożywienie udzieliło się także służbie. Duniasza jak szalona biegała tam i z powrotem, trza-

skając drzwiami, a Piotr o trzeciej nad ranem wciąż jeszcze próbował zagrać na gitarze walca 
- kozaka. W nieruchomym powietrzu żałośnie i przyjemnie dźwięczały struny, lecz prócz 

krótkiej   wstępnej   fioritury   nic   nie   udawało   się   zagrać   udoskonalonemu   kamerdynerowi: 
natura odmówiła mu zdolności muzycznych, podobnie jak i wszystkich innych.

Tymczasem życie w Mariinie układało się niezbyt pomyślnie, przysparzając zmartwień 

biednemu Mikołajowi Pietrowiczowi. Kłopoty na fermie rosły z każdym dniem, beznadziejne 

i   niedorzeczne.   Stosunki   z   najemnymi   robotnikami   stawały   się   nieznośne.   Jedni   żądali 
zwolnienia   lub   podwyżki,   inni   odchodzili   wziąwszy   zadatek;   konie   chorowały;   uprząż 

niszczyła   się   w   oka   mgnieniu;   prace   wykonywano   niedbale;   sprowadzona   z   Moskwy 
młockarnia nie nadawała się do użytku, gdyż okazała się zbyt ciężka; inna została od razu 

zepsuta;   połowa   bydła   spłonęła,   ponieważ   ślepa   staruszka   spośród   dworskiej   czeladzi   w 
wietrzną pogodę wybrała się z głownią do obory okadzać swoją krowę... Wprawdzie według 

zapewnień owej staruszki całe nieszczęście zdarzyło się dlatego, że panu zachciało się robić 
jakieś niezwykłe sery i wielkie zapasy mleka. Rządca stracił nagle ochotę do pracy i nawet 

zaczął tyć, jak każdy rosyjski chłop, kiedy go rozbałamucić. Gdy widział z daleka Mikołaja 
Pietrowicza, rzucał kawałkiem drzewa w przebiegającego obok prosiaka albo wygrażał na 

wpół   nagiemu   dzieciakowi,   żeby   okazać   swą   gorliwość;   poza   tym   większą   część   czasu 
przesypiał. Czynszowi chłopi nie płacili w terminie, kradli drzewo  z  lasu; prawie co noc 

stróże chwytali,  a niekiedy zabierali  przemocą  chłopskie konie na łąkach  fermy. Mikołaj 
Pietrowicz wyznaczył  co prawda  kary pieniężne za wypasanie łąk,  lecz sprawa  zazwyczaj 

background image

kończyła się tym, że konie pozostawały kilka dni na pańskim obroku i wracały do swych 
właścicieli.   Na   domiar   wszystkiego   chłopi   zaczęli   się   kłócić   między   sobą:   bracia   żądali 

podziału   gruntów;   ich   żony   nie   potrafiły   żyć   zgodnie   w   jednej   chacie;   nagle   wybuchała 
bijatyka, wszyscy jak na komendę zrywali się na równe nogi, biegli pod ganek kancelarii i 

pchali się do pana, często pijani i z porozbijanymi gębami, żądając sądu i zadośćuczynienia: 
rozlegał się hałas, wrzask, lamenty i piski bab na przemian z przekleństwami mężczyzn. 

Trzeba   było   rozdzielać   wojujące   strony,   krzyczeć,   aż   gardło   chrypło,   wiedząc   z   góry,   że 
sprawiedliwe rozstrzygnięcie jest zupełnie niemożliwe. Brakowało rąk do żniw: mieszkający 

w sąsiedztwie chłop z najuczciwszą miną zobowiązał się dostarczyć żeńców za dwa ruble od 
dziesięciny   i   oszukał   w   zupełnie   łajdacki   sposób;   baby   ze   wsi   żądały   niesłychanych 

wynagrodzeń,  a tu zboże sypało się, tam nie sprawili się z koszeniem, tam znowu Rada 
Opiekuńcza grozi i żąda natychmiastowej, całkowitej wypłaty procentów...

- Nie mam już sił! - mówił z rozpaczą Mikołaj Pietrowicz. - Sam bić nie potrafię, po 

stanowego nie poślę, bo to wbrew moim zasadom, a jeśli nie będą się bali kary, nic się z nimi 

nie zrobi!

Du calme, du calme

28

 - odpowiadał Paweł Pietrowicz, ale sam pomrukiwał, chmurzył 

się i szarpał wąsa.

Bazarow trzymał się z dala od tych „drobnych trosk", zresztą jako gość nie miał powodu 

wtrącać się do cudzych spraw. Następnego dnia po przyjeździe do Mariina zabrał się do 
swoich żab, infuzorii, związków chemicznych i wciąż był tym zajęty. Natomiast Arkadiusz 

uznał  za swój obowiązek,  jeśli nie pomóc ojcu, to przynajmniej okazać,  że gotów jest w 
każdej chwili do pomocy. Słuchał go więc cierpliwie i kiedyś udzielił mu jakiejś rady nie 

dlatego, że pragnął, by wprowadzono ją w życie, ale raczej chcąc podkreślić, iż te sprawy go 
zajmują.   Gospodarstwo   nie   budziło   w nim   niechęci;   z  przyjemnością   nawet   rozmyślał   o 

pracy na roli, ale teraz co innego miał w głowie. Ku własnemu zdumieniu nieustannie wracał 
pamięcią do Nikolskoje; dawniej wzruszyłby ramionami, gdyby mu ktoś powiedział, że może 

się nudzić pod jednym dachem z Bazarowem, i w dodatku pod dachem ojcowskim! - ale w 
istocie nudził się i ciągnęło go w świat. Zażywał długich aż do zmęczenia spacerów, ale i to 

nie pomagało. Kiedyś w rozmowie dowiedział się, że ojciec posiada kilka dość ciekawych 
listów  pisanych  przez   matkę  Odincowej  do  nieboszczki   żony  Mikołaja  Pietrowicza,  i  nie 

ustąpił, póki nie otrzymał tych listów, których ojciec musiał szukać w dwudziestu rozmaitych 
szufladach   i  skrzyniach.   Otrzymawszy   te  na  poły  zetlałe   papiery   Arkadiusz  uspokoił   się, 

widząc jak gdyby przed sobą cel, do którego należy dążyć. „Zapraszam panów obu - szeptał 

28 Spokojnie, spokojnie.

background image

ciągle. - Sama przecież tak powiedziała. Pojadę, pojadę, do licha!" Ale przypominał sobie 
ostatnią   wizytę,   chłodne   przyjęcie,   niezręczność   ówczesnej   sytuacji   i   ogarniało   go 

onieśmielenie. Jednak młodzieńcze „kto wie", skryte pragnienie, by samemu na własną rękę 
spróbować szczęścia, wreszcie zwyciężyły. Nie minęło jeszcze dziesięć dni od powrotu do 

Mariina,   kiedy   pod   pozorem   zapoznania   się   z   organizacją   niedzielnych   szkół   Arkadiusz 
pojechał do miasta, a stamtąd do Nikolskoje. Wciąż przynaglając furmana, pędził jak młody 

oficer na bój: czuł strach i radość, dławiła go niecierpliwość. „Nie trzeba myśleć" - powtarzał 
sobie. Furmana miał dziarskiego, takiego, co to zatrzymywał się przed każdym szynkiem, 

mówiąc:   „Golnąć  sobie?"  albo:  „A  może  by  tak   sobie   golnąć?",   ale  golnąwszy   sobie,   nie 
szczędził koni. Wreszcie ukazał się wysoki dach znajomego domu... „Co ja robię? - prze-

mknęło przez myśl Arkadiuszowi. - A przecież nie zawrócę!" Trójka mknęła rączo; woźnica 
pokrzykiwał   i   gwizdał.   Już   mostek   zadudnił   pod   kopytami   koni,   już   wjechali   w   aleję 

strzyżonych świerków... Różowa suknia kobieca mignęła wśród ciemnej zieleni, młoda twarz 
wyjrzała spod lekkiej frędzli parasolki... Arkadiusz poznał Katię; ona także go poznała. Kazał 

zatrzymać rozpędzone konie, wyskoczył z pojazdu i podszedł do niej.

- To pan! - powiedziała i lekko się zapłoniła. - Chodźmy do siostry, jest w ogrodzie; 

będzie rada pana ujrzeć.

Katia zaprowadziła Arkadiusza do ogrodu. Spotkanie z nią wydało mu się szczęśliwym 

znakiem;   ucieszył   się   na   jej   widok,   jakby   ujrzał   kogoś   bliskiego.   Wszystko   świetnie   się 
złożyło: ani ochmistrz nie wyszedł, ani żadnego meldowania. Na zakręcie ścieżki ujrzał Annę 

Siergiejewnę. Stała do niego plecami. Usłyszawszy kroki z wolna się odwróciła.

Arkadiusz zmieszał się znowu, lecz pierwsze jej słowa uspokoiły go natychmiast.

- Witaj, zbiegu! - rzekła swoim spokojnym, łagodnym głosem i ruszyła mu naprzeciw, 

uśmiechając się i mrużąc oczy od słońca i wiatru. - Gdzieś go znalazła, Katiu?

-   Anno   Siergiejewno   -   zaczął   -   przywiozłem   pani   coś,   czego   się   pani   wcale   nie 

spodziewa...

- Przywiózł pan siebie; to lepsze niż wszystko inne.

background image

XXIII

Odprowadziwszy Arkadiusza z ironicznym politowaniem i dając mu do zrozumienia, że 

bynajmniej nie ma złudzeń co do prawdziwego celu jego wyprawy, Bazarow odsunął się od 
wszystkich: ogarnął go szał pracy. Przestał dyskutować z Pawłem Pietrowiczem, zwłaszcza że 

ów przybierał w jego obecności już nazbyt arystokratyczną postawę i wyrażał swoje poglądy 
raczej dźwiękami niż słowami. Tylko raz jeden Paweł Pietrowicz wystąpił do walki z nihilistą 

w związku z modnym podówczas zagadnieniem praw szlachty nadbałtyckiej, ale sam nagle 
przerwał i rzekł chłodną uprzejmością:

- Zresztą nie możemy się nawzajem zrozumieć; ja przynajmniej nie mam zaszczytu pana 

rozumieć.

- Oczywiście! - wykrzyknął Bazarow. - Człowiek rozumie wszystko: jak drga eter i co się 

dzieje na słońcu; ale żeby ktoś wycierał nos inaczej niż on sam, tego już w żaden sposób nie 

może pojąć!

- Czy to dowcip? - zapytał Paweł Pietrowicz i odszedł.

Niekiedy zresztą prosił Bazarowa, by pozwolił mu być obecnym przy doświadczeniach, a 

raz nawet zbliżył swoją wyperfumowaną i umytą wybornym mydłem twarz do mikroskopu, 

żeby przyjrzeć się, jak przezroczysta infuzoria połyka zielone ciałko i skrzętnie przeżuwa je 
jakimiś bardzo ruchliwymi czułkami. Częściej niż brat odwiedzał Bazarowa Mikołaj Pietro-

wicz; przychodziłby codziennie „uczyć się", jak powiadał, gdyby nie to, że nie pozwalały mu 
gospodarskie troski. Nie krępował młodego przyrodnika: siadał gdziekolwiek w kącie pokoju 

i patrzył uważnie, rzadko pozwalając sobie na jakieś ostrożne pytanie. W czasie obiadów i 
kolacji starał się naprowadzać rozmowy na fizykę, geologię albo chemię, ponieważ wszystkie 

inne tematy, nawet dotyczące gospodarstwa, nie mówiąc już o polityce, mogły doprowadzić 
do starcia, a przynajmniej do wzajemnego niezadowolenia. Mikołaj Pietrowicz domyślał się, 

że nienawiść jego brata do Bazarowa nie zmniejszyła się ani trochę. Między innymi drobny 
wypadek potwierdził jego domysły. W okolicy zaczęła grasować tu i ówdzie cholera, a nawet 

„porwała" dwóch ludzi z Mariina. W nocy Paweł Pietrowicz dostał dość poważnego ataku. 
Męczył się aż do rana, lecz nie wezwał pomocy Bazarowa i następnego dnia, gdy go zobaczył 

i gdy Bazarow zapytał, czemu po niego nie posłał, odpowiedział, bardzo jeszcze blady, ale już 
starannie uczesany i ogolony: „Pan, zdaje się, sam mówił, że nie wierzy w medycynę?" Tak 

mijały   dni.   Bazarow   pracował   z   uporem   i   ponuro...   Tymczasem   w   domu   Mikołaja 
Pietrowicza   była   istota,   przy   której   Bazarow   wprawdzie   nie   znajdował   ukojenia,   ale 

rozmawiał z nią chętnie. Tą istotą była Fieniczka.

background image

Spotykał się z nią najczęściej rankiem, w ogrodzie lub na podwórzu; nie wchodził do jej 

pokoju, ona zaś raz tylko podeszła do jego drzwi pytając, czy kąpać Mitię. Fieniczka nie tylko 

miała zaufanie do Bazarowa, nie tylko się go nie bała, ale zachowywała się w jego obecności 
znacznie  swobodniej i mniej czuła  się skrępowana  niż nawet przy Mikołaju Pietrowiczu. 

Trudno powiedzieć,  dlaczego  tak  się działo;  być może dlatego,  że nieświadomie  czuła  w 
Bazarowie  brak wszelkich  cech  szlacheckich,  owej wyższości, która  przyciąga,  a zarazem 

odstrasza.  W  jej oczach   był  to doskonały   lekarz   i prosty człowiek.   Nie  skrępowana   jego 
obecnością,   zajmowała   się   dzieckiem   i   kiedyś,   gdy   nagle   dostała   zawrotu   i   bólu   głowy, 

przyjęła z jego rąk łyżkę lekarstwa. W obecności Mikołaja Pietrowicza Fieniczka jak gdyby 
stroniła od Bazarowa: nie była to bynajmniej przebiegłość,  tylko poczucie przyzwoitości. 

Pawła Pietrowicza bała się bardziej niż kiedykolwiek; od pewnego czasu zaczął ją obserwo-
wać i wyrastał nagle, jak spod ziemi, za jej plecami w swoim suit, z twarzą nieruchomą, lecz 

przenikliwą, i rękami w kieszeniach. - Aż się człowiekowi zimno robi - skarżyła się Fieniczka 
Duniaszy,   ta   zaś   w   odpowiedzi   wzdychała   rozmyślając   o   innym   człowieku   „bez   serca". 

Bazarow, nawet tego nie podejrzewając, stał się okrutnym tyranem jej serca.

Bazarow podobał  się Fieniczce; ale i ona jemu się podobała.  Kiedy z nią rozmawiał, 

zmieniał   się   nawet   wyraz   jego   twarzy,   która   stawała   się   pogodna,   prawie   dobra,   a  jego 
zwykłemu w obejściu z ludźmi lekceważeniu towarzyszyła jakaś żartobliwa życzliwość. Fie-

niczka piękniała z dnia na dzień. W życiu młodych kobiet zdarzają się okresy, kiedy nagle 
zaczynają rozkwitać i rozwijać się jak róże w pełni lata: taki okres nastąpił w życiu Fieniczki. 

Wszystko temu sprzyjało, nawet lipcowe upały, które właśnie się zaczęły. W białej lekkiej 
sukni Fieniczka wydawała się jeszcze bielsza i bardziej powiewna: opalenizna się jej nie trzy-

mała, a upał, przed którym nie mogła się schronić, sprawiał, że jej policzki i uszy były z lekka 
zaróżowione; ogarniało ją słodkie rozleniwienie, widoczne w jej ładnych oczach. Nie mogła 

prawie   pracować;   ręce   same   opadały   jej   na   kolana.   Ledwie   chodziła,   wciąż   wzdychała   i 
skarżyła się z zabawną bezsilnością.

- Powinnaś częściej się kąpać - mówił jej Mikołaj Pietrowicz. Nad jednym ze stawów, w 

którym trzymała się jeszcze woda, urządził kryte płótnem obszerne miejsce do kąpieli.

- Ach, Mikołaju Pietrowiczu! Zanim człowiek dojdzie do stawu, umrze, a zanim wróci, 

znów umrze. Przecie nie ma cienia w ogrodzie.

- Tak, to prawda, nie ma cienia - odparł Mikołaj Pietrowicz pocierając brwi.
Pewnego   razu,   wracając   z   przechadzki   o   siódmej   rano,   Bazarow   zastał   Fieniczkę   w 

dawno już przekwitłej, ale jeszcze zielonej i bujnej altance z bzów. Siedziała na ławeczce, w 
białej chustce narzuconej, jak zwykle, na głowę; obok niej leżał pęk mokrych jeszcze od rosy, 

background image

czerwonych i białych róż. Bazarow przywitał się z nią.

- Ach! To pan, Eugeniuszu Wasiliczu! - rzekła i uniosła nieco kraj chustki, żeby na niego 

spojrzeć, przy czym ręka jej obnażyła się do łokcia.

- Co pani tutaj robi? - zapytał siadając obok niej Bazarow. - Układa pani bukiet?

- Tak, na stół, do śniadania. Mikołaj Pietrowicz to lubi.
- Ale do śniadania jeszcze daleko. Ile kwiatów!

-  Narwałam  ich  teraz,  bo  jak  zrobi  się gorąco,  nie  sposób  wyjść.   Tylko  teraz  można 

oddychać. Osłabłam zupełnie od tych upałów. Obawiam się nawet, że zachoruję.

- Cóż za pomysł! Niech pani da mi rękę, sprawdzę puls. - Bazarow ujął jej dłoń, odnalazł 

równo bijące tętno, ale nie liczył nawet uderzeń. - Przeżyje pani sto lat - rzekł puszczając jej 

rękę.

- Ach, niech Bóg uchowa! - zawołała.

- Jak to, nie chce pani żyć długo?
-  Ale  sto  lat?  Miałam   osiemdziesięciopięcioletnią  babcię,   cóż  to  była  za   męczennica! 

Sczerniała, głucha, zgarbiona, wciąż kaszlała; była tylko sobie ciężarem. Co to za życie!

- Lepiej więc być młodą?

- No chyba.
- Proszę mi powiedzieć, co w tym dobrego?

- Co? Jestem teraz młoda, wszystko mogę zrobić, pójdę i wrócę, przyniosę, nikogo nie 

muszę o nic prosić... Cóż może być lepszego?

- A mnie jest wszystko jedno, czy jestem stary, czy młody.
- Co też pan mówi: wszystko jedno? To niemożliwe.

- Niech pani sama pomyśli, Fiedosjo Nikołajewno, cóż mi po młodości? Żyję samotnie...
- To zależy tylko od pana.

- Właśnie że nie od mnie! Żeby choć ktoś się nade mną użalił.
Fieniczka zerknęła z boku na Bazarowa, lecz nic nie odpowiedziała.

- Co to za książka? - spytała po chwili.
- Ta? To uczona, mądra książka.

- Pan wciąż się uczy? I nie nudzi to pana? Pan już przecież i tak wszystko umie.
- Widocznie nie wszystko. Niech pani spróbuje troszeczkę poczytać.

- Nic nie rozumiem. Czy to rosyjska książka? - zapytała Fieniczka biorąc obiema rękami 

bogato oprawiony tom. - Jaka gruba!

- Tak, rosyjska.
- Wszystko jedno, i tak nic nie zrozumiem.

background image

- Przecież mnie nie chodzi o to, żeby pani zrozumiała. Chciałbym na panią popatrzeć, 

kiedy będzie pani czytała. Koniuszek pani noska tak przyjemnie się wtedy rusza.

Fieniczka, która zaczęła właśnie półgłosem czytać na chybił trafił otworzony artykuł O 

kreozocie, roześmiała się i rzuciła książkę... Książka spadła z ławki na ziemię.

- Lubię także, kiedy pani się śmieje.
- Niech pan da pokój!

- Lubię, kiedy pani mówi. Jakby strumyczek szemrał.
Fieniczka odwróciła głowę.

- Jaki pan dziwny! - rzekła dotykając palcami kwiatów. - Na cóż panu mnie słuchać! Pan 

przecie z takimi mądrymi damami rozmawiał.

- Ech, Fiedosjo Nikołajewno, niech mi pani wierzy: wszystkie mądre damy na świecie nie 

są warte pani paluszka.

- Też pan wymyślił! - szepnęła Fieniczka i schowała ręce.
Bazarow podniósł książkę.

- To książka lekarska, czemu ją pani rzuca?
- Lekarska? - powtórzyła Fieniczka i odwróciła się ku niemu. - A wie pan? Od tego czasu, 

kiedy dał mi pan te krople, pamięta pan? Mitia śpi doskonale. Nie wiem sama, jak panu 
dziękować; taki pan dobry, doprawdy!

- Właściwie lekarzom należy płacić - zauważył z uśmiechem Bazarow. - Pani wie sama, że 

lekarze to ludzie interesowni.

Fieniczka podniosła na Bazarowa oczy, które wydawały się jeszcze ciemniejsze wskutek 

białego odblasku padającego na górną część jej twarzy. Nie wiedziała, czy żartuje, czy mówi 

poważnie.

- Jeśli pan sobie życzy, to z przyjemnością... Poproszę Mikołaja Pietrowicza...

- Pani myśli, że chcę pieniędzy? - przerwał jej Bazarow. - Nie, nie chcę od pani pieniędzy.
- A czego? - zapytała Fieniczka.

- Czego? - powtórzył Bazarow. - Niech pani zgadnie.
- Gdzie ja tam zgadnę.

- W takim razie powiem... chcę... jedną z tych róż.
Fieniczka znowu się roześmiała, a nawet klasnęła w dłonie, tak bardzo zabawne wydało 

jej się życzenie Bazarowa. Śmiała się, ale zarazem czuła, że jej to pochlebia. Bazarow patrzył 
na nią uważnie.

- Ależ proszę, proszę - rzekła wreszcie i pochyliwszy się zaczęła przerzucać leżące na 

ławce róże. - Jaką pan chce, czerwoną czy białą?

background image

- Czerwoną i niezbyt dużą.
Fieniczka wyprostowała się.

- Niech pan weźmie - rzekła, ale natychmiast cofnęła wyciągniętą rękę i zagryzając wargi 

spojrzała na wejście do altanki, po czym zaczęła nasłuchiwać.

- Co się stało? - zapytał Bazarow. - Mikołaj Pietrowicz?
- Nie... wyjechał w pole... zresztą nie boję się go... ale Paweł Pietrowicz... Zdawało mi 

się...

- Że co?

- Zdawało mi się, że on się tu zbliża. Nie... nie ma nikogo. Niech pan weźmie. - Fieniczka 

podała Bazarowowi różę.

- Dlaczego pani się boi Pawła Pietrowicza?
- Zawsze mnie przeraża. Nic nie mówi, ale patrzy tak dziwnie. Przecież pan też go nie 

lubi.   Pamięta   pan,   przedtem   wciąż   pan   się   z   nim   kłócił.   Nie   wiem,   o   co   wam   szło,   ale 
wiedziałam, że kręci nim pan tak, jak pan chce...

Fieniczka pokazała rękami, jak według jej zdania Bazarow kręcił Pawłem Pietrowiczem.
Bazarow uśmiechnął się.

- A gdyby on miał nade mną przewagę - zapytał - czy wystąpiłaby pani w mojej obronie?
- Gdzie ja tam pana wybronię? Nie, z panem nie można dojść do ładu.

- Tak pani myśli? A przecież znam kogoś, kto, jeśli zechce, powali mnie jednym palcem.
- Kto to?

- A pani niby nie wie? Proszę powąchać, jak pięknie pachnie róża, którą mi pani dała.
Fieniczka wyciągnęła szyję i zbliżyła twarz do kwiatu... Chustka opadła jej z głowy na 

ramiona; ukazała się fala czarnych, rozrzuconych, lśniących włosów.

- Niech pani czeka, chciałbym powąchać razem z panią - rzekł Bazarow, pochylił się i 

mocno pocałował ją w rozchylone usta.

Drgnęła, wparła obie ręce w jego pierś, lecz uczyniła to słabo i Bazarow mógł pocałować 

ją raz jeszcze.

Za   bzami   rozległ   się   suchy   kaszel.   Fieniczka   w  mgnieniu   oka   odsunęła   się   na   drugi 

koniec ławki. Ukazał się Paweł Pietrowicz, złożył lekki ukłon, powiedział z jakimś gniewnym 
smutkiem:   „Pan   tutaj"   -   i   odszedł.   Fieniczka   natychmiast   zabrała   swoje   róże   i   opuściła 

altankę.

- Grzech, Eugeniuszu Wasiliczu - szepnęła wychodząc. W jej głosie słychać było szczery 

wyrzut.

Bazarow przypomniał sobie inną, niedawną scenę i poczuł wstyd i jakby pogardę dla 

background image

siebie.   Ale   natychmiast   potrząsnął   głową,   ironicznie   pogratulował   sobie   „awansu   na 
Celadona" i ruszył do swego pokoju.

Paweł Pietrowicz opuścił ogród i wolnym krokiem poszedł do lasu. Był tam dość długo, a 

kiedy wrócił na śniadanie, Mikołaj Pietrowicz zapytał go z troską w głosie, czy nie czuje się 

niezdrów, tak bardzo pociemniała mu twarz.

- Wiesz przecież, że niekiedy cierpię na wylewy żółci - spokojnie odpowiedział mu Paweł 

Pietrowicz.

background image

XXIV

W dwie godziny później Paweł Pietrowicz zapukał do drzwi Bazarowa.

-   Chciałbym   pana   przeprosić,   że   przeszkadzam   w  jego  naukowych   zajęciach   -  zaczął 

siadając na krześle przy oknie i opierając się obiema rękami na pięknej lasce ozdobionej 

gałką z kości słoniowej (zazwyczaj chodził bez laski) - ale muszę pana prosić o udzielenie mi 
pięciu minut... nie więcej.

- Cały mój czas jest do pana dyspozycji - odparł Bazarow, któremu na chwilę zmieniła się 

twarz, gdy Paweł Pietrowicz przestąpił próg pokoju.

- Wystarczy mi pięć minut. Chciałem panu zadać pewne pytanie.
- Pytanie? Jakie?

- Zechce pan wysłuchać. Na początku pana pobytu w domu mojego brata, jeszcze wtedy, 

kiedy nie odmawiałem sobie przyjemności rozmów z panem, zdarzało mi się słyszeć pańskie 

wypowiedzi o rozmaitych sprawach; ale o ile pamiętam, ani między nami, ani też w mojej 
obecności nie było nigdy mowy o pojedynkach. Pozwoli pan, że zapytam, jaki jest jego po-

gląd w tym względzie?

Bazarow,   który   wstał   przy   wejściu   Pawła   Pietrowicza,   przysiadł   na   skraju   stołu   i 

skrzyżował ręce.

- Sądzę - powiedział - że z teoretycznego punktu widzenia pojedynek jest bzdurą; ale z 

praktycznego, to inna sprawa.

-   Chce   pan   powiedzieć,   jeśli   dobrze   pana   zrozumiałem,   że   jakikolwiek   jest   pański 

teoretyczny  pogląd na pojedynek, w praktyce  nie pozwoliłby się pan obrazić nie żądając 
zadośćuczynienia?

- Trafnie odgadł pan moją myśl.
-   Bardzo   dobrze.   Miło   mi   słyszeć   to   od   pana.   Pańskie   słowa   wyprowadzają   mnie   z 

nieświadomości...

- Z niepewności, chciał pan powiedzieć.

-   Wszystko   jedno;   wyrażam   się   tak,   żeby   mnie   rozumiano;   nie   jestem   szczurem 

seminaryjnym...   Pańskie   słowa   uwalniają   mnie   od   pewnej   przykrej   konieczności. 

Postanowiłem bić się z panem.

Bazarow wytrzeszczył oczy.

- Ze mną?
- Właśnie z panem.

- Ale dlaczego? Co też pan mówi...

background image

- Mógłbym wyjaśnić panu przyczynę - zaczął Paweł Pietrowicz. - Ale wolę ją przemilczeć. 

Pan, na mój smak, jest tu zbyteczny; nie znoszę pana, gardzę panem i jeśli panu tego nie 

dosyć...

Oczy Pawła Pietrowicza zaiskrzyły się... Zabłysły także oczy Bazarowa.

- Doskonale - rzekł. - Dalszych wyjaśnień nie trzeba. Zachciało się panu wypróbować na 

mnie swego rycerskiego ducha. Mógłbym odmówić panu tej przyjemności, ale niech tam.

-  Szczerze   jestem panu  zobowiązany   - odrzekł  Paweł   Pietrowicz.   - Mogę teraz  żywić 

nadzieję, że przyjmie pan moje wyzwanie, nie zmuszając mnie, abym się uciekał do środków 

gwałtownych.

- To znaczy, mówiąc bez alegorii, do tej oto laski - z zimną krwią zauważył Bazarow. - Ma 

pan słuszność. Nie musi mnie pan obrażać. Zresztą nie bardzo to byłoby bezpieczne. Może 
pan pozostać dżentelmenem... Przyjmuję pańskie wyzwanie również po dżentelmeńsku.

- Doskonale - rzekł Paweł Pietrowicz i odstawił laskę w kąt. - Teraz pomówimy krótko o 

warunkach naszego pojedynku; wpierw jednak chciałbym się dowiedzieć, czy uważa pan za 

konieczne uznać za formalną przyczynę pojedynku niewielką sprzeczkę?

- Nie, raczej bez formalności.

- Jestem tego samego zdania. Uważam również za niestosowne wnikanie w prawdziwe 

przyczyny naszego starcia. Nie znosimy się nawzajem. Czegóż trzeba więcej?

- Czegóż trzeba więcej? - powtórzył ironicznie Bazarow.
- Jeżeli zaś idzie o warunki pojedynku, ponieważ nie będziemy mieli sekundantów, skąd 

bowiem ich wziąć?...

- Właśnie, skąd ich wziąć?

- Mam więc zaszczyt uczynić panu następującą propozycję: bić się będziemy jutro rano, o 

godzinie   szóstej,   powiedzmy,   za   laskiem,   na   pistolety;   bariera   w   odległości   dziesięciu 

kroków...

- Dziesięciu kroków? Tak, na tę odległość nienawidzimy się nawzajem.

- Może też być na osiem - zauważył Paweł Pietrowicz.
- Może, czemuż by nie.

- Strzelamy dwa razy; na wszelki wypadek każdy włoży do kieszeni list, w którym bierze 

na siebie winę za swoją śmierć.

-   Co   do   tego   niezupełnie   zgadzam   się   z   panem   -   powiedział   Bazarow.   -   Za   bardzo 

przypomina to francuski romans, jest trochę nieprawdopodobne.

-   Być   może;   nie   będzie   pan   jednak   zaprzeczał,   że   nieprzyjemnie   byłoby   zostać 

oskarżonym o zabójstwo?

background image

-   Przyznaję.   Ale   istnieje   sposób,   by   uniknąć   owych   smutnych   podejrzeń.   Nie   mamy 

sekundantów, możemy jednak mieć świadka.

- Kogo, jeśli pan łaskaw?
- Piotra.

- Jakiego Piotra?
-   Kamerdynera   pańskiego   brata.   To   człowiek   stojący   na   poziomie   współczesnego 

wykształcenia, spełni swą rolę w sposób właściwy w podobnych wypadkach i jak najbardziej 
komilfo

29

.

- Zdaje się, że pan żartuje, łaskawy panie.
- Ani trochę. Kiedy zastanowi się pan nad moją propozycją, dojdzie pan do przekonania, 

że   jest   pełna   zdrowego   rozsądku   i   prostoty.   Zawsze   wyjdzie   szydło   z   worka.   Piotra   zaś 
podejmuję się przygotować w odpowiedni sposób i przyprowadzić na miejsce pojedynku.

- Pan wciąż żartuje - rzekł wstając z krzesła Paweł Pietrowicz. - Ale nie mogę żywić do 

pana   pretensji,   skoro   okazał   mi   pan   tyle   uprzejmej   gotowości...   Wszystko   zatem 

załatwione... Ale, ale, czy ma pan pistolety?

- Skądże miałbym je mieć, Pawle Pietrowiczu? Przecież nie jestem wojakiem.

-   W   takim   razie   pozwolę   sobie   ofiarować   panu   swoje.   Może   pan   być   pewny,   że   nie 

strzelałem z nich już dobre pięć lat.

- Bardzo to pocieszająca wiadomość.
Paweł Pietrowicz wziął laskę...

- Pozostaje mi zatem podziękować łaskawemu panu i wrócić pana jego zajęciom. Mam 

honor pożegnać pana.

- Do miłego zobaczenia, łaskawy panie - rzekł Bazarow odprowadzając gościa.
Paweł Pietrowicz wyszedł, Bazarow zaś postał chwilę przed drzwiami i wykrzyknął: - Do 

wszystkich diabłów! Jak pięknie i jak głupio! Zagraliśmy niezłą komedię! Tak tańczą na 
tylnych łapach tresowane psy. Ale odmówić nie mogłem; przecież na dobrą sprawę mógłby 

mnie uderzyć, a wtedy... (Bazarow pobladł na samą myśl o tym; odezwała się w nim cała jego 
pycha.) Wtedy musiałbym go zdusić jak kociaka. - Wrócił do swojego mikroskopu, ale serce 

biło mu mocno i znikł spokój konieczny do obserwacji. „Zobaczył nas dzisiaj - myślał - lecz 
czy to możliwe, żeby występował w obronie brata? I cóż to znowu takiego - pocałunek? Tu 

chyba chodzi o coś innego. Ba! może on sam się kocha? Oczywiście, zakochany; jasne jak 
dzień. Cóż za splot wydarzeń...  Źle - orzekł  wreszcie.  - Źle, z jakiejkolwiek  strony na to 

spojrzeć. Trzeba będzie nadstawić karku i w każdym razie wyjechać; do tego Arkadiusz... I 

29 Comme il faut - w dobrym tonie. (W oryg. pisownia fonetyczna.)

background image

ten poczciwina Mikołaj Pietrowicz. Źle. Źle.”

Dzień  minął  jakoś szczególnie  ospale  i spokojnie. Fieniczka  jakby  wcale  nie istniała; 

siedziała   w   swym   pokoju   jak   mysz   w   norce.   Mikołaj   Pietrowicz   miał   minę   zatroskaną. 
Doniesiono mu, że w jego pszenicy, na którą bardzo liczył, pokazała się śnieć. Paweł Pie-

trowicz  wszystkich,  nawet Prokoficza,  przytłaczał  swoją lodowatą  uprzejmością.  Bazarow 
zaczął   pisać   list   do   ojca,   ale   podarł   go   i   rzucił   pod   stół.   „Jak   umrę   -   pomyślał   -   to   się 

dowiedzą; ale nie umrę. Nie, długo jeszcze będę się błąkał po świecie." Kazał Piotrowi, żeby 
przyszedł do niego nazajutrz o świcie w ważnej sprawie. Piotr wyobraził sobie, że Bazarow 

chce go zabrać ze sobą do Petersburga. Bazarow położył się późno, całą noc dręczyły go 
chaotyczne   sny...   Majaczyła   mu   się   Odincowa,   która   była   zarazem   jego   matką,   za   nią 

chodziła kotka z czarnymi wąsikami, i to była Fieniczka; Paweł Pietrowicz ukazywał mu się 
jako wielki las, z którym musi się jednak bić. Piotr obudził go o czwartej nad ranem; ubrał 

się natychmiast i wyszli razem.

Poranek był piękny i świeży; małe strzępiaste chmurki podobne do baranków stały na 

bladym lazurze; drobna rosa osypała liście i trawę, błyszczała jak srebro na pajęczynach; 
wilgotna   ciemna   ziemia   jak   gdyby   zachowała   jeszcze   rumiany   odblask   zorzy;   w   niebie 

dzwoniły   pieśni   skowronków.   Bazarow   doszedł   do   zagajnika,   usiadł   na   skraju   i   dopiero 
wtedy powiedział Piotrowi, jakich od niego oczekuje usług. Udoskonalony lokaj przeraził się 

śmiertelnie, ale Bazarow uspokoił go zapewniając, że będzie tylko stał z boku i patrzył, i że 
nie ponosi żadnej odpowiedzialności.

- A pomyśl tylko - dodał - jak poważną masz odegrać rolę! - Piotr rozłożył ręce, spuścił 

oczy i z pozieleniałą twarzą oparł się o brzozę.

Droga prowadząca z Mariina okrążała lasek; leżał jeszcze na niej lekki kurz, nie tknięty 

od  poprzedniego  dnia  ani   kołem,  ani   ludzką   stopą.  Bazarow   mimo  woli   patrzył   na  ową 

drogę, rwał i gryzł źdźbła trawy i wciąż sobie powtarzał: „Co za głupota." Przejął go poranny 
chłód, wzdrygnął się dwukrotnie... Piotr spojrzał na niego smętnie, ale Bazarow tylko się 

uśmiechnął: nie czuł wcale strachu.

Na drodze rozległ się tętent kopyt... Zza drzew ukazał się chłop. Pędził przed sobą dwa 

spętane   konie.   Mijając   Bazarowa   spojrzał   na   niego   trochę   dziwnie,   nie   zdjął   czapki,   co 
najwidoczniej   przygnębiło   Piotra   jako   niedobry   znak.   „Także   wstał   wcześnie   -   pomyślał 

Bazarow - ale przynajmniej do roboty, a my?”

- Zdaje się, że jaśnie pan idzie - szepnął nagle Piotr.

Bazarow podniósł głowę i ujrzał Pawła Pietrowicza. Ubrany w lekki kraciasty surdut i 

białe jak śnieg pantalony, szedł szybko drogą; pod pachą niósł skrzynkę owiniętą w zielone 

background image

sukno.

- Zechce mi pan wybaczyć, że kazałem na siebie czekać - powiedział kłaniając się naprzód 

Bazarowowi, potem zaś Piotrowi, w którym w owej chwili szanował jak gdyby sekundanta. - 
Nie chciałem budzić mojego kamerdynera.

- Nic nie szkodzi - odparł Bazarow - przyszliśmy dopiero przed chwilą.
- Ach, tak? Tym lepiej. - Paweł Pietrowicz rozejrzał się wokół. - Nie widać nikogo, nikt 

nam nie przeszkodzi... Możemy zaczynać?

- Dobrze.

- Przypuszczam, że nie żąda pan nowych wyjaśnień.
- Nie.

- Czy zechce pan nabić pistolety? - zapytał Paweł Pietrowicz wyjmując broń ze skrzynki.
- Nie, proszę, niech pan nabije, a ja będę odmierzał kroki. Mam dłuższe nogi - dodał 

Bazarow z uśmiechem. - Raz, dwa, trzy...

- Eugeniuszu Wasiliczu - z wysiłkiem wyjąkał Piotr (trząsł się jak w febrze) - jeśli taka 

pańska łaska, ja sobie odejdę na bok.

- Cztery... pięć... Odejdź, bratku, odejdź; możesz nawet stanąć za drzewem i zatkać uszy, 

tylko   nie   zamykaj   oczu;   jeśli   który   z   nas   upadnie,   biegnij   na   pomoc.   Sześć...   siedem... 
osiem... - Bazarow przystanął. - Dosyć? - rzekł zwracając się do Pawła Pietrowicza. - Czy też 

dodać jeszcze dwa kroki?

- Jak pan sobie życzy - powiedział tamten ładując drugi nabój.

- Dodamy zatem jeszcze dwa kroki. - Bazarow końcem buta zaznaczył linię. - Oto bariera. 

Ale właśnie: na ile kroków od bariery mamy odejść? To także ważne zagadnienie. Wczoraj 

nie mówiliśmy o tym.

- Myślę, że na dziesięć - odparł Paweł Pietrowicz podając Bazarcwowi oba pistolety. - 

Raczy pan wybrać.

-   Raczę.   Przyzna   pan,   Pawle   Pietrowiczu,   że   nasz   pojedynek   jest   niezwykły,   niemal 

śmieszny? Niech pan tylko spojrzy na fizjonomię naszego sekundanta.

-   Pan   wciąż   ma   ochotę   żartować   -   odparł   Paweł   Pietrowicz.   -   Nie   przeczę,   że   nasz 

pojedynek   jest  dziwny,   ale   uważam   za   swój   obowiązek   uprzedzić   pana,   że   mam   zamiar 
pojedynkować się na serio. A bon entendeur, salut.

30

- O, nie wątpię, że postanowiliśmy zabić jeden drugiego, czemu jednak nie pośmiać się 

trochę, nie połączyć utile dulci

31

? Pan do mnie po francusku, a ja do pana po łacinie.

- Będę się pojedynkował na serio - powtórzył Paweł Pietrowicz i ruszył na swoje miejsce. 

30 Kto rozumie, niech korzysta z przestrogi.
31 przyjemne z pożytecznym

background image

Bazarow odliczył dziesięć kroków od bariery i stanął.

- Gotów pan? - zapytał Paweł Pietrowicz.

- Najzupełniej.
- Możemy zaczynać.

Bazarow powoli zaczął iść naprzód. Paweł Pietrowicz ruszył na niego włożywszy lewą 

rękę do kieszeni i stopniowo unosząc lufę pistoletu... „Mierzy mi prosto w nos - pomyślał 

Bazarow - jak ten zbój starannie celuje! Doprawdy, nieprzyjemne wrażenie. Będę patrzył na 
łańcuszek jego zegarka..." Coś ostro bzyknęło koło ucha Bazarowa i w tej samej chwili rozległ 

się wystrzał. „Słyszałem, więc nic się nie stało" - przemknęło mu przez myśl. Zrobił jeszcze 
jeden krok i nie celując nacisnął cyngiel. Paweł Pietrowicz drgnął lekko i chwycił się ręką za 

udo. Strużka krwi pociekła po jego białych spodniach.

Bazarow rzucił pistolet i zbliżył się do swego przeciwnika.

- Pan jest ranny? - spytał.
- Miał pan prawo wezwać mnie do bariery - odezwał się Paweł Pietrowicz. - Nic mi nie 

jest. Według warunków każdy ma jeszcze po jednym strzale.

- No, wybaczy pan, zostawimy to na drugi raz - odparł Bazarow i podtrzymał Pawła 

Pietrowicza,   który   stawał   się   coraz   bledszy.   -   Teraz   nie   jestem   pojedynkowiczem,   tylko 
lekarzem, i muszę przede wszystkim obejrzeć pańską ranę. Piotrze! Chodź tutaj! Gdzieś się 

schował?

- Wszystko to głupstwo... Nie trzeba mi niczyjej pomocy - rzekł powoli Paweł Pietrowicz - 

i... trzeba... znów... - Chciał podkręcić wąsa, ale ręka mu osłabła, oczy stanęły w słup i stracił 
przytomność.

- A to dopiero! Omdlenie! Dlaczego?! - mimo woli wykrzyknął Bazarow kładąc Pawła 

Pietrowicza na trawę. - Zobaczmy, co to takiego. - Wyjął chustkę, otarł krew i pomacał udo 

zemdlonego. - Kość cała - mruczał przez zęby - kula przeszła płytko, na wylot, tylko jeden 
muskuł,  vastus externus,  szarpnięty.  Za trzy tygodnie będzie mógł tańczyć!...  Omdlenie! 

Och, ci nerwowi ludzie. I taka cienka skóra.

- Jaśnie pan zabity? - rozległ się za jego plecami drżący głos Piotra.

Bazarow obejrzał się.
- Biegnij szybko po wodę, bratku, przeżyje ciebie i mnie.

Ale  zdawało   się, że  sługa  doskonały   nie rozumie  jego  słów,  nie ruszał   się bowiem  

miejsca. Paweł Pietrowicz powoli otworzył oczy. Umiera! - szepnął Piotr i zaczął się żegnać.

-   Ma   pan   rację...   Jaka   głupia   fizjonomia   -   rzekł   z   wymuszonym   uśmiechem   ranny 

dżentelmen.

background image

- Idźże po wodę, do diabła! - krzyknął Bazarow.
- Nie trzeba... To chwilowy  vertige

32

... Niech mi pan pomoże usiąść... O, tak!... Trzeba 

tylko  czymkolwiek   przewiązać zadraśnięcie,  dojdę do domu  pieszo  albo  można  po  mnie 
przysłać linijkę. Jeśli pan się zgadza, nie będziemy kontynuowali pojedynku. Postąpił pan 

szlachetnie... dzisiaj, tylko dzisiaj, proszę pamiętać.

- Przeszłości nie ma co wspominać - rzekł Bazarow. - Jeśli zaś mowa o przyszłości, to też 

nie warto sobie łamać głowy, ponieważ mam zamiar natychmiast się stąd ulotnić. Proszę 
pozwolić, przewiążę panu nogę; rana nie jest niebezpieczna, lepiej jednak zatamować krew. 

Ale najpierw muszę doprowadzić do przytomności tego śmiertelnika.

Bazarow potrząsnął Piotrem i kazał mu iść po linijkę.

- Uważaj, nie przestrasz mi brata - powiedział Paweł Pietrowicz - żeby ci nie przyszło do 

głowy o czymś mu mówić.

Piotr pobiegł co sił; przez ten czas obaj przeciwnicy siedzieli na ziemi i milczeli. Paweł 

Pietrowicz starał się nie patrzeć na Bazarowa: mimo wszystko nie chciał się z nim pogodzić; 

wstyd mu było swej wyniosłości, niepowodzenia całej wszczętej przez siebie sprawy, chociaż 
czuł, że pomyślniej zakończyć się nie mogła. „Przynajmniej nie będzie tu sterczał - uspokajał 

siebie - dobre i to." Trwało ciężkie i niezręczne milczenie. Obaj czuli się nieswojo. Każdy 
nich   zdawał   sobie   sprawę,   że   rozumieją   się   wzajemnie.   Ta   świadomość   miła   jest   dla 

przyjaciół, ale zgoła nieprzyjemna dla przeciwników, zwłaszcza wtedy, kiedy nie można ani 
się pogodzić, ani rozejść.

- Czy nie przywiązałem panu nogi zbyt mocno? - zapytał wreszcie Bazarow.
- Nie, doskonale - odparł Paweł Pietrowicz i po chwili dodał: - Brata nie da się oszukać, 

trzeba mu będzie powiedzieć, że posprzeczaliśmy się o politykę.

-  Doskonale  -  rzekł   Bazarow.  -  Może  pan  powiedzieć,  że  wymyślałem  na  wszystkich 

anglomanów.

- Świetnie. Jak pan przypuszcza, co myśli o nas teraz ten człowiek? - ciągnął dalej Paweł 

Pietrowicz wskazując tego samego chłopa, który na kilka minut przed pojedynkiem pędził 
obok Bazarowa  spętane  konie, a teraz  wracając zboczył z drogi i zdjął czapkę  na widok 

„panów".

-   Któż   to   może   wiedzieć!   -   odparł   Bazarow.   -   Najprawdopodobniej   wcale   nie   myśli. 

Rosyjski chłop to ów tajemniczy nieznajomy, o którym ongi tyle mówiła pani Radeliffe

33

. Kto 

go zrozumie? Przecież on sam siebie nie rozumie.

32 zawrót głowy
33 Anna Radeliffe (1764 - 1823) - powieściopisarka angielska. Turgieniew ma tu zapewne na myśli bohatera jej 

powieści Tajemnica Adolfa. (Przyp. red.)

background image

- Ach, więc pan... - zaczął Paweł Pietrowicz i nagle zawołał: - Spójrz pan, co ten pański 

głupi Piotr narobił! Przecież to mój brat tu jedzie.

Bazarow  odwrócił  się  i  ujrzał  bladą   twarz  Mikołaja   Pietrowicza  siedzącego  w linijce. 

Wyskoczył, zanim się zatrzymała, i podbiegł do brata.

- Co to znaczy? - spytał wzburzony. - Na miłość boską, Eugeniuszu Wasiliczu, co się 

stało?

- Nic się nie stało - odpowiedział Paweł Pietrowicz. - Niepotrzebnie cię niepokojono. 

Posprzeczaliśmy się trochę z panem Bazarowem i musiałem za to zapłacić.

- Jakże do tego przyszło, Boże drogi?
- Widzisz, pan Bazarow wyraził się pogardliwie o sir Robercie Peelu. Śpieszę dodać, że 

sam ponoszę całkowitą winę; pan Bazarow zachował się bez zarzutu. Wyzwałem go.

- Zlituj się, ty przecie broczysz krwią!

- Myślałeś może, że mam w żyłach wodę? Takie puszczenie krwi dobrze mi nawet zrobi. 

Prawda, doktorze? Pomóż mi wsiąść i nie oddawaj się melancholii. Jutro będę zdrów. O tak, 

doskonale. Stangret, jazda!

Mikołaj Pietrowicz poszedł za linijką. Bazarow został nieco w tyle...

- Muszę pana prosić, żeby zechciał pan zająć się bratem - zwrócił się do niego Mikołaj 

Pietrowicz - zanim nie przyjedzie z miasta inny lekarz.

Bazarow w milczeniu schylił głowę.
W godzinę później Paweł Pietrowicz leżał już w łóżku z umiejętnie zabandażowaną nogą. 

W   całym   domu   zapanował   popłoch;   Fieniczce   zrobiło   się   słabo.   Mikołaj   Pietrowicz 
cichaczem   załamywał   ręce.   Ale   Paweł   Pietrowicz   śmiał   się   i   żartował,   zwłaszcza   z 

Bazarowem; włożył cienką batystową koszulę, elegancką poranną kurtkę i czapeczkę, nie 
pozwolił zapuścić stor na okna i zabawnie skarżył się na przymusową dietę.

W nocy dostał jednak gorączki; rozbolała go głowa. Z miasta przyjechał doktor. (Mikołaj 

Pietrowicz nie usłuchał brata, zresztą życzył sobie tego również Bazarow, który, żółty i zły, 

przez cały dzień siedział w swoim pokoju i tylko na chwilę wpadał do chorego; dwa razy 
spotkał Fieniczkę, ale ona z przerażeniem od niego uciekła.) Nowy doktor zalecił chłodzące 

napoje   i   potwierdził   opinię   Bazarowa,   że   nie   ma   żadnego   niebezpieczeństwa.   Mikołaj 
Pietrowicz powiedział mu, że brat zranił się wskutek własnej nieostrożności, na co doktor 

odparł: „Hm!", ale otrzymawszy natychmiast dwadzieścia pięć rubli srebrem, rzekł:

- Tak, tak. Doprawdy, takie rzeczy często się zdarzają.

Nikt w domu nie kładł się i nie rozbierał. Mikołaj Pietrowicz wciąż wchodził na palcach 

do   brata   i   tak   samo   cichutko   stamtąd   wychodził;   Paweł   Pietrowicz   drzemał,   z   lekka 

background image

pojękiwał, mówił po francusku:

„Couchez - vous"

34

 i prosił, żeby mu dano pić. Raz Mikołaj Pietrowicz kazał Fieniczce, by 

podała mu szklankę lemoniady; Paweł Pietrowicz popatrzył uważnie na Fieniczkę i wypił 
szklankę do dna. Nad ranem gorączka się podniosła, chory zaczął trochę majaczyć. Naprzód 

mówił   słowa   bez   związku,   potem   nagle   otworzył   oczy   i   zobaczywszy   przy   swoim   łóżku 
troskliwie nad sobą pochylonego brata rzekł:

- Mikołaju, prawda, że Fieniczka podobna jest do Nelly?
- Do jakiej Nelly, Pasza?

-  Jak   to,  nie  wiesz?  Do  księżny  R.   Zwłaszcza  górna  część  twarzy.  C’est  de  la  même 

familie.

35

Mikołaj Pietrowicz nic nie odpowiedział i w głębi duszy zdziwił się, jak trwałe są dawne 

uczucia w człowieku.

„Że też w takiej chwili mu się to przypomniało!" - pomyślał.
- Ach, jakże kocham tę pustą istotę! - jęknął Paweł Pietrowicz, smętnie zakładając ręce 

pod głowę. - Nie ścierpię, aby jakiś zuchwalec śmiał dotknąć... - mamrotał w kilka chwil 
potem.

Mikołaj Pietrowicz westchnął; nie podejrzewał nawet, do kogo odnoszą się te słowa.
Bazarow zjawił się u niego nazajutrz o ósmej. Załatwił już swoje sprawy i wypuścił na 

wolność wszystkie żaby, owady i ptaki.

- Pan przyszedł się ze mną pożegnać? - spytał Mikołaj Pietrowicz wstając.

- Tak.
-   Rozumiem   pana   i   pochwalam   pańską   decyzję.   Mój   biedny   brat   jest   bez   wątpienia 

winien; został też ukarany. Mówił mi, że zachował się tak, iż nie mógł pan inaczej postąpić. 
Wierzę,   że   nie   mógł   pan   uniknąć   tego   pojedynku,   który...   w   pewnym   stopniu   można 

wytłumaczyć   stałym   antagonizmem   waszych   wzajemnych   poglądów.   (Mikołaj   Pietrowicz 
plątał  się nieco w słowach.)  Mój brat jest człowiekiem dawnego pokroju, zapalczywym i 

upartym... Bogu dzięki, że na tym się skończyło... Zrobiłem wszystko, by uniknąć rozgłosu...

-   Zostawię   panu   swój   adres   na   wypadek,   gdyby   się   coś   stało   -   zauważył   niedbale 

Bazarow.

- Mam nadzieję, że nic się nie stanie, Eugeniuszu Wasiliewiczu... Bardzo żałuję, że pański 

pobyt w moim domu tak... tak się zakończył. Martwi mnie to tym bardziej, że Arkadiusz...

-   Prawdopodobnie   go   zobaczę   -   rzekł   Bazarow,   w   którym   wszelkiego   rodzaju 

„wyjaśnienia" i „oświadczenia" zawsze budziły niecierpliwość. - W przeciwnym razie proszę 

34 Połóż się.
35 Jest w tym samym rodzaju.

background image

mu przekazać ukłony i przyjąć wyrazy żalu.

- Ja także proszę... - odparł z ukłonem Mikołaj Pietrowicz. Ale Bazarow nie czekał, aż 

skończy zdanie, i wyszedł.

Dowiedziawszy się o zamierzonym wyjeździe Bazarowa Paweł Pietrowicz oświadczył, że 

chce go zobaczyć, i uścisnął mu dłoń. Ale Bazarow pozostał zimny jak lód; rozumiał, że 
Paweł Pietrowicz chciał się okazać wspaniałomyślny. Z Fieniczką nie udało mu się pożegnać; 

wymienił z nią tylko spojrzenia przez okno. Jej twarz wydała mu się smutna. „Źle z nią! - 
rzekł do siebie. - No, jakoś się wykaraska!" Piotr natomiast rozczulił się tak, że płakał na jego 

ramieniu, aż Bazarow musiał przywołać go do porządku oświadczając, że mazgaj z niego, i 
kwita.   Duniasza   uciekła   do   zagajnika,   aby   ukryć   swoje   wzruszenie.   Winowajca   tych 

wszystkich nieszczęść wsiadł do bryczki, zapalił cygaro i kiedy na czwartej wiorście po raz 
ostatni   oczom   jego   ukazała   się   rozwinięta   w   jednej   linii   posiadłość   Kirsanowów   i   nowo 

wzniesiony   dwór,   splunął   tylko   i   mrucząc:   „Przeklęte   jaśniepaństwo",   mocniej   otulił   się 
szynelem.

Paweł Pietrowicz niebawem poczuł się lepiej; ale w łóżku wypadło mu przeleżeć około 

tygodnia. Swoją, jak powiadał, niewolę znosił dość cierpliwie, tylko za bardzo zajmował się 

toaletą   i   wciąż   kazał   rozpylać   w   pokoju   wodę   kolońską.   Mikołaj   Pietrowicz   czytał   mu 
czasopisma; Fieniczka usługiwała mu jak przedtem, przynosiła bulion, lemoniadę, jajka na 

miękko, herbatę; ale za każdym razem, kiedy wchodziła do pokoju, ogarniał ją skryty lęk. 
Nieoczekiwany   postępek   Pawła   Pietrowicza   przestraszył   w   domu   wszystkich,   ją   zaś 

najbardziej;   jeden   tylko   Prokoficz   nie   stracił   kontenansu   i   tłumaczył,   że   za   jego   czasów 
panowie też do siebie strzelali, „ale tylko szlachetnie urodzeni panowie, a takim chłystkom 

kazaliby za zuchwalstwo złupić skórę w stajni".

Fieniczka prawie nie miała wyrzutów sumienia; ale od czasu do czasu męczyła ją myśl o 

prawdziwej przyczynie pojedynku; Paweł Pietrowicz patrzył zresztą na nią tak dziwnie... że 
nawet   odwracając   się   do   niego   plecami,   czuła   na   sobie   jego   spojrzenie.   Schudła   z   tego 

ciągłego wewnętrznego niepokoju i jak to się często zdarza, stała się jeszcze ładniejsza.

Pewnego razu - rzecz działa się z rana - Paweł Pietrowicz czuł się już dobrze i przeszedł z 

łóżka   na  kanapę,  Mikołaj   Pietrowicz  zaś  zapytawszy  o  jego  zdrowie  udał  się na  gumno. 
Fieniczka   przyniosła   filiżankę   herbaty,   postawiła   ją   na   stoliku   i   chciała   odejść.   Paweł 

Pietrowicz zatrzymał ją.

- Dokąd pani tak śpieszy, Fiedosjo Nikołajewno - zaczął - czy pani zajęta?

- Nie... Tak... Muszę nalewać herbatę.
- Duniasza naleje sama; niechże pani troszeczkę posiedzi przy chorym. Zresztą chcę z 

background image

panią pomówić.

Fieniczka w milczeniu usiadła na brzeżku fotela.

- Od dawna już - zaczął Paweł Pietrowicz szarpiąc wąsa - chciałem zapytać: czy pani się 

mnie boi?

- Ja?
- Tak, pani. Patrzy pani na mnie tak, jakby pani miała nieczyste sumienie.

Fieniczka zaczerwieniła się, ale spojrzała na Pawła Pietrowicza, Wydał się jej dziwny i 

serce w niej leciutko zadrżało.

- Przecież ma pani czyste sumienie? - zapytał.
- Czemuż by miało być inaczej? - szepnęła.

-   Któż   to   może   wiedzieć!   Zresztą   wobec   kogo   mogłaby   pani   zawinić?   Wobec   mnie? 

Trudno uwierzyć. Wobec innych domowników? Również nieprawdopodobne. Czyżby wobec 

brata? Przecież go pani kocha?

- Kocham.

- Z całego serca, z całej duszy?
- Kocham Mikołaja Pietrowicza z całego serca.

-   Naprawdę?   Spójrz   na   mnie,   Fieniczka   (nazwał   ją   tak   po   raz   pierwszy...).   Wiesz, 

kłamstwo to wielki grzech!

-   Nie   kłamię,   Pawle   Pietrowiczu.   Jeślibym   nie   kochała   Mikołaja   Pietrowicza,   nie 

miałabym po co żyć!

- I nie zamienisz go na nikogo?
- Na kogóż miałabym go zamienić?

- Kto to może wiedzieć! Chociażby na tego pana, który stąd odjechał.
Fieniczka wstała.

- Boże mój, dlaczego pan mnie męczy, Pawle Pietrowiczu? Co panu zrobiłam? Jak pan 

może tak mówić?

- Fieniczka - rzekł smutnym głosem Paweł Pietrowicz - przecież ja widziałem...
- Co pan widział?

- Tam... w altance.
Fieniczka zapłoniła się aż po uszy.

- Cóż ja jestem temu winna? - zapytała z wysiłkiem.
- Nie jesteś winna? Nie? Ani trochę?

- Kocham tylko Mikołaja Pietrowicza i zawsze go będę kochała! - rzekła z nieoczekiwaną 

siłą   i   szloch   ścisnął   jej   gardło.   -   O   tym,   co   pan   widział,   nawet   na   Sądzie   Ostatecznym 

background image

powiem, że nie byłam winna, i lepiej, żebym zaraz umarła, jeśli może mnie ktoś o takie 
rzeczy podejrzewać, że ja wobec mojego dobroczyńcy Mikołaja Pietrowicza...

Ale   tutaj   głos   odmówił   jej   posłuszeństwa   i   w   tej   samej   chwili   poczuła,   że   Paweł 

Pietrowicz chwycił i ścisnął jej rękę... Spojrzała na niego i skamieniała. Był jeszcze bledszy 

niż   przedtem;   oczy   mu   błyszczały,   ale   co   najdziwniejsza,   wielka   łza   toczyła   się   po   jego 
policzku.

- Fieniczka! - powiedział jakimś dziwnym szeptem. - Kochaj, kochaj mojego brata! To 

taki dobry, prawy człowiek. Nie zdradź go dla nikogo w świecie. Nie słuchaj niczyich słów! 

Pomyśl, czy może być coś okropniejszego niż kochać i nie być kochanym! Nie porzucaj nigdy 
mego biednego Mikołaja!

Zdumienie Fieniczki było tak wielkie, że w mgnieniu oka obeschły jej łzy i minął strach. 

Ale co poczuła, kiedy Paweł Pietrowicz, sam Paweł Pietrowicz, przycisnął usta do jej ręki i 

przywarł do niej nie całując, a tylko z rzadka spazmatycznie wzdychając...

„Boże! - pomyślała. - Czy to nie atak?...”

W owej właśnie chwili zadrżało w nim całe jego zmarnowane życie.
Schody zaskrzypiały... Ktoś szedł szybko... Odepchnął ją od siebie i opadł na poduszki. 

Otworzyły się drzwi i wszedł Mikołaj Pietrowicz, zarumieniony i wesoły. Mitia, tak samo 
rumiany i wesoły jak ojciec, w samej tylko koszulce, podskakiwał na jego rękach, zaczepiając 

gołymi nóżkami o wielkie guziki jego wiejskiego płaszcza.

Fieniczka pobiegła ku nim i objąwszy ich rękami, przytuliła głowę do ramienia Mikołaja 

Pietrowicza.   Zdziwił   się:   wstydliwa,   skromna   Fieniczka   nigdy   nie   tuliła   się   do   niego   w 
obecności innych.

- Co się stało? - rzekł i spojrzawszy na brata podał jej dziecko. - Czujesz się gorzej? - 

zapytał podchodząc do Pawła Pietrowicza.

Tamten zakrył twarz batystową chustką.
- Nie... tak... nic... Przeciwnie, znacznie mi lepiej.

- Niepotrzebnie przeniosłeś się na kanapę. Dokąd idziesz? - dodał Mikołaj Pietrowicz 

zwracając się do Fieniczki, ale ona zamknęła już za sobą drzwi. - Przyniosłem ci mojego 

zucha; zatęsknił do stryja. Czemu go zabrała? Ale co ci jest? Czy coś się stało?

- Bracie! - uroczyście rzekł Paweł Pietrowicz.

Mikołaj Pietrowicz drgnął. Nie wiadomo dlaczego ogarnął go lęk.
- Bracie - powtórzył Paweł Pietrowicz. - Daj mi słowo, że spełnisz moją prośbę.

- Jaką prośbę? Mów.
-   To   sprawa   bardzo   poważna;   według   mnie,   od   tego   zależy   całe   twoje   szczęście. 

background image

Ostatnimi czasy wiele myślałem o tym, co chcę ci teraz powiedzieć... Bracie, spełnij swój 
obowiązek, obowiązek uczciwego i szlachetnego człowieka, przestań siać zgorszenie i dawać 

zły przykład - ty, najlepszy z ludzi.

- Co chcesz powiedzieć, Pawle?

- Ożeń się z Fieniczką... Ona ciebie kocha, jest matką twego syna.
Mikołaj Pietrowicz odstąpił na krok i klasnął w dłonie.

-   Ty   to   mówisz,   Pawle?   Ty,   którego   zawsze   uważałem   za   najbardziej   nieubłaganego 

przeciwnika podobnych małżeństw? Ty to mówisz! Czy nie wiesz, że tylko z szacunku dla 

ciebie nie wypełniłem tego, co tak słusznie nazywasz moim obowiązkiem?

-   Niepotrzebnie   zatem   liczyłeś   się   ze   mną   -   rzekł   ze   smutnym   uśmiechem   Paweł 

Pietrowicz.   -   Powoli   dochodzę   do   wniosku,   że   Bazarow   miał   rację   zarzucając   mi 
arystokratyzm. Nie, drogi bracie, dosyć już tych fochów i oglądania się na wielki świat; jeste-

śmy ludzie starzy i spokojni; czas wyzbyć się wszelkiej próżności. Zacznijmy właśnie tak, jak 
powiadasz, spełniać nasz obowiązek, a jeszcze osiągniemy szczęście.

Mikołaj Pietrowicz zaczął ściskać brata.
- Otworzyłeś mi do reszty oczy! - zawołał. - Nie na próżno zawsze twierdziłem, że jesteś 

najlepszym   i   najmądrzejszym   człowiekiem   na   świecie;   a   teraz   widzę,   że   jesteś   równie 
rozsądny, jak wspaniałomyślny.

- Spokojnie, spokojnie - przerwał mu Paweł Pietrowicz. - Żebyś nie uraził nogi twego 

rozsądnego brata, który mając już pod pięćdziesiątkę pojedynkował się niczym podchorąży. 

A więc rzecz postanowiona: Fieniczka będzie moją... belle - soeur

36

.

- Drogi mój Pawle! Ale co powie Arkadiusz?

- Arkadiusz? Przecież on zatriumfuje! Małżeństwa nie uznaje, ale to mile pogłaszcze jego 

poczucie równości. Doprawdy, jakież mogą być kasty au dix - neuviéme siecle

37

?

- Ach, Pawle, Pawle! Pozwól, że pocałuję cię raz jeszcze. Nie bój się, będę ostrożny.
Bracia uścisnęli się.

-   Jak   myślisz,   czy   należy   jej   zaraz   powiedzieć   o   twoim   zamiarze?   -   zapytał   Paweł 

Pietrowicz.

- Po co się śpieszyć? - zaoponował Mikołaj Pietrowicz. - Czyś z nią rozmawiał?
- Ja? Quelle idée!

38

- No, to doskonale. Przede wszystkim wracaj do zdrowia, tamto nam nie ucieknie. Trzeba 

dobrze się zastanowić, obmyślić.

36 bratową
37 w dziewiętnastym wieku
38 Cóż za pomysł!

background image

- Ale jesteś zdecydowany?
-   Oczywiście,   i   dziękuję   z   całego   serca.   Teraz   cię   zostawię;   musisz   odpocząć;   każde 

wzruszenie   ci   szkodzi.   Pomówimy   jeszcze   o   tym.   Zaśnij,   mój   drogi,  i   niechaj   ci   Bóg   da 
zdrowie!

„Za co on mi tak dziękuje? - pomyślał Paweł Pietrowicz, gdy został sam. - Przecież to 

tylko od niego zależało. Ja zaś, gdy tylko się ożeni, wyjadę gdzieś daleko, do Drezna albo do 

Florencji, i będę tam mieszkał, póki nie zdechnę.”

Zwilżył   sobie   czoło   wodą   kolońską   i   zamknął   oczy.   Jego   piękna,   wychudła   głowa, 

oświetlona jasnym blaskiem dnia, spoczywała na białej poduszce jak głowa umarłego... I w 
samej rzeczy - był jak umarły.

background image

XXV

W   Nikolskoje,   w  ogrodzie,   pod  cienistym,  wysokim   jesionem   siedzieli  na   ławeczce   z 

darni Katia i Arkadiusz; obok nich na ziemi leżała Fifi, której długie ciało przybrało piękną 
pozycję zwaną przez myśliwych „zajęczą". Arkadiusz i Katia milczeli; on trzymał w rękach na 

wpół otwartą książkę, ona wyjmowała z koszyka pozostałe okruszynki bułki i rzucała je kilku 
wróblom, które z właściwym sobie tchórzliwym zuchwalstwem skakały i świergotały tuż u jej 

nóg. Lekki wiatr, szeleszcząc wśród liści jesionu, powoli przesuwał tam i z powrotem po 
ciemnej   ścieżce   i   żółtym   grzbiecie   Fifi   bladozłote   plamy   światła;   głęboki   cień   padał   na 

Arkadiusza   i   Katię;   niekiedy   tylko   w   jej   włosach   rozbłyskiwało   jasne   pasemko.   Oboje 
milczeli;   lecz   właśnie   w   tym,   jak   milczeli   i   siedzieli   obok   siebie,   widać   było   pełną 

wzajemnego zaufania bliskość; każde z nich jak gdyby nie myślało o swoim sąsiedzie, ale w 
głębi   duszy   radowało   się   jego   obecnością.   Twarze   ich   zmieniły   się   od   tego   czasu,   kiedy 

widzieliśmy   ich   po   raz   ostatni:   Arkadiusz   wydawał   się   spokojniejszy,   Katia   bardziej 
ożywiona i śmielsza.

- Czy pani nie uważa - zaczął Arkadiusz - że jesion ma w rosyjskim trafną nazwę: żadne z 

drzew tak lekko i jasno nie rysuje się w powietrzu.

Katia podniosła oczy i powiedziała: „Tak", Arkadiusz zaś pomyślał: „Ona nie robi mi 

zarzutów, że wyrażam się pięknie.”

- Nie lubię Heinego - rzekła Katia wskazując wzrokiem książkę, którą Arkadiusz trzymał 

w ręku - ani kiedy się śmieje, ani kiedy płacze; lubię go, kiedy jest zadumany i smutny.

- A ja lubię, kiedy się śmieje - zauważył Arkadiusz.
-   To   są  jeszcze  ślady   pańskich   dawnych   satyrycznych   upodobań...   („Dawne   ślady!   - 

pomyślał   Arkadiusz   -   gdyby   Bazarow   to   słyszał!")   Ale   proszę   poczekać,   już   my   pana 
przerobimy.

- Któż mnie przerobi? Pani?
- Kto? Siostra; Porfiriusz Płatonowicz, z którym pan się już nie kłóci; ciocia, którą pan 

onegdaj odprowadził do cerkwi.

-   Przecież   nie   mogłem   odmówić!   Jeśli   zaś   mowa   o   Annie   Siergiejewnie,   to   w   wielu 

sprawach, jak pani pamięta, zgadzała się z Eugeniuszem.

- Siostra była wówczas pod jego wpływem, tak samo jak pan.

- Jak ja! Czy pani nie spostrzegła, że już uwolniłem się od jego wpływu?
Katia nie odpowiedziała.

- Wiem - ciągnął dalej Arkadiusz - że on nigdy się pani nie podobał.

background image

- Nie mogę o nim wydawać sądu.
-   Wie   pani   co,   Katarzyno   Siergiejewno?   Kiedy   słyszę   taką   odpowiedź,   nigdy   jej   nie 

wierzę... Nie ma człowieka, o którym nie moglibyśmy wydać sądu! To po prostu wykręt.

- Powiem panu zatem, że on... nie żeby mi się nie podobał, ale czuję, że jest mi obcy, że ja 

jestem mu obca... i że pan też jest mu obcy.

- Dlaczego?

- Jak by to powiedzieć?... To drapieżnik, my zaś jesteśmy oswojeni.
- Ja także?

Katia skinęła głową. Arkadiusz podrapał się za uchem.
- Katarzyno Siergiejewno, przecież, prawdę mówiąc, to określenie jest obraźliwe.

- Czyżby pan chciał być drapieżny?
- Nie, ale silny, energiczny.

- Tego nie można chcieć... Pański przyjaciel na przykład tego nawet nie chce, ale to w 

nim jest.

- Hm! Więc pani przypuszcza, że miał wielki wpływ na Annę Siergiejewne?
- Tak. Ale nad nią nikt długo nie może mieć przewagi - dodała Katia półgłosem.

- Dlaczego pani tak myśli?
- Jest bardzo dumna... Nie, nie to nawet chciałam powiedzieć... Po prostu bardzo ceni 

swoją niezależność.

- Któż jej nie ceni? - zapytał Arkadiusz, lecz natychmiast przemknęło mu przez myśl: 

„Ale na co właściwie niezależność?" - „Na co właściwie niezależność?" - pomyślała także 
Katia.  Młodym  ludziom,   którzy  często   przebywają   ze  sobą   i  są  w  przyjaźni,   nieustannie 

przychodzą do głowy te same myśli.

Arkadiusz uśmiechnął się i przysunąwszy się nieco do Kati, rzekł szeptem:

- Proszę się przyznać, że pani trochę się jej boi?
- Kogo?

- Jej - z naciskiem powtórzył Arkadiusz.
- A pan? - spytała z kolei Katia.

- Ja także; proszę zauważyć, że powiedziałem: ja także.
Katia pogroziła mu palcem.

- Dziwi mnie to - zaczęła. - Siostra nigdy nie była tak przyjaźnie do pana usposobiona jak 

teraz; znacznie bardziej niż w czasie pana pierwszego pobytu.

- Ach tak!
- Pan tego nie zauważył? Nie cieszy to pana?

background image

Arkadiusz zamyślił się.
-   Czym   mogłem   sobie   zasłużyć   na   przychylność   Anny   Siergiejewny?   Może   tym,   że 

przywiozłem listy waszej matki?

- To także, ale są i inne powody, o których nie powiem.

- Dlaczego?
- Nie powiem.

- O! Wiem, że pani jest bardzo uparta.
- Jestem uparta.

- I spostrzegawcza.
Katia boku spojrzała na Arkadiusza.

- Może to pana gniewa? O czym pan myśli?
- Myślę o tym, skąd pani ma tę spostrzegawczość. Pani jest tak płochliwa i nieufna; pani 

stroni od ludzi...

- Wiele przebywałam sama; wtedy mimo woli zaczyna się myśleć. Czyżbym stroniła od 

wszystkich?

Arkadiusz spojrzał na nią z wdzięcznością.

- Dobrze - ciągnął dalej - lecz ludzie w pani sytuacji, chcę powiedzieć, z pani fortuną, 

rzadko odznaczają się tą cechą; do nich, jak do panujących, prawda z trudem dociera.

- Przecież nie jestem bogata.
Arkadiusz zdziwił się i nie od razu zrozumiał, co powiedziała. „Rzeczywiście, przecież 

majątek należy do siostry!" - przyszło mu do głowy; myśl ta nie była dla niego przykra.

- Jak pani to ładnie powiedziała! - rzekł.

- Dlaczego?
-   Ładnie,   po   prostu,   bez   skrępowania   i   jakiejkolwiek   pozy.   Przypuszczam   zresztą,   iż 

człowiek, który wie i mówi, że jest biedny, odczuwa jakąś fałszywą dumę.

- Dzięki siostrze nie zaznałam biedy; wspomniałam o mojej sytuacji materialnej dlatego, 

że tak wypadło w rozmowie.

- Tak, ale proszę się przyznać, że ma pani w sobie odrobinę tej dumy, o której teraz 

mówiłem.

- Na przykład?

- Przecież pani, proszę mi wybaczyć moje pytanie, przecież pani nie wyszłaby za mąż za 

bogatego człowieka?

- Gdybym go bardzo kochała... Nie, zdaje się, że nawet wówczas też nie.
- Aha! Widzi pani! - zawołał Arkadiusz i po chwili dodał: - A dlaczego nie wyszłaby pani 

background image

za mąż w takim wypadku?

- Dlatego, że nawet w pieśni śpiewa się o nierównym małżeństwie.

- Może pani chce panować albo...
- O nic! Na co mi to? Przeciwnie, gotowa jestem się podporządkować, ale trudno znosić 

nierówność.   Szanować   się   wzajemnie   i   słuchać,   to   szczęście;   lecz   istnienie   w   ciągłej 
zależności... Nie, tego już nadto.

- Tego już nadto - powtórzył Arkadiusz. - Tak, tak - ciągnął dalej - nie przypadkiem 

płynie w pani ta sama krew co w Annie Siergiejewnie; pani jest równie samodzielna jak ona, 

tylko bardziej  skryta.  Jestem pewien, że pani za nic pierwsza nie wyrazi swego uczucia, 
chociażby było wielkie i święte...

- Czy można inaczej? - zapytała Katia.
-   Jesteście   jednakowo   rozumne;   pani   ma   tyle   samo,   jeśli   nie   więcej,   charakteru   co 

siostra...

- Proszę, niech mnie pan nie porównuje z siostrą - szybko przerwała Katia - zbyt to dla 

mnie niekorzystne. Pan jakby zapomniał, że siostra jest piękna, mądra i... zwłaszcza panu 
nie wypada mówić takich rzeczy, i to z taką poważną miną.

- Co to znaczy: zwłaszcza panu - i z czego pani wnosi, że ja żartuję?
- Oczywiście, pan żartuje!

- Pani jest pewna? A jeśli jestem przekonany o tym, co mówię? Jeśli uważam, że jeszcze 

nie dość mocno się wyraziłem?

- Nie rozumiem pana.
- Doprawdy? Teraz widzę, że za bardzo wychwalałem pani spostrzegawczość.

- Jak to?
Arkadiusz nic nie odpowiedział i odwrócił się, a Katia wygrzebała z koszyczka jeszcze 

kilka okruszynek i rzuciła je wróblom; lecz ruch jej ręki był zbyt gwałtowny i ptaszki uciekły.

- Katarzyno Siergiejewno! - rzekł nagle Arkadiusz - będzie to pani zapewne obojętne, ale 

niechaj pani wie, że nie zamieniłbym pani nie tylko na jej siostrę, ale na nikogo w świecie.

Wstał i szybko odszedł, jakby przestraszywszy się słów, które mu się wymknęły.

Katia opuściła ręce razem z koszyczkiem na kolana, schyliła głowę i długo patrzyła za 

oddalającym się Arkadiuszem. Powoli na jej policzki wystąpił delikatny rumieniec, ale na 

ustach nie pojawiał się uśmiech, a ciemne oczy wyrażały zdumienie i jakieś inne jeszcze, nie 
nazwane uczucie.

- Jesteś sama? - rozległ się obok niej głos Anny Siergiejewny. - Wydawało mi się, że 

wyszłaś do ogrodu z Arkadiuszem.

background image

Katia bez pośpiechu spojrzała na siostrę (która wytwornie, a nawet wyszukanie ubrana 

stała na ścieżce i końcem otwartej parasolki łaskotała Fifi w uszy) i powoli rzekła:

- Jestem sama.
- Widzę to przecież - odpowiedziała tamta ze śmiechem - poszedł zatem do siebie?

- Tak.
- Czytaliście razem?

- Tak.
Anna Siergiejewna wzięła Katię za podbródek i uniosła jej głowę.

- Mam nadzieję, żeście się nie pokłócili?
- Nie - rzekła Katia i spokojnie odsunęła rękę siostry.

- Jak uroczyście odpowiadasz! Myślałam, że znajdę go tutaj i wezmę ze sobą na spacer. 

Wciąż  mnie o to prosi. Przywieziono  ci buciki z miasta,  idź je przymierzyć; wczoraj  już 

zauważyłam, że te, które nosisz, są całkiem zniszczone. W ogóle nie dość się zajmujesz tymi 
sprawami, a masz takie śliczne nóżki! Ręce też masz ładne... tylko duże: trzeba więc urzekać 

nóżkami. Ale cóż, nie jesteś wcale kokietką!

Anna Siergiejewna poszła dalej, lekko szeleszcząc piękną suknią; Katia wstała z ławeczki 

i wziąwszy tom Heinego odeszła także, lecz bynajmniej nie po to, by mierzyć buciki.

„Śliczne nóżki - myślała, powoli i lekko wchodząc po rozgrzanych słońcem kamiennych 

schodach tarasu - śliczne nóżki, powiada pani... Będzie więc leżał u tych nóżek.”

Ale natychmiast zrobiło jej się wstyd i szybko pobiegła na górę.

Arkadiusz szedł korytarzem do siebie; dopędził go ochmistrz mówiąc, że w jego pokoju 

czeka pan Bazarow.

- Eugeniusz! - wybąkał prawie z przestrachem Arkadiusz. - Czy dawno przyjechał?
- W tej chwili; powiedział, żeby nie oznajmiać o jego przyjeździe Annie Siergiejewnie, i 

kazał zaprowadzić się do pana pokoju.

„Może w domu zdarzyło się jakieś nieszczęście?" - pomyślał Arkadiusz, szybko wbiegł po 

schodach   i   otworzył   drzwi.   Widok   Bazarowa   natychmiast   go   uspokoił,   chociaż   bardziej 
doświadczone oko dostrzegłoby zapewne w energicznej jak dawniej, ale wychudłej postaci 

nieoczekiwanego   gościa  oznaki  wewnętrznego   wzburzenia.   Siedział  na   parapecie   okna   w 
zakurzonym szynelu i czapce na głowie. Nie wstał nawet wtedy, gdy Arkadiusz z głośnym 

okrzykiem rzucił mu się na szyję.

- Co za niespodzianka! Co cię tu sprowadza? - powtarzał krzątając się po pokoju jak 

człowiek, który sam sobie wyobraża i chce innym okazać, że się cieszy. - W domu wszystko w 
porządku, wszyscy zdrowi, prawda?

background image

- Wszystko w porządku, ale nie wszyscy zdrowi - rzekł Bazarow. - Przestań trajkotać, każ 

mi przynieść kwasu, usiądź i posłuchaj, co ci powiem w niewielu, ale, mam nadzieję, za to 

dość mocnych słowach.

Arkadiusz   przycichł,   i   Bazarow   opowiedział   mu   o   swoim   pojedynku   z   Pawłem 

Pietrowiczem. Arkadiusz ogromnie się zdziwił, a nawet zmartwił, ale nie uznał za stosowne 
tego okazać; zapytał tylko, czy rana stryja naprawdę nie jest niebezpieczna, i otrzymawszy 

odpowiedź,   że   rana   jest   bardzo   interesująca,   lecz   nie   z   punktu   widzenia   medycyny, 
uśmiechnął się z przymusem i poczuł nagle, że zrobiło mu się przykro i wstyd. Bazarow jak 

gdyby go zrozumiał.

- Tak, bracie - powiedział - oto skutki obcowania z feudałami. Sam staniesz się feudałem 

i będziesz brał udział w rycerskich turniejach. A zatem, wybrałem się do „ojców" - zakończył 
Bazarow - a po drodze zajechałem tutaj po to... po to, żeby ci to wszystko opowiedzieć; 

oświadczyłbym ci tak, gdybym nie uważał niepotrzebnego kłamstwa za głupotę. Nie, diabli 
wiedzą, po co tutaj przyjechałem. Widzisz, niekiedy człowiekowi dobrze robi, jeśli sam bierze 

się   za   czub   i   wyrzuca   jak   rzodkiew   z   grzędy:   zrobiłem   to   niedawno...   Ale   zapragnąłem 
spojrzeć raz jeszcze na to, z czym się rozstałem, na ową grzędę, gdzie siedziałem.

- Mam nadzieję, że te słowa nie odnoszą się do mnie - spytał w podnieceniu Arkadiusz. - 

Mam nadzieję, że nie masz zamiaru rozstawać się ze mną?

Bazarow spojrzał na niego uważnie, prawie przeszywając go wzrokiem.
- To by cię tak zmartwiło? Myślę, że ty już rozstałeś się ze mną. Jesteś taki świeżutki i 

czysty... zapewne twoje sprawy z Anną Siergiejewną układają się doskonale?

- Jakie moje sprawy z Anną Siergiejewną?

- Czy nie dla niej przyjechałeś tu z miasta, ptaszyno? Ale właśnie, jakże tam niedzielne 

szkółki? Czy nie jesteś w niej zakochany? A może teraz masz zamiar udawać?

- Eugeniuszu, wiesz, że zawsze  byłem z tobą szczery; zapewniam  cię, przysięgam, że 

jesteś w błędzie.

- Hm! Nowe słówko - zauważył półgłosem Bazarow. - Ale nie gorączkuj się, przecież 

mnie wszystko jedno. Romantyk powiedziałby: nasze drogi zaczynają się rozchodzić, ja zaś 

mówię po prostu, że znudziliśmy się sobie nawzajem.

- Eugeniuszu...

- Mój złoty, przecież to żadne nieszczęście; cóż się na świecie nie znudzi? A teraz chyba 

czas się pożegnać. Od chwili kiedy tu jestem, czuję się ohydnie, zupełnie jakbym długo czytał 

listy Gogola do żony gubernatora Kaługi. Zresztą nie kazałem wyprzęgać koni.

- Bój się Boga, to niemożliwe!

background image

- Dlaczego?
- Nie mówię już o sobie, ale będzie to w najwyższym stopniu niegrzecznie wobec Anny 

Siergiejewny, która niewątpliwie zechce cię zobaczyć.

- No, chyba się mylisz.

- Przeciwnie, jestem pewien, że mam rację - zaoponował Arkadiusz. - Dlaczego udajesz? 

Jeśli już o tym mowa, przyznaj się, że ty właśnie przyjechałeś tu dla niej.

- Może to prawda, ale mimo wszystko mylisz się.
Arkadiusz   miał   jednak   rację.   Anna   Siergiejewna   chciała   zobaczyć   się  z   Bazarowem   i 

przysłała po niego ochmistrza. Bazarow przebrał się, zanim do niej poszedł; jak się okazało, 
rzeczy miał ułożone tak, że nowe ubranie było pod ręką.

Odincowa   przyjęła   go   nie   w   tym   pokoju,   gdzie   tak   nieoczekiwanie   wyznał   jej   swoją 

miłość, lecz w bawialni. Uprzejmie wyciągnęła do niego końce palców, ale twarz jej mimo 

woli wyrażała napięcie.

-   Anno   Siergiejewno   -   szybko   powiedział   Bazarow   -   przede   wszystkim   muszę   panią 

uspokoić. Ma pani przed sobą śmiertelnika, który dawno się opamiętał i spodziewa się, że 
inni również zapomnieli o jego głupocie. Odjeżdżam na długo i zgodzi się pani, że chociaż 

nie   jestem   słabą   istotą,   przykro   byłoby   mi   odejść   z   myślą,   że   wspomina   mnie   pani   ze 
wstrętem.

Anna Siergiejewna głęboko westchnęła jak człowiek, który przed chwilą wspiął się na 

wysoką górę, i twarz jej ożywiła się uśmiechem. Po raz wtóry wyciągnęła do Bazarowa rękę i 

odpowiedziała na jego uścisk.

- Zapomnijmy o dawnych zwadach - powiedziała - tym bardziej że, mówiąc uczciwie, ja 

wtedy   także   zawiniłam,   jeśli   nie   kokieterią,   to   czymś   innym.   Więc   po   prostu:   bądźmy 
przyjaciółmi jak dawniej. To był sen, prawda? Któż pamięta sny?

- Kto je pamięta? A zresztą miłość jest... uczuciem sztucznym.
- Doprawdy? Bardzo miło mi to słyszeć.

Tak mówiła Anna Siergiejewna i tak mówił Bazarow; oboje myśleli, że mówią prawdę. 

Czy prawdziwe, czy rzeczywiście prawdziwe były ich słowa? Sami tego nie wiedzieli, tym 

bardziej   zaś   autor.   Ale   rozmowa   między   nimi   toczyła   się   tak,   jakby   nawzajem   sobie 
uwierzyli.

Anna Siergiejewna zapytała Bazarowa, co robił u Kirsanowów. O mały włos byłby jej 

opowiedział o swoim pojedynku z Pawłem Pietrowiczem, ale powstrzymał się na myśl, że 

mogłaby dojść do wniosku, iż chce się wydać interesujący; odparł więc, że przez cały czas 
pracował.

background image

- Ja zaś - rzekła Anna Siergiejewna - naprzód nie wiadomo dlaczego miałam okres złego 

humoru, a nawet, niech pan sobie wyobrazi, wybierałam się za granicę! Potem ten nastrój 

minął, przyjechał pański przyjaciel Arkadiusz Nikołaicz i znowu wróciłam do dawnego trybu 
życia, do mojej prawdziwej roli.

- Jakiej roli, jeśli wolno wiedzieć?
- Ciotki, nauczycielki, matki, co pan chce. Wie pan, przedtem nie rozumiałam dobrze 

pana przyjaźni z Arkadiuszem Nikołaiczem; uważałam, że to niezbyt ciekawy człowiek. Ale 
teraz poznałam go lepiej i przekonałam się, że jest rozumny... Nade wszystko zaś jest młody, 

młody... nie to, co my, Eugeniuszu Wasiliczu.

- Czy wciąż tak samo traci kontenans w pani obecności?

-   Czyżby...   -  zaczęła   Anna   Siergiejewna   i  po  chwili   namysłu  dodała:   -   Teraz   stał   się 

bardziej ufny, rozmawia ze mną. Przedtem mnie unikał. Zresztą nie szukałam wtedy jego 

towarzystwa. Jest w wielkiej przyjaźni z Katią.

Bazarow zirytował się w duchu. „Kobieta nie może obejść się bez podstępów" - pomyślał.

- Pani powiada, że Arkadiusz pani unikał - rzekł z chłodnym uśmiechem - lecz wie pani 

zapewne, że był w pani zakochany?

- Jak to? On także? - wyrwało się Annie Siergiejewnie.
- On także - powtórzył Bazarow składając niski ukłon. - Czyżby pani o tym nie wiedziała, 

czyżbym powiedział rzecz dla pani nową?

Anna Siergiejewna spuściła oczy.

- Pan się myli, Eugeniuszu Wasiliczu.
- Nie sądzę. Może nie powinienem był o tym wspominać. - „A ty na przyszłość nie bądź 

taka przebiegła" - dodał w myśli.

-   Dlaczego?   Przypuszczam,   że   zbyt   wielką   wagę   przywiązuje   pan   do   przelotnego 

wrażenia. Zaczynam podejrzewać, że ma pan skłonność do przesady.

- Nie mówmy lepiej o tym, Anno Siergiejewno.

- Dlaczego? - zaoponowała, lecz sama skierowała rozmowę na inne tory. Mimo wszystko 

czuła się w obecności Bazarowa nieswojo, chociaż powiedziała mu i zapewniała samą siebie, 

że   wszystko   zostało   zapomniane.   Wymieniając   z   nim   najprostsze   słowa,   żartując   nawet, 
doznawała uczucia lekkiego niepokoju. Podobnie ludzie na parostatku rozmawiają i śmieją 

się   beztrosko   jak   na   stałym   lądzie;   lecz   wystarczy   najmniejsza   przerwa   w   podróży, 
najdrobniejsza oznaka czegoś niezwykłego, a natychmiast na wszystkich twarzach zjawia się 

wyraz   osobliwej   trwogi,   który   świadczy   o   nieustannej   świadomości   ciągłego   niebez-
pieczeństwa.

background image

Rozmowa   Anny   Siergiejewny   z   Bazarowem   trwała   niedługo.   Odincowa   popadła   w 

zamyślenie, odpowiadała z roztargnieniem, a wreszcie zaproponowała mu, by przeszli do 

salonu, gdzie zastali księżniczkę i Katię. - A gdzież Arkadiusz Nikołaicz? - zapytała pani 
domu i dowiedziawszy się, że go nie widać przeszło od godziny, posłała po niego. Arkadiusza 

nie   od   razu   znaleziono;   zaszył   się   w   gęstwinę   ogrodu   i   tam,   oparłszy   podbródek   na 
skrzyżowanych rękach, siedział pogrążony w myślach. Myśli owe były głębokie i poważne, 

lecz bynajmniej nie smutne. Wiedział, że Anna Siergiejewna jest sam na sam z Bazarowem, 
ale nie czuł zazdrości jak dawniej; przeciwnie, twarz jego promieniała; zdawało się, że coś go 

dziwi, że z czegoś się raduje i coś postanawia.

background image

XXVI

Nieboszczyk   Odincow   nie   lubił   nowości,   lecz   godził   się   na   „pewne   igraszki 

uszlachetnionego   smaku";   dzięki   temu   w   swoim   ogrodzie,   między   cieplarnią   a   stawem, 
wzniósł budynek z rosyjskiej cegły w kształcie greckiego portyku. W tylnej, ślepej ścianie 

owego   portyku,   czyli   galerii,  zrobiono   sześć  nisz  dla   posągów,   które   Odincow   zamierzał 
sprowadzić   z   zagranicy.   Posągi   miały   wyobrażać:   Samotność,   Milczenie,   Rozmyślanie, 

Melancholię, Wstydliwość i Czułość. Jeden z nich, boginię Milczenia z palcem na ustach, 
przywieziono i ustawiono, lecz tego samego dnia dworscy chłopcy odbili jej nos i chociaż 

tynkarz z sąsiedztwa zabrał się do roboty i obiecał dorobić nos „dwa razy piękniejszy niż 
poprzedni", Odincow kazał posąg usunąć, skutkiem czego znalazł się on w kącie stodoły, 

gdzie stał przez długie lata budząc zabobonne przerażenie wieśniaczek. Front portyku od 
dawna   już   zarósł   gęstymi   krzewami,   tylko   kapitele   kolumn   widniały   nad   bujną   ścianą 

zieleni.   W   portyku   nawet   w   południe   było   chłodno.   Anna   Siergiejewna   nie   lubiła   tego 
miejsca od czasu,  gdy zobaczyła  tam węża; ale Katia  często tu przychodziła i siadała na 

niewielkiej   kamiennej   ławce,   umieszczonej   w   jednej   z   nisz.   W   chłodzie   i   cieniu   czytała, 
pracowała   lub   oddawała   się   owemu   doznaniu   zupełnej   ciszy,   które   zapewne   znane   jest 

każdemu   i   którego   urok   polega   na   ledwie   świadomym,   milczącym   przypatrywaniu   się 
szerokiej fali życia, bezustannie toczącej się wokół nas i w nas samych.

Nazajutrz po przyjeździe Bazarowa Katia siedziała na swojej ulubionej ławce, obok niej 

zaś znowu siedział Arkadiusz. Poprosił ją, żeby poszła z nim do „portyku".

Do śniadania zostawała  jeszcze godzina; po rosistym poranku następował już upalny 

dzień. Twarz Arkadiusza miała wciąż wyraz taki jak poprzedniego dnia, Katia wyglądała na 

zatroskaną. Siostra zaraz po herbacie zawołała ją do swego gabinetu, ucałowała, co zawsze 
trochę   przerażało   Katię,   a   potem   poradziła   jej,   żeby   zachowywała   się   ostrożniej   wobec 

Arkadiusza, zwłaszcza zaś, by unikała z nim rozmów sam na sam, co jakoby zauważyła już 
ciotka i wszyscy domownicy. Poza tym poprzedniego wieczora Anna Siergiejewna była w nie 

najlepszym humorze, Katia zaś sama czuła się niepewnie, jak gdyby była czegoś winna. Przy-
stając na prośbę Arkadiusza powiedziała sobie, że uczyni to po raz ostatni.

- Katarzyno Siergiejewno - rzekł Arkadiusz z jakąś pozorną swobodą - od czasu kiedy 

mam szczęście przebywać z panią pod jednym dachem, mówiłem z panią o wielu rzeczach. 

Jest   jednak   bardzo   ważna   dla   mnie   sprawa...   której   dotychczas   nie   poruszałem.   Pani 
zauważyła   wczoraj,   że   przerobiono   mnie   w   tym   domu   -   dodał,   to   unikając   pytającego 

spojrzenia  Kati,  to znów patrząc jej w oczy.  - Rzeczywiście,  zmieniłem  się pod wieloma 

background image

względami i pani o tym wie najlepiej, bo w gruncie rzeczy pani zawdzięczam tę przemianę.

- Ja?... Mnie?... - spytała Katia.

- Nie jestem już owym zapalczywym chłopcem jak wtedy, gdy tu przyjechałem - ciągnął 

dalej   Arkadiusz   -   skończyłem   zresztą   dwadzieścia   trzy   lata;   jak   dawniej,   pragnę   być 

pożyteczny, pragnę poświęcić prawdzie wszystkie swe siły; lecz nie tam już szukam ideałów, 
gdzie szukałem ich dawniej; widzę je... znacznie bliżej. Dotychczas nie rozumiałem siebie, 

stawiałem   przed   sobą   zadania   przewyższające   moje   siły...   Niedawno   dzięki   pewnemu 
uczuciu otworzyły mi się oczy... Wypowiadam się niezupełnie jasno, ale mam nadzieję, że 

pani mnie zrozumie...

Katia nic nie odpowiedziała, ale przestała patrzeć na Arkadiusza.

- Przypuszczam - mówił dalej, już bardziej wzruszonym głosem, a nad nim wśród liści 

brzozy  beztrosko śpiewała  swą  piosenkę  zięba   - przypuszczam,  że  obowiązkiem  każdego 

uczciwego   człowieka   jest  zupełna   szczerość  wobec   tych...   tych   ludzi...   których...   słowem, 
wobec bliskich mu osób i dlatego... mam zamiar...

Ale   tu   dar   wymowy   zawiódł   Arkadiusza;   stracił   wątek,   zaciął   się   i   musiał   na   chwilę 

umilknąć. Katia nie podnosiła oczu. Zdawało się, że nawet nie rozumie, do czego to wszystko 

zmierza, a jednak na coś czekała.

-   Przypuszczam,   że   panią   zadziwię   -   zaczął   Arkadiusz,   znowu   zebrawszy   siły   -   tym 

bardziej że to uczucie odnosi się w pewien sposób... w pewien sposób, niech pani to zważy - 
do pani. Pamiętam, że zarzuciła mi pani wczoraj brak powagi - ciągnął dalej Arkadiusz z 

miną człowieka,  który wszedłszy w bagno czuje, że z każdym krokiem pogrąża  się coraz 
bardziej, ale mimo to śpieszy naprzód w nadziei, że wydostanie się szybciej na brzeg - ten 

zarzut często jest skierowany... obciąża... młodych ludzi, nawet jeśli nie ma już uzasadnienia; 
i gdybym był bardziej pewien siebie... („Pomóż mi, pomóż!" - z rozpaczą myślał Arkadiusz, 

Katia zaś wciąż siedziała bez ruchu.) Gdybym mógł żywić nadzieję...

- Gdybym mogła być pewna tego, co pan mówi - rozległ się w tej samej chwili dźwięczny 

głos Anny Siergiejewny.

Arkadiusz   zamilkł   natychmiast,   Katia   zbladła.   Obok   krzaków   zasłaniających   portyk 

wiodła ścieżka. Anna Siergiejewna szła tędy w towarzystwie Bazarowa. Katia i Arkadiusz nie 
mogli ich widzieć, lecz słyszeli każde słowo, każdy szelest sukni, ich oddech niemal. Tamci 

postąpili kilka kroków i jakby naumyślnie zatrzymali się przed portykiem.

- Widzi pan - ciągnęła dalej Anna Siergiejewna - pomyliliśmy się; oboje nie jesteśmy już 

pierwszej młodości, a zwłaszcza ja; znamy życie, jesteśmy zmęczeni oboje - czemu nie mówić 
szczerze? - jesteśmy rozumni; z początku wzbudziliśmy w sobie wzajemne zainteresowanie, 

background image

podnieciliśmy ciekawość... a potem...

- Potem przestałem być interesujący... - podchwycił Bazarow.

-   Pan   wie,   że   nie   to   było   przyczyną   naszego   poróżnienia.   W   każdym   razie   nie 

potrzebowaliśmy   jedno   drugiego,   oto   rzecz   zasadnicza;   za   bardzo   jesteśmy...   jak   by   to 

powiedzieć?... do siebie podobni. Nie od razu zdaliśmy sobie z tego sprawę. Natomiast Ar-
kadiusz...

- Arkadiusz jest pani potrzebny? - zapytał Bazarow.
- Dość, Eugeniuszu Wasiliczu! Pan powiada, że nie jestem mu obojętna; mnie też zawsze 

się wydawało, że mu się podobam. Wiem, że mogłabym być jego ciotką, lecz nie chcę przed 
panem ukrywać - coraz częściej myślę o nim. W tym młodym i świeżym uczuciu jest jakiś 

powab...

-   Słowo   urok   bardziej   się   nadaje   w   takich   wypadkach   -   przerwał   Bazarow;   w   jego 

spokojnym, choć przytłumionym głosie kipiała wściekłość. - Arkadiusz był wczoraj ze mną 
tajemniczy, nie mówił ani o pani, ani o jej siostrze... Bardzo to szczególne.

- Z Katią jest jak brat - rzekła Anna Siergiejewna - i to mi się w nim podoba, chociaż 

może nie powinnam pozwalać na taką między nimi zażyłość.

- Przez panią mówi... siostra?... - zapytał powoli Bazarow.
- Oczywiście...  ale dlaczego stoimy? Chodźmy. Jaka  dziwna jest nasza rozmowa! Czy 

mogłam się spodziewać, że będę tak z panem rozmawiała? Pan wie, że się pana boję... ale 
ufam panu jednocześnie, ponieważ w gruncie rzeczy jest pan bardzo dobry.

-   Po   pierwsze,   nie   jestem   bynajmniej   dobry;   po   drugie   straciłem   dla   pani   wszelkie 

znaczenie, a tymczasem powiada mi pani, że jestem dobry... To tak samo, jak kłaść wieniec z 

kwiatów na głowę umarłego.

- Eugeniuszu Wasiliczu, nie w naszej jest mocy... - zaczęła Anna Siergiejewna, ale powiał 

wiatr, zaszumiał wśród liści i uniósł jej słowa.

- Przecież pani jest wolna - rzekł po chwili Bazarow.

Więcej nic nie można było zrozumieć; kroki oddaliły się... wszystko ucichło.
Arkadiusz zwrócił się do Kati. Siedziała jak przedtem, tylko opuściła głowę jeszcze niżej.

- Katarzyno Siergiejewno - powiedział drżącym głosem i zacisnął ręce - kocham panią na 

całe życie, nieodwracalnie. Nikogo nie kocham prócz pani. Chciałem to pani powiedzieć, 

dowiedzieć się, co pani o tym sądzi, i prosić o pani rękę; nie jestem bogaty, czuję, żem gotów 
do   wszelkich   ofiar...   Pani   nie   odpowiada?   Pani   mi   nie   wierzy?   Pani   myśli,   że   mówię 

nierozważnie?   Niech   pani   przypomni   sobie   ostatnie   dni!   Czyżby   się   pani   dotąd   nie 
przekonała, że wszystko inne - proszę mnie dobrze zrozumieć - wszystko inne dawno minęło 

background image

bez  śladu.  Niech  pani  spojrzy  na  mnie,  powie  jedno słowo...   Kocham...   kocham panią... 
Niech mi pani uwierzy!

Katia spojrzała na Arkadiusza poważnym, jasnym wzrokiem i po długim namyśle, ledwie 

się uśmiechnąwszy, wyrzekła:

- Tak.
Arkadiusz zerwał się z ławki.

- Tak! Pani powiedziała: tak, Katarzyno Siergiejewno! Co to oznacza? Czy to, że ja panią 

kocham, że pani mi wierzy... albo... albo... nie śmiem skończyć...

- Tak - powtórzyła Katia i tym razem Arkadiusz ją zrozumiał. Chwycił jej duże, piękne 

ręce i zamierając z zachwytu, przycisnął je do serca; ledwo trzymał się na nogach i wciąż 

powtarzał: - Katia, Katia... - a ona rozpłakała się jakoś naiwnie, sama cicho śmiejąc się ze 
swych łez. Kto nie widział takich łez w oczach ukochanej istoty, ten nie wie, jak bardzo może 

być szczęśliwy na ziemi człowiek, zamierając z wdzięczności i wstydu.

Nazajutrz   z   samego   rana   Anna   Siergiejewna   kazała   poprosić   Bazarowa   do   swego 

gabinetu i śmiejąc się wymuszenie, podała mu złożoną ćwiartkę papieru listowego. Był to list 
od Arkadiusza, który prosił o rękę jej siostry.

Bazarow szybko przebiegł wzrokiem list i zrobił wysiłek, by nie okazać złośliwej radości, 

która natychmiast zrodziła się w jego sercu.

- Ach, tak - rzekł - a pani jeszcze wczoraj przypuszczała, że Arkadiusz kocha Katarzynę 

Siergiejewnę miłością braterską. Cóż pani teraz ma zamiar uczynić?

- Co pan mi poradzi? - zapytała Anna Siergiejewna nie przestając się śmiać.
- Sądzę - odparł Bazarow także ze śmiechem, chociaż nie było mu wcale wesoło ani też, 

podobnie   jak   Anna   Siergiejewna,   nie   miał   wcale   ochoty   do   śmiechu   -   sądzę,   że   należy 
pobłogosławić młodych ludzi. Partia dobra pod każdym względem; Kirsanow ma przyzwoity 

majątek, jest jedynakiem, jego ojciec to człowiek poczciwy, nie będzie się sprzeciwiał.

Odincowa przeszła się po pokoju. Jej twarz to pokrywała się rumieńcem, to znów bladła.

- Tak pan myśli? - powiedziała. - No, cóż? Nie widzę przeszkód... Jestem rada ze względu 

na Katię... i Arkadiusza Nikołaicza. Oczywiście, poczekam na odpowiedź ojca. Poślę do niego 

Arkadiusza.  Widać z tego, że miałam wczoraj  rację, gdy mówiłam panu, że jesteśmy już 
starzy... Jak to się stało, że nic nie zauważyłam? To mnie dziwi!

Anna Siergiejewna roześmiała się znowu i natychmiast się odwróciła.
- Dzisiejsza młodzież zrobiła się bardzo sprytna - zauważył Bazarow i także się roześmiał. 

-   Żegnam   panią   -   powiedział   znowu   po   chwili   milczenia.   -   Życzę   pani,   aby   ta   sprawa 
skończyła się jak najpomyślniej; będę się radował z daleka.

background image

Odincowa szybko zwróciła się ku niemu.
- Pan odjeżdża? Dlaczego teraz nie mógłby pan zostać? Niechże pan zostanie, tak miło 

się z panem rozmawia... To zupełnie jak chodzenie po skraju przepaści. Naprzód ogarnia 
strach, a potem nagle nabiera się odwagi. Niechże pan zostanie.

-   Dziękuję   za   zaproszenie,   Anno   Siergiejewno,   i   za   pochlebne   mniemanie   o   moich 

talentach konwersacyjnych. Uważam jednak, że i tak zbyt długo przebywałem w obcej dla 

mnie sferze. Latające ryby przez

 

pewien czas mogą utrzymać się w powietrzu, lecz potem 

muszą zanurzyć się w wodzie; niechże pani i mnie pozwoli znaleźć się w swoim żywiole.

Odincowa   spojrzała   na   Bazarowa.   Gorzki   uśmiech   wykrzywił   jego   bladą   twarz.   „Ten 

mnie kochał!" - pomyślała i zrobiło się jej go żal; ze współczuciem wyciągnęła do niego rękę.

Ale on ją zrozumiał.
-   Nie!   -   powiedział   i   cofnął   się   o   krok.   -   Jestem   biedny,   ale   dotychczas   nie   brałem 

jałmużny. Żegnaj, pani, i bądź zdrowa!

- Jestem pewna, że widzimy się nie po raz ostatni - rzekła Anna Siergiejewna i drgnęła 

mimo woli.

- Różnie bywa na świecie! - odparł Bazarow. Złożył ukłon i wyszedł.

-   Więc   masz   zamiar   uwić   sobie   gniazdko?   -   mówił   tego   samego   dnia   Bazarow,   gdy 

przyklęknąwszy pakował swój kuferek. - Cóż, niezły pomysł! Tylko niepotrzebnie tak mnie 

zwodziłeś.   Spodziewałem   się,   że   zmierzasz   w   całkiem   innym   kierunku.   A   może   ciebie 
samego to zaskoczyło?

-   To   prawda,   nie   wiedziałem   jeszcze   o   tym,   kiedy   się   z   tobą   rozstawałem   -   odparł 

Arkadiusz. - Ale dlaczego sam mnie zwodzisz mówiąc: „niezły pomysł", jakbym nie wiedział, 

co sądzisz o małżeństwie?

- Ech, drogi przyjacielu - powiedział Bazarow. - Jak ty się wyrażasz! Widzisz, co robię: 

mam w kuferku puste miejsce i kładę tam siano; tak samo rzecz się ma z życiem - wszystko 
jedno, czym je zapchasz, byle nie było pustki. Nie obrażaj się, proszę; zapewne pamiętasz, 

jakiego zawsze byłem zdania o Katarzynie Siergiejewnie. Inne panny dlatego tylko uchodzą 
za mądre, bo mądrze wzdychają; a twoja nie da sobie dmuchać w kaszę, ciebie nawet weźmie 

w ręce, a tak właśnie powinno być. - Zamknął wieko kuferka i podniósł się z podłogi. - A 
teraz powtórzę ci na pożegnanie, nie trzeba bowiem się oszukiwać: żegnamy się na zawsze, 

sam to czujesz... Postąpiłeś rozumnie; nie jesteś stworzony do naszego gorzkiego, cierpkiego, 
samotnego   życia.   Nie   masz   w   sobie   ani   zuchwalstwa,   ani   złości;   ale   masz   młodzieńczą 

odwagę   i   młodzieńczy   zapał;   tego   dla   naszej   sprawy   za   mało.   Wy,   szlachta,   nigdy   nie 
przekroczycie granicy szlachetnego oburzenia czy szlachetnej pokory, a to są głupstwa. Wy, 

background image

na przykład, nie bijecie się - a wyobrażacie sobie, że jesteście chwaty; my zaś chcemy się bić. 
Cóż! Nasz kurz wygryzie ci oczy, nasz brud cię zawala, zresztą tyś do nas nie dorósł, mimo 

woli rozkoszujesz się sobą, przyjemnie ci samemu sobie wymyślać; dla nas to nudne, my 
chcemy łamać innych! Porządny z ciebie chłopak, ale jesteś miękki, liberalny panicz - e w o l 

a t u, jak powiada mój ojciec.

- Na zawsze żegnasz się ze mną, Eugeniuszu - smutnym głosem rzekł Arkadiusz - i nie 

masz mi nic innego do powiedzenia?

Bazarow podrapał się w głowę.

- Mam, Arkadiuszu, mam, ale ci nie powiem, bo to romantyzm, to by oznaczało: rozkleić 

się. Ożeń się jak najprędzej, zajmij się swoim gniazdkiem i napłódź jak najwięcej dzieci. 

Będą  mądre choćby  dlatego,  że urodziły  się we właściwym  czasie,  nie tak  jak my. Oho! 
Widzę, że konie założone. Czas już! Pożegnałem się ze wszystkimi... No cóż? Może się uści-

skamy?

Arkadiusz rzucił się na szyję swemu byłemu mentorowi i przyjacielowi, łzy trysnęły mu z 

oczu.

- Co to znaczy młodość! - rzekł spokojnie Bazarow. - Ale wielkie nadzieje pokładam w 

Katarzynie Siergiejewnie. Zobaczysz, jak cię pocieszy.

- Żegnaj, bracie - rzekł do Arkadiusza siedząc już na furmance i wskazując parę kawek 

przytulonych do siebie na dachu stajni, dodał: - Patrz! Ucz się!

- Co to znaczy? - zapytał Arkadiusz.

- Jak to? Czyżbyś tak źle znał historię naturalną i nie wiedział, że kawka jest najbardziej 

czcigodnym ptakiem, który żyje w trwałych związkach rodzinnych? Oto przykład... Żegnaj, 

signor!

Furmanka zaskrzypiała i ruszyła z miejsca.

Bazarow   powiedział   prawdę.   Rozmawiając   wieczorem   z   Katią,   Arkadiusz   zupełnie 

zapomniał o swoim nauczycielu. Już się jej podporządkował. Katia czuła to i wcale się nie 

dziwiła. Nazajutrz miał jechać do Mariina, do Mikołaja Pietrowicza. Anna Siergiejewna nie 
chciała krępować młodych i tylko dla przyzwoitości nie zostawiała ich zbyt długo samych. 

Wspaniałomyślnie uwolniła ich od towarzystwa księżniczki, którą wiadomość o mającym się 
odbyć   ślubie   doprowadziła   do   płaczliwej   wściekłości.   Z   początku   Anna   Siergiejewna 

obawiała  się,  by widok  ich  szczęścia   nie był  dla  niej  samej nieco  przykry; lecz   stało  się 
zupełnie inaczej: ów widok nie tylko jej nie ciążył, lecz zainteresował ją, rozrzewnił nawet; 

Anna   Siergiejewna   ucieszyła   się  z   tego,   ale   poczuła   także   smutek.   „Słuszność  ma  zatem 
Bazarow - pomyślała - ciekawość, tylko ciekawość, umiłowanie spokoju, egoizm...”

background image

- Dzieci! - powiedziała głośno. - Powiedzcie, czy miłość jest sztucznym uczuciem?
Ale   ani   Katia,   ani   Arkadiusz   nawet   jej   nie   zrozumieli.   Stronili   od   niej;   mimowolnie 

podsłuchana rozmowa nie zacierała się w ich pamięci. Zresztą Anna Siergiejewna wkrótce 
ich uspokoiła; nie było to dla niej trudne, uspokoiła się bowiem sama.

background image

XXVII

Starzy   Bazarowowie   tym   bardziej   ucieszyli   się   z   nieoczekiwanego   przyjazdu   syna,  że 

prawie się go nie spodziewali. Arina Własiewna w tak wielkim popłochu zaczęła biegać po 
domu, że Wasilij Iwanowicz porównał ją do kuropatwy: kusy ogonek jej krótkiego kaftanika 

istotnie nadawał jej jakby ptasi wygląd. Sam zaś tylko pomrukiwał, gryzł bursztyn swego cy-
bucha i chwyciwszy się palcami za szyję, kręcił głową, jak gdyby próbował, czy jest dobrze 

umocowana; nagle otwierał usta i śmiał się bezgłośnie.

-   Mój   staruszku,   przyjechałem   do   ciebie   na   całych   sześć   tygodni   -   powiedział   mu 

Bazarow - chcę pracować, proszę, nie przeszkadzaj mi.

- Zapomnisz, jak wyglądam, tyle ci będę przeszkadzał - odparł Wasilij Iwanowicz.

Dotrzymał obietnicy. Umieścił syna, jak poprzednim razem, w gabinecie i niemal się 

przed   nim   ukrywał;   żonę   powstrzymywał   od   wszelkich   zbytecznych   przejawów   czułości. 

„Mateczko   -   mówił   do   niej   -   przy   pierwszym   pobycie   Jeniuszy   naprzykrzyliśmy   się   mu 
trochę, teraz musimy być mądrzejsi." Arina Własiewna zgadzała się z mężem, lecz niewiele 

na tym zyskiwała, widywała bowiem syna tylko przy stole i bardziej niż kiedykolwiek bała się 
do niego przemówić. „Jeniusza!" mówiła niekiedy, a syn jeszcze nie zdążył się obejrzeć, gdy 

ona już przebierała sznurkami woreczka i bąkała: „Nic, nic, ja tylko tak", a potem szła do 
Wasilia  Iwanowicza i mówiła do niego podparłszy policzek: „Jak by się dowiedzieć, mój 

kochany, co Jeniusza wolałby - kapuśniak czy barszcz?" - „Czemuż go nie zapytałaś?" - „Nie 
chcę mu się naprzykrzać!" Zresztą Bazarow wkrótce przestał się zamykać w swoim pokoju: 

gorączka   pracy   opadła,   zastąpiła   ją   tęsknota,   nuda   i   dławiący   niepokój.   W  każdym   jego 
ruchu widać było dziwne zmęczenie, nawet krok jego stał się inny, już nie tak energiczny ani 

gwałtowny.   Zaniechał   samotnych   spacerów   i   zaczął   szukać   towarzystwa;   herbatę   pił   w 
bawialni, przechadzał się po ogrodzie z Wasiliem Iwanowiczem i palił wraz z nim, nic nie 

mówiąc. Kiedyś zapytał o ojca Aleksego. Wasilij Iwanowicz ucieszył się z tej przemiany, lecz 
owa radość trwała krótko. „Jeniusza mnie niepokoi - skarżył się po kryjomu żonie - nie jest 

ani niezadowolony, ani gniewny, to jeszcze nic, ale jest smutny, zmartwiony, to okropne. 
Wciąż milczy, gdyby choć nas zwymyślał; chudnie, cerę ma jakąś niedobrą." - „Boże, Boże - 

szeptała  staruszka  - włożyłabym  mu obrazek  na  szyję,  ale  przecież  nie  pozwoli."  Wasilij 
Iwanowicz próbował kilka razy z największą ostrożnością wypytać Bazarowa o jego pracę, 

zdrowie,  o Arkadiusza...  Ale Bazarow odpowiadał niechętnie i niedbale,  a pewnego razu 
zauważywszy, że ojciec w rozmowie stara się go powoli wybadać, rzekł z wyrzutem: „Cóż ty 

tak wokół mnie krążysz na palcach? Ten sposób jest jeszcze gorszy niż poprzedni." - „Nie, 

background image

nie,   ja   tylko   tak   sobie!"   -   szybko   odpowiedział   biedny   Wasilij   Iwanowicz.   Tak   samo 
bezowocne   okazały   się   jego   polityczne   aluzje.   Kiedyś   w   związku   ze   zbliżającym   się 

uwolnieniem chłopów zaczął mówić o postępie, mając nadzieję, że wzbudzi zainteresowanie 
syna; lecz ten odparł obojętnie: „Wczoraj przechodziłem koło płotu i słyszałem, jak tutejsi 

chłopcy ze wsi, zamiast śpiewać jakąś starą pieśń, drą się na całe gardło: «Nadchodzi czas, 
serce miłość czuje...» Oto masz postęp!”

Niekiedy Bazarow szedł na wieś i, jak zwykle, drwiąco nawiązywał rozmowę z jakimś 

chłopem.

- No, bratku - mówił - wyłóż mi swoje poglądy na życie: przecież powiadają, że w was 

cała   siła   i   przyszłość   Rosji,   od   was   zacznie   się   nowa   epoka   w   historii,   wy   nam   dacie 

prawdziwy język i prawa.

Chłop   albo   nic   nie   odpowiadał,   albo   mówił   coś   w   tym   rodzaju:   -   Ano   cóż...   na   ten 

przykład... znaczy się... wedle tego, co się od nas należy...

- Wytłumacz mi, jaki jest ten wasz świat? - przerywał mu Bazarow. - Czy to ten sam 

świat, co to stoi na trzech rybach?

-   To   ziemia,   panie,   stoi   na   trzech   rybach   -   uspokajająco   i   śpiewnie,   dobrodusznie 

patriarchalnym tonem wyjaśniał chłop - naprzeciw zaś naszego świata, wiadomo, pańska 
wola, przecie jesteście naszymi ojcami. Im srożej pan ukarze, tym chłopu milej.

Wysłuchawszy kiedyś takiego przemówienia Bazarow wzruszył z pogardą ramionami i 

odszedł, chłop zaś powlókł się do domu.

- O czym gadałeś? - zapytał go inny chłop w sile wieku, ponury z wyglądu, który stojąc z 

daleka na progu swojej chaty widział, jak tamten rozmawiał z Bazarowem. - O zaległościach, 

co?

- Gdzie tam o zaległościach, kumie - odparł pierwszy chłop, a w jego głosie nie było już 

owej patriarchalnej śpiewności, przeciwnie, brzmiała w nim jakaś pogardliwa surowość. - 
Tak plótł sobie, język go zaświerzbiał. Wiadomo - pan; czy to taki co rozumie?

- Gdzie tam! - odpowiedział drugi chłop i obaj strzepnąwszy czapy i poprawiwszy pasy 

zabrali   się   do   rozważania   swoich  spraw   i   potrzeb.   Niestety!   Bazarow,  który   pogardliwie 

wzruszał   ramionami,   Bazarow,   który   (jak   chwalił   się   w   sporze   z   Pawłem   Pietrowiczem) 
potrafił rozmawiać z prostymi ludźmi, ów pewny siebie Bazarow nie podejrzewał, że w ich 

oczach był czymś w rodzaju błazna.

Zresztą   znalazł   sobie   wreszcie   zajęcie.   Kiedyś,   w   jego   obecności,   Wasilij   Iwanowicz 

bandażował chłopu zranioną nogę, ale staruszkowi trzęsły się ręce i nie mógł sobie dać rady 
z   bandażem;   syn   pomógł   mu   i   od   tego   czasu   zaczął   brać   udział   w   jego   praktyce,   nie 

background image

przestając   jednocześnie   wyśmiewać   środków,   które   sam   zresztą   doradzał,   i   ojca,   który 
natychmiast je stosował. Ale kpiny Bazarowa ani trochę nie martwiły Wasilia Iwanowicza; 

przeciwnie, cieszyły go nawet. Przytrzymując na brzuchu dwoma palcami swój zatłuszczony 
szlafrok i pykając fajeczkę, uszczęśliwiony ojciec słuchał z rozkoszą Bazarowa i im bardziej 

złośliwe były jego uwagi, tym dobroduszniej chichotał pokazując wszystkie sczerniałe zęby. 
Niekiedy nawet powtarzał owe niedorzeczne lub głupie żarty i przez kilka dni ni w pięć, ni w 

dziewięć mówił: „A to ci dopiero historia", tylko dlatego, że jego syn dowiedziawszy się, iż 
Wasilij Iwanowicz chodzi na nabożeństwo poranne, tak się właśnie wyraził. „Dzięki Bogu! 

minął mu zły humor! - szeptał do żony. - Gdybyś wiedziała, jak mi się dziś od niego dostało!" 
Natomiast myśl, że ma takiego pomocnika, przyprawiała go o zachwyt, napełniała dumą. 

„Tak, tak - mówił do jakiejś chłopki, która przyszła w męskim jermiaku i rogatej kiczce, 
wręczając   jej   butelkę   z   wodą   gulardową   czy   słoik   maści   bieluniowej.   -   Powinnaś, 

kochaneczko,   co   dzień   dziękować   Bogu,   że   syn   mój   u   mnie   gości:   leczymy   ciebie   teraz 
najnowszą naukową metodą, rozumiesz to? Nawet Napoleon, cesarz Francuzów, nie miał 

lepszego lekarza." Chłopka zaś, która przyszła się użalić, że ją „kolki sparły" (znaczenia tych 
słów zresztą nie mogła sama wyjaśnić), kłaniała się sięgając za pazuchę, gdzie zawinięte w 

skraj ręcznika leżały cztery jajka.

Bazarow wyrwał  nawet kiedyś ząb wędrownemu przekupniowi towarów łokciowych  i 

chociaż ten ząb był całkiem zwyczajny, Wasilij Iwanowicz zachował go jako osobliwość i 
pokazując ojcu Aleksemu wciąż powtarzał:

-   Spójrz,   ojcze,   jakie   korzenie!   Ale   ma   siłę   Eugeniusz!   Przekupień   aż   się   uniósł   w 

powietrze... Myślę, że Eugeniusz dąb by nawet wyrwał!...

- Bardzo to chwalebne! - rzekł wreszcie ojciec Aleksy nie wiedząc, co odpowiedzieć i jak 

się pozbyć zachwyconego staruszka.

Pewnego razu chłopek z sąsiedniej wsi przywiózł do Wasilia Iwanowicza swojego brata 

chorego   na   tyfus.   Nieszczęśliwy   umierał   leżąc   skulony   na   wiązce   słomy;   ciemne   plamy 

pokrywały jego ciało; dawno już stracił przytomność. Wasilij Iwanowicz wyraził żal, że nikt 
wcześniej nie pomyślał o lekarzu, i oświadczył, że nie ma ratunku. Rzeczywiście, chłopek nie 

dowiózł brata do domu: chory zmarł na wozie.

Po trzech dniach Bazarow wszedł do pokoju ojca i zapytał, czy nie ma lapisu.

- Mam, po co ci?
- Muszę... przypalić rankę.

- Komu?
- Sobie.

background image

- Jak to sobie? Dlaczego? Cóż to za ranka? Gdzie?
- Tutaj na palcu. Byłem dziś na wsi, wiesz, tam, skąd przywieziono chłopa chorego na 

tyfus. Z jakiegoś powodu mieli robić sekcję; dawno się tym nie zajmowałem...

- No i?

- Poprosiłem więc lekarza powiatowego o pozwolenie, no i zaciąłem się.
Wasilij   Iwanowicz   nagle   zbladł   i   nie   mówiąc   słowa   pobiegł   do   gabinetu,   skąd 

natychmiast wrócił trzymając w dłoni lapis. Bazarow chciał wziąć go i odejść.

- Na miłość boską - rzekł Wasilij Iwanowicz - pozwól, że sam to zrobię.

Bazarow uśmiechnął się.
- Ależ z ciebie amator praktyki!

- Nie żartuj, proszę. Pokaż palec. Ranka niewielka. Nie boli?
- Możesz mocniej, nie bój się.

Wasilij Iwanowicz przestał lapisować.
- Jak myślisz, Eugeniuszu, czy nie lepiej byłoby przypalić żelazem?

- Trzeba było wcześniej to zrobić; teraz, prawdę mówiąc, lapis też nie pomoże. Jeśli się 

zaraziłem, jest już za późno.

- Jak to... za późno... - wyjąkał Wasilij Iwanowicz.
- Oczywiście. Minęło już z górą cztery godziny.

Wasilij Iwanowicz jeszcze trochę przypalił rankę.
- Czyżby powiatowy lekarz nie miał lapisu?

- Nie miał.
- To niemożliwe! Mój Boże! Lekarz, który nie ma tak niezbędnej rzeczy!

- Zobaczyłbyś jego lancety - rzekł Bazarow i wyszedł.
Aż do wieczora i w ciągu następnego dnia Wasilij Iwanowicz uciekał się do wszelkich 

możliwych pretekstów, żeby wchodzić do pokoju syna, i chociaż nie tylko nie wspomniał o 
rance, ale nawet próbował mówić o innych rzeczach, jednak tak uporczywie zaglądał mu w 

oczy   i   przypatrywał   mu   się   z   tak   wielkim   niepokojem,   że   Bazarow   stracił   cierpliwość   i 
zagroził wyjazdem. Wasilij Iwanowicz przyrzekł mu, że nie będzie się niepokoił, tym bardziej 

że Arina Własiewna, przed którą oczywiście ukrył wszystko, zaczęła go wypytywać, dlaczego 
nie śpi i w ogóle, co mu się stało. Przez dwa dni dodawał sobie otuchy, chociaż wygląd syna, 

na którego wciąż ukradkiem spoglądał, bardzo mu się nie podobał... ale na trzeci dzień przy 
obiedzie nie wytrzymał. Bazarow siedział z pochyloną głową i nie tknął jedzenia.

- Czemu nie jesz, Eugeniuszu?  - zapytał  z najbardziej  beztroskim wyrazem  twarzy.  - 

Zdaje się, że obiad jest bardzo smaczny.

background image

- Nie chce mi się, więc nie jem.
- Nie masz apetytu? Głowa cię boli? - spytał dalej nieśmiałym głosem.

- Boli, czemu miałaby nie boleć?
Arina Własiewna wyprostowała się czujnie.

- Nie gniewaj się, Eugeniuszu - ciągnął dalej Wasilij Iwanowicz - może pozwolisz, że 

zbadam ci puls.

Bazarow wstał.
- I tak mogę ci powiedzieć, że mam gorączkę.

- Miałeś dreszcze?
- Owszem. Pójdę się położyć; przyślijcie mi herbaty z lipowego kwiatu, przeziębiłem się 

pewnie.

- Właśnie, słyszałam, że w nocy kaszlałeś - rzekła Arina Własiewna.

- Przeziębiłem się - powtórzył Bazarow i wyszedł.
Arina   Własiewna   zajęła   się   przygotowaniem   herbaty   z   lipowego   kwiatu,   a   Wasilij 

Iwanowicz udał się do sąsiedniego pokoju i tam w milczeniu chwycił się za włosy.

Bazarow tego dnia już nie wstawał; noc minęła w ciężkiej, na wpół przytomnej drzemce. 

O pierwszej nad ranem, otworzywszy z wysiłkiem oczy, ujrzał w świetle lampy pochyloną 
nad sobą bladą twarz ojca i kazał mu odejść; tamten usłuchał, lecz zaraz cichutko wrócił, 

zasłonił się drzwiczkami szafy i nieprzerwanie patrzył na syna. Arina Własiewna nie kładła 
się również i co chwila uchylała drzwi gabinetu, żeby posłuchać, „jak oddycha Jeniusza", i 

spojrzeć na Wasilia Iwanowicza. Mogła dojrzeć tylko jego nieruchome, zgarbione plecy, ale i 
to   przynosiło   jej   pewną   ulgę.   Z   rana   Bazarow   spróbował   wstać,   dostał   zawrotu   głowy   i 

krwotoku z nosa; położył się więc z powrotem. Wasilij Iwanowicz usługiwał mu w milczeniu. 
Weszła Arina Własiewna i zapytała syna, jak się czuje. „Lepiej" - odparł i odwrócił się do 

ściany.   Wasilij   Iwanowicz   dał   żonie   znak   obiema   rękami;   zagryzła   wargi,   żeby   się   nie 
rozpłakać, i wyszła. W domu jakby nagle pociemniało; twarze domowników wyciągnęły się, 

zapadła dziwna cisza; z dworu wyniesiono na wieś jakiegoś krzykliwego koguta, który długo 
nie mógł zrozumieć, dlaczego tak z nim postępują. Bazarow leżał wciąż zwrócony twarzą do 

ściany. Wasilij Iwanowicz próbował do niego mówić, zadawał mu rozmaite pytania, ale to 
męczyło Bazarowa i staruszek zamarł w swoim fotelu, niekiedy tylko wyłamując palce. Wy-

chodził   na   kilka   chwil   do   ogrodu,   stał   niczym   posąg,   jakby   rażony   niewypowiedzianym 
zdumieniem (wyraz zdumienia nie schodził z jego twarzy) i wracał znów do syna starając się 

unikać pytań żony. Wreszcie chwyciła go za rękę i dygocąc, prawie groźbą w głosie spytała: 
„Co mu jest?" Opamiętał się i zmusił do uśmiechu, ale ku własnemu przerażeniu, zamiast 

background image

uśmiechnąć   się,   zaczął   się   nagle   śmiać.   Z   rana   posłał   po   lekarza.   Postanowił,   że   musi 
zawczasu powiadomić o tym syna, by go nie rozgniewać.

Bazarow obrócił się nagle na kanapie, uparcie i tępo spojrzał na ojca i poprosił o coś do 

picia.

Wasilij Iwanowicz podał mu wody i korzystając z okazji dotknął jego czoła. Płonęło.
-   Mój   staruszku   -   zaczął   Bazarow   ochrypłym,   powolnym   głosem   -   kiepsko   ze   mną. 

Zaraziłem się i za kilka dni mnie pochowasz.

Wasilij Iwanowicz zachwiał się, jakby go ktoś uderzył po nogach.

- Eugeniuszu! - wybąkał - co ty mówisz? Bóg z tobą! Przeziębiłeś się...
- Przestań - bez pośpiechu przerwał mu Bazarow. - Lekarzowi nie wolno tak mówić. Są 

wszystkie symptomy zakażenia, wiesz przecie sam.

- Zlituj się, Eugeniuszu!... Jakie symptomy zakażenia?

- A to co? - rzekł Bazarow i uniósłszy rękaw koszuli pokazał mu czerwone, złowieszcze 

plamy.

Wasilij Iwanowicz drgnął i zlodowaciał z przerażenia.
-   Przypuśćmy   -   rzekł   wreszcie   -   przypuśćmy...   jeśli...   to   nawet   coś   w   rodzaju... 

zakażenia...

- Piemii - podpowiedział syn.

- No, tak... w rodzaju... epidemii...
- Piemii - surowo i wyraźnie powtórzył Bazarow. - Czyżbyś zapomniał, coś zapisywał w 

swoich zeszytach?

- No, tak, tak, jak chcesz... A jednak cię wyleczymy!

- No, wolne żarty. Ale nie o to chodzi. Nie spodziewałem się, że tak szybko umrę; prawdę 

mówiąc, bardzo to nieprzyjemny wypadek. I ty, i matka powinniście teraz skorzystać z tego, 

że  jesteście   bardzo   religijni;   oto   okazja,   żeby   wypróbować   wiarę.  -   Wypił   jeszcze   trochę 
wody. - Chciałbym cię o coś poprosić... póki jeszcze jestem przytomny. Jutro albo pojutrze 

mózg mój przestanie działać, wiesz przecież. Nawet teraz nie jestem zupełnie pewien, czy 
jasno   się   wypowiadam.   Gdy   leżałem,   wciąż   mi   się   wydawało,   że   dokoła   mnie   biegają 

czerwone psy, a ty stoisz nade mną jak nad cietrzewiem... Jakbym był pijany. Czy dobrze 
mnie rozumiesz?

- Ależ, Eugeniuszu, mówisz jak należy.
-   Tym   lepiej;   powiedziałeś   mi,   że   posłałeś   po   lekarza...   To   dla   ciebie   pociecha...   ale 

pociesz i mnie: poślij umyślnego...

- Do Arkadiusza Nikołaicza - podchwycił starzec.

background image

- Któż to jest Arkadiusz Nikołaicz? - rzekł Bazarow, jakby w zamyśleniu. - Ach, tak! To 

pisklę. Nie, nie, daj spokój, trafił teraz między kawki. Nie dziw się, jeszcze nie bredzę. Poślij 

umyślnego do Odincowej, do Anny Siergiejewny, jest tu taka dziedziczka. Wiesz? (Wasilij 
Iwanowicz skinął głową.) Każ powiedzieć, że Eugeniusz, to znaczy Bazarow, przesyła ukłony 

i zawiadamia, że umiera. Zrobisz to?

- Dobrze... Tylko czy to możliwe, żebyś ty umarł, ty, Eugeniuszu! Sam się zastanów! 

Gdzież więc sprawiedliwość?

- Tego nie wiem, ale poślij umyślnego.

- Natychmiast; i sam napiszę list.
- Nie, nie trzeba; powiedz, że przesyłam ukłony, nic więcej. A teraz znów wrócę do moich 

psów. Dziwne. Chcę zatrzymać się myślą na śmierci i nie mogę. Widzę jakąś plamę... i nic 
więcej.

Znowu ciężko obrócił się ku ścianie; Wasilij Iwanowicz wyszedł z gabinetu i dowlókłszy 

się do sypialni żony runął na kolana przed ikonami.

- Módl się, Arino, módl! - wyjęczał. - Nasz syn umiera.
Przyjechał doktor, ten sam lekarz powiatowy, który nie miał lapisu, i zbadawszy chorego 

poradził czekać, przy czym powiedział kilka słów o możliwości wyzdrowienia.

-   Czy   widział   pan   już   kiedy,   by   ludzie   w   mojej   sytuacji   nie   przenosili   się   na   Pola 

Elizejskie?   -   zapytał   Bazarow   i   nagle   chwycił   za   nogę   ciężki   stół,   stojący   obok   kanapy, 
potrząsnął nim i przesunął z miejsca.

- Ile jeszcze siły we mnie - powiedział - a trzeba umierać... Staremu łatwiej, odwykł już 

od życia, a ja... No, ale niech kto spróbuje odepchnąć śmierć. Ona ciebie odepchnie, i basta! 

Któż tam płacze? - zapytał po chwili. - Matka? Biedna! Kogóż będzie teraz karmić swoim 
wybornym barszczem? Ty zaś, ojcze, też, zdaje się, popłakujesz? No, jeśli religia nie pomaga, 

bądź filozofem, stoikiem, u licha! Przecież chwaliłeś się, że jesteś filozofem?

- Jaki tam ze mnie filozof - jęknął Wasilij Iwanowicz i łzy pociekły mu z oczu.

Z każdą godziną stan Bazarowa pogarszał się; choroba rozwijała się szybko, jak to zwykle 

bywa przy takich zakażeniach. Chory nie stracił jeszcze przytomności i rozumiał, co do niego 

mówiono; jeszcze walczył. „Nie chcę bredzić - szeptał zaciskając pięści. - Co za głupstwa!" I 
zaraz   potem:   „Od   ośmiu   odjąć   dziesięć,   ile   wypadnie?"   Wasilij   Iwanowicz   chodził   jak 

obłąkany; to chciał stosować jedne środki, to znów inne i tyle tylko robił, że przykrywał 
synowi nogi. „Zawinąć w zimne prześcieradło... lekarstwo na wymioty... plaster z gorczycy 

na   żołądek...   puścić   krew"   -   powtarzał   z   napięciem.   Doktor,   którego   ubłagał,   by   został, 
potakiwał   mu,   poił   chorego   lemoniadą,   dla   siebie   zaś   prosił   raz   o   fajkę,   to   znów  o   coś 

background image

„wzmacniającego   i   rozgrzewającego",   czyli   o   wódkę.   Arina   Własiewna   siedziała   przy 
drzwiach na niskiej ławeczce i tylko od czasu do czasu odchodziła, by się pomodlić; przed 

kilku dniami wypadło jej z ręki lusterko i rozbiło się, zawsze uważała to za zły znak; nawet 
Anfi - suszka nic nie umiała jej powiedzieć. Timofieicz pojechał do Odincowej.

Noc Bazarow miał złą... Męczyła go straszna gorączka. Nad ranem zrobiło mu się lepiej. 

Poprosił, żeby Arina Własiewna uczesała go, pocałował jej rękę i wypił dwa łyki herbaty. 

Wasilij Iwanowicz trochę się ożywił.

- Dzięki Bogu! - powtarzał. - Nastąpił kryzys... kryzys minął.

-   To   ci   dopiero!   -   rzekł   Bazarow.   -   Jak   wiele   znaczą   słowa.   Znalazłeś   sobie   słowo, 

powiedziałeś:   „kryzys",   i   jużeś   rad.   Zadziwiające,   jak   człowiek   jeszcze   wierzy   w   słowa. 

Powiedzą na przykład, że jest dureń, i nie dadzą po łbie, zrobi mu się smutno; nazwą go 
mądrym i nie dadzą pieniędzy, poczuje radość.

Ta krótka wypowiedź Bazarowa, przypominająca jego dawniejsze „koncepty", wywołała 

zachwyt Wasilia Iwanowicza.

- Brawo! Znakomicie powiedziane, znakomicie! - zawołał udając, że klaszcze w ręce.
Bazarow smutno się uśmiechnął.

- Jak więc sądzisz - rzekł - czy kryzys minął, czy nadszedł?
- Widzę, że ci lepiej, i to mnie cieszy - odparł Wasilij Iwanowicz.

- No, to doskonale; zawsze dobrze jest się cieszyć. A do niej posłałeś?
- A jakże, posłałem.

Polepszenie trwało niedługo. Wkrótce wróciły ataki choroby. Wasilij Iwanowicz siedział 

przy   Bazarowie.   Zdawało   się,  że   jakaś   niepojęta   męka   trapi   starca.   Kilka   razy  próbował 

mówić, ale nie mógł.

- Eugeniuszu! - rzekł wreszcie. - Synu mój, drogi mój, ukochany synu!

Te niezwykłe słowa podziałały na Bazarowa... Odwrócił nieco głowę i widocznie starając 

się wydobyć z przygniatającego stanu nieprzytomności, spytał:

- Co, mój ojcze?
- Eugeniuszu - mówił dalej Wasilij Iwanowicz i ukląkł przed Bazarowem, chociaż tamten 

nie   otwierał   oczu   i   nie   mógł   go   widzieć.   -   Eugeniuszu,   teraz   jest   ci   lepiej.   Bóg   da,   że 
wyzdrowiejesz;   lecz   skorzystaj   z   tego   czasu,   pociesz   mnie   i   matkę,   spełń   obowiązek 

chrześcijański! Strasznie mi mówić ci o tym, ale jeszcze straszniej... przecież na wieczność, 
Eugeniuszu... pomyśl, jakże to...

Głos starca załamał się, a na twarzy jego syna, który wciąż leżał z zamkniętymi oczami, 

pojawił się jakiś dziwny wyraz.

background image

- Nie odmawiam, jeśli to może wam przynieść ulgę - wyrzekł wreszcie - ale myślę, że nie 

ma powodu do pośpiechu. Sam powiadasz, że jest mi lepiej.

-   Lepiej,   Eugeniuszu,   lepiej;   ale   kto   wie,   wszystko   w   ręku   Boga,   jeśli   zaś   spełnisz 

obowiązek...

- Nie, poczekam - przerwał Bazarow. - Zgadzam się z tobą, że nastąpił kryzys. Jeśli zaś 

omyliliśmy się, to cóż? Przecież nawet nieprzytomnym udziela się komunii.

- Zmiłuj się, Eugeniuszu...
- Poczekam. A teraz chcę spać. Nie przeszkadzaj mi. - I głowa jego opadła na poduszki.

Starzec wstał, usiadł w fotelu i schwyciwszy się za podbródek zaczął gryźć palce...
Turkot pojazdu na resorach, ów turkot, który tak wyraźnie rozlega się wśród wiejskiej 

ciszy,   doleciał   nagle   do   jego   uszu.   Coraz   bliżej   toczyły   się   lekkie   koła:   już   słychać   było 
parskanie koni... Wasilij Iwanowicz zerwał się z krzesła i podbiegł do okna. Na podwórze 

jego dworku wjeżdżała dwuosobowa kareta zaprzężona w czwórkę koni. Nie zdając sobie 
sprawy, co to może znaczyć, w porywie jakiejś niedorzecznej radości wybiegł na ganek... 

Lokaj w liberii otworzył drzwiczki karety, z której wysiadła jakaś dama w czarnej woalce i 
czarnej mantyli...

- Jestem Odincowa - rzekła. - Czy Eugeniusz Wasiliewicz żyje? Pan jest jego ojcem? 

Przywiozłam doktora.

- Dobrodziejko! - zawołał Wasilij Iwanowicz i chwyciwszy jej dłoń, z drżeniem przyciskał 

do swoich ust, podczas gdy przywieziony przez Annę Siergiejewnę doktor, mały człowieczek 

o niemieckiej fizjonomii, w okularach, powoli wysiadał z karety. - Żyje, jeszcze żyje mój 
Eugeniusz i teraz będzie uratowany! Żono! Żono!... Anioł z nieba zawitał do nas!...

-   Co   się   stało,   Panie   Boże!   -   wybiegając   z   bawialni   szeptała   dygocącymi   wargami 

staruszka; nic nie rozumiejąc przypadła w sieni do nóg Anny Siergiejewny i jak oszalała 

zaczęła całować jej suknię.

- Co pani robi! Co pani robi! - powtarzała Anna Siergiejewna, lecz Arina Własiewna nie 

słuchała jej. Wasilij Iwanowicz zaś wciąż powtarzał: - Anioł! Anioł!

-  Wo   ist   der   Kranke?  Gdzie   jest   pacjent?   -   zapytał   wreszcie   doktor   z   pewnym 

niezadowoleniem.

Wasilij Iwanowicz opamiętał się.

- Tutaj, tutaj, proszę pana za mną,  werthester Herr Kollege

39

  - dodał przypominając 

sobie dawną niemczyznę.

- E! - rzekł Niemiec i kwaśno się uśmiechnął.

39 czcigodny panie kolego

background image

Wasilij Iwanowicz zaprowadził go do gabinetu.
- Doktor od Anny Siergiejewny Odincowej - powiedział nachyliwszy się nad synem - ona 

też przyjechała.

Bazarow nagle otworzył oczy.

- Coś ty powiedział?
- Mówię, że przyjechała Anna Siergiejewna Odincowa i przywiozła ze sobą pana doktora.

Bazarow powiódł dokoła wzrokiem.
- Ona jest tutaj... chcę ją widzieć.

-   Zobaczysz   ją,   Eugeniuszu;   ale   najpierw   trzeba   porozmawiać   z   panem   doktorem. 

Opowiem   mu   historię   choroby,   ponieważ   Sidor   Sidorowicz   wyjechał   (tak   nazywał   się 

powiatowy lekarz), i zrobimy małą konsultację.

Bazarow spojrzał na Niemca.

- No, mówcie szybko, ale nie po łacinie, rozumiem przecież, co znaczy iam moritur 

40

.

Der Herr scheint des deutschen mächtig zu sein?...

41

 - zaczął uczeń Eskulapa zwracając 

się do Wasilia Iwanowicza.

Ich... habe... Niech pan mówi raczej po rosyjsku - powiedział starzec.

- Ach! topsze... topsze...
Zaczęła się konsultacja.

W pół godziny później Anna Siergiejewna w towarzystwie Wasilia Iwanowicza weszła do 

gabinetu. Doktor szepnął jej, że nie ma nawet co myśleć o wyzdrowieniu chorego.

Spojrzała   na   Bazarowa...   i   zatrzymała   się   w   drzwiach,   tak   bardzo   uderzyła   ją   ta 

rozpalona, a zarazem trupia twarz ze skierowanymi na nią mętnymi oczami. Przelękła się. 

Ogarniał   ją   jakiś   zimny   i   męczący   strach;   i   natychmiast   przemknęło   jej   przez   myśl,   że 
czułaby co innego, gdyby go naprawdę kochała.

- Dziękuję - powiedział z wysiłkiem - tego nie oczekiwałem. To dobry uczynek. Więc 

zobaczyliśmy się raz jeszcze, jak to pani obiecała.

- Anna Siergiejewna była tak dobra... - zaczął Wasilij Iwanowicz.
- Ojcze, zostaw nas. Anno Siergiejewno, pani pozwoli? Zdaje się, że teraz...

Wskazał ruchem głowy na swoje wyciągnięte, bezsilne ciało.
Wasilij Iwanowicz wyszedł.

- Dziękuję - powtórzył Bazarow. - To po królewsku. Podobno królowie także odwiedzają 

umierających.

- Eugeniuszu Wasiliczu, mam nadzieję...

40 już umiera
41 Łaskawy pa włada, zdaje się, niemieckim?

background image

- Ach, Anno Siergiejewno, bądźmy szczerzy. To już koniec. Wpadłem pod koła. Widać, że 

na nic były myśli o przyszłości. Stara historia śmierć, a dla każdego nowa. Na razie tchórz 

mnie nie oblatuje... a potem niepamięć i kwita. (Słabo machnął ręką.) No, cóż mam pani 
powiedzieć?... Że panią kochałem? Przedtem to nie miało sensu, a teraz tym bardziej. Miłość 

jest formą, a moja własna forma już się rozkłada. Powiem raczej: pani jest taka wspaniała! I 
stoi tu pani, taka piękna...

Anna Siergiejewna mimo woli drgnęła.
-   Niech   się   pani   nie   trwoży...   proszę   usiąść...   tam...   Nie   trzeba   się   do   mnie   zbliżać, 

przecież moja choroba jest zaraźliwa.

Anna Siergiejewna szybko przeszła przez pokój i usiadła w fotelu obok kanapy, na której 

leżał Bazarow.

- Jaka pani wspaniałomyślna! - szepnął. - Och, jak blisko... i jaka pani młoda, świeża, 

czysta... w tym okropnym pokoju!... Żegnaj! Niech pani żyje długo, to najlepsze, i niech pani 
korzysta z życia, póki czas. Proszę spojrzeć, co za okropne widowisko: na wpół zduszony 

robak, a jeszcze się wierci. A przecież myślałem, że wiele zrobię, nie umrę, skądże! Mam do 
spełnienia wielkie zadanie, tyle we mnie mocy! A teraz całe moje zadanie polega na tym, 

żeby umrzeć przyzwoicie, chociaż nikogo to nie obchodzi... Wszystko jedno: nie poddam się!

Bazarow   zamilkł   i   zaczął   szukać   szklanki.   Anna   Siergiejewna   podała   mu   napój   nie 

zdejmując rękawiczek i bojaźliwie oddychając.

- Pani mnie zapomni - zaczął znowu - martwy nie jest towarzyszem dla żywego. Ojciec 

powie pani: „Patrzcie, jakiego człowieka traci Rosja...", to brednia, ale niech pani nie odbiera 
tej wiary staruszkowi. Czymkolwiek dziecię się raduje... rozumie pani. I niechże pani będzie 

dobra dla matki. Przecież takich ludzi jak oni w waszym wielkim świecie nawet ze świecą się 
nie znajdzie... Jestem potrzebny Rosji... Nie, widać, nie jestem potrzebny. Któż zresztą jest 

potrzebny? Szewc, krawiec, rzeźnik... sprzedaje mięso... rzeźnik... proszę poczekać... plączę 
się... Tutaj mam las...

Bazarow położył rękę na czole.
Anna Siergiejewna pochyliła się nad nim.

- Eugeniuszu Wasiliczu, jestem tutaj... Zdjął rękę z czoła i uniósł się nieco.
- Żegnaj! - powtórzył z nagłą siłą i oczy jego zabłysły ostatnim blaskiem. - Żegnaj!... 

Posłuchaj... Przecież nie pocałowałem pani wtedy... Dmuchnij na zamierające światło, niech 
zgaśnie...

Anna Siergiejewna przycisnęła usta do jego czoła.
- Dosyć! - rzekł i opadł na poduszkę. - Teraz... ciemno...

background image

Anna Siergiejewna cicho wyszła.
- I co? - zapytał szeptem Wasilij Iwanowicz. - Zasnął - odparła ledwo dosłyszalnie.

Ale Bazarow już się nie obudził. Pod wieczór całkiem stracił przytomność i następnego 

dnia umarł. Ojciec Aleksy odprawił nad nim obrzędy religijne. Kiedy go namaszczano, kiedy 

olejami   świętymi   dotknięto   jego   piersi,   jedno   oko   konającego   otworzyło  się,   i   na   widok 
duchownego w szatach, dymiącego kadzidła, świec przed ikonami jakby dreszcz przerażenia 

na chwilę przebiegł po jego zmartwiałej twarzy. Gdy w końcu wydał ostatnie tchnienie i w 
domu rozległ się ogólny lament, Wasilia Iwanowicza ogarnęło nagłe szaleństwo: „Mówiłem, 

że będę bluźnił - krzyczał ochryple, z płonącą, wykrzywioną twarzą, potrząsając w powietrzu 
pięścią, jakby komuś groził - będę bluźnił, bluźnił!" Wtedy Arina Własiewna, cała we łzach, 

zawisła  na   jego  szyi   i  oboje  razem   padli  twarzą  na   ziemię.  „Tak  -  opowiadała  potem  w 
czeladnej Anfisuszka - położyli obok siebie głowy, niby te owieczki w południe...”

Ale żar południa mija i nadchodzi wieczór i noc, i powrót do cichego schronienia, gdzie 

słodko śpią zmęczeni i utrudzeni...

background image

XXVIII

Minęło sześć miesięcy. Była biała zima; trwała okrutna, mroźna, bezobłoczna cisza, leżał 

gęsty,   skrzypiący   śnieg,   różowy   szron   pokrywał   drzewa,   niebo   miało   barwę   bladego 
szmaragdu, nad kominami wisiały czapy dymu, z otwartych na chwilę drzwi buchały kłęby 

pary, twarze ludzi były rześkie, jakby wyszczypane przez mróz, a przemarzłe koniki wytrwale 
biegły równym kłusem. Styczniowy dzień miał się już ku schyłkowi; wieczorny mróz jeszcze 

mocniej  ściskał  nieruchome  powietrze  i  szybko gasła   krwawa   zorza.  W  oknach  domu  w 
Mariinie zapalały się światła; Prokoficz w czarnym fraku i białych rękawiczkach w sposób 

szczególnie   uroczysty   nakrywał   stół   na   siedem   osób.   Przed   tygodniem   w   niewielkiej 
parafialnej cerkwi, cicho i prawie bez świadków, odbyły się dwa śluby: Arkadiusza z Katią i 

Mikołaja Pietrowicza z Fieniczką; tego dnia Mikołaj Pietrowicz wydawał pożegnalny obiad 
na cześć swego brata, który wyjeżdżał do Moskwy, by załatwić tam różne sprawy. Anna Sier-

giejewna pojechała tam zaraz po ślubie, szczodrze obdarzywszy młodą parę.

Z wybiciem godziny trzeciej wszyscy zebrali się przy stole; Mitię także tu posadzono, 

miał  teraz  nianię  w  brokatelowym   kokoszniku.   Paweł  Pietrowicz   siedział  między  Katią  i 
Fieniczką;   mężowie   obok   żon.   Nasi   znajomi   zmienili   się   ostatnimi   czasy;   wszyscy   jakby 

wyładnieli i zmężnieli; tylko Paweł Pietrowicz schudł, co zresztą dodawało jeszcze wykwintu 
i   wielkopańskiego   charakteru   jego   wyrazistym   rysom...   Fieniczka   także   się   zmieniła.   W 

nowej   jedwabnej   sukni,   z   szerokim   aksamitnym   przybraniem   we   włosach,   ze   złotym 
łańcuszkiem   na   szyi,   siedziała   nieruchomo   i   godnie,   godnie   w   stosunku   do   siebie   i 

wszystkiego, co ją otaczało, i tak się uśmiechała, jakby chciała powiedzieć: „Wybaczcie mi, 
nie   jestem   winna."   Nie   tylko   ona,   wszyscy   inni   także   się   uśmiechali   i   także   jak   gdyby 

przepraszali; wszyscy czuli się trochę nieswojo, byli trochę zasmuceni, ale w gruncie rzeczy 
było im bardzo dobrze. Usługiwano sobie nawzajem z zabawnym przejęciem, jakby wszyscy 

postanowili grać jakąś naiwną komedię. Katia była najbardziej spokojna: z ufnością patrzyła 
dokoła i można było zauważyć, że Mikołaj Pietrowicz świata już za nią nie widzi. Tuż przed 

końcem obiadu wstał i wziąwszy kielich do ręki zwrócił się do Pawła Pietrowicza.

- Miły bracie,  opuszczasz  nas... opuszczasz  nas… - zaczął - oczywiście,  nie na długo; 

mimo to jednak muszę ci powiedzieć, że ja... że my... jak bardzo ja... jak bardzo my... Co za 
nieszczęście, że nie umiem wygłaszać mów! Arkadiuszu, powiedz ty!

- Nie, papo, nie przygotowałem się.
-   A   czy   ja   się   przygotowałem!   Pozwól   więc,   bracie,   że   cię   uścisnę   i   złożę   życzenia 

wszystkiego najlepszego, i wracaj do nas jak najprędzej!

background image

Paweł   Pietrowicz   uściskał   wszystkich   nie   wyłączając,   rozumie   się,   Miti;   Fieniczkę 

pocałował ponadto w rękę, której nie umiała jeszcze podawać jak należy, i wypijając drugi 

kielich rzekł z głębokim westchnieniem: - Przyjaciele moi, bądźcie szczęśliwi! Farewell!

42

 

To angielskie słówko przeszło nie zauważone, ale wszyscy byli wzruszeni.

-   Wypijmy   za   Bazarowa   -   szepnęła   Katia   do   męża   trącając   się   z   nim   kieliszkiem. 

Arkadiusz mocno uścisnął jej rękę, ale nie zdecydował się głośno wznieść tego toastu.

Zdawałoby się, że to już koniec? Może jednak ktoś z czytelników chciałby się dowiedzieć, 

co porabia  teraz,  właśnie  teraz,  każda  z ukazanych  przez nas osób. Chętnie spełnimy to 

życzenie.

Anna Siergiejewna wyszła niedawno za mąż, nie z miłości, lecz z rozsądku, za jednego z 

przyszłych   rosyjskich   działaczy,   prawnika,   człowieka   bardzo   rozumnego,   obdarzonego 
zmysłem praktycznym, silną wolą i niezwykłym darem słowa, człowieka jeszcze młodego, 

przyzwoitego i zimnego jak lód. Żyją ze sobą w wielkiej zgodzie i doczekają może szczęścia... 
a   może   miłości?   Księżniczka   Ch.   umarła;   zapomniano   o   niej   już   w   dniu   jej   śmierci. 

Kirsanowowie, ojciec i syn, osiedli w Mariinie. Ich sprawy przybrały lepszy obrót. Arkadiusz 
stał   się   zawołanym   gospodarzem,   ferma   przynosi   już   dość   znaczny   dochód.   Mikołaj 

Pietrowicz   został   wybrany   na   pełnomocnika   ziemstwa   i   pracuje   ze   wszystkich   sił; 
nieustannie objeżdża swój teren, wygłasza długie przemówienia (sądzi, że chłopom należy 

kłaść   wszystko   „łopatą   do   głowy",   czyli   przez   częste   powtarzanie   tych   samych   słów 
doprowadzać   ich   do   znużenia),   a   przecież   prawdę   mówiąc,   nie   cieszy   się   uznaniem   ani 

szlachty oświeconej, rozprawiającej z szykiem czy melancholią o mancypancji (a n nosowe), 
ani nieoświeconej, która bez ceremonii wymyśla na ową m u n c y p a c j ę. Jedni i drudzy 

uważają, że jest zbyt ustępliwy. Katarzyna Siergiejewna urodziła syna Kolę, Mitia zaś biega 
już   dzielnie   i   bez   przerwy   gaworzy.   Fieniczka,   Fiedosja   Nikołajewna,   prócz   męża   i   Miti 

nikogo tak nie uwielbia jak swoją synową i kiedy Katia siada do fortepianu, rada by cały 
dzień   od   niej   nie   odchodzić.   Wspomnimy   jeszcze   o   Piotrze.   Zupełnie   zastygł   w   swojej 

głupocie i zarozumiałości, nabrał szczególnej maniery w wymawianiu niektórych zgłosek, ale 
także   się   ożenił.   Jego   żona,   córka   miejskiego   ogrodnika,   wniosła   mu   przyzwoity   posag; 

odrzuciła dwie dobre partie, ponieważ młodzieńcy nie posiadali zegarków: Piotr zaś nie tylko 
miał zegarek, ale nawet lakierowane buty z niską cholewką.

W Dreźnie, na tarasie Bruhla, między godziną drugą a czwartą po południu, a więc w 

porze   najbardziej  fashionable

43

  można   spotkać   mężczyznę   w   wieku   lat   pięćdziesięciu, 

zupełnie  siwego   i   jakby   cierpiącego   na   podagrę,   lecz   jeszcze   w   pełni  urody,   bardzo   wy-

42 Żegnajcie!
43 eleganckiej

background image

twornego w ów szczególny sposób, właściwy tylko człowiekowi, który długo przebywał w 
wyższych sferach towarzyskich. To Paweł Pietrowicz. Wyjechał z Moskwy za granicę, aby 

poprawić   zdrowie,   i   został   na   stałe   w   Dreźnie,   gdzie   utrzymuje   stosunki   towarzyskie 
przeważnie z Anglikami i przejezdnymi Rosjanami. W obcowaniu z Anglikami jest prosty, 

prawie skromny, chociaż nie pozbawiony godności; uważają, że jest nieco nudny, ale szanują 
w nim nieskazitelnego dżentelmena, a perfect gentleman. Z Rosjanami jest swobodniejszy, 

daje upust swej żółci, kpi z nich i z siebie; ale wszystko to robi bardzo przyjemnie, niedbale i 
grzecznie. Wyznaje słowianofilskie poglądy, wiadomo, że w wielkim świecie uchodzi to za 

très distingue

44

 Nie czyta nic po rosyjsku, ale na jego biurku stoi srebrna popielniczka w 

kształcie chłopskiego łapcia. Nasi turyści bardzo poszukują jego towarzystwa. Matwiej Iljicz 

Kolazin,  znajdujący  się w chwilowej opozycji, jadąc do czeskich  wód złożył mu łaskawie 
wizytę; miejscowi zaś, z którymi zresztą rzadko się spotyka, po prostu ubóstwiają go. Nikt 

tak łatwo i szybko nie dostanie biletu na koncert dworskiej kapeli, do teatru itp. jak  der 
Herr Baron von Kirsanoff. 
Zawsze, o ile może, wyświadcza ludziom przysługi; wciąż jeszcze 

potrafi zabłysnąć, był przecież niegdyś lwem salonowym: lecz żyć mu ciężko... ciężej, niż sam 
przypuszcza... Wystarczy spojrzeć na niego, gdy zamyślony, oparłszy się na uboczu o ścianę, 

stoi w cerkwi nieruchomo, gorzko zacisnąwszy usta; potem nagle się opamiętuje i zaczyna 
się prawie niedostrzegalnie żegnać.

Pani Kukszin także znalazła się za granicą; jest teraz w Heidelbergu i nie studiuje już 

nauk przyrodniczych, ale architekturę, w której, według jej własnych słów, odkryła nowe 

prawa.   Jak   dawniej   pozostaje   w   bliskich   stosunkach   ze   studentami,   szczególnie   zaś   z 
młodymi rosyjskimi fizykami  i chemikami, których pełno w Heidelbergu i którzy,  zadzi-

wiając   z   początku   naiwnych   niemieckich   profesorów   swoimi   trzeźwymi   poglądami, 
wprawiają   niebawem   tych   samych   profesorów   w   zdumienie   swoim   nieróbstwem   i 

skończonym lenistwem. Z takimi to dwoma czy trzema chemikami, nie umiejącymi odróżnić 
tlenu   od   azotu,   lecz   pełnymi   negacji   i   szacunku   dla   siebie   samych,   oraz   z   wielkim 

Jelisiewiczem styka się w Petersburgu Sitnikow, który również gotuje się do roli przyszłej 
wielkości i według swoich zapewnień prowadzi dalej „dzieło" Bazarowa. Powiadają, że nie-

dawno ktoś go pobił, lecz Sitnikow nie pozostał dłużny: w pewnym podejrzanym artykuliku 
wciśniętym   do   pewnego   podejrzanego   piśmidła   wspomniał,   że   ten,   co   go   pobił,   jest 

tchórzem. Nazywa to ironią. Ojciec pomiata nim jak dawniej, żona zaś uważa go za głupca... i 
literata.

W   jednym   z   odległych   zakątków   Rosji   znajduje   się   wiejski   cmentarz.   Jak   wszystkie 

44 bardzo dystyngowane

background image

prawie   nasze   cmentarze,   wygląda   smutno:   otaczające   go   rowy   dawno   zarosły,   szare 
drewniane krzyże pochyliły się i gniją pod ongi malowanymi daszkami; wszystkie kamienne 

płyty zsunęły się z grobów, jakby je ktoś podważył; dwa czy trzy oskubane drzewa rzucają 
nikły i smętny cień; owce bezkarnie chodzą po mogiłach... Ale jest wśród nich jedna mogiła, 

której nie tyka człowiek ani nie depce zwierzę; tylko ptaki siadają tam i śpiewają o wschodzie 
słońca. Otacza ją żelazne ogrodzenie, u obu jej końców posadzono dwa młode świerki. W tej 

mogile spoczywa Eugeniusz Bazarow. Tutaj, z niedalekiej wioski, często przychodzi dwoje 
zgrzybiałych staruszków, mąż i żona. Podtrzymując się nawzajem, idą ociężałym krokiem; 

zbliżywszy się do ogrodzenia klękają i długo, gorzko płaczą, długo i uważnie patrzą na niemą 
płytę, pod którą leży ich syn; zamienią ze sobą kilka słów, zetrą kurz z płyty, poprawią gałąź 

świerka i znowu się modlą, i nie mogą opuścić tego miejsca, skąd jest im jakby bliżej do 
syna, do wspomnień o nim...

Czyżby   modlitwy   i łzy  ich  były  próżne?  Czyżby  miłość,  święta  i  oddana  miłość,  była 

bezsilna? O nie! Chociażby najbardziej namiętne, grzeszne, zbuntowane serce kryło się w tej 

mogile, kwiaty, które na niej rosną, spokojnie patrząc na nas swymi niewinnymi oczami, 
mówią nam nie tylko o wiecznym spokoju, o tym wielkim spokoju „obojętnej" natury; mówią 

też o wiecznej zgodzie i życiu nieskończonym...