background image
background image
background image

Table of Contents


II
III
IV
V
VI
VII
VIII
IX
X
XI
XII
XIII
XIV
XV
XVI
XVII
XVIII
XIX
XX
XXI
XXII
XXIII
XXIV
XXV
XXVI
XXVII
XXVIII

background image

OJCOWIE I DZIECI

 
Iwan Turgieniew
  

background image

Cóż,  Piotrze?  Nie  widać  jeszcze?  —  pytał  20  maja  1859  roku  swego

służącego,  młodego,  pyzatego  chłopaka  z  białym  puszkiem  na  podbródku  i
małymi, mętnymi oczkami, pan liczący lat niewiele ponad czterdzieści, który bez
czapki,  w  zakurzonym  płaszczu  i  kraciastych  spodniach  wyszedł  na  niski  ganek
zajazdu przy trakcie.

Służący, w którym wszystko: i turkusowy kolczyk w uchu, i wypomadowane

włosy  o  niejednolitej  barwie,  i  uprzejme  ruchu,  słowem,  wszystko  zdradzało
człowieka  nowej,  doskonałej  generacji,  z  pobłażaniem  spojrzał  na  drogą  i
odpowiedział:

— Żadną miarą nie widać, proszę łaski pana.
— Nie widać? — powtórzył pan.
— Nie widać — po raz drugi odrzekł służący.
Pan westchnął i przysiadł na ławeczce. Zapoznamy z nim czytelnika, kiedy tak

siedzi podgiąwszy nogi i w zamyśleniu spogląda dokoła.

Nazywa  się  Mikołaj  Pietrowicz  Kirsanow.  Jego  piękny  majątek,  położony  o

piętnaście  wiorst  od  zajazdu,  liczy  dwieście  dusz  albo,  jak  powiada  sam
Kirsanow,  od  czasu  gdy  wydzielił  ziemię  chłopom  i  założył  „fermę"  —  dwa
tysiące  dziesięcin  ziemi.  Ojciec  jego,  waleczny  generał  z  1812  roku,  prostak
ledwie  władający  piórem,  ale  niezły  człowiek,  całe  życie  klepał  biedę;  z
początku  dowodził  brygadą,  potem  dywizją  i  stale  mieszkał  na  prowincji,  gdzie
dzięki  swej  randze  odgrywał  dość  znaczną  rolę.  Mikołaj  Pietrowicz  urodził  się
na południu Rosji, podobnie jak starszy jego brat, Paweł, o którym będzie dalej
mowa,  i  wychowywał  się  do  czternastego  roku  życia  w  domu,  wśród  tanich
guwernerów,  nonszalanckich,  a  uniżonych  adiutantów  i  innych  pułkowych  oraz
sztabowych  osobistości.  Matka  jego,  z  domu  Kolazin,  jako  panna  — Agathe,  w
roli  zaś  zacnej  generałowej  —  Agafokleja  Kuźminiczna  Kirsanow,  nosiła
wspaniałe  czepce  i  szeleszczące  jedwabne  suknie,  w  cerkwi  podchodziła
pierwsza  do  krzyża,  mówiła  głośno  i  dużo,  rano  podawała  dzieciom  rękę  do
ucałowania, wieczorem błogosławiła je — słowem, żyła jak Pan Bóg przykazał.
Mikołaj  Pietrowicz,  jako  syn  generała  —  chociaż  nie  tylko  nie  odznaczał  się
męstwem,  ale  w  dodatku  zdobył  sobie  przydomek  podszytego  tchórzem  —
powinien był, podobnie jak brat jego Paweł, zostać wojskowym; tymczasem tego
dnia, kiedy przyszła wiadomość o jego przydziale, złamał właśnie nogę; przeleżał
dwa  miesiące  w  łóżku,  po  czym  okazało  się,  że  zostanie  na  całe  życie  kulawy.
Zrezygnowany  ojciec  przystał,  by  syn  robił  karierę  cywilną.  Gdy  chłopiec
skończył  osiemnaście  lat,  zawiózł  go  do  Petersburga  i  zapisał  na  uniwersytet.
Właśnie w tym czasie brat Mikołaja został oficerem pułku gwardii. Młodzi ludzie
zamieszkali  razem,  doglądani  z  daleka  przez  ciotecznego  wuja  ze  strony  matki,
Ilję  Kolazina,  urzędnika  wysokiej  rangi.  Ojciec  wrócił  do  swojej  dywizji  i  do
małżonki;  niekiedy  tylko  przysyłał  synom  wielkie  ćwiartki  szarego  papieru
upstrzone  zamaszystym  pismem  godnym  kancelisy.  Na  końcu  tych  ćwiartek
pysznił  się  otoczony  starannymi  zakrętasami  podpis:  „Piotr  Kirsanow,  generał-

background image

major." W roku 1835 Mikołaj Pietrowicz ukończył uniwersytet jako kandydat; w
tym  samym  roku  generał  Kirsanow,  przeniesiony  w  stan  spoczynku  za  nieudany
przegląd  wojsk,  sprowadził  się  z  żoną  do  Petersburga.  Wynajął  dom  przy
ogrodzie  Taurydzkim  i  zapisał  się  do  Klubu Angielskiego,  ale  raptem  umarł  na
apopleksję.  Agafokleja  Kuźminiczna  wkrótce  poszła  za  nim:  nie  mogła
przywyknąć do pustki stołecznego życia; zadręczyła ją nuda tej egzystencji, którą
wiodła  jako  żona  dymisjonowanego  generała.  Tymczasem  Mikołaj  Pietrowicz,
jeszcze za życia rodziców i ku wielkiemu ich zmartwieniu, zdążył zakochać się w
córce urzędnika Prepołowieńskiego, u którego wynajmował dawniej mieszkanie.
Była  to  ładna  panna  o  wyższych,  jak  to  mówią,  aspiracjach:  czytała  w
czasopismach  poważne  artykuły  z  działu  „Nauka".  Gdy  tylko  minęła  żałoba,
Mikołaj  ożenił  się  z  nią  i  opuściwszy  Ministerstwo  Dworu  i  Apanażów,  gdzie
dostał  się  z  protekcji  ojca,  zażywał  szczęścia  ze  swą  Maszą  najpierw  w  małym
domku  pod  Petersburgiem,  niedaleko  Instytutu  Leśnego,  potem  w  mieście,  w
niewielkim  i  ładnym  mieszkaniu  z  czystymi  schodami  i  chłodnawym  salonem,
wreszcie  na  wsi,  gdzie  osiedli  na  stałe  i  gdzie  wkrótce  urodził  im  się  syn
Arkadiusz. Małżonkowie żyli szczęśliwie i spokojnie, nie rozstawali się prawie
nigdy,  czytali  razem,  grali  na  cztery  ręce  na  fortepianie,  śpiewali  duety;  ona
sadziła kwiaty i doglądała ptactwa, on niekiedy jeździł na polowanie i zajmował
s i ę gospodarstwem;  Arkadiusz  zaś  rósł  —  również  szczęśliwie  i  spokojnie.
Dziesięć lat minęło jak sen. W roku 1847 żona Kirsanowa umarła. Ciężko przeżył
ten  cios,  osiwiał  w  kilka  tygodni;  wybierał  się  za  granicę,  by  choć  trochę
zapomnieć...  lecz  nastał  właśnie  rok  czterdziesty  ósmy.  Chcąc  nie  chcąc  musiał
wrócić  na  wieś  i  po  dość  długim  okresie  apatii  zajął  się  ulepszaniem
gospodarstwa. W roku 1855 zawiózł syna na uniwersytet; spędził z nim trzy zimy
w  Petersburgu,  nigdzie  prawie  nie  bywał  i  starał  się  poznać  młodych  kolegów
Arkadiusza. Ostatniej zimy nie mógł przyjechać — i właśnie widzimy go w maju
1859 roku, zupełnie już siwego, pulchnego i nieco przygarbionego: czeka na syna,
który, jak niegdyś on sam, otrzymał stopień kandydata.

Służący,  czy  to  z  poczucia  przyzwoitości,  czy  też  nie  chcąc  pozostawać  pod

pańskim  okiem,  stanął  przy  wrotach  i  zapalił  fajkę.  Mikołaj  Pietrowicz
pochyliwszy  głowę  spoglądał  na  zbutwiałe  schodki  ganku:  przechadzał  się  tu
statecznie spory pstry kurczak, głośno postukując dużymi, żółtymi łapami; brudna
kotka nieżyczliwie zerkała na niego przycupnąwszy niedbale na poręczy. Słońce
przypiekało; z na wpół ciemnej sieni zajazdu dolatywał zapach ciepłego żytniego
chleba.  Mikołaj  Pietrowicz  pogrążył  się  w  myślach.  „Syn...  kandydat...
Arkasza..."—    nieustannie  snuło  mu  się  po  głowie;  próbował  zająć  się  czymś
innym, ale znowu wracały te same myśli. Wspomniał nieboszczkę żonę... — Nie
doczekała!  —  szepnął  żałośnie.  Tłusty,  błękitnawy  gołąb  sfrunął  na  drogę  i
szybko  podreptał  w  stronę  studni,  żeby  się  napić  wody  z  kałuży.  Mikołaj
Pietrowicz  zaczął  mu  się  przypatrywać,  ale  ucho  jego  już  łowiło  turkot
zbliżających się kół...

— Musowo panicz jadą — zameldował służący wychylając się zza wrót.
Mikołaj  Pietrowicz  skoczył  na  równe  nogi  i  spojrzał  na  drogę  wytężając

background image

wzrok. Ukazał się tarantas zaprzężony w trzy pocztowe konie, w tarantasie mignął
otok studenckiej czapki, znajomy zarys drogiej twarzy...

— Arkasza, Arkasza!  —  zawołał  Kirsanow  i  pobiegł  wymachując  rękami...

W  kilka  chwil  potem  przyciskał  wargi  do  gładkiego,  zakurzonego  i  opalonego
policzka młodego kandydata.

 

background image

II

 
—  Pozwól,  że  się  otrzepię,  papo  —  mówił  Arkadiusz  nieco  ochrypłym  po

podróży,  ale  dźwięcznym,  młodzieńczym  głosem,  wesoło  odpowiadając  na
uściski ojca. — Zakurzę cię całego.

—  To  nic,  to  nic  —  powtarzał  uśmiechając  się  z  rozrzewnieniem  Mikołaj

Pietrowicz  i  dwakroć  uderzył  dłonią  po  kołnierzu  synowskiego  szynela  i  po
własnym  płaszczu.  —  Pokaż  no  się,  pokaż  —  dodał  odstępując  o  krok  i
natychmiast  ruszył  szybko  w  stronę  zajazdu,  mówiąc:  —  Tutaj,  tutaj.  Dawajcie
konie, tylko prędko.

Mikołaj  Pietrowicz  zdawał  się  o  wiele  bardziej  przejęty  niż  jego  syn;  był

zmieszany, onieśmielony. Arkadiusz zatrzymał go.

—  Papo  —  powiedział  —  pozwól,  że  zapoznam  cię  z  moim  przyjacielem,

Bazarowem,  o  którym  tak  często  ci  pisałem.  Był  tak  dobry,  że  zgodził  się
przyjechać do nas w gościnę;

Mikołaj  Pietrowicz  szybko  się  odwrócił,  podszedł  do  odzianego  w  długi

podróżny  kitel  z  chwastami  wysokiego  młodzieńca,  który  dopiero  co  wysiadł  z
tarantasu,  i  mocno  uścisnął  jego  czerwoną  dłoń,  którą  tamten  nie  od  razu  mu
podał.

— Rad jestem serdecznie — rozpoczął   — i wdzięczny, że zechciał nas pan

odwiedzić; mam nadzieję... pozwoli pan, że zapytam o imię?

—  Eugeniusz  Wasiliewicz  —  odpowiedział  Bazarów  leniwie,  lecz  męskim

głosem  i  opuszczając  wysoki  kołnierz  kitla  ukazał  Mikołajowi  Pietrowiczowi
całą twarz. Była wydłużona i chuda, o szerokim czole; nos, spłaszczony u góry, ku
dołowi  się  zaostrzał;  oczy  były  wielkie,  zielonkawe;  faworyty  obwisłe,  płowe;
ożywiał ją spokojny uśmiech, wyrażała pewność siebie i rozum.

—  Mam  nadzieję,  drogi  Eugeniuszu  Wasiliczu,  że  nie  będzie  się  pan  u  nas

nudził — ciągnął dalej Mikołaj Pietrowicz.

Cienkie  wargi  Bazarowa  drgnęły  z  lekka,  ale  nic  nie  odpowiedział  i  tylko

uchylił  czapki.  Mimo  długich  i  gęstych  ciemnoblond  włosów  widać  było
wypukłości jego szerokiej czaszki.

—  Więc  jak,  Arkadiuszu?  —  odezwał  się  znowu  Mikołaj  Pietrowicz

zwracając się do syna. — Czy zaraz zakładać konie? A może chcecie odpocząć?

— Odpoczniemy w domu, papo; każ zakładać.
—  Zaraz,  natychmiast  —  podchwycił  ojciec.  —  Hej,  Piotrze,  słyszysz?  Każ

no zakładać, bratku, a żywo!

Piotr,  który  jako  udoskonalony  sługa  nie  ucałował  ręki  panicza,  tylko

poprzestał na ukłonie z daleka, znowu znikł we wrotach.

—  Przyjechałem  tu  kolaską,  lecz  mam  także  trójkę  do  twojego  tarantasu  —

mówił  z  przejęciem  Mikołaj  Pietrowicz,  gdy  Arkadiusz  pił  wodę  z  żelaznego 
czerpaka, który przyniosła gospodyni zajazdu, a Bazarów zapalił fajkę i podszedł
do woźnicy odprzęgającego konie. — Ale kolaska jest tylko na dwie osoby i nie

background image

wiem, jak twój przyjaciel...

— Pojedzie tarantasem — przerwał półgłosem Arkadiusz. — Proszę, nie rób

z nim ceremonii. To wspaniały chłopak, taki prosty — zobaczysz.

Furman Mikołaja Pietrowicza wyprowadził konie.
— Ruszaj się, brodaczu! — zwrócił się Bazarów do furmana.
—  Ej,  Mitiucha  —  podchwycił  drugi  furman,  który  stał  obok  z  rękami

wsuniętymi w tylne kieszenie kożucha. — Jak to wielmożny pan ciebie nazwał?
Brodacz, i kwita.

Mitiucha  tylko  potrząsnął  czapką  i  zdjął  lejce  ze  spoconego  dyszlowego

konia.

— Szybciej, szybciej, chłopcy, zaprzęgajcie! — zawołał Mikołaj Pietrowicz

— dostaniecie na wódkę!

W  kilka  chwil  konie  były  założone;  ojciec  i  syn  usadowili  się  w  kolasce,

Piotr  wlazł  na  kozioł;  Bazarów  wskoczył  do  tarantasu,  głowę  oparł  o  skórzaną
poduszkę — i oba pojazdy ruszyły.

 

background image

III

 
—  Jesteś  więc  wreszcie  kandydatem  i  przyjechałeś  do  domu  —  mówił

Mikołaj  Pietrowicz  dotykając  to  ramienia,  to  znów  kolan  Arkadiusza.  —
Nareszcie!

— A  jakże  się  miewa  stryj?  Zdrów?  —  zapytał Arkadiusz,  który  choć  sam

pełen  szczerej,  prawie  dziecinnej  radości,  pragnął  jak  najprędzej  zakończyć
rozmowę utrzymaną w tonie podniosłym i skierować ją na zwykłe tory.

— Zdrów. Chciał nawet pojechać ze mną, ale jakoś się rozmyślił.
— Długo na mnie czekałeś? — zapytał Arkadiusz.
— Około pięciu godzin.
— Poczciwy papcio!
Arkadiusz żywo obrócił się w stronę ojca i głośno pocałował go w policzek.

Mikołaj Pietrowicz roześmiał cię cichutko.

—  Przygotowałem  ci  świetnego  konia!  —  zaczął  —  zobaczysz.  I  w  twoim

pokoju kazałem dać obicia.

— A czy jest pokój dla Bazarowa?
— Znajdzie się i dla niego.
—  Papo,  proszę,  bądź  dla  niego  serdeczny.  Nie  potrafię  ci  powiedzieć,  jak

bardzo zależy mi na jego przyjaźni.

— Poznałeś go niedawno?
— Niedawno.
—  Tak,  nie  widywałem  go  ubiegłej  zimy.  Co  studiuje?  —  Jako  przedmiot

główny nauki przyrodnicze. Ale umie wszystko. W przyszłym roku chce zdawać
egzamin  na doktora.

— Aha! Więc medycyna — zauważył Mikołaj Pietrowicz i umilkł. — Piotrze

— dodał wyciągając rękę — czy to nasi chłopi jadą?

Piotr spojrzał w stronę, gdzie wskazywał pan. Kilka wozów, zaprzężonych w

konie  bez  wędzideł,  jechało  szybko  wąską  polną  drogą.  Na  każdym  wozie
siedziało  co  najwyżej  dwóch  chłopów  w  rozpiętych  kożuchach.  —  Tak  jest,
proszę łaski pana — rzekł Piotr.

— Dokąd oni jadą? Pewno do miasta, co?
—  Należy  przypuszczać,  że  do  miasta.  Do  szynku  —  dodał  pogardliwie  i  z

lekka  pochylił  się  w  stronę  furmana,  jakby  szukał  u  niego  potwierdzenia.  Ale
tamten  ani  drgnął;  był  to  człowiek  starej  daty,  nie  podzielający  nowych
poglądów.

—  Mam  w  tym  roku  wielkie  kłopoty  z  chłopami  —  ciągnął  dalej  Mikołaj

Pietrowicz zwracając się do syna. — Nie płacą czynszu. Co robić?

— A z najemnych robotników jesteś zadowolony?
— Tak — wycedził przez zęby Mikołaj Pietrowicz. — Bieda tylko, że wciąż

im  podbijają  dniówki,  no  i  prawdziwego  starania  wciąż  jeszcze  ani  śladu.
Niszczą  uprząż.  Orali  zresztą  wcale  dobrze.  Miejmy  nadzieję,  że  wszystko  się

background image

jakoś ułoży. Ale czy ciebie obchodzi teraz gospodarstwo?

— Szkoda, że nie ma u nas cienia — zauważył Arkadiusz nie odpowiadając

na ostatnie pytanie.

—  Nad  tarasem  od  północnej  strony  kazałem  zawiesić  wielką  markizę  —

rzekł Mikołaj Pietrowicz. — Teraz nawet obiad można jeść na dworze.

—  Za  bardzo  będzie  wyglądało  na  letnisko...  zresztą  wszystko  to  głupstwo.

Ale  jakie  tutaj  powietrze!  Jak  cudownie  pachnie!  Doprawdy,  zdaje  mi  się,  że
nigdzie na świecie tak nie pachnie jak w tych okolicach. I niebo tutaj...

Arkadiusz urwał nagle, obejrzał się za siebie i zamilkł.
—  Oczywiście  —  zauważył  Mikołaj  Pietrowicz  —  tyś  się  tu  urodził,

wszystko tu powinno mieć dla ciebie niezwykły urok...

— Ależ, papo, przecie to wszystko jedno, gdzie człowiek się urodził.
— A jednak...
— Nie, to zupełnie wszystko jedno.
Mikołaj  Pietrowicz  spojrzał  z  boku  na  syna;  kolaska  ujechała  dobre  pół

wiorsty zanim znów nawiązali rozmowę.

—  Nie  pamiętam,  czy  ci  pisałem  —  zaczął  Mikołaj  Pietrowicz  —  że  twoja

niania, Jegorowna, umarła.

— Doprawdy? Biedna staruszka! A Prokoficz żyje?
—  Żyje  i  wcale  się  nie  zmienił.  Wciąż  tak  samo  zrzędzi.  Wielkich  zmian

zresztą w Mariinie nie znajdziesz.

— I rządca wciąż ten sam?
— Właśnie rządcę zmieniłem. Postanowiłem nie zatrudniać już zwolnionych z

poddaństwa  chłopów,  dawnych  dworskich,  lub  przynajmniej  nie  zlecać  im
żadnych odpowiedzialnych funkcji. (Arkadiusz wskazał oczami na Piotra.) Il   est
libre, en effet 
— zauważył półgłosem Mikołaj Pietrowicz — ale to kamerdyner.
Teraz  mam  rządcę  z  mieszczan;  zdaje  się,  że  dzielny  z  niego  człowiek.  Wy
znaczyłem  mu  dwieście  pięćdziesiąt  rubli  rocznej  pensji.  Zresztą   —  mówił
pocierając  czoło  i  brwi,  co  zawsze  było  u  niego  oznaką  zmieszania  —
powiedziałem  ci,  że  nie  znajdziesz  zmian  w  Mariinie...  To  niezupełnie  prawda.
Uważam za swój obowiązek uprzedzić cię, chociaż... Zamilkł na chwilę i mówił
dalej już po francusku:

—  Surowy  moralista  uznałby  moją  szczerość  za  niewłaściwą;  ale  po

pierwsze,  tego  nie  można  ukryć,  a  po  drugie,  wiesz  dobrze,  że  zawsze  miałem
szczególne zasady, jeśli chodzi o stosunek ojca do syna. Zresztą masz oczywiście
prawo  mnie  potępić.  W  moim  wieku...  Słowem,  ta...  ta  dziewczyna,  o  której
zapewne już słyszałeś...

—  Fieniczka?  —  bezceremonialnie  zapytał  Arkadiusz.  Mikołaj  Pietrowicz

poczerwieniał.

—  Nie  wymieniaj  głośno  jej  imienia...  No,  tak...  ona  teraz  mieszka  u  mnie.

Umieściłem ją w domu... Były tam dwa niewielkie pokoiki. Zresztą wszystko to
można zmienić.

— Zlituj się, papo, dlaczego?
— Twój przyjaciel będzie u nas gościł... Nie wypada... — O Bazarowa nie

background image

kłopocz się, proszę. On jest wyższy ponad to wszystko.

—  No,  a  ty?  —  spytał  Mikołaj  Pietrowicz.  —  Oficynka  jest  przecie  bardzo

licha.

— Ależ,  papo  —  przerwał  mu Arkadiusz  —  zupełnie  jakbyś  się  tłumaczył,

jak ci nie wstyd?

—  Oczywiście,  że  powinienem  się  wstydzić  —  odpowiedział  Mikołaj

Pietrowicz, coraz bardziej się czerwieniąc.

— Dosyć, papo, dosyć, dajże pokój! — Arkadiusz uśmiechnął się serdecznie.

„Z czego się tłumaczy!" — pomyślał i duszę jego napełniła pobłażliwa tkliwość
dla dobrego i delikatnego ojca, zmieszana z poczuciem jakiejś utajonej przewagi.
—  Przestań,  proszę  —  powtórzył  raz  jeszcze,  mimo  woli  upajając  się  własną
dojrzałością i brakiem przesądów.

Mikołaj Pietrowicz zerknął na niego spod palców ręki, którą wciąż pocierał

czoło, i coś ukłuło go w serce... Ale natychmiast zrzucił całą winę na siebie.

— Patrz, to już nasze pola — rzekł po długim milczeniu.
— A tam, przed nami, to chyba nasz las? — zapytał Arkadiusz.
— Tak, nasz. Tylko że już sprzedany. W tym roku będą go rąbać.
— Dlaczego sprzedałeś?
  Trzeba było pieniędzy; zresztą te grunta przechodzą na rzecz chłopów. —

Którzy nie płacą ci czynszów? — To już ich sprawa; kiedyś zresztą będą płacić.

— Szkoda lasu — zauważył Arkadiusz i zaczął się rozglądać dokoła.
Jechali  przez  okolice,  które  trudno  byłoby  nazwać  malowniczymi.  Pola  za

polami  wznosząc  się  nieco  w  górę,  to  znów  opadając,  ciągnęły  się  aż  po
nieboskłon.  Gdzieniegdzie  widniały  niewielkie  lasy,  a  kręte  parowy  z  rzadka
usiane  kępami  niskich  zarośli  przypominały  oznaczenia  wąwozów  na  starych
mapach z czasów Katarzyny. Trafiały się rzeczki o poszarpanych brzegach, małe
stawy z lichymi grobelkami, wioski, gdzie stały niskie chaty o ciemnych, na poły
rozrzuconych  strzechach,  na  wpół  zapadnięte  stodoły  o  ścianach  plecionych  z
chrustu  i  na  oścież  otwartych  wrotach  obok  opustoszałych  gumien,  cerkwie,  to
murowane  z  opadłym  tu  i  ówdzie  tynkiem,  to  znów  drewniane  z  pochylonymi
krzyżami i zapuszczonymi cmentarzami. Arkadiuszowi robiło się coraz smutniej.
Jak na złość spotykali obszarpanych chłopów na wynędzniałych kobyłkach; niby
żebracy  w  łachmanach,  stały  przydrożne,  odarte  z  kory  wierzby  o  połamanych
gałęziach;  wychudłe  krowy  o  skudlonej,  jakby  wygryzionej  sierści,  chciwie
szczypały trawę po rowach. Zdawało się, że przed chwilą wyrwały się z czyichś
groźnych, śmiercionośnych pazurów — i nagle pod wpływem żałosnego widoku
tych  wynędzniałych  zwierząt,   wśród  wiosennego,  pięknego  dnia,  stawało  białe
widmo posępnej, nie kończącej się zimy, z jej zamieciami, mrozem i śniegiem...
„Nie — pomyślał Arkadiusz — niebogaty to kraj, nie olśniewa ani do brobytem,
ani  pracowitością;  nie  powinien  żadną  miarą  takim  pozostać,  zmiany  są
konieczne... ale jak je przeprowadzić, jak się do tego zabrać?"

Tak  rozmyślał  Arkadiusz...  A  tymczasem  wiosna  nie  ustawała  w  pracy.

Wokół połyskiwała świeża zieleń, lśniły drzewa, krzaki i trawy, szeroko, miękko
falując  pod  łagodnym  tchnieniem  ciepłego  wiatru;  wszędzie,  niby  nieprzerwana

background image

struga,  płynął  dźwięczny  śpiew  skowronków;  czajki  z  krzykiem  krążyły  nad
niskimi  łąkami,  to  znów  w  milczeniu  przebiegały  po  kępach;  pięknie  czerniejąc
na  tle  bladej  zieleni  niskiego  jeszcze,  jarego  zboża  przechadzały  się  szpaki  i
ginęły  w  lekko  już  bielejącym  życie;  tylko  czasem  ukazywały  się  ich  łebki  w
niebieskawej  fali  zbóż. Arkadiusz  wciąż  patrzył,  a  jego  myśli  z  wolna  słabły  i
ucichały... Zrzucił szynel i spojrzał na ojca tak wesołym, tak bardzo chłopięcym
wzrokiem, że Mikołaj Pietrowicz znowu go uściskał.

— Teraz już niedaleko — rzekł Mikołaj Pietrowicz. — Tylko wjedziemy na

to  wzgórze  i  zaraz  będzie  widać  dom. Ach, Arkasza,  ułożymy  sobie  wspaniałe
życie; będziesz mi pomagał w gospodarstwie, jeśli cię to nie znudzi. Powinniśmy
teraz zbliżyć się do siebie, poznać nawzajem, prawda?

— Oczywiście — powiedział Arkadiusz. — Jaki cudowny dzień dzisiaj!
—  To  na  twój  przyjazd,  mój  drogi.  Tak,  wiosna  w  całej  pełni.  Zresztą

zgadzam się z Puszkinem — pamiętasz w Eugeniuszu Onieginie:

Jak smutno witam przyjście twoje, Poro miłości, dniu wiosenny! Jakież...
—  Arkadiuszu!  —  rozległ  się  z  tarantasu  głos  Bazarowa.  —  Przyślij  mi

zapałki, nie mam czym zapalić fajki.

Mikołaj Pietrowicz zamilkł, Arkadiusz zaś, który słuchał go nieco zdumiony,

ale z pewną sympatią, wyciągnął z kieszeni srebrne pudełko z zapałkami i posłał
je przez Piotra Bazarowowi.

— Chcesz cygaro? — zawołał znowu Bazarow.
— Daj — odpowiedział Arkadiusz.
Piotr wrócił do kolaski i wraz z pudełkiem wręczył mu grube czarne cygaro,

które  Arkadiusz  zaraz  zapalił,  roztaczając  wokół  siebie  tak  mocny  i  kwaśny
zapach  starego  tytoniu,  że  Mikołaj  Pietrowicz,  który  nigdy  w  życiu  nie  palił,
mimo woli, choć niedostrzegalnie, żeby nie urazić syna, odwracał głowę.

W  kwadrans  potem  oba  pojazdy  zatrzymały  się  przed  gankiem  nowego

drewnianego domu, pociągniętego szarą farbą i pokrytego malowaną na czerwono
blachą.  Było  to  właśnie  Mariino,  zwane  inaczej  Nową  Słobódką,  albo  jak
mawiali chłopi — Chutor na osóbku.

 

background image

IV

 
Tłum dworskiej służby nie wybiegał na spotkanie państwa; pokazała się tylko

jedna  dwunastoletnia  może  dziewczynka,  a  za  nią  wyszedł  chłopiec,  bardzo
podobny  do  Piotra,  odziany  w  szarą  liberyjną  kurtkę  ze  srebrnymi  herbowymi
guzikami,  służący  Pawła  Pietrowicza  Kirsanowa.  Milcząc  otworzył  drzwiczki
kolaski i odpiął fartuch tarantasu. Mikołaj Pietrowicz wraz z synem i Bazarowem
ruszyli  przez  ciemny  i  prawie  pusty  salon,  zza  drzwi  którego  mignęła  twarz
młodej kobiety, i weszli do bawialni urządzonej już wedle nowszego smaku.

—  No,  jesteśmy  w  domu  —  rzekł  Mikołaj  Pietrowicz  zdejmując  czapkę  i

potrząsając głową. — Teraz najważniejsze to kolacja i odpoczynek.

—  Rzeczywiście,  nieźle  byłoby  coś  zjeść  —  zauważył  przeciągając  się

Bazarów i usiadł na kanapie.

—  Tak,  tak,  podawać  kolację,  podawać  jak  najprędzej.  —  Mikołaj

Pietrowicz  bez  żadnego  powodu  zatupał  nogami.  —  O,  proszę,  właśnie  jest
Prokoficz.

Wszedł  człowiek  w  wieku  lat  sześćdziesięciu,  o  białych  włosach,  chudy  i

smagły, w brązowym fraku z miedzianymi guzikami; na szyi miał różową chustkę.
Wyszczerzył  zęby  w  uśmiechu,  ucałował  rękę  panicza  i  złożywszy  ukłon
gościowi, cofnął się do drzwi zakładając ręce w tył.

—  No,  Prokoficzu  —  zaczął  Mikołaj  Pietrowicz  —  przyjechał  do  nas

wreszcie... I co, jak go znajdujesz?

—  Jak  najlepiej,  proszę  łaski  pana  —  odrzekł  starzec  i  znowu  wyszczerzył

zęby, ale natychmiast zmarszczył gęste brwi. — Pan każe podawać? — zapytał z
naciskiem.

—  Tak,  tak,  proszę!  Czy  nie  zechce  pan  wpierw  pójść  do  swojego  pokoju,

Eugeniuszu Wasiliczu?

—  Nie,  dziękuję,  po  co?  Niech  pan  tylko  każe  zanieść  tam  mój  kuferek  i  to

okrycie — dodał zdejmując płaszcz.

—  Doskonale!  Prokoficz,  weź  szynel  pana!  (Prokoficz  jakby  ze  zdumieniem

ujął obiema rękami „okrycie" Bazarowa i wysoko unosząc je nad głową, wyszedł
na palcach.) A ty, Arkadiuszu, pójdziesz na chwilę do siebie?

— Tak, muszę się trochę otrzepać — odparł Arkadiusz i kierował się już ku

drzwiom, gdy w tej samej chwili wszedł do salonu mężczyzna średniego wzrostu,
odziany w ciemny angielski suit, modny, nisko zawiązany halsztuk i lakierowane
buty  o  niskich  cholewkach.  Był  to  Paweł  Pietrowicz  Kirsanow.  Wyglądał  na
jakie  czterdzieści  pięć  lat:  jego  krótko  ostrzyżone  siwe  włosy  mieniły  się
ciemnym  połyskiem  niby  wypolerowane  srebro;  twarz  żółtawa,  ale  bez
zmarszczek,  niezwykle  regularna  i  czysta,  jak  gdyby  wyrzeźbiona  cienkim  i
lekkim rylcem, zdradzała ślady niezwykłej urody; szczególnie piękne były pełne
blasku  czarne  oczy  o  podłużnym  wykroju.  Cała  postać,  zgrabna  i  rasowa,
zachowała  młodzieńczą  smukłośó  i  tę  postawę  jakby  przed  wzlotem  ku  górze,

background image

która najczęściej znika po ukończeniu dwudziestu lat.

Paweł  Pietrowicz  wyjął  z  kieszeni  spodni  swoją  piękną  dłoń  o  długich,

różowych  paznokciach,  która  przy  śnieżnej  białości  mankietu,  spiętego  wielkim
opalem, wydawała się jeszcze piękniejsza, i podał ją bratankowi. Po tym wstęp
nym  europejskim shake  hands trzykrotnie,  po  rosyjsku,  ucałował  go,  to  znaczy
dotknął swymi pachnącymi wąsami jego policzków i rzekł:

— Witaj!
Mikołaj  Pietrowicz  przedstawił  mu  Bazarowa:  Paweł  Pietrowicz  pochylił  z

lekka  swą  gibką  figurę  i  z  lekka  się  uśmiechnął,  ale  nie  podał  ręki,  a  nawet
włożył ją z powrotem do kieszeni.

—  Myślałem  już,  że  nie  przyjedziecie  dzisiaj  —  powiedział  miłym  głosem,

uprzejmie kołysząc się, poruszając ramionami i pokazując wspaniałe, białe zęby.
— Czyżby się coś przytrafiło w podróży?

— Nie, nic się nie stało — odrzekł Arkadiusz. — Po prostu spóźniliśmy się

nieco.  Za  to  teraz  jesteśmy  głodni  jak  wilki.  Każ,  papo,  Prokoficzowi,  żeby  się
pośpieszył, zaraz wrócę.

— Poczekaj, pójdę z tobą — zawołał Bazarów zrywając się nagle z kanapy.

Obaj młodzi ludzie wyszli.

— Co to za jeden? — zapytał Paweł Pietrowicz.
— Przyjaciel Arkaszy, jego zdaniem bardzo mądry człowiek.
— Zostaje u nas?
— Tak.
— Ten rozczochrany?
— No, tak.
Paweł Pietrowicz zastukał paznokciami po stole.
—  Uważam,  że Arkadiusz s'est  degourdi —  zauważył.  —  Cieszę  się  z  jego

powrotu.

Przy  kolacji  rozmawiano  mało.  Zwłaszcza  Bazarów  nic  prawie  nie  mówił,

ale dużo jadł. Mikołaj Pietrowicz gawędził o rozmaitych zdarzeniach ze swego,
jak  się  wyrażał,  fermerskiego  życia,  wyjaśniał  treść  uchwał,  które  rząd  miał
niebawem ogłosić, mówił o komitetach, o posłach, o konieczności wprowadzenia
maszyn rolniczych itd. Paweł Pietrowicz powoli przechadzał się po jadalni (kola
cji nie jadał nigdy), niekiedy pociągając łyk z kieliszka napełnionego czerwonym
winem  i  jeszcze  rzadziej  rzucając  jakąś  uwagę  lub  raczej  wykrzyknik,  jak:  „a!
aha! hm!" Arkadiusz opowiedział kilka petersburskich nowin, ale czuł się trochę
niezręcznie,  jak  młodzieniec,  który  dopiero  co  przestał  być  dzieckiem  i  wrócił
tam,  gdzie  wszyscy  przywykli  uważać  go  za  dziecko.  Niepotrzebnie  przewlekał
swoje  wypowiedzi,  unikał  słowa  „papa",  a  nawet  raz  zastąpił  je  słowem
„ojciec",  które  zresztą  wycedził  przez  zęby;  z  niepotrzebną  nonszalancją  nalał
sobie  do  szklanki  znacznie  więcej  wina,  niżby  miał  ochotę,  i  wypił  wszystko.
Prokoficz nie spuszczał z niego oczu i tylko poruszał wargami. Zaraz po kolacji
wszyscy się rozeszli.

—  Dziwak  z  twojego  stryja  —  mówił  do  Arkadiusza  Bazarów  siedząc  w

szlafroku obok jego łóżka i pykając krótką fajeczkę. — Co za elegancja na wsi,

background image

proszę! A paznokcie — tylko na wystawę!

—  Trzeba  ci  wiedzieć  —  odrzekł  Arkadiusz  —  że  w  swoim  czasie  był  z

niego  lew  salonowy.  Kiedyś  opowiem  ci  jego  historię.  Odznaczał  się  wielką
urodą, kobiety szalałyza nim.

— Ach, tak! Więc to mu zostało z dawnych czasów! Nie ma tu, niestety, kogo

czarować.  Cały  czas  patrzyłem  na  jego  kołnierz,  po  prostu  coś  niezwykłego,
można by pomyśleć, że wykuty z kamienia, i podbródek tak starannie wygolony.
Arkadiuszu, przecież to śmieszne!

— Owszem, ale to doprawdy bardzo dobry człowiek.
—  Archaiczne  zjawisko!  Ale  ojca  masz  zacnego.  Niepotrzebnie  deklamuje

wiersze,  na  gospodarstwie  pewno  też  nie  bardzo  się  zna,  lecz  jest  z  gruntu
poczciwy.

— To złoty człowiek.
— Zauważyłeś, jak łatwo się miesza?
Arkadiusz skinął głową, jakby sam łatwo się nie mieszał.
— Zadziwiający są ci starzy romantycy! — ciągnął dalej Bazarów. — System

nerwowy  doprowadzony  do  stanu  rozdrażnienia...  I  rzecz  jasna,  naruszona
równowaga ducha. No, dobranoc! Mam w pokoju angielską umywalnię, ale drzwi
się  nie  domykają.  Mimo  to  należy  temu  przyklasnąć,  angielskie  umywalnie  to
postęp!

Bazarów wyszedł. Arkadiusza zaś ogarnęły radosne uczucia. Słodko zasypiać

w  rodzinnym  domu,  na  znajomym  sobie  łóżku,  pod  kołdrą,  którą  szyły  ukochane
ręce,  może  ręce  niani,  te  łagodne,  dobre,  niestrudzone  ręce.  Arkadiusz
przypomniał sobie Jegorownę i westchnął życząc jej królestwa niebieskiego... Za
siebie się nie modlił.

I  on,  i  Bazarów  rychło  zasnęli,  ale  inni  w  domu  długo  jeszcze  nie  spali.

Powrót syna wzburzył Mikołaja Pietrowicza. Położył się do łóżka, lecz nie zgasił
świecy i podparłszy głowę, długo rozmyślał. Brat jego siedział długo po północy
w  swoim  gabinecie,  w  szerokim  fotelu  roboty  Gambsa,  przed  kominkiem,  na
którym  słabo  tliły  się  węgle.  Paweł  Pietrowicz  nie  rozebrał  się,  tylko  zamiast
lakierowanych  butów  włożył  chińskie,  czerwone  pantofle  bez  napiętków.  W
rękach  trzymał  ostatni  numer  „Galignani",  ale  nie  czytał;  wpatrywał  się  w
kominek,  gdzie  przygasając  i  wybuchając  na  nowo,  drgał  błękitnawy  płomień...
Bóg  wie,  gdzie  błądziły  myśli  Pawła  Pietrowicza,  ale  błądziły  nie  tylko  w
przeszłości:  na  jego  twarzy  malowało  się  skupienie  i  smutek,  co  się  nie  zdarza,
gdy  człowiek  jest  pochłonięty  tylko  wspomnieniami.  W  małym  zaś  pokoiku  w
głębi domu, na wielkiej skrzyni siedziała w niebieskim kaftaniku i białej chustce,
narzuconej  na  ciemne  włosy,  młoda  kobieta,  Fieniczka,  i  na  przemian  to
nasłuchiwała, to drzemała, to spoglądała w otwarte drzwi, spoza których widać
było dziecinne łóżeczko i dobiegał miarowy oddech śpiącego dziecka.

 

background image

V

 
Nazajutrz Bazarów zbudził się pierwszy i wyszedł z domu. „Oho — pomyślał

rozglądając  się  dokoła  —  niezbyt  tu  pięknie."  W  owym  czasie,  kiedy  Mikołaj
Pietrowicz wytyczał granice między swoimi gruntami a ziemią swoich chłopów,
wypadło tak, że pod budowę nowego dworu mu siał wydzielić cztery dziesięciny
zupełnie  płaskiej  i  nagiej  ziemi.  Wzniósł  dom,  pomieszczenia  dla  służby  i
zabudowania gospodarskie, założył sad, kazał wykopać sadzawkę i dwie studnie,
ale młode drzewka źle się przyjmowały, woda w studniach miała smak słonawy,
a w sadzawce zebrało się mało wody. Tylko altanka z bzów i akacji rozrosła się
bujnie;  tutaj  niekiedy  pijano  herbatę  i  jadano  obiady.  W  kilka  minut  Bazarów
przebiegł  wszystkie  ścieżki  sadu,  zaszedł  do  obory  i  stajni,  spotkał  dwóch
dworskich  chłopców,  z  którymi  od  razu  nawiązał  znajomość,  po  czym  wraz  z
nimi wyruszył po żaby ku niewielkiemu bagnu w odległości wiorsty od dworu.

— Na co wam żaby, panie? — zapytał go jeden z chłopców.
—  Ano  widzisz  —  odrzekł  Bazarów,  który  w  osobliwy  sposób  potrafił

budzić  zaufanie  w  ludziach  niższego  stanu,  chociaż  nigdy  im  nie  potakiwał  i
traktował ich raczej niedbale — rozetnę żabę i zobaczę, co ma tam w środku; a
ponieważ  ty  i  ja  jesteśmy  takimi  samymi  żabami,  tyle  tylko  że  chodzimy  na
nogach, więc będę wiedział, co się dzieje u nas w środku.

— Na cóż wam to potrzebne?
— Żeby się nie pomylić, jeżeli zachorujesz i będę cię leczył.
— Alboście wy d o c h t ó r?
— Tak.
— Waśka, słyszysz, pan mówi, że jesteśmy żaby. Dziw!
— Ja tam się boję żab — zauważył Waśka, siedmioletni chłopiec o białej jak

len czuprynie, bosy, w szarej kazakinie ze stojącym kołnierzem.

— Czego  się bać? Czy to one gryzą?
—  No,  właźcie  do  wody,  filozofy  —  rzekł  Bazarów.  Tymczasem  Mikołaj

Pietrowicz  obudził  się  i  poszedł  do  syna,  którego  zastał  już  ubranego.  Ojciec  i
syn  udali  się  na  taras  osłonięty  markizą;  obok  balustrady,  na  stole  między
wielkimi  bukietami  bzu  kipiał  już  samowar.  Zjawiła  się  dziewczynka,  ta  sama,
która  poprzedniego  dnia  pierwsza  wyszła  na  spotkanie  przybyłym,  i  cienkim
głosem powiedziała:

—  Fiedosja  Nikołajewna  trochę  niezdrowa  i  nie  może  przyjść;  kazała  pana

zapytać, czy pan sam będzie łaskaw nalać herbaty, czy przysłać Duniaszą?

—  Sam  naleję,  sam  —  szybko  podchwycił  Mikołaj  Pietrowicz.  —

Arkadiuszu, chcesz herbaty ze śmietanką czy z cytryną?

—  Ze  śmietanką  —  odrzekł  Arkadiusz  i  po  chwili  milczenia  zwrócił  się

pytająco do Mikołaja Pietrowicza. — Papo?

Mikołaj Pietrowicz spojrzał na syna zmieszany.
— Co? — spytał. Arkadiusz spuścił oczy.
— Wybacz, papo, jeśli, moje pytanie wyda ci się niestosowne — zaczął —

background image

ale  ty  sam  wczorajszą  swą  szczerością  upoważniasz  mnie  do  szczerości...  Nie
będziesz się gniewał?...

— Mów.
—  Pozwól,  że  odważę  się  zapytać...  Czy  Fien...  czy  ona  nie  chce  nalewać

herbaty dlatego, że ja tu jestem? Mikołaj Pietrowicz odwrócił z lekka głowę.

— Możliwe — powiedział wreszcie. — Ona przypuszcza... Wstydzi się...
Arkadiusz szybko podniósł oczy na ojca.
—  Niepotrzebnie  się  wstydzi.  Po  pierwsze,  znasz  mój  sposób  myślenia

(Arkadiusz  z  przyjemnością  wypowiedział  te  słowa),  a  po  drugie,  nie  sądzisz
chyba, że zechcę cię krępować, zmieniać twoje przyzwyczajenia? Ponadto jestem
przekonany, że nie mogłeś źle wybrać; jeśli pozwoliłeś jej mieszkać z sobą pod
jednym dachem, niewątpliwie na to zasługuje. W każdym razie syn nie może być
sędzią ojca, zwłaszcza zaś ja nim być nie mogę, i to w stosunku do takiego, jak ty
ojca, który nigdy w niczym nie krępował mojej swobody.

Z  początku  głos Arkadiusza  drżał;  czuł,  że  okazuje  ojcu  wspaniałomyślność,

lecz zarazem rozumiał, że wygłasza coś w rodzaju kazania; ale dźwięk własnego
głosu  silnie  działa  na  człowieka,  toteż Arkadiusz  wypowiedział  ostatnie  słowa
stanowczo, a nawet z afektacją.

— Dziękuję ci, Arkadiuszu — rzekł Mikołaj Pietrowicz stłumionym głosem, a

jego palce znowu zaczęły błądzić po brwiach i czole. — Twoje przypuszczenia
są w istocie słuszne. Oczywiście, gdyby ta dziewczyna nie była warta... Nie jest
to lekkomyślna zachcianka. Niezręcznie mi o tym z tobą mówić, ale rozumiesz, że
trudno  jej  było  przyjść  tutaj,  kiedy  ty  jesteś,  zwłaszcza  że  to  pierwszy  dzień
twojego pobytu.

—  W  takim  razie  sam  pójdę  do  niej  —  zawołał  Arkadiusz  w  nowym

przystępie wspaniałomyślnych uczuć i zerwał się z krzesła. — Wytłumaczę jej, że
nie ma powodu, aby się mnie wstydziła.

Mikołaj Pietrowicz wstał również.
—  Arkadiuszu  —  zaczął.  —  Chwileczkę...  Jakże  można...  Tam...  Nie

uprzedziłem cię, że...

Ale Arkadiusz już nie słuchał i wybiegł z tarasu. Mikołaj Pietrowicz spojrzał

za  nim  i,  pełen  zmieszania,  opadł  na  krzesło.  Serce  mu  zabiło...  Trudno
powiedzieć,  czy  w  owej  chwili  ukazał  mu  się  nieunikniony,  dziwny  układ
przyszłych  stosunków  z  synem,  czy  zdawał  sobie  sprawę,  że  Arkadiusz  może
okazałby mu więcej szacunku, gdyby wcale tej kwestii nie poruszał, czy też może
wyrzucał  sobie  swoją  słabość  —  dość,  że  wszystkie  te  uczucia  istniały  w  nim,
ale  w  postaci  niejasnych  wrażeń;  żywe  rumieńce  wciąż  nie  schodziły  mu  z
twarzy, a serce biło mocno.

Rozległy się szybkie kroki i Arkadiusz wszedł na taras.
—  Poznaliśmy  się,  ojcze!  —  zawołał  z  wyrazem  jakiegoś  tkliwego  i

radosnego  triumfu.  —  Fiedosja  Nikołajewna  czuje  się  dzisiaj  naprawdę
niezupełnie  dobrze  i  przyjdzie  później.  Ale  dlaczego  mi  nie  powiedziałeś,  że
mam  brata?  Ucałowałbym  go  jeszcze  wczoraj  wieczorem,  tak  jak  to  zrobiłem
teraz.

background image

Mikołaj  Pietrowicz  chciał  coś  powiedzieć,  wstać,  otworzyć  ramiona.

Arkadiusz rzucił mu się na szyję.

—  Cóż  to?  Znowu  się  ściskacie?  —  rozległ  się  za  nimi  głos  Pawła

Pietrowicza.

Ojciec i syn jednakowo ucieszyli się z jego nadejścia właśnie w tej chwili:

zdarzają  się  czasem  wzruszające  sytuacje,  którym  człowiek  rad  jednak  jak
najrychlej położyć kres.

— Dlaczego tak się dziwisz? — wesoło zapytał Mikołaj Pietrowicz. — Ileż

to  czasu  czekałem  na  Arkaszę...  Od  wczoraj  nie  zdążyłem  się  nawet  na  niego
napatrzeć.

— Wcale się nie dziwię — rzekł Paweł Pietrowicz — nawet sam chętnie go

uściskam.

Arkadiusz podszedł do stryja i znowu poczuł na swych policzkach dotknięcie

jego  pachnących  wąsów.  Paweł  Pietrowicz  zasiadł  do  stołu.  Miał  na  sobie
wykwintny  strój  poranny  w  angielskim  guście,  a  na  głowie  maleńki  fezik.  Ów
fezik  i  niedbale  zawiązany  mały  halsztuk  stanowiły  aluzję  do  swobody
wiejskiego  życia,  ale  sztywny  kołnierzyk  koszuli,  wprawdzie  nie  białej,  tylko
kolorowej,  jakiej  wymaga  poranna  toaleta,  tak  samo  nieubłaganie  jak  zawsze
wpijał się w wygolony podbródek.

— Gdzież twój nowy przyjaciel? — zapytał Paweł Pietrowicz Arkadiusza.
—  Nie  ma  go  w  domu;  wstaje  zwykle  wcześnie  i  wychodzi.  Nie  należy

zwracać na niego uwagi: nie lubi ceremonii.

—  Tak,  to  widać.  —  Paweł  Pietrowicz  zaczął  powoli  smarować  chleb

masłem. — Długo u nas zostanie?

— Jak wypadnie. Wstąpił tutaj jadąc do ojca.
— Gdzie mieszka jego ojciec?
—  W  naszej  guberni,  osiemdziesiąt  wiorst  stąd.  Ma  tam  niewielki

mająteczek. Dawniej był lekarzem pułkowym.

—  Ach,  więc  tak...  Wciąż  zadawałem  sobie  pytanie:  gdziem  słyszał  to

nazwisko:  Bazarów?...  Mikołaju,  zdaje  się,  że  w  dywizji  ojca  był  lekarz
Bazarów?

— Zdaje się, że był.
—  Na  pewno,  na  pewno.  Więc  ten  lekarz  jest  jego  ojcem.  Hm!  —  Paweł

Pietrowicz ruszył wąsami. — No, a sam pan Bazarów? Kimże jest właściwie? —
zapytał z naciskiem.

—  Kim  jest  Bazarów?  — Arkadiusz  uśmiechnął  się.  —  Chce  stryj,  żebym 

powiedział, kim jest?

— Proszą cię, drogi bratanku.
— To nihilista.
— Co? — zapytał Mikołaj Pietrowicz, a Paweł Pietrowicz wzniósł do góry

nóż z kawałkiem masła na ostrzu i znieruchomiał.

— Nihilista — powtórzył Arkadiusz.
— Nihilista — powtórzył Mikołaj Pietrowicz. — To, o ile mi wiadomo, od

łacińskiego nihil, n  i  c,  czyli  to  słowo  oznacza  człowieka,  który...  który  nic  nie

background image

uznaje?

— Powiedz raczej: który nic nie szanuje — podchwycił Paweł Pietrowicz i

znów zabrał się do masła.

— Który do wszystkiego odnosi się krytycznie — poprawił Arkadiusz.
— Czy to nie wszystko jedno? — zapytał Paweł Pietrowicz.
—  Nie,  nie  wszystko  jedno.  Nihilista  to  człowiek,  który  nie  schyla  głowy

przed  żadnymi  autorytetami,  który  nie  przyjmuje  żadnego  pryncypu  na  wiarę,
nawet gdyby ten p r y n c y p był otoczony największym szacunkiem.

— I cóż, czy to dobre? — przerwał Paweł Pietrowicz.
— Jak dla kogo, stryjaszku. Dla jednego dobre, dla innego wręcz złe.
— Ach, tak! Widzę, że to nie dla nas. My, ludzie starej daty, sądzimy, że bez

prinsipiów  (Paweł  Pietrowicz  wymówił  to  słowo  miękko,  na  sposób  francuski,
natomiast Arkadiusz  powiedział  „pryncyp"  kładąc  akcent  na  pierwszej  sylabie),
przyjętych, jak powiadasz, na wiarę, nie można zrobić ani kroku, nawet odetchnąć
nie  można. Vous  avez  change  tout  cela ,  daj  wam  Boże  zdrowie  i  generalskie
szlify, a my będziemy się wami tylko zachwycać, panowie... jak, proszę?

— Nihiliści — wyraźnie powiedział Arkadiusz.
—  Tak.  Przedtem  byli  hegliści,  a  teraz  nihiliści.  Zoba  czymy  jak  będziecie

istnieć w pustce, w bezpowietrznej przestrzeni; zadzwoń, proszę, bracie, czas na
moje kakao.

Mikołaj  Pietrowicz  zadzwonił  i  krzyknął:  —  Duniasza!  —  Ale  zamiast

Duniaszy  na  taras  weszła  Fieniczka.  Była  to  młoda  kobieta,  licząca  lat
dwadzieścia trzy, biała i pulchna, o ciemnych włosach i oczach, o pełnych, jak u
dziecka,  czerwonych  usteczkach  i  delikatnych  rękach.  Miała  na  sobie  schludną
perkalową  sukienkę;  niebieska  nowa  chusteczka  lekko  układała  się  na  jej
krągłych  ramionach.  Niosła  wielką  filiżankę  kakao;  postawiła  ją  przed  Pawłem
Pietrowiczem  i  zawstydziła  się;  gorąca  krew  napłynęła  jasnoczerwoną  falą  pod
cienką skórę jej miłej twarzy. Spuściła oczy i stanęła przy stole, z lekka opierając
się  koniuszkami  palców.  Zdawało  się,  że  wstydzi  się  swojego  przyjścia,  ale
zarazem czuje, że miała prawo przyjść.

Paweł  Pietrowicz  surowo  zmarszczył  brwi,  Mikołaj  Pietrowicz  był

zakłopotany.

— Dzień dobry, Fieniczka! — powiedział przez zęby.
—  Dzień  dobry!  —  odrzekła  niegłośno,  lecz  dźwięcznie  i  spojrzawszy  z

ukosa  na Arkadiusza,  który  uśmiechnął  się  do  niej  przyjaźnie,  cichutko  wyszła.
Idąc kołysała się nieco, ale i to w niej nie raziło.

Na  tarasie  przez  kilka  chwil  panowało  milczenie.  Paweł  Pietrowicz,  który

popijał kakao, podniósł nagle głowę.

— Właśnie zmierza tu do nas pan nihilista — rzekł półgłosem.
Istotnie, przez ogród na przełaj, przez klomby szedł Bazarów. Jego płócienne

spodnie i płaszcz były brudne, jakaś błotna roślina wiła się wokół jego starego,
okrągłego  kapelusza,  w  prawej  ręce  trzymał  niewielki  woreczek,  w  którym
poruszało  się  coś  żywego.  Szybko  zbliżył  się  do  tarasu  i  skinąwszy  głową
powiedział:

background image

—  Dzień  dobry  panom!  Proszę  mi  wybaczyć,  że  spóźniłem  się  na  herbatę,

zaraz wrócę; muszę, wpierw umieścić w odpowiednim miejscu moje branki.

— Co pan tam ma, pijawki? — zapytał Paweł Pietrowicz.
— Nie, żaby,
— Pan je zjada czy hoduje?
— Potrzebne mi są do doświadczeń — obojętnie odparł Bazarów i wszedł do

domu. .

—  Będzie  je  zatem  krajał  —  zauważył  Paweł  Pietrowicz.  —  Nie  wierzy  w

prinsipia, ale w żaby wierzy.

Arkadiusz  z  ubolewaniem  spojrzał  na  stryja;  Mikołaj  Pietrowicz  ukradkiem

wzruszył  ramionami.  Paweł  Pietrowicz  poczuł,  że  zażartował  niezręcznie,  i
zaczął mówić o gospodarstwie i o nowym rządcy, który ubiegłego dnia przyszedł
do niego ze skargą, że parobek Fonia wyprawia „breweryje" i jest nieposłuszny.
„Taki  już  z  niego  Ezop  —  powiedział  przy  tym  rządca  —  wszędzie  dał  się
poznać jako zły człowiek; pożyje sobie jak głupiec i jak głupiec umrze."

 

background image

VI

 
Bazarów wrócił, usiadł przy stole i szybko zabrał się do herbaty. Obaj bracia

patrzyli na niego w milczeniu, Arkadiusz zaś ukradkiem spoglądał to na ojca, to
na stryja.

— Daleko pan chodził? — zapytał wreszcie Mikołaj Pietrowicz.
—  Bagno  jest  tu  blisko,  obok  osinowego  zagajnika.  Spłoszyłem  z  pięć

bekasów; możesz je ustrzelić, Arkadiuszu.

— Pan nie poluje?
— Nie.
— Właściwie zajmuje się pan fizyką? — zapytał z kolei Paweł Pietrowicz.
— Tak, fizyką; i w ogóle naukami przyrodniczymi.
— Podobno Germanowie mają teraz w tej dziedzinie duże osiągnięcia.
—  Tak,  Niemcy  są  w  tej  dziedzinie  naszymi  nauczycielami  —  niedbale

odpowiedział Bazarów.

Paweł Pietrowicz, mówiąc „Germanowie" zamiast Niem cy, użył tego słowa

w znaczeniu ironicznym, czego nikt jednak nie zauważył.

—  Pan  jest  tak  wysokiego  mniemania  o  Niemcach?  —  zapytał  z  wyszukaną

uprzejmością  Paweł  Pietrowicz.  Odczuwał  utajone  rozdrażnienie.  Jego
arystokratyczną  naturę  irytowała  całkowita  bezceremonialność  Bazarowa.  Ten
syn lekarza nie tylko nie zdradzał onieśmielenia, ale nawet odpowiadał krótko i
niechętnie, a w głosie jego brzmiał ton niegrzeczny, prawie zuchwały.

— Tamtejsi uczeni to dzielni ludzie.
— Tak, tak. Ale o rosyjskich uczonych nie ma pan zapewne tak pochlebnego

mniemania?

— Raczej nie.
—  Godne  pochwały  samozaprzaństwo  —  powiedział  Paweł  Pietrowicz

prostując się i odchylając głowę w tył. — Mój bratanek mówił przed chwilą, że
pan nie uznaje żadnych autorytetów, że w nic pan nie wierzy.

— Po cóż miałbym je uznawać? I w co miałbym wierzyć? Jeśli mi powiedzą

coś dorzecznego, zgodzę się, ot i wszystko.

—  Czy  Niemcy  zawsze  mówią  dorzecznie?  —  spytał  Paweł  Pietrowicz,  a

twarz  jego  przybrała  tak  obojętny,  daleki  wyraz,  jak  gdyby  uleciał  gdzieś  w
zaobłoczne wyżyny.

—  Nie  wszyscy  —  odpowiedział  z  lekka  poziewając  Bazarów,  który

wyraźnie nie miał ochoty przedłużać dyskusji.

Paweł Pietrowicz spojrzał na Arkadiusza, jakby chciał mu powiedzieć. „Ten

twój przyjaciel jest bardzo uprzejmy, nie ma co."

— Jeśli o mnie mowa — zaczął znów, z pewnym już wysiłkiem —  jam człek

grzeszny,  Niemców  nie  szanuję.  O  rosyjskich  Niemcach  nawet  nie  wspominam:
wiadomo, co to za ptaszki. Ale i niemieccy Niemcy nie bardzo mi przypadają do
gustu. Dawniejsi — jeszcze pół biedy; mieli wtedy Schillera, no, Getego... Brat

background image

bardzo ich szanuje... Teraz jednak pojawili się jacyś chemicy i materialiści...

—  Porządny  chemik  jest  stokroć  pożyteczniejszy  od  każdego  poety  —

przerwał Bazarów.

—  A  więc  tak  —  rzekł  Paweł  Pietrowicz  i  jak  gdyby  zasypiając,  leciutko

uniósł brwi. — Pan nie uznaje zatem sztuki?

—  Sztuki  robienia  pieniędzy!  —  zawołał  z  pogardliwym  uśmiechem

Bazarów.

— Aha, aha! Raczy pan żartować. Wszystko pan zatem odrzuca? No, dobrze!

Wierzy więc pan tylko w naukę?

— Miałem już zaszczyt oświadczyć panu, że w nic nie wierzę. Cóż to znaczy

nauka  —  nauka  w  ogóle?  Istnieją  nauki,  tak  jak  istnieją  rzemiosła,  profesje,  nie
ma nauki w ogóle.

—  Doskonale.  Ale  czy  i  do  innych,  przyjętych  w  społeczeństwie  ludzkim

zasad odnosi się pan tak samo negatywnie?

— Cóż to, przesłuchanie? — zapytał Bazarów.
Paweł Pietrowicz zbladł... Mikołaj Pietrowicz uznał, że należy wtrącić się do

rozmowy.

—  Kiedyś  bardziej  szczegółowo  pomówimy  z  panem  na  ten  temat,  drogi

Eugeniuszu Wasiliczu; zapoznamy się z poglądami pana, wypowiemy własne. Ze
swej  strony  bardzo  jestem  rad,  że  zajmuje  się  pan  naukami  przyrodniczymi.
Słyszałem,  że  Liebig  dokonał  nadzwyczajnych  odkryć  w  dziedzinie  ulepszania
gleby.  Mógłby  mi  pan  pomóc  w  moich  agronomicznych  pracach,  udzielić
pożytecznych rad.

—  Jestem  do  usług,  Mikołaju  Pietrowiczu;  ale  gdzie  nam  do  Liebiga!

Najpierw  trzeba  się  nauczyć  abecadła,  a  dopiero  później  sięgać  po  książkę,  my
zaś nie widzieliśmy nawet pierwszej litery.

„No,  widzę,  że  prawdziwy  z  ciebie  nihilista"  —  pomyślał  Mikołaj

Pietrowicz.

— Pozwoli pan, że zwrócę się do niego w razie potrzeby — dodał głośno. —

Myślę jednak, bracie, że czas nam porozmawiać z rządcą.

Paweł Pietrowicz wstał.
— Tak — powiedział nie patrząc na nikogo. — Zła to rzecz mieszkać przez

pięć lat na wsi, z dala od wielkich umysłów! Od razu człowiek głupieje. Stara się
nie  zapomnieć  tego,  czego  się  nauczył,  a  tu  widzi  jak  na  dłoni,  że  wszystko  to
głupstwo,  i  powiadają  mu,  że  porządni  ludzie  takimi  głupstwami  już  się  nie
zajmują, że z niego zacofany bęcwał. Cóż robić! Zapewne młodzież jest teraz od
nas mądrzejsza.

Paweł  Pietrowicz  powoli  obrócił  się  na  obcasach  i  wyszedł;  Mikołaj

Pietrowicz ruszył za nim.

— Cóż to, czy on zawsze jest taki? — chłodno zapytał Bazarów Arkadiusza,

gdy drzwi zamknęły się za obydwoma braćmi.

—  Słuchaj,  Eugeniuszu,  trochę  za  ostro  się  z  nim  obszedłeś  —  zauważył

Arkadiusz. — Obraziłeś go.

—  Właśnie,  będę  się  cackał  z  tymi  powiatowymi  arystokratami,  jeszcze

background image

czego!  Przecież  to  wcielony  egoizm,  próżność,  salonowe  przyzwyczajenia,
obyczaje  dandysów!  Cóż,  niechby  się  nadal  popisywał  w  Petersburgu,  jeśli  już
ma  taką  naturę...  Zresztą  Bóg  z  nim!  Znalazłem  dość  rzadki  okaz  wodnego  żuka,
dytiscus marginatus, wiesz? Pokażę ci.

— Obiecałem opowiedzieć ci jego historię... — zaczął Arkadiusz.
— Historię żuka?
—  Przestań,  Eugeniuszu.  Historię  mojego  stryja.  Zobaczysz,  że  to  inny

człowiek, niż sobie wyobrażasz. Bardziej zasługuje na współczucie niż na kpiny.

— Nie przeczę, ale cóż ci tak na tym zależy?
— Trzeba być sprawiedliwym, Eugeniuszu.
— Niby dlaczego?
— Posłuchaj, proszę cię...
I  Arkadiusz  opowiedział  mu  historię  swego  stryja.  Czytelnik  znajdzie  ją  w

następnym rozdziale.

background image

VII

 
Paweł  Pietrowicz  Kirsanow  wychowywał  się  najpierw  w  domu,  podobnie

jak  młodszy  jego  brat,  Mikołaj,  a  potem  w  Korpusie  Paziów.  Od  dzieciństwa
odznaczał się niezwykłą urodą; przy tym był pewny siebie, zabawnie zgryźliwy i
trochę  kpiarz,  toteż  nie  mógł  się  nie  podobać.  Gdy  tylko  został  oficerem,  zaczął
bywać  w  świecie.  Noszono  go  na  rękach,  a  on  pozwalał  sobie  na  wszystko,
nawet  robił  głupstwa,  nawet  pozował;  ale  i  z  tym  było  mu  do  twarzy.  Kobiety
szalały  za  nim,  mężczyźni  nazywali  go  fircykiem,  lecz  skrycie  mu  zazdrościli.
Paweł  Pietrowicz,  jak  już  o  tym  była  mowa,  mieszkał  razem  z  bratem,  którego
szczerze kochał, chociaż w niczym nie był do niego podobny. Mikołaj Pietrowicz
z  lekka  kulał,  rysy  miał  drobne,  przyjemne,  ale  nieco  smutne,  oczy  niewielkie,
czarne, włosy miękkie i rzadkie; chętnie próżnował, ale i chętnie czytał, lękał się
towarzystwa.  Paweł  Pietrowicz  ani  jednego  wieczora  nie  spędzał  w  domu,  był
słynny  z  odwagi  i  zręczności  (wprowadził  wśród  światowej  młodzieży  modę
gimnastyki)  i  przeczytał  jakie  pięć  lub  sześć  francuskich  książek.  Mając  lat
dwadzieścia  osiem  został  kapitanem,  czekała  go  wspaniała  kariera.  Nagle
wszystko się zmieniło.

W  owym  czasie  w  salonach  petersburskich  bywała  niekiedy  kobieta,  której

do dziś nie zapomniano, księżna R. Mąż jej był dobrze ułożony, przyzwoity, ale
nieco  głupi;  dzieci  nie  mieli.  Nieoczekiwanie  wyjeżdżała  za  granicę,  potem
nieoczekiwanie wracała do Rosji, w ogóle wiodła dziwny tryb życia. Uchodziła
za  lekkomyślną  kokietkę,  uwielbiała  wszelkie  rozrywki,  tańczyła  do  upadłego,
śmiała się i żartowała z młodymi ludźmi, których przyjmowała przed obiadem w
półmroku  salonu,  nocami  zaś.  płakała  i  modliła  się,  nie  znajdując  w  niczym
ukojenia; często do białego dnia krążyła po pokoju,  w  udręce  załamując  dłonie;
albo  też  blada,  zziębnięta,  przesiadywała  nad  psałterzem.  Nadchodził  dzień  i
księżna znów stawała się światową damą, znów jeździła z wizytami, śmiała się,
gawędziła  i  gotowa  była  z  radością  powitać  wszystko,  co  mogłoby  dać  jej
najmniejszą  choćby  przyjemność.  Była  cudownie  zbudowana;  złoty  i  jak  złoto
ciężki warkocz spadał niżej kolan, ale pięknością nikt by jej nie nazwał; w całej
jej  twarzy  piękne  były  tylko  oczy,  a  nawet  może  nie  same  oczy  —  niewielkie  i
szare — ale ich spojrzenie, bystre i głębokie, beztrosko zuchwałe, pełne smutnej
zadumy,  zagadkowe.  Lśniło  w  nich  coś  niezwykłego,  nawet  wtedy,  gdy  paplała
najbardziej  błahe  rzeczy.  Ubierała  się  w  sposób  wyszukany.  Paweł  Pietrowicz
spotkał  ją  na  jakimś  balu,  przetańczył  z  nią  mazura,  podczas  którego  nie
powiedziała  ani  jednego  rozsądnego  słowa,  i  zakochał  się  w  niej  bez  pamięci.
Jako  człowiek  przywykły  do  triumfów,  szybko  osiągnął  cel;  ale  łatwość
zwycięstwa  nie  zgasiła  jego  zapałów.  Przeciwnie:  jeszcze  mocniej,  jeszcze
namiętniej  przywiązał  się  do  tej  kobiety,  która  nawet  wtedy,  gdy  oddawała  się
całkowicie,  pozostawała  tajemnicza,  niedostępna  i  nieprzenikniona.  Bóg  tylko
wie,  co  kryło  się  w  jej  duszy!  Można  by  pomyśleć,  że  znajduje  się  we  władzy
jakichś tajemnych, jej samej nie znanych sił; była igraszką tych sił; jej niewielki

background image

rozum  nie  mógł  sobie  dać  rady  z  ich  kaprysami.  Całe  zachowanie  się  księżnej
było  pasmem  sprzeczności;  jedyne  listy,  które  mogłyby  wzbudzić  słuszne
podejrzenia  męża,  napisała  do  człowieka  prawie  obcego,  a  w  miłości  jej
dźwięczał  ton  smutku:  nie  śmiała  się  już  i  nie  żartowała  z  tym,  kogo  wybrała;
słuchała  go  i  patrzyła  na  niego  ze  zdumieniem.  Niekiedy,  przeważnie
nieoczekiwanie,  to  zdumienie  ustępowało  miejsca  zgrozie;  wtedy  wyraz  jej
twarzy  stawał  się  martwy  i  dziki;  zamykała  się  w  swojej  sypialni  i  pokojówka
przyłożywszy  ucho  do  zanika  mogła  usłyszeć  jej  głuche  szlochanie.  Nieraz
wracając  do  domu  po  czułym  spotkaniu,  Kirsanow  czuł  ową  rozdzierającą  i
gorzką  rozpacz,  która  ogarnia  serce  po  zupełnej  klęsce.  „Czegóż  jeszcze  chcę?"
—  pytał  sam  siebie,  a  w  sercu  wciąż  miał  rozpacz.  Kiedyś  podarował  jej
pierścień z wyrytym w kamieniu sfinksem.

— Cóż to? — zapytała. — Sfinks?
— Tak — odpowiedział — a tym sfinksem jest pani.
—  Ja?  —  zapytała  znów,  powoli  podnosząc  na  niego  swoje  zagadkowe

spojrzenie. — Wie pan, że to bardzo pochlebne — dodała z lekkim uśmieszkiem,
a jej oczy patrzyły wciąż tak samo dziwnie.

Paweł Pietrowicz czuł się przygnębiony nawet wtedy, gdy księżna R. kochała

go,  ale  kiedy  uczucia  jej  ochłodły,  a  stało  się  to  dość  szybko,  bliski  był
pomieszania zmysłów. Dręczył się, był zazdrosny, nie dawał jej spokoju, włóczył
się za nią wszędzie. Miała tego dosyć i wyjechała za granicę. Paweł Pietrowicz
podał  się  do  dymisji  i  nie  zważając  na  błagania  przyjaciół  oraz  perswazje
przełożonych, pojechał za księżną; spędził cztery lata na obczyźnie, to ścigając ją,
to  znów  umyślnie  tracąc  z  oczu;  wstydził  się  sam  siebie,  oburzała  go  własna
małoduszność... ale nic nie pomagało. Jej obraz, niepojęty, prawie niedorzeczny,
ale  czarowny,  zbyt  głęboko  zapadł  mu  w  serce.  W  Baden  zbliżył  się  do  niej
znowu jak dawniej; zdawało się, że nigdy jeszcze tak namiętnie go nie kochała...
ale po miesiącu wszystko się skończyło: płomień wybuchnął po raz ostatni i zgasł
na  zawsze.  Przeczuwając  nieuniknione  rozstanie,  chciał  przynajmniej  zostać  jej
przyjacielem,  jak  gdyby  mogła  istnieć  przyjaźń  z  taką  kobietą...  Ukradkiem
wyjechała z Baden i odtąd stale unikała Kirsanowa. Paweł Pietrowicz wrócił do
Rosji,  próbował  żyć  po  dawnemu,  ale  nie  potrafił  już  wdrożyć  się  w  to  dawne
życie.  Jak  struty  włóczył  się  z  miejsca  na  miejsce;  bywał  jeszcze  w  salonach,
zachował  wszystkie  przyzwyczajenia  człowieka  światowego,  mógłby  pochwalić
się  dwoma,  trzema  nowymi  triumfami;  lecz  nie  spodziewał  się  już  niczego
szczególnego  ani  po  sobie,  ani  po  innych,  i  nic  nie  przedsiębrał.  Zestarzał  się,
posiwiał;  przesiadywanie  wieczorami  w  klubie,  gorzka  nuda,  beznamiętne
dyskusje w męskim towarzystwie stały się dla niego potrzebą, co, jak wiadomo,
jest złym znakiem. O małżeństwie oczywiście ani myślał. Tak minęło dziesięć lat
bezbarwnie,  bezowocnie  i  szybko,  straszliwie  szybko.  Nigdzie  czas  nie  upływa
tak  szybko  jak  w  Rosji;  powiadają,  że  w  więzieniu  upływa  jeszcze  szybciej.
Pewnego dnia, siedząc w klubie przy obiedzie, Pa weł Pietrowicz dowiedział się
o śmierci księżnej R. Zmarła w Paryżu, bliska obłędu. Kirsanow wstał od stołu i
długo  krążył  po  salach  klubowych,  zatrzymując  się  jak  wryty  obok  grających  w

background image

karty; ale do domu nie wrócił wcześniej niż zwykle. Po niejakim czasie otrzymał
pakiecik  zaadresowany  na  jego  nazwisko:  znajdował  się  w  nim  pierścień,  który
dał ongi księżnie. Na sfinksie nakreśliła znak krzyża i kazała mu powiedzieć, że
krzyż stanowi rozwiązanie zagadki.

Zdarzyło  się  to  na  początku  1848  roku,  w  tym  samym  czasie,  kiedy  Mikołaj

Pietrowicz po śmierci żony przyjeżdżał do Petersburga. Paweł Pietrowicz prawie
nie  widywał  się  z  bratem  od  chwili,  gdy  ów  osiadł  na  wsi.  Ślub  Mikołaja
Pietrowicza  przypadł  na  początek  znajomości  Pawła  Pietrowicza  z  księżną.  Po
powrocie z zagranicy Paweł pojechał do niego, mając zamiar spędzić na wsi ze
dwa  miesiące  i  nacieszyć  się  szczęściem  brata,  ale  pozostał  tylko  tydzień.
Różnica  sytuacji  obu  braci  była  zbyt  wielka.  W  1848  roku  ta  różnica  się
zmniejszyła:  Mikołaj  stracił  żonę,  Paweł  swoje  wspomnienia;  po  śmierci
księżnej  starał  się  o  niej  nie  myśleć.  Ale  Mikołajowi  pozostała  świadomość
dobrze  spędzonego  życia,  syn  rósł  na  jego  oczach;  Paweł  natomiast,  samotny
kawaler,  wstępował  w  ów  niejasny,  mroczny  okres  życia,  pełen  żalów
podobnych do nadziei, nadziei podobnych do żalów, kiedy młodość już minęła, a
starość jeszcze nie nadeszła.

Ten okres dla Pawła Pietrowicza był trudniejszy niż dla kogokolwiek innego:

straciwszy swoją przeszłość stracił wszystko.

—  Nie  proszę  cię  teraz  do  Mariina  —  powiedział  mu  kiedyś  Mikołaj

Pietrowicz (nazwał tak swoją wieś na cześć żony). — Nudziłeś się tam jeszcze za
życia nieboszczki, a teraz zanudzisz się chyba na śmierć.

—  Wtedy  byłem  głupi  i  zaprzątnięty  marnościami  świata  —  odrzekł  Paweł

Pietrowicz  —  ale  od  tamtego  czasu  ustatkowałem  się,  jeśli  nie  stałem  się
mądrzejszy.  Teraz,  gdybyś  pozwolił,  gotów  byłbym  zamieszkać  u  ciebie  na
zawsze.

Zamiast  odpowiedzi  Mikołaj  uścisnął  go;  ale  półtora  roku  minęło  od  tej

rozmowy,  zanim  Paweł  zdecydował  się  wprowadzić  w  życie  swój  zamiar.
Osiadłszy  wreszcie  na  wsi,  nie  opuszczał  jej  nawet  w  ciągu  owych  trzech  zim,
które  Mikołaj  Pietrowicz  spędził  w  Petersburgu  z  synem.  Zaczął  czytać,
przeważnie  po  angielsku;  całe  swe  życie  zorganizował  na  modłę  angielską,
rzadko widywał się z sąsiadami i jeździł wyłącznie na zebrania wyborcze, gdzie
przeważnie milczał, niekiedy tylko drażniąc i przerażając ziemian starego pokroju
liberalnymi  konceptami,  lecz  nie  zbliżając  się  do  przedstawicieli  nowego
pokolenia.  Jedni  i  drudzy  mieli  go  za  pyszałka;  jedni  i  drudzy  szanowali  go  za
nieskazitelne  arystokratyczne  maniery,  za  pogłoski  o  jego  triumfach;  za  to,  że
świetnie się ubierał i zawsze stawał w najlepszym pokoju najlepszego hotelu; za
to, że w ogóle jadał wyborne obiady, a kiedyś nawet jadł obiad z Wellingtonem u
Ludwika  Filipa;  za  to,  że  wszędzie  woził  ze  sobą  neseser  ze  srebrnymi
przyborami i podróżną wannę; za to, że pachniał zawsze jakimiś nadzwyczajnymi,
niezwykle  „szlachetnymi"  perfumami;  za  to,  że  po  mistrzowsku  grał  w  wista  i
zawsze przegrywał; wreszcie szanowali go za nieposzlakowaną uczciwość. Panie
uważały go za czarującego melancholika, ale on nie zadawał się z paniami...

— Widzisz więc, Eugeniuszu — rzekł Arkadiusz kończąc opowiadanie — jak

background image

niesprawiedliwe są twoje mniemania o stryju! Nie mówię już o tym, że nie tylko
nieraz  wyciągał  ojca  z  kłopotów,  oddawał  mu  wszystkie  swoje  pieniądze  —
może  nie  wiesz  o  tym,  że  majątek  nie  jest  podzielony  —  ale  każdemu
chętniepomoże i zawsze broni wieśniaków; mówiąc z nimi krzywi się wprawdzie
i wącha wodę kolońską...

— Wiadomo, nerwy — przerwał Bazarów.
—  Możliwe,  lecz  serce  ma  złote.  I  bynajmniej  nie  jest  głupi.  A  jakie  mi

dawał pożyteczne rady... zwłaszcza jeśli idzie o stosunek do kobiet.

— Aha! Kto się na gorącym sparzył, ten na zimne dmucha! Znamy się na tym!
— Słowem — ciągnął dalej Arkadiusz — jest bardzo nieszczęśliwy, wierzaj

mi; pogardzać nim byłoby grzechem.

—  Któż  nim  pogardza?  —  zaoponował  Bazarów.  —  A  jednak  muszą

powiedzieć,  że  człowiek,  który  całe  życie  postawił  na  kartę  miłości,  a  gdy  ta
karta przepadła, stracił wszelką energię i zgnuśniał do tego stopnia, że do niczego
już nie jest zdolny, taki człowiek to nie mężczyzna, nie samiec. Powiadasz, że jest
nieszczęśliwy;  zapewne  znasz  go  lepiej,  ale  ja  uważam,  że  dziwactwo  wciąż
jeszcze  w  nim  tkwi.  Jestem  pewien,  że  na  serio  uważa  się  za  rozsądnego
człowieka, ponieważ czyta tego tam „Galignani" i raz na miesiąc uwolni chłopa
od chłosty.

— Pamiętaj jednak o jego wychowaniu, o czasie, w którym żył — zauważył

Arkadiusz.

—  Wychowanie?  —  podchwycił  Bazarów.  —  Każdy  człowiek  sam  siebie

powinien  wychowywać,  jak  ja  na  przykład...  Jeżeli  zaś  mowa  o  czasie,  czemu
miałbym  być  od  niego  zależny?  Niech  raczej  czas  zależy  ode  mnie.  Nie,  bracie,
wszystko to z pustki duchowej i folgowania sobie! I co tu mówić o tajemniczych
stosunkach  między  mężczyzną  i  kobietą?  My,  fizjologowie,  wiemy,  co  to  za
stosunki.  Przestudiuj  sobie  anatomię  oka:  skąd  tu  jakieś  zagadkowe  spojrzenie?
Wszystko  to  romantyzm,  głupstwa,  zgnilizna  i  sztuczność.  Chodźmy  lepiej
obejrzeć żuka.

I obaj przyjaciele udali się do pokoju Bazarowa, gdzie zdążył się już utrwalić

jakiś lekarsko-chirurgiczny zapach, pomieszany z zapachem taniego tytoniu.

 

background image

VIII

 
Paweł  Pietrowicz  niedługo  był  obecny  przy  rozmowie  brata  z  rządcą,

wysokim i chudym mężczyzną o słodkim, suchotniczym głosie i chytrych oczach,
który na wszystkie uwagi Mikołaja Pietrowicza odpowiadał: „Ależ proszę pana,
przecież  to  wiadomo",  i  starał  się  udowodnić,  że  chłopi  to  pijacy  i  złodzieje.
Przestawione  niedawno  na  nowe  tory  gospodarstwo  skrzypiało  jak  nie
nasmarowane  koło,  trzesz  czało  jak  meble  z  mokrego  drzewa  domowej  roboty.
Mikołaj Pietrowicz nie tracił otuchy, ale często wzdychał i zamyślał się: czuł, że
bez pieniędzy nie da rady, wszystkie zaś prawie pieniądze już wydał. Arkadiusz
powiedział  prawdę:  Paweł  Pietrowicz  niejednokrotnie  pomagał  bratu;  nieraz
widząc,  jak  brat  borykał  się  i  łamał  sobie  głowę  szukając  jakiegoś  wyjścia,
Paweł  Pietrowicz  powoli  podchodził  do  okna  i  wsunąwszy  ręce  w  kieszenie
bąkał  przez  zęby: „Mais  je  puis  vous  donner  de  l'argent"  —  i  dawał  mu
pieniądze;  tego  jednak  dnia  sam  nic  nie  miał  i  wolał  odejść.  Gospodarskie
kłopoty  przyprawiały  go  o  nudę;  przy  tym  ciągle  mu  się  zdawało,  że  Mikołaj
Pietrowicz mimo swego zapału i pracowitości bierze się do rzeczy nie tak, jakby
należało; nie potrafiłby mu jednak wskazać, na czym  polegają  jego  błędy.  „Brat
mój nie jest dość praktyczny — myślał — oszukują go." Mikołaj Pietrowicz miał
natomiast  wysoce  pochlebne  mniemanie  o  praktyczności  Pawła  Pietrowicza  i
zawsze pytał go o radę. „Jestem człowiekiem miękkim, słabym, życie spędziłem
na  odludziu  —  mawiał  —  ty  zaś  nie  na  próżno  wiele  przebywałeś  z  ludźmi  i
znasz ich dobrze: masz sokole oko." W odpowiedzi na te słowa Paweł Pietrowicz
tylko odwracał głowę, ale nie prostował opinii brata.

Zostawiwszy  Mikołaja  w  gabinecie,  Paweł  Pietrowicz  wyszedł  na  korytarz

oddzielający  frontową  część  domu  od  tylnej  i  zbliżywszy  się  do  niskich  drzwi
przystanął w zamyśleniu, podkręcił wąsa i zastukał.

—  Kto  tam?  Proszę  wejść  —  rozległ  się  głos  Fieniczki.  —  To  ja  —

powiedział Paweł Pietrowicz i otworzył drzwi.

Fieniczka  zerwała  się  z  krzesła,  na  którym  siedziała  trzymając  dziecko,  i

oddała  je  dziewczynie;  ta  natychmiast  wyniosła  je  z  pokoju,  a  Fieniczka  szybko
poprawiła chusteczkę.

—  Proszę  mi  wybaczyć,  że  przeszkodziłem  —  zaczął  Paweł  Pietrowicz  nie

patrząc na Fieniczkę. — Chciałem tylko panią poprosić... — Zdaje się, że dzisiaj
jadą do miasta... Niech pani poleci kupić dla mnie zielonej herbaty.

— Słucham — odpowiedziała Fieniczka. — Ile pan każe kupić?
—  Myślę,  że  pół  funta  będzie  dosyć.  A  u  pani  tutaj  zmiany  —  dodał

rzuciwszy wokół bystre spojrzenie, które prześliznęło się po twarzy Fieniczki. —
Firanki — powiedział widząc, że go nie rozumie.

— Tak, firanki; od Mikołaja Pietrowicza; ale dawno już wiszą.
— Dawno też u. pani nie byłem. Bardzo tu teraz ładnie.
— Z łaski Mikołaja Pietrowicza — szepnęła Fieniczka.
— Lepiej pani tutaj niż w oficynie? — zapytał Paweł Pietrowicz uprzejmie,

background image

ale bez cienia uśmiechu.

— O tak, lepiej.
— Któż teraz mieszka na pani miejscu?
— Teraz są tam praczki.
— A!
Paweł Pietrowicz umilkł. „Teraz sobie pójdzie" — myślała Fieniczka; ale nie

wychodził, ona zaś stała przed nim jak wryta, z lekka przebierając palcami.

—  Dlaczego  kazała  pani  wynieść  małego?  —  spytał  wreszcie  Paweł

Pietrowicz. — Lubię dzieci: proszę mi go pokazać.

Fieniczka  zarumieniła  się  z  zakłopotania  i  radości.  Lękała  się  Pawła

Pietrowicza: prawie nigdy z nią nie rozmawiał.

— Duniasza — zawołała — proszę przynieść Mitię. (Fieniczka do nikogo w

domu nie mówiła ty.) Albo nie, trzeba mu włożyć sukienkę.

Skierowała się ku drzwiom.
— Przecież to wszystko jedno — zauważył Paweł Pietrowicz.
— Zaraz wrócę — odpowiedziała Fieniczka i szybko wyszła.
Paweł  Pietrowicz  został  sam  i  tym  razem  ze  szczególną  uwagą  rozejrzał  się

dokoła.  Niewielki,  niski  pokoik,  w  którym  się  znajdował,  był  bardzo  czysty  i
przytulny.  Pachniało  tu  świeżo  pomalowaną  podłogą,  rumiankiem  i  melisą.  Pod
ścianami  stały  krzesła  z  oparciami  w  kształcie  lir;  kupił  je  jeszcze  nieboszczyk
generał,  w  Polsce,  podczas  kampanii;  w  jednym  z  kątów  stało  łóżeczko  z
muślinową  zasłoną,  obok  okuta  skrzynia  z  półokrągłym  wiekiem.  W
przeciwległym  kącie  paliła  się  lampka  przed  wielkim,  ciemnym  obrazem
Mikołaja Cudotwórcy; maleńkie porcelanowe jajeczko na czerwonej wstążeczce
wisiało  na  piersi  świętego,  przyczepione  do  aureoli;  na  oknach  mieniły  się
zielonym  blaskiem  starannie  zawiązane  słoiki  z  zeszłorocznymi  konfiturami;
Fieniczka wielkimi literami wypisała na papierowych pokrywkach a n g r e s t.
Mikołaj Pietrowicz szczególnie lubił te konfitury. Pod sufitem, na długim sznurku,
wisiała klatka z czyżykiem o krótkim ogonku; ptak nieustannie świergotał i skakał,
a  klatka  wciąż  kołysała  się  i  drżała:  ziarna  konopi  z  lekkim  stukiem  spadały  na
podłogę. W niszy, nad niewielką komodą, wisiały dość liche fotografie Mikołaja
Pietrowicza  w  rozmaitych  pozach,  zrobione  przez  wędrownego  artystę;  tam  też
wisiała fotografia Fieniczki, zupełnie nieudana: jakaś twarz bez oczu wymuszenie
uśmiechała  się  w  ciemnej  ramce,  nic  więcej  nie  można  było  dostrzec;  a  nad
Fieniczką  spod  jedwabnego  pantofelka  na  szpilki,  który  spadał  mu  akurat  na
czoło, groźnie spoglądał na dalekie góry Kaukazu Jermołow w burce.

Minęło  jakie  pięć  minut;  w  sąsiednim  pokoju  słychać  było  szelest  i  szepty.

Paweł  Pietrowicz  wziął  z  komody  zatłuszczony  i  podarty  tom Strzelców
Masalskiego, przewrócił kilka stronie... Drzwi otworzyły się i weszła Fieniczka z
Mitią  na  rękach.  Ubrała  go  w  czerwoną  koszulkę  z  galonem  na  kołnierzu,
przyczesała  mu  włoski  i  otarła  twarz;  oddychał  ciężko,  podrywał  się  całym
ciałem  i  machał  rączkami,  jak  to  robią  wszystkie  zdrowe  dzieci;  ale  strojna
koszulka  widocznie  na  niego  podziałała:  jego  tłuściutkie  ciałko  tchnęło
zadowoleniem.  Fieniczka  doprowadziła  też  do  ładu  swoje  włosy  i  poprawiła

background image

chusteczkę; mo gła jednak tego nie robić. Doprawdy, czy może być coś bardziej
zachwycającego niż urodziwa młoda matka ze zdrowym dzieckiem na rękach?

— Ale  zuch!  —  łaskawie  powiedział  Paweł  Pietrowicz  i  końcem  długiego

paznokcia  na  wskazującym  palcu  połaskotał  Mitię  w  podwójny  podbródek;
dziecko spojrzało na czyżyka i roześmiało się.

— To stryj — rzekła Fieniczka pochylając się nad nim i lekko go potrząsając,

podczas  gdy  Duniasza  cichutko  postawiła  na  oknie  zapaloną  trociczkę
podłożywszy pod nią grosz.

— Ile sobie liczy miesięcy? — zapytał Paweł Pietrowicz.
— Sześć; niedługo siódmy zacznie, jedenastego.
—  Czy  aby  nie  ósmy,  Fiedosjo  Nikołajewno?  —  nieśmiało  wtrąciła

Duniasza.

—  Nie,  siódmy,  co  znowu!  —  Dziecko  znów  się  zaśmiało,  spojrzało  na

skrzynię  i  nagle  całą  rączką  chwyciło  matkę  za  nos  i  usta.  —  Pieszczoch!  —
rzekła Fieniczka nie odsuwając twarzy.

—  Podobny  do  brata  —  zauważył  Paweł  Pietrowicz.  „Do  kogóż  ma  być

podobny?" — pomyślała Fieniczka.

—  Tak  —  ciągnął  Paweł  Pietrowicz,  jakby  rozmawiając  ze  sobą.  —

Niewątpliwe podobieństwo.

Uważnie, prawie ze smutkiem spojrzał na Fieniczkę.
— To stryj — powtórzyła, ale już szeptem.
— Ach, Paweł! Jesteś tu! — rozległ się nagle głos Mikołaja Pietrowicza.
Paweł  Pietrowicz  szybko  odwrócił  się  i  zachmurzył;  lecz  brat  spoglądał  na

niego  tak  radośnie  i  z  taką  wdzięcznością,  że  musiał  odpowiedzieć  mu
uśmiechem.

—  Wspaniały  smyk  —  rzekł  i  spojrzał  na  zegarek.  —  Wstąpiłem  tu  w

sprawie herbaty.

I  przybrawszy  obojętny  wyraz  twarzy  Paweł  Pietrowicz  zaraz  wyszedł  z

pokoju.

— Sam tak przyszedł? — zapytał Fieniczkę Mikołaj Pietrowicz.
— Sam; zastukał i wszedł.
— Arkasza więcej u ciebie nie był?
— Nie. Czy nie powinnam przeprowadzić się do oficyny?
— A to dlaczego?
— Myślę, że na początek tak będzie lepiej.
—  N...  nie  —  powiedział  jąkając  się  Mikołaj  Pietrowicz  i  potarł  czoło.  —

Trzeba  było  przedtem...  Jak  się  masz,  bąku  —  rzekł  z  nagłym  ożywieniem  i
zbliżywszy  się  do  dziecka  pocałował  je  w  policzek;  potem  schylił  się  nieco  i
dotknął  ustami  ręki  Fieniczki,  bielejącej  jak  mleko  na  tle  czerwonej  koszulki
Miti.

—  Mikołaju  Pietrowiczu!  Co  też  pan?...  —  wyszeptała  i  spuściła  oczy,  a

potem  wolno  je  podniosła...  Oczy  te  miały  cudowny  wyraz,  kiedy  patrzyła  jak
gdyby ukradkiem, uśmiechając się tkliwie i trochę głupiutko.

Mikołaj  Pietrowicz  poznał  Fieniczkę  w  następujący  sposób:  pewnego  razu,

background image

przed  trzema  laty,  wypadło  mu  zanocować  w  zajeździe  w  odległym  mieście
powiatowym.  Przyjemnie  zdziwiła  go  czystość  pokoju,  świeżość  bielizny
pościelowej.  „Chyba  Niemka  jest  tu  gospodynią?"  —  przyszło  mu  na  myśl. Ale
gospodynią  była  Rosjanka,  kobieta  około  pięćdziesiątki,  schludnie  ubrana,  o
przyjemnej, rozumnej twarzy i statecznej mowie. Rozmawiał z nią przy herbacie,
bardzo  mu  się  spodobała.  W  owym  czasie  Mikołaj  Pietrowicz  dopiero  co
przeprowadził się do nowego domu i nie chcąc mieć przy sobie ludzi poddanych,
szukał  najemnych;  gospodyni  ze  swej  strony  skarżyła  się  na  niewielką  liczbę
podróżnych, na ciężkie czasy; zaofiarował jej u siebie pracę klucznicy; zgodziła
się.  Mąż  jej  dawno  umarł  zostawiając  jedną  tylko  córkę,  Fieniczkę.  Po  dwóch
tygodniach Arina Sawiszna (tak nazywała się nowa klucznica) przyjechała wraz z
córką do Mariina i zamieszkała w oficynie. Wybór Mikołaja Pietrowicza okazał
się  trafny. Arina  zaprowadziła  w  domu  porządek.  O  Fieniczce,  która  wówczas
skończyła  już  siedemnaście  lat,  nikt  nie  mówił  i  rzadko  kto  ją  widywał:  żyła
cichutko, skromnie i tylko w niedzielę, w parafialnej cerkwi, Mi kołaj Pietrowicz
dostrzegł gdzieś z boku jej delikatny profil. Tak minął z górą rok.

Pewnego  ranka  Arina  zjawiła  się  w  jego  gabinecie,  jak  zwykle  nisko  się

pokłoniła i zapytała, czy nie mógłby pomóc jej córce, której wpadła do oka iskra
z  pieca.  Mikołaj  Pietrowicz,  jak  wszyscy  domatorzy  wiejscy,  zajmował  się
leczeniem  i  miał  nawet  apteczkę  homeopatyczną.  Zaraz  też  kazał  Arinie
przyprowadzić chorą. Fieniczka dowiedziawszy się, że pan ją wzywa, zlękła się
bardzo,  poszła  jednak  za  matką.  Mikołaj  Pietrowicz  podprowadził  ją  do  okna  i
ujął  w  obie  ręce  jej  głowę.  Starannie  obejrzał  zaczerwienione  i  rozpalone  oko,
zaordynował  okłady,  które  sam  zaraz  przygotował,  i  podarłszy  swą  chustkę,
pokazał,  jak  należy  je  robić.  Fieniczka  wysłuchała  go  i  chciała  odejść.  —
Pocałujże  pana  w  rękę,  głupia  —  powiedziała  Arina.  Mikołaj  Pietrowicz  nie
podał  jej  ręki  do  ucałowania  i  zmieszany,  sam  pocałował  ją  w  przedziałek  na
pochylonej  głowie.  Oko  Fieniczki  szybko  się  zagoiło;  ale  wrażenie,  które
wywarła na Mikołaju Pietrowiczu, nie minęło tak szybko. Wciąż marzyła mu się
jej czysta, delikatna, trwożnie wzniesiona do góry twarz; czuł pod swymi dłońmi
jej  miękkie  włosy,  widział  niewinne,  lekko  rozchylone  usta,  spoza  których
migotały w słońcu wilgotne, perłowe ząbki. Zaczął teraz patrzeć na nią w cerkwi
z  wielką  uwagą,  próbował  nawiązać  rozmowę.  Z  początku  stroniła  od  niego  i
kiedyś,  pod  wieczór,  gdy  go  spotkała  na  wąskiej  ścieżynce  wydeptanej  wśród
żyta, weszła w wysokie, gęste zboże, zarosłe piołunem i bławatkami, byle tylko
jej  nie  zauważył.  Mikołaj  Pietrowicz  dostrzegł  jej  główkę  poprzez  złotą  siatkę
kłosów, spoza której wyglądała niby zwierzątko, i zawołał dobrotliwie:

— Dzień dobry, Fieniczka! Nie gryzę przecież.
— Dzień dobry panu — wyszeptała nie opuszczając swojej kryjówki.
Powoli zaczęła do niego przywykać, lecz wciąż jeszcze była onieśmielona w

jego  obecności;  nagle  matka  jej,  Arina,  zmarła  na  cholerę.  Cóż  miała  z  sobą
począć Fieniczka? Po matce odziedziczyła zamiłowanie do porządku, rozsądek i
stateczność; ale była taka młoda, taka samotna, a Mikołaj Pietrowicz taki dobry i
skromny... Reszty dopowiadać nie trzeba...

background image

— A  więc  brat  jednak  wstąpił  do  ciebie?  —  pytał  Mikołaj  Pietrowicz.  —

Zastukał i wszedł?

— Tak.
— No, to dobrze. Daj, pohuśtam Mitię.
I  Mikołaj  Pietrowicz  zaczął  go  podrzucać  prawie  do  sufitu  ku  wielkiemu

zadowoleniu maleństwa, a niemałemu przerażeniu matki, która za każdym razem
wyciągała ręce do odsłoniętych nóżek dziecka.

Paweł  Pietrowicz  wrócił  do  swego  wykwintnego  gabinetu  o  pięknych

szaroniebieskich  obiciach,  gdzie  na  barwnym  perskim  dywanie  wisiała  broń,
gdzie  stały  orzechowe  meble,  obite  ciemnozieloną  trypą,  biblioteka renaissance
ze  starego  czarnego  dębu,  wspaniałe  biurko  z  pięknymi  statuetkami  z  brązu,
kominek...  Rzucił  się  na  kanapę,  założył  ręce  pod  głowę  i  leżał  nieruchomo  z
rozpaczą prawie patrząc w sufit. Może chciał ukryć  przed  ścianami  wyraz  swej
twarzy,  może  powodowało  nim  co  innego,  dość,  że  wstał,  zaciągnął  ciężkie
zasłony na oknach i znowu rzucił się na kanapę.

 

background image

IX

 
Tego  samego  dnia  również  i  Bazarów  zapoznał  się  z  Fieniczką.  Chodził  z

Arkadiuszem  po  ogrodzie  i  tłumaczył  mu,  dlaczego  nie  przyjęły  się  niektóre
drzewa, a zwłaszcza dębczaki.

—  Trzeba  tu  sadzić  srebrne  topole,  świerki,  lipy,  dodawszy  najpierw

czarnoziemu.  Altanka  wyrosła  doskonale  —  dodał  —  bo  akacja  i  bez  to
poczciwe rośliny, nie wymagające pielęgnacji. O! ale tutaj ktoś jest!

W  altance  siedziała  Fieniczka  z  Duniaszą  i  Mitią.  Bazarów  zatrzymał  się.

Arkadiusz skinął głową Fieniczce jak stary znajomy.

— Któż to? — zapytał Bazarów, gdy tylko minęli altankę. — Jaka ładna.
— O kim mówisz?
—  Wiadomo  o  kim:  jedna  tu  tylko  jest  ładna.  Arkadiusz  z  pewnym

zakłopotaniem wyjaśnił mu krótko, kim jest Fieniczka.

—  Aha!  —  rzekł  Bazarów.  —  Widzę,  że  twój  ojciec  zna  się  na  rzeczy.

Podoba  mi  się  twój  ojciec,  ani  słowa.  Zuch  z  niego!  Trzeba  jednak  zawrzeć
znajomość — dodał i skierował się z powrotem ku altance.

—  Eugeniuszu!  —  z  przestrachem  krzyknął  Arkadiusz.  —  Ostrożnie,  na

miłość boską!

— Bądź spokojny — rzekł Bazarów. — Obycia nam nie brak, mieszkaliśmy

w miastach.

Zbliżywszy się do Fieniczki zdjął czapkę.
—  Pozwoli  pani,  że  się  przedstawię  —  zaczął  z  uprzejmym  ukłonem.  —

Jestem przyjacielem Arkadiusza Nikołajewicza, człowiek ze mnie spokojny.

Fieniczka wstała z ławeczki i patrzyła na niego w milczeniu.
—  Jakie  śliczne  dziecko!  —  ciągnął  dalej  Bazarów.  —  Niech  się  pani  nie

obawia,  na  nikogo  jeszcze  nie  rzuciłem  uroku.  Czemu  on  ma  takie  czerwone
policzki? Ząbki mu się wyrzynają?

— Tak — rzekła Fieniczka — ma już cztery ząbki i teraz znowu puchną mu

dziąsła.

— Proszę pokazać... Niech się pani nie boi, jestem doktorem.
Bazarów  wziął  na  ręce  dziecko,  które  ku  wielkiemu  zdziwieniu  Fieniczki  i

Duniaszy nie przestraszyło się i wcale się nie opierało.

—  Widzę,  widzę...  To  nic,  wszystko  w  porządku:  będzie  miał  mocne  zęby.

Gdyby się coś stało, zechce mi pani powiedzieć. A pani sama czuje się dobrze?

— Dobrze, Bogu dzięki.
— Bogu dzięki — to najważniejsze. A pani? — dodał Bazarów zwracając się

do Duniaszy.

Duniasza,  zazwyczaj  bardzo  poważna  na  pokojach,  ale  skłonna  do  żartów,

ledwo opuszczała ich progi, w odpowiedzi parsknęła śmiechem.

—  No,  to  doskonale.  Proszą  wziąć  tego  zucha.  Fieniczka  wzięła  dziecko  na

ręce.

background image

— Jaki był cichutki, kiedy go pan trzymał — powiedziała półgłosem.
— Wszystkie dzieci są przy mnie cichutkie — odrzekł Bazarów — mam na to

sposób.

— Dzieci czują, kto je lubi — zauważyła Duniasza.
—  To  prawda  —  potwierdziła  Fieniczka.  —  Mitia  za  nic  do  obcego  nie

pójdzie.

— A  do  mnie  pójdzie?  —  zapytał Arkadiusz,  który  poczekawszy  chwilę  w

pewnej odległości, zbliżył się do altanki.

Zaczął  zachęcać  Mitię,  ale  dziecko  odwróciło  główkę  i  zapiszczało,  co

wprawiło Fieniczkę w wielkie zakłopotanie.

—  Innym  razem,  kiedy  się  przyzwyczai  —  wyrozumiale  rzekł  Arkadiusz  i

obaj przyjaciele odeszli.

— Jakże ona się nazywa? — zapytał Bazarów.
— Fieniczka... Fiedosja — odpowiedział Arkadiusz.
— A po ojcu? Trzeba to także wiedzieć.
— Nikołajewna.
— Bene. Podoba mi się, że jest niezbyt płochliwa. Kto inny zresztą potępiłby

tę cechę. Cóż za głupstwa! Dlaczego miałaby się płoszyć? Jest matką, nic jej nie
można zarzucić.

— Jej nic nie można zarzucić — zauważył Arkadiusz — ale mój ojciec...
— I on jest w porządku — przerwał Bazarów.
— No, nie uważam.
— Zapewne nie bardzo nam odpowiada drugi spadkobierca?
—  Jak  ci  nie  wstyd  posądzać  mnie  o  takie  myśli  —  gorąco  zaprotestował

Arkadiusz. — Bynajmniej nie dlatego ojciec nie jest w porządku; moim zdaniem
powinien się z nią ożenić.

—  Ho,  ho!  —  spokojnie  rzekł  Bazarów.  —  Tacy  to  jesteśmy

wspaniałomyślni!  Przypisujesz  znaczenie  małżeństwu?  Nie  spodziewałem  się
tego po tobie.

Przyjaciele przeszli kilka kroków w milczeniu.
— Widziałem gospodarstwo twego ojca — zaczął znowu Bazarów. — Bydło

liche,  konie  podbite.  Budynki  także  zapuszczone,  robotnicy  wyglądają  na
skończonych  leniów,  rządca  zaś  to  albo  głupiec,  albo  oszust,  jeszcze  nie  wiem
dokładnie.

— Ależ surowy jesteś dzisiaj, Eugeniuszu.
—  I  poczciwi  chłopkowie  niewątpliwie  wystrychną  twego  ojca  na  dudka.

Znasz powiedzonko: „Rosyjski chłop Pana Boga pożre."

—  Zaczynam  zgadzać  się  ze  stryjkiem  —  zauważył  Arkadiusz  —  masz

zdecydowanie złe zdanie o Rosjanach.

—  Wielkie  rzeczy!  To  tylko  dobre  w  Rosjaninie,  że  ma  o  sobie  najgorsze

mniemanie. Ważne jest tylko, że dwa razy dwa to cztery, a reszta głupstwo.

—  I  natura  też  głupstwo?  —  spytał  Arkadiusz,  w  zamyśleniu  patrząc  na

różnobarwne  pola  w  oddali,  pięknie  oświetlone  łagodnymi  promieniami
zachodzącego już słońca.

background image

— I natura też głupstwo w tym znaczeniu, w jakim ty ją rozumiesz. Natura nie

jest świątynią, ale warsztatem, gdzie pracuje człowiek.

W tej samej chwili dobiegły ich z domu powolne dźwięki wiolonczeli. Ktoś z

uczuciem,  choć  niewprawną  ręką  grał Oczekiwanie Schuberta;  słodka  jak  miód
melodia rozlewała się w powietrzu.

— A to co? — spytał ze zdumieniem Bazarów.
— To ojciec gra.
— Twój ojciec gra na wiolonczeli?
— Tak.
— Ile twój ojciec ma lat?
— Czterdzieści cztery.
Bazarów roześmiał się nieoczekiwanie.
— Czemu się śmiejesz?
— Zlituj się. Mężczyzna w wieku lat czterdziestu czterech, pater  familias, w

powiecie, gra na wiolonczeli! Bazarów nie przestawał śmiać się, lecz Arkadiusz,
jakkolwiek  otaczał  czcią  swojego  nauczyciela,  tym  razem  nawet  się  nie
uśmiechnął.

 

background image

X

 
Minęły  prawie  dwa  tygodnie.  Życie  w  Mariinie  płynęło  swoim  trybem:

Arkadiusz próżnował, Bazarów zajęty był pracą. Wszyscy w domu przywykli do
niego,  do  jego  niedbałych  manier,  lakonicznych  i  urywkowych  wypowiedzi.
Fieniczka zwłaszcza tak się z nim oswoiła, że kiedyś nocą kazała go obudzić, gdy
Mitia  dostał  konwulsji.  Bazarów  przyszedł  i  jak  zawsze,  na  wpół  żartując,  na
wpół ziewając, spędził u niej dwie godziny i pomógł dziecku. Natomiast Paweł
Pietrowicz  z  całej  duszy  znienawidził  Bazarowa:  uważał  go  za  pyszałka,
impertynenta, cynika, plebejusza; podejrzewał, że Bazarów go nie szanuje, że bez
mała  gardzi  nim  —  Pawłem  Kirsanowem!  Mikołaj  Pietrowicz  trochę  się  bał
młodego „nihilisty" i powątpiewał, czy jego wpływ na Arkadiusza jest korzystny;
ale  chętnie  go  słuchał,  chętnie  przypatrywał  się  jego  fizycznym  czy  chemicznym
doświadczeniom. Bazarów przywiózł ze sobą mikroskop i spędzał nad nim całe
godziny. Służba także polubiła Bazarowa, chociaż sobie z niej pokpiwał: czuli, że
to  przecież  swój  człowiek,  a  nie  żaden  dziedzic.  Duniasza  chętnie  z  nim
żartowała i ukradkiem rzucała na niego wymowne spojrzenia, przebiegając obok
jak  przepióreczka;  nawet  Piotr,  człowiek  w  najwyższym  stopniu  samolubny  i
głupi, wiecznie naburmuszony, Piotr, którego wszystkie zalety polegały na tym, że
z  wyglądu  sprawiał  wrażenie  uprzejmego,  potrafił  sylabizować  i  często  czyścił
szczotką  swój  surducik  —  otóż  nawet  Piotr  uśmiechał  się  i  promieniał,  gdy
Bazarów  zwracał  na  niego  uwagę;  dworscy  chłopcy  biegali  za  „dochtorem"  jak
pieski. Tylko stary Prokoficz nie lubił go i z ponurą miną usługiwał mu przy stole;
nazywał  go  „hyclem"  i  „chłystkiem"  i  zapewniał,  że  ze  swymi  faworytami
wygląda  jak  świnia  w  krzakach.  Prokoficz  na  swój  sposób  był  arystokratą,  nie
gorszym niż Paweł Pietrowicz.

Nadeszły  najpiękniejsze  dni  w  roku,  pierwsze  dni  czerwca.  Pogoda  była

wspaniała.  Co  prawda,  z  daleka  groziła  znów  cholera,  ale  mieszkańcy  guberni
zdążyli  już  przywyknąć  do  jej  odwiedzin.  Bazarów  wstawał  bardzo  wcześnie  i
szedł dwie lub trzy wiorsty, nie na spacer — nie znosił przechadzek bez celu —
lecz by zbierać zioła i owady. Niekiedy zabierał ze sobą Arkadiusza. W drodze
powrotnej  wywiązywała  się  zazwyczaj  dyskusja  i  Arkadiusz  wychodził  z  niej
przeważnie pokonany, chociaż mówił więcej niż jego towarzysz.

Pewnego  razu  jakoś  długo  nie  wracali;  Mikołaj  Pietrowicz  wyruszył  na  ich

spotkanie  do  ogrodu;  zbliżywszy  się  do  altanki  usłyszał  nagle  szybkie  kroki  i
głosy obu młodzieńców. Szli po drugiej stronie i nie mogli go widzieć.

—  Nie  dość  znasz  mojego  ojca  —  mówił  Arkadiusz.  Mikołaj  Pietrowicz

przyczaił się.

—  Poczciwiec  z  niego  —  rzekł  Bazarów  —  ale  to  człowiek  poza  nurtem

życia, nie ma już nic do powiedzenia.

Mikołaj Pietrowicz nastawił ucha... Arkadiusz nic nie odpowiadał.
„Człowiek poza nurtem życia" stał jeszcze kilka chwil i powoli powlókł się

do domu.

background image

— Onegdaj, patrzę, czyta Puszkina — ciągnął tymczasem dalej Bazarów. —

Wytłumacz  mu,  proszę,  że  to  diabła  warte.  Przecież  nie  jest  chłopcem:  czas
zostawić  te  głupstwa.  Że  też  chce  mu  się  być  romantykiem  w  dzisiejszych
czasach. Daj mu coś dorzecznego do czytania.

— Cóż by mu dać? — zapytał Arkadiusz.
— Myślę, że na początek Stoff und Kraft Buchnera.
—  Jestem  tego  samego  zdania  —  zgodził  się  Arkadiusz.  —  To  książka

napisana językiem przystępnym.

—  A  więc  —  mówił  tego  samego  dnia  Mikołaj  Piętro  wicz  siedząc  po

obiedzie  w  gabinecie  swego  brata  —  zostaliśmy  ludźmi  poza  nurtem  życia,  nie
mamy  już  nic  do  powiedzenia.  Cóż?  Może  Bazarów  ma  rację;  ale  jedno  mnie
boli: miałem nadzieję, że właśnie teraz zbliżę się i zaprzyjaźnię z Arkadiuszem,
wygląda zaś na to, że ja zostałem w tyle, a on poszedł naprzód i nie możemy się.
nawzajem zrozumieć.

— W czymże on poszedł naprzód? I na czym polega ta wielka różnica między

nim  a  nami?!  —  niecierpliwie  wykrzyknął  Paweł  Pietrowicz.  —  Wszystko  to
wbił  mu  w  głowę  ów signor,  ów  nihilista.  Nienawidzę  tego  lekarzyny;  według
mnie to po prostu szarlatan; jestem pewien, że niedaleko zaszedł w fizyce mimo
tych wszystkich swoich żab.

— Nie, bracie, nie mów tego; Bazarów jest mądry i wykształcony.
— A ile w nim wstrętnej ambicji — przerwał znowu Paweł Pietrowicz.
— Tak — odparł Mikołaj Pietrowicz — jest ambitny. Ale to widocznie cecha

niezbędna;  czego  innego  natomiast  nie  mogę  pojąć.  Zdawałoby  się,  że  robię
wszystko, by nadążyć za epoką: dałem chłopom ziemię, założyłem fermę, tak że w
całej guberni raczą mnie nazywać czerwonym; czytam, uczę się, w ogóle usiłuję
sprostać  współczesnym  wymaganiom,  a  oni  mówią,  że  nic  już  nie  mam  do
powiedzenia.  I  wiesz,  bracie,  ja  sam  zaczynam  dochodzić  do  wniosku,  że  to
prawda.

— A to dlaczego?
—  Zaraz  zobaczysz.  Siedzę  dziś  i  czytam  Puszkina...  Bodaj  że Cyganie

wpadli  mi  w  rękę...  Nagle  podchodzi  do  mnie Arkadiusz  i  milcząc,  z  wyrazem
tkliwego  współczucia  na  twarzy,  łagodnie,  niby  dziecku,  zabiera  mi  książkę  i
kładzie przede mną inną, niemiecką... Potem uśmiechnął się i odszedł zabierając
Puszkina.

— Ach tak! Jaką. książkę ci dał?
— Tę oto!
I  Mikołaj  Pietrowicz  wyjął  z  tylnej  kieszeni  surduta  dziewiąte  wydanie

sławetnej broszury Buchnera.

Paweł Pietrowicz obrócił ją w rękach.
—  Hm!  —  mruknął.  —  Arkadiusz  troszczy  się  o  twoje  wychowanie.  Cóż,

próbowałeś czytać?

— Próbowałem.
— No i co?
— Albo sam jestem głupi, albo to są wszystko brednie. Zapewne to ja jestem

background image

głupi.

— Nie zapomniałeś po niemiecku? — zapytał Paweł Pietrowicz.
— Po niemiecku rozumiem.
Paweł Pietrowicz znów obrócił książkę w rękach i z ukosa spojrzał na brata.

Obaj  zamilkli.  — Ale,  wiesz  —  zaczął  Mikołaj  Pietrowicz,  widocznie  pragnąc
zmienić temat rozmowy — dostałem list od Kolazina.

— Od Matwieja Iljicza?
— Tak. Właśnie przyjechał do na kontrolę guberni. Został teraz wielką figurą

i  pisze  mi,  że  jak  przystało  krewnym,  pragnie  zobaczyć  się  z  nami  i  zaprasza
ciebie, mnie i Arkadiusza do miasta.

— Pojedziesz? — zapytał Paweł Pietrowicz. — Nie, a ty?
—  Także  nie.  Warto  też  wlec  się  pięćdziesiąt  wiorst!  Mathieu  pragnie

pokazać się nam w całym blasku; e, do licha! Starczy mu gubernialnego kadzidła,
obejdzie  się  bez  nas.  Wielka  mi  persona,  tajny  radca!  Gdybym  dalej  służył,
gdybym  jak  głupiec  ciągnął  to  brzemię,  byłbym  teraz  generałem-adiutantem.
Zresztą  jesteśmy ludźmi poza nurtem życia.

— Tak, bracie, czas nam chyba zamawiać trumnę i ręce skrzyżować na piersi

— zauważył z westchnieniem Mikołaj Pietrowicz.

—  No,  ja  się  tak  szybko  nie  poddam  —  zamruczał  jego  brat.  —  Przyjdzie

jeszcze do starcia z tym medykiem, czuję to.

Do  starcia  doszło  tego  samego  dnia  przy  wieczornej  herbacie.  Paweł

Pietrowicz  zszedł  do  salonu  gotów  do  boju,  rozdrażniony  i  zdecydowany  na
wszystko. Czekał   tylko okazji, by się rzucić na wroga, lecz okazja długo się nie
nadarzyła.  Bazarów  w  ogóle  mało  mówił  w  obecności  „staruszków
Kirsanowów" (tak nazywał obu braci), tego zaś wieczora był nie w humorze i w
milczeniu  wypijał  filiżankę  za  filiżanką.  Paweł  Pietrowicz  płonął  z
niecierpliwości;  wreszcie  spełniły  się  jego  pragnienia.  Rozmowa  zeszła  na
jednego z sąsiadów.

— Łajdak, arystokracik — obojętnie zauważył Bazarow, który spotykał się z

nim w Petersburgu.

—  Pozwoli  pan,  że  go  spytam  —  zaczął  Paweł  Pietrowicz  i  wargi  mu

zadrgały — czy według pana słowa' „łajdak" i „arystokrata" oznaczają to samo?

—  Powiedziałem  „arystokracik"  —  rzekł  Bazarow,  leniwie  popijając

herbatę.

— Tak, właśnie; przypuszczam jednak, że pan jest takiego samego mniemania

o arystokratach co i o arystokracikach. Uważam za swój obowiązek oświadczyć
panu, że tego mniemania nie podzielam. Ośmielę się zauważyć, że wszyscy znają
mnie jako człowieka liberalnego i ceniącego postęp; ale właśnie dlatego szanuję
arystokratów  oczywiście  prawdziwych.  Zechce  pan,  łaskawy  panie  (przy  tych
słowach  Bazarów  podniósł  oczy  na  Pawła  Pietrowicza),  zechce  pan,  łaskawy
panie — powtórzył z zaciętością — przypomnieć sobie angielskich arystokratów.
Nie  ustępują  na  jotę  ze  swoich  praw  i  dlatego  szanują  prawa  innych;  wymagają
spełnienia  obowiązków  w  stosunku  do  siebie  i  dlatego  spełniają  swoje  własne
obowiązki.  Arystokracja  przyniosła  Anglii  wolność  i  arystokracja  tę  wolność

background image

podtrzymuje.

—  Słyszeliśmy  już  tę  piosenkę  niejednokrotnie  —  odparł  Bazarów  —  lecz

cóż pan chce przez to powiedzieć?

—  Chcę  o  n  y  m  powiedzieć,  łaskawy  panie  (Paweł  Pietrowicz,  będąc

rozgniewany, naumyślnie mówił „ono" zamiast „to", chociaż doskonale wiedział,
że gramatyka pódobnych słów nie uznaje. To dziwactwo było spuścizną czasów
Aleksandra  I.  Ówczesne  osobistości  w  rzadkich  wypadkach,  kiedy  mówiły
językiem  ojczystym,  używały  owego  ono:  bo  my  jesteśmy  Rosjanie  z  dziada
pradziada;  my,  wielcy  panowie,  mówili,  możemy  sobie  lekceważyć  szkolne
reguły.), chcę onym powiedzieć, że bez poczucia Własnej godności, bez szacunku
dla siebie samego — a w arystokracie te uczucia są rozwinięte — nie ma żadnych
trwałych  podstaw  do  budowania... bien 

public... społecznego  gmachu.

Najważniejsza  jest  jednostka,  łaskawy  panie;  jednostka  w  społeczeństwie
ludzkim winna być mocna jak skała, na niej bowiem wszystko się wspiera. Wiem
doskonale,  że  pan  raczy  uważać  za  śmieszne  moje  przyzwyczajenia,  ubiór,
schludność  wreszcie,  lecz  wszystko  to  wynika  z  szacunku  dla  samego  siebie,  z
poczucia obowiązku, tak, tak, obowiązku. Mieszkam na wsi, na odludziu, ale nie
zatracam się, szanuję w sobie człowieka.

—  Za  pozwoleniem,  Pawle  Pietrowiczu  —  rzekł  Bazarów  —  ma  pan  dla

siebie szacunek i siedzi pan z założonymi rękoma; jakaż z tego korzyść dla bien
public? 
gdyby pan siebie nie szanował, postępowałby pan tak samo.

Paweł Pietrowicz zbladł.
—  To  zupełnie  inne  zagadnienie.  Nie  mam  powodu  tłumaczyć  panu  teraz,

dlaczego  siedzę  z  założonymi  rękoma,  jak  pan  zechciał  łaskawie  się  wyrazić.
Chcę  tylko  rzec,  że  arystokratyzm  —  to  prinsip,  w  naszych  zaś  czasach  bez
prinsipiów mogą żyć tylko ludzie płytcy lub pozbawieni moralności. Mówiłem to
już  Arkadiuszowi  nazajutrz  po  jego  przyjeździe  i  powtarzam  to  teraz  panu.
Prawda, Mikołaju?

Mikołaj Pietrowicz skinął głową.
—  Arystokratyzm,  liberalizm,  progres,  principia  —  mówił  tymczasem

Bazarów  —  pomyśleć  tylko,  ile  cudzoziemskich...  i  bezużytecznych  słów.
Rosjaninowi nawet za darmo na nic się nie zdadzą.

—  Cóż  więc  jest  mu  potrzebne,  według  pańskiego  zdania?  Słuchając  pana

można  dojść  do  wniosku,  że  znajdujemy  się  poza  człowieczeństwem,  poza  jego
prawami. Daj pan pokój, log ba historii wymaga...

— Na cóż nam logika historii? Doskonale się bez niej obchodzimy.
— Jak to?
— Po prostu. Mam nadzieję, że po to, by włożyć kawałek chleba do ust, gdy

jest pan głodny, nie potrzebuje pan logiki. Na cóż nam takie abstrakcje?

Paweł Pietrowicz rozłożył ręce.
—  W  takim  razie  nie  rozumiem  pana.  Obraża  pan  naród  rosyjski.  Nie

pojmuję,  jak  można  nie  uznawać  prinsipiów,  prawideł?  Cóż  więc  wami
powoduje?

—  Mówiłem  już  stryjaszkowi,  że  nie  uznajemy  autorytetów  —  wtrącił

background image

Arkadiusz.

—  Działamy  powodując  się  tym,  co  uznajemy  za  pożyteczne  —  rzekł

Bazarów. — W obecnych czasach najbardziej pożyteczne jest odrzucanie — więc
odrzucamy.

— Wszystko?
— Wszystko.
— Jak to? Nie tylko sztukę, poezję, lecz także... strach powiedzieć...
— Wszystko — z nieopisanym spokojem powtórzył Bazarów.
Paweł Pietrowicz wlepił w niego wzrok; tego się nie spodziewał. Arkadiusz

aż poczerwieniał z zadowolenia.

— Niechże pan jednak pozwoli — odezwał się  Mikołaj  Pietrowicz.  —  Pan

wszystko  odrzuca  albo,  mówiąc  dokładniej,  wszystko  burzy...  Trzeba  jednak
także budować.

— To już nie nasza sprawa... Wpierw należy oczyścić grunt.
— Obecne położenie ludu tego wymaga — z namaszczeniem dodał Arkadiusz

—  powinniśmy  spełniać  te  wymagania,  nie  wolno  nam  poświęcać  się
zaspokajaniu własnego egoizmu.

Ostatnie  zdanie  najwyraźniej  nie  spodobało  się  Bazarowowi;  trąciło

filozofią,  czyli  romantyzmem,  ponieważ  Bazarów  filozofię  również  nazywał
romantyzmem;  nie  uznał  jednak  za  stosowne  zaprzeczyć  swojemu  młodemu
uczniowi.

— Nie, nie! — zawołał. z nagłym uniesieniem Paweł Pietrowicz. — Nie chcę

wierzyć,  że  wy,  panowie,  znacie  naprawdę  lud  rosyjski,  że  jesteście
wyrazicielami jego potrzeb i jego dążeń. Nie, lud rosyjski nie jest taki, jak sobie
wyobrażacie.  Ma  bogobojną  cześć  dla  tradycji,  jest  patriarchalny,  nie  może  żyć
bez wiary...

— Nie będę temu przeczył — przerwał Bazarow — gotów nawet jestem się

zgodzić, że pod tym względem ma pan słuszność.

— Jeśli więc mam słuszność...
— To niczego jednak nie dowodzi.
—  Właśnie,  to  niczego  nie  dowodzi  —  powtórzył  Arkadiusz  z  pewnością

doświadczonego  szachisty,  który  przewidział  niebezpieczny  na  pozór  ruch
przeciwnika i dlatego ani trochę nie traci kontenansu.

—  Jak  to  niczego  nie  dowodzi?  —  bąknął  zdumiony  Paweł  Pietrowicz.  —

Więc idziecie przeciw swemu ludowi?

—  A  jeśli  nawet?  —  zawołał  Bazarow.  —  Lud  uważa,  że  gdy  rozlega  się

grzmot,  to  znak,  że  prorok  Eliasz  jedzie  wozem  po  niebie.  I  co?  Mam  się  więc
zgodzić z ludem? Przecie to lud rosyjski, a czyż ja sam nie jestem Rosjaninem?

— Nie, pan nie jest Rosjaninem, sądząc z tego, co pan tutaj powiedział. Nie

mogę pana uważać za Rosjanina.

— Mój dziad orał ziemię — hardo i dumnie odrzekł Ba-
zarow.  —  Zapytaj  pan  któregokolwiek  z  pańskich  chłopów,  kogo  z  nas  —

pana czy mnie — uzna za swego rodaka. Pan nawet mówić z nim nie potrafi.

— A pan z nim mówi i gardzi nim jednocześnie.

background image

— Cóż robić, jeśli zasługuje na pogardę! Pan potępia moje poglądy, ale któż

panu  powiedział,  że  doszedłem  do  nich  przypadkiem,  że  nie  powstały  one  we
mnie pod wpływem tego samego ducha, w którego imieniu pan tak peroruje?

— Akurat! Bardzo nam są nihiliści potrzebni!
—  Potrzebni,  czy  niepotrzebni,  nie  my  będziemy  decydowali.  Przecież  pan

także uważa się za pożytecznego.

— Panowie, panowie, proszę, tylko bez osobistych aluzji — zawołał Mikołaj

Pietrowicz i wstał.

Paweł  Pietrowicz  uśmiechnął  się  i  kładąc  ręką  na  ramieniu  brata  zmusił  go,

by usiadł.

—  Bądź  spokojny  —  rzekł.  —  Nie  zapomnę  się,  właśnie  dzięki  owemu

poczuciu  godności,  z  którego  tak  okrutnie  pokpiwa  sobie  pan...  pan  doktor. Ale
pan może myśli — ciągnął dalej, zwracając się znowu do Bazarowa — że wasze
teorie  są  nowe?  Jest  pan  tedy  w  błędzie.  Materializm,  który  głosicie,  nieraz  już
był w modzie i zawsze bankrutował...

— Znów cudzoziemskie słowo — przerwał Bazarow. Był już zły i twarz jego

przybrała jakąś miedzianą, ordynarną barwę. — Po pierwsze, nic nie głosimy; to
nie leży w naszych zwyczajach...

— Cóż więc robicie?
— Powiem panu, co robimy. Przedtem, jeszcze niedawno, mówiliśmy, że nasi

urzędnicy biorą łapówki, że nie mamy ani dróg, ani handlu, ani sprawiedliwych
sądów...

— No, tak, tak, jesteście oskarżycielami, tak się to bodaj nazywa. Na wiele

waszych oskarżeń przystaję, ale...

— A  potem  doszliśmy  do  wniosku,  że  nie  dość  gadać,  wciąż  tylko  gadać  o

naszych  bolączkach,  że  to  prowadzi  wyłącznie  do  ogólników  i  doktrynerstwa;
ujrzeliśmy, że nasi mędrcy, tak zwani przodujący ludzie i oskarżyciele, sami nic
nie  są  warci,  że  zajmujemy  się  głupstwami,  rozprawiamy  o  jakiejś  sztuce,
nieświadomej  twórczości,  o  parłamentaryzmie,  adwokaturze  i  diabli  wiedzą  o
czym  jeszcze,  podczas  gdy  chodzi  o  chleb  powszedni,  gdy  duszą  nas
najciemniejsze  przesądy,  gdy  wszystkie  nasze  towarzystwa  akcyjne  rozlatują  się
tylko  dlatego,  że  brak  uczciwych  ludzi;  gdy  nawet  wolność,  o  którą  troszczy  się
rząd, może nam nie wyjść na dobre, ponieważ chłop chętnie sam okradłby siebie,
byleby tylko upić się w karczmie do nieprzytomności.

—  Tak  —  przerwał  Paweł  Pietrowicz  —  tak,  przekonaliście  się  o  tym

wszystkim i postanowiliście nic poważnego nie robić?

— I postanowiliśmy nic poważnego nie robić — ponuro powtórzył Bazarow.
Nagle ogarnął go gniew, że tak szczerze mówi z tym jaśnie panem.
— I tylko wymyślać?
— I tylko wymyślać.
— To się nazywa nihilizm?
—  To  się  nazywa  nihilizm  —  powtórzył  znowu  Bazarow,  tym  razem  ze

szczególnym zuchwalstwem.

Paweł Pietrowicz lekko zmrużył oczy.

background image

— Ach tak! — powiedział dziwnie spokojnym głosem. — Nihilizm powinien

na każde zło znaleźć sposób, wy więc jesteście naszymi zbawcami i bohaterami.
Tak. Ale  dlaczego  oczerniacie  innych,  choćby  owych  oskarżycieli?  Czy  nie  tak
samo gadacie jak wszyscy?

— Co jak co, ale tego grzechu nie mamy na sumieniu — wycedził przez zęby

Bazarow.

—  Więc  jak?  Działacie?  Macie  zamiar  działać?  Bazarow  nie  odpowiadał.

Paweł Pietrowicz drgnął, lecz natychmiast się opanował.

—  Hm...  Działać,  burzyć...  —  ciągnął  dalej.  —  Ale  jak  można  burzyć  nie

wiedząc dlaczego?

— Burzymy, ponieważ jesteśmy siłą — wtrącił Arkadiusz.
Paweł Pietrowicz spojrzał na swego bratanka i uśmiechnął się.
—  Tak,  siłą,  a  siła  nie  potrzebuje  usprawiedliwienia  —  rzekł  Arkadiusz  i

wyprostował się.

—  Nieszczęsny!  wykrzyknął  Paweł  Pietrowicz;  w  żaden  sposób  nie  potrafił

już  nad  sobą  panować.  —  Pomyślałbyś  chociaż,  c  o  popierasz  w  Rosji
wypowiadając swoją trywialną sentencję. Nie, to nawet anioła może wytrącić z
równowagi!  Siła!  Nawet  w  dzikim  Kałmuku,  nawet  w  Mongole  kryje  się  siła,
lecz  na  cóż  nam  ona  potrzebna?  Nam  droga  jest  cywilizacja,  tak,  tak,  łaskawy
panie; drogie nam są jej owoce. I nie mówcie mi, że te owoce są nędzne: ostatni
bazgracz, un  barbouilleur,  grajek,  który  dostaje  pięć  kopiejek  za  wieczór,  są
pożyteczniejsi  od  was,  ponieważ  są  przedstawicielami  cywilizacj,  nie  zaś
prostackiej,  mongolskiej  siły!  Wyobrażacie  osobie,  że  jesteście  ludźmi
postępowymi, a powinniście mieszkać w kałmuckiej jurcie! Siła! Przypomnijcie
sobie wreszcie, panowie siłacze, że jest was raptem cztery i pół człowieka, tych
zaś, co nie dopuszczą, abyście zdeptali ich najświętsze przekonania, tych, co was
zduszą, są miliony!...

— Jeśli zduszą, to trudno — powiedział Bazarow. — Tylko na dwoje jeszcze

babka wróżyła. Nie tak nas mało, jak pan przypuszcza.

— Co? Czy pan żartuje, czy doprawdy sądzi pan, że dacie sobie radę z całym

narodem?

— Pan wie, że od łojowej świeczki spłonęła Moskwa — odrzekł Bazarow.
— Tak, tak. Najpierw pycha szatańska, potem drwiny. Oto, czym się zajmuje

młodzież, oto metody ujarzmiania niedoświadczonych chłopięcych serc! Niechże
pan  spojrzy;  jeden  z  nich  siedzi  obok  pana,  niemal  się  do  pana  modli,  ciesz  się
pan!  (Arkadiusz  odwrócił  się  i  nachmurzył.)  Ta  zaraza  zatoczyła  już  szerokie
kręgi. Mówiono mi o naszych malarzach w Rzymie, że noga ich nawet nie postoi
w  Muzeum  Watykańskim.  Rafaela  uważają  prawie  za  głupca,  bo  to  przecież
autorytet, sami zaś tak dalece nic nie umieją i nic zrobić nie mogą, że aż wstręt
bierze; wyobraźnia ich nie sięga poza Dziewczynę u źródła, żeby nie wiem co. A
ta  dziewczyna  jest  obrzydliwie  namalowana.  Pan  zapewne  sądzi,  że  to  dzielni
ludzie, co?

— Sądzę, że Rafael niewart złamanego szeląga, oni zaś nie są od niego lepsi

— odrzekł Bazarow.

background image

—  Brawo,  brawo!  Słuchaj,  Arkadiuszu...  oto  jak  powinna  mówić

współczesna młodzież. Jakże -- ma nie iść za wami? Dawniej młodzi musieli się
uczyć; jeśli nie chcieli uchodzić za ignorantów, musieli pracować. A teraz dość
powiedzieć:  wszystko  na  świecie  głupstwo!  —  i  sprawa  załatwiona.  Młodzież
przyjęła  to  z  radością.  Doprawdy,  przedtem  byli  zwykłymi  durniami,  a  teraz
otrzymali nagle miano nihilistów.

—  Otóż  i  zawiodło  pana  sławetne  poczucie  własnej  godności  —

flegmatycznie  zauważył  Bazarow,  podczas  gdy  Arkadiusz  zaczerwienił  się  i
błysnął  oczami.  —  Nasza  sprzeczka  zaszła  zbyt  daleko...  Lepiej  będzie,  jeśli  ją
przerwiemy. Gotów będę zgodzić się z panem wtedy tylko — dodał wstając —
kiedy  pokaże  mi  pan  choć  jedną  rodzinę  lub  społeczną  instytucję  we
współczesnym  świecie,  której  nie  trzeba  zupełnie  odrzucić,  i  to  w  sposób
najbardziej bezlitosny.

— Mogę panu pokazać miliony takich instytucji — zawołał Paweł Pietrowicz

—  miliony!  Weźmy  na  przykład  gminę  wiejską.  Ironiczny  uśmiech  wykrzywił
wargi Bazarowa.

— Na ten temat niechże pan porozmawia raczej ze swoim bratem. Zdaje się,

że  teraz  wie  on  już  doskonale,  co  to  jest  gminna,  zbiorowa  odpowiedzialność,
trzeźwość i tym podobne historie.

— A na przykład rodzina w tej formie, jaką widzimy u naszych wieśniaków?

— wykrzyknął Paweł Pietrowicz,

— Sądzę, że lepiej, by pan nie zastanawiał się nad tym zagadnieniem. Pewno

słyszał pan o teściach, co żyją ze swymi synowymi? Pawle Pietrowiczu, niechże
pan  sobie  zostawi  kilka  dni  czasu,  wątpię,  żeby  pan  od  razu  coś  znalazł.  Niech
pan weźmie pod uwagę wszystkie nasze warstwy społeczne, pomyśli dobrze nad
każdą, ja zaś i Arkadiusz będziemy...

— Kpić sobie ze wszystkiego — podchwycił Paweł Pietrowicz.
— Nie, krajać żaby. Chodźmy, Arkadiuszu, do widzenia panom.
Przyjaciele  wyszli.  Bracia  zostali  sami  i  z  początku  tylko  spoglądali  na

siebie.

—  Proszę  —  zaczął  Paweł  Pietrowicz  —  proszę,  oto  dzisiejsza  młodzież!

Nasi następcy!

—  Następcy  —  powtórzył  z  żałosnym  westchnieniem  Mikołaj  Pietrowicz.

Przez  cały  wieczór  siedział  jak  na  rozżarzonych  węglach,  ukradkiem  i  z  udręką
patrząc  na  Arkadiusza.  —  Wiesz,  co  mi  się  przypomina,  bracie?  Kiedyś
posprzeczałem  się  z  nieboszczką  matką:  krzyczała,  nie  chciała  mnie  słuchać...
Powiedziałem jej wreszcie, że nie może mnie zrozumieć, że należymy do dwóch
różnych  pokoleń.  Obraziła  się  bardzo,  ja  zaś  pomyślałem:  cóż  robić?  Gorzka
pigułka,  ale  musi  ją  przełknąć.  Teraz  nasza  kolej  i  nasi  następcy  mogą  nam
powiedzieć: nie jesteście z naszego pokolenia, łykajcie pigułkę.

— Zbyt jesteś dobroduszny i skromny — zaoponował Paweł Pietrowicz — ja

natomiast  wiem  dobrze,  że  mamy  więcej  racji  niż  te  paniczyki,  chociaż
posługujemy  się  może  językiem  trochę  przestarzałym, vieilli, i  brak  nam  owej
zuchwałej  pewności  siebie...  A  jacy  ci  młodzi  są  nadęci!  Zapytasz  którego:

background image

„Jakiego  chce  pan  wina,  czerwonego  czy  białego?"  „Mam  zwyczaj  przekładać
czerwone  nad  inne"  —  odpowiada  basem  i  z  tak  dostojną  miną,  jakby  cały
wszechświat patrzył na niego w tej chwili.

—  Czy  podać  jeszcze  herbaty?  —  spytała  Fieniczka  wysuwając  głowę  zza

drzwi; nie ośmielała się wejść do salonu, póki słychać było głosy dyskutujących.

— Nie, każ zabrać samowar — odpowiedział Mikołaj Pietrowicz i wstał, by

do  niej  podejść.  Paweł  Pietrowicz  rzucił  mu  krótko bon  soir,  i  poszedł  do
swojego gabinetu.

 

background image

XI

 
W  pół  godziny  później  Mikołaj  Pietrowicz  wyszedł  do  ogrodu,  do  swej

ulubionej  altanki.  Ogarnęły  go  smutne  myśli.  Po  raz  pierwszy  zdał  sobie  jasno
sprawę ze swego rozejścia się z synem; przeczuwał, że różnica, która ich dzieli, z
każdym  dniem  będzie  się  zwiększać. A  więc  na  próżno  zimą  w  Petersburgu  po
całych dniach przesiadywał nad najnowszymi dziełami; na próżno przysłuchiwał
się rozmowom młodzieży; na próżno cieszył się, kiedy potrafił wtrącić słówko do
ich burzliwych dyskusji. „Brat powiada, że my mamy rację — rozmyślał. — Jeśli
nawet odrzucić wszelką próżność to i tak wydaje się, że oni są dalsi od prawdy
niż  my;  a  przecież  czuję,  że  mają  w  sobie  coś,  czego  my  nie  mamy,  jakąś
przewagę  nad  nami...  Młodość?  Nie,  nie  tylko  młodość.  Czy  nie  na  tym  polega
owa przewaga, że mniej w nich śladów pańskości niż w nas?"

Mikołaj Pietrowicz spuścił głowę i przesunął ręką po twarzy.
„Ale odrzucać poezję? — pomyślał znowu. — Nie odczuwać sztuki, natury..."
I rozejrzał się wokół, jakby chcąc zrozumieć, jak można nie odczuwać natury.

Zapadał zmrok; słońce schowało się za niewielki gaj osinowy, który rósł o jakie
pół  wiorsty  od  ogrodu;  bezkresny  jego  cień  padał  na  nieruchome  pola.  Po
ciemnej,  wąskiej  ścieżce,  biegnącej  skrajem  lasku,  jechał  kłusem  chłopek  na
białym koniku: widać go było dobrze, a chociaż jechał cienistą stroną, nawet łata
na  ramieniu  nie  uchodziła  uwagi  patrzącego;  przyjemnie  było  spoglądać  na
migające  wyraźnie  nogi  konika.  Promienie  słońca  przenikały  do  lasku  i,
przebijając  się  przez  gęstwinę,  zalewały  pnie  osin  tak  ciepłym  światłem,  że
stawały  się  podobne  do  pni  sosen,  listowie  zaś  przybierało  barwę  niemal
niebieską;  nad  konarami  drzew  wznosiło  się  bladobłękitne  niebo,  lekko
zarumienione zorzą. Jaskółki krążyły wysoko; wiatr zamarł zupełnie; zapóźnione
pszczoły  leniwie  i  sennie  brzęczały  w  kwiatach  bzu;  muszki  gęstym  rojem
wirowały nad samotną, daleko wyciągniętą gałązką. „Jak pięknie, mój Boże!" —
pomyślał  Mikołaj  Pietrowicz  i  na  usta  cisnęły  mu  się  już  ulubione  wiersze,  ale
przypomniał  sobie Arkadiusza, Stoff  und  Kraft — i zamilkł, lecz siedział nadal,
oddając  się  smutnym  i  na  przemian  radosnym,  samotnym  rozmyślaniom.  Lubił
sobie  pomarzyć;  życie  wiejskie  rozwinęło  w  nim  tę  umiejętność.  Niedawno
jeszcze  tak  marzył  czekając  na  syna  w  zajeździe,  lecz  od  tego  czasu  nastąpiły
zmiany, niejasne jeszcze wtedy stosunki ustaliły się... i to jak! Znowu ujrzał przed
sobą nieboszczkę żonę, ale nie taką, jaką znał przez tyle lat; nie była to skrzętna,
zapobiegliwa  gospodyni,  lecz  młoda  dziewczyna  o  smukłej  talii;  spoglądała
niewinnie i pytająco, nad dziecinnym karczkiem miała mocno skręcony warkocz.
Przypomniał  sobie,  jak  ujrzał  ją  po  raz  pierwszy.  Był  wtedy  jeszcze  studentem.
Spotkał ją na schodach domu, gdzie mieszkał, i niechcący ją potrąciwszy obrócił
się i chciał przeprosić, ale wybąkał tylko: „Pardon,  monsieur", ona zaś schyliła
głowę, uśmiechnęła się, jakby zalękniona, uciekła, mijając zaś zakręt rzuciła mu
szybkie  spojrzenie,  nagle  przybrała  poważną  minę  i  zaczerwieniła  się. A  potem

background image

pierwsze  nieśmiałe  spotkania,  półsłówka,  półuśmiechy,  niepewność,  smutek,
porywy  i  wreszcie  ta  zapierająca  oddech  radość...  Wszystko  to  minęło.  Została
jego  żoną,  był  szczęśliwy  jak  niewielu  na  ziemi...  „Dlaczego  —  myślał  —  owe
słodkie pierwsze chwile nie trwają wiecznie, nie mają nieśmiertelnego życia?"

Nie  próbował  wyjaśnić  sobie  tej  myśli,  ale  czuł,  że  chciałby  nie  tylko

pamięcią  utrzymać  przy  sobie  ów  błogi  czas,  lecz  pragnąłby  znów  odczuć
bliskość  swojej  Marii,  jej  ciepło  i  oddech,  i  wydawało  mu  się,  jak  gdyby  nad
nim...

— Mikołaju Pietrowiczu — rozległ się w pobliżu głos: Fieniczki. — Gdzie

pan jest?

Wzdrygnął się. Nie doznał ani bólu, ani wyrzutów sumienia... Nie dopuszczał

nawet myśli, że mógłby porównywać żonę z Fieniczką, ale żałował, że przyszło
jej  na  myśl  go  szukać.  Jej  głos  przypomniał  mu  własną  starość,  siwe  włosy,
teraźniejszość...

Czarodziejski  świat,  do  którego  już  wstępował,  który  już  wyłaniał  się  z

mglistych fal przeszłości, zachwiał się — i znikł.

—  Jestem  tutaj  —  odpowiedział  —  zaraz  przyjdę,  a  ty  idź.  —  „Oto  ślady

pańskości"  —  przemknęło  mu  przez  myśl.  Fieniczką  w  milczeniu  zajrzała  do
altanki  i  znikła;  ze  zdumieniem  spostrzegł,  że  kiedy  tak  marzył,  nadeszła  noc.
Wokół było ciemno i cicho; twarz Fieniczki prześliznęła się przed jego oczami,
taka  blada  i  maleńka.  Wstał  i  chciał  wrócić  do  domu,  lecz  nie  mógł  opanować
wzruszenia;  za  czął  wolno  przechadzać  się  po  ogrodzie,  patrząc  w  zamyśleniu
pod  nogi  lub  podnosząc  oczy  ku  niebu,  gdzie  migotały  już  roje  gwiazd.  Chodził
długo,  aż  do  zmęczenia,  a  niepokój,  jakiś  nieokreślony,  bolesny  niepokój  nie
ustawał.  O,  jakże  śmiałby  się  z  niego  Bazarow,  gdyby  wiedział,  co  się  w  nim
wtedy  działo!  Nawet  Arkadiusz  by  go  potępił.  On,  czterdziestoczteroletni
mężczyzna, agronom i gospodarz, miał w oczach łzy, łzy bez żadnego powodu; to
było sto razy gorsze niż wiolonczela.

Mikołaj Pietrowicz wciąż chodził i nie mógł się zdecydować, by wrócić do

domu,  do  tego  cichego  i  przytulnego  gniazda,  które  tak  życzliwie  spoglądało  na
niego  swymi  oświetlonymi  oknami;  nie  miał  siły,  by  rozstać  się  z  ciemnością,  z
ogrodem,  ze  świeżością,  którą  dawało  chłodne,  nocne  powietrze  muskające
policzki, z tym smutkiem, z tym niepokojem...

Na zakręcie ścieżki spotkał brata.
—  Co  ci  się  stało?  —  zapytał  Paweł.  —  Jesteś  blady  jak  widmo.  Tyś

niezdrów! dlaczego się nie kładziesz?

Brat  opowiedział  mu  krótko  o  swoich  doznaniach  i  wrócił  do  domu.  Paweł

Pietrowicz doszedł aż do końca ogrodu, również się zamyślił i podniósł oczy ku
niebu.  Ale  w  jego  wspaniałych  ciemnych  oczach  nie  odbijało  się  nic  prócz
światła gwiazd. Nie urodził się romantykiem, jego wykwintna, oschła i namiętna,
na francuski sposób nasycona mizantropią dusza nie umiała marzyć.

— Wiesz co? — mówił tej samej nocy Bazarow do Arkadiusza. — Przyszła

mi  do  głowy  świetna  myśl.  Twój  ojciec  wspomniał  dzisiaj,  że  otrzymał
zaproszenie  od  tego  waszego  znakomitego  krewniaka.  Ojciec  nie  pojedzie;

background image

wybierzmy  się  do,  przecież  ten  jegomość  ciebie  też  zaprasza.  Widzisz,  jaka  tu
teraz  zrobiła  się  atmosfera;  przejedziemy  się  trochę,  obejrzymy  miasto,
powałęsamy się pięć, sześć dni, i basta.

— A stamtąd wrócisz tutaj?
—  Nie,  muszę  pojechać  do  ojca.  Wiesz  przecież,  że  mieszka  w  odległości

trzydziestu wiorst od ***. Nie widziałem dawno jego i matki; trzeba staruszkom
zrobić przyjemność.

To  zacni  ludzie,  zwłaszcza  ojciec;  jest  przezabawny.  Mają  tylko  mnie

jednego.

— Długo u nich zostaniesz?
— Nie sądzę. Na pewno będzie nudno.
— Chyba wstąpisz do nas wracając?
— Nie wiem... zobaczę. No więc jak? Jedziemy?
— Dobrze — leniwie rzekł Arkadiusz.
W  duchu  bardzo  się  ucieszył  z  pomysłu  swego  przyjaciela,  lecz  uznał,  że

powinien ukryć swe uczucia. Był przecież nihilistą.

Nazajutrz  wyjechali  do  ***.  Młodzież  w  Mariinie  bardzo  żałowała,  że

odjeżdżają; Duniasza nawet się popłakała... ale starsi panowie odetchnęli z ulgą.

 

background image

XII

 
Miasto  ***,  do  którego  wyruszyli  nasi  przyjaciele,  znajdowało  się  pod

zarządem młodego gubernatora, postępowca i despoty, jak to wszędzie i zawsze
bywa w Rosji. W ciągu pierwszego roku swego urzędowania zdążył pokłócić się
nie 

tylko 

gubernialnym 

marszałkiem 

szlachty, 

dymisjonowanym

sztabsrotmistrzem gwardii, hodowcą koni i gościnnym gospodarzem, lecz nawet z
własnymi  urzędnikami.  Wynikłe  na  tym  tle  zatargi  przyjęły  wreszcie  takie
rozmiary,  że  ministerstwo  w  Petersburgu  uznało  za  konieczne  wysłać  do  ***
zaufaną osobę z poleceniem, by na miejscu rozpatrzyła powikłane sprawy. Wybór
władz padł na Matwieja Iljicza Kolazina, syna owego Kolazina, który w swoim
czasie  opiekował  się  braćmi  Kirsanow.  Kolazin  także  należał  do  „młodych",  to
znaczy, niedawno skończył czterdzieści lat, ale już kroił na męża stanu i nosił na
piersi  z  każdej  strony  gwiazdę.  Jedna  z  nich  była  co  prawda  cudzoziemska,  i  to
nie najlepsza. Podobnie jak gubernator, o którym miał wydać opinię, uważał się
za  postępowca  i  chociaż  zaliczał  się  już  do  grubych  ryb,  bynajmniej  ich  nie
przypominał. Mniemania był o sobie wysokiego; próżność jego nie znała granic,
ale  odznaczał  się  prostotą  w  obejściu,  patrzył  życzliwie,  pobłażliwie  słuchał  i
śmiał się tak dobrodusznie, że z początku mógł nawet uchodzić za „wspaniałego
chłopa". W poważnych sytuacjach potrafił jednak, jak to mówią, pokazać pazury.
„Energia  jest  niezbędna  —  mawiał  wtedy  — l'energie  est  la  premiere  qualite
d'un  homme  d'etat
."  Mimo  to  zazwyczaj  bywał  wystrychnięty  na  dudka  i  każdy
choć trochę doświadczony urzędnik łatwo mógł go wodzić za nos. Matwiej Iljicz
z wielkim szacunkiem wyrażał się o panu Guizot i starał się dać do zrozumienia
wszem  wobec  i  każdemu  z  osobna,  że  nie  należy  do  rutyniarzy  i  zacofanych
biurokratów,  że  nie  przechodzi  obojętnie  obok  żadnego  z  ważnych  przejawów
życia społecznego... Frazesy tego rodzaju znał doskonale. Interesował się nawet,
co  prawda  z  pewną  wielkopańską  niedbałością,  rozwojem  współczesnej
literatury:  podobnie  dorosły  człowiek,  spotkawszy  na  ulicy  czeredę  chłopaków,
niekiedy się do nich przyłącza. W gruncie rzeczy Matwiej Iljicz niezbyt się różnił
od  mężów  stanu  z  czasów  Aleksandra,  którzy  wybierając  się  na  wieczór  do
mieszkającej  podówczas  w  Petersburgu  pani  Swieczin  odczytywali  z  rana
stronicę Condillaca; tylko maniery miał inne, bardziej współczesne. Był zręcznym
dworakiem, wielkim spryciarzem i nic więcej; na sprawach publicznych się nie
znał,  wielkiego  rozumu  nie  posiadał,  lecz  potrafił  dbać  o  swe  interesy:  w  tej
dziedzinie nikt nie mógł nim kierować, a to przecież najważniejsze.

Matwiej  Iljicz  przyjął  Arkadiusza  z  właściwą  światłemu  dygnitarzowi

dobrodusznością,  a  nawet  nieco  filuternie.  Zdumiał  się  jednak,  gdy  usłyszał,  że
zaproszeni  przez  niego  krewni  nie  przyjechali.  —  Twój  papa  był  zawsze
dziwakiem  —  zauważył  podrzucając  chwasty  swego  wspaniałego  aksamitnego
szlafroka i nagle, zwróciwszy się do młodego urzędnika w mundurze zapiętym w
sposób  świadczący  o  jak  największej  lojalności,  zawołał  z  zatroskaną  miną:  —
Co  tam?  —  Młody  człowiek,  którego  wargi  skleiły  się  od  długiego  milczenia,

background image

wstał  i  niepewnie  spojrzał  na  swego  zwierzchnika.  Ale  Matwiej  Iljicz
wprawiwszy w zakłopotanie podwładnego nie zwracał już na niego uwagi. Nasi
dygnitarze w ogóle lubią zaskakiwać swoich podwładnych; by osiągnąć ten cel,
stosują  dość  rozmaite  sposoby.  Oto  sposób,  bardzo  zresztą  używany,  is  quite  a
favourite
 jak powiadają Anglicy: dygnitarz przestaje nagle rozumieć najprostsze
słowa, udaje głuchego. Pyta na przykład: jaki dzień mamy dzisiaj? Odpowiadają
mu z największym szacunkiem:

— Piątek, wasza eks...eks...eks...cjo...
— Jak? Co? Co takiego? Co pan mówi? — z naciskiem powtarza dostojnik.
— Piątek, wasza eks...cjo.
— Jak? Co? Cóż to takiego piątek? Jaki piątek?
— Piątek, wasza eks...eks...cjo, to dzień tygodnia.
— No widzę, że masz zamiar mnie uczyć!
Matwiej  Iljicz  był  mimo  wszystko  dygnitarzem,  chociaż  uważał  się  za

liberała.

—  Radzę  ci,  mój  przyjacielu,  złożyć  wizytę  gubernatorowi  —  rzekł  do

Arkadiusza.  —  Rozumiesz,  że  radzę  ci  tak  nie  dlatego,  bym  sam  był
zwolennikiem  starych  poglądów  i  uważał,  iż  władzom  trzeba  się  koniecznie
kłaniać; po prostu dlatego, że gubernator to porządny człowiek; przypuszczam też,
że zechcesz zaznajomić się z tutejszym towarzystwem... Nie jesteś, mam nadzieję,
niedźwiedziem? Pojutrze gubernator wydaje wielki bal.

— Wuj będzie na tym balu? — zapytał Arkadiusz.
— To bal na moją cześć — powiedział Matwiej Iljicz niemal z ubolewaniem.

— Tańczysz?

— Tańczę, ale kiepsko.
—  Szkoda.  Są  tu  ładne  kobiety,  zresztą  wstyd,  żeby  młody  człowiek  nie

tańczył. Znowu nie mówię tego ze względu na tradycję; bynajmniej nie uważam,
że rozum powinien znajdować się w nogach; ale bajronizm jest śmieszny, il a fait
son temps
.

— Przecież ja nie z powodu bajronizmu, wujaszku, nie...
—  Zapoznam  cię  z  tutejszymi  paniami,  biorę  cię  pod  swoje  skrzydła  —

przerwał Matwiej Iljicz i roześmiał się z zadowoleniem. — Będzie ci jak u Pana
Boga za piecem, co?

Wszedł lokaj i oznajmił przybycie przewodniczącego izby skarbowej, starca

o  słodkim  wejrzeniu  i  pomarszczonych  ustach,  który  ogromnie  kochał  naturę,
zwłaszcza w letni dzień, gdy według jego własnych słów: „Każda pszczółeczka z
każdego kwiateczka bierze łapóweczkę..." Arkadiusz wyszedł.

Zastał  Bazarowa  w  hotelu,  gdzie  się  zatrzymali,  i  długo  namawiał  go,  by

poszedł do gubernatora.

—  Cóż  robić!  —  powiedział  wreszcie  Bazarow.  —  Jeśli  wpadłeś  między

wrony... Przyjechaliśmy oglądać ziemian, oglądajmy ich zatem!

Gubernator  przyjął  młodzieńców  uprzejmie,  ale  nie  prosił  ich,  by  usiedli,  i

sam  nie  siadał.  Nieustannie  był  czymś  zajęty  i  zawsze  się  spieszył.  Z  rana
wkładał  obcisły  wicemundur  i  niezwykle  ciasno  wiązał  halsztuk,  nie  kończył

background image

śniadania, nie dopijał herbaty i wciąż wydawał polecenia. W guberni nazywano
go  Bourdaloue,  nie  czyniąc  w  ten  sposób  aluzji  do  znakomitego  francuskiego
kaznodziei, lecz do pierwszych dwu sylab jego nazwiska. Zaprosił Kirsanowa i
Bazarowa  do  siebie  na  bal  i  po  dwóch  minutach  zaprosił  ich  po  raz  wtóry,
uważając ich tym razem za braci i nazywając panami Kajsarow.

Wracali  właśnie  od  gubernatora,  kiedy  z  przejeżdżającej  obok  dorożki

wyskoczył  nagle  mężczyzna  niewielkiego  wzrostu,  w  słowianofilskiej
szamerowanej węgierce, i z okrzykiem: — Eugeniuszu Wasiliczu! — rzucił się ku
Bazarowowi.

— Ach, to pan, Herr Sitnikow — rzekł Bazarow wciąż idąc. — Skąd się pan

tu wziął?

— Niech pan sobie wyobrazi, zupełnie przypadkowo — odpowiedział tamten

i  zawróciwszy  ku  dorożce,  skinął  kilkakrotnie  ręką  i  krzyknął:  —  Jedź  za  nami!
Mój  ojciec  ma  tutaj  coś  do  załatwienia  —  ciągnął  dalej,  przeskakując  przez
rynsztok — prosił mnie więc... Dowiedziałem się dzisiaj o pana przyjeździe i już
u  pana  byłem...  (W  istocie,  przyjaciele  wróciwszy  do  swego  pokoju  znaleźli
bilecik  z  zagiętymi  rogami  i  nazwiskiem  Sitnikowa,  wydrukowanym  z  jednej
strony po francusku, z drugiej zaś rosyjską czcionką.) Mam nadzieję, że nie wraca
pan od gubernatora?

— Próżna nadzieja, idziemy wprost od niego.
—  W  takim  razie  ja  też  się  do  niego  udam.  Eugeniuszu  Wasiliczu,  niechże

mnie pan zapozna ze swoim... z panem...

— Sitnikow, Kirsanow — mruknął nie zatrzymując się Bazarow.
—  Ogromnie  się  cieszę  —  zaczął  Sitnikow  idąc  obok,  uśmiechając  się  i

szybko  zdejmując  swoje  nazbyt  eleganckie  rękawiczki.  —  Wiele  słyszałem...
Jestem  starym  znajomym  Eugeniusza  Wasilicza,  a  nawet  mogę  powiedzieć  —
jego uczniem. Zawdzięczam mu swoje przeistoczenie...

Arkadiusz  spojrzał  na  ucznia  Bazarowa.  W  drobnych,  przyjemnych  zresztą

rysach jego gładziutkiej twarzy malował się wyraz trwożnego i tępego napięcia;
niewielkie,  wciśnięte  w  głąb  oczy  patrzyły  z  uporem  i  niespokojnie,  śmiał  się
także niespokojnie: jakimś urywanym, drewnianym śmiechem.

— Czy pan uwierzy — ciągnął dalej — że gdy Eugeniusz Wasilicz pierwszy

raz powiedział przy mnie, że nie należy uznawać autorytetów, ogarnął mnie taki
zachwyt...  jakbym  nagle  przejrzał!  Ach!  pomyślałem,  wreszcie  znalazłem
człowieka!  Ale,  ale...  Eugeniuszu  Wasiliczu,  musi  pan  koniecznie  odwiedzić
jedną  z  tutejszych  dam,  która  potraf  pana  zrozumieć  i  dla  której  pańska  wizyta
będzie prawdziwym świętem; słyszał pan zapewne o tej damie?

— Któż to? — spytał niechętnie Bazarow.
—  Eudoxie  Kukszin,  Eudoksja  Kukszin.  To  niezwykła  natura,  émancipée w

prawdziwym znaczeniu tego słowa, postępowa kobieta. Wie pan co? Chodźmy do
niej  teraz,  razem.  Mieszka  dwa  kroki  stąd...  Zjemy  tam  śniadanie.  Panowie
jeszcze nie jedli śniadania?

— Nie.
— Doskonale. Wie pan, ona rozeszła się z mężem, jest niezależna.

background image

— Ładna? — przerwał Bazarow.
— N... nie, nie można tego powiedzieć.
— Więc po jakiego diabła zaprasza pan nas do niej?
— Ach, żartowniś z pana, żartowniś... Postawi nam butelkę szampana.
—  Od  razu  widać  praktycznego  człowieka.  Ale  właśnie!  Czy  ojciec  pana

wciąż jeszcze zajmuje się propinacją?

—  Wciąż  —  szybko  odpowiedział  Sitnikow  i  roześmiał  się  piskliwie.  —

Cóż, idziemy?

— Doprawdy, nie wiem.
— Chciałeś oglądać ludzi, ruszaj więc — zauważył półgłosem Arkadiusz.
— A  pan?  —  zwrócił  się  Sitnikow  do  Kirsanowa.  —  Niechże  pan  idzie  z

nami; bez  pana nic z tego:

— Jak to, wszyscy, tak bez ceremonii?
— Nic nie szkodzi. To wspaniała kobieta.
— Dostaniemy butelkę szampana? — zapytał Bazarow.
— Trzy butelki! — zawołał Sitnikow. — Ręczę za to!
— Czym?
— Własną głową.
— Lepiej by sakiewką ojczulka... Zresztą, chodźmy!
 

background image

XIII

 
Niewielki  szlachecki  domek  w  moskiewskim  guście,  gdzie  mieszkała

Awdotia  Nikitiszna  (albo  Eudoksja)  Kukszin,  stał  przy  jednej  z  niedawno
spalonych  ulic  miasta  ***;  wiadomo,  że  nasze  miasta  gubernialne  płoną  co  pięć
lat.  U  drzwi,  nad  krzywo  przybitym  biletem  wizytowym  widać  było  rączkę
dzwonka;  do  przedpokoju  na  spotkanie  gości  wyszła  kobieta  w  czepku,  ni  to
służąca,  ni  to  dama  do  towa  rzystwa,  niewątpliwe  świadectwo  postępowych
dążeń pani domu. Sitnikow zapytał, czy zastali Awdotię Nikitisznę.

— To pan, Victor? — rozległ się cienki głos z sąsiedniego pokoju. — Proszę

wejść.

Kobieta w czepku natychmiast znikła.
—  Nie  jestem  sam  —  powiedział  Sitnikow,  dziarsko  zdejmując  węgierkę,

spod  której  ukazało  się  coś  w  rodzaju  długiej  kurtki  czy  sakpalta,  i  rzucając
dziarskie spojrzenie w stronę Arkadiusza i Bazarowa.

— Wszystko jedno — odrzekł głos. — Entrez.
Młodzi ludzie weszli. Pokój, w którym się znaleźli, bardziej był podobny do

gabinetu  niż  do  salonu.  Na  zakurzonych  stołach  pełno  było  papierów,  listów  i
przeważnie  nie  rozciętych  zeszytów  rosyjskich  czasopism;  wszędzie  bielały
rozrzucone  niedopałki  papierosów.  Na  skórzanej  kanapie  spoczywała  na  wpół
leżąc  młoda  jeszcze  kobieta,  blondynka  o  nieco  potarganych  włosach,  w
jedwabnej, niezbyt schludnej sukni, z grubymi bransoletami na króciutkich rękach
i  koronkową  chusteczką  na  głowie.  Wstała  z  kanapy  i  niedbałym  ruchem
okrywając  ramiona  aksamitną  mantylką  podbitą  pożółkłymi  gronostajami,  rzekła
leniwie:

— Dzień dobry, Victor! — i uścisnęła rękę Sitnikowa.
— Bazarow, Kirsanow — powiedział krótko Sitnikow naśladując Bazarowa.
—  Bardzo  jestem  rada  —  odpowiedziała  pani  Kukszin  i  wlepiwszy  w

Bazarowa  swoje  okrągłe  oczy,  między  którymi  samotnie  czerwieniał  maleńki,
zadarty nosek, dodała: — Znam pana — i uścisnęła mu rękę.

Bazarow 

zmarszczył 

brwi. 

malutkiej, 

niepozornej 

figurce

wyemancypowanej  kobiety  nie  było  nic  odrażającego,  lecz  wyraz  jej  twarzy
wywierał  nieprzyjemne  wrażenie.  Mimo  woli  miało  się  ochotę  zapytać:  „Co  ci
jest, czy jesteś głodna? Może się nudzisz? Może się czegoś obawiasz? Dlaczego
jesteś  taka  nienaturalna?"  I  ona,  podobnie  jak  Sitnikow,  odczuwała  jakiś
ustawiczny niepokój. Mówiła i ruszała się niedbale, przy tym bardzo niezręcznie;
najwidoczniej  uważała  się  za  istotę  dobroduszną  i  prostą,  a  jednak  cokolwiek
robiła,  zawsze  sprawiało  to  wrażenie,  że  tego  właśnie  nie  chciała  zrobić;
wszystko, jak mówią dzieci, robiła naumyślnie, czyli po prostu, nienaturalnie.

— Tak, tak, Bazarow, znam pana — powtórzyła. (Jak wiele dam na prowincji

i  w  Moskwie,  miała  zwyczaj  od  pierwszego  dnia  znajomości  zwracać  się  do
mężczyzn po nazwisku.) — Zapali pan cygaro?

background image

—  Cygaro  cygarem  —  przerwał  Sitnikow,  który  zdążył  już  rozwalić  się  w

fotelu i zadrzeć nogę do góry — lecz prosiłbym o śniadanie. Okropnie jesteśmy
głodni; niech pani każde też przynieść nam butelkę szampana.

— Sybaryta — powiedziała Eudoksja i roześmiała się. (Gdy się śmiała, nad

zębami widać było dziąsła.) — Prawda, Bazarow, że to sybaryta?

— Lubię komfort — rzekł z namaszczeniem Sitnikow. — To nie przeszkadza

mi być liberałem.

— Przeciwnie, przeszkadza, przeszkadza — zawołała Eudoksja, ale mimo to

kazała  służącej  zająć  się  śniadaniem  i  szampanem.  —  Co  pan  o  tym  myśli?  —
dodała  zwracając  się  do  Bazarowa.  —  Jestem  pewna,  że  podziela  pan  moje
zdanie.

—  No,  nie  —  odparł  Bazarow  —  kawałek  mięsa  jest  lepszy  niż  kawałek

chleba, nawet z punktu widzenia chemii.

— Pan zajmuje się chemią? To moja namiętność. Wymyśliłam nawet pewien

mastyks.

— Mastyks? Pani?
— Tak, ja. Wie pan, w jakim celu? Do wyrobu lalek i główek do nich, żeby

się  nie  tłukły.  Przecież  jestem  także  praktyczna.  Ale  to  wszystko  jeszcze
niegotowe.  Trzeba  jeszcze  poczytać  Liebiga.  Ale,  ale...  czy  czytał  pan  w
„Gazecie  Moskiewskiej"  artykuł  Kislakowa  o  pracy  kobiet?  Niech  pan
koniecznie przeczyta. Przecież interesuje pana problem kobiecy? I szkoły także?
Co robi pański przyjaciel? Jak się nazywa?

Pani  Kukszin  siała  swe  pytania,  jedno  po  drugim,  z  niedbałą  kokieterią,  nie

czekając odpowiedzi; tak rozmawiają ze swoimi nianiami rozpieszczone dzieci.

— Nazywam się Arkadiusz Nikołajewicz Kirsanow — powiedział Arkadiusz

— i nic nie robię.

Eudoksja wybuchnęła śmiechem.
— To ślicznie! Co, pan nie pali? Wiktorze, jestem na pana zła.
— Za co?
—  Podobno  znowu  wychwala  pan  George  Sand.  To  zacofana  kobieta  i  tyle.

Jakże  można  porównywać  ją  z  Emersonem?  Nie  ma  żadnych  poglądów  ani  na
wychowanie,  ani  na  fizjologię,  w  ogóle  na  nic.  Jestem  pewna,  że  nie  słyszała
nawet  o  embriologii,  a  w  naszych  czasach  jakże  można  o  tym  nie  wiedzieć?
(Eudoksja aż rozłożyła ręce.) Ach, jaki zadziwiający artykuł na ten temat napisał
Jelisiewicz.  To  genialny  jegomość!  (Eudoksja  stale  używała  słowa  „jegomość"
zamiast „człowiek".) Bazarow, niechże pan siądzie obok mnie na kanapie. Może
pan nie wie, że bardzo się pana boję?

— Pozwoli pani, że zapytam — dlaczego?
— Niebezpieczny z pana jegomość; taki krytyk. Ach, mój Boże! To śmieszne,

mówię  jak  prowincjonalna  dziedziczka.  Zresztą  naprawdę  jestem  dziedziczką.
Sama zarządzam majątkiem i niech pan sobie wyobrazi, mam starostę Jerofieja —
zadziwiający  typ,  istny  Tropiciel  Siadów  Coopera;  ma  w  sobie  coś  tak
bezpośredniego. Ostatecznie osiedliłam się tutaj; nieznośne miasto, prawda? Cóż
jednak robić?

background image

— Miasto jak miasto — chłodno zauważył Bazarow.
—  Wciąż  tylko  te  błahe  sprawy,  to  okropne.  Dawniej  mieszkałam  zimą  w

Moskwie...  Ale  teraz  przebywa  tam  mój  ślubny  małżonek,  monsieur  Kukszin.
Zresztą  Moskwa  teraz...  nie  wiem  doprawdy,  ale  to  już  nie  to.  Mam  zamiar
wyjechać za granicę; w zeszłym roku byłam już gotowa do podróży.

— Do Paryża, oczywiście? — zapytał Bazarow.
— Do Paryża i Heidelbergi. — Czemu do Heidelbergi?
— Zlituj się pan, tam jest Bunsen. Na to Bazarow nie znalazł odpowiedzi.
— Pierre Sapożnikow... pan go zna?
— Nie, nie znam.
—  Zlituj  się  pan,  Pierre  Sapożnikow...  ten,  co  wciąż  jeszcze  bywa  u  Lidii

Chostatow.

— Jej także nie znam.
—  Otóż  on  właśnie  chciał  być  moim  przewodnikiem.  Dzięki  Bogu,  jestem

wolna, nie mam dzieci. Cóż to ja powiedziałam: dzięki Bogu? Zresztą wszystko
jedno.

Eudoksja  skręciła  papierosa  pożółkłymi  od  tytoniu  palcami,  pociągnęła  po

nim językiem, possała i zapaliła. Weszła służąca z tacą.

—  Proszę,  śniadanie.  Może  coś  przekąsicie?  Wiktorze,  proszę  odkorkować

butelkę; to już należy do pana.

— Do mnie, do mnie — mruknął Sitnikow i znowu roześmiał się piskliwie.
— Czy są tu ładne kobiety? — zapytał Bazarow dopijając trzeci kieliszek.
—  Są  —  odrzekła  Eudoksja  —  ale  wszystkie  takie  puste... Mon  amie

Odincowa, na przykład, jest niebrzydka. Szkoda, że ma taką reputację... Zresztą to
nie  ma  znaczenia;  ale  żadnej  swobody  poglądów,  szerszych  horyzontów,  nic...
Należy zmienić zupełnie system wychowania. Myślałam już o tym: nasze kobiety
wychowuje się bardzo źle.

— Nic pani nie poradzi — podjął Sitnikow. — Trzeba nimi gardzić i ja nimi

gardzę, zupełnie i całkowicie! (Możność pogardzania i wyrażania swej pogardy
była dla Sitnikowa najprzyjemniejszym doznaniem; ze szczególnym upodobaniem
napadał na kobiety, nie podejrzewając, że za kilka miesięcy będzie się płaszczył
przed swoją żoną tylko dlatego, że była z domu księżniczką Durdoleosow.) Żadna
z  nich  nie  potrafiłaby  zrozumieć  naszej  rozmowy;  żadna  nie  jest  warta,  abyśmy
my, poważni mężczyźni, mówili o niej.

— Po cóż miałyby rozumieć nasze rozmowy? — spytał Bazarow.
— O kim mówicie? — wtrąciła się Eudoksja.
— O ładnych kobietach.
— Jak to? Więc pan podziela poglądy Proudhona?
Bazarow hardo się wyprostował.
— Nie podzielam niczyich poglądów; mam własne.
— Precz z autorytetami! — krzyknął Sitnikow rad, że może użyć ostrych słów

w obecności człowieka, przed Którym się poniżał.

— Ale sam Macaulay... — zaczęła znów Kukszina.
— Precz z Macaulayem! — zagrzmiał Sitnikow. — Pani broni tych bab?

background image

— Nie bronię tych bab, tylko praw kobiet, o które przysięgłam sobie walczyć

do ostatniej kropli krwi.

—  Precz  z...  —  tu  Sitnikow  urwał.  —  Bynajmniej  ich  nie  neguję  —

powiedział.

— Nie! Widzę, że jest pan słowianofilem.
— Nie, nie jestem słowianofilem, chociaż oczywiście...
—  Nie!  nie!  nie!  Słowianofil  z  pana!  Zwolennik  Domostroju.  Panu  by  tylko

nahajkę do ręki.

—  Nahajka...  to  niezła  rzecz  —  zauważył  Bazarow  —  tylko  że  pijemy  teraz

ostatnie krople...

— Czego? — przerwała Eudoksja.
— Szampana, czcigodna Awdotio Nikitiszno, szampana, nie twojej krwi.
— Nie mogę słuchać obojętnie, gdy ktoś napada na kobiety — ciągnęła dalej

Eudoksja.  —  To  okropne,  okropne.  Zamiast  napadać,  lepiej  przeczytałby  pan
książkę  Micheleta De  l'amour.  To  cudo.  Panowie,  rozmawiajmy  o  miłości  —
dodała Eudoksja, w rozmarzeniu opuszczając rękę na zmiętą poduszkę kanapy.

Zapanowało nagłe milczenie.
— Nie, po co mówić o miłości — rzekł Bazarow. — Ale wspomniała pani o

Odincowej... Takie, zdaje się, wymieniła pani nazwisko? Któż to jest?

—  Urocza!  urocza!  —  zapiszczał  Sitnikow.  —  Przedstawię  pana!  Mądra,

bogata,  wdowa.  Niestety,  nie  jest  jeszcze  dosyć  inteligentna:  powinna  poznać
bliżej naszą Eudoksję. Pani zdrowie, Eudoxie! Trąćmy się. Et toc, et toc, et tin-
tin-tin. Et toc, et toc, et tin-tin-tin!

— Victor, figlarz z pana.
Śniadanie  ciągnęło  się  długo.  Po  pierwszej  butelce  szampana  poszła  druga,

trzecia,  a  nawet  czwarta...  Eudoksja  trajkotała  bez  wytchnienia;  Sitnikow
dotrzymywał  jej  kroku.  Długo  rozważali  oboje  zagadnienie  małżeństwa:  czy
małżeństwo  jest  przesądem  czy  występkiem?  i  jacy  rodzą  się  ludzie,  jednakowi
czy  różni?  i  na  czym  właściwie  polega  indywidualność?  Doszło  wreszcie  do
tego, że Eudoksja, czerwona od wypitego wina, stukając płaskimi paznokciami o
klawisze  rozstrojonego  fortepianu,  zaczęła  śpiewać  ochrypłym  głosem  najpierw
cygańskie  pieśni,  a  potem  romans  Seymour-Schiffa Drzemie  senna  Grenada,
Sitnikow  zaś  owiązał  głowę  szalem  i  odgrywał  omdlewającego  kochanka  przy
słowach:

I usta twe z moimi
Gorącym pocałunkiem złączyć...
Arkadiusz nie mógł już wytrzymać.
— Panowie, za bardzo to wszystko staje się podobne do Bedlam — zauważył

głośno.

Bazarow,  który  bardzo  rzadko  wtrącał  do  rozmowy  szydercze  uwagi  —

zajmował  go  raczej  szampan  —  głośno  ziewnął,  wstał  i  nie  żegnając  się  z
gospodynią wyszedł razem z Arkadiuszem. Sitnikow pobiegł za nimi.

— No co, no co? — pytał przypochlebnie, biegnąc to z prawej, co   z  lewej

strony. — Przecież mówiłem: wspaniała osoba! Więcej takich kobiet! Eudoksja

background image

jest w swoim rodzaju wysoce moralnym zjawiskiem.

— A ten zakład twego ojca jest także moralnym zjawiskiem? — powiedział

Bazarow wskazując palcem na szynk, obok którego właśnie przechodzili.

Sitnikow znowu wybuchnął piskliwym śmiechem. Bardzo wstydził się swego

pochodzenia i nie wiedział, czy powinien uznać nieoczekiwane tykanie Bazarowa
za pochlebstwo czy też za obrazę.

background image

XIV

 
W  kilka  dni  później  odbył  się  bal  u  gubernatora.  Matwiej  Iljicz  był

prawdziwym  „bohaterem  dnia".  Gubernialny  marszałek  szlachty  oświadczył
wszem  wobec,  że  przybył  właściwie  tylko  z  szacunku  dla  niego,  gubernator  zaś
nawet  na  balu,  nawet  kiedy  stał  nieruchomo,  wciąż  jak  gdyby  „wydawał
polecenia". Delikatność obejścia Matwieja Iljicza mogła równać się tylko z jego
dostojeństwem.  Głaskał  próżność  wszystkich,  jednych  z  pewnym  niesmakiem,
innych  z  odcieniem  szacunku; en  vrai  chevalier  francais rozpływał  się  w
uprzejmościach wobec pań i wciąż śmiał się donośnym, dźwięcznym śmiechem, i
sam  tylko,  jak  przystało  dostojnikowi.  Poklepał  po  plecach Arkadiusza  i  głośno
nazwał  go  „kochanym  siostrzeńcem",  zaszczycił  Bazarowa,  ubranego  w
podniszczony  frak,  roztargnionym,  ale  pobłażliwym  spojrzeniem,  które  musnęło
twarz  młodzieńca,  oraz  niewyraźnym  choć  uprzejmym  mruknięciem,  w  którym
można było tylko odróżnić dźwięki „ja..." i „... dzo"; podał palec Sitnikowowi i
obdarzył  go  uśmiechem,  ale  uczynił  to,  gdy  odwracał  już  głową;  nawet  pani
Kukszin, która zjawiła się na balu bez krynoliny i w brudnych rękawiczkach, ale
za to z rajskim ptakiem we włosach powiedział: Enchante.

Gości było mnóstwo, nie brakło też kawalerów; panowie we frakach cisnęli

się  pod  ścianami,  za  to  wojskowi  tańczyli  z  zapałem,  a  zwłaszcza  jeden  z  nich,
który  spędził  ze  sześć  tygodni  w  Paryżu,  gdzie  nauczył  się  rozmaitych
zawadiackich  okrzyków,  jak: zut,  ah  fichtrrre,  pst,  pst,  mon  bibi itp.  Słówka  te
wymawiał doskonale, z prawdziwie paryskim szykiem, ale jednocześnie mówił si
faurais, 
zamiast si  j'avais  i  absolument w  znaczeniu  koniecznie,  słowem,
posługiwał  się  owym  rosyjsko-francuskim  narzeczem,  które  tak  śmieszy
Francuzów, kiedy nie muszą nas zapewniać, że mówimy ich językiem jak anioły,
comme des anges.

Arkadiusz,  jak  wiemy,  tańczył  źle,  Bazarow  zaś  nie  tańczył  wcale;  obaj

usadowili  się  w  kącie;  przyłączył  się  do  nich  Sitnikow.  Z  pogardliwym
uśmiechem  na  twarzy  rzucał  jadowite  uwagi,  zuchwale  rozglądał  się  dokoła  i
zdawało się, że doznaje prawdziwej rozkoszy. Nagle wyraz jego twarzy zmienił
się;  zwrócił  się  do  Arkadiusza  i  powiedział  jakby  zmieszany:  —  Przyjechała
Odincowa.

Arkadiusz  obejrzał  się  i  zobaczył  wysoką  kobietę  w  czarnej  sukni;

przystanęła w drzwiach sali. Uderzył go jej dostojny wygląd. Obnażone ręce były
harmonijnie  opuszczone  wzdłuż  zgrabnej  figury;  na  krągłe  ramiona  spadały  z
lśniących  włosów  delikatne  gałązki  fuksji;  jasne  oczy  spoglądały  mądrze  i
spokojnie, właśnie spokojnie, nie marząco, spod nieco wydatnego białego czoła,
a  na  ustach  błąkał  się  ledwo  dostrzegalny  uśmiech.  Promieniowała  z  tej  twarzy
jakaś łagodna i delikatna siła.

— Pan ją zna? — zapytał Arkadiusz Sitnikowa.
— Od niedawna. Chce pan, żebym pana przedstawił?

background image

— Owszem... po tym kadrylu.
Bazarow także zwrócił uwagę na Odincowa.
— Cóż to za osoba? — rzekł. — Nie jest podobna do innych bab.
Gdy  kadryl  się  skończył,  Sitnikow  zaprowadził  Arkadiusza  do  Odincowej;

ale można było wątpić, czy znał ją bliżej; plątał się w swych wypowiedziach, ona
zaś  patrzyła  na  niego  z  pewnym  zdumieniem.  Twarz  jej  rozjaśniła  się  jednak  na
dźwięk nazwiska Arkadiusza. Zapytała go, czy jest synem Mikołaja Pietrowicza.

— Tak, pani.
— Widziałam pańskiego ojca dwa razy i wiele o nim słyszałam — ciągnęła

dalej. — Rada jestem pana poznać.

W tej chwili podbiegł do niej jakiś adiutant i poprosił ją do kadryla. Przyjęła

zaproszenie.

— Pani tańczy? — z szacunkiem zapytał Arkadiusz.
—  Tańczę.  Dlaczego  pan  myśli,  że  nie  tańczę?  Czy  wydaję  się  panu  zbyt

stara?

— Ależ co znowu! W takim razie pozwolę sobie prosić panią o mazura.
Odincowa uśmiechnęła się pobłażliwie.
— Bardzo chętnie — powiedziała i spojrzała na Arkadiusza wprawdzie nie z

góry, ale tak, jak zamężne siostry patrzą na młodziutkich braci.

Odincowa  była  nieco  starsza  od  Arkadiusza,  niedawno  skończyła

dwadzieścia  osiem  lat,  ale  w  jej  obecności  czuł  się  niby  uczeń  czy  student,  jak
gdyby różnica lat była znacznie większa. Do Odincowej majestatycznie podszedł
Matwiej  Iljicz  z  komplementami. Arkadiusz  oddalił  się  nieco,  ale  wciąż  patrzył
na nią; również podczas kadryla nie spuszczał z niej oczu. Odincowa rozmawiała
ze  swoim  tancerzem  w  sposób  tak  samo  niewymuszony  jak  z  dygnitarzem;
spokojnie  poruszała  głową,  wodziła  wokół  oczyma  i  dwa  razy  cicho  się
roześmiała.  Nos  miała  nieco  zbyt  gruby,  jak  prawie  wszystkie  Rosjanki,  i  cerę
niezupełnie  czystą,  mimo  to  Arkadiusz  orzekł,  że  nigdy  jeszcze  nie  spotkał  tak
uroczej  kobiety.  Głos  jej  ciągle  dźwięczał  mu  w  uszach;  nawet  fałdy  jej  sukni
układały się jak gdyby inaczej, harmonijniej i szerzej niż u innych, ruchy zaś były
lekkie, a zarazem naturalne.

Arkadiusz  czuł  się  nieco  onieśmielony,  gdy  przy  pierwszych  dźwiękach

mazura usiadł obok swej damy; zamierzał rozpocząć rozmowę, przeciągnął ręką
po  włosach  i  nie  znajdował  ani  jednego  słowa.  Ale  jego  nieśmiałość  i
zakłopotanie nie trwały długo; udzielił mu się spokój Odincowej; po kwadransie
swobodnie opowiadał jej o swoim ojcu, o stryju, o życiu w Petersburgu i na wsi.
Odincowa  słuchała  go  z  uprzejmym  zainteresowaniem,  lekko  otwierając  i
zamykając  wachlarz;  przerywał  swoją  paplaninę,  gdy  zapraszali  ją  do  tańca
kawalerowie;  Sitnikow  prosił  ją  dwa  razy.  Wracała,  siadając  znowu,  brała
wachlarz  i  pierś  jej  nawet  nie  poruszała  się  szybciej.  Arkadiusz  zaś  znowu
zaczynał paplać, szczęśliwy, że znajduje się w jej pobliżu, że rnówi z nią, widzi
jej oczy, wspaniałe czoło i całą jej miłą, poważną i mądrą twarz. Sama mówiła
mało,  ale  to,  co  mówiła,  wskazywało  na  znajomość  życia;  z  pewnych  jej  uwag
Arkadiusz wywnioskował, że wiele już przeżyła i przemyślała.

background image

— Z kim pan stał? — zapytała. — Wtedy gdy pan Sitnikow podszedł z panem

do mnie?

— Więc pani go zauważyła? — zapytał z kolei Arkadiusz. — Wspaniałą ma

twarz, prawda? To mój przyjaciel Bazarow.

I Arkadiusz zaczął mówić o „swoim przyjacielu".
Mówił  o  nim  tak  szczegółowo  i  z  takim  zachwytem,  że  Odincowa  zwróciła

się w jego stronę i spojrzała z uwagą. Mazur zbliżał się ku końcowi. Arkadiusz
poczuł  żal,  że  musi  pożegnać  swą  damę,  tak  przyjemnie  spędził  z  nią  około
godziny!  Co  prawda,  przez  cały  czas  czuł  wyraźnie,  że  ona  czyni  mu  jak  gdyby
łaskę, że powinien być jej wdzięczny, ale młodym sercom nie ciążą takie uczucia.

Muzyka zamilkła.
—  Merci —  rzekła  Odincowa  wstając.  —  Obiecał  pan  mnie  odwiedzić,

niechże  więc  zabierze  pan  z  sobą  swego  przyjaciela.  Ciekawa  byłabym  poznać
człowieka, który ma odwagę w nic nie wierzyć.

Do  Odincowej  zbliżył  się  gubernator,  oświadczył,  że  kolacja  na  stole,  i  z

zaaferowaną miną podał jej ramię. Odchodząc odwróciła się, aby po raz ostatni
uśmiechnąć  się  i  skinąć Arkadiuszowi  głową. Arkadiusz  złożył  jej  niski  ukłon,
spojrzał  za  nią  (jak  zgrabna  wydała  mu  się  jej  postać  spowita  w  połyskujący
czarny  jedwab!),  pomyślał:  „W  tej  chwili  zapomniała  już  o  moim  istnieniu",  i
duszę jego ogarnął słodki spokój...

—  No,  cóż?  —  zapytał  Bazarow,  gdy  Arkadiusz  wrócił  do  kąta.  —

Zabawiłeś  się?  Mówił  mi  przed  chwilą  pewien  szlachcic,  że  ta  pani  —  ho,  ho,
ho! Ale  ten  szlachcic  to  chyba  głupiec. A  jak  ty  myślisz?  Czy  ona  rzeczywiście
jest ho, ho, ho?

— Niezupełnie rozumiem to określenie — odrzekł Arkadiusz.
— A to dopiero! Jaki niewinny!
—  W  takim  razie  nie  rozumiem  twego  szlachcica.  Odincowa  jest  bez

wątpienia bardzo miła, ale zachowuje się tak chłodno i powściągliwie, że...

— Cicha woda... wiesz! — przerwał Bazarow. — Mó wisz, że jest chłodna?

Właśnie cały w tym smak! Przecie lubisz lody, prawda?

—  Może  —  wybąkał  Arkadiusz  —  ale  nic  o  tym  nie  wiem.  Ona  chce  cię

poznać i prosiła, żebym cię do niej zabrał.

— Wyobrażam sobie, jak mnie obmalowałeś! Zresztą dobrześ zrobił. Zawieź

mnie do niej. Wszystko jedno czy to gubernialna lwica, czy émancipée w rodzaju
pani Kukszin, ale takich ramion dawno nie widziałem.

Arkadiusz poczuł się dotknięty cynizmem Bazarowa, lecz jak to często bywa,

zarzucił mu nie to, co mu się nie spodobało...

— Dlaczego nie chcesz przyznać, że kobiety też mogą myśleć niezależnie? —

zapytał półgłosem.

— Dlatego, bracie, że według moich obserwacji tą cechą odznaczają się tylko

bardzo brzydkie kobiety.

Na  tym  rozmowa  się  urwała.  Obaj  młodzi  ludzie  opuścili  bal  zaraz  po

kolacji.  Gdy  wychodzili,  pani  Kukszin  roześmiała  się  nerwowo,  ze  złością,  ale
niezbyt  głośno;  czuła  się  głęboko  urażona,  że  żaden  z  nich  nie  zwrócił  na  nią

background image

uwagi. Została najdłużej ze wszystkich na balu i o czwartej nad ranem zatańczyła
z Sitnikowem polkę-mazurkę na paryską modłę. Tym pouczającym widowiskiem
zakończył się bal u gubernatora.

 

background image

XV

 
—  Zobaczymy,  do  jakiego  rzędu  ssaków  należy  ta  osoba  —  mówił

następnego  dnia  do Arkadiusza  Bazarow  idąc  z  nim  schodami  hotelu,  w  którym
zatrzymała się Odincowa. — Czuję, że coś tu jest nie w porządku.

—  Zdumiewasz  mnie!  —  zawołał  Arkadiusz.  —  Jak  to?  Ty,  Bazarow,

uznajesz tę ciasną moralność, która...

—  Ależ  dziwak  z  ciebie!  —  niedbale  przerwał  mu  Bazarow.  —  Czy  nie

wiesz, że wśród nas, w naszym narzeczu „nie w porządku" znaczy „w porządku"?
A  zatem  sprawa  godna  uwagi.  Czy  sam  nie  mówiłeś  mi  dzisiaj,  że  Odincowa
jakoś dziwnie wyszła za mąż, chociaż uważam, że małżeństwo z bogatym starcem
nie  tylko  nie  jest  dziwne,  lecz  przeciwnie,  dowodzi  rozsądku.  Nie  wierzę
miejskim  plotkom;  ale  lubię  pomyśleć,  jak  powiada  nasz  wykształcony
gubernator, że nie są pozbawione słuszności.

Arkadiusz nic nie odpowiedział i zastukał do drzwi. Młody służący w liberii

wprowadził  obu  przyjaciół  do  wielkiego  pokoju,  kiepsko  umeblowanego,  jak
wszystkie  pokoje  w  rosyjskich  hotelach,  lecz  za  to  pełnego  kwiatów.  Wkrótce
zjawiła się Odincowa w skromnej porannej sukni. W blasku wiosennego słońca
wydawała się jeszcze młodsza. Arkadiusz przedstawił jej Bazarowa i z ukrytym
zdziwieniem  spostrzegł,  że  tamten  jakby  się  zmieszał;  Odincowa  była  zupełnie
spokojna, jak wczoraj. Bazarow zdał sobie sprawę ze swego zmieszania i był zły
na  siebie.  „To  ci  dopiero!  Przeląkłem  się  baby!"  —  pomyślał  i  rozwalił  się  w
fotelu niczym Sitnikow, po czym zaczął mówić w sposób przesadnie swobodny;
Odincowa nie spuszczała z niego swoich jasnych oczu.

Anna  Odincowa  była  córką  Sergiusza  Nikołajewicza  Łoktiewa,  słynnego  z

urody  aferzysty  i  karciarza,  który  spędziwszy  piętnaście  lat  w  Petersburgu  i
Moskwie  na  hucznych  zabawach,  skończył  na  tym,  że  zgrał  się  do  nitki  i  musiał
osiąść  na  wsi,  gdzie  zresztą  wkrótce  umarł  zostawiając  niewielki  mająteczek
dwom  swym  córkom:  dwudziestoletniej  Annie  i  dwunastoletniej  Katarzynie.
Matka ich, pochodząca ze zubożałego rodu książąt Ch., zmarła w Petersburgu, gdy
mąż  jej  był  jeszcze  w  pełni  sił.  Położenie  Anny  po  śmierci  ojca  było  bardzo
ciężkie.  Wyborna  edukacja,  jaką  otrzymała  w  Petersburgu,  nie  przygotowała  jej
do  gospodarskich  i  domowych  kłopotów  ani  też  do  życia  na  odludnej  wsi.  Nie
znała  dosłownie  nikogo  w  całej  okolicy,  nie  miała  do  kogo  zwrócić  się  o  radę.
Ojciec starał się unikać wszelkich stosunków z sąsiadami, gardził nimi i oni nim
gardzili,  każdy  na  swój  sposób.  Anna  nie  straciła  jednak  głowy,  natychmiast
zaprosiła do siebie siostrę swojej matki, księżniczkę Awdotię Stiepanownę Ch.,
złą  i  sprytną  staruszkę,  która  zamieszkawszy  u  siostrzenicy  zagarnęła  dla  siebie
najlepsze  pokoje,  gde  rała  i  zrzędziła  od  rana  do  nocy  i  nawet  do  ogrodu
wychodziła  w  towarzystwie  jedynego,  jaki  jej  pozostał,  poddanego  chłopa,
ponurego  lokaja  w  trójgraniastym  kapeluszu  i  znoszonej  tabaczkowej  liberii  z
błękitnym galonem. Anna cierpliwie znosiła wszystkie dziwactwa ciotki, z wolna
zajęła się wychowaniem siostry i jak gdyby pogodziła się z myślą, że zwiędnie na

background image

odludziu...  Ale  los  chciał  inaczej.  Przypadkiem  ujrzał  ją  niejaki  Odincow,
mężczyzna czterdziestosześcioletni, bardzo bogaty, dziwak, hipochondryk, gruby,
ciężki i ponury, zresztą niegłupi i niezły człowiek; zakochał się w niej i poprosił
o rękę. Zgodziła się zostać jego żoną; przeżył z nią sześć lat, a umierając zostawił
jej  cały  swój  majątek.  Anna  Siergiejewna  przez  rok  po  śmierci  męża  nie
wyjeżdżała ze wsi; potem wybrała się razem z siostrą za granicę, lecz była tylko
w Niemczech; stęskniła się i wróciła do swej uroczej wsi Nikolskoje położonej
w  odległości  czterdziestu  wiorst  od  ***.  Miała  tam  wspaniały,  doskonale
urządzony  dom,  piękny  ogród  i  oranżerię:  nieboszczyk  Odincow  nie  odmawiał
sobie niczego. Anna Siergiejewna bardzo rzadko bywała w mieście, przeważnie
jeździła  tam  za  interesami  i  na  krótko.  W  guberni  nie  była  lubiana;  bardzo
oburzano  się  z  powodu  jej  małżeństwa  z  Odincowem,  opowiadano  o  niej
przeróżne niebywałe historie, zapewniano, że pomagała ojcu w jego szulerskich
machinacjach,  że  nie  przypadkiem  jeździła  za  granicę,  lecz  po  to,  by  ukryć
nieszczęsne następstwa... „Pan rozumie, jakie następstwa?" — dodawali oburzeni
plotkarze. „Przeszła przez ogień i wodę" — mawiano o niej, a pewien znany w
guberni  dowcipniś  dorzucał  zazwyczaj:  „I  z  niejednego  pieca  chleb  jadła."
Wszystkie  te  plotki  dochodziły  do  niej,  lecz  puszczała  je  mimo  uszu:  charakter
miała niezależny i dość stanowczy.

Odincowa  siedziała  głęboko  wtulona  w  fotel  i  złożywszy  jedną  rękę  na

drugiej  słuchała  Bazarowa,  który  wbrew  swemu  zwyczajowi,  mówił  dużo  i
wyraźnie  starał  się  zainteresować  towarzyszkę  rozmowy,  co  znowu  zdziwiło
Arkadiusza. Nie potrafił rozstrzygnąć, czy Bazarow osiągnął swój cel. Z twarzy
Anny Siergiejewny trudno było się domyślić, jakich doznawała wrażeń; ta twarz
niezmiennie  wyrażała  subtelną  uprzejmość;  piękne,  błyszczące  oczy  patrzyły
uważnie,  ale  była  to  uwaga  beznamiętna.  Sztuczność  Bazarowa  w  pierwszych
chwilach  wizyty  podziałała  na  nią  nieprzyjemnie,  jak  przykry  zapach  czy  ostry
dźwięk;  ale  od  razu  zrozumiała,  że  Bazarow  był  zmieszany,  a  to  jej  nawet
schlebiało.  Budziła  w  niej  odrazę  tylko  wulgarność,  tego  zaś  nikt  Bazarowowi
nie mógł zarzucić. Arkadiusz owego dnia nie przestawał się dziwić. Spodziewał
się,  że  Bazarow  z  Odincową,  jako  kobietą  mądrą,  będzie  rozmawiał  o  swoich
poglądach  i  przekonaniach;  przecież  sama  chciała  posłuchać  człowieka,  „który
ma  odwagą  w  nic  nie  wierzyć";  tymczasem  Bazarow  mówił  o  medycynie,
homeopatii,  botanice.  Okazało  się,  że  Odincową  na  swym  odludziu  nie  traciła
czasu:  przeczytała  kilka  dobrych  książek  i  mówiła  poprawnie  po  rosyjsku.
Skierowała rozmowę na temat muzyki, lecz zauważywszy, że Bazarow nie uznaje
sztuki,  wróciła  niepostrzeżenie  do  botaniki,  chociaż  Arkadiusz  zaczął  się  już
rozwodzić  o  znaczeniu  melodii  ludowych.  Odincową  nadal  traktowała  go  jak
młodszego brata: zdawało się, że ceni w nim dobroć i prostotę młodości, lecz nic
ponadto.  Rozmowa  pełna  umiaru,  urozmaicona  i  żywa  trwała  przeszło  trzy
godziny.

Wreszcie  przyjaciele  wstali,  by  się  pożegnać. Anna  Siergiejewna  spojrzała

na nich życzliwie, podała każdemu swą piękną białą rękę i pomyślawszy chwilkę,
z niepewnym, lecz miłym uśmiechem powiedziała:

background image

— Jeśli nie boicie się, panowie, nudy, przyjedźcie do mnie na wieś.
—  Ależ,  Anno  Siergiejewno!  —  zawołał  Arkadiusz.  —  Będę  to  sobie

poczytywał za wyjątkowe szczęście...

— A pan, monsieur Bazarow?
Bazarow poprzestał na ukłonie, i Arkadiuszowi wypadło zdziwić się po raz

ostatni: na twarzy przyjaciela zauważył rumieniec.

— No — powiedział do niego, gdy wyszli — czy wciąż jeszcze myślisz, że

ona jest ho-ho-ho?

— Kto ją tam wie! Proszę, do jakiej oziębłości doszła! — odrzekł Bazarow i

po  chwili  milczenia  dodał:  —  Księżna,  osoba  panująca!  Powinna  tylko  nosić  z
tyłu tren i koronę na głowie.

— Nasze kiężne nie mówią tak po rosyjsku — zauważył Arkadiusz.
— Była w opałach, braciszku, pokosztowała naszego chleba.
— A jednak jest zachwycająca — powiedział Arkadiusz.
—  Jakie  wspaniałe  ciało!  —  ciągnął  dalej  Bazarow  —  doprawdy,  aż  się

prosi na wykład anatomii.

— Przestań, Eugeniuszu, na Boga! Do czego to podobne!
—  No,  nie  gniewaj  się,  delikaciku.  Przecież  powiedziałem:  pierwsza  klasa.

Trzeba będzie do niej pojechać.

— Kiedy?
—  Chociażby  pojutrze.  Cóż  mamy  tu  do  roboty?  Pić  z  panią  Kuikszin

szampana?  Słuchać,  co  mówi  twój  krewny,  liberalny  dygnitarz?  Pojedziemy
pojutrze. Zresztą dworek mojego ojca znajduje się niedaleko stamtąd. Przecie to
Nikolskoje leży przy drodze do ***?

— Tak.
—  Optime.  Po  cóż  zwlekać;  zwlekają  tylko  głupcy  i  przemądrzalcy.

Powiadam ci: wspaniałe ciało!

W trzy dni potem obaj przyjaciele jechali traktem  do  wsi  Nikolskoje.  Dzień

był  jasny  i  niezbyt  gorący,  dobrze  odkarmione  konie  pocztowe  szły  zgodnie,  z
lekka  wymachując  podwiązanymi  i  zaplecionymi  ogonami. Arkadiusz  patrzył  na
trakt i uśmiechał się, sam nie wiedząc dlaczego.

— Złóż mi życzenia — zawołał nagle Bazarow. — Dzisiaj jest 22 czerwca,

dzień moich imienin. Zobaczymy, jak mi się powiedzie. Dzisiaj czekają na mnie
w domu — dodał zniżając głos. — No to poczekają, nic ważnego!

background image

XVI

 
Dwór, w którym mieszkała Anna Siergiejewna, stał na połogim, odsłoniętym

wzgórzu,  opodal  żółtej  murowanej  cerkwi  z  zielonym  dachem,  białymi
kolumnami  i  wymalowanym  nad  górnym  wejściem  freskiem  w  stylu  „włoskim",
który  przedstawiał  Zmartwychwstanie  Chrystusa.  Osobliwie  zwracał  uwagę
swymi  zaokrąglonymi  konturami  smagły  rycerz  w  szyszaku,  widoczny  na
pierwszym planie malowidła. Za cerkwią dwoma rzędami ciągnęły się wiejskie
chaty;  gdzieniegdzie  nad  słomianymi  strzechami  sterczały  kominy.  Dwór,
zbudowany  w  tym  samym  stylu  co  cerkiew,  znanym  u  nas  pod  nazwą  stylu
Aleksandra, również był pomalowany na żółto, miał zielony dach, białe kolumny
i  fronton  z  herbem.  Gubernialny  architekt  wzniósł  obie  budowle  za  aprobatą
nieboszczyka Odincowa, który nie cierpiał nedorzecznych, improwizowanych, jak
mawiał,  według  jakiegoś  widzimisię  nowości.  Z  obu  stron  domu  stały  ciemne
drzewa  starego  parku;  aleja  wysadzona  strzyżonymi  świerkami  wiodła  do
podjazdu.

Na spotkanie naszych przyjaciół wyszli dwaj rośli lokaje w liberiach; jeden z

nich zaraz pobiegł po ochmistrza. Ochmistrz, gruby mężczyzna w czarnym fraku,
zjawił  się  natychmiast  i  poprowadził  gości  wysłanymi  dywanem  schodami  do
pokoju,  gdzie  stały  już  dwa  łóżka  i  wszystko,  co  potrzebne  do  toalety.  Widać
było,  że  w  domu  panował  porządek:  wszędzie  było  czysto,  wszędzie  unosił  się
jakiś szacowny zapach, niby w ministerialnych poczekalniach.

—  Anna  Siergiejewna  prosi  panów  do  siebie  za  pół  godziny  —  oznajmił

ochmistrz. — Czy na razie panowie nic nie rozkażą?

—  Nie,  mój  czcigodny  —  odrzekł  Bazarow.  —  Chyba,  że  zechcesz  nam

przynieść kieliszek wódki.

—  Słucham  pana  —  powiedział  ochmistrz  z  pewnym  zdumieniem  i  odszedł

skrzypiąc butami.

— Cóż za granżanr! — zauważył Bazarow. — Chyba tak się to po waszemu

nazywa! Księżna, nie ma co mówić!

—  Właśnie,  księżna!  —  zaprotestował Arkadiusz.  —  Od  razu  zaprosiła  do

siebie takich wielkich arystokratów jak my.

— A  zwłaszcza  ja,  przyszły  lekarzyna,  syn  konowała  i  wnuk  diaka...  Wiesz

przecież, że jestem wnukiem diaka?...

— Jak Sperański — dodał, krzywiąc się, po chwili milczenia. — Ależ sobie

dogadza, dogadza sobie ta pani! Może powinniśmy włożyć fraki?

Arkadiusz wzruszył tylko ramionami... ale także czuł niejakie zakłopotanie.
W  pół  godziny  później  Bazarow  i  Arkadiusz  zeszli  do  salonu.  Był  to

obszerny, wysoki pokój, urządzony z pewnym przepychem, lecz bez szczególnego
smaku.  Ciężkie  i  drogie  meble  stały  według  z  dawna  ustalonego  porządku  pod
ścianami  pokrytymi  brązowym  obiciem  w  złoty  deseń;  nieboszczyk  Odincow
sprowadził je z Moskwy za pośrednictwem swojego przyjaciela, handlarza win,
który  załatwiał  wszystkie  jego  zlecenia.  Nad  kanapą,  na  środkowej  ścianie,

background image

wisiał  portret  jasnowłosego  mężczyzny  o  obrzękłej  twarzy;  zdawało  się,  że
niechętnie spogląda na gości.

— To pewno on — szepnął do Arkadiusza Bazarow i marszcząc nos dodał:
— A może stąd uciec?
W  tej  chwili  jednak  weszła  pani  domu.  Miała  na  sobie  lekką  bareżową

suknię; włosy zaczesane gładko na uszy nadawały dziewczęcy wyraz jej czystej i
świeżej twarzy.

— Dziękuję, że panowie dotrzymali słowa — zaczęła — zabawicie trochę u

mnie; tutaj doprawdy jest niebrzydko. Zapoznam was z moją siostrą; dobrze gra
na  fortepianie.  Dla  pana,  monsieur  Bazarow,  to  sprawa  obojętna;  ale  pan,
monsieur  Kirsanow,  zdaje  się,  lubi  muzykę;  prócz  siostry  mieszka  u  mnie
staruszka ciotka, a jeden z sąsiadów niekiedy przyjeżdża na karty: oto całe nasze
towarzystwo. A teraz siądźmy.

Krótkie  to  przemówienie  wygłosiła  Odincowa  bardzo  wyraźnie,  jak  gdyby

nauczyła się go na pamięć. Potem zwróciła się do Arkadiusza. Matka Odincowej,
jak  się  okazało,  znała  jego  matkę  i  była  nawet  jej  powiernicą  w  okresie,  gdy
tamta zakochała się w Mikołaju Pietrowiczu. Arkadiusz z zapałem zaczął mówić
o nieboszczce, Bazarow zaś przez ten czas przeglądał albumy. „Jaki zrobiłem się
grzeczniutki" — pomyślał.

Piękna  charcica  w  błękitnej  obroży  wbiegła  do  salonu,  stukając  pazurami  o

podłogę;  za  nią  weszła  osiemnastoletnia  dziewczyna,  smagła  brunetka  o  nieco
okrągłej,  lecz  przyjemnej  twarzy  i  niewielkich,  ciemnych  oczach.  W  rękach
trzymała koszyk pełen kwiatów.

— To moja Katia — powiedziała Odincowa wskazując ją ruchem głowy.
Katia lekko dygnęła, usiadła obok siostry i zaczęła układać kwiaty. Charcica,

która wabiła się Fifi, machając ogonem podeszła kolejno do obu gości i dotknęła
swym chłodnym nosem ręki każdego z nich.

— Sama to wszystko narwałaś? — zapytała Odincowa.
— Tak — powiedziała Katia.
— A ciotka przyjdzie na herbatę?
— Tak.
Mówiąc Katia uśmiechała się przyjemnie, trochę wstydliwie, ale szczerze, i

patrzyła  w  jakiś  zabawny  i  surowy  jednocześnie  sposób,  z  dołu  do  góry.
Wszystko w niej było bardzo jeszcze dziewczęce, prawie dziecinne: głos, puszek
na  całej  twarzy,  różowe  ręce  z  bledszymi  nieco  plamkami  na  dłoniach  i  stulone
troszkę ramiona... Nieustannie czerwieniła się i szybko oddychała.

Odincowa zwróciła się do Bazarowa:
— Pan przegląda obrazki z poczucia przyzwoitości, Eugeniuszu Wasiliczu —

zaczęła.  —  Przecież  to  pana  nie  interesuje.  Niech  pan  zechce  przysunąć  się  do
nas, podyskutujemy trochę.

Bazarow przysiadł się bliżej.
— O czym każe pani mówić? — rzekł.
— Wybór pozostawiam panu. Uprzedzam, że bardzo lubię dyskutować.
— Pani?

background image

— Tak. Pana to dziwi? Dlaczego?
—  Ponieważ,  o  ile  mogę  sądzić,  ma  pani  charakter  spokojny  i  opanowany,

dyskusja zaś wymaga zapału.

—  Tak  szybko  zdążył  mnie  pan  poznać?  Po  pierwsze,  jestem  niecierpliwa  i

uparta,  proszę  zapytać  Kati;  po  drugie,  bardzo  prędko  się  zapalam.  Bazarow
spojrzał na Annę Siergiejewnę.

—  Byś  może,  pani  wie  lepiej.  Chce  pani  zatem  dyskutować?  Cóż,  proszę

bardzo.  Przeglądałem  widoki  Saskiej  Szwajcarii  w  pani  albumie;  pani
zauważyła,  że  mnie  to  nie  może  zająć.  Powiedziała  pani  tak  dlatego,  że  nie
przypuszcza  pani,  bym  posiadał  zmysł  artystyczny,  i  tak  jest  w  istocie;  ale  te
widoki  mogły  mnie  na  przykład  zainteresować  z  punktu  widzenia  geologii,
kształtowania się gór.

—  Pan  wybaczy,  jako  geolog  raczej  posłużyłby  się  pan  książką,  dziełem

specjalnym niż rysunkiem.

—  Rysunek  ukaże  mi  plastycznie  to,  co  w  książce  zawiera  się  na  dziesięciu

stronicach.

Anna Siergiejewna chwilę milczała.
— Więc doprawdy nie ma pan w sobie ani odrobiny wyczucia artystycznego?

— zapytała opierając się łokciami o stół i w ten sposób przybliżając swą twarz
do twarzy Bazarowa. — Jakże się pan bez tego obchodzi?

— Chciałbym wiedzieć, do czego owo wyczucie ma mi służyć?
—  Chociażby  do  tego,  by  poznawać  i  rozumieć  ludzi.  Bazarow  uśmiechnął

się.

—  Po  pierwsze,  do  tego  celu  służy  doświadczenie  życiowe;  po  drugie

ośmielę  się  twierdzić,  że  poznawanie  poszczególnych  jednostek  niewarte  jest
zachodu. Wszyscy ludzie są do siebie podobni, zarówno ciałem jak i duszą; każdy
z nas ma mózg, śledzionę, serce i płuca zbudowane jednakowo; tak zwane cechy
charakteru  są  również  takie  same  u  wszystkich:  niewielkie  odchylenia  nic  nie
znaczą.  Wystarczy  znać  jeden  egzemplarz  człowieka,  by  móc  wydawać  sądy  o
wszystkich innych. Ludzie są jak drzewa w lesie; botanik nie będzie się zajmował
każdą brzozą z osobna.

Katia, która bez pośpiechu układała kwiaty, ze zdumieniem podniosła oczy na

Bazarowa i napotkawszy jego przelotne i niedbałe spojrzenie zarumieniła się po
uszy. Anna Siergiejewna pokręciła głową.

—  Drzewa  w  lesie  —  powtórzyła.  —  Więc  według  pana  nie  ma  różnicy

między człowiekiem mądrym a głupim, dobrym a złym?

—  Nie,  jest,  ale  taka,  jak  między  chorym  a  zdrowym.  Płuca  suchotnika

wyglądają  inaczej  niż  płuca  pani  czy  moje,  chociaż  zbudowane  są  tak  samo.
Wiemy  w  przybliżeniu,  jakie  są  przyczyny  niedomagań  cielesnych;  choroby  zaś
charakteru powstają wskutek złego wychowania, przeróżnych głupstw, którymi od
dzieciństwa  nabija  się  człowiekowi  głowę,  słowem,  są  wynikiem  oburzającego
stanu społeczeństwa. Naprawcie społeczeństwo, a wtedy nie będzie chorób.

Bazarow mówił to wszystko z taką miną, jakby jednocześnie myślał: „Wierz

mi  lub  nie  wierz,  wszystko  mi  jedno!"  Powoli  wodził  długimi  palcami  po

background image

faworytach i spojrzenie jego błądziło z kąta w kąt.

—  Przypuszcza  pan  zatem  —  rzekła Anna  Siergiejewna  —  że  z  chwilą  gdy

społeczeństwo się zmieni, nie będzie głupich i złych ludzi?

— W każdym razie gdy społeczeństwo będzie należycie urządzone, stanie się

obojętne, czy człowiek jest głupi czy mądry, zły czy dobry.

— Rozumiem, wszyscy będą mieli jednakowe śledziony.
— Otóż to, łaskawa pani! Odincowa zwróciła się do Arkadiusza:
— A pan jak sądzi, Arkadiuszu Nikołajewiczu?
—  Zgadzam  się  z  Eugeniuszem  —  odpowiedział.  Katia  popatrzyła  na  niego

ukradkiem.

—  Zadziwiacie  mnie,  panowie  —  rzekła  Odincowa  —  ale  jeszcze  o  tym

pomówimy. Słyszę, że ciotka schodzi na herbatę; powinniśmy oszczędzić jej uszu.

Weszła  ciotka Anny  Siergiejewny,  księżniczka  Ch  ***,  chudziutka  i  mała,  o

twarzy  jak  piąstka  i  nieruchomych,  złych  oczach  spoglądających  spod  siwej
peruczki;  ledwie  skinąwszy  głową  gościom,  usiadła  w  szerokim,  obitym
aksamitem fotelu, do którego nikt prócz niej nie miał prawa. Katia podstawiła jej
podnóżek,  stara  nie  podziękowała,  nawet  nie  spojrzała  na  nią;  poruszyła  tylko
rękoma  pod  żółtym  szalem  okrywającym  niemal  całkowicie  jej  wątłe  ciało.
Księżniczka lubiła żółty kolor, przy czepku też miała jaskrawożółte wstążki.

— Jak się cioci spało? — zapytała Odincowa podnosząc głos.
—  Znowu  ten  pies  tutaj?  —  burknęła  w  odpowiedzi  stara  i  widząc,  że  Fifi

zrobiła dwa niepewne kroki w jej kierunku, krzyknęła: — A pójdziesz, pójdziesz!

Katia zawołała Fifi i otworzyła jej drzwi.
Fifi radośnie rzuciła się przed siebie w nadziei, że wyprowadzą ją na spacer,

gdy  została  jednak  sama  za  drzwiami,  zaczęła  drapać  w  nie  i  skomleć.
Księżniczka nachmurzyła się, Katia chciała już wyjść...

—  Myślę,  że  podano  herbatę  —  rzekła  Odincowa.  —  Chodźmy,  panowie;

ciocia pozwoli na herbatę.

Księżniczka wstała w milczeniu i pierwsza wyszła z salonu. Wszyscy ruszyli

za  nią  do  jadalni.  Kozaczek  w  liberii  z  hałasem  podsunął  jej  wymoszczony
poduszkami i tak samo uświęcony fotel. Katia, która nalewała herbatę, podała jej
pierwszej  filiżankę  z  wymalowanym  herbem.  Stara  nałożyła  sobie  miodu  do
filiżanki  (uważała,  że  picie  herbaty  z  cukrem  jest  grzechem  i  zbytecznym
wydatkiem, chociaż sama na nic nie łożyła) i nagle zapytała ochrypłym głosem:

— A cóż pisze ksjąże Iwan?
Nikt  jej  nie  odpowiedział.  Bazarow  i  Arkadiusz  wkrótce  domyślili  się,  że

nikt na nią nie zwraca uwagi, chociaż jest traktowana z szacunkiem. „Trzymają ją
tu  dla  splendoru,  bo  to  latorośl  książącego  rodu"  —  pomyślał  Bazarow...  Po
herbacie  Anna  Siergiejewna  zaproponowała  przechadzkę,  ale  zaczął  kropić
deszcz i wszyscy, z wy jątkiem księżniczki, wrócili do salonu. Przyjechał sąsiad,
amator gry w karty; Porfiriusz Płatonowicz, tak się bowiem ów sąsiad nazywał,
był tłuściutki, siwy, z krótkimi, jakby toczonymi nóżkami, bardzo uprzejmy i skory
do  śmiechu.  Anna  Siergiejewna,  która  przeważnie  rozmawiała  z  Bazarowem,
zapytała  go,  czy  nie  zechciałby  zagrać  z  nimi  w  staromodnego  preferansa.

background image

Bazarow  przystał  mówiąc,  że  zawczasu  winien  się  przygotować  do  przyszłego
stanowiska lekarza powiatowego.

—  Proszę  się  strzec  —  powiedziała  Anna  Siergiejewna  —  ogramy  pana  z

Porfiriuszem  Płatonowiczem.  Ty  zaś,  Katiu  —  dodała  —  zagraj  coś; Arkadiusz
Nikołajewicz lubi muzykę, a my też posłuchamy.

Katia  niechętnie  zbliżyła  się  do  fortepianu.  Arkadiusz,  choć  rzeczywiście

lubił muzykę, nierad poszedł za nią: zdawało mu się, że Odincowa go odprawia;
w sercu Arkadiusza, jak w sercu każdego młodzieńca w jego wieku, rodziło się
jakieś  niejasne  i  męczące  doznanie,  podobne  do  przeczucia  miłości.  Katia
podniosła wieko fortepianu i nie patrząc na Arkadiusza spytała półgłosem:

— Co mam panu zagrać?
— Zechce pani wybrać sama — obojętnie odpowiedział Arkadiusz.
— Jaką muzykę lubi pan najbardziej? — powtórzyła Katia wciąż nie patrząc

na Arkadiusza.

— Klasyczną — odparł tym samym tonem.
— Lubi pan Mozarta?
— Tak.
Katia  wydobyła  ze  stosu  nut Sonatę-fantazję  c-moll Mozarta.  Grała  bardzo

dobrze,  choć  nieco  surowo  i  oschle.  Nie  spuszczając  z  nut  oczu,  mocno
zacisnąwszy usta siedziała nieruchoma i wyprostowana i tylko pod koniec utworu
twarz jej zapłoniła się i pasemko włosów opadło na ciemną brew

Arkadiusza  osobliwie  uderzyła  ostatnia  część  sonaty,'  owa  część,  gdzie

wśród  urzekająco  wesołej,  beztroskiej  melodii  nieoczekiwanie  pojawiają  się
akcenty bolesnego, prawie tragicznego smutku... Ale myśli wywołane dźwię kami
Mozarta nie miały związku z Katią. Patrząc na nią zauważył tylko: „Nieźle gra ta
panna i sama jest niebrzydka."

Gdy  Katia  skończyła  sonatę,  zapytała  nie  odejmując  rąk  od  klawiszy:  —

Dosyć?  —  Arkadiusz  oświadczył,  że  nie  śmie  jej  więcej  trudzić,  i  wszczął
rozmowę o Mozarcie, pytając, czy sama wybrała tę sonatę, czy też ktoś zwrócił
jej na nią uwagę. Ale Katia odpowiadała monosylabami: schowała się, zamknęła
w  sobie.  Z  tego  stanu  nieprędko  umiała  się  otrząsnąć  i  twarz  jej  przybierała
wówczas uparty, tępy prawie wyraz. Nie tyle była nieśmiała, co nieufna i trochę
zahukana  przez  wychowującą  ją  siostrę,  czego  oczywiście  tamta  nawet  nie
podejrzewała. Arkadiusz nie wiedząc więc, co począć, zawołał Fifi, która znów
znalazła  się  w  salonie,  i  dla  dodania  sobie  animuszu  z  życzliwym  uśmiechem
gładził ją po łbie. Katia znowu zabrała się do swych kwiatów.

Bazarow  nie  był  dobrym  graczem.  Anna  Siergiejewna  grała  w  karty  po

mistrzowsku,  Porfiriusz  Płatonowicz  też  nie  dawał  się  zapędzić  w  kozi  róg.
Bazarow przegrał wprawdzie niewiele, ale było mu nieprzyjemnie. Przy kolacji
Anna Siergiejewna znowu zaczęła mówić o botanice.

—  Chodźmy  jutro  z  rana  na  przechadzkę  —  rzekła  do  Bazarowa.  —

Chciałabym  się  od  pana  dowiedzieć  nazw  łacińskich  i  poznać  właściwości
roślin.

— Na cóż pani nazwy łacińskie? — zapytał Bazarow.

background image

— Porządek niezbędny jest we wszystkim — odpowiedziała.
—  Cóż  to  za  cudowna  kobieta!  —  zawołał  Arkadiusz,  gdy  został  sam  z

przyjacielem w przeznaczonym dla nich pokoju:

—  Tak  —  rzekł  Bazarow.  —  I  z  głową  na  karku.  No,  widziała  już  w  życiu

niejedno.

— Co masz na myśli, Eugeniuszu Wasiliewiczu?
— Nic złego, kochany Arkadiuszu Nikołaiczu, nic złego! Jestem przekonany,

że  znakomicie  zarządza  swym  majątkiem.  Jednak  prawdziwe  cudo  to  nie  ona,  a
jej siostra.

— Jak to? Masz na myśli tę smagłą?
—  Tak,  tą  smagłą.  Świeże  to  i  nietknięte,  lękliwe  i  milczące.  Oto  osóbka,

którą  można  by  się  zająć.  Zrobisz  z  niej  wszystko,  co  zechcesz;  za  to  tamta  jest
kuta na cztery nogi.

Arkadiusz  nic  nie  odpowiedział  i  każdy  z  nich  położył  się  spać  ze

szczególniejszymi myślami.

Tego wieczora Anna Siergiejewna także myślała o swoich gościach. Bazarow

spodobał się jej dlatego, że nie miał w sobie śladu kokieterii i sądził o wszystkim
bardzo  krytycznie.  Widziała  w  nim  cechy  nowe,  z  jakimi  dotychczas  się  nie
zetknęła, a była z natury ciekawa.

Anna  Siergiejewna  była  dziwną  istotą.  Nie  mając  żadnych  przesądów,  nie

mając nawet żadnych ściśle określonych przekonań, przed niczym nie ustępowała
i nie zmierzała do nikąd. Wiele rzeczy widziała jasno, wiele ją interesowało, ale
nic  jej  nie  zadowalało  zupełnie;  nie  wiadomo  też,  czy  pragnęła  nawet  pełni
zadowolenia. Umysł miała dociekliwy, ale zarazem obojętny; jej wątpliwości nie
przycichały nigdy do tego stopnia, by mogła o nich zapomnieć, ale też nigdy nie
urastały  tak,  by  mogły  stać  się  przyczyną  niepokoju.  Gdyby  nie  była  bogata  i
niezależna,  może  rzuciłaby  się  w  wir  walki,  poznała  namiętność...  Lecz  życie
miała łatwe, chociaż nudziła się niekiedy i spędzała dzień po dniu bez pośpiechu,
bardzo  rzadko  ulegając  jakimś  wzruszeniom.  Tęczowe  barwy  błyskały  niekiedy
przed jej oczyma, lecz oddychała swobodnie dopiero wtedy, gdy gasły, a po ich
zniknięciu nie czuła żalu. Wyobraźnia jej wybiegała nawet poza granicę tego, co
według  zasad  pospolitej  moralności  uważa  się  za  dozwolone;  ale  i  wtedy  krew
miarowo,  jak  zawsze,  krążyła  w  jej  czarująco  kształtnym  i  spokojnym  ciele.
Niekiedy, gdy cała ciepła i rozleniwiona wychodziła z wonnej kąpieli, zamyślała
się  nad  nicością  życia,  nad  jego  nieszczęściami,  trudem  i  złem...  Duszę  jej
napełniała nieoczekiwana śmiałość, zapalał szlachetny poryw; ale dość, by z na
wpół otwartego okna wionął chłodny wietrzyk, a już Anna Siergiejewna kuli się,
skarży i prawie gniewa; w takiej chwili pragnie zawsze tylko jednego: żeby nie
wiał na nią ten obrzydliwy wiatr.

Jak wszystkie kobiety, które nie kochały, pragnęła czegoś, sama nie wiedząc

czego.   Prawdę  mówiąc,  nie  pragnę-ła  niczego,  chociaż  zdawało  się  jej,  że
wszystkiego pragnie. Nieboszczyka Odincowa znosiła z trudem (wyszła za niego
z  wyrachowania,  chociaż  nie  zdecydowałaby  się  zapewne  na  to  małżeństwo,
gdyby nie uważała go za przyzwoitego człowieka) i nabrała skrytego obrzydzenia

background image

do wszystkich mężczyzn, których wyobrażała sobie jedynie jako istoty niechlujne,
ciężkie,  gnuśne  i  bezsilne  w  swej  dokuczliwości.  Kiedyś  za  granicą  spotkała
młodego,  pięknego  Szweda  o  rycerskim  wyrazie  twarzy  i  szczerych  błękitnych
oczach pod wysokim czołem; ów Szwed wywarł na niej silne wrażenie, lecz nie
przeszkodziło to jej bynajmniej w powrocie do Rosji.

„Dziwny  ten  medyk"  —  myślała  leżąc  w  swym  wspaniałym  łóżku,  na

koronkowych  poduszkach,  pod  lekką  jedwabną  kołdrą...  Anna  Siergiejewna
odziedziczyła  po  ojcu  pewne  zamiłowanie  do  zbytku.  Bardzo  kochała  swego
grzesznego, ale dobrego ojca, który ją ubóstwiał, po przyjacielsku żartował jak z
równą  sobie  i  mając  do  niej  zupełne  zaufanie,  szukał  często  jej  rady.  Matkę
ledwie pamiętała.

—  Dziwny  ten  medyk  —  powtórzyła  cicho.  Przeciągnęła  się,  uśmiechnęła,

skrzyżowała ręce pod głową, potem przebiegła wzrokiem dwie stronice głupiego
francuskiego romansu, ale książka wypadła jej z rąk. Zasnęła, czysta i chłodna, w
czystej i pachnącej pościeli.

Nazajutrz  zaraz  po  śniadaniu  Anna  Siergiejewna  poszła  z  Bazarowem

herboryzować  i  wróciła  tuż  przed  obiadem;  Arkadiusz  nigdzie  nie  wychodził  i
spędził  z  Katią  około  godziny.  Nie  nudził  się  z  nią  wcale,  Katia  sama
zaproponowała,  że  zagra  mu  znowu  wczorajszą  sonatę;  ale  gdy  Odincowa
wreszcie wróciła, gdy ją zobaczył, natychmiast ścisnęło mu się serce... Szła przez
park nieco znużonym krokiem; policzki miała zarumienione, a oczy jej błyszczały
mocniej  niż  zwykle  pod  słomkowym,  okrągłym  kapelu  szem.  W  ręku  obracała
cienką łodyżkę polnego kwiatu, lekka mantyla zsunęła się jej z ramion do łokci, a
szerokie szare wstążki kapelusza przylgnęły do jej piersi. Bazarow szedł za nią,
pewny  siebie  i  niedbały  jak  zawsze,  ale  wyraz  jego  twarzy,  chociaż  wesoły,  a
nawet  serdeczny,  nie  spodobał  się  Arkadiuszowi.  Rzuciwszy  krótkie:  „dzień
dobry", Bazarow poszedł do swojego pokoju, Odincowa z roztargnieniem podała
Arkadiuszowi rękę i też poszła dalej.

„Dzień  dobry?...  —  pomyślał  Arkadiusz.  —  Przecież  widzieliśmy  się

dzisiaj!"

 

background image

XVII

 
Czas,  wiadomo,  niekiedy  leci  jak  ptak,  niekiedy  pełznie  jak  robak,  ale

człowiekowi dobrze jest zwłaszcza wtedy, gdy nawet nie spostrzega, czy wolno,
czy  też  szybko  płynie  czas.  W  taki  to  właśnie  sposób  Arkadiusz  i  Bazarow
spędzili  dwa  tygodnie  u  Odincowej.  Sprzyjał  temu  częściowo  porządek,  który
Odincowa wprowadziła w swoim domu i w swoim życiu. Sama przestrzegała go
surowo  i  zmuszała  do  tego  innych.  Wszystko  w  ciągu  dnia  odbywało  się  w
określonym  czasie.  Rano,  punktualnie  o  ósmej,  całe  towarzystwo  zbierało  się
przy herbacie; w przerwie między herbatą i śniadaniem każdy robił, co chciał, a
pani domu załatwiała sprawy z rządcą (majątek był czynszowy), z ochmistrzem i
główną  klucznicą.  Przed  obiadem  towarzystwo  zbierało  się  znowu  na  rozmowę
lut) czytanie; wieczór był przeznaczony na przechadzkę, karty, muzykę; o wpół do
jedenastej Anna  Siergiejewna  szła  do  swojego  pokoju,  wydawała  polecenia  na
dzień  następny  i  kładła  się  spać.  Bazarowowi  nie  podobała  się  ta  odmierzona,
nieco uroczysta regularność codziennego życia toczącego się, jak mawiał „niczym
po  szynach";  lokaje  w  liberii,  dostojni  ochmistrze  obrażali  jego  demokratyczne
uczucia. Uważał, że skoro już przyszło do tego, to i do obiadu powinni zasiadać
jak Anglicy, we frakach i białych halsztukach.

Kiedyś zaczął ona ten temat rozmowę z Anną Siergiejewną.
Anna  Siergiejewna  miała  taki  sposób  bycia,  że  każdy  bez  ogródek

wypowiadał przy niej swoje zdanie. Wysłuchała Bazarowa i rzekła: — Ze swego
punktu widzenia ma pan rację, może istotnie żyję po pańsku; ale na wsi trzeba żyć
według  jakiegoś  porządku,  inaczej  można  zanudzić  się  na  śmierć  —  i  nadal
postępowała  po  swojemu.  Bazarow  zrzędził;  lecz  zarówno  on  sam  jak  i
Arkadiusz dlatego czuli się tak dobrze i swobodnie u Odincowej, że wszystko w
domu szło „niczym po szynach". Mimo to od pierwszych dni pobytu w Nikolskoje
w  obu  młodych  ludziach  zaszła  zmiana.  Bazarow,  któremu  Anna  Siergiejewna,
chociaż rzadko się z nim zgadzała, okazywała niewątpliwie przychylność, zaczął
zdradzać  niebywały  u  niego  przedtem  niepokój:  łatwo  ulegał  rozdrażnieniu,
mówił niechętnie, patrzył gniewnie i nie mógł usiedzieć na miejscu, jak gdyby coś
go podrywało; Arkadiusza, który ostatecznie doszedł do wniosku, że kocha się w
Odincowej,  ogarnął  cichy  smutek.  Ów   smutek  nie  przeszkadzał  mu  zresztą  w
zbliżeniu  z  Katią;  przeciwnie,  nawet  dopomógł  mu  w  nawiązaniu  serdecznych,
przyjaznych  stosunków.  „Ona  mnie  nie  ceni!...  Dobrze! A  ta  miła  istota  mną  nie
gardzi"  —  myślał  i  serce  jego  znów  napełniało  się  słodkim  uczuciem
wspaniałomyślności.  Katia  niejasno  zdawała  sobie  sprawę,  że Arkadiusz  szuka
pociechy  w  jej  towarzystwie,  i  nie  wzbraniała  ani  jemu,  ani  sobie  niewinnej
przyjemności  na  poły  wstydliwej,  na  poły  ufnej  przyjaźni.  W  obecności  Anny
Siergiejewny  nie  rozmawiali  ze  sobą:  Katia  zawsze  czuła  się  niepewnie  pod
bystrym  spojrzeniem  siostry, Arkadiusz  zaś,  jak  przystoi  zakochanemu,  będąc  w
pobliżu ukochanej istoty nie umiał już dostrzec nic prócz niej; ale dobrze mu było

background image

tylko  z  Katią.  Czuł,  że  nie  potrafi  zwrócić  na  siebie  uwagi  Odincowej;  tracił
kontenans,  gdy  tylko  zostawał  z  nią  sam;  ona  też  nie  wiedziała,  o  czym  z  nim
mówić:  był  dla  niej  zbyt  młody.  Natomiast  z  Katią  czuł  się  jak  ryba  w  wodzie;
odnosił się do niej z wyrozumiałością, nie przeszkadzał w wypowiadaniu wrażeń
wywołanych muzyką, czytaniem powieści, wierszy i podobnymi głupstwami, nie
widząc i nie zdając sobie sprawy, że sam interesuje się tymi głupstwami. Katia ze
swej strony n e przeszkadzała mu się smucić. Arkadiuszowi dobrze było z Katią,
Odincowej z Bazarowem, i dlatego obie pary, spędziwszy trochę czasu wspólnie,
rozchodziły  się  zazwyczaj  każda  w  inną  stronę,  zwłaszcza  na  przechadzkach.
Katia ubóstwiała przyrodę, Arkadiusz lubił ją także, chociaż nie śmiał się do tego
przyznać;  Odincowa,  podobnie  jak  Bazarow,  miała  do  przyrody  stosunek  dość
obojętny.  Niemal  ustawiczne  odosobnienie  naszych  przyjaciół  sprawiło,  że  ich
wzajemne  stosunki  uległy  zmianie.  Bazarow  przestał  mówić  z  Arkadiuszem  o
Odincowej,  przestał  nawet  na  nią  napadać  za  jej  „arystokratyczne  nawyki";  co
prawda, chwalił jak dawniej Katię, radził tylko powściągać w niej sentymentalne
skłonności,  lecz  pochwały  jego  były  zdawkowe,  rady  oschłe,  i  w  ogóle
rozmawiał z nim znacznie mniej niż dawniej... jak gdyby unikał lub wstydził się
przyjaciela...

Arkadiusz widział to, ale o tym nie mówił.
Prawdziwą przyczyną tej zmiany było uczucie, które wzbudziła w Bazarowie

Odincowa,  uczucie,  które  go  dręczyło  i  doprowadzało  do  wściekłości,  którego
Bazarow  wyparłby  się  natychmiast  z  pogardliwym  śmiechem  i  cynicznym
przekleństwem, gdyby ktokolwiek choć mgliście napomknął o takiej możliwości.
Bazarow był wielkim amatorem kobiet i kobiecej urody, ale miłość w znaczeniu
idealnym  albo,  jak  powiadał,  romantycznym  nazywał  niedorzecznością,
niewybaczalną głupotą, rycerskie uczucia uważał za coś w rodzaju kalectwa czy
choroby i niejednokrotnie dawał wyraz swemu zdziwieniu, że Togenburga wraz z
wszystkimi minezengerami i trubadurami nie zamknięto w domu dla obłąkanych.
„Jeśli podoba ci się kobieta — mawiał — staraj się osiągnąć swój cel; a jeśli się
nie  udaje,  trudno,  odejdź  od  niej,  na  jednej  kobiecie  świat  się  nie  kończy."
Odincowa  podobała  mu  się;  krążące  o  niej  słuchy,  swoboda  i  niezależność  jej
myślenia, niewątpliwa dla niego sympatia, wszystko zdawało się przemawiać ha
korzyść  Bazarowa;  lecz  wkrótce  zrozumiał,  że  celu  nie  osiągnie,  odejść  zaś,  ku
swemu  zdumieniu,  nie  miał  sił.  Krew  zaczynała  się  w  nim  burzyć  na  samo  jej
wspomnienie;  łatwo  dałby  sobie  z  tym  radę,  ale  zrodziło  się  w  nim  coś  innego,
czego żadną miarą nie dopuszczał, z czego zawsze pokpiwał, co godziło w jego
dumę.  W  rozmowach  ż  Anną  Siergiejewną  bardziej  jeszcze  niż  poprzednio
podkreślał  swoją  obojętną  pogardę  do  wszystkiego,  co  romantyczne;  ale  gdy
zostawał sam, z oburzeniem odkrywał w sobie romantyka. Wtedy szedł do lasu i
spacerował wielkimi krokami, łamiąc gałązki i klnąc półgłosem ją i siebie; albo
kładł się w stodole na sianie i uparcie zamykając oczy zmuszał się do snu, co mu
się oczywiście nie zawsze udawało. Wystarczyło, by pomyślał, że te nieskalane
ręce otoczą kiedyś jego szyję, że te dumne usta odpowiedzą na jego pocałunki, że
te  mądre  oczy  z  tkliwością,  tak,  z  tkliwością  spojrzą  w  jego  oczy,  a  już  czuł

background image

zawrót  głowy,  zapominał  się  na  chwilę,  zanim  znowu  nie  wybuchło  w  nim
oburzenie.  Chwytał  się  na  wszelakich  „haniebnych"  marzeniach,  jakby  diabeł  z
nim igrał. Zdawało mu się niekiedy, że i w Odincowej następuje jakaś przemiana,
że  w  wyrazie  jej  twarzy  zjawiło  się  coś  szczególnego,  co,  być  może...  Ale
wówczas tupał nogą, zgrzytał zębami i wygrażał sobie pięścią.

Bazarow  niezupełnie  jednak  się  mylił.  Poruszył  wyobraźnię  Odincowej;

interesował  ją,  myślała  o  nim  wiele.  Gdy  go  nie  było,  nie  tęskniła  za  nim,  nie
czekała  na  niego,  ale  gdy  tylko  się  zjawił,  natychmiast  się  ożywiała;  chętnie
zostawała  z  nim  sam  na  sam  i  chętnie  z  nim  rozmawiała,  nawet  wtedy,  gdy  ją
gniewał lub obrażał jej smak, jej wykwintne przyzwyczajenia. Chciała jak gdyby
go doświadczyć i zarazem sama wystawić się na próbę.

Pewnego  dnia,  przechadzając  się  z  nią  po  ogrodzie,  rzekł  nagle  ponurym

głosem, że ma zamiar niedługo wyjechać na wieś,  do  ojca...  Odincowa  zbladła,
jak gdyby poczuła nagły ból w sercu, i to tak mocny, że ogarnęło ją zdziwienie;
długo jeszcze potem rozmyślała, co to mogło znaczyć. Bazarow powiedział jej o
swym  odjeździe  nie  po  to,  by  ją  doświadczyć,  zobaczyć,  co  z  tego  wyniknie:
nigdy  nie  stosował  takich  metod.  Tego  samego  dnia  z  rana  rozmawiał  z
ekonomem  ojca,  swoim  byłym  piastunem,  Timofieiczem.  Ów  Timofieicz,
doświadczony  i  sprytny  staruszek  o  wypłowiałych,  żółtych  włosach,  spalonej
wiatrem,  czerwonej  twarzy  i  malutkich,  załzawionych,  zmrużonych  oczkach,
nieoczekiwanie  zjawił  się  przed  Bazarowem  w  swej  krótkiej  czujce  z  grubego,
szaroniebieskiego sukna, przepasanej kawałkiem rzemienia, i w wysmarowanych
dziegciem butach.

— Witaj, staruszku! — zawołał Bazarow.
—  Dzień  dobry,  Eugeniuszu  Wasiliczu!  —  zaczął  stary,  uśmiechnął  się

radośnie i cała jego twarz pokryła się nagle zmarszczkami.

— Po co przyjechałeś? Czyżby cię po mnie przysłali?
— Ależ, Eugeniuszu Wasiliczu, co też pan mówi! — wymamrotał Timofieicz

(przypomniał  sobie  surowy  nakaz,  jaki  otrzymał  od  pana  przy  odjeździe).  —
Jechałem  do  miasta  w  sprawach  naszego  pana  i  dowiedziałem  się,  że  panicz  tu
jest,  więc  zawróciłem  z  drogi,  żeby  na  panicza  popatrzeć...  Jakżebym  śmiał
niepokoić.

—  No,  nie  kłam  —  przerwał  mu  Bazarow.  —  Czy  tędy  prowadzi  droga  do

miasta?

Timofieicz zmieszał się i nic nie odpowiedział.
— Ojciec zdrów?
— Zdrów, dzięki Bogu.
— A matka?
— Arina Własiewna też, chwała Bogu.
— Oczekują mnie, co?
Staruszek przechylił na bok swą małą głowę.
— Ach,  Eugeniuszu  Wasiliczu,  jakże  nie  czekać!  Wierzaj,  serce  już  płacze,

gdy popatrzę na twoich rodziców.

—  No,  dobrze,  dobrze.  Nie  ma  co  się  rozwodzić.  Powiedz  im,  że  wkrótce

background image

będę.

— Słucham — z westchnieniem odpowiedział Timofieicz.
Wyszedłszy z domu, obu rękami nacisnął czapkę na głowę, wsiadł na nędzną

linijkę, którą zostawił przy bramie, i powlókł się, ale nie w kierunku miasta.

Tego  dnia  wieczorem  Odincowa  siedziała  w  swoim  pokoju  z  Bazarowem;

Arkadiusz  przechadzał  się  po  salonie  słuchając  gry  Kati.  Księżniczka  poszła  do
siebie  na  górę;  w  ogóle  nie  znosiła  gości,  osobliwie  zaś  tych  „na  nową  modłę
rozwydrzonych", jak ich nazywała. Na pokojach była tylko nadęta, lecz u siebie,
w obecności pokojówki, krzyczała i wymyślała tak, że czepek wraz z postiszem
podskakiwał na jej głowie. Odincowa wiedziała o tym doskonale.

— Pan zamierza wyjechać — zaczęła — a co z pana obietnicą?
Bazarow drgnął. — Z jaką obietnicą?
— Pan zapomniał? Chciał mi pan udzielić kilku lekcji chemii.
— Cóż robić? Ojciec czeka na mnie; nie mogę zwlekać dłużej. Zresztą może

pani  przeczytać  Pelouze  et  Fremy, Notions  generales  de  chimie;  dobra  i
przejrzyście napisana książka. Znajdzie pani w niej wszystko, co trzeba.

— A  zapewniał  mnie  pan,  że  książka  nie  może  zastąpić...  zapomniałam,  jak

pan się wtedy wyraził, ale pan wie, co chcę powiedzieć... Pamięta pan?

— Cóż robić! — powtórzył Bazarow.
— Dlaczego miałby pan wyjeżdżać? — spytała Odincowa zniżając głos.
Spojrzał na nią. Przechyliła głowę na oparcie fotela i skrzyżowała na piersi

obnażone  do  łokci  ręce.  W  świetle  jednej  tylko  lampy  osłoniętej  wycinaną
papierową  siatką  wydawała  się  bledsza  niż  zwykle.  Szeroka  biała  suknia
spowijała  ją  całą  miękkimi  fałdami;  ledwo  było  widać  końce  stóp,  także
skrzyżowanych.

—  A  dlaczego  miałbym  zostawać?  —  odrzekł  Bazarow.  Odincowa  lekko

zwróciła głowę w jego stronę.

—  Jak  to  dlaczego?  Czy  nie  jest  tu  panu  przyjemnie?  Czy  myśli  pan,  że  nie

będzie tu nikomu żal, gdy pan odjedzie?

— Jestem tego pewien. Odincowa zamilkła na chwilę.
—  Myli  się  pan.  Zresztą  nie  wierzę  w  to,  co  pan  mówi.  Nie  mógł  pan  tego

powiedzieć poważnie. — Bazarow siedział wciąż nieruchomo. — Dlaczego pan
milczy, Eugeniuszu Wasiliczu?

— Cóż mam pani powiedzieć? W ogóle nie warto żałować ludzi, a mnie tym

bardziej.

— Dlaczego?
— Jestem człowiekiem rzeczowym, nieciekawym. Nie umiem mówić.
— Pan domaga się komplementów.
—  Nie  jest  to  w  moim  zwyczaju.  Czy  pani  nie  wie,  że  wykwintne  strony

życia, te właśnie, które pani tak ceni, dla mnie są niedostępne?

Odincowa przygryzła koniuszek chusteczki.
— Może pan myśleć, co pan chce, ale będzie mi nudno, kiedy pan wyjedzie.
—  Zostanie Arkadiusz  —  zauważył  Bazarow.  Odincowa  z  lekka  wzruszyła

ramionami.

background image

— Będzie mi nudno — powtórzyła.
— Doprawdy? W każdym razie nie potrwa to długo.
— Dlaczego pan tak sądzi?
— Ponieważ pani sama mi powiedziała, że nudzi się tylko wtedy, gdy zostaje

naruszony  porządek  pani  życia.  Pani  tak  nieomylnie  i  systematycznie  ułożyła
swoje  życie,  że  nie  może  w  nim  być  miejsca  na  nudę,  na  tęsknotę...  na  żadne
męczące uczucia.

—  Więc  pan  uważa,  że  jestem  nieomylna...  a  raczej,  że  tak  systematycznie

ułożyłam sobie życie?

—  Oczywiście.  Ot,  choćby  dla  przykładu:  za  kilka  minut  wybije  dziesiąta  i

wiem już z góry, że pani mnie wypędzi.

—  Nie,  Eugeniuszu  Wasiliczu.  Może  pan  zostać.  Proszę  otworzyć  okno...

Duszno mi.

Bazarow  wstał  i  pchnął  okno.  Obie  połowy  ze  stukiem  otwarły  się

jednocześnie... Nie sądził, że ustąpią tak łatwo; przy tym ręce mu drżały. Ciemna,
łagodna noc wpłynęła do pokoju, a wraz z nią czarne prawie niebo, cichy szum
drzew i świeże, czyste powietrze.

—  Niech  pan  zapuści  storę  i  usiądzie  —  rzekła  Odincowa.  —  Chciałabym

porozmawiać  z  panem  przed  wyjazdem.  Proszę  mi  opowiedzieć  coś  o  sobie;
nigdy pan o sobie nie mówi.

—  Staram  się  rozmawiać  z  panią  o  rzeczach  pożytecznych,  Anno

Siergiejewno.

—  Bardzo  pan  jest  skromny...  Lecz  pragnęłabym  dowiedzieć  się  czegoś  o

panu, o pana rodzinie, o ojcu, dla którego pan nas porzuca.

,,Po co ona to mówi?" — pomyślał Bazarow.
—  Wszystko  to  nieciekawe  —  rzekł  głośno  —  zwłaszcza  dla  pani;  myśmy

ludzie prości...

.— A pan sądzi, że ja jestem arystokratką? Bazarow spojrzał na Odincową.
— Tak — rzekł z przesadną surowością. Odincową uśmiechnęła się.
— Widzę, że mało mnie pan zna, chociaż pan zapewnia, że wszyscy ludzie są

do  siebie  podobni  i  nie  warto  się  nad  nimi  zastanawiać.  Kiedyś  opowiem  panu
historię mojego życia... lecz najpierw niechże mi pan opowie o sobie.

—  Znam  panią  mało  —  powtórzył  Bazarow.  —  Może  ma  pani  słuszność;

może istotnie każdy człowiek jest zagadką. Chociażby pani sama... Stroni pani od
towarzystwa,  uważa  je  za  kłopotliwe,  a  jednocześnie  zaprasza  pani  do  siebie
dwóch studentów. Dlaczego pani, taka rozumna, taka piękna, mieszka na wsi?

—  Co?  Co  pan  powiedział?  —  żywo  podchwyciła  Odincową.  —  Taka...

piękna?

Bazarow nachmurzył się.
—  Mniejsza  o  to  —  bąknął.  —  Chciałem  powiedzieć,  że  nie  rozumiem

właściwie, dlaczego osiadła pani na wsi.

— Pan tego nie rozumie... A jednak jakoś pan to sobie tłumaczy?
—  Tak...  Przypuszczam,  że  przebywa  pani  stale  w  jednej  miejscowości

dlatego,  że  jest  pani  rozpieszczona,  że  bardzo  lubi  pani  komfort,  wygody,  a

background image

wszystko inne jest dla pani obojętne.

Odincowa znowu się uśmiechnęła. Bazarow ogarnął ją szybkim spojrzeniem.
— Pan stanowczo nie chce wierzyć, że mogłabym ulegać porywom?
— Porywom ciekawości — i owszem; ale nie innym.
—  Doprawdy?  Teraz  rozumiem,  dlaczego  zbliżyliśmy  się  z  panem:  przecież

pan jest taki sam jak ja.

— Zbliżyliśmy się... — wyrzekł głucho Bazarow.
—  Ach,  tak,  zapomniałam,  że  pan  chce  wyjechać.  Bazarow  wstał.  Lampa

płonęła  przyćmionym  światłem  w  pociemniałym,  pełnym  woni,  zacisznym
pokoju;  przez  poruszającą  się  od  czasu  do  czasu  storę  wpływała  podniecająca
świeżość  nocy,  słychać  było  jej  tajemniczy  szept.  Odincowa  siedziała
nieruchomo,  lecz  z  wolna  ogarniał  ją  jakiś  skryty  niepokój...  Ów  niepokój
udzielił się Bazarowowi. Nagle zdał sobie sprawę, że jest sam na sam z młodą,
piękną kobietą...

— Dokąd pan idzie? — zapytała powoli. Nie odpowiedział i usiadł.
—  A  więc  uważa  pan,  że  jestem  spokojną,  wydelikaconą,  rozpieszczoną

istotą  —  ciągnęła  dalej  tym  samym  głosem,  nie  spuszczając  oczu  z  okna.  —  Ja
jednak wiem, że jestem bardzo nieszczęśliwa.

—  Pani  —  nieszczęśliwa?  Dlaczego?  Czyżby  przypisywała  pani  znaczenie

marnym plotkom?

Odincowa nachmurzyła się. Było jej przykro, że tak ją zrozumiał.
—  Te  plotki  nawet  mnie  nie  bawią,  Eugeniuszu  Wasiliczu,  a  jestem  zbyt

dumna,  żeby  mogły  mnie  niepokoić.  Jestem  nieszczęśliwa,  ponieważ  nie  czuję
chęci  ani  pragnienia  życia.  Patrzy  pan  na  mnie  nieufnie  i  myśli:  „Mówi  to
«arystokratka»,  cała  spowita  w  koronki,  siedząca  w  ak  samitnym  fotelu."  Nie
będę  ukrywała:  lubię  to,  co  pan  nazywa  komfortem,  tak,  ale  jednocześnie  nie
zależy mi na życiu. Proszę ocenić tę sprzeczność, jak się panu podoba. Zresztą w
pana oczach wszystko to — romantyzm. Bazarow pokiwał głową.

—  Pani  jest  zdrowa,  niezależna,  bogata;  czego  trzeba  więcej?  Czego  pani

chce?

—  Czego  chcę?  —  powtórzyła  Odincowa  i  westchnęła.  —  Jestem  bardzo

zmęczona, jestem stara; wydaje mi się, że żyję już bardzo długo. Tak, jestem stara
—  dodała  naciągając  powoli  mantylę  na  obnażone  ręce.  Wzrok  jej  napotkał
spojrzenie  Bazarowa,  i  zaczerwieniła  się  lekko.  —  Mam  za  sobą  już  tyle
wspomnień:  życie  w  Petersburgu,  bogactwo,  potem  bieda,  śmierć  ojca,
zamążpójście, podróż za granicę, tak jak to jest przyjęte... Mnóstwo wspomnień, i
nic, co warto by wspominać... A przede mną długa, bardzo długa droga i nie ma
żadnego celu... Nie chcę iść tą drogą.

— Tak bardzo jest pani rozczarowana? — zapytał Bazarow.
—  Nie  —  odparła  powoli  Odincowa  —  ale  nie  czuję  zadowolenia.  Może

gdybym mogła mocno się do czegoś przywiązać...

— Pani chciałaby pokochać — przerwał Bazarow — ale pokochać pani nie

może; w tym całe nieszczęście.

Odincowa spojrzała uważnie na rękawy swojej mantyli.

background image

— Czyż naprawdę nie mogłabym pokochać? — rzekła.
—  Wątpię. Ale  nie  miałem  racji  nazywając  to  nieszczęściem.  Bardziej  jest

godny współczucia ten, komu się to przytrafi.

— Co?
— Pokochać.
— A pan skąd o tym wie?
— Ze słyszenia — gniewnie odpowiedział Bazarow. „Bawisz się kokieterią

— pomyślał — nudzisz się i igrasz ze mną dla rozrywki, a ja..." Czuł, że rwie mu
się serce.

— Poza tym jest pani może zbyt wymagająca — po wiedział pochylając się

do przodu i bawiąc się frędzlą fotela.

—  Być  może.  Moim  zdaniem,  albo  wszystko,  albo  nic.  Życie  za  życie.

Wziąłeś  moje,  daj  własne,  ale  wtedy  już  bez  żalu  i  bezpowrotnie.  Inaczej  nie
warto.

—  No  cóż  —  zauważył  Bazarow  —  to  słuszny  warunek  i  dziwię  się,  że

dotychczas... nie znalazła pani tego, czego pani chciała.

— Sądzi pan, że tak łatwo dać się zagarnąć czemukolwiek?
—  Niełatwo,  jeśli  zacznie  się  pani  zastanawiać,  czekać,  drożyć  się,

przydawać  sobie  znaczenia;  ale  nie  zastanawiając  się,  można  to  uczynić  bardzo
łatwo.

— Nie znać własnej wartości? Lecz jeśli nie mam żadnej wartości, komu zda

się moje przywiązanie?

—  To  już  nie  moja  rzecz;  niechaj  kto  inny  mnie  ocenia.  Najważniejsze,  to

umieć poświęcić się drugiej istocie.

Odincowa wyprostowała się w fotelu.
— Pan mówi tak — zaczęła — jakby pan tego wszystkiego doświadczył.
—  Tak  tylko  mówię, Anno  Siergiejewno:  pani  wie,  że  nie  znam  się  na  tych

sprawach.

— A pan sam umiałby się poświęcić drugiej istocie?
— Nie wiem, a chwalić się nie chcę.
Odincowa  nic  nie  powiedziała;  Bazarow  też  zamilkł.  Z  salonu  dobiegły  ich

dźwięki fortepianu.

— Cóż to Katia gra tak późno? — zauważyła Odincowa.
Bazarow wstał.
— Tak, już późno, czas, by się pani udała na spoczynek.
— Proszę poczekać, dokąd się pan tak śpieszy... Chcę panu coś powiedzieć.
— Co?
— Niechże pan poczeka, proszę — szepnęła.
Jej  spojrzenie  zatrzymało  się  na  Bazarowie,  można  było  pomyśleć,  że

przypatruje  mu  się  z  uwagą.  Bazarow  przemierzył  krokami  pokój,  potem  nagle
zbli żył się do niej, szybko powiedział: „dobranoc", ścisnął jej rękę tak, że omal
nie  krzyknęła  i  wyszedł.  Odincowa  podniosła  palce  do  ust,  dmuchając  na  nie,  i
nagle, gwałtownie wstając z fotela, skierowała się szybkimi krokami ku drzwiom,
jakby  chciała  zawołać  Bazarowa...  W  tej  chwili  weszła  pokojówka  niosąc

background image

karafkę  na  srebrnej  tacy.  Odincowa  przystanęła,  kazała  jej  odejść  i,  zamyślona,
znowu  usiadła.  Warkocz  jak  ciemny  wąż  opadł  jej  na  ramię.  W  pokoju  długo
jeszcze  paliła  się  lampa  i  Anna  Siergiejewna  długo  siedziała  nieruchomo,
niekiedy tylko wodząc palcami po ramionach, które owiewał nocny chłód.

W  dwie  godziny  potem  Bazarow,  nastroszony  i  ponury,  wrócił  do  swojej

sypialni;  buty  miał  mokre  od  rosy.  Zastał  Arkadiusza  przy  biurku,  z  książką  w
ręce, w surducie zapiętym na wszystkie guziki.

— Nie położyłeś się jeszcze? — zapytał jakby z irytacją.
—  Długo  byłeś  dziś  u  Anny  Siergiejewny  —  rzekł  Arkadiusz  nie

odpowiadając na jego pytanie.

— Tak, byłem u niej przez cały ten czas, kiedyście z Katarzyną Siergiejewną

grali na fortepianie.

— Nie grałem... — zaczął Arkadiusz i umilkł. Czuł, że łzy napływają mu do

oczu,  a  nie  chciał  się  rozpłakać  w  obecności  swojego  skłonnego  do  drwin
przyjaciela.

 

background image

XVIII

 
Następnego dnia, gdy Odincowa przyszła na herbatę, Bazarow długo siedział

pochylony  nad  stołem,  po  czym  nagle  spojrzał  na  nią...  Odwróciła  się  w  jego
stronę,  jak  gdyby  ją  potrącił,  i  Bazarowowi  wydało  się,  że  twarz  jej  trochę
przybladła  przez  noc.  Niebawem  poszła  do  siebie  i  zjawiła  się  dopiero  na
śniadanie.  Z  rana  pogoda  była  dżdżysta,  nieodpowiednia  do  przechadzki.  Całe
towarzystwo  zebrało  się  w  salonie.  Arkadiusz  wziął  ostatni  numer  jakiegoś
czasopisma  i  zaczął  głośno  czytać.  Księżni  czka,  swoim  zwyczajem,  naprzód
zrobiła  zdziwioną  minę,  jak  gdyby  Arkadiusz  knuł  coś  nieprzyzwoitego,  potem
spojrzała na niego gniewnie, ale on nie zwrócił na nią uwagi.

— Eugeniuszu Wasiliczu — rzekła Anna Siergiejewna — chodźmy do mnie...

Chcę pana zapytać... Wymienił pan wczoraj pewien podręcznik...

Wstała  i  skierowała  się  ku  drzwiom.  Księżniczka  rozejrzała  się  wokół  z

takim  wyrazem  twarzy,  jakby  chciała  powiedzieć:  „Patrzcie,  patrzcie,  jak  się
dziwię!",  i  znowu  wlepiła  wzrok  w  Arkadiusza,  ale  on  podniósł  głos  i
zamieniwszy spojrzenie z Katią, obok której siedział, czytał dalej.

Odincowa  szybkimi  krokami  szła  do  swego  gabinetu.  Bazarow  szedł  tuż  za

nią, nie podnosząc oczu i tylko łowiąc uchem delikatny szelest sunącej przed nim
jedwabnej  sukni.  Odincowa  zajęła  ten  sam  fotel,  w  którym  siedziała
poprzedniego wieczora. Bazarow także usiadł tam, gdzie wczoraj.

— Jak więc nazywa się ta książka? — zapytała po chwili milczenia.
—  Pelouze  et  Fremy, Notions  generales... —  odpowiedział  Bazarow.  —

Zresztą  mogę  pani  również  polecić  Ganota Traite  elementaire  de  physique
experimentale  . 
W  dziele  tym  są  bardziej  przejrzyste  rysunki  i  w  ogóle  ten
podręcznik....

Odincowa wyciągnęła rękę.
—  Eugeniuszu  Wasiliczu,  zechce  mi  pan  wybaczyć,  ale  prosiłam  pana  tutaj

nie po to, by mówić o podręcznikach. Chciałabym wrócić do naszej wczorajszej
rozmowy. Pan odszedł tak nieoczekiwanie... Nie znudzę pana?

—  Jestem  do  pani  usług, Anno  Siergiejewno. Ale  o  czym  to  rozmawialiśmy

wczoraj?

Odincowa spojrzała na niego z ukosa.
—  Mówiliśmy,  zdaje  się,  o  szczęściu.  Opowiadałam  panu  o  sobie.

Powiedziałam  teraz:  szczęście.  Niechże  mi  pan  powie,  dlaczego  nawet  wtedy,
gdy  na  przykład  rozkoszujemy  się  muzyką,  pięknym  wieczorem,  rozmową  z
miłymi ludźmi, wszystko to wydaje się raczej aluzją do jakiegoś niezmierzonego,
gdzieś istniejącego szczęścia niż szczęściem rzeczywistym, to znaczy takim, które
jest  naszym  udziałem?  Dlaczego  tak  jest?  A  może  pan  takich  uczuć  nie
doświadcza?

— Zna pani przysłowie: „Tam dobrze, gdzie nas nie ma"? — spytał Bazarow.

—  Zresztą  mówiła  mi  pani  wczoraj,  że  nie  jest  pani  zadowolona  z  życia.  Mnie

background image

takie myśli nawet nie przychodzą do głowy.

— Może wydają się panu śmieszne?
— Nie, po prostu nie przychodzą mi do głowy.
— Doprawdy? Wie pan, bardzo bym chciała wiedzieć, o czym pan myśli?
— Nie rozumiem pani.
—  Niechże  pan  posłucha,  od  dawna  już  pragnę  porozmawiać  z  panem

poważnie.  Nie  trzeba  panu  mówić,  sam  wie  pan  dobrze,  że  nie  należy  pan  do
ludzi  przeciętnych;  jest  pan  jeszcze  młody,  ma  pan  przed  sobą  całe  życie.  Do
czego  się  pan  przygotowuje?  Jaka  przyszłość  pana  czeka,  a  raczej,  jaki  cel
pragnie pan osiągnąć, do czego pan dąży, co pan czuje? Słowem, chcę wiedzieć,
kim pan jest, jaki pan jest?

— Pani mnie zadziwia, Anno Siergiejewno. Wie pani, że zajmuję się naukami

przyrodniczymi, kim zaś jestem...

— Tak, kim pan jest?
—  Miałem  już  zaszczyt  oświadczyć  pani,  że  jestem  przyszłym  lekarzem

powiatowym.

Anna Siergiejewna poruszyła się niecierpliwie.
— Dlaczego pan mi to mówi? Sam pan w to przecież nie wierzy. Tak mógłby

mi odpowiedzieć Arkadiusz, ale nie pan.

— Dlaczego Arkadiusz?...
— Ach, niechże pan przestanie! Czy to możliwe, żeby się pan zadowolił tak

skromną działalnością; sam pan przecież zawsze zapewnia, że medycyna dla pana
nie istnieje. Pan — ze swoją ambicją — powiatowym lekarzem! Odpowiada mi
pan  tak,  żeby  mnie  zbyć,  bo  nie  ma  pan  do  mnie  zaufania.  Czy  wie  pan  jednak,
Eugeniuszu  Wasiliczu,  że  potrafiłabym  pana  zrozumieć?  Sama  byłam  biedna  i
ambitna jak pan; byłam może wystawiona na takie same co i pan próby.

—  Bardzo  pięknie,  Anno  Siergiejewno,  ale  zechce  mi  pani  wybaczyć...  W

ogóle nie przywykłem się wypowiadać, a między panią a mną jest taki dystans...

—  Jaki  dystans?  Znowu  mi  pan  powie,  że  jestem  arystokratką?  Dość,

Eugeniuszu Wasiliczu; zdaje się, że dowiodłam panu...

— A poza tym — przerwał Bazarow — po cóż mówić i myśleć o przyszłości,

która na ogół nie zależy  od nas? Jeżeli się zdarzy, że człowiek coś zrobi w życiu
—  tym  lepiej;  jeżeli  zaś  wypadnie  inaczej,  to  przynajmniej  będzie  rad,  że  nie
gadał na próżno.

— Pan nazywa przyjacielską rozmowę gadaniną... A może sądzi pan, że jako

kobieta nie zasługuję na pańskie zaufanie? Przecież pan nami wszystkimi gardzi.

— Panią nie gardzę, Anno Siergiejewno, pani wie o tym.
—  Nie,  nie  wiem...  ale  przypuśćmy:  rozumiem,  że  nie  chce  pan  mówić  o

swojej przyszłej działalności, ale to, co się teraz w panu dzieje...

— Dzieje! — powtórzył Bazarow. — Jakby tu chodziło o jakieś państwo czy

społeczeństwo!  W  każdym,  razie  nie  ma  w  tym  nic  ciekawego;  zresztą,  czy
człowiek zawsze może głośno powiedzieć, co się w nim „dzieje"?

— Nie widzę powodu, dlaczego nie można by wypowiedzieć tego, co się ma

na sercu.

background image

— Pani to potrafi? — zapytał Bazarow.
— Potrafię — odpowiedziała Anna Siergiejewna po chwili wahania.
Bazarow schylił głowę.
— Jest pani szczęśliwsza ode mnie.
Anna Siergiejewna spojrzała na niego pytająco.
— Jak pan chce — ciągnęła dalej — a jednak coś mi mówi, że spotkaliśmy

się  nie  na  próżno,  że  będziemy  dobrymi  przyjaciółmi.  Jestem  przekonana,  że  ta
pańska — jakby to powiedzieć — sztywność, powściągliwość zniknie wreszcie.

—  Pani  zauważyła  moją  powściągliwość?...  Moją  —  jak  pani  jeszcze  się

wyraziła... sztywność?

— Tak.
Bazarow wstał i podszedł do okna.
—  Chciałaby  pani  poznać  przyczynę  tej  powściągliwości,  wiedzieć,  co  się

we mnie dzieje?

—  Tak  —  powtórzyła  Odincowa  z  jakimś  niepojętym  jeszcze  dla  niej

przestrachem.

— Pani się nie pogniewa?
— Nie.
—  Nie?  —  Bazarow  sfał  odwrócony  do  niej  plecami.  —  Więc  niech  pani

wie, że kocham panią głupio, jak wariat... Domagała się pani — proszę.

Odincowa wyciągnęła ręce przed siebie; Bazarow oparł czoło o szybę. Dusił

się,  dygotał  cały. Ale  nie  było.  to  nieśmiałe  drżenie  młodzieńcze  ani  też  słodki
lęk  pierwszego  wyznania:  wstrząsała  nim  namiętność,  silna  i  gwałtowna,
namiętność podobna do gniewu, czy może tak mu bliska... Odincowa poczuła lęk,
zrobiło się jej go żal..:

—  Eugeniuszu  Wasiliczu...  —  powiedziała  i  mimo  woli  w  jej  głosie

zadźwięczała tkliwość.

Odwrócił się szybko, rzucił na nią płomienne spojrzenie i chwyciwszy ją za

ręce, nagle przyciągnął ku sobie.

Nie od razu uwolniła się z jego objęć; ale w chwilę potem stała już daleko w

kącie pokoju i patrzyła stamtąd na Bazarowa. Rzucił się ku niej.

—  Pan  mnie  nie  zrozumiał  —  wyszeptała  pośpiesznie,  przerażona.  Zdawało

się,  że  krzyknie,  jeśli  Bazarow  zrobi  jeszcze  jeden  krok.  Bazarow  przygryzł
wargi i wyszedł.

W  pół  godziny  później  służąca  podała  Annie  Siergiejewnie  kartkę  od

Bazarowa;  zawierała  jedno  tylko  zdanie:  „Mam  wyjechać  dzisiaj,  czy  mogę
zostać  do  jutra?"  „Po  cóż  wyjeżdżać?  Nie  zrozumiałam  Pana  i  Pan  mnie  nie
zrozumiał"  —  odpisała  Anna  Siergiejewna  i  pomyślała:  „Siebie  także  nie
rozumiałam."

Aż  do  obiadu  nie  opuszczała  swojego  gabinetu  i  wciąż  chodziła  tam  i  z

powrotem  z  założonymi  rękoma,  od  czasu  do  czasu  przystając  przed  oknem  lub
przed lustrem; powoli wodziła chusteczką po szyi, na której wciąż majaczyła się
jej paląca plama. Pytała siebie, co ją zmusiło do tego, żeby, jak mówił Bazarow,
domagać  się  od  niego  szczerości;  czy  może  sama  coś  podejrzewała?  —  Jestem

background image

winna — powiedziała głośno — ale nie mogłam tego przewidzieć. — Wpadała
w  zadumę  i  oblewała  się  rumieńcem  przypominając  sobie  zwierzęcą   prawie
twarz Bazarowa, kiedy rzucił się ku niej.

— A może? — rzekła nagle, przystanęła i potrząsnęła lokami... Zobaczyła się

w  lustrze;  jej  odrzucona  w  tył  głowa  z  tajemniczym  uśmiechem  wpół
przymkniętych  oczu  i  rozchylonych  ust  mówiła  w  tej  chwili  coś  takiego,  co  ją
samą wprawiało w zmieszanie...

„Nie  —  postanowiła  wreszcie  —  Bóg  wie,  dokądby  to  zaprowadziło,  z

takimi  rzeczami  nie  można  żartować,  spokój  przecież  jest  najwięcej  wart  na
świecie."

Jej spokój nie został naruszony, ale posmutniała i nawet rozpłakała się, sama

nie wiedząc dlaczego, na pewno jednak nie z powodu doznanej obrazy. Nie czuła
się  obrażona:  raczej  czuła  się  winna.  Pod  wpływem  rozmaitych,  niejasnych
uczuć, świadomości, że życie przemija, pragnienia nowości, zmusiła się, by dojść
do określonej granicy; ale gdy spróbowała dojrzeć co kryje się za nią, zabaczyła
nie otchłań nawet, lecz nicość... a może  ohydę.

 

background image

XIX

 
Chociaż  Odincowa  była  bardzo  opanowana  i  potrafiła  odrzucić  wszelkie

przesądy,  czuła  się  jakoś  nieswojo,  gdy  zjawiła  się  w  jadalni  przy  obiedzie.
Obiad zresztą minął dość gładko. Przyjechał Porfiriusz Płatonowicz i opowiadał
anegdoty; wrócił dopiero co z miasta. Powiedział mię dzy innymi, że gubernator
Bourdaloue rozkazał nosić ostrogi swoim urzędnikom do szczególnych poruczeń,
na  wypadek  jeśli  wyśle  ich  gdzieś  konno.  Arkadiusz  półgłosem  rozmawiał  z
Katią  i  dyplomatycznie  nadskakiwał  księżniczce.  Bazarow  uparcie  i  ponuro
milczał. Odincowa dwakroć spojrzała mu prosto w twarz, złą i surową; oczy miał
opuszczone, a w każdym rysie widać było pogardliwą determinację.

„Nie...  nie...  nie..."  —  pomyślała.  Po  obiedzie  wyszła  z  wszystkimi  do

ogrodu, a widząc, że Bazarow pragnie z nią mówić, zrobiła kilka kroków w bok i
przystanęła.  Zbliżył  się  do  niej,  ale  i  teraz  nie  podniósł  oczu,  tylko  powiedział
głucho:

—  Muszę  panią  przeprosić, Anno  Siergiejewno.  Pani  na  pewno  się  na  mnie

gniewa.

—  Nie,  nie  gniewam  się,  Eugeniuszu  Wasiliczu  —  odrzekła  —  ale  jestem

zmartwiona.

— Tym gorzej. W każdym razie jestem dostatecznie ukarany. Zgodzi się pani

zapewne,  że  jestem  w  niezwykle  głupiej  sytuacji.  Pani  napisała:  „Po  co
wyjeżdżać?" Ale ja nie mogę i nie chcę zostać. Jutro mnie tutaj nie będzie.

— Eugeniuszu Wasiliczu, dlaczego pan...
— Dlaczego odjeżdżam?
— Nie, chciałam powiedzieć coś innego.
—  Co  się  stało,  to  się  nie  odstanie, Anno  Siergiejewno...  Doszłoby  do  tego

prędzej czy później. Ą zatem muszę wyjechać. Mógłbym zostać tylko pod jednym
warunkiem;  ale  ten  warunek  nigdy  nie  zostanie  spełniony.  Przecież,  proszę
wybaczyć moje zuchwalstwo, pani mnie nie kocha i nie pokocha nigdy?

Oczy Bazarowa zabłysły na chwilę pod ciemnymi brwiami.
Anna  Siergiejewna  nie  odpowiedziała.  „Boję  się  tego  człowieka"  —

przemknęło jej przez myśl.

— Żegnam panią — rzekł Bazarow, jak gdyby odgadując jej myśl, i ruszył w

stronę domu.

Anna Siergiejewna powoli poszła za nim i zawoławszy Katię, wzięła ją pod

rękę.  Nie  rozstawała  się  z  nią  aż  do  wieczora.  Nie  siadła  do  kart  i  wciąż  się
śmiała,  co  wyraźnie  kłóciło  się  z  jej  przybladłą,  zakłopotaną  twarzą. Arkadiusz
nic  nie  rozumiał  i  obserwował  ją  tak,  jak  obserwują  młodzi  ludzie,  to  znaczy
nieustannie  pytał  sam  siebie:  cóż  to  oznacza?  Bazarow  zamknął  się  w  swoim
pokoju,  przyszedł  jednak  na  herbatę; Anna  Siergiejewna  chciała  mu  powiedzieć
jakieś życzliwe słowo, ale nie wiedziała, jak zacząć rozmowę...

Nieoczekiwane zdarzenie wywiodło ją z zakłopotania: ochmistrz zameldował

przyjazd Sitnikowa.

background image

Trudno  opisać,  z  jakim  impetem  wpadł  do  pokoju  młody  postępowiec.

Postanowiwszy  z  właściwym  sobie  natręctwem  pojechać  na  wieś  do  kobiety,
której  prawie  nie  znał  i  która  nigdy  go  nie  zapraszała,  lecz  u  której,  wedle
zebranych  przez  niego  wiadomości,  gościli  rozumni  i  bliscy  mu  ludzie,  truchlał
do szpiku kości i zamiast wygłosić przygotowane z góry przeprosiny i powitania,
wybełkotał  coś  zupełnie  bez  sensu,  że  Eudoksja  Kukszina  przysłała  go,  by  się
dowiedział  o  zdrowie  Anny  Siergiejewny;  że  Arkadiusz  Nikołajewicz  również
wyrażał  się  z  największym  uznaniem...  Na  tym  słowie  utknął  i  stracił  kontenans
tak  dalece,  że  usiadł  na  własnym  kapeluszu.  Ponieważ  jednak  nikt  go  nie
wypędził, Anna Siergiejewna zaś przedstawiła go nawet ciotce i siostrze, szybko
wrócił do równowagi i rozgadał się na dobre. Trywialność często bywa w życiu
pożyteczna:  tłumi  zbyt  górnie  nastrojone  tony,  ochładza  zbyt  pewne  siebie  lub
zapamiętałe  uczucia,  przypominające  o  swym  bliskim  z  nimi  pokrewieństwie.
Dzięki  przyjazdowi  Sitnikowa  wszystko  stało  się  jakby  bardziej  tępe,  puste  i
proste;  towarzystwo  zjadło  nawet  bardziej  obfitą  kolację  i  rozeszło  się  na
spoczynek o pół godziny wcześniej niż zwykle.

— Mogę ci teraz powtórzyć — mówił leżąc w łóżku Arkadiusz do Bazarowa,

który  także  się  rozebrał  —  to,  coś  mi  powiedział  kiedyś:  „Czemu  jesteś  taki
smutny? Spełniłeś na pewno jakiś święty obowiązek?"

Od  pewnego  czasu  obaj  młodzi  ludzie  przybrali  w  stosunku  do  siebie

postawę  pozornie  swobodnego  szyderstwa;  jest  to  zawsze  oznaką  ukrywanego
niezadowolenia lub przemilczanych podejrzeń.

— Jutro wyjeżdżam do ojca — powiedział Bazarow. Arkadiusz podniósł się

i oparł na łokciu. Ogarnąło go zdziwienie i jak gdyby radość.

— Aha! — rzekł. — Dlatego jesteś smutny? Bazarow ziewnął.
— Zestarzejesz się rychło, jeżeli za dużo będziesz wiedział.
— A cóż Anna Siergiejewna? — ciągnął dalej Arkadiusz.
— Anna Siergiejewna?
— Chciałem powiedzieć: czy ona cię puści?
—  Nie  najmowałem  się  do  niej  na  służbę. Arkadiusz  zamyślił  się;  Bazarow

położył się do łóżka i odwrócił twarzą do ściany.

Kilka minut upłynęło w milczeniu.
— Eugeniuszu! — zawołał nagle Arkadiusz.
— No?
— Jadę jutro z tobą. Bazarow nie odpowiedział.
—  Wrócę  do  domu  —  ciągnął  dalej  Arkadiusz.  —  Pojedziemy  razem  do

chochłowskich  kolonii,  tam  weźmiesz  u  Fiedota  konie.  Z  przyjemnością
poznałbym  twoich  rodziców,  ale  obawiam  się,  że  będę  krępował  ich  i  ciebie.
Później znów do nas przecie przyjedziesz?

—  Zostawiłem  u  was  swoje  rzeczy  —  powiedział  nie  odwracając  się

Bazarow.

„Czemu mnie nie pytasz, dlaczego wyjeżdżam tak samo niespodzianie jak i ty?

—  pomyślał  Arkadiusz.  —  Doprawdy,  dlaczego  właściwie  wyjeżdżamy?"  —
rozważał  dalej.  Nie  potrafił  odpowiedzieć  na  własne  pytanie;  w  sercu  czuł

background image

gorycz. Zdawał sobie sprawę, że ciężko mu będzie rozstać się 'z owym życiem,
do  którego  tak  przywykł,  ale  jakoś  dziwnie  byłoby  pozostać  samemu.  „Coś
między nimi zaszło — tłumaczył sobie — po cóż więc mam tu sterczeć po jego
odjeździe?  Obrzydnę  jej  zupełnie;  stracę  wszystko  do  reszty."  Wyobraził  sobie
Anną  Siergiejewnę;  powoli  inne  rysy  zaczęły  zacierać  piękną  twarz  młodej
wdowy.

—  Kati  też  szkoda!  —  szepnął  Arkadiusz  do  poduszki,  na  którą  spadła  już

łza... Nagle potrząsnął głową i głośno powiedział:

— Po kiego diabła przyjechał tu ten dureń Sitnikow? Bazarow poruszył się na

łóżku, po czym zaczął mówić:

— Widzę, bracie, żeś jeszcze głupi. Tacy jak Sitnikow są niezbędni. Zrozum,

że potrzebny im taki bęcwał. Wyższe duchy na nic się tu nie zdadzą.

„Oho! — pomyślał Arkadiusz i nagle ujrzał przez chwilę bezdenną przepaść

pychy  Bazarowa.  —  Więc  jesteśmy  wyższe  duchy? A  raczej  ty  jesteś  wyższym
duchem, bęcwałem zaś chyba ja?"

— Tak — powtórzył ponuro Bazarow — głupiś jeszcze.
Odincowa  nie  okazała  szczególnego  zdziwienia,  gdy  nazajutrz  Arkadiusz

powiedział  jej,  że  wyjeżdża  z  Bazarowem.  Wyglądała  na  zmęczoną  i
roztargnioną.  Katia  milcząc  spojrzała  na  niego  poważnie,  księżniczka  nawet
przeżegnała  się  pod  swoim  szalem,  tak  że  nie  mógł  tego  nie  dostrzec;  tylko
Sitnikow zgoła się stropił. Dopiero co zszedł na śniadanie w nowym, eleganckim,
tym  razem  nie  słowianofilskim  stroju;  poprzedniego  dnia  zadziwił  służącego
mnóstwem przywiezionej bielizny, a tu raptem opuszczają go towarzysze! Zaczął
przebierać  nogami,  miotać  się  jak  goniony  przez  ogary  zając  na  skraju  lasu,  i
nagle,  z  przestrachem,  nieledwie  krzycząc  oświadczył,  że  także  ma  zamiar
wyjechać. Odincowa go nie zatrzymywała.

—  Mam  bardzo  wygodną  kolaskę  —  dodał  nieszczęsny  młodzieniec

zwracając się do Arkadiusza. — Mógłbym pana podwieźć, a Eugeniusz Wasilicz
pojedzie pańskim tarantasem; tak będzie nawet wygodniej.

— Ależ panu nie po drodze, a przy tym do mnie jest daleko.
—  Nic  nie  szkodzi,  nic  nie  szkodzi;  czasu  mamy  sporo  i  muszę  jeszcze  coś

załatwić w tamtych stronach.

— Propinacje? — zapytał Arkadiusz ze zbył już widoczną pogardą.
Ale  Sitnikow  był  tak  zdesperowany,  że  wbrew  swojemu  zwyczajowi  nawet

się nie roześmiał.

—  Zapewniam  pana,  że  kolaska  jest  bardzo  wygodna  —  bąknął  —  dla

wszystkich starczy miejsca.

—  Nie  martwcie,  panowie,  monsieur  Sitnikowa  odmową  —  rzekła  Anna

Siergiejewna.

Arkadiusz  spojrzał  na  nią  i  wymownie  schylił  głowę.  Goście  wyjechali  po

śniadaniu.  Żegnając  się  z  Bazarowem  Odincowa  wyciągnęła  do  niego  rękę  i
rzekła:

— Zobaczymy się jeszcze, prawda?
— Jak pani każe — odpowiedział Bazarow.

background image

— Zobaczymy się zatem.
Arkadiusz  pierwszy  wyszedł  na  ganek  i  wsiadł  do  kolaski  Sitnikowa.

Ochmistrz pomagał mu z szacunkiem, lecz Arkadiusz z przyjemnością by go pobił
lub wybuchnął płaczem. Bazarow zajął miejsce w tarantasie. Gdy przyjechali do
chochłowskich  kolonii,  Arkadiusz  poczekał,  aż  Fiedot,  właściciel  zajazdu,
zaprzęgnie konie, po czym podszedł do tarantasu i z dawnym uśmiechem rzekł do
Bazarowa:

— Eugeniuszu, weź mnie z sobą; chcę do ciebie pojechać.
—  Siadaj  —  wycedził  przez  zęby  Bazarow.  Sitnikow,  który  chwacko

pogwizdując  przechadzał  się  wokół  kolaski,  usłyszawszy  te  słowa  rozdziawił
usta;  Arkadiusz  z  zimną  krwią  zabrał  swój  bagaż  z  kolaski,  usiadł  obok
Bazarowa,  uprzejmie  ukłonił  się  byłemu  towarzyszowi  podróży  i  krzyknął:
„Jazda!" Tarantas potoczył się i wkrótce znikł z oczu. Sitnikow, do reszty zbity z
tropu, spojrzał na swego stangreta, ale ten wymachiwał tylko batem nad ogonem
lejcowego  konia.  Sitnikow  skoczył  więc  do  kolaski,  huknął  na  dwóch
przechodzących  chłopów:  —  Włóżcie  czapki,  durnie!  —  i  pojechał  do  miasta,
dokąd  przybył  bardzo  późno;  następnego  dnia  „obu  wstrętnym  pyszałkom  i
grubianom" dobrze dostało się u pani Kukszin.

Siadając  do  tarantasu Arkadiusz  mocno  uścisnął  rękę  Bazarowa  i  długo  nic

nie mówił. Bazarow jak gdyby zrozumiał ów uścisk i milczenie. Poprzedniej nocy
nie  spał  zupełnie,  przez  ostatnie  kilka  dni  nie  palił  i  prawie  nic  nie  jadł.  Pod
nasuniętą na czoło czapką posępnie i ostro zaznaczał się jego wychudły profil.

—  Cóż,  bracie  —  powiedział  wreszcie  —  daj  no  papierosa.  Spójrz,  żółty

mam język?

— Żółty — odrzekł Arkadiusz.
— Tak... Dlatego papieros nie smakuje. Rozklekotała się maszyna.
— Rzeczywiście, zmieniłeś się ostatnio — zauważył Arkadiusz.
— To nic! Jakoś wybrniemy. Przykro mi tylko ze względu na matkę; okropnie

wrażliwa:  jeśli  brzuch  ci  nie  urósł  i  nie  jesz  dziesięć  razy  na  dzień,  wpada  w
desperację. Z ojcem nie ma zmartwienia, bywał na wozie i pod wozem. Nie, nie
mogę palić — dodał i cisnął papierosa w kurz przydrożny.

— Do twego majątku jest dwadzieścia pięć wiorst? — zapytał Arkadiusz.
— Tak. Zapytaj zresztą tego mędrca.
Wskazał na siedzącego na koźle chłopa, Fiedotowego parobka.
Ale mędrzec odpowiedział, że „kto ich tam wie, wiorsty tutaj nie mierzone", i

dalej  klął  półgłosem  dyszlowego  konia,  że  „głowizną  liga",  czyli  szarpie  łbem.
—  Tak,  tak  —  powiedział  Bazarow  —  oto  dla  ciebie  nauczka,  mój  młody
przyjacielu, bardzo pożyteczny przykład. Diabli wiedzą, co za brednie. Nie dość,
że  człowiek  na  nitce  wisi,  że  w  każdej  chwili  może  się  pod  nim  otworzyć
przepaść,  jeszcze  sam  sobie  wymyśla  najrozmaitsze  przykrości  i  psuje  sobie
życie.

— Do czego właściwie zmierzasz? — zapytał Arkadiusz.
— Do niczego nie zmierzam, wprost powiadam, żeśmy obaj bardzo głupio się

prowadzili.  Co  tu  gadać!  Już  na  klinice  zauważyłem,  że  kto  nie  folguje  swemu

background image

cierpieniu, zawsze je pokona.

—  Niezupełnie  cię  rozumiem  —  rzekł Arkadiusz  —  zdaje  się,  że  nie  masz

powodu się skarżyć.

—  Jeśli  więc  niezupełnie  mnie  rozumiesz,  powiem  ci  tyle:  myślę,  że  lepiej

kamienie tłuc przy drodze niż pozwolić, by kobieta zapanowała nad tobą choćby
w  najmniejszym  stopniu.  Wszystko  to...  —  Bazarow  miał  już  użyć  swego
ulubionego  słowa  „romantyzm",  ale  powstrzymał  się  i  rzekł  —  ...brednie.  Nie
uwierzysz  mi  teraz,  ale  powiadam  ci:  znaleźliśmy  się  w  towarzystwie  kobiet  i
było  nam  przyjemnie;  lecz  rzucić  takie  towarzystwo,  to  jakby  w  upalny  dzień
zanurzyć  się  w  zimnej  wodzie.  Mężczyzna  nie  ma  czasu  na  podobne  głupstwa;
mężczyzna  powinien  być  okrutny,  jak  głosi  znakomite  hiszpańskie  przysłowie.
Hej, mój zacny — zawołał zwracając się do siedzącego na koźle chłopa — masz
ty żonę?

Chłop ukazał obu przyjaciołom swoją płaską, przyślepą twarz.
— Żonę? Mam. Jakże bez żony? — Bijesz ją?
—  Żonę?  Różnie  bywa.  Bez  powodu  nie  biję.  —  Znakomicie.  No,  a  ona

ciebie bije? Chłop szarpnął lejcami.

—  Co  też  mówicie,  panie.  Tylko  byście  żartowali...  —  Najwidoczniej  się

obraził.

—  Słyszysz,  Arkadiuszu  Nikołajewiczu?  A  nas  przecież  pobito...  Ot,  co

znaczy być wykształconym człowiekiem.

Arkadiusz  roześmiał  się  z  przymusem,  a  Bazarow  odwrócił  się  i  przez  cały

czas nie odezwał się już ani słowem.

Droga tak się dłużyła, że dwadzieścia pięć wiorst wydało się Arkadiuszowi

niczym  pięćdziesiąt.  Ale  wreszcie  na  stoku  pochyłego  wzgórza  ukazała  się
niewielka  wioska,  gdzie  mieszkali  rodzice  Bazarowa.  Obok  niej,  w  młodym
brzozowym  lasku,  widać  było  dworek  kryty  słomianą  strzechą.  Przy  pierwszej
chacie  stali  dwaj  chłopi  w  czapkach  i  kłócili  się.  —  Stara  z  ciebie  świnia  —
mówił  jeden  do  drugiego  —  a  przecie  gorszy  jesteś  od  małego  prosiaka.  — A
twoja żona czarownica — odciął się drugi.

—  Ze  swobody  zachowania  się  —  zauważył  Bazarow  —  i  soczystości

zwrotów możesz wnosić, że chłopi mojego ojca nie są zbyt uciskani. Ale właśnie
ojciec wychodzi na ganek swej siedziby! Usłyszał zapewne dzwoneczki. Tak, to
on, poznaję. Ho, ho! Ale jakże biedak posiwiał!

 

background image

XX

 
Bazarow wychylił się z tarantasu, Arkadiusz zaś wysunął głowę zza pleców

swojego  towarzysza  i  ujrzał  na  ganku  wysokiego,  chudego  mężczyznę  o
nastroszonych  włosach  i  cienkim,  orlim  nosie,  odzianego  w  starą  wojskową,
rozpiętą kurtką. Stał rozstawiwszy nogi, palił długą fajkę i mrużył oczy od słońca.

Konie zatrzymały się.
—  Przyjechałeś  wreszcie  —  powiedział  ojciec  Bazarowa  wciąż  paląc,

chociaż cybuch skakał mu między palcami. — No, wyłaź, wyłaź, pocałujemy się.

Objął syna... — Jeniusza, Jeniusza — rozległ się drżący głos kobiecy. Drzwi

otworzyły  się  i  na  progu  stanęła  okrągła,  niziutka  staruszka  w  białym  czepku  i
krótkim barwnym kaftaniku. Jęknęła, zachwiała się i na pewno by upadła, gdyby
Bazarow  jej  nie  podtrzymał.  Jej  pulchne  ręce  w  mgnieniu  oka  otoczyły  szyję
Bazarowa,  głowa  przypadła  do  jego  piersi,  i  wszystko  ucichło.  Słychać  było
tylko jej urywany szloch.

Stary Bazarow głęboko oddychał i mrużył oczy bardziej niż poprzednio.
—  No,  dosyć,  dosyć,  Arisza!  Przestań  —  powiedział  wymieniwszy

spojrzenie  z  Arkadiuszem,  który  stał  nieruchomo  przy  tarantasie,  podczas  gdy
chłop na koźle aż odwrócił głowę. — Dajże spokój! Przestań, proszę!

—  Ach,  Wasiliu  Iwanyczu  —  wyszeptała  staruszka.  —  Ileż  to  czasu  nie

widziałam  mojego  złotego  Jeniuszy...  —  i  nie  rozplatając  rąk  oderwała  od
Bazarowa swoją mokrą od łez, pełną zmarszczek, rozrzewnioną twarz, spojrza ła
na niego uszczęśliwionym, a zarazem ubawionym spojrzeniem i znowu do niego
przypadła.

—  No,  tak,  oczywiście,  to  naturalny  porządek  rzeczy  —  powiedział  Wasilij

Iwanowicz — ale lepiej chodźmy do pokoju. Gość przyjechał z Eugeniuszem. Pan
wybaczy  —  dodał  zwracając  się  do  Arkadiusza  i  z  lekka  szurnął  nogą.  —
Rozumie pan: kobieca słabość, no i serce matki...

Ale  i  jemu  drgały  usta,  brwi  i  trząsł  się  podbródek...  Starał  się  jednak

opanować i przybrać wygląd prawie obojętny. Arkadiusz skłonił się.

—  Chodźmy,  mateczko  —  rzekł  Bazarow  i  poprowadził  do  domu  osłabłą

staruszkę. Umieściwszy ją w wygodnym fotelu, raz jeszcze szybko uścisnął ojca i
przedstawił mu Arkadiusza.

— Rad jestem z całego serca — rzekł Wasilij Iwanowicz — tylko niech pan

wybaczy:  bardzo  tu  u  nas  zwyczajnie,  na  wojskową  modłę.  Arino  Własiewno,
uspokój się, proszę! Co sobie o nas pomyśli nasz gość?

— Ach, panie — powiedziała przez łzy staruszka — nie mam zaszczytu znać

imienia...

—  Arkadiusz  Nikołajewicz  —  dobitnie,  choć  półgłosem  podpowiedział

Wasilij Iwanowicz.

—  Wybacz  pan  głupiej  kobiecie.  —  Staruszka  wysiąkała  nos  i  przechylając

głowę raz w prawo, raz w lewo, dokładnie otarła oczy. — Proszę mi wybaczyć.

background image

Myślałam przecie, że umrę, nie doczekam się mego sy...neczka.

— Ale  doczekałaś  się,  dobrodziejko  —  podchwycił  Wasilij  Iwanowicz.  —

Tania — zwrócił się do nieśmiało wyglądającej zza drzwi bosej dziewczynki, lat
około  trzynastu,  w  jaskrawoczerwonej  perkalowej  sukience  —  przynieś  pani
szklankę wody na tacy, słyszysz? Wy zaś, moi panowie — dodał ze staroświecką
elegancją — pozwólcie do gabinetu starego weterana.

—  Jeszcze  choć  raz  cię  uściskam,  Jeniusza  —  jęknęła  Arina  Własiewna.

Bazarow pochylił się ku niej. — Jakżeś ty wypiękniał!

— Wypiękniał czy nie wypiękniał — zauważył Wasilij Iwanowicz — ale to

mężczyzna,  jak  powiadają:  omfe.  Mam  jednak  nadzieję,  Arino  Własiewno,  że
teraz, kiedy zaspokoiłaś już potrzebę swojego macierzyńskiego serca, pomyślisz
o strawie dla naszych drogich gości; wiadomo, nie tylko duchem człowiek żyje.
Staruszka wstała z fotela.

—  Zaraz  stół  będzie  nakryty;  sama  pobiegnę  do  kuchni  i  każę  nastawić

samowar,  wszystko  będzie,  wszystko.  Przecie  trzy  lata  go  nie  widziałam,  nie
karmiłam, nie poiłam, czy to lekko?

— No, uważaj, gosposiu, żeby wstydu nie było; wy zaś, panowie, proszę za

mną!  Oto  i  Timofieicz  przyszedł  z  tobą  się  przywitać,  Eugeniuszu.  Ucieszył  się
stary. Prawda? Ucieszyłeś się, stary brodaczu, co? Proszę za mną!

I  Wasilij  Iwanowicz  ruszył  naprzód,  szurając  i  człapiąc  przydeptanymi

pantoflami.

Domek  składał  się  z  sześciu  małych  pokoików.  Jeden  z  nich,  do  którego

weszli  przyjaciele,  nosił  nazwę  gabinetu.  Stół  na  grubych  nogach,  zawalony
poczerniałymi  od  kurzu,  jak  gdyby  zakopconymi  papierami,  zajmował  całą
przestrzeń  od  okna  do  okna;  na  ścianach  wisiała  broń  turecka,  nahajki,  szabla,
dwie mapy, jakieś rysunki anatomiczne, portret Hufelanda, monogram z włosów
w  czarnej  ramce  i  dyplom  pod  szkłem;  skórzana,  zapadnięta  gdzieniegdzie  i
podarta kanapa mieściła się między dwiema ogromnymi czeczotkowymi szafami;
na  półkach  stały  w  nieładzie  książki,  pudełeczka,  wypchane  ptaki,  słoiki,
buteleczki; w jednym z kątów widać było popsutą maszynę elektryczną.

—  Uprzedziłem  pana,  miły  mój  gościu  —  zaczął  Wasilij  Iwanowicz  —  że

mieszkamy tutaj niczym na biwaku...

— Przestań, po co się tłumaczysz? — przerwał Baza row. — Kirsanow wie

doskonale, że nie jesteśmy krezusami i że nie masz pałacu. Gdzie go umieścić, oto
pytanie?

— Ależ Eugeniuszu! W oficynie jest wyborny pokoik, będzie tam panu bardzo

dobrze.

— Masz zatem oficynkę?
— A jakże, tam gdzie łaźnia, proszę panicza — wtrącił Timofieicz.
—  To  znaczy  obok  łaźni  —  spiesznie  dodał  Wasilij  Iwanowicz.  —  Teraz

mamy  lato...  Zaraz  tam  pobiegnę,  wydam  polecenia;  ty  zaś,  Timofieicz,  zanieś
rzeczy  pana. Tobie, Eugeniuszu, dam oczywiście mój gabinet. Suum cuique.

—  No,  widzisz!  To  przezabawny  i  najlepszy  w  świecie  człowiek  —  rzekł

Bazarow,  gdy  tylko  Wasilij  Iwanowicz  wyszedł.  —  Taki  sam  dziwak  jak  twój

background image

ojciec, ale w innym rodzaju. Tylko zbyt wiele gada.

— Twoja matka, jak widzę, też zacności kobieta — zauważył Arkadiusz,
— Tak, dobra, prosta. Zobaczysz, jaki nam obiad wyszykuje!
— Nie spodziewaliśmy się dzisiaj panicza i nie przywieźliśmy wołowinki —

powiedział Timofieicz, który przed chwilą przyniósł walizę Bazarowa.

—  Obejdzie  się  bez  wołowinki,  jak  nie  ma,  to  nie!  Bieda,  powiadają,  nie

hańbi.

— Ile dusz ma twój ojciec? — zapytał nagle Arkadiusz.
— Majątek jest własnością matki; zdaje się, że piętnaście.
—  Dwadzieścia  dwie  —  zauważył  urażony  Timofieicz.  Rozległo  się

człapanie pantofli i znów zjawił się Wasilij Iwanowicz.

— Za chwilę pokój będzie gotów na pana przyjęcie — zawołał triumfalnie —

Arkadiuszu... Nikołajewiczu? Zdaje się, że tak należy się do pana zwracać? A oto
pański  służący  —  dodał  wskazując  krótko  ostrzyżonego  chłopca  w  niebieskim,
podartym  na  łokciach  kaftanie  i  pożyczonych  butach.  —  Nazywa  się  Fied'ka.
Powtarzam  znowu,  chociaż  syn  zabrania:  proszę  nam  wybaczyć.  Zresztą  fajkę
nabić potrafi. Przecie pan pali?

— Palę raczej cygara — odrzekł Arkadiusz.
— I bardzo rozsądnie pan czyni. Sam wolą cygara, ale w naszych odległych

okolicach bardzo trudno je dostać.

— No, dosyć już biadolenia — przerwał znowu Bazarow. — Siądź lepiej tu,

na kanapie, i niechże ci się przyjrzę.

Wasilij  Iwanowicz  roześmiał  się  i  usiadł.  Z  twarzy  był  bardzo  podobny  do

syna, tylko czoło miał niższe i bardziej wąskie, a usta trochę szersze; nieustannie
chodził, poruszał ramionami, jak gdyby ubranie uciskało go pod pachami, mrugał,
kaszlał  przebierał  palcami  podczas  gdy  jego  syn  odznaczał  się  jakąś  niedbałą
powolnością ruchów.

—  Dość  biadolenia!  —  powtórzył  Wasilij  Iwanowicz.  —  Nie  myśl,

Eugeniuszu,  że  chciałem  wzruszyć  gościa,  że  to  w  takiej  zapadłej  dziurze
mieszkamy. Przeciwnie, uważam, że dla myślącego człowieka nie ma zapadłych
dziur. Staram się zresztą w miarę możności, nie poróść, jak powiadają, pleśnią,
nie zostać w tyle.

Wasilij Iwanowicz wyciągnął z kieszeni nową, żółtą fularową chustkę, którą

zdążył  wziąć  idąc  do  pokoju Arkadiusza,  i  wywijając  nią  w  powietrzu,  ciągnął
dalej:

— Nie mówię już o tym, że moi chłopi są na czynszu i że oddałem im ziemię

za  połowę  zbioru,  co  stanowi  dla  mnie  dotkliwą  stratę.  Uważałem  to  za  swój
obowiązek, sam rozsądek tak dyktuje, chociaż inni właściciele ani o tym pomyślą;
mówię o naukach i wykształceniu.

—  Tak,  widzę  tu  właśnie  „Przyjaciela  Zdrowia"  na  rok  1855  —  zauważył

Bazarow.

—  Stary  kolega  przysyła  mi  go  po  znajomości  —  szybko  rzucił  Wasilij

Iwanowicz.  — Ale  mamy  też  niejakie  pojęcie  o  frenologii  —  dodał  zwracając
się  zresztą  głównie  do  Arkadiusza  i  wskazując  stojącą  na  szafie  niewielką

background image

gipsową  główkę,  podzieloną  na  oznaczone  liczbami  prostokąty.  —  Wiemy  kto
Schoenlein, kto Rademacher.

— Więc jeszcze wierzą w Rademachera w*** guberni? — zapytał Bazarow.
Wasilij Iwanowicz zakaszlał.
—  W  guberni...  Panowie  oczywiście  wiecie  lepiej;  gdzie  nam  do  was?

Przecież wy macie zająć nasze miejsce. W swoich czasach taki zwolennik teorii
humorów jak Hoffman czy Brown ze swym witalizmem wydawali się śmieszni, a
przecież  byli  kiedyś  sławni.  Rademachera  zastąpił  wam  ktoś  nowy,  więc  teraz
uznajecie  już  tylko  tego  nowego,  ale  za  dwadzieścia  lat  z  niego  także  będą  się
śmiać.

—  Powiem  ci  na  pociechę  —  rzekł  Bazarow  —  że  my  teraz  w  ogóle

śmiejemy się z medycyny i nikogo nie uznajemy.

—  Jak  to?  Przecież  chcesz  być  lekarzem?  —  Tak,  lecz  jedno  drugiemu  nie

przeszkadza.  Wasilij  Iwanowicz  pogrzebał  środkowym  palcem  w  fajce,  gdzie
znajdowało się jeszcze nieco gorącego popiołu.

—  Może,  może,  nie  będę  się  spierał.  Bo  któż  ja  jestem?  Dymisjonowany

sztabslekarz, wolatu; teraz zostałem agronomem. Służyłem w brygadzie pańskiego
dziadka  —  zwrócił  się  znowu  do Arkadiusza  —  tak,  tak,  wiele  w  swoim  życiu
widziałem. W jakich towarzystwach bywałem, jakich znałem ludzi! Tak jak mnie
pan  tu  przed  sobą  widzi,  badałem  puls  księciu  Wittgensteinowi,  Żukowskiemu.
Takich  to  ludzi  znałem  w  armii  południowej,  po  roku  czternastym,  rozumie  pan
—  mówiąc  to  Wasilij  Iwanowicz  znacząco  zacisnął  wargi.  —  Wszystkich
znałem! tak, ale moje zadanie jest skromne: pilnuj swego lancetu, i basta! Pański
dziadek to był godny człowiek, prawdziwy żołnierz.

— Przyznaj się, tępy był jak pień, co? — leniwym głosem rzekł Bazarow.
— Ach, Eugeniuszu, jak ty się wyrażasz, bój się Boga!... Oczywiście, generał

Kirsanow nie należał do liczby...

—  No,  dajmy  mu  pokój  —  przerwał  Bazarow.  —  Kiedy  jechałem  tutaj,

ucieszyłem się widząc, że twój brzozowy lasek pięknie wyrósł.

Wasilij Iwanowicz ożywił się.
— Popatrz tylko, jaki mam teraz ogród! Sam każde drzewko sadziłem. Owoce

są i jagody, i wszelkie zioła lekarskie. Mędrkujcie, jak chcecie, panowie młodzi,
a  przecie  stary  Paraeelsus  powiedział  świętą  prawdę: in  herbis,  verbis  et
lapidibus
... Wiesz przecież, że przestałem praktykować, a jednak ze dwa razy na
tydzień  trzeba  wracać  do  dawnego  zawodu.  Przychodzą  po  radę,  nie  można
wypędzić.  Zdarza  się,  że  biedacy  proszą  o  pomoc.  Lekarzy  wcale  tu  nie  ma.
Wyobraź  sobie,  że  pewien  mój  sąsiad,  dymisjonowany  major,  także  leczy.
Pytałem,  czy  uczył  się  medycyny.  Powiadają  mi:  nie,  nie  uczył  się,  raczej  z
filantropii... Cha, cha, z filantropii! Co? cha, cha, cha, cha!

— Fied'ka, nabij mi fajkę! — ostrym tonem powiedział Bazarow.
—  Jest  tu  jeszcze  inny  lekarz;  przyjeżdża  do  chorego  —  ciągnął  dalej  jak

gdyby z rozpaczą w głosie Wasilij Iwanowicz — a chory już ad   patres; służący
nie wpuszcza doktora, powiada: „Za późno." Doktor tego nie oczekiwał, zmieszał
się i pyta: „Powiedz, czy twój pan przed śmiercią miał czkawkę?" — „Ano, tak."

background image

— „Długo to trwało?" — „Długo." — ,,No, to wszystko w porządku", i jazda z
powrotem. Cha, cha!

Nikt się nie roześmiał prócz starego Bazarowa; Arkadiusz zdobył się jedynie

na  grymas  podobny  do  uśmiechu,  Bazarow  zaś  zaciągnął  się  fajką.  Rozmowa
toczyła  się  w  ten  sposób  około  godziny. Arkadiusz  wstąpił  jeszcze  do  swojego
pokoju:  była  to  ubieralnia  przy  łaźni,  ale  bardzo  przyjemna  i  czysta.  Wreszcie
weszła Tania mówiąc, że obiad już gotów.

Wasilij Iwanowicz wstał pierwszy.
—  Chodźmy,  panowie!  Zechciejcie  wybaczyć,  jeśli  was  znudziłem.  Może

moja gosposia bardziej was zadowoli.

Obiad, chociaż przygotowany w pośpiechu, bardzo się udał, był nawet obfity,

tylko  wino  nie  dopisało:  czarny  prawie  kseres,  kupiony  przez  Timofieicza  w
mieście  u  zna  jomego  kupca,  zalatywał  miedzią  czy  kalafonią;  dokuczały  też
muchy. Zazwyczaj chłopak odpędzał je wielką zieloną gałęzią; tym razem jednak
Wasilij  Iwanowicz  odesłał  go  obawiając  się  krytyki  ze  strony  młodego
pokolenia.  Arina  Własiewna  ubrała  się  odświętnie:  włożyła  wysoki  czepek  z
jedwabnymi wstążkami i błękitny szal w deseń. Znów sobie popłakała na widok
swego  Jeniuszy,  ale  mąż  nie  musiał  jej  już  przywoływać  do  porządku:  szybko
otarła  łzy,  żeby  nie  zaplamić  szala.  Jedli  tylko  młodzi;  gospodarze  byli  już  od
dawna po obiedzie. Usługiwał Fied'ka, który, jak widać, nie przezwyczajony do
noszenia butów, odczuwał ich niezwykły ciężar; pomagała mu ślepa na jedno oko
kobieta o męskich rysach, zwana Anfisuszką, która pełniła obowiązki klucznicy,
opiekunki  ptactwa  domowego  i  praczki.  Podczas  obiadu  Wasilij  Iwanowicz
chodził  bez  przerwy  po  pokoju  i  ze  szczęśliwym,  a  nawet  pełnym  błogości
wyrazem  twarzy  mówił  o  poważnych  obawach,  jakie  budzi  w  nim  polityka
Napoleona  i  zagmatwana  kwestia  włoska.  Arina  Własiewna  nie  dostrzegała
Arkadiusza  ani  nie  podsuwała  mu  potraw;  podparłszy  piąstką  okrągłą  twarz,
której pełne wiśniowe usta i pieprzyki na policzkach oraz nad brwiami nadawały
wyraz  ogromnie  dobroduszny,  nie  spuszczała  oczu  z  syna  i  nieustannie
wzdychała:  ogromnie  chciała  się  dowiedzieć,  na  jak  długo  przyjechał,  ale  nie
miała odwagi zapytać. „A jeśli powie, że na dwa dni?" — myślała i serce w niej
zamierało.  Po  pieczystym  Wasilij  Iwanowicz  znikł  na  chwilę  i  wrócił  z
odkorkowaną  butelką  szampana.  „Chociaż  żyjemy  na  odludziu  —  zawołał  —  w
uroczystych  wypadkach  mamy  czym  się  rozweselić!"  Nalał  wina  do  trzech
kielichów  oraz  małego  kieliszka,  wzniósł  toast:  „Na  cześć  drogich  gości",  i
jednym  haustem,  po  wojskowemu,  wychylił  swój  kielich  zmuszając  Arinę
Własiewnę do wypicia zawartości małego kieliszka aż do ostatniej kropli. Kiedy
przyszła  kolej  na  konfitury, Arkadiusz,  który  nie  znosił  słodyczy,  uważał  jednak
za swój obowiązek skosztować po trosze z czterech różnych, świeżo zrobionych
gatunków,  tym  bardziej  że  Bazarow  odmówił  kategorycznie,  i  zaraz  zapalił
cygaro.  Potem  na  stole  zja  wiła  się  herbata  ze  śmietanką,  masło  i  obwarzanki;
następnie Wasilij Iwanowicz zaprowadził wszystkich do ogrodu, żeby nacieszyć
się pięknością wieczoru. Przechodząc obok ławeczki szepnął do Arkadiusza:

— Lubię sobie tutaj pofilozofować patrząc na zachód słońca; to miejsce jest

background image

jakby stworzone dla samotnika. A tam dalej posadziłem kilka ulubionych drzew
Horacego.

— Cóż to za drzewa? — zapytał przysłuchując się Bazarow.
— No... akacje. Bazarow zaczął ziewać.
—  Przypuszczam,  że  czas  już,  by  podróżni  spoczęli  w  objęciach  Morfeusza

— zauważył Wasilij Iwanowicz.

— To znaczy czas spać! — podchwycił Bazarow. — Słuszna myśl. Istotnie,

już czas.

Żegnając się z matką pocałował ją w czoło, ona zaś objęła go i ukradkiem, za

jego plecami, trzykrotnie pobłogosławiła go znakiem krzyża. Wasilij Iwanowicz
odprowadził Arkadiusza  do  jego  pokoju,  życząc  mu  „tak  błogiego  odpoczynku,
jaki  znałem  w  szczęśliwym  wieku  pana".  Rzeczywiście,  Arkadiusz  spał
doskonale  w  ubieralni:  pachniało  tam  miętą  i  dwa  świerszcze  ćwierkały  na
przemian  za  piecem.  Stamtąd  Wasilij  Iwanowicz  udał  się  do  swego  gabinetu  i
siadłszy  na  kanapie  obok  syna  zamierzał  z  nim  porozmawiać;  lecz  Bazarow
natychmiast go odprawił mówiąc, że chce mu się spać; nie zasnął jednak do rana.
Szeroko  otwartymi  oczyma  gniewnie  wpatrywał  się  w  ciemność:  wspomnienia
dzieciństwa nie miały nad nim władzy, nie mógł się też uwolnić od niedawnych
przykrych  wrażeń.  Arina  Własiewna  najpierw  pomodliła  się  do  woli;  potem
długo jeszcze rozmawiała z Anfisuszką, która, stojąc jak wryta przed swą panią i
patrząc  na  nią  swoim  jedynym  okiem,  tajemniczym  szeptem  dzieliła  się  z  nią
wrażeniami  i  uwagami  na  temat  Eugeniusza  Wasiliewicza.  Staruszce  ż  radości,
od wypitego wina i dymu cygar zupełnie zakręciło się w głowie; mąż próbował z
nią  rozmawiać,  ale  machnąwszy  ręką  dał  za  wygraną.  Arina  Własiewna  była
prawdziwą  rosyjską  szlachcianeczką  z  dawnych  czasów;  powinna  była  żyć
dwieście lat temu, w epoce starej Moskwy. Była bardzo pobożna i sentymentalna,
wierzyła  we  wszelkie  znaki,  wróżby,  zaklęcia,  sny;  wierzyła  w  opętanych,  w
duchy  domowe  i  leśne,  w  złe  spotkania,  uroki,  ludowe  leki,  czwartkową  sól,
rychły  koniec  świata;  wierzyła,  że  jeśli  na  nabożeństwie  wielkanocnym  nie
zgasną  świece,  będzie  urodzaj  na  grykę,  i  że  grzyb  przestanie  rosnąć,  jeśli
zobaczy  go  ludzkie  oko;  wierzyła,  że  diabeł  lubi  trzymać  się  blisko  wody  i  że
każdy  Żyd  ma  na  piersi  krwawe  znamię;  bała  się  myszy,  węży,  żab,  wróbli,
pijawek, grzmotu, zimnej wody, przeciągu, koni, kozłów, rudych ludzi i czarnych
kotów  oraz  uważała,  że  świerszcz  i  pies  to  nieczyste  zwierzęta;  nie  jadła
cielęciny,  gołębi,  raków,  sera,  szparagów,  bulw,  zająca  ani  arbuzów,  ponieważ
rozcięty  arbuz  przypomina  głowę  Jana  Chrzciciela;  o  ostrygach  mówiła
wzdrygając  się;  lubiła  dobrze  zjeść,  ale  surowo  przestrzegała  postów;  spała
dziesięć  godzin  na  dobę,  ale  nie  kładła  się  wcale,  jeśli  Wasilia  Iwanowicza
zabolała głowa; nie przeczytała żadnej książki prócz Alexisa, czyli Chaty w lesie,
pisała  jeden,  najwyżej  dwa  listy  na  rok,  znała  się  na  gospodarstwie,  smażeniu
konfitur,  suszeniu  grzybów,  chociaż  nic  sama  nie  robiła  i  w  ogóle  niechętnie
ruszała  się  z  miejsca.  Arina  Własiewna  była  bardzo  dobra  i  na  swój  sposób
niegłupia.  Wiedziała,  że  na  świecie  są  panowie,  którzy  powinni  rozkazywać,  i
ludzie prości, którzy mają służyć, toteż nie raziła jej ani pokora, ani pokłony do

background image

ziemi;  ale  z  podwładnymi  obchodziła  się  delikatnie  i  łagodnie,  żaden  ubogi  nie
odszedł  od  niej  bez  jałmużny  i  nigdy  o  nikim  źle  nie  mówiła,  chociaż  czasem
lubiła  poplotkować.  W  młodości  była  bardzo  ładna,  grała  na  klawikordzie  i
trochę  mówiła  po  francusku;  lecz  w  ciągu  długoletnich  wędrówek  z  mężem,  za
którego wyszła wbrew woli, roztyła się i zapomniała muzyki i francuskiego. Syna
kochała  i  bała  się  niewypowiedzianie;  zarząd  majątkiem  zostawiła  Wasiliowi
Iwanowiczowi  i  do  niczego  się  już  nie  wtrącała:  wzdychała,  wachlowała  się
chusteczką  i  z  przerażenia  wciąż  wyżej  unosiła  brwi,  kiedy  mąż  wyjaśniał  jej
swoje projekty zmian i nowe zamierzenia. Była podejrzliwa, zawsze oczekiwała
jakiegoś  wielkiego  nieszczęścia  i  natychmiast  płakała,  gdy  tylko  przypomniała
sobie  coś  smutnego...  Takich  kobiet  dzisiaj  już  prawie  nie  ma.  Bóg  wie,  czy
należy się z tego cieszyć!

 

background image

XXI

 
Gdy  Arkadiusz  wstał  z  łóżka  i  otworzył  okno,  pierwszą  osobą,  którą

zobaczył,  był  Wasilij  Iwanowicz.  Odziany  w  bucharski  szlafrok,  przepasany
fularową  chustką,  staruszek  z  zapałem  kopał  w  ogrodzie.  Na  widok  swojego
młodego gościa wsparł się na łopacie i zawołał:

— Dzień dobry! Jakże się spało?
— Doskonale! — odpowiedział Arkadiusz.
— A  ja  tutaj,  jak  pan  widzi,  niby  ów  Cincinnatus,  przygotowuję  grzędę  pod

późną  rzepę.  Teraz  nadeszły  takie  czasy  —  chwalić  Boga!  —  że  każdy  musi
własnymi  rękami  zdobywać  sobie  pożywienie;  na  innych  nie  należy  liczyć:
samemu  trzeba  pracować.  Wygląda  na  to,  że  Jean  Jacques  Rousseau  ma  rację.
Przed  półgodziną  ujrzałby  mnie  pan  dobrodziej  przy  zupełnie  innym  zajęciu.
Pewnej babie, która skarżyła się, mówiąc ich językiem, na kolki — my nazywamy
to  dyzenterią  —  ja...  jakby  to  rzec?...  wlewałem  opium;  innej  wyrwałem  ząb;
zaproponowałem  jej  znieczulenie  eterem...  ale  nie  chciała.  Wszystko  to  gratis,
anamater. Zresztą, nic to dla mnie niezwykłego; przecież plebejusz ze mnie, homo
novus
, nie pochodzę ze szlachty starożytnego rodu, jak moja małżonka... Czy nie
zechciałby  pan  jednak  przyjść  tu  w  cień,  odetchnąć  przed  herbatą  świeżym
porannym powietrzem?

Arkadiusz zszedł do ogrodu.
—  Dzień  dobry  raz  jeszcze!  —  rzekł  Wasilij  Iwanowicz,  po  wojskowemu

przykładając dłoń do zatłuszczonej mycki, którą miał na głowie. — Wiem, że pan
przywykł do zbytku, do wygód, lecz nawet możni świata tego nie gardzą na krótko
skromną chatą.

— Ależ drogi panie — zawołał Arkadiusz — jakiż tam ze mnie możny? Do

zbytku także nie przywykłem.

— Zaraz, zaraz — rzekł z uprzejmym gestem Wasilij Iwanowicz. — Chociaż

teraz jestem już stary, przecież otarłem się trochę w świecie i poznaję ptaka po
locie. Jestem na swój sposób psychologiem i fizjonomistą. Gdybym nie miał tego,
ośmielę  się  rzec,  talentu,  dawno  bym  zginął;  jestem  człowiek  mały,  zgnietliby
mnie  jak  nic.  Powiem  panu  bez  komplementów:  przyjaźń  pańska  z  moim  synem
szczerze  mnie  cieszy.  Widziałem  się  z  nim  przed  chwilą:  według  swego
zwyczaju, który pan zna zapewne, zerwał się bardzo wcześnie i pobiegł gdzieś w
okolicę. Pozwoli pan, że zapytam — jak dawno się znacie?

— Od tej zimy.
— Aha. I jeszcze zapytam o jedno — czy jednak nie chciałby pan usiąść? —

zapytam  jak  ojciec,  z  największą  szczerością:  jakiego  pan  jest  zdania  o  moim
Eugeniuszu?

—  Syn  pański  jest  jednym  z  najwspanialszych  ludzi,  jakich  kiedykolwiek

spotkałem — żywo odpowiedział Arkadiusz.

Oczy Wasilia Iwanowicza rozwarły się nagle szeroko,, a na policzki wystąpił

słaby rumieniec. Łopata wyśliznęła mu się z rąk.

background image

— A więc przypuszcza pan... — zaczął.
—  Jestem  pewien  —  podjął Arkadiusz  —  że  pańskiego  syna  czeka  wielka

przyszłość,  że  wsławi  wasze  nazwisko.  Przekonałem  się  o  tym  od  pierwszego
spotkania.

—  Jakże...  jak  to  było?  —  ledwie  wymówił  Wasilij  Iwanowicz.  Na  jego

szerokich wargach ukazał się błogi uśmiech i już z nich nie schodził.

— Chce pan wiedzieć, w jaki sposób się spotkaliśmy?
— Tak... i w ogóle...
Arkadiusz  zaczął  opowiadać  o  Bazarowie  z  większym  jeszcze  zapałem  i

podziwem niż owego wieczora, kiedy tańczył mazura z Odincową.

Wasilij Iwanowicz słuchał go, wycierał nos, kręcił chustkę w rękach, kaszlał,

targał  włosy;  wreszcie  nie  wytrzymał:  schylił  się  i  pocałował  Arkadiusza  w
ramię.

— Uszczęśliwił mnie pan zupełnie — rzekł, wciąż się uśmiechając — muszę

panu powiedzieć, że... ubóstwiam mego syna; o mojej staruszce nawet nie mówię:
wiadomo,  matka!  ale  nie  śmiem  okazywać  przy  nim  swych  uczuć,  ponieważ  on
tego  nie  lubi.  Jest  wrogiem  wszelkich  wynurzeń;  wielu  nawet  potępia  go  za  tak
twardy charakter i uważa to za dowód pychy czy nieczułości; ale takich ludzi jak
on  nie  można  mierzyć  zwykłą  miarą,  prawda?  Albo  na  przykład:  inny  na  jego
miejscu  ciągnąłby,  ile  się  da,  ze  swoich  rodziców;  a  czy  pan  uwierzy,  że  nigdy
nie wziął od nas zbytecznej kopiejki, dalibóg!

— To bezinteresowny, rzetelny człowiek — zauważył Arkadiusz.
—  Właśnie  —  bezinteresowny.  Ja  zaś, Arkadiuszu  Nikołajewiczu,  nie  tylko

go ubóstwiam, ale jestem z niego dumny i cała moja próżność polega na tym, by
kiedyś w jego biografii znalazły się następujące słowa: „Ojcem jego był zwykły
sztabslekarz,  który  jednak  wcześnie  zrozumiał  jakiego  ma  syna,  i  niczego  nie
szczędził, aby go wychować..."

Głos staruszka załamał się. Arkadiusz uścisnął mu rękę.
— Jak pan myśli — zapytał Wasilij Iwanowicz po chwili milczenia — chyba

nie w dziedzinie medycyny osiągnie ową sławę, którą mu pan przepowiada?

— Oczywiście, nie w medycynie, chociaż i tutaj będzie jednym z pierwszych

uczonych.

— W jakiej więc dziedzinie, Arkadiuszu Nikołajewiczu?
— Trudno to dzisiaj powiedzieć, ale będzie sławny.
— Będzie sławny! — powtórzył staruszek i pogrążył się w zadumie.
—  Arina  Własiewna  kazała  prosić  na  herbatę  —  powiedziała  Anfisuszka

przechodząc obok z ogromnym półmiskiem dojrzałych malin.

Wasilij Iwanowicz otrząsnął się z zadumy.
— Czy do malin będzie zimna śmietanka?
— A będzie, proszę pana.
—  Ale  zimna,  pamiętaj!  Niech  pan  nie  robi  ceremonii,  Arkadiuszu

Nikołajewiczu, proszę wziąć więcej. Ale czemu to Eugeniusza nie widać?

— Jestem tutaj — rozległ się głos Bazarowa z pokoju Arkadiusza.
Wasilij Iwanowicz szybko się odwrócił.

background image

— Aha! Chciałeś odwiedzić swego przyjaciela; spóźniłeś się, amice, myśmy

tu już sobie ucięli długą pogawędkę. Teraz trzeba pójść na herbatę, matka prosi.
Muszę zresztą z tobą porozmawiać.

— O czym?
— Mam tu chłopaka, który cierpi na icterus...
— To znaczy na żółtaczkę?
—  Tak,  na  chroniczny  i  uparty  icterus. Przepisywałem  mu  tysiącznik  i

świętojańskie  ziele;  kazałem  jeść  marchew,  dawałem  sodę;  ale  to  są  paliatywy,
trzeba by coś radykalniejszego. Jestem pewien, że choć śmiejesz się z medycyny,
potrafisz  dać  mi  mądrą  radę.  Lecz  zostawmy  to  na  potem.  Teraz  chodźmy  na
herbatę.

Wasilij Iwanowicz żywo wstał z ławeczki i zaśpiewał arię z Roberta Diabła:
Ustanowimy sobie prawa, prawa, prawa, By radość życia pełną czaszą pić...
— Nadzwyczajna żywotność! — rzekł Bazarow odchodząc od okna.
Nadeszło  południe.  Słońce  paliło  zza  cienkiej  zasłony  białawych  obłoków,

gęsto  pokrywających  całe  niebo.  Cisza  była  zupełna,  tylko  koguty  czupurnie
przekrzykiwały  się  na  wsi,  budząc  w  każdym,  kto  je  słyszał,  dziwne  wrażenie
senności  i  nudy;  gdzieś  wysoko,  wśród  wierzchołków  drzew,  jak  płaczliwe
wezwanie  rozlegało  się  nie  milknące  kwilenie  młodego  jastrzębia. Arkadiusz  i
Bazarow  leżeli  w  cieniu  niewielkiego  stogu  siana,  podesławszy  sobie  dwa
naręcza szeleszczącej i suchej, ale jeszcze zielonej i wonnej trawy.

— Ta osina — zaczął Bazarow — przypomina mi moje dzieciństwo; rośnie

na skraju dołu, który został po murowanej wozowni; byłem wówczas przekonany,
że ten dół i osina wyposażone są w osobliwą moc: nigdy się tu nie nudziłem. Nie
rozumiałem wtedy, że nie nudziłem się, ponieważ byłem dzieckiem. Teraz jestem
dorosły i owa moc już nie działa,

— Ile czasu tu spędziłeś? — zapytał Arkadiusz.
— Dwa lata bez przerwy; potem wyjeżdżaliśmy. Prowadziliśmy koczowniczy

tryb życia, najwięcej włóczyliśmy się po miastach.

— A ten dom dawno stoi?
— Dawno. Zbudował go jeszcze mój dziad, ojciec matki.
— Kim był twój dziadek?
—  Diabli  go  wiedzą.  Jakiś  sekund-major.  Służył  pod  Suworowem  i  wciąż

opowiadał o przeprawie przez Alpy. Na pewno łgał.

—  Więc  to  dlatego  wisi  u  was  w  salonie  portret  Suworowa!  Lubię  takie

domki jak wasz, stare i ciepłe; mają jakiś osobliwy zapach.

— Zapach nostrzyku i oliwy z lampek przed ikonami — powiedział ziewając

Bazarow. — A ile much w tych miłych domkach... Uff!

— Powiedz — zaczął Arkadiusz po chwili milczenia — czy nie krępowano

cię w dzieciństwie?

— Widzisz przecie, jacy są moi rodzice. Niezbyt srodzy z nich ludzie.
— Kochasz ich, Eugeniuszu?
— Kocham!
— Oni ciebie tak kochają! Bazarow milczał.

background image

—  Wiesz,  o  czym  myślę?  —  powiedział  wreszcie,  zakładając  ręce  pod

głowę. — Nie wiem. O czym?

—  Myślę,  że  dobrze  moim  rodzicom  żyć  na  świecie.  Ojciec  mając  lat

sześćdziesiąt  krząta  się,  rozprawia  o  „paliatywach",  leczy  ludzi,  jest
wspaniałomyślny wobec wieśniaków, słowem, dobrze sobie żyje; matce też jest
dobrze:  dzień  ma  tak  bardzo  wypełniony  wszelkimi  zajęciami,  wzdychaniem  i
popłakiwaniem, że nie ma czasu się zastanawiać. Ja zaś...

— A ty?
— A  ja  myślę:  oto  leżę  sobie  pod  tym  stogiem...  Niewielkie  miejsce,  które

zajmuję, jest tak bardzo nieznaczne w porównaniu z resztą przestrzeni, gdzie mnie
nie  ma  i  gdzie  nikogo  nie  obchodzę;  cząsteczka  czasu,  którą  przeżyję,  tak  jest
znikoma wobec wieczności, gdzie mnie nie było i nie będzie... I w tym atomie, w
tym  punkcie  matematycznym  krąży  krew,  pracuje  mózg,  pragnie  nawet  czegoś...
Co za nonsens! Jakie głupstwa!

— Pozwól, ale to, co mówisz, odnosi się do wszystkich ludzi...
—  Masz  słuszność  —  podjął  Bazarow.  —  Chciałem  powiedzieć,  że  oni

właśnie, to znaczy moi rodzice, są zajęci i nie martwią się własną nicością, nie
cuchnie im ona... a ja... czuję tylko nudę i złość.

— Złość? Dlaczego?
— Dlaczego? Jak to dlaczego? Czyżbyś zapomniał?
—  Pamiętam  wszystko,  a  mimo  to  nie  widzę  powodu,  dla  którego  miałbyś

prawo się złościć. Jesteś nieszczęśliwy, przyznaję, ale...

—  Ech!  Arkadiuszu  Nikołajewiczu,  widzę,  że  ty  pojmujesz  miłość  jak

wszyscy  młodzi  ludzie  nowego  pokolenia:  cip,  cip,  cip,  kureczko,  a  gdy  tylko
kureczka  zacznie  się  przybliżać  —  w  nogi!  Ja  nie  jestem  taki. Ale  dość  o  tym!
Wstyd mówić o rzeczach, na które nie ma rady. — Odwrócił się na bok. — Ho,
ho! Oto dzielna mrówka wlecze na wpół martwą muchę. Ciągnij, bracie, ciągnij!
Nie  zważaj  na  to,  że  się  opiera,  korzystaj,  że  jako  zwierzę  masz  prawo  nie
uznawać współczucia, nie tak jak my wszyscy, ' co wciąż udajemy.

— I ty to mówisz, Eugeniuszu! Kiedyż to zdarzyło ci się udawać?
Bazarow podniósł głowę.
—  Z  tego  tylko  mogę  być  dumny.  Sam  się  nie  wykoślawiłem,  więc  i  baba

mnie  nie  złamie. Amen!  Skończone!  Więcej  na  ten  temat  nie  usłyszysz  ode  mnie
ani słowa.

Przyjaciele leżeli przez pewien czas w milczeniu.
— Tak — zaczął Bazarow — człowiek to dziwna istota. Jeśli spojrzeć z boku

i  z  daleka  na  odludne  życie,  jakie  tu  wiodą  nasi  „ojcowie",  wydawałoby  się:
czegóż  można  chcieć  jeszcze?  Jedz,  pij  i  wiedz,  że  postępujesz  w  najbardziej
słuszny  i  rozumny  sposób. Ale  nie!  Nuda  cię  zadręczy.  Masz  ochotę  obcować  z
ludźmi, nawet im wymyślać, a mimo wszystko obcować z nimi.

— Należałoby tak ułożyć życie, żeby każda chwila miała jakiś sens — rzekł

w zamyśleniu Arkadiusz.

—  A  pewnie!  Wszystko,  co  ma  sens,  chociaż  bywa  kłamliwe,  daje

przyjemność,  ale  i  z  tym,  co  nie  ma  sensu,  też  można  się  pogodzić...  Kłopoty,

background image

drobne troski... oto prawdziwe nieszczęście.

— Kłopoty nie istnieją dla człowieka, jeżeli ich nie uznaje.
—  Hm...  powiedziałeś  odwrócony  komunał.  —  Jak  to?  Co  przez  to

rozumiesz?

— Widzisz, powiedzieć, że oświata jest pożyteczna, to komunał; powiedzieć

zaś,  że  oświata  jest  szkodliwa,  to  odwrócony  komunał.  Wygląda  bardziej
błyskotliwie, w istocie jest jednak tym samym.

— Ale gdzie jest prawda, po której strome?
— Gdzie? Odpowiem ci jak echo: gdzie?
— Jesteś dziś w melancholijnym nastroju, Eugeniuszu. — Doprawdy? Może

zbyt mnie rozgrzało słońce, nie wolno też jeść tyle malin.

— W takim razie dobrze byłoby się zdrzemnąć.
—  Owszem,  tylko  nie  patrz  na  mnie:  każdy  człowiek,  gdy  śpi,  ma  głupią

twarz.

— Nie wszystko ci jedno, co o tobie myślę?
—  Nie  wiem,  co  ci  odpowiedzieć.  Prawdziwy  człowiek  nie  powinien  się

troszczyć  o  podobne  rzeczy;  prawdziwym  człowiekiem  jest  ten,  nad  którym  nie
ma co się zastanawiać, ale którego się słucha lub nienawidzi.

— Dziwne! Nie czuję do nikogo nienawiści — rzekł po namyśle Arkadiusz.
— A ja — do bardzo wielu! Ty masz duszę tkliwą, jesteś mazgaj, gdzie tobie

do nienawiści!... Łatwo się mieszasz, nie bardzo na siebie liczysz...

—  A  ty  —  przerwał  Arkadiusz  —  liczysz  na  siebie?  Masz  o  sobie  dobre

mniemanie?

Bazarow milczał chwilę.
—  Jeśli  spotkam  człowieka,  który  mi  nie  ustąpi  —  rzekł  powoli  —  wtedy

zmienię pogląd na siebie. Nienawidzić! Na przykład powiedziałeś dzisiaj, kiedy
przechodziliśmy obok chaty naszego starosty, Filipa — śliczna chata, bielutka —
otóż  powiedziałeś,  że  Rosja  wówczas  osiągnie  doskonałość,  kiedy  każdy  chłop
będzie miał takie mieszkanie, i że (każdy z nas powinien się do tego przyczynić...
Znienawidziłem  owego  najnędzniejszego  chłopa,  Filipa  czy  Sidora,  dla  którego
mamy wyłazić ze skóry i nie usłyszeć nawet od niego: dziękuję... Zresztą po kiego
diabła  mi  jego  podziękowanie?  Przypuśćmy  więc,  że  będzie  mieszkał  w  białej
chacie, a na mnie już trawa wyrośnie — i co dalej?

— Dosyć, Eugeniuszu... słuchając tego, co dziś mówisz, mimo woli trzeba się

zgodzić z ludźmi, którzy zarzucają nam brak zasad.

— Mówisz jak twój stryj. Nie ma żadnych zasad, czyżbyś się dotychczas tego

nie domyślił! Istnieją tylko doznania. Wszystko od nich zależy.

— Jak to?
—  Po  prostu.  Mnie,  na  przykład,  odpowiada  negacja,  właśnie  dzięki

doznaniom.  Przeczenie  sprawia  mi  przyjemność,  tak  jest  zbudowany  mój  mózg 
—  i  kropka!  Dlaczego  mi  podoba  się  chemia?  Dlaczego  ty  lubisz  jabłka?
Również dzięki doznaniom. Wszystko to jedna i ta  sama  sprawa.  Głębiej  ludzie
nie sięgną nigdy. Nie każdy ci to powie i ja także drugi raz tego nie powtórzę. —
Więc jak? Czy uczciwość to także doznanie? — Oczywiście!

background image

— Eugeniuszu!... — zaczął smutnym głosem Arkadiusz. — Cóż? Nie w smak

ci to? — przerwał Bazarow. —

Nie,  bracie!  Jeśli  postanowiłeś  wszystko  kosić,  walże  i  siebie  po  nogach!...

Dosyć  jednak  tej  filozofii.  „Przyroda  tchnie  milczeniem  snu  —  powiedział
Puszkin.

— Nigdy Puszkin nie powiedział nic podobnego — rzekł Arkadiusz.
— Więc jeśli nie powiedział, to jako poeta mógł i powinien był powiedzieć.

Ale wiesz, on na pewno służył w wojsku.

— Puszkin nigdy nie był w wojsku!
— Zlituj się, przecież znajdziesz u niego na każdej stronicy: Na bój, na bój!

za honor Rosji!

— Cóż ty za bajdy zmyślasz! Przecież to po prostu oszczerstwo.
—  Oszczerstwo?  I  cóż  z  tego!  Sądzisz,  że  przestraszę  się  tego  słowa?

Choćbyś  rzucił  na  człowieka  najgorsze  oszczerstwo,  w  gruncie  rzeczy  zasługuje
na dwadzieścia razy większe.'

— Śpijmy raczej! — z irytacją rzekł Arkadiusz.
— Ależ najchętniej! — odparł Bazarow.
Ale nie mogli spać. Niemal wrogie uczucie ogarnęło serca obu młodzieńców.

Po pięciu minutach otworzyli oczy i spojrzeli na siebie w milczeniu.

—  Patrz  —  powiedział  nagle Arkadiusz.  —  Z  drzewa  zerwał  się  suchy  liść

klonu  i  spada  na  ziemię;  jego  lot  jest  całkiem  podobny  do  lotu  motyla.  Czy  to
niedziwne?  To,  co  jest  martwe  i  najsmutniejsze,  przypomina  to,  co  żywe  i
najbardziej wesołe.

— O mój przyjacielu, Arkadiuszu Nikołajewiczu! — zawołał Bazarow — o

jedno cię proszę: nie mów pięknie.

—  Mówię,  jak  umiem...  Zresztą  to  despotyzm.  Przyszła  ani  myśl  do  głowy;

dlaczego nie miałbym jej wypowiedzieć?

—  Tak;  ale  dlaczego  mnie  także  nie  wolno  wypowiedzieć  swojej  myśli?

Uważam, że mówić pięknie jest rzeczą nieprzyzwoitą.

— Cóż więc jest przyzwoite? Kłócić się?
—  Ho,  ho!  Widzę,  że  masz  zamiar  wstąpić  w  ślady  stryjaszka.  Jakże

ucieszyłby się ten idiota, gdyby ciebie słyszał!

— Jak nazwałeś Pawła Pietrowicza?
— Nazwałem go, jak na to zasługuje — idiotą.
— To jednak nie do zniesienia! — zawołał Arkadiusz.
— Aha, odezwały się w tobie uczucia rodzinne — spokojnie rzekł Bazarow.

—  Zauważyłem,  że  te  uczucia  bardzo  uparcie  trzymają  się  ludzi.  Człowiek
wszystkiego  się  wyrzeknie,  odrzuci  wszelkie  przesądy,  ale  przyznać,  że  brat,
który  kradnie  cudze  chusteczki,  jest  złodziejem,  to  już  ponad  jego  siły.  No  bo
doprawdy: mój brat, mój — a nie geniusz... czy to możliwe?

—  Odezwało  się  we  mnie  zwykłe  poczucie  sprawiedliwości,  a  nie  uczucia

rodzinne — zapalczywie sprzeciwił się Arkadiusz. — Ponieważ jednak tego nie
rozumiesz, ponieważ brak ci tego doznania, więc nie możesz o nim wyrokować.

—  Słowem:  Arkadiusz  Kirsanow  jest  zbyt  wzniosły,  abym  go  mógł

background image

zrozumieć; chylę więc głowę i milknę.

— Dosyć, Eugeniuszu, bo się pokłócimy.
—  Ach,  Arkadiuszu!  Proszę  cię,  pokłóćmy  się  raz,  ale  porządnie,  tak  na

dobre!

— Tą drogą dojdziemy jednak...
—  Do  bójki?  —  podchwycił  Bazarow.  —  No,  cóż?  Tutaj  na  sianie,  w  tak

idyllicznym otoczeniu, z dala od świata i ludzkich spojrzeń, jakoś to ujdzie. Ale
nie dasz mi rady. Natychmiast chwycę cię za gardło...

Bazarow rozcapierzył swoje długie i twarde palce. Arkadiusz odwrócił się i

jakby  żartem  gotował  się  do  walki...  Ale  twarz  przyjaciela  wydała  mu  się  tak
złowieszcza,  a  w  jego  wykrzywionych  uśmiechem  ustach,  w  płonących  oczach
widać było tak nieżartobliwą pogróżkę, że poczuł mimo woli strach...

— A, jesteście tutaj! — rozległ się w tej chwili głos Wasilia Iwanowicza —

i  stary  sztabslekarz  w  marynarce  z  domowego  płótna  i  w  słomianym,  także
domowej  roboty,  kapeluszu  ukazał  się  młodym  ludziom.  —  A  ja  was  szukam,
szukam... Ależ doskonałe wybraliście sobie miejsce i wspaniale spędzacie czas.
Leżąc na „ziemi" patrzeć w „niebo"... Wiecie, to ma jakieś osobliwe znaczenie!

—  Patrzę  w  niebo  tylko  wtedy,  kiedy  chcę  kichnąć!  —  mruknął  Bazarow  i

zwróciwszy się do Arkadiusza dodał półgłosem: — Że też nam przeszkodził!

— No, dosyć — szepnął Arkadiusz i ukradkiem uścisnął rękę przyjaciela. —

Ale żadna przyjaźń nie wytrzyma długo takich starć.

—  Patrzę  na  was,  moi  młodzi  przyjaciele  —  mówił  tymczasem  Wasilij

Iwanowicz kiwając głową i opierając się skrzyżowanymi rękami na przemyślnie
wygiętej lasce własnej roboty, z figurką Turka zamiast gałki — patrzę i napatrzeć
się  nie  mogę.  Ile  w  was  siły,  kwitnącej  młodości,  uzdolnień,  talentów!
Doprawdy... Kastor i Polluks!

— Patrzajcie, do mitologii sięgnął! — rzekł Bazarow. — Od razu widać, że

w swoim czasie mocny był z ciebie łacinnik! Zdaje się, że miałeś nawet srebrny
medal za wypracowanie?

— Dioskurowie, Dioskurowie! — powtórzył Wasilij Iwanowicz.
— Dosyć, ojcze, nie roztkliwiaj się.
— Chyba raz mi wolno — wybąkał staruszek. — Zresztą, panowie, szukałem

was  nie  po  to,  żeby  wam  prawić  komplementy:  po  pierwsze,  chciałem  wam
powiedzieć,  że  wkrótce  będzie  obiad;  po  drugie,  rad  bym  cię  uprzedzić,
Eugeniuszu... jesteś mądrym człowiekiem, znasz ludzi, znasz kobiety i wobec tego
wybaczysz...  Twoja  matka  kazała  odprawić  nabożeństwo  z  okazji  twego
przyjazdu. Nie sądź, że proszę cię, abyś był obecny na tym nabożeństwie: już się
skończyło; lecz ojciec Aleksy...

— Pop?
—  Tak,  będzie  u  nas  na  obiedzie...  Nie  spodziewałem  się  tego,  nawet  nie

doradzałem...  ale  tak  jakoś  wyszło...  nie  zrozumiał  mnie...  I Arina  Własiewna...
Zresztą to bardzo dobry i rozsądny człowiek...

— Przecież nie zje przy obiedzie mojej porcji? — zapytał Bazarow.
Wasilij Iwanowicz roześmiał się.

background image

— Ależ co ty mówisz!
— Nic więcej nie wymagam. Z każdym mogę zasiąść do stołu.
Wasilij Iwanowicz poprawił kapelusz.
—  Byłem  przekonany  —  powiedział  —  że  jesteś  ponad  wszelkie  przesądy.

Nawet  ja,  w  sześćdziesiątym  drugim  roku  życia  także  nie  mam  przesądów.
(Wasilij  Iwanowicz  nie  miał  odwagi  przyznać  się,  że  sam  życzył  sobie  tego
nabożeństwa... Był nie mniej pobożny niż żona.) Ojciec Aleksy bardzo chciał cię
poznać.  Zobaczysz,  że  ci  się  spodoba.  W  karty  gra  chętnie,  nawet...  ale  to  już
między nami... pali fajkę.

—  Bardzo  dobrze.  Po  obiedzie  zasiądziemy  zatem  do  jerałasza  i  ogram  go

bez litości.

— Che, che, che, zobaczymy! Na dwoje babka wróżyła.
—  Cóż,  przypomnisz  sobie  młode  lata  —  rzekł  z  osobliwym  akcentem

Bazarow.

Brązowe policzki Wasilia Iwanowicza okrył lekki rumieniec.
—  Jak  ci  nie  wstyd,  Eugeniuszu...  Co  było,  to  było.  Tak,  gotów  jestem

przyznać się panu, że miałem tę namiętność w młodości; ale też zapłaciłem za to!
Co za upał! Pozwólcie, że siądę przy was. Nie przeszkadzam?

—  Ani  trochę  —  odpowiedział  Arkadiusz.  Wasilij  Iwanowicz  postękując

usiadł na sianie.

—  Wasze  legowisko,  moi  panowie  —  zaczął  —  przypomina  mi  moje  życie

obozowe, punkty opatrunkowe gdzieś, przy jakimś stogu jak ten, i to jeszcze było
świetnie.  —  Westchnął.  —  Wiele  doświadczyłem  w.  życiu.  Gdybyście  chcieli,
opowiedziałbym  wam  na  przykład  ciekawy  epizod  z  epidemii  dżumy  w
Besarabii.

— Ten, za który dostałeś Włodzimierza? — podchwycił Bazarow. — Wiemy,

wiemy... Dlaczego właściwie go nie nosisz?

— Mówiłem ci przecie, że nie mam przesądów — bąknął Wasilij Iwanowicz

(poprzedniego  dnia  kazał  odpruć  czerwoną  wstążeczkę  od  surduta)  i  zaczął
opowiadać ów epizod. — Zasnął — szepnął nagle do Arkadiusza wskazując na
Bazarowa  i  dobrodusznie  mrugając.  —  Wstawaj,  Eugeniuszu!  —  dodał  głośno.
— Chodźmy na obiad!

Ojciec Aleksy,  postawny  i  tęgi  mężczyzna  o  gęstych,  starannie  rozczesanych

włosach, w liliowej jedwabnej riasie ściągniętej haftowanym pasem, okazał się
człowiekiem  zręcznym  i  umiejącym  się  znaleźć.  Pierwszy  podał  rękę
Arkadiuszowi  i  Bazarowowi,  jakby  rozumiejąc,  że  nie  potrzebują  jego
błogosławieństwa,  i  w  ogóle  obejście  miał  swobodne.  Potrafił  zachować
godność,  ale  i  innych  nie  urażał;  przy  sposobności  pokpił  sobie  trochę  z
seminaryjnej  łaciny,  ale  wystąpił  w  obronie  swego  archijereja;  wypił  dwa
kieliszki  wina,  ale  za  trzeci  podziękował;  wziął  od Arkadiusza  cygaro,  lecz  nie
zapalił  mówiąc,  że  zabierze  je  do  domu.  Miał  tylko  pewne  nieprzyjemne
przyzwyczajenie: wolno i ostrożnie podnosił wciąż rękę do twarzy, żeby chwytać
muchy,  i  niekiedy  je  przy  tym  rozgniatał.  Zasiadł  do  gry  okazując  w  sposób
umiarkowany  zadowolenie  i  skończyło  się  na  tym,  że  wygrał  od  Bazarowa  2

background image

ruble 50 kopiejek asygnatami: w domu Ariny Własiewny nie wiedziano nawet o
srebrze. Arina Własiewna, jak przedtem, siedziała obok syna (nie grała w karty) i
jak przedtem, podpierała piąstką twarz, a wstawała tylko po to, by kazać podać
jakieś nowe przysmaki. Bała się pogładzić Bazarowa, on zaś nie zachęcał jej do
pieszczot;  zresztą  Wasilij  Iwanowicz  poradził  jej,  żeby  go  za  bardzo  „nie
niepokoiła".  „Młodzi  ludzie  tego  nie  lubią"  —  powtarzał.  (Nie  trzeba  nawet
mówić,  jaki  owego  dnia  był  obiad;  Timofieicz  osobiście  pojechał  o  świcie  po
jakąś  specjalną  czerkaską  wołowinę;  karbowy  popędził  w  drugą  stronę  po
miętusy,  jazgarze  i  raki;  za  same  grzyby  zapłacono  babom  42  kopiejki.)  Lecz
spojrzenie  Ariny  Własiewny,  nieustannie  skierowane  na  syna,  wyrażało  coś
więcej  niż  oddanie  i  tkliwość;  widać  w  nim  było  smutek  pomieszany  z
ciekawością i lękiem oraz nieśmiały wyrzut.

Bazarow  nie  miał  ochoty  zastanawiać  się  nad  tym,  co  wyraża  wzrok  matki;

zwracał  się  do  niej  bardzo  rzadko,  i  to  tylko  z  króciutkimi  pytaniami.  Raz
poprosił ją o rękę „na szczęście"; ostrożnie położyła swoją miękką, małą rękę na
jego twardej i szerokiej dłoni.

— No i jak — zapytała po chwili — nie pomogło?
—. Wypadło jeszcze gorzej — odpowiedział z niedbałym uśmiechem.
—  Młody  człowiek  za  bardzo  ryzykuje  —  jak  gdyby  z  żalem  rzekł  ojciec

Aleksy i pogładził swoją piękną brodę.

—  Napoleońska  zasada,  ojcze,  napoleońska  —  podchwycił  Wasilij

Iwanowicz i wyszedł w asa.

—  Toteż  doprowadziła  go  do  wyspy  Św.  Heleny  —  powiedział  ojciec

Aleksy i przebił asa atutem.

—  Czy  nie  chciałbyś  wody  z  sokiem  porzeczkowym,  Jeniusza?  —  zapytała

Arina Własiewna. Bazarow wzruszył tylko ramionami.

—  Nie!  —  mówił  następnego  dnia  do Arkadiusza  —  wyjeżdżam  stąd  jutro.

Nuda;  chciałoby  się  pracować,  ale  tu  nie  można.  Pojadę  znów  do  was  na  wieś;
zostawiłem tam wszystkie preparaty. U was można się przynajmniej zamknąć. A
tutaj  ojciec  powtarza  mi:  „Mój  gabinet  jest  do  twojej  dyspozycji,  nikt  ci  nie
będzie  przeszkadzał"  ale  nie  odstępuje  mnie  na  krok.  Przykro  byłoby  się  przed
nim zamykać. Matka tak samo. Słyszę, jak wzdycha za ścianą, a gdy pójdę do niej,
nie wiem, co jej powiedzieć.

— Bardzo się zmartwi — rzekł Arkadiusz — i ojciec także.
— Wrócę jeszcze do nich.
— Kiedy?
— Gdy będę jechał do Petersburga.
— Żal mi zwłaszcza twojej matki.
— Co. znowu? Zjednała cię jagodami?
Arkadiusz spuścił oczy.
— Nie znasz swojej matki, Eugeniuszu. To nie tylko przezacna, ale i bardzo

mądra  kobieta,  doprawdy!  Dziś  z  rana  rozmawiała  ze  mną  pół  godziny,  mówiła
rozsądnie i zajmująco.

— Na pewno cały czas o mnie?

background image

— Nie tylko o tobie.
— Być może; jako postronny, widzisz więcej. Jeśli kobieta potrafi prowadzić

półgodzinną rozmową, to dobry znak. Mimo to wyjadę.

— Niełatwo ci będzie im o tym powiedzieć. Wciąż tylko zastanawiają się, co

będziemy robili przez następne dwa tygodnie.

—  To  prawda,  niełatwo.  Diabeł  mnie  dziś  skusił,  żeby  podrażnić  ojca:

niedawno  kazał  wychłostać  jednego  ze  swoich  czynszowych  chłopów,  i  bardzo
dobrze zrobił; tak, nie patrz na mnie z takim przerażeniem, bardzo dobrze zrobił,
bo  to  straszliwy  złodziej  i  pijak;  ale  ojciec  nie  przypuszczał,  że  wiem  o  tym.
Zmieszał  się  bardzo  i  na  dobitkę  muszę  go  jeszcze  teraz  zmartwić... Ale  to  nic!
Do wesela się zagoi.

Bazarow powiedział: „To nic!", lecz cały dzień minął, zanim zdecydował się

powiadomić  Wasilia  Iwanowicza  o  swoim  zamiarze.  Gdy  żegnał  się  z  nim  na
dobranoc w gabinecie, rzekł wreszcie udając, że ziewa:

— Ach, prawda... byłbym zapomniał ci powiedzieć... Każ wysłać jutro nasze

konie do Fiedota, na przeprząg.

Wasilij Iwanowicz zdumiał się:
— Czyżby pan Kirsanow wyjeżdżał?
— Tak, jadę z nim razem.
Wasilij Iwanowicz cofnął się przerażony. ..— Wyjeżdżasz?
— Tak... muszę. Zarządź, proszę, co do koni.
— Dobrze... — wyjąkał staruszek. — Na przeprząg... dobrze... tylko... tylko...

Jakże to tak?

— Muszę pojechać do niego na krótko. Potem znowu tu wrócę.
—  Tak.  Na  krótko...  dobrze.  —  Wasilij  Iwanowicz  wyjął  chustkę  i

wycierając  nos,  schylił  się  prawie  do  ziemi.  —  No  cóż...  wszystko  będzie
gotowe. Myślałem, że ty do nas na dłużej... Trzy dni... po trzech latach, to mało,
mało Eugeniuszu!

— Przecież ci mówię, że wkrótce wrócę. Muszę jechać.
—  Musisz...  No  cóż!  Przede  wszystkim  trzeba  spełnić  obowiązek...  Więc

wysłać  konie?  Dobrze.  Oczywiście,  nie  spodziewaliśmy  się  tego.  Matka
poprosiła  sąsiadkę  o  kwiaty,  chciała  przybrać  twój  pokój.  (Wasilij  Iwanowicz
nie  wspomniał  już  o  tym,  że  każdego  ranka,  skoro  świt,  stojąc  w  rannych
pantoflach  na  bosych  nogach,  wydobywał  drżącymi  palcami  jedną  podartą
asygnatę  za  drugą,  naradzał  się  z  Timofieiczem  i  polecał  mu  załatwienie
najrozmaitszych  sprawunków,  kładąc  nacisk  zwłaszcza  na  wiktuały  i  czerwone
wino, które, o ile można było zauważyć, bardzo zasmakowało młodym ludziom.)
Swoboda  to  rzecz  najważniejsza;  oto  moja  zasada...  nikogo  nie  należy
krępować... nie...

Zamilkł nagle i skierował się ku drzwiom.
— Wkrótce zobaczymy się, ojcze, doprawdy.
Ale  Wasilij  Iwanowicz  nie  odwracając  się  machnął  ręką  i  wyszedł.  W

sypialni zastał żonę już w łóżku i zaczął się modlić szeptem, żeby jej nie zbudzić.
Obudziła się jednak.

background image

— To ty, Wasiliu Iwanowiczu? — Tak, mateczko.
—  Wracasz  od  Jeniuszy?  Wiesz,  obawiam  się,  czy  wygodnie  mu  spać  na

kanapie.  Kazałam  Anfisuszce,  by  podłożyła  mu  twój  polowy  materac  i  nowe
poduszki;  dałabym  mu  jeszcze  nasz  piernat,  ale  pamiętam,  że  nie  lubi  spać  na
miękkim posłaniu.

— Wszystko dobrze, mateczko, bądź spokojna. Jest mu wygodnie. Boże, bądź

miłościw nam grzesznym — ciągnął dalej półgłosem swą modlitwę. Zrobiło mu
się żal żony: nie chciał jej powiedzieć przed nocą, jakie ją czeka zmartwienie.

Bazarow i Arkadiusz odjechali następnego dnia. Już od samego rana cały dom

posmutniał;  Anfisuszce  naczynia  leciały  z  rąk;  nawet  Fied'ka  zdumiał  się  tak
bardzo,  że  zdjął  buty.  Wasilij  Iwanowicz  uwijał  się  żwawiej  niż  kiedykolwiek;
widać  było,  że  stara  się  zachować  dzielnie:  mówił  głośno  i  stukał  butami,  ale
twarz mu się ściągnęła, wzrok wciąż błądził wokół syna. Arina Własiewna cicho
płakała;  straciłaby  zupełnie  równowagę  i  panowanie  nad  sobą,  gdyby  rano  mąż
nie uspokajał jej przez całe dwie godziny. Ale kiedy Bazarow po wielokrotnych
obietnicach,  że  wróci  najdalej  za  miesiąc,  wyrwał  się  wreszcie  z  jej  objęć  i
wsiadł do tarantasu, kiedy ruszyły konie i zadźwięczał dzwoneczek, kiedy zaczęły
się obracać koła i już nie widać było nic, a kurz przydrożny opadł, kiedy zgięty
wpół  Timofieicz  chwiejąc  się  na  nogach  powlókł  się  do  swojej  izdebki,  kiedy
staruszkowie  zostali  sami  w  swym  domu,  który  także  jak  gdyby  postarzał  się  i
skurczył  —  Wasilij  Iwanowicz,  jeszcze  przed  kilku  minutami  dzielnie
powiewający  chustką  na  ganku,  opadł  na  krzesło  i  spuścił  głowę  na  piersi.  —
Porzucił nas, porzucił! — wyszeptał. — Porzucił, było mu z nami nudno. Jestem
teraz sam jak palec! — powtórzył kilkakrotnie i za każdym razem wyciągał przed
siebie  rękę  z  wysuniętym  wskazującym  palcem.  Wtedy  zbliżyła  się  do  niego
Arina Własiewna i przytuliwszy swą siwą głowę do jego siwej głowy, rzekła: —
Cóż robić, Wasia! Syn jest niby odcięta ręka — nie przyrośnie z powrotem. Jak
sokół:  przyleci  i  odleci,  kiedy  zechce;  a  my  jak  opieńki  przy  dziupli,  siedzimy
obok siebie i nie ruszamy się na krok. Tylko ja zawsze będę taka sama dla ciebie,
a ty będziesz taki sam dla mnie.

Wasilij  Iwanowicz  oderwał  ręce  od  twarzy  i  objął  żonę  tak  mocno,  jak  nie

obejmował jej nawet w młodości: pocieszyła go bowiem w strapieniu.

 

background image

XXII

 
Nasi  przyjaciele  w  milczeniu,  niekiedy  tylko  wymieniając  obojętne  słowa,

dojechali  do  Fiedota.  Bazarow  niezupełnie  był  z  siebie  zadowolony; Arkadiusz
wręcz  był  z  niego  nierad.  Na  domiar  czuł  w  sercu  ów  nie  mający  przyczyny
smutek,  który  znają  tylko  bardzo  młodzi  ludzie.  Furman  zmienił  konie  i
wdrapawszy się na kozioł zapytał: — Na prawo czy na lewo?

Arkadiusz drgnął. Droga na prawo prowadziła do miasta, a stamtąd do domu,

droga na lewo do Odincowej.

Spojrzał na Bazarowa.
— Eugeniuszu — zapytał — na lewo? Bazarow odwrócił się.
— Cóż to za głupstwa? — mruknął.
— Pewno, że głupstwa — odpowiedział Arkadiusz. — No, i co z tego? Czy

to nam pierwszyzna?

Bazarow nasunął czapkę na czoło.
— Jak chcesz — rzekł wreszcie.
— Na lewo! — krzyknął Arkadiusz.
Tarantas  ruszył  w  kierunku  na  Nikolskoje.  Ale  zdecydowawszy  się  na

głupstwo,  przyjaciele  milczeli  jeszcze  bardziej  uparcie  niż  przedtem,  a  nawet
wydawali się zagniewani.

Sposób, w jaki ochmistrz przyjął ich na ganku, pozwolił im się domyślić, że

postąpili  nierozsądnie,  idąc  za  głosem  nagłej  fantazji.  Najwidoczniej  nie
oczekiwano  ich  tutaj.  Dość  długo  i  z  dość  głupimi  minami  siedzieli  w  salonie.
Wreszcie wyszła do nich Odincowa. Przywitała ich ze zwykłą uprzejmością, lecz
wyraziła zdziwienie, że wrócili tak szybko, i jak można było wywnioskować z jej
powolnych  ruchów  i  słów,  niezbyt  była  rada  wizycie.  Oświadczyli  natychmiast,
że  zajechali  tylko  po  drodze  i  za  jakie  cztery  godziny  wyruszą  dalej  do  miasta.
Odincowa  poprzestała  na  słabym  proteście,  prosiła Arkadiusza,  aby  kłaniał  się
od  niej  ojcu  i  posłała  po  ciotkę.  Księżniczka  zjawiła  się  mocno  zaspana,  co
przydawało  jej  pomarszczonej,  starej  twarzy  wyrazu  jeszcze  większej  złości.
Katia  czuła  się  niezbyt  dobrze  i  nie  wychodziła  ze  swojego  pokoju.  Arkadiusz
zrozumiał  nagle,  że  co  najmniej  tak  samo  chciał  ujrzeć  Katię  jak  Annę
Siergiejewnę.  Cztery  godziny  minęły  na  błahych  rozmowach  o  tym  i  o  owym;
Anna Siergiejewna słuchała i mówiła bez uśmiechu. Dopiero przy pożegnaniu jak
gdyby obudziła się w jej duszy dawna przyjaźń.

—  Jestem  teraz  w  bardzo  złym  nastroju  —  powiedziała  —  lecz  nie

zwracajcie na to uwagi i przyjeżdżajcie za jakiś czas, zapraszam panów obu.

Bazarow  i  Arkadiusz  odpowiedzieli  jej  milczącym  ukłonem,  wsiedli  do

pojazdu  i  nigdzie  już  się  nie  zatrzymując  ruszyli  do  domu,  gdzie  znaleźli  się
następnego dnia wieczorem. Przez całą drogę żaden z nich nie wspomniał nawet
nazwiska  Odincowej;  zwłaszcza  Bazarow  prawie  nie  otwierał  ust  i  z  jakąś
zawziętą determinacją wciąż patrzył w bok poza gościniec.

W  Marianie  wszyscy  niezwykle  się  ucieszyli  z  ich  przyjazdu.  Długa

background image

nieobecność syna zaniepokoiła już nieco Mikołaja Pietrowicza; kiedy Fieniczka z
błyszczącymi  oczyma  wpadła  do  jego  pokoju  oznajmiając  przyjazd  „młodych
panów",  krzyknął,  podskoczył  na  kanapie  i  zerwał  się  na  równe  nogi;  nawet
Paweł Pietrowicz poczuł pewnego rodzaju przyjemne podniecenie i pobłażliwie
uśmiechał się potrząsając ręce przybyłych. Zaczęto rozmawiać, zadawać pytania;
przeważnie  mówił  Arkadiusz,  zwłaszcza  przy  kolacji,  która  przeciągnęła  się
jeszcze długo po północy. Mikołaj Pietrowicz kazał podać kilka butelek porteru,
przywiezionego dopiero co z Moskwy, i sam rozochocił się tak, że policzki jego
przybrały barwę malinową; wciąż śmiał się trochę dziecinnym, trochę nerwowym
śmiechem.  Ogólne  ożywienie  udzieliło  się  także  służbie.  Duniasza  jak  szalona
biegała  tam  i  z  powrotem,  trzaskając  drzwiami,  a  Piotr  o  trzeciej  nad  ranem
wciąż  jeszcze  próbował  zagrać  na  gitarze  walca-kozaka.  W  nieruchomym
powietrzu żałośnie i przyjemnie dźwięczały struny, lecz prócz krótkiej wstępnej
fioritury  nic  nie  udawało  się  zagrać  udoskonalonemu  kamerdynerowi:  natura
odmówiła mu zdolności muzycznych, podobnie jak i wszystkich innych.

Tymczasem  życie  w  Mariinie  układało  się  niezbyt  pomyślnie,  przysparzając

zmartwień  biednemu  Mikołajowi  Pietrowiczowi.  Kłopoty  na  fermie  rosły  z
każdym  dniem,  beznadziejne  i  niedorzeczne.  Stosunki  z  najemnymi  robotnikami
stawały  się  nieznośne.  Jedni  żądali  zwolnienia  lub  podwyżki,  inni  odchodzili
wziąwszy zadatek; konie chorowały; uprząż niszczyła się w oka mgnieniu; prace
wykonywano niedbale; sprowadzona z Moskwy młockarnia nie nadawała się do
użytku, gdyż okazała się zbyt ciężka; inna została od razu zepsuta; połowa bydła
spłonęła,  ponieważ  ślepa  staruszka  spośród  dworskiej  czeladzi  w  wietrzną
pogodę  wybrała  się  z  głownią  do  obory  okadzać  swoją  krowę...  Wprawdzie
według zapewnień owej staruszki całe nieszczęście zdarzyło się dlatego, że panu
zachciało się robić jakieś niezwykłe sery i wielkie zapasy mleka. Rządca stracił
nagle  ochotę  do  pracy  i  nawet  zaczął  tyć,  jak  każdy  rosyjski  chłop,  kiedy  go
rozbałamucić.  Gdy  widział  z  daleka  Mikołaja  Pietrowicza,  rzucał  kawałkiem
drzewa  w  przebiegającego  obok  prosiaka  albo  wygrażał  na  wpół  nagiemu
dzieciakowi,  żeby  okazać  swą  gorliwość;  poza  tym  większą  część  czasu
przesypiał. Czynszowi chłopi nie płacili w terminie, kradli drzewo z lasu; prawie
co noc stróże chwytali, a niekiedy zabierali przemocą chłopskie konie na łąkach
fermy.  Mikołaj  Pietrowicz  wyznaczył  co  prawda  kary  pieniężne  za  wypasanie
łąk, lecz sprawa zazwyczaj kończyła się tym, że konie pozostawały kilka dni na
pańskim obroku i wracały do swych właścicieli. Na domiar wszystkiego chłopi
zaczęli  się  kłócić  między  sobą:  bracia  żądali  podziału  gruntów;  ich  żony  nie
potrafiły żyć zgodnie w jednej chacie; nagle wybuchała bijatyka, wszyscy jak na
komendę  zrywali  się  na  równe  nogi,  biegli  pod  ganek  kancelarii  i  pchali  się  do
pana,  często  pijani  i  z  porozbijanymi  gębami,  żądając  sądu  i  zadośćuczynienia:
rozlegał  się  hałas,  wrzask,  lamenty  i  piski  bab  na  przemian  z  przekleństwami
mężczyzn.  Trzeba  było  rozdzielać  wojujące  strony,  krzyczeć,  aż  gardło  chrypło,
wiedząc  z  góry,  że  sprawiedliwe  rozstrzygnięcie  jest  zupełnie  niemożliwe.
Brakowało  rąk  do  żniw:  mieszkający  w  sąsiedztwie  chłop  z  najuczciwszą  miną
zobowiązał  się  dostarczyć  żeńców  za  dwa  ruble  od  dziesięciny  i  oszukał  w

background image

zupełnie  łajdacki  sposób;  baby  ze  wsi  żądały  niesłychanych  wynagrodzeń,  a  tu
zboże sypało się, tam nie sprawili się z koszeniem, tam znowu Rada Opiekuńcza
grozi i żąda natychmiastowej, całkowitej wypłaty procentów...

— Nie mam już sił! — mówił z rozpaczą Mikołaj Pietrowicz. — Sam bić nie

potrafię,  po  stanowego  nie  poślę,  bo  to  wbrew  moim  zasadom,  a  jeśli  nie  będą
się bali kary, nic się z nimi nie zrobi!

—  Du  calme,  du  calme  —  odpowiadał  Paweł  Pietrowicz,  ale  sam

pomrukiwał, chmurzył się i szarpał wąsa.

Bazarow  trzymał  się  z  dala  od  tych  „drobnych  trosk",  zresztą  jako  gość  nie

miał powodu wtrącać się do cudzych spraw. Następnego dnia po przyjeździe do
Mariina zabrał się do swoich żab, infuzorii, związków chemicznych i wciąż był
tym zajęty. Natomiast Arkadiusz uznał za swój obowiązek, jeśli nie pomóc ojcu,
to  przynajmniej  okazać,  że  gotów  jest  w  każdej  chwili  do  pomocy.  Słuchał  go
więc  cierpliwie  i  kiedyś  udzielił  mu  jakiejś  rady  nie  dlatego,  że  pragnął,  by
wprowadzono ją w życie, ale raczej chcąc podkreślić, iż te sprawy go zajmują.
Gospodarstwo  nie  budziło  w  nim  niechęci;  z  przyjemnością  nawet  rozmyślał  o
pracy  na  roli,  ale  teraz  co  innego  miał  w  głowie.  Ku  własnemu  zdumieniu
nieustannie  wracał  pamięcią  do  Nikolskoje;  dawniej  wzruszyłby  ramionami,
gdyby mu ktoś powiedział, że może się nudzić pod jednym dachem z Bazarowem,
i w dodatku pod dachem ojcowskim! — ale w istocie nudził się i ciągnęło go w
świat. Zażywał długich aż do zmęczenia spacerów, ale i to nie pomagało. Kiedyś
w  rozmowie  dowiedział  się,  że  ojciec  posiada  kilka  dość  ciekawych  listów
pisanych przez matkę Odincowej do nieboszczki żony Mikołaja Pietrowicza, i nie
ustąpił, póki nie otrzymał tych listów, których ojciec musiał szukać w dwudziestu
rozmaitych  szufladach  i  skrzyniach.  Otrzymawszy  te  na  poły  zetlałe  papiery
Arkadiusz  uspokoił  się,  widząc  jak  gdyby  przed  sobą  cel,  do  którego  należy
dążyć.  „Zapraszam  panów  obu  —  szeptał  ciągle.  —  Sama  przecież  tak
powiedziała. Pojadę, pojadę, do licha!"

Ale  przypominał  sobie  ostatnią  wizytę,  chłodne  przyjęcie,  niezręczność

ówczesnej sytuacji i ogarniało go onieśmielenie. Jednak młodzieńcze „kto wie",
skryte  pragnienie,  by  samemu  na  własną  rękę  spróbować  szczęścia,  wreszcie
zwyciężyły.  Nie  minęło  jeszcze  dziesięć  dni  od  powrotu  do  Mariina,  kiedy  pod
pozorem  zapoznania  się  z  organizacją  niedzielnych  szkół Arkadiusz  pojechał  do
miasta,  a  stamtąd  do  Nikolskoje.  Wciąż  przynaglając  furmana,  pędził  jak  młody
oficer  na  bój:  czuł  strach  i  radość,  dławiła  go  niecierpliwość.  „Nie  trzeba
myśleć"  —  powtarzał  sobie.  Furmana  miał  dziarskiego,  takiego,  co  to
zatrzymywał  się  przed  każdym  szynkiem,  mówiąc:  „Golnąć  sobie?"  albo:  „A
może  by  tak  sobie  golnąć?",  ale  golnąwszy  sobie,  nie  szczędził  koni.  Wreszcie
ukazał  się  wysoki  dach  znajomego  domu...  „Co  ja  robię?  —  przemknęło  przez
myśl Arkadiuszowi. — A przecież nie zawrócę!" Trójka mknęła rączo; woźnica
pokrzykiwał  i  gwizdał.  Już  mostek  zadudnił  pod  kopytami  koni,  już  wjechali  w
aleję  strzyżonych  świerków...  Różowa  suknia  kobieca  mignęła  wśród  ciemnej
zieleni,  młoda  twarz  wyjrzała  spod  lekkiej  frędzli  parasolki... Arkadiusz  poznał
Katię;  ona  także  go  poznała.  Kazał  zatrzymać  rozpędzone  konie,  wyskoczył  z

background image

pojazdu i podszedł do niej.

— To pan! — powiedziała i lekko się zapłoniła. — Chodźmy do siostry, jest

w ogrodzie; będzie rada pana ujrzeć.

Katia  zaprowadziła  Arkadiusza  do  ogrodu.  Spotkanie  z  nią  wydało  mu  się

szczęśliwym  znakiem;  ucieszył  się  na  jej  widok,  jakby  ujrzał  kogoś  bliskiego.
Wszystko  świetnie  się  złożyło:  ani  ochmistrz  nie  wyszedł,  ani  żadnego
meldowania.  Na  zakręcie  ścieżki  ujrzał  Annę  Siergiejewnę.  Stała  do  niego
plecami. Usłyszawszy kroki z wolna się odwróciła.

Arkadiusz  zmieszał  się  znowu,  lecz  pierwsze  jej  słowa  uspokoiły  go

natychmiast.

— Witaj, zbiegu! — rzekła swoim spokojnym, łagodnym głosem i ruszyła mu

naprzeciw,  uśmiechają  się  i  mrużąc  oczy  od  słońca  i  wiatru.  —  Gdzieś  go
znalazła, Katiu?

—  Anno  Siergiejewno  —  zaczął  —  przywiozłem  pani  coś,  czego  się  pani

wcale nie spodziewa...

— Przywiózł pan siebie; to lepsze niż wszystko inne.
 

background image

XXIII

 
Odprowadziwszy  Arkadiusza  z  ironicznym  politowaniem  i  dając  mu  do

zrozumienia,  że  bynajmniej  nie  ma  złudzeń  co  do  prawdziwego  celu  jego
wyprawy,  Bazarow  odsunął  się  od  wszystkich:  ogarnął  go  szał  pracy.  Przestał
dyskutować  z  Pawłem  Pietrowiczem,  zwłaszcza  że  ów  przybierał  w  jego
obecności  już  nazbyt  arystokratyczną  postawę  i  wyrażał  swoje  poglądy  raczej
dźwiękami niż słowami. Tylko raz jeden Paweł Pietrowicz  wystąpił  do  walki  z
nihilistą  w  związku  z  modnym  podówczas  zagadnieniem  praw  szlachty
nadbałtyckiej, ale sam nagle przerwał i rzekł z chłodną uprzejmością:

—  Zresztą  nie  możemy  się  nawzajem  zrozumieć;  ja  przynajmniej  nie  mam

zaszczytu pana rozumieć.

— Oczywiście! — wykrzyknął Bazarow. — Człowiek rozumie wszystko: jak

drga eter i csię dzieje na słońcu; ale żeby ktoś wycierał nos inaczej niż on sam,
tego już w żaden sposób nie może pojąć!

— Czy to dowcip? — zapytał Paweł Pietrowicz i odszedł.
Niekiedy  zresztą  prosił  Bazarowa,  by  pozwolił  mu  być  obecnym  przy

doświadczeniach, a raz nawet zbliżył swoją wyperfumowaną i umytą wybornym
mydłem  twarz  do  mikroskopu,  żeby  przyjrzeć  się,  jak  przezroczysta  infuzoria
połyka  zielone  ciałko  i  skrzętnie  przeżuwa  je  jakimiś  bardzo  ruchliwymi
czułkami.  Częściej  niż  brat  odwiedzał  Bazarowa  Mikołaj  Pietrowicz:
przychodziłby  codziennie  „uczyć  się",  jak  powiadał,  gdyby  nie  to,  że  nie
pozwalały  mu  gospodarskie  troski.  Nie  krępował  młodego  przyrodnika:  siadł
gdziekolwiek  w  kącie  pokoju  i  patrzył  uważnie,  rzadko  pozwalając  sobie  na
jakieś  ostrożne  pytanie.  W  czasie  obiadów  i  kolacji  starał  się  naprowadzać
rozmowy na fizykę, geologię albo chemię, ponieważ wszystkie inne tematy, nawet
dotyczące  gospodarstwa,  nie  mówiąc  już  o  polityce,  mogły  doprowadzić  do
starcia,  a  przynajmniej  do  wzajemnego  niezadowolenia.  Mikołaj  Pietrowicz
domyślał  się,  że  nienawiść  jego  brata  do  Bazarowa  nie  zmniejszyła  się  ani
trochę.  Między  innymi  drobny  wypadek  potwierdził  jego  domysły.  W  okolicy
zaczęła grasować tu i ówdzie cholera, a nawet „porwała" dwóch ludzi z Mariina.
W nocy Paweł Pietrowicz dostał dość poważnego ataku. Męczył się aż do rana,
lecz  nie  wezwał  pomocy  Bazarowa  i  następnego  dnia,  gdy  go  zobaczył  i  gdy
Bazarow zapytał, czemu po niego nie posłał, odpowiedział, bardzo jeszcze blady,
ale już starannie uczesany i ogolony: „Pan, zdaje się, sam mówił, że nie wierzy w
medycynę?" Tak mijały dni. Bazarow pracował z uporem i ponuro... Tymczasem
w  domu  Mikołaja  Pietrowicza  była  istota,  przy  której  Bazarow  wprawdzie  nie
znajdował ukojenia, ale rozmawiał z nią chętnie. Tą istotą była Fieniczka.

Spotykał  się  z  nią  najczęściej  rankiem,  w  ogrodzie  lub  na  podwórzu;  nie

wchodził  do  jej  pokoju,  ona  zaś  raz  tylko  podeszła  do  jego  drzwi  pytając,  czy
kąpać Mitię. Fieniczka nie tylko miała zaufanie do Bazarowa, nie tylko się go nie
bała, ale zachowywała się w jego obecności znacznie swobodniej i mniej czuła

background image

się  skrępowana  niż  nawet  przy  Mikołaju  Pietrowiczu.  Trudno  powiedzieć,
dlaczego tak się działo; być może dlatego, że  nieświadomie  czuła  w  Bazarowie
brak.  wszelkich  cech  szlacheckich,  owej  wyższości,  która  przyciąga,  a  zarazem
odstrasza.  W  jej  oczach  był  to  doskonały  lekarz  i  prosty  człowiek.  Nie
skrępowana  jego  obecnością,  zajmowała  się  dzieckiem  i  kiedyś,  gdy  nagle
dostała zawrotu i bólu głowy, przyjęła z jego rąk łyżkę lekarstwa. W obecności
Mikołaja  Pietrowicza  Fieniczka  jak  gdyby  stroniła  od  Bazarowa:  nie  była  to
bynajmniej  przebiegłość,  tylko  poczucie  przyzwoitości.  Pawła  Pietrowicza  bała
się  bardziej  niż  kiedykolwiek;  od  pewnego  czasu  zaczął  ją  obserwować  i
wyrastał  nagle,  jak  spod  ziemi,  za  jej  plecami  w  swoim s u i t , z  twarzą
nieruchomą,  lecz  przenikliwą,  i  rękami  w  kieszeniach.  —  Aż  się  człowiekowi
zimno robi — skarżyła się Fieniczka Duniaszy, ta zaś w odpowiedzi wzdychała
rozmyślając  o  innym  człowieku  „bez  serca".  Bazarow,  nawet  tego  nie
podejrzewając, stał się okrutnym tyranem jej serca.

Bazarow  podobał  się  Fieniczce;  ale  i  ona  jemu  się  podobała.  Kiedy  z  nią

rozmawiał,  zmieniał  się  nawet  wyraz  jego  twarzy,  która  stawała  się  pogodna,
prawie dobra, a jego zwykłemu w obejściu z ludźmi lekceważeniu towarzyszyła
jakaś  żartobliwa  życzliwość.  Fieniczka  piękniała  z  dnia  na  dzień.  W  życiu
młodych  kobiet  zdarzają  się  okresy,  kiedy  nagle  zaczynają  rozkwitać  i  rozwijać
się  jak  róże  w  pełni  lata:  taki  okres  nastąpił  w  życiu  Fieniczki.  Wszystko  temu
sprzyjało, nawet lipcowe upały, które właśnie się zaczęły. W białej lekkiej sukni
Fieniczka wydawała się jeszcze bielsza i bardziej powiewna: opalenizna się jej
nie  trzymała,  a  upał,  przed  którym  nie  mogła  się  schronić,  sprawiał,  że  jej
policzki  i  uszy  były  z  lekka  zaróżowione;  ogarniało  ją  słodkie  rozleniwienie,
widoczne w jej ładnych oczach. Nie mogła prawie pracować; ręce same opadały
jej  na  kolana.  Ledwie  chodziła,  wciąż  wzdychała  i  skarżyła  się  z  zabawną
bezsilnością.

—  Powinnaś  częściej  się  kąpać  —  mówił  jej  Mikołaj  Pietrowicz.  Nad

jednym  ze  stawów,  w  którym  trzymała  się  jeszcze  woda,  urządził  kryte  płótnem
obszerne miejsce do kąpieli.

— Ach,  Mikołaju  Pietrowiczu!  Zanim  człowiek  dojdzie  do  stawu,  umrze,  a

zanim wróci, znów umrze. Przecie nie ma cienia w ogrodzie.

—  Tak,  to  prawda,  nie  ma  cienia  —  odparł  Mikołaj  Pietrowicz  pocierając

brwi.

Pewnego  razu,  wracając  z  przechadzki  o  siódmej  rano,  Bazarow  zastał

Fieniczkę w dawno już przekwitłej, ale jeszcze zielonej i bujnej altance z bzów.
Siedziała na ławeczce, w białej chustce narzuconej, jak zwykle, na głowę; obok
niej  leżał  pęk  mokrych  jeszcze  od  rosy,  czerwonych  i  białych  róż.  Bazarow
przywitał się z nią.

— Ach! To pan, Eugeniuszu Wasiliczu! — rzekła i uniosła nieco kraj chustki,

żeby na niego spojrzeć przy czym ręka jej obnażyła się do łokcia.

— Co pani tutaj robi? — zapytał siadając obok niej Bazarow. — Układa pani

bukiet?

— Tak, na stół, do śniadania. Mikołaj Pietrowicz to lubi.

background image

— Ale do śniadania jeszcze daleko. Ile kwiatów!
— Narwałam je teraz, bo jak zrobi się gorąco, nie sposób wyjść. Tylko teraz

można  oddychać.  Osłabłam  zupełnie  od  tych  upałów.  Obawiam  się  nawet,  że
zachoruję.

— Cóż za pomysł! Niech pani da mi rękę, sprawdzę puls. — Bazarow ujął jej

dłoń, odnalazł równo bijące tętno, ale nie liczył nawet uderzeń. — Przeżyje pani
sto lat — rzekł puszczając jej rękę.

— Ach, niech Bóg uchowa! — zawołała.
— Jak to, nie chce pani żyć długo?
—  Ale  sto  lat?  Miałam  osiemdziesięciopięcioletnią  babcię,  cóż  to  była  za

męczennica!  Sczerniała,  głucha,  zgarbiona,  wciąż  kaszlała;  była  tylko  sobie
ciężarem. Co to za życie!

— Lepiej więc być młodą? — No chyba.
— Proszę mi powiedzieć, co w tym dobrego?
— Co? Jestem teraz młoda, wszystko mogę zrobić, pójdę i wrócę, przyniosę,

nikogo nie muszę o nic prosić... Cóż może być lepszego?

— A mnie jest wszystko jedno, czy jestem stary, czy młody.
— Co też pan mówi; wszystko jedno? To niemożliwe.
—  Niech  pani  sama  pomyśli,  Fiedosjo  Nikołajewno,  cóż  mi  po  młodości?

Żyję samotnie...

— To zależy tylko od pana.
— Właśnie że nie ode mnie! Żeby choć ktoś się nade mną użalił.
Fieniczka zerknęła z boku na Bazarowa, lecz nic nie odpowiedziała.
— Co to za książka? — spytała po chwili.
— Ta? To uczona, mądra książka.
— Pan wciąż się uczy? I nie nudzi to pana? Pan już przecież i tak wszystko

umie.

— Widocznie nie wszystko. Niech pani spróbuje troszeczkę poczytać.
— Nic nie rozumiem. Czy to rosyjska książka? — zapytała Fieniczka biorąc

obiema rękami bogato oprawiony tom. — Jaka gruba!

— Tak, rosyjska.
— Wszystko jedno, i tak nic nie zrozumiem.
— Przecież mnie nie chodzi o to, żeby pani zrozumiała. Chciałbym na panią

popatrzeć,  kiedy  będzie  pani  czytała.  Koniuszek  pani  noska  tak  przyjemnie  się
wtedy rusza.

Fieniczka, która zaczęła właśnie półgłosem czytać na chybił trafił otworzony

artykuł „o kreozocie", roześmiała się i rzuciła książkę... Książka spadła z ławki
na ziemię.

— Lubię także, kiedy pani się śmieje.
— Niech pan da pokój!
— Lubię, kiedy pani mówi. Jakby strumyczek szemrał.
Fieniczka odwróciła głowę.
—  Jaki  pan  dziwny!  —  rzekła  dotykając  palcami  kwiatów.  —  Na  cóż  panu

mnie słuchać! Pan przecie z takimi mądrymi damami rozmawiał.

background image

— Ech, Fiedosjo Nikołajewno, niech mi pani wierzy: wszystkie mądre damy

na świecie nie są warte pani paluszka.

— Też pan wymyślił! — szepnęła Fieniczka i schowała ręce.
Bazarow podniósł książkę.
— To książka lekarska, czemu ją pani rzuca?
—  Lekarska?  —  powtórzyła  Fieniczka  i  odwróciła  się  ku  niemu.  — A  wie

pan?  Od  tego  czasu,  kiedy  dał  mi  pan  te  krople,  pamięta  pan?  Mitia  śpi
doskonale. Nie wiem sama, jak panu dziękować; taki pan dobry, doprawdy!

— Właściwie lekarzom należy płacić — zauważył z uśmiechem Bazarow. —

Pani wie sama, że lekarze to ludzie interesowni.

Fieniczka  podniosła  na  Bazarowa  oczy,  które  wydawały  się  jeszcze

ciemniejsze wskutek białego odblasku padającego na górną część jej twarzy. Nie
wiedziała, czy żartuje, czy mówi poważnie.

—  Jeśli  pan  sobie  życzy,  to  z  przyjemnością...  Poproszę  Mikołaja

Pietrowicza...

— Pani myśli, że chcę pieniędzy? — przerwał jej Bazarow. — Nie, nie chcę

od pani pieniędzy.

— A czego? — zapytała Fieniczka.
— Czego? — powtórzył Bazarow. — Niech pani zgadnie.
— Gdzie ja tam zgadnę.
—  W  takim  razie  powiem...  chcę...  jedną  z  tych  róż.  Fieniczka  znowu  się

roześmiała,  a  nawet  klasnęła  w  dłonie,  tak  bardzo  zabawne  wydało  jej  się
życzenie Bazarowa. Śmiała się, ale zarazem czuła, że jej to pochlebia. Bazarow
patrzył na nią uważnie.

—  Ależ  proszę,  proszę  —  rzekła  wreszcie  i  pochyliwszy  się  zaczęła

przerzucać leżące na ławce róże. — Jaką pan chce, czerwoną czy białą?

— Czerwoną i niezbyt dużą. Fieniczka wyprostowała się.
—  Niech  pan  weźmie  —  rzekła,  ale  natychmiast  cofnęła  wyciągniętą  rękę  i

zagryzając wargi spojrzała na wejście do altanki, po czym zaczęła nasłuchwiać.

— Co się stało? — zapytał Bazarow. — Mikołaj Pietrowicz?
— Nie... wyjechał w pole... zresztą nie boję się go... ale Paweł Pietrowicz...

Zdawało mi się...

— Że co?
—  Zdawało  mi  się,  że  on  się  tu  zbliża.  Nie...  nie  ma  nikogo.  Niech  pan

weźmie. — Fieniczka podała Bazarowowi różę.

— Dlaczego pani się boi Pawła Pietrowicza?
— Zawsze mnie przeraża. Nic nie mówi, ale patrzy tak dziwnie. Przecież pan

też go nie lubi. Pamięta pan, przedtem wciąż pan się z nim kłócił. Nie wiem, o co
wam szło, ale wiedziałam, że kręci nim pan tak, jak pan chce...

Fieniczka  pokazała  rękami,  jak  według  jej  zdania  Bazarow  kręcił  Pawłem

Pietrowiczem. Bazarow uśmiechnął się.

— A gdyby on miał nade mną przewagę — zapytał — czy wystąpiłaby pani w

mojej obronie?

— Gdzie ja tam pana wybronię? Nie, z panem nie można dojść do ładu.

background image

—  Tak  pani  myśli?  A  przecież  znam  kogoś,  kto,  jeśli  zachce,  powali  mnie

jednym palcem.

— Kto to?
— A pani niby nie wie? Proszę powąchać, jak pięknie pachnie róża, którą mi

pani dała.

Fieniczka wyciągnęła szyję i zbliżyła twarz do kwiatu... Chustka opadła jej z

głowy na ramiona; ukazała się fala czarnych, rozrzuconych, lśniących włosów.

— Niech pani czeka, chciałbym powąchać razem z panią — rzekł Bazarow,

pochylił się i mocno pocałował ją w rozchylone usta.

Drgnęła,  wparła  obie  ręce  w  jego  pierś,  lecz  uczyniła  to  słabo  i  Bazarow

mógł pocałować ją raz jeszcze.

Za bzami rozległ się suchy kaszel. Fieniczka w mgnieniu oka odsunęła się na

drugi koniec ławki. Ukazał się Paweł Pietrowicz, złożył lekki ukłon, powiedział z
jakimś  gniewnym  smutkiem:  „Pan  tutaj"  —  i  odszedł.  Fieniczka  natychmiast
zabrała swoje róże i opuściła altankę.

—  Grzech,  Eugeniuszu  Wasiliczu  —  szepnęła  wychodząc.  W  jej  głosie

słychać było szczery wyrzut.

Bazarow  przypomniał  sobie  inną,  niedawną  scenę  i  poczuł  wstyd  i  jakby

pogardę  dla  siebie.  Ale  natychmiast  potrząsnął  głową,  ironicznie  pogratulował
sobie „awansu na Celadona" i ruszył do swego pokoju.

Paweł Pietrowicz opuścił ogród i wolnym krokiem poszedł do lasu. Był tam

dość długo, a kiedy wrócił na śniadanie, Mikołaj Pietrowicz zapytał go z troską
w głosie, czy nie czuje się niezdrów, tak bardzo pociemniała mu twarz.

—  Wiesz  przecież,  że  niekiedy  cierpię  na  wylewy  żółci  —  spokojnie

odpowiedział mu  Paweł Pietrowicz.

background image

XXIV

 
W dwie godziny później Paweł Pietrowicz zapukał do drzwi Bazarowa.
— Chciałbym pana przeprosić, że przeszkadzam w jego naukowych zajęciach

— zaczął siadając na krześle przy oknie i opierając się obiema rękami na pięknej
lasce  ozdobionej  gałką  z  kości  słoniowej  (zazwyczaj  chodził  bez  laski)  —  ale
muszę pana prosić o udzielenie mi pięciu minut... nie więcej.

—  Cały  mój  czas  jest  do  pana  dyspozycji  —  odparł  Bazarow,  któremu  na

chwilę zmieniła się twarz, gdy Paweł Pietrowicz przestąpił próg pokoju.

— Wystarczy mi pięć minut. Chciałem panu zadać pewne pytanie.
— Pytanie? Jakie?
—  Zechce  pan  wysłuchać.  Na  początku  pana  pobytu  w  domu  mojego  brata,

jeszcze  wtedy,  kiedy  nie  odmawiałem  sobie  przyjemności  rozmów  z  panem,
zdarzało  mi  się  słyszeć  pańskie  wypowiedzi  o  rozmaitych  sprawach;  ale  o  ile
pamiętam,  ani  między  nami,  ani  też  w  mojej  obecności  nie  było  nigdy  mowy  o
pojedynkach. Pozwoli pan, że zapytam, jaki jest jego pogląd w tym względzie?

Bazarow,  który  wstał  przy  wejściu  Pawła  Pietrowicza,  przysiadł  na  skraju

stołu i skrzyżował ręce.

— Sądzę — powiedział — że z teoretycznego punktu widzenia pojedynek jest

bzdurą; ale z praktycznego, to inna sprawa.

— Chce pan powiedzieć, jeśli dobrze pana zrozumiałem, że jakikolwiek jest

pański  teoretyczny  pogląd  na  pojedynek,  w  praktyce  nie  pozwoliłby  się  pan
obrazić nie żądając zadośćuczynienia?

— Trafnie odgadł pan moją myśl.
— Bardzo dobrze. Miło mi słyszeć to od pana. Pańskie słowa wyprowadzają

mnie z nieświadomości...

— Z niepewności, chciał pan powiedzieć.
—  Wszystko  jedno;  wyrażam  się  tak,  żeby  mnie  rozumiano;  nie  jestem

szczurem  seminaryjnym...  Pańskie  słowa  uwalniają  mnie  od  pewnej  przykrej
konieczności. Postanowiłem bić się z panem. Bazarow wytrzeszczył oczy.

— Ze mną?
— Właśnie z panem.
— Ale dlaczego? Co też pan mówi...
—  Mógłbym  wyjaśnić  panu  przyczynę  —  zaczął  Paweł  Pietrowicz.  — Ale

wolę ją przemilczeć. Pan, na mój smak, jest tu zbyteczny; nie znoszę pana, gardzę
panem i jeśli panu tego nie dosyć...

Oczy Pawła Pietrowicza zaiskrzyły się... Zabłysły także oczy Bazarowa.
— Doskonale — rzekł. — Dalszych wyjaśnień nie trzeba. Zachciało się panu

wypróbować  na  mnie  swego  rycerskiego  ducha.  Mógłbym  odmówić  panu  tej
przyjemności, ale niech tam.

— Szczerze jestem panu zobowiązany — odrzekł Paweł Pietrowicz — mogę

teraz żywić nadzieję, że przyjmie pan moje wyzwanie, nie zmuszając mnie, abym

background image

się uciekał do środków gwałtownych.

—  To  znaczy,  mówiąc  bez  alegorii,  do  tej  oto  laski  —  z  zimną  krwią

zauważył Bazarow. — Ma pan słuszność. Nie musi mnie pan obrażać. Zresztą nie
bardzo  to  byłoby  bezpieczne.  Może  pan  pozostać  dżentelmenem...  Przyjmuję
pańskie wyzwanie również po dżentelmeńsku.

—  Doskonale  —  rzekł  Paweł  Pietrowicz  i  odstawił  laskę  w  kąt.  —  Teraz

pomówimy krótko o warunkach naszego pojedynku; wpierw jednak chciałbym się
dowiedzieć, czy uważa pan za konieczne uznać za formalną przyczynę pojedynku
niewielką sprzeczkę?

— Nie, raczej bez formalności.
— Jestem tego samego zdania. Uważam również za niestosowne wnikanie w

prawdziwe przyczyny naszego starcia. Nie znosimy się nawzajem. Czegóż trzeba
więcej?

— Czegóż trzeba więcej? — powtórzył ironicznie Bazarow.
—  Jeżeli  zaś  idzie  o  warunki  pojedynku,  ponieważ  nie  będziemy  mieli

sekundantów, skąd bowiem ich wziąć?...

— Właśnie, skąd ich wziąć?
—  Mam  więc  zaszczyt  uczynić  panu  następującą  propozycję:  bić  się

będziemy  jutro  rano,  o  godzinie  szóstej,  powiedzmy,  za  laskiem,  na  pistolety;
bariera w odległości dziesięciu kroków...

— Dziesięciu kroków? Tak, na tę odległość nienawidzimy się nawzajem.
— Może też być na osiem — zauważył Paweł Pietrowicz.
— Może, czemuż by nie.
— Strzelamy dwa razy; na wszelki wypadek każdy włoży do kieszeni list, w

którym bierze na siebie winę za swoją śmierć.

— Co do tego niezupełnie zgadzam się z panem — powiedział Bazarow. —

Za bardzo przypomina to francuski romans, jest trochę nieprawdopodobne.

—  Być  może;  nie  będzie  pan  jednak  zaprzeczał,  że  nieprzyjemnie  byłoby

zostać oskarżonym o zabójstwo?

— Przyznaję. Ale istnieje sposób, by uniknąć owych smutnych podejrzeń. Nie

mamy sekundantów, możemy jednak mieć świadka.

— Kogo,  jeśli pan łaskaw?
— Piotra.
— Jakiego Piotra?
—  Kamerdynera  pańskiego  brata.  To  człowiek  stojący  na  poziomie

współczesnego wykształcenia, spełni swą rolę w sposób właściwy w podobnych
wypadkach i jak najbardziej komilfo.

— Zdaje się, że pan żartuje, łaskawy panie.
— Ani trochę. Kiedy zastanowi się pan nad moją propozycją, dojdzie pan do

przekonania, że jest pełna zdrowego rozsądku i prostoty. Zawsze wyjdzie szydło
z  worka.  Piotra  zaś  podejmuję  się  przygotować  w  odpowiedni  sposób  i
przyprowadzić na miejsce pojedynku.

— Pan wciąż żartuje — rzekł wstając z krzesła Paweł Pietrowicz. — Ale nie

mogę  żywić  do  pana  pretensji,  skoro  okazał  mi  pan  tyle  uprzejmej  gotowości...

background image

Wszystko zatem załatwione... Ale, ale, czy ma pan pistolety? — Skądże miałbym
je mieć, Pawle Pietrowiczu? Przecież nie jestem wojakiem.

—  W  takim  razie  pozwolę  sobie  ofiarować  panu  swoje.  Może  pan  być

pewny, że nie strzelałem z nich już dobre pięć lat.

— Bardzo to pocieszająca wiadomość. Paweł Pietrowicz wziął laskę...
—  Pozostaje  mi  zatem  podziękować  łaskawemu  panu  i  wrócić  pana  jego

zajęciom. Mam honor pożegnać pana.

—  Do  miłego  zobaczenia,  łaskawy  panie  —  rzekł  Bazarow  odprowadzając

gościa.

Paweł  Pietrowicz  wyszedł,  Bazarow  zaś  postał  chwilę  przed  drzwiami  i

wykrzyknął:  —  Do  wszystkich  diabłów!  Jak  pięknie  i  jak  głupio!  Zagraliśmy
niezłą  komedię!  Tak  tańczą  na  tylnych  łapach  tresowane  psy. Ale  odmówić  nie
mogłem;  przecież  na  dobrą  sprawę  mógłby  mnie  uderzyć,  a  wtedy...  (Bazarow
pobladł  na  samą  myśl  o  tym;  odezwała  się  w  nim  cała  jego  pycha.)  Wtedy
musiałbym  go  zdusić  jak  kociaka.  —  Wrócił  do  swojego  mikroskopu,  ale  serce
biło mu mocno i znikł spokój konieczny do obserwacji. „Zobaczył nas dzisiaj —
myślał — lecz czy to możliwe, żeby występował w obronie brata? I cóż to znowu
takiego — pocałunek? Tu chyba chodzi o coś innego. Ba! może on sam się kocha?
Oczywiście,  zakochany;  jasne  jak  dzień.  Cóż  za  splot  wydarzeń...  Źle  —  orzekł
wreszcie. — Źle, z jakiejkolwiek strony na to spojrzeć. Trzeba będzie nadstawić
karku i w każdym razie wyjechać; do tego Arkadiusz... I ten poczciwina Mikołaj
Pietrowicz. Źle. Źle."

Dzień minął jakoś szczególnie ospale i spokojnie. Fieniczka jakby wcale nie

istniała;  siedziała  w  swym.  pokoju  jak  mysz  w  norce.  Mikołaj  Pietrowicz  miał
minę  zatroskaną.  Doniesiono  mu,  że  w  jego  pszenicy,  na  którą  bardzo  liczył,
pokazała  się  śnieć.  Paweł  Pietrowicz  wszystkich,  nawet  Prokoficza,  przytłaczał
swoją lodowatą uprzejmością. Bazarow zaczął pisać list do ojca, ale podarł go i
rzucił  pod  stół.  „Jak  umrę  —  pomyślał  —  to  się  dowiedzą;  ale  nie  umrę.  Nie,
długo  jeszcze  będę  się  błąkał  po  świecie."  Kazał  Piotrowi,  żeby  przyszedł  do
niego  nazajutrz  o  świcie  w  ważnej  sprawie.  Piotr  wyobraził  sobie,  że  Bazarow
chce  go  zabrać  ze  sobą  do  Petersburga.  Bazarow  położył  się  późno,  całą  noc
dręczyły  go  chaotyczne  sny...  Majaczyła  mu  się  Odincowa,  która  była  zarazem
jego matką, za nią chodziła kotka z czarnymi wąsikami, i to była Fieniczka; Paweł
Pietrowicz ukazywał mu się jako wielki las, z którym musi się jednak bić. Piotr
obudził go o czwartej nad ranem; ubrał się natychmiast i wyszli razem.

Poranek był piękny i świeży; małe, strzępiaste chmurki podobne do baranków

stały na bladym lazurze; drobna rosa osypała liście i trawę, błyszczała jak srebro
na  pajęczynach;  wilgotna  ciemna  ziemia  jak  gdyby  zachowała  jeszcze  rumiany
odblask  zorzy;  w  niebie  dzwoniły  pieśni  skowronków.  Bazarow  doszedł  do
zagajnika, usiadł na skraju i dopiero wtedy powiedział Piotrowi, jakich od niego
oczekuje  usług.  Udoskonalony  lokaj  przeraził  się  śmiertelnie,  ale  Bazarow
uspokoił  go  zapewniając,  że  będzie  tylko  stał  z  boku  i  patrzył,  i  że  nie  ponosi
żadnej odpowiedzialności.

—  A  pomyśl  tylko  —  dodał  —  jak  poważną  masz  odegrać  rolę!  —  Piotr

background image

rozłożył ręce, spuścił oczy i z pozieleniałą twarzą oparł się o brzozę.

Droga prowadząca z Mariina okrążała lasek; leżał jeszcze na niej lekki kurz

nie  tknięty  od  poprzedniego,  dnia  ani  kołem,  ani  ludzką  stopą.  Bazarow  mimo
woli opatrzył na ową drogę, rwał i gryzł źdźbła trawy, i wciąż sobie powtarzał:
„Co  za  głupota."  Przejął  go  poranny  chłód,  wzdrygnął  się  dwukrotnie...  Piotr
spojrzał  na  niego  smętnie,  ale  Bazarow  tylko  się  uśmiechnął:  nie  czuł  wcale
strachu.

Na drodze rozległ się tętent kopyt. Zza drzew ukazał się chłop. Pędził przed

sobą dwa spętane konie. Mijając Bazarowa spojrzał na niego trochę dziwnie, nie
zdjął  czapki,  co  najwidoczniej  przygnębiło  Piotra  jako  niedobry  znak.  „Także
wstał wcześnie — pomyślał Bazarow — ale przynajmniej do roboty, a my?"

— Zdaje się, że jaśnie pan idzie — szepnął nagle Piotr.
Bazarow  podniósł  głowę  i  ujrzał  Pawła  Pietrowicza.  Ubrany  w  lekki

kraciasty surdut i białe jak śnieg pantalony, szedł szybko drogą; pod pachą niósł
skrzynkę owiniętą w zielone sukno.

—  Zechce  mi  pan  wybaczyć,  że  kazałem  na  siebie  czekać  —  powiedział

kłaniając się naprzód Bazarowowi, potem zaś Piotrowi, w którym w owej chwili
szanował jak gdyby sekundanta. — Nie chciałem budzić mojego kamerdynera.

— Nic nie szkodzi — odparł Bazarow — przyszliśmy dopiero przed chwilą.
— Ach,  tak?  Tym  lepiej.  —  Paweł  Pietrowicz  rozejrzał  się  wokół.  —  Nie

widać nikogo, nikt nam nie przeszkodzi... Możemy zaczynać? — Dobrze.

— Przypuszczam, że nie żąda pan nowych wyjaśnień.
— Nie.
—  Czy  zechce  pan  nabić  pistolety?  —  zapytał  Paweł  Pietrowicz  wyjmując

broń ze skrzynki.

—  Nie,  proszę,  niech  pan  nabije,  a  ja  będę  odmierzał  kroki.  Mam  dłuższe

nogi — dodał Bazarow z uśmiechem. — Raz, dwa, trzy...

—  Eugeniuszu  Wasiliczu  —  z  wysiłkiem  wyjąkał  Piotr  (trząsł  się  jak  w

febrze) — jeśli taka pańska łaska, ja sobie odejdę na bok.

— Cztery... pięć... Odejdź, bratku, odejdź; możesz nawet stanąć za drzewem i

zatkać uszy, tylko nie zamykaj oczu; jeśli który z nas upadnie, biegnij na pomoc.
Sześć... siedem... osiem... — Bazarow przystanął. — Dosyć? — rzekł zwracając
się do Pawła Pietrowicza. — Czy też dodać jeszcze dwa kroki?

— Jak pan sobie życzy — powiedział tamten ładując drugi nabój.
—  Dodamy  zatem  jeszcze  dwa  kroki.  —  Bazarow  końcem  buta  zaznaczył

linię.  —  Oto  bariera. Ale  właśnie:  na  ile  kroków  od  bariery  mamy  odejść?  To
także ważne zagadnienie. Wczoraj nie mówiliśmy o tym.

—  Myślę,  że  na  dziesięć  —  odparł  Paweł  Pietrowicz  podając  Bazarowowi

oba pistolety. — Raczy pan wybrać.

— Raczę. Przyzna pan, Pawle Pietrowiczu, że nasz pojedynek jest niezwykły,

niemal śmieszny? Niech pan tylko spojrzy na fizjonomię naszego sekundanta.

—  Pan  wciąż  ma  ochotę  żartować  —  odparł  Paweł  Pietrowicz.  —  Nie

przeczę,  że  nasz  pojedynek  jest  dziwny,  ale  uważam  za  swój  obowiązek
uprzedzić  pana,  że  mam  zamiar  pojedynkować  się  na  serio, A  bon  entendeur,

background image

salut

— O, nie wątpię, że postanowiliśmy zabić jeden drugiego, czemu jednak nie

pośmiać się trochę, nie połączyć utile dulci? Pan do mnie po francusku, a ja do
pana po łacinie.

— Będę się pojedynkował na serio — powtórzył Paweł Pietrowicz i ruszył

na swoje miejsce. Bazarow odliczył dziesięć kroków od bariery i stanął.

— Gotów pan? — zapytał Paweł Pietrowicz.
— Najzupełniej.
— Możemy zaczynać. Bazarow powoli zaczął iść naprzód. Paweł Pietrowicz
ruszył  na  niego  włożywszy  lewą  rękę  do  kieszeni  i  stopniowo  unosząc  lufę

pistoletu...  „Mierzy  mi  prosto  w  nos  —  pomyślał  Bazarow  —  jak  ten  zbój
starannie  celuje!  Doprawdy,  nieprzyjemne  wrażenie.  Będę  patrzył  na  łańcuszek
jego  zegarka..."  Goś  ostro  bzyknęło  koło  ucha  Bazarowa  i  w  tej  samej  chwili
rozległ się wystrzał. „Słyszałem, więc nic się nie stało" — przemknęło mu przez
myśl. Zrobił jeszcze jeden krok i nie celując nacisnął cyngiel. Paweł Pietrowicz
drgnął  lekko  i  chwycił  się  ręką  za  udo.  Strużka  krwi  pociekła  po  jego  białych
spodniach.

Bazarow rzucił pistolet i zbliżył się do swego przeciwnika.
— Pan jest ranny? — spytał.
—  Miał  pan  prawo  wezwać   mnie  do  bariery  —  odezwał  się  Paweł

Pietrowicz.  —  Nic  mi  nie  jest.  Według  warunków  każdy  ma  jeszcze  po  jednym
strzale.

—  No,  wybaczy  pan,  zostawimy  to  na  drugi  raz  —  odparł  Bazarow  i

podtrzymał  Pawła  Pietrowicza,  który  stawał  się  coraz  bledszy.  —  Teraz  nie
jestem  pojedynkowiczem,  tylko  lekarzem,  i  muszę  przede  wszystkim  obejrzeć
pańską ranę. Piotrze! Chodź tutaj! Gdzieś się schował?

—  Wszystko  to  głupstwo...  Nie  trzeba  mi  niczyjej  pomocy  —  rzekł  powoli

Paweł Pietrowicz — i... trzeba... znów... — Chciał podkręcić wąsa, ale ręka mu
osłabła, oczy stanęły w słup i stracił przytomność.

— A to dopiero! Omdlenie! Dlaczego?! — mimo woli wykrzyknął Bazarow

kładąc  Pawła  Pietrowicza  na  trawę.  —  Zobaczymy,  co  to  takiego.  —  Wyjął
chustkę,  otarł  krew  i  pomacał  udo  zemdlonego.  —  Kość  cała  —  mruczał  przez
zęby  —  kula  przeszła  płytko,  na  wylot,  tylko  jeden  muskuł, vastus  externus,
szarpnięty.  Za  trzy  tygodnie  będzie  mógł  tańczyć!...  Omdlenie!  Och,  ci  nerwowi
ludzie. I taka cienka skóra.

— Jaśnie pan zabity? — rozległ się za jego plecami drżący głos Piotra.
Bazarow obejrzał się.
— Biegnij szybko po wodę, bratku, przeżyje ciebie i mnie.
Ale  zdawało  się,  że  sługa  doskonały  nie  rozumie  jego  słów,  nie  ruszał  się

bowiem  z  miejsca.  Paweł  Pietrowicz  powoli  otworzył  oczy.  —  Umiera!  —
szepnął Piotr i zaczął się żegnać.

— Ma pan rację... Jaka głupia fizjonomia — rzekł z wymuszonym uśmiechem

ranny dżentelmen.

— Idźże po wodę, do diabła! — krzyknął Bazarow.

background image

—  Nie  trzeba...  To  chwilowy  vertige...  Niech  mi  pan  pomoże  usiąść...  O,

tak!... Trzeba tylko czymkolwiek przewiązać zadraśnięcie, dojdę do domu pieszo
albo  można  po  mnie  przysłać  linijkę.  Jeśli  pan  się  zgadza,  nie  będziemy
kontynuowali pojedynku. Postąpił pan szlachetnie... dzisiaj, tylko dzisiaj, proszę
pamiętać.

— Przeszłości nie ma co wspominać — rzekł Bazarow.— Jeśli zaś mowa o

przyszłości,  to  też  nie  warto  sobie  łamać  głowy,  ponieważ  mam  zamiar
natychmiast się stąd ulotnić. Proszę pozwolić, przewiążę panu nogę; rana nie jest
niebezpieczna, lepiej jednak zatamować krew. Ale najpierw muszę doprowadzić
do przytomności tego śmiertelnika.

Bazarow potrząsnął Piotrem i kazał mu iść po linijkę.
— Uważaj, nie przestrasz mi brata — powiedział Paweł Pietrowicz — żeby

ci nie przyszło do głowy o czymś mu mówić.

Piotr  pobiegł  co  sił;  przez  ten  czas  obaj  przeciwnicy  siedzieli  na  ziemi  i

milczeli.  Paweł  Pietrowicz  starał  się  nie  patrzeć  na  Bazarowa:  mimo  wszystko
nie chciał się z nim pogodzić; wstyd mu było swej wyniosłości, niepowodzenia
całej  wszczętej  przez  siebie  sprawy,  chociaż  czuł,  że  pomyślniej  zakończyć  się
nie  mogła.  „Przynajmniej  nie  będzie  tu  sterczał  —  uspokajał  siebie  —  dobre  i
to." Trwało ciężkie i niezręczne milczenie. Obaj czuli się nieswojo. Każdy z nich
zdawał sobie sprawę, że rozumieją się wzajemnie. Ta świadomość miła jest dla
przyjaciół, ale zgoła nieprzyjemna dla przeciwników, zwłaszcza wtedy, kiedy nie
można ani się porozumieć, ani rozejść.

—  Czy  nie  przewiązałem  panu  nogi  zbyt  mocno?  —  zapytał  wreszcie

Bazarow.

—  Nie,  doskonale  —  odparł  Paweł  Pietrowicz  i  po  chwili  dodał:  —  Brata

nie  da  się  oszukać,  trzeba  mu  będzie  powiedzieć,  że  posprzeczaliśmy  się  o
politykę.

— Doskonale — rzekł Bazarow. — Może pan powiedzieć, że wymyślałem na

wszystkich anglomanów.

—  Świetnie.  Jak  pan  przypuszcza,  co  myśli  o  nas  teraz  ten  człowiek?  —

ciągnął  dalej  Paweł  Pietrowicz  wskazując  tego  samego  chłopa,  który  na  kilka
minut przed pojedynkiem pędził obok Bazarowa spętane konie, a teraz wracając
zboczył  z drogi i zdjął czapkę na widok „panów".

—  Któż  to  może  wiedzieć!  —  odparł  Bazarow.  —  Najprawdopodobniej

wcale nie myśli. Rosyjski chłop to ów tajemniczy nieznajomy, o którym ongi tyle
mówiła pani Radcliffe. Kto go zrozumie? Przecież on sam siebie nie rozumie.

— Ach,  więc  pan...  —  zaczął  Paweł  Pietrowicz  i  nagle  zawołał:  —  Spójrz

pan, co ten pański głupi Piotr narobił! Przecież to mój brat tu jedzie.

Bazarow odwrócił się i ujrzał bladą twarz Mikołaja Pietrowicza siedzącego

na linijce. Wyskoczył, zanim się zatrzymała, i podbiegł do brata.

—  Co  to  znaczy?  —  spytał  wzburzony.  —  Na  miłość  boską,  Eugeniuszu

Wasiliczu, co się stało?

— Nic się nie stało — odpowiedział Paweł Pietrowicz. — Niepotrzebnie cię

niepokojono.  Posprzeczaliśmy  się  trochę  z  panem  Bazarowem  i  musiałem  za  to

background image

zapłacić.

— Jakże do tego przyszło, Boże drogi?
—  Widzisz,  pan  Bazarow  wyraził  się  pogardliwie  o  sir  Robercie  Peelu.

Spieszę dodać, że sam ponoszę całkowitą winę; pan  Bazarow  zachował  się  bez
zarzutu. Wyzwałem go.

— Zlituj się, ty przecie broczysz krwią! — Przypuszczałeś może, że mam w

żyłach wodę? Takie puszczenie krwi dobrze mi nawet zrobi. Prawda, doktorze?
Pomóż mi wsiąść na linijkę i nie oddawaj się melancholii. Jutro będę zdrów. O
tak,  doskonale.  Stangret,  jazda!  Mikołaj  Pietrowicz  poszedł  za  linijką.  Bazarow
został nieco w tyle...

— Muszę pana prosić, żeby zechciał pan zająć się bratem — zwrócił się do

niego Mikołaj Pietrowicz — zanim nie przyjedzie z miasta inny lekarz.

Bazarow w milczeniu schylił głowę.
W  godzinę  później  Paweł  Pietrowicz  leżał  już  w  łóżku  z  umiejętnie

zabandażowaną  nogą.  W  całym  domu  zapanował  popłoch;  Fieniczce  zrobiło  się
słabo.  Mikołaj  Piętrowicz  cichaczem  załamywał  ręce.  Paweł  Pietrowicz  zaś
śmiał się i żartował, zwłaszcza z Bazarowem; włożył cienką batystową koszulę,
elegancką  poranną  kurtkę  i  czapeczkę,  nie  pozwolił  zapuścić  stor  na  okna  i
zabawnie skarżył się na przymusową dietę.

W  nocy  dostał  jednak  gorączki;  rozbolała  go  głowa.  Z  miasta  przyjechał

doktor. (Mikołaj Pietrowicz nie usłuchał brata, zresztą życzył  sobie tego również
Bazarow, który żółty i zły, przez cały dzień siedział w swoim pokoju i tylko na
chwilę  wpadał  do  chorego;  dwa  razy  spotkał  Fieniczkę,  ale  ona  z  przerażeniem
od  niego  uciekła.)  Nowy  doktor  zalecił  chłodzące  napoje  i  potwierdził  opinię
Bazarowa, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Mikołaj Pietrowicz powiedział
mu,  że  brat  zranił  się  wskutek  własnej  nieostrożności,  na  co  doktor  odparł:
„Hm!", ale otrzymawszy natychmiast dwadzieścia pięć rubli srebrem, rzekł:

— Tak, tak. Doprawdy, takie rzeczy  często się zdarzają.
Nikt w domu nie kładł się i nie rozbierał. Mikołaj Pietrowicz wciąż wchodził

na  palcach  do  brata  i  tak  samo  cichutko  stamtąd  wychodził;  Paweł  Pietrowicz
drzemał, z lekka pojękiwał, mówił po francusku: „Couchez-vous" i  prosił,  żeby
mu  dano  pić.  Raz  Mikołaj  Pietrowicz  kazał  Fieniczce,  by  podała  mu  szklankę
lemoniady; Paweł Pietrowicz popatrzył uważnie na Fieniczkę i wypił szklankę do
dna.  Nad  ranem  gorączka  się  podniosła,  chory  zaczął  trochę  majaczyć.  Naprzód
mówił słowa bez związku, potem nagle otworzył oczy i zobaczywszy przy swoim
łóżku  troskliwie  nad  sobą  pochylonego  brata  rzekł:  —  Mikołaju,  prawda,  że
Fieniczka podobna jest do Nelly?

— Do jakiej Nelly, Pasza?
— Jak to, nie wiesz? Do księżny R. Zwłaszcza górna część twarzy. C'est  de

la meme familie.

Mikołaj  Pietrowicz  nic  nie  odpowiedział  i  w  głębi  duszy  zdziwił  się,  jak

trwałe są dawne uczucia w człowieku.

„Że też w takiej chwili mu się to przypomniało!" — pomyślał.
— Ach,  jakże  kocham  tę  pustą  istotę!  —  jęknął  Paweł  Pietrowicz,  smętnie

background image

zakładając ręce pod głowę. — Nie ścierpię, aby jakiś zuchwalec śmiał dotknąć...
— mamrotał w kilka chwil potem.

Mikołaj Pietrowicz westchnął; nie podejrzewał nawet, do kogo odnoszą się te

słowa.

Bazarow  zjawił  się  u  niego  nazajutrz  o  ósmej.  Załatwił  już  swoje  sprawy  i

wypuścił na wolność wszystkie żaby, owady i ptaki.

— Pan przyszedł się ze mną pożegnać? — spytał Mikołaj Pietrowicz wstając.
— Tak.
—  Rozumiem  pana  i  pochwalam  pańską  decyzję.  Mój  biedny  brat  jest  bez

wątpienia winien; został też ukarany. Mówił mi, że zachował się tak, iż nie mógł
pan inaczej postąpić. Wierzę, że nie mógł pan uniknąć tego pojedynku, który... w
pewnym stopniu można wytłumaczyć stałym antagonizmem waszych wzajemnych
poglądów.  (Mikołaj  Pietrowicz  plątał  się  nieco  w  słowach.)  Mój  brat  jest
człowiekiem dawnego pokroju, zapalczywym i upartym... Bogu dzięki, że na tym
się skończyło... Zrobiłem wszystko, by uniknąć rozgłosu...

—  Zostawię  panu  swój  adres  na  wypadek,  gdyby  się  coś  stało  —  zauważył

niedbale Bazarow.

—  Mam  nadzieję,  że  nic  się  nie  stanie,  Eugeniuszu  Wasiliewiczu...  Bardzo

żałuję, że pański pobyt w moim domu tak... tak się zakończył. Martwi mnie to tym
bardziej, że Arkadiusz...

—  Prawdopodobnie  go  zobaczę  —  rzekł  Bazarow,  w  którym  wszelkiego

rodzaju  „wyjaśnienia"  i  „oświadczenia"  zawsze  budziły  niecierpliwość.  —  W
przeciwnym razie proszę mu przekazać ukłony i przyjąć wyrazy żalu.

— Ja także proszę... — odparł z ukłonem Mikołaj Pietrowicz. Ale Bazarow

nie czekał, aż skończy zdanie, i wyszedł.

Dowiedziawszy  się  o  zamierzonym  wyjeździe  Bazarowa  Paweł  Pietrowicz

oświadczył, że chce go zobaczyć i uścisnął mu dłoń. Ale Bazarow pozostał zimny
jak  lód;  rozumiał,  że  Paweł  Pietrowicz  chciał  się  okazać  wspaniałomyślny.  Z
Fieniczką nie udało mu się pożegnać; wymienił z nią tylko spojrzenia przez okno.
Jej twarz wydała mu się smutna. „Źle z nią! — rzekł do siebie. — No, jakoś się
wykaraska!"  Piotr  natomiast  rozczulił  się  tak,  że  płakał  na  jego  ramieniu,  aż
Bazarow  musiał  przywołać  go  do  porządku  oświadczając,  że  mazgaj  z  niego,  i
kwita.  Duniasza  uciekła  do  zagajnika,  aby  ukryć  swoje  wzruszenie.  Winowajca
tych wszystkich nieszczęść wsiadł na bryczkę, zapalił cygaro i kiedy na czwartej
wiorście  po  raz  ostatni  oczom  jego  ukazała  się  rozwinięta  w  jednej  linii
posiadłość  Kirsanowów  i  nowo  wzniesiony  dwór,  splunął  tylko  i  mrucząc:
„Przeklęte paniczyki", mocniej otulił się szynelem.

Paweł  Pietrowicz  niebawem  poczuł  się  lepiej;  ale  w  łóżku  wypadło  mu

przeleżeć około tygodnia. Swoją, jak powiadał, niewolę znosił dość cierpliwie,
tylko  za  bardzo  zajmował  się  toaletą  i  wciąż  kazał  rozpylać  w  pokoju  wodę
kolońską. Mikołaj Pietrowicz czytał mu czasopisma; Fieniczką usługiwała mu jak
przedtem, przynosiła bulion, lemoniadę, jajka na miękko, herbatę; ale za każdym
razem,  kiedy  wchodziła  do  pokoju,  ogarniał  ją  skryty  lęk.  Nieoczekiwany
postępek Pawła Pietrowicza przestraszył w domu wszystkich, ją zaś najbardziej;

background image

jeden  tylko  Prokoficz  nie  stracił  kontenansu  i  tłumaczył,  że  za  jego  czasów
panowie też do siebie strzelali, „ale tylko szlachetnie urodzeni panowie, a takim
chłystkom kazaliby za zuchwalstwo złupić skórę w stajni".

Fieniczką  prawie  nie  miała  wyrzutów  sumienia;  ale  od  czasu  do  czasu

męczyła  ją  myśl  o  prawdziwej  przyczynie  pojedynku;  Paweł  Pietrowicz  patrzył
zresztą na nią tak dziwnie... że nawet odwracając się do niego plecami, czuła na
sobie jego spojrzenie. Schudła z tego ciągłego wewnętrznego  niepokoju  i  jak  to
się często zdarza, stała się jeszcze ładniejsza.

Pewnego  razu  —  rzecz  działa  się  z  rana  —  Paweł  Pietrowicz  czuł  się  już

dobrze i przeszedł z łóżka na kanapę, Mikołaj Pietrowicz zaś zapytawszy o jego
zdrowie  udał  się  na  gumno.  Fieniczka  przyniosła  filiżankę  herbaty,  postawiła  ją
na stoliku i chciała odejść. Paweł Pietrowicz zatrzymał ją.

—  Dokąd  pani  tak  śpieszy,  Fiedosjo  Nikołajewno  —  zaczął  —  czy  pani

zajęta?

—  Nie...  Tak...  Muszę  nalewać  herbatę.  —  Duniasza  naleje  sama;  niechże

pani troszeczkę posiedzi przy chorym. Zresztą chcę z panią pomówić. Fieniczka
w milczeniu usiadła na brzeżku fotela.

—  Od  dawna  już  —  zaczął  Paweł  Pietrowicz  szarpiąc  wąsa  —  chciałem

zapytać: czy pani się mnie boi?

— Ja?
— Tak, pani. Patrzy pani na mnie tak, jakby pani miała nieczyste sumienie.
Fieniczka  zaczerwieniła  się,  ale  spojrzała  na  Pawła  Pietrowicza.  Wydał  się

jej dziwny i serce w niej leciutko zadrżało.

—  Przecież  ma  pani  czyste  sumienie?  —  zapytał.  —  Czemuż  by  miało  być

inaczej?  —  szepnęła.  —  Któż  to  może  wiedzieć!  Zresztą  wobec  kogo  mogłaby
pani  zawinić?  Wobec  mnie?  Trudno  uwierzyć.  Wobec  innych  domowników?
Również nieprawdopodobne. Czyżby wobec brata? Przecież go pani kocha?

— Kocham.
— Z całego serca, z całej duszy?
—  Kocham  Mikołaja  Pietrowicza  z  całego  serca.  —  Naprawdę?  Spójrz  na

mnie,  Fieniczka  (nazwał  ją  tak  po  raz  pierwszy...).  Wiesz,  kłamstwo  to  wielki
grzech!

—  Nie  kłamię,  Pawle  Pietrowiczu.  Jeślibym  nie  kochała  Mikołaja

Pietrowicza,  nie  miałabym  po  co  żyć!  —  I  nie  zamienisz  go  na  nikogo?  —  Na
kogóż miałabym go zamienić?

— Kto to może wiedzieć! Chociażby na tego pana, który stąd odjechał.
Fieniczka wstała.
—  Boże  mój,  dlaczego  pan  mnie  męczy,  Pawle  Pietrowiczu?  Co  panu

zrobiłam? Jak pan może tak mówić?

—  Fieniczka  —  rzekł  smutnym  głosem  Paweł  Pietrowicz  —  przecież  ja

widziałem...

— Co pan widział?
— Tam... w altance.
Fieniczka zapłoniła się aż po uszy.

background image

— Cóż ja jestem temu winna? — zapytała z wysiłkiem. — Nie jesteś winna?

Nie? Ani trochę?

— Kocham tylko Mikołaja Pietrowicza i zawsze go będę kochała! — rzekła z

nieoczekiwaną siłą i szloch ścisnął jej gardło. — O tym, co pan widział, nawet
na  Sądzie  Ostatecznym  powiem,  że  nie  byłam  winna,  i  lepiej,  żebym  zaraz
umarła,  jeśli  może  mnie  ktoś  o  takie  rzeczy  podejrzewać,  że  ja  wobec  mojego
dobroczyńcy Mikołaja Pietrowicza...

Ale  tutaj  głos  odmówił  jej  posłuszeństwa  i  w  tej  samej  chwili  poczuła,  że

Paweł Pietrowicz chwycił i ścisnął jej rękę... Spojrzała  na  niego  i  skamieniała.
Był  jeszcze  bledszy  niż  przedtem;  oczy  mu  błyszczały,  ale  co  najdziwnięjsza,
wielka łza toczyła się po jego policzku.

—  Fieniczka!  —  powiedział  jakimś  dziwnym  szeptem.  —  Kochaj,  kochaj

mojego  brata!  To  taki  dobry,  prawy  człowiek.  Nie  zdradź  go  dla  nikogo  w
świecie. Nie słuchaj niczyich słów! Pomyśl, czy może być coś okropniejszego niż
kochać i nie być kochanym! Nie porzucaj nigdy niego biednego Mikołaja!

Zdumienie  Fieniczki  było  tak  wielkie,  że  w  mgnieniu  oka  obeschły  jej  łzy  i

minął  strach.  Ale  co  poczuła,  kiedy  Paweł  Pietrowicz,  sam  Paweł  Pietrowicz,
przycisnął  usta  do  jej  ręki  i  przywarł  do  niej  nie  całując,  a  tylko  z  rzadka
spazmatycznie wzdychając... ,,Boże! — pomyślała. — Czy to nie atak?..."

W owej właśnie chwili zadrżało w nim całe jego zmarnowane życie.
Schody zaskrzypiały... Ktoś szedł szybko... Odepchnął ją od siebie i opadł na

poduszki.  Otworzyły  się  drzwi  i  wszedł  Mikołaj  Pietrowicz,  zarumieniony  i
wesoły.  Mitia,  tak  samo  rumiany  i  wesoły  jak  ojciec,  w  samej  tylko  koszulce,  -
podskakiwał  na  jego  rękach,  zaczepiając  gołymi  nóżkami  o  wielkie  guziki  jego
wiejskiego płaszcza.

Fieniczka  pobiegła  ku  nim  i  objąwszy  ich  rakami,  przytuliła  głowę  do

ramienia Mikołaja Pietrowicza. Zdziwił się: wstydliwa, skromna Fieniczka nigdy
nie tuliła się do niego w obecności innych.

— Co się stało? — rzekł i spojrzawszy na brata podał jej dziecko. — Czujesz

się gorzej? — zapytał podchodząc do Pawła Pietrowicza.

Tamten zakrył twarz batystową chustką.
— Nie... tak... nic... Przeciwnie, znacznie mi lepiej.
— Niepotrzebnie przeniosłeś się na kanapę. Dokąd idziesz? — dodał Mikołaj

Pietrowicz  zwracając  się  do  Fieniczki,  ale  ona  zamknęła  już  za  sobą  drzwi.  —
Przyniosłem  ci  mojego  zucha;  zatęsknił  do  stryja.  Czemu  go  zabrała? Ale  co  ci
jest? Czy coś się stało?

— Bracie! — uroczyście rzekł Paweł Pietrowicz.
Mikołaj Pietrowicz drgnął. Nie wiadomo dlaczego ogarnął go lęk.
— Bracie — powtórzył Paweł Pietrowicz. — Daj mi słowo, że spełnisz moją

prośbę.

— Jaką prośbę? Mów.
—  To  sprawa  bardzo  poważna;  według  mnie,  od,  tego  zależy  całe  twoje

szczęście. Ostatnimi czasy, wiele myślałem o tym, co chcę ci teraz powiedzieć...
Bracie, spełnij swój obowiązek, obowiązek uczciwego i szlachetnego człowieka,

background image

przestali siać zgorszenie i dawać zły przykład — ty, najlepszy z ludzi.

Co chcesz powiedzieć, Pawle?
— Ożeń się z Fieniczka... Ona ciebie kocha, jest matką twego syna.
Mikołaj Pietrowicz odstąpiona krokwi klasnął w dłonie.
   Ty  to  mówisz,  Pawle?  Ty,  którego  zawsze  uważałem  za  najbardziej

nieubłaganego przeciwnika podobnych małżeństw? Ty to mówisz! Czy nie wiesz,
że  tylko  z  szacunku  dla  ciebie  nie  wypełniłem  tego,  co  tak  słusznie  nazywasz
moim obowiązkiem?

—  Niepotrzebnie  zatem  liczyłeś  się  ze  mną  —  rzekł  ze  smutnym  uśmiechem

Paweł  Pietrowicz.  —  Powoli  dochodzę  do  wniosku,  że  Bazarow  miał  rację
zarzucając mi arystokratyzm. Nie, drogi bracie, dosyć już tych fochów i oglądania
się na wielki świat; jesteśmy ludzie starzy i spokojni; czas wyzbyć się wszelkiej
próżności.  Zacznijmy  właśnie  tak,  jak  powiadasz,  spełniać  nasz  obowiązek,  a
jeszcze osiągniemy szczęście.

Mikołaj Pietrowicz zaczął ściskać brata.
—  Otworzyłeś  mi  do  reszty  oczy!  —  zawołał.  —  Nie  na  próżno  zawsze

twierdziłem,  że  jesteś  najlepszym  i  najmądrzejszym  człowiekiem  na  świecie;  a
teraz widzę, że jesteś równie rozsądny, jak wspaniałomyślny.

—  Spokojnie,  spokojnie  —  przerwał  mu  Paweł  Pietrowicz.  —  Żebyś  nie

uraził  nogi  twego  rozsądnego  brata,  który  mając  już  pod  pięćdziesiątkę
pojedynkował  się  niczym  podchorąży.  A  więc  rzecz  postanowiona:  Fieniczka
będzie moją... belle-soeur.

— Drogi mój Pawle! Ale co powie Arkadiusz?
—  Arkadiusz?  Przecież  on  zatriumfuje!  Małżeństwa  nie  uznaje,  ale  to  mile

pogłaszcze jego poczucie równości. Doprawdy, jakież mogą być kasty au  dix 
neuvieme siecle?

— Ach, Pawle, Pawle! Pozwól, że pocałuję cię raz jeszcze. Nie bój się, będę

ostrożny.

Bracią uścisnęli się.
— Jak myślisz, czy należy jej zaraz powiedzieć o twoim zamiarze? — zapytał

Paweł Pietrowicz.

—  Po  co  się  śpieszyć?  —  zaoponował  Mikołaj.  Pietrowicz.  —  Czyś  z  nią

rozmawiał?

— Ja? Quelle idée!
—  No,  to  doskonale.  Przede  wszystkim  wracaj  do  zdrowia,  tamto  nam  nie

ucieknie. Trzeba dobrze się zastanowić, obmyślić.

— Ale jesteś zdecydowany?
—  Oczywiście,  i  dziękuję  z  całego  serca.  Teraz  cię  zostawię;  musisz

odpocząć;  każde  wzruszenie  ci  szkodzi.  Pomówimy  jeszcze  o  tym.  Zaśnij,  mój
drogi, i niechaj ci Bóg da zdrowie!

„Za co on mi tak dziękuje? — pomyślał Paweł Pietrowicz, gdy został sam. —

Przecież  to  tylko  od  niego  zależało.  Ja  zaś,  gdy  tylko  się  ożeni,  wyjadę  gdzieś
daleko, do Drezna albo do Florencji, i będę tam mieszkał, póki nie zdechnę."

Zwilżył  sobie  czoło  wodą  kolońską  i  zamknął  oczy.  Jego  piękna,  wychudła

background image

głowa,  oświetlona  jasnym  blaskiem  dnia,  spoczywała  na  białej  poduszce  jak
głowa umarłego... I w samej rzeczy — był jak umarły.

background image

XXV

W  Nikolskoje,  w  ogrodzie,  pod  cienistym,  wysokim  jesionem  siedzieli  na

ławeczce z darni Katia i Arkadiusz; obok nich na ziemi leżała  Fifi, która ułożyła
swe  długie  ciało  w  owej  pięknej  pozycji  zwanej  przez  myśliwych  „zajęczą".
Arkadiusz  i  Katia  milczeli;  on  trzymał  w  rękach  na  wpół  otwartą  książkę,  ona
wyjmowała  z  koszyka  pozostałe  okruszynki  bułki  i  rzucała  je  kilku  wróblom,
które z właściwym sobie tchórzliwym zuchwalstwem skakały i świergotały tuż u
jej  nóg.  Lekki  wiatr,  szeleszcząc  wśród  liści  jesionu,  powoli  przesuwał  tam  i  z
powrotem  po  ciemnej  ścieżce  i  żółtym  grzbiecie  Fifi  bladozłote  plamy  światła;
głęboki  cień  padał  na  Arkadiusza  i  Katię;  niekiedy  tylko  w  jej  włosach
rozbłyskiwało jasne pasemko. Oboje milczeli; lecz właśnie w tym, jak milczeli i
siedzieli  obok  siebie,  widać  było  pełną  wzajemnego  zaufania  bliskość;  każde  z
nich  jak  gdyby  nie  myślało  o  swoim  sąsiedzie,  ale  w  głębi  duszy  radowało  się
jego obecnością. Twarze ich zmieniły się od tego czasu, kiedy widzieliśmy ich po
raz  ostatni:  Arkadiusz  wydawał  się  spokojniejszy,  Katia  bardziej  ożywiona  i
śmielsza.

—  Czy  pani  nie  uważa  —  zaczął  Arkadiusz  —  że  jesion  ma  w  rosyjskim

trafną nazwę: żadne z drzew tak lekko i jasno nie rysuje się w powietrzu.

Katia podniosła oczy i powiedziała: „Tak", Arkadiusz zaś pomyślał: „Ona nie

robi mi zarzutów, że wyrażam się pięknie."

—  Nie  lubię  Heinego  —  rzekła  Katia  wskazując  wzrokiem  książkę,  którą

Arkadiusz  trzymał  w  ręku  —  ani  kiedy  się  śmieje,  ani  kiedy  płacze;  lubię  go,
kiedy jest zadumany i smutny.

— A ja lubię, kiedy się śmieje — zauważył Arkadiusz.
— To są jeszcze ślady pańskich dawnych satyrycznych upodobań... („Dawne

ślady!  —  pomyślał  Arkadiusz  —  gdyby  Bazarow  to  słyszał!")  Ale  proszę
poczekać, już my pana przerobimy.

— Któż mnie przerobi? Pani?
—  Kto?  Siostra;  Porfiriusz  Płatonowicz,  z  którym  pan  się  już  nie  kłóci;

ciocia, którą pan onegdaj odprowadził do cerkwi.

— Przecież nie mogłem odmówić! Jeśli zaś mowa o Annie Siergiejewnie, to

w wielu sprawach, jak pani pamięta, zgadzała się z Eugeniuszem.

— Siostra była wówczas pod jego wpływem, tak samo jak pan.
— Jak ja! Czy pani nie spostrzegła, że już uwolniłem się od jego wpływu?
Katia nie odpowiedziała.
— Wiem — ciągnął dalej Arkadiusz — że om nigdy się pani nie podobał.
— Nie mogę o nim wydawać sądu.
—  Wie  pani  co,  Katarzyno  Siergiejewno?  Kiedy  słyszę  taką  odpowiedź,

nigdy jej nie wierzę... Nie ma człowieka, o którym nie moglibyśmy wydać sądu!
To po prostu wykręt.

— Powiem panu zatem, że on... nie żeby mi się nie podobał, ale czuję, że jest

mi obcy, że ja jestem mu obca... i że pan też jest mu obcy. — Dlaczego?

— Jakby to powiedzieć?... To drapieżnik, my zaś jesteśmy oswojeni.

background image

— Ja także? Katia skinęła głową. Arkadiusz podrapał się za uchem.
—  Katarzyno  Siergiejewno,  przecież,  prawdę  mówiąc,  to  określenie  jest

obraźliwe.

— Czyżby pan chciał być drapieżny?
— Nie, ale silny, energiczny.
—  Tego  nie  można  chcieć...  Pański  przyjaciel  na  przykład  tego  nawet  nie

chce, ale to w nim jest.

— Hm! Więc pani przypuszcza, że miał wielki wpływ na Annę Siergiejewnę?
—  Tak.  Ale  nad  nią  nikt  długo  nie  może  mieć  przewagi  —  dodała  Katia

półgłosem.

— Dlaczego pani tak myśli?
—  Jest  bardzo  dumna...  Nie,  nie  to  nawet  chciałam  powiedzieć...  Po  prostu

bardzo ceni swoją niezależność.

— Któż jej nie ceni? — zapytał Arkadiusz, lecz natychmiast przemknęło mu

przez  myśl:  „Ale  na  co  właściwie  niezależność?  —  „Na  co  właściwie
niezależność?"  —  pomyślała  także  Katia.  Młodym  ludziom,  którzy  często
przebywają  ze  sobą  i  są  w  przyjaźni,  nieustannie  przychodzą  do  głowy  te  same
myśli.

Arkadiusz uśmiechnął się i przysunąwszy się nieco do Kati, rzekł szeptem:
— Proszę się przyznać, że pani trochę się jej boi?
— Kogo?
— Jej — z naciskiem powtórzył Arkadiusz.
— A pan? — spytała z kolei Katia.
— Ja także; proszę zauważyć, że powiedziałem: ja także.
Katia pogroziła mu palcem.
—  Dziwi  mnie  to  —   zaczęła.  —  Siostra  nigdy  nie  była  tak  przyjaźnie  do

pana  usposobiona  jak  teraz;  znacznie  bardziej  niż  w  czasie  pana  pierwszego
pobytu.

— Ach tak!
— Pan tego nie zauważył? Nie cieszy to pana? Arkadiusz zamyślił się.
—  Czym  mogłem  sobie  zasłużyć  na  przychylność Anny  Siergiejewny?  Może

tym, że przywiozłem listy waszej matki?

— To także, ale są i inne powody, o których nie powiem.
— Dlaczego? — Nie powiem.
— O! Wiem, że pani jest bardzo uparta. — Jestem uparta.
— I spostrzegawcza. Katia z boku spojrzała na Arkadiusza.
— Może to pana gniewa? O czym pan myśli?
— Myślę o tym, skąd pani ma tę spostrzegawczość. Pani jest tak płochliwa i

nieufna; pani stroni od ludzi...

— Wiele przebywałam sama; wtedy mimo woli zaczyna się myśleć. Czyżbym

stroniła od wszystkich? Arkadiusz spojrzał na nią z wdzięcznością.

— Dobrze — ciągnął dalej — lecz ludzie w pani sytuacji, chcę powiedzieć, z

pani fortuną rzadko odznaczają się tą cechą; do nich jak do panujących, prawda z
trudem dociera.

background image

— Przecież nie jestem bogata.
Arkadiusz  zdziwił  się  i  nie  od  razu  zrozumiał,  co  powiedziała.

„Rzeczywiście,  przecież  majątek  należy  do  siostry!"  —  przyszło  mu  do  głowy;
myśl ta nie była dla niego przykra.

— Jak pani to ładnie powiedziała! — rzekł.
— Dlaczego?
—  Ładnie,  po  prostu,  bez  skrępowania  i  jakiejkolwiek  pozy.  Przypuszczam

zresztą,  iż  człowiek,  który  wie  i  mówi,  że  jest  biedny,  odczuwa  jakąś  fałszywą
dumę.

—  Dzięki  siostrze  nie  zaznałam  biedy;  wspomniałam  o  mojej  sytuacji

materialnej dlatego, że tak wypadło w rozmowie.

—  Tak,  ale  proszę  się  przyznać,  że  ma  pani  w  sobie  odrobinę  tej  dumy,  o

której teraz mówiłem.

— Na przykład?
—  Przecież  pani,  proszę  mi  wybaczyć  moje  pytanie,  przecież  pani  nie

wyszłaby za mąż za bogatego człowieka?

— Gdybym go bardzo kochała... Nie, zdaje się, że nawet wówczas też nie.
— Aha! Widzi pani! — zawołał Arkadiusz i po chwili dodał: — A dlaczego

nie wyszłaby pani za mąż w takim wypadku?

— Dlatego, że nawet w pieśni śpiewa się o nierównym małżeństwie.
— Może pani chce panować albo...
— O, nie! Na co mi to? Przeciwnie, gotowa jestem się podporządkować, ale

trudno znosić nierówność. Szanować się wzajemnie i słuchać, to szczęście; lecz
istnienie w ciągłej zależności... Nie, tego już nadto.

—  Tego  już  nadto  —  powtórzył Arkadiusz.  —  Tak,  tak  —  ciągnął  dalej  —

nie przypadkiem płynie w pani ta sama krew co w Annie Siergiejewnie; pani jest
równie samodzielna jak ona, tylko bardziej skryta. Jestem pewien, że pani za nic
pierwsza nie wyrazi swego uczucia, chociażby było wielkie i święte...

— Czy można inaczej? — zapytała Katia.
—  Jesteście  jednakowo  rozumne;  pani  ma  tyle  samo,  jeśli  nie  więcej,

charakteru co siostra...

— Proszę, niech mnie pan nie porównuje z siostrą — szybko przerwała Katia

—  zbyt  to  dla  mnie  niekorzystne.  Pan  jakby  zapomniał,  że  siostra  jest  piękna,
mądra i... zwłaszcza panu nie wypada mówić takich rzeczy, i to z taką poważną
miną.

— Co to znaczy: zwłaszcza panu — i z czego pani wnosi, że ja żartuję?
— Oczywiście, pan żartuje!
—  Pani  jest  pewna?  A  jeśli  jestem  przekonany  o  tym,  co  mówię?  Jeśli

uważam, że jeszcze nie dość mocno się wyraziłem? — Nie rozumiem pana.

— 

Doprawdy? 

Teraz 

widzę, 

że 

zanadto 

wychwalałem 

pani

spostrzegawczość.

— Jak to?
Arkadiusz  nic  nie  odpowiedział  i  odwrócił  się,  a  Katia  wygrzebała  z

koszyczka  jeszcze  kilka  okruszynek  i  rzuciła  je  wróblom;  lecz  ruch  jej  ręki  był

background image

zbyt gwałtowny i ptaszki uciekły.

—  Katarzyno  Siergiejewno!  —  rzekł  nagle  Arkadiusz  —  będzie  to  pani

zapewne obojętne, ale niechaj pani wie, że nie zamieniłbym pani nie tylko na jej
siostrę, ale na nikogo w świecie.

Wstał  i  szybko  odszedł,  jakby  przestraszywszy  się  słów,  które  mu  się

wymknęły.

Katia  opuściła  ręce  razem  z  koszyczkiem  na  kolana,  schyliła  głowę  i  długo

patrzyła  za  oddalającym  się  Arkadiuszem.  Powoli  na  jej  policzki  wystąpił
delikatny  rumieniec,  ale  na  ustach  nie  pojawiał  się  uśmiech,  a  ciemne  oczy
wyrażały zdumienie i jakieś inne jeszcze, nie nazwane uczucie.

—  Jesteś  sama?  —  rozległ  się  obok  niej  głos  Anny  Siergiejewny.  —

Wydawało mi się, że wyszłaś do ogrodu z Arkadiuszem.

Katia  bez  pośpiechu  spojrzała  na  siostrę  (która  wytwornie,  a  nawet

wyszukanie ubrana stała na ścieżce i końcem otwartej parasolki łaskotała Fifi w
uszy) i powoli rzekła:

— Jestem sama.
— Widzę to przecież — odpowiedziała tamta ze śmiechem — poszedł zatem

do siebie?

— Czytaliście razem?
— Tak.
Anna Siergiejewna wzięła Katię za podbródek i uniosła jej głowę.
— Mam nadzieję, żeście się nie pokłócili?
— Nie — rzekła Katia i spokojnie odsunęła rękę siostry.
—  Jak  uroczyście  odpowiadasz!  Myślałam,  że  znajdę  go  tutaj  i  wezmę  ze

sobą  na  spacer.  Wciąż  mnie  o  to  prosi.  Przywieziono  ci  buciki  z  miasta,  idź  je
przymierzyć; wczoraj już zauważyłam, że te, które nosisz, są całkiem zniszczone.
W ogóle nie dość się zajmujesz tymi sprawami, a masz takie śliczne nóżki! Ręce
też  masz  ładne...  tylko  duże:  trzeba  więc  urzekać  nóżkami.  Ale  cóż,  nie  jesteś
wcale kokietką!

Anna  Siergiejewna  poszła  dalej,  lekko  szeleszcząc  piękną  suknią;  Katia

wstała z ławeczki i wziąwszy tom Heinego odeszła także, lecz bynajmniej nie po
to, by mierzyć buciki.

„Śliczne nóżki — myślała, powoli i lekko wchodząc po rozgrzanych słońcem

kamiennych schodach tarasu — śliczne nóżki, powiada pani... Będzie więc leżał
u tych nóżek."

Ale natychmiast zrobiło jej się wstyd i szybko pobiegła na górę.
Arkadiusz szedł korytarzem do siebie; dopędził go ochmistrz anonsując, że w

jego pokoju czeka pan Bazarow.

—  Eugeniusz!  —  wybąkał  prawie  z  przestrachem Arkadiusz.  —  Czy  dawno

przyjechał?

—  W  tej  chwili  i  kazał  nie  anonsować  o  swoim  przybyciu  Annie

Siergiejewnie, tylko polecił, żeby go zaprowadzić do pana pokoju.

„Może  w  domu  zdarzyło  się  jakieś  nieszczęście?"  —  pomyślał  Arkadiusz,

szybko  wbiegł  po  schodach  i  otworzył  drzwi.  Widok  Bazarowa  natychmiast  go

background image

uspokoił,  chociaż  bardziej  doświadczone  oko  dostrzegłoby  zapewne  w
energicznej  jak  dawniej,  ale  wychudłej  postaci  nieoczekiwanego  gościa  oznaki
wewnętrznego  wzburzenia.  Siedział  na  parapecie  okna  w  zakurzonym  szynelu  i
czapce  na  głowie.  Nie  wstał  nawet  wtedy,  gdy Arkadiusz  z  głośnym  okrzykiem
rzucił mu się na szyję.

— Co za niespodzianka! Co cię tu sprowadza? — powtarzał krzątając się po

pokoju  jak  człowiek,  który  sam  sobie  wyobraża  i  chce  innym  okazać,  że  się
cieszy. — W domu wszystko w porządku, wszyscy zdrowi, prawda?

—  Wszystko  w  porządku,  ale  nie  wszyscy  zdrowi  —  rzekł  Bazarow.  —

Przestań trajkotać, każ mi przynieść kwasu, usiądź i posłuchaj, co ci powiem w
niewielu, ale. mam nadzieję, za to dość mocnych słowach.

Arkadiusz  przycichł,  i  Bazarow  opowiedział  mu  o  swoim  pojedynku  z

Pawłem  Pietrowiczem.  Arkadiusz  ogromnie  się  zdziwił,  a  nawet  zmartwił,  ale
nie uznał za stosowne tego okazać; zapytał tylko, czy rana stryja naprawdę nie jest
niebezpieczna,  i  otrzymawszy  odpowiedź,  że  rana  jest  bardzo  interesująca,  lecz
nie z punktu widzenia medycyny, uśmiechnął się z przymusem i poczuł nagle, że
zrobiło mu się przykro i wstyd. Bazarow jak gdyby go zrozumiał.

—  Tak,  bracie  —  powiedział  —  oto  skutki  obcowania  z  feudałami.  Sam

staniesz  się  feudałem  i  będziesz  brał  udział  w  rycerskich  turniejach.  A  zatem,
wybrałem się do „ojców" — zakończył Bazarow — a po drodze zajechałem tutaj,
po  to...  po  to,  żeby  ci  to  wszystko  opowiedzieć;  oświadczyłbym  ci  tak,  gdybym
nie  uważał  niepotrzebnego  kłamstwa  za  głupotę.  Nie,  diabli  wiedzą,  po  co  tutaj
przyjechałem. Widzisz, niekiedy człowiekowi dobrze robi, jeśli sam bierze się za
czub i wyrzuca jak rzodkiew z grzędy: zrobiłem to niedawno... Ale zapragnąłem
spojrzeć raz jeszcze na to, z czym się rozstałem, na ową grzędę, gdzie siedziałem.

—  Mam  nadzieję,  że  te  słowa  nie  odnoszą  się  do  mnie  —  spytał  w

podnieceniu Arkadiusz. — Mam nadzieję, że nie masz zamiaru rozstawać się z e
mną?

Bazarow spojrzał na niego uważnie, prawie przeszywając go wzrokiem.
— To by cię tak zmartwiło? Myślę, że ty już rozstałeś się ze mną. Jesteś taki

świeżutki  i  czysty...  zapewne  twoje  sprawy  z  Anną  Siergiejewną  układają  się
doskonale?

— Jakie moje sprawy z Anną Siergiejewną?
— Czy nie dla niej przyjechałeś tu z miasta, ptaszyno?
Ale właśnie, jakże tam niedzielne szkółki? Czy nie jesteś w niej zakochany?

A może teraz masz zamiar udawać?

—  Eugeniuszu,  wiesz,  że  zawsze  byłem  z  tobą  szczery;  zapewniam  cię,

przysięgam, że jesteś w błędzie.

— Hm! Nowe słówko — zauważył półgłosem Baza-
row.  —  Ale  nie  gorączkuj  się,  przecież  mnie  wszystko  jedno.  Romantyk

powiedziałby: nasze drogi zaczynają się rozchodzić, ja zaś mówię po prostu, że
znudziliśmy się sobie nawzajem.

— Eugeniuszu...
— Mój złoty, przecież to żadne nieszczęście; cóż się na świecie nie znudzi? A

background image

teraz  chyba  czas  się  pożegnać?  Od  chwili  kiedy  tu  jestem,  czuję  się  ohydnie,
zupełnie  jakbym  długo  czytał  listy  Gogola  do  żony  gubernatora  Kaługi.  Zresztą
nie kazałem wyprzęgać koni.

— Bój się Boga, to niemożliwe!
— Dlaczego?
— Nie mówię już o sobie, ale będzie to w najwyższym stopniu niegrzecznie

wobec Anny Siergiejewny, która niewątpliwie zechce cię zobaczyć.

— No, chyba się mylisz.
—  Przeciwnie,  jestem  pewien,  że  mam  rację  —  zaoponował Arkadiusz.  —

Dlaczego udajesz? Jeśli już o tym mowa, przyznaj się, że ty właśnie przyjechałeś
tu dla niej.

— Może to prawda, ale mimo wszystko mylisz się.
Arkadiusz  miał  jednak  rację.  Anna  Siergiejewna  chciała  zobaczyć  się  z

Bazarówem i przysłała po niego ochmistrza. Bazarow przebrał się, zanim do niej
poszedł; jak się okazało, rzeczy miał ułożone tak, że nowe ubranie było pod ręką.

Odincowa przyjęła go nie w tym pokoju, gdzie tak nieoczekiwanie wyznał jej

swoją  miłość,  lecz  w  bawialni.  Uprzejmie  wyciągnęła  do  niego  końce  palców,
ale twarz jej mimo woli wyrażała napięcie.

— Anno Siergiejewno — szybko powiedział Bazarow — przede wszystkim

muszę  panią  uspokoić.  Ma  pani  przed  sobą  śmiertelnika,  który  dawno  się
opamiętał  i  spodziewa  się,  że  inni  również  zapomnieli  o  jego  głupocie.
Odjeżdżam na długo i zgodzi się pani, że chociaż nie jestem słabą istotą, przykro
byłoby mi odejść z myślą, że wspomina mnie pani ze wstrętem.

Anna  Siergdejewna  głęboko  westchnęła  jak  człowiek,  który  przed  chwilą

wspiął  się  na  wysoką  górę,  i  twarz  jej  ożywiła  się  uśmiechem.  Po  raz  wtóry
wyciągnęła do Bazarowa rękę i odpowiedziała na jego uścisk.

—  Zapomnijmy  o  dawnych  zwadach  —  powiedziała  —  tym  bardziej,  że,

mówiąc uczciwie, ja wtedy także zawiniłam, jeśli nie kokieterią, to czymś innym.
Więc  po  prostu:  bądźmy  przyjaciółmi  jak  dawniej.  To  był  sen,  prawda?  Któż
pamięta sny?

— Kto je pamięta? A zresztą miłość jest... uczuciem sztucznym.
— Doprawdy? Bardzo miło mi to słyszeć.
Tak  mówiła  Anna  Siergiejewna  i  tak  mówił  Bazarow;  oboje  myśleli,  że

mówią  prawdę.  Czy  prawdziwe,  czy  rzeczywiście  prawdziwe  były  ich  słowa?
Sami  tego  nie  wiedzieli,  tym  bardziej  zaś  autor.  Ale  rozmowa  między  nimi
toczyła się tak, jakby nawzajem sobie uwierzyli.

Anna Siergiejewna zapytała Bazarowa, co robił u  Kirsanowów. O mały włos

byłby  jej  opowiedział  o  swoim  pojedynku  z  Pawłem  Pietrowiczem,  ale
powstrzymał  się  na  myśl,  że  mogłaby  dojść  do  wniosku,  iż  chce  się  wydać
interesujący; odparł więc, że przez cały czas pracował.

—  Ja  zaś  —  rzekła  Anna  Siergiejewna  —  naprzód  nie  wiadomo  dlaczego

miałam okres złego humoru, a nawet, niech pan sobie wyobrazi, wybierałam się
za  granicę!  Potem  ten  nastrój  minął,  przyjechał  pański  przyjaciel  Arkadiusz
Nikołaicz i znowu wróciłam do dawnego trybu życia, do mojej prawdziwej roli.

background image

— Jakiej roli, jeśli wolno wiedzieć?
—  Ciotki,  nauczycielki,  matki,  co  pan  chce.  Wie  pan,  przedtem  nie

rozumiałam dobrze pana przyjaźni z Arkadiuszem Nikołaiczem; uważałam, że to
niezbyt ciekawy człowiek. Ale teraz poznałam go lepiej i przekonałam się, że jest
rozumny...  Nade  wszystko  zaś  jest  młody,  młody...  nie  to,  co  my,  Eugeniuszu
Wasiliczu.

— Czy wciąż tak samo traci kontenans w pani obecności?
—  Czyżby...  —  zaczęła Anna  Siergiejewna  i  po  chwili  namysłu  dodała:  —

Teraz stał się bardziej ufny, rozmawia ze mną. Przedtem mnie unikał. Zresztą nie
szukałam wtedy jego towarzystwa. Jest w wielkiej przyjaźni z Katią.

Bazarow  zirytował  się  w  duchu.  „Kobieta  nie  może  obejść  się  bez

podstępów" — pomyślał.

—  Pani  powiada,  że Arkadiusz  pani  unikał  —  rzekł  z  chłodnym  uśmiechem

— lecz wie pani zapewne, że był w pani zakochany?

— Jak to? On także? — wyrwało się Annie Siergiejewnie.
— On także — powtórzył Bazarow składając niski ukłon. — Czyżby pani o

tym nie wiedziała, czyżbym powiedział rzecz dla pani nową?

Anna Siergiejewna spuściła oczy.
— Pan się myli, Eugeniuszu Wasiliczu.
—  Nie  sądzę.  Może  nie  powinienem  był  o  tym  wspominać.  —  „A  ty  na

przyszłość nie bądź taka przebiegła" — dodał w myśli.

—  Dlaczego?  Przypuszczam,  że  zbyt  wielką  wagę  przywiązuje  pan  do

przelotnego wrażenia. Zaczynam podejrzewać, że ma pan skłonność do przesady.

— Nie mówmy lepiej o tym, Anno Siergiejewno.
— Dlaczego? — zaoponowała, lecz sama skierowała rozmowę na inne tory.

Mimo wszystko czuła się w obecności Bazarowa nieswojo, chociaż powiedziała
mu  i  zapewniała  samą  siebie,  że  wszystko  zostało  zapomniane.  Wymieniając  z
nim  najprostsze  słowa,  żartując  nawet,  doznawała  uczucia  lekkiego  niepokoju.
Podobnie  ludzie  na  parostatku  rozmawiają  i  śmieją  się  beztrosko  jak  na  stałym
lądzie;  lecz  wystarczy  najmniejsza  przerwa  w  podróży,  najdrobniejsza  oznaka
czegoś  niezwykłego,  a  natychmiast  na  wszystkich  twarzach  zjawia  się  wyraz
osobliwej  trwogi,  który  świadczy  o  nieustannej  świadomości  ciągłego
niebezpieczeństwa.

Rozmowa  Anny  Siergiejewny  z  Bazarowem  trwała  niedługo.  Odincowa

popadła w zamyślenie, odpowiadała z roztargnieniem, a wreszcie zaproponowała
mu,  by  przeszli  do  salonu,  gdzie  zastali  księżniczkę  i  Katię.  —  A  gdzież
Arkadiusz  Nikołaicz?  —  zapytała  pani  domu  i  dowiedziawszy  się,  że  go  nie
widać przeszło od godziny, posłała po niego. Arkadiusza nie od razu znaleziono;
zaszył  się  w  gęstwinę  ogrodu  i  tam,  oparłszy  podbródek  na  skrzyżowanych
rękach, siedział pogrążony w myślach. Myśli owe były głębokie i poważne, lecz
bynajmniej  nie  smutne.  Wiedział,  że  Anna  Siergiejewna  jest  sam  na  sam  z
Bazarowem,  ale  nie  czuł  zazdrości,  jak  dawniej;  przeciwnie,  twarz  jego
promieniała;  zdawało  się,  że  coś  go  dziwi,  że  z  czegoś  się  raduje  i  coś
postanawia.

background image

 

background image

XXVI

 
Nieboszczyk Odincow nie lubił nowości, lecz godził się na „pewne igraszki

uszlachetnionego  smaku";  dzięki  temu  w  swoim  ogrodzie,  między  cieplarnią  a
stawem  wzniósł  budynek  z  rosyjskiej  cegły  w  kształcie  greckiego  portyku.  W
tylnej,  ślepej  ścianie  owego  portyku  czyli  galerii  zrobiono  sześć  nisz  dla
posągów,  które  Odincow  zamierzał  sprowadzić  z  zagranicy.  Posągi  miały
wyobrażać:  Samotność,  Milczenie,  Rozmyślanie,  Melancholię,  Wstydliwość  i
Czułość.  Jeden  z  nich,  boginię  Milczenia  z  palcem  na  ustach,  przywieziono  i
ustawiono,  lecz  tego  samego  dnia  dworscy  chłopcy  odbili  jej  nos  i  chociaż
tynkarz  z  sąsiedztwa  zabrał  się  do  roboty  i  obiecał  dorobić  nos  „dwa  razy
piękniejszy niż poprzedni", Odincow kazał posąg usunąć, skutkiem czego znalazł
się on w kącie stodoły, gdzie stał przez długie lata budząc zabobonne przerażenie
wieśniaczek, Front portyku od dawna już zarósł gęstymi krzewami, tylko kapitele
kolumn  widniały  nad  bujną  ścianą  zieleni.  W  portyku  nawet  w  południe  było
chłodno. Anna Siergiejewna nie lubiła tego miejsca od czasu, gdy zobaczyła tam
węża; ale Katia często tu przychodziła i siadała na niewielkiej kamiennej ławce,
umieszczonej  w  jednej  z  nisz.  W  chłodzie  i  cieniu  czytała,  pracowała  lub
oddawała się owemu doznaniu zupełnej ciszy, które zapewne znane jest każdemu
i  którego  urok  polega  na  ledwie  świadomym,  milczącym  przypatrywaniu  się
szerokiej fali życia, bezustannie toczącej się wokół nas i w nas samych.

Nazajutrz  po  przyjeździe  Bazarowa  Katia  siedziała  na  swojej  ulubionej

ławce, obok niej zaś znowu siedział Arkadiusz. Poprosił ją, żeby poszła z nim do
„portyku".

Do śniadania zostawała jeszcze godzina; po rosistym poranku następował już

upalny  dzień.  Twarz Arkadiusza  miała  wciąż  wyraz  taki  jak  poprzedniego  dnia,
Katia wyglądała na zatroskaną. Siostra zaraz po herbacie zawołała ją do swego
gabinetu,  ucałowała,  co  zawsze  trochę  przerażało  Katię,  a  potem  poradziła  jej,
żeby zachowywała się ostrożniej wobec Arkadiusza, zwłaszcza zaś, by unikała z
nim rozmów sam na sam, co jakoby zauważyła już ciotka i wszyscy domownicy.
Poza  tym  poprzedniego  wieczora  Anna  Siergiejewna  była  w  nie  najlepszym
humorze,  Katia  zaś  sama  czuła  się  'niepewnie,  jak  gdyby  była  czegoś  winna.
Przystając na prośbę Arkadiusza powiedziała sobie, że uczyni to po raz ostatni.

— Katarzyno Siergiejewno — rzekł Arkadiusz z jakąś pozorną swobodą —

od czasu kiedy mam szczęście przebywać z panią pod jednym dachem, mówiłem
z  panią  o  wielu  rzeczach.  Istnieje  jednak  bardzo  ważne  dla  mnie  zagadnienie...
którego dotychczas nie poruszałem. Pani zauważyła wczoraj, że przerobiono mnie
w tym domu — dodał, to unikając pytającego spojrzenia Kati, to znów patrząc jej
w  oczy.  —  Rzeczywiście,  zmieniłem  się  pod  wieloma  względami  i  pani  o  tym
wie najlepiej, bo w gruncie rzeczy pani zawdzięczam tę przemianę.

— Ja?... Mnie?... — spytała Katia.
—  Nie  jestem  już  owym  zapalczywym  chłopcem  jak  wtedy,  gdy  tu

przyjechałem — ciągnął dalej Arkadiusz — skończyłem zresztą dwadzieścia trzy

background image

lata;  jak  dawniej,  pragnę  być  pożyteczny,  pragnę  poświęcić  prawdzie  wszystkie
swe  siły;  lecz  nie  tam  już  szukam  ideałów,  gdzie  szukałem   ich  dawniej;  widzę
je...  znacznie  bliżej.  Dotychczas  nie  rozumiałem  siebie,  stawiałem  przed  sobą
zadania  przewyższające  moje  siły...  Niedawno  dzięki  pewnemu  uczuciu
otworzyły mi się oczy... Wypowiadam się niezupełnie jasno, ale mam nadzieję, że
pani mnie zrozumie...

Katia nic nie odpowiedziała, ale przestała patrzeć na Arkadiusza.
— Przypuszczam — mówił dalej, już bardziej wzruszonym głosem, a nad nim

wśród liści brzozy beztrosko śpiewała swą piosenkę zięba — przypuszczam, że
obowiązkiem każdego uczciwego człowieka jest zupełna szczerość wobec tych...
tych ludzi... których... słowem, wobec bliskich mu osób i dlatego... mam zamiar...

Ale tu dar wymowy zawiódł Arkadiusza; stracił wątek, zaciął się i musiał na

chwilę  umilknąć.  Katia  nie  podnosiła  oczu.  Zdawało  się,  że  nawet  nie  rozumie,
do czego to wszystko zmierza, a jednak na coś czekała.

—  Przypuszczam,  że  panią  zadziwię  —  zaczął Arkadiusz,  znowu  zebrawszy

siły  —  tym  bardziej  że  to  uczucie  odnosi  się  w  pewien  sposób...  w  pewien
sposób, niech pani to zważy — do pani. Pamiętam, że zarzucała mi pani wczoraj
brak  powagi  —  ciągnął  dalej  Arkadiusz  z  miną  człowieka,  który  wszedłszy  w
bagno czuje, że z każdym krokiem pogrąża się coraz bardziej, ale mimo to śpieszy
naprzód w nadziei, że wydostanie się szybciej na brzeg — ten zarzut często jest
skierowany...  obciąża...  młodych  ludzi,  nawet  jeśli  nie  ma  już  uzasadnienia;  i
gdybym był bardziej pewien siebie... („Pomóż mi, pomóż!" — z rozpaczą myślał
Arkadiusz, Katia zaś wciąż siedziała bez ruchu.) Gdybym mógł żywić nadzieję...

— Gdybym mogła być pewna tego, co pan mówi — rozległ się w tej samej

chwili dźwięczny głos Anny Siergiejewny.

Arkadiusz  zamilkł  natychmiast,  Katia  zbladła.  Obok  krzaków  zasłaniających

portyk  wiodła  ścieżka. Anna  Siergiejewna  szła  tędy  w  towarzystwie  Bazarowa.
Katia i Arkadiusz nie mogli ich widzieć, lecz słyszeli każde słowo, każdy szelest
sukni,  niemal  ich  oddech.  Tamci  postąpili  kilka  kroków  i  jakby  naumyślnie
zatrzymali się przed portykiem.

— Widzi pan — ciągnęła dalej Anna Siergiejewna — pomyliliśmy się; oboje

nie  jesteśmy  już  pierwszej  młodości,  a  zwłaszcza  ja;  znamy  życie,  jesteśmy
zmęczeni oboje — czemu nie mówić szczerze? —  jesteśmy  rozumni;  z  początku
wzbudziliśmy  w  sobie  wzajemne  zainteresowanie,  podnieciliśmy  ciekawość...  a
potem...

— Potem przestałem być interesujący... — podchwycił Bazarow.
—  Pan  wie,  że  nie  to  było  przyczyną  naszego  poróżnienia.  W  każdym  razie

nie potrzebowaliśmy jedno drugiego, oto rzecz zasadnicza; za bardzo jesteśmy...
jakby  to  powiedzieć?...  do  siebie  podobni.  Nie  od  razu  zdaliśmy  sobie  z  tego
sprawę. Natomiast Arkadiusz...

— Arkadiusz jest pani potrzebny? — zapytał Bazarow.
—  Dość,  Eugeniuszu  Wasiliczu!  Pan  powiada,  że  nie  jestem  mu  obojętna;

mnie też zawsze się wydawało, że mu się podobam. Wiem, że mogłabym być jego
ciotką, lecz nie chcę przed panem ukrywać — coraz częściej myślę o nim. W tym

background image

młodym i świeżym uczuciu jest jakiś powab...

—  Słowo  urok  bardziej  się  nadaje  w  takich  wypadkach  —  przerwał

Bazarow;  w  jego  spokojnym,  choć  przytłumionym  głosie  kipiała  wściekłość.  —
Arkadiusz  był  wczoraj  ze  mną  tajemniczy,  nie  mówił  ani  o  pani,  ani  o  jej
siostrze... Bardzo to szczególne.

—  Z  Katią  jest  jak  brat  —  rzekła Anna  Siergiejewna  —  i  to  mi  się  w  nim

podoba, chociaż może nie powinnam pozwalać na taką między nimi zażyłość.

— Przez panią mówi... siostra?... — zapytał powoli Bazarow.
—  Oczywiście...  ale  dlaczego  stoimy?  Chodźmy.  Jaka  dziwna  jest  nasza

rozmowa!  Czy  mogłam  się  spodziewać,  że  będę  tak  z  panem  rozmawiała?  Pan
wie, że się pana boję... ale ufam panu jednocześnie, ponieważ w gruncie rzeczy
jest pan bardzo dobry.

—  Po  pierwsze,  nie  jestem  bynajmniej  dobry;  po  drugie  straciłem  dla  pani

wszelkie  znaczenie,  a  tymczasem  powiada  mi  pani,  że  jestem  dobry...  To  tak
samo, jak kłaść wieniec z kwiatów na głowę umarłego.

—  Eugeniuszu  Wasiliczu,  nie  w  naszej  jest  mocy...  —  zaczęła  Anna

Siergiejewna, ale powiał wiatr, zaszumiał wśród liści i uniósł jej słowa.

— Przecież pani jest wolna — rzekł po chwili Bazarow.
Więcej nic nie można było zrozumieć; kroki oddaliły się... wszystko ucichło.
Arkadiusz zwrócił się do Kati. Siedziała jak przedtem, tylko opuściła głowę

jeszcze niżej.

— Katarzyno Siergiejewno — powiedział drżącym głosem i zacisnął ręce —

kocham  panią  na  całe  życie,  nieodwracalnie.  Nikogo  nie  kocham  prócz  pani.
Chciałem  to  pani  powiedzieć,  dowiedzieć  się,  co  pani  o  tym  sądzi,  i  prosić  o
pani  rękę;  nie  jestem  bogaty,  czuję,  żem  gotów  do  wszelkich  ofiar...  Pani  nie
odpowiada? Pani mi nie wierzy? Pani myśli, że mówię nierozważnie? Niech pani
przypomni sobie ostatnie dni! Czyżby się pani dotąd nie przekonała, że wszystko
inne — proszę mnie dobrze zrozumieć — wszystko inne dawno minęło bez śladu.
Niech  pani  spojrzy  na  mnie,  powie  jedno  słowo...  Kocham...  kocham  panią...
Niech mi pani uwierzy!

Katia  spojrzała  na  Arkadiusza  poważnym,  jasnym  wzrokiem  i  po  długim

namyśle, ledwie się uśmiechnąwszy, wyrzekła:

— Tak.
Arkadiusz zerwał się z ławki.
— Tak! Pani powiedziała: tak, Katarzyno Siergiejewno! Co to oznacza? Czy

to, że ja panią kocham, że pani mi wierzy... albo... albo... nie śmiem skończyć...

— Tak — powtórzyła Katia i tym razem Arkadiusz ją zrozumiał. Chwycił jej

duże, piękne ręce i zamierając z zachwytuprzycisnął je do serca; ledwo trzymał
się na nogach i wciąż powtarzał: — Katia, Katia... — a ona rozpłakała się jakoś
naiwnie,  sama  cicho  śmiejąc  się  ze  swych  łez.  Kto  nie  widział  takich  łez  w
oczach ukochanej istoty, ten nie wie jeszcze, jak bardzo może być szczęśliwy na
ziemi człowiek, zamierając z wdzięczności i wstydu.

Nazajutrz  z  samego  rana  Anna  Siergiejewna  kazała  poprosić  Bazarowa  do

swego  gabinetu  i  śmiejąc  się  wymuszenie,  podała  mu  złożoną  ćwiartkę  papieru

background image

listowego. Był to list od Arkadiusza, który prosił o rękę jej siostry.

Bazarow  szybko  przebiegł  wzrokiem  list  i  zrobił  wysiłek,  by  nie  okazać

złośliwej radości, która natychmiast zrodziła się w jego sercu.

— Ach,  tak  —  rzekł  —  a  pani  jeszcze  wczoraj  przypuszczała,  że Arkadiusz

kocha  Katarzynę  Siergiejewnę  miłością  braterską.  Cóż  pani  teraz  ma  zamiar
uczynić?

—  Co  pan  mi   poradzi?  —  zapytała  Anna  Siergiejewna  nie  przestając  się

śmiać.

— Sądzę — odparł Bazarow także ze śmiechem, chociaż nie było mu wcale

wesoło  ani  też,  podobnie  jak  Anna  Siergiejewna,  nie  miał  wcale  ochoty  do
śmiechu  —  sądzę,  że  należy  pobłogosławić  młodych  ludzi.  Partia  dobra  pod
każdym  względem;  Kirsanow  ma  przyzwoity  majątek,  jest  jedynakiem,  jego
ojciec to człowiek poczciwy, nie będzie się sprzeciwiał.

Odincowa przeszła się po pokoju. Jej twarz to pokrywała się rumieńcem, to

znów bladła.

—  Tak  pan  myśli?  —  powiedziała.  —  No,  cóż?  Nie  widzę  przeszkód...

Jestem  rada  ze  względu  na  Katię...  i  Arkadiusza  Nikołaicza.  Oczywiście,
poczekam  na  odpowiedź  ojca.  Poślę  do  niego  Arkadiusza.  Widać  z  tego,  że
miałam  wczoraj  rację,  gdy  mówiłam  panu,  że  jesteśmy  już  starzy...  Jak  to  się
stało, że nic nie zauważyłam? To mnie dziwi!

Anna Siergiejewna roześmiała się znowu i natychmiast się odwróciła.
—  Dzisiejsza  młodzież  zrobiła  się  bardzo  sprytna  —  zauważył  Bazarow  i

także się roześmiał. — Żegnam panią — powiedział znowu po chwili milczenia.
— Życzę pani, aby ta sprawa skończyła się jak najpomyślniej; będę się radował z
daleka.

Odincowa szybko zwróciła się ku niemu.
—  Pan  odjeżdża?  Dlaczego  teraz  nie  mógłby  pan  zostać?  Niechże  pan

zostanie,  tak  miło  się  z  panem  rozmawia...  To  zupełnie  jak  chodzenie  po  skraju
przepaści.  Naprzód  ogarnia  strach,  a  potem  nagle  nabiera  się  odwagi.  Niechże
pan zostanie. .

— Dziękuję za zaproszenie, Anno Siergiejewno, i za pochlebne mniemanie o

moich  talentach  konwersacyjnych.  Uważam  jednak,  że  i  tak  zbyt  długo
przebywałem  w  obcej  dla  mnie  sferze.  Latające  ryby  przez  pewien  czas  mogą
utrzymać się w powietrzu, lecz potem muszą zanurzyć się w wodzie; niechże pani
i mnie pozwoli znaleźć się w swoim żywiole.

Odincowa  spojrzała  na  Bazarowa.  Gorzki  uśmiech  wykrzywił  jego  bladą

twarz. „Ten mnie kochał!" — pomyślała i zrobiło się jej go żal; ze współczuciem
wyciągnęła do niego rękę.

Ale on ją zrozumiał.
— Nie! — powiedział i cofnął się o krok. — Jestem biedny, ale dotychczas

nie brałem jałmużny. Żegnaj, pani, i bądź zdrowa!

—  Jestem  pewna,  że  widzimy  się  nie  po  raz  ostatni  —  rzekła  Anna

Siergiejewna i drgnęła mimo woli.

— Różnie bywa na świecie! — odparł Bazarow. Złożył ukłon i wyszedł.

background image

—  Więc  masz  zamiar  uwić  sobie  gniazdko?  —  mówił  tego  samego  dnia

Bazarow,  gdy  przyklęknąwszy  pakował  swój  kuferek.  —  Cóż,  niezły  pomysł!
Tylko  niepotrzebnie  tak  mnie  zwodziłeś.  Spodziewałem  się,  że  zmierzasz  w
całkiem innym kierunku. A może ciebie samego to zaskoczyło?

— To prawda, nie wiedziałem jeszcze o tym, kiedy się z tobą rozstawałem —

odparł Arkadiusz. — Ale dlaczego sam mnie zwodzisz mówiąc: „niezły pomysł",
jakbym  nie  wiedział,  co  sądzisz  o  małżeństwie?  —  Ech,  drogi  przyjacielu  —
powiedział Bazarow. — Jak ty się wyrażasz! Widzisz, co robię: mam w kuferku
puste  miejsce  i  kładę  tam  siano;  tak  samo  rzecz  się  ma  z  życiem  —  wszystko
jedno  czym  je  zapchasz,  byle  nie  było  pustki.  Nie  obrażaj  się,  proszę;  zapewne
pamiętasz, jakiego zawsze byłem zdania o Katarzynie Siergiejewnie. Inne panny
dlatego  tylko  uchodzą  za  mądre,  bo  mądrze  wzdychają;  a  twoja  nie  da  sobie
dmuchać w kaszę, ciebie nawet weźmie w ręce, a tak właśnie powinno być. —
Zamknął  wieko  kuferka  i  podniósł  się  z  podłogi.  —  A  teraz  powtórzę  ci  na
pożegnanie,  nie  trzeba  bowiem  się  oszukiwać:  żegnamy  się  na  zawsze,  sam  to
czujesz...  Postąpiłeś  rozumnie;  nie  jesteś  stworzony  do  naszego  gorzkiego,
cierpkiego  samotnego  życia.  Nie  masz  w  sobie  ani  zuchwalstwa,  ani  złości;  ale
masz młodzieńczą odwagę i młodzieńczy zapał; tego dla naszej sprawy za mało.
Wy,  szlachta,  nigdy  nie  przekroczycie  granicy  szlachetnego  oburzenia  czy
szlachetnej  pokory,  a  to  są  głupstwa.  Wy,  na  przykład,  nie  bijecie  się  —  a
wyobrażacie  sobie,  że  jesteście  chwaty;  my  zaś  chcemy  się  bić.  Cóż!  Nasz  kurz
wygryzie ci oczy, nasz brud cię zawala, zresztą tyś do nas nie dorósł, mimo woli
rozkoszujesz się sobą, przyjemnie ci samemu sobie wymyślać; dla nas to nudne,
my chcemy łamać innych! Porządny z ciebie chłopak, ale jesteś miękki, liberalny
panicz — ewolatu, jak powiada mój ojciec.

—  Na  zawsze  żegnasz  się  ze  mną,  Eugeniuszu  —  smutnym  głosem  rzekł

Arkadiusz — i nie 'masz mi nic innego do powiedzenia?

Bazarow podrapał się w głowę.
—  Mam,  Arkadiuszu,  mam,  ale  ci  nie  powiem,  bo  to  romantyzm,  to  by

oznaczało:  rozkleić  się.  Ożeń  się  jak  najprędzej,  zajmij  się  swoim  gniazdkiem  i
napłódź  jak  najwięcej  dzieci.  Będą  mądre  choćby  dlatego,  że  urodziły  się  we
właściwym  czasie,  nie  tak  jak  my.  Oho!  Widzę,  że  konie  założone .  Czas  już!
Pożegnałem się ze wszystkimi.. No cóż? Może się uściskamy?

Arkadiusz  rzucił  się  na  szyję  swemu  byłemu  mentorow  i  przyjacielowi,  łzy

trysnęły mu z oczu.

—  Co  to  znaczy  młodość!  —  rzekł  spokojnie  Bazarow.—  Ale  wielkie

nadzieje pokładam w Katarzynie Siergiejewnie. Zobaczysz, jak cię pocieszy.

— Żegnaj, bracie — rzekł do Arkadiusza siedząc już na furmance i wskazując

parę kawek przytulonych do siebie na dachu stajni, dodał: —  Patrz! Ucz się!

— Co to znaczy? — zapytał Arkadiusz.
— Jak to? Czyżbyś tak źle znał historię naturalną i nie wiedział, że kawka jest

najbardziej  czcigodnym  ptakiem,  który  żyje  w  trwałych  związkach  rodzinnych?
Oto przykład... Żegnaj, signor!

Furmanka zaskrzypiała i ruszyła z miejsca.

background image

Bazarow  powiedział  prawdę.  Rozmawiając  wieczorem  z  Katią,  Arkadiusz

zupełnie  zapomniał  o  swoim  nauczycielu.  Już  się  jej  podporządkował.  Katia
czuła to i wcale się nie dziwiła. Nazajutrz miał jechać do Mariina, do Mikołaja
Pietrowicza.  Anna  Siergiejewna  nie  chciała  krępować  młodych  i  tylko  dla
przyzwoitości nie zostawiała ich zbyt długo samych. Wspaniałomyślnie uwolniła
ich  od  towarzystwa  księżniczki,  którą  wiadomość  o  mającym  się  odbyć  ślubie
doprowadziła  do  płaczliwej  wściekłości.  Z  początku  Anna  Siergiejewna
obawiała  się,  by  widok  ich  szczęścia  nie  był  dla  niej  samej  nieco  przykry;  lecz
stało się zupełnie inaczej: ów widok nie tylko jej nie ciążył, lecz zainteresował
ją,  rozrzewnił  nawet; Anna  Siergiejewna  ucieszyła  się  z  tego,  ale  poczuła  także
smutek.  „Słuszność  ma  zatem  Bazarow  —  pomyślała  —  ciekawość,  tylko
ciekawość, umiłowanie spokoju, egoizm..."

— Dzieci! — powiedziała głośno. — Powiedzcie, czy miłość jest sztucznym

uczuciem?

Ale  ani  Katia,  ani  Arkadiusz  nawet  jej  nie  zrozumieli.  Stronili  od  niej;

mimowolnie  podsłuchana  rozmowa  nie  zacierała  się  w  ich  pamięci.  Zresztą.
Anna Siergiejewna wkrótce ich uspokoiła; nie było to dla niej trudne, uspokoiła
się bowiem sama.

background image

XXVII

 
Starzy Bazarowowie tym bardziej ucieszyli się z nieoczekiwanego przyjazdu

syna,  że  prawie  się  go  nie  spodziewali.  Arina  Własiewna  w  tak  wielkim
popłochu  zaczęła  biegać  po  domu,  że  Wasilij  Iwanowicz  porównał  ją  do
kuropatwy:  kusy  ogonek  jej  krótkiego  kaftanika  istotnie  nadawał  jej  jakby  ptasi
wygląd. Sam zaś tylko pomrukiwał, gryzł bursztyn swego cybucha i chwyciwszy
się  palcami  za  szyję,  kręcił  głową,  jak  gdyby  próbował,  czy  jest  dobrze
umocowana; nagle otwierał usta i śmiał się bezgłośnie.

—  Mój  staruszku,  przyjechałem  do  ciebie  na  całych  sześć  tygodni  —

powiedział mu Bazarow — chcę pracować, proszę, nie przeszkadzaj mi.

—  Zapomnisz,  jak  wyglądam,  tyle  ci  będę  przeszkadzał  —  odparł  Wasilij

Iwanowicz.

Dotrzymał  obietnicy.  Umieścił  syna,  jak  poprzednim  razem,  w  gabinecie  i

niemal  się  przed  nim  ukrywał;  żonę  powstrzymywał  od  wszelkich  zbytecznych
przejawów  czułości.  „Mateczko  —  mówił  do  niej  —  przy  pierwszym  pobycie
Jeniuszy  naprzykrzyliśmy  się  mu  trochę,  teraz  musimy  być  mądrzejsi."  Arina
Własiewna  zgadzała  się  z  mężem,  lecz  niewiele  na  tym  zyskiwała,  widywała
bowiem  syna  tylko  przy  stole  i  bardziej  niż  kiedykolwiek  bała  się  do  niego
przemówić.  „Jeniusza!"  mówiła  niekiedy,  a  syn  jeszcze  nie  zdążył  się  obejrzeć,
gdy ona już przebierała sznurkami woreczka i bąkała: „Nic, nic, ja tylko tak", a
potem  szła  do  Wasilia  Iwanowicza  i  mówiła  do  niego  podparłszy  policzek:
„Jakby  się  dowiedzieć,  mój  kochany,  co  Jeniusza  wolałby  —  kapuśniak  czy
barszcz?"  —  „Czemuż  go  nie  zapytałaś?"  —  „Nie  chcę  mu  się  naprzykrzać!"
Zresztą Bazarow wkrótce przestał się zamykać w swoim pokoju: gorączka pracy
opadła,  zastąpiła  ją  tęsknota,  nuda  i  dławiący  niepokój.  W  każdym  jego  ruchu
widać  było  dziwne  zmęczenie,  nawet  krok  jego  stał  się  inny,  już  nie  tak
energiczny  ani  gwałtowny.  Zaniechał  samotnych  spacerów  i  zaczął  szukać
towarzystwa;  herbatę  pił  w  bawialni,  przechadzał  się  po  ogrodzie  z  Wasiliem
Iwanowiczem  i  palił  wraz  z  nim,  nic  nie  mówiąc.  Kiedyś  zapytał  o  ojca
Aleksego.  Wasilij  Iwanowicz  ucieszył  się  z  tej  przemiany,  lecz  owa  radość
trwała  krótko.  „Jeniusza  mnie  niepokoi  —  skarżył  się  po  kryjomu  żonie  —  nie
jest ani niezadowolony, ani gniewny, to jeszcze nic, ale jest smutny, zmartwiony,
to  okropne.  Wciąż  milczy,  gdyby  choć  nas  zwymyślał;  chudnie,  cerę  ma  jakąś
niedobrą." — „Boże, Boże — szeptała staruszka —  włożyłabym  mu  obrazek  na
szyję,  ale  przecież  nie  pozwoli."  Wasilij  Iwanowicz  próbował  kilka  razy  z
największą  ostrożnością  wypytać  Bazarowa  o  jego  pracę,  zdrowie,  o
Arkadiusza...  Ale  Bazarow  odpowiadał  niechętnie  i  niedbale,  a  pewnego  razu
zauważywszy,  że  ojciec  w  rozmowie  stara  się  go  powoli  wybadać,  rzekł  z
wyrzutem:  „Cóż  ty  tak  wokół  mnie  krążysz  na  palcach?  Ten  sposób  jest  jeszcze
gorszy niż poprzedni." — „Nie, nie, ja tylko tak sobie!" — szybko odpowiedział
biedny  Wasilij  Iwanowicz.  Tak  samo  bezowocne  okazały  się  jego  polityczne

background image

aluzje. Kiedyś w związku ze zbliżającym się uwolnieniem chłopów zaczął mówić
o  postępie,  mając  nadzieję,  że  wzbudzi  zainteresowanie  syna;  lecz  ten  odparł
obojętnie: „Wczoraj przechodziłem koło płotu i słyszałem, jak tutejsi chłopcy ze
wsi, zamiast śpiewać jakąś starą pieśń, drą się na całe gardło: «Nadchodzi czas,
serce miłość czuje...» Oto masz postęp!"

Niekiedy Bazarow szedł na wieś i jak zwykle, drwiąco nawiązywał rozmowę

z jakimś chłopem.

—  No,  bratku  —  mówił  —   wyłóż  mi  swoje  poglądy  na  życie:  przecież

powiadają, że w was cała siła i przyszłość Rosji, od was zacznie się nowa epoka
w historii, wy nam dacie prawdziwy język i prawa.

Chłop albo nic nie odpowiadał, albo mówił coś w tym rodzaju: — Ano cóż...

na ten przykład... znaczy się... wedle tego, co się od nas należy...

—  Wytłumacz  mi,  jaki  jest  ten  wasz  świat?  —  przerywał  mu  Bazarow.  —

Czy to ten sam świat, co to stoi na trzech rybach?

—  To  ziemia,  panie,  stoi  na  trzech  rybach  —  uspokajająco  i  śpiewnie,

dobrodusznie  patriarchalnym  tonem  wyjaśniał  chłop  —  naprzeciw  zaś  naszego
świata, wiadomo, pańska wola, przecie jesteście naszymi ojcami. Im srożej pan
ukarze, tym chłopu milej.

Wysłuchawszy  kiedyś  takiego  przemówienia  Bazarow  wzruszył  z  pogardą

ramionami i odszedł, chłop zaś powlókł się do domu.

— O czym gadałeś? — zapytał go inny chłop w sile wieku, ponury z wyglądu,

który  stojąc  z  daleka  na  progu  swojej  chaty  widział,  jak  tamten  rozmawiał  z
Bazarowem. — O zaległościach, co?

—  Gdzie  tam  o  zaległościach,  'kumie  —  odparł  pierwszy  chłop,  a  w  jego

głosie nie było już owej patriarchalnej śpiewności, przeciwnie, brzmiała w nim
jakaś pogardliwa surowość. — Tak plótł sobie, język go zaświerzbiał. Wiadomo
— pan; czy to taki co rozumie?

—  Gdzie  tam!  —  odpowiedział  drugi  chłop  i  obaj  strzepnąwszy  czapy  i

poprawiwszy  pasy  zabrali  się  do  rozważania  swoich  spraw  i  potrzeb.  Niestety!
Bazarow, który pogardliwie wzruszał ramionami, Bazarow, który (jak chwalił się
w  sporze  z  Pawłem  Pietrowiczem)  potrafił  rozmawiać  z  prostymi  ludźmi,  ów
pewny  siebie  Bazarow  nie  podejrzewał,  że  w  ich  oczach  był,  czymś  w  rodzaju
błazna.

Zresztą  znalazł  sobie  wreszcie  zajęcie.  Kiedyś,  w  jego  obecności,  Wasilij

Iwanowicz  bandażował  chłopu  zranioną  nogę,  ale  staruszkowi  trzęsły  się  ręce  i
nie mógł sobie dać rady z bandażem; syn pomógł mu i od tego czasu zaczął brać
udział  w  jego  praktyce,  nie  przestając  jednocześnie  wyśmiewać  środków,  które
sam zresztą  doradzał, i ojca, który natychmiast je stosował. Ale kpiny Bazarowa
ani  trochę  nie  martwiły  Wasilia  Iwanowicza;  przeciwnie,  cieszyły  go  nawet.
Przytrzymując  na  brzuchu  dwoma  palcami  swój  zatłuszczony  szlafrok  i  pykając
fajeczkę,  uszczęśliwiony  ojciec  słuchał  z  rozkoszą  Bazarowa  i  im  bardziej
złośliwe  były  jego  uwagi,  tym  dobroduszniej  chichotał  pokazując  wszystkie
sczerniałe  zęby.  Niekiedy  nawet  powtarzał  owe  niedorzeczne  lub  głupie  żarty  i
przez kilka dni ni w pięć, ni w dziewięć mówił: „A to ci dopiero historia", tylko

background image

dlatego,  że  jego  syn  dowiedziawszy  się,  iż  Wasilij  Iwanowicz  chodzi  na
nabożeństwo  poranne,  tak  się  właśnie  wyraził.  „Dzięki  Bogu!  minął  mu  zły
humor!  —  szeptał  do  żony.  —  Gdybyś  wiedziała,  jak  mi  się  dziś  od  niego
dostało!" Natomiast myśl, że ma takiego pomocnika, przyprawiała go o zachwyt,
napełniała dumą. „Tak, tak — mówił do jakiejś chłopki, która przyszła w męskim
jermiaku  i  rogatej  kiczce,  wręczając  jej  butelkę  z  wodą  gulardową  lub  słoik
maści bieluniowej. — Powinnaś, kochaneczko, co dzień dziękować Bogu, że syn
mój  u  mnie  gości:  leczymy  ciebie  teraz  najnowszą  naukową  metodą,  rozumiesz
to? Nawet Napoleon, cesarz Francuzów, nie miał lepszego lekarza." Chłopka zaś,
która  przyszła  się  użalić,  że  ją  „kolki  sparły"  (znaczenia  tych  słów  zresztą  nie
mogła sama wyjaśnić), kłaniała się sięgając za pazuchę, gdzie zawinięte w skraj
ręcznika leżały cztery jajka.

Bazarow  wyrwał  nawet  kiedyś  ząb  wędrownemu  przekupniowi  towarów

łokciowych  i  chociaż  ten  ząb  był  całkiem  zwyczajny,  Wasilij  Iwanowicz
zachował go jako osobliwość i pokazując ojcu Aleksemu wciąż powtarzał:

—  Spójrz,  ojcze,  jakie  korzenie!  Ale  ma  siłę  Eugeniusz!  Przekupień  aż  się

uniósł w powietrze... Myślę, że Eugeniusz dąb by nawet wyrwał!... .

—  Bardzo  to  chwalebne!  —  rzekł  wreszcie  ojciec  Aleksy  nie  wiedząc,  co

odpowiedzieć i jak się pozbyć zachwyconego staruszka.

Pewnego  razu  chłopek  z  sąsiedniej  wsi  przywiózł  do  Wasilia  Iwanowicza

swojego brata chorego na tyfus. Nieszczęśliwy umierał leżąc skulony na wiązce
słomy;  ciemne  plamy  pokrywały  jego  ciało;  dawno  już  stracił  przytomność.
Wasilij  Iwanowicz  wyraził  żal,  że  nikt  wcześniej  nie  pomyślał  o  lekarzu,  i
oświadczył,  że  nie  ma  ratunku.  Rzeczywiście,  chłopek  nie  dowiózł  brata  do
domu: chory zmarł na wozie.

Po trzech dniach Bazarow wszedł do pokoju ojca i zapytał, czy nie ma lapisu.
— Mam, po co ci?
— Muszę... przypalić rankę.
— Komu?
— Sobie.
— Jak to sobie? Dlaczego? Cóż to za ranka? Gdzie? — Tutaj na palcu. Byłem

dziś  na  wsi,  wiesz,  tam,  skąd  przywieziono  chłopa  chorego  na  tyfus.  Z  jakiegoś
powodu mieli robić sekcję; dawno się tym nie zajmowałem... — No i?

— Poprosiłem więc lekarza powiatowego o pozwolenie, no i zaciąłem się.
Wasilij  Iwanowicz  nagle  zbladł  i  nie  mówiąc  słowa  pobiegł  do  gabinetu,

skąd  natychmiast  wrócił  trzymając  w  dłoni  lapis.  Bazarow  chciał  wziąć  go  i
odejść.

— Na miłość boską — rzekł Wasilij Iwanowicz — pozwól, że sam to zrobię.
Bazarow uśmiechnął się.
— Ależ z ciebie amator praktyki!
— Nie żartuj, proszę. Pokaż palec. Ranka niewielka. Nie boli?
— Możesz mocniej, nie bój się.
Wasilij Iwanowicz przestał lapisować.
— Jak myślisz, Eugeniuszu, czy nie lepiej byłoby przypalić żelazem?

background image

—  Trzeba  było  wcześniej  to  zrobić;  teraz,  prawdę  mówiąc,  lapis  też  nie

pomoże. Jeśli się zaraziłem, jest już za późno.

— Jak to... za późno... — wyjąkał Wasilij Iwanowicz.
— Oczywiście. Minęło już z górą cztery godziny.
Wasilij Iwanowicz jeszcze trochę przypalił rankę.
— Czyżby powiatowy lekarz nie miał lapisu? — Nie miał.
— To niemożliwe! Mój Boże! Lekarz, który nie ma tak niezbędnej rzeczy!
— Zobaczyłbyś jego lancety — rzekł Bazarow i wyszedł.
Aż do wieczora i w ciągu następnego dnia Wasilij Iwanowicz uciekał się do

wszelkich  możliwych  pretekstów,  żeby  wchodzić  do  pokoju  syna,  i  chociaż  nie
tylko  nie  wspomniał  o  rance,  ale  nawet  próbował  mówić  o  innych  rzeczach,
jednak tak uporczywie zaglądał mu w oczy i przypatrywał mu się z tak wielkim
niepokojem, że Baza-

row  stracił  cierpliwość  i  zagroził  wyjazdem.  Wasilij  Iwanowicz  przyrzekł

mu,  że  nie  bądzie  się  niepokoił,  tym  bardziej  że Arina  Własiewna,  przed  którą
oczywiście  ukrył  Wszystko,  zaczęła  go  wypytywać,  dlaczego  nie  śpi  i  w  ogóle,
co  mu  się  stało.  Przez  dwa  dni  dodawał  sobie  otuchy,  chociaż  wygląd  syna,  na
którego  wciąż  ukradkiem  spoglądał,  bardzo  mu  się  nie  podobał...  ale  na  trzeci
dzień  przy  obiedzie  nie  wytrzymał.  Bazarow  siedział  z  pochyloną  głową  i  nie
tknął jedzenia.

— Czemu nie jesz, Eugeniuszu? — zapytał z najbardziej beztroskim wyrazem

twarzy. — Zdaje się, że obiad jest bardzo smaczny. — Nie chce mi się, więc nie
jem.

— Nie masz apetytu? Głowa cię boli? — spytał dalej nieśmiałym głosem.
— Boli, czemu miałaby nie boleć?
Arina Własiewna wyprostowała się czujnie.
— Nie gniewaj się, Eugeniuszu — ciągnął dalej Wasilij Iwanowicz — może

pozwolisz, że zbadam ci puls.

Bazarow wstał.
— I tak mogę ci powiedzieć, że mam gorączkę. — Miałeś dreszcze?
—  Owszem.  Pójdę  się  położyć;  przyślijcie  mi  herbaty  z  lipowego  kwiatu,

przeziębiłem się pewnie.

— Właśnie, słyszałam, że w nocy kaszlałeś — rzekła Arina Własiewna.
—  Przeziębiłem  się  —  powtórzył  Bazarow  i  wyszedł.  Arina  Własiewna

zajęła się przygotowaniem herbaty z lipowego kwiatu, a Wasilij Iwanowicz udał
się do sąsiedniego pokoju i tam w milczeniu chwycił się za włosy.

Bazarow  tego  dnia  już  nie  wstawał;  noc  minęła  w  ciężkiej,  na  wpół

przytomnej  drzemce.  O  pierwszej  nad  ranem,  otworzywszy  z  wysiłkiem  oczy,
ujrzał w świetle lampy pochyloną nad sobą bladą twarz ojca i kazał mu odejść;
tamten  usłuchał,  lecz  zaraz  cichutko  wrócił,  zasłonił  się  drzwiczkami  szafy  i
nieprzerwanie  patrzył  na  syna.  Arina  Własiewna  nie  kładła  się  również  i  co
chwila  uchylała  drzwi  gabinetu,  żeby  posłuchać,  „jak  oddycha  Jeniusza",  i
spojrzeć  na  Wasilia  Iwanowicza.  Mogła  dojrzeć  tylko  jego  nieruchome,
zgarbione  plecy,  ale  i  to  przynosiło  jej  pewną  ulgę.  Z  rana  Bazarow  spróbował

background image

wstać,  dostał  zawrotu  głowy  i  krwotoku  z  nosa;  położył  się  więc  z  powrotem.
Wasilij  Iwanowicz  usługiwał  mu  w  milczeniu.  Weszła  Arina  Własiewna  i
zapytała syna, jak się czuje. „Lepiej" — odparł i odwrócił się do ściany. Wasilij
Iwanowicz dał żonie znak obiema rękami; zagryzła wargi, żeby się nie rozpłakać,
i wyszła. W domu jakby nagle pociemniało; twarze domowników wyciągnęły się,
zapadła dziwna cisza; z dworu wyniesiono na wieś jakiegoś krzykliwego koguta,
który  długo  nie  mógł  zrozumieć,  dlaczego  tak  z  nim  postępują.  Bazarow  leżał
wciąż zwrócony twarzą do ściany. Wasilij Iwanowicz próbował do niego mówić,
zadawał  mu  rozmaite  pytania,  ale  to  męczyło  Bazarowa  i  staruszek  zamarł  w
swoim  fotelu,  niekiedy  tylko  wyłamując  palce.  Wychodził  na  kilka  chwil  do
ogrodu, stał niczym posąg, jakby rażony niewypowiedzianym zdumieniem (wyraz
zdumienia nie schodził z jego twarzy) i wracał znów do syna starając się unikać
pytań  żony.  Wreszcie  chwyciła  go  za  rękę  i  dygocąc,  prawie  z  groźbą  w  głosie
spytała:  „Co  mu  jest?"  Opamiętał  się  i  zmusił  do  uśmiechu,  ale  ku  własnemu
przerażeniu,  zamiast  uśmiechnąć  się,  zaczął  się  nagle  śmiać.  Z  rana  posłał  po
lekarza.  Postanowił,  że  musi  zawczasu  powiadomić  o  tym  syna,  by  go  nie
rozgniewać.

Bazarow  obrócił  się  nagle  na  kanapie,  uparcie  i  tępo  spojrzał  na  ojca  i

poprosił o coś do picia.

Wasilij Iwanowicz podał mu wody i korzystając z okazji dotknął jego czoła.

Płonęło.

—  Mój  staruszku  —  zaczął  Bazarow  ochrypłym,  powolnym  głosem  —

kiepsko ze mną. Zaraziłem się i za kilka dni mnie pochowasz.

Wasilij Iwanowicz zachwiał się, jakby go ktoś uderzył po nogach.
— Eugeniuszu! — wybąkał — co ty mówisz? Bóg z tobą! Przeziębiłeś się...
— Przestań — bez pośpiechu przerwał mu Bazarow. — Lekarzowi nie wolno

tak mówić. Są wszystkie symptomy zakażenia, wiesz przecie sam.

— Zlituj się, Eugeniuszu!... Jakie symptomy zakażenia?
—  A  to  co?  —  rzekł  Bazarow  i  uniósłszy  rękaw  koszuli  pokazał  mu

czerwone, złowieszcze plamy.

Wasilij Iwanowicz drgnął i zlodowaciał z przerażenia.
—  Przypuśćmy  —  rzekł  wreszcie  —  przypuśćmy...  jeśli...  to  nawet  coś  w

rodzaju... zakażenia...

— Piemii — podpowiedział syn.
— No, tak... w rodzaju... epidemii...
— Piemii — surowo i wyraźnie powtórzył Bazarow. — Czyżbyś zapomniał,

coś zapisywał w swoich zeszytach?

— No, tak, tak, jak chcesz... A jednak cię wyleczymy!
— No, wolne żarty. Ale nie o to chodzi. Nie spodziewałem się, że tak szybko

umrę;  prawdę  mówiąc,  bardzo  to  nieprzyjemny  wypadek.  I  ty,  i  matka
powinniście teraz skorzystać z tego, że jesteście bardzo religijni; oto okazja, żeby
wypróbować  wiarę.  —  Wypił  jeszcze  trochę  wody.  —  Chciałbym  cię  o  coś
poprosić...  póki  jeszcze  jestem  przytomny.  Jutro  albo  pojutrze  mózg  mój
przestanie działać, wiesz przecież. Nawet teraz nie jestem zupełnie pewien, czy

background image

jasno  się  wypowiadam.  Gdy  leżałem,  wciąż  mi  się  wydawało,  że  dokoła  mnie
biegają  czerwone  psy,  a  ty  stoisz  nade  mną  jak  nad  cietrzewiem...  Jakbym  był
pijany. Czy dobrze mnie rozumiesz?

— Ależ, Eugeniuszu, mówisz jak należy.
—  Tym  lepiej;  powiedziałeś  mi,  że  posłałeś  po  lekarza...  To  dla  ciebie

pociecha... ale pociesz i mnie: poślij umyślnego...

— Do Arkadiusza Nikołaicza — podchwycił starzec.
— Któż to jest Arkadiusz Nikołaicz? — rzekł Bazarow, jakby w zamyśleniu.

— Ach, tak! To pisklę. Nie, nie, daj spokój, trafił teraz między kawki. Nie dziw
się, jeszcze nie bredzę. Poślij umyślnego do Odincowej, do Anny Siergiejewny,
jest  tu  taka  dziedziczka.  Wiesz?  (Wasilij  Iwanowicz  skinął  głową.)  Każ
powiedzieć, że Eugeniusz, to znaczy Bazarow, przesyła ukłony i zawiadamia, że
umiera. Zrobisz to?

—  Dobrze...  Tylko  czy  to  możliwe,  żebyś  ty  umarł,  ty,  Eugeniuszu!  Sam  się

zastanów! Gdzież więc sprawiedliwość?

— Tego nie wiem, ale poślij umyślnego.
— Natychmiast; i sam napiszę list.
—  Nie,  nie  trzeba;  powiedz,  że  przesyłam  ukłony,  nic  więcej. A  teraz  znów

wrócę do moich psów. Dziwne. Chcę zatrzymać się myślą na śmierci i nie mogę.
Widzę jakąś plamę... i nic więcej.

Znowu ciężko obrócił się ku ścianie; Wasilij Iwanowicz wyszedł z gabinetu i

dowlókłszy się do sypialni żony runął na kolana przed ikonami.

— Módl się, Arino, módl! — wyjęczał. — Nasz syn umiera.
Przyjechał  doktor,  ten  sam  lekarz  powiatowy,  który  nie  miał  lapisu,  i

zbadawszy  chorego  poradził  czekać,  przy  czym  powiedział  kilka  słów  o
możliwości wyzdrowienia.

— Czy widział pan już kiedy, by ludzie w mojej sytuacji nie przenosili się na

Pola Elizejskie? — zapytał Bazarow i nagle chwycił za nogę ciężki stół, stojący
obok kanapy, potrząsnął nim i przesunął z miejsca.

—  Ile  jeszcze  siły  we  mnie  —  powiedział  —  a  trzeba  umierać...  Staremu

łatwiej, odwykł już od życia, a ja... No, ale niech kto spróbuje odepchnąć śmierć.
Ona ciebie odepchnie, i basta! Któż tam płacze? — zapytał po chwili. — Matka?
Biedna! Kogóż będzie teraz karmie swoim wybornym barszczem? Ty zaś, ojcze,
też,  zdaje  się,  popłakujesz?  No,  jeśli  religia  nie  pomaga,  bądź  filozofem,
stoikiem, u licha! Przecież chwaliłeś się, że jesteś filozofem?

— Jaki tam ze mnie filozof — jęknął Wasilij Iwanowicz i łzy pociekły mu z

oczu.

Z każdą godziną stan Bazarowa pogarszał się; choroba rozwijała się szybko,

jak  to  zwykle  bywa  przy  takich  zakażeniach.  Chory  nie  stracił  jeszcze
przytomności  i  rozumiał,  co  do  niego  mówiono;  jeszcze  walczył.  „Nie  chcę
bredzić  —  szeptał  zaciskając  pięści.  —  Co  za  głupstwa!"  I  zaraz  po  tym:  „Od
ośmiu  odjąć  dziesięć,  ile.  wypadnie?"  Wasilij  Iwanowicz  chodził  jak  obłąkany;
to  chciał  stosować  jedne  środki,  to  znów  inne  i  tyle  tylko  robił,  że  przykrywał
synowi nogi. „Zawinąć w zimne prześcieradło... lekarstwo na wymioty... plaster

background image

z gorczycy na żołądek... puścić krew — powtarzał z napięciem. Doktor, którego
ubłagał,  by  został,  potakiwał  mu,  poił  chorego  lemoniadą,  dla  siebie  zaś  prosił
raz o fajkę, to znów o coś „wzmacniającego i rozgrzewającego", czyli o wódkę.
Arina.  Własiewna  siedziała  przy  drzwiach  na  niskiej  ławeczce  i  tylko  od  czasu
do  czasu  odchodziła,  by  się  pomodlić;  przed  kilku  dniami  wypadło  jej  z  ręki
lusterko  i  rozbiło  się,  zawsze  uważała  to  za  zły  znak;  nawet Anfisuszka  nic  nie
umiała jej powiedzieć. Timofieicz pojechał do Odincowej.

Noc Bazarow miał złą... Męczyła go straszna gorączka. Nad ranem zrobiło mu

się  lepiej.  Poprosił,  żeby  Arina  Własiewna  uczesała  go,  pocałował  jej  rękę  i
wypił dwa łyki herbaty. Wasilij Iwanowicz trochę się ożywił.

— Dzięki Bogu! — powtarzał. — Nastąpił kryzys... kryzys minął.
—  To  ci  dopiero!  —  rzekł  Bazarow.  —  Jak  wiele  znaczą  słowa.  Znalazłeś

sobie  słowo,  powiedziałeś:  „kryzys",  i  jużeś  rad.  Zadziwiające,  jak  człowiek
jeszcze wierzy w słowa. Powiedzą na przykład, że jest dureń, i nie dadzą po łbie,
zrobi mu się smutno; nazwą go mądrym i nie dadzą pieniędzy, poczuje radość.

Ta  krótka  wypowiedź  Bazarowa,  przypominająca  jego  dawniejsze

„koncepty", wywołała zachwyt Wasilia Iwanowicza.

—  Brawo!  Znakomicie  powiedziane,  znakomicie!  —  zawołał  udając,  że

klaszcze w ręce.

Bazarow smutno się uśmiechnął.
— Jak więc sądzisz — rzekł — czy kryzys minął, czy nadszedł?
— Widzę, że ci lepiej, i to mnie cieszy — odparł Wasilij Iwanowicz.
— No, to doskonale; zawsze dobrze jest się cieszyć. A do niej posłałeś?
— A jakże, posłałem.
Polepszenie  trwało  niedługo.  Wkrótce  wróciły  ataki  choroby.  Wasilij

Iwanowicz siedział przy Bazarowie. Zdawało się, że jakaś niepojęta męka trapi
starca. Kilka razy próbował mówić, ale nie mógł.

— Eugeniuszu! — rzekł wreszcie. — Synu mój, drogi mój, ukochany synu!
Te  niezwykłe  słowa  podziałały  na  Bazarowa...  Odwrócił  nieco  głowę  i

widocznie starając się wydobyć z przygniatającego stanu nieprzytomności, spytał:

— Co, mój ojcze?
— Eugeniuszu — mówił dalej Wasilij Iwanowicz i ukląkł przed Bazarowem,

chociaż tamten nie otwierał oczu i nie mógł go widzieć. — Eugeniuszu, teraz jest
ci lepiej. Bóg da, że wyzdrowiejesz; lecz skorzystaj z tego czasu, pociesz mnie i
matkę, spełń obowiązek chrześcijański! Strasznie mi mówić ci o tym, ale jeszcze
straszniej... przecież na wieczność, Eugeniuszu... pomyśl, jakże to...

Głos  starca  załamał  się,  a  na  twarzy  jego  syna,  który  wciąż  leżał  z

zamkniętymi oczami, pojawił się jakiś dziwny wyraz.

— Nie odmawiam, jeśli to może wam przynieść ulgę — wyrzekł wreszcie —

ale myślę, że nie ma powodu do pośpiechu. Sam powiadasz, że jest mi lepiej.

—  Lepiej,  Eugeniuszu,  lepiej;  ale  kto  wie,  wszystko  w  ręku  Boga,  jeśli  zaś

spełnisz obowiązek...

— Nie, poczekam — przerwał Bazarow. — Zgadzam się z tobą, że nastąpił

kryzys.  Jeśli  zaś  omyliliśmy  się,  to  cóż?  Przecież  nawet  nieprzytomnym  udziela

background image

się komunii.

— Zmiłuj się, Eugeniuszu...
— Poczekam. A teraz chcę spać. Nie przeszkadzaj mi. — I głowa jego opadła

na poduszki.

Starzec  wstał,  usiadł  w  fotelu  i  schwyciwszy  się  za  podbródek  zaczął  gryźć

palce...

Turkot pojazdu na resorach, ów turkot, który tak wyraźnie rozlega się wśród

wiejskiej ciszy, doleciał nagle do jego uszu. Coraz bliżej toczyły się lekkie koła:
już  słychać  było  parskanie  koni...  Wasilij  Iwanowicz  zerwał  się  z  krzesła  i
podbiegł  do  okna.  Na  podwórze  jego  dworku  wjeżdżała  dwuosobowa  kareta
zaprzężona  w  czwórkę  koni.  Nie  zdając  sobie  sprawy,  co  to  może  znaczyć,  w
porywie  jakiejś  niedorzecznej  radości  wybiegł  na  ganek...  Lokaj  w  liberii
otworzył  drzwiczki  karety,  z  której  wysiadła  jakaś  dama  w  czarnej  woalce  i
czarnej mantyli...

— Jestem Odincowa — rzekła. — Czy Eugeniusz Wasiliewicz żyje? Pan jest

jego ojcem? Przywiozłam doktora.

—  Dobrodziejko!  —  zawołał  Wasilij  Iwanowicz  i  chwyciwszy  jej  dłoń,  z

drżeniem  przyciskał  do  swoich  ust,  podczas  gdy  przywieziony  przez  Annę
Siergiejewnę  doktor,  mały  człowieczek  o  niemieckiej  fizjonomii,  w  okularach,
powoli  wysiadał  z  karety.  —  Żyje,  jeszcze  żyje  mój  Eugeniusz  i  teraz  będzie
uratowany! Żono! Żono!... Anioł z nieba zawitał do nas!...

— Co się stało, Panie Boże! — wybiegając z bawialni szeptała dygocącymi

wargami  staruszka;  nic  nie  rozumiejąc  przypadła  w  sieni  do  nóg  Anny
Siergiejewny i jak oszalała zaczęła całować jej suknię.

— Co pani robi! Co pani robi! — powtarzała Anna Siergiejewna, lecz Arina

Własiewna  nie  słuchała  jej.  Wasilij  Iwanowicz  zaś  wciąż  powtarzał:  — Anioł!
Anioł!

—  Wo  ist  der  Kranke?  Gdzie  jest  pacjent?  —  zapytał  wreszcie  doktor  z

pewnym niezadowoleniem.

Wasilij Iwanowicz opamiętał się.
—  Tutaj,  tutaj,  proszę  pana  za  mną, werthester  Herr  Kollege —  dodał

przypominając sobie dawną niemczyznę.

—  E!  —  rzekł  Niemiec  i  kwaśno  się  uśmiechnął.  Wasilij  Iwanowicz

zaprowadził go do gabinetu.

— Doktor od Anny Siergiejewny Odincowej — powiedział nachyliwszy się

nad synem — ona też przyjechała.

Bazarow nagle otworzył oczy.
— Coś ty powiedział?
— Mówię, że przyjechała Anna Siergiejewna Odincowa i przywiozła ze sobą

pana doktora.

Bazarow powiódł dokoła wzrokiem.
— Ona jest tutaj... chcę ją widzieć.
—  Zobaczysz  ją,  Eugeniuszu;  ale  najpierw  trzeba  porozmawiać  z  panem

doktorem. Opowiem mu historię choroby, ponieważ Sidor Sidorowicz wyjechał

background image

(tak nazywał się powiatowy lekarz), i zrobimy małą konsultację.

Bazarow spojrzał na Niemca.
— No, mówcie szybko, ale nie po łacinie, rozumiem przecież, co znaczy iam

moritur .

—  Der  Herr  scheint  des  deutschen  machtig  zu  sein?... —  zaczął  uczeń

Eskulapa zwracając się do Wasilia Iwanowicza.

— Ich... habe... Niech pan mówi raczej po rosyjsku — powiedział starzec.
— Ach! topsze... topsze...
Zaczęła się konsultacja.
W  pół  godziny  później  Anna  Siergiejewna  w  towarzystwie  Wasilia

Iwanowicza weszła do gabinetu. Doktor szepnął jej, że nie ma nawet co myśleć o
wyzdrowieniu chorego.

Spojrzała na Bazarowa... i zatrzymała się w drzwiach, tak bardzo uderzyła ją

ta  rozpalona,  a  zarazem  trupia  twarz  ze  skierowanymi  na  nią  mętnymi  oczami.
Przelękła się. Ogarniał ją jakiś zimny i męczący strach; i natychmiast przemknęło
jej przez myśl, że czułaby co innego, gdyby go naprawdę kochała.

— Dziękuję — powiedział z wysiłkiem — tego nie oczekiwałem. To dobry

uczynek. Więc zobaczyliśmy się raz jeszcze, jak to pani obiecała.

— Anna Siergiejewna była tak dobra... — zaczął Wasilij Iwanowicz.
— Ojcze, zostaw nas. Anno Siergiejewno, pani pozwoli? Zdaje się, że teraz...
Wskazał  ruchem  głowy  na  swoje  wyciągnięte,  bezsilne  ciało.  Wasilij

Iwanowicz wyszedł.

— Dziękuję — powtórzył Bazarow. — To po królewsku. Podobno królowie

także odwiedzają umierających.

— Eugeniuszu Wasiliczu, mam nadzieję...
— Ach, Anno Siergiejewno, bądźmy szczerzy. To już koniec. Wpadłem pod

koła.  Widać,  że  na  nic  były  myśli  o  przyszłości.  Stara  historia  śmierć,  a  dla
każdego  nowa.  Na  razie  tchórz  mnie  nie  oblatuje...  a  potem  niepamięć  i  kwita.
(Słabo  machnął  ręką.)  No,  cóż  mam  pani  powiedzieć?...  Że  panią  kochałem?
Przedtem  to  nie  miało  sensu,  a  teraz  tym  bardziej.  Miłość  jest  formą,  a  moja
własna forma już się rozkłada. Powiem raczej: pani jest taka wspaniała! I stoi tu
pani, taka piękna...

Anna Siergiejewna mimo woli drgnęła.
— Niech się pani nie trwoży... proszę usiąść... tam... Nie trzeba się do mnie

zbliżać, przecież moja choroba jest zaraźliwa.

Anna  Siergiejewna  szybko  przeszła  przez  pokój  i  usiadła  w  fotelu  obok

kanapy, na której leżał Bazarow.

—  Jaka  pani  wspaniałomyślna!  —  szepnął.  —  Och,  jak  blisko...  i  jaka  pani

młoda,  świeża,  czysta...  w  tym  okropnym  pokoju!...  Żegnaj!  Niech  pani  żyje
długo, to najlepsze, i niech pani korzysta z życia, póki czas. Proszę spojrzeć, co
za okropne widowisko: na wpół zduszony robak, a jeszcze się wierci. A przecież
myślałem, że wiele zrobię; nie umrę, skądże! Mam do spełnienia wielkie zadanie,
tyle  we  mnie  mocy!  A  teraz  całe  moje  zadanie  polega  na  tym,  żeby  umrzeć
przyzwoicie, chociaż nikogo to nie obchodzi... Wszystko jedno: nie poddam się!

background image

Bazarow  zamilkł  i  zaczął  szukać  szklanki.  Anna  Siergiejewna  podała  mu

napój nie zdejmując rękawiczek i bojaźliwie oddychając.

— Pani mnie zapomni — zaczął znowu — martwy nie jest towarzyszem dla

żywego.  Ojciec  powie  pani:  „Patrzcie,  jakiego  człowieka  traci  Rosja...",  to
brednia, ale niech pani nie odbiera tej wiary staruszkowi. Czymkolwiek dziecię
się raduje... rozumie pani. I niechże pani będzie dobra dla matki. Przecież takich
ludzi  jak  oni  w  waszym  wielkim,  świecie  nawet  ze  świecą  się  nie  znajdzie...
Jestem  potrzebny  Rosji...  Nie,  widać,  nie  jestem  potrzebny.  Któż  zresztą  jest
potrzebny?  Szewc,  krawiec,  rzeźnik...  sprzedaje  mięso...  rzeźnik...  proszę
poczekać... plączę się... Tutaj mam las...

Bazarow położył rękę na czole.
Anna Siergiejewna pochyliła się nad nim.
— Eugeniuszu Wasiliczu, jestem tutaj... Zdjął rękę z czoła i uniósł się nieco.
— Żegnaj! — powtórzył z nagłą siłą i oczy jego zabłysły ostatnim blaskiem.

—  Żegnaj!...  Posłuchaj...  Przecież  nie  pocałowałem  pani  wtedy...  Dmuchnij  na
zamierające światło, niech zgaśnie...

Anna Siergiejewna przycisnęła usta do jego czoła.
— Dosyć! — rzekł i opadł na poduszkę. — Teraz... ciemno...
Anna Siergiejewna cicho wyszła.
— I co? — zapytał szeptem Wasilij Iwanowicz. — Zasnął — odparła ledwo

dosłyszalnie.

Ale Bazarow już się nie obudził. Pod wieczór całkiem stracił przytomność i

następnego dnia umarł. Ojciec Aleksy odprawił nad nim obrzędy religijne. Kiedy
go  namaszczano,  kiedy  olejami  świętymi  dotknięto  jego  piersi,  jedno  oko
konającego  otworzyło  się,  i  na  widok  duchownego  w  szatach,  dymiącego
kadzidła, świec przed ikonami jakby dreszcz przerażenia na chwilę przebiegł po
jego zmartwiałej twarzy. Gdy w końcu wydał ostatnie tchnienie i w domu rozległ
się  ogólny  lament,  Wasilia  Iwanowicza  ogarnęło  nagłe  szaleństwo:  „Mówiłem,
że będę bluźnił — krzyczał ochryple, z płonącą, wykrzywioną twarzą, potrząsając
w powietrzu pięścią, jakby komuś groził — będę bluźnił, bluźnił!" Wtedy Arina
Własiewna,  cała  we  łzach,  zawisła  na  jego  szyi  i  oboje  razem  padli  twarzą  na
ziemię.  „Tak  —  opowiadała  potem  w  czeladnej  Anfisuszka  —  położyli  obok
siebie głowy, niby te owieczki w południe..."

Ale  żar  południa  mija  i  nadchodzi  wieczór  i  noc,  i  powrót  do  cichego

schronienia, gdzie słodko śpią zmęczeni i utrudzeni...

 

background image

XXVIII

 
Minęło sześć miesięcy. Była biała zima; trwała okrutna, mroźna, bezobłoczna

cisza, leżał gęsty, skrzypiący śnieg, różowy szron pokrywał drzewa, niebo miało
barwę  bladego  szmaragdu,  nad  kominami  wisiały  czapy  dymu,  z  otwartych  na
chwilę  drzwi  buchały  kłęby  pary,  twarze  ludzi  były  rześkie,  jakby  wyszczypane
przez  mróz,  a  przemarzłe  koniki  wytrwale  biegły  równym  kłusem.  Styczniowy
dzień  miał  się  już  ku  schyłkowi;  wieczorny  mróz  jeszcze  mocniej  ściskał
nieruchome powietrze i szybko gasła krwawa zorza. W oknach domu w Mariinie
zapalały się światła; Prokoficz w czarnym fraku i białych rękawiczkach w sposób
szczególnie  uroczysty  nakrywał  stół  na  siedem  osób.  Przed  tygodniem  w
niewielkiej  parafialnej  cerkwi,  cicho  i  prawie  bez  świadków,  odbyły  się  dwa
śluby. Arkadiusza z Katią i Mikołaja Pietrowicza z Fieniczką; tego dnia Mikołaj
Pietrowicz wydawał pożegnalny obiad na cześć swego brata, który wyjeżdżał do
Moskwy, by załatwić tam różne sprawy. Anna Siergiejewna pojechała tam zaraz
po ślubie, szczodrze obdarzywszy młodą parę.

Z  wybiciem  godziny  trzeciej  wszyscy  zebrali  się  przy  stole;  Mitię  także  tu

posadzono,  miał  teraz  nianię  w  brokatelowym  kokoszniku.  Paweł  Pietrowicz
siedział między Katią i Fieniczką; mężowie obok żon. Nasi znajomi zmienili się
ostatnimi  czasy;  wszyscy  jakby  wyładnieli  i  zmężnieli;  tylko  Paweł  Pietrowicz
schudł,  co  zresztą  dodawało  jeszcze  wykwintu  wielkopańskiego  charakteru  jego
wyrazistym  rysom...  Pieniczka  także  się  zmieniła.  W  nowej  jedwabnej  sukni,  z
szerokim  aksamitnym  przybraniem  we  włosach,  ze  złotym  łańcuszkiem  na  szyi,
siedziała nieruchomo i godnie, godnie w stosunku do siebie i wszystkiego co ją
otaczało,  i  tak  się  uśmiechała,  jakby  chciała  powiedzieć:  „Wybaczcie  mi,  nie
jestem winna." Nie tylko ona, wszyscy inni także się uśmiechali i także jak gdyby
przepraszali;  wszyscy  czuli  się  trochę  nieswojo,  byli  trochę  zasmuceni,  ale  w
gruncie rzeczy było im bardzo, dobrze. Usługiwano sobie nawzajem z zabawnym
przejęciem,  jakby  wszyscy  postanowili  grać  jakąś  naiwną  komedię.  Katia  była
najbardziej  spokojna  z  ufnością  patrzyła  dokoła  i  można  było  zauważyć,  że
Mikołaj Pietrowicz świata już za nią nie widzi. Tuż przed końcem obiadu wstał i
wziąwszy kielich do ręki zwrócił się do Pawła Pietrowicza.

— Miły bracie, opuszczasz nas... opuszczasz nas... — zaczął — oczywiście,

nie na długo; mimo to jednak muszę ci powiedzieć, że ja... że my... jak bardzo ja...
jak bardzo my... Co za nieszczęście, że nie umiem wygłaszać mów! Arkadiuszu,
powiedz ty!

— Nie, papo, nie przygotowałem się.
— A czy ja się przygotowałem! Pozwól więc, bracie, że cię uścisnę i złożę

życzenia wszystkiego najlepszego, i wracaj do nas jak najprędzej!

Paweł  Pietrowicz  uściskał  wszystkich  nie  wyłączając,  rozumie  się,  Miti;

Fieniczkę  pocałował  ponadto  w  rękę,  której  nie  umiała  jeszcze  podawać  jak
należy, i wypijając drugi kielich rzekł z głębokim westchnieniem: — Przyjaciele

background image

moi,  bądźcie  szczęśliwi! Farewell! —  To  angielskie  słówko  przeszło  nie
zauważone, ale wszyscy byli wzruszeni.

—  Wypijmy  za  Bazarowa  —  szepnęła  Katia  do  męża  trącając  się  z  nim

kieliszkiem. Arkadiusz  mocno  uścisnął  jej  rękę,  ale  nie  zdecydował  się  głośno
wznieść tego toastu.

Zdawałoby się, że to już koniec? Może jednak ktoś z czytelników chciałby się

dowiedzieć,  co  porabia  teraz,  właśnie  teraz,  każda  z  ukazanych  przez  nas  osób.
Chętnie spełnimy to życzenie.

Anna Siergiejewna wyszła niedawno za mąż, nie z miłości, lecz z rosądku, za

jednego  z  przyszłych  rosyjskich  działaczów,  prawnika,  człowieka  bardzo
rozumnego,  obdarzonego  zmysłem  praktycznym,  silną  wolą  i  niezwykłym  darem
słowa, człowieka jeszcze młodego, przyzwoitego i zimnego jak lód. Żyją ze sobą
w  wielkiej  zgodzie  i  doczekają  może  szczęścia...  a  może  miłości?  Księżniczka
Ch.  umarła;  zapomniano  o  niej  już  w  dniu  jej  śmierci.  Kirsanowowie,  ojciec  i
syn,  osiedli  w  Mariinie.  Ich  sprawy  przybrały  lepszy  obrót.  Arkadiusz  stał  się
zawołanym  gospodarzem,  ferma  przynosi  już  dość  znaczny  dochód.  Mikołaj
Pietrowicz został wybrany na pełnomocnika ziemstwa i pracuje ze wszystkich sił;
nieustannie  objeżdża  swój  teren,  wygłasza  długie  przemówienia  (sądzi,  że
chłopom należy kłaść wszystko „łopatą do głowy", czyli przez częste powtarzanie
tych samych słów doprowadzać ich do znużenia), a przecież prawdę mówiąc, nie
cieszy  się  uznaniem  ani  szlachty  oświeconej,  rozprawiającej  z  szykiem  czy
melancholią o mancypancji (an nosowe), ani nieoświeconej, która bez ceremonii
wymyśla  na  ową  muncypację.  Jedni  i  drudzy  uważają,  że  jest  zbyt  ustępliwy.
Katarzyna  Siergiejewna  urodziła  syna  Kolę,  Mitia  zaś  biega  już  dzielnie  i  bez
przerwy gaworzy. Fieniczka, Fiedosja Nikołajewna, prócz męża i Miti nikogo tak
nie  uwielbia  jak  swoją  synową  i  kiedy  Katia  siada  do  fortepianu,  rada  by  cały
dzień  od  niej  nie  odchodzić.  Wspomnimy  jeszcze  o  Piotrze.  Zupełnie  zastygł  w
swojej  głupocie  i  zarozumiałości,  nabrał  szczególnej  maniery  w  wymawianiu
niektórych  zgłosek,  ale  także  się  ożenił.  Jego  żona,  córka  miejskiego  ogrodnika,
wniosła mu przyzwoity posag; odrzuciła dwie dobre partie, ponieważ młodzieńcy
nie posiadali zegarków: Piotr zaś nie tylko miał zegarek, ale nawet lakierowane
buty z niską cholewką.

W Dreźnie, na tarasie Bruhla, między godziną drugą a czwartą po południu, a

więc  w  porze  najbardziej fashionable, można  spotkać  mężczyznę  w  wieku  lat
pięćdziesięciu,  zupełnie  siwego  i  jakby  cierpiącego  na  podagrę,  lecz  jeszcze  w
pełni  urody,  bardzo  wytwornego  w  ów  szczególny  sposób,  właściwy  tylko
człowiekowi,  który  długo  przebywał  w  wyższych  sferach  towarzyskich.  To
Paweł  Pietrowicz.  Wyjechał  z  Moskwy  za  granicę,  aby  poprawić  zdrowie,  i
został  na  stałe  w  Dreźnie,  gdzie  utrzymuje  stosunki  towarzyskie  przeważnie  z
Anglikami  i  przejezdnymi  Rosjanami.  W  obcowaniu  z  Anglikami  jest  prosty,
prawie skromny, chociaż nie pozbawiony godności; uważają, że jest nieco nudny,
ale  szanują  w  nim  nieskazitelnego  dżentelmena, a  perfect  gentleman. Z
Rosjanami  jest  swobodniejszy,  daje  upust  swej  żółci,  kpi  z  nich  i  z  siebie;  ale
wszystko  to  robi  bardzo  przyjemnie,  niedbale  i  grzecznie.  Wyznaje

background image

słowianofilskie  poglądy,  wiadomo,  że  w  wielkim  świecie  uchodzi  to  za tres
distingue
. Nie czyta nic po rosyjsku, ale na jego biurku stoi srebrna popielniczka
w kształcie chłopskiego łapcia. Nasi turyści bardzo poszukują jego towarzystwa.
Matwiej Iljicz Kolazin, znajdujący się w chwilowej opozycji, jadąc do czeskich
wód  złożył  mu  łaskawie  wizytę;  miejscowi  zaś,  z  którymi  zresztą  rzadko  się
spotyka, po prostu ubóstwiają go. Nikt tak łatwo i szybko nie dostanie biletu na
koncert  dworskiej  kapeli,  do  teatru  itp.  jak der  Herr  Baron  von  Kirsanoff.
Zawsze,  o  ile  może,  wyświadcza  ludziom  przysługi;  wciąż  jeszcze  potrafi
zabłysnąć,  był  przecież  niegdyś  lwem  salonowym:  lecz  żyć  mu  ciężko...  ciężej,
niż sam przypuszcza... Wystarczy spojrzeć na niego, gdy zamyślony, oparłszy się
na  uboczu  o  ścianę,  stoi  w  cerkwi  nieruchomo,  gorzko  zcisnąwszy  usta;  potem
nagle się opamiętuje i zaczyna się prawie niedostrzegalnie żegnać.

Pani  Kukszin  także  znalazła  się  za  granicą;  jest  teraz  w  Heidelbergu  i  nie

studiuje już nauk przyrodniczych, ale architekturę, w której, według jej własnych
słów,  odkryła  nowe  prawa.  Jak  dawniej  pozostaje  w  bliskich  stosunkach  ze
studentami, szczególnie zaś z młodymi rosyjskimi fizykami i chemikami, których
pełno  w  Heidelbergu  i  którzy,  zadziwiając  z  początku  naiwnych  niemieckich
profesorów  swoimi  trzeźwymi  poglądami,  wprawiają  niebawem  tych  samych
profesorów w zdumienie swoim nieróbstwem i skończonym lenistwem. Z takimi
to  dwoma  czy  trzema  chemikami,  nie  umiejącymi  odróżnić  tlenu  od  azotu,  lecz
pełnymi negacji i szacunku dla siebie samych, oraz z wielkim Jelisiewiczem styka
się w Petersburgu Sitnikow, który również gotuje się do roli przyszłej wielkości i
według  swoich  zapewnień  prowadzi  dalej  „dzieło"  Bazarowa.  Powiadają,  że
niedawno  ktoś  go  pobił,  lecz  Sitnikow  nie  pozostał  dłużny:  w  pewnym
podejrzanym  artykuliku  wciśniętym  do  pewnego  podejrzanego  piśmidła
wspomiał,  że  ten,  co  go  pobił,  jest  tchórzem.  Nazywa  to  ironią.  Ojciec  pomiata
nim jak dawniej, żona zaś uważa go za głupca... i literata.

W  jednym  z  odległych  zakątków  Rosji  znajduje  się  wiejski  cmentarz.  Jak

wszystkie  prawie  nasze  cmentarze  wygląda  smutno:  otaczające  go  rowy  dawno
zarosły,  szare  drewniane  krzyże  pochyliły  się  i  gniją  pod  ongi  malowanymi
daszkami;  wszystkie  kamienne  płyty  zsunęły  się  z  grobów,  jakby  je  ktoś
podważył;  dwa  czy  trzy  oskubane  drzewa  rzucają  nikły  i  smętny  cień;  owce
bezkarnie chodzą po mogiłach... Ale jest wśród nich jedna mogiła, której nie tyka
człowiek ani nie depce zwierzę; tylko ptaki siadają tam i śpiewają o wschodzie
słońca.  Otacza  ją  żelazne  ogrodzenie,  u  obu  jej  końców  posadzono  dwa  młode
świerki. W tej mogile spoczywa Eugeniusz Bazarow. Tutaj, z niedalekiej wioski,
często  przychodzi  dwoje  zgrzybiałych  staruszków,  mąż  i  żona.  Podtrzymując  się
nawzajem, idą ociężałym krokiem; zbliżywszy się do ogrodzenia klękają i długo,
gorzko  płaczą,  długo  i  uważnie  patrzą  na  niemą  płytę,  pod  którą  leży  ich  syn;
zamienią ze sobą kilka słów, zetrą kurz z płyty, poprawią gałąź świerka i znowu
się modlą, i nie mogą opuścić tego miejsca, skąd jest im jakby bliżej do syna, do
wspomnień o nim...

Czyżby modlitwy i łzy ich były bezcelowe? Czyżby miłość, święta i oddana

miłość,  była  bezsilna?  O  nie!  Chociażby  najbardziej  namiętne,  grzeszne,

background image

zbuntowane  serce  kryło  się  w  tej  mogile,  kwiaty,  które  na  niej  rosną,  spokojnie
patrząc  na  nas  swymi  niewinnymi  oczami,  mówią  nam  nie  tylko  o  wiecznym
spokoju,  o  tym  wielkim  spokoju  „obojętnej"  natury;  mówią  też  o  wiecznej
zgodzie i życiu nieskończonym...


Document Outline