background image

Sabrina Jeffries 

 

Taniec zmysłów 

 

Stare panny Swanlea tom 4 

 

Tytuł oryginalny: 

Dance of Seduction 

 

background image

Rozdział 1 

 

Dziecko czas pędzić winno należycie, 

Od książek, pracy i sportów nie stronić, 

By mogło chwalić każdy dzień na Świecie, 

I żadnej chwili na zbytki nie trwonić

*

. 

Przeciw lenistwu i psotom [w:] Pieśni religijne dla dzieci 

Isaac Watts 

 

Londyn Maj 1819 

 

Lady Clara Stanbourne pochodziła ze starego rodu rzezimieszków, awanturników i 

reformatorów. Przodkowie jej zmarłego ojca wydali na świat kwakrów i wigów – ich mi-
łość do zmian była hamowana jedynie przez zaszczytne stanowiska, które obejmowali. 
Rodzina nieżyjącej matki, Doggettowie, poszczycić się mogła całą plejadą łotrów, którzy 
kochali hazard, pławili się w rozpuście i prześcigali w najdzikszych pomysłach. Nie da-
rzono ich poważaniem, ale nieco zyskali w oczach opinii publicznej dzięki wątłym po-
wiązaniom z rodem Stanbourne'ów poprzez udany mariaż. 

Na  szczęście  ród  w  Anglii  właściwie  był  na  wymarciu.  Jedynie  wuj  Clary,  Cecil, 

karciany  oszust,  podtrzymywał  chlubne  tradycje  rodzinne,  doprowadzając  do  ruiny 
łatwowierne i cnotliwe ofiary. Teraz jednak uprawiał swe rzemiosło w Ameryce, dokąd 
uciekł z Anglii przed ośmiu laty, gdy z powodu oszustw znalazł się po bardzo niebez-
piecznej stronie pistoletu. 

Dlatego też lady Clara ogromnie się zdziwiła, gdy w pewien piękny poniedziałkowy 

poranek  dowiedziała  się  od  lokaja,  że  niejaki  pan  Gaither,  amerykański  adwokat  jej 
wuja, przybył właśnie z Wirginii do Stanbourne Hall. Nie zdawała sobie nawet sprawy, 
że jej wuj może w ogóle zatrudniać adwokata. Jednak Samuel – jej nowy lokaj – utrzy-
mywał, że taki właśnie osobnik stoi w korytarzu. Lady Clara westchnęła i zerknęła na 
zegar. 

–  Czekają na mnie w domu. Dwa tygodnie byłam na wsi. Bardzo się zaniepokoją, 

jeśli się spóźnię. Chyba będziesz musiał wysłać do nich gońca. 

–  Tak jest, milady – powiedział nerwowo Samuel, który w nowej liberii prezento-

wał się niezwykle elegancko. Był ostatnim sukcesem wychowawczym Clary, która zało-
żyła  Dom  Poprawczy  dla  Kieszonkowców  im.  Stanbourne'ów.  Choć  nowy  służący  nie 
miał wystarczająco imponującego wzrostu jak na lokaja z prawdziwego zdarzenia, wy-
pełniał obowiązki całkiem zadowalająco, a tak naprawdę tylko to się liczyło. 

                                                             

*

 

Jeżeli nie zaznaczono inaczej, wszystkie fragmenty umieszczone na początku rozdziałów zostały przetłumaczone przez E. Zawa-

dowską-Kittel

.

 

background image

Głośne szczekanie, które nagle dobiegło z korytarza, świadczyło o tym, że do salo-

nu  weszła  ciotka  Clary,  Verity  Stanbourne.  Clara  pospieszyła  na  spotkanie  z  panem 
Gaitherem i niemal jęknęła w progu na widok miniaturowych pudli Verity obskakują-
cych przerażonego Amerykanina. Biedny adwokat wskoczył na podnóżek i opędzał się 
nieudolnie od niesfornych psów. 

–  Precz, potwory, zostawcie mnie w spokoju! – krzyczał. 
Ciotka bezskutecznie próbowała spacyfikować rozjuszone czworonogi. 
–  Fiddle,  przestań!  Faddle,  chodź  tu  natychmiast!  Foodle,  jeśli  w  tej  chwili  nie 

przestaniesz... – Popatrzyła bezradnie na Gaithera. – Zdenerwował pan moje słonecz-
ka. Naprawdę się zirytowały. – W tej samej chwili rozległo się krótkie groźne szczeknię-
cie  starej  spanielki.  –  Boże,  zmiłuj  się,  idzie  Księżna.  Proszę  się  pilnować,  panie  Ga-
ither, bo jeśli się pan jej nie spodoba, z pewnością zostanie pan ugryziony. 

Clara postanowiła wkroczyć. 
–  Leżeć! – krzyknęła. – i to już! Żadnego gryzienia! – Szczekanie przerodziło się w 

cichy pisk i trzy kudłate główki pochyliły się z udawaną pokorą. 

Księżna  nie  przestała  jednak  obszczekiwać  biednego  pana  Gaithera,  toteż  Clara 

popatrzyła na nią lodowato. 

–  Dosyć tego! – powiedziała karcącym tonem i dopiero wówczas spanielka wróci-

ła do ciotki Verity. 

Niestety suczka ani na chwilę nie przestała warczeć – najwyraźniej od samego po-

czątku zapałała niechęcią do gościa, a to nie wróżyło najlepiej. Najwyraźniej miała nie-
zwykłą zdolność trafnej oceny ludzi od pierwszego wejrzenia. Jeśli na kogoś szczekała 
lub  warczała,  znaczyło  to  niechybnie,  że  tak  potraktowana  osoba  ma  poważne  wady 
charakteru. Spanielka nigdy się nie myliła i dlatego ciotka zabierała ją nawet na spo-
tkania  z  kandydatkami  na  służące.  W  efekcie  służba  ze  Stanbourne  Hall  stanowiła 
przedmiot zazdrości wszystkich przyjaciółek Verity. Sądząc z miny pana Gaithera, jego 
wadę stanowiła niechęć do psów. 

Clara wyciągnęła rękę, by pomóc mu zejść z podnóżka. 
–  Bardzo mi przykro. Nazywam się Clara Stanbourne. Zdaje mi się, że poznał już 

pan moją ciotkę. Proszę wybaczyć to zamieszanie. Obawiam się, że nie przywykłyśmy 
do gości. 

–  Nic dziwnego – mruknął adwokat i zszedł na podłogę. Rozglądając się z iryta-

cją, otrzepał płaszcz, by się pozbyć ewentualnych psich śladów. 

–  To  pańska  wina,  sir  –  powiedziała  ciotka,  siadając  na  sofie  i  niemal  zalotnie 

poprawiając  spódnicę.  –  Nie  pozwolił  się  pan  obwąchać,  a  im  się  to  nie  spodobało.  – 
Jeden z pudelków wskoczył jej na kolana i Verity przytuliła go do piersi. – W dodatku 
chciał pan kopnąć Faddle, a to bardzo wrażliwa istota. 

–  Wrażliwa! Przeklęte psisko! Co więcej, sądzę, że... 
–  Może pan zechce usiąść, panie Gaither – wtrąciła Clara. – Podam panu herba-

tę. 

Mężczyzna przerwał natychmiast i łypnął na nią spod oka. 

background image

–  Nie,  madam.  Chcę  załatwić  sprawę  i  jak  najszybciej  z  tym  skończyć.  –  Jak 

można pozwolić, żeby takie potwory biegały swobodnie po domu, atakowały obcych... 
Na Boga! Ten kraj oszalał! 

Ciotka  Verity  nie  zwracała  jednak  uwagi  na  jego  utyskiwania.  Poklepała  wolne 

miejsce  obok  siebie  na  sofie,  a  Fiddle  i  Foodle  natychmiast  na  nie  wskoczyły.  Clara 
usiadła z drugiej strony, wzdychając w duchu. Boże! Co za dzień! I pomyśleć tylko, że 
nie wybiło nawet południe... 

Nie spuszczając zatrwożonego spojrzenia z psów, pan Gaither otworzył torbę i wyjął 

z niej jakieś papiery. 

–  Przybyłem, by panie poinformować, że Cecil Doggett nie żyje. 
Powiedział to takim tonem, że w pierwszej chwili sens jego słów w ogóle do Clary 

nie dotarł. Była pewna, że się przesłyszała. 

–  Co? Wuj Cecil? Jest pan pewien? 
–  Czy  naprawdę  pani  sądzi,  że  przyjechałbym  tutaj  i  znosił  to  wszystko,  gdyby 

było inaczej? – Adwokat wyciągnął pismo o niezwykle oficjalnym wyglądzie i skierował 
dzierżącą je dłoń w stronę Clary. – Oto świadectwo zgonu. 

–  Och... – Młoda kobieta odebrała od niego dokument i opadła na sofę. 
Fakty były wystarczająco jasne. Poczuła ucisk w gardle. Wuj Cecil zapewne był łaj-

dakiem, ale ona zawsze żywiła do niego pewną sympatię.  Traktował z życzliwością jej 
hobby  –  kolekcjonowanie  książek  dla  dzieci.  Nigdy  nie  twierdził,  tak  jak  mama,  że  to 
bzdury czy też – jak mawiał ojciec – bezsens. Po prostu dawał jej zawsze to, o co prosi-
ła  –  śliczne,  ilustrowane  wydania  bajek  lub  opowiadania  przygodowe.  Ze  łzami  w 
oczach przeczytała świadectwo zgonu. 

–  Z tego wynika, że zmarł na atak serca... 
Odzyskując spokój, pan Gaither skinął poważnie głową. 
–  Nie  wierzę.  –  Ciotka  Verity  odebrała  od  niej  dokument  i  przebiegła  go  wzro-

kiem.  –  To  byłoby  zupełnie  niepodobne  do  Cecila.  –  Podniosła  wzrok  na  prawnika.  – 
Jest pan pewien, że nikt go nie otruł? Lub że Cecil nie zginął w jakichś podobnie po-
dejrzanych okolicznościach? 

No  tak,  ciotka  Verity  zawsze  gorliwie  dociekała  prawdy.  Jej  imię  mówiło  samo  za 

siebie

*

.  Widząc  lekko  zdziwioną  minę  Gaithera,  Clara  poczuła  się  w  obowiązku  wyja-

śnić. 

–  Doggettowie  prowadzili  zawsze...  lekko  awanturniczy  tryb  życia  i  wszyscy  zgi-

nęli... śmiercią raczej nagłą lub tragiczną. Mojego najstarszego wuja zastrzelono w po-
jedynku, a najmłodszy skończył na szubienicy w Madrycie za fałszerstwo. 

–  Zatem nikt by nie przypuszczał, że Doggett może umrzeć tak po prostu na atak 

serca – dodała ciotka Verity. 

                                                             

*

 

Verity (ang.) – prawda (przyp. tłum.).

 

background image

–  Zaręczam,  że  gdybym  nie  był  o  tym  przekonany,  nie  przyjechałbym  tutaj  z 

Ameryki  –  odparł  poważnie  prawnik.  –  A  już  na  pewno  nie  zamierzałbym  przekazać 
spadku po panu Cecilu jej lordowskiej mości. 

Clara popatrzyła na niego nic nierozumiejącym wzrokiem, ale ciotka Verity zapyta-

ła szybko: 

–  O  jakim  spadku  mowa?  Przecież  ten  człowiek  nie  potrafił  zaoszczędzić  więcej 

niż dwa szylingi... 

–  W  chwili  śmierci  był  właścicielem  piętnastu  tysięcy  funtów.  Z  czego  dziesięć 

zostawił lady Clarze. Oczywiście, jeśli zgodzi się je przyjąć. 

Clara ze zdumienia otworzyła usta. 
–  Dziesięć  tysięcy  funtów!  –  Przez  chwilę  próbowała  zrozumieć,  co  usłyszała. 

Opowieść  Gaithera  brzmiała  niczym  bajka  Charles'a  Perraulta.  I  jak  wszystkie  bajki 
wydawała się zbyt piękna, by mogła być prawdziwa. 

–  A czy mój wuj zdradził, w jaki sposób doszedł do takiego majątku? Wyjeżdżał z 

Londynu praktycznie bez grosza... 

–  Podobno  wygrał  w  karty  całą  plantację.  Brat  właściciela,  bardzo  bogaty  czło-

wiek,  w  zamian  za  odzyskanie  posiadłości  zaproponował  mu  pieniądze  i  pan  Doggett 
zaakceptował ten układ. Stwierdził, że nie jest stworzony do życia plantatora. Jak się 
jednak okazało nie żył na tyle długo, by się nacieszyć tym tak nieoczekiwanym mająt-
kiem. 

Clara poczuła ciężar na sercu. Jej wuj umierał zupełnie sam, w obcym kraju. 
–  A czy... wygrał uczciwie? – spytała ciotka. 
Clara jęknęła w duchu. Takie pytanie w ogóle nie przyszłoby jej do głowy. 
–  Oczywiście! – wykrzyknął prawnik. – Może być pani tego pewna. Nie wziąłbym 

nigdy udziału w żadnym nielegalnym przedsięwzięciu. 

Clara posłała mu słaby uśmiech. Jeśli partnerzy Cecila nie przyłapali go wówczas 

na oszustwie, roztrząsanie tego problemu nie miało sensu. A ona sama była przekona-
na, że wuj nie oszukiwał. Cuda się zdarzają. 

–  To wszystko zdarzyło się tak nagle – szepnęła Clara. – Jest pan pewien, że wuj 

Cecil pragnął zostawić spadek właśnie mnie? Jestem tylko jego bratanicą. Może pomy-
lił mnie pan z jedną z jego... kochanek... lub nieślubnych córek? Miał przecież i jedne, 
i drugie. 

–  Claro!  –  Ciotka  Verity  przysłoniła  dłońmi  kłapciate  uszy  Księżnej.  –  Nie  mów 

przy niej o takich rzeczach. To niewinna panna! 

Suczka  wywinęła  się  zręcznie,  najwyraźniej  gotowa  chłonąć  wszystkie  zakazane 

słowa. 

–  Wuj Cecil nigdy nie krył swoich wad, nie widzę więc powodu, dla którego mia-

łabym udawać, że nie istniały.  

–  Przestań,  dziecko,  zawstydzasz  moje  dziewczynki.  Są  bardzo  wrażliwe  na  tym 

punkcie. 

Gaither prychnął pogardliwie, ale nie rzekł ani słowa. 

background image

–  Żeby  pan  wiedział  –  zwróciła  się  do  niego  Verity.  –  Muszą  takie  być,  skoro 

mieszkają w tym domu. Mój brat, a ojciec Clary, był duchownym i naprawdę wspania-
łym człowiekiem. 

–  Pani raczy wybaczyć – wtrącił Gaither – ale z tego, co wiem, to znano go wszem 

wobec jako markiza Pemberton. 

Clara popatrzyła na adwokata ze zbolałą miną. 
–  Owszem,  później,  gdy  nieoczekiwanie  odziedziczył  tytuł.  Wcześniej  był  du-

chownym. A teraz, jeśli chodzi o majątek wuja... 

–  Oczywiście. Pozostałe pięć tysięcy przechodzi na własność jego kochanek i nie-

ślubnych dzieci. Dlatego dziesięć stanowi bez wątpienia pani własność. Chyba że od-
mówi  pani  przyjęcia  spadku...  Pan  Doggett  sugerował,  że  wówczas  ja  muszę  przejąć 
schedę, nie mrugnąwszy nawet okiem. 

–  Naprawdę  powinnaś  odmówić  –  wtrąciła  Verity.  –  Twój  ojciec  zabraniał  przyj-

mować twojej matce jakichkolwiek profitów z niepewnych interesów twojego... 

–  Z  podejrzanych  –  sprostowała  Clara.  –  To  właśnie  ma  na  myśli  moja  droga 

ciotka. 

–  Ależ nie – zaprotestowała Verity. – Chciałam tylko zasugerować... 
–  Dokładnie to, co powiedziałam – ucięła dziewczyna. 
Być  może  biedny  wuj  rzeczywiście  oszukiwał.  Nie  mogła  być  jednak  tego  pewna. 

Mogła  za  to  dobrze  wykorzystać  owe  dziesięć  tysięcy,  niezależnie  od  ich  pochodzenia. 
Oczywiście nie z myślą o sobie. Ojciec zostawił jej okrągłą sumkę tysiąca funtów rocz-
nie.  Dzięki  temu  i  zasobom  ciotki  obie  mogły  żyć  wygodnie  w  Stanbourne  do  końca 
swoich dni. Ale dziesięć tysięcy pozwoliłoby im naprawdę zainwestować w Dom! 

–  Zatem przyjmuje pani pieniądze, lady Claro? – spytał niecierpliwie prawnik.  
Clara szybko rozważyła wszystkie możliwości. 
–  Zdecydowanie tak. 
–  Świetnie. Zatem... – Pan Gaither zaczął jej szybko tłumaczyć, w jaki dokładnie 

sposób wejdzie w posiadanie pieniędzy. 

–  Skoro zamierzasz przyjąć spadek – wtrąciła ciotka – możesz z niego zrobić do-

bry użytek. 

–  Tak właśnie myślałam, ciociu – odparła cierpliwie Clara. 
–  I wreszcie wyjść za mąż! 
Clara popatrzyła na nią z wyraźnym zdziwieniem. 
–  A co mają do tego pieniądze? 
–  Ależ wszystko, kochanie. Jeśli do swego obecnego posagu dodasz osiem tysięcy 

funtów,  będziesz  mogła  przebierać  wśród  najbardziej  szacownych  dżentelmenów. 
Zwłaszcza gdy wydamy pozostałe dwa na twoją garderobę. – Poklepała Clarę po kola-
nie. – Nie znaczy to wcale, że nie prezentujesz się wspaniale już teraz. Ja nawet lubię 
taki  sposób  ubierania  się.  Zauważyłam  jednak,  że  nawet  stateczni  dżentelmeni  wolą 
kobiety... 

–  Wystrojone? – podpowiedziała Clara, dumnie prostując plecy. 

background image

–  Nie.  Eleganckie.  Twoje  wełniane  suknie  nadają  się  idealnie  do  funkcji,  jaką 

pełnisz  obecnie  w  domu  poprawczym,  lecz  uwagę  mężczyzny  przyciągniesz  wyłącznie 
szykownym wyglądem. A potem, kiedy już wyjdziesz za mąż, będziesz mogła spokojnie 
wrócić  do  swoich  obecnych  strojów.  Najpierw  jednak  musisz  znaleźć  odpowiedniego 
kandydata. Czyż nie tak, Faddle?  

Faddle szczeknęła z aprobatą, a Clara przewróciła oczami. 
–  Słyszałam, że dopiero co owdowiały lord Winthorp szuka żony – kontynuowała 

ciotka. 

–  Znowu Winthorp! Na Boga! Tylko nie on! 
Istotnie, nudny lord obdarzał Clarę pewną uwagą podczas jej debiutu na balu, ale 

wycofał się natychmiast, gdy jego matka wyraziła wątpliwość na temat reputacji rodzi-
ny  Clary.  Dlatego  panna  Doggett  miała  nadzieję,  że  odkąd  lord  Winthorp  ożenił  się 
przed ośmiu laty z inną kobietą, może już o nim na dobre zapomnieć, niwecząc nadzie-
je ciotki. Jednak żona lorda niespodziewanie umarła, zostawiając go samego z piątką 
dzieci. A ciotka Verity najwyraźniej znów zaczynała swaty. 

–  Kiedy  już  doprowadzisz  się  do  porządku,  a  lord  usłyszy  o  twym  bogactwie,  z 

pewnością znów o tobie pomyśli. 

–  Ale ja nie chcę, żeby on o mnie myślał. Zawsze był nadętym głupkiem i takim 

pozostanie. 

–  Stateczni, bogobojni mężczyźni istotnie sprawiają czasem takie wrażenie. Lecz 

przy tylu obowiązkach takiego właśnie potrzebujesz męża, kochanie. Chyba się nie my-
lę? 

Clara  skrzywiła  się  z  dezaprobatą,  choć  ciotka  tym  razem  zapewne  miała  rację. 

Wyłącznie  stateczny,  szanowany  obywatel  zaaprobowałby  bezwarunkowo  społeczną 
działalność Clary. Problem polegał jednak na tym, że Clara nie czuła pociągu do takich 
mężczyzn.  Być  może  działo  się  tak  dlatego,  że  płynęła  w  niej  awanturnicza  krew 
Doggettów.  Dziewczyna  wiedziała,  że  pewnego  dnia  przyjdzie  jej  przełknąć  gorzką  pi-
gułkę i związać się z kimś „solidnym”, na razie jednak nie potrafiła się do tego zmusić.  

Ciotka Verity nachyliła się do ucha Księżnej. 
–  Jak myślisz, dziewczynko? Clara wyglądałaby prześlicznie w sukni z dekoltem 

w  stylu  francuskim  i  z  perłami  na  szyi,  prawda?  Nawet  taki  sztywniak  jak  Winthorp 
zapomniałby szybko o jej fatalnej proweniencji i... 

–  Nie  wydam  pieniędzy  na  posag  –  przerwała  Clara,  rzucając  adwokatowi  zaże-

nowane  spojrzenie.  Nie  mogła  dopuścić, by  ciotka  zaczęła  się  rozwodzić  nad  szczegó-
łami, torebeczkami z satyny, różowymi czepeczkami i tak dalej. – Wydam wszystko na 
Dom Poprawczy. 

–  Na Dom? – Ciotka gwałtownie wyprostowała plecy. 
–  Za dziesięć tysięcy funtów mogę go wspaniale rozbudować. – Twarz Clary pała-

ła entuzjazmem. 

background image

–  Dzieci zaczęłyby się uczyć w prawdziwych klasach. Poza tym moglibyśmy opła-

cać rzemieślników, którzy przyjęliby ich do przyuczenia. A nawet rozwinąć własny inte-
res prowadzony przez starsze dzieci! 

–  Ależ, Claro! Czy musisz naprawdę wydać to wszystko na Dom? Możesz przecież 

podzielić fundusze. – Zmarszczyła jasne brwi. – Wtedy jednak nie zostanie nic na stro-
je. Gdybyśmy jednak zatrudniły angielską krawcową... 

–  Nie wydam ani centa na posag – warknęła Clara, której cierpliwość już się po-

woli wyczerpywała. – Już i tak jest wystarczający. 

Ciotka zatrzepotała gwałtownie rękami. 
–  Dziecko, pomyśl, co mówisz. Lat ci nie ubywa... 
–  Dziękuję,  że  mi  o  tym  przypomniałaś  –  odparła  Clara,  przerażona  faktem,  że 

odbywają tego typu rozmowę w obecności nieznajomego. – Mam jednak tylko dwadzie-
ścia osiem lat, jeszcze nie muszę kupować sobie męża. Zawsze zdążę. 

–  Ależ, Claro... 
–  Dość tego, ciociu. Nie zmienię zdania. 
Ciotka Verity popatrzyła błagalnie na Gaithera, który z zadowoloną miną przysłu-

chiwał się rozmowie. 

–  Proszę jej powiedzieć, że nie może wydać wszystkiego na cele charytatywne. 
Adwokat uśmiechnął się po raz pierwszy od chwili przybycia. 
–  Pan  Doggett  nie  pozostawił  żadnych  wskazówek  na  ten  temat.  Pozostawił  tę 

kwestię do uznania swojej siostrzenicy. 

–  Mądry był z niego człowiek – mruknęła pod nosem Clara. 
–  Jeśli panna Doggett zechce za nie kupić złote klatki dla pani piesków, to rów-

nież jej sprawa – dodał złośliwie Gaither. 

Na twarzy Verity pojawił się wyraz przerażenia. 
–  Klatki? Claro, przecież ty byś nigdy... 
–  Oczywiście, że nie, ciociu. Chyba że nie przestaniesz mówić o posagu. 
–  Próbuję tylko pomóc – mruknęła Verity. 
Nie  była  głupia.  Wiedziała,  kiedy  się  wycofać,  co  zresztą  wcale  nie  oznaczało,  że 

zamierzała się poddać. 

–  Skoro nie chcesz rozważyć takiej możliwości, nic na to nie poradzimy, prawda, 

słoneczka?  

Szczekanie  pudli  natychmiast  zmiotło  uśmiech  z  twarzy  Gaithera.  Poderwał  się  z 

miejsca. 

–  Na mnie już czas. Muszę jeszcze porozmawiać z innymi spadkobiercami. 
Clara się uśmiechnęła. 
–  Tak, z nieślubnymi dziećmi wuja i jego kochankami. Pewnie nie może mi pan 

zdradzić, kto... 

–  Nawet o tym nie myśl, Claro Stanbourne – zaprotestowała ciotka. – Nawracanie 

kieszonkowców to jedno, a znajomość z takimi kobietami... 

background image

–  Właściwie to pan Doggett przewidział, że jego siostrzenica może postawić takie 

pytanie  i  zastrzegł,  bym  utrzymał  ich  tożsamość  w  tajemnicy.  Bał  się,  że...  mogłyby 
niewłaściwie wykorzystać jego powiązania rodzinne. 

Clara znów poczuła, że ma łzy w oczach. Wuj Cecil zawsze starał się ją chronić. 
–  Dziękuję, panie Gaither. Naprawdę sumiennie wypełnia pan jego wolę. 
Ku jej wielkiemu zdumieniu Gaither mrugnął do niej. 
–  Pozwolę  sobie  poinformować  panią,  gdy wszystkie  dokumenty  będą  gotowe.  A 

teraz, jeśli zechce mi pani wybaczyć... 

–  Oczywiście, zaraz pana odprowadzę. – Clara popatrzyła na ciotkę z niewinnym 

uśmiechem. – Idę teraz do Domu, ale wrócę na kolację. 

–  Uważaj na siebie! – zawołała ciotka. – Zabierz jednego ze służących. 
–  Przecież zawsze tak robię – odparła z irytacją Clara, popychając pana Gaithera 

w stronę korytarza. 

Samuel skoczył na równe nogi i pospieszył po płaszcz Gaithera. Kiedy jednak po-

magał wkładać prawnikowi okrycie, Clara dostrzegła nieznaczny ruch prawej ręki słu-
żącego. 

Jęknęła i chwyciła go za nadgarstek, zanim Gaither zdążył coś zauważyć. 
–  Och,  panie  Gaither...  –  powiedziała  gładko.  –  Chyba  upuścił  pan  portfel.  Sa-

muel właśnie go podniósł. 

Samuel poczerwieniał. 
–  To pański, prawda? – spytał z niewinną miną.  
Gaither wydawał się bardzo zaskoczony. 
–  Wielkie nieba, tak, mój. 
–  Widocznie wypadł, kiedy wkładał pan płaszcz – podpowiedział Samuel. 
–  Zapewne. – Gaither łypnął podejrzliwie na lokaja i ukłonił się Clarze. – Żegnam 

panią. Kiedy wszystko będzie gotowe, natychmiast dam znać. Może następnym razem 
spotkamy się gdzie indziej? 

–  Z pewnością – zgodziła się szybko. – Do zobaczenia panu. 
Ledwo za prawnikiem zamknęły się drzwi, kobieta z furią odwróciła się do Samu-

ela. 

–  Nie wierzę... 
–  To nie tak,  milady  –  pospieszył lokaj z wyjaśnieniem. – Oddałbym ten portfel, 

zanim powóz zdążyłby ruszyć. Ja tylko ćwiczyłem. 

–  Po co? Przecież zacząłeś nowe życie. 
–  Nigdy  nic  nie  wiadomo.  Lepiej  nie  wychodzić  z  wprawy...  –  Urwał,  by  nie  po-

wiedzieć za dużo. 

To  jednak  Clarze  wystarczyło.  Wiedziała,  o  czym  myślał  jej  służący.  Bał  się,  że 

pewnego dnia straci u niej pracę, a jego marzenia rozpłyną się we mgle. A wtedy przed 
głodem uchronią go tylko dawne zdolności. 

Westchnęła. 
–  Od dziś ćwicz tylko na mnie i innych służących, dobrze? 

background image

10 

Zamrugał. 
–  To znaczy, że pani mnie nie zwalnia? 
Nadzieja w jego oczach była poruszająca. 
–  Nie. Ale jeśli zrobisz coś takiego jeszcze raz... 
–  Ależ oczywiście, milady, to znaczy, nie, milady, nigdy, przenigdy, przysięgam! – 

Chwycił  ją  za  rękę  i  ucałował  z  czcią  graniczącą  z  rozpaczą.  –  Nie  zawiodę  pani.  Już 
nigdy  niczego  nie  ukradnę  i  będę  najlepszym  lokajem,  jaki  kiedykolwiek  pracował  w 
Stanbourne Hall. 

–  Niewątpliwie  najzwinniejszym.  –  Widząc  jego  ponurą  minę,  uśmiechnęła  się 

pocieszająco.  –  No  już,  już,  jesteś  dobrym  pracownikiem  i  wierzę,  że  zrobisz  znacznie 
lepszy użytek ze swoich zręcznych palców niż kiedyś. – Delikatnie wysunęła rękę. – A 
teraz przyprowadź mi powóz. 

Samuel ukłonił się szybko i wybiegł z domu. Clara pokiwała tylko głową. Uważała 

przypadek tego mężczyzny za jeden ze swoich większych sukcesów, a jednak i Samuel 
miewał  chwile  słabości.  Ileż  to  cięgów  musiało  spaść  na  plecy  tak  obiecującego  mło-
dzieńca, skoro uwierzył, że poza złodziejskim fachem nie ma przed sobą żadnej  przy-
szłości i że życie to pasmo udręk? 

Jej zadaniem było przeciwdziałanie takim sytuacjom. Dysponując nowymi fundu-

szami, mogła podjąć się tego zadania na znacznie szerszą skalę. 

Samuel zajął miejsce z tyłu powozu, a Clara wsiadła do środka i natychmiast za-

częła  snuć  plany  związane  z  nieoczekiwanym  spadkiem.  Należało  pomyśleć  o  prak-
tycznych ulepszeniach, rozbudowie sypialni dziecięcych i nowym piecu, nie mówiąc już 
o zatrudnieniu dwóch dodatkowych nauczycieli i o całym stosie książek do kupienia. 
Mamie zawsze zależało na lepszym ogrzewaniu. Gdyby rzeczywiście je mieli w tę suro-
wą zimę 1812 roku... 

Westchnęła  na  samo  wspomnienie.  Jej  matka  zmarła  wtedy  na  zapalenie  płuc. 

Clara też poważnie zachorowała, gdyż obie spędzały wiele czasu w Domu. Matce bra-
kowało jednak młodzieńczej witalności; nieustanny kontakt z zimnym i wilgotnym po-
wietrzem kosztował ją życie. 

Clara poczuła, że ma łzy w oczach, szybko jednak je wytarła. Bezsensem było roz-

trząsanie  spraw,  których  nie  mogła  już  zmienić.  Wiadomość  o  śmierci  wuja  Cecila 
wprawiła ją w wystarczająco ponury nastrój. 

Wygładziła spódnicę prostej sukni, którą zawsze wkładała, idąc do Domu. Najlep-

szym sposobem uczczenia zmarłych było zadośćuczynienie ich woli i przekucie śmierci 
na  coś  dobrego  dla  innych.  Mama  byłaby  szczęśliwa,  gdyby  wiedziała,  że  pośrednio 
przyczyniła się do takiej finansowej niespodzianki.  To właśnie ona nalegała, by  Clara 
utrzymywała kontakty zarówno z Doggettami, jak i Stanbourne'ami. Gdyby nie to, wuj 
Cecil nie poznałby nigdy siostrzenicy na tyle dobrze, by pozostawić jej majątek. Clara 
uśmiechnęła się. Miała nadzieję, że mama patrzy na nią z nieba i też się uśmiecha. 

Tymczasem dotarli już do ponurego, zionącego rozpaczą Spitalfields. Powozu Clary 

niemal nikt nie zauważył – ulicznicy o mętnych oczach zdążyli się już przyzwyczaić do 

background image

11 

widoku  czarno-złotego  ekwipażu  Stanbourne'ów.  Clara  przyjeżdżała  tu  sama  od sied-
miu lat, po śmierci mamy, a w jej towarzystwie przez trzy lata. 

Wtoczyli się na Petticoat Lane, ulicę paserów i lombardów. Clara ścisnęła mocniej 

skórzaną torebkę i otuliła się szalem. Coś nagle przykuło jej uwagę. Pewnie nawet nie 
zauważyłaby dwóch rozmawiających ludzi, gdyby nie czerwony ubiór jednego z nich. 

Johnny  Perkins  miał  na  sobie  ulubiony  szkarłatny  płaszcz.  Ten  dwunastolatek, 

mieszkaniec Domu, prowadził właśnie ożywioną dyskusję z wysokim, barczystym męż-
czyzną. 

Clara przypomniała sobie poranny incydent z Samuelem. 
–  Stój! – krzyknęła, otworzyła drzwiczki powozu i wyskoczyła na zewnątrz. 
Kazała  stangretowi  jechać  dalej,  Samuelowi  zaczekać,  a  sama  ruszyła  w  stronę 

mężczyzny w starym palcie i sfatygowanej futrzanej czapce. 

Ulica cuchnęła smażonymi śledziami i kapustą. 
Osiłek mocno ściskał ramię Johnny'ego. W porannym słońcu bez trudu dostrzegła 

w dłoni chłopca złoty zegarek, a to mogło oznaczać tylko jedno. 

Tego poranka już drugi z jej podopiecznych próbował napytać sobie biedy. 

background image

12 

Rozdział 2 

 

Rozmawiaj wyłącznie z dobrze wychowanymi, trzeźwymi i porządnymi ludźmi. 

Nieodpowiednie znajomości mają zgubny wpływ na maniery. 

Mały poradnik kieszonkowy pisany z myślą o paniczu Tommym i panience Polly – 

ku ich uciesze i przestrodze. 

John Newbery 

 

Próbując  bez  skutku  zatuszować  zdenerwowanie,  Clara  stanowczym  krokiem  ru-

szyła przed siebie. Zdążyła akurat w chwili, gdy Johnny usiłował coś tłumaczyć. 

–  Proszę zrozumieć... – pisnął. 
–  Johnny – powiedziała ostro Clara.  
Chłopiec odwrócił się natychmiast, a jego rumiane policzki przybrały barwę mleka. 
–  Niech to diabli – mruknął. 
Popatrzyła  na  niego  słynnym  „spojrzeniem  Stanbourne'ów”,  które  zwykle  bardzo 

skutecznie działało na dzieci. 

–  W tej chwili oddaj panu zegarek! 
Johnny  posłusznie  wykonał  polecenie.  W  chwili  gdy  nieznajomy  odzyskał  wła-

sność, popatrzył na Clarę spokojnie, choć lodowato. W Spitalfields patrzyli w ten spo-
sób  tylko  stróże  prawa.  Przerażona  kobieta  położyła  rękę  na  ramieniu  nieszczęsnego 
podopiecznego. 

–  Sir, jestem pewna, że Johnny nie chciał zabrać panu zegarka. 
–  A  dlaczego  to  panią  interesuje?  Czyżby  była  pani  jego  matką?  –  Mężczyzna 

najwyraźniej nie zamierzał chłopca wypuścić. 

Clara poczuła narastającą panikę. 
Nieznajomy  mówił  z  delikatnym  akcentem,  niezupełnie  cudzoziemskim,  ale  i  nie 

całkiem angielskim. Co wcale nie wykluczało możliwości, że był policjantem. Zmusiła 
się do uśmiechu. 

–  Jestem w pewnym sensie opiekunką tego chłopca. 
–  Moja mama nie żyje – wtrącił przytomnie Johnny. – A ta pani to lady Clara. 
–  Lady  Clara?  –  Zamiast  uchylić  kapelusza  albo  przynajmniej  przeprosić,  męż-

czyzna wymamrotał pod nosem jakieś francuskie przekleństwo, po czym prześliznął się 
spojrzeniem po jej włosach, sukni i butach. 

–  A co dama robi w Spitalfields? 
–  Prowadzę Dom Poprawczy dla Kieszonkowców. To ten budynek z czerwonej ce-

gły za rogiem. A Johnny to jeden z jego mieszkańców. 

Na zacięte usta mężczyzny wypłynął lekko ironiczny uśmieszek. 
–  Widzę, że odnosi pani sukcesy. 
Młoda kobieta zarumieniła się po cebulki włosów. 

background image

13 

–  Zdarzają  się  czasem  takie  sytuacje  jak  ta,  lecz  są  one  naprawdę  rzadkością. 

Przykro mi, że był pan świadkiem jednej z nich. A teraz, gdyby był pan tak uprzejmy i 
puścił Johnny'ego, może udałoby się nam o tym spokojnie porozmawiać. 

Johnny milczał, przenosił tylko wystraszone spojrzenie z Clary na mężczyznę, któ-

ry patrzył na nią wystarczająco długo, by w jego inteligentnych oczach dostrzegła błysk 
niepokoju. Mężczyzna wzruszył ramionami i zdjął rękę z ramienia Johnny'ego, po czym 
rzucił przelotne spojrzenie na zegarek i wsunął go do kieszeni płaszcza.  

Odetchnęła z ulgą. 
–  Dziękuję, panu... panie... 
–  Pryce. Kapitan Morgan Pryce. 
Mój Boże! Kapitan! – pomyślała Clara. 
Ponieważ  nie  kontynuował  wypowiedzi,  przyjrzała  mu  się  uważniej.  Odziany  w 

znoszony, połatany płaszcz i zdarte buty prezentował się nędznie. Długie, dawno nie-
strzyżone włosy spadały na wytarty kołnierzyk koszuli. Z drugiej strony inne szczegóły 
jego aparycji świadczyły o dżentelmeńskich nawykach. Miał czyste, zadbane paznokcie 
i starannie zawiązany fular. Jednak nie czyniło to z niego jeszcze stróża prawa. 

–  Służy pan w policji rzecznej? A może w komisariacie w dzielnicy Lambeth?  
Słysząc  pogardliwe  prychnięcie  chłopca,  Morgan  rzucił  mu  ostrzegawcze  spojrze-

nie. 

–  Jestem kapitanem Marynarki Królewskiej. 
–  W Spitalfields? 
Na jego interesującej twarzy pojawił się wyraz rozbawienia. 
–  Gdyby pani o tym nie słyszała, to Anglia nie toczy obecnie żadnej wojny. Kapi-

tanowie marynarki są zbędni, przebywają na przymusowym urlopie i otrzymują połowę 
zwykłego wynagrodzenia. 

Profesja  Morgana  tłumaczyła  jego  kulturalny  sposób  mówienia  i  władczy  sposób 

bycia, nie wyjaśniała jednak, co ten mężczyzna z prawie cudzoziemskim akcentem robi 
w tej części miasta. 

–  Mimo to mógłby pan chyba sobie pozwolić na przeniesienie rodziny do lepszej 

dzielnicy. 

–  Nie mam rodziny. A mieszkam tutaj, bo w Spitalfields prowadzę firmę. Miałem 

się ulokować na Strandzie wśród krawcowych i modystek? 

Słysząc tę sarkastyczną uwagę, Clara uniosła brwi. 
–  Na pewno nie. Są jednak takie części miasta, w których sklepy i ich właściciele 

rzadziej padają ofiarami rabusiów.  

A niech to! Za późno ugryzła się w język. Nie powinna była wspominać o kradzie-

żach. Mężczyzna popatrzył znacząco na Johnny'ego. 

–  Słuszna uwaga. 
Wciągnęła  niespokojnie  powietrze.  Nawet  jeśli  kapitan  Pryce  nie  był  policjantem, 

mógł surowo potraktować występek chłopca. Wydawał się niemiły i gburowaty. 

background image

14 

–  Chyba zdaje pan sobie sprawę z tego, że postawienie chłopca przed sądem ni-

czego nie załatwi.  

Johnny popatrzył na Pryce'a z przerażeniem. 
–  Chce mnie pan zabrać do sądu? 
–  Nie – odparł stanowczo Pryce. – Z pewnością nie.  
Clara poczuła przypływ ulgi, lecz nie mogła ryzykować, że Pryce zmieni zdanie. 
–  Natychmiast wrócisz do Domu. – Ścisnęła chłopaka za ramię. – No już! 
–  Dała mi dziś pani wolne, żebym mógł odwiedzić Lucy. 
–  Niestety nie potrafiłeś właściwie wykorzystać wolnego czasu. Dlatego cofam po-

zwolenie. Idź i powiedz pani Carter, że kazałam ci pomagać w kuchni. Przy obieraniu 
ziemniaków będziesz miał czas na myślenie o tym, jak blisko byłeś dziś katastrofy. 

–  Myślałbym lepiej, odkurzając salon – mruknął chłopiec z nadzieją w głosie. 
–  A może wolisz myśleć, myjąc nocniki? 
–  Och nie, milady! – Johnny miał naprawdę przerażoną minę. – Właśnie doszłem 

do wniosku, że obieranie jest najlepszym rozwiązaniem. Na pewno najlepszym. 

–  Doszedłeś do wniosku. Dobry wybór. – Popchnęła go niezbyt delikatnie w stro-

nę ulicy. – Idź, zaraz do ciebie dołączę. 

Rzucając ostatnie niepewne spojrzenie kapitanowi, Johnny szybko się oddalił. Cla-

ra wstrzymała na chwilę oddech i wypuściła powietrze dopiero, gdy zniknął za rogiem. 
Znowu się udało. 

A właściwie to jeszcze niezupełnie. Musiała sobie przecież poradzić z podejrzliwym 

kapitanem. Gdy jednak popatrzyła mu w oczy, tym razem ujrzała w nich raczej zainte-
resowanie niż chłód. Nie patrzył na nią obojętnie, lecz jak typowy uwodziciel. Ku swe-
mu ogromnemu zdziwieniu poczuła, że jej serce zatrzepotało. A gdy mężczyzna zawiesił 
wzrok na jej ustach – zaczęło bić jak szalone. 

Absurd.  Morgan  był  przecież  po  prostu  jej  sąsiadem.  Zdecydowanie  atrakcyjnym, 

fakt, i znacznie bardziej interesującym niż wszyscy inni mężczyźni w Spitalfields, lecz 
w dalszym ciągu tylko sąsiadem. Próbowała za wszelką cenę odzyskać nad sobą kon-
trolę. 

–  Dziękuję, że darował pan Johnny'emu – powiedziała lekko zduszonym głosem. 

– Wiem, że przez niego nie ma pan teraz najlepszej opinii o moich podopiecznych, ale 
zapewniam, że większość z nich jest zupełnie inna. 

Tym razem popatrzył na nią zimno. 
–  Nie są na tyle głupi, żeby dać się złapać? 
Może i był przystojny, ale zachowywał się gorzej niż ponura bestia w jej ulubionej 

bajce Le Prince de Beaumont

*

–  Nie, chodziło mi o to, że próbują nie wpadać w tarapaty. To tylko dzieci – doda-

ła, widząc jego sarkastyczny wzrok. – Czasem błądzą. 

                                                             

*

 

Jeanne Marie Le Prince de Beaumont (1711-1780) – francuska pisarka, autorka baśni Piękna i Bestia.

 

background image

15 

–  Dopóki będzie ich pani trzymać z dala od mojego sklepu, nie obchodzi mnie, co 

robią. 

Ta uwaga mocno ją zirytowała. 
–  Jeśli pan się boi, że pana okradną... 
–  Boję się, że będą się tam plątać. 
–  Niepotrzebnie. – Zmusiła się do uśmiechu; starała się być uprzejma, choć nie 

mogła oczekiwać wzajemności. – Zapewniam pana, że mieszkańcy Spitalfields uważają 
nas za bardzo dobrych sąsiadów. 

Mrużąc  oczy,  kapitan  zerknął  w  górę  ulicy,  gdzie  Samuel  polerował  chusteczką 

miedziane guziki żółto-czarnej liberii. 

–  Proszę mi powiedzieć, madame, czy dużo czasu spędza pani w tych stronach? 
–  Bywam tu codziennie. 
–  Pani ojciec lub mąż albo też jakikolwiek inny mężczyzna odpowiedzialny za pa-

ni bezpieczeństwo nie ma nic przeciwko temu? 

Clara dumnie wyprostowała plecy. 
–  Proszę wybaczyć, ale potrafię doskonale zająć się sobą sama, niepotrzebny mi 

żaden mężczyzna do opieki. 

–  Ach tak? To dlaczego ten niekompetentny głupiec stoi tam na straży? – spytał 

kapitan, wskazując głową Samuela. 

Na szczęście Samuel stał za daleko, by usłyszeć tę impertynencką uwagę. 
–  To mój służący. Jeździ ze mną wszędzie dla zasady. I nie jest niekompetentnym 

głupcem. 

–  Jest, skoro uważa, że może panią obronić, stojąc tak daleko. 
–  Ale  to  ja  mu  kazałam  tam  stanąć.  Szczerze  mówiąc,  nie  sądziłam,  że  coś  mi 

grozi. 

Kapitan  przesunął  oczami  po  ustach  i  piersiach  rozmówczyni,  po  czym  podniósł 

wzrok, by spojrzeć jej w oczy. 

–  W takim razie pani również nie grzeszy mądrością. 
Oblała się rumieńcem. Choć otulała ją szczelnie wełniana suknia i płaszcz, poczuła 

się niemal naga. Wyobraziła sobie, że pewien wysoki, przystojny kapitan zdziera z niej 
odzienie. Uczyniła próbę, by odzyskać kontrolę nad rozmową. 

–  Zawsze jest pan tak nieuprzejmy? 
–  A pani zawsze tak beztrosko podchodzi do sprawy własnego bezpieczeństwa? 
–  Pewne rzeczy są ważniejsze od bezpieczeństwa. 
–  Na przykład? 
–  Dobro moich przyjaciół i podopiecznych. Przyszłość ludzkości. 
–  Cóż za szczytne cele. Zwłaszcza jak na taką jeune fille – odparł sarkastycznie. – 

Ludzie martwią się zwykle o to, jak przeżyć kolejny dzień. 

Clara uniosła dumnie podbródek. 

background image

16 

–  Właśnie dlatego, że urodziłam się w uprzywilejowanej rodzinie, powinnam po-

magać tym, którym szczęście aż tak bardzo nie dopisało. Próbuję na swój własny spo-
sób ochronić ten statek przed zatonięciem. 

–  Wylewając  z  niego  wodę  naparstkiem?  Proszę  uważać,  młoda  damo,  bo  nie 

zdąży pani nabierać wody. 

–  Gdybym  dostawała  szylinga  za  każde  życzliwe  ostrzeżenie  przed  klęską,  kupi-

łabym pana i sprzedała razem z całym pańskim majątkiem, nim zdążyłby się pan zo-
rientować. Mimo tak pesymistycznych prognoz, zdołałam już umieścić sześćdziesięciu 
trzech podopiecznych w miejscach, w których mogą uczyć się zawodu. 

Wyraźnie się zdziwił. 
–  Przekonała  pani  tak  wielu  ludzi,  by  zatrudnili  kieszonkowców?  Kieszonkow-

ców?! Bon Dieu! Jak długo pani pracuje? 

–  Dziesięć lat, choć jestem kierowniczką Domu dopiero od siedmiu. A zanim pan 

zapyta, dlaczego mężczyzna odpowiedzialny za moje bezpieczeństwo dopuścił do takiej 
sytuacji, odpowiem od razu, że to ojciec namówił mnie do podjęcia tej działalności. 

–  I pani mąż się temu nie sprzeciwia? 
Zarumieniła się aż po cebulki włosów. 
–  Nie... Nie jestem mężatką. 
Kapitan wzniósł oczy do nieba. 
–  No tak, w takim razie wszystko jasne. 
–  Co pan ma na myśli? 
Tym razem popatrzył na nią wręcz nieprzyzwoicie. 
–  Żaden  mężczyzna,  który  ma  odrobinę  oleju  w  głowie,  nie  pozwoliłby  pani  jeź-

dzić po mieście bez opieki. 

–  Nie narzekam na brak opieki – odparła gładko. Nie zamierzała pozwolić się za-

straszyć. – Zatrudniłam Samuela. I mimo że na to nie wygląda, jest naprawdę spraw-
ny.  Sam  zresztą  kiedyś  kradł,  więc  zna  świetnie  te  okolice.  I  zawsze  nosi  przy  sobie 
nóż. – Uśmiechnęła się słodko. – Mam go poprosić, żeby go panu zademonstrował? 

Mężczyzna zerknął na Samuela. 
–  Proszę  się  nie  trudzić.  Zanim  wyciągnąłby  go  z  buta,  minęłyby  wieki.  Dlatego 

nie powinien go tam trzymać. 

Clara była szczerze zdumiona. Skąd mógł wiedzieć, że Samuel chowa nóż za cho-

lewką? 

–  Poza tym – kontynuował Pryce – nóż nie jest groźny dla człowieka z pistoletem. 

Tak  uzbrojony  bandyta  położyłby  pani  sługę  jednym  strzałem,  zanim  ten  zdążyłby 
krzyknąć. 

Zapewne  potraktowałaby  jego  słowa  jako  groźbę,  gdyby  nie  jedna  rzecz:  kapitan 

miał bardzo poważną minę, a w jego oczach dostrzegała życzliwość. Boże! Ten człowiek 
naprawdę próbował ją ostrzec, choć czynił to w tak arogancki sposób. 

background image

17 

–  No cóż, panie kapitanie. Naprawdę nie wiem, co powiedzieć. Schlebia mi pań-

ska  troska,  lecz  jest  naprawdę  całkowicie  zbędna.  Przyjeżdżam  tu  od  dziesięciu  lat  i 
nigdy nic złego mi się nie zdarzyło. 

–  Aż do dziś – powtórzył z uporem. 
–  Zatem zamierza mnie pan napaść w ciemnej uliczce? 
–  Niechże pani przestanie! – Wyraźnie się zdenerwował. – Chodziło mi tylko o to, 

że tego typu kobiety nie powinny paradować po Spitalfields. 

–  Nigdzie nie paraduję. Poza tym nie wiedziałam, że należę do jakiegoś typu ko-

biet. Co dokładnie ma pan na myśli? 

–  Doskonale pani wie. Jest pani młodą niezamężną damą i z pewnością ma pani 

więcej czasu niż rozumu. 

–  Ale  komplement!  Jak  na  prawdziwego  dżentelmena  przystało!  A  już  zaczyna-

łam wierzyć, że naprawdę jest pan kapitanem marynarki! 

Uniósł brwi. 
–  Sądzi pani, że kłamię? 
Wzruszyła ramionami. 
–  Mówi pan z francuskim akcentem, a wątpię, by w Marynarce Królewskiej słu-

żyło wielu Francuzów. 

–  Jestem Anglikiem, jak pani. 
–  Jakim  cudem?  Wtrąca  pan  bez  przerwy  francuskie  słowa,  w  dodatku  pana 

francuszczyzna brzmi zupełnie naturalnie. Anglicy zawsze ją kaleczą. Ze mną na czele. 

–  Wychowałem się w Genewie. Oto cała tajemnica. Dlatego używam obu języków. 

– Skrzyżował ramiona na piersiach. – Poza tym, to nie pani sprawa, skąd pochodzę i 
jaki jest mój zawód. 

–  Właśnie  tu  się  pan  myli.  Jest  pan  moim  sąsiadem  i  dbam  o  bezpieczeństwo 

moich  podopiecznych.  A  skoro  pański  sklep  znajduje  się  tak  blisko,  chciałabym  wie-
dzieć, z kim będę miała w przyszłości do czynienia. 

Zmarszczył ciemne brwi. 
–  Proszę  trzymać  się  z  daleka  od  mojego  sklepu,  a  nie  będzie  się  pani  w  ogóle 

musiała ze mną zadawać. – Szybko odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę otwartych 
drzwi. 

Na  chwilę  odjęło  jej  mowę.  Grubiaństwo  kapitana  przekroczyło  wszelkie  możliwe 

normy. Jednak szybko odzyskała pewność siebie. 

–  Postawił pan sprawę jasno. Ochota do stosunków dobrosąsiedzkich już mi mi-

nęła. 

Zaklął cicho pod nosem i odwrócił się do niej. 
–  Proszę posłuchać, lady Claro. Wolałbym, żeby pani nie była dobrą sąsiadką. – 

Na jego twarzy pojawił się wyraz zakłopotania. Z ręką na klamce raz jeszcze otaksował 
ją  prowokująco  wzrokiem.  –  Nie,  cofam  to.  Proszę  być  tak  dobrą  sąsiadką,  jaką  pani 
tylko chce, pod warunkiem, że będzie pani trzymała tę swoją czeredę w domu. Bardzo 
lubię towarzystwo kobiet... Zwłaszcza tak wyjątkowych jak pani. 

background image

18 

Musiałaby być głupią gąską, by nie zrozumieć, co miał na myśli. 
–  Czy to ma być komplement? Jeśli tak, nie jest w specjalnie dobrym guście. 
–  Chciałem, by potraktowała pani moje słowa jak zaproszenie. Proszę wybaczyć, 

jeśli niezbyt jasno się wyraziłem. 

–  Och, całkowicie jasno. Jeżeli jednak poszukuje pan tego rodzaju towarzystwa, 

proszę skorzystać z przybytku przy końcu ulicy. Obawiam się, że nie zdołałabym spro-
stać pańskim wymaganiom. 

–  Co za szkoda! – odparł. – Nie mam bowiem dla pani żadnych innych propozycji. 

Nie  zamierzam  również  przyjmować  do  pracy  pani  podopiecznych.  Proszę  zatem,  by 
trzymała ich pani z daleka od mojego sklepu. Czy to jasne? 

–  Absolutnie.  –  Nie  pozwoliłaby  swoim  dzieciom  odwiedzać  tego  miejsca,  nawet 

gdyby kapitan rozdawał im za darmo swoje towary. 

- 

Adieu, mademoiselle! 

Wszedł do sklepu i z trzaskiem zamknął za sobą drzwi. 
Dobry Boże! Co za człowiek! Najpierw zachowywał się tak, jakby się bał, że zosta-

nie okradziony przez któreś z dzieci, a potem uczynił jej nieprzyzwoitą propozycję! Cla-
ra miała nadzieję, że już nigdy nie będzie musiała mieć z nim do czynienia. Przekroczył 
wszelkie granice przyzwoitości. Wciąż mrucząc do siebie pod nosem, ruszyła w kierun-
ku powozu. Samuel popatrzył na nią spod oka. 

–  Czego chciał? – spytał, gdy się zbliżyła. Na szczęście nie słyszał ich rozmowy. 
–  Johnny go okradł. Próbowałam załagodzić sytuację. 
–  Jest pani pewna? – spytał. 
–  Złapałam Johnny'ego na gorącym uczynku. I on nie tylko ćwiczył, mogę cię za-

pewnić. Na szczęście kapitan Pryce nie narobi nam kłopotów. 

Samuel nie spuszczał wzroku z zamkniętych drzwi sklepu. 
–  Kapitan Pryce... 
–  Służy podobno w Marynarce Królewskiej. 
–  Coś mi na to nie wygląda. 
Pryce  rzeczywiście  nie  bardzo  o  siebie  dbał.  Gdyby  jednak  nie  jego  skandaliczne 

zachowanie, uznałaby go za atrakcyjnego mężczyznę. Te wspaniałe brwi, wyraziste ry-
sy twarzy, intrygujące spojrzenie... Szkoda, że zachowywał się jak prostak. Uśmiechnę-
ła się lekko. Tak, pasował do otoczenia. 

Mimo aroganckiego zachowania Pryce w niczym nie przypominał jednookiego Bri-

ggsa z jego niewyparzonym językiem i obrzydliwymi nawykami. Nie był też podobny do 
tego  brutalnego  boksera,  Harry'ego,  który  rzucał  się  z  pięściami  na  każdego,  kto 
ośmielił się go obrazić. 

Rozumiała jednak doskonale, co Samuel miał na myśli. W kapitanie było coś dzi-

kiego, coś, co przyprawiało ją o dreszcz. Wiele kobiet z pewnością chętnie zaoferowało-
by mu swoje towarzystwo. 

Boże!  O  czym  ona  właściwie  myślała?  Przecież  miała  do  czynienia  z  prawdziwym 

potworem.  Dobrze  przynajmniej,  że  Pryce  nie  życzył  sobie  żadnych  kontaktów  z  jej 

background image

19 

dziećmi. Każda kobieta, która miałaby choć odrobinę oleju w głowie, unikałaby go jak 
ognia. 

Poza tym teraz, gdy wuj Cecil zostawił jej majątek, miała o wiele ważniejsze sprawy 

do przemyślenia. 

–  Och, Samuelu. Nie zdradziłam ci jeszcze najnowszych wiadomości. 
Opowiedziała o spadku, zadowolona, że te rewelacje zaabsorbują ich oboje na tyle, 

by Pryce odszedł w niepamięć. Gdy dojechali do Domu, Clara przystanęła na chwilę i 
przyjrzała się uważnie fasadzie budynku. 

–  Jak sądzisz, w co zainwestować te pieniądze w pierwszej kolejności? 
–  To  proste.  Trzeba  zacząć  od  dachu.  Przecieka  za  każdym  razem,  kiedy  pada 

deszcz. Musimy wymienić dachówki. 

–  Coś też trzeba zrobić z framugami i okiennicami. 
–  Ja  bym  założył  solidniejsze,  bardziej  szczelne,  takie,  żeby  nie  przepuszczały 

wiatru. 

Clara skinęła głową. 
–  Dom wygląda jak zniszczona życiem starsza pani. 
Przez lata drewno wypaczyło się. Budynek powstał przed stu laty – niegdyś był to 

szpital dla nerwowo i umysłowo chorych. 

–  Chętnie bym go pomalowała na jaskrawoniebieski i wymieniła gonty na nowe, 

najchętniej ozdobne, ale wtedy nasza starsza pani nie pasowałaby zupełnie do Spital-
fields. 

–  I narobilibyśmy sobie kłopotów, milady. 
–  Tak. – Teraz mieli święty spokój, a staliby się stałym obiektem rozbojów. – My-

ślę,  że  powinniśmy  się  ograniczyć  do  niezbędnych  napraw.  –  Uśmiechnęła  się  do  Sa-
muela.  –  Chodźmy  lepiej  do  środka.  Pani  Carter  wysłucha  z  przyjemnością  dobrych 
nowin. 

Pani Carter czuwała nad Domem niczym kwoka nad stadem kurcząt, choć zaczy-

nała się starzeć i przebąkiwała coraz częściej o przejściu na emeryturę. Clara zupełnie 
nie potrafiła sobie tego wyobrazić. 

–  Kiedy mamy po nią wrócić? O piątej, jak zwykle? 
–  Tak,  piąta  będzie  dobra.  Poproś  ciotkę  Verity,  żeby  zdobyła  dla  mnie  listy  za-

trudnionych  w  Marynarce  Królewskiej  i  natychmiast  mi  je  przesłała,  wiem,  że  je  ma. 
Śledzi uważnie karierę swojego kuzyna. 

–  Chce pani sprawdzić kapitana? 
Kobieta wzruszyła ramionami. 
–  Dobrze wiedzieć, z kim się ma do czynienia. 
Samuel przyjrzał jej się chytrze. 
–  Pani Tildy nigdy pani nie sprawdzała. 
–  Poproś po prostu ciotkę o listy – rzuciła i wbiegła po schodach na górę. 

background image

20 

Chciała tylko podjąć pewne środki ostrożności. Nic więcej. Musiała się przekonać, 

czy kapitan Pryce jest na pewno tą osobą, za którą się podaje. Jego sklep sąsiadował 
przecież z Domem. 

Była  tak  skupiona  na  własnych  myślach,  że  pięcioletniego  Timothy'ego  Perkinsa 

zauważyła  dopiero  w  korytarzu.  Chłopiec  też  nie  zwrócił  na  nią  uwagi,  wbił  wzrok  w 
podłogę  i  dopiero  gdy  rozdeptał  coś  butem,  zdała  sobie  sprawę,  że  dziecko  poluje  na 
karalucha, jednego z wielu, które opanowały Dom. 

W pierwszej chwili Clara chciała go zapytać, dlaczego czeka przed biblioteką, czyli 

jedynym  pomieszczeniem,  którego  wychowankowie  unikali  jak  ognia.  Po  namyśle  po-
stanowiła  go  zaskoczyć  i  podeszła  bliżej.  Chłopiec  podniósł  wzrok  i  na  widok  Clary 
wrósł w podłogę niczym słup soli. Kiedy jednak przeniósł spojrzenie na drzwi bibliote-
ki, zrozumiała natychmiast, co się dzieje.  Timothy stał na czatach.  I właśnie otwierał 
już usta, by ostrzec rozmawiających, gdy Clara przyłożyła palec do ust. Biedne dziec-
ko. Jego brat Johnny potrafiłby się jej przeciwstawić, ale małego  Tima łatwo było za-
straszyć. Położyła mu rękę na ramieniu i przytknęła ucho do drzwi. 

–  Chcesz tam wrócić? – spytał głos, po którym rozpoznała Davida Walsha. 
–  No pewnie – odparł Johnny. – Ten sprytny drań nie dał mi ani pensa za zega-

rek. A wiem, że jest wart co najmniej osiem szylingów. 

–  Trudno,  żeby  ci  płacił,  jeżeli  tam  była  milady  –  mruknął  David.  –  Od  razu  by 

się domyśliła, co robicie. Słyszałem, że ten kapitan nie jest głupi i nie da się złapać na 
gorącym uczynku. 

Kapitan? Dawał Johnny'emu pieniądze za zegarek? Za jej plecami? 
Prawda uderzyła w Clarę z brutalną siłą tak mocno, że niemal zwaliła ją z nóg. Ka-

pitan Pryce, niech go licho, był uczestnikiem złodziejskiego procederu, a jego rola pole-
gała na przejmowaniu skradzionych rzeczy od kieszonkowców. 

Oczywiście!  To  właściwie  wszystko  wyjaśniało.  Dlaczego  kapitan  marynarki,  o  ile 

nim istotnie był, osiedlił się w Spitalfields. I co robił z Johnnym na ulicy. Co za łotr. 
Wciągał jej wychowanków z powrotem w złodziejski proceder. I jeszcze dziękowała mu 
za to, że nie zamierzał postawić Johnny'ego przed sądem. Jak mogła być tak głupia? 

Sklep z artykułami dla marynarzy! Rzeczywiście! Powinna mieć więcej oleju w gło-

wie.  Paserzy  często  handlowali  kradzionym  towarem  pod  szyldem  prawdziwych  skle-
pów. Zwłaszcza w Spitalfields, gdzie krążyła anegdota o tym, że tabakierę, którą zgubi-
łeś na jednym końcu ulicy, możesz spokojnie odkupić na drugim parę minut później. 
Nic dziwnego, że Pryce ulokował swój interes właśnie tutaj. 

Do diabła z Pryce'em! Aż do dziś nie miała problemów z sąsiadami, żaden paser nie 

kręcił  się  w  pobliżu  Domu.  Przy  końcu  ulicy  mieściły  się  głównie  gospody  i  sklepy  z 
używaną  garderobą,  które  nie  stanowiły  żadnej  pokusy  dla  jej  dzieci.  Ale  paser  prze-
cznicę dalej oznaczał prawdziwą klęskę. 

–  Kapitan mówił, ile ci zapłaci? – spytał dziewczęcy głosik należący niewątpliwie 

do Mary Butler. Mary odnosiła się do Johnny'ego z takim samym uwielbieniem, jakim 
chłopiec darzył wypchane portfele. 

background image

21 

–  Nie zdążył, bo zjawiła się milady. 
–  Jak wrócicie do sklepu, sprawdźcie, ile by dał – odezwał się David. – Słyszałem, 

że płaci lepiej niż ci, którzy pracują dla Spectera. I nie jest chyba taki groźny jak oni. 

Specter? Clara poczuła, że jeżą się jej włosy na głowie. Jak głosiła plotka, wszyscy 

miejscowi kryminaliści pracowali dla Spectera, zwanego również Widmem. Przezwisko 
wiązało  się  z  faktem,  że  nikt  nie  potrafił  ustalić  jego  prawdziwej  tożsamości.  Zawsze 
miał na sobie pelerynę z kapturem nasuniętym na twarz, a transakcje przeprowadzał 
w  ciemnych  pomieszczeniach,  za  każdym  razem  w  innym  domu.  Nawet  jego  paserzy 
nie wiedzieli, kim jest, dzięki czemu przez tyle lat uchodził sprawiedliwości. 

Kieszonkowcy,  przesądni  z  natury,  sądzili,  że  posiada  jakieś  magiczne  zdolności. 

Szeptano  po  kątach,  że  Specter-Widmo  przelatuje  nad  wodą,  a  raz  nawet  przefrunął 
nad ulicą z jednego budynku do drugiego podczas ucieczki. Oczywiście były to wierut-
ne bzdury. Pogłoski o jego okrucieństwie znajdowały jednak potwierdzenie w rzeczywi-
stości.  Każdy,  kto  wzbudził  jego  gniew,  prędzej  czy  później  kończył  z  poderżniętym 
gardłem w ciemnej uliczce. 

–  Nie  wiemy  na  pewno,  czy  on  naprawdę nie  ma  nic  wspólnego  ze  Specterem  – 

powiedział Johnny. – Kapitan nie różni się specjalnie od innych ludzi Widma. Podobno 
był kiedyś piratem. 

–  A ja słyszałam, że przemytnikiem – szepnęła Mary. – Mogę się założyć, że wbił-

by człowiekowi nóż w brzuch z taką samą łatwością jak inni ludzie Spectera. 

Czy była to tylko zwykła, dziecięca egzaltacja? A może kapitan naprawdę sprawiał 

takie wrażenie? Clara przysunęła się bliżej, w nadziei, że usłyszy więcej. 

–  Trzymaj  się  od  niego  z  daleka,  Johnny  –  mówiła  błagalnie  Mary.  –  Dlaczego 

chcesz wrócić do dawnego życia? Będą z tego same kłopoty. 

Clara uśmiechnęła się do siebie. Przynajmniej jedno z jej dzieci miało odrobinę ole-

ju w głowie. 

–  Mówisz  tak,  bo  jesteś  zazdrosna  –  prychnął  David.  –  Nie  ukradłabyś  zegarka 

nawet głuchoniememu i ślepemu. 

–  Kiedyś sprzątnęłam jednej damie chusteczkę sprzed nosa – żachnęła się Mary. 
–  Dała ci ją sama, żebyś mogła wytrzeć swój – szydził David. 
–  Nieprawda! Sama ją ukradłam, ty ośle! 
–  Chusteczka  się  nie  liczy!  To  przecież  nic  w  porównaniu  z  takim  zegarkiem! 

Wiesz,  jakie  to  trudne?  A  Johnny  ukradł  kiedyś  jednemu  zapaśnikowi  banknot  dzie-
sięciofuntowy i wyszedł z tego bez szwanku. 

Cudownie. Walczyli teraz najwyraźniej o tytuł kieszonkowca roku. 
–  Zostaw ją, David – mruknął Johnny. 
–  Dlaczego? To twoja narzeczona? 
–  Ja  przynajmniej  nie  chowam  się  za  plecami  Johnny'ego,  jak  coś  kradnę  –  pi-

snęła Mary. 

–  Już ja cię za to dopadnę, ty żmijo! – wrzasnął David. 

background image

22 

Słysząc  podejrzane  odgłosy,  Clara  zdecydowała  się  wkroczyć  do  akcji.  Pchnęła 

gwałtownie drzwi; Mary szamotała się z Davidem, a Johnny próbował ich rozdzielić. 

–  Dosyć! – krzyknęła, chwytając Davida za jedną rękę, a Mary za drugą. – I ani 

słowa więcej o tym, kto lepiej kradnie! I o tym przeklętym kapitanie! Dobrze wam ra-
dzę. 

Cała  trójka  zbladła  jak  ściana.  Dzieci  zdały  sobie  sprawę,  że  opiekunka  słyszała 

ich rozmowę. Wszyscy popatrzyli z wyrzutem na małego Tima, który chował się za Cla-
rą. 

–  Do diabła! Pozwoliłeś jej podsłuchiwać? – warknął Johnny. 
–  Chciałem was ostrzec, ale milady mi nie pozwoliła. 
Johnny prychnął z odrazą. Gdyby nie ogromne zdenerwowanie, Clara z pewnością 

by się roześmiała. Johnny musiał być naprawdę bardzo naiwny, skoro sądził, że taki 
malec wytrzyma słynne spojrzenie Stanbourne'ów. David i Mary z pewnością pozosta-
wali wciąż pod jego wrażeniem. Clara bardziej martwiła się o Davida. Mary miała rację. 
Chłopiec wylądował w Domu Poprawczym z powodu aż nazbyt zręcznych palców. Przy-
łapano go podczas pierwszej próby kradzieży i wypuszczono tylko dzięki Clarze. Nieste-
ty  David  darzył  złodziejski  talent  Johnny'ego  wręcz  nabożną  czcią  i  chciał  mu  za 
wszelką cenę dorównać. Mary też nie ułatwiała sytuacji. 

Clara  sama  nie  wiedziała,  co  gorsze:  niedoświadczony,  niepewny  siebie  złodzieja-

szek David, czy zdolny i charyzmatyczny kieszonkowiec Johnny. 

–  Wszyscy  powinniście  mieć  na  tyle  rozumu  w  głowie,  by  wiedzieć,  że  kradzież 

nie popłaca. 

David i Mary zwiesili smutno głowy. 
–  Tak, madame. 
Johnny wojowniczo wystąpił naprzód. 
–  Oni nie mieli z tym nic wspólnego. To ja jestem wszystkiemu winien i zasługuję 

na karę. 

Zdziwiła ją taka postawa chłopca. Może wciąż istniała jeszcze dla niego jakaś na-

dzieja? Trzeba było jednak działać konsekwentnie. 

–  Nie  martw  się,  z  pewnością  zostaniesz  ukarany.  Znasz  zasady,  Johnny.  Do 

trzech razy sztuka. Po pierwszej próbie otrzymujesz upomnienie i przez tydzień wyko-
nujesz najbardziej niewdzięczne zajęcia. Po drugiej czeka cię nagana i miesiąc ciężkich 
prac. A po trzeciej... 

Nie musiała kończyć zdania. Wszyscy znali przecież obowiązujące reguły. Po trze-

ciej  próbie  traciło  się  prawo  pobytu  w  Domu  na  cały  miesiąc  i  można  było  do  niego 
powrócić tylko wówczas, gdy naprawdę zmieniło się sposób postępowania. 

Clara nienawidziła tej zasady. Ustanowił ją ojciec Clary i choć wielokrotnie chciała 

ją znieść, nigdy nie wystarczyło jej odwagi. Gdyby pozwoliła dzieciom takim jak Johnny 
na  kradzieże  podczas  pobytu  w  Domu,  naraziłaby  innych  wychowanków  na  zgubne 
wpływy, a siebie na represje ze strony władz, z zamknięciem ośrodka włącznie. A to by 
się na nic nikomu nie zdało. Być może reguła była istotnie zbyt surowa i restrykcyjna, 

background image

23 

ale wciąż pozostawała niezbędna. Zmusiła się, by kontynuować, choć Johnny zesztyw-
niał ze strachu. 

–  To była twoja druga próba, jesteś poważnie zagrożony eksmisją. 
Cichutkie westchnienie zza pleców przypomniało jej o Timie. Poczuła niemiłe ukłu-

cie w sercu. 

–  Ty  jesteś  bezpieczny,  Timothy,  mówimy  wyłącznie  o  twoim  bracie.  Jeśli  bę-

dziesz przestrzegał zasad, nic ci nie grozi. 

Tima można było jeszcze ocalić, ale malec pozostawał pod wyraźnym wpływem bra-

ta i Clara aż nadto dobrze zdawała sobie sprawę z konsekwencji takiego nastawienia. 

–  Mary, David, Timothy, dołączcie do innych w salce szkolnej. 
Dzieci ruszyły nieśmiało do drzwi. Kobieta chwyciła Johnny'ego za ramię. 
–  Jeszcze z tobą nie skończyłam. Komu ukradłeś zegarek? 
Johnny wbił wzrok w podłogę. 
–  Jakiemuś dżentelmenowi na Leadenhall Street. 
Pokręciła głową. 
–  Nie rozumiem, dlaczego to robisz. Przecież przez cztery miesiące jakoś potrafi-

łeś się powstrzymać. Dlaczego chcesz teraz wszystko zepsuć? 

Chłopak wzruszył ramionami. 
–  To nie jest odpowiedź. 
–  Innej nie mam, milady. 
Martwił  ją  ten  brak  zaufania.  Gdyby  Johnny'ego  przyłapano,  stanąłby  przed  są-

dem. Fakt, że tak ryzykował, po prostu ją przerażał. 

–  Dobrze, nie musisz mi się zwierzać, skoro nie chcesz, ale przyjmij do wiadomo-

ści, że próbę przyjęcia pieniędzy od kapitana uznam za trzeci występek. 

W chwili, gdy dostrzegła jego przerażony wzrok, natychmiast tych słów pożałowała. 

Nie mogła jednak ich już cofnąć. Skoro dobroć i wyrozumiałość nie przynosiły efektów, 
musiała być surowa. 

–  Mówię poważnie. Kradzież polega również na sprzedaży zagarniętych przedmio-

tów paserom. Trzymaj się więc z daleka od sklepu kapitana Pryce'a, jeżeli chcesz u nas 
zostać. 

Skinął poważnie głową, co dawało jej jednak pewną nadzieję. Gdy odszedł, poczuła 

miękkość w kolanach. Gdyby tylko mogła być pewna, że dobrze wychowuje Johnny'e-
go... Ale tak trudno było do niego dotrzeć... 

Co do jednego nie miała jednak wątpliwości. Pobyt w Domu z pewnością mu słu-

żył. Im dłużej mógłby tu pozostać, tym lepiej. W jaki jednak sposób mogła zatrzymać 
Johnny'ego,  skoro  postawiła  mu  takie  ultimatum?  Wiedziała,  że  ledwo  zdąży  się  od-
wrócić, Johnny pogna do kapitana po te przeklęte pieniądze. Musiała jakoś temu za-
pobiec. 

Sama mogła zaoferować chłopcu pieniądze za zegarek, lecz Johnny potraktowałby 

to pewnie jako nagrodę za wykroczenie. Nie, musiała po prostu odebrać od Pryce'a ten 

background image

24 

przeklęty zegarek. Potem powiedziałaby o tym Johnny'emu, który straciłby powód, by 
się o cokolwiek upominać. To oczywiście oznaczało kolejne spotkanie z kapitanem. 

Jak mógł kusić i tak już zdeprawowane dzieci? Źle go oceniła. Nie był bestią. Be-

stia ujarzmiona przez księżniczkę zamieniła się w księcia. Nie, Pryce przypominał ra-
czej wilka z Czerwonego Kapturka. I podobnie jak wilk pragnął tylko jednego – pożreć 
niewinną  ofiarę.  Udawał,  że  nie  chce  niczego  od  jej  dzieci,  a  próbował  je  wciągnąć  w 
bardzo  niebezpieczny  proceder.  Żądając,  by  trzymały  się  z  daleka  od  jego  sklepu,  z 
pewnością chciał tylko uśpić jej czujność. 

No cóż, jeśli sądził, że będzie się temu tylko bezczynnie przyglądała, bardzo się my-

lił. Dzieci łatwo się nabierały na obietnicę łatwych zysków, ale ona nie była Czerwonym 
Kapturkiem. Niełatwo było ją zwieść. A Pryce mógł się przebierać do woli. I tak musiał 
w końcu spotkać myśliwego. 

background image

25 

Rozdział 3 

 

Wielbiły jego boskie wdzięki panie, 

W dom swój prosili go możni panowie, 

On zaś im oddał pałac na mieszkanie, 

A sam wyruszył w świat szukać przygody. 

Opowieść o Jacku, pogromcy olbrzymów, 

anonimowa legenda kornwalijska, w wersji Rushera. 

 
Kapitan Morgan Pryce, znany w innych kręgach jako Szanowny Pan Kapitan Mor-

gan Blakely, stał przy oknie swego ponurego sklepu i oglądał w słońcu złoty zegarek. 
Napis na kopercie głosił: „Mojemu kochanemu chłopcu”. Pokręcił głową. Zegarek nale-
żał pewnie do jakiegoś sentymentalnego młodzieńca, który był zbyt młody i naiwny, by 
się obronić przed kieszonkowcami. Z drugiej strony przedmiot wydawał się stary i wy-
eksploatowany. Może wszedł w skład rodzinnego spadku. 

Mężczyzna zatrzasnął kopertę, po czym zaczął bezmyślnie przerzucać zegarek z rę-

ki  do  ręki,  szacując  jego  wagę.  Łańcuszek  lśnił  niczym  diament  lub...  uśmiech  lady 
Clary. 

Skrzywił się lekko. Jeszcze tego mu brakowało...  Takich komplikacji. Spotkanie  z 

Clarą wróżyło kłopoty. Wiedział to od chwili, gdy zobaczył ją w pełnej krasie – wygląda-
ła  zupełnie  tak,  jakby  zstąpiła  na  ulicę  prosto  z  nieba  otulona  słonecznym  blaskiem 
niczym aureolą. 

Była aniołem ulicy. Broniła bezpieczeństwa dzieci z narażeniem życia, gdyż dla niej 

„przyszłość  rodzaju  ludzkiego”  coś  znaczyła.  Sunęła  po  Spitalfields  jakby  płynęła  i 
strofowała mężczyzn za brak galanterii. A obelżywe uwagi wyżej wymienionego mężczy-
zny  ripostowała  złośliwie  i  bardzo  dowcipnie.  No  i  jeszcze  rumieniła  się  ślicznie,  gdy 
czuła, jak taksuje ją wzrokiem. 

Poczuł przyspieszone tętno i zaklął głośno. Niech diabli wezmą tego Ravenswooda! 

Dlaczego ulokował go w miejscu sąsiadującym z Domem Poprawczym dla Kieszonkow-
ców? I dlaczego jego dyrektorka nie mogła być starą panną o złośliwym wyrazie twarzy 
i kąśliwym charakterze, a nie piękną dziewczyną pachnącą jaśminem i olejkiem  mig-
dałowym! Wyobrażał sobie niemal, jak Clara zanurza palec w buteleczce z tym olejkiem 
i dotyka szyi. Bon Dieu. Z pewnością zwariował. To nie był odpowiedni moment na po-
żądanie kobiety, zwłaszcza takiej jak Clara... Nie jest to przecież francuska dziewka, z 
którą mógłby zaznać przelotnej rozkoszy, ani znudzona żona hiszpańskiego arystokra-
ty szukająca kilku godzin miłej rozrywki w jego objęciach. Nawet gdyby nie zaczęła nim 
gardzić, nie należała do kobiet, które mógłby zdobyć. 

Na  miłość  boską!  Była  przecież  Angielką  z  dobrego  domu,  z  pewnością  dziewicą. 

Miała skrupuły moralne i najróżniejsze oczekiwania. A on unikał jak ognia tego rodza-

background image

26 

ju kobiet. Nie mógł bowiem spełnić ich marzeń, a rozstania zawsze wiązały się z kłopo-
tami. 

Ciche  skrzypnięcie  drzwi  wyrwało  go  z  zamyślenia;  Morgan  odwrócił  się  czujnie  i 

zobaczył w drzwiach wysokiego mężczyznę w niemodnym ubraniu. 

Morgan patrzył, jak jego przełożony z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych przeciska 

się przez zagracony sklep. 

–  Nie nazywaj mnie tutaj Blakely. Jesteśmy w Spitalfields, gdzie znają mnie jako 

Pryce'a. Poza tym, co ty tutaj robisz? Nikt nie powinien nas razem widzieć. 

Spencer  Law,  piąty  wicehrabia  Ravenswood,  oparł  się  o  ladę  z  dębowego  drewna 

odzyskanego ze zdemontowanego okrętu. 

–  I  nikt  nas  nie  zobaczy.  Byłem  bardzo  ostrożny.  A  nawet  gdyby  ktoś  się  tutaj 

zjawił, w tym ubraniu nikt mnie nie rozpozna. 

–  Skoro tak uważasz... – Morgan musiał przyznać, że Ravenswood, w przeciwień-

stwie do Clary, nie wydawał się w Spitalfields przybyszem z innej planety. Mimo ary-
stokratycznych rysów maskował się doskonale, wtapiał w tło. Zanim zajął prominentne 
stanowisko w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, był jednym najlepszych szpiegów w 
Anglii. I mimo że nie podejmował się już od dawna żadnych konkretnych zadań, zaw-
sze pamiętał o konspiracji. Tak jak teraz. 

–  Czemu zawdzięczam tę wizytę? – spytał lekko sarkastycznie Morgan. 
Ravenswood odsunął się od lady. 
–  Chciałem się przekonać, czy lokum spełnia wymagane warunki. I czy zapewni-

łem ci wszystko, co niezbędne do tego interesu. Do obu interesów. 

Morgan podszedł do witryny. Nie odsłonił okna, by żaden ciekawski nie mógł zaj-

rzeć do środka. Ravenswood miał jednak rację. Nikt się w pobliżu nie kręcił. Wywiesił 
tabliczkę „Zamknięte” i stanął na wprost swego pracodawcy. 

–  Lokum jest w porządku. Nie bardzo tylko rozumiem, dlaczego sąsiaduję z Do-

mem Poprawczym. 

–  Bo chłopcy z tego domu rozpowiedzą o tobie wokół szybciej niż ktokolwiek in-

ny. 

–  A gdyby przy okazji wrócili do dawnego życia, specjalnie byś się tym nie przejął 

– stwierdził sucho Morgan. 

–  Musiałem brać pod uwagę takie ryzyko, działając w imię wyższego dobra – od-

parł Ravenswood, wzruszając lekko ramionami. 

–  Obawiam się, że lady Clara Stanbourne miałaby na ten temat inne zdanie. 
–  Poznałeś ją? 
–  Przyłapała mnie dziś rano na transakcji  z jednym z podopiecznych. – Morgan 

pomachał zegarkiem. – Oferował mi to cacko. 

Ravenswood zamrugał i podszedł bliżej. 
–  Co, u diabła.... – Poklepał się po kieszeniach i zmarszczył brwi. 
Morgan szybko zrozumiał sytuację i z trudem powstrzymał wybuch śmiechu. 
–  Nie mów, że to twoje! To ty jesteś „kochanym chłopcem”? 

background image

27 

–  Dawaj! – Ravenswood wyrwał mu zegarek z ręki. – Dostałem go od mamy, jak 

miałem dziesięć lat. 

Ach, więc dlatego czasomierz wydawał się tak zniszczony, musiał mieć ponad dwa-

dzieścia lat – Ravenswood skończył niedawno trzydzieści pięć. 

Mężczyzna przyjrzał się jeszcze raz zegarkowi i wsunął go do kieszeni wyświechta-

nego płaszcza. 

–  Przeklęci złodzieje! Mam za swoje! Zwinął mi go widocznie przy Leadenhall, za-

nim wstąpiłem do Pickeringa na śniadanie. Wtedy jakiś chłopiec wyskoczył z powozu i 
zderzył się ze mną. 

–  Wpadł na ciebie? Dałeś się nabrać na najstarszą sztuczkę kieszonkowców. 
–  Bywam ostatnio roztargniony – mruknął Ravenswood. – I Clara przyłapała was 

w chwili, gdy chłopiec chciał ci go sprzedać? 

Z trudem tłumiąc śmiech, Morgan przestał zadręczać przełożonego. 
–  Tak.  Na  szczęście  nie  zorientowała  się  w  sytuacji  i  pomyślała,  że  mały  chciał 

okraść mnie. Nie wyprowadzałem jej z błędu. 

–  A jeśli odkryje prawdę? 
–  Mam  nadzieję,  że  nie.  Ale  na  wszelki  wypadek  poprosiłem  ją  uprzejmie,  żeby 

trzymała swoich wychowanków z dala od sklepu. 

–  Niech to diabli! Wzbudziłeś w ten sposób jej podejrzenia! 
–  Nie  chcę  sprowadzać  na  złą  drogę  dzieci,  które  mają  jeszcze  jakąś  szansę  na 

ocalenie. Jak na mój gust, to zbyt wielkie ryzyko. 

–  Przecież rozumiesz, że chłopiec, który chciał ci sprzedać skradzione rzeczy, już 

i tak jest jedną nogą na złej drodze. 

Ravenswood miał rację. A jednak... 
Morgan pamiętał aż za dobrze, jak się czuł, gdy krył się w sieni przed przejmują-

cym  chłodem,  żując  starą  bagietkę  ukradzioną  z  pobliskiej  piekarni.  O  czym  myślał 
przed zaśnięciem w złodziejskiej melinie, gdzie mógł zanocować w nagrodę za zwędzo-
ną chusteczkę... I tak wolał to niż noc spędzoną w domu matki zajętej właśnie w łóżku 
z kolejnym kochankiem. 

Żadne,  nawet  najbardziej  zdeprawowane  dziecko  nie  zasługiwało  na  takie  życie. 

Odwrócił się do Ravenswooda i zaczął przestawiać przedmioty na ladzie. 

–  Ponieważ to ja się narażam, podejmuję tylko niezbędne ryzyko. A teraz mi po-

wiedz, co powinienem wiedzieć o lady Clarze. Może się to okazać przydatne, jeśli pozo-
stanie głucha na moje ostrzeżenia. 

Ravenswood milczał przez chwilę, jakby rozważał w duchu, czy warto podejmować 

dalszą dyskusję. 

–  Lady Clara. – Westchnął w końcu. – Po pierwsze, nie jest to typowa kobieta z 

towarzystwa. 

Eufemizm roku. Typowa kobieta z towarzystwa spędza poniedziałkowe popołudnia 

na składaniu wizyt znajomym, unika barchanów i udałaby się na audiencję do samego 
diabła,  byleby  tylko  zdobyć  pieniądze  na  francuski  muślin.  Z  pewnością  nie  troszczy 

background image

28 

się o losy młodocianych przestępców i nie wdaje w potyczki słowne z podejrzanymi ka-
pitanami żeglugi morskiej. 

–  Czy naprawdę jest tak oddana sprawie, jak można by sądzić? 
–  O te dzieci walczyłaby na śmierć i życie. 
Zatem  podopieczni  lady  Clary  mogli  tylko  dziękować  losowi  za  taką  opiekunkę. A 

sądząc po wybryku Johnny'ego, te niewdzięczne nicponie wcale jej nie doceniały. 

–  Nie ma własnej rodziny? 
–  Tylko ciotkę, z którą mieszka. Rodzice lady Clary zmarli jakiś czas temu, ona 

zaś nigdy nie wyszła za mąż. A ponieważ nie bywa na małżeńskich aukcjach i chodzi 
na przyjęcia tylko po to, by pozyskiwać  dotacje na Dom, nie sądzę, aby jej się kiedy-
kolwiek udało stanąć na ślubnym kobiercu. Wielu panów na jej widok ucieka w prze-
ciwną stronę. 

–  Widać w jej kręgu nie brakuje idiotów – mruknął Morgan. 
Śmiech Ravenswooda wyprowadził go z równowagi. 
–  Tak, przyznaję, jest ładna. Niemniej jednak jak na mój gust trochę zbyt zapal-

czywa. Za bardzo oddana sprawie. 

Morgan nawet się nie odezwał. Te właśnie cechy tak bardzo pociągały go w Clarze. 

Angielska  dama  narażająca  własne  bezpieczeństwo  dla  dzieci,  o  których  zapomniał 
świat... 

–  Udaje się jej przekonać innych do pomocy? 
–  Aż  dziw  bierze!  Kiedy  uśmiecha  się  do  ciebie  tym  anielskim  uśmiechem,  pro-

ponujesz jej pomoc, czy chcesz, czy nie. 

Morgan popatrzył na niego spod przymrużonych powiek. 
–  Widzę, że z tobą jej się udało. 
Ravenswood uśmiechnął się smętnie. 
–  Poprosiła  mnie,  żebym  zatrudnił  jednego  z  tych  złodziejaszków  w  charakterze 

stajennego. Nigdy bym nie przypuszczał, że to się może udać, zarządca stadniny bar-
dzo go chwali. – Przerwał na chwilę. – Chyba się nie martwisz, że się w to wmieszała. 
Ona jest z tych, co warczą, ale nie gryzą. Nie wyobrażam sobie, by dama podjęła walkę 
z takim zatwardziałym przestępcą, jakiego masz odgrywać. 

Morgan nie był jednak tego pewien. 
–  Może nie. A nawet, jeśliby spróbowała, z pewnością sobie z nią poradzę. 
–  Gdybym nie był o tym przekonany, nie umieściłbym twojego sklepu tak blisko 

Domu. Jak ci się poza tym podoba ta lokalizacja? Zaczepiał cię ktoś oprócz tego gagat-
ka od lady Clary? 

–  Dwóch piratów rzecznych, paru rybaków i kilku zwykłych złodziei. No i oczywi-

ście kieszonkowcy. A że zaproponowałem wszystkim, oprócz kieszonkowców, naprawdę 
wysoką cenę, na pewno zgłoszą się kolejni. Plotki rozchodzą się szybko. 

–  Dlaczego wszystkim oprócz kieszonkowców? 
–  Bo nie chcę, żeby uważali ten proceder za opłacalne zajęcie. Specter nie odczu-

je żadnych strat. 

background image

29 

–  Na razie ani śladu tego pasera? 
–  Po dziesięciu dniach? Specter zjawi się na polu walki, jak zobaczy, że wyrosła 

mu naprawdę poważna konkurencja. A to wymaga czasu. 

–  Mam nadzieję, że nie będziesz zwlekał. Sprawa wymaga załatwienia, 
–  A ty jesteś skąpy. 
Ravenswood uśmiechnął się lekko. 
–  To też prawda. Zwłaszcza że prowadzę to śledztwo za własne pieniądze. 
–  Nie sądzisz, że należało powiadomić o tym ministerstwo i dowództwo marynar-

ki? 

–  Po  twojej  przygodzie  z  przemytnikami  wolę  nie  ryzykować.  Im  mniej  osób  o 

czymkolwiek wie, tym lepiej. I tak w trakcie tego śledztwa jeden człowiek już zginął. Nie 
zamierzam  dłużej  ryzykować,  a  już  z  pewnością  nie  życiem  mojego  najlepszego  pra-
cownika. – Ravenswood przycupnął na stołku. – Mam tylko nadzieję, że twój plan się 
powiedzie. 

–  Czas pokaże. Jeśli Specter naprawdę używa do transakcji fałszywych bankno-

tów, narobię mu kłopotów, kiedy zacznę robić to samo. 

Wspólnicy  posługiwali  się  fałszywymi  pieniędzmi  na  kontynencie,  banknoty  lądo-

wały w końcu w zagranicznych bankach, które z kolei realizowały nimi wypłaty Banku 
Anglii.  A  ten  tracił  corocznie  tysiące  funtów.  Morgan  podejrzewał,  że  Specter  ma  na 
kontynencie własne powiązania. 

–  Kiedy zacznie ponosić straty, będzie się musiał mną zająć. Dlatego albo włączy 

mnie do spółki, albo będzie chciał się mnie pozbyć. I w jednym, i w drugim przypadku 
nie pozostanie mu nic innego, jak wyjść z ukrycia. 

–  Jednak jeden z tych scenariuszy zakłada twoją śmierć. Zginiesz jak Jenkins. 
Morgan wzruszył ramionami. 
–  Jenkins  popełnił  zbyt  wiele  błędów.  Nie  powinieneś  był  nasyłać  na  Spectera 

dżentelmena. 

–  Nie było cię w tym czasie w Anglii. Miałem tylko jego. Poza tym nie widzę nicze-

go niewłaściwego w dżentelmenach-szpiegach. Sam należałem kiedyś do tego gatunku. 

–  Tak, ale szukałeś zdrajców we Francji, a nie zajmowałeś się chwytaniem prze-

stępców  w  Spitalfields.  Nie  biegałeś  tam  i  z  powrotem,  rozpytując  o  paserów,  i  nie 
udawałeś złodzieja, nie potrafiąc rozróżnić buchacza od czujki. 

–  Co to jest buchacz?... Dobrze, masz rację. Ale jesteś takim samym dżentelme-

nem jak Jenkins. 

–  Tak, jednak on w przeciwieństwie do mnie wychowywał się w eleganckim towa-

rzystwie. Ja nie. – Popatrzył w okno, a w jego głosie pojawiły się wyraźne nutki gory-
czy. – Zresztą dlatego się do mnie zgłosiłeś... nie zaprzeczaj. Wiedziałeś, że znam zło-
dziejski fach z pierwszej ręki. 

–  Ceniłem  również  twój  spryt  i  umiejętność  dopasowania  się  do  każdego  środo-

wiska. 

background image

30 

Morgan  wyjrzał  na  ponurą  ulicę,  która  pogrążała  się  właśnie  w  szarej  beznadziei. 

Życie  wśród  przemytników  nie  przejmowało  go  taką  niechęcią,  byli  po  prostu  ludźmi 
morza, jak on sam. Ale tu, w Spitalfields... 

Pierwsze  trzynaście  lat  życia  przecierpiał  na  ulicach  Genewy,  zanim  rodzina  ojca 

trafiła wreszcie na jego ślad. 

Podjęcie  nauki  i  służba  w  marynarce  nie  starła  śladów  smutnego  dzieciństwa. 

Każdy dzień spędzony przy Petticoat Lane przywoływał bolesne wspomnienia. Morgan 
zaklął pod nosem. Tak, zamierzał z tym skończyć. 

–  Chodzi  o  to,  że  jako  paser  będę  bardziej  przekonujący  od  Jenkinsa.  –  Wyjął 

kompas, chuchnął na szkiełko i przetarł je rękawem. – Przede wszystkim Jenkins nie 
miał zrujnowanej reputacji, by zyskać wiarygodność. Natomiast Morgan Pryce... 

–  Właśnie z tego powodu używasz starego nazwiska zamiast pseudonimu? 
Aż  do  zeszłego  roku,  kiedy  rodzina  Morgana  przyjęła  go  oficjalnie  na  swe  łono, 

Morgan  posługiwał  się  panieńskim  nazwiskiem  matki.  Tak  było  zresztą  lepiej  dla 
wszystkich. 

–  Oszukując, trzeba się zawsze trzymać jak najbliżej prawdy. Złodzieje wiedzą, że 

zadawałem się z piratami i przemytnikami. I podczas gdy Morgana Blakely'ego oczysz-
czono  ze  wszystkich  zarzutów,  Morgan  Pryce  pozostał  łajdakiem.  Dlaczego  miałbym 
tego nie wykorzystać? 

–  Tak,  ale  jeśli  nie  zaczniesz  używać  pseudonimu,  ludzie,  na  których  ci  zależy, 

tacy jak twój brat, mogą się dowiedzieć  o twojej działalności. Chyba że już im powie-
działeś... 

Morgan pomyślał z żalem o swym szacownym bracie, Sebastianie Blakely, baronie 

Templemore. 

–  Nic nie mówiłem. Czasem niewiedza to największe błogosławieństwo. 
–  Mimo że nie dotrzymujesz warunków zakładu? Miałeś przez rok siedzieć w An-

glii i trzymać się z dala od kłopotów. 

–  No  przecież  jestem  w  Anglii.  A  jakie  niebezpieczeństwo  może  się  wiązać  z 

otwarciem małego sklepu? 

Ravenswood przewrócił oczami. 
–  Nie sądzę, by Templemore podzielał twoje zdanie. 
–  W  takim  razie  może  powinieneś  milczeć.  Wątpię,  by  Sebastian  wybierał  się  w 

najbliższym czasie z Juliet do Londynu, więc i tak się o niczym nie dowiedzą. Są zbyt 
zajęci sianiem zboża lub hodowlą owiec, czy podobnymi bzdurami. 

Ravenswood popatrzył podejrzliwie. 
–  Nigdy nie chciałeś z nimi mieszkać? Templemore przyjąłby cię przecież z rado-

ścią pod swój dach. 

–  Daj spokój ! – Morgan aż się wzdrygnął. – Bardzo lubię towarzystwo brata i jego 

żony, ale życie ziemianina... Nie, to zupełnie nie dla mnie. Przez pierwsze trzy miesiące, 
które  spędziłem  w  Charnwood,  omal  nie  zwariowałem.  Stanowczo  zbyt  spokojnie  jak 
na mój gust. 

background image

31 

–  Chyba cię rozumiem. Sam wolę Londyn z jego wszystkimi atrakcjami. 
–  A ja morze. Tam się przynajmniej coś dzieje. Nigdy w życiu się tak nie wynudzi-

łem,  jak  u  mojego  brata.  Gdyby  nie  ten  zakład,  wyjechałbym  już  dawno  do  Indii  lub 
Afryki. 

–  W takim razie będę musiał następnym razem podziękować twojemu braciszko-

wi za to, że cię tu zatrzymał. 

–  Podziękuj raczej mojej szwagierce.  Ta biedna kobieta wbiła sobie do głowy, że 

bez jej pomocy narobię sobie kłopotów. 

Na twarz Ravenswooda wypłynął uśmiech. 
–  Nie rozumiem, jak mogła coś podobnego pomyśleć. – Podniósł się z miejsca. – 

No cóż, lepiej już pójdę. 

–  Nie zapominaj, czego oczekuję w zamian. Stanowiska kapitana na najlepszym 

statku. 

Ten  koszmar  byłby  naprawdę  znośny,  gdyby  wiązał  się  z  możliwością  odpłynięcia 

na własnym okręcie i zostawienia za sobą tego przeklętego miasta. 

–  Jesteś  pewien,  że  nie  wolałbyś  raczej  posady  w  Ministerstwie  Spraw  We-

wnętrznych? 

–  Miałbym zostać w Londynie? Mowy nie ma. Chcę mieć swój statek i jeśli tylko 

możesz mi to zapewnić... 

–  Dostaniesz go. 
–  Tak mówisz. Ale nie jestem do końca pewien, czy możesz przyjąć moje warun-

ki, skoro Marynarka Królewska nawet nie zna naszych planów. 

–  Nie martw się. Oni uwielbiają bohaterów, a jeśli uda ci się schwytać Spectera, 

na pewno nim zostaniesz. 

–  A jeśli mi się nie uda? 
Ravenswood wzruszył ramionami. 
–  Będziesz martwy. A trupy nie dowodzą statkami. 
–  Nie mów tak, jakbym tkwił już jedną nogą w grobie. Nie zamierzam umierać, a 

już na pewno nie tutaj, w tym obrzydliwym miejscu. 

–  Zrobię,  co  mogę,  żebyś  żył.  Skoro  już  o  tym  mowa,  następnym  razem,  kiedy 

będę się chciał z tobą skontaktować, przyślę do ciebie Billa. Chyba go znasz. 

–  Boisz się, że znów cię ktoś okradnie? 
Tym razem Ravenswood nie podjął tematu. 
–  Bill  przyjedzie  tu  również  po  twój  raport.  Chcę  znać  każdy  szczegół  na  temat 

wszystkich podejrzanych typów, którzy będą próbowali cię zaczepiać, każdą plotkę... 

–  Wiem,  jak  to  działa  –  mruknął  sucho  Morgan.  –  Nie  pierwszy  raz  się  zajmuję 

tego typu sprawą. 

–  Wiem.  Przeżyłeś  takie  burze,  jakich  nikt  inny  by  nie  wytrzymał.  Ale  szczęście 

nie dopisuje wiecznie. 

–  Gdyby  to  polegało  na  szczęściu,  miałbym  powody  do  zmartwienia.  Ponieważ 

jednak chodzi tu raczej o umiejętności, nie mam takich powodów. 

background image

32 

Ravenswood roześmiał się ochryple. 
–  Jeśli  arogancja  trzyma  człowieka  przy  życiu,  dociągniesz  do  setki.  –  Spoważ-

niał. – Uważaj na siebie. – Odwrócił się, by odejść. 

–  Ravenswood! – zawołał za nim Morgan.  
–  Tak? 
–  Buchacz to złodziej pełną gębą, czujka stoi na czatach i odbiera od niego łup. 
Na twarzy Ravenswooda pojawił się wyraz zdumienia. 
–  Skąd to wszystko wiesz? 
–  Nauczyłem się ostatnio trochę złodziejskiej gwary, śledziłem przemytników i ży-

łem  wśród  piratów.  Nauczyłem  się  też  paru  sztuczek,  które  pomagają  utrzymać  się 
przy życiu. 

–  Obawiam się, że mogą ci się przydać. – Co powiedziawszy, mężczyzna wyszedł. 
Morgan nie przejął się ostrzeżeniem. Ravenswood orientował się mniej więcej w je-

go biografii, ale niektórych szczegółów z jego życia nie znał nikt, nawet jego brat. Wal-
ka o przetrwanie była dla Pryce'a tym, czym dla innych ludzi oddychanie. 

Nie  dlatego  nie  sypiał  po  nocach.  Nie  ze  strachu.  Po  prostu  prześladowały  go  te 

przeklęte wspomnienia. 

W Spitalfields okazało się, że nie potrafi się od nich uwolnić. Ach, jak bardzo nie-

nawidził  tych  wszystkich  obrazów  z  przeszłości.  Był  jednak  gotów  wykonać  swoje  za-
danie do końca, tak samo jak zwykle. A potem pozostało mu tylko  odpłynąć na swoim 
statku, gdzie oczy poniosą. 

Otworzył  sklep  i  przez  następne  godziny  obsługiwał  złodziei  oraz  zwykłych  klien-

tów.  Po  południu  poczuł,  że  doskwiera  mu  głód.  Od  śniadania  nie  miał  niczego  w 
ustach, ale nie mógł zamknąć interesu przed szóstą. Potem wybierał się na kolację do 
oberży Tuftona. 

Przypomniał sobie o jabłkach, które zostawił rano na zapleczu, wyjrzał więc szybko 

na  ulicę,  a  nie  widząc  żywej  duszy,  poszedł  po  owoce.  Musiały  mu  wystarczyć  aż  do 
kolacji. 

Wracając,  już  z  daleka  usłyszał  odgłos  dzwoneczka  zawieszonego  przy  wejściu. 

Przygotowany na spotkanie z kolejnym złodziejem, wszedł do sklepu i zatrzymał się w 
pół kroku. 

Nad jedną z półek pochylała się właśnie znajoma kobieta. Wciąż miała na sobie tę 

samą  okropną  suknię,  lecz  stała  w  takiej  pozycji,  że  Morgan  dostrzegł  również  jej 
zgrabne  kostki  odziane  w  piękne,  jedwabne  pończochy.  Poczuł  nagłą  suchość  w 
ustach.  Oddałby  roczne  wynagrodzenie,  by  zobaczyć,  co  kryje  ta  elegancka  bielizna. 
Skrzywił się jednak, widząc, jak młoda dama szpera pośród wystawionych towarów. Co 
za  wścibska  istota!  Najpierw  te  dociekliwe  pytania  w  alejce,  a  teraz...  to...  A  przecież 
nie  zamierzał  być  dla  niej  nieuprzejmy.  Niestety,  tym  razem  musiał  odstraszyć  ją  na 
dobre. Najpierw jednak zamierzał się trochę zabawić. 

background image

33 

Rozdział 4 

 

Ulicą pięknych dam korowód kroczy, 

Mamią je wilki czarownym bajaniem, 

Och, wilki głupie, czyż nikt z was nie zobaczy, 

Kto najgroźniejszym wilkiem tu się stanie? 

Czerwony kapturek [w:] Opowieści z morałem  

Charles Perrault 

 
Clara grzebała wśród kompasów, barometrów, fajek i innych przedmiotów, lecz nie 

znalazła żadnych zegarków. A niech to! Gdzie ten łajdak go ukrył? 

–  Szuka  pani  czegoś  konkretnego,  milady?  –  usłyszała  za  sobą  głęboki,  męski 

głos.  Odwróciła  się  na  pięcie  i  zobaczyła  kapitana  Pryce'a,  który  stał  zaledwie  o  dwa 
metry od niej. 

–  Boże! Zawsze się pan tak skrada? 
–  Tylko wtedy, kiedy mój towar jest zagrożony. 
–  Przecież ja... 
–  Widzę, że przyszła pani ze swoją obstawą. – Wyjrzał przez okno na Samuela. – 

Chociaż nie wiem, na co on się tam pani przyda... 

–  Chciałam porozmawiać z panem na osobności. 
Pewne rzeczy, które zamierzała mu powiedzieć, z pewnością nie były przeznaczone 

dla uszu byłych kieszonkowców. 

–  Na osobności? – Morgan wśliznął się za kontuar z niewinnym uśmiechem. – To 

mi się nawet podoba. 

–  Proszę nie wyciągać pochopnych wniosków – warknęła. – To nie to, o czym pan 

myśli. 

–  Nie może mnie pani o to winić. Dziś rano powiedziałem chyba jasno, że zapra-

szam panią do siebie tylko w konkretnym celu. A jednak pani przyszła. 

Owszem. A on też tu był. W całej swojej prawie dwumetrowej okazałości. Rano na 

ulicy nie wydawał się ani tak wysoki, ani tak groźny. Lecz tutaj, z głową pod samym 
sufitem, w skąpym świetle działał na wyobraźnię... Wyobraźnia. Tak, to była tylko wy-
obraźnia  i  nic  poza  tym.  Teraz,  gdy  znała  jego  prawdziwą  naturę,  przypisywała  mu 
znacznie  gorsze  cechy,  aniżeli  należało.  Jego  oczy  wydawały  się  głęboko  osadzone, 
szczęka bardziej wysunięta, włosy w większym nieładzie. 

A kiedy nadgryzł łapczywie jabłko, oczyma wyobraźni dostrzegła jego nienaturalnie 

ostre zęby. Poczuła się nie jak myśliwy, lecz jak Czerwony Kapturek. 

–  Wspaniałe – mruknęła. 
–  Co takiego? 

background image

34 

–  Nic. – Za wszelką cenę próbowała odzyskać spokój. – Tak czy inaczej nie przy-

szłam po to, by dotrzymać panu towarzystwa. 

–  Wielka szkoda. Ale w takim razie, co pani tutaj robi? 
Żuł wolno, wpatrując się w nią bezczelnie. 
–  Szukałam  zegarka.  –  Przełknęła  ślinę  i  wyciągnęła  rękę.  –  Tego,  który  ukradł 

dla pana Johnny. 

Morgan przechylił głowę nieco w bok. 
–  Chyba chciała pani powiedzieć: tego, który ukradł panu Johnny. 
–  Nie, nie przesłyszał się pan. Chciał pan, bym uwierzyła, że zegarek jest pański, 

ale to przecież nieprawda. 

–  Tak pani powiedział ten mały? 
Oskarżenie nie wytrąciło go z równowagi. Znów wbił zęby w jabłko. 
–  Opowiadał kolegom, że próbował go panu sprzedać. Jakoś nie wspomniał pan 

na ten temat ani słowem podczas naszej krótkiej pogawędki na ulicy. 

Spojrzenie mężczyzny nie wyrażało absolutnie żadnych uczuć. 
–  Nie  chciałem,  by  miał  jeszcze  większe  kłopoty.  Co  innego  ukraść  zegarek,  co 

innego ukraść po to, by sprzedać go paserowi. 

–  A już zupełnie co innego kupić kradziony towar – odparowała. – Podobno wy-

rok za paserstwo to około czternastu lat zesłania. 

–  Jakaż pani jest egzaltowana,  milady!  –  Pryce zlizał z warg sok jabłka. – Chło-

piec  chciał  mi  sprzedać  zegarek,  a  ja  wyraziłem  zgodę,  gdyż  sądziłem,  że  to  legalna 
transakcja. Mówił, że to bezcenna pamiątka po zmarłym tacie, ale musi ją spieniężyć, 
aby zdobyć trochę grosza na chleb dla ukochanej matki. A ja nie chciałem stawać na 
drodze cnoty. 

Prychnęła. Te jego opowiastki były nawet zręczniejsze niż dyrdymały, jakimi jej be-

zecni wujowie raczyli matkę. 

–  Pierwszy  raz  dałam  się  nabrać  na  pańskie  kłamstwa,  bo  się  bałam,  że  może 

pan zrobić Johnny'emu krzywdę. Teraz jednak nie pozwolę się zwieść. Gdyby napraw-
dę pan uważał, że to uczciwa transakcja, na pewno by pan zareagował, kiedy oskarży-
łam chłopca o kradzież. 

Wzruszył ramionami. 
–  Po prostu mnie pani zaskoczyła. 
–  Nic  dziwnego.  Nigdy  by  się  pan  nie  przyznał,  że  jest  jednym  z  ludzi  Spectera, 

którzy będą kusili moje dzieci, aby... 

–  Specter? Kto to taki? 
Wyczuła  w  nim  natychmiast  pewne  napięcie,  choć  na  jego  twarzy  nie  drgnął  ani 

jeden mięsień. 

–  Jestem pewna, że doskonale pan wie. 
–  Ale i tak jestem ciekaw... 
–  To król paserów. Wszyscy dla niego pracują. Z tego, co rozumiem, pomaga im 

umykać przed prawem. 

background image

35 

–  Widzę, że musiała się pani nim interesować – mruknął mężczyzna, marszcząc 

brwi. 

–  Moi kieszonkowcy to świetne źródło informacji. Do tej pory on trzymał się jed-

nak swojej części Spitalfields, ja swojej. 

–  Do tej pory? 
–  Przecież pan też należy do szajki. Zanim się pan tu zjawił, przy tym końcu uli-

cy nie było żadnych paserów. Łatwiej się pilnowało chłopców. 

Na twarzy Pryce'a pojawił się na chwilę wyraz żalu. Szybko jednak ustąpił miejsca 

obojętności. 

–  Pracuję wyłącznie na własny rachunek. 
–  Jeśli to prawda, długo pan tu nie przetrwa. Specter pilnuje swojego terytorium. 

Albo  będzie  nalegał,  żeby  zaczął  pan  dla  niego  pracować,  albo  wykluczy  pana  z  gry. 
Wszyscy wiedzą, jak traktuje potencjalnych konkurentów. 

Nie  wiedziała,  jakiej  spodziewać  się  reakcji  z  jego  strony,  lecz  z  pewnością  nie 

gromkiego śmiechu. 

–  Boi się pani o moje bezpieczeństwo, mademoiselle? – Przycisnął dłoń do serca. 

– Jestem doprawdy głęboko wzruszony... 

–  Proszę, niech pan nie będzie śmieszny. Nie dbam o pana ani trochę. Jest pan 

najbardziej irytującą osobą, z jaką miałam w życiu do czynienia. 

Oparł się o ścianę, którą miał za plecami, dokończył jeść jabłko i wrzucił ogryzek 

do kubła. 

–  W takim razie powinna pani trzymać się ode mnie z daleka, tak jak radziłem. 
Nie  zwróciła  uwagi  na  wyraźną  groźbę  w  jego  głosie  i  zmusiła  się  do  zachowania 

spokoju. 

–  Jestem  tu  wyłącznie  po  to,  by  odebrać  zegarek  i  zażądać,  aby  zaprzestał  pan 

przestępczej działalności na tym terenie i demoralizowania moich wychowanków. 

–  O  jakiej  przestępczej  działalności  pani  mówi?  Jestem  skromnym  sklepika-

rzem... 

–  Och,  niechże  pan  przestanie!  –  Bezczelność  Pryce'a  budziła  w  niej  agresję.  – 

Pan  nawet  nie  wie,  co  znaczy  słowo  skromny,  i  taki  z  pana  sklepikarz,  jak  ze  mnie 
księżniczka.  Nie  chce  pan  przyjąć  do  wiadomości,  że  nie  ma  do  czynienia  z  niewinną 
dziewczynką, która uwierzy we wszystko, co jej się powie. 

–  Co  do  tego  jednego  zatem  się  zgadzamy.  –  Odsunął  się  od  ściany,  pochylił  i 

oparł łokcie na ladzie. Wbił wzrok w twarz Clary, a potem przesunął go niżej, pożerając 
ją oczami. – Dziewczynką pani z pewnością nie jest. 

–  Proszę natychmiast przestać! 
–  Co przestać? – spytał z udaną niewinnością. 
–  Patrzeć na mnie tak, jakby zamierzał mnie pan połknąć! 
Morgan pokazał wilcze zęby w szerokim uśmiechu. 
–  Ależ właśnie o to mi chodzi! 
Nie udało się jej powstrzymać rumieńca. 

background image

36 

–  Okaże się, że jestem niestrawna... 
–  Bardzo wątpię, ma belle ange. 
–  Nie  jestem  pańskim  aniołeczkiem,  w  ogóle  nie  jestem  kimś,  kto  należałby  do 

pana. 

–  Ale mogłaby pani być. 
–  Proszę nie opowiadać bzdur. – Poczuła, że przeszywa ją dziwny dreszcz. Zmusi-

ła się, by nie zwracać uwagi na jego wymowne spojrzenia. 

–  Proszę, żeby mnie pan nie mamił tymi bzdurami. Mam dowody, że ukrywa pan 

prawdziwy  charakter  swojej  działalności.  Kupował  pan  towary  od  tylu  złodziei  z  są-
siedztwa, że zasłużył pan sobie całkowicie na taką opinię. 

Uniósł brwi. 
–  Zdaje się, że Johnny jest bardzo rozmowny. 
–  Tak właśnie bywa z dziećmi. Lubią opowiadać. – Znów wyciągnęła rękę. – A te-

raz proszę oddać mi zegarek. 

–  I co zamierza pani z nim zrobić? 
–  Zwrócić prawowitemu właścicielowi. A jak pan sądził? 
–  Kto to może być? 
Speszona, odwróciła oczy. 
–  Nie mam pojęcia. 
–  To może trochę skomplikować sprawę, prawda? 
–  Popytam – odparowała. – Johnny twierdził tylko, że to jakiś arystokrata, które-

go spotkał przy Leadenhall Street, ale są sposoby, żeby się dowiedzieć więcej. 

–  Czyżby? Cóż to za tajemnicze sposoby? 
–  Pochodzę po komisariatach i zasięgnę języka. Może ktoś zgłaszał ostatnio kra-

dzież. 

Jeśli miała nadzieję, że przestraszy go wzmianka o policji, srodze się zawiodła. 
–  Wtedy  oni  zaczną  drążyć,  jak  to  się  stało,  że  kradzione  przedmioty  wpadły  w 

pani ręce, i sama ściągnie pani podejrzenia na swoich wychowanków. 

 Niech go... Miał rację. 
–  Dobrze. Powiem, że go znalazłam. 
Wyprostował plecy i uśmiechnął się kpiąco. 
–  Wezmą zegarek, obiecają, że znajdą właściciela, i sami go sobie przywłaszczą. A 

jeden z nich być może nawet mi go sprzeda. Dla pani to tylko niepotrzebny kłopot. 

Obawiała  się,  że  Pryce  znowu  może  mieć  rację.  Sądząc  po  liczbie  paserów wiodą-

cych dostatni żywot przy Petticoat Lane, część policjantów z Lambeth Street z pewno-
ścią  nie  odznaczała  się  przesadną  uczciwością.  Jednak  nie  mogła  pogodzić  się  z  fak-
tem, że tę prawdę uświadamia jej taki łotr. 

–  Jest pan bardzo cyniczny, sir. 
–  Dlaczego? Bo wskazuję ułomności pani planu? – Na jego twarzy pojawił się na-

gle figlarny uśmiech. – A może nie przedstawia mi pani wcale swoich prawdziwych za-

background image

37 

miarów? Może w ogóle nie zamierza pani nic zrobić z tym zegarkiem? – Zniżył głos do 
szeptu. – Może po prostu chce go pani zatrzymać? 

–  Co? Śmie pan insynuować, że... – Przerwała, gdy tylko wybuchnął śmiechem. – 

Rozumiem. To wszystko niezmiernie pana bawi. Świetnie. Dobry humor od razu panu 
przejdzie, kiedy jeden z tych policjantów przyjdzie pana aresztować. 

Choć przestał się śmiać, nie miał zmartwionej miny. 
–  Jeśli dzięki temu uspokoi pani sumienie, proszę koniecznie kogoś przysłać. 
Wyszedł zza lady i stanął bliżej niej. Opierając się wciąż jedną ręką o kontuar, stał 

tak po prostu w niedbałej, nonszalanckiej pozie i kusił ją uśmiechem, niech go licho... 

–  Nie może pani jednak przecież niczego udowodnić, sama zresztą doskonale pa-

ni o tym wie. Poza tym, jaki policjant uwierzy bardziej dokuczliwej damie o reformator-
skich  zapędach  niż  wojskowemu,  który  służył  swojej  ukochanej  ojczyźnie  podczas 
ostatniej wojny? Tak, choć trudno to pani sobie wyobrazić byłem naprawdę kapitanem 
marynarki? 

–  Wiem – mruknęła. – Widziałam pana na listach. 
Prawie  całe  popołudnie  spędziła  nad  ogromnym  tomiskiem  w  poszukiwaniu  jego 

imienia. Wydawał się zdziwiony. 

–  Pani  mi  pochlebia.  Musiałem  zrobić  wrażenie,  jeśli  po  naszym  spotkaniu  po-

stanowiła pani zdobyć jak najwięcej informacji na mój temat. 

Udała, że nie słyszy sarkazmu w jego głosie. 
–  Pięć  lat  temu  był  pan  kapitanem  „Titana”.  To  ostatnia  wzmianka  na  pański 

temat, choć jak głosi plotka, spędzał pan później czas w towarzystwie przemytników i 
piratów. Nie wiem, czy taka przeszłość uczyniłaby pana wiarygodnym w oczach policji. 

–  Nie powinna pani słuchać plotek. Zwykle są fałszywe. 
–  A więc pan zaprzecza? 
–  Nie muszę. Policja nie zwraca uwagi na  plotki. Jego niewymuszona arogancja 

jeszcze bardziej uświadomiła jej bezsens tej dyskusji. Pogróżki nie działały na zatwar-
działych łotrów, zwłaszcza takich, w których kieszeni siedziało kilku policjantów. 

Był jednak pewien sposób, który zwykle w przypadku tego rodzaju osobników dzia-

łał cuda. 

–  A gdyby tak wyprowadzka ze Spitalfields okazała się dla pana opłacalna? 
–  To  brzmi  interesująco.  –  Skrzyżował  ramiona  na  piersiach,  w  jego  oczach 

błyszczał zmysłowy uśmiech. Okrążył ladę. – Nawet przyszło mi do głowy coś konkret-
nego... 

A niech to... Źle to ujęła. Natychmiast postanowiła zatrzeć to wrażenie. 
–  Dam panu dwieście funtów, jeśli zamknie pan sklep w Spitalfields i dokądś go 

przeniesie. Najlepiej do innej dzielnicy. 

Wreszcie udało jej się zetrzeć z twarzy mężczyzny ten kpiący wyraz. 
–  Co takiego? 
–  Proszę to potraktować jako zwrot kosztów przeprowadzki. Dwieście funtów. Pod 

warunkiem, że wyniesie się pan do jutra. 

background image

38 

–  Czy pani postradała zmysły? 
–  Możliwe. Jednak dzięki wspaniałomyślnemu wujowi mogę sobie teraz pozwolić 

na zaspokojenie najdzikszych fanaberii, a to jest właśnie jedno z moich największych 
marzeń. 

–  Żeby mi zapłacić? 
–  Właśnie. 
Popatrzył jej w twarz, jakby chciał odczytać w niej fałsz. A potem pokręcił głową. 
–  Lubię Londyn. Lubię Spitalfields. Nie mam zamiaru nigdzie wyjeżdżać. 
Jakoś jej to nie zdziwiło. Nie sądziła, że łatwo będzie go kupić. 
–  W takim razie proponuję trzysta. 
–  Ach, to dlatego zostawiła pani służącego na ulicy. Nie chciałaby pani, żeby sły-

szał,  jak  paktuje  pani  z  łajdakiem.  Proszę  mi  powiedzieć,  czy  oferuje  pani  pieniądze 
każdemu, kto może skorumpować pani wychowanków? Jeśli tak, jest pani z pewnością 
bardzo zamożną osobą. 

–  Umie się pan targować, co? Dobrze. Pięćset funtów. Ale więcej pan ze mnie nie 

wyciągnie. 

–  Sacrebleu, przecież wcale nie chcę... – Przesunął palcami po włosach. – Proszę 

posłuchać. Mogę zarobić taką kwotę w parę dni. Ta oferta mnie nie interesuje. 

–  Ach, tak! Więc przyznaje się pan do handlu kradzionym towarem! 
–  Do  niczego  się  nie  przyznaję.  Czy  taki  jest  cel  pani  propozycji?  Przyłapanie 

mnie na kłamstwie? 

–  Nie, naprawdę nie – powiedziała pospiesznie. – To uczciwa oferta. 
–  Ale  i  tak  nie  jestem  nią  zainteresowany.  –  Popatrzył  na  drzwi.  –  Proszę  stąd 

wyjść, zanim ten pies obronny się zniecierpliwi. Właśnie flirtuje z mleczarką i pewnie 
nawet zapomniał, że pani tu jest. Miłego dnia, lady Claro. 

Odwrócił się na pięcie i wyszedł na zaplecze. 
Zawahała się. Nie chciała się tak łatwo poddać, więc szybko podążyła w ślady swe-

go rozmówcy, który właśnie zapałał lampę. 

–  Nie proszę, by zaprzestał pan swojej działalności – powiedziała.  
Zamarł. 
–  Wolę po prostu, by wykonywał ją pan gdzie indziej. A to dobra okazja do zaro-

bienia łatwych pieniędzy. Wystarczyłoby się spakować i przenieść ten podejrzany inte-
res nieco dalej. 

–  To nie jest podejrzany... 
–  To, że przyjmie pan pieniądze, nie musi oznaczać przyznania się do winy. Tak 

naprawdę, jeśli to uczciwe zajęcie, powinien pan skwapliwie wykorzystać okazję. 

Powoli się do niej odwrócił. Oczy miał czarne jak smoła. 
–  Być  może  nie  ufam  po  prostu  szacownym  damom,  które  oferują  mi  pieniądze 

za tak niewielką przysługę. 

–  Dla mnie ta przysługa nie jest niewielka. 
–  Tak czy inaczej, na pewno mi pani wybaczy, jeśli nie zaryzykuję i odmówię. 

background image

39 

–  Ale... 
–  Poza tym mam tu bardzo wygodną sypialnię. 
Zatoczył ręką koło w małym pokoju bez okien, w którym się znajdowali. Sądząc po 

piecu w drugiej części pokoju, kiedyś musiała tu być kuchnia, lecz Pryce z sobie tylko 
znanych powodów wybrał to pomieszczenie do spania. Pokój był malutki. Mieściło się 
tu tylko stare łóżko, nieco zbyt małe jak dla mężczyzny jego postury, odrapana komo-
da,  umywalka  i  kosz  jabłek.  Jak  na  przebiegłego  pasera  Pryce  wiódł  naprawdę  spar-
tański żywot. 

–  Pan to nazywa wygodną sypialnią? – spytała Clara z pogardą. 
–  Nic mi więcej nie trzeba. Co ważne, nie płacę czynszu. Na dłuższą metę, nawet 

z pani rekompensatą, na mieszkanie w Londynie musiałbym sporo wydać. 

To stwierdzenie obudziło w niej podejrzenia. 
–  Jak to nie płaci pan czynszu? 
–  Budynek  należy  do  moich  przyjaciół.  –  Popatrzył  na  nią  twardo.  –  To  chyba 

jednak nie pani sprawa. Podobnie jak mój sklep i moja działalność. – Jego rozbawienie 
zniknęło; znów zamienił się w groźnego wilka, który sunął niebezpiecznie w jej kierun-
ku. – Proszę się trzymać ode mnie z daleka i zająć własnymi sprawami, lady Claro, jeśli 
nie chce pani narobić sobie kłopotów. 

Czuła, że jeśli pozwoli mu się zastraszyć teraz, gdy walka dopiero się zaczęła, nigdy 

go nie pokona. Tłumiąc lęk, popatrzyła mu w oczy. 

–  Dobrze,  skoro  nie  chce  pan  wysłuchać  rozsądnych  argumentów  i  wyjechać  z 

Londynu, proszę oddać mi zegarek, a zaraz sobie pójdę. 

–  Zegarek? 
Popatrzyła na niego z wściekłością. 
–  Zegarek, o którym przez cały czas rozmawiamy. Nie zapłacił pan za niego Joh-

nny'emu, więc jest to w dalszym ciągu własność chłopca. 

–  Nie mogę go pani oddać. Już go nie mam. Sprzedałem go pewnemu mężczyźnie 

zaraz po tym, jak go dostałem. 

–  Niemożliwe. Nie minęło aż tyle czasu, a w pańskim sklepie nie panuje przecież 

zbyt  wielki  ruch.  Przecież  od  chwili,  gdy  tu  przyszłam,  nie  miał  pan  nawet  jednego 
klienta. 

–  Trudno  się  dziwić,  skoro  na  ulicy  stoi  ten  pani  strażnik  od  siedmiu  boleści. 

Proszę mi wierzyć, zegarek sprzedałem. 

–  Nie wierzę. 
–  Trudno.  Jeśli  jednak  odzyska  pani  w  ten  sposób  spokój  ducha,  oddam  pani 

pieniądze, których nie zapłaciłem Johnny'emu. 

–  Wykluczone! Gdybym je przyjęła, stałabym się współwinna przestępstwa. 
–  Nic więcej nie mogę zrobić. Skoro nie chce ich pani przyjąć, proszę wyjść. 
–  Nie wyjdę bez zegarka. 

background image

40 

Zaczerpnęła powietrza. Wiedziała, że teraz, gdy weszła na zaplecze, Samuel nie wi-

dzi jej dokładnie, ale duma nie pozwoliłaby jej oddać zwycięstwa. Zmusiła się, by popa-
trzeć Pryce'owi prosto w oczy, w których czaiła się groźba. 

–  Proszę mi go oddać, a obiecuję, że wyjdę. 
–  Proszę iść. – Podszedł do niej tak blisko, że czuła ciepło bijące od jego ciała. – 

Jeśli bowiem zostanie pani tutaj nawet teraz, gdy stało się jasne, że nie mam tego ze-
garka, znaczy to, że istnieje jakiś inny powód pani wizyty. 

Celowo utkwił wzrok w jej ustach. Znów poczuła dziwne drżenie w dole brzucha. 
–  Na przykład jaki? 
–  Taki, że znudziła się pani samotna egzystencja w towarzystwie niewdzięcznych 

łobuzów. – Wyciągnął rękę i pogładził Clarę delikatnie po policzku, wywołując dreszcze 
w całym jej ciele. – Chciałaby pani doświadczyć, czego więcej... czegoś podniecającego. 
– Nachylił się jeszcze bardziej. – Ze mną. 

Cofnęła się gwałtownie. 
–  Proszę nie opowiadać głupstw. 
Opuścił rękę i wskazał drzwi. 
–  W takim razie dobrze. Drogę pani zna. Miłego dnia, lady Claro. 
Patrzył  na  nią  z  arogancką  miną.  Najwyraźniej  był  pewien,  że  przestanie  szukać 

zegarka, wypadnie z krzykiem z jego sklepu i nigdy nie wróci. Blefował, wypróbowywał 
na niej sztuczkę, którą z pewnością zastosowaliby jej bezecni wujowie wobec przyspa-
rzających kłopotów kobiet. Była przekonana, że ten mężczyzna nie odważy się na żad-
ne śmielsze działanie. Uniosła podbródek. 

–  Już panu mówiłam. Nie wyjdę bez zegarka. 
Na jego twarzy pojawił się wyraz gniewu i niedowierzania. Zanim zdążyła zareago-

wać, rzucił się naprzód, zmuszając ją, by się cofnęła. Oparła się o ścianę, a on położył 
ręce na jej ramionach. 

Poczuła przypływ paniki. 
–  Co pan sobie właściwie wyobraża? 
–  Chcę w pani obudzić instynkt samozachowawczy. 
–  Nie boję się pana – stwierdziła dumnie. 
–  A powinna pani. 
I wtedy ją pocałował. Mocno, namiętnie. Tak jak nikt nigdy wcześniej. 
Była  tak  zdumiona,  że  nawet  nie  zareagowała.  Potem  zaczęła  go  odpychać,  ale 

równie dobrze mogła walczyć ze skałą. Nie ustępował ani na krok, badając wnętrze jej 
ust z bezlitosną dokładnością. Pachniał jabłkami i olejkiem rumowym. 

Ogarnęło ją lubieżne pożądanie i omal nie zemdlała z przerażenia. Ten niesłycha-

ny,  przerażający  pocałunek  trwał  tak  długo,  że  poczuła  zawrót  głowy.  Gdy  Pryce 
wreszcie uwolnił jej usta, zdobyła się tylko na to, by na niego popatrzeć. Słyszała bicie 
własnego serca i walczyła szaleńczo, by się opanować. 

Na szczęście i on był roztrzęsiony. Oddychał ciężko, a zdumiony wyraz twarzy do-

kładnie odzwierciedlał stan jego ducha. 

background image

41 

Szybko się jednak opanował. 
–  Czy wyjaśniłem pani wystarczająco jasno, dlaczego nie powinna była tu przy-

chodzić? – spytał schrypniętym głosem. 

Odebrała te słowa niczym groźbę, zgodnie z jego intencją. 
–  Tylko dlatego, że namiętnie mnie pan pocałował? 
Jak śmiał zakładać, że ona pozwoli się tak łatwo zastraszyć? 
–  Mogło być jeszcze gorzej. – Oczy lśniły mu wilczym blaskiem. – Mogłem panią 

zhańbić. 

–  Zhańbić?  –  Nie  udało  się  jej  powstrzymać  wybuchu  histerycznego  śmiechu.  – 

Boże, to przecież słowo z powieści gotyckiej! Zhańbić! Rzeczywiście! Niech pan nie bę-
dzie śmieszny. 

Sądząc z jego miny, nie takiej reakcji oczekiwał. Zacisnął usta i przyparł ją mocniej 

do ściany. 

–  Sądzi pani, że nie byłbym do tego zdolny? 
–  Nie, myślę, że nie byłby pan na tyle głupi. 
To go zastanowiło. 
–  Co pani chce przez to powiedzieć? 
–  Miał pan rację, mówiąc, że powiadomienie policji o pańskiej działalności na nic 

by się zdało. Gdybym jednak doniosła, że mnie pan napastował... sprawa wyglądałaby 
inaczej. Anglicy nie traktują dam zbyt poważnie, lecz jeśli owe damy zaczynają twier-
dzić, że ktoś chciał je zhańbić, jak pan to raczył barwnie ująć... wtedy sprawa wygląda 
zupełnie inaczej. Wystarczy, że wskażę sprawcę palcem, a wyląduje pan na szubienicy. 

Oczywiście  nie  wierzyła  ani  przez  chwilę,  że  mógłby  ją  zhańbić.  Gdyby  miał  taki 

zamiar, nie przestałby jej całować tylko po to, by rzucać na wiatr czcze groźby. 

–  Racja – mruknął. 
–  Właśnie.  –  Udało  się  jej  wreszcie  wygrać  jedną  rundę.  Ośmielona  możliwością 

zwycięstwa przy pomocy nowej taktyki, nie zamierzała na tym poprzestać. – Jeśli pan 
mnie nie puści i nie odda zegarka, i tak złożę skargę na pańskie zachowanie. Oczywi-
ście, będzie to słowo przeciw słowu, lecz tak jak powiedziałam, jestem przekonana, że 
to właśnie mnie uwierzą, nie panu. 

Sądziła, że Pryce wreszcie skapituluje. W jego oczach znów jednak mignęło rozba-

wienie. 

–  W takim razie już lepiej solidnie sobie zasłużyć na tę pętlę, prawda? 
Zanim w pełni zrozumiała, do czego on zmierza, znów dosięgnął wargami jej ust. 
Tym razem nawet nie próbowała się opierać. Była zła – jej taktyka nie przyniosła 

efektu, Pryce odkrył, że blefowała. Poza tym domyślił się z pewnością, jak bardzo jest 
ciekawa. 

Teraz dotykał jej już nie tylko ustami. Otulił ją ramieniem wokół talii, przyciągnął 

do  siebie,  a  drugą  ręką  ujął  jej  podbródek  i  przytrzymał  do  pocałunku.  A  ona  ani 
drgnęła. 

background image

42 

Nie była nawet pewna dlaczego, choć tym razem pocałunek był inny, bardziej czu-

ły, intymny, mniej agresywny. Bawił się jej wargami, pieścił je... och, tak trudno było 
nie zwracać na to uwagi. 

Nagłe wtargnięcie języka między wargi wyrwało ją z letargu, lecz było już za późno 

na opór. Nieustraszony niczym sam diabeł Pryce zaczął penetrować wnętrze jej ust. 

To  dziwne  działanie  ogromnie  ją  zdumiało.  Żaden  mężczyzna  nie  włożył  jej  nigdy 

języka do ust. Nie przypuszczała, że to może być tak przyjemne, podniecające i zdecy-
dowanie... występne. 

Zakołysała się lekko w jego objęciach, wydając dziwny odgłos – ni to krzyk, ni jęk. 

Przyciągnął ją jeszcze mocniej do siebie, nie przestając całować. Z każdym dotknięciem 
języka czuła coraz szybsze uderzenia pulsu i coraz silniejsze zawroty głowy. Boże, ależ 
on potrafił całować! Nigdy nie sądziła, że mężczyzna może być zdolny do takiej namięt-
ności. 

Nie, to nie była prawda. Widziała, jak jej wujowie całują swoje kochanki. Teraz już 

rozumiała, dlaczego kobietom przy takich okazjach zawsze brakowało tchu i dlaczego 
wydawały się omdlewać w ich ramionach. 

Z tego samego powodu i jej brakowało powietrza, płonęła i czuła dziwna miękkość 

w kolanach. 

Te  silne,  mocne  dłonie...  Jedna,  na  jej szyi,  głaskała  i  pieściła,  druga  przyciskała 

mocno jej ciało, nie pozwalając sie ruszyć. Mimo to Pryce wciąż tylko ją całował. A to 
nie wystarczyło, by zhańbić kobietę. 

Może ten wilk wcale nie był tak niebezpieczny. Po prostu udawał. Niestety istniał 

tylko jeden sposób, by sie o tym przekonać – dać mu sznur i sprawdzić, czy sie na nim 
powiesi. Modląc się sie jednocześnie o to, by jej nim nie związał. 

background image

43 

Rozdział 5 

 

Zawiesza wędkarz przynętę na haku, 

Wprawnie zarzuca wędkę w nurt strumienia, 

Ryba już łaknie swojego przysmaku, 

gorzkiego zazna wkrótce zaskoczenia. 

Mała, śliczna książeczka 

John Newberry 

 
Morgan  chciał  przestać,  ale  nie  mógł.  Bon  Dieu,  co  za  niebiański  smak...  Ciało 

również niebiańskie, omdlewające w jego ramionach. Dlatego właśnie powinien był wy-
puścić ją z objęć. Jej ochocza reakcja świadczyła wyraźnie o tym, że nie uda mu się w 
żadnym wypadku jej zastraszyć. 

Nie potrafił się jednak powstrzymać i całował dalej. Ciepłe, zmysłowe usta rozpala-

ły jeszcze bardziej jego namiętność, kwiatowy zapach drażnił nozdrza. Chciał się w niej 
zatopić. Od chwili, gdy zaczęła biec w stronę Johnny'ego niczym anioł zemsty, marzył 
wyłącznie o tym, by poczuć jej smak, dotknąć, zerwać z niej tę brzydką suknię i... 

Zhańbić ją. Tak, zwłaszcza teraz wydawało się to szczególnie kuszące. 
Oczywiście  nie  zamierzał  tego  robić.  Rzecz  jasna,  nie  z  powodu  jej  śmiesznych 

gróźb. Ravenswood poradziłby sobie bez trudu z każdym zażaleniem. Po prostu nie ty-
kał kobiet bez ich przyzwolenia, nawet jeśli chwilowe pożądanie nakazywało im zapo-
mnieć o cnocie. 

Tak  więc  niezależnie  od  tego,  jak  cudowne  były  jej  usta,  niezależnie  od  tego,  jak 

mocno się do niego przytulała, musiał zaprzestać tych pieszczot, póki jeszcze był na to 
czas. Postawił sprawę jasno. Gdyby Clara nie uciekła ze sklepu, znaczyłoby to jedynie, 
że Pan Bóg poskąpił jej rozumu. 

Wypuścił ją z objęć, cofnął się i czekał na uderzenie w twarz. Tego właśnie potrze-

bował najbardziej. Dzięki temu mógłby się jej pozbyć raz na zawsze. 

Nic takiego się jednak nie stało. Wręcz przeciwnie, dziewczyna uwiesiła mu się na 

szyi. A gdy chciała przywrzeć wargami do jego ust, cofnął się szybko. 

–  Co pani wyrabia, na miłość boską? – warknął. 
Uniosła brwi. 
–  Jak to co? Całuję pana – odparła zupełnie zwyczajnie. 
Jej ochota mocno go zdziwiła. Ciało jednak nie potrafiło myśleć. Czuł, jak napinają 

mu się wszystkie mięśnie. 

–  Dlaczego? 
W oczach Clary błysnął upór. 
–  Bez  wystarczających  dowodów  nie  będę  mogła  złożyć  na  pana  skargi.  Kiedy 

zawołam na Samuela, będzie pan musiał robić coś znacznie bardziej nagannego. Sam 

background image

44 

pocałunek nie wystarczy. Oczywiście, jeśli wolałby mi pan oddać ten zegarek, kapita-
nie... 

Ta mała głupiutka kobietka naprawdę sądziła, że uwierzył w jej groźby. Nie miała 

pojęcia, jak niewiele brakowało, by utracił kontrolę. 

–  Jeśli  będą  nas  łączyć  tak  intymne  stosunki,  chyba  powinna  mówić  pani  do 

mnie po imieniu. 

–  Bardzo chętnie. – Jej głos ociekał słodyczą. – Mój drogi Morganie, czy możemy 

omówić sprawę hańby, którą na mnie sprowadzisz? 

–  Wciąż uważasz, że bym się na to nie zdobył? 
–  Wiem, że nie – prowokowała bezlitośnie. 
Popatrzył na nią, zaciskając mocno dłonie na jej talii. 
–  Powinienem  cię  nazwać  oszustką  i  zhańbić  wyłącznie  po  to,  by  ci  udowodnić, 

że nie wolno tak łatwo ryzykować utraty cnoty. 

–  Naprawdę jestem wzruszona twoją troską – prychnęła, parafrazując jego słowa. 
–  Och, dajmy temu spokój – wychrypiał i znów ją pocałował. 
Nie krył pożądania, naprawdę zamierzał dać tej upartej dziewczynie porządną na-

uczkę. 

A ona.... Oddawała pocałunki tak żarliwie i wprawnie jak kobieta lekkich obycza-

jów. I gdyby nie był pewien, że nie taka jest jej intencja, położyłby ją na łóżku i wziął 
natychmiast, tu i teraz. Tak bardzo jej pragnął. Za bardzo. Może nadszedł czas, by jej 
pokazać jak... Wsunął dłoń między ich ciała i zaczął pieścić jej pierś. 

Zareagowała  spontanicznie,  wychyliła  się  nieco,  lecz  natychmiast  zamarła  z  prze-

rażenia i odskoczyła. 

–  Co robisz? 
–  Czekam, aż zawołasz swojego psa gończego, kochanie. 
Uniósł dłoń, by pogładzić jej drugą pierś. 
–  Proszę bardzo, krzycz. Przecież taki był twój plan. Czy wolisz, żebym najpierw 

zdjął z ciebie nieco garderoby? 

Wydała lekki okrzyk zgrozy i cofnęła się o krok. 
Dzięki Bogu. Jeszcze chwila i zapomniałby zupełnie o manierach dżentelmena, sta-

jąc się bezmyślnym potworem zdolnym myśleć wyłącznie o jednym. 

–  Dobrze, wygrałeś – szepnęła. 
Miała wielkie, niebieskie, przestraszone oczy. Poczuł się jak ostatni łobuz, ale mu-

siał udawać dalej. 

–  Proszę o szczegóły. Cóż takiego wygrałem? 
Zaczerpnęła tchu. 
–  Nie pójdę do władz. 
–  To nie jest zbyt wielki sukces. I tak wiedziałem, że tego nie zrobisz. Kobieta o 

twoim statusie społecznym nie naraziłaby się nigdy na podobny skandal. Wymyśl ja-
kąś inną nagrodę. 

–  Nie będę już prosić o zwrot zegarka – mruknęła z pałającymi policzkami. 

background image

45 

–  Możesz prosić, ale nie kłamałem. Naprawdę już go nie mam. 
–  Skoro tak... 
Odwróciła się i ruszyła w stronę drzwi. 
–  Jednak czegoś od ciebie chcę! – zawołał za nią. 
Zatrzymała się w pół kroku. 
–  Cóż to takiego? 
–  Przyrzeczenia, że będziesz trzymać się z daleka od mojego sklepu. 
Uniosła dumnie głowę. 
–  Nie masz prawa o nic prosić. Możesz się tylko cieszyć, że tak łatwo się podda-

łam. 

Łatwo? To było łatwo? 
–  Proszę  bardzo,  przychodź,  skoro  masz  na  to  ochotę.  Tylko  następnym  razem 

zostaw tego strażnika w domu. Będę mógł cię przynajmniej zhańbić z namaszczeniem, 
bez zdzierania z ciebie sukni i... 

–  Przestań! Nigdy byś... 
–  Na pewno? – Postąpił krok naprzód. – Chcesz się przekonać, aniele? 
Jej oczy ciskały błyskawice. Bez słowa pokręciła głową. 
–  Nie  mam  ochoty  tu  wracać,  lecz  jeśli  nie  przestaniesz  demoralizować  moich 

wychowanków... 

–  A jeśli obiecam, że nie będę od nich niczego kupował? 
Ledwo  zdążył  to  powiedzieć,  od  razu  pożałował.  Jak  mógł  dotrzymać  słowa,  nie 

przesłuchując każdego kieszonkowca, który przestąpił jego próg. A to przecież było ab-
solutnie wykluczone, skoro zamierzał zastawić pułapkę na Spectera. 

Promyk nadziei, jaki zaświtał w jej oczach, tylko pogorszył sprawę. 
–  Zrobiłbyś dla mnie coś takiego? 
–  Jeśli tylko to będzie możliwe... Jeżeli tylko ich rozpoznam... 
–  Nie będziesz kupował niczego od moich dzieci? 
Był  gotów  zrobić  absolutnie  wszystko,  byle  tylko  trzymać  się  z  dala  od  jej  wścib-

skich pytań, zuchwałych żądań i cudownych ust. 

–  Zrobię, co w mojej mocy. 
–  O nic więcej nie proszę. 
–  Prawdziwa  lwica.  –  Pokręcił  głową.  –  i  to  wszystko  dla  nicponi,  którzy  i  tak 

wrócą do starego fachu. 

–  Nikogo poza mną nie mają. Jeśli ich opuszczę, trafią do przytułku albo nawet 

na szubienicę. 

Ogarnęła go nagle taka zazdrość, że przestał się kontrolować. 
–  Wiesz, żałuję, że w młodości nie spotkałem kogoś takiego jak ty. 
Wstrzymała  oddech,  a  potem  na  jej  twarzy  zapłonęła  taka  ciekawość,  że  Pryce 

przeklął  się  w  duchu  za  te  nierozważne  słowa.  Na  szczęście  dokładnie  w  tej  samej 
chwili otworzyły się drzwi i ostry dzwonek zaanonsował przybycie gościa. 

–  Gdzie pani jest, milady! Wszystko w porządku? 

background image

46 

–  Tutaj, Samuelu! – zawołała. 
Chwilę później służący Clary łypał już podejrzliwie na Morgana. 
–  Co się tutaj dzieje? Dlaczego stoicie po ciemku? 
–  Chyba trochę za późno na tę troskę – warknął Morgan. 
Samuel zbladł jak ściana. 
–  Jeśli odważył się pan bodaj tknąć milady... 
–  Dosyć! – przerwała mu Clara. – Nic się nie stało. 
–  Dziwnie pani definiuje to nic – powiedział Morgan, absurdalnie poirytowany jej 

nonszalancką reakcją. – Tego, co robiliśmy, nie nazwałbym niczym... 

–  Wypatroszę cię jak rybę, słowo daję! – Samuel ruszył na niego jak taran, lecz 

Clara natychmiast go powstrzymała. 

–  Niczego podobnego nie zrobisz. – Popatrzyła ze złością na Morgana. – A ty prze-

stań prowokować mojego służącego! 

–  Ależ jego trzeba prowokować! – Pryce łypnął na Samuela. – Któregoś dnia bę-

dzie flirtował w najlepsze, a tobie naprawdę stanie się krzywda. 

Zmarszczone  czoło  Clary  wygładziło  się  natychmiast,  a  usta  rozchyliły  się  w 

uśmiechu. 

–  Jestem pewna, że on już nigdy nie popełni tego błędu. Prawda, Samuelu? 
–  Następnym razem nie odstąpię pani ani na krok – wycedził przez zaciśnięte zę-

by służący. 

–  Już  ja  tego  dopilnuję.  –  Morgan  zdawał  sobie  sprawę,  że  jego  słowa  brzmią 

idiotycznie  w  kontekście  poprzednich  pogróżek.  Nie  mógł  jednak  nic  na  to  poradzić. 
Clara budziła w nim głęboko ukryte uczucia opiekuńcze. I mógł się założyć, że dosko-
nale zdawała sobie z tego sprawę. 

–  Dzięki za troskę, Morgan – powiedziała cicho. – i za obietnicę. Do zobaczenia. – 

To powiedziawszy, wyszła ze sklepu, a Samuel poszedł jej śladem. 

Morgan trochę głębiej odetchnął dopiero, gdy został sam. Co ta dziewczyna z nim 

wyprawiała?  Kiedy  była  w  pobliżu,  mówił  same  głupstwa  i  tracił  panowanie  nad  cia-
łem. 

Musiał sobie wbić do głowy, że Clara, lady Clara, nie jest kobietą dla niego. Ani te-

raz, ani nigdy. Chciał się uwolnić od tego przeklętego miasta, a gdyby nawiązał z nią 
bliższą  znajomość,  nigdy  by  mu  się  to  nie  udało.  Dama  z  zasadami  oczekiwałaby  od 
niego  nienagannego  życia  i  umiłowania  domowych  pieleszy,  co  nie  pozwoliłoby  mu 
nigdy oderwać się od wspomnień. Życie pełne wrzeszczących dzieci i nudnych przyjęć 
oraz posada w ministerstwie, która polegałaby wyłącznie na oddelegowywaniu innych 
na morze, prosto w objęcia przygody... Musiał jednak przyznać, że nie wyobrażał sobie 
Clary  jako  domatorki  sączącej  herbatkę  i  składającej  wizyty  przyjaciółkom.  Nie,  dla 
niej również takie życie nie byłoby interesujące. Wyobrażał sobie ją jednak z dzieckiem 
w objęciach, może nawet z... Oszalał! Clara matką jego dziecka? 

Zdecydowany wyzbyć się raz na zawsze takich myśli, pospieszył do kantorku i za-

czął sprzątać. Marzył o gorącym posiłku i paru kuflach piwa, być może nawet o kobie-

background image

47 

cie... Takiej, która pozwoliłaby mu wreszcie dojść do siebie. Zanim skończył sprzątać, 
zapadła noc. Zamknął frontowe drzwi i  wymknął się na ulicę bocznym wyjściem. Na-
tychmiast pożałował tej decyzji, gdyż zaułek przypomniał mu o Clarze, a zupełnie nie 
miał ochoty o niej myśleć. 

Tak bardzo pragnął wyrzucić ją z pamięci, że czujne zwykle zmysły nie zdążyły go 

ostrzec  przed  niebezpieczeństwem.  Mocny  cios  w  łydki  pozbawił  go  równowagi  i Mor-
gan padł na kolana, a chwilę potem poczuł, że w gardło wrzyna mu się stalowe ostrze. 
Wiedział, z kim ma do czynienia. Specter zawsze posługiwał się nożem. 

–  Proszę posłuchać, kapitanie – usłyszał znajomy głos. 
Nie  tracąc  czasu  na  pogaduszki,  Morgan  zadał  mocny  cios  łokciem,  celując  na 

oślep w pachwinę napastnika. Trafił. Zbir wydał głuchy jęk i wypuścił z ręki nóż, który 
parę chwil później Morgan miał już w ręku. Przycisnął mężczyznę do muru i przystawił 
mu ostrze do szyi. 

–  Jeśli nie chcesz zginąć, powiedz mi natychmiast, kim jesteś i czego chcesz. 
–  Pro...  proszę,  kapitanie...  nie  zabijaj  mnie  –  szepnął  napastnik.  –  To  tylko  ja, 

Samuel. 

–  Służący lady Clary? – spytał z niedowierzaniem Morgan. 
Przez chwilę słychać było jedynie sapanie Samuela. 
–  Chciałem...  tylko  pana...  ostrzec...  nic  poza  tym.  Nastraszyć...  Żeby  zostawił 

pan milady w spokoju. 

–  Postąpiłeś strasznie głupio. Mogłem cię przecież zabić. 
–  Wiem.  I  jestem  wdzięczny,  że  pan  tego  nie  zrobił.  Pani  była  zawsze  dla  mnie 

dobra. Nie chciałem, by stała się jej krzywda. 

–  Ja też tego nie chcę. 
–  Ale po tym, co pan przed chwilą powiedział... 
–  Chciałem cię po prostu sprowokować, dokładnie tak, jak tłumaczyła lady Cla-

ra. Ale przysięgam, że jeśli zdołasz utrzymać swoją panią z dala od mojego sklepu, nic 
jej z mojej strony nie grozi. Nie chcę żadnych kłopotów. 

Samuel oparł się bezwładnie o mur. 
–  Staram się jej pilnować. Ale czasem to naprawdę trudne. Milady jest trochę... 
–  Uparta? Niezależna? Gotowa na każdym kroku ryzykować życie? 
–  Widzę, że dobrze ją pan rozszyfrował – powiedział ponuro Samuel. – Myśli, że 

mogę ją ocalić przed wszystkimi, ale nie jestem osiłkiem i... 

–  ...i były złodziej nie musi wiedzieć, jak chronić kobietę. 
W świetle księżyca Morgan dostrzegł wyraźnie, jak Samuel kiwa głową. 
–  To najświętsza prawda. 
–  Wiesz, Samuelu, można pokonać przeciwnika, który jest nawet dwa razy więk-

szy od ciebie. Trzeba tylko wiedzieć jak. Coś ci zaproponuję... Jeśli potrzebujesz paru 
lekcji, chętnie ci ich udzielę. 

–  Dlaczego miałby pan to robić? 

background image

48 

Bo na samą myśl, że przez twój brak umiejętności lady Clarze stanie się coś złego, 

przechodzą mnie ciarki... Nie mógł mu przecież tego powiedzieć. Musiał pamiętać, jaką 
gra rolę. 

–  Bo  być  może  przydałaby  mi  się  twoja  pomoc.  Twoja  pani  wtrąca  się  w  moje 

sprawy. Trzymaj ją więc z dala ode mnie, a ja w zamian za to nauczę cię, jak jej bronić. 
Zgoda? 

Samuel wyprostował plecy. 
–  O tak, kapitanie! Będę bardzo wdzięczny. 
–  W  takim  razie  umowa  stoi.  Zobaczymy  się  jutro,  jak  tylko  odprowadzisz  lady 

Clarę do domu. Choć może powinniśmy to zatrzymać dla siebie. 

–  Tak,  sir,  dziękuję,  sir.  I  dziękuję,  że  mnie  pan  nie  zabił.  Nie  chcę  być  kolacją 

dla robaków. 

–  A ja nie chcę się tłumaczyć z trupa pod sklepem. Dlatego idź. Lady Clara czeka 

pewnie na ciebie w Domu. 

–  A niech to! Miałem się tam zjawić przed zmrokiem! – wykrzyknął Samuel. 
Gdy  pobiegł,  Morgan  przewrócił  oczami.  W  co  on  się  wpakował!  Ten  człowiek  nie 

upilnowałby nawet komara. 

–  Dobra robota – wychrypiał jakiś głos z ciemności. – Świetnie pan sobie z nim 

poradził, kapitanie. 

Instynkt  samozachowawczy  zdał  egzamin  i  Morgan  odwrócił  się  natychmiast  w 

stronę  głosu,  ale  zaułek  wydawał  się  pusty.  Było  zbyt  ciemno,  by  dostrzec  kogoś  w 
ciemnościach. 

–  Pokaż mi się! Nie rozmawiam z ludźmi, których nie widzę! – krzyknął. 
–  W  takim  razie  nasza  pogawędka  będzie  krótka,  bo  ja  nie  rozmawiam  z  tymi, 

którzy mnie widzą. 

Słowa  odbijały  się  od  murów,  tworząc  złudzenie,  że  dochodzą  ze  wszystkich  kie-

runków naraz. 

–  Kim jesteś? I czego chcesz? – zawołał Morgan. 
–  Ja też mógłbym cię o to zapytać. Wszedłeś na mój teren. 
–  Nie  wiem,  o  czym  mówisz.  –  Z  nożem  w  ręku  Pryce  postąpił  parę  kroków.  – 

Prowadzę sklep i tyle. 

Odpowiedział mu głośny śmiech. 
–  Obaj  wiemy,  z  czego  pan  żyje,  kapitanie.  Chcę  się  tylko  dowiedzieć,  dlaczego 

robi pan to właśnie w Spitalfields. 

–  A co to pana obchodzi? 
–  Jak  się  pan  wkrótce  przekona,  obchodzi  mnie  wszystko,  co  dotyczy  Spital-

fields. 

Z prawej strony dotarł do niego jakiś szelest, ale był to tylko szczur. Niech to licho. 

Szkoda, że nie zabrał lampy naftowej. 

–  No słucham – ciągnął upiorny głos. – Dlaczego ulokował się pan właśnie w mo-

jej dzielnicy? 

background image

49 

–  Bo myślałem, że to takie samo dobre miejsce jak każde inne... 
–  To źle pan myślał. 
–  Nie wydaje mi się. Od pierwszego dnia interes kręci się jak w zegarku. A biorąc 

pod uwagę, że Petticoat Lane znana jest już powszechnie zarówno z pilnego sprzedaw-
cy, jak i tanich towarów, sądzę, że moje zyski będą się podwajać z każdym dniem. 

–  Na to bym nie liczył. Tak, złodzieje pójdą tam, gdzie najwięcej dostaną, ale żeby 

im dobrze płacić, musi pan się trzymać niskich kosztów własnych. A ja już wiem, jak 
to zrobić, żeby panu te koszty zawyżyć. 

–  Co pan ma na myśli? – Morgan próbował za wszelką cenę walczyć z emocjami. 

Docierał właśnie do czegoś ważnego, w dodatku znacznie szybciej, niż się spodziewał. 

–  W tej części miasta ogień stanowił zawsze poważne zagrożenie. Poza tym nikt 

nie ośmieli się tu wejść, jak ustawię pod drzwiami swoich przyjaciół. Albo zaczaję się 
na pana w ciemnej uliczce i w ten sposób wyłączę z interesu. 

–  Jak pan widzi, niełatwo mnie zdybać. 
–  Jakiś tam służący nie stanowi dla pana zagrożenia, ale moi ludzie potrafią na-

prawdę narobić kłopotów. Poza tym czasem pan sypia... 

–  Zdziwiłby się pan... Ale proszę bardzo, niech ich pan przyśle. Chętnie sobie po-

ćwiczę. – Morgan zrobił krok do tyłu. – A teraz proszę wybaczyć. Jestem zbyt głodny, 
żeby  tu  stać  i  słuchać  pańskich  pogróżek.  Jeśli  pan  jeszcze  nie  skończył,  zapraszam 
na piwo do Tufton. 

–  Nie wysłuchał pan jeszcze mojej propozycji, kapitanie! – zawołał za nim nieco 

poirytowany głos. – Pozwolę zostać panu w Spitalfields na moich warunkach. 

Morgan zatrzymał się w pół kroku. 
–  Jakie znowu warunki? 
–  Pierwszy ma oczywiście finansowy charakter. Podzieli się pan ze mną zyskiem. 
–  Mowy nie ma – warknął Morgan. 
–  Być może ryzykuje pan życiem... 
Pryce prychnął z niedowierzaniem. 
–  A co bym zyskał dzięki takiej hojności? Poza życiem, oczywiście? 
–  Przede wszystkim ochronę przed stróżami prawa. Ja i moi ludzie mamy na oku 

wszystkich policjantów i sędziów w naszym okręgu. Kiedy tylko władze wydają nakaz 
aresztowania  jednego  z  moich  podopiecznych,  szczęściarz  otrzymuje  natychmiastowe 
ostrzeżenie i pomoc w ucieczce. 

Morgan  wstrzymał  oddech.  Czy  były  to  tylko  czcze  przechwałki,  czy  też  macki 

Spectera naprawdę sięgały tak daleko? 

–  Mam swoich znajomych, sir. Nie muszę korzystać z pańskich. 
Specter zaśmiał się nieprzyjemnie. 
–  Jeśli  ma  pan  na  myśli  marynarkę,  obaj  wiemy,  że  tam  przestali  pana  lubić, 

kiedy znalazł się pan na pokładzie pirackiego statku. 

–  Skąd pan wie? – Morgan znał odpowiedź, ale wolał ją usłyszeć z ust Spectera. 
–  Plotki szybko się rozchodzą. A ja też mam swoje znajomości w marynarce. 

background image

50 

Akurat w tym przypadku znajomości okazałyby się niepotrzebne. Morgan zrobił, co 

mógł, żeby całe Spitalfields dowiedziało się o jego pobycie na pokładzie „Satyra”. Poza 
tym jeśli nawet Specter naprawdę miał kolegów w marynarce, nie mogli być to urzęd-
nicy  najwyżsi  rangą,  gdyż  tacy  wiedzieliby  od  razu,  że  Morgana  oczyszczono  z  wszel-
kich zarzutów. 

–  W porządku – powiedział Morgan. – Przyjmuję do wiadomości, że mógłby mnie 

pan istotnie ochronić przed stróżami prawa. Co jeszcze chce mi pan zaproponować? 

–  Lepsze zarobki. Moi paserzy trzymają się stałych cen, a pan chyba płaci więcej. 

Po dołączeniu do mnie okaże się to zbędne. 

–  Musiałbym się jednak dzielić z panem zyskami, więc pewnie w końcu na jedno 

by wyszło. 

–  Niezupełnie. Mógłbym pana skontaktować z bardzo zdolnymi złodziejami, któ-

rzy teraz nie zwracają na pana uwagi, bo są lojalni wobec mnie. 

–  Ale nie będzie mógł pan na nich liczyć, kiedy się dowiedzą, że ja płacę lepiej... 
–  Pan nie może płacić kradzionymi banknotami, ja tak. 
–  No i tu pan się myli. Mam na to własne sposoby. Nie potrzebuję zatem pana aż 

tak bardzo, prawda? 

–  Słuchaj,  ty  mały  robaku...  –  warknął  głos  z  okna  ponad  głową  Morgana,  po 

czym nagle zapadła cisza. 

Najwyraźniej udało mu się wytrącić Spectera z równowagi – bandyta zapomniał o 

ostrożności i technice, za której pomocą do tej pory ukrywał miejsce swojego pobytu. 
Morgan powinien był się od początku domyślać, że bandyty nie ma w alejce. 

Morgan  musiał  teraz  pohamować  chęć  przeszukania  budynku.  Na  zapędzenie 

Spectera w kozi róg nie przyszedł jeszcze czas, nie zebrał przeciwko niemu wystarcza-
jących  dowodów.  Na  razie  było  to  tylko  słowo  przeciw  słowu.  Pryce  musiał  powiązać 
jakoś Spectera z kradzionymi towarami i w tym celu starał się zdobyć jego zaufanie. 

Poza  tym  przeszukanie  budynku  nie  miało  sensu.  Znajdowały  się  w  nim  przy-

najmniej  trzy  wyjścia:  z  przodu,  z  boku  i  zapewne  z  tyłu,  a  tamtej  części  w  ogóle  nie 
widział. 

–  Wystawia pan moją cierpliwość na ciężką próbę, kapitanie – odezwał się Spec-

ter, znowu panując nad głosem. – Albo przyjmuje pan moją ofertę, albo rzuca mi pan 
rękawicę. A robię się bardzo nieprzyjemny, gdy ktoś mnie prowokuje. 

Zbir miał z pewnością aktorskie zacięcie. 
–  Już umieram ze strachu – prychnął Morgan. 
Nie chciał przyjmować propozycji od razu, by Specter nie nabrał podejrzeń. 
–  A więc odmawia pan? 
–  Tego nie powiedziałem. Muszę najpierw pomyśleć. 
Nastąpiła chwila ciszy. Specter zaklął. 
–  Dobrze, rozumiem. Pod koniec tygodnia znów się do pana zgłoszę. Jeśli i wtedy 

nie będzie pan w stanie udzielić odpowiedzi, wycofam ofertę. 

–  Zgoda. A jeśli podejmę decyzję wcześniej, jak mogę się z panem skontaktować? 

background image

51 

Odpowiedziała mu cisza. 
–  No? Fantomie, panie Widmo czy inna zjawo, jest pan tam jeszcze? 
Nie słysząc odpowiedzi, Morgan ruszył biegiem na ulicę. Dotarł tam na tyle szybko, 

by jeszcze dostrzec wysokiego, barczystego mężczyznę na czarnym koniu pędzącego na 
złamanie karku w ciemność. 

Pryce  westchnął,  widząc,  jak  mężczyzna  w  pelerynie  znika  we  mgle.  Najwyraźniej 

wytropienie  Spectera  nie  było  zadaniem  łatwym.  Co  do  jednego  nie  miał  jednak  wąt-
pliwości  –  Specter  istniał  naprawdę,  nie  okazał  się  widmem  ani  upiorem.  I  dlatego 
Morgan wierzył, że w końcu go dopadnie. 

background image

52 

Rozdział 6 

 

Na skraju lasu aksamitna łąka, 

Na niej dąb stary, w nim wieki zaklęte, 

Tam się spotkają dzieci ziem i niebios, 

Tam niech rozpocznie się wieczorne święto. 

Bal motyli i uczta koników polnych 

William Roscoe 

 
Dzieci są równie niespokojne jak ja, pomyślała Clara, kiedy usiadła z chłopcami w 

bibliotece. Trudno się dziwić. Po jej spotkaniu z Morganem Pryce'em niebiosa się otwo-
rzyły, siekąc miasto wiosenną ulewą. No i teraz po trzech dniach przymusowego aresz-
tu domowego w tych małych urwisach zebrało się tyle energii, że za jej pomocą udało-
by się chyba uruchomić skrzydła wiatraka. 

Może powinna była zrezygnować tym razem z tradycyjnego spotkania przed kolacją 

i wyjątkowo nie opowiadać żadnych historyjek? 

–  O czym chcielibyście dziś posłuchać? 
Chłopcy zaczęli mówić jeden przez drugiego, aż zakręciło się jej w głowie.  Tłoczyli 

się  w  bibliotece  niczym  pszczoły  w  ulu  i  uspokajali  tylko  w  chwilach,  gdy  rzucała  im 
swoje słynne spojrzenie Stanbourne'ów. 

–  Nie mówcie jednocześnie – skarciła swoich podopiecznych. 
–  Może o Kopciuszku? – pisnęła Mary siedząca ze skrzyżowanymi nogami. 
–  Och, Mary – uciszył ją David. – Ty to byś mogła co wieczór słuchać tej przeklę-

tej bajki. 

–  Bardzo  nieładnie  się  wyrażasz  –  zaczęła  Clara,  wywołując  uśmiech  na  twarzy 

dziewczynki.  Mary  szybko  jednak  przestała  się  uśmiechać,  słysząc  dalszy  ciąg  odpo-
wiedzi.  –  Ale  David  ma  rację.  O  Kopciuszku  opowiadałam  wam  wczoraj.  Może  wybie-
rzemy dziś coś innego. 

Widząc łzy w oczach małej, poczuła, jak ogarnia ją żal, z drugiej strony Mary rze-

czywiście  mogła  tej  bajki  słuchać  bez  końca.  Nie  było  w  tym  zresztą  nic  dziwnego, 
dziewczynka  z  pewnością  utożsamiała  się  z  tytułową  bohaterką  i  marzyła  o  księciu  z 
bajki. Jednak po piątym razie nawet tak optymistyczna opowiastka mogła się znudzić. 
Zwłaszcza chłopcom. 

Clara popatrzyła na starszych urwisów opartych o półkę z książkami. 
–  Może  wy  dzisiaj  coś  zaproponujecie?  Na przykład  ty,  Johnny.  Jest  jakaś  opo-

wiastka, której chciałbyś wysłuchać? 

Chłopiec popatrzył na Clarę spod zmarszczonych brwi. Nie wróżyło to niczego do-

brego. 

background image

53 

–  Nie lubię bajek. Nie są prawdziwe, w życiu nigdy się tak nie dzieje. Po co mam 

ich słuchać? 

Clara  westchnęła.  Po  powrocie  od  swojej  siostry  Lucy  Johnny  był  zły  i  naburmu-

szony. Czuła, że zrodził się w nim bunt. Kiedy wysyłała go rano do rodziny, sądziła, że 
chłopiec wróci we wspaniałym nastroju, stało się jednak inaczej i Johnny zarażał swo-
im fatalnym humorem inne dzieci. 

–  Wcale  nie!  –  zaprotestowała  Mary.  –  Niektóre  z  tych  bajek  są  prawdziwe. 

Dziewczynki takie jak Kopciuszek wychodzą za mąż za królewiczów, prawda, lady Cla-
ro? 

–  Czasami – odparła ostrożnie Clara. 
–  Daj spokój, Mary – odparował Johnny. – Nawet taka wielka dama jak lady Cla-

ra nie wyszła za księcia. W ogóle za nikogo nie wyszła. 

–  To dlatego, że jeszcze nie chcę wychodzić za mąż – odparła Clara obronnym to-

nem. 

–  Nie chce pani męża? – spytała Mary. 
–  Kiedyś zechcę, jak poznam kogoś odpowiedniego. Wszyscy prawdziwi książęta 

są chyba jednak zajęci, ale mogę poszukać kogoś mniej... książęcego. 

Na chwilę stanęła jej przed oczami twarz Morgana i przeklęła się w duchu za wła-

sną głupotę. Nie miał znaczenia fakt, że  Morgan prezentował się lepiej od wszystkich 
znanych  jej  książąt.  Ani  to,  że  czuła  jego  pocałunki  na  swoich  wargach  co  rano  po 
przebudzeniu. I już na pewno nie to, że zapachy jabłek, wody kolońskiej i prawdziwej 
męskości przenikały jej sny. 

Lecz jeśli nawet Morgan zamierzał w ogóle się ożenić, w co mocno wątpiła, nie mo-

głaby przecież poślubić mężczyzny, którego otaczała aura takiej niegodziwości. 

Z drugiej strony widziała, że miewał przebłyski dobroci. Na przykład wtedy, kiedy 

obiecał, że nie kupi niczego od jej dzieci. Ku jej wielkiemu ubolewaniu, mimo wszelkich 
środków  zapobiegawczych,  jakie  udało  jej  się  zastosować,  kilku  z  jej  podopiecznych 
próbowało  sprzedać  skradzione  przedmioty.  Za  każdym  razem  jednak  kończyło  się  to 
fiaskiem. Morgan nabywał towar wyłącznie od własnych dostawców. 

Ponadto złajał Samuela za to, że słabo ją chroni.  To już w ogóle nie miało sensu. 

Raz straszył, że ją zhańbi, to znowu zachowywał się jak anioł stróż. 

Za każdym razem, gdy się jej wydawało, że prześwietliła go na wskroś, robił coś za-

skakującego.  Na  tym  polegał  problem.  Sprzeczności  w  jego  charakterze  zanadto  zaj-
mowały jej myśli. Czasem żałowała, że spojrzała kiedykolwiek na nieznośnego kapitana 
Pryce'a, a potem poddała się jego urokowi, a co gorsza... ciepłym, cudownym pocałun-
kom. 

Pocałunkom, które miały służyć wyłącznie temu, by ją odstraszyć. Świetnie to pa-

miętała. Może i był interesujący, ale nie traktował jej poważnie... gorzej... była mu kulą 
u nogi. 

–  Wciąż czekam na propozycję – powiedziała. 

background image

54 

–  Ja mam pewien pomysł. – Oczy Johnny'ego świeciły nienaturalnym blaskiem. – 

A może Sinobrody. To chyba w tej opowieści jeden facet zabija swoje żony i wiesza ich 
ciała w szafie. A potem bierze nóż i... 

–  Dosyć, Johnny. Nie czytałam wam tej bajki nie bez powodu. Jest zbyt ponura i 

okrutna. 

Miała mieszane uczucia. Z jednej strony ucieszył ją fakt, że Johnny z własnej woli 

bierze do ręki książki, z drugiej zmartwiła się bardzo, że wybrał najkrwawszą historię 
ze zbioru Perrault. 

–  Nie chcemy straszyć najmłodszych. 
–  Dlaczego? Trzeba przygotować ich do życia. Przecież niektórzy z nas i tak skoń-

czą na szubienicy. 

Ta złowieszcza wróżba zawisła nad dziećmi niczym czarna chmura. Clara popatrzy-

ła na chłopca z wyrzutem. Co w niego wstąpiło, na miłość boską? 

Timothy Perkins pociągnął ją lekko za rękaw. 
–  Ja bym wolał o koniku polnym, który wybierał się na bal. 
Przez chwilę szukała w myślach, lecz zaraz potem jej twarz się rozjaśniła. 
–  Ach, wiem. Bal motylka. Świetny wybór – pochwaliła, widząc rozjaśnioną twarz 

chłopca. 

Nieco  dziwaczne  strofy  Williama  Roscoe  mogły  stanowić  wspaniałe  antidotum  na 

koszmarną  wróżbę  Johnny'ego.  Odwróciła  się,  wybrała  z  półki  właściwą  książkę  i  za-
częła czytać: 

Prędko, kapelusze weźcie, 
I na bal motylka śpieszcie! 
Bąk zagrywa na fujarce, 
Pora już zaczynać harce! 
Przerwała,  by  spojrzeć  na  ponurych  chłopców,  ściśniętych  z  tyłu  salki.  I  wtedy 

przyszedł jej do głowy pewien pomysł. 

–  Ponieważ  to  prawie  czas  na  kolację,  powinniśmy  zrobić  wszystko,  jak  należy. 

Davidzie, ty będziesz konikiem polnym, Mary motylkiem, Johnny, potrzebujemy ślepe-
go żuka, może ty... 

W  wierszyku  występowało  siedemnaście  owadów,  lecz  nawet  gdy  Clara  skończyła 

rozdzielać role, z których część przypadła z konieczności dwóm osobom, nawet starsi 
chłopcy,  aczkolwiek  niechętnie,  włączyli  się  do  zabawy.  Kiedy  ustawiła  ich  według 
wzrostu na korytarzu, Robert, pszczoła, bzyknął na nią groźnie, a dwa motyle zaczęły 
ze śmiechem trzepotać skrzydłami. Po błaganiach Tima nawet Johnny zgodził się nie-
chętnie wziąć brata na plecy tak jak żuk z wierszyka uczynił z Emmetem. 

Potem  wszyscy  przemaszerowali  przez  dom.  Clara  czytała  głośno  wiersz,  a  dzieci 

skakały,  skradały  się  lub  czołgały  zgodnie  ze  scenariuszem.  Już  w  jadalni  atmosfera 
uległa znacznej poprawie, burza minęła. 

Kiedy Clara patrzyła, jak Johnny sadza brata na krześle przy stoliku, poczuła, że 

serce ściska się jej w piersi. Biedacy, jaka czekała ich przyszłość? Kiedy Johnny wracał 

background image

55 

na  swoje  miejsce,  chwilowy  uśmiech  znikł,  a  na  czoło  wróciła  zmarszczka  niepokoju. 
Clara uznała, że musi odtworzyć przebieg jego rozmowy z Lucy, która tak wytrąciła go 
z równowagi. 

Dlatego zatrzymała go na chwilę, gdy mijał jej krzesło. 
–  Nie miałam cię jeszcze okazji zapytać, co słychać u siostry. 
Odwrócił wzrok. Mięśnie na jego szyi napięły się. 
–  Wszystko dobrze. 
–  Nie mówiła, czy zamierza odwiedzić Tima. On tak za nią tęskni. 
Johnny posłał jej gniewne spojrzenie. 
–  Lucy już tu nie będzie przychodzić. I mnie też powiedziała, żebym dał jej spo-

kój. Nawet Tima nie chce widzieć. 

–  Co takiego? – Clara pokręciła głową; trudno jej było uwierzyć w coś podobnego. 

– Może źle ją zrozumiałeś? Tak się zawsze o was troszczyła i... 

–  Nie  chce  nas  oglądać,  przecież  mówię  wyraźnie.  Powiedziała,  że  ma  ważniej-

sze... problemy. – Przybrał nonszalancką pozę, na którą ktoś, kto nie znał go tak do-
brze, może dałby się nabrać. 

–  Już się pani nas nie pozbędzie. 
Wyrzucił z siebie te słowa jak wyzwanie, lecz ona wyczuła w nich strach. 
–  Jeśli będziecie przestrzegać zasad, możecie zostać tak długo, jak tylko zechce-

cie. 

Tym nieco go uspokoiła. 
–  W takim razie w porządku – wymamrotał chłopak i wrócił na swoje miejsce. 
Clara popatrzyła na Tima, który zajadał ze smakiem chleb z sosem. Johnny najwy-

raźniej  nie  powiedział  mu  jeszcze  o  decyzji  Lucy.  Biedny  Tim.  Zawsze  tak  bardzo  się 
cieszył na wizytę ukochanej siostry. Fakt, że go opuściła, z pewnością mocno by go za-
bolał. Nawet pocieszenia Clary na nic by się tu zdały. 

Och, Claro, żałuję, że w młodości nie spotkałem nikogo takiego jak ty. 
Tęskne  wyznanie  Morgana  sprzed  trzech  dni  znów  pojawiło  się  w  jej  myślach  zu-

pełnie  znikąd,  przeszywając  ją  bólem.  Te  słowa  przypominały  jej  aż  zanadto  sytuację 
Johnny'ego  i  Tima.  Czy  Morgana  również  opuściła  rodzina?  To  mogłoby  tłumaczyć, 
dlaczego wkroczył na ścieżkę przestępstwa, choć przecież rozpoczął obiecującą karierę 
w marynarce. 

Sama myśl o tym, że Morgan jako chłopiec pętał się bez opieki, budziła jej współ-

czucie. Wielka szkoda, że nie mogła być  wówczas przy nim. Być może zachęciłaby go 
jakoś do tego, żeby zerwał z takim destrukcyjnym trybem życia. 

No cóż, zapewne dla Morgana na ratunek było już za późno, lecz dla małych Per-

kinsów  z  pewnością  nie.  Clara  wolała  nie  wierzyć,  że  Lucy  była  celowo  okrutna  dla 
swoich braci. Aby się jednak upewnić, co naprawdę się stało, musiała z nią porozma-
wiać, zanim Johnny ujawnił Timowi całą prawdę. Kobieta odwróciła się na pięcie i wy-
szła do holu. Samuel już na nią czekał. 

–  Jest pani gotowa, milady! 

background image

56 

–  Najpierw  musimy  wstąpić  do  gospody  „U  Tuftona”  –  odparła  Clara.  Lucy  pra-

cowała tam jako kelnerka niemal co wieczór. – Chcę porozmawiać z Lucy na temat jej 
braci. – Chwyciła pelisę i ruszyła do drzwi. – Przestało padać?  

–  Tak, ale...  
–  W takim razie chodźmy. 
Samuel  przymrużył  oczy,  ale  miał  na  tyle  rozumu,  by  nie  komentować  kaprysów 

swojej pani i po prostu podążył za nią. 

Po wiosennych burzach chodniki wciąż tonęły w błocie, ale niebo rozjaśnił złocisto-

czerwony zachód słońca. Dzięki ulewom londyńskie powietrze, zwykle ciężkie od zanie-
czyszczeń, było czyste i chłodne. Clara wdychała je chciwie w drodze do gospody, mija-
jąc handlarki, które właśnie rozstawiały na ulicy przenośne kramy, dziewczynę sprze-
dającą  pęki  fioletowej  lawendy  i  starszą  kobietę  zachwalającą  pomarańcze  i  cytryny. 
Wokół nich roztaczał się tak cudowny zapach, że Clara nie miała ochoty wchodzić do 
zatęchłego wnętrza gospody. 

Przybytek zwany „U Tuftona” był po części gospodą, po części zajazdem i w dużej 

mierze piwiarnią. Chwalono to miejsce raczej za jakość jedzenia niż za porządek. 

Clara  weszła  do  niskiego  pomieszczenia  gęsto  zastawionego  stołami  i  krzesłami. 

Dym  fajek  i  świec  mieszał  się  z  kwaśną  wonią  piwa  i  oparami  gotowanej  wołowiny, 
tworząc kombinację, przez którą nieprzyzwyczajona do takich bodźców kobieta poczuła 
nagle mdłości. 

Gdy zahaczyła wzrokiem o znajomą ciemnowłosą głowę mężczyzny siedzącego przy 

narożnym stoliku, jej serce przyspieszyło. 

W niedbałym stroju, z potarganymi włosami opadającymi na kołnierz, Morgan po-

grążony  był  w  rozmowie  z  dwoma  podejrzanymi  osobnikami.  Gdy  sięgnął  po  kawałek 
chleba i łapczywie go ugryzł, poczuła, że serce podchodzi jej do gardła. 

Następnym razem zostaw tego strażnika w domu. Będę cię mógł przynajmniej hań-

bić z namaszczeniem, bez zdzierania z ciebie sukni. 

Na wspomnienie jego słów przeszedł ją rozkoszny dreszcz. Choć wiedziała, że Mor-

gan  chciał  ją  tylko  przestraszyć,  nie  mogła  się  uwolnić  od  opisanej  wizji:  mężczyzna 
zdziera z niej ubranie, a ona czuje na brzuchu dotyk jego długich palców, wilgotne po-
całunki na piersiach i... 

–  Jeśli chce pani porozmawiać z Lucy – głos Samuela wyrwał ją nagle z zamyśle-

nia – to ona tu jest. 

Z pałającymi policzkami Clara oderwała wzrok od Morgana i przeniosła spojrzenie 

na służącego, który już od dłuższego czasu podejrzliwie jej się przyglądał. Teraz wska-
zał dłonią kąt sali. 

Tam właśnie stała Lucy, podająca podchmielonym mężczyznom dzbany z piwem, a 

ci niemal pożerali ją wzrokiem. Nic dziwnego. Wyższa od innych dziewcząt zawsze robi-
ła wrażenie, nawet w połatanych sukienkach. Ciężkie życie nie pozbawiło jej pogodne-
go usposobienia, którego symbolem było różowe piórko wpięte w kok. Kupiła je zapew-

background image

57 

ne  w  lombardzie  za  dwa  pensy,  lecz  nosiła  niczym  koronę,  a  z  klientami  rozmawiała 
tak beztrosko, jakby nie miała w życiu żadnych trosk, co oczywiście nie było prawdą. 

Obarczyła  Clarę  odpowiedzialnością  za  dwóch  braci.  I  choć  Clara  nie  miała  nic 

przeciwko temu, nie mogła pogodzić się z faktem, że Lucy tak kompletnie nie przejmu-
je się najbliższą rodziną. 

Nie  zwracając  uwagi  na  zaciekawione  szepty  bywalców  gospody,  Clara  ruszyła 

przez wypełnioną salę. Samuel dreptał tak blisko za nią, że gdy zatrzymała się przed 
stolikiem obsługiwanym przez Lucy, omal na nią nie wpadł. 

–  Dobry wieczór – powiedziała Clara. 
Lucy odwróciła się do niej z szeroko otwartymi oczyma. 
–  Lady  Clara!  –  Zerknęła  na  Samuela,  pokraśniała  i  znów  przeniosła  wzrok  na 

kobietę. – Co panią do nas sprowadza, milady! Ma pani ochotę na kawałek jagnięciny? 

–  W zasadzie chciałam porozmawiać o twoich braciach. 
Z miną winowajcy Lucy przełożyła tacę z ręki do ręki. 
–  Jesteśmy dziś bardzo zajęci. Może mogłaby pani przyjść za kilka dni. 
–  Lucy. To ważne. 
Dziewczyna westchnęła. 
–  W takim razie dobrze. Mam nadzieję, że pan Tufton nie będzie mi miał tego za 

złe. To znaczy, oczywiście, musi pani coś zamówić. 

Chwilę później cała trójka popijała już piwo ale przy stoliku, którego jedyną ozdobę 

stanowiła świeczka wetknięta w niedokładnie wymytą butelkę po jakimś trunku. Lucy 
uśmiechnęła się nieszczerze i oparła łokcie o stół. 

–  O co więc chodzi? 
Clara od razu przeszła do rzeczy. 
–  Johnny twierdzi, że nie życzysz sobie, by chłopcy cię odwiedzali. 
–  Co? – ryknął Samuel, zanim Lucy zdążyła się odezwać. – Dlaczego? 
Dziewczyna popatrzyła na niego ponuro. 
–  To nie twoja sprawa Samuelu, ale nie życzę sobie, by chłopcy bywali w takich 

miejscach. 

–  Nigdy  ci  to  przedtem  nie  przeszkadzało  –  odparował  mężczyzna.  –  Zresztą  oni 

tu kiedyś mieszkali... dopóki nie przyłapano ich na kradzieży i nie przysłano do nas. 

Lucy prychnęła. 
–  Właśnie. Gdyby nie mieszkali w gospodzie, nigdy nie zaczęliby kraść. 
Samuel  westchnął,  co  zgadzało  się  w  całej  rozciągłości  z  odczuciami  Clary,  która 

jednak tylko się uśmiechnęła. 

–  Martwię  się,  w  jaki  sposób  twoja  decyzja  wpłynie  na  chłopców.  Johnny  jest 

bardzo przygnębiony, a Tim wpadnie w rozpacz, gdy tylko się o tym dowie. Przecież nie 
muszą przychodzić tutaj. Możesz widywać się z nimi w Domu. 

–  Nie.  Nie  mogę.  Po  prostu  nie  mogę.  –  Lucy  pochyliła  głowę  i  zaczęła  nerwowo 

szarpać fartuszek. – Na dłuższą metę tak będzie dla nich lepiej. Mam plany, które po-
chłaniają cały mój czas i... 

background image

58 

–  Chwileczkę! – wykrzyknął Samuel. – Wiem, do czego zmierzasz. Chodzi o Rod-

neya Fitcha, prawda?  Tego przeklętego policjanta, który się do ciebie zaleca.  To są te 
twoje  plany!  Myślisz,  że  przestanie  się  tu  kręcić,  jeśli  się  dowie,  że  masz  braci  w  po-
prawczaku. Nie wypadałoby mu się zadawać z przestępcami. 

Lucy szybko uniosła głowę. 
–  On już wie. I to nie ma nic wspólnego z Fitchem. Nie jego miałam na myśli. 
–  Sądzisz, że się z tobą ożeni? A ty się urządzisz przy Grave Lane? On nigdy nie 

poślubi takiej kobiety. Może i nie jest najbardziej bystry, ale taki głupi też nie. 

Clara milczała, ciekawa wyniku tej coraz bardziej intrygującej rozmowy. 
–  Właśnie, że jest bystry – zaprotestowała Lucy i natychmiast dotarł do niej cały 

sens  wypowiedzi  Samuela.  –  Dlaczego  miałby  się  ze  mną  nie  ożenić?  Ładna  ze  mnie 
dziewczyna, no nie? 

–  Nie o tym mówię – Samuel był wyraźnie speszony. – Nie chodzi o twój wygląd. 

Ale Fitch to taki typ, który tylko uwodzi kelnerki z gospody, ale żeby się miał zaraz że-
nić... To stróż prawa, chce żony bez skazy. 

Lucy wyprostowała się jak struna, wyraźnie obrażona. 
–  Chcesz powiedzieć, że ja... 
Samuel mocno się zarumienił. 
–  Nie, Lucy, wiesz, że nie. Ja tylko.... 
–  Dobrze się prowadzę i on doskonale o tym wie. A gdybym chciała się wydać za 

Rodneya, na pewno postawiłabym na swoim. 

Twarz Samuela pociemniała jak niebo przed burzą. 
–  Rodney?  Więc  to  tak!  –  Pokręcił  głową.  –  Jeszcze  chwila,  a  zostaniesz  utrzy-

manką. Naprawdę tego nie widzisz? 

–  Co? 
–  Najpierw każe mówić do siebie po imieniu, potem poprosi o buziaka i gotowe. 
–  Przestań!  –  Lucy  popatrzyła  na  niego  ze  złością.  –  Nic  poza  małżeństwem  nie 

wchodzi  w  grę.  A  pan  Fitch  mnie  szanuje.  W  przeciwieństwie  do  co  poniektórych  on 
jest dżentelmenem. 

Z Samuela wyparowała nagle cała złość. Wlepił wzrok w kufel. 
–  Pamiętam, że kiedyś nie narzekałaś na moje maniery... 
Żal na twarzy Lucy zaintrygował Clarę. Co takiego zaszło niegdyś między tą dwój-

ką? 

–  To było dawno temu, Sam – wyszeptała Lucy. – Wiele się od tego czasu zmieni-

ło.  –  Poprawiła  szal  na  ramionach  i  odwróciła  się  do  Clary.  –  Jeśli  to  wszystko, mila-
dy...
 

–  Nie,  nie  wszystko  –  odparła  Clara.  Nie  miała  jednak  najmniejszych  szans,  by 

mówić dalej, skoro zakochany służący bez przerwy przerywał rozmowę. – Samuelu, po-
czekaj na mnie na zewnątrz – poprosiła. – Lucy i ja powinnyśmy przedyskutować to na 
osobności. 

Łypnął na nią spod oka. 

background image

59 

–  Nie chcę zostawiać pani samej, milady. 
–  Nikt mnie nie będzie niepokoił. Idź. To nie potrwa długo. 
Rzucając Lucy ostatnie udręczone spojrzenie, Samuel podniósł się z ławy i szybko 

wyszedł z oberży. Dziewczyna od razu się odprężyła. 

–  Dziękuję,  milady.  Sam nie rozumie, że kobieta zawsze musi robić to, co uzna 

za najwłaściwsze dla rodziny. 

–  Czyli  wyjść  za  mąż  za  policjanta,  aby  zagwarantować  braciom  w  przyszłości 

lepszy byt? 

Na twarzy dziewczyny pojawił się dziwny grymas. 
–  Proszę  nie  słuchać  tych  bredni  Sama.  To  nie  ma  nic  wspólnego  z  panem  Fi-

tchem. Nie chcę po prostu, żeby chłopcy się tu kręcili. 

Lucy nie potrafiła kłamać, ale Clara nie widziała powodu, by ją dłużej dręczyć. 
–  Nie  obchodzą  mnie  nadzieje,  jakie  łączysz  z  panem  Fitchem,  ale  chłopcy  nie 

mogą czekać na realizację twoich planów. Potrzebują uczucia i wsparcia siostry. 

–  U pani świetnie sobie radzą, milady. 
–  Nieprawda. Wiedziałaś, że trzy dni temu Johnny próbował sprzedać kradziony 

zegarek paserowi. 

Lucy wbiła wzrok w stół. 
–  Tak,  coś  mi  o  tym  mówił.  Chciał  się  wytłumaczyć.  Ale  byłam  stanowcza.  Po-

wiedziałam, że jeśli straci miejsce w Domu, będzie sobie musiał radzić sam. Wie, że ze 
mną mieszkać nie może. Postawiłam sprawę jasno. Już na pewno nie spróbuje. 

–  Myślisz, że nie? Twój brat jest bardzo uparty. Na pewno nie zapomni, że kapi-

tan Pryce wciąż jest mu winien pieniądze. Powiedziałam mu jednak wyraźnie, co ozna-
cza  próba  odzyskania  zapłaty.  Wie,  że  wyrzucę  go  na  ulicę.  Takie  są  zasady:  moim 
podopiecznym nie wolno się dopuszczać żadnych czynów przestępczych. 

–  Rozumiem,  milady.  Johnny,  uparty  czy nie,  z  pewnością  będzie  się  pilnował  i 

nie złamie zasad. Zwłaszcza po tym, co mu powiedziałam o kapitanie. 

Clara zamarła na chwilę, po czym zerknęła dyskretnie w stronę Morgana pogrążo-

nego w rozmowie z kompanami. 

–  Co mu powiedziałaś? 
Lucy również popatrzyła na Morgana, po czym wychyliła się w stronę Clary. 
–  Ostrzegłam Johnny'ego, żeby się nie zadawał z paserami Spectera. To zbyt nie-

bezpieczne. 

Clara poczuła, że przeszywa ją dreszcz. 
–  Ale ja sądziłam, że kapitan Pryce pracuje na własny rachunek. 
–  Z tego, co wiem, już nie. – Teraz Lucy mówiła tak cicho, że Clara ledwo ją sły-

szała. – Gadają, że Specter złożył kapitanowi ofertę, a on ją przyjął. 

Clara wciągnęła spazmatycznie powietrze. 
–  Kto gada? 
Lucy wzruszyła ramionami. 
–  Ludzie w tawernie. 

background image

60 

–  Więc to tylko plotki. 
–  No... tak, ale mogę się założyć, że nie ma dymu bez ognia. W Spitalfields albo 

się pracuje dla Spectera, albo leży w grobie. 

No tak, a jeśli Morgan rzeczywiście przyjął propozycję, znaczyło to jasno, że nie bę-

dzie mógł dotrzymać swojej obietnicy. Specter nigdy by mu na to nie pozwolił, zmusił-
by Morgana do kupowania towaru od jej chłopców. Zerknęła na kapitana i jego towa-
rzyszy.  Poczuła  ucisk  w  gardle.  Czy  nawet  teraz  towarzyszyli  mu  ludzie  Spectera? 
Przyszli tu pogadać o interesach? 

Nie, nie wolno jej było wyciągać pochopnych wniosków. Po Spitalfields krążyło wie-

le głupich plotek, a Clara zawsze potrafiła oddzielić ziarno od plew. 

–  Chciałabym  wierzyć,  że  twoje  ostrzeżenie  istotnie  wywrze  wpływ  na  Joh-

nny'ego, ale mocno w to wątpię. Chłopiec stał się ostatnio bardzo samowolny i jestem 
prawie pewna, że nie posłucha. 

–  Posłucha.  Przyrzekam  –  zapewniła  ją  Lucy,  która  już  kręciła  się  niecierpliwie 

na miejscu, podchwyciwszy poirytowane spojrzenie pana Tuftona. – Mój brat ma dość 
rozumu w głowie, by nie pozwolić się wyrzucić. Proszę mi jednak wybaczyć. Muszę te-
raz wracać do pracy. 

Lucy  szybko  odeszła,  zanim  Clara  zdążyła  zaprotestować.  Popatrzyła  bezradnie  w 

ślad za dziewczyną. Nie miała pojęcia, co robić. I jeszcze ten Fitch... Jeśli Lucy zastawi-
ła sidła na policjanta, który musiał dbać o reputację, co to mogło oznaczać dla Tima i 
Johnny'ego? 

Tymczasem  trzeba  było  coś  zrobić,  by  Johnny  naprawdę  trzymał  się  z  daleka  od 

tego przeklętego sklepu. Zirytowana ruszyła w stronę wyjścia i jeszcze raz zerknęła na 
Morgana, który również ją dostrzegł. Ich spojrzenia się spotkały; w jej oczach płonęła 
wściekłość,  w  jego  –  ciekawość.  A  potem  na  jego  twarzy  pojawił  się  jakiś  tajemniczy 
wyraz, który sprawił, że zaschło jej w ustach. Otaksował ją wzrokiem, jakby próbował 
się domyślić, jakie wdzięki kryją się pod jej płaszczem, suknią, koszulą... 

A niech go! Dlaczego w ogóle o tym myślała? Dlaczego on jej to robił? Przecież mógł 

być  równie  dobrze  jednym  z  paserów  Spectera.  Na  tym  powinna  się  skupić  –  na  po-
znaniu prawdy o jego powiązaniach, by wiedzieć, jak z nim postępować. 

Przymrużyła oczy. Może powinna go po prostu zapytać. Do tej rozmowy nie mogła 

sobie wymarzyć lepszej scenerii – zatłoczonej gospody, gdzie Morgan musiał zachowy-
wać się przyzwoicie. Tutaj z pewnością nie mógł jej zhańbić. Wyprostowała się i ruszyła 
w jego stronę. Morgan się uśmiechnął i wstał na powitanie, skłaniając głowę. . 

–  Witaj, Claro. Przyszłaś wypić ze mną drinka? 
Biorąc pod uwagę charakter ich ostatniego spotkania oraz swobodę, z jaką zwracał 

się do niej po imieniu, protesty wydawały się idiotyczne. 

–  Chciałabym z tobą chwilę porozmawiać, o ile to możliwe. 
Wskazał jej miejsce naprzeciw siebie. Usiadła, nie zwracając uwagi na ciekawskie 

spojrzenia innych gości. Gdy Morgan także usiadł, musnął łydką jej łydkę, co niemal 
odebrało jej oddech. Czy zrobił to celowo? 

background image

61 

Potem potarł butem o jej but i już nie miała wątpliwości. Ten krótki fizyczny kon-

takt miał tak intymny charakter, że Clara natychmiast cofnęła nogę. 

–  Rozumiem, że nie jesteś tu po to, by odnowić naszą... bardziej osobistą znajo-

mość – szepnął mężczyzna. 

–  Ależ skąd! – Widząc, że kapitan unosi ironicznie brwi, Clara natychmiast zmie-

niła ton. – Przyszłam, żeby ci podziękować. 

Popatrzył na nią podejrzliwie. 
–  Za co? 
–  Za dotrzymanie obietnicy. Za to, że nie kupujesz niczego od moich dzieci. 
–  Nie  miałem  z  tym  problemu.  Żadne  z  nich  i  tak  nie  próbowało  mi  niczego 

sprzedać. Kręcą się tylko po okolicy. Najwyraźniej przeszkoliłaś swoich wychowanków 
bardzo  skutecznie.  –  Przeszywał  ją  spojrzeniem.  –  Nie  o  tym  jednak  chciałaś  ze  mną 
rozmawiać, prawda? 

Boże, ten człowiek czytał w myślach. 
–  Nie... raczej o tych plotkach... 
–  Taaak? 
–  Mówią,  że  zgodziłeś  się  pracować  dla  Spectera.  A  ponieważ,  jak  twierdzisz, 

działasz na własną rękę... 

–  Nigdy nie mówiłem, że sytuacja nie może ulec zmianie. 
–  Więc jednak dla niego pracujesz! 
–  A co ci do tego? 
Ten wykręt tylko wzmógł jej niepokój. Morgan nie stwierdził jednak jednoznacznie, 

że zawarł umowę ze Specterem. 

–  Jeśli  to  prawda,  nie  wywiążesz  się  z  obietnicy.  Będziesz  musiał  przyjmować 

wszystkie  towary,  niezależnie  od  tego,  kto  ci  je  będzie  proponował.  Łącznie  z  tymi  od 
moich wychowanków, jeśli znów zejdą na złą drogę. 

Kapitan wzruszył ramionami. 
–  Jeśli któryś z chłopców zacznie kraść, fakt, że mój sklep jest blisko, nie będzie 

miał znaczenia. 

–  Nie rozumiesz. Jeśli paser jest w zasięgu ręki, chłopcy stykają się codziennie ze 

starymi kolegami, którzy chwalą się przed nimi zarobkami, machają banknotami przed 
nosem. Co z oczu, to i z myśli... a oni nie są na tyle silni, by zwalczyć pokusę. A gdy 
twój sklep jest tak blisko... 

Pryce zacisnął szczęki. 
–  Rób, co należy, a nie będziesz się musiała martwić o mój zgubny wpływ. 
Ta ostra odprawa zabiła w niej wszelką nadzieję. Plotki okazały się prawdą. Ogar-

nęło ją uczucie takiego zawodu, że omal się nie rozpłakała. 

W tej samej chwili zdała sobie sprawę, jak mylnie oceniła jego osobę. Troska Mor-

gana o jej dzieci skłoniła ją do przypuszczeń, że to dżentelmen, którego opuściło szczę-
ście,  przyzwoity  człowiek  potrzebujący  jedynie  wsparcia  i  pomocy,  by  zaniechał  prze-
stępczego procederu. 

background image

62 

Tego  rodzaju  myślenie  zrodziło  się  zapewne  z  tego,  że  ten  łotr  jej  się  podobał. 

Wszelkie uczucia zgasły w niej jednak w jednej chwili. 

–  Ro...zumiem – wykrztusiła. – Pomyślałam tylko, że... – Wstała. Nie chciała się 

przyznać, że uwierzyła w jego puste obietnice. – Nieważne, co myślałam. Byłam w błę-
dzie. 

Odwróciła się od stolika, lecz Morgan chwycił ją za ramię, zanim zdołała uciec. 
–  Nie odchodź. Dokończmy rozmowę jak cywilizowani ludzie. 
–  Cywilizowani ludzie nie obchodzą się brutalnie z kobietami. – Clara popatrzyła 

na rękę mężczyzny, w której ściskał jej dłoń, i podniosła na niego zimne spojrzenie. – 
Proszę mnie puścić. 

Ku jej zdumieniu posłuchał natychmiast, klnąc cicho. 
–  Nie dołączyłem do Spectera. Jeszcze nie.  
Zaskoczona, popatrzyła na niego pytająco. 
–  To chciałaś usłyszeć? 
–  Jeśli to prawda. 
–  Prawda – odparł z kamienną miną.  
Przełknęła ślinę. 
–  Ale bierzesz to pod uwagę? 
Przez chwilę po prostu na nią patrzył.  
–  Tak. 
–  Rozumiem. Będę wiedziała, jak wtedy działać. 
–  A to co ma znowu znaczyć?  
Odeszła, nie odpowiadając na pytanie. Morgan szybko ruszył za nią. 
–  Daj spokój, Claro, powiedz lepiej, co zamierzasz zrobić. 
Nie  odpowiedziała,  ponieważ  nie  znała  jeszcze  swoich  planów.  Nie  mogła  jednak 

pozwolić, by Morgan prowadził swój interes tak blisko Domu. Wypadła szybko na ulicę 
i stwierdziła z ulgą, że Samuel już na nią czeka. Wierny sługa zerwał się na równe no-
gi. 

–  Milady... co się... – Urwał na widok Morgana, który wybiegł za Clarą. 
–  Nie skończyliśmy jeszcze rozmowy. 
Samuel zagrodził mu drogę. 
–  Dobry wieczór, kapitanie. Mam nadzieję, że nie niepokoi pan milady. 
To natychmiast ostudziło zapał Morgana. Łypnął na Clarę, zaraz potem na Samu-

ela.  Nawet  w  słabym  wieczornym  świetle  dostrzegła,  że  na  jego  twarzy  maluje  się 
wściekłość. 

–  Twoja pani rozpoczęła rozmowę, której nie dokończyła. Tak więc jeśli zechcesz 

nam wybaczyć... 

–  Jeżeli o mnie chodzi, rozmowa jest skończona – odparowała Clara. 
–  Proszę  wybaczyć,  kapitanie  –  wtrącił  Samuel  podejrzanie  służalczym  tonem  – 

ale nie wiedziałem, że milady zamierza z panem rozmawiać. 

background image

63 

–  Nawet się nie waż prosić go o wybaczenie, Samuelu – warknęła Clara. – Mam 

prawo  z  nim  rozmawiać,  ilekroć  zechcę.  Jak  również  odmówić  dalszej  rozmowy,  jeśli 
nie będę miała na nią ochoty. Co więcej... 

–  W porządku – Pryce zwrócił się do służącego. – Zabierz swoją panią do domu. 

Jestem pewny, że dotrzymałeś umowy na tyle, na ile tylko zdołałeś. 

–  Idziemy, milady – mruknął Samuel, ujmując Clarę pod ramię. 
Kobieta łypnęła na niego spod oka. 
–  O jaką umowę chodzi? – Widząc, że Samuel zwiesza ponuro głowę, zwróciła się 

do Morgana. – O czym mówisz, sir! 

–  Nasza rozmowa jest chyba skończona. Nie odpowiadasz na moje pytania, ja nie 

zamierzam odpowiadać na twoje. Dobranoc, milady. 

Odwrócił się i odszedł w stronę gospody z zadowoloną miną człowieka, który miał 

ostatnie słowo. 

–  Co za irytujący osobnik! – wybuchnęła Clara, ledwo zamknęły się za nim drzwi. 

– Po prostu bezczelny. – Nie zwracając uwagi na Samuela, odwróciła się na pięcie i ru-
szyła szybkim krokiem w stronę powozu. – Jest zawsze taki pewny siebie. I nawet cie-
bie wplątał w swoje tajemnice. 

–  Nie, milady – Samuel pospieszył za nią. – Nie jest tak, jak pani myśli, przysię-

gam. 

Zatrzymała się w pół kroku. 
–  Więc o co tu chodzi? 
Samuel również się zatrzymał, patrząc na Clarę z miną winowajcy. 
–  On mnie po prostu nauczył, jak się bić. Żebym mógł lepiej panią chronić. Cho-

dzę do niego co rano na lekcje – dodał, nie zwracając uwagi na jej zdumione spojrze-
nie. 

Niedokładnie tego się spodziewała. Morgan pomagał Samuelowi ją chronić? 
–  Nie wierzę. Po co miałby to robić? 
–  Bo go poprosiłem – odparł Samuel. – Tego wieczoru, gdy wyszliśmy ze sklepu, 

wróciłem, żeby mu wygarnąć, ale okazało się, że to on ma coś do powiedzenia. Właśnie 
wtedy zaproponował, że mnie nauczy, jak pani bronić. 

–  Ot  tak?  –  Clara  starała  się  nie  okazywać  uczuć,  ale  było  jej  bardzo  miło,  że 

Morgan zadał sobie z jej powodu aż tyle trudu. 

Nagle coś przyszło jej jednak do głowy. 
–  On użył słowa: umowa. Czego zażądał w zamian? 
Samuel westchnął ciężko. 
–  Żebym trzymał panią z daleka od jego spraw. 
–  Oczywiście. 
Radość szybko minęła. Morgan nie robił przecież nigdy niczego bez powodu. W tym 

przypadku  zyskiwał  spokój.  Bez  jej  interwencji  mógł  spokojnie  prowadzić  dalej  swoją 
przestępczą działalność. 

background image

64 

–  Po  prawdzie,  milady,  to  on  chyba  nie  jest  takim  potworem,  jak  pani  myśli  – 

odezwał się Samuel. – Dba o pani bezpieczeństwo, a to przecież coś znaczy, prawda? 

–  Owszem. – Znaczyło to dokładnie tyle, że Morgan wkradł się podstępnie w łaski 

Samuela. Czułaby się oszukana, ba, nawet zdradzona, gdyby nie to, że wiedziała, jak 
bardzo poważnie Samuel traktuje swoje  obowiązki. I jak świetnie Morgan manipuluje 
ludźmi. 

Świetnie, przynajmniej wiedziała, że w swojej walce z Morganem nie może polegać 

na  Samuelu.  Musiała  polegać  sama  na  sobie.  Tak  czy  inaczej  zamierzała  się  jednak 
wtrącać. Nie mogła stać spokojnie i patrzeć, jak ten łajdak zwabia jej podopiecznych do 
jaskini lwa. Nie, z całą pewnością takie rozwiązanie nie wchodziło w rachubę. Tylko co 
tak  naprawdę  mogła  zrobić?  Gdyby  wierzyła,  że  policja  potraktuje  ją  poważnie,  zade-
nuncjowałaby tego łobuza bez chwili wahania. Doświadczenie podpowiadało jej jednak, 
że w takich sytuacjach policja żąda dowodów. Clara ich nie miała. A nawet gdyby jed-
nak podjęto śledztwo, z pewnością nie wszyscy policjanci okazaliby się godni zaufania. 
Część z nich siedziała w kieszeni Morgana i gdyby na takiego funkcjonariusza trafiła, 
skończyłoby się na kolejnej łapówce, a Clara niczego by nie zyskała. 

Westchnęła. Na tym właśnie polegał problem w Spitalfields. Wszystko odbywało się 

w ukryciu, nielegalnie, pod osłoną nocy lub w zamkniętym pokoju. 

Nadeszła  pora,  by  to  zmienić!  A  Clara  znała  osobę,  która  z  pewnością  rzuciłaby 

światło na te mroczne sprawy w Spitalfields. 

Uśmiechnęła się. W jej głowie formował się właśnie wyraźny plan. Morgan zakradł 

się  co  prawda  w  łaski  Samuela  i  zamierzał  sprowadzić  Johnny'ego  na  złą  drogę,  ale 
wojny  jeszcze  nie  wygrał.  Następnego  ranka  Clara  zamierzała  przedziurawić  tę  kapi-
tańską łajbę. 

background image

65 

Rozdział 7 

 

Jestem skłonny uwierzyć, że od początku świata 

było może jedynie kilka takich epok 

–  Jeśli w ogóle takowe istniały – w których występek 

dawał o sobie znać równie często 

Jak obecnie. 

Wstęp 

[w:] Procesy nieletnich dopuszczających się kłamstwa i innych niemoralnych czynów. 

Tommy Littleton 

 

We śnie Morgana uderzenia młotka brzmiały niczym grzmoty i wyrwały go z objęć 

Morfeusza. Przeklinając, przetoczył się na skraj łóżka z okropnym bólem głowy. Puka-
nie  dochodziło  zza  bocznych  drzwi.  Co  się,  u  diabła,  działo?  Zerknął  na  zegar  i  nie 
mógł uwierzyć własnym oczom. Jedenasta, pora lekcji z Samuelem dawno minęła. Te-
go dnia nie miał jednak nastroju, by się tym zajmować, zwłaszcza że sługa nie dotrzy-
mał słowa. Nie udało mu się utrzymać  Clary na odpowiedni dystans. Morgan położył 
się znów wygodnie i zasłonił głowę poduszką, potem jednak wpadł na lepszy pomysł. 
Samuel  mógł  mu  wyjaśnić,  co  właściwie  miała  na  myśli  Clara,  odgrażając  się,  iż  za-
cznie działać. 

Ta myśl poderwała Morgana na równe nogi. Ruszył naprzód, potykając się o wła-

sne buty, i uświadomił sobie nagle, że jest nagi. Sięgnął po zmięte kalesony w chwili, 
gdy natarczywe pukanie rozbrzmiało ponownie w jego głowie niczym artyleryjska  sal-
wa. 

–  Idę przecież, niech cię diabli! – wrzasnął, wciągając kalesony i spodnie. 
Szybko włożył koszulę, podszedł do bocznych drzwi i otworzył je tak zamaszyście, 

że  z  hukiem  uderzyły  o  ścianę,  przyprawiając  Morgana  o  jeszcze  większy  ból  głowy. 
Lecz w progu nie stał Samuel. 

–  Szybko, niech mnie pan wpuści – powiedział błagalnym tonem jego gość, rzu-

cając niespokojne spojrzenie za siebie, jakby ktoś go gonił. 

–  Co tu, do diabła, robisz? – spytał Morgan, pocierając zarost. 
Johnny zamrugał parokrotnie, zaskoczony tym niemiłym powitaniem. 
–  Przyszedłem po swoje pieniądze. Za zegarek. 
Morgan wyjrzał na zewnątrz. 
–  A lady Clara? 
–  Nie pokazała się dziś w Domu. Przysłała wiadomość, że wybiera się do parku z 

ciotką. 

To wyjaśniało nieobecność Samuela. Morgan zawahał się, wiedział bowiem, że jeśli 

Clara się o tym dowie, obaj dostaną za swoje. 

background image

66 

Z drugiej jednak strony może powinien oddać chłopcu pieniądze i zakończyć spra-

wę.  Szanse,  że  Clara  odkryje  prawdę,  wydawały  się  znikome,  zwłaszcza  że  zamierzał 
nakazać Johnny'emu, by trzymał się od niego z daleka. 

–  Dobrze – warknął i wpuścił Johnny'ego do sypialni. 
Chłopiec zatrzasnął za sobą drzwi. 
–  Sacrebleu, nie hałasuj tak, na miłość boską – mruknął. 
Johnny zmierzył go od stóp do głów sceptycznym spojrzeniem. 
–  Co się panu stało? Wygląda pan jak rażony piorunem. 
–  I to bardzo mocnym. Można by nim podpalić dom. Ale to nie twoja sprawa. 
Kto  by  pomyślał,  że  taka  odrobina  dżinu  może  spowodować  tak  opłakane  skutki. 

Morgan nawet nie przepadał za dżinem. Zamierzał tylko postawić innym, żeby rozwią-
zać  im  języki  w  sprawie  Spectera.  Spotkanie  z  lady  Clarą  pokrzyżowało  mu  jednak 
plany. Jej przerażone spojrzenia i pogróżki „podjęcia działań” nie przestawały go prze-
śladować ani na chwilę, dopóki nie zaczął pić. A potem stracił nad sobą kontrolę, czego 
bolesne następstwa odczuwał tego poranka. Popatrzył na sejf. 

–  Czy lady Clara często wybiera się z ciotką na przejażdżki? 
–  Nie  zauważyłem.  Ale  myślę,  że  ciotka  milady  czuje  się  samotna.  Widać  lady 

Clarę do tego zmusiła. 

Albo odwrotnie. Co ta dziewczyna knuła? Trudno było zgadnąć. Morgan nigdy nie 

znał  równie  nieprzewidywalnej  kobiety,  tak  zaniedbującej  własne  bezpieczeństwo...  i 
tak  dobrej  dla  zbłąkanych  dzieci.  Przełknął  ślinę.  Właśnie  jej  podejście  do  mieszkań-
ców Domu tak bardzo go poruszyło. Nie spotkał się dotąd z niczym podobnym. Czyżby 
Johnny naprawdę nie zdawał sobie sprawy, jakie ma szczęście? 

–  Nikt nie zauważy twojej nieobecności? 
–  Na razie nie. Miałem szorować garnki z Peg, ale dałem jej szylinga za milczenie. 

Myślę, że do lunchu nic mi nie grozi. 

Morgan  odprężył  się  nieco.  Przy  odrobinie  szczęścia  mogli  uniknąć  kłopotów.  I  to 

już kolejny raz. 

–  Dam  ci  pieniądze.  –  Aby  chłopiec  nie  zauważył  sejfu,  Morgan  gestem  ręki  za-

trzymał Johnny'ego na miejscu i wskazał frontową część sklepu. – Zaczekaj tam. Jeśli 
się później okaże, że czegoś brakuje, zapłacisz mi i to wcale nie w szylingach – dodał 
natychmiast, widząc charakterystyczny błysk w oczach malca. – Jasne? 

Chłopiec  przytaknął  skwapliwie,  a  w  miejsce  błysku  pojawił  się  strach.  Morgan  z 

trudem powstrzymał uśmiech. 

Aż trudno było uwierzyć, jakie wrażenie może wywrzeć czcza groźba i surowe spoj-

rzenie na tak niereformowalnym kieszonkowcu. 

–  To ile ci jestem winien? – zawołał za Johnnym. 
–  Dwie gwinee! – krzyknął chłopiec. 
Morgan przewrócił oczami. Wyrostkowi nie brakowało tupetu. Żaden szanujący się 

paser nie dałby mu więcej niż dziesięć szylingów. 

background image

67 

Johnny  nie  spuszczał  wzroku  z  wejścia  do  sypialni,  Morgan  podważył  ukryty  w 

ścianie panel, otworzył sejf i wyjął z niego garść monet. Zamaskował schowek i wrócił 
do sklepu. Johnny stał przy oknie i wyglądał na ulicę. 

–  Spokojnie, chłopcze – powiedział. – Nikt się o tej porze tu nie kręci. 
Po  wczorajszej  pijatyce  wszyscy  jeszcze  smacznie  spali.  A  ból  głowy  Morgana  do-

wodził,  że  i  on  stał  się  rdzennym  mieszkańcem  tej  podejrzanej  dzielnicy.  I  to  w  imię 
czego?  Niczego  pożytecznego  się  nie  dowiedział,  choć  opowiedział  tyle  idiotycznych 
dowcipów i wypił hektolitry dżinu. Jego kompani narzekali tylko na kryzys w branży, 
kłopoty z sędziami i kumplami osadzonymi w Newgate; żaden jednak nie miał ochoty 
rozmawiać o najbardziej niebezpiecznym przestępcy ze Spitalfields. 

Morgan doczekał się jedynie kaca moralnego, migreny i bólu żołądka. A był prze-

konany, że koszmar dzieciństwa ma za sobą. Wystarczyło jednak trochę dżinu, by po-
czuł się świetnie w towarzystwie ludzi, którymi na trzeźwo by gardził. 

Kolejny grzech, za który mógł winić Ravenswooda. Położył monety na kontuarze. 
–  Sześć szylingów. 
Zegarek  nie  był  wart  nawet  pensa  więcej.  Morgan  nie  chciał  dawać  chłopcu  zbyt 

dużej kwoty, by nie skusić go do powrotu. 

Złodziejaszek łypnął na niego ponuro 
–  Na paserów nie ma sposobu. Wszyscy macie węża w kieszeni. 
Sięgnął po monety, ale mężczyzna zakrył je dłonią. 
–  Najpierw musisz przysiąc, że już tu nie wrócisz. 
Johnny popatrzył na niego wyraźnie zaskoczony. 
–  A to dlaczego? 
–  Bo  nie  masz  tu  czego  szukać.  Miałem  wrażenie,  że  mieszkańcy  Domu  zamie-

rzają zejść z przestępczej ścieżki. 

–  Ja nie mogę! Jeszcze nie teraz! 
–  Dlaczego? Skoro lady Clara daje wam jedzenie, ubranie i dach nad głową, nie 

powinniście kąsać ręki, która was karmi. 

–  Muszę zdobyć dwadzieścia funtów – wybuchnął Johnny. – Po prostu muszę. 
–  Po co chłopcu, który ma gdzie mieszkać i co jeść, aż taka suma? 
–  A co to pana obchodzi, skoro pan na tym nie traci? – spytał Johnny agresyw-

nym tonem. 

Morgan zgrzytnął zębami. Udawanie pasera bywało trudne i irytujące. Zmienił tak-

tykę. 

–  A jeśli lady Clara przyłapie cię na kradzieży? 
–  Nie przyłapie. 
–  A gdyby jednak? 
Johnny wsadził ręce do kieszeni i wzruszył lekceważąco ramionami. Nie był jednak 

najlepszym aktorem. 

–  Będę musiał po prostu na jakiś czas opuścić Dom. 

background image

68 

Ta udawana nonszalancja podziałała na Morgana tak, jakby otrzymał silny cios w 

żołądek.  W  wieku  Johnny'ego  również  ukrywał  strach  pod  maską  brawury.  Pozornie 
nie przejmował się faktem, że zarówno jego egzystencja, jak i los jego matki zależą od 
jej atrakcyjności. I doskonale ukrywał przed nią zarówno prawdę o tym, w jaki sposób 
wszedł w posiadanie tych paru monet, które później dodawał do skromnego budżetu, 
jak również paniczny strach przed więzieniem, co dla niej oznaczałoby samotną walkę 
z losem. 

–  Sugerujesz, że jeśli znowu zaczniesz kraść, lady Clara zmusi cię do odejścia? – 

spytał Morgan. 

–  Zasady Domu są jasne. Jeśli trzykrotnie dokonasz kradzieży i będziesz próbo-

wał sprzedać nielegalnie kradziony towar, musisz odejść. A mnie już dwa razy złapano. 
Dlatego o powrocie mogę marzyć dopiero po miesiącu nienagannego życia. 

Morgan  słyszał  już  o  takich  zasadach  od  uliczników  z  Genewy,  którzy  bywali  wy-

rzucani z przytułków, by po jakimś czasie znów do nich powrócić. Prawdę mówiąc, te 
reguły  nie  wydawały  się  zbyt  surowe.  Zarządcy  innych  domów  poprawczych  wysyłali 
czasem swoich podopiecznych nawet do więzień. Czy jednak istotnie doszłoby do usu-
nięcia Johnny'ego z Domu? Czy lady Clara naprawdę by się na to zdobyła? 

Morgan nagle coś zrozumiał. Clara wyraźnie obawiała się własnej słabości. Dlatego 

próbowała  oddać  skradziony  zegarek,  dlatego  tak  bardzo  nalegała  na  jego  przepro-
wadzkę. Nie chciała być zmuszona do pozbycia się Johnny'ego, podobnie jak i innych 
chłopców. A Morgan nie chciał być odpowiedzialny za jej rozterki. 

–  Da mi pan w końcu te pieniądze, czy nie? – spytał Johnny z rozdrażnieniem. 
–  A  obiecasz,  że  nie  będziesz  się  tu  kręcił?  I  przekażesz  kolegom,  że  nie  są  u 

mnie mile widziani? 

–  No dobrze – odparł chłopiec, wzruszając ramionami. Przeliczył monety i wsunął 

je do kieszeni zniszczonego płaszcza. – Pójdę do innego pasera – dodał z dumnie wysu-
niętym podbródkiem. 

–  Dobrze. Bądź głupi, jeśli taka jest twoja wola. Ale nie w moim sklepie... 
Słysząc nagły hałas i wściekłe szczekanie dochodzące z ulicy, jak na komendę obaj 

ruszyli do okna. Morgan objął wzrokiem postać bogato ubranej damy z psem na ręku; 
wysiadała właśnie z powozu, a Johnny wydał rozpaczliwy jęk. 

–  Niech to diabli... to ona! 
–  Ona? – spytał Morgan, zerkając na Johnny'ego. 
–  Lady Clara! 
Morgan  podszedł  do  szklanych  drzwi.  Służący  pomagał  teraz  wysiąść  drugiej  ko-

biecie,  której  postać  zapadła  mu  w  pamięć  aż  nazbyt  dobrze.  Ona...  Ostatnia  osoba, 
która była mu potrzebna do szczęścia w dniu, w którym w jego głowie zagościła na do-
bre jakaś wściekła bestia. 

A  potem  Clara  wyprostowała  się  i  Morgan  zapomniał  natychmiast  o  bólu  głowy. 

Boże miłosierny! Ta kobieta radowała swą urodą nawet jego przekrwione od przepicia 
oczy. 

background image

69 

Dopasowany biały krótki płaszcz opinał jej kształtne ramiona i piersi, a spod niego 

wylewały  się  zwoje  jasnobłękitnej  tkaniny  sięgającej  do  kostek.  Przy  każdym  ruchu 
lekki materiał pieścił jej ciało, przylegając momentami do zgrabnej łydki. 

Krew uderzyła mu do głowy, gdyż wyobraził sobie natychmiast, że wkłada jej ręce 

pod suknię i głaszcze kuszące nogi okryte jedwabnymi pończochami. 

–  Jak ona wygląda? – pisnął Johnny, skulony na podłodze. – Jest zła? Jak pan 

myśli, przyjdzie tutaj? 

Klnąc pod nosem, Morgan z trudem poskromił wybujałą wyobraźnię. 
–  Jak na razie nigdzie się nie wybiera, a wygląda... ładnie. 
Clara prezentowała się dokładnie tak, jak na córkę markiza przystało. 
Towarzyszyła jej zapewne ciotka – postawna starsza pani z kudłatym psem w obję-

ciach. A właściwie z psami. Aż czterema. Jednego trzymała, pozostałe deptały po ele-
ganckich bucikach Clary. Ona jednak nie zwracała na nie uwagi. Podeszła do służące-
go i zaczęła wydawać mu polecenia. 

–  Ona nie może mnie tu zobaczyć – szepnął Johnny. – Powiedziała, że jeśli przyj-

dę do pana po pieniądze, natychmiast mnie wyrzuci. 

–  Nie zobaczy – uspokoił go Morgan. 
Co Clara tu właściwie robiła? Przecież nie mogła wiedzieć, że Johnny jest w skle-

pie, bo gdyby się tego domyśliła, natychmiast wyciągnęłaby go za uszy na ulicę. 

Im  dłużej  patrzył,  tym  bardziej  był  przerażony.  Clara  kazała  służącemu  ustawić 

stolik i krzesła po przeciwnej stronie ulicy, na wprost lombardu. Właścicielka posesji, 
pani Tildy, wyszła, aby się z nią przywitać; panie wymieniły uprzejmości, po czym go-
spodyni wróciła do siebie. 

Clara zerknęła na wystawę Morgana i wraz z ciotką zasiadła za stolikiem, na któ-

rym położyła gęsie pióra, ustawiła kałamarze oraz duży szklany dzban. 

–  Poszły już? – spytał Johnny. 
–  Nie. Wygląda na to, że chcą tu zostać na dłużej. 
–  Niech to diabli! 
Właśnie. 
–  Z  tego  miejsca  widzą  zarówno  alejkę,  jak  i  fronton  sklepu.  Nie  ma  tu  tylnego 

wyjścia, są tylko boczne drzwi na ślepą uliczkę, więc musisz zostać, dopóki nie odjadą. 

–  Nie mogę! – jęknął Johnny. – W porze lunchu pani Carter zacznie mnie szukać, 

a jak nie znajdzie, zaalarmuje całą okolicę. 

–  Siedź cicho i pozwól mi pomyśleć. – Do licha! W tym stanie zupełnie nie miał 

ochoty zajmować się Clarą i jej niesfornym podopiecznym. – Muszę się jej chyba jakoś 
pozbyć. 

–  A jak się panu nie uda? – spytał Johnny piskliwym głosem typowym dla chłop-

ców  w  okresie  mutacji.  –  Jak  milady  raz  sobie  coś  postanowi,  trudno  jej  to  wybić  z 
głowy. 

–  Zauważyłem. Coś ci powiem. Wyjdź jednak tymi bocznymi drzwiami na tę ślepą 

uliczkę  i  obserwuj  wszystko  z  miejsca,  w  którym  nie  będzie  cię  mogła  zobaczyć.  A  ja 

background image

70 

jakoś  przekonam  ją  i  tę  ciotkę,  by  sobie poszły.  Jak  mi  się  nie  uda,  poczekaj,  aż  od-
wrócę jej uwagę i uciekaj. – Zerknął na chłopca skulonego na podłodze. – Dasz radę? 

Johnny  wykrzywił  usta  w  bolesnym  uśmiechu.  W  jego  oczach  zaświtała  jednak 

pewna nadzieja. 

–  Dam, jeśli ją pan zagada. 
–  Postaram się. Potrzebuję jednak twojej pomocy. – Przyjrzał się kobietom pogrą-

żonym teraz w rozmowie. – Co wiesz o ciotce lady Clary? 

–  O pannie Stanbourne? Niezbyt wiele. Nie bywa u nas często. – Myślał chwilę. – 

Ale zaraz, słyszałem od Samuela, że bardzo kocha swoje psy. 

background image

71 

Rozdział 8 

 

Sprytu i siły dosyć dostał w darze, 

Aby mu uległ najzmyślniejszy wróg, 

Mieczem powalał bestie i mocarzy, 

Nikt nie prześcignął Jego prędkich nóg. 

Opowieść o Jacku, pogromcy olbrzymów, 

anonimowa legenda kornwalijska w wersji Rushera. 

 
Psy  ciotki  Verity  spełniły  oczekiwania  Clary.  Fiddle  bawiła  się  z  Foodie,  a  Faddle 

szczekała  nieustannie  na  szyld  zawieszony  nad  brudną  wystawą  sklepu  Morgana. 
Księżna natomiast dreptała pod stołem, wąchając od czasu do czasu buty Clary. 

Clara była równie zdenerwowana jak one. Czuła się jak Jack, pogromca olbrzyma, 

który  czeka  w  ukryciu  na  swego  wroga. Morgan  nie  był  oczywiście  tak  ogromny, lecz 
jego imponująca postura przypominała jej jakieś legendarne, groźne postaci, które bu-
dziły w niej strach. We wszystkich potyczkach, jakie ze sobą toczyli, zawsze aż nazbyt 
łatwo  zwyciężał  Morgan.  Mężczyzna,  przy  którym  zapominała  o  wszystkich  zasadach 
dobrego tonu, a właściwie w ogóle nie była w stanie myśleć, zwłaszcza gdy całował ją 
do utraty tchu. 

Tego dnia jednak nic podobnego nie mogło się zdarzyć. Nawet Morgan nie próbo-

wałby żadnych sztuczek w obecności ciotki Verity i psów. 

–  Och, przestań, kochanie – zawołała starsza pani do Fiddle. – Dama nie powin-

na tak ujadać. 

–  Niech robi, co chce. Przecież nikomu nie przeszkadza. 
Clara  chciała,  żeby  psy  szczekały.  Po  to  tu  przecież  były,  choć  ciotka  Verity  nie 

zdawała sobie z tego sprawy. Ciotka popatrzyła na nią z wyrzutem. 

–  Oczywiście wprowadziłaś mnie w błąd. 
–  Jak to? Co takiego zrobiłam? 
–  Obiecałaś,  że  ładnie  się  ubierzesz  i  udasz  ze  mną  na  przejażdżkę  na  Rotten 

Row, jeśli sprowadzę tu psy. 

–  Ubrałam się ładnie i pojechałam na Rotten Row. 
–  Ale  to  nie  była  przejażdżka,  tylko  wyścig.  Nikogo  nie  spotkałyśmy,  a  już  na 

pewno nie udało nam się poznać żadnych miłych dżentelmenów. 

Clara z trudem powstrzymała uśmiech. 
–  Nie ustalałyśmy wcześniej, jak długo ma to trwać. 
–  A kiedy wreszcie spotkałyśmy się z lordem Winthorpem, przerwałaś mu, zanim 

zdążył powiedzieć dwa słowa. 

background image

72 

–  Dwa  słowa?!  Chyba  żartujesz!  Żałuję,  że  tego  nie  zrobiłam.  Wyrzucał  z  siebie 

całe potoki słów, a każdy z nich nudniejszy od poprzedniego. Nie chciał mi w dodatku 
opowiedzieć o tej historii z piratami. 

–  Jakimi piratami? 
–  Nie  pamiętasz?  Jakiś  rok  temu  Winthorp  był  na  pokładzie  statku  zaatakowa-

nego  przez  lorda  piratów.  Wystąpił  bardzo  ostro  przeciwko  panu  Blakely,  pamiętasz, 
bratu  barona.  Temu,  którego  Winthorp  rozpoznał  wśród  piratów.  Sprawę  wyciszono, 
kiedy ten Blakely parę miesięcy później wrócił do Anglii. Ale ja chciałam się dowiedzieć 
prawdy, a Winthorp niestety odmówił rozmowy na ten temat. 

–  Och, jakie to ma znaczenie, czy on jest miły, czy nie? Ma majątek, koneksje i 

cieszy  się  powszechnym  szacunkiem.  A  to  całkowicie  rekompensuje  brak  polotu.  A 
skoro zamierza zapomnieć o wątpliwej reputacji twojej rodziny... 

–  Właśnie,  czy  to  cię  nie  dziwi?  Przecież  nic  się  nie  zmieniło.  Jego  matka  wciąż 

mnie nie akceptuje. Dlaczego w takim razie on znowu zaczyna się mną interesować? 

–  Jesteś piękną kobietą i on to widzi – odparła ciotka, wzruszając ramionami. – A 

Winthorp to wspaniały mężczyzna. Na pewno zdobyłby uznanie twojego ojca. 

Clara zaśmiała się głośno. 
–  To nie jest dobry argument. Choć bardzo kochałam papę, był to najnudniejszy 

człowiek pod słońcem. W porównaniu z nim lord Winthorp to prawdziwy Charles Per-
rault. 

–  Claro Stanbourne! Nie wierzę własnym uszom! Mój brat nie był może dobrym 

mówcą i nie tańczył jak baletmistrz, ale z pewnością zasługiwał na miano duszy towa-
rzystwa. 

Clara wzniosła oczy do nieba na wspomnienie wieczorów spędzonych na lekturze i 

wykładów na temat wszelakich cnót. Jej ojciec był drugim co do starszeństwa synem 
pastora i oczywiście sam został kaznodzieją. W wyniku serii tragicznych śmierci i zawi-
łych koligacji rodzinnych odziedziczył tytuł i majątek, gdy Clara była jeszcze dzieckiem, 
lecz nie wyzbył się nigdy mentorskich skłonności. 

–  Podaj mi choć jeden przykład, ciociu, a natychmiast zmienię przekonania. 
 Ciotka  Verity  z  pewnością  nie  była  przygotowana  na  taki  atak,  gdyż  trochę  się 

speszyła. 

–  No cóż... czasem.. Nie, rzeczywiście, to było chyba nudne, ale od czasu do cza-

su... no... – Rozjaśniła się. – Przecież poślubił twoją matkę, prawda? Kaznodzieja ożenił 
się z córką szlachcica, pochodzącą z rodziny słynnej z licznych skandali. 

–  Myślę, że ożenił się z nią właśnie z powodu tej rodziny. Musiał sobie jakoś roz-

jaśnić tę nudną egzystencję, prawda?  

Ciotka Verity popatrzyła na nią krzywo. 
–  Jesteś zbyt surowa dla ojca, twoja matka nie narzekała na nudę. Sądzę, że po 

dzieciństwie spędzonym z Doggettami związek z twoim papą podziałał na nią kojąco. 

Clara westchnęła i zerknęła na drugą stronę ulicy. Ciotka miała rację. Rodzice byli 

szczęśliwi i ten udany związek owocował dobrem, które oboje czynili. Clara przez całe 

background image

73 

życie miała nadzieję, że znajdzie kogoś, z kim łączyłaby ją taka bliskość, a nawet mi-
łość, ale jak do tej pory nic takiego się nie stało. I wątpiła, by mogło się kiedykolwiek 
zdarzyć. 

Przecież  nie  mogła  poślubić  jakiegoś  mężczyzny  tylko  dlatego,  że  jej  się  podobał. 

Miała mnóstwo ważnych obowiązków, los wielu ludzi zależał wyłącznie od niej. Powin-
na wydać się za kogoś takiego jak papa – za mężczyznę godnego szacunku, na którym 
mogłaby  polegać.  Człowieka,  który  potrafiłby  z  nią  dzielić  pasję  reformatorską  i  nie 
ograniczałby działań stanowiących sens jej życia. 

Po  roku  spędzonym  w  towarzystwie  doszła  wszakże  do  jednego  wniosku  –  męż-

czyźni  tego  rodzaju  byli  zdecydowanie  nudni.  Albo  tak  się  jej  wydawało.  Matka Clary 
darzyła nudnego męża ostentacyjną miłością. Clara tęskniła jednak za czymś więcej. 

 Za  mężczyzną,  który  by  ją  intrygował  i  podniecał.  Wszystko  przez  tę  przeklętą 

krew  Doggetów,  która  nakazywała  jej  pragnąć  rzeczy  niemożliwych,  dzięki  czemu  zy-
skiwała energię do dalszej pracy. 

Co rok jednak jej frustracja przybierała na sile. Odrzucała uparcie propozycje mał-

żeństwa ze strony tych niewielu dżentelmenów, którzy nie bali się ryzykować i prosili ją 
o rękę. Nie mogła z siebie po prostu wykrzesać ani odrobiny entuzjazmu dla żadnego z 
nich. Gdyby któryś choć trochę przypominał Morgana... 

Zmarszczyła  brwi.  Co  za  idiotyczna  myśl!  Przecież  Morgan  był  najbardziej  nieod-

powiednim mężczyzną, jakiego można sobie wyobrazić! Na litość boską! I nawet mu się 
nie podobała... Flirtował z nią tylko, by odwrócić jej uwagę od przestępczej działalno-
ści. 

W porządku, może i był intrygujący, podniecający, a nawet w pewien łajdacki spo-

sób  atrakcyjny,  lecz  pod  innymi  względami  absolutnie  nie  spełniał  jej  wymagań.  Nie 
wiedział, co to miłość. Wykorzystałby adorowaną kobietę do własnych celów i zniknął, 
gdyby  tylko  pojawiła  się  kolejna  okazja  zdobycia  korzyści  materialnych  gdzie  indziej. 
Nawet  życie  w  staropanieństwie  na  wzór  ciotki  Verity  lub  małżeństwo  z  nudziarzem 
byłoby lepsze niż związek z mężczyzną tego pokroju. 

Wiedziona  nagłym  przypływem  uczuć  wobec  ciotki,  która  przynajmniej  rozumiała 

praktyczną stronę jej dylematu, młoda kobieta poklepała ją po ręku. 

–  Przykro mi, że cię naraziłam na taką sytuację, ale naprawdę jestem ci bardzo 

wdzięczna  za  pomoc.  Okropnie  by  było  siedzieć  tutaj  bez  ciebie.  Jeśli  chcesz,  żebym 
wykorzystywała spadek nie tylko z myślą o Domu, muszę się starać o dotacje.  

Ciotka  pociągnęła  nosem,  wciąż  urażona  komentarzami  Clary  na  temat  Oswalda 

Stanbourne'a. 

–  Właściwie nie lubię przyjeżdżać do tej części miasta – wyznała dziewczyna. 
–  No cóż... – zauważyła jej towarzyszka, nieco udobruchana. – Jeśli tylko jesteś 

świadoma zagrożenia... 

Ciotka Verity zaliczała się do zapalonych reformatorów tak jak reszta rodziny, ale 

unikała nieprzyjemnych aspektów tej pracy. Robiła na drutach bandaże dla trędowa-
tych w Afryce, zbierała odzież na potrzeby Domu i urządzała przyjęcia na cele dobro-

background image

74 

czynne – jednocześnie trzymając się od swoich podopiecznych z daleka. Sam pomysł, 
by odwiedzić Spitalfields, po prostu ją przerażał, toteż Clarze dość rzadko udawało się 
namówić ciotkę na podobną wyprawę. Z tego też powodu nie zdradziła jej prawdziwego 
powodu przybycia w to miejsce właśnie dzisiaj. 

–  Niepokoję się, jak Foodle zareaguje na pobyt w tym okropnym otoczeniu. Ona 

jest taka wrażliwa. Nie wiem, dlaczego tak nalegałaś, żebym zabrała psy. 

–  Tłumaczyłam ci przecież. Chciałam odstraszyć niebezpieczne indywidua. 
–  No, to chyba wystarczająco dobry powód. Moje pieski to świetni stróże. Zwłasz-

cza Faddle. Taki mały nosek... – Przerwała, gdy drzwi sklepu otworzyły się nagle i wy-
szła z nich jakaś postać. – Proszę, kochanie, oto potencjalny sponsor. 

Clara  wstrzymała  oddech;  z  budynku  wyszedł  Morgan  z  wdziękiem  subtelnego 

dżentelmena. 

Przystanął  tylko  na  chwilę,  by  się  rozejrzeć,  po  czym  popatrzył  prosto  na  Clarę. 

Gdy się uśmiechnął, omal nie cisnęła mu dzbankiem w głowę. 

–  Wątpię, by ten człowiek zechciał nas wesprzeć, ciociu. To podejrzany typ. 
–  Ten pan? Na pewno? Wygląda... 
–  Groźnie? Sprawia wrażenie występnego łajdaka? 
–  Jest  bardzo  przystojny  –  szepnęła  ciotka.  –  Mimo  skandalicznego  ubioru  pre-

zentuje się naprawdę znakomicie, nie sądzisz? 

–  Nie zauważyłam. 
Kłamała. Morgan w koszuli, dopasowanych spodniach i wysokich butach nadawał 

nowego znaczenia słowu „występny”. Jak mógł tak spacerować z potarganymi włosami 
i muskułami prześwitującymi przez cienką tkaninę... Nic dziwnego, że po każdym spo-
tkaniu z tym potworem czuła się taka niespokojna. 

–  Co  oczywiście  nie  znaczy,  że  przystojny  mężczyzna  nie  może  być  łajdakiem  – 

kontynuowała  ciotka.  –  Twoi  wujowie  byli  bardzo  atrakcyjni,  a  przecież  grzeszyli  jak 
najęci. – Nagle chwyciła Clarę za ramię. – Święta Genowefo! On tu idzie! 

Morgan przeszedł przez ulicę i istotnie zmierzał w stronę obu dam. Zatrzymał się 

jednak  w  pół  kroku,  gdy  spod  stolika  wyskoczyła  Księżna  i  zaczęła  mu  się  uważnie 
przyglądać. 

–  No... może zobaczymy, co ona o nim myśli – szepnęła starsza z kobiet, pewna, 

że spanielka potrafi właściwie ocenić ludzki charakter. 

Clara  była  podobnego  zdania.  Uśmiechając  się,  niecierpliwie  czekała,  aż  pies  za-

cznie szczekać i kąsać, a może nawet chwyci intruza za nogawkę. 

Owszem,  Księżna  skoczyła  na  niego,  ale  machając  przy  tym  entuzjastycznie  ogo-

nem. Co gorsza, domagała się wyraźnie, by Morgan wziął ją na ręce. 

Suka okazała się zdrajczynią? Niemożliwe! Morgan nachylił się nad psem, a Clara 

ruszyła Księżnej na pomoc. On jednak wziął suczkę ostrożnie na ręce. 

–  Proszę, proszę... z kim mam przyjemność? – spytał, trzymając ją na wysokości 

twarzy. Gdy polizała go w policzek, uśmiechnął się serdecznie. 

–  Niezależnie od wszystkiego masz chyba przyjazne zamiary. 

background image

75 

Na tym właśnie kończyły się nadzieje na psią intuicję. 
–  Widziałaś? – syknęła ciotka, nieco zbyt głośno. – Jesteś pewna, że to podejrza-

ny typ? 

Morgan zerknął na nie rozbawiony. 
–  O kim mowa? 
–  To chyba jasne – odparowała Clara. – A teraz proszę postawić Księżną, kapita-

nie. Wyraźnie się boi. 

–  Tak,  nawet  widzę,  jak  się  trzęsie  –  zakpił  Morgan,  ale  postawił  spanielkę  na 

ziemi i podszedł do stołu. – Witam, lady Claro. A kimże jest pani urocza towarzyszka? 

Przedstawianie pasera własnej ciotce wydało się Clarze zupełnie niestosowne. Po-

nieważ  jednak  Verity  zupełnie  niedyskretnie  nadepnęła  jej  na  stopę,  dziewczyna  nie 
miała innego wyboru. Z westchnieniem dokonała prezentacji. 

–  Panna  Stanbourne,  jakże  mi  miło.  –  Morgan  posłał  ciotce  uroczy  uśmiech.  – 

Widzę  rodzinne  podobieństwo  między  panią  i  pani  siostrzenicą.  Te  same  piękne,  nie-
bieskie oczy. 

Clara zauważyła z niesmakiem, że jej ciotka się zarumieniła. Niewiele trzeba było, 

aby zdobyć jej sympatię. 

–  Co do pani, lady Claro – powiedział, obdarzając ją takim samym rozbrajającym 

uśmiechem – prezentuje się pani dzisiaj naprawdę oszałamiająco. 

Wbił wzrok w jej usta. Ten łajdak nie mógł się powstrzymać od aluzji na temat ich 

pocałunków w sklepie. 

–  A pan wygląda na chorego – odparła bez namysłu Clara. 
–  Claro! – ofuknęła ją ciotka. – Gdzie się podziały twoje maniery? 
–  Mówię, co myślę. 
Morgan naprawdę wydawał się mizerny, a w dodatku był fatalnie ubrany. Z bliska 

widziała zarost na jego podbródku i zmarszczki na czole. 

–  Nic nie szkodzi – odparł Morgan. – Mam za sobą ciężką noc i zapewne to widać. 
Clara przyjrzała się uważnie jego twarzy. Co rozumiał przez „ciężką noc”? Może ra-

czej  chciał  powiedzieć  „dziką”?  Kiedy  zostawiała  go  w  gospodzie,  nie  był  pijany.  Tego 
ranka sprawiał jednak wrażenie przepitego – bez trudu rozpoznawała oznaki rozpusty, 
od  czasu  gdy  jeden  z  jej  wujów  upadł  przy  śniadaniu  pod  stół  po  nocnych  szaleń-
stwach. 

Poczuła,  że  ściska  się  jej  serce.  Czyżby  Morgan  wyszedł  z  gospody  do  burdelu? 

Stanęła  jej  nagle  przed  oczyma  okropna wizja  tych  wspaniałych  męskich  rąk  błądzą-
cych po ciele obcej kobiety. 

–  Mimo ciężkiej nocy jest pan w świetnym humorze – powiedziała wyniośle. 
–  Dlaczego miałbym nie być? Dwie piękne damy ustawiły stolik na wprost moje-

go sklepu, ciesząc oczy klientów. To chyba musi poprawić mi humor. Choć nie kryję, 
że jestem ciekaw, czemu zawdzięczam ten zaszczyt. 

background image

76 

–  Nie zdawałyśmy sobie sprawy, że jesteśmy tak blisko – odparła słodko Clara. – 

A  ulokowałyśmy  się  tutaj,  ponieważ  pani  Tildy  zawsze  wspierała  Dom  i  nie  ma  nic 
przeciwko naszej obecności... 

Morgan uniósł sceptycznie brwi. 
–  Rozumiem. A jaki jest dokładnie cel tej wizyty? 
–  Zbieramy datki. Ciotka i ja zajmujemy się tym od czasu do czasu – rozmawia-

my z przechodniami na zatłoczonych ulicach na temat ewentualnego wsparcia finan-
sowego dla Domu. 

–  Przypuszczam,  że  zdobyłybyście  więcej  środków,  gdybyście  rozstawiły  stolik 

przy ulicy z bogatszą klientelą. 

–  Wolę  być  bliżej  dzieci,  w  razie  gdybym  okazała  się  potrzebna.  I  nie  wątpię,  że 

mieszkańcy Petticoat Lane również potrafią być hojni. 

Mężczyzna popatrzył na powóz Clary; stangret i służący drzemali. 
–  A gdzie się podział Samuel? 
–  Dziś ma co innego do roboty. 
Clara  wysłała  Samuela,  by  zapolował  na  pana  Gaithera  w  Lincoln  Inn's  Fields. 

Morgan popatrzył na nią z troską. 

–  Tak więc... zamierzacie tu siedzieć... godzinę...? Dwie...? 
–  Och, o wiele dłużej – odparła pogodnie ciotka. – Clara twierdzi, że musimy tu 

wytrwać przez parę dni, od rana do zmierzchu. 

Ku wielkiemu zadowoleniu Clary na twarzy Morgana pojawił się wyraz irytacji. 
–  Rozumiem. I nie przeszkadza to paniom, iż wasza obecność może zaniepokoić 

moich klientów? 

Clara nie powstrzymała kpiącego uśmiechu. 
–  Zupełnie  nie  rozumiem,  dlaczego  dwie  nieszkodliwe  damy  mogłyby  zdenerwo-

wać uczciwych ludzi. 

W jego oczach zalśniło coś na kształt podziwu. 
–  Oczywiście, że pani nie rozumie. 
Chciała odpowiedzieć, lecz jej uwagę odwrócił nagle jakiś ruch w zaułku. 
–  Mimo wszystko jestem bardzo ciekaw, cóż takiego skłoniło panią do zbierania 

funduszy na Dom, lady Claro. Z naszej rozmowy w sklepie przed kilkoma dniami wy-
wnioskowałem,  że  ma  pani  wszystkie  konieczne  środki  pieniężne.  A  może  te  pięćset 
funtów wydała już pani na coś innego? 

Clara zamarła pod przerażonym spojrzeniem ciotki Verity. 
–  O jakich pięciuset funtach on mówi, najdroższa? 
Ach, co za przeklęta papla... Clara zerknęła na Morgana z urazą. A ten uśmiechnął 

się do ciotki. 

–  Najwyraźniej lady Clara nie zdążyła wspomnieć pani jeszcze o naszej rozmowie. 

–  Przesunął  spojrzenie  na  usta  młodej  kobiety,  przypominając  jej  w  ten  sposób  o  ich 
pocałunkach.  Było  to  zresztą  zupełnie  zbędne,  gdyż  i  tak  czuła  je  wyraźnie  na  war-
gach. 

background image

77 

Na policzki wystąpiły jej rumieńce. 
–  Nie  zanudzam  mojej  ciotki  treścią  wszystkich  moich  nieistotnych  pogawędek, 

sir. 

–  Nie sądzę, by ofertę zapłacenia mi pięciuset funtów można było nazwać niezo-

bowiązującą, lady Claro – odparował z satysfakcją Pryce. – A co do drugiej części na-
szego spotkania... 

–  O czym on mówi? – spytała Verity. – O co chodzi z tymi pięciuset funtami? 
Zdruzgotana Clara uznała, że lepiej się przyznać. 
–  Zaproponowałam  kapitanowi  pięćset  funtów  za  przeniesienie  sklepu  w  inne 

miejsce. Niestety odmówił. 

Ciotka popatrzyła na Morgana z zainteresowaniem. 
–  A dlaczegóż to moja siostrzenica chciała, by przeniósł pan sklep? 
Morgan obdarzył ciotkę diabelsko czarującym uśmiechem. 
–  Lady Clara słyszała jakieś zupełnie bezpodstawne pogłoski na mój temat. I nie 

chce uwierzyć, że wprowadzono ją w błąd. 

–  Nie zwracaj na niego uwagi, ciociu. Kapitan doskonale zdaje sobie sprawę, że 

korzystam wyłącznie z wiarygodnych źródeł. 

Dokładnie w tym samym momencie Księżna postanowiła włączyć się do dyskusji. 

Zmęczona  krążeniem  wokół  swojej  nowej  sympatii,  skoczyła  po  prostu  na  spodnie 
Morgana, pozostawiając na nich ślady błota. Mężczyzna ze śmiechem podniósł psa, nie 
zważając na równie ciemne smugi na koszuli. Księżna przytuliła się do niego tak bez-
wstydnie, jak ladacznica z portu. 

–  Niezwykłe, prawda? – odezwała się ciotka do Clary. – Może jednak sprawdzisz 

te swoje źródła... spójrz na psa... 

–  Co pani ma na myśli? – Morgan podrapał spanielkę za długim uchem. 
–  Księżna uznaje tylko wartościowych ludzi – odparła ciotka. 
Morgan popatrzył na Clarę. 
–  Psy odznaczają się podobno niezwykłą intuicją. 
Clara przewróciła oczami. 
–  Księżna to suka w domu pełnym kobiet. Sądzę, że bawi ją po prostu towarzy-

stwo mężczyzny. 

–  Nieprawda  –  zaprotestowała  ciotka.  –  Pana  Gaithera  potraktowała  po  prostu 

okropnie. 

–  Pan  Gaither  nie  chciał  jej  głaskać.  Nie  drapał  jej  też  za  uchem  –  upierała  się 

Clara. 

–  Księżna lubi, żeby ją drapać, bo ma pchły – mruknął Morgan. – Ale ja mam na 

to sposób. 

Ciotka nastawiła ucha. 
–  Naprawdę? 
Morgan pogłaskał sukę po jedwabistym futrze, jakby przyjaźnił się z nią od lat. 

background image

78 

–  Jest taka mieszanka ziół, której używaliśmy na morzu, walcząc z tą plagą. Mo-

gę podać paniom przepis. 

–  Och, będę panu niezmiernie zobowiązana – wzruszyła się ciotka. – Moje biedne 

maleństwa tak przez nie cierpią... i wszyscy domownicy razem z nimi. 

I w taki oto sposób Morgan zdobył po wsze czasy serce ciotki. Clara z trudem kryła 

irytację. 

–  Czy nie czas na pana, kapitanie? Nie chciałybyśmy odrywać pana od ważnych 

spraw. 

–  Dziś chyba i tak nie mam się do czego spieszyć, prawda? – spytał sucho Mor-

gan. 

Clara miała taką nadzieję już wcześniej, ale teraz zaczęła przypuszczać, że Morgan 

potrafi obrócić każdą okoliczność na swoją korzyść. Jakby chcąc podkreślić, że panuje 
nad sytuacją, podszedł do jej powozu i usadowił się na koźle. 

–  Chętnie  dotrzymam  paniom  towarzystwa.  W  tej  części  miasta  bywa  niebez-

piecznie. 

–  Przecież pan o to nie dba. I proszę nie udawać, że zależy panu po prostu na mi-

łej pogawędce... 

–  Na  miłość  boską,  Claro!  –  zganiła  ją  ciotka.  –  Pan  może  nie  jest  odpowiednio 

ubrany, ale zachowuje się nienagannie. Jak prawdziwy dżentelmen. I jest przemiły dla 
moich pieszczoszków. Dlaczego jesteś dla niego bez przerwy taka niemiła? 

–  Tak, mademoiselle – zakpił Morgan. – Proszę to wytłumaczyć. – Krzyżując ręce 

na piersiach, usadowił się wygodniej na koźle. Na widok jego napiętych muskułów Cla-
ra poczuła nagłą suchość w ustach. Dlaczego taki łajdak z piekła rodem miał taką nie-
ziemską sylwetkę? 

Był na tyle arogancki, że ośmielił się do niej mrugnąć. 
–  To wszystko przez ten dzień w sklepie, kiedy pozwoliła mi pani... 
–  Dość, kapitanie Pryce! – Dziewczyna wyskoczyła zza stolika tak gwałtownie, że 

Faddle zaczęła szczekać. – Czy mogłabym zamienić z panem kilka słów na osobności? 

Mężczyzna roztopił się w uśmiechu. 
–  Jak pani sobie życzy. Przecież wie pani dobrze, jak sobie cenię nasze prywatne 

rozmowy. 

Wskazał jej miejsce obok na koźle, ale Clara odwróciła się na pięcie i poszła prosto 

przed siebie, by znaleźć się jak najdalej od powozu i stolika. 

Zaklął pod nosem i zrównał się z nią w chwili, gdy skręcała w jeden z zaułków. 
–  Dokąd się wybierasz? – zapytał. 
–  Nie  chcę,  by  słyszeli  nas  służący  i  ciotka.  Już  i  tak  powiedziałeś  dość,  żeby 

zrujnować  mi  reputację.  Wielkie  dzięki.  Ale  więcej  powodów  do  spekulacji  nie  zamie-
rzam im dostarczać. 

Wskazał dłonią stolik. 
–  Myślałaś, że mnie odstraszysz tym pomysłem z datkami? 
–  Bez klientów nie przetrwasz. 

background image

79 

Popatrzył na nią z namysłem. 
–  Ciekaw  jestem,  jak  by  się  odniosła  do  tego  pomysłu  twoja  ciotka,  gdyby  wie-

działa,  co  robiliśmy  w  sklepie.  –  Znów  przeniósł  wzrok  na  jej  usta.  –  Gdybym  wspo-
mniał, jak delikatne masz wargi, jak smakujesz, jak piękne masz piersi... 

–  Nie ośmieliłbyś się! 
–  Możesz się o tym łatwo przekonać. 
Popatrzyła na jego zaciśnięte szczęki. Morgan był zdolny do wszystkiego. 
–  No, proszę, idź. A jak to zrobisz, zniszczysz jej naiwne złudzenia o tym, jakim 

jesteś wspaniałym dżentelmenem. Wtedy z pewnością stanie po mojej stronie. 

–  A teraz nie jest po twojej stronie? Nie pomoże ci? – Przymrużył oczy. – Ach, ro-

zumiem. Nie wyjawiłaś jej prawdziwego powodu waszej wycieczki. 

–  Nie rozumiem, o co ci chodzi... 
–  Owszem, rozumiesz. – Stanął bliżej i rozejrzał się szybko, jakby sprawdzał, czy 

ktoś ich nie słucha. – Nie powiedziałaś ciotce, że jestem paserem. I że chcesz, bym zre-
zygnował z ciemnych interesów. Prawda? 

Odwróciła wzrok, ale nie mogła zaprzeczyć. 
–  A jeśli nawet? Nie chciałam jej denerwować. Przecież to żadna różnica. I tak by 

mnie wsparła. 

–  Myślisz? Nie sprawia wrażenia miłośniczki przygód. Może powinniśmy ją zapy-

tać. Powiem jej prawdę i... 

–  Nawet się nie waż... 
–  Zatem nie jesteś do końca pewna jej reakcji. 
Clara zacisnęła pięści. 
–  Jesteś najbardziej irytującym, nieuprzejmym... 
–  Skoro mnie tak nie lubisz, dlaczego bez przerwy tu przychodzisz? 
–  Bo chcę, żebyś przestał demoralizować moich chłopców. 
Uśmiechnął się szeroko. 
–  Nie sądzę, że to jedyny powód – powiedział lekko schrypniętym głosem. – My-

ślę, że to lubisz. Lubisz te nasze krótkie spotkania. 

–  Nie! 
Otaksował ją wilczym spojrzeniem tak śmiało, że spłonęła rumieńcem. 
–  Kłamczucha – odparł ze śmiechem. Był wprost niewymownie arogancki. 
–  Przygody przewróciły ci w głowie. Fakt, że jakieś niedomyte dziewki przymilały 

się do ciebie przez całą noc...  

–  Dlaczego sądzisz, że mógłbym się zadawać z niedomytymi dziewkami? 
–  A co tu jeszcze można robić w nocy? 
–  Według ciebie bardzo dużo. Przecież sądzisz, że ubijam interesy z przestępcami 

i kaperuję dostawców towaru. Kiedy miałbym znaleźć czas na ladacznice? 

–  Nic mnie to nie obchodzi. 
Wybuchnął śmiechem. 
–  A niech to! Lady Clara jest zazdrosna! 

background image

80 

–  Na pewno nie! 
–  Więc dlaczego się interesujesz tym, jak spędzam noce? 
–  Wcale się nie interesuję. Mówiłam tylko... 
–  Przyznaj  się,  Claro.  –  Pochylił  się  nad  nią  z  zadowolonym  uśmieszkiem.  –  Je-

steś mną zafascynowana tak samo jak ja tobą. 

–  Ty... jesteś mną zafascynowany! – wybuchła. 
–  Och, tak. Nigdy wcześniej nie spotkałem takiego anioła jak ty. Ani się z takim 

nie całowałem. To było naprawdę niezwykłe doświadczenie. 

Choć łobuzerski uśmiech Morgana przyprawił ją o dreszcze, zdobyła się na to, by 

odpłacić mu tym samym. 

–  Naprawdę sądzisz, że takie wyświechtane pochlebstwa działają na kobiety? 
–  Nie mam zdania na ten temat. Żadnej nie nazwałem dotąd aniołem. 
Próbowała nie zwracać uwagi na przyspieszony puls. 
–  Oczywiście, że nie. Skoro zadajesz się głównie z upadłymi kobietami, nie masz 

okazji prawić komplementów prawdziwym damom. 

–  Ma belle ange. Wczoraj towarzyszyła mi tylko butelka dżinu i cały tłum złodzie-

i, paserów i alfonsów. Wolałem oczywiście spędzić czas w twoim towarzystwie i gdybyś 
nie uciekła... – Uniósł dłoń, jakby chciał dotknąć jej policzka, ale szybko ją opuścił. – 
Nie wolałabyś dokończyć tej rozmowy w moim sklepie? – szepnął, rzucając niespokojne 
spojrzenie na ciotkę Verity. 

–  Nigdy w życiu. Nie dam ci więcej okazji do tego, byś mnie obrażał. 
–  Obrażam cię zatem, gdy zarzucasz mi ramiona na szyję i prosisz, żebym... 
–  O nic cię nie prosiłam. – Przerwała, rozumiejąc nagle, do czego Morgan zmie-

rza. – Nie odwiedziesz mnie tym razem od głównego celu. Nie pozwolę, byś pozostał w 
Spitalfields i sprowadzał moich chłopców na złą drogę. 

Od strony stolika doszło ich nagle wściekłe szczekanie i psy ruszyły pędem przed 

siebie, najwyraźniej za kimś goniąc. 

–  Co, na miłość... – zaczęła Clara, odwracając się w tamtą stronę. 
Johnny  próbował  bezskutecznie  odpędzić  od  siebie  ujadające  zwierzaki.  Kobieta 

poczuła nagłą miękkość w kolanach. 

–  Johnny! Co tu robisz? – krzyknęła.  
Obawiała się, że zna odpowiedź na to pytanie. 

background image

81 

Rozdział 9 

 

Pomyśl dziś o tym, co przeszłym jest znojem, 

I mężnie wyznaj wszystkie błędy swoje. 

Mała śliczna książeczka 

John Newbery 

 
Morgan zaklął pod nosem. Powinien był przewidzieć, że jego plan wyplątania Joh-

nny'ego z całej sprawy jest bez szans. Nawet poważny flirt nie mógł na tyle zaangażo-
wać  uwagi  Clary,  by  zapomniała  o  podopiecznych.  Morgan  ruszył  za  nią,  głęboko 
wzdychając.  Ciotka  próbowała  przywołać  psy,  a  Clara  chwyciła  Johnny'ego  za  ramię, 
zanim zdążył jej uciec. 

Chłopiec popatrzył na nią z przerażeniem. 
–  Chciałem tylko kupić kartofle dla Peg... 
–  Peg na pewno nie wysłałaby cię samego na zakupy – odparowała Clara. – Pokaż 

kieszenie.  Chłopak  zareagował  dokładnie  tak,  jak  uczyniłby  Morgan  w  jego  wieku  – 
wypiął buntowniczo pierś. 

–  Nie muszę tego robić. 
Najwyraźniej doświadczona w tym zakresie Clara sama szybko przeszukała kiesze-

nie chłopca i cicho jęknęła, wyciągając z jednej z nich zawinięte w chusteczkę monety. 

–  Obiecałeś, że zostawisz moich podopiecznych w spokoju. Skąd on w takim ra-

zie wziął pieniądze, jeśli łaska? 

 Morgan próbował nie zwracać uwagi na żal w jej oczach. Żaden prawdziwy paser 

nie dbałby przecież o zranione uczucia lady Clary, dlatego i jemu nie wolno było oka-
zać, jak bardzo jest mu przykro. 

–  Naprawdę  myślałaś,  że  chłopiec  pozbędzie  się  zegarka  i  nie  zażąda  zapłaty? 

Jest młody, ale nie głupi. 

–  Proszę nie wyrzucać mnie z Domu, lady Claro – szepnął Johnny, którego nagle 

opuściła  odwaga.  –  Przysięgam,  że  już  nie  będę  kradł.  Nie  zbliżę  się  nawet  do  tego 
sklepu! 

Poczucie winy zalało Morgana niczym mroźna fala. Postawił Clarę w niezwykle kło-

potliwej  sytuacji;  chcąc  przestrzegać  zasad,  musiała  usunąć  chłopca  z  Domu.  A  dla 
dobra innych podopiecznych powinna była postąpić konsekwentnie. 

Ona  również  zdała  sobie  z  tego  sprawę,  gdyż  zbladła  jak  ściana.  Popatrzyła  na 

Johnny'ego ze złością i troską jednocześnie. 

–  Przysięgałeś, że już tu nie przyjdziesz. 
Chłopiec zwiesił głowę. 
–  Wiem, ale... ja... ja... 

background image

82 

–  Ostrzegałam cię o możliwych konsekwencjach – upierała się Clara, tak jakby ta 

rozmowa mogła cokolwiek zmienić. – Jak mogłeś zrobić coś tak głupiego? 

Rozpacz w jej głosie chwyciła Morgana za serce. 
–  Jest pewne rozwiązanie – wypalił bez zastanowienia. 
Podniosła na niego głowę. 
–  Nie sądzisz, że narobiłeś już dość kłopotów? 
–  Ja go tu nie zapraszałem, przyszedł z własnej woli. 
–  Ale dałeś mu pieniądze. 
–  Tak, to był błąd. Ale zamierzam go naprawić. 
–  Jak? – spytała sarkastycznie. – Zabierzesz je z powrotem? 
–  Dam Johnny'emu dobrze płatne zajęcie. 
Clara  pomyślała,  że  Morgan  oszalał.  Jak  mógł  brać  odpowiedzialność  za  kogokol-

wiek,  zwłaszcza  za  dziecko,  kiedy  najbardziej  potrzebował  spokoju  i  swobody  działa-
nia? 

On jednak nie mógł stać spokojnie i patrzeć na udrękę Clary. Gdyby zdecydowała 

się wziąć Johnny'ego z powrotem do Domu, naraziłaby się na utratę autorytetu, co z 
pewnością  zniszczyłoby  jej  wieloletni  trud,  a  tym  samym  także  prowadzoną  przez  nią 
placówkę. Wyrzucenie Johnny'ego oznaczałoby zaś powrót do złych nawyków. Dzieciak 
wylądowałby w więzieniu przed ukończeniem piętnastu lat. 

Morgan nie chciał czuć się odpowiedzialny za taki rozwój wypadków. To przez nie-

go Clara znalazła się między młotem a kowadłem, zatem on, nikt inny, musiał ją z tej 
opresji uratować. Wiedział, że Ravenswood będzie miał mu to za złe, lecz nie powinien 
był go umieszczać tak blisko domu. Clara milczała i patrzyła na Morgana jak na waria-
ta. Powtórzył zatem swą propozycję. 

–  Zatrudnię Johnny'ego w sklepie. Mieszkać może w magazynku na górze. 
Te słowa wyrwały ją z odrętwienia. 
–  Sądzisz, że pozwolę ci go zatrudnić w charakterze osobistego złodzieja? 
–  Nie, nie rozumiesz. – Powinien był się domyślić, że tak to zabrzmi. – Potrzebuję 

pomocnika.  Johnny  będzie  zamiatał,  czyścił  srebro,  biegał  na  posyłki.  Żadnych  kra-
dzieży. Inaczej sam go wyrzucę. 

Patrzyła  na  niego  nic  nierozumiejącym  wzrokiem.  Drżąca  dolna  warga  zdradzała 

zmieszanie i niepokój. Nie mógł jej winić za to, że mu nie ufa. Paserzy często mieli wła-
snych kieszonkowców, którzy kradli dla nich towar. 

–  To niemożliwe – szepnęła. 
–  Wysłuchaj mnie, Claro. Oboje wiemy, że nie możesz mu pozwolić zostać w Do-

mu po tym, jak złamał zakaz. 

Przygarbiła się nagle pod ciężarem odpowiedzialności. 
–  Jeśli pozwolisz mu zostać, inni pójdą w jego ślady – dodał cicho Morgan. – Co 

gorsza, może się o tym dowiedzieć sąd. Jak sama twierdzisz, w Spitalfields nie ma se-
kretów.  Co  innego  udowodnić  sędziom,  że  z  założenia  chcesz  pomóc  chłopakowi,  co 
innego jednak zrobić wyjątek od reguły. Mogliby zacząć krzywo na ciebie patrzeć. 

background image

83 

Przymknęła oczy, jakby nie chciała się w to wszystko mieszać. 
–  Muszę przekonać Lucy, żeby zgodziła się nim zająć. 
–  Nie będę mieszkać z siostrą! – zawołał Johnny. – Niech się zajmie swoimi pla-

nami! Ona mnie nie chce, tak powiedziała! I ja jej też nie chcę! 

Odważne słowa jak na chłopca, który bał się przyszłości. 
–  Jeśli oddasz mi go pod opiekę – kontynuował bezlitośnie Morgan – nie będzie 

się włóczył po ulicach. Dokąd pójdzie, jeśli siostra nie zgodzi się go przyjąć? No, chyba 
że chcesz, żeby go skazano na ciężkie roboty... – Celowo użył argumentu, który musiał 
zrobić na Clarze wrażenie. 

Kobieta szeroko otworzyła oczy. 
–  Nie, to niemożliwe! 
Odwróciła wzrok, ale zdążył jeszcze dostrzec łzy w jej oczach. Wyładowała cały żal 

na chłopcu. 

–  A niechże cię, Johnny. Dlaczego nie robiłeś, co kazałam? 
–  Bo jest zbyt głupi, aby docenić to, co dobre, gdy jeszcze to ma – odparł Morgan. 
–  Hej! – zawołał Johnny. – Może ja też nie chcę u pana zostać! Nikt mnie nie spy-

tał o zdanie. 

–  I nikt nie zapyta – odparł ostro Morgan. – Jeśli wiesz, co jest dla ciebie dobre, 

następnym razem będziesz miał więcej oleju w głowie. 

Johnny zamrugał, ale był na tyle mądry, by milczeć. Clara rzuciła Morganowi za-

troskane spojrzenie i westchnęła. 

–  Nie wiem, co robić. Nie wiem, czy mogę ci zaufać. Możesz go przecież wykorzy-

stać do własnych celów. 

Zapytując się w myślach, dlaczego podejmuje tę dyskusję, Morgan odwrócił się do 

Johnny'ego. 

–  Opowiedz  lady  Clarze,  o  czym  rozmawialiśmy,  kiedy  dałem  ci  pieniądze.  Po-

wiedz jej, jakie postawiłem warunki. 

Johnny popatrzył niespokojnie na oboje. 
–  Kapitan  kazał  mi  przyrzec,  że  więcej  tu nie  przyjdę.  Chciał,  żebym  powiedział 

innym, że nie są tu mile widziani. 

–  Widzisz – Morgan ponownie odwrócił się do Clary. – A jeśli sobie dobrze przy-

pominasz, odkąd się poznaliśmy, prosiłem cię, żebyś trzymała swoich wychowanków z 
daleka od mojego sklepu. 

–  Tak, bo chciałeś, żebym ci zaufała. 
–  Nie mam żadnego pożytku z dzieci, wierz mi. Nie przynoszą dość pieniędzy i je-

śli złapie ich policja, mogą mi tylko narobić kłopotu. 

Patrzyła mu teraz prosto w oczy. 
–  Więc przyznajesz, że jesteś paserem. 
Ta kobieta naprawdę czepiała się słów. 
–  Do niczego się nie przyznaję. Mówię tylko, że nie mam powodu, żeby kupować 

od kieszonkowców. Dlatego Johnny będzie ze mną bezpieczny. 

background image

84 

Zawahała się, lecz po chwili pokręciła głową. 
–  Przykro mi, ale po prostu nie mogę... 
–  Chcę z nim zostać. – Johnny zerknął na Morgana i wzruszył kościstymi ramio-

nami. – Wolę mieszkać z kapitanem niż w Domu, jeśli to oznacza, że mogę zarobić na 
utrzymanie. 

–  Och,  Johnny  –  zaprotestowała  Clara.  –  Jeśli  zamieszkasz  tutaj,  już  nigdy  nie 

będziesz mógł do nas wrócić. A co będzie z Timothym? 

Kim, u diabła, był Timothy? 
Johnny wyraźnie spochmurniał, lecz wysunął buntowniczo dolną wargę. 
–  Nie  jestem  mu  potrzebny.  W  Domu  ma  wszystko,  czego  mu  trzeba.  Lubi  tam 

być. 

W przeciwieństwie do mnie. Nie powiedział tego głośno, ale patrząc na twarz Clary, 

Morgan  poczuł,  że  ma  ochotę  chłopaka  udusić.  Czy  ten  mały  nie  wiedział,  jakie  to 
szczęście mieć przy sobie takiego anioła jak Clara? Kogoś, kto był gotów ryzykować tak 
wiele  tylko  po  to,  by  stworzyć  mu  nadzieję  na  lepszą  przyszłość?  Nie,  Johnny  był  za 
młody,  by  to  docenić.  Nie  zdawał  sobie  sprawy,  że  ludzie  mają  czasem  tylko  jedną 
szansę, by zmienić swoje życie. A ten głupiec odrzucał swoją obiema rękami. 

Cóż, Morgan zamierzał mu mimo wszystko zagwarantować jeszcze jedną taką oka-

zję. Był to winien Clarze. Kobieta popatrzyła błagalnie na ciotkę, ale panna Stanbour-
ne zignorowała jej spojrzenie. Najwyraźniej nie zamierzała się w nic angażować. Szep-
cząc coś pod nosem do podenerwowanych psów, siedziała spokojnie przy stoliku, który 
odgradzał ją skutecznie od reszty zebranych. 

–  Mogę robić, co chcę – perorował Johnny. – A chcę pracować dla kapitana. 
–  W  takim  razie  załatwione  –  uciął  Morgan,  zanim  chłopcu  wyrwało  się  coś,  co 

mogłoby zaniepokoić Clarę. – Johnny, przynieś swoje rzeczy. Muszę porozmawiać z la-
dy Clarą na osobności. 

Chłopiec przytaknął skwapliwie i pobiegł w stronę Domu. Clara popatrzyła za nim 

tak udręczonym spojrzeniem, że Morgan poczuł skurcz żołądka. Nigdy nie zamierzał jej 
skrzywdzić czy zranić. Postanowił, że kiedy już będzie po wszystkim, namówi brata na 
hojną  dotację  dla  podopiecznych  Domu,  przekona  Ravenswooda,  by  zatrudnił  chłop-
ców... zrobi wszystko, byle tylko z jej twarzy zniknął ten smutny wyraz. Odwróciła się 
do niego z dumnie wysuniętym podbródkiem. 

–  Musisz go wciągać do tej wojny? Przecież to jeszcze dziecko. 
–  Które za chwilę stanie się mężczyzną – dokończył Morgan. – Tak jest dla niego 

najlepiej i dobrze o tym wiesz. 

Pokręciła głową. 
–  Nie wiem, czy wymarzyłam sobie dla niego karierę pomocnika złodzieja. 
–  Przysięgam, że nie pozwolę mu kraść. – Morgan podszedł bliżej do Clary i poło-

żył jej rękę na ramieniu. – Nie pozwolę, by pod moją opieką stała mu się jakaś krzyw-
da. 

Wyrwała się z jego uścisku. 

background image

85 

–  Jeśli sądzisz, że będę spokojnie patrzyła, jak go demoralizujesz... 
–  Zostaw go, Claro. Jest na tyle duży, by dokonać wyboru. – Nie mógł już znieść 

jej pogardy, choć jeszcze tak niedawno sam o nią zabiegał. – Zawsze możesz przyjść do 
sklepu i nas sprawdzić. 

–  Nie martw się. – Wyprostowała plecy. – Zamierzam tu zostać. 
Pryce z zaciśniętymi zębami zerknął na pannę Stanbourne i jej nieszczęsny stolik. 

Niepotrzebny był mu absolutnie taki kłopot. 

–  Nie masz czasu, żeby śledzić każdy mój ruch i świetnie o tym wiesz. Kierujesz 

Domem i doprowadzanie mnie do szału na nic się nie zda. Nie możesz tu tkwić w dzień 
i w nocy, a ja mogę i tak robić interesy za twoimi plecami. 

–  W takim razie moja ciotka i ja... 
–  Z tego, co widzę, twoja ciotka najchętniej wróciłaby do domu. I czy naprawdę 

sądzisz, że wytrzymałaby tutaj na tyle długo, by cokolwiek zmienić? 

Widząc, że podbródek Clary zadrżał niebezpiecznie, poczuł nagłą chęć, by wziąć ją 

w objęcia i scałować jej wszystkie troski. Ależ ona jest uparta! Czasem się zastanawiał, 
jak  by  to  było,  gdyby  obrócił  wszystkie  jej  ciepłe,  opiekuńcze  uczucia  ku  sobie, a  nie 
przeciw sobie. To jednak wydawało się niemożliwe. 

–  Nie  zostawię  tej  sprawy  w  ten  sposób.  Znajdę  sposób,  by  ocalić  Johnny'ego 

przed tobą i przed nim samym. 

Ogarnęła  go  złość.  Ona  i  jej  przeklęte  zasady...  Czy  naprawdę  nie  zdawała  sobie 

sprawy, że nie powinna się wtrącać? 

–  Rób, co musisz, ma belle ange. Pamiętaj tylko, że nawet anioły wiedzą, że pew-

nych granic nie wolno przekroczyć. I że czasem trzeba przyjąć do wiadomości klęskę. 

A potem, nie czekając na odpowiedź, wrócił do sklepu. Był bliski powiedzenia Cla-

rze prawdy o swojej misji. Poczułaby się okropnie i musiałaby go przeprosić... 

Westchnął.  Nie,  nie  mógł  tego  zrobić.  Clara  była  jak  otwarta  księga,  uczciwa  ni-

czym  zakonnica  przy  konfesjonale.  Nawet  gdyby  próbowała  dochować  tajemnicy, mo-
głaby go zdradzić zupełnie bezwiednie. Przy tak wielkiej stawce nie powinien sobie po-
zwalać na tego typu ryzyko. 

Kiedy  tylko  wszedł  do  sklepu  i  popatrzył  raz  jeszcze  na  skromne  wnętrze,  zrozu-

miał, co właściwie zrobił. Zgodził się zająć Johnnym. Miał się opiekować dzieckiem w 
sytuacji, kiedy należało się raczej skupić na własnym bezpieczeństwie. 

Johnny był w tym samym wieku, co chłopcy okrętowi pozostający kiedyś pod pie-

czą  Morgana,  którym  niemal  codziennie  groziło  niebezpieczeństwo.  Ponadto  jako 
dziecko ulicy potrafił się doskonale zająć sam sobą.  Tak czy inaczej Morgan wziął na 
siebie wielką odpowiedzialność. 

Nagły hałas dochodzący z ulicy sprawił, że Pryce wyjrzał przez okno. Clara kłóciła 

się  z  ciotką.  Nie  trwało  to  jednak  długo.  Starsza  pani  szybko  sprowadziła  powóz,  do 
którego wsiadła, zostawiając Clarę na ulicy. Po chwili otworzyła drzwiczki i popatrzyła 
na siostrzenicę. 

–  Jedziesz, kochanie? 

background image

86 

Clara wyprostowała plecy, zerknęła na sklep i przeniosła spojrzenie na ciotkę. 
–  Nie, idę do Domu. Wracaj sama. 
Morgan,  widząc,  jak  młoda  dama  odchodzi  wolnym  krokiem  w  stronę  Domu,  po-

czuł ogromny żal. Nie chciał przecież odbierać jej nadziei. 

Co  on  sobie  właściwie  myślał?  Przecież  ta  kobieta  mogła  go  zniszczyć  w  ciągu 

ułamka  sekundy.  Ingerowała  bezwiednie  w  ważne  śledztwo,  powodując  kłopoty,  na 
które naprawdę nie mógł sobie pozwolić. Zaklął pod nosem i odszedł od okna. Nie mógł 
się  teraz  nad  tym  wszystkim  zastanawiać.  Już  i  tak  zrobił  wystarczające  głupstwo, 
proponując opiekę nad Johnnym. Od rozmowy ze Specterem minęło zaledwie parę dni 
i  Morgan  musiał  się  przygotować  na  konfrontację.  Tymczasem  chłopiec  wszedł  do 
sklepu bocznymi drzwiami. 

–  Przyniosłem rzeczy – powiedział pogodnie. 
Zmieściły  się  zaledwie  w  jednej,  solidnie  wyglądającej  torbie,  najprawdopodobniej 

kradzionej. Morgan miał nadzieję, że są to wyłącznie ubrania. Pomyślał, że to smutne, 
mieć tak skromny dobytek. 

–  Gdzie mam to poukładać? – spytał Johnny. 
–  Na górze – odparł Morgan. – Zaraz ci pokażę. 
Idąc na stryszek po zakurzonych schodach, rzucił od niechcenia do chłopca: 
–  Chyba minąłeś po drodze lady Clarę... 
Ponieważ mały milczał, Morgan łypnął na niego ze złością. 
–  Rozmawiała z tobą? 
–  Próbowała. Kazałem się jej odczepić. 
Morgan z trudem powstrzymał gniew. 
–  Mam nadzieję, że nie jesteś aż tak głupi – syknął, kiedy znaleźli się już na gó-

rze.  

Johnny wysunął dolną wargę. 
–  Co pan ma na myśli? 
–  Czy ty naprawdę nie zdajesz sobie sprawy z tego, jakie miałeś szczęście, że za-

jęła się tobą taka kobieta? Powinieneś być wdzięczny. 

–  Dlatego,  że  ona  jest  damą,  a  ja  złodziejem?  –  spytał  Johnny  niemal  pogardli-

wie. – Myśli pan, że ona jest lepsza ode mnie? 

–  Oczywiście,  że  tak.  Nie  z  powodu  pochodzenia,  lecz  dlatego,  że  troszczy  się  o 

ludzi. Rozumie, że jej działania wpływają na życie innych. Traktuje poważnie swoje zo-
bowiązania. 

Johnny wbił wzrok w czubki butów. 
–  Ma za dużo zasad. 
–  A ty, chłopcze, nie masz ich prawie wcale. Ale to się zmieni. Zasada pierwsza: 

żadnych kradzieży. Żadnego ściągania płaszczy z pleców przechodniów, żadnych  wła-
mań. 

–  Ale ja myślałem, że chciał pan... 

background image

87 

–  Wiem, co myślałeś. Ale się myliłeś. Unikam kłopotów tylko dzięki temu, że za-

chowuję pozory, i nie pozwolę tego zniszczyć. 

Johnny nieco się uspokoił. 
–  Więc zabrania mi pan kraść nie dlatego, że ona tak sobie życzyła? 
–  Kto? Lady Clara?  
Johnny skinął głową.  
–  Nie. 
Był to jednak oczywisty powód i Morgan poczuł nagłą złość na samego siebie. Nie 

powinien  liczyć  się  tak  bardzo  z  oczekiwaniami  tej  kobiety.  Mogło  się  to  okazać  zbyt 
niebezpieczne. 

–  Zasada numer dwa. Wstajesz i kładziesz się spać, kiedy ci każę, i bez mojego 

pozwolenia nie wychodzisz ze sklepu. Jasne? 

–  Równie dobrze mógłbym trafić za kraty – wymamrotał Johnny. 
–  I tam się właśnie znajdziesz, jeśli się nie zmienisz, zanim wyrośniesz na takiego 

starego łajdaka jak ja. 

Johnny wyraźnie się tym zainteresował. 
–  Był pan w więzieniu? 
–  Kilkakrotnie.  Za  pierwszym  razem  miałem  nawet  mniej  lat  niż  ty  teraz.  Nic 

przyjemnego.  Nie  miałbym  ochoty  tego  powtarzać.  A  za  tym  idzie  zasada  trzecia:  nie 
wolno ci nikomu opowiadać o tym, co się dzieje w sklepie. Ani siostrze, ani koleżkom, 
ani Timothy'emu. 

–  Timothy to mój brat. Ma dopiero pięć lat. Nic mu nie mówię 
–  Więc jest was dwóch? I starsza siostra... Bon Dieu. Wiem, że wasza matka nie 

żyje, ale czy nie macie innych krewnych? Ojca? 

Johnny ponuro zwiesił głowę. 
–  Zesłali go na siedem lat za fałszerstwo. Złapali go z podrobionym banknotem w 

ręku. Nikt z rodziny się teraz do nas nie przyzna. Została nam tylko Lucy. 

–  A ona najwyraźniej umyła ręce od odpowiedzialności. 
–  To  nie  tak.  Ona  spotyka  się  z  policjantem.  –  Chłopiec  popatrzył  Morganowi 

prosto  w  oczy.  –  Facet  za  nami  nie  przepada,  więc  Lucy  sobie  nie  życzy,  żebyśmy  się 
przy nich pętali. Chyba zamierza za niego wyjść, bo to porządny człowiek. W dodatku 
ma pieniądze. A po ich ślubie... pewnie zostaniemy sami. 

Morgan doznał olśnienia. 
–  To dlatego kradłeś? Żeby skusić ją pieniędzmi? Nie chciałeś, żeby za niego wy-

szła? 

Johnny wzruszył ramionami. 
–  Jestem dobrym kieszonkowcem i tyle. 
Obaj jednak wiedzieli, że to nieprawda. Morgan z trudem przełknął ślinę. Przypo-

mniał sobie nagle, jak sam posuwał się do kradzieży, byle tylko zapewnić matce godzi-
we życie. Miał nadzieję, że dzięki temu będzie mogła zrezygnować z kochanków, którzy 
płacili za ich codzienny byt. 

background image

88 

Mimo wszystko w końcu przegrał. Nie udało mu się przekonać matki, że jej ostatni 

kochanek jest łajdakiem... Aż do tamtej strasznej nocy... 

Zaklął  w  duchu.  Tu  w  Spitalfields  koszmary  z  przeszłości  przybierały  wyjątkowo 

wyraźną postać. Musiał się stąd jak najszybciej wynieść. 

Tymczasem jednak miał się zająć Johnnym. 
–  Może i umiesz kraść, ale chyba stać cię na coś lepszego. 
Johnny uśmiechnął się po raz pierwszy, odkąd weszli na górę. 
–  Naprawdę tak pan myśli? 
–  Oczywiście. Spróbuję cię nauczyć. 
–  Jak  zostać  paserem?  –  spytał  chłopiec  z  błyszczącymi  oczyma.  –  To  byłoby 

świetnie, bo tak naprawdę to paserzy zbijają majątki, nie złodzieje. 

–  Nie – syknął Morgan przez zaciśnięte zęby. – Opowiem ci, jak się żyje na mo-

rzu. 

–  Mam zostać marynarzem? To strasznie ciężki los. Jeszcze gorszy od życia zło-

dzieja. 

–  Ale przynajmniej cię nie powieszą. To dobry, uczciwy zawód. Bardzo ekscytują-

cy. Mogę ci się nawet kiedyś wystarać o stanowisko kadeta marynarki. 

Johnny zrobił sceptyczną minę. 
–  Oni chyba nie zechcą takiego kadeta. Nawet ja to wiem. To dla szlachty i dżen-

telmenów z przyzwoitych rodzin, a teraz, kiedy skończyła się wojna... 

–  Pozwól, że ja już się o to będę martwił. Ty słuchaj uważnie moich wskazówek, 

pracuj ciężko i zobaczysz, że znajdę ci zajęcie, dzięki któremu nie będziesz się musiał 
co  chwila  rozglądać,  czy  nie  ściga  cię  policja.  –  Przerwał  na  chwilę.  –  Nie  pomogę  ci 
jednak, jeżeli nie będziesz przestrzegał moich zasad. Dasz radę? 

Johnny zawahał się i rozejrzał po pokoju. Morgan czytał w jego myślach. Było tu 

ciepło  i  sucho,  chłopiec  miał  dla  siebie  sporo  miejsca.  Miałby  tak  wygodne,  obszerne 
schronienie po raz pierwszy w życiu. Wyraźnie ważył coś w myślach, potem się wypro-
stował i popatrzył Morganowi prosto w oczy. 

–  Tak, sir. Postaram się. 
–  To dobrze – odparł Morgan z uśmiechem. 
Teraz miał pomocnika, posłańca i służącego w jednej osobie. Wciąż jednak nie wie-

dział, co, u diabła, z nim zrobić. 

background image

89 

Rozdział 10 

 

Obawiam się, że niektórzy, z sobie tylko znanych powodów, 

zbyt często przymykają oczy na przestępstwa, 

co – w najlepszym wypadku – ma nieprzyjemne konsekwencje. 

Procesy młodocianych 

R. Johnson 

 

Clara  bywała  w  ruchliwym  komisariacie  przy  Lambeth  Street,  lecz  nigdy  w  tak 

ważnych sprawach. Po dwóch dniach bezowocnych nadziei na to, że Johnny odzyska 
rozum lub że Morgan się wreszcie chłopcem znudzi, chwyciła się rozwiązania ostatecz-
nego: postanowiła donieść na kapitana. 

Czekając na swoją kolej, próbowała nie myśleć o Morganie przed sądem, o Morga-

nie skutym łańcuchem i jej nienawidzącym. Próbowała nie pamiętać doniesień Samu-
ela o tym, jak to pan Pryce świetnie zajmuje się Johnnym. 

Co z tego, że nauczył chłopca paru praktycznych umiejętności? Chciał po prostu, 

by Johnny był dla niego bardziej użyteczny niż zwykły kieszonkowiec. I czy miał zna-
czenie fakt, że ponoć zabronił mu kraść? Oczywiście, że nie. 

Przecież  nie  mógł  powiedzieć  Samuelowi  nic  innego,  wiedząc,  że  służący  zrelacjo-

nuje jej dokładnie zastaną sytuację. Nie, wszelkie przejawy dobroci, jakie Morgan oka-
zywał Johnny'emu, miały jedynie za zadanie uśpić jej czujność. 

Musiała  pamiętać  o  twarzy  Lucy,  na  której  malowało  się  głębokie  poczucie  winy. 

Gdy biedna dziewczyna dowiedziała się, gdzie jest jej brat, poszła do sklepu Morgana i 
zaczęła błagać Johnny'ego, by zamieszkał z nią w gospodzie. Chłopak jednak katego-
rycznie  odrzucił  tę  propozycję.  Powiedział  siostrze,  że  dobrze  mu  u  Morgana  i  że  nie 
chce się przeprowadzać. Pełna wyrzutów sumienia Lucy zwróciła się do Clary, lecz ta 
nie miała wpływu na decyzję chłopca, który nie słuchał głosu rozsądku. 

Teraz więc pozostało tylko to jedno wyjście i Clara zamierzała z niego skorzystać, 

niezależnie  od  tego,  co  miałoby  to  oznaczać  dla  Morgana.  W  końcu  nigdy  nie  zaprze-
czył,  że  jest  paserem.  Znał  konsekwencje  tego  zajęcia.  Clara  stworzyła  mu  mnóstwo 
szans na to, by je porzucił, lecz on jej nie słuchał. Dlatego teraz musiała sprowadzić go 
na ziemię. 

Pod warunkiem, że sędzia potraktuje jej skargę poważnie. Co wcale nie było pew-

ne. 

–  Wysoki  sąd  zaraz  panią  przyjmie  –  powiedział  urzędnik  i  poprowadził  ją  wą-

skim korytarzem do zatłoczonego biura. Wysoki sąd, czyli Elijah Hornbuckle, siedział 
za biurkiem i przeglądał stos papierów. Obwisłe policzki, wydatne wargi i przebarwie-
nia na skórze nadawały mu wygląd ropuchy – w peruce i okularach. Na szczęście dzię-
ki eleganckiemu ubiorowi sędzia, mimo nieprzyjemnego oblicza, wyglądał jak dżentel-

background image

90 

men. Niestety, postawny mężczyzna stojący obok niego, choć niewątpliwie przystojny, 
zdawał  się  mieć  w  pogardzie  porządny  strój.  Świadczyły  o  tym:  przekrzywiony  fular, 
przybrudzone  mankiety  koszuli  i  źle  skrojony  surdut.  Łysina  na  czubku  głowy  i 
zmarszczki na twarzy pozwalały się domyślać, że mężczyzna skończył już dawno czter-
dzieści  lat.  Pan  Hornbuckle  przedstawił  go  jako  Rodneya  Fitcha,  oficera  policji.  Tak 
zatem  wyglądał  pan  Fitch,  narzeczony  Lucy.  Boże,  ta  dziewczyna  musiała  być  chyba 
ślepa, skoro wolała tego policjanta od Samuela. 

–  Pani skargą zajmie się pan Fitch – powiedział sędzia, wskazując Clarze krzesło, 

na którym posłusznie usiadła. 

Policjant ukłonił się znacznie niżej niż należało. 
–  Do usług, panienko... to znaczy chciałem powiedzieć, wasza miłość.... zaraz... 

milady. Milady, prawda? 

–  Owszem – mruknęła Clara, tłumiąc jęk. Sprawy przybrały fatalny obrót. 
Nawet  w  mniej  wątpliwych  okolicznościach  z  pewnością  zakwestionowałaby  kom-

petencje  Fitcha,  ale  w  tej  szczególnej  sytuacji  sprawa  wyglądała  jeszcze  gorzej.  Jeśli 
Lucy miała jakikolwiek wpływ na tego człowieka, z pewnością zadba o to, by nie oskar-
żył Morgana, gdyż ten udzielił schronienia jej bratu. I Morgan znów ujdzie sprawiedli-
wości. 

Clara  nie  mogła  jednak  przedstawić  swojej  skargi,  nie  mieszając  w  sprawę  John-

ny'ego,  a  tego  absolutnie  nie  chciała  robić.  Była  już  niemal  pewna,  że  jej  wizyta  jest 
daremna. 

Sędzia rozparł się wygodnie na krześle i skrzyżował ręce na brzuchu. 
–  Podobno chce pani złożyć doniesienie na jakąś podejrzaną osobę. 
–  Tak. – Clara szybko opisała Morgana i jego sklep. 
Pan Hornbuckle nie wykazał szczególnego zainteresowania skargą. Fitch wyjął jed-

nak notes i zaczął starannie spisywać jej słowa. 

Gdy skończyła, pan Hornbuckle spytał: 
–  Ma pani jakieś dowody? 
–  Słucham? 
–  Dowody. – Strzelił niecierpliwie palcami. – Proszę o dowody. 
–  Już mówiłam. Znany kieszonkowiec sprzedał kapitanowi Pryce'owi skradziony 

zegarek. 

–  Jak się nazywa kieszonkowiec? Doprowadzimy go na przesłuchanie. 
Pan Fitch patrzył na nią z coraz większym zainteresowaniem. Przełknęła ślinę. 
–  Nie mogę odpowiedzieć. 
–  To znaczy, że pani nie wie? 
Nie chciała kłamać, wzruszyła więc tylko ramionami w nadziei, że pan Hornbuckle 

poprzestanie na tym pytaniu. 

–  Dobrze, mamy zatem podejrzanego kieszonkowca... 
–  Znanego kieszonkowca – poprawiła Clara. 
Łypnął na nią zza okularów. 

background image

91 

–  Nie może być znany, skoro nie potrafi pani podać jego nazwiska. Co jeszcze? 
Zamrugała. 
–  To znaczy? 
–  Inne dowody? Czy była pani świadkiem sprzedaży lub kupna innych towarów? 
Wysunęła dumnie podbródek. 
–  Nie przebywałam w tym sklepie przez cały dzień. Przecież śledztwo ma prowa-

dzić pan Fitch. 

Fitch pokręcił lekko głową, dając wyraźnie Clarze do zrozumienia, że wkroczyła na 

grząski grunt, ale było już za późno. 

Sędzia nadął się jak ropucha. 
–  Lady Claro, z całym szacunkiem, do tego gabinetu przychodzą ludzie z dowo-

dami, poważnymi dowodami na popełnienie różnych przestępstw, w tym również kra-
dzieży. A my ledwo mamy czas, by zbadać te sprawy. Nie możemy pozwolić sobie na to, 
by  słuchać  każdej  plotki.  Proszę  wrócić  z  dowodami.  Wtedy  znów  panią  przyjmę.  – 
Podniósł się z krzesła i wskazał dłonią drzwi. – Żegnam panią. 

Clara również wstała, oburzona taką odprawą. 
–  Przecież ten człowiek pracuje dla Spectera! 
Fitch zamrugał, Hornbuckle popatrzył na nią krzywo, a potem mężczyźni wymienili 

spojrzenia. 

–  Na pewno? – warknął sędzia. – Skąd pani wie? 
–  Powiedział... – przerwała, gdyż uświadomiła sobie nagle, że musiałaby wyjawić 

sędziemu swoją znajomość z Morganem, co z pewnością nie pomogłoby Johnny'emu. – 
Słyszałam o tym od kilku osób. Mówili, że Pryce pracuje dla Spectera. Lub przynajm-
niej miał taki zamiar. 

–  To są dwie różne sprawy – powiedział Hornbuckle. – A plotki to nie dowody... 
–  Tak czy inaczej, panie sędzio, mogę się trochę tam pokręcić – mruknął Fitch. – 

No  bo  jeżeli  chodzi  o  Spectera,  to  może  warto  –  dodał  niepewnie,  spiorunowany  jego 
spojrzeniem. 

–  Sam  zdecyduję,  która  sprawa  wymaga  śledztwa  –  warknął  Hornbuckle.  –  Nie 

będę marnował waszego czasu na plotki i spekulacje. 

–  To znaczy, że pan odmawia? – spytała z niedowierzaniem Clara. 
–  Tego nie powiedziałem. Skonsultuję sprawę z moimi przełożonymi i jeśli wyrażą 

zgodę... 

–  Kto jest pańskim przełożonym? – spytała, nie chcąc pozostawiać sprawy w rę-

kach człowieka, który ją lekceważył. 

Zasznurował usta. 
–  Działam pod auspicjami Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. 
–  I komu zdaje pan raporty? 
Wyglądał, jakby nie zamierzał odpowiadać, lecz nie mógł obrazić takiej damy. 
–  Lordowi Ravenswood, milady. 
–  Dziękuję. Porozmawiam zatem sama z lordem Ravenswood. 

background image

92 

Odwróciła się na pięcie i ruszyła do wyjścia. 
–  On powie pani to samo! – zawołał za nią Hornbuckle. – Musi pani mieć dowo-

dy, milady! Dowody! 

–  Chcę to usłyszeć z jego ust. 
Wyszła szybko z komisariatu. Zależało jej wyłącznie na śledztwie. A sędzia zacho-

wywał się tak, jakby robił jej wielką łaskę, a nie spełniał podstawowy obowiązek stróża 
prawa. 

Dobrze,  uda  się  zatem  do  jego  przełożonego.  Znała  lorda  Ravenswooda  z  przyjęć, 

wydawał się człowiekiem honoru. Zamierzała nawet zabrać do niego Lucy, gdyby oka-
zało się to niezbędne. 

Znajdowała  się  właśnie  w  odległości  jednej  przecznicy  od  Lambeth  Street  Office, 

gdy usłyszała wołanie: 

–  Milady, proszę zaczekać! 
Zatrzymała się i zobaczyła, że biegnie za nią pan Fitch. Po chwili stanął u jej boku, 

oddychając dość ciężko jak na mężczyznę w swoim wieku. 

–  Chciałem z panią porozmawiać – wysapał. 
–  O czym? 
Jeszcze przez chwilę łapał powietrze, w końcu wyprostował się jednak. 
–  Tak  sobie  myślę...  to  znaczy...  przypuszczam,  że  ten  kieszonkowiec,  o  którym 

pani mówiła, jest chyba krewnym mojej znajomej. 

–  Być może – odparła krótko, ciekawa, jak przebiegnie dalsza rozmowa. 
–  Podobno tenże włamywacz przebywa obecnie w mieszkaniu pasera, na którego 

złożyła pani skargę. 

Zacięła usta. Plotki rozprzestrzeniały się naprawdę błyskawicznie. 
–  Jeśli mówimy o tej samej osobie, to chyba rzeczywiście ma pan rację. 
–  No cóż, w takim razie... milady... Zastanawiałem się właśnie, czy jej lordowska 

mość przypadkiem nie wie, dlaczego ten chłopiec nawiązał kontakt z kapitanem Mor-
ganem Pryce. 

Uniosła brwi. 
–  A  ja  jestem  bardzo  ciekawa,  dlaczego  tak  bardzo  się  pan  interesuje  krewnym 

pańskiej znajomej. 

Pan Fitch wzruszył ramionami. 
–  Mówię o jego siostrze, jak się pani zapewne domyśla. Od czasu do czasu się z 

nią  umawiam.  Ale  nie  mogę  pozwolić  sobie  na  to,  by  ktokolwiek,  a  zwłaszcza  pan 
Hornbuckle, sądził, że się zadaję z kryminalistami. Zwłaszcza jeśli ma pani rację co do 
tego Pryce'a. 

Boże, jak miała mu na to odpowiedzieć. Nie chciała niszczyć szans Lucy na lepsze 

życie, ale pan Fitch z pewnością nie był dla niej odpowiednim mężczyzną. 

–  Z tego, co wiem, ten kieszonkowiec mieszka u pana Pryce'a, ale dla niego nie 

kradnie. 

Odniosła wrażenie, że mężczyzna szybko wyciągnął wnioski. 

background image

93 

–  Jeśli się zatem pani nie myli, sprawa nie wygląda tak źle, prawda? 
–  Nie tak źle. 
Skinął głową. 
–  Dziękuję, milady. 
Odwrócił się i poczłapał z powrotem w stronę budynku komendy. 
Patrzyła za nim długo. Jak, na Boga, ten człowiek został oficerem policji? Poza tą 

jednak  chwilą,  gdy  Clara  odniosła  wrażenie,  że  Fitch  szybko  kojarzy  fakty,  sprawiał 
wrażenie  kompletnego  fajtłapy.  Nawet  nie  próbował  zakwestionować  decyzji  sędziego. 
Bardziej dbał o własną reputację niż o los „krewnego znajomej”. 

–  Stać cię na więcej, Lucy – powiedziała Clara na głos. 
Nie był to jednak jej problem, musiała przede wszystkim powstrzymać Morgana, a 

to oznaczało kolejną wizytę w ministerstwie. 

 
Następnego ranka w alejce obok sklepu Morgan demonstrował właśnie Samuelowi, 

jak ukryć nóż, by nikt go nie znalazł, gdy do sklepu wszedł bocznym wejściem Johnny, 
ciągnąc za sobą starszego chłopca. 

–  On chce z panem rozmawiać, kapitanie. 
Morgan natychmiast rozpoznał posłańca Ravenswooda. 
–  Dzięki, Johnny. 
Widząc jednak, że chłopak nie rusza się z miejsca, jakby chciał poznać wszystkie 

szczegóły, Morgan łypnął na niego groźnie. 

–  Czy ja ci nie mówiłem, że nie wolno zostawiać sklepu bez dozoru? 
 Johnny stłumił przekleństwo i wyszedł. Wtedy Morgan przeprosił Samuela i odda-

lił się ze swym gościem za róg ulicy. 

–  Wybacz, Bill, ale będziesz musiał przyjechać jeszcze raz. Kompletnie zapomnia-

łem o sprawozdaniu. 

–  Ale ja nie przyszedłem po sprawozdanie. Nasz wspólny znajomy mnie przysłał. 

Musi z panem porozmawiać. Dziś, na balu u lorda Merringtona. On się tam wybiera i 
chce, żeby pan też przyszedł. 

Bal? 
–  Nie możemy się spotkać prywatnie? 
–  Nie ma czasu. Mam panu przypomnieć, że na balu nikt z wyższych sfer pana 

nie rozpozna. 

Z  wyjątkiem  lady  Clary.  Nie...  niemożliwe.  Ravenswood  już  nadmienił,  że  Clara 

rzadko  bywa  w  towarzystwie,  interesowały  ją  wyłącznie  imprezy  dobroczynne.  Bal  u 
Merringtona nie był dobrą okazją do zbierania funduszy. Odbywały się tam raczej mał-
żeńskie targi. A takich ponoć unikała, toteż Morgan mógł się czuć bezpieczny. 

–  Czy mam przekazać jego lordowskiej mości, że pan przyjdzie? 
Morgan  wciąż  się  wahał.  Właśnie  mijał  tydzień  od  jego  spotkania  ze  Specterem. 

Ten łajdak czekał na jego odpowiedź. Z drugiej strony może lepiej by było na niego nie 

background image

94 

czekać. Z wściekłości mógł popełnić jakiś błąd. Poza tym Morgan nie chciał, by Specter 
pomyślał, że się go boi. 

–  Tak, przyjdę. Przekażę mu wtedy również swoje sprawozdanie. – Widząc, że po-

słaniec  zbiera  się  do  odejścia,  powstrzymał  go.  –  Powiedział,  o  co  w  tym  wszystkim 
chodzi? 

–  Wspomniał tylko, że wynikły pewne komplikacje, o których musisz wiedzieć. 
 Intrygujące. 
–  Dziękuję, Bill. 
Po rozstaniu z Billem Morgan wrócił do Samuela. Musiał się przebrać w kamienicy 

brata, swoim jedynym prawdziwym domu w Londynie. Nie miał tam jednak stroju sto-
sownego na bal. Poza tym pozostawał problem, co z zrobić z Johnnym. Nie mógł prze-
cież zostawić chłopca na pastwę Spectera. 

Uśmiechnął  się  do  siebie.  Minęło  zaledwie  parę  dni,  a  wykształcenie  chłopca  na-

brało dla niego takiego samego znaczenia jak poranne lekcje z Samuelem i paserstwo. 
Prawdę mówiąc, rozumiał teraz doskonale, dlaczego Clara tak bardzo dbała o tego ma-
łego. Johnny miał bystry umysł i zręczne ruchy. Gdy przestawał udawać, że na niczym 
mu nie zależy, był nawet pracowity. Morgan nabierał przekonania, że dzięki odpowied-
nim  znajomościom  załatwi  mu  miejsce  na  statku,  i  że  chłopak  nie  zmarnuje  swojej 
szansy. O ile oczywiście pohamuje skłonność do lekceważenia autorytetów. 

Samuel podniósł na niego wzrok. 
–  Wszystko w porządku, kapitanie? 
–  Tak. – Morgan patrzył na niego przez chwilę. – Potrzebuję przysługi. 
–  Postaram się panu pomóc, sir. Jeśli jednak chodzi o milady... 
–  Nie, o Johnny'ego. Muszę dziś wieczorem wyjść i wolę, żeby w tym czasie ktoś 

go pilnował. Możesz go gdzieś zabrać? 

Samuel podrapał się w zamyśleniu po policzku. 
–  Może zanocować w pokoju dla służby w Stanbourne. Jak najdłużej zostałby ze 

mną, a potem po cichu zakradłby się do służbówek. Jeśli to tylko na jedną noc. 

–  Tak, tylko na jedną. Rano przyprowadziłbyś go z powrotem, 
–  Jeśli pan się martwi, że pod pana nieobecność może coś ukraść, to chyba nie-

potrzebnie. 

–  Nie o to chodzi. Nie chcę zostawiać go samego. 
–  Dlaczego? – odezwał się nieśmiały głos zza pleców Morgana. 
Mężczyzna odwrócił się. W drzwiach stał Johnny. W jego oczach malował się smu-

tek i żal. 

–  Miałeś pilnować sklepu – powiedział Morgan. 
–  Przecież się staram, prawda? Ciężko pracuję i... 
Samuel chrząknął lekko. 
–  Mógłbym zostać z nim tutaj.  
–  Nie. 
Jeszcze by tego brakowało, by naraził obu na spotkanie ze Specterem. 

background image

95 

–  Nie chcę, by którykolwiek z was się tu dzisiaj kręcił. Jasne?  
Obaj zwiesili głowy. 
Tak to już bywa, gdy człowiek zadaje się z cywilami. Nie słuchają rozkazów i obra-

żają się, gdy nie rozumieją sensu poleceń. 

–  Będziecie musieli mi zaufać. Mam swoje powody. – Morgan spuścił nieco z to-

nu.  –  Musicie  mnie  obaj  posłuchać.  To  ważne.  –  Wyjął  gwineę  i  rzucił  Johnny'emu, 
który zręcznie chwycił monetę w powietrzu i popatrzył na Morgana okrągłymi ze zdu-
mienia oczami. – Idźcie obejrzeć walkę kogutów albo bokserską, albo jeszcze coś inne-
go. Zjedzcie i wypijcie coś dobrego. Trzymajcie się jednak aż do jutra z daleka od skle-
pu. 

Obaj jednocześnie się uśmiechnęli. Zadziwiające, jakie cuda może zdziałać gwinea, 

pomyślał Morgan. Wszelkie obiekcje kieszonkowców ulotniły się jak kamfora. 

Gdy  Pryce  wreszcie  odprawił  ich  obu  wczesnym  wieczorem,  od  razu  poszedł  do 

domu brata. Wyczuł, że coś jest nie tak, już w chwili, gdy wszedł do środka i kamerdy-
ner nazwał go omyłkowo milordem. Sebastian mylił braci tylko wtedy, gdy był bardzo 
zdenerwowany. 

Niech to diabli! 
–  Morgan, to ty? – krzyknęła jego szwagierka, wychodząc z salonu. Na widok go-

ścia  uśmiechnęła  się  radośnie.  –  Tak,  to  naprawdę  ty!  Jak  dobrze  cię  widzieć!  Seba-
stian tak się zmartwił, gdy po powrocie nie zastał cię w rezydencji. 

Przytuliła  go  na  powitanie  i  dopiero  po  chwili  zwróciła  uwagę  na  jego  niechlujny 

strój. Odsunęła go na odległość ramienia i obejrzała dokładnie od stóp do głów. 

–  Co ty masz na sobie? Wyglądasz jak włóczęga. A ja... no...  
Przymrużyła oczy. 
–  Chyba nie narobiłeś sobie znowu kłopotów. Warunki naszego zakładu... 
–  Pamiętam, nie bój się. – Po prostu się do nich nie stosował. Popatrzył na nią z 

uśmiechem. – Mój ubiór nie ma nic wspólnego z naszą umową. 

–  Morgan pracuje dla Domu Poprawczego dla Kieszonkowców – odezwał się głos 

znany mu niemal tak dobrze jak własny. Sebastian wszedł do holu, patrząc na brata 
uważnie i nieco podejrzliwie. – Tak przynajmniej twierdzi Ravenswood. 

–  Rozmawiałeś z Ravenswoodem? – spytał Morgan. 
Czyżby właśnie o tę komplikację chodziło? Chyba nie, Ravenswood nie dbał zupeł-

nie o to, czy Sebastian wie cokolwiek na temat planów brata. 

–  Widziałem się dziś rano z twoim przyjacielem – przyznał Sebastian. – Kiedy nie 

wróciłeś na noc do domu i służący przyznali, że tu nie sypiasz, pomyślałem, że będzie 
znał przyczyny takiego stanu rzeczy. 

Morgan  nie  chciał  kłamać,  lecz  prawda  popsułaby  ich  braterskie  stosunki,  czego 

by nie zniósł. Dlatego postanowił nadal udzielać wymijających odpowiedzi. 

–  Sypiam  w  Spitalfields.  Lady  Clara,  ta  dama,  która  prowadzi  Dom  Poprawczy, 

ma ostatnio kłopoty z miejscowymi, toteż zaproponowałem jej ochronę. – Każde wypo-

background image

96 

wiedziane przez niego słowo było prawdą, nawet gdyby zrozumieli je inaczej niż sobie 
życzył. 

–  Och, Morganie, to naprawdę niezwykle uprzejme z twojej strony! – powiedziała 

Juliet z takim zachwytem, że natychmiast poczuł się winny. – Spać w Domu Popraw-
czym zamiast we własnej sypialni... 

–  Owszem  –  wtrącił  Sebastian,  unosząc  wysoko  brwi.  –  Postąpiłeś  naprawdę 

bardzo szlachetnie. 

–  Mówisz oczywiście o Clarze Stanbourne – paplała dalej Juliet. – Spotkałam ją 

podczas debiutu, ale ta dama rzadko bywa w towarzystwie. 

–  To prawda. 
–  Ja chyba w ogóle nie miałem okazji jej poznać – mruknął Sebastian. 
–  Sądząc po tym, że nie pomyliła mnie z tobą podczas naszego pierwszego spo-

tkania, wnioskuję, że istotnie się nie znacie – odparł sucho Morgan. 

–  Oczywiście, że jej nie znasz – wtrąciła szybko Juliet. – Bywasz w towarzystwie 

równie rzadko jak ona. Jakim cudem moglibyście się poznać? – Popatrzyła chytrze na 
Morgana. – Powiedz, czy ona jest nadal niezamężna? 

Znał to spojrzenie. 
–  Proszę sobie nic nie wyobrażać, Pani Swatko. Pomagam jej, to wszystko. 
–  Ja tylko pytałam, czy... 
–  Wiem, o co pytałaś, ma petite, ale to się nie zdarzy. 
Zupełnie bez ostrzeżenia stanął mu przed oczami pewien obraz. Clara w nawie ko-

ścielnej,  otulona  w  biel,  z  aureolą  z  kwiatów  jabłoni  nad  głową.  A  w  noc  poślubną 
odziana w cieniutki muślin, prowokująca męża krągłościami, które on może bezkarnie 
pieścić. 

Poczuł przyspieszony puls i natychmiast przestał o tym myśleć. Niech diabli porwą 

Juliet i jej wizje. Pora zmienić temat. 

–  Macie coś do jedzenia? Poszczę od śniadania i umieram z głodu. 
Pół godziny później siedzieli już w kuchni. Sebastian i Juliet patrzyli uważnie, jak 

Morgan pożera wołowinę na zimno z ogórkami, popijając ją piwem. 

–  Co zatem robisz w tym Domu Poprawczym? – spytał Sebastian. 
Sacrebleu. Nie mógł nie skłamać. 
–  Uczę tych chłopców marynarskich umiejętności, jak wiązać węzły, odczytywać 

kompas... tego rodzaju rzeczy.  

–  I lady Clara nie ma nic przeciwko temu, że tam nocujesz? 
–  Ona tam nie mieszka. Domu pilnuje gospodyni. 
–  Ach, tak... – Juliet była wyraźnie rozczarowana. – Musisz dzisiaj wrócić? 
–  W zasadzie nie. Wybieram się do Merrington Hall. 
–  Wspaniale!  My  też!  Sebastian  początkowo  nie  miał  ochoty,  wiesz  przecież,  jak 

nie znosi takich przyjęć, ale ja chcę potańczyć, więc mnie zabierze. 

Morgan z trudem stłumił jęk. Tak więc spotkają się tam wszyscy, a Juliet nie prze-

stanie  dociekać,  dlaczego  Morgan  rozmawia  na  osobności  z  Ravenswoodem.  No  tak, 

background image

97 

ten drań specjalnie wyznaczył mu spotkanie na balu po rozmowie z Sebastianem, któ-
ry  pewnie  napomknął  coś  na  ten  temat  żonie.  Zerknął  na  brata  pogrążonego  w  my-
ślach. 

–  Wiesz, może poszedłbyś z Juliet... – odezwał się Sebastian. – Wtedy ja już bym 

nie musiał. Skoro i tak się wybierasz... 

–  Och nie, Panie Domatorze – zaprotestowała młoda dama. – Kiedy mówiłam, że 

mam  ochotę  potańczyć,  chodziło  mi  o  ciebie.  –  Popatrzyła  z  przepraszającym  uśmie-
chem na Morgana. – Bez urazy... 

–  Nie  gniewam  się  –  odparł  z  uśmiechem.  Czasem  zazdrościł  Sebastianowi.  Nie 

chodziło  o  to,  że  sam  miałby  ochotę  prowadzić  takie  życie.  Od  czasu  do  czasu  zasta-
nawiał się po prostu, jak to jest mieć u swego boku kochającą kobietę, przedkładać jej 
życzenia  ponad  wszystko,  cieszyć  się  jej towarzystwem...  Zapewne  te  próżne  docieka-
nia  miały  mu  towarzyszyć  do  końca  życia.  Kobiety  takie  jak  Juliet  i  Clara  pragnęły 
mężczyzn, którzy planowali się ustatkować i założyć rodziny. A Morgan do nich nie na-
leżał. 

–  Dlaczego w ogóle się wybierasz na ten bal? – spytał Sebastian. – Przecież wiesz, 

że to targi matrymonialne. 

–  Właśnie dlatego – odparła za niego Juliet. – Morgan chce potańczyć z porząd-

nymi kobietami. 

Chciał  protestować,  ale  doszedł  do  wniosku,  że  woli,  by  szwagierka  tak  właśnie 

myślała. Dzięki temu nie musiał już nic więcej tłumaczyć. 

–  Czytasz w moich myślach – odparł gładko. 
Jej oczy rozbłysły. 
–  A jeśli znajdzie się tam lady Clara w swojej najpiękniejszej sukni i wyrazi ocho-

tę, by zatańczyć z eleganckim mężczyzną, nie odmówisz, prawda? 

Ta wizja była tak daleka od prawdy, że wybuchnął śmiechem. 
–  Koniecznie chcesz mnie zobaczyć z żoną u boku. 
–  Koniecznie chcę, żebyś żył i mieszkał tutaj przynajmniej przez chwilę, aby na-

sze dzieci miały wujka. Jeśli, by to osiągnąć, trzeba cię ożenić, to tak, chcę cię widzieć 
w małżeńskim stanie. 

Oprzytomniał, gdyż przypomniał sobie właśnie, że nie szuka żony, a już z pewno-

ścią nie chce się żenić z lady Clarą. 

–  W takim razie czeka cię chyba wielki zawód. Lady Clara Stanbourne jest ostat-

nią kobietą na świecie, która by za mnie wyszła. 

W chwili, gdy wypowiedział te słowa, natychmiast zrozumiał swój błąd. Przecież nie 

chciał powiedzieć, że to Clara nie wyszłaby za niego za mąż. To on jej nie chciał. A są-
dząc po współczującym spojrzeniu Juliet, potraktowała jego słowa bardzo poważnie. 

Zamierzał coś jeszcze dodać, ale zrezygnował. Juliet, która przecież nawet nie wi-

działa ich razem, uznała natychmiast, że Morgan czuje do Clary coś, co było wyłącznie 
zwykłą  żądzą.  Zamierzała  zatem  snuć  swoje  fantazje,  co  ułatwiłoby  mu  z  pewnością 
pobyt w Spitalfields w czasie, gdy Sebastian wraz z małżonką przebywali w mieście. 

background image

98 

Juliet wzięła go za rękę. 
–  Nie martw się, Morganie. Wszystko się uda. 
Udał, że smutno się uśmiecha. 
–  Obyś miała rację. 
A potem ku swojej rozpaczy stwierdził, że tym razem wyraził prawdziwe uczucia. 

background image

99 

Rozdział 11 

 

Nie ma namiętności, której zaspokojenie przynosiłoby 

większe upokorzenia niż ta, którą ściąga na człowieka CIEKAWOŚĆ 

Wścibska dziewka ukarana albo o niebezpieczeństwach, 

jakie niesie podsłuchiwanie pod drzwiami 

Anonim 

 
Przedzierając się przez tłum w Merrington Mansion, Clara uznała, że być może po-

pełnia błąd. Gdy wspaniale zestrojona orkiestra już zaczęła grać, poczuła, że nogi sa-
me  się  rwą  do  tańca.  Zapach  szampana  pomieszany  z  wonią  wiosennych  róż  i  bzu 
unoszący się w całym domu uderzył jej do głowy. Gdyby była tu z nią mała Mary, po-
myślałaby niechybnie, że znalazła się na tym balu razem z Kopciuszkiem. 

Och, tak, niemal na pewno popełniała błąd. Nie przyszła tu przecież, żeby tańczyć. 

Chciała przyprzeć do muru lorda Ravenswooda i zmusić do rozmowy. 

Dlaczego, na miłość boską, reagowała w ten sposób na głupi bal? 
Ciotka Verity zwykle musiała ją ciągnąć siłą na takie przyjęcia, a zwykle i tak Clara 

spędzała  większość  czasu  na  przekonywaniu  zamożnych  gości,  by  obiecali  jej  dotację 
na Dom. 

Właśnie to wydawało jej się dziwne. Po raz pierwszy poszła na bal, nie myśląc o do-

tacjach, dzisiaj zamierzała się po prostu dobrze bawić. Chyba tylko w ten sposób po-
trafiła wyjaśnić swoją nagłą potrzebę tańca. Tym lub... 

Nie, nie miało to nic wspólnego z Morganem i niepokojem, o jaki ostatnio ją przy-

prawił. Nie miało to nic wspólnego ze sposobem, w jaki na nią patrzył, nic z żarem bi-
jącym z jego płonących oczu, który wywoływał w jej sercu dziwną tęsknotę.  Tęsknotę 
za przygodą, żarem, który kazał jej wirować, skakać i... Tańczyć. 

Westchnęła. 
Dobrze. Może zatem jej decyzja wiązała się jednak w pewien sposób z Morganem. 

Co nie znaczyło przecież, że musiała zapomnieć o swojej misji. 

–  Popatrz! Lord Winthorp! – wykrzyknęła ciotka Verity, chwiejąc się na obcasach 

w bezskutecznych wysiłkach, by popatrzeć ponad tłumem. – Musimy podejść bliżej! 

Clara  jęknęła  w  duchu.  Tak,  przybycie  na  bal  bez  wątpienia  było  błędem.  Poza 

zgubnym  wpływem,  jaki  wywierała  ta  muzyka  na  nią  i  jej  ciotkę,  odnalezienie  lorda 
Ravenswooda  w  tym  tłoku  wymagałoby  chyba  boskiej  pomocy.  Powinna  była  zmusić 
tego  urzędasa,  by  dopuścił  ją  jednak  przed  oblicze  jego  lordowskiej  mości  podczas 
pierwszej  wizyty.  Lub  też  wczoraj  po  południu,  gdy  wróciła.  Albo  też  dziś  rano, kiedy 
czekała  trzy  godziny  wyłącznie  po  to,  by  się  dowiedzieć,  że  lord  wyszedł  i  Bóg  raczy 
wiedzieć, kiedy wróci. 

background image

100 

Rzecz  jasna,  nic  prócz  pistoletu  przyłożonego  do  skroni  nie  powstrzymałoby  tego 

okropnego człowieka przed wypełnianiem obowiązków, które polegały między innym na 
tym, by utrzymać Clarę z dala od lorda. 

–  Chodź.  –  Ciotka  pociągnęła  ją  za  rękę.  –  Musimy  porozmawiać  z  lordem  Win-

thorpem. Byłoby niegrzecznie się z nim nie przywitać. 

Clara przewróciła oczami, ale poszła posłusznie za ciotką. 
–  Wiesz – mruknęła – zaczynam myśleć, że ty sama powinnaś za niego wyjść. Ile 

on  ma  dzieci?  Pięcioro?  No  pomyśl  tylko,  psy  przecież  byłyby  zachwycone  faktem,  że 
mogą za jednym zamachem zniewolić całą rodzinę. A Księżna wykryłaby od razu wady 
charakteru u wszystkich przyjaciół chłopców, nie wspominając już o tym, że przegoni-
łaby na cztery wiatry adoratorów dziewcząt. 

–  Nie bądź niemądra. – Ciotka parła naprzód z niezwykłą energią. – Jego lordow-

ska mość jest o piętnaście lat ode mnie młodszy. Po co mu taka starsza pani? 

–  A ja mam dziesięć lat mniej. Dlaczego miałabym za niego wyjść?  
–  Cicho – syknęła ciotka. – Jeszcze cię usłyszy. 
Czyżby  naprawdę  znalazły  się  tak  blisko?  Clara  postanowiła  uciec  przy  pierwszej 

okazji. Ukradkiem odsunęła się od ciotki. Za późno. 

–  Dobry  wieczór,  lady  Claro  –  powiedział  śpiewnym  głosem  lord  Winthorp.  – 

Wspaniale, że mogły panie przybyć na bal. 

Po chwili Clara stała już niemal nos w nos z lordem Nudziarzem. 
–  Och, cóż za niespodzianka! Biorąc pod uwagę, jak bardzo pan nie lubi frywol-

nych zabaw, zupełnie się pana tu nie spodziewałam – zawołała. 

Lord Winthorp zmusił się do uśmiechu, co nadało jego zwykle ponurej twarzy nie-

naturalny wyraz. 

–  Od czasu do czasu bal lub przyjęcie działają na mnie odświeżająco. W zasadzie 

miałem panią zaprosić do następnego tańca. 

Aż dziwne, że propozycja ze strony nieodpowiedniego mężczyzny zabiła w niej na-

tychmiast wszelką ochotę do tańca. Jednak poszukiwanie lorda Ravenswooda w takim 
tłumie nie miało żadnego sensu. Może wirowanie po sali okaże się bardziej skuteczne? 
I  stworzy  szansę,  by  raz  na  zawsze  odstraszyć  od  siebie  lorda  Winthorpa?  Dlatego 
przyjęła zaproszenie i – odprowadzana promiennym spojrzeniem ciotki – pozwoliła się 
zaprowadzić na parkiet. 

Rzecz jasna, umiejętności taneczne lorda pozostawiały wiele do życzenia; nie raz i 

nie dwa powiódł ją podczas obrotu w odwrotnym kierunku. Znany był o wiele bardziej 
ze skąpstwa i pogardy dla klas niższych niż z tańca, gry w karty, czy szalonych wieczo-
rów w gospodach. Nadawał się na idealnego męża dla dziewczyny, która marzy wyłącz-
nie o domu pełnym dzieci. Ale nie dla niej. 

–  Co słychać u pani podopiecznych? – spytał po chwili. 
–  Wszystko  w  porządku.  –  Zajęta  wypatrywaniem  Ravenswooda,  nie  zwracała 

szczególnej uwagi na Winthorpa. 

background image

101 

–  To naprawdę szlachetne z pani strony, choć skazane na klęskę. Tacy nigdy się 

nie zmieniają. 

Zacisnęła zęby. Jak ciotka Verity mogła uznać tego człowieka za odpowiedniego dla 

niej kandydata na męża? 

–  Sądzę, że ta praca przygotuje panią jednak dobrze do wychowywania własnych 

dzieci. Rozumiem, że taka jest zresztą pani intencja – dodał, jakby był pewien potwier-
dzenia. 

Clara  popatrzyła  na  niego  zdumiona;  kolejna  figura  w  tańcu  rozdzieliła  ich  na 

chwilę. Czyżby ostatnia uwaga świadczyła o tym, że Winthorp się do niej zaleca? Teraz 
dopiero zrozumiała, dlaczego właściwie chce się z nią ożenić. Pracowała z dziećmi, on 
miał piątkę swoich... Z pewnością uznałby związek z taką kobietą za rozsądny wybór. 

–  Tak – odezwała się Clara, gdy znowu się zeszli. – Chciałabym mieć kiedyś dzie-

ci. Na razie jednak cieszę się bardzo, że pracuję z tymi, które tak bardzo mnie potrze-
bują. A skoro już o tym mowa – dodała, idąc za podszeptem złośliwego duszka – miło 
nam  będzie  skorzystać  z  pomocy  tak  szlachetnego  dżentelmena  jak  pan.  Jeśli  kiedy-
kolwiek  będzie  dysponował  pan  czasem,  będziemy  bardzo  radzi  znaleźć  panu  jakieś 
zajęcie w naszym Domu. 

Na widok jego oburzonej miny zachichotała serdecznie, gdyż kolejna figura tanecz-

na znowu ich od siebie oddaliła. Gdy Clara okrążała swego sąsiada, wypatrzyła wresz-
cie tego, kogo szukała. Lord Ravenswood wychodził właśnie z sali balowej na korytarz 
prowadzący do biblioteki i oranżerii. Wreszcie wpadł w jej pułapkę.  Taniec też się już 
kończył. Wspaniale! 

Kiedy lord Winthorp sprowadzał ją z parkietu, zaczęła się zastanawiać, czy nie bę-

dzie musiała symulować bólu głowy. Jednak samo napomknięcie o ewentualnej pracy 
w Domu wystarczyło, by się błyskawicznie uwolnić od lorda. Mamrocząc coś niewyraź-
nie na temat matki, Winthorp zostawił Clarę pod opieką ciotki i odszedł. 

–  Coś ty powiedziała temu biedakowi? – spytała Verity. 
–  Nie mam pojęcia, o co mu chodzi. Rozmawialiśmy spokojnie na temat Domu... 

Ale,  ale!  Właśnie  widzę  kogoś,  kogo  chciałabym  poprosić  o  wsparcie.  Zaraz  wracam, 
ciociu. 

Już  po  chwili  przebijała  się  przez  tłum  w  kierunku  korytarza,  w  którym  zniknął 

Ravenswood. Zajrzała najpierw do oranżerii, lecz tam znalazła tylko parę młodych lu-
dzi,  którzy  na  jej  widok  podskoczyli  z  miną  winowajców.  Mamrocząc  przeprosiny, 
szubko wycofała się na korytarz. 

Została więc biblioteka, którą lord Merrington zamykał zwykle w trakcie przyjęć w 

trosce o swój bezcenny księgozbiór. Jednak istniała pewna szansa, że tym razem po-
stąpił inaczej. 

Ku jej zdumieniu drzwi ustąpiły – tym razem jednak, pomna na niezręczną sytu-

ację w oranżerii, Clara nie weszła od razu do środka, a tylko tam zajrzała. 

Nie dostrzegła Ravenswooda, lecz była pewna, że gdzieś tu jest. 

background image

102 

Od strony ogromnego wykuszowego okna dobiegł ją szept. Niestety, dwie kolumny 

zasłaniały jej częściowo wnętrze pokoju. 

Jeśli  jego  lordowska  mość  istotnie  tu  był,  z  kim  rozmawiał?  Czy  z  kobietą?  Clara 

mogła wrócić tu później, ale wolała nie tracić szansy, bo nie wiadomo, czy nadarzy się 
następna. Postanowiła, że podejdzie bliżej, i z tym zamiarem wśliznęła się do środka. 

 

*** 

 
Morgan  wyglądał  przez  olbrzymie  okno  na  zaprojektowane  zgodnie  z  najnowszą 

modą ogrody lorda Merringtona. 

Jakiś  młodzieniec  pod  drzewem  wpatrywał  się  zalotnie  w  zawstydzoną  młodą  ko-

bietę  z  wachlarzem.  Morgan  poczuł  ukłucie  zazdrości.  Oboje,  w  przeciwieństwie  do 
niego,  pasowali  do  otoczenia.  A  jego  idealnie  skrojone  ubranie  nie  miało  z  tym  nic 
wspólnego. Cała ta sprawa wytrąciła go z równowagi, nie tylko jednak z uwagi na tych 
wszystkich, pożal się Boże, lordów i damy. Nawet dom go irytował. Aksamitne drape-
rie, wspaniałe dywany... Wszystko to, po pobycie w Spitalfields, wydawało się tak czy-
ste i nieskazitelne, że niemal nierealne. Morgan poczuł się jak paser, którego udawał. 
Prawie zupełnie opuściła go zarazem zwykła pewność siebie. 

–  Sądzisz, że to mądrze wystawiać Spectera do wiatru? – spytał Ravenswood. 
Morgan wrócił myślami do problemów, z którymi tu przyszedł. Ravenswood nie wy-

jawił mu jeszcze, dlaczego tak chętnie przystał na spotkanie. 

–  Jeśli będę się przed nim płaszczył, nigdy go nie przydybię. Mogę go natomiast 

sprowokować, lekceważąc. 

–  Chcesz, żeby cię zabił? 
–  Chyba jeszcze nie wyprowadziłem go z równowagi aż do tego stopnia. – Morgan 

splótł  ramiona.  –  Zresztą  nie  mam  dla  ciebie  dzisiaj  innych  informacji.  Twoja  kolej. 
Powiedz, dlaczego mnie zaciągnąłeś na ten przeklęty bal. 

Ravenswood westchnął ciężko. 
–  Mamy pewien problem związany z lady Clarą... Ona poszła na policję i zażąda-

ła, by rozpoczęto dochodzenie w sprawie twojego sklepu. 

Morgan patrzył przez chwilę z niedowierzaniem. Nie wiedział, czy ma się śmiać, czy 

wybuchnąć z wściekłości. Tak więc Panna Wtrącalska wreszcie doniosła na niego wła-
dzom. 

–  Jesteś pewien? 
–  Oczywiście. Przecież odpowiadam za ten wydział. – Ravenswood wychylił się do 

Morgana.  –  Hornbuckle  twierdzi,  że  robił  wszystko,  by  wycofała  skargę.  Odmówił 
wszczęcia śledztwa bez porozumienia ze mną. Niestety niewiele wskórał. 

–  Nie jestem specjalnie zaskoczony. Co wymyśliła tym razem? 
–  Przyszła do mnie zaraz po wizycie na policji. Wczoraj jeden z moich urzędników 

odprawił ją z kwitkiem, ale jestem przekonany, że ona tak łatwo się nie podda. 

background image

103 

–  Och, z pewnością nie. Przynajmniej nie ta lady Clara, którą ja znam. Chyba że 

różni się znacznie od tej, którą znasz ty. 

–  No już dobrze, dobrze – mruknął Ravenswood. – Myliłem się, mówiąc, że jest z 

tych, co warczą, ale nie gryzą. Naprawdę wytrwała z niej kobieta. Kto by przypuszczał, 
że  posunie  się  aż  tak  daleko?  –  Popatrzył  z  zainteresowaniem  na  Morgana.  –  Ty  się 
jednak chyba tym tak bardzo nie martwisz? 

–  Możliwe, że jej działania obrócą się na moją korzyść. Specter dał mi do zrozu-

mienia, że ma znajomych w policji. Kiedy go spotkam następnym razem, wydedukuję, 
czy  to  prawda  na  podstawie  wzmianki  o  lady  Clarze.  A  jeśli  ma  naprawdę  sługusów 
policji, doniesienie lady Clary utwierdzi go tylko w przekonaniu, że jestem przestępcą. 

–  Co mam powiedzieć sędziemu? 
Morgan nachylił się do Ravenswooda. 
–  Hornbuckle wie, że dla ciebie pracuję? 
–  Wiem tylko ja. 
–  Dlaczego w takim razie odmówił wszczęcia śledztwa? 
–  Chyba  dlatego,  że  lady  Clara  nie  miała  przekonujących  dowodów.  Poza  tym 

twierdzi, że ona coś ukrywa. Osłaniała Johnny'ego... 

–  Dlaczego w takim razie w ogóle z tobą rozmawiał? 
–  Bo  narobiła  zamieszania.  Mimo  że  nie  lubi,  kiedy  wysoko  urodzeni  zaczynają 

mu rozkazywać, nie chciał zlekceważyć jej podejrzeń. A ponieważ służyłeś w marynar-
ce, trudno mu było uwierzyć, że jesteś przestępcą. 

–  Dobrze,  powiedz  panu  Hornbuckle,  by  w  sprawie  dochodzenia  kierował  się 

własnym  zdaniem.  Jeśli  nawet  każe  mnie  śledzić,  nie  wpłynie  to  w  żaden  sposób  na 
moją pracę. Specter i tak znajdzie sposób, by do mnie dotrzeć. A rozwój dochodzenia 
pomoże nam ustalić wobec kogo jest lojalny pan sędzia. Że już nie wspomnę o jego lu-
dziach. 

–  Dobrze, ale muszę cię ostrzec, że Fitch, policjant, którego ma zamiar tam wy-

słać, może być problemem. Choć zachowuje się trochę jak fajtłapa, jest naprawdę bar-
dzo kompetentny. Dzięki nagrodom, które otrzymał za podobne dochodzenia, zgroma-
dził prawdziwą fortunę. 

Oficerowie policji mieli teoretycznie prowadzić wszystkie śledztwa jednakowo, lecz 

w  praktyce,  im  większą  nagrodę  proponowała  osoba  poszkodowana,  tym  staranniej 
badali sprawę. Dobrzy policjanci żyli całkiem przyzwoicie za pieniądze z takich gratyfi-
kacji. 

–  Jeśli  chce  powierzyć  śledztwo  sprawnemu  oficerowi,  to  nie  najgorzej  o  nim 

świadczy. Jakoś sobie poradzę, nie martw się. 

–  A lady Clara? Co mam z nią zrobić? 
–  Rób, co chcesz – uśmiechnął się Morgan. – Na pewno nie mówiłbym jej prawdy, 

gdyż nie wiemy, czy potrafi dochować tajemnicy. Możesz ją zbyć w każdy możliwy spo-
sób.  Muszę  cię  jednak  ostrzec,  że  jest  nie  tylko  bardzo  podejrzliwa,  ale  jeszcze  w  do-
datku sprytna. Nie da się tak łatwo nabrać. 

background image

104 

Ravenswood popatrzył na niego spod zmarszczonych brwi. 
–  Pewnie uważasz, że sobie na to zasłużyłem, umieszczając twój sklep tak blisko 

jej Domu. 

–  Masz rację. I baw się dobrze! 
Ravenswood  prychnął  sarkastycznie.  W  tym  samym  momencie  Morgan  dosłyszał 

jakiś cichy odgłos dochodzący zza słupa. Nie mógł być tego pewien, lecz odniósł wra-
żenie, że ktoś jakby wstrzymał powietrze. Ravenswood najwyraźniej niczego nie słyszał, 
gdyż ruszył do drzwi. 

–  Idziesz, Morgan? 
–  Nie, chcę tu chwilę posiedzieć. Ale ty idź. I poproś Juliet do tańca, dobrze? To 

sprawi jej przyjemność i rozzłości mojego brata. Może nie będą mnie wypytywać, co tu 
robiłem. 

–  Dobrze – odparł ze śmiechem Ravenswood. 
Morgan patrzył za nim przez chwilę; nie udało mu się jednak dostrzec w pomiesz-

czeniu  żadnego  intruza.  Jeśli  ktoś  czaił  się  w  bibliotece,  dobrze  się  schował.  A  może 
mu się tylko wydawało, że coś słyszał. 

Wyjrzał przez okno jakby nigdy nic, lecz cały czas pilnie nasłuchiwał. I kiedy dotarł 

do  niego  cichuteńki  szelest,  ruszył  za  tajemniczym  osobnikiem.  Rozległ  się  krzyk  ko-
biety  i  tupot  bucików  –  Morgan  pochwycił  wścibską  damę,  zanim  zdążyła  dobiec  do 
drzwi. 

Odwrócił ją twarzą do siebie. Lady Clara? Posłała Morganowi słaby uśmiech. 
–  Dobry wieczór. – Cofnęła się, jakby zamierzała uciec, lecz Morgan złapał ją za 

ramię. 

–  Ile słyszałaś? 
–  Nic! Przysięgam! Mówiliście cicho, a nie mogłam podejść bliżej przez te przeklę-

te słupy. 

Miał jej wierzyć? Zerknął na kolumny. Rzeczywiście, były nieco oddalone od miej-

sca, w którym odbyła się narada. A oni przecież szeptali. Przeniósł spojrzenie na Clarę. 

–  Nic? 
Z irytacją pokręciła głową. 
–  Nic, przysięgam. A wierz mi, próbowałam. 
Teraz,  gdy  był  już  pewien,  że  Clara  mówi  prawdę,  rozluźnił  uścisk.  Nie  mógł  się 

jednak zmusić do cofnięcia ręki. Musiał się najpierw przyjrzeć tej odmienionej Clarze. 
Nigdy dotąd nie widział jej w sukni wieczorowej. Nie widział tej cudnej szyi ozdobionej 
perłami,  jedwabistych  włosów  poprzetykanych  wstążkami,  piersi  sterczących  dumnie 
ponad zakładką stanika z głębokim dekoltem. 

Nie zdając sobie sprawy z tego, co robi, przesunął ręce po jej ramionach. Pożerał ją 

wzrokiem, nie mogąc się nadziwić, że skrawek jedwabiu i perły mogą dokonać takich 
cudów. Gdy jednak sięgnął do pereł, kobieta odskoczyła i znalazła się poza zasięgiem 
jego dłoni. 

–  Rozmawiałeś z lordem Ravenswoodem, prawda? – szepnęła. 

background image

105 

Czar prysł. 
–  Nikt cię nie nauczył, że nie wolno szpiegować ludzi? 
–  A ciebie, że nie wolno sprzedawać kradzionych towarów? I przekupywać urzęd-

ników państwowych? I... 

–  Przekupywać  urzędników?  –  przerwał  jej,  zanim  skończyła  wymieniać  wyima-

ginowane zbrodnie. – O czym ty mówisz? 

–  Nie udawaj niewiniątka. A po co miałbyś się z nim spotykać, jak nie po to? 
Zdołał się roześmiać. 
–  No chyba nie mogło to być potajemne spotkanie, skoro nas tak łatwo znalazłaś. 

Zachowalibyśmy przecież więcej ostrożności. 

–  Nie kpij ze mnie. 
–  A ty mnie nie szpieguj! 
–  Nie szpiegowałam! – zaprotestowała i przerwała na chwilę, zdumiona. Morgan 

podszedł do niej bliżej i po raz pierwszy dostrzegła jego strój. – Dlaczego masz na sobie 
takie ubranie? 

–  Jakie? 
Wskazała fular zawiązany w modny sposób, świetnie skrojoną kamizelkę i jedwab-

ne spodnie. 

–  Dżentelmena. 
–  Jestem dżentelmenem. 
–  Jesteś oszustem i łajdakiem, ot co! Przebrałeś się za dżentelmena po to, żeby 

zakraść się na bal i przekupić lorda Ravenswooda. 

–  Nie wiem, skąd ci przychodzą do głowy takie rzeczy – warknął. – Nie przekupy-

wałem  lorda.  Po  prostu  go  tutaj  spotkałem  i  wymieniliśmy  uprzejmości.  Gdybym  za-
mierzał  go  przekupić,  musiałbym  mu  najpierw  opowiedzieć  o...  hmm...  mojej  działal-
ności... a niby dlaczego miałbym to robić? 

Rozważała w skupieniu jego słowa.  Ile czasu mogło jej zająć wykrycie, co go wła-

ściwie  łączy  z  Ravenswoodem?  Musiał  skierować  jej  myśli  w  inną  stronę.  Uniosła 
dumnie podbródek. 

–  Skoro spotkałeś lorda przypadkiem, to po co tu przyszedłeś? 
Ogarnęła go nagle ochota, by z niej zakpić. 
–  A jak myślisz? – Zatoczył dłonią koło. – Lord Merrington jest właścicielem wielu 

pięknych  i  cennych  przedmiotów.  Zna  się  świetnie  na  porcelanie,  kolekcjonuje  naj-
piękniejsze srebra, jakie miałem okazję oglądać. Sam jego Rembrandt musi być wart... 

–  Nie ośmieliłbyś się! – wykrzyknęła Clara z przerażeniem. – Jesteś paserem, nie 

złodziejem! 

–  To  prawda.  –  Uśmiechnął  się,  ubawiony.  Tak  łatwo  dała  się  sprowokować.  – 

Problem polega jednak na tym, że jako paser muszę przyjmować wszystko, co mi przy-
noszą. A ponieważ złodzieje nie są na tyle wykształceni, by rozróżnić prawdziwą war-
tość tego, co kradną, postanowiłem sam sobie coś wybrać. Muszę tu teraz tylko przy-
słać zawodowców z wytrychami i... 

background image

106 

–  Nie pozwolę, żebyś okradł Merringtonów, ty łotrze! 
Odwróciła się nagle i dopadła do drzwi. 
Pryce  wybuchnął  śmiechem  i  pognał  za  nią,  pochwycił  ją,  odwrócił  przodem  do 

siebie i położył ręce na drzwiach po obu stronach jej ramion, zamykając ją w ten spo-
sób w pułapce. Sądząc po jej minie, nie podzielała tego radosnego nastroju. 

–  Zostaw mnie! – Zabębniła pięściami o tors kapitana. – Nie pozwolę! 
–  Przestań!  Nie  widzisz,  że  z  ciebie  żartuję?  Nie  przyszedłem  tu  kraść!  Uspokój 

się, na litość boską! 

 Słowa Morgana dotarły do niej dopiero po dłuższej chwili. Jej piękne oczy ciskały 

jednak błyskawice. 

–  Nie przyszedłem tu kraść, ma belle ange – powtórzył. – Przysięgam. 
–  Ani wybierać przedmiotów do kradzieży? 
Tłumiąc śmiech, pokręcił głową. 
–  Daj spokój. Naprawdę sądzisz, że wyjawiłbym ci swoje plany, gdyby istotnie by-

ły tak nikczemne? 

–  Pewnie nie. – Wciąż jeszcze nieufna, otaksowała go wzrokiem. – Skoro nie przy-

szedłeś tu kraść i nie zamierzałeś przekupić lorda, to po co właściwie? 

–  Z tego samego powodu, co większość ludzi, cherie. Na bal. 
–  Chyba nie zostałeś zaproszony? 
–  Wciąż jestem oficerem marynarki. Mam przyjaciół z dawnych czasów. 
Przymrużyła oczy. 
–  Czyżby lord Ravenswood był jednym z nich? 
–  Być  może.  –  Zanim  zdążyła  postawić  kolejne  pytanie,  przeszedł  do  ataku.  –  A 

teraz powiedz, dlaczego ty go szpiegujesz. 

–  Wcale go nie szpieguję. Chciałam zamienić z nim kilka słów na osobności, ale 

natknęłam się na was obu i... 

–  A dlaczego zamierzałaś rozmawiać z nim w cztery oczy? 
Jeśli mówiła prawdę i rzeczywiście nic nie słyszała, z pewnością chciała ukryć swe 

zamiary. Widać i do niej to dotarło, gdyż zamrugała bezradnie, schwytana we własne 
sidła. Morgan kontynuował tortury. 

–  Zaraz, chyba wiem... 
–  Naprawdę? – spytała z widocznym przerażeniem. 
–  Przecież to targ matrymonialny. A ty i Ravenswood jesteście jeszcze wolni. Nie 

trzeba geniusza, by domyślić się reszty. Szukasz męża, Claro? Ravenswood to świetna 
partia. Zastawiłaś na niego pułapkę? 

Miejsce strachu zajęła złość. 
–  Dobry Boże! Nie! 
–  Musiałabyś go tylko zachęcić, by cię skompromitował, a wówczas on, szlachet-

ny dżentelmen, natychmiast by się z tobą ożenił. Dlatego chciałaś się z nim zobaczyć 
bez świadków? 

–  Nie bądź śmieszny. 

background image

107 

–  Nie? – Przyjrzał się jej uważnie. – Dlaczego więc włożyłaś tę piękną suknię? 
–  Zawsze tak robię, idąc na przyjęcie. 
Wskazał niebieską rozetkę przyszytą do bufiastych rękawów. 
–  Jedwab, prawda? Bardzo drogi... 
–  Nie droższy niż... – Umilkła, gdyż przesunął palcem po jej szczupłej ręce i sta-

niku sukni. 

Oddychała szybciej, jej spojrzenie złagodniało. Poczuł satysfakcję. Od tego dnia w 

sklepie ciągle się zastanawiał, czy szczerze zareagowała na jego dotyk. Cieszył go fakt, 
że nie uległ złudzeniu. 

–  Ach,  tak...  jedwab  –  usłyszał  swój  własny,  lekko  schrypnięty  głos.  –  Obszyty 

koronką.  Bardzo,  bardzo  drogi.  –  Mówił  teraz  ciszej.  –  I  prowokujący.  Doskonały,  by 
skusić mężczyznę. 

Przełknęła ślinę. 
–  Nie chciałam... To znaczy... ja tak zawsze, kiedy... 
–  Mogę się założyć, że każdy mężczyzna, który dziś na ciebie spojrzał, miał ocho-

tę cię dotknąć.  I zrobić to... – Musnął wargami jej policzek, chłonąc cudowny zapach 
jaśminu.  –  I  to...  –  Pocałował  ją  w  zadziorny  nosek.  –  I  to...  –  zakrył  jej  usta  swoimi. 
Słodkie i ciepłe niczym lato. 

Mógłby  ją  tak  całować  godzinami.  Nigdy  nie  spotkał  kobiety  jednocześnie  tak 

otwartej  i  niewinnej.  Czasem  przypominała  anioła,  czasem  ladacznicę,  lecz  nigdy  nie 
potrafił się jej oprzeć. 

I nie zamierzał przestać, nie teraz... Czekał przecież na ten pocałunek tyle czasu. 

Niech piekło pochłonie Spectera i Ravenswooda. Dopóki Clara pozwalała się całować, 
obaj mogli iść do diabła. 

background image

108 

Rozdział 12 

 

Unikaj grzesznych i zakazanych rozrywek, 

gdyż wpływają one zgubnie na stan ducha i ciała. 

Mała, śliczna książeczka 

John Newbery 

 

Im  dłużej  ją  całował,  tym  bardziej  mu  się  poddawała.  Co  mogła  na  to  poradzić? 

Przecież marzyła o tym całymi nocami. I było tak samo cudownie jak za pierwszym ra-
zem. Znał się na całowaniu. Robił to z takim znawstwem, że kiedy pogłębił pocałunek, 
nie zamierzała się opierać. 

Uniosła się lekko na palcach, chłonąc każde dotknięcie. Bezwolnie wsunęła dłonie 

pod surdut Morgana i przycisnęła je do jego wąskiej talii. 

Ten sam palec, którym wodził po staniku jej sukni, znów rysował na nim pionową 

linię. Tym razem jednak kapitan zdjął rękawiczki i badał jej nagie ciało. Śmiało, uwo-
dzicielsko pieścił skórę, która płonęła pod jego dotykiem. Aż w końcu zanurzył palec w 
zagłębieniu stanika. Odsunęła się z trudem, oddychając ciężko. 

–  Co... co robisz? 
Wbił w nią głodny wzrok. 
–  Myślę o tym, jak zamierzałaś kusić Ravenswooda. 
–  Na miłość boską! Nie zamierzałam... 
Znów  zamknął  usta  na  jej  ustach  tak  pożądliwie,  że  nie  zauważyła,  jak  Morgan 

wślizguje się palcami pod suknię. Poczuła natomiast jego dotyk na nagiej piersi. Cóż za 
niesamowite doznanie. 

Erotyczne  i  występne.  Patrzyła  na  jego  śmiały  palec,  nie  mogąc  uwierzyć,  że  na-

prawdę to zrobił. A on bezwstydnie błądził dłonią pod jej bielizną. Serce waliło jej jak 
młotem, z trudem chwytała powietrze. Powinna była protestować, ale nie mogła wydo-
być z siebie głosu. 

Opór  przyszedł  jej  znacznie  łatwiej  tego  dnia,  gdy  ubiór  Morgana  zdradzał  jego 

okropny  charakter.  Teraz,  gdy  Pryce  wyglądał  jak  dżentelmen,  przychodziło  jej  to  ze 
znacznie większym trudem. Tyle że nie zachowywał się jak dżentelmen. 

–  Może... wrócimy na bal – zaproponowała słabym głosem, nie zdejmując jednak 

rąk z jego talii. 

–  Tu  jest  przytulniej.  –  Wysunął  dłoń  spod  jej  bielizny,  ale  tylko  po  to,  by  za-

mknąć drzwi. – Bardziej intymnie. 

Przeszył ją dreszcz strachu i... radosnego oczekiwania. 
–  Chyba nie powinieneś... 
Co się z nią działo? Zawsze uważała, że ladacznice muszą czerpać jakąś przyjem-

ność ze swej profesji, w przeciwnym bowiem razie nie tak chętnie zadzierałyby spódni-

background image

109 

ce w obecności mężczyzn. Nigdy jednak nie sądziła, że sama w ten sposób zareaguje. 
Przecież Morgan nawet się jej nie podobał. 

Nie, nieprawda. Podobał się jej aż za bardzo. Nie akceptowała jednak tego, kim był. 

Podobnie jak on nie akceptował jej. 

To ją zastanowiło. Dlaczego właściwie Morgan próbował ją uwieść? W każdym razie 

nie dlatego, że cokolwiek do niej czuł. Nie, musiał być jakiś inny powód... jak wtedy, w 
sklepie, gdy ją pocałował, by odwrócić jej uwagę. 

Gdy  ta  nieprzyjemna  prawda  wreszcie  do  niej  dotarła,  Clara  wyrwała  mu  się  jak 

oparzona. 

–  O co chodzi, cherie! – spytał. 
–  Wiem,  dlaczego  to  robisz.  Dlaczego  mnie  dotykasz  i  sprawiasz,  bym  tego  pra-

gnęła... Wiem. 

Zacisnął ręce w pięści, jakby chciał w ten sposób zwalczyć pokusę. 
–  Bo cię pragnę? 
–  Bo chcesz odwrócić moją uwagę od ważnych spraw. Mężczyźni tacy jak ty nig-

dy nie ulegają pokusom, jeśli nie mają w tym ukrytego celu. A twoim celem jest głów-
nie to, bym przestała pytać o twoje powiązania z Ravenswoodem. 

Popatrzył na nią zimno. 
–  Więc mnie przejrzałaś... 
Przytaknęła, niezdolna wykrztusić ani słowa. Czuła, że robi jej się słabo. 
–  Niemożliwe,  żebym  chciał  cię  po  prostu  pocałować,  trzymać  w  ramionach  i 

przez jedną krótką chwilę poczuć bliskość z drugim człowiekiem. Nie, nie, taki krymi-
nalista jak ja nie może mieć takich pragnień. 

Uderzyła ją gorycz bijąca z jego słów. 
–  Nie chciałam... 
–  Wiem, co chciałaś. – Odwrócił wzrok. 
Po chwili lodowatej ciszy Clara sięgnęła do klamki, ale kapitan chwycił jej rękę, a 

sam oparł się o drzwi i popatrzył na nią płomiennym spojrzeniem. 

–  Dobrze,  ma  belle  ange.  Przypuszczam,  że  chcesz  otrzymać  odpowiedź  na  drę-

czące cię pytania. Cóż, niezależnie od tego, co myślisz, chciałbym z tobą dzielić chwile 
rozkoszy. Oto moja oferta: powiedz, co chcesz wiedzieć, a ja ci szczerze odpowiem. 

Zaczęła coś mówić, ale przycisnął palec do ust. 
–  Nie  skończyłem.  Za  każdą  odpowiedź  dasz  mi  to,  czego  pragnę.  –  Przesunął 

palcem  po  jej  wargach.  –  Mam  okazję,  by  cię  skosztować.  –  Gdy  dotknął  jej  karku  i 
zsunął rękę w dół, zadrżała niecierpliwie. – Aby cię całować. – Wsunął dłoń pod suknię 
i dotknął jej piersi. – Pieścić twoje ciało. 

Zanim jeszcze dotarł do celu, pragnęła, by jej dotknął dokładnie w tym miejscu. I 

on o tym wiedział, gdyż na jego twarzy pojawił się wyraz satysfakcji. Przesuwał czule 
palcami po jej biuście. Clara chwyciła go za rękę. 

–  Takie są moje warunki – szepnął. – Za każdą odpowiedź należy mi się pocału-

nek... lub coś innego, wszystko, o co poproszę. 

background image

110 

Wszystko, o co poprosi... Znalazła się naprawdę w trudnej sytuacji. Na samą myśl 

poczuła podniecenie. 

Czy naprawdę pragnął jej tak bardzo, jak twierdził? Na tyle, by odpowiedzieć na jej 

pytania? A może to była kolejna zasadzka? 

–  Sądzisz, że tego nie zrobię... – szepnęła.  – Myślisz, że skoro udało ci się mnie 

ostatnio odstraszyć oburzającym zachowaniem, to znów ci na to pozwolę. 

W odpowiedzi jedynie uniósł brwi. 
–  Nie  jesteśmy  w  sklepie.  Nie  pozostaję  na  twojej  łasce  i  niełasce.  Mogę  stąd 

wyjść i zadać wszystkie pytania jego lordowskiej mości. 

W jego oczach błysnęło rozbawienie. 
–  Proszę bardzo. Nie odpowie, mogę cię zapewnić. Ale ja – chętnie. 
Pochylił  się,  by  złożyć  bezwstydny,  namiętny  pocałunek  na  wypukłości  jej  piersi, 

której właśnie dotknął. A potem uniósł głowę i uśmiechnął się do niej wilczym uśmie-
chem. Z jakiegoś niezrozumiałego powodu poczuła nagłą suchość w ustach. 

–  Jeśli dostanę od ciebie to, o co proszę – dokończył. 
–  Chcesz mnie zniszczyć. 
–  To się nie musi tak skończyć. W każdej chwili możesz mnie powstrzymać. Kie-

dy tylko przestaniesz zadawać pytania. 

Zawahała się. Jego oferta wydawała się bardzo ryzykowna i szalenie niebezpieczna, 

przypominała jej do złudzenia ciskanie kamieniami w wilka. Nigdy nie wiadomo, kiedy 
wilk może skoczyć i cię chwycić. Zanim zdążysz uciec. Poza tym nie byli przecież sami. 
Parę metrów dalej toczyło się życie. Wiedziała, że już wkrótce zacznie jej szukać ciotka 
Verity. A gdyby sprawy zaszły za daleko, można wezwać pomoc. Ktoś musiałby to wo-
łanie  usłyszeć.  Poza  tym,  jak  inaczej  mogła  go  skłonić  do  wyznania  prawdy.  A  działo 
się przecież coś bardzo dziwnego. Morgan ubrany jak dżentelmen, w zażyłych stosun-
kach z potężnym wicehrabią... Być może ta cała sprawa ze sklepem wyglądała inaczej, 
niż na to wyglądało. Musiała uzyskać odpowiedź. 

I to był jedyny powód, dla którego zamierzała się zgodzić. Nie miało to nic wspólne-

go  z  dziwnym  odczuciem  w  dole  brzucha  i  łomotaniem  serca.  Nic  z  tymi  wszystkimi 
nocami, kiedy myślała o kapitanie. 

–  Dobrze – powiedziała, siląc się na spokój. Widząc triumfalne spojrzenie Morga-

na, pomyślała natychmiast, że dała się przechytrzyć. – Ale musisz wyznać prawdę. Po-
znam, jeśli skłamiesz. 

Roześmiał się gorzko. 
–  Nie  mam  co  do  tego  wątpliwości  –  powiedział,  porwał  ją  na  ręce  i  zaniósł  na 

pobliską sofę. 

Poczuła przypływ paniki. 
–  Co ty robisz? 
–  Wolę zająć jakąś wygodną pozycję przed tym przesłuchaniem, a ty? 
–  Chy... chyba też. 

background image

111 

Zamiast kłaść Clarę na kanapie, usiadł i wziął ją na kolana, obejmując stanowczo 

ramieniem w talii. 

–  O nie, aniele, nigdzie nie pójdziesz. Chcę cię mieć blisko, żeby dopilnować swo-

jej części umowy. 

–  Sądzisz, że mogłabym oszukiwać? 
–  Oczywiście.  Poproszę  o  pierwsze  pytanie.  –  Przytulił  ją;  poczuła  pachnący  wi-

nem oddech. – Jestem więcej niż gotów spełnić twoje pierwsze żądanie. 

Jego podniecenie sprawiło, że zawrzała w niej krew. Rzeczywiście nie kłamał, mó-

wiąc,  że  jej  pożąda.  Teraz  myślała  tylko  o  tym,  w  jaki  sposób  jej  dotknie  następnym 
razem. Zadała więc najbardziej oczywiste pytanie. 

–  O czym rozmawiałeś z Ravenswoodem? 
–  O tobie. 
Sięgnął do jej stanika. 
–  Zaczekaj chwilę – zaprotestowała, chwytając go za rękę. – Co to za odpowiedź? 
Popatrzył na nią lśniącymi z pożądania oczyma. 
–  Prawdziwa, a zatem spełnia wszystkie twoje oczekiwania. Teraz moja kolej.  
–  Ale... ale... 
Nie czekał, aż Clara skończy protestować, iż taka krótka, niewiele mówiąca odpo-

wiedź rodzi jeszcze więcej pytań. 

Zsunął w dół jej stanik, odsłaniając pierś. 
Zaczerwieniła  się  gwałtownie,  serce  biło jej  tak,  że  omal  nie  zemdlała.  Zwłaszcza, 

gdy  jej  dotknął.  Ale  nawet  już  sam  fakt,  że  Morgan  widzi  jej  nagie  ciało,  pozbawił  ją 
tchu. Zaczął z coraz większym zapałem  pieścić jej pierś. A kiedy Clara cicho jęknęła, 
nie darował sobie pytania: 

–  Podoba ci się, prawda? 
–  Nie przypominam sobie, abyś to ty miał stawiać pytania – mruknęła. 
–  Tak trudno przyznać, że lubisz, jak cię dotykam? 
Popatrzyła na niego z lekkim przestrachem. 
–  Nie... tylko nikt mi tego wcześniej nie robił. 
–  Tak  jest  nawet  przyjemniej  –  szepnął,  pochylając  głowę,  jakby  zamierzał  do-

tknąć ustami jej piersi. Powinna była przewidzieć, że ten łajdak będzie oszukiwał. 

–  O...  nie!  –  zaprotestowała,  powstrzymując  go  gestem  ręki.  –  Obiecałam  jedną 

pieszczotę za odpowiedź, już swoje dostałeś. Zapomnij o całowaniu, póki nie odpowiesz 
na kolejne pytanie. 

Uniósł głowę, a jego oczy mocno błyszczały. 
–  W takim razie spędzimy tu całą noc. 
–  To ty mnie zbywasz. Jeśli pragniesz otrzymać więcej, musisz się bardziej posta-

rać. 

–  Ktoś  ci  już  kiedyś  powiedział,  że  masz  kupiecką  żyłkę?  Zachowujesz  się  jak 

handlarka ryb! 

Uśmiechnęła się. 

background image

112 

–  To ty zaproponowałeś tę grę. Ja tylko trzymam się zasad. 
–  Masz  rację.  Z  pewnością  ich  jasno  nie  sformułowałem.  Posłuchaj  zatem,  co 

zrobimy:  będziesz  mogła  zdecydować,  czy  spełniłem  twoje  oczekiwania.  Kiedy  jednak 
otrzymasz zadowalającą odpowiedź, musisz pozwolić się pieścić lub całować tak długo, 
jak długo orkiestra będzie grała kolejny taniec. Czy to sprawiedliwe? 

Na samą myśl, że on całuje jej pierś przez trzy lub cztery minuty, poczuła, że nie 

może złapać tchu. Propozycja wydawała się jednak rozsądna. Muzykę słychać tu było 
świetnie, a taka propozycja przynajmniej wyznaczała Morganowi jakieś granice. Clara 
musiała  się  tylko  przygotować  na  burzę  uczuć.  Warto  było  jednak  ryzykować,  byleby 
uzyskać odpowiedź. 

–  Tak chyba będzie sprawiedliwie. Daj mi chwilę na wymyślenie pytania. 
Musiała wykorzystać swoją szansę w takim samym stopniu, w jakim on wykorzy-

stywał odpowiedź. 

–  Twierdzisz, że rozmawiałeś o mnie z lordem Ravenswoodem. Jakie nieznane ci 

dotąd informacje otrzymałeś od niego na mój temat? 

Otworzył usta, by odpowiedzieć, ale natychmiast je zamknął. 
–  Trudniejsze pytania odbierają ci śmiałość – zakpiła. 
Przymrużył oczy. 
–  Ależ mi za to zapłacisz, cherie – mruknął. 
–  Po prostu odpowiedz. 
Minęła długa chwila ciszy. 
–  Dobrze – westchnął. – Ravenswood powiedział, że złożyłaś na mnie skargę. 
–  Niemożliwe! – wykrzyknęła. – Dlaczego zrobił coś tak okropnego?! 
–  Zaraz, zaraz, nie tak szybko. – Położył palec na ustach. – Jesteś mi chyba coś 

winna... 

Przełknęła ślinę. Bez wątpienia otrzymała teraz istotną informację. Nie miała pra-

wa twierdzić, że Morgan nie zasłużył na nagrodę. 

–  Dobrze. 
Z  uśmiechem  pochylił  głowę.  Nie  zamierzał  jednak,  jak  się  okazało,  całować  jej 

piersi...  po  prostu  ją  wessał...  Clara  wplotła  mu  palce  we  włosy,  by  przytrzymać  jego 
głowę, a on pieścił ją tak, że o mało nie oszalała. To mogło się źle skończyć... Z trudem 
zmusiła się więc do słuchania orkiestry, niepewna, który utwór się kończy, a który za-
czyna. Gdy muzycy wreszcie skończyli, w końcu odetchnęła z ulgą. 

–  Dosyć. – Odsunęła jego głowę. – Jesteś mi winien kolejną odpowiedź. 
Przez  chwilę  miała  wrażenie,  że  jej  nie  posłucha.  A  potem  podniósł  na  nią  błysz-

czące oczy i oblizał wargi. 

–  To zadaj pytanie, byle szybko, bo to jeszcze nawet nie jest początek... 
Jego  słowa  sprawiły,  że  poczuła  grzeszne  podniecenie,  które  zawładnęło  jej  zmy-

słami  i  poraziło  swoją  mocą.  Może  należało  to  zakończyć?  Za  każdym  razem,  gdy  jej 
dotykał,  traciła  silną  wolę.  Nawet  teraz  nie  potrafiła  wyjąć  palców  z  jego  czarnych, 
lśniących włosów. Pragnęła je gładzić. 

background image

113 

Ale  potrzebowała  jeszcze  jednej  odpowiedzi.  Przynajmniej  jednej.  A  niech  go,  mu-

siała uzyskać odpowiedź, nawet gdyby miało ją to zabić. 

–  Dlaczego lord Ravenswood powiedział ci o tym? 
Z cichym przekleństwem odwrócił wzrok, ale nie wahał się ani chwili. 
–  Bo jesteśmy przyjaciółmi – powiedział szybko, jakby chciał mieć tę rozmowę jak 

najszybciej za sobą. – Poznałem go w marynarce. Chciał mnie ostrzec. 

Tego zupełnie się nie spodziewała. 
–  Czyżby nie wiedział, że jesteś paserem? – wykrzyknęła z oburzeniem. 
Popatrzył na nią uwodzicielsko. 
–  To kolejne pytanie, aniele. 
Boże, rzeczywiście. W dodatku nie mogła nie uznać odpowiedzi na poprzednie... 
Dostrzegła jednak w jego twarzy coś, co ją przeraziło. Jak miała przetrwać kolejną 

piosenkę? Z buntowniczym wyrazem twarzy wypięła pierś. 

Morgan z beztroskim, grzesznym uśmiechem podwinął jej spódnicę. 
Szelest jedwabiu zabrzmiał jak dzwon na trwogę. Chwyciła w panice jego rękę. 
–  Słuchaj... myślałam, że ograniczysz się do moich... moich... 
–  Nie ustalaliśmy, czego mam dotykać. Zgodziłaś się na wszystko, o co poproszę. 
–  Myślałam... 
–  Wiem, co myślałaś. Ale choć masz piękne piersi, jest jeszcze jedno, bardziej se-

kretne miejsce, które chcę zbadać. 

Gdy  orkiestra  zaczęła  grać,  uśmiechnął się  triumfalnie.  Odsunął  jej  dłoń,  wsunął 

rękę pod batystową halkę, a Clara patrzyła z przerażeniem, jak kapitan wsuwa palce w 
rozcięcie jej majteczek, by dotknąć włosów na łonie. 

Co za tupet! Nie wiedziała, czy ma być przerażona, czy podniecona jego śmiałością. 

Czuła  jednak,  że  serce  bije  jej  głośniej,  niż  gra  orkiestra,  a  jego  dotyk  pobudza  wy-
obraźnię, pragnienia, wzmaga ten dziwny ból w dole brzucha... 

Sądząc po jego zmysłowym uśmiechu, Morgan to również wyczuwał. 
–  To właśnie chcę pieścić. 
Odnalazł najbardziej wrażliwe miejsce jej ciała i potarł je lekko. 
Boże... Niczym zręczny złodziej wytrychem otworzył palcami wrota rozkoszy. Tylko 

że na tym nie poprzestał... 

–  Podoba ci się, cherie! – wychrypiał. – Chcesz jeszcze? 
–  Tak, a niech to... 
Z  zadowoloną  miną  pieścił  ją  coraz  śmielej,  mocniej,  aż  w  końcu  pomyślała,  że 

gdyby przestał, chybaby umarła. 

–  Wielkie nieba – szepnęła. – Morganie to... Jest... tak... podoba mi się. 
–  Boże... jesteś taka gorąca. Mój słodki, występny aniele. 
Miała zamknięte oczy, lecz słyszała wyraźnie rozkosz w jego głosie. 
–  Bon Dieu, uwielbiam cię pieścić w środku – wychrypiał. 
W środku? 
Zrozumiała, że zanurzył w nią palec. Otworzyła szeroko oczy. 

background image

114 

–  Morganie! – krzyknęła. – Nie wolno... nie możesz... to nie... 
–  Nie  zrobię  ci  krzywdy.  Obiecuję.  To  tylko  palce.  Chcę,  żeby  ci  było  dobrze.  O 

tak...  

Wsunął się w nią głębiej, wydobywając z jej ust stłumiony krzyk. 
A  potem  pocałował  ją  namiętnie.  Pieszcząc  i  całując  jednocześnie,  złamał  zasady, 

ale nie miała siły na protesty. 

–  Jeszcze – szepnęła. – Morganie... 
–  Odpowiedziałem wyczerpująco? – spytał zduszonym głosem. 
–  Tak... nie... nie wiem. 
Czuła pustkę w głowie, nie pamiętała zupełnie, o co pytała. 
–  Więc  zadaj  je  teraz,  kiedy  będę  cię  pieścił,  albo  nie  zadawaj  wcale.  Tylko  nie 

każ  mi  przestać...  Och,  cherie,  jesteś  taka  cudowna.  –  Jednym  zręcznym  ruchem  od-
słonił jej drugą pierś i słaby protest utonął w gorącej rozkoszy, jaką niosły palce i usta 
Morgana.  Ten  łotr  obudził  i  rozgrzał  w  niej  krew  Doggetów,  a  ona  zupełnie  nie  miała 
ochoty z tym walczyć. 

Zwłaszcza że jego palec, nie... teraz... dwa palce sprawiały, że pragnęła... sama już 

nie wiedziała, czego... Cała ta niespokojna energia, którą w niej wzniecał od chwili, gdy 
się spotkali, skupiła się w jednym pulsującym pragnieniu pod jego napierającymi pal-
cami.  A  pragnienie  rosło,  wzbierało,  aż  w  końcu  wybuchło,  wydobywając  z  jej  gardła 
okrzyk rozkoszy. Przywarła do jego piersi. 

Przez  chwilę  widziała  niebo,  teraz  rozkosz  wciąż  jeszcze  pulsowała  w  jej  gorącym 

wnętrzu, w którym wciąż tkwiły jego palce. 

–  Och... dobry Boże... Morganie, co ty ze mną zrobiłeś? 
Oderwał usta od jej piersi, by ucałować szyję. 
–  Dałem ci rozkosz, to wszystko. 
–  Dlaczego? 
–  Bo miałem na to ochotę. Myliłaś się... 
–  Co do czego? 
–  Nie dotykałem cię po to, by odwrócić twoją uwagę od innych spraw. Może rze-

czywiście od tego się zaczęło, ale... – Całował teraz czule jej policzek, ucho, nos. – Czy 
wiesz,  od  jak  dawna  tego  pragnę,  ma  belle  angel.  Od  jak  dawna  marzę,  że  rozbieram 
cię do naga, kładę na łóżku, a potem smakuję i pieszczę każdy słodki centymetr twoje-
go ciała i czekam, aż będziesz gotowa...  

Myślał o niej? Marzył? Tak samo, jak ona o nim? 
Mimo że należało zachować ostrożność, poczuła, jak przechodzi ją dreszcz. 
–  Ja też sobie wyobrażałam, że cię dotykam – przyznała, podniosła rękę i pogła-

skała jego gładko wygolony policzek.  

Tym razem w jego spojrzeniu kryło się coś zupełnie innego. 
–  Naprawdę? – spytał cicho. 
Ten wyraz niedowierzania, czysta tęsknota sprawiły, że chciała go o tym zapewnić. 

background image

115 

–  Tak,  zwłaszcza  tego  dnia,  kiedy...  –  Powiodła  spojrzeniem  po  jego  piersi...  – 

Kiedy nie byłeś kompletnie ubrany. A ja widziałam twój tors przez koszulę. 

Szybko rozpiął kamizelkę i przycisnął jej dłonie do swego ciała. 
–  Zdjąłbym każdą część ubrania, byle tylko poczuć twój dotyk. 
Wolałaby,  żeby  przestał  mówić  takie  rzeczy,  gdyż  jej  grzeszna  krew  Doggetów  za-

czynała wrzeć coraz mocniej, kusząc do grzechu. Posadził ją sobie na kolanach i poło-
żył zręcznie jej dłoń na wybrzuszeniu w spodniach. 

–  Nigdy więcej nie oskarżaj mnie o to, że cię nie pragnę. Nie śpię z pożądania, a 

jeśli już uda mi się zasnąć, to mam takie właśnie, zdrożne sny. 

Potarł jej dłonią o swoją męskość. 
–  Powiedz mi kochanie, czy wiesz, co robią ze sobą kobieta i mężczyzna? 
–  Oczywiście. 
Jakżeby mogła pracować w Spitalfields i nie wiedzieć? Słyszała drobiazgowe opisy 

aktu, widziała rysunki na ścianach domów publicznych, w których pracowały matki jej 
podopiecznych, a nawet zdarzało się jej zaskoczyć pary in flagranti. 

Nie sądziła jednak, że sama będzie tego pragnąć. 
–  W takim razie wiesz, że dopóki masz to – przycisnął rękę do wybrzuszenia – w 

ręku, nie mogę być w tobie. 

Skinęła wolno głową, zrozumiała, do czego on zmierza. 
–  Dopóki trzymasz to w ręku, zachowasz cnotę. 
–  Tak mi mówiono. 
Wstyd  ustąpił  miejsca  przerażeniu.  Nie  mogła  uwierzyć,  że  prowadzą  tak  bez-

wstydną rozmowę. Nagle puścił jej dłoń i zaczął odpinać guziki spodni. 

–  Nie bój się, Claro. Chcę tylko, abyś dotknęła mnie nagiego... nie przez materiał. 
Wsunął jej rękę pod kalesony i zamknął na swojej sztywnej, gorącej męskości. 
–  Tak bardzo chciałbym, abyś mnie popieściła... tylko troszkę... Tak jak ja ciebie. 
Przez chwilę była zbyt zdumiona, by zareagować. 
–  Czy to cię przeraża? – spytał.  
Co za pytanie. 
–  Oczywiście,  że  nie  –  odparła  sucho.  –  Przecież  stale  dotykam  najbardziej  in-

tymnych męskich części ciała. Kobiety takie jak ja zajmują się tym na co dzień. 

Zdobył się na uśmiech. 
–  W takim razie dotknij mnie. 
Na jego twarzy malowało się tak ogromne pragnienie, że nie mogła odmówić. Poza 

tym była ciekawa. 

–  Dobrze, skoro tak ci na tym zależy... 
Wciągnął z trudem powietrze, przymknął oczy. 
–  Dziękuję... nawet gdybyś zakazała mi się raz na zawsze do ciebie zbliżać? 
–  Dlaczego miałabym zakazywać? 
Roześmiał się gorzko. 
–  Bo jesteś uparta i mnie nienawidzisz. 

background image

116 

Siedział z przymkniętymi oczyma i rozpiętymi spodniami; tak bezbronnego mężczy-

zny nie miała nigdy okazji oglądać. Serce topniało jej jak wosk. 

–  Wcale nie. Przecież gdybym cię nienawidziła, nie pozwoliłabym na takie... rze-

czy. 

Zerknął na nią niepewnie. 
–  Powinnaś mnie nienawidzić. 
–  Wiem,  próbowałam,  ale  nie  potrafię.  –  Opuściła  wzrok,  zażenowana.  –  Chyba 

robię to źle. Pokaż mi jak. Chcę ci dać taką samą rozkosz, jaką ty dałeś mnie. 

–  Nie robisz tego źle, ale jeśli chcesz naprawdę dać mi rozkosz... 
Pokazał jej, jak ma go pieścić, i gdy zrozumiała, jęknął z wrażenia. Fakt, że potrafi 

go  pobudzić,  dawał  jej  poczucie  władzy.  Świadomość,  że  grzeszy,  jeszcze  bardziej  ją 
podniecała. 

–  Och, kochanie, dosyć, musisz przestać... – szepnął nagle. 
–  Na pewno? – szepnęła zachwycona, że ma nad nim władzę. 
–  Tak  –  warknął,  wysuwając  jej  dłoń  ze  spodni.  Przez  chwilę  oddychał  ciężko, 

jakby próbował dojść do siebie. A potem popatrzył na nią z żalem. 

–  To chyba nie miejsce ani czas. 
Uniosła brwi. 
–  Próbowałam ci to powiedzieć. 
–  Nie cieszysz się, że nie słuchałem? 
Pocałował  ją  mocno  i  gorąco.  Całowali  się  długo,  żadne  z  nich  nie  miało  ochoty 

przestać. 

A potem usłyszeli kuranty zegara i Clara wyprostowała się jak struna. 
–  Boże, spójrz, która godzina! Ciotka umrze ze zmartwienia. – Ześliznęła mu się 

szybko kolan, próbując doprowadzić ubranie do ładu. 

Zapiął guziki spodni, włożył kamizelkę. 
–  Claro, musimy porozmawiać. 
Popatrzyła na niego niepewnie. 
–  Tak, nie odpowiedziałeś jeszcze na wszystkie pytania... 
–  Nie o to mi chodziło. 
–  Och... – Spuściła głowę, by się skupić na sukni.  
Teraz,  gdy  jej  nie  pieścił,  znów  nabrała  pewności  siebie.  Nie  umiałaby  odpowie-

dzieć,  czy  chce  z  nim  jeszcze  rozmawiać.  Nie  chciała  zniszczyć  tego,  co  stanowiło  tak 
wspaniałe interludium... które nigdy nie powinno się powtórzyć. Dlatego skupiła się na 
czymś innym. 

–  W  dalszym  ciągu  proszę,  abyś  odpowiedział  na  moje  pytania  związane  z 

Ravenswoodem i sklepem. 

–  To nie ma nic wspólnego z tobą. Trzymaj się od tej sprawy z daleka. 
Uniosła na niego wzrok. 

background image

117 

–  Nie potrafię. Coś się dzieje... chcę wiedzieć co. – Gdy łypnął na nią spod oka, 

poruszyła prowokująco biodrami i uśmiechnęła się kusząco. – Jeśli odpowiesz, może ci 
pozwolę dotknąć czegoś jeszcze... 

Na jego twarzy malowały się żal i rozbawienie. 
–  Nie znęcaj się nade mną. Powinnaś być wdzięczna losowi za to, że jesteśmy w 

miejscu publicznym, ma belle ange. Gdyby było inaczej, nie przerwalibyśmy tej gry... 

Znów poczuła dziwny ból w dole brzucha. 
–  Jesteś pewny siebie, prawda? 
–  Tak. Wiem, czy kobieta pragnie, by ją uwieść. 
Gdy  powiódł  spojrzeniem  po  jej  pomiętej  sukni,  poczuła  suchość  w  ustach.  Miał 

rację, niech go licho! Jakaś jej grzeszna cząstka naprawdę o tym marzyła. 

Ta  konstatacja  kompletnie  ją  zaskoczyła.  Nie  zdawała  sobie  sprawy,  że  chce  in-

tymnego  zbliżenia,  dopóki  tego  nie  zaznała...  niestety  z  najbardziej  nieodpowiednim 
mężczyzną,  jakiego  można  było  sobie  wyobrazić.  Nieodpowiednim?  Zaczęła  się  zasta-
nawiać... Iluż to łotrów wyzutych ze skrupułów dałoby jej rozkosz, nie myśląc o sobie? 
Lub  przyjęło  do  domu  kieszonkowca,  nie  korzystając  później  z  jego  talentów?  A  jeśli 
można było wierzyć Samuelowi, tak właśnie zachował się Morgan... Zaczynała skłaniać 
się  ku  opinii,  że  można  mu  wierzyć.  Aż  do  teraz  interpretowała  dziwne  zachowania 
Morgana  jako  sposób  prowadzenia  przestępczej  działalności.  Teraz  jednak  nabrała 
wątpliwości. Zatroszczył się przecież o jej dziewictwo... Musiała uzyskać odpowiedzi na 
pytania, które tak ją dręczyły. Oderwała od niego wzrok i ruszyła do drzwi. 

–  Muszę  iść.  Ale  po  balu  oczekuję  od  ciebie  pełnych  wyjaśnień.  Nawet  gdyby 

oznaczało to dla mnie nocleg pod sklepem. 

–  Nie przychodź tam dzisiaj, Claro. Proszę. Jeśli chcesz porozmawiać, spotkajmy 

się jutro. 

–  Dlaczego? 
–  Przynajmniej raz zrób, o co proszę, nie zadając miliona pytań. Dobrze? 
–  Dobrze. Chyba mogę zaczekać do jutra. 
Akurat. Skoro Morgan nie chciał, by się tam zjawiła, musiał mieć z pewnością coś 

do  ukrycia.  Postanowiła  odkryć,  co  to  takiego.  Piętrzył  tajemnice,  doprowadzając  ją 
tym do szału. 

Pogrążona w myślach, nie zauważyła nawet, kiedy weszła z powrotem do sali, nie-

mal potrącając pewnego dżentelmena... 

–  Uwaga – ostrzegł ją znajomy głos. 
Popatrzyła w twarz mężczyzny. 
–  Morgan! Jak... 
Zaśmiał się. 
–  Nie,  nie  jestem  Morganem,  tylko  jego  bratem  bliźniakiem.  Nazywam  się  Tem-

plemore. 

–  Bliźniak? 

background image

118 

Poniewczasie  dostrzegła,  że  mężczyzna,  którego  omal  nie  staranowała,  jest  zupeł-

nie inaczej ubrany i ma inną fryzurę – krótsze, równo przycięte włosy. 

–  Nie... nie wiedziałam, że Morgan ma brata bliźniaka – wyjąkała. – W ogóle nie 

miałam pojęcia, że ma brata... 

Wtedy podeszła do nich młoda kobieta. 
–  Lady Clara! Jak miło panią widzieć. 
Nieco zażenowana, Clara gorączkowo szukała w myślach jej nazwiska. 
–  Mnie też jest bardzo miło... 
–  Pewnie mnie pani nie pamięta – odparła ze śmiechem kobieta. – Niegdyś lady 

Juliet, teraz nazywam się lady Templemore... – Ujęła mężczyznę pod rękę. – A to mój 
mąż. 

Lord Templemore? 
Boże, Clara wreszcie sobie przypomniała. 
Pomyślała o dwóch rzeczach jednocześnie. Po pierwsze Morgan ukrywał więcej, niż 

sądziła. Po drugie, okazał się bratem barona. 

Rzeka pytań stała się morzem. 

background image

119 

Rozdział 13 

 

Z majestatem wkroczył ślimak na parkiety, 

I skłoniwszy się gapiom, ruszył w piruety. 

Bal ślimaka i uczta koników polnych 

William Roscoe 

 
Po wyjściu Clary Morgan czekał chwilę w bibliotece, próbując poskromić podniece-

nie – nie zamierzał robić z siebie widowiska. 

Przychodziło mu to jednak z wielkim trudem, gdyż nie mógł zapomnieć, jak wspa-

niale się czuł, gdy ta cudowna kobieta jęczała w jego ramionach, chętnie oddając poca-
łunki  i  wilgotniejąc  pod  jego  dotykiem.  A  kiedy  wsunęła  mu  tę  śliczną  rączkę  w 
spodnie, omal nie eksplodował. I ta jej wstydliwa ciekawość połączona z urokiem kusi-
cielki... Otarł pot z czoła. Bon Dieu, jeśli potrafiła go tak podniecić tu i teraz, do czego 
mogła  się  okazać  zdolna  w  łóżku.  Co  za  pokusa!  Ona  również  go  pragnęła.  Dlaczego 
zatem nie dać tej uroczej kobiecie tego, czego chciała... chcieli oboje? Ach, dotykać jej 
bez  ograniczeń...  zanurzyć  się  głęboko  w  tym  boskim  ciele...  Zaklął,  czując,  że  znów 
ma  erekcję.  Jak  tak  dalej  pójdzie,  mógł  w  ogóle  nie  wyjść  z  biblioteki.  Naprawdę  do-
prowadzała go do szaleństwa. Musiał tylko przestać o niej myśleć, to wszystko... 

Albo po prostu pamiętać, że jeśli nie będzie myślał głową, jego plany legną w gru-

zach... Gdyby zaangażował się w tę relację, nie wiadomo, jak daleko mogłaby posunąć 
się Clara w poszukiwaniu prawdy i co by zrobiła, gdyby już udało się jej tej prawdy do-
ciec... 

Poza tym nie był wcale spełnieniem jej marzeń. Gdyby istotnie znaleźli się w łóżku, 

zrujnowałby tylko jej reputację... chyba żeby się z nią ożenił, czego absolutnie nie za-
mierzał robić... A nawet gdyby był na to gotowy – a przecież nie był – z jakiego powodu 
córka markiza miałaby spędzać życie z takim łotrem jak on. Jakie zalety udałoby się 
jej odnaleźć w życiu, w którym pojawiałby się i znikał kapitan marynarki? 

Ta  rozsądna  myśl  nieco  go  otrzeźwiła  i  chwilę  później,  teraz  oklapnięty  zarówno 

psychicznie, tak fizycznie, wyszedł z przytulnej biblioteki. 

Dokończył rozmowę z Ravenswoodem, więc w zasadzie mógł wyjść. Nie chciał spo-

kojnie stać i patrzeć na Clarę tańczącą z szanowanymi dżentelmenami, z których każ-
dy był dla niej lepszym partnerem niż on sam. Nie sądził jednak, że natknie się na nią 
raz jeszcze. Co gorsza w towarzystwie jego brata i szwagierki. 

–  Lord  Ravenswood  twierdzi,  że  Morgan  pomaga  pani  w  pracy  w  pani  placówce 

opiekującej się nieletnimi kieszonkowcami – mówiła Juliet. 

–  Pomaga? – spytała oszołomiona Clara. 
Morgan ujął ją za rękę. 

background image

120 

–  Lady Clara nie lubi nazywać tego w ten sposób. Szczyci się tym, że nie potrze-

buje  pomocy  takiego  nicponia  jak  ja.  Mam  jednak  nadzieję,  że  mogę  się  jej  na  coś 
przydać, pozostając w nocy na terenie Domu. 

Clara  patrzyła  na  niego  poważnie.  Próbował  błagać  ją  wzrokiem  o  milczenie. 

Uśmiechnęła się. 

–  Och tak, kapitan Pryce jest zawsze gotów mi służyć. Ciekawe, czym się kieru-

je... 

Fala wdzięczności omal nie powaliła Morgana na podłogę. 
–  To powinno być oczywiste, milady – rzekł. 
Clara zarumieniła się mocno; kątem oka dostrzegł jednocześnie, że jego szwagierka 

promienieje.  Sebastian  natomiast  utkwił  wzrok  w  korytarzu.  Niech  to  licho,  pewnie 
widział ich oboje razem. 

Dobrze. Pryce mógł utrzymywać wszystkich na razie w przekonaniu, że zaleca się 

do Clary. Ona jednak nie zamierzała stwarzać takich pozorów, gdyż szybko, choć dys-
kretnie, wyrwała mu swą rękę. 

–  Oboje  dobrze  wiemy,  że  gdyby  nie  lord  Ravenswood,  wcale  by  mi  pan  nie  po-

magał, kapitanie Pryce. 

–  Dlaczego lady Clara nazywa cię kapitanem Pryce? – wtrącił Sebastian. 
Niech to diabli! 
Clara przymrużyła powieki. 
–  Proszę wybaczyć, milordzie. Pański brat pozwolił mi sądzić, że jest kapitanem 

marynarki. 

–  Był – wtrąciła Juliet, która zapragnęła nagle wyjaśnić wszystkie niejasności. – 

Właściwie jest. Tyle że od dawna nikt się do niego w ten sposób nie zwraca. Naprawdę 
nazywa się Blakely. 

Jego rodzina kopała mu coraz głębszy grób. Morgan popatrzył smętnie na brata. 
–  Obawiam  się,  że  gdy  lord  Ravenswood  przedstawiał  mnie  lady  Clarze,  zapo-

mniał użyć mego prawdziwego nazwiska. Dla niego zawsze byłem kapitanem Pryce. 

–  Ach,  te  stare  czasy  –  mruknął  sucho  Sebastian.  –  Pamięta  zapewne,  jak  dla 

niego szpiegowałeś i bez przerwy miałeś kłopoty. 

–  Kapitanie Blakely... to znaczy kapitanie Pryce – odezwała się Clara. – Nigdy mi 

pan nie opowiadał o tym fascynującym okresie w pańskim życiu. Dziwię się, że po tak 
ekscytujących szpiegowskich doświadczeniach zdecydował się pan na nudną rzeczywi-
stość  Domu  Poprawczego  dla  Kieszonkowców.  Musi  mi  pan  opowiedzieć  wszystkie 
swoje przygody. Sądziłam, że jest pan kapitanem marynarki w trudnej sytuacji finan-
sowej... 

–  Jak to? – wtrącił Sebastian. – Morganie! Co ten Ravenswood naopowiadał lady 

Clarze? O co mu chodzi? 

–  Przecież możesz go sam zapytać, najdroższy – wtrąciła Juliet. – Oto i on. 

background image

121 

Morgan jęknął w duchu. Ravenswood właśnie zmierzał w ich stronę. Pozornie nie 

przejął  się  zupełnie  ich  widokiem,  lecz  ona  natychmiast  dostrzegła  niepokój  w  jego 
oczach. 

Dobrze mu tak! To on wpadł na pomysł spotkania w miejscu publicznym. 
–  Co  za  miła  niespodzianka!  –  zagrzmiał  Ravenswood.  –  Cudownie  widzieć  dro-

gich przyjaciół pogrążonych w rozmowie! 

Morgan popatrzył na niego pochmurno, ale Ravenswood zignorował to spojrzenie. 
–  Lady  Clara  twierdzi,  że  rozpowszechniasz  kłamstwa  na  temat  mojej  rodziny  – 

warknął Sebastian. 

Ravenswood nie okazał emocji. 
–  Naprawdę? 
–  Mój  brat  się  zdenerwował,  gdyż  przedstawiłeś  mnie  lady  Clarze  jako  kapitana 

Pryce'a i sugerowałeś, jakoby nie miał własnych dochodów. 

–  Proszę  wybaczyć,  lady  Claro  –  odparł  gładko  Ravenswood.  –  Nie  powinienem 

był mówić, że mój przyjaciel ma problemy finansowe, ale balem się, że gdy pozna pani 
prawdę, nie pozwoli mu pozostać w Domu. Wiem, że nie lubi pani zobowiązań. Wymy-
śliłem więc kłamstewko, z którego wynikało, że mój przyjaciel nie ma się gdzie podziać, 
a pani, znana z dobroci serca, postanowiła pomóc nam obu. 

Morgan  podziwiał  inteligencję  Ravenswooda.  I  jego  bezczelność.  Clara  jednak  nie 

wydawała się zadowolona. 

–  Powinien się pan wstydzić, milordzie, przecież... 
–  Istotnie – wtrącił Ravenswood. – Kompletnie zapomniałem, że to nasz taniec. – 

Podał jej ramię. – Czy uczyni mi pani ten zaszczyt? 

Zawahała się, ale nie mogła stracić takiej szansy... Sam na sam z jego lordowską 

mością! 

–  Tak, będzie mi bardzo miło. Dobrze, że w końcu i pan sobie przypomniał. 
Ledwo Ravenswood i Clara zniknęli im z oczu, Morgan odetchnął głęboko i popa-

trzył na brata oraz jego małżonkę. W co tak naprawdę uwierzyli? Sądząc po uśmiechu 
Juliet,  szwagierka  zaakceptowała  wszystkie  wyjaśnienia.  Sebastian  jednak  najwyraź-
niej miał wątpliwości. Znał Ravenswooda aż zanadto. 

–  Tak więc uwiłeś sobie gniazdko u lady Clary? – spytał podejrzliwie. 
–  I co w tym złego, mon frere? – spytał Morgan, przechodząc do ofensywy. – Nie 

wierzysz, że pobiegłbym na ratunek tak szanowanej damie? 

–  Nikt nie ujmuje jej szacowności – wtrąciła Juliet, a jej serce swatki zabiło moc-

niej. – A tobie elegancji. Zawsze traktowałeś damy z kurtuazją. Ale mnie nie oszukasz. 
W tym jest coś więcej niż zwykła galanteria. 

–  To jasne – zawtórował jej Sebastian, choć myślał o czymś zupełnie innym niż 

jego małżonka. 

–  Mów prawdę – ciągnęła Juliet. – Kochasz się w niej? 
–  Właśnie, bracie – powtórzył Sebastian z błyskiem w oku. – Kochasz się w niej? 

background image

122 

Morgan  znów  jęknął  w  duchu.  Miał  do  wyboru:  wyznać  miłość  do  lady  Clary  lub 

prawdę...  Pierwsze  groziło  dociekaniami,  drugie  uduszeniem.  Uśmiechnął  się  niewin-
nie. 

–  Chyba mnie przejrzałaś – powiedział do Juliet. 
Czekał go długi wieczór. 
Clara wypatrzyła ciotkę i skinęła jej głową. Na widok siostrzenicy u boku tak po-

ważanego  w  towarzystwie  lorda  Ravenswooda,  ciotka  rozjaśniła  się,  obdarzyła  dziew-
czynę uśmiechem i wróciła do rozmowy z innymi paniami. Clara nie była zaskoczona 
tym, że lord Ravenswood ominął parkiet, poprosił ją o chwilę prywatnej rozmowy i wy-
prowadził na balkon przez piękne kryształowe drzwi. 

Nie miało to jednak dla niej żadnego znaczenia – pragnęła jedynie otrzymać odpo-

wiedź  na  dręczące  ją  pytania.  W  trakcie  dziwacznej,  szalonej  rozmowy  z  Temp-
lemore'ami przypomniała sobie bowiem, kim jest Morgan. Człowiek o nazwisku Blakely 
znalazł się przecież na pokładzie pirackiego statku, gdy zaatakowano lorda Winthorpa. 

–  Będzie mi pan musiał udzielić wielu wyjaśnień, milordzie – powiedziała, kiedy 

tylko znaleźli się sami. 

–  Przede wszystkim chciałbym pani podziękować za wyrozumiałość. Mój przyja-

ciel  ma  dość  skomplikowane  stosunki  z  rodziną,  a  pani  okazała  się  na  tyle  miła,  by 
zaoszczędzić mu przykrości. 

–  Nic mnie nie obchodzi jego rodzina. Chcę wiedzieć, dlaczego on sprowadził się 

do Spitalfields. Dlaczego został paserem? 

Ravenswood udał zdziwienie. 
–  Kapitan  Blakely?  Paserem?  Pani  z  pewnością  żartuje...  Mówił,  że  mieszka  w 

Domu, by się panią opiekować. 

–  Zręczne kłamstewko. Niestety wiem już  od  Templemore'ów, że to pan miał mi 

podobno  przedstawić  kapitana.  Pan  nie  zaprzeczył.  A  to  naprawdę  zadziwiające,  bo 
oboje wiemy, że nigdy mi pan nikogo nie przedstawiał. Kolejne oszustwo. 

Kapitan oparł się o balustradę. 
–  Próbowałem pomóc przyjacielowi, nie miałem jednak pojęcia, że jest uwikłany 

w jakąś przestępczą działalność. 

–  Bzdura! – Podeszła do niego blisko. – Widziałam was dzisiaj w bibliotece. 
Wreszcie go zaskoczyła. 
–  Naprawdę? – spytał, patrząc na nią niespokojnie. 
–  Owszem. I przecież mu pan powiedział o mojej wizycie na policji. Dlaczego pan 

to zrobił? 

–  Zajmuje się pani nie swoimi sprawami, milady. Wołałbym, żeby skupiła się pa-

ni na swoim Domu i zostawiła to wszystko mnie i moim pracownikom. 

Już  wystarczająco  irytował  ją  fakt,  iż  w  ten  protekcjonalny  sposób  wyrażał  się  o 

Domu lord Winthorp, ale komentarz tego dwulicowego drania przepełnił szalę goryczy. 

background image

123 

–  Można by pomyśleć, że ma pan jakieś kontakty z przestępcami. – Przymrużyła 

oczy. – Powinnam chyba o tym porozmawiać z samym ministrem. Pewnie zainteresuje 
go opowieść o tym, że kryje pan pasera. 

–  Proszę posłuchać... 
–  Jeśli mam rację, to pewnie potrzebny jest panu w Spitalfields również jakiś do-

bry donosiciel... 

Z trudem powstrzymywał gniew. 
–  Problemy  z  prowadzeniem  Domu  z  pewnością  musiały  wywrzeć  na  panią  nie-

korzystny wpływ, gdyż w przeciwnym razie nie snułaby pani tak fantastycznych domy-
słów na nasz temat. Aby jednak nieco pani ulżyć, gotów jestem zaproponować dotację, 
by... hmm... nie uległa pani pokusie i nie zaczęła rozpowszechniać tych tworów wybu-
jałej  wyobraźni  wśród  znajomych.  Sądzę,  że  z  tysiąca  funtów  mogłaby  pani  uczynić 
dobry użytek. 

Boże!  Nie  powstrzymał  się  nawet  przed  przekupstwem...  Sprawa  jednak  musiała 

być  bardzo  poważna,  skoro  oferował  aż  tyle  za  milczenie.  Problem  polegał  na  tym,  że 
nie wiedziała dokładnie, co ma zataić: podejrzenia o przestępczej szajce, w której skład 
wchodzili nawet kryminaliści? Czy też może jakąś całkowicie legalną akcję? Skoro jed-
nak chodziło o tę drugą sprawę, dlaczego po prostu się do tego nie przyznał? 

–  Nie toleruję przekupstwa, sir. 
–  Przekupstwa? Kto tu mówi o przekupstwie? 
–  Lordzie Ravenswood, natychmiast wyczuwam tego rodzaju gierki.  Tak się jed-

nak składa, że odziedziczyłam duży majątek, więc nie potrzebuję pańskich pieniędzy. 
Jeśli chce pan kupić moje milczenie, musi pan zaoferować coś więcej. A konkretnie – 
prawdę. 

Ravenswood oparł się nonszalancko o balustradę. 
–  Dlaczego  to  ode  mnie  oczekuje  pani  wyjaśnień?  Skoro  niepokoi  panią  zacho-

wanie kapitana, proszę porozmawiać z nim osobiście. 

–  Próbowałam. Ale jak pan zapewne wie, on odmawia odpowiedzi. 
–  Szkoda,  bo  ja  nic  pani  nie  powiem.  Nie  ujawniam  cywilom  informacji,  które 

zupełnie ich nie dotyczą. 

–  Cywilom?  Chce  pan  powiedzieć,  że  wszystko,  co  się  dzieje,  zyskało  aprobatę 

władz? 

–  Chcę  powiedzieć,  że  nie  powinna  się  pani  tym  interesować.  A  zanim  znów  mi 

pani  zagrozi  rozmową  z  ministrem,  muszę  ostrzec,  że  jakakolwiek  ingerencja  w  tę 
sprawę  może  na  panią  sprowadzić  poważne  problemy.  Wystarczy,  że  porozmawiam  z 
sędzią  o  pani  ukochanym  Domu.  Jeśli  pan  Hornbuckle  nabierze  podejrzeń,  że  łamie 
się tam prawo, uprzykrzy pani życie, nawet jeśli nie uzyska dowodów. Zwłaszcza jeśli 
go o to poproszę. 

–  Nie ośmieliłby się pan zrobić czegoś podobnego! 

background image

124 

–  Z  pewnością  bym  się  ośmielił  na  znacznie  więcej,  byle  tylko  przestała  pani 

wściubiać nos w nieswoje sprawy. A jeśli mi pani zdradzi, co mam w tym celu uczynić, 
chętnie się tego podejmę. Wykluczam jednak udzielenie jakichkolwiek wyjaśnień. 

Na  chwilę  zapanowała  złowroga  cisza.  Clara  chętnie  skręciłaby  Ravenswoodowi 

kark. Jakie to dziwne, że wolała pasera od tak szanowanego mężczyzny... Jeśli Morgan 
w ogóle był paserem... 

A najwyraźniej nie miała szans się tego dowiedzieć od Ravenswooda. Już bardziej 

mogła liczyć na Morgana. Przynajmniej nie był wyniosłym urzędnikiem rządowym. 

–  Dobrze,  skoro  nie  chce  mi  pan  zdradzić,  co  się  dzieje,  proszę  przynajmniej 

opowiedzieć o kapitanie Blakely. 

Ravenswood popatrzył na nią czujnie. 
–  Dlaczego? 
–  Ponieważ być może nie powiedziałabym ani słowa o jego działalności przestęp-

czej, gdyby potrafił mnie pan przekonać, że to człowiek honoru. 

Wahał się przez chwilę. 
–  Dobrze. Co chce pani wiedzieć? 
–  Pamiętam,  że  w  zeszłym  roku  spędził  jakiś  czas  na  pirackim  statku.  Czy  to 

prawda?  

–  Tak. 
–  To chyba nie świadczy o jego uczciwości. 
–  Nie był tam z wyboru – odparł z westchnieniem Ravenswood. – Piraci znaleźli 

go  na  wyspie,  gdzie  przez  dwa  lata  był  przetrzymywany  przez  przemytników,  których 
wcześniej śledził. Ocalił go lord piratów i jego załoga. Został z nimi kilka miesięcy, za-
nim odzyskał wolność. 

–  I co dokładnie zrobił, by tę wolność odzyskać? – spytała sucho. 
Ravenswood wzruszył ramionami. 
–  Pokazał im, jak lepiej wykorzystać wyspę i zerwać z przestępczym procederem, 

nauczył paru rzeczy o żeglarstwie. 

–  Nie przepiłowywał ludzi na pół w poszukiwaniu kosztowności? 
Popatrzył na nią przenikliwie. 
–  Czy naprawdę uważa pani kapitana za takiego człowieka? 
–  Nie. 
–  Może w takim razie powinna pani zaufać intuicji. 
–  Ufam. A ona mi podpowiada, że Morgan coś knuje. Razem z panem. 
–  Morgan? 
Złapała się na tym, że użyła jego imienia, ale było już za późno. 
–  Chciałam powiedzieć: kapitan Blakely. 
–  Nie, wcale pani nie chciała, lady Claro.  Nasz wspólny przyjaciel nie należy do 

mężczyzn, którzy... 

–  Proszę  się  nie  martwić,  milordzie.  Wiem,  że  Morgan  nie  byłby  dla  mnie  odpo-

wiednim mężem, jeśli do tego pan zmierza. 

background image

125 

Popatrzył na nią z namysłem. 
–  Tak naprawdę nie sądziłem, że w ogóle myśli pani w takich kategoriach. Przy-

najmniej na razie. 

Poczerwieniała, przeklinając się w duchu za to, że tak głupio się zdradziła. 
–  Żartowałam. To wszystko. Co pan próbował powiedzieć? 
–  Że nie jest podobny do innych ludzi. 
Uśmiechnął się lekko. 
–  Jakich innych ludzi ma pan na myśli? Tych ze Spitalfields? Czy też takich jak 

pan, mój ojciec i lord Winthorp? 

–  Proszę  wybaczyć.  Cały  czas  zapominam,  że  nie  żyje  pani  tak  bezpiecznie  jak 

inne damy. Miałem oczywiście na myśli to drugie. 

–  Tego domyśliłam się sama, dziękuję bardzo. 
–  Proszę mnie źle nie zrozumieć. Naprawdę bardzo go szanuję. Ale on nie postę-

puje według tych samych zasad co my. 

–  A sądzi pan, że ja takowych przestrzegam. Dziwne. 
Uśmiechnął się. 
–  Rozumiem.  Chciałem  tylko  panią  ostrzec,  na  wypadek  gdyby  odkrycie  jego 

prawdziwego pochodzenia skłoniło panią do wyciągania pochopnych wniosków. 

–  Proszę się o mnie nie martwić. Potrafię sobie poradzić z kapitanem Blakely.  
Ravenswood zaśmiał się cicho. 
–  Zabawne, on powiedział to samo, kiedy  panią poznał. Sądzę jednak, że od tej 

pory zmienił zdanie. 

–  Pewnie tak – odparła ze śmiechem. 
Tym razem cisza była mniej krępująca. 
–  Doszliśmy  zatem  do  porozumienia,  lady  Claro?  Zajmie  się  pani  własnymi 

sprawami? – odezwał się w końcu Ravenswood. 

Nie,  absolutnie  nie  miała  takiego  zamiaru.  Nie  byłoby  jednak  mądrze  informować 

lorda o swojej decyzji. 

–  Postaram się – odparła swobodnie 
–  Jakoś mnie pani nie przekonała – mruknął. 
Pozwolił  jednak  na  to,  by  zmieniła  temat.  Zaczęła  mu  opowiadać  o  byłym  wycho-

wanku  Domu,  a  Ravenswood  rozśmieszył  ją  opowieścią  o  stajennym,  który  próbował 
przysposobić  kieszonkowca  do  pracy  z  końmi.  Gdy  wrócili  na  salę,  Clara  wciąż  się 
śmiała  –  Morganowi  jednak,  na  którego  się  natychmiast  natknęli,  nie  było  wcale  do 
śmiechu. 

background image

126 

Rozdział 14 

 

Przyglądaj się każdej sekundzie, 

I chwilę miej każdą na oku, 

Unikniesz niemiłych zaskoczeń, 

I w domu swym będziesz miał spokój. 

Mała, śliczna książeczka 

John Newbery 

 
–  Morgan nie mógł w to uwierzyć – Clara i Ravenswood wchodzili do sali balowej 

jak para długoletnich przyjaciół. A może nimi byli?  

Na samą myśl poczuł niemiłe ściskanie w dołku. 
–  Chyba się dobrze bawicie... Myślałem, że poszliście tańczyć. 
–  Jakoś nie dotarliśmy na parkiet – odparł spokojnie Ravenswood. 
–  To stało się jasne w chwili, gdy poszedłem was szukać. – Morgan podszedł do 

Clary i położył jej delikatnie rękę na karku. – Mam nadzieję, że nie będziesz miał mi za 
złe, jeśli to ja porwę lady Clarę. 

Ravenswood wydawał się ubawiony. 
–  Jeśli lady Clara wyrazi zgodę... 
–  Zatańcz ze mną, Claro – powiedział krótko Morgan. 
Roześmiała się szczerze, co wprawiło go w stan irytacji. 
–  Czy to prośba, czy rozkaz, kapitanie? 
–  Jak wolisz, ma belle ange... 
W oczach Ravenswooda błysnęło zaciekawienie. 
–  Wiem, kiedy jestem zbędny. Dziękuję pani za rozmowę, milady. Wiele mi wyja-

śniła. 

–  Prawda?  –  Wyciągnęła  rękę  do  Ravenswooda,  który  zamiast  jak  zwykle  uści-

snąć jej dłoń, podniósł ją do ust. A potem uśmiechnął się do Morgana i odszedł. 

Morganem  owładnęła  taka  żądza  mordu,  że  z  trudnością  nad  sobą  panował.  Bon 

Dieu, co go dziś napadło? 

–  Tańczysz, czy nie? – zapytał. 
Wiedział doskonale, że zachowuje się jak idiota i sam siebie za to nienawidził. Po-

patrzyła na niego z błyskiem w oku. 

–  Chyba tak, skoro lord Ravenswood nie dał mi po temu sposobności... 
Kapitan zaprowadził ją na parkiet. Orkiestra grała walca. 
–  Ale i tak świetnie się z nim bawiłaś. 
–  Oczywiście. To interesujący mężczyzna. 
Przygryzł wargi. Oczywiście, dla takiej damy jak Clara utytułowany i bogaty wiceh-

rabia musiał być interesujący. Miał wszystko, czego brakowało Morganowi. Wziął ją w 

background image

127 

ramiona i przytulił mocniej, niż należało, czując wielką ochotę, by jej przypomnieć, że 
należy do niego. Choć oczywiście w dosłownym znaczeniu tego słowa wcale tak nie by-
ło. I być nie mogło. 

Clara nie miała jednak najwyraźniej nic przeciwko temu uściskowi. Tańczyła z nim 

swobodnie  i  lekko  jak  anioł,  a  przy  tym  z  wdziękiem  i  pewnością  kobiety,  która  wie, 
czego chce. 

A jej zapach... Boże... Woń jaśminu w jej włosach sprawiała, że Morgan miał ocho-

tę wyć do księżyca albo wynieść ją do ogrodu i zhańbić. 

Zadowolił się jednak gładzeniem jej pleców przez materiał sukni. I nie mógł ani na 

chwilę zapomnieć o Ravenswoodzie. 

–  Jak  to  się  dzieje,  że  wymuszasz  na  mnie  różnymi  sposobami  odpowiedzi  na 

dręczące cię pytania, a przy lordzie Ravenswoodzie zachowujesz się jak aniołek? 

–  Dlaczego uważasz, że tak się zachowuję? – spytała ze zdziwieniem. 
–  Wyglądaliście jak para starych przyjaciół. 
–  Znamy się przecież już jakiś czas... Nie jesteśmy sobie obcy. Wiemy coś o sobie. 

Nie tak jak my. 

–  A to co ma znaczyć? 
–  Kiedy zamierzałeś mi powiedzieć, że jesteś synem i bratem barona, w dodatku 

szpiegiem i Bóg wie, kim jeszcze? 

Drażnił go fakt, że tak ją interesuje jego pochodzenie. 
–  A czy to coś zmienia? 
–  Owszem.  Ja  po  prostu  nie  miałam  o  tym  pojęcia.  Ani  o  tym,  że  kłamałeś  w 

sprawie nazwiska, na temat Genewy i wielu innych rzeczy. I nawet nie wyjaśniłeś dla-
czego. 

Żal jej w głosie ranił go bardziej niż słowa. 
–  Nie kłamałem. Niezupełnie. Naprawdę używałem nazwiska Pryce, kiedy służy-

łem w marynarce. Większość kolegów wciąż tak się do mnie zwraca. 

–  Dlaczego przybrałeś inne nazwisko? 
–  To długa historia, Claro, nie będziemy teraz o tym mówić... 
–  W takim razie przedstaw mi ją w skróconej wersji – powiedziała cierpko. – Czy 

ty i Ravenswood doszliście do wniosku, że tego też nie mogę wiedzieć? 

Westchnął,  lecz  nie  udało  mu  się  wymyślić  żadnego  powodu,  dla  którego  miałby 

utrzymywać sprawę w tajemnicy. 

–  Mój brat i ja wychowywaliśmy się osobno. Wkrótce po naszym urodzeniu mat-

ka opuściła ojca i zabrała mnie do Genewy. Dala mi swoje nazwisko panieńskie. Przed 
śmiercią  wezwała  mojego  wuja,  Llewellyna,  który  zaraz  po  pogrzebie  zabrał  mnie  do 
siebie. Miałem trzynaście lat. Sebastian nic o mnie nie wiedział, a wuj i baron skłonili 
mnie do zachowania tajemnicy, by nie komplikować sytuacji. 

–  Nie komplikować? Dla czyjego dobra? – spytała cicho.  
Zaskoczyło go współczucie w jej głosie. 

background image

128 

–  Nie miałem nic przeciwko temu, cherie. Zrozumiałem. Baron i mój wuj bali się, 

że zacznę sobie rościć prawa do tytułu. I choć matka zapewniała ich wielokrotnie, że to 
Sebastian urodził się pierwszy, uznali, że nie powinniśmy się spotykać, gdyż przez to 
on może nie zostać baronem. Dobrze się mną opiekowali. Nie mogę mieć do nich o nic 
żalu. 

–  Oprócz tego, że pozbawili cię towarzystwa brata bliźniaka. 
Odwrócił wzrok. Czytała w jego myślach tak bezbłędnie, że aż go to przerażało. 
–  Teraz jesteśmy razem i tylko to się liczy. Po śmierci barona nie widziałem już 

powodu, by dochowywać tajemnicy, i sam odnalazłem Sebastiana. Gdy dowiedział się 
prawdy, zaczął nalegać, bym zamieszkał wraz z rodziną i wrócił do rodowego nazwiska. 
I tak stałem się Morganem Blakely. 

Znów popatrzył jej w oczy. 
–  Jak widzisz, nie kłamałem. Pominąłem tylko kilka faktów. 
 Uniosła brwi. 
–  Istotnie. Na przykład taki szczegół, że byłeś szpiegiem. I spędziłeś sporo czasu 

wśród piratów. I jeszcze, że... 

–  Ravenswood powiedział ci o piratach? 
–  Tylko dlatego, że pytałam. Nie mówił jednak wiele. 
Morgan zacisnął dłoń na jej talii. 
–  Ale i tak spędziłaś z nim dużo czasu... 
Uśmiechnęła się prowokująco. 
–  To prawda. 
Nie podobało mu się zupełnie to nowe wcielenie Clary. A jeszcze bardziej zazdrość, 

która ściskała mu serce. Zazdrość! Nigdy dotąd nie doznał podobnego uczucia! 

–  O czym mówiliście, kiedy byłem na balkonie? 
Odrzuciła głowę do tyłu. 
–  To chyba sprawa między mną i lordem Ravenswoodem. 
–  W takim razie sam go zapytam – syknął z irytacją. 
–  Na jakiej podstawie sądzisz, że ci odpowie? 
–  Bo  chyba  nie  musi  niczego  przede  mną  ukrywać.  A  może...  musi?  Chyba  nie 

próbował cię pocałować? 

Popatrzyła na niego z rozbawieniem. 
–  Dlaczego przychodzą ci do głowy takie rzeczy? 
–  Ponieważ mężczyźni na ogół zabierają kobiety na balkon w takim właśnie celu. 

No więc? – warknął, ponieważ Clara w dalszym ciągu uparcie milczała. – Zrobił to? 

–  Co? 
–  Do licha! Pytam, czy chciał cię pocałować. 
Kpiący wyraz twarzy ustąpił miejsca powadze. 
–  A miałbyś coś przeciwko temu? 
Przez chwilę zamierzał skłamać, ale uznał, że to nie ma sensu. 
–  Tak naprawdę, to owszem. Chociaż nie mam pojęcia dlaczego. 

background image

129 

Wydawała się zadowolona. 
–  Jeśli  poczujesz  się  dzięki  temu  lepiej,  to  lord  Ravenswood  nie  czynił  mi  żad-

nych awansów. A to, że ty zawsze próbujesz całować kobiety, z którymi zostajesz sam 
na sam, nie znaczy, że wszyscy to robią. 

–  W takim razie cała reszta to ślepcy lub głupcy... albo jedno i drugie... 
Natychmiast pożałował swojej szczerości. Uśmiechnęła się tak czule i szczerze, że 

miał  ochotę  uciec  i  zostawić  ją  samą  na  parkiecie,  zanim  oplecie  go  tą  słodką  siecią 
zbyt mocno, by zdołał się z niej wyplątać. Kogo próbował oszukać? Clara już i tak zaci-
snęła tę sieć. Myślał wyłącznie o tym, by znaleźć się z nią sam na sam i znów jej doty-
kać. Szaleństwo, czyste szaleństwo... 

Dzięki słowom Morgana Clarę znów paliło całe ciało, a ten intymny walc w niczym 

nie pomagał. Aż do tej pory nie rozumiała protestów niektórych osób przeciwko temu 
tańcu. Nie dostrzegała w walcu niczego „bezwstydnego” ani „skandalicznego”, ani tym 
bardziej „niebezpiecznego dla kręgosłupa moralnego uczciwych ludzi”. 

Jednak nigdy dotąd nie tańczyła go z mężczyzną, na którym jej zależało. Każdy ta-

neczny krok stawał się jednocześnie preludium uwodzenia. Dotyk jego uda ocierające-
go się o jej udo palił ją nawet przez materiał sukni, jego ręka w talii, intymne muśnię-
cia dłonią... to wszystko razem w połączeniu z zapierającym dech tempem tańca spra-
wiało, że Clara odczuwała dziwną miękkość w kolanach. 

W dodatku Morgan trzymał ją w objęciach tak mocno, jakby się bał, że mu uciek-

nie. 

Byłaby  to  jednak  ostatnia  rzecz,  która  przyszłaby  jej  do  głowy.  Wiedziała,  że  po-

winna wykorzystać taką okazję do dalszych indagacji, ale straciła do tego serce.  Przy 
Morganie zapominała, że musi zachowywać się odpowiedzialnie i moralnie. Zapomina-
ła o wszystkim, poza możliwościami, jakie jej ukazywał, możliwości ucieczki z więzie-
nia, w którym sama się zamknęła. 

Poza tym było już za późno na jakiekolwiek pytania. Walc się kończył, schodzili z 

parkietu. Clara dostrzegła ciotkę, która patrzyła na nich spod zmarszczonych brwi. U 
boku ciotki stał Winthorp, który po krótkiej wymianie zdań zostawił ją samą i zaczął 
przepychać się przez tłum w stronę Clary i Morgana. 

To było jej zupełnie niepotrzebne. Jeszcze jeden taniec z lordem Nudziarzem. Czyż-

by niewystarczająco go odstraszyła? 

Winthorp dopadł ich chwilę po tym, jak zeszli z parkietu, lecz całą uwagę skierował 

tym razem na Morgana, nie na nią. 

–  A więc to ty... Tak sądziłem. Nie wierzyłem, by twój brat odważył się tak skan-

dalicznie przytulać kobietę w miejscu publicznym. 

Clara stanowczo zbyt późno przypomniała sobie, że Morgan i lord Winthorp zupeł-

nie za sobą nie przepadają. Pospieszyła jednak natychmiast załagodzić sytuację. 

–  Właśnie się zastanawiałam, gdzie pan zniknął... Może mógłby mi pan przynieść 

coś... 

background image

130 

–  Wiem, że nie zna pani prawdziwego charakteru tego łajdaka, lady Claro – prze-

rwał  jej  Winthorp  protekcjonalnym  tonem,  sztyletując  jednocześnie  Morgana  spojrze-
niem.  –  Powinna  pani  jednak  uważać  na  towarzystwo,  w  jakim  pani  przebywa.  Tylko 
tyle... 

–  Proszę nie rozpalać naszej ciekawości – powiedział leniwie Morgan. – Niech pan 

mówi dalej, milordzie, i wyjawi przed jej lordowską mością wszystkie szczegóły mojego 
podłego charakteru. – Urwał, widząc, że Winthorp patrzy tylko na niego. – Zapomnia-
łem... nie może pan przecież tego zrobić. Podpisał pan pewnego rodzaju zobowiązanie, 
w którym zadeklarował, że za sumę o wiele znaczniejszą niż ta, którą pan stracił, nie 
piśnie na pewne tematy nawet słowem. 

A więc to dlatego Winthorp nie chciał mówić o ataku piratów. Został przekupiony. 
–  Może zapytamy mojego brata – ciągnął Morgan. – Jestem pewien, że on pamię-

ta... 

–  Bez wątpienia – syknął ze złością Winthorp. – Pieniądze pochodziły przecież  z 

jego kieszeni. Trudno było spodziewać się ich od pana. 

Clara wstrzymała powietrze. Lord Winthorp stąpał teraz po grząskim gruncie. Mor-

gan  naprężył  mięśnie.  Emanował  wprost  wściekłością.  Panował  jednak  nad  sobą 
znacznie lepiej niż arystokrata Winthorp. 

–  Stało się tak tylko dlatego, że ja, w przeciwieństwie do mojego brata, nie dbam 

zupełnie  o  opinię  publiczną.  Tak  więc,  jeśli  chce  pan  publicznie  wystąpić  przeciwko 
mnie, proszę zwrócić pieniądze... Proszę się tylko nie dziwić, że się pan ośmieszy... 

Taka propozycja nie znalazła uznania u skąpego lorda. 
–  Nie  chciałem...  hmm...  złamać  warunków  umowy...  próbowałem  tylko  uświa-

domić  lady  Clarze,  że  mężczyzna  z  pańską  przeszłością  nie  może  być  dla  niej  odpo-
wiednim partnerem do tańca. 

–  Rozumiem, że pan jest lepszym? – Morgan nakrył dłonią rękę Clary i pogłaskał 

ją delikatnie. – Są damy, którym odpowiadałby zapewne pański flegmatyczny charak-
ter,  typowy  dla  mężczyzn  w  tym  wieku.  Wątpię  jednak,  czy  lady  Clara  należy  do  ich 
grona. 

Lord Winthorp nadął się z wściekłości tak bardzo, jakby miał pęknąć. Clara uzna-

ła, że Morgan nie stanowi zagrożenia, musiała raczej zająć się lordem. 

Puściła więc ramię kapitana i szybko stanęła u boku Winthorpa. 
–  Chyba prosił mnie pan do tańca, milordzie... 
Zamrugał. 
–  Słucham? 
–  Wydaje mi się, że obiecałam panu ten taniec... 
–  Tak... chyba tak... W istocie, milady. – Lord popatrzył z góry na Morgana, posy-

łając  mu  triumfalne  spojrzenie.  –  Z  przyjemnością  zademonstruję  pani,  jak  tańczy 
dżentelmen. 

Clara popatrzyła Morganowi głęboko w oczy. 
–  Dziękuję za walca, kapitanie Blakely. Było mi bardzo miło. 

background image

131 

Morgan panował nad sobą doskonale. Z udawaną nonszalancją lekko skłonił gło-

wę. 

–  Nie  ma  za  co,  milady,  zawsze  z  przyjemnością  spełniam  wszystkie  pani  za-

chcianki. 

Odwróciła się pospiesznie do Winthorpa. 
–  Właśnie zaczęli grać... Pójdziemy? 
–  Skoro tak sobie pani życzy, moja droga... 
Odchodząc, rzuciła jeszcze ostatnie spojrzenie Morganowi... jego mina nie wróżyła 

Winthorpowi  najlepiej.  Nie  mógł  jednak  dopuścić  do  bijatyki  w  miejscu  publicznym. 
Nie byłoby to korzystne dla żadnego z nich. 

–  Skąd pani go zna? – spytał Winthorp, przerywając jej zadumę. 
–  Poznaliśmy się dziś wieczorem. – W zasadzie mówiła prawdę, dotąd znała Mor-

gana Pryce, nie Morgana Blakely. Zamierzała zresztą nadrobić straty. 

Lord patrzył na nią chytrze, z niedowierzaniem, choć nie bardzo rozumiała dlacze-

go. 

–  Ostrzegam  panią...  Dama  pani  pokroju  nie  powinna  się  zadawać  z  takimi 

ludźmi. 

–  Dziękuję za radę. Postaram się o tym pamiętać. 
Oczywiście  nie  w  zamierzonym  przez  lorda  kontekście.  Ostrzeżenia  przed  Morga-

nem w perwersyjny sposób jeszcze tylko wzmagały jej zainteresowanie osobą kapitana. 
Wszyscy  próbowali  przed  nią  odmalować  jego  czarny  charakter,  a  przecież  im  więcej 
wiedziała o Morganie, tym bardziej zmieniała o nim opinię. I to ją niezmiennie intrygo-
wało. 

–  Myślałem o tym, co powiedziała mi pani wcześniej – mruknął Winthorp, jakby 

czytał w jej myślach. – Wierzę, że uda mi się naprawdę pani pomóc. Pani ciotka sądzi, 
że te urwisy potrzebują męskiej ręki. Potrafiłbym ich nauczyć szacunku dla starszych. 

Tłumiąc jęk, przeklęła w duchu ciotkę. Akurat to jej było potrzebne... zadufany w 

sobie lord Winthorp, który próbuje ujarzmić jej chłopców... Choć z drugiej strony, dwa 
dni spędzone w Domu mogłyby go wreszcie od niej odstraszyć. 

–  Dziękuję, milordzie, zastanie mnie pan tam codziennie. 
Mogła się założyć o połowę majątku, że Winthorp nigdy się nie pojawi. 
Muzyka zaczęła grać i ruszyli na parkiet. Clara odetchnęła z ulgą – utwór był żywy, 

głośny  i  uniemożliwiał  rozmowę.  Niestety  utrudniał  również  obserwację  sali  w  poszu-
kiwaniu Morgana. 

A on rozpłynął się w powietrzu! Kiedy taniec się skończył i młoda dama pożegnała 

Winthorpa, odkryła, że nie tylko kapitan zniknął. Nie można było nigdzie znaleźć także 
Ravenswooda. Wyszła chyba nawet rodzina Morgana. Po kwadransie bezowocnych po-
szukiwań  nie  pozostało  Clarze  nic  innego,  jak  zaakceptować  prawdę.  Morgan  uciekł, 
pozostawiając jej pytania bez odpowiedzi. 

Dobrze, niech jej unika, jeśli tak sobie życzy. Skoro teraz nie udało jej się uzyskać 

odpowiedzi na postawione pytania, postanowiła nie rezygnować. 

background image

132 

 
Zadrżała i otuliła się szczelniej peleryną. Samotna wyprawa na Petticoat Lane, do 

sklepu  Morgana  okazała  się  z  pewnością  nie  najlepszym  pomysłem.  Odkąd  jednak 
wróciła z balu, nie była w stanie nigdzie znaleźć Samuela, a inni służący nie nadawali 
się do asysty – w końcu zamierzała szpiegować niebezpiecznego mężczyznę. Już i tak 
wzbudziła  czujność  całego  personelu,  gdy  oświadczyła,  że  zamierza  spędzić  tu  noc. 
Nieczęsto jej się to zdarzało. Nocowała tu zwykle tylko wtedy, gdy musiała czuwać przy 
chorym dziecku lub zorganizować poszukiwania uciekiniera. Nigdy bez wyraźnego po-
wodu. 

Tak czy inaczej zarządzającej Domem wolno było podejmować decyzje i wcale się z 

nich nie tłumaczyć. Służący mogli przecież pomyśleć, że chce ich sprawdzić. Wydawało 
się to nawet prawdopodobne. 

Miała pewne problemy z dyskretnym wyjściem na ulicę. Znała jednak rozkład Do-

mu  znacznie  lepiej  niż  inni,  zawczasu  postarała  się  również  o  duplikaty  wszystkich 
kluczy. 

Zresztą  nic  innego  jej  nie  pozostało.  Gdyby  poprosiła  o  towarzystwo  któregoś  ze 

służących, zaczęliby ją odwodzić od tego pomysłu. Poza tym dwie osoby poruszają się 
jednak  znacznie  głośniej  niż  jedna.  A  Clara  nie  chciała,  by  Morgan  ich  usłyszał.  Jej 
plan  mógł  odnieść  sukces  tylko  wtedy,  gdyby  udało  się  jej  go  przyłapać  na  gorącym 
uczynku. 

Dlatego musiała wyjść sama. Na szczęście ulice wyglądały jak wymarłe. Było jesz-

cze  za  wcześnie  na  to,  by  goście  opuszczali  tawerny  i  gospody,  a  za  późno,  by  kupcy 
wracali do domów. 

Poza  tym  Dom  był  przecież  niedaleko.  Gdyby  zaczęła  krzyczeć,  ktoś  z  pewnością 

pospieszyłby jej na ratunek. A Morgan i Johnny siedzieli bez wątpienia w sklepie i też 
by jej pomogli. 

Westchnęła. Jak on mógł tak zniknąć bez uprzedzenia? Nawet nie powiedział do-

branoc. Dowodziło to tylko tego, że chciał zrobić coś, do czego nie mógł się przyznać. 

Irytował  ją  fakt,  że  zarówno  on,  jak  i  Ravenswood  byli  tak  okropnie  tajemniczy. 

Miała  dość  tych  ich  wykrętnych  odpowiedzi  i  bezczelnych  prób,  by  zamknąć  jej  usta. 
Postanowiła  sama  dowiedzieć  się  prawdy;  nie  zostawili  jej  alternatywy.  Jeśliby  nawet 
nie zastała Morgana w sklepie, pozostawał Johnny. Ktoś musiał jej odpowiedzieć, na-
wet gdyby miało to zająć całą noc. 

Mimo to na widok ciemnej witryny przeszył ją dreszcz. Spodziewała się świateł, ru-

chu, a nie całkowitej ciszy. Zajrzała do środka, ale niczego nie dostrzegła, nawet bla-
sku  lampy  naftowej.  Gdy  zapukała,  nikt  nie  odpowiedział;  szybko  nacisnęła  klamkę 
głównych drzwi, były jednak zamknięte. 

Dziwne.  Czyżby  Morgan  prowadził  swoją  podejrzaną  działalność  poza  sklepem? 

Aby się o tym przekonać, sprawdziła drugie wejście. Ono również okazało się zamknię-
te i nikt nie odpowiedział na jej pukanie. Krew pulsowała jej w żyłach. Nawet jeśli nie 

background image

133 

było Morgana, gdzie się podział Johnny? Chyba że Morgan i Samuel kłamali i chłopak 
zaangażował się jednak w przestępczą działalność. 

Nie,  nie  mogła  o  tym  spokojnie  myśleć.  Ale  gdzie  by  się  mógł  podziać?  Może  po 

prostu spał tak głęboko, że jej nie słyszał? 

Zapukała głośniej, ale bez skutku. Niegościnne podwoje wydały głuchy odgłos, a z 

wnętrza  w  dalszym  ciągu  nie  wydobywał  się  żaden  dźwięk.  Zastygła  w  bezruchu,  na-
słuchując. 

Tylko dlatego do jej uszu dotarło skrzypnięcie buta. Odwróciła się i zamarła na wi-

dok  mężczyzny  w  czerni.  Nie  widziała  jego  twarzy,  gdyż  zakrywał  ją  kaptur  peleryny, 
która  wirowała  wokół  sylwetki  nieznajomego  przy  najmniejszym  nawet  powiewie  wia-
tru. 

Serce podskoczyło jej do gardła – zrozumiała, z kim ma do czynienia. Tylko jeden 

człowiek w Spitalfields włóczył się po nocach w takim stroju... 

–  A co pani tu robi? – warknął głos, który wydał jej się znajomy. Nie ośmieliła się 

powiedzieć, że przyszła porozmawiać z Morganem. 

–  Mogłabym zapytać o to samo – odparła wyniośle, w nadziei, że unik ułatwi jej 

ucieczkę. 

Podszedł  bliżej,  teraz  widziała  go  lepiej  –  zdała  sobie  sprawę,  że  choć  jest  od  niej 

wyższy,  nie  odznacza  się  imponującą  posturą.  Mimo  to  instynktownie  przycisnęła  się 
do muru. Zatrzymał się natychmiast, jakby zdziwiony jej strachem, i znów ruszył na-
przód. Przystanął o dwa metry od niej. 

–  Wie pani, kim jestem, prawda? 
Skinęła  głową,  choć  trudno  jej  było  uwierzyć,  że  to  Specter.  Mówił  z  dziwnym, 

ulicznym  akcentem,  a  mimo  to  było  w  nim  coś  z  dżentelmena.  Plotki  jak  zwykle  nie 
znalazły potwierdzenia w rzeczywistości. 

–  Nie mam do pani żadnego interesu – mruknął. – Gdzie kapitan? 
–  Nie wiem. 
–  Ale przyszła pani do niego? 
–  Nie! To znaczy... chciałam zobaczyć... 
Ukrył na chwilę dłoń pod peleryną i gdy znów ją wysunął, zamarła... Pistolet. Serce 

trzepotało się jej w piersi jak oszalałe. Jeśli chciał ją przestraszyć, z pewnością mu się 
udało... 

–  Powie pani, gdzie jest pani przyjaciel i będzie pani wolna... 
–  To nie jest mój przyjaciel. 
–  Nie o to chodzi! – wrzasnął, ale natychmiast zmienił ton. – Powie mi pani, gdzie 

jest kapitan Pryce, albo panią zabiję. 

–  Gdybym wiedziała, tobym powiedziała... Przysięgam. Sama chciałam z nim po-

rozmawiać, ale nie otwiera... 

Mężczyzna  zaklął  cicho  i  wycelował  lufę  prosto  w  Clarę.  A  właściwie  niezupełnie 

prosto. Wydawał się zaskakująco mało pewny siebie jak na mężczyznę, który zapewne 
na co dzień używa broni... Pistolet zadrżał mu w dłoni... 

background image

134 

–  Proszę posłuchać – wychrypiał. – Mam dla niego wiadomość. 
–  Z przyjemnością przekażę. –  To, co powiedział, wróżyło nie najgorzej. Martwa, 

nie miała szans, by przekazać jakąkolwiek wiadomość 

–  Nie życzę sobie, żeby ten chłopak się tu kręcił... 
Zamrugała. 
–  Jaki chłopak? 
–  Ten z Domu. Perkins! 
–  Dlaczego? – wybuchła, zdziwiona, że Specter w ogóle wie o Johnnym. A to, że 

dbał o jego los, wydawało się szczególnie zaskakujące. 

–  Bo siostra tego chłopca przyjaźni się z policjantem! Dlatego! A ja nie chcę, żeby 

ten smarkacz chlapał ozorem! Jasne? 

–  Jasne – zakpiła. – Ale przecież kapitan nie może go wyrzucić. 
–  Zrobi, co mu każę. Wyśle go z powrotem do tego całego Domu albo do jego sio-

stry. Zresztą i tak powinien tam w końcu wylądować, on tu nie pasuje. 

Przypomniała  sobie,  jak  bardzo  Johnny  nalegał  na  to,  by  zostać  z  Morganem,  i 

zmarszczyła brwi. 

–  A jeśli się nie wyprowadzi? Co wtedy? 
Z pewnością Specter nie zabiłby dziecka z tak błahego powodu jak luźny związek 

pomiędzy Lucy i policją. 

–  Na pewno się wyniesie. Nie będzie przecież chciał mnie zdenerwować, no nie? – 

Zbliżył się, machając jej przed nosem pistoletem. – Ten cały Pryce też o tym nie marzy. 

–  Nie byłabym tego taka pewna. – Jakoś nie wyobrażała sobie Morgana ulegają-

cego  czyjemukolwiek  dyktatowi,  choćby  był  to  nawet  jego  wspólnik.  A  w  takim  przy-
padku... 

–  Jest bardzo przywiązany do chłopca. Może się nie zgodzić. 
Specter pomachał pistoletem w okolicach jej piersi. 
–  Niech się lepiej zgodzi! Albo pożałuje! A jak go pani nie przekona, to mnie pani 

popamięta... 

–  A  niech  to!  –  zagrzmiał  nagle  znajomy  głos.  –  Mówiłem,  żebyście  tu  nie  przy-

chodzili. 

–  Morgan! – krzyknęła. – Uciekaj! 
Klnąc  na  czym  świat  stoi,  Specter  odwrócił  się  gwałtownie  do  Morgana  i  pistolet 

wypalił. Clara patrzyła z niedowierzaniem, jak Morgan opiera się ciężko o mur. 

–  Nie  żyje!  –  wrzasnął  Specter.  –  Niech  to  diabli?  Co  teraz?  –  Z  tym  okrzykiem 

upuścił pistolet i rzucił się do ucieczki. 

Clara dopadła kapitana w chwili, gdy osuwał się na ziemię. 
–  Morgan! – krzyknęła. – Boże! Morgan! 
Upadła koło niego na kolana, a serce niemal przestało jej bić. 
–  Odezwij się do mnie! Powiedz, gdzie cię ranił. 
–  Claro? – wychrypiał. – To ty? 

background image

135 

–  Tak, tak jestem tutaj... – Dotykała w panice jego bezwładnego ciała, by znaleźć 

ranę. Boże, nie pozwól mu umrzeć – modliła się w duchu. 

–  Jestem przy tobie, kochany... co mam robić? Jak ci pomóc? 
Podniósł na nią oczy... zadziwiająco przytomne... jak na umierającego. 
–  Uciekaj, cherie. Bo jak cię teraz dopadnę, nie usiądziesz przez tydzień... 

background image

136 

Rozdział 15 

 

W obawie, że to ona spowodowała śmierć Bestii, 

Piękna zaczęła biegać po pałacu, płacząc i załamując ręce. 

Piękna i Bestia 

Jeanne-Marie Prince de Beaumont 

 
Clara zamrugała i Morgan zrozumiał, że ją zaskoczył. No, ale w końcu ta nieodpo-

wiedzialna kobieta sądziła, że on umiera. Powinien pozwolić jej tak myśleć po tym, co 
zrobiła... 

Omal nie umarł ze strachu, gdy się zorientował, że to na nią natknął się Specter i 

że to ona mogła zginąć od kuli. Wciąż jeszcze drżał ze strachu. I ten przeszywający ból 
w udzie... Chwycił Clarę za ramiona i z jej pomocą podniósł się z ziemi. Wstała i objęła 
go w talii. 

–  Co ty wyprawiasz? Jesteś ranny! 
–  Owszem!  –  Odzyskał  równowagę  i  stwierdził  z  ulgą,  że  stanie  nie  sprawia  mu 

problemu. – Co tu robisz, do diabła? Nigdy nie słuchasz tego, co się do ciebie mówi? 

–  To teraz nieważne. Nie powinieneś się ruszać, póki nie sprowadzę lekarza. 
–  Nie chcę żadnego lekarza! 
Słyszał  teraz  jakieś  głosy;  nadchodzący  ludzie  rozprawiali  o  odgłosie  wystrzału, 

próbując odgadnąć, z której strony padł. A ostatnią rzeczą potrzebną Clarze było to, by 
ktoś ich teraz zobaczył razem. 

–  Zabierz mnie do sklepu, zanim ktoś się tu zjawi – zażądał, obejmując ją za ra-

miona. 

–  Trafił cię w nogę... – szepnęła drżącym głosem. 
–  Chyba tak... A może to pies mnie ukąsił? 
–  Nie musisz się irytować – prychnęła, prowadząc go do drzwi. – Przecież to nie ja 

do ciebie strzelałam, na miłość boską. 

–  I zaczniesz tego żałować – mruknął. – Przysięgam, że przełożę cię przez kolano 

i... 

–  Cicho bądź i daj mi klucze. Nawet gdybym pozwoliła się przełożyć przez kolano 

i tak nie byłbyś w stanie nic zrobić... 

–  Na twoim miejscu nie byłbym tego taki pewien. 
Podał jej klucze i z trudem razem przestąpili próg. Szybko zatrzasnął drzwi, zado-

wolony, że udało im się uciec przed wzrokiem ciekawskich. Puścił ramię Clary i pokuś-
tykał naprzód. Natychmiast pospieszyła za nim. 

–  Zaczekaj, pomogę ci... 
–  Nic mi nie jest... muszę tylko usiąść. 

background image

137 

Podejrzewał, że rana nie jest zbyt poważna, bo był w stanie chodzić. Bolała go jed-

nak jak diabli i uznał, że musi ją obejrzeć. 

W  sklepie  panowały  egipskie  ciemności,  ale  Morgan,  w  przeciwieństwie  do  Clary, 

która omal nie wpadła na poręcz, potrafił poruszać się w mroku. 

–  Mam zawołać na Johnny'ego, żeby przyniósł lampę? 
–  Nie ma go tutaj. Nocuje u Samuela. 
–  Dlaczego? 
–  A jak sądzisz? Z tego samego powodu, dla którego nie chciałem, żebyś tu przy-

chodziła. 

–  Spodziewałeś się Spectera? – spytała oskarżycielskim tonem, gdy chwycił ją za 

ramię i ruszył na zaplecze. 

–  Nie o to chodzi. Prosiłem, żebyś trzymała się dzisiaj z dala od sklepu. Dlaczego 

mnie nie posłuchałaś? 

–  Może  bym  i  posłuchała,  gdybyś  raczył  mi  wytłumaczyć,  co  się  dzieje,  zamiast 

wywarkiwać rozkazy. 

–  Myślałem, że jesteś jednak rozsądniejsza. 
–  Teraz, gdy na to patrzę, przyznaję, że nie był to najlepszy pomysł – odparła ze 

skruchą. – Ale ty coś knułeś. I miałam rację, prawda? – Skupiona na swoich oskarże-
niach, potknęła się w ciemnościach i omal nie upadła. 

–  Uważaj, aniele, bo zrobisz sobie krzywdę i oboje będziemy potrzebowali pomo-

cy. 

Wzdychając ciężko, opadł na łóżko i sięgnął po lampę, która zawsze wisiała na ha-

ku obok. Zapalił ją zręcznie i pokój wypełnił się natychmiast ciepłym blaskiem. 

Właśnie zamierzał powiesić ją z powrotem, gdy dobiegł go jęk Clary, która patrzyła 

z przerażeniem na jego nogę. 

–  Boże, Morganie, ile krwi... 
Niestety miała rację... Lewa nogawka jego spodni była wprost mokra od krwi. To go 

jednak nie przeraziło. Widział w życiu zbyt wiele ran, by się przestraszyć. 

–  To  tylko  tak  wygląda.  –  Obejrzał  starannie  udo.  –  Żadnych  dziur,  po  prostu 

draśnięcie... kula tylko mnie musnęła... 

–  Ale krew... 
–  Czasem  właśnie  najmniej  poważne  rany  najbardziej  krwawią.  Boli  jak  diabli, 

ale to normalne. 

–  Musi obejrzeć cię lekarz. 
Podniósł na nią wzrok. 
–  A kto mi go sprowadzi? Ty? I zdradzisz, że byłaś ze mną, kiedy padł strzał? 
–  Nieważne. 
Najgorsze było to, że Clara naprawdę tak myślała. 
–  Dla mnie ważne. Poza tym sam sobie poradzę.  To nie pierwszy raz... Jeśli bę-

dzie  mi  potrzebny  lekarz,  poproszę  rano  Johnny'ego,  żeby  go  sprowadził.  Nie  sądzę 
jednak, by było to konieczne. Trzeba tylko opatrzyć ranę. 

background image

138 

–  Ależ  ty  mnie  denerwujesz.  –  Zrzuciła  pelerynę,  położyła  ją  na  toaletce,  zdjęła 

rękawiczki i rozejrzała się po pokoju. 

–  Ludzie umierają bez przerwy z powodu takich niepoważnych ran. – Rozglądała 

się nieprzytomnie. – Gdzie tu jest woda? I bandaże? 

–  Uspokój się, Claro. – Jej troska bawiła go i wzruszała. Wskazał ręką za siebie. – 

Tam jest umywalka i świeże ręczniki. 

Obróciła się na pięcie i ruszyła we wskazanym przez niego kierunku. 
–  Opatrywałaś już rany, prawda? – spytał. 
–  Może raz czy dwa... w Domu, kiedy dziecko zrobiło sobie krzywdę i nie mogli-

śmy czekać na lekarza. – Rzuciła mu przerażone spojrzenie. – Nigdy nie było to jednak 
coś tak poważnego... 

–  Przecież  ci  mówię,  że  nic  się  nie  stało.  Nawet  sam  mogę  się  tym  zająć.  Już 

miewałem do czynienia z takimi ranami. 

–  Przecież  nie  dopuszczę  do  tego,  żebyś  opatrywał  się  sam,  na  miłość  boską!  – 

Gdy  wybrała  już  ręczniki  i  przerzuciła  je  przez  ramię,  twarz  miała  barwy  kredy.  –  To 
wszystko przeze mnie, więc muszę się tobą zająć. 

Popatrzył na nią sceptycznie 
–  Skoro nalegasz... Ale wyglądasz, jakbyś miała zemdleć. 
–  Ja nigdy nie mdleję. Poradzę sobie. 
Powstrzymał uśmiech. Dzięki temu, że Clara tak się o niego troszczyła, ból doku-

czał mu znacznie mniej. 

–  W Spitalfields napatrzyłam się dość na okropne rzeczy – ciągnęła, jakby w ogó-

le  go  nie  słyszała.  –  Na  mężczyzn  zastrzelonych  z  zimną  krwią,  kobiety  poturbowane 
przez kochanków, wynędzniałe dziewczyny pijące nałogowo dżin. To wcale nie jest gor-
sze. 

Teraz już plotła głupstwa, ale jej nie przerywał. Jeśli doświadczenia na polu bitew-

nym czegoś go nauczyły, to tego, że ludzie w trudnych chwilach zachowują się inaczej 
niż zwykle. Niektórzy milkną. Inni, tak jak Clara, mówią bez przerwy, by odwrócić my-
śli o tym, co ich trapi. 

Nalała wody do miski, a on tymczasem zdjął buty, wstał i ściągnął spodnie, które 

zdążyły już przykleić się do rany. Uwolnił się też z surduta i kamizelki, by się nie po-
krwawiły.  A  potem  uniósł  koszulę  i  zaczął  oglądać  nogę.  Gdy  metal  stuknął  nagle  o 
drewno, kapitan podniósł gwałtownie głowę. Clara stała jak oniemiała nad miską, któ-
rą właśnie upuściła na podłogę. 

–  Coś nie tak, cherie? 
–  Nie masz na sobie spodni... 
Widząc rumieniec na jej policzkach, zaśmiał się wesoło, chwilę później jednak zo-

baczył, że Clara wpatruje się jak zaczarowana w jego nogi i znów poczuł przypływ żą-
dzy. Klnąc, wychylił się do przodu w nadziei, że koszula ukryje tę irytującą reakcję. 

–  Pomyślałem, że spodnie będą ci przeszkadzać. 
–  Och... tak... oczywiście. 

background image

139 

Uklękła, by podnieść miskę, wlała do niej jeszcze trochę wody i postawiła na łóżku. 

Unikała jego spojrzenia. 

–  Wybacz, nie przywykłam do widoku dorosłych mężczyzn... no wiesz... 
–  Rozebranych? Nie jestem tym zaskoczony. 
Szybko zajął się raną. 
–  Chyba  jest  powierzchowna.  –  Niemal  zaczął  żałować,  że  nie  cierpi  naprawdę. 

Wtedy skupiłby się na bólu, nie na podnieceniu. – Na pewno szybko się zagoi. 

–  Dzięki Bogu – powiedziała z ulgą, maczając ręcznik w wodzie. 
Gdy zaczęła ścierać krew, zaklął pod nosem. Na jej policzki wystąpiły rumieńce. 
–  Przykro mi – szepnęła. – Tak mi przykro. Nie chciałam, żeby to się stało. 
–  Pamiętaj o tym, kiedy następnym razem zaczniesz węszyć. 
Zignorowała jego pretensje, zbyt skupiona na opatrywaniu rany, by z nim rozma-

wiać. 

–  Masz tu jakiś mocny alkohol? Brandy? Whisky? 
–  Dobry pomysł. Poszukaj za ręcznikami w szafce. Sądziłem jednak, że damy nie 

powinny pić mocnego alkoholu. 

Uniosła brwi. 
–  Wydaje mi się, że w takich okolicznościach można zapomnieć o konwenansach. 

Chyba że masz z tym jakiś problem. 

–  Nie  ja.  Kobiety  w  ogóle  nie  powinny  zwracać  uwagi  na  maniery.  Życie  byłoby 

wówczas bardziej interesujące. 

–  Chcesz w to wierzyć... – Znalazła butelkę. – Dziwne, ale nie sądzę, że Specter 

naprawdę chciał cię zabić. To się chyba zdarzyło przez przypadek. Przecież on jęknął: 
Nie żyje... Jakby był tym szczerze poruszony. 

–  Już ja nim poruszę – mruknął ponuro Morgan. – Temu draniowi nie ujdzie to 

na sucho. Zedrę z niego skórę. Chciał cię przecież zaatakować. 

–  Mnie? Nie sądzę... Groził mi, to prawda, ale... 
–  Co? Groził ci? Myślałem, że natknęłaś się na niego przypadkiem, czekając na 

mnie, i sama go zaczepiłaś. 

Popatrzyła na niego z urazą. 
–  Nie jestem idiotką. Nie zaczepiam obcych mężczyzn. 
–  Mnie tydzień temu zaczepiłaś... 
–  To co innego. Był biały dzień, towarzyszył mi Samuel. A ty nie miałeś na sobie 

czarnej peleryny. Nie, stałam tu i pukałam do drzwi, kiedy on nagle podszedł i zapytał, 
gdzie jesteś. Nie powiedziałam, więc wyjął pistolet i zaczął nim machać. 

–  Bon Dieu! Mógł cię zabić! Skręcę mu kark! 
Chciał wstać, ale popchnęła go z powrotem na łóżko. 
–  To nie tak... Niezupełnie... 
–  Więc powiedz dokładnie, co się wydarzyło. – Zdał sobie sprawę, że to ona mogła 

zostać ranna, i poczuł, że jeżą mu się włosy na karku. – Dlaczego cię straszył? Czego 
chciał? Co mówił? 

background image

140 

Usiadła obok niego i otworzyła butelkę. 
–  To  było  bardzo  dziwne.  Troszczył  się  przede  wszystkim  o  Johnny'ego.  Prosił, 

abym przekazała ci wiadomość.  

Gdy wylała trochę brandy na ranę, zaklął siarczyście i wyrwał jej flaszkę z ręki. 
–  Co ty wyprawiasz?! Chcesz mnie zabić? 
–  A ty myślisz, że po co mi była brandy? Chciałam zatamować krew. Pani Carter 

twierdzi, że przemywanie rany mocnym alkoholem hamuje krwawienie. 

–  Pani Carter ma prawo do własnego zdania, ale wolałabym, żebyś nie wypróbo-

wywała jej opinii na mojej nodze. 

Uniosła podbródek. 
–  Twierdziła,  że  jej  brat,  chirurg,  z  powodzeniem  stosował  tego  typu  metody  w 

marynarce. 

–  Z pewnością nie marnowaliśmy takich wspaniałych trunków na skaleczenia. – 

Morgan uniósł butelkę do ust, upił kilka łyków i znów ją postawił. – Brandy wyłącznie 
piliśmy. 

–  Świetnie.  Rób  z  nią,  co  chcesz.  Ja  już  i  tak  skończyłam...  –  Rozejrzała  się.  – 

Masz coś, co mogłoby posłużyć jako bandaż? 

–  Proszę, możesz wziąć mój fular – powiedział. 
–  To  jedwab,  szkoda.  Wystarczy  jakieś  czyste  prześcieradło  i  nóż  albo  nożyczki, 

żebym mogła je pociąć. 

Sięgnął za siebie po nóż, który nosił w płaszczu, gdy nie chciał zabierać pistoletu. 

Teraz  też  musiał  go  zostawić  w  domu,  gdyż  pod  wieczorowym  strojem  trudno  było 
ukryć takie narzędzie zbrodni. 

–  Jedyne prześcieradła, jakie mam, leżą na łóżku i nie pozwolę ich podrzeć. 
–  Dobrze, użyję halki. Jest uszyta z bawełny, idealnie nadaje się na bandaż. – Z 

nożem w ręku wyszła na korytarz, by nie rozbierać się przy Morganie. 

–  Wspaniale!  –  zawołał  za  nią.  –  Właśnie  marzyłem,  by  obandażowano  mi  ranę 

modną damską bielizną. 

–  Przykro mi, ale to będzie musiało zaczekać do następnego razu, kiedy cię po-

strzelą. Ta halka wyszła z mody, do Spitalfields nigdy nie wkładam najlepszych rzeczy. 

Na chwilę zaległo milczenie. 
–  Zauważyłem. Zauważyłem również, że na tę eskapadę wdziałaś czarne ubranie. 
Szelest  spódnic  wytrącił  go  z  równowagi.  Próbował  sobie  nie  wyobrażać  prawie 

przezroczystej halki, sięgającej do połowy łydki, ani jedwabnych pończoszek przywiera-
jących do kolan... 

Poczuł nowy przypływ żądzy i zaklął pod nosem. Powinien był jednak ją prosić, by 

sprowadziła lekarza. Wszystko byłoby lepsze od tych tortur. 

Zwłaszcza  że  Clara  wróciła  do  pokoju  z  paskami  bawełny  w  jednej  ręce  i  pociętą 

halką  w  drugiej.  Nie  mógł  oderwać  wzroku  od  jej  spódnicy,  która  lepiła  się  teraz  do 
nóg.  Niestety  czarny  materiał  skutecznie  zasłaniał  mu  widok.  Szkoda,  że  nie  odniósł 
większych  obrażeń  –  musiałaby  pociąć  suknię  i  koszulę,  by  zabandażować  wszystkie 

background image

141 

rany. Nie wspominał już nawet o reformach... aby ją z nich rozebrać, sam by się chęt-
nie  postrzelił.  W  jego  rozgorączkowanym  umyśle  pojawił  się  obraz  nagiej  Clary,  lecz 
bezlitośnie go stłamsił. Miał teraz ważniejsze rzeczy do roboty niż uwodzenie dam. 

–  Mówiłaś, że Specter przekazał ci dla mnie wiadomość. Co mówił? 
–  To  było  dziwne.  Chce,  żebyś  wyrzucił  Johnny'ego.  Bardzo  na  to  nalegał.  Nie 

podoba mu się fakt, że siostra chłopca przyjaźni się z policjantem. 

Morgan rozważał fakty. Dlaczego Specter interesował się tą sprawą, jeśli naprawdę 

miał znajomych wśród policjantów? To wszystko nie miało sensu. Żadnego sensu. 

Przymrużył  powieki.  A  jeżeli  mężczyzna,  który  zaatakował  Clarę,  nie  był  Specte-

rem? Ten, który uciekał dziś ciemną alejką, nie wydawał się muskularny ani krzepki, 
tak  jak  tamten,  który  go  odwiedził  poprzednim  razem.  Na  ulicy  nie  czekał  poza  tym 
żaden powóz – napastnik uciekał pieszo. 

–  O czymś jeszcze zapomniałam – powiedziała, podchodząc bliżej. – On przecież 

upuścił pistolet zaraz po tym, jak cię postrzelił. Broń wciąż pewnie leży w alejce... 

–  Do licha, Claro... Przecież to ważne... Lepiej go przyniosę. 
Chciał wstać, ale zawołała: 
–  Nigdzie nie pójdziesz, dopóki nie opatrzę ci rany! 
–  Co za apodyktyczna dziewczyna – mruknął. 
–  Poza  tym  on  już  pewnie  sam  po  niego  wrócił  –  powiedziała  rzeczowo,  kładąc 

sobie  jego  nogę  na  kolanie.  Miała  rację.  Napastnik  musiałby  być  ostatnim  głupcem, 
żeby  zostawić  pistolet  w  alejce.  To  jednak  tylko  wzmogło  jego  podejrzenia,  że  tym  ra-
zem nie miał do czynienia ze Specterem. A jeśli nie, prawdziwy Specter mógł wciąż cza-
ić się na nich gdzieś w pobliżu. 

Lekko  zniecierpliwiony  patrzył,  jak  Clara  składa  ręcznik  w  kwadrat,  przyciska  go 

mocno do rany, a następnie przewiązuje mu udo kawałkiem halki. 

Kiedy wreszcie skończyła, postawił brandy na podłodze i ujął jej dłoń. 
–  Claro, musisz mi dokładnie opowiedzieć, co zaszło. Nie, nie teraz – dodał szyb-

ko, widząc, że już otwiera usta. – Dopiero wtedy, gdy się upewnię, że jesteśmy sami. 

–  Co ty mówisz? Nie rozumiem. 
–  Zaraz ci wytłumaczę. – Musiał najpierw sprawdzić, czy Specter ich nie podsłu-

chuje. Podniósł się z łóżka. 

–  Co robisz? – krzyknęła. 
–  Wszystko w porządku. Mogę chodzić. 
–  Przecież tylko pogarszasz sprawę! 
Uśmiechnął się do niej. 
–  Toczyłem kiedyś bitwę z kulą w ramieniu, ma belle ange. Zaufaj mi, to nic. 
Pokuśtykał  przez  pokój  i  upewnił  się,  czy  drzwi  są  zamknięte,  a  potem  zamknął 

przejście między sklepem i sypialnią. Z trudem wszedł na piętro i przeszukał magazyn, 
nie zważając na protesty Clary. Poza rzeczami Johnny'ego i kilkoma pudłami nic tam 
jednak  nie  było.  Ani  nikogo.  Kiedy  znów  znalazł  się  na  dole,  spiorunowała  go  wzro-
kiem. 

background image

142 

–  Przysięgam, że jeśli rana zacznie krwawić, sam ją będziesz opatrywał! 
–  Co? Nie zamierzasz skorzystać z okazji? Nie chcesz torturować mnie brandy? – 

Uśmiechnął  się.  –  Spokojnie,  aniele,  wiem,  na  co  mnie  stać.  –  Ruszył  z  powrotem  w 
stronę  łóżka.  –  A  teraz  powiedz  mi  dokładnie,  co  się  dziś  stało.  Zacznij  jeszcze  raz, 
opowiedz o wszystkim, co widziałaś, powtórz dokładnie każde słowo... Dobrze? 

Stała  z  wyrazem  cierpienia  na  twarzy,  dopóki  nie  usiadł  i  nie  oparł  się  o  ścianę. 

Zanim jednak zaczęła mówić, sprawdziła dokładnie bandaż. 

Zadowolona, że rana nie zaczęła krwawić, rozpoczęła swoją opowieść. 
Zadziwiająco spokojnym głosem zrelacjonowała wszystko, co zaszło, tak dokładnie, 

że  aż  się  uśmiechnął.  Ta  kobieta  sama  powinna  być  szpiegiem.  Zwracała  uwagę  na 
każdy  szczegół,  zapamiętała  nawet  gładko  wygolony  podbródek  zakapturzonego  męż-
czyzny.  Im  dokładniej  jednak  opisywała  napastnika,  tym  bardziej  nabierał  przekona-
nia, że Clara nie natknęła się na Spectera. Uliczny akcent, grubiański sposób bycia... 
to zupełnie nie pasowało do obrazu, jaki Morgan miał w pamięci. Przerywał jej od cza-
su do czasu, by zadać jakieś pytanie, a kiedy skończyła, wychylił się w jej stronę. 

–  Co  masz  na  myśli,  mówiąc,  że  pistolet  drżał  mu  w  dłoni?  Czy  ten  człowiek 

trząsł się ze strachu? Był przerażony? 

–  Na  początku  chyba  tak.  Potem  jednak  poczynał  już  sobie  znacznie  śmielej, 

wymachiwał nawet bronią jak szalony... 

–  To nie był Specter – powiedział stanowczo Morgan. 
–  Miał jednak na sobie pelerynę i zachowywał się... 
–  To nie był on. Wierz mi. Przede wszystkim, prawdziwy Specter mówi pięknie po 

angielsku. I choć widziałem go tylko przez chwilę, zauważyłem, że jest świetnie zbudo-
wany.  Ten  mikry  człowieczek,  którego  mi  opisałaś,  nie  mógł  nim  być.  Poza  tym  nikt, 
kto ma choć blade pojęcie o pistolecie, nigdy nim nie wymachuje. Naraziłby się przez to 
na jego utratę. A Specter jest bardzo ostrożny. 

–  Był zły... 
–  A on się nie złości. Przynajmniej nie do tego stopnia, by popełniać aż tak pod-

stawowe błędy. Poza tym nie posługuje się pistoletem, tylko nożem. Nie, to musiał być 
ktoś, kto nie zna się na broni. 

–  Ktoś, kto nie chce, by Johnny z tobą mieszkał... 
–  Ale kto to może być? 
Oboje zamilkli. 
–  Lucy – odezwała się w końcu Clara. 
–  Jak to? Podobno w ogóle się nim nie interesuje... 
–  Bardziej,  niż  mu  się  wydaje.  Próbowała  go  namówić  na  zmianę  lokum,  ale 

Johnny się uparł. Woli mieszkać z tobą. 

Morgan wzruszył ramionami, ale w głębi serca odczuł niepojętą satysfakcję. 
–  Poza tym osoba, która na mnie napadła, kobieta lub mężczyzna, twierdziła wy-

raźnie, że chce rozmawiać z tobą. To ciebie chciała wystraszyć, nie mnie. 

background image

143 

–  Nie wydaje mi się jednak prawdopodobne, by kobieta groziła komukolwiek pi-

stoletem. 

–  Nie znasz Lucy – powiedziała sucho Clara. 
Myślał chwilę. 
–  Zapomnieliśmy o Fitchu. 
–  Skąd o nim wiesz? 
–  Od Johnny'ego. Podobno Fitch nie lubi ani jego, ani jego brata. 
–  Dlaczego w takim razie nalegał, by Johnny z tobą nie mieszkał? 
–  Bo nie chce, by brat jego narzeczonej zadawał się z przestępcami. 
Skinęła głową. 
–  Mówił  o  tym  na  policji.  Cóż,  wiele  więcej  dziś  nie  wymyślimy  –  dodała  z  wes-

tchnieniem. – Jutro porozmawiam z Lucy i zobaczę, jak się zachowa. Zawsze możemy 
się mylić i to jednak mógł być Specter. 

–  Nie, tego jestem pewien. Gdyby obecność Johnny'ego naprawdę mu przeszka-

dzała, chłopiec już by nie żył. 

Kobieta wzdrygnęła się z przerażenia. 
–  Wspaniale.  Wybrałeś  sobie  świetnego  wspólnika,  człowieka  gotowego  zabić 

dziecko, gdyby zaszła taka potrzeba. 

–  Claro, nie rozumiesz... 
–  Tym razem nie pozwolę się zbyć, Morganie. Po tym, co się stało, zasługuję na 

wyjaśnienia. – Zaczerpnęła powietrza. – Sądziłeś, że on się tu dziś zjawi, prawda? Dla-
tego nie chciałeś, żebym przychodziła. 

Zawahał się. 
–  Tak. Uprzedzał, że przyjdzie po odpowiedź. 
–  I byłeś gotów obiecać mu współpracę. – W jej słowach wyraźnie pobrzmiewała 

gorycz.  –  Nie  rozumiem  tego.  Nie  rozumiem.  Prowadzisz  z  nim  interesy,  to  oczywiste, 
wnosząc po tym, jak dobrze go znasz. Jak możesz z kimś takim pracować? Przecież nie 
masz z nim nic wspólnego. Jako syn barona... 

–  Tak, jakby to miało jakieś znaczenie – warknął. – Jesteś taka sama jak wszy-

scy. Sądzisz, że wystarczy nosić kosztowne wieczorowe stroje, żeby zostać dżentelme-
nem. No, może trzeba mieć jeszcze utytułowanego ojca. Nie wiesz jednak, kim napraw-
dę jestem. 

Oczy zrobiły się jej okrągłe ze zdumienia. 
–  Wiem, kim nie jesteś. Z pewnością nie jesteś takim mordercą jak on. Poza tym 

nie wierzę, byś był paserem. A w takim razie, co tutaj robisz? 

Przesunął  ręką  po  włosach  i  odwrócił  wzrok.  Kiedy  zostawił  Clarę  z  Winthorpem, 

znalazł Ravenswooda i zażądał od niego relacji z rozmowy na tarasie. Ravenswood po-
zwolił Morganowi, by powiedział Clarze to, co uważa za niezbędne. 

Ale co właściwie było niezbędne? Mogła przecież zginąć, poszukując odpowiedzi. A 

on postrzeliłby się raczej w drugą nogę, niż do tego dopuścił. 

background image

144 

Problem polegał na tym, że Clara nie była marynarzem, który ślepo słucha rozka-

zów, nie pytając o powody. Poza tym miała rację. Zasłużyła na to, by wiedzieć.  

Dlaczego jej życie przewróciło się do góry nogami? 
Dlaczego Morgan mieszkał tak blisko Domu, kusząc jej dzieci? I dlaczego Ravens-

wood nie chciał temu przeciwdziałać? 

Westchnął i oparł się o ścianę. 
–  No dobrze, pal licho. Powinnaś to wiedzieć. 

background image

145 

Rozdział 16 

 

Młodość ich bez pojęcia, 

Kocha i nie zważa, 

Że na ciosy i cięcia, 

Łacno się naraża. 

Mała, śliczna książeczka kieszonkowa 

John Newbery 

 
Clara wysłuchała od początku do końca relacji Morgana. Jego wyjaśnienia jednak 

specjalnie jej nie zaskoczyły. Domyślała się już wcześniej, że nie jest tym, za kogo się 
podawał. 

Jednak cieszył ją fakt, że może być z niego dumna. Nie bez powodu czuła do niego 

pociąg; instynkt wcale jej nie zawiódł. Morgan okazał się dżentelmenem godnym  sza-
cunku. 

Może nawet był aż nazbyt wielkim dżentelmenem. Ryzykował przecież życie! Z tego, 

co wiedziała, nikomu, kto wszedł Specterowi w drogę, nie udało się przeżyć. 

Poczuła, że ma serce w gardle. Być może istotnie nie zaatakował jej Specter, tylko 

ktoś  inny,  lecz  pistolet  napastnika  tak  czy  inaczej  stwarzał  zagrożenie.  Nienawidziła 
tego  uczucia  bezsilności,  które  ją  ogarnęło,  gdy  znalazła  się  na  muszce.  Nawet  teraz, 
gdy już było po wszystkim, wciąż czuła przyspieszone bicie serca. A widok zabandażo-
wanej nogi Morgana sprawiał, że jakaś zimna pięść chwytała ją za serce. 

On jednak siedział, jak gdyby nigdy nic, i opowiadał, jak zamierza schwytać znacz-

nie groźniejszego bandytę. Tego było dla niej za wiele. 

–  Nie wolno ci tego zrobić – powiedziała, gdy dokończył. 
–  Czego? – spytał niewinnie. 
–  Zastawiać pułapki na Spectera. On może cię zabić. Jeśli coś się nie uda... 
Złagodniał. 
–  Wszystko będzie dobrze, aniele, jeśli tylko mnie nie zdradzisz. 
–  Oczywiście, że nie. Jakżebym mogła? 
–  Mogłabyś  się  na  mnie  zemścić  za  to,  że  wplątałem  w  tę  całą  historię  twoich 

podopiecznych.  Za  to,  że  cię  oszukałem.  Za  to,  że  nieświadomie  kusiłem  Johnny'ego, 
by wrócił do dawnego życia. 

–  Nic mnie to nie obchodzi. Nie w sytuacji, kiedy ryzykujesz wszystko, byle tylko 

schwytać tak niebezpiecznego mężczyznę. 

–  Ty się na mnie nie gniewasz – powiedział z niedowierzaniem. 
–  Co? Nie, oczywiście, że nie. Przecież nie mogę mieć do ciebie pretensji o to, że 

nie jesteś przestępcą. O to, że wszystko źle zrozumiałam, ani o to, że wszystko, przed 
czym lord Ravenswood próbował mnie ostrzec... 

background image

146 

Do licha, wcale nie zamierzała o tym wspominać... Przymrużył oczy. 
–  Co  on  ci  dokładnie  powiedział?  Podobno  wykręcał  się  tylko  od  odpowiedzi  i 

próbował kupić twoje milczenie. 

–  To prawda. 
–  Wygląda jednak na to, że na tym nie poprzestał. 
 Popatrzyła na niego ze słabym uśmiechem. 
–  On  jedynie  mnie  ostrzegł,  żebym  mimo  twojego  pochodzenia  nie  brała  cię  za 

dżentelmena.  Dokładnie  powiedział:  Nie  jest  aż  tak  cywilizowanym,  czy  też  jak  pani 
woli kulturalnym człowiekiem, jakby się mogło wydawać. 

Morgan popatrzył na nią ponuro. 
–  Ma rację. – Podniósł do ust butelkę brandy i wypił łyk. – Potrafię udawać, ale 

wcale nie jestem kulturalny. 

Poczuła przypływ czułości. Nie sądziła, że Morgan aż tak bardzo w siebie wątpi. 
–  Kulturalny czy nie, z pewnością jesteś dobry, a to znacznie ważniejsze. 
Pokręcił głową i się zaśmiał. 
–  Tak,  jestem  dobrym  człowiekiem.  Tak  dobrym,  że  namawiam  kieszonkowców, 

by  wrócili  do  dawnego  życia.  –  Zerknął  na  butelkę.  –  Dziś  się  jednak  chyba  na  mnie 
zemściłaś. 

–  Nie przyszłam się mścić. Chciałam tylko dowiedzieć się prawdy. 
–  To było głupie. Co chciałaś osiągnąć? –  W jego oczach płonął ogień. – Mogłaś 

zaczekać  do  jutra.  Kiedy  pomyślę,  co  by się  stało,  gdyby  napadł  cię  prawdziwy  Spec-
ter... 

–  Dobrze, przyznaję, że niepotrzebnie wmieszałam się w nie swoje sprawy. Skąd 

jednak miałam wiedzieć, że się z nim umówiłeś? – Wstała i zaczęła się przechadzać po 
pokoju.  –  Na  swoją  obronę  mogę  tylko  powiedzieć,  że  gdybyś  wyznał  mi  prawdę,  nic 
złego  by  się  nie  stało.  Wiedząc,  dlaczego  nie  chcesz,  bym  się  tu  zjawiła,  z  pewnością 
bym nie przyszła. 

Westchnął z irytacją, co znaczyło, że cios trafił w czuły punkt. 
–  Wcale nie jestem tego taki pewien. Chyba rozumiem, dlaczego mnie nie posłu-

chałaś, ale żeby szpiegować niebezpiecznego przestępcę... To naprawdę szaleństwo. Co 
ty sobie właściwie myślałaś? 

Odwróciła się gwałtownie, zmęczona tym kazaniem. 
–  Że ty i Ravenswood macie jakieś przestępcze zamiary. Podejrzewałam, że dzieje 

się coś naprawdę złego, coś, w co zamieszane jest w dodatku Ministerstwo Spraw We-
wnętrznych. 

–  Ależ, Claro... 
–  Myślałam – ciągnęła, nie pozwalając sobie przerwać – że jeśli nie spróbuję te-

mu przeciwdziałać, zdradzę tych wszystkich ludzi, którzy ufają rządowi, lecz nie mogą 
działać we własnym imieniu. Na przykład moich wychowanków. – Skrzyżowała ramio-
na na piersi i patrząc na niego groźnie, próbowała zniechęcić Morgana do kontynuacji 
kazania. 

background image

147 

Nie  podziałało.  Wstał;  jak  na  mężczyznę  ubranego  tylko  w  reformy  i  koszulę,  z 

bandażem  na  nodze  prezentował  się  niezwykle  groźnie.  Szedł  wolno  w  jej  stronę. 
Wstrzymała oddech i cofnęła się o krok. 

–  A  gdybyś  miała  rację  –  warknął  –  i  naprawdę  mieliśmy  jakieś  przestępcze  za-

miary? Nawet gdybyś nas przyłapała, co mogłaś zrobić? Z zamiarem zbawienia świata 
przyszłaś tu bez broni, sama, bez policji, w ogóle bez żadnej ochrony... 

Zrozumiała  nagle,  że  on  wcale  nie  ma  do  niej  pretensji  o  to,  że  pokrzyżowała  mu 

plany. Wściekł się, bo naraziła się na niebezpieczeństwo. Naprawdę się o nią troszczył! 
To wszystko zmieniało. Natychmiast minął jej gniew. 

–  Nie  chciałam  przychodzić  sama.  Nie  mogłam  jednak  znaleźć  Samuela,  a  nie 

zamierzałam wtajemniczać innych w całą sprawę. 

–  Do diabła! Przecież mogłaś zginąć! Zamiast mnie! – Chwycił ją za ramiona; jego 

twarz wykrzywiał strach. – On... ona... mogła cię zabić. 

Przełknęła ślinę. 
–  Ale nic się nie stało. 
–  I  to  jest  właśnie  straszne...  gdybym  nie nadszedł...  –  Wzdrygnął  się  i  zacisnął 

palce na jej ramieniu. – Wiesz, co bym czuł? W tym ułamku sekundy, kiedy widziałem 
cię na muszce... Boże, Claro, już nigdy więcej nie chcę się tak bać – dodał ochrypłym 
głosem. 

–  Nie  będziesz  musiał.  –  Serce  biło  jej  mocno,  bardzo  mocno  i  to  wcale  nie  ze 

strachu. Morganowi naprawdę na niej zależało. – Od dziś... 

–  Od dziś będziesz się trzymała ode mnie z daleka, słyszysz? Dopóki trwa śledz-

two, nie zbliżaj się ani do mnie, ani do sklepu. – Wypuścił ją z uścisku i podszedł do 
szafki, gdzie wisiało jej okrycie. 

–  Chcę, żebyś zaraz stąd wyszła. Jeżeli zaczekasz, aż się ubiorę, odprowadzę cię 

do Domu albo dokąd tylko chcesz. 

Zamrugała. Nie, nie zamierzała się stąd ruszać. Nie teraz, kiedy dopiero zaczęła ro-

zumieć, jakim jest człowiekiem i jak głębokie uczucie do niej żywi. Nie teraz, kiedy po-
trzebował jej pomocy. 

–  Nie zostawię cię samego – zaprotestowała. – Jesteś ranny. Nawet nie powinie-

neś  wstawać.  Co  się  stanie,  jeśli  rana  spowoduje  gorączkę?  Nie  masz  kogo  zawołać, 
nikt ci nie pomoże... 

–  Nic mi nie będzie. – Podał jej pelerynę. – Już bywałem ranny i jakoś dawałem 

sobie radę. 

–  Nigdzie nie idę – powiedziała twardo. – Nie rozumiesz? Skoro tak się przerazi-

łeś, widząc mnie na muszce, wyobraź sobie, jak ja się czułam, kiedy zostałeś ranny? A 
przecież wiedziałam, że to moja wina... Mogłeś przeze mnie umrzeć. – Odskoczyła gwał-
townie, gdy chciał narzucić jej pelerynę na ramiona. – Nie, nigdzie nie pójdę, dopóki się 
nie upewnię, że nic ci nie grozi. Teraz wracaj do łóżka, a ja zaparzę herbatę. Jeśli masz 
czajnik, rozpalę ogień i... 

background image

148 

–  Nie  chcę  herbaty!  –  ryknął.  Na  widok  jej  miny,  zreflektował  się  natychmiast  i 

westchnął ciężko. – Claro, bądź rozsądna. Jeśli mam rację i to nie Specter cię zaata-
kował, on może się gdzieś tu kręcić. 

–  Albo i nie. Wystrzał mógł go przestraszyć. Pomyśli dwa razy, zanim zdecyduje 

się na ponowne odwiedziny. – Uniosła podbródek. – Przecież podejrzewasz, że czaił się 
gdzieś w pobliżu i wszystko widział. Czy nie z tego powodu przeszukiwałeś okolice? 

–  Tak, ale... 
–  Może  być  inaczej  i  on  dopiero  się  tu  wybiera.  A  wtedy  oboje  się  na  niego  na-

tkniemy. Ciekawe, co na to powiesz. – Wyprostowała plecy. – Nie. Rozumiem, dlaczego 
byłeś  wcześniej  taki  tajemniczy,  ale  teraz,  kiedy  powiedziałeś  mi  prawdę,  nie  zamie-
rzam nigdzie iść. Przynajmniej do powrotu Johnny'ego. 

Zazgrzytał zębami. 
–  Twój upór nie zna granic. Nawet jeśli masz rację, to pozostaje jeszcze problem 

twojej reputacji... Co by sobie pomyśleli ludzie, gdyby zobaczyli, że wychodzisz stąd o 
świcie? 

–  A  co  pomyślą,  jeśli  zobaczą,  jak  stąd  wybiegam  po  północy?  To  byłoby  chyba 

jeszcze  bardziej  podejrzane.  Zwłaszcza  gdybyś  mi  towarzyszył.  A  rano  mogę  wyjść  o 
przyzwoitej porze i udawać, że wracam... na przykład z piekarni. Poza tym, jak dobrze 
wiesz, rano w Spitalfields jest znacznie mniej ludzi niż teraz. Nikt mnie nie zauważy. 

–  Jeśli jednak? 
–  Pozwól, że sama będę się o to martwić. Zresztą, co ci to szkodzi? Nie będę prze-

szkadzać. Prześpię się na górze, na miejscu Johnny'ego. Będziesz się mógł nawet spo-
tkać ze Specterem. A rano upewnię się tylko, że nic ci nie jest i wyjdę. Proste. 

Patrzył jej długo w oczy. 
–  Sądzisz, że pomyślałaś o wszystkim... 
–  Owszem. 
–  Nieprawda.  –  Patrzył  na  nią  jak  wilk  na  dorodne  kurczę.  –  Jest  jeszcze  jeden 

mały problem, ma belle ange. 

–  Jaki? 
–  Pragnę cię. I jeśli tu zostaniesz, będziesz moja.  
Znała aż za dobrze to spojrzenie... Powinno ją przerazić, ale tak się nie stało. Za-

miast tego poczuła przypływ podniecenia i ani odrobiny strachu na myśl o tym, co mo-
że się zdarzyć. Jednak wychowanie i konwenanse zrobiły swoje. 

–  A jeśli odmówię? 
Uniósł brwi. 
–  O ile pamiętasz, ostatnim razem, gdy odwiedziłaś mnie w sklepie i nie chciałaś 

wyjść, zagroziłem, że cię zhańbię, jeśli wrócisz. Ale ty przyszłaś. I chcesz zostać. Zatem 
wiesz, na co się narażasz. 

–  Nonsens. Jesteś ranny, nie możesz... 
–  Ranny, nie martwy. I owszem... mogę. Z tobą zawsze – dodał lekko schrypnię-

tym głosem. 

background image

149 

Straszył ją w ten sposób już wcześniej.  Może znowu blefował? A może tym razem 

mówi poważnie? Czy tego chciała? Obawiała się, że tak. 

–  Wtedy, kiedy mi tym groziłeś, chciałeś mnie tylko odstraszyć. Podziałało, więc 

znowu próbujesz tych samych sztuczek. Tym razem jednak ci się nie uda, bo wiem o 
tobie znacznie więcej. Wiem, że jesteś dżentelmenem i nigdy byś... 

–  Nic o mnie nie wiesz. – Podszedł do niej tak szybko, że nie zdążyła uciec. – Nie 

jestem dżentelmenem i nie jestem kulturalny – syknął, chwytając ją w ramiona. – Brak 
mi tych wszystkich zalet, które tak podziwiasz u Winthorpa i Ravenswooda. 

Rzeczywiście  wyglądał  jak  dzikus  –  prymitywny,  głodny,  nienasycony.  Poczuła 

dreszcz podniecenia. 

–  Zawsze dostaję to, czego chcę. A chcę ciebie. Od dnia, kiedy cię spotkałem. Je-

śli sądzisz, że miałbym jakieś skrupuły, grubo się mylisz. Dlatego albo wyjdź stąd na-
tychmiast, albo chodź ze mną do łóżka. 

–  Nie zgwałciłbyś kobiety – szepnęła. 
–  Nie  musiałbym  gwałcić  –  powiedział  z  uśmiechem.  –  Oboje  dobrze  o  tym  wie-

my. 

Patrzyli  na  siebie,  oceniając  wzajemnie  swoje  intencje.  Musiała  przyznać,  że  Mor-

gan miał rację. Gdyby tylko poczynił bodaj najmniejszą próbę, by ją uwieść, z pewno-
ścią by mu się to udało. 

Tylko  czy  naprawdę  tego  chciała?  Nie  mówił  o  małżeństwie,  był  to  zbyt  „cywilizo-

wany” temat. Ale po tym, jak jej dotknął, nie mogła nawet dopuścić do siebie myśli o 
poślubieniu innego mężczyzny. 

W tej sytuacji musiała albo porzucić nadzieję na to, że będzie kiedykolwiek dzielić 

łoże  z  mężczyzną,  albo  też  zdecydować  się  na  przelotny  romans  z  Morganem,  który 
mógłby zakończyć się zrujnowaną reputacją i złamanym sercem. 

Ale czy na pewno? Clara mogła się założyć o cały swój majątek, że Morgan czuł do 

niej nie tylko pożądanie. Gdyby było inaczej, po co miałaby chronić Johnny'ego? Lub 
też grozić śmiercią mężczyźnie, który ją dziś zaatakował? Albo też uczyć Samuela, jak 
ją chronić? 

Nie,  nie...  jego  uczucia  wykraczały  z  pewnością  poza  zwykłe  pożądanie.  I  to  była 

dla niej nadzieja. Dziś, gdy sądziła, że on umiera, z rozpaczy omal nie postradała zmy-
słów.  To  wszystko  zmieniło.  Uświadomiła  sobie  nagle,  jak  krótkie  jest  życie,  na  jak 
ogromne  niebezpieczeństwo  naraża  się  Morgan  i  jak  mało  czasu  mają  dla  siebie.  Nie 
chciała marnować tego czasu dla kogoś, kto był wyłącznie odpowiednim kandydatem 
na męża. Pragnęła poświęcić go mężczyźnie, na którym jej zależało… 

Morganowi. Po to, by zdobyć go raz na zawsze. 
–  No? – zaczął niecierpliwie. – Jak będzie? Uciekniesz do swego świata? Czy zo-

staniesz i pozwolisz się zhańbić? Bo innego wyboru już nie masz. 

A Clara wiedziała doskonale, czego chce. 
Zarzuciła mu ramiona na szyję i przycisnęła się do niego całym ciałem, rozkoszu-

jącym się nabrzmiałym wzniesieniem między jego udami. 

background image

150 

–  Chcę, żebyś mnie zhańbił. Czekam na to. 
W jego oczach błysnęła żądza. 
–  Nie drwij ze mnie, aniele, bo jestem tylko mężczyzną. Zanim zstąpisz z nieba do 

mojego łoża, upewnij się, że naprawdę taka jest twoja wola. Ponieważ kiedy już  znaj-
dziesz się tam, gdzie pragnę cię widzieć, nic cię nie ocali. 

Poczuła suchość w ustach. 
–  W takim razie to chyba dobrze, że nie chcę być ocalona. – Wspięła się na palce 

i złożyła czuły pocałunek na jego ustach. 

To było jak machanie koszyczkiem Czerwonego Kapturka przed nosem wilka. Oczy 

Morgana  błysnęły  groźnie  i  zaraz  potem  jego  usta  spoczęły  na  jej  wargach  tak  za-
chłannie, jak nigdy dotąd. Całował ją głęboko, chciwie, pozbawiając oddechu. 

Wsunęła mu ręce pod koszulę i pogłaskała tors. Był twardy, gładki, piękny. Zaczął 

całować jej policzki, nos, powieki. 

–  Więc chcesz stracić cnotę, Claro? – wychrypiał jej w ucho. 
–  Przecież właśnie ci to wyznałam. 
–  Ty  często  mówisz  różne  rzeczy  wyłącznie  po  to,  by  mnie  sprowokować.  A  po-

tem, gdy przychodzi co do czego, uciekasz, zanim zdołam wziąć to, czego pragnę. 

–  Widzisz, jak bardzo próbuję uciec... 
Wyjęła dłonie spod jego koszuli i zaczęła odpinać guziki, ale Morganowi zanadto się 

spieszyło. Szarpnął koszulę i guziki potoczyły się po podłodze. 

–  Och, Claro, nawet nie wiesz, co ze mną robisz... – szepnął, gdy zaczęła gładzić 

jego nagi tors, podziwiając jego budowę i badając blizny, ciekawa ich pochodzenia. 

Popatrzył na nią tak chciwie, że jej własna żądza wybuchła płomieniem jeszcze go-

rętszym;  już  nie  potrafiła  jej  ukryć.  Zresztą  nie  chciała  niczego  taić.  Była  równie 
grzeszna  jak  on,  namiętność  zawładnęła  nią  całkowicie.  I  wcale  nie  zamierzała  z  tym 
walczyć. 

Zaczął odpinać guziki jej sukni tak niecierpliwie, że omal ich nie poodrywał. Spe-

szona faktem, że rozbiera ją mężczyzna, przesunęła palcem po bliźnie na jego obojczy-
ku, w okolicy serca. 

–  Jak to się stało? 
–  Nie  wiem  –  mruknął,  całkowicie  pochłonięty  zdejmowaniem  jej  sukni.  –  Obe-

rwałem chyba w czasie bitwy na morzu. 

Zdumiał  ją  fakt,  że  nawet  nie  pamięta  dokładnie  okoliczności,  w  których  został 

ranny.  Widocznie  zdarzało  się  to  często.  Nic  dziwnego,  że  pozostał  barbarzyńcą...  W 
takich okolicznościach... 

Suknia opadła jej z ramion, przyszła kolej na gorset. Clara tymczasem oglądała ko-

lejne blizny. Jej uwagę zwróciła szczególnie głęboka szrama wzdłuż linii żeber. 

–  A to? Rezultat kolejnej bitwy? 
Spochmurniał. 
–  Nie, to Genewa. 
–  Ale wtedy byłeś przecież dzieckiem i... 

background image

151 

–  Odwróć  się  –  zakomenderował,  nie  zwracając  uwagi  na  jej  słowa.  –  Bon  Dieu! 

Kobiety i ich gorsety! Ten, kto je wymyślił, chyba nigdy nie próbował żadnego zdjąć. – 
Mimo tych narzekań Morgan poradził sobie znakomicie. A Clara wolała nie dociekać, w 
jaki sposób nabrał takiej wprawy. 

Trochę się jednak zawstydziła. 
–  Nosimy je dla was, mężczyzn. Przecież to wam zależy na idealnej figurze kobie-

ty, smukłej talii i... 

–  Daj spokój tym idiotyzmom – przerwał. Gorset upadł na podłogę, a on dotknął 

jej  piersi.  –  Nie  jestem  dżentelmenem,  więc  wolę  nagie  ciało.  Gdybym  chciał  dotknąć 
kości  wieloryba,  tobym  go  upolował.  –  Schylił  głowę  i  skubnął  zębami  jej  ucho.  –  Ja 
jednak wolę pieścić ciebie. 

Jego oddech pachniał brandy, a ciało wodą kolońską. Ale ponad te wszystkie wo-

nie wybijał się zapach pożądania. Im dłużej pieścił jej piersi, tym bardziej się upajała 
jego dotykiem. A gdy opuścił rękę między jej uda, dokładnie tam, gdzie chciała, by jej 
dotknął, niemal krzyknęła z rozkoszy. 

–  Boże, od tak dawna tego pragnąłem... –  szepnął. – Od chwili, gdy zobaczyłem 

cię z Johnnym i pomyślałem, że nigdy nie będziesz moja. 

–  Ale jestem, prawda? – szepnęła, pieszcząc go przez bieliznę. 
–  Nie całkiem. – W jego oczach czaił się głód. – Pozwól mi na siebie popatrzeć – 

szepnął,  rozwiązując  troczki  jej  koszuli.  –  Pozwól  obejrzeć  to,  co  dotąd  mogłem  sobie 
tylko wyobrażać. 

Spuściła oczy. 
–  Ciotka Verity mówi, że kobiecie nie wolno pokazać się nago nawet mężowi. 
Czy  tylko  się  jej  tak  wydawało,  czy  naprawdę  się  zawahał  na  dźwięk  wzmianki  o 

mężu?  Jeśli  nawet,  to  szybko  przyszedł  do  siebie.  Zanim  zdążyła  zaprotestować,  już 
zdejmował z niej koszulę. 

–  Bardzo lubię twoją ciotkę, ale ona chyba nie powinna ci doradzać, jak się za-

chowywać w obecności kochanka. 

Kochanka...  Nie  wiedziała,  czy  ma  się  czuć  rozczarowana...  Czyżby  byli  tylko  ko-

chankami? A może powinna się cieszyć, że on pragnie jej na dłużej, a nie tylko na jed-
ną noc. 

–  Poza tym – ciągnął lekko schrypniętym głosem, przesuwając dłonią po jej brzu-

chu – żaden szanujący się gwałciciel nie zostawiłby na tobie ubrania. – Rozwiązał ta-
siemki jej majtek i zsunął je z bioder. Zostały teraz tylko pończochy, ale ich nie ruszał. 

Była prawie naga. Ta konstatacja przyprawiła ją o rumieniec i... przypływ namięt-

ności. Morgan odsunął się nieco, by na nią popatrzeć. 

Pożerał ją spojrzeniem, zapamiętywał każdy szczegół, jakby chciał przechować go w 

pamięci na wypadek przyszłych wybuchów żądzy. 

–  Żaden  mężczyzna  na  świecie,  nawet  dżentelmen,  nie  zdołałby  ci  się  teraz 

oprzeć. A ja nawet nie jestem dżentelmenem... 

background image

152 

Zakrył wargami jej usta i coraz śmielej pieścił jej ciało, rozgniatał piersi, gładził to 

najbardziej  intymne  miejsce  między  udami...  przywiązując  ją  w  ten  sposób  do  siebie 
mocniej niż łańcuchem. Na samą myśl, że jakikolwiek inny mężczyzna mógłby jej w ten 
sposób dotknąć, wzbierał w niej bunt. 

Rozkoszowała się obietnicą, jaką to wszystko ze sobą niosło. Podziwiała cudowną 

twardość jego mięśni. Jęknął i oderwał usta od jej warg. 

–  Jesteś zupełnie inna, niż sądziłem, aniele. 
–  Jak to? 
Chwycił ją za ręce i stanowczo je odsunął. 
–  Cały  czas  myślałem,  że  wtrącasz  się  w  moje  sprawy  ze  względów  moralnych. 

Ale to nie był jedyny powód, prawda? 

–  Nie rozumiem, o czym mówisz. 
–  Gdzieś  w  głębi  serca  miałaś  ochotę  zgrzeszyć.  Lubisz  niebezpieczeństwo...  za-

grożenie... Zupełnie jak dzieci, które dają prztyczka w nos śpiącej bestii i natychmiast 
uciekają. A ty dajesz prztyczka w nos, by zwrócić na siebie uwagę. 

Zaczęła protestować, ale się zawahała. Może jednak miał rację? Może kombinacja 

grzesznej krwi Doggetów i wpływ pobytu w Spitalfields tak ją do niego przyciągał? 

–  Tak, lubię dawać wilkowi prztyczki w nos – szepnęła. – Ale tylko ty masz wilczy 

nos, w który miałam kiedykolwiek ochotę pstryknąć. 

Patrzył na nią długo, a jego mina nie zdradzała żadnych uczuć, choć Clara odnio-

sła wrażenie, że w jego oczach dostrzega błysk zadowolenia. 

–  Uważaj, ma belle ange, bo naprawdę przyciągnąłaś uwagę wilka. A ja nie spo-

cznę, dopóki nie zaspokoję wszystkich twoich grzesznych tęsknot. 

Strach  pomieszany  z  oczekiwaniem  wkradł  się  w  jej  żyły,  mięśnie,  każdy  nerw... 

Jednak, gdy zaczął całować namiętnie jej usta, zażenowanie znikło. A w końcu padł na 
kolana i przytulił twarz do jej brzucha. Dziwnie się czuła, mając go u stóp. Ręce Mor-
gana błądziły wokół jej pępka, wsuwały się pod pośladki, przyciągały mocniej... Boże, 
jego usta dokonywały cudów. Zęby szczypały skórę, język pieścił pępek, a usta dręczy-
ły jej rozpalone ciało. 

Odsunął się nagle, uśmiechnął tajemniczo i rozsunął jej uda... Poczuła suchość w 

ustach. Poczuła się nagle bezbronna, rozpalona, lubieżna... 

–  Morganie? – szepnęła niepewnie. 
Czując  nagłą  wilgoć  w  miejscu,  na  które  teraz  patrzył,  cofnęła  biodra,  by  ukryć 

swoją bezwstydną reakcję. Przytrzymał ją mocno. 

–  Nie ruszaj się, kochanie... chcę poczuć twój smak – szepnął i dotknął jej usta-

mi w tym najbardziej intymnym miejscu. 

Nawet nie zdążyła się przestraszyć, gdyż zaczął ją pieścić językiem w tak zadziwia-

jący sposób, że zapomniała o skrępowaniu. 

Boże  w  niebiosach!  Jakie  to  grzeszne  i...  cudowne...  Pożerał  ją  ustami  i  poruszał 

językiem tak żarłocznie jak wilk przy ostatnim posiłku. 

background image

153 

A potem wsunął w nią język tak, jak wcześniej palce, budząc w niej zakazane pra-

gnienia. Wypchnęła biodra do przodu, pragnąc by ta pieszczota trwała wiecznie. 

Zaznała takiego samego uczucia jak wówczas, w bibliotece Merringtona; płonęła w 

pożarze  namiętności.  Zadrżała  bezwiednie  i  przytuliła  instynktownie  jego  głowę  do 
uda. 

–  Potrafisz...  hańbić...  –  szepnęła,  zdyszana.  Już  drugi  raz  pokazał  jej  gwiazdy, 

sam nie osiągając spełnienia. – Boję się, że cię rozczaruję. Jestem taka niedoświadczo-
na. 

–  Nie  możesz  mnie  rozczarować.  –  Uśmiechnął  się.  –  A  jedynym  lekarstwem  na 

brak doświadczenia jest... praktyka. I już się nie mogę doczekać tych ćwiczeń. 

Gdy ruszył w stronę łóżka, zaczęła rozważać jego słowa. Najwyraźniej nie traktował 

tej nocy jak incydentu. Zatem jak? Jako początek przelotnej przygody? Czy coś więcej? 
I  czy  naprawdę  chciała  to  wiedzieć?  Uklęknął  między  jej  nogami,  gdy  usiadła  na  po-
ścieli. 

Patrzyła na jego lędźwie, niezdolna oderwać wzrok od naprężonego członka wysta-

jącego dumnie z gęstwiny ciemnych włosów. 

–  Wygląda dość ... krzepko – wyszeptała drżąco. – Wystarczająco krzepko, by dać 

rozkosz nam obojgu... przynajmniej mam taką nadzieję. 

Jakoś  nie  wierzyła,  by  „krzepki”  i  „rozkosz”  miały  ze  sobą  logiczne  połączenie. 

Krzepki  łączył  się  raczej  z  napierającym  taranem.  Zaczęła  się  poważnie  zastanawiać, 
czy wolno jej dopuścić to... coś w tak intymne miejsce. Wyczuwając jej wahanie, Mor-
gan objął ją ramieniem, a drugą rękę wsunął między jej uda. 

–  Lubisz, gdy wkładam tu palec? 
Gdy zaczął ją pieścić, oblała się rumieńcem, co było dość absurdalne, zważywszy, 

że teraz leżała pod nim zupełnie naga i przed chwilą doznała rozkoszy dzięki jego cu-
downym ustom.  

–  Tak... lubię. 
–  A dwa palce? – wychrypiał i zanurzył w nią drugi palec. – Podoba ci się to? 
Poczuła żar między nogami. 
–  Tak... tak – szepnęła. – Och, tak... 
–  Mój instrument nie jest o wiele większy, cherie. Ale przyrzekam, że sprawię ci 

nim dziesięć razy większą przyjemność, jeśli mi tylko pozwolisz. 

Poczuła,  jak  czubek  „instrumentu”  dotyka  jej  ciała,  a  potem  poczuła,  jak  wsuwa 

się między jej uda, w głąb. 

–  Większy nie zawsze znaczy lepszy, Morganie – szepnęła. 
Roześmiał się nerwowo. 
–  Zobaczymy, czy powiesz to samo za tydzień lub dwa. – Wchodząc w nią wolno, 

pewnie, całował ją w usta. – Chcę być w tobie, Claro. Otwórz się przede mną. 

–  Jak? 
–  Odpręż się, ma belle ange. – Pogłaskał jej pierś. – Przyjmiesz mnie całego, jeśli 

się tylko rozluźnisz.  

background image

154 

Tak  też  uczyniła.  W  miarę  jak  posuwał  się  naprzód,  było  coraz  lepiej.  Odczuwała 

lekki dyskomfort, lecz wrażenie, że ma go w sobie, całkowicie jej to rekompensowało. 
Podniecona intymnością sytuacji rozsunęła uda. 

Jęknął z wrażenia. 
–  Jak na dziewicę, masz świetną intuicję.  
–  i dobrego nauczyciela.  
Uśmiechnął się. 
–  Może  już  za  chwilę  nie  będziesz  tak  myśleć.  Nigdy  nie  byłem  z  dziewicą,  ale 

wiem, że za pierwszym razem to trochę boli. 

Przełknęła ślinę 
–  Tak słyszałam. 
Zacisnął lekko szczęki. 
–  Gdybym mógł cię posiąść, nie sprawiając ci bólu, na pewno bym to zrobił. 
–  Wiem. – Pocałowała go w usta.  
Oddał chciwie pocałunek. 
–  Jeśli  chcesz,  żebym  przestał,  powiedz.  Potem  będzie  za  późno.  Nie  odzyskasz 

cnoty. 

–  Straciłam ją, gdy mnie po raz pierwszy pocałowałeś – przyznała. – A są rzeczy, 

które są warte każdego bólu. 

Na jego twarzy pojawił się wyraz głębokiego zadowolenia. 
–  Postaram się, żebyś nie żałowała – przyrzekł i zanurzył się w nią głęboko. 
Krzyknęła, bardziej ze zdziwienia niż z bólu, a Morgan rozgniótł jej usta w długim 

pocałunku. Leżał w niej przez chwilę, jakby dawał jej czas, by nawykła do jego obecno-
ści, a potem zaczął się w niej poruszać. Wszystkie jego ruchy, gorące pieszczoty języka 
miały ją zdobyć, uświadomić, że nie może bez niego istnieć. I to z pewnością działało. 
Każde pchnięcie prowokowało następne, aż w końcu zaczęła oczekiwać na spełnienie. 
Wychodziła  naprzeciw  każdemu  kolejnemu  pchnięciu.  Całowała  każdy  fragment  jego 
ciała,  jakiego  udawało  jej  się  dosięgnąć.  Ogarnęła  ją  dzika  żądza.  Chwyciła  go  za  ra-
miona, próbując przyciągnąć jeszcze bliżej. 

–  Daj mi wszystko, aniele – wychrypiał, zanurzając sie w nią coraz głębiej i szyb-

ciej. – chce cie... całej 

–  Bierz mnie... należę do ciebie. 
Nagły wybuch rozkoszy targnął jej ciałem A parę sekund później, wykrzykując jej 

imię, Morgan wlał w nią nasienie. 

To  była  najsłodsza  chwila  w  jej  życiu  I  w  chwili,  gdy  opadł  na  nią  całym  ciałem, 

szukając jej ust, zdała sobie sprawę, co się właściwie stało. 

Zakochała sie w wilku. 

background image

155 

Rozdział 17 

 

Dały się uwieść cnym słowom, 

I głosów syrenich czarom, 

Zwiedzione piękną przemową, 

Złych wilków padły ofiarą. 

Czerwony kapturek, 

Charles Perrault Tłumaczenie angielskie Robert Samber 

 

Zaspokojony i szczęśliwy, Morgan leżał obok Clary z ręką na jej ramieniu i głową 

na piersi. Nigdy w życiu nie było mu tak dobrze. Przedtem seks sprawiał tylko, że czuł 
się jeszcze bardziej samotny. Ale nie tym razem. Fakt, że Clara leży przy nim, wydawał 
mu się zupełnie oczywisty i naturalny. 

–  Chyba podoba mi się taka miłość, kapitanie – szepnęła. 
–  Mój instrument sprostał zadaniu? Jest wystarczająco krzepki? 
–  Mmm. I bardzo użyteczny. 
–  Zawsze  do  usług,  milady.  –  Ogarnęło  go  słodkie  rozleniwienie  i  uległ  pokusie, 

by znów ją przytulić. – Mam nadzieję, że się nie myliłaś i Specter rzeczywiście się wy-
straszył, bo nie będę miał siły otworzyć mu drzwi. 

–  Znowu cię boli? – spytała z przestrachem w oczach. 
Zaśmiał się, uradowany jej troską. 
–  Ależ nie, aniele. Po prostu pozbawiłaś mnie sił. 
–  Nie  wierzę!  –  Na  jej  świeżo  wycałowanych  ustach  widniał  drwiący  uśmiech.  – 

Myślałam, że jesteś niepokonany. 

–  Nie prowokuj mnie... ledwo oddycham, nie dam rady się teraz tobą przekoma-

rzać. 

Przytulił ją i rozkoszował się przez chwilę dotykiem jej ciała. Nigdy dotąd nie zaznał 

takiej intymności przy innej kobiecie. 

–  To dobrze, że akurat ciebie wytypowali do szpiegowania w Spitalfields – mruk-

nęła, tuląc się do niego mocniej. 

–  Też tak sądzę. 
Ku swemu zdumieniu zrozumiał, że mówi prawdę. Choć nie znosił Spitalfields, za-

danie, jakie miał wykonać, dawało mu satysfakcję. Cieszył się również z tego, że może 
pomóc Johnny'emu. No a przede wszystkim poznał Clarę. 

–  Morganie? – odezwała się po chwili. 
–  Mhmm? 
–  Dlaczego wybór padł na ciebie? Może się sam zgłosiłeś? 
–  Absolutnie nie. 
Oparła głowę na dłoni i popatrzyła mu w twarz. 

background image

156 

–  Ale podobno robiłeś to wcześniej. 
Zesztywniał. 
–  Ravenswood ci mówił? 
–  Niezupełnie, ale twój brat wspomniał o szpiegowaniu i miałam wrażenie... 
–  O szpiegowaniu... – powtórzył, nieco uspokojony. – Oczywiście. 
Popatrzyła na niego poważnie. 
–  A ty jak mnie zrozumiałeś? 
Niech to licho! Powinien był przewidzieć, że ta sielanka nie może trwać wieki. Teraz 

musiał  jej  powiedzieć  coś  o  przeszłości,  choćby  dlatego,  że  powinna  zdawać  sobie 
sprawę, na co się decyduje. Nie wątpił, że wtedy zrozumie, jak ogromny popełniła błąd, 
obdarzając go zaufaniem. Nie, nie wolno mu było się przyzwyczajać do tego związku... 
Chciał się odsunąć, ale chwyciła go mocno za rękę. 

–  Powiesz mi, prawda? 
Westchnął, widząc jej poważną minę. Musiał wyprowadzić ją z błędu co do swego 

charakteru,  gdyż  i  tak  musiała  się  wszystkiego  dowiedzieć.  Na  przykład  od  Ravens-
wooda, który zdecydowanie ją ostrzegał przed zacieśnianiem tej znajomości. 

–  Sądziłem, że nawiązujesz do moich występków. – Zaczerpnął tchu w oczekiwa-

niu na cios. – Pytałaś, dlaczego wybrali mnie... No cóż, pewnie głównie dlatego, że sam 
kradłem. 

Popatrzyła na niego z niedowierzaniem. 
–  Jak to możliwe? Przecież byłeś synem barona. Nawet jeśli nie dorastałeś w An-

glii, twoja matka nie pozwoliłaby przecież... 

–  Nie wiedziała, co robię. A ja nie miałem pojęcia, że jestem synem barona. 
–  Co? Sądziłam, że gdy zabrała cię z domu, pozostała w formalnej separacji z oj-

cem. 

Roześmiał się. 
–  Nie  całkiem...  Miała  dość  zdrad  mojego  ojca,  więc  kiedy  urodziła  bliźniaki, 

przekupiła  służących,  by  nie  zdradzili  tego  faktu  nikomu  z  rodziny.  Potem  zabrała 
mnie  i  swoje  klejnoty,  i  uciekła  z  kochankiem,  swoim  nauczycielem  tańca.  Najwyraź-
niej sądziła, że baron nie będzie jej szukał. 

–  A szukał? 
–  Nie,  trafnie  go  oceniła.  Miał  Sebastiana  i  niewiele  więcej  go  obchodziło.  Opo-

wiadał całemu światu, w tym mojemu bratu, że matka umarła przy porodzie. – Odwró-
cił wzrok. – Nie znałem barona, lecz z tego, co wiem, był z niego niezły łajdak. 

–  Z pewnością! 
–  Łatwo wyrabiasz sobie zdanie o ludziach... 
–  Żaden  mężczyzna  kochający  żonę  nie  pozwoliłby  kobiecie  po  prostu  odejść  z 

kochankiem. 

–  Ale ja wcale nie jestem pewien, czy angielscy lordowie są w ogóle zdolni do ja-

kichś uczuć. Duma zwykle bierze u nich górę nad innymi emocjami. Może więc masz 
rację. Czasem wątpię, czy baron kochał kiedykolwiek moją matkę. 

background image

157 

Zamilkł. 
–  No? – Clara ponagliła Morgana. – W dalszym ciągu mi nie wyjaśniłeś, dlaczego 

zostałeś kieszonkowcem. 

Clara zawsze potrafiła go zaskoczyć. 
–  Niestety matka źle wytypowała zarówno moment, jak i miejsce ucieczki. Że już 

nie wspomnę o nieodpowiednim mężczyźnie. W każdym razie wywiozła mnie z domu w 
1788 roku. Niecały rok po naszym przyjeździe do Genewy rewolucjoniści zdobyli Basty-
lię. 

–  Dobry Boże! Byłeś w Genewie podczas rewolucji? 
Skinął głową. 
–  A Genewa ucierpiała w jej wyniku znacznie bardziej niż miasta angielskie. Nie-

długo  po  naszym  przyjeździe  zapanował  terror.  Na  jakiś  czas  miasto  pogrążyło  się  w 
chaosie. Jak się zapewne domyślasz, nie było to najlepsze miejsce dla mistrza tańca, 
angielskiej cudzołożnicy i jej małego dziecka. 

–  Ale  dlaczego  wybrała  Genewę?  Dlaczego nie  Amerykę,  Hiszpanię...  lub  jeszcze 

inne miejsce? 

–  Nie  znam  rozumowania  mojej  matki,  wiem  tylko,  co  mi  mówiła,  kiedy  doro-

słem. Jednak jej pierwszy kochanek miał krewnych w Genewie. Niestety, była to głów-
nie szlachta, co nie poprawiało sytuacji. 

–  Pierwszy kochanek? 
–  Tak – odparł Morgan z westchnieniem. – Mniej więcej rok po tym, jak przybyli-

śmy  do  miasta,  tancmistrz  ukradł  matce  całą  biżuterię  i  zniknął.  –  Uśmiechnął  się 
gorzko. – Matka nigdy nie wybierała właściwych mężczyzn. 

Dostrzegł litość w oczach Clary i natychmiast odwrócił wzrok. 
–  Bez pieniędzy i przyjaciół nie mogła utrzymać dziecka. Uznała, że pozostaje jej 

tylko  kolejny  romans.  Muszę  przyznać,  że  nie  miała  zbyt  wielkiego  wyboru.  Zresztą  z 
jej drugim mężczyzną układało nam się całkiem nieźle... dopóki nie skończył na gilo-
tynie. 

Kapitan nie zwrócił uwagi na jej westchnienie, choć wiedział, że to wszystko trudno 

pojąć. On przeżył to sam, więc nie dziwił się tak bardzo. Nigdy jednak nikomu o tym 
nie opowiadał; z jednej strony nie chciał wtajemniczać nikogo w szczegóły swego nie-
szczęśliwego dzieciństwa, z drugiej czuł, że cała ta historia brzmi jak fabuła powieści. 
Jedyną osobą, która poznała prawdę na temat jego życia w Genewie, był brat matki i 
to tylko dlatego, że matka opowiedziała mu historię swojego życia krótko przed śmier-
cią. Ravenswood wiedział tylko o kradzieżach, a Sebastian – nic... I to bardzo Morga-
nowi odpowiadało. 

–  W  każdym  razie  matka  zdobywała  środki  na  utrzymanie  dzięki  kochankom. 

Była to jednak nędzna egzystencja, a potem, gdy nastały czasy terroru, wartość pięk-
nej Angielki znacznie spadła. 

–  A ty zdecydowałeś się wesprzeć rodzinny budżet i zacząłeś kraść – stwierdziła 

ze współczuciem Clara. – Ile miałeś lat, kiedy zacząłeś? 

background image

158 

Poczuł,  że  jakaś  żelazna  obręcz  zaciska  mu  się  w  okolicy  serca.  Zamierzał  w  tym 

miejscu przerwać rozmowę. Nawet nie lubił myśleć o tych czasach... a już zupełnie wy-
prowadzał go z równowagi fakt, że Clara tak łatwo zgadywała motywy, którymi się kie-
rował. Może patrzyła na niego tak jak na jednego ze swoich urwisów? Chyba naprawdę 
był jednym z nich. 

Mimo wszystko poczuł jakąś niezrozumiałą potrzebę, by jej odpowiedzieć. 
–  Miałem sześć lat. Ale wtedy niczego oczywiście nie planowałem. Matka kłóciła 

się  po  prostu  ze  swoim  tak  zwanym  dobroczyńcą,  który  był  bardzo  skąpym  człowie-
kiem.  Wyszedłem,  by  nie  słuchać  ich  krzyków.  Byłem  głodny  i  natrafiłem  na  sprze-
dawcę bagietek. Zaczekałem, aż się odwróci, chwyciłem bułkę i uciekłem. Całą tę sce-
nę  obserwował  zawodowy  złodziej,  który  się  ze  mną  zaprzyjaźnił.  Nauczył  mnie,  jak 
kraść i sprzedawać łup paserom. Zdobyłem nawet specjalizację. Nazywali mnie złodzie-
jem jedwabiu. 

–  Kradłeś czepki i kaptury? 
–  Świetnie. Widzę, że znasz złodziejski żargon. 
–  Po tak długim czasie spędzonym w towarzystwie złodziei trudno się niczego nie 

nauczyć. Dlaczego jednak kradłeś czepki? 

–  Matka je uwielbiała. Dziesięć czepków kradłem dla pasera, jedenasty dawałem 

jej. Wiem, że to było głupie. Mogła pewnie zrobić lepszy użytek z pieniędzy ze sprzeda-
ży, ale... 

–  Usprawiedliwiałeś w ten sposób kradzież. 
–  Nic nie usprawiedliwia kradzieży – odparł z mocą. 
Pogłaskała go po torsie. 
–  Oczywiście.  Z  tego,  co  wiem,  są  dwa  typy  złodziei:  ci,  którzy  chcą  tylko  prze-

trwać i podjęliby się uczciwej pracy, gdyby otrzymali taką możliwość, oraz ci, którzy na 
początku walczą wprawdzie o przetrwanie, ale potem uznają złodziejstwo za atrakcyjny 
sposób na życie. Ci drudzy... hmm... dość powiedzieć, że nie wszyscy moi chłopcy pro-
wadzą uczciwe, godne życie. 

–  Do którego gatunku mnie zaliczasz? – spytał, czując, że obręcz wokół serca za-

cieśnia się coraz mocniej. 

–  Oczywiście  do  tego  pierwszego.  Ci  drudzy  nie  wstydzą  się  tego,  co  robią.  A  ty 

nie chciałeś się przecież przyznać matce do kradzieży. 

Zamrugał. 
–  Skąd wiesz, że po prostu nie bałem się kary? 
–  Boby mi to do niej nie pasowało... 
Zatem Clara nie wyrobiła sobie najgorszego zdania o jego matce... Bardzo się zdzi-

wił. 

–  Była najlepszą matką, jaką mogła być w tych warunkach – dodał. 
–  A ty najlepszym synem. 

background image

159 

Obręcz zdecydowanie się poszerzyła i Morgan znów mógł spokojnie oddychać. Cla-

ra rozumiała jego matkę, do czego nie był zdolny nawet jego na ogół tolerancyjny wuj. 
Słowa same cisnęły mu się na usta. 

–  Podawałem matce zawsze jakieś fałszywe wytłumaczenie... Mówiłem, że skubię 

kurczaki albo że jestem gońcem. Miałem bujną wyobraźnię, bo o jakimkolwiek uczci-
wym zajęciu można było w tych czasach tylko pomarzyć. Nawet rodowici mieszkańcy 
Genewy pozostawali bez pracy. A ja nie  miałem ojca, wszyscy wokół uważali mnie za 
owoc profesji mojej matki, więc tym bardziej nie mogłem na nic liczyć. – Zmierzwił czu-
le włosy Clary. – Nikt też nie zaoferował mi stancji w Domu Poprawczym. 

–  Wielka szkoda – Clara objęła go mocniej. – Żadne dziecko nie powinno dźwigać 

samotnie takiej odpowiedzialności. 

–  Nie byłem całkiem samotny, miałem matkę... 
–  Ale nie mogłeś z nią o tym porozmawiać i na tym polega różnica. Musiałeś się 

zmagać sam z poczuciem winy. Nigdy cię nie złapali? 

–  Parę razy, jednak niczego przy mnie nie znaleźli, więc zdołałem przekonać sę-

dziego, że jestem niewinny. Raz jednak spędziłem noc w areszcie. Wtedy powiedziałem 
matce, że byłem z przyjaciółmi, a że chętnie wychodziłem z domu, gdy przyjmowała u 
siebie kochanków, przełknęła moje wyjaśnienie bez zmrużenia oka. 

–  Jesteś pewien? Matki często wiedzą, że dzieci kłamią, choć nie chcą się do tego 

przyznać. 

–  Sądzę,  że  ona  po  prostu  wolała  wierzyć  w  moje  kłamstwa.  Potrafiłaby  jakoś 

stawić czoło prawdzie, ale nie mogłaby jej znieść. Za nisko upadliśmy. Poza tym mu-
siałaby się przyznać do klęski, którą zapoczątkowała jej ucieczka z tancmistrzem. Dla-
tego chyba w końcu nie powiedziała mi o baronie. 

Popatrzyła na niego pytająco. 
–  Dlaczego nazywasz go baronem? 
–  A jak mam go nazywać? Ojcem? Przecież on nie chciał mieć ze mną nic wspól-

nego nawet wtedy, kiedy odnalazł mnie wuj. To wuj sprawował nade mną kuratelę. 

–  Nie  rozumiem...  Był  chyba  dobrym  człowiekiem?  Dlaczego  twoja  matka  nie 

wróciła po prostu do Anglii? Przecież mogła liczyć na pomoc brata... 

–  Ja też o tym myślałem. Istniały jednak pewne przeszkody, trudno było i wtedy, 

i  potem  wyjechać  z  Genewy.  A  później  za  Napoleona  niewiele  się  zmieniło.  Pewnie  by 
się nam nie udało. 

Mówił, a ona głaskała go czule, wyrażając w ten sposób bez słów swoje współczu-

cie. I co najdziwniejsze podziałało to na niego kojąco. 

–  Sprawa  była  jednak  bardziej  skomplikowana  –  kontynuował.  –  Gdyby  wróciła 

po  tym,  jak  uznano  ją  za  zmarłą,  sprowadziłaby  hańbę  na  rodzinę.  Prawda  wyszłaby 
na jaw, wybuchłby skandal. A w Genewie pozostała anonimowa, nikt nie musiał się za 
nią wstydzić. 

–  Poza tobą – szepnęła. 

background image

160 

–  No tak, ale w Anglii też nie uniknąłbym problemów. Pewnie by mnie jej odebra-

li,  a  tego  by  nie  zniosła.  Byłem  dla  niej  wszystkim.  –  Wzruszył  ramionami.  –  Matka 
zawsze zbyt wiele oczekiwała od mężczyzn, którzy wchodzili w jej życie. Do końca żywi-
ła przekonanie, że jej ostatni kochanek to wspaniały człowiek, który nigdy jej nie za-
wiedzie i zabierze również mnie pod swoje skrzydła. Jej nadzieje nie miały końca, do-
póki... 

–  Dopóki co? 
Nie, o tym nie mógł jej powiedzieć. Po prostu nie mógł. 
–  Póki nie zrozumiała, że umiera. – Z trudem zaczerpnął powietrza. – Wtedy zda-

ła sobie sprawę, że musi mi zapewnić jakąś przyszłość. Napisała zatem do wuja, a on 
użył  swoich  wpływów,  by  dostać  się  jakoś  do  Genewy,  która  znajdowała  się  wówczas 
we władaniu Napoleona. Wtedy właśnie wyszło na jaw, że wuj Lew nigdy nie przestał 
szukać  siostry,  choć  nigdy  nie  udało  mu  się  ustalić  miejsca  jej  pobytu.  Dzięki  Bogu 
spędził z nią ostatnie parę dni. 

–  Na co umarła? 
–  Na  gruźlicę.  –  Kłamstwo  przyszło  łatwo.  Powtarzał  je  przecież  tyle  razy  Seba-

stianowi, Ravenswoodowi, wszystkim, którzy o to pytali. Prawdę znał tylko wuj. 

Clara  popatrzyła  na  Morgana  badawczo,  jakby  wyczuwała,  że  mija  się  z  prawdą. 

Nie mogła się jednak niczego domyślić. Nikt nigdy niczego w tej sprawie nie podejrze-
wał. 

–  Resztę  znasz.  Po  wyjeździe  z  Genewy  pojechałem  do  szkoły  do  Irlandii,  a  gdy 

nadeszła pora, rozpocząłem służbę w marynarce. – Uśmiechnął się. – Marynarka oka-
zała się dla mnie idealnym wyjściem. Dyscyplina, drobiazgowe, niełatwe zasady okaza-
ły się idealnym narzędziem wychowawczym. Miałem wspaniałego kapitana, który wbił 
mi rozum do głowy... 

–  Mam nadzieję, że nie dosłownie. Wiem, że niektórzy bywają surowi. 
–  Mój nie. Naprawdę dobry był z niego człowiek. A ja rwałem się do bitwy, by zy-

skać  aprobatę  wuja,  który  zabrał  mnie  z  przeklętej  Genewy.  Walczyłem  jak  lew,  by 
nikt,  kto  da  mi  szansę,  nie  żałował  swojej  decyzji.  W  końcu  zacząłem  zdobywać  po-
chwały i wyróżnienia. 

–  I sam zostałeś kapitanem.  
–  Tak. 
–  A potem szpiegiem w Spitalfields. – Przerwała na chwilę. – Ale twierdzisz, że nie 

zgłosiłeś się na ochotnika i chyba nie takiej kariery oczekujesz. 

–  Nie. 
–  Dlaczego więc wyraziłeś zgodę? 
–  Ravenswood  obiecał  mi  dowództwo  na  ważnym  statku.  Być  może  to  jedyny 

sposób, by wrócić na morze. Nie wspomniał o posadzie w ministerstwie. 

Clara nigdy by nie zrozumiała, dlaczego woli morze. 
–  I chcesz znowu pływać? – spytała. 

background image

161 

Z pewnością w jej głosie pobrzmiewał niepokój. Na pewno czegoś oczekiwała. A co 

mógł  odpowiedzieć  teraz,  kiedy  zrujnował  jej  reputację?  Miała  prawo  do  oczekiwań. 
Może i nie był dżentelmenem, lecz nie ucieszyłaby go opinia łobuza. 

–  Chcę  dowodzić  statkiem.  Już  tyle  czasu minęło...  Miałem  kłopoty  przez  tę  hi-

storię z piratami i choć oczyszczono mnie z zarzutów... 

–  Wiem  o  tym  od  Ravenswooda.  Zresztą,  gdyby  on  o  tym  nie  wspomniał,  Win-

thorp i tak wszystko by wygadał. 

–  Nie wierz Winthorpowi! – Morgan łypnął na nią z ukosa. – Nie mam nic wspól-

nego  z  tym  rabunkiem.  Byłem  tylko  marynarzem  na  statku  lorda  piratów  i  chciałem 
zarobić na powrót do Anglii. Nie otrzymałem ani grosza z obiecywanej nagrody, chociaż 
Winthorp sugeruje, że to ja opracowałem cały plan. 

Roześmiała się głośno i przesunęła pieszczotliwie dłonią po jego udzie. 
–  Winthorp to bardzo niemiły człowiek. 
–  Tak mi się zdaje. – Przerwał na chwilę. – Odnoszę poza tym wrażenie, że bardzo 

się tobą interesuje – dodał jakby od niechcenia. 

–  Jesteś zazdrosny? – spytała z uśmiechem. 
–  O tego głupca? Oczywiście, że nie. 
–  A powinieneś. Ciotka chce koniecznie, żebym za niego wyszła. Uważa, że lord 

to świetny materiał na męża. 

Przesunęła rękę bliżej jego nabrzmiałej męskości. Wciągnął powietrze.  
–  I co ty na to? 
–  Myślę, że gdybym za niego wyszła, w ciągu tygodnia albo umarłabym z nudów, 

albo zabiłabym go pogrzebaczem. Ostatnim mężczyzną na świecie, którego mogłabym 
poślubić,  byłby  lord  Nudziarz.  Nie  ma  żadnych  cech  z  tych,  których  szukam  w  męż-
czyźnie. 

–  Ach, tak? – wyjąkał, czując, jak dłoń Clary sunie pewnie do wyznaczonego ce-

lu. – A jakież to cechy? 

–  Błyskotliwy  umysł.  Dobre  serce.  Miłe  usposobienie.  –  Zacisnęła  dłoń  na  jego 

nieposkromionym wojowniku. – I bardzo twardy instrument. 

Ta mała czarownica doskonale wiedziała, co robi. Jęknął i wsunął ją pod siebie. 
–  Nie prowokuj mnie, kochanie... chyba że jesteś gotowa na konsekwencje. 
Uśmiechnęła się łobuzersko i objęła go za szyję. 
–  To ty mnie nie prowokuj. 
Nawet nie zamierzał się jej sprzeciwiać. Nie teraz, gdy pożądał jej znów niemal do 

bólu. Pragnął się zatopić w jej cieple, odnaleźć spokój w jej uścisku. Nie wiedział, jaki 
to  bóg  zesłał  mu  tego  anioła,  lecz  to  niczego  nie  zmieniało,  bo  i  tak  nie  potrafił  się 
oprzeć. 

 

*** 

 

background image

162 

Dużo później, gdy Clara spokojnie zasnęła, Morgan wyśliznął się z łóżka i sięgnął 

po kalesony. Zanim jednak je włożył, dostrzegł ze zdziwieniem krew na swoim udzie i 
przez sekundę sądził, że to on zaczął krwawić. 

A potem zrozumiał, że to krew Clary. Jej dziewicza krew. 
Na  ten  widok  poczuł  odrazę  do  samego  siebie.  Po  cichutku,  aby  jej  nie  zbudzić, 

znalazł czysty ręcznik, zanurzył go w wodzie i zmył z siebie szkarłatną plamę. 

Pragnął  zmyć  ją  również  z  sumienia,  ale  to  nie  było  możliwe.  Jak  mógł  odebrać 

cnotę kobiecie, którą tak podziwiał? Zabrał jej coś, co miało tak ogromne znaczenie dla 
ludzi jej stanu, a nie zaproponował w zamian niczego, a zwłaszcza małżeństwa. 

Musiał to zatem uczynić teraz, choć zdawał sobie sprawę, że zadanie nie jest łatwe. 

Często  ignorował  wskazówki  wuja,  który  usiłował  mu  wpoić  maniery  dżentelmena. 
Lecz  jedna  z  zasad  nie  budziła  jego  wątpliwości:  żaden  szanujący  się  mężczyzna  nie 
wykorzystuje damy. 

A jeśli już tak się stało i Morgan istotnie wykorzystał zmysłową naturę Clary, mu-

siał teraz ponieść konsekwencje tego postępku. Winien się z nią ożenić. 

Nie chciał okazać się podobny do kochanków matki, którzy zaspokajali własne po-

trzeby  kosztem  reputacji  i  przyszłości  kobiety.  Zamierzał  wszystko  naprawić  bez 
względu na cenę. Jeśliby jednak odmówiła? 

Patrzył na nią uważnie, wciągając spodnie. Z tego, co słyszał, Clara nigdy nie szu-

kała męża. Nigdy też jednak nie spała z  żadnym mężczyzną. Była zbyt rozsądna,  aby 
zaakceptować jego propozycję. Kobiety jej pokroju nie miewały kochanków i jeśli nawet 
pozwoliły  się  uwieść,  modliły  się  o  to,  by  ci,  którzy  odebrali  im  cnotę,  szybko  złożyli 
ofertę matrymonialną. 

Postanowił zatem zaproponować jej małżeństwo, choć sama ta myśl budziła w nim 

śmiertelny  strach.  Małżeństwo  z  Clarą...  Boże!  Czuł,  że  jego  przyszła  małżonka  zrobi 
wszystko,  by  go  ukształtować  na  modłę  Ravenswooda,  będzie  się  wtrącała  w  jego 
sprawy, owijała wokół palca i wymagała, aby się zachowywał zgodnie ze swoją pozycją 
społeczną. 

I będzie o niego dbała, będzie się o niego martwiła... tuliła w ramionach. 
Właśnie ta perspektywa tak go przerażała, gdyż tego najbardziej pragnął, a wierzył, 

że obiekty największych tęsknot traci się wcześniej czy później. 

Już bezpieczniej było nie pragnąć – niestety serce nie działało na rozkaz. 
To właśnie w tym przeklętym Spitalfields wszelkie marzenia przybierały monstru-

alny charakter. Wisiały w powietrzu niczym mgła, wślizgiwały się do domu i gospody. 
Sprowadzały dzieci na drogę kradzieży, zmuszały kobiety do prostytucji, a mężczyzn do 
picia. A jego do myśli o rzeczach, o których już dawno zapomniał. O miłości, dzieciach, 
szczęściu... 

Na morzu nie miewał podobnych refleksji. Za niczym takim nie tęsknił. W kieracie 

codziennej  pracy  pachniał  solą  i  rybami,  i  czuł  się  jak  szprycha  w  kole.  Zawsze  miał 
tam coś do roboty, toczył bitwy, zawijał do portów... o niczym nie pamiętał. 

background image

163 

A  teraz  przy  Clarze  dawne  pragnienia  odżyły  ze  zdwojoną  siłą.  Dlatego  musiał  ją 

poślubić i wrócić na morze na tyle szybko, by żona nie odkryła jego prawdziwej natury 
i  nie  odwróciła  się  od  niego  z  niesmakiem.  Tak,  takie  małżeństwo  na  odległość  byłby 
pewnie w stanie znieść. Clara zostałaby w Londynie i zajmowała się swoim ukochanym 
Domem.  Widywaliby  się  między  jego  podróżami  do  Afryki  i  na  Gibraltar...  wszędzie 
tam, gdzie wezwałby go obowiązek. Dlaczego jednak taka perspektywa przestała go na-
gle  pociągać?  Popatrzył  szybko  na  Clarę,  westchnął  i  zrobił  pierwszy  krok  w  stronę 
frontowej  części  sklepu.  Musiał  zaczerpnąć  powietrza  i  poczynić  plany,  które  nie  za-
kładały, że co noc będzie tulił żonę w ramionach. Spała tak słodko, że poczuł dziwny 
ucisk w gardle. 

Ruszył do wyjścia, po drodze jednak przystanął na chwilę, by zabrać nóż. Wsunął 

go za tasiemkę kalesonów w okolicy krzyża i zamknął za sobą drzwi. W ciemnościach 
namacał  drogę  i  znalazł  świecę,  tę  samą,  której  powinien  był  poszukać,  gdy  przyszli 
tutaj za pierwszym razem. Zapalił ją i postawił na ladzie. 

Stojąc w cieniu blisko witryny wyglądał na ulicę. Dochodziła godzina trzecia, wie-

dział,  że  wkrótce  będzie  musiał  obudzić Clarę.  Niezależnie  od  jej  opinii  na  ten  temat, 
nie chciał, by znalazła się za dnia w pobliżu sklepu. W nocy mógł zakryć peleryną jej 
głowę i twarz, po czym wsadzić ją do powozu. 

Pojechałaby wówczas do domu. I została tam, z dala od niego, do czasu zakończe-

nia śledztwa. Niestety sprawa mogła się ciągnąć jeszcze całymi miesiącami i to stano-
wiło kolejny problem. A jeśliby się okazało, że tej nocy poczęli dziecko? Co wtedy? 

Na samą myśl o Clarze z jego dzieckiem pod sercem poczuł tak głęboką tęsknotę, 

że aż go to przeraziło. Bon Dieu, nie powinien był się posunąć tak daleko. 

Pukanie do drzwi wyrwało go z zamyślenia. Zesztywniał. To z pewnością był Spec-

ter, co znaczyło, że pora wracać do interesów. Sprawdził, czy drzwi do sypialni są za-
mknięte,  i  wyjrzał  na  ulicę  –  zakapturzona  postać  stojąca  przed  sklepem  nie  przypo-
minała  zupełnie  osobnika  opisanego  przez  Clarę.  Przede  wszystkim  spod  kaptura  nie 
wystawał nawet fragment twarzy, a już z pewnością nie było widać gładko wygolonego 
podbródka. 

Morgan  poczuł,  że  przeszywa  go  dreszcz.  Ten  człowiek  musiał  mieć  jednak  jakąś 

twarz. Przecież nie był duchem. Mimo to kaptur spełniał doskonale swoje zadanie.... A 
może nic pod nim nie było... ? Odpędził tę absurdalną myśl. 

–  Przyszedłeś pewnie po odpowiedź – powiedział. 
–  Wyjdź na ulicę, kapitanie – wychrypiał Specter, wyraźnie zmieniając barwę gło-

su.  –  Nie  chcielibyśmy  z  pewnością  przeszkadzać  twojej  przyjaciółce.  A  już  na  pewno 
wolelibyśmy, żeby nie podsłuchała naszej rozmowy. 

Morgan  poczuł  ucisk  w  żołądku.  Specter  wiedział  o  Clarze?  Ach,  może  sądził,  że 

„przyjaciółka” jest po prostu prostytutką... 

–  Jaką przyjaciółkę masz na myśli? 
–  Nie  udawaj.  Sądziłeś,  że  nie  widziałem,  co  się  tu  działo?  Napastnika,  który 

próbował przestraszyć lady Clarę? I tego, jak ruszyłeś jej z odsieczą? 

background image

164 

Ten łajdak wiedział, że to Clara... Miała rację... Specter widział wszystko. 
Morgan  wyszedł  boso  na  ulicę,  nie  zwracając  uwagi  na  brudny  chodnik  i  chłód, 

który przyprawiał go o gęsią skórkę. Zamykając za sobą drzwi, dziękował Bogu, że po-
myślał o nożu. Zyskiwał dzięki temu wyraźną przewagę nad Specterem, który z pewno-
ścią nie przypuszczał, że Morgan jest uzbrojony. W przeciwnym wypadku nie zbliżyłby 
się do niego na taką niewielką odległość, ryzykując życiem. 

Kapitan odwrócił się do swego wroga. 
–  Tak, jest u mnie kobieta – powiedział prowokująco. – Co z tego? 
–  Nie byle jaka kobieta. Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Już wcześniej 

wiedziałem, że masz talent do zalotów, ale nie sądziłem, że aż taki. Uwieść tak szano-
waną damę... 

Morgan  zesztywniał  na  całym  ciele.  Wiedział,  że  drzwi  do  sypialni  pozbawionej 

okna były cały czas zamknięte i Specter nie mógł wiedzieć, co tam robili. 

–  Na jakiej podstawie sądzisz, że Clara oddałaby cnotę komuś takiemu jak ja? 
–  Nie jestem głupcem. Dochodzi trzecia rano, masz na sobie wyłącznie kalesony, 

a ta dama przyszła do ciebie co najmniej przed dwoma godzinami. Czy możesz mieć do 
mnie pretensję o wyciąganie pochopnych wniosków? 

Morgan szukał gwałtownie w myślach odpowiedzi, która nie zrujnowałaby reputa-

cji Clary i jednocześnie nie udaremniła śledztwa. 

–  Ta  dama  stała  się  naprawdę  kłopotliwa,  toteż  uciszyłem  ją  w  najlepiej  sobie 

znany sposób... nie mogłem jej przecież zamordować, bo byłoby to stanowczo zbyt nie-
bezpieczne. – Mówiąc to, uzmysłowił sobie nagle, że zyskał szansę, by ustalić związek 
Spectera z policją. – Wiesz, że ona na mnie doniosła? 

–  Słyszałem, że narobiła ci problemów. Nie była specjalnie dyskretna. 
Niczym się nie zdradził. Był za sprytny, by wpaść w takie sidła. 
–  Uwiodłeś ją więc po to, by zyskać jej milczenie? 
–  A co mogłem zrobić – odparł Morgan, wzruszając ramionami. – Sprawiała zbyt 

dużo kłopotów. 

–  To prawda, choć dziwię się, że zwabiłeś ją do łóżka. Zważywszy, że lady Clara 

chce  ocalić  przed  twym  zgubnym  wpływem  swoich  wychowanków,  nie  pojmuję,  jak 
zdołałeś  pokonać  jej  obiekcje  względem  twej  profesji...  –  W  głosie  Spectera  wyraźnie 
pobrzmiewała podejrzliwość. 

Morgan zdawał sobie sprawę, że wszedł na niebezpieczny grunt, ale nie widział in-

nego wyjścia. 

–  Nawet nie próbowałem przezwyciężać jej obiekcji... Jest zbyt zasadnicza, by to-

lerować  moje  grzechy.  Przekonałem  ją  jednak,  że  uzyskała  mylne  informacje  na  mój 
temat. 

–  A jak ci się to udało? 
–  Przede  wszystkim  zwróciłem  jej  uwagę  na  fakt,  że  odkąd  Johnny  mieszka  u 

mnie, niczego nie ukradł. 

–  Wiem. Nawet się nad tym zastanawiałem. 

background image

165 

Niech to licho! Ten człowiek miał oczy wokół głowy. 
–  No chyba nie sądziłeś, że będę tak głupi. Skąd mogłem mieć pewność, że to nie 

szpieg, który ma mnie schwytać na gorącym uczynku i donieść potem o tym na poli-
cję? 

–  Racja. I dobrze, że o tym pomyślałeś. Chociaż nie rozumiem, po co go do siebie 

wziąłeś, skoro nie chciałeś, by dla ciebie kradł. 

Mówił teraz mniej podejrzliwym tonem. Morgan poczuł, że zyskuje przewagę, i po-

stanowił ten fakt wykorzystać. 

–  Lady Clara ma słabość do swoich wychowanków. Mogę być miły dla Johnny'-

ego, jeśli dzięki temu uda mi się pozyskać jej przychylność i pomoc. 

–  Pomoc? 
–  Chodzi  o  tych  wszystkich  kieszonkowców.  Dom  Lady  Clary  jest  pełen  małych 

złodziejaszków, którzy tylko czekają na dobrą ofertę. Pomyśl tylko, co udałoby im się 
osiągnąć pod moją opieką. A władze nie będą się nią interesować, gdyż cieszy się prze-
cież wspaniałą opinią. Świetny układ. Dziwię się, że sam na to nie wpadłeś. Ani nawet 
nie spróbowałeś pozyskać jej wychowanków. 

–  Owszem,  myślałem  o  takim  rozwiązaniu.  Nie  chcę  jednak  zwracać  na  siebie 

uwagi  znajomością  ze  znaną  filantropką.  Zostawiłem  więc  lady  Clarę  w  spokoju,  są-
dząc, że ona postąpi tak samo. – Wzruszył ramionami. – Nie sądziłem jednak, że moż-
na ją uwieść. Gdybym wpadł na ten pomysł, pewnie bym spróbował. 

Na samą myśl o Specterze uwodzącym Clarę Morgan poczuł przypływ mdłości, lecz 

rozsądek wziął górę nad emocjami – musiał kontynuować rozmowę. Zyskując zaufanie 
tego łajdaka, miał szansę zastawić na niego pułapkę. Specter powinien sądzić, że ma 
do czynienia z draniem całkowicie pozbawionym skrupułów, takim jak on sam. 

–  Znasz te wszystkie damulki – powiedział swobodnie Morgan. – Niby takie mo-

ralne i przyzwoite, ale aż się palą do mężczyzn. Kiedy tylko zdobyłem jej zainteresowa-
nie, zdołałem ją przekonać do wszystkiego, co chciałem. Wystarczyło tylko powiedzieć 
to, co chciała usłyszeć. 

Morgan wstrzymał oddech w nadziei, że Specter jest na tyle cyniczny, by uwierzyć 

w tę opowieść. Gdy ten zaśmiał się obleśnie, Morgan poczuł ogromny przypływ ulgi – 
zdał egzamin. 

–  Jesteś  bardziej  przebiegły,  niż  sądziłem,  kapitanie.  Jeśli  jednak  lady  Clara 

znów przypomni sobie o swoich zasadach... 

–  Na  pewno  nie.  –  Morga  wsunął  prowokująco  kciuki  za  troczki  kalesonów.  – 

Wiem,  jak  uszczęśliwić  kobietę.  Gdyby  jednak  wrócił  jej  rozum,  posunę  się  nawet  do 
szantażu. Jak sądzisz, jak długo mógłby przetrwać Dom, gdyby wybuchł skandal zwią-
zany z jej romansem? 

Specter gwizdnął cicho. 
–  Niech  pan  Bóg  ma  w  opiece  tę  kobietę.  Wpadła  całkowicie  w  twoje  sidła.  Z 

pewnością zabierasz się do tego od właściwej strony. Aby zdobyć panowanie nad kobie-

background image

166 

tą, trzeba się do tego tylko odpowiednio przygotować: – uśpić jej czujność i zbudować 
wokół niej klatkę, tak by nawet nie dostrzegła prętów. 

–  Dokładnie – potwierdził Morgan, choć opinia Spectera na temat kobiet budziła 

w nim niepokój. 

–  A  potem,  kiedy  już  zamknę  lady  Clarę,  wypuszczę  na  wolność  jej  podopiecz-

nych. 

Specter skinął głową. 
–  Świetnie,  kapitanie.  Jesteśmy  pod  tym  względem  bardzo  do  siebie  podobni.  – 

Mężczyzna zrobił nagle szybki krok w jego kierunku. – Dlatego zaczynam się niepokoić, 
czy nie chcesz przypadkiem przejąć mojego interesu. 

–  Chyba nie przysparzam wielkiemu Specterowi powodów do zmartwienia? – za-

śmiał się Morgan. 

–  Oczywiście, że nie. – W dłoni Spectera błysnęło nagle nagie ostrze. – To raczej 

ty powinieneś się martwić. Wyszedłeś do mnie z gołymi rękami. 

Szybkim jak błyskawica ruchem Morgan wyciągnął swój nóż. 
–  To ty mnie nie doceniasz. Nie ruszam się nigdzie bez broni. 
Specter aż wstrzymał oddech ze zdziwienia. Dobrze. Podziałało. 
–  Czy to jest twoja odpowiedź? – warknął. 
–  Czyżby triumf nad lady Clarą odebrał ci rozum? Sądzisz, że i mnie uda ci się 

oszukać? 

–  Nic podobnego. Nie lubię jednak, jak ktoś mi grozi. 
–  Świetnie. – Nóż Spectera zniknął pod jego peleryną tak szybko, jak się pojawił. 

– W takim razie nie będę ci groził. Na razie nie. 

–  A  ja  nie  zamierzam  cię  oszukiwać.  Teraz,  kiedy  już  się  rozumiemy,  mam  dla 

ciebie propozycję. 

–  Podałem ci już swoje warunki. Możesz je przyjąć lub odrzucić. 
–  Zaraz, zaraz... Chyba cię to zainteresuje. Trochę o ciebie rozpytywałem. 
–  Wiem. 
–  I  udało  mi  się  ustalić,  że  masz  wprawdzie  na  kontynencie  miejsca  zbytu  kra-

dzionych banknotów, ale korzystasz z poczty, aby je jakoś wyekspediować z Anglii. Na-
rażasz się przez to na ogromne ryzyko, że już nie wspomnę o kosztach wysyłki. 

Specter skrzyżował ramiona na piersiach. 
–  Każde przedsięwzięcie pociąga za sobą ryzyko i koszty. 
–  Tak, ale potrafię je wyeliminować. 
–  W jaki sposób? 
–  Przecież  wiesz,  że  mam  znajomych  przemytników  i  nie  muszę  zawracać  sobie 

głowy  wysyłaniem  skradzionych  banknotów  pocztą.  Po  prostu  kupuję  za  nie  przemy-
cany tytoń, który sprzedaję potem w swoim sklepie za uczciwe pieniądze. Wszyscy są 
zadowoleni. 

–  Mów dalej. 
–  Podobny obrót twoimi banknotami nie sprawi mi trudności. 

background image

167 

–  Dlaczego miałbyś się tego podjąć? 
–  Bo chcę, żeby policja przestała mi deptać po piętach, a ty twierdzisz, że masz 

znajomości w tych kręgach. Proszę bardzo, ty przekupisz policjantów, ja wyprowadzę z 
Anglii twoje pieniądze. 

Jack Seward, znany przemytnik, był mu winien przysługę po tym, jak przed czte-

rema laty naraził go na niebezpieczeństwo. Morgan już z nim rozmawiał. Za obietnicę, 
że będzie mógł dalej bez przeszkód przemycać tytoń i whisky, obiecał pomoc w schwy-
taniu mordercy. 

–  A co z innymi twoimi dochodami? – spytał Specter. – Żądam udziałów, inaczej 

się nie dogadamy. 

–  Dobrze,  dam  ci  dwadzieścia  procent.  To  chyba  wystarczy,  zważywszy  pomoc 

przy zalegalizowaniu banknotów. 

Targowali się tak jeszcze przez chwilę, aż w końcu doszli do dwudziestu ośmiu pro-

cent. 

–  Twardy  jesteś,  kapitanie  –  westchnął  Specter.  –  Mam  nadzieję,  że  okażesz się 

równie wspaniałym sprzymierzeńcem, jak jesteś wrogiem. 

–  Nigdy nie byłem twoim wrogiem, co najwyżej konkurentem. 
–  Wszystko  jedno.  Dlatego  żądam  gwarancji.  Przede  wszystkim  podaj  mi  nazwi-

sko tego przemytnika, żebym mógł go sprawdzić. 

–  Dostaniesz nazwisko, kiedy spotkamy się na pierwszą wymianę, nie wcześniej. 

Nie dopuszczę do tego, żebyś wyłączył mnie z gry i sam się z nim dogadał. 

Specter cofnął się o krok. 
–  Nic nie mówiłeś o spotkaniu. Zwykle załatwiam tego typu sprawy przez służą-

cych. 

Tak, właśnie dlatego tak trudno było go schwytać. I z tego samego powodu była to 

najważniejsza  część  całej  transakcji.  Musieli  go  przyłapać  na  gorącym  uczynku.  Nie 
było innego wyjścia. 

–  Nie  tylko  ty  żądasz  gwarancji.  Mój  znajomy  chce  znać  wszystkich,  z  którymi 

robi interesy, i na pewno od tego nie odstąpi. Dlatego musicie się za pierwszym razem 
spotkać osobiście albo w ogóle nie dojdzie do transakcji. 

Nastała długa cisza, Morgan ugryzł się w język, by nie podać innych przyczyn, dla 

których to bezpośrednie spotkanie było konieczne. Nadgorliwość mogła obudzić podej-
rzenia Spectera. Czuł jednak, że bandyta nie przepuści tak wspaniałej okazji zalegali-
zowania banknotów. 

–  No dobrze, będziesz miał swoje spotkanie – mruknął kwaśno Specter. – Ale pod 

warunkiem,  że  to  ja  wyznaczę  czas  i  miejsce.  No  i  muszę  poznać  od  razu  nazwisko 
przemytnika. 

Morgan zawahał się, ale Jack przybył już do Londynu i mieszkał w miejscu, w któ-

rym nikt nie mógł go znaleźć. 

–  Dobrze, ale to ja wybiorę dzień. Muszę się z nim najpierw jakoś skontaktować. 
I zastawić pułapkę na Spectera. 

background image

168 

–  W porządku. Jak on się nazywa? 
–  Jack Seward. 
Specter skinął z aprobatą głową. 
–  Już  o  nim  słyszałem.  To  jeden  z  najbardziej  znanych  przemytników  brandy  i 

tytoniu w Sussex. 

–  A już niedługo zasłynie z przemytu banknotów. Co do daty... za trzy dni od dziś 

nie będzie za wcześnie? 

–  Nie. Rano wyślę ci wiadomość z godziną spotkania. A kiedy nadejdzie czas, po-

ślę po was jednego z moich ludzi. 

–  Wszystko jasne. 
Tak właśnie działał Specter, co znaczyło, że dzięki Bogu, nic nie podejrzewał. Mor-

gan wycofał się w stronę drzwi 

–  Teraz, jeśli nie masz nic przeciwko temu, wrócę do budowania klatki. 
–  Oczywiście  –  zaśmiał  się  mężczyzna.  –  Czy  w  łóżku  jest  równie  namiętna  jak 

wówczas, gdy broni swoich podopiecznych? 

Morgan wzdrygnął się na samą myśl o tym, że miałby rozmawiać ze Specterem  o 

takich intymnych sprawach. 

–  Powiedzmy, że nie mam powodu do narzekań. 
–  Proszę, co za dżentelmen. Dobrze, w takim razie teraz cię zostawię. Za trzy dni 

prześlę wiadomość. 

–  Trzy dni – powtórzył Morgan. 
Czekał chwilę, aż zakapturzona postać zniknie w alejce. 
Rzucił przynętę. Teraz musiał jeszcze przy pomocy Ravenswooda zastawić pułapkę. 

background image

169 

Rozdział 18 

 

Czas pędzi jak lawina, 

Nie oprze mu się nikt, 

Więc dbaj o każdą chwilę, 

Nim stoczysz się i ty. 

Mała śliczna książeczka 

John Newbery 

 
Clara wśliznęła się na zaplecze i zamknęła drzwi w chwilę potem, gdy Morgan wró-

cił do środka. Słyszała prawie całą rozmowę, obudziła się bowiem dokładnie w chwili, 
gdy kapitan wyszedł ze sklepu. A potem już nie mogła się powstrzymać, żeby nie pod-
słuchiwać. 

To, co dotarło do jej uszu, wyjaśniało dwie kwestie. Po pierwsze Morgan miał rację 

co do tego, że osoba, która ją dziś zaatakowała, nie była Specterem. Tamten napastnik 
okazał się ofermą, prawdziwy łajdak budził grozę. Współczuła Morganowi; że musi się z 
nim zmierzyć. 

Po drugie uświadomiła sobie wyraźnie, że jeśli ktoś w ogóle miał szanse schwytać 

tego bandytę, był to właśnie Morgan. Choć zirytował ją wybieg, jakiego użył zapytany o 
znajomość z nią, podziwiała jego błyskotliwość. Pokręciła głową. Z trudem mogła w to 
uwierzyć. Mężczyzna, w którym się zakochała, był niegdyś złodziejem. I cierpiał z tego 
powodu. O tym była absolutnie przekonana. Co więcej, przeczuwała instynktownie, że 
nadal  nie  powiedział  jej  wszystkiego.  Wyraźnie  odczuwał  ból  związany  z  przeszłością, 
bardzo głęboki. Nie ufał jej jednak na tyle, by powiedzieć, co było tego przyczyną. 

Na chwilę ogarnął ją strach. Boże, w co  ona się wplątała?  Teraz lada chwila miał 

wrócić, a ona nie wiedziała, jak rozmawiać z mężczyzną, którego kochała. Zwłaszcza że 
on z pewnością nie myślał teraz o miłości... Morgan wszedł do sklepu stanowczo zbyt 
szybko i zobaczył ją stojącą na środku pokoju w samej koszuli. 

–  Nie śpisz... 
–  Ty też nie. 
Zabrzmiało to głupio. Nie wiedziała jednak, co powiedzieć. 
On też patrzył na nią niepewnie. Czekała więc, ciekawa, ile przekaże jej z tego, co 

mówił Specter. Była to miara jego zaufania. Poza tym nie chciała się przyznać do tego, 
że podsłuchiwała. Znowu. Wsunął kciuki za tasiemkę kalesonów. 

–  Ja... hmm... widziałem się z prawdziwym Specterem. – Odetchnął głębiej. 
–  Naprawdę? 
Zmrużył oczy. 
–  Nie wydajesz się zdziwiona. 
–  Dlaczego miałabym być? Mówiłam ci, że on wróci. 

background image

170 

–  Tak naprawdę nigdy nie odszedł. Miałaś rację, widział, co się tu działo. 
–  Naprawdę? 
Podszedł bliżej. 
–  Wie, że tu byłaś – powiedział ostrożnie. – Wie, że byliśmy razem. 
–  Rozumiem.  –  Nie  chciała  powiedzieć  nic,  co  mogłoby  go  powstrzymać  przed 

powiedzeniem prawdy. 

Podniosła gorset z podłogi i odwróciła się. 
–  Pomóż mi, dobrze? 
Tego się nie spodziewał. 
–  Dokąd się wybierasz? – spytał zaniepokojony, choć zrobił, o co prosiła. 
Dotyk jego palców na skórze sprawił, że znów go zapragnęła. 
–  Teraz, kiedy Specter już poszedł, nie muszę tu chyba zostawać. Wrócę do Do-

mu.  

Położył jej ręce na ramionach. 
–  Myślałem, że zostajesz, bo martwisz się o moją ranę. 
–  Jeśli czujesz się na tyle dobrze, by grozić Specterowi, przeżyjesz bez mojej po-

mocy. 

Jęknął. 
–  Słyszałaś naszą rozmowę? 
Westchnęła. Nie było już sensu ukrywać tego dłużej. 
–  Tak. Wszystko słyszałam. 
Odwrócił ją twarzą do siebie, w jego oczach czaił się smutek. 
–  Boże,  Claro,  zupełnie  w  ten  sposób  nie  myślałem.  Udawałem,  żeby  nie  wzbu-

dzić jego podejrzeń. 

–  Wiem. Czy naprawdę sądzisz, że ci nie ufam? 
Zmarszczył brwi. 
–  Jeśli  mam  być  szczery,  kochanie,  nie  wiem,  czego  się  mam  po  tobie  spodzie-

wać. Co chwila mnie zaskakujesz. 

–  Nie jestem na tyle głupia, by sądzić, że kochałeś się ze mną tylko po to, by zro-

bić ze mnie wspólniczkę. – Przypomniała sobie wszystko, co Morgan mówił do Specte-
ra,  i  gniew  powrócił.  –  Chociaż  nie  rozumiem,  dlaczego  musiałeś  ze  mnie  zrobić taką 
idiotkę. 

Zamrugał. 
–  O czym ty mówisz? 
Wyrwała mu się z objęć. 
–  A  potem,  kiedy  już  zamknę  lady  Clarę,  wypuszczę  na  wolność  jej  podopiecz-

nych  –  powtórzyła  jego  własne  słowa  i  skrzyżowała  ręce  na  piersiach.  –  Tak,  jakbym 
zrezygnowała  ze  wszystkich  swoich  ideałów  tylko  dlatego,  że  się  z  tobą  przespałam. 
Boże, naprawdę robisz ze mnie głupią gęś. 

–  Lepsza głupia gęś niż ktoś, kogo będzie się ten człowiek bał – mruknął Morgan.  
Zważyła w myślach jego słowa. 

background image

171 

–  Pewnie masz rację. 
Wziął ją w ramiona. 
–  Słuchaj,  aniele.  Szpiegowanie  to  nieprzyjemne,  brudne  zajęcie.  Nie  dopuszczę 

do  tego,  by  stała  ci  się  krzywda.  Przykro  mi.  Nie  mogłem  załatwić  tej  sprawy  lepiej. 
Wiedział, że tu jesteś, i uważa cię za wroga. Musiałem wymyślić jakiś powód, dla któ-
rego kochałem się z wrogiem. 

–  Wiem. – Objęła go w talii i położyła mu głowę na torsie. – Tylko że ten okropny 

człowiek myśli o mnie w tak okropny sposób... To krępujące. 

Uścisnął ją mocno. 
–  Bałem  się,  że  mi  nie  uwierzy.  Nikt,  kto  dobrze  cię  zna,  nie  zwątpiłby  ani  na 

chwilę w siłę twego charakteru. 

–  Wszystko,  co  mówił  na  temat  kontroli  nad  kobietami,  przyprawia  mnie  o 

dreszcz. 

–  Mnie też. – Pocałował ją czule w czubek głowy. – Nigdy bym się nie starał za-

mknąć cię w klatce, Claro, nawet gdyby było to wykonalne. 

–  Wiem.  Specter  mówił  to  jednak  takim  tonem,  jakby  wypróbowywał  te  metody 

na swoich kobietach. 

–  Nie przyszło mi to do głowy – powiedział Morgan z lekkim zdziwieniem. 
–  To dlatego, że nie jesteś kobietą. Ale załóżmy, że Specter ma w Spitalfields żonę 

lub kochankę. Może właśnie przez nią uda ci się do niego dotrzeć. 

–  Intrygujące, ale nie wiem, kim ona jest, więc nie bardzo mogę ten pomysł wy-

korzystać. 

–  Spróbuję popytać. Może któraś z kobiet opowiadała o jakimś tajemniczym ko-

chanku i... 

–  Nie! – zagrzmiał. – Nic podobnego nie zrobisz! Nie angażuj się w tę sprawę bar-

dziej niż dotąd. To zbyt niebezpieczne. 

Jego troska bardzo ją wzruszyła, choć nie dała tego po sobie poznać. 
–  Próbuję tylko pomóc. 
–  Nie, ty chcesz pozwolić się zabić i zabrać mi dziesięć lat życia. – Przytulił ją tak 

mocno, że prawie przestała oddychać. – Przysięgam ci, że gdyby Specter się o tobie nie 
dowiedział, zamknąłbym cię w domu do czasu zakończenia śledztwa. Teraz jednak nie 
mogę wzbudzać żadnych podejrzeń. To jednak wcale nie znaczy, że nie będę cię pilno-
wał 

–  Co masz na myśli? 
–  Specter uważa, że chcę cię trzymać pod pantoflem, więc spełnię jego oczekiwa-

nia.  Odwiedzę  cię  w  Domu,  odprowadzę  potem  do  powozu.  Przynajmniej  nie  będzie 
zdziwiony. 

–  Ale  co  pomyślą  inni?  Przecież  wszyscy  sąsiedzi  wiedzą,  że  chciałam  zamknąć 

twój sklep. Jeśli ni z tego ni z owego powitam cię radośnie w Domu, zaczną się zasta-
nawiać,  dlaczego  uznałam  cię  nagle  za  przyjaciela.  Dzieci  bardzo  się  zdziwią,  służący 

background image

172 

pomyślą,  że  oddałam  sumienie  jakimś  ciemnym  siłom.  Nie  możesz  do  tego  dopuścić, 
Morganie. To zniszczyłoby wszystko, co próbowałam zbudować. 

–  Nie  na  długo,  aniele.  Najwyżej  na  parę  tygodni,  zwłaszcza  teraz,  gdy  Specter 

przystał na moje warunki. 

–  Nie. – Skrzyżowała ręce na piersiach. – Będziemy po prostu musieli udawać, że 

wciąż jesteśmy wrogami aż do czasu, gdy zostanie schwytany. 

–  Będzie się dziwił... 
–  Niech się dziwi. – Odtworzyła w pamięci fragmenty zasłyszanej rozmowy. – Po-

wiedz mu po prostu, że zdałam sobie sprawę ze swojego błędu i wycofałam się. Ale bę-
dę siedziała cicho, ponieważ zagroziłeś, że mnie wydasz. Tak, powiedz mu to. – Łypnęła 
na niego groźnie. – W końcu, jeśli ktoś ma tutaj wyjść na głupca, to ty, nie ja. Gdybyś 
mi powiedział, co zamierzasz, nigdy bym się w to nie wmieszała. 

–  Przecież nic innego nie robisz – prychnął z irytacją. 
–  To co innego, próbuję ratować sytuację. 
Przeczesał palcami włosy. 
–  Dobrze, pomyślę o tym. Twoje rozwiązanie wydaje się lepsze. Ale jeśli tylko bę-

dę miał powody sądzić, że jesteś w niebezpieczeństwie... 

–  Wkroczysz  i  ocalisz  mi  życie  –  mruknęła  sarkastycznie.  –  Ale  i  tak  to  zrobisz, 

niezależnie, czy będę tego chciała, czy nie. 

Patrzył na nią tak długo, że poczuła się niewyraźnie. 
–  A kiedy to wszystko się już skończy... kim dla siebie będziemy? 
Zamarła, próbując nie wzbudzać w sobie nadziei. 
–  Co masz na myśli? 
–  Może  nie  jestem  dżentelmenem,  ale  mam  sumienie.  Jedynym  sposobem,  by 

uporać się z tym, co zrobiliśmy, jest małżeństwo. 

Byłaby  uradowana,  gdyby  nie  sposób,  w  jaki  sformułował  tę  propozycję.  O  ile  w 

ogóle była to propozycja. 

–  Chcesz zatem powiedzieć, że zamierzasz się ze mną ożenić? 
Zmełł przekleństwo. 
–  Chcę powiedzieć, że zamierzam postąpić właściwie. Nie chcę rujnować ci repu-

tacji. A więc tak, zamierzam ci dać swoje nazwisko. 

Nazwisko, lecz najwyraźniej nie serce. Jej nadzieja zaczęła umierać równie szybko, 

jak się pojawiła. 

–  Nigdy przedtem nie mówiłeś o małżeństwie. Sądziłam, że nie jesteś nim zainte-

resowany. 

Odwrócił wzrok. Szczęki miał mocno zaciśnięte. 
–  Mówiłem  ci  już,  że  wiem,  co  się  ode  mnie  należy  kobiecie,  której  odebrałem 

niewinność. Nie jestem barbarzyńcą. 

–  Nigdy tak nie twierdziłam – wyjąkała, choć żal i rozczarowanie niemal odbierały 

jej głos. 

background image

173 

Chciał się z nią żenić tylko po to, by nie odczuwać wyrzutów sumienia. Nie mogła 

liczyć na nic więcej. Podniosła suknię i zaczęła ją na siebie wkładać. 

–  A co z twoimi planami, by wrócić na morze? 
Wzruszył ramionami. 
–  Nic.  Jak  już  będzie  po  wszystkim,  weźmiemy  ślub  i  zamieszkamy  razem  jako 

mąż i żona, a potem obejmę dowództwo na okręcie. 

Poczuła, jak wzbiera w niej gniew. A zatem chciał jednocześnie uspokoić sumienie i 

zachować wolność. Typowe dla mężczyzny. 

–  A wtedy jak często będziemy się widywać? Dwa razy w roku? 
–  Jestem  kapitanem  marynarki.  Większość  czasu  spędzam  na  morzu.  Przecież 

możesz zawsze płynąć ze mną. Wielu kapitanów zabiera na morze swoje żony. 

–  Widzę, że nie możesz się doczekać, by zostać jednym z nich. 
–  Po prostu myślałem, że będziesz wolała zostać i pilnować Domu. 
–  Oczywiście. 
Przecież gdyby uważał inaczej, nie zaproponowałby jej małżeństwa. 
Ból ściskał jej serce i odbierał głos. Nie sądziła, że będzie ją kochał... W każdym ra-

zie jeszcze nie teraz. Gdyby jednak zaproponował prawdziwe małżeństwo, pewnie by go 
przyjęła  w  nadziei,  że  kiedyś  wyzna  jej  uczucie.  Ale  to,  co  się  stało,  było  absolutnie 
niedorzeczne.  W  końcu  znalazła  mężczyznę,  którego  kochała  i  chciała  poślubić,  lecz 
jego  koncepcja  związku  okazała  się  zupełnie  nie  do  przyjęcia.  Tłumiąc  żal,  podniosła 
dumnie głowę. 

–  To bardzo miłe z twojej strony, ale nie interesuje mnie zupełnie rozwiązanie te-

go typu.  

Sądziła,  że  Morgan  odetchnie  z  ulgą,  a  on  tymczasem  niemal  skamieniał  ze  zdzi-

wienia. 

–  Co masz na myśli, u licha? 
–  Małżeństwo z rozsądku, które ma ocalić  moją reputację. Czekałam tak długo, 

by wyjść za mąż, gdyż nie chciałam zawierać takiego kontraktu. I moja postawa z pew-
nością się nie zmieni tylko dlatego, że ty przeżywasz jakiś kryzys sumienia. 

–  Nie zrozumiałaś mnie, Claro. Chcę, żeby to było prawdziwe małżeństwo, a nie 

kontrakt. 

–  Może byłoby prawdziwe, ale... 
–  Boisz  się,  że  będę  cię  zdradzał,  jeśli  wypłynę  w  morze?  To  masz  na  myśli?  Z 

pewnością byłbym ci wierny. 

–  Nie o to chodzi. 
Jak mógł być aż tak ślepy? 
Wydawał się wyraźnie zdziwiony. 
–  Powiedz w takim razie o co. Myślałem, że będziesz zadowolona, nie codziennie 

oświadczam się kobiecie. 

–  Wierzę. Robisz to wyjątkowo fatalnie. 
–  A to co ma znaczyć? 

background image

174 

Uniosła dumnie podbródek. 
–  To,  że  zasługuję  na  coś  lepszego  niż  małżeństwo,  w  którym  mój  mąż  spycha 

mnie gdzieś poza nawias, a sam wiedzie dokładnie takie życie jak za kawalerskich cza-
sów. Małżeństwo, podczas którego ja będę się nieustannie martwić, czy jeszcze go zo-
baczę, a on zrobi wszystko, by narażać się dzień w dzień na niebezpieczeństwo. 

Tłumiąc  łkanie,  odwróciła  się  do  niego  plecami,  by  nie  dostrzegł,  jak  bardzo  jest 

zdenerwowana. 

–  Pomóż mi zapiąć suknię. Muszę iść. 
Stanął  za  nią,  lecz  nie  zapiął  guzików;  zamiast  tego  objął  Clarę  mocno  w  talii  i 

przytulił. 

–  Jestem wzruszony, że tak się o mnie martwisz – westchnął w jej włosy. – Wiem 

jednak, że po jakimś czasie przestałabyś się martwić. Byłabyś zbyt zajęta pracą w Do-
mu. 

–  Uważasz  mnie  za  jędzę  bez  serca?  –  Wysunęła  się  z  jego  objęć.  –  Jak  możesz 

nawet coś takiego sugerować? 

–  Żony marynarzy zawsze przyzwyczajają się w końcu do ich nieobecności. 
–  Wątpię.  A  te,  którym  istotnie  udaje  się  przywyknąć,  nie  mają  wyboru.  Ale  ja 

mam taki wybór i wolę mieć męża, który woli być ze mną niż z dala ode mnie. 

Popatrzył na nią zimno. 
–  Tego nie powiedziałem. Moja decyzja nie ma nic wspólnego z moimi uczuciami 

do ciebie. 

Nie? 

–  Nie. Takie jest moje życie. Sądziłem, że je zaakceptujesz. 
–  Gdybym była pewna, że naprawdę kochasz dowodzenie statkiem i pływanie po 

morzu,  pewnie  bym  się  z  tobą  nie  kłóciła.  Ale  ja  znałam  paru  marynarzy.  Ci,  którzy 
tęsknią za morzem, często o nim mówią. Wciąż porównują życie na lądzie z życiem na 
statku na niekorzyść tego pierwszego, licząc dni do powrotu na służbę. A ty wcale taki 
nie jesteś. Nigdy nie słyszałam, żebyś mówił o tęsknocie za pływaniem. 

Najwyraźniej  nie  znajdował  odpowiedzi,  ponieważ  zaczął  w  milczeniu  zapinać  jej 

suknię. 

–  Ty  nie  uciekasz  na  morze,  Morganie  –  powiedziała  cicho.  –  Ty  uciekasz  ode 

mnie.  

–  Nigdzie i od nikogo nie uciekam. Po prostu tak wygląda życie żon marynarzy. 
Kończył zapinać jej suknię. Clara odwróciła się, by na niego popatrzeć, i zrozumia-

ła, że Morgan mówi szczerze 

–  Dobrze. W takim razie nie jestem gotowa, aby być żoną marynarza. Nie zamie-

rzam spędzić życia przywiązana do człowieka, który skazuje mnie na stałą tęsknotę. 

–  Boże,  Claro,  ja...  –  Potarł  nerwowo  twarz.  –  Nie  rozumiesz.  Nie  wiem,  jak  być 

dobrym mężem. Nie potrafię ci dać tego, czego pragniesz. 

background image

175 

Poczuła, że jej gniew minął – była tylko przeciwnego zdania. Wiedziała, że Morgan 

się myli. I że z czasem i on się o tym przekona. Gdyby jednak pozwoliła mu na realiza-
cję kontraktu, nie pełnego małżeństwa, straciłaby na to szansę. 

–  Jeśli nie możesz mi dać tego, czego pragnę, nie możesz mi dać niczego. 
Zacisnął szczęki. 
–  Mogę ci dać nazwisko i ochronić przed skandalem. 
–  Nie będzie żadnego skandalu. Przy odrobinie szczęścia wśliznę się niezauważo-

na do Domu i nikt się nigdy nie dowie, co między nami zaszło. 

–  A jeśli nosisz moje dziecko? 
Niemal przestała oddychać. Dziecko Morgana. Ich dziecko. 
–  To by oczywiście wszystko zmieniło – powiedziała. – Nie chcę, aby któreś z mo-

ich dzieci nosiło piętno bękarta. 

–  Dzięki Bogu, masz jednak trochę rozumu. 
–  Przy tej okazji pojawia się jednak interesujące pytanie. Gdybyśmy się mieli po-

brać ze względu na dziecko, sądzę, że i tak nie pomógłbyś mi go wychować. – Przyjrza-
ła mu się uważnie. – Spędziłeś dzieciństwo bez ojca. Powiedz, czego pragniesz dla swe-
go syna. Czy i on powinien dorastać, ledwo znając tego, kto go spłodził? 

Sądząc z jego zdumionej miny, nie brał tego pod uwagę. 
Pozostawiając  zatem  Morgana  z  jego  myślami,  wciągnęła  pończochy  i  buty,  a  po-

tem znów podniosła na niego wzrok. Patrzył na nią tęsknie, jakby obserwował statek, 
który wypływa z portu bez niego na pokładzie. To spojrzenie powiedziało jej wyraźnie, 
że Morgan nie wyjawił jeszcze wszystkich przyczyn, dla których nie chce zostać z nią w 
Londynie. Ponieważ ich jednak nie znała, nie mogła nic na to poradzić. Wstała, popra-
wiła spódnicę, a on popatrzył na nią ze strachem w oczach. 

–  Claro, jest późno, nie powinniśmy teraz podejmować żadnych ważnych decyzji. 

Obiecaj, że jeszcze wszystko przemyślisz. 

–  Nie zmienię zdania, Morganie. 
Bez  ostrzeżenia  porwał  ją  w  ramiona  i  zaczął  całować  tak  namiętnie,  że  omal  nie 

spłonęła w pożarze tych pocałunków. 

Gdy wreszcie wypuścił ją z objęć, oczy świeciły mu niemal chorobliwym blaskiem. 
–  Mógłbym  to  wszystko  urządzić  tak,  kochanie,  że  nie  miałabyś  wyjścia.  Mógł-

bym zatrzymać cię w łóżku aż do przyjścia Johnny'ego i Samuela. A wtedy musiałabyś 
za mnie wyjść choćby po to, by uniknąć skandalu. 

–  Tak, mógłbyś. Ale co by wtedy pomyślał Specter? Że żenisz się z kobietą, którą 

wykorzystujesz? A przecież nie chcesz budzić podejrzeń, prawda? 

Patrzył na nią długo, na jego twarzy pojawił się wyraz wahania. Zaklął pod nosem i 

wypuścił ją z objęć. Podniosła pelerynę, zarzuciła ją sobie na ramiona i ruszyła w stro-
nę  drzwi.  Nie  czuła  satysfakcji  z  wygranego  pojedynku.  Wołałaby  zdecydowanie, żeby 
usiłował ją zatrzymać, gdyż to by znaczyło, że zależy mu na niej bardziej, niż chciał to 
okazać. 

Ale on jej nie zatrzymywał. A Clara nie mogła zostać. 

background image

176 

–  Jeszcze nie skończyliśmy tej rozmowy – mruknął, gdy była już przy drzwiach. – 

W każdym razie ja na pewno jej nie zakończyłem. 

Uśmiechnęła się. Przynajmniej nie poddawał się łatwo. Może była jeszcze dla nich 

jakaś nadzieja. 

–  Nie zamierzam być twoją kochanką, Morganie. Nie będę również żoną na odle-

głość. Jeśli jednak uznasz, że chcesz czegoś więcej, wiesz, gdzie mnie szukać. 

Co powiedziawszy, wyszła ze sklepu. 

background image

177 

Rozdział 19 

 

Bezczynność darem jest Szatana, 

To gnuśność nas ku złemu skłania, 

przeto o pracę proszę Pana, 

Dla rąk mych szukam wciąż zadania. 

Przeciwko bezczynności i psotom 

Isaac Watts 

 
Morgan  patrzył  za  Clarą  ze  ściśniętym  żołądkiem.  Nie  mógł  uwierzyć,  że  tak  po 

prostu  odchodzi  –  bezbronna,  skompromitowana,  balansując  na  granicy  skandalu. 
Nierozsądna,  nieodpowiedzialna  kobieta!  Wyśliznął  się  za  nią  przez  drzwi  i  podreptał 
na bosaka na ulicę, by zobaczyć, jak jego anioł wraca skrótem do Domu. Zimny blask 
światła  na  horyzoncie  zapowiadał  wschód  słońca  –  mimo  to  Clara  wybrała  stosowną 
porę  na  powrót.  Na  ulicy  było  pusto.  W  okolicy  nie  kręcił  się  nawet  żaden  strażnik. 
Gdy  zniknęła  wreszcie  niezauważona  w  głębi  budynku,  nie  wiedział,  czy  się  cieszyć, 
czy martwić. Nie chciał jej zatrzymywać w obawie przed skandalem, rozstawał się z nią 
jednak z bólem serca. 

Klnąc pod nosem, wszedł z powrotem do sklepu. Nie wszystko układało się po jego 

myśli. Clara powinna była się zgodzić na małżeństwo. To by przecież wszystko uprości-
ło – a Morgan zyskałby wreszcie spokój sumienia. Ona jednak uwielbiała komplikować 
najzwyklejsze  sprawy.  Nazwisko  najwyraźniej  jej  nie  wystarczyło,  pragnęła  dostać 
wszystko – kominek, dom, dzieci, całe jego życie... 

Gdyby  jeszcze  wiedziała,  o  co  prosi.  Nie mogła  tego  jednak  wiedzieć.  Myślała  nie-

mądrze, że Morgan dokonuje prostego wyboru między nią i morzem. A przecież zupeł-
nie nie na tym polegał problem. Na morze mógł ją zabrać właściwie w każdej chwili. 

Nie znosił jednak Spitalfields i tego sklepu. Co gorsza obawiał się, że im dłużej tu 

będzie mieszkał, tym większe istnieje niebezpieczeństwo, że Clara odkryje w końcu je-
go prawdziwą osobowość i odwróci się od niego z obrzydzeniem. 

Powiedział jej o sobie znacznie więcej, niż zamierzał. A jej współczująca, czuła re-

akcja  tylko  pogarszała  sytuację.  Zwiększała  jego  potrzebę,  by  wyznać  całą  prawdę, 
wszystkie swoje mroczne sekrety. Ujawnić cechy, którymi miałaby prawo gardzić. 

Przez ten sklep, przez tę okropną dzielnicę znowu tak niebezpiecznie zbliżył się do 

przeszłości. Może daleko stąd mogliby mieć jakąś szansę.  Tak, nawet gdyby zabrał ją 
ze sobą na morze... 

Bon Dieu.. O czym on właściwie myślał? Przecież Clara nie opuściłaby nigdy swoich 

wychowanków. Ani dla niego, ani dla kogokolwiek innego. 

Co nie znaczyło, że zamierzał z niej zrezygnować. Nie, z pewnością nie. 

background image

178 

Prędzej czy później musiała się zgodzić na małżeństwo. Zamierzał ją do tego skło-

nić  wszelkimi  sposobami  dla  jej  własnego  dobra.  Przynajmniej  tak  to  sobie  próbował 
tłumaczyć. 

Całkowicie  wyczerpany  ruszył  w  stronę  łóżka  i  stanął  jak  wryty,  omiatając  wzro-

kiem pokój. Panował tu całkowity nieład – jedno pokrwawione prześcieradło wciąż le-
żało na łóżku, drugie walało się po podłodze, z przewróconej butelki brandy wylewała 
się zawartość. Całe pomieszczenie pachniało alkoholem i jaśminowym olejkiem Clary. 
Johnny  i  Samuel  mieli  wkrótce  wrócić  i nietrudno  by  im  się  było  domyślić,  co  się  tu 
działo. Musiał posprzątać. Jęknął – grzesznicy nie zasługują na odpoczynek. Ubrał się 
szybko i zaczął przywracać w pokoju jako taki porządek. Trzy razy napełniał wiadro z 
publicznej  studni,  by  zmyć  krew  z  prześcieradła  i  brandy  z  podłogi.  Gdy  rozwiesił 
upraną bieliznę nad piecem i pościelił łóżko, zaczynało świtać. 

Usłyszał pukanie, które obwieszczało powrót Johnny'ego i Samuela. Samuel stał w 

progu z pistoletem w dłoni. 

–  Co tu się, do diabła, działo? Znalazłem w zaułku pistolet, a Johnny twierdzi, że 

to własność jego siostry. Dostała go od ojca, tuż przed jego zesłaniem. Służy jej podob-
no do ochrony. 

–  Nie  tylko  –  mruknął  Morgan  do  siebie,  wpuszczając  Johnny'ego  i  Samuela  do 

środka. 

Clara znów miała rację. Napastnikiem okazała się Lucy. 
Samuel łypnął na niego podejrzliwie. 
–  O co w tym wszystkim chodzi? Najpierw broń... a teraz to... 
–  Nie  rozumiem  –  zająknął  się  Morgan,  zmartwiony,  że  przeoczył  jakiś  ważny 

szczegół podczas porządków. 

–  Miał pan kobietę w łóżku. Czuję to. Cały pokój tym pachnie. 
Morgan dopiero po chwili pojął sens tej sugestii. 
–  Myślisz, że Lucy i ja... – Zaśmiał się krótko. – Najpierw ona do mnie strzela, a 

potem ty mnie oskarżasz, że z nią spałem. A ja jej nawet nie znam. 

–  Lucy do pana strzelała? 
 Gniew Samuela natychmiast ustąpił miejsca przerażeniu. 
–  Zmyśla pan – Johnny podniósł oczy na Morgana. – Prawda? 
–  Niestety  mówię  poważnie.  –  Naciągnął  nogawkę,  tak  by  zobaczyli  bandaż.  – 

Przyszła tu wczoraj przebrana za Spectera i próbowała mnie namówić, żebym cię wy-
rzucił, bo wtedy zamieszkałbyś razem z nią.  

Johnny'emu twarz się rozjaśniła. 
–  Naprawdę? – Po chwili przypomniał sobie jednak o ranie Morgana. – Nie zrobi-

łaby tego. Nie strzelałaby do pana. 

–  Postrzeliła mnie przez przypadek, ale powinniśmy zrobić wszystko, by już nig-

dy nie doszło do takiej sytuacji. – Teraz, gdy cała sprawa ze Specterem przybrała po-
ważny  charakter,  wolał  nie  ryzykować.  –  Powinieneś  zamieszkać  z  siostrą,  Johnny.  – 

background image

179 

Popatrzył ponad ramieniem chłopca na Samuela. – Sądzisz, że potrafisz tego dopilno-
wać? 

Samuel skinął ponuro głową. 
–  Postaram się również, żeby już nigdy pana nie niepokoiła. 
–  Ale ja nie chcę z nią mieszkać – zaprotestował ponuro Johnny. 
Morgan położył chłopcu dłoń na ramieniu i popatrzył w jego pełną smutku twarz. 
–  Możesz  tu  codziennie  przychodzić  do  pracy,  zapłacę  ci  tygodniówkę.  Nie  chcę 

jednak, żebyś u mnie nocował. 

Nadal widząc niewesołą minę chłopca, zmienił taktykę. 
–  Twoja  siostra  cię  potrzebuje.  Gdyby  było  inaczej,  nie  posunęłaby  się  przecież 

do tak radykalnych kroków, by cię odzyskać. Przecież na pewno nie chcesz, by miesz-
kała  sama  w  tawernie,  gdzie  jest  nieustannie  narażona  na  zaczepki  ze  strony  męż-
czyzn? 

Chłopiec najwyraźniej nie myślał o tym aspekcie sprawy. 
–  Lucy potrafi o siebie zadbać – odparł niezbyt pewnie. 
–  Może  tak.  Ale  rodzina  w  pobliżu  nigdy  nie  zaszkodzi.  Czas,  abyś  dorósł  i  stał 

się mężczyzną, Johnny. Musisz wziąć odpowiedzialność za rodzinę. A to znaczy, że po-
winieneś zamieszkać z siostrą i zacząć się nią opiekować. 

Chłopiec się wyprostował. 
–  W porządku. Chyba mógłbym to zrobić. 
–  Ale żadnych kradzieży – dodał Morgan. 
Johnny pokręcił głową. 
–  Żadnych. 
Przynajmniej tego udało mu się dokonać. 
–  No  chodź.  –  Samuel  poklepał  chłopca  po  ramieniu.  –  Weźmiemy  z  góry  twoje 

rzeczy. – Popatrzył ze skruchą na Morgana. – Przepraszam za te uwagi o kobiecie... 

–  Nic nie szkodzi – odparł, wiedząc, że Samuel zmieniłby z pewnością ton, gdyby 

wiedział o wizycie Clary. – Ale teraz już zmykajcie, zanim Lucy zjawi się tutaj ze szpa-
dą. 

Patrzył  za  nimi  z  żalem  –  zdołał  się  już  przywiązać  do  tego  chłopca.  A  nawet  do 

Samuela. Ponadto pozostawał pod tak ogromnym urokiem Clary, że już nie potrafił się 
spod niego wyzwolić. Pomyślał, że gdy wyjedzie z Londynu, zostawi nie tyko ją, ale Sa-
muela i Johnny'ego. 

Natychmiast  się  jednak  otrząsnął.  Wiedział,  czego  chce,  i  nie  byli  to  ani  Londyn, 

ani ci ludzie, choć tak bliscy. Nie mógłby tu zamieszkać, niezależnie od tego, jak bar-
dzo Clara by go o to prosiła. Musiał tylko sprawić, by zrozumiała. 

 

***

 

 

background image

180 

Clarę,  śpiącą  w  małym  pokoiku,  z  którego  korzystała  zawsze,  gdy  mieszkała  w 

Domu, obudził szept dochodzący zza drzwi. Przetarła oczy i usiadła na łóżku. 

–  Kto tam? 
Drzwi uchyliły się i Peg wsadziła głowę do środka. 
–  Pani wybaczy, milady, ale przyszła panna Lucy. I nie chce wyjść. 
–  Muszę  z  nią  pomówić  –  powiedziała  Lucy  stojąca  na  korytarzu.  Clara  wes-

tchnęła ciężko i otuliła się wełnianą lizeską. 

–  Już idę, Peg. – Z trudem wsunęła zmęczone stopy w miękkie kapcie i ruszyła 

do drzwi, próbując zebrać myśli. Pięć godzin snu to stanowczo za mało. I dlaczego od-
czuwała taki nieprzyjemny ból między nogami? 

Lucy wparowała do pokoju, zanim Clara zdążyła dojść do drzwi. 
–  Muszę z panią porozmawiać – powiedziała i łypnęła groźnie na Peg. – Sama, je-

śli łaska. 

Gdy tylko Peg wyszła, Lucy zalała się łzami. 
–  Och, milady... zrobiłam coś... strasznego...  
Clara zamrugała. Odczuwała coraz większą ochotę na kawę i gorącą kąpiel. A po-

tem nagle wszystko do niej dotarło. Dlaczego nocowała w Domu. Skąd się wziął ból. I z 
jakiego powodu Lucy odwiedziła ją o tak wczesnej porze. Jęknęła. Nie miała na to siły. 

–  Lucy... to nie jest dobry moment... 
–  Wczoraj w nocy to byłam ja... To ja zatrzymałam panią w tym zaułku. 
Cudownie. Ten, kto stwierdził, że spowiedź jest zbawienna dla duszy, nie musiał jej 

chyba nigdy wysłuchiwać po nieprzespanej nocy. 

–  Tego to i ja się domyśliłam – wymamrotała Clara, podchodząc chwiejnym kro-

kiem do miski z wodą. 

–  Czego? – spytała Lucy. 
–  Nieważne. Ale dlaczego teraz mi o tym mówisz? 
–  Bo zaraz mnie aresztują. Znajdą pistolet, dowiedzą się, że jest mój i... – Urwała. 

–  Musi  im  pani  powiedzieć,  że  nie  chciałam  zabić  kapitana.  Była  tam  pani  przecież  i 
wie, że nie chciałam. 

Clara popatrzyła na nią z przerażeniem. 
–  Zabić? O czym tym mówisz? 
–  Nie może pani pozwolić, żeby mnie za to powiesili. To był wypadek i... 
–  Uspokój się – wtrąciła Clara. – Wcale go nie zabiłaś.  
Lucy podniosła na nią twarz zalaną łzami.  
–  Co? 
–  Zraniłaś go w nogę. To wszystko. 
–  Widziałam, jak osuwał się na ziemię. Widziałam! Widziałam krew! 
–  Jaką krew? – spytał Samuel, który wpadł do pokoju zaraz za Lucy i stanął jak 

wryty na widok Clary w nocnej bieliźnie, oblewając się rumieńcem. – Pani raczy wyba-
czyć, milady, ale powiedzieli mi na dole, że znajdę tu Lucy, a wszędzie jej szukam. 

Clara powstrzymała uśmiech. 

background image

181 

–  Wszystko w porządku, Samuelu. Lucy i ja właśnie coś omawiałyśmy. To jednak 

ciebie nie dotyczy, więc gdybyś mógł... 

–  Och,  Samuelu  –  zawołała  Lucy,  padając  mu  w  ramiona  i  zadając  oczywisty 

kłam słowom Clary. – Zrobiłam coś strasznego! Musisz mi pomóc! 

–  No  już,  już  –  szepnął  uspokajająco  Samuel,  rzucając  porozumiewawcze  spoj-

rzenie Clarze. – Wszystko będzie dobrze. 

–  Przecież ja go zastrzeliłam! Zastrzeliłam kapitana z pistoletu papy! 
–  Kapitanowi Pryce'owi nic nie dolega – wtrąciła stanowczo Clara. Miała już dość 

tego przedstawienia. – Nie musisz się o niego martwić. 

–  Lady Clara ma rację – dodał Samuel, gładząc Lucy po włosach. – Kapitan czuje 

się świetnie. Jest tylko lekko ranny w nogę. I przyniosłem pistolet... widzisz? – Samuel 
podniósł do góry broń. 

–  Naprawdę?  –  Lucy  zabrała  mu  pistolet  jedną  ręką,  drugą  otarła  łzy.  –  Jesteś 

pewny, że kapitanowi nic się nie stało? Nie powie policji i nie każe mnie powiesić? 

–  Nikt nie wiesza ludzi za to, że kogoś zranili. Chyba że ten ktoś umrze – powie-

dział  sucho  Samuel.  –  A  nic  takiego  się nie  stało.  I  kapitan  nie  pójdzie  na  policję.  W 
ogóle nic ci nie zrobi. – Uśmiechnął się i starł jej z policzka łzę. – Jest nawet lepiej, niż 
sądzisz. Kapitan odesłał Johnny'ego do ciebie, więc już w ogóle nie masz się o co mar-
twić. Rozumiesz? 

Lucy pociągnęła nosem; była już znacznie spokojniejsza. 
–  Naprawdę? 
–  Johnny czeka pod Domem. Przysięgam. Kapitan Pryce kazał mu opiekować się 

siostrą, więc nie miał innego wyjścia i przyszedł. 

–  Słyszała  pani,  milady!  –  wykrzyknęła  Lucy  z  promiennym  uśmiechem.  –  I  to 

wszystko pani zasługa... Przecież z nim pani rozmawiała. Już po tym, kiedy omal was 
obojga nie zabiłam. Rozmawiała pani z kapitanem, a on dzięki pani wysłał Johnny'ego 
do domu. 

Clara zrozumiała natychmiast, że działania Morgana wynikają z eskalacji konfliktu 

ze Specterem, ale o tym nie mogła nawet wspomnieć, więc wzruszyła tylko ramionami. 
Zbyt  późno  zdała  sobie  sprawę,  w  jaki  sposób  Samuel  zinterpretował  jej  słowa,  gdyż 
jego twarz zmieniła nagle wyraz. 

–  O czym mówi Lucy? – spytał, mrużąc oczy. – Była pani w towarzystwie kapita-

na Pryce'a, gdy został postrzelony, milady? 

–  Zostaw milady w spokoju, Samuelu – odezwała się Lucy, zanim ten zdążył się 

odezwać.  –  Lady  Clara  śledziła  kapitana,  kiedy  do  niego  przyszłam,  a  potem...  potem 
się nim opiekowała, prawda, lady Claro? 

Clara  nie  miała  wątpliwości,  że  Samuel  domyślił  się  od  razu,  jak  wyglądała  ta 

opieka...  Jak  jednak  tego  dokonał?  Nie  wierzyła,  by  Morgan  zdradził  się  przed  nim 
choć słowem. 

–  Lucy, idź, zaczekaj na mnie w holu – powiedział Samuel. – Muszę porozmawiać 

milady na osobności. 

background image

182 

Lucy zawahała się; przez chwilę przenosiła spojrzenie z Samuela na Clarę. Potem 

westchnęła i wyszła z pokoju. Clara oddychała z trudem. Boże, to się naprawdę dzia-
ło... podejrzenia, te wszystkie kłamstwa, które musiała wymyślić. Co ona sobie właści-
wie wyobrażała, kiedy rzuciła się tak niefrasobliwie w ramiona Morgana? Przecież mo-
gła w ten sposób zrujnować sobie reputację, sprowadzić zgubę na Dom. 

No cóż, nie zamierzała do tego dopuścić. Nie zamierzała. Nie chciała kłamać przed 

Samuelem, ale nie miała wyjścia. Nic innego nie wchodziło w grę. Clara zaczekała, aż 
dziewczyna wyjdzie, i przybrała władczy ton. 

–  Tak, o co chodzi? 
Samuel patrzył jej uparcie w oczy. 
–  Kapitan spędził tę noc z kobietą. W swojej sypialni. 
Poczuła, że strach ściska jej żołądek. 
–  Powiedział ci o tym? 
–  Nie musiał. Czułem ten zapach. 
Zapach? Boże, na to nie była przygotowana. 
–  Nie rozumiem, co fakt, że kapitan spędził noc z kobietą, może mieć wspólnego 

ze mną. 

–  Lucy twierdzi, że milady była w sklepie. 
–  A jeśli nawet, to co? 
–  Ja nie mówię o przyjacielskiej wizycie. Kapitan miał kobietę w łóżku. 
–  Samuelu! – wykrzyknęła Clara, udając największe przerażenie, na jakie mogła 

się zdobyć. – Chyba nie sądzisz, że ja nią byłam! 

Skrzyżował ramiona na piersiach. 
–  To co w takim razie robiła pani w jego sklepie? W nocy? Sama? I proszę nie za-

przeczać. Czułem tam wyraźnie zapach pani perfum. 

Clara  rzuciła  Samuelowi  słynne  spojrzenie  Stanbourne'ów  świadoma  faktu,  że 

choć czasem może liczyć na niego jak na przyjaciela, musi jednak zachować dystans i 
ostrożność. 

–  To  nie  twoja  sprawa,  Samuelu,  ale  kapitan  Pryce  został  ranny,  więc, tak,  po-

szłam do jego sypialni, by opatrzyć mu ranę. To wszystko. A potem wróciłam tutaj na 
noc. 

Miała nadzieje, że pan Bóg jej wybaczy takie bezczelne kłamstwo. Na szczęście jej 

słowa przywołały go do porządku. 

–  Ale jego sklep pachniał... – Przerwał na chwilę... – To znaczy... 
Nawet nie musiała udawać, że się rumieni. 
–  Nawet  gdyby  kapitan  Pryce  śmiał  sobie  pozwolić  na  jakiekolwiek  niestosowne 

zachowanie, ja nigdy bym do tego nie dopuściła... 

Nagle  Samuel  zdał  sobie  sprawę,  że  takimi  sugestiami  przekroczył  zdecydowanie 

dopuszczalne granice. 

–  Ja... przecież tak nie myślałem... tylko... to znaczy... 

background image

183 

–  Ten  człowiek  to  paser  –  stwierdziła  stanowczo,  tłumiąc  poczucie  winy.  –  Jeśli 

sądzisz, że mogłabym... 

–  Ja przecież nie... – Zwiesił pokornie głowę. – Milady, nie wiedziałem, co mówię. 

Po prostu się martwiłem. – Wsunął ręce do kieszeni. – Przecież pani mu się podoba, to 
jasne jak słońce. Ale ja wiem, że pani nigdy by się z kimś takim nie zadała. 

–  Z pewnością nie – powiedziała Clara, szczęśliwa, że oddaliła niebezpieczeństwo. 
Zdawała sobie jednak sprawę, że nie uda się jej już nigdy okłamać Samuela. Dlate-

go musiała trzymać się z dala od Morgana do czasu zakończenia sprawy Spectera. 

–  Czy zamierzasz mnie jeszcze o coś oskarżyć, Samuelu? 
Zaczerwienił się jak burak, pokręcił głową, a Clarę znów ogarnęły wyrzuty sumie-

nia.  Musiała  również  przyznać,  że  Samuel  był  bardzo  spostrzegawczy,  a  to  budziło  w 
niej strach. 

–  Dobrze – powiedziała zdecydowana, by zakończyć tę dyskusję. – Teraz może ja 

wyrażę swoje obawy... Mam na myśli ten pistolet Lucy... 

–  Proszę  się  o  nic  nie  martwić  –  odparł,  najwyraźniej  zadowolony  ze  zmiany  te-

matu. – Już nigdy nie pozwolę jej nikogo postrzelić. 

–  Nie powinna nosić przy sobie broni, skoro nie wie, jak jej używać. 
–  Zgadzam się, milady. Zajmę się tym, przysięgam. – Z tymi słowami odwrócił się 

na pięcie i wyszedł.  

Clara ruszyła za nim, ciekawa, jak też sobie poradzi ze zdenerwowaną dziewczyną. 
Lucy chodziła tam i z powrotem po korytarzu i od czasu do czasu wyglądała przez 

okno, wypatrując Johnny'ego.  

–  Lucy – zaczął Samuel. – Nauczę cię strzelać. 
–  Co takiego? – spytała Clara, gdy Lucy odwróciła się od okna. – Zupełnie nie o 

to mi chodziło. – Samuel rzucił Clarze przepraszające spojrzenie. 

–  W Spitalfields pistolet może jej się przydać. Lepiej, żeby nosiła przy sobie broń. 

Jeśli jednak ją nauczę, jak się powinna nią posługiwać, nie wyrządzi nikomu krzywdy. 

–  Ale... Samuelu... 
–  Tak! – wykrzyknęła Lucy. – Naucz mnie. Prosiłam pana Fitcha, ale on nie chce. 

Mówi, że dziewczęta nie powinny używać broni. 

–  Pewnie ma rację – mruknęła Clara. 
–  Nauczę  cię  i  koniec  –  powtórzył  z  uporem  Samuel.  –  Nie  dbam  o  to,  co  myśli 

pan Fitch. 

Lucy miała zmartwioną minę. 
–  On już i tak będzie zły, że zabieram Johnny'ego. 
–  Lucy – powiedziała cicho Clara. – Nie sądzisz, że byłoby ci lepiej z mężczyzną, 

który akceptuje twoich braci? 

–  Jeśli nie zdołam ich utrzymać, to nie – odparła z żalem. – Rodney ma duży dom 

i chłopcy nie sprawiliby mu kłopotu, gdyby tylko ich polubił. 

background image

184 

–  Więc niech Rodney sam w nim mieszka – przerwał jej gwałtownie Samuel, kła-

dąc Lucy rękę na ramieniu. – Zajmę się tobą i chłopcami, jeśli tylko mi na to pozwo-
lisz. 

Lucy przenosiła niepewne spojrzenie z Samuela na Clarę. To, co czuła, było zupeł-

nie jasne, rozum jednak nie słuchał serca. 

–  Nie masz dla nas miejsca, Sam. 
–  Ale mogę je znaleźć. Lady Clara nam pomoże. Prawda, milady? 
Popatrzył na nią tak błagalnie, że poczuła ukłucie w sercu. 
–  Tak, pomogę. I może znajdę ci pracę, dzięki której utrzymasz żonę i... 
–  Żonę!  –  wykrzyknęła  Lucy,  spuszczając  wstydliwie  oczy.  –  Och,  nie,  milady... 

On nie chce mnie poślubić. 

–  Jak to nie? – odparował Samuel. – Mogę się żenić. Mam dwadzieścia lat, chcę 

zająć się tobą i chłopcami, słowo. 

Lucy poczuła, że łzy napływają jej do oczu, lecz Samuel natychmiast je otarł. 
–  Och, Lucy... zawsze cię kochałem, właściwie od chwili, gdy zdałem sobie spra-

wę, że jestem mężczyzną. Zapomnij o Fitchu i wyjdź za mnie. A reszta sama się ułoży. 

Lucy wciąż stała jak oniemiała, toteż Samuel wziął sprawy w swoje ręce, przycią-

gnął ją do siebie i pocałował.  

Clara  odwróciła  się  dyskretnie,  kryjąc  łzy  szczęścia.  I  zazdrości.  Dałaby  wszystko 

za to, aby Morgan pragnął jej tak mocno, jak Samuel Lucy. Nie mogła znieść widoku 
ich słodkich pocałunków. 

Nie miała jednak czasu się nad tym zastanawiać, gdyż drzwi wejściowe otworzyły 

się nagle i dobiegł ją pogodny głos ciotki. 

–  Oto  Dom,  milordzie  –  powiedziała  Verity  do  Winthorpa  i  zamarła.  –  Na  litość 

boską, co się tu dzieje? 

Istotnie, sytuacja wymagała miłosierdzia bożego. Lord Winthorp spełnił swoje buń-

czuczne zapowiedzi i przyszedł ich odwiedzić. Na widok całujących się zakochanych i 
lady Clary w nocnej bieliźnie wybałuszył oczy i zamarł w bezruchu. 

–  To ma być Dom Poprawczy? – zagrzmiał. – Po dziedzińcu kręci się jakiś podej-

rzany obwieś, w środku ludzie, którzy zachowują się jak zwierzęta... w dodatku  męż-
czyzna  ma  pistolet  w  kieszeni,  a  lady  Clara  jest...  lady  Claro,  co  pani  zrobiła  z  ubra-
niem? 

Clara westchnęła ciężko. Pięć godzin snu to stanowczo za mało, by przebrnąć przez 

taki dzień. 

background image

185 

Rozdział 20 

 

Grzyb za stół im posłużył, a na nim leżało pełno liści kaczeńców: 

obrus, jakich mało. 

Bal motyla i uczta konika polnego 

William Roscoe 

 
Trzy dni. Morgan nie mógł uwierzyć, że nie widział się z Clarą aż trzy dni. Wydawa-

ło mu się, że minęły co najmniej trzy miesiące. Trzy lata. Cała wieczność. 

Bon Dieu, co ta dziewczyna z nim zrobiła? Zajęła wszystkie jego myśli i nawiedziła 

sny. Pragnął jej aż do bólu, chorobliwie, a uleczyć go mogła tylko ona sama, nic poza 
tym. 

Tak  więc  starał  się  ją  widywać,  ilekroć  tylko  to  było  możliwe.  Co  rano  krzątał  się 

przed sklepem, gdy ulicą przejeżdżał powóz, którym jechała do Domu. Co wieczór ob-
serwował jej powrót. Raz czy dwa wybrał się nawet wieczorem do tawerny tylko po to, 
by minąć Clarę na ulicy i sprawdzić, jak bardzo jest zdecydowana, by trzymać się od 
niego z daleka. 

Clara ledwo zaszczycała go spojrzeniem. 
Tego dnia postanowił jednak, że uzyska od niej znacznie więcej, przybywał z misją 

i jej upór nie mógł go powstrzymać. 

Wieczorem  czekała  go  bowiem  przeprawa  ze  Specterem,  który  wysłał  mu  wiado-

mość, że ma czekać na instrukcje w sklepie o ósmej. Zostało mu zatem mniej niż dwa-
naście godzin do najbardziej niebezpiecznego spotkania w życiu, i chciał z nią przed-
tem  spędzić  trochę  czasu.  W  końcu,  na  Boga,  chyba  sobie  na  to  zasłużył.  Przez  trzy 
dni trzymał się jej zasad. Teraz mogła mu chyba poświęcić kilka godzin. Dochodził już 
do Domu, gdy zobaczył na schodach dwójkę chichoczących dzieci. Na jego widok prze-
stały  się  śmiać.  Chłopiec  spochmurniał,  dziewczynka  zbladła.  Morgan  uchylił  przed 
nimi kapelusza i ruszył po schodach na górę, ale chłopczyk zastąpił mu drogę. 

–  Pan się tam wybiera? – spytał, wskazując głową wejście. 
–  Chciałbym. Jeśli zejdziesz mi z drogi. 
–  Dobrze. Ale może pan nie mówić, że widział mnie pan z Mary? 
Morgan zerknął na dziewczynkę, która przyglądała mu się ciekawie. 
–  Dlaczego? 
–  Bo jak się lady Clara dowie, że jesteśmy tutaj, każe nam wracać. No i będziemy 

musieli się męczyć z Winterem. 

–  Z Winterem? – powtórzył Morgan, który nie miał pojęcia, o co im chodzi. 
–  Z lordem Winterem, głuptasie – poprawił dziewczynkę David. – Nie Winterem. 

Niech cię gęś kopnie, czy ty naprawdę się na niczym nie znasz? 

background image

186 

Lord Winter? Może oni mieli na myśli Winthorpa? Nie mogło być inaczej. Fakt, że 

ten żałosny idiota spędza czas z Clarą zbił Morgana z tropu. 

–  Co lord Winter tu robi? – spytał. 
David wsunął kciuki do kieszeni spodni. 
–  Przychodzi tu od trzech dni. Mówi, że chce pomóc, ale chyba po prostu przy-

chodzi dla lady Clary, bo jak jej nie ma, od razu znika. 

–  Rozumiem. A co robi teraz? 
–  Ma nam czytać, kiedy lady Clara pracuje w gabinecie. 
–  Ale on okropnie czyta – Mary znacząco przewróciła oczami. – Nie przynosi żad-

nych bajek, tylko... jak to się nazywa, David? 

–  Kazania. – David skrzywił się z niesmakiem, a włosy opadły mu na oczy. – To 

gorsze niż Biblia, którą pani Carter czyta wieczorem. Przynajmniej trzy opowieści. Ale 
one są ciekawsze niż te wszystkie: rób to, nie rób tamtego... 

–  I  jeszcze  nam  każe  uczyć  się  ich  na  pamięć  –  powiedziała  Mary  z  nadąsaną 

minką, posyłając Morganowi spojrzenie pełne nadziei. – A pan przyniósł jakieś bajki? 

Morgan z trudem ukrył uśmiech. 
–  Nie dzisiaj. Przyszedłem tylko porozmawiać z lady Clarą. 
–  A może mógłby pan zabrać ze sobą lorda Wintera, jak pan będzie wychodził? – 

spytał David. 

–  Lady Clara na pewno by wolała, żeby został. 
Mary pokręciła głową tak mocno, że aż podskoczyły jej kucyki. 
–  Chyba  nie.  Pierwszego  dnia  zrobił  tu  straszną  awanturę  i  od  tego  czasu  lady 

Clara bardzo się dąsa. A ja poznaję, kiedy jest zła, ma wtedy taką minę, jakby ktoś jej 
wbił szpilkę w pupę. I za każdym razem jak lord Winter tu wchodzi, lady Clara odwra-
ca się i wychodzi z tą szpilką. Ale ja bym wolała, żeby to jego ktoś ukłuł. 

Morgan  bardzo  chętnie  by  spełnił  jej  prośbę,  ale  musiał  unikać  „lorda  Wintera”, 

który nazwałby go kapitanem Blakely i zniszczył z takim trudem budowany wizerunek 
pasera.  Miał  jednak  już  zdecydowanie  dość  tego  podwójnego  życia.  Z  utęsknieniem 
czekał na powrót do normalności. 

–  O czym chciał pan porozmawiać z lady Clarą? – dopytywał się chłopiec. 
–  Mam  nadzieję,  że  ją  pan  pocieszy  –  wtrąciła  Mary.  –  Bo  jak  lady  Clara  jest 

smutna, wszystko jest zupełnie inne. 

–  Była smutna? 
Morgan poczuł niemiły ucisk w żołądku. Nie chciał wierzyć, że Clara za nim nie tę-

skni, ale z drugiej strony nie było jego intencją, by cierpiała. Sacrebleu! Ta kobieta na-
prawdę wywróciła jego życie do góry nogami. 

–  Ona ma rację. – David posłał Mary ostrzegawcze spojrzenie. – Co pan w ogóle 

wie o lady Clarze? To pan jest tym kapitanem, przyjacielem Johnny'ego? 

–  Tak. 
–  W  takim  razie  lepiej  niech  pan  już  idzie.  Lady  Clara  zedrze  z  pana  skórę,  jak 

zobaczy, że pan z nami rozmawia. Przecież wie, że pan jest paserem. 

background image

187 

–  Może macie rację. Ale muszę pomówić z nią na osobności o czymś bardzo waż-

nym. Dlatego proponuję wam układ: ja nie powiem, że się tu czaicie... 

–  Wcale się nie czaimy – zaprotestowała Mary. 
–  ...jeśli wy mi powiecie, jak się z nią spotkać, tak żeby nie zobaczyły mnie inne 

dzieci. Jak sądzicie, to możliwe? 

David zamyślił się głęboko. 
–  Jak się siedzi na schodach, to wcale nie znaczy, że ktoś się czai – mruczała ob-

rażona Mary. 

–  Możemy  wejść  do  środka  tylnymi  drzwiami,  schody  prowadzą  stamtąd  prosto 

do gabinetu lady Clary. Nikt pana nie zobaczy, jeżeli będę uważał na Peg i panią Car-
ter. 

–  W takim razie prowadź. Dostaniesz gwineę, jeśli ci się uda. 
–  Gwineę! – wykrzyknęła Mary, zapominając o wszelkich urazach. – Mogę ci po-

móc? 

Morgan wahał się chwilę. 
–  Tobie  też  dam  gwineę,  jeśli  coś  dla  mnie  zrobisz.  Ale  boję  się,  że  to  ci  się  nie 

spodoba. – Patrzył na nią przez chwilę krytycznie. – Nie, chyba nie dasz rady. Zwłasz-
cza że tak bardzo nie lubisz lorda... Wintera. 

Dziewczynka położyła ręce na biodrach i wysunęła dolną wargę. 
–  Za gwineę zrobię wszystko, czego pan sobie życzy. 
–  Czy możesz jakoś zająć lorda, dopóki nie skończę rozmawiać z lady Clarą? Nie 

chcę, żeby nam przeszkadzał. 

Mary zmarszczyła czoło. 
–  To znaczy mam tam wrócić i słuchać tego starego nudziarza? 
–  Tak. A jeśli on będzie chciał odszukać lady Clarę, musisz go zatrzymać. – Zro-

bił krok do przodu. – Och, dajmy temu spokój. Wiem, że ci się nie uda... 

–  Właśnie, że to zrobię. – Wyciągnęła rękę. – Ale chcę teraz dostać pieniądze. 
Z trudem ukrył uśmiech. 
–  W porządku. 
Gdy wręczył jej monetę, ścisnęła ją zębami, uśmiechnęła się do Morgana i ruszyła 

na  górę,  naśladując  królewską  postawę  Clary.  Na  szczycie  schodów  przystanęła  ze 
zblazowaną miną. 

–  Jeśli umrę z nudów, kapitanie, błagam o godny pogrzeb. 
 Morgan z trudem powstrzymał śmiech. David prychnął tylko niecierpliwie i chwy-

cił go za ramię. 

–  Tędy, jeśli chce się pan zobaczyć z lady Clarą. 
Uboższy  o  kolejną  gwineę,  chwilę  później  Morgan  znalazł  się  w  budynku.  Stał  w 

korytarzu na wprost wspaniałych drzwi,  które, jak twierdził David, prowadziły do ga-
binetu Clary. Na szczęście na korytarzu nikogo nie było, bo wszystkie dzieci siedziały 
na dole. Wahał się tylko przez chwilę. 

background image

188 

Za drzwiami była ona – jego obsesja. Siedziała przy dębowym odrapanym biurku. 

Na jej otulone muślinem ramiona padało słońce, złocąc je pięknie porannym blaskiem. 
Głowę miała pochyloną nad dokumentami i była nimi tak zaabsorbowana, że nawet go 
nie dostrzegła. 

On jednak zauważył wszystko... pierścionki jej włosów opadające na czoło, koniu-

szek języka oblizujący wargi, samą jej obecność, która rozświetlała pokój i napełniała 
go słodyczą. Kiedy jednak zamknął za sobą drzwi, podniosła głowę i czar prysnął. 

–  Morgan! – Radość, która przez chwilę malowała się na jej twarzy, od razu za-

stąpił  niepokój.  –  Co  tu  robisz?  Przecież  ci  mówiłam,  że  nie  wolno  się  nam  na  razie 
spotykać. 

–  Nie denerwuj się. Nikt mnie nie widział.  
Podskoczyła niczym spłoszona kotka, popatrzyła na drzwi i niezgrabnie wygładziła 

suknię. Fakt, że jego obecność tak na nią działała, sprawił mu przyjemność. 

–  Musisz  wyjść  –  zawołała.  –  Jest  tutaj  lord  Winthorp.  Jeśli  cię  zobaczy,  to  ko-

niec. 

–  Nie martw się. Już się nim zająłem. – Obszedł biurko. – A tak w ogóle, co on 

tutaj robi? 

–  To  naprawdę  absurdalna  historia.  –  Clara  wykrzywiła  usta.  –  Wbił  sobie  do 

głowy,  że  będzie  tu  pracował  jako  woluntariusz.  Na  balu  zwróciłam  się  do  niego  z 
prośbą, żeby zajął się czasem chłopcami, ale nie sądziłam, że się na to zdobędzie. Za-
mierzałam się go pozbyć na dobre. – Westchnęła. – Nic z tego. Już ci mówiłam, moja 
ciotka pragnie mnie za niego wydać, a on chce jej chyba pomóc zrealizować ten plan. 

Morgan objął ją w talii, zanim zdążyła się cofnąć. 
–  No, to nie wchodzi w grę, bo ty wychodzisz za mnie. 
–  Morganie... 
Zamknął jej usta pocałunkiem, szukając pocieszenia w tym, jak chętnie mu go od-

dała, jak topniała powoli pod jego dotykiem. 

Nagle odsunęła się od niego gwałtownie z szeroko otwartymi oczyma. 
–  Nie wolno nam tego robić. Nie tutaj. 
–  Wiem – powiedział z żalem. – Dlatego cię stąd zabieram. 
–  Co takiego? Wykluczone! 
–  Wręcz  przeciwnie.  Moja  szwagierka  i  brat  zaprosili  ciebie,  twoją  ciotkę  i  mnie 

na  wycieczkę...  Coś  w  rodzaju  pikniku.  Przekonała  też  Ravenswooda,  by  towarzyszył 
pani Verity. 

–  Ale... ale... – jąkała się Clara. 
–  Pamiętaj, Juliet sądzi, że my tu razem pracujemy. Prosiła, abym cię przekonał, 

żebyś spędziła ten dzień z nami. W razie gdyby mi się nie udało, sama po ciebie przy-
jedzie. – Uśmiechnął się. – Tak więc widzisz, aniele, nie masz wyboru. Jeśli się nie zgo-
dzisz, Juliet, zjawi się tu we własnej osobie wraz z moim bratem i zniweczy cały plan 
schwytania Spectera. Pomyśl tylko, jak by zareagowali mieszkańcy Spitalfields na wi-

background image

189 

dok  mojego  brata  bliźniaka,  który  wysiada  z  powozu  w  towarzystwie  lokajów  w  libe-
riach. Nie chciałabyś chyba być odpowiedzialna za taką klęskę. 

–  Nie,  ale  czy  nie  możesz  wyperswadować  lady  Juliet  tych  planów?  Mogłeś  jej 

powiedzieć, że nie możesz, albo że oboje jesteśmy zajęci. 

–  Dlaczego  miałbym  to  robić?  Przecież  sam  wpadłem  na  ten  pomysł.  Chciałem 

być z tobą, aniele – powiedział łagodnie. – Wiedziałem, że się nie zgodzisz, więc popro-
siłem Juliet o pomoc. Teraz, kiedy puściłem koła w ruch, musisz jechać. 

Zmrużyła oczy. 
–  To szantaż, Morganie, i doskonale o tym wiesz. 
Ucałował jej dłoń. 
–  Robię to, co muszę, by dostać to, czego chcę. A pragnę spędzić ten dzień z to-

bą, ma belle ange. Proszę tylko o jeden dzień. – Zatoczył ramieniem łuk. – Z dala stąd, 
z dala od Spitalfields. Nie możesz mi poświęcić nawet tego jednego dnia? 

Przygryzła wargę, wyraźnie niezdecydowana. I nagle odniósł wrażenie, że Clara za-

ciska dłoń na jego dłoni. 

–  Co mam zrobić z lordem Winthorpem? 
Wziął ją w ramiona. 
–  Przychodzi  mi  do  głowy  cała  masa  rzeczy.  Możesz  go  na  przykład  utopić,  po-

wiesić, poćwiartować... 

–  A ja myślałam, że nie jesteś o niego zazdrosny. 
Pochylił głowę i ucałował jej włosy. Tęsknota ścisnęła mu serce. 
–  Jestem zazdrosny o wszystkich, którzy zajmują twoją uwagę: dzieci, Dom, ciot-

kę,  Samuela...  wszystkich  bez  wyjątku.  Im  dajesz  wszystko,  a  mnie  żałujesz  nawet 
tych paru godzin. 

–  A ty mnie wspólnego życia... 
Clara zawsze trafiała w sedno, niech ją licho... 
–  Dzisiaj  niczego  nie  będę  ci  żałował.  Spędzisz  ten  dzień  ze  mną?  –  Przesunął 

dłonią po jej talii. – Proszę. 

–  Nie mogę tak po prostu z tobą wyjść... 
–  Nie,  ja  wyjdę  tą  samą  drogą,  którą  przyszedłem.  Odczekaj  chwilę,  przywołaj 

powóz, zabierz ciotkę i przyjedźcie do nas do Templemore. 

–  Naprawdę chcesz, żebym przywiozła ciotkę Verity? Zna cię jako kapitana Pry-

ce'a i z pewnością wspomni coś na ten temat w obecności twojej rodziny. 

–  Do licha! Zupełnie o tym zapomniałem! – Pogładził ją po policzku. – Nie, to by 

skomplikowało  całą  sprawę.  –  Może  jest  jakiś  sposób,  żebyś  mogła  ją  zostawić  w  do-
mu? Na przykład powiedzieć Juliet, że jest chora lub coś w tym rodzaju? 

–  Tak zrobię. Paplanina mojej ciotki nie pomoże w ukryciu twojej prawdziwej toż-

samości. 

    Wstrzymał oddech. 
–  To znaczy, że pojedziesz? 
–  Chyba nie pozostawiłeś mi wyboru... 

background image

190 

–  Żadnego. 
–  W takim razie nie mam wyjścia. 
–  Istotnie. – Jej zgoda przyniosła mu ulgę tak ogromną, że aż nie pojmował wła-

snej  reakcji.  –  Sebastian  i  Juliet  zapraszają  nas  do  posiadłości  pod  Londynem.  Mój 
brat kupił niedawno ten teren od przyjaciela i nie bardzo wie, co z nim zrobić. Są tam 
jednak stawy, wodospady, mały lasek... Sądzę, że ci się spodoba. 

Uśmiechnęła się. 
–  Chyba przyda mi się taka odskocznia. – Wskazała dłonią biurko. – I stanowczo 

wolę dzień na łonie natury niż ślęczenie nad księgami. 

–  To dobrze. – Wyjął z kieszeni kartkę. – Kiedy stąd wyjdziesz, poślij woźnicę pod 

ten adres. Będziemy tam czekać. – Uniósł palcem jej podbródek. – A jeśli się nie zja-
wisz w ciągu godziny, przysięgam, że przyjadę tu z Juliet... 

–  Wiem, wiem. Juliet zniweczy twój plan schwytania Spectera i to wszystko bę-

dzie moja wina. 

–  Szybko się uczysz, aniele – powiedział ze śmiechem. Porwał ją w ramiona i po-

całował, wolno i namiętnie, bez pośpiechu, przesuwając dłońmi po jej uroczych krągło-
ściach. 

Kiedy  wypuścił  ją  z  objęć,  był  już  bardzo  mocno  podniecony  i  żałował,  że  musi 

spędzić ten dzień z rodziną. 

–  Boże, jak ja za tobą tęskniłem... – szepnął, całując jej zaróżowiony policzek. 
–  Ja też. 
Stali  tak  przez  chwilę  i  ocknęli  się  dopiero,  gdy  usłyszeli  uderzenie  muszelek  o 

okno. To był umówiony sygnał: lord Winthorp i dzieci wyszli do holu. 

–  Muszę iść – szepnął Morgan. – Ale wrócę za godzinę, aniele.  
A potem wymknął się z Domu tylnymi drzwiami. 
 
Powóz wyjeżdżał z Londynu, a Clara z trudem tłumiła podniecenie. Rozum podpo-

wiadał, by nie ulegać pokusie, serce jednak aż się rwało do tej wycieczki. Wystarczyło-
by właściwie, że za nią tęsknił, ale fakt, że narażał się na tyle kłopotów... dawał nadzie-
ję. 

Sposób, w jaki powitała ją rodzina Morgana, również napawał optymizmem... Clara 

odnosiła  wrażenie,  ze  zarówno  Sebastian,  jak  i  Juliet  spodziewali  się  w  każdej  chwili 
ogłoszenia zaręczyn. Uważaj – ostrzegała się w myślach. Nie przyniosło to jednak żad-
nego efektu. Była zbyt szczęśliwa, siedząc naprzeciwko Morgana w tym cudownym po-
wozie, który wyjeżdżał z ponurych londyńskich ulic... choćby na parę godzin. 

–  Jest pani pewna, że lordowi Templemore jest wygodnie na koźle? – zwróciła się 

do Juliet. 

Lady Juliet, piękna i urocza, uśmiechnęła się z sympatią do Clary. 
–  Proszę  mi  wierzyć,  świetnie  się  bawi.  Sebastian  bardzo  lubi  spędzać  czas  na 

świeżym powietrzu. 

background image

191 

Zamierzali  jechać  dwoma  powozami,  ale  Clara  przybyła  na  spotkanie  bez  ciotki. 

Kiedy doszli do wniosku, że w takiej sytuacji dodatkowy powóz jest zbędny, lord Tem-
plemore wybrał miejsce obok stangreta, a pozostała czwórka zasiadła w pięknym, lecz 
nieco teraz przyciasnym powozie rodzinnym. 

Clarze zupełnie jednak ten tłok nie przeszkadzał, zwłaszcza, że Morgan siedział na 

wprost  niej  ze  skrzyżowanymi  nogami,  wbijając  w  nią  nieustannie  rozpalony  wzrok. 
Odkąd  wyjechali,  musiała  się  zarumienić  przynajmniej  z  dziesięć  razy,  choć  robiła 
wszystko, by nie zdradzić swych uczuć. Tym bardziej, że lord Ravenswood także bacz-
nie jej się przyglądał. 

Jeśli lady Juliet zwróciła uwagę na jej pałające policzki, była zbyt uprzejma i do-

brze wychowana, by to komentować. 

–  Proszę mi powiedzieć – zagaiła – jak Morgan daje sobie radę w Domu? Czy te-

raz, kiedy tam nocuje, odnosi pani wrażenie, że jest bezpieczniej? 

Clara przełknęła ślinę. Nie chciała kłamać przed tą uroczą kobietą, jednak z jakie-

goś  powodu  Morgan  wydawał  się  zdecydowany,  by  nie  mówić  rodzinie,  co  właściwie 
robi w Spitalfields. 

–  Och, tak, wszystko wygląda teraz znacznie lepiej – mruknęła wymijająco. – Nie 

wiem, co bez niego zrobię. 

Lady Juliet poklepała ją po ramieniu. 
–  Będziemy  musieli  go  po  prostu  przekonać,  żeby  został  w  Londynie  nawet  po 

rozstrzygnięciu zakładu. 

–  Zakładu? 
Morgan cicho jęknął i popatrzył wymownie na swoją szwagierkę. 
–  Doprawdy, Juliet... czy musimy o tym mówić? Jest tak miło... 
–  Naprawdę  nie  wie  pani  nic  o  zakładzie,  lady  Claro?  –  wykrzyknęła  Juliet.  – 

Morganie, jak mogłeś? 

–  Tak, Morganie – wtrącił Ravenswood z kpiącym uśmieszkiem. – Powinieneś był 

o tym wspomnieć. 

–  Muszę się dowiedzieć, o co chodzi – powiedziała stanowczo Clara. – Płonę z cie-

kawości. 

Morgan westchnął ciężko, a Juliet pospieszyła z wyjaśnieniem. 
–  Jakieś osiem miesięcy temu Morgan stwierdził, że nie odróżniłabym go od Se-

bastiana, gdyby pokazali mi się w tym samych strojach. Powiedziałam mu, że się myli, 
i postanowiliśmy się o to założyć. 

Clara spojrzała prowokująco na Morgana. 
–  Doprawdy,  kapitanie...  jak  mógł  się  pan  założyć  o  coś  takiego...  Żona  zawsze 

odróżni męża od jego brata... 

Morgan uniósł brwi. 
–  Myślałem, że bliźniacy mogą jednak przysporzyć pewnych trudności. 
Panie  wymieniły  porozumiewawcze  spojrzenie  „jacy  ci  mężczyźni  głupi”  i  Clara 

uświadomiła sobie nagle, że już darzy lady Juliet ogromną sympatią. 

background image

192 

–  Z  pewnością  odróżniłabym  pana  od  lorda  Templemore'a,  nie  mam  co  do  tego 

żadnych wątpliwości. 

–  Naprawdę? – Oczy błyszczały mu teraz niczym rozżarzone węgle. – Mimo to, że 

nie jestem jeszcze pani mężem? 

Słowo  „jeszcze”  zawisło  na  chwilę  w  powietrzu,  a  Clara  poczuła  nagłą  suchość  w 

ustach. Morgan nie powinien był tego powiedzieć. Lady Juliet patrzyła na nich pytają-
co, a Ravenswood zmarszczył brwi. 

–  To nie ma nic wspólnego z małżeństwem. Każdy dobry obserwator z łatwością 

was odróżni. 

–  Nie wiem... Sam miewam z tym kłopoty – powiedział sucho Ravenswood.  
Juliet klasnęła w ręce. 
–  Och, załóżmy się jeszcze raz! Na tych samych warunkach. Jeśli Morgan znowu 

przegra, będzie musiał spędzić kolejny rok, trzymając się z daleka od wszelkich kłopo-
tów. 

Morgan natychmiast przestał się uśmiechać. 
–  Mowy nie ma. Nie wierzę wam. Poza tym już się czegoś nauczyłem. 
Clarę  zainteresował  jednak  znacznie  bardziej  komentarz  Juliet  niż  narzekanie 

Morgana. 

–  Co to znaczy, że będzie się musiał trzymać z dala od wszelkich kłopotów? 
Morgan odwrócił wzrok i zacisnął szczęki. 
–  Taka była umowa – powiedziała Juliet. – Kiedy przegrał zakład, zgodził się nie 

wyjeżdżać z Anglii przez rok i nie narażać na żadne niebezpieczeństwa. 

Clara  uśmiechnęła  się  nieznacznie.  To  dlatego  Morgan  kłamał  przed  rodziną  na 

temat swojego pobytu w Spitalfields. Ależ był z niego oszust! 

Zerknęła na Ravenswooda, który zaczął nagle poprawiać rękawiczki, i przymrużyła 

oczy. Wiedziała dokładnie, kto zmusił Morgana do oszustwa... Obaj panowie byli siebie 
warci i zasłużyli na to, by przywołać ich do porządku. 

–  Proszę powiedzieć, milady – zaczęła Clara – czy Morgan aż tak bardzo pragnie 

narażać się na niebezpieczeństwo, że może go pani przed tym powstrzymać tylko w ta-
ki sposób? 

–  Och, tak – odparła lady Juliet. – Morgan zawsze trafia w oko cyklonu. Choćby 

w  zeszłym  roku  omal  nie  zginął,  chwytając  rozbójnika.  Uczynił  to  zresztą  na  prośbę 
lorda Ravenswooda. A przedtem byli piraci i przemytnicy. Sebastian bez przerwy mar-
twił się o bezpieczeństwo Morgana. To znaczy aż do czasu zakładu. 

–  Rozumiem  –  powiedziała  Clara.  –  W  takim  razie  muszę  przyznać,  że  czuję  się 

okropnie. 

Morgan podniósł głowę i rzucił Clarze ostrzegawcze spojrzenie. 
–  Jak to? – spytała lady Juliet. 
Clara uśmiechnęła się niewinnie do Morgana. 
–  Obawiam się, że kapitanowi Blakely było niezwykle trudno pozostawać w Spi-

talfields w takich okolicznościach. Biorąc pod uwagę tych wszystkich paserów i innych 

background image

193 

przestępców,  chciał  pewnie  tysiąc  razy  złamać  warunki  umowy.  –  Uśmiechnęła  się 
psotnie do Ravenswooda. – A pan, jego przyjaciel, jak pan mógł go prosić o taką przy-
sługę?  Postawić  go  w  sytuacji,  w  której  dosłownie  w  każdej  chwili  jest  narażony  na 
kłopoty, a nie wolno mu działać. 

–  Myślałem,  że  sobie  poradzi  –  odparł  jego  lordowska  mość.  –  Morgan  zawsze 

wiedział, co jest w życiu najważniejsze. 

–  Obowiązki wobec rodziny? – spytała z uśmiechem Clara. – i ojczyzny. 
–  Tak, ale w tym przypadku jedne kolidują z drugimi. 
–  W takim razie to dobrze, że Morgan dokonuje zawsze trafnych wyborów, praw-

da? – spytał Ravenswood z płonącymi oczyma. 

Spotkali  się  wzrokiem.  Clara  najchętniej  powiedziałaby  Ravenswoodowi,  co  sądzi 

na temat jego machinacji. Zwłaszcza że wiedziała, jaki wpływ mają na Morgana. 

–  Patrzcie, jesteśmy na miejscu – odezwał się kapitan. Powóz zatrzymał się nagle. 

– Może dość już rozmów o Spitalfields. Chce mi się jeść. 

–  Tobie zawsze chce się jeść – zaśmiała się lady Juliet. – Masz żołądek jak pie-

czara. 

Morgan otworzył drzwi powozu i wyskoczył na ulicę. 
–  Nie  mów  lady  Clarze,  bo  się  domyśli,  gdzie  znika  cała  żywność  przeznaczona 

dla mieszkańców Domu. 

Lord  Templemore  pomógł  wysiąść  lady  Juliet,  Morgan  wysunął  się  naprzód,  by 

pomóc Clarze. Przytrzymał jej dłoń, przyciągnął ją do siebie i przybliżył usta do ucha 
kobiety. 

–  Ty nieznośna dziewczyno, jeszcze cię dopadnę... 
–  Jeżeli nie narazisz się przez to na niebezpieczeństwo, nie widzę problemu... 
Ujął ją pod ramię. 
–  To, czego nie wie moja rodzina, nie może ich zaboleć. Chcę ich po prostu chro-

nić. 

–  Zabierasz się do tego trochę dziwnie... 
Zacisnął szczęki, ale nie powiedział ani słowa. Dwie kolejne godziny minęły znacz-

nie  milej,  niż  się  spodziewała.  Ogród  okazał  się  zapuszczony,  ścieżki  zarośnięte,  fon-
tanna z Amorem pokryta pleśnią, mostki nad pobliską Fleet Street miały już dawno za 
sobą czasy największej świetności. 

Panowała tu jednak tak czarująca atmosfera, że spacer w towarzystwie przyjaciół 

podziałał na Clarę uspokajająco. Zwłaszcza że Morgan zachowywał się jak prawdziwy 
konkurent do jej ręki, nie opuszczał jej ani na chwilę, chwytał jej dłoń, kiedy nikt nie 
widział, a raz nawet skradł jej całusa za piękną kwitnącą wiśnią. 

Ta  nieustanna  atencja  wpłynęła  na  jej  sposób  myślenia  o  ewentualnym  małżeń-

stwie.  Czyżby  była  niesprawiedliwa,  próbując  go  zmusić,  by  porzucił  dotychczasowe 
zajęcie? Przez całe popołudnie wysłuchiwała opowieści o latach, które spędził w mary-
narce, co wyraźnie świadczyło o tym, że  miał dotąd w życiu jakieś cele. Jeśli pragnął 

background image

194 

dowodzić statkiem tak bardzo, że złamał umowę z rodziną i ryzykował życiem w Spital-
fields, jakże mogła od niego wymagać, by z tego zrezygnował? 

Tym bardziej że alternatywą było życie dżentelmena i wykorzystanie wysokiej pen-

sji oferowanej przez brata. I choć niewątpliwie takiej decyzji oczekiwała od niego rodzi-
na, Morgan z pewnością o tym nie marzył. Potrzebował jakiegoś zajęcia. Podobnie jak 
ona sama chciał być użyteczny. Miał ambicje, a marynarka była chyba dla niego jedy-
ną możliwością, by je zrealizować. 

Zapewne  duma  nie  pozwoliłaby  mu  się  nigdy  do  tego  przyznać,  ale  przed  jakim 

wyborem stawał właściwie młodszy syn barona? Życie z pensji brata lub majątku żony 
byłoby  dla  niego  z  pewnością  upokarzające.  Niezależnie  od  tego,  czy  lubił  morze,  czy 
też raczej za nim nie przepadał, postrzegał je zapewne jako jedyną szansę awansu. Czy 
jednak ona, Clara, zaakceptowałaby życie żony oficera marynarki? Jak pogodziłaby się 
z  faktem,  że  widuje  go  tylko  od  czasu  do  czasu?  Czy  zniosłaby  tęsknotę  za  mężem, 
wiedząc w dodatku, na jak wielkie niebezpieczeństwa się naraża? Jak szybko zniena-
widziłaby jego nieobecność, samotne wychowywanie dzieci i zmęczyła się nieustannym 
strachem? 

Z drugiej strony, za każdym razem, gdy ją całował... 
Nie, musiała o tym myśleć racjonalnie. Żałowałaby z pewnością każdej decyzji pod-

jętej wyłącznie pod wpływem nocy spędzonej z nim w jednym łóżku, niezależnie od te-
go, że były to naprawdę wspaniałe, cudowne chwile... 

–  Juliet!  –  zwołał  Morgan  do  szwagierki.  –  Nie  sądzisz,  że  już  poniosłem  karę? 

Czy naprawdę zamierzamy dzisiaj pościć? 

–  Skoro o tym mowa, służący właśnie przygotowują posiłek – zaśmiała się Juliet. 

– A potraw jest tyle, że wystarczy nawet dla ciebie... 

–  Dzięki  Bogu  –  mruknął  kapitan,  ujmując  Clarę  pod  ramię.  –  Chodź,  aniele. 

Wreszcie możemy coś zjeść. 

Obiad okazał się wyjątkowo suty, nie zabrakło nawet kilku rodzajów pieczywa i se-

rów,  a  jedli  na  obrusie  rozesłanym  pod  gołym  niebem.  Podano  wino  i  poncz,  a  także 
owoce i ciasta. Widząc ten smaczny posiłek, Clara poczuła, jak bardzo jest głodna. 

Nie  ona  jedna.  Świeże  powietrze  zaostrzyło  im  apetyt,  więc  rzucili  się  na  jedzenie 

niczym zgłodniałe wilki; na rozmowę zostało im naprawdę niewiele czasu. 

Gdy jednak zaspokoili pierwszy głód, lady Juliet znów nabrała ochoty do dyskusji i 

trąciła Morgana w kolano. 

–  Widzisz, co byś stracił, gdybyś od nas odpłynął? Mogę się założyć, że na stat-

kach tak się nie jada. 

–  A jak myślisz, dlaczego tak się opycham, kiedy jestem na lądzie? Robię zapa-

sy... 

Ciastko, które jadła Clara, zaczęło nagle smakować jak wiór. Na samą myśl o tym, 

że Morgan może ją zostawić, straciła apetyt. 

background image

195 

–  Nie  może  pan  temu  zaradzić?  –  Juliet  zwróciła  się  jak  na  zawołanie  do 

Ravenswooda, który leżał na kocu z przymkniętymi oczyma. – Musi pan go wysyłać na 
morze, z dala od rodziny? 

Lord Ravenswood otworzył jedno oko. 
–  Mnie proszę nie pytać. Zaproponowałem Morganowi lukratywną posadę w mi-

nisterstwie.  Do  niego  należy  decyzja,  czy  ją  przyjmie.  Do  tej  pory  odmawiał.  Dlatego 
zrobiłem, co mogłem, by zatrzymać go w Londynie. 

Clara wstrzymała oddech i popatrzyła pytająco na Morgana. Nie, to nie mogła być 

prawda. Przecież chyba powiedziałby jej coś na ten temat... 

On jednak nawet na nią nie patrzył; wbił wzrok w pusty kieliszek. Zatem Ravens-

wood mówił prawdę. Zatem nie było tak, że nie miał wyboru. To nie duma nie pozwala-
ła mu korzystać z zasobów brata lub jej własnych.  

Nie. Wolał być... gdziekolwiek... byle nie z nią. 
Posiłek  stanął  jej  w  gardle,  krew  uderzyła  do  głowy.  Musiała  stąd  uciec,  choć  na 

chwilę,  byle  się  tylko  nie  zdradzić.  Podniosła  się  z  koca  i  z  trudem  zdobyła  się  na 
uśmiech 

–  Wybaczcie... muszę znaleźć... wygódkę... jest tu gdzieś? 
Lady Juliet skinęła głową. 
–  W tym lasku niedaleko rzeki. 
–  Dziękuję – wyjąkała i zbiegła ze wzgórza do lasu. 
  

background image

196 

Rozdział 21 

 

Głupi, kto nie słucha rady 

Od mądrego przyjaciela, 

Kto miast zgody szuka zwady, 

Ten nie zyska na tym wiele 

Mała, śliczna książeczka 

John Newbery 

 

Morgan zrozumiał w mgnieniu oka, co tak przygnębiło Clarę. Skoczył na równe no-

gi i ruszył za nią. 

–  Pomogę jej znaleźć ten lasek... 
–  Czy coś się stało? – zawołała za nim Juliet. 
Pokręcił głową. 
–  Po prostu chcę przez chwilę zostać z nią sam, dobrze? 
Ravenswood nie powinien był tyle mówić. Morgan wiedział, że do końca życia nie 

zapomni wyrazu bólu na twarzy Clary, który pojawił się w chwili, gdy Ravenswood za-
czął mówić. 

Sebastian  wyraźnie  go  obserwował,  wyczuwając  na  swój  sposób,  że  Morgan  jest 

zdenerwowany, on nie zwrócił jednak uwagi na swego bliźniaka, pospieszył bezzwłocz-
nie za Clarą. 

Zawołał ją, gdy wreszcie zobaczył zarys jej sylwetki, lecz zyskał tylko tyle, że zaczę-

ła  biec.  Klnąc  pod  nosem,  popędził  za  nią.  Na  chwilę  stracił  ją  z  oczu,  lecz  zmierzał 
prosto do miejsca, o którym wspominała Juliet. Dobiegł tam akurat w chwili, gdy Cla-
ra  przedzierała  się  przez  kapryfolium  do  altanki.  Z  pewnością  chciała  się  przed  nim 
ukryć. 

Clara  wcale  nie  potrzebowała  wygódki,  jedynym  jej  celem  był  ucieczka,  a  on  nie 

chciał do tego dopuścić. Zbyt wiele starań poświęcił temu, by przełamać jej opór, i dla-
tego nie mógł teraz pozwolić na to, by wyrosły między nimi kolejne bariery. 

Zanurkował pod kapryfolium i znalazł się w półmroku, do którego ledwo dochodzi-

ło późne popołudniowe słońce. Kiedyś rosły tu tylko winorośla, teraz kapryfolium tłu-
miło  niemal  całe  światło  i  altanka  przypominała  pieczarę  wypełnioną  pachnącymi 
kwiatami. 

Nie było tu jednak na tyle ciemno, by jej nie dostrzegł. Siedziała przygarbiona na 

kamiennej ławce, odwrócona do niego tyłem, a jej plecy drżały w spazmatycznym pła-
czu. Doprowadził ją do łez... 

–  Claro – zaczął. 
–  Odejdź – wydusiła, odsuwając się od niego jak najdalej. – Muszę po prostu zo-

stać przez chwilę sama. 

background image

197 

Podszedł bliżej, bezradny wobec jej nieoczekiwanej rozpaczy. 
–  Nie jest tak, jak myślisz. 
–  Nie wiesz, co myślę. 
–  Ofertę  Ravenswooda  odrzuciłem  już  dawno  temu.  Ale  nawet  gdybym  tego  nie 

zrobił, przecież bym jej nie przyjął, gdyż oznaczałoby to... – Szukał słów, które mogłaby 
zrozumieć. 

–  ...że  musisz  tu  zostać  –  dokończyła.  –  Musiałbyś  zostać  tu  ze  mną.  Czego 

oczywiście nie chcesz. 

–  Nie!  To znaczy... oczywiście, że chcę być z tobą, ale... do diabła... to nie ma z 

nami nic wspólnego. – Usiadł obok Clary na ławce i położył jej rękę na ramieniu. Gdy 
ją strząsnęła, poczuł niemiły skurcz serca. – Nie nadaję się po prostu do tej pracy. 

Uniosła głowę i popatrzyła gdzieś ponad altanką. 
–  Wmawiałam sobie, że jesteś zbyt dumny, by przyjąć pieniądze brata lub moje. 

Że nie miałeś innego wyboru oprócz powrotu na morze. Myślałam... – Z trudem chwy-
ciła powietrze – Myślałam, że kiedy proponowałeś mi małżeństwo, mówiłeś poważnie... 

–  Bon Dieu! Oczywiście! – Chwycił ją za ramiona, wyrwała się jednak z jego uści-

sku i wstała z ławeczki. 

–  Nie, nie mówiłeś, ponieważ gdyby tak było, nie odrzuciłbyś najbardziej oczywi-

stego rozwiązania tego problemu. Nie chciałbyś uciec ode mnie przy pierwszej okazji. 

–  To nie przed tobą uciekam. – On również się podniósł. – Nie rozumiesz, anie-

le... Nie przed tobą. 

–  Nie próbuj mi znowu wmówić, że tęsknisz za morzem, bo... 
–  Nie mogę mieszkać w tym przeklętym miejscu! – wybuchnął. 
Zamarła, po czym popatrzyła na niego nic nierozumiejącym wzrokiem. 
–  Co chcesz przez to powiedzieć? 
–  Nie mogę mieszkać w Londynie. 
–  Ale przecież mieszkasz. 
–  Tak,  bo  na  razie  muszę.  Ale  nienawidzę  Londynu,  rozumiesz?  Nienawidzę.  – 

Podszedł  do  niej  z  zaciśniętymi  pięściami.  –  Nienawidzę  tej  nędzy,  ubóstwa,  brudu  i 
zbrodni. Śmierdzącego powietrza. Boże... jak ja tego wszystkiego nienawidzę! 

–  Dlatego, że przebywasz w Spitalfields. Pracując dla Ravenswooda, w ogóle byś 

tego nie dostrzegał. 

–  Nie można mieszkać w bogatej dzielnicy Londynu i odciąć się od reszty miasta. 

Wiesz o tym równie dobrze jak ja. Niezależnie od tego, gdzie w końcu przyjdzie mi pra-
cować, zawsze będę pamiętał o... 

–  Genewie? 
Pokręcił głową. 
–  Nie o Genewie, ale o tym, kim byłem, gdy tam mieszkałem. Co ze mnie wyrosło. 

Kiedy  jestem  na  morzu,  staję  się  inną  osobą,  Claro.  Dowodzę.  Jestem  kapitanem  – 
szanowanym, docenianym. A tu... 

background image

198 

–  Wciąż nim jesteś! – Clara stanęła za Morganem i go objęła. – Twoja osobowość 

nie ma nic wspólnego z tym, czy innym miastem. Widziałam, jak postępujesz z John-
nym, Samuelem i ze mną. Wcale nie wydajesz się gorszy niż wtedy, kiedy dowodzisz na 
pokładzie. Wiem, kim jesteś, tu czy gdzie indziej. 

Odwrócił się do niej. 
–  Nic nie rozumiesz! Nie masz o niczym pojęcia! 
–  Wiem,  że  kradłeś,  by  twoja  matka  miała,  co  jeść.  Jeśli  sądzisz,  że  to  cię  na 

zawsze przekreśla, jak możesz nawracać kieszonkowców na dobrą drogę? Nie, nie po-
trafię myśleć o tobie źle, niezależnie od tego, co mówisz... 

–  A wiesz, że zabiłem człowieka? – Widząc cień na jej twarzy, dodał szybko: – Nie 

podczas  bitwy,  nie  w  obronie  ojczyzny...  Z  czystej  nienawiści.  A  prawda  jest  taka,  że 
gdybym mógł zrobić to ponownie, nie zawahałbym się ani chwili. 

Wreszcie  wyznał  swój  grzech.  I  sądząc  z  wyrazu  jej  twarzy,  Clara  sądziła  na  ten 

temat dokładnie to, czego się spodziewał. 

Cofnęła się o krok. 
–  Czy... czy to był ktoś, kogo okradłeś...? 
–  Nie. Nawet w swoim najgorszym wcieleniu nie potrafiłbym zabić nikogo z chęci 

zysku. 

–  W takim razie dlaczego? 
–  Z zemsty. Przecież to proste. 
Wydawała się nieco uspokojona. Usiadła na ławce i popatrzyła na niego wyczeku-

jąco. 

–  Powiedz, co się stało. 
–  To zbyt okropna historia. 
–  Nic mnie to nie obchodzi. Chcę wiedzieć. 
Zawsze  wiedział,  że  w  końcu  jej  to  powie.  Nie  mógł  oprzeć  się  pokusie  i  nie  wta-

jemniczyć  Clary  we  wszystkie  swoje  sekrety.  Musiał  jej  uświadomić,  kim  naprawdę 
jest, zmusić, by przyjęła do wiadomości fakty. Dopiero wtedy nabierze pewności, że ich 
związek stałby się czymś więcej niż tylko kontraktem. Mimo wszystko wahał się jesz-
cze. 

–  Morganie?  
Westchnął. 
–  Moja  matka  nie  umarła  na  gruźlicę.  Kłamałem.  Tak  mówiłem  Sebastianowi  i 

wszystkim innym. Z wyjątkiem wuja, gdyż on poznał prawdę z ust mojej matki. 

–  Jaką prawdę? 
–  Najpierw muszę ci opowiedzieć o jej ostatnim kochanku, Jeanie Paulu. On był 

z nich wszystkich najgorszy. Mówił jej zawsze dokładnie to, co chciała usłyszeć: o pla-
nach  na  przyszłość  i  miejscach,  które  mieli  razem  zwiedzić,  gdy  wreszcie  zdobędzie 
pieniądze. Tylko że on nigdy nie miał pieniędzy, a kiedy już udawało mu się coś zaro-
bić, za wszystko kupował tanie wino. Pewnego dnia... dowiedział się o moich kradzie-
żach. Nie wiem, jak... może coś podpatrzył. Rozmowę na ten temat podjął jednak do-

background image

199 

piero wówczas, gdy matka była poza domem. Zażyczył sobie udziału we wszystkich zy-
skach, szantażując mnie ujawnieniem prawdy. 

–  Doprawdy uroczy z niego człowiek – mruknęła sarkastycznie Clara. – I co, zgo-

dziłeś się? 

–  Nie. Wiedziałem, że wyda wszystko na wino, i nic nam nie zostanie. Zagroziłem 

mu, że jeśli ruszy cokolwiek, co należy do mnie, obetnę mu dłoń. Jako trzynastolatek 
byłem  bardzo  buńczuczny.  Wydawało  mi  się,  że  jestem  zdolny  do  wszystkiego.  Jean 
Paul, jak się zapewne domyślasz, nie był spokojnym człowiekiem. Poza tym jak zwykle 
za dużo wypił, co tylko pogorszyło sprawę. Doszło do awantury, w trakcie której matka 
wróciła do domu. Jean Paul powiedział jej o moich kradzieżach. Tylko że w jego ustach 
zabrzmiało  to  tak,  jakbym  zatrzymywał  pieniądze  dla  siebie.  Straciłem  cierpliwość. 
Rzuciłem się na niego i zaczęliśmy się bić. 

Ta koszmarna noc znów stanęła mu przed oczami. Matka błagała ich, by przestali. 

Raz po raz spadały na jego twarz i korpus ciosy. 

A potem ten błysk stali... 
–  Nie mógł mnie pokonać, więc w końcu wyciągnął nóż i wbił mi go w bok. I to 

był właściwie koniec walki. Leżałem na podłodze i krwawiłem, zbyt słaby, by się pod-
nieść. 

Clara wciągnęła powietrze. 
–  Matka krzyknęła, że mnie zabił, i rzuciła się na niego z pięściami. – Morgan z 

trudem wydobywał głos. – A jemu się to nie spodobało. Zaczął więc ją bić. Bił tak moc-
no, że ledwo trzymała się na nogach. Oczy jej zapuchły i... 

Słowa ugrzęzły mu w gardle. 
–  Nasza  gospodyni  usłyszała  hałas  i  przyszła  na  górę.  Wyrzuciła  Jeana  Paula, 

zabrała nas do szpitala. Mnie jakoś połatali, ale matka... Przez kilka tygodni się trzy-
mała,  ale  on  chyba  poranił  ją  w  środku.  Albo  po  tylu  cierpieniach  w  końcu  pękło  jej 
serce.  Nie  wiem.  –  Z  trudem  zaczerpnął powietrza.  –  Wtedy  właśnie  powiedziała mi  o 
baronie,  kazała  mi  wysłać  do  niego  list.  Na  szczęście  wuj  Lew  przejechał  szybko  do 
Genewy; matka umarła dwa dni po jego przybyciu. 

–  Och, Morganie – szepnęła Clara, z trudem powstrzymując łzy. 
–  To  nie  wszystko.  Zanim  listy  trafiły  do  Anglii  i  sprowadziły  wuja,  Jean  Paul 

znalazł sobie nową kobietę. Widywałem go codziennie na ulicy, na targu... Był na tyle 
bezczelny, by pytać o matkę... Chciałem mu wyrwać język. 

–  Nic dziwnego. 
–  Najgorsze  z  tego  wszystkiego  było  to,  że  uniknął  kary.  Miejscowa  policja  nie 

zamierzała  go  ścigać.  Kto  by  tam  zwracał  uwagę  na  pobicie  angielskiej  prostytutki  i 
zranienie jej syna? Uważali na pewno, że na nic innego nie zasłużyliśmy. Dlatego zwró-
ciłem się do władz wojskowych. By zyskać jednak ich zainteresowanie, musiałem udo-
wodnić, że Jean Paul zostanie uznany winnym czegoś znacznie poważniejszego niż po-
bicie. 

–  Na przykład czego? 

background image

200 

Przeczesał drżącą ręką włosy. 
–  Szpiegostwa.  Zaplanowałem  wszystko.  Podrobiłem  listy,  przekupiłem  świad-

ków, a potem doniosłem władzom, że Jean Paul jest angielskim szpiegiem. W Genewie 
panował zamęt, po aneksji Szwajcarii nikt nikomu nie ufał. A ja byłem bardzo przeko-
nujący. – Zaśmiał się gorzko. – I wiesz co? Udało się! Kilka listów, paru świadków i Je-
an Paul został uznany za winnego. 

–  Miałeś więc swoją zemstę – szepnęła Clara. 
–  Nie,  dopiero  wtedy,  gdy  zaprowadzili  go  na  gilotynę.  Taka  była  wtedy  kara  za 

zdradę. Oczywiście od początku zdawałem sobie z tego sprawę. – Chwycił ją za ramio-
na.  –  Poszedłem  na  egzekucję.  I  wiesz,  co  czułem,  kiedy  obcięli  mu  głowę?  Byłem 
szczęśliwy. Szczęśliwy, rozumiesz? Nie mów więc, że wiesz, kim jestem. Nie zawahałem 
się  przed  niczym,  byle  tylko  osiągnąć  cel.  Kłamałem,  oszukiwałem,  zaprowadziłem 
człowieka na szafot. I w dodatku nie odczuwałem żadnych wyrzutów sumienia. 

Chciał ją odepchnąć, ale ujęła jego głowę w dłonie. 
–  Żadnych  wyrzutów  sumienia?  Dlaczego  w  takim  razie  boisz  się  mieszkać  w 

Londynie, w mieście, w którym się wychowałeś? 

–  Niczego się nie boję – zaprotestował. – Ja po prostu... nie mogę... 
–  Boisz się. Boisz się, że ten wściekły, ranny trzynastolatek szukający zemsty za 

śmierć  matki  to  wszystko,  kim  jesteś.  Boisz  się,  że  Londyn  znów  cię  porwie  w  swoje 
szpony i już się z nich nie wyrwiesz. 

–  Sacrebleu, Claro, co ty ze mną wyprawiasz? – szepnął. 
Dlaczego ona była tak spostrzegawcza? Dlaczego rozumiała go tak dobrze i jedno-

cześnie nie rozumiała wcale? 

–  Ty jednak nie jesteś już tym chłopcem, Morganie, niezależnie od tego, czego się 

obawiasz. I już nigdy się nim nie staniesz. Jesteś lepszym człowiekiem. 

–  Naprawdę?  I  dlatego  mogę  udawać  pasera  tak  przekonująco,  że  nawet  ty  się 

dałaś nabrać? 

–  Taki był twój obowiązek, a ja to rozumiem. Czasem z poczucia obowiązku ro-

bimy rzeczy, których wcale nie chcemy robić. Nie wstydź się tego. Bardzo bym chciała, 
żeby więcej takich Morganów jak ty walczyło o zbłąkane duszyczki Spitalfields. 

–  Nie walczę o żadne duszyczki. Walczę o to, żeby stąd jak najszybciej uciec. 
Pokręciła głową. 
–  Nieprawda.  Doskonale  wiesz,  że  lord  Ravenswood  zrobiłby  wszystko,  bylebyś 

dostał dowództwo. Nawet ja widzę, jak cię szanuje i podziwia. Nie zgodziłeś się, bo wie-
działeś, że tak należało postąpić. 

–  Podobnie jak wtedy, gdy zastawiłem pułapkę, w wyniku której oskarżono nie-

winnego człowieka o szpiegostwo. 

–  W takich okolicznościach nie mogłeś inaczej postąpić. 
–  Zatem  sądzisz,  że  chęć  zemsty  usprawiedliwia  kłamstwo  i  oszustwo?  I  w  tym 

duchu wychowywałabyś swoich podopiecznych? 

background image

201 

–  Oczywiście,  że  nie.  Moi  chłopcy  mają  jednak  inne  wzorce  i  doskonale  o  tym 

wiesz.  Widziałeś  jak  ten  człowiek  pobił  twoją  matkę,  która  wkrótce  potem  umarła. 
Chciałeś,  by  nie  wyrządził  takiej  samej  krzywdy  innej  kobiecie.  Gdybyś  postąpił  ina-
czej, uznałabym to za niepojęte. 

–  Nie zrobiłem tego z takich powodów. 
–  Naprawdę? Widziałeś go z inną kobietą. Nie miał żadnych wyrzutów sumienia. 

Wiedziałeś, że jest uzależniony od alkoholu i na pewno powtórzy swoje wyczyny. Dlate-
go  go  powstrzymałeś.  Może  należało  postąpić  inaczej,  ale  chłopiec  z  Genewy  nie  znał 
innego sposobu. 

Łzy napłynęły mu do oczu. Boże, sprawiła, że znów zyskał nadzieję. 
–  Chcesz  dostrzegać  we  mnie  szlachetne  cechy,  ale  ja  wcale  taki  nie  jestem.  – 

Ukrył twarz w dłoniach. – Nawet nie wiesz... 

–  W końcu to czyny człowieka świadczą o jego charakterze. A przy mnie zawsze 

zachowywałeś się szlachetnie. 

Popatrzył  na  nią  zdziwiony,  że  broni  go  tak  zapalczywie,  choć  zna  najczarniejsze 

sekrety jego duszy. 

–  Jak możesz być tak pewna mego charakteru, skoro nawet ja sam go nie znam? 
–  Nic na to nie poradzę – odparła drżącym głosem. – Kocham cię. A kochać zna-

czy wierzyć. 

Kochała go? Choć wiedziała, kim jest? Zawładnęła nim ogromna radość. 
–  Niech cię Pan Bóg ma w swojej opiece, jeśli to nieprawda, ma belle ange. 
–  Oczywiście, że prawda, ty wariacie – szepnęła, uśmiechając się przez łzy. – Jak 

sądzisz, dlaczego tak dręczy mnie myśl o tym, że możesz odpłynąć? 

Teraz już wiedział, że nie może jej zostawić. 
–  W taki razie zostań ze mną – szepnął. – Płyń ze mną. Bądź żoną kapitana. 
–  Nie tego chcesz... 
Przesunął pieszczotliwie dłonią po jej policzku. 
–  Chcę, żebyś była ze mną, Claro. Jeśli nauczyłem się czegoś przez te trzy dni, to 

tego, że nie mogę bez ciebie żyć. 

–  Ale co z moimi dziećmi? One mnie potrzebują. 
–  Ja ciebie potrzebuję – odparł natychmiast. – Wiem, że to egoizm. Wiem, że to 

niesprawiedliwe, ale potrzebuję cię tak samo jak one. – Nie śmiał nazywać tego uczucia 
miłością, ponieważ gdyby pozwolił sobie na to, by ją kochać, i został odtrącony, chyba-
by tego nie przeżył. 

Pocałował ją. Miała miękkie, spragnione usta. 
–  Jedź ze mną, o nic więcej nie proszę. Wyjdź za mnie i płyńmy razem. Dom mo-

że prowadzić twoja ciotka. Albo ktoś inny. Niech teraz ktoś inny zbawia świat. Ty mo-
żesz ocalić mnie. 

Nie dawał jej szansy na odmowę. Przycisnął usta do jej ust, przypominając w ten 

sposób o łączącej ich więzi, więzi, którą chciał wzmocnić poprzez małżeństwo. Nie wie-

background image

202 

dział,  jak  ją  przekonać,  to  był  jedyny  znany  mu  sposób  –  tulił  ją,  dotykał,  rozpalał 
ogień, którego iskry przeskakiwały teraz między ich ciałami, niemal parząc. 

–  Muszę wiedzieć, że jestem ci potrzebny. Mówisz, że mnie kochasz, ale bardziej 

ode mnie kochasz swoich wychowanków. 

–  Nieprawda – wyszeptała z trudem. – Oni po prostu nie mają nikogo poza mną, 

a ty... 

–  Ja też nie mam nikogo, jeśli nie mam ciebie. Udowodnij, że kochasz mnie tak 

samo jak ich, Claro. Pokaż, że mnie potrzebujesz. Chcę żeglować wraz tobą... 

–  Nie, chcesz uciec. Pragniesz mojej duszy. 
–  Tak  –  przycisnął  ją  do  siebie  namiętnie.  –  Pragnę  twojej  duszy.  Pragnę  twego 

ciała. Pragnę twego serca. Pragnę cię całej. 

–  A co dostanę w zamian? 
–  Wszystko. Wszystko, co pozwoli mi cię zatrzymać. 
–  Och,  Morganie,  chcę  cię  poślubić  –  szepnęła.  –  Naprawdę.  I  gdybym  wierzyła, 

że możemy być razem jedynie na morzu, z pewnością bym z tobą popłynęła. Tak bar-
dzo cię kocham. – Podniosła na niego wzrok. – Ale dopóki nie zaakceptujesz tego, kim 
jesteś, nigdy ci nie wystarczę. Będę tylko kolejnym panaceum. 

–  Co chcesz przez to powiedzieć? – szepnął ochryple. 
Pogłaskała go po policzku. 
–  Narażasz się na niebezpieczeństwo, by przestać myśleć o przeszłości. Ale to nie 

będzie działało wiecznie. Dopóki nie zaakceptujesz swoich gorszych stron, zawsze bę-
dziesz ze sobą walczył. A im dłużej będziesz walczył, tym bardziej będziesz nienawidził 
tych,  którzy  będą  ci  przypominali  o  mrocznej  przeszłości.  Na  przykład  mnie  i  moich 
podopiecznych. – Wciągnęła spazmatycznie powietrze. – Bo taki jest prawdziwy powód, 
dla  którego  nie  chcesz  się  ze  mną  ożenić  i  osiedlić  w  Londynie,  prawda?  Za  każdym 
razem, gdy widzisz moich chłopców, przypominasz sobie, kim byłeś, i strasznie cię to 
denerwuje. Ale to przeszłość stworzyła cię takim, jakim jesteś, a ja kocham cię przecież 
bezwarunkowo. 

–  Ale nie na tyle, by dla mnie porzucić Dom. 
–  Na  tyle,  by  wiedzieć,  że  to  i  tak  nie  wystarczy.  Musisz  dojść  do  zgody  sam  ze 

sobą. – Patrzyła na niego z żalem. – Tak więc, nie, nie porzucę moich dzieci tylko dlate-
go, że ty za bardzo się boisz dostrzec w sobie zarówno złe, jak dobre strony. I nie za-
mierzam z tobą uciec i patrzeć, jak zaczynasz mnie nienawidzić za to, że widzę w tobie 
to, co chcesz przed samym sobą ukryć. 

Poczuł, jak ogarnia go gniew. A fakt, że Clara prawdopodobnie miała rację, wzma-

gał tylko jego wściekłość. 

–  To tylko pretekst, który ma służyć temu, abym zrobił to, co chcesz, czyli został 

w mieście, którym gardzę. 

–  Nie miastem gardzisz – szepnęła. – Gardzisz tym, o czym ci to miasto przypo-

mina. 

Odwrócił się do niej; złość skutecznie tłumiła ból. 

background image

203 

–  Możesz sobie wierzyć, w co chcesz. Fakt jednak pozostaje faktem; nie potrafisz 

mnie zaakceptować, dopóki nie spełnię twoich warunków. A ja postawiłem swoje. I jeśli 
ci nie odpowiadają, poszukaj sobie innego faceta, który zatańczy, jak mu zagrasz, bo ja 
nie  zamierzam  tkwić  w  tym  przeklętym mieście,  niezależnie  od  tego,  co  ty  o  tym  my-
ślisz. 

Odwrócił się do niej plecami, by odejść. 
–  Morganie? 
–  Co? – warknął. 
–  Nawet statek może stać się więzieniem, jeśli widzisz wokół siebie tylko kraty. 
Nie  odpowiedział,  ruszył  szybkim  krokiem  w  stronę  lasu  i  wkrótce  zniknął  jej  z 

oczu. 

Słowa  Clary  zapadły  mu  jednak  głęboko  w  pamięć.  I  choć  nigdy  by  się  do  tego 

przed nią nie przyznał, klatka stawała się coraz ciaśniejsza. Czuł, że jeśli natychmiast 
się tą sprawą nie zajmie, może się już nie wyzwolić. 

background image

204 

Rozdział 22 

 

Między ustami a brzegiem pucharu, 
Pełno jest przygód i pełno jest żaru, 

I nigdy nie wiesz, co może się zdarzyć, 

Wystarczy chwila cnych, beztroskich marzeń. 

Mała śliczna książeczka 

John Newbery 

 
Dużo  później,  po  zapadnięciu  zmroku,  Morgan  przechadzał  się  niespokojnie  po 

sklepie. 

–  Coś jest nie tak – odezwał się do Jacka Sewarda, zerkając na zegarek. 
Dochodziła  dziewiąta,  Specter  obiecał  koło  ósmej  przesłać  wiadomość  na  temat 

miejsca spotkania. Ale nikt się nie zjawił. A Morgan i Jack czekali już ponad godzinę. 

–  Może się po prostu spóźnia. – Jack przeczesał palcami szpakowate włosy. – Al-

bo ma kłopoty z wyborem. 

–  Wątpię.  Ten  człowiek  planuje  wszystko  z  drobiazgową  dokładnością.  I  chyba 

się nie spóźnia. Ktoś go wystraszył. 

–  Obawiam się, że masz rację – odezwał się od drzwi Ravenswood. 
–  A niech cię, Ravenswood – zawołał Morgan. 
–  Mamy pewien problem. 
–  Co masz na myśli? 
–  Pamiętasz  tego  człowieka,  o  którym  ci  opowiadałem  na  balu  u  Merringtona? 

Policjanta pracującego u Hornbuckle'a? Niejakiego Fitcha? 

–  Co z nim? 
Ravenswood nerwowo poprawił fular. 
–  O ile sobie przypominasz, to powiedziałeś mi przecież, że zgadzasz się na inwi-

gilację.  A  ja  cię  wtedy  ostrzegłem,  ze  Fitch  to  dobry  policjant,  który  bardzo  poważnie 
traktuje swoje zadania. 

–  Och, nie... – zaczął Morgan. 
–  Niestety tak. Zaraz potem, kiedy przyszedłem tu z moimi ludźmi, Fitch zaczął 

obserwować sklep. Kazałem mu odejść, ale było już chyba za późno. Specter prawdo-
podobnie go zauważył i nie chciał ryzykować. Pewnie już dawno uciekł. 

–  Sacrebleu! – wybuchnął Morgan. – Wszystko na nic! 
Miał  nadzieję,  że  tej  nocy  zakończy  sprawę.  Zmęczył  go  sklep,  a  już  najbardziej 

fakt, że dzień w dzień przebywał tak blisko Clary, której nie mógł mieć. A teraz, gdy już 
był pewien, że Clara za niego nie wyjdzie, chciał się stąd czym prędzej wynieść. 

–  Co zamierzasz? – spytał Ravenswood. 

background image

205 

–  Nie  mamy  zbyt  wielkiego  wyboru.  Musimy  spróbować  kiedy  indziej.  –  Morgan 

popatrzył z ukosa na Sewarda. – Przykro mi, Jack, ale będziesz musiał zostać w mie-
ście  do  momentu,  kiedy  znów  wszystkiego  zorganizuję.  Na  szczęście  fakt,  że  śledzi 
mnie jakiś policjant, utwierdzi Spectera w przekonaniu, że jestem paserem. Będę mu-
siał jednak zaczekać, żeby ten drań znów do mnie przyszedł. 

–  Nic  się  nie  stało.  Mogę  zostać  w  Londynie,  tym  bardziej,  że  to  twój  przyjaciel 

płaci  za  mój  pobyt.  –  Seward  wyszczerzył  zęby  w  uśmiechu.  –  I  jest  tu  o  wiele  więcej 
dziewek niż w Hastings. 

Morgan wyjął gwineę i podał Sewardowi. 
–  To weź i znajdź sobie jakąś. Niech przynajmniej jedna osoba spędzi tę noc po-

żytecznie. 

–  Dzięki, przyjacielu. – Seward mrugnął, schował gwineę do kieszeni i wyszedł. 
Ravenswood oparł się o kontuar. 
–  Chcesz, żebym kazał Hornbuckle'owi odwołać Fitcha? 
–  Jeszcze nie wiem. Zobaczymy, na ile da się nam we znaki. 
–  Depcze ci po piętach już od balu? 
–  Nie zauważyłem. Ale jeżeli w ogóle do czegoś się nadaje, nie powinienem był go 

zauważyć. 

–  W takim razie idę. Chyba że zaproszenie twojej szwagierki jest nadal aktualne. 
Juliet,  która  najwyraźniej  chciała  cieszyć  się  jak  najdłużej  tak  mile  rozpoczętym 

dniem,  zaprosiła  Ravenswooda  i  Clarę  na  kolację.  Clara  przyjęła  zaproszenie,  choć 
Morgan i Ravenswood wykręcili się jakimiś wcześniejszymi zobowiązaniami. Pewnie już 
nawet tam była. 

–  Z pewnością – mruknął Morgan. – Z jakiegoś powodu, który jest dla mnie cał-

kiem niezrozumiały, Juliet bardzo cię lubi. Albo... może chce, żebyś mnie przekonał do 
pozostania w Londynie. 

Ravenswood się uśmiechnął. 
–  Może powinieneś jej wyjaśnić, że nie mam na ciebie żadnego wpływu. 
–  Chyba sam wytłumaczyłeś jej to dość jasno dziś po południu. – Clara opuściła 

towarzystwo  właśnie  pod  wpływem  słów  Ravenswooda.  A  co  więcej,  podjęła  decyzję, 
która ugodziła Morgana prosto w serce. 

–  Jeżeli wolno zapytać... co właściwie dziś między wami zaszło? Najpierw zniknę-

liście na ponad godzinę, a potem najwyraźniej nie chcieliście ze sobą rozmawiać. 

–  Przecież  to  ty  jej  powiedziałeś,  że  nie  jestem  cywilizowanym  człowiekiem  – 

warknął  Morgan  –  a  więc  chyba  wiesz  lepiej,  co  się  wydarzyło.  W  końcu  to  awanse 
grubianina najbardziej wyprowadzają damy z równowagi. 

Ravenswood popatrzył na niego spokojnie. 
–  Nie mówiłem tego w takim sensie. Chciałem ją tylko ostrzec przed nadmiernym 

zaangażowaniem w znajomość z tobą, bo wiem, że nie interesuje cię żaden trwały zwią-
zek. 

background image

206 

–  W  takim  razie  ucieszy  cię  zapewne  wiadomość,  że  twoje  ostrzeżenia  odniosły 

pożądany skutek – powiedział z goryczą Morgan. – Lady Clara postanowiła skutecznie 
ochronić swoje serce. 

–  Czy nie tego chciałeś? 
–  Chciałem... 
Ravenswood był jego najlepszym przyjacielem. Mógł zrozumieć, że Clara zbyt wiele 

oczekuje. 

–  Poprosiłem ją o rękę. Odmówiła – powiedział Morgan po chwili. 
–  Ach, tak... Właściwie trochę mnie to dziwi. Ze sposobu, w jaki o tobie mówi i w 

jaki na ciebie patrzy, wynikało, że raczej czeka na takie oświadczyny. 

–  Może  by  mnie  przyjęła,  gdybym  się  zgodził  zostać  w  Londynie.  Ale  ja  się  nie 

zgodzę,  a  Clara  nie  chce  ze  mną  pływać  po  morzach  i  oceanach.  Ani  też  czekać  na 
mnie miesiącami. 

–  No, to mnie akurat nie zaskakuje. A tak szczerze mówiąc: jak mogłeś jej nawet 

to proponować? 

–  Wiem, wiem, ten przeklęty Dom jest dla niej zbyt ważny. 
–  Owszem, ale nie to miałem na myśli. – Ravenswood skrzyżował ręce na piersi. – 

Chodziło mi raczej o żonę na pokładzie. Gdybyś się jeszcze zgodził na mniej ryzykowne 
zadania...  Ale  ty  przecież  nawet  nie  zechcesz  o  tym  słuchać.  Za  każdym  razem  nara-
żałbyś ją na niebezpieczeństwa, co z kolei musiałoby się odbić na twojej pracy. 

Morgan jak dotąd specjalnie się nad tym nie zastanawiał. Był zbyt skupiony na po-

trzebie posiadania Clary jak najbliżej. 

–  Przecież inni kapitanowie okrętów często zabierają ze sobą żony... – zaczął. 
–  Nie takie żony... Widywałeś przeciętne małżonki dowódców, takie, które zrobią 

wszystko, byle tylko dogodzić mężowi. Godzą się na odcięcie od rodziny, całkowitą za-
leżność  od  mężczyzny,  rodzenie  dzieci  w  spartańskich  warunkach.  Takie  życie  musi 
być bardzo ciężkie dla obu stron. Jak sądzisz, dlaczego tylu kapitanów przechodzi po 
ślubie na emeryturę? 

Ravenswood  miał  rację  i  Morgan  zawstydził  się  nagle.  Clara  była  zbyt  mądra,  by 

nie  wziąć  pod  uwagę  tych  wszystkich  aspektów  życia  na  morzu,  które  przed  chwilą 
wymienił  Ravenswood.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  żąda  od  niej  całkowitego  oddania; 
aby  spełnić  jego  warunki,  musiałaby  poświęcić  rodzinę,  pracę,  niezależność.  I  to 
wszystko dla mężczyzny, który w zamian oferował jej tylko ciepłe łóżko. 

Gdybym wierzyła, że możemy być razem jedynie na morzu, z pewnością bym z tobą 

popłynęła. Tak bardzo cię kocham. 

Trawiony  złością  na  jej  upór,  nie  był  w  stanie  przyjąć  tego  do  wiadomości.  Teraz 

jednak  musiał  się  nad  tym  wszystkim  poważnie  zastanowić.  Czyżby  Clara  naprawdę 
była gotowa wszystko dla niego poświęcić? I prosić by on uczynił dla niej w zamian to 
samo?  By  okazał  jej  szczerze,  że  pragnie  jej  dla  niej  samej,  a  nie  tylko  jako  szansy 
ucieczki od bolesnych wspomnień? 

background image

207 

Nagle zapragnął się tego wszystkiego dowiedzieć. Życie bez niej... On już chyba nie 

był do tego zdolny. 

–  Może zobaczymy, czy Juliet ma dla nas kolację? – spytał Morgan. – Umieram z 

głodu. 

Ale tak naprawdę nie na jedzeniu mu zależało. I nie zamierzał czekać do następne-

go dnia, ryzykując, że straci szansę na szczęście. 

 

*** 

 
–  Jak sądzisz, dokąd oni poszli? – spytała Clarę lady Juliet przy deserze. – Mor-

gan i lord Ravenswood wydawali się bardzo tajemniczy. 

Clara zmarszczyła brwi. Morgan z pewnością wymówił się od kolacji innymi zobo-

wiązaniami i namówił jego lordowską mość, by mu towarzyszył. Nie mogła jednak po-
wiedzieć tego Juliet. 

–  Nie wiem. Kapitan Blakely nigdy mi się nie zwierza. 
–  Właśnie  to  mnie  martwi  –  mruknął  Templemore.  –  Kiedy  Morgan  jest  taki  ta-

jemniczy, znaczy to zwykle, że coś knuje. I zawsze stoi za tym Ravenswood. 

Clara przez chwilę chciała go bronić, ale zrezygnowała. Dlaczego miałaby to robić? 

Przecież to on sobie nie życzył, by rodzina poznała jego prawdziwe ja, to on nie zamie-
rzał  im  powiedzieć,  dlaczego  naraża  się  na  niebezpieczeństwo,  dlaczego  nie  chce 
mieszkać z nimi w Londynie. Gdyby czuł potrzebę, by to wyjaśnić, mógł zostać i sam o 
to zadbać. 

Nie, on wolał uciekać. Od tych, którzy go kochali. Od przeszłości. Od wszystkiego, 

czego nienawidził w swoim życiu. Cóż, nie zamierzała uciekać wraz z nim. 

Mówisz, że mnie kochasz, ale bardziej ode mnie kochasz swoich wychowanków. 
To  nie  była  prawda.  Jej  decyzja  nie  miała  nic  wspólnego  z  Domem  i  poczuciem 

obowiązku wobec dzieci. 

Może ktoś inny zacznie teraz zbawiać świat. 
No dobrze, może rzeczywiście czuła potrzebę zbawiania świata lub też jego cząstki 

zamieszkanej  przez  kieszonkowców.  Ale cóż  w  tym  złego?  Kimże  on  był,  by  jej  dykto-
wać, co winna robić? Dlaczego miałaby rezygnować ze swojej misji tylko dlatego, że on 
nie chciał mieszkać w Londynie? 

Teraz możesz ocalić i mnie. 
Na tym polegał problem. Bardzo pragnęła go ocalić. Czyżby postępowała niesłusz-

nie, próbując go nakłonić, by dorósł do jej wyobrażeń? 

Poczuła nagły ucisk w gardle; przypomniała sobie o jego matce. Boże! Jak on mógł 

żyć z tak ogromnym ciężarem w sercu przez tyle lat i nie oszaleć? 

Być może Morgan naprawdę nie wytrzymałby życia w Londynie, w którym codzien-

nie musiałby się zmagać ze wspomnieniami. A czy ona w tej sytuacji była gotowa się go 
wyrzec? 

background image

208 

–  Milady! – dotarł do niej głos od drzwi. Popatrzyła na kamerdynera o kamiennej 

twarzy, który czekał w progu, by poświęciła mu chwilę uwagi. 

–  Tak, o co chodzi? – spytała Juliet. 
–  Przyszła pewna osoba do lady Clary. –  Ton kamerdynera nie budził wątpliwo-

ści, co do jego opinii na temat tej osoby. – Mówi, że nazywa się Perkins i musi pilnie 
rozmawiać z jej lordowską mością. Chciałem ją odesłać, ale... 

–  Porozmawiam z nią. – Clara podniosła się z krzesła i popatrzyła przepraszająco 

na  swoich  gospodarzy.  –  To  Lucy.  Siostra  dwójki  moich  podopiecznych.  Powinnam 
sprawdzić, dlaczego zadała sobie tyle trudu, żeby mnie wytropić. 

–  Oczywiście – powiedziała uprzejmie lady Juliet. – Proszę dać znać, czy możemy 

jakoś pomóc. 

Zaniepokojona  Clara  wyszła  do  holu,  który  Lucy  przemierzała  tam  i  z  powrotem. 

Na jej twarzy malował się strach. 

–  Dzięki Bogu! – wykrzyknęła na widok Clary. 
–  Musi mu pani pomóc. Musi pani pomóc Johnny'emu! 
Clara poczuła niemiły skurcz serca. 
–  Co znowu zrobił? 
–  Nie chodzi o to, co zrobił. – Lucy łypnęła na kamerdynera i odciągnęła Clarę na 

bok. – Pamięta pani, co mówiła na temat Rodneya? O tym, że lepiej by mi było z męż-
czyzną, który akceptuje moich braci? 

Clara skinęła głową. 
–  Uznałam, że ma pani rację, więc dziś rano powiedziałam mu, że wychodzę za 

Samuela.  –  Pokręciła  głową.  –  On...  kiepsko  to  przyjął.  W  końcu...  powtórzyłam  mu 
pani słowa. Strasznie się zezłościł, ale potem jakoś mu przeszło i myślałam, że wszyst-
ko będzie w porządku. Aż do dziś wieczór, kiedy...  – Przerwała, z trudem powstrzymu-
jąc szloch. 

–  Mów! 
–  On aresztował Johnny'ego. 
–  Co takiego? – wybuchnęła Clara. – Przecież nie może tego zrobić. Pójdę prosto 

do więzienia i zażądam, by go uwolnili. 

–  Johnny na szczęście jeszcze nie jest w więzieniu. Kiedy Rodney przyszedł dziś 

rano  do  gospody  po  chłopca,  powiedział,  że  zabiera  Johnny'ego  do  siebie  i  mamy  się 
tam spotkać. Kazał mi przyprowadzić panią. 

–  Mnie? Dlaczego? 
–  Mówi,  że  chce  z  panią  porozmawiać,  bo  to  pani  nas  rozdzieliła.  Wypuści  Jo-

hnny'ego po rozmowie z panią. 

–  Ale co on chce osiągnąć? 
–  Nie  wiem.  –  Lucy  była  wyraźnie  zmartwiona.  –  Może  myśli,  że  teraz  namówi 

mnie pani do zmiany zdania. Ale miała pani rację – dodała szybko, widząc zmartwioną 
minę Clary. – Rodney jednak widzi to inaczej. Tak czy siak obiecałam mu, że się posta-
ram, żeby pani przyszła. 

background image

209 

Boże, co za historia! Clara czuła, że zasłużyła sobie na te komplikacje, gdyż niepo-

trzebnie wtrącała się w nie swoje sprawy. Morgan miał rację. Próbowała zbawić świat i 
czasem to wszystko obracało się przeciwko niej. 

–  Jeśli nie zechce pani pójść – dodała Lucy – zrozumiem. – To nie pani wina, że 

zadałam się z niewłaściwym mężczyzną. Tylko że Johnny... 

–  Oczywiście, że pójdę. Nie dopuszczę do tego, żeby Fitch wykorzystywał tak bez-

dusznie to dziecko do swoich celów. 

Lucy uśmiechnęła się z ulgą. 
–  Dziękuję... Dwukółka czeka na zewnątrz. 
–  To  dobrze.  –  Clara  odesłała  powóz  do  domu  już  rano,  ponieważ  Templem-

ore'owie obiecali, że zadbają o jej powrót. 

–  Zaczekaj chwilę, a ja tymczasem przeproszę gospodarzy. 
Wróciła szybko do jadalni i zwięźle wytłumaczyła, dlaczego musi nagle wyjść. 
–  Nie możemy w żaden sposób pani pomóc? – spytała lady Juliet. 
–  Nie sądzę. Jestem pewna, że pan Fitch to rozsądny człowiek, który przyjmie do 

wiadomości racjonalne argumenty.  

Tak  się  przynajmniej  łudziła.  Nie  miała  szczególnej  ochoty  podejmować  wymiany 

zdań z policjantem o złamanym sercu. 

Chwilę później obie kobiety były już w drodze. 
–  Co na to wszystko Samuel? – spytała Clara. 
Lucy zmarszczyła brwi. 
–  To  jest  właśnie  najdziwniejsze.  Nie  mogę  go  znaleźć.  Dziś,  kiedy  pojechałam 

szukać pani w Stanbourne Hall, pomyślałam, że go tam znajdę, ale nic z tego. Dowie-
działam się, gdzie szukać pani, ale o nim nikt nic nie wiedział. Mówili, że może pani mi 
powie. 

Clara pokręciła głową. 
–  Nie widziałam go od rana. Może zajmuje się sprawami związanymi z weselem.  
Lucy pochyliła głowę z nieśmiałym uśmiechem. 
–  Pewnie tak. Mówił, że szuka jakiegoś mieszkanka do wynajęcia. 
–  Kochasz go, prawda? 
Lucy skinęła głową. 
–  Nawet myśl o Rodneyu, jego dużym domu i o tym wszystkim, z czego rezygnu-

ję, nie zmienia moich uczuć. Nigdy bym się nie zaczęła spotykać z Rodneyem, gdybym 
wiedziała,  że  Samuel...  –  Przerwała  i  popatrzyła  na  Clarę  ze  zbolałym  uśmiechem.  – 
Już dawniej podkochiwałam się w Samie. No, ale potem on zaczął kraść i kiedy John-
ny poszedł w jego ślady, zamknęłam przed nim serce. I nawet jak już przestał, bałam 
się, że znów wróci na złą drogę i sprowadzi na nią chłopców. Potem jednak zaczął pra-
cować dla pani, a Johnny opowiadał o wszystkim, co robi. – Zarumieniła się mocno. – 
A  od  tamtego  wieczoru  w  gospodzie  był  taki  dobry  dla  mnie.  Tak  czy  inaczej  Samuel 
twierdzi, że będzie się dobrze prowadził, i ja mu wierzę.  

Clara poklepała ją po ręku. 

background image

210 

–  Ja też. To w głębi serca bardzo dobry człowiek. 
–  Tak, milady, wiem. 
Siedziały tak w przyjaznym milczeniu, dopóki powóz nie dojechał do domu Fitcha 

przy  Grave  Lane,  oddalonego  od  Petticoat  Lane  o  zaledwie  parę  przecznic.  Mimo  że 
Clara znała już ten dom z opisu Lucy, nie sądziła, że rezydencja zrobi na niej tak wiel-
kie  wrażenie.  Trudno  było  posądzać  pana  Fitcha  o  tak  dobry  gust.  To  tłumaczyło  w 
jakiś sposób przyczynę, dla której Lucy odwzajemniała przez pewien czas jego zaloty. 

Gdy  powóz  zatrzymał  się  przed  domem,  Fitch  otworzył  drzwi;  był  wyraźnie  zmar-

twiony i zdenerwowany. Kazał stangretowi zaczekać, a sam zaprowadził gości do salo-
nu, gdzie przed kominkiem siedział po turecku Johnny, którego pilnował zwalisty lo-
kaj. Fitch odprawił służącego i zamknął drzwi. 

–  Dobrze, że pani przyszła, lady Claro – powiedział w tak samo służalczy sposób, 

w jaki zwracał się do niej na komisariacie. 

Clara popatrzyła na niego przenikliwie. 
–  Nie miałam wyboru. Pod pańskim dachem przebywa jeden z moich podopiecz-

nych  i  z  tego,  co  wiem,  nie  ma  pan  żadnego  powodu,  by  go  przetrzymywać.  Dlatego 
domagam  się  stanowczo,  by  go  pan  natychmiast  uwolnił.  Nie  przyczyni  się  w  żaden 
sposób do rozwiązania problemów pana i Lucy. 

–  To  prawda.  –  Fitch  podszedł  do  Johnny'ego,  chwycił  chłopca  za  ramię  i  pod-

niósł z podłogi. – Możesz iść do domu. A ja porozmawiam sobie z lady Clarą na osob-
ności. 

Clara popatrzyła na Fitcha z niedowierzaniem. Wszystko okazało się łatwiejsze, niż 

sądziła. 

Lucy, wyraźnie zaniepokojona takim przebiegiem wydarzeń, przenosiła spojrzenie z 

Clary na Fitcha. 

–  Wolałabym zostać tutaj z tobą, Rodney. 
–  Nie ma powodu – odparł Fitch. – Dwukółka czeka, jedź do domu. A ja wyeks-

pediuję z powrotem lady Clarę. Muszę porozmawiać z nią w cztery oczy, a ty powinnaś 
położyć brata spać. 

I wyrwać spod kurateli Fitcha. 
Choć myśl o tym, że zostanie sam na sam z oficerem policji nie była jej miła, Clara 

wołała, by Johnny jechał do domu. Ten dziwny człowiek mógł w każdej chwili wpaść w 
szał i zmienić zdanie. 

–  W  porządku,  Lucy  –  powiedziała.  –  Porozmawiam  z  panem  Fitchem.  Zabierz 

Johnny'ego do gospody, a ja niedługo wrócę. 

Johnny  też  miał  taką  minę,  jakby  zamierzał  protestować,  ale  Clara  posłała  mu 

słynne spojrzenie Stanbourne'ów, toteż nie pozostało mu nic innego, jak się ugiąć pod 
jego naporem. Kiedy tylko wyszli, Fitch wskazał Clarze krzesło. 

–  Proszę spocząć, milady. Muszę prosić panią o przysługę. 
Usiadła niechętnie na brzeżku krzesła. 

background image

211 

–  Jeśli  chodzi  o  Lucy,  proszę  mi  wierzyć,  że  nie  miałam  żadnego  wpływu  na  jej 

decyzję o ślubie. 

Zacisnął usta. 
–  Ona  i  tak  nie  wyjdzie  za  tego  małego  oszusta.  Zaproponowałem  mu  okrągłą 

sumkę za wyjazd z miasta, a on chętnie się zgodził. 

Clara popatrzyła z niedowierzaniem. Samuel nie zrezygnowałby z Lucy dla pienię-

dzy. 

–  Nie wierzę. 
Fitch wzruszył ramionami. 
–  On nie jest taki głupi. Przecież widzi, jaka z niej płocha dziewczyna. Najpierw 

przyjmuje moje zaloty, a potem zgadza się wyjść za niego. Dodał dwa do dwóch, wziął 
pieniądze i uciekł. Ale to nieważne. Nie o Lucy chciałem z panią rozmawiać. 

Udało mu się wzbudzić jej ciekawość. 
–  Nie? A więc o czym? 
–  Pewnie  pani  pamięta,  że  zwróciła  się  z  prośbą  do  sędziego  Hornbuckle,  abym 

śledził Pryce'a.  

O Boże! Nic dobrego nie mogło z tego wyniknąć. 
–  Tak, pamiętam. 
–  Uznał, że może pani ma rację, i kazał mi za nim chodzić. 
–  To świetnie – wykrztusiła. – No i czego się pan dowiedział o tym łotrze? 
Popatrzył na nią chytrze. 
–  Milady... oboje przecież wiemy, że Pryce nie jest przestępcą. 
Czyżby Fitch znał prawdę? Oczywiście. Był oficerem policji, a lord Ravenswood po-

wiadomił  zapewne  wszystkich  o  prawdziwych  zamiarach  Morgana.  To  by  wyjaśniało, 
dlaczego Fitch i Hornbuckle tak bardzo się wzbraniali przed podjęciem śledztwa. 

Lecz jeśli tak, dlaczego pan Hornbuckle kazał Fitchowi śledzić Morgana? Może le-

piej było do niczego się nie przyznawać? 

–  Nie wiem, o co panu chodzi. 
–  Proszę  nie  robić  ze  mnie  idioty.  Rozmawiałem  dziś  wieczorem  z  tym  całym 

Ravenswoodem. Nie ma wątpliwości, że on i kapitan coś knują. I pani też doskonale o 
tym wie. A więc to tam poszli... na spotkanie z Fitchem, pewnie również z sędzią.  

Z tego, co mówił Fitch, nie wynikało jednak wcale, że on sam jest zaangażowany w 

próbę ujęcia Spectera. Być może nie znał nawet szczegółów akcji. A ponieważ nie wie-
działa, ile jej wolno powiedzieć, wolała udawać głupią. 

–  Jeśli coś planują, to ja w każdym razie nie mam pojęcia, co to może być. Chyba 

pan nie sądzi, że by mi powiedzieli. 

–  Dlaczego  nie?  Jeśli  pomaga  pani  w  schwytaniu  Spectera,  a  myślę,  że  tym  się 

właśnie zajmują, mogą liczyć na pani pomoc. 

–  Absurd! Cóż mogłabym dla nich zrobić? 
–  Miałem nadzieję, że pani mi to powie, a przynajmniej zdradzi, co już wiedzą. 
To ją zastanowiło. 

background image

212 

–  Dlaczego ta sprawa tak pana interesuje? 
   Wzruszył ramionami. 
–  Schwytanie  Spectera  jest  bardzo  ważne,  można  za  to  dostać  dużą  nagrodę,  a 

mój wydział jest w to zamieszany. – Wydawał się zawiedziony. – Lord Ravenswood i ka-
pitan nie powinni prowadzić dochodzenia, nie dzieląc się zyskiem z tymi, którzy z tego 
żyją. 

Teraz wszystko nabrało sensu. Clara wolałaby jednak stanowczo, by całą tą spra-

wą  zajął  się  Morgan.  Ona  sama  nie  miała  pojęcia  o  procedurach  śledczych.  Czy  pan 
Fitch  miałby  istotnie  prawo  domagać  się  nagrody?  Czy  Ravenswood  niesprawiedliwie 
go pominął? 

Tak czy inaczej nie mogła mu pomóc. Szybko podniosła się z krzesła. 
–  Doprawdy, panie Fitch. Będzie pan musiał porozmawiać na ten temat z lordem 

Ravenswoodem. Ja się w takie sprawy nie angażuję. – Wygładziła spódnicę i ruszyła w 
stronę drzwi. – Proszę wybaczyć. Muszę iść. Obiecałam Lucy... 

–  Proszę mi opowiedzieć o swojej znajomości z kapitanem. 
Przystanęła przy drzwiach. 
–  Nie mogę mówić o czymś, o czym nie mam pojęcia. 
–  Proszę  nie  udawać.  –  Jego  porozumiewawczy  uśmieszek  budził  niepokój.  – 

Wiem, że pani i kapitan pozostajecie w intymnym związku. 

Ogarnął ją strach. Nie mógł się przecież dowiedzieć o niej i o Morganie. Z pewno-

ścią zgadywał. 

–  Nie rozumiem, o co panu chodzi. 
–  Oczywiście, że pani rozumie. Jesteście kochankami. To jedyny powód, dla któ-

rego spędziła pani z nim noc w sklepie. 

Skąd o tym wiedział? 
–  Chyba pan oszalał, skoro... 
–  Pamięta  przecież  pani,  że  śledziłem  kapitana.  Tak  jak  kazał  pan  Hornbuckle. 

Widziałem, jak wchodzi pani do niego wieczorem i wychodzi od niego rano. 

Czując,  że  z  każdym  kolejnym  zdaniem  coraz  bardziej  traci  reputację,  Clara  za 

wszelką cenę postanowiła się ratować. 

–  Jeśli tak, widział pan też, jak Lucy strzela do kapitana. Owszem, zostałam tam 

na noc, by go pielęgnować. 

–  Chyba raczej pozwolić się uwieść – prychnął sarkastycznie Fitch. 
–  Nie  wiem,  skąd  ten  pomysł  –  zaprotestowała.  Zdawała  sobie  jednak  przy  tym 

sprawę, że jest to tylko słowo przeciw słowu. – Mogę się założyć, że nie czekał pan na-
wet całą noc... gdyby tak było, zastałby pan tam Spectera. 

Fitch przymrużył oczy. 
Boże!  Powiedziała  stanowczo  za  dużo.  Oficjalnie  nie  mogła  wiedzieć,  że  był  tam 

Specter.  A  jeśli  Fitch  go  widział  i  zależało  mu  na  nagrodzie,  powinien  był  dokonać 
aresztowania. Przecież musiał wiedzieć, kim była postać odziana w czarną pelerynę. To 
nie pozostawało dla nikogo tajemnicą. On jednak nie próbował zatrzymać ani Specte-

background image

213 

ra,  ani  Morgana.  Co  więcej,  wydawał  się  pewny  jej  romansu  z  Morganem,  a  jedyna 
osoba, która o tym wiedziała to... Z wymuszonym uśmiechem ruszyła do drzwi. 

–  Tak czy inaczej, to nie ma znaczenia. Nie wiem nic na temat śledztwa. Już pa-

nu o tym mówiłam. Jeśli chce pan poznać szczegóły, proszę porozmawiać z kapitanem 
Pryce'em  lub  jego  lordowską  mością.  Teraz  naprawdę  muszę  już  iść,  więc,  jeśli  raczy 
mi pan wybaczyć... 

–  To  wykluczone,  milady  –  powiedział  Fitch,  a  jego  głos  stał  się  nagle  zupełnie 

inny, głębszy i... bardziej przerażający.  

Clara poczuła dziwną miękkość w kolanach. 
On tymczasem wyjął pistolet i wycelował jej prosto w serce. 
–  Obawiam się, że nie mogę na to pozwolić. 

background image

214 

Rozdział 23 

 

Pożrę każdego, kto tu przyjdzie 

– Leniwie olbrzym rzecze, 

Lecz nie wie, głupi, że już po nim:  

Z pułapki nie uciecze. 

Opowieść o Jacku, pogromcy olbrzymów, 

anonimowa legenda kornwalijska, w wersji Rushera. 

 
–  Co to znaczy, że Clary tu nie ma? – spytał Morgan, patrząc groźnie na kamer-

dynera swojego brata. Ten odwzajemnił mu się wyniosłym spojrzeniem. 

–  Lady Clara wyjechała jakiś czas temu dwukółką w towarzystwie młodej damy, 

panny Perkins.  

Morgan popatrzył na niego z niedowierzaniem. 
–  Była tu Lucy? 
Sebastian i Juliet wyszli mu na spotkanie. 
–  Clara pojechała gdzieś z Lucy? – zwrócił się do nich Morgan. – O co tu chodzi? 
Juliet wzruszyła ramionami. 
–  Panna Perkins przyszła prosić Clarę o pomoc. O ile sobie dobrze przypominam, 

sprawa  dotyczyła  tego  policjanta,  Fitcha.  On  zatrzymał  jednego  z  chłopców,  Johnny'-
ego, zdaje się. 

–  Fitch był dziś naprawdę zajęty – mruknął Ravenswood. – To cię nie dziwi? 
–  Owszem, trochę – odparł Morgan, czując, jak jeżą mu się włosy na karku. 
–  Ta  młoda  dama  chyba  nie  chciała  go  poślubić  –  dodała  Juliet.  –  A  on  się  ze-

mścił i aresztował jej brata. Czy coś w tym rodzaju... 

Choć wyjaśnienie wydawało się prawdopodobne, Morgan wciąż odczuwał niepokój. 
–  Co właściwie wiesz o Rodneyu Fitchu? – spytał Ravenswooda. 
–  Tylko  to,  co  powiedziałem  tobie.  Przypomina  Dogberry'ego.  Pamiętacie  tego 

niedojdę z komedii Szekspira? Ale tak naprawdę jest inteligentny i... 

–  Dogberry! – wykrzyknęła Juliet. – Wiedziałam, że już gdzież słyszałam o tym Fi-

tchu. 

Morgan popatrzył na nią z ukosa. 
–  O  czym  ty  mówisz?  Skąd  możesz  wiedzieć  cokolwiek  o  policjantach  ze  Spital-

fields? 

–  Nie, nie, on nie był wtedy policjantem, tylko aktorem z trupy aktorskiej, która 

przyjechała do Stratfordu, kiedy miałam może... dwanaście lat. Tamten Fitch też miał 
chyba na imię Rodney. I był najlepszym odtwórcą roli Dogberry'ego, jakiego widziałam 
w życiu. Dlatego tak świetnie go pamiętam. Naprawdę śmialiśmy się do łez... 

Morgan poczuł, że robi mu się zimno. 

background image

215 

–  Opisz mi tego aktora, Juliet. 
Zrobiła to, o co poprosił. 
–  On? – spytał Morgan, a strach niemal ściął mu krew w żyłach. 
–  Obawiam się, że tak – odparł Ravenswood. 
–  Grał  tę  rolę  przez  cały  czas  –  powiedział  Morgan.  – Grał  Dogberry'ego.  Kto  by 

podejrzewał takiego safandułę o to, że jest najgroźniejszym przestępcą w Spitalfields? 

–  To by wyjaśniało obecność Fitcha w sklepie. – Zmarszczka niepokoju przecięła 

czoło Ravenswooda. – Nie przyszedł po to, by cię śledzić. W każdym razie nie na pole-
cenie władz. Przyszedł, żeby wywęszyć pułapkę. 

–  A kiedy cię zobaczył, zrozumiał, do czego zmierzamy, i uciekł. – Morgan był co-

raz bardziej przerażony. – Specter mówił przecież, że ma znajomości w policji, nie są-
dziłem jednak, że są to znajomości tak bliskie. 

–  To  by  wyjaśniało  sukcesy  Fitcha  w  chwytaniu  przestępców.  Ilekroć  Specter 

chciał  wyeliminować  konkurenta  lub  zdrajcę,  doskonale  wiedział,  gdzie  go  szukać.  – 
Ravenswood pokręcił głową. – Jednak coś mi tu nie pasuje. Aktor groźnym przestępcą? 
Niewiarygodne. 

–  Dlaczego? Miał dość ciągłego braku pieniędzy i dostrzegł inny sposób wykorzy-

stania  swojego  talentu.  Zawsze  mi  się  wydawało,  że  świetnie  manipuluje  głosem.  I 
jeszcze ta jego zdolność wymykania się z zasadzek... Pewnie za każdym razem zmienia 
przebranie. Dla aktora to łatwe. Mógł na przykład wypychać pelerynę, gdy chciał wy-
dać się barczysty i tak dalej. 

–  Ale w jaki sposób osiągnął ten efekt, który opisywałeś? Brak twarzy pod pele-

ryną? 

–  Malował się czarną farbą. W nocy wydawał się prawie niewidzialny. Czego jed-

nak, na miłość boską, może chcieć od Clary? 

–  Próbuje  cię  zwabić  w  zasadzkę  –  odparł  bez  wahania  Ravenswood  z  pobladłą 

twarzą. 

–  Chyba  nie.  Gdyby  zależało  mu  na  mnie,  dopadłby  mnie  po  prostu  w  ciemnej 

uliczce i poderżnął mi gardło. – Odwrócił się do Juliet. – Czy Lucy mówiła, gdzie była 
przedtem? Skąd wiedziała, gdzie szukać Clary? 

–  Przyjechała z Domu dla chłopców.  To oni przysłali ją tutaj – odparł kamerdy-

ner. 

–  To dobrze. Fitch nie domyśla się na szczęście, że wiemy o jego poczynaniach. 

W każdym razie jeszcze nie. Nie udało mu się chyba powiązać Morgana Blakely z Mor-
ganem  Pryce'em,  więc  nawet  gdyby  wiedział,  że  Lucy  tu  przyjdzie,  nie  zrozumiałby  z 
pewnością, co to oznacza. A to działa na naszą korzyść. – Zerknął na kamerdynera. – 
Czy mówiła, dokąd się wybierają? 

–  Nie, sir. Przykro mi. Pojechały dwukółką więc nie wiem, dokąd się udały. 
–  Chyba nie do więzienia – wtrącił Ravenswood. 
–  Aresztowanie chłopca stanowiło tylko pretekst do spotkania z Clarą, poza tym 

Fitch z pewnością chciał z nią rozmawiać na osobności. 

background image

216 

Morgan zacisnął pięści. 
–  Ale dlaczego? 
Sebastian postąpił krok naprzód. 
–  Może ktoś mi wyjaśni, co się dzieje? 
–  Teraz nie mamy czasu – warknął Morgan. 
–  On znów dla pana pracuje. Mimo zakładu, mimo umowy, mimo tego, co obie-

cał... 

–  Morgan  to  mój  najlepszy  człowiek  –  odparł  Ravenswood  bez  śladu  wyrzutów 

sumienia w głosie. – Nie zamierzałem zrezygnować z jego usług tylko z powodu wasze-
go głupiego zakładu... 

–  Morganie! – krzyknęła Juliet. – Jak mogłeś? 
–  Przykro  mi  –  wycedził  Morgan  –  ale  nie  mam  teraz  czasu  na  rozmowy.  Lady 

Clara jest w prawdziwym niebezpieczeństwie. 

Wszystko inne przestało się nagle liczyć. Juliet zbladła i chwyciła męża za ramię. 
–  Mów, co robić. Chcę pomóc – rzucił szybko Sebastian. 
Morgan wahał się przez chwilę, ale nie mógł odrzucić tak korzystnej propozycji. 
–  Jest z Fitchem, ale nie wiemy gdzie. Pewnie u niego w domu, ale to nie takie 

pewne.  Może  pojedziesz  do  Stanbourne  Hall  i  rozpytasz,  skąd  przyjechała  Lucy  albo 
dokąd  się  wybierała.  Poszukaj  też  służącego,  ma  na  imię  Samuel.  Niewykluczone,  że 
wie, gdzie jest Fitch, poza tym kocha się w Lucy. A jak już wszystko ustalisz, jedź do 
Domu Clary w Spitalfields. – Szybko zapisał mu adres. – Tam się spotkamy. – Odwrócił 
się do Ravenswooda. 

–  Ty  znajdź  Hornbuckle'a,  dowiedz  się,  gdzie  mieszka  Fitch,  i  czekaj  na  nas  w 

Domu. Ja ruszam do gospody. Lucy tam przecież mieszka, może podadzą mi adres Fi-
tcha. Albo może zdradziła im swoje plany. 

–  Fitch nie byłby na tyle głupi, by wyrządzić Clarze jakąś krzywdę, skoro wie, że 

pracujesz dla władz. 

–  Nie jestem pewien. Nigdy nic nie wiadomo.  
Morgan  poczuł,  jak  ogarnia  go  niemoc.  Znów  był  trzynastolatkiem,  który  patrzy, 

jak kochanek matki się nad nią znęca. 

Odsunął te wspomnienia. Nie udało mu się uchronić matki, ale tym razem nie za-

mierzał przegrać. Nie mógł. W przypadku klęski jego życie straciłoby jakikolwiek sens. 

–  Nie  spodziewa  się,  że  zaczniemy  go  szukać  –  powiedział  spokojnie.  –  W  tym 

punkcie mamy nad nim przewagę i zamierzam z niej skorzystać. I modlić się, by Clara 
dała sobie jakoś radę. 

 

*** 

 
Fitch wskazał Clarze lufą pistoletu, że ma odsunąć się od drzwi. Clara poczuła, że 

ogarnia ją coraz większy niepokój. 

background image

217 

–  Okazałaś  się  mądrzejsza,  niż  sądziłem  –  powiedział  chłodnym,  opanowanym 

głosem,  zupełnie  innym  niż  ten,  którym  mówił  wcześniej.  –  Najwyraźniej  na  tyle  mą-
dra,  by  dodać  kapitanowi  pewności  siebie.  Nie  sądziłem,  że  ci  powie  o  spotkaniu  ze 
Specterem. Szkoda, że to zrobił, bo przez to nie mogę cię wypuścić. 

–  Nie rozumiem dlaczego... Co to ma wspólnego ze mną? I z panem! 
–  Nie rób ze mnie idioty, milady! – wrzasnął. – Wiesz, kim jestem, i już nikt inny 

tego nie odkryje. Nie pozwolę na to! 

Clara  istotnie  poznała  jego  tożsamość.  Specter  stał  przed  nią  w  całej  okazałości, 

choć nie był tak postawny, jak przedtem. I może wolał używać noża, gdy udawał du-
cha, ale kiedy grał już tylko siebie, posługiwał się znacznie bardziej praktycznym pisto-
letem. 

–  Naprawdę nie mam pojęcia... 
–  Kapitan Pryce pani powiedział, tak? Powiedział pani wszystko. Nie powinienem 

był wierzyć w te bajeczki na wasz temat, którymi mnie raczył. Już sama ta opowieść 
świadczyła wyraźnie o tym, że chce zastawić na mnie pułapkę. Przecież nie zostałaby 
pani  u  niego  na  noc,  gdyby  myślała,  że  to  bandyta!  Jest  pani  zbyt  inteligentna,  zbyt 
moralna,  by  ulec  perswazjom  prawdziwego  pasera!  –  Zaklął  głośno.  –  Ale  ja  chciałem 
mu wierzyć, bo skoro taki łotr jak on mógł sobie pozwolić na damę, ja miałem szanse u 
Lucy.  –  Urwał  i  wskazał  jej  głową  krzesło,  z  którego  dopiero  przed  sekundą  się  pod-
niósł. – Proszę siadać, lady Claro. Najwyższy czas, żebyśmy ucięli sobie szczerą poga-
wędkę na temat naszego przyjaciela, Morgana Pryce'a. 

–  Dobrze,  porozmawiajmy.  Miałeś  rację.  Jesteśmy  kochankami.  I  jeśli  mnie  za-

strzelisz, Morgan na pewno cię dopadnie. 

–  Ciekawe, jakim cudem, skoro nie wie, kim jestem – zaśmiał się Fitch. – A może 

wie? – dodał cicho, patrząc na nią lodowato. 

–  Pewnie wie. To bystry człowiek. A Lucy mu powie, że zostawiła mnie tutaj z to-

bą. 

–  Lucy nic nie powie. – Zrobił krok w stronę Clary, mięsień policzka niebezpiecz-

nie  mu  drgał.  –  Nie  powie,  jeśli  nie  chce,  żeby  jej  braciszek  wylądował  w  więzieniu. 
Skłamie, że wyszłaś ode mnie cała i zdrowa. A każdy wie, że samotne kobiety nie po-
winny  spacerować  po  Londynie,  więc  kiedy  w  końcu  znajdą  cię  martwą  w  rzece, nikt 
się nie zdziwi, szczególnie biorąc pod uwagę, jaka jesteś nieostrożna. 

Przełknęła z trudem ślinę, wpatrzona w lufę pistoletu. Czekała ją śmierć, w dodat-

ku  nikt  nie  miał  się  dowiedzieć,  jak  zginęła.  Poczuła  przypływ  paniki,  ale  zebrała 
wszystkie siły do walki. Musiała zachować spokój, pozwolić Specterowi mówić, jedno-
cześnie szukając wyjścia z tej okropnej sytuacji. 

–  Morgan  i  ja  mieliśmy  się  dziś  spotkać  w  sklepie  –  powiedziała  –  więc  jeśli  nie 

przyjdę, on na pewno się domyśli, że coś się stało. 

–  Nie kłam, milady. Wcale się nie umówiliście. Wiem, bo przecież Morgan zamie-

rzał się dziś spotkać ze Specterem. – Twarz mu nagle pociemniała. – On i Ravenswood. 
Już w chwili kiedy zobaczyłem tego diabła z ministerstwa, wiedziałem, że coś nie gra. 

background image

218 

Nie sądziłem jednak, że jest aż taki sprytny. Nie po tym, jak Jenkins... – Popatrzył na 
Clarę. – Nieważne. Wiesz, kim jestem. A teraz koniec gry, przejdźmy do rzeczy. Ile oni 
wiedzą? Czego się domyślają? 

–  Dlaczego mam o tym mówić, skoro i tak zginę? 
–  Jest  wiele  rodzajów  śmierci,  prawda?  Jeśli  się  tego  dowiem,  śmierć  będzie 

szybka i bezbolesna. Jeśli nie, przed nami długa noc. 

Przyłożył jej lufę do skroni, po czym przesunął ją nieco w dół, po policzku Clary. 
–  Twój kochaś ci tego nie powiedział? Jestem znany z okrucieństwa. Jeśli zajdzie 

taka potrzeba, wcale nie będę się spieszył. – Zaśmiał się głucho. – Aż trudno sobie wy-
obrazić, ile bólu może znieść człowiek, zanim umrze. Jeden strzał niszczy kolano, ale 
nie pozbawia życia. A kulka w brzuch... 

–  Tortury na nic się zdadzą. Nic nie wiem. 
–  Ależ wiesz. Taki zarozumialec jak Pryce na pewno się pochwalił, w jaki sposób 

zamierza uwolnić Spitalfields od Spectera. 

–  Nie, nic mi nie powiedział. 
–  Zobaczymy, czy to powtórzysz, kiedy postrzelę cię w kolano – warknął mężczy-

zna.  

Usłyszała charakterystyczny dźwięk odbezpieczania broni. 
A wtedy od drzwi dobiegł ją znajomy głos. 
–  Ona  mówi  prawdę,  Fitch.  Nie  ma  o  niczym  pojęcia,  więc  możesz  ją  wypuścić. 

Przecież obaj wiemy, że chodzi o mnie. 

background image

219 

Rozdział 24 

 

Jack wdział magiczną pelerynę, 

Miecz oraz buty siedmiomilowe. 

Zgładził potwora, chwycił dziewczynę, 

I ruszył szlaki odkrywać nowe. 

Opowieść o Jacku, pogromcy olbrzymów, 

anonimowa legenda kornwalijska, w wersji Rushera. 

 
Morgan nie znał uczucia prawdziwego strachu, dopóki nie wszedł do salonu Fitcha 

i nie zobaczył, że ten diabeł w ludzkiej skórze zagraża życiu jego ukochanej. Tylko nad-
zwyczajną  siłą  woli  powstrzymał  drżenie  ręki.  Wewnątrz  jednak  trząsł  się  jak  osika, 
wiedząc, że jeden fałszywy ruch może sprowokować Fitcha do strzału.  

Clara uśmiechnęła się słabo na jego widok. 
–  Najwyższy czas... 
Nigdy nie była tak blada i przerażona, ale buntowniczo wyprostowane plecy mówiły 

mu wyraźnie, że może liczyć na jej hart ducha. 

–  Przyjechałbym  szybciej,  gdybyś  zostawiła  wiadomość,  dokąd  się  wybierasz  – 

odparował. 

A teraz stałby w holu i czekał, aż Fitch opuści broń, gdyby nie usłyszał, że ją od-

bezpieczył. Wtedy już musiał wkroczyć do akcji. 

–  Gdybym wiedziała, że pan Fitch jest tak niebezpieczny... 
–  Zamilknijcie  oboje!  –  krzyknął  Fitch  z  twarzą  pobladłą  z  gniewu.  –  Cofnij  się, 

Pryce, bo ją zastrzelę! 

Strach przeszył go do szpiku kości. 
–  Nie  spieszmy  się  tak  –  powiedział  kapitan,  celując  w  głowę  Fitcha.  –  Jeśli  do 

wszystkich innych zbrodni dodasz morderstwo, nie unikniesz szubienicy. 

–  Hopkins! – zawołał Fitch. 
Morgan zrobił krok w głąb pokoju. 
–  Jeśli wołasz lokaja, to szkoda gardła. Pozbawiłem go przytomności, gdy próbo-

wał zagrodzić mi drzwi. 

–  Niech cię diabli! – warknął Fitch. – Myślałem, że zostaniecie dłużej w sklepie. I 

skąd w ogóle wiedziałeś, dokąd przyjść? 

–  Od Lucy. – Dzięki Bogu siostra Johnny'ego wysiadała właśnie z dwukółki, gdy 

przybył do niej Morgan. – Ona chyba już cię nie lubi. 

Fitch zaciął usta.  
–  Jeszcze do mnie wróci. Jak zobaczy, co można kupić za moje pieniądze, zrobi, 

co jej każę. Razem uciekniemy z Anglii. 

background image

220 

–  Naprawdę sądzisz, że pozwolę ci stąd wyjść? Chyba oszalałeś. – Morgan, czu-

jąc, jak krew pulsuje mu w żyłach, zbliżył się do Fitcha jeszcze o krok. Serce waliło mu 
jak oszalałe. – Lord Ravenswood ze swoimi ludźmi już tu po ciebie jedzie. 

–  Blefujesz! 
Pryce miał jednak szczerą nadzieję, że przedstawia fakty. Nie czekał jednak ani na 

Ravenswooda, ani na brata – posłał Lucy do Domu, by im powiedziała, dokąd mają się 
udać, gdy wreszcie się u niej zjawią. 

–  Znasz mnie już dość długo i wiesz, że nie przyszedłbym tutaj nieprzygotowany 

– powiedział Morgan. – Dlatego odłóż broń. Kiedy przyjadą, będzie po wszystkim. 

–  Nie zamierzam czekać na twoich przyjaciół, Pryce. – Wciąż celując w Clarę, Fi-

tch nakazał jej gestem ręki, by pozostała na miejscu. – A lady Clara pójdzie ze mną. 

Morgan zmusił się, by pokonać strach. 
–  Nie pozwolę ci na to – warknął. – Nawet nie próbuj. 
–  I niby jak zamierzasz mnie powstrzymać? – warknął Fitch, popychając kobietę 

w stronę drzwi. 

Nagle za Fitchem pojawiła się jakaś postać. Morgan cudem nie okazał zdziwienia: 

co, u diabła, robił tu Samuel? Przecież podobno wyjechał... 

Samuel przyłożył palec do ust i poruszył trzymanym w ręku nożem, jakby prosił o 

pozwolenie na rozpoczęcie akcji. Morgan powstrzymał go ruchem ręki. Lufa znajdowała 
się wciąż zbyt blisko głowy Clary. Gdyby Samuel zaatakował, Fitch na pewno by strze-
lił. Musiał najpierw odłożyć pistolet. 

–  Posłuchaj – powiedział kapitan, opuszczając broń. – Po co masz zabierać Cla-

rę? Przecież to ja pokrzyżowałem ci plany. Weź mnie. 

Clara zmarszczyła brwi, ale Morgan odnosił wrażenie, że rozumie jego intencje. 
–  Lucy  nigdy  z  tobą  nie  ucieknie,  jeśli  mnie  zabijesz  –  odezwała  się.  –  Ma  zbyt 

dobre serce, by kochać mordercę. 

–  Zrobi, co jej każę – warknął Fitch, ale ręka, w której trzymał pistolet, lekko się 

odsunęła. 

Morgan postanowił kontynuować ten wątek. 
–  Po co masz ryzykować? – Podszedł do stolika i położył na nim broń. – Widzisz. 

Odkładam  broń.  Przecież  nie  chcesz  zrobić  krzywdy  lady  Clarze.  Ja  jestem  draniem, 
ale ona to anioł, od niej zależy los wielu dzieci. To niewinna istota, taka jak twoja słod-
ka Lucy. Nie zasługuje na śmierć. 

Fitch puścił Clarę. 
–  Masz rację. Wezmę ciebie – mruknął, celując prosto w serce Morgana. 
–  Teraz! – krzyknął Morgan. 
Jednak Clara, która nie mogła wiedzieć, że Samuel stoi tuż za nią, chwyciła dłoń 

Fitcha i pociągnęła ją w dół, kierując lufę w stronę podłogi. W chwili gdy kapitan sięgał 
po broń, pistolet Fitcha wypalił. Morgan poczuł, że serce staje mu w gardle. 

–  Clara! – krzyknął i rzucił się w ich stronę. Clara jednak zdrowa i cała pochylała 

się teraz nad człowiekiem, który zwijał się z bólu na podłodze i trzymał za nogę. 

background image

221 

–  Niech cię diabli, Pryce – wykrztusił Fitch. – Dlaczego po prostu mnie nie zabi-

łeś? Chcesz się nade mną znęcać? 

–  To twój pistolet wypalił, nie mój – wycedził Morgan. – Powinieneś był wiedzieć, 

że machanie bronią przed nosem lady Clary może się bardzo źle skończyć. – Podszedł 
bliżej i przycisnął lufę do skroni bandyty. – Jeśli jednak pragniesz śmierci, chętnie słu-
żę pomocą. 

Fitch zamarł, po chwili jednak popatrzył mu prosto w oczy. 
–  Proszę, tylko się pospiesz. Karierę aktorską już dawno mam za sobą, a nie za-

mierzam bawić tłumów rolą wisielca. 

Chęć, by pociągnąć za spust, była bardzo silna i tym bardziej kusząca, że zabicie 

Fitcha mogło się okazać jedyną szansą na wymierzenie mu sprawiedliwości. Choć sam 
Fitch  sądził  inaczej,  mógł  jednak  uniknąć  szubienicy.  Nikt  nie  potrafiłby  dowieść,  że 
Specter  zabił  Jenkinsa,  czy  kogokolwiek  innego,  a  paser,  nawet  król  paserów,  nie 
mógłby  zostać  skazany  na  karę  śmierci. Dlatego  Specterowi  groziła  najwyżej  czterna-
stoletnia zsyłka. Po tym, jak omal nie zabił Clary. 

–  Nie  jesteś  taki  jak  on,  Morganie.  Nie  staraj  się  być  do  niego  podobny...  –  wy-

szeptała Clara. 

–  Przecież on chciał cię zabić. 
–  Tak,  i  ukarze  go  za  to  wymiar  sprawiedliwości,  ty  nie  musisz  tego  robić.  Już 

nie masz trzynastu lat. Zaufaj sędziom. Nie plam rąk krwią, by wymierzyć karę. 

Samuel wydał z siebie jakiś bliżej nieokreślony odgłos – wyraźnie czekał na sygnał. 

Morgan wiedział, że to, co teraz się stanie, ukształtuje życie tego młodzieńca na długie 
lata. 

–  Jesteś kimś lepszym – mówiła Clara. – Wiem to na pewno. 
Kapitan popatrzył jej w twarz, z której biła wiara. Wiara w niego. 
Clara miała rację. Był lepszy. Nigdy nie był i nie potrafił być taki, jak Specter. Na-

wet gdyby zamieszkał w Spitalfields. 

Gniew nagle ostygł. Opuścił broń. 
–  Zabij  mnie  –  wychrypiał  Fitch,  ściskając  zakrwawioną  nogę.  –  Jesteś  przecież 

do tego zdolny. 

–  Tak – przyznał Morgan. – Ale nie mogę stracić tego, co pozostało z mojej duszy. 

Wstawaj! Ravenswood i jego ludzie już na ciebie czekają. 

Morgan kazał Clarze trzymać się z daleka od tego całego zamieszania, toteż siedzia-

ła  teraz  spokojnie  na  sofie  z  Samuelem  u  boku.  Posłuchała  go  z  ulgą;  wciąż  jeszcze 
trzęsła  się  ze  strachu  na  samo  wspomnienie  chwili,  gdy  Fitch  wycelował  w  Morgana. 
Poza tym nie chciała przeszkadzać policjantom, od których aż się teraz roiło – wszędzie 
szukali skradzionych dóbr i innych dowodów winy Fitcha. 

Lord  Ravenswood  i  jego  ludzie  wyprowadzili  przestępcę  z  domu,  a  Morgan  wciąż 

przesłuchiwał jego lokaja. Potem przyjechał lord Templemore i zaczął domagać się wy-
jaśnień, których udzielił mu Ravenswood. 

background image

222 

–  Kto to jest ten mężczyzna, który wygląda całkiem jak kapitan? – spytał Samu-

el. 

–  To baron Templemore – wyjaśniła Clara. – Jego brat bliźniak. 
Samuel gwizdnął cicho. 
–  Czy to znaczy, że kapitan Pryce... 
–  Tak.  I  naprawdę  nazywa  się  Blakely.  Pracuje  dla  tego  drugiego  dżentelmena. 

Razem próbowali ująć Spectera. 

–  I pani o tym wiedziała? 
–  Od pewnego czasu tak... Od tej nocy, gdy kapitan został ranny. 
–  Ach,  tak  –  mruknął  Samuel,  jakby  to  wyjaśniało  sytuację.  –  Nie  rozumiałem, 

jak się pani może zadawać z paserem. To nie było do pani podobne. 

Clara poczuła, że chce zmienić temat. 
–  Skąd się tu wziąłeś? 
–  Nie  z  własnej  woli.  –  Samuel  wskazał  lokaja  Fitcha.  –  Porwał  mnie  ten  gość, 

kiedy szedłem do tawerny. Uderzył mnie w głowę i przywlókł tutaj. Kiedy przyszedłem 
do siebie, zobaczyłem, że jestem związany, siedziałem w piwnicy, a on mi tłumaczył, że 
jego pan zajmie się mną osobiście, kiedy wróci z ważnego spotkania. 

–  Fitch twierdził, że ci zapłacił za wyjazd z Londynu. Rozumiem, że miał na myśli 

wyjazd... na tamten świat. 

–  Chyba tak. – Samuel aż się wzdrygnął. – Kiedy lokaj zostawił mnie w ciemno-

ściach,  miałem  czas,  by  wyjąć  nóż.  Widzi  pani,  kapitan  Pryce  nauczył  mnie  chować 
broń tak, żeby nikt nie mógł jej znaleźć. A ten pachołek Fitcha nie jest za mądry, więc 
mnie nie zrewidował. Zajęło mi to dużo czasu, ale w końcu jakoś się uwolniłem, przy-
szedłem na górę i zobaczyłem, co się dzieje. 

–  I pomogłeś ocalić życie, zarówno moje, jak i Morgana. – Poklepała go po ręku. – 

Oddałeś nam wielką przysługę i dostaniesz za to sowitą nagrodę. 

–  Nie robiłem tego dla nagrody. Zrobiłem to dla pani. Sprowadziła pani z powro-

tem  Lucy  w  moje  życie  i  nigdy  nie  zdołam  się  za  to  odwdzięczyć.  –  Podniósł  wzrok  i 
uśmiechnął się. – A skoro już mowa o Lucy... 

–  Samuelu! – krzyknął piskliwie jakiś kobiecy głos. 
Mężczyzna podniósł się z miejsca, a Lucy wpadła prosto w jego ramiona. 
–  Nic ci się nie stało? Podobno walczyłeś z panem Fitchem! Jeśli cię zranił... 
–  Nie, nic mi nie zrobił, kochanie. I tak naprawdę wcale nie walczyłem... 
–  Mówią, że jesteś bohaterem – ciągnęła Lucy, nie zważając na jego protesty. Po-

całowała go mocno w usta. – I jesteś nim naprawdę. Moim bohaterem. 

–  Och, Lucy – szepnął, rumieniąc się jak piwonia. – Zrobiłem tylko to, co zrobiłby 

każdy mężczyzna dla kobiety, którą kocha. 

Mimo to Samuel pławił się w rozkoszy, jaką dał mu podziw Lucy. Teraz patrzyli so-

bie czule w oczy, by się upewnić, że są naprawdę zdrowi i cali. 

background image

223 

Ich widok utwierdził Clarę w przekonaniu, że decyzja, która zdążyła w międzycza-

sie podjąć, jest słuszna. Zerknęła w stronę Morgana rozmawiającego z Ravenswoodem 
i lordem Templemore, i poczuła, że bardzo go kocha. 

Jak mogłaby zdobyć się na to, by pozwolić mu odpłynąć? Z trudem myślała nawet 

o chwili rozstania. 

Morgan  poczuł  na  sobie  jej  spojrzenie,  uśmiechnął  się,  po  czym  powiedział  coś 

szybko do Ravenswooda i podszedł do Clary. 

–  Już prawie skończyliśmy, aniele. – Splótł palce z jej palcami. – Zabiorę cię do 

domu. 

–  Nie mam ochoty wracać – oświadczyła stanowczo. – Chcę zostać z tobą. 
Uśmiechnął się szerzej. 
–  To się da zrobić. 
–  I nie tylko dziś. – Zdecydowała, by powiedzieć mu wszystko, zanim zmieni zda-

nie. – Popłynę z tobą. Nie mogłabym znieść myśli o tym, że jestem za daleko, by ci po-
móc, kiedy narobisz sobie kłopotów. 

–  Już nigdy nie zamierzam sobie ich narobić – powiedział, patrząc na nią ciepło. 
–  Teraz tak mówisz, ale znam cię. Zobaczysz, że dzieje się coś złego, i od razu ze-

chcesz to naprawić. Wystarczy, że jakiś łajdak spróbuje skrzywdzić niewinną istotę, a 
ty... 

Pocałował ją tak namiętnie, że straciła zdolność myślenia. 
–  Kochanie,  nie  narobię  sobie  kłopotów,  bo  nie  będę  pływał.  Zostaję  z  tobą  w 

Londynie. 

Popatrzyła na niego z niedowierzaniem. 
–  Naprawdę? 
–  Chyba spodoba ci się moja decyzja, bo i tak już jej nie zmienię. Przyjąłem pro-

pozycję Ravenswooda i zaczynam pracę w ministerstwie. A na wypadek, gdybyś zaczęła 
się martwić, mam ci powiedzieć, że nie będzie to miało nic wspólnego z przemytnikami, 
paserami i... 

Pisnęła z radości i zarzuciła mu ręce na szyję. 
–  Zostajesz! Naprawdę zostajesz ze mną w Londynie!  
Zaśmiał się głośno. 
–  Tak, ma belle ange. Zostaję. Z kobietą, którą kocham. 
Cofnęła się i popatrzyła na niego zaskoczona. 
–  Kochasz mnie? 
–  Oczywiście. Sądzisz, że gdyby było inaczej, porzuciłbym moje cudowne życie na 

morzu? 

Poczuła, że ściska się jej serce. 
–  Och,  Morganie,  nie  chcę,  abyś  robił  cokolwiek  wbrew  sobie.  Ty  przecież  nie 

chcesz tu mieszkać... 

background image

224 

–  Nie chciałem, zanim mnie zmusiłaś do zmiany spojrzenia na różne sprawy. Je-

stem  mężczyzną,  który  popełnia  błędy.  I  który  musi  nauczyć  się  z  nimi  żyć,  mając  u 
boku taką kobietę jak ty. 

Wezbrała w niej nadzieja. 
–  Jesteś pewien? Bo jeśli jednak potrzebujesz podniety, którą daje ci morze... 
–  Potrzebuję wyłącznie ciebie, kochanie – szepnął, gładząc ją po policzku. – A je-

śli  odetnę  cię  od  ludzi,  których  kochasz,  stracę  ważną  cząstkę  ciebie.  Cząstkę,  która 
pragnie  zbawiać  świat.  Masz  rację,  gdybyśmy  popłynęli  razem,  zaczęłabyś  tego  żało-
wać. 

Z uśmiechem pogłaskał ją po policzku. 
–  Już  się  siebie  nie  boję.  Poza  tym  twoje  miejsce  jest  tutaj,  a  moje  przy  tobie. 

Dopóki  więc  będziesz  na  mnie  patrzeć  z  miłością,  zostanę  tu,  gdzie  jest  miejsce  nas 
obojga. Nawet gdy jest to Londyn. 

Pod jego szczerym spojrzeniem stopniały wszystkie jej lęki. To już nie był Morgan, 

który bał się zmierzyć z przeszłością. Ten Morgan wiedział dokładnie, czego chce, i ja-
kimś cudem pragnął właśnie jej. 

–  Dobrze – powiedziała cicho. – Zostań więc ze mną.  
W oczach kapitana zamigotały iskierki. 
–  Musisz jednak najpierw spełnić kilka warunków. 
–  Na przykład? 
–  Musisz opuścić na jakiś czas swój ukochany Dom i wybrać się ze mną w po-

dróż poślubną. 

Clara odetchnęła z ulgą. 
–  Z tym sobie poradzę. 
–  I już nigdy się nie będziesz zbliżać do naładowanej broni. 
Zaśmiała się. 
–  Mam się pozbawić całej tej zabawy, która była twoim udziałem przez tyle lat? 
–  Bardzo śmieszne, ale o tym nie zamierzam dyskutować. – Morgan uniósł brwi. 

– Za każdym razem, gdy pojawiasz się w pobliżu broni, ucieka ze mnie połowa życia, a 
jeśli sądzisz, że... 

–  Dobrze, dobrze, wygrałeś... Przysięgam, że nie zbliżę się już do pistoletu. 
–  Tak lepiej. – Ściszył głos do szeptu. – A teraz ostatni, najważniejszy warunek. 
Patrzył na nią tak, że poczuła przyspieszone bicie serca. 
–  Jaki? 
–  Musisz  przysiąc,  że  nigdy  nie  przestaniesz  mnie  kochać.  Bo  tego  bym  nie 

zniósł. 

–  O ile przyrzekniesz mi to samo, tej obietnicy z pewnością dotrzymam. 

background image

225 

Epilog 

 

Poślubił Piękną, wiele lat z nią przeżył szczęsnych. 

Nie zazna trosk ni cierpień, Bestii żona mężna. 

(z pisma dla młodych panienek) 

Jeanne-Marie Prince de Beaumont 

 
Clara nawet nie mogłaby sobie wymarzyć wspanialszego dnia na otwarcie nowego 

skrzydła Domu. Tego ranka przywitało ich słońce, nad ziemią unosił się zapach kwia-
tów, śpiewały drozdy. Czuła, że dzieci będą zachwycone. 

Przerwała  na  chwilę  doglądanie  służących  i  przyjrzała  się  uważnie  swojej  nowej 

siedzibie. W ciągu niecałych trzech lat ochotnicy przekształcili zaniedbany ogród w raj 
na ziemi. 

A stało się to wszystko głównie dzięki Morganowi i jego rodzinie. Spadek po wuju 

Cecilu,  choć  całkiem  pokaźny,  nigdy  by  na  to  nie  wystarczył.  Gdy  jednak  Sebastian 
przekazał na rzecz Domu niemałą dotację, a Morgan przekonał oficerów marynarki, by 
pomogli mu przy projekcie i budowie, koszt nowego skrzydła okazał się znacznie  niż-
szy, niż początkowo sądziła. 

Datki na Dom również znacznie wzrosły dzięki jej przygodom. Damy chętnie poma-

gały córce markiza, która przyczyniła się do schwytania groźnego przestępcy. O proce-
sie  Spectera  mówiono  miesiącami  i  w  Spitalfields  zrobiło  się  teraz  znacznie  bezpiecz-
niej; mimo to Clara bardzo się cieszyła, że może trzymać swych wychowanków z dala 
od tamtych okolic. 

Na  widok  Juliet,  która  właśnie  zbliżała  się  do  niej  z  córkami,  Clara  uśmiechnęła 

się serdecznie. 

–  Mówiłam dziewczynkom, że wujek Morgan zabierze nas na wycieczkę po nowej 

siedzibie, zanim przybędą inni goście, ale nie mogę go nigdzie znaleźć. 

–  Poszedł  pomóc  Samuelowi  przy  otwieraniu  okien.  Pani  Carter  zamierzała 

przejść  na  emeryturę,  więc  Lucy  i  Samuel  przejęli  codzienne  obowiązki  w  Domu.  Nie 
sądziliśmy,  że  będzie  dzisiaj  tak  ciepło, ale  Morgan  twierdzi,  że  to  dobrze.  Świeże  po-
wietrze to dodatkowa atrakcja tej uroczystości. Kto wie, może uda się nam nawet wy-
dobyć pieniądze od lorda Winthorpa? 

Juliet zaśmiała się serdecznie. 
–  W to wątpię. Jeśli jego lordowska mość w ogóle się pojawi, to będzie prawdziwy 

cud. Wciąż nie może uwierzyć, że poślubiłaś wcielonego diabła. 

Na  szczęście  lord  Winthorp  jako  jedyny  nie  akceptował  męża  Clary.  Kto  mógłby 

zresztą nie lubić walecznego kapitana marynarki, który okazał się bohaterem? Ponadto 
Morgan wypracował sobie od razu wysoką pozycję w ministerstwie. Zrobił na wszyst-
kich  ogromne  wrażenie  swoim  spokojem  i  praktycznym  podejściem  do  spraw  związa-

background image

226 

nych z ochroną Londynu. Robert Peel, sekretarz stanu, chciał nawet, by Morgan prze-
wodniczył komisji zajmującej się miejskimi siłami policyjnymi. 

A każde osiągnięcie Morgana wprawiało jego rodzinę w stan coraz większej dumy. 

Sebastian promieniał, ilekroć wymieniano nazwisko jego brata, a Juliet już dawno mu 
wybaczyła  złamanie  zasad  umowy.  Zwłaszcza  że,  co  lubiła  często  podkreślać,  dzięki 
temu zyskała tak wspaniałą szwagierkę. 

–  A gdzie jest moja siostrzeniczka? – spytała Juliet. – Przecież nie zostawiłaś jej z 

niańką? 

–  Morgan  nigdy  by  mi  tego  nie  wybaczył  –  zaśmiała  się  Clara.  –  Nie  potrafię  go 

jakoś przekonać, że dziewięciomiesięczne dziecko nie zachwyci się wspaniałą architek-
turą. Morgan chce, by Lydia uczestniczyła we wszystkim. Maleńka jest teraz pod opie-
ką ciotecznej babci, Verity, i ciotecznego dziadka, Lewa. O, właśnie tu idą. 

Ciotka Verity wyłoniła się z lasu, tuląc w ramionach Lydię i posyłając jej promien-

ne uśmiechy. Wyglądała niczym dobra wróżka, matka chrzestna Kopciuszka rzucająca 
dobre  czary.  Obok  nich  podskakiwały  Fiddle,  Faddle  i  Foodle;  Księżna  szła  dostojnie 
przy nodze towarzyszącego im mężczyzny, wuja Lewa. 

–  Czy to nie urocza para? – spytała szeptem Juliet. – Wuj jest wdowcem od tak 

dawna, że już straciłam nadzieję na jego ponowny ożenek, ale być może twojej ciotce 
uda się go skusić. 

Sądząc po pełnym uwielbienia spojrzeniu Księżnej oraz częstych uwagach wuja na 

temat niedościgłych zalet ciotki Verity, Clara była skłonna się z nią zgodzić. Z pewno-
ścią ciotka zasłużyła sobie na to, by znaleźć odpowiedniego towarzysza życia. 

–  Chcielibyśmy  zabrać  Lydię  nad  staw,  by  popatrzyła  na  łabędzie,  ale  wuj...  to 

znaczy  pan  Prynce,  uważa,  że  powinniśmy  najpierw  poprosić  cię  o  zgodę.  Bał  się,  że 
będziesz się martwić o dziecko, jeśli znajdzie się tak blisko wody. 

–  Nie  mam  nic  przeciwko  temu,  jeśli  oczywiście  nie  zamierzacie  huśtać  jej  nad 

taflą – mruknęła Clara. 

–  Ależ skąd! – wykrzyknęła Verity, ignorując sarkastyczny ton Clary. – Będziemy 

ją trzymać w odpowiedniej odległości od wody. Prawda, moje maleństwa? 

Chóralne szczekanie niewątpliwie wyrażało zgodę. 
–  Pójdziemy  z  wami  –  powiedziała  Juliet.  –  Dziewczynki  z  pewnością  chętnie 

obejrzą łabędzie. Ty też się wybierzesz, Claro? 

–  Jeszcze nie. Powóz z dziećmi może zajechać teraz w każdej chwili i musimy się 

na to przygotować, bo kiedy już tu wpadną... 

Nie musiała kończyć. Wszyscy wybuchnęli śmiechem. 
Kiedy tylko wszyscy sobie poszli, Clara ruszyła przez las w stronę domu. W połowie 

drogi spotkała Morgana, który najwyraźniej nie zdołał jeszcze doprowadzić się do po-
rządku. Pochwycił jej niezadowolone spojrzenie i natychmiast przygładził włosy. 

–  Przyszłaś  mnie  sprawdzić?  –  Objął  ją  w  talii  z  miną  winowajcy;  musiała  się 

uśmiechnąć. Poprawiła mu krawat. 

–  Nie, chciałam sprawdzić, czy wszystko gotowe. 

background image

227 

–  Sam tego dopilnowałem. I zapewniam cię, aniele, że niczego nie przeoczyłem. A 

jeśli nawet, to Lucy, Samuel i Johnny dokonali reszty. Nawet Tim miał swój udział w 
przygotowaniu Domu. 

Popatrzyła niespokojnie w tamtą stronę. 
–  Może ostatni rzut oka... 
–  Mam lepszy pomysł – szepnął Morgan. 
I zanim zdążyła się zorientować, co robi, zaczął ją prowadzić w stronę altanki. 
–  Morganie! – zaprotestowała słabo. – Chyba nie... 
Gorący, namiętny pocałunek stłumił jej wszystkie protesty. 
–  Co mówiłaś, kochanie? 
–  Lada chwila przyjadą dzieci, ty diable... – ostrzegła kapitana, choć poczuła, że 

ogarnia ją żądza. – A za nimi goście. Co pomyślą, jeśli przyłapią nas w altance na... 

–  Zważywszy, że prosiłaś mnie sama, bym cię zhańbił, kiedy po raz pierwszy zo-

staliśmy sami, zachowujesz się czasem zadziwiająco skromnie. 

–  Tak  uważasz?  –  odparła,  unosząc  brwi.  –  Dobrze,  w  takim  razie  zawrzyjmy 

umowę. Jeśli poskromisz męskie chucie przez cały dzień, dam ci wieczorem wszystko, 
czego zażądasz. 

–  Chcę cię zhańbić. 
–  Dobrze – zgodziła się szybko. – Ale wieczorem. 
Westchnął. 
–  W porządku, wygrałaś. Trzymam cię jednak za słowo. I chcę to zrobić tutaj. Po-

tem, jak wszyscy goście wyjdą, a dzieci położą się spać. Niech Juliet zabierze Lydię na 
noc. Albo poproś ciotkę... 

Clara na chwilę wstrzymała oddech. Już od tak dawna nie byli sami; co noc mu-

sieli doglądać małej Lydii. 

–  Dobrze. Umowa stoi. 
–  Ale  musimy  przypieczętować  ją  pocałunkiem  –  odparł  Morgan  z  płonącym 

wzrokiem. 

–  Nie!  –  Wybiegła  z  altanki,  zanim  zdążył  ją  zatrzymać.  –  Musisz  dotrzymać 

obietnicy, a jeśli mnie pocałujesz, to ci się na pewno nie uda. 

Poszedł za nią ze zrezygnowaną miną. 
–  Chyba za dobrze mnie znasz, żono. 
Gdy wyłonili się z lasu, odniosła wrażenie, że słyszy grzmot, i omal nie wpadła w 

panikę. Po chwili jednak zrozumiała, że to tylko turkot kół. 

–  Dzieci przyjechały! – Chwyciła Morgana za rękę i pociągnęła naprzód. 
Dobiegli  na  miejsce  akurat  w  chwili,  gdy  wysiadały  z  powozu.  Widok  ich  świeżo 

umytych, szczęśliwych buzi sprawił jej prawdziwą radość. 

–  Chyba im się podoba – szepnął Morgan. 
–  Prawda? 
A potem zobaczyli, jak David wpatruje się wymownie w kieszeń Sebastiana. 
–  Powiedz mi, proszę, że ich przekupiłaś i nie okradną gości – jęknął Morgan. 

background image

228 

–  Przez tydzień mają dostawać tyle słodyczy, ile zdołają zjeść, jeśli wszystkie do-

trzymają słowa – odparła Clara. 

Do Davida podeszła Mary i dzieci wymieniły parę ostrych słów. Na szczęście dziew-

czynka  wyszła  z  dyskusji  obronną  ręką  i  pociągnęła  Davida  w  stronę  innych  wycho-
wanków Clary. 

–  Widzę,  że  przynajmniej  Mary  ma  ochotę  na  cukierki  –  zaśmiał  się  Morgan.  – 

Potrafisz zawierać korzystne umowy. Wiesz, jak kusić, by otrzymać to, czego pragniesz. 

–  Robię, co mogę – zaśmiała się Clara. 
–  A skoro już mowa o pokusie – szepnął kapitan. – Może pójdziesz jednak ze mną 

do altanki? Chyba nie wytrzymam do wieczora. 

–  Czekanie tylko osłodzi przyjemność... 
Morgan objął żonę w talii i przytulił. 
–  Nie czekanie, tylko ty, ma belle. I miłość. Ona osładza życie. 
I gdy stali tak razem, patrząc na bawiące się dzieci, Clara przyznała mu w duchu 

rację.