background image

Isabel Cabot

Droga do miłości

(Road to love)

Przełożyła Katarzyna Piotrkiewicz

background image

Rozdział 1

Ann Dawson przeciągnęła dłonią po la-

dzie i z niesmakiem spojrzała na zakurzoną 
rękawiczkę.   Otrzepawszy   pył   obiegła 
wzrokiem na wpół puste, zakurzone półki. 
Pożółkła od starości lodówka również nie 
wyglądała zbyt zachęcająco. Dopiero teraz, 
kiedy zobaczyła już to wszystko, ogarnęły 
ją wątpliwości. Czy razem z siostrą podję-
ły   słuszną   decyzję?   Jednak   jeśli   Terry 
Dawson, która z rękami opartymi na bio-
drach stała teraz na środku małego sklepu 
spożywczego, wątpiła w słuszność ich de-
cyzji, to wcale tego nie okazywała.

– Wygląda to dość paskudnie, ale trochę 

wody i mydła z pewnością temu zaradzi – 
powiedziała Terry.

– Nadal  uważasz, że to był dobry po-

mysł? – spytała Ann.

– A ty co o tym myślisz? – Terry pochy-

background image

liła ciemną głowę w stronę siostry.

– No cóż... jeśli mam być szczera... – za-

częła Ann.

– A gdzie się podział twój duch przygo-

dy? – przerwała jej Terry.

–   Siedzi   sobie   wygodnie   w   Bostonie 

przerzucając ogłoszenia o pracy zamiesz-
czane w „Post" – odparła sucho Ann.

Terry roześmiała się, lecz w jej niebie-

skich oczach – nieco jaśniejszych niż oczy 
siostry – pojawił się wyraz zaniepokojenia.

– No, Ann, rozchmurz się. Przecież nie 

zamierzamy tu tkwić całe życie.

– A co się stanie, jeśli po tej całej ha-

rówce zostaniemy z niczym?

– Co cię opętało, Ann? To nie w twoim 

stylu dostrzegać tylko ciemne strony życia 
– spytała Terry już z większą powagą.

Ann nie odpowiedziała jednak udając, iż 

z zainteresowaniem przygląda się dużemu 
kalendarzowi na ścianie. Kartka pochodzi-
ła sprzed sześciu miesięcy. Rzeczywiście, 

background image

co   mnie   opętało?   –   spytała   samą   siebie, 
chociaż doskonale wiedziała, jak brzmi od-
powiedź na to pytanie. Te sześć brakują-
cych miesięcy na kalendarzu oznaczało dla 
nich   kosztowną   chorobę,   utratę   pracy   i 
znaczne uszczuplenie oszczędności. Przy-
pomniała sobie nagle, że Terry czeka na jej 
odpowiedź,   i   poczuła   ucisk   w   gardle. 
Młodsza siostra w tych trudnych chwilach 
była naprawdę cudowna.

– Przepraszam, Terry – powiedziała. – 

Jeśli chcesz spróbować, to oczywiście zga-
dzam się.

– Nawet jeśli nie uda nam się wyciągnąć 

od Bankroft Enterprises więcej pieniędzy 
za tę posiadłość, to i tak nic nie stracimy. 
Obie szukamy pracy i nie mamy mieszka-
nia. A tu jest przynajmniej dach nad gło-
wą.

Ann   dostrzegła   wyraz   ulgi   na   twarzy 

siostry i roześmiała się.

– Nie chciałabym stale rozwiewać złu-

background image

dzeń, ale co się stanie, jeśli domek cioci 
Emmy  nie  jest  w lepszym stanie niż  ten 
sklep? – spytała.

– Nie może być całkiem zdewastowany. 

Mieszkała tam przecież aż do śmierci.

– To raczej dość kiepska pociecha. Nie-

wiele ją pamiętam, ale nie mam zbyt wiel-
kich nadziei na to, że mieszkała w super-
komfortowych warunkach.

Terry zmarszczyła brwi.
– Jakoś nadal nie mogę tego wszystkie-

go   sobie   poukładać.   Co   ją   opętało,   żeby 
uczynić   cię   swoją   spadkobierczynią?   Z 
tego, co mi mówiłaś, odwiedziła nas tylko 
raz i to na dodatek wiele lat temu. Dla niej 
mogliśmy równie dobrze nie istnieć.

–   Ciebie   nie   było   nawet   na   świecie. 

Wątpię, czy kiedykolwiek dowiedziała się 
o narodzinach drugiej bratanicy. Pokłócili 
się wtedy z tatą i nigdy więcej ze sobą nie 
rozmawiali. Nie zareagowała nawet na te-
legram o śmierci taty. Napisała do nas tyl-

background image

ko krótki i dość oschły liścik po drugim 
małżeństwie mamy.

–   Ale   czy   zastanawiałaś   się,   dlaczego 

właściwie tobie  zapisała  cały swój mają-
tek? Chyba nie ze względu na jakieś spe-
cjalne   uczucia,   które   do   ciebie   żywiła. 
Przecież cię w ogóle nie znała.

– Chyba z lenistwa. Prawdopodobnie za-

pisała mi wszystko będąc z tatą jeszcze w 
dobrych   układach,   a   potem...   no   cóż... 
może nie chciało się jej zmieniać testamen-
tu?

– Czy będzie to oznaką wyrachowania z 

mojej strony, jeśli powiem, że trochę mnie 
to cieszy?

–   Chyba   tak,   ale   z   drugiej   strony,   jak 

można coś czuć do osoby, której nie wi-
działo się całymi latami?

Ann wiedziała, że stara się usprawiedli-

wić   swój   brak   żalu   po   śmierci   ciotki. 
Oczywiście,   sama   wieść   o   tym   była   dla 
nich wstrząsem, ale bardzo szybko otrzą-

background image

snęły się z niego, ciesząc się z otrzymane-
go spadku. List zawiadamiający je o spad-
ku przyszedł bowiem w chwili, gdy malo-
wała się przed nimi bardzo mroczna przy-
szłość.

– Chcesz się tu jeszcze rozejrzeć, czy też 

może pójdziemy do domku? – spytała Ter-
ry.

–   To   drugie   chwilowo   odpada.   Nie 

mamy przecież klucza.

Terry spojrzała na zegarek.
– Czy ktoś nie powinien był go już przy-

nieść? Kiedy dzwoniłaś do tego prawnika, 
powiedział ci, że od razu kogoś wyśle.

– Nie jesteśmy w Bostonie, Terry. Minę-

ło dopiero czterdzieści minut – powiedzia-
ła   Ann   odgarniając   pasmo   jasnych   wło-
sów.

– Kiedy wjeżdżałyśmy do Point Hope, 

zdążyłam się przyjrzeć miasteczku i wyda-
je mi się, że za czterdzieści minut mogła-
bym je co najmniej dwa razy obejść. Na 

background image

piechotę.

To   przesada,   pomyślała   Ann.   Point 

Hope wcale nie było takie małe. W przeci-
wieństwie   do   siostry,   poza   rozmiarami 
miasteczka   Ann   dostrzegła   proste,   miłe 
domy,   pokryte   pnącymi   różami   ściany, 
białe płoty, rozłożyste drzewa i obrośnięte 
dzikim   winem   studnie.   Powietrze   wypeł-
niał zapach świeżo skoszonej trawy i kwit-
nących właśnie róż. W oddali słychać było 
odgłos fal rozbijających się o falochron. Po 
obejrzeniu posiadłości, na której znajdował 
się sklep i dom ciotki Emmy, Ann zrozu-
miała,   dlaczego   Bancroft   Enterprises   tak 
bardzo na nim zależało. Te dwa budynki 
stały bowiem na cyplu wychodzącym pro-
sto na port, a widok stamtąd po prostu za-
pierał dech w piersiach.

– Pan Shaw nie ma swego biura w Point 

Hope. Tutaj tylko mieszka. Powiedział, że 
klucze ma w domu. Zapewne potrzebował 
trochę czasu, by z kimś się tam skontakto-

background image

wać.

– Młody?
Pytanie Terry zaskoczyło Ann.
– Proszę? – spytała.
– Czy pan Shaw miał młody głos, czy 

też przypominał prawnika, jakiego na pew-
no wybrałaby ciotka Emma?

– Głos może być bardzo mylący, ale ra-

czej   nie   należał   on   do   osoby,   która   od 
czterdziestu lat prowadzi interesy cioci.

–   Joelowi   bardzo   się   podobał.   Stwier-

dził, że jest niezły.

–   Bardzo   żałuję,   że   musiałaś   porzucić 

college – powiedziała nagle Ann. – Gdy-
bym tylko nie zachorowała.

– Brałyśmy już to, Ann. Przestań się ob-

winiać. Powinnam była dawno zrezygno-
wać z college'u i znaleźć sobie pracę. Nig-
dy ci jednak nie wybaczę, że pozwoliłaś 
mi sądzić, iż to pieniądze z ubezpieczenia 
taty opłacają wszystko.

–   Kto   się   teraz   obwinia!   To   przecież 

background image

mnie powaliło to choróbsko i to ja miałam 
to szczęście dołączyć do całej rzeszy bie-
daków, którzy niezłomnie wierzą, że ubez-
pieczenia medyczne są korzystne tylko dla 
staruszków i zupełnie niesprawnych ludzi. 
Dzisiaj   naprawdę   bardziej   opłaca   się 
umrzeć.

– Przestań – zaprotestowała Terry.
– Tylko żartowałam. Wiesz przecież, że 

na ziemi nawet dość mi się podoba. Tyle 
razy to mówię.

Na dźwięk kroków na drewnianym po-

deście przed sklepem obie siostry odwróci-
ły się.

– Posłaniec z kluczem? – zaryzykowała 

Terry.

– Nie byłabym wcale zaskoczona – od-

parła Ann, słysząc, jak ktoś próbuje otwo-
rzyć drzwi.

Po chwili na progu stanął mniej więcej 

czternastoletni chłopiec. Obrzucił spojrze-
niem obie dziewczyny i wyciągnął rękę.

background image

– Tato prosił, żebym to podrzucił.
Ann wzięła pęk kluczy.
– Dziękuję – powiedziała czekając, by 

chłopiec się przedstawił.

– Jestem Guy. Guy Shaw. Tato przepra-

sza za to zamieszanie. Nie wiedział, że se-
kretarka przesłała paniom tylko klucze do 
sklepu. Zapewnił  także, iż służy wszelką 
pomocą.

– To bardzo miłe z twojej strony, Guy – 

odparła Ann – ale teraz i tak jesteśmy zbyt 
mało zorganizowane, by korzystać z jakiej-
kolwiek pomocy – po chwili namysłu do-
dała jednak. – Chociaż właściwie...

–   Tak?   –   spytał   chłopiec.   Grzecznie, 

lecz bez specjalnego entuzjazmu.

–   Nie   wiesz,   jak   możemy   sprowadzić 

nasze walizy z dworca autobusowego? W 
taksówce było miejsce tylko na podręczny 
bagaż.

Guy Shaw zamyślił się na chwilę.
– Mogą panie spróbować porozmawiać 

background image

z Isaakiem. Wykonuje różne dziwne prace 
i ma furgonetkę.

– Jak się z nim skontaktować? – spytała 

Ann.

– Kręci się tutaj. Kiedy go zobaczę, po-

wiem, żeby tu wpadł – powiedział Guy i 
wyszedł.

– Wielce pomocny – podsumowała Ter-

ry. – Można by pomyśleć, że prosiłaś go, 
by przyniósł tu nasze bagaże własnoręcz-
nie. Zastanawiam się, jak by zareagował na 
prośbę o zrobienie tutaj porządku.

–   Jak   każdy   czternastolatek   –   powie-

działa   Ann.  –  Gdy  byłam  w   tym   wieku, 
praca była moim śmiertelnym wrogiem.

Terry uśmiechnęła się i wzięła dwie naj-

cięższe walizki.

– Ja wezmę jedną z tych – powiedziała 

Ann sięgając po najbliższą torbę.

– Nie.
– Terry, naprawdę mogę to zrobić.
– Kiedy wreszcie przyznasz, że jeszcze 

background image

dochodzisz do siebie? Pamiętasz, co mówił 
lekarz?

– Przestań mnie traktować jak inwalid-

kę. Miałam przecież tylko zapalenie płuc.

– Tylko zapalenie płuc! Łagodnie powie-

dziane. Dzisiaj po raz pierwszy jesteś po-
dobna do ludzi. Musisz jeszcze trochę zno-
sić moją troskę. Uwierz mi, w dniu, w któ-
rym   okaże   się,   że   możesz   działać   pełną 
parą, przygotuję ci dość pracy.

Ann   nie   spierała   się   dłużej.   Była   na-

prawdę zmęczona. Zastanowiła się nawet, 
czy   kiedykolwiek   odzyska   dawne   siły. 
Przerażała ją myśl, że może już nigdy nie 
poradzi sobie z normalną pracą. Może dla-
tego tak łatwo poddała się sugestiom Joela. 
List   zawiadamiający   o   spadku   zawierał 
również ofertę od Harbor Real Estate, fir-
my   zajmującej   się   handlem   nieruchomo-
ściami w Point Hope. Chcieli kupić posia-
dłość za niezłą – jak się wydawało Ann, 
sumę i gdyby nie Joel przyjęłaby ich ofertę 

background image

na pewno. Joel poradził jednak, że przed 
podjęciem ostatecznej decyzji powinna le-
piej zbadać całą sprawę, a widząc jej nie-
chęć zaproponował nawet, że sam się tym 
zajmie.

Joel Evans, student ostatniego roku pra-

wa, zdążył już wypracować w sobie wła-
ściwą swojemu przyszłemu zawodowi po-
dejrzliwość i nie potrzebował badać spra-
wy   zbyt   długo,   by   zorientować   się,   że 
suma   zaproponowana   Ann   przez   Harbor 
Real Estate była o kilkaset dolarów niższa 
niż ich ostatnia oferta złożona jeszcze, za 
życia   ciotki.   Osobiste   spotkanie   Joela   z 
Malem Shaw, prawnikiem ciotki, wyjawi-
ło, że Harbor Real Estate posiada dużą sieć 
restauracji, która na terenie należącym do 
ciotki Emmy pragnie zbudować nowy lo-
kal.

A jednak, pomimo to, Ann dalej nalega-

ła na sprzedaż posiadłości i to za cenę za-
proponowaną   przez   Harbor   Real   Estate. 

background image

Twierdziła,   że   w   ich   sytuacji   finansowej 
nie mogą z Terry zaprzepaścić takiej oka-
zji. Z kolei Joel przekonywał dziewczęta, 
że głupotą byłoby sprzedać posiadłość za 
cenę niższą od jej faktycznej wartości.

Podczas dwóch tygodni, które upłynęły 

od odczytania testamentu Emmy Dawson, 
Ann, Terry i Joel starali się znaleźć najlep-
sze   możliwe   rozwiązanie.   I   właściwie, 
chociaż Joel często o tym wspominał, to 
jednak   propozycja   przyjazdu   do   Point 
Hope   padła   ze   strony   prawnika   ciotki. 
Shaw   najwyraźniej   wiedział,   że   Bancroff 
Enterprises nie są zadowoleni ze sposobu, 
w   jaki   Harbor   Real   Estate   prowadzi   tę 
sprawę.   Przewidywał,   że   jej   przejęcie 
przez właścicieli sieci restauracji jest jedy-
nie kwestią czasu, a to może się okazać ko-
rzystne dla Ann. W momencie, kiedy po-
siadłość   pozostawała   opuszczona,   Harbor 
Real Estate musiała tak czy inaczej zakła-
dać, że jej nowi właściciele zamierzają tam 

background image

jednak zamieszkać. Z drugiej strony, jeśli 
Ann   i   Terry   zdołałyby   przekonać   firmę 
Bancroff, że nie zależy im na sprzedaży te-
renu, mogłoby to wpłynąć na zwiększenie 
oferowanej sumy, zwłaszcza że firma na-
była już przylegający do posiadłości teren 
na parking do mającej powstać restauracji.

Ann nie była w pełni przekonana do teo-

rii Shawa, ale postanowiła spróbować. Cóż 
miały   do   stracenia?   Mieszkanie   w   Point 
Hope nie będzie ich przecież nic koszto-
wać, a niewielkie dochody ze sklepu po-
mogą w wydatkach. Joel poradził im, by 
uspokoiły   wierzycieli   pieniędzmi   uzyska-
nymi ze sprzedaży trzyletniego samochodu 
Ann i kilku sztuk biżuterii pozostawionych 
im przez babkę.

Nie można tego nazwać dobrym począt-

kiem, pomyślała Ann idąc przez zarośnięty 
chwastami   trawnik   do   stojącego   obok 
domu, ale nie jest źle. Na razie udało im 
się   uspokoić   wierzycieli,   a   jeśli   nic   nie 

background image

wyjdzie z planu Shawa, zawsze będą mo-
gły sprzedać posiadłość za cenę oferowaną 
przez Harbor Real Estate i wrócić do Bo-
stonu.

Terry postawiła torby na ziemi i spróbo-

wała   otworzyć   drzwi   jednym   z   kluczy. 
Udało jej się to dopiero za trzecim podej-
ściem.   Uchyliła   lekko   drzwi   i   odwróciła 
się do Ann.

– Chcesz mieć ten zaszczyt i jako pierw-

sza przestąpić próg domu, w którym mamy 
spędzić lato? – spytała.

– Oddaję go tobie. Twoje pierwsze wra-

żenie   będzie   znacznie   bardziej   entuzja-
styczne.

Terry schowała klucze do kieszeni i we-

szła do środka.

– I co? – spytała Ann od drzwi.
Terry stała na środku pokoju, który naj-

wyraźniej miał spełniać rolę saloniku.

– Wielkie nieba! – wykrzyknęła. – Do 

którego wieku można to zaklasyfikować?

background image

Ann   weszła   do   środka   i   natychmiast 

ogarnęło ją poczucie ogromnego przygnę-
bienia.   Ponure   tapety   i   ogólny   bałagan 
przypomniały   jej   ostatnie   mieszkanie 
mamy.   Zniszczone   meble   niosły   ze   sobą 
smak biedy i życia pozbawionego wygód i 
ciepła. Patrząc na Terry, Ann wiedziała, że 
to miejsce nie budzi w siostrze podobnych 
wspomnień; może dlatego że oszczędzono 
jej obrazu, jaki w ostatnich latach przedsta-
wiało  życie  matki.  Prawdę  mówiąc,  była 
zadowolona, że wspomnienia Terry o mat-
ce pozbawione były szczegółów jej zupeł-
nie   pozbawionego   rozsądku   drugiego   za-
mążpójścia. Nigdy bowiem nie mieszkały 
z matką i ojczymem, który nie chciał ich 
widzieć pod swoim dachem.

Wyglądało na to, że nieudane małżeń-

stwa były przeznaczeniem ich matki. Ann 
– starsza od Terry o pięć lat – lepiej pamię-
tała ojca i jego wybuchy zazdrości, które 
zatruwały   życie   matki   w   nie   mniejszym 

background image

stopniu   niż   pijaństwo   jej   drugiego   męża. 
Śmierć   ojca   uwolniła   ją   od   pierwszego 
związku, drugiego sama nie przeżyła.

– Tu trzeba chyba czegoś więcej niż tyl-

ko mydła i wody – przerwała jej smutne 
myśli Terry. – Ależ tu bałagan. Zastana-
wiam   się,   jaka   naprawdę   była   ciotka 
Emma.

– Emma Dawson była złośliwą, skąpą i 

nieszczęśliwą   kobietą   –   powiedział   głos 
dobiegający z otwartych drzwi.

background image

Rozdział 2

Ann   i   Terry   odwróciły   się.   Na   progu 

domu dostrzegły niską, szczupłą kobietę w 
zniszczonym słomkowym kapeluszu, która 
patrzyła na nie zza okularów w metalowej 
oprawce.

–   Mary   Kerman   –   przedstawiła   się.   – 

Byłam najlepszą i jedyną przyjaciółką wa-
szej ciotki.

– Przyjaciółką? – spytała z niedowierza-

niem Terry.

– Tylko hipokryci mówią z szacunkiem 

o zmarłych. Emma Dawson była nieszczę-
śliwą starą kobietą. Powtarzałam jej to co 
dnia, a w niedzielę nawet dwa razy – Mary 
Kerman zwróciła swoją uwagę ku Ann. – 
Musisz   być   chyba   podobna   do   ojca,   bo 
przypominasz też ciotkę. Lepiej naucz się 
dużo uśmiechać. Dawsonowie nie starzeją 
się zbyt ładnie. Trzeba będzie pomóc mat-

background image

ce naturze z całych sił.

Terry była wyraźnie zaskoczona bezpo-

średniością kobiety, za to Ann roześmiała 
się.

W   oczach   Mary   Kerman   pojawił   się 

błysk aprobaty.

– Dogadamy się, Ann Dawson – powie-

działa   i   spojrzała   z   powątpiewaniem   na 
Terry. – Az tobą... nie jestem taka pewna.

– Dlaczego? – spytała jak zawsze otwar-

cie Terry.

– Jak na mój gust jesteś jeszcze zbyt nie-

winna   i   mało   doświadczona   –   Mary   od-
wróciła się do Ann. – Jak długo zamierza-
cie zostać w Point?

– Na zawsze.
– Zostaw te bajki dla ludzi z Bancroff – 

rzuciła lekko poirytowana Mary. – Nie za-
mierzam nic kupować. Jeśli natomiast za-
mierzacie zostać dłużej niż kilka dni, lepiej 
zajmijcie się przeciekającym dachem i po-
pękanymi rurami.

background image

– Czy dom jest w aż tak złym stanie? – 

spytała Ann.

– W gorszym, ale to jest najważniejsze.
–   Nie   może   być   aż   tak   źle   –   wtrąciła 

Terry.   –   Nie   zapominajcie,   że   ciotka 
mieszkała tu aż do śmierci.

Mary   Kerman   potrząsnęła   z   obrzydze-

niem głową.

– Mój pies mieszka w rozwalonej szopie 

za moim domem, a mimo to nie uważam, 
by było to odpowiednie miejsce dla ludzi – 
zignorowała Terry i zwróciła się do Ann. – 
No i cóż, Ann? Czy czas, który zamierza-
cie tu spędzić, wart będzie wszystkich wy-
datków koniecznych, by doprowadzić ten 
dom do stanu używalności?

– Mówiąc szczerze, proszę pani...
– Mów mi Mary.
– A więc, Mary, nie mam pojęcia, jak 

długo tu zostaniemy. To wszystko zależy 
od rozwoju wypadków.

–   Wasz   plan   potrafi   przejrzeć   każde 

background image

dziecko, a zapewniam was, że Vin wcale 
nie jest dzieckiem – stwierdziła Mary.

– Co masz na myśli?
– W Point Hope aż huczało od wieści o 

waszym przyjeździe. Zastanawiano się, jak 
długo tu wytrzymacie. Wszyscy wiedzą, że 
wasz przyjazd to tylko gra mająca na celu 
wyciągnięcie większej ceny za posiadłość 
ciotki.   Czy   nie   sądzicie,   że   Vin   Warren 
również się tego domyśla?

– A któż to taki ten Vin Warren? – spy-

tała   Ann   zaciekawiona   słowami   nowej 
znajomej.

– Pracuje dla Harbor Real Estate. Wiem, 

że zajmował się sprzedażą tej posiadłości. 
Dziwię się, że jeszcze się z wami osobiście 
nie skontaktował. Mógłby wam oszczędzić 
wyprawy aż tutaj. Vin potrafi być uparty, 
ale zawsze gra fair.

– Rzeczywiście. Zaoferował Ann osiem-

set dolarów mniej niż ciotce Emmie – po-
wiedziała Terry.

background image

– Kto ci to powiedział? – spytała Mary.
– Mamy swoje źródła – odparła Ann.
– Mal Shaw – rzuciła ostro Mary – czuję 

w tym jego rękę. Czy to on was namówił 
na tę dziwną grę na zwłokę?

Ann   nie   odpowiedziała,   wiedziała   jed-

nak, że zdradził ją wyraz twarzy.

–   Nie   ma   sprawy.   Nic   takiego   się   nie 

stało – stwierdziła Mary. – Ann, wygląda 
na to, że lato nad morzem nieźle ci zrobi. 
Byłaś chora?

Chociaż   pytanie   skierowane   było   do 

Ann, Terry wdała się w dłuższą rozmowę z 
Mary.   Ann,   zakłopotana   długim   opisem 
swojej   choroby,   zmieniła   temat   pytając 
Mary, czy zna Mala Shaw osobiście.

– Tak dobrze jak Vina Warrena. To ty-

powe dla Mala. Zrobi wszystko, by tylko 
skomplikować życie Vinowi.

– Chcesz przez to powiedzieć, że gramy 

tu rolę pionków?

– Pionków? Też coś! Mal jest za głupi, 

background image

by grać w szachy. Gdyby był trochę mą-
drzejszy,   nie   ciągnąłby   tu   dwóch   dziew-
czyn z miasta, by zaszachować Vina.

– Wygląda na to, że nasz przyjazd tutaj 

był zupełnie zbędny.

– Nie tak zupełnie. Wasz plan, poza tym 

że   łatwo   go   przejrzeć,   może   wam   przy-
nieść pożądane efekty. Czas to pieniądz, a 
wasza zabawa w sklep może pokrzyżować 
szyki.

– Komu? Vinowi Warrenowi czy Ban-

croff Enterprises? – dopytywała się Terry.

– Obu stronom. Vin ma wyznaczony ter-

min na zakup posiadłości waszej ciotki, a 
Bancroff   Enterprises   bardzo   chcą   zacząć 
budowę.

– A ty jaki masz w tym interes? – spyta-

ła Terry.

– Myślisz, że będę zaprzeczać? No cóż, 

mogę   wiele   zyskać   dzięki   sprzedaży   na 
rzecz   Bancroff   Enterprises.   Kiedy   posta-
wią tu restaurację, przyjedzie więcej ludzi, 

background image

a dla mnie oznacza to więcej pieniędzy.

Ann spojrzała na nią pytająco.
– Mam namotanych kilka małych intere-

sów. Wynajmowanie łodzi, wyroby z mu-
szelek i świeże homary – wyjaśniła Mary.

–   I   to   wszystko?   –   spytała   zdumiona 

Terry.

– A czego się spodziewałaś? Wcale nie 

chcę być bogata. Pragnę tylko mieć dość 
jedzenia na cały rok i drzewo na opał w zi-
mie.

– To naprawdę skromne potrzeby – rzu-

ciła oschle Terry.

Mary Kerman pogroziła jej palcem.
–   Nie   mam   już   żadnych   wątpliwości. 

Nie dogadamy się – odwróciła się do Ann. 
– Czy ty podzielasz poglądy siostry co do 
moich motywów?

Ann  spojrzała   jej   prosto  w   oczy  i   do-

strzegła w nich nie przebiegłość, a jedynie 
lata niedostatku i ciężkiej pracy.

– Wierzę ci, Mary – powiedziała cicho.

background image

–   Dzięki,   Ann.   A   teraz   chodźmy   do 

mnie. Mam na piecu niezłą rybę.

Terry   i   Ann   próbowały   odmówić,   ale 

pół godziny później siedziały przy nakry-
tym ceratą stole, na którym stały parujące 
miski z gulaszem rybnym.

– No, wsuwajcie – powiedziała Mary ze 

swego miejsca przy piecu. – Nie czekajcie 
na mnie. Zjadłam kolację razem z Buzem, 
moim wnukiem.

Kiedy   Ann   rozmawiała   z   Mary,   Terry 

rozglądała się po domu. Jego wnętrze, po-
dobnie zresztą jak całość, zdradzało mary-
nistyczne   zainteresowania   właścicielki. 
Jednopiętrowy budynek opierał się na pa-
lach, a poręcz werandy biegnącej wzdłuż 
całego domu owinięta była starą siecią ry-
backą i różnokolorowymi kamizelkami ra-
tunkowymi.   Na   niektórych   z   nich   nadal 
widniały   wyblakłe   nazwy   dawno   zapo-
mnianych statków.

Gulasz był naprawdę świetny, ale Ann 

background image

odmówiła,   gdy   Mary   zaproponowała   jej 
dokładkę. Apetyt nadal jej nie dopisywał. 
Terry również  podziękowała, chociaż  nie 
miało to nic wspólnego z brakiem apetytu. 
Po prostu nie chciała mieć do czynienia z 
osobą, która była jej niechętna.

– Pogoda utrzyma się jeszcze przez dwa, 

trzy dni – stwierdziła Mary patrząc w nie-
bo. – Powinnyście mieć więc dość czasu 
na   naprawę   dachu.   Nie   przejmowałabym 
się   natomiast   innymi   brakami.   Jeżeli   nie 
zostaniecie tu długo, nie ma sensu nic na-
prawiać.

– Dlaczego tak uważasz? – spytała lekko 

zniecierpliwiona Terry.

–   Z   powodu   Vina   Warrena.   Przyjęcie 

jego oferty jest jedynie kwestią kilku dni.

– Nie byłabym taka pewna – mruknęła 

Terry, a Ann poznała po wyrazie twarzy 
siostry, że powoli zaczyna mieć dość nie-
zachwianej wiary Mary w talent Vina War-
rena do perswazji.

background image

Nie zwracając uwagi na Terry, Mary da-

lej opowiadała o Vinie. Jeśli miała zamiar 
przedstawić   go   dziewczętom   w   korzyst-
nym świetle, osiągnęła zupełnie przeciwny 
skutek. Zamiast sympatycznego, młodego 
człowieka w wyobraźni Ann powstał obraz 
aroganckiego, apodyktycznego samca.

– Miło będzie udowodnić mu, że nie ma 

racji – stwierdziła po chwili Terry.

Mary spojrzała najpierw na nią, potem 

na Ann.

– Co takiego powiedziałam, że odniosły-

ście   zupełnie   złe   wrażenie?   –   spytała 
szczerze Mary.

–   Gdybyś   mówiła   do   Towarzystwa 

Wielbicieli   Vina   Warrena,   nie   byłoby   w 
tym nic złego – rzuciła Terry.

Kiedy   wróciły   do   domu,   Ann   zaczęła 

strofować siostrę.

– Musiałaś być aż tak ostra? – dopyty-

wała się.

– A co powiesz ojej zachowaniu i bez-

background image

czelności? Może miska gulaszu potrafi cię 
uspokoić, ale mnie na pewno nie. Miałam 
już   dość   opowieści   o   tym   supermenie. 
Chcę tu zostać, dopóki nie załatwimy inte-
resów z Bancroff Enterprises, z nikim in-
nym. Co na to powiesz?

– Zgadzam się, ale nie kieruje mną wca-

le żądza odwetu. Czuję po prostu, że Ban-
croff zaoferują nam lepszą cenę. No i wy-
eliminują pośrednika.

Później tego samego wieczoru, gdy Ann 

ścieliła ogromne łóżko, usłyszała głosy na 
dole. Wyszła z sypialni i stanęła u szczytu 
schodów.

– Przybyły nasze bagaże – zawołała Ter-

ry z hallu.

– Bagaże? Ale przecież nie kontaktowa-

łyśmy się wcale z tym Isaakiem.

W zasięgu jej wzroku pojawił się nie-

znajomy, bardzo wysoki mężczyzna w let-
nim garniturze.

–  Jestem   Mal   Shaw,  panno  Dawson  – 

background image

przedstawił się.

– Miło  mi  pana  poznać   – powiedziała 

Ann i zeszła na dół. – Czy to pan przy-
wiózł nasze bagaże?

– Zrobiłbym to wcześniej, ale Guy po-

wiedział mi o tym dopiero przy kolacji – 
wyjaśnił.

Przyjrzawszy mu się lepiej, Ann doszła 

do wniosku, że podoba się jej jego ogorza-
ła twarz i łagodne brązowe oczy. Jak na 
ojca Guya Mel był o wiele młodszy, niż 
myślała.

– Nie uwierzysz, Ann, jak doskonale po-

radził sobie z tymi walizami – powiedziała 
z podziwem Terry.

– Dlaczegóż by nie? Niektóre moje to-

miska są naprawdę bardzo ciężkie. I poma-
gają   utrzymać   kondycję   –   odparł   Mal   z 
uśmiechem, dzięki któremu jego zwyczaj-
na twarz stała się nawet całkiem interesują-
ca.

– Usiądziesz? – zaproponowała Ann. – 

background image

Ale uważaj na kurz. Zadomowił się tutaj o 
wiele lepiej niż my – ostrzegła go Terry.

Mal roześmiał się i usiadł.
–   Czy   to   ty   jesteś   odpowiedzialny   za 

włączenie   prądu   i   wody?   –   spytała   Ann 
siadając naprzeciwko niego.

– Tak jest – przyznał z uśmiechem.
–   Jesteśmy   wdzięczne   za   to   pierwsze, 

trochę mniej za drugie – powiedziała Terry 
siadając na poręczy fotela Ann.

Mal Shaw spojrzał na nią pytająco.
– W piwnicy przecieka rura. Do rana bę-

dziemy miały mały basen – wyjaśniła Ter-
ry.

– Zobaczę, co da się zrobić – powiedział 

Mal wstając.

– Nie mów, że do tego też masz talent – 

stwierdziła Ann.

– Moje możliwości nie znają granic.
Jednak dwadzieścia minut później mu-

siał przyznać się do porażki. Przyszedł do 
saloniku, a z nogawek spodni i butów cie-

background image

kła mu woda.

– Czy mamy wezwać hydraulika jeszcze 

dziś wieczór? – spytała Ann dodając szyb-
ko w myślach pieniądze, jakie° im jeszcze 
zostały.

–   Wystarczy   rano   –   stwierdził   Mal.   – 

Przyślę tu kogoś, a na razie wyłączę wodę. 
Mary Kerman mieszka tuż obok. Przedsta-
wię was. Jestem pewny, że pomoże wam 
do czasu, kiedy znów będziecie mieć bie-
żącą wodę.

– Poznałyśmy już Mary – powiedziała 

bez entuzjazmu Terry.

– Tak? Kiedy?
–   Dziś   po   południu   –   poinformowała 

Ann.

– Ma charakterek, prawda? – powiedział 

ciepło.

– To twoja przyjaciółka? – spytała nie-

winnie Terry.

– Znam ją od wielu lat. To wspaniała 

osoba.

background image

– Szkoda, że ona nie ma o tobie równie 

dobrego zdania.

– Co masz na myśli? – spytał Mal.
Chociaż to uwaga Terry sprowokowała 

jego pytanie, Ann poczuła się zobowiązana 
do wyjaśnień. Powiedziała mu o przekona-
niu Mary, że sprowadził je do Point Hope 
tylko dlatego, by utrzeć nosa Vinowi War-
renowi. Dodała, że starsza pani wyraźnie 
faworyzuje Vina.

– Tylko w tym tygodniu – powiedział 

Mal uśmiechając się szeroko. – Mary za-
wsze czuje sympatię do przegranych, a te-
raz właśnie Vin znalazł się w dość niewe-
sołej sytuacji.

– Jesteś pewny? – spytała Terry.
– Przyjaźnię się z Vinem od wielu lat – 

odparł uspokajająco Mal.

– Jeśli to prawda, to dlaczego poradziłeś 

mi, żebym spróbowała załatwić sprzedaż z 
Bancroff Enterprises? – spytała Ann.

– Etyka, moja droga. Jesteś moją klient-

background image

ką i muszę być wobec ciebie lojalny. Wie-
rzę, że Bancroff dadzą ci lepszą cenę.

Ann   spojrzała   badawczo   na   młodego 

prawnika.   Nieco   kłopotliwe   milczenie 
przerwał Mal.

– Jak się przedstawia wasza sytuacja fi-

nansowa, dziewczęta? – spytał.

– Niezbyt różowo – odparła natychmiast 

Terry. – Żeby zapłacić za taksówkę, roz-
mieniłyśmy ostatnią dwudziestkę.

Mal   sięgnął   do   wewnętrznej   kieszeni 

marynarki.

– Daj spokój, proszę – powiedziała Ann. 

– Wystarczy nam w zupełności.

– Przecież nic wam nie daję. To tylko 

zaliczka na poczet sumy, którą uzyskacie 
ze sprzedaży posiadłości.

Terry nie okazała nic z zakłopotania sio-

stry, gdy przyjmowała od Mala pięćdzie-
siąt dolarów.

– Czy mamy podpisać jakieś pokwito-

wanie? – spytała Ann próbując nadać tej 

background image

transakcji jak najbardziej oficjalny charak-
ter.

–   Zajmiemy   się   tym,   gdy   wpadnę   na-

stępnym razem – odparł Mal z wyrazem 
aprobaty w oczach.

– Przykro mi, że tak przemokłeś – po-

wiedziała Ann i z bezradnym gestem ręki 
dodała: – Obawiam się, że nie możemy ci 
zaproponować   drinka.   Nawet   filiżanki 
kawy.

– Ani wody – wtrąciła Terry.
– Nie podoba mi się, że muszę was tu 

zostawić. Ten dom nie sprawia zbyt przy-
jemnego wrażenia – Mal rozejrzał się wo-
kół.

– Damy sobie radę – zapewniła go Ann.
– Nie martw się o nas. Ann na obozach 

była mistrzynią w rozpalaniu ogniska, a ja 
też   nieźle   sobie   radziłam   –   powiedziała 
wesoło Terry.

– Zaraz rano przyślę tu hydraulika i sto-

larza. Nie martwcie się o rachunki. Zajmę 

background image

się tym.

– Tylko najważniejsze naprawy – przy-

pomniała mu Terry. – Nie zamierzamy wy-
dać większości pieniędzy ze sprzedaży na 
remont tej ruiny.

– Dobrze. No, muszę już uciekać. Mam 

bzika   na   punkcie   przemoczonych   nóg. 
Chyba mama musiała mi to wpoić jeszcze 
w dzieciństwie.

–   Nie   powinnyśmy   były   zatrzymywać 

cię tak długo – powiedziała Ann przepra-
szającym tonem i wraz z siostrą odprowa-
dziła Mala do drzwi. Kiedy Terry je otwo-
rzyła, krzyknęła przestraszona. Za drzwia-
mi stało dwoje ludzi.

– Mówiłam ci, że to samochód Mala – 

powiedziała   Mary   Kerman   do   stojącego 
obok niej młodego człowieka.

– Cześć, Vin – rzucił Mal i odwracając 

się   do   sióstr   dokonał   prezentacji   –   Ann, 
Terry to Vin Warren. Vin, to Ann Dawson 
i jej siostra Terry.

background image

Terry zareagowała tylko skinięciem gło-

wy,   podczas   gdy   Ann   ujęła   wyciągniętą 
rękę Vina. Wydawało się jej, że Vin jest 
niemal tego samego wzrostu co Mal, lecz 
po bliższym przyjrzeniu się zauważyła, że 
jest o kilka centymetrów niższy, co jednak 
nie rzucało się w oczy dzięki jego niemal 
wojskowej postawie.

–   Miło   mi   panią   poznać   –   powiedział 

Vin i Ann spodobał się jego łagodny głos. 
Kiedy   puścił   jej   rękę,   dostrzegł   przemo-
czone ubranie Mala. – Co ci się stało? Wy-
gląda na to, że nie spotkałeś się tu ze zbyt 
ciepłym przyjęciem.

Mal opowiedział mu o cieknącej rurze w 

piwnicy.

– Naprawiłeś to? – spytał Vin.
– Nie.
– Wy prawnicy bierzecie się do wszyst-

kiego.

– A wy z agencji handlu nieruchomo-

ściami próbujecie wszystko sprzedać – od-

background image

parował Mal.

– Trafiłeś – przyznał Vin, po czym do-

dał już poważniejszym tonem: – Czy mo-
żesz zostać jeszcze chwilę, Mal?

– Po co? – spytał Mal, a Ann uśmiech-

nęła się słysząc podejrzliwość w jego gło-
sie. Bardzo przypominał w tym Joela.

– Mary powiedziała mi, że panna Daw-

son planuje zostać tu z siostrą na dłużej – 
powiedział Vin.

– I co w związku z tym? – rzucił Mal.
– Czy nie robisz im płonnych nadziei?
– Każdy ma prawo do własnego zdania, 

ale tak się składa, że Ann i Terry przyje-
chały tutaj jedynie po to, by otworzyć po-
nownie sklep ciotki – wyjaśnił spokojnie 
Mal. – To przecież niezły interes.

Vin spojrzał na niego zaskoczony.
– Kogo próbujesz nabrać, Mal?
Mal odwrócił się do sióstr.
– Czyż tak nie jest? – spytał.
– Oczywiście, że tak – odparła Ann. – 

background image

Razem z Terry zawsze chciałyśmy prowa-
dzić własny interes.

– Ann Dawson, to wierutne kłamstwo – 

stwierdziła   Mary   Kerman   od   dłuższej 
chwili próbująca dojść do głosu.

– Mary, to naprawdę nie twoja sprawa – 

powiedział   Mal   grzecznie,   lecz   zdecydo-
wanie.

– Panno Dawson – Vin zwrócił się do 

Ann – jestem pewny, że pani interesy i ich 
powodzenie leżą na sercu pana Shawa, ale 
niestety nie zna on wszystkich faktów.

– A pan je zna? – rzuciła wyzywającym 

tonem Terry.

–   Byłbym   bardzo   kiepskim   biznesme-

nem, gdyby tak nie było – odparł bynaj-
mniej   nie   zmieszany.   –   Bez   dalszych 
sprzeczek   jestem   gotowy   zaoferować   pa-
niom sumę o dwa tysiące dolarów wyższą 
od tej, którą wymieniono w liście od na-
szej firmy.

– Spędziłyśmy w Point Hope zaledwie 

background image

osiem godzin, a już nasza posiadłość jest 
warta tysiąc dwieście dolarów więcej niż 
oferowano ostatnio ciotce – stwierdziła z 
przekąsem Terry.

– Wiem, jak to musi  wyglądać, ale to 

najlepsza   umowa,   jaką   mogę   zapropono-
wać – powiedział Vin.

– Czy nie wstyd ci, że próbujesz wyko-

rzystać te dziewczyny? – spytał Mal.

– Mal, wiesz doskonale, ile jest warta ta 

posiadłość.   W   normalnych   warunkach 
miałyby   szczęście,   gdyby   uzyskały   choć 
połowę tej sumy. Emma Dawson nigdy nie 
wydała   ani   centa   na   utrzymanie   domu   i 
sklepu.

– Nie będę się z tobą spierał, ale obaj 

przecież wiemy, że to nie jest zwyczajna 
sprzedaż. Firmie Bancroff wcale nie zależy 
na budynkach. Chcą mieć tylko ten teren.

– W porządku – powiedział Vin – ale to 

wszystko, co mogę zrobić. Obniżę zysk z 
tej transakcji, a to powinno przynieść jesz-

background image

cze kilka setek więcej.

Mal   spojrzał   na   Ann,   potem   znów   na 

Vina.

– Może pomyślimy o tym – powiedział.
– Nie, nie pomyślimy – zaprotestowała 

Terry. – Możemy uzyskać lepszą cenę.

– Naprawdę? – Vin znów zwrócił się do 

Mala. – Przyjdę jutro do ciebie do biura.

Mal spojrzał na Ann starając się wyba-

dać,   jak   się   zapatruje   na   to   wszystko. 
Wzruszyła tylko ramionami.

– Mal, znasz mnie od dawna. Nie mam 

nic przeciwko zarobieniu paru dolarów, ale 
nigdy nikomu nie podciąłem gardła.

– Rzeczywiście, muszę to potwierdzić. 

Ale   też   nigdy   nie   widziałem,   żebyś   coś 
stracił przy realizacji umowy.

Vin zwrócił się do sióstr.
– Bawcie się w sklep, oddychajcie świe-

żym morskim powietrzem, ale nie próbuj-
cie bez pomocy podpisywać żadnej umo-
wy.

background image

– Czy to groźba? – spytała ostro Ann.
– Nie, tylko dobra rada. Będziecie mnie 

często widywać.

– W to nie wątpię – powiedziała oschle 

Terry. – Od chwili przyjazdu tutaj prześla-
duje nas pech.

background image

Rozdział 3

Już po raz drugi Ann Dawson wzięła do 

ręki fakturę opisującą dostawę skrzynek i 
kartonowych pudeł stojących na podłodze. 
Sprawdzając   zgodność   zamówienia   i   do-
stawy przerwała w pewnej chwili pracę i 
ciężko westchnęła. Nie mogła się w ogóle 
skoncentrować.   Bez   entuzjazmu   podcho-
dziła do zadania, które – jak dobrze wie-
działa – było tylko tymczasowe. Spojrzała 
na   siostrę   z   zapałem   czyszczącą   półki   o 
kilka metrów od niej i po chwili wróciła do 
porzuconych   dokumentów.   Tym   razem 
udało się jej doprowadzić dzieło sprawdza-
nia   do   końca.   Niezdecydowana   stanęła 
przed pudłami. Co teraz?, spytała samą sie-
bie. Jakby słysząc to pytanie Terry wstała i 
podeszła do Ann.

– Wiesz, co mi właśnie przyszło do gło-

wy? Te towary powinny stanąć z tyłu, a te 

background image

starsze na samym przodzie. Co o tym my-
ślisz? – spytała opierając rękę na biodrze.

– Terry, chciałabym podchodzić do całej 

tej sprawy z twoim entuzjazmem – stwier-
dziła Ann. – Jednak stale myślę, że to nie 
ma wcale sensu. Niemal żałuję, że dałam 
ci się przekonać, by pożyczyć pieniądze na 
poczet sprzedaży posiadłości i kupić wię-
cej towaru.

–   Jeśli   masz   zamiar   zastawić   pułapkę, 

musisz  do niej wsadzić prawdziwy ser – 
powiedziała Terry. – Popatrz na to z innej 
strony. Możemy tu tkwić przez całe lato. 
Czemu   nie   pobawić   się   w   sklep   tak   na-
prawdę?

Ann   nic   nie   odpowiedziała,   ale   znów 

uświadomiła sobie, że od czasu jej choroby 
niejako   zamieniły   się   rolami.   Terry   nie 
czekała już, by Ann podjęła decyzję.

– Kto wie? – spytała Terry śpiewnie. – 

Może się nam to nawet spodoba.

–   To   się   dopiero   okaże   –   stwierdziła 

background image

Ann z powątpiewaniem.

– Zacznę od przetworów owocowych – 

powiedziała Terry rozrywając karton.

– A co z tym mięsem w puszkach? Usta-

wimy je na półkach?

Terry spojrzała na półkę.
–   Nie   –   zdecydowała.   –   Postawię   ten 

karton na zapleczu, kiedy tylko skończę z 
owocami.

– I kto mówił, że to ty robisz tu za popy-

chadło?

Terry uśmiechnęła się do siostry.
– Spójrzmy prawdzie w oczy, Ann. W 

tym stadle ty robisz za mózg, a ja za siłę 
roboczą.

Ann uśmiechnęła się. To cała Terry, po-

myślała. Nadal chce, bym sądziła, że to ja 
tu rządzę.

– Nie pozwolę ci nic dźwigać – powie-

działa   zdecydowanie   Ann.   –   Joel   wróci 
niebawem. Zajmie się tymi pudłami.

Terry   spojrzała   na   trzymaną   w   rękach 

background image

szmatę, a potem podniosła na siostrę jasno-
błękitne oczy.

– Chciałam porozmawiać z tobą o Joelu.
– O co ci chodzi tym razem? – spytała z 

roztargnieniem Ann.

– Nie powinnaś go tak wykorzystywać.
– Co chcesz przez to powiedzieć? – za-

pytała Ann pamiętając, że to Terry z więk-
szym   entuzjazmem   przyjęła   pomoc   Joela 
w podejmowaniu decyzji co do posiadłości 
ciotki.

– Joel ciężko pracuje, no i ma jeszcze 

studia.   Kiedy   wreszcie   udało   mu   się   na 
chwilę od tego oderwać, nie powinien ha-
rować tutaj jak wół.

– Terry, on sam zaoferował nam swoją 

pomoc i jestem mu za to bardzo wdzięcz-
na.

Ann pomyślała o wszystkim, czego uda-

ło się Joelowi dokonać w domu ciotki w 
czasie tych kilku godzin, które spędził w 
Point Hope. Mal Shaw dotrzymał danego 

background image

słowa. Hydraulik i stolarz zjawili się na-
stępnego ranka po jego wizycie, ale napra-
wa   dachu   i   przeciekających   rur   pomogła 
tylko w niewielkim stopniu. Dopiero nie-
mal tydzień spędzony na myciu, szorowa-
niu i czyszczeniu doprowadził dom do sta-
nu jakiej takiej używalności. Ilość rupieci, 
które spalił Joel, była trudna do ogarnięcia. 
Niełatwo było pojąć, jak ciotka zdołała to 
wszystko   zgromadzić   za   życia,   a   jeszcze 
trudniej zrozumieć, jak udało się jej zmie-
ścić te bezużyteczne śmieci w niewielkim 
przecież domu.

– To nie fair – narzekała dalej Terry. – 

To pierwszy wolny weekend Joela od wie-
lu miesięcy. Czy musiałaś go zapędzać do 
roboty   od   razu,   gdy   tylko   przyjechał?   – 
machnęła ręką w stronę posprzątanych pó-
łek. – Czy to nie wystarczy?

Ann kusiło, by przypomnieć siostrze, że 

to ona nalegała na tak dokładne porządki.

–  Skończymy   pracę,  gdy  Joel   wróci  – 

background image

powiedziała jednak.

– Dobrze. Może wtedy spędzisz z nim 

trochę czasu.

Ann spojrzała na siostrę.
– Terry, Joel nie jest wcale dyplomatą, 

który przybył z oficjalną wizytą i trzeba go 
zabawiać. Mam nadzieję, że nasze stosunki 
są o wiele bardziej swobodne.

– Czasami uważam, że posuwasz się za 

daleko w tym „doskonałym zrozumieniu", 
które was łączy. To o wiele za chłodne jak 
na krew mojej latynoskiej babki.

Słysząc to Ann wybuchnęła śmiechem. 

Kiedy   doszła   do   siebie,   zastanowiła   się, 
czy   rzeczywiście   można   określić   jej   sto-
sunki z Joelem mianem „doskonałego zro-
zumienia". Znali się od trzech lat, a spotka-
li się na wieczornych wykładach w colle-
ge'u,   na   które   Ann   uczęszczała   tamtej 
zimy.  Przez cały ten czas  ich znajomość 
nie przekroczyła granicy szczerej sympatii, 
którą do siebie czuli. Urodziny i Boże Na-

background image

rodzenie wiązały się z większym okazywa-
niem uczuć, ale to było wszystko. Do cza-
su choroby Ann nigdy nie zastanawiała się 
nad   tym,   że   kiedy   Joel   skończy   studia, 
mogą minąć całe lata, zanim zdobędzie ja-
kąś pozycję w świecie prawniczym. Teraz 
na myśl o tym pragnęła, by ich znajomość 
nie wykroczyła poza ustalone do tej pory 
granice.

Później   tego   ranka,   gdy   Ann   przejęła 

ustawianie   towarów   na   półkach,   Terry 
wspięła   się   na   drabinę,   by   wyszorować 
okienko nad drzwiami. Kilka minut potem 
drabina   zachwiała   się   mocno,   gdy   ktoś 
otworzył gwałtownie drzwi. Na szczęście 
Terry udało się zeskoczyć na czas z drabi-
ny i wylądowała na ziemi z wielkim hu-
kiem.

– Cóż tu się dzieje? – wykrzyknął na jej 

widok   młody   blondyn   przeciskając   się 
przez uchylone drzwi.

–   Joelu   Evans   –   powiedziała   Terry.   – 

background image

Nie mogłeś chociaż zapukać?

–   Zapukać?   A   odkąd   to   należy   pukać 

przed wejściem do sklepu? – Joel położył 
trzymane pakunki i wyciągnął rękę do Ter-
ry.

Terry   zignorowała   go   i   bez   wysiłku 

wstała   z   podłogi.   Dopiero   kiedy   zrobiła 
pierwszy krok, skrzywiła się.

– Zraniłaś się? – spytał Joel ujmując ją 

za łokieć.

Terry odsunęła jego rękę i stanęła tak, że 

dzieliła ich leżąca na podłodze drabina.

– Bądź poważny! Nie wiesz, że rozma-

wiasz ze specem od wspinania się na drze-
wa, mającym na swoim koncie setki takich 
upadków? – powiedziała lekko Terry, ale 
delikatne   drżenie   jej   głosu   zaniepokoiło 
Ann.

– Jesteś pewna, że nic ci się nie stało? – 

spytała.

–   Jak   najbardziej   –   odparła   Terry   już 

pewniejszym głosem. – Tyle tylko, że nie 

background image

umyłam wcale tego okienka i na dodatek 
ten bałagan!

–   Powinnaś   była   poczekać   z   tym   na 

mnie – powiedział Joel. Pomógł jej pod-
nieść drabinę i wytarł rozlaną wodę.

Kiedy   w   sklepie   zapanował   znów   jaki 

taki porządek, Joel oparł się o ladę i zapalił 
papierosa.

– Spotkałem kilku waszych sąsiadów – 

powiedział.

– Kogo? – spytała Ann oglądając przy-

niesione przez niego paczki.

– Państwa Hectorów.
– To chyba oni przynieśli tę wspaniałą 

pieczeń w nasz drugi wieczór spędzony tu-
taj – powiedziała Ann do Terry odwracając 
się przez ramię.

– Hectorowie? Całkiem możliwe – od-

parła Terry i zwróciła się do Joela. – Nie 
uwierzysz, ile osób poznałyśmy w tym ty-
godniu. Trudno je wszystkie spamiętać.

– Jeśli wszyscy są tak mili jak Hectoro-

background image

wie i ten stary kapitan, u którego miesz-
kam, wasz pobyt tutaj powinien być bar-
dzo przyjemny – stwierdził Joel.

– Widać wyraźnie, że nie spotkałeś jesz-

cze Mary Kerman  ani jej wnuka Buza – 
powiedziała Terry.

Joel spojrzał pytająco na Ann.
–   Zderzenie   osobowości   –   wyjaśniła 

Ann. – Mary Kerman to bardzo poczciwa 
starsza pani. Z tego co opowiadałeś o swo-
im kapitanie, wydaje mi się, że jest bardzo 
do niego podobna. Jest tylko może trochę 
bardziej szczera.

– Bardziej szczera! – wykrzyknęła Ter-

ry.

– A wnuk? – spytał Joel.
– Trzynastolatek w każdym calu – od-

parła   Ann   z   uśmiechem   –   piegowaty   od 
stóp do głów.

–   To   potwór   –   poprawiła   ją   Terry.   – 

Rozrzucił śmieci, które z trudem uprzątnę-
łyśmy, przeciął sznur do wieszania bieli-

background image

zny i wrzucił nam do komina kota.

– Ma coś do was? – ton Joela wskazy-

wał na to, że przychyla się bardziej do opi-
nii Terry.

–   Śmieci   rozsypał   wiatr   –   stwierdziła 

Ann.

–   Ale   tylko   dlatego,   że   Buz   przeszedł 

przez sam środek – nie dawała za wygraną 
Terry.

– A sznur? – spytał Joel.
–   To   tylko   przypuszczenia   ze   strony 

Terry.   Mógł   sam   pęknąć.   Tyle   tylko,   że 
Buz   siedział   wtedy   na   naszym   płocie   i 
śmiał się, gdy pranie spadło – powiedziała 
Ann.

– Zostaje jeszcze kot.
– Buz wyjaśnił, że próbował go zdjąć z 

naszego   dachu,   a   kot   wyślizgnął   się   i 
wpadł do komina.

Joel spojrzał na Ann, potem na Terry i 

wybuchnął śmiechem.

– Buz jest naprawdę sympatyczny – po-

background image

wiedziała Ann. – Polubisz go.

– Jeśli darzysz sympatią kobry i tym po-

dobne stworzenia – dorzuciła Terry.

– Byłbym zapomniał. Hectorowie prosili 

mnie, żebym przypomniał wam o dzisiej-
szym przyjęciu u nich w domu.

– To rzeczywiście Hectorowie przynieśli 

nam tę pieczeń – powiedziała Terry – teraz 
przypominam sobie, że mówili coś o przy-
jęciu.

– Nie zamierzałyśmy tam iść – stwier-

dziła Ann.

– Lepiej to zróbcie – powiedział Joel – 

bo macie przyprowadzić mnie, a pani Hec-
tor   wspominała   coś   o   jedzeniu.   Wiecie 
obie, że jako dorastający chłopiec muszę 
się dobrze odżywiać.

Jednak to nie prośba Joela sprawiła, że 

poszli   do   Hectorów   tego   wieczora,   lecz 
wiadomość od Mala Shawa. Poza podzię-
kowaniem za przysłanie hydraulika i stola-
rza  Ann   nie  rozmawiała   z  nim  od  czasu 

background image

przybycia   do   Point   Hope.   Wiedziała,   że 
rozmawiał z Vinem Warrenem następnego 
dnia, ale nie znała wyniku tej rozmowy. W 
swoim liściku Mal prosił, by przyszła na 
przyjęcie do Hectorów, żeby mogli omó-
wić sprawy wynikłe z rozmowy z Vinem. 
Nie rozumiała wyboru miejsca na taką roz-
mowę,   lecz   Terry  podpowiedziała   jej,   że 
mogło mu chodzić o połączenie interesów 
z czystą przyjemnością. Przypomniała so-
bie, jak pani Hector wspominała, że na jej 
skromnych   cotygodniowych   przyjęciach 
spotyka   się   wielu   mieszkańców   Point 
Hope.

Kiedy   czekali   przed   drzwiami   domu 

Hectorów,   Joel   bezwiednie   gładził   mary-
narkę swego jedynego, w miarę przyzwo-
itego, garnituru, Terry nerwowym ruchem 
przesuwała dłonią po sztucznych perełkach 
naszyjnika, natomiast Ann całą siłą swojej 
woli powstrzymywała się przed okazywa-
niem zdenerwowania. Dom Hectorów oka-

background image

zał się być jedną z tuzina okazałych rezy-
dencji   stojących   nad   zatoką,   z   okrągłym 
podjazdem i wspaniałym ogrodem.

To   dziwne,   że   Hectorowie   niczym   się 

nie zdradzili, że są tak dobrze sytuowani, 
pomyślała Ann. Kiedy odwiedzili je tamte-
go   wieczoru,   przyjechali   dwuletnim,   do-
stawczym samochodem i byli ubrani bar-
dzo skromnie. Co ich skłoniło do tego, by 
umieścić siostry na liście gości?

–   Widzicie   to?   –   szepnęła   Terry,   gdy 

służąca   w  uniformie  wprowadziła  ich  do 
obszernego hallu.

– Państwo Hectorowie i goście są na pa-

tio. Proszę za mną – powiedziała.

Kiedy   przechodzili   przez   olbrzymi   sa-

lon,   Terry   delikatnie   trąciła   łokciem   sio-
strę.

– Powinni rozdawać przy drzwiach ka-

mizelki   ratunkowe   –   szepnęła.   –   Można 
utonąć w tym dywanie. Chodziłaś kiedyś 
po czymś takim?

background image

– Tutaj proszę – powiedziała służąca od-

suwając się, by zrobić przejście na oświe-
tlone patio.

Kiedy Ann zastanawiała się, czy służąca 

ich zaanonsuje, usłyszała swoje nazwisko i 
kilka sekund później pani Hector wzięła ją 
za rękę i pociągnęła ku gościom. Ta wyso-
ka, szczupła kobieta mówiła bez przerwy, 
zadając mnóstwo pytań i nie czekając wca-
le, by Ann na nie odpowiedziała.

–   No,   jesteście   wreszcie   –   powiedział 

Dan   Hector.   –   Cieszę   się,   że   mogliście 
przyjść.   Chodźcie,   przedstawię   was   go-
ściom.

Terry i Joel ruszyli za nim, podczas gdy 

Eileen Hector zatrzymała Ann.

– Oprowadzę cię później – powiedziała. 

–   Chodźmy   teraz   do   Mala   i   Vina.   No   i 
Joan. Czekają na ciebie.

Ann   spojrzała   smutno   za   siebie,   gdy 

pani Hector wprowadziła ją z powrotem do 
środka. Nie miała szczególnej ochoty roz-

background image

dzielać się z Joelem i Terry.

– Oto i ona – powiedziała radośnie pani 

Hector.

Mal   przeszedł   przez   pokój   i   uścisnął 

dłoń Ann.

– Cieszę się, że przyszłaś. Dołącz do nas 

–   powiedział   wskazując   na   stojący   przy 
kominku fotel.

– Joan – powiedziała pani Hector – po-

zwól, że ci przedstawię Ann Dawson. Ann, 
to Joan Moore. Macie ze sobą coś wspól-
nego.

Ujmując   delikatną   dłoń   Joan,   Ann   nie 

mogła sobie wyobrazić, co też może mieć 
wspólnego  z  tą   bywałą  w   świecie,  pełną 
klasy kobietą.

– Pani Moore jest właścicielką drugiej 

połowy Psiej Nogi – wyjaśniła pani Hec-
tor.

Ann spojrzała pytająco na Mala.
–   Psia   Noga   to   tutejsza   nazwa   na   tę 

część   terenu,   na   której   stoi   dom   i   sklep 

background image

twojej ciotki – wyjaśnił Mal. – Nazwano 
go tak chyba dlatego, że wcina się w ocean 
niczym tylna noga psa.

–   Ach   tak   –   powiedziała   Ann.   –   Nie 

wiedziałam, że tylko część należy do ciot-
ki.

Mal Shaw sprawiał wrażenie lekko za-

kłopotanego, lecz Joan Moore uśmiechnęła 
się, jakby ta wiadomość sprawiła jej przy-
jemność.

– Zostawię was teraz, byście mogli wy-

jaśnić wszystkie fakty tej niewinnej młodej 
osóbce – powiedziała i wyszła.

– Możesz nam dać pół godziny nie psu-

jąc   sobie   przyjęcia?   –   spytał   Vin   Eileen 
Hector.

– Nie lubię tej kobiety – odparła Eileen, 

patrząc za Joan. Wyglądało na to, że nie 
słyszała pytania Vina, ale zaraz dodała. – 
Nie spieszcie się.

Mal poczekał, aż wszyscy usiądą.
–   Rozmawiałem   z   Vinem   o   sprzedaży 

background image

posiadłości   twojej   ciotki   –   powiedział.   – 
Vin powiedział mi o kilku ważnych spra-
wach,   o   których   nic   nie   wiedziałem. 
Pierwsza z nich to ta, że cały teren nie na-
leży do ciebie. Podobnie jak ty myślałem, 
że cała Psia Noga należała do twojej ciotki. 
To   niewybaczalny   błąd   z   mojej   strony. 
Jako   twój   prawnik   powinienem   był   do-
kładniej   przeczytać   opis   posiadłości.   No 
cóż, po prostu twoja  ciotka  utrzymywała 
mnie w przekonaniu, że jest właścicielką 
całości, a ja jej uwierzyłem. Drugą sprawą 
jest to, że kiedy zjawił się tutaj reprezen-
tant Bancroff Enterprises, nie był zdecydo-
wany, którą część Psiej Nogi chce nabyć 
jego   firma.   Pierwszą   ofertę   złożył   pani 
Moore.   Zażądała   tak   wysokiej   ceny,   że 
zwrócił   się   do   twojej   ciotki.   Nawiasem 
mówiąc jego pierwsza oferta była o wiele 
niższa   od   sumy,   jaką   proponował   wtedy 
Vin jako ich agent.

– Kto to potwierdził? – spytała Ann.

background image

– Wszystko jest w dokumentach – po-

wiedział cicho Vin.

– To prawda, Ann. Vin pokazał mi ko-

pie   całej   korespondencji   pomiędzy   twoją 
ciotką, Bancroff Enterprises i jego firmą. 
Twoja ciotka zmarła w trakcie negocjacji. 
Gdyby żyła, otrzymałaby ostatecznie ofer-
tę   złożoną   wam   przez   Vina   w   pierwszy 
wieczór  waszego tutaj pobytu – wyjaśnił 
Mal.

– Czy sugerujesz, że po tym wszystkim, 

co   powiedziałeś   Joelowi   przed   naszym 
przyjazdem, powinnyśmy prowadzić inte-
resy   z   panem   Warrenem   i   zapomnieć   o 
Bancroff Enterprises? – spytała Ann my-
śląc o całym wysiłku, jaki włożyły w do-
prowadzenie domu i sklepu do stanu uży-
walności.

– Ann, niełatwo mi przyznać, że popeł-

niłem   błąd   –   powiedział   Mal   pochylając 
się do przodu. – Wiem, że jesteś zdener-
wowana.   Zdaję   sobie   sprawę,   jak   ciężko 

background image

pracowałaś z Terry w minionym tygodniu. 
Nie jest to jednak kaprys z mojej strony. 
Zbadałem wszystkie fakty, które przedsta-
wił mi Vin. Wszystko się zgadza. Jest tyl-
ko jedna sprawa, co do której nie jestem 
całkiem przekonany.

– Co takiego? – spytała Ann.
–   Vin   radzi,   byś   sprzedała   mu   posia-

dłość, zanim ludzie z Bancroff zniecierpli-
wią się i przyślą tu swojego człowieka.

– Czy to byłoby takie złe?
– Co się stanie, jeśli spodoba mu się bar-

dziej   część   należąca   do   Joan   Moore?   – 
spytał Vin.

– Bancroff Enterprises kupili już na par-

king teren przylegający do mojej posiadło-
ści. Czy mogą sobie pozwolić na zerwanie 
umowy ze mną? – powiedziała nieco wy-
zywająco Ann.

– Tak, jeśli zawrą bardziej korzystną z 

panią   Moore.   Teren   na   parking   przylega 
również do jej części – odpowiedział Vin.

background image

– Czy nie zażądała zbyt wysokiej ceny?
Vin i Mal wymienili spojrzenia.
– Niestety Joan często działa na zasadzie 

kaprysu – powiedział Mal. – Powiadomiła 
już Bancroff Enterprises, że jest gotowa do 
negocjacji.

Ann nic nie powiedziała. Czy miała po-

wody, by nie wierzyć lub nie ufać Malowi 
Shaw? – pytała samą siebie. Z pewnością 
nie zyskałby nic na podsuwaniu jej mniej 
korzystnej transakcji. Od samego początku 
zgodził się pracować dla niej na zasadzie 
ryzyka. Inaczej było z Vinem Warrenem. 
Zyskiwał wszystko, jeśli podpisałaby umo-
wę właśnie z nim. Trudno było postano-
wić, co ma zrobić.

–   Proszę   mi   dać   trochę   czasu,   żebym 

mogła omówić wszystko z Joelem i Terry 
– powiedziała i dostrzegła, jak Vin uniósł 
brwi na dźwięk imienia „Joel".

– Joel Evans jest ich przyjacielem – wy-

jaśnił mu Mal. – To on napisał do mnie 

background image

pierwszy raz w imieniu Ann. Miły facet. 
Pewnego dnia będzie z niego niezły praw-
nik. Rozumiem, że przyjechał tu na week-
end.

– Tak. Przyszedł tu dzisiaj z nami.
– Przypomina mi to, jak bardzo zanie-

dbujemy   naszą   gospodynię   –   powiedział 
Mal   podając   ramię   Ann.   –   Chodźmy   do 
gości. Idziesz, Vin?

– Zaniosę tylko neseser do mojego po-

koju. Zobaczymy się na patio.

Ann spojrzała za znikającym w hallu Vi-

nem, a potem odwróciła się do Mala z py-
tającym wyrazem twarzy.

– Nie wiedziałaś? Pani Hector jest ciot-

ką Vina. Wychowywali go od dziecka.

background image

Rozdział 4

Kiedy pojawili się na patio wśród gości, 

Ann   poszukała   wzrokiem   Terry   i   Joela. 
Nie   spędziła   z   nimi   nawet   pięciu   minut, 
kiedy znów podeszła do niej Eileen Hector 
i odciągnęła  ją  nalegając, by poznała  in-
nych gości. Dokonując prezentacji Eileen 
nie przestawała mówić:

– Bardzo się cieszę, że Mal i Vin wresz-

cie cię wypuścili. Gdybyś nie zjawiła się tu 
za pięć minut, sama poszłabym po ciebie. 
Czy doszliście już do jakichś konstruktyw-
nych wniosków?

– Nie. Mam wszystko przemyśleć.
Podchodząc do następnej grupki gości, 

Eileen zwolniła kroku.

– Żaden z tych młodych panów za nic 

nie chciałby cię skrzywdzić – powiedziała 
zniżając głos do poufałego szeptu. – Zdra-
dzę ci sekret. Stałaś się kimś wyjątkowym 

background image

dla obu z nich. To zdecydowana przewaga.

– A co z panią Moore? Czy jest zaintere-

sowana   sprzedażą   swojej   części   Psiej 
Nogi? – spytała Ann.

– Kto wie? Cztery miesiące temu, gdy 

przyjechał tu przedstawiciel Bancroff En-
terprises, celowo zażądała bardzo wygóro-
wanej ceny za swój teren. Rozwodziła się 
wtedy i walczyła o duże pieniądze ze swo-
im trzecim mężem. Plotka głosiła, że do-
stała tylko połowę żądanej sumy i przyzna-
no   jej   zaledwie   skromne   miesięczne   ali-
menty. Joan ma dość kosztowne zachcian-
ki. Może potrzebować teraz pieniędzy.

– Co by pani zrobiła na moim miejscu? 

– spytała Ann.

Eileen nie odpowiedziała od razu.
–   Nie   jestem   całkiem   obiektywna   – 

stwierdziła wreszcie. – Vin jest moim ulu-
bieńcem. Chciałabym, żeby to on przepro-
wadził z tobą tę transakcję. Nie przepada 
za handlem nieruchomościami, ale obiecał 

background image

mi, że spróbuje się tym zająć. Mój mąż za-
robił   na   tym   wszystkie   swoje   pieniądze. 
Nasi   dwaj   synowie   zaczęli   z   nim   praco-
wać, ale potem zajęli się zupełnie innymi 
rzeczami. Bardzo go to załamało. Dlatego 
chciałabym, żeby Vin z nim został.

Niemałym   zaskoczeniem   dla   Ann   był 

fakt, że firma Harbor Real Estate należy do 
Dana Hectora. Nagle coś jej przyszło do 
głowy.

– Jeśli pani Moore zdecyduje się wysta-

wić   swój   teren   na   sprzedaż,   czy   Harbor 
Real Estate nie zajmie się prowadzeniem 
jej interesów? To przecież logiczne.

–   Wielkie   nieba,   nie!   –   wykrzyknęła 

pani Hector – Vin jest związany z tobą. Ni-
gdy nie wziąłby innego klienta. Byłby to 
przecież prawdziwy konflikt interesów.

– Czy pani dobrze to wszystko rozumie? 

Nie uważam się wcale za klienta Harbor 
Real Estate. Bancroff Enterprises zatrudni-
ła firmę pani męża, by złożyła ofertę kupna 

background image

mojej posiadłości. Czyż nie czyni to klien-
ta pani męża z Bancroff Enterprises? Ja je-
stem tylko osobą, z którą ma nadzieję ubić 
interes w imieniu Bancroff. Idąc tym śla-
dem sądzę, że Harbor Real Estate z rado-
ścią powitałaby ofertę sprzedaży ze strony 
pani Moore. Miałaby wtedy dwie oferty do 
przedstawienia swojemu „klientowi".

Pani   Hector   pomachała   niecierpliwie 

dłonią.

–   Obawiam   się,   że   interesy   nigdy   nie 

były moją mocną stroną. Wiem tylko, że 
Vin bardzo się stara, by sprzedać twoją po-
siadłość Bancroff Enterprises – urwała na 
chwilę. – Mam nadzieję, że Joan nic nie 
popsuje. Tobie i siostrze pieniądze na pew-
no są bardziej potrzebne.

Ann nic nie odpowiedziała.
– Wydaje mi się – stwierdziła pani Hec-

tor rozglądając się wokół – że poznałaś już 
wszystkich z wyjątkiem kapitana Friar.

– A ta pani stojąca z pani mężem i panią 

background image

Moore? – spytała Ann wskazując stojącą 
tyłem kobietę. Było w niej coś znajomego, 
ale Ann nie przypominała sobie, by została 
jej przedstawiona tego wieczoru.

– Ależ znasz ją, moja droga – uśmiech-

nęła się pani Hector.

W tej właśnie chwili kobieta odwróciła 

się nieco i Ann aż otworzyła usta ze zdu-
mienia.

– Mary Kerman – szepnęła.
– Naprawdę jej nie poznałaś – powie-

działa rozbawiona Eileen. – Zareagowałaś 
podobnie   jak   wszyscy   ci,   którzy   po   raz 
pierwszy widzą Mary przyzwoicie ubraną.

Trudno było uwierzyć, że ta kobieta w 

eleganckiej   czarnej   sukni,   ze   sznurkiem 
pereł na szyi i z misternie ułożonymi wło-
sami   jest   tą   samą,   która   paradowała   w 
zniszczonym słomkowym  kapeluszu, wy-
ciągniętym   swetrze   i   paskudnych   okula-
rach.

Pani Hector znów zniżyła głos do szep-

background image

tu.

–  Przed  ślubem   Mary   nosiła   nazwisko 

Hope. Jej rodzina zrobiła fortunę na rybo-
łówstwie. Flota rybacka Hope'ów była nie-
gdyś   dobrze   znana   na   tym   wybrzeżu. 
Większość tego terenu należała kiedyś do 
rodziny   Mary   i   miejscowość   zawdzięcza 
im   swoją   nazwę.   Mieli   mnóstwo   pienię-
dzy. Mary straciła jednak swoją część, gdy 
wbrew woli rodziców poślubiła zwykłego 
rybaka. Ostatni członek rodziny Hope opu-
ścił Point przed piętnastu laty i wtedy też 
Mary  wróciła   tutaj.  To  smutne,   że  to  co 
posiada teraz, nie stanowi nawet jednej set-
nej fortuny Hope'ów. Mary nie miała ła-
twego   życia.   Kiedy   miała   dwadzieścia 
dziewięć lat, jej mąż utonął. Zostawił ją z 
piątką   malutkich   dzieci.   Duma   Hope'ów 
powstrzymywała ją przed zwróceniem się 
do rodziny o pomoc. Radziła sobie sama i 
robiła   to   doskonale.   Wszystkie   dzieci 
ukończyły szkoły. Trzy córki dobrze wy-

background image

szły za mąż, a starszy syn jest księdzem. 
Drugi, ojciec Buza, pracuje w wywiadzie. 
Jego   żona   zmarła,   gdy   Buz   był   malutki. 
Teraz przez większość czasu Buz mieszka 
z ojcem, ale kiedy on musi wyjechać, przy-
syła Buza do Mary. Mary mogłaby miesz-
kać z jednym z dzieci, ale jest zbyt nieza-
leżna. Nawet nie korzysta z pieniędzy, któ-
re jej przysyłają, lecz wpłaca je na konto 
dla swoich wnuków. Nie można nie podzi-
wiać takiej kobiety.

Ann skinęła głową zgadzając się w zu-

pełności z panią Hector. Wszystko to tłu-
maczyło   ostrość   zachowania   Mary   i   jej 
niezwykłą szczerość. Ta kobieta nie chcia-
ła od życia nic za darmo i nie miała cierpli-
wości dla osób, które sądziły inaczej.

Po   kilku   minutach   poszukiwań   Ann   i 

pani   Hector   znalazły   kapitana   Friar   w 
ogrodzie, gdzie zabawiał Buza Kermana i 
Guya Shaw. Był staruszkiem o błyszczą-
cych oczach, doskonale pasującym do wy-

background image

obrażeń o kapitanach z dawnych czasów. 
Nic dziwnego, że Joel go od razu polubił, 
pomyślała Ann.

– A więc to ty jesteś Ann Dawson – po-

wiedział, gdy pani Hector przedstawiła mu 
Ann.   –   Jesteś   bardzo   podobna   do   ciotki. 
Dobrze ją znałem.

Ann   przygotowała   się   na   najgorsze. 

Mary Kerman nie pozostawiła jej ani cie-
nia wątpliwości, że ktokolwiek mógłby po-
wiedzieć o ciotce Emmie coś miłego.

– Emma Dawson była piękną dziewczy-

ną – powiedział staruszek. – Szkoda, że tak 
bardzo bała się życia. Wiedziałaś, że od-
rzuciła mojego pierwszego oficera, Petera 
Greerly?

Ann musiała przyznać, że o ciotce wie 

bardzo niewiele. Jej słowa obudziły w ka-
pitanie   wiele   wspomnień   i   kiedy   mówił, 
Ann nie mogła pozbyć się uczucia, że opo-
wiada o jakiejś nieznajomej kobiecie. Czy 
to możliwe, że siedemdziesięcioletnia ko-

background image

bieta, która zmarła otoczona brudem, była 
kiedyś   piękną,   godną   pożądania   kobietą? 
Zgodnie ze słowami starego kapitana mo-
gła wybierać wśród wielu adoratorów. Je-
śli to była prawda, dlaczego nigdy nie wy-
szła za mąż? Czy stało się tak dlatego, że – 
co kapitan dawał do zrozumienia – bała się 
zaryzykować życie z jedynym mężczyzną, 
którego   kochała?   Brzmiało   to   wszystko 
bardzo romantycznie, ale Ann zastanawia-
ła się, czy aby kapitan trochę nie przesa-
dzał mówiąc o adoratorach ciotki, których 
mogła poślubić, gdy jej ukochany zaginął 
na morzu.

Kapitan   wspomniał   też   o   ostatnich   la-

tach   życia   ciotki,   przypisując   jej   dziwne 
zachowanie   postępującej   sklerozie.   Ann 
pomyślała   o   stosach   gazet,   magazynów, 
starych zużytych toreb, pustych butelek i 
innych niepotrzebnych rzeczy zaśmiecają-
cych dom. Wątpiła, by dziwna pasja ciotki 
do zbierania takich przedmiotów narodziła 

background image

się dopiero w starszym wieku.

– Można się wiele nauczyć od życia, ja-

kie wiodła twoja ciotka – przerwał jej roz-
myślania kapitan. – Żal zbiera większe żni-
wo niż jakiekolwiek inne znane nam uczu-
cie. Człowiek zniesie wszystko poza myślą 
o tym, co mogłoby być. Pamiętaj o tym, 
moja  droga.  Lepiej  popełnić   wielki  błąd, 
niż   spędzić   resztę   życia   w   poczuciu,   że 
mogło być zupełnie inaczej.

Buz i Guy poruszyli się niecierpliwie.
– Kiedy skończy pan opowieść o tym, 

jak złapali pana chińscy piraci? – wtrącił 
Buz.

Kapitan spojrzał przepraszająco na Ann.
–   Przepraszam,   że   przeszkodziłyśmy   – 

powiedziała wstając. – Bardzo miło się z 
panem rozmawiało.

– Proszę przyjść do mnie któregoś dnia. 

Ja sam niewiele ostatnio wychodzę. Twój 
przyjaciel, Joel, powie ci, gdzie mieszkam.

Ann obiecała, że na pewno go odwiedzi, 

background image

i znów znalazła się w rękach Eileen Hec-
tor.

– Czyż on nie jest wspaniały? – spytała 

Eileen.

–   Joel   ma   bzika   na   jego   punkcie.   Nie 

mógł sobie znaleźć lepszego gospodarza, a 
ja dokładnie tak wyobrażałam sobie stare-
go kapitana. Widziałam portrety, do któ-
rych   mógłby   pozować.   Czy   znała   pani 
moją ciotkę?

– Nie tak długo jak kapitan.
– Czy mówił prawdę?
– Chodzi ci o ten romans? – pani Hector 

wzruszyła ramionami. – Słyszałam trochę 
plotek,  ale  moje   kontakty  z  twoją  ciotką 
nie skłoniły mnie do tego, by w to uwie-
rzyć. Trudno myśleć miło o kimś, kto stale 
wciska ci zwiędnięte jarzyny i zgniłe owo-
ce. Wszyscy ci, którzy kupowali w sklepie 
twojej ciotki, robili to tylko z konieczności 
i wcale za nią nie przepadali.

W dalszej części wieczoru Ann nie mia-

background image

ła już czasu, by zastanawiać się nad prze-
szłością ciotki. Wróciła do Terry i Joela, 
którzy najwyraźniej doskonale się bawili, a 
niebawem   zaangażowała   się   w   ożywioną 
dyskusję, którą wywołał Dan Hector prze-
ciwstawiając sobie Mala Shaw i Vina War-
rena.   Obaj   mężczyźni   doskonale   żonglo-
wali słowami i terminami, czerpiąc z boga-
tego zestawu informacji. Był to więc bar-
dzo pouczający wieczór. Kiedy około dzie-
siątej podano do stołu, Ann odkryła, że po-
sadzono ją obok Vina.

– Dobrze się bawisz? – spytał.
– Tak – odparła bez wahania.
– Eileen lubi cię – powiedział niespo-

dziewanie Vin.

Aby   pokryć   zakłopotanie,   Ann   stwier-

dziła:

– Nie miałam pojęcia, że jest twoją ciot-

ką ani też że pan Hector jest właścicielem 
Harbor Real Estate.

– Eileen i Dan byli dla mnie bardzo do-

background image

brzy. Przyjęli mnie do swojej rodziny, kie-
dy moi rodzice zginęli w wypadku samo-
chodowym.

– Pani Hector powiedziała mi, że bardzo 

ci zależy na zakończeniu transakcji z Ban-
croff Enterprises w moim imieniu.

Tym razem zmieszał się Vin.
– Żałuję, że to powiedziała.
– Dlaczego? To nie wpłynie  wcale na 

moją   decyzję.  Nie   działam   na   zasadzie 
emocji.

Vin spojrzał na nią uważnie.
– Chcesz, żeby ludzie wierzyli, że jesteś 

tak zimna i wyrachowana? – spytał.

– Czy nie powinieneś sam odkryć?
Vin zamyślił się.
– Zrobię to, możesz być pewna – szep-

nął.

W tym właśnie momencie podeszła do 

nich Joan Moore.

– Nie skończyliśmy rozmowy, Vin – po-

wiedziała siadając na poręczy jego krzesła. 

background image

– Może zawieziesz mnie do Mount City?

– Teraz? – spytał.
– Przyjęcie powoli się kończy, a wiesz, 

jak tego nie cierpię – powiedziała przesu-
wając palcem po szyi Vina. – Po drodze 
możemy wstąpić na drinka.

– Jeśli masz ochotę na drinka – rzucił 

Vin wstając – przyniosę ci.

–   Głuptasie   –   powiedziała   Joan   przy-

trzymując   go.   –   Czyż   mężczyźni   nie   są 
czasami zbyt mało domyślni? – rzuciła w 
stronę Ann.

Vin przeprosił  ją  i  poszedł  po  okrycie 

Joan,   która   ruszyła   na   poszukiwanie   go-
spodarzy.   Ann   została   sama   tylko   przez 
chwilę,   gdyż   na   zwolnione   przez   Vina 
krzesło opadł Joel.

– Gdzie się podziewałaś przez pierwszą 

część wieczoru? – spytał.

Ann   opowiedziała   mu   o   rozmowie   z 

Malem Shaw i Vinem.

– Podjęłaś jakąś decyzję?

background image

– Wiesz, że nie zrobiłabym tego nie na-

radziwszy się wcześniej z tobą i Terry.

– Kiedy ty wędrowałaś z panią Hector 

od   jednej   grupki   gości   do   drugiej,   pani 
Moore zdradziła się, że ona pierwsza miała 
okazję sprzedać swój teren Bancroff Enter-
prises powiedział Joel. – Całkiem możli-
we,   że   Vin   Warren   wcale   nie   jest   tak 
szczery, za jakiego chciałby uchodzić.

– Co mi radzisz?
– Teraz radziłbym się wycofać.
– To nie fair, Joel. Nie pora, żebyś umy-

wał od tego ręce. Gdybyś nam tego nie za-
sugerował, nigdy byśmy tu nie przyjecha-
ły.

– Czy to było aż tak złe posunięcie? Vin 

Warren zaproponował wam przecież tysiąc 
dwieście czy sześćset dolarów więcej.

– Do czego i tak prawdopodobnie by do-

szło bez naszego wyjazdu z Bostonu.

Joel nic nie odpowiedział.
–   Co   się   tutaj   dzieje?   –   spytała   nagle 

background image

Terry. – Joel wygląda tak, jakby zaraz miał 
iść na ścięcie.

– Bardzo bystra uwaga – stwierdził Joel, 

a głos miał bardziej przygnębiony niż wy-
gląd.

– Ojej, ależ to wszystko brzmi posępnie 

– powiedziała Terry nie tracąc jednak nic 
ze swej wesołości.

– Porozmawiamy o tym jutro – postano-

wiła Ann.

–   Jeśli   to   rzeczywiście   tak   poważna 

sprawa, bardzo się cieszę, że poczekamy z 
tym do jutra – Terry zakręciła się tanecz-
nym ruchem i opadła na stojące obok krze-
sło. – Zbyt dobrze się dzisiaj bawiłam. Na-
wet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak 
bardzo brakuje mi towarzystwa ludzi. Pa-
miętasz te wspaniałe imprezy w piątkowe 
wieczory,   gdy   Joel   zjawiał   się   u   nas   ze 
swoimi kumplami?

Ann i Joel uśmiechnęli się na to wspo-

mnienie. Jak mogli zapomnieć te zwario-

background image

wane   noce   pełne   dyskusji   równie   szalo-
nych jak młodzi ludzie, którzy je prowa-
dzili.

–   Co   myślicie   o   naszych   dzisiejszych 

gospodarzach? – spytała Terry.

– Są bardzo mili – odparła Ann.
– I bezpośredni – wtrącił Joel.
– Czy pani Shaw była tu dzisiaj? – spy-

tała Ann. – Nie pamiętam, żebym ją po-
znała.

– Mal Shaw jest wdowcem – poinformo-

wała ją Terry. – Siedząca obok mnie pani 
powiedziała mi, że jego żona zmarła pięć 
lat temu na białaczkę.

Wdowiec? Podczas ich pierwszego spo-

tkania   Ann   uznała   Mala   za   atrakcyjnego 
mężczyznę, ale nie pozwoliła sobie myśleć 
nic więcej. Teraz nie istniał żaden powód, 
by nie miała tego robić i myśl o tym spra-
wiła jej wyraźną przyjemność.

– Czy uważasz, że możemy się teraz z 

wdziękiem   wynieść?   –   spytała   Terry.   – 

background image

Marzę o gorącej kąpieli i łóżku.

– Też chciałabym już iść – powiedziała 

Ann. – Kolacja zupełnie mnie dobiła. Uno-
szę powieki tylko czystą siłą woli.

– To ostatni raz, kiedy wziąłem was ze 

sobą – stwierdził Joel. – Następnym razem 
wezmę sobie dziewczyny, które nie będą 
się chciały zwijać w samym środku zaba-
wy.

–   W   samym   środku?   –   wykrzyknęła 

Ann. – Rozejrzyj się dobrze, przyjacielu. 
Wszyscy już mają dość i powoli wycho-
dzą.

Mal   Shaw   nalegał,   by  odwieźć   ich   do 

domu. Joel i Terry wylądowali na tylnym 
siedzeniu wraz z Guyem, podczas gdy Ann 
usiadła obok Mala.

–   Co   byś   powiedziała   na   przejażdżkę 

łódką jutro? – spytał Mal. – Chciałbym za-
prosić cię wraz z siostrą.

– To bardzo miłe z twojej strony – po-

wiedziała Ann – ale niedziela jest ostatnim 

background image

dniem Joela tutaj. Wraca już do Bostonu 
na zajęcia.

– Joel również jest zaproszony.
Ann odwróciła się i przekazała Joelowi i 

Terry zaproszenie Mala.

– Wspaniale – odparła Terry.
– Przychylam się – dorzucił Joel.
–   Przyjmujemy   zaproszenie   –   powie-

działa Ann odwracając się do przodu.

– Cieszę się. Byłem pewny, że Terry i 

Joel pojadą z nami. Ładna z nich para.

Ann   ugryzła   się   w   język.   Czyżby   nie 

zdawał sobie sprawy z tego, że Joel jest 
bardziej jej przyjacielem niż Terry?, zasta-
nowiła się. Samochód zatrzymał się przed 
osobliwie wyglądającym drewnianym do-
mem.

– Czyż nie tu wysiadasz, Evans? – spy-

tał Mal przez ramię.

–   Już?   –   powiedział   Joel   i   otworzył 

drzwi. Zanim wysiadł, pochylił się i poca-
łował Ann w policzek. – Dobranoc, kocha-

background image

nie. Do zobaczenia jutro.

Ann spojrzała ukradkiem na Mala i do-

strzegła, że zmarszczył brwi.

– O której jutro, Mal? – spytał Joel.
– Proszę? – rzucił Mal wracając jakby z 

daleka.

– O której jutro wyruszamy?
– Po lunchu, jeśli to wszystkim pasuje – 

powiedział Mal po chwili zastanowienia.

Wszyscy   przystali   na   tę   propozycję   i 

Joel wysiadł z samochodu. W czasie dal-
szej jazdy Ann słyszała, jak Terry próbuje 
rozmawiać z Guyem. Sam chłopiec mówił 
niewiele. Sprawiał wrażenie niezwykle ci-
chego i spokojnego w przeciwieństwie do 
Buza   Kermana,   któremu   buzia   się   nigdy 
nie zamykała.

– Ile semestrów ma jeszcze przed sobą 

Joel, zanim skończy studia? – spytał Mal.

– Po tych letnich zajęciach jeszcze jeden 

pełny rok.

– Jakie ma plany?

background image

– Dwie czy trzy firmy prawnicze są za-

interesowane współpracą z nim.

– To dobrze. Najważniejsze, żeby wła-

ściwie zacząć.

Problem polega na tym, że Joela nie in-

teresuje wcale prawo przemysłowe ani po-
datkowe, a w tym właśnie specjalizują się 
te firmy.

– A co on chce robić?
– Chce mieć prywatną praktykę.
Mal westchnął ciężko.
– Czy ma jakieś środki do życia, żeby 

przetrwać początkowy okres tworzenia ta-
kiego przedsięwzięcia?

– Nie. Ale ma mnóstwo odwagi i deter-

minacji.

–   To   godne   podziwu,   ale   nie   można 

utrzymać   żony   ani   rodziny   tylko   dzięki 
nim.

– Wiem – odparła cicho Ann.
– Czy jesteście z Joelem związani w ja-

kiś sposób? – spytał Mal.

background image

Kilka myśli przebiegło nagle przez gło-

wę Ann. Wiedziała, że jej odpowiedź bę-
dzie miała istotne znaczenie dla ich przy-
szłych stosunków.

– Nie – odparła czując natychmiast wy-

rzuty sumienia.

– To dobrze – stwierdził Mal i uśmiech-

nął się po raz pierwszy od chwili, gdy zo-
baczył, jak Joel całuje Ann w policzek. – 
Czuję,   że   będziemy   się   często   spotykać, 
Ann.

background image

Rozdział 5

Czekając na przyjazd Mala, Terry i Ann 

ponownie omawiały możliwości zakończe-
nia sprawy sprzedaży posiadłości ciotki.

– Po spędzeniu całego wieczoru z Joan 

Moore – stwierdziła Terry – skłaniam się 
ku   myśli,   że   ona   nie   rozstanie   się   z   ni-
czym, jeśli nie zarobi na tym okrągłej sum-
ki.   Pochodzi   ze   starej   rodziny   handlarzy 
końmi.   Nawet   kiedy   pozbywa   się   męża, 
wyciska z niego wszystko, co się da. Jeśli 
dojdzie   do   wyboru   pomiędzy   naszymi 
ofertami, nasza na pewno będzie bardziej 
korzystna.

– I wyjdziemy na tym lepiej niż przyj-

mując ofertę Vina Warrena?

–   W   tym   życiu   nie   ma   nic   absolutnie 

pewnego, ale gotowa jestem zaryzykować. 
A ty?

Ann odwróciła się.

background image

– A co się stanie, jeśli stracimy w ogóle 

szansę sprzedaży posiadłości?

–   W   takim   wypadku   zostaniemy   naj-

młodszymi właścicielkami sklepu spożyw-
czego w Point Hope.

– Jak możesz tak żartować, Terry?
– To przecież nie będzie koniec świata, 

Ann. Damy sobie jakoś radę.

– Czy wiesz, jakie mamy długi?
– Wcale  nie  jesteśmy  wyjątkiem.  Jeśli 

sprawy tutaj nie ułożą się tak, jak planowa-
łyśmy,   zawsze   jeszcze   zostaje   Boston   i 
praca. Jeśli nie spłacimy wszystkich dłu-
gów w tym roku, zrobimy to w przyszłym 
albo jeszcze później. Jesteśmy obie młode 
i zdrowe.

– A co się stanie, jeśli znów zachoruję?
– Czy właśnie to cię tak martwi? Wiel-

kie nieba, Ann, nikt nie ma w życiu stupro-
centowej   gwarancji.   Sama   słyszałaś,   jak 
mówi Joel: musisz pchać się przez życie z 
nadzieją w jednej garści, a determinacją w 

background image

drugiej.

– Może tobie to wystarczy, ale mnie już 

nie. Jeśli kiedykolwiek trafi mi się szansa 
zabezpieczenia sobie przyszłości lepiej niż 
tylko   za   pomocą   nadziei   i   modlitwy,   na 
pewno z niej skorzystam.

– Planujesz wydać się za milionera? – 

spytała Terry.

– A znasz jakiegoś? – odgryzła się Ann.
Terry spojrzała na nią uważnie.
–   Gdybym   przez   moment   sądziła,   że 

mówisz poważnie – powiedziała – pierw-
sza   podpisałabym   petycję   o   wykluczenie 
cię z szeregów ludzkości.

Pukanie do drzwi uratowało Ann przed 

odpowiedzią na stwierdzenie siostry.

– To na pewno Mal – powiedziała wsta-

jąc. – Otworzę.

Zatrzymała   się   przy   lustrze   wiszącym 

przy drzwiach i kilkoma ruchami poprawi-
ła fryzurę. Otwierając drzwi przywołała na 
usta radosny uśmiech, który zaraz zniknął, 

background image

gdy zobaczyła na progu Vina Warrena.

– Cześć – powiedział, a w jego oczach 

widać było wyraźnie, że dostrzegł natych-
miastową zmianę na jej twarzy – Mal po-
prosił   mnie,   żebym   odegrał   rolę   szofera. 
Wcześnie rano zabrał Guya i Buza na ryby 
i wrócił dopiero przed piętnastoma minuta-
mi. A teraz przygotowuje łódź na popołu-
dniową wyprawę.

– Jesteśmy z Terry gotowe, ale musimy 

jeszcze wstąpić po Joela – odparła Ann i 
zawołała siostrę.

Terry zjawiła się z dużą plażową torbą, 

do której zapakowała swetry, okulary sło-
neczne i balsam do opalania.

– Co się stało z naszym kapitanem? – 

spytała.

Vin   wyjaśnił   wszystko   jeszcze   raz   i 

wziąwszy   torbę   Terry,   ruszył   wraz   z 
dziewczętami w stronę swego niebieskiego 
samochodu.   Dopiero   kiedy   otworzył 
drzwi, dostrzegły Joan Moore siedzącą na 

background image

przednim siedzeniu. Terry zawahała się na 
ułamek sekundy.

–   Znów   się   spotykamy   –   powiedziała 

Joan – mam nadzieję, że jesteście dobrymi 
żeglarzami.

– Mamy wielkie doświadczenie zdobyte 

w łódkach w parku w Bostonie – powie-
działa Terry.

Siadając obok Terry, Ann usłyszała ci-

chy chichot Vina.

–   Dokąd   jedziemy   po   Joela?   –   spytał 

siadając za kierownicą.

– Do kapitana Friara – odparła Ann.
Joan coś powiedziała, jednak ani Ann, 

ani Terry nie usłyszały jej słów.

– Mam nadzieję, że nie macie nic prze-

ciwko   dwóm   dodatkowym   uczestnikom 
wyprawy – powiedział Vin.

– My nigdy nie narzekamy – odparła jak 

zwykle szczerze Terry. – Mam tylko na-
dzieję, że kamizelek ratunkowych wystar-
czy dla wszystkich.

background image

Ann   zauważyła   w   lusterku   uśmiech 

Vina. Widać było wyraźnie, że oświadcze-
nie Terry bardzo go rozbawiło.

– Nie ma obaw. Wystarczy.
Kiedy   stanęli   przed   domem   kapitana, 

zmuszeni byli czekać na Joela, który wy-
chylił się przez okno z twarzą pokrytą kre-
mem do golenia, żeby zapewnić ich, iż nie 
potrwa to długo.

– Pomyśleć tylko, że to kobiety oskarża 

się   o   wieczne   spóźnianie   –   powiedziała 
Ann.

– Założę się, że zaspał – stwierdziła Ter-

ry. – Nigdy nie chce iść spać o ludzkiej po-
rze, a potem śpi do pierwszej.

Dziesięć minut później Joel wcisnął się 

między   Ann   i   Terry   rzuciwszy   radosne 
„cześć" Vinowi i Joan. Bez żadnych cere-
gieli objął ramieniem Ann i przytulił świe-
żo ogolony policzek do jej twarzy.

–   Chcesz   się   trochę   popieścić,   zanim 

znów zarosnę? Gwarantuję stuprocentową 

background image

gładkość – powiedział i wybuchnął śmie-
chem, gdy Ann odsunęła się. Cofnął ramię 
i   odwrócił   się   w   stronę   Terry:   –   A   ty? 
Szkoda zmarnować tak wspaniałe golenie i 
doskonałą wodę kolońską.

– Daj spokój – osadziła go Terry ostrzej, 

niż wynikałoby to z żartobliwego tonu Jo-
ela.

Joel najwyraźniej nie wziął tego do sie-

bie. Pochylił się do przodu i spytał Vina:

– Co się stało z naszym gospodarzem?
Vin zaczął wyjaśniać, ale zaraz wtrąciła 

się Terry.

– Ten facet musi kochać żeglowanie – 

stwierdził Joel. – Wypływać dwa razy jed-
nego dnia.

– N. P. – powiedział Vin. – Normalna 

praktyka. Mal zawsze spędza część swego 
wolnego czasu z synem. Kiedy nie łowią 
ryb, urządzają pikniki lub organizują wy-
pad do miasta.

– To naprawdę godne podziwu – powie-

background image

dział pełnym aprobaty tonem Joel.

– Mal psuje tego chłopca – rzuciła Joan 

Moore – Guy za bardzo się do niego przy-
wiązał.  Mal   nie  może  się  nigdzie   ruszyć 
nie uzgodniwszy tego wcześniej z synem.

– Nie jest aż tak źle – bronił Mala Vin.
–   Jeśli   o   mnie   chodzi,   to   uważam,   że 

taki układ jest niezdrowy – ciągnęła dalej 
Joan.   –   Guy   powinien   pojechać   na   jakiś 
obóz dla chłopców, gdzie spotkałby rówie-
śników. Tutaj snuje się tylko całymi dnia-
mi czekając na ojca.

– A Buz Kerman? – spytała Ann. – Czę-

sto widywałam ich razem.

Joan skrzywiła się.
– To jedyna znajomość, którą przerwała-

bym na miejscu Mala – powiedziała.

–   Dlaczego?   –   spytała   Ann.   –   Buz   to 

wspaniały chłopak.

Joan odwróciła się do tyłu.
– Jest wnukiem Mary Kerman – powie-

działa, a jej ton sugerował, że jest to wy-

background image

starczająco silny argument.

Kiedy przybyli na przystań, Mal już na 

nich czekał. Przywitał się z nimi, a potem 
zaczął wydawać instrukcje Buzowi i Guy-
owi, którzy stali przy nim.

– Woda jest gładka jak stół. Będzie bar-

dzo miło – uspokajał dziewczęta pomaga-
jąc im wsiąść.

Vin i Joel zaproponowali mu pomoc w 

odcumowaniu   łodzi,   ale   odmówił   twier-
dząc, że Guy i Buz doskonale sobie pora-
dzą.

– Wrócimy najdalej o szóstej – krzyk-

nął, gdy łódź powoli ruszyła.

–   Nie   zapomnij,   że   jedziemy   dziś   na 

mecz baseballowy – krzyknął Guy.

– Tak jest. kapitanie. Poproś panią Mier, 

żeby przygotowała nam kolację.

Nawet   z   tej   odległości   Ann   dostrzegła 

smutny wyraz twarzy Guya. Stał bez ru-
chu, dopóki łódź nie skręciła w stronę ka-
nału.

background image

– Może powinieneś zabrać go z nami – 

powiedziała Ann.

– Kogo? – spytał Mal zmieniając bieg 

na wyższy.

– Guya. Wyglądał tak smutno.
– To cały on – odparł. – Uwielbia łowić 

ryby,   ale   jego   entuzjazm   znacznie   prze-
wyższa zdolności do żeglowania. Zawsze 
musi wracać po kilku godzinach. Robi mu 
się niedobrze.

W czasie wyprawy Ann dzieliła równo 

swój czas pomiędzy Mala, Terry i Joela, 
podczas gdy Vin poświęcił się niemal cał-
kowicie Joan Moore. Wyglądało na to, że 
Joan zdolna byłaby znaleźć zajęcie dla co 
najmniej tuzina mężczyzn. Dopiero kiedy 
Mal   postanowił   zarzucić   kotwicę   przy 
brzegu   wyspy   Keel,   Vin   zajął   się   łańcu-
chem.

Mal   zaproponował   zwiedzanie   wyspy. 

Mieli na to ochotę wszyscy z wyjątkiem 
Joan Moore. Po chwili dyskusji postano-

background image

wiono, że tylko czwórka zejdzie na brzeg.

– Czy ktoś tutaj mieszka? – spytała Ann 

Mala, gdy pomagał jej wysiąść z łódki.

– Nie. Mieszkańcy Point Hope twierdzą, 

że żyją tu tylko węże i szczury.

Ann   instynktownym   ruchem   wsunęła 

rękę w dłoń Mala. Roześmiał się, ściskając 
mocno jej palce.

– Chodźcie! – zawołał do Terry i Joela 

wysiadających z łódki.

Terry   doszła   do   plaży   i   rozglądała   się 

wokół z rękami na biodrach.

– Czy to wszystko? – spytała wyraźnie 

rozczarowana.

–   A   czego   się   spodziewałaś?   –   spytał 

Mal.

– Z daleka ta wyspa wyglądała dość cie-

kawie, a teraz widzę, że to tylko porośnięte 
chwastami skały.

–   I   można   przybić   do   brzegu   tylko   w 

jednym miejscu. Reszta wyspy jest niedo-
stępna. Nie ma tu nawet dobrego miejsca 

background image

na piknik.

– Teraz zazdroszczę Joan, że została na 

pokładzie – powiedziała Terry. – Tu prze-
cież nic nie ma.

– Czy Vin nie był wściekły, że musi zo-

stać? – zachichotał Mal. – Bardzo chciał 
urwać się z nami.

– Powiem mu, że nic nie stracił – stwier-

dził Joel.

– Vin był już tu kiedyś – powiedział da-

lej rozbawiony Mal. – A teraz musi się tam 
opędzać od Joan.

– Nie wydaje mi się, żeby aż tak bardzo 

się starał – rzuciła Ann.

–   Vin   jest   gentlemanem   –   powiedział 

Mal – i trochę brakuje mu doświadczenia. 
A Joan nie rozumie subtelności.

–   Chyba   niezbyt   za   nią   przepadasz   – 

stwierdził Joel.

– Joan zawsze wyrusza na łowy pomię-

dzy mężami. Nie ma nic takiego, czego nie 
powiedziałbym   jej   prosto   w   twarz.   Na 

background image

szczęście jest na tyle bystra, by nie próbo-
wać grać w to ze mną. Zbyt długo się zna-
my.

– Jest tu coś do roboty, czy mamy już 

wracać? – spytała trochę zniechęcona Ter-
ry.

– Interesuje was miejsce, gdzie bawili-

śmy się z Vinem w piratów?

Terry i Joel wymienili spojrzenia pozba-

wione zupełnie entuzjazmu.

– Nudziarze – rzuciła w ich stronę Ann. 

– Ja idę.

Joel usadowił się koło skały i wyciągnął 

rękę do Terry.

– My nudziarze poczekamy na was tutaj 

– powiedział.

Mal skierował się w stronę wąskiej po-

rośniętej trawą ścieżki. Po drodze pokazy-
wał Ann różne interesujące miejsca, aż do-
tarli do kępy drzew, gdzie w dzieciństwie 
wraz z Vinem bawili się w piratów. Mal 
skinął głową w stronę starego wiązu, z któ-

background image

rego gałęzi zwisał – kawałek liny.

– Wielu piratów dokonało tu żywota – 

powiedział głosem, w którym wyczuwało 
się entuzjazm młodości.

– Jako chłopcy musieliście się z Vinem 

nieźle bawić – powiedziała Ann.

– To prawda. Nasza wyobraźnia tylko w 

niewielkim stopniu przewyższała pomysło-
wość.   Hectorowie   i   moi   rodzice   przeżyli 
kilka ciężkich chwil. Kiedyś postanowili-
śmy zabawić się w Robinsona Crusoe i ob-
sadzić w roli Piętaszka grzecznego synka 
sąsiadów. Było bardzo miło, tylko wraca-
jąc do domu zapomnieliśmy go zabrać ze 
sobą. Ann uśmiechnęła się do niego ciepło 
i w następnej chwili znalazła się w jego ra-
mionach. Mal pochylił się, by ją pocało-
wać. Nie było to wydarzeniem wstrząsają-
cym,  ale nie było również  nieprzyjemne. 
Po chwili puścił ją i spojrzał jej prosto w 
oczy.

– Nie spadały gwiazdy ani nie dzwoniły 

background image

dzwony? – spytał z przenikliwością, której 
się nie spodziewała. – Ale nie było aż tak 
źle, prawda? Przyszłość jest pełna obietnic, 
Ann.

Kiedy wrócili na pokład łodzi, czekała 

ich niespodzianka w postaci awarii silnika. 
Mężczyźni   zajęli   się   od   razu   naprawą,   a 
Ann, Terry i Joan trzymały się z daleka.

– Jak ci się podobało na wyspie, Ann? – 

spytała Joan. – Dostrzegliśmy z Vinem, że 
ty i Mal poczuliście ducha przygody.

Terry   siedziała   z   rękami   opartymi   na 

łokciach.

– Co  można   oglądać   na  skałach poro-

śniętych chwastami? – spytała.

– Czasami to tylko kwestia właściwego 

przewodnika   –   odparła   Joan,   obserwując 
bacznie wyraz twarzy Ann.

Terry prychnęła, podczas gdy Ann nie 

mogła   powstrzymać   delikatnych   rumień-
ców wypływających jej na policzki.

– Kochaj mnie ze wszystkim, co mam – 

background image

rzuciła   Joan.   –   Znasz   to   powiedzenie, 
Ann?

– Tak – odparła i domyślała się, jakie 

będą następne słowa Joan.

– Każda kobieta, która zapragnie usidlić 

Mala, będzie musiała mieć do czynienia z 
Guyem. Myślałaś o tym?

–   Czy   nie   wyciągasz   wniosków   zbyt 

szybko? – spytała chłodno Ann.

– Tak między nami kobietami powiedz 

mi, czy myśl o wydaniu się za Mala Shaw 
nigdy nie przyszła ci do twojej bostońskiej 
główki?

Ann   spojrzała   zakłopotana   na   Terry, 

która   nagle   przestała   być   znudzona   i   z 
równym co Joan zainteresowaniem oczeki-
wała odpowiedzi siostry.

– Czyż każda kobieta nie traktuje wolne-

go mężczyzny jako potencjalnego kandy-
data na męża? – odparła wreszcie Ann.

Joan skłoniła lekko głowę przyjmując tę 

wymijającą odpowiedź. Wstała i podeszła 

background image

do schylonych nad silnikiem mężczyzn.

– O co chodziło? – spytała Terry siada-

jąc obok siostry.

– To tylko przykład czystej złośliwości 

– odparła Ann.

– Co się wydarzyło między tobą a na-

szym  kapitanem?   Przystawiał  się  do  cie-
bie?

Ann roześmiała się.
– Przestań się zachowywać jak kwoka, 

Terry. Nie sądzisz, że jestem dostatecznie 
dorosła, żeby sama dać sobie z tym radę?

–   Nic   nie   rozumiesz.   Kiedy   ty   i   ten 

prawnik kapitan... trzymaliście się za rącz-
ki,   ja   musiałam   stawać   na   głowie,   żeby 
uspokoić Joela.

– Dlaczego?
– Wielki Boże, Ann, czy nie wiesz, że 

ten wariat jest w tobie zakochany?

– Joel jest bardzo miłym chłopcem, ale 

obawiam się, że to wszystko – powiedziała 
Ann wiedząc doskonale, że przesadza. Joel 

background image

miał dwadzieścia siedem lat i był tylko o 
siedem czy osiem lat młodszy od Mala.

– Lepiej trzymaj się z dala od Joan Mo-

ore. Jej wdzięk jakoś powoli zanika.

Wycierając brudne od smaru ręce w sta-

rą szmatę, Joel usiadł obok Ann.

– Naprawiliście ten silnik? – spytała.
–   Nie,   ale   Malowi   udało   się   wreszcie 

skontaktować z pływającym w pobliżu ku-
trem.  Przypłynie tu niebawem i odholuje 
nas do portu. Mogłabyś wyjąć mi z kiesze-
ni papierosa?

Ann   wyjęła   paczkę   papierosów   z   kie-

szonki jego koszuli, wyjęła jednego i wsu-
nęła mu do ust.

–   Zapałki   mam   w   prawej   kieszeni 

spodni   –   powiedział   przesuwając   się,   by 
mogła po nie sięgnąć.

Kiedy   Ann   trzymała   zapaloną   zapałkę 

przy   papierosie   Joela,   spojrzała   nad   pło-
mieniem na Terry, która obserwowała ich 
z  zainteresowaniem.  Co ją dziś opętało?, 

background image

zastanawiała się Ann.

–  Uważaj   –   krzyknął   Joel   zdmuchując 

płomień   tuż   przy   koniuszkach   palców 
Ann. – Można się paskudnie oparzyć.

Pół   'godziny   później   Joel   dołączył   do 

Vina i Mala rzucających liny rybakom z 
kutra.   Wymienili   z   Malem   kilka   złośli-
wych   uwag,   lecz   na   szczęście   humory 
wszystkim dopisywały. Dopiero kiedy ru-
szyli, Mal dołączył do Ann.

– Na pewno nie zapomnę tej wyprawy – 

powiedziała Ann.

– Mam nadzieję – odparł, a spojrzenie 

jego brązowych oczu wyraźnie mówiło, że 
nie ma na myśli awarii silnika.

Ann szybko odwróciła wzrok. Nie miała 

zamiaru   rozwijać   tej   znajomości   zbyt 
gwałtownie. Musiała co prawda przyznać, 
że Mal bardzo się jej podoba, ale jak sam 
to   stwierdził,   obyło   się   bez   spadających 
gwiazd i dzwoniących dzwonów.

Mal skinął głową w stronę Vina, a weso-

background image

ły błysk w jego oczach zmusił ją do uśmie-
chu. Widać było wyraźnie, że Vin jeszcze 
raz przegrał potyczkę z Joan Moore. Stali 
razem przy relingu i Joan mocno obejmo-
wała go ramieniem.

– Jeśli nie będzie ostrożny, skończy jako 

czwarty małżonek – powiedział Mal.

– Jeśli tak łatwo się poddaje – stwierdzi-

ła z lekką pogardą Ann, to w pełni na to 
zasługuje.

– Nie bądź dla niego zbyt surowa, Ann. 

Niełatwo   jest   zbyć   gościa.   Joan   mieszka 
przecież u Hectorów.

– Myślałam, że pani Hector nie przepa-

da za nią.

– Kultura zniszczy kiedyś rodzaj ludzki. 

Jako kulturalni ludzie Hectorowie nie mo-
gli  odmówić  gościny córce  starej  przyja-
ciółki. Matka Joan była w college'u najlep-
szą przyjaciółką Eileen.

Kiedy   Terry   i   Joel   dołączyli   do   nich, 

rozmowa kręciła się wokół bardziej ogól-

background image

nych tematów. Joel jako pierwszy zauwa-
żył, że zbliżają się do Point Hope.

–   Wybaczcie   mi   –   powiedział   Mal.   – 

Muszę iść na przód łodzi. Załoga naszego 
holownika coś tam znowu wykrzykuje.

– Miły facet – stwierdził Joel.
– W istocie – potwierdziła Terry.
Coś w jej głosie sprawiło, że Joel spoj-

rzał na nią zaciekawiony.

– To wcale nie jego wina, że silnik się 

zepsuł   –   powiedział   przypisując   jej   roz-
drażnienie opóźnieniu wyprawy.

Kiedy   wpłynęli   do   portu,   Mal   pomógł 

dziewczętom wysiąść.

– Mam nadzieję, że nie macie mi tego za 

złe – powiedział. W tym właśnie momen-
cie odwrócił się i zauważył Guya siedzące-
go na starej skrzynce: – Cześć, mały.

– Spóźniłeś się – powiedział posępnym 

głosem Guy.

Mal spojrzał na zegarek.
– Wielkie nieba, nasz mecz! – wykrzyk-

background image

nął. – Przepraszam, synku.

– Gdybyście razem z Ann nie zwiedzali 

wyspy   –   powiedziała   słodko   Joan   –   na 
pewno zdążylibyśmy na czas.

Guy spojrzał na Ann, a wyraz jego oczu 

przyprawił ją o dreszcz.

background image

Rozdział 6

Vin   Warren   oparł   się   o   ścianę   hallu   i 

beznamiętnym wzrokiem obserwował star-
sze   małżeństwo   wędrujące   po   pustym 
domu.  Mężczyzna  rozglądał  się  uważnie, 
badając drewnianą boazerię i podłogę.

–  Wygląda   dość   solidnie   –   powiedział 

do żony i odwracając się do Vina spytał. – 
Czy możemy obejrzeć piwnicę?

– Tędy proszę – powiedział uprzejmie 

Vin odsuwając się od ściany.

Prowadząc ich w dół bardzo chciał im 

powiedzieć, że nie padało już od miesiąca i 
że   nie   tak   łatwo   jest   zauważyć   ślady   po 
niewielkiej powodzi. Powstrzymał się jed-
nak   od   komentarza.   Włączył   wszystkie 
światła   i   niemal   westchnął   z   ulgą,   gdy 
mężczyzna zatrzymał się przy wschodniej 
ścianie, o ton ciemniejszej od pozostałych.

No, pomyślał, teraz zacznie mnie wypy-

background image

tywać i będę mógł mu powiedzieć, że przy-
da mu się co najmniej z tuzin pomp, żeby 
utrzymać ten dom na swoim miejscu pod-
czas następnej ulewy.

– Piękna, przestronna piwnica, mamuś-

ku. Mógłbym tu sobie urządzić warsztat – 
powiedział mężczyzna.

I robić śluzy, co? pomyślał z obrzydze-

niem Vin.

– Ile chcecie za ten dom? – spytał męż-

czyzna urzędowym tonem.

Vin  wymienił   cenę  i   po  raz   setny  do-

szedł do wniosku, że handel nieruchomo-
ściami   to   parszywe   zajęcie.   Mężczyzna 
wyraźnie przeliczał coś w myślach.

– Czy możemy sobie na to pozwolić, ko-

chanie? – spytała nieśmiało kobieta.

– Z naszymi  oszczędnościami i kredy-

tem z banku powinno być nas stać – odparł 
mężczyzna. – Może wrócimy do pańskiego 
biura i sfinalizujemy transakcję?

Vin puścił ich przed sobą. Kiedy wyszli 

background image

na górę, spytał:

– Czy chcą się państwo jeszcze rozej-

rzeć?

–   Nie,   widzieliśmy   już   z   mamuśką 

wszystko.

Kobieta zatrzymała się na środku duże-

go salonu.

– Trzeba  tu będzie zrobić remont, ko-

chanie – powiedziała cicho.

– Przewidywaliśmy to. Nie można się, 

ot tak, wprowadzić do starego domu.

– Nie mamy nawet połowy mebli – do-

dała cicho kobieta.

Vin spojrzał na nią, a potem na jej męża. 

Nie mógł się oprzeć wrażeniu, że wygląda-
ją jak para bezbronnych jagniąt.

– Czy myśleli państwo o wybudowaniu 

własnego domu stosownego do potrzeb? – 
spytał wiedząc, że właśnie przegrał sprawę 
sprzedaży.

– Budowa? Nie mamy przecież tyle pie-

niędzy – powiedział mężczyzna.

background image

– Sprawdzał więc pan tę możliwość? – 

spytał Vin wiedząc doskonale, że tego nie 
zrobili.

– Nie, ale przecież wszyscy wiedzą, że 

nowy dom nie jest tak tani jak stary.

– Zatrzymajmy się po drodze do biura 

przy placu budowy, gdzie pracują nad rzę-
dami   nowych   domków   –   zaproponował 
Vin.

Dwie godziny później Vin wkroczył do 

biura Real Harbor Estate i rzucił neseser na 
jedną   z   szafek   z   dokumentami.   Siedząca 
przy   maszynie   starsza   kobieta   odwróciła 
się i spojrzała na niego znad okularów.

– Znów to zrobiłeś, Vin – powiedziała z 

naganą.

– Co, Stello? – spytał niewinnie.
–   Spaprałeś   sprzedaż.   Dlaczego   to   ro-

bisz?

– Czy Dan już wie?
–   Odebrał   telefon   od   państwa   Smith. 

Wycofali swoją ofertę. Wygląda na to, że 

background image

postanowili wybudować sobie własny dom 
– wstała od biurka i stanęła obok Vina. – 
Zastanawiam się, kto im poddał pomysł, że 
budowa wyjdzie im równie tanio, a na do-
datek będą mieli dokładnie to, czego chcą.

– Nie równie tanio, ale nie o wiele dro-

żej.

Stella potrząsnęła głową.
– Dan chce się z tobą zobaczyć. A ja 

chyba przekażę sprzedaż tego domu Maco-
wi.

– To przecież ruina, Stello.
–   Cieszę   się,   że   Mac   nie   ma   twojej 

wrażliwej duszy, bo inaczej musielibyśmy 
po pół roku zwinąć interes.

Vin pogłaskał ją po policzku i uśmiech-

nął się.

– Stello, ja naprawdę bardzo się stara-

łem.   Ani   raz   nie   pokazałem   im   braków 
tego domu.

– Ale zrobiłbyś to, gdyby zadali ci choć 

jedno pytanie na ten temat – westchnęła. 

background image

Stella. – Co mamy z tobą zrobić? Czy nie 
możesz   sobie   wbić   do   głowy,   że   handel 
nieruchomościami nie opiera się tylko na 
samych perłach architektury? Nie sądzisz, 
że jesteśmy coś winni również i właścicie-
lom tej „ruiny", jak ją określiłeś?

– Ale nie czyjąś krwawicę. Niech wła-

ściciele obniżą trochę cenę.

– Vin! – zawołał  ze  swego biura  Dan 

Hector.

– Już idę do ciebie, Dan.
Stella rzuciła Vinowi pełne współczucia 

spojrzenie i wróciła do maszyny.

– Przykro mi z powodu tej transakcji – 

powiedział siadając Vin.

– Naprawdę?  –  spytał   Dan bawiąc  się 

ołówkiem.

– Nie – odparł Vin. – Szczerze mówiąc 

nie.

Dan położył ołówek na biurku i przez 

chwilę patrzył na niego, po czym podniósł 
wzrok na Vina.

background image

–   To   się   nie   uda,   prawda?   –   spytał 

wreszcie.

–   Obiecałem   Eileen,   że   wytrzymam 

jeszcze przynajmniej rok.

Dan   usiadł   wygodnie   w   fotelu   i 

uśmiechnął się lekko.

– Prawdę mówiąc, Vin, nie wiem, czy 

firmę stać na to, by trzymać cię tu aż tak 
długo.

–   W   czasie   czterech   lat   pracy   tutaj 

sprzedałem   sporo   domów   –   przypomniał 
mu Vin.

– To prawda, ale były to tylko te posia-

dłości, co do których nie miałeś żadnych 
zastrzeżeń. Nie  chcemy  wcale  oszukiwać 
ludzi,   Vin,   ale   są   takie   momenty,   kiedy 
rzeczy oczywiste trzeba trochę podkoloro-
wać.   Czy   sądzisz,   że   Macowi   sprawia 
przyjemność   sprzedawanie   twoich   odrzu-
tów? Ten człowiek ma na utrzymaniu ro-
dzinę. To nie fair, że nie trafiają mu się 
żadne smaczniejsze kąski.

background image

– Nigdy nie prosiłem o specjalne wzglę-

dy.

– W istocie. Tylko że nawet nie próbu-

jesz sprzedać posiadłości, których nie uwa-
żasz za odpowiednie. Wtedy wkracza Stel-
la i podrzuca takie oferty Macowi.

– Dan, nie chodzi wcale o to, że się nie 

staram.

– Chcesz się wycofać?
– A co z Eileen?
– Ona się do tego nie miesza. Chciała 

tylko   wykorzystać   twoje   współczucie, 
żeby sprawić przyjemność mnie.

Tyle tylko, że mnie nie stać na to, żeby 

trzymać cię tu dla przyjemności.

Vin roześmiał się, a po chwili dołączył 

do niego Dan.

– Co zamierzasz zrobić? – spytał Dan, 

gdy doszedł już do siebie.

–   Wrócę   do   architektury.   To   przecież 

studiowałem.

– Masz już na oku jakąś pracę?

background image

– Kilku przyjaciół zajmujących się bu-

downictwem mówiło mi, że chętnie mnie 
przyjmą, jeśli tylko zajmę się na poważnie 
projektowaniem. Nawiasem mówiąc, dwa 
domy z tych, które powstają w pobliżu, to 
mój projekt.

– Nie wiem, czy mam być z ciebie dum-

ny, czy nieźle ci przyłożyć za podsyłanie 
przyjaciołom moich klientów – powiedział 
Dan z udanym gniewem.

– Jeszcze jedno, Dan. Czy mógłbym do-

prowadzić   do   końca   sprawę   Dawson   – 
Bancroff?

Dan spojrzał na niego badawczo.
– Dlaczego?
– Może podoba mi się fryzura pana Ban-

croff.

– Czy dlatego właśnie zaoferowałeś po-

łowę swojej prowizji pannie Dawson?

Vin uśmiechnął się tylko.
– Przypomniało mi to właśnie – powie-

dział   Dan   przerzucając   leżącą   na   biurku 

background image

korespondencję – że dostaliśmy dziś rano 
list z Bancroff Enterprises.

Vin pochylił się do przodu.
– Proszę – Dan podał mu pismo.
Vin przeczytał list i odłożył go z powro-

tem na biurko.

– Co to oznacza?
–   Dla   mnie   to   zupełnie   jasna   sprawa. 

Bancroff   Enterprises   wycofali   swą   ofertę 
kupna   posiadłości   należącej   do   panny 
Dawson.

Vin jeszcze raz przeczytał list.
– Nie ma tu wcale mowy o wycofaniu 

się z zamiaru budowy restauracji na Psiej 
Nodze.

–   Bo   tak   nie   jest   –   powiedział   cicho 

Dan. – Rozmawiałem dziś przy śniadaniu z 
Joan.   Poprosiła   mnie,   żebym   zajął   się 
sprzedażą   należącej   do   niej   części   Psiej 
Nogi.

– Jak mogłeś?
– Vin, Ann Dawson miała wystarczająco 

background image

dużo czasu, by zdecydować się na sprze-
daż. Minął już ponad miesiąc. Twoja ostat-
nia   cena   była   o   wiele   wyższa   niż   suma, 
którą sam bym zaproponował.

Vin rzucił list na biurko.
– Zawiadomiłeś już Ann Dawson?
– Podyktowałem Stelli list. Panna Daw-

son dostanie go jutro.

–   Gdyby   tylko   Mal   pilnował   swojego 

nosa – powiedział zapalczywie Vin. – To 
przecież za jego radą te dzieciaki przyje-
chały tutaj.

– O ile wiem, obie panienki skończyły 

już dwadzieścia jeden lat – zauważył Dan. 
– A poza tym mówiłeś mi, że wyjaśniłeś 
wszystko   pannie   Dawson   tego   wieczoru, 
kiedy tu przyjechała.

– Tak.
– Może więc  winić  tylko samą  siebie. 

Zrobiłeś znacznie więcej, niż było trzeba, 
zważywszy, że działałeś jako przedstawi-
ciel Bancroff Enterprises.

background image

– Dan, one potrzebują pieniędzy, podob-

nie jak Emma Dawson.

– Jedno mnie  zastanawia – powiedział 

Dan opierając się wygodnie o fotel. – Czy 
nie przyszło ci nigdy do głowy, że jak na 
kobietę   żyjącą   przesadnie   oszczędnie 
Emma Dawson zostawiła bardzo mało go-
tówki?

– Ile pieniędzy mogła rocznie zarobić?
– Na pewno niewiele. Ale przemnóż to 

przez trzydzieści lub czterdzieści lat.

 – Co sugerujesz?
– Może to tylko mój wymysł, ale wcale 

nie   byłbym   zaskoczony,   gdyby   Emma 
schowała gdzieś niezłą sumkę.

Vin aż podskoczył na krześle.
– Boże wielki, ty możesz mieć rację.
Dan uśmiechnął się.
– Dlaczego nie rzucisz tego na wejście 

w rozmowie z uroczą panną Dawson? Jeśli 
nie zyskasz nic więcej, to przynajmniej cię 
wysłucha.

background image

Vin spojrzał na niego uważnie.
– To tylko przypuszczenie, prawda?
Dan wzruszył ramionami.
– Nieraz najdziwniejsze przypuszczenia 

okazywały się prawdą. Ale jeśli masz wąt-
pliwości, to mogę  całą sprawę przekazać 
Malowi.

– Nawet się nie waż – powiedział Vin 

wstając. – Czuję, że rzeczony osobnik nie 
potrzebuje   żadnej   pomocy,   jeśli   w   grę 
wchodzi Ann Dawson. Zbyt  często się z 
nią   spotyka   jak   na   zwykłe   kontakty   z 
klientką.

Mimo że sugestia Dana o istnieniu ja-

kiejś tajnej skrytki w domu Emmy Dawson 
bardzo   do   niego   przemawiała,   Vin   oparł 
się pokusie natychmiastowego podzielenia 
się nią z Ann. Powoli i dokładnie zaczął 
sprawdzać   zwyczaje   Emmy.   Dzięki   roz-
mowom z różnymi ludźmi oraz sprawdza-
niu starych ksiąg podatkowych ustalił dwie 
rzeczy. Emma Dawson zawsze na czas re-

background image

gulowała wszystkie płatności i to gotówką. 
Po wizycie w oddziale Mount City Natio-
nal   Bank   przypuszczenia   Dana   nabrały 
bardziej   realnych  kształtów.   Przez   długie 
lata Emma Dawson wymieniała zarobione 
w sklepie pieniądze na studolarowe bank-
noty.

Kiedy Vin zjawił się u Ann pod koniec 

tygodnia, nadal nie był zdecydowany, czy 
wspominać cokolwiek o możliwości znale-
zienia ukrytych gdzieś w domu pieniędzy.

Miał nadzieję, że zastanie Ann samą, ale 

kiedy   wprowadziła   go   do   saloniku,   do-
strzegł siedzącą tam Mary Kerman.

–   Przyszedłeś   się   napawać   klęską?   – 

spytała Mary.

– Przykro mi, że nie doszło do tej trans-

akcji – powiedział Vin.

–   Wspaniała   pociecha   –   stwierdziła 

Mary. – Dlaczego nie powiedziałeś Ann, 
że Bancroff chcą się wycofać?

– Nic o tym nie wiedział – stwierdziła 

background image

bez cienia gniewu Ann. – Pan Hector wy-
jaśnił mi w liście, że dla nich było to rów-
nie wielkim zaskoczeniem.

Mary spojrzała z ukosa na Vina.
–   Czy   zrezygnowali   w   ogóle   z   całego 

projektu? – spytała.

Vin poczuł, że lekko się rumieni.
– A więc to tak – rzuciła Mary przez za-

ciśnięte wargi – mam nadzieję, że udławisz 
się tą swoją prowizją.

Ann   powiodła   wzrokiem   od   Mary   do 

Vina.

– O co w tym wszystkim chodzi? – spy-

tała.

– Chcesz, żebym ci powiedziała, dlacze-

go wszystko spełzło na niczym? – wtrąciła 
Mary.

– Wyciągasz zupełnie złe wnioski – po-

wiedział Vin próbując ją powstrzymać.

– Doprawdy? Czy zaprzeczysz, że Har-

bor Real Estate zajmuje się sprawami nie-
jakiej Joan Moore?

background image

Ann spojrzała mu prosto w twarz.
– A więc to prawda – powiedziała cicho.
– To wcale nie jest tak, jak się wydaje – 

powiedział Vin i nagle uświadomił sobie, 
że nie może się wytłumaczyć nie stawiając 
jednocześnie Dana Hectora w nie najlep-
szym świetle. Dodał więc tylko: – To kwe-
stia interesów.

– Interesów! A ty oczywiście poświęci-

łeś Ann – powiedziała Mary. – I pomyśleć, 
że tak cię wychwalałam tego pierwszego 
wieczoru, gdy się tutaj zjawiły.

–   Vin   dał   mi   przecież   dość   czasu   na 

przyjęcie jego oferty – stwierdziła spokoj-
nie Ann.

– Bronisz go jeszcze? – spytała z niedo-

wierzaniem Mary.

– Jak sam to powiedział: to tylko intere-

sy.

Vin doszedł do wniosku, że zdecydowa-

nie woli obelgi Mary od chłodnego uśmie-
chu Ann, który krył w sobie nieodwołal-

background image

ność   i   ostateczność.   Do   diabła,   dlaczego 
nie mogliśmy się spotkać w innych oko-
licznościach?, pomyślał. Powiedz coś albo 
spływaj stąd – powiedziała ostro Mary.

– Zostaw mnie na chwileczkę z Ann – 

poprosił cicho Vin nie mając pojęcia, co 
powie Ann, gdy ta zgodzi się na rozmowę 
w cztery oczy.

Mary   spojrzała   na   Ann.   która   skinęła 

przyzwalająco głową.

– Idę zobaczyć, co porabia Buz, ale za-

raz wrócę – powiedziała ostro Mary.

Vin poczekał, aż za Mary zamknęły się 

drzwi.

– Nie pracuję już w Harbor Real Estate 

– powiedział.

–   Z   tego   właśnie   powodu?   –   spytała 

Ann.

– Nie – odparł Vin. – Zrezygnowałem z 

pracy, jeszcze zanim dowiedziałem się, że 
nic nie wyjdzie z tej transakcji.

Na twarzy Ann widać było wyraźnie, że 

background image

nie rozumie, jaki związek może to mieć z 
ich rozmową.

– » Jakie masz plany? Chodzi mi o dom 

i sklep – spytał w końcu Vin.

– Jeszcze nie podjęłyśmy z Terry osta-

tecznej decyzji. Prawdopodobnie wystawi-
my je na sprzedaż... ale nie z pomocą Real 
Harbor Estate.

Vin puścił złośliwą uwagę mimo uszu.
– Ann, zostańcie tu jeszcze trochę – po-

prosił.

– Vin – powiedziała Ann przykładając 

dłoń do czoła – przez te nagłe zmiany te-
matu   trochę   kręci   mi   się   w   głowie.   Nie 
możesz się zdecydować?

Vin   przesunął   dłonią   po   krótko   obcię-

tych kasztanowych włosach.

– Posłuchaj, nie mogę ci teraz nic do-

kładnie powiedzieć, ale zatrzymanie posia-
dłości pracuje na twoją korzyść.

Coś w tonie jego głosu musiało zaintere-

sować Ann, gdyż spojrzała na niego uważ-

background image

nie.

– Jak długo? – spytała wreszcie.
– Tydzień, może dwa.
– Będę musiała omówić to z Terry. Ona 

nic nie robi bez powodu.

– Nie możesz jej po prostu powiedzieć, 

że ci się tu podoba? – spytał i zastanowił 
się, dlaczego ta uwaga wywołała uśmiech 
na twarzy Ann. – A podoba ci się?

– Point Hope jest urocze.
– Zostaniesz więc?
– Możliwe.
– Mogłabyś być bardziej precyzyjna?
–   Czego   chcesz   ode   mnie?   Pisemnej 

gwarancji? – rzuciła gniewnie Ann.

Vin poczuł nieodpartą chęć powiedzenia 

jej, żeby robiła, na co tylko ma ochotę, i 
wynieść się stamtąd jak najszybciej. Kiedy 
jednak spojrzał na jej jasne włosy i lśniące 
błękitne oczy, wiedział, że nigdy nie odej-
dzie.

– Czy nie miałabyś nic przeciwko temu, 

background image

gdybym tu wpadał przez kilka dni i obej-
rzał dokładnie dom? – spytał.

– A po co?
–   Ma   bardzo   interesujące   proporcje. 

Skoro zamierzam na poważnie zająć się ar-
chitekturą, chciałbym narysować sobie kil-
ka planów tego domu.

– Architekturą?
Vin wyjaśnił krótko, że w college'u stu-

diował architekturę i pracował przez kilka 
lat w tym zawodzie, zanim przyłączył się 
do Dana Hectora. Nie wspomniał jednak, 
że tę ostatnią decyzję podjął wyłącznie dla-
tego, by sprawić przyjemność Eileen.

– Wiem, że ten dom nie bardzo ci się 

podoba,   ale   w   niektórych   z   tych   starych 
budynków można znaleźć dawno już zapo-
mniane rozwiązania – powiedział Vin ma-
jąc nadzieję, że jej znajomość architektury 
jest równie pobieżna jak u większości lu-
dzi.

Ann spojrzała na niego zaciekawiona.

background image

– Naprawdę jesteś architektem?
– W ciągu ostatnich czterech lat nie zro-

biłem zbyt wiele, ale marzy mi się dzień, 
kiedy ludzie używać będą nazwiska „War-
ren"   na   określenie   domu   pięknego   i   wy-
godnego.

– Architekt? – spytała ponownie, jakoś 

nie mogąc w to uwierzyć.

–   Chciałabyś   zobaczyć   jedno   z   moich 

dzieł?

Ann uśmiechnęła się blado.
– Obawiam się, że plany niewiele mi po-

wiedzą.

– Nie chodzi mi o żadne rysunki, ale o 

prawdziwy dom. Właśnie budują dwa we-
dług moich projektów o pięć mil stąd. Co 
ty na to? Mogę ci je pokazać?

Ann   zamyśliła   się   nad   tym   zaprosze-

niem.

–   Tak,   chyba   tak   –   odparła   wreszcie, 

lecz szybko dodała: – Kiedyś.

background image

Rozdział 7

Terry z obojętnością podeszła do sprawy 

pozostania  w  Point  Hope. Ann podejrze-
wała, że wini samą siebie za taki rozwój 
wypadków. Nawet nie złościła się na Vina 
Warrena, co dość zaskoczyło Ann. Kiedy 
następnego dnia zjawił się u nich w domu 
z   przyborami   do   rysowania,   to   właśnie 
Terry otworzyła drzwi.

– Mogę zacząć gdzie chcę? – spytał.
Terry wzruszyła tylko ramionami i ode-

słała go do Ann, która przygotowywała się 
do wyjścia do sklepu. Ona również nie wy-
raziła swojego zdania.

– Chcesz, żeby któraś z nas tu została? – 

spytała zatrzymując się przy drzwiach.

– Nie, jeśli macie jakieś ważne sprawy.
–   Będę   się   tu   kręcić   sprawdzając,   czy 

nie   wynosi   rodzinnych   sreber   –   rzuciła 
Terry. – I tak nie mam ochoty na ważenie 

background image

jarzyn i uśmiechanie się do klientów.

– Jesteś chora? – spytała Ann wracając 

do pokoju.

– Nie. Nic mi nie jest. Naprawdę. Chyba 

mam lekką chandrę – wyjaśniła Terry. – 
Miałaś jakieś wiadomości od Joela?

–   Od   czasu   gdy   opisałam   mu   naszą 

obecną sytuację, nie – odparła Ann. – Czu-
ję, że on prędzej tu przyjedzie, niż napisze.

– Tak sądzisz?
Wydawało się jej tylko, czy Terry rze-

czywiście wyraźnie poweselała? Ann spoj-
rzała na siostrę uważnie, po czym wzrusza-
jąc ramionami wyszła z domu.

Praca   w   sklepie   biegła   swym   normal-

nym rytmem. Ann obsługiwała klientów i 
zajmowała   się   zdobywaniem   nowego   to-
waru, lecz większą część dnia spędzała ob-
serwując ocean przez duże okno. Była nie-
mal piąta, gdy dostrzegła zatrzymujący się 
przed   sklepem   samochód   Mala.   Wyszła 
zza lady, by znaleźć się bliżej drzwi, kiedy 

background image

Mal wejdzie.

– Cześć – powiedział radośnie. – Miałaś 

ciężki dzień?

– Okropnie bolą mnie oczy od tego ob-

serwowania mew – odparła ciesząc się z 
jego wybuchu śmiechu.

– Nadal jesteśmy umówieni na dziś wie-

czór? – spytał.

– A są jakieś powody, by miało być ina-

czej?

Mal objął ją.
–   Wiesz,   jak   się   czuję   –   powiedział   z 

twarzą wtuloną w jej włosy. – Zdarzało mi 
się   już   udzielać   złych   rad,   ale   nigdy   nie 
było aż tak źle.

– To przecież nie twoja wina, Mal. Mó-

wiłeś   mi   wystarczająco   wcześnie,   że   po-
winnam sprzedać posiadłość.

–   Jest   tylko   jedna   dobra   strona   tego 

wszystkiego – powiedział.

– Jaka?
– Zgadnij – odparł i pocałował ją.

background image

Odsunął się trochę, lecz nadal trzymał ją 

za ręce. Uśmiechnął się, patrząc jej prosto 
w oczy.

– . Nadal nie ma gwiazd ani dzwonów? 

–   spytał   wesoło   i   nie   czekając   na   odpo-
wiedź rzekł: – Nie ma sprawy. Lubimy się, 
a to całkiem niezły początek.

– Czy możecie przyjść z Guyem na ko-

lację?

– Obawiam się, że nie. Obiecałem mu, 

że   zjemy   wczesną   kolację   „Pod 
Homarem". Może kiedy indziej?

– Oczywiście.
– Czy to samochód Vina stoi przed wa-

szym domem? – spytał.

– Tak. Przyjechał dziś rano i wrócił jesz-

cze po południu. Rysuje plany domu.

– Plany?
– Vin chce się znów zająć architekturą i 

twierdzi, że dom ciotki ma bardzo intere-
sujące proporcje.

Spojrzał na nią zaskoczony.

background image

– Chyba żartuje sobie z ciebie.
– Nie sądzę, zważywszy na ilość przy-

borów   do   rysowania,   które   przyniósł   ze 
sobą. Terry powiedziała mi przy lunchu, że 
pracował cały ranek.

– Pani Hector powiedziała mi kilka dni 

temu, że Vin odszedł z Harbor Real Estate, 
ale nie miałem pojęcia, że chce wrócić do 
architektury.

– Jest w tym dobry?
Mal wzruszył ramionami.
– Dwa domy, które zbudowano według 

jego projektu, są  ładne, ale  nie  mnie  są-
dzić, czy są aż tak wyjątkowe. Handel nie-
ruchomościami   wyraźnie   mu   nie   leżał. 
Dan Hector powiedział mi wczoraj, że Vin 
odstraszył większość klientów, zamiast za-
chęcać ich do kupna. Miał zbyt wiele skru-
pułów. No, muszę już lecieć. Wpadnę po 
ciebie około ósmej.

Kiedy Ann wróciła do domu po szóstej, 

zaskoczona dostrzegła stojący tam jeszcze 

background image

samochód Vina. Terry siedziała w saloniku 
jedząc jabłko.

– Architekt nadal buszuje? – spytała.
– Na górze – odparła Terry. – A sądząc 

po odgłosach albo używa bardzo ciężkiego 
ołówka, albo przesuwa meble.

– Nie sprawdziłaś?
– A po co? Jakież szkody może tu wy-

rządzić? Przyszedł telegram od Joela.

Ann usiadła obok niej na krześle.
– Co pisze? – spytała zaciekawiona.
– Miałaś rację. Przyjeżdża tutaj. Zjawi 

się w ten weekend.

– Wspaniale. Coś jeszcze?
–   Zamierza   załatwić   Mala   i   Vina   – 

uśmiechnęła się Terry.

– Czy napisał to w telegramie?
– Tak i to używając mniej niż dziesięć 

słów.

–   Nabijasz   się   –   powiedziała   Terry   z 

wyrzutem.

– Telegram leży tam na stoliku.

background image

Ann wzięła do ręki żółtą kartkę i prze-

czytała   jej   treść.   PRZYJEŻDŻAM. 
WEEKEND.   ZAŁATWIĘ   ICH.   TRZY-
MAJCIE   SIĘ.   UCAŁOWANIA   JOEL   – 
Mam nadzieję, że nie pokazałaś tego Vino-
wi – powiedziała Ann.

– Nie mogłam się oprzeć. Vin nieźle się 

ubawił. Zwłaszcza ilością słów.

W tej chwili na górze rozległ się huk.
– Może ty nie jesteś ciekawa, ale ja bar-

dzo   –   stwierdziła   Ann.   –   Idę   na   górę. 
Chciałabym się dowiedzieć, jak długo bę-
dzie jeszcze tu dzisiaj siedział.

– Czy Mal i Guy przychodzą dziś na ko-

lację?

– Nie.
– Poproś Vina, żeby został.
– Co powiedziałaś? – spytała Ann od-

wracając się przy schodach.

– Zaproś go na kolację. I tak musimy 

skończyć dziś ten gulasz.

Ann uśmiechnęła się i weszła na schody. 

background image

Przy drzwiach do sypialni zatrzymała się. 
Vin klęczał przy jednej ze ścian.

– Cóż ty tu wyrabiasz? – spytała. Dopie-

ro wtedy dostrzegła metalowy metr, który 
trzymał w ręce.

– Cześć – powiedział. – Mierzę odległo-

ści.

– Aha – powiedziała bez przekonania. – 

Czy wiesz, która jest godzina?

Vin spojrzał na zegarek.
– Wielkie nieba. Nie miałem wcale za-

miaru siedzieć tu tak długo. Ale jest jesz-
cze tyle rzeczy, które chciałbym... naryso-
wać. Czy mogę przyjść jutro?

– Tak – odparła Ann po chwili zastano-

wienia.

Ann patrzyła, jak zbiera swoje przybory 

i gdy pochylił się, by wsunąć linijkę mię-
dzy kartki dużego notesu, dostrzegła smu-
gę brudu na jego twarzy.

– Czy aż tak mało dbamy o porządek w 

tym domu? – spytała wskazując na takie 

background image

samo miejsce na swojej twarzy.

Vin   spojrzał   w   lustro.   Szybko   wyjął 

chusteczkę i wytarł twarz.

– To nie wasza wina. To dowód na entu-

zjazm, z jakim zabieram się do pracy. Wy-
dostałem   się   przez   to   ukryte   wejście   na 
strych.

– Strych? Nawet nie wiedziałam, że tu-

taj   jest.   Nie   przypominam   sobie   również 
żadnego ukrytego wejścia.

– Znajduje się w suficie garderoby.
Przez długą chwilę Ann nic nie mówiła. 

Vin sprawiał wrażenie szczerego i otwarte-
go. Jeśli jego zainteresowanie ich domem 
nie pokrywało się z tym, co mówił, to o co 
mogło mu chodzić?

– Chciałbyś zostać na kolację? – spytała, 

a pełen ochoty wyraz jego oczu zmusił ją, 
by szybko dodała – mamy tylko wczoraj-
szy gulasz.

– To moja  ulubiona potrawa – powie-

dział.

background image

– Zobaczymy, czy nadal nią pozostanie 

po   dzisiejszym   wieczorze,   stwierdziła 
sceptycznie Ann. – Jeśli nie masz nic prze-
ciwko   temu,   chciałabym   się   przebrać   do 
kolacji.

– Przepraszam – powiedział Vin rumie-

niąc się lekko. – Schodzę na dół.

Kiedy zbierał swoje materiały, Ann po-

czuła znów wielką ciekawość i pewną dozę 
podejrzliwości.

–   Dlaczego   nie   zostawisz   wszystkiego 

tutaj? Nie ma sensu nosić tam i z powro-
tem.

Nie wiedziała, czy to tylko wyobraźnia 

płata jej figle, czy też Vin naprawdę zawa-
hał się na ułamek sekundy, zanim położył 
swój szkicownik na komodzie.

– Do zobaczenia na dole.
Dopiero gdy usłyszała, jak rozmawia na 

dole z Terry, wzięła do ręki szkicownik. 
Nie wiedziała, czy poczuła ulgę, czy może 
rozczarowanie, kiedy na pierwszych stro-

background image

nach   znalazła   szczegółowe   plany   domu 
ciotki. Jednak gdy przerzuciła szkicownik 
dalej,   coś   w   środku   zwróciło   jej   uwagę. 
Chociaż widziała to wyraźnie, nie bardzo 
mogła   uwierzyć   własnym   oczom.   Czuła 
się bardzo dziwnie patrząc na swój portret 
naszkicowany ołówkiem. Była pewna, że 
nie został skopiowany z żadnego zdjęcia. 
Musiał zostać narysowany z pamięci. Kie-
dy   przyjrzała   się   uważnie,   rozpoznała 
ubranie, które miała na sobie tego wieczo-
ru,   gdy   Vin   Warren   zobaczył   ją   po   raz 
pierwszy. Od tego dnia nie nosiła już tej 
sukienki. Zamknęła szkicownik i odłożyła 
go na komodę. Nagle poczuła się tak, jak-
by otworzyła niewłaściwe drzwi.

Przy kolacji Terry była zdecydowanie w 

lepszym   humorze.   Mówiła   niemal   bez 
przerwy,   za   co   Ann   była   jej   bardzo 
wdzięczna.   Myślała,   że   dzięki   temu   jej 
milczenie mniej rzuca się w oczy.

–   Dlaczego   jesteś   tak   cicha?   –   spytał 

background image

jednak Vin.

– To moja godzina słuchania – odparła 

odwracając  wzrok w  obawie, że  domyśli 
się, iż przeglądała jego szkicownik. Wie-
działa, że to niedorzeczne, ale to nagłe od-
krycie   sprawiło,   że   zapragnęła   poznać 
Vina nieco lepiej. Przyjrzała mu się uważ-
niej i ze zdziwieniem odkryła, że ma bar-
dzo długie rzęsy i ładne usta.

– Vin – powiedziała Terry – opowiedz 

Ann o tym śmiesznym człowieczku z para-
solem.

– Ann chyba nie jest w nastroju – odparł 

Vin.

– Na pewno – nalegała Terry. Odwraca-

jąc się do Ann dodała: – To kapitalna hi-
storia. Powinnaś go zmusić, żeby opowie-
dział ci kilka anegdotek z życia handlarza 
nieruchomościami.   Po   południu   rozbawił 
mnie   do   łez.   Ale   jest   chyba   najgorszym 
handlarzem, jakiego spotkałam w życiu.

Wreszcie   Terry   udało   się   przekonać 

background image

Vina, by opowiedział jeszcze raz tę histo-
rię. Ann nie miała pojęcia, czy jest aż tak 
zabawna, jak twierdziła siostra. Była cał-
kowicie   pochłonięta   obserwowaniem   wy-
razu twarzy Vina, jego gestów i dołka w 
brodzie. Dzwonek do drzwi wyrwał ją ze 
stanu bliskiego hipnozie.

– Otworzę – powiedziała Terry zrywając 

się.

– To na pewno Mal ^ – odparła Ann. – 

Umówiłam się z nim na dziś wieczór.

– Mal zawsze miał doskonały gust – po-

wiedział Vin patrząc jej prosto w oczy.

Ann szybko spuściła wzrok i zajęła się 

składaniem serwetki.

– Cześć, Vin – powiedział Mal wcho-

dząc   do   pokoju.   –   Jak   oceniasz   kuchnię 
pań Dawson?

–   Nadwyżka   gulaszu   –   powiedziała 

szybko   Terry   –   i   nasze   wychowanie   nie 
pozwalające nam wyrzucić niczego, co na-
daje się jeszcze do jedzenia.

background image

– To chyba zniszczyło wszystkie moje 

iluzje – odparł Vin z udanym bólem w gło-
sie.

– Tylko żartowałam – rzuciła Terry. – 

Byłeś naszym najzabawniejszym gościem. 
Prawdę   mówiąc,   również   jedynym.   Czy 
nie miałeś dziś przyjść na kolację razem z 
Guyem, Mal?

– Byliśmy razem „Pod Homarem". Już 

dawno mu to obiecałem.

– Nie ma sprawy. Gulaszu chyba i tak 

nie starczyłoby dla wszystkich.

– Jesteś gotowa, Ann? – spytał Mal.
– Wezmę tylko żakiet – odparła wstając.
Vin   wstał   również   i   zaoferował   Terry 

pomoc przy zmywaniu.

– Czy myślałeś, że uda ci się wymknąć? 

– spytała Terry.

W sypialni na górze Ann malowała usta. 

Kiedy otworzyła szufladę komody, by wy-
jąć torebkę, jej wzrok spoczął na szkicow-
niku Vina. Co mnie opętało?, spytała samą 

background image

siebie zamykając z trzaskiem szufladę. I co 
z tego, że Vin narysował jej portret? Praw-
dopodobnie nie miało to żadnego znacze-
nia.   Może   miał   już   dość   rysowania   pla-
nów.

Kiedy   zeszła   na   dół,   Mal   stał   w 

drzwiach kuchni rozmawiając z Terry i Vi-
nem.

– Gotowa? – spytał odwracając się na 

dźwięk jej kroków.

– Nie mogę się już doczekać – odparła 

Ann i ze zdumieniem odkryła, że powie-
działa to znacznie głośniej niż zwykle, tak 
jakby   chciała,   by   tych   dwoje   w   kuchni 
usłyszało ją wyraźnie.

– Nie trzymaj jej zbyt długo, Mal – po-

wiedziała Terry.

– Zachowujesz się jak troskliwa mamuś-

ka – uśmiechnął się Mal.

– Cóż poradzę na to, że Ann jest moją 

jedyną siostrą?

Vin wysunął głowę z kuchni.

background image

– Bawcie się dobrze – powiedział, a jego 

obojętny   ton   niespodziewanie   rozgniewał 
Ann.

– Chodźmy już, Mal.
Jechali   przez   dłuższą   chwilę,   gdy   Mal 

odwrócił się i spytał nagle:

– Co Vin zrobił takiego, że się rozgnie-

wałaś?

– Nie wiem, o co ci chodzi.
– Jak to, o co... popatrzyłaś się na niego 

tak, że aż mnie dreszcz przeszedł.

Ann była wdzięczna, że w samochodzie 

panował   mrok,   gdyż   poczuła   rumieniec 
wypływający na policzki.

– Może miałam go już dość. Pętał się 

pod nogami przez cały dzień.

– Muszę go wypytać, o co mu właściwie 

chodzi – powiedział Mal. – Jeśli będzie się 
naprzykrzał, daj mi znać. Bez względu na 
to, czy jest moim przyjacielem, czy nie, nie 
pozwolę mu denerwować ciebie ani Terry.

–   Nie,   nie   ma   sprawy   –   rzuciła   Ann 

background image

może zbyt szybko. – Nie ma z nim znowu 
aż tyle kłopotu.

– Zdecyduj się więc – powiedział Mal z 

cieniem zniecierpliwienia w głosie. – Albo 
daje w kość, albo nie.

– Proszę cię, Mal, nie kłóćmy się. Nie z 

powodu takiej błahostki.

– Przepraszam. Obawiam się, że jestem 

trochę zazdrosny. Nie bardzo podobał mi 
się sposób, w jaki na ciebie patrzył.

Ann z trudem powstrzymała się od pyta-

nia,   co   chciał   przez   to   powiedzieć,   ale 
stwierdziła,   że   lepiej   będzie   dać   sobie   z 
tym spokój.

Dopiero   godzina   spędzona   w   towarzy-

stwie Mala rozproszyła myśli o Vinie. Spę-
dzili wieczór w popularnej restauracji i do-
skonale   się   bawili.   Kiedy   odwiózł   ją   do 
domu, siedzieli jeszcze przez chwilę w sa-
mochodzie.

–   Czy   twoja   niańka   wypadnie   zaraz   z 

domu, żeby mnie przepędzić? – zażartował 

background image

Mal.

– Nie zwracaj uwagi na Terry.
– Ależ miło jest zobaczyć dwie tak bar-

dzo kochające się siostry.

– Mamy przecież tylko siebie – odpo-

wiedziała.

– Nie całkiem – odparł Mal.
Ann poczuła, że serce bije jej mocniej.
– Masz przecież mnie, Ann – powiedział 

przytulając ją mocno do siebie.

Ann   nie   opierała   się.   Oto   bezpieczeń-

stwo i czułość, pomyślała.

– Ann, Ann – powtarzał Mal całując jej 

oczy, policzki i wreszcie usta.

Chwilę później Mal ujął ją pod brodę.
– Otwórz oczy, Ann – powiedział cicho. 

– Nadal czekasz na gwiazdy i dzwony? – 
spytał.

– Mal – powiedziała i odkryła, że nie ma 

nic więcej do dodania.

– To nie zawsze tak jest, Ann. Nie mogę 

ci obiecać, że między nami coś takiego się 

background image

zdarzy.   Mogę   cię   tylko   zapewnić,   że 
ogromnie cię lubię i pragnę cię chronić i 
opiekować się tobą. Tylko, Ann...

– Tak?
– Przyjmij to z otwartymi oczami.

background image

Rozdział 8

Ann   obudziła   się   na   dźwięk   kroków, 

które   rozległy   się   w   pokoju.   Przez   kilka 
minut nie poruszyła się, by potem przecią-
gnąć się rozkosznie pod kołdrą. W łóżku 
było tak przyjemnie ciepło w przeciwień-
stwie do wrześniowego chłodu za oknem.

– Obudziłaś się? – dobiegł ją głos Terry.
– Nie – odparła.
Wielkie łóżko zachwiało się, gdy Terry 

wskoczyła tuż obok niej i gwałtownie po-
trząsnęła ją za ramię.

– Wstawaj – powiedziała.
– Idź sobie – odparła Ann sennym gło-

sem.

– Gdyby niektórzy chodzili spać o przy-

zwoitej porze, nie mieliby rano problemów 
ze wstawaniem – powiedziała słodko Ter-
ry.

– Wróciłam przecież tuż po dwunastej – 

background image

zaprotestowała Ann.

– Za   dziesięć   pierwsza   – poprawiła  ją 

Terry.

– Obudziłam cię? Przepraszam. Myśla-

łam, że zachowywałam się bardzo cicho.

–   Nie   ma   sprawy.   Tylko   otworzyłam 

jedno oko. Wiesz, że mówisz przez sen?

– Co? – Ann odwróciła się i otworzyła 

oczy.

– Mówisz przez sen.
– A co takiego powiedziałam?
– Jest coś takiego, czego nie powinnaś 

była powiedzieć?

Ann oparła się na łokciu i spojrzała na 

Terry, która siedziała z podwiniętymi no-
gami i przyglądała się jej z rozbawieniem.

– Zmyślasz tylko – stwierdziła Ann. – 

Nigdy w życiu nie mówiłam przez sen.

– Zawsze jest ten pierwszy raz – powie-

działa  Terry uśmiechając  się  od ucha  do 
ucha.

– Powiesz mi w końcu, co takiego na-

background image

opowiadałam?

– Niby dlaczego?
– Bo jestem od ciebie starsza – pochyliła 

się chcąc złapać Terry. Ta próbowała się 
odsunąć, lecz Ann złapała ją mocno w pa-
sie i przeturlały się razem po łóżku, pocią-
gając za sobą kołdrę i prześcieradło. – Po-
wiesz mi w końcu? – Ann mocno trzymała 
siostrę.

– Nie – rzuciła Terry starając się uwol-

nić.

Ann usiadła na niej, przytrzymując moc-

no ramiona Terry.

– Masz ostatnią szansę albo przejdę do 

bardziej drastycznych metod – mówiąc to 
Ann jedną ręką zaczęła łaskotać Terry.

– Przestań – krzyknęła Terry śmiejąc się 

histerycznie. – Dość!

– Poddajesz się?
– Tak! Tak! – krzyczała Terry, a po po-

liczkach płynęły jej łzy. – Proszę cię, Ann, 
wiesz, że tego nie wytrzymam.

background image

– Mów! – rzuciła Ann zbliżając rękę do 

żeber Terry.

Terry podniosła w górę ręce.
– Powiem  wszystko,  tylko nie  łaskocz 

mnie już.

– Czekam – powiedziała Ann.
Terry znów zaczęła chichotać.
– O co chodzi?
– Boże wielki! – powiedziała Terry wy-

cierając oczy. – Ty i gwiazdy i dzwony!

– O czym ty mówisz, dziewczyno?
–   O   tobie!   –   Terry   znów   wybuchnęła 

śmiechem. – Czy dzięki Malowi rzeczywi-
ście widzisz gwiazdy i słyszysz dzwony?

–   Wymyślasz   to   tylko!   –   oskarżyła   ją 

Ann   podejrzewając   jednak,   że   wcale   tak 
nie jest.

Ann wstała i po chwili namysłu podała 

Terry rękę.

– No i co? – spytała Terry z rozbawie-

niem w oczach.

– No  dobra  –  odparła   nieco nieśmiało 

background image

Ann.   –   Może   rzeczywiście   mówię   przez 
sen.

– Czy ja dobrze wszystko zrozumiałam? 

– spytała już poważniej Terry. – Jesteś za-
kochana w Malu Shaw?

– Bardzo go lubię.
– Bardziej niż Joela?
– Chyba tak.
– To dobrze – stwierdziła Terry. – Cie-

szę się, że twój wybór padł na Mala. Będę 
miała Joela dla siebie.

– Co?
–   Słyszałaś.   Lepiej   się   nie   rozmyślaj. 

Joel jest już zajęty.

– Mówisz poważnie? Kiedy to się stało?
–   Zdecydowałam   się   tego   popołudnia, 

kiedy   wybraliśmy   się   z   Malem   na   wy-
cieczkę. Próbowałam cię ostrzec.

Ann objęła siostrę i mocno ją przytuliła.
– Tak się cieszę. Joel to wspaniały chło-

pak. Dlaczego nic mi nie powiedział, kiedy 
tutaj był?

background image

– Przecież on jeszcze nic nie wie – po-

wiedziała Terry obojętnym głosem.

– Co? – wykrzyknęła zaskoczona Ann.
–   Kiedy   się   już   dowie,   będzie   równie 

szczęśliwy jak ja.

– Jak długo jesteś w nim zakochana? – 

spytała Ann siadając na łóżku.

– Od tego pierwszego wieczoru, kiedy 

przyprowadziłaś go do nas do domu, a on 
pożarł na przystawkę nasz obiad na następ-
ny dzień.

–   Trzy   lata?   –   spytała   z   niedowierza-

niem Ann. – Ale nigdy nie zdradziłaś się 
ze swoimi uczuciami. Nie miałam pojęcia.

– Nie myśl sobie, że to było łatwe – po-

wiedziała   Terry   rzucając   się   na   łóżko.   – 
Przez wiele nocy ryczałam w poduchę, po-
nieważ Joel nie wiedział nawet, że istnieję.

– Co ty wygadujesz? Joel zawsze trakto-

wał cię jak siostrę.

– A cóż mi z tego przychodziło, gdy na 

sam jego widok miałam  serce  w gardle? 

background image

Kiedy   przypadkiem   mnie   dotykał,   cała 
drżałam. Wiesz, jak to jest, Ann. Były ta-
kie chwile, kiedy siłą musiałam powstrzy-
mywać się, by nie pogładzić go po wło-
sach albo nie dotknąć tego dołka w policz-
ku, który pojawia się tam zawsze, gdy się 
uśmiecha...

–   Cholera   jasna!   –   rzuciła   gniewnie 

Ann.

– O co ci chodzi?
–   Dlaczego   Bancroff   Enterprises   nie 

mogła   kupić   tej   przeklętej   posiadłości? 
Mielibyście przynajmniej trochę pieniędzy 
na początek.

– A po co nam pieniądze?
– Bądź rozsądna, Terry. Joel nie ma ani 

centa. Mogą upłynąć całe lata, zanim coś 
zarobi.

– Damy sobie radę, Ann – powiedziała 

Terry z absolutnym przekonaniem i w tym 
momencie Ann odkryła, że trochę zazdro-
ści   siostrze.   Wyobraziła   sobie,   jak   Terry 

background image

krząta   się   po   malutkim   mieszkaniu,   nie 
zwracając uwagi na świat zewnętrzny. W 
wyobraźni ujrzała, jak Joel wraca do domu 
z wieścią, że wygrał jakąś sprawę za sto 
dolarów i jak świętują to wydarzenie pijąc 
butelkę wina  za dziewięćdziesiąt centów, 
jakby   to   był   najlepszy   szampan.   Nagle 
Ann poczuła się bardzo stara wiedząc, że 
straciła dar, który młodość ofiarowuje nam 
tylko   raz:   niezachwianą   wiarę   w   przy-
szłość.

– Czyż nie wspaniale jest być zakocha-

ną, Ann? – spytała Terry.

– Tak – odparła Ann i nie chciała już 

słuchać więcej. – Może zajmiemy się le-
piej śniadaniem?

–   Kogo   obchodzi   jedzenie?   –   rzuciła 

Terry,   ale   posłusznie   podniosła   się,   gdy 
Ann wstała z łóżka.

Kiedy   Ann   podeszła   do   komody,   by 

wziąć szczotkę do włosów, stanęła zasko-
czona.

background image

– Co się stało z notesem Vina? – spytała 

lekko zaniepokojona.

– Zabrał go wczoraj wieczór.
– Dlaczego?
Terry spojrzała na nią dziwnie.
– Powiedział, że musi sprawdzić swoje 

plany z oryginałami w dziale podatkowym 
czy w jakimś tam innym miejscu. Nie bar-
dzo słuchałam, co do mnie mówi.

– Nie zamierza tu dzisiaj przychodzić?
– Chyba tak.
– To po co zabrał notes?
– Mówiłam ci już. Co cię opętało? Za-

chowujesz się tak, jakby coś ci ukradł.

Ann skryła się szybko w łazience, zanim 

Terry   zdążyła   coś   dodać.   Kiedy   brała 
prysznic, przeklinała samą siebie za całe to 
zamieszanie z notesem Vina. Zastanawiała 
się, dlaczego w ogóle tak się tym przejęła.

Mimo że śniadanie jadła bardzo wolno, 

a   potem   długo   wybierała   się   do   sklepu, 
Vin   nie   zjawił   się,   gdy   była   jeszcze   w 

background image

domu. Dopiero późnym popołudniem do-
strzegła z okna sklepu jego samochód.

– Co chciałabyś zjeść dziś na kolację? – 

spytała siostrę odchodząc od okna.

– Obojętne, jeśli tylko nie będę musiała 

tego gotować.

– Co powiesz na pieczeń?
– Za dużo pracy.
– Nie ma  sprawy. Mogę wyjść teraz i 

wsadzić mięso do piecyka.

Terry   spojrzała   na   nią   znad   papierów, 

które studiowała.

– Odkąd to szalejesz na punkcie piecze-

ni?

– Nie masz ochoty na odmianę?
– Jeśli chce ci się gotować, to ja zjem z 

wielką przyjemnością – stwierdziła Terry i 
wróciła do pracy.

Ann weszła do domu niosąc dużą papie-

rową torbę z zakupami. Spodziewała się, 
że natknie się na Vina, ale nigdzie na dole 

background image

go nie było. Położyła więc torbę na stole w 
kuchni i przeszła do saloniku, kierując się 
w stronę schodów.

– Vin! – zawołała.
Nie było żadnej odpowiedzi. Gdzież on 

mógł się podziać? Była pewna, że to jego 
samochód stoi przed domem.

– Vin! – zawołała raz jeszcze i znów od-

powiedziało jej echo własnego głosu. Na-
gle usłyszała pukanie do drzwi. Był cały 
czas na zewnątrz, pomyślała i poczuła na-
głą   falę   radości.   Odwróciła   się,   lecz   jej 
twarz pozbawiona była wyrazu.

– Cześć – powiedział Joel zatrzaskując 

za sobą drzwi.

– A, to ty – odparła nie mogąc  ukryć 

rozczarowania w głosie.

– Może lepiej wyjdę i wejdę jeszcze raz 

– powiedział. – Przyjmowano mnie tu już 
cieplej.

– Myślałam, że to kto inny.
– Żal mi tego biedaka, jeśli miałaś go 

background image

tak powitać.

– Terry jest w sklepie.
– Wiem. Wstąpiłem tam najpierw.
– A co robisz tutaj dzisiaj? Myślałam, że 

przyjedziesz dopiero na weekend.

– Nie mam jutro żadnych zajęć, a dziś 

rano miałem tylko dwie godziny. Postano-
wiłem nie czekać. Powiesz mi, co się wy-
darzyło?

– Cóż mogę jeszcze dodać, poza tym, co 

ci napisałam?

– Podaj mi nazwisko faceta, który wy-

stawił   cię   do   wiatru.   Wiem,   że   to   Shaw 
albo Warren.

– I co zrobisz? Załatwisz go? – spytała 

Ann uśmiechając się lekko.

Joel spojrzał na nią nieśmiało.
– To było dziecinne – powiedział – czu-

łem   się   jednak   parszywie,   gdy   dostałem 
twój list. Gdybym tylko nie przekonał cię, 
żebyś odrzuciła tę pierwszą ofertę.

– Teraz już za późno.

background image

– Nie ma żadnych szans?
– Nie. Chyba, że Joan Moore rozmyśli 

się albo zażąda zbyt wysokiej ceny. Odno-
szę jednak wrażenie, że tego nie zrobi. Tak 
samo zresztą uważa Mal.

– A gdzie był Vin Warren przez cały ten 

czas? Nie widział, co się dzieje?

– Nie zapominaj, że ostrzegał mnie na 

przyjęciu u Hectorów, że coś takiego może 
się wydarzyć.

– To prawda – przyznał Joel. – Chyba 

już nic nie możemy zrobić. No, może tylko 
rzucić jakiś czar na panią Moore. Nie masz 
wśród swoich znajomych jakiegoś szama-
na?

– Ani jednego.
– Szkoda – westchnął i spytał już po-

ważniejszym tonem. – To co zrobicie?

– Prawdopodobnie zostaniemy tutaj tak 

długo,   jak   będzie   można   wytrzymać   bez 
ogrzewania.

– A co potem?

background image

–   Wrócimy   do   Bostonu,   wynajmiemy 

mieszkanie,  znajdziemy   pracę   i   wystawi-
my tę posiadłość na sprzedaż.

– Nigdy nie dostaniecie ceny zbliżonej 

do tej, którą oferowali wam Bancroff En-
terprises.

– Nie wiadomo. Chodź do kuchni, mu-

szę się zająć kolacją.

–   Jeśli   nie   masz   nic   przeciwko   temu, 

obiecałem Terry, że wrócę do sklepu i po-
mogę jej trochę.

Ann   miała   ochotę   spytać,   co   takiego 

może tam robić, ale powstrzymała się. Ter-
ry najwidoczniej rozpoczęła swą kampanię 
usidlania Joela.

Ann   była   w   trakcie   przygotowywania 

pieczeni,   kiedy   usłyszała   lekkie   pukanie. 
Po kilku chwilach zorientowała się, skąd 
dobiega. Dopiero kiedy przeszła do saloni-
ku, była pewna, że pukanie rozlega się w 
piwnicy.

– " – Hej! – zawołała stając w drzwiach 

background image

prowadzących do piwnicy – Jest tam kto?

– Tylko my, myszy – odpowiedział jej 

głos Vina.

– Co wy tam robicie?
– Szukamy sera – powiedział i po chwili 

w okolicy ostatniego stopnia schodów bły-
snęła latarka.

– A tak poważnie, to co tam robisz? – 

dopytywała się Ann.

– Już wychodzę – zawołał.
Ann   czekała   na   niego   przy   drzwiach. 

Usłyszała kroki i po chwili Vin, pochylając 
głowę, przeszedł przez niskie drzwi.

– Jeśli powiesz mi, że coś tam rysowa-

łeś, nie bądź zdziwiony, gdy ci nie uwierzę 
– powiedziała Ann.

–   Sprawdzałem   fundamenty   –   odparł 

uśmiechając się szeroko.

– Nie słyszałeś, jak cię wołałam?
– Kiedy to było?
Ann spojrzała na stary zegar.
– Około czwartej.

background image

– Byłem wtedy u Mary.
– Nie słyszałam, jak wchodziłeś.
– Dostałem się przez wejście od piwni-

cy.

– Aha – stwierdziła Ann, gdyż nic inne-

go nie przyszło jej do głowy.

– Pewnie się ucieszysz, gdy ci powiem, 

że skończyłem już pracę powiedział uro-
czystym tonem.

– Miło mi to słyszeć – odparła bezbarw-

nie, ale zaraz coś przyszło jej do głowy. – 
Przyjechał Joel. Może zostaniesz u nas na 
kolacji?

– Drugi wieczór z rzędu? Co wam dzi-

siaj zostało?

– Nic nie zostało. Mamy świeżą pieczeń 

– powiedziała dość ostro.

–   Czy   wiesz,   jak   bardzo   błyszczą   ci 

oczy, kiedy jesteś zła?

– Nie jestem zła!
– Nie chciałem cię krytykować. To miał 

być komplement. To tylko dodaje ci uroku.

background image

– Uderzyłeś się może w głowę o jedną z 

belek w piwnicy? – spytała marszcząc lek-
ko brwi.

– Dlaczego?
–   Zachowujesz   się,   jakbyś   był   trochę 

oszołomiony.

– Może i jestem, ale nie z powodu alko-

holu czy też wstrząsu mózgu.

– A co się stało?
Vin chwycił ją za ramiona i okręcił wo-

koło.

– Patrzysz na człowieka, który jest pija-

ny sukcesem.

– Podpisałeś wielki kontrakt na prace ar-

chitektoniczne – domyśliła się.

– To nie ma nic wspólnego z moją pra-

cą.   Przez   jakiś   czas   będę   zarabiał   chyba 
tylko na kawę.

– Kogo chcesz oszukać? Mal pokazywał 

mi dwa domy budowane według twojego 
projektu.

– Ann, upłynie chyba kilka niezłych lat, 

background image

zanim zarobię dość pieniędzy, by wybudo-
wać sobie swój własny wymarzony dom.

– Martwi cię to?
– A powinno? Potrzebna jest tylko am-

bicja,   ciężka   praca   i   wytrwałość.   Jestem 
gotowy postawić na wszystkie trzy – urwał 
i spytał. – Czy pieniądze są dla ciebie takie 
ważne?

– A nie są ważne dla wszystkich? – od-

parowała.

Vin patrzył na nią przez długą chwilę.
– Nie, Ann – powiedział wolno. – Pie-

niądze nie są ważne dla wszystkich.

Ann spuściła wzrok. Nie chciała, by my-

ślał o niej źle. Przypomniała sobie jego ra-
dość i spróbowała przywołać wcześniejszy 
nastrój.

– Chciałeś mi coś powiedzieć, prawda?
– Tak – odparł, ale nie był już tak rado-

sny.   –   Może   się   ucieszysz,   że   wreszcie 
udało mi się znaleźć schowek, w którym 
twoja   ciotka   złożyła   niezłą   sumę   pienię-

background image

dzy.

background image

Rozdział 9

Kiedy Vin opowiadał jej o swoim od-

kryciu, Ann poczuła rosnące podniecenie. 
Musiała coś szybko powiedzieć, gdyż my-
ślała, że wybuchnie.

– Och, Vin! – krzyknęła obejmując go. – 

Vin, czy wiesz, co to oznacza?

– Pieniądze – odparł stojąc nieruchomo.
– Nie tylko – pieniądze, ale możliwość 

rozpoczęcia   nowego   życia   –   powiedziała 
radośnie i impulsywnie pocałowała go w 
policzek.   Chciała   się   zaraz   odsunąć,   ale 
Vin objął ją i mocno przytulił do siebie. W 
następnej   chwili   poczuła   jego   wargi   na 
swoich.   Kiedy   wreszcie   przestał   ją   cało-
wać,   Ann   poczuła,   że   serce   wali   jej   jak 
młotem.

Vin   zrobił   to   tak   nagle,   stwierdziła   w 

duchu, przypisując przyspieszony puls za-
skoczeniu.   Zanim   miała   dość   czasu,   by 

background image

dojść do siebie, znów ją całował. Nie wie-
dząc dokładnie, co robi, objęła go ramio-
nami  za   szyję  i   oddawała   mu  pocałunki, 
jak nigdy tego nie robiła z Malem. Zdawa-
ło się, że cała siła woli wyparowała z niej 
całkowicie.

–   Proszę   cię   –   powiedziała   po   chwili 

głosem, który wydał się jej dość dziwny.

– Ann, kochanie – szepnął ochryple Vin 

całując ją w szyję.

– Proszę cię, Vin – próbowała go ode-

pchnąć. „Spadające gwiazdy i dzwoniące 
dzwony" – te słowa dźwięczały jej szaleń-
czo w głowie. – Nie, nie – zawołała czując 
rosnącą w niej panikę. „Nie Vin", stwier-
dziła w duchu. Nie mogła czuć tego wła-
śnie   w   stosunku  do   Vina.   Cała   jej   przy-
szłość   była   dokładnie   zaplanowana   i   nie 
było w niej miejsca na takie rzeczy.

– Ann, co się stało? – spytał Vin z praw-

dziwą troską, widząc łzy napływające jej 
do oczu.

background image

– Proszę, Vin.
–   Przepraszam,   kochanie   –   powiedział 

obejmując ją czule. Uniósł jej zalaną łzami 
twarz i spojrzał jej prosto w oczy. – Nie 
chciałem   cię   przestraszyć   ani   zdenerwo-
wać. Tak długo ukrywałem moją miłość do 
ciebie, że wybuch nastąpił, gdy pocałowa-
łaś mnie w policzek.

– Nigdy więcej – powiedziała Ann od-

wracając twarz.

– Dlaczego nie? – spytał zakłopotany. – 

Musiałaś   chyba   choć   trochę   podzielać 
moje uczucia.

– Nie – odparła. – Nie pozwolę się osa-

czyć przez jakieś wybuchy uczuć.

– Wybuch uczuć? Czy myślisz, że moje 

zachowanie było jakąś formą emocjonalne-
go katharsis?  – chwycił  ją mocno  za ra-
miona. – Kocham cię, Ann. Kocham. KO-
CHAM.

– Nazywaj to jak chcesz, ale ja nie dam 

się na to złapać.

background image

– Sama   nie   wiesz, co  mówisz.  Miłość 

nie jest żadną pułapką. Nie łapie w sidła 
ani nie zakuwa w kajdany. Pozwala wzbić 
się na niewiarygodne szczyty.

–   Pozbawia   ludzi   rozumu.   Nie   chcę 

mieć   z   nią   nic   wspólnego   –   stwierdziła 
Ann.

– Ann, Ann – powiedział i puścił ją. Na-

gle spojrzał jej prosto w twarz. – A co by 
się stało, gdyby moja sytuacja finansowa 
była   równie   ustabilizowana   jak   Mala 
Shaw?  Czy  wtedy  myślałabyś   inaczej?  – 
spytał okrutnie.

Ann   patrzyła   na   niego   uważnie.   Czy 

jego niepewna przyszłość była właśnie po-
wodem jej zachowania?, zastanawiała się. 
A   może   chodziło  o  coś   zupełnie   innego, 
jeszcze nie nazwanego i niejasnego? Czy 
Vin   uwierzy,   jeśli   zaprzeczy?   A   zresztą, 
czy   miało   to   jakiekolwiek   znaczenie? 
Ważne było teraz to, by uwolnić się od tej 
niespodziewanej sytuacji.

background image

– Nie masz nic do powiedzenia? Może i 

lepiej  – powiedział  Vin i  zakończył  całą 
dyskusję stwierdzając: – Pokażę ci, co zna-
lazłem i zaraz się wyniosę.

– Czy nie moglibyśmy poczekać na Ter-

ry i Joela? – nagle Ann nie chciała oglądać 
tajemnego schowka ciotki tylko z Vinem.

–   Dlaczego   nie?   –   spytał   oschle.   – 

Chcesz się podzielić dobrymi wieściami z 
dobrymi przyjaciółmi. Czy mamy też za-
prosić Mala?

– Nie możemy być przyjaciółmi? – spy-

tała walcząc ze łzami.

Vin popatrzył na nią tak, jakby nie wie-

rzył własnym uszom.

–   Przyjaciółmi?   Przykro   mi,   ale   nie 

mam tak lodowatej krwi jak ty. Nie mogę 
włączać   i   wyłączać   moich   uczuć   niczym 
radia.

Ann patrzyła, jak drżącymi rękami zapa-

lał papierosa. Co się z nią działo? Dlacze-
go zareagowała w ten sposób na to, co się 

background image

między   nimi   wydarzyło?   Czyż   każda 
dziewczyna nie marzy o dniu, kiedy spotka 
mężczyznę, którego dotknięcie  przyprawi 
ją o gwałtowne bicie serca?

– Zaraz wracam – powiedział Vin i wy-

szedł.

– Nic nie rozumiem – powiedział Joel 

biorąc drugą porcję frytek. – Jak możecie 
siedzieć przy kolacji ot tak sobie?

– Dlaczego mielibyśmy zmarnować pie-

czeń Ann z powodu jakichś starych bank-
notów?   –   spytała   Terry,   lecz   jej   głos   aż 
drżał z podniecenia. Zgodziła się, żeby naj-
pierw zjedli kolację, ale tylko dlatego, że 
zaproponowała to sama Ann.

– Domyślasz się, ile tam może być pie-

niędzy – spytał Joel Vina.

– Nie jestem wcale pewny, czy znajdzie-

cie tam pieniądze – odparł Vin bawiąc się 
jedzeniem na swoim talerzu.

– Jak duży jest ten schowek? – spytał 

Joel, jakby zamierzał obliczyć ukrytą sumę 

background image

na podstawie wymiarów skrytki.

– Zgodnie z planami, do których udało 

mi się dotrzeć i które sam zrobiłem, sądzę, 
że nie może być szerszy niż sześćdziesiąt 
centymetrów. Kapitan Friar potrafi podać 
niemal dokładną datę, kiedy panna Daw-
son   kazała   go   tam   umieścić.   Pamięta,   w 
którym   roku   sprowadziła   stolarza,   żeby 
wykonał dla niej pewne prace.

– Nie jesteś więc pewny? – spytała Ter-

ry lekko rozczarowana rozmiarami skrytki.

–   Odsunąłem   przegrodę   tylko   o   kilka 

centymetrów   –   powiedział   Vin.   –   Wola-
łem, żebyście byli przy samym otwarciu.

– Boisz się, że moglibyśmy cię oskarżyć 

o zwędzenie tysiąca lub dwóch? – spytała 
radosnym głosem Terry.

– Nie rób sobie zbyt wielkich nadziei – 

ostrzegł ją Vin. – Nie ma żadnych dowo-
dów  na  to, że  twoja  ciotka  chowała  tam 
pieniądze. To tylko domysły.

– Przepraszam cię, Ann, ale nie mogę 

background image

się już doczekać. Chodźmy zobaczyć, co 
tam jest – Terry wstała gwałtownie od sto-
łu.

Ann poczuła się trochę dziwnie. W po-

łowie była równie ciekawa jak Terry, ale 
obawiała się równocześnie tego, co mogą 
znaleźć w schowku. Jeśli spotka ją następ-
ne rozczarowanie? Przecież od czasu przy-
jazdu do Point  Hope  tylko ono towarzy-
szyło jej nieustannie.

– Będziemy potrzebowali jakichś narzę-

dzi – powiedział Vin. – Ta przegroda nie 
działa już zbyt sprawnie.

Vin poczekał, aż wszyscy zbiorą się w 

sypialni i zabrał się do dzieła. Zdecydowali 
się skorzystać z narzędzi, ale i tak udało 
się odsunąć przegrodę dopiero po dziesię-
ciu minutach. Terry rzuciła się do przodu z 
latarką,   podczas   gdy   Vin   cofnął   się,   nie 
przejawiając żadnego zainteresowania za-
wartością skrytki.

– C. co widzicie? – spytała Ann Terry i 

background image

Joela,   którzy   wsunęli   głowy   za   usuniętą 
przed chwilą przegrodę.

– Wygląda obiecująco – mruknęła Terry 

wsuwając do środka rękę.

– Co to jest?
– Metalowe pudełko – odparła Terry.
–   Iz   pół   tuzina   ksiąg   rachunkowych   – 

dodał Joel przejawiając jednak większe za-
interesowanie pudełkiem, które Terry wy-
ciągnęła ze środka.

– Ależ zakurzone – powiedziała. – Nie 

jest zbyt duże.

– Wygląda na jedno z tych pudełek na 

drobne – powiedział Joel – jesteś pewna, 
że nie ma tam drugiego?

– Zobacz sam. Ja zajrzę do tego – po-

wiedziała Terry. – Do diabła.

– O co chodzi? – spytała Ann klękając 

obok siostry.

– Zamknięte.
– Zamek nie może być zbyt skompliko-

wany – stwierdził Joel.

background image

– Niemal boję się je otworzyć – szepnę-

ła Terry.

Joel   bez   cienia   zdenerwowania   wyjął 

pudełko z rąk Terry.

–   Na   pewno   uda   mi   się   to   otworzyć 

zwykłą spinką. Macie coś takiego?

–   Chyba   leży   na   komodzie   –   odparła 

Terry. – Vin, czy mógłbyś... Gdzie on się 
podział?

Ann i Joel odwrócili się zaskoczeni.
– Nie myśleliście, że zostanie tu, żeby 

zobaczyć, co znaleźliśmy?

– Może jego system nerwowy nie był w 

stanie tego wytrzymać – stwierdził Joel i 
zaczął podważać wieczko pudełka scyzo-
rykiem.

Ann położyła mu rękę na ramieniu.
– Nie rób tego.
– Nic nie zepsuję – powiedział Joel. – 

To zardzewiałe pudełko nie jest nic warte.

– Otwórz szybko – ponaglała go Terry. 

– Nie wytrzymam już ani sekundy dłużej.

background image

Ann   zamknęła   oczy,  gdy   usłyszała,   że 

Joel podnosi przykrywkę. Cisza, która po-
tem zapadła, stała się niemal nie do wy-
trzymania.   Dlaczego   oni   nic   nie   mówią? 
Jak długo musi jeszcze trzymać oczy za-
mknięte?

– To nie może być wszystko – powie-

działa Terry z wyraźnym rozczarowaniem 
w głosie – Joel, zobacz, czy jest tam coś 
jeszcze. Może jakieś inne pudełko?

Ann otworzyła oczy. Terry i Joel porzu-

ciwszy pudełko, myszkowali za przegrodą. 
Ann podniosła je i zbadała jego zawartość. 
W środku znajdowały się jedynie pożółkłe 
wycinki z gazet. Lodowatymi palcami wy-
jęła jeden z nich i zaczęła czytać. Było to 
sprawozdanie z wodowania nowego kutra 
o nazwie „Błędny rycerz". Następne wy-
cinki również zawierały informacje o tym 
właśnie kutrze. Dopiero gdy rozłożyła naj-
większy z  nich, zrozumiała wszystko. W 
artykule opisywano zatonięcie „Rycerza", 

background image

a wśród zaginionych znalazło się nazwisko 
Petera Greerly, pierwszego oficera. Na sa-
mym końcu wspomniano o kapitanie Friar, 
który uratował się z katastrofy wraz z sze-
ścioma członkami załogi.

Ann nie była wcale zaskoczona, gdy od-

kryła, że wycinki mają ponad czterdzieści 
lat. Tak więc, pomyślała, opowieści kapi-
tana o młodości ciotki nie były już tak nie-
wiarygodne.

– Nic tu nie ma, Ann – powiedziała bli-

ska łez Terry. – Nic tylko te cholerne księ-
gi.

– Bałam się mieć nadzieję, że znajdzie-

my tu jakieś pieniądze – odparła Ann. – To 
było zbyt piękne, by mogło być prawdzi-
we.

– Do diabła z tym wszystkim – rzucił 

Joel. – Teraz  zaczynam  żałować, że  Vin 
nie zatrzymał tych rewelacji dla siebie. Ja-
kie miał prawo wzbudzać wasze nadzieje, 
by odkryć tylko kupę śmieci?

background image

– Założę się, że właśnie dlatego się wy-

mknął  – powiedziała Terry. – Na pewno 
wszystko doskonale obejrzał, a potem po-
wiedział, że tego nie zrobił.

– Mam ochotę przyłożyć mu prosto w 

nos – stwierdził Joel.

– Miał dobre chęci – powiedziała Ann 

czując absolutną pustkę w głowie.

– Dobrymi chęciami piekło brukowane. 

Nie   ma   sprawy,   dziewczyny,   Joel   objął 
siostry ramieniem w geście pocieszenia. – 
Nie potrzebujemy żadnych starych pienię-
dzy.

Pieniądze! Pieniądze! Ann zaczęła boleć 

głowa. Ostatnio wyglądało na to, że mówi-
ło się wyłącznie o nich. Nagle zapragnęła 
zostać sama. Było jej ciężko na sercu i nie 
miała ochoty z nikim rozmawiać. Wstała i 
wyszła zostawiając Terry i Joela pogrążo-
nych w rozmowie o całym tym zamiesza-
niu.

– I co? – Ann drgnęła na dźwięk głosu 

background image

Vina. Stał przy ostatnim stopniu schodów 
trzymając w palcach papierosa.

– Nie ma  żadnych pieniędzy – powie-

działa   i   powstrzymywane   łzy   popłynęły 
jak   lawina.   Usiadła   na   stopniu   i   ukryła 
twarz w dłoniach.

– Żadnych? – Vin był wyraźnie zasko-

czony. – To niemożliwe.

Ann poczuła, jak ją minął i wszedł na 

górę.   Chwilę   później   wstała   i   wyszła   z 
domu. Nie pamiętała, jak długo szła przed 
siebie. Kiedy się zorientowała w sytuacji, 
odkryła, że siedzi na końcu przystani kapi-
tana   Friara   patrząc   pustym   wzrokiem   w 
wodę.

– Chcesz popływać czy się utopić? – do-

biegł ją suchy głos Mary Kerman. – O tej 
porze roku woda jest cholernie zimna.

– Cześć, Mary – powiedziała Ann obo-

jętnym głosem.

– Mogę się przysiąść? – spytała Mary.
Ann odsunęła się trochę.

background image

– Rozczarowana?
– Wiesz o wszystkim? – spytała Ann.
– Poszłam do was do domu tuż po tele-

fonie od kapitana Friar. Minęłaś go po dro-
dze i nawet nie skinęłaś głową.

– Wcale go nie widziałam.
– Tak właśnie pomyślałam, gdy Terry i 

Joel opowiedzieli mi, co się stało. Wszyst-
ko w nich wrzało. Wygląda na to, że ich 
zdaniem to Vin ponosi odpowiedzialność 
za to, że twoja ciotka nie zostawiła żad-
nych pieniędzy.

– Muszą na kogoś zwalić winę. A on po 

prostu był pod ręką.

– A ty co o tym sądzisz?
– Jestem zbyt otępiała, by winić kogo-

kolwiek.

– Wygląda na to, że przypisujecie zbyt 

wielkie znaczenie całej tej sprawie. Wczo-
raj nawet nie przyszłoby ci do głowy, że 
tam mogą być jakieś pieniądze. Dzisiaj ich 
nie ma. Gorzej ci przez to?

background image

Ann spojrzała jej prosto w oczy.
– Tu chodzi o coś więcej, Mary. Czło-

wiek ma tylko określoną ilość energii. Jeśli 
ją   straci,   gdzie   ma   ponownie   naładować 
akumulator? Dotknęłam już dna.

– To dobrze – odparła radośnie Mary. – 

Skoro już to zrobiłaś, masz przed sobą tyl-
ko jeden kierunek: w górę.

– Masz rację – zgodziła się bez entuzja-

zmu Ann. – Właśnie tam zmierzam.

– Zdecydowałaś się już w pewnej spra-

wie?

– Zrobiłam to już wcześniej, ale teraz je-

stem jeszcze bardziej zdecydowana.

– Nie podejmuj decyzji zbyt pochopnie 

– poradziła jej Mary.

Wracały razem w milczeniu.
– Napijesz się kawy? – zaprosiła ją Ann, 

gdy stanęły przed jej domem.

– Dziękuję. Muszę dziś jeszcze spako-

wać   torbę   dla   Buza.   Jedzie   do   ojca   na 
weekend, a potem resztę roku spędzi chyba 

background image

ze mną.

Kiedy Ann rozstała się z Mary na ścież-

ce i weszła do domu, zastała Terry, Joela i 
Vina   siedzących   niczym   kupka   nieszczę-
ścia.

– Nadal opłakujecie brak ukrytego skar-

bu? – spytała wesoło Ann.

Vin wstał i podszedł do okna. Z rękami 

w kieszeniach wpatrywał się w ciemność. 
Joel rzucił na ziemię jedną z ksiąg rachun-
kowych.

– To straszne – powiedziała do Ann Ter-

ry.

– Jeszcze nie doszliście do siebie?
– Nic nie rozumiesz – odparła Terry i 

łzy napłynęły jej do oczu.

– Nic a nic – jęknął Joel.
– Co się stało? – spytała Ann.
–   Ann,   ciotka   Emma   odłożyła   blisko 

dwadzieścia osiem tysięcy dolarów – po-
wiedziała Terry.

– Dwadzieścia osiem tysięcy dolarów? – 

background image

Ann   poczuła,  jak  serce  podchodzi  jej  do 
gardła   i   natychmiast   spojrzała   na   plecy 
Vina. Może z takimi pieniędzmi? Nie, to 
nie   brak   pieniędzy   powstrzymywał   ją 
wcześniej tego dnia. To na pewno było coś 
innego.

Niemal jakby czytał w jej myślach, Vin 

odwrócił się i spojrzał jej prosto w oczy. 
Widząc ich wyraz, uśmiechnął się gorzko, 
a potem na jego twarzy pojawił się wyraz 
niemal pogardy.

– Dlaczego nie powiecie jej wszystkie-

go? – powiedział do Terry. – Lepiej niech 
nie   planuje   przyszłości   nie   znając   całej 
prawdy.

–   Twoja   ciotka   doskonale   prowadziła 

księgi   –   powiedział   Joel.   –   Widzisz? 
Wszystko w nich zapisała. „McCal/sty 42/
str 106/100; Mount City Post/sty 12/50/str 
34/100; Redbook/kwie 53/str 19/100", itd, 
itd.

– O czym ty mówisz? – spytała Ann.

background image

–   Trzeba   było   geniusza   o   twórczym 

umyśle, żeby rozwikłał tę zagadkę – po-
wiedział   Joel   kiwając   głową   w   stronę 
Vina. – Przedtem było wystarczająco źle, 
ale teraz dopiero jest bal!

– Może ktoś mi wreszcie powie, o co w 

tym wszystkim chodzi?

– Ann, te wszystkie pieniądze przepadły 

– powiedziała Terry nie kryjąc już łez.

– Przepadły? Ukradziono je? – spytała 

Ann, nie mogąc zrozumieć wyrazu bólu na 
twarzy Joela.

– Spłonęły – powiedział. – Nie mogę so-

bie darować, że to ja własnoręcznie wrzu-
ciłem te gazety i czasopisma do pieca.

– Do pieca? – nagle tajemnicze znaki z 

ksiąg odczytane przez Joela stały się jasne. 
– Och nie.

–   Między   stronami   tych   stosów   gazet, 

które   uznaliśmy   za   śmieci,   twoja   ciotka 
schowała wszystkie swoje oszczędności – 
powiedział Joel. – Wszystko w studolaro-

background image

wych banknotach.

background image

Rozdział 10

Minęły   dwa   tygodnie   od   dnia,   kiedy 

Ann i Terry dowiedziały się o oszczędno-
ściach ciotki i ich całkowitym zniszczeniu. 
Jeśli miały jakiekolwiek wątpliwości co do 
faktycznego   istnienia   tych   pieniędzy,   to 
rozwiały się one z chwilą, gdy Terry znala-
zła jedną z gazet, która nie trafiła do pieca. 
Pomiędzy jej stronami tkwił samotny stu-
dolarowy banknot. Terry opłakała to wy-
darzenie, ale  wtedy po raz  ostatni  wspo-
mniały o straconych pieniądzach. Każdego 
ranka chodziły do sklepu i pracowały tam 
przez cały dzień. Historia ich pechowego 
odkrycia musiała obiec Point Hope, gdyż 
klienci rzucali im pełne współczucia spoj-
rzenia, a niektórzy nawet wyrazili swój żal 
z tego powodu.

Pewnego ranka w połowie października 

Ann przyszła do sklepu później. Pojechała 

background image

do Mount City, by spotkać się z pośredni-
kiem handlu nieruchomościami w sprawie 
wystawienia   posiadłości   na   sprzedaż. 
Agent nie oceniał ich szans zbyt różowo. 
Wiedział   o   planowanym   zakupie   drugiej 
połowy Psiej Nogi przez Bancroff Enter-
prises i wątpił, by jakakolwiek inna firma 
ryzykowała   prowadzenie   działalności   w 
pobliżu tak znanej restauracji. Jedyną na-
dzieją był nabywca prywatny, ale i w tym 
wypadku trudno będzie  znaleźć  chętnego 
na   posiadłość   leżącą   przy   tak  ruchliwym 
miejscu.   Kiedy   Ann   wróciła   do   Point 
Hope, zastała Terry w równie podłym na-
stroju, co ona sama.

– No,  kiedy  my   Dawsonowie  sięgamy 

dna, to jeszcze grzebiemy się o parę me-
trów głębiej – powiedziała Terry. – Zasta-
nawiam się, czy warto kupować nowy to-
war. Zaczyna nam brakować kilku produk-
tów.

– Terry, jestem gotowa się poddać.

background image

– Ja też – przyznała Terry. – Boston nig-

dy   nie   wydawał   mi   się   piękniejszy.   Nie 
możemy zwinąć maneli?

– Nie miałabyś nic przeciwko temu, by-

śmy zostały do końca miesiąca? Powinny-
śmy   uporządkować   sprawy   przed   wyjaz-
dem. Ale sklep będziemy prowadzić tylko 
do końca tygodnia.

– Nie później niż do trzydziestego paź-

dziernika?

– Nie.
– To tylko dwa tygodnie. Chyba uda mi 

się wytrzymać tutaj tak długo. A co się sta-
nie z towarem, który nam zostanie?

–   Ten   agent   z   Mount   City   powiedział 

mi,   że   może   znaleźć   klientów   gotowych 
kupić cały towar hurtem.

– Wiesz, ile za to dostaniemy?
– Wystarczy, żeby oddać Malowi to, co 

nam pożyczył od czasu naszego przyjazdu 
tutaj. Przynajmniej mam taką nadzieję.

–   Skoro   już   mówimy   o   Malu,   jak   się 

background image

między wami układa? Ostatnio widywałaś 
go dość często.

– Poprosił mnie, żebym za niego wyszła.
– To cudownie! – wykrzyknęła Terry. – 

Ale czy na pewno cudownie?

– Mal jest bardzo miły...
– Ann – powiedziała Terry, czekając, aż 

siostra spojrzy na nią. – Kochasz go?

– A cóż to takiego „miłość"? – spytała 

Ann. – Jak zdążyłam zauważyć, to wysoce 
przeceniany towar.

– Ann, Ann – jęknęła Terry. – Nie mo-

żesz wyjść za Mala, jeśli go nie kochasz.

– A kto mówił, że go nie kocham?
– Ty tylko...
– Bardzo lubię Mala i on mnie lubi. Sza-

nujemy   się   nawzajem   i   wiele   nas   łączy. 
Czyż to nie jest miłość?

– Nie mówisz chyba poważnie! – wy-

krzyknęła Terry.

– Może nie jest to taka sama „miłość", 

jaką ty czujesz do Joela, ale kto ma osą-

background image

dzać, czy jest bardziej idealna niż moja do 
Mala? Jedno jest pewne, zamierzam pozo-
stać panią siebie i to na zawsze.

Terry potrząsnęła ze smutkiem głową.
– Małżeństwo to związek dwojga ludzi, 

Ann. Po co masz zostawać wolna?

– Przykro mi Terry, ale nie mam ochoty 

na zredukowanie siebie do roli jakiejś nie-
wolnicy uczucia – powiedziała Ann i przed 
oczami pojawił się jej obraz matki. Przy-
pomniała sobie, jak przez całe lata matka 
wynajdywała wymówki, by zachować nie-
tkniętym obraz dwóch mężczyzn, za któ-
rych wyszła za mąż. Jeśli to właśnie była 
miłość, to ona, Ann, nie chciała mieć z nią 
nic wspólnego.

– Ann, ty nie kochasz się w nikim bez 

wzajemności, prawda? – spytała zaniepo-
kojona Terry.

– Bez wzajemności? Nie bądź śmieszna.
Terry westchnęła z wyraźną ulgą.
– W listopadzie – zająknęła się – chce-

background image

my z Joelem wziąć ślub.

– W listopadzie? Joel nie skończy prze-

cież jeszcze studiów. Nie możecie trochę 
poczekać? Czyż to nie zbyt nagła decyzja? 
Dopiero dwa tygodnie temu mówiłaś mi, 
że   Joel   nie   zdaje   sobie   nawet   sprawy   z 
tego, że żyjesz.

– W ten wieczór, kiedy nasza promienna 

przyszłość rozpadła się z hukiem, odkryli-
śmy siebie. Wyznał mi wtedy, że przez kil-
ka miesięcy w mojej obecności odczuwał 
dziwny niepokój i nie bardzo wiedział, co 
z tym zrobić.

– Ale ten listopad – Ann czuła przeraże-

nie, które było uczuciem najwyraźniej ob-
cym Terry.

– Zrobilibyśmy to wcześniej, gdyby za-

leżało to ode mnie – stwierdziła spokojnie 
Terry – ale Joel uważa, że powinniśmy po-
czekać do przerwy międzysemestralnej.

– Az czego będziecie żyli? Wieki mogą 

upłynąć, zanim uda nam się wyciągnąć coś 

background image

z tej posiadłości.

– Joel odłożył dwieście dolarów. Na po-

czątek wystarczy, a potem będziemy żyli z 
tego, co ja zarobię. Damy  sobie  radę do 
czasu, kiedy założy prywatną praktykę.

– Dwieście dolarów? A na cóż wam to 

wystarczy?

Terry spojrzała Ann prosto w oczy.
–   Będziemy   mieli   znacznie   więcej   niż 

dwieście   dolarów,   Ann.   Będziemy   mieli 
siebie i miłość.

Przez całą resztę dnia Ann nie mogła się 

uwolnić od myśli o Terry i Joelu. Czy to, 
co posiadali, pozwalało im patrzeć w przy-
szłość bez żadnych obaw? Czy jej podej-
ście do ślubu z Malem było złe?, zastana-
wiała się. Nie, lubiła go przecież, uspoka-
jała samą siebie. I będzie dla niego dobrą 
żoną. Martwiło ją tylko jedno: jej stosunki 
z   synem   Mala.   Mimo   że   próbowała,   nie 
mogła się wcale zbliżyć do tego chłopca. 
Guy jej nie znosił i okazywał to na wiele 

background image

sposobów, a raz nawet zachował się wyjąt-
kowo niegrzecznie, co spotkało się z ostrą 
reakcją Mala. Ann spojrzała na drogi ze-
staw chemiczny, który kupiła dla Guya w 
Mount City. Czy ten podarunek złagodzi 
nieco napięcie między nimi? Gdyby tylko 
Guy   był   choć   trochę   podobny   do   Buza. 
Buz był zawsze wdzięczny za najmniejszy 
prezent i stale kręcił się przy domu i skle-
pie. Bardzo im pomagał i lubił je, a one z 
kolei czuły wielką sympatię dla tego pie-
gowatego chłopca. Kiedy Buz pojawił się 
u nich po południu, Ann wpadła nagle na 
pewien   pomysł.   Może   to   właśnie   on   był 
odpowiedzią   na   jej   dylemat.   Był   jedyną 
poza   Malem   osobą,   która   potrafiła   jakoś 
dogadać się z Guyem.

– Buz, miałbyś ochotę pojechać razem z 

Guyem na piknik? – spytała.

Buz zastanowił się przez chwilę.
– Jeśli nie pojedziemy zbyt daleko i wy-

żerka będzie niezła, to jestem za tym – od-

background image

parł   chłopiec   bardzo   w   stylu   Mary   Ker-
man.

– Może jutro?
– Dobra.
– Powiesz o tym Guyowi?
• – Ann, nie wiem, czy on pojedzie.
– Dlaczego nie? Czyż nie jesteście przy-

jaciółmi?

– Tak, ale... – Buz spuścił wzrok.
– Ale co? – spytała Ann czując, że zna 

odpowiedź.

–   Guy   jest   czasami   zabawny.   Nie   za-

wsze lubi przebywać z ludźmi.

– Masz na myśli mnie? – dopytywała się 

Ann.

– Ann, nie wiem, co on ma do ciebie. 

Gdyby to mój ojciec chciał się z tobą oże-
nić,   byłbym   zachwycony.   Jesteś   równa 
babka. Powiedziałem to Guyowi. Co by się 
stało,   gdyby   jego   ojciec   latał   za   tą   babą 
Moore? Wtedy Guy miałby prawdziwy po-
wód do zmartwienia.

background image

– Czy rozmawiacie o moim ślubie z jego 

ojcem? – spytała Ann wstydząc się trochę, 
że tak ciągnie Buza za język.

– Ostatnio stale. Tylko o tym chce ga-

dać. Trochę mam już tego dość. Tak jakby 
mógł   coś   na   to   poradzić   –   znów   słowa 
Buza były typowe dla Mary Kerman.

–  Spróbujesz   go   wyciągnąć?   –  spytała 

Ann   –   bardzo   chciałabym   się   z   nim   za-
przyjaźnić.

– Dobra, Ann, spróbuję.
Wieczorem wraz z Malem Ann przecho-

dziła koło domu Hectorów i dostrzegła sto-
jącą dużą ciężarówkę.

– Czy Hectorowie przeprowadzają się? 

– spytała i uświadomiła sobie, że nie wi-
działa Vina od tego wieczoru, gdy dowie-
dzieli się, że pieniądze spłonęły.

–   Nie,   zamykają   tylko   dom   na   zimę. 

Eileen i Dan zawsze przenoszą się w poło-
wie października do Mount City.

– Vin też? – spytała mając nadzieję, że 

background image

Mal nie dostrzeże lekkiego drżenia w jej 
głosie.

– Później. Zazwyczaj zostaje trochę dłu-

żej,   żeby   wszystkiego   dopilnować.   Jeśli 
pogoda dopisze, może tu siedzieć jeszcze 
dłużej.

– Jak mu leci?
– Szczerze mówiąc, nie wiem. W ciągu 

dwóch   ostatnich   tygodni   spotkaliśmy   się 
może raz czy dwa razy. Wygląda to tak, 
jakby celowo trzymał się z daleka. Nawet 
Joan ma trudności z dotarciem do niego.

– To ona nadal mieszka u Hectorów? – 

spytała Ann.

–   Nie,   wynajęła   mieszkanie   w   Mount 

City,   ale   przyjeżdża   tutaj   co   drugi   dzień 
pod różnymi pretekstami.

– Nie lubisz jej, prawda?
– Joan? – uśmiechnął się Mal. – Lubię ją 

na odległość. Ona kocha robić zamiesza-
nie. W zeszłym roku jej ulubionym tema-
tem był mój syn. Uważa, że go psuję i roz-

background image

pieszczam.

Ann spojrzała na Mala i zastanowiła się, 

czy w tym wypadku Joan nie ma racji.

– Jeśli mężczyzna nie potrafi być dobry 

dla własnego syna, to dla kogo może być 
dobry?   –   spytał   Mal.   –   Od   śmierci   jego 
matki muszę być dla niego obojgiem ro-
dziców.   Może   okazuję   mu   więcej   uwagi 
niż większość rodziców swoim dzieciom, 
ale nie mam zbyt wielu dodatkowych za-
jęć. Mogę mu poświęcić sporo czasu.

– Mal, czy ja kiedykolwiek zdołam po-

rozumieć się z Guyem?

–   Wymyśliłaś   cały   ten   problem.   On 

przecież ma bzika na twoim punkcie.

–   Mal,   proszę   cię,   porozmawiajmy   o 

tym.

–   Przywiązujesz   zbyt   wielką   wagę   do 

kaprysów chłopca. Kiedy już przyzwyczai 
się do myśli o naszym ślubie, nie będziesz 
miała z nim żadnych problemów.

– Gdybyż to było tak proste – westchnę-

background image

ła Ann.

–   Martwisz   się   tym?   Porozmawiam   z 

Guyem dziś wieczór.

– Nie mógłbyś mnie zabierać częściej na 

wasze wspólne wyprawy?

Mal zamyślił się na chwilę.
–   Nudziłabyś   się   tylko   –   powiedział 

wreszcie.

–   Nie   cierpię   łowienia   ryb,   ale   jestem 

gotowa sama zakładać przynęty na haczy-
ki, jeśli tylko zabierzecie mnie ze sobą na-
stępny raz.

– Ann – powiedział Mal wolno, jakby 

zastanawiał   się   nad   wyborem   odpowied-
nich   słów.   –   Kiedy   się   pobierzemy,   nie 
będę   mógł   spędzać   tyle   czasu   z   Guyem. 
Chyba   będzie   rozsądniej,   jeśli   teraz   po-
święcę mu wszystkie wolne chwile.

– Nie proszę cię przecież, żebyś tego nie 

robił.   Chcę   tylko   również   brać   w   tym 
udział.

– Ann, ufasz mi?

background image

– Tak.
– Doskonale rozumiem sytuację. Proszę 

cię, pozwól mi działać po swojemu. Znam 
mojego syna. Nie próbuj mu się narzucać. 
Nie teraz.

Następnego ranka Ann przygotowywała 

lunch na piknik, a Buz siedział na stołku w 
kuchni przyglądając się jej z wielkim zain-
teresowaniem.

– Zadowolony? – spytała Ann pakując w 

folię pieczonego kurczaka.

– Tak i mam nadzieję, że Guy się nie 

pojawi. Zostanie więcej dla nas.

– Ładny z ciebie przyjaciel.
–   On   wcale   nie   jest   moim   kumplem. 

Gdyby nie pan Shaw, wiele razy wcale nie 
pojechałbym z nimi na ryby. Można by po-
myśleć, że ugryzę jego ojca lub coś w tym 
stylu.

Zazdrosny   nawet   o   przyjaciela,   pomy-

ślała Ann i zastanowiła się, czy Mal zdaje 
sobie sprawę z tego, jak bardzo Guy jest 

background image

do niego przywiązany. W tej chwili rozle-
gło się pukanie do kuchennych drzwi i we-
szła Mary Kerman.

– Kurtka Buza – powiedziała. – Zapo-

mniałby   o   swojej   własnej   głowie,   gdyby 
dobry   Bóg   nie   przymocował   mu   jej   po-
rządnie do tłustej szyi.

– Dziękuję, babciu – powiedział Buz.
– Może zobaczysz, co zatrzymało Guya, 

a ja skończę tu wszystko? – zaproponowa-
ła Ann.

– Dobra – Buz wypadł z kuchni zatrza-

skując za sobą drzwi.

– Goni jak wicher – stwierdziła Mary i 

spojrzała na przygotowany lunch. – Mam 
nadzieję, że to zadziała.

– Co?
– Mówią, że droga do serca mężczyzny 

prowadzi przez żołądek. Może to samo do-
tyczy chłopców.

– Nie aprobujesz mojego małżeństwa z 

Malem, prawda?

background image

– Nigdy tego nie powiedziałam. Sądzę 

tylko, że masz ciężki orzech do zgryzienia. 
Guy nie jest zwykłym czternastolatkiem – 
Mary   przekrzywiła   głowę   i   spojrzała   na 
Ann.   –   Oczywiście,   jak   mawiają,   miłość 
przezwycięża wszystkie przeszkody. A ty 
kochasz Mala, prawda?

Ann natychmiast spuściła oczy.
– Ann Dawson, spójrz na mnie.
– Myślisz, że chłopcy będą woleli tort 

od placka? – spytała Ann.

–   Nie   próbuj   mnie   zbyć.   Bardziej   do-

świadczeni ludzie od ciebie już próbowali 
– powiedziała Mary i ujęła Ann pod brodę. 
– Kochasz go?

– Nie w tym sensie, jaki prawdopodob-

nie masz na myśli.

– Czyżby miłość była teraz inna niż w 

moich czasach?

– Będę dla Mala dobrą żoną – powie-

działa Ann.

– Terry miała rację – stwierdziła Mary. 

background image

– Myślałam, że masz więcej rozsądku. Po-
dejmować tak poważną decyzję nie zasta-
nawiając się...

– Przemyślałam to dokładnie – wtrąciła 

zapalczywie Ann.

– A co na to Mal? Czy podziela twoje 

syntetyczne podejście do małżeństwa?

–   Czyż   nie   dotyczy   to   wyłącznie   nas 

dwojga? – dopytywała się Ann.

Mary spojrzała na przygotowany kosz z 

jedzeniem.

– Nie całkiem. Nie zapominasz o Guyu?
– Jakże bym mogła? On może stać się 

przyczyną porażki naszego małżeństwa.

Mary   przyglądała   się   jej   przez   długą 

chwilę.

– Wierzysz w to, prawda?
– Tak i dlatego muszę się z nim porozu-

mieć.

– Dzieci przewyższają w tym względzie 

nas,   dorosłych.   Dostrzegają   więcej,   niż 
myślimy. Może Guy wie, że nie kochasz 

background image

jego ojca.

W tym momencie Ann zauważyła jakieś 

poruszenie przy drzwiach do saloniku. Od-
wróciła   się   i   dostrzegła   stojącego   tam 
Guya. He usłyszał?, zastanawiała się.

– Pukałem do drzwi frontowych – po-

wiedział chłopiec – skoro nikt nie otwierał, 
wszedłem sam.

– I dobrze trafiłeś – powiedziała Ann. – 

Właśnie   skończyłam   pakować   lunch. 
Gdzie Buz?

Guy   wzruszył   ramionami.   Wyobrażała 

sobie tylko, czy w jego oczach rzeczywi-
ście czaiła się nienawiść?

– Wyszedł po ciebie dwadzieścia minut 

temu – powiedziała Mary.

Drzwi kuchenne otworzyły się z hukiem 

i do środka wpadł Buz.

– Jak się tu dostałeś? Wcale cię nie wi-

działem.

– Tato podwiózł mnie do skrzyżowania. 

Przeszedłem przez pola.

background image

– Nic dziwnego, że cię nie zauważyłem 

– powiedział Buz. – Poszedłem po ciebie 
na darmo.

– I po co? – spytał Guy. – Mówiłem, że 

przyjdę.

– Gotowi? – spytała Ann.
– Tak jest – odparł Buz. – Chcesz, że-

bym wziął koszyk z jedzeniem?

– Tak – powiedziała Ann i odwracając 

się   do   Guya   spytała.   –   Chciałbyś   wziąć 
małe radio?

– Myślałem, że jedziemy na wycieczkę 

– rzucił ostrym tonem Guy.

– Bo to prawda.
– Tato mówi, że na takie wyprawy nie 

zabiera się radia. Przypomina zbytnio cy-
wilizację i wygodne życie.

– A co powiesz na radio, które ma na 

pokładzie? – rzucił Buz.

– To co innego. Służy do porozumiewa-

nia się, nie do rozrywki – odparł sztywno 
Guy.

background image

– Lepiej chodźmy, zanim powie nam, że 

tatuś nie pochwala też jedzenia.

– Zamknij się – rzucił gniewnie Guy.
– Coś ty powiedział? – spytał Buz wy-

raźnie zaskoczony.

– Przestań się nabijać z mojego taty.
– Nabijać się? A kto się nabija? – dopy-

tywał się Buz.

–   Ty   –   odparł   Guy   i   rzuciłby   się   na 

Buza, gdyby Ann nie stanęła między nimi.

– Guy, Buz nie miał na myśli nic złego. 

Jeśli   zrobił   ci   przykrość,   na   pewno   cię 
przeprosi, prawda Buz?

– Też coś – powiedział Buz. – Za nic go 

nie będę przepraszał.

Ann odwróciła się do Mary, która wzru-

szyła ramionami, jakby cała sprawa nic ją 
nie obchodziła.

– Buz, proszę cię – powiedziała Ann.
– Nie powiedziałem nic takiego o jego 

ojcu,   żeby   od   razu   na   mnie   naskakiwał. 
Może w to wierzyć albo nie.

background image

– Pani Moore miała rację. Jesteś prymi-

tywny – powiedział Guy do Buza – tak jak 
twoja babka.

Tym razem to Buz rzucił się na Guya, a 

Ann   nie   zdążyła   zareagować.   Kiedy   do 
nich dopadła, Buz siedział na Guyu okła-
dając go pięściami.

– Przestańcie – krzyknęła Ann i z pomo-

cą Mary odciągnęła Buza.

Guy   podniósł   się   i   przyłożył   dłoń   do 

rozciętej wargi. Opuszczając rękę rozma-
zał krew na brodzie. Ann zrobiła krok w 
jego stronę, ale chłopiec szybko się odsu-
nął.

– Nie dotykaj mnie – powiedział zapal-

czywie. – Nigdy mnie nie dotykaj.

background image

Rozdział 11

Pod   koniec   października,   Ann   i   Terry 

zdecydowały   się   zamknąć   dom   i   sklep   i 
przeniosły się do Bostonu. Przez trzy dni, 
kiedy szukały mieszkania, zatrzymały się 
w   hotelu.   Postanowiły   wynająć   takie 
mieszkanie, w którym Terry i Joel mogliby 
później zamieszkać. Ann nie chciała z nimi 
zostać po ślubie, który miał się odbyć w 
ostatnią sobotę listopada, ale Terry i Joel 
nalegali tłumacząc jej, że nierozsądnie by-
łoby się przeprowadzać w chwili, gdy do 
jej ślubu z Malem pozostało już tylko kilka 
tygodni.

Kiedy Terry i Joel byli w czterodniowej 

podróży   poślubnej,   Ann   dostała   list   od 
handlarza nieruchomościami z Mount City 
z wiadomością, że B. F. W. Development 
Company,   prywatna   spółka   budowlana, 
złożyła   ofertę   na   kupno   jej   posiadłości. 

background image

Ann od razu zadzwoniła do Mala, by zajął 
się   całą   sprawą   i   przyjął   pierwszą   ofertę 
spółki. Sporo się już nauczyła.

Następnego wieczoru Mal przyjechał do 

Bostonu, co robił zresztą dwa razy w tygo-
dniu.   Przywiózł   ze   sobą   dokumenty   do 
podpisania. Ann nie była przygotowana na 
sumę,   którą   miała   jej   przynieść   sprzedaż 
posiadłości   ciotki.   Ta,   oferowana   przez 
spółkę budowlaną, była nieco wyższa niż 
ostatnia propozycja Vina Warrena złożona 
w imieniu Bancroff Enterprises.

– Nie mogę w to uwierzyć – wykrzyknę-

ła   radośnie   Ann   myśląc,   co   taka   suma 
oznacza dla Joela i Terry.

– Dziwny zbieg okoliczności – powie-

dział Mal sadowiąc się wygodnie w fotelu. 
– W ostatniej chwili Bancroff Enterprises 
wycofali się z całego projektu.

–   Jeszcze   przed   zakupem   części   Psiej 

Nogi należącej do pani Moore?

Mal skinął głową potakująco.

background image

– Joan zasłużyła sobie na to. Pytała mnie 

o możliwości dochodzenia swych praw w 
sądzie, ale nie miała do tego żadnych pod-
staw. Jednak w końcu i tak wyszła na swo-
je. Ta spółka gotowa jest kupić każdy metr 
dostępnego terenu w Point.

– Nigdy nawet nie marzyłam, że uzyska-

my tyle pieniędzy ze sprzedaży tej posia-
dłości.

– Jak się czujesz będąc niezależna finan-

sowo? – spytał z uśmiechem Mal.

–   To   lekka   przesada,   ale   pieniądze   z 

pewnością pokryją wszystkie moje długi i 
jeszcze pomogą Joelowi i Terry.

– Kiedy wracają?
– Pojutrze. Joel nie musi wracać na stu-

dia   przed   następnym   poniedziałkiem,   ale 
ma jakąś pracę na pół etatu, której nie bar-
dzo chce zostawiać.

– Dlaczego nie zadepeszujesz do nich i 

nie przekonasz, by przedłużyli podróż? Te-
raz na pewno mogą sobie na to pozwolić.

background image

– Zrobiłabym to, gdybym tylko wiedzia-

ła, gdzie są.

Mal zapalił papierosa.
– Mam też inne wiadomości. Tym ra-

zem   dotyczą   nas   –   Mal   gestem   wskazał 
Ann oparcie fotela i czekał, aż usiądzie.

– Co byś powiedziała na ślub w Point 

Hope?   Hectorowie   zaproponowali   nam, 
byśmy skorzystali z ich domu.

–   Ale   przecież   dom   w   Point   jest   za-

mknięty.

– Spotkałem wczoraj w mieście Eileen. 

Rozmawialiśmy o naszym ślubie w grud-
niu i nagle zarzuciła mnie taką ilością po-
mysłów, że aż zakręciło mi się w głowie. 
Myślę, że bardzo brakuje jej córki, którą 
mogłaby wydać za mąż.

–   Ale   czy   to   będzie   właściwe?   Mało 

znam panią Hector. Jest oczywiście bardzo 
miła, ale ja jestem dla niej obcą osobą.

– Eileen zna mnie – powiedział Mal. – I 

to   od   dziecka.   To   ją   bardzo   uszczęśliwi, 

background image

Ann. Czyż nie przemawia do ciebie wizja 
wielkiego wesela w domu?

–   Bardzo.   Żałuję,   że   Terry   i   Joel   nie 

mieli takiego właśnie ślubu. Każda dziew-
czyna marzy przecież o wielkim weselu.

–   Pozwól,   że   powiem   jutro   Eileen,   iż 

przyjmujesz jej propozycję. Wiem, że pro-
siła już Vina, żeby zajął się przygotowa-
niem domu na drugi tydzień grudnia. Na-
wet jeśli nie skorzystamy z jej propozycji, 
to i tak chce dla nas urządzić wielkie przy-
jęcie.

– Co Vin myśli o tym wszystkim?
– Uważa to za wspaniały pomysł. Nie 

wie tylko, czy będzie na ślubie.

Ann nie wiedziała, czy jest rozczarowa-

na, czy zadowolona z tego powodu. Nadal 
wieczorami przed zaśnięciem wspominała 
to, co się między nimi wydarzyło. W takie 
noce śniły się jej rysowane ołówkiem szki-
ce. Nie były dokładnie takie, jaki znalazła 
w notatniku Vina, lecz przedstawiały ją za-

background image

laną łzami, smutną, a raz nawet zobaczyła 
we śnie rysunek samej siebie uciekającej 
przed czymś w przerażeniu.

Mal   opowiadał   ze   szczegółami   plany 

Eileen   dotyczące   ich   ślubu   i   wszystkich 
przygotowań. Nigdy przedtem jej małżeń-
stwo z Malem nie wydawało się jej tak re-
alne jak w tej chwili i po raz pierwszy po-
czuła, jak ogarnia ją panika.

–   Zimno   ci?   –   spytał   Mal   w   połowie 

zdania.

– Trochę – odparła. – Zrobię kawy.
Mal pozwolił jej wysunąć się z jego ra-

mion, ale dopiero wtedy gdy ją pocałował. 
Poszedł za nią do kuchni i stał oparty o 
szafkę patrząc, jak Ann parzy kawę.

– Bardzo przyjemna, domowa scenka – 

powiedział. – Podoba mi się.

Ann   odwróciła   się,   żeby   posłać   mu 

uśmiech, ale wyraz jego brązowych oczu 
sprawił, że na chwilę wstrzymała oddech. 
O jakich innych domowych scenkach my-

background image

ślał w tej chwili?, zastanowiła się. Opanuj 
się, skarciła samą siebie w duchu. Co się z 
nią   dzisiaj   działo?   Nigdy   przedtem   nie 
była tak roztrzęsiona. Czy wątpliwości tuż 
przed ślubem są czymś normalnym? Mal 
Shaw   jest   przecież   nadal   tą   samą   osobą. 
Dlaczego właśnie dzisiaj patrzyła na niego 
jak na prawie obcego człowieka?

– Wątpliwości? – spytał Mal. – Chodź 

tutaj, Ann – objął ją czule. – Wszystko w 
porządku. Wiem, co czujesz. Czy myślisz, 
że ja też czasami nie zastanawiam się nad 
tym? Wkraczamy w to z otwartymi ocza-
mi. Może nie łączy nas szaleńcza miłość, 
ale coś bez wątpienia jest między nami. Je-
stem pewny, że będziemy dobrym małżeń-
stwem. Podzielasz moją pewność?

– Mal, nigdy nie spotkałam kogoś rów-

nie   wyrozumiałego.   Proszę,   wytrzymaj 
jeszcze trochę. Bardzo chcę być dla ciebie 
dobrą żoną.

–   I   będziesz,   kochanie.   Na   pewno   bę-

background image

dziesz.

Terry wróciła z podróży poślubnej bar-

dziej   rozpromieniona   niż   w   dniu   ślubu. 
Joel również był odmieniony. Ann musiała 
przyznać,   że   małżeństwo   doskonale   im 
służy.

Kiedy powiedziała im o sprzedaży po-

siadłości i swoim zamiarze podzielenia się 
z   nimi   pieniędzmi,   oboje   byli   bardzo 
wdzięczni i zadowoleni. Nie powstrzymało 
to jednak Joela przed powrotem do pracy.

Kiedy następnego ranka Ann wybierała 

się   do   Point   Hope,   by   omówić   z   panią 
Hector ostatnie szczegóły, Terry poruszyła 
temat wesela w domu Hectorów.

– Czyj to był pomysł? – spytała, dając 

do   zrozumienia,   że   nie   bardzo   jej   się   to 
wszystko podoba.

– Chyba Eileen Hector – odparła Ann.
– Dlaczego to robi?
Ann przekazała jej to, co usłyszała od 

background image

Mala,   wyjaśniając,   że   pani   Hector   nigdy 
nie miała córki, którą mogłaby wydać za 
mąż.

– Guzik prawda – usłyszała w odpowie-

dzi od Terry.

– Co ci się w tym nie podoba?
– To jest zbyt sztuczne. Kim niby ona 

dla nas jest? Ile razy spotkałyśmy się z nią 
w   Point?   Trzy?   Cztery?   Czy   to   od   razu 
czyni z niej przyjaciółkę rodziny?

– Eileen zna Mala.
– I o to właśnie chodzi – powiedziała 

Terry. – Robi to dla ciebie czy dla Mala?

– A nawet jeśli robi to dla Mala? I co z 

tego?

– Przychodzi mi do głowy pytanie, czy 

on ją o to prosił.

– Do czego zmierzasz, Terry?
– To mi pachnie snobizmem, Ann.
Ann odwróciła wzrok nie chcąc, by sio-

stra dostrzegła w nich, że też jej to przy-
szło do głowy. Czy powinna czuć się ura-

background image

żona, ponieważ Mal chciał, by ich małżeń-
stwo posiadało prestiż i klasę jego pierw-
szego związku?, zastanawiała się.

–   Jestem   z   tego   bardzo   zadowolona, 

Terry – powiedziała Ann. – Bez względu 
na powody.

Przez chwilę wyglądało na to, że Terry 

ma ochotę jeszcze coś dodać w tej sprawie, 
ale postanowiła zmienić temat.

–   A   co   z   Guyem?   Porozumiałaś   się   z 

nim? – spytała.

– Nie mogę go przekonać do siebie w 

tak krótkim czasie – powiedziała Ann nie 
chcąc przyznać, że ich stosunki pogorszyły 
się jeszcze od dnia, kiedy Guy pobił się z 
Buzem.

– Ann, martwię się tym. Jeśli nigdy nie 

uda ci się z nim zaprzyjaźnić? Może ci dać 
nieźle w kość.

– Jakoś sobie z Malem poradzimy. Nie 

martw się, Terry, jestem pewna, że wszyst-
ko się ułoży.

background image

Ann tak zaplanowała swą wizytę w Po-

int Hope, by mieć dość czasu na odwiedzi-
ny   u   Mary   Kerman   przed   spotkaniem   z 
Eileen Hector. Nie widziała Mary od ślubu 
Terry, kiedy to wraz z Buzem przyjechała 
do Bostonu. Ann nie zdawała sobie spra-
wy, jak bardzo pokochała tę pyskatą kobie-
tę, dopóki nie zobaczyła jej krzątającej się 
przy zniszczonej przystani przed domem.

– Dzień dobry! – zawołała.
Mary przywiązała łódź i odwróciła się.
– Ann Dawson – zawołała i ruszyła w 

jej stronę szybkim krokiem.

Ann  uściskała   ją   i  pocałowała   w  poli-

czek.

– Jak miło cię widzieć – powiedziała. – 

Boże, jak ja tęskniłam za tym miejscem. 
Uświadomiłam   to   sobie   dopiero   wtedy, 
gdy wysiadłam z taksówki.

– Wchodzi człowiekowi w krew – przy-

znała Mary, a w jej oczach pojawił się roz-
marzony wyraz.

background image

– Co się  stało z domem  i sklepem?  – 

spytała Ann dostrzegając po raz pierwszy 
puste miejsce, gdzie stały budynki.

–   Zburzyli   je.   Od   dwóch   dni   na   Psiej 

Nodze   pracują   buldożery.   Wiedziałaś,   że 
chcą tu zbudować z tuzin domków?

– Wiem tylko, że jakaś spółka budowla-

na kupiła mój teren.

– Podoba mi się ten pomysł, chociaż ja-

kiś interes pozwoliłby mi zarobić kilka do-
larów.

Ann uśmiechnęła się.
– Nadal masz na to ochotę? – zażarto-

wała.

– Teraz już nie muszę. Miałam kawałek 

gruntu po drugiej stronie drogi. Kupili go 
wraz z całym terenem. Dostałam całkiem 
sporo grosza. Pomyśleć  tylko, że  na  sta-
rość trafiło mi się coś takiego.

– Cieszę się bardzo.
– Mogłabym teraz leniuchować, ale za 

bardzo lubię pracę. Postanowiłam zatrzy-

background image

mać te moje interesiki.

Ann roześmiała się, a Mary spojrzała na 

nią przekrzywiając głowę.

– Wyglądasz na szczęśliwą – powiedzia-

ła. – Może nie miałam racji.

Ann wiedziała, że Mary ma na myśli jej 

już bardzo niedaleki ślub.

–   Przyjechałaś   obejrzeć   postępy   pani 

Hector? Słyszałam, że jest z siebie bardzo 
dumna.

– Lepiej, żebym to ja była.
– Mam nadzieję, że pogoda się utrzyma. 

Nie   pamiętam   już   tak   ciepłego   grudnia, 
chociaż   akurat   dzisiaj   wygląda   na   to,   że 
będzie wieczór padało.

– Lepszy deszcz niż śnieg.
–  Próba  ślubu  ma   się   odbyć   w  ponie-

działek rano, prawda?

– Tak – odparła Ann starając się nie my-

śleć o tym zbyt długo. – Terry przyjedzie 
jutro, a Joel w niedzielę. Pani Hector za-
oferowała nam gościnę w swoim domu w 

background image

Mount City, gdyż ten tutaj nie jest jeszcze 
gotowy.

– : Eileen będzie miała dom pełen ludzi. 

Ona to uwielbia. Im większy tłok, tym bar-
dziej jest szczęśliwa. Lepiej rozkoszuj się 
tymi ostatnimi dniami wolności, Ann.

Ann spojrzała na zegarek.
– Muszę uciekać. Nie chcę się rozminąć 

z panią Hector. Powiedziała, że będzie w 
domu   tylko   przez   kilka   godzin.   Chcemy 
razem jechać do Mount City. Mam się tam 
spotkać z Malem i odebrać Guya ze szko-
ły.

– Kiedy widziałaś chłopca po raz ostat-

ni?

– Dwa tygodnie temu, kiedy Mal przy-

wiózł go do Bostonu. Poszliśmy we trójkę 
do teatru.

– Jak się układa między wami?
Ann spojrzała Mary prosto w oczu i do-

szła do wniosku, że nie ma sensu jej okła-
mywać.

background image

– Jest dla mnie zaledwie uprzejmy. Ale 

Mal zapewnia mnie, że nie ma się czym 
martwić.

– Ten człowiek chyba jest ślepy – mruk-

nęła Mary. – Czy wiesz, że Guy nie roz-
mawiał z Buzem od dnia tej bójki ponad 
miesiąc temu?

– Mary, myślisz, że Guy usłyszał naszą 

rozmowę?

– Ja nie myślę, jestem tego pewna.
Ann przygryzła wargę.
– Co powinnam zrobić?
– Jeśli martwisz się, że Guy powie to 

Malowi, sama mu o tym powiedz.

– Mal wie, co do niego czuję.
Mary spojrzała na nią dziwnie.
– Rozmawiałaś z nim o tym „braku mi-

łości"?

– Mary, rozmawialiśmy o tym na długo 

przed tym, jak mi się oświadczył. Czy my-
ślisz, że wyszłabym za niego nie mówiąc 
mu, co naprawdę do niego czuję?

background image

– Może jestem na to za stara – stwierdzi-

ła Mary i potrząsając siwą głową odeszła.

Parę chwil później, gdy Ann ze spusz-

czoną   głową   wbiegała   na   schody   prowa-
dzące na werandę domu Hectorów, poczu-
ła na ramionach dłonie powstrzymujące ją 
przed zderzeniem z ich właścicielem.

– Przepraszam – mruknęła, a gdy pod-

niosła wzrok, zobaczyła Vina Warrena.

– Witaj, Ann – powiedział i natychmiast 

cofnął ręce.

– Cześć, Vin – powiedziała i żadne sło-

wa nie przychodziły jej do głowy.

– Eileen czeka na ciebie od godziny – 

powiedział Vin. – Kiedy taksówkarz przy-
wiózł tylko twoją torbę, pomyślała, że coś 
ci się przydarzyło. Na szczęście wszystko 
wyjaśnił.

– Zatrzymałam się, żeby porozmawiać z 

Mary.

Vin stwierdził, że to bardzo miłe z jej 

strony, po czym dodał:

background image

– Przepraszam, że nie mogę zostać, ale 

mam kilka spraw do załatwienia. Zostaw 
mi wiadomość, jeśli chcesz, żebym zrobił 
w domu coś szczególnego.

Ann patrzyła, jak schodzi po schodach i 

wsiada do samochodu nie oglądając się za 
siebie. Drzwi otworzyła sama Eileen Hec-
tor.

– Tak się cieszę, że jesteś – powiedziała 

podniecona. – Bałam się, że pojechałaś do 
Mount   City   beze   mnie.   Właśnie   dzwonił 
Mal. Prosił, żebyśmy nie jechały do mia-
sta.   Spotkacie   się   tutaj.   Guy   nie   poszedł 
dziś do szkoły, nie ma więc potrzeby go 
odbierać.

– Guy jest chory? – spytała Ann.
Eileen skrzywiła się.
–   Robi   tylko   uniki.   Twierdził,   że   nie 

czuje się dobrze, gdy gospodyni próbowała 
wyprawić go do szkoły, a potem wyszedł.

– Wyszedł?
– Miał spędzić dzień z kapitanem Friar. 

background image

Kapitan dzwonił do Mala, że chłopiec jest 
u niego. Guy musiał się chyba przed kimś 
wyżalić. Ann zmarszczyła brwi.

– Nie przejmuj się tak, Ann. Dzieci nie 

znoszą   zmian,   ale   potem   zdumiewająco 
szybko przystosowują się do nowej sytu-
acji.

Oby miała pani miała rację, pomyślała 

Ann. Następną godzinę spędziły na oma-
wianiu   przeróżnych   spraw   związanych   z 
przygotowaniami do ślubu. Eileen Hector 
spisała się znakomicie. To będzie wspania-
ły ślub, o jakim każda dziewczyna może 
tylko marzyć.

Eileen przeprosiła Ann, że musi ją zo-

stawić, ale wyjaśniła, że powinna wrócić 
do Mount City, by dopilnować przygoto-
wań do przyjazdu gości. Ann rozejrzała się 
po   salonie   Hectorów   próbując   wyobrazić 
sobie, jak będzie wyglądał za kilka dni. Za 
kwadrans piąta na okrągły podjazd wjechał 
samochód Mala. Kiedy wszedł do pokoju, 

background image

Ann od razu zauważyła, że coś jest nie w 
porządku.

– Co się stało? – spytała wstając, by się 

z nim przywitać.

– Zatrzymałem się po drodze u kapitana, 

żeby odebrać Guya, ale go tam nie było.

– Nie było?
–   Pożyczył   małą   motorówkę   kapitana, 

żeby   się   przejechać   po   porcie,   i   od   tej 
chwili nikt go już nie widział.

background image

Rozdział 12

Ann z roztargnieniem postawiła kołnierz 

wełnianej  kurtki, którą  kazała  jej  włożyć 
Mary Kerman. Za sobą słyszała głos Vina 
wypytującego   Mary,   ale   całą   swą   uwagę 
skoncentrowała   na   Malu,   który   wraz   z 
dwoma mężczyznami zwijał brezent przy-
krywający   jego   łódź.   Dopiero   gdy   łódź 
była gotowa, Mal podszedł do niej.

– Mal, gdzie będziesz go szukał? – spy-

tała Ann z troską w głosie.

– Bóg jeden wie – odparł zrozpaczony. – 

Opłyniemy   Point   modląc   się,   byśmy   za-
uważyli gdzieś motorówkę kapitana. Mam 
nadzieję, że zabrakło mu tylko paliwa.

– Pozwól mi jechać z tobą.
Mal spojrzał na szare niebo.
– Czeka nas paskudna noc. Na szczęście 

nie jest zimno. Nie wiem, co by się stało, 
gdyby Guy utknął gdzieś w otwartej łodzi 

background image

w normalny grudniowy dzień.

– Czy mogę jechać z tobą? – spytała po 

raz drugi.

–   Lepiej   nie.   Nie   ma   sensu,   żebyśmy 

wszyscy przemokli. Ktoś powinien tu zo-
stać na wypadek, gdyby Guy wrócił sam 
albo dotarły jakieś wiadomości.

– Czy ktoś widział Guya? – spytała Ann.
– Pytałem wszystkich. Kapitan przysię-

ga, że gdy widział go po raz ostatni, Guy 
pływał spokojnie po porcie. Bardzo lubię 
staruszka, ale wolałbym, żeby nie pożyczał 
swojej łódki tak hojnie. Nie powinien po-
zwalać,   by   czternastoletni   chłopiec   sam 
brał łódź.

Ann zgodziła się z nim w duchu, ale nic 

nie powiedziała. Kapitan miał wystarczają-
co duże wyrzuty sumienia.

– Życz nam szczęścia – powiedział Mal, 

gdy jeden z mężczyzn zawołał go.

Ann patrzyła, jak łódź odpływa, a gdy 

się odwróciła, dostrzegła, że w jej stronę 

background image

idzie Buz Kerman.

– Cześć – powiedział.
– Czy babcia opowiadała ci o Guyu?
– Tak. Można by pomyśleć, że nie jest 

na tyle głupi, żeby wypływać o tej porze 
roku.

– Lubi pływać?
Buz wzruszył ramionami.
– Nigdy nie myślałem, że za tym prze-

pada. Ma słaby żołądek. Kiedy tylko wy-
pływaliśmy na ryby, musieliśmy przez nie-
go wcześniej wracać.

– Buz – powiedziała Ann i strach spra-

wił,  że   trudno   jej   było  dokończyć   –  czy 
Guy zrobiłby coś głupiego?

– Guy? – Buz powoli zrozumiał, co mia-

ła na myśli. – Nigdy nie zrobiłby tego, o 
czym myślisz. Guy za bardzo lubi Guya.. 
Już bardziej zrobiłby coś tobie niż sobie. 
Taki właśnie jest.

– A mógłby zrobić mnie?
– Zanim się na mnie pogniewał, opowia-

background image

dał mi różne niestworzone historie. Kiedyś 
chciał   podpalić   twój   dom   i   sklep,   żebyś 
musiała wrócić do Bostonu.

– Co go powstrzymało?
– Chyba bał się, że ojciec domyśli się, 

że to jego sprawka. Kiedyś przysięgał też, 
że ucieknie, jeśli ojciec będzie chciał się z 
tobą ożenić.

Uciec? Czy to możliwe, że zrobił to wła-

śnie teraz?, zastanawiała się Ann.

– Zrezygnował jednak z tego pomysłu – 

ciągnął obojętnie Buz – bo stwierdził, że to 
nie   powstrzyma   ojca.   Kiedy   rozmawiali-
śmy ostatni raz, powiedział mi, że pracuje 
nad jakimś planem.

– Wiesz, co to takiego?
– Nie. Powiedział mi tylko, że to musi 

być   „dramatyczne".   Guy   zawsze   używał 
takich   słów.   Myślę,   że   najlepsze   na   co 
mógł wpaść, to zgubić się w łodzi kapita-
na.

– Powiedz to jeszcze raz.

background image

– Co?
– Nie ma sprawy, Buz. Coś mi przyszło 

do głowy.

Patrząc   na   brzegi   wyspy   Keel,   Ann 

przygryzła wargę.

Czy czternastolatek nie mógł wpaść na 

pomysł,   by  się   ukryć   i   dać   dorosłym   do 
zrozumienia,   że   zginął?   A   jakież   lepsze 
miejsce mógł  znaleźć  od tej opuszczonej 
wyspy?   Kiedy   Ann   zastanawiała   się   nad 
tym   bardzo   poważnie,   podszedł   do   niej 
Vin wraz z Mary.

– Czy Mal dowiedział się czegoś? – spy-

tał.

– Znajomy Vina ma helikopter. Polecą 

razem – wyjaśniła Mary.

– To wspaniale – stwierdziła Ann. – Bę-

dziecie mogli przeszukać duży teren.

– Powoli robi się ciemno. Miałem na-

dzieję, że Mal powiedział ci, gdzie mamy 
szukać.

– Sam nie bardzo wiedział.

background image

– No to ruszam – powiedział Vin.
– Vin – zawołała za nim Ann, lecz zaraz 

zrezygnowała z zamiaru podzielenia się z 
nim   swoimi   podejrzeniami.   Zamiast   tego 
powiedziała tylko: – Powodzenia.

Ann   postanowiła   zostać   jeszcze   trochę 

na przystani. Patrzyła, jak Mary i Buz kie-
rują się w stronę domu, a po chwili zawo-
łała chłopca.

– Tylko na moment – uspokoiła czekają-

cą Mary.

– Tak? – spytał Buz.
– Czy mógłbyś wyślizgnąć się z domu 

za piętnaście minut i pomóc mi spuścić na 
wodę jedną z łódek pana Shawa?

– A po co?
– Zrób to dla mnie.
– Nie o to pytałem.
– Nigdy jeszcze nie prosiłam cię o przy-

sługę, Buz. Zrób to dla mnie, proszę.

–   Wiesz,   że   zrobiłbym   dla   ciebie 

wszystko, ale... – Buz wyraźnie miał wąt-

background image

pliwości. – Nie wiem, co z tą łódką. Może 
powinniśmy najpierw porozmawiać z bab-
cią.

–   Buz,   nie   mogłoby   to   zostać   między 

nami?

– Robi się ciemno. Wypuszczać się teraz 

łódką to raczej nie najlepszy pomysł.

– Tylko raz poprosiłam cię o pomoc, a 

ty mi odmawiasz – powiedziała Ann wie-
dząc, że wykorzystuje sympatię, jaką czuł 
do niej Buz. Ten argument go przekonał.

– Dobra – zgodził się wreszcie bez entu-

zjazmu. – Spotkamy się u pana Shawa.

– Za piętnaście minut.
Buz spojrzał na Mary.
– Spróbuję.
– Liczę na ciebie – powiedziała Ann – I, 

proszę, nie mów nic babci.

Buz skinął głową, ale Ann widziała wy-

raźnie, że czuje się nieswojo. To naprawdę 
nie fair kazać mu robić coś wbrew przeko-
naniu, pomyślała, ale już po chwili plano-

background image

wała dalsze posunięcia.

Trzy kwadranse później Ann płynęła w 

stronę wyspy Keel w jednej z małych łó-
dek należących do Mala. Nawet kiedy Buz 
pokazał jej, jak włączyć silnik, próbował ją 
jeszcze przekonać, by zmieniła swój plan. 
Bez skutku.

Patrzył   jedynie,   jak   Ann   odpływa   z 

przystani Shawa i na jego piegowatej buzi 
malowała się prawdziwa troska.

Odległość dzieląca Point Hope i wyspę 

była większa niż wydawało się jej z brze-
gu. Kiedy zbliżyła się do małej zatoczki, z 
rozczarowaniem stwierdziła, że jest pusta. 
Nie było sensu szukać dalej. Gdyby Guy 
był na wyspie, na pewno zauważyłaby łódź 
kapitana. Kiedy zbliżyła się jeszcze trochę, 
dostrzegła   krzew   odcinający   się   dziwnie 
od pozostałych. Czyżby był to kamuflaż? 
Jest tylko jeden sposób, by to sprawdzić, 
stwierdziła w duchu Ann i podpłynęła pro-
sto do zatoki.

background image

Ann pogratulowała sobie przytomności 

umysłu, która skłoniła ją do zabrania dłu-
gich gumowych butów, ale nawet przez nie 
czuła,   z   trudem   posuwając   się   wzdłuż 
brzegu, chłód lodowatej wody. Mimo, że 
było już prawie ciemno, zdołała dostrzec 
przykrytą gałęziami łódź. Wygląda na to, 
że miałam rację, pomyślała.

Wyjmując z kieszeni latarkę, Ann ruszy-

ła w górę i rozglądając się wokół, zastana-
wiała się, czy uda się jej znaleźć chłopca. 
Od samego momentu, gdy wysiadła z ło-
dzi, czuła, że ktoś ją obserwuje. Może po-
winnam   go   zawołać,   pomyślała,   ale   czy 
przyjdzie do niej, jeśli to zrobi? Nie była 
co do tego przekonana, postanowiła więc 
iść dalej ścieżką, którą przemierzyła wraz 
z Malem podczas ich pierwszej wspólnej 
wyprawy na wyspę.

Nie była pewna, czy trzask gałązki był 

tylko wymysłem wyobraźni, czy też roz-
legł się naprawdę. Kiedy dotarła do małej 

background image

polanki, zawołała  Guya. Nie  było żadnej 
odpowiedzi. Zawołała jeszcze raz.

– Guy, wiem, że tam jesteś – powiedzia-

ła   już   normalnym   głosem.   –   Możesz 
wyjść.

Cisza. Za skałami, gdzie Mal z Vinem 

bawili się w piratów, dostrzegła jednak coś 
czerwonego, co bardzo przypominało weł-
nianą czapkę Guya.

– Guy – powiedziała i podeszła bliżej.
Za jedną ze skał rozległo się prychnię-

cie.

– Guy – powtórzyła już ostrzejszym to-

nem. – Dlaczego nie odpowiadasz?

– Idź sobie – dobiegł ją głos chłopca.
– Nie mogę – odparła i dodała łagodniej. 

– Nie mogę sobie iść i zostawić cię tutaj. 
Wiesz, że wszyscy cię szukają? Twój tato 
odchodzi od zmysłów ze zmartwienia.

– Dlaczego akurat ty musiałaś tu przy-

płynąć?

– Też się bardzo martwiłam – odparła 

background image

Ann.

– O, tak, martwiłaś się, bo mój ojciec 

nie ożeniłby się z tobą, gdybym zginął.

– To dlatego przypłynąłeś na wyspę?
– On się nigdy z tobą nie ożeni, nawet 

jeśli musiałbym się utopić.

– Nie gadaj bzdur, Guy. Nie masz prawa 

przysparzać ludziom tylu zmartwień. Wra-
cajmy.

– Nigdzie nie jadę. Nigdy się stąd nie 

ruszę.

– Robi się ciemno, Guy. Niebawem nie-

bezpiecznie   będzie   przepłynąć   nawet   tę 
małą   odległość   między   wyspą   i   Point 
Hope.

– Nie dbam o to. Dlaczego to musiałaś 

być ty? Dlaczego nie mógł mnie znaleźć 
tato?

–   Jak   myślisz,   co   powiedziałby   twój 

tato, gdyby wiedział, że przypłynąłeś tutaj 
specjalnie, żeby go zmartwić?

– Wcale nie chciałem go martwić. On 

background image

nie może się z tobą ożenić. Gdyby przy-
płynął tutaj i zobaczył, że przez ciebie się 
stąd nie ruszę, kazałby ci odejść.

–   Przestań   zachowywać   się   jak   małe 

dziecko,   Guy.   Ojciec   byłby   zły,   wiesz   o 
tym doskonale. Nie sądzisz, że lepiej bę-
dzie, jeśli wrócisz do domu, zanim odkryje 
prawdę?

– I co z tego? I tak mu powiesz.
–   Guy,   kiedy   wreszcie   uwierzysz,   że 

chcę być twoim przyjacielem? Wracaj ze 
mną, a nikt się o tym nie dowie.

Będziesz mógł powiedzieć ojcu, że coś 

było nie w porządku z silnikiem i przypły-
nąłeś na wyspę w obawie przed utknięciem 
na pełnym morzu.

–   Nigdy   w   życiu   nie   okłamałem   taty. 

Nie jestem tacy jak inni. Niektórzy ludzie 
mówią innym, że ich kochają tylko dlate-
go, żeby wziąć z nimi ślub. Słyszałem, jak 
rozmawiałaś z panią Kerman. Ty wcale nie 
kochasz mojego taty. Kim ty właściwie je-

background image

steś? Próbowałem powiedzieć tacie, że go 
nie kochasz, ale on kazał mi się zamknąć – 
głos Guya stał się nagle płaczliwy. – Nig-
dy przedtem tak do mnie  nie  mówił. To 
wszystko   twoja   wina.   Dlaczego   musiałaś 
tu   przyjechać   i   wszystko   zepsuć?   Było 
nam z tatą wspaniale, dopóki się tu nie zja-
wiłaś.   Teraz   nie   ma   już   dla   mnie   wcale 
czasu.

– To nieprawda, Guy. Spędza z tobą tyle 

samo czasu co przedtem.

– Nie, wcale nie. Wieczorami siedział w 

domu.

Ann uświadomiła sobie, że ta rozmowa 

nie prowadzi do niczego.

–   Może   część   twoich   zarzutów   jest 

usprawiedliwiona – powiedziała, próbując 
nowego podejścia. – Może wrócimy i po-
rozmawiamy o tym z tatą?

– Nie – rzucił Guy. – Nie ruszę się stąd. 

Zdecydowałem się już. Jeśli tato się z tobą 
ożeni, nie ruszę się stąd w ogóle. Będę żył 

background image

jak pustelnik.

–   To   najbardziej   niedorzeczne   stwier-

dzenie,   jakie   mogłeś   wymyślić   –   powie-
działa   Ann   bardziej   przerażona   niż   roz-
gniewana.   Nie   mogła   go   zabrać   ze   sobą 
siłą. A może wrócić po pomoc? Czy po po-
wrocie   znajdzie   jeszcze   chłopca   na   wy-
spie?

–   Guy,   zachowujesz   się   jak   trzyletni 

chłopczyk. Nie możesz karać ojca za to, że 
mnie nie lubisz. Liczę do dziesięciu. Jeśli 
nie wyjdziesz zza tych skał, idę po ciebie.

– Spróbuj tylko mnie dotknąć to...
– Proszę cię, Guy, pada coraz bardziej. 

Zaziębisz się.

– To co? Mam nadzieję, że umrę.
– Guy – powiedziała Ann, a jej głos był 

coraz   bardziej   stanowczy  –   zaczynam   li-
czyć – kiedy doszła do dziewięciu, urwała 
dając mu jeszcze jedną szansę, by wyszedł 
sam.

– Nie – rzucił ostro.

background image

Ann położyła ręce na skałach i powoli 

zaczęła   przemierzać   dzielącą   ich   odle-
głość. Usłyszała, jak Guy zeskakuje na dół 
i dostrzegła, że chowa się za skały z tyłu. 
Przez moment widziała go nawet dość do-
brze w świetle latarki, lecz zaraz zniknął. 
Po chwili zorientowała się, że ruszył ścież-
ką w stronę plaży.

– Guy! – zawołała i ruszyła za nim. Po-

tknęła się i upadła kilka razy czując, jak 
ubranie i pończochy zaczepiają się o ostre 
krzaki.   Kiedy   wreszcie   dotarła   do   plaży, 
ciężko oddychała i czuła ból w piersiach. 
W blasku latarki dostrzegła. Guya stojące-
go pomiędzy łódkami. Przez chwilę spra-
wiał wrażenie osaczonego zwierzęcia, ale 
szybko   odwrócił   się   i   zaczął   odkrywać 
swoją łódź. Co on chce zrobić?, pomyślała 
Ann. Wrócić do domu? Kiedy Guy uporał 
się już z gałęziami kryjącymi łódź kapita-
na, ruszył zdecydowanym krokiem w stro-
nę łódki Ann. Usłyszała ogłuszający huk. 

background image

W świetle latarki Ann dostrzegła, że Guy 
wali czymś mocno w bok łodzi.

Guy!   zawołała.   Na   dźwięk   jej   głosu 

chłopiec odwrócił się, by po chwili znów 
zacząć atakować łódź ze zdwojonym zapa-
łem.

– Przestań! – rzuciła Ann.
– Nie zbliżaj się!!.
Coś w tonie jego głosu sprawiło, że Ann 

zatrzymała się.

– Guy, nie wiesz, co robisz.
Zbliżyła się jeszcze trochę i dostrzegła 

łzy płynące po twarzy chłopca.

– Byliśmy szczęśliwi – wyszlochał Guy 

– a potem ty musiałaś się zjawić. Chciał-
bym, żebyś umarła.

– Proszę cię, Guy.
– Nienawidzę cię! Nienawidzę – wołał 

waląc kotwicą w bok łodzi.

Ann   dostrzegła   wodę   wdzierającą   się 

przez dziurę i zdała sobie sprawę, że łódź 
Mala   trzeba   już   spisać   na   straty.   Stan 

background image

chłopca przerażał ją. Musi coś zrobić, żeby 
go uspokoić.

– Proszę cię, Guy – powiedziała niemal 

błagalnym tonem i wyciągnęła rękę, by go 
powstrzymać.

Guy odwrócił się lekko i gdy próbował 

odtrącić jej rękę, kotwica uderzyła Ann w 
ramię.   Uderzenie   bardziej   ją   zaskoczyło, 
niż zabolało. Upuściła latarkę i próbując ją 
odzyskać, dotknęła palcami kurtkę Guya. 
Chłopiec uderzył na oślep i Ann całkiem 
straciła równowagę. Upadła uderzając gło-
wą w żelazny uchwyt do wioseł. Poczuła 
ból, mdłości, a potem zapadła ciemność.

Ann czuła się tak, jakby próbowała wy-

dostać   się   na   powierzchnię   wzburzonego 
morza.   Walczyła   bez   żadnego   rezultatu. 
Gdyby tylko ktoś podał mi rękę, przebie-
gło jej przez myśl. Nagle poczuła ręce cią-
gnące ją za ramiona, chwilę później zimną 
wodę   na   twarzy   i   palce   dotykające   jej 
oczu. Cóż to za straszne jęki, pomyślała. 

background image

Czy   to   ona   je   wydaje?   Zacisnęła   mocno 
wargi, ale płacz nie ustawał.

Ann   poczuła,   że   ktoś   nią   potrząsa,   co 

przyniosło ze sobą nową falę mdłości. Na 
szczęście szybko minęły, lecz pojękiwanie 
przeszło   teraz   w   prawdziwy   rozpaczliwy 
szloch.

Wydawało się jej, że minęły wieki, za-

nim znów mogła zebrać myśli. Z trudem 
otworzyła oczy. Po chwili dostrzegła mały 
krążek światła tuż obok swojej ręki. Próbo-
wała ją podnieść, ale palce miała lodowate 
i zesztywniałe.

Położyła się na boku i oparła na łokciu. 

Dwiema rękami chwyciła latarkę, ale w jej 
świetle   dostrzegła   tylko   rozbitą   łódź. 
Gdzieś   daleko   usłyszała   odgłos   silnika. 
Cichł coraz bardziej, aż wreszcie zupełnie 
zanikł. Ann wypuściła latarkę z rąk i znów 
straciła przytomność.

background image

Rozdział 13

Vin Warren zaparkował samochód przed 

domem Mary Kerman i przez chwilę sie-
dział   jeszcze   w   środku.   Jeśli   Ann   nadal 
tam była, potrzebował trochę czasu, by się 
uspokoić   przed   ponownym   z   nią   spotka-
niem. Wcześniej tego ranka, kiedy niemal 
dosłownie wpadła na niego, prawie stracił 
panowanie nad sobą. Musiał użyć całej siły 
woli, by nie zmiażdżyć jej w ramionach. 
Całymi tygodniami stale wyszukiwał sobie 
jakieś zajęcia, by móc o niej zapomnieć. 
Aż do tego ranka myślał, że udało mu się 
tego dokonać. Jednak to krótkie spotkanie 
przekonało go, że nie może zapomnieć o 
Ann. Czy to spotkanie wstrząsnęło nią tak 
samo   jak   nim?,   zastanowił   się.   Doszedł 
jednak do wniosku, że nie, ponieważ kilka 
godzin   później,   gdy   podszedł   do   niej   na 
przystani, nie zdawała sobie nawet sprawy 

background image

z jego obecności. Z westchnieniem rezy-
gnacji  wysiadł  z samochodu  i  wszedł  na 
schody.

– Vin – powiedziała Mary otworzywszy 

drzwi, zanim zdążył zapukać. – Myślałam, 
że to Ann.

– Nie ma jej tutaj?
– Nie. Znaleźliście coś, Vin?
–   Nie   –   odparł.   –   Zauważyliśmy   co 

prawda kilka łodzi, ale żadna z nich nie na-
leżała do kapitana. A co z Malem?

– Jeszcze nie wrócił.
– A Ann? Czeka w domu Mala?
– Nie wiem – odparła Mary marszcząc 

brwi. – Czekałam na nią, ale się nie poka-
zała.   Może   jest   u   kapitana.   Wspominała 
coś o tym, że nie powinno się winić sta-
ruszka za zniknięcie chłopca. Może chciała 
dotrzymać mu towarzystwa.

– Nie ma jej tam – powiedział Vin. – 

Wstąpiłem   tam   po   drodze.   Myślałem,   że 
kapitan ma jakieś wiadomości.

background image

– No to musi być u Mala. Zabawne, że 

poszła właśnie tam. O ile wiem, w domu 
nikogo nie ma.

Zdejmując   kurtkę   Vin   przeszedł   przez 

pokój i zmierzwił rudą czuprynę Buza. Po-
wiedział coś na temat programu telewizyj-
nego, który chłopiec oglądał, a po chwili 
wrócił do Mary nadal zatroskanej nieobec-
nością Ann.

Może być u wielu osób tutaj w Point – 

powiedział Vin. – Wszyscy robią co w ich 
mocy, żeby odnaleźć chłopca.

– Ten chłopak! – wykrzyknęła Mary i 

wdała się w długą dyskusję o Guyu i meto-
dach wychowawczych Mala.

Vin słuchał jej tylko jednym uchem po-

pijając kawę. To zakrawało na ironię, że 
tak się przygotowywał bez potrzeby. Była 
już niemal dziewiąta, gdy zjawił się Mal 
otrzepując przed domem mokrą kurtkę.

–   I   co,   Mal?   –   spytała   natychmiast 

Mary.

background image

– Nic – odparł posępnie i rozejrzał się 

po pokoju. – Gdzie jest Ann? – spytał.

– Prawdopodobnie u ciebie – odpowie-

dział Vin.

–   Nie,   tam   jej   nie   ma.   Wstąpiłem   do 

domu przed przyjazdem tutaj.

– To dziwne – stwierdziła Mary.
Buz przestał oglądać telewizję i zbliżył 

się  do dorosłych. Mary odwróciła  się  do 
niego.

– Czy kiedy Ann cię zawołała, wspomi-

nała coś o tym. gdzie może pójść?

– Nie, babciu.
Mary spojrzała na niego podejrzliwie, co 

od razu zastanowiło Vina.

– Jesteś pewny? – dopytywała się Mary.
– Tak – odparł Buz i tym razem Vin do-

strzegł, jak chłopiec ciężko przełyka ślinę. 
Czy to możliwe, że coś ukrywa?

– Nie myślicie, że czekałaby raczej tutaj 

na jakieś wiadomości? – spytał Mal wyraź-
nie rozdrażniony.

background image

– Jestem pewna, że gdzieś się tu kręci – 

powiedziała Mary. – Nigdy nie widziałam 
kogoś bardziej zaniepokojonego.

W tej chwili rozległo się gwałtowne pu-

kanie do drzwi.

–   Któż   to   może   być?   –   spytała   Mary 

idąc, by otworzyć.

W drzwiach stał potężny mężczyzna w 

żółtej kurtce. Przez ramię Mary zajrzał do 
środka.

– Panie Shaw – zawołał. – Znaleźliśmy 

chłopca.

Mal   przeszedł   pokój   trzema   wielkimi 

krokami i chwycił mężczyznę za ramię.

– Czy nic mu się nie stało?
Mężczyzna był lekko zakłopotany.
– Lepiej będzie, jak pan pójdzie ze mną.
–   Boże   wielki,   mówże   człowieku!   – 

krzyknął Mal.

– Proszę się opanować. Chłopiec żyje. 

Zachowuje się tylko bardzo dziwnie. Dok-
tor Green jedzie już do pana. Moja żona 

background image

jest z chłopcem.

Zdawało się, że minęły całe godziny, za-

nim Mal wraz z doktorem zeszli na dół. 
Mary i Vin natychmiast wstali i podeszli 
do nich.

–   Wszystko   w   porządku   z   Guyem?   – 

spytał Vin.

– Doktor Green twierdzi, że jest w szoku 

– powiedział Mal. – Nigdy nie widziałem 
go takiego.

– Spokojnie, Mal – lekarz położył rękę 

na ramieniu Mala. – Guy jest zdrowy jak 
byk. Jestem pewny, że gdy się obudzi po 
tym środku, który mu dałem, wszystko bę-
dzie w porządku.

– Mam nadzieję – odpowiedział Mal.
– Zadzwoń do mnie za kilka godzin – 

powiedział   doktor   i   machając   przyjaźnie 
dłonią do pozostałej dwójki wyszedł.

– Gdzie go znaleźli? – spytał Mala Vin.
– Jacyś rybacy zauważyli łódkę kapitana 

na skałach około mili stąd. Kiedy zajrzeli 

background image

do środka, Guy leżał skulony na dnie, bli-
ski histerii.

– Czy łódka była tam przez cały czas? – 

spytała Mary.

– To niemożliwe – odpowiedział Vin. – 

Sprawdziłem   całą   linię   brzegową   w   pro-
mieniu pięciu mil. Na pewno bym coś za-
uważył.

– To nie ma już znaczenia – powiedział 

Mal i spojrzał z niepokojem na schody. – 
Wracam do chłopca.

Patrząc, jak Mal wychodzi z pokoju, Vin 

pomyślał, że Mal nie zauważył nawet nie-
obecności Ann.

– Ann powinna już tutaj być – powie-

działa   Mary   jakby   czytając   w   jego   my-
ślach. – Lepiej poszukam jej w Point.

– Chyba nie ma sensu siedzieć tutaj dłu-

żej – stwierdził Vin spoglądając na zega-
rek. Było wpół do dwunastej. – Podrzucić 
cię gdzieś?

–   Mógłbyś   mi   pomóc   znaleźć   Ann   – 

background image

rzuciła cierpko Mary.

Akurat do tego Vin nie palił się zbytnio. 

Nie wiedział, czy ma dość odwagi, by spo-
tkać się z Ann. Nie mógł jednak odmówić 
Mary.   Umówili   się   ponownie   w   domu 
Mala.

Dopiero   gdy   odwiedził   kilka   wskaza-

nych przez Mary miejsc i jeszcze parę in-
nych, Vin zaczął czuć niepokój. Nikt nie 
widział Ann od dobrych kilku godzin. Nie 
mógł się już doczekać spotkania z Mary.

– Martwię się – powiedziała Mary, do-

wiedziawszy się, że  Vin również  nic nie 
wskórał.

–   Dzwoniłem   do   Eileen   na   wypadek, 

gdyby Ann pojechała do Mount City – po-
wiedział Vin.

– Tam też jej nie ma? Może wróciła do 

Bostonu?

– To mało prawdopodobne. Nie zrobiła-

by tego nie mając żadnych wiadomości o 
Guyu.

background image

– Może powinniśmy powiedzieć o tym 

Malowi? – zaproponowała Mary.

– Nie, ma już dość zmartwień z chłop-

cem. Poczekajmy jeszcze trochę.

– Muszę wracać do domu. Nie chcę zo-

stawiać Buza samego.

Vin przypomniał sobie nagle, jak Mary 

wypytywała wnuka.

– Czy myślisz, że Buz wie, gdzie ona 

jest? – spytał. – Nie znam Buza tak dobrze 
jak ty, ale sprawiał dość dziwne wrażenie, 
gdy pytałaś go o Ann.

–   Odpowiadał   grzecznie   „tak,   babciu", 

„nie, babciu", prawda? To widoczny znak, 
że ma coś na sumieniu. Wracajmy do mnie 
– powiedziała Mary.

Buz nie spał, mimo że o tej porze już 

dawno powinien być w łóżku. Była prawie 
druga nad ranem. Kiedy babcia zaczęła go 
wypytywać, wybuchnął płaczem i opowie-
dział, jak pomagał Ann spuścić na wodę 
łódkę Mala.

background image

– Dlaczego nie powiedziałeś nam o tym 

wcześniej? – spytała zagniewana Mary.

–   Obiecałem   Ann,   że   nikomu   nie   po-

wiem – wyszlochał chłopiec.

Vin   i   Mary   na   zmianę   wypytywali 

chłopca, ale po trzydziestu minutach wie-
dzieli niewiele więcej.

– Proszę cię, Buz – mówił Vin do zapła-

kanego   rudzielca   –   postaraj   się   przypo-
mnieć   sobie,   o   czym   rozmawialiście   z 
Ann.

– Kiedy? – spytał Buz ocierając dłonią 

oczy.

– Dziś po południu.
–   Zanim   pomogłem   jej   odwiązać   łódź 

czy potem?

Vin rzucił Mary pełne irytacji spojrze-

nie.

–   Powiedz   wszystko,   Buz   –   rzuciła 

Mary.

– Rozmawialiśmy tylko o Guyu.
– A dokładnie o czym? – dopytywał się 

background image

Vin.

–   Ann   wpadła   na   szalony   pomysł,   że 

Guy   mógł   wypłynąć   na   morze,   żeby   się 
utopić.

Vin i Mary wymienili spojrzenia, z któ-

rych widać było wyraźnie, że taka myśl nie 
przyszła im do głowy.

–   Czy   powiedziała   to   tak   otwarcie?   – 

spytał Vin.

– Nie, ale domyśliłem się, o co jej cho-

dzi.   Powiedziałem   jej,   że   się   myli.   Guy 
bardziej   przysporzyłby   kłopotów   jej,   niż 
zrobiłby coś sobie.

– Powiedz to jeszcze raz – rzucił Vin.
– To zabawne. Ann też tak powiedziała.
– Co? – dopytywał się Vin.
– Poprosiła mnie, żebym coś powtórzył, 

a potem stwierdziła, że to nic ważnego.

– Pomyśl, Buz. Czy to dotyczyło Guya?
– Chyba tak, bo tylko o nim rozmawiali-

śmy.

Vin był coraz bardziej poirytowany, ale 

background image

wiedział, że musi zachować spokój, gdyż 
może całkiem zbić Buza z tropu.

– Buz, zostawimy cię teraz na chwilę sa-

mego.   Postaraj   się   przypomnieć   sobie 
wszystko, o czym rozmawialiście z Ann, 
dobra?

Buz   skinął   głową.   Vin   wraz   z   Mary 

przeszli na drugi koniec pokoju.

– Kawy? – spytała Mary.
Vin potrząsnął głową.
– Babciu! – zawołał Buz po kilku minu-

tach.

– Tak – odparła Mary, ale to Vin ruszył 

w stronę chłopca.

– Pamiętam  tylko  – powiedział   Buz  – 

jak mówiłem jej, że Guy pracuje nad ja-
kimś „dramatycznym" posunięciem, by po-
wstrzymać   ojca   przed   ślubem.   Spytała 
mnie, co to takiego, ale ja nie umiałem jej 
odpowiedzieć. Potem jednak dodałem, że 
chyba   najlepszy   pomysł,   na   jaki   mógł 
wpaść to zgubić się w łódce kapitana.

background image

Vin uścisnął chłopca za ramiona.
– Dobra robota – powiedział z nagłym 

błyskiem w oczach.

– Wpadłeś  na   jakiś   pomysł?   – spytała 

Mary.

– Prawdopodobnie na taki sam jak Ann 

– odparł.

Mary spojrzała na niego pytająco.
–   Gdzie   mógł   się   ukryć   syn   Mala?   – 

spytał Vin uśmiechając się szeroko.

– Ukryć? – wykrzyknęła Mary i w jej 

oczach   pojawił   się   błysk   zrozumienia.   – 
Czy myślisz, że Ann również tak sądziła?

– Tak i na pewno wzięła łódkę Mala, by 

sprawdzić swoją teorię.

– Ale to było wiele godzin temu – po-

wiedziała Mary.

– Ann nie jest zbyt doświadczonym że-

glarzem. Prawdopodobnie utknęła na wy-
spie Keel.

Cała trójka odwróciła się nagle na od-

głos otwieranych z hukiem drzwi. Stał w 

background image

nich Mal Shaw.

– Gdzie jest Ann? – wykrzyknął.
– Nie jesteśmy pewni, ale prawdopodob-

nie na wyspie – odparł Vin i dostrzegł, jak 
Mal nagle blednie.

– O, Boże – jęknął Mal i opadł na naj-

bliższe krzesło. – W takim razie to może 
być prawda.

– Co? – spytał Vin i poczuł, jak nagle 

robi mu się zimno.

– Guy obudził się dziesięć minut temu – 

powiedział Mal. – Był bardzo podniecony i 
mamrotał coś jak w gorączce. Powiedział 
między innymi, że... zabił Ann!!

–   Co?   –   wykrzyknął   Vin   chwytając 

Mala za kurtkę, jakby chciał wytrząsnąć z 
niego więcej informacji.

Przez moment Vin czuł, jak kręci mu się 

w głowie, lecz szybko się opanował. Mal 
powoli opowiedział całą historię.

– Co mam robić? – spytał Mal wyraźnie 

rozdarty.

background image

– Wracaj do Guya – powiedziała Mary. 

– Popłyniemy z Vinem na wyspę.

Pół godziny później Mary wyskoczyła z 

łodzi na plażę. Natychmiast zaczęła prze-
szukiwać  piasek, skały i krzaki  światłem 
dużej latarki.

– Bardziej na prawo – powiedział Vin – 

Guy mówił Malowi, że tam ją zaciągnął.

– Spokojnie, Vin – powiedziała Mary, 

ale   jej   słowa   nie   odniosły   zamierzonego 
efektu, gdyż Vin przypomniał sobie chus-
teczkę Ann, którą Mal znalazł w kieszeni 
syna. Była cała mokra i pokrwawiona.

Boże,   pomyślał,   niech   ona   tylko   żyje. 

Nie miał już znaczenia fakt, że w ogóle go 
nie dostrzegała ani też że za kilka dni zo-
stanie żoną innego mężczyzny.

– Tutaj! – wykrzyknęła Mary. Oświetliła 

latarką pień drzewa i opartą o niego Ann.

– Ann – zawołała, ale to Vin dopadł do 

niej pierwszy.

– Ann, nic ci nie jest? – spytał. Nie był 

background image

przygotowany   na   sposób,   w   jaki   rzuciła 
mu   się   w   ramiona   i   przytuliła   twarz   do 
jego piersi.

– Dzięki Bogu – usłyszał jej szloch.
Mary dotknęła jej ubrania.
– Jest cała przemoczona – powiedziała. 

– I ma rozciętą głowę. Lepiej zabierzmy ją 
od razu do łodzi.

Vin   poruszył   się,   by   ją   podnieść,   ale 

Ann   zacisnęła   mocniej   ręce   wokół   jego 
szyi.

– Nie puszczaj mnie – wyszlochała – tak 

strasznie mi zimno.

– Wszystko dobrze, kochanie. Jesteś już 

bezpieczna. Zabierzemy cię do domu – po-
wiedział   Vin   i   przytulił   policzek   do   jej 
twarzy.

Ann płakała cicho, a potem zaczęła cała 

się trząść. Vin spojrzał na Mary, która po-
łożyła dłoń na czole dziewczyny, a potem 
na jej nodze.

– Jest zimna jak lód. I prawdopodobnie 

background image

w szoku. Dziewięć godzin na tej wyspie w 
zimnie i deszczu. Lepiej nie traćmy czasu.

Vin zostawił Mary z Ann i poszedł przy-

gotować łódź. Gdy odpłynęli kawałek, za-
wołała go Mary.

– Co się stało? – spytał.
– Ann chce z tobą porozmawiać. Pokie-

ruję łodzią. Spróbuj ją uspokoić. To roz-
cięcie na głowie może być poważniejsze, 
niż nam się wydaje. Przykryj ją dobrze ko-
cem. Musiałam zdjąć jej kurtkę. Była cała 
mokra.

Vin ukląkł na dnie łódki obok Ann, któ-

ra siedziała oparta o siedzenie. W świetle 
latarki jej oczy wydawały się nienormalnie 
duże.

– Vin – zawołała – Vin, boję się.
– Nie ma czego, kochanie – uspokoił ją.
– Vin, ty się nie boisz? Nigdy się nie ba-

łeś? – dopytywała się gorączkowo. W na-
stępnej chwili wyciągnęła do niego rękę. 
Koc, który ją okrywał, zsunął się odsłania-

background image

jąc przemoczony sweter. – Vin, okropnie 
jest się bać – powiedziała obejmując go ra-
mionami za szyję.

– Tak, wiem. To musiało być straszne – 

powiedział łagodnie otulając ją kocem.

Ann cofnęła się i spojrzała mu prosto w 

oczy. Na jej twarzy malował się wyraz za-
kłopotania.

– Vin, ty to rozumiesz, prawda?
– Tak, oczywiście.
– Bardzo się cieszę – odparła i znów po-

łożyła mu głowę na ramieniu. – Chciała-
bym, żebyś wszystko rozumiał. To ważne 
dla mnie, byś wiedział, dlaczego nie mogę 
stawiać na miłość z „gwiazdami i dzwona-
mi".

Zastanawiając   się,   co   mogła   mieć   na 

myśli, Vin przytulił ją mocno. W pewnej 
chwili poczuł, jak Ann osunęła się w jego 
ramionach.

– Mary! – zawołał przerażony.
Silnik zamilkł. Łódź zakołysała się lek-

background image

ko, gdy Mary przeszła do Vina i Ann.

– Co się stało? – spytała.
– Ann... – powiedział Vin zamykając w 

tym jednym słowie wszystkie swoje oba-
wy.

Mary przyklękła i zbadawszy leżącą w 

jego   ramionach   dziewczynę,   powiedziała 
bezbarwnym tonem:

– Straciła tylko przytomność. Wszystko 

w   porządku.   Zabierzemy   ją   do   ciebie. 
Twoja przystań leży najbliżej.

Później tego popołudnia, gdy lekarz wy-

szedł  po swojej drugiej  już wizycie, Vin 
wszedł na piętro domu Hectorów i zatrzy-
mał   się   przed   drzwiami   sypialni.   Kiedy 
miał ruszyć dalej, dębowe drzwi otworzyły 
się i wyszła z nich Mary.

– Dobrze, że jesteś – powiedziała – za-

częłam już mieć wyrzuty sumienia. Zostań 
z Ann, a ja zobaczę, co z Buzem. Strasznie 
zaniedbałam biedaka.

– Czy jesteś pewna, że możesz ją zosta-

background image

wić? – spytał lekko przerażony Vin.

– Słyszałeś, co mówił doktor Green. To 

tylko lekki wstrząs mózgu. Kilka. , dni w 
łóżku i po całej sprawie.

– Czy jest już całkiem przytomna?
–   Obudziła   się   kilka   razy,   ale   niezbyt 

zdaje sobie sprawę z tego, co się dzieje do-
okoła. No, nie bądź taki przerażony. Wyj-
dę tylko na chwilę. Terry może tymczasem 
wrócić.

Vin   wszedł   do   zaciemnionego   pokoju. 

To tutaj właśnie sporo pracował w ciągu 
pięciu minionych tygodni. W jednym rogu 
stała jego deska  kreślarska, a  obok mały 
stolik   z   rulonami   planów.   To   ten   pokój 
przyszedł mu jako pierwszy na myśl, gdy 
zastanawiał się, gdzie umieścić Ann, gdyż 
pozostałe nadal przygotowywano na mają-
ce się odbyć uroczystości.

Ann leżała na boku w ogromnym łóżku 

z jedną ręką wsuniętą pod policzek. Miała 
zamknięte oczy, a jej rzęsy, o kilka tonów 

background image

ciemniejsze niż włosy, sprawiały wrażenie 
prawie czarnych przy bladej twarzy. Na jej 
widok Vin poczuł ucisk w gardle. Przypo-
mniał   sobie,   jak   kilka   godzin   wcześniej 
przytulała się mocno do niego. Co próbo-
wała mu powiedzieć?

Usłyszał szelest pościeli i zobaczył, że 

Ann przewróciła się na plecy. Przez chwilę 
spała jeszcze, a potem zaczęła się budzić. 
Otworzyła oczy i osłoniła ręką oczy. Rę-
kaw za dużej, męskiej piżamy sprawiał jej 
widoczny kłopot. Vin nie  powiedział  ani 
słowa nawet wtedy, gdy spojrzała w jego 
stronę.   Dostrzegł,   jak   lekko   marszczy 
brwi, a potem szeroko otwiera niebieskie 
oczy. Uniosła  się  lekko, opierając  się  na 
łokciu.

– Co ty tu... ? – urwała, gdy dostrzegła 

deskę kreślarską. – Co ja tu robię?

Vin podszedł do niej, a Ann znów opa-

dła na poduszki.

– Lepiej się czujesz?

background image

– Tak... chyba tak – odparła. Vin uświa-

domił sobie, że Ann stara się przypomnieć 
sobie, co się właściwie stało.

– Guyowi jest strasznie przykro. Powie-

dział Malowi, że cię zabił. Nadal nie może 
dojść do siebie. Mal boi się zostawić go sa-
mego   choćby   na   moment.   Przyszedł   tu, 
żeby się z tobą zobaczyć, ale musiał wra-
cać do chłopca. Ann dotknęła dłonią opa-
trunku na głowie.

– Guy? – stopniowo w jej oczach poja-

wił   się   błysk   zrozumienia.   –   Guy   wcale 
tego nie zrobił. Rozcięłam głowę upadając. 
Jesteś pewny, że Guyowi nic nie jest?

Vin skinął głową.
– Czy to ty znalazłeś mnie na wyspie?
– Tak. Szukalibyśmy cię z Mary dużo 

wcześniej, gdyby Buz powiedział nam od 
razu, że wzięłaś łódkę Mala. To musiało 
być dla ciebie straszne.

Ann zadrżała. Spojrzała na piżamę, któ-

rą   miała   na   sobie   i   szybko   podniosła 

background image

wzrok.   Na   widok   zdumionego   spojrzenia 
jej niebieskich oczu Vin uśmiechnął się.

– Mary położyła cię do łóżka – powie-

dział i usłyszał, jak westchnęła z ulgą. – 
Terry powinna niebawem się zjawić. Mary 
zadzwoniła do niej i... siedziała z tobą pra-
wie   całe   popołudnie,   a   teraz   poszła   na 
dworzec po Joela.

Ann   ponownie   opadła   na   poduszki   – 

tym   razem   z   lekkim   westchnieniem   „O 
Boże".

– Dobrze się czujesz? – spytał szybko 

Vin.

– Tak. Kiedy Terry i Joel zjawią się tu-

taj, będą mogli zabrać mnie do domu.

– Do Bostonu? Nigdy w życiu. Zosta-

jesz w łóżku. To nakaz lekarza.

– Nie mogę tutaj zostać.
– Dlaczego nie? Jest przecież dość miej-

sca.

– Ale...
– Konwenanse? Eileen przyjedzie jutro 

background image

rano. Terry i Joel zostaną dzisiaj na noc.

– A kłopot?
– Kłopot? Nie zapominaj, że za parę dni 

miałaś tutaj przyjechać jako gość. Zrobiłaś 
to po prostu troszkę wcześniej.

Vin  zauważył,   że   Ann   lekko  się   zaru-

mieniła.

–   Strasznie   boli   mnie   głowa   –   powie-

działa.

– Doktor zostawił tabletki. Przyniosę ci.
– Nie, nie odchodź – przycisnęła palce 

do   pulsujących   skroni.   –   Usiądź   proszę. 
Muszę z kimś porozmawiać.

Vin usiadł na krześle przy jej łóżku.
– Nigdy nie zdawałam sobie sprawy z 

tego,   jak   bardzo   Guy   mnie   nienawidzi, 
Vin.   Myli   się   całkowicie   oceniając   moje 
stosunki z jego ojcem. Jak mogę mu po-
wiedzieć,   że   to,   co   czuję   do   Mala,   jest 
szczere i... – zawahała się.

– I co, Ann? Lepsze niż miłość? – za-

uważył   nagły   rumieniec   wypływający   na 

background image

jej twarz.

–   Pomimo   tego,   co   ty   i   kilka   innych 

osób może o tym myśleć, ja wcale nie wy-
korzystuję Mala. On dobrze wie, co czuję.

– Naprawdę?
–   Tak.   Doskonale   się   rozumiemy.   On 

sam przyznał, że jego uczucia do mnie są 
bardzo odmienne od tego, co czuł w sto-
sunku do matki Guya.

–   Szczery   gość   –   mruknął   Vin   czując 

przypływ gniewu, którego nie potrafił wy-
tłumaczyć.

– Będziemy dobrym małżeństwem – po-

wiedziała Ann. – Miłość jest bardzo prze-
cenianym uczuciem.

– Mówisz to z doświadczenia? – spytał z 

lekką pogardą.

– Tak. Widziałam, co stało się z moją 

matką. Nie raz, a dwa razy.

– Czy jesteś pewna, że to była miłość?
Ciemnoniebieskie   oczy   Ann   błysnęły 

gniewem.

background image

–   Jak   śmiesz   insynuować   coś   innego? 

Nigdy jej nie znałeś. Była wspaniałą, pełną 
ciepła i dobroci osobą. I cóż takiego przy-
niosła jej miłość? Tylko rozpacz i ból.

– Ann, Ann – powiedział miękko Vin. – 

Nie wiesz, że nie można uniknąć losu in-
nych zamykając oczy i serce na widok roz-
ciągającej się przed tobą drogi?

background image

Rozdział 14

Ann spojrzała na Guya, który siedząc z 

opuszczoną głową czytał jej na głos książ-
kę.   Przychodził   codziennie   przez   pięć 
ostatnich dni. Następnego ranka po wyda-
rzeniach na wyspie przyszedł razem z oj-
cem.   Jąkając   się   przeprosił   ją,   co   mogło 
być sprowokowane przez Mala, ale przera-
żenie malujące się w jego oczach mówiło 
wyraźnie, przez jakie piekło przeszedł my-
śląc, że ją zabił. Wydarzenie to nie tylko 
go   przestraszyło,   ale   również   pozwoliło 
pozbyć się niechęci i nienawiści, jaką ży-
wił do Ann. Nagle pogodził się zupełnie z 
myślą o ślubie ojca i dopiero teraz zaczął 
czynić wysiłki, by polubić Ann.

Kiedy   Guy   czytał,   Ann   wróciła   myślą 

do jego opowieści tego pierwszego dnia po 
wypadku.   Kiedy   leżała   nieprzytomna   na 
wyspie, Guy zaciągnął ją na plażę i próbo-

background image

wał   ocucić   polewając   wodą   jej   twarz. 
Drżącym   głosem   opowiedział,   jak   błagał 
ją,   by   się   ocknęła   i   że   nawet   zaczął   nią 
gwałtownie   potrząsać.   Niektóre   z   jego 
zdań   przypominały   jej   to   i   owo:   zimną 
wodę  płynącą  po twarzy, dziwny płacz i 
ból   głowy.   Później   zaczęły   ją   nawiedzać 
także i inne wspomnienia, wszystkie zwią-
zane z Vinem Warrenem.

Pamiętała, jak rozpaczliwie tuliła się do 

niego i coś mówiła. Nie mogła sobie tylko 
dokładnie przypomnieć co. Błagała go, by 
coś zrozumiał. Co to mogło być?

–   Chcesz,   żebym   zaczął   następny   roz-

dział? – spytał Guy przerywając jej zamy-
ślenie.

–   Może   zostawimy   go   na   jutro?   Bo 

przyjdziesz jutro, prawda?

– Oczywiście – odparł i założył książkę 

w miejscu, gdzie  skończył. Nadal trudno 
było im ze sobą rozmawiać.

Drzwi do sypialni otworzyły się i stanęła 

background image

w nich Eileen Hector. Guy szybko skorzy-
stał z okazji, by się pożegnać i wypadł z 
pokoju. Ann była trochę rozczarowana, że 
Eileen przyszła sama. Do tej pory zawsze 
podczas jej pierwszej porannej wizyty to-
warzyszył jej Vin. Nigdy nie siedział dłu-
go,   ale   jego   odwiedziny   znacznie   popra-
wiały humor Ann.

–   Jakieś   nieprzyjemności   z   powodu 

przełożenia ślubu? – spytała Ann.

– Nie. Wszyscy raczej się tego spodzie-

wali. Wyznaczyliście inną datę?

– Rozmawialiśmy o tym z Malem wczo-

raj wieczór. Postanowiliśmy przełożyć to o 
dwa tygodnie.

Eileen   Hector   skinęła   głową   na   znak 

aprobaty.

Kiedy Eileen wyszła, Ann dotknęła dło-

nią głowy. Nadal ją bolała, ale nie tak jak 
podczas pierwszych kilku dni. Wiedziała, 
że może równie dobrze wstać z łóżka i za-
cząć normalne życie, ale pomysł ten wcale 

background image

do niej nie przemawiał. Gdy leżała w łóż-
ku, nie musiała stawiać czoła wielu proble-
mom. Nagle uświadomiła sobie w pełni, że 
jeśli nic się nie wydarzy, za dwa tygodnie 
zostanie   żoną   Mala.   Schowała   ręce   pod 
kołdrę. Nagle stały się zimne jak lód.

– Cześć – dobiegł ją głos Terry.
– Gdzie się podziewałaś? Nie widziałam 

cię od wczorajszego popołudnia.

– Byłam w Bostonie. Vin pożyczył mi 

swój   samochód.   Pojechałam,   żeby   zoba-
czyć się z Joelem.

Ann poczuła się nagle winna. Z jej po-

wodu Terry została w Point, a przecież jej 
miejsce było przy Joelu.

– Ależ narozrabiałam – powiedziała. – 

Powinnaś siedzieć w domu z Joelem.

–   Joel   sądzi   dokładnie   tak   samo   – 

uśmiechnęła się Terry. – Jeśli czujesz się 
lepiej,   –   chyba   jutro   wrócę   do   Bostonu. 
Nie ma sensu siedzieć tutaj przez dwa ty-
godnie. Wrócimy na ślub.

background image

Ann podniosła rękę do czoła.
– Dobrze się czujesz? – spytała Terry.
– Trochę boli mnie głowa.
– Doktor był dzisiaj u ciebie?
– Tak, rano.
– I co powiedział na te bóle głowy?
– Nie ma się czym przejmować. Miną z 

czasem.

– To dobrze – stwierdziła Terry, ale w 

jej oczach pojawiło się pytanie: – Czy ty 
coś ukrywasz?

– O co ci chodzi?
– Jesteś strasznie blada.
–   To   przez   te   bóle   głowy.   Wiesz,   że 

mogą całkiem wykończyć człowieka.

Tego   wieczoru   zjawił   się   Vin,   ale   nie 

sam.   Towarzyszyła   mu   Joan   Moore.   Po-
wiedziała   Ann,   jak   bardzo   jej   przykro   z 
powodu tego, co się wydarzyło, a potem 
zdała dokładną relację z chwil spędzanych 
wraz z Vinem. Ann nie mogła znieść wi-
doku Joan nieustannie wdzięczącej się do 

background image

Vina. Jak on to wytrzymywał? Nagle po-
czuła nieodpartą chęć rzucenia w Joan ka-
rafką z wodą, która stała przy łóżku.

– Czy ustaliliście już datę? – spytał Vin, 

gdy Joan pozwoliła mu wreszcie dojść do 
słowa.

– Tak, za dwa tygodnie.
–   Wspaniale   –   powiedziała   Joan.   – 

Uwielbiam śluby. A ty, Vin?

Pukanie do drzwi wybawiło Vina od od-

powiedzi. Mal przeszedł przez pokój i po-
całował Ann, zanim przywitał się z inny-
mi. Vin i Joan wstali i zaczęli zbierać się 
do wyjścia.

– Nie musicie wychodzić przeze mnie – 

powiedział Mal.

– Vin zabiera mnie na kolację. A potem, 

jeśli będę grzeczna, pójdziemy na tańce – 
powiedziała Joan puszczając oko do Ann.

– Czy ona nigdy się nie poddaje? – spy-

tała Ann, gdy wyszli.

– Kto? Joan? Dla niej flirt to coś tak na-

background image

turalnego jak oddychanie.

– Jakoś nie widać, żeby Vin bardzo się 

wzbraniał.   Joan   mówiła,   że   spędzają   ze 
sobą każdy wieczór.

– Nie wiedziałaś, że bezpieczniej jest się 

poddać,   niż   walczyć?   –   spytał   z   uśmie-
chem Mal i dodał: – Wątpię, by Vin miał 
dla niej aż tyle czasu. Ma bardzo dużo pra-
cy.

Ann chciała jeszcze porozmawiać o Vi-

nie, poruszyła jednak inny temat.

– Guy był dzisiaj u mnie.
Mal wziął ją za rękę.
– Lepiej się między wami układa?
– O wiele lepiej – przyznała.
– W pewnym sensie – Mal spojrzał Ann 

prosto w oczy – wszystko wyszło na do-
bre. Szkoda tylko, że to ty musiałaś ucier-
pieć. Terry mówiła mi, że nadal boli cię 
głowa.

– To nic poważnego.
– Doktor Green to wspaniały staruszek, 

background image

ale   jeśli   te   bóle   nadal   będą   cię   męczyć, 
musisz iść do innego lekarza.

– Naprawdę dobrze się czuję.
– Zobaczymy – powiedział cicho Mal.
Pierwszego   dnia,   kiedy   odważyła   się 

wyjść z pokoju, Eileen Hector zabrała ją 
do małego pokoju przy pracowni na dole.

– Po co ta cała tajemnica? – spytała Ann 

idąc za panią Hector. – Co chcesz mi poka-
zać?

– Poczekaj tylko chwilę – odparła Eileen 

najwyraźniej podekscytowana.

– Nie mam pojęcia, co to może być ta-

kiego.

Eileen roześmiała się i otworzyła drzwi, 

pozwalając Ann wejść pierwszej. Wręczy-
ła jej klucz do pokoju.

– Teraz to wszystko jest twoje!
Ann weszła do małego pokoju i dopiero 

po długiej chwil, pojęła, co znajduje się w 
pięknie zapakowanych pudłach.

– Prezenty! – wykrzyknęła oszołomiona 

background image

ich ilością.

– Przysyłano je całymi stosami – powie-

działa rozpromieniona  Eileen – mam na-
dzieję, że te dwa pudła nie kryją młynków 
do kawy. Wiem,  że Petersonowie dali ci 
bardzo ładny.

Nagle   Ann   poczuła,   że   robi   się   jej 

straszliwie gorąco. Rozejrzała się w poszu-
kiwaniu okna myśląc, że się udusi. „ – Co 
się stało, Ann? – spytała Eileen.

Ann   odezwała   się   dopiero   wtedy,   gdy 

otworzyła okno i odetchnęła głęboko kilka 
razy.

– To chyba podniecenie związane z tym, 

że pierwszy raz jestem na nogach. Przez 
chwilę   myślałam,   że   zemdleję.   Nie   bę-
dziesz   miała   nic   przeciwko   temu,   jeśli 
wrócę do swojego pokoju?

– Ależ skąd, kochanie – Eileen przyjrza-

ła się jej uważnie – rzeczywiście jesteś tro-
chę blada. Może powinnam była poczekać 
z tym jeszcze trochę.

background image

– To wszystko przez te bóle głowy – po-

wiedziała   Ann.   –   Zupełnie   mnie   wykań-
czają.

– Dlaczego nie powiedziałaś mi, że boli 

cię głowa? – spytała Eileen. – Z pewnością 
nie ciągnęłabym cię aż tutaj.

–   Rozbolała   mnie   przed   chwilą.   Oba-

wiam się, że w pokoju jest zbyt duszno.

–   Duszno?   Nie   zauważyłam.   Powiem 

pani Smith, żeby zostawiła uchylone okno.

Kiedy Mal zjawił się tego wieczoru, na-

tychmiast spytał Ann o popołudniowy ból 
głowy. Eileen musiała mu o wszystkim po-
wiedzieć.

– To nie było nic wielkiego – stwierdzi-

ła spokojnie Ann.

– Nie podoba mi się to. Rano porozma-

wiam z doktorem Greenem.

– Proszę, poczekajmy jeszcze kilka dni.
– Kilka dni? – mai spojrzał na nią uważ-

nie. – Dwa dni. Jeśli nie będzie ci lepiej, 
wezwę lekarza.

background image

Dwa dni później Ann wcale nie czuła się 

lepiej. Bóle głowy nasiliły się jeszcze i kil-
ka   razy   dręczyły   ją   wymioty.   Mal   nie 
chciał słuchać jej protestów i wezwał dok-
tora Greena.

Stary doktor zbadał ją, zadał mnóstwo 

pytań, znów zbadał i zaczął zadawać dal-
sze pytania.

– Kiedy bóle nasilają się?
– Głównie gdy siedzę lub stoję.
– Wtedy właśnie robi ci się niedobrze?
– Czasami.
– . A jak sypiasz?
– Dobrze.
Doktor odłożył słuchawki.
– Czy to może być jakiś krwiak?
Doktor   przyglądał   się   jej   przez   długą 

chwilę.

– Mal chce, żebym polecił dobrego neu-

rochirurga.

Ann poczuła, że gwałtownie blednie.
– Umówię cię z doktorem Hortonem. To 

background image

dobry lekarz.

– Czy przyjedzie tutaj?
– Nie. Mal będzie musiał cię zawieźć do 

jego gabinetu w Mount City. Umówię cię 
na pojutrze. Tymczasem zostawię ci lekar-
stwa na te nudności. I bierz nadal te tablet-
ki przeciwbólowe.

Doktor Horton wyglądał znacznie oka-

zalej od doktora Greena, ale jego badanie 
nie   różniło   się   zbytnio   od   metod   kolegi. 
Zadawał   identyczne   pytania,   zbadał   jej 
oczy i odruchy, po czym przepisał nowe 
lekarstwa   nie   widząc   konieczności   dal-
szych wizyt.

– Nie bądź taka przygnębiona – powie-

dział   Mal   w   drodze   powrotnej   do   Point 
Hope.

– Mal, on też nie potrafił mi pomóc.
– Czyż nie dał ci recepty?
– Następne tabletki – westchnęła ciężko 

Ann.   –   Stolik   przy   moim   łóżku   zaczyna 

background image

być lepiej zaopatrzony niż apteka na rogu.

– Jeśli o to ci chodzi, poproszę stolarza, 

żeby nam zrobił ogromną apteczkę – za-
żartował Mal. – Czy mówiłem ci, że kaza-
łem położyć nowe tapety w sypialni? Pa-
miętasz, jak okropny był ten wzór?

– Myślałam, że zdecydowaliśmy się zo-

stawić stare – powiedziała Ann i poczuła 
nagły ból w sercu.

– Wiedziałem, że ci się nie podobają i 

pomyślałem, że mamy dość czasu, żeby je 
zmienić. Chciałabyś zobaczyć?

–   Nie   dzisiaj.   Czy   mógłbyś   mnie   za-

wieźć prosto do Hectorów?

– Oczywiście, ale  miałem nadzieję, że 

zjemy razem kolację w jakimś miłym miej-
scu.

Kiedy   przyjechali   do   domu   Hectorów, 

serce Ann waliło jak młotem. Szybko po-
żegnała się z Malem i poszła prosto do łóż-
ka.   Spała   bardzo   niespokojnie,   ale   kiedy 
obudziła się rano, ból głowy ustał. Uświa-

background image

domiła sobie wtedy, że głowa zaczyna bo-
leć ją tylko wtedy, gdy spotyka się z ludź-
mi, a pewne osoby przyprawiają ją o więk-
szy niepokój niż inne. Najbardziej irytują-
ca   była   chyba   Eileen   ze   swą   wieczną 
szczebiotaniną o ślubie. Jedyną osobą, któ-
ra nie przyprawiała Ann o ból głowy, była 
Mary   Kerman.   W   jej   towarzystwie   Ann 
była zawsze spokojna i odprężona. Mary 
opowiadała jej mnóstwo historyjek z życia 
Point Hope, a jej barwny sposób mówienia 
działał   na   Ann   kojąco.   Jednak   pewnego 
popołudnia   zdarzyło   się   coś   dziwnego. 
Rozmawiały   o   rosnących   wokół   domu 
Mary  budynkach,  gdy  ta  spytała  nagle  o 
zbliżający się szybko ślub Ann.

– Nie jesteśmy całkiem pewni tej daty – 

powiedziała Ann i nieświadomie przyłoży-
ła dłoń do czoła.

– Nadal męczą cię te bóle głowy? – spy-

tała Mary.

– To pierwszy dziś rano.

background image

–   Wszystko   było   w   porządku,   kiedy 

przyszłam?

– Tak.
– I głowa rozbolała cię dopiero teraz? – 

Mary spojrzała bacznie na Ann. – Ubieraj 
się,  mała.   Raz   na  zawsze   uporamy  się  z 
tym problemem. Zabieram cię do doktora 
Greena.

–  Ale  doktor   nie   bardzo  może   mi   po-

móc.

–   Tym   razem   na   pewno   to   zrobi   albo 

wcale nie nazywam się Mary Kerman.

Wbrew   swej   woli   po  półgodzinie   Ann 

siedziała z doktorem. Cierpliwie zadał jej 
wszystkie znane już obojgu pytania i zba-
dał ją dokładnie. Kiedy spojrzał na nią, do-
strzegła w jego oczach to, co podejrzewała 
od kilku dni.

– Wszystko w porządku? – spytała, lecz 

zabrzmiało to bardziej jak stwierdzenie niż 
pytanie.

– Nigdy nie lubiłem lekarzy, którzy mie-

background image

szali się do prywatnego życia swoich pa-
cjentów – powiedział. – Ale rozmawiałem 
długo   z   Mary   Kerman   i   postanowiłem 
udzielić ci pewnej rady. Nie wychodź za 
Mala   Shawa   i   szybko   wyjedź   z   Point 
Hope.

Kiedy Ann nic nie odpowiedziała, cią-

gnął dalej.

– Dziewczyno, życie jest o wiele waż-

niejsze niż konwenanse. Lepiej teraz nara-
zić się na kilka zdumionych spojrzeń, niż 
cierpieć przez całe życie.

Tego wieczoru Ann czekała, aż zostaną 

z Malem sami. Wiedziała, co musi powie-
dzieć. Podjęła tę decyzję jeszcze przed wi-
zytą u doktora Greena.

– Czujesz się lepiej, Ann? – spytał Mal 

siadając przy jej łóżku.

– O wiele lepiej.
– Cieszę się. Bardzo się martwiłem.
– Mal, moje bóle głowy nie miały żad-

nych organicznych przyczyn.

background image

Spojrzał na nią zdumiony.
–   Doktor   Green   wyjaśnił   mi   wszystko 

dziś po południu. To bardzo mądry lekarz.

– Co próbujesz mi powiedzieć? – spytał.
– Proszę cię, abyś zwolnił mnie z obiet-

nicy, że wyjdę za ciebie za mąż – powie-
działa i zmusiła się, by spojrzeć mu prosto 
w oczy. – Mal, ja cię nie kocham.

– Oboje to wiemy, Ann. Tu musi cho-

dzić o coś więcej.

– Myliłam się, Mal. Nie mogę wyjść za 

ciebie za mąż tylko dlatego, że cię bardzo 
lubię.

– Często zawierano małżeństwa nawet i 

bez tego. Myślałem, że oboje zgodziliśmy 
się co do faktu, że miłość jest bardzo prze-
cenianym towarem.

–   Mal,   myślałam,   że   potrafię,   ale   na-

prawdę nie mogę.

– A bóle głowy? Czy nasz zbliżający się 

ślub był ich powodem?

Ann skinęła tylko głową.

background image

– Czy kochasz kogoś innego?
Łatwo byłoby powiedzieć „tak", by za-

kończyć   tę   dyskusję,   ale   nie   mogła   tego 
zrobić.   Czy   była   zakochana?   Sama   nie 
wiedziała.

– Nie – odparła wreszcie.
Mal nie pytał już o nic więcej.
– Jeśli tego właśnie chcesz, Ann, niech 

się tak stanie – powiedział. – Możemy po-
wiedzieć, że postanowiliśmy odłożyć ślub, 
a   po   kilku   tygodniach   stwierdzić,   że   w 
ogóle się nie odbędzie, jeśli to uczyni sytu-
ację mniej kłopotliwą dla ciebie.

– Nigdy nie wierzyłam, że odwlekanie 

nieprzyjemnych   spraw   przynosi   mniej 
cierpienia. Jutro rano ogłosimy, że ślub zo-
stał ostatecznie odwołany – Ann położyła 
dłoń na rękawie Mala. – Przykro mi, Mal – 
bardzo go lubiła i nie chciała go zranić.

– Ann, nie bądź taka przygnębiona – od-

parł ujmując ją łagodnie pod brodę – lepiej 
teraz niż potem.

background image

– Tak bardzo mi przykro.
–   Nie   bardziej   niż   mnie   –   uśmiechnął 

się. – Mogło nam się udać, Ann. Wiesz o 
tym równie dobrze jak ja.

background image

Rozdział 15

Kiedy Ann skończyła adresować ostat-

nią   paczkę,   spojrzała   na   Eileen   Hector. 
Choć raz Eileen miała niewiele do powie-
dzenia. Ostatnie trzy dni były bardzo cięż-
kie dla wszystkich. Trzeba było odwołać 
wszystkie przygotowania, zawiadomić go-
ści i odesłać całe stosy prezentów. Mal i 
pani Hector twierdzili, że nie musi im po-
magać, ale Ann nalegała.

– No, koniec – powiedziała Ann odkła-

dając paczkę. – Co jeszcze trzeba zrobić?

– Nic. Te prezenty były ostatnie.
– Eileen, chciałabym móc powiedzieć ci 

dokładnie to, co czuję.

Pani   Hector   spojrzała   jej   w   oczy   i 

uśmiechnęła się.

– Nie przejmuj się tak, kochanie. Twoje 

wyjaśnienia sprzed trzech dni wystarczą w 
zupełności – uścisnęła Ann z pełnym zro-

background image

zumieniem.

Ann nie mogła wyjechać z Point Hope 

nie   pożegnawszy   się   z   Mary   Kerman. 
Mary wpuściła ją do domu bez słowa i po-
łożyła obie torby Ann przy drzwiach.

– Kawy? – spytała, gdy Ann usiadła.
– Bardzo proszę. Mój autobus odjeżdża 

dopiero za godzinę.

Mary nalała dwie filiżanki i nie patrząc 

na Ann powiedziała:

– Cieszę się, że wreszcie się opamięta-

łaś. Zaczęłam powoli wątpić w moje zdol-
ności oceniania ludzi.

Ann uśmiechnęła się do niej.
– Będę tęsknić za Point Hope. A zwłasz-

cza za gadatliwą staruszką, która nie zna 
wcale znaczenia słowa „takt".

– Takt? Na pewno wymyślili to tchórze.
Ann roześmiała się.
– Nie żałujesz? – spytała Mary.
– I tak, i nie. Nadal bardzo lubię Mala. 

Ale on zasługuje na znacznie więcej.

background image

– A co się stanie z tobą, Ann Dawson?
–   Kto   wie?   Może   znajdę   inne   Point 

Hope i otworzę sklep spożywczy podobnie 
jak ciotka Emma.

– Nie gadaj głupstw – powiedziała ostro 

Mary. – Powiedz mi poważnie, jakie masz 
plany.

– Wracam do Bostonu do mojego daw-

nego życia. Przed chorobą pracowałam w 
firmie eksportowej jako sekretarka. Jestem 
pewna, że znajdę podobną pracę.

– Czyż nie wygląda to zbyt bezbarwnie 

po życiu w Point Hope?

– A co innego mi zostało? Nie spodobał 

ci się mój pomysł otwarcia sklepu – po-
wiedziała   na   wpół   żartobliwym   tonem 
Ann.

– Czyż jedna Emma Dawson w rodzinie 

nie wystarczy?

–   Jaka   ona   była   naprawdę?   –   spytała 

Ann.

– Była bardzo samotną kobietą, Ann. W 

background image

pewnym   sensie   przypomina   mi   ciebie. 
Wyobrażam   sobie,   że   w   młodości   miała 
twoją energię i poczucie humoru, ale czas 
nie obszedł się z nią łaskawie. Im bardziej 
była   samotna,   tym   bardziej   gorzkniała. 
Całą   energię   trawiła   na   narzekanie,  a  jej 
humor zamienił się w wybuchy wściekło-
ści. Niektórym  ludziom  nie  jest  przezna-
czone życie bez miłości. Nie pozwól, by 
tobie się to przytrafiło.

– Czy ciocia naprawdę odrzuciła pierw-

szego oficera kapitana Friar?

– Petera Greerly? Ann, on był osobą, o 

której mówiła tuż przed śmiercią. Nie wy-
płynąłby   na   „Błędnym   rycerzu",   gdyby 
Emma w ostatniej chwili nie zmieniła zda-
nia co do ich ślubu. Wypłynął rankiem w 
dniu, w którym miał się odbyć ich ślub.

– Dlaczego,  Mary?  Dlaczego za  niego 

nie wyszła? Czy go nie kochała?

– A czy pamiętałaby po czterdziestu la-

tach nazwisko człowieka, którego nie ko-

background image

chała, i wzywałaby go na łożu śmierci?

Ann zamyśliła się. Podniosła głowę na 

dźwięk  głosów.   Mary   pozdrawiała   kogoś 
przez okno. – Chodź, Vin – usłyszała jej 
głos.

– Przepraszam za spóźnienie, ale musia-

łem zostać chwilę. dłużej – Vin wszedł do 
pokoju  i   zatrzymał   się   tuż   przed   Ann.   – 
Witaj, Ann.

– Dzień dobry – odparła czując, jak ser-

ce podchodzi jej do gardła.

Vin   odwrócił   się   i   spojrzał   na   stojące 

przy drzwiach torby.

– To twoje? – spytał.
– Tak.
Zanim zdążyła  zaprotestować, wziął je 

do ręki i ruszył do drzwi.

–   Wsadzę   je   do   samochodu   –   rzucił 

przez   ramię.   Ann   spojrzała   pytająco   na 
Mary.

– Wiedziałam, że Vin jedzie dziś do Bo-

stonu.   Nie   widziałam   powodu,   dlaczego 

background image

nie miałby cię zabrać – rzekła Mary zbyt 
niewinnie jak na gust Ann.

– Prosiłaś go?
A jeśli tak, to co? Nie będziesz musiała 

jechać sama.

– Nie powinnaś była tego robić.
– Dlaczego?
Ann   nie   potrafiła   jej   wytłumaczyć,   co 

czuła. Wszystko byłoby p wiele prostsze, 
gdyby już nigdy nie spotkała Vina.

–   Gotowa?   –   spytał   Vin   stając   w 

drzwiach.

–   Tak,   ale   jeśli   sprawia   ci   to   kłopot, 

mogę jechać autobusem.

– Żaden kłopot. Mam coś do załatwienia 

w Bostonie.

Kiedy siadała  obok Vina, zastanawiała 

się, co też on myśli o jej zerwaniu z Ma-
lem. Ze wszystkich znanych jej osób w Po-
int Hope, jedynie Vin nie wyraził swojej 
opinii w tej sprawie.

– No i cóż, Ann Dawson – powiedział 

background image

Vin naśladując intonację Mary Kerman. – 
Co   będziesz   porabiać   w   mieście   fasoli   i 
dorszy?

– Znajdę mieszkanie i pracę, niekoniecz-

nie w tej kolejności.

– Po co jechać tak daleko?
– Tam jest mój dom.
– Dom jest tam, gdzie serce – powie-

dział Vin i zjechał na pobocze.

– Dlaczego stanęliśmy?
– Pomyślałem, że będziesz chciała zoba-

czyć, co się dzieje na twojej posiadłości.

– Domy rosną bardzo szybko, prawda? – 

odparła Ann odwracając się.

– To dopiero pierwsze z „Domów War-

rena" – powiedział Vin.

Ann odwróciła się, by na niego spojrzeć 

i ze zdumieniem dostrzegła, że jego twarz 
znajduje się tylko o kilka centymetrów od 
niej. Pochylił się, by także wyjrzeć przez 
okno po jej stronie.

– To wszystko twoje dzieło? – spytała 

background image

nieco drżącym głosem.

– Każdy z nich.
– Nie miałam pojęcia, że współpracujesz 

z B. F. W. Development Company.

– Ja jestem B. F. W. , a przynajmniej 

jedną trzecią spółki.

–   A   te   pieniądze   na   teren?   Musiałeś 

przecież   część   wyłożyć   sam.   Przecież 
twierdziłeś, że upłyną całe lata, zanim bę-
dziesz mógł sobie pozwolić na wybudowa-
nie domu.

– Jeśli musiałbym zarobić je jako archi-

tekt. Ale rodzice zostawili mi trochę pie-
niędzy, a Dan korzystnie je dla mnie zain-
westował.  To   on  przekonał   mnie,   żebym 
zwerbował kilku przyjaciół. Baker i Fran-
klin znają się na budowie, ja mam pienią-
dze   i   dość   sprawnie   posługuję   się   ołów-
kiem. Dan jest przekonany, że nie będzie-
my mieli problemów ze sprzedażą domów. 
Sam się tym zajmie.

–   Życzę   sukcesów   w   tym   pierwszym 

background image

przedsięwzięciu – powiedziała Ann próbu-
jąc zignorować obejmujące ją ramię.

– Nie jest wcale pierwsze. Sukces spółki 

nic   nie   będzie   znaczył,   jeśli   pierwsze 
„przedsięwzięcie" zakończy się porażką.

Ann nie cofnęła się, gdy objął ją drugim 

ramieniem. Ann, nie jestem bez grosza i 
mam przed sobą obiecującą przyszłość. Co 
cię powstrzymuje przed rozważeniem mo-
jej kandydatury na twojego męża?

Nie czekał wcale na odpowiedź, lecz po-

całował ją. Po chwili Ann odsunęła się lek-
ko.

–   Vin   –   powiedziała   kładąc   palce   na 

jego   wargach   –   posłuchaj   mnie,   proszę. 
Nigdy nie chodziło mi o pieniądze.

– Wiem – powiedział, całując ją w szy-

ję.

– Proszę cię, Vin. Nic się nie zmieniło.
–   Dla   mnie   nie.   Kocham   cię   równie 

mocno jak przedtem.

– Nic nie rozumiesz.

background image

– Ann, Ann, czy mam być tylko plikiem 

pożółkłych wycinków z gazet schowanym 
w jakimś starym pudełku?

– Nie, Vin,  nie!  –  wykrzyknęła   mając 

przed   oczami   zawartość   metalowego   pu-
dełka ciotki Emmy. Nie chciała, by ktoś po 
jej   śmierci   oglądał   pamiątki   minionych 
dni, będące dowodem żalu za tym, co mo-
gło się wydarzyć.

– Nie bój się ryzykować, Ann. Postaw 

na mnie – powiedział łagodnie Vin. – Nie 
mogę ci obiecać bogactwa ani łatwego ży-
cia, ale zawsze będziesz miała przy sobie 
moją wielką, niezmienną miłość.

Czegóż   więcej   można   chcieć   od   męż-

czyzny,   którego   się   kocha?,   pomyślała 
Ann. Objęła go mocno za szyję i pocało-
wała namiętnie.

– Mary powiedziała mi, że w rodzinie 

wystarczy jedna Emma Dawson – powie-
działa chwilę później.

– Czy groziła ci losem Emmy? – spytał 

background image

śmiejąc się.

– Nie, ale mówiła mi o jej ukochanym, 

jedynym mężczyźnie swojego życia, które-
go odrzuciła i o którym wspominała przed 
śmiercią.

–   Mary   jest   prawdziwie   niesamowitą 

osobą – Vin przytulił Ann jeszcze mocniej. 
– Ciekawe, czy dowiedziała się o tym na 
seansie spirytystycznym.

– O co ci chodzi?
– Czyż nikt ci nie powiedział, że twoja 

ciotka zmarła we śnie?

Ann odrzuciła głowę w tył i roześmiała 

się.

– Ależ numer z tej Mary! – powiedziała 

Ann i z westchnieniem szczęścia przytuliła 
się do Vina.


Document Outline