background image

Polak w brygadzie ratowniczej przy World Trade Center

Polak w brygadzie ratowniczej przy World Trade Center

To najtrudniejsze 

Kinga Antoniewicz 

Gdy trzy godziny po ataku wkroczylismy na teren, nie balem sie, choc widok byl 
przerazajacy. Nie moglem uwierzyc, ze z tak wysokiego budynku zostalo tylko 20 stop 
gruzu – mowi Jan Szumanski, Polak uczestniczacy w akcji ratowniczej w miejscu, 

gdzie stalo World Trade Center. 

Strach przyszedl pozniej, po kilku godzinach pierwszego dnia, gdy otaczal nas halas plomieni i szum 
dymu. Tkwi w kazdym z nas, choc sie go nie okazuje, nie mysli sie o nim. Dopada czlowieka w 
momencie, gdy trzeba uciekac. Jan Szumanski wypowiada te slowa, odkrztuszajac co chwila. Na jego 
szyi wisi przepustka do strefy zero. Firma Tully, pod spodem rozpoznawalny dla wszystkich skrot - 
WTC. 

Jego samochod, w ktorym rozmawiamy, przesiakniety jest dymem z miejsca tragedii. Zapach, ktory 
na zawsze zostanie w mojej pamieci. Za chwile pojedzie do domu, by “zlapac troche snu” i wrocic z 
powrotem do pracy. Przez trzy pierwsze dni spal tylko osiem godzin. Zna takich, co nie wracaja spac 
do domu. 

Dzien pierwszy 

W pierwszym momencie ucieklem przed dymem. Myslalem, ze sie udusze. Potem stanalem i 
patrzylem. Patrzylem jak na specjalnie zaprojektowany pomnik. Pomyslalem nawet, ze moze powinno 
sie tak to zostawic. Nie moglem uwierzyc, ze z tak wysokiego budynku zostalo tylko 20 stop gruzu i 
kikuty. Czesc prawdopodobnie zapadla sie w podziemia. Czesc rozpadla sie w proch, na dwadziescia 
ulic. Bialy pyl na stope wysoki. Z wiez zostala niewielka czesc fasady, za nia nie ma zadnego muru, 
zadnej sciany. Z boku lezalo kolo samolotu. 

Moja firma zareagowala natychmiast po tym, jak to sie stalo. Budowalismy West Side Highway, ten 
fragment, przy ktorym bylo World Trade Center. Ostatnie prace zakonczylismy dwa dni przed 
zawaleniem. Znalismy bardzo dobrze teren, co mialo duze znaczenie w tym momencie. Po dwoch 
godzinach od ataku mielismy zezwolenie na wejscie na ten teren. Po trzech pod eskorta policji 
zaczelismy sprowadzac maszyny. 

Gdy wkroczylismy nie bylo jeszcze ratownikow. Chodzilismy miedzy kawalkami cial. Na ulicach 
lezaly dlonie i inne nierozpoznawalne ludzkie szczatki. Nie widzialem zadnych ludzi. W tamtej chwili 
bylo niemozliwe znalezc kogokolwiek. 

Na poczatku byl wielki chaos. Zjawialy sie rozne firmy i kazdy robil wszystko po swojemu. Potem 
caly teren podzielono na cztery sektory okolo dwudziestu ulic na polnoc i dziesieciu ulic na wschod i 
zachod. Ja dostalem sektor poludniowy i kawalek czesci wschodniej. Dopiero po tym poczulismy sie 
jak zespol. Po 26 godzinach, gdy wrocilem do domu, trudno mi bylo opowiadac zonie o tym, co 
zobaczylem. Bylem przygnebiony. 

Dzien drugi 

Nastepnego dnia wstapila w nas nadzieja. Gdy znalezlismy pierwszych ludzi, uwierzylismy, ze nasza 
akcja ma sens, ze jest bardzo wazna.  

background image

W mojej czesci wyciagnieto czlowieka. Byl przytomny. Gdy wynoszono go na noszach, wszyscy 
staneli. Byly oklaski, wiwaty. Plakalismy. Moze to glupio zabrzmi, ale w tym calym nieszczesciu sa to 
bardzo szczesliwe chwile. Oczy Szumanskiego wilgotnieja na to wspomnienie. 

W miejscu, gdzie staly budynki, jest halas jak na budowie. Koparki przesypuja gruzy do samochodow. 
Palnikami rozcinane sa metalowe elementy. W glownej czesci pracuja strazacy. To oni daja znak, na 
ktory wszystko zamiera. Wylaczane sa maszyny. Siedem tysiecy ludzi nasluchuje w kompletnej ciszy, 
czy ktos nie daje znaku zycia. Czasami cisza trwa kilka minut, czasami pol godziny, a czasami 
godzine. 

– Strazacy sa niesamowici – opowiada Jan Szumanski, a w jego glosie slychac podziw. – Wchodza w 
szczeliny, w dziury miedzy rumowiskiem. Pamietam jak jeden wszedl w takie miejsce, gdzie ja bym 
sie nie odwazyl. Byl tam z pietnascie minut. Czekalismy z niepokojem. W koncu jednak wyszedl, ale 
nie znalazl nikogo. 

Sa rozne momenty. Czasami ktos krzyknie przypadkowo i powstaje panika. Czasami strazacy daja 
sygnal do ucieczki. Czasami nie wiadomo, z jakiego powodu zrywamy sie do biegu. Ludzie 
rozpierzchaja sie w rozne strony, wpadaja na siebie. Powstaje chaos. Nieraz jest to nawet zabawne. 
Smiejemy i za chwile wracamy wszyscy do pracy. To jest odruch. Pracujemy obok budynku, ktory 
moze sie zawalic, z drugiej strony sa gruzy WTC. 

Strach poteguja tez specjalisci od rozbrajania bomb. Gdy tylko pojawili sie w okolicy, ludziom 
wydawalo sie, ze tam sa bomby. Kilka razy dziennie tak uciekamy. 

Dzien trzeci 

Noc z ulewnymi deszczami podwoila niebezpieczenstwo pracy. Z okolicznych budynkow zaczely 
spadac elementy. Na glowy pracujacych sypalo sie szklo. Niebezpiecznie bylo tam, gdzie praca trwala 
na metalowych elementach. Kazde poslizgniecie grozilo tym, ze cos sie zawali, ze zgina kolejni 
ludzie.  

Niektorych miejsc nie mozna jeszcze ruszyc. Drzenia wyczuwalne sa w okolicach Church Street. Tam, 
gdzie byla fontanna i odbywaly sie koncerty, wszystko sie zapadlo. To miejsce nie istnieje. 
Gdzieniegdzie widac jakies pomieszczenia, ale wiadomo, ze pod spodem jest pusto. Jak sie 
wprowadza tam maszyny czy chodzi, to miejsce drzy okropnie. Kazdy ma swiadomosc, ze moze 
zapasc sie pod nogami w kazdej sekundzie. 

– Mimo trudnosci robota posuwa sie szybko. Z szesciu pieter gruzu pozostala warstwa prawie rowna z 
chodnikiem. Pod nim szesc pieter w dol moga byc zywi ludzie. Budynki byly tak budowane, by w 
razie zawalenia powstaly miejsca gdzie moga przezyc ludzie – tlumaczy ze spokojem. 

Niestety, akcji nie mozna prowadzic szybciej. Gdyby robic wszystko maszynami, to moze bysmy sie 
do nich dostali wczesniej, ale moglibysmy ich takze zabic, bo jest duze prawdopodobienstwo, ze 
wszystko by sie zawalilo.  

50-60 procent jest rozbierana recznie. To mozolna praca. Przekazywanie z rak do rak drobnych i 
wiekszych elementow. Kublow gruzu. Jak przy piramidach egipskich. Praca zespolowa. Troche 
mechaniczna, rutynowa. 

– Wstepuje w nas zalamanie. Mamy swiadomosc, ze kazda godzina dziala na niekorzysc. Spod gruzu 
wydobywaja sie gazy, dym swiadczy o tym, ze cos sie pali, a tam w szczelinach moga byc zywi 
ludzie. Jesli tylko maja powietrze, jesli tylko wytrzymaja bez wody i jedzenia, wyciagniemy ich – 
mowi z przekonaniem. – Jezeli sa tam jakies 20 stop pod ziemia, to do nich zdazymy. Ci, ktorzy sa w 
pietrach i piwnicach, maja mniejsze szanse. 

background image

To, co pocieszajace i przygnebiajac

W strefie zero pracuja ludzie z calych Stanow, z Kanady, sa tez bliscy tych, ktorzy nie wrocili. Sa 
biali, czarni, Latynosi. Nie ma muzulmanow. – Gdyby przyszli, nie wpuscilibysmy ich. Nie 
moglibysmy – w tym miejscu zatrzymuje oddech. 

W ekipie Jana Szumanskiego pracuje jeszcze dwojka Polakow. Wokol miejsca tragedii jest wiele 
mlodziezy, ktora dba o to, by bylo jedzenie i napoje. – Na kazdym rogu rozlozone jest wszystko, co 
nam potrzeba. Sa idealnie zorganizowani. Atmosfera jest niesamowita. Wszyscy staraja sie pomoc, tak 
jak moga, tak jak potrafia. 

Gdy wjezdzaja i wyjezdzaja, witaja ich oklaski. Po bokach autostrady grupki mlodych rozladowuja 
zywnosc, ubrania, obuwie, baterie. Napisy "dziekujemy". To wszystko pomaga w gorszych chwilach. 

Czujemy sie bezpieczni, otoczeni przez policje i wojsko. Na poczatku przestraszylem sie uzbrojonych 
w karabiny maszynowe wojskowych pojazdow, ale wiem, ze chodzi o bezpieczenstwo. Ludzie 
przedzierali sie po to tylko, by zrobic zdjecia. Znam juz takich, ktorzy zarabiaja na tym pieniadze. 
Sprzedaja je w Internecie. 

Jest jeszcze cos. O tym nie mowi sie glosno, ale kilku z pracujacych w tym miejscu nie zachowuje sie 
godnie. Widzialem takich, ktorzy wybili szyby w restauracji po to, by napic sie alkoholu. Przez cala 
noc na wyciagnietych skads meblach pili. Sa tez tacy, co siegaja po inne znalezione rzeczy. Dwoch 
nawet wpadlo do dziury, z ktorej trzeba bylo ich wyciagnac. Wiwatowalismy myslac, ze wyciagamy 
kolejnych zywych. Policja zabrala ich natychmiast. Zaden stres nie usprawiedliwia takiego 
zachowania. Tak nie mozna – mowi podniesionym glosem. 

Bede budowac 

– Budynki naprawde zniszczone ciagna sie od Liberty Street do Vesey Street. Te na pewno trzeba 
bedzie rozebrac. Czesc nad woda, gdzie jest American Express mimo kilku powaznych uszkodzen sa 
calkowicie do uratowania – ocenia. Jest tez kilka mocno zniszczonych budynkow po mojej stronie. 
Jeden palil sie dwa dni i dwie noce. Uszkodzony jest tez ten po drugiej stronie ulicy Liberty. 
Olbrzymia czesc muru WTC wbila sie tak mocno, ze moze byc zagrozony wyburzeniem. Inne, ktore 
stoja, powinny przetrwac. Oczywiscie, musza byc dokladnie zbadane. Usuniecie ruin moze trwac kilka 
miesiecy. Trzeba bedzie wydobyc wszystkie ciala. Jesli bedzie trzeba, to bede pracowal do konca – 
mowi z przekonaniem. 

– Moja firma bedzie tez prawdopodobnie odbudowywac to miejsce. Nie sadze, ze powstana tu znow 
tak wysokie budynki. Cokolwiek to bedzie, musza zostac odbudowane ulice. A to juz moja 
specjalnosc. Odbudowa bedzie trwac wiele lat, ale bede w niej uczestniczyl. Bede budowac. 

20 lat w Ameryce 

Jan Szumanski z Polski wyjechal z zona trzy miesiace przed stanem wojennym. Byl szefem zwiazku 
niezaleznych studentow w Koszalinie w Wyzszej Szkole Inzynierskiej. Domyslalismy sie, ze bedzie 
stan wojenny. Tesc byl pulkownikiem i ktoregos dnia powiedzial nam, ze wszyscy dostaja pistolety. 
Na wyjazd zlozyla sie tez sytuacja rodzinna. Stracilismy pierwsze dziecko, a zona byla w ciazy. 
Dostalismy sie do obozu w Austrii. Bylismy tam przez trzy miesiace, stamtad trafilismy prosto do 
Nowego Jorku. Bylo ciezko. Dziecko urodzilo sie za wczesnie. Umieralo. Wazylo mniej niz dwa 
funty. Zona byla w ciezkim stanie, a ja bylem na ulicy bez jezyka i znajomych. Pamietam, ze 
siedzielismy w swieta w dwojke, dziecko bylo w szpitalu, a my nie mielismy za co zyc. Ale to dawne 
czasy – usmiecha sie do siebie. – Tutaj nie udzielalem sie w 'Solidarnosci". Nie bylem wielbicielem 
Walesy. Dziecko przezylo. Dzis Elaine ma 20 lat. Jest artystka – mowi z duma. Ma dokladnie tyle lat, 
ile tu jestesmy.  

background image

Zona pana Jana Wieslawa jest rowniez inzynierem. Ma za soba projekty jednych z najwyzszych 
budynkow na swiecie i w Nowym Jorku. Ostatnio zaprojektowala lotnisko w Tel Awiwie. Otrzymala 
kilka nagrod za projekty w Atlancie. Razem konczylismy WSI w Koszalinie i razem bylismy na 
Columbia University. To wspaniala kobieta – znow sie usmiecha. 

Na pytanie, jak sie czuje przeszukujac gruzowisko, odpowiada drzacym glosem. Czuje sie 
prawdziwym Amerykaninem, choc oczywiscie jestem Polakiem. Mam wiele problemow z tym 
krajem, ale jest to jedno z najlepszych miejsc na swiecie. 

Na koniec rozmowy prosze o zdjecie. – To najtrudniejsze – odpowiada. Pozwala namowic sie na 
zalozenie helmu ratownika. Usmiecha sie. Na jego samochodzie pomaranczowy kogut obraca sie 
nieustannie. Na szybie samochodu przepustka ratownika z World Trade Center. Obok stoi on Jan 
Szumanski, lat 46, inzynier, ratownik, Polak i Amerykanin.  

 


Document Outline