background image

Rozdział 10 

Quincey Morris i Libby Chastain szli z Walterem LaRue po ruinach kuchni 
jego rodziny. Rozbite szkło i kawałki naczyń chrzęściły pod ich nogami.
-  Jezusie Chrystusie Wszechmogący. - powiedział cicho duży mężczyzna.
- Nie, Panie LaRue. - powiedziała Libby. - Chyba mogę zapewnić, że On 
nie był za to odpowiedzialny. 
LaRue powoli wszystko ogarnął: noże i inne ostre obiekty leżały wszędzie 
- poza tymi wbitymi w drzwi albo w ścianę naprzeciw; garnki i patelnie 
pokrywały podłogę, spadły albo zostały zrzucone z haków; stół jadalny, 
który wyraźnie był użyty jako taran do drzwi wyglądał najgorzej; i same 
drzwi - przełamane, popękane, wyżłobione i ledwo się trzymały. 
Ogromne uszkodzenia drzwi kuchennych były wyraźną wskazówką dla 
Morrisa jak blisko tak naprawdę było dla niego i Libby wczorajszego 
popołudnia. Tylko kilka uderzeń więcej i byłby koniec, pomyślał. Wtedy 
drzwi by opadły, a on miały szansę zobaczyć jak czuł się Davy Crockett 
gdy meksykańscy żołnierze przyszli po niego z bagnetami.
Wyjaśnili wszystko LaRue w czasie jazdy z Holiday Inn. Byłoby okrutne 
po prostu pozwolić mu wejść i odkryć tą masakrę.
Po uważnym obejrzeniu uszkodzeń, Walter LaRue wziął głęboki wdech, 
wypuścił go, i powiedział łagodnie:
- Cóż, mogło być gorzej.
Morris tylko przytaknął. Nie spojrzał na Libby, mimo że oboje spodziewali 
się eksplozji, biorąc pod uwagę napięcie w jakim ostatnio żył LaRue.
- I jeśli cokolwiek to zrobiło... - LaRue wskazał na całą kuchnię - pozwoli 
wam zabezpieczyć ponownie dom, wtedy, pieprzyć to, warto było!
- Tego mogę pana zapewnić. - powiedziała Libby. - Zaklęcie, które 
spowodowało te ataki na ciebie i twoją rodzinę nie będą już was kłopotać.
- Ale praca jeszcze nie skończona. - powiedział Morris. - Musimy 

background image

zlokalizować źródło zaklęcia zanim, ktokolwiek rzucił to cholerstwo, 
dowie się co zrobiliśmy i zacznie pracować nad następnym.
Niepokój zachmurzył twarz LaRue.
- Chcesz powiedzieć, że umieściliście tu tylko zabezpieczenie przed 
jednym, konkretnym zaklęciem?
- Nie, mógłbyś nazwać to systemem o szerokim spektrum. - powiedziała 
mu Libby. - Podobny do tego umieszczonego przez Gretę, chociaż, jeśli 
mogę schlebić sobie, nieco silniejszy. Ale żaden system nie jest całkowicie 
niezawodny.
- Ponieważ rozumiem tego rodzaju rzeczy, to jest trochę jak wyścig 
zbrojeń w czasie Zimnej Wojny. - powiedział Morris. - Sowieci 
wystaraliby się o nowy pocisk, a my wynaleźlibyśmy jak się bronić. 
Wszystko dobrze - do czasu aż nie wynajdą lepszego pocisku.
LaRue przesunął ręką po niechlujnych włosach.
- Chryste, kiedy myślałem, że jest już bezpiecznie...
- Poza tym, - kontynuował Morris. - żadne prawo nie mówi, że wróg musi 
się trzymać magii. Co jeśli on - albo ona - nie będzie w stanie przebić 
ochrony Libby i zdecyduje by przyjść tu, powiedzmy o 3 rano, i założyć 
bomby?
LaRue mówił spokojnie, ale krople potu spływały z jego czoła.
- Widzicie, chcę mieć to naprawiona, na dobre. Chcę móc spokojnie spać 
w nocy. Chcę by moje dzieci mogły ponownie poczuć się jak dzieci, 
zamiast zwierzyną łowną. - Patrzył z Morrisa na Libby i z powrotem. - 
Teraz, ile więcej będzie mnie kosztować załatwienie tej sprawy?
Morris odepchnął się od kuchennego kontuaru, o który się opierał.
- Ani centa. - powiedział do LaRue. - Zgodziłeś się na moją zapłatę w 
Austin i zapłać ją. Cokolwiek teraz zrobimy, jest częścią usługi.
Morris przerwał i powoli rozejrzał się po kuchni.
- Chociaż, wiesz co? Biorąc wszystko pod uwagę, prawdopodobnie zrobię 
to za darmo. - powiedział i wyszedł z kuchni.
Libby Chastain patrzyła na LaRue przez sekundę zanim powiedziała.
- Ja też. 
Wyszła za Morrisem.

* * * *

Gdy Morris uruchamiał auto, powiedział do Libby:
- Zamierza zostać trochę dłużej i posprzątać, prawda?
- Tak nam powiedział. Więc, przypuszczam, następny przystanek to 

background image

Holiday Inn?
- Tak, Holiday Inn - i żona.

* * * *

- Możemy porozmawiać tutaj. - powiedziała Marcia LaRue, otwierając 
przesuwane drzwi na hotelowy balkon. - Dzieci są w pokoju obok, 
oglądają kreskówki, ale w ten sposób nie będą nam przeszkadzać i vice 
versa.
Quincey Morris i Libby Chastain podążyli za nią i Morris zasunął za nimi 
drzwi.
- Poza tym, - kontynuowała Marcia LaRue. - tutaj mogę palić. - jakby 
potwierdzając jej słowa, wyciągnęła paczkę Winstons, wytrząsnęła jeden i 
zapaliła.
- Tak naprawdę, rzuciłam ten wstrętny nałóg, jakieś osiem miesięcy temu. 
- powiedziała cierpko. - Ale ostatnie wydarzenia dużo żądały od moich 
nerwów.
- Mogę sobie wyobrazić. - powiedziała Libby Chastain,kiwając głową 
współczująco. - Ale teraz wszystko powinno iść już w dobrym kierunku.
- Tak, tak słyszałam. Walter dzwonił z domu chwilę temu. - stuknęła 
papierosem o poręcz, rozsypując na parking na dole, mały tuman popiołu. 
- Mówił mi, że kuchnia będzie wymagała poważnego przebudowania. 
Powiedział również, że jest tego warte, skoro uznaliście, że już jest dobrze. 
Czy to prawda?
Morris i Chastain spojrzeli krótko na siebie zanim Morris zruszył 
ramionami i powiedział.
- Mniej więcej.
Marcia spojrzała na niego zwężonymi oczami.
- Nie dokładnie to spodziewałam się usłyszeć. - powiedziała. - Wydawało 
mi się, że ten szalony problem już się skończył. Czy mówicie mi, że 
jeszcze nie koniec?
- Nie, Ma'am, jeszcze nie koniec. - powiedział jej Morris. - Powinna pani o 
tym wiedzieć lepiej niż inni.
Marcia długo zaciągała się papierosem, jej oczy nawet na chwilę nie 
opuściły twarzy Morrisa.
- Nie mam pojęcia o czym mówisz.
- Obawiam się, że masz. - powiedziała cicho Libby Chastain.
- Oh, Chryste, teraz Madam Olga dokłada swoje dwa centy. - warknęła 
Marcia. - Co, do diabła, wiecie?

background image

- Wiem o potwornym ciężarze, jaki nosi twoja psychika. - powiedziała 
Libby. - Widzę jak blisko jest do zmiażdżenia ciebie.
- Jesteś śmieszna, paniusiu, naprawdę jesteś! - powiedziała Marcia LaRue 
pełnym pogardy głosem. - Co będzie dalej - przepowiesz mi przyszłość za 
$2.95 za minutę? Czy nie widziałam cię wczorajszej nocy w telewizji, tuż 
po jamajskiej kobiecie wróżącej z kart?
Głosy Libby pozostawał łagodny.
- Zostałam nauczona odczytywania ludzkich aur. - powiedziała. - To nie 
zawsze działa, ale twoja jest czysta i wyraźna, Marcio. Od kiedy cię 
spotkałam twoją aurę zdominowały dwa kolory: zielony dla strachu i fiolet 
dla poczucia winy. Strach jest bardzo silny, ale wina silniejsza.
- Ile miałaś lat? - spytał nagle Morris.
Marcia LaRue powróciła na niego spojrzeniem.
- Kiedy miałam ile lat?
- Gdy dowiedziałaś się, że twoja matka była wiedźmą. - powiedział.
Marcia wpatrywała się w niego, następnie powoli odwróciła się i położyła 
ręce na żelaznej poręczy balkonu. Patrzyła na pusty parking przez dłuższy 
czas zanim łzy zaczęły spływać  w dół policzków. bez patrzenia na 
Morrisa, powiedziała cicho:
- Łajdak. Ty pieprzony łajdaku. Kobieta jest martwa. Była moją matką i 
kochałam ją, a teraz nie żyje. Nie możecie przynajmniej jej pozostawić w 
spokoju?
- Martwi mają już spokój. - powiedziała jej Libby. - To o żywych Quincey 
i ja się martwimy. Jak ty. Twój mąż. Twoje dzieci.
- Ale Walt powiedział, że to naprawicie! - teraz jej głos się łamał. - Wrócił 
z Texasu i powiedział,  że możesz to powstrzymać! - Jej ramiona zaczęły 
się trząść przez dręczące ją szlochy.
Libby podeszła do niej, objęła ją ramionami i przytuliła.
- Już dobrze, wyrzuć to z siebie. - jej głos był ledwie szeptem. - Wyrzuć to 
wszystko z siebie, już dobrze. Pozbądź się tego.
Gdy Marcia nadal płakała, Libby spojrzała w górę, nawiązała kontakt 
wzrokowy z Morrisem, następnie spojrzała na zamknięte drzwi na patio. 
Morris spojrzał i zobaczył dwoje dzieci LaRue stojących w pokoju, 
patrzących w ciszy na matkę.
Ponownie spojrzał na Libby, zrobiła niewielki ruch głową w kierunku 
pokoju. Morris kiwnął głową i podszedł do drzwi, otworzył je 
wystarczająco by się wślizgnąć do środka. Zamknął za sobą drzwi, opadł 
na kolana, zbliżając się do poziomu dzieci.
- Wszystko w porządku, partnerzy. - powiedział im. - Wasza mama jest 

background image

smutna z powodu tych złych rzeczy, które się wam zdarzyły w domu, 
wiecie?
Pokiwały, poważni jak sędziowie.
- Moja przyjaciółka Libby jest bardzo miłą panią i pomoże waszej mamie 
poczuć się lepiej. Może wrócimy wszyscy do drugiego pokoju i obejrzymy 
przez chwilę kreskówki? Wasza mama przyjdzie kiedy będzie gotowa. Ona 
musi tylko porozmawiać z moją przyjaciółką jeszcze przez chwilę, okay?
- Okay. - odpowiedziały razem. Gdy wszyscy troje skierowali się do 
przylegającego pokoju, dziewczynka spytała:
- Czy będziemy mogli wkrótce wrócić do domu?
- Tak, powiedział Morris, przytakując. - tak, myślę, że będziecie mogli.

* * * *

Rana na ręce Morrisa sprawiała kłopoty, więc Libby Chastain zgodziła się 
prowadzić jego wynajęty samochód gdy odwozili resztę rodziny do domu. 
Mimo, że była tam tylko dwa razy, dotarła bez kłopotu, z niewielką 
pomocą Marcii LaRue.
Gdy Libby wjechała na podjazd, Morris odpiął pas bezpieczeństwa i 
odwrócił się do tylnych foteli, gdzie Marcia LaRue siedziała razem z 
dziećmi.
- Na pewno Libby wyjaśniła wam, że dom jest już bezpieczny. - 
powiedział.
- Tak, powiedziała. - odpowiedziała Marcia. - I jestem wam bardzo 
wdzięczna. Wszyscy jesteśmy. - jej oczy, pomimo że czerwone od płaczu, 
były spokojne.
- A co do innej sprawy, którą przedyskutowałyśmy. - powiedziała Libby. - 
Quincey i ja zaczniemy od razu. Damy wam znać kiedy będzie po 
wszystkim.
Morris rzucił Libby krótkie spojrzenie, ale pozostał cicho. Wyraźnie, 
starała się być dyskretne by nie przestraszyć dzieci jeszcze bardziej.
Gdy Marcia i dzieci wyszły z auta, frontowe drzwi domu otwarły się. Stał 
tam Walter LaRue, jego uśmiech groził przepołowieniem twarzy na pół. 
Dzieci podbiegły do niego, ale Marcia zatrzymała się po dwóch krokach i 
odwróciła do auta. Libby i ona wpatrywały się w siebie przez przednie 
okno kilka sekund. Morris nie był w stanie zinterpretować wyrazu twarzy 
kobiety, ale widział jak Marcia LaRue pokiwała kilka razy i skierowała się 
do domu, do jej rodziny, i jej życia.
Siedzieli w aucie, patrząc jak rodzina wchodzi do domu i zamyka za sobą 

background image

drzwi. Wtedy Libby powiedziała
- Jesteś głodny? Wyszło tak, że jeszcze nie jedliśmy lunchu. 
- Ciągle trafiamy na wrogie kuchnie. - odpowiedział Morris. - pewnie, 
mogę coś zjeść.
- W takim razie co powiesz na wczesny obiad? - Libby uruchomiła silnik i 
zaczęła wyjeżdżać z podjazdu.
- Brzmi wspaniale. A gdy będziemy jedli, powiesz mi czego dowiedziałaś 
się do Marcii, prawda?
- Absolutnie. To fascynująca historia, w raczej ponury sposób.
- Ro może podpowiedź, co?
Libby zatrzymała się na czerwonym świetle.
- Dobra. - powiedziała. - Pamiętasz Hatfieldów i McCoyów?
- Masz na myśli te dwie rodziny w - gdzie to było, Tennessee?
- Raczej Kentucky. Późny wiek dziewiętnasty.
- Pewnie, słyszałem o nich. Mieli taki duży zatarg, tylko Bóg wie jak 
długo trwał.
- Cóż, Marcia LaRue jest zamieszana w swój własny zatarg. Tylko ten trwa 
od wieków. 

* * * *
Libby Chastain przełknęła ostatni widelec wegetariańskiego chińskiego 
dania i odsunęła talerz. Po łyku wody, kontynuowała
- Więc, od Salem, każdy potomek Bridget Warren był magicznie 
atakowany przez potomków Sarah Carter. Tak powiedziała mi Marcia.
- A Marcia w to nie wierzy. - Quincey Morris nadal rozpracowywał swój 
stekiem po Nowojorsku.
- W tech chwili - ani słowu. Twierdzi, że to cytuję 'przesądne bzdury'.
- Cóż, to wiek sceptycyzmu. - powiedział Morris. - Wielu ludzi nie wierzy 
w nic co nie zmieści się pod mikroskop.
- Smutne, ale prawdziwe. A Marcia widocznie jest sceptyczną sceptyczką. 
W collegu zajęła się Filozofią - logiczny pozytywizm, racjonalizm, i Bóg 
wie co jeszcze. Wszystkie te systemy, które twierdzą, że istnieje tylko 
świat materialny.
- Tak, wiele z tego działo się w Princeton gdy tam byłem.
- Ale to nie wpłynęło na ciebie?
- Z historią mojej rodziny? Żartujesz sobie? Nie, mój tato naprowadził 
mnie dużo wcześniej niż poszedłem do collegu. - Morris odsunął swój 
talerz i sięgnął po menu z deserami leżący koło przypraw. Po przejrzeniu 
go, spytał Libby.

background image

- Zamawiasz deser?
- Nie, wezmę tylko kawę. Ale ty się nie krępuj.
Nie zerkając znad menu, Morris powiedział śmiertelnie poważnie.
- Pisze tu, że mają ciasto z masłem orzechowym. Z sosem czekoladowym.
Spojrzał w górę i zobaczył, że Libby patrzy na niego z krzywym 
uśmiechem.
- Ty bękarcie. - powiedziała przyjaźnie.
- To jest sprawa między mamą a tatą, a ich tu nie ma.
Kilka minut później, gdy oboje zajadali ciasto z masłem orzechowym, 
Morris powiedział.
- Zakładam, że Marcia LaRue porzuciła sceptycyzm w sprawach 
dotyczących sił nadprzyrodzonych.
- Oh, pewnie. Gdy zaczęły się ataki, doszła do ich przyczyny. Ale wtedy 
było już za późno. Nie wiedziała nic o magii i nie wiedziała jak stworzyć 
obronę.
- Wygląda na to, że matka łatwo porzuciła zwerbowanie Marcii na poczet 
białych wiedźm.
Libby potrząsnęła głową. 
- Nie, nie zrobiła tego, naprawdę. Marcia mówiła, że wspominała o tym od 
czasu do czasu, raczej tylko ogólnie. Ale Marcia nie chciała z nią o tym 
rozmawiać.
- Nadal, biorąc pod uwagę jaka była stawka, może delikatne podejście nie 
było najlepszym sposobem.
- Wiem. Ale matka chyba zakładała, że ma jeszcze dużo czasu by 
przekonać Marcię. Kobieta miała tylko 52 lata gdy umarła, Quincey.
Brwi Morrisa zmarszczyły się w zastanowieniu.
- To znaczy, że miała Marcię w wieku...
- Dwudziestu lat. Pytałam. Młodo, jak na dzisiejsze standardy, ale również 
nie dziecięca panna młoda.
- Nie, chyba nie. Była w dobrym zdrowiu?
- Marcia mówi, że była, tak. Więc nie było nierozsądnie myśleć, że ma 
jeszcze kilka lat by, co, przekonać córkę. - Libby nadziała na widelec 
ostatni kawałek ciasta i włożyła go do ust, przeżuła o połknęła. - Wtedy 
przyszedł pijak za kierownicą minivana.
- Więc mama nagle poszła do domu Jezusa, a razem z nią ochrona 
odpierających talizmanów.
- Które zostały właśnie reaktywowane, przy odrobinie niebezpieczeństwa 
dla ciebie i dla mnie. - powiedziała Libby. Odsunęła pusty talerz. - Ale, to 
tak jak mówiłeś Walterowi w domu: to tylko kwestia czasu zanim obecny 

background image

potomek Sarah Carter spróbuje czegoś innego. Statyczne zaklęcie jest jak 
naprawiona linia obrony na wojnie. jest dobra do czasu aż ktoś znajdzie 
sposób na jej obejście.
- I wcześniej czy później, ona to zrobi - kimkolwiek ta 'ona' jest.
Libby przytaknęła.
- Bardzo prawdopodobne. I, chociaż LaRue'owie wydają się miłymi 
ludźmi, raczej nie chcę z nimi zamieszkać do czasu następnego ataku, 
miesiąc od teraz - albo rok.
- Więc, musimy znaleźć tego co to robi - a co potem? nie możesz użyć 
białej magi by kogoś zniszczyć, nawet kogoś kto na to zasłużył. Oboje to 
wiemy. W porządku, załóżmy, przez szczęście, wytrwałość, czy dobrą 
karmę czy cokolwiek, zdołamy znaleźć tą czarną wiedźmę, która twierdzi, 
że jest potomkinią Sarah Carter. Co, do diabła, z nią zrobimy?
Libby używała serwetki by wytrzeć sos czekoladowy z palców.
- To co powiedziałeś mi zeszłej nocy przez telefon.
Spojrzała w górę, a jej łagodne szare oczy nagle stały się zimne i twarde 
jak polarny lód gdy powiedziała:
- Cokolwiek trzeba, Quincey. Zrobimy co będziemy musieli.