background image

NORA ROBERTS

CZAS NIEPAMIĘCI

background image

PROLOG

Nie pamiętała już, dlaczego biegnie. Wiedziała tylko, że nie może się zatrzymać. Jeśli 

stanie - przegra. To wyścig, w którym są tylko dwie lokaty: pierwsza i ostatnia.

Instynktownie czuła, że musi jak najszybciej oddalić się z tego miejsca; że nie może 

ani na moment zwolnić kroku. Ulewny deszcz całkowicie przemoczył jej ubranie, lecz nie 

zważała   na   to.   Nie   reagowała   już   nawet   na   suchy  trzask   piorunów   i   przecinające   niebo 

błyskawice.   Nie   przerażała   jej   ciemność.   Już   dawno   przestała   się   obawiać   rzeczy   tak 

banalnych   jak   ponure   mroki   nocy   czy   gwałtowna   burza.  A  jednak   bała   się:   niejasny   a 

przemożny strach owładnął nią całkowicie. Był jedynym zrozumiałym odczuciem. Zrodzony 

w najgłębszych zakamarkach duszy, zdawał się rozpełzać po ciele i umyśle. To on gnał ją do 

przodu, choć zmęczone ciało podnosiło bunt.

Nie wiedziała, gdzie jest ani jak się tu znalazła. Nie pamiętała smukłych, targanych 

wiatrem drzew. Nic dla niej nie znaczył łomot fal roztrzaskujących się o nabrzeże ani zapach 

przesiąkniętych deszczem kwiatów, które deptała, biegnąc i idąc na przemian nieznaną drogą.

Łkała. Paroksyzmy płaczu targały jej udręczonym ciałem. Nie była w stanie jasno 

myśleć, nogi miała jak z waty. Najprościej byłoby zwinąć się w kłębek i zasnąć pod jednym z 

przydrożnych drzew, poddać się. A jednak coś jeszcze pchało ją do przodu, nie tylko przeraże-

nie i dezorientacja. Była silna - choć nawet jej samej trudno było w to uwierzyć. Czuła, że jest 

w stanie dokonać rzeczy przekraczających ludzką wytrzymałość, byle znaleźć się jak najdalej 

od tamtego miejsca.

Nie   miała   pojęcia,   jak   długo   trwa   ten   upiorny   marsz.   Deszcz   i   łzy   oślepiały   ją. 

Reflektory dostrzegła dopiero wówczas, gdy nieomal się na nie nadziała. Znieruchomiała 

pośrodku szosy niczym przestraszony zając.

Znaleźli ją. Dopadli. Zanim osunęła się nieprzytomna na asfalt, usłyszała jeszcze ryk 

klaksonu i przeraźliwy pisk opon.

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

 - Budzi się.

- Dzięki Bogu.

- Zechciałby się pan odsunąć i pozwolić mi ją zbadać, sir? Za chwilę może znowu nam 

odpłynąć.

Przez gęstą jak wata mgłę zaczęły przenikać głosy, niewyraźne i odległe. Poczuła 

obezwładniający strach. Była półprzytomna, lecz mimo to rozumiała, że nie udało się jej 

uciec.   Z   trudem   łapała   oddech,   starając   się   nie   okazywać   przerażenia.   Zacisnęła   pięści; 

ukłucie paznokci wpijających się w ciało pozwoliło jej zyskać poczucie kontroli nad sobą.

Powoli   uniosła   powieki.   Rozmyty,   zamglony   obraz   zaczął   się   wyostrzać.   Im 

wyraźniejsza stawała się pochylona nad nią twarz, tym mniejszy odczuwała lęk.

Nie znała tej twarzy. To nie był nikt z nich. Przecież by ich rozpoznała! Zawahała się, 

lecz nie poruszyła. Okrągła, sympatyczna twarz ze starannie przyciętą, siwą, kędzierzawą 

bródką kontrastowała z gładką, łysą głową. Oczy były przenikliwe, zmęczone, lecz miłe. Gdy 

mężczyzna delikatnie ujął jej dłoń, nie próbowała się wyrywać.

- Spokojnie, moja droga - powiedział ciepłym, niskim głosem, gładząc grzbiet jej 

dłoni, aż rozluźniła palce. - Jesteś już bezpieczna.

Czuła,   że   bada   jej   puls,   lecz   nadal   patrzyła   mu   prosto   w   oczy.   Bezpieczna...   Z 

nieufnością rozejrzała się wokół. Szpital? Tak, jest w szpitalu. Sala była elegancka i dość 

duża. Pachniało kwiatami i środkami dezynfekcyjnymi. Nagle jej wzrok padł na stojącego z 

boku mężczyznę.

Był   nienagannie   ubrany,   a   z   postawy   przypominał   wojskowego.   Włosy,   choć 

przyprószone   siwizną,   pozostały   ciemne   i   gęste.   Miał   pociągłą,   arystokratyczną   twarz   o 

pięknych  rysach. Niezwykle  surową,  pomyślała, lecz bladą, bardzo  bladą,  co podkreślały 

cienie pod oczami. Mimo swego eleganckiego stroju wyglądał jakby nie spał od wielu dni.

- Kochanie - wyszeptał drżącym głosem, ujmując jej dłoń leżącą bezwładnie na kocu. 

Gdy przyciskał ją do ust, w oczach stanęły mu łzy. Miała wrażenie, iż ta mocna dłoń zaczęła 

nieznacznie drżeć. - Znów jesteś z nami, najdroższa.

Wiedziona współczuciem nie cofnęła ręki, lecz ponownie przyjrzała się jego twarzy.

- Kim pan jest? - wyszeptała z trudem. Mężczyzna odskoczył jak oparzony, a potem 

spojrzał jej głęboko w oczy.

- Kim ja...?

background image

- Jest jeszcze bardzo słaba, sir. - Lekarz delikatnie odsunął go od łóżka. Widziała, jak 

kładzie dłoń na ramieniu starszego mężczyzny, lecz nie umiała powiedzieć, czy był to gest 

pocieszenia, czy przyjacielskie klepnięcie. - Potrzeba czasu, aby doszła do siebie - dodał z 

zawodową troską.

Leżąc na plecach, obserwowała znaki, jakie lekarz daje tamtemu. Poczuła, że robi jej 

się niedobrze. Zdała sobie sprawę, że jest rozpalona i sucha. Czuła, że ma ciało, które jest 

obolałe,   lecz   wewnątrz   była   pustka.   Gdy   ponownie   się   odezwała,   drgnęła,   bo   jej   głos 

zabrzmiał zaskakująco donośnie. Mężczyźni spojrzeli w jej stronę.

- Nie wiem, gdzie jestem. - Czuła pulsowanie w skroniach. - Nie wiem, kim jestem.

- Wiele przeszłaś, kochanie. - Głos lekarza brzmiał czule i spokojnie, lecz jego myśli 

pogalopowały. Amnezja? Jeżeli w ciągu najbliższej doby ta pacjentka nie odzyska pamięci, 

będzie potrzebował najlepszego specjalisty.

- Nic nie pamiętasz?

Drugi mężczyzna trwał w bezruchu od chwili, gdy się po raz pierwszy odezwała. 

Teraz, nadal nieruchomy, patrzył na nią zaczerwienionymi z niewyspania oczami.

Zmieszana, walcząc z nową falą lęku, próbowała się unieść, lecz lekarz powstrzymał 

ją stanowczo i pomógł z powrotem oprzeć się na poduszkach. Pamiętała ucieczkę, burzę, 

ciemność i zbliżające się światła samochodu. Zacisnęła powieki, usiłując zachować zimną 

krew. Nie potrafiła pojąć, czemu jest to dla niej takie ważne. Otworzyła oczy i odezwała się 

głosem, który tym razem był pełen bólu.

- Nie wiem, kim jestem. Powiedzcie mi, proszę.

- Najpierw musisz trochę odpocząć - odparł lekarz.

Drugi   mężczyzna   natychmiast   skarcił   go   spojrzeniem,   które   było   -   jak   zauważyła 

kątem oka - władcze, niemal aroganckie.

- Jesteś moją córką - wyjaśnił, zdecydowanym ruchem ujmując jej dłoń, która już nie 

drżała. - Jesteś Jej Wysokością Gabriellą de Cordina.

Koszmar czy baśń? - zastanawiała się, nie odrywając od niego wzroku. Jej ojciec? Jej 

Wysokość Cordina...

Miała   wrażenie,   że   rozpoznaje   nazwisko,   lecz   o   co   chodzi   z   tą   całą   gadką   o 

królewskiej krwi? Nie spuszczała z niego wzroku. Nie, ten człowiek nie potrafiłby kłamać. 

Jego rysy były jak wyrzeźbione z kamienia, lecz w spojrzeniu kryła się głębia uczuć, która 

przyciągała niczym magnes.

- Jeśli ja jestem księżniczką... - zaczęła, niemal się uśmiechając - czy znaczy to, że pan 

jest królem?

background image

Przysięgłaby, iż kamienne dotąd oblicze na ułamek sekundy przeciął tajemniczy błysk. 

Rozbawienie?   Nie   mógł   się   nie   uśmiechnąć.   Może   traumatyczne   przeżycia   zaburzyły   jej 

pamięć, lecz przecież nadal jest jego małą Brie.

- Cordina jest księstwem - rzekł tonem wyjaśnienia.

- Ja jestem księciem Armand, a ty jesteś moim najstarszym dzieckiem. Masz dwóch 

braci, Aleksandra i Ben - netta.

Ojciec i bracia. Rodzina, korzenie... Nie czuła absolutnie nic.

- A moja matka?

Tym razem bez trudu wyczytała z jego twarzy ból.

- Zmarła, gdy miałaś dwadzieścia lat. Od tamtej pory wypełniasz nie tylko swoje, lecz 

także jej obowiązki.

- Głos, zrazu oficjalny i beznamiętny, stał się czuły.

-   Mówimy  do   ciebie   Brie.   -   Odwrócił   jej   dłoń   tak,   by  mogła   zobaczyć   pierścień 

wysadzany szafirami i diamentami. - Dałem ci go na dwudzieste pierwsze urodziny, prawie 

cztery lata temu.

Spojrzała na szlachetne kamienie i na mocną, piękną dłoń, która trzymała jej rękę. Nic 

nie pamiętała. Ale coś czuła - ufność. Gdy ponownie na niego spojrzała, udało się jej lekko 

uśmiechnąć.

- Wyśmienity gust, Wasza Wysokość. - Odwzajemnił uśmiech, lecz miała wrażenie, że 

jest bliski płaczu, podobnie zresztą jak ona. Ta rozmowa zaczynała ją wykańczać. - Jestem 

potwornie zmęczona - westchnęła, przymykając oczy.

- Nic dziwnego, po takich przejściach. - Lekarz poklepał ją po dłoni; nie miała pojęcia, 

że   wykonywał   ten   gest   setki   razy   od   dnia   jej   narodzin.   -   Odpoczynek   jest   najlepszym 

lekarstwem, moja miła.

Książę Armand niechętnie puścił dłoń córki.

- Będę w pobliżu - oznajmił. Czuła, że za chwilę opuszczą ją siły.

- Dziękuję. - Poczekawszy na odgłos zamykanych drzwi, zwróciła się do krzątającego 

się po pokoju lekarza. - Czy ja naprawdę jestem tą, za którą on mnie uważa?

- Nikt tego nie wie lepiej ode mnie. - Lekarz pogładził ją po policzku bardziej dla 

skontrolowania   temperatury   niż   z   potrzeby   ducha.   -   Byłem   przy   twojej   matce,   gdy 

przychodziłaś na świat. Odbierałem poród. Dwadzieścia pięć lat temu, w lipcu. A teraz proszę 

odpoczywać, Wasza Wysokość.

Książę   Armand   przemierzał   korytarz   żwawym,   wyćwiczonym   krokiem.   Za   nim 

podążało dwóch strażników Gwardii Królewskiej. Chciał być sam. Boże, jak mocno pragnął 

background image

spędzić w samotności choćby pięć minut. Potrzebował spokoju, by ukoić targające nim uczu-

cia, by zwalczyć nieznośne napięcie. Mało brakowało, a straciłby córkę, swój największy 

skarb.   Teraz,   gdy   zdołał   ją   odzyskać,   ukochana   Brie   patrzyła   na   niego   jak   na   obcego 

człowieka.

W przestronnej, słonecznej poczekalni czekało kolejnych trzech strażników Gwardii i 

liczni   przedstawiciele   departamentu   policji   Cordiny.  Aleksander,   starszy   syn   i   dziedzic, 

spacerował, paląc papierosa. Po ojcu odziedziczył ciemne, otwarte spojrzenie i żołnierską 

posturę. Nie potrafił jedynie kontrolować się tak dobrze jak stary książę.

Niczym wulkan, pomyślał Armand, patrząc na dwudziestotrzyletniego księcia. Burzy 

się i kipi, lecz nie wybucha.

Na   obitej   różowym   pluszem   kanapie   siedział   Bennett.   W   wieku   dwudziestu   lat 

zapowiadał się na playboya. Mimo że także przejął po nim ciemną karnację, książę musiał 

przyznać, iż najmłodszy odziedziczył urodę matki. Często postępował lekkomyślnie i często 

bywał   niedyskretny,   lecz   dzięki   niebywałej   urodzie   i   wdziękowi   osobistemu   cieszył   się 

szczególnymi   względami   zarówno   poddanych,   jak   i   dziennikarzy.   Podobnie   jak   żeńskiej 

połowy Europy, pomyślał Armand z przekąsem.

Obok Bennetta siedział wezwany przez Armanda Amerykanin. Obaj synowie byli zbyt 

pogrążeni we własnych myślach, by zauważyć pojawienie się ojca. Tylko uwagi Amerykanina 

nic nie mogło umknąć. I właśnie dlatego Armand go wezwał.

Reeve MacGee bez słowa przyglądał się wejściu starego księcia na scenę. Dobrze się 

trzyma,   zauważył,   lecz   przecież   nie   spodziewał   się   niczego   innego.   Miał   okazję   spotkać 

władcę Cordiny zaledwie kilka razy, lecz ojciec Reeve'a studiował z nim w Oksfordzie, gdzie 

zrodziła się przyjaźń i wzajemny szacunek, które przetrwały mimo upływu lat i dzielącej ich 

odległości.

Armand został władcą małego, uroczego kraju nad Morzem Śródziemnym, zaś ojciec 

Reeve'a - dyplomatą. Reeve wychował się wśród polityków i protokołu, lecz dla siebie wybrał 

mniej   publiczne   zajęcie   -   pracę   tajnego   agenta.   Jednak   po   dziesięciu   latach   zgłębiania 

najbardziej   skrywanych   tajemnic   i   poczynań   mieszkańców   swojego   kraju,   Reeve   oddał 

legitymację i założył własny interes. Przyszedł czas, gdy miał dosyć postępowania zgodnie z 

zasadami, jakie mu narzucali inni. Jego własne zasady bywały surowsze i trudniej je było zła-

mać. Doświadczenie, jakie zdobył, pracując w Wydziale Zabójstw, a następnie w Służbach 

Specjalnych, nauczyło go zawierzać przede wszystkim własnemu instynktowi.

Reeve urodził się w zamożnej rodzinie. Z czasem, dzięki swym zdolnościom, zdołał 

pomnożyć   majątek   przodków.   Początkowo   traktował   tę   pracę   jako   źródło   dochodów   i 

background image

ekscytujących  wrażeń. Teraz  nie musiał się  już martwić o pieniądze  i starannie wybierał 

zlecenia. Jeśli klient zdołał go zaintrygować, decydował się zająć jego sprawą.

Dla   ludzi   z   zewnątrz,   a   czasem   i   dla   samego   siebie,   był   jedynie   początkującym 

farmerem. Prawie rok temu kupił kawałek ziemi, realizując marzenie o ucieczce z miasta. To 

była   jego   odpowiedź   na   wyzwanie   życia.   Po   dziesięciu   latach   codziennego   lawirowania 

między dobrem i złem, prawem i bezprawiem, miał już totalnie dosyć.

Przekonując sam siebie, iż spłacił wszelkie zobowiązania, porzucił służbę publiczną. 

Prywatny detektyw może wybierać sobie klientów. Może pracować we własnym tempie i 

decydować o wysokości wynagrodzenia. Jeśli zlecenie okazuje się niebezpieczne, radzi sobie 

z nim na swój własny sposób. A jednak w ciągu ostatnich paru lat Reeve brał coraz mniej 

prywatnych spraw i powoli wycofywał się z interesu. Farma stanowiła szansę. Obiecał sobie, 

iż pewnego dnia stanie się całym jego życiem. Dla Armanda zrobił wyjątek. Aby spełnić jego 

prośbę, zdecydował się opóźnić pierwsze wiosenne siewy.

Wyglądał   bardziej   jak   wojownik   niż   farmer.   Gdy   wstał,   by   powitać   księcia,   jego 

wysokie, szczupłe ciało poruszyło się płynnie. Schludna lniana marynarka, gładki markowy 

podkoszulek i klubowe spodnie sprawiały, iż zależnie od nastroju potrafił sprawiać wrażenie 

oficjalnego   lub   przeciwnie,   rozluźnionego.   Należał   do   tych   ludzi,   których   ubrania,   bez 

względu na to, jak są atrakcyjne, stanowią jedynie tło dla właściciela.

Jako  pierwsza   przyciągała   uwagę   twarz   -   być   może   z   powodu   delikatnych   rysów 

odziedziczonych po irlandzkich i szkockich przodkach. Gdyby nie spędzał tak dużo czasu na 

powietrzu,   miałby   bez   wątpienia   bladą   skórę.   Ciemne   włosy,   choć   starannie   ostrzyżone, 

niepokornie   opadały   mu   na   oczy.   Szerokie   usta   nadawały   tej   poważnej   twarzy   dziwnie 

szelmowski wyraz. Wrażenia dopełniały piękne, stalowobłękitne oczy. Reeve potrafił ich użyć 

zarówno, by oczarować, jak i zastraszyć.

- Wasza Wysokość...

Słowa Reeve'a natychmiast przykuły uwagę Aleksandra i Bennetta.

- Co z Brie? - zapytali jednocześnie, lecz podczas gdy Bennett natychmiast podskoczył 

do ojca, Aleksander nie ruszył się z miejsca. Nerwowo zdusił papierosa w popielniczce.

- Była przytomna - odparł krótko Armand. - Udało mi się z nią porozmawiać.

- Jak się czuje? - Bennett patrzył na ojca ciemnymi, zatroskanymi oczami. - Kiedy 

będziemy mogli ją zobaczyć?

-   Jest   bardzo   zmęczona   -   stwierdził   Armand,   pocieszająco   poklepując   syna   po 

ramieniu. - Może jutro.

Aleksander, nie ruszając się spod okna, syknął:

background image

- Czy ona wie, kto...

-   Później   o   tym   porozmawiamy   -   uciął   ojciec.   Gdyby   nie   arystokratyczne 

wychowanie,   młody   książę   zapewne   powiedziałby   coś   więcej.   Zbyt   dobrze   znał   jednak 

zasady i ograniczenia, jakie niesie z sobą tytuł.

-   Niedługo   zabierzemy   ją   do   domu   -   powiedział   spokojnie,   bliski   rzucenia   ojcu 

wyzwania. - Być może Gabriella jest tu lepiej strzeżona, lecz wolę, aby wróciła do domu jak 

najszybciej.

- Póki jeszcze jest tam, musimy koniecznie ją odwiedzić - wtrącił Bennett. - Na pewno 

ucieszy się na widok znajomych twarzy.

Znajome twarze... Armand utkwił wzrok w oknie za plecami syna. Dla Brie nie ma 

żadnych  znajomych  twarzy.  Wyjaśni   im  to,   ale   później,  kiedy będą   sami.  Na  razie  musi 

zachować spokój, jak przystało na władcę.

- Możecie odejść - rzucił. Beznamiętnie wypowiedziana, oficjalna formułka mocno 

dotknęła obu synów. Wiedział o tym, ale nie zmienił tonu. - Jutro będzie w lepszej formie. A 

teraz muszę zamienić parę słów z Reeve'em. - Gestem nakazał młodzieńcom, by opuścili 

pomieszczenie. Widząc, że się zawahali, uniósł brwi, lecz nie potrafił zdobyć się na bardziej 

stanowcze wyegzekwowanie posłuszeństwa.

- Czy coś ją boli? - nie ustępował Aleksander.

Spojrzenie Armanda złagodniało. Mogli to zauważyć  jedynie ci, którzy dobrze go 

znali.

- Nie, przysięgam. Wkrótce sam się przekonasz - dodał, widząc, że odpowiedź nie 

zadowoliła pierworodnego syna. - Gabriella jest silna - oznajmił z dumą.

Aleksander   posłusznie   skinął   głową.  To,   co   miał   do   powiedzenia,   będzie   musiało 

poczekać. Bracia wyszli w towarzystwie straży. Armand odprowadził synów wzrokiem, po 

czym zwrócił się do Reeve'a.

- Zapraszam. - Wskazał gestem jedne z drzwi. - Rozgościmy się na razie w gabinecie 

doktora Franco.

Przeszedł  przez korytarz, zdając się  nie zauważać ochrony.  Reeve  nie potrafił nie 

dostrzegać   tych   ludzi   o   czujnych   oczach;   ich   bliskość   odczuwał   niemal   boleśnie.   Nic 

dziwnego.   Historia   uprowadzenia   w   rodzinie   królewskiej   wprawiła   obywateli   w   stan 

niebywałej nerwowości. Armand otworzył drzwi, przepuścił go przodem i zamknął gabinet.

- Siadaj - zaprosił i sięgnął do kieszeni, z której wyjął ciemnobrązowy papieros, jeden 

z dziesięciu, na które sobie dziennie pozwalał. Nim zdążył sięgnąć po zapalniczkę, Reeve 

background image

podał mu ogień. - Jestem ci bardzo wdzięczny za to, że przyjechałeś. Nie miałem do tej pory 

okazji ci podziękować.

- Nie ma takiej potrzeby, Wasza Wysokość. Jeszcze nic nie zrobiłem.

Armand   wypuścił   kłąb   dymu.   W   obecności   syna   przyjaciela   mógł   się   nareszcie 

rozluźnić, przynajmniej odrobinę.

- Myślisz zapewne, że jestem zbyt surowy dla moich synów - zaczął, zerkając na 

rozmówcę.

- Myślę, że Wasza Wysokość zna ich lepiej niż ja.

Armand zasiadł w klubowym fotelu.

- Po ojcu masz dyplomację we krwi - zauważył z uśmiechem.

- Czasami.

- Jeśli się nie mylę, odziedziczyłeś również jego bystrość umysłu - ciągnął władca 

Cordiny.

- Dziękuję, Wasza Wysokość - odparł uprzejmie Reeve, choć nie był pewien, czy 

ojciec byłby zadowolony z takiego porównania.

- Proszę, mów mi po imieniu. - Po raz pierwszy od chwili, gdy jego córka odzyskała 

przytomność, Armand poczuł, że przestaje kontrolować emocje. Nerwowym ruchem potarł 

czoło. - Jestem gotów powoływać się na przyjaźń z twoim ojcem, Reeve - powiedział z wysił-

kiem. - Zbyt mocno kocham moją córkę, nie mam wyboru.

Amerykanin   obrzucił   siedzącego   naprzeciwko   mężczyznę   badawczym   wzrokiem. 

Teraz   dostrzegał  coś  więcej  niż   władcze   maniery:  widział  ojca  desperacko   walczącego  o 

córkę. Bez słowa sięgnął po papierosa i zapalił go, dając Armandowi kilka dodatkowych mi-

nut.

- Proszę mi wszystko opowiedzieć.

- Ona nic nie pamięta, Reeve.

- Nie pamięta, kto ją uprowadził? - Były agent z niezwykłą uwagą obserwował noski 

swoich butów. - Czy widziała ich?

- Ona nic nie pamięta - powtórzył dobitnie Armand, unosząc głowę. - Nawet własnego 

imienia.

Reeve skinieniem głowy dał znak, że przyjmuje wyjaśnienia do wiadomości, nie dając 

po sobie poznać, jak gorączkową pracę wykonywały jego szare komórki.

- Chwilowa utrata pamięci jest chyba częstym skutkiem traumatycznych przeżyć - 

stwierdził. - Co na to lekarz?

background image

-   Niedługo   będę   z   nim   rozmawiał   -   westchnął  Armand.   Sześć   dni   nadludzkiego 

wysiłku   zostawiło   na   nim   swoje   piętno,   lecz   postanowił   nie   dać   po   sobie   nic   poznać.   - 

Przyjechałeś, Reeve, bo cię o to prosiłem. Nigdy nie zapytałeś dlaczego.

- To prawda.

- Jesteś obywatelem amerykańskim i nie masz wobec mnie żadnych zobowiązań.

Zapach tytoniu z Wirginii mieszał się z francuskim.

- Wiem.

Armand zacisnął wargi. Zupełnie jak ojciec, pomyślał. I podobnie jak ojcu można mu 

całkowicie zaufać. Czuł, że mógłby powierzyć temu człowiekowi najcenniejsze sekrety.

-   Zdajesz   sobie   sprawę   z   tego,   że   praca   dla   mnie   może   się   wiązać   z 

niebezpieczeństwem? - upewnił się, choć wiedział, jaka będzie odpowiedź.

- Każdy przywódca jest na nie narażony.

- Tak. A dzięki pokrewieństwu i bliskości, również jego dzieci.

Starszy pan na chwilę spuścił wzrok na swoje dłonie, na złoty książęcy pierścień. Był 

księciem krwi. Był także ojcem. Do tej pory nigdy nie musiał decydować, co jest ważniejsze. 

Urodził się, został wychowany i ukształtowany zgodnie z zasadami. Armand zawsze wierzył, 

że najważniejsze są zobowiązania wobec ludzi.

- Moje dzieci posiadają naturalnie własną ochronę - dodał, rozgniatając ze złością 

papierosa. - Brie, to znaczy Gabriella, niechętnie odnosi się do ochroniarzy.

Jest   straszliwie   uparta,   gdy   chodzi   o   prywatność.   Być   może   ją   rozpuściłem.   To 

spokojny kraj, Reeve. Naród kocha królewską rodzinę. To, że moja córka raz na jakiś czas 

wymykała się ochronie, nie miało większego znaczenia.

- Tym razem też?

- Bardzo chciała pojechać na wieś. Robi to od czasu do czasu. Tytuł, który nosi, nie 

wiąże się ze zbyt wieloma obowiązkami. Dla Gabrielli taki wyjazd na łono natury jest jak 

zawór   bezpieczeństwa.   Jeszcze   sześć   dni   temu   wydawało   mi   się,   że   to   nieszkodliwa 

odskocznia, dlatego na wszystko zezwalałem.

Ton głosu Armanda uzmysłowił Reeve'owi, że książę rządził rodziną podobnie jak 

państwem: sprawiedliwie, lecz w sposób zdecydowany.

- Sześć dni temu - powiedział powoli Reeve - uprowadzono twoją córkę.

Armand   w   milczeniu   skinął   głową.   Musi   stawić   czoło   faktom,   emocje   jedynie 

utrudniają działanie.

- Teraz, dopóki nie wiemy, kto i dlaczego ją uprowadził, jest całkowicie bezbronna - 

westchnął. - Powierzyłbym Gwardii Królewskiej własne życie, lecz nie życie mojej córki.

background image

Reeve delikatnie strzepnął papieros. Zaczynał mu się jawić obraz sytuacji.

- Nie pracuję już w policji, Armandzie. A ty nie potrzebujesz gliny - odparł z powagą.

- Prowadzisz własną działalność. O ile się nie mylę, jesteś kimś w rodzaju eksperta w 

sprawach terroryzmu.

- W moim kraju - podkreślił Reeve. - A to zupełnie inna sprawa. - Czuł, że ciekawość 

zaczyna brać górę nad zdrowym rozsądkiem. Zły na siebie, zmarszczył brwi. - Przez lata 

nieraz miałem okazję nawiązywać kontakty. Mógłbym ci dać nazwiska dobrych ludzi. Jeśli 

szukasz kandydatów do Gwardii Królewskiej...

- Szukam człowieka, któremu mógłbym powierzyć życie córki - uciął Armand. Mimo 

iż  mówił  cicho,  w jego głosie  zabrzmiała  stanowczość  i  brak  tolerancji  dla  sprzeciwu.  - 

Szukam   człowieka,   który   ma   doświadczenie   w   delikatnym   rozwiązywaniu   potencjalnie 

niezręcznych spraw. Obserwowałem przebieg twojej kariery.

- Posłał dziwnie nieśmiały uśmiech w kierunku nieruchomej twarzy Reeve'a. - Mam 

trochę znajomości w Waszyngtonie. Miałeś nadzwyczajne osiągnięcia. Ojciec może być z 

ciebie dumny.

Na wspomnienie ojca Reeve poruszył się niespokojnie. Cholernie osobista sprawa, 

pomyślał.   Będzie   mu   trudno   ją   przyjąć   i   być   obiektywnym.   Lepiej   będzie   uprzejmie 

odmówić.

-  Doceniam  to  -  odrzekł  -  ale   nie  jestem  gliną.   Nie  jestem  ochroniarzem.   Jestem 

farmerem.

W głębi poważnych oczu swego rozmówcy dostrzegł ognik rozbawienia i poczuł się 

nagle jak mały chłopiec.

- Wiem, słyszałem. Może i tak być, jeśli tak ci bardziej odpowiada. Ale potrzebujecie, 

Reeve. Bardzo. Nie musisz dawać mi teraz odpowiedzi.

Armand doskonale wyczuwał, kiedy może nalegać, a kiedy należy odpuścić.

-   Przemyśl,   co   ci   powiedziałem.   Jutro   wrócimy   do   naszej   rozmowy   i   być   może 

będziesz też mógł zobaczyć się z Gabriellą. Tymczasem czuj się jak u siebie w domu.

- Wstał, sygnalizując koniec rozmowy. - Mój samochód zabierze cię z powrotem do 

pałacu. Ja jeszcze tu zostanę.

Ciepłe   światło   późnego   poranka   kładło   się   na  podłodze   szpitalnej   sali,  Walcząc   z 

przemożną chęcią zapalenia papierosa, Reeve przyglądał się wzorom, jakie słońce malowało 

w   pokoju.   Rano,   przy   śniadaniu   w   apartamencie  Armanda,   miał   sposobność   ponownie 

porozmawiać z księciem.

background image

Determinacja   władcy   nie   była   dla   niego   niczym   nadzwyczajnym;   jego   ojciec 

zachowywałby się tak  samo. Przeklinając pod nosem, wyjrzał przez  okno na góry,  które 

malowniczo okalały Cordinę.

Czemu, do diabła, zdecydował się tu przyjechać? Jego ziemia leży tysiące kilometrów 

stąd i czeka na zaoranie. Tymczasem on bawi w maleńkim, bajkowym kraju, gdzie powietrze 

uwodzi świeżością, a błękitne morze jest na wyciągnięcie ręki. Nie powinien tu przyjeżdżać. 

Trzeba było od razu znaleźć jakąś wymówkę, kiedy tylko Armand się z nim skontaktował. I 

czemu, gdy ojciec zadzwonił, by wesprzeć prośbę księcia, nie krzyczał o leżących odłogiem 

polach i zbożu czekającym na wysianie?

Z   westchnieniem   musiał   przyznać,   że   dobrze   zna   odpowiedź.   Przyjaźń   wiążąca 

ambasadora   Francisa   MacGee   i   Jego   Wysokość   Armanda   z   Cordiny   była   głęboka   i 

prawdziwa. Armand przyleciał do Stanów na pogrzeb jego matki. Nie sposób zapomnieć, jak 

wiele wsparcie przyjaciela znaczyło wówczas dla jego ojca.

Nie zapomniał też księżniczki, którą poznał dziesięć lat temu, gdy wraz z rodzicami 

udał się w podróż do Cordiny. Dziś zobaczył ją w szpitalnym łóżku, bladą, słabą i bezbronną.

Wówczas właśnie obchodziła szesnaste urodziny, wspominał. Sam miał dwadzieścia 

kilka lat, pracował już w policji i był człowiekiem twardo stąpającym po ziemi. Nie wierzył w 

bajki. Tymczasem Gabriella zdawała się być postacią ze świata baśni.

Doskonale pamiętał sukienkę, którą miała na sobie tamtego wieczoru: bladozielony, 

suto   marszczony  jedwab   ciasno   oplatał   jej   niewiarygodnie   wąską   talię.   Na   głowie   miała 

przepaskę wysadzaną brylantami, które migotały wśród bujnych kasztanowych włosów. Deli-

katna, dziewczęca twarz przyciągała wzrok mlecznobiałą cerą i zaróżowionymi policzkami, 

lecz dopiero usta, pełne i obiecujące, koncentrowały na sobie uwagę. No i oczy...

Właśnie   one   najmocniej   wryły   się   Reeve'owi   w   pamięć.   Ozdobione   pięknymi, 

ciemnymi brwiami i długimi rzęsami, przypominały dwa topazy. Teraz niechętnie odwrócił 

się, by na nią spojrzeć.

Nadal   miała   delikatne   rysy.  Wyraźnie   zarysowane   kości   policzkowe   dodawały   jej 

godności. Skórę miała bladą, jak gdyby całe życie i młodość zostały z niej wypłukane. Włosy, 

zaczesane do tyłu, odsłaniały szlachetną twarz. Leżącą bezwładnie na pościeli dłoń ozdabiały 

diamenty   i   szafiry.   Reeve   zwrócił   uwagę   na   krótkie,   zaniedbane   paznokcie,   sprawiające 

wrażenie   połamanych   lub   obgryzionych.   Do   nadgarstka   miała   podłączoną   kroplówkę. 

Pamiętał, że szesnaście lat temu nosiła bransoletkę z pereł.

Wspomnienie ich spotkania przed laty obudziło w nim gniew. Od uprowadzenia minął 

tydzień,   dwa   dni   od   wieczoru,   gdy   dwoje   młodych   ludzi   odnalazło   ją   nieprzytomną   na 

background image

poboczu szosy. Pamiętał zapach perfum, jakich użyła dziesięć lat temu, a ona nie pamiętała 

własnego imienia.

Niektóre   układanki   można   pozostawić   na   półce   i   zapomnieć   o   nich.   Nad   innymi 

można   chwilę   pomyśleć,   a   potem   i   tak   dołączą   do   poprzednich.  Ale   są   też   takie,   które 

intrygują i kuszą.

Armand   postąpił   sprytnie,   pomyślał   Reeve   z   przekąsem,   nawet   bardzo   sprytnie, 

zmuszając go do odwiedzenia Gabrielli. I co zamierzasz zrobić w jej sprawie? - zapytał sam 

siebie.   Nic,   bo   w   twoim   życiu   właśnie   otwiera   się   nowy  rozdział,   który   sam   dla   siebie 

napisałeś. Człowiek, który usiłuje coś zbudować, nie ma czasu na mieszanie się w sprawy 

innych.

Stał   ze   zmarszczonym   czołem,   całkowicie   pochłonięty   własnymi   myślami.   Takim 

zobaczyła   go   Brie,   gdy   otworzyła   oczy.   Popatrzyła   na   ponurą,   pełną   złości   twarz,   na 

roziskrzone, błękitne oczy, wąskie usta, i zamarła. Co jest jawą, a co snem? Na krótką chwilę 

oderwała   wzrok   od   mężczyzny,   by   upewnić   się,   że   nadal   tam   jest.   Zacisnęła   palce   na 

prześcieradle, lecz gdy się odezwała, jej głos zabrzmiał spokojnie.

- Kim pan jest?

Wiele rzeczy mogło się zmienić w ciągu ostatnich dziesięciu lat lub tygodnia, lecz nie 

jej oczy, brązowe, głębokie, fascynujące.

-   Nazywam   się   Reeve   MacGee,   jestem   przyjacielem   pani   ojca   -   powiedział,   nie 

wyjmując rąk z kieszeni.

Brie odprężyła się odrobinę. Pamiętała mężczyznę o zmęczonych oczach i wojskowej 

postawie, który przedstawił się jako jej ojciec. Nikt, kto tego nie przeżył, nie zrozumie, jak 

przykra i frustrująca jest noc spędzona na poszukiwaniu w pamięci okruchów własnego życia.

- Czy my się znamy?

-   Poznaliśmy   się   parę   lat   temu,   Wasza   Wysokość   -   odparł.   Oczy,   które   niegdyś 

fascynowały u młodej dziewczyny, a teraz u kobiety, zdawały się go pożerać. Czegoś jej 

brakuje, pomyślał. Rozpaczliwie potrzebuje pomocy. - Obchodziła pani szesnaste urodziny. 

Wyglądała pani wspaniale - dodał miękko.

- Czy pan jest Amerykaninem, panie Reeve MacGee?

Zawahał się na chwilę, mrużąc oczy.

- Tak. Skąd pani wie?

- Akcent. - W oczach dziewczyny pojawiło się zmieszanie. Czuł, że za wszelką cenę 

stara się podążać za wątłą nitką, jaką niespodziewanie jej podsunięto.

- Byłam tam... Czyja tam byłam?

background image

- Tak, Wasza Wysokość.

On wie, przeszło jej nagle przez głowę. Wie to, czego ona może się jedynie domyślać. 

Pustka, och, ta piekielna pustka w głowie. Czuła, jak do oczu napływają jej łzy.

- Potrafi pan sobie wyobrazić, jakie to straszne? - zapytała cicho. - Budzę się rano i nic 

nie pamiętam. Moje życie to pusta księga. Muszę czekać, aż inni pomogą mija zapełnić. Co 

się ze mną stało?

- Wasza Wysokość...

- Musi mnie pan tak tytułować? - zaoponowała.

W wielkich oczach dostrzegł błysk zniecierpliwienia. Usiłował się nie uśmiechnąć. 

Usiłował nie pokazać po sobie, jak bardzo ją podziwia.

- Nie - odparł, siadając na krawędzi łóżka. - A jak mam się do pani zwracać?

- Po imieniu. - Brie ze zniechęceniem spojrzała na bandaż na nadgarstku. Musi jak 

najszybciej mieć to za sobą, postanowiła, unosząc się na łokciach. - Czyli Gabriella, jak mi 

powiedziano.

- Większość ludzi nazywa cię Brie.

Przez chwilę w milczeniu usiłowała odnaleźć jakieś wspomnienia. Na próżno - białe 

karty księgi jej życia pozostawały nie zapisane.

- Niech będzie. - Z ubolewaniem pokiwała głową.

- Powiedz mi w takim razie, co się ze mną stało.

- Nie znamy szczegółów - przyznał.

- Musicie znać! - Nie spuszczała z niego wzroku.

- Powiedz mi chociaż to, co wiesz.

Przyglądał się jej. Była delikatna, to prawda, lecz pod kruchą powłoką tkwił stalowy 

rdzeń. Na nim będzie musiała odbudować swoje życie.

- W  zeszłą  niedzielę  po południu  pojechałaś na  wieś -  zaczął.  - Następnego  dnia 

znaleziono twój samochód porzucony na poboczu. Potem były telefony z żądaniami okupu. 

Wiemy więc tyle, że zostałaś uprowadzona i przetrzymywana w ukryciu.

Przemilczał pogróżki, w których porywacze opisywali, co zrobią księżniczce, jeśli nie 

dostaną pieniędzy. Nie wymienił też zawrotnej sumy, jakiej domagali się bandyci.

Porwanie. Brie wyciągnęła rękę i oplotła palcami dłoń Amerykanina. Widziała obrazy, 

cienie. Mały, ciemny pokój. Zapach... Nafta i pleśń. Pamiętała mdłości i ból głowy. Poczuła 

powracający, paniczny strach.

- Trudno będzie to odtworzyć - wymamrotała. - Nie wiem dlaczego, ale jestem pewna, 

że mówisz prawdę. Tylko że wszystko rysuje się tak niewyraźnie...

background image

- Nie  jestem  lekarzem,  ale  uważam,  że  niczego  nie  można  robić  na siłę  -  odparł 

pogodnie.   Walka   tej   dziewczyny   o   odnalezienie   samej   siebie   wywarła   na   nim   ogromne 

wrażenie. - Kiedy przyjdzie odpowiedni moment, wszystko sobie przypomnisz.

- Łatwo ci mówić. Ktoś mnie okradł z mojego życia, panie MacGee... A jaka jest twoja 

rola w tym wszystkim? - zainteresowała się niespodziewanie. - Byliśmy kochankami?

Reeve uniósł brwi.  Potrafi być szczera. I wcale nie sprawia wrażenia zbyt przejętej 

taką możliwością, pomyślał, uśmiechając się półgębkiem. Nie pytając o pozwolenie, sięgnął 

po papierosa.

- Nie. - Podsunął jej paczkę, a Brie poczęstowała się, nie mając pojęcia, czy pali, czy 

też nie. - Jak już mówiłem, spotkaliśmy się jeden jedyny raz, kiedy miałaś szesnaście lat. Nasi 

ojcowie się przyjaźnią. Nie byliby zachwyceni, gdybym cię uwiódł.

- Rozumiem. - Zaciągnęła się i natychmiast poczuła, jak dym pali jej gardło i wypełnia 

płuca,   zmuszając   do   gwałtownego   zaczerpnięcia   oddechu.   Zgasiła   papieros   tym   samym, 

nieświadomie władczym ruchem, z jakim wcześniej po niego sięgała. - W takim razie co tu 

robisz?

- Twój ojciec poprosił mnie o przyjazd. Martwi się o twoje bezpieczeństwo.

Zatrzymała wzrok na pierścionku, który zdobił jej dłoń. Ładny, oceniła. Gdy jednak 

spojrzała na paznokcie, poczuła, że coś się nie zgadza. Dlaczego, nosząc taki pierścień, nie 

zadbała o dłonie? Gdzieś z najgłębszych pokładów świadomości dotarło jakieś niewyraźne, 

ulotne wspomnienie. Brie zacisnęła pięści, na próżno usiłując przywołać blednący obraz.

- Jeśli ojciec martwi się o moje bezpieczeństwo - ciągnęła nieświadoma, iż Reeve 

uważnie śledzi wyraz jej twarzy - to co to ma wspólnego z tobą?

- Mam trochę doświadczenia w tej dziedzinie - stwierdził krótko. - Książę Armand 

prosił, żebym się tobą zaopiekował.

Zmarszczyła   czoło,   nie   wiedząc,   iż   w   ten   właśnie   sposób   ma   zwyczaj   wyrażać 

zainteresowanie.

- Ochroniarz? - spytała z właściwym sobie zniecierpliwieniem. - Nie sądzę, żeby mi 

się to spodobało.

Reeve,   mimo   całego   współczucia   dla   Brie,   zaczynał   mieć   dosyć.   Poświęcił   swój 

wolny czas i przeleciał parę tysięcy kilometrów, a jej się to nie podoba!

- Wasza Wysokość musi wiedzieć, że nawet księżniczka bywa zmuszona robić rzeczy, 

których nie lubi. Można do tego przywyknąć - stwierdził nieco sarkastycznie.

-   Nie   sądzę,   panie   MacGee   -   odparowała   spokojnie.   -   Jestem   przekonana,   że   nie 

zniosłabym   kogoś   kręcącego   się   koło   mnie.   Kiedy   wrócę   do   domu...   -   Zamilkła, 

background image

uświadamiając sobie, iż słowo „dom” nie niosło ze sobą żadnego konkretnego znaczenia. - 

Kiedy wrócę do domu - powtórzyła - znajdę jakiś sposób na rozwiązanie tego problemu. 

Możesz przekazać mojemu ojcu, że odrzuciłam twoją propozycję.

- Decyzja nie należy do ciebie, tylko do twojego ojca - odparł Reeve, wstając.

Brie mogła teraz ocenić, iż mimo przeciętnego wzrostu robił wrażenie. I nie chodziło o 

szlachetne rysy ani dobrane ze smakiem, choć swobodne ubrania. Czuło się, że jeśli ten facet 

zechce postawić na swoim, zrobi to bez względu na okoliczności.

Jego   obecność   sprawiała,   że   czuła   się   niespokojna.   Nie   wiedziała   dlaczego,   a   co 

gorsza nie miała pojęcia, czy powinna wiedzieć. Za to on wiedział i właśnie z tego powodu 

nie  chciała  mieć  z nim nic wspólnego. Jej życie było  wystarczająco skomplikowane bez 

człowieka takiego jak Reeve.

Zapytała,   czy   byli   kochankami,   gdyż   możliwość   ta   intrygowała   ją   i   przerażała 

zarazem. Gdy zaprzeczył, nie poczuła ulgi, a jedynie pustkę, która towarzyszyła jej od dwóch 

dni. Może jest kobietą wiodącą samotne życie?

- Powiedziano mi, że mam prawie dwadzieścia pięć lat, panie MacGee.

- Musisz tak się do mnie zwracać? - zaoponował, umyślnie naśladując ton jej głosu.

Uśmiechnęła się. Na krótką chwilę beztroski promyk rozświetlił jej śliczną twarz.

- Jestem dorosła - ciągnęła - i sama decyduję o swoim życiu - zaznaczyła uparcie.

-   Należysz   do   królewskiego   rodu.   Niektórych   decyzji   nie   podejmujesz   sama   - 

przypomniał, ruszając do drzwi. Już z ręką na klamce, zawahał się. - A skoro się nie zgadzasz, 

to i lepiej. Mam ważniejsze sprawy na głowie niż opieka nad rozkapryszoną księżniczką - 

stwierdził z cierpkim uśmiechem.

Poczekała,   aż   drzwi  się   zamkną,   i   usiadła   na   łóżku.   Czuła   się   otumaniona.   Przez 

krótką chwilę pragnęła położyć się z powrotem i czekać, by ktoś przyszedł i pomógł jej się 

podnieść. Zrozumiała jednak, że nie wytrzyma leżenia na wznak ani minuty dłużej. Spuściła 

ostrożnie nogi na podłogę i poczekała, aż minie zawrót głowy. Ostrożnie, powoli ruszyła w 

kierunku wiszącego na ścianie lustra.

Do tej pory starała się tego uniknąć. Nie pamiętała, jak wygląda, i oczami wyobraźni 

widziała tysiące postaci. Czy któraś z nich to ona? Jak może żądać odpowiedzi na to pytanie, 

skoro nie zna nawet koloru własnych oczu! Nabrawszy głęboko powietrza, stanęła przed 

lustrem i uniosła głowę.

Zbyt chuda, było jej pierwszą myślą. Zbyt blada. Ale, dodała z głupim uczuciem ulgi, 

niebrzydka. Być może oczy mają dziwny odcień, lecz nie są małe ani zezowate. Twarz bardzo 

mizerna.   Delikatna,   przestraszona.   W   jej   rysach   nie   było   nic,   co   by   przypominało 

background image

mężczyznę, , który przedstawiał się jako jej ojciec. W jego wzroku widziała siłę. W swoim - 

słabość.

- Kim jesteś? - zapytała, kładąc dłoń na lustrzanej tafli.

Wreszcie, wbrew sobie samej, poddała się rozpaczy i wybuchnęła płaczem.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

To się więcej nie powtórzy, obiecała sobie, wychodząc spod gorącego, przynoszącego 

odprężenie prysznica. Nie ukryje twarzy w dłoniach, nie podda się przeciwnościom losu. 

Stawi im czoło. Tylko w ten sposób zdoła znaleźć odpowiedzi na nurtujące ją pytania.

Zacznijmy od nowa. Narzuciła znaleziony na szafce szlafrok - turkusowy, o lekko 

wytartych mankietach. Z zadowoleniem otuliła się miękkim frotte. W szafce nie było nic 

więcej. Zirytowana Brie zadzwoniła po pielęgniarkę.

- Proszę mi przynieść moje ubranie - zażądała.

- Ale Wasza Wysokość, nie powinna...

- Porozmawiam z moim lekarzem - ucięła. - A na razie potrzebuję szczotki do włosów, 

kosmetyków   i   odpowiedniego   ubrania.   -   Skrzyżowała   ręce   na   piersi,   pragnąc   wyglądać 

bardziej stanowczo. - Jeszcze dziś rano chcę wrócić do domu.

Nie sposób spierać się z przedstawicielką królewskiej rodziny. Siostra ukłoniła się i 

poszła po lekarza.

- Czy mogę w czymś pomóc? - zagadnął od progu. Był uprzejmy, jowialny i cierpliwy. 

Wyobraziła sobie niewysoki, lecz solidny ceglany mur ukryty za ścianą mchu i bluszczu. - 

Wasza Wysokość nie ma potrzeby wstawać z łóżka.

-   Doktorze   Franco   -   zaczęła,   gotowa   sprawdzić   samą   siebie.   -   Doceniam   pańskie 

umiejętności i uprzejmość, lecz jadę dziś do domu.

- Dom? - zmrużył oczy, podchodząc do niej. - Droga Gabriello...

- Nie. - Przecząco pokręciła głową w odpowiedzi na pytanie, które nie padło. - Nie 

pamiętam.

Franco skinął głową.

-  Rozmawiałem   z   doktorem   Kijinskim.   On   ma   o  wiele   większe   doświadczenie   w 

leczeniu podobnych zaburzeń. Dzisiaj po południu zjawi się tu na konsultacje.

- Chętnie zobaczę się z panem Kijinskim, doktorze Franco, ale nie dziś po południu.

Wsunęła dłonie do głębokich kieszeni szlafroka i wyczuła pod palcami coś niedużego 

i   cienkiego.  Wyciągnąwszy   spinkę   do   włosów,   ścisnęła   ją   niczym   największy   skarb,   jak 

gdyby ten kawałek metalu miał być wytrychem, którym niedługo otworzy sobie przeszłość.

- Muszę sobie jakoś poradzić. Może gdy wrócę do miejsca, które powinnam znać 

najlepiej, zacznę sobie coś przypominać. Wczoraj, po wyjściu mojego... ojca zapewniał mnie 

pan, że amnezja jest chwilowa i że poza szokiem i zmęczeniem nic poważniejszego mi nie 

dolega. A więc równie dobrze mogę odpoczywać i odzyskiwać siły w domu.

background image

- Nie wiem, czy któreś z was to pamięta, lecz dokładnie to samo Gabriella powiedziała 

kilka godzin po operacji usunięcia migdałków. - Armand stał w drzwiach, obserwując, jak 

jego drobna córka hardo przeciwstawia się groźnemu niczym czołg lekarzowi. - Jej Wysokość 

wróci do domu - zawyrokował, nie patrząc na medyka. Nim zdążyła się uśmiechnąć, dokoń-

czył:  -  Da  mi  pan  listę  z  wytycznymi   co  do  jej   dalszej   pielęgnacji.  Jeśli  nie  zechce  się 

podporządkować, zostanie odesłana z powrotem. Obiecuję.

Chciała zaprotestować, lecz słowa uwięzły jej w gardle. Schyliła głowę. To, co miało 

świadczyć o bezwarunkowym posłuszeństwie, zostało przekreślone aroganckim uniesieniem 

brwi. Poruszony znajomym gestem Armand mocno zacisnął palce wokół jej dłoni. Obdarzała 

go   tym   spojrzeniem   tysiące   razy,   zawsze   wtedy,   gdy   o   coś   się   targowała,   by   w   końcu 

otrzymać to, co chciała.

- Poślę po twoje rzeczy - rzucił.

- Dziękuję.

Oboje zauważyli, iż nie dodała: „ojcze”.

W godzinę później opuszczała szpital. Miała na sobie lekką, wiosenną sukienkę. Gdy 

odkryła,   że   dobrze   sobie   radzi   z   kosmetykami,   poczuła   jednocześnie   ulgę   i   satysfakcję. 

Delikatne cienie na powiekach i subtelna warstwa pudru skutecznie maskująca worki pod 

oczami sprawiły, że wychodziła ze szpitala jako całkiem inna osoba. Rozpuszczone włosy 

falowały, muskając ramiona. Pachniała francuskimi perfumami i czuła, że właśnie takie lubi.

Wiedziała,   że   czekający   na   nią   samochód   to   limuzyna,   przestronna   i   pachnąca 

bogactwem. Nie pamiętała jednak, by wcześniej nią jeździła, nic też nie mówiła jej twarz 

szofera, który z szerokim uśmiechem pomógł jej wsiąść do środka. W milczeniu czekała, aż 

ojciec zajmie miejsce naprzeciwko.

- Wyglądasz o wiele lepiej - pochwalił.

Tyle rzeczy powinni sobie powiedzieć, lecz nie potrafili znaleźć słów. Zamiast nich 

grały uczucia. Brie nie czuła się dziwnie w luksusowej limuzynie. Nie przeszkadzał jej ciężar 

grubego pierścionka, który nosiła na palcu. Na nogach miała włoskie buty. Starte podeszwy 

świadczyły, iż były często używane. Niewątpliwie przez nią, gdyż pasowały idealnie. Musiała 

to być ukochana para.

Zapach   wody   kolońskiej   ojca   kojąco   wpłynął   na   jej   nerwy.   Spojrzała   na   księcia 

pytającym wzrokiem.

- Wiem, że mówię po francusku równie dobrze jak po angielsku. Wiem, bo zdarza mi 

się myśleć w tym języku - wyjaśniła. - Wiem, jak pachną róże. Wiem, w którą stronę mam 

patrzeć, żeby zobaczyć wschód słońca nad wodą, i jak wygląda świt. Nie wiem, czy jestem 

background image

uprzejma, czy samolubna. Nie wiem, jakiego koloru są ściany w moim pokoju. Nie wiem, czy 

potrafiłam ułożyć sobie życie, czy też je zmarnowałam.

Z ciężkim sercem obserwował, jak siedząc naprzeciw niego, usiłuje wytłumaczyć, 

dlaczego nie jest w stanie dać mu miłości, która mu się należała.

- Mógłbym ci to wszystko powiedzieć. Skinęła głową, równie opanowana jak on.

- Ale nie powiesz.

- Myślę, że dowiesz się więcej, jeśli będziesz sama wszystko odkrywać.

- Być może... - Spuściła wzrok i przeciągnęła palcami po torebce z białej, wężowej 

skóry. - W każdym razie zdążyłam już odkryć, że jestem niecierpliwa.

Posłał jej szybki uśmiech, który chętnie odwzajemniła. Musi ci to wystarczyć na dobry 

początek, powiedziała sobie w duchu i utkwiła wzrok w pejzażu za oknem. Od dłuższego 

czasu pięli się w górę malowniczą, smaganą wiatrem drogą. Liczne drzewa, także palmy, 

szelestem liści akompaniowały ich podróży. Po obu stronach szosy piętrzyły się potężne, 

surowe skały, w szczelinach których tkwiły dzikie kwiaty. Strome zbocze nikło poniżej w 

lazurowych wodach spokojnego morza.

Gdy   spoglądała   w   górę,   w   kierunku,   w   którym   zmierzali,   widziała   malownicze 

miasteczko z różowo - białymi domkami przylepionymi na krańcu skalistego półwyspu. Jak w 

bajce, pomyślała, uświadamiając sobie, iż nie czuje zaskoczenia. Gdy dojeżdżali do celu, była 

całkowicie   spokojna.   Miasteczko   z   bliska   wyglądało   równie   uroczo.   Przytulone   do   skał 

domki, wspólnie balansujące na nieprzyjaznym gruncie, sprawiały wrażenie zadowolonych z 

wzajemnej bliskości. Były schludne i zdawały się z godnością nosić swój wiek.

Żadnych drapaczy chmur, żadnych korków. Coś w głębi jej duszy rozpoznawało to 

miejsce,   lecz   była   również   pewna,   że   znała   inne,   duże   i   zatłoczone   miasta,   w   których 

wieżowce trwają w nieustannym wyścigu o miano najwyższego. A jednak to tu był jej dom. 

Nie czuła potrzeby się sprzeczać. Tu i nigdzie indziej.

- Nie opowiesz mi nic o mnie samej? - spytała, patrząc Armandowi prosto w oczy. - 

Opowiedz mi chociaż o Cordinie.

Lubił jej towarzystwo; widziała to w sposobie, w jaki niemal niezauważalnie uniósł 

kąciki ust.

- Jesteśmy starym państwem - odparł z dumą w głosie. - Bissetowie - tak brzmi nasze 

nazwisko rodowe - mieszkają tu i rządzą tymi ziemiami od siedemnastego wieku. Przedtem 

Cordina   znajdowała   się   w   różnych   rękach.   Panowali   tu   Hiszpanie,   Maurowie,   znowu 

Hiszpanie i wreszcie Francuzi. Jesteśmy, jak widzisz, miastem portowym, a nasze strategiczne 

położenie nad Morzem Śródziemnym od wieków czyniło z nas smakowity kąsek. W 1657 

background image

roku nasz przodek, Armand Bis - set, dostał Księstwo Cordiny. Od tamtej pory pozostaje w 

naszych rękach i pozostanie tak długo, jak długo będziemy mieć męskiego potomka. Tytułu 

nie można przekazać córce.

- Rozumiem. - Schyliła głowę w zamyśleniu. - Osobiście mogę być za to wdzięczna, 

lecz z punktu widzenia polityki to dość przestarzałe.

- Nieraz mi to mówiłaś - westchnął.

- Aha. - Odwróciła głowę, by popatrzeć na dzieci bawiące się w parku przy tryskającej 

radośnie fontannie. Minęli sklep z barwnymi sukienkami, piekarnię, której wystawę ozdabiały 

różowe i białe pudełeczka, oraz dom, przed którym na trawniku pyszniły się krzewy azalii. - 

Czy Bissetowie dobrze rządzili?

Jakież to typowe dla niej, pomyślał. Nic nie pamięta, lecz dociekliwy umysł jest żądny 

informacji.

- Cordina cieszy się pokojem - odparł. - Jesteśmy członkiem ONZ. Państwem rządzę 

ja wraz z Loubetem, sekretarzem stanu. Mamy Radę Korony, która obraduje trzy razy w roku. 

W  sprawach   międzynarodowych   muszę  się   z   nimi   konsultować.  Wszystkie   prawa   muszą 

zostać zatwierdzone przez obieralną Radę Narodową.

- Czy w rządzie są kobiety? W zamyśleniu potarł brodę.

-  Widzę,   że   nadal   masz   smykałkę   do   polityki.  Tak,   są.   Nie   byłabyś   zadowolona, 

gdybym podał ci dane procentowe, lecz Cordina mimo to jest państwem postępowym.

- Może „postępowe” to nie jest właściwe określenie - zauważyła.

- Być może. - Uśmiechnął, się wspominając, ile razy dyskutowali na ten temat. - 

Przemysł stoczniowy ze zrozumiałych względów stanowi naszą najmocniejszą stronę, lecz 

turystyka   plasuje   się   tuż   za   nim.   Mamy   piękny,   stary   kraj   o   godnym   pozazdroszczenia 

klimacie. Rządzimy się sprawiedliwie. Nasz kraj jest mały, lecz ważny.

Tym   razem   nie   zamierzała   podważać   słów   ojca.   Całkowicie   pochłonął   ją 

oszałamiający widok pałacu. Stał w miejscu najodpowiedniejszym dla tego typu budowli - w 

najwyżej położonym punkcie półwyspu, zwrócony w stronę morza, do którego prowadziło 

strome, skaliste urwisko.

To był widok, którego sam król Artur by nie zapomniał! Brie pałac jawił się jako 

rzeczywistość ze snu - podobnie jak wiele rzeczy, które poznawała wcześniej.

Wzniesiono go z białego kamienia, ozdabiając niezliczoną ilością skrzydeł, tarasów i 

wieżyczek.   Równie   dobrze   musiał   służyć   obronie,   jak   celom   reprezentacyjnym.   Pozostał 

przez wieki niezmieniony. Górował nad stolicą niczym jej stróż i błogosławieństwo.

background image

Otwartych bram strzegły straże. W schludnych, czerwonych mundurach gwardziści 

wyglądali elegancko, choć nieco zabawnie. Brie przypomniała sobie nagle o Reevie.

-   Rozmawiałam   z   twoim   przyjacielem,   panem   MacGee   -   oznajmiła 

niezobowiązującym   tonem,   odrywając   wzrok   od   pałacu.   Najpierw   interesy,   kotku, 

postanowiła. Miała wrażenie, że tak właśnie zazwyczaj postępuje.

- Podobno prosiłeś go o opiekę nade mną. Choć doceniam twoją troskę, uważam, że 

pomysł, aby w moje życie wkroczył jeszcze jeden nieznajomy, jest odrobinę niewłaściwy. - W 

jej głosie zabrzmiał cierpki ton.

- Reeve jest synem jednego z moich najdawniejszych i najbliższych przyjaciół. Nie 

jest obcy - wyjaśnił Armand.

- Dla mnie jest. Z tego, co mówi, wynika, że spotkaliśmy się tylko raz, prawie dziesięć 

lat temu. Nawet gdybym go pamiętała, i tak byłby dla mnie obcym człowiekiem.

Zawsze podziwiał sposób, w jaki jego córka potrafiła w razie potrzeby wykorzystać 

umiejętność logicznego rozumowania. Tym razem nie mógł pozwolić, by podziw przeważył 

nad zdrowym rozsądkiem.

- Reeve MacGee w Stanach był w policji i zajmował się sprawami bezpieczeństwa, a 

teraz właśnie tego potrzebujemy.

Brie   pomyślała   o   ubranych   w   czerwone   mundury   gwardzistach   przy   bramie   i 

mężczyźnie o byczym karku, który siedział w samochodzie za nimi.

- Czy ochrona, którą zatrudniasz, nie wystarczy? Armand poczekał z odpowiedzią do 

czasu, gdy limuzyna zatrzymała się przed wejściem do pałacu.

- Gdyby wystarczyła, nie szukałbym nikogo. - Wysiadł z samochodu i odwrócił się, by 

pomóc córce. - Witaj w domu, Gabriello.

Ich dłonie pozostały złączone. Armand czuł, że nie jest gotowa, by wejść do środka, i 

cierpliwie czekał.

Wciągnęła   w   nozdrza   intensywną   woń   kwiatów.   Pachniało   jaśminami,   wanilią, 

ziołami i rosnącymi na dziedzińcu różami. Białe kamienie niemal oślepiały na tle soczystej, 

zielonej   trawy.   Na   pewno   był   tu   kiedyś   most   zwodzony,   pomyślała,   zaskoczona   swoją 

pewnością siebie. Teraz wytarte kamienne schodki prowadziły do potężnych, mahoniowych 

drzwi.   Niektóre   pałacowe   okna   zdobiły   witraże.   Na   najwyższej   z   wież   powiewała 

śnieżnobiała, przecięta krwistoczerwoną kreską flaga.

Budynek zdawał się wzywać ją do siebie, a spokój, jakim emanował, dawał poczucie 

bezpieczeństwa.   Był   równie   realny  jak   strach,   który  odczuwała   jeszcze   tak   niedawno.  A 

jednak nie potrafiła powiedzieć, które z okien należały do niej. Przecież przyjechałaś po to, 

background image

żeby   się   tego   dowiedzieć,   głupia   babo,   upomniała   samą   siebie   i   energicznie   ruszyła   ku 

domowi.

Zdążyła przejść kilka kroków, gdy drzwi otworzyły się z hukiem i z pałacu wybiegł 

młody mężczyzna o gęstych, czarnych włosach i sylwetce tancerza.

- Brie!  -  Rzucił  się jej   na szyję  z  siłą  i  entuzjazmem młodości.  Z zadowoleniem 

stwierdziła, iż pachnie końmi. - Właśnie wróciłem ze stajni, kiedy Aleks powiedział, że jesteś 

w drodze do domu.

Od razu poczuła, że ów młody człowiek musi bardzo mocno ją kochać, i ponad jego 

ramieniem bezradnie spojrzała na ojca.

- Twoja siostra musi odpocząć, Bennetcie - pospieszył z komentarzem nieoceniony 

Armand.

-   Naturalnie.   Tu   odpocznie   najlepiej.   -   Szeroki   uśmiech   nie   schodził   z   pięknej, 

ogorzałej twarzy. Wyglądał tak młodo, tak radośnie. Gdy zobaczył, że Brie mu się przygląda, 

zapytał: - Nic nie pamiętasz? W dalszym ciągu?

Pragnęła go przytulić, czuła, że bardzo tego potrzebuje. Ale na razie mogła jedynie 

odwzajemnić uścisk dłoni.

- Przykro mi.

Otworzył usta, lecz nie powiedział słowa, a tylko ciasno objął ramieniem jej talię.

-   Nonsens   -   skwitował   wesoło.   -   Teraz,   gdy   już   jesteś   w   domu,   błyskawicznie 

odzyskasz pamięć. Aleks i ja nie mogliśmy się ciebie doczekać. Wspaniale, że już wróciłaś.

Mówił szybko i była pewna, że usiłuje w ten sposób uspokoić tak ją, jak i samego 

siebie. Weszli do holu, przestronnego, z freskami na suficie i wypolerowaną posadzką. Nie 

wiedziała, dokąd prowadzą długie, szerokie schody. Serce waliło jej jak młotem, postanowiła 

więc skoncentrować się na kojących zapachach. Świeże kwiaty i wosk cytrynowy. Słyszała 

stukot własnych obcasów na posadzce.

Na   stoliku   stała   wysoka,   lśniąca   waza.  Wiedziała,   że   pochodzi   z   czasów   dynastii 

Ming, podobnie jak była pewna, że stolik jest w stylu Ludwika XIV. Potrafiła nazwać i 

skatalogować przedmioty, lecz nie była  w stanie określić, co ją z nimi wiąże. Promienie 

słońca wpadające przez dwa wysokie łukowe okna nie rozgrzewały jej skóry.

Ucieczka! Gwałtowna potrzeba wyrwania się z tego miejsca kłębiła się w niej z coraz 

większą   siłą.  Pragnęła  odwrócić   się  na  pięcie   i  znaleźć  w  bezpiecznej,  bezosobowej   sali 

szpitalnej. Tam nie musiałaby sprostać tylu oczekiwaniom, odpowiadać na wszystkie wiszące 

w powietrzu, nie zadane pytania. Nie czułaby wszechobecnej miłości domowników, której nie 

była w stanie odwzajemnić. Czy kiedykolwiek będzie do tego zdolna?

background image

Bennett zrozumiał, że jest spięta, i mocno ją objął.

- Wszystko będzie dobrze, Brie.

W jakiś niewytłumaczalny sposób znalazła siłę, by się uśmiechnąć.

- Tak, wiem.

W głębi holu otworzyły się drzwi. Brie wiedziała, że ma przed sobą drugiego brata. 

Podobieństwo do księcia było niezaprzeczalne. Ze wszystkich sił starała się odnaleźć w sobie 

jakieś uczucia.

Nie miał gładkiej urody Bennetta. Jego rysy były znacznie surowsze niż u młodszego 

brata. Wyczuwała w nim tę samą godność, która towarzyszyła każdemu ruchowi ich ojca. 

Ależ tak, przypomniała sobie, przecież jest dziedzicem. A to wiąże się z wieloma obowiąz-

kami, już w młodym wieku.

- Gabriello! - Aleksander nie podbiegł do niej, jak to wcześniej uczynił Bennett, lecz 

podszedł spokojnie. Wreszcie stanął przed nią i ujął w dłonie jej twarz. Zrobił to w sposób tak 

naturalny, że była pewna, iż w przeszłości postępował podobnie setki razy. W przeszłości, 

której nie mam, pomyślała czując ciepło jego palców na policzkach. - Tęskniliśmy za tobą.

- Ja... - zająknęła się. Co powinna powiedzieć? Co powinna czuć? Wiedziała jedynie, 

że dłużej tego nie wytrzyma, że wcale nie jest tak dobrze przygotowana, jak się jej wydawało.

Wtem zza ramienia Aleksandra wyłonił się Reeve. Widocznie musiał rozmawiać z jej 

bratem.  Teraz   stał   z   tyłu,   obserwując   spotkanie   rodzinne.   Być   może   będzie   kiedyś   tego 

żałować,   lecz   teraz   potrzebowała   jego   spokojnej   bezstronności.   Starając   się   nie   stracić 

panowania nad sobą, dotknęła ręki Aleksandra.

- Przepraszam, jestem bardzo zmęczona.

W oczach brata dojrzała błysk, którego nie potrafiła sobie wytłumaczyć.

- Ależ oczywiście. Powinnaś odpocząć. Zaprowadzę cię na górę.

-   Nie.   -   Dokładała   wszelkich   starań,   by   odmowa   nie   zabrzmiała   niegrzecznie.   - 

Wybacz mi, potrzebuję trochę czasu. Może pan MacGee zechce zaprowadzić mnie do mojego 

pokoju.

- Siostrzyczko...

Protest Bennetta został natychmiast ukrócony przez Aleksandra.

- Reeve, wiesz, gdzie są pokoje Gabrielli.

-   Naturalnie.   -  Amerykanin   podszedł   i   wziął   ją   pod   rękę,   gestem   pozbawionym 

emocjonalnego zaangażowania. - Wasza Wysokość?

background image

Krętymi schodami poprowadził ją na górę. Na moment odwróciła głowę, by spojrzeć 

na trzech odprowadzających ją wzrokiem mężczyzn. Czuła, że dzielą ich dziesiątki mil, że nic 

ich nie łączy. Wzburzone emocje sprawiły, że resztę drogi pokonała w milczeniu.

Z niczym nie kojarzyły się jej szerokie, lśniące korytarze ani wielobarwne arrasy czy 

misternie drapowane zasłony. Minęli pokojówkę, której na widok księżniczki łzy napłynęły 

do oczu.

- Jak to możliwe, że tak mnie kochają? - mruknęła do siebie samej.

Reeve szedł, delikatnie podtrzymując ją za ramię.

- Ludzie zazwyczaj chcą być kochani.

- I nigdy się nie zastanawiają, czy na to zasługują? - Pokręciła głową. - Czuję się  

zupełnie tak, jakbym weszła w cudze ciało. To ciało ma przeszłość, a ja nie.

Z jego wnętrza, jak z jakiejś wieży obserwuję, w jaki sposób istnieję dla innych.

- Możesz wykorzystać ten dystans. Posłała mu przelotne, zaciekawione spojrzenie.

- A niby jak?

- Masz możliwość oglądania ludzi wokół siebie, nie nastawiając się w stosunku do 

nich   w   żaden   sposób   -   wyjaśnił   z   powagą.   -   Jesteś   całkowicie   neutralna,   jeśli   chodzi   o 

uczucia. Obserwujesz ich bez uprzedzeń. To może ci pomóc zrozumieć siebie.

- Więc rozumiesz, dlaczego poprosiłam cię, żebyś mnie odprowadził do pokoju?

Jej towarzysz, milcząc, zatrzymał się przed pięknie rzeźbionymi drzwiami.

- Tak, masz rację - rzekła z namysłem. - Jeszcze przed chwilą myślałam, że nie zniosę 

ani jednego obcego więcej w moim życiu - wyznała szczerze. - A jednak... Nie żywisz w 

stosunku   do   mnie   żadnych   uczuć,   więc   ja   nie   czuję   się   zobowiązana   ich   odwzajemniać. 

Pilnowanie mnie i zachowanie trzeźwego spojrzenia na sytuację nie sprawia ci najmniejszego 

problemu.

Patrzył   na   nią   w   mdłym   świetle   korytarza.   Żaden   mężczyzna   nie   byłby  w   stanie 

pilnować tej kobiety, zachowując trzeźwość umysłu, lecz wolał jej tego nie mówić.

- Tam, na dole, bałaś się, prawda?

Brie uniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy.

- Prawda.

- A więc zdecydowałaś się mi zaufać.

- Nie. - Powiedziała to, uśmiechając się uroczo. Reeve dostrzegł w niej coś z owej 

dziewczyny z diamentami we włosach, którą poznał przed laty. Ale to wspomnienie niosło ze 

sobą zbyt wiele emocji. - Trudno, w tej paranoicznej sytuacji muszę komuś ufać, bo inaczej 

zwariuję.

background image

Sam   już   nie   wiedział,   czy   bardziej   pociągał   go   jej   uśmiech,   czy   bystrość   i   siła 

charakteru.

- Co więc postanowiłaś?

- Nie potrzebuję twoich usług jako policjanta, Reeve, ale twoja pomoc w innej formie 

może się dla mnie okazać nieoceniona - oświadczyła. - Ojciec pragnie, abyś koniecznie tu 

został, więc może moglibyśmy dogadać się między sobą co do natury naszej współpracy.

- Co masz na myśli?

-   Nie   chcę,   żeby   wszędzie   za   mną   chodzono.   To   jest   chyba   jakaś   obsesja,   bo 

nienawidzę ochrony. Wolałabym uważać cię za bufor między mną a...

- Twoją rodziną? - dokończył. Spuściła oczy i zacisnęła palce na torebce.

- Masz prawo do zachowania takiego dystansu, jaki jest ci potrzebny, Gabriello - rzekł 

łagodnie.

- Ale oni też mają swoje potrzeby. Mam tego pełną świadomość. - Uniosła z powrotem 

głowę, ale nie patrzyła na Reeve'a, lecz na drzwi za jego plecami. - To mój pokój?

Przez chwilę wyglądała na zupełnie zagubioną. Pragnął ją pocieszyć, lecz wiedział, że 

ona tego właśnie nie potrzebuje.

- Tak.

- Myślisz, że postąpię jak tchórz, jeśli powiem, że nie chcę tam wchodzić sama?

W odpowiedzi nacisnął klamkę i wszedł o pół kroku przed nią. A więc lubiła kolory 

pastelowe...

Rozglądała się po małym, przytulnym pokoiku utrzymanym w jasnych, delikatnych 

odcieniach.   Żadnych   falbanek,   zauważyła   z   zadowoleniem.   Nawet   bez   nich   pokój   był 

niezwykle   kobiecy.   Poczuła   ulgę   na   myśl,   iż   akceptuje   swoją   kobiecość   bez   potrzeby 

udowadniania jej. Może z czasem odkryje, że lubi Gabriellę.

Pokój   nie   był   przeładowany,   ale   też   miejsce   się   nie   marnowało.   Na   stylowym 

biureczka pysznił się wazon ze świeżymi kwiatami. Na toaletce stała kolekcja maleńkich, 

kolorowych flaszeczek w przeróżnych kształtach. One też zrobiły na niej miłe wrażenie.

Stanęła na bladoróżowym dywaniku i dotknęła rzeźbionego oparcia krzesła.

-   Powiedziano   mi,   że   zmieniłaś   wystrój   swojego   pokoju   jakieś   trzy   lata   temu   - 

zakomunikował Reeve od niechcenia. - Zapewne to miłe uczucie dowiedzieć się, że się ma 

dobry gust.

Czy sama wybierała materiał na obicie poduch miękkiej sofy? Brie przejechała po niej 

palcem, zupełnie jakby dotyk mógł przynieść jakąś odpowiedź. Nic. Z okna mogła podziwiać 

rozciągającą się poniżej Cordinę, jak to musiała wcześniej robić setki razy.

background image

Widziała ogrody, rozległe połacie trawników, sterczące skały i morze. Dalej leżało 

miasto, domy, wzgórza i zieleń. Mimo iż nie mogła tego widzieć, była pewna, że w parku 

przy fontannie nadal bawią się dzieci.

- Dlaczego blokuję wspomnienia? - spytała niespodziewanie. W jej głosie pojawiła się 

nuta desperacji. - Dlaczego blokuję to, co tak bardzo chciałabym sobie przypomnieć?

- Być może są rzeczy, na których przypomnienie nie jesteś jeszcze gotowa.

- Nie wierzę. - Cisnęła torebkę na sofę i zaczęła spacerować po pokoju, nerwowo trąc 

ręką o rękę. - Coraz bardziej nie lubię tego muru, który odgradza mnie ode mnie samej.

Pozornie delikatna i krucha, ta kobieta była pełna namiętności. Każdemu mężczyźnie 

trudno byłoby udawać obojętność w jej obecności.

- Musisz być cierpliwa - radził, zastanawiając się, do kogo kieruje te słowa: do niej, 

czy do samego siebie.

-   Cierpliwa?   -   Ze   śmiechem   przesunęła   dłonią   po   włosach.   -   Czemu   jestem   tak 

diabelnie pewna, że cierpliwość nie należy do moich zalet? Czuję, że jeśli tylko zdołam 

wyrwać z tego muru choćby jedną cegłę, reszta natychmiast runie. Ale jak tego dokonać? Ty 

mógłbyś mi pomóc. - Topazowe oczy patrzyły na niego w napięciu.

- To zadanie dla twojej rodziny - odrzekł z wysiłkiem.

- Nie. - Potrząsnęła głową w sposób, który nie pozostawiał cienia wątpliwości co do 

jej królewskiego pochodzenia. Mówiła cicho, lecz tonem nie znoszącym sprzeciwu. - Oni 

mnie znają, to jasne, lecz ich uczucia, podobnie jak moje, sprawią, że mur utrzyma się o wiele 

dłużej, niż potrafiłabym go znieść. Patrzą na mnie i ranią mnie, ponieważ ich nie znam.

- Za to ja nie znam ciebie.

- Owszem, i stąd twoja rola. Nie będziesz się cały czas starał nie zranić moich uczuć, 

więc nie będziesz z nimi igrał. Pozostaniesz bezstronnym uczestnikiem tej gry. Przecież i tak 

już przystałeś na propozycję mojego ojca, prawda?

Reeve pomyślał o czekającej na niego ziemi. Wsunął ręce w kieszenie i przygryzł 

wargę.

- Owszem.

- Zdecydowałeś się śledzić każdy mój krok - mówiła, patrząc mu prosto w oczy. - A 

skoro i tak tu będziesz, to mógłbyś mi się do czegoś przydać.

Reeve uśmiechnął się gorzko.

- Jestem do usług, Wasza Wysokość.

- Cieszę się. I jednocześnie przepraszam, że sprawiłam ci przykrość. - Zrobiła kilka 

kroków w jego stronę.

background image

- Myślę, że jeszcze nieraz damy się sobie we znaki, zanim ta historia się skończy. 

Mówię ci to wszystko nie dlatego, żebym chciała wzbudzać litość, lecz dlatego, że muszę to 

komuś powiedzieć. Czuję się taka samotna...

- Głos jej nieznacznie zadrżał. Wpadające przez okno słońce zdradziło bladość. - Nie 

mam nic, co mogłabym  zobaczyć  lub dotknąć, wiedząc, że jest moje. Nie mogę sięgnąć 

pamięcią rok wstecz i przypomnieć sobie czegoś zabawnego, smutnego czy słodkiego. Nawet 

nie wiem, jak brzmi moje pełne imię. Nic nie wiem.

Dotknął jej. Nie powinien tego robić, lecz nie był w stanie się powstrzymać. Czułe 

palce powędrowały ku smutnej twarzyczce i leciutko musnęły policzek.

- Jaśnie Oświecona Gabriella Madeline Justine Bis - set z Cordiny - szepnął.

-   Daj   spokój,   Brie   brzmi   lepiej.   -   Zdobyła   się   na   uśmiech.   Nie   cofnął   dłoni. 

Przymknęła oczy, poddając się pieszczocie. - Przy Brie mogę się odprężyć. Powiedz mi, 

zależy ci na mojej rodzinie?

- Tak.

- W takim razie pomóż im odzyskać kobietę, której potrzebują. Pomóż mi ją odnaleźć. 

W   ciągu   tygodnia   utraciłam   dwadzieścia   pięć   lat.   Muszę   się   dowiedzieć,   dlaczego. 

Powinieneś mnie zrozumieć.

- Rozumiem cię, Brie. - Ale nie powinienem cię dotykać, dokończył w myślach. - Co 

wcale nie znaczy, że mogę ci pomóc.

- Ależ możesz! Możesz, bo nie czujesz takiej potrzeby. Nie bądź w stosunku do mnie 

cierpliwy, bądź opryskliwy! Nie bądź miły, bądź szorstki.

-   Uprzykrzanie   życia   księżniczce   może   nie   wyjść   na   zdrowie   amerykańskiemu 

eksglinie - zauważył, opiekuńczym gestem biorąc ją za rękę.

Roześmiała się głośno, swobodnie. Słyszał ten dźwięk po raz pierwszy od dziesięciu 

lat, lecz mimo to pamiętał go doskonale. Pamiętał też to, czego ona nie mogła pamiętać: 

wspólny walc w świetle księżyca. Wiedział, że zostając, nie postępuje rozsądnie. Ale nie mógł 

jeszcze wyjechać.

Zacisnęła palce wokół jego dłoni. Wyglądała teraz młodo, radośnie.

- Zapewniam ci immunitet, panie Reevie MacGee. Dostajesz niniejszym pozwolenie, 

żeby na mnie krzyczeć, poganiać i szturchać i ogólnie rzecz biorąc dokuczać, jak się da, bez 

obawy o własne życie.

- Czy opatrzysz swój akt królewską pieczęcią? - natychmiast podchwycił grę.

- Jeśli tylko ktoś mi powie, gdzie mogę ją znaleźć - odparowała.

background image

Po   napięciu   nie   został   nawet   ślad.   Była   blada   i   zmęczona,   lecz   miała   cudowny 

uśmiech. Teraz emanowała czymś jeszcze innym: nadzieją i determinacją. Reeve już wiedział, 

że jej pomoże. Później będzie się zastanawiać, dlaczego.

- Wystarczy mi twoje słowo - stwierdził z powagą.

- A mnie twoje. Dziękuję.

Uniósł jej dłoń do ust. Wiedział, że ten gest powinien dla niej być równie naturalny jak 

oddychanie. A jednak, gdy wargami muskał jedwabistą skórę, dostrzegł błysk w wielkich 

oczach. Była nie tylko księżniczką, ale i kobietą. Pociągała go. Im bardziej był świadom jej 

kobiecości, tym większe odczuwał podniecenie. Ostrożnie puścił dłoń i cofnął się.

-  Zostawię   cię  teraz,   musisz   odpocząć.  Twoja  pokojówka   ma  na  imię   Bernadettę. 

Przyjdzie godzinę przed kolacją, chyba że będziesz jej potrzebowała wcześniej.

Ręka Brie opadła bezwładnie wzdłuż jej ciała, zupełnie jakby nie należała do niej.

- Doceniam to, co dla mnie robisz - rzekła z prostotą.

- Nie zawsze tak będzie. - Podszedł do drzwi. Gdy się odwrócił, nadal stała przed 

oknem.   Promienie   słońca   aureolą   podświetlały   jej   włosy.   -  Wystarczy   na   dzisiaj,   Brie   - 

oświadczył cicho. - Jutro możemy wrócić do sprawy.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Zamierzała   oddać   się   rozmyślaniom,   lecz   nadmiar   wrażeń   sprawił,   że   wkrótce 

odpłynęła w krainę snów. Czuła się rozchwiana i zdezorientowana, zupełnie jak pierwszego 

dnia w szpitalu.

Gabriella. Miała na imię Gabriella i leżała w swoim własnym pokoju na miękkiej, 

różowo   -   błękitnej   narzucie,   która   przykrywała   wielkie,   dębowe   łóżko.   Czuła   na   skórze 

delikatny powiew wiatru wpadającego przez uchylone okno.

Ma na imię Gabriella i nie ma powodu, by się budzić, drżąc ze strachu. Bezpieczna, 

jestem bezpieczna, powtarzała bez przerwy w myślach, aż wreszcie udało jej się przekonać 

mięśnie, by się rozluźniły.

- A więc to tak.

Na dźwięk tego jednego, pełnego oburzenia zdania przerażona Brie poderwała się 

gwałtownie. Naprzeciwko łóżka, na krześle o prostym, twardym oparciu, siedziała starsza 

kobieta. Włosy o szarym odcieniu miała upięte w ciasny kok, z którego nieśmiało uwolnił się 

malutki   kosmyk.   Twarz   o   pergaminowo   cienkiej,   żółtej   skórze   pokrywała   gęsta   sieć 

zmarszczek. Nieduże ciemne oczy mierzyły Brie badawczym spojrzeniem, a zwiędłe usta 

miały zdecydowany wyraz. Nieznajoma była ubrana w dostojną, czarną suknię i masywne 

buty; jedyną ozdobę stanowiła kamea na aksamitce zawieszonej na szyi.

Świadoma,   iż   nie   może   polegać   na   własnej   pamięci,   Brie   postanowiła   zawierzać 

instynktom.   Reeve   zalecił   obserwację   bez   uprzedzeń.   Doceniała   mądrość   zawartą   w   tej 

radzie. Patrząc na starą kobietę w czerni, całkowicie wyzbyła się lęku. Spokojnie, nie wstając 

z łóżka, powitała gościa:

- Dzień dobry.

-  Ładne   rzeczy  -  rzekła   kobieta.   Mówiła,  jak  wydawało  się  Brie,   ze  słowiańskim 

akcentem. - Przez tydzień zamartwiałam się o ciebie, a ty wracasz i nawet nie pofatygujesz 

się, żeby się ze mną przywitać.

- Przykro mi. - Przeprosiny przyszły tak naturalnie, że nawet się uśmiechnęła.

- Wygadywali jakieś brednie o twojej pamięci. E tam! - Kobietą uderzyła dłonią w 

poręcz krzesła. - Moja Gabriella miałaby nie pamiętać własnej niani?

Brie   wpatrywała   się   w   starszą   kobietę   intensywnie,   lecz   żadne   wspomnienia   nie 

przychodziły jej do głowy.

- Nie pamiętam - szepnęła z poczuciem winy. - Nic nie pamiętam, wybacz.

background image

W ciągu siedemdziesięciu pięciu lat życia niania wychowała całe przedszkole dzieci i 

pochowała jedno z własnych, więc niewiele mogło ją zaskoczyć. Przez chwilę obie siedziały 

w milczeniu, jakby opiekunka przetrawiała tę nowinę, a potem podniosła się z krzesła energi-

cznie jak nastolatka. Gdy stanęła u wezgłowia łóżka Brie, oczom księżniczki ukazała się 

kobieta podobna do czarnego ptaka, o surowej twarzy i różańcu przypiętym do paska.

- Nazywam się Carlotta Barysznowa, jestem nianią lady Honoru Bruebeck, twojej 

ciotki, oraz lady Elizabeth Bruebeck, twojej matki - oświadczyła z godnością. - Gdy została 

księżniczką   Elizabeth   z   Cordiny,   przyjechałam   razem   z   nią,   by   niańczyć   jej   dzieci. 

Zmieniałam ci pieluchy, opatrywałam kolana i wycierałam nos. Kiedy wyjdziesz za mąż, będę 

się zajmowała twoimi dziećmi.

- Rozumiem.

Brie na wszelki wypadek posłała Carlotcie najuprzejmiejszy uśmiech, na jaki było ją 

stać.   Nagle   dotarło   do   niej,   że   jeszcze   nie   widziała   własnego   uśmiechu.   Będzie   musiała 

wrócić do lustra.

- Byłam grzecznym dzieckiem? - spytała z niepohamowaną ciekawością.

- Hm... - Mruknięcie mogło oznacza wszystko, lecz Brie miała wrażenie, że wyczuwa 

w głosie niani nutkę zadowolenia. - Czasami grzeczniejszym, czasami mniej grzecznym niż 

bracia.   -   Podeszła   bliżej   i   uważnie   przyglądała   się   Brie.   -   Kiepsko   spałaś,   kochasiu   - 

stwierdziła   z   troską.   -  Nic   zresztą   dziwnego. Wieczorem   przyniosę   ci   szklankę   gorącego 

mleka.

Brie przekrzywiła głowę.

- Czy ja je lubię?

- Nie, ale wypijesz. A teraz pora na kąpiel. Za dużo wrażeń i za dużo lekarzy, ot, co ci 

dolega. Zapowiedziałam tej głupiutkiej Bernadettę, że się tobą dziś zajmę. Ejże, co zrobiłaś z 

rękami? - zawołała nagle, podnosząc jedną z dłoni Brie. - Wystarczył tydzień poza domem, 

żebyś   zniszczyła   paznokcie   -   powiedziała   zrzędliwym   tonem.   -   Gorzej   niż   kucharka. 

Połamane i obgryzione, a wydajesz na manicure tyle pieniędzy!

Niania gderała i gderała, a Brie nadal siedziała na łóżku. Dotyk ciepłej, suchej dłoni i 

dźwięk głosu przywołał jakieś ledwie uchwytne, niewyraźne uczucia. Gdy spróbowała je 

zatrzymać, zbladły i zanikły, jak zwykle.

- Często robię manicure?

- Raz na tydzień - sapnęła niania.

- Zdaje się, że muszę coś z tym zrobić.

background image

- Możesz poprosić tę swoją nadętą sekretarkę, żeby cię umówiła. Musisz też zadbać o 

włosy.   Widział   to   kto,   żeby   księżniczka   latała   po   okolicy   z   połamanymi   paznokciami   i 

rozwianym włosem? Do czego to doszło - gderała, odchodząc do przyległego pomieszczenia.

Brie   wstała   i   rozebrała   się.   Krzątająca   się   przy   kąpieli   kobieta   nie   naruszała   jej 

prywatności. Nawet gdy zdjęła koszulę, staruszka była tuż obok, pomagając jej włożyć krótki, 

jedwabny szlafroczek.

- Zepnij włosy - nakazała niania. - Później się nimi zajmiemy. - Widząc w oczach Brie 

wahanie,   podeszła   do   toaletki   i   otworzyła   małe,   emaliowane   pudełko.   W   środku   leżało 

mnóstwo przeróżnych spinek. - Weź.

-   Jej   ton   był   już   mniej   gderliwy.   -   Masz   gęste   włosy,   zupełnie   jak   twoja   matka. 

Potrzebujesz wielu spinek.

- Cmokając, kierowała ją w stronę pomieszczenia, z którego dobiegał odgłos płynącej 

wody. Brie zatrzymała się w progu i rozejrzała wokoło.

Okno   w   dachu   skonstruowane   było   tak   przemyślnie,   że   można   było,   siedząc   w 

wannie, patrzeć na słońce, deszcz lub księżyc. Wyłożone białymi kafelkami ściany zdobiły 

liczne kwiaty, stanowiące wdzięczne tło dla olbrzymiej, zielonej wanny. Dzięki kształtowi 

koniczyny   mogłaby   pomieścić   trzy   osoby,   zauważyła   Brie,   zastanawiając   się,   czy 

kiedykolwiek bawiła się w ten sposób. Otumaniona obserwowała przypominający wodospad 

strumień wody płynący z szerokiego, lśniącego kranu.

Nagle zobaczyła siebie jako namiętną, zmysłową nimfę i zadała sobie pytanie, czy 

rzeczywiście taka jest. Zapach unoszący się znad wanny był tym samym, który dostała w 

maleńkiej,   szklanej   buteleczce,   po   którą   książę   posłał   dziś   rano.   Zapach   Gabrielli, 

przypomniała sobie Brie.

Zrzuciła szlafroczek i zanurzyła się w wodzie. Teraz, gdy niania odeszła, mamrocząc 

coś   na   temat   porozrzucanych   ubrań,   mogła   nareszcie   oddać   się   kąpieli.   Gorąca   woda 

opływała jej ciało. Nagle odkryła, że tego właśnie potrzebowała. Była pewna, że właśnie w 

ten sposób odprężała się setki razy wcześniej, ze wzrokiem utkwionym w niebo, pogrążona w 

myślach.

Niedługo   będzie   kolacja.   Oczami   wyobraźni   widziała   wyrafinowaną,   uroczystą 

oprawę posiłku. Srebra, obrusy, świece, kryształy i porcelana. Bez najmniejszego problemu 

potrafiła  przewidzieć  menu  i  dopasować  gatunek  wina  do potrawy.  Wiedza  na  ten  temat 

należała do równie podstawowej jak odpowiedź na pytanie, co najpierw należy na siebie 

włożyć.   Nie   miała   jednak  pojęcia,   jaki   wzorek  zdobi   ową   delikatną   porcelanę.   Podobnie 

tajemnicze było wszystko, co kryło się za ścianą sypialni.

background image

Zniecierpliwiona   zanurzyła   się   głębiej.   Już   nie   po   raz   pierwszy   miała   okazję 

skonstatować, iż niecierpliwość stanowi istotną cechę jej natury. Odzyska pamięć, zapewniała 

siebie. Jeśli nie stanie się to wkrótce, znajdzie sposób, by sobie poradzić.

Reeve MacGee. Brie sięgnęła po mydło i miękką, zbyt dużą gąbkę. On może stać się 

jej bramą do przeszłości. Kim jest? Co za ulga zająć na chwilę myśli kimś innym! Były 

policjant, przypominała sobie, przyjaciel rodziny. Mimo iż nie jest jej bliskim znajomym, 

wydaje się nieźle ją znać. Ma własne życie w Ameryce. Czy kiedyś tam była? Reeve twierdzi, 

że tak.

Leżała spokojnie, w nadziei że zdoła odzyskać jakiś fragment własnego życia, lecz jej 

wewnętrzny   ekran   wyświetlał   jedynie   ciąg   chaotycznych   obrazów.   Imponujące   gmachy, 

marmury i długie, oficjalne kolacje. I wielka rzeka o brzegach porośniętych gęstą soczystą 

trawą, po której pływają dziesiątki łódek. Odzyskiwanie nawet tak nieistotnych urywków 

wspomnień   okazało   się   niezwykle   wyczerpujące.   Była   prawie   pewna,   że   rzeczywiście 

odwiedziła kraj Reeve'a.

Skoncentruj się na nim, poradziła sobie. Jeśli ten człowiek ma być w jakikolwiek 

sposób pomocny, musi go zrozumieć. Przystojny, pomyślała, i niezwykle gładki w obyciu. 

Nie była pewna, co kryje się za tą fasadą. Sprawiał wrażenie człowieka twardego, samotnika, 

który wszystko robi po swojemu. To dobrze, skwitowała. Właśnie tego mi potrzeba.

W   przeciwieństwie   do   rodziny   nie   miał   żadnego   powodu,   by   chcieć   ją   chronić. 

Podobnie zresztą jak nie miał  najmniejszego powodu, by chcieć jej pomagać. Być może 

przyjął stawiane przez nią warunki jedynie po to, by wywiązać się ze zobowiązań nałożonych 

nań przez ojca. Ochroniarz, pomyślała z niechęcią. Nie chciała mieć dwóch cieni.

Z drugiej strony, zastanawiała się, bawiąc się gąbką, czy nie o to właśnie go prosiła w 

czasie   rozmowy?   Co   poczuła,   gdy   zobaczyła   go   w   holu,   za   plecami   brata?   Ulgę,   choć 

wstydziła się do tego przyznać. Stała tam cała rodzina, kochająca i zamartwiająca się o nią, a 

ona poczuła ulgę na widok nieznajomego.

Może to i lepiej, że myśli więcej o nim niż o sobie. Brie cisnęła gąbkę do wody. Skąd 

mogła wiedzieć, czy polubiłaby kobietę, którą była? Przecież równie dobrze mogła się okazać 

kimś   oziębłym,   nieczułym   i   samolubnym.   Okazało   się,   że   lubi   piękne   stroje  i   manicure. 

Czyżby była aż tak powierzchowna?

A  jednak   ją   kochają.  Wyłowiła   gąbkę,   by  przycisnąć   ją   do   twarzy.   Miłość,   którą 

widziała w oczach rodziny, była prawdziwa. Czy kochaliby ją, gdyby na to nie zasługiwała?

Namiętność. Pamiętała żar, który ogarnął jej ciało, gdy Reeve pocałował jej dłoń. A 

zatem ma normalne, kobiece potrzeby. Czy kiedykolwiek je realizowała? Uśmiechając się do 

background image

swych myśli, oparła wygodnie głowę i zamknęła oczy. Ile kobiet mogłoby szczerze powie-

dzieć, że są niewinne?

Czy   mężczyzna   taki   jak   on   potrafi   odczytywać,   co   się   dzieje   w   sercu   kobiety? 

Czasami, gdy na nią patrzył, czuła, iż sięga w głąb niej, wprawiając w drżenie struny, na 

których żaden nieznajomy nie miał prawa grać. Myśląc o nim, zaczęła się zastanawiać, jak by 

to było, gdyby pozwoliła mu się dotykać; tak naprawdę dotykać. Opuszki palców muskające 

skórę,   dłoń   pieszcząca   rozgrzane   ciało.   Czuła   rodzące   się   podniecenie   i   pozwoliła   mu 

zawładnąć sobą.

Czy to nowe doświadczenie? - zastanawiała się, leniwym ruchem namydlając gąbką 

piersi. Czy z powodu innych mężczyzn też robiła się taka... głodna? Czy byli już jacyś inni 

mężczyźni,   którzy   opanowaliby   jej   umysł,   budząc   marzenia   i   fantazje?   Czy   jest   kobietą 

pożądaną?

Podnosząc się z wanny, pozwoliła wodzie swobodnie spływać po ciele. Reeve miał 

rację, jeśli chodzi o potencjalne zalety sytuacji, w której się znalazła. Mogła bez przeszkód 

obserwować, jak inni reagują na jej bliskość. Dziś wieczorem to właśnie będzie robić.

Wsparta na ramieniu ojca, szła na dół długimi, szerokimi schodami. Zapowiedział jej 

koktajl   w   saloniku,   lecz   nie   dodał,   że   przyjdzie   ją   tam   zaprowadzić.   U   stóp   schodów 

przystanął,   by   czule   ucałować   dłoń   córki.   Ów   gest,   mimo   iż   bardzo   podobny   do   gestu 

Reeve'a, wywołał uśmiech, a nie podniecenie.

- Pięknie wyglądasz, Brie.

- Dziękuję. Ale przy tej kolekcji ubrań, którą mam w szafie, trudno by mi było źle się 

ubrać.

Roześmiał się; jeszcze nigdy nie wyglądał tak młodo.

- Zwykłaś mawiać, że ubrania są twoim jedynym nałogiem.

- Naprawdę?

W   pozornie   błahym   pytaniu   stary   książę   natychmiast   wyczuł   silną   potrzebę 

dowiedzenia się czegoś nowego.

- Zawsze dawałaś mi wyłącznie powody do dumy - zapewnił, biorąc ją pod ramię i 

prowadząc dalej korytarzem.

Reeve   zauważył   pewne   napięcie   istniejące   między   Aleksandrem   a   Loubetem, 

sekretarzem stanu w rządzie Armanda. Manifestowało się ono lodowatą uprzejmością. Kiedy 

Aleksander   obejmie   tron,   skonstatował   Reeve   beznamiętnie,   Loubet   z   pewnością   nie 

zasiądzie u jego boku.

background image

Aleksander od dawna wzbudzał zainteresowanie Reeve'a. Młody książę był bardzo 

zamknięty   w   sobie.   W   przeciwieństwie   do   ojca   nie   posiadał   wrodzonego   odruchu 

kontrolowania siebie. Musiał ciężko na niego pracować. Cokolwiek kipiało wewnątrz, nie 

mogło wybuchnąć, a przynajmniej nie publicznie. Jego brat nie miał podobnych ograniczeń.

Bennett   siedział   swobodnie,   jednym   uchem   słuchając   toczącej   się   rozmowy.   Nie 

analizował każdego słowa, jak jego brat. Chciał cieszyć się tym, co przynosiło życie.

Podobnie jak Gabriella, Reeve nie mógł wiedzieć, czy dziewczyna, którą poznał przed 

laty,   wyrosła   na   kobietę   poważną,   podobną   do   Aleksandra,   czy   też   radosną,   jak   ich 

najmłodszy  brat.   Może   też   okazać   się   zupełnie   inna   niż   rodzeństwo.   Po   dwóch   krótkich 

rozmowach był tego nie mniej ciekaw niż sama Brie.

Jaka jest? Piękna, to widać od razu. Klasyczna uroda i elegancja nie przepadły wraz z 

pamięcią. Pod nimi wyczuwał żelazną wolę. Będzie jej potrzebowała, stwierdził, jeśli ma 

odkryć siebie.

Pociągała go, nie sposób temu zaprzeczyć. To, co dziś czuł, nie miało nic wspólnego z 

oczarowaniem, jakiego doświadczył dziesięć lat temu. Teraz widział w niej kobietę, która ze 

wszystkich sił stara się nie utracić kontroli nad sytuacją, choć jej nie rozumie. Nie sposób nie 

cenić człowieka, który jest w stanie zapanować nad emocjami w chwili, gdy cały świat wali 

mu się na głowę.

Nie sposób również zaprzeczyć pożądaniu, które czuł, ilekroć się spotkali. Sposób, w 

jaki na niego patrzyła tymi wielkimi, topazowymi oczami, nie pozwalał mu o niej zapomnieć. 

Czy zawsze tak było? W każdym razie powinien być ostrożny. Nawet jeśli Brie wygląda jak 

kobieta,   której   można   dotknąć,   uwieść,   z   którą   można   pójść   do   łóżka,   i   tak   pozostanie 

księżniczką. Nie taką z bajek, lecz prawdziwą, z krwi i kości.

Gdy   się   odwrócił   i   spojrzał   na   nią,   musiał   przywołać   całe   swoje   zawodowe 

opanowanie, aby nic po sobie nie pokazać.

Szła z wysoko podniesioną głową, jakby wchodziła na arenę, nie do salonu. Perły 

błyszczały  jej   w   uszach,   na   szyi   i   w   odgarniętych   do   tyłu   włosach.   Suknia   miała   kolor 

dojrzewających   winogron.   Jedwab   i   perły   doskonale   komponowały   się   z   jasną   karnacją. 

Postawa   godna   była   tytułu,   jaki   nosiła.   Choć   nie   trzymała   się   kurczowo   ojcowskiego 

ramienia, Reeve był pewien, że chętnie by skorzystała z oparcia. Jednocześnie była zwarta i 

gotowa. A także, zauważył z satysfakcją, szukała wzrokiem jego.

- Wasza Wysokość...

Spokojnie czekała, aż Loubet przejdzie przez salę i złoży przed nią ukłon. Zobaczyła 

mężczyznę   starszego   niż   Reeve,   lecz   młodszego   niż   jej   ojciec.   Jasne   włosy   przetykała 

background image

siwizna, a na twarzy widoczne były pierwsze zmarszczki. Wspaniale pachnie, pomyślała, 

dziwiąc się przewrotności swego umysłu. Chodził, nieznacznie powłócząc lewą nogą, lecz 

muszka i czarujący uśmiech nadawały mu niezwykle elegancki wygląd.

- Cieszę się, że panią znów widzę.

- Dziękuję. - Uścisk dłoni nie zrobił na niej najmniejszego wrażenia.

- Pan Loubet i ja musieliśmy dziś wieczorem omówić pewne sprawy - podpowiedział 

książę. - Niestety, nie będzie mógł zostać z nami na kolacji.

- Same obowiązki i żadnych przyjemności, panie Loubet - uśmiechnęła się uprzejmie.

- Naprawdę miło widzieć Waszą Wysokość bezpieczną w domu.

Kątem oka Brie zdążyła zauważyć porozumiewawcze spojrzenie, jakie wymienili obaj 

panowie.

- Skoro pewne sprawy nie wchodzą w zakres moich obowiązków, może czas pomyśleć 

o drinku - zaproponowała lekkim tonem.

Przechodząc   przez   pokój,   zauważyła   pełne   aprobaty   spojrzenie   Reeve'a.   Bolesny 

węzeł w żołądku odrobinę się rozluźnił.

-   Panowie,   proszę   się   rozgościć.   -  Wskazała   wszystkim   miejsca.  Wszystkim   poza 

Bennettem, który już dawno się rozgościł. - Czy mam swój ulubiony napój?

- zapytała go, wskazując na barek.

- Woda artezyjska z limonką - odparł z uśmiechem.

- Zwykłaś mawiać, że do kolacji podaje się tyle wina, że nie potrzebujesz zaczynać 

zabijania swoich szarych komórek już przed jedzeniem.

- Bardzo rozsądnie.

Reeve podszedł do baru przygotować napój dla księżniczki, a Brie zajęła miejsce na 

jednej z sof. Panowie rozgościli się wokół niej. Czy całe moje życie było zdominowane przez 

mężczyzn? - zastanawiała się, popijając podany napój.

-   No   i   jak,   powiedzieć   wam,   co   widzę?   -   zaczęła   i   nie   czekając   na   odpowiedź, 

ciągnęła: - Widzę, że Aleksander jest zdenerwowany oraz że mój  ojciec ostrożnie stawia 

każdy krok, jak człowiek na polu minowym. Ja stoję na samym jego środku.

- Ta rozmowa nie ma sensu - stwierdził Aleksander.

- To sprawa czysto rodzinna.

-   Problemy   rodziny   panującej   są   problemem   całej   Cordiny.   -   Głos   Loubeta   był 

uprzejmy,   lecz,   jak   zauważyła   Brie,   całkowicie   beznamiętny.   -   Stan   zdrowia   księżniczki 

Gabrielli to sprawa zarówno osobista, jak i wagi państwowej. Obawiam się, że światowa 

prasa zacznie żerować na wieści o jej amnezji, jeśli tylko dojdą do nich jakieś przecieki. 

background image

Jeszcze nie ucichła sprawa porwania. Pragnąłbym jedynie dać ludziom i Jej Wysokości chwilę 

wytchnienia.

- Loubet ma rację. - Głos Armanda był nie tylko spokojny, lecz także przepełniony 

uczuciem.

- Teoretycznie. - Aleksander posłał Reeve'owi niechętne spojrzenie. - Co nie zmienia 

faktu, że Gabriella potrzebuje odpoczynku i terapii. Ktokolwiek to zrobił. .. - palce księcia 

zacisnęły się wokół szklanki - drogo za to zapłaci.

- Aleksandrze. - Brie położyła rękę na jego dłoni dobrze znanym mu gestem, którego 

sama nie pamiętała. - Zanim ktokolwiek poniesie karę, muszę sobie przypomnieć, co się 

wydarzyło.

- Przypomnisz sobie, gdy będziesz gotowa. Tymczasem...

-   Tymczasem   -   przerwał   mu   ojciec   -   wszelkimi   dostępnymi   sposobami   musimy 

chronić Brie. I zgadzam się z Loubetem, że nieujawnianie informacji o amnezji zwiększy jej 

bezpieczeństwo. Jeśli porywacze dowiedzą się, że nic dotąd nie powiedziałaś, mogą zechcieć 

uciszyć cię, zanim coś sobie przypomnisz.

Brie podniosła szklankę do ust i w milczeniu wysączyła napój.

- Jak mam to ukryć? - zapytała.

- Jeśli można, Wasza Wysokość - Loubet, nim zwrócił się do Brie, zerknął w stronę 

Armanda - sugerowałbym pozostanie w domu wśród tych, którym pani ufa. Powinniśmy 

odwołać lub przełożyć na później pani spotkania poza domem. Porwanie, wyczerpanie i szok 

wystarczą za usprawiedliwienie, nie trzeba nic dodawać. Lekarz, który się panią zajmował, 

jest człowiekiem pani ojca. Nie musimy się obawiać, że powie coś więcej niż to, co mu 

każemy.

- Nie. - Brie zdecydowanym ruchem odstawiła szklankę.

- Słucham...?

- Nie - powtórzyła uprzejmie, szukając spojrzeniem ojca. - Nie będę tu siedziała jak w 

więzieniu. Jeśli mam jakieś zobowiązania, dotrzymam ich. - Zobaczyła, jak Bennett szczerzy 

zęby w uśmiechu i wznosi toast.

- Wasza Wysokość musi zrozumieć, na jakie naraża się zagrożenie! Proszę poczekać 

przynajmniej do czasu, gdy policja ustali, kto panią porwał - zdenerwował się Loubet.

- Mam siedzieć w zamknięciu i czekać z założonymi rękami? - Potrząsnęła głową. - 

Odmawiam.

- Gabriello, nasze obowiązki nie zawsze są przyjemne. - Książę strząsnął popiół z 

nerwowo zapalonego papierosa.

background image

-   Być   może.   Nie   mam   w   tej   kwestii   żadnego   doświadczenia.   -   Spuściła   głowę   i 

zatrzymała   wzrok  na   pierścieniu,   do   którego   zdążyła   już   przywyknąć.   -  Ci,   którzy  mnie 

porwali, są nadal na wolności. Nie chcę, żeby myśleli, że są bezkarni. Panie Loubet, zna mnie 

pan dobrze?

- Od dziecka, Wasza Wysokość.

- Czy określiłby mnie pan jako raczej inteligentną? W oczach ministra pojawiły się 

iskierki wesołości.

- Znacznie więcej niż „raczej” inteligentną.

- A więc sądzę, że możemy pójść na mały kompromis. Zgadzam się, żeby amnezję 

utrzymać w tajemnicy, jeśli uważacie, że tak będzie lepiej, ale nie zamierzam żyć w ukryciu.

Armand chciał zabrać głos, lecz szybko usiadł z powrotem. Na jego ustach zagościł 

uśmiech. Nic a nic się nie zmieniła, stwierdził z zadowoleniem.

- Wasza Wysokość, byłbym szczęśliwy, mogąc jakoś pani pomóc, lecz...

- Dziękuję, panie Loubet. Pan MacGee obiecał mi pomoc. - Mówiła głosem miękkim, 

lecz nie znoszącym sprzeciwu. - Powie mi wszystko, co będę chciała wiedzieć o księżniczce 

Gabrielli.

Reeve odnotował niechęć na twarzy Aleksandra, spekulacje Armanda i ostrożną próbę 

sprzeciwu Loubeta.

-   Księżniczka   i   ja   zawarliśmy   umowę.   -   Usiadł   wygodnie,   obserwując   reakcje 

zgromadzonych. - Uważa, że towarzystwo obcej osoby może mieć na nią dobry wpływ.

-  Później   o  tym  porozmawiamy.   - Armand   wstał   z  miejsca.   Jego  ton,   jak  zwykle 

uprzejmy, brzmiał równie kategorycznie, jak córki. - Niezmiernie żałuję, że napięty plan zajęć 

nie pozwala ci zostać z nami na kolacji, Loubet. Jutro dokończymy naszą rozmowę.

- Tak, Wasza Wysokość.

Uprzejme   pożegnania,   kurtuazyjne   zwroty.   Brie   w   zamyśleniu   odprowadziła   go 

wzrokiem. Wygląda na bardzo szczerego i wrażliwego.

- Czy go lubię? - zwróciła się do ojca. Książę uśmiechnął się, biorąc córkę pod rękę.

- Nigdy nie wypowiedziałaś się w tej kwestii. Dobrze wykonuje swoje obowiązki.

- I jest śmiertelnie nudny - dodał Bennett, wstając z miejsca. - Chodźmy coś zjeść. - 

Pociągnął Brie za rękę. - Dziś wieczorem będziemy świętować. Możesz zjeść pół tuzina 

surowych ostryg, jeśli masz ochotę.

- Surowych? Czy ja je lubię?

- Uwielbiasz - odparł wesoło i poprowadził siostrę do jadalni.

background image

-   Zabawne...   Nie   wiedziałam,   że   Bennett   lubi   dowcipy   -   rzekła   Brie   później, 

wychodząc z Reeve'em na taras.

- A ty lubisz, gdy ci się płata figle. - Reeve przystanął, by osłonić dłonią płomień 

zapalniczki. Nikły blask oświetlił jego uśmiech, a wieczorna bryza uniosła dym w ciemność.

- Dowiedziałam się też, że nie cierpię ostryg, a mój charakterek domaga się odwetu - 

dodała, zaciskając usta. - Aleksander jeszcze zapłaci za to, że mnie zmusił do połknięcia tego 

żywego  paskudztwa. Ale,  mówiąc  poważnie,  Reeve...  - oparła  się o  kamienną  barierkę  - 

widzę, że postawiłam cię w dość niezręcznej sytuacji. Nie miałam takiego zamiaru, lecz cóż, 

stało się. Mimo to ani myślę pozwolić ci odejść.

- Sam podejmuję decyzje - oznajmił z naciskiem.

- Wiem. - Uśmiech Brie niespodziewanie przerodził się w szczery śmiech. - Może 

dlatego tak dobrze się przy tobie czuję, wiesz? - dodała, poważniejąc. - Dziś wieczorem 

posłuchałam twojej rady.

- To znaczy?

- Obserwowałam i wyciągałam wnioski. Wiesz, mam wspaniałego ojca. Doskonale 

sobie radzi mimo nawału obowiązków i trudnych spraw ostatniego tygodnia. Służba odnosi 

się do niego z ogromnym szacunkiem i bez lęku, więc chyba jest sprawiedliwy. Zgadzasz się 

ze mną?

Poruszyła głową, światło księżyca zaigrało na jej włosach.

- Owszem.

-   Aleksander   jest...   jak   by   to   powiedzieć...   Zachowuje   się   jak   znacznie   starszy 

mężczyzna. Pewnie wydaje mu się, że tak powinno być. Nie polubił cię.

Opuściła głowę. Jego oczy znalazły się na linii jej ust.

- To prawda - przyznał.

- Czy to ci przeszkadza? Wzruszył ramionami.

- Nie wszyscy muszą mnie lubić.

- Szkoda, że nie mam twojej pewności siebie - westchnęła. - W każdym razie dolałam 

oliwy   do   ognia.   Kiedy   powiedziałam,   że   mam   ochotę   się   przejść   i   poprosiłam   o   twoje 

towarzystwo, nie był zadowolony. Jest bardzo zaborczy.

- Raczej zazdrosny! Wydaje mu się, że to należy do jego obowiązków - zauważył 

Reeve.

-   Tak   czy   owak   z   czasem   zmieni   zdanie   na   twój   temat.   Bennett   jest   inny,   taki 

beztroski. Może to sprawa wieku, a może tego, że jest najmłodszy. A jednak przez cały czas 

background image

obserwował mnie, jakbym za chwilę miała się potknąć i potrzebowała wsparcia. No i Loubet. 

Co o nim myślisz?

- Nie znam go - stwierdził lakonicznie.

- Ja też nie - odparła z kwaśną miną. - Ale naprawdę jestem ciekawa twojego zdania.

- No cóż, on także ma mnóstwo obowiązków - odparł wymijająco.

- Jesteś człowiekiem bardzo opanowanym - powiedziała. - Nie przypuszczałam, że to 

cecha narodowa Amerykanów.

- Ty też nie dajesz się ponieść emocjom - zauważył.

- Tak sądzisz? - Odęła wargi w zamyśleniu. - Może to i prawda, ale czyż nie wynika 

wyłącznie z konieczności? Nie mogę sobie pozwolić na strojenie fochów.

Kolacja   kosztowała   Brie   więcej   wysiłku,   niż   okazywała.   Reeve   obserwował,   jak 

ciężko opiera się dłońmi o kamienny murek. Była zmęczona, lecz doskonale rozumiał, że 

niechętnie myśli o powrocie do swego pokoju.

- Brie, czy nie myślałaś o tym, żeby wziąć kilka dni urlopu i gdzieś wyjechać? - 

zapytał z pozoru beztrosko.

Czujnie uniosła głowę.

- Wyjechać, nie uciec - wyjaśnił z naciskiem. - To normalna rzecz, takie nagłe wypady.

- Nie mogę sobie pozwolić na normalne zachowania, dopóki się nie dowiem, kim 

jestem - oznajmiła buntowniczo.

- Twój lekarz twierdzi, że amnezja niedługo minie.

- Co znaczy niedługo? - odparowała. - Tydzień, miesiąc, a może rok? Nie ma mowy, 

Reeve!   Nie   będę   siedziała   z   założonymi   rękami,   czekając,   aż   wszystko   się   wyjaśni.   W 

szpitalu dręczył mnie sen... - Przymknęła oczy. - W tym śnie śpię i nie śpię jednocześnie. Nie 

mogę   się   poruszać.   Jest   ciemno   i   słyszę   głosy,   ale   nie   mogę   ich   zrozumieć,   chociaż   je 

rozpoznaję. I boję się, Reeve. Jestem przerażona...

Łapczywie zaciągnął się papierosem.

- Podawali ci środki odurzające.

Powoli odwróciła się ku niemu. W przyćmionym świetle oczy błyszczały jej niczym 

płomień świecy.

- Skąd wiesz?

-   Lekarze   musieli   ci   zrobić   płukanie   żołądka.   Na   podstawie   stanu,   w   jakim   się 

znajdowałaś, można wyciągnąć wniosek, że cały czas podawano ci jakieś narkotyki. Nawet 

jeśli odzyskasz pamięć, pewnie nie będziesz w stanie przypomnieć sobie wszystkiego. Lepiej, 

żebyś była tego świadoma już teraz.

background image

- Nie, Reeve. - Zacisnęła usta i odezwała się, dopiero gdy była pewna, że głos jej nie 

zadrży. - Przypomnę sobie wszystko. Co jeszcze wiesz?

- Niewiele.

- Mów, miejmy to z głowy.

Strząsnął popiół i cisnął niedopałek w mroczną pustkę.

- No dobrze. Zostałaś uprowadzona w niedzielę. Nie wiadomo dokładnie, o której 

godzinie, bo wybrałaś się na samotną przejażdżkę. Wieczorem zatelefonowali do Aleksandra.

- Do Aleksa?

-  Tak,   niedzielne   popołudnie   zazwyczaj   spędza   w   biurze.   Ma   tam   własny  numer, 

podobnie   zresztą   jak   wy   wszyscy.   Rozmowa   była   krótka.   Zakomunikowano   jedynie,   że 

zostałaś  uprowadzona  i   że  nie   wypuszczą  cię,  dopóki  nie   zostaną   spełnione   ich  żądania. 

Jednak żadnych nie przedstawiono.

Gdzie była więziona? Pamiętała jedynie ciemność...

- Co Aleks zrobił?

-   Pobiegł   do   ojca   i   natychmiast   wszczęto   poszukiwania.   W   poniedziałek   rano 

znaleziono twój samochód sześćdziesiąt kilometrów od miasta, w miejscu, gdzie masz małą 

farmę. Zdaje się, że masz zwyczaj tam jeździć, aby cieszyć się samotnością. W poniedziałek 

wieczorem porywacze ujawnili pierwsze żądania. Chodziło o pieniądze. Zanim zdążyli ustalić 

warunki   transakcji,   był   kolejny  telefon.  Tym   razem   w   zamian   za   twoją   wolność   żądano 

zwolnienia czterech więźniów.

- A to skomplikowało całą sytuację. - Pokiwała głową.

- Dwóch czekało na egzekucję za szpiegostwo - wyjaśnił, sądząc, że chciałaby to 

wiedzieć. - W ten sposób sprawa wymknęła się ojcu spod kontroli. Pieniądze to jedno, a 

wypuszczanie więźniów to zupełnie inna sprawa. Negocjacje trwały, gdy niespodziewanie 

odnaleziono cię na poboczu drogi.

- Muszę tam wrócić - mruknęła, zaciskając dłonie.

- Do miejsc, gdzie znaleziono mój samochód i mnie.

-   Jeszcze   nie   teraz,   Brie.   Zgodziłem   się   pomóc   ci,   ale   musisz   przystać   na   moje 

warunki.

Zmrużyła oczy, nagle czujna.

- To znaczy?

- Pozwól, że o pewnych rzeczach będę decydował ja - rzekł twardo. - Zabiorę cię tam, 

kiedy uznam, że jesteś wystarczająco silna. Na razie nigdzie się nam nie spieszy.

- A jeśli się nie zgodzę?

background image

- Wtedy twój ojciec może poważniej potraktować plan Loubeta.

- I niczego nie osiągnę.

- Owszem.

- Wiedziałam, że  nie będzie  łatwo z tobą  współpracować,  Reeve. - Odeszła  kilka 

kroków i stając w świetle księżyca, dodała: - Zdaje się, że nie mam zbytniego wyboru, i wcale 

mi się to nie podoba. Przecież możliwość wyboru to sens wolności. Dniem i nocą marzę, że 

odzyskam pamięć i przestanę być zależna od innych. Jutro, po rozmowie z sekretarką, jak jej 

tam...

- Smithers - podpowiedział. - Janet Smithers.

- Co za pospolite nazwisko - skrzywiła się Brie. - W każdym razie rano przejrzę z nią 

mój rozkład zajęć. Chciałabym, abyś także rzucił na niego okiem. Pragnę się wywiązać ze 

wszystkich zobowiązań, bez względu na to, czego dotyczą, nawet gdybym miała strawić całe 

godziny na zakupach lub w salonie piękności.

- Myślisz, że tak właśnie spędzasz czas?

- To niewykluczone, przecież jestem bogata, prawda?

- Owszem, nie da się ukryć.

-   No   cóż,   w   takim   razie...   -   Wzruszyła   ramionami.   -   Wieczorem,   przed   kolacją, 

leżałam sobie w wannie i rozmyślałam. Szczerze mówiąc, myślałam o tobie, Reeve.

Powoli wsunął ręce do kieszeni.

- O mnie?

-   Usiłowałam   przeanalizować   twoją   osobowość.   Niektóre   rzeczy   są   dla   mnie 

oczywiste, inne nie. Jeśli przypadkiem znałam się na mężczyznach, ta wiedza bezpowrotnie 

przepadła. - Podeszła do niego bez cienia zażenowania. - Zastanawiałam się, czy kiedyś cię 

pocałuję, czy weźmiesz mnie w ramiona, czy poznam tę część siebie, która każe mi o tym 

wszystkim myśleć.

Odchylił się do tyłu i spojrzał na nią z góry.

- Czy to należy do moich obowiązków, Wasza Wysokość?

- Nie obchodzi mnie, co o tym myślisz - warknęła.

- Nie? Ale może mnie obchodzi...

- Uważasz, że nie jestem atrakcyjna?

Wydęła wargi z udanym lekceważeniem i czekała na odpowiedź. Sprawiała wrażenie 

kobiety przywykłej do barwnych, wymyślnych komplementów. Od niego ich nie usłyszy!

- Nie jesteś nieatrakcyjna.

Dlaczego w ustach Reeve'a stwierdzenie to zabrzmiało jak obelga?

background image

- Może masz zobowiązania wobec innej kobiety?

- dociekała. - Czy czułbyś, że postępujesz nieuczciwie, gdybyś mnie pocałował?

Tkwił na swoim miejscu, uśmiechając się uprzejmie.

- Nie mam żadnych zobowiązań, Wasza Wysokość - oznajmił sztywno.

-   Dlaczego   nagle   zacząłeś   mnie   tytułować?   -   spytała   z   irytacją.   -   Chcesz   mnie 

sprowokować?

- Tak.

Poczuła   ogarniającą   ją   złość,   lecz   niespodziewanie   dla   samej   siebie   wybuchnęła 

śmiechem.

- To działa!

- Jest już późno. - Przyjacielskim gestem ujął ją za rękę. - Pozwól, że cię odprowadzę.

- To znaczy, że nie uważasz mnie za nieatrakcyjną - stwierdziła z satysfakcją. Szli 

obok  siebie,  lecz  nie   razem.   -  Skoro  nie  masz   zobowiązań,   czemu   mnie   nie  pocałujesz? 

Przecież zgodziłeś się mi pomagać.

Przystanął, patrząc na nią.

- Obiecałem twojemu ojcu, że będę cię chronił przed kłopotami.

- Mówiłeś, że mi  pomożesz odnaleźć siebie. Okazuje się, że twoje słowo nic nie 

znaczy, albo nie lubisz całować kobiet...

Zdążyła przejść dwa stopnie, gdy złapał ją za ramię.

- Nie masz zwyczaju odpuszczać, prawda? - warknął.

- Zdaje się, że nie - odparła z uśmiechem.

- Ja też. - Przyciągnął ją do siebie i dotknął jej warg z zamiarem złożenia na nich 

wymuszonego pocałunku.

Rozumiał   potrzeby  tej   kobiety,   lecz   wiedział,   że   jawnie   nakłania   go   do   zrobienia 

czegoś, od czego powinien się wstrzymać. Jego obojętność trwała zaledwie kilka sekund. Brie 

była ciepła, kusząca, podniecająca. Objął dłonią jej szyję i pocałował ją goręcej. Czuł, jak bez 

wahania odpowiada namiętnością na namiętność.

Brie sądziła, iż wie, czego ma się spodziewać. Pojęcie pocałunku było dla niej czymś 

równie oczywistym jak jedzenie czy picie. A jednak myliła się. W chwili, gdy ich usta się 

zetknęły, przestała panować nad ciałem. To Reeve decydował o wszystkim, co czuła. Nie 

pamiętała, czy było jej kiedyś dane doznać podobnego uczucia. Wszystko było świeże, nowe, 

podniecające. I zaskakująco głębokie, pierwotne, oczywiste.

Pragnęła go, marzyła o nim, tęskniła za jego dotykiem. Może nigdy wcześniej tego nie 

doświadczyła. Ból niespełnionego pożądania przeszywał dreszczem jej ciało. Ale czy był już 

background image

ktoś wcześniej? Kto? Czy kiedyś już stała w świetle księżyca, opleciona silnymi męskimi 

ramionami? Czy choć raz bez wahania gotowa była poddać się namiętności? Ile to dla niej 

znaczyło?

-   Reeve...   -   Ostrożnie   cofnęła   się   kilka   kroków.   -   Myliłam   się.   Dzięki   temu   nie 

rozumiem ani trochę więcej.

Czuł jej gorącą, niepohamowaną namiętność. Pragnął ponownie sięgnąć po nią, gdy 

nagle napłynęły pytania: ilu było przed nim? Kto? Wrócił dystans, jaki jeszcze przed chwilą 

utrzymywał się między nimi.

- Wiesz co, powinniśmy się z tym przespać - powiedział.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Czuła   się   jak   figurantka.   Jedynym   powodem,   dla   którego   siedziała   w   swoim 

pozbawionym falbanek, eleganckim gabinecie był fakt, że Reeve ją tu przyprowadził. Była 

wdzięczna, gdy punktualnie o ósmej zapukał do drzwi jej sypialni ze zwyczajnym „Jesteś 

gotowa?”,   i   niczym   więcej.   Perspektywa   pytania   kogoś   z   pałacowej   służby   o   drogę   do 

własnego gabinetu nie była specjalnie kusząca. Nie chciała od razu pierwszego dnia stawiać 

czoła cudzym oczekiwaniom i ciekawości. Przy nim nie musiała za nic przepraszać, wstydzić 

się czy wyjaśniać.

Reeve jest tutaj, powtarzała sobie. Będzie mnie prowadził i wspierał. Dopóki będzie 

pamiętać   o  tym,   a   nie   o   chwili   słabości,   której   wczorajszego   wieczoru   ulegli   na   tarasie, 

wszystko będzie w porządku. Lepiej by się czuła, gdyby nie obudziło jej wspomnienie jego 

bliskości.

W   milczeniu   udali   się   na   trzecie   piętro   w   lewym   skrzydle   pałacu,   gdzie   Reeve 

wprowadził ją do pokoju na końcu korytarza. Ostrożnie weszła do środka.

Pokój   nie   był   duży,   lecz   bardzo   urzędowy.   Dobrze   oświetlony,   praktycznie 

wyposażony,   a   jednocześnie   dawał   wrażenie   pewnej   prywatności.   Z   ulgą   stwierdziła,   że 

doskonałej jakości meble nie są zbyt wymyślne. Na środku stało utrzymane w nienagannym 

porządku wielkie, mahoniowe biurko. Zaobserwowała, że i w tym pomieszczeniu dominują 

kolory   pastelowe.   Minęła   dwa   rzeźbione   krzesła   z   hebanowego   drewna   z   obiciami   w 

orientalne wzory. W wazonie z Sevres stały różowe róże, a białe goździki - w dzbanuszku z 

porcelany wedgwood. Wyjęła jeden kwiat i obracając go między palcami, odwróciła się do 

Reeve'a.

- Ciekawe, nad czym tu pracuję.

Zobaczyła leżący na biurku gruby, oprawny w skórę notes, lecz nie wzięła go do ręki. 

Czy   znajdzie   w   środku   swoje   życie   wypełnione   lunchami,   herbatkami,   przymiarkami, 

zakupami? A jeśli tak, to czy będzie potrafiła dać sobie z tym wszystkim radę?

- Czym się zajmuję? - zapytała.

W   jej   głosie   zabrzmiały   zarówno   wyzwanie,   jak   i   błaganie.   Jedno   i   drugie   było 

skierowane do niego.

Odrobił pracę domową. Po południu, gdy Brie spała, przejrzał jej zapiski, kalendarzyk, 

nawet pamiętnik. Teraz wiedział o Jej Wysokości Księżniczce Gabrielli de Cordina niemal 

wszystko. Jednakże Brie Bisset była nieco bardziej skryta.

background image

Spędził godzinę z jej sekretarką i kolejną z majordomusem. Odbył krótką, ostrożną 

rozmowę z byłą nianią. Obraz księżniczki Gabrielli, jaki zaczął mu się rysować, okazał się 

bardziej skomplikowany, a zagadka jej porwania i ocalenia bardziej intrygująca, niż myślał.

Na pierwszy rzut oka wydawało się, że książę pozostawił śledztwo w rękach policji i 

powrócił do własnych spraw. Jednak Reeve rzadko wierzył w to, co wydaje się oczywiste. 

Jeśli  Armand   gra   w   szachy   z   nim   jako   gońcem,   przystąpi   do   rozgrywki   i   wykona   parę 

własnych   posunięć.   Odkrycie,   że   w   pewnych   sferach   ograniczenie,   prywata   i   ukrywanie 

niewygodnych faktów są na porządku dziennym, nie zajęło Amerykaninowi zbyt dużo czasu. 

Jednak, aby złożyć w całość kawałki układanki stanowiącej obraz uprowadzenia księżniczki, 

najpierw musiał złożyć obraz samej Gabrielli.

Ze sposobu, w jaki opisała poprzedniego dnia swoją rodzinę. Reeve wywnioskował, że 

jest   spostrzegawcza.   Jednak   wyobrażenie,   jakie   miała   na   własny   temat,   było   dalekie   od 

prawdy.  A  może   obawia   się   samej   siebie,   zastanawiał   się.   Przez   chwilę   usiłował   sobie 

wyobrazić, jakie to może być uczucie: obudzić się pewnego dnia rano bez przeszłości, bez 

zobowiązań, bez świadomości, kim się jest. Porażające! Szybko odsunął od siebie tę myśl. Im 

bardziej współczuł tej kobiecie, tym trudniej mu było wykonywać pracę, jakiej się podjął.

-   Zajmujesz   się   kilkoma   projektami.   -   Zaczął   obojętnie,   podchodząc   do   biurka.   - 

Codzienne obowiązki, trochę reprezentacji.

Niespodziewanie poczuła, jak wracają wspomnienia wczorajszego wieczoru i siła, z 

jaką na nią działał. Musi się opanować. To tylko wynajęty człowiek, jej tymczasowy cień. Nie 

może pozwolić, by emocje przeszkodziły jej w realizacji tego, co najważniejsze.

-   Projekty?   -   podchwyciła.   -   Naprawdę   zajmuję   się   czymś   poza   malowaniem 

paznokci?

-   Nie   przepadasz   za   Gabriellą,   prawda?   -   Reeve   położył   rękę   na   jej   dłoni 

spoczywającej na oprawnej w skórę okładce. Przez kilka długich sekund żadne z nich nie 

poruszyło się.

- Być może - odrzekła z namysłem. - Żeby ją zrozumieć, muszę ją poznać. Na razie 

jest mi bardziej obca niż ty.

Poczuł wzbierające współczucie. Bez względu na to, jak mocno tego pragnął, nie był 

w stanie całkowicie się go wyprzeć. Ręka skryta pod jego dłonią pozostawała nieruchoma, 

głos   brzmiał   zdecydowanie,   lecz   w   topazowych   oczach   widział   zwątpienie,   zmieszanie   i 

błaganie o pomoc.

- Usiądź, Brie - poprosił miękko.

Zawahała się, ale powoli cofnęła dłoń i usiadła na jednym z wyściełanych krzeseł.

background image

- Zgoda. Czy teraz będzie lekcja pierwsza?

-   Nazwij   to   jak   chcesz.   -   Przysiadł   na   krawędzi   biurka,   zachowując   odpowiedni 

dystans,   i   patrząc   Brie   prosto   w  oczy,   zaczął:   -  Powiedz   mi,   co   widzisz,   gdy  myślisz   o 

księżniczce.

- Bawisz się w psychoanalityka?

- To proste pytanie. Twoja odpowiedź może być równie prosta.

- Dobrze - uśmiechnęła się. - Więc tak: książę na białym koniu, dobre wróżki i szklane 

pantofelki.

Przytuliła pąk róży do policzka i utkwiła wzrok w smudze światła, kładącej się na 

podłodze za jego plecami.

- Lokaje w fantazyjnych liberiach, karety z białymi, satynowymi obiciami, śliczne 

srebrne   korony,   wspaniałe   suknie   -   ciągnęła   z   rozmarzeniem.   -   Tłumy   ludzi...   Tłumy 

wiwatujące   pod   twoim   oknem.   Słońce   świeci   ci   w   oczy,   więc   niewiele   widzisz,   za   to 

wszystko   słyszysz.   Machasz   im.   W   powietrzu   unosi   się   intensywny   zapach   róż.   Morze 

ludzkich głów szaleje z zachwytu. Pełne miłości, uwielbienia, wyczekujące. - Umilkła, po 

czym upuściła różę na kolana. Zauważył, że trzęsą jej się ręce.

- To są twoje wspomnienia, czy wyobraźnia?

-   Nie   wiem...   -   Jak   miała   to   wytłumaczyć?   Nadal   czuła   zapach   róż   i   słyszała 

pozdrowienia tłumu. Czuła, jak słońce piecze ją w oczy, lecz nie potrafiła stanąć w oknie. - 

Tylko wrażenia - odparła po chwili. - Przychodzą i odchodzą. Nigdy nie zostają na dłużej.

- Nie popędzaj spraw, Brie. Pokręciła głową.

- Chciałabym...

- Wiem, co byś chciała. - Mówił spokojnie, niemal beztrosko. W jej oczach pojawił się 

błysk znużenia. Wiedział, jak sobie z tym poradzić. Wziął do ręki terminarz i nie otwierając 

go, oznajmił: - Przedstawię ci przykładowy dzień Jej Wysokości Księżniczki Gabrielli de 

Cordina.

- A co ty możesz o tym wiedzieć? - W jej wzroku momentalnie pojawiła się czujność.

Reeve patrzył na nią, ważąc w dłoni trzymany terminarz.

- To należy do moich obowiązków. Wstajesz o siódmej trzydzieści i jesz śniadanie w 

pokoju. Między ósmą trzydzieści a dziewiątą masz spotkanie z majordomusem.

Regisseur. - Zamrugała i zmarszczyła brwi. - To po francusku. Nazywamy tę funkcję 

regisseur, nie majordomus.

Reeve pozostawił tę uwagę bez komentarza.

background image

- Decydujesz, jak będzie wyglądało menu na cały dzień. Jeśli nie ma oficjalnej kolacji, 

zazwyczaj planujesz główny posiłek na południe. To jeden z obowiązków, który przejęłaś po 

śmierci matki.

- Rozumiem. - Czekała na smutek. Marzyła o nim. Nić nie czuła. - Mów dalej.

-   Od   dziewiątej   do   dziesiątej   trzydzieści   jesteś   tutaj,   w   swoim   gabinecie,   i   przy 

pomocy sekretarki zajmujesz się oficjalną korespondencją. Z reguły dyktujesz jej, co ma 

napisać, po czym się podpisujesz.

- Od jak dawna ona u mnie pracuje? - przerwała mu ostro Brie. - Ta Janet Smithers?

- Niecały rok. Twoja poprzednia sekretarka urodziła dziecko i odeszła.

- Czyja... - Zamilkła, szukając odpowiedniego słowa. - Czy współpraca między nami 

układa się satysfakcjonująco?

Reeve przechylił głowę.

- Nie słyszałem, żeby ktoś się skarżył.

Sfrustrowana potrząsnęła głową. Jak miała wytłumaczyć  mężczyźnie, że chciałaby 

wiedzieć,   czy   dogaduje   się   ze   swoją   sekretarką   jak   kobieta   z   kobietą?   Jak   miała   mu 

wytłumaczyć, że chciałaby wiedzieć, czy były w jej życiu jakieś przyjaciółki, jakieś kobiety, 

które pomogłyby przełamać otaczający ją męski krąg? Zapewne jest to jedna z rzeczy, które 

będzie musiała odkryć sama.

- Mów dalej, proszę - zachęciła.

-   Jeśli   to   możliwe,   jeszcze   w   czasie   porannej   sesji   siadasz   do   prywatnej 

korespondencji. Jeśli nie, zostawiasz to na wieczór.

- Co znaczy „oficjalna korespondencja”?

-   Jesteś   przewodniczącą   Stowarzyszenia   na   Rzecz   Pomocy   Dzieciom 

Niepełnosprawnym.   SRPDN   jest   największą   organizacją   charytatywną   w  Cordinie.   Jesteś 

również   rzecznikiem   Międzynarodowego   Czerwonego   Krzyża.   Ponadto   angażujesz   się   w 

działalność Centrum Sztuk Pięknych, które zostało wybudowane ku pamięci twojej matki i 

nosi jej imię. Do twoich obowiązków należy prowadzenie korespondencji z żonami głów 

państw,   przewodniczenie   lub   obsługa   najróżniejszych   komitetów,   przyjmowanie   lub 

odrzucanie   zaproszeń   i   zabawianie   gości   podczas   uroczystości   państwowych.   Polityka   i 

sprawowanie rządów należą do obowiązków twojego ojca, a także, w pewnym stopniu, do 

Aleksandra.

- Czyli że ograniczam się do spełniania bardziej... kobiecych powinności?

Kątem oka dostrzegła na jego twarzy przelotny uśmiech.

- Po przejrzeniu twojego terminarza nie byłbym skłonny się z tobą zgodzić, Brie.

background image

- Dziwne, bo na razie mam wrażenie, że głównie odpowiadam na listy.

- Trzy razy w tygodniu odwiedzasz siedzibę SRPDN. Szczerze mówiąc, nie podjąłbym 

się tej całej papierkowej roboty. Przez osiemnaście miesięcy nagabywałaś Radę Narodową w 

sprawie   zwiększenia   budżetu   na   Centrum   Sztuk   Pięknych.   W  zeszłym   roku   odwiedziłaś 

piętnaście państw z misjami Czerwonego Krzyża, a także spędziłaś dziesięć dni w Etiopii. 

Pismo „World” poświęciło tej podróży duży artykuł. Postaram się, abyś dostała kopię.

Brie podniosła różę i gładząc jedwabiste płatki, wstała z krzesła.

- Czy wiem, co robię? Czy nie jestem jedynie figurantką? - zapytała niepewnie.

Reeve sięgnął po papierosa.

- I jedno, i drugie. Piękna, młoda księżniczka przyciąga uwagę, prasę, fundusze i 

zyski.   Mądra,   młoda   kobieta   wykorzystuje   to,   a   także   potencjał   własnego   umysłu,   żeby 

osiągnąć swoje cele. Zgodnie z tym, co napisałaś w pamiętniku...

- Czytałeś mój pamiętnik?

Uniósł brwi, obserwując malujące się na jej twarzy wściekłość i zakłopotanie.

- Poprosiłaś mnie o pomoc - przypomniał. - Nie będę w stanie ci pomóc, jeśli cię nie 

poznam. Spokojnie... - Beztroskim ruchem zapalił papierosa. - Jesteś bardzo dyskretna, nawet 

w prywatnych notatkach.

Nie ma sensu się złościć, uspokajała samą siebie. Nie ma co, musiał świetnie się 

bawić.

- Zacząłeś coś mówić.

- Zgodnie z tym, co napisałaś w pamiętniku, podróże są dla ciebie męczące. Nigdy ich 

specjalnie nie lubiłaś, ale jeździsz to tu, to tam, bo wiesz, że to konieczne. Trzeba zbierać 

pieniądze   na   szczytne   cele,   bywać   na   galach   i   przyjęciach.   Naprawdę   masz   dużo   pracy, 

Gabriello, przysięgam.

- Będę musiała uwierzyć ci na słowo. - Wsunęła różę z powrotem do wazonu. - Chcę 

wrócić   do   moich   obowiązków.   Po   pierwsze,   jeśli   mam   utrzymywać   w   tajemnicy   utratę 

pamięci,   muszę   poznać   nazwiska   ludzi,   których   znam.   -   Obeszła   biurko   i   usiadłszy   z 

powrotem na miejscu, wzięła do ręki długopis. - Powiedz mi wszystko, co wiesz. Potem 

zadzwonię do Janet Smithers. Czy mam dziś jakieś spotkania?

- O pierwszej w SRPDN - ie.

- W porządku. W takim razie do pierwszej muszę się wielu rzeczy nauczyć.

Do   chwili   kiedy   musiał   zostawić   Brie   z   sekretarką,   zdążył   jej   podać   piętnaście 

nazwisk wraz z charakterystyką tych osób. Był przekonany, że nie zdołała zapamiętać nawet 

połowy. Gdyby miał wybór, wsiadłby teraz w samochód i odjechał. Nad morze, w góry, bez 

background image

znaczenia. Pałace - choćby nawet piękne, o fascynującej historii - to nic więcej jak ściany, 

podłogi i sufity. A on pragnął widzieć nad sobą bezkres nieba.

Po drodze do gabinetu księcia Armanda na czwartym piętrze na chwilę przystanął w 

okiennym  wykuszu.   Robota   gliny,   pomyślał   ze  zniecierpliwieniem.   Harówa  i   papierkowa 

robota. Ciągle nie był w stanie od tego uciec.

Gdy   wprowadzono   go   do   gabinetu,   książę   właśnie   nalewał   kawę.   Pokój   był 

dwukrotnie   większy   od   pracowni   Brie,   o   bogatym,   choć   niewątpliwie   męskim   wystroju. 

Gzymsy   zdobiły   wymyślne,   pozłacane   ornamenty,   rzeźbione   krzesła   były   rozłożyste,   a 

dębowe   biurko   masywne.   Armand   otworzył   okna   i   światło   rozlało   się   po   czerwonym 

dywanie.

- Loubet właśnie wyszedł - oznajmił bez wstępów. - Czytałeś gazetę?

-  Tak.   -   Reeve   przyjął   kawę,   lecz   nie   usiadł,   gdyż   książę   w   dalszym   ciągu   stał. 

Wiedział, kiedy można zignorować protokół, a kiedy należy mu się podporządkować. - Chyba 

wiadomość, że Jej Wysokość jest bezpieczna w domu, została przyjęta z ulgą. Nie obyło się 

natomiast bez spekulacji na temat uprowadzenia. Zresztą należało się tego spodziewać.

- Sporo jest też krytyki pod adresem Departamentu Policji Cordiny - dodał książę 

Armand ze wzruszeniem ramion.

- Tego także należało się spodziewać. Sam mam mnóstwo wątpliwości.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem.

- Policja ma swoje obowiązki, ja mam moje, a ty twoje - rzekł Armand sucho. - 

Widziałeś się dziś rano z Gabriellą?

- Tak.

- Siadaj. - Niecierpliwym gestem wskazał krzesło. - Jak ona się ma?

Reeve   usiadł,   przyglądając   się   księciu,   który   przemierzał   pokój   z   tym   samym 

nerwowym wdziękiem, który cechował jego córkę.

-   Powiedziałbym,   że   pod   względem   fizycznym   dochodzi   do   siebie   błyskawicznie. 

Emocjonalnie trzyma się, bo jest zdeterminowana. W tej chwili jej sekretarka odpytuje ją z 

nazwisk i twarzy. Zamierza wywiązywać się ze swoich obowiązków, poczynając od dzisiaj.

Armand   wypił   pół   filiżanki   duszkiem,   nim   ją   odstawił.   Tego   ranka   stanowczo 

przesadzał z kawą.

- Będziesz jej towarzyszył?

Reeve umoczył wargi w gorącym, czarnym płynie.

- Tak.

background image

- Trudno jest... - zaczął powoli Armand, usiłując uporać się z uczuciami. Gniewem, 

smutkiem, frustracją? Reeve nie był pewien. - Trudno jest - powtórzył już spokojniej - stać z 

założonymi   rękami.  Tak   niewiele   mogę   dla   niej   zrobić.   Przyjechałeś   tu   na   moją   prośbę, 

zostałeś na moją prośbę. A teraz zazdroszczę ci zaufania, jakim cię obdarzyła moja córka.

- Zaufanie to chyba zbyt mocne słowo. Po prostu w tej chwili uważa, że mogę się jej 

przydać. Jestem w stanie powiedzieć jej wszystko o niej samej bez wchodzenia w sferę uczuć.

- To bardzo uczuciowa kobieta, podobnie jak jej matka. Jeśli kocha, kocha ponad 

wszystko. To wspaniała cecha.

Armand   usiadł   za   biurkiem.   Reeve   był   pewien,   iż   teraz   nastąpi   oficjalna   część 

spotkania.

- Wczoraj wieczorem Bennett uświadomił mi, że postawiłem cię w dość niezręcznej 

sytuacji - oznajmił książę, patrząc na niego uważnie.

- W jakim sensie? - Reeve stał się czujny.

- Będziesz przy Gabrielli zarówno w miejscach prywatnych, jak i publicznych. Ze 

względu na swoją pozycję Brie jest osobą często fotografowaną. Ludzie lubią plotkować na 

jej temat. - Książę wziął do ręki biały kamień leżący na biurku. Idealnie mieścił się w jego 

dłoni. Przed laty jego żona znalazła go na skalistej plaży. - Byłem tak skoncentrowany na 

zapewnianiu Gabrielli bezpieczeństwa i na leczeniu, że nie pomyślałem o tym, co implikuje 

twoja obecność.

- Obecność... w życiu Gabrielli?

Kąciki ust Armanda nieznacznie powędrowały w górę.

- Cieszę się, że nie trzeba ci tego wyjaśniać. Bennett jest młody, a o jego sprawach 

pisze prasa na całym świecie. - W głosie księcia brzmiały zarówno duma, jak i znużenie.

Taki już los rodziców, pomyślał Reeve z rozbawieniem. Nieraz widział własnego ojca 

w podobnej sytuacji.

- Jestem tu ze względu na bezpieczeństwo Jej Wysokości - stwierdził służbiście. - To 

chyba wystarczająco oczywiste.

- Fakt, że władca Cordiny prosi byłego policjanta, Amerykanina, o opiekę nad córką, 

bynajmniej   nie   jest   oczywisty.   To   mogłoby   zostać   poczytane   za   ujmę.   Jesteśmy   małym 

krajem, lecz nasza duma jest wielka.

Reeve przez chwilę siedział w milczeniu.

- Mam wyjechać?

- Nie.

background image

Ulga. Nie to powinien czuć, a już na pewno nie tak intensywnie. Dłoń trzymająca 

kubek rozluźniła się bezwiednie.

- Nie mogę zmienić narodowości, Armandzie.

-   Nie   musisz.   -   Starszy   pan   przełożył   kamień   z   jednej   ręki   do   drugiej.   -   Można 

natomiast sprawić, abyś mógł przebywać blisko Gabrielli, nie wywołując fali spekulacji.

Tym razem to Reeve się uśmiechnął.

- Jako jej adorator?

- Jak zwykle, ułatwiasz mi zadanie.

Armand   oparł   się   wygodnie,   bacznie   obserwując   syna   przyjaciela.   W   innych 

okolicznościach chętnie przystałby na związek Reeve'a ze swoją córką. Wiedział, że Brie 

powinna niedługo wyjść za mąż i z tego względu celowo umawiał ją z członkami brytyjskiej 

rodziny królewskiej i szlachetnie urodzonymi młodymi Francuzami. Lecz rodzina MacGee 

szczyciła się również imponującym rodowodem i nieskazitelną opinią. Nie sprawiłoby mu 

przykrości, gdyby to, co teraz hipotetycznie rozważał, stało się faktem.

- Posunąłbym się krok dalej. Jeśli nie masz nic przeciwko temu, ogłosiłbym wasze 

zaręczyny.

Czekał   na   jakąś   reakcję,   gest   lub   minę.   Reeve   zaszczycił   go   rozbawionym 

spojrzeniem, w którym można było odczytać co najwyżej uprzejme zainteresowanie. Armand 

potarł kciukiem o kamień. Szanował ludzi, którzy własne myśli potrafią zachować dla siebie.

-   Jako   narzeczony   możesz   cały   czas   być   przy   niej,   nie   wzbudzając   niezdrowej 

ciekawości.

- Myślę, że nie obędzie się bez pytań o to, jakim cudem zostałem narzeczonym Jej 

Wysokości po zaledwie kilku dniach spędzonych w Cordinie - zauważył Reeve.

Władca przytaknął, zadowolony ze spokojnej, pozbawionej emocji odpowiedzi.

-   Moja   wieloletnia   przyjaźń   z   twoim   ojcem   czyni   tę   historię   więcej   niż 

prawdopodobną. Brie była w twoim kraju nie dawniej jak w zeszłym roku. Wtedy mogliście 

się poznać.

Reeve sięgnął po papierosa. Chęć zapalenia go była przemożna.

- Zaręczyny zazwyczaj prowadzą do małżeństwa - zauważył mimochodem.

- Te prawdziwe, tak. - Armand odłożył kamień na biurko i splótł ręce na piersi. - Nam 

chodzi   wyłącznie   o   wygodę.   Gdy   będzie   po   wszystkim,   ogłosimy,   że   Gabriella   i   ty 

rozmyśliliście się. Zaręczyny zostaną zerwane i każde z was pójdzie własną drogą. Prasa 

będzie zachwycona melodramatem i nikomu nie stanie się krzywda.

background image

Księżniczka i farmer, pomyślał Reeve z przekąsem. To może być ciekawe. Zanim to 

wszystko się skończy, może się wydarzyć parę rzeczy wartych zapamiętania.

- Nawet jeśli ja się zgodzę, powinniśmy jeszcze zapytać o zdanie drugiego uczestnika 

zabawy - zaznaczył z naciskiem.

- Gabriella zrobi to, co jest najlepsze dla niej i dla jej kraju - oznajmił Armand tonem 

człowieka, który jest w pełni świadom swej władzy. - Decyzja należy do ciebie, nie do niej.

Brak możliwości podejmowania samodzielnych decyzji, czyż nie to jej najbardziej 

dokucza? Bycie księżniczką to coś więcej niż srebrna korona i szklane pantofelki. Reeve 

wypuścił z ust kłąb dymu. Cóż, współczuł jej, lecz nie mogło go to powstrzymać przed 

podjęciem za nią decyzji.

- Rozumiem twoje stanowisko. Zagramy wedle twoich zasad, Armandzie.

Książę wstał.

- W takim razie porozmawiam z Gabriellą. Reeve był pewien, że rozmowa wprawi 

Brie w podły humor. Po chwili zastanowienia doszedł do wniosku, że będzie mu to na rękę. 

Wolał, gdy stawała się naburmuszona i oziębła, bo zagubione i błagalne spojrzenie sprawiało, 

że szybko miękły mu kolana.

Gdy parę minut przed pierwszą Brie lekkim krokiem przeszła próg pałacu, nie czuł 

rozczarowania. Miała ciemną marynarkę z zamszu, dobraną do jaśniejszej, także zamszowej 

spódnicy. Rozpuszczone włosy gęstą falą opadały na plecy, mieniąc się połyskliwym odcie-

niem.  Gdy  odwróciła   głowę,  zobaczył  jej  pełne  blasku  oczy.  Wygląda   niczym   utkana   ze 

światła zjawa, pomyślał, ruszając w stronę samochodu. Jej miejsce nie jest wśród pałacowych 

ścian, jej miejsce jest pod niebem.

Otwierając drzwi, Reeve lekko się ukłonił. Brie posłała mu ogniste spojrzenie.

- Wbiłeś mi nóż w plecy - rzuciła, siadając na przednim siedzeniu.

Reeve przeszedł na stronę kierowcy, dzwoniąc trzymanymi w kieszeni kluczykami. 

Mógł zachować się delikatnie, ale mógł też postąpić inaczej.

- Coś nie tak, kochanie? - zagadnął, sadowiąc się koło niej.

- Żartujesz sobie? - Posłała mu pełne złości spojrzenie. - Co za czelność!

Wziął ją za rękę i nie puścił mimo ostrego sprzeciwu.

- Gabriello, niektóre sprawy trzeba traktować z przymrużeniem oka.

- To głupia farsa. Oszustwo! - wybuchnęła niespodziewanie, przechodząc jednocześnie 

na szybki, pełen oburzenia francuski, który rozumiał jedynie częściowo.

Jednak ton głosu nie pozostawiał cienia wątpliwości co do jej stanu ducha.

background image

- Najpierw zgodziłam się, żebyś był moim ochroniarzem - ciągnęła jednym tchem, 

tym razem po angielsku - więc gdziekolwiek pójdę, idziesz za mną jak cień. A teraz ta cała 

historia z małżeństwem. Wszystko po to, żeby nikt się nie dowiedział, że mój ojciec zatrudnił 

ochroniarza, który nie jest z Cordiny ani nawet z Francji. W ten sposób mogę się pokazywać z 

mężczyzną, nie narażając opinii. Ha! - Ze złością uderzyła pięścią w kolano. - Sama potrafię 

zadbać o swoją opinię!

- W grę wchodzi także i moja - zaznaczył chłodno Reeve.

Brie zmierzyła go hardym wzrokiem.

- Jak sądzę, już się pewną cieszysz. Ale to mnie nie dotyczy.

-   A   jednak,   jako   moją   narzeczoną.   -   Reeve   zapuścił   silnik   i   spokojnie   ruszył 

malowniczą aleją ku miastu.

- To śmieszne! - prychnęła.

- Zgadzam się.

To   ją   powstrzymało.   Zdążyła   otworzyć   usta,   lecz   raptownie   je   zamknęła.   Jeszcze 

jednej rzeczy dowiedziała się o sobie: jest niezwykle próżną istotą.

- Dlaczego?

- Zazwyczaj nie zaręczam się z kobietami, których prawie nie znam. A jeśli chodzi o 

ciebie,   dwa   razy   bym   się   zastanowił,   zanim   bym   zagiął   parol   na   kogoś   tak   upartego, 

samolubnego i wybuchowego.

Brie uniosła dumnie głowę, wyjęła z torebki okulary przeciwsłoneczne i włożyła je na 

nos.

- Musisz być wobec tego zadowolony, że wszystko jest tylko na niby.

- Przez grzeczność nie zaprzeczam.

Złapała   mocno  torebkę,   przyciągając  ją  do  siebie.   Przez  resztę   drogi  milczała  jak 

zaklęta. Niestety, jazda nie była długa, co wcale jej nie ucieszyło. Możliwość rozładowania na 

kimś gniewu pomogła stawić czoło lękowi, jaki odczuwała na myśl o konieczności spotkania 

się z osobami, które znała wyłącznie z nazwiska. Żałowała, że nie. miała więcej czasu, by się 

przygotować.

Budynek, w którym mieściła się siedziba Stowarzyszenia, był stary i okazały. Chuda, 

sumienna Janet Smithers powiedziała jej, że mieszkała tu kiedyś prababka księżniczki.

Brie wysiadła z samochodu z wyuczonym wdziękiem. Ze ściśniętym żołądkiem szła w 

kierunku   wejścia,   powtarzając   w   myślach   plan   budynku.   Nie   zdecydowałaby   się   wziąć 

Reeve'a za rękę, lecz nie odmówiła, gdy uścisnął jej dłoń. Czasami trzeba trzymać pakt z 

samym diabłem.

background image

Weszła   do   chłodnego,   białego   holu.   Siedząca   w   recepcji   kobieta   natychmiast 

poderwała się od biurka i ukłoniła.

- Jak dobrze widzieć Waszą Wysokość całą i zdrową.

- Dziękuję, Claudio. - Przez ułamek sekundy Brie wahała się nad imieniem, lecz nawet 

wyjątkowo spostrzegawczy Reeve niczego nie zauważył.

-   Nie   spodziewaliśmy   się   dzisiaj   Waszej   Wysokości.   Po   tym...   po   tym,   co   się 

wydarzyło... - Głos jej się załamał, a do oczu napłynęły łzy.

Szczere współczucie tej kobiety sprawiło, że Brie wyciągnęła ku niej ręce serdecznym 

gestem.

- Wszystko w porządku, Claudio. Jestem już z wami, gotowa do pracy. - Czuła ciepło i 

troskę, których nie otrzymała od swojej sekretarki. - Chciałabym przedstawić pana MacGee. 

On... pozostanie z nami. Claudia pracuje w Stowarzyszeniu od prawie dziesięciu lat, Reeve - 

poinformowała go. - Jestem przekonana, że sama mogłaby zarządzać organizacją. Powiedz, 

Claudio, zostawiłaś mi cokolwiek do zrobienia?

- Tak, chodzi o bal, Wasza Wysokość. Jak zwykle, są pewne komplikacje.

Doroczny bal charytatywny, powtórzyła Brie w myślach. Jedna z tradycji Cordiny, 

impreza,   na   której   Stowarzyszenie   najwięcej   zyskuje.   Zaś   ona,   jako   prezes,   jest 

organizatorem. Do tego, jako księżniczka, stanowi magnes przyciągający co roku na wiosnę 

tłumy bogatych i sławnych.

- Nie ma balu bez komplikacji - zbagatelizowała sprawę gestem dłoni. - W takim razie 

zabieram się do pracy. Chodź, Reeve, zobaczymy, do czego możesz się przydać.

Minęła pierwszą bramkę, weszła na piętro, przeszła przez hol i otworzyła drugie drzwi 

po prawej stronie.

- Dobra robota - pochwalił, gdy weszli do środka.

- Cały czas mam nadzieję... - Odepchnęła od siebie natrętną myśl. Cały czas miała 

nadzieję, że ktoś otworzy pierwszy z zamków, które blokują jej pamięć, tak, by uwolnić 

wspomnienia. Żwawym krokiem podeszła do okna i odsłoniła zasłony.

Pokój nie był tak elegancki jak jej gabinet w pałacu. Wzdłuż jednej ze ścian stały 

metalowe, biurowe regały. Ozdobne biurko z drewna wiśniowego zawalone było teczkami, 

notatkami i papierami. Usiadła i wzięła do ręki jedną z kartek. To była jej odręczna notatka 

dotycząca darowizny na rzecz oddziału pediatrycznego jednego ze szpitali.

Wrażenie   było   dziwne.   Wcześniej   poddała   samą   siebie   testowi   -   wzięła   do   ręki 

długopis i złożyła podpis, ciekawa, jak może wyglądać. Stawiała duże, pełne zawijasów litery, 

background image

które niesfornie wymykały się ramom linii. Odłożyła kartkę, zastanawiając się, od czego 

zacząć.

- Może kawy? - zasugerował Reeve.

-   Chętnie,   a   do   niej   jakieś   ciastka   albo   herbatniki   -   odparła   z   roztargnieniem, 

zaabsorbowana segregowaniem sterty papierów. - Nie jadłam lunchu. - Podniosła głowę i 

zmarszczyła brwi. - Byłam zbyt wściekła, żeby jeść, lecz zdaje się, że będę musiała coś 

przekąsić, zanim skończę.

- Może hamburgera?

-   Cheeseburgera,   bez   cebulki.   -   Radosny   uśmiech   rozświetlił   jej   twarz,   gdy 

uświadomiła sobie, jak naturalnie jej to przyszło. - Lubię dobrze przypieczone.

Oczami wyobraźni widziała zaimprowizowany naprędce posiłek, któremu poświęca 

krótkie chwile między rozmowami telefonicznymi a podpisywaniem papierów. W przypływie 

entuzjazmu zabrała się do porządkowania.

Była w tym dobra. Niesamowicie się czuła, odkrywając, że ma talent. W ciągu dwóch 

godzin   zdołała   uporać   się   z   zaległymi   spawami   w   biurze   i   przejść   do   szczegółów   oraz 

podejmowania decyzji. Wszystko przychodziło jej równie naturalnie jak jedzenie, ubieranie 

się czy chodzenie. Po pierwszych dwóch godzinach pracy była w świetnym nastroju. Gdy 

wychodziła, biurko pozostało w nieładzie, lecz był to klasyczny twórczy bałagan, w którym 

miała znakomite rozeznanie.

-   Wspaniałe   przeżycie   -   zwierzyła   się   Reeve'owi,   gdy   wsiadali   do   samochodu.   - 

Naprawdę wspaniałe. Pewnie się ze mnie śmiejesz, że cieszę się z oczywistych spraw.

- Wręcz przeciwnie - zapewnił, nie sięgając po kluczyki. - Odwaliłaś kawał dobrej 

roboty, i to w niezmiernie krótkim czasie, Brie. Jako glina doskonale wiem, jaka nudna i 

frustrująca może być papierkowa robota.

- Ale gdy służy czemuś ważnemu, warto się pomęczyć. SRPDN to dobra organizacja. 

Nie ogranicza się do pouczania innych, lecz naprawdę pomaga. Choćby ten cały sprzęt dla 

oddziału   pediatrycznego.   Fotele   na   kółkach,   kule,   aparaty   słuchowe,   opiekunowie.   To 

wszystko kosztuje, a nam udaje się zdobyć pieniądze.

- Zerknęła na szafiry i diamenty migoczące na palcu.

- Lepiej się czuję z taką świadomością.

- Takiej pracy potrzebujesz?

- Tak. Fakt, że się z czymś urodziłam, wcale nie znaczy, że nie powinnam na to 

zapracować. Zwłaszcza teraz, gdy...

- Gdy nawet nie pamiętasz, że się z tym urodziłaś - dokończył spokojnie.

background image

- Nie wiem, jak się wcześniej czułam - powiedziała cicho, nie odrywając wzroku od 

eleganckiej skórzanej torebki, którą trzymała w ręku. - Wiem jedynie, jak się czuję teraz. 

Mam tytuł, ale muszę zapłacić zań wysoką cenę.

Włączył silnik.

- Szybko się uczysz - rzekł z uznaniem.

- Muszę. - Dopiero teraz poczuła, jak opada z niej napięcie. - Reeve, nie chcę jeszcze 

wracać. Nie moglibyśmy trochę pojeździć? Gdziekolwiek, nieważne. Potrzebuję przestrzeni.

- W porządku.

Doskonale   rozumiał   potrzebę   ucieczki   od   murów   i   ograniczeń.  Także   on   dorastał 

wśród nich. Także on się przeciw nim zbuntował. Niewiele myśląc, ruszył w kierunku morza.

Tuż pod miastem droga zwężała się i wiła wzdłuż morskiego brzegu. Między stolicą a 

Lebarre, portem Cordiny, rozciągały się nie zamieszkane, dzikie tereny. Reeve zatrzymał się 

w miejscu, gdzie nad skałami górowała kępa targanych wiatrem drzew. Brie wysiadła z sa-

mochodu, chłonąc widoki. Doskonale znała zapach i smak morza, choć nie pamiętała skąd. 

Podziałało na nią odprężająco, pozwalając na moment zapomnieć o problemach.

Wśród skalnych  szczelin  drobne  purpurowe  kwiatki  pięły się  do słońca.  Dotknęła 

jednego, lecz nie zerwała. Zbyt szybko by umarł. Nie zważając na sukienkę, usiadła na murze 

i spojrzała w dół.

Morze   było   nieprawdopodobnie   błękitne.   W   oddali   widziała   wypływające   lub 

przybijające do portu statki, wielkie frachtowce i zgrabne żaglówki. Miała wrażenie, że jej 

dłonie znają dotyk lin, a ciało falowanie wody. Być może wkrótce się o tym przekona.

Niektóre rzeczy od razu są dla mnie przyjemne. Tak jakby były dobrze znane. To jedna 

z   nich,   powiedziała   sobie.   Nie   mogłam   dorastać   tak   blisko   morza,   nie   poznając   takich 

sportów. Wiatr zwiał jej włosy do tyłu, odrzucając je z twarzy. W tym świetle miały kolor i 

połysk złota.

Reeve usiadł obok niej, lecz nie za blisko.

- Myślę, że uciekałam w takie miejsca, żeby odpocząć, gdy protokół staje się zbyt 

uciążliwy. - Westchnęła, przymykając oczy i wystawiając twarz na wiatr. - Ciekawe, czy już 

się tak kiedyś czułam.

- Mogę zapytać twojego ojca.

Opuściła głowę. Gdy ich oczy się spotkały,  zobaczył  zmęczenie, które tak bardzo 

starała się ukryć. Jeszcze nie doszła w pełni do siebie, zauważył. A był wrażliwy na kobiecą 

słabość.

background image

Złość i irytacja, zmęczenie i napięcie minęły w chwili, gdy ją objął. Mogła z nim 

rozmawiać,   dzielić   się   wszystkim,   co   jej   przyszło   do   głowy,   nie   ponosząc   żadnych 

konsekwencji.

- Nie pytaj. Nie chcę go ranić. Miłość, jaką mnie obdarza, jest ponad moje siły. Chce 

mnie chronić za wszelką cenę i wiem, że czeka, aż sobie wszystko przypomnę.

- A ty nie?

W milczeniu patrzyła na morze.

- Brie, nie chcesz sobie przypomnieć?

Ze wzrokiem ciągle utkwionym w bezkresie morza odparła po namyśle:

-   Jedna   część   mnie   desperacko   tego   pragnie,   ale   jest   też   druga,   która   zdaje   się 

wypierać wszystko, co dotyczy mojej przeszłości. Jakby wiedza o tym była ponad moje siły. 

Jeśli sobie przypomnę to, co dobre, przypomnę sobie również to, co złe, prawda?

- Nie jesteś tchórzem.

- Zastanawiam się nad tym, Reeve. Pamiętam, jak biegłam. Lał deszcz, wiał straszny 

wiatr. Biegłam do utraty tchu, byłam pewna, że zaraz umrę. Ale najbardziej pamiętam strach, 

strach tak silny, że wolałabym umrzeć, byleby się więcej nie bać. Nie wiem, czy tamta część 

mnie pozwoli mi sobie przypomnieć.

Rozumiał ją aż za dobrze.

- Kiedy będziesz wystarczająco silna, podejmiesz właściwą decyzję.

- Jakaś cząstka mnie tego także się boi. W chwili takiej jak ta... - Strząsnęła włosy do 

tyłu,   rozkoszując   się   delikatnym   łaskotaniem   w   plecy   -   łatwo   się   zapomnieć,   pozwolić 

rzeczom toczyć się ich własnym torem. Gdybym nie była tym, kim jestem, mogłabym sobie 

na. to pozwolić. Nikogo nic by nie obchodziło.

- Ale jesteś tym, kim jesteś.

-   Czy   ty   nigdy   nie   marzysz?   -   zapytała,   uśmiechając   się   smutno.   -   Nigdy   nie 

zastanawiasz się, co by było gdyby? Mogłabym godzinami siedzieć w miejscu takim jak to i 

udawać, że mam mały domek z ogrodem ukryty wśród dzikich wzgórz. Mój mąż mógłby być 

farmerem, a ja właśnie spodziewam się naszego pierwszego dziecka. Życie proste i piękne. 

Szczęśliwe.

- A kobieta mieszkająca w małym domku marzy, że jest księżniczką i mieszka w 

pałacu. - Musnął tańczący na wietrze kosmyk włosów. - Życie jest pełne marzeń, Brie. Nigdy 

nie jest proste, lecz bywa piękne.

- O czym marzysz?

Okręcił jej włosy wokół czubka palca, po czym puścił.

background image

- O tym, żeby obsiać pola i patrzeć, jak wzrasta zboże. Żeby uciec jak najdalej od 

ulicznego zgiełku.

- Masz ziemię w Ameryce? Farmę?

- Aha... - Oczami wyobraźni widział leżące odłogiem, czekające na jego powrót pola. 

Za rok, obiecał sobie. Tak długo już czeka.

-  A  ja   myślałam,   że   jesteś   policjantem;   nie,   detektywem   pracującym   na   własny 

rachunek. Kimś w rodzaju wolnego strzelca. Facetem, który węszy ze spluwą w mrocznych 

zakamarkach.

Roześmiał się.

- Ludzie spoza branży wyobrażają sobie zazwyczaj mroczne zakamarki, zapominając 

zupełnie o papierkowej robocie.

- Ale ty widziałeś mroczne strony życia. Posłał jej ponure, lecz spokojne spojrzenie.

- Widziałem, może nawet zbyt wiele.

Czuła, że rozumie, o czym mówi. Wiedziała, nie wiedząc, że ona także bywała w 

mrocznych miejscach. Spojrzała na niebo i morze. Nie czas myśleć o ciemnościach.

- Co będziesz uprawiał na swojej farmie?

- Kukurydzę, zboże, trochę jabłoni.

- No i masz dom. - Zaintrygowana odwróciła się twarzą ku niemu. - Prawdziwy, 

wiejski domek?

- Trzeba przy nim zrobić parę rzeczy.

- Ma ganek? Duży? Roześmiał się.

- Dość duży. Teraz, gdy wymieniłem kilka desek, jest nawet całkiem bezpieczny.

- W ciepłe noce będziesz tam siadywał na bujanym fotelu i słuchał wiatru.

Karcąco pociągnął ją za włosy.

- Zawsze nam się wydaje, że inni mają lepiej.

- Być może. Mimo to myślę, że wytrzymałabym pięćdziesiąt tygodni pracy i bycia na 

świeczniku, gdybym mogła dwa tygodnie spędzać, siedząc na skale i słuchając wiatru. A ty 

masz ziemię, dom, lecz nie masz żony. Dlaczego?

- Dziwne pytanie jak na narzeczoną.

- Nie denerwuj mnie!

- Wiesz co? Już późno. - Zeskoczył z murku i podał jej rękę. - Powinniśmy się zbierać.

- To nie fair, że ty wiesz o mnie wszystko, a ja o tobie nic. - Zeskakując, wsparła się na 

jego ramieniu.

- Byłeś kiedyś zakochany?

background image

- Nie.

- Czasami zastanawiam się, czy ja byłam. - Gdy odwróciła się w stronę morza, jej 

głos. brzmiał tęsknie.

- Dlatego wczoraj na tarasie sprowokowałam cię do pocałunku. Myślałam, że może 

coś sobie przypomnę.

Wyznanie rozbawiło go, lecz powstrzymał śmiech.

- No i co, pomogło?

- Nie. Z pewnością już się wcześniej całowałam, lecz nadal nic nie pamiętam.

Umyślnie   rzuca   mu   wyzwanie,   czy   jest   po   prostu   taka   szczera?   To   nie   miało 

znaczenia. Dłoń Reeve'a zsunęła się na nadgarstek Brie.

- Nic?

Wyczuła zmianę, ten miły, niebezpieczny męski ton. Takiego tonu kobieta powinna się 

strzec. Lecz ja nie jestem zwykłą kobietą, upomniała się Brie, lecz księżniczką.

Nic. Może to znaczy, że nie było w moim życiu żadnego ważnego mężczyzny?

- Mówisz jak kobieta, która wie, co to znaczy pragnąć - powiedział niskim głosem 

Reeve.

Nie odsunęła  się, mimo  że był  coraz bliżej. Patrząc  na jego twarz, czuła, że  taki 

mężczyzna może rozpalić długie, jesienne wieczory. Oglądając jego silne, zadbane dłonie 

wiedziała, że przy nich kobieta nie mogłaby spać spokojnie. Krew w żyłach pulsowałaby w 

przyśpieszonym rytmie nawet we śnie, była tego pewna.

- Być może. Ale przecież nie jestem już dzieckiem.

- To prawda. - Otuleni płaszczem wiatru zbliżali się do siebie. - Żadne z nas nie jest 

dzieckiem.

Miała delikatne, miękkie wargi i bez wahania odpowiedziała na jego zaproszenie. Nie, 

życie nigdy nie jest proste, pomyślał, przyciągając ją do siebie. Lecz Boże, jakie potrafi być 

piękne!

Pozwoliła   się   porwać   jego   namiętności.   Potrzebowała   tego   właśnie   tutaj,   nad 

rozszalałym morzem, z wyjącym wiatrem jako świadkiem. Byli tak bardzo sami, iż wydawało 

się naturalne, że ich usta, ich ciała pragną zespolić się w jedność. Czuła dotyk mocnego, 

zdecydowanego ramienia. Gdy wplótł palce w jej włosy, wygięła głowę do tyłu. Kusiła go, 

lecz nie była uległa.

Serca obojga biły szybkim, niespokojnym rytmem. Brie czuła, jak krew pulsuje w 

żyłach Reeve'a. Ostre światło słoneczne nie pozwalało jej otworzyć zaciśniętych powiek. Był 

taki...   nęcący.   Męski,   ciemny,   nie   całkiem   bezpieczny.   Miała   wrażenie,   że   kroczą   wąską 

background image

ścieżką nad urwiskiem, ponad morską kipielą. Przerażające. Wspaniałe. Przesunęła dłońmi po 

jego plecach. Były szerokie, twardo umięśnione.

Bezpieczeństwo.   Ryzyko.   Pragnęła   jednego   i   drugiego.   Przez   chwilę,   przez   jedną 

chwilę, mogła być zwykłą kobietą. Nawet królewska krew nie potrafi się oprzeć prawdziwej 

namiętności.

Teraz była mu uległa, lecz on nie mógł ulec sobie. Wiedział to, zanim jej dotknął. 

Wiedział, że gdy raz jej dotknie, będzie coraz bardziej jej pragnął.

Czy sama wiedziała, co robi? Te oczy czarownicy, twarz anioła. Jakiż mężczyzna nie 

padłby przed nią na kolana? Z krwi i kości, czy też rodem z bajki, była niezwykle kusząca. 

Nie sposób było się jej oprzeć.

Ale nie miał wyboru.

Odsunął   ją   od   siebie   tak   jak   poprzedniego   wieczoru   -   powoli,   z   oporem,   lecz 

nieuchronnie. Jeszcze przez chwilę miała zamknięte oczy - tak jakby chciała zatrzymać czas - 

ale kiedy je otworzyła, jej wzrok był wyraźny i opanowany. Chyba obydwoje wiedzieli, że 

muszą cofnąć się znad krawędzi.

- Twoja rodzina będzie się zastanawiać, gdzie jesteś. Przytaknęła, odsuwając się o 

krok do tyłu.

- Obowiązki przede wszystkim, prawda? - mruknęła i skrzywiła się gorzko.

Nie odpowiedział, ale do samochodu wrócili razem.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

 - Brie, Brie, zaczekaj!

Odwróciła   się,   zasłaniając   oczy   przed   rażącym   słońcem,   i   ujrzała   Bennetta, 

wchodzącego do ogrodu z parą pięknych rosyjskich chartów u nogi.

Jego Wysokość książę Bennett de Cordina ubrany był jak stajenny: znoszone dżinsy 

miał wetknięte w cholewy zabłoconych butów, a na rękawie koszuli widniały brudne zacieki. 

Kiedy się zbliżył, wyraźnie poczuła bijący od niego zapach koni i siana. Podobnie jak towa-

rzyszące mu psy, wydawał się pełen energii, którą ledwo mógł utrzymać w ryzach.

- Jesteś  sama  - uśmiechnął  się  do niej,  głaszcząc  wąską  głowę  jednego  z  psów  i 

jednocześnie przytrzymując drugiego za obrożę. - Spokój, Borys! - upomniał charta, który 

próbował obwąchać buty Brie.

-   Borys   i...   Natasza   -   przypomniała   sobie,   poszukując   w   kartotece   pamięci   imion 

podanych przez Reeve'a.

Nawet   psów   nie   można   było   zlekceważyć.   Bennett   otrzymał   je   w   podarunku   od 

rosyjskiego ambasadora i zgodnie ze swą skłonnością do ironii, nadał im imiona bohaterów 

amerykańskiej kreskówki - nieudolnych rosyjskich szpiegów, którzy nie potrafili przechytrzyć 

nawet wiewiórki i łosia.

- Dziś pierwszy raz widzę cię na spacerze, siostrzyczko - powiedział życzliwie.

- Bo dziś pierwszy raz w tym tygodniu nie mam żadnych spotkań. Jeździłeś konno?

A  czy   ona   jeździła?   Umysł   znów   zaczął   pracować   w   przyspieszonym   tempie,   do 

którego   już   przywykła.   Pomyślała,   że   na   pewno   wie,   jak   dosiąść   konia   i   jak   się   z   nim 

obchodzić.

- Jeździłem wcześnie rano. Było dużo pracy w stajni. Przez chwilę stali zmieszani i 

każde z nich zastanawiało się, co wypadałoby powiedzieć.

- Nie masz swojego amerykańskiego cienia - wypalił nagle Bennett i uśmiechnął się z 

zażenowaniem, gdy siostra uniosła brwi. - Tak Aleks nazywa Reeve'a - wyjaśnił spokojniej. - 

Właściwie go lubię. Myślę, że Aleks też go lubi, bo inaczej byłby lodowato uprzejmy. Wiesz, 

jest mu trudno w tej chwili zaakceptować kogoś z zewnątrz.

- Nikt z nas nie miał na to wpływu, prawda? - powiedziała z westchnieniem.

- Jasne. W każdym razie facet jest w porządku. Bennett nie zwracał uwagi na to, że 

Borys ociera się o niego, zostawiając kłaki na spodniach. - Przynajmniej nie jest staroświecki 

ani nadęty. Od dawna chcę go zapytać, gdzie kupuje ubrania.

background image

- Więc człowieka trudno jest zaakceptować, ale jego ubrania łatwo? - zapytała nie bez 

ironii.

- Lubię, kiedy ktoś ma gust. - Bennett wzruszył ramionami, odpychając psi pysk. - Nie 

przeszkadza ci, że ciągle jest przy tobie?

Czy jej to przeszkadza? Brie zerwała kwiat biało - kremowej azalii. Wróciła do pałacu 

tydzień temu. Co dzień na nowo musiała uczyć się odkrywać swe uczucia. Pomyślała, że 

właściwie przywykła już do tego, że zastaje Reeve'a u swego boku prawie każdego ranka. A 

mimo to nie znikało poczucie obcości wobec niego, wobec własnej rodziny i wobec siebie 

samej.

- Nie, to mi nie przeszkadza. Ale są takie chwile, kiedy... - Ogarnęła wzrokiem kipiący 

bujną   roślinnością   ogród,   a   potem   pobiegła   spojrzeniem   w   dal.   -   Bennett,   czyja   zawsze 

miałam   taką   potrzebę   ucieczki?   -   zapytała   impulsywnie.   -   Wszyscy   są   tacy   mili,   tacy 

troskliwi, ale mam uczucie, że gdybym mogła wyjechać, odetchnęłabym wreszcie swobodnie. 

Wyjechać gdzieś, gdzie mogłabym położyć się na trawie i zostawić wszystko za sobą.

- Właśnie dlatego kupiłaś tę małą farmę. Odwróciła się, marszcząc brwi.

- Małą farmę?

- Tak ją nazwaliśmy, chociaż tak naprawdę to tylko kilka akrów ziemi, z którymi nikt 

nic od dawna nie robił. Od czasu do czasu odgrażałaś się, że zbudujesz tam dom.

Zamyśliła   się   nad   tą   rewelacją.   Dom   na   wsi.   Może   dlatego   czuła,   że   świetnie 

rozumieją się z Reeve'em, kiedy mówił o swoim domu.

- Czy to właśnie tam jechałam, kiedy...

- Tak, Brie.

Psy znudziły się ich towarzystwem i odeszły, by obwąchać krzaki.

- Nie było mnie tu wtedy - powiedział tonem wyjaśnienia. - Byłem w szkole. Jeżeli 

ojciec postawi na swoim, wrócę do Oksfordu w przyszłym tygodniu.

Nagle stał się tym,  kim w istocie był  - chłopcem u progu dorosłości, który musi 

schylić głowę przed wolą swego ojca, chociaż wolałby się temu sprzeciwić. Brie poczuła, jak 

gdzieś, w głębi duszy, budzi się w niej zrozumienie i siostrzane uczucie. Pod wpływem impul-

su wsunęła bratu rękę pod ramię i zaczęli iść.

- Bennett, czy my się lubimy?

- Co za głupie...

Ugryzł się w język i szturchnął psa, który kręcił się im pod nogami. Panowanie nad 

emocjami nie przychodziło mu tak łatwo jak ojcu i bratu. Musiał się na tym koncentrować i 

wciąż zbyt często przegrywał. Lecz mówił przecież do Brie, a to ogromna różnica.

background image

- Tak, lubimy się. Rozumiesz, nie jest łatwo o przyjaciół, którzy nie są w jakiś sposób 

związani z naszą pozycją. Jesteśmy przyjaciółmi. Zawsze byłaś moją łączniczką z ojcem.

- Naprawdę? W jaki sposób?

- Zawsze, gdy popadam w kłopoty...

- Często je miewasz?

Skinął głową, wcale nie speszony.

- Ja też?

-  Ty   jesteś   bardziej   dyskretna.   -   Obdarował   ją   kolejnym   szybkim,   olśniewającym 

uśmiechem.  - Zawsze byłem pełen  podziwu, jak potrafiłaś robić prawie  wszystko, na co 

miałaś ochotę, nie wzbudzając sensacji. Ja jakoś nie umiem nie rzucać się w oczy. Wciąż 

jeszcze czuję efekty porażki w sprawie francuskiej piosenkarki.

- Tak? - Zainteresowana podniosła głowę, by na niego spojrzeć. Boże, dopiero teraz 

zdała sobie z tego sprawę, jaki jej brat był urodziwy. Nie sposób tego inaczej wyrazić. Kiedy 

jakaś kobieta wyobraża sobie księcia z bajki, widzi właśnie Bennetta.

- Jakiej piosenkarki?

- Lily. - Tym razem jego uśmiech nie był młodzieńczy, lecz tchnął nieskończonym 

doświadczeniem.

Nie, pomyślała, mimo wszystko nie jest już chłopcem.

- Była utalentowana - wyjaśnił z błyskiem ironii, równie dojrzałym jak jego uśmiech. - 

I nieodpowiednia dla młodego księcia. Śpiewała w takim małym klubie w Paryżu. Spędziłem 

tam parę tygodni zeszłego lata i... poznaliśmy się.

- I mieliście gorący romans.

- Wtedy wydawało się, że to dobry pomysł. Prasa oblizywała wargi, zacierała ręce i 

wreszcie rzuciła się na to. Lily robiła karierę. - Uśmiechnął się znów, krótko i boleśnie. - 

Dostała kontrakt na płytę i, powiedzmy, była bardzo, ale to bardzo wdzięczna.

- A ty, oczywiście, skromnie przyjąłeś od niej dowody wdzięczności.

-   Oczywiście.   Za   to   ojciec   był   wściekły.   Jestem   pewien,   że   ściągnąłby   mnie   z 

powrotem do Cordiny i zamknął w lochu, gdybyś go nie uspokoiła.

Uniosła   brwi,   pełna   uznania   dla   samej   siebie.   Tego   dumnego   mężczyzny   o 

przenikliwym spojrzeniu z pewnością nie było łatwo uspokoić.

- A jak mi się to udało? - spytała z niepohamowanym zainteresowaniem.

- Gdybym wiedział, Brie, sam postarałbym się zostać mistrzem w tej dziedzinie. Ale i 

tak nie doścignąłbym ciebie. Ojciec lubi mawiać, że spośród wszystkich jego dzieci tylko ty 

masz zdrowy rozsądek.

background image

- Ojej! - Zmarszczyła nos. - I mimo to mnie lubisz?

Zrobił coś tak słodkiego, tak naturalnego, że łzy napłynęły jej do oczu. Po prostu 

zmierzwił jej włosy. Mrugając powiekami, ukryła łzy.

- Wolę, żebyś to ty miała zdrowy rozsądek. Mnie by tylko przeszkadzał - rzekł ze 

śmiechem.

- A Aleksander? Co ja... co ty - poprawiła się - do niego czujesz?

- Aleks jest w porządku - stwierdził z braterskim pobłażaniem. - On ma w końcu 

najtrudniej. Prasa wciąż go ściga i łączy z każdą kobietą, na którą spojrzy dwa razy. Nasz 

starszy  braciszek   podniósł   dyskrecję   do   rangi   sztuki.   Musi   być   we   wszystkim   dwa   razy 

lepszy, bo tego się od niego oczekuje. No i ten jego wybuchowy temperament, który musi 

stale poskramiać. Następca  tronu nie  może  robić publicznie  scen. Nawet prywatne  mogą 

wyjść na jaw. Pamiętasz, jak ten francuski hrabia wypił za dużo szampana i... - Urwał, a jego 

uśmiech zgasł.

- Przepraszam.

- Nie ma za co. - Westchnęła, bo wróciło napięcie.

- To musi być dla ciebie frustrujące.

- Nieprawda, przynajmniej raz nie myślę o sobie. - Zatrzymał się i ujął ją za ręce. - 

Brie, kiedy ojciec zadzwonił do szkoły i powiedział mi, że zostałaś uprowadzona... nic w 

życiu tak mnie nie przeraziło. Czułem się, jakby ktoś wypuścił całą krew ze mnie i z nas 

wszystkich. Najważniejsze, że jesteś znów z nami.

Mocno uścisnęła jego dłonie.

-   Chcę   sobie   przypomnieć,   Bennett,   bardzo   chcę.   A   wtedy   będziemy   mogli 

przechadzać   się   po   ogrodzie   i   śmiać   z   francuskiego   hrabiego,   który  za   dużo   wypił   przy 

kolacji.

- Może pozwolisz swojej pamięci na pewną wybiórczość - zaproponował z wesołym 

błyskiem   w   oku.   -   Nie   miałbym   nic   przeciwko   temu,   żebyś   zapomniała   o   tym,   jak   ci 

włożyłem do łóżka dżdżownice.

Zobaczył, jak źrenice Brie rozszerzają się.

- Ja też nie. - Ależ był uroczy, niewinny i pociągający!

- Źle to zniosłaś - wyjaśnił. - Niania złajała mnie tak, że przez tydzień nie mogłem się 

otrząsnąć.

- Słusznie, dzieci trzeba uczyć szacunku.

- Dzieci? - Tym razem błysnął zębami w uśmiechu i uszczypnął ją w policzek. - To 

było w zeszłym roku.

background image

Kiedy zaczęła chichotać, spontanicznie poddał się ogarniającej go potrzebie i przytulił 

policzek do jej policzka.

- Tęsknię za tobą, Brie. Wracaj szybko - szepnął. Trwała przez chwilę przytulona do 

niego, wdychając jego zapach, oswajając się z nim.

- Postaram się.

On bardziej niż ktokolwiek inny rozumiał, że miłość ma swą wagę. Kiedy wypuścił ją 

z uścisku, jego głos znów był lekki i beztroski.

- Muszę zabrać psy, zanim wykopią jaśmin. Czy wolisz, żebym cię odprowadził?

- Nie, zostanę jeszcze chwilę. Mam dziś po południu przymiarkę sukni na bal AHC. 

Czuję, że mi się nie spodoba.

- Nie znosisz takich jubli - potwierdził radośnie Bennett. - Skończę z Oksfordem i 

wrócę na bal.

Skończę   z   Oksfordem,   powtórzył   w   myślach.   Zbyt   piękne,   żeby   mogło   być 

prawdziwe.

- Zatańczę z tobą - dodał - i dobrze przyjrzę się dziewczynom, zanim zdecyduję, która 

stanie się moim łupem.

- Masz chyba wszystkie cechy rozpustnika - zaśmiała się.

- Staram się jak mogę, moja droga. Borys, Natasza! - zawołał psy i wraz z nimi 

opuścił ogród.

Lubiła go. Ta świadomość przyniosła jej ulgę. Nie pamiętała dwudziestu lat, które 

spędzili wspólnie, jako brat i siostra, lecz lubiła mężczyznę, jakim był dzisiaj.

Z   rękami   w   kieszeniach   wygodnych,   workowatych   spodni   ruszyła   na   dalszą 

przechadzkę. Ogród pełen był różnorodnych zapachów, mocnych, lecz nie oszałamiających. 

Kolory nie układały się w tęczę, ale zmieniały jak w kalejdoskopie.

Idąc, zadawała sobie pytania. Bez wysiłku rozpoznawała każdą roślinę. W ten sam 

sposób,   pomyślała,   potrafiła   rozpoznać   malarzy  -   autorów   obrazów   w   Długiej   Galerii   w 

zachodnim skrzydle. Malarzy, ale nie tematy.

Nawet   twarz   matki   byłaby   jej   obca,   gdyby   Brie   nie   była   do   niej   tak   uderzająco 

podobna. Patrząc na portret tej kobiety, widziała, po kim odziedziczyła kolor oczu, włosów, 

kształt twarzy, zarys ust. Nie ma wątpliwości, że księżna Elżbieta de Cordina była piękniejsza 

od córki. Brie mogła to obiektywnie stwierdzić, patrząc na portret matki i na swą wielką, 

zamaszyście namalowaną podobiznę.

Księżniczka Gabriella na tym portrecie była młodsza. Mogła mieć dwadzieścia, może 

dwadzieścia   jeden   lat.   Wyglądała   imponująco   w   ciemnofioletowej   sukni   z   różowymi 

background image

wstążkami. Spoglądając na siebie, Brie zastanawiała się, jak mogła zdobyć się na odwagę, by 

wybrać takie kolory do pozowania. I skąd wiedziała, że będą tak efektowne.

Twarz jej matki na portrecie zapierała dech w piersiach. Łamała serce. Miała na sobie 

kremowobiałą   suknię,   a   bukiet   bladoróżowych   róż,   trzymanych   w   ręku,   przydawał   jej 

poetyckiego piękna. Bennett miał identyczne spojrzenie, wraz z iskierką przekory, którą Brie 

wychwyciła w portrecie.

Za to Aleks, ze swoją wojskową postawą i stanowczością, był podobny do ojca. Obie 

cechy były widoczne w naturze i na oficjalnych wizerunkach. Zastanawiała się, czy brat 

cieszył się z roli następcy tronu, czy też po prostu tę rolę akceptował. Zastanawiała się, czy 

ona z Aleksem są na tyle blisko, by mogła znad jego uczucia i nadzieje.

A kiedy pozna własne?

Z gęstwy zieleni wyłoniła się altanka obrośnięta pnącą wistaria. W środku stały dwa 

miękkie krzesła i marmurowy stolik. Podobnie jak w tamtym  miejscu nad morzem, Brie 

poczuła się tutaj dobrze.

Kiedy zostawała  sama,   łatwiej  było  jej  się   przyznać,   że  wciąż   szybko   się  męczy. 

Usiadła, wygodnie wyciągając przed siebie nogi, a plamki światła przebijające się przez gęste 

listowie igrały na jej ciele. W powietrzu unosił się delikatny, pełen słodyczy zapach kwiatów i 

leniwe brzęczenie pszczół. Wydawało się, że nic więcej nie istnieje. Brie zamknęła oczy i 

pozwoliła wędrować myślom.

Była śpiąca. Czuła się niemal ogłupiała sennością. Nie było to zwykłe, przyjemne 

uczucie odprężenia, po które przyjechała na wieś. Wszystkie wyjazdy na małą farmę służyły 

temu, by Brie  Bisset mogła  wykraść  trochę czasu księżniczce  Gabrielli. Czas był  cenny. 

Gdyby chciała się po prostu zdrzemnąć, mogła spędzić w swym pokoju całe popołudnie.

Pociągnęła   kolejny   łyk   kawy   z   termosu.   Była   mocna,   taka,   jaką   lubiła.   Słońce 

przygrzewało, pszczoły brzęczały wśród kwiatów, a mimo to nie miała dość energii, by odbyć 

zaplanowany spacer. Może po prostu na chwileczkę zamknie oczy... W każdym razie nie 

mogła utrzymać termosu. Może oprze się plecami o skałę i zamknie oczy...

Słońce nie grzało już mocno. W powietrzu był chłód, jak gdyby chmury zasnuły niebo, 

grożąc deszczem. Nie czuła już słodkiego zapachu trawy, ciepłych od słońca kwiatów, tylko 

stęchliznę i wilgoć. Wszystko ją bolało. Ktoś coś mówił, ale nie rozróżniała słów. Słyszała 

mruczenie, brzęczenie, lecz nie były to owady, lecz ludzie.

Zrobią wymianę za księżniczkę, nie będą mieli wyboru. Szepty, nic, tylko szepty.

Ślady są zatarte. Będzie spać do rana. Zajmij się nią jeszcze raz.

Czuła strach. Potworny, porażający strach. Musi się obudzić, musi obudzić się i...

background image

- Brie.

Ze stłumionym krzykiem rzuciła się na krześle, niemal zrywając się na równe nogi, 

nim ręce złapały ją za ramiona.

- Nie! Nie dotykaj mnie!

- Spokojnie.

Reeve nie puścił jej ramion, kiedy sadzał ją z powrotem na krzesło. Była zziębnięta i 

miała   szkliste   spojrzenie.   Szybko   podjął   decyzję,   że   jeśli   zaraz   nie   przyjdzie   do   siebie, 

zabierze ją do pałacu i zawoła Franca.

- Tylko spokojnie - powtórzył.

- Myślałam... - Szybko rozejrzała się wkoło. Ogród, słońce, pszczoły, wszystko było 

na   swoim   miejscu.   Gdy  spostrzegła,   że   serce   wali   jej   jak   młotem,   zmusiła   się   do   kilku 

głębokich oddechów.

To musiał być sen.

Reeve przyglądał się jej uważnie, szukając objawów szoku. Jednak najwyraźniej nie 

pozwoliła sobie na ten luksus.

- Nie budziłbym cię, ale wyglądałaś, jakbyś miała koszmarny sen.

Puścił jej ramiona i usiadł obok na krześle. Stał tam już od pięciu, może dziesięciu 

minut, przyglądając się Brie pogrążonej we śnie. Wydawała się szczęśliwa. Patrząc na nią, 

zdał sobie sprawę, że zniknął dystans, którym się zwykle otaczała. Chciał na nią popatrzeć, 

tylko patrzeć.

Teraz, gdy spała, przypominała mu tamtą młodą dziewczynę sprzed lat, zadowoloną i 

pewną siebie, pełną niewinnej zmysłowości. Pamiętał, jak trzymał ją w ramionach. Pamiętał 

podniecającą kobiecość, śmiałe oddanie. Patrząc na nią, wiedział, że chce ją tam poczuć 

znowu. I jeszcze mocniej.

A przecież zdawał sobie sprawę, że pożądanie nie pozwoli mu myśleć obiektywnie. 

Zaś gliniarz, który nie potrafi zachować dystansu do sprawy, jest przegrany. Dobrze, ale on 

nie jest już gliną. To był przecież jeden z powodów, dla których zrzekł się odznaki - ciągła 

walka o utrzymanie dystansu, o brak zaangażowania, stała się dla niego nie do zniesienia. 

Chciał   od   życia   czegoś   innego.   Jednak   nie   spodziewał   się,   że   tym   czymś   okaże   się 

księżniczka.

Siedział, czekając, aż oddech Brie się uspokoi. Dla jej dobra lepiej będzie, by pamiętał 

o zasadach, według których żył przez wszystkie lata służby.

- Opowiedz mi - poprosił.

- Nie ma czego. - Zamrugała oczami w blasku słońca. - To takie niejasne.

background image

Wyjął papierosa, zapalił.

- A jednak opowiedz.

Rzuciła mu spojrzenie, które zinterpretował jako mieszaninę niechęci i złości. Lepsze 

to niż obojętność.

- Myślałam, że jesteś tu jako mój ochroniarz, a nie psychoanalityk - sarknęła..

- Umiem się dostosować. - Zaciągnął się chciwie, patrząc jej w oczy. - A ty?

- Chyba nie bardzo.

Podniosła   się.   Jak   zauważył,   rzadko   potrafiła   usiedzieć   w   miejscu,   gdy   była 

zdenerwowana. Zerwała kwitnące pnącze wistarii i lekko przeciągnęła nim po policzku. To 

był kolejny jej zwyczaj, który zauważył. Zaczęła mówić:

- Nie byłam tutaj, lecz w jakimś spokojnym miejscu. Rosła tam trawa, czułam jej 

silny, słodki zapach. Czułam ogromną senność, lecz próbowałam z nią walczyć. To było 

irytujące, bo byłam sama i chciałam cieszyć się samotnością.

Gdy to mówiła, na jej twarzy malował się wyraz buntu. Reeve jedynie skinął głową i 

odchylił się do tyłu.

- Piłam kawę, żeby nie zasnąć - ciągnęła, wtykając kwiat we włosy.

Jego spojrzenie stało się badawcze, lecz chyba tego nie zauważyła.

- Skąd miałaś kawę?

-   Skąd?   -   Zmarszczyła   brwi,   uznając,   że   to   niemądre   pytanie,   zważywszy,   że 

rozmawiają o śnie. - Z termosu. Z takiego dużego czerwonego termosu z rączką u góry. Kawa 

nie pomogła i zapadłam w drzemkę. Pamiętam, że słońce mocno grzało i słyszałam pszczoły, 

tak jak teraz. Nagle... - widział, jak zaciska nerwowo palce, nim włożyła ręce do kieszeni - 

zniknęło. Stało się ciemno i wilgotno. Pachniało stęchlizną, jak w grobie. Słychać było głosy.

Poczuł napięcie, lecz jego głos pozostał spokojny.

- Czyje głosy?

- Nie wiem. Nie tyle je słyszałam, co czułam, jakby przechodziły przeze mnie. Bałam 

się. Bałam się strasznie, a nie mogłam się obudzić, żeby przerwać ten sen.

- Sen - mruknął - czy wspomnienie?

Obróciła się błyskawicznie, z płonącym wzrokiem, z dłońmi zaciśniętymi w pięści.

- Nie wiem. Skąd mam wiedzieć? Myślisz, że pstryknę palcami i powiem: faktycznie, 

teraz sobie przypominam? - Z pasją kopnęła białe kamyczki leżące wzdłuż ścieżki. - Wiesz, 

spacerowałam po ogrodzie z Bennettem i myślałam tylko o tym, jaki to czarujący mężczyzna. 

Cholera! Czy tak powinnam myśleć o własnym bracie?

- To jest czarujący mężczyzna, Gabriello.

background image

- Nie traktuj mnie protekcjonalnie - wycedziła przez zęby. - Nigdy!

Uśmiechnął się, gdyż - świadomie czy nieświadomie - była w tej chwili księżniczką. 

Przemawiała   przez   nią   królewska   krew,   co   dla  Amerykanina,   który  jak   on   naoglądał   się 

europejskich arystokratów, było dosyć zabawne. Jednak podniósł się i miękko powiedział:

- Kto mówi o jakimś hokus - pokus? Nikt cię nie naciska, poza tobą samą, Brie.

- Cóż za miażdżąca uprzejmość!

- Nie martw się. - Wzruszył ramionami. - Nie będę dla ciebie uprzejmy.

-   Jestem   tego   pewna.   -   Pokiwała   głową,   patrząc   na   niego   z   niechęcią.   -   Kiedyś 

powiedziałeś, że jestem samolubna. Dlaczego?

Bez zastanowienia przeciągnął palcem wzdłuż bruzdy pomiędzy jej ściągniętymi w 

gniewie brwiami.

- „Egocentryczna” byłoby lepszym słowem. W tej chwili masz do tego prawo.

- Nie wiem, czy mi się bardziej podoba. Mówiłeś też, że jestem rozpieszczona.

- Owszem. - Opuścił rękę, tak że stali teraz twarzą w twarz, nie dotykając się.

- Nie zgadzam się z tym.

- Przykro mi.

Jej oczy zwęziły się.

- Przykro ci, że to powiedziałeś?

- Nie. Przykro dlatego, że nie chcesz pogodzić się z tym, kim jesteś.

- A  ty  jesteś   niegrzecznym   łobuzem,   Reeve.   Nieuprzejmym   i   zadufanym   w  sobie 

facetem.

- To fakt - przytaknął i zaczął huśtać się na piętach.

- Powiedziałem też, że jesteś uparta.

Uniosła podbródek.

- Z tym się zgadzam - oznajmiła chłodno. - Ale nie masz prawa tak do mnie mówić.

Skłonił się przed nią, powoli i arogancko. Skoro uparła się, by odgrywać przed nim 

księżniczkę, sam zagra żebraka.

- Upraszam kornie o wybaczenie, Wasza Wysokość - zaskomlił.

Ogień zapłonął w jej krwi, w oczach. Poczuła, jak palce w kieszeniach zginają się w 

szpony, by rozorać mu twarz. Hamowały ją nakazy dobrego wychowania, ale zdała sobie 

sprawę, że nie dba o nie.

- Kpisz ze mnie! - syknęła.

- Dodajmy do listy: „przenikliwa”. Zadziwiona prędkością, z jaką narasta w niej złość, 

zrobiła krok ku niemu.

background image

- Reeve, wychodzisz z siebie, żeby mnie obrazić. Czemu?

Było w niej coś porywającego, gdy stała przed nim, tak wyniosła, zła i zimna. Ujął 

delikatnie jej twarz. Otworzyła usta z zaskoczenia.

- Bo tylko wtedy myślisz o mnie. Wszystko mi jedno, jak o mnie myślisz, Gabriello, 

dopóki w ogóle to robisz.

- Więc masz, czego chciałeś - odparowała. - Myślę o tobie, ale nie myślę o tobie 

dobrze.

Jego usta rozciągnęły się powoli w uśmiechu. Zalała ją fala gorąca i zaschło jej w 

gardle.

- Tylko myśl o mnie - powiedział z dziwną powagą. - Nie rozrzucę róż na podłodze, 

kiedy poprowadzę cię do łóżka. Nie będzie skrzypiec i atłasowych prześcieradeł. Będziemy 

tylko ty i ja.

Nie odsunęła się. Nie wiedziała, czy z powodu szoku, czy podniecenia. A może z 

powodu dumy. Taką miała nadzieję.

- Teraz chyba ty potrzebujesz psychoanalityka. Może straciłam pamięć, Reeve, ale 

jestem pewna, że sama wybieram sobie kochanków.

- Ja także sam wybieram.

- Zabierz ręce - zażądała spokojnie, z odrobiną arogancji, która pokrywała strach.

Nie posłuchał. Przyciągnął ją odrobinę bliżej.

- Czy to królewski rozkaz?

Mogłaby w tej chwili mieć na sobie szatę i koronę.

- Interpretuj to, jak chcesz. Jestem zmuszona znosić twój dotyk, Reeve. Człowiek z 

twoim pochodzeniem powinien znać zasady.

- Amerykanie nie przywiązują takiej wagi do protokołu jak Europejczycy, Brie. - Jego 

usta krążyły wokół jej ust, lecz nawet ich nie muskały. - Chcę cię dotknąć, dotykam. Jeśli 

chcę cię wziąć, biorę, w odpowiednim dla nas dwojga momencie.

Jej wzrok stracił nagle ostrość, a kolana ugięły się. Znów zrobiło się ciemno i tuż 

przed nią zamajaczyła niewyraźna twarz. Czuła zapach wina - mocnego i zatęchłego. Strach 

potroił się, pulsując w niej niczym narkotyk. Gwałtownie odepchnęła go i zatoczyła się.

- Nie dotykaj mnie! - wrzasnęła. - Ty draniu!  Relachez-moi, salaud! -  nagle znowu 

przeszła na francuski.

W jej głosie zabrzmiała tak desperacka nuta, że Reeve, który w pierwszym odruchu 

puścił ją, natychmiast złapał ponownie, chroniąc przed niechybnym upadkiem.

background image

Z przerażeniem zobaczył, jak opada z powrotem na krzesło i kuli się z głową między 

kolanami. Klnąc w duchu samego siebie, przemówił spokojnym, miękkim głosem:

- Oddychaj głęboko i rozluźnij się. Przepraszam. Nie zamierzałem zabrać ci niczego, 

czego nie chciałabyś dać.

Nie zrobiłby tego. Nie. Z zamkniętymi oczami usiłowała odzyskać jasność umysłu, 

usunąć ten szum.

- Nie!

Usiłowała wyrwać mu rękę, więc puścił ją. Twarz miała bladą jak kreda. Uniosła ku 

niemu wzrok.

- To nie byłeś ty - wykrztusiła z wysiłkiem. - Przypomniałam sobie... myślę, że... - 

Zamknęła oczy, by spowolnić oddech, odzyskać zimną krew. - To był ktoś inny. Przez chwilę 

byłam gdzie indziej. Ten mężczyzna trzymał mnie. Było ciemno albo pamięć nie pozwala mi 

zobaczyć jego twarzy. Ale trzymał mnie i wiedziałam, och, wiedziałam, że mnie zgwałci. Był 

pijany.

Kurczowo złapała Reeve'a za rękę, lecz mówiła dalej:

- Czułam od niego zapach wina. Nawet teraz go czuję. Miał twarde, szorstkie ręce. Był 

bardzo silny i bardzo pijany.

Boleśnie   przełknęła   ślinę.   Reeve   zauważył,   że   dygocze,   nim   puściła   jego   dłoń   i 

wyprostowała się na krześle.

- Miałam nóż. Nie wiem skąd. Trzymałam ten nóż w ręku. Myślę, że go zabiłam. - 

Popatrzyła na swoją rękę. Obróciła ją i z uwagą przyglądała się wnętrzu dłoni. Było białe i 

gładkie. - Myślę, że zadźgałam go nożem - ciągnęła cichym, bezbarwnym głosem. - Miałam 

jego krew na rękach.

- Brie... - Reeve przybliżył się do niej. - Powiedz, co jeszcze pamiętasz, proszę.

Spojrzała na niego, a twarz miała jak maskę.

- Nic. Pamiętam tylko walkę i zapachy. Nie jestem pewna, czy go zabiłam. Nie ma nic 

przed walką i nic po niej. - Złożyła ręce na podołku i patrzyła w dal. - Jeśli nawet mnie 

zgwałcił, nie pamiętam tego.

Znów chciał kląć i z trudem się powstrzymał. Wszystko, co mówiła, czyniło jego 

zabawę sprzed kilku minut okrutną.

- Nie byłaś wykorzystana seksualnie - rzekł stanowczym tonem, pozbawionym emocji. 

- Lekarze zbadali cię bardzo sumiennie.

Nagła, nieznośna ulga zagroziła wybuchem łez. Powstrzymała je w ostatniej chwili.

- Ale nie mogą stwierdzić, czy zabiłam człowieka.

background image

- Nie, to możesz wiedzieć tylko ty, kiedy będziesz gotowa.

Skinęła głową i zmusiła się, by unieść wzrok.

- Ty już zabijałeś. - Było to raczej stwierdzenie niż pytanie.

Zapalił gwałtownie kolejnego papierosa.

- Taa... - bąknął, patrząc w bok.

- W pracy? Musiałeś dla obrony, ochrony?

- Tak.

- Kiedy to jest konieczne, nie zostawia blizn w psychice, prawda?

Mógł skłamać, żeby jej ułatwić. To kusiło. Spojrzał w topazowe, śmiertelnie zmęczone 

oczy i mimowolnie zanurzył się we wspomnienia. Ciemne, straszne wspomnienia. Czy był za 

to odpowiedzialny? Czy zdecydował się wreszcie przyjąć tę odpowiedzialność?

Mógłby skłamać, ale wtedy poznanie prawdy byłoby dla niej jeszcze gorsze. Tak, 

zdecydował się.

- Blizny pozostają. - Wstał i ujął jej dłoń. - Można jednak żyć z bliznami, Brie.

Wiedziała o tym, zanim usłyszała odpowiedź.

- Wiele ich masz?

- Wystarczy. Uznałem, że nie zniósłbym więcej.

- Więc kupiłeś farmę.

-   Tak.   -   Strzepnął   popiół.   -   Kupiłem   farmę.   Może   nawet   w   przyszłym   roku   coś 

posadzę.

- Chciałabym ją zobaczyć. - Uchwyciła skrywany błysk radości w jego spojrzeniu i 

poczuła się głupio. - Kiedyś, może.

On także tego chciał i także poczuł się głupio.

- Oczywiście, kiedyś.

Pozwoliła mu trzymać się za rękę, kiedy wracali przez ogrody ku białym murom 

pałacu.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Bosa, owinięta tylko cienkim, jedwabnym szlafrokiem, siedziała posłusznie na łóżku, 

gdy doktor Franco mierzył jej ciśnienie. Jego dłonie były zręczne, zachowanie - grzeczne, 

prawie ojcowskie. Jednak ciągle nie mogła zaakceptować w pełni cotygodniowych badań 

rodzinnego lekarza. Ani odbywających się co dwa tygodnie sesji z poleconym przez niego 

doktorem Kijinskim, cenionym psychiatrą. Nie jest wszak inwalidką ani neurotyczką.

To prawda, męczyła się zbyt szybko, ale siły powracały. A jej rozmowy z doktorem 

Kijinskim nie były niczym więcej jak tylko zwykłymi rozmowami, które stanowiły czystą 

stratę czasu. A czasu coraz bardziej jej brakowało.

Przygotowania związane z balem dobroczynnym w pierwszym tygodniu czerwca były 

dla Brie wyczerpujące. Jedzenie, wino, muzyka, dekoracje. Atrakcje, zaproszenia, odmowy, 

prośby.

Chociaż cieszyła ją ta praca, nie było to łatwe. Kiedy ktoś płaci pięćset dolarów za 

udział w imprezie, nawet dobroczynnej, ma prawo wymagać i zasługuje na najlepsze. Tego 

ranka   zdążyła   już   spędzić   trzy   godziny   z   kwiaciarką,   wybierając   najodpowiedniejsze 

dekoracje kwiatowe.

- Masz dobre ciśnienie. - Doktor Franco włożył aparat z powrotem do torby. - Dobry 

puls i cerę. Fizycznie nic ci nie dolega. Narzekałbym tylko, że jesteś ciągle zbyt szczupła. Nie 

zaszkodziłoby ci ze trzy kilo więcej.

-   Trzy   kilo   bardzo   zdenerwowałoby   moją   krawcową   -   odrzekła,   uśmiechając   się 

półgębkiem. - Teraz jest mną zachwycona.

- Ba! - Lekarz przesunął dłonią po zadbanej, siwej brodzie. - Szuka wieszaka, żeby 

udrapować na nim materiał. Wierz mi, przyda ci się trochę ciała, Gabriello. Twoja rodzina 

zawsze miała tendencję do nadmiernej szczupłości. Bierzesz witaminy, które ci przepisałem?

- Każdego ranka.

- Dobrze. - Zdjął stetoskop i wrzucił go do torby.

- Twój ojciec doniósł mi, że nie ograniczyłaś swojego planu zajęć.

Była natychmiast gotowa do obrony.

- Lubię być zajęta.

- To się nie zmieniło. Moja droga...

Odstawił torbę i usiadł obok niej na łóżku. Ten nieformalny gest zaskoczył ją, bo już 

przywykła do tutejszych zasad. Jednak doktor Franco był tak swobodny, iż zrozumiała, że 

musieli tak siadać setki razy.

background image

- Tak jak powiedziałem - ciągnął - fizycznie szybko wracasz do siebie. Mam wiele 

szacunku   dla   talentu   doktora   Kijinskiego,   bo   inaczej   bym   go   nie   polecał,   ale   chciałbym 

wiedzieć, jak się czujesz.

Brie złożyła dłonie na podołku.

-   Chyba   jednak   nie   muszę   mówić   panu,   jak   się   czuję   -   powiedziała   pochlebnym 

tonem. - Wszak czyta pan w myślach pacjentów, doktorze.

Nie uśmiechnął się, ale jego wzrok pozostał łagodny, tolerancyjny. Nagle poczuła się 

mała i niegrzeczna.

- Przepraszam. - Dotknęła go, bo w ten sposób zwykła przepraszać. - To zabrzmiało 

sarkastycznie, chociaż nie chciałam. Prawda jest taka, że czuję zbyt wiele.

- Myślisz, że bagatelizujemy twoją amnezję?

-   Nie...   -   Niepewnie   pokręciła   głową.   -   Wydaje   mi   się,   że   dla   wszystkich   jest 

oczywiste, że to tylko drobny problem, który rozwiąże się sam. Ze względów politycznych, 

podejrzewam, takie myślenie jest koniecznością.

Doktor Franco, który wiedział najlepiej, co przeżywał jej ojciec w czasie porwania 

córki, powstrzymał się od komentarza.

- Nikt, a szczególnie twój lekarz, nie umniejsza tego, przez co musisz przejść - rzekł z 

naciskiem.   -  Ale   zrozum,   że   twojemu   otoczeniu,   twoim   bliskim,   trudno   jest   w   pełni   to 

zrozumieć i zaakceptować. Dlatego chciałbym, żebyś ze mną jak najwięcej rozmawiała.

- Nie jestem pewna, co powinnam powiedzieć, a nawet co chcę powiedzieć.

- Gabriello, przyjąłem cię na ten świat. Leczyłem twoje katary, twoją ospę, wycinałem 

ci   migdałki.  Twoje  ciało   nie  jest   mi  obce,   tak   samo   jak  twój   umysł.  -  Zrobił  pauzę,   by 

przyswoiła sobie jego słowa. - Trudno ci rozmawiać z ojcem, bo boisz się go zranić.

- Tak. - Popatrzyła na jego miłą twarz z siwą brodą. - Jego najbardziej. Szkoda, że 

Bennett musiał wrócić wczoraj do Oksfordu. Okropnie narzekał...

- Jasne, wolałby zostać tu ze swoimi psami i końmi.

- Właśnie! - Śmiejąc się, Strząsnęła włosy do tyłu. - Z Bennettem tutaj było mi łatwiej. 

On   jest   taki   swobodny   i   otwarty.   Z   nim   nie   czułam,   że   muszę   mówić   to,   co   trzeba.   Z 

Aleksandrem jest inaczej. Muszę przy nim uważać. Jest taki, hm, poprawny.

- Książę Perfekcji. - Doktor Franco uśmiechnął się na widok jej miny. Dezaprobata 

jest dobrym znakiem. - To nie brak szacunku, Gabriello. Ty i Bennett tak go ochrzciliście, 

kiedy byliście dziećmi.

Na jej ustach pojawił się wątły uśmiech.

- Paskudnie!

background image

- Jakoś przeżył. Bennett, dla równowagi, zwany jest Panem Leniwcem.

Brie wydała z siebie odgłos zbliżony do chichotu i podkurczyła nogi, sadowiąc się na 

łóżku.

- Celne - skomentowała. - Pomagałam mu się pakować, więc wiem. Trudno uwierzyć, 

że ktoś może żyć w takim bałaganie. A ja? - Uniosła brwi. - Czy moi bracia nadali mi jakiś 

tytuł?

- Jej Zawziętość.

- O! - zaśmiała się głośno. - Chyba na to zasługuję. Pasuje to do mnie aż nadto. Myślę, 

że jesteśmy zżytą rodziną. To prawda?

Zwykłe „tak” nic by nie znaczyło, pomyślał doktor Franco. Zwykłe „tak” było zbyt 

błahe.

- Raz do roku jedziecie na dwa tygodnie do Zurychu, en familie. Przez dwa tygodnie 

jesteście razem, bez służących, bez obcych. Powiedziałaś mi kiedyś, że to pomaga ci radzić 

sobie z pozostałymi pięćdziesięcioma tygodniami.

Przytaknęła z wdzięcznością.

- Niech mi pan powie, jak umarła moja matka - zażądała, jakby przewidując, że się 

zawaha.

- Była delikatnego zdrowia - rzekł ostrożnie. - Przemawiała na rzecz Czerwonego 

Krzyża w Paryżu i dostała zapalenia płuc. Rozwinęły się powikłania. Już nie wyzdrowiała.

Byłoby błogosławieństwem poczuć gniew, ból, ale upiornie nie czuła nic. Spojrzała na 

swoje złożone dłonie.

- Kochałam ją?

Współczucie nie należało do wyposażenia torby lekarskiej, ale doktor nosił je w sobie.

- Była osią waszej rodziny. Kotwicą, sercem. Kochałaś ją, Gabriello, bardzo mocno.

Wiara w tę miłość była prawie tak zadowalająca jak prawdziwe uczucie.

- Jak długo chorowała?

- Sześć miesięcy.

Rodzina musiała spoić się, związać mocno. Była tego pewna.

- Niełatwo akceptujemy obcych, prawda? Doktor Franco uśmiechnął się znów.

- Owszem.

- Zna pan Reeve'a MacGee?

-   Tego  Amerykanina?   -   Wzruszył   ramionami   gestem,   który   Brie   rozpoznała   jako 

typowo francuski i pragmatyczny. - Słabo. Twój ojciec wysoko go ceni.

- Aleksander za nim nie przepada.

background image

-   To   dość   naturalne.   -   Doktor   Franco   cedził   słowa,   zaintrygowany   zwrotem   w 

rozmowie. Może jeszcze nie zna swojej rodziny, ale jak dawniej pozostają dla niej w centrum 

zainteresowania. - Książę Aleksander czuje się odpowiedzialny za ciebie i nie bardzo podoba 

mu   się   asysta   kogoś   spoza   rodziny.   Te   udawane   zaręczyny...   -   Zamilkł   na   widok   jej 

zwężonych oczu, ale źle zrozumiał powód. - Nie plotkuję. Po prostu jako lekarz królewskiej 

rodziny cieszę się zaufaniem twojego ojca.

Brie wyprostowała nogi i wstała, nie mogąc już usiedzieć.

- I zgadza się pan z jego opinią?

Krzaczaste brwi doktora Franco podjechały do góry.

- Nie mogę się zgadzać lub nie zgadzać z księciem Armandem, wyjąwszy sprawy 

medyczne. Jednak zaręczyny mogły zdenerwować twojego brata, który czuje się osobiście 

odpowiedzialny za twój dobry stan.

- A moje uczucia? - Nagle jej spokój zniknął. Odwróciła się do doktora, który teraz 

stał za łóżkiem z rękami wygodnie założonymi do tyłu. - Czy one się nie liczą? To ciągłe 

udawanie, że wszystko jest w porządku! - prychnęła. - Ta farsa, że mam wielki romans z 

synem przyjaciela mojego ojca. Zaraz dostanę szału, słowo daję.

Wzięła z toaletki grzebyk z masy perłowej i nerwowo postukiwała nim o dłoń.

- Moje zaręczyny ogłoszono zaledwie wczoraj, a już pełno o tym w gazetach. Te ich 

spekulacje, opinie, paplanina. Gdzie tylko się ruszę, pytania, mrugnięcia, westchnienia.

Doktor znał te gesty. Z rękami splecionymi za plecami czekał w milczeniu na rozwój 

sytuacji.

- Choćby dziś rano, kiedy próbowałam pracować nad balem, pytano mnie o suknię 

ślubną. Biała czy kość słoniowa? Czy skorzystam z mojego fryzjera, czy pojadę do Paryża jak 

matka? Suknia ślubna! - powtórzyła, wyrzucając w górę ręce. - Kiedy ja muszę ustalić menu 

dla tysiąca pięciuset osób! Czy ceremonia odbędzie się w pałacowej kaplicy, czy w katedrze? 

Czy zaproszę dobrych znajomych ze szkoły na wesele? Czy wybiorę na druhnę angielską 

księżniczkę, czy francuską hrabinę, z których żadnej nie pamiętam, ni w ząb. Im bardziej 

usiłujemy ukryć prawdę, w tym większy wpadamy absurd.

-   Twój   ojciec   działa   dla   twego   dobra,   Gabriello,   i   dla   swego   ludu   -   rzekł   bez 

przekonania doktor Franco.

- A nie są to czasem dwie odrębne sprawy? - zapytała, ciskając grzebyk na toaletkę. - 

Przepraszam - dodała łagodniej. - To nie było w porządku. Oszukiwanie jest trudne. A ja 

jestem w nie zaangażowana na tyłu poziomach. I jeszcze ten Reeve! - Zamilkła, zła na siebie, 

że pozwoliła myślom wędrować w tym kierunku.

background image

- Jest atrakcyjny - dokończył.

Zerknęła na niego z lekkim, ostrożnym uśmiechem.

- Jest pan świetnym lekarzem, doktorze Franco. Skłonił się krótko, wytwornie.

- Znam moich pacjentów, Wasza Wysokość.

- Atrakcyjny - zgodziła się - ale nie we wszystkim go lubię. Jego ciągła dominacja nie 

jest  zbyt  pociągająca,   szczególnie  w  roli   narzeczonego.  Jednak  zagram  moją  rolę.   Kiedy 

odzyskam pamięć, Amerykanin wróci na swoją farmę, a ja - do mojego życia. Tak mi się 

wydaje, doktorze Franco. - Oparła dłonie na poręczy krzesła. - Chcę sobie przypomnieć. Chcę 

zrozumieć. Chcę powrócić do mojego życia.

- Przypomnisz sobie, Gabriello.

- Jest pan tego pewien?

- Jako lekarz nie mogę być pewien niczego. - Pochylił się, by podnieść torbę. - Jako 

człowiek, który zna cię od kołyski, jestem pewien.

- Podoba mi się ta opinia - stwierdziła rzeczowo, postępując krok do przodu.

- Nie musisz mnie odprowadzać. - Poklepał ją po ręku. - Wpadnę jeszcze do twego 

ojca, zanim pójdę.

- Dziękuję za wszystko, doktorze Franco.

- Gabriello... - Przystanął w otwartych drzwiach. - Wszyscy mamy jakieś pozory do 

utrzymywania.

Skinęła głową - chłodno, iście po królewsku.

- Rozumiem.

Dyskretnie   zaczekała,   aż   zamkną   się   za   nim   drzwi,   nim   podskoczyła   w   napadzie 

gniewu.   Pozory,   cholerne   pozory.   Dobrze,   będzie   dla   nich   grała;   będzie   udawała,   że   je 

akceptuje.  Ale   nie   cierpiała   ich.   Powodowana   zmiennym   nastrojem,   wyciągnęła   z   kosza 

papier, który zmięła i podarła dziś rano.

KSIĘŻNICZKA  GABRIELLA  BIERZE   ŚLUB   -   krzyczały   litery   nagłówka.   Brie 

zaklęła tak, jak księżniczki mogą kląć tylko w samotności. Było tam jej zdjęcie i drugie - 

Reeve'a. Z przekrzywioną głową, ustawiając gazetę ku światłu, analizowała fotkę.

Atrakcyjny,   racja,   zdecydowała.   Balansujący   na   krawędzi   bezczelności   i 

ugrzecznienia. Jak wielki drapieżny kot, dumała, który może bawić się lub zaatakować w 

zależności od nastroju. Sam dokonuje wyboru. Taki człowiek jak on wywołuje mieszane 

uczucia. Nie tylko w niej, zauważyła z pewną satysfakcją. Również w prasie znalazła różne 

opinie.

background image

Głównie oczywiście ekscytacja i zadowolenie, że jedno z królewskich dzieci bierze 

ślub. Podkreślano, jak zwróciła uwagę, że najdłużej ze wszystkich księżniczek w historii 

Cordiny zwlekała ze ślubem.

Najwyższy   czas,   sugerowały   z   ożywieniem   gazety.   Związki   rodzinne   między 

rodzinami Bissetów i MacGee działały na korzyść Reeve'a, tak jak opinia jego ojca. Ale z 

drugiej strony, był Amerykaninem, a więc nie najlepszą partią w opinii obywateli Cordiny.

Dalsze   prasowe   dywagacje   dotyczyły   innych   możliwych   partii.   Brie   czuła   się 

zażenowana owym swataniem z co najmniej tuzinem herbowych kawalerów. Młodzi książęta, 

lordowie, markizowie... Z krótkich komentarzy przy zdjęciach wynikało, że ich znała i spę-

dzała z nimi czas. Jeden być może znaczył dla niej coś więcej, ale nie miała nawet cienia 

intuicji, który to mógł być. Nazwiska i twarze nic jej nie mówiły. Znów zaczęła czytać o 

Reevie. Przynajmniej w tym przypadku wiedziała, na czym stoi.

Prasa   ewidentnie   wstrzymywała   się   jeszcze   z   ostateczną   oceną   amerykańskiego 

ekspolicjanta, syna znanego i szanowanego dyplomaty. Zamiast tego spekulowano na temat 

daty ślubu. Brie cisnęła gazetę na łóżko tak, że upadła zdjęciami do góry. Ojciec osiągnął 

swój cel, zreflektowała się.

Zainteresowanie opinii publicznej przeniosło się z porwania na zaręczyny. Nikt już nie 

mógł kwestionować obecności Reeve'a w pałacu ani jego roli u jej boku.

A skoro nie było wątpliwości co do niego, nie było również wątpliwości co do niej. 

Powoli obróciła do góry dłonie i przyjrzała się im. Było coś, o czym nie mogła rozmawiać z 

żadnym ze swoich lekarzy. Coś, co mogła ułożyć w słowa tylko wobec Reeve'a.

Czy zabiła człowieka? Czy wzięła nóż i...? Boże jedyny, kiedy się tego dowie?

Zmuszanie   się   do   przypomnienia   nie   przynosiło   nic   poza   frustracją.   Myśli 

rozpierzchały się jak stado spłoszonych ptaków. Jakieś strzępy pojawiały się tylko w snach. I 

jak   to   ze   snami   bywa,   po   przebudzeniu   wszystko   było   niejasne   i   zamazane.   Wizje   nie 

umniejszały napięcia, przeciwnie - wzmacniały je.

Dobrze, że mogła pracować. Wypełnienie każdego dnia nie stanowiło problemu. Praca 

dawała radość i spełnienie, choć musiała sobie teraz radzić z tymi głupimi zaręczynami. Im 

szybciej   załatwi   tę   sprawę   i   pójdzie   swoją   drogą,   tym   lepiej.   Kolejna   przeszkoda   do 

pokonania w trudnym powrocie do własnej tożsamości.

- Proszę wejść - powiedziała, słysząc pukanie do drzwi. Była zła, a wejście Reeve'a 

nie poprawiło jej humoru.

Pokój subtelnie pachniał kwiatami. Stały w wazie przy oknie i na podstawce koło 

łóżka. Powiew wpadający przez otwarte okno roznosił ich zapach wszędzie.

background image

-   Doktor   Franco   mówi,   że   szybko   zdrowiejesz.   Brie   dała   sobie   trochę   czasu   na 

usadowienie się na poduszkach przy oknie. To pozwoliło jej zapanować nad emocjami.

- Czy doktor także tobie składa raporty?

- Rozmawiałem właśnie z twoim ojcem.

Zauważył gazetę ze zdjęciami na łóżku, lecz nie skomentował tego. Nic by nie dało 

przyznanie, że widok pierwszych stron gazet zaszokował go tego ranka. Czym innym jest 

zgodzić się na udawane zaręczyny, a czym innym ujrzeć oficjalną wiadomość o nich. Pod-

szedł do jej toaletki i niedbale podniósł mały słoiczek. Skupił się na nim, by zapomnieć jak 

wygląda ta kobieta w zwiewnej domowej sukni w kolorze kości słoniowej.

- Więc naprawdę czujesz się lepiej? - zagadnął.

- Całkiem dobrze, dziękuję.

Zimna, formalna odpowiedź sprawiła, że zacisnął usta. Ona nie ustąpi ani na krok, 

pomyślał. Tym lepiej.

- Jakie masz plany na jutro? - spytał, choć już postarał się poznać je w szczegółach.

- Jestem zajęta do południa, a potem nic się nie dzieje aż do kolacji z księciem i 

księżną Marlborough oraz panem Loubet z żoną.

Jeśli dobrze odczytał ton jej głosu, wcale nie bawiła jej ta perspektywa, podobnie jak 

jego. To miała być ich pierwsza kolacja jako oficjalnych narzeczonych.

- Więc może chciałabyś pożeglować przez kilka godzin po południu?

-   Pożeglować?   -   Zdążył   dostrzec,   jak   zapłonął   jej   wzrok,   nim   opuściła   powieki   i 

odrzekła chłodno: - Czy to zaproszenie, czy sposób, żeby mieć mnie pod kontrolą?

- I jedno, i drugie.

Otworzył   słoiczek,   włożył   palec   w   krem   i   roztarł   go   między   kciukiem   a   palcem 

wskazującym. Pachniał jak jej skóra, miękko i seksownie. Jestem tu, żeby jej strzec, myślał 

ponuro, zamykając powoli słoik, ale kto będzie strzegł mnie?

Ponieważ Brie siedziała w milczeniu, odstawił słoiczek i zbliżył się do niej.

- Jeśli masz zamiar rozważać wszystkie za i przeciw, zwróć uwagę na to, że na kilka 

godzin urwiesz się z tego całego pałacu - zauważył roztropnie.

- Z tobą.

- Narzeczem powinni spędzać razem czas - odparł lekko i zanim zdążyła zrobić unik, 

pewnym gestem położył dłoń na jej ramieniu. - Zgodziłaś się. - W jego spokojnym tonie kryło 

się twarde ostrze. - Teraz musisz przez to przejść.

- Ale publicznie!

background image

- Kobieta z twoją pozycją ma mało prywatnego życia. I - dodał - także moje znalazło 

się pod mikroskopem.

- Chcesz wdzięczności? - wzruszyła ramionami. - Trudno mi się na nią teraz zdobyć.

- Obędzie się. - Zdenerwowany wzmocnił uścisk, aż ich spojrzenia się spotkały. - 

Współpraca wystarczy.

Uniosła podbródek, mierząc go spojrzeniem.

- Moja czy twoja?

- Odpowiedź brzmi: nasza. Oficjalnie jesteśmy zaręczeni. Zakochani - dodał, ważąc 

słowa. - A skoro przy tym jesteśmy... - Sięgnął do kieszeni, wyjął małe, aksamitne pudełeczko 

i otworzył je jednym ruchem palca.

Brie   odniosła   wrażenie,   że   promienie   słońca,   które   wpadły   do   środka,   dosłownie 

eksplodowały   w   białym,   ciętym   w   kwadraty   diamencie.   Poczuła,   że   serce   wali   jej   jak 

oszalałe.

- Nie - wykrztusiła. - Tylko nie to.

- Zbyt tradycyjnie? - Reeve wyjął pierścionek z pudełka i poruszał nim w promieniach 

słońca. Kamień ożył nagle wszystkimi barwami tęczy. - Pasuje do ciebie. Czysty, chłodny, 

elegancki. Gotowy wybuchnąć pasją przy odpowiednim dotyku.

Już nie patrzył na klejnot, tylko na nią.

- Daj mi rękę, Gabriello. Nie poruszyła się.

- Nie będę nosić twojego pierścionka.

Chwycił ją za lewy nadgarstek i poczuł gwałtowne tętno pod palcami. Słońce wpadało 

przez okno, rozświetlając jej włosy, oczy. Wewnątrz kipiała furia, wyczuwał to. I namiętność. 

Prawie romantyczne, myślał, wkładając Brie pierścionek na palec. Ale romans nie był w 

planie tego dnia.

- Owszem, będziesz - oświadczył i zamknął dłoń na jej dłoni, przypieczętowując więź.

Pierwszy raz pozwolił sobie pomyśleć, jak trudno byłoby ją zerwać.

- Zaraz go zdejmę - syknęła.

- To nie byłoby mądre i dobrze o tym wiesz.

- Ciągle wykonujesz rozkazy mojego ojca? - atakowała.

- Oboje to robimy. Ale pierścionek jest moim pomysłem.

Przesunął wolną ręką po jej karku. Powoli i delikatnie.

- Toteż...

background image

Pocałował ją, nie pozostawiając jej wyboru. Kiedy zesztywniała, głaskał ją. Kiedy 

drżała   -  uspokajał.   Gdy  uzyskał   przychylną   odpowiedź,   jego   pocałunek   stał   się   gorący  i 

łapczywy.

Palce Reeve'a błądziły we włosach Brie, ale ciało jej przeszył dreszcz, jakby dotykał 

jej   wszędzie.   Pragnęła   tego.   Usta   nie   wystarczały,   by   dawać,   brać,   żądać.   Całe   światy 

otwierały się i znikały w tym zetknięciu warg. Mogła smakować jego podarunki - pasję, 

dzikość,   wolność.   W   jego   objęciach   wracała   do   życia.   Reeve   nie   znał   kobiety   tak 

elektryzującej i jednocześnie tak miękkiej. Czuł uderzenia jej serca. Musnął palcem napiętą 

szyję. Jęk Brie wybrzmiał w jego ustach. Ssał jej dolną wargę, a jej ciało dygotało, kiedy, nie 

wierząc jeszcze własnemu szczęściu, przesuwał dłoń od talii ku piersiom. Mógłby jedną ręką 

zedrzeć z niej cienką szatę, pozostawiając ją nagą, ale nie przekraczał granic. Wiedział, że 

jeszcze chwila, a nie zdoła się zatrzymać.

Kiedy będzie się z nią naprawdę kochał, nie będzie służących, personelu, rodziny. Nie 

będzie niczego, tylko oni dwoje. Żadne z nich tego nie zapomni.

Pogłaskał ją ostatnim, długim gestem. Posiadanie? Groźba? Obietnica? Żadne z nich 

nie miało pewności, co czuje. Kiedy ją puścił, żadne się nie uspokoiło.

Coś we wzroku Reeve'a sprawiło, że Brie zrobiło się gorąco. Żądza, czy coś więcej? 

Wiedza, tak, wiedza. Jego oczy były niebieskie, ciemne, nie całkiem spokojne. Zobaczyła w 

nich prawdę - że nie byłoby jej łatwo odejść od niego, ani dziś, ani jutro.

Odsunęła się najdalej, jak mogła.

-   Nie   miałeś   prawa   -   powiedziała   powoli.   Patrzył   na   nią   długo,   aż   musiała 

powstrzymać drżenie.

- Nie potrzebuję żadnego prawa. - Gdy pochylił się, by dotknąć jej twarzy, nie cofnęła 

się. Nie mogła pojąć tej śmiałości. Może to była czułość, a może arogancja.

On jednak wiedział, że jej siły nie można lekceważyć. Nie odsunęła go, ale nie była 

słaba.

- Powiem ci, kiedy zechcę, byś mnie dotknął, Reeve. Nie cofnął dłoni.

- Więc cię dotykam.

Trzeba spróbować innej taktyki, zdecydowała. Coś musi zadziałać.

-   Myślę,   że   bierzesz   tę   szaradę   zbyt   poważnie   -   powiedziała   z   naciskiem.   - 

Przekraczasz granice pod pretekstem, że chcesz mi przywrócić pamięć.

-   Jeśli   pragniesz   ukłonów   i   dworskiej   oficjałki,   musisz   szukać   gdzie   indziej   - 

stwierdził cierpko. - Pamiętaj, że sama kazałaś mi nie być grzecznym.

- Nietrudno ci spełnić tę prośbę.

background image

- Bardzo łatwo. - Uśmiechnął się i uniósł jej dłoń z diamentem do ust. - Ty i ja wiemy, 

że to tylko błyszczący kamień, Brie. Jeszcze jedno oszustwo. - Wiedziony impulsem, obrócił 

jej dłoń i przycisnął do niej usta. - Nikt inny się nie dowie.

Tym razem wyrwała mu się i wstała.

- Mówiłam ci, że nie będę go nosić. Zanim zdążyła zdjąć pierścień, był przy niej.

- A ja ci mówiłem, że będziesz. Pomyśl...

Kiedy   zastygła   z   pierścionkiem   w   połowie   palca,   zaczął   mówić   dalej.   Używał 

dokładnie tego tonu, który służył mu do wyciągania odpowiedzi z opornych podejrzanych. 

Umowa, pomyślał ponuro, to tylko umowa, gra pozorów.

- Czy wolisz przełknąć dumę i nosić go, czy za każdym razem będziesz wyjaśniać, 

dlaczego nie nosisz zaręczynowego pierścionka?

- Mogę mówić, że nie dbam o biżuterię. Zaśmiał się, dotykając szafirów na jej prawej 

dłoni i ciemnobłękitnych kamieni, które nosiła w uszach.

- Możesz? - szydził. - W niektóre kłamstwa trudniej uwierzyć niż w inne.

Brie włożyła z powrotem pierścionek.

- A niech cię diabli! - zaklęła.

-   Teraz   lepiej.   -   Skinął   głową   z   aprobatą.   -   Przeklinaj   mnie,   jak   chcesz,   ale 

współpracuj. Nie przychodzi ci przypadkiem na myśl, Wasza Wysokość, że jestem w tak 

samo niewygodnej sytuacji jak ty?

Brie, złapana w pułapkę, odwróciła się gwałtownie.

- W niewygodnej? Wydajesz się tym świetnie bawić.

- Staram się znaleźć dobre strony. Możesz zrobić to samo albo upierać się przy swoim.

Odwróciła się ku niemu z pałającymi oczami.

- Nie lubię, kiedy sprawiasz, że czuję się jak dziecko, Reeve.

- Więc nie sprzeciwiaj się, kiedy sprawiam, że czujesz się jak kobieta.

- Czy ty zawsze masz odpowiedź na wszystko? Pomyślał o niej i o tym, co w nim 

narastało.

- Nie. Zawieśmy na chwilę broń, Brie. Przed całą tą sprawą z zaręczynami układało 

nam się całkiem dobrze i nie widzę powodu, aby musiało być gorzej. Zaręczyny powinny 

wiele uprościć.

Zmarszczyła brwi, ale poczuła, że pragnie rozejmu. Nie czuła się na siłach, aby z nim 

walczyć.

- Uprościć?

background image

- Oczywiście. Nie będziesz musiała wyjaśniać, dlaczego spędzamy razem czas. Jako 

narzeczonym   wolno   nam   wyjść,   poszukać   samotności.   Ludzie   są   tolerancyjni   wobec 

kochanków. Nie będziesz tak uwiązana w pałacu.

- Nie mówiłam, że jestem uwiązana.

- Widziałem, jak wyglądasz przez okno. Przez każde, koło którego przechodzisz.

Patrzyła  na  niego  długo,  aż  nagle  poddała  się  z westchnieniem.  Usiadła  znów  na 

poduszkach przy oknie.

- Masz rację, czasem czuję się jak osaczona. Wyobraź sobie, co to znaczy, Reeve, 

czuć, że się dokądś przynależy, a jednocześnie nie wiedzieć, w którą stronę się obrócić, żeby 

się znów nie zgubić. I te sny!

Zamilkła, klnąc siebie w myślach. Tak łatwo wyjawić mu więcej, niżby się chciało!

- Miałaś znowu sny?

- Tak, ale mało z nich pamiętam.

- Brie. - W jego głosie nie było cierpliwości jak u doktora Franco, lecz usłyszała 

zrozumienie.

Sfrustrowana, przeczesała palcami włosy. Dostrzegł, jak w jego pierścieniu zapalają 

się ogniki. Mój płomień, pomyślał, przeciw jej płomieniowi.

- Zawsze jest mniej więcej to samo - wyznała z niechęcią. - Ciemność, dziwne wonie, 

strach. Nic istotnego, Reeve. - Na moment zacisnęła powieki. Słabość przychodziła łatwo, 

zbyt łatwo. Łzy także. Nie mogła sobie na to pozwolić. - Nie mam się o co zaczepić. Każdego 

ranka powtarzam sobie: może dziś uniosą się zasłony. A każdej nocy... Ech! - Wzruszyła 

ramionami, przygryzając wargi.

Chciał   podejść   do   niej,   objąć   ją.   Gotów   był   natychmiast   zaoferować   uczucie,   ale 

komfort byłby niebezpieczny. W rezultacie zachował dystans.

- Jutro nie będziesz musiała o tym myśleć - powiedział ciepło. - Będziemy na wodzie. 

Tylko my, żagle, słońce i morze. Nie będziesz musiała grać.

Kilka godzin bez udawania, pomyślała. Reeve oferuje jej wspaniały prezent. Może był 

to i prezent dla niego, ale miał do tego prawo. Brie spojrzała na pierścionek, a potem na 

swego towarzysza.

- Ty też nie - dodała.

Uśmiechnął się. Pomyślała, że prawie przyjaźnie.

- Zgoda.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Pośród wszystkiego, o czym Brie zapomniała, był również prawdziwy odpoczynek. 

Ucząc się go, odkrywała z radością, że leniuchowanie jest rozkosznie łatwe. Miała nadzieję, 

że inne rzeczy, które sobie przypomni, będą równie przyjemne.

Okazało się, że jeszcze jednej sprawy może być pewna - na morzu czuła się jak u 

siebie w domu. Świadomość, że wie, jak radzić sobie z żaglami i sterem, sprawiła jej ogromną 

przyjemność. Gdyby została sama na tym małym jachcie, umiałaby go poprowadzić. Starczy-

łoby jej opanowania, wiedzy i siły. Była tego pewna.

Wsłuchując się w plusk fal przecinanych dziobem, wiedziała, że już nieraz cieszył ją 

ten dźwięk. Uwielbiała żeglowanie. Wszystko, co mówił Reeve, zdawało się to potwierdzać. 

Pomysł spędzenia dnia na wodzie przyszedł mu do głowy, kiedy zauważył, że napięcie i przy-

gnębienie Brie wcale nie minęło, a w każdym razie nie w takim stopniu, jak utrzymywała. 

Kazała mu być niemiłym, lecz niełatwo jest być posłusznym niektórym rozkazom, nawet gdy 

padają z ust księżniczki.

Kiedy odbijali od kei, z całym zaufaniem pozwolił jej przejąć ster. Teraz obserwował, 

jak z wyczuciem ustawia łódź  dziobem pod wiatr.  Postawił żagle i  naciągnął fały.  Białe 

płachty   zaklaskały   w   porywach   wiatru.   Łódź,   sterowana   wprawną   dłonią,   pomknęła   do 

przodu niczym rumak. Poprzez huk żywiołów dodarł do jego uszu krystaliczny śmiech Brie.

- To wspaniałe! - wykrzyknęła. - Genialne! I takie proste! Wolność!

Zdawała się upajać wiatrem i prędkością. Po tak długim okresie zniewolenia poczucie 

władzy   natychmiast   uderzyło   jej   do   głowy.   Nareszcie   znalazła   coś,   nad   czym   mogła 

sprawować   pełną   kontrolę.   Z   wprawą,   o   której   nie   miała   pojęcia,   zręcznymi   ruchami 

sterowała żaglówką.

Mury, zobowiązania i kłopoty zniknęły, jakby wywiała je morska bryza. Liczyły się 

tylko   woda   i   wiatr.   Czas   nic   nie   znaczył.   Mogła   zapomnieć   o   jego   istnieniu,   jak   to   już 

zapewne robiła nieraz. Nad nimi świeciło jasne, ciepłe słońce, którego złote promienie kładły 

się na wodzie.

Przytrzymując ster kolanem, Brie ściągnęła bawełnianą koszulkę, odsłaniając skąpe 

bikini.   Pragnęła   czuć   na   skórze   promienie   słońca   i   smaganie   wiatru.   Zręcznie   unikała 

bliskości innych łodzi. Za nic na świecie nie wyrzekłaby się prywatności.

Przez kilka godzin będzie samolubna. Przez kilka godzin nie będzie księżniczką, lecz 

kobietą,   pieszczoną   przez   słońce   i   głaskaną   przez   wiatr.   Roześmiała   się   ponownie, 

przechylając głowę do tyłu tak, by wiatr targał jej włosy.

background image

- Już to kiedyś robiłam! - powiedziała, przekrzykując łoskot żagli.

Reeve odprężył się. Teraz wiatr pracował za niego, jak najlepszy terapeuta.

- To twoja łódź - oznajmił z uśmiechem. - Jeśli wierzyć twojemu ojcu, Bennett nie boi 

się zupełnie wiatrów i burz, Aleksander jest w stanie prześcignąć mistrzów, ale najlepszym 

żeglarzem w rodzinie jesteś ty.

Brie   w   zamyśleniu   powiodła   dłonią   po   gładkiej,   mahoniowej   barierce.  Liberie... 

Zadumała się wpatrzona w nazwę widniejącą na sterze. Wolność...

- Zdaje się, że to działa podobnie jak farma - powiedziała w zamyśleniu. - Od czasu do 

czasu wykorzystuję tę łajbę, żeby gdzieś uciec.

Reeve  odwrócił się, by na  nią spojrzeć.  W bursztynowych  szkłach jego okularów 

przeciwsłonecznych   skóra   Brie   zdawała   się  połyskiwać   złotem.   Sama   Brie   była   ponętna, 

kusząca,  a jednocześnie  zagubiona.  Musiał jednak pamiętać,  by nie  być  wobec  niej  zbyt 

miłym.

- Powiedziałbym, że masz do tego prawo. Czyż nie? Odpowiedziała wymijającym 

westchnieniem.

- Właśnie dlatego zastanawiam się, czy byłam dawniej szczęśliwa. Czasami mi się 

wydaje, że kiedy sobie wszystko przypomnę, będę żałowała, że nigdy już nie będzie tak jak 

teraz. Wszystko jest nowe, rozumiesz?

- Nowe życie? - Myślami powędrował na swoją farmę, tam, gdzie zamierzał zacząć 

wszystko od nowa. Tylko że w przeciwieństwie do Brie wiedział, na czym skończył i od 

czego zacznie.

- Nie chodzi o to, że nie chcę sobie przypomnieć...

Obserwowała, jak Reeve ściąga koszulkę przez głowę i rzuca obok siebie. Widać było, 

że zachowuje się swobodnie. Nie czuła zażenowania, mimo iż z nagim torsem siedział tak 

blisko niej. Pozwoliła sobie przypomnieć chwilę, kiedy tulił ją do siebie. Był smukły, jędrny i 

silny. Na jego skórze lśniła jak rosa wodna mgiełka. Niebezpieczny facet.

Ale czy niebezpieczeństwo nie jest tym, czemu prędzej lub później będzie musiała 

stawić czoło?

Tak, pamiętała dotyk jego ramion. Czy powinna się wstydzić tego, że odkryła, jak 

bardzo pragnie być przez niego tulona? Nie czuła wstydu, niezależnie od tego, czy powinna 

go czuć, czy też nie. Była natomiast ostrożna.

- Tak niewiele wiem - westchnęła. - O sobie, o tobie. Reeve wyciągnął papierosa z 

kieszonki   rzuconej   na   ławę   koszulki.   Podpalił   go,   osłaniając   od   wiatru   wątły   płomień 

zapalniczki, i mocno się zaciągnął.

background image

- Co jeszcze chcesz wiedzieć?

Nie odpowiedziała. Mierzyła go badawczym wzrokiem. Taki mężczyzna potrafi się 

zatroszczyć o siebie i o innych, jeśli zechce. I sam ustala zasady, wedle których żyje. A 

jednak... Jeżeli się nie myliła, przez większość swojego życia musiał się podporządkowywać 

zasadom wytyczonym przez innych.

A jak jest teraz?

- Mój ojciec ma do ciebie zaufanie. Reeve skinął głową, luzując odrobinę żagiel.

- Nie ma powodu mi nie ufać.

- Zgoda, ale tak naprawdę nie zna ciebie, tylko twojego ojca.

Wydął   wargi   z   właściwą   sobie   arogancją.   Niezależnie   od   elegancji   i   swoistego 

wdzięku, właśnie tego typu cechy ją w nim pociągały.

- A ty mi ufasz, Gabriello? - zapytał rozmyślnie niskim, wyzywającym głosem.

Kusił ją, nęcił, i oboje o tym wiedzieli. Dlatego gdy wreszcie usłyszał odpowiedź, 

odjęło mu mowę.

- Absolutnie, Reeve - odparła, po czym wystawiła twarz do wiatru i pozwoliła łodzi 

pruć fale.

Jak miał na to zareagować? W jej słowach nie było kpiny ani ironii. Powiedziała 

dokładnie to, co miała na myśli. Powinien być zadowolony. Zaufanie, jakim go obdarzyła, 

powinno teoretycznie ułatwić mu pracę. Czemu więc tak bardzo się tego obawiał? Dlatego, że 

nie mógł ufać sam sobie?

Nagle przypomniał sobie to, co stało się dla niego oczywiste, gdy po raz pierwszy 

zobaczył   Brie   na   szpitalnym   łóżku.   Nic   między   nimi   nie   zdarzy   się   przypadkowo.   Los 

przydzielił im teatralne, dziwaczne role, i muszą się ich trzymać. Nigdy nie dojdzie między 

nimi do czegoś poważnego. Jest uwikłany, podobnie jak ona, w przedziwną matnię.

Oboje na swój sposób zaczynają nowe życie. Żadne z nich nie pragnie, aby drugie 

skomplikowało mu trudny start. W sumie Reeve obiecał sobie, że zrobi wszystko, by jego 

życie stało się prostsze. I zaledwie zaczął je porządkować, telefon z Cordiny popsuł mu szyki.

Mógł   odmówić;   upomniał   siebie   natychmiast.   Ale   nie   chciał.   Dlaczego?   Bo 

szesnastoletnia Brie zbyt mocno wryła mu się w pamięć.

Gdy przyjechał do Cordiny, sprawy nabrały rumieńców. Na wieść o zaręczynach prasa 

zaczęła deptać im po piętach. Ślub w rodzinie królewskiej to nie lada gratka. Już trzy spośród 

największych czasopism amerykańskich błagały o wywiad. Paparazzi, zawzięci niczym psy 

gończe, cały dzień czyhali pod pałacem.

background image

Reeve mógł nie przystać na pomysł księcia Armanda dotyczący jego zaręczyn z Brie, 

ale się na ten plan zgodził. Dlaczego? Bo według wszelkiego prawdopodobieństwa Gabriella, 

kobieta, którą coraz lepiej poznawał, opanowała jego umysł niepodzielnie. Drgnął, słysząc, że 

coś do niego mówi.

- Ta mała zatoczka - wskazała przed siebie - wygląda bardzo spokojnie.

Bez słów skierowali się w stronę ustronnego miejsca. Z wprawą doskonałego żeglarza 

obłaskawiła wiatr, by ich tam wprowadził. Kiedy zarzucili kotwicę przy plaży i opuścili żagle, 

Brie usiadła na deku, wpatrzona w wąskie pasmo wody.

- Cordina wygląda stąd zupełnie bajkowo. Jest taka różowa, biała i urocza. Aż dziw, że 

zło ma tam dostęp - zauważyła.

Reeve popatrzył w tym samym kierunku.

- Baśnie są pełne przemocy, czyż nie?

-   Owszem.   -   Uśmiechnęła   się,   spoglądając   na   górujący   nad   miastem   pałac.   Był 

niezwykle dostojny i elegancki. - Tylko że Cordina, bez względu na to, jak bajkowo wygląda, 

nie jest baśnią. Zapewne twój praktyczny, demokratyczny amerykański umysł uważa nasze 

zamki, przepych, protokół za niepotrzebne ozdobniki?

Tym razem to on się uśmiechnął. Być może nie pamiętała swych korzeni, lecz nie 

wyrzekła się ich ani na moment.

-  Uważam,   że   wasze,   państwo  jest   inteligentnie   zarządzane,   a   Lebarre   to   jeden   z 

najlepszych portów na świecie. Pod względem kultury Cordina również nikomu nie ustępuje, 

jeżeli zaś chodzi o gospodarkę, radzi sobie lepiej niż większość państw europejskich.

- To prawda. Ja też odrobiłam pracę domową. A jednak. .. - Brie zwilżyła wargi i 

objęła   kolana   ramionami,   opierając   o   nie   brodę.   -  Wiesz,   że   dopiero   po   drugiej   wojnie 

światowej kobiety otrzymały w Cordinie prawo głosu? Jakby chodziło o wielką łaskę, a nie o 

naturalne   prawo.   Stadło   rodzinne   jest   nadal   typowe   dla   okolic   Morza   Śródziemnego   -   z 

niepracującą żoną i dominującym mężem.

- Dominującym w teorii czy w praktyce?

-   Z   tego,   co   zdążyłam   zobaczyć,   na   pewno   w   praktyce.   Tytuł   mojego   ojca   jest 

dziedziczny jedynie w linii męskiej - tak głosi konstytucja.

Reeve słuchał, patrząc na odległy brzeg razem z nią.

- Czy to ci przeszkadza? Spojrzała na niego ze zdziwieniem.

- A jak myślisz? Oczywiście, że tak. To, że nie palę się do sprawowania rządów, nie 

znaczy, że mamy wspaniałe prawo. Mój dziadek zrobił pierwszy krok, przyznając kobietom 

background image

prawo głosu. Ojciec posunął się dalej, obsadzając kobietami ważne stanowiska, lecz zmiany 

zachodzą zbyt powoli.

- Zawsze tak było, nie tylko u was.

- Widać z natury jesteś pragmatyczny i cierpliwy, a ja nie. - Wzruszyła ramionami. - 

Jeśli chodzi o zmianę na lepsze, nie widzę powodu, żeby czekać.

- Musisz brać pod uwagę czynnik ludzki.

- Szczególnie że niektórzy ludzie zbyt mocno tkwią w tradycji, żeby dostrzegać zalety 

postępu.

- Loubet?

Brie spojrzała na niego z podziwem.

- Teraz rozumiem, czemu ojciec cieszy się, że jesteś z nami, Reeve.

- Co wiesz o Loubecie? - zagadnął z ciekawością.

- Potrafię czytać - odparła. - Umiem słuchać. Obraz, jaki w ten sposób uzyskałam, 

przedstawia   bardzo   konserwatywnego   człowieka.   Wapniaka.   -   Wstała   i   przeciągnęła   się 

leniwie. - Zgoda, świetny z niego minister, lecz jest tak bardzo, wręcz niesamowicie ostrożny. 

Przeczytałam w pamiętniku, że w zeszłym roku usiłował mnie zniechęcić do wyjazdu do 

Afryki. Uważał, że to nie przystoi kobiecie. Poza tym, jego zdaniem, kobieta nie powinna 

uczestniczyć w dyskusjach nad budżetem.

Przez   chwilę   nie   udało   jej   się   zamaskować   frustracji.   Szybko   się   uczy,   zauważył 

Reeve.

- Gdyby decyzja należała do ludzi pokroju Loubeta - dodała po chwili namysłu - 

kobiety nie zajmowałyby się niczym innym, tylko robieniem kawy i rodzeniem dzieci.

- Zawsze uważałem, że w tym celu należy połączyć wysiłki - stwierdził z poważną 

miną.

Wyraźnie rozbawiona i odprężona, odpowiedziała uśmiechem na jego uwagę.

- No tak, nie jesteś tradycjonalistą. Twoja matka była sędzią w sądzie okręgowym. - 

Widząc niedowierzające spojrzenie Reeve'a, uśmiechnęła się jeszcze szerzej. - Ciebie też nie 

przegapiłam. Ukończyłeś studia na American University i otrzymałeś dyplom z wyróżnie-

niem. W obecnej sytuacji wydaje mi się interesujące, że skończyłeś psychologię.

- To narzędzie do robienia kariery - odparł swobodnie.

- Słusznie. Jedźmy dalej. Po dwóch i pół latach w służbie czynnej i trzech pochwałach 

za odwagę postanowiłeś przejść do tajnych służb. Niewiele wiadomo o tym okresie, lecz 

wieść gminna głosi, że brałeś udział w operacji rozbijania jednej z największych grup prze-

stępczych   w   okręgu   Columbia.   Chodzą   również   słuchy,   że   na   prośbę   pewnego   senatora 

background image

Stanów   Zjednoczonych   służyłeś   w   jego   ochronie.   Przy   twojej   opinii,   inteligencji   i 

osiągnięciach spokojnie mógłbyś zostać mianowany kapitanem, mimo młodego wieku. Ty 

tymczasem postanowiłeś porzucić służbę.

- Jak na kogoś, kto twierdzi, że niewiele o mnie wie, zebrałaś całkiem niezły materiał.

- Który tak naprawdę nic mi o tobie nie mówi. - Podeszła do burty. - Muszę się 

ochłodzić. Idziesz ze mną?

Zanim   zdołał   cokolwiek   odpowiedzieć,   była   już   w   wodzie.   Zachowywała   się 

niewiarygodnie prowokacyjnie, lecz nie potrafił powiedzieć, czy postępuje tak przypadkiem, 

czy rozmyślnie. Wiedza o tym mogłaby się okazać niezwykle pouczająca. Wszedł w wodę 

równie gładko jak ona.

- Ładny skok - pochwaliła.

Leniwymi   ruchami   rozgarniała   wodę.   Zmoczone   podczas   nurkowania   włosy 

przylegały   gładko   do   jej   kształtnej   głowy.   Ociekające,   błyszczące   słońcem,   nabrały 

miedzianego   koloru.   Pozbawiona   makijażu   twarz   wyglądała   świeżo   i   olśniewająco.   Nic 

dziwnego, że fotografowie dokładali wszelkich starań, by ją uwiecznić. Nieskazitelnie piękna, 

niczym z obrazów włoskich mistrzów, zadumał się Reeve, płynąc koło Brie w przyjemnie 

chłodnej wodzie.

Takiej kobiety pragnął. Musiał jedynie  zastanowić się, czy jest w stanie oddzielić 

jedno od drugiego i dostać to, czego pożąda. Zbyt długo miał do czynienia z prawem, by nie 

rozumieć, że każdy czyn pociąga za sobą określone konsekwencje. Za wszystko trzeba płacić, 

choć na razie nie miał pojęcia, jaka tym razem będzie cena.

- Podobno codziennie chodzisz na basen - odezwała się, przewracając się na plecy. - 

Dobrze pływasz?

Minimalnym wysiłkiem, zdawałoby się od niechcenia, utrzymywał się na wodzie.

- Raczej tak.

- Może przyłączę się do ciebie któregoś dnia. Powoli wdrażam się do pracy, więc 

chyba zdołam wyrwać się rano na godzinkę czy dwie. - Zmrużyła oczy w słońcu. - Pewnie 

słyszałeś, że bal charytatywny jest już za kilka tygodni.

-  Musiałbym  być   głuchy,  żeby  tego  nie  słyszeć!  W Wielkiej  Sali  Balowej   panuje 

nieziemskie zamieszanie.

- To tylko parę niezbędnych drobiazgów - odparła z lekceważeniem. - Wspomniałam o 

tym tylko dlatego, bo uważam, że powinieneś wiedzieć, że jako... - Jej wzrok automatycznie 

padł na pierścionek na lewej ręce.

Choć przez cały czas na nią patrzył, nie potrafił odczytać wyrazu twarzy.

background image

- Jako mój narzeczony - oznajmiła - będziesz musiał brać udział w ceremonii otwarcia 

balu i towarzyszyć mi aż do zamknięcia.

Obserwował unoszące się na wodzie, jej syrenie włosy.

- I...?

- Widzisz, do czasu balu możemy utrzymywać nasze narzeczeństwo z korzyścią dla 

nas samych. Porwanie, mimo że staramy się o nim nie wspominać, jest genialną wymówką, 

podobnie jak zaręczyny. Jednakże bal będzie wydarzeniem towarzyskim z mnóstwem prasy i 

tłumami gości. Zastanawiam się, czy ojciec, gdy prosił cię o oddanie mu tej przysługi, wziął 

pod uwagę presję społeczną, pod jaką się znajdziesz.

Reeve zanurzył się głębiej i podpłynął bliżej, jednak nie tak blisko, by ich ciała się 

dotknęły.

- Sądzisz, że mogę sobie nie dać rady? - zapytał kokieteryjnie.

Brie wybuchnęła szczerym śmiechem.

- Ależ skąd, na pewno sobie wspaniale poradzisz. W końcu Aleksander nie na darmo 

podziwia   twój   umysł,   a   Bennett   elegancję   i   styl.   Nie   mógłbyś   mieć   lepszego   poparcia. 

Rozbawiła go tym.

- I co z tego?

- Chodzi o to, że im dłużej ciągniemy tę całą maskaradę, tym dłużej ona będzie się 

ciągnęła  za  nami.  Nawet  po zerwaniu  zaręczyn  długo  będziesz  musiał  radzić  sobie  z  jej 

skutkami.

Odwrócił się na plecy i zamknąwszy oczy, pozwolił wodzie unosić rozluźnione ciało.

- Nie martw się za mnie, Brie. Ja się nie przejmuję.

- A ja owszem - oświadczyła. - Przecież to wszystko dzieje się z mojego powodu.

- Mylisz się, to wszystko dzieje się z powodu porwania.

Przez chwilę milczała. Cóż, sam o tym wspomniał. Nie była pewna, czy powinna, lecz 

postanowiła pociągnąć go za język.

- Reeve - zaczęła poważnym tonem - nie zamierzam cię pytać, czy byłeś dobrym 

policjantem, ani też czy byłeś dobrym prywatnym detektywem. Twoje akta mówią same za 

siebie. Ale czy lubisz swoją pracę?

Tym razem on zamilkł. Płynąc z przymkniętymi oczami, czuł ciepło słońca na twarzy i 

orzeźwiający masaż wody na całym ciele. Nikt dotąd nie zapytał go, czy lubi swoją pracę. 

Szczerze mówiąc, sam także od dawna nie zadawał sobie tego pytania. Odpowiedź brzmiała: i 

tak, i nie.

background image

- Taa... - burknął, nie mając ochoty się tłumaczyć. - Praca daje mi satysfakcję. Gdy 

byłem w policji, wierzyłem w to, co robię. Także teraz biorę sprawę tylko wtedy, kiedy 

uważam, że jest warta zachodu.

- Czemu więc nie prowadzisz śledztwa w sprawie porwania, zamiast mnie pilnować?

Obrócił się, by ją widzieć. Od pewnego czasu zastanawiał się, kiedy o to zapyta.

- Jestem prywatnym detektywem, nie gliną - wyjaśnił z emfazą. - Zresztą i tak nie 

mógłbym tu działać legalnie.

- Nie mówię o prawach i zasadach, lecz o twoich zainteresowaniach - sprecyzowała.

- Jedną z cech, które najbardziej w tobie podziwiam, i która jednocześnie najbardziej 

mnie irytuje, jest twoja piekielna przenikliwość - prychnął.

Zastanawiał się, jakie są w dotyku jej zmoczone morską wodą włosy. Czuł przemożną 

potrzebę wsunięcia w nie palców. Był ciekaw, jak by zareagowała, gdyby się dowiedziała, że 

po   cichu   prowadzi   własne,   małe   śledztwo,   że   pozwala   sobie   na   zerkanie   poza   kurtynę 

protokołu i wyciąganie wniosków bez wtajemniczania jej w szczegóły. W szachach nawet 

królowa może być użyta jako pionek.

- Ale dobrze, skoro pytasz, odpowiem - odparł, dryfując z prądem. - Więc myślałem o 

tym, ale dopóki twój ojciec nie poprosi mnie o więcej, jestem tu tylko po to, żeby dbać o 

twoje bezpieczeństwo. Wyłącznie po to.

Gdy wsunął palce w jej włosy, poczuła lekki dreszcz. Na ułamek sekundy ich nogi 

zetknęły się pod wodą.

- A gdybym ja cię o to poprosiła? Zastanowiłbyś się?

Trzymał rękę wplecioną w jej włosy, lecz pytanie rozproszyło jego uwagę.

- Czego chcesz, Brie?

- Pomocy. Przy ojcu i Loubecie moje szanse na dowiedzenie się czegokolwiek na 

temat przebiegu śledztwa są bliskie zera. Oni mnie chronią, Reeve. Najchętniej otoczyliby 

mnie kokonem, a to mi się wcale nie podoba.

- Słowem, chciałabyś, żebym zasięgnął języka i przekazał ci informacje?

- Zamierzałam sama się tym zająć, ale przecież ty masz duże doświadczenie. Poza 

tym... - uśmiechnęła się - gdziekolwiek się ruszę, i tak jesteś przy mnie.

- Czyżby kolejny sposób wykorzystania mojej osoby, Wasza Wysokość?

Zmarszczyła brwi. Nawet ociekająca wodą, wyglądała arystokratycznie.

- Nie zamierzałam cię urazić.

- Wiem, nie posądzam cię o to. Zdecydowała, że wycofanie się będzie bardziej stra-

tegicznym posunięciem niż brnięcie naprzód.

background image

- Musi mi to wystarczyć. - Wskoczyła zgrabnym mchem z powrotem na pokład i 

wystawiła się na słońce.

- Skosztujemy wina i kurczaka na zimno, którego zapakowała dla nas niania?

Stanął obok niej na pokładzie. Krople wody lśniły na jego ciele.

- Czy niania zawsze pilnuje, żebyś ładnie zjadła obiadek?

- Dla niej nadal jesteśmy dziećmi, i tyle.

- W takim razie w porządku, nie ma sensu marnować jedzenia.

- Och, praktyczny jesteś, jak zwykle - parsknęła, energicznie wycierając ręcznikiem 

włosy. - Chodź pod pokład, pomożesz mi. Podobno mamy też ciasto z jabłkami.

- Gdy się schylała, by zejść do kabiny, na jej skórze migotały krople wody, - Zdaje się, 

że nieźle się znasz na łajbach - skomentowała, gdy do niej dołączył.

- Dawniej sporo żeglowałem z ojcem. Miałem wtedy więcej czasu. Znacznie więcej.

- Dawniej? - Brie wyciągnęła butelkę wina z turystycznej lodówki i przyjrzawszy się 

nalepce, z aprobatą skinęła głową.

- Jesteś z nim blisko związany?

Rozejrzał się po pomieszczeniu, znalazł korkociąg i wziął od niej butelkę.

- Tak, nawet bardzo.

- Czy on jest taki jak mój ojciec? To znaczy... - Usłyszała odgłos wyciąganego korka i 

zaczęła rozglądać się za kieliszkami. - Czy jest dostojny i błyskotliwy?

- Tak postrzegasz swojego ojca?

- Chyba tak. - Ze zmarszczonym czołem czekała, aż Reeve napełni kieliszki. - Do tego 

uprzejmy   i   niezwykle   opanowany.   -   Wiedziała,   że   ojciec   ją   kocha,   lecz   miała   także 

świadomość, iż kraj i władza stały u niego zawsze na pierwszym miejscu. - Zresztą, tego 

właśnie wymaga się od ludzi na jego stanowisku. Ty też taki jesteś.

Uśmiechnął się, gdy stuknęli się kieliszkami.

- Dostojny, błyskotliwy czy uprzejmy?

- Opanowany - wyjaśniła, zerkając na niego znad kieliszka. - Zastanawiam się, o czym 

myślisz, kiedy na mnie patrzysz.

Czuł na języku chłodny, wytrawny smak wina.

- Chyba wiesz, o czym.

- Niezupełnie. - Ponownie umoczyła usta, Ucząc, że Reeve nie zorientuje się, iż ona 

pije, by dodać sobie kurażu. - Wiem, że chcesz się ze mną kochać.

Promień słońca wpadł do kajuty, rozsiewając wszędzie złocistą mgiełkę.

- Tak.

background image

- Czasami zastanawiam się - opuściła kieliszek, lecz nadal obejmowała go dłońmi - 

czy chcesz się kochać z każdą kobietą, którą spotykasz?

W innych  okolicznościach  pomyślałby,  że  się  z  nim droczy,  lecz  jej  pytanie  było 

bezpośrednie i szczere. Odpowiedział równie szczerze:

- Nie.

Mimo napięcia zdołała się uśmiechnąć. Czy takie są zasady tej gry? - zastanawiała się. 

I czy na pewno chce w nią grać?

- Czyli tylko z niektórymi?

- Tylko z tymi, które spełniają określone wymagania - stwierdził sucho.

- Jakie?

Reeve ujął twarz Brie w dłonie.

- Tylko takie, które sprawiają, że myślę o nich z samego rana, jeszcze zanim sobie 

uprzytomnię, jaki jest dzień.

-   Rozumiem.   -   Powoli   obracała   kieliszek   między   palcami.   Były   wilgotne   ze 

zdenerwowania, lecz nie drżały. - Czy myślisz o mnie od samego rana?

- Szukasz pochlebstw, Gabriello?

- Nie.

Odchylił jej głowę do tyłu, zmuszając, żeby spojrzała mu w oczy. Nie zesztywniała ani 

się nie wycofała; czuł, że jest bardziej wyczekująca niż ostrożna.

- Czego w takim razie chcesz?

- Chcę zrozumieć. Nie znając siebie ani swojej przeszłości, nie mogę zrozumieć, czy 

pociągasz mnie ty, czy też sam fakt, że jesteś mężczyzną.

Bez owijania w bawełnę, pomyślał. Raczej nie schlebiające, ale szczere. Sam się o to 

prosił. Gdy brał od niej pusty kieliszek, aby odstawić go na bok, zauważył, że ma zaciśnięte 

palce. Poczuł satysfakcję.

- Jestem dla ciebie pociągający?

- Szukasz pochlebstw?

W oczach Reeve'a pojawił się ognik rozbawienia. Brie także się uśmiechnęła.

-   Nie.   -   Pochylił   się   i   musnął   jej   wargi   swoimi.   Patrzyli   sobie   prosto   w   oczy.   - 

Najwyraźniej oboje szukamy tego samego.

- Być może. - Po krótkiej chwili wahania oparła mu dłonie na ramionach. - Może już 

czas sprawdzić, czy to znaleźliśmy.

background image

Tak właśnie miało być: z dala od pałacu, z dala od murów. Akompaniował im jedynie 

cichy,   rytmiczny  plusk   fal   uderzających   o   burtę.   Kajuta   była   maleńka   i   nisko   sklepiona. 

Promienie słońca i cienie grały, tworząc na ścianach fantazyjne wzory. Byli sami.

Tak właśnie miało być - a jednak się wahał. W tym świetle wyglądała tak delikatnie, 

tak krucho - a przecież obiecał ją chronić. Czy kiedy zostaną kochankami, będzie go stać na 

choćby odrobinę obiektywizmu?

Brie wspięła się na palce, żeby dosięgnąć jego ust. Reeve poczuł rozlewającą się po 

wszystkich członkach rozkoszną słodycz.

- Nie jesteś pewien - wyszeptała, ocierając się policzkiem o jego policzek.

Czuła podniecenie wzbierające szybciej, niż się spodziewała. Nagle dotarło do niej, że 

Reeve się waha, zastanawia. Poczuła ulgę. Jakże nieswojo by się czuła, gdyby to tylko ona 

miała przeżywać ich pierwszy raz.

- Przychodzę do ciebie bez przeszłości - powiedziała cicho. - Dla teraźniejszości, dla 

tej chwili, zapomnijmy o przyszłości. Liczy się tylko dzień dzisiejszy, Reeve. Godzina, a 

może chwilka.

Mógł jej to ofiarować. Zamierzał jej to ofiarować. Tak po prostu. Tym razem ich usta 

zwarły się w długim i gorącym pocałunku. Jeśli szczęście ma trwać tylko chwilę, musi być 

intensywne.   Tak,   szczęście   ma   trwać   tylko   chwilę.   Oboje   na   to   przystali,   oboje   tak 

zdecydowali. I oboje zapomnieli się całkowicie, do końca.

Spleceni w namiętnym uścisku, niczym wygłodniałe zwierzęta rzucili się smakować 

swoje ciała. Reeve czuł na plecach pieszczoty małych, miękkich dłoni, tym  razem już o 

wypielęgnowanych paznokciach. Początkowo muskały go nieśmiało, by po chwili zrzucić 

krępujące więzy i zawierzyć instynktom. Brie wiła się, wtulona w jego ciało; jak mógł w tym 

momencie logicznie myśleć i przewidywać?

Pragnienie nie zna logiki, namiętność wymyka się planom. Łagodny zapach morza 

zlewał się z uderzającym do głowy zapachem jej perfum. Pociągnął ją za sobą na wąską koję.

Brie   czuła   pod   plecami   szorstki,   drapiący   pled.   Nie   szkodzi.   Ostrzegał,   żeby   nie 

oczekiwała od niego róż i satynowej pościeli - i zresztą sama tego nie pragnęła. Złudzenia nie 

są ważne. Tym, czego szukała, była rzeczywistość. Przy nim zdołają odnaleźć.

Opętani własną bliskością ruszyli w szybką, niekontrolowaną, szaloną podróż. Już się 

nie   zastanawiała,   czy   kiedyś   tak   się   czuła.   Tych   kilka   chwil   było   wszystkim,   co   mieli. 

Otworzyła oczy. Widziała tylko niewyraźnie rysującą się w półcieniu twarz mężczyzny. Te 

kilka chwil było wszystkim, czego pragnęła.

Wyciągnęła głowę, by przylgnąć ustami do jego ust. Reeve przymknął oczy.

background image

Słodycz. Płatki skąpanej słońcem róży, zrazu słodkie, a potem cierpkie niczym wino. 

Otumaniające,   jak   świeżo   otwarty  szampan.   Im   więcej   smakował,   tym   bardziej   rozumiał 

znaczenie prawdziwej chciwości. Gdy dotknął tej kobiety, pojął, czym jest opętanie.

Była niczym mistrzowsko wyrzeźbiony, starannie wypolerowany posąg. Lecz była też 

istotą z krwi i kości, która pod dotykiem jego dłoni poruszała się i drżała. Posąg można 

podziwiać, odkrywać, studiować. Reeve pragnął kobiety. A Brie, jako kobieta, była od niego 

odrobinę cierpliwsza.

Jęknęła. W jej ciele grała żądza tak wielka, iż zdawała się nie mieć początku ani 

końca. Może dlatego Brie nie starała się jej zwalczyć: przecież ona także nie miała swojego 

początku.

Pragnęła czuć smak jego skóry na swoich ustach - i czuła go. Pragnęła widzieć swoją 

bladą, kobiecą dłoń na jego opalonym ciele - i widziała ją. Nie była w stanie pojąć ani opisać 

targających nią uczuć. Rozróżniała tylko jedno - była szczęśliwa.

Gdy zdjął górę od bikini, nie czuła skrępowania, a tylko przyjemność. Dotykaj mnie, 

prosiła w myślach, a chwilę później jej prośba została wysłuchana.

Wili się na koi, żądając od siebie tyle, ile sobie dali, i dając równie szybko, jak biorąc. 

Gdy usta Reeve'a podążyły w ślad za dłońmi, wyprężyła się, jęcząc z rozkoszy. Jeśli on da jej 

więcej, ona weźmie więcej. Jeśli to wszystko, będzie żądała czegoś jeszcze.

Czy miała świadomość, jak bardzo spragnione jest jej ciało? A czy on to wiedział? 

Niewiarygodne,   lecz   miała   wrażenie,   że   Reeve   dokładnie   wie,   gdzie   chciałaby,   żeby   jej 

dotykał, muskał wargami i pieścił. Nie miała dla niego żadnych tajemnic.

Dłonie Brie gorączkowo podróżowały po jego torsie, coraz niżej i niżej, aż zadrżał, 

wydając z siebie głuchy pomruk zadowolenia. Dzika, pierwotna namiętność wyrwała się spod 

kontroli.

Nieraz   się   przecież   kochał.   Pamiętał,   jakie   to   uczucie   dotykać   kobiecego   ciała, 

zatapiać się w nim. Czemu jednak nie pamiętał niczego podobnego? Nigdy wcześniej nie 

targały nim takie żądze. Ona wypełniała go, przytłaczała. W jednej chwili wszystko zniknęło - 

plusk   fal,   słońce   wpadające   przez   wejście   kajuty,   łagodne   kołysanie   łodzi.   Istniała   tylko 

Gabriella, silna, piękna i uwodzicielska. Istniała tylko Gabriella i żądza, której nie był w 

stanie pohamować.

Nie mógł walczyć z czymś, czego nie rozumiał. Mógł natomiast całkowicie się temu 

oddać.

background image

Brie wygięła plecy w łuk, wpijając paznokcie w jego ciało. Słyszał, jak dyszy, i czuł, 

jak sztywnieje. Szli razem, biegli razem. Wspólnymi siłami zbliżali się do mety. Nie było 

istotne, które z nich narzuca tempo.

Zdawało się, iż nie minęło więcej niż kilka chwil. Nadal leżeli spleceni w uścisku; 

spocone   ciała   trwały   wtulone   w   siebie,   a   przyspieszone   bicie   jednego   serca   wtórowało 

przyspieszonemu biciu drugiego serca. Być może, pomyślała Brie, czując nierówny oddech 

Reeve'a na policzku, już nigdy nie zaznam spokoju. Z całą pewnością już nigdy nie będę taka 

sama.

Spojrzała   na   wdzierające   się   do   kajuty   promienie   słońca.   Słyszała   i   czuła   morze. 

Morze, słońce - były te same co przed chwilą. Lecz ona nie była już tą samą Gabriellą. Od tej 

chwili już nigdy nią nie będzie.

Straciła niewinność. Dopiero teraz, gdy ją utraciła, mogła być pewna, że ją miała. 

Uświadomiła sobie, że dopiero teraz była pewna, że tego naprawdę chciała.

- Czyli nikogo wcześniej nie miałam - wymamrotała, myśląc na głos.

Reeve poczuł, jak coś się w nim dosłownie skręca. Leżał nieruchomo, nie otwierając 

oczu, dopóki uczucie nie minęło. Gdy uniósł głowę, zobaczył wilgotne oczy i zaróżowioną, 

błyszczącą skórę, noszącą piętno niedawnej rozkoszy. Patrząc na nią, zrozumiał, iż stracił o 

wiele więcej niż chłodne, profesjonalne spojrzenie.

Jego serce, o którym zawsze myślał jako o czymś, nad czym ma władzę, należało do 

niej. W tej chwili pojął, że Brie jednym beztroskim słowem jest w stanie je złamać.

Dlatego sam wybrał beztroskę.

- Jeśli przede mną nie było nikogo, to czy oczekujesz przeprosin?

Nie była pewna, jak powinna zareagować ani co powiedzieć. Czy mężczyzna czuje się 

odpowiedzialny, gdy odbierze kobiecie niewinność? Skąd ma to wiedzieć?

Może nie tyle odpowiedzialny, co nieswój, stwierdziła po namyśle, obserwując spod 

oka swego kochanka. Nie mogła sobie pozwolić na luksus okazania mu, jak bardzo zabolała 

ją ta myśl. Patrząc mu prosto w oczy, odpowiedziała pewnym głosem:

- Nie, nie chcę przeprosin. A ty?

Ani ton głosu, ani wyraz jego twarzy nie zmieniły się.

- Czemu miałbym ich chcieć?

- Ja to sprowokowałam, Reeve. Mam tego pełną świadomość. - Chciała wstać, lecz ją 

przytrzymał.

- Żałujesz?

Uniosła głowę na tyle, by mógł zobaczyć wyraz jej twarzy.

background image

- Nie. A ty?

Pierwszy   raz   była   z   mężczyzną,   a   on   zaczyna   sztuczną,   idiotyczną   rozmowę   we 

własnej obronie! Miała prawo do czułości, ciepła - i prawdy. Pogłaskał ją po policzku.

- Jak mógłbym żałować czegoś tak pięknego? - Złożył na jej wargach długi, delikatny 

pocałunek. - Jak mógłbym żałować, że się z tobą kochałem, skoro już znowu o tobie myślę?

Zdecydowanym ruchem wziął ją na ręce i niczym dziecko utulił w ramionach.

Gdy wyruszali w drogę powrotną do Cordiny, wiedział, że ponownie będzie musiał 

zacząć się zastanawiać nad własnym życiem i planować je. Jeśli ma jej pomóc...

Och, nie teraz. Jeszcze nie teraz.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Nic   nie   stało   się   prostsze,   rozmyślała   Brie,   idąc   dostojnym   krokiem   korytarzem 

prowadzącym do Wielkiej Sali Balowej. Między oknami wisiały obrazy, obok których żadna 

artystyczna dusza nie mogłaby przejść obojętnie. Po bokach stały meble, pielęgnowane od 

stuleci z miłością. Minęła je, nie rzuciwszy nawet okiem.

Życie,   zamiast   z   każdym   dniem   stawać   się   łatwiejsze,   coraz   bardziej   się 

komplikowało. A czy Reeve nie ostrzegał, że nigdy nie będzie proste? Nie ma sensu łudzić 

się, że ten skądinąd inteligentny człowiek się pomylił.

Niecały tydzień temu leżała u jego boku na wąskiej koi, sennie obejmując go do czasu, 

gdy   ponownie   nabrali   ochoty,   aby   się   pokochać.   Czy   to   wystarczyło,   by   uznać,   że   są 

kochankami?   -   pytała   samą   siebie,   przystając   przed   jednym   z   okien.   Czy  w  takim   razie 

kochankowie nie powinni dobrze się ze sobą czuć i nadal się pożądać?

Tymczasem minął tydzień i Reeve był niebywale uprzejmy, na swój sposób nawet 

miły - lecz robił wszystko, byle tylko jej nie dotknąć.

Opierając   ręce   na   parapecie,   spojrzała   w   dół,   na   dziedziniec,   gdzie   odbywała   się 

zmiana warty. Obserwując spokojny, barwny rytuał, zastanawiała się, czy Reeve nie doszedł 

do wniosku, że jej strażnik również powinien zostać zmieniony. Jak by się czuła, gdyby 

odszedł?

Zdawała   sobie   naturalnie   sprawę,   iż   będzie   musiała   stawić   czoło   plotkom.   Ich 

zaręczyny nadal nie schodziły z pierwszych stron gazet, nie tylko w Cordinie i Europie, lecz 

także w Stanach. Nie było gazety, w której nie znalazłaby artykułu na swój temat.

To   tylko   plotka,   powtarzała   sobie,   wzruszając   ramionami.   Plotka   pojawia   się   i 

odchodzi w zapomnienie. Nieświadomie bawiła się pierścionkiem na palcu. Gdyby lepiej 

rozumiała samą siebie, łatwiej poradziłaby sobie z tym, co się działo. A może raczej powinna 

radzić sobie z tym, co się nie dzieje? Życie naprawdę nie jest proste!

Reeve MacGee wróci na swoją farmę. Na zielone pola swego kraju, tara, gdzie toczy 

się jego życie. Gdyby ją o to poprosił - czy wyjechałaby z nim? Nie poprosi, powtarzała 

sobie, usiłując się pogodzić z tą myślą. Pomijając wszystko inne, jest tylko jedną z wielu ko-

chanek, jakie miał w życiu. Jedną z kobiet, jedną z przygód. Dla niej liczył się tylko on - lecz 

kto kazał mu myśleć podobnie?

Obowiązki. Przymknęła oczy, usiłując wbić sobie to słowo do głowy. Musi zacząć 

myśleć o swoich obowiązkach i przestać marzyć. Nie będzie kolorowego wesela, ślicznej, 

białej sukienki ani welonu, o którego uszycie biliby się najlepsi projektanci. Nie będzie tortu 

background image

ani   rzucania   bukietu.   Będzie   koniec   znajomości   i   kulturalne   pożegnanie.   Nie   ma   prawa 

marzyć o niczym innym.

A jednak nie potrafiła przestać.

Odwróciwszy się, zobaczyła jakąś postać w głębi korytarza. Przerażona podskoczyła z 

powrotem do okna.

- Aleks! - Opuściła dłoń, którą instynktownie przycisnęła do serca. - Przestraszyłeś 

mnie.

- Nie chciałem ci przeszkadzać. Wyglądałaś na...

- Chciał powiedzieć: nieszczęśliwą, zagubioną, - Na taką zamyśloną - dokończył po 

chwili.

-   Przyglądałam   się   zmianie   warty.   -   Obdarzyła   go   beznamiętnym,   uprzejmym 

uśmiechem, jaki miała w zanadrzu dla wszystkich. Dla wszystkich poza Reeve'em. - W tych 

mundurach   wyglądają   niezwykle   szykownie.   Właśnie   szłam   do   sali   balowej,   żeby 

skontrolować, czy wszystko gra. Trudno uwierzyć, że do balu pozostało tak niewiele czasu, a 

tyle jeszcze trzeba zrobić. Nadeszły już prawie wszystkie potwierdzenia, więc...

- Brie, czy musisz do mnie mówić jak do kogoś, wobec kogo obowiązuje dworski 

protokół? - sarknął.

Otworzyła usta, lecz zaraz je zamknęła. Świetnie to ujął, nie sposób zaprzeczyć.

-   Przepraszam,   czasami   nadal   czuję   się   niezręcznie   -   powiedziała   tonem 

usprawiedliwienia.

- Wolałbym, żebyś nie zachowywała się przy mnie tak oficjalnie i sztucznie. - Był 

młody, wysoki i młodzieńczo niecierpliwy. - Przy Reevie nie przybierasz póz.

- Już raz cię przeprosiłam - odparła chłodno. - Nie zamierzam tego powtarzać.

-   Nie   musisz   przepraszać.   -   Ruszył   w   jej   kierunku   długim,   pewnym   krokiem 

człowieka, który wie, czego chce. - Wystarczy jedynie, żebyś poświęcała nam, rodzonym 

braciom, przynajmniej tyle samo uwagi co obcemu człowiekowi.

Brie miała dość ciągłego poczucia winy. Gdy się odezwała, w jej głosie brzmiało 

wyzwanie, nie przeprosiny.

- To rada czy rozkaz? - Obrzuciła brata wyzywającym spojrzeniem.

- Nikt nigdy nie zdołał ci niczego nakazać! - Tygodniami powstrzymywane emocje 

znalazły niespodziewanie dla siebie ujście. - Nie przyjmujesz od nikogo rad, przynajmniej nie 

w   tej   sprawie.   Gdyby   można   było   ci   zaufać,   nie   byłoby   potrzeby   wzywać   człowieka   z 

zewnątrz.

- Nie sądzę, żeby mieszanie Reeve'a do tej rozmowy było konieczne.

background image

- Nie? - Starym zwyczajem wziął ją pod rękę. - Co was łączy?

Chłodne spojrzenie Brie stało się lodowate.

- Nie twój interes.

- Do diabła, dziewczyno, jestem twoim bratem.

- Podobno.  - Cedziła  słowa, zapominając,  jak łatwo w złości  jest  kogoś zranić.  - 

Młodszym bratem. Nie uważam za konieczne zwierzać się tobie czy komukolwiek innemu z 

moich prywatnych spraw.

- Może i jestem młodszy - odparł przez zęby - ale jestem mężczyzną i wiem, o czym  

myśli mężczyzna, gdy patrzy na ciebie tak, jak patrzy ten Amerykanin.

- Aleks, przestań o nim mówić „ten Amerykanin”, jakby wywodził się z jakiegoś 

niższego   gatunku.   Poza   tym   -   dodała,   zanim   zdążył   otworzyć   usta   -   gdyby   mi   się   nie 

podobało, jak Reeve na mnie patrzy, kazałabym mu przestać. Umiem się o siebie troszczyć.

- Gdybyś umiała, nie mielibyśmy tego wszystkiego na głowie. - Widział, jak zbladła, 

lecz długo tłumiony gniew kazał mu brnąć dalej. - Całymi dniami siedzieliśmy bezradni, 

modląc się i czekając. Nie dociera do ciebie, że przeszliśmy przez piekło? Być może teraz nas 

nie pamiętasz, może nic dla ciebie nie znaczymy. Ale to nie zmienia naszych uczuć do ciebie.

- Myślisz, że mi się to podoba? - Niespodziewanie w oczach Brie stanęły łzy. Pojawiły 

się bez zapowiedzi, nie miała szansy ich powstrzymać. - Nie widzisz, jak bardzo się staram 

cokolwiek sobie przypomnieć? A ty stawiasz mnie pod ścianą i pastwisz się nade mną, żąda-

jąc i krytykując.

Złość   minęła,   ustępując   miejsca   wyrzutom   sumienia.   Aleksander   zdążył   już 

zapomnieć, jak bardzo wyglądała na zagubioną, gdy zobaczył ją stojącą przy oknie.

- Zawsze się tak zachowywałem - powiedział miękko. - Wyrzucałaś mi, że trenuję 

sprawowanie władzy na tobie i na Bennetcie. Przepraszam, Brie. Kocham cię, przecież wiesz. 

Nie potrafię tylko spokojnie czekać, aż będziesz w stanie odwzajemnić moje uczucie.

- Och, braciszku...

Brie przysunęła się bliżej, po raz pierwszy przytulając się do niego. Był taki wysoki i 

silny. Patrząc na brata, czuła dumę. Nie będzie łatwo czekać, aż wszystko się ułoży - ani jej, 

ani mężczyźnie takiemu jak on.

- Czy zawsze się kłóciliśmy?

- Zawsze. - Przytulił siostrę i pocałował ją w czubek głowy. - Ojciec mawiał, że to 

dlatego, iż oboje jesteśmy przekonani, że wiemy wszystko.

- No cóż, przynajmniej ja nie mogę już tak twierdzić.

background image

- Odetchnęła głęboko i odsunęła się. - Proszę, Aleksie, nie miej żalu do Reeve'a. Na 

początku sama nie potrafiłam go zaakceptować, ale weź pod uwagę, że on się naprawdę 

bardzo dla nas poświęca. Musi borykać się z konwenansami, choć wolałby siedzieć w swoim 

kraju.

- Tak, nie jest mu łatwo. - Aleks wsunął ręce w kieszenie i wyjrzał przez okno. - Nie 

ma wobec nas żadnych zobowiązań i służy nam z własnej woli. Szczerze mówiąc, nawet go 

lubię.

Brie uśmiechnęła się, wspominając, iż Bennett wypowiedział się identycznie.

- Tak mi się właśnie wydaje.

- Myślę jednak, że takie rzeczy powinny pozostawać w rodzinie - zauważył znacząco. 

- Loubet znakomicie spełniłby się w roli twojego opiekuna.

- Będziesz niepocieszony, jeśli wyznam, że wolę, żeby za mną chodził Reeve niż 

Loubet?

Po raz pierwszy zobaczyła uśmiech Aleksandra, leciutki i figlarny.

- Myślę, że musiałabyś postradać zmysły, żeby wybrać Loubeta.

- Wasze Wysokości... Odwrócili się spłoszeni.

- Przepraszam, książę Aleksandrze, księżniczko Gabriello...

Była jak zawsze nienagannie ubrana. Ciemne włosy gładko zaczesane w ciasny kok, 

delikatny makijaż podkreślający regularne rysy twarzy. Mówiła pięknym, niemal literackim 

językiem.   Miała   na   sobie   garsonkę   o   prostym,   klasycznym   kroju,   która   zdaniem   Brie 

wyglądała mdło.

Janet Smithers, sekretarka Gabrielli, była osobą kompetentną, inteligentną, a do tego 

cichą i dyskretną. Wchodząc do pokoju, w którym znajdowały się więcej niż cztery osoby, 

pozostałaby nie zauważona. Być może z tego właśnie powodu Brie uważała, by jej nie urazić.

- Potrzebujesz mnie, Janet?

- Dzwoniła panna Christina Hamilton, Wasza Wysokość.

- Panna... - Brie zawahała się, usiłując skojarzyć fakty z nazwiskiem.

- Studiowałyście razem - podpowiedział Aleksander, poklepując ją czule po ramieniu, 

choć nie mógł uwierzyć, że zapomniała, jak nazywa się jej najlepsza przyjaciółka. - Jest 

Amerykanką, córką przedsiębiorcy budowlanego.

- Tak, byłam u niej w Houston. Prasa jest pewna, że przyjedzie na moje wesele, co 

więcej, spekuluje, że będzie druhną. - Brie wróciła myślami do wycinka z gazety. Na zdjęciu 

widniała wysoka, przystojna kobieta o figlarnym uśmiechu, z grzywą kasztanowych włosów. 

- Mówisz, że dzwoniła? Zostawiła wiadomość?

background image

- Prosiła, abym odnalazła Waszą Wysokość. - Z twarzy Janet nie sposób było wyczytać 

jej myśli. - Mam pani przekazać, że zadzwoni punktualnie o jedenastej.

- Rozumiem. - Brie z rozbawieniem spojrzała na zegarek. Miała jeszcze piętnaście 

minut.   -   W   takim   razie   powinnam   pójść   na   dół   do   mojego   gabinetu.   Janet,   mogłabyś 

sprawdzić za mnie salę balową i zanotować, jeśli coś jeszcze trzeba zrobić? Obawiam się, że 

sama nie zdążę.

- Naturalnie, Wasza Wysokość. - Janet ukłoniła się bez życia i odeszła cicho jak duch.

- Cóż za niezwykle nieinteresująca kobieta - skomentował Aleksander, gdy oddaliła się 

poza zasięg wzroku.

- Aleks! - skarciła go odruchowo, choć w głębi duszy zgadzała się z nim całkowicie.

- Wiem, że jej referencje są bez zarzutu, a sprawność wręcz fantastyczna, ale pracując 

z nią co rano, musisz umierać z nudów.

Brie wzruszyła ramionami.

- Cóż, rzeczywiście jej osoba nie działa zbyt stymulująco. Lecz przecież musiał być 

jakiś powód, dla którego ją zatrudniłam, nie uważasz?

- Mówiłaś, że chcesz mieć samotną kobietę, do której się zbytnio nie przywiążesz. Po 

odejściu Alice, poprzedniczki Janet, tygodniami chodziłaś z nosem na kwintę.

- W takim razie dokonałam słusznego wyboru - ucięła, widząc uśmiech Aleksa. - 

Lepiej zejdę na dół, zanim zadzwoni telefon. - Nie dodała, iż pragnie przejrzeć notatki i 

odświeżyć pamięć na temat Christiny Hamilton. - No i co, ogłosimy zawieszenie broni?

Aleksander uścisnął jej rękę na zgodę, lecz ostatnie słowo musiało należeć do niego.

-   Dobrze,   ale   pozwolisz,   że   nadal   będę   bacznie   obserwował   Amerykanina   - 

zapowiedział stanowczo.

- Rób jak chcesz - odparła beztrosko.

Aleks obserwował siostrę, dopóki nie zniknęła z rogiem. Może on także powinien 

odbyć małą pogawędkę z Reeve'em MacGee?

Dotarłszy do swojego pokoju, Brie usiadła na kanapie i zabrała się za studiowanie 

notatek. Były bardzo szczegółowe, sporządzone zgodnie z instrukcjami Reeve'a i sekretarki - 

ułożone   alfabetycznie,   przejrzyste   i   dokładne.   Musiały   takie   być,   gdyż   dotyczyły   ludzi, 

których kiedyś znała bardzo dobrze. Jeśli amnezja ma być utrzymywana w tajemnicy, nie 

może sobie pozwolić na najmniejszą wpadkę.

Christina Hamilton... Zamyśliła się nad dwiema stronicami poświęconymi kobiecie, 

która kiedyś była jej przyjaciółką. Przez cztery lata studiowały razem na paryskiej Sorbonie. 

Zamykając oczy, Brie miała wrażenie, że widzi Paryż: spłukane deszczem ulice, wariacki 

background image

ruch   i   olśniewające   budowle,   małe,   zakurzone   sklepiki   i   kolorowe   ogródki   kafejek.   Nie 

widziała jednak Christiny Hamilton.

Chris, poprawiła się, zauważając informację o zdrobnieniu. Chris studiowała historię 

sztuki i była właścicielką galerii w Houston. Miała młodszą siostrę Eve, którą na zmianę 

wychwalała pod niebiosa i nad którą załamywała ręce, Miewała romanse. Brie zmarszczyła 

czoło,   przekopując   się   przez   listę   imion   mężczyzn,   z   którymi   się   spotykała.   Bywała 

zaangażowana, lecz nie na tyle, by wyjść za mąż. W wieku dwudziestu pięciu lat żyła jak 

samotna, niezależna artystka i kobieta sukcesu. Brie poczuła ledwie zauważalne ukłucie za-

zdrości.

Ciekawe,  stwierdziła.  Czyżby  rywalizowały  ze  sobą?  Dzięki  innym  mogła  poznać 

fakty, dane, informacje, lecz nikt nie potrafił jej powiedzieć, co czuła i jakie emocje nią 

targały.

Gdy zadzwonił telefon, sięgnęła po słuchawkę, nie wypuszczając z ręki notatek.

- Tak, słucham?

- Mogłabyś   przynajmniej  być  pod  telefonem,  kiedy  stara  przyjaciółka  dzwoni  zza 

oceanu!

Spodobał jej się ciepły i nieco leniwy głos. Poczuła ściskanie w dołku. Tak bardzo 

chciałaby móc rozpoznać i nazwać swoje emocje.

- Chris... - Zawahała się, po czym postanowiła zaufać instynktowi. - Nie pamiętasz, że 

bycie księżniczką to cholernie ciężka praca?

Wybuch śmiechu był wspaniałą nagrodą, lecz Brie się nie rozluźniła.

-   Przecież   wiesz,   że   zawsze,   kiedy   korona   zacznie   ci   za   bardzo   ciążyć,   możesz 

przyjechać   do   Houston   -   usłyszała   w   słuchawce.   -  W  galerii   przyda   mi   się   para   rąk   do 

pomocy. A tak serio, jak się czujesz, Brie?

- Ja...

Niespodziewanie poczuła nieprzepartą chęć wyrzucenia z siebie tego wszystkiego, co 

nagromadziło się w jej duszy przez ostatnie tygodnie. W tym pozbawionym twarzy głosie 

było coś niebywale pokrzepiającego. Tylko się nie rozklejaj, upomniała siebie ostro.

- Wszystko w porządku - zapewniła przyjaciółkę ze sztucznym optymizmem.

- Mój Boże, Brie, kiedy przeczytałam o porwaniu...

- Chris urwała, wydając z siebie ciche westchnienie.

-   Rozmawiałam   z   twoim   ojcem,   no   wiesz.   Chciałam   zaraz   przyjechać,   lecz 

wyperswadował mi ten zamiar. Sądził, że nie byłoby to dla ciebie najlepsze.

background image

- Pewnie miał rację. Potrzebowałam trochę czasu, żeby dojść do siebie, ale cieszę się, 

że miałaś ochotę mnie odwiedzić.

- Nie będę o nic pytała, kochana, bo myślę, że najlepiej będzie, jeśli o wszystkim 

zapomnisz.

- Właśnie to robię - skwitowała Brie, powstrzymując niekontrolowany chichot.

Chris,   zdziwiona   reakcją   przyjaciółki,   zamilkła   na   chwilę,   ale   w   końcu   nie 

wytrzymała.

- Słuchaj, miałam nie pytać, ale wreszcie muszę wiedzieć. Co się, u diabła, u ciebie 

dzieje?

- A co się ma dziać?

- Jak to co? Wielki, tajny, burzliwy romans, który właśnie zwieńczyliście zaręczynami. 

Brie, zawsze byłaś dyskretna, ale nie mogę uwierzyć, że nawet słowem nie wspomniałaś mi o 

Reevie MacGee.

- Nie miej do mnie żalu, po prostu zupełnie nie wiedziałam, co mam mówić. - W tym 

przynajmniej   jest   krztyna   prawdy,   pomyślała   gorzko.   -   Wszystko   działo   się   tak   szybko, 

rozumiesz. Dopóki Reeve nie przyjechał tu w zeszłym miesiącu, nawet nie myśleliśmy o zarę-

czynach. To był po prostu nagły błysk, olśnienie.

- A co o tym myśli twój ojciec?

Brie uśmiechnęła się z przekąsem, zadowolona, że przyjaciółka nie widzi jej miny.

- W pewnym sensie to on wszystko zaaranżował.

- Nie powiem,  całkiem mi  się to  podoba. Amerykański gliniarz,  no, no... Zawsze 

deklarowałaś, że wyjdziesz za kogoś niezbyt odpowiedniego, staruszko.

Brie uśmiechnęła się lekko.

- Zdaje się, że naprawdę tego chciałam.

- Szczerze mówiąc, zaczynałam już się obawiać, że się nigdy nie zdecydujesz. Ze 

względu na dobro rodu byłaś aż do przesady rozważna, gdy chodziło o mężczyzn. Pamiętasz 

tego modela na zajęciach u profesora Debare?

- Modela, faceta? - zaryzykowała Brie i usłyszała w nagrodę kolejny wybuch śmiechu.

- A jak! Przyjrzałaś się temu wspaniałemu okazowi męskości i od razu przyczepiłaś 

mu etykietkę nadętego próżniaka. Reszta bab śliniła się na widok jego umięśnionego torsu, a 

on umówił się z Sylwią za pięćdziesiąt tysięcy franków.

- Biedna Sylwia - wymamrotała Brie.

background image

- No cóż, mogła sobie na to pozwolić. Ale dajmy spokój starym plotkom, szkoda 

czasu. Wiem, że jesteś bardzo zajęta. Dzwoniłam, żeby się do ciebie wprosić na parę dni 

razem z Eve.

- Wiesz, że jesteście zawsze mile widziane - odparła automatycznie Brie, usiłując 

gorączkowo ocenić sytuację. - Przyjedźcie na bal. Chcesz potem zostać na trochę?

- Właśnie tak planowałyśmy. Mam nadzieję, że nie masz mi za złe, że zabieram ze 

sobą Eve, ale dziewczyna doprowadza ojca do szaleństwa. Wyobraź sobie, to dziecko chce 

zostać aktorką!

- Coś takiego!

- Znasz tatę, nic, tylko interesy. Nie jest w stanie wyobrazić sobie jednej ze swoich 

słodkich córeczek wymalowanej i w przebraniu. Gdyby chociaż chciała zostać tajną agentką... 

Tak czy owak, dobrze im obojgu zrobi, jeśli na kilka dni oddalą się od siebie parę tysięcy 

kilometrów. Tak więc, gdybyś znalazła jakieś dodatkowe łóżka w tym twoim pałacu.

- Mamy chyba jakieś połówki.

- Wiedziałam, że można na ciebie liczyć. Przylecimy dzień przed balem. W ten sposób 

będę mogła ci trochę pomóc i poznać twojego lubego. Tak na marginesie, Brie, jak to jest być 

zakochaną?

- To jest... - Zerknęła na pierścionek na palcu, wspominając, co czuła, gdy Reeve jej 

dotykał, gdy na nią patrzył. - Szczerze mówiąc, to bardzo miłe.

Chris roześmiała się.

- Tak uważasz, romantyczko? W każdym razie dbaj o siebie, kochana. Do zobaczenia 

wkrótce.

- Do zobaczenia, Chris.

Po odłożeniu słuchawki Brie siedziała jeszcze przez chwilę w zamyśleniu. Udało się. 

Christina Hamilton niczego nie podejrzewa. W przypływie entuzjazmu podrzuciła notatki 

wysoko do góry. Rozsypane kartki szybowały powoli, opadając na podłogę. Patrzyła na nie, 

nie podnosząc się z fotela. Drgnęła, słysząc pukanie do drzwi.

Nie podniesie tych papierów. Zostawi je na podłodze, tam, gdzie jest ich miejsce.

- Proszę!

- Proszę wybaczyć, Wasza Wysokość. - Janet, jak zwykle cicha i dyskretna, weszła do 

pokoju.   -   Pomyślałam,   że   zechce   pani   się   dowiedzieć,   że   w   sali   balowej   wszystko   w 

porządku. Właśnie wieszają zasłony. - Musiała zauważyć leżące na podłodze papiery, lecz nie 

pozwoliła sobie na żaden komentarz. - Czy przełączono do pani rozmowę?

background image

-   Tak,   dziękuję.   Rozmawiałam   z   panną   Hamilton.   Możesz   z   czystym   sumieniem 

donieść mojemu ojcu, że niczego nie podejrzewa.

Janet stała z rękami grzecznie splecionymi na podołku.

- Przepraszam, Wasza Wysokość?

- Czy zamierzasz mi wmawiać, że nie donosisz mojemu ojcu? - Brie wstała, targana 

jednocześnie żalem i poczuciem winy. - Mam pełną świadomość tego, jak dokładnie śledzisz 

każdy mój ruch, Janet.

-   Chodzi   nam   wyłącznie   o   pani   dobro,   Wasza   Wysokość   -   broniła   się   Janet 

beznamiętnym tonem. - Jeśli panią obraziłam...

- Cały ten podstęp godzi w moją dumę - rzuciła Brie, coraz bardziej wściekła.

- Wiem, że Wasza Wysokość musi się czuć...

- Wcale nie wiesz, jak się czuję - przerwała Brie, nerwowo kręcąc się po pokoju. - Nie 

możesz mnie rozumieć. Ty też nie pamiętasz swojego ojca, brata, najbliższej przyjaciółki?

-   Wasza   Wysokość...   -   Po   chwili   namysłu   Janet   zrobiła   krok   do   przodu.   Dobrze 

wiedziała, że z takimi emocjami trzeba postępować rozważnie. - Być może nikt z nas tak 

naprawdę nie rozumie, ale to nie znaczy, że nie współczujemy i nie troszczymy się o panią. 

Gdybym tylko mogła w jakiś sposób okazać się pomocna...

- Nie. - Brie odwróciła się, już spokojniejsza. - Nic nie możesz dla mnie zrobić. 

Przykro mi, Janet. Nie powinnam na ciebie krzyczeć.

Lekki uśmiech, który pojawił się na twarzy kobiety, nie odmienił jej surowych rysów.

- Czasem trzeba się na kogoś wykrzyczeć. Miałam nadzieję, to znaczy myślałam, że 

po rozmowie z najbliższą przyjaciółką zacznie sobie Wasza Wysokość coś przypominać.

- Nic z tego. Czasami się zastanawiam, czy kiedykolwiek sobie przypomnę.

- Lekarze nie trącą nadziei, Wasza Wysokość.

- Lekarze! Zaczynam już mieć ich dosyć. Każą mi być cierpliwą. - Z westchnieniem 

układała gardenie w wazonie. - Jak mogę być cierpliwa, kiedy jedyne, co mam, to przebłyski, 

mgliste obrazy, które nie chcą mi powiedzieć, kim jestem ani co mi się przydarzyło.

- Miewa pani przebłyski? - Janet podeszła bliżej i po krótkim wahaniu położyła rękę 

na dłoni Brie. - Wracają do pani jakieś fragmenty, strzępy wspomnień?

- Nie, raczej pewne wrażenia. Nic konkretnego. - Kłamała, wspomnienie noża było aż 

nadto   konkretne.   -   Żeby   fragmenty   można   było   poukładać   w   jakąś   całość,   muszą   być 

wyraźne.

- Nie jestem lekarzem, Wasza Wysokość, ale może powinna pani zaakceptować to, co 

ma pani tu i teraz.

background image

- Czyli fakt, że moje życie zaczęło się niecały miesiąc temu? - Brie potrząsnęła głową. 

- Nie, nie potrafię. Nie zamierzam. Muszę odnaleźć pierwszy fragment tej układanki. Muszę, 

zrozum, Janet!

Piętro   niżej   książę  Aleksander   siedział   w   swoim   utrzymanym   w   chłodnej   tonacji 

przestronnym biurze, przyglądając się Reeve'owi. Już wcześniej zamierzał zaprosić go na 

dłuższą rozmowę.

- Doceniam, że zechciałeś poświęcić mi trochę czasu, Reeve - zaczął.

- Jestem pewien, że to coś ważnego, Aleks.

- Gabriella jest ważna. Reeve przytaknął mu z powagą.

- Bardzo. Dla nas wszystkich.

Nie takiej odpowiedzi się spodziewał po Amerykaninie, ale skoro podjął grę, musiał ją 

dokończyć.

- W pełni doceniam to, co dla nas robisz, ale wydaje mi się, że ojciec zbyt mocno na  

ciebie naciskał, powołując się na względy wynikające ze starej znajomości. Z każdym dniem 

twoja pozycja staje się coraz bardziej delikatna.

Reeve  usadowił  się wygodniej  w fotelu. Dzieliło  ich prawie  dziesięć lat, lecz nie 

uważał swojego rozmówcy za dzieciaka. Aleksander stał się mężczyzną znacznie wcześniej 

niż większość chłopców. Reeve rozważał następny ruch, by ostatecznie zdecydować się na 

ostre zagranie.

- Czy martwi cię, że mógłbym zostać twoim szwagrem, Aleks? - zapytał spokojnie.

Nawet jeśli książę poczuł gniew, udało mu się go ukryć. - Obaj wiemy, że toczy się 

pewna gra - stwierdził oficjalnym tonem. - Martwię się o siostrę. Łatwo ją teraz zranić, zbyt 

łatwo.   Ponieważ   dzięki   radom   mojego   ojca   jesteś   bliżej   Gabrielli   niż   rodzina,   masz 

możliwość obserwowania jej i doradzania.

- A ty się obawiasz, że mógłbym obserwować to, czego nie powinienem, i doradzać to, 

co nieodpowiednie.

Aleksander oparł ręce na biurku.

- Teraz widzę, dlaczego ojciec cię podziwia, Reeve. I chyba rozumiem, czemu Brie ma 

do ciebie zaufanie.

- Za to ty mi nie ufasz.

- Mylisz się, ufam ci.

Młody książę był pewien tego, co mówi. Mężczyzna na jego stanowisku nie mógł się 

wahać. Przez chwilę zwlekał, usiłując dobrać odpowiednie słowa i ton głosu.

background image

- Jestem przekonany, że pod względem bezpieczeństwa Brie jest w dobrych rękach. 

Jeśli zaś chodzi o inne sprawy... - Spojrzał drugiemu mężczyźnie prosto w oczy. - Jeśli zaś 

chodzi o inne sprawy, uważam, że powinieneś albo pójść własną drogą, albo być bacznie 

obserwowany.

- To uczciwe postawienie sprawy. - Reeve wyciągnął papierosy. Aleks przeczącym 

ruchem głowy odrzucił propozycję. - Słowem, odpowiadam ci jako ochroniarz, lecz martwi 

cię możliwość bardziej osobistego związku z twoją siostrą.

-   Zdajesz   sobie   sprawę   z   faktu,   że   sprzeciwiałem   się,   nie,   bądźmy   dokładni: 

walczyłem przeciwko pomysłowi ojca dotyczącemu waszych zaręczyn.

- Zdaję sobie sprawę, że zarówno ty, jak i Loubet mieliście wątpliwości.

- Nie lubię wypowiadać się tak jak Loubet - powiedział szybko Aleksander, posyłając 

Reeve'owi   szybki,   szczery  uśmiech.   -   Ojciec   uważa,   że   wiedza   i   doświadczenie   naszego 

sekretarza stanu rekompensują jego staromodne poglądy na wiele spraw.

- Pozostaje jeszcze sprawa jego ułomności. - Widząc wyraz twarzy Aleksandra, Reeve 

wypuścił kłąb dymu. - Nasze rodziny sporo wiedzą o sobie nawzajem. Mój ojciec jakieś 

trzydzieści lat temu jechał samochodem z Loubetem i księciem. Mieli wypadek. Twój ojciec 

złamał rękę, mój miał lekki wstrząs mózgu. Niestety, Loubet odniósł poważniejsze obrażenia, 

i tak naprawdę do dziś cierpi z powodu skutków.

-   Wypadek   nie   ma   nic   wspólnego   z   dzisiejszym   stylem   działania   Loubeta   - 

zaoponował następca tronu.

- Nie jestem tego tak bardzo pewien. Twój ojciec jest o wiele bardziej tolerancyjny od 

niego, a wtedy to on siedział za kierownicą. Wyrzuty sumienia są rzeczą ludzką. W każdym 

razie... - Reeve zawiesił na moment głos - ta historia jest dobrym przykładem, aby pokazać, 

że nasze rodziny są w pewien sposób związane. Stara przyjaźń, dawne więzy. Dlatego tak 

łatwo było zaakceptować moje zaręczyny z twoją siostrą.

- A tobie było łatwo?

Tym razem Reeve zawahał się.

- Aleks,  pragniesz   usłyszeć   odpowiedź,   która   uspokoi   twoje   sumienie,   czy  wolisz 

prawdę?

- Prawdę, Reeve.

- Nie było mi łatwo zgodzić się na pozorowane zaręczyny z Gabriellą. Nie jest mi 

łatwo udawać, że jestem jej narzeczonym, tak jak nie jest mi łatwo patrzeć na pierścionek na 

jej palcu - ciągnął Reeve powoli - ponieważ bardzo ją kocham.

background image

Aleksander nie odezwał się, lecz nie sprawiał wrażenia zaskoczonego. Przez chwilę 

bezwiednie wodził palcem po srebrnej ramce ze zdjęciem, z którego spoglądała na niego 

uśmiechnięta, śliczna twarz siostry.

- Co zamierzasz zatem zrobić? Reeve uniósł brwi.

- Czyż to nie ojciec Gabrielli powinien o to pytać?

- Nie ojcu powiedziałeś, że ją kochasz, tylko mnie.

- Racja. - Reeve spokojnie, metodycznie rozgniótł papierosa w popielniczce. - Nic nie 

zamierzam. Jestem w pełni świadom ograniczeń i zobowiązań w stosunku do twojej siostry.

- Rozumiem. - Książę wziął długopis i zaczął go bezwiednie obracać między palcami. 

Chyba jednak nie znam Reeve' a MacGee tak dobrze, jak mi się wydawało, pomyślał. - A 

uczucia Brie?

- Są uczuciami Brie. Ona w tej chwili nie potrzebuje dodatkowych komplikacji. Kiedy 

odzyska pamięć, nie będzie mnie potrzebowała.

- Tak po prostu?

-   Jestem   realistą.   Nawet   jeśli   do   czegoś   między   nami   dojdzie,   prawdopodobnie 

wszystko się zmieni, kiedy wróci jej pamięć.

- A ty chcesz jej w tym pomóc.

- Ona musi odzyskać pamięć - odparł Reeve z przekonaniem. - Wiemy wszyscy, jak 

bardzo cierpi.

Aleks nie mógł oderwać wzroku od fotografii.

- Ja wiem.

- Naprawdę? Czy wiesz, jak bardzo czuje się winna, myśląc o ludziach, których nie 

pamięta, a którzy ją kochają? Czy wiesz, jak bardzo się boi, gdy nawiedzają jeden z tych 

snów, które doprowadzają ją o krok od odzyskania tego, co utraciła?

- Nie wiem. - Aleksander upuścił długopis. - Nie zwierza mi się, i teraz rozumiem 

dlaczego. I chyba rozumiem, czemu mój ojciec tak bezgranicznie ci ufa. - Wbił wzrok we 

własne dłonie, przygnębiony, nagle młodzieńczy i bezradny. - Ona miewa sny?

- Pamięta ciemność, głosy, strach. - Ree've postanowił przemilczeć sen o nożu. Niech 

Brie sama opowie go rodzinie. - Zdaje się, że niewiele więcej.

- Tak, teraz rozumiem. - Ich spojrzenia skrzyżowały się. - Masz prawo mieć do mnie 

żal o te wszystkie pytania, Reeve, lecz miałem prawo je zadać.

-   W   tej   kwestii   jesteśmy   zgodni.   -   Wstając,   Reeve   dał   sygnał   do   zakończenia 

rozmowy.   -   Pamiętaj,   że   zrobię   wszystko,   co   w   mojej   mocy,   żeby   twoja   siostra   była 

bezpieczna.

background image

Aleks podniósł się także, stając z nim twarzą w twarz.

- W tej kwestii również jesteśmy zgodni.

Było już późno, gdy Reeve brał gorący, przynoszący ukojenie prysznic. Potrzebował 

go znacznie bardziej niż wypoczynku w pustym łóżku. Wieczór spędził na eskortowaniu Brie 

na przyjęciu, na którym oboje zostali zasypani pytaniami na temat wesela.

Kiedy, kto, gdzie? Za ile? Jak szybko? Ilu gości?

Gdy ustanie zamieszanie związane z organizowaniem balu, nie będą mogli tłumaczyć 

brakiem czasu opieszałości w przygotowaniach do wielkiego wydarzenia. Muszą wyznaczyć 

fikcyjną datę ślubu...

Reeve zamyślił się, czując, jak woda spływa mu po głowie i karku. Jeśli wkrótce 

sprawy się nie ułożą, będą zmuszeni iść do ołtarza tylko po to, by uniknąć plotek.

Musiał siedzieć z nią na kolacji i przyjmować gratulacje dziesiątek ludzi uważających 

go   za   szczęściarza.   Siedząc   w   wymaganej   protokołem   odległości   od   Brie,   mógł   jedynie 

wspominać, jak cudownie było, gdy byli parą zwykłych ludzi, kochających się na wąskiej koi 

w maleńkiej kajucie.

Problem w tym, iż pamiętał za dużo i zbyt wiele potrzebował. Od tamtej pory unikał 

pozostawania z nią sam na sam. Zabierał ją do siedziby Stowarzyszenia lub do Czerwonego 

Krzyża. Towarzyszył jej do muzeum i przy wielu innych oficjalnych okazjach, lecz nie za-

proponował ponownie wyprawy jachtem.

Żadne z nas nie może sobie na to pozwolić, zadecydował, zakręcając kran. Z całą 

pewnością żadne z nas nie planowało chwili zapomnienia - tak jak on sam nie przewidywał, 

że zakocha się w Brie. Ale życie musi iść swoim torem.

On ma zadanie do wykonania, a ona musi na nowo odkryć życie. Gdy tylko obie misje 

zakończą się sukcesem, więzy zostaną zerwane.

I   tak   właśnie   powinno   być,   skonstatował   Reeve.   Owinął   ręcznik   wokół   bioder,   a 

drugim wycierał włosy. Na wpół zrujnowany domek na farmie w górach to nie miejsce dla 

księżniczki. A pałac nie jest miejscem dla niego.

Przeszedł z łazienki do pokoju i nagle wszystko przestało być proste. Tego się nie 

spodziewał.

Brie siedziała w jego fotelu, czytając książkę. Nie wyglądała na odprężoną. Na jego 

widok podniosła głowę i uśmiechnęła się.

- Wydaje mi się, że zawsze lubiłam Steinbecka - zauważyła, odkładając na bok tomik. 

- Sprawia, że czuję się, jakbym była w Monterey. - Wstała, przeciągnęła się.

background image

Wyglądała jak panna młoda, choć z pewnością nie myślała o przybraniu jakiejkolwiek 

pozy. Prosta, biała koszula sięgała jej do kostek, zakrywając ręce aż po nadgarstki. Włosy 

opadały na ramiona; przez koronkowe wykończenia prześwitywała jedwabista skóra.

Reeve stał w miejscu, niezdolny do jakiegokolwiek ruchu.

- Przyszłaś, żeby pożyczyć książkę? - wyjąkał.

-   Nie.   -   Podeszła   do   niego   z   udawaną   pewnością   siebie.   -   Ty   byś   do   mnie   nie 

przyszedł, Reeve. Pomyślałam, że już czas, abym ja przyszła do ciebie.

Gorączkowo pragnąc  kontaktu,  dotknęła  jego dłoni.  Poczuła  przypływ  prawdziwej 

wiary w siebie.

- Nie możesz mnie stąd odesłać - wyszeptała. - Nie odejdę.

Nie, nie mógłby jej odesłać. Zdrowy rozsądek doradzałby zapewne, by tak postąpił, 

lecz zdrowy rozsądek nie miał tu nic do gadania.

- Zamierzasz wykorzystać swoją władzę, Gabriello? - zapytał niskim głosem.

- Tylko jeśli będę zmuszona... - Uniosła jego dłonie ku swojej twarzy. - Powiedz, że 

mnie nie pragniesz. Może cię znienawidzę, lecz przynajmniej znowu się nie zbłaźnię.

Wiedział, że może skłamać i że kłamstwo byłoby dla niej najlepsze. Jednak to właśnie 

kłamstwo nie przechodziło mu przez gardło.

- Nie mogę ci powiedzieć, że cię nie pragnę. Wątpię, czy potrafiłbym to powiedzieć, 

nawet gdybym sądził, że mi uwierzysz.

Uśmiechnęła się i oplotła go ramionami.

- Przytul mnie. Po prostu mnie przytul. - Przymknęła oczy, przywierając policzkiem 

do jego ramienia. Tu i tylko tu chciała się znaleźć, w ramionach tego mężczyzny. - Tak długo 

czekałam, Reeve... - szepnęła. - Myślałam, że oszaleję. Dzisiaj w holu o mało nie straciłam 

panowania nad sobą.

- Może byłoby lepiej, gdyby tak się stało. Odwiedziny o północy w moim pokoju są 

jeszcze bardziej zdrożne - zauważył z udawaną przyganą.

Ze śmiechem odrzuciła głowę do tyłu.

- Zgoda, ale skoro już nagrzeszyłam, wykorzystajmy ten moment.

Zaciskając ramiona na szyi Reeve'a, poczuła jego usta tuż przy swoich. Tego właśnie 

pragnęłam, uświadomiła sobie, zapamiętując się w pocałunku. Gotowa była znieść wszystkie 

trudy każdego kolejnego dnia, jeśli tylko noce będzie mogła spędzać z tym mężczyzną.

- Reeve... - Odchyliła się tak, aby popatrzeć na niego. - Chciałabym, żebyśmy tej nocy 

zapomnieli o udawaniu, o oszustwach. - Znów podniosła jego dłoń do twarzy i tym razem 

przycisnęła ją do swoich warg. - Potrzebuję cię. Czy to nie wystarczy?

background image

- Wystarczy. - Rozwiązał paseczek jej koszuli. - Pozwól, że ci udowodnię.

W pokoju panował półmrok. Przez otwarte okna dolatywała woń groszku pachnącego, 

oplatającego altankę. Gdy zsunął jej koszulę z ramion, zadrżała. Z podniecenia, nie z chłodu.

- Jesteś piękna, Brie. - Teraz, gdy oboje byli już nadzy, wodził dłonią wzdłuż linii jej 

ramion. - Za każdym razem, kiedy cię widzę, czuję się jak tamtego dnia. Inne jest światło, 

inna sceneria, lecz jestem tak samo pod wrażeniem twojej urody.

Odgarnął   jej   włosy   z   twarzy,   okalając   ją   dłońmi.   Potem   wpatrywał   się   długo   w 

ukochane rysy, aż serce zaczęło mu bić jak oszalałe. Gdy zamknęła oczy, złożył pocałunek na 

jej powiekach. Takiej czułości nikomu wcześniej nie okazał. Przyszła do niego sama. Teraz 

mógł ją ofiarować Brie.

Gdy wziął ją na ręce, aż otworzyła oczy ze zdumienia. Nie spodziewała się po nim 

staroświeckich, romantycznych gestów. Ten mężczyzna ma do zaoferowania o wiele więcej, 

niż przypuszczała.

Leżeli razem w łóżku, nadzy i spragnieni siebie. Ujął jej dłoń i począł całować palec 

po   palcu.   Czułe,   niespieszne   pieszczoty   były   czymś   całkiem   nowym.   Płomień   tlił   się, 

przynosząc wyczekiwanie i przyjemność.

Sądziła, iż zdołał do końca pokazać jej rozkosz, jaką może dać własne ciało. Teraz 

pokazywał więcej, o wiele więcej.

Już za pierwszym razem, gdy się kochali, czuła, że może jej wiele ofiarować. Tej nocy 

był  innym  człowiekiem.  Był   czuły.  Owa czułość  sprawiła  jej   subtelną,  niemal  mistyczną 

rozkosz, jakiej dotąd nie znała. Tym razem podniecenie było słodkie. Oddawała mu się, cie-

sząc się każdą chwilą.

Reeve powoli, z czułością, pieścił każdy centymetr ciała Brie. To, co się między nimi 

wydarzy tej nocy, powinno być niezapomniane dla obojga.

Zadrżał niespodziewanie, podekscytowany jędrną krągłością jej bioder. Wiedział, że 

jest silna. Od wielu dni towarzyszył jej przy pracy, asystując również wieczorami, podczas 

oficjalnych kolacji, które bywały bardzo wyczerpujące. Mimo to jej skóra była tak delikatna, 

tak   wrażliwa.   Miała   wypieszczone   ciało   kobiety   przyzwyczajonej   do   życia   w   luksusie. 

Wiedział jednak, że ma umysł kobiety, której nie wystarczało to, co zostało jej dane.

Czy dlatego się zakochał? Zresztą, czy to ważne?

Jęknęła, gdy jego usta rozpoczęły wędrówkę niżej, coraz niżej. Zabierał ją w miejsca, 

których istnienia nawet nie podejrzewała. Ten świat był mroczny, lecz nie czuła przed nim 

lęku. Cieszyła się na myśl o tym, co ją jeszcze czeka, wznosząc się na fali podniecenia, rozko-

szy i spełnienia.

background image

Za oknem nocne ptaki wyśpiewywały swoje trele, lecz jej  imię w ustach Reeve'a 

brzmiało stokroć bardziej słodko. Czuła na twarzy muśnięcie jego szeptu, lecz oddech, który 

ślizgał się po jej skórze, był o wiele gorętszy. Chłodna pościel w zetknięciu z ich splecionymi 

ciałami rozgrzewała się w mgnieniu oka.

Nie   była   świadoma,   iż   prężąc   ciało   w  łuk,   wpiła   paznokcie   w  materac.   Nie   była 

świadoma,   że   bezwiednie   wzywa   jego   imię.   Pogodne   myśli   zniknęły,   ustępując   miejsca 

niepokojowi. Musi go mieć, wyłącznie dla  siebie,  na zawsze. Musi wiedzieć, że  jest  we 

władaniu tych samych mocy, które ją opanowały. Musi poczuć spazm, który jej powie, iż ten 

mężczyzna należy do niej tak, jak ona do niego. Nie mogła już dłużej bez tego żyć. Nic poza 

tym nie było już ważne.

Kiedy myślała, że nie wytrzyma ani chwili dłużej, wziął ją jednym mocnym ruchem, 

dając upust dzikiej, długo tłumionej żądzy.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Wiedziała, że nie powinna zostawać do rana, jednak pragnienie spędzenia chociaż 

jednej nocy z Reeve'em okazało się silniejsze niż rozsądek. Tak cudownie było odpłynąć w 

krainę snu w jego ramionach!

Reeve obudził się pierwszy. Zbliżał się świt; nocne ptaki umilkły, ze snu budziły się 

skowronki. Brie poczuła na ramieniu delikatny pocałunek.

- Brie, już świta.

- Mmm... Pocałuj mnie jeszcze. Przez długą chwilę spełniał jej życzenie.

- Niedługo służba zacznie się kręcić po pałacu - szepnął, gdy otworzyła oczy. - Nie 

powinno cię tu być.

- Martwisz się o moją opinię? - Ziewnęła, zarzucając mu ramiona na szyję.

- Naturalnie, Wasza Wysokość. - Reeve uśmiechnął się szeroko i otulił dłońmi jej 

piersi. Ogarnęła ją błogość.

- Chyba cię skompromitowałam., .

- Cóż, to ty przyszłaś do mojego pokoju. Jakże bym mógł odmówić księżniczce?

Uniosła brwi i spojrzała na niego prowokująco.

- Bardzo rozsądnie. Zatem... - czubkiem języka zwilżyła wargi - gdybym rozkazała ci 

znów kochać mnie tu i teraz...

-   Kazałbym   ci   się   stąd   zabierać   -   uciął   i   zaczął   ją   całować,   zanim   zdążyła   się 

sprzeciwić.

-   W   porządku   -   odparła   dumnie,   przetoczyła   się   na   krawędź   łóżka   i   wstała,   nie 

wstydząc się nagości.

- Skoro tak szybko się mnie pozbywasz, następnym razem będziesz musiał sam do 

mnie   przyjść.   -   Podniosła   z   podłogi   koszulę   nocną,   lecz   nie   spieszyła   się   zbytnio   z 

ubieraniem.   -   Chyba   że   wolisz   wylądować   w   lochach.   Podobno   są   bardzo   głębokie, 

przejmująco wilgotne i mroczne.

- Czyżby szantaż, Wasza Wysokość?

- Ależ skąd. - Włożyła koszulę i zawiązała pasek. Nie jest Śpiącą Królewną, pomyślał 

Reeve. Jest kobietą, która zasługuje na coś więcej niż obietnice.

- Brie.. - Usiadł na łóżku i przeciągnął dłonią po włosach. - Rozmawiałem wczoraj z 

Aleksandrem.

- Ach tak? Niech zgadnę, pewnie o mnie?

- Tak, o tobie.

background image

- I co?

- Ten władczy ton nie działa na mnie, Brie. Wygładziła niewidoczną fałdę lśniącej 

satyny.

- A co działa?

- Szczerość.

- No dobrze. - Spojrzała na niego i westchnęła. - Ja też wczoraj z nim rozmawiałam. 

Nawet się posprzeczaliśmy. Nie podoba mi się, że ucinacie sobie pogawędki na mój temat.

- Martwimy się o ciebie.

- Czy to wszystko tłumaczy?

- Wszystko, Brie.

-   Przepraszam,   nie   zamierzałam   cię   urazić,   Reeve.   Nie   chcę   uchodzić   za 

niewdzięcznicę,   choć   rozumiem,   że   tak   to   może   wyglądać.   Wszyscy   się   martwią,   lecz 

jednocześnie cały czas czegoś ode mnie chcą. - Zaczęła nerwowo chodzić po pokoju. - Chcą, 

żebym zgodnie z planem Loubeta utrzymywała amnezję w tajemnicy. W ten sposób mamy 

uniknąć   paniki,   aby   śledztwo   mogło   toczyć   się   bez   przeszkód.   Chcą,   żebyśmy   udawali 

zakochaną parę. I to właśnie najbardziej mi przeszkadza.

- Rozumiem.

Spojrzała na niego ze smutkiem.

- Sama już nie wiem... - westchnęła. - Z jednej strony współczucie, a z drugiej coraz 

więcej zobowiązań...

- Wolałabyś ich nie mieć? Czy chciałabyś coś zmienić?

-   Nie.   -   Potrząsnęła   głową,   przymykając   powieki.   -  Trudno,   nie   ma   wyjścia.   Co 

zdecydował Aleksander?

- Zdecydował się mi zaufać. A ty mi ufasz? Spojrzała na niego zdziwiona.

- Przecież wiesz, że tak. Czy sądzisz, że inaczej znalazłabym się tutaj z tobą?

Tę decyzję Reeve podjął w jednej chwili. Czasem lepiej jest nie zastanawiać się zbyt 

długo.

- Czy możesz odwołać dzisiejsze spotkania i pojechać gdzieś ze mną? - zaproponował 

impulsywnie.

- Tak - odparła natychmiast.

- Żadnych pytań? - zdziwił się. Wzruszyła ramionami.

- Skoro chcesz... No, może jedno: dokąd?

- Na farmę. Chyba już pora, abyśmy razem popracowali.

- Dziękuję ci - powiedziała cicho.

background image

Poczuł ogarniającą go falę ciepła. Uświadomił sobie, że przy Brie zawsze będzie się 

tak czuł.

- Może później wcale nie będziesz mi wdzięczna.

-   Zawsze   będę   ci   wdzięczna.   -   Nachyliła   się   nad   nim   i   pocałowała   go   czule,   po 

przyjacielsku. - Żeby nie wiem co!

Gdy wychodziła chyłkiem z pokoju Reeve'a, na korytarzu panował półmrok. Miała 

ochotę   śpiewać   z   radości.   Odzyskała   nadzieję!   Dzisiejszy  dzień   nie   będzie   taki   sam   jak 

poprzednie. Dzisiaj nareszcie zrobi coś, aby odzyskać przeszłość. Może klucz do niej znajduje 

się na farmie?

Po cichutku otworzyła drzwi do swojego pokoju. Nie mogła się doczekać poranka. 

Nucąc podeszła do okna, by odsłonić zasłony i wpuścić pierwsze promienie słońca.

- Ładne rzeczy!

Brie drgnęła i odwróciła się od okna. Niania!

Staruszka wyprostowała się na krześle i posłała swej podopiecznej surowe spojrzenie. 

Brie widziała w jej oczach naganę. Poczuła, jak krew napływa jej do twarzy.

- Słusznie, powinnaś się czerwienić, młoda damo! Wymykasz się gdzieś po nocy i 

wracasz, gdy słońce wstaje.

- Czekałaś tu całą noc?

- Tak, moja droga. - Niania znacząco zastukała w poręcz krzesła długim paznokciem. 

Zauważyła zmianę, która pojawiła się w Gabrielli już parę dni wcześniej, po powrocie z żagli. 

Może i była stara, lecz przecież pozostała kobietą. - Masz kochanka - stwierdziła. - I dobrze ci 

z tym?

Brie, zdziwiona potrzebą buntu, hardo uniosła głowę.

- Owszem, bardzo dobrze.

Niania   obserwowała   ją   uważnie.   Zmierzwione   włosy,   zaróżowione   policzki   i 

błyszczące oczy stanowiły echo niedawnej namiętności.

- Tak powinno być - westchnęła. - Jesteś zakochana.

Miała kłamstwo na końcu języka, lecz pojęła, że musi mówić prawdę.

- Tak, jestem zakochana.

- W takim razie bądź ostrożna. - W wątłym świetle poranka twarz niani wyglądała na 

starą i bladą, lecz z jej oczu bił młodzieńczy blask. - Kiedy kobieta jest zakochana, ryzykuje 

więcej niż tylko ciało i parę lat życia. Rozumiesz?

- Tak, chyba tak. - Brie uśmiechnęła się i przykucnęła u stóp piastunki. - Dlaczego 

spałaś w fotelu zamiast na łóżku?

background image

- Wzięłaś  sobie  kochanka,   lecz  ja  nadal  się   tobą  opiekuję.  Przyniosłam  ci   gorące 

mleko. Ostatnio nie sypiasz najlepiej.

Brie podniosła wzrok. Na stole stał duży kubek.

- I zmartwiłaś się, że mnie nie ma. - Przytuliła drobną, suchą dłoń do policzka. - 

Przepraszam, nianiu.

- Podejrzewałam, że jesteś z Amerykaninem - ciągnęła starsza kobieta. - Szkoda, że 

jego krew nie jest równie błękitna jak jego oczy. Ale mogłaś trafić gorzej.

Brie roześmiała się.

- Obrazisz się, jeśli powiem, że go lubię?

- W każdym razie radziłabym ci na razie niczego nie mówić ojcu - rzekła niania lekko 

rozbawionym głosem. - To już ci się chyba nie przyda. - Obróciła się i suchą ręką sięgnęła po 

pucołowatą szmacianą lalkę w postrzępionym fartuszku. - Kiedy byłaś mała i nie mogłaś 

spać, lubiłaś ją tulić do siebie.

- Biedna brzydula... - szepnęła Brie, biorąc lalkę do ręki i głaszcząc po włóczkowych 

włosach. Nagle zamarła.

Mała dziewczynka w łóżeczku z różową pościelą, różowym baldachimem i różową 

narzutą.   Na   toaletce   białe   falbanki,   tapeta   w   słodkie   różyczki.   Z   dala   dobiegają   dźwięki 

romantycznego walca. I kobieta. Kobieta z portretu, która uśmiecha się i coś nuci. Skąpe 

światło odbija się w szmaragdowych kolczykach, gdy pochyla się nad dziewczynką. Także jej 

suknia   ma  głęboki,  zielony odcień   szmaragdu.  Szelest  jedwabiu  brzmi   jak  najpiękniejsza 

muzyka. Kobieta pachnie kwiatami jabłoni, wiosną, młodością...

-   Gabriello!   -   Niania   delikatnie   uszczypnęła   Brie   w   ramię   i   pod   cienką   koszulką 

poczuła lodowatą skórę. - Co ci jest?

- Mój pokój... - wyszeptała Brie, nie odrywając wzroku od lalki. - Mój pokój, kiedy 

byłam mała... Jakiego był koloru?

- Różowy - odparła staruszka bez wahania. - Właściwie różowo - biały, jak tort.

- A moja matka? - Nieświadomie wpiła palce w lalkę. Na czole perliły się kropelki 

potu. Teraz liczyło się tylko jedno: zatrzymać wspomnienie, nie pozwolić obrazom zblaknąć. 

- Czy miała jedwabną suknię? Szmaragdową suknię balową?

- Bez ramiączek. - Niania z trudem opanowała drżenie głosu. - Była wcięta w talii, z 

suto marszczoną spódnicą.

- Mama pachniała kwiatami jabłoni. Była taka piękna.

- Owszem. Przypominasz sobie?

- Ja... ona... przyszła do mnie. Słyszałam muzykę, walca. Przyszła utulić mnie do snu.

background image

- Zawsze tak robiła. Najpierw szła do ciebie, potem do Aleksandra, a na końcu do 

Bennetta.   Ojciec   też   przychodził,   jeśli   udało   mu   się   wymknąć.   Oboje   całowali   was   na 

dobranoc. Pójdę po twojego ojca, dobrze?

- Nie. - Brie przycisnęła lalkę do piersi. Obraz zblakł i zniknął. - Nie, jeszcze nie. Nic 

więcej   nie   pamiętam,   tylko   tę   jedną   scenę.   Jeszcze   tyle   muszę   sobie   przypomnieć...   - 

Wilgotnymi od łez oczami spojrzała na starą piastunkę. - Kochałam ją. Nareszcie to czuję, 

wiesz?   Bardzo   ją   kochałam.   Teraz,   kiedy   to   sobie   przypomniałam,   mam   wrażenie,   jak 

gdybym ponownie ją utraciła.

Brie wsparła głowę na dłoniach i zaniosła się płaczem. Niania czule głaskała ją po 

włosach.   Drzwi   do   sypialni   otworzyły   się   niemal   bezszelestnie   i   w   tej   samej   chwili 

niedostrzegalnie zamknęły.

- A więc wybierasz się na wycieczkę za miasto? Brie stała w holu i patrzyła na ojca. 

Staranny makijaż maskował ślady porannego płaczu, lecz zdenerwowania nie potrafiła tak 

łatwo ukryć. Międliła w palcach przewieszoną przez ramię torebkę.

- Tak. Janet odwoła moje dzisiejsze spotkania. Nie miałam w planach nic ważnego. Ot, 

parę przymiarek i trochę roboty w Stowarzyszeniu, która może poczekać do jutra.

- Brie, nie musisz się przede mną usprawiedliwiać, kiedy chcesz wziąć dzień wolnego. 

- Armand serdecznie ujął córkę za rękę. - Czy zbyt wiele od ciebie wymagałem?

- Nie... - Pokręciła głową. - Właściwie nie wiem.

- Bycie jednocześnie ojcem i władcą jeszcze nigdy nie było tak trudne. - Na krótką 

chwilę zacisnął palce na jej dłoni. - Jeśli zechcesz, mógłbym cię zabrać stąd na parę tygodni. 

Na przykład w rejs albo na Sardynię, do letniego domu.

Powinna   mu   przypominać,   że   nie   pamięta   domu   na   Sardynii,   lecz   tylko   się 

uśmiechnęła.

- Nie ma takiej potrzeby. - Pokręciła głową. - Doktor Franco zapewne mówił ci, że 

jestem silna jak koń.

- A doktor Kijinsky dodał, że dręczą cię złe sny. Wzięła głęboki oddech i postanowiła 

nie żałować, że wyznała wszystko psychoanalitykowi.

- Trzeba czasu, żeby uleczyć niektóre rany.

Nie mógł jej błagać, by rozmawiała z nim tak szczerze jak z Reeve'em. Takie odruchy 

muszą wyjść z potrzeby serca. Z drugiej strony nie potrafił zapomnieć, jak wdrapywała mu 

się na kolana, wtulała w ramiona i dawała upust dziecięcej potrzebie zwierzania się.

- Wyglądasz na zmęczoną, córeczko - powiedział z troską. - Świeże powietrze dobrze 

ci zrobi. Pojedziecie na farmę?

background image

- Tak. - Widział jej determinację i szanował ją, a jednocześnie obawiał się jej.

-   Kiedy   wrócisz,   opowiesz   mi,   co   sobie   przypomniałaś,   co   czułaś?   -   zapytał 

niepewnie.

- Tak, naturalnie.

Przez wzgląd na kobietę w szmaragdowej sukni, która tuliła ją do snu, Brie ucałowała 

ojca w policzek.

- Nie martw się o mnie, będę z Reeve'em. Armand, walcząc z poczuciem odtrącenia, 

patrzył, jak córka znika w głębi korytarza. Lokaj otworzył przed nią drzwi i rozpłynęła się w 

promieniach wpadającego do wnętrza słońca.

Przez dłuższą chwilę jechali w milczeniu. Wóz sunął krętą drogą wzdłuż smaganego 

wiatrem wybrzeża. Miasto Cordina zostało za nimi, podobnie jak port w Lebarre. Co jakiś 

czas mijali domki otoczone zadbanymi, pięknie utrzymanymi ogrodami. Tą właśnie drogą 

uciekała wtedy, w nocy. Reeve zastanawiał się, czy Brie o tym wie.

Dla niej jednak wszystko tu było obce. Nie widziała nic, co mogłoby wytłumaczyć 

narastające napięcie. Skaliste wzgórza miały dziki, niepowtarzalny urok. Nerwowo skubała 

pasek torebki.

- Czy mam się zatrzymać, Gabriello? A może wolałabyś pojechać gdzie indziej?

Odwróciła się, aby za moment znów wbić wzrok w drogę.

- Ależ skąd! Cordina to piękny kraj, nie sądzisz?

- Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć, co cię gryzie?

-  Sama   nie   wiem.   Czuję   dziwny  niepokój,  zupełnie   jakby  ktoś   zaglądał   mi   przez 

ramię.

Reeve uznał, że przyszła pora na szczerość.

- Tą drogą biegłaś tamtej nocy - oznajmił.

- Biegłam do miasta, czy w przeciwną stronę? Zerknął na nią. Nie przypuszczał, że o 

to zapyta.

Z każdym dniem coraz bardziej podziwiał umysł tej kobiety.

- Do miasta. Zemdlałaś pięć kilometrów od Lebarre. Skinęła głową.

-  A  więc   miałam   szczęście.  Albo   pamiętałam   wystarczająco   dużo,   żeby   wybrać 

właściwy kierunek. Reeve, dziś rano...

Czyżby żałowała? Zacisnął dłonie na kierownicy.

- Tak, słucham.

- W pokoju czekała na mnie niania.

Poczuł, że nie jest w stanie pohamować rozbawienia. - I...?

background image

- Rozmawiałyśmy. Czasami wieczorem przynosi mi ciepłe mleko, bo mam trudności z 

zasypianiem. Ale jak wiadomo, wczorajszej nocy miałam zupełnie inne rzeczy w głowie. - 

Uśmiechnęła się blado. - Przyniosła mi też moją starą lalkę. - Powoli, pragnąc, by zrozumiał 

każde słowo, opowiedziała mu, co sobie przypomniała. - Tylko tyle i aż tyle - zakończyła. - 

Lecz tym razem nie było to wrażenie ani sen. Naprawdę widziałam każdy szczegół.

- Mówiłaś już komuś o tym?

- Nie.

- Powiesz jutro doktorowi Kijinskiemu.

Słowa Reeve'a zabrzmiały jak rozkaz, lecz Brie wiedziała, że nie powinna się obrażać.

- Dobrze. Myślisz, że zaczynam odzyskiwać pamięć?

Gdy opowiadała rozmowę z nianią, zwolnił, a teraz z powrotem przyspieszył. Skały 

migały za oknami.

- Myślę, że jesteś coraz silniejsza. Przypomina ci się to, czemu byłaś w stanie stawić 

czoła. Z czasem przypomnisz sobie inne rzeczy.

- Tak myślisz?

-   Jestem   tego   pewien   -   potwierdził.   A  kiedy   tak   się   stanie,   nie   będzie   go   już 

potrzebowała. Zadanie wykonane, ochroniarz może odejść.

Farma, jego wymarzona farma... Nagle uświadomił sobie, że czuje się, jakby nie był 

na niej od kilku lat, a nie tygodni. Oczami wyobraźni widział puste, samotne miejsce, z 

którego cisza i spokój zniknęły raz na zawsze. Kiedy wróci, nie będzie już tym samym czło-

wiekiem. Inne też będą jego pragnienia.

Skręcił w wąską szosę, a potem w polną drogę. Zostawili morze za plecami. Zwolnił, 

ostrożnie  prowadząc   auto  po  wybojach.  W  miarę   oddalania  się   od  wybrzeża  milkł   szum 

drzew,  a huk fal ustępował  miejsca ciszy.  Wzgórza  stawały się  coraz bardziej  zielone, a 

krajobraz pogodniejszy. Słyszeli szczekanie psa i niskie, głębokie muczenie krowy. Poczuł się 

prawie jak w domu.

Nagle   ich   oczom  ukazało   się   zielone,   zarośnięte   pole,   do   którego   przylegał   gęsty 

szpaler drzew.

- To tu?

- Tak. - Reeve wyjął kluczyki ze stacyjki.

- Tu znaleziono mój samochód?

- Zgadza się.

Przez chwilę stała nieruchomo.

background image

- Dlaczego zawsze oczekuję, że coś przyjdzie łatwo? - rzekła powoli. - Ciągle mi się 

wydaje, że kiedy coś zobaczę, kiedy czegoś się dowiem, wszystko od razu się wyjaśni. Ale 

tak przecież nie jest. Czasami czuję, że ściskam nóż w dłoni... - Zerknęła na swoje ręce. - Kie-

dy go czuję, wiem, że byłabym zdolna zabić.

- W pewnych okolicznościach wszyscy bylibyśmy do tego zdolni.

- Nie, Reeve. - Na pozór spokojnym gestem splotła dłonie. - Nie wierzę. Żeby zabić, 

żeby odebrać komuś życie, trzeba rozumieć i akceptować przemoc, ciemną stronę naszego 

bytu. U niektórych to jest silniejsze niż wszystko inne.

- A co by się stało z tobą, gdybyś zamknęła oczy i odrzuciła przemoc? - Żelaznym 

uściskiem chwycił ją za ramię, zmuszając, by na niego spojrzała. - Błogosławieni niech będą 

cisi, tak, Brie?

Jednym spojrzeniem ożywił w niej strumień emocji.

- Nie chcę przemocy - odparła z pasją - I nie akceptuję jej. Nigdy nie pogodzę się z 

myślą, że zabiłam człowieka.

- W takim razie nigdy nie wyzwolisz się z tego koszmaru - mruknął, popychając ją z 

powrotem na siedzenie. - Będziesz żyła w wyimaginowanym świecie, do którego uciekasz, 

chłodna, trzymająca wszystkich na dystans, nieosiągalna.

- Ty mi mówisz o życiu w wyimaginowanym świecie? - prychnęła. - Ty, który sam 

żyjesz złudzeniami?  Facet, który przez całe życie szukał kłopotów, myśli, że wpadnie w 

błogostan, kiedy będzie siedział na ganku i patrzył na dojrzewające zboża?

Trafiła w czuły punkt. Reeve poczuł wzbierające w nim wściekłość i frustrację. Żył w 

świecie wielu fantazji, a Brie stała się jedną z nich.

-   Ja   przynajmniej   wiem,   czego   chcę,   i   potrafię   stawić   czoło   rzeczywistości   - 

odparował. - Potrzebuję farmy, ale ty nie chcesz zrozumieć dlaczego. Potrzebuję jej, bo wiem, 

co potrafię, i co jeszcze mogę zrobić w życiu.

- Żadnych wyrzutów sumienia?

-   Niech   szlag   trafi   wyrzuty   sumienia!   Ważne   jest,   że   jutro   może   być   inne. 

Przynajmniej mam wybór.

- Tak, masz. - Niespodziewanie posmutniała i odwróciła głowę. - Może tym właśnie 

się różnimy. Jak mogę przeżyć moje życie tak, jak powinnam, wiedząc, że...

- Po ludzku - przerwał. - Tak jak wszyscy.

- Upraszczasz.

- Chcesz powiedzieć, że tytuł stawia cię ponad innymi?

Już miała dać wyraz oburzeniu, lecz opanowała się.

background image

- Przyparłeś mnie do muru. Jestem człowiekiem jak wszyscy i nie jestem bez skazy. A 

poza tym boję się. To stara prawda, że najtrudniej jest zaakceptować własne słabości.

- Wysiądziemy?

- Tak. - Z determinacją chwyciła klamkę. Wysiadając, rozglądała się wokół czujnie. - 

Byłeś już tutaj?

- Nie.

-   To   dobrze.   W   takim   razie   oboje   jesteśmy   w   tym   miejscu   po   raz   pierwszy.   - 

Przysłoniła oczy dłonią. - Tak tu cicho. Ciekawe, czy chciałam coś posiać na tej ziemi.

- Mówiłaś o tym.

- Ale widać, że nic nie robiłam. - Ruszyła przed siebie.

Wzdłuż ścieżki i na ugorze rosły żółte i niebieskie polne kwiaty, a wokół nich krążyły 

tłuste pszczoły. Motyl wielki jak dłoń Brie łapał równowagę na cienkiej łodyżce. W powietrzu 

unosił się soczysty zapach traw, ziół i ziemi. Spłoszona hałasem sójka poderwała się do lotu i 

trzepocząc skrzydełkami, odfrunęła w stronę drzew. To nie jest bajka, zamyśliła się Brie, 

krążąc  bez  celu  po  ścieżkach.  Żeby uporządkować  to miejsce,  coś  zasiać,  zbierać  plony, 

potrzeba ciężkiej pracy. Czy dlatego także w tym przypadku skończyło się na marzeniach?

- Czemu kupiłam tę ziemię? - zapytała.

- Chciałaś mieć swoje miejsce na świecie. Potrzebowałaś azylu.

- Znowu ucieczka?

- Samotność - poprawił. - Jest pewna różnica, nie uważasz?

- Przydałby się dom - stwierdziła. - Nie ma tutaj życia. Spójrz tam. Gdyby wyciąć 

kilka drzew, można by tam postawić całkiem spory budynek. Z tamtej strony byłaby stajnia, a 

tu ogródek. I kurnik. - Rozochocona, szybkim krokiem ruszyła przez pole. - O, gdzieś tu. Na 

farmie muszą być świeże jajka. Powinny być psy i dzieci, nie sądzisz? Bez nich nic nie jest 

takie   jak   powinno.  A  na   parapetach   doniczki   ze   stokrotkami.   Ziemia   nie   powinna   leżeć 

odłogiem, niekochana.

Oczami wyobraźni widział wszystko, co opisała. W gruncie rzeczy dokładnie w ten 

sam sposób wyobrażał sobie własną farmę. Pamiętał jednak, że należą do dwóch innych 

światów.

- O ile wiem, nie była niekochana.

- Ale nikt się o nią nie troszczył. Niezadowolona z siebie dreptała nerwowo wśród 

wysokich traw. Nagle uderzyła nogą o coś, co z brzękiem potoczyło się między kamienie. 

Reeve schylił się i podniósł czerwony termos. Był pusty i brakowało mu zakrętki. Wiedziony 

background image

instynktem,   trzymał   naczynie   za   podstawę,   starając   się   nie   dotykać   więcej,   niż   to   było 

konieczne.

- W twoich snach siedzisz w jakimś cichym miejscu i popijasz kawę z czerwonego 

termosu.

- Tak - odparła, nie spuszczając z niego wzroku.

- A potem robisz się bardzo senna. - Od niechcenia powąchał termos, lecz jego umysł 

pracował   na   najwyższych   obrotach.   Czy   mają   tu   dobre   laboratorium   kryminalistyczne? 

Dlaczego policja z Cordiny nie przeszukała starannie całego terenu? Dlaczego potencjalnie 

tak ważny dowód pozostał niezauważony?

Brie   sama   wybierała   drogę.   Cały   czas   pilnował,   by   nie   sugerować   jej   kierunku. 

Precyzyjnie   pokazała,   gdzie   miałby   stanąć   dom,   gdzie   stajnia.   Jeśli   już   tu   siadywała... 

Rozglądał się, aż zatrzymał wzrok na dużym, płaskim kamieniu. Leżał kilka metrów dalej, w 

słonecznym, przytulnym miejscu. Idealny zakątek dla marzyciela.

- O czym myślisz? Spojrzał na nią.

- Myślę, że być może siedziałaś tutaj, na tej skale, pijąc kawę i snując plany. Poczułaś 

się senna, może nawet się zdrzemnęłaś. Potem usiłowałaś oprzytomnieć. Mówiłaś mi, że 

próbowałaś zwalczyć senność, lecz ci się nie udawało. Być może udało ci się wstać i ruszyć w 

kierunku samochodu, a wtedy środki zadziałały. Straciłaś przytomność i wypuściłaś termos, 

który potoczył się kawałek dalej.

- Proszki... w kawie.

-   To   by   pasowało.   Porywacze   musieli   się   spieszyć,   dlatego   nie   szukali   termosu. 

Zresztą po co? Przecież mieli ciebie.

- A zatem musiał to być ktoś, kto znał moje zwyczaje, kto wiedział, że tego dnia 

wybierałam się na farmę.

Ktoś, kto...

- Ktoś, kto jest blisko ciebie - dokończył.

Brie poczuła przeszywający ją na wskroś, lodowaty dreszcz. Miała ochotę puścić się 

pędem do samochodu.

- Co teraz zrobimy?

- Musimy się dowiedzieć, kto zrobił kawę i kto mógł mieć okazję, aby czegoś do niej 

dosypać.

Przytaknęła, choć kosztowało ją to wiele wysiłku.

- Reeve, czy nie powinna się tym zająć policja? Patrzył gdzieś w pola za jej plecami.

- Wydawało by się, że tak, prawda?

background image

Spojrzała na pierścienie na palcu. Jeden, z diamentem, symbolizował wiarę. Drugi, 

wysadzany szafirami - miłość.

- Ojciec... - zaczęła i zawiesiła głos.

- Już pora, żebyśmy z nim porozmawiali - oznajmił Reeve.

Spotkanie mogło być niebezpieczne dla obojga, lecz mimo to Wyboistą, krętą drogą 

podążali w kierunku chaty. Na miejsce spotkania wybrali ustronny, niegościnny zakątek - 

mały   domek   na   zapomnianym   kawałku   nigdy   nie   uprawianej   ziemi,   blisko   farmy   i 

wystarczająco daleko od miasta, by nie rzucać się w oczy. Wszystkie okna oprócz jednego 

były  pozabijane   deskami.   Rozważali,   czy  nie   spalić   później   chaty,   pozostawiając   jedynie 

popioły, by zgniły, podobnie jak ciało, które zakopali w lesie.

Samochody   zajechały   jeden   po   drugim.   Oboje   byli   zbyt   zdyscyplinowani   i   zbyt 

ostrożni,   by   pozwalać   sobie   na   spóźnienie.   I   oboje   walczyli   z   nerwami.   Okoliczności 

sprawiły, iż musieli ręczyć jedno za drugie własnym życiem.

- Ona zaczyna sobie przypominać. Odpowiedzią było pełne irytacji syknięcie.

- Jesteś pewna?

- Inaczej nie umawiałabym się z tobą. Cenię moje życie tak samo, jak ty twoje. - 

Wiedzieli, że dopóki jedno jest bezpieczne, drugiemu także nic nie grozi. Wystarczy jednak 

jeden błąd...

- Ile już wie?

- Na razie nie ma potrzeby się martwić. Jakieś wspomnienia z dzieciństwa. Nic, co by 

nas dotyczyło. - Rozdzierający krzyk przelatującego nad głowami kruka zmroził im krew w 

żyłach. - Niemniej zaczyna coś kojarzyć. Wydaje mi się, że wkrótce wszystko sobie przy-

pomni, bo bardzo się o to stara.

- Od początku wiedzieliśmy, że tak się stanie. Potrzebujemy tylko trochę czasu.

-   Czasu?   -   Szyderczy   śmiech   spłoszył   wiewiórkę.   -   Mamy   go   coraz   mniej.   Ona 

wszystko   opowiada  Amerykaninowi.   Są   kochankami,   a   to   sprytny   gość.   Czasami   mi   się 

wydaje, że zaczyna coś podejrzewać.

- Nie bądź głupia - skwitował, lecz żołądek zacisnął mu się w węzeł. - e też ten 

cholerny idiota Henri musiał się upić.  Merde!    - Na ich oczach misternie skonstruowany i 

przeprowadzony plan omal się nie posypał z powodu alkoholu i żądzy. Żadne nie żałowało, że 

musi wykopać grób.

- Nie ma co teraz do tego wracać. Jeśli jej nie odzyskamy, nie ma szans na wymianę. 

Deboque siedzi, a o forsie nie ma co gadać.

background image

-   No   to   ją   porwijmy.   Nikt   nie   będzie   się   spodziewał   tak   szybko   drugiego 

uprowadzenia.

- Już raz się udało! - Bardziej niż zapał słychać było w tym głosie strach. Od czasu, 

gdy Brie została zidentyfikowana w szpitalu, oboje żyli jak na rozżarzonych węglach.

- Uda się i teraz. Niedługo, bardzo niedługo.

- A co z Amerykaninem? On nie jest tak łatwowierny jak księżniczka.

- Pozbędziemy się go. Jej też, jeśli zacznie sobie za dużo przypominać. Obserwuj ją. 

Jak by co, to wiesz, co robić.

Mały pistolet z tłumikiem został starannie ukryty.

- Jeśli ją zabiję, jej krew splami także twoje ręce. Myśl o morderstwie nie była tak 

dojmująca jak strach przed zdemaskowaniem i kompromitacją.

- Wiem. Lepiej módlmy się, żeby szczęście nie opuściło nas aż do balu.

- Porwanie z pałacu pełnego gości? To szaleństwo!

- Ale może się udać. Masz coś lepszego? Odpowiedzią było pełne napięcia milczenie.

- Nie mogę odżałować, że sama tu z nią nie zostałam zamiast tego ochlapusa.

- Daj spokój, lepiej myśl, co dalej. Zdobyłaś jej zaufanie?

- Mniej więcej tyle, co wszyscy.

- No to wykorzystaj to. Mamy niecałe dwa tygodnie.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Brie siedziała wyprostowana, z rękami złożonymi na kolanach, ze spuszczoną głową. 

W jej myślach kłębiły się pytania, tak dużo pytań. Nadal nie znała wielu odpowiedzi - zbyt 

wielu.

Kim jest? Jej Wysokość Gabriella de Cordina, córka, siostra, tak jej powiedziano. 

Członkini rodziny Bissetów, jednego z najstarszych rodów Europy.

Jaka  jest?  Tego  dowiedziała  się   sama:   jest  odpowiedzialną,   dobrze  zorganizowaną 

kobietą o dużym poczuciu obowiązku i ogromnych pokładach namiętności. Stało się coś, co 

zakłóciło spokój jej egzystencji, co sprawiło, iż poszczególne fragmenty układanki przestały 

tworzyć całość.

Walczyła, by je odzyskać, lecz wiedziała, że przed nią jeszcze długa droga.

Środki odurzające w kawie, ciemny pokój, głosy. Nóż i krew na rękach. Zrozumiała, iż 

potrzebuje tych wspomnień, by odzyskać spokój ducha.

W   pokoju   panowała   cisza.   Ciepłe   światło   zachodzącego   słońca   wlewało   się   do 

pomieszczenia, nadając czerwonemu dywanowi krwawy odcień.

- A więc sądzisz, że do kawy, którą miała Gabriella, czegoś dosypano - zaczął Armand 

spokojnie, zerkając na stojący na biurku czerwony termos.

- To brzmi logicznie. - Reeve stał obok krzesła Brie, patrząc księciu w oczy. - I pasuje 

do snów Brie.

- Oddamy termos do analizy.

- Właśnie to należy zrobić.

Mimo że jego oczy nie zdradzały żadnych emocji, Reeve z uwagą obserwował każdy 

ruch, każde mrugnięcie oczu księcia. Wiedział, że sam także jest bacznie obserwowany.

- Zastanawiające jest natomiast - dodał - dlaczego wcześniej go nie znaleziono.

Oczy   mężczyzn   spotkały   się.   Gdy   Armand   przemówił,   jego   głos   nie   brzmiał 

przyjacielsko, lecz władczo.

- Wszystko wskazuje na to, że policja zaniedbała swoje obowiązki.

-  Wszystko   wskazuje   na   to,   że   bardzo   wielu   ludzi   zaniedbało   swoje   obowiązki   - 

stwierdził Reeve.

Zauważył, iż opanowanie się przychodzi mu znacznie trudniej niż kiedyś. Z twarzy 

Armanda nie mógł wyczytać nic poza zimną kalkulacją. Nie podobało mu się to.

- Jeśli w kawie rzeczywiście znajdował się narkotyk - ciągnął - a jestem przekonany, 

że tak było, konsekwencje tego faktu wydają się oczywiste.

background image

- W rzeczy samej - odparł Armand, wyciągając długi, brązowy papieros i zapalając go 

niespiesznie.

- Wasza Wysokość zachowuje godny podziwu spokój.

- Zachowuję się tak, jak mi nakazuje moje stanowisko.

-   Ja   także   -   oświadczył   Reeve.   -   Zabieram   Brie   z   Cordiny,   w   pałacu   nie   jest 

bezpieczna. Wrócimy, kiedy sprawa się wyjaśni.

- Gdybym się nie martwił o jej bezpieczeństwo, nie byłoby cię tutaj - odparł książę 

przez zęby.

- Gdyby nie więzy łączące nasze rodziny, nigdy bym tu nie przyjechał - odparł Reeve 

głosem nie znoszącym sprzeciwu. - Ale to już nie wystarczy. Teraz potrzebuję konkretnych 

odpowiedzi.

Zdawało się, że Armand zapomniał na chwilę o królewskich manierach.

-   Nie   masz   prawa   żądać   ode   mnie   odpowiedzi.   Reeve   zrobił   krok   do   przodu. 

Potrzebował tylko jednej.

- Uważaj, korona ci nie pomoże.

- Dosyć!

Brie zeskoczyła z krzesła, stając między Reeve'em a ojcem. Rzuciła się w wir dyskusji 

bez chwili namysłu, intuicyjnie wyczuwając, że musi ich chronić - choć nie była pewna, 

któremu ochrona rzeczywiście jest potrzebna. Złość wrzała w niej z siłą, która pozwoliła 

wyciszyć inne emocje.

- Jak śmiecie tak dyskutować przy mnie, jakbym była niezdolna do samodzielnego 

myślenia! Jak śmiecie chronić mnie, jakbym sama nie była w stanie o siebie zadbać!

- Gabriello! - Armand poderwał się z krzesła. Aż za dobrze znał ten ton. - Licz się ze 

słowami!

- Ani myślę!

Wściekła,   odwróciła   się   do   niego,   opierając   się   pięściami   o   biurko.   W   innych 

okolicznościach pomyślałby, że jest wspaniała, zupełnie jak jej matka.

- Nie będę grzeczna i bezbronna - oznajmiła. - Nie jestem cukierkową księżniczką z 

obrazka, lecz kobietą z krwi i kości! To moje życie, rozumiecie? Nie będę stała z założonymi 

rękami i patrzyła, jak kłócicie się niczym para bezczelnych szczeniaków. Chcę wyjaśnień 

Wzrok Armanda był równie lodowaty i nieobecny jak jego głos.

- Chcesz więcej, niż mogę ci dać.

- Chcę tego, co mi się prawnie należy - odparowała.

- To, co jest twoje, jest twoje wtedy, gdy ci to daję. Brie pobladła.

background image

- I kto to mówi? Ojciec? - Jej głos zdawał się ciąć niczym nóż. - Wasza Wysokość 

dobrze rządzi Cordiną Czy można to samo powiedzieć w odniesieniu do rodziny?

Trafiła w czuły punkt, lecz twarz księcia pozostała nieruchoma.

- Musisz mi ufać, Gabriello.

- Ufać? - Głos księżniczki załamał się na chwilę.

-   To   -   wskazała   na   termos   -   dowodzi,   że   nie   mogę   ufać   nikomu.   Nikomu!   - 

powtórzyła, opuszczając pokój.

- Pozwól jej odejść - rozkazał Armand, widząc, iż Reeve rusza za Brie. - Jest cały czas 

pilnowana, Zapewniam cię - dodał, gdy Reeve nie zwolnił kroku, - Pozwól jej odejść.

Słowa księcia nie zdołałyby go zatrzymać, lecz ton głosu - tak. Brzmiał w nim ból, ten 

sam głęboki ból, który Reeve pamiętał z pierwszego dnia odwiedzin w szpitalu. Zatrzymał się 

w drzwiach i odwrócił.

- Nie wiedziałeś, że każdy jej ruch jest obserwowany?

- zapytał Armand cicho. - Tak dokładnie, iż wiem, gdzie spała wczorajszej nocy - 

dodał, opadając na krzesło.

Reeve nie ruszył się z miejsca, mrużąc oczy. Zauważył, że służba stale kręci się wokół 

Gabrielli, lecz podejrzewał, że to raczej sprawka Aleksandra.

- Kazałeś ją szpiegować?

- Kazałem ją obserwować.  Myślisz,  że  powierzyłbym  bezpieczeństwo  mojej  córki 

ślepemu   losowi?   Albo   nawet   twoim   niewątpliwie   sprawnym   rękom?   Już   ci   mówiłem, 

dlaczego cię potrzebowałem. Musisz jednak pamiętać, że bezpieczeństwa Brie będę strzegł 

wszelkimi dostępnymi środkami. - Armand przesunął dłońmi po zmęczonej twarzy, po raz 

pierwszy okazując napięcie. - Zamknij drzwi, proszę, i zostań. Już pora, żebyś się dowiedział 

więcej, niż ci dotąd wyjawiłem.

Mężczyzna   powinien   ufać   instynktowi.   Dzięki   niemu   może   żyć   lub   zginąć, 

skonstatował Reeve, po czym cichutko zamknął drzwi i wrócił do biurka.

- Jaką grę prowadzisz, Armandzie?

- Taką, która zapewni pokój mojemu krajowi, mojemu narodowi. Taką, która - z bożą 

pomocą - pomoże mi odzyskać moje dziecko, całe i zdrowe. Taką, która doprowadzi do 

ukarania tych, którzy chcieli wszystko zepsuć. - Wziął do ręki gładki kamień. - Czeka ich 

surowa kara - wyszeptał, ściskając go w dłoni.

Przyrzekł to ukochanej, utraconej żonie.

- Wiesz, kto ją porwał. - Głos Reeve'a był spokojny, lecz on sam nadal był zły. - Cały 

czas wiedziałeś.

background image

-   Wiem   o   jednej   osobie,   drugą   podejrzewam.   -   Dłoń  Armanda   rozchyliła   się   i 

zamknęła   z   powrotem.   -   Ty   też   masz   pewne   podejrzenia.   Jestem   w   pełni   świadom,   że 

zbadałeś sprawę, przestudiowałeś fakty i wysunąłeś własne hipotezy. Niczego innego się nie 

spodziewałem. A jednak nie podejrzewałem, że swoimi spostrzeżeniami będziesz się dzielił z 

Gabriellą.

- Nie mam do tego prawa?

- Jestem jej ojcem, ale przede wszystkim władcą, który rządzi. Ja nadaję i odbieram 

prawa. - W głosie księcia zabrzmiał stalowy ton. Reeve nie od dziś podziwiał twardość jego 

charakteru.

- Wykorzystałeś ją - rzucił.

- Ty także - szybko zripostował Armand. - Inni też. Sprawa jest zbyt złożona, żeby ją 

sprowadzać   do   uprowadzenia   mojej   córki.   Porwano   Jej  Wysokość   Gabriellę   de   Cordina. 

Działania, jakie podjąłem, były jedynie następstwem tego faktu.

- Dlaczego mnie wezwałeś?

- Bo mogłem ci  zaufać.  Bo wiedziałem,  że nie  wytrzymasz  długo na uboczu.  Że 

będziesz rozmyślał, przyswajał i ewentualnie zadziałasz. Nie zamierzałem pozwolić ci na 

działanie, dopóki nie nadejdzie odpowiedni moment. Właśnie nadchodzi.

- Dlaczego, do diabła, trzymasz ją w niewiedzy? - wybuchnął Reeve. - Nie wiesz, jak 

cierpi?

- Naprawdę myślisz, że nie wiem?

Książę poczerwieniał z gniewu. W młodości znany był z porywczego charakteru. Na 

chwilę stracił ćwiczoną przez lata umiejętność panowania nad sobą.

- To moje dziecko. Moja pierworodna córka. Trzymałem ją za ręce, kiedy uczyła się 

chodzić, siedziałem przy łóżku, gdy leżała zmożona wysoką gorączką, razem płakaliśmy nad 

grobem jej matki.

Sztywnym krokiem podszedł do okna i ciężko oparł się o parapet.

- Robię to, co muszę - rzekł z westchnieniem. - Co wcale nie znaczy, że ją mniej 

kocham.

Tym razem Reeve nie miał cienia wątpliwości co do szczerości słów księcia.

- Powinieneś więc jej to uświadomić.

- A dlaczego sam jej nie powiedziałeś, jakie masz podejrzenia?

- Ona potrzebuje czasu, żeby... - zaczął Reeve, lecz książę nie pozwolił mu dokończyć 

zdania.

background image

- Właśnie! Dlatego jedyne, co mogę zrobić, to dać jej czas. Doktor Kijinski uważa, że 

jeśli Gabriella dowie się prawdy, zanim będzie gotowa ją usłyszeć, zrozumieć i zaakceptować, 

szok może wywołać poważne załamanie nerwowe. Wówczas jej umysł może na zawsze wy-

mazać wszelkie wspomnienia.

- Ona zaczyna sobie coś przypominać.

- Naciskasz odpowiedni guzik i umysł reaguje. - Armand nadal obracał w palcach 

biały kamień. - Jesteś wykształconym człowiekiem, pewne rzeczy nie powinny cię dziwić. 

Ona może się załamać, jeśli teraz powiem jej wszystko, co wiem lub podejrzewam. Jako 

ojciec troszczący się o córkę muszę poczekać. Jako władca Cordiny mam swoje sposoby na 

uzyskiwanie potrzebnych mi informacji. Słusznie się domyślasz; wiem, kto ją uprowadził i 

dlaczego.

W oczach księcia pojawił się dziki ognik. Błysk, który znają tylko myśliwy i jego 

ofiara.

- Ale jeszcze nie pora - powtórzył i pokiwał głową. - Jeśli chcę ich dostać, muszę 

poczekać.   Ktoś,   kto   tak   jak   ty   łapał   szpiegów,   doskonale   rozumie   takie   strategie.   Nie 

zaprzeczaj   -   dodał,   zanim   Reeve   zdążył   się   odezwać.   -   Dobrze   wiem,   jaką   pracę 

wykonywałeś.

- Byłem gliniarzem.

- Nie tylko - skwitował Armand - ale nie mówmy o tym. Sam rozumiesz, że jako 

władca muszę mieć niezbite dowody, żeby kogoś oskarżyć. Nie mogę okazać słabości ojca na 

oślep walczącego o dziecko; muszę być sędzią dążącym do sprawiedliwości. Niektórzy z 

moich bliskich współpracowników uważają, że ze względu na stanowisko nie dostrzegam 

krętactw, łapówkarstwa i fałszu, które kryją się pod cukierkową fasadą mojego księstwa. I 

dobrze, że tak uważają. Niektórzy sądzą, że teraz, kiedy już odzyskałem Gabriellę, nie będę 

dochodził   motywów   uprowadzenia.   Porywacze   żądali   uwolnienia   pewnych   więźniów: 

wszyscy, poza jednym, stanowili przykrywkę. Chodziło tylko o jednego: o Deboque'a.

Nazwisko nie było Reeve'owi obce. Pracując w policji, nieraz je słyszał. Deboque był 

zdolnym   biznesmenem,   który   zajmował   się   handlem   narkotykami,   kobietami   i   bronią. 

Kontrolował wszystko - od rynku farmaceutyków po materiały wybuchowe, dostarczane naj-

bardziej wpływowym organizacjom terrorystycznym.

Jego   dobra   passa   urwała   się,   gdy   po   trwającym   trzy   lata   śledztwie   zdołano 

zdemaskować nielegalną działalność i osadzić go w więzieniu. Co nie przeszkodziło mu nadal 

całkiem sprawnie kierować organizacją.

- Myślisz, że Deboque stoi za tym wszystkim? - zapytał Reeve w zamyśleniu.

background image

-   Deboque   kazał   uprowadzić   Gabriellę   -   odparł   Armand.   -   Musimy   jedynie 

udowodnić, kto działał w jego imieniu.

- Ty wiesz, kto? - zapytał domyślnie Reeve. Odzyskał wreszcie trzeźwość spojrzenia. 

Żeby   móc   oskarżyć   któregoś   z   bliskich   współpracowników,   książę   musiałby   posiadać 

niepodważalne   dowody   jego   winy.   Jedynie   starannie   przygotowana   akcja   mogłaby   po-

wstrzymać machinacje polityczne, które rozpoczął.

- Czy Deboque może z celi pociągać za sznurki?

- On w każdym razie jest przekonany, że tak - odparł Armand. - Ja sądzę, że przy 

pomocy tego - wskazał na termos - pokrzyżowanie mu szyków nie powinno być trudne. - 

Zerknął na Reeve'a. - Jak już mówiłem, wiem, gdzie Gabriella spędziła ostatnią noc.

- U mnie.

- Jesteś synem mojego starego przyjaciela, człowiekiem, którego darzę szacunkiem. 

Trudno mi jednak zachować spokój, mimo że wiem, iż to ona przyszła do ciebie. Jest dorosłą 

kobietą, a jednak... - Zamilkł na moment. - Powiedz mi, co do niej czujesz. Tym razem pytam 

jako ojciec.

- Kocham ją - odparł Reeve bez wahania. Armand poczuł wzbierającą w sercu słodycz 

- uczucie ojca obserwującego szczęście swoich dzieci.

- Już pora, żebym cię wtajemniczył w pewne sprawy. I zapytał o radę. - Armand 

wskazał krzesło i poczekał, aż Reeve usiądzie.

Przez   dwadzieścia   minut   rozmawiali   spokojnie,   choć   każdy   starał   się   opanować 

targające   nim   emocje.   Armand   nalał   dwa   kieliszki   brandy.   Plan   nie   budził   większych 

zastrzeżeń. Kolejnym powodem, dla którego książę chciał mieć Reeve' a przy swoim boku, 

była możliwość korzystania z zalet jego umysłu i z doświadczenia.

Podejrzani są pod stałą obserwacją. Gdy Gabriella zacznie sobie coś przypominać, 

trzeba będzie podjąć odpowiednie kroki, mające na celu zapewnienie jej bezpieczeństwa. Jeśli 

wszystko dobrze pójdzie, Brie nic nie zagrozi.

Lecz nie zawsze wszystko rozwija się zgodnie z planem.

Brie   wpadła   do   biura   jak   burza.   Janet   przerwała   porządkowanie   dokumentów   i 

odwróciła się do niej z ukłonem.

- Nie spodziewałam się już dzisiaj Waszej Wysokości.

- Mam parę rzeczy do zrobienia. - Brie podeszła do biurka i zaczęła gorączkowo 

przerzucać papiery. - Czy mamy menu na bal?

- Plastyk przysłał projekt do zatwierdzenia.

- Tak, jest tutaj...

background image

Brie wzięła do ręki ciężki, kremowy rulon papieru. Samodzielnie ułożyła całe menu. 

Do każdego z siedmiu dań osobiście dobrała odpowiedni gatunek wina. Taki posiłek powinien 

zaspokoić najbardziej wyrafinowane gusta. W Brie zawrzało.

- Nie zniosę tego! - Energicznie zwinęła rulon i cisnęła go na stół.

- Czy coś jest nie tak z menu?

- Czy coś nie tak? - Brie parsknęła śmiechem i wsunęła ręce do kieszeni. - Jest idealne. 

Zadzwoń do plastyka i powiedz mu, że akceptuję projekt. Pół setki osób, które będzie jadło z 

nami   kolację,   długo   jej   nie   zapomni.   Zadbałam   o   wszystko,   prawda?   Zapewnię   pyszne 

wspomnienia tej garstce wybrańców.

Niepewna,   jak   ma   się   zachować,   Janet   stała   przy  półce   ze   stertą   dokumentów   w 

rękach.

- Tak, Wasza Wysokość.

- Szkoda, że nawet rodzony ojciec nie wierzy w moje siły.

- Jestem pewna, że to nieporozumienie - zaczęła Janet. - Książę Armand...

- Postanowił decydować za mnie - dokończyła Brie. - Chce za mnie prowadzić grę. To 

akurat wiem. Tylu rzeczy muszę się jeszcze dowiedzieć. - Zacisnęła pięści. - I dowiem się, już 

niedługo.

- Jest pani zdenerwowana. - Janet położyła papiery na blacie, równiutko i porządnie 

jak zawsze. - Poproszę o kawę dla pani.

- Chwileczkę! - Brie postąpiła krok do przodu. Kto zazwyczaj przyrządza mi kawę?

Janet,   zaskoczona   tonem   głosu   swojej   chlebodawczyni,   odwiesiła   słuchawkę   na 

widełki.

- Oczywiście kucharki, Wasza Wysokość. Zadzwonię na dół i...

Nagle Brie uświadomiła sobie, iż nie ma pojęcia, gdzie znajduje się kuchnia. Czy 

kiedykolwiek to wiedziała?

-   Jeśli   proszę   o   kawę   na   wyjazd   za   miasto,   również   w   kuchni   przygotowują   mi 

termos? - Serce waliło jej jak młotem, gdy zadawała to pytanie.

Janet zamachała rękami.

- Na wyjazdy bierze pani bardzo mocną kawę. Zazwyczaj parzy ją dla pani ta stara 

Rosjanka.

- Niania - wymamrotała Brie. Nie to chciała usłyszeć.

- Nieraz Wasza Wysokość żartowała, że jej kawa mogłaby stać nawet bez termosu. - 

Janet uśmiechnęła się, usiłując rozładować atmosferę. - Parzy ją w swoim pokoju, a przepis 

utrzymuje w tajemnicy.

background image

- I to ona przynosi mi termos z kawą?

- Tak, Wasza Wysokość.

Brie poczuła, że zbiera jej się na mdłości.

- Stary, zaufany członek rodziny.

-   To   prawda,   Wasza  Wysokość.   Księżna   Elizabeth   często   zabierała   ją   ze   sobą   w 

podróże jako pokojówkę.

-   Czy   niania   była   z   moją   mamą   w   Paryżu?   Czy   była   z   nią,   kiedy   mama   się 

rozchorowała?

- Tak mi powiedziano, Wasza Wysokość. Była bardzo oddana księżnej pani.

Ile osób miało możliwość dosypać czegoś do kawy?

-   zastanawiała   się   gorączkowo   Brie.   Usiłując   zachować   spokój,   zadała   następne 

pytanie:

- Czy także tego dnia, kiedy wybierałam się na farmę, kawę przyniosła mi niania? 

Wtedy, wiesz, kiedy zostałam uprowadzona?

- Tak. - Janet zawahała się na ułamek sekundy. - Przyniosła ją tutaj, do gabinetu. 

Kończyła   pani   odpisywać   na   listy.   Przyniosła   kawę   i   gderała   coś   na   temat   kurtki.   Ze 

śmiechem obiecała jej pani, że włoży coś cieplejszego, po czym kazała odejść. Nie mogła się 

pani doczekać wyjazdu. Resztą korespondencji miałyśmy się zająć po powrocie. Wzięła pani 

termos i wyszła.

- Nikt tu nie wchodził? - dociekała Brie. - Od chwili kiedy niania przyniosła termos, 

do mojego wyjścia, nikt nam nie przeszkadzał?

- Nikt, Wasza Wysokość. Na dole czekał na panią samochód. Odprowadziłam panią. 

Wasza Wysokość...

- Janet ostrożnie wyciągnęła rękę. - Czy zajmowanie się teraz takimi rozważaniami 

pani nie zaszkodzi?

- Może i zaszkodzi. - Brie odwróciła się do okna. Boże, jak bardzo potrzebowała takiej 

rozmowy. - Nie będziesz mi już dzisiaj potrzebna, Janet. Dziękuję.

- Dobrze, Wasza Wysokość. Czy przed wyjściem mam zamówić kawę?

- Nie. - Brie pohamowała wybuch śmiechu. - Nie mam zupełnie ochoty na kawę.

Gdy Janet wyszła, Brie uświadomiła sobie, że nie wytrzyma dłużej w murach pałacu. 

Stęskniła się za powietrzem i słońcem. Wyszła z gabinetu i nieświadomie skierowała się na 

taras, na którym spędziła z Reeve'em ich pierwszy wspólny wieczór. Tam po raz pierwszy ją 

pocałował. Tam po raz pierwszy poczuła budzące się uczucie.

background image

W świetle dnia wszystko wygląda inaczej, myślała, opierając się o murek. Inaczej, 

lecz nie mniej pięknie. Widziała skaliste szczyty gór, które odgradzały Cordinę od reszty 

Europy. Na przestrzeni wieków nieraz spełniały funkcję obronną. Z drugiej strony Cordinę 

otaczały lazurowe wody Morza Śródziemnego. Solidne, murowane umocnienia ciągnęły się 

wzdłuż   całego   wybrzeża.   W   strategicznych   miejscach   nadal   stały   masywne   armaty, 

świadectwo zmagań z piratami i szybkimi, zwinnymi fregatami.

Nieco bliżej leżała stolica kraju ze swoimi malowniczymi starymi uliczkami, pnącymi 

się po zielonych zboczach.

Brie   uwielbiała   ten   widok.   Nie   musiała   znać   własnej   przeszłości,   by  móc   czuć   i 

podziwiać. Cordina była domem i schronieniem, przeszłością i przyszłością. Każdy kolejny 

dzień   sprawiał,   iż   potrzeba   odzyskania   własnej   przeszłości   stawała   się   coraz   silniejsza   - 

podobnie jak coraz bardziej nieznośny stawał się żal.

- Wasza Wysokość... - Loubet wszedł na taras, nieznacznie utykając. - Mam nadzieję, 

że nie przeszkadzam.

Przeszkadzał, lecz dobre wychowanie nie pozwoliło Brie na szczerość. Uśmiechnęła 

się i wyciągnęła ręce do gościa. W czasie niedawnej wspólnej kolacji odkryła, iż Loubet ma 

przemiłą, młodą żonę. Uznała to za urocze, że ten nieco staroświecki, praktyczny człowiek 

jest po uszy zakochany.

- Doskonale pan wygląda, monsieur.

-   Merci,   Votre  Altesse.   -  Szarmanckim   gestem   ucałował   jej   dłoń.   -  Wygląda   pani 

kwitnąco. Pobyt w domu okazał się najlepszym lekarstwem, oui?

Właśnie sobie myślałam... - Brie odwróciła się z powrotem ku ukochanym górom - 

że czuję się tu jak w domu. Nie tylko tam, w pałacu, lecz także tutaj. Jest pan umówiony z 

moim ojcem, panie Loubet?

- Tak, zaraz mam z nim spotkanie.

- Niech mi pan w takim razie powie... od tylu lat współpracuje pan z ojcem. Czy 

przyjaźnicie się?

- Uważam się za przyjaciela Jego Książęcej Mości, Wasza Wysokość.

Konserwatywny i taktowny jak zawsze, pomyślała Brie ze zniecierpliwieniem.

- Gdyby nie amnezja, nie musiałabym o to pytać. Zresztą - przypomniała, marszcząc 

czoło - to za pańską radą utrzymujemy mój stan w tajemnicy. Proszę mi zatem powiedzieć: 

czy mój ojciec ma przyjaciół? I czy pan się do nich zalicza?

Nie   od   razu   odpowiedział.   Loubet   był   człowiekiem,   który  przed   zabraniem   głosu 

musiał zebrać myśli, starannie je uporządkować, a następnie ubrać w słowa.

background image

-   Na   świecie   żyje   zaledwie   garstka   naprawdę   wielkich   ludzi,   Wasza   Wysokość. 

Niektórzy z nich są dobrzy, tacy jak książę Armand. Wielcy ludzie mają wrogów, dobrzy 

ludzie - przyjaciół. Pani ojciec ma zatem i jednych, i drugich.

- Tak. - Westchnęła, opierając się o balustradę. - Chyba rozumiem.

- Nie pochodzę z Cordiny - uśmiechnął się Loubet, patrząc w dół, na miasto. - Zgodnie 

z prawem sekretarz stanu jest Francuzem. Kocham mój kraj. Będę szczery: nie służyłbym 

Cordinie, gdyby nie to, co mnie łączy z pani ojcem.

- Chciałabym być równie pewna tego, co sama czuję - rzekła z westchnieniem.

- Ojciec panią kocha. Może być pani pewna, że dla Armanda nie ma nic ważniejszego 

niż pani dobro.

- Zawstydza mnie pan.

- Wasza Wysokość...

- Cóż, widać, że muszę jeszcze wiele przemyśleć.

- Wyprostowała się i wyciągnęła rękę. - Dziękuję, panie Loubet.

Ukłonił się oficjalnie i uśmiechnął. Brie odwróciła się i ponownie zatopiła w myślach.

Żadne z nich nie zwróciło uwagi na młodego człowieka pielęgnującego nieopodal 

rośliny doniczkowe, ani na pokojówkę myjącą przeszklone drzwi na taras.

Armand   coś   przed   nią   ukrywa,   była   tego   pewna.   Nie   miała   jednak   pojęcia,   jakie 

pobudki nim kierują. Niezależnie od tego, czy były dobre, czy złe, miała do niego ogromny 

żal. Powinna wiedzieć, co jej ojciec lub ktokolwiek inny planuje w związku z jej osobą.

Po   przeszukaniu   całego   pałacu   Reeve   wreszcie   ją   dostrzegł   na   tarasie.   Stała   tam 

zamyślona,   nadal   oparta   o   balustradę.   Odetchnął   z   ulgą   i   z   trudem   opanowując 

zniecierpliwienie,   ruszył   w   jej   stronę.   Armand   zapewniał   go,   że   Brie   jest   bezustannie 

obserwowana. Krzątająca się w pobliżu służba nie umknęła jego uwagi.

Dzięki rozmowie z księciem Reeve zrozumiał, dlaczego Armand wezwał człowieka z 

zewnątrz; kogoś, kto nie żywił żadnych uczuć względem Cordiny i rodziny królewskiej. Od 

tamtej   pory   wszystko   się   zmieniło,   pomyślał,   patrząc   na   Gabriellę.   Teraz   bardziej   niż 

kiedykolwiek potrzebował wyważonej, nie stronniczej opinii.

- Brie...

Odwróciła się powoli, jakby wiedziała, że ją obserwuje. Wiatr rozwiewał jej włosy, 

lecz na twarzy malował się spokój.

- Gdy przyszliśmy tu po raz pierwszy, w mojej głowie kłębiły się tysiące pytań - 

zaczęła   z   troską   -   Minęło   kilka   tygodni,   a   ja   nadal   nie   znam   większości   odpowiedzi.   - 

background image

Spojrzała   na   pierścień   na   palcu,   Zdawał   się   być   symbolem   walki   uczuć   z   poczuciem 

obowiązku. - O czym rozmawiałeś z ojcem po moim wyjściu?

Reeve wiedział, że musi odpowiedzieć.

- Jesteś dla niego najważniejsza, jeśli to jest w stanie cię uspokoić.

- A ciebie to uspokaja?

- Jestem tu dla ciebie, Brie. - Podszedł do niej. Stali koło siebie zupełnie tak samo jak 

pierwszego wieczoru, w świetle księżyca. - Wyłącznie dla ciebie.

- Dla mnie? - Podniosła na niego roziskrzone oczy, pilnując, by serce nie zakłóciło 

pracy umysłu. - Nie ze względu na więzy łączące nasze rodziny?

- Jakich jeszcze chcesz dowodów? - zapytał, chwytając ją za ręce. - To, co do ciebie 

czuję, nie ma nic wspólnego z tym, co łączy nasze rodziny. A to, że tutaj jestem, wynika 

wyłącznie z moich uczuć do ciebie.

- Och, Reeve, chcę, żeby to się wreszcie skończyło - westchnęła. Chwilami miała 

wrażenie, że cała sytuacja ją przerasta. - Chcę odzyskać wreszcie poczucie bezpieczeństwa.

Reeve nie był już w stanie dłużej odgrywać chłodnego profesjonalisty. Chwycił Brie 

za ramiona.

- Zabiorę cię na jakiś czas do Stanów. Zmieszana, położyła mu rękę na ramieniu.

- Do Stanów?

- Możesz zostać u mnie na farmie, dopóki to wszystko się nie skończy.

Dopóki. Nagle dotarło do niej, że nadejdzie jakiś koniec. Opuściła ręce.

- Wszystko zaczęło się ode mnie. Nie mogę od tego uciec - oznajmiła smutno.

-   Nie   ma   potrzeby,   żebyś   tu   siedziała...   Niespodziewanie   wydało   mu   się   to   takie 

proste.  Brie  będzie  z dala  od kłopotów,  a  on  będzie  dbał  o  jej  bezpieczeństwo. Armand 

musiałby jedynie odrobinę zmienić swój plan.

- Jest mnóstwo powodów, dla których muszę zostać.

- Popatrzyła na niego z westchnieniem, lecz w jej oczach był upór. - Moje życie 

zagubiło się tutaj. Jak miałbym je odnaleźć za oceanem?

- Kiedy będziesz gotowa, wszystko sobie przypomnisz. Nieważne, gdzie się będziesz 

wtedy znajdowała.

- Dla mnie jest ważne. - Odsunęła się od niego i oparła o murek. Duma należała do jej 

dziedzictwa, podobnie jak kolor oczu. - Myślisz, że jestem tchórzem? Myślisz, że odwrócę się 

na pięcie i ucieknę od tych, którzy mnie wykorzystali? Czy to pomysł mojego ojca?

- Sama wiesz lepiej.

background image

- Nic nie wiem! - żachnęła się. - Nic ponad to, że wszyscy mężczyźni w moim życiu 

sprzysięgli się, żeby mnie chronić przed czymś, przed czym nie chcę być chroniona. Dziś 

rano obiecywałeś, że będziemy współpracowali.

- Bo chciałem, żeby tak było. Obrzuciła go badawczym spojrzeniem.

- A teraz?

- Nadal tego  pragnę. - Przemilczał  wszystko, czego się dowiedział.  Zachował  dla 

siebie tylko to, co czuł.

Podeszli do siebie i chwycili za ręce. Stali, patrząc sobie w oczy, świadomi tego, co 

ich połączyło.

- Jaka szkoda, że nie jesteśmy sami - westchnęła. - Naprawdę sami, tak jak wtedy na 

żaglówce.

- Jutro pójdziemy popływać. Potrząsnęła głową.

- Nie mogę. Przed balem nie będzie na nic czasu. Zbyt wiele zobowiązań, Reeve.

Dla nas obojga, pomyślał.

- W takim razie po balu.

- Po balu... - Zmrużyła oczy. - Obiecasz mi coś? Chodzi o głupstwo.

Pocałował ją w skroń, najpierw po lewej, potem po prawej stronie.

- Jakie głupstwo, Brie?

-   Praktyczny,   jak   zwykle.   -   Zaśmiała   się,   odrzucając   głowę   do   tyłu.   -   Kiedy   to 

wszystko się skończy i odzyskam pamięć, spędzisz ze mną jeden dzień na wodzie?

- Niegłupi pomysł.

- Teraz tak mówisz. - Oplotła mu szyję ramionami. Musiała go przytulić, choćby na 

chwilę. - Obiecaj, proszę.

- Obiecuję.

Z westchnieniem wtopiła się w jego ramiona.

- Będę cię trzymać za słowo - ostrzegła.

Gdy   ich   usta   spotkały   się,   żadne   nie   pragnęło,   by   ich   ostatni   wspólny   dzień 

kiedykolwiek nadszedł.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

  - Więc powiedziałem profesorowi Sparks, że mężczyzna musiałby być z kamienia, 

żeby skupić się na Homerze, kiedy w klasie jest taka kobieta jak Lisa Barrow.

-   Zrozumiał   cię?   -   nieuważnie   spytała   Brie,   obserwując,   jak   świeżo   wypucowany 

żyrandol unosi się pod sufit.

- Żartujesz? Dostał szału! - Bennett, chichocząc, wsunął dłonie do tylnych kieszeni 

spodni. - Ale mam randkę z boską panną Barrow.

Nie  skomentowała  jego  słów.  Z  roztargnionym  uśmiechem  przeglądała   długą  listę 

notatek.

- Wiesz, zerknąłem na listę gości - ciągnął. - Z przyjemnością zobaczyłem, że będzie 

słodka pani Lawrence.

To przyciągnęło jej uwagę. Opuściła notatnik i spojrzała groźnie na brata.

- Bennett, pani Alison Lawrence ma prawie trzydzieści lat i jest rozwiedziona.

W jego urzekającym spojrzeniu psotnego uczniaka kryła się złośliwość.

- I co z tego? Brie pokręciła głową. Zastanawiała się, czy brat nie jest przypadkiem 

nieco niedorozwinięty.

- Powinnam prawić ci morały, braciszku - powiedziała z przyganą.

- Zostaw to Aleksowi. Jest dużo lepszy w te klocki.

- Wiem - mruknęła.

- Co, dał ci popalić?

Skrzywiła się, obserwując, jak następny żyrandol podjeżdża w górę.

- A robi to zwykle?

- Taki ma sposób bycia. - Bennett wzruszył ramionami. - Wiesz, niezachwiane morale 

i lojalność wobec rodziny.

- Książę Perfekcji. Jego twarz rozjaśniła się.

- O, pamiętasz...

- Doktor Franco mi powiedział.

- Rozumiem. - Objął ją mocniej, zarazem opiekuńczy i zawiedziony. - Nie miałem 

czasu porozmawiać z tobą wczoraj, kiedy tu dotarłem. Chciałem spytać, jak się czujesz.

- Sama nie wiem. Wzdłuż okien, proszę - rzuciła w stronę ludzi, wnoszących dwa 

sześciometrowe stoły. - Będą przykryte białym płótnem - upewniła się, zaglądając znów do 

notatek - i ustawi się dla gości smakołyki, które pomogą przetrwać długą balową noc. Fizycz-

nie ... w porządku - dodała w odpowiedzi na pytanie brata - choć doktor Franco przyznał to z 

background image

ociąganiem,   bo   chyba   chciałby   mnie   jeszcze   poleczyć.   Cała   reszta   jest   beznadziejnie 

skomplikowana.

Ujął jej dłoń i poruszył nią, tak że światło zaiskrzyło się na szlifach brylantu.

Zaręczynowy pierścionek na jej dłoni był rekwizytem, wsparciem. Brie pomyślała, że 

któregoś   dnia   spojrzy   na   swoją   dłoń   i   nie   znajdzie   go   na   palcu.   Będzie   po   wszystkim. 

Pozostanie ten drugi, z szafirami, symbol jej powinności.

- A niech cię, Bennett! - Jednak go objęła. - Powinnam się na ciebie wściec, ale nie 

potrafię.

Oparł policzek na jej skroni.

- Nie wiedziałem, że się w nim zakochałaś. Mogła zaprzeczyć i ocalić trochę dumy. 

Zamiast tego z westchnieniem skinęła głową.

- Ja też nie wiedziałam.

Odsunęła się i zobaczyła, że służący wprowadza do pokoju dwie kobiety. Zostawiła 

instrukcje, by przyprowadzono do niej Christine Hamilton i jej siostrę, gdy tylko przyjadą.

Dzięki zdjęciom i wycinkom gazetowym, które jej dostarczono, rozpoznała wysoką, 

wyrazistą brunetkę w kostiumie od St. Laurenta. Nie czuła nic poza chwilową ślepą paniką.

Co   powinna   zrobić?   Przebiec   w   stronę   gości   przez   pokój,   czy   uśmiechnąć   się   i 

czekać? Intuicja milczała. Czy ma być grzeczna, ciepła, wzruszona czy rozbawiona? Boże, 

ależ nienawidziła tej swojej niewiedzy!

-   To   twoja   najbliższa   przyjaciółka   -   usłyszała   szept   brata   tuż   przy   uchu.   - 

Powiedziałaś, że masz braci z urodzenia i siostrę ze szczęśliwego trafu. To było o Christinie.

Panika zmniejszyła się momentalnie. Obie kobiety ukłoniły się. Młodsza - patrząc na 

księcia, starsza - uśmiechając się do Brie. Zdając się na instynkt, Brie ruszyła ku nim z 

wyciągniętymi rękami. Christina spotkała ją wpół drogi.

- Och, Brie! - Śmiejąc się, trzymała ją na długość ramion. Brie spostrzegła, że w jej 

łagodnych oczach kryje się ironia. Usta, piękne w uśmiechu, miały zdecydowany wyraz. - 

Wyglądasz wspaniale, po prostu cudownie! - zawołała, wcale nie udając. I uścisnęła mocno 

przyjaciółkę.

Christina   pachniała   czymś   drogim,   kobiecym   i   nieznanym.   Ale   panika   już   nie 

powróciła.

- Cieszę się, że jesteś. - Brie przesunęła policzkiem po włosach Christiny. To nie było 

kłamstwo, odkryła nagle. Potrzebuje po prostu przyjaciółki, a nie rodziny czy kochanka. - 

Musisz być zmęczona.

- Och, wiesz, że odchorowuję lot samolotem. A ty schudłaś. Nieładnie.

background image

Brie uśmiechała się.

- Tylko trzy kilogramy.

- Tylko  trzy!   - Christina  wzniosła  oczy  do nieba.  - Muszę  ci  opowiedzieć  o  tym 

potwornym uzdrowisku, w którym byłam parę miesięcy temu i utyłam całe trzy kilo. Książę 

Bennett, witam. - Christina wyciągnęła dłoń, oczekując pocałunku. - Mój Boże, czy to powie-

trze w Cordinie sprawia, że wyglądacie tak świetnie?

Bennett   nie   rozczarował   jej.  Ale   gdy   tylko   musnął   ustami   jej   dłoń,   jego   wzrok 

przesunął się ku Eve.

-   Powietrze   w   Houston   musi   być   magiczne.   Christina   zauważyła   jego   spojrzenie. 

Spodziewała się go tak jak ucałowania dłoni. W końcu jej siostra nie była kobietą, której 

mężczyzna mógłby nie zauważyć.

- Książę, nie sądzę, żeby pan już kiedyś spotkał moją siostrę, Eve.

Bennett już trzymał dłoń Eve. Jego usta spoczęły na niej tylko kilka sekund dłużej niż 

na   dłoni   Christiny.  Ale   kilka   sekund   czasem   bywa   wiecznością.   Zauważył   długie,   gęste, 

czarne włosy, rozmarzone, poetycznie błękitne oczy, szerokie, pełne usta. Jego młode serce 

poddało się bez jednego wystrzału.

- Jestem szczęśliwa, że mogę pana poznać, Wasza Wysokość.

- Wyglądasz pięknie, Eve. - Brie zabrała bratu dłonie ciemnowłosej dziewczyny. - 

Cieszę się, że zechciałaś przyjechać.

- Tu jest tak pięknie, jak mówiłaś. - Eve posłała jej promienny, szokująco efektowny 

uśmiech, który był jednocześnie tak naturalny jak wschód słońca. - Szkoda, że nie zdążyłam 

się dobrze rozejrzeć, tak szybko jechaliśmy.

- Więc powinnaś to nadrobić. - Bennett gładko odsunął siostrę na bok. - Zabiorę cię na 

wycieczkę. Jestem pewien, że Brie - i Chris mają sobie dużo do powiedzenia.

Złożywszy lekki ukłon w stronę pozostałych kobiet, wyprowadził Eve z pokoju.

- Co chciałabyś zobaczyć najpierw? - zapytał już w progu.

- Cóż... - Brie nie wiedziała, czy ma się śmiać, czy złościć. - Mój braciszek potrafi być 

szybki.

- Eve też nie zasypia gruszek w popiele - rzekła Christina, myśląc, że nie może w 

końcu przez cały czas być przyzwoitką. - Bardzo jesteś zajęta?

- Nie - odrzekła Brie, powtarzając w myśli swój plan. - Dopiero jutro nie będę miała 

chwili wytchnienia.

background image

- Więc pooddychajmy teraz. - Christina czule wzięła ją za rękę. - Może pójdziemy na 

herbatę i ciastka do twoich pokoi, tak jak kiedyś? Nie do uwierzenia, że nie widziałyśmy się 

już rok. Mamy wiele do nadrobienia.

Gdybyś wiedziała, jak dużo, pomyślała Brie, kiedy ruszyły korytarzem.

-   Opowiedz   mi   o   Reevie   MacGee   -   zażądała   Christina,   biorąc   z   tacy   różowe 

lukrowane ciasteczko.

Brie mieszała i mieszała herbatę, chociaż zapomniała nasypać do niej cukru.

- Nie wiem, co ci powiedzieć.

-   Wszystko,   moja   droga!   Ciekawość   mnie   zżera.   Zdjęła   pantofle   i   siedziała   z 

podkurczonymi nogami.

Stres będący efektem długiego lotu pomału mijał. Ale zdążyła już zauważyć, że Brie 

nie była odprężona Uznała to jednak za wynik napięcia związanego z balem.

- Nie musisz mi oczywiście mówić, jak wygląda. - Gestykulowała z ciasteczkiem w 

dłoni, które w końcu zjadła. - Widzę jego zdjęcie w każdej gazecie. Czy jest zabawny?

Brie myślała o dniu na jachcie i o tym, jak chodzili na proszone obiady, a Reeve 

szeptał jej do ucha nieprzyzwoite i celne uwagi.

- Tak. - Uśmiechnęła się do swoich myśli. - Jest aż nadto zabawny. I silny. Do tego 

bystry i raczej arogancki.

- Nieźle wpadłaś - skomentowała Christina, obserwując twarz przyjaciółki. - Cieszy 

mnie to, wiesz?

Brie próbowała odpowiedzieć uśmiechem, ale nie panowała nad twarzą. Zamiast tego 

uniosła filiżankę do ust, bojąc się, że rozleje herbatę.

- Wkrótce zobaczysz go i będziesz mogła ocenić sama.

- Hm. - Christina łakomie wpatrzyła się w tacę z ciastkami i walcząc z wyrzutami 

sumienia, wzięła jeszcze jedno. - To jedna z rzeczy, które mnie nurtują.

Nagle zaniepokojona Brie odstawiła filiżankę.

- Nurtują cię?

- Tak, Brie. Kiedy ty go właściwie spotkałaś? Nie mogę uwierzyć, że poznałaś tego 

wspaniałego faceta w zeszłym roku w Stanach, a potem, będąc u mnie przez trzy dni w 

Houston, nie pisnęłaś o nim ani słówka.

-  W  rodzinach   królewskich   uczy  się   dyskrecji   -   bąknęła   Brie   tonem   wyjaśnienia, 

udając zainteresowanie ciastkami.

background image

- Nie aż  takiej  dyskrecji - mruknęła Christina  z pełnymi  ustami. - Pamiętam, jak 

mówiłaś mi, że nie ma nikogo w twoim życiu, że się nikim nie interesujesz. Pochwaliłam cię 

nawet, bo miałam właśnie za sobą katastrofalny romans.

Brie czuła, że plącze się coraz bardziej.

- Myślę, że nie byłam do końca pewna swoich uczuć, albo jego.

- A teraz jesteś?

- Nasi ojcowie się znali, wiesz? - Brie przypomniała sobie w porę, co mówił jej Reeve. 

- Właściwie to spotkaliśmy się już wiele lat temu, tu, w Cordinie. Na moich szesnastych 

urodzinach.

- Nie mów, że już wtedy się w nim zakochałaś? Brie prawie wzruszyła ramionami. Jak 

mogła potwierdzić lub zaprzeczyć, skoro nie wiedziała?

- Cóż... - Christina dolała sobie herbaty. - To by wyjaśniało, dlaczego nie interesowałaś 

się   za   bardzo   tymi   niezwykłymi   mężczyznami   w   Paryżu.   Cieszy   mnie   twoje   szczęście, 

naprawdę. Cudownie jest kochać bez żadnych wątpliwości.

Na moment położyła delikatnie rękę na dłoni Brie.

Był to prosty i bardzo zwyczajny przyjacielski gest, ale Brie musiała walczyć ze łzami.

- Cieszę się, że był tu z tobą po... - Christina straciła zainteresowanie herbatą. Opuściła 

nogi i dotknęła jeszcze raz dłoni przyjaciółki. - Brie, chciałabym, żebyś mi o wszystkim 

opowiedziała. Prasa pisze bardzo mało. Wiem tylko, że nie złapano sprawców, co jest prawdę 

mówiąc skandaliczne.

- Policja prowadzi śledztwo.

- Ale nikogo nie złapali. Możesz z tym spać spokojnie?

- Nie, nie mogę. - Brie z niepokojem poprawiła się na krześle. - Próbuję zajmować się 

codziennymi sprawami, ale właściwie cały czas czekam, nie wiedząc, co nastąpi.

- Och, Brie. - Chris zbliżyła się i objęła ją. - Nie chcę cię naciskać, ale przecież zawsze 

się wszystkim dzieliłyśmy. Tak się o ciebie bałam. - Łza spłynęła jej po policzku, ale starła ją 

niecierpliwie. - Cholera, obiecałam sobie, że nie będę, ale nie mogę się powstrzymać. Za 

każdym   razem,   kiedy   przypominam   sobie   te   nagłówki,   chce   mi   się   wyć   z   bezsilnej 

wściekłości.

Brie powstrzymała emocje.

- Nie myśl już o tym. I dajmy spokój tej sprawie - ucięła.

- Przepraszam. - Christina niepewnie zaczęła rozglądać się wokół, szukając torebki. - 

Tak łatwo zapomnieć, kim jesteś i jakich zasad musisz przestrzegać.

background image

- Nie, Chris, nie odchodź. Potrzebuję... - Brie poczuła się nagle jak mała, skrzywdzona 

dziewczynka.

- Boże, muszę z kimś porozmawiać. - Nagle wyprostowała się i popatrzyła uważnie na 

Christine,   jakby   ważyła   jakąś   nagłą   decyzję.   -   Jesteśmy   bardzo   dobrymi   przyjaciółkami, 

prawda?

- Och, Brie, przecież wiesz.

- Nie, powiedz mi. Christina odstawiła torebkę.

- Eve jest moją siostrą - rzekła spokojnie. - Kocham ją i nie ma niczego na świecie, 

czego bym dla niej nie zrobiła. Ciebie kocham dokładnie tak samo mocno.

Brie przysiadła się bliżej do Chris, wzięła głęboki oddech i opowiedziała przyjaciółce 

wszystko. Christina nieco zbladła, kilka razy otworzyła szerzej oczy, ale przerwała jej tylko 

dwa razy, żeby rozwiać niejasności. Kiedy opowieść była skończona, siedziała przez chwilę w 

absolutnej ciszy. Jak wulkan przed erupcją.

- To śmierdzi.

Miękki teksański akcent spowodował, że Brie nie od razu ją zrozumiała.

- Słucham?

-   To   śmierdzi   na   kilometr   -   powtórzyła   Chris.   -   Tak   zwykle   jest   w   polityce   i 

Amerykanie świetnie to wiedzą. Wierz mi, ta sprawa jest bardzo podejrzana.

Z jakiegoś powodu stanowcza opinia Christiny odpowiadała Brie. Odprężona, sięgnęła 

po ciasteczko.

- Tak naprawdę nie mogę winić polityki. W sumie zgodziłam się na wszystko.

- A co innego mogłaś zrobić, na Boga? - Christina wstała i ruszyła w stronę wiśniowej 

komody. Czuła, że ma ochotę coś zniszczyć, i to zaraz. - Byłaś słaba, zdezorientowana i 

przestraszona.

- Tak - mruknęła Brie. - Owszem. Obserwowała, jak Chris szpera w szufladzie i znaj-

duje małą karafkę.

- Marzę o łyku brandy. - Nalała sobie bezceremonialnie. - A ty?

- Mhm. - Brie tylko skinęła głową. - Nawet nie wiedziałam, że to tam jest.

Oczy Christiny były jasne i przenikliwe, kiedy podawała Brie kieliszek ze złocistym 

płynem.

- Przypomnisz sobie - oświadczyła. - Jesteś zbyt uparta, żeby nie pamiętać.

Po raz pierwszy Brie komuś uwierzyła, i to bez zastrzeżeń. Poczuła ulgę. Wzniosły 

kieliszki w toaście.

- Dzięki.

background image

- Kurczę, gdybym nie pozwoliła sobie tego odradzić, byłabym tu już tygodnie temu. - 

Z niezadowolonym prychnięciem Chris przysiadła na oparciu kanapy. - Twój tatuś, ten cały 

Loubet   i   wspaniały  Reeve   MacGee   powinni   zostać   porządnie   wybatożeni.  Trzeba   by  im 

poważnie przemówić do rozumu.

Brie wybuchnęła śmiechem, krztusząc się brandy. Tego właśnie potrzebowała, żeby 

jakoś zrównoważyć surową ochronę, jaką roztaczali wokół niej mężczyźni.

- Myślę, że zrobiłabyś to z ochotą - rzekła ze śmiechem.

- Cholera, jasne, że tak. Dziwię się, że ty tego nie zrobiłaś.

- Widzisz, Chris, problem w tym, że mój ojciec robi to, co uważa za najlepsze dla 

mnie i dla kraju. Loubet robi to, co uważa za najlepsze dla kraju. Nie mogę ich winić.

- A Reeve?

- Reeve? - Brie podniosła wzrok. - Kocham go.

- Aha. - Christina przytaknęła, uważnie studiując wzrokiem twarz przyjaciółki. Już 

wcześniej   zdecydowała   się   zostać   w   Cordinie   do   czasu   wyjaśnienia   sytuacji,   a   teraz 

utwierdziła się w tym zamiarze. - No, przynajmniej ta sprawa jest jasna.

- Nie. - Brie powstrzymała się od zerknięcia na pierścionek. - Rzeczywiste są tylko 

moje uczucia. Reszta wygląda tak, jak ci powiedziałam.

- E tam, to nie jest problem.

Chociaż Brie nie oczekiwała litości, liczyła choć na odrobinę współczucia.

- Nie?

- Oczywiście, że nie. Jeśli go chcesz, będziesz go miała.

- Jakim cudem? - zapytała Brie, bardziej z rozbawieniem niż z ciekawością.

Christina upiła mały łyk brandy.

- Jeśli nie pamiętasz wszystkich mężczyzn, których musiałaś sobie wymiatać spod 

stóp, to on ma szansę. Nie przypomnę ci ich ze względu na moje własne ego. Zresztą nie są 

tego warci.

Stuknęła w kieliszek Brie.

- Kto?

- Faceci. - Chris założyła nogę na nogę i przyjrzała się swoim stopom. - To łobuzy. 

Każdy z nich.

Brie czuła, że już kiedyś o tym rozmawiały.

- Każdy?

- Każdy, i Bóg z nimi.

- Chris, cieszę się, że przyjechałaś. - Wzruszenie dławiło Brie w gardle.

background image

Chris pochyliła się ku niej i pogłaskała ją po policzku.

- Ja też. Może pójdziemy teraz do mnie i pomożesz mi wybrać coś wystrzałowego na 

kolację?

Kiedy  Reeve   dotarł   do   pokoi   Gabrielli,   nie   zastał   jej.   Znalazł   tam   tacę   z   resztką 

ciasteczek, stygnącą herbatę i puste kieliszki po brandy. Ciekawe, pomyślał. Wiedział, że Brie 

piła   mało   i   prawie   nigdy   w   dzień.   Pomyślał,   że   albo   się   odprężyła,   albo,   odwrotnie, 

zirytowała.

Powiedziano mu, że zabawia Christine Hamilton z Houston. Reeve stał przez chwilę, 

kontemplując resztki babskiego przyjęcia. Przeprowadził wcześniej małe śledztwo na temat 

starej przyjaciółki Brie. Nie mogli ryzykować. Telefon do przyjaciela w Centrali, który był 

mu dłużny przysługę, wystarczył, by poznał życie Christiny od daty urodzin do zasobów 

konta. Nie znalazł niczego podejrzanego.

Jednak wciąż nie mógł być niczego pewien.

A może jestem zazdrosny, przyznał w myślach. Zazdrosny, bo Brie spędza czas z kimś 

innym, kimś, kogo lubi. To śmieszne, Nienawidził myśli o sobie przywiązanym do kobiety 

tak, że nie mógł bez niej spędzić popołudnia. Nienawidził myśli, że brak mu rozsądku albo że 

po prostu wpadł po uszy, jak szczeniak.

Chodzi o bezpieczeństwo Gabrielli, przypomniał sobie w porę. Jego uczucia dla niej 

były wmieszane w tę sprawę w sposób naturalny, ale bardzo niewygodny.

Czuł   jej   zapach   nawet   teraz,   chociaż   pokój   był   wypełniony   aromatem   kwiatów 

rozstawionych w wazonach. Mógł sobie wyobrazić, jak siedzi, popija herbatę, może skubie 

ciastko bez zainteresowania. Ta kobieta je stanowczo za mało.

Musiała   być   spięta.   Wiedział   to   i   reagował   na   to   niechęcią.   Musiała   czuć   się 

niezręcznie, rozmawiając z dawną przyjaciółką, a teraz praktycznie obcą osobą. Czy zazdrość 

wypływa z tego, że Reeve jest jedynym człowiekiem w jej życiu, z którym nie łączą jej więzy 

przeszłości? Nie mieli za sobą lat wspomnień, które by ich zbliżały lub rozdzielały. Istniała 

tylko teraźniejszość.

I jedna noc przed laty, kiedy tańczył z nią w świetle księżyca.

Idiota.  Przeczesał  ręką  włosy.  Tylko  idiota  mógłby  myśleć,  że  nawet  bez  amnezji 

pamiętałaby kilka tańców z facetem w dniu szesnastych urodzin. Tylko dlatego, że on nie 

zapomniał.

Nie był w stanie zapomnieć tego tańca. Czy kochał Brie przez cały ten czas? Albo 

wyobrażenie o niej?

background image

Reeve podniósł kolczyk, który zdjęła i nieuważnie zostawiła na stole. Elegancki wzór 

ze złota i diamentów. Skomplikowany i prosty w zależności od punktu widzenia - jak kobieta. 

Jak ta kobieta. Zacisnął na nim palce. Zastanawiał się, czy rzeczywiście wciąż niewoliło go 

tylko wyobrażenie.

Wiedział o niej zbyt wiele. Nie dawały mu spokoju różne szczegóły, których nie miał 

powodów   znać:   że   lubiła   bardzo   gorącą   wodę   w   wannie,   że   zbierała   stare   zdjęcia 

nieznajomych   ludzi.   Miała   kiedyś   sekretne   marzenie,   by   tańczyć   w   królewskim   balecie. 

Kiedy miała piętnaście lat, prawie zakochała się w młodym ogrodniku.

Znał   drobne   szczegóły   jej   życia,   których   ona   sama   nie   pamiętała.   Wykradł   je   z 

pamiętników. To była jego praca. Jak Brie to potraktuje, kiedy odzyska pamięć? Jak bardzo 

oburzy ją takie wtargnięcie?

Wiedział już, kim była dwójka ludzi, którzy ją porwali, zmienili jej życie, ukradli 

przeszłość. Wiedział, kim byli i dlaczego to zrobili. Dla dobra Gabrielli nie mógł jej jeszcze 

tego zdradzić. Mógł tylko obserwować ją i strzec. Jak zareaguje, gdy dowie się, że dwójka 

bliskich jej, zaufanych ludzi uknuła przeciw niej spisek? Posłużyła się nią w podłej aferze?

Usłyszał, jak drzwi sypialni otwierają się, i zastygł z kolczykiem w dłoni.

- Tak, dziękuję, Bernardette. Puść tylko wodę. Sama się zajmę włosami. Mamy dzisiaj 

kolację en familie.

Dobrze, Wasza Wysokość.

Usłyszał, że pokojówka wchodzi do łazienki, a po chwili rozległ się łoskot wody 

uderzającej o porcelanę. Wyobraził sobie, jak Brie się rozbiera. Powoli rozpina delikatną 

bluzkę, którą włożyła dziś rano. Dziwne, pomyślał. Widział, jak ubiera się rano, kiedy budzili 

się razem, ale nigdy nie widział, jak się rozbiera. Gdy przychodził do niej, czekała na niego 

już w szlafroku lub w koszuli nocnej. Albo czekała naga w łóżku.

Pod wpływem nagłego impulsu odłożył kolczyk i wszedł do sypialni. Brie stała przed 

lustrem,   ale   nie   zdjęła   jeszcze   ubrania.   Z   porcelanowego   puzderka   stojącego   na   toaletce 

wyjmowała spinki i wpinała sobie we włosy.

Zauważył,   że   wykonywała   te   czynności   z   lekkim   roztargnieniem   i  uśmiechała   się 

lekko, jakby z czegoś była zadowolona. Nieczęsto się tak uśmiechała.

Pokojówka przygotowała jej szlafrok. Jeśli nawet zauważyła Reeve'a, przemilczała to. 

Położyła szlafrok na łóżku. Brie skończyła wpinać spinki.

- Dzięki, Bernardette. Dziś jesteś już wolna. A jutro - zaśmiała się krótko - będziesz 

miała mnie dosyć.

Pokojówka ukłoniła się i wyszła.

background image

Reeve   czekał.   Brie   zamknęła   puzderko,   z   lekkim   westchnieniem   zdjęła   buty   i 

przeciągnęła się, przymykając oczy. Odwróciła się od lustra, podeszła do małego sekretarzyka 

i włączyła magnetofon zainstalowany w środku.

Pokój wypełniła cicha muzyka. Melodia, którą można usłyszeć przez otwarte okna w 

letnie noce. Brie rozpięła szare spodnie, pozwoliła im opaść na podłogę i wyszła z nich. 

Reeve patrzył, jak pochyla się, by je podnieść, wygładza dłonią i kładzie na łóżku.

Jeden   po   drugim,   zatopiona   w   muzyce,   rozpinała   guziki   bluzki.   Pod   nią   nosiła 

perłowoszary jedwab bez koronek. Bielizna była gładka jak jej skóra i bardzo cienka. Kiedy 

zsunęła delikatne ramiączko, Reeve nie wytrzymał.

- Gabriello...

Nie podskoczyła ani nie krzyknęła. Zamiast tego odwróciła się powoli, bo rozpoznała 

pragnienie w tym tak dobrze znanym głosie. Reeve stał nieporuszony na środku pokoju i tylko 

patrzył, ale czuła jego dotyk każdym centymetrem swego ciała. Słońce wciąż jeszcze jasno 

oświetlało pokój, lecz jej myśli zwróciły się ku nocy.

Bez słowa wyciągnęła dłoń.

Reeve podszedł do niej.

Rozmawiali dotykami, muśnięciami palców, naciskiem dłoni. Jesteś moja. Czekałem 

na   ciebie.   Tęskniłem   za   tobą.   Usta   dotykały   ust   w   milczeniu,   ale   setki   słów   zostało 

wypowiedzianych. To wszystko, czego pragnęłam. Jesteś wszystkim, czego potrzebowałam. 

Ty, właśnie ty.

Rozebrała go niespiesznie. Czuli, jak pragnienie narasta w nich aż do bólu. To było 

cudowne. Wyciągnęła mu koszulę ze spodni. Jedynym słowem, które wybrzmiewało między 

nimi, było jej imię. W milczącej zgodzie opadli na łóżko.

Nie   było   błysku,   nagłego   desperackiego   przyśpieszenia.   To,   co   najpiękniejsze, 

narastało w nich słodko, delikatnie, cudownie, wraz z falą czułych pieszczot. Mogłaby płakać 

nad pięknem tej chwili, ale była zbyt szczęśliwa.

Potem   leżeli   wygodnie   obok   siebie,   wydłużając   jeszcze   tę   chwilę.   Oblewało   ich 

łagodne światło wieczornego słońca. Gdyby nie obowiązki, zostaliby tak do rana.

- Tęskniłem za tobą.

Zdziwiona, przekręciła głowę na jego ramieniu tak, by widzieć jego profil.

- Tak?

- Prawie cię dzisiaj nie widziałem. - Z uśmiechem pogłaskał jej włosy.

- Myślałam, że zajrzysz do sali balowej.

- Zaglądałem tam kilka razy. Byłaś zajęta.

background image

I bezpieczna, dodał w myślach. Trzech pracowników miało broń pod marynarkami.

- Jutro będzie gorzej. - Brie przytuliła się lekko do Reeve'a. - Samo ułożenie kwiatów 

zabierze dwie godziny. A jeszcze wino i likiery, orkiestra i jedzenie. No i goście.

Zamilkła. Nieświadomie przyciągnął ją bliżej.

- Jesteś zdenerwowana?

- Trochę. Tyle nowych twarzy, tyle imion, nazwisk. Zastanawiam się...

- Nad czym?

- Wiem, jak ważny jest ten bal dla naszej organizacji i dla Cordiny, ale zastanawiam 

się, czy dam radę.

- Już zrobiłaś więcej, niż od ciebie oczekiwano - odparł. - Odpręż się i przyjmuj 

wszystko takim, jakim jest. Rób to, co ci się wydaje słuszne, Brie.

Przez chwilę milczała, w końcu podjęła decyzję.

- Już to zrobiłam. - Uniosła się na łokciu, żeby go lepiej widzieć. - Powiedziałam 

wszystko Christinie Hamilton.

Spostrzegł, że Brie spodziewa się krytyki, niecierpliwości, złości nawet. W jej wzroku 

pokora ścierała się z wyzwaniem.

- Dlaczego? - Było to pytanie, nie oskarżenie. Niemal poczuł, jak spłynęła na nią ulga.

- Nie mogłam jej okłamać. Może nie pamiętam, ale czuję. Czuję, że ona daje mi coś, 

czego potrzebuję. - Zachłysnęła się ze zdenerwowania. - Myślisz pewnie, że jestem głupia.

Usiadła, więc zrobił to samo.

- Nie. - Pragnąc podkreślić swoje wsparcie, przykrył dłonią jej rękę. - Powiedz, co 

czułaś.

- Potrzebowałam rozmowy z kobietą. - Wypuściła powoli powietrze i spojrzała na 

niego. Na jej twarzy, obramowanej aureolą rozwichrzonych włosów, nie zatarły się ślady 

podniecenia. - Jest tak wielu mężczyzn w moim życiu, miłych, troskliwych, ale... - Jak to 

ująć,   żeby   zrozumiał?   Nie   potrafiła   tego   zrobić.   -   Po   prostu   potrzebowałam   rozmowy  z 

kobietą - powtórzyła bezradnie.

Jasne, że tak. Reeve przyciągnął jej dłoń do swoich ust. Dlaczego żaden z nich tego 

nie zauważył? Ojciec, brat, lekarz, kochanek... Nie miała nikogo, kto dałby jej wsparcie, 

zrozumienie, na jakie kobieta może liczyć tylko od innej kobiety.

- Czy to ci pomogło?

Zamknęła na chwilę oczy.

- Tak, Chris jest dla mnie kimś zupełnie wyjątkowym, czułam to.

- Jak zareagowała?

background image

- Powiedziała, że to śmierdzi. - Z jej gardła wydobył się krótki śmiech. - Uważa, że 

ciebie, mojego ojca i Loubeta trzeba wybatożyć.

Reeve wydał odgłos, który mógł oznaczać zarówno rozbawienie, jak i złość, ale w 

sumie oznaczał zgodę.

- Bystra z niej kobieta - stwierdził.

- O, bardzo. Nie umiem ci opisać, czym była dla mnie rozmowa z nią. Nie traktowała 

mnie jak chorą albo dziwadło czy histeryczkę.

- Czy my, mężczyźni, tak robimy?

- Czasami, owszem. - Przeczesała palcami włosy, patrząc na niego z gorliwością, która 

prosiła się o zrozumienie. - Chris wysłuchała wszystkiego, wyraziła swoje zdanie i poprosiła, 

żebym pomogła jej wybrać sukienkę. To było takie naturalne, łatwe, jakby nie było tych 

cholernych białych plam między nami. Po prostu znów jesteśmy przyjaciółkami albo wciąż... 

Nie wiem, jak to wyjaśnić.

- Nie musisz, ale ja powinienem z nią pomówić.

- Fajnie, bo ona też o tym wspomniała. - Pocałowała go lekko, po przyjacielsku. - 

Dziękuję ci.

- Za co?

- Za to, że nie wymieniłeś mi wszystkich powodów, dla których nie powinnam była 

tego robić.

- Decyzja zawsze należała do ciebie, Brie.

- Tak? - Uśmiechnęła się, kręcąc głową. - Ojej, kąpiel stygnie - przypomniała sobie, 

gwałtownie zmieniając nastrój. - Może chociaż umyjesz mi plecy.

- Brzmi nieźle, ale problem w tym, że ja też nie zdążyłem wziąć kąpieli.

- Z tym nie powinno być kłopotu - Odsunęła się od niego, by wstać. - Zastanawiałam 

czy już dzieliłam z kimś tę wannę. Jest bardzo duża.

Naga, skąpana w promieniach zachodzącego słońca, zaczęła poprawiać spinki.

- I mamy jeszcze ponad godzinę do kolacji.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Przepych  i  fantazyjny  wystrój  -  tak  wyglądał  królewski bal  w  wiekowym  pałacu. 

Bogaci i dobrze urodzeni goście licznie przybyli do włości księcia Cordiny.

Salę   oświetlało   pięć   mieniących   się   feerią   barw   kryształowych   żyrandoli. 

Wypolerowana   podłoga   lśniła   miodowym   blaskiem.   Tysiące   kwiatów,   srebra   i   kryształy 

bladły w zetknięciu z blaskiem olśniewających kreacji i wyszukanej biżuterii.

Brie   witała   gości,   usiłując   zapomnieć   o   nękającym   ją   zmęczeniu.   Pracowała 

dwanaście godzin bez przerwy, chcąc mieć pewność, że wszystko jest perfekcyjnie przy-

gotowane.   I   tak   było.   Świadomość   doskonale   wykonanej   pracy   pomagała   jej   opanować 

skołatane   nerwy.   Kopciuszek   ma   wreszcie   swój   bal,   pomyślała   w   zadumie.   Tyle   że 

Kopciuszek nie musiał stawiać czoła przeszłości.

Wokół niej rozciągało się morze szykownych strojów i wykwintnych zapachów, lecz 

Brie widziała jedynie obce twarze i długą listę nazwisk, które powinna pamiętać.

Ojciec,   odziany   w   oficjalny   mundur,   nie   odstępował   jej   na   krok.   Strój   księcia 

przypominał, iż jest on doskonałym żołnierzem. Dla niej wyglądał jak bóg: silny, wspaniały i 

tak bardzo odległy.

Kłaniano   się   jej   i   całowano   w   rękę.   Rozmowy   na   szczęście   ograniczały   się   do 

zdawkowej wymiany pozdrowień. Potem kolejni goście przechodzili do Reeve'a i jej braci.

Zadbałam o wszystko, myślała Brie z satysfakcją. Pełen sukces. Powitała uśmiechem 

siwowłosego   mężczyznę   w   jedwabnym   garniturze,   rozpoznając   w   nim   jednego   z 

najwybitniejszych aktorów stulecia, którego brytyjska królowa pasowała na księcia Uścisnął 

jej dłoń i pocałował w policzek. Zgodnie z informacjami, jakie udało się jej zebrać, nieraz 

bujał małą Brie na kolanach.

Jest przerażona, pomyślał Reeve. I taka piękna Nie mógł jej w żaden sposób pomóc; 

mógł co najwyżej trwać przy niej, wspierać ją i chronić. Czy ktokolwiek jej powiedział, że 

dokonała już cudu? - zastanawiał się. Odzyskała siły i nadzieję, a całą duszą oddała się obo-

wiązkom. Księżniczka okazała się przede wszystkim kobietą. Jego kobietą.

Wyglądała niczym postać z bajki. Dokładnie taką ją zapamiętał przed laty. We włosach 

i   na   uszach   lśniły   diamenty,   subtelne,   lecz   efektowne.   Także   smukłą   szyję   zdobiły   trzy 

błyszczące łezki. I jeszcze symbol władzy na palcu, przypomniał sobie.

Ogień, jakim pałały szlachetne kamienie, kontrastował z zimną tonacją śnieżnobiałej 

sukni. Oryginalne połączenie, skonstatował Reeve. Czyżby chciała pokazać, że tak ogień, jak 

i lód są bliskie jej naturze? Głęboko wycięty dekolt odsłaniał krągłość piersi, a wcięcie w 

background image

pasie uwydatniało smukłą talię. Poniżej suknia opadała luźno, zakrywając nogi do pół łydki. 

Subtelne, ręcznie haftowane wykończenia rękawów ciasno obejmowały drobne dłonie.

Czy   mężczyzna,   który   choć   raz   miał   taką   kobietę,   mógł   jeszcze   kiedykolwiek 

zapragnąć innej?

- Widziałeś ją? - wymamrotał Bennett Reeve'owi do ucha.

Widział tylko jedną kobietę, lecz Bennett z pewnością miał kogoś innego na myśli.

- Kogo?

- Eve Hamilton - szepnął Bennett z zachwytem. - Jest wspaniała.

Stojący obok Aleksander odnalazł ją spojrzeniem w tłumie, lecz nie podzielał podziwu 

brata. Siostra Christiny miała na sobie piękną, czerwoną suknię o tradycyjnym kroju. Kolor 

zdawał się sugerować to, czemu zaprzeczał krój.

- To jeszcze dziecko - mruknął. Wydała mu się nad wiek rozwinięta.

- Przydałyby ci się okulary - zasugerował Bennett, uśmiechając się i całując dłoń 

majętnej wdowy. - Albo witaminy.

Kolejka gości zdawała się nie mieć końca. Brie znosiła trud powitań bez zmrużenia 

oka, przez cały czas powtarzając sobie, ile na tym balu zyskaj ej organizacja charytatywna. 

Odetchnęła   z   ulgą   dopiero   wówczas,   gdy   minęły   ją   ostatni   czarny   krawat   i   połyskująca 

suknia.

To jeszcze nie koniec, lecz teraz, gdy grała muzyka, jakoś łatwiej było znosić wszelkie 

niedogodności.

Muzycy z orkiestry znali się na rzeczy. Wystarczyło, aby skinęła w ich kierunku, a już 

popłynęły dźwięki pierwszego walca. Wyciągnęła rękę do Reeve'a. Pierwszy i ostatni raz 

otwierał bal wraz z nią. Pozwoliła, by jego ramiona i muzyka porwały ją w wir tańca. Prędzej 

czy później wybije północ i czar pryśnie.

- Jesteś piękna.

Wirowali w blasku tysięcy świateł.

- Mój krawiec to geniusz.

Pocałował ją, mimo iż oboje wiedzieli, że nie powinien tego robić.

- Nie to miałem na myśli.

Brie uśmiechnęła się, zapominając o zmęczeniu.

Książę   Armand   poprosił   do   tańca   siostrę   pewnego   króla,   przebywającego   na 

wygnaniu. Aleksander wybrał daleką krewną z Anglii, zaś Bennett porwał Eve Hamilton. Bal 

zaczął się na dobre.

background image

Wszystko   wyglądało   jak   w   bajce.   Kawior,   francuskie   wina,   skrzypce.   Potentaci 

naftowi  ramię  w ramię  z  lordami.  Księżne  i hrabiny  wymieniające  ploteczki  ze  sławami 

estrady   i   ekranu.   Brie   wiedziała,   iż   do   jej   obowiązków   należy   sprawianie   przyjemności 

gościom. Z ulgą stwierdziła, że sama dobrze się przy tym bawi.

Podczas jednego z tańców z doktorem Franco spojrzała mu w oczy i wybuchnęła 

śmiechem:

- Usiłuje mi pan zbadać puls.

- Ależ skąd! - obruszył się doktor Franco. - Nie trzeba być lekarzem, aby patrząc na 

ciebie, wiedzieć, że czujesz się doskonale.

- Zaczynam wierzyć, że wkrótce wszystko będzie jak dawniej.

Nieznacznie zacisnął palce na jej dłoni.

- Przypomniałaś sobie coś jeszcze?

-  To   nie   gabinet   lekarski   -   odparła   z   uśmiechem.   -  Tu   chodzi   o   uczucia,   wiedza 

medyczna na nic się nie zda.

- Mam nadzieję, że warto było czekać.

- Ja też mam taką nadzieję - odrzekła.

- Brie wygląda na wypoczętą - zauważyła Christina, tańcząc z Reeve' em.

- Twoja obecność bardzo jej pomogła. Zgromiła go wzrokiem. Zdążyli już wcześniej 

porozmawiać na osobności, lecz nie zdołał jej przekonać.

- Pomogłaby znacznie bardziej, gdybym przyjechała wcześniej.

Ostry język był jedną z cech, które od razy zyskały sympatię Reeve'a.

- Nadal uważasz, że powinno się mnie zbić?

- Rozważam taką możliwość.

- Pragnę tego, co dla niej najlepsze, Chris. Uważnie zbadała go wzrokiem.

- Jesteś głupcem, jeśli do tej pory nie wiesz, co to takiego.

Brie z  trudem przedzierała  się przez  tłumy gości,  W kącie  stała  Janet Smithers z 

jednym i wciąż tym samym kieliszkiem wina w dłoni.

-   Janet!   -   Brie   pomachała   do   niej,   zapominając   o   protokole.   -   Bałam   się,   że   nie 

zdecydujesz się przyjść.

- Spóźniłam się, Wasza Wysokość. Było parę spraw, których nie chciałam zostawiać 

na jutro.

- Dziś zapomnij o pracy. - Brie wzięła sekretarkę za rękę, usiłując w tłumie gości 

znaleźć dla niej właściwego partnera. - Wspaniale Wyglądasz - dodała.

Gładka, skromna sukienka dodawała Janet godności.

background image

- Wasza Wysokość... - usłyszała powitanie Loubeta. - Panno Smithers...

- Witam - odparła Brie z uśmiechem, widząc w nim idealnego partnera dla Janet.

- Wspaniały bal, jak zawsze - pochwalił.

-   Dziękuję.   Wszystko   idzie   zgodnie   z   planem.   A   pańska   małżonka   wygląda 

oszałamiająco.

- To prawda - zgodził się, z dumy pusząc się jak paw. - Chwilowo mnie opuściła. Mam 

nadzieję, iż Wasza Wysokość okaże litość i poświęci mi jeden taniec?

-   Ależ   naturalnie.   -   Brie   zanurzyła   usta   w   winie,   z   zadowoleniem   przyjmując 

pojawienie się Aleksandra.

- Tylko za chwilkę, gdyż obiecałam zatańczyć z bratem.

- Wzięła go pod ramię i odwróciła się do sekretarki.

- Jestem przekonana, że panna Smithers z rozkoszą z panem zatańczy, czyż nie, Janet?

Udało   się.   Zadowolona,   iż   zdołała   wprowadzić   Janet   na   parkiet,   wsparła   się   na 

ramieniu brata.

- Cóż za intryga, siostrzyczko! - mruknął Aleksander.

- Grunt, że skuteczna. Nie chcę, żeby całą noc siedziała w kącie, sącząc wino. Teraz 

ktoś inny będzie musiał poprosić ją do tańca.

Aleksander zmarszczył czoło.

- Czyżbyś miała mnie na myśli?

-  Jeśli  to  będzie  konieczne...   -  Mrugnęła  do  niego   porozumiewawczo.  -  Najpierw 

obowiązki, przecież wiesz.

Aleksander,   który   znad   ramienia   Brie   przyglądał   się   gościom,   ze   zdziwieniem 

zauważył, iż w tańcu Loubet utyka znacznie mniej niż normalnie.

- Janet nie wygląda na zachwyconą - oszacował.

- Cóż, może on nie jest w jej typie.

- Aleks! - roześmiała się. - Nie zdążyłam ci powiedzieć, że wyglądasz cudownie. 

Podobnie jak Bennett. A właśnie, gdzie on się podziewa?

- Stara się o wyłączność na tę małą Amerykankę.

- Małą... Ach, masz na myśli Eve. - Ściągnęła brwi.

-  Ona   wcale  nie  jest   taka  mała.   Szczerze   mówiąc,   jest  chyba   dokładnie   w  wieku 

Bennetta.

- Nie powinien z nią flirtować na oczach wszystkich.

- Z tego, co widziałam, trudno tu mówić o braku wzajemności.

Wzruszył ramionami ze zniecierpliwieniem.

background image

- Siostra powinna ją krócej trzymać.

- Aleks! - Brie komicznie przewróciła oczami.

- Dobra, dobra - poddał się, lecz nadal przeszukiwał salę, by wreszcie odnaleźć smukłą 

brunetkę w czerwonej sukni.

I już nie spuszczał z niej wzroku.

Brie straciła rachubę czasu. Nie wiedziała, ile tańców odtańczyła, ile kieliszków wina 

wysączyła,   ilu   wysłuchała   dowcipów   i   anegdot.   Teraz   wiedziała,   że   niepotrzebnie   się 

denerwowała. Wszystko szło idealnie, dokładnie tak, jak powinno. I na dodatek sprawiało jej 

ogromną radość.

Gdy   ponownie   znalazła   się   na   parkiecie   w   ramionach   Reeve'a,   czuła   się 

najszczęśliwszą kobietą pod słońcem.

- Zbyt tu tłumnie - szepnął jej do ucha.

Powoli zataczał kolejne kręgi walca coraz bliżej wyjścia na taras. Po chwili tańczyli 

już w świetle księżyca.

-   Jak   cudownie!   -   Także   tutaj   mnóstwo   było   kremowych   kwiatów,   których   woń 

nasycała wieczorne powietrze, mieszając się z zapachem perfum. - Po prostu cudownie.

- Księżniczki powinny zawsze tańczyć pod gwiazdami.

Roześmiała się i spojrzała na niego, gdy nagle coś przeszyło całe jej jestestwo. Twarz 

Reeve'a zdawała się zmieniać. Młodnieć? Zachodzić mgłą? Nie była pewna. Jego oczy stały 

się jakby jaśniejsze, spojrzenie bardziej beztroskie. Także zapach kwiatów się zmienił: czuła 

świeże, wilgotne róże. Na moment cały świat przestał istnieć.

Nagle   ucichły   dźwięki   muzyki,   zniknęły   zapachy,   światła.   Gdyby   Reeve   jej   nie 

przytrzymał, niechybnie osunęłaby się na ziemię.

- Brie! - Chciał ją wziąć na ręce i zanieść na fotel, lecz go powstrzymała.

- Nie, już wszystko w porządku. Zakręciło mi się w głowie. My... - Spojrzała na niego, 

jakby się widzieli po raz pierwszy. - Byliśmy tu - wyszeptała. - Ty i ja, w moje urodziny. 

Tańczyliśmy walca na tarasie, a w donicach wiszących na ścianach kwitły róże. Było gorąco, 

a my byliśmy tak blisko siebie. Po tańcu pocałowałeś mnie.

I   zakochałam   się   w   tobie,   dodała   w   myślach.   Zakochała   się   w   nim,   gdy   miała 

szesnaście lat. Teraz, po tylu latach, mogła śmiało powiedzieć, iż nic się nie zmieniło. A 

jednak zmieniło się tak wiele....

- Przypomniałaś sobie. - Drżała, więc ją przytulił.

- Uhm. - Mówiła tak cicho, że ledwie mógł ją zrozumieć. - Pamiętam ten taniec. 

Pamiętam ciebie.

background image

- Co jeszcze?  Przypomniałaś sobie coś jeszcze, czy tylko tę jedną noc?  - zapytał 

miękko.

Potrząsnęła   głową.   Nagle   uświadomiła   sobie,   iż   wspomnienia   mogą   być   bardzo 

bolesne.

- Muszę zebrać myśli. Potrzebuję... Reeve, potrzebuję chwili samotności.

- W porządku.

Zerknęła   w   kierunku   zatłoczonej   sali   balowej.   Nie   przedostanie   się,   pomyślał. 

Postanowił sprowadzić ją na dół i wpuścić drugimi drzwiami.

- Zaprowadzę cię do twojego pokoju.

- Nie, gabinet jest bliżej. - Ruszyła w kierunku schodów. - Muszę chwilę posiedzieć w 

samotności. Tam nikt mi nie będzie przeszkadzał.

Zgodził się, gdyż biuro istotnie znajdowało się znacznie bliżej. W ten sposób zyskiwał 

czas, by pójść po lekarza. Musi się też jak najszybciej porozumieć z księciem, aby donieść 

mu,   że   Brie   odzyskuje   pamięć   i   trzeba   przystąpić   do   realizacji   dalszej   części   planu. 

Aresztowania zostaną dokonane po cichu.

Straże   zostały   dobrze   przeszkolone,   uspokajał   się   Reeve.   Gdyby   nie   zapewnienia 

księcia, iż Brie jest pod stałą obserwacją, sam by ich nie zauważył.

W gabinecie panował półmrok, lecz Brie nie zgodziła się na zapalenie światła.

- Nie, proszę. Tak będzie mi łatwiej myśleć.

- Dobrze, a ja szybko pójdę po doktora, Gabriello.

-   Dobrze,   ale   daj   mi   najpierw   parę   chwil   spokoju.   W   głosie   Brie   brzmiała 

determinacja.

- Czekaj tu na mnie. Odpocznij.

Kiedy  zamknął   drzwi,   położyła   się   na  niedużej   kanapie   w  rogu   pokoju.  Nie   była 

zmęczona, lecz obawiała się, że nie znajdzie w sobie siły, by usiedzieć na krześle.

W głowie kołatały się tysiące emocji i wspomnień, które - wszystkie naraz - usiłowały 

się wydostać z otchłani zapomnienia. Do tej pory była przekonana, iż odzyskując pamięć, 

poczuje ulgę. Wyobrażała sobie tę chwilę jako uwolnienie z pętających ją od tak dawna 

więzów. Tymczasem czuła ból, wyczerpanie i strach.

Pamiętała   matkę   i   jej   pogrzeb.   Czuła,   jak   całe   jej   ciało   przeszywa   smutek, 

niezmierzone pokłady żalu, dzielonego z ojcem i braćmi. Pamiętała Boże Narodzenie, kiedy 

Bennett podarował jej parę zabawnych kapci. Pamiętała szermiercze pojedynki staczane z 

Aleksandrem i bezsilną złość, gdy ją pokonywał.

background image

Widziała też ojca: wyciągał ku niej ręce, gdy wdrapywała mu się na kolana. Ojciec - 

wyprostowany, dumny, zdecydowany. Był przede wszystkim władcą, lecz Brie nauczyła się to 

akceptować. Być może dlatego zakochała się w Reevie. On też był przede wszystkim władcą 

- swojego życia, swoich decyzji.

Wspomnienia tłoczyły się jedno za drugim. Nawet nie zauważyła, kiedy zaczęła łkać. 

Oczy zaszły jej łzami. Przymknęła je, zmorzona sennością.

- Posłuchaj...

Czyjś szept wyrwał ją za zamyślenia. Brie potrząsnęła głową. Jeśli to są wspomnienia, 

nie chce ich. Lecz szept się powtórzył:

- Musimy to zrobić dzisiaj.

- A ja ci mówię, że mi się to nie podoba.

To nie wspomnienie, uświadomiła sobie, choć zarazem jest to także wspomnienie. 

Wyraźnie słyszała głosy. Dobiegały od strony tarasu. Już kiedyś słyszała je w ciemnościach. 

Tym razem je rozpoznała.

Jak mogła być tak ślepa, tak głupia? Powoli, ostrożnie, starając się nie hałasować, 

usiadła na kanapie. Ból i strach zniknęły. Te wspomnienia wywołały w niej wściekłość.

- Wykonamy plan. Kiedy uda nam się ją wywołać na dwór, zabierzesz ją z powrotem 

do   chaty.   Użyjemy   silniejszego   narkotyku   i   zwiążemy.   Tym   razem   nie   będzie   przy   niej 

strażnika,   który   mógłby   znowu   popełnić   błąd.   Punktualnie   o   pierwszej   książę   dostanie 

wiadomość. O tym, że jego córka została ponownie uprowadzona, dowie się w sali balowej. I 

sam będzie wiedział, co musi nam dać, żeby ją odzyskać.

- Deboque'a.

- I pięć milionów franków.

- Twoja wymarzona fortuna.

Głos brzmiał zdecydowanie za blisko. Brie oceniła odległość do drzwi i zrozumiała, że 

musi czekać.

- Pieniądze nic nie znaczą.

- Będę miał satysfakcję, wiedząc, że Armand musi zapłacić. Po tylu latach doczekam 

się wreszcie sprawiedliwości.

- To zemsta! - poprawił drugi głos. - A do zemsty nie można podchodzić emocjonalnie. 

Trzeba go zamordować.

- O wiele ciekawiej będzie widzieć, jak cierpi. Lepiej zabierz się do roboty i nie nawal, 

bo Deboque nigdy nie wyjdzie z więzienia.

- Zrobię to, co do mnie należy. I oboje dostaniemy, co chcemy.

background image

Nienawidzą  się, uświadomiła sobie Brie. Dlaczego wcześniej  tego  nie zauważyła? 

Teraz   wydawało   się   to   takie   oczywiste,   a   jeszcze   tego   samego   wieczoru   rozmawiała   z 

obojgiem, niczego nie podejrzewając.

Siedziała bez ruchu i nasłuchiwała. Jedynym dźwiękiem, jaki dochodził do jej uszu, 

był odgłos oddalających się kroków. Oszukali zarówno ją, jak i jej ojca. Oszukali, udając 

zmartwienie, a nawet oddanie. Dosyć! Nie pozwoli się dłużej oszukiwać.

Podniosła   się   i   szybkim   krokiem   ruszyła   w   kierunku   drzwi.   Pójdzie   do   ojca   i 

zadenuncjuje oboje. Nie zdołają ponownie jej uprowadzić. Chwyciła za klamkę, pociągnęła 

drzwi i odkryła, iż nie jest już sama.

- Och, Wasza Wysokość. - Lekko skonfundowana Janet cofnęła się o krok i ukłoniła. - 

Nie spodziewałam się pani tutaj zastać. Przyszłam po dokumenty, które...

- Przecież mówiłam ci, żebyś na jeden wieczór zapomniała o pracy.

- Tak, Wasza Wysokość, ale...

- Odsuń się, chcę przejść.

Chłód i determinacja w głosie Brie sprawiły, że sekretarka nie wahała się ani chwili 

dłużej.   Z   niedużej   czarnej   torebki   wyciągnęła   malutki   pistolet.   Brie   nie   zdążyła   nawet 

krzyknąć. W tej samej chwili z cienia wyłonił się gotowy do strzału strażnik. Janet natych-

miast   odwróciła   się   ku   niemu   i   nacisnęła   spust.   Rozległ   się   suchy,   stłumiony   trzask. 

Mężczyzna   upadł.   Brie   chciała   rzucić   się   ku   niemu,   lecz   zamarła   w   miejscu,   gdy  Janet 

wycelowała broń w jej brzuch.

- Stój, bo dostaniesz kulkę w bebechy i będziesz umierała powoli, w mękach.

- W pałacu jest mnóstwo straży - odparła Brie najspokojniej, jak potrafiła. - Wszędzie.

- W takim razie musisz współpracować, jeśli nie chcesz ich mieć na sumieniu.

Janet wiedziała jedno: musi zabrać księżniczkę z korytarza i wyprowadzić z pałacu, 

zanim znowu ktoś stanie im na drodze. Nie mogła sobie pozwolić na ryzykowne przejście 

koło sali balowej. Popchnęła swoją zakładniczkę w przeciwnym kierunku.

- Nie uda ci się mnie niepostrzeżenie wyprowadzić - ostrzegła Brie.

- To nie ma znaczenia - padła chłodna odpowiedź.

- Nikt nie odważy się do mnie strzelać, kiedy będę celowała w twoją skroń, Wasza 

Wysokość.

Janet klęła w myślach. Misterny plan legł w gruzach. Nie miała nawet możliwości 

skontaktowania   się   ze   wspólnikiem.   Nie   może   być   mowy   o   wyniesieniu   nieprzytomnej 

księżniczki tylnym, nie oświetlonym wyjściem, które obserwują opłacani przez nich ludzie. 

background image

Nie  zdołają zamknąć jej  w bagażniku  czekającego nieopodal samochodu.  Jeszcze minutę 

temu miała śmiały, lecz doskonale opracowany plan. Teraz nie miała nic.

- Co zamierzałaś zrobić? - zapytała Brie, jakby wyczuwała jej rozterkę.

- Miałam przekazać wiadomość, że Amerykanin oczekuje cię w twoim pokoju. Mieli 

go załatwić, żeby nie przeszkadzał. Potem ty dostałabyś zastrzyk, i po krzyku. Reszta to bułka 

z masłem.

- Teraz nic nie jest proste. - Brie nawet nie drgnęła, słuchając, jak Janet beztrosko 

spowiada się z planów zamordowania Reeve'a. Musi być twarda.

Tymczasem jednak nie miała wyjścia i pozwoliła się prowadzić w kierunku tonących 

w ciemnościach drzwi na taras.

- Boże, jak tu pięknie! - Eve postanowiła porzucić dobre maniery i po prostu świetnie 

się bawić. - Musi być wspaniale mieszkać w pałacu na co dzień.

- Dom jak dom. - Bennett objął smukłą talię dziewczyny i patrzyli na rozciągający się 

z tarasu widok. - Nie wiem, jak się u was żyje, nigdy nie byłem w Houston.

- To zupełnie co innego. - Wzięła głęboki oddech i odwróciła się do niego.

Jest taki przystojny, pomyślała. Idealny towarzysz na ciepły, wiosenny wieczór, lecz 

przecież...

- Cieszę się, że tu jestem - zaczęła powoli - ale książę Aleksander chyba za mną nie 

przepada.

- Aleks? - Bennett wzruszył ramionami. Nie zamierzał tracić czasu na brata, gdy w 

świetle księżyca czekała na niego piękna kobieta. - Jest trochę marudny, to wszystko.

Uśmiechnęła się.

- Ty taki nie jesteś. Czytałam na twój temat sporo ciekawych rzeczy.

- To wszystko prawda. - Wyszczerzył zęby w łobuzerskim uśmiechu i ucałował jej 

dłoń. - Ale teraz ty mnie interesujesz, Eve... - Na dźwięk kroków urwał i zaklął po cichu. - 

Cholera,  tak  tu  trudno o  chwilę  prywatności.  -  Nie chcąc,  by mu  więcej   przeszkadzano, 

wciągnął dziewczynę w zacienione miejsce, dokładnie w momencie, gdy Janet wyprowadzała 

Brie na taras.

- Nie zrobię ani kroku więcej, dopóki się wszystkiego nie dowiem - powiedziała Brie i 

odwróciła się, połyskując bielą sukni w świetle księżyca.

Na jej tle Bennett dostrzegł lufę pistoletu.

- O Boże! - Zakrył dłonią usta Eve. - Słuchaj - wyszeptał, nie spuszczając wzroku z 

siostry.   -   Wracaj   do   sali   i   znajdź   mojego   ojca,  Aleksandra   lub   Reeve'a   MacGee.  Albo 

wszystkich trzech, jeśli dasz radę. Nic nie mów, po prostu idź - ponaglił.

background image

Nie trzeba jej tego było dwa razy powtarzać - ona także widziała broń. Skinęła głową i 

Bennett   zdjął   rękę   z   jej   ust.   Potem   zsunęła   buty   i   bezszelestnie   pobiegła   wzdłuż 

nieoświetlonej ściany pałacu.

- Nie zmuszaj mnie, żebym musiała cię zabić tutaj - odparła Janet chłodno.

- Chcę wiedzieć, dlaczego - powtórzyła uparcie Brie i oparła się o ścianę.

Nie miała pojęcia, jak zamierza uciec, lecz przecież już raz się jej udało.

- Deboque jest moim kochankiem. Chcę go odzyskać. Twój ojciec oddałby za ciebie 

samego diabła.

Brie zmrużyła oczy. Janet Smithers doskonale ukrywała swoją namiętność!

- Jak ci się udało zmylić służby bezpieczeństwa? Każdy, kto ubiega się o pracę w 

pałacu, jest...

Urwała. Odpowiedź nasunęła się sama.

- Loubet?

Janet uśmiechnęła się niewinnie.

- Naturalnie. Deboque wiedział o Loubecie i o ludziach, których przekupywał, żeby 

pracowali   nie   tylko   dla   twojego   ojca,   lecz   także   dla   niego.   Trochę   nacisku,   groźba 

zdemaskowania, i wybitny sekretarz stanu zaczyna współpracować. Fakt, że Loubet niena-

widzi twojego ojca, okazał się niezwykle pomocny. W porwaniu widział doskonały sposób, 

żeby się zemścić.

- Zemścić? Za co?

-   Za   wypadek.   Pamiętasz?   Twój   ojciec   siedział   za   kierownicą.   Był   młody, 

przeszarżował.   On   i   pewien   dyplomata   nie   odnieśli   poważniejszych   obrażeń,   natomiast 

Loubet...

- Nadal utyka - wymamrotała Brie.

- Och, żeby tylko. Loubet nie ma i nigdy nie będzie miał dzieci. Nawet z tą swoją 

młodą żoną. Jeszcze jej o tym nie powiedział. Boi się, że go zostawi. Lekarze twierdzą, że to 

nie ma nic wspólnego z wypadkiem, ale on woli myśleć inaczej.

- I pomógł w porwaniu, żeby ukarać mojego ojca? Ależ to idiotyczne!

- Nie wiesz, co to jest nienawiść. Chociaż z drugiej strony ja nie czuję do nikogo 

nienawiści. Po prostu chcę odzyskać swojego ukochanego. - Księżyc odbijał się zimno w lufie 

pistoletu.   -  Jestem  przy zdrowych  zmysłach   -  oznajmiła   Janet  ze   spokojem.  -  Jeśli  będę 

musiała, nie zawaham się zabić.

-  A  jeśli   to   zrobisz,   twój   kochanek   pozostanie   za   kratkami,   -   Brie   postanowiła 

blefować. - Nie zabijesz mnie, bo martwa na nic ci się nie przydam.

background image

- Słusznie. - Kobieta ponownie wycelowała broń. - Czy wiesz, jak bolesna jest rana 

postrzałowa, nawet gdy kula nie przebija żadnego z najważniejszych organów?

- Niee!

Z   dzikim,   opętańczym   wrzaskiem   Bennett   wyskoczył   z   cienia.   Janet   i   Brie 

znieruchomiały. Niepomny na nic, biegł prosto na lufę pistoletu. Był zaledwie parę kroków od 

nich, gdy Janet strzeliła. Młody książę zwalił się na posadzkę.

- Boże, Bennett! - Brie padła na kolana. - Boże, nie, nie, Bennett! - Krew wsiąkała w 

jej białą, jedwabną suknię. Brie przygarnęła brata, gorączkowo usiłując zbadać mu puls. - No, 

strzelaj! - ponagliła Janet. - Nic gorszego nie możesz mi zrobić. Będziecie się oboje smażyli 

w piekle, ty i ten twój kochanek.

- Tak się właśnie stanie. - W rozświetlonych drzwiach tarasu oprócz Reeve'a stała 

grupa uzbrojonych strażników w mundurach.

Janet obserwowała, jak Armand, osłaniany przez straże, podchodzi do swych dzieci. 

Podała mu pistolet rękojeścią do przodu.

-   Spokojnie   -   odezwała   się,   gdy   Reeve   ruszył   w   jej   kierunku.   -   Nie   zamierzam 

wariować.

Na jego znak została otoczona i zatrzymana.

- Och, tato! - Brie nachyliła się do ojca, który klęczał koło Bennetta. - On usiłował 

wyrwać jej broń. - Wtuliła policzek we włosy brata. - Lekarz...

- Jest tutaj.

- No, no, Gabriello - odezwał się za jej plecami ciepły, spokojny głos doktora Franco. - 

Puść chłopca i zrób mi miejsce.

- Nie zostawię go, nie...

- Nie kłóć się - jęknął Bennett słabym głosem. - Koszmarnie boli mnie głowa.

Gdyby nie mocne ramię ojca, Brie z płaczem osunęłaby się na ziemię.

- Zawsze lubiłeś głupie kawały, braciszku - bąknęła, patrząc, jak Bennett, mrugając, 

otwiera oczy.

- Brie... - Chwycił ją za rękę. - Czy w szpitalu są jakieś śliczne siostrzyczki?

- Całe tuziny - wykrztusiła przez łzy.

- Dzięki Bogu! - westchnął, zamykając oczy.

Brie rzuciła się na szyję Aleksandrowi, a potem padła w ramiona Reeve'a. Nareszcie 

była w domu.

background image

EPILOG

Obiecał jej, że ostatni dzień spędzą na morzu. Nic więcej nie może od niej oczekiwać, 

powtarzał sobie, gdy  Liberte  sunęła po gładkiej tafli wody. Mieli przed sobą jeden, ostatni 

dzień. Potem czar pryśnie.

Mało   brakowało,   pomyślał,   a   doszłoby   do   tragedii.   Do   tej   pory   nie   potrafił   się 

uspokoić. Mimo iż Loubet został zatrzymany, gdy tylko Eve pojawiła się w sali balowej, Brie 

została sama na tarasie z kochanką Deboque'a. A jego nie było przy niej, choć przysiągł, że 

będzie ją chronił!

- Wciąż nie mogę uwierzyć, że już po wszystkim - rzekła z westchnieniem.

- Tak, już po wszystkim - dodał jak echo.

- Loubet... Nawet było mi go trochę żal. To chory człowiek. - Przed oczami stanęła 

Brie   jego   śliczna,   młoda   żona   z   wyrazem   przerażenia   na   twarzy.   -   Także   Janet   miała 

prawdziwą obsesję.

-   Okrutnie   wykorzystywali   innych   -   przypomniał   jej   Reeve.   -   Mało   brakowało,   a 

zostaliby mordercami. Zarówno Bennett, jak i strażnik mieli naprawdę dużo szczęścia.

- Wiem. - Przez ostatnie trzy dni tysiące razy dziękowała losowi za ocalenie brata. - Za 

to ja zamordowałam...

- Brie...

- Nie, daj mi mówić. Już wiem, że uciekałam przed wspomnieniem tych koszmarnych 

dni i nocy w ciemnym, pustym pokoju. Teraz potrafię im stawić czoło. Akceptuję je.

- Nie uciekałaś - sprostował - po prostu potrzebowałaś czasu.

- Mówisz jak lekarze. - Ustawiła ster tak, by jacht płynął prosto do urokliwej zatoczki. 

- Wydaje mi się, że część moich wspomnień i uczuć cały czas tam była. Nie powiedziałam ci 

o kawie ani o tym, że Janet mnie zapewniała, iż to niania zawsze mi ją parzyła. Nie powie-

działam ci tego, bo nie byłam w stanie jej uwierzyć. To było zbyt trudne.

- Janet by tego nie zrozumiała.

- Opowiedziała mi, że tego dnia, kiedy zostałam uprowadzona, niania przyniosła mi 

termos do gabinetu i za coś ją zrugała. Podobno zaraz potem wyszłam, a ona odprowadziła 

mnie do samochodu, zapewniając, że nikt inny nie miał możliwości dosypać niczego do mojej 

kawy. Nie wspomniała natomiast, a ja przypomniałam sobie to dopiero podczas balu, że w 

pewnym momencie wzięła ode mnie termos i wręczyła do podpisania jakieś dokumenty. W 

ten sposób zyskała chwilę, która tak jej była potrzebna.

background image

- Na szczęście nie wzięła pod uwagę sprytu starej kobiety, która zwierzyła się twojemu 

ojcu ze swoich podejrzeń po tym, jak Loubet i kuzyn Deboque'a, Henri, pojechali po ciebie na 

farmę.

- Niech Bóg ją za to błogosławi. Pomyśleć, że przez cały czas nie spuszczała ze mnie 

oka, a ja myślałam, że jak zwykle krząta się i zrzędzi.

- Twój ojciec zadbał, żebyś cały czas była pod kontrolą. Nie zamierzał ryzykować, że 

Loubet zrobi następny krok - dodał Reeve.

- Plan Loubeta udałby się, gdyby nie słabość Henriego do wina. Gdybym nie zaczęła 

wylewać zupy na ziemię, nadal dostawałabym pełną dawkę narkotyku i nie byłabym w stanie 

poradzić sobie z Henrim ani uciec przez rozbite okno. - Spojrzała na idealnie utrzymane 

paznokcie, wspominając jak je zniszczyła, torując sobie drogę ucieczki. - Już po wszystkim. 

Odzyskałam życie.

- I jesteś szczęśliwa. Tylko to się liczy.

- Tak, jestem szczęśliwa. - Uśmiechnęła się promiennie. - Wiesz, że Christina i Eve 

zostają jeszcze kilka dni?

- Wiem, że twój ojciec gotów jest wystawić Eve pomnik.

- Wiele jej zawdzięczam - odparła Brie. - Muszę przyznać, że lubię patrzeć, jak się 

pławi w chwale.

- Kiedy ta mała wbiegła do sali, była biała jak kartka papieru. Zdołała jednak się 

opanować, opowiedzieć, co się stało i zaprowadzić nas prosto do ciebie.

- Chyba ci jeszcze nie podziękowałam. - Wpłynęli do zatoczki i zrzucili żagle.

-   Nie   dziękuj.   Nie   było   mnie   przy   tobie,   gdy   najbardziej   mnie   potrzebowałaś   - 

stwierdził gorzko.

- Daj spokój, nie mogłeś wszystkiego przewidzieć. Reeve, mam ci za co dziękować i 

chcę to zrobić. Ja i moja rodzina zawdzięczamy ci tyle... Tego się nie da wyrazić słowami.

- Już mówiłem, że nie chcę, abyś mi dziękowała. - Tym razem jego głos brzmiał 

chłodno i stanowczo.

- Reeve...

Brie   wstała,   by  dołączyć   do   stojącego   przy  barierce   przyjaciela.   Żałowała,   iż   nie 

potrafi być tak pewna siebie, jak by sobie tego życzyła.

- Rozumiem, że nie jesteś obywatelem Cordiny i w związku z tym obce ci są nasze 

prawa i zwyczaje. A jednak mam do ciebie prośbę. - Zwilżyła usta. - Za dwa tygodnie są moje 

urodziny, możemy więc nazwać to królewskim życzeniem. Zgodnie z tradycją nie wolno 

odmówić prośbie składanej w związku z rocznicą urodzin.

background image

- Prośba... - Wyciągnął papierosa i zapalił. - O co chodzi?

Podobał jej się taki, odrobinę znużony, odrobinę nieobecny. To ułatwiało sprawę.

- O naszych zaręczynach nadal dużo się mówi, prawda?

Zaśmiał się.

- Oj, tak.

- Jeśli o mnie chodzi, muszę przyznać, że całkiem mi się podoba pierścionek, który mi 

dałeś.

- Zachowaj go - odparł jakby z żalem. - Niech ci mnie przypomina.

Spojrzała na niego, potem na diament. Czuła, że nie będzie już musiała wybierać 

między życiem osobistym a poczuciem obowiązku.

- Nie zamierzałam ci go oddawać. - Uśmiechnęła się, widząc zdziwienie malujące się 

na   jego   twarzy.   -   Wiesz,   mam   mnóstwo   znajomości.   Może   się   okazać,   że   wystąpią 

nieprzewidziane trudności z twoim paszportem, z wizą nawet z lotem do Ameryki.

Cisnął niedopałek do wody i odwrócił się ku niej.

- Do czego zmierzasz?

-  Wydaje   mi   się,   że   będzie   znacznie   prościej,   jeśli   się   ze   mną   ożenisz.   Szczerze 

mówiąc, zamierzam nalegać na takie rozwiązanie - odparła z prostotą.

Oparł się o barierkę i obserwował ją badawczo. Nie potrafił odczytać jej uczuć - może 

jego własne były zbyt silne. Gabriella zaś przemawiała spokojnym, opanowanym głosem.

- Naprawdę?

- Tak. Jeśli zechcesz współpracować, jestem pewna, że będzie to układ korzystny dla 

obu stron.

- Nie interesują mnie korzyści.

- Bzdura - zbagatelizowała, lecz dłonie miała mokre od potu. - Moglibyśmy spędzać 

pół roku w Cordinie, a drugie pół w Stanach - ciągnęła. - Chyba w każdym małżeństwie 

trzeba iść na jakieś kompromisy. Zgadzasz się?

Negocjacje... Jako gliniarz nieraz miał okazję je prowadzić.

- Być może - powiedział ostrożnie.

Przełknęła ślinę, usiłując odblokować ściśnięte gardło, i mówiła dalej tym samym, 

niemal urzędowym tonem:

- Prawdą jest, że mam mnóstwo zobowiązań, lecz gdy Aleksander się ożeni, jego 

małżonka przejmie część moich obowiązków. Zresztą nawet na razie to, co robię, nie różni się 

specjalnie od zwykłej pracy.

background image

Dosyć szczegółów i planów, pomyślał. Dosyć negocjacji. Chciał mieć pewność, że 

dobrze wszystko zrozumiał.

- Uprość to, księżniczko.

Postąpił krok w jej kierunku, a Brie cofnęła się onieśmielona.

- Nie rozumiem, co masz na myśli.

- Powiedz mi, czego chcesz i dlaczego.

- Ciebie, Reeve - odparła z wysoko podniesionym czołem. - Dlatego że kocham cię i 

kochałam od dnia moich szesnastych urodzin, od chwili gdy pocałowałeś mnie na tarasie, 

wśród pachnących róż, w świetle księżyca.

Pragnął ją przytulić, lecz wiedział, że jeszcze na to za wcześnie.

- Już nie masz szesnastu lat i nie żyjemy w bajce.

- Wiem.

Uśmiecha się? Czyżby nie rozumiała, jak bardzo potrzeba mu poważnej rozmowy?

- W Stanach nie czeka na ciebie pałac.

- Jest za to przytulny domek z przestronnym gankiem. - Cofnęła się jeszcze o krok. - 

Nie każ mi cię błagać. Jeśli mnie nie chcesz, po prostu to powiedz.

Tym razem nie mówiła z pozycji księżniczki, lecz jako zwyczajna, odrobinę zagubiona 

kobieta. Właśnie tego potrzebował.

- Kiedy miałaś szesnaście lat i tańczyliśmy walca, czułem się, jakbym śnił. - Ujął jej 

dłonie. - Nigdy tego nie zapomniałem. Kiedy wróciłem i znów cię pocałowałem, dotarło do 

mnie, że to się dzieje naprawdę. Nigdy nie oczekiwałem od życia niczego więcej.

- Nigdy nie oczekiwałam od życia nikogo więcej.

- Wyjdź za mnie, Brie, i podaruj mi wspólne popołudnia na ganku przed domem. Jeśli 

będę to miał, pogodzę się z koniecznością dzielenia życia z Jej Wysokością Księżniczką 

Gabriellą.

Uniosła jego dłonie do twarzy i ucałowała najpierw jedną, potem drugą.

- To nie jest bajka, lecz my możemy żyć długo i szczęśliwie - szepnęła.


Document Outline