background image

 

 

 

 

                         
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

      

 

 
      Emma Goldrick 

 

    
   Podwójne szczęście 

background image

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 
Pani  Daugherty  była  jedną  z  tych  kobiet,  które  zapadają  na 

zdrowiu  zaraz  na  drugi  dzień  po  śmierci  męża.  Została  wdową 
mając czterdzieści lat, a potem chorowała drugie tyle. Przez cały 
ten  czas  opisywała  wszystkim  szczegółowo  swoje  bóle,  swoje 
cierpienia.  Doszło  wreszcie  do  tego,  że  nie  było  ani  jednej 
sąsiadki,  która  chciałaby  wysłuchiwać  tych  narzekań,  ani 
jednego  przyjaciela,  który  chciałby  ją  odwiedzić.  Żyła  więc 
samotnie, z emerytury po mężu. Wydzwaniała całymi dniami do 
radia, do redakcji, prowadzących audycje z udziałem słuchaczy. 
Natomiast nocami pisywała złośliwe listy do gazet. 

A potem nagle, niespodziewanie umarła. 
Plotkarze  w  Dartmouth  mówili,  że  nikt  nie  mógł  być  tym 

bardziej  zaskoczony  niż  sama  pani  Daugherty.  Maggi  Brennan 
poszła  oczywiście  na  jej  pogrzeb.  Była  jedyną,  bliską  zmarłej, 
sąsiadką, uznała więc to za swoją powinność. 

Wiele  osób przyszło  na  pogrzeb.  Bardziej  z ciekawości  niż  z 

szacunku  dla  zmarłej,  pomyślała  Maggi.  Gdy  pastor  skończył 
swą  przemowę,  usłyszała,  jak  ktoś  powiedział  cicho:  ,,Powinni 
wypisać  na  jej  grobie:  «Przecież  mówiłam,  że  źle  się  czuję»". 
Wszystko  to  nieco  wytrąciło  Maggi  z  równowagi.  Nie  czekała 
więc dłużej, wsiadła do sfatygowanego jeepa i pojechała w górę 
Allen  Street.  Pod  światłami  skrzyżowania,  przy  Slocum  Road, 
wytworzył  się  korek.  W  okolicy  były  bowiem  dwie  szkoły 

średnie,  w  których  teraz  właśnie  skończyły  się  lekcje.  Maggi, 
stojąc  w  korku,  nie  traciła  jednak  cierpliwości.  Z  wyjątkiem 
kochanej, starej ciotki 

Eduardy,  w  domu  nie  było  nikogo,  do  kogo  należałoby  się 

spieszyć.  Od  trzech  tygodni  nie  pojawił  się  ani  jeden  klient  na 
nocleg  ze  śniadaniem,  a  wiosenne  ulewy  zmyły  ze  stoku 
wzgórza  całe  zasiane  tam  ziarno.  Farma  mogła  więc  także 
poczekać. 

1

RS

background image

 

 

Na  skrzyżowaniu  rozluźniło  się  wreszcie.  Maggi  radośnie 

uśmiechnęła się do grupki uczniów, także czekających w swych 
kopcących  gruchotach  na  zielone  światło.  Gdyby  nie  łaska 
boska  i  dwanaście  minionych  lat,  Meggi  Brennan  sama  byłaby 
teraz  wśród  tych  studenciaków.  A  ściślej  mówiąc  nie  Brennan, 
lecz  Maggi  Paiva,  bo  tak  się  w  tamtych  czasach  nazywała. 
Nadal uśmiechając się, dojechała szybko do poprzecznej ulicy i 
skręciła na południe. 

Gospodarstwo  Paiva  było  nieco  oddalone  od  drogi,  a 

wskazywała  na  nie  tylko  samotna  reklama:  ,,Noclegi  ze 

śniadaniem  u  Brennanów".  Ogłoszenie  wymalowane  było 
ręcznie, z wyraźnym brakiem talentu. Zawiesiła je przy drodze, 
razem z Robertem, pięć lat temu. I serdecznie się wtedy śmiali. 
Przez cały miesiąc, a było to w lipcu, mieli nadzieję, że nikt się 
nie  pojawi  i  nie  zakłóci  im  cudownych  dni.  I  tak  się  stało.  A 
potem  Robert  wypłynął  w  morze,  jako  członek  załogi  trawlera 
,,Katherine Mary". 

I nigdy nie wrócił. 
Jego  nazwisko  wypisane  zostało  w  domu  modlitwy,  na 

pamiątkowej  tablicy  ku  czci  zaginionych  marynarzy.  Było  w 
tym coś rozpaczliwie smutnego. Robert nie miał swego miejsca 
na  żadnym  cmentarzu,  gdzie  Maggi  mogłaby  zapłakać.  Po 
prostu zaginął na morzu pięć lat temu. 

Było  to  jedno  ze  wspomnień,  które  łzami  napełniały  oczy 

Maggi.  Podobnie  jak  pogrzeb  pani  Daugherty,  jak  opadająca, 
nieprzenikniona  mgła,  jak  też  fakt,  że  jej  rodzice  mieszkali  na 
dalekiej  Florydzie,  a  dwaj  bracia  pracowali  w  równie  dalekim 
Chicago.  Maggi  na  chwilę  zgasiła  silnik  samochodu,  żeby 
rozczulić  się  nad  sobą.  Ale  szybko  jej  praktyczny  umysł  wziął 
górę  nad smutkiem.  Wytarła  oczy,  ruszyła  wąską polną  drogą i 
niebawem  zatrzymała  się  przy  starym,  wiejskim  domu.  Przed 
nią  był  kolejny  dzień,  jeden  z  nie  kończącego  się  szeregu  dni, 
który chciała spędzić najlepiej, jak mogła. 

2

RS

background image

 

 

Wysiadła  z  jeepa,  odgarnęła  z  twarzy  połyskliwe, 

kasztanowate,  skręcone  w  loki  włosy,  opadające  jej  uparcie  na 
błyszczące  zielone  oczy.  Ruszyła  ku  domowi.  W  parę  chwil 
potem pojawił się, jakby jadąc jej śladem, jakiś stary samochód 
typu  campobus  -  mieszkalny  domek  na  kółkach.  Zatrzymał  się 
przy  jej  wozie.  Wysiadł  z  niego  wysoki,  rudy  mężczyzna  i 
podszedł do Maggi, która stała na tylnej werandzie. 

- Czy mówię z panną Brennan? - zapytał. - Maggi Brennan? 
Maggi  po  raz  pierwszy  w  tym  dniu  uśmiechnęła  się 

serdecznie.  Mężczyzna  mówił  ze  wspaniałym  irlandzkim 
akcentem.  Skrywanym,  a  jednak  nadal  dostrzegalnym.  Jej 
Robert był Amerykaninem trzeciej generacji, także irlandzkiego 
pochodzenia.  Ale  popisywał  się  swym  akcentem  tylko  wtedy, 
gdy  chciał  rozbawić  towarzystwo.  Natomiast  u  tego  człowieka 
akcent brzmiał tak naturalnie, tak przyjemnie. 

- Jestem panią Brennan - odparła. - Mar gar et to właśnie ja. 
-  Niechaj  niebiosom  będą  dzięki  -  powiedział  mężczyzna.  - 

Pastor  wskazał  mi  panią  w  czasie  pogrzebu,  ale  nie  byłem 
pewien. Bogu też dziękować, że pani i tutejsi ludzie jesteście ze 
starego kraju. 

- Starego kraju? 
- Z Irlandii oczywiście. 
-  Myli  się  pan  -  powiedziała  Maggi.  -  Ja  jestem  Brennan  po 

mężu.  Przed  ślubem  nazywałam  się  Paiva.  Moja  rodzina 
pochodzi z Portugalii. 

-  Ach  tak  -  bąknął  bez  entuzjazmu,  jakby  w  jego  pojęciu 

Portugalia  leżała  na  końcu  świata.  -  Nic  na  to  oczywiście  nie 
można poradzić. Mimo to przyniosę je tutaj. 

- Chciałabym jednak wiedzieć, u licha, o co chodzi? 
Maggi  była  zmęczona.  W  pierwszej  chwili  ten  irlandzki 

akcent zaintrygował ją, ale teraz niespodziewanego gościa miała 
już  dosyć.  Chyba,  i  to  byłoby  wspaniałe,  że  szukał  on  noclegu 
ze śniadaniem. Zapytała więc, jakby mimochodem: 

- Czy może potrzebuje pan pokoju na noc? 

3

RS

background image

 

 

-  Ja,  tutaj?  -  Nie  patrząc  na  nią,  rzucił  pogardliwe  spojrzenie 

na  dom.  Zbudowany  został  w  1786  roku.  Robił  wrażenie 
wyraźnie  strudzonego  upływem  czasu.  Spłukane  deszczem 
zewnętrzne ściany były jednolicie szare. Miał kilkanaście pokoi, 
ale  tylko  jedną  łazienkę.  Na  dodatek  dach  przeciekał. 
Gospodarstwo  rolne  już  od  dawna  nie  przynosiło  zysku. 
Zagubieni wędrowcy, którzy szukali schronienia na noc, trafiali 
się  rzadko.  A  byli  przecież  dla  Maggi  nieodzowni.  Sposób,  w 
jaki przybysz patrzył na jej dom, sprawiał, że chciała go kopnąć 
w  kostkę.  Nigdy  przedtem  nie  spotkała  kogoś  ze  spojrzeniem 
tak pełnym oczywistego niesmaku. 

-  Mamy  bieżącą  wodę  -  powiedziała  Maggi  sztywno.  -  Duke 

Patterson zatrzymał się u nas kiedyś. 

-  Irlandzki  diuk,  to  znaczy  książę?  -  Twarz  mężczyzny 

rozjaśniła się. 

-  Nie.  Ten  bokser  wagi  ciężkiej  -  warknęła.  -  Dlaczego,  u 

licha...  -  Chciała  już  powiedzieć  dosadnie,  co  jej  zdaniem 
nieznajomy  powinien  zrobić,  gdy  nagle  kolejny  samochód 
wjechał  na  podwórze.  -  Inwazji  szarańczy  -  wymamrotała 
Maggi. 

- Pani Brennan! Wreszcie zastaję panią w domu! - powiedział 

nowy przybysz. 

Maggi z trudem nadała swej twarzy obojętny wyraz. Jej matka 

zawsze podkreślała, że człowiek powinien być uprzejmy, nawet 
wobec ludzi, których nie sposób polubić. Mężczyzna miał około 
stu  sześćdziesięciu  centymetrów  wzrostu.  Był  pulchny, 
elegancko  ubrany.  Znała  go  zbyt  dobrze,  żeby  cieszyć  się  ze 
spotkania.  Byli  tego  samego  wzrostu,  ale  jej  obcasy  sprawiały, 

że mogła patrzeć na niego z góry. 

-  To  znowu  pan,  panie  Swanson?  -  Właściwie  powinna 

wykręcić się na pięcie i odejść, ale było już za późno.  

-  Zjawia  się  pan  tutaj  po  raz  trzeci  w  ciągu  dwóch  tygodni. 

Niech pan wreszcie zrozumie, jaka jest moja decyzja. 

4

RS

background image

 

 

-  Ale  wszystko  przecież  może  się  zmienić  na  tym  świecie  - 

przybysz upierał się przy swoim. 

Nienawidziła  radosnego  tonu  w  jego  głosie.  Podobnie  jak 

głupawej, małej peruczki na jego głowie. I jego namolności. 

-  Moja  decyzja  jest  wciąż  taka  sama  -  powiedziała  Maggi. 

Założyła  ręce  na  piersi  i  stanęła  w  niewzruszonej  postawie, 
zagradzając  mu  drogę.  -  Nigdy  nie  zmienię  decyzji  i  nigdy  nie 
będzie ona po pana myśli. Nie mam zamiaru sprzedawać farmy, 
w każdym razie nie panu! 

- Zbliża się jednak czas płacenia podatków - przypomniał jej z 

fałszywym uśmiechem, szerszym niż kiedykolwiek. - Potrzebna 
będzie  duża  ilość  gotówki  pod  ręką,  pani  Brennan.  A  ja 
proponuję dobrą cenę. 

-  Czyżby?  -  Maggi  ironizowała.  -  Mnie  się  wydaje,  że  gdy 

kupił  pan  ziemię  od  pani  Turner,  nie  był  to  dla  niej  najlepszy 
interes.  Czy  nie  mówiło  się  wtedy  o  jakimś  dochodzeniu?  O 
zainteresowaniu  sprawą  ze  strony  prokuratora okręgowego?  I  o 
temu podobnych sprawach? 

- To wszystko plotki! - Swanson zrobił krok do tyłu, potrącił 

przy tym Irlandczyka i omalże upadł. 

-  Wszystko  plotki,  pani  Brennan.  Nigdy  nie  widziałem 

szczęśliwszej klientki niż pani Turner. 

-  Nie  gadaj  pan  głupstw.  -  Maggi  zrobiła  krok  w  jego 

kierunku, patrząc nań zmęczonym wzrokiem. 

-  Odwiedzam  panią  Turner  co  sobota  w  domu  opieki 

społecznej.  I  nie  pleć  pan,  że  ona  czuje  się  szczęśliwa  po 
zawarciu transakcji. Zabieraj się pan stąd! 

Dokładnie w tym momencie zza węgła domu ukazał się stary 

Mike.  Pięćdziesiąt  kilo  żywej  wagi,  biały  dalmatyńczyk  w 
czarne łaty. Miał siwawy pysk, co świadczyło o jego podeszłym 
wieku.  Artretyzm  usztywniał  mu  tylne  łapy.  Ale  pies  ten,  w 
czasie swych lepszych dni, mógł wyglądać naprawdę groźnie.  I 
to  był  właśnie  jeden  z  tych  dni.  Mike  obiegł  wkoło  werandę, 
potem znieruchomiał i zawarczał. 

5

RS

background image

 

 

Pan  Swanson  przypomniał  sobie  nagle,  że  ma  jeszcze 

mnóstwo  umówionych  na  ten  dzień  spotkań,  coś  o  tym 
wymamrotał  i  skierował  się  szybko  do  swego  samochodu.  Pies 
usiadł  na  tylnych  nogach  i  zaczął  drapać  się  demonstracyjnie 
jedną łapą. Maggi, rozbawiona tą konfrontacją, uśmiechnęła się 
do siebie i ruszyła ku kuchennym drzwiom. Nagle przypomniała 
sobie  o  pierwszym  gościu.  Stał  niestety  nadal  w  tym  samym 
miejscu, oparty niedbale o samochód, i szeroko się uśmiechał. 

- Prześladowana przez natręta? - zapytał. - Nazywam się John 

Dailey, pani Brennan. 

Maggi pomyślała sobie: Każdy kto nie lubi mojego domu, nie 

lubi  także  mnie.  Jej  oczy  zachęcały  jednak  mężczyznę,  żeby 
powiedział coś więcej. 

-  W  jakiej  sprawie  pan  tu  przyjechał,  panie  Dailey?  Spieszy 

mi się, mam milion spraw na głowie. 

-  Pozwoli  pani,  że  jej  coś  pokażę.  -  Podszedł  do  bocznych 

drzwi campobusu i wyjął z niej zawiniątko. Obchodził się z nim 
delikatnie,  jakby  zawierało  coś  kruchego.  Skierował  się  ku 
werandzie i przez otwarte drzwi wszedł do domu. Mike, czujny 
pies,  podniósł  się,  obwąchał  pięty  gościa  i  merdając  ogonem 
podążył za nim. 

-  Ależ  chwileczkę  -  Maggi  zaczęła  protestować,  jednak 

mężczyzna  całkowicie  ją  zignorował.  Stała  przy  drzwiach, 
obserwując  szerokie  bary  intruza.  Maggi  Brennan  wyniosła  z 
domu  raczej  typowe  wychowanie,  do  tego  doszły  kontakty  z 
godziwą  liczbą  mężczyzn  i  krótkotrwałe  małżeństwo.  Mimo 
tych  doświadczeń,  jak  na  kobietę  liczącą  już prawie trzydzieści 
lat, była nadal trochę naiwna. Z drugiej jednak strony posiadała 
najbardziej  dociekliwy  umysł  w  całej  południowo-wschodniej 
części  stanu  Massachusetts.  I  dlatego  nadal  przyglądała  się 
Johnowi  Daileyowi.  Zdała  sobie  teraz  sprawę,  jak  bardzo  był 
brzydki! 

Można  by  go  użyć  zamiast  drzwi,  pomyślała,  bo  facet  miał 

prawie  dwa  metry  wzrostu.  Był  ubrany  w  brązowy,  rozpinany 

6

RS

background image

 

 

sweter,  dżinsy  i  robocze  buty.  Twarz  miał  nieprzeniknioną. 
Lekko  zaznaczone  półkoliste  linie,  które  u  większości  ludzi 
biegną  od  nosa  do  ust,  u  niego  były  głębokimi  bruzdami.  Tej 
twarzy  przydałoby  się  wyprasowanie  gorącym  żelazkiem, 
pomyślała  Maggi.  Miał  szeroko  rozstawione,  ciemne  oczy  i 
lekko  garbaty  nos.  Jego  włosy  są,  Boże  wybacz,  rude!  Prawie 
tak rude jak moje! - westchnęła Maggi. 

-  Jest  przeciąg  -  mężczyzna  zwrócił  jej  uwagę  głosem  tak 

głębokim, że przypominał pomruk oddalającej się burzy. 

-  Burzy  z  piorunami  -  powiedziała  Maggi  pod  nosem,  wciąż 

pogrążona w swych myślach. On popatrzył na nią pytająco. 

-  Drzwi!  -  powtórzył,  jakby  zwracał  się  do  niezbyt 

rozgarniętego dziecka. 

Maggi  otrząsnęła  się  z  zadumy  i  podeszła  do  drzwi.  Były 

ciężkie,  dębowe,  w  starym  stylu.  Po  zamknięciu  odcinały 
człowieka  zupełnie  od  otaczającego  świata.  Ale  z  pokoju 
dziecinnego  Maggi  mogła  usłyszeć  dźwięki  Daffy  Ducka.  To 
była poranna porcja rozrywki ciotki Eduardy. Kiedyś, ta obecnie 
już  starsza  pani,  zachłannie  uczestniczyła  w  życiu.  W  szkole 
uczyła  dwóch  języków.  Teraz  była  emerytką.  Odejście  z  tego 

świata  jej  męża,  przed  paroma  laty,  wyrwało  ją  z  nurtu  spraw 
ludzkich i skłoniło do zamknięcia się w sobie. 

Mężczyzna  stał  odwrócony  plecami  do  Maggi.  Zawiniątko, 

które trzymał przed sobą, poruszyło się i opadł z niego miękki, 
różowy  kocyk.  Mała  twarzyczka  wychyliła  się  do  światła, 
dziecko  szeroko  ziewnęło.  Otworzyło  duże,  niebieskie  oko, 
zaraz  potem  drugie.  Niemowlę  zaszczebiotało  do  Maggi.  W 
wyniku tego pierwszego kontaktu, w ułamku sekundy, Maggi 

Brennan  zakochała  się.  W  dziecku,  oczywiście.  Dobry  Boże, 

pomyślała  szybko,  nieciekawy  mężczyzna  i  urocze  dziecko. 
Miej  się  na  baczności,  Maggi  Brennan.  Zawsze  miałaś  słabość 
do miłych, małych dzieci. 

Był  to  delikatny  temat.  Ona  i  Robert  przeżyli  rozkoszny 

miesiąc  miodowy,  w  tym  właśnie  domu.  Ale  nie  było  potem 

7

RS

background image

 

 

żadnego  dziecka.  Odniosła  wrażenie,  jakby  Bóg  ją  oszukał. 
Bowiem jedno dziecko stworzyłoby dla niej całkiem inny świat. 
Tylko jedno małe dziecko. I oto teraz pojawiło się. Czyżby Bóg 
stał  się  dla  niej  wreszcie  dobry?  Towarzyszący  dziecku 
mężczyzna niepokoił ją jednak, pozbawiał złudnej nadziei. 

-  No  to  co  będzie?  -  mruknął  Irlandczyk  i  zrobił  krok  w 

kierunku Maggi. Ona, zakłopotana, odruchowo cofnęła się.  

-  Czy  ma  pani  jakiekolwiek  doświadczenie  z  dziećmi?  - 

zapytał, poklepując małe delikatnie po pupie. 

- To jest mój dom! - odparła sucho i pomyślała, że agresja jest 

najlepszą  formą  obrony.  -  Nie  mam  nawet  najmniejszego 
pojęcia o dzieciach, a co właściwie, u diabła, robisz tutaj, panie 
Dailey? 

Ciotka  Eduarda  była  częściowo  głucha.  Wybiórczo  głucha. 

Robiła wrażenie, że nie słyszy niczego, co jej nie odpowiadało. 
Ale  dzieci  to  był  jej  ulubiony  temat.  Wyszła,  sapiąc,  z  pokoju 
obok.  Silna,  z  siwą  głową.  Z  siedemdziesiątką  na  karku,  ale 
pełna życia. 
    - Czyjeż jest to urocze dziecko, Margaret? - zapytała. 

Maggi  uśmiechnęła  się.  Ciotka  Eduarda  była  Amerykanką 

drugiej generacji. Mówiła po angielsku jak nauczycielka, ale po 
portugalsku  jak  miłośniczka  tego  języka.  I  przenigdy  nie 
nazwałaby Margaret... Maggi. 

-  Masz  rację,  ciociu.  To  śliczne  dzieciątko.  Należy  do  tego 

pana. On nazywa się Dailey. 

-  Dailey?  -  Umysł  ciotki  Eduardy  pracował  intensywnie. 

Powoli, ale zdecydowanie. - Nie, nie znam żadnego takiego. Ale 
pamiętam jakiegoś d’Avida. Może krewny? 

W  mgnieniu  oka  John  Dailey  jakby  zaczął  się  zmieniać  z 

potwora  w  dżentelmena.  Ciotka  Eduarda  podała  mu 
pomarszczoną rękę. Wziął jej dłoń delikatnie w swoje ogromne 

łapsko,  a  uśmiech,  który  rozjaśnił  mu  twarz,  był  pełen 

łagodności. 

8

RS

background image

 

 

- Być może to krewniak - powiedział miękko, a jego głęboki 

bas  wydawał  się  pieszczotą.  -  Wiele  irlandzkich  rodzin  ma 
iberyjskich przodków. 

-  Mężczyźni  nie  wiedzą,  jak  radzić  sobie  z  niemowlętami  - 

powiedziała ciotka. - Podaj mi to dziecko. 

Wymiany  dokonano  i  Dailey  cofnął  się  o  krok,  uśmiechając 

się  do  obu  kobiet.  Dziecko  gaworzyło  i  przytulało  się  do 
ramienia  starszej  pani.  Maggi  pomyślała,  że  najmniej  pożądane 
byłoby dla niej wiązanie się z tym mężczyzną i jego dzieckiem. 
Trzeba  wiec  było  coś  zrobić,  żeby  rozbić  to  towarzystwo 
wzajemnej adoracji. 

- Dlaczego nie poprosi pan tutaj swojej żony, pani Dailey? 
- Tak się składa, że nie mam żony - odparł mężczyzna. 
- Każdy, kto ma dziecko, ma też żonę - prychnęła Maggi. 
- Czyżby? Dlaczego? 
Mimo swego wieku i życiowego doświadczenia Maggi wciąż 

miała  skłonność,  której  nienawidziła.  Mianowicie  łatwo 
oblewała się rumieńcem. Tak stało się również w tej chwili. Jej 
policzki  zaczerwieniły  się,  straciła  pewność  siebie  i 
wymamrotała tylko: 

- Dlatego! 
Dziecko zaczęło płakać. Ze wszystkich sił. I jego buzia także 

zaczerwieniła  się  mocno.  Lamentowało  na  cały  świat.  Maggi, 
która  nigdy  nie  miała  do  czynienia  z  istotą  poniżej  sześciu  lat, 
zaskoczona, cofnęła się parę kroków. 

- Nie mam żony - powtórzył Dailey. - Proszę potrzymać małą, 

lubi się mazgaić. Nazywa się Priscilla. 

Ciotka Eduarda  nie  miała  wprawdzie  ochoty  wyrzec  się  swej 

zdobyczy,  ale  podała  dziecko  z  takim  wyrazem  twarzy,  jakby 
chciała zachęcić Maggi do wzięcia małej istoty na ręce. 

-  Ja  mam  ją  wziąć?  -  zawołała  wystraszona  Maggi.  Jej 

niespokojne ręce pochwyciły jednak kopiące nóżkami niemowlę 
i  miękkie  ciałko  przylgnęło  do  jej  ramienia.  Słodycz  dziecka 

9

RS

background image

 

 

miała  hipnotyczny  urok.  Maggi  nie  chciała  mu  się  poddać,  ale 
rozumiała, że jest już za późno. Powtórzyła pytanie: 

- Więc gdzie jest matka małej? 
- Jak już powiedziałem, ona nie ma matki - odparł Dailey.  
-  A  teraz  proszę  przytulić  ją  do  siebie,  o  tak,  i  pogładzić  po 

pleckach, ale delikatnie... 

-  A dlaczego pan  jej  nie  gładził?  -  wyszeptała  z wyrzutem  w 

głosie. - Jaki wyrodny ojciec! 

- Nie jestem jej ojcem i nie zrobiłem jej krzywdy. 
-  Boję  się,  że  ześliźnie  mi  się  z  ramienia  -  powiedziała  z 

niepokojem. Zrobiła z rąk kołyskę i niemowlę zaczęło szukać jej 
piersi. - Ona jest głodna... 

- Nie jest głodna, nakarmiłem ją dziesięć minut temu. Wiem, 

o co chodzi. Proszę położyć ją na stole i połaskotać po brzuszku. 

Nim Maggi zdołała zaprotestować, John wyszedł na zewnątrz 

domu, zostawiając za sobą otwarte drzwi. Mike pobiegł za nim z 
radością, jak rozbrykany szczeniak. 

-  I  to  ma  być  pies  podwórzowy  -  z  przekąsem  powiedziała 

Maggi.  Kołysała  dziecko  w  ramionach  i  przemierzała  pokój  z 
kąta  w  kąt.  -  Wszystkowiedzący  -  szepnęła,  patrząc  na  plecy 
Johna,  gdy  pochylał  się  nad  czymś  jeszcze,  co  znajdowało  się 
wewnątrz  samochodu.  -  Nienawidzę  mężczyzn  arogantów, 
którzy podobno wiedzą wszystko. 

Ale o Maggi Brennan trzeba było powiedzieć, że jest uczciwa. 

Toczyła  więc  dalej  swój  wewnętrzny  monolog.  Ten  człowiek 
był  niewątpliwie  brzydki,  ale  to  jednak  prawdziwy  mężczyzna. 
Wielki, zdecydowany w działaniu, pewny wszystkiego, co robi. 
Nie  zadowala  Maggi  Brennan,  ale  można  iść  o  zakład,  że  w 
promieniu  dwudziestu  kilometrów  znajdzie  się  pięćdziesiąt 
kobiet,  które  by  uszczęśliwił.  Nawet  jeśli  niektóre  z  nich  na 
początku byłyby skłonne założyć mu na głowę papierową torbę. 

-  Och,  daj  spokój  tym  głupstwom  -  Maggi  ofuknęła  sama 

siebie. Dziecko, które dla zaczerpnięcia tchu na chwilę ucichło, 
zaczęło  znowu  grymasić.  -  Nie  mówiłam  do  ciebie,  dziecino  - 

10

RS

background image

 

 

Maggi  desperacko  tłumaczyła  się  przed  małą.  Położyła  ją  na 

środku  stołu  i  zaczęła  rozwijać  z  kocyka.  Małe  nóżki,  niczym 
teraz  nie  skrępowane,  z  wigorem  kopały.  Jedna  rączka 
powędrowała ku pucołowatej buzi, a kciuk znalazł się w ustach. 

Myśli  Maggi  wróciły  na  moment  do  przeszłości.  Mogła 

usłyszeć  swe  własne  słowa:  ,,Chcę  mieć  czworo  dzieci, 
Robercie". Były to letnie dni niezmąconego spokoju i szczęścia, 
tak dawno temu. Dni pełne radości,  a noce cudownej rozkoszy. 
Ale gdy lato odeszło, Robert także odszedł, a z nim wszelkie jej 
nadzieje. 

Po Maggi przebiegł dreszcz. Dziecko zapiszczało i wydusiło z 

siebie  prawdziwe  łzy.  Maggi  też  uroniła  jedną  i  próbowała 

łagodną perswazją uspokoić małą. Ciotka Eduarda poruszała się 
za  jej  plecami,  jakby  w  tańcu,  starając  się  zwrócić  na  siebie 
uwagę dziecka. Usłyszały kroki powracającego do domu Johna. 
Mimo  swojej  wielkości  i  ciężaru  poruszał  się  prawie 
bezszelestnie,  jak  pantera  o  miękkich  łapach.  Wyminął  obie 
kobiety  i  położył  na  stole,  obok  pierwszego,  drugie  identyczne 
zawiniątko. 

- A to jest Prudence - powiedział miękko, rozchylając koc. 
Płacząca  Priscilla  obróciła  główkę,  żeby  spojrzeć  na  drugą 

małą  istotę,  wciąż  uśpioną.  Jej  ruchliwe  rączki  po  omacku 
dotknęły drugiego dziecka. Zawodzenie zastąpił krótki kaszel, a 
potem  westchnienie  i  ostatecznie  szeroki  uśmiech.  Wtem 
Prudence  otworzyła  oczka  i  obie,  uszczęśliwione,  patrzyły  na 
siebie. 

- Jak dwie krople wody - wyszeptała Maggi. 
- Identyczne. To są bliźnięta - poinformował John. - Chcą być 

zawsze razem, tęsknią za sobą. 

- Chce pan powiedzieć, że cały ten płacz... 
-  Po  prostu  Prissy,  gdy  się  obudziła,  nie  zobaczyła  siostry 

obok siebie i stąd jej protest. Tak to jest, pani Brennan. Nie wie 
pani zbyt wiele o niemowlętach, prawda? 

11

RS

background image

 

 

-  Rzeczywiście  -  przyznała  Maggi  -  ale  mogę  się  nauczyć. 

Skąd pan wie, która z nich jest która? 

- Nie wiem - odparł John, śmiejąc się. - Ale mam nadzieję, że 

gdy  podrosną  i  zacznie  to  być  ważne,  znajdzie  się  ktoś,  kto 
potrafi je rozróżnić. 

Maggi  popatrzyła  na  niego,  połączona  tym  razem  z 

mężczyzną  wspólnym  zainteresowaniem.  Oboje  pochylali  się 
nad dziećmi i jego twarz była zaledwie o kilka centymetrów od 
jej  własnej.  Przyglądała  mu  się  znowu  uparcie  jak 
zahipnotyzowana.  Miał  rzymski  profil,  a  ten  garbek  pośrodku 
nosa robił wrażenie, jakby ktoś drugi był jego sprawcą. Ciemne 
oczy Irlandczyka, prawie czarne, były tak przejrzyste jak górskie 
jezioro.  Nie  golił  się  od  pewnego  czasu  i  twarz  pokrywał  mu 
rudy  zarost.  Nie  wiadomo  z  jakiego  powodu  miała  ochotę 
dotknąć  jego  policzka.  Jednak  oparła  się  temu  impulsowi. 
Osobliwa sytuacja, pomyślała. On nie ma żony, dzieci nie mają 
matki.  Jakiż  to  biologiczny  cud?  Poza  tym  John  powiedział,  że 
ktoś  inny,  a  nie  on  sam,  znajdzie  się  przy  dzieciach,  gdy  będą 
dorastały. O co tu właściwie chodzi? 

Prissy  albo  Pru,  w  każdym  razie  jedna  z  nich,  dostała 

czkawki. Dailey podniósł pierwsze z brzegu niemowlę i położył 
je jeszcze raz na stole, ale tak, aby dzieci stykały się ze sobą, od 
główek po pięty. Małe gaworzyły jeszcze przez chwilę, a potem, 
jakby  na  dany  sygnał,  dwie  pary  niebieskich  oczek  zamknęły 
się. 

- A teraz przejdźmy do naszego biznesu - powiedział John. 
- Biznesu? 
- Biznesu - powtórzył. - Jest trochę niezwykły. Może poprosi 

pani... 

- Ciotkę Eduardę? 
-  Właśnie.  Może  poprosimy  ciotkę  Eduardę,  żeby  przez 

chwilę popilnowała dzieci, a my przejdźmy do drugiego pokoju. 
Jest parę spraw, które muszę wyjaśnić. 

12

RS

background image

 

 

Ciotka szybko usadowiła się w fotelu na biegunach i gestami 

jakby  przyzywała  dzieci  do  siebie.  John  wziął  je  ze  stołu  i 
umieścił  w  ramionach  starszej  pani.  A  potem,  nim  Maggi 
zdołała  wypowiedzieć  choć  jedno  słowo,  ujął  ją  pod  rękę  i 
poprowadził do sąsiedniego pokoju. 

Czuła  się  osaczona.  Zdesperowana  opadła  na  fotel.  Stare 

sprężyny  zgrzytnęły.  Mężczyzna  rozejrzał  się  po  pokoju.  Nie 
wyglądał  na  zachwyconego,  co  wprawiło  Maggi  w  jeszcze 
większą złość niż poprzednio. Splotła ręce przed sobą i patrzyła 
na niego, jak przemierzał pokój tam i z powrotem. 

-  To  był  trudny  tydzień  -  powiedział  John  z  ciężkim 

westchnieniem.  Jeśli  oczekiwał  pociechy,  to  trafił  do 
niewłaściwego konfesjonału. - Te dwa maluchy - kontynuował - 
są  prawnuczkami  pani  Daugherty.  Ich  matka  umarła  przy 
porodzie.  Ojca  też  straciły,  zginął  podczas  walk  w  Ulsterze. 
Podjęto wobec tego kroki, żeby dziewczynki mogły zamieszkać 
w Ameryce, u swej prababki. Nie mają żadnych innych żyjących 
krewnych. 

- A pan? Pan nie jest ich krewnym? 
-  Nie,  ja  jestem  tylko  opiekunem  dzieci  na  czas  podróży. 

Ojcowie  miasta  Turoshish  dowiedzieli  się,  że  wybieram  się  do 
Ameryki  w  sprawach  zawodowych  i  zwrócili  się  do  mnie  z 
prośbą... Czy słyszała pani o Turoshish? 

- Nigdy w życiu. 
-  Znajduje  się  w  hrabstwie  Roscommon.  To  bardzo  ubogie 

miasteczko.  Wysłanie  dzieci  do  Ameryki  nie  byłoby  możliwe, 
gdyby  nie  darmowy  przelot  dla  maluchów,  mających  poniżej 
pięciu lat. No i zgłosiłem się na ochotnika, do opieki... 

-  Pan?  Mężczyzna?  Dlaczego  nie  wysłali  dzieci  z 

pielęgniarką? 

To  pytanie  wywołało  wreszcie  prawdziwy  uśmiech  na  jego 

twarzy. 

-  Wysłali,  nawet  z  dwoma!  -  powiedział  z  zadowoleniem.  - 

Ale  większość  naszych  irlandzkich  pielęgniarek  pracuje  już  w 

background image

 

 

amerykańskich  szpitalach.  Te  dwie  damy  musiały  zaraz  po 
przylocie  udać  się  do  swojej  nowej  pracy,  a  dzieci  i  ja 
zostaliśmy  zatrzymani  przez  urzędników  imigracyjnych,  dla 
dalszych  wyjaśnień.  A  jeśli  chodzi  o  opiekę  nad  dwojgiem 
małych dzieci, to nie ma w tym nic szczególnego. Każda kobieta 
to potrafi, a co jest w stanie zrobić kobieta, mężczyzna wykona 
to jeszcze lepiej. 

Ta cyniczna uwaga podsyciła gniew Maggi. 
-  Ogromnie  dużo  pan  potrafi  -  wymamrotała  -  ale  wciąż  nie 

wiem, dlaczego przywiózł pan dzieci do mnie? 

-  To  było  jedyne  możliwe  rozwiązanie,  które  przyszło  mi  do 

głowy.  Wylądowaliśmy  w  Bostonie  i  tam  bliźniaczki  się 
rozchorowały.  Kiedy  wreszcie  można  było  pojechać  na 
południe,  do  New  Bedford,  pani  Daugherty  nie  było  już  wśród 

żywych. 

-  Nie  daje  to  jednak,  w  dalszym  ciągu,  odpowiedzi  na  moje 

pytanie -  naciskała  Maggi.  -  Powtarzam:  dlaczego  przywiózł  je 
pan tutaj? 

-  Jest  to  trudniejsza  część  sprawy  -  powiedział  ponuro.  - 

Skontaktowałem  się  z  prawnikiem  pani  Daugherty.  Starsza 
niewiasta,  jak  można  się  było  spodziewać,  zapisała  wszystko 
bliźniętom,  a  panią  wyznaczyła  na  wykonawcę  jej  testamentu. 
Podobno  z  powodu  dobroci  pani  serca  i  zaufania  do  pani.  Tak 
jest  powiedziane  w  jej  ostatniej  woli.  Tak  oto  rzeczy  się  mają. 
Zlecono  mi  przewiezienie  dzieci  przez  wielką  wodę.  Zrobiłem 
to. Teraz pani jest ich prawnym opiekunem, zostawiam więc je 
tutaj i ruszam w powrotną drogę. 
     - Chwileczkę! - Maggi zerwała się z fotela, trzęsąc się cała z 
wrażenia.  -  Ja?  Wykonawcą  testamentu?  Dlaczego?  Ten  stary 
dom  pani  Daugherty  może  się  zawalić  w  każdej  chwili,  a 
ponadto ja nie wiem nic o wychowywaniu niemowląt! 

- No tak, ale zawsze może mieć pani do pomocy swoją ciotkę 

-  Dailey  powiedział  to  tak,  jakby  sprawa  już  więcej  go  nie 
obchodziła. 

14

RS

background image

 

 

-  Ciotkę,  która  ma  siedemdziesiąt  lat?  Chwileczkę,  cholerną 

chwileczkę.  -  Maggi  opadła  z  powrotem  na  fotel,  całkowicie 
rozstrojona.  -  A  w  ogóle  skąd  mam  wiedzieć,  czy  pan  nie 
zmyśla?  Skąd  mam  wiedzieć,  czy  pan  nie  jest  po  prostu 
kidnaperem? 

-  Słusznie,  gdzieś  tu  są  moje  listy  polecające.  Dodam,  że 

jestem  doradcą  prawnym.  Moja  wizytówka.  -  John  zaczął 
obmacywać kieszenie swej marynarki. - O, jest tutaj! - Wręczył 
Maggi  bilet  wizytowy  i  kopertę  z  adnotacją:  ,,Od  mera  miasta 
Turoshish". 

Maggi  wzięła  się  w  karby,  żeby  skupić  wzrok  na  kopercie. 

Był  to  ozdobny  list,  pisany  na  papierze  wysokiej  jakości,  z 
czerwoną  woskową  pieczęcią  u  dołu.  Nie  mogła  jednak 
rozpoznać  szczegółów  pieczęci.  Mój  Boże,  pomyślała,  to 
wszystko doprowadza mnie do szaleństwa, a jeszcze na dodatek 
tracę wzrok! 

-  Wydaje  mi  się,  że  nie  będę  mogła  tego  przeczytać  - 

wyszeptała. Pochylił się nad nią i na chwilę wziął list. Dostrzegł 
wtedy ślubną obrączkę na jej palcu. 

- Może wobec tego mąż przeczyta? 
Maggi  przełknęła  tę  uwagę  z  trudem.  Przypomnienie  było 

zbyt bolesne, zwłaszcza w takim dniu. 

- Jestem wdową - szepnęła ze ściśniętym gardłem. 
- Ach tak? - zdziwił się John. Pochylił się nad Maggi jeszcze 

raz i powiedział: - Ten list napisany jest po celtycku. Mają taki 
zwyczaj  w  zachodnich  hrabstwach  Irlandii.  -  Poklepał  się 
ponownie po kieszeniach i znalazł jeszcze jeden dokument.  

- Tutaj mam kopię testamentu pani Daugherty. 
Maggi  obawiała  się,  że  tego  także  nie  będzie  w  stanie 

przeczytać,  niezależnie  od  języka,  w  którym  rzecz  została 
napisana.  Na  szczęście  nie  musiała  się  do  tego  przyznać,  gdyż 
jedno z dzieci znowu zaczęło płakać. 

-  Nie  jestem  teraz  w  stanie  skupić  się  na  tych  sprawach  - 

powiedziała słabym głosem. - Czy mógłby pan zostać na noc, a 

15

RS

background image

 

 

jutro, być może, połapię się w tym wszystkim. Ponadto jest już 
późno i trudno by było gdzieś teraz jechać. 

 -  I  dodam,  ostatnie,  ale  nie  najmniej  ważne,  nie  mam 

najmniejszego  pojęcia,  co  począć  z  tą  dwójką  maluchów. - Ale 
tej myśli Maggi nie wypowiedziała na głos. 

- Przypuszczam, że mógłbym zostać - powiedział John.  
- Przywiązałem się do niemowlaków. 
Po  raz  pierwszy  od  chwili,  gdy  mężczyzna  pojawił  się  w  jej 

domu,  Maggi  Brennan  nie  była  całkiem  pewna,  czy  naprawdę 
go nienawidziła. Ale teraz nie miało to już większego znaczenia. 
Zakochała  się  bowiem  po  uszy,  nieprzytomnie.  Zakochała  się... 
w dwóch małych stworzeniach. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

16

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 
Maggi  wygrzebała  się  z  łóżka  za  piętnaście  szósta.  Tak  jak 

zwykle.  To  znaczy  w  godzinę  po  pianiu  koguta.  Był  to  stary 
nawyk, obowiązujący siedem razy w tygodniu. Trzeba wiedzieć, 

że  wybieranie  jajek  i  ich  sprzedaż  były  obecnie  jedyną 
dochodową  czynnością  na  farmie.  A  Maggi  należała  do  kobiet, 
które  potrafią  skupić  się  na  tym  co  najważniejsze.  Jednak  nie 
przychodziło jej to łatwo. Biorytm dziewczyny nigdy nie osiągał 
swego  szczytu  przed  jedenastą.  Dreptała  więc  teraz, 
półprzytomna,  na  bosaka,  po  zimnej  podłodze,  aż  znalazła  swe 
pantofle.  Gdy  podeszła  wreszcie  do  drzwi,  przypomniała  sobie 
nagle, że ma gości. 

W górnej części domu było cicho. Jakieś odgłosy  dochodziły 

natomiast  z  dołu.  Słabe  odgłosy.  Maggi  doczłapała  do 
dziecinnego pokoju,  który  mieścił  się  na  piętrze.  Ale  podwójne 
dziecinne  łóżeczko  było  puste.  Podobnie  jak  łóżko  Johna 
Daileya,  co  zauważyła  mimochodem,  mijając  uchylone  drzwi 
jego  pokoju.  Korytarz  był  długi  i  dwa  pomieszczenia, 
zajmowane przez ciotkę Eduardę, znajdowały się na jego końcu. 
Poprzedniego  wieczoru,  bez  większego  zastanowienia,  Maggi 
przydzieliła  Irlandczykowi  pokój  dokładnie  na  wprost  swojej 
sypialni. 

Czy Freud  miałby  coś  tutaj  do  powiedzenia?  -  zapytała  sama 

siebie,  ale  wiedziała  dobrze,  że  wybór  był  naprawdę 
nieprzemyślany. Przecież, mimo uroczego irlandzkiego akcentu, 
mężczyzna wciąż wydawał się jej osobnikiem nie do zniesienia, 
a to z powodu zbyt dużego mniemania o sobie. 

W  następstwie  życia,  i  to  przez  długie  lata,  w  domu  bez 

mężczyzn,  Maggi  nie  przywiązywała  większego  znaczenia  do 
ubioru. I niewiele teraz brakowało, a pojawiłaby się w kuchni na 
parterze  tylko  w  sięgającej  do  kolan  jedwabnej  koszulce  z 
koronkami.  Przy  czym,  uczciwie  mówiąc,  koronek  było  więcej 
niż  jedwabiu.  Uświadomiła  to  sobie,  zawróciła  do  sypialni  i 

17

RS

background image

 

 

narzuciła  starą,  zieloną  podomkę,  która  była  na  nią  w  sam  raz, 
gdy miała szesnaście lat. 

John  wykorzystał  pomysłowo  stary  kojec,  jeszcze  z 

dzieciństwa  Maggi.  Ustawił  go  w  kuchni  przed  kominkiem  i 
obie dziewczynki leżały w nim teraz, tuż przy sobie, gaworząc. 
Ruchoma  zabawka  rozciągnięta  była  w  poprzek  kojca.  Pół 
tuzina  plastykowych  motylków  obracało  się  w  strumieniu 
ciepłego  powietrza.  Tańczące  płomyki  ognia  w  kominku  także 
hipnotyzowały  dzieci.  Gdy  Maggi  podeszła  do  kojca,  małe 
obdarzyły ją delikatnym uśmiechem. 

Mike, olbrzymi dalmatyńczyk, występował w roli niani. Leżał 

rozciągnięty  na  kamiennej  posadzce,  między  dziećmi  a 
kominkiem, i niby czystym przypadkiem było, że znajdował się 
w najcieplejszym miejscu w całym domu. Dwie puste butelki po 
mleku  stały  na  środku  stołu.  Przynajmniej  są  nakarmione, 
pomyślała 

Maggi. 

Bliźniaczki, 

jakby 

odpowiedzi, 

zaszczebiotały. 

-  Gdzie  jest  wasz  tata?  -  zapytała  Maggi.  -  To  znaczy, 

chciałam powiedzieć,  wasz  wujek?  Czy  jak  go  tam nazywać?  - 
Bo  przecież  trudno  było  o  nim  mówić  jako  o  ,,irlandzkim 
wysłanniku"! 

Małe nie udzieliły jednak czytelnej odpowiedzi. 
Maggi  wzdrygnęła  się.  Lecz  nie  z  zimna.  Raczej  tak,  co 

zwykło  się  mówić  w  Nowej  Anglii,  jakby  coś  przeleciało 
właśnie  nad  jej  grobem.  Owinęła  się  dokładniej  podniszczoną 
podomką  i  przez  chwilę  myślała,  do  czego  powinna  się  teraz 
zabrać: do sprzątania kuchni czy do przygotowania sobie kubka 

świeżej  kawy?  Wybrała  to  drugie,  bo  sprzątaniem  kończy  się 
dzień, a  nie  zaczyna.  Sięgnęła  więc  po  czajnik i oparzyła  sobie 
palce. Ktoś bowiem postawił go na kuchence, na małym ogniu. 
Jakaś  przyjazna  dusza.  W  każdym  razie  nie  ciotka  Eduarda,  bo 
ona nigdy nie wstaje przed południem. 

John  był  niewątpliwie  troskliwym  człowiekiem,  niezależnie 

od  jego  innych  drażniących  cech.  Myślała  o  tym,  robiąc  sobie 

18

RS

background image

 

 

rozpuszczalną,  bezkofeinową  kawę.  Z  zewnątrz  dał  się  słyszeć 
jakiś odgłos. Z gorącym kubkiem w dłoniach Maggi podeszła do 
tylnych  drzwi  kuchni  i  wyjrzała  na  dwór  przez  szczelinę  w 
zasłonach.  Któż  to  mógł  być?  Oczywiście  ,,irlandzki 
wysłannik"! 

Był rozebrany do pasa. Patrzył z furią na jej stępioną siekierę. 

Otaczała  go  sterta  porąbanych  już  drew.  Pracuje  jak  drwal, 
pomyślała  z  podziwem,  i  przeklina  jak  drwal.  Miał  na  sobie 
tylko  wystrzępione  dżinsowe  szorty,  zasłaniające  to  co  zakryć 
trzeba.  Jest  w  nim  coś  więcej  niż  w  zwykłym  niedźwiedziu, 
myślała dalej i wypełniło ją dziwne podniecenie. 

Robert  także  obnażał  się  często.  Ale  Robert  był  wysoki  i 

chudy,  zbudowany  jak  wyścigowy  chart.  Ten  mężczyzna 
natomiast  składał  się  z  samych  muskułów,  od  barków  po  uda. 
Czy  nie  było  to  dziwne,  że  skojarzył  się  jej  z  Robertem?  W 
czasie  ostatnich  dwóch  lat  rzadko  wspominała  męża  i  jego 
smukłą  sylwetkę.  Nie  dlatego,  że  już  odszedł  w  przeszłość. 
Przeciwnie,  wspomnienia  o  nim  były  dla  niej  wciąż  nad  wyraz 
cenne.  Raczej  można  powiedzieć,  że  ustąpił  w  jej  umyśle  z 
pierwszego  planu  i  zajął  mały  kącik,  tak  jakby  miał  swój 
ołtarzyk  w  bocznej  kaplicy,  w  kościele  jej  życia.  Ale  Maggi  to 
skojarzenie  odczuła  boleśnie.  Postawiony  na  ołtarzu,  ale  w 
bocznej  kaplicy?  Tak  nie  powinno  być!  Myśl  owa  okazała  się 
jednak zbyt przykra, żeby  ją teraz dłużej rozważać. Powróci do 
niej kiedyś, przy stosowniejszej chwili. 

Tymczasem  John  Dailey  zakończył  swą  pracę.  Uderzył  z 

rozmachem  siekierką  w  pień  do  rąbania  drewna  tak,  że  ostrze 
zagłębiło  się  w  nim  do  połowy,  a  rękojeść  wibrowała  przez 
chwilę w porannym słońcu. Słabym tego dnia, przebijającym się 
z trudem przez mgłę. Irlandczyk wziął naręcze porąbanych drew 
i powolnym krokiem ruszył ku domowi. 

Maggi  zdała  sobie  sprawę,  że  dziwne  uczucie  przemieszcza 

się  w  niej  od  dołka  pod  piersiami  ku  plecom.  Ale  stłumiła 
szybko  ten  spazm.  Od  śmierci  Roberta  nie  przeżywała  niczego 

19

RS

background image

 

 

podobnego.  Tymczasem  myśl  powracała,  myśl,  która  nie 
powinna  przejść  przez  głowę  dobrej,  szanującej  się  katolickiej 
wdowie:  Ten  mężczyzna  zaraz  rzuci  całe  naręcze  drewna  tam 
gdzie stoi i...! 

-  Nie  jestem  tego  rodzaju  dziewczyną  -  szeptała  do  siebie 

wyniośle,  ale  całym  sercem  życzyła  sobie,  aby  tak  się  właśnie 
stało. 

Lepiej niech nie zaskoczy  mnie przy drzwiach, zreflektowała 

się,  bo  wyobrazi  sobie  coś  najgorszego.  Cofnęła  się  więc  ku 
kuchence  gazowej  i  wpadła  na  doskonały  pomysł,  aby  odegrać 
rolę  uprzejmej  gospodyni.  Gdy  więc  John  wkroczył  do  kuchni, 
połyskujący  od  potu,  podała  mu  szybko  kubek  gorącej  kawy. 
Przyjął  go  z  uśmiechem  wdzięczności.  A  gdy  narzuciła  mu 
jeszcze  na  plecy  ręcznik  i  zaczęła  go  wycierać,  ponownie 
wyraził swe uznanie. 

-  Co  za  rozkosz!  Mężczyzna  powinien  mieć  takie  właśnie 

życie. 

-  Dzień  dobry  -  Maggi  wydusiła  te  słowa  z  zaciśniętego 

gardła. W pewnej chwili ręcznik upadł na podłogę i zdała sobie 
sprawę, że masuje go gołymi rękami. 

- Jeśli o mnie chodzi, nie przerywaj - powiedział przymilnym 

głosem, powoli odwracając się przodem do niej. 

-  Ale  powinieneś  chyba  wziąć  prysznic  -  szepnęła.  -  Czy 

jadłeś już śniadanie? 

-  Nigdy  się  to  nie  zdarzyło,  odkąd  wszedłem  w  posiadanie 

tych  dwu  małych  szkrabów  -  powiedział  pogodnie.  -  Zabierają 
rankiem tyle  czasu, że o śniadaniu nie ma mowy. Ale dlaczego 
tak mi się przypatrujesz? 

- Ponieważ jesteś... niezwykły - odrzekła szczerze. 
-  Jesteś  jedynym  ze  znanych  mi  mężczyzn,  który  potrafi tyle 

zrobić dla dzieci i to w taki sposób. A przecież nie jesteś żonaty 
i  nie  wyniosłeś  z  domu  wzorów  do  naśladowania.  -  Mówiąc  to 
Maggi  zarumieniła  się  i  odsunęła  od  niego  na  bezpieczną 
odległość. 

20

RS

background image

 

 

- Tak, jestem rzeczywiście kawalerem - zaśmiał się. 
-  U  nas,  w  Irlandii,  mężczyźni  zwykle  żenią  się  później.  A 

poza tym... 

Przez ciało Maggi znowu przebiegł dreszcz. John podszedł do 

swojej sportowej torby, która leżała w kącie wśród wielu innych 
pakunków  i  pudełek,  nieodzownych,  gdy  ma  się  pod  opieką 
dwójkę małych dzieci. 

- A poza tym? - Maggi powtórzyła jak echo. 
-  A  poza  tym  mam  coś  takiego  -  odparł  i  wyciągnął  z  torby 

podniszczoną  książeczkę,  po  czym  zamachał  nią  przed  oczami 
Maggi.  -  ,,Opieka  nad  dziećmi  i  sposoby  karmienia  ich",  autor 
Leonard Appleby, Dublin, 1927. 

-  To  jest  twoja  mądrość?  -  wybąkała,  gdy  podszedł  do  niej  i 

wetknął jej poradnik w rękę. - Nie można przecież wychowywać 
dzieci opierając się tylko na książce, przy tym tak starej! 

-  Nonsens,  pani  Brennan  -  to  mówiąc  John  poklepał  okładkę 

książki. - Przeczytaj ją, są tu najlepsze wskazania pod słońcem. 

-  Pewnego  dnia  potwornie  rozboli  cię  głowa  -  powiedziała  z 

przekąsem. 

- A to dlaczego? 
- Gdyż pęknie ci czaszka od nadmiaru mądrości. 
- Ty mały diabełku! - wykrzyknął John. 
Maggi  w pierwszej  chwili  myślała,  że  wprawiła  go w gniew. 

Ale jemu kąciki ust zadrgały, a potem pochylił się... i pocałował 
ją. 

Maggi Brennan nie całowało zbyt wielu mężczyzn, ale Maggi 

Paiva  brała  udział  w  tej  grze  od  czternastego  roku  życia  i 
wiedziała to i owo o sztuce całowania. Czy może zdawało się jej 
tylko, że wiedziała? 

Po pierwszym pocałunku Johna oczekiwała ataku namiętności 

ze strony wielkiego, silnego mężczyzny. Tymczasem jego wargi 
okazały się ciepłe, wilgotne i delikatne. Smakowały jej. Mocny 
zapach mężczyzny napełnił ją i obudził uśpioną gdzieś głęboko 
kobiecość. Działo się tak, jakby otrząsnęła się ze snu. 

21

RS

background image

 

 

Trzymał ją w objęciach lekko, tak aby czuła jego ramiona, ale 

nie  na  tyle  mocno,  żeby  stłumić  jej  pożądanie.  Po  sekundzie 
Maggi  zrozumiała,  że  byli  zbyt  oddaleni  od  siebie.  Upuściła 
więc na ziemię książkę, którą wciąż trzymała w rękach, wspięła 
się  na  palce  i  zarzuciła  Johnowi  ręce  na  szyję.  W  odpowiedzi 
jego ramiona zacisnęły się bardziej, uniósł ją lekko ku górze tak, 

że  piersi  Maggi  przylgnęły  do  obnażonego  torsu  mężczyzny. 
Dzieliła  ich  tylko  podomka.  Pocałunek  był  tak  długi,  jakby  nic 
innego na świecie się nie liczyło. 

John jęknął... I wtedy Prissy zaczęła płakać, chcąc zwrócić na 

siebie uwagę. A może była to Pru? 

Zesztywnieli nagle. John oderwał się od jej ust, chociaż nadal 

trzymał  ją  w  objęciach.  Maggi  dyszała  ciężko,  z  trudem  łapiąc 
powietrze.  Jej  gorączka  jednak  opadała,  on  także  uspokoił  się  i 
opanował. Ale w oczach miał blask przedtem niedostrzegalny... 
Dzieci  płakały  już  w  duecie.  Maggi  zbyt  wyczerpana,  zbyt 
oszołomiona, żeby zwracać uwagę na coś innego, nadal tuliła się 
do Johna. Jej zgłodniałe oczy mówiły mu wszystko. Ale on nie 
patrzył  już  na  kobietę.  Ponad  jej  ramieniem  rozważał,  czego  w 
tej chwili potrzeba bliźniętom. 

Gdy  stopy  Maggi  dotknęły  znowu  ziemi,  zachwiała  się.  Ten 

ruch sprawił, że John znowu spojrzał na nią. I uśmiechnął się. 

-  No  cóż,  trudno,  Maggi  -  powiedział  z  odrobiną  ironii.  - 

Uspokójmy się na chwilę, chcę z tobą pomówić. 

Słowa  te  były  jak  kubeł  lodowatej  wody.  W  jednej  chwili 

gniew  pojawił  się  w  miejcu  pożądania.  Gniew  i  może  jeszcze 
odrobina zażenowania. 

- Wiem, co chcesz powiedzieć - warknęła, cofając się o krok i 

poprawiając  pasek  od  podomki,  który  nieco  się  obluzował.  - 
Ale, panie Dailey, niech ci się nie wydaje, że dlatego, iż jestem 
wdową,  potrzebne  mi  są  usługi  ogiera.  -  Zdanie  to  zaczęła 
mówić szeptem, a zakończyła niemal krzycząc. Traciła wyraźnie 
kontrolę  nad  sobą.  Spotęgowany  płacz  dzieci  przerwał  dalszy 
potok jej słów. Maggi, sama tym swoim wybuchem zaskoczona, 

22

RS

background image

 

 

położyła  rękę  na  ustach  i  spojrzała  na  mężczyznę  szeroko 
otwartymi oczami. 

-  Nie,  oczywiście,  że  nie  potrzebujesz  ogiera  -  zgodził  się 

John,  a  ona  odniosła  wrażenie,  jakby  na  jego  twarz  spadła 
zasłona. Uśmiech gdzieś się zgubił. - Niech pani posłucha, pani 
Brennan  -  mówił  dalej,  biorąc  równocześnie  na  ręce  jedno  z 
dzieci  i  uspokajając  je.  -  Musimy  być  ze  sobą  szczerzy  -  dodał 
po chwili. 

Maggi,  która  wzięła  na  ręce  drugie  niemowlę,  popatrzyła  na 

Johna uważnie. 

- Szczerzy? 
-  Tak  -  powtórzył  -  szczerzy.  Nie  mam  nic  przeciwko  temu, 

żeby  pozostać  tu  parę  dni  i  pomóc  ci,  że  tak  powiem,  stanąć 
mocno na ziemi. Dodam, że nie spieszy mi się do ołtarza ani nie 
mam 

zamiaru 

pełnić 

funkcji 

ogiera 

wobec 

pewnej 

amerykańskiej wdowy. Zatem nie odmawiaj mi tego, o co nigdy 
nie prosiłem! Rozumiemy się? 

Maggi była tak wstrząśnięta, że omal nie wypuściła dziecka z 

rąk. 

-  Bardzo  ci  dziękuję  -  wydusiła  z  siebie.  Zaciskając  oczy, 

próbowała przywołać wizerunek Roberta. Drogiego, pogodnego, 
kochającego  Roberta.  Ku  jej  pełnemu  zaskoczeniu,  nie  pojawił 
się  jednak  żaden  obraz.  Nie  potrafiła,  mimo  że  bardzo  chciała, 
przypomnieć sobie, jak wyglądał jej zmarły mąż. Był to dla niej 
prawdziwy  szok,  który  sprawił,  że  zesztywniała  i  gwałtownie 
odsunęła  się  od  Johna.  W  chwilę  potem  opanowała  się,  ale  on, 
jak się wydawało, nie zauważył tej zmiany. 

Maggi  włożyła  dziecko  do  kojca.  Natychmiast  rozległ  się 

wrzask.  Zupełnie  się  tym  nie  przejmując,  podeszła  do  tylnych 
drzwi,  założyła  buty,  stojące  w  ciemnym  kącie,  i  owinęła  się 
peleryną. 

-  Co  zamierzasz  teraz  robić?  -  zapytał  John,  a  wyraz 

niezadowolenia  natychmiast  pojawił  mu  się  na  twarzy.  - 
Dzieci... 

23

RS

background image

 

 

- To jest farma - warknęła Maggi. - Jeśli kury przestaną znosić 

jajka, nie będzie co jeść, a nie znoszą jajek, gdy nie są karmione. 
-  Po  tych  słowach  trzasnęła  drzwiami  i  pomaszerowała w  górę, 
do  kurników.  Miała  ich  cztery,  na  dwie  setki  niosek  i  cztery 
koguty. Nienawidziła tej roboty, ale kury były jej ostatnią deską 
ratunku. 

- Nikt nie wyżyje tutaj z gospodarstwa rolnego 
- powiedział jej ojciec dwa lata temu. - Popatrz wokoło, moje 

dziecko.  Zapracujesz  się  na  śmierć.  Sprzedaj  ziemię  i  żyj  z 
uzyskanego kapitału. 

- Mam pozbyć się farmy dziadka? 
- Nie przewróci się od tego w grobie, kochanie 
- uspokajała ją matka. - Twój dziadek był bardzo praktycznym 

człowiekiem.  Zdał  sobie  sprawę,  że  to  koniec  pieśni,  gdy  jego 
własny  syn  odmówił  przejęcia  farmy  i  stał  się  analitykiem 
komputerowym. 

Maggi  dorastała  przy  dziadku  i  ceniła  sobie  to  samo  co  on. 

Wiedziała 

doskonale, 

iż 

opracowywanie 

programów 

komputerowych  jest  wysoce  opłacalnym  zajęciem,  jednak  jej 
upór  sprawił,  że  nie  chciała  się  poddać.  Napełniła  więc  teraz 
karmniki  odpowiednią  mieszanką  i  zebrała  jajka,  przeklinając 
smród  kurników.  Pomyślała  o  podejściu  dziadka  do  życia  i 
podjęła  dwie  decyzje.  Po  pierwsze,  jeśli  ma  się  zająć 
bliźniętami,  to  nauczy  się,  jak  to  trzeba  robić,  a  po  drugie, 
pozbędzie  się  jak  najszybciej  tego  władczego  irlandzkiego 
prawnika.  Przy  okazji  przypomniała  sobie,  że  uprawianie 
zawodu  prawnika  nie  jest  specjalnie  szacownym  zajęciem.  Jak 
zawsze  mówił  wuj  Jaoa,  to  trochę  gorzej  niż  handlowanie 
używanymi samochodami. A wuj wiedział, co mówi, bo sam był 
prawnikiem. 

Po  godzinie  dwanaście  tuzinów  świeżych,  brązowych  jajek 

czekało  na  paletach  na  transport  do  supermarketu.  Kury  były 
nakarmione,  podobnie  jak  kot  rezydent,  kurniki  wysprzątane,  a 
w krzyżu Maggi pojawił się piekący ból. 

24

RS

background image

 

 

Przeciągnęła  się  dla  rozprostowania  kości  i  zatrzymała  na 

chwilę, aby popatrzeć na wzgórze, na którym dziesięć hektarów 
obsianych  było  kukurydzą.  Słodką,  nazywaną  chlebem  z 
masłem.  Całe  dziesięć  hektarów  obsianych  kukurydzą, 
wymęczonych,  wymodlonych.  A  jednak,  gdy  ulewne  deszcze 
spadły  dwa  tygodnie  temu,  ziarno  zostało  wypłukane  z  ziemi  i 
spłynęło  w  dół  ze  wzgórza.  Wliczając  koszt  ziarna,  była  to 
ogromna  strata.  Maggi  pokręciła  głową  z  rezygnacją. 
Zastanowiła  się  przez  chwilę  nad  rozwiązaniem  innych  jeszcze 
problemów,  a  potem  ruszyła  w  dół,  ku  domowi.  Zrzuciła 
robocze buty i weszła do kuchni. 

John Dailey popatrzył na nią tak, jakby wyszła na chwilę, na 

przykład przypudrować nos. 

-  Śniadanie  gotowe  -  powiedział  tonem,  który  miał 

wskazywać, że była to większa operacja. – Owsianka - dodał. 

Po chwili każde z nich trzymało w jednej ręce niemowlę, a w 

drugiej  plastykową  łyżkę  i  ładowało  do  małych  usteczek  płatki 
owsiane,  wymieszane  z  ciepłym  mlekiem.  Czynność  ta 
przypominała  podrzucanie  węgla  do  paleniska  parowej 
lokomotywy w starym stylu. 

-  Po  czym  poznajesz,  u  licha,  że  dziecko  ma  już  dość?  - 

zapytała płaczliwie. 

- Kiedy mała zaczyna wypluwać jedzenie - odparł - znaczy to, 

że już jest najedzona. 

-  Powinno  się  instalować  jakieś  przyrządy  pomiarowe  - 

wymamrotała, obserwując mężczyznę kątem oka. John miał bez 
wątpienia talent do dzieci. I powinno się lubić chłopa, który tak 
lubi  dzieci,  pomyślała.  Ale  natychmiast  zmieniła  zdanie.  Do 
diabła, nie! Nie musiała go lubić! 

O  dziewiątej  dzieci  były  nakarmione  i  wszystkie  czynności 

przy nich zostały wykonane. 

- A teraz czas na kąpiel - powiedział John. 
- Na kąpiel, rano, w wannie? 

25

RS

background image

 

 

-  Dwa  razy  ,,tak",  raz  ,,nie"  -  odparł  John.  -  Trzeba  je 

wykąpać,  bo  się  zabrudziły.  Lubię  to  robić  rano,  bo  to  mi 
odpowiada.  A  jedno  ,,nie",  bo  nie  w  wannie.  Masz  duży  zlew 
kuchenny i pomyślałem sobie, że moglibyśmy używać go w tym 
celu. Jest dostatecznie szeroki, aby pomieścić obie panienki. 

-  Czy  wiesz,  że  doprowadzasz  mnie  do  wściekłości?  - 

wycedziła przez zaciśnięte zęby. 

Uśmiechnął  się  do  niej  lekko,  co  dodatkowo  ją  rozzłościło,  i 

łokciem sprawdził temperaturę wody. Potem wziął na ręce Pru 
albo Prissy, mówiąc z dumą: 

- Patrz uważnie: tak się je kąpie! 
O  jedenastej  Maggi  była  całkowicie  wyczerpana.  Bliźniaczki 

gruchały  do  siebie,  leżąc  na  dywanie  w  saloniku.  Aby  do  tego 
mogło  dojść,  trzeba  było  całe  pomieszczenie  wysprzątać  i 
najdokładniej  odświeżyć.  Maggi  przedtem  robiła  to  często. 
Nieraz nawet dwa razy do roku. 

Mała  pozytywka,  umieszczona  we  wnętrzu  pluszowego 

niedźwiadka,  grała  miłą  melodyjkę.  Mike  objął  ponownie 
funkcję niani, sadowiąc się między kominkiem a dziećmi. Stare 
okratowanie  i  osłony  do  kominka,  odnalezione  na  strychu, 
zostały oczyszczone i ustawione na nowo gdzie trzeba. Kuchnię 
również  pucowała  tak  długo,  aż  John  Dailey  był  wreszcie 
usatysfakcjonowany.  Maggi,  sprowadzona  we  własnym  domu 
do roli sprzątaczki, podeszła do wielkiego fotela i osunęła się na 
niego  jak  bezwładna  marionetka,  której  odcięto  wszystkie 
sznurki.  Gdy  patrzyła  teraz  na  Johna,  widziała  w  nim,  w  swej 
wyobraźni,  garbatego  dzwonnika  z  Notre  Dame,  ale  zupełnie 
pozbawionego dodatnich cech charakteru tamtego. 

Władczym krokiem Irlandczyk obszedł jeszcze raz kuchnię. 
-  Wszystko  tutaj  musi  być  całkowicie  antyseptyczne  - 

zamruczał  i  sprawdził  czystość  zbiornika,  w  którym 
sterylizowało  się  pół  tuzina  butelek.  Zważył  w  ręce  czajnik,  w 
którym  gotowała  się  woda  potrzebna  do  zabiegów  następnego 
dnia.  Wyciągnął  tuzin,  czy  więcej,  małych  buteleczek  z 

26

RS

background image

 

 

soczkami  i  odżywkami  dla  dzieci,  ustawił  je  na  półce  i 
powiedział: - Musimy wkrótce pojechać po zakupy. 

-  Być  nie  może  -  kpiąco  powiedziała  Maggi,  przeczesując 

włosy  rozstawionymi  palcami  ręki  i  sadowiąc  się  głębiej  w 
fotelu.  -  Już  jedenasta,  a  ja  wciąż  nie  jestem  ubrana  -  sama  się 
strofowała.  -  Nocna  koszula  prawie  opada  ze  mnie,  muszę 
poddać się kondycyjnej zaprawie, inaczej będzie ze mną źle. 

John wyszedł z pokoju ze słowami: 
- Wezmę prysznic. 
-  Na  Boga,  co  za  poganiacz  niewolników  z  tego  chłopa  - 

mruknęła Maggi do siebie. 

W  tym  momencie  odezwał  się  telefon.  Jego  dzwonek 

wstrząsnął  bliźniaczkami  i  wydawało  się,  że  Prissy  ma  zamiar 
rozbeczeć  się  na  dobre.  Maggi  uniosła  się  z  trudem  z  fotela, 
gestem  próbując  uspokoić  dzieci.  Chwyciła  słuchawkę,  nim 
rozległ się drugi dzwonek. 

- Halo - powiedziała ze złością. - Pan niepokoi moje dzieci! 
-  Bardzo  mi  przykro  -  głos  mężczyzny  wydawał  się 

zaskoczony.  Maggi  była  w  takim  nastroju,  że  reakcja  osoby 
telefonującej była jej całkowicie obojętna. 

-  A  kim  pan  jest?  -  zapytała  obcesowo  z  lekceważeniem 

typowym dla dumnej mieszkanki Nowej Anglii. 

-  No  więc...  moje  nazwisko...  Smali  -  przedstawił  się.  -  Z 

firmy  Smali,  Smali  i  Ditmore,  pani  Brennan.  Byliśmy 
adwokatami pani Daugherty aż do jej śmierci. 

-  Ach  tak!  -  Maggi  prawie  krzyknęła.  -  To  wy  jesteście  tą 

bandą,  która  wpędziła  mnie  w  ten  koszmar!  Co,  u  diabła, 
wyobrażaliście  sobie,  robiąc  ze  mnie  wykonawcę  testamentu 
zmarłej? 

-  Nie  powinnaś  krzyczeć,  gdy  masz  małe  dzieci  w  domu  - 

powiedziała  ciotka  Eduarda,  drepcząc  pospiesznie  po  schodach 
w dół i biorąc na ręce to dziecko, które właśnie zaczęło płakać. 

Maggi niecierpliwie machnęła ręką. 

27

RS

background image

 

 

-  Czy  mam  rozumieć,  że  dzieci  już  przyjechały?  -  spytał 

Smali. 

-  Może  pan  rozumieć,  co  pan  chce!  -  prychnęła  Maggi.  - 

Powtarzam pytanie: o co w tym wszystkim chodzi? 

-  To  był  wyłącznie  pomysł  pani  Daugherty  -  powiedział 

prawnik,  jakby  broniąc  się.  -  Pani  nazwisko  nie  schodziło  z  jej 
ust.  Mówiła,  że  pani  jest  już  jedyną  chrześcijańską  duszą 
pozostałą  w  Dartmouth.  Powtarzała  nam  wielokrotnie,  jak  to 
pani przyniosła jej obiad, gdy była chora... 

- Zdarzyło się to raz na dwadzieścia lat - przerwała mu Maggi. 

- Czy uwierzy pan? Karetka pogotowia przywiozła ją ze szpitala 
do domu. Musiałam przecież coś dla niej zrobić. Podałam więc 
jej tacę z resztkami mojego posiłku i... 

-  I  to  właśnie  zapadło  jej  w  sercu  na  zawsze  -  powiedział 

prawnik, a w słuchawce rozległo się coś na kształt śmiechu. 

-  To  nic  zabawnego  -  odburknęła  Maggi.  -  A  poza  tym,  do 

diabła,  co  ja  wiem  na  temat  wychowywania  niemowląt?  I  to 
dwóch naraz! 

-  Dodam  -  kontynuował  prawnik  -  że  w  testamencie  nie  ma 

nic,  co  zmuszałoby  panią  do  pełnienia  roli  opiekunki,  pani 
Brennan.  Od  pani  wymaga  się  tylko  administrowania 
nieruchomością. Może pani, na przykład, przekazać te sieroty do 
Stanowego Wydziału Opieki nad Dziećmi. 

- Nie mogłabym tego zrobić! - wybuchnęła. - Proponuje pan, 

żeby oddać te dwa kochane maleństwa do sierocińca czy czegoś 
w tym rodzaju? Przenigdy! 

-  Godna  pochwały  postawa  -  oświadczył  pan  Smali, 

odchrząkując.  -  A  może  chciałaby  pani  wynająć  kogoś  do 
pomocy? Kogoś, kto miałby powód zatrzymać się w tej okolicy, 
oczywiście zatrzymać się tylko tymczasowo. 

-  Nie  mogę  sobie  na  to  pozwolić!.  -  powiedziała  Maggi  z 

rezygnacją  w  głosie.  -  Z  trudem  wystarcza  mi...  -  Myśli  tej  nie 
dokończyła,  bo  przecież  nie  było  sensu  opowiadać  całemu 

światu o tym, jakie ma problemy. 

28

RS

background image

 

 

-  Jeśli  nosi  się  pani  z  zamiarem  sprzedania  domu  pani 

Daugherty  -  ciągnął  prawnik  -  to  uzyska  się  z  tego  pokaźny 
dochód. Biorąc pod uwagę, jak ceny domów idą ostatnio w górę, 
sądzę,  że  za  tę  nieruchomość  można  dostać  około  stu  tysięcy 
dolarów.  A  my,  oczywiście,  moglibyśmy  udzielić  zaliczki  na 
konto  tej  transakcji.  Czy  wobec  tego  chciałaby  pani  wystawić 
dom na sprzedaż? 

- Na sprzedaż? - Przez głowę Maggi przeleciała znowu masa 

wątpliwości. - Ten dom się rozpada! Ma prawie dwieście lat... 

-  Jeśli  tak  -  odparł  prawnik  -  to  przypuszczam,  że  będzie 

można wyciągnąć nawet sto czterdzieści tysięcy. W dzisiejszych 
czasach za rzeczy antyczne można dostać wyższą cenę. 

- Ale tam dach przecieka. 
-  Będzie  to  dla  nas  dodatkowym  dopingiem,  pani  Brennan, 

sprawdzianem naszych umiejętności. Więc jak? Sprzedajemy? 

- Ja mam zdecydować? I to wszystko? 
-  Tak,  i  to  wszystko,  pani  Brennan.  Z  dochodu  z 

nieruchomości  opłacać  się  będzie  wszelkie  wydatki  związane  z 
pobytem  dziewczynek  u  pani.  Na  przykład,  ubranka  trzeba 
często  prać.  Dlatego  można  będzie,  między  innymi,  kupić 
pralkę. 

-  A  co  z  moim  przeciekającym  dachem?  -  zapytała  Maggi  z 

nadzieją w głosie. 

-  Nic  -  odpowiedział  prawnik,  jakby  lekko  rozbawiony.  - 

Naprawa  dachu  w  domu  po  pani  Daugherty  jest  możliwa,  ale 
pani  własnego,  nie.  Proszę  przy  tym  pamiętać,  że  tamta 
nieruchomość  jest  mała,  a  poza  tym  są  jeszcze  do  zapłacenia 
zaległe rachunki za leki pani Daugherty. 

- Wróćmy jeszcze do ewentualnej zaliczki na konto sprzedaży 

domu - powiedziała Maggi. - Jak wielka mogłaby być? 

Pan  Smali  wymienił  sumę,  która  sprawiła,  że  Maggi  omal 

ugryzła się w język. Po czym wykrztusiła: 

- No to sprzedajemy! 
Gdy odkładała słuchawkę, poczuła na ramieniu dotyk ręki. 

29

RS

background image

 

 

- Jakieś kłopoty? - zapytał łagodnie John Dailey. 
- Nic szczególnego - odpowiedziała, mierząc go wzrokiem od 

góry  do  dołu  i  myśląc  szybko:  Może  zrobić  go  moim 
adwokatem?  Ale  przecież  on  nie  ma  prawa  do  działania  w 
Stanach  Zjednoczonych  jako  prawnik.  Faktycznie  jest 
bezrobotnym.  Oczywiście,  ogolony,  wykąpany,  przyzwoicie 
ubrany  wygląda  na  wysokopłatnego  bezrobotnego.  Zapytam  go 
o zdanie, pomyślała, ale nie w tej chwili. Sama prawie że gubię 
koszulę, podczas gdy on wygląda teraz jak lord. 

-  Porozmawiamy  później  -  powiedziała  do  Johna.  Podniosła 

się z fotela i skierowała ku schodom. 

Na piętrze było znacznie chłodniej. Wprawdzie zaczął się już 

maj  z  jasnymi,  pełnymi  słońca  dniami,  ale  oddalając  się  od 
ciepła płynącego z kominka, można było dostać gęsiej skórki. A 
może  jej  stan  ducha  był  następstwem  rannych  przeżyć?  To 
pytanie prześladowało ją, gdy weszła do łazienki i rozebrała się. 
A może sam John nie dawał jej spokoju? Chodziłoby przy tym o 
coś  więcej  niż  tylko  o  jego  niewątpliwą  męską  charyzmę.  A 
miał jej w sobie przecież niemało. 

Stojąc  pod  prysznicem,  sięgnęła  po  mydło  ,,Irlandzka 

wiosna".  Miało  cudowny  zapach.  Maggi  myślała  dalej:  Jeśli 
bierzesz  to  wszystko  za  wojnę  płci,  za  walkę  między  kobietą  i 
mężczyzną,  to  zapomnij  o  tym  i  poddaj  się.  Nie  masz 
odpowiedniego  oręża  do  dyspozycji.  Kapitulacja  oszczędzi  ci 
wiele czasu i udręki. 

Jej  ślubny  pierścionek  połyskiwał  na  palcu  w  strumieniach 

wody.  Dłoń,  na  której  się  znajdował,  skierowała  się  ku  pełnej 
piersi i zaczęła ją pieścić, co wywołało wspomnienia. Ale Maggi 
nie  myślała  już  o  Robercie.  Po  chwili,  siłą  przyzwyczajenia, 
owinęła ręcznik wokół bioder, zgarnęła nocną bieliznę i wyszła 
z łazienki, kierując się do swego pokoju. Nagle zobaczyła przed 
sobą  Johna,  który  stał  z  ustami  na  pół  otwartymi,  z  wyrazem 
pełnego  zaskoczenia  na  twarzy.  On  pierwszy  odzyskał 
panowanie nad sobą. 

30

RS

background image

 

 

-  Przyszedłem  na  górę  po  ubranka  dzieci  -  powiedział,  lecz 

było jasne, że nie o to mu chodziło. - Chcę je zabrać na spacer. 

Maggi uniosła brwi i stała nieruchomo przed nim. 
-  Co  za  wspaniały  widok  -  powiedział  ochryple,  jakby  coś 

stanęło mu w gardle. 

Poszła  za  jego  wzrokiem,  skłaniając  głowę  powoli  w  dół,  aż 

zobaczyła  swoje  nagie,  jędrne,  sterczące  piersi.  To  one, 
oczywiście, były obiektem zainteresowania Johna. 

-  Och,  Boże!  -  wyszeptała  i  uciekła  do  swego  pokoju. 

Wprawdzie  zatrzasnęła  drzwi  za  sobą,  ale  długo  słyszała  ten 

śmiech,  głęboki, mocny, jakby poruszający ziemię. Brzmiał jej 
wciąż w uszach, gdy opadła na łóżko, pełna wstydu, lecz chyba 
także trochę dumna z siebie. 

Gdy zeszła na dół po odpowiednio długim czasie, była ubrana 

dokładnie  od  szyi  po  kostki.  Od  góry  biała  bawełniana  bluzka 
pełna  na  froncie  zakładek,  dalej  spodnie  w  morskim  kolorze, 
robiące wrażenie nieco przyciasnych. W talii, aby ją podkreślić, 
choć  było  to  zbyteczne,  szeroki  pas  skórzany.  I  buty  na 
wysokich  obcasach,  bo  dziewczynie  w  jej  sytuacji  potrzebne 
było jakieś podwyższenie. Miała przecież do czynienia nie tylko 
z  mężczyzną  wysokim,  potężnym,  ale  także  przykrym, 
nieznośnym. 

Siedział  w  saloniku,  czytając  poranną  gazetę.  Dzieci 

baraszkowały  spokojnie  na  dywanie,  pozostawione  same  sobie. 
Gdy Maggi pojawiła się, John odłożył gazetę, jak sędzia mający 
właśnie ogłosić wyrok śmierci. 

- Wziąłem je na spacer, a potem dałem im drugie śniadanie. - 

W domyśle było: a co ty tam w tym czasie robiłaś? 

-  Robienie  ze  sobą  porządku  zajęło  mi  tym  razem  trochę 

więcej  czasu  niż  zwykle  -  wyjaśniła  i  niepotrzebnie  oblała  się 
rumieńcem.  Co  mu  do  tego,  pomyślała  sobie.  Jest  przecież  u 
mnie tylko gościem. On i jego małe urocze dziewczynki. Mogę 
go  stąd  wyrzucić  w  każdej  chwili,  a  dzieci  zatrzymać, 
przekonywała w duchu sama siebie. 

31

RS

background image

 

 

-  Mniejsza  z  tym!  -  John  lekceważąco  machnął  ręką.  - 

Musimy poważnie porozmawiać. 

Maggi,  idąc  przez  pokój,  żeby  usiąść  w  fotelu  najbardziej 

oddalonym od tego mężczyzny, myślała nadal: To jest mój dom, 
ja tu decyduję. 

- Rzeczywiście musimy omówić pewne sprawy - powiedziała 

zuchwale. Obciągnęła bluzkę, wyprostowała plecy. - Chyba nie 
orientuję  się  w  pełni,  jak  to  jest  z  tymi  wizami  przyjazdowymi 
do  nas  -  zaczęła,  a  on  ze  zrozumieniem  skinął  głową.  -  Jak 
wygląda twoja sytuacja i sytuacja dzieci? 

- Z dziećmi nie ma żadnego problemu - stwierdził. - Ich ojciec 

był  obywatelem  amerykańskim,  ich  matka  miała  zieloną  kartę, 
czyli pozwolenie na pracę tutaj. A babka oczywiście także była 
Amerykanką.  Biuro  do  Spraw  Imigracji  i  Naturalizacji  uznało 
dzieci za obywateli tego kraju. Będzie może trochę papierkowej 
roboty, ale nic więcej. 

- A co z tobą? 
-  Natomiast  jeśli  chodzi  o  mnie  -  powiedział,  sadowiąc  się 

głębiej  w  fotelu  -  sprawa  wygląda  inaczej.  Przyjechałem  tu  z 
turystyczną  wizą,  ważną  dziewięćdziesiąt  dni,  żeby  załatwić 
pewne sprawy. Po upływie tego czasu muszę wracać. Chyba że 
znalazłbym sobie jakieś zajęcie, uznawane przez wasze władze. 

- Ale nie łączące się z zawodem prawnika? 
- Właśnie. Wy, Jankesi, jak się wydaje, macie dość własnych 

prawników. 

- A co innego mógłbyś robić? 
- Trudno powiedzieć - odparł z wątłym uśmiechem. 
-  Nie  mam  żadnego  przeszkolenia  w  innym  zawodzie.  Mogę 

co  prawda  uprawiać  ziemię,  ale  Stany  Zjednoczone  nie 
potrzebują również farmerów. Godzą się natomiast na przyjęcie 
pod  swój  dach  wykwalifikowanych  rzemieślników,  jak 
hydraulicy,  pielęgniarki,  fachowcy  od  wszelkich  napraw.  Nie 
odrzucają  także  podań  ludzi,  pracujących  w  zawodach 
potrzebnych  Amerykanom,  których  jednak  oni  sami  nie  chcą 

32

RS

background image

 

 

wykonywać. Jak  na  przykład  pokojówki,  służące,  opiekunki  do 
dzieci... wiesz, co mam na myśli? 

Maggi  poruszyła  się  niespokojnie  na  swym  fotelu.  To,  co 

chciała zaproponować było po prostu najgłupszym z możliwych 
pomysłów.  Tylko  kobieta  przyparta  do  ściany  mogła  wpaść  na 
coś  podobnego.  Jedynie  kobieta  zakochana  po  uszy  w  małych 
istotkach,  a  bez  przygotowania  fachowego  i  pieniędzy 
potrzebnych  do  ich  utrzymania,  mogła  brać  coś  takiego  pod 
uwagę. Tylko kobieta, która nie była w stanie określić, jakie są 
naprawdę  jej  uczucia  wobec  dziwnego  Irlandczyka,  mogła 
wystąpić z podobną propozycją. 

-  Panie  Dailey  -  zapytała  uprzejmym  tonem  -  czy  zgodzi  się 

pan być u mnie zatrudniony jako opiekun do dzieci? 

Zamiast wybuchnąć oburzeniem, John uśmiechnął się do niej 

i zmienił pozycję w fotelu. 

- Obawiałem się, że nigdy mnie o to nie poprosisz 
- powiedział. 
- Tylko tymczasowo - dorzuciła pospiesznie. 
-  Tak  jest,  tylko  tymczasowo  -  zgodził  się  i  zaczerpnął 

powietrza  tak  głęboko,  jakby  przez  długi  czas  w  ogóle  nie 
oddychał. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

33

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 
- Myślę, że jestem zbyt zmęczona - poskarżyła się Maggi, gdy 

John  ponaglał,  żeby  wyszli z  domu. Świętowali właśnie  koniec 
dwu tygodni przebywania ze sobą. Ona, on i dwoje dzieci. John 
zagroził,  że  stanie  się  rzecz  straszna,  jeśli  nie  przewietrzą  się 
trochę. 

- Nigdy nie sądziłam, że dwójka dzieci może przysporzyć tyle 

kłopotów  -  powiedziała  Maggi.  -  Jak  prawdziwym  matkom 
udaje się przeżyć coś takiego? 

-  Mobilizują  do  pracy  całą  rodzinę,  przyjaciół,  a  zwłaszcza 

babcie  -  powiedział  John.  -  Ty  zbyt  długo  przebywałaś  w 
zamknięciu,  więc  dzisiaj  wybierzemy  się  w  świat,  zwiedzimy 
okolicę. 

-  I  będę  miała  jeszcze  więcej  roboty...  to  znaczy,  chciałam 

powiedzieć, że oboje będziemy jej mieli więcej. 

-  To  jest  wprawdzie  nielegalne  i  nierozsądne,  żeby  dawać 

dzieciom  narkotyki  czy  inne  środki  nasenne  -  powiedział  John, 

śmiejąc  się  -  ale  gdy  tylko  samochód  ruszy,  zobaczysz,  jak  od 
razu  podziała  to  usypiająco  na  nasze  małe.  Uwielbiają  odgłosy 
auta na szerokiej drodze. A teraz wskakuj do środka i zapnij pas. 

Sfatygowany pojazd przeszedł poważną kurację odświeżającą. 

Był umyty, wysprzątany i wyglądał całkiem atrakcyjnie. Maggi 
usadowiła  się  na  wysokim  fotelu,  kładąc  przed  sobą  koszyk  z 
jedzeniem.  Rozejrzała  się  niespokojnie  dokoła.  Bliźnięta  były 
już  wewnątrz  pojazdu,  każde  z  nich  przymocowane  pasem  do 
wymyślnego  dziecięcego  fotelika,  umieszczonego  za  kabiną 
kierowcy.  Nie  robiły  wrażenia  zaniepokojonych.  Ciotka 
Eduarda  zrezygnowała  z  udziału  w  wyprawie.  Przepadała  za 
dziećmi,  ale  lubiła  także  swoje  telewizyjne  opery  mydlane. 
Wielką  niewiadomą  był  dla  Maggi  dalmatyńczyk  Mike.  Leżał 
rozciągnięty płasko w wąskim korytarzyku, prowadzącym na tył 
samochodu,  gdzie  urządzona  była  toaleta  i  miejsce  do  spania. 

34

RS

background image

 

 

Pies, zanim zamknął  oczy,  machnął  od  niechcenia ogonem pod 
adresem Maggi. 

-  Jesteś  jedynym  oparciem  dla  mnie  -  szepnęła.  Samochód 

zaczął kołysać się w dół i w górę pod 

niemałym ciężarem Johna. Maggi kątem oka obserwowała go 

z uwagą. Zamknął za sobą środkowe drzwi i szedł ku przodowi 
auta,  sprawdzając  każdy  detal,  podobnie  jak  czyni  to  pilot 
samolotu.  Pochylił  się  nad  każdym  dzieckiem  z  osobna  i 
sprawdził  ich  pasy  bezpieczeństwa.  Był  to  naturalny  gest,  ale 
kiedy  podszedł  do  niej  i  uczynił  to  samo,  Maggi  była 
zaskoczona. Niechcący,  a  może  z  rozmysłem,  sprawdzając  pas, 
dotknął jej piersi.  Zesztywniała i odetchnęła ponownie dopiero, 
wtedy  gdy  usiadł  na  fotelu  kierowcy  i  zapiął  własną  klamrę  u 
pasa. 

Maggi  wiedziała,  że  stoi  przed  nią  wielki,  trudny  dylemat. 

Myśl  o  tym  nawiedzała  ją  każdego  ranka  przez  minione  dwa 
tygodnie.  Łóżko  było  skotłowane  od  niespokojnego  snu,  ciało 
zroszone  potem.  Bolały  ją  mięśnie.  Powód,  dla  którego 
młodociane dziewice pozostają nadal nietknięte, bierze się stąd, 

że one nie wiedzą, co tracą... Ale Maggi, po przeżyciu błogiego 
małżeńskiego  miesiąca,  uznała  swoje  doświadczenia  za  tak 
cudowne,  że  nie  chciała  na  tym  skończyć.  Tylko  świadomość, 

że naprawdę nie znosi Irlandczyka powstrzymywała ją od... No 
właśnie, niech każdy nazwie to, jak chce. 

Spróbuję  odkryć  jego  słabe  punkty,  jeśli  je  posiada, 

pomyślała, i odezwała się do Johna: 

-  Musisz  mieć  duże  doświadczenie  w  kierowaniu  takim 

szerokim pojazdem jak ten. 

-  A  pewnie  -  powiedział  lekceważąco  i  z  lubością  przesunął 

ręką  po  desce  rozdzielczej.  -  Prowadzę  tę  bestię  już  ponad 
dwieście kilometrów. 

Nie  był  to  oszałamiający  przebieg,  zwłaszcza  jak  na 

amerykańskie odległości. Maggi zapytała więc z wahaniem: 

- Prowadziłeś wobec tego wcześniej inne podobne wozy? 

35

RS

background image

 

 

-  Nie,  zawsze  lubiłem  małe  samochody,  sportowe,  gdy 

mogłem sobie na nie pozwolić. Ale nie bój się, poradzę sobie z 
tą ślicznotką, ma tylko dziesięć metrów długości. 

Maggi  rzuciła  okiem  przez  okno,  patrząc  jak  John  lawirował 

wśród  zabudowań  farmy.  Wóz  poruszał  się  gładko,  wykonując 
stosowne zakręty. Kierowca był  wyraźnie zadowolony z siebie. 
W  pewnej  chwili,  gdy  znaleźli  się  już  na  otwartej  drodze, 
zatrzymał  samochód.  Jedno  z  dzieci  poruszyło  się  i 
niedwuznacznie wyraziło swój protest. 

- Czy opium nie działa? - zapytała z przekąsem. Zmusiła się, 

żeby spojrzeć mu w twarz. Nie można 

prowadzić  rozmowy,  pokazując  partnerowi  plecy.  To  była 

jedna  z  licznych  zasad  dobrego  wychowania,  wyniesionych 
przez  Maggi  z  domu.  Jej  matka  wywodziła  się  z  długiej  linii 
Jankesów,  zamieszkałych  w  Nowej  Anglii,  i  wniosła  do  swego 
małżeństwa  egzemplarz  ,,Mrs  Goddey's  Ladies  Book"  z  roku 
1886.  Książka  zawierała  wszystko,  co  tylko  można  było 
powiedzieć o dobrych manierach.  

Matka spędziła z córką nad tym foliałem nieskończenie dużo 

godzin,  ucząc  Maggi,  jaka  jest,  na  przykład,  różnica  między 
absolutną prawdą a wygodniejszymi w życiu półprawdami. 

- Jak więc dostaniemy się tam? - zapytał John. 
- Gdzie się dostaniemy? 
- Czy chcesz powiedzieć, że ci nie mówiłem? 
-  Panie  Dailey  -  warknęła  -  wbrew  temu,  że  ja  tu  jestem 

pracodawcą,  ty  od  samego  rana  wydajesz  tylko  rozkazy.  Nie 
zniosę  tego  dłużej.  Dowiedz  się,  że  ani  razu  nie  wspomniałeś 
nawet, dokąd chcesz jechać. 

- Przyjmuję tę uwagę z pokorą - powiedział John półszeptem i 

uśmiechnął się po swojemu. - Czy poczujesz się lepiej, jeśli dasz 
mi po gębie? 

Dziwne to, ale w tej chwili Maggi znalazła odpowiedź na inną 

jeszcze  wątpliwość.  Nosiła  ją  gdzieś  w  głębi  swej 
podświadomości.  Przecież  on  nie  jest  ani  trochę  brzydki!- 

36

RS

background image

 

 

pomyślała.  Te  bruzdy  na  policzkach,  gdyby  tylko  były  nieco 
krótsze, można by nazwać sympatycznymi dołeczkami. Nie jest 
może  zabójczo  przystojny,  ale  z  całą  pewnością  jest  godny 
zaufania.  Co  mama  zawsze  mówiła  w  takim  wypadku?  Że 
dziewczyna  musi  być  czysta  i  ładna,  a  chłopak  powinien  mieć 
tylko dobry fach. 

- No więc? - zapytał John. 
-  N-  nie  -  wyjąkała.  -  Dlaczego  miałabym  chcieć...?  Nie,  nie 

poczułabym się lepiej. Dokąd chcesz zatem jechać? 

- Chcę zobaczyć wasze statki rybackie - odparł. 
-  Słuchałem  o  flotylli  z  New  Bedford  przez  długie  lata.  Czy 

jest naprawdę największa w waszym kraju? 

- Chyba nie taka, jak sobie wyobrażasz. Nie ma  tu na pewno 

największej  liczby  statków  i  kutrów,  ale  ich  połowy  przynoszą 
najwięcej  pieniędzy  spośród  wszystkich  portów  w  kraju.  Nie 
masz  jednak  chyba  zamiaru  iść  na  nabrzeża,  łazić  między 
statkami, czy coś w tym rodzaju? Ja w każdym razie nie robiłam 
tego od lat. 

-  Głębokie  westchnienie  towarzyszyło  tym  słowom.  Tam,  w 

porcie, prześladowało ją zbyt wiele wspomnień. 

John popatrzył na nią pytająco. 
-  Będę  zadowolony,  jeśli  tylko  rzucę  okiem.  To  zwykła 

ciekawość.  Nie  mam  zamiaru  zagłębiać  się  w  te  sprawy. 
Przypuszczam, że ty wiesz wszystko na ten temat. 

-  Kiedyś  wiedziałam.  Ale  potem...  No  wiesz,  dzisiaj  nie 

potrafiłabym... 

John  zwolnił  i  zatrzymał  samochód,  tak  aby  mógł  popatrzeć 

na  nią  uważniej.  W  jego  głosie  było  więcej  sympatii  i  uczucia, 
niż mogła się spodziewać. 

- Przepraszam, Maggi - powiedział. - Wybrałem niewłaściwy 

temat. Wciąż zapominam o twoim mężu, wybacz mi. 

Ja też zapominam, pomyślała posępnie. Zapomina o Robercie. 

A John powiedział to z takim współczuciem, że przypomniał jej 

37

RS

background image

 

 

właśnie  Roberta.  Naprawdę.  Jest  jak  tamten  -  wielki,  mocny  i 
niezbyt przystojny. 

- Nie chciałabym ci zrobić zawodu - powiedziała. - Jest takie 

miejsce w mieście, z którego można zobaczyć cały port. Czy to 
ci wystarczy? 

Zgodził  się,  więc  podała  mu  kierunek.  Samochód  zaczął  się 

znowu  toczyć,  dzieci  spokojnie  usnęły,  a  słońce  wydawało  się 

świecić  jaśniej.  Gdy  jechali  na  północ,  wzdłuż  Tucker  Road, 
zwracała  jego  uwagę  na  wszystkie  ciekawsze  szczegóły  w  tym 
małym,  luźno  zabudowanym  Dartmouth.  Po  prawej  stronie 
drogi  nowe  domy  wyrastały  wszędzie,  a  po  lewej  nie 
zabudowany  teren  opadał  ku  rzece  czy  raczej  strumieniowi 
Paskamansett.  John  kiwał  głową  uprzejmie,  gdy  Maggi 
wskazywała na urząd pocztowy, potem na remizę strażacką przy 
ruchliwej  Route  Six,  wreszcie  przyjął  z  należytą  radością 
uwagę, że jadą w kierunku centrum miasteczka. 

-  Dlaczego  nie  zareagowałaś  na  ten  korek  uliczny,  który  już 

mamy za sobą? - zapytał z uśmiechem. 

- Umyślnie nic nie powiedziałam. Cała ta okolica była kiedyś 

wspaniałym,  zielonym  zakątkiem.  Z  rzeką,  młynem  wodnym. 
Wszystko to zabetonowano. Za nasze, podatników, pieniądze. 

- I wszystko w imię postępu? 
- Tak, właśnie w imię postępu - przytaknęła i dorzuciła: - A w 

tym budyneczku przed nami spędziłam moje szkolne lata. 

- Było to rok czy dwa lata temu? - zażartował, gdy wjeżdżali 

na  wzgórze.  Ta  uwaga  poruszyła  ją.  Wiedziała,  iż  żartuje,  a 
jednak... Jak miło, że to powiedział. 

- Prawdę mówiąc... 
-  Nie  -  przerwał  jej  -  dzisiaj  nie  jest  czas  na  precyzję.  Po 

prostu  cieszmy  się  każdą  chwilą.  To  już  chyba  granica 
miasteczka? 

- Masz rację - powiedziała i wskazała na tablicę informacyjną, 

a potem na staw przy Parku Buttonwood, największym ośrodku 
rekreacyjnym w okolicy. 

38

RS

background image

 

 

- Wydaje mi się, że jedziemy na przemian to w górę, to w dół, 

a  nie  bardzo  do  przodu  -  powiedział  znowu  żartobliwie,  kiedy 
jeszcze raz zaczęli zjeżdżać ze wzgórza. 

- To jest seria wzniesień, które biegną równolegle do portu w 

New  Bedford.  Nie  pamiętam  dokładnie  liczb,  ale  miasto  ma 
około  dwudziestu  kilometrów  długości  i  trzy  kilometry 
szerokości.  Zostało  założone  w  roku  1770  i  stało  się 
największym  w  świecie  ośrodkiem  połowu  wielorybów.  Stąd 
wzięło  swój  przydomek:  Whaling  City.  Ale  wszystko  to 
przeminęło. A teraz, popatrz, port mamy wprost przed sobą. 

Po  chwili,  wciąż  pilotowany  przez  Maggi,  John  zjechał  z 

głównej drogi i zatrzymał się w małym Marina Park. Odetchnął 
z wyraźną ulgą i poklepał przyjaźnie kierownicę. 

-  A  więc  udało  się  nam  jeszcze  raz  -  powiedział,  jakby 

zwracając  się  do  samochodu.  -  Gdy  pożyczałem  ten  wóz, 
powiedzieli  mi,  że  wykończę  go  najdalej  w  trzy  miesiące.  Tak 
więc znowu jesteśmy górą - dodał ze śmiechem. - Ale dość tego, 
Maggi, pospacerujmy sobie trochę. 

-  Szkoda,  że  nie  powiedziałeś  mi  o  tych  proroctwach 

wcześniej.  Wykręciłabym  się  od  tej  przejażdżki.  -  Drżenie  w 
głosie  Maggi  było  wyraźnie  udawane.  Jeździła  już  przecież  z 
setkami  gorszych  od  niego  kierowców.  John  cały  czas  robił 
wrażenie, że panuje nad sytuacją. Teraz włączył klimatyzację w 
wozie i pochylił się w kierunku Maggi. 

-  Czy  wiesz  -  zapytał  -  że  masz  najwspanialsze  włosy,  jakie 

kiedykolwiek widziałem u dziewczyny? 

Maggi  poruszyła  się  nerwowo.  John  swoją  spokojną  jazdą 

przywrócił  jej  poczucie  bezpieczeństwa,  a  tych  kilka  słów 
zaniepokoiło  ją  znowu.  Jej  ręka  bezwiednie  przesunęła  się  ku 
włosom  i  próbowała  przygładzić  loki.  Ale  jak  zwykle  bez 
skutku. 

-  Nie  zrozumiałaś  mnie  -  powiedział  -  nachyl  się  do  mnie.  - 

Maggi nie wiedziała, o co mu chodzi, ale była już tak dalece pod 

39

RS

background image

 

 

jego wpływem, że przysunęła się bliżej, a on musnął ją ręką po 
rdzawych splotach. 

- Co robisz? - zapytała drżącym głosem. 
- Przecież nic złego - odparł i roześmiał się głośno, tak że całe 

wnętrze samochodu wypełniło się jego radością. 

-  Miałem  po  prostu  dziką,  nieodpartą  chęć  zagłębić  rękę  w 

twoich włosach. 

- Czyżby? - prychnęła i tak szybko cofnęła głowę, że poczuła 

ostry ból w szyi. Rozmasowując ją, popatrzyła na Johna.  

Znowu  miał niewzruszoną  minę  pokerzysty.  Odpiął swój  pas 

bezpieczeństwa,  podniósł  się  z  ogromnego  fotela  i  zrobił  parę 
kroków ku tyłowi wozu. Nawet tak wielki osobnik jak on mógł 
się tam poruszać swobodnie, tylko nieco pochylony. 

Maggi  obserwowała  go  z  uwagą,  gdy  poprawiał  kocyki 

bliźniąt  i  sprawdzał  działanie  klimatyzatora.  W  pewnej  chwili 
rzekł: 

-  Odgłos  tej  maszynerii  chyba  nie  pozwoli  przez  jakiś  czas 

zbudzić  się  maluchom.  Powiedz  swemu  psu,  żeby  popilnował 
dzieci, a my wyjdźmy z wozu. 

-  Powiedz  psu!  Dobre  sobie!  -  ironizowała.  -  Mike  będzie 

przecież robił to, na co przyjdzie mu ochota. 

-  Ale  zmyślny  czworonóg,  jakby  chcąc  zaprzeczyć 

oskarżeniu, obwąchał tylko stopy bliźniąt, rozejrzał się dokoła i 
znowu  usnął.  -  My  jednak  nie  możemy  wyjść,  ot,  tak  sobie,  i 
zostawić dzieci na łasce psa - zaprotestowała. 

- Współczesna technika ma odpowiedź na wszystko 
-  powiedział  John,  znowu  się  uśmiechając.  -  Nasze 

samochodowe  radio  jest  także  wzmacniaczem.  Włączam  ten 
przycisk  i  proszę  bardzo:  każdy  oddech  brzdąców  podłączony 
jest  do  głośnika  na  dachu  samochodu.  Chodź  wreszcie, 
dziewczyno. 

Gdy  gramoliła  się  na  dół  po  trzech  stopniach,  John  podał  jej 

rękę. Od strony dachu auta mogła rzeczywiście usłyszeć oddech 
dzieci. Maggi rozprostowała kości i powiedziała: 

40

RS

background image

 

 

- Czy to nie jest wspaniałe, ten zapach morza? 
-  Także  zapach  portu  i  ryb,  i  wodorostów  -  dodał,  szczerząc 

zęby. - Wszystko jest wspaniałe. 

Patrzyli  na  południe.  Widać  tam  było  potężną  ścianę 

falochronu,  która  odcinała  port  wewnętrzny  od  zewnętrznego  i 
od  zatoki  Buzzaras.  Falochron  był  wielką  ścianą  z  kamienia,  z 
solidnymi  stalowymi  wrotami  pośrodku.  Zapora  chroniła  niżej 
położoną część portu przed zniszczeniem przez kolejny huragan. 

- Budowla była wielkim sukcesem - powiedziała Maggi. - Od 

czasu jej ukończenia wzburzone fale oceanu ani razu nie wdarły 
się  do  wnętrza  portu!  A  tam  są...  -  Wskazała  ręką  w  kierunku 
doków  Południowego  Terminalu,  gdzie  w  tym  momencie  nie 
było  ani  jednego  statku  czy  kutra.  -  Do  Ucha  -  wymamrotała 
Maggi.  -  Chciałam  ci  pokazać  naszą  flotyllę,  tymczasem  port 
jest  zupełnie  pusty.  Wszystkie  jednostki  musiały  wypłynąć  na 

łowiska. 

-  Nie  martw  się  -  rzekł  John.  Stał  tuż  za  nią.  Lekka  bryza 

dmuchała  od  strony  zatoki,  rozwiewając  włosy  Maggi  i 
jednocześnie  popychając  w  kierunku  Johna.  Ciepłe  ramiona 
przytrzymały  ją  delikatnie.  A  potem  zdecydowanie  objęły. 
Słyszała  jego  głos  tuż  przy  swoim  uchu.  Przeszedł  ją  znowu 
dreszcz. Ale nie z zimna. 

- Jesteś bardzo dumna ze swoich rodzinnych stron, prawda? - 

Nie było to ani stwierdzenie faktu, ani pytanie. 

Zastanawiała się nad jego słowami, nie chcąc przyznać przed 

samą sobą,  że  raczej  jego  bliskość,  a  nie  to  co  mówił,  sprawiła 
na  niej  takie  wrażenie.  Ale  w  myślach  powiedziała  sobie 
zdecydowanie: Skończ z tym! Trzymało cię w ramionach wielu 
mężczyzn i wszyscy oni wyglądali lepiej od tego tutaj. 

Maggi spróbowała uwolnić się z uścisku Johna, jednakże albo 

on  był  za  silny,  albo  ona  za  mało  stanowcza...  I  nie  chcę 
wiedzieć, jak jest naprawdę, pomyślała. 

41

RS

background image

 

 

- Rzeczywiście, nie widzę żadnych statków - usłyszała znowu 

jego  głos  tak  blisko,  że  czuła  ciepło  oddechu.  -  Ale  jest  tam 
dużo fabryk. Powiedz mi coś więcej na ten temat. 

- To jest część odrodzonego na nowo New  Bedford. - Maggi 

mówiła  tak,  jakby  to  czynił  profesjonalny  przewodnik.  - 
Przemysł  wielorybniczy  zamarł  po  wojnie  domowej.  Przy 
wydobywaniu  ropy  naftowej  była  zbyt  duża  konkurencja.  Tak 
więc  miasto  podupadło.  Potem  w  latach  osiemdziesiątych 
ubiegłego  wieku  przyszedł  wielki  czas  na  bawełnę.  Przędzenie 
nici  w  tamtym  okresie  wymagało  wilgotnego  powietrza.  A  czy 
mogło  być  lepsze  miejsce  do  wybudowania  przędzalni  niż 
brzegi  rzeki,  tu  właśnie,  u  nas?  Tak  więc  miasto  stało  się 
ponownie  bogate  dzięki  bawełnie.  A  potem  przyszły  lata 
dwudzieste  naszego  wieku  i  właściciele  fabryk  opuścili  je, 
przenosząc  się  na  południe,  bo  tam  była  tańsza  siła  robocza. 
Wszystkie zakłady stały więc puste i dopiero gdy Wielki Kryzys 
wygasł, zaczęły wprowadzać się do nich małe firmy, głównie z 
branży  odzieżowej.  I  to  już  wszystko,  co  było  godne  uwagi  w 
dziejach miasta. 

- Wystarczy - szepnął John, jeszcze raz wprost do jej ucha. 
Powinnaś  skończyć  z  tym,  Maggi,  powiedziała  sobie.  Jesteś 

naiwniaczką,  która  ulega  urokliwemu  głosowi.  Opanuj  się, nim 
on tobą całkowicie zawładnie. 

- Może jednak byłbyś uprzejmy mnie puścić - mruknęła. - Nie 

jestem dziewczyną łatwo ulegającą chłopcu. 

Po tych słowach jego ramiona natychmiast się otwarły. Maggi 

odsunęła się od niego o krok czy dwa... i poczuła się samotna. 

-  Nigdy  mi  nic  podobnego  nie  przyszło  do  głowy,  dlaczego 

więc  coś  takiego  mówisz  -  John  skomentował  jej  słowa,  ale 
patrzył na nią wciąż jak jastrząb na swą ofiarę. 

-  Nie  chciałam  powiedzieć,  że...  -  Zdanie  to  nie  mogło  być 

dokończone.  Naturalnym  biegiem  rzeczy  powinna  się  w  tej 
chwili  zaczerwienić,  lecz  wiatr  zrobił  swoje.  Jej  policzki  już 
wcześniej były zaróżowione. 

42

RS

background image

 

 

- Rozumiem - rzekł. Ale w rzeczywistości nie przejrzał jej w 

pełni, a Maggi nie miała zamiaru się tłumaczyć. 

Po  co  podsuwać  temu  człowiekowi  myśl,  którą  on  potem 

wykorzysta przeciwko niej? Po co mówić mu, iż boi się nie tyle 
Johna Daileya, uwodziciela, co Maggi Brennan, wdowy. 

- Przykro mi, że zmarnowałam ci dzień - powiedziała cicho. 
-  Nie  zmarnowałaś  niczego  -  odparł  zdecydowanie.  -  To  jest 

niezapomniany widok, uwielbiam patrzeć na pracujące miasta, a 
ty jesteś najlepszym przewodnikiem w okolicy. 

-  To  niezbyt  wiele  -  Maggi  powoli  odzyskiwała  wiarę  we 

własne  siły  -  skoro  jestem  jedynym  przewodnikiem  jak  okiem 
sięgnąć...  Myślę,  że  stać  mnie  na  więcej  -  dokończyła  i  w  tym 
momencie wpadł jej do głowy dobry pomysł. - Wzięłam z domu 
coś  do  jedzenia.  Podjedźmy  do  Fairhaven  i  zjedzmy  lunch  na 
trawie  w  Forcie  Phoenix.  -  Mówiąc  to,  pokazała  mu  przylądek 
leżący na wschodzie, gdzie posadowiony był stary fort. 

Ruszyli  powoli  z  powrotem  do  samochodu,  walcząc  z 

wiatrem.  Nie  był  on  wprawdzie  szczególnie  silny,  ale  stwarzał 
okazję, żeby Maggi wzięła Johna za rękę. 

Gdy wkrótce zatrzymał samochód w parku przylegającym do 

Fortu Phoenix, było tam prawie pusto. 

-  Zbyt  zimno  dzisiaj  na  pływanie  -  powiedziała  Maggi, 

wychodząc  z  wozu.  -  Przed  nami  Ocean  Atlantycki.  Na  kąpiel 
przyjdzie czas dopiero na początku lipca. 

John stanął blisko niej. 
-  Dzieci  wciąż  śpią.  Powiedz,  co  stało  się  z  miłym,  ciepłym 

Golfsztromem? 

-  Płynie  gdzieś  tam  -  odparła.  -  Za  wyspą  Nuntucket. 

Niewiele, jak widać, pomaga. 

Słońce  świeciło  jednak  jasno,  wysoko  ponad  ich  głowami. 

Maggi wyciągnęła szalik ze swojej przepastnej torby i zawiązała 
go  sobie  wokół  głowy.  Stali  przez  chwilę  w  milczeniu,  patrząc 
w kierunku Irlandii. Odległej o jakieś pięć tysięcy kilometrów. 

- Kawał drogi do twoich stron ojczystych - zażartowała. 

43

RS

background image

 

 

Zbliżył się znowu do niej i objął ją w talii. 
- Czy mamy stać tu tak długo, aż wiatr nas zdmuchnie? 
-  Ty  tchórzu  -  powiedziała,  śmiejąc  się.  -  A  ja  myślałam,  że 

jesteś odważny. Widziałam przecież, jak prowadziłeś samochód 
wzdłuż Fort Street. 

- Była to, w rzeczy samej, odwaga - przyznał. - Takie wąskie 

uliczki to istny koszmar. 

-  Wąskie?  Kiedyś  jeździł  tamtędy  tramwaj.  Ale  oczywiście 

nie  było  zbyt  wielu  śmiałków,  którzy  próbowali,  prowadząc 
auto, wyminąć tam tramwaj. 

Po  tej  pochlebnej  dla  Johna  uwadze  Maggi  zaproponowała 

obejrzenie  fortu  z  bliska.  Pochwyciła  go  za  rękę  i  zaczęła 
ciągnąć  pod  górę,  na  potężną  skałę,  na  której  był  posadowiony 
fort. 

Przez  chwilę  tylko  John  mógł  popatrzeć  na  baterię  bardzo 

starych  armat,  ustawionych  kiedyś  tak,  żeby  mogły  strzec 
wejścia  do  portu.  Maggi  ciągnęła  go  dalej  ku  kamiennej 
platformie. 

-  To  się  nazywa  widok!  -  przyznał  z  aprobatą.  Był  on  w 

istocie  wspaniały.  Fort  zbudowano  w  miejscu,  gdzie  półwysep 
zaginał się prawie pod kątem prostym, a potem wybiegał dalej w 
morze. 

- Tam widać New Bedford. - Maggi wskazała na masyw lądu. 

- W tej okolicy jest przynajmniej tuzin takich przylądków, cypli. 
Tworzą one małe zatoki i przystanie. New Bedford i Newport są 
największymi miejscami kotwiczenia. 

- A Fort Phoenix? Czy powstał z popiołów? 
-  Skąd  o tym  wiesz?  -  Popatrzyła  zaskoczona  i właśnie w  tej 

chwili  potężny  podmuch  wiatru  rzucił  ją  w  jego  ramiona.  Aby 
nie  spaść  w  dół  ze  skalnego  tarasu,  John  przypadł  do  ziemi, 
pociągając  Maggi  za  sobą.  Zderzyli  się  nosami  i  wybuchnęli 

śmiechem.  Patrząc  na  niego  z  bliska,  zobaczyła  jednak,  że 
uśmiech szybko znika z jego twarzy, że staje się ona poważna i 
spięta.  

44

RS

background image

 

 

O  Boże,  przebiegło  jej  przez  myśl,  on  ma  zamiar  mnie 

pocałować. 

I  tak się  też  stało.  Lecz  nie  był  to  agresywny  pocałunek. Nie 

tak dziki i mocny jak podmuch wiatru znad oceanu. Był ciepły i 
przynoszący ulgę. Upragniony. Zdała sobie sprawę, że nie może 
odsunąć  się  od  niego.  Wymamrotała  jakieś  słowa,  które  wiatr 
rozwiał. Gdyby tylko John nie wyglądał przy tym jak wykuty z 
granitu. 

- Przejdźmy na zawietrzną stronę fortu - powiedziała. - Będzie 

tam zaciszniej, obiecuję. 

Mały uśmieszek pojawił się na jego ustach, jakby odgadywał 

jej  myśli,  ale  posłuchał  bez  oporu  i  okrążyli  masyw  skalny. Co 
obiecała  -  sprawdziło  się.  Wiatr  zanikł,  a  oni  od  razu  poczuli 
ciepło  słońca.  Wskazała  mu  gestem  występ  skalny  i  usiadła  na 
nim. John jednak wyciągnął się obok na trawie. 

-  A  teraz  -  rzuciła  szybko,  bojąc  się,  że  znowu  zacznie  nią 

komenderować  -  opowiedz  mi  o  waszym  irlandzkim  hokeju  i 
profesjonalnym futbolu, bo jak wspomniałeś, podobno grałeś w 
nie przed laty. 

-  Nasz  hokej  jest  podobny  do  waszego,  tylko  znacznie 

bardziej  brutalny.  Nie  nosi  się  u  nas  nakolanników  i  innych 
ochraniaczy.  Nie  ma  też  tylu  obostrzeń  i  twardych  reguł. 
Generalnie  biorąc  jest  to  coś  w  rodzaju  terroryzmu,  tylko  bez 
użycia broni palnej. Można tu i tam dorobić się blizny, lecz nie 
można  dorobić  się  pieniędzy.  A  jeśli  chodzi  o  irlandzki 
profesjonalny  futbol,  czyli  po  waszemu  soccer,  to  tylko  my 
wiemy  naprawdę,  jak  się  w  to  gra.  Byłem  członkiem  naszej 
narodowej  drużyny  przez  cztery  lata.  Zarobiło  się  nieco. 
Opłaciłem z tego studia prawnicze. Nasz futbol jest stosunkowo 
spokojny,  ale  jedynie  tak  długo,  jak  długo  uda  się  utrzymać 
fanów  na  trybunach.  Gdy  jednak  sytuacja  wymyka  się  spod 
kontroli, zaczyna się prawdziwa wojna. Reguła brzmi: zabij albo 
ciebie zabiją. Wspaniały sport! 

- Ale... - Maggi popatrzyła na jego twarz pełną ironii. 

45

RS

background image

 

 

-  Teraz  już  wiesz,  dlaczego  wybrałem  zawód  prawnika  - 

przerwał jej z gorzkim uśmiechem. - Byłem kiepskim graczem... 
i tak miałem szczęście, że wyszedłem z tego z życiem. 

- A potem zacząłeś studia prawnicze? 
- Właśnie - przytaknął. - Teraz ty opowiedz coś o sobie albo o 

Forcie Phoenix. 

Na  szczęście  dał  jej  prawo  wyboru.  I  stary  fort  zwyciężył. 

Zaczęła mówić szybko, z wigorem. 

- W tamtych dniach, w czasie naszej rewolucji, New Bedford 

był słynnym portem. Zbudowano wtedy tę fortyfikację, żeby nie 
dopuścić  do  inwazji  floty  brytyjskiej.  -  Maggi  popatrzyła  na 
Johna,  chcąc  sprawdzić,  czy  słucha.  Wielkie  czarne  oczy 

śledziły  każdy  jej  ruch.  -  Ale  do  inwazji  ostatecznie  doszło  - 
ciągnęła  dalej.  -  W  porcie  znajdowało  się  wtedy  dużo  małych 
statków  rybackich.  Brytyjczycy  utrzymywali,  że  były  to  okręty 
pirackie, bo każdy posiadał armatę na swym pokładzie. 

- Co za idiotyczne posądzenie - wtrącił John. 
-  Właśnie,  no  i  Brytyjczycy  sprowadzili  całą  flotę  do  zatoki 

Clarka i wysadzili tam czterdzieści tysięcy żołnierzy. Albo może 
było ich cztery tysiące? A może tylko czterystu? 

- Jest pewna różnica między tymi liczbami. 
-  Nie  musisz  być  zjadliwy.  Tak  więc  wysadzili  żołnierzy 

piechoty morskiej w New Bedford i oddziały te pomaszerowały 
przez  miasto,  paląc  wszystko  po  drodze.  Jednocześnie  inne 
oddziały  wylądowały  na  Sconticut  Neck...  To  miejsce  znajduje 
się zaraz za fortem. 

- Oczywiście wszystkie armaty fortu zwrócone były ku morzu 

i nie mogły ostrzelać napastników. 

- Słyszałeś już tę historię wcześniej? - zapytała z wyrzutem. 
-  Bynajmniej.  Podszepnął  mi  to  mój  analityczny  umysł. 

Opowiadasz  pięknie,  Maggi,  oczy  ci  błyszczą  i  wspaniale 
gestykulujesz, a także... 

- Przestań w tej chwili! Jeśli chcesz słuchać... 

46

RS

background image

 

 

-  Chcę  słuchać  -  zapewnił  ją  pospiesznie.  -  A  kiedy  ten 

Phoenix powstał z popiołów? 

- Później - prychnęła. - Na czym skończyłam? 
- Zaatakowali was z tyłu... 
- No tak. Brytyjczycy zaatakowali fort od tyłu i... 
-  Coraz  trudniej  jej  było  opowiadać.  To  jedna  ręka  Johna,  to 

druga  obejmowała  ją  w  pasie  i  zmierzała  ku  wypukłościom  jej 
piersi. Maggi mówiła coraz szybciej: 

-  Brytyjczycy  zaatakowali  i  nastąpiła  straszna  masakra.  A 

potem  spalili  fort  do  cna.  Jednocześnie  ich  okręty  wojenne,  a 
może  to  była  jedna  fregata,  ale  potężna,  wpłynęły  do  portu  i 
zniszczyły wszystkie małe rybackie stateczki. 

- Okropne - rzekł z pełną powagą. 
- No właśnie, a potem przybyła straż obywatelska z Wareham 

i z New Bedford... 

- Dużo ich było? 
- Około dwóch lub trzech setek. 
-  Przeciw  czterdziestu  tysiącom?  -  John  gwizdnął  z  udanym 

zdumieniem. 

- Tak jest. I ta straż obywatelska przepędziła Brytyjczyków z 

powrotem na ich okręty, a w jakiś czas potem miasto Fairhaven, 
w powszechnym głosowaniu, postanowiło odbudować fort... 

-  I  powstał  na  nowo,  z  popiołów.  -  Mówiąc  to,  John  zaśmiał 

się cicho. 

-  Tak,  właśnie  z  popiołów.  Ojcowie  miasta  byli  pewni,  że 

Brytyjczycy  nigdy  już  nie  powrócą,  gdy  dowiedzą  się,  iż  fort 
strzeże portu. I tak się stało. 

-  Wspaniale!  -  John  ciągle  uśmiechał  się  do  niej.  A  raczej 

szczerzył zęby, to było chyba bliższe prawdy. 

- Wszystko wydarzyło się dokładnie tak - powiedziała Maggi 

z pełnym przekonaniem. 

- Oczywiście. A ile jeszcze razy Brytyjczycy atakowali? 

47

RS

background image

 

 

-  Nigdy  tu  nie  powrócili.  Francuska  flota  przybyła  z  zatoki 

Chesapeake, na południu, i brytyjski admirał odwołał wszystkie 
swoje okręty z powrotem do Yorktown. I kropka! 

-  Szczęściarz  -  powiedział  John  z  powagą.  -  A  ilu  ludzi 

zginęło we wspomnianej przez ciebie strasznej masakrze? 

-  Tutaj,  w  Forcie  Phoenix?  Nie  wiem,  ale  w  całej  bitwie,  a 

trwała  ona  dwadzieścia  cztery  godziny,  o  ile  dobrze  pamiętam, 
czterech ludzi zostało zabitych, a tuzin rannych. Brytyjska flota 
straciła sześciu ludzi, którzy po prostu zdezerterowali. 

Teraz John śmiał się już głośno. Śmiał się i delikatnie ściskał 

Maggi.  Zerwała  się  na  równe  nogi  i  popatrzyła  na  niego 
wściekła. 

- Złożę na ciebie donos - oświadczyła z naciskiem. 
-  Musi  być  ktoś,  kto  ten  raport  przyjmie...  że  rechoczesz 

niepatriotycznie, i to w obliczu wroga! 

-  Nie  pozwolę  na  to  -  powiedział  wstając.  -  Straciłbym  moją 

zieloną kartę i musiałbym zrezygnować z pracy jako opiekun do 
dzieci.  A  swoją  drogą,  dlaczego  amerykańska  zielona  karta, 
czyli  to  wasze  pozwolenie  na  pracę,  jest  w  rzeczywistości 
niebieska? - John zaśmiał się jeszcze raz i znowu objął Maggi. 

- Nie mogę ryzykować. Muszę ci zamknąć usta 
- powiedział. 
-  Och  nie!  Nie  zrobisz  tego  -  wyjąkała,  cofając  się  kilka 

kroków.  I zasłoniła  sobie  usta  ręką.  -  Posłuchaj,  chyba któreś z 
dzieci płacze! 

Oczywiście  nie  było  słychać  żadnego  płaczu,  ale  Maggi  w 

popłochu  nie  mogła  znaleźć  lepszej  wymówki.  Obróciła  się  i 
pobiegła. Ten pośpiech był zresztą zbyteczny. John szedł za nią 
powolnym krokiem, jakby czas stanął w miejscu. 

W  rezultacie,  gdy  zjawił  się  przy  samochodzie,  ona  zdążyła 

już  podgrzać  butelki  z  jedzeniem  dla  wciąż  śpiących  dzieci.  I 
rozłożyła na trawie wszystko, co było potrzebne do lunchu, a w 
pierwszym  rzędzie  rozpakowała  duży  pojemnik  ze  smażonymi 
kurczakami,  które  przywiozła  z  domu.  Czekały  też  na  niego 

48

RS

background image

 

 

uduszone ziemniaki i sałatka z kapusty. Maggi usadowiła się po 
jednej stronie tego biesiadnego nakrycia, a Johnowi wyznaczyła 
miejsce  po  drugiej,  na  stopniach  samochodu.  Bezpiecznie 
oddzielało ją od niego sześć kurzych nóg. 

-  Boże,  co  za  wspaniałości!  Czy  wszystko  to  sama 

przygotowałaś?  -  zapytał,  tym  razem  z  niekłamanym 
zachwytem. 

-  Oczywiście.  A  te  małe  czerwone  kawałeczki  mięsa  to 

kiełbaski po portugalsku. Są bardzo pikantne... No a piwo jest w 
lodówce... 

-  Jestem  zachwycony  -  powtórzył.  -  Postąpię  jak  każdy 

rozsądny chłopak. Jeśli nie mogę posmakować ust pięknej pani, 
przerzucam się na smażone kurczaki. 

- Jakiż łaskawy! - zamamrotała i sama natychmiast oddała się 

jedzeniu, jakby jej życie od tego zależało. 

Dzieci  zbudziły  się  parę  minut  później.  W  wąskim 

samochodowym  przejściu  niełatwo  było  zaspokoić  wszystkie 
ich potrzeby, ale jakoś sobie poradzili. Gdy bliźniaczki zostały z 
powrotem  ułożone  w  fotelikach,  Maggi  wyszła  z  samochodu.  I 
wtedy nagle pojawiło się jakieś auto. 

- Maggi? Maggi Brennan? - zawołała kobieta, wychylając się 

z okna wozu. 

- Kogo widzę! Stella? Kopę lat! 
- Jesteśmy teraz sąsiadkami! - powiedziała kobieta. 
-  Mieszkam  przy  Tucker  Road.  Około  dwa  kilometry  od 

ciebie. Jak ci leci? 

- Dobrze - odparła Maggi. - A tobie? 
-  Pracuję  w  mieście,  w  biurze  prawniczym.  Powiedz,  ile  jest 

prawdy w tym, że żyjesz z jakimś cudzoziemcem? Całe miasto o 
tym plotkuje... 

- Nic podobnego - żachnęła się Maggi. 
- Nie ma dymu bez... - powiedziała figlarnie Stella. 
- Jakiś smaczny kąsek? O Boże, czy to on? 

49

RS

background image

 

 

Maggi  popatrzyła  przez  ramię.  John  Dailey  wyszedł  właśnie 

zza  samochodu  i  zatrzymał  się,  patrząc  na  kobiety.  Z  jakiegoś 
powodu  Maggi  nie  zamierzała  przedstawić  go  starej  szkolnej 
przyjaciółce. 

-  Nie,  nie  żyję  z  nim,  tylko  go  zatrudniam  -  powiedziała  z 

naciskiem.  -  I  mamy  właśnie  za  chwilę  odjeżdżać.  Może 
zobaczymy się kiedyś? 

-  Spróbuję  wpaść  do  ciebie  któregoś  wieczoru  -  Stella 

zaproponowała z uśmiechem. - Jestem pewna, że znajdę też dla 
niego jakąś pracę. 

Wszystko  to  przekonało  Maggi,  że  sąsiedzi  już  zbyt  dużo 

plotkują na jej temat i że był najwyższy czas, aby odjechać, nim 
kolejne  kobiety  rekiny  pojawią  się  na  horyzoncie.  Obróciła  się 
więc  na  pięcie  i  ruszyła  do  samochodu.  Gdy  mijała  Johna, 
pociągnęła go za rękę. 

-  Nie  masz  zamiaru  przedstawić  mnie  swej  przyjaciółce?  - 

zapytał, idąc za nią. 

-  Nie,  nie  mam  zamiaru.  Czy  dzieci  są  już  gotowe  do 

odjazdu? 

-  Nagle  pełna  macierzyńskich  uczuć  -  powiedział  John, 

sprawdzając pasy bezpieczeństwa maluchów, a potem sadowiąc 
się  w  fotelu  kierowcy.  -  Zastanawiam  się,  skąd  ten  przypływ 
troski? 

-  Możesz  zastanawiać  się  tak  długo,  aż  piekło  zamarznie  - 

burknęła Maggi. 

Wyjeżdżali  już  z  parkingu,  a  John  ciągle  się  jeszcze  śmiał. 

Bliźniaczki  gruchały,  jakby  i  one  doceniły  żart.  Maggi  zapięła 
swój  pas  i  wyjrzała  przez  okno.  Samochód  mijał  wysadzaną 
drzewami  aleję  i  kierował  się  ku  domowi.  Nim  dojechali  do 
mostu,  zaczął padać  deszcz.  Była  zadowolona, bo odpowiadało 
to jej nastrojowi. 

 
 
 

50

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 
-  Praca  kobiet  nigdy  nie  ma  końca  -  gderała  Maggi  parę  dni 

później.  -  Powiedzmy,  prawie  nigdy.  I  małżeństwo  nic  tu  nie 
zmienia.  -  Ta  myśl  wypowiedziana  została  bez  głębszego 
zastanowienia  i  Maggi  oblała  się  rumieńcem.  Zdała  sobie 
bowiem sprawę, że John mógł te słowa usłyszeć. I tak się stało. 
Był również w kuchni i od razu pokręcił głową, mówiąc cicho: 

-  Myślałem,  że  rozstrzygnęliśmy  problem.  Nie  chciałbym 

jeszcze  raz  o  tym  dyskutować.  Nawet  słowo  ,,małżeństwo" 
przeraża  mnie.  Jedno  jest  pewne,  że  zgodnie  z  tym,  jak  się 
rzeczy mają, masz wolne wszystkie wieczory i noce. 

- Jak to ładnie z twojej strony - szepnęła Maggi, wkładając do 

nowiutkiej  pralki  kolejną  porcję  dziecięcych  ubranek.  -  Wprost 
nie  chce  się  wierzyć,  że  dwójka  dzieci  wymaga  całodniowych 
usług  pralniczych.  A  przy  okazji  chcę  powiedzieć,  że  nie 
pozwolę  ci  kupować  do  mojego  domu  wszystkiego,  co  jest  na 

świecie.  Gdy  zdecydujesz  się  na  powrót  do  Irlandii,  będziesz 
musiał wszystko to zabrać ze sobą. 

I  jest  jeszcze  inny  problem,  pomyślała.  Ten  mężczyzna,  gdy 

zjawił  się  u  niej,  nie  miał  centa  przy  duszy,  a  teraz  robi 
wrażenie,  że  ma  więcej  pieniędzy,  niż  potrafi  wydać.  Płaciłam 
mu  wprawdzie  dobrze,  ale  nie  mogło  to  wystarczyć  na 
wszystkie zakupy, które ostatnio zrobił. 

-  Wydaje  się,  że  masz  masę  forsy  -  powiedziała  do  Johna.  - 

Czyżbyś  znalazł  garnek  złota,  jak  mówi  bajeczka?  -  Po  tych 
słowach Maggi zauważyła, że na jego twarzy pojawił się wyraz 
zakłopotania. 

-  Rozmawiałem  z  twoim  prawnikiem  i  on  zgodził  się,  że 

powinnaś  mieć  pralkę,  więc  po  prostu  zamówiłem  ją  na  twój 
rachunek. 

- Ty... ty obciążyłeś kosztem pralki moje konto? 
- W Maggi aż zagotowało się ze złości. 
- Obciążyłem konto  wykonawczyni  testamentu 

51

RS

background image

 

 

-  powiedział  uspokajająco.  Ale  Maggi  nie dała się  ułagodzić, 

więc John dorzucił z przekonaniem: - To wszystko nie zmarnuje 
się. Jeśli dzieci mają u ciebie pozostać, te urządzenia będą długo 
służyć,  a  twoje  konto,  jako  wykonawcy  testamentu,  wytrzyma 
takie wydatki. Czy masz także pretensję o zakup suszarki? 

-  Nie.  -  Maggi  głęboko  odetchnęła.  Potrzeba  jej  było 

pięćdziesięciu takich oddechów,  aby się uspokoić. Powolnych i 
równomiernych.  Po  chwili  udało  się  jej  opanować  gniew.  W 
pewnym  sensie  on  ma  rację,  pomyślała.  Potrzebny  był  teraz  w 
domu  ten  sprzęt.  Ale  samowolne  obciążanie  kosztami  jej 
rachunku  było  niedopuszczalne.  Zagryzła  wargę  i  postanowiła, 

że czas na oświadczenie. 

- A dzieci pozostaną tutaj - powiedziała już całkiem spokojnie 

i  usłyszała,  jak  w  saloniku,  ponad  słowami  płynącymi  z 
telewizji, ciotka Eduarda głośno wyraża swoją radość. 

-  Dobra  jest  -  rzucił  John.  -  Chociaż  to  nie  moja  sprawa 

wypowiadać tę opinię, wydaje mi się, że będziesz dobrą matką. 
Powiedz jednak, jak chcesz załatwić całą sprawę? 

Maggi już się nad tym zastanawiała. Rozwiązanie, które miała 

na myśli, nie było łatwe do przeprowadzenia. 

- Oczywiście mam zamiar dzieci zaadoptować 
-  oświadczyła.  Ale  jednocześnie  pamiętała,  że  gdy  była  z  tą 

sprawą w Wydziale Opieki nad Dziećmi, zasypano ją pytaniami. 
Na przykład, czy zagwarantuje dzieciom stabilne warunki życia 
i  to  w  środowisku  rodzinnym.  Faceci  z  Wydziału  stwierdzili 
przy  tym,  że  rzadko  godzą  się  na  adopcję  proponowaną  przez 
samotną  kobietę.  Dodali  również,  że  sytuacja  wyglądałaby 
zupełnie  inaczej,  gdyby  była  zamężna,  a  mąż  miałby  stałe, 
należycie płatne zajęcie. Na koniec oświadczyli, iż trzeba będzie 
wypełnić  tysiąc  formularzy,  no,  może  trochę  mniej,  ale  i  tak 
diabelnie dużo! 

Gdy  podniosła  głowę,  zobaczyła,  że  John  uważnie  na  nią 

patrzy, jakby chciał odczytać jej myśli. 

52

RS

background image

 

 

-  A  więc  wszystko  jest  pod  kontrolą  -  powiedział.  -  Mogę 

wobec tego pojechać do Bostonu, do Biura Imigracyjnego. 

- I pogadać o twojej zielonej karcie? 
- W rzeczywistości o niebieskiej - poprawił ją. 
- Czy obie dziewczynki już usnęły? - zapytała Maggi z troską. 
-  Oczywiście.  Czy  widziałaś  kiedyś,  żeby  jedna  robiła  coś 

innego  niż  druga?  Wrócę  na  kolację.  Co  będzie  dziś  do 
jedzenia? Stek z ziemniakami? 

-  Przecież  wczoraj  już  to  jadłeś.  Może  na  odmianę  zadowoli 

cię sałatka z tuńczyka i zupa? 

John z niechęcią pokręcił głową. 
-  Musisz  wiedzieć,  że  irlandzki  sposób  bycia  zaczyna  się  i 

kończy  ziemniakami.  Jestem  dorastającym  chłopcem  i  muszę 
jeść dużo ziemniaków. Dlaczego nie możemy trzymać się tego, 
co już znamy? 

John  zdążył  już  wyjść,  gdy  ona  znalazła  wreszcie  właściwą 

odpowiedź.  Stek  był  potrawą  diabelnie  drogą.  Ponadto  ciotka 
Eduarda  nie  lubiła  steków.  Ale  Maggi  miała  na  głowie  wiele 
innych ważniejszych spraw. 

Na  przykład  małżeństwo.  Przez  niecałe  dwa  tygodnie 

zakochała  się  po  uszy  w  dwóch  małych  istotkach.  Gdyby  była 
mężatką, mogłaby  adoptować  je  bez  kłopotu. A co do  środków 
utrzymania  to  mogłaby  przełamać  dotychczasowe  opory  i 
sprzedać  farmę.  Miała  w  ręku  prawie  dwadzieścia  hektarów. 
Zakładając,  że  firma  budująca  osiedle  mieszkaniowe  tuż  obok, 
na  wzgórzu,  cierpi  na  brak  ziemi,  można  by  za  te  hektary 
uzyskać  niezłą  sumę.  Starczyłoby  na  okres  dorastania 
bliźniaczek i na naukę, aż po czas ich zamążpójścia. 

Tak  sobie  medytowała,  ale  po  chwili  przyszło  otrzeźwienie. 

Na  razie  z  trudem  wiąże  koniec  z  końcem,  pomyślała,  a  tu  roi 
już  o  wnukach!  A  poza  tym,  na  Boga,  gdzie  mogłaby  znaleźć 
stosownego 

mężczyznę, 

który 

byłby 

zainteresowany 

małżeństwem z nią? Na pewno nie będzie to John. Mówił już o 
tym,  a  Maggi  zaczynała  wierzyć,  że  on  myśli  to,  co  mówi.  A 

53

RS

background image

 

 

zresztą  kto  zniósłby  dyktatora  w  domu,  i  to  przez  dwadzieścia 
cztery godziny na dobę? 

- Już raczej wolałabym kapuśniak! - zawołała ciotka Eduarda 

z sąsiedniego pokoju. - Z kiełbaskami! 

-  Czyżby?  -  mruknęła  Maggi,  podchodząc  do  okna,  żeby 

zobaczyć,  jak  John  wyrusza  w  drogę.  Samochód  zapalił  przy 
pierwszym przekręceniu  kluczyka. Wszystko, co John posiadał, 
działało  wyśmienicie.  Z  nią  włącznie.  Uśmiechnęła  się  do  tej 
zuchwałej myśli. Nie jestem jego własnością, sprostowała samą 
siebie.  To  ja  jego  zatrudniam  na  dniówki.  Maggi  Brennan, 
szefowa  od  zmywania  butelek.  Wiceekspert  od  pilnowania 
dzieci. 

Jego  samochód  działa,  ponieważ  wciąż  przy  nim  majstruje. 

Czy  przy  niej  też  to  robi?  Mały  dreszczyk  przebiegł  jej  po 
plecach. Nie miał on nic wspólnego z temperaturą czy wiatrem. 
Ze  skrywanym  uśmieszkiem  Maggi  uruchomiła  sterylizator  i 
napełniła czajnik wodą. 

Gdy  wychodziła  z  kuchni,  zauważyła,  że  było  kwadrans  po 

pierwszej. Wreszcie w tym tygodniu jadła śniadanie i lunch. Czy 
nadejdzie  kiedyś  czas,  gdy  będzie  to  rzeczą  normalną? 
Chciałaby  wiedzieć,  ku  czemu  sytuacja  zmierza.  Ten  człowiek 
pojawił  się  w  jej  domu  i  przejął  kontrolę  nad  wszystkim.  Nie 
jest  on  typem  mężczyzny,  którego  chciałaby  mieć  przy  sobie. 
Złości ją częściej niż uszczęśliwia. Dlaczego więc nie skończy z 
tym i nie odprawi go z kwitkiem? 

Znała  oczywiście  przyczynę.  Wbrew  gniewowi,  który  w  niej 

wzbudzał,  nie  można  było  zaprzeczyć,  że  także  sprawiał,  iż  po 
plecach  przechodziły  jej  dreszcze.  Dreszcze  oczekiwania? 
Wszystko to miało oczywiście charakter wyłącznie fizyczny, jak 
wmawiała  sobie.  Nie  mogło  być  w  tym  prawdziwego  uczucia. 
Nie  jest  przecież  dziewczyną,  która  wskakuje  chłopu  do  łóżka 
na  pierwsze  kiwnięcie  palcem  -  podsumowała  swe  myśli, 
przechodząc do saloniku. 

54

RS

background image

 

 

Bliźniaczki  spały  z  uśmiechem  na  buziach,  pod  czujnym 

okiem  ciotki  Eduardy.  Ponieważ  dnie  były  teraz  chłodniejsze, 
dzieci  miały  na  sobie  wełniane  pidżamki,  z  obciętymi  stopami, 

żeby mogły się wzajemnie dotykać nagim ciałkiem. 

Mike na widok Maggi przyjaźnie machnął ogonem. 
- Mój ty piesku, ależ ci się powodzi - powiedziała ironicznie.  
- Śpisz przez cały dzień, nie opuszczasz żadnego posiłku, nie 

ma mowy  o  wyrzuceniu  cię  do  stodoły,  nie słyszałam  od wielu 
tygodni, żebyś miał powód do warknięcia. 

Pies  staruszek  ziewnął  w  odpowiedzi  szeroko  i  ułożył  się 

znowu  na  podłodze.  Maggi  natomiast  zasiadła  w  fotelu  na 
biegunach.  Tylko  na  chwilkę,  oczywiście.  Pełnienie  roli 
zastępczej  matki  już  jej  tak  fizycznie  nie  wyczerpywało  jak  na 
początku. Więc ze zdumieniem zdała sobie sprawę, że zapada w 
drzemkę. 

Spała  do  chwili,  aż  ktoś  zaczął  pociągać  ją  za  czubek  buta. 

Maggi  otworzyła  jedno  oko.  To  był  Mike.  Zamiast  warknąć, 
pociągał ją za nogę. Nawet pies wie, że nie należy zakłócać snu 
księżniczkom,  pomyślała  Maggi  i  spróbowała  otworzyć  drugie 
oko. Drzemała przez godzinę! Dzieci, na szczęście, wciąż spały. 
Ktoś podchodził ścieżką do drzwi kuchennych. 

Wraca  już,  pomyślała  w  dziwnym  podnieceniu.  Ale  Mike 

bynajmniej  nie  zachowywał  się  tak,  jakby  chodziło  o  pana 
domu.  Przeciwnie,  pokazał  kły  i  pokuśtykał  do  drzwi 
wejściowych.  Maggi  poszła  za  nim.  Jedną  z  pierwszych 
czynności,  które  John  wykonał,  wprowadzając  się  tutaj,  było 
odłączenie  hałaśliwego  dzwonka  przy  drzwiach.  Ktoś  właśnie 
nacisnął  go  parę  razy,  mrucząc  ze  złością,  a  potem  zapukał. 
Maggi gwałtownie otworzyła drzwi. 

-  To  znowu  pan?  Czy  nie  znajduje  pan  nic  lepszego  do 

roboty? 

Mike  nie  mógł  się  powstrzymać  od  lekkiego,  ale  groźnego 

warknięcia.  Swanson  zebrał  całą  swą  odwagę  i  wetknął  koniec 
buta w szparę w drzwiach. 

55

RS

background image

 

 

- Chcę złożyć lepszą ofertę, pani Brennan - rzekł jowialnie.  
-  Zostałem  upoważniony  do  zaproponowania  o  dwadzieścia 

pięć dolarów więcej za jeden hektar. Co pani na to? 

- Jeśli nie zabierze pan swojej stopy spomiędzy moich drzwi, 

nie  będzie  pan  w  stanie  w  ogóle  chodzić  przez  najbliższy 
miesiąc - zagroziła. 

Swanson  chciał  powiedzieć  coś  więcej,  ale  Mike  znowu 

zawarczał. Agent szybko cofnął nogę. 

-  Proszę  tylko  pomyśleć,  co  można  by  zrobić  z  uzyskanymi 

pieniędzmi - powiedział. Na jego twarzy wciąż tkwił przymilny 
uśmiech, ale nie ulegało wątpliwości, że w głębi duszy czuł się 
nieswojo.  -  Czy  rozumie  pani,  o  co  chodzi?  -  naciskał.  -  Moja 
firma buduje te luksusowe domy mieszkalne tuż za pani farmą. 
Projekt  może  jednak  okazać  się  nieekonomiczny,  jeśli  pod 
budowę  nie  będziemy  mogli  przejąć  pani  gruntu.  A  nie  chce 
pani  chyba  widzieć,  jak  całe  to  przedsięwzięcie  bierze  w  łeb? 
Nasze  miasto  poniosłoby  ciężkie  straty.  Byłyby  mniejsze 
przychody  z  podatków,  zwiększyłoby  się  bezrobocie,  mniej 
byłoby domów mieszkalnych. 

- A wszystko byłoby moją winą? 
- W jakimś stopniu właśnie tak. 
- I pan stałby się jednym z bezrobotnych, panie Swanson? 
- Szczerze mówiąc, tak. 
-  Moja  odpowiedź  jeszcze  raz  brzmi:  nie!  -  Maggi  warknęła 

niczym Mike. - Zegnam! 

Swanson  dał  za  wygraną,  tym  bardziej  że  widział  obnażone 

kły  psa.  Odwrócił  się  i...  o  mało  co  nie  wpadł  na  starszą  siwą 
kobietę,  ubraną  w  prawie  męski  garnitur.  Wysiadła  właśnie  z 
auta. 

Służbowy  wóz  -  szybko  go  oszacowała  Maggi.  Niebieskie 

tablice  rejestracyjne  z  białymi  cyframi  podnosiły  rangę 
samochodu,  który  w  rzeczywistości  był  bardzo  pospolitym, 
czerwonym fordem escortem. 

56

RS

background image

 

 

Znak  ostrzegawczy?  Z  Urzędu  Podatkowego?  -  myślała  w 

popłochu.  Może  jednak  powinna  była  wypełnić  i  wysłać  te 
formularze, chociaż nie zarobiła żadnych pieniędzy w ubiegłym 
roku,  o  których  warto  by  mówić?  A  może  to  ktoś  z  Rady 
Zdrowia?  Ostatnio  było  wiele  skarg  na  temat  bagienka  na 
terenie jej posiadłości. Rzekomo płynął stamtąd odór... 

Gdy  głowiła  się  nad  tymi  ewentualnościami,  kobieta  wolno 

szła  ku  domowi.  I  uśmiechnęła  się  do  Maggi,  stojącej  w 
drzwiach.  To  najgorszy  znak,  pomyślała.  Urzędnicy  zwykle 
uśmiechają  się,  prowadząc  człowieka  na  szafot.  Z  trudem 
przełknęła  ślinę  i  postanowiła  bronić  swoich  Termopili  do 
ostatniego mężczyzny lub kobiety, w zależności od sprawy. 

-  Nie  przywykłam  do  spacerów  -  powiedziała  kobieta, 

wspinając  się  na  podest.  Wyciągnęła  rękę  do  Maggi.  -  Jestem 
Mildred Fagan, ze Stanowego Biura Opieki nad Dziećmi. Czy to 
jest  miejsce,  gdzie  mieszkają  bliźnięta  Daugherty  i  uroczy  pan 
Dailey? 

-  Biuro  Opieki  nad  Dziećmi?  Dailey?  -  Maggi  była 

zaskoczona.  Nie  mogła  w  żaden  sposób  skojarzyć  nazwiska 
Daileya  z  kimkolwiek.  Na  szczęście  po  chwili  w  jej  umyśle 
rozjaśniło się. 

- Tak, pan Dailey pracuje tutaj! Przepraszam, ale pani wizyta 

jest  dla  mnie  taką  niespodzianką,  że  zapomniałam,  kto  tak  się 
nazywa i... 

-  Ludzie  z  Biura  Imigracyjnego  są  w  kontakcie  z  panem 

Daileyem.  Ja  natomiast  zjawiam  się  tutaj  z  powodu  pani 
wniosku  o  adopcję.  Nasz  urzędnik  został  poinformowany,  że 
pani, być może, wyjdzie niebawem ponownie za mąż. Przysłano 
mnie  wobec  tego,  aby  sprawdzić  tę  wiadomość,  a  poza  tym 
zapoznać  się  z  innymi  aspektami  sprawy  -  powiedziała  pani 
Fagan.  -  Ale  proszę  się  nie  martwić  -  rzuciła  profesjonalne 
spojrzenie na złotą obrączkę na lewej dłoni Maggi. - Jak widzę, 
wyszła pani rzeczywiście za mąż. 

57

RS

background image

 

 

-  No  więc...  Oczywiście...  tak,  ale...  -  Prawda  jest  cennym 

towarem,  pomyślała  Maggi.  Tak  cennym  jak  sznur  pereł.  Nie 
należy  więc  rozdawać  tych  wartości  zbyt  hojnie.  Czyż  nie  tak? 
Jeśli ta kobieta myśli, że wyszłam ponownie za mąż, to dlaczego 
miałabym psuć jej tak piękny dzień? 

-  Nie  trzeba  dodatkowych  wyjaśnień  -  powiedziała  pani 

Fagan.  -  Śliczny  pierścionek.  A  teraz...  czy  mogłabym  rzucić 
okiem na dom... no i na dzieci? 

Nim  Maggi  zdołała  odpowiedzieć  choćby  słowem,  Mildred 

Fagan  już  wchodziła  do  kuchni.  W  pogotowiu  trzymała  plik 
formularzy,  a  małe  okulary  z  podwójną  ogniskową  pewnie 
trzymały  się  jej  na  końcu  nosa.  Mike  machnął  przyjaźnie  i 
zachęcająco ogonem, po czym wrócił do swojej roli niańki. 

- To dobry pomysł - skomentowała pani Fagan - żeby mieć w 

domu psa albo inne stworzenie, gdy wychowuje się małe dzieci. 
Zwłaszcza krótkowłosego psa. To dalmatyńczyk, prawda? 

- Mniej więcej - przytaknęła niepewnie Maggi i dodała: - Jego 

matka  miała  świadectwo  Amerykańskiego  Towarzystwa 
Kynologicznego. 

-  A  więc  mieszaniec  -  pani  inspektor  skinęła  głową  ze 

zrozumieniem. - Takie są najlepsze, gdy chodzi o usposobienie i 
inteligencję. 

Maggi  rzuciła  jej  szybkie  spojrzenie.  Spoza  komicznych 

małych  okularów  błyszczała  para  niebieskich  oczu,  należycie 
inteligentnych.  Panie  uśmiechały  się  lekko  do  siebie,  jakby 

łączyła je jakaś tajemnicza więź. 

-  Porządnie  utrzymana  kuchnia.  -  Pani  Fagan  zaznaczyła  coś 

w  kilku  miejscach  na  formularzu.  -  Wszystko  dobrze 
wyszorowane. 

- John i ja robimy to codziennie - rzuciła Maggi. Dwie kolejne 

uwagi  naniesione  zostały  w  odpowiednich  rubrykach.  -  Dzieci 
są w pokoju obok. 

- Pana Daileya nie ma w tej chwili w domu? 

58

RS

background image

 

 

- Rzeczywiście, nie ma. - Maggi zastanawiała się, ile prawdy 

powinna właściwie wyjawić przybyłej.  

-  Doskonale  porozumiewamy  się  z  nim.  Dziś  ja  jestem  przy 

dzieciach, a on pojechał do Bostonu, do Biura Imigracyjnego. 

- Słusznie, nasz stan uwielbia biurokrację, mój szef... także. A 

teraz przejdźmy do dzieci. 

- Proszę tędy - powiedziała Maggi, otwierając przed gościem 

drzwi do przyległego pokoju. 

Mike,  który  wrócił  do  swych  opiekuńczych  obowiązków, 

teraz wycofał się ze sceny. Ciotka Eduarda nauczyła się już, co 
należy  robić  z  huśtającymi  się  fotelikami,  które  skonstruował 
John. Każde dziecko było umieszczone w płóciennym siedzisku. 
Nóżki  wystawały  im  z  obciętych  nogawek  śpioszków.  Całe 
urządzenie  zawieszone  było  na  górnej  framudze  drzwi,  na 
mocnej  sprężynie.  Dzieci  mogły  więc  odpychać  się  nóżkami,  a 
sprężyna  od  razu  wprawiała  je  w  ruch  wahadłowy.  W  tym 
właśnie  momencie  huśtały  się  w  najlepsze,  oczywiście 
ujawniając swój zachwyt. 

- Są urocze - powiedziała pani Fagan rozpromieniona. - I ten 

pies niania! I rozkoszny ogień na kominku. 

- W tej chwili pojawiła się jednak na jej twarzy refleksja. 
- Macie tu chyba centralne ogrzewanie? - zapytała. 
-  Oczywiście.  Ale  dzieci  uwielbiają  patrzyć  na  ogień,  na 

latające iskry, wie pani, jak to jest. Jak widać, zabezpieczone są 
odpowiednią  osłoną.  Teraz  jest  zbyt  gorąco  na  dwa  źródła 
ciepła, kominek i... 

-  Bardzo  słusznie.  -  Uśmiech  pojawił  się  znowu  na  twarzy 

pani Fagan.  

- Proszę powiedzieć, jak pani odróżnia te maleństwa, jedno od 

drugiego? 

- To jest Prissy. - Maggi wskazała ręką, bez chwili wahania. - 

Więc ta druga musi być... 

- Prudence! To jasne. Jak pani je sprytnie rozróżnia i to w tak 

krótkim czasie! 

59

RS

background image

 

 

Tak, pomyślała Maggi, jestem sprytna, ładna, cnotliwa, nieco 

staroświecka... i nie zakończy się ta wyliczanka, dopóki starsza 
pani nie opuści mego domu. 

A  wtedy,  bez  wątpienia,  Pan  Bóg  sprowadzi  na  mnie 

natychmiastową  śmierć,  jako  karę  za  wszystkie  łgarstwa,  które 
naopowiadałam. 

-  Tak,  nauczyć  się  rozróżniać  małe  nie  było  łatwo  - 

powiedziała  Maggi  z  westchnieniem.  -  A  to  jest  moja  ciotka, 
Eduarda, która mieszka z nami i pomaga w opiece nad dziećmi. 

Pani  Fagan  uśmiechnęła  się  i  naniosła  kilka  kolejnych  uwag 

na  swój  formularz.  Ciotka  Eduarda,  która  nienawidziła  całym 
sercem  wszystkich  spraw  urzędowych,  udała,  że  nie  rozumie  o 
czym  mowa  i  powiedziała  parę  słów  po  portugalsku.  Maggi 
zaczerwieniła się i nie przetłumaczyła ich treści. 

-  Czy  chce  pani  jeszcze  coś  zobaczyć?  -  zapytała.  Ale  na 

odpowiedź  nie  było  czasu,  bowiem  bliźniaczki,  które  od 
dłuższego  czasu  przypatrywały  się  dorosłym  z  dużym 
zainteresowaniem,  nagle,  jak  na  komendę,  otworzyły  buzie  i 
rozbeczały się. 

-  Och,  Boże  -  powiedziała  pani  Fagan,  cofając  się  o  kilka 

kroków. 

Maggi  wiedziała  dobrze,  że  cała  jej  mądrość  na  temat 

wychowywania  małych  dzieci  pochodzi  z  poradników. 
Zaryzykowała jednak. 

-  To  zwykła  rzecz  -  zapewniła  gościa.  -  Teraz  jest  właśnie 

chwila, kiedy obu dziewczynkom trzeba zmienić pieluszki. Czy 
zechce pani zanieść jedną małą do kuchni, a ja zajmę się drugą? 

Pani inspektor, nie bez wahania, zrobiła to, o co ją proszono. 

Maggi  szła  przodem,  przytulając  Pru  jedną  ręką  do  piersi,  a  w 
drugiej  bawełniany  koc,  który  po  chwili  rozłożyła  z  dużą 
wprawą na kuchennym stole. Dalsze działania także świadczyły, 
iż Maggi w lot wszystko pojmuje. 

-  Tu  jest  niewielka  uczuleniowa  wysypka  -  powiedziała, 

odchylając pieluszkę. - Chyba z powodu zmiany wody, prawda? 

60

RS

background image

 

 

-  Ależ  oczywiście.  -  Pani  Fagan  miała  taki  wyraz  twarzy, 

jakby musiała uczyć się zbyt wiele, zbyt szybko. 

Poprawiła  tylko  swoje  okulary  na  nosie  i  obserwowała,  jak 

Maggi z wprawą smaruje ciałka dzieci maścią, pudruje, całuje. 

- Czy to jest świadectwo ślubu? - zapytała pani Fagan, patrząc 

na  dokument  oprawiony  w  ramki,  wiszący  na  ścianie.  Maggi, 
zajęta  bliźniaczkami,  mogła  obserwować  gościa  tylko  kątem 
oka. 

- Tak - odpowiedziała. I nie było w tym kłamstwa. W tydzień 

po  śmierci  Roberta,  czując  się  rozpaczliwie  samotna,  Maggi 
wyszukała  świadectwo  ślubu,  wykaligrafowane  na  pergaminie, 
dała  je  do  oprawy  i  powiesiła  na  ścianie.  Nie  patrzyła  na  nie 
przez przeszło trzy lata. 

- Czy chce je pani przeczytać? 
- Nie, nie potrzeba - odpowiedziała pani Fagan. A powód był 

prosty:  z  dwuogniskowymi  okularami  na  nosie  nie  można 
czytać,  patrząc  w  górę,  jeśli  się  nie  chce  złamać  sobie  karku. 
One nadają się do czytania, kiedy patrzy się w dół. - Nie, proszę 
się nie kłopotać - dodała. 

- Wystarczy mi świadomość, że świadectwo wisi tutaj. 
- Pani inspektor zaznaczyła coś jeszcze na formularzu, złożyła 

go we czworo i podeszła do stołu. 

- Wszystko wygląda wspaniale - rzekła z uznaniem. - Tak jak 

powinno być. Miłość do dzieci, dobre warunki do dalszej opieki 
nad  nimi,  małżeństwo.  Maleństwa  mogą  liczyć  na  doskonałą 
opiekę  rodzicielską  przez  wiele  lat.  A  stan  Massachusetts 
zaoszczędzi sobie garnek pieniędzy. Cieszę się, że mogę wydać 
oficjalną  zgodę  na  tymczasową  opiekę  nad  dziećmi,  a  potem, 
mam  nadzieję,  na  adopcję.  A  teraz  proszę  podpisać  tutaj  -  to 
mówiąc  pani  Fagan  wyciągnęła  z  pliku  swych  papierów  jakiś 
urzędowy  kwestionariusz,  który  był  już  podpisany  w 
niezliczonych  miejscach  przez  pół  tuzina  różnej  rangi 
urzędników. Pani Fagan wskazała odpowiednie miejsce i Maggi 

61

RS

background image

 

 

zdecydowanym  ruchem  pióra  złożyła  swój  podpis:  Maggi 
Brennan. 

- Nie używa pani swego nowego nazwiska? 
- Jakiego nazwiska? Nie, ja nigdy... 
-  Wiele  kobiet  tak  robi  -  przerwała  jej  pani  Fagan,  wciąż  się 

uśmiechając. 

- Czy postąpiłam niesłusznie? 
-  Nie,  wszystko  w  porządku.  Nie  będę  już  czekała  na  pana 

Daileya.  Nie  musimy  mieć  jego  podpisu.  My,  kobiety,  same 
takie sprawy załatwiamy, prawda? Do widzenia, Margaret. 

- Maggi, wszyscy nazywają mnie Maggi. 
- A więc do widzenia, Maggi.  I niech Bóg ma w swej opiece 

waszą rodzinę. 

To  błogosławieństwo  nie  zmieniło  stanu  rzeczy.  Maggi  stała 

jak zaklęta, z na wpół otwartymi ustami, ze wzrokiem wbitym w 
drzwi,  za  którymi  zniknęła  pani  Mildred  Fagan.  Miała  dziwne 
uczucie, jakby włożyła nogę do bardzo głębokiej dziury, na dnie 
której szczerzyły zęby stalowe sidła. 

Wzięła  na  ręce  obie  dziewczynki,  przytuliła  je  do  piersi  i 

zaniosła do przytulnej przystani, kładąc je na miękkim dywanie 
w  sąsiednim  pokoju.  W  myślach  pytała  sama  siebie,  co  stan 
Massachusetts uczyni, gdy odkryje te wszystkie kłamstwa? Czy 
nadal wykonują wyroki śmierci za krzywoprzysięstwo? 

John  wrócił  tuż  po  godzinie  piątej.  Dom  był  podejrzanie 

cichy.  Dziwną  atmosferę  wyczuł  już  w  chwili,  gdy  otworzył 
drzwi do kuchni. 

- Wróciłem! - zawołał niezbyt głośno. Nie wiadomo dlaczego, 

ale podświadomie wiedział, że ostrożność nie zawadzi. 

Obiad stał na małym ogniu, na kuchence. Obszedł ją wokoło i 

uniósł  pokrywkę  z  rondla.  Zupa!  A  obok  stała  sałatka  ze 
szparagów.  Wszystko  dobre,  tylko  nie  dla  młodego, 
rozwijającego  się  organizmu!  Spotęgowało  to  jego  nieufność. 
Mike wyszedł z sąsiedniego pokoju, żeby go powitać. 

62

RS

background image

 

 

-  Niezależnie  od  tego,  o  co  chodzi,  ja  tego  nie  zrobiłem  - 

szepnął  John,  jednocześnie  drapiąc  Mike'a  za  uchem.  -  A  jeśli 
nawet, to nie miałem złych zamiarów... 

Gdzie  ona  jest?  -  Pies  był  zbyt  inteligentny,  żeby  nie 

zrozumieć,  o  co  chodzi.  Polizał  rękę,  która  była  dla  niego  taka 
miła.  Potem  zawrócił  i  poprowadził  pana  do  saloniku.  Maggi 
siedziała  w  fotelu  na  biegunach,  z  bliźniaczkami  w  ramionach, 
bawiąc się z jedną i drugą jednocześnie. 

-  Wróciłem  -  powtórzył  John,  gdy  stało  się  jasne,  że  kobieta 

ma zamiar go ignorować. 

- Coś podobnego? - Maggi popatrzyła na niego przez moment 

i wróciła do zabawy z dziećmi. 

John westchnął. 
- Nawet Poncjusz Piłat przesłuchiwał podejrzanych 
- stwierdził ironicznie. 
- Dziękuję za pouczenie. 
To  było  najchłodniejsze  ,,dziękuję",  jakie  John  kiedykolwiek 

słyszał.  Chce  mnie  owinąć  dookoła  małego  palca,  pomyślał. 
Typowa kobieta! I być może jest to w stanie uczynić! Mój Boże, 
po  co  mi  to  wszystko?  Myślałem,  że  zatrzymam  się  tu  tylko 
tydzień lub dwa, aby ocenić sytuację i... 

- Twoja kolacja jest gotowa - powiedziała Maggi, nie patrząc 

na mężczyznę. - Stoi na kuchence, ja zjem później. 

- Zupa... 
-  A  czy  zupa  to  coś  złego?  -  wybuchnęła  gniewem,  a  jej 

policzki  się  zaczerwieniły.  Ten  nagły  krzyk  zaniepokoił  obie 
małe.  Jedna  z  nich  zapiszczała.  Maggi  zaczęła  kołysać 
dziewczynki, aż się uspokoiły. 

-  Nie  -  powiedział  John  pojednawczo.  -  Zupa  to  nic  złego. 

Uwielbiam zupy. 

- To ładnie z twojej strony. - Jej głos stał się pozornie miękki. 

Wyraz napięcia w oczach jednak nie ustępował. 

-  Miałam  tu  gościa,  gdy  ciebie  nie  było.  Pewna  pani  o 

nazwisku Fagan. Mildred Fagan... 

63

RS

background image

 

 

-  Nie  znam  nikogo  o  takim  nazwisku  -  odparł  John,  starając 

się domyśleć, o co chodzi. 

- Pani Fagan jest z Wydziału Opieki na Dziećmi - powiedziała 

Maggi  głosem  nadal  chłodnym.  -  Skontrolowała  dom,  zbadała, 
jak  odnosimy  się  do  dzieci,  wypełniła  formularze  i  odjechała. 
Chyba  się  ucieszysz,  gdy  ci  powiem,  że  egzamin  zdaliśmy, 
panie Dailey. 

Odetchnął z ulgą. 
-  Nabrałaś  mnie.  W  pierwszej  chwili  przypuszczałem,  że 

chcesz powiedzieć, iż ta Fagan odbiera nam dzieci. 

- Mylisz się pan, Johnie Dailey. Nie, dała mi do zrozumienia, 

że wniosek o adopcję będzie przyjęty. Papiery, które zostawiła, 
położyłam na lodówce. 

-  W  porządku,  Maggi  -  powiedział  John.  -  Widzę  jednak,  że 

chętnie wbiłabyś mi igłę w delikatne miejsce. Ale przejdźmy do 
sedna sprawy, jeśli ta niby- dyskusja ma w ogóle jakiś sens. 

I oto właśnie chodzi, pomyślała Maggi. Ta niby- dyskusja jest 

idiotyczna.  Cierpi  z  powodu  poczucia  własnej  winy,  ponieważ 
on  nie  ma  z  tym  nic  wspólnego!  Sama  zapędziła  się  w  ślepy 
zaułek  i  teraz  musi  znaleźć  z  niego  wyjście.  Na  początek 
powinna  albo  zrzec  się  dzieci,  albo  poszukać  sobie  męża.  O 
Boże,  co  za  czasy!  Z  Robertem  poszło  tak  łatwo!  Podobali  się 
sobie od szkoły podstawowej. I potem było małżeństwo. Dzisiaj 
wszyscy  chłopcy,  nadający  się  do  ołtarza, już  dawno  mają ślub 
za  sobą.  To,  co  zostało  jeszcze  na  rynku,  jest  po  prostu 
robaczywym  towarem.  I  oto  teraz  zrzuca  wszystkie  swoje 
frustracje na głowę biednego Johna. Maggi była tak wściekła na 
siebie, że rzęsiste łzy płynęły jej po policzkach i w żaden sposób 
nie  mogła  ich  opanować.  Włożyła  więc  dzieci  do  kojca, 
wyprostowała  się,  sztywna  jak  kukła,  opuściła  ręce  i  nadal 
szlochała. 

- Hej, Maggi, co się dzieje? - zapytał John zaskoczony. 
Maggi cofnęła się o pół kroku i wyszeptała: 
- Nie dotykaj mnie. 

64

RS

background image

 

 

-  Nie  mam  zamiaru  -  odparł,  ale  wbrew  swym  słowom, 

wyciągnął  ku  niej  ramiona,  a  ona,  jak  w  transie,  skryła  się  w 
nich. I co najdziwniejsze, żadne z dzieci nie zapłakało. Po chwili 
Maggi uniosła głowę. 

- Co za idiotka ze mnie - powiedziała przez łzy. 
- Zmoczę ci całą koszulę, a przecież wyprasowałam ją dzisiaj 

rano. John, zrobiłam straszną rzecz! 

- Nie jest chyba aż tak źle - szepnął jej do ucha. 
- Powiedz, o co chodzi. 
-  To  jest  właśnie  problem  -  wyjąkała.  Łzy  już  jej  wyschły  i 

powracała  pewność  siebie.  -  Nie  mogę  ci  powiedzieć,  o  co 
chodzi. Po prostu nie mogę. 

-  A  ja  myślałem,  że  jesteśmy  przyjaciółmi,  pani  Maggi 

Brennan.  -  Pociągnął  ją  w  kierunku  fotela  na  biegunach  i 
usadowił  na  nim.  -  Zabawmy  się  więc  w  zgadywankę  - 
powiedział  John.  -  Czy  to,  o  czym  myślisz,  jest  większe  niż 
pojemnik na chleb? 

- Tak, jest większe - odpowiedziała, już uspokojona. 
-  Ach,  więc  chodzi  o  dziewczynki  i  o  tę  facetkę  z  Wydziału 

Opieki nad Dziećmi? 

Maggi potaknęła. 
-  Nie  chcą  zgodzić  się  na  adopcję?  Gdyby  bliźniaczki  miały 

jedynie matkę? 

Maggi potaknęła jeszcze raz. 
-  Ale  w  tej  chwili  nie  jest  to  problem.  Jak  długo  jesteś 

wykonawcą  testamentu  ich  babki,  dzieci  są  twoje,  niezależnie 
od  tego,  co  Wydział  Opieki  sobie  myśli.  Chyba  że  mogliby 
udowodnić, iż dzieci są przez ciebie źle traktowane. A to absurd. 
Sama powiedziałaś, że zdałaś egzamin przed tą kobietą, i nic się 
poza tym nie liczy. 

-  John,  ja musiałam  przed  tą  kobietą  skłamać! To było  małe, 

drobne kłamstewko, ale jednak było... - Jej śliczne oczy patrzyły 
na  niego  uporczywie,  lecz  na  twarzy  Johna  nie  drgnął  nawet 
jeden muskuł. 

65

RS

background image

 

 

- Wiesz przecież - powiedział - że każdy człowiek na świecie 

od  czasu  do  czasu  minie  się  z  prawdą.  Niektóre  z  tych 
nieścisłości  są  mimowolne,  inne  nie.  To  twoje  kłamstewko, 
dziewczyno,  jak  sama  mówisz,  nie  mogło  być  ważne.  Czy 
możemy zająć się teraz nakarmieniem i przygotowaniem małych 
do snu? To jest chyba sprawa najważniejsza. 

Maggi  patrzyła  na  Johna  bez  słowa.  Może  brakowało  jej 

głębszego  wykształcenia,  ale  głupia  przecież  nie  była.  Nie 
chciała przyznać się do swego kłamstwa. Studiowała jego twarz 
i  zastanawiała  się,  jak  zareagowałby,  gdyby  się  wygadała.  Na 
przykład powiedziała: ,,Podsunęłam pani Fagan myśl, że jestem 
twoją żoną". Co John zrobiłby wtedy? Odwrócił się i uciekł? Na 
wszelki  wypadek  postanowiła  więc,  że  nic  mu  nie  powie.  W 
każdym razie nie teraz. Ale któregoś dnia Maggi Brennan, znana 
ze  swej  gadatliwości,  przypuszczalnie  palnie  jakieś  głupstwo.  I 
cała  wymyślna  gra  rozpadnie  się  na  kawałki.  Biedna  Maggi 
Brennan,  użalała  się  nad  sobą.  A  tak  wzdychała  do  czegoś 
lepszego w życiu! 

- Nic więcej nie powiem - oświadczyła stanowczo. 
-  Dobrze  będzie,  jeśli  teraz  zjesz  kolację,  nim  zajmiemy  się 

dziećmi.  Twój  stek  jest  w  piecyku.  Dziewczynki  są  już 
nakarmione. Ja zjem zupę i sałatkę. Pospiesz się, bo dzieci chcą 
pobawić się ze swą nianią. 

John podszedł do niej i nachylił się. 
-  Nie  próbuj  powstrzymać  mnie.  Mógłbym...  -  Ale  nie 

dokończył zdania. Maggi cofnęła się nieco. 

- Zastanów się, co chcesz powiedzieć - ostrzegła go. 
- Mam dwóch braci, wielkich i silnych. 
-  Aż  dwóch?  -  zapytał  z  lekką  ironią.  -  W  porządku,  będę 

ostrożny. - Co natychmiast okazało się kłamstwem, bo pochylił 
się  nad  nią  jeszcze  bardziej  i  delikatnie  pocałował.  -  Z  którym 
bratem  będę  miał  teraz  do  czynienia?  -  spytał,  patrząc  na  jej 
oszołomioną twarz. 

66

RS

background image

 

 

W  nocy  znowu  spadł  deszcz,  chłodny,  ulewny.  Ale  nie  dość 

zimny, aby ostudzić trawiący ją ogień. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

67

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 
Nieszczęście  pojawiło  się  następnego  ranka,  o  czwartej. 

Wielki  deszcz  lejący  strumieniami  już  przeminął.  Dzieci 
zbudziły  się  znacznie  wcześniej  niż  zwykle  i  od  razu  zaczęły 
płakać.  Maggi  zdołała  całkiem  niedawno  usnąć  i  oto  znowu 
musiała  otworzyć  oczy.  Po  omacku  złapała  podomkę,  leżącą  w 
nogach  łóżka,  i  chwiejnym  krokiem  podreptała  do holu.  Ciotka 
Eduarda  nadbiegła  z  przeciwnej  strony  i  obie  spotkały  się  przy 
drzwiach dziecinnego pokoju. 

W świetle lampki nocnej zobaczyły, że na środku sufitu tynk 

uwypuklił  się  groźnie,  a  kapiąca  woda  spadała  wprost  do 
dziecinnego łóżeczka. 

-  Meu  Deus  -  wymamrotała  przerażona  ciotka  Eduarda  i 

nakreśliła  znak  krzyża.  Złapała  jedną  z  bliźniaczek  w  swe 
ramiona i podreptała do suchego kąta w pokoju. 

-  Boże  drogi  -  Maggi  powtórzyła  jak  echo  i  uniosła  drugie 

dziecko.  Prudence...  lub  może  była  to  Prissy,  poruszała  się 
niespokojnie  w  jej  ramionach.  Popatrzyła  na  Maggi  wielkimi 
niebieskimi  oczkami,  prychnęła  i  zaśmiała  się.  W  drzwiach 
ukazał się John Dailey. 

- Co, do diabła, dzieje się tutaj? - zapytał  głosem, który miał 

siłę  huraganu.  Obie  dziewczynki  wzdrygnęły  się,  a  jedna 
zapiszczała. 

- Nie musisz tak ryczeć i przeklinać! - Maggi zareagowała w 

najbardziej  purytański  sposób.  -  Chyba  to  oczywiste.  Dach 
przecieka! 

-  Przecieka?  To  bardziej  przypomina  wodospad.  I  ponadto 

leje  się  wprost  do  łóżeczka  dzieci.  Co  za  wygoda.  Nie  trzeba 
będzie ich kąpać. 

Obrzuciła  go  wściekłym  spojrzeniem.  Brak  snu,  złe  majaki, 

nagłe  sprzeczki  i  chęć  dominowania  Johna  nad  nią  złożyły  się 
na istną burzę w głowie Maggi. 

68

RS

background image

 

 

-  Tak  -  powiedziała  głosem  pełnym  jadu  -  urządziłam  to  z 

rozmysłem. 

Gdyby  była  trochę  wyższa,  staliby  naprzeciw  siebie,  nos  w 

nos,  z  małym  dzieckiem  między  nimi.  Pru  wydawała  się 
zachwycona  tą  awanturą,  ale  ręka  Maggi  zaciskała  się  w  pięść. 
Na szczęście wkroczyła ciotka Eduarda. 

-  Bastantel  -  krzyknęła.  -  Dość  tego!  Ty,  Margaret,  zabierz 

dzieci  do  swego  pokoju.  Zmień  im  ubranka,  zabaw  je.  A  ty, 
krzykliwa  gębo i  kupo muskułów,  przenieś łóżeczko  do  pokoju 
Maggi i wysusz je! Ja przygotuję nową pościel. Zrozumiano? 

Należycie  zbesztani,  wzięli  się  natychmiast  do  roboty.  Bez 

słowa  wykonywali  polecenia  ciotki.  Około  godziny  szóstej 
dzieci  już  spały,  zaledwie  parę  centymetrów  od  łóżka  Maggi. 
Niebawem sen zmorzył także dorosłych. 

O  ósmej  Maggi  zerwała  się  z  łóżka.  Tym  razem  obudziły  ją 

jakieś  dzięcioły.  Uderzały  dziobami  tak  głośno,  że  głowa  jej 
prawie  pękała.  Były  to  albo  dzięcioły,  albo  jakieś  młoty.  Pełna 
oburzenia  wygrzebała  się  z  łóżka.  Jak  się  wydawało,  hałas  ten 
ani  trochę  nie  przeszkadzał  bliźniaczkom.  Spały  w  najlepsze. 
Mrucząc  coś  po  portugalsku,  Maggi  odnalazła  podomkę  i 
chwiejnym  krokiem  zeszła  na  dół.  Na  ganku,  oparta  o  ścianę, 
stała wysłużona drabina. Wydawało się, iż jest tak leciwa, że nie 
można jej zaufać. Ale ciekawość zwyciężyła. Maggi zaczęła się 
wspinać,  pomijając  szczeble  zbyt  nadwątlone.  W  chwili  gdy 
głowa jej sięgnęła rynny, Maggi odważyła się spojrzeć w górę. 

- To ty - wycedziła przez zęby. - Mogłam się spodziewać! 
John  ubrany  był  w  postrzępione  szorty.  Przykucnął  na 

pochyłości dachu, trzymając młotek w garści i kilka gwoździ w 
zębach. 

-  Tak,  to  ja  -  wydusił  z  siebie.  -  A  kogo  się  spodziewałaś? 

Jamesa Bonda? 

- Oczekiwałam wreszcie trochę spokoju i ciszy - wycedziła. 
- Nigdy się tego nie doczekasz w tym zwariowanym domu. A 

teraz złaź z drabiny, zanim złamiesz sobie kark. 

69

RS

background image

 

 

- Chciałbyś tego - warknęła i omal nie spadła, gdy gwałtownie 

przesunął się ku niej. Wściekłość malowała się na jej twarzy. 

-  Nie  lubię  kobiet  -  wykrztusił  -  które  narzucają  mi  swoją 

wolę. A teraz powtarzam: złaź! 

Maggi  zamknęła  oczy.  Duża  wysokość  i  gwałtowni 

mężczyźni  jednakowo  szybko  napędzali  jej  strachu.  Wciąż  z 
zamkniętymi oczami zdołała jakoś zejść z drabiny i dowlokła się 
do  fotela,  stojącego  na  werandzie.  Po  chwili,  głęboko 
oddychając, uspokoiła się i gdy John znalazł się obok niej, była 
prawie  gotowa  odeprzeć  kolejny  atak.  Ale  John  był  spokojny. 
Przysunął do niej drugi fotel, usiadł i popatrzył w stronę farmy. 

- Mogłoby to być urocze miejsce - powiedział łagodnie. 
Maggi  zaskoczona  podniosła  wzrok.  Spoglądał  nadal  w 

kierunku wzgórza i rozciągającego się na nim pola kukurydzy. 

- Myślę, że nie miałabyś ochoty odejść stąd. 
-  Szczerze  mówiąc,  nie  wiem  -  odparła  Maggi. -  To jest mój 

rodzinny  dom.  Nigdy  nie  mieszkałam  gdzie  indziej.  -  Tu 
nastąpiła  chwila  wahania.  -  Wyjątkiem  była  wycieczka  do 
Waszyngtonu,  z  moją  klasą.  Byliśmy  tam  cztery  dni,  jeden 
jedyny raz. 

- Rodzinny dom to jest miejsce, gdzie znajduje się twoje serce 

-  powiedział  John  wzdychając.  -  Posłuchaj,  Maggi,  musimy 
porozmawiać.  Ale  bez  asysty.  Bez  ciotki,  dzieciaków  i  psa 
staruszka.  Czy  myślisz,  że  Eduarda  mogłaby  popilnować 
bliźniaczek,  gdy  my  wyskoczylibyśmy  gdzieś...  na  przykład... 
na kolację? 

- Byłoby to możliwe, gdyby tylko... 
-  Naprawiłem  już  dach  -  przerwał  jej  -  wymieniłem  kilka 

gontów,  zalałem  szpary  gorącą  smołą.  Wystarczy  to  na  parę 
tygodni. Ale z sufitem w pokoju jest bardzo źle. Zabiorę się do 
tego  dziś  po  południu.  Za  jakiś  czas  cały  dach  trzeba  będzie 
jednak wymienić. Czy zdajesz sobie z tego sprawę? 

-  Tak,  wiem  -  zbierało  się  jej  na  płacz  -  ale nie  stać mnie na 

to. 

70

RS

background image

 

 

- Pomówimy o tym wieczorem - powiedział cicho. 
- Czy dziewczynki wciąż śpią? 
-  Jak  para  susełków  -  odpowiedziała  Maggi.  -  Prudence 

chrapie, czy wiesz o tym? 

-  Nie,  nigdy  bym  tego  nie  przypuszczał.  -  Przeciągnął  się, 

odprężył, przymknął oczy. 

- Mam wrażenie, jakbyś  wszystko w świecie potrafił zrobić - 

powiedziała łagodnie. 

Ale on już spał. I również chrapał. 
Dopiero  o  ósmej  tego  wieczora  uporali  się  z  dziećmi.  Z 

niemałą  pomocą  ciotki  Eduardy.  Były  z  nią  czasem  problemy, 
ale  jej  wiedza  i  doświadczenie  w  zakresie  opieki  nad 
niemowlętami okazały się niezmierzone, a chęć zajmowania się 
bliźniaczkami  nie  miała  granic.  Tak  więc  o  dziewiątej 
wieczorem John i Maggi siedzieli przy małym stoliku w dobrej 
restauracji  z  widokiem  na  port,  specjalizującej  się  w  daniach  z 
ryb  i  innych  ,,owoców  morza".  Znajdowała  się  ona  tuż  przy 
molo. Noc  już  zapadła  i  przez  wielkie  okna  mogli obserwować 
połyskujące  refleksy  na  wodzie.  Defilowały  przed  nimi  statki 
oznakowane  zielonymi  i  czerwonymi  lampami  pozycyjnymi. 

Światła latarni morskiej  nadal się paliły, chociaż już od dawna 
nie były drogowskazem dla nawigacji. 

-  Jestem  zmęczona.  -  Maggi  westchnęła,  opierając  się 

łokciami o stolik i trzymając podbródek w dłoniach. 

- Nie wiem dlaczego, ale jestem zmęczona. 
-  Niedługo  dzieci  zaczną  raczkować  -  powiedział  John.  -  To 

przysporzy kłopotów i pracy. Ponadto masz swoje kury i wciąż 
próbujesz coś zrobić z tą kukurydzą. 

-  To  jest  konieczne.  Nie  mogę  zrezygnować  z  wszystkiego... 

Ale ty tego nie zrozumiesz. Prawnicy nie potrafią... 

- Sam wychowałem się na farmie  - przerwał jej - na wielkiej 

farmie, jak na Irlandię, piętnastohektarowej. 

-  To  kawał  ziemi  -  powiedziała,  jakby  z  uznaniem.  -  I  jak 

przypuszczam uprawialiście ziemniaki? 

71

RS

background image

 

 

-  Nie  bardzo  jest  to  możliwe.  Mamy  więcej  skał  niż  ziemi 

uprawnej.  Hodujemy  więc  głównie  owce  i  wybieramy  torf.  - 
John  położył  na  stole  kartę  z  menu,  którą  przed  chwilą 
przeglądali,  i  Maggi  zobaczyła  na  jego  twarzy  ten  specyficzny, 
ciepły uśmiech. 

- Zaharowujesz się - powiedział, obrzucając ją spojrzeniem od 

dołu do góry. - Straciłaś na wadze chyba z pięć kilo, i to w ciągu 
zaledwie trzech tygodni. Mam rację? 

- Prawie siedem, ale po co to liczyć? A ty pewnie wciąż masz 

trudności  z  dostaniem  tej  zielonej  karty,  czyli  pozwolenia  na 
pracę? 

-  To  właśnie  część  sprawy,  o  której  chcę  z  tobą  pomówić. 

Dobrze zgadujesz, jak się rzeczy mają. 

- Nie jestem ślepa, Johnie. Widzę to. Ale miałam nadzieję, że 

sam mi powiesz, że nie będę musiała tego z ciebie wyduszać. 

Dalszą  rozmowę  przerwał  kelner.  John  wydawał  się  z  tego 

zadowolony. 

- Co dobrego można zjeść w New Bedford? - zapytał. Maggi 

wyprostowała się i pokręciła głową. Ilekroć 

podchodziła do drzwi, za którymi kryła się osobowość Johna, 

coś je ponownie zatrzaskiwało. 

-  Jesteśmy  portem  rybackim  -  powiedziała  sfrustrowana 

wytworzoną sytuacją. - Spróbuj, na początek, zupy z małży, bo 
to typowe dla Nowej Anglii. Potem może być gotowany homar, 
dobre są też szparagi i mieszana sałatka. 

John  przystał  na  tę  propozycję  i  zamówił  jeszcze  whisky  dla 

siebie. 

- A czego ty się napijesz? - zwrócił się do Maggi. 
Trudno  jej  było  skupić  uwagę  na  rozmowie,  gdyż  w  blasku 

świec  John  wyglądał  bardzo  atrakcyjnie.  To  zaskakujące. 
Przecież nie tak dawno jeszcze uważała go za brzydala. 

- Napijesz się? - zapytał jeszcze raz. 
- Tak, proszę o martini. 

72

RS

background image

 

 

Zupę z małży i trunki podano jednocześnie. Po chwili Maggi 

odłożyła  łyżkę  i  pomyślała,  że  nie  może  mu  pozwolić,  aby 
całkowicie wykręcił się od odpowiedzi. 

-  Powiedz  mi  szczerze  -  zagadnęła  go.  -  Nie  zależy  ci  na 

pozwoleniu na pracę, prawda? 

- Zależy mi, ale mam małą szansę, aby je dostać - odparł.  
-  I  jest  mała  nadzieja  na  stały  pobyt  tutaj.  To  jest  właśnie 

sprawa, którą powinniśmy omówić. 

Maggi poczuła ucisk w  gardle. Nie wchodzi w grę stały jego 

pobyt? Nic go nie trzyma w Dartmouth? Tylko dzieci są cienką 
nicią łączącą go z tym miejscem? Wzdrygnęła się. 

- Chłodno ci? - zapytał z niepokojem. 
-  Nie,  nie,  to  po  prostu  nerwy.  Powiedz  mi  coś  więcej  o 

swojej rodzinie w Irlandii. 

- Chętnie. A więc mam trzy siostry. Mój ojciec posiada farmę 

w  pobliżu  miasta  Tolsk.  Mieszkamy  w  małej  górskiej  wiosce. 
Farma,  jak  już  ci  mówiłem,  jest  spora,  a  moja  praktyka 
prawnicza obejmuje całe hrabstwo. 

- Czy możesz z tej praktyki wyżyć? John zaśmiał się. 
-  Ameryka  ma  chyba  najwięcej  prawników  na  świecie, 

natomiast Irlandia ma najwięcej spraw sądowych. Oczywiście w 
stosunku  do  liczby  mieszkańców.  A  zatem  z  mojej  praktyki 
można wyżyć. Nie są to kokosy, ale na utrzymanie wystarcza... 
Jak więc widzisz, mój dom jest tam, w Irlandii. Poza tym muszę 
opiekować się siostrami aż do czasu ich zamążpójścia. 

-  Rozumiem  -  wyszeptała  Maggi,  nie  mogąc  pojąć,  dlaczego 

poczuła ucisk w sercu. 

- A moja matka wciąż mieszka w Ballydooley. Uwielbia duże 

miasta... - John zrobił pauzę sądząc, że Maggi się zaśmieje, lecz 
ona  nie  zrozumiała  dowcipu,  zatem  dodał:  -  Ballydooley  jest 
uroczym miasteczkiem, ale bardzo daleko mu do roli metropolii. 
No  i  tak  się  rzeczy  mają  -  zakończył  swą  opowieść  markotnie. 
Dodał  jednak  po  chwili:  -  Jesteś  fajną  dziewczyną,  Maggi,  ale 

73

RS

background image

 

 

żyjemy  w  dwóch  różnych  światach.  Ja  mam  zobowiązania  w 
Irlandii, a ty masz je tu, w Dartmouth. 

- I co to ma znaczyć? 
-  Znaczy  tyle,  że  pewnego  dnia,  i  to  niedługo,  będę  musiał 

tam wrócić. Przyjechałem do Ameryki dla załatwienia pewnego 
interesu.  Dostarczenie  tutaj  dzieci  było  czystym  przypadkiem, 
miało charakter uboczny. Mój interes, tu w Stanach, przyniósłby 
większy  zysk,  gdybym  miał  obywatelstwo  amerykańskie.  Ale 
taka  możliwość,  jak  już  mówiłem,  wydaje  się  mało  realna. 
Muszę jeszcze popracować nad sprawą, aż ją sfinalizuję i wtedy 
trzeba będzie  wrócić  do  domu.  Farma  i  prawnicza praktyka  nie 
mogą się beze mnie obyć. Nie mogę też zostawić matki i sióstr 
samych,  bo  ich  los  w  dużym  stopniu  zależy  ode  mnie.  Czy 
wszystko to rozumiesz? 

Nie,  nie  rozumiem!  -  chciała  mu  wykrzyknąć  w  twarz,  ale 

duma nie pozwoliła jej na to. 

-  Czy  mam  traktować  twoją  wypowiedź  jako  nieodwołalne 

postanowienie?  -  zaatakowała  go.  -  W  ciągu  ostatnich  dni 
wielokrotnie  zmieniałeś  swój  stosunek  do  mnie,  a  teraz  chcesz 
ostatecznie powiedzieć, że jestem ci niepotrzebna? 

John westchnął. 
-  Chcę  tylko  wyjaśnić,  iż  nie  ma  żadnej  szansy  na  trwały 

związek  między  nami.  Nie  powiedziałem,  że  cię  nie  pragnę. 
Każdy  mężczyzna  byłby  głupcem,  gdyby  mieszkając  z  kobietą 
taką jak ty, pod jednym dachem, nie pożądał jej. 

- Myślę, że powinieneś wytłumaczyć to bardziej szczegółowo 

- warknęła. 

- Wytłumaczyć? - Jego głos uniósł się tak bardzo, że zwrócił 

uwagę osób przy sąsiednich stolikach. Ręka Johna zamknęła się 
wokół  nadgarstka  Maggi  jak  kajdanki.  Ale  opanował  się  i  już 
bardziej  łagodnie,  prawie  szeptem,  powiedział:  -  To  bardzo 
proste,  pragnę  cię  ogromnie,  Maggi  Brennan,  ale  nie  mogę  cię 
mieć.  Staram  się  jak  mogę,  żeby  nie  sięgnąć  i  nie  zerwać  tego 
owocu,  dziewczyno.  Wciąż  jeszcze  została  odrobina  honoru  w 

74

RS

background image

 

 

klanie  Daileyów.  Ale  są  dni,  kiedy  szczególnie  trudno  jest  mi 
utrzymać się w ryzach i nie wiem, jak długo jeszcze będę umiał 
oprzeć się pożądaniu... A teraz powiedz, jak mam się zabrać do 
tego małego dziwoląga, który leży na moim talerzu? 

Maggi  udzieliła  mu  wszelkich  wyjaśnień  co  do  homarów  z 

Nowej Anglii. Jak je wydobywać ze skorupy, jakich sztuczek do 
tego  użyć,  jak  jeść.  I  gdy  potem  on  pochłaniał  ten  smakołyk  z 
wielkim zapałem, jej myśli gmatwały się szaleńczo. 

John  niedługo  wraca  do  Irlandii.  Ona  zaś  ma  zostać  w 

Dartmouth  i  zapłakać  się  na  śmierć.  Wydział  Opieki  nad 
Dziećmi  chce  jej  odebrać  maleństwa,  bo  nie  jest  zamężna. 
Wynika z tego, że ma się zestarzeć jako zasuszona wdowa. A z 
drugiej strony - Boże, wybacz - wiadomo, że zakochałam się w 
tym  zwariowanym  Irlandczyku.  On  jednak,  jak  wiadomo, 
wkrótce wraca za ocean. Do tego czasu, być może, uwiedzie ją 
lub  też  nie.  A  ona  nie  znajdzie  w  sobie  dość  siły,  aby  mu  się 
oprzeć,  jeśli  on  się  jednak  zdecyduje.  Ten  ostatni  strzęp  myśli 
wyskoczył  nie  wiadomo  skąd  i  wprawił  ją  w  drżenie  o  sile 
prawdziwej namiętności. 

Po  chwili  Maggi  ochłonęła  i  wdała  się  w  długą,  bez 

znaczenia,  rozmowę  z  Johnem.  Powiedziała  mu  o  swojej 
jankeskiej  matce  i  portugalskim  ojcu,  o  upadku  rolnictwa  w 
Nowej  Anglii  i  o  niebezpieczeństwach  związanych  z  zawodem 
rybaka. A także, aby zadać mu ból, podobny do tego, jaki on jej 
mimowolnie  uczynił,  opowiedziała,  jak  szalenie  kochała 
Roberta i jak małżeństwo ich było ogromnie szczęśliwe. 

Po  kolacji  John  poprowadził  ją  na  molo.  Stali  tam  dłuższą 

chwilę, patrząc ku zatoce. Objął ją ramieniem, a Maggi walczyła 
z  sobą,  żeby  się  nie  załamać.  Potem,  gdy  zabrał  ją  do  domu, 
oboje  byli  niezadowoleni  i  tylko  okłamywali  się  wzajemnie, 
mówiąc, jak miły spędzili wieczór. 

-  Sprawdziłam,  czy  u  dzieci  jest  wszystko  w  porządku  - 

powiedziała Maggi  w  parę  minut  później.  - Ciotka  Eduarda śpi 

75

RS

background image

 

 

twardo  w  moim  łóżku.  A  teraz  wyprowadzę  jeszcze  Mike'a  na 
spacer. 

Ale  pies,  który  znał  doskonale  znaczenie  tego  słowa,  zaszył 

się gdzieś w kuchni. Maggi machnęła więc ręką i popatrzyła na 
Johna, który udawał, iż czyta gazetę. Zobaczyła jednak, że jego 
czarne  oczy  śledzą  ją  ukradkiem.  Przypomniała  sobie,  jak  w 
restauracji  zapowiedział,  iż  jutro  musi  wybrać  się  do 
Connecticut.  Pomyślała,  że  może  czeka  tam  na  niego  jakaś 
kobieta.  Nie,  nonsens!  Jej  chłopak  nie  zrobiłby  nic takiego.  No 
tak, ale on nie jest jej chłopakiem! 

Samotny  spacer  był  przypuszczalnie  tym,  czego  teraz 

potrzebowała najbardziej. Poszła w górę, obok stodoły, okrążyła 
kurniki,  aż  doszła  do  granicy  swojej  farmy.  Ponad  płotem 
popatrzyła  na  sąsiedni  plac  budowy,  gdzie  rozrzucone  były 
liczne  domy  w  różnych  fazach  budowy.  Powinna  to  zrobić, 
pomyślała z goryczą. Sprzedać tę ziemię! Dlaczego miałaby być 
ostatnim farmerem w okolicy? To tak jak kupić ostatni bilet na 
,,Titanica".  Z  tą  myślą  zawróciła  i  znalazła  się  w  domu  tuż  po 
północy. Czuła się, mimo wszystko, bardzo odświeżona. Dzieci 
wciąż  głęboko  spały.  Maggi  rzuciła  jeszcze  okiem  na  drugą 
stronę holu. John Dailey siedział w swym pokoju, przygarbiony, 
przy  małym  biurku.  Lampa  częściowo  oświetlała  mu  twarz,  na 
której można było dostrzec wyraz zadumy i udręczenia. 

Bojąc  się,  że  John  może  ją  usłyszeć,  Maggi  zdjęła  buty  i 

wycofała  się  do  jednego  z  wolnych  pokoi.  Wzięła  prysznic, 
trochę  poczytała  i  nim  zegar  wybił  godzinę  pierwszą,  spała 
snem niespokojnym, pełnym majaczeń. 

Gdy  dzieci  obudziły  ją  rano,  o  pół  do  szóstej,  Johna  już  nie. 

było. Słońce utraciło od razu swój blask, dom jakby posmutniał, 
a Maggi opanowało głębokie uczucie osamotnienia. 

Dzieci również zauważyły inną atmosferę i stały się nerwowe, 

rozdrażnione. Pru nie chciała jeść płatków zbożowych, a Prissy 
odmówiła butelki. Maggi próbowała jedną po drugiej uspokoić, 

76

RS

background image

 

 

nosząc je na rękach po sypialni, ale bez skutku. Zawołała więc o 
pomoc i ciotka Eduarda pospieszyła na ratunek. 

Podobnie  kury  przysporzyły  tego  dnia  niemało  kłopotu. 

Zbliżał się okres, kiedy ptactwu domowemu brakuje w pokarmie 
wapnia  i  skorupki  jajek  są  bardzo  cienkie.  Łatwo  pękają  i  nie 
znajdują zbytu na rynku. 

Po  południu  tego  dnia  Maggi  telefonicznie  umówiła  się  na 

spotkanie  z  doktorem  Jonasem,  pediatrą  w  przychodni  zdrowia 
w Dartmouth. 

Następny  dzień  był  jeszcze  gorszy.  Padał  deszcz.  W  Nowej 

Anglii  nic  nie  jest  bardziej  przygnębiające  niż  mżawka,  która 
wszystko dokoła przesyca wilgocią. Cały świat nabrał ciemnych 
kolorów.  Wszystko  człowieka  bolało,  wszyscy  ludzie  zamykali 
się  w  sobie,  no  może  z  wyjątkiem  mleczarza,  listonosza  i 
chłopca roznoszącego gazety. A jeśli ktoś, na dodatek, mieszkał 
w domu z przeciekającym dachem, to już lepiej... 

Dzieci  pospiesznie  nakarmiono,  przytulono  i  pozostawiono, 

żeby  same  się  bawiły.  Panie  zjadły  kapuśniak  z  chlebem 
własnego wypieku. Ciotka Eduarda była tym zachwycona. 

-  Czas  najwyższy,  abyśmy  zjadły  jakąś  uczciwą,  portugalską 

potrawę - gderała. 

- Ma ciocia rację - Maggi zgodziła się z roztargnieniem.  
- Zastanawiam się, gdzie mogłabym znaleźć irlandzką książkę 

kucharską? 

-  Ty  chyba  zwariowałaś  -  ciotka  wyraziła  swą  dezaprobatę, 

kończąc jednocześnie drugi talerz zupy. - Żeby tak zadurzyć się 
w tym człowieku! 

-  Nic  podobnego!  -  broniła  się  Maggi.  -  Ale  ciekawa  jestem, 

czy trudno jest nauczyć się celtyckiego? 

Ciotka obrzuciła ją jeszcze bardziej karcącym spojrzeniem. 
Następnego dnia Maggi zadzwoniła do banku. 
- Interesuje cię pożyczka hipoteczna? - zapytał pan Oliviera. 

77

RS

background image

 

 

Był  to  diabelny  pedant,  który  długo  ważył  każde  słowo,  nim 

je wypowiedział.  Był  wysokim  urzędnikiem  w  dziale kredytów 
w banku, a jednocześnie starym przyjacielem ojca Maggi. 

-  Oczywiście  nasz  bank  mógłby  ci  udzielić  pożyczki 

hipotecznej,  ale  pod  zastaw  czegoś.  Co  proponujesz,  dom  czy 
ziemię? 

-  Jeszcze  nie  zastanawiałam  się  nad  sprawą  aż  tak 

szczegółowo - powiedziała i westchnęła. 

-  Ale  musisz  pamiętać  o  tym,  kochanie  -  jego  głos  dudnił 

nadal  -  że  jeśli  sięgasz  po  hipoteczne  zobowiązanie,  to  także 
będziesz je musiała spłacać. Inne rozwiązanie to sprzedaż twojej 
ziemi.  Nie  całej,  ale  powiedzmy,  dziesięciu  hektarów.  Dzisiaj 
byłby bardzo odpowiedni moment na taką operację. 

-  Bardzo  bym  nie  chciała  sprzedawać  gruntu,  ale  mam 

płatności  podatkowe,  ponadto  dach  mi  przecieka  i  jeśli  go  nie 
naprawię, to dzieci... 

- Dzieci? Rzeczywiście słyszałem coś o dzieciach. Pozwól, że 

wobec  tego  popytam  tu  i  tam,  rzucę  słówko  we  właściwym 
miejscu... 

-  Zastanawiam  się  także,  kto  mógłby  naprawić  mój  dach  - 

mówiła dalej. - Nie mogę z tym czekać. 

-  W  tej  sprawie  pomogę  ci  od  razu.  Mam  dwóch  synów  w 

branży budowlanej - powiedział pan Oliviera - którzy aż palą się 
do roboty. Czy mam ich przysłać do ciebie? 

-  Tak,  oczywiście,  wuju  Manny  -  zgodziła  się  natychmiast.  - 

Muito obrigado - dodała i odwiesiła słuchawkę. 

Nim  dzień  dobiegł  końca,  u  Maggi  pojawili  się  dwaj 

zapowiedziani  młodzi  ludzie,  rzeczywiście  pełni  ochoty  do 
pracy.  Zaproponowali,  iż  naprawią  dach  na  kredyt,  bo  ojciec 
zapewnił ich, że Maggi jest godną zaufania klientką. Gdy zatem 
John  wrócił  następnego  dnia  wieczorem,  podwórze  było  już 
zawalone sprzętem i materiałami budowlanymi, a połowa pokoi 
nie nadawała się do użytku. 

78

RS

background image

 

 

- Z powodu remontu muszę razem z dziećmi zająć twój pokój 

-  wyjaśniła  Johnowi.  -  Oczywiście  zajmiemy  go  tylko  na  parę 
dni.  Będziesz  musiał  przez  ten  czas  spać  na  kanapie  -  dodała 
dość twardo, chcąc go wyraźnie poniżyć. 

- Ale kanapa jest przecież za mała dla mnie - zaprotestował. 
- Mam także stary śpiwór - zaproponowała inne rozwiązanie.  
- Możesz spać w nim w saloniku, przed kominkiem. 
-  Wiedziałem,  że  spotkają  mnie  tutaj  jakieś  kłopoty  - 

powiedział John, a w jego głosie czuło się wyrzut. Ale oczy mu 
błyszczały,  gdy  patrzył  na  Maggi.  -  Czy  mam  o twoje względy 
konkurować z psem? On lubi przecież spać w cieple kominka. 

-  To  całkowicie  zależy  od  was  samych  -  odpowiedziała  mu 

chłodno.  -  Słabe  kobiety,  takie  jak  ja,  nie  mają  odwagi  wtrącać 
się do waszych spraw. 

- Proszę nam wybaczyć, ciociu Eduardo - John rzucił szybko 

tych  kilka  słów  i  nim  zdołała  zareagować,  podszedł  od  tyłu  do 
Maggi  i  uniósł  ją  w  górę  tak,  że  nogi  zwisały  jej  kilka 
centymetrów nad ziemią. 

- Miło cię znowu widzieć, słaba kobietko - szepnął jej do ucha 

i pocałował. 

- To nie jest fair - poskarżyła się, gdy stawiał ją na podłodze, 

wciąż jednak trzymając blisko swej muskularnej piersi. 

-  Nauczyłem  się  jednego  -  powiedział,  uśmiechając  się  do 

ciotki ponad głową Maggi - tego mianowicie, że w kontaktach z 
panią Brennan nie należy postępować uczciwie. 

-  Przestań  się  popisywać  -  upomniała  go,  ale  nie  robiła 

wrażenia w pełni niezadowolonej. 

- Zajmę się naczyniami - rzuciła pojednawczo ciotka, a Maggi 

pomyślała,  że  starsza  pani  wcale  nie  była  zaskoczona 
pocałunkiem  Johna.  Jaki  więc  przez  cały  ten  czas  miała 
stosunek do sprawy? 

Zakasując rękawy, ciotka dorzuciła jeszcze: 
-  Strasznie  nie  lubię,  kiedy  zwracacie  się  do  mnie  ,,ciociu". 

Mówcie ,,tia", to znacznie przyjemniej, po portugalsku. Ale, co 

79

RS

background image

 

 

ważniejsze,  cieszę  się,  Margaret,  że  masz  już  zmywarkę  do 
naczyń. 

-  Jak  to?  -  Maggi  rozejrzała  się  po  pomieszczeniu, 

wypełnionym  błyszczącymi  białymi  urządzeniami.  Tupnęła 
nogą, a jej wewnętrzne wzburzenie jeszcze się spotęgowało.  

-  Kiedy  on  to  wszystko  zdołał  kupić  i  zainstalować?  - 

burknęła. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

80

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 
- Powiem państwu, że pochwalam w całej rozciągłości, iż nie 

ubieracie dzieci identycznie - oświadczył doktor Jonas. - Zawsze 
podkreślam,  że  każde  z  bliźniąt  to  niezależna,  różniąca  się 
osobowymi  cechami  indywidualność.  Jest  pani  dobrą  matką, 
pani Brennan. 
Maggi  pokręciła  głową  i  spojrzała  na  Johna.  Oboje  próbowali 
wyjaśnić sytuację recepcjonistkom. Czynili to już cztery razy w 
ciągu  minionej  pół  godziny.  John  wzruszył  ramionami,  jakby 
mówiąc: ,,Niech sobie myślą,  co chcą". Maggi czuła się jednak 
nieswojo.  Skrzywiła  się  i  zaczęła  jeszcze  raz  wyjaśniać  rzecz 
całą od początku, ale doktor przerwał jej. 

-  Niezależnie  od  długiej  podróży  i  zmiany  otoczenia,  dzieci 

znajdują  się  w  doskonałej  formie.  Nie  widzę  żadnych 
problemów.  Obie  dziewczynki  rozwijają  się  jak  należy.  Ale 
dodam,  że  wychowywanie  bliźniąt  jest  nieraz  okresem 
trudniejszym  dla  rodziców  niż  dla  dzieci.  Powinni  państwo 
wynająć  kogoś  do  pomocy.  Przynajmniej  raz  w  tygodniu 
musicie oboje oderwać się od codziennej rutyny, być sami, tylko 
we dwoje. 

-  Ale  my  nie  wychodzimy  z  domu  zbyt  często - wyrwało  się 

Maggi. John skrzywił się z dezaprobatą, jakby kobieta zdradzała 
jakieś rodzinne tajemnice. 

- Nie musicie od razu wychodzić z domu - powiedział doktor 

domyślnie  i  zaśmiał  się  cicho.  -  Pójdźcie  po  prostu  na  górę, 
zamknijcie  drzwi  i  róbcie  to,  na  co  macie  ochotę.  Róbcie 
cokolwiek, żeby się tylko oderwać od dzieci. 

Magii wydała się zażenowana. Natomiast John uśmiechnął się 

domyślnie. 

-  Proszę  się  niczego  nie  obawiać,  doktorze.  Wychowujemy 

małe  według  odpowiedniego  poradnika,  a  ja  na  dodatek 
trzymam  wszystko  twardą  ręką  i  nie  pozwalam  Maggi  na 
szaleńcze pomysły. 

81

RS

background image

 

 

Wszyscy  mężczyźni  są  podobni  do  siebie,  pomyślała 

zasępiona  Maggi.  W  jednej  chwili  potrafią  zmienić  się  z 
aroganckiego  dyktatora  w  małego  miłego  chłopaczka.  I 
odwrotnie.  Przez  cały  czas  myślą,  że  kobiety  nie  mają  dość 
rozumu,  żeby  dbać  o  swoje  sprawy.  Jeśli  będzie  miała  dzieci, 
swoje  własne,  to  postara  się,  żeby  ich  lekarzem  była  kobieta. 
Najlepiej taka, która także ma dzieci. 

Maggi była wciąż wewnętrznie wzburzona, gdy wychodzili na 

słońce  z  ośrodka  medycznego  w  Dartmouth.  Każde  z  jedną 
bliźniaczką w ramionach. 

-  Sprytnie  pomyślałaś,  żeby  ubrać  dzieci  rozmaicie  - 

powiedział John. 

Tak,  to  było  dobrze  pomyślane,  Maggi  uśmiechnęła  się  do 

siebie.  Zaczęła  dzień  z  opóźnieniem  i  nie  mogła  nadrobić 
straconego czasu. Ubierała je wobec tego w to, co wpadło jej w 
ręce.  Jaka  sprytna  kobieta  ze  mnie,  pochwaliła  się  w  myślach. 
Ale  zamiast  ujawnić  prawdę,  przesłała  tylko  Johnowi 
promienny,  trochę  sztuczny  uśmiech  i  włączyła  się  w  strumień 
przechodniów. 

-  Maggi,  Maggi  Paiva!  -  usłyszała  nagle  wołanie  z  tłumu. 

Przystanęła  i  obejrzała  się.  John  szedł  dalej,  pogrążony  w 
myślach.  Jakiś  młody  człowiek  biegł  w  jej  kierunku.  Był 

średniego wzrostu. Blondyn jak wiking. Szczupły. Miał na sobie 
szary  trzyczęściowy  garnitur.  Mieszanina  dobrego  wyglądu  z 
przesadną elegancją. 

- Henry? Henry Peterson! - Wspomnienia, sceny z przeszłości 

przebiegły  jej  przed  oczami.  Henry  Peterson  na  balu,  który 
odbył się  na  zakończenie  szkoły  średniej,  zatańczył z  nią  jeden 
raz.  Nie  nosił  rękawiczek  i  pamiętała  doskonale  jego  zimną 
rękę,  przesuwającą  się  w  górę  i  w  dół  po  jej  obnażonych 
plecach.  Syn  umiarkowanie  bogatej  rodziny,  z  dużymi 
aspiracjami. 

Najlepsza  partia  w  całej  szkole.  Oczywiście  aż  do  chwili, 

kiedy poznała Roberta. Nie widziała Peter- sona... od kiedy? Od 

82

RS

background image

 

 

zjazdu koleżeńskiego jej roku, wiele lat temu. I oto pojawiał się 
znowu,  z  szerokim  uśmiechem  na  ustach.  Pochwycił  ją  w 
ramiona i zatoczył nią koło, pokrzykując radośnie. 

- Maggi Paiva, ile to lat się nie widzieliśmy? 
- Dobre parę lat - odparła i odsunęła go delikatnie od siebie. 
-  Och,  kochanie  -  tłumaczył  się  -  nie  wiedziałem,  że  masz 

dziecko. Czytałem w gazecie, że Robert umarł... 

- Tak, pięć lat temu. Ale ja... 
-  Ona  ma  nie  jedno,  lecz  dwoje  dzieci  -  powiedział  John, 

który  nagle  pojawił  się  obok,  dominując  wzrostem  nad 
obojgiem.  Jeśli  spojrzenia  mogłyby  zabić,  byłyby  dwa  trupy, 
pomyślała Maggi. 

-  Dwoje  dzieci?  -  Henry  cofnął  się  jeszcze  bardziej,  z 

wyrazem zawodu na twarzy. 

Maggi  obrzuciła  wzrokiem  Johna.  Zabawia  się  w  psa,  co  to 

sam nie zje i drugiemu nie da, pomyślała. 

-  One  nie  są  moje  -  wyjaśniła  Henry'emu.  -  Należą  do... 

jestem  ich...  -  Nie  dokończyła,  bo  było  to  przecież  zbyt 
skomplikowane.  Tymczasem  dwaj  mężczyźni  wpatrywali się  w 
siebie jak para prychających z wściekłości byczków na arenie. - 
Pan Dailey przywiózł dzieci z Irlandii - dorzuciła Maggi. 

- A więc tak sprawy wyglądają - powiedział Henry z ironią. - 

Nadzorca  do  dzieci!  Posłuchaj,  Maggi.  Mamy  milion  spraw  do 
obgadania. Może spotkamy się przy drinku? 

- Chętnie - zgodziła się łatwo. Nie miała pojęcia, co Henry ma 

na  myśli,  ale  widok  Johna,  który  aż  kipiał  niechęcią,  poprawił 
jej samopoczucie. - Może przyjedziesz do mnie - dodała.  

- Mieszkam nadal na farmie dziadka. Znasz drogę. 
-  Oczywiście,  że  znam.  Czy  pamiętasz  tę  przejażdżkę  na 

wozie siana, tuż przed Świętami Bożego Narodzenia? 

O Boże, czy pamiętam? - pomyślała Maggi. Ani przez chwilę 

nie  zwracał  wtedy  na  nią  uwagi.  Nie  miała  tych  kształtów  co 
dziś. 

- Tak, pamiętam - mruknęła. 

83

RS

background image

 

 

- Może spotkamy się jutro wieczorem? 
- Doskonale, około ósmej. 
-  Około  ósmej  -  przyjął  propozycję,  nachylił  się  i  pocałował 

czubek  jej  nosa.  Odszedł  lekkim  krokiem,  z  rękami  w 
kieszeniach, pogwizdując. 

-  Więc  co  się  stało  w  czasie  tej  przejażdżki  na  wozie  z 

sianem? - zażądał wyjaśnień John. Jego chmurny wzrok mógłby 
sprowadzić monsunowy deszcz. 

-  Nic  się  nie  stało  -  powiedziała  Maggi.  -  A  poza  tym  to  nie 

twój interes. 

- Nie mój interes?! - zagrzmiał. - Co przez to rozumiesz? 
- Na przykład to, że nie  jestem twoją żoną. Bogu za to niech 

będą  dzięki.  Już  wiele  razy  zmieniałeś  swój  stosunek  do  mnie. 
Nie ma nic między nami, jak tylko czysty biznes, panie Dailey. I 
jeśli  zdecyduję  się  na  spotkanie  z  Henrym,  to  także  nic  ci  do 
tego.  Masz  tylko  wykonywać  swoje  obowiązki  i  trzymać  ręce 
przy sobie, a wszystko będzie w porządku. A poza tym przestań 
krzyczeć, bo ludzie się oglądają. 

- Ja nie krzyczę - wymamrotał. - Ja nigdy nie krzyczę, nigdy 

nie tracę panowania nad sobą. Daj już spokój, Maggi. Chodźmy 
dalej. Pru nie przestanie grymasić, jeśli z nią nie pospacerujesz. 

To  szczera  prawda,  gdy  chodzi  o  kapryszącą  Pru,  pomyślała 

Maggi,  natomiast  twierdzenie,  że  on  nigdy  nie  traci  panowania 
nad sobą to czyste kpiny. Jeszcze nieraz da mu nauczkę, chociaż 
wiadomo,  iż  obłaskawianie  go,  to  jak  wygaszanie  potężnego 
wulkanu przy pomocy tabletek Alka-Seltzer. 

- Nic na tym wozie nie było i teraz też nic nie będzie. - Maggi 

spróbowała go jednak uspokoić. - Henry jest tylko moim starym 
znajomym. Chodziliśmy razem do szkoły. 

- I był twoją sympatią, prawda? 
-  Nie  całkiem  -  wyznała.  -  Szczerze  mówiąc,  nie  rozumiem, 

dlaczego  tak  nagle  wyskoczył  z  tym  spotkaniem.  On  nigdy...  - 
Nie  musisz  mu  mówić  wszystkiego,  ostrzegł  ją  głos 
wewnętrzny. Henry rzeczywiście nigdy przedtem nie zwracał na 

84

RS

background image

 

 

nią  uwagi,  ale  nie  ma  powodu,  żeby  mówić  o  tym  całemu 

światu. A może John zasługuje jednak na więcej wyjaśnień? 

-  Nic  nie  wydarzyło  się  wtedy  na  sianie  -  powiedziała.  -  To 

znaczy  nic  nie  wydarzyło  się  między  nim  a  mną.  Henry 
zapamiętał  coś,  co  w  rzeczywistości  dotyczyło  innej 
dziewczyny. 

Następnego  dnia  Maggi  zdenerwowana  stała  przed  otwartą 

szafą  z  ubraniami  i  nie  mogła  się  zdecydować,  co  na  siebie 
włożyć. A była już godzina ósma wieczorem. 

Dach  został  naprawiony,  dzieci  powróciły  do  swego  pokoju. 

Był tam teraz John, który coś nucił najlepiej, jak potrafił. 

Maggi,  patrząc  na  zegarek,  ostatecznie  zadecydowała,  że 

założy  tę  niebieską.  Miała  niewielki  wybór.  Cztery  sukienki,  a 
poza  tym  szafa  pełna  spodni  dżinsowych  i  bluzek  wszelkiego 
rodzaju.  Tak  więc  niebieska  musi  sprostać  zadaniu.  Była 
najnowsza. Miała zaledwie pięć łat. Maggi narzuciła ją na białą 
koszulkę.  Sukienka  wydawała  się  nieco  luźniejsza  niż  wtedy, 
gdy  Maggi  miała  ją  ostatni  raz  na  sobie.  Nie  przylegała  tak 

ściśle  do  dobrze  zaokrąglonych  bioder,  ale  podkreślała  pełny 
biust.  Mały  biały  kołnierzyk  a  la  Piotruś  Pan  i  koronkowe 
przybrania na rękawach były stosownym uzupełnieniem całości. 
Suknia  należała  do  tych,  które  niczego  nie  pokazują,  ale 
uwidaczniają wszystko. 

Maggi,  zadowolona  z  siebie,  wykonała  piruet  przed  lustrem. 

Uśmiechnęła  się.  Henry  Peterson  naprawdę  nic  dla  niej  nie 
znaczył,  ale  któraż  kobieta  nie  lubi  wypróbować  swej  broni  od 
czasu do czasu. 

W  tej  samej  chwili  na  dole  ciotka  Eduarda  nadawała  kuchni 

ostatni  szlif.  Od  czasu  pojawienia  się  dzieci  starsza  pani 
powróciła  do  głównego  nurtu  życia  i  zaczęła  się  interesować 
wszystkim,  co  działo  się  wokół  niej.  Podeszła  teraz  do  drzwi 
saloniku, gdyż usłyszała, że Maggi schodzi z piętra. 

-  Czy  ma  przyjść  ten  młody  człowiek,  który  telefonował? 

Powiedział, że chce się z tobą zobaczyć i pytał, gdzie jesteś. 

85

RS

background image

 

 

Dobrze  wiedzieć,  pomyślała  Maggi.  Widocznie  spotkanie  z 

Henrym  nie  było  tak  całkowicie  przypadkowe.  Ale  kobiety 
przecież także uprawiają swe małe intrygi, a ona, Maggi, ceniła 
mężczyzn,  którzy  wkładają  dużo  pomysłowości  w  gonitwę  za 
dziewczyną. 

- To mi się podoba - ciotka Eduarda wyraziła swoje uznanie, 

gdy  zobaczyła  bratanicę  w  niebieskiej  sukni.  -  Jesteś  śliczna, 
kochanie.  W  moich  czasach  nazywaliśmy  takie:  ,,skromna,  ale 
grzeszna". 

-  Czy  nie  przesadziłam?  -  zapytała  Maggi,  przybierając  pozę 

niewiniątka. 

- Ani trochę. - Ciotka Eduarda uśmiechnęła się szeroko.  
- Można w tym pójść nawet do kościoła. Przecież to nie twoja 

wina,  co  mężczyźni  myślą,  patrząc  na  ciebie.  -  W  tym 
momencie rozległo się pukanie do drzwi frontowych. - I oto już 
się  zjawia.  Zostawiłam  gotową  kawę  na  kuchence.  Teraz,  gdy 
mam  osobny  telewizor  w  moim  pokoju,  nie  będę  wam 
przeszkadzała. 

- Nie chcę, ciociu, żebyś odchodziła - zaprotestowała Maggi. 
-  A  ja  nie  chcę  być  piątym  kołem  u  wozu  -  oświadczyła 

starsza pani i ruszyła ku schodom. 

Maggi  sprawdziła  w  lustrze  sukienkę  i  fryzurę  i  podeszła  do 

drzwi. Pukanie rozległo się jeszcze raz. Maggi grała na zwłokę, 
chciała  ochłonąć.  Od  czasów  przedślubnych  nie  miała  randki  z 
mężczyzną,  czuła  się  więc  niepewnie.  Wytarła  dłoń  w 
chusteczkę, którą tłamsiła w ręce, i sięgnęła do klamki. 

- Dobry wieczór - powiedział Henry Peterson, patrząc na nią z 

uznaniem. - Maggi, ty przez te lata nie zmieniłaś się ani trochę! 

Przełknęła  ślinę,  skinęła  zapraszająco  ręką i zamknęła  drzwi. 

W łagodnym świetle lampy Henry nie wydawał się tak kanciasty 
jak  uprzednio.  Ubrany  był  z  wyszukaną  elegancją,  a  w  ręce 
trzymał  gałązkę  gardenii.  Wręczył  ją  Maggi,  która  zdała  sobie 
sprawę, że ostatni raz dostała kwiaty bardzo dawno temu. Było 

86

RS

background image

 

 

to  wtedy,  kiedy  przyrodni  brat  rozbił  jej  samochód  i  chciał  to 
czymś wynagrodzić. 

-  Dziękuję  ci,  Henry  -  powiedziała  lekko,  bez  nadmiaru 

uczucia. - Usiądź, proszę. 

Rzucił okiem wkoło i wybrał sofę. Maggi ostrożnie wycofała 

się do kuchni i znalazła odpowiedni wazon na kwiatek. 

- Usiądź tutaj, obok mnie - poprosił Henry, gładząc poduszkę, 

leżącą na sofie, tuż przy nim. 

Maggi  uśmiechnęła  się  nieznacznie  i  wybrała  fotel 

naprzeciwko. 

- Chcę patrzeć na ciebie - usprawiedliwiła się. Chyba przyjął 

to  jako  rodzaj  komplementu.  -  Dawno  się  nie  widzieliśmy, 
Henry. 

-  Tak,  bardzo  dawno.  Ale  pamiętaj,  że  ty  miałaś  Roberta,  a 

my obaj niezbyt się lubiliśmy. 

- Nie wiedziałam o tym. Co przez ten miniony czas robiłeś? 
-  Och,  to  i  tamto,  jak  wiesz  poszedłem  do  college'u,  teraz 

pracuję w handlu nieruchomościami. 

- A ja myślałam, że w bankowości. Twój ojciec ma chyba coś 

wspólnego z bankiem First Bristol? 

-  Rzeczywiście,  próbowałem  zaczepić  się  w  bankowości.  - 

Henry  wydawał  się  zakłopotany.  -  Mój  ojciec  również  tego 
chciał.  Mieliśmy  tworzyć  spółkę,  ojciec  i  syn.  Coś  w  tym 
rodzaju.  Ale  po  pewnym  czasie  doszedłem  do  wniosku,  że 
niezbyt się zgadzamy... więc zrezygnowałem. 

-  Zapewne  była  to  słuszna  decyzja  -  przyznała  Maggi  - 

chociaż muszę ci powiedzieć, że lubię ten bank, mam tam swoje 
konto. 

- Wiem  o tym  -  powiedział  z  uśmiechem.  -  Wspominają tam 

czasami  twoje  nazwisko.  Ściślej  mówiąc,  ojciec  wymienił  je 
ostatnio przy obiedzie. I dlatego właśnie postanowiłem odnaleźć 
cię. Czy mogę dostać obiecanego drinka? 

Maggi zerwała się z fotela. 
- Burbon czy szkocka? - zapytała. 

87

RS

background image

 

 

- Szkocka z lodem. - On także podniósł się z sofy i stanął tuż 

za nią. Barek znajdował się w kącie pokoju. Gdy Maggi sięgnęła 
po  karafkę,  Henry  dotknął  jej  pleców.  -  Pamiętam  -  szepnął  jej 
do ucha - że zawsze byłaś gorącą dziewczyną. 

Cofnęła  się  zaskoczona,  bardziej  zapachem  jego  miętowych 

pastylek na czystość oddechu niż tym co powiedział. 

-  Tak  sądzisz?  -  wyraziła  wątpliwość.  -  W  mojej  pamięci 

wygląda to inaczej. 

Ręka Henry'ego wyciągnęła się ku niej. Maggi wcisnęła w nią 

szklankę z drinkiem. W ten sposób przynajmniej jedną rękę miał 
zajętą. 

- Czy pamiętasz turniej futbolowy na naszym roku? 
- Henry kusił ją wspomnieniami. - Poszliśmy wtedy do szatni 

przy  sali  gimnastycznej.  To  były  szalone  godziny.  Wszystko 
mam przed oczami. 

- O mało nie wyrzucili cię wtedy ze szkoły - przypomniała mu 

Maggi. 

- A więc i ty to pamiętasz? - zaśmiał się Henry. 
-  Powinniśmy  zacząć  teraz  od  tego,  na  czym  wtedy 

skończyliśmy. 

-  Jest  tylko  jeden  problem  -  powiedziała  Maggi, 

zdecydowanie  odsuwając  go  od  siebie.  -  To  nie  byłam  ja,  lecz 
Mary Anstruthet. Ona wyszła już za mąż, jak zapewne wiesz, za 
ogromnego, silnego faceta, który pracuje w dokach. Musisz być 
bardzo  ostrożny,  jeśli  chodzi  o  odgrzewanie  wspomnień 
związanych z Mary. Jej mąż jest bardzo zazdrosny. 

- To chyba jakieś nieporozumienie - wymamrotał Henry i dla 

rozładowania sytuacji pociągnął łyk szkockiej. 

- Być może - powiedziała, oddychając głęboko. - Ale ja byłam 

wtedy  nieśmiałą,  skromną  dziewczyną.  Czasem  myślę,  że 
szkoda. Inne mają co wspominać. Ale takie było życie. 

Henry  przyjął  to  jako  pewnego  rodzaju  wybaczenie.  Jego 

uśmiech powrócił. 

- Teraz ty opowiedz coś o sobie, Maggi. 

88

RS

background image

 

 

-  Niewiele  tego  jest  -  westchnęła.  -  Po  ukończeniu  szkoły 

poszłam na kurs sekretarski, ale nigdy nie starałam się o pracę w 
tym  zawodzie.  Później  pojawił  się  Robert  i  wybawił  mnie  od 
wszelkich problemów, chociaż na krótko. A potem zajmowałam 
się  rozmaitymi  drobiazgami.  Jak  wiesz,  nie  byłam  nigdy 
specjalnie ambitna. A ty się nie ożeniłeś? 

Henry poruszył się niespokojnie i szybko dokończył drinka. 
-  Tak,  ożeniłem  się,  ale  nic  z  tego  nie  wyszło.  Betty  była 

prawdziwą  jędzą.  Zrób  to,  zrób  tamto,  skacz,  jak ci każę.  A  jej 
ojciec był wielkim oszustem. Żył jak milioner, ale za pożyczone 
pieniądze.  Wsadzili  go  ostatecznie  do  pudła  za  malwersacje,  a 
my rozwiedliśmy się. - Henry podniósł do góry pustą szklankę i 
obrócił  ją  w  świetle  lampy.  Maggi  zrozumiała  ten  gest,  nalała 
mu  alkoholu  i  powróciła  na  swoje  miejsce.  Natomiast  Henry 
pod wpływem whisky znowu nabrał odwagi. - Przysiądź się do 
mnie - powiedział zdecydowanym tonem. 

Dlaczego  nie?  -  pomyślała  Maggi.  Od  początku  chodziło 

przecież  o  to,  że  chciała  zakosztować  małej  przygody.  Lub 
inaczej, chciała  doprowadzić Johna  do zazdrości. Dalejże więc, 
dziewczyno,  zachęciła  sama  siebie.  Zrobiła  słodką  minę  i 
przysiadła  się  do  Henry'ego.  Sofa  była  stara,  jeszcze  z  czasów 
babki.  Gdy  tylko  Maggi  usiadła,  sprężyny  zazgrzytały  i 
popchnęły ją ku Henry'emu. 

-  Doskonały  pomysł  -  wyraził  zadowolenie  i  odstawił 

szklankę. - A więc, jak słyszałem, myślisz o sprzedaży farmy? 

Maggi  natychmiast  zrozumiała,  co  było  prawdziwym 

powodem pojawienia się tutaj tego bohatera z lat szkolnych. 

- Być może -  rzekła wzdychając. - Rzeczywiście  myślałam o 

tym. Nie mogę powiedzieć, że coś postanowiłam, ale myślałam. 

- To już jest coś - stwierdził Henry. Obrócił się ku niej. Jedną 

ręką  objął  jej  plecy,  a  drugą  położył  na  kolanie.  Maggi  nagle 
dostrzegła w oczach Henry'ego zielony poblask dolara. 

Sprawy biorą interesujący obrót, pomyślała. Musi trzymać się 

mocno, a wszystko się wyjaśni. 

89

RS

background image

 

 

- Plotka mówi, że chcesz sprzedać całą farmę. Czy to prawda? 
- To nieprawda - odpowiedziała cicho. 
- Nieprawdą jest, że Maggi to namiętna panienka. 
- Głos dobiegł do nich z połowy schodów, gdzie w półmroku 

stał John Dailey. 

Maggi  zerwała  się  na  równe  nogi,  jak  czternastolatka,  którą 

ojciec  przyłapał  na  ściskaniu  się  z  chłopakiem  z  sąsiedztwa. 
Szklanka  Henry'ego  upadła  z  łoskotem  na  podłogę  i  potoczyła 
się  pod  ścianę.  Na  szczęście  była  już  pusta.  Mike  wylazł  z 
kuchni, żeby zobaczyć, co się dzieje. 

John  zszedł  na  dół  i  stanął  przed  kominkiem,  spoglądając 

ponuro na żarzące się polana. Maggi obrzuciła zarówno psa, jak 
i  mężczyznę  przeszywającym  spojrzeniem.  John  po  chwili 
rozsiadł  się  w  fotelu  na  biegunach  i  wziął  do  ręki  wieczorną 
gazetę. 

-  Nie  chcę  wam  sprawiać  kłopotu,  młodzi  ludzie,  ale  byłem 

tak  zajęty,  że  nie  miałem  czasu  przeczytać,  co  się  dzieje  w 

świecie. 

-  Czy  mógłbym  poprosić  o  jeszcze  jednego  drinka?-  zapytał 

Henry. 

- Myślę, że ja też się napiję - zamruczała Maggi. 
-  W  tej  sytuacji  ja  także  poproszę  -  powiedział  John  spoza 

swojej gazetowej fortecy. - Dla mnie jak zwykle, Maggi. Ale ty 
uważaj,  co  robisz.  Chyba  pamiętasz,  jak  ostatnio  źle  się  czułaś 
po szkockiej. 

Niewiele  brakowało,  żeby  Maggi  powiedziała  coś  naprawdę 

dosadnego,  ale  musiała  w  duchu  przyznać,  że  uwaga  Johna  w 
pełni  odpowiadała  prawdzie.  Maggi  była  zaprzysiężoną 
przeciwniczką  alkoholu,  ale  cięty  język  Johna  sprawił,  że 
wychyliła  wtedy  kilka  kolejek.  Z  okropnymi  następstwami.  I 
teraz  mogło  się  wydarzyć  to  samo.  Hamując  się,  żeby  nie 
powiedzieć zbyt ostrego  słowa,  Maggi  podeszła do  barku i obu 
mężczyznom nalała po szklaneczce. 

- Ja napiję się kawy - rzekła stanowczym głosem. 

90

RS

background image

 

 

-  Doskonały  pomysł  -  zauważył  John  i  zwrócił  się  do 

Henry'ego: - Czy wiesz coś o dzieciach, Peters? 

-  Peterson  -  ostrożnie  sprostował  Henry.  -  Nie,  nic  nie  wiem 

na  temat  dzieci.  I  nie  mogę  powiedzieć,  żeby  mnie  to 
szczególnie interesowało. Czy mieszkasz tutaj? 

Maggi  w kuchni  wytężyła  słuch,  chcąc  wiedzieć,  jaka będzie 

odpowiedź  i  nieopatrznie  poparzyła  sobie  palce  rozgrzanym 
naczyniem  z  kawą.  Gdy  powróciła  do  saloniku,  John  właśnie 
pouczał  młodego  człowieka  na  temat  wychowywania  dzieci. 
Henry siedział na sofie z wyrazem znudzenia na twarzy, a Mike 
zajął  ulubione  miejsce  przy  kominku.  Maggi  z  rozmysłem 
usadowiła się obok Henry'ego. 

-  Nie  chcemy  ci  zajmować  czasu,  John  -  przerwała  jego 

wywód.  -  Jestem  pewna,  że  Henry  nie  interesuje  się 
wychowywaniem dzieci. Nie wszystkich mężczyzn to pasjonuje. 

-  Na  pewno  masz  rację  -  zgodził  się  John.  Zaskoczyło  to 

Maggi.  Ciepły,  ale  też  dwuznaczny  ton  jego  głosu  nawet  ją 
przestraszył.  Ten  krętacz  przygotowywał  niewątpliwie  jakiś 
mocny  cios.  -  Ale  to  wielka  szkoda  -  ciągnął  dalej.  -  Wiedząc 
jak  bardzo  ty,  Maggi,  lubisz  dzieci,  wątpię,  czy  jakiś 
mężczyzna,  nie  zainteresowany  nimi,  będzie  miał  u  ciebie 
jakąkolwiek szansę. 

- Ależ ja się interesuję! - Henry, zaskoczony obrotem sprawy, 

chciał gwałtownie odzyskać przychylność Maggi. - Oczywiście, 

że  jestem  zainteresowany...  na  przykład,  przedłużaniem  rodu  i 
temu podobne. Któż nie byłby? 

- Miło to słyszeć - powiedział John z pozorną serdecznością. - 

Mam tutaj parę książek i magazynów. Powinieneś rzucić na nie 
okiem,  oczywiście  w  wolnym  czasie.  Każdy,  kto  myśli  o 
małżeństwie,  powinien  być  wprowadzony  w  ten  temat.  -  To 
mówiąc  rzucił  z  łoskotem  na  kolana  Henry'ego  stertę 
wydawnictw. 

91

RS

background image

 

 

Maggi  spojrzała  uważnie  na  gościa.  Z  upływem  każdej 

sekundy 

Henry 

Peterson 

wydawał 

się 

coraz 

mniej 

zainteresowany małżeństwem. 

- Chcesz jeszcze jednego drinka? - zaproponowała, aby dodać 

mu otuchy. 

-  Odradzałbym,  jeśli  on  prowadzi  samochód.  Jazda  po 

pijanemu jest dzisiaj społeczną plagą - zauważył John. 

Nim  Maggi  zdołała  wymyślić  jakąś  sensowną  odpowiedź,  z 

górnego  piętra  dał  się  słyszeć  płacz  dziecka,  a  sekundę  potem 
już obie bliźniaczki płakały zgodnie. 

-  Twoja  kolej.  -  John  ręką  wskazał  schody.  Według  ściśle 

określonej przez nich rotacji wcale nie 

była to kolej na Maggi. John powinien opiekować się dziećmi 

od  szóstej  wieczorem  do  drugiej  nad  ranem.  Ale  Maggi 
znajdowała się w takim stanie ducha, że bez sprzeciwu pobiegła 
na  piętro.  Pokój  dziecinny  nigdy  nie  był  w  pełni  pogrążony  w 
mroku. Rozjaśniała go nieco słaba lampka. Maggi instynktownie 
pochwyciła Pru. Była przekonana, że to ona rozpoczęła lament. 
A  Prissy  dołączyła  do  niej  po  prostu  dla  zabawy.  Maggi 
przytuliła  Pru  i  kilkakrotnie  przespacerowała  się  z  nią  po 
pokoju.  Jednocześnie  szukała  wzrokiem  przyczyny  płaczu. 
Jeden  z  prętów,  podtrzymujących  zasłony  okienne,  upadł  na 
podłogę.  To  przypuszczalnie  rozbudziło  dzieci.  Jeszcze  kilka 
kroków i Pru, zmęczona całodziennym ruchem, znowu zasnęła. 
Po chwili Prissy też już spała. 

Przez następne parę minut Maggi próbowała zawiesić zasłonę 

na  nowo,  ale  w  ciemności  nie  było  to  łatwe.  Zadanie  zostało 
więc  wpisane  na  długą  listę  spraw  do  załatwienia  następnego 
dnia. W tej chwili chodziło o coś znacznie ważniejszego. Maggi 
na palcach zbiegła schodami w dół. 

John znowu był pogrążony w lekturze gazety. 
-  Gdzie  jest  Henry?  -  zapytała  ze  złością.  Gazeta  opadła  na 

tyle, że ukazały się oczy Johna. 

Niewinne, naiwne oczy. 

92

RS

background image

 

 

-  Twój  chłopak?  Powiedział  coś  o  pilnym  spotkaniu  i 

wyszedł.  Ma  wkrótce  zadzwonić  do  ciebie.  -  Gazeta  podniosła 
się ponownie w górę. 

Maggi  stanęła  przed  Johnem  w  atakującej  postawie.  Pies, 

czując pismo nosem, wycofał się do kuchni. 

- Co, u diabła, wyprawiasz! - prychnęła. 
-  Kto,  ja?  Przecież  czytam  gazetę  -  odparł  spokojnie.  -  Czy 

wiesz, co sobie wyobraża Mike Greenswald? Ten chłopak chce, 

żeby  za  granie  w  zespole  Red  Sox  zapłacili  mu  ponad  pół 
miliona dolarów. Możesz... 

Maggi wyrwała mu gazetę z rąk i bardzo powoli zaczęła drzeć 

ją na strzępy. Strona po stronie. 

- Ejże! - zaprotestował. - Jeszcze nie skończyłem! 
- Właśnie, że skończyłeś - stwierdziła ponuro i kategorycznie. 

- A teraz powiedz, o co ci, do cholery, chodzi? 

- Zejdź na ziemię - zaproponował jej. 
- Zejdę i unieszkodliwię cię!- To byłoby nie fair. Powinienem 

mieć czas na skontaktowanie się z moim adwokatem. 

- Jeśli nie dasz mi natychmiast odpowiedzi na moje pytanie - 

w Maggi aż się gotowało - to ja... to ja... 

-  Interesujące  -  powiedział  John  z  kamiennym  spokojem.  - 

Sprawiasz  wrażenie,  jakbyś  cierpiała  na  jakąś  poważną 
dolegliwość. 

Podniósł  się  z  fotela,  podszedł  do  niej  i  szybko  utulił  ją  w 

swych potężnych ramionach. Nim była w stanie umknąć. 

-  Posłuchaj,  ten  człowiek  to  facet  przegrany,  naprawdę 

przegrany  -  powiedział  John.  -  Nie  interesuje  go  twoje 
rozkoszne ciałko lub powiedzmy inaczej uwiedzenie cię. Jest to 
dla niego najwyżej drugoplanowy cel. Nie wiem, co kieruje tym 
człowiekiem,  ale  nawet  jeśli  jego  zamiary  są  szczere,  to  on  po 
prostu nie jest ciebie godny. 

-  Wytłumacz  mi  jedno,  bo  całkiem  tego  nie  rozumiem  - 

wyszeptała - co dało ci prawo zejść tu, na dół, i wtykać swój nos 
w moje życie? Nie miałeś prawa! 

93

RS

background image

 

 

- Mówisz, Maggi, że nie miałem prawa. - Przestał gładzić jej 

plecy i przesunął ręką po pięknych rudych włosach. - Posłuchaj, 
pani  Brennan,  czy  mogłem  postąpić  inaczej?  Stałem  na  górze 
schodów i słyszałem, jak ten idiota o mózgu jak ziarnko grochu 
zaleca  się  ostro  do  mojej  dziewczyny.  Żaden  pełnokrwisty 
Irlandczyk nie pozwoliłby na to. 

Maggi  zdołała  się  odsunąć  od  niego  na  tyle,  że  mogła 

popatrzeć mu w twarz. 

- Nie jestem twoją dziewczyną - powiedziała ze złością. 
-  Co  ty  mówisz?  -  Przytrzymał  ją  na  odległość  ramienia  i 

uważnie śledził wyraz jej twarzy. - Nie jesteś moją dziewczyną? 
Przecież to kłamstwo. 

Maggi powtórzyła jednak jeszcze raz z uporem: 
- Nie jestem twoją dziewczyną! 
John  podniósł  ręce  w  takim  geście,  jakby  się  poddawał  i 

cofnął się parę kroków. 

-  Czyżbym  się  mylił?  -  Wydawał  się  zdumiony.  Ale  Maggi 

wiedziała, że to wszystko były żarty. Miał 

większe trudności niż ona z powstrzymaniem się od śmiechu. 

A  poza  tym,  gdy  odsunął  się  od  niej,  poczuła  chłód. 
Osamotnienie? Czy może rozczarowanie? 

-  Jestem  odtrącony  z  powodu  tego  kundla,  Henry'ego 

Peterville'a - zamruczał. 

-  Petersona  -  poprawiła  go.  -  Szczerze  mówiąc,  nie  znoszę 

tego chłopaka. - Po takim oświadczeniu uśmiech rozjaśnił twarz 
Johna.  -  Zdaję  sobie  sprawę,  że  wszystko  czego  on  chce  to... 
moich pieniędzy. A ponieważ nie mam żadnych, to... 

-  Twierdzisz,  że  nie  jesteś  moją  dziewczyną?  -  zapytał  John 

jeszcze  raz.  -  Musimy  więc  sprawdzić  tę  teorię  -  dodał  i 
wyciągnął do niej obie ręce. 

Maggi  wahała  się,  ale  tylko  przez  chwilę,  a potem  pozwoliła 

objąć się tym opiekuńczym, ciepłym ramionom. 

- Widzisz - powiedział John po chwili - twoje ciało mówi mi 

jednak, że jesteś moją dziewczyną. 

94

RS

background image

 

 

-  Może  ono  wie  lepiej  niż  ja?  -  westchnęła  z  wyraźnym 

zadowoleniem. - Przekonaj mnie o tym! 

Pocałował  ją.  Przywarli  do  siebie  gorącymi,  wilgotnymi 

ustami. Ogień przelatywał w dół i w górę jej pleców. Paliło ją w 
dołku. John obejmował ją mocno. Jedną ręką przyciskał tak, że 
swym torsem wyczuwał  jej twarde, pełne piersi,  a drugą dłonią 
pieścił jej talię, uda, pośladki. Zatracili się w tym zupełnie. 

-  Czy  naprawdę  nie  jesteś  moją  dziewczyną?  -  zapytał 

szeptem, a jego ramiona wciąż trzymały ją w niewoli. 

-  Być  może  jestem.  -  Maggi  z  trudem  łapała  powietrze. 

Jeszcze  dwadzieścia  sekund  tej  rozkoszy,  a  nie  będzie  żadnego 
,,być  może"!  Odrobina  zdrowego  rozsądku  dała  jednak  znać  o 
sobie, nagle pojawiając  się w jakimś zakamarku mózgu Maggi. 
Wychowano ją w surowej dyscyplinie, wpajano zasady moralne 
i  wrodzona  ostrożność  wzięła  górę.  Westchnęła  całą  piersią, 
odstąpiła dwa kroki i powiedziała: - Powinowactwo, oto co nas 

łączy. 

-  Tak  sądzisz?  -  zapytał  zaskoczony.  -  Ale  co  masz  na myśli 

mówiąc ,,powino..." 

-  Daj  spokój,  doskonale  wiesz,  o  co  chodzi  -  odparła.  - 

Prawnicy  znają  sens  każdego  słowa.  Powinowactwo  znaczy,  że 

żyjemy  zbyt  blisko  siebie,  że  nasze  losy  zbyt  się  uwikłały 
wzajemnie, powiązały ze sobą. Oczywiście, z powodu dzieci. 

- Ach tak! - westchnął, a Maggi wyczuła w jego głosie ponurą 

nutę. - Trafna obserwacja. ,,Powinowactwo"! Pomyślę o tym. 

-  Dokąd  idziesz?  -  zapytała,  gdyż  John  kierował  się  ku 

schodom. 

-  Na  górę,  mam  zamiar  wziąć  zimny  prysznic -  powiedział  z 

lekkim  uśmieszkiem  w  kącikach  ust.  -  A  ty,  jeśli  naprawdę 
chcesz  utrzymać  owo  powinowactwo,  to,  do  diabła,  lepiej 
zrobisz, gdy zejdziesz mi z drogi. 

Maggi  aż  podskoczyła,  słysząc,  z  jaką  gwałtownością 

wypowiedział  te  słowa.  Zakryła  usta  dłonią,  żeby  nie  odpłacić 

95

RS

background image

 

 

się tym samym. Po chwili już go nie było, a po następnej dał się 
słyszeć szum prysznica. 

Zimna woda? Czy to na coś pomaga? - zapytała  sama siebie. 

Jej  ręka  powędrowała  ku  nabrzmiałym  piersiom.  Może  ona 
także powinna poskromić swoje zmysły zimną wodą? 

Po całym pokoju porozstawiane były szklanki i kubki. Umysł 

Maggi  wciąż  pozostawał  zamroczony  pożądaniem,  ale  jej 
ruchliwe  ręce  wzięły  się  do  pracy.  Kawa  w  kubku  była jeszcze 
ciepła,  wypiła  więc  ją  jednym  haustem.  Mike  łaził  za  nią, 
machając ogonem, ale niezbyt radośnie. 

- Dla ciebie też zimny prysznic? - zapytała psa. - Chodźmy na 

spacer. -  Po  raz  pierwszy  od  dwunastu  lat  wielki  dalmatyńczyk 
nie zaprotestował. Nawet pies mi współczuje, pomyślała. Miała 
szansę i zmarnowała ją. - Pewnego dnia ten mężczyzna weźmie 
mnie  do  łóżka  i  będę...  szczęśliwa  -  wyszeptała  do  siebie. 
Zamknęła drzwi i zanurzyła się w zimnym świetle księżycowej 
nocy. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

96

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 
-  Czy  to  znowu  on?  -  zapytał  John  Dailey,  stojąc  przy 

kuchennym zlewie i pomagając kąpać bliźniaczki. 

Prissy  zachwycona  gaworzyła,  śmiała  się  szeroko  i  kopała 

nóżkami,  rozpryskując  wodę  dookoła.  Po  przeciwnej  stronie 
baseniku  wykładanego  białymi  kafelkami  kąpała  się  Pru, 
wspierana  jedną  ręką  przez  Maggi,  też  pełna  wigoru,  ale  także 
jakiegoś  niepokoju.  Maggi  w  drugiej  ręce  trzymała  słuchawkę 
telefonu,  którą  teraz  odłożyła.  John  nie  wydawał  się 
zadowolony. 

-  Dzwonił  cztery  razy  w  tym  tygodniu!  -  powiedział  w 

rozdrażnieniu.  -  Czy  on  nie  rozumie,  że  ty  masz  dużo  pracy, 
liczne obowiązki? 

-  Ale  to  jest  dowód  prawdziwej  miłości  -  odparła  Maggi  z 

westchnieniem  i zatrzepotała  długimi,  podkręconymi rzęsami.  - 
I znowu były dzisiaj kwiaty. A poza tym dostałam od Henry'ego 

śliczne urodzinowe pudełko czekoladek. 

-  Ode  mnie  też  dostałaś  prezent  -  przypomniał  John  z 

ponurym wyrazem twarzy. - Czy to się nie liczy? 

-  Oczywiście,  że  tak  -  powiedziała.  -  Henry  przysłał  mi 

czekoladki, a ty dałeś mi parę szczotek do szorowania wanny w 

łazience. I to miał być prezent? 

- Dlaczego krzyczysz na mnie jak baba handlująca rybami? - 

zapytał John rozdrażniony. 

-  Bo  właśnie  nią  jestem!  -  zawołała,  także  podniesionym 

głosem.  -  Robert  był  rybakiem,  a  ja  jego  żoną.  Dlaczego 
traktujesz mnie, jakbyśmy byli małżeństwem? I to od dziesięciu 
lat? 

- Od dwudziestu! - ryknął. - Czego chciał Peterson? 
- A czegóż by innego! - Maggi uniosła Pru i owinęła ciepłym 

ręcznikiem.  -  Chce,  żebyśmy  poszli  gdzieś  razem  w  sobotę 
wieczorem. 

97

RS

background image

 

 

- Nie możesz tego zrobić - oświadczył John. Prissy sprawiała 

mu  także  niemało  kłopotu.  Ta  mała  istotka,  śliska  jak  węgorz, 
chichotała, wierciła się,  kopała bez przerwy. - Nie możesz tego 
zrobić  -  powtórzył,  gdy  wreszcie  udało  mu  się  pochwycić 
małego łobuziaka i zawinąć w pieluszkę. 

-  To  zabawne  -  powiedziała  Maggi  -  zdawało  mi  się,  iż 

ustaliliśmy  już,  że  nie  będziesz  mówił,  co  mi  wolno  robić,  a 
czego nie. 

- Ktoś musi ci to powiedzieć! Wiesz doskonale, u licha, czego 

on od ciebie chce. 

- Nie jestem taka pewna. Na początku myślałam, że chodzi o 

moje  pieniądze,  ale  przecież  nie  mam  żadnych.  Może  więc 
jednak  chodzi  o  moje  niewinne,  białe  ciało...?  Albo  o  farmę. 
Wciąż  zapominam,  że  on  pracuje  w  handlu  nieruchomościami. 
Może więc jednak wybiorę się z nim gdzieś w sobotę. 

- Panie na wysokościach! Jeśli on chce twojej farmy, to mu ją 

daj! Ale nie wałęsaj się z nim bez celu! Pilnuj jednak tej drugiej 
sprawy.  Twoje  niewinne,  białe  ciało  chcę  mieć  wyłącznie  dla 
siebie! 

-  Pomyślałby  kto,  że  to  prawda!  -  powiedziała  Maggi  z 

oburzeniem.  -  Potrzebna  ci  jestem,  kiedy  tobie  to  odpowiada  i 
tylko  dla  twojej  własnej  przyjemności.  Nie  nabierzesz  mnie  na 
te  obiecanki.  Powinno  ci  wystarczyć,  że  trzymam  cię  w  moim 
domu... 

-  Nic  nie  wiem  o  korzyściach  z  tego  dla  mnie  płynących.  I 

bynajmniej nie płacisz mi po królewsku za opiekę nad dziećmi - 
przypomniał jej. 

-  Po  królewsku?  A  mnie  się  wydaje,  że  w  zamian  za  moje 

pieniądze nie dostaję tego, czego są one warte. Tak więc skończ 
z tymi obiecankami. 

-  Obiecanki?  Moja  pani,  jeszcze  nie  wiesz, co  cię  czeka. Nie 

możesz z nim wyjść w sobotę, bo to będzie nasz wieczór. 

-  O  czym  ty  gadasz?  -  Maggi  zwracała  tylko  połowę  swej 

uwagi na to, co mówił John. Drugą połowę skupiła na Prudence, 

98

RS

background image

 

 

która  wykonywała  całą  serię  ćwiczeń  gimnastycznych.  Zwykle 
ta  małpeczka  robiła  to  z  zachwytem.  Tym  razem  jednak  coś  ją 
wyraźnie dręczyło. 

- Sobota wieczór - powtórzył. - Cytuję słowa doktora Jonasa: 

,,Zróbcie sobie wolny wieczór, raz w tygodniu, zamknijcie się w 
swojej  sypialni,  a  zobaczycie,  co  z  tego  wyniknie".  I  to  będzie 
właśnie ów wolny wieczór. 

Patrzyła  na  niego,  jedną  ręką  przytrzymując  Pru.  Była  w 

rozterce. 

-  Nie  jestem  widocznie  dostatecznie  bystra,  ponieważ  nie 

kpię, o co  ci  chodzi.  Zamknąć  się  w  sypialni z tobą? Co  to ma 
być? Czas karmienia zwierząt w zoo? 

-  Ty  nie  możesz  być  Portugalką  z  pochodzenia.  -  John  z 

niesmakiem  pokręcił  głową.  -  Słyszałem,  że  są  to  dobrzy, 

życzliwi  ludzie.  Ile  martwych  ciał  pozostawiłaś  po  drodze, 
zabitych szpadą twego języka? 

Maggi pohamowała wreszcie swój zły humor. 
- Nie chciałam być... Ale taka już jestem. Przepraszam, jeśli... 

Czy coś zaplanowałeś na ten sobotni wieczór? 

- Jeśli to tak można nazwać. Zamówiłem nianię, żeby przyszła 

i  zaopiekowała  się  dziećmi  po  godzinie  szóstej.  W  mieście  jest 
właśnie American Ballet, wystawiają .Jezioro łabędzie" podczas 
tego  weekendu.  Myślałem,  że  zobaczymy  to  przedstawienie,  a 
potem wpadniemy na późną kolację do jakiejś dobrej restauracji. 

-  O  Boże,  to  brzmi  interesująco.  -  Maggi  była  jednak 

niezdecydowana. - Ale obiecałam już Henryku. 

-  A  co  zaproponował  ci  ten  Henry  Liverpool?  -  Peterson  - 

poprawiła go automatycznie. - Nie 

jestem  pewna.  Wspomniał  o  wychyleniu  paru  głębszych  w 

knajpie.  I  podejrzewam,  że  ma  nadzieję  na  kilka  rund  zapasów 
w jego własnym mieszkaniu. 

- A więc? 
-  Sama  nie  wiem.  -  Musze  trzymać  się  moich  zasad, 

pomyślała.  Ten  zwyczaj  poddawania  się  Johnowi,  gdy  tylko 

99

RS

background image

 

 

zacznie  ją  czarować,  musi  się  skończyć.  Rzuciła  mu  jeszcze 
jedno krótkie spojrzenie. - Przykro mi, iż miałeś tyle kłopotów z 
zamówieniem  pielęgniarki  do  dzieci.  Słyszałam,  że  w  lokalu,  o 
którym  wspomniał  Henry,  są  też  tańce,  a  ja  od  wieków  nie 
byłam  w  mieście,  żeby  się  wyhasać.  Ale  zabierzmy  już  te 
panienki do łóżka. 

- Czy w twoim przekonaniu to jest wszystko, co nas łączy? Te 

dzieci? 

-  To  jest  wszystko,  nad  czym  mogę  się  w  tej  chwili  skupić  - 

odparła Maggie. - Nie sądzę, żebym nadawała się do szybkiego 
poderwania. A to jest wszystko, co mi w tej chwili proponujesz. 

John zamruczał coś pod nosem i ruszył ku schodom. 
Maggi  szła  za  nim,  żeby  pomóc  w  ułożeniu  dzieci  do  snu. 

Cały czas jakiś wewnętrzny głos zadręczał ją. Przecież tym dwu 
małym  stworzeniom,  które  zawładnęły  jej  sercem,  powinna 
poświęcać  się  całkowicie.  Tymczasem  kłótnie  z  Johnem 
Daileyem odciągały ją od bliźniaczek. 

Uśpienie  małych  tym  razem  pochłonęło  więcej  czasu  niż 

zwykle.  Pru  wierciła  się  niespokojnie,  pomrukiwała.  Prissy 
patrzyła  na  siostrę  szeroko  otwartymi  niebieskimi  oczkami,  nie 
wiedząc, dołączyć się do niej czy nie. Wreszcie Maggi zanuciła 
coś  maluchom,  co  zabrzmiało  o  wiele  milej  niż  rozrywający 
uszy  baryton  Johna.  Gdy  oboje  zeszli  na  dół,  ciotka  Eduarda 
kończyła  właśnie  porządki  w  kuchni.  W  trójkę  rozsiedli  się  na 
chwilę w cichym teraz saloniku, nastrajającym do zadumy. Nad 
niedawnym polem bitewnym unosił się duch zawieszenia broni. 

Maggi  nie  była  kobietą  skłonną  do  medytacji.  Cisza 

niepokoiła  ją.  Jej  specjalnością,  w  takiej  sytuacji,  było 
powiewanie gałązką oliwną. 

- A co z twoim interesem tutaj, w Ameryce? - zapytała. 
John odłożył gazetę i pokręcił głową. 
- Nie uwierzysz, ale miałem już trzy oferty, a przecież minęły 

zaledwie  trzy  tygodnie  od  chwili,  gdy  nawiązałem  pierwsze 
kontakty.  Jeśli  sprawy  przebiegać  będą  tak  jak  w  tej  chwili,  to 

100

RS

background image

 

 

prawdopodobnie  zmuszony  zostanę  do  zrewidowania  moich 
planów na przyszłość. 

- Czy zamierzasz coś sprzedać? 
- Coś w tym rodzaju - odparł. - Chcę puścić w dzierżawę, jeśli 

będę mógł, lub sprzedać, jeśli będę musiał. Zależnie od oferty. 

John  znowu  skrył  głowę  za  gazetą.  Szelest  papieru  wydawał 

się kłaść kropkę po tej części rozmowy. 

On  wyraźnie  nie  ma  zamiaru  wprowadzić mnie  w  tę sprawę, 

pomyślała  Maggi.  Po  chwili  włączyła  telewizor  i  przebiegła 
przez  wszystkie  kanały,  nie  znajdując  jednak  nic  godnego 
uwagi. Uniosła się więc z sofy. 

- Idę na spacer - powiedziała. 
- Pójdę z tobą - zaproponował John. 
- Nie, dziękuję, muszę coś przemyśleć. 
- Pomogę ci, jestem wspaniałym pomocnikiem w myśleniu. 
- Na pewno. Ale dzisiaj wieczorem chciałabym pospacerować 

sobie solo. Poza tym masz dyżur przy dzieciach do drugiej rano. 

- Psujesz mi zabawę, okrutnico. 
Maggi westchnęła z rezygnacją i wyszła na werandę. Chociaż 

była  to  dość  ciepła  noc,  jak  na  początek  czerwca,  to  jednak  w 
powietrzu  czuło  się  wciąż  chłód,  tym  bardziej  że  Maggi  miała 
na sobie  tylko  sukienkę  bez  rękawów.  Podeszła do  balustrady  i 
popatrzyła przed siebie. 

-  Czy  zawsze  będziecie  dogadywać  sobie?  -  Zaskrzypiała 

huśtawka wisząca na werandzie. Ciotka Eduarda podniosła się z 
niej  i  stanęła  obok  Maggi.  W  pytaniu  nie  było  ukrytego  żądła, 
ale brzmiało ono jak wyrzut. 

- Trudno go zrozumieć - powiedziała Maggi cichym głosem. 
- A dzieci? 
-  Są  uroczymi,  małymi  stworzeniami.  Zawsze chciałam mieć 

własne,  ale  z  rozkoszą  będę  także  matką  dla  tych  dwóch 
dziewczynek. Jednakże... 

- Jednakże nie możesz znieść pana Daileya? 

101

RS

background image

 

 

- To nie to. Wciąż nie wiem, jaki jest mój stosunek do niego. - 

Maggi zaśmiała się z samej siebie. - Czy możesz to zrozumieć? 
Mam już trzydziestkę, a nie mogę się zdecydować. 

- To się zdarza w każdym wieku - powiedziała z ironią ciotka. 

-  U  dwudziesto-  ,  trzydziesto-  ,  czterdziestolatków,  wcześniej 
lub  później.  Ma  to  coś  wspólnego  z  wolą  Boga,  aby  zaludnić 
naszą ziemię. 

-  Czy  chcesz  powiedzieć,  że  jestem  dotknięta  matczynym 

kompleksem? 

-  Być  może  nie,  moja  kochana.  Ale  większość  kobiet  temu 

ulega.  Wciąż  nie  wydaje  ci  się,  że  John  jest  odpowiednim 
mężczyzną dla ciebie? 

-  Naprawdę  nie  wiem  -  powiedziała  z  goryczą  Maggi.  - 

Tłumaczył  mi  już  parę  razy,  że  jego  pobyt  tutaj  ma  charakter 
tymczasowy.  Jak  tylko  doprowadzi  do  końca  swoje  tajemnicze 
interesy,  zamierza  spakować  manatki  i  wracać  do  Irlandii.  I 
tylko  chwilowo  ma  tutaj,  dla  rozrywki,  niezbyt  rozgarniętą 
Maggi Brennan. 

- To nie jest sprawa jednej tylko nocy - przestrzegła ją ciotka. 

Stwierdzenie  było  tak  nietypowe  dla  starszej  pani,  i  to  z 
portugalskim rodowodem, że Maggi gwałtownie zwróciła się ku 
niej. 

- Nie, to wygląda raczej na wydzierżawienie na jeden miesiąc. 

Nie  widzę  się  w  roli  jego  kochanki,  a  raczej  konkubiny  in  spe, 
wyczekującej z nadzieją... 

- Maggi! - ciotka zawołała karcąco. 
- Nawet to jest kłamstwem - Maggi rzuciła z rozdrażnieniem. 

-  Nie  byłam  jeszcze  w  jego  łóżku.  Ale  to  jest  punkt  wysoko 
postawiony  na  liście  jego  zamiarów.  Dobranoc,  tia.  Chcę  się 
trochę  przespacerować  i  zastanowić,  czy  potrafię  rozwiązać  ten 
rebus. 

Maggi  zeszła  z  werandy  i  ścieżką  oświetlaną  przez  księżyc 

skierowała  się  do  ogrodzenia,  które  oddzielało  jej  farmę  od 
miejsca budowy osiedla mieszkaniowego. 

102

RS

background image

 

 

Znajomy  młody  człowiek  ponownie  zaorał  cztery  hektary  jej 

ziemi,  położone  w  dolnej  części  farmy.  Zrobił  to  tego  samego 
dnia, kiedy ludzie z firmy remontowej naprawiali przeciekający 
dach.  Kolejne  osiem  hektarów  oczekiwało  na  ewentualną 
sprzedaż pod zabudowę mieszkalną. Ale nigdy nie dostanie tego 
Swanson  i  jego  szajka,  zapewniała  Maggi  sama  siebie.  Zaraz 
potem  jak  pole  zaorano,  dwójka  chłopaków  z  pobliskiej  szkoły 
obsadziła  je  na  nowo.  Dwa  hektary  gatunkiem  kukurydzy 
cenionym  w  okolicy  i  przynoszącym  godny  zarobek  i  drugie 
dwa  hektary  ziemniakami  do  własnego  spożycia.  Maggi  miała 
szczęście,  że  znalazła  chętnych  do  pracy.  Przy  minimalnym 
obecnie  bezrobociu  w  tej  okolicy,  trudno  było  namówić 
kogokolwiek  do  roboty,  a  tym  bardziej  z  kręgosłupem  bez 
przerwy zgiętym wpół. 

Maggi rozglądała się po farmie, ale myślami była wciąż przy 

Johnie Daileyu. Przy tym wędrownym łamaczu serc, włóczącym 
się  po  świecie  prawniku,  nie  zaspokojonym  kobieciarzu.  Co  o 
nim  naprawdę  sądzisz,  ty  ruda  samiczko,  zadawała  sobie 
pytanie. Rozpatrywała dylemat z różnych punktów widzenia, to 
akceptując  narzucające  się  wnioski,  to  odrzucając  je.  Ale 
wszystko na nic się zdało. Była to typowa sytuacja bez wyjścia. 
Uczciwa,  należycie  wychowana  portugalska  dziewczyna 
dopuszczała  tylko  jeden  intymny  kontakt  z  mężczyzną.  Po 

ślubie! Ale jemu nie było to w głowie. Maggi wahała się więc i 
zaczęła już dopuszczać inną ewentualność. 

Gdyby  przynajmniej  z  jego  strony  wyszła  jakaś  propozycja. 

Ale  nie.  W  ubiegłym  tygodniu  zachował  się  jak  typowy 
samolub.  Psujący  innym  zabawę.  Jak  bardzo  nieznośni  potrafią 
być mężczyźni! 

Tak  więc,  Maggi  Brennan,  zadała  sama  sobie  pytanie,  jak 

masz zamiar skusić tego mężczyznę, żeby złożył ci propozycję, 
którą 

ty 

natychmiast 

odrzucisz, 

po 

prostu 

dla 

usatysfakcjonowania miłości własnej? 

103

RS

background image

 

 

Wiatr przyniósł z oddali dźwięk dzwonu na zegarowej wieży 

kościoła  świętego  Wawrzyńca.  Usłyszała  dwanaście  uderzeń.  I 
chociaż nie znalazła rozwiązania dla swego problemu, to jednak 
poczuła  się  znacznie  lepiej.  Zerwała  garść  trawy,  zaczęła  ją 
przeżuwać i ruszyła ze wzgórza w dół. 

Dom był pogrążony w ciszy. Po omacku doszła do schodów i 

zdjęła  buty,  żeby  nie  zwrócić  niczyjej  uwagi.  Na  piętrze 
skierowała  się  do  dziecięcej  sypialni.  Lampka  nocna  rzucała 
nikłe  światło.  Dwójka  dzieci  głęboko  spała.  Maggi  z  wielką 
starannością  poprawiła  na  nich  kocyki,  pocałowała  małe  w 
czółka i wycofała się do holu. 

Lekka  poświata,  widoczna  zza  wpół  otwartych  drzwi  na 

końcu  korytarza,  świadczyła,  że  ciotka  Eduarda  usnęła,  nie 
wyłączając  telewizora.  Kilka  kroków  bliżej  były  także  na  wpół 
uchylone drzwi do pokoju Johna. Lampa się tam nie paliła, lecz 
mrok  rozpraszało  światło  księżyca,  wpadające  przez  szparę  w 
zasłonach.  Maggi  przystanęła  na  chwilę.  John  Dailey  też  był 
pogrążony  we  śnie,  ale  chyba  sen  nie  przyszedł  mu  łatwo, 
bowiem  koce  zsunęły  się  na  podłogę,  a  prześcieradło  miał 
stłamszone  w  nogach  łóżka,  pod  stopami.  Spał  bez  pidżamy  i 

światło księżyca eksponowało jego przepyszną męskość. 

Maggi,  wstrząśnięta,  wzięła  głęboki  wdech,  aż  powietrze 

zagwizdało  jej  w  tchawicy.  Dużo  czasu  upłynęło,  bardzo  dużo 
czasu,  od  chwili  kiedy  ostatni  raz  oglądała  coś  podobnego. 
Wyzwoliło  to  w  niej  tęsknoty  i  pożądania,  które  zwaliły  się  na 
nią  i  wstrząsnęły  zarówno  jej  ciałem,  jak  i  umysłem. 
Wspomnienia? Nie! - wołał jej głos wewnętrzny. Nie chodziło o 
wspomnienia.  Tamto  działo  się  gdzieś  i  kiedyś,  ale  to  nie  był 
powód,  dla  którego  teraz  tak  gwałtownie  zareagowała.  Ten 
mężczyzna,  tuż  obok,  nie  był  widmem,  przypomnieniem 
zmarłego  męża.  Ten  człowiek  jest  prawdziwy,  realny, 
powiedziała  sobie.  On  woła  cię,  wzywa,  a  i  ty  pragniesz  go, 
Maggi  Brennan.  Gorycz  samooskarżenia  zabolała  ją  głęboko  i 
Maggi pobiegła do swego pokoju. 

104

RS

background image

 

 

Czując  się  bezpieczniejsza  za  zamkniętymi  drzwiami,  opadła 

na  fotel,  walcząc  z  atakującymi  ją  nadal  myślami.  Zegar  na 
parterze  wybił  drugą,  nim  zdołała  narzucić  na  siebie  koszulę 
nocną  i  dowlec  się  do  łóżka.  Dopiero  po  następnej  godzinie 
zamknęła oczy i zapadła w niespokojny sen. 

Lekkie majaczenia senne przypuszczalnie sprawiły, że Maggi 

od  razu  usłyszała  głos  dochodzący  z  sypialni  dzieci.  Był  to  w 
pierwszej  chwili  słaby  pisk.  Gdy  powtórzył  się  i  spotęgował, 
Maggi biegła już po zimnej podłodze do drzwi. 

Studiując 

godzinami 

poradnik 

wychowywania 

dzieci, 

wiedziała,  że  może  się  spodziewać  wędrówek  w  środku  nocy. 
Ale  przez  wszystkie  minione  tygodnie  bliźniaczki  spały 
wspaniale,  do  białego  ranka.  Ściślej  mówiąc  do  piątej  z 
minutami. 

Teraz, gdy dziecko jeszcze głośniej zapłakało, Maggi była już 

w  pokoju  maluchów  i  pochylała  się  nad  łóżeczkiem.  Po  chwili 
obie  dziewczynki  krzyczały  wniebogłosy.  Maggi  chciała  już 
sama  podnieść  alarm,  gdy  do  pokoju  wkroczył  John.  Był  na 
bosaka,  tylko  w  spodniach  od  pidżamy,  które  ledwie  trzymały 
się  na  biodrach.  Pochwycił  Prissy  na  ręce  i  próbował 
wykorzystać swój męski czar. 

- Nie wiem,  co im dolega - szepnęła Maggi. Położyła Pru na 

kąpielowym  stole,  który  był  jednym  ze  świeżych  nabytków,  i 
zaczęła zdejmować z małej koszulkę i pieluszkę. John zaświecił 
sufitową  lampę.  Prudence  kopała  nóżkami  i  krzyczała 
potwornie, tak że mogłaby postawić na nogi oddział ochotniczej 
straży  pożarnej.  Priscilla,  wciąż  w  ramionach  Johna,  nagle 
zakasłała, zakrztusiła się i z pełnym przekonaniem zaczęła także 
płakać. 

- Nie mogę znaleźć powodu tych krzyków - szepnęła Maggi. 
-  Do  diabła,  przy  tym  wrzasku  nie  ma  co  zniżać  głosu  - 

stwierdził John racjonalnie. - Która z nich zaczęła? 

105

RS

background image

 

 

-  Nie  wiem,  myślałam,  że  Pru.  A  może  obie  zaczęły  lament 

jednocześnie?  Nie  musi  przecież  zawsze  jedna  naśladować 
drugiej. 

-  Więc  przesuń  się  nieco  -  poprosił  -  zobaczę,  czy  to  była 

Prissy. 

Maggi  szybko  zawinęła  Pru  w  pieluszkę,  a  John  rozebrał 

drugie  dziecko.  Oglądał  je  przez  parę  chwil,  aż  wreszcie 
westchnął z rezygnacją. 

- U niej też niczego nie znajduję - powiedział. 
- Spróbujmy trochę pospacerować z nimi. 
- Ja to zrobię, a ty tymczasem przejrzyj poradnik 
-  podpowiedziała  Maggi.  -  Musisz  tam  znaleźć  jakieś 

wyjaśnienie.   Czy  przeczytałeś już  całą  książkę? 

-  Z  obiema  bliźniaczkami  w  ramionach,  po  siedem 

kilogramów  sztuka,  zaczęła  spacerować,  nucąc,  jak  miała 
nadzieję, jakieś uspokajające strzępki melodii. 

- Nie, doszedłem tylko do siódmego rozdziału - odparł, jakby 

zawstydzony,  grzebiąc  jednocześnie  na  narożnej  półce  z 
książkami. - A ile ty przeczytałaś? 

- Do szóstego rozdziału. To nie jest książka na dwa wieczory. 

Ale teraz pospiesz się... Nie myślisz chyba, że małe są  głodne? 
Czy dałeś im butelkę na kolację? 

- Nie zrzędź i uspokój się - mrukną. - Najbardziej nienawidzę 

gderających kobiet. Dałem im butelkę. A tutaj masz tę cholerną 
książkę. 

- Ale czy dałeś po butelce każdej z nich? 
Nie  chcę  gderać,  pomyślała,  ale  John  jest  tylko  mężczyzną. 

Rozrywa mi się serce, gdy widzę maleństwa tak cierpiące. 

-  Oczywiście,  że  po  butelce  każdej.  Czy  chcesz,  u  diabła, 

żebym przyniósł z dołu trzecią? 

-  Tak  właśnie  pomyślałam.  I  przestań  przeklinać.  Nie 

wiadomo, co one zapamiętają na późniejsze lata. 

-  Dobrze,  dobrze  -  rzucił  ze  złością  i  ruszył  ku  drzwiom. 

Widocznie  w  holu  zaczepił  palcem  bosej  nogi  o  mały  stojący 

106

RS

background image

 

 

tam  podręczny  stolik,  bo  dały  się  słyszeć  krótkie  celtyckie 
słowa, niechybnie pikantne przekleństwa. John pokuśtykał dalej, 
a Maggi z trudem oparła się pokusie, żeby zaklaskać w dłonie. 

Tymczasem  bliźniaczki  wciąż  przeraźliwie  lamentowały.  Z 

parteru  zaś  dochodziły  teraz  rozmaite  odgłosy.  Trzaskanie 
drzwiami,  brzęk  lecących  na  podłogę  jakiś  przedmiotów, 
pojedyncze słowa, wypowiadane prawie krzykiem. Zrozumiesz, 
co  znaczy  słowo  ,,ojciec",  Maggi  szepnęła  do  siebie.  Ale  z 
drugiej  strony pomyślała,  że  niewielu  jest  chyba  autentycznych 
ojców, którym chciałoby się wstać z łóżka w środku nocy, żeby 
pomóc żonie przy dzieciach. 

Tymczasem  John  wrócił  i  w  każdej  ręce  trzymał  napełnioną 

do połowy butelkę. 

-  Przepraszam,  że  tak  długo  to  trwało,  ale  w  lodówce  była 

tylko jedna butelka. 

- Czy podgrzałeś jedzenie? 
-  Do  licha  -  warknął  -  dlaczego  wszystkie  kobiety  sądzą,  że 

mężczyźni  są  idiotami,  gdy  chodzi  o  zajmowanie  się  dziećmi? 
Oczywiście, że podgrzałem! 

Gdy  Maggi  podsunęła  mleko  Prudence,  mała  automatycznie 

otworzyła  buzię,  łapczywie  pociągnęła  z  butelki  i...  wszystko 
wypluła. Drugie dziecko, płaczące w ramionach Johna, podeszło 
do  niespodzianej  uczty  z  entuzjazmem  i  zaczęło  szybko  łykać 
zawartość butelki. 

-  A  więc  to  Pru  wywołała  tę  całą  awanturę  -  zawyrokował 

John. 

- Ale ja nadal nie wiem, o co chodzi - jęknęła Maggi. - Zajrzyj 

jeszcze raz do książki. 

-  Co  się  tu,  na  Boga,  dzieje?  -  W  drzwiach  stała  ciotka 

Eduarda.  Miała  włosy  w  nieładzie.  Koronkowy  kołnierzyk  od 
koszuli  wystawał  jej  niedbale  z  zielonej  podomki.  Na  czubku 
nosa tkwiły okulary. 

-  Nie  wiem,  o  co  chodzi  -  pożaliła  się  Maggi.  -  Coś 

rozdrażniło Pru, a Prissy płacze ze współczucia. Myślę, 

107

RS

background image

 

 

John,  że  trzeba  wezwać  doktora.  Albo  zawieźć  dzieci  na 

pogotowie. 

-  Chyba  masz  rację.  Potrzymaj  małą,  ciociu  Eduardo,  a  ja 

tymczasem się ubiorę. 

-  Nie  spieszcie  się  tak!  -  Starsza  pani  powiedziała  to 

strofującym  tonem.  -  Zachowujecie  się  jak  prostaczkowie 
zagubieni  w  lesie.  Spisywaliście  się  doskonale,  jak  wszystko 
układało  się  dobrze.  Ale  pierwsza  trudność  wytrąca  was  z 
równowagi. Które z dzieci rozpoczęło awanturę? 

-  Ta  mała  -  odpowiedział  John.  -  Prudence.  Ciotka  Eduarda 

przyjrzała się dziecku pobieżnie, 

a potem, ku zaskoczeniu Maggi, wetknęła wskazujący palec w 

usta bliźniaczki. Dziewczynka zapłakała jeszcze głośniej. Ciotka 
cofnęła palec i uśmiechnęła się. 

- Nic poważnego dziecku nie dolega - oświadczyła. 
- Zaczekajcie tutaj chwilkę, zaraz wrócę. 
-  Nie  pytaj  mnie,  co  o  tym  myślę  -  powiedział  John,  widząc 

pytające  spojrzenie  Maggi.  -  Lepiej  pospaceruj  z  małą  trochę 
szybciej. 

- Ledwie trzymam się na nogach - odparła Maggi. 
- Ty pochodzisz z nią trochę. 
-  Wykluczone  -  powiedział  z  powagą.  -  Moje  spodnie  od 

pidżamy mogą w każdej chwili opaść. 

-  O  tej  porze  nocy  nikt  na  to  nie  zwróci  uwagi  -  parsknęła  - 

chyba że jesteś w szczególny sposób wyposażony. 

- Nie wygłupiaj się. - John był wyraźnie zdenerwowany. - Po 

prostu pospaceruj, zaśpiewaj coś małym... 

W tej chwili ciotka Eduarda wróciła, nucąc jakąś portugalską 

melodyjkę. W ręce trzymała buteleczkę. 

-  A  teraz  przestańcie  się  na  siebie  gapić  -  rzekła,  po  czym 

odkręciła zakrętkę i wylała z butelki kilka kropli płynu na palec. 
A  następnie  wetknęła  go  do  buzi  Pru.  Upłynęła  jedna  cenna 
minuta i jakby na rozkaz dziecko przestało płakać, zagaworzyło 
i... usnęło. Prissy jeszcze przez chwilę ciągnęła swoją serenadę, 

108

RS

background image

 

 

a  następnie  także  zapadła  w  sen.  Cisza,  która  wypełniła  pokój, 
była szokująca. 

- Wielkie nieba - wyszeptała Maggi. 
- Ząbki - powiedziała ciotka Eduarda ze stoickim spokojem. I 

uśmiechnęła się szeroko. 

-  Co  to  jest?  -  John  zażądał  wyjaśnienia,  wskazując  na 

buteleczkę. 

-  Odmiana  benzokainy  -  odparła  ciotka.  -  W  moich  czasach 

używaliśmy  środka  o  nazwie  paregoric,  ale  to  była  pochodna 
morfiny i wyszła z mody., Tej parce dzieciaków przez najbliższe 
kilka miesięcy będą wy- rzynać się ząbki, więc musicie do tego 
przywyknąć. Zostawię buteleczkę, o, tutaj, na półce. 

-  Oczywiście  -  wymamrotała  Maggi  -  zęby!  Dlaczego  o  tym 

nie pomyślałam? 

-  Bo  ty  nie  jesteś  ich  matką,  a  on  nie  jest  ojcem  - 

skomentowała ciotka Eduarda. - A teraz, czy możemy wrócić do 

łóżek? Jest już dobrze po północy. 

-  Jak  mogłam  być  tak  głupia?  -  Maggi  rzuciła  retoryczne 

pytanie, patrząc, jak ciotka znika w korytarzu. 

John  stał  tuż  przy  niej,  obejmując  ją  ramieniem.  Dzieci 

głęboko  spały.  Maggi  odsunęła  się  od  niego,  nerwowo 
poprawiła pościel i kocyki małych. John objął ją ponownie. 

-  Chodźmy  już  stąd  -  powiedział,  gasząc  światło  i  delikatnie 

popychając  Maggi  w  kierunku  ciemnego  korytarza.  W  chwili 
gdy  przekraczali  próg,  Maggi  poczuła  niepokojąco  wyraźnie 
bliskość  mężczyzny.  A  on  był  świadomy  jej  obecności  jak  ona 
jego.  Przez  ciało  Maggi  przebiegł  dreszcz.  John  przycisnął  ją 
jeszcze mocniej. 

- Zimno ci? - zapytał. 
- Nie - wyjąkała - nie bardzo. Zapomniałam po prostu założyć 

podomkę. 

-  Tak,  zauważyłem.  -  Ręka  Johna  zaczęła  się  przesuwać,  aż 

zatrzymała się na płaskim, drgającym brzuchu Maggi. Dzwonki 

109

RS

background image

 

 

alarmowe  rozbrzęczały  się  w  jej  głowie,  ale  świadomie  je 
zignorowała. Stanęli przy jej drzwiach. 

-  Mamy  zaledwie  dwie  godziny  do  ponownego  przebudzenia 

się dzieci. A tak dużo jest do obgadania. Czy masz na to siły? - 
zapytał John. 

-  Nie  mam  nic  przeciwko  temu  -  wyjąkała.  Ale  i  tym  razem 

natychmiast  opadły  ją  wątpliwości.  Oczywiście,  pomyślała,  to 
typowy  mężczyzna  i  chce  czegoś  więcej  niż  tylko  takich  czy 
innych słów. Ale, o wielkie nieba, jej także nie chodzi wyłącznie 
o  słowa,  skonstatowała  samokrytycznie.  Z  drugiej  strony  nie 
może  tak  po  prostu  się  poddać.  Nie  tak  ją  wychowano.  Może 
więc gra na zwłokę będzie jakimś rozwiązaniem? 

-  Zapomnieliśmy  o  butelkach  -  powiedziała  przewrotnie.  - 

Trzeba je wstawić do lodówki, bo inaczej mleko się zepsuje. 

-  Do  diabła,  powinieniem  zamówić  drugą  lodówkę  i  trzymać 

ją tutaj, na piętrze! 

-  Nie,  to  byłoby  trwonienie  pieniędzy.  Zanieś  po  prostu 

butelki na dół i wróć... 

- Mam przyjść z powrotem? - przerwał jej z niedowierzaniem. 
Maggi,  żeby  uspokoić  nerwy,  głęboko  odetchnęła.  Gdy 

nadeszła krytyczna chwila, potrzebne było jakieś współdziałanie 
z  jej strony.  On  przecież  rzucił  wreszcie  rękawicę i  ona stanęła 
teraz wobec diabelnie trudnego wyboru. 

Ja  go  kocham,  powiedziała  sobie  ze  spokojem,  który 

niespodzianie nią owładnął. 

-  Tak,  przyjdź  z  powrotem  -  odpowiedziała,  tłumiąc  ton 

desperacji w głosie. 

 
 
 
 
 
 
 

110

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 
Maggi nerwowo przemierzała swój pokój. W jej drzwiach był 

przecież  zamek.  Wciąż  miała  czas  na  zmianę  postanowienia. 
Mogła ubrać się i uciec. Nie było nawet za późno na wstąpienie 
do  klasztoru.  Jej  matka  nigdy  nie  pochwaliłaby  takiej  decyzji. 
Ani  ojciec,  ani  nawet  jej  pies.  O  Boże,  co  ja  wyprawiam, 
pomyślała. 

Było to  pytanie,  na  które  nie  można znaleźć odpowiedzi. Już 

się  zaangażowała.  Teraz  powinna  tylko  wziąć  się  w  garść  i 
przejść przez to wszystko. Podobnie jest z pływaniem, pouczała 
sama siebie. Człowiek nigdy nie zapomina, jak się to robi. I gdy 
wreszcie pogrąży się w wodzie, wydaje mu się wspaniała. 

-  Oczywiście,  że  tak  będzie  -  szepnęła  złośliwie, 

sarkastycznie. Na całym świecie są tysiące kobiet, które robią w 
tej  chwili  to  samo  i  są  zachwycone.  Mają  zamiar  to  zrobić  - 
skorygowała siebie. A niektóre są potwornie głupie i... 

Maggi zdawała sobie sprawę, że stanęła wobec rozpaczliwego 

dylematu, skoro nawet jej głos wewnętrzny obracał się przeciw 
niej.  Wszystkie  możliwe  rozwiązania,  jedno  za  drugim, 
przemykały  jej  przez  głowę.  I  odtrącała  wszystkie.  Vai 
diminuir!  -  pomyślała  w  szybko  zapominanym  portugalskim 
języku.  -  Nie  denerwuj  się!  -  Chłodny  wiatr  wpadał  przez 
uchylone okno. Wzdrygnęła się, ściągnęła koszulę przez głowę i 
ułożyła ją starannie na końcu obszernego, wygodnego łóżka. Od 
razu  przypomniało  jej  to  Roberta.  Obeszła  wolno  cały  pokój, 
dotykając łóżka, komody,  fotela. Czyniła to, jakby żegnając się 
ze  wspomnieniami,  nim  ostatecznie  oddali  je  od  siebie.  W 
pewnej chwili dotknęła piersi. Jej ciało było tak chłodne jak noc 
za  oknem.  Tamto  działo  się  tak  dawno.  Teraz  ponownie  była 
duchową  dziewicą,  z  obawami  dziewicy,  lecz  także  z 
oczekiwaniami wdowy. 

111

RS

background image

 

 

Nagle  usłyszała  kroki  na  schodach.  Zgasiła  światło,  wsunęła 

się pod przykrycie, naciągając je pod samą brodę. Ale John nie 
wszedł do pokoju. 

Przebiegł ją dreszcz. Desperacko sięgnęła po dodatkowy koc i 

zwinęła  się  w  kłębek.  Udawaj,  że  śpisz,  powiedziała  sobie. 
Powieki opadły jej ciężko, ale myśli biegły dalej i dalej. 

Jak  widać,  lubisz  seks,  podszepnął  jej  głos  wewnętrzny.  Ale 

nie  ponad  wszystko.  Powie  zatem  sobie,  że  jest  w  nim 
zakochana! Nie musi sobie tego wmawiać. Kocha go naprawdę, 
ale  nie  śmie  mu  tego  powiedzieć.  Chyba  mogłaby  skłamać, 
gdyby  ją  o  to  zapytał.  Ale  czy  na  pewno?  Nie  miała  żadnych 
oporów,  kiedy  okłamywała  inspektorkę  stanową.  A  zresztą 
byłoby  to  małe  kłamstewko.  Takie  minięcie  się  z  prawdą,  od 
czasu  do  czasu,  nikomu  nie  szkodzi.  A  ponadto  kłamstewko 
może czasami być bardzo zabawne. 

Z  drugiej  strony  Maggi  zapewniała  sama  siebie,  że  robi  to 

wszystko dla dobra dzieci. Co, może nie? To przecież wspaniałe 
uzasadnienie. 

Ale gdzie, u diabła, on się podział? 
Odgłosy nocne prawie zamilkły. Z oddali dochodziło ją tylko 

żałosne zawodzenie syreny w remizie strażackiej w Dartmouth. 
Coś  się  gdzieś  paliło.  Z  drugiej  strony  słychać  było  mgielny 
sygnalizator, zamontowany na zaporze wodnej w porcie w New 
Badford. A John Dailey wciąż się nie pojawiał. 

Zegar  na  parterze  wybił  kolejne  pół  godziny.  Wóz  strażacki 

przetoczył  się  z  łoskotem  po  Tucker  Road  w  kierunku 
południowym. 

On  nie  przyjdzie,  pomyślała  ponuro.  Usłyszała  pohukiwanie 

sowy  na  starym  dębie  za  jej  oknem.  On  nie  przyjdzie.  Magi 
wstrząsnęła się od dotkliwego bólu. 

Coś  ją  opuściło.  Siły  czy  podniecenie?  Czuła  się  jakby 

pozbawiona czegoś. Zegar wybił następny kwadrans. 

- Niech go diabli wezmą! - warknęła do siebie. - Niech diabli 

wezmą wszystkich mężczyzn! Nie można zaufać żadnemu. - W 

112

RS

background image

 

 

tym momencie klamka u jej drzwi szczęknęła i John wsunął się 
do pokoju. 

Ty  śpisz!  -  nakazała  sobie.  Nie  możesz  za  nic  odpowiadać, 

jeśli będziesz spała. Jej oczy były mocno zaciśnięte. Starała się 
wolniej  oddychać,  słysząc  zbliżające  się  kroki.  Poczuła  jakiś 
zapach  w  powietrzu,  chyba  mydła  i  płynu  po  goleniu.  Spóźnił 
się, bo chciał się ogolić, pomyślała i z trudem przełknęła ślinę. 

Druga  strona  materaca  ugięła  się.  Poruszyły  się  koce, 

zakrywające teraz  prawie  całą  jej  twarz.  I  fala  ciepła  owiała  ją. 
Nie  mogła  uleżeć  bez  ruchu.  Ale  starała  się  bardzo.  John 
przesunął  się  ku  niej  i  całe  łóżko  drgnęło.  Jego  ciepła  ręka 
spoczęła  we  wgłębieniu,  skąd  wykwitały  biodra.  Ciepła, pewna 
siebie ręka. 

- Maggi? 
Walczyła  ze  sobą,  żeby  nie  zareagować.  On  przysunął  się 

bliżej. Poczuła dotknięcie silnego uda. Jego ręka przesunęła się 
ku  górze.  Gdy  dotarła  do  piersi,  Maggi  nie  mogła  dłużej 
wytrzymać  napięcia.  Nerwy  miała  w  strzępach.  Ciało  jej 
pamiętało  to,  co  rozum  próbował  zapomnieć.  Odwróciła  się 
lekko ku niemu, ale John przechylił ją znowu na plecy. 

Któreś z nich wydało słaby jęk. 
Jego  palce  zdobyły  atłasowe  wzgórze,  a  brunatny  wartownik 

na szczycie sprężył się na baczność. 

- O Boże - ktoś westchnął. 
Wargi,  zimne  cudowne  wargi,  całowały  ją  tam,  gdzie 

wyczuwa  się  puls  na  szyi.  Potem  przesunęły  się  ku  płatkowi 
ucha i wreszcie wpełzły łatwo na usta. Ale tylko na moment. 

- Czy śpisz głęboko, Maggi? - Jego wargi były ponownie przy 

jej uchu. Mogła rozpoznać cień uśmiechu w tym, co wyszeptał. 
Usta  mężczyzny  zaczęły  się  znowu  przesuwać,  dotykając 
delikatnie  twarzy,  szyi,  wklęsłości  między  piersiami.  Maggi 
głęboko odetchnęła i zadrżała w sposób nie kontrolowany. 

- Nie masz nic do powiedzenia, Maggi? - usłyszała znów jego 

szept. Nie odpowiedziała jednak ani jednym słówkiem. 

113

RS

background image

 

 

John przysunął się jeszcze bliżej. Poczuła jego ciężar na swej 

piersi.  Mimowolnie  znowu  głęboko  westchnęła.  John zamarł  w 
bezruchu. 

Nie  przerywaj,  nie  zatrzymuj  się,  chciała  krzyknąć.  Ale 

rozsądek  trzymał  ją  nadal  na  wodzy.  Tak  jak  sobie  na  wstępie 
obiecała. Przecież zapadła w sen. Czyż nie tak? To nie będzie jej 
wina, jeśli on... 

A  on  uczynił  to  właśnie.  Razem  wspięli  się  na  szczyt 

rozkoszy, w śmiertelnym niemal spazmie. 

I  podobnie  jak  w  orkiestrze  uderzenie  w  cymbały  bywa 

ostatnim  dźwiękiem  symfonii,  tak  też  oni  zapadli  się  teraz  w 
ciszę. 

Minęło  kilka  minut.  John  miał  głowę  przy  jej  głowie,  a  dłoń 

zanurzył delikatnie w jej wspaniale rudych włosach. 

- Dobry Boże - ktoś wyszeptał. 
Maggi miała wciąż trudności ze złapaniem tchu. John odsunął 

się trochę i usłyszała jego nieco ironiczny głos: 

- Jakiż ze mnie ogier, jeśli dziewczyna nawet się nie obudziła. 

- W jednej chwili namiętność opuściła ją. A w jej miejsce wdarł 
się gniew. 

Ogier!  -  słowo  to  rozległo  się  echem  po  pustych  korytarzach 

jej  duszy.  Ponieważ  jest  wdową,  on  wyobraża  sobie,  że 
potrzebuje 

usług 

ogiera. 

Maggi 

wspomniała 

słowa 

wypowiedziane  do  niego  zaraz  po  przyjeździe.  Wtedy  jej  nie 
uwierzył. Teraz okazało się, iż czekał na okazję, aby udowodnić, 

że  jest  głupia.  Krew  w  niej  zawrzała.  Nie,  nie  potrzebowała 
przecież  usługi  ogiera,  a  jednak  ją  uzyskała.  Czyż  nie  jest  to 
prawdą?  A  dla  niego  to  całe  szaleństwo  było  dokładnie  tylko 
tym.  Usługą  ogiera!  Każda  kobieta  zadowoliłaby  go  podobnie. 
Ale ona była pod ręką. 

Gniew  zawładnął  nią  całkowicie.  Był  ukoronowaniem 

grzechu. Zdradziła pamięć Roberta w najgorszy sposób. A John 
Dailey śmiał się z niej teraz. 

114

RS

background image

 

 

Nie da się opanować szaleństwu, myślała szybko. Odpłaci mu 

tym samym. Ale jak? Co można zrobić, aby jednym pchnięciem 
dopiec  mu  do  żywego?  Z  labiryntu  przeczytanych  książek,  z 
pełnych  chichotów  rozmówek  z  przyjaciółkami  wyłoniła  się 
jedna  myśl.  Przekręciła  się  na  bok,  położyła  dłonie  na  jego 
muskularnym brzuchu i sennym głosem szepnęła: 

- Dziękuję ci, Robercie. 
John na chwilę zamarł w bezruchu. Nie wierzył tym słowom. 

Maggi poczuła, jak pręży mu się całe ciało. I nagle wyskoczył z 

łóżka  jak  oparzony.  Wyrzucił  z  siebie  chyba  pół  tuzina 
odpowiadających  sytuacji  anglo-saksońskich  przekleństw.  Paru 
z nich Maggi nigdy przedtem nie słyszała. Nie wymagały jednak 
objaśnienia.  Zebrał  gwałtownie  swoje  ubranie  i  obrócił  się  ku 
niej,  aby  powtórzyć  kilka  z  tych  słów,  których  nie  chciała 
słyszeć.  W  odruchu  samoobrony  skryła  się  pod  kocami  i 
zasłoniła rękoma uszy. A on trzasnął za sobą drzwiami. 

Chwila triumfu Maggi minęła szybko. Kręciła się i rzucała w 

łóżku,  ale  nie  mogła  znaleźć  miejsca  dla  siebie.  To  co  zrobiła 
było  nie  do  usprawiedliwienia,  a  jednak  zachwycało  ją.  On,  w 
jej przekonaniu, też nie był bez winy. Przez pół godziny toczyła 
wewnętrzny  spór  ze  sobą  i  ostatecznie  doszła  do  wniosku,  że 
wina leżała w pełni po jego stronie. Przekonana o tym, wstała i 
uporządkowała  łóżko.  Świt  okrywał  okoliczne  wzgórza  szarą 
poświatą. 

Jedna  z  bliźniaczek  zaczęła  niespokojnie  popiskiwać.  -  Bogu 

dzięki - wyszeptała Maggi, narzuciła podomkę i przebiegła hol, 

żeby uspokoić małe. 

Pogoda  pogorszyła  się  zaraz  po  wschodzie  słońca.  Chłodny 

północno-wschodni  wiatr  zapowiadał  deszcz.  Dom  był 
pogrążony  w  ciemnościach.  Ciotka  Eduarda  zeszła  na  dół  o 
siódmej i zobaczyła, że Maggi krząta się już wokół małych. 

-  Nakarmiłam  dziewczynki  -  powiedziała  Maggi.  Trudno  jej 

było  ukryć  ponure  brzmienie  głosu.  Wyraźnie  przygniatał  ją 
kompleks  winy.  Ciotka  popatrzyła  na  nią  z  uwagą,  a  Maggi 

115

RS

background image

 

 

mówiła dalej: - Przy okazji proszę, żebyś nie rozpalała ognia w 
kominku,  bo  chcę  położyć  przed  nim,  na  dywanie,  nasze  małe 

łobuziaki. 

Ciotka kiwnęła głową. 
-  Czy  były  jeszcze  jakieś  kłopoty,  gdy  poszłam  do  łóżka?  - 

zapytała. 

-  Nie,  z  dziećmi  nie  -  odparła  ponuro  Maggi  i  zauważyła 

badawcze  spojrzenie  ciotki.  -  To  znaczy,  chciałam  powiedzieć, 

że po prostu nie mogłam ponownie usnąć. 

-  Oczywiście,  rozumiem.  -  Ciotka  Eduarda  znała  życie  i 

nietrudno jej było domyśleć się, o jaki kłopot chodziło. 

-  Zjedz  teraz  śniadanie,  ciociu  -  zaproponowała  Maggi,  żeby 

zmienić temat. 

-  Nie,  dzisiaj  będę  jadła  w  biegu.  Trzeba  odnowić  zapasy 

kuchenne. Mam zamiar wziąć jeepa i pojechać do supermarketu. 
Otwierają o ósmej rano, jak wiesz. Domyślam się, że szanowny 
pan wciąż śpi. 

-  Nic  mnie  nie  obchodzi,  co  ten  cholernik  robi!  -  Ogień 

wściekłości  buchnął  z  oczu  i  ust  Maggi,  zastępując  w  jednej 
sekundzie poprzednie przygnębienie. 

- Rozumiem - powiedziała znowu ciotka. Przygotowała sobie 

kubek kawy i przeszła do saloniku. 

Maggi,  pozbawiona  audytorium,  zamamrotała  coś  do  siebie  i 

zaczęła  przygotowywać  bliźniaczkom  kąpiel.  Około  dziewiątej 
Eduardy  już  nie  było,  a  dziewczynki  zajęły  się  penetrowaniem 
nowego świata. 

Dywan,  pokrywający  cały  salonik,  był  szeroką  doliną,  którą 

należało  zbadać.  Między  obu  małymi  leżała  gumowa  piłka, 
cudowna  zabawka.  Dodać  trzeba,  że  John  umieścił  metalowe 
lustro  po  jednej  stronie  kojca  i  dziewczynki  z  upodobaniem 
przyglądały  się  swojemu  odbiciu.  Widząc,  że  obie  małe 
rozkoszują  się  życiem,  Maggi  skorzystała  z  chwili  spokoju, 
poszła na górę i ubrała się. Nie włożyła nic szczególnego. Tylko 
uniform,  który  zakładała  zazwyczaj,  gdy  zajmowała  się 

116

RS

background image

 

 

dziećmi...  Lekki  sweterek  pod  szyję,  czarne  spodnie,  znoszone 
już  nieco,  tekstylne  buty  na  gumie.  Włosy  zaczesała  do  tyłu  i 
upięła w  koński  ogon.  Zeszła  na  dół  i  rozsiadła się  w fotelu  na 
biegunach, pełna współczucia dla samej siebie. 

Usłyszała pukanie do frontowych drzwi. Stanął w nich Henry. 
-  Co,  na  Boga,  robisz  tutaj?  -  zawołała  Maggi.  -  Wejdź, 

proszę, wejdź! 

Henry Peterson uśmiechnął się szeroko i przekroczył próg. 
- Myślałem, że połączę miłe z pożytecznym - powiedział.  
- Och, przepraszam! - Ten wykrzyknik odnosił się do małych. 
- Zapomniałam powiedzieć, żebyś uważał na dziewczynki. Są 

bardzo ruchliwe. 

-  Czyżby  próba  wyścigu  ślimaków?  -  zażartował  Henry. 

Obszedł  dzieci  przesadnie  szerokim  łukiem  i  wybrał  sobie 
najlepszy fotel w pokoju. - Nie mam zbyt dużego doświadczenia 
z dziećmi. Na wszelki wypadek trzymam się od nich z dala. Ty 
chyba także nie masz odpowiedniego treningu, co, Maggi? 

-  Nie  mam,  ale  się  szybko  uczę  -  odparła.  -  Lekcje  są 

podwójne, jak widzisz, i podwójnie cenne. Kawy? 

- Z przyjemnością. Wyszedłem dziś z domu bardzo wcześnie. 

Zawarłem  wielką  transakcję  -  mówiąc  to,  zatarł  ręce,  jakby  już 
cieszył  się  z  liczenia  pieniędzy.  Maggi  udało  się  ukryć  nieco 
kpiący uśmieszek i poszła do kuchni, żeby przygotować kawę. 

-  Bez  mleka,  z  podwójnym  cukrem?  -  zapytała,  wracając  do 

pokoju. 

- Zapamiętałaś! 
- Było to przecież zaledwie trzy dni temu. Trudno zapomnieć 

- odparła i usiadła na sofie, obok jego fotela. Z jakiegoś powodu 
czuła dzisiaj życzliwość dla Henryego Petersona. W odróżnieniu 
od  innego,  znanego  jej  mężczyzny,  Henry  miał  cechy 
pieszczocha.  Był,  jak  zwykle,  doskonale  ubrany,  ale  sprawiał 
wrażenie,  jakby  potrzebował  trochę  duchowego  wsparcia. 
Którego Maggi gotowa mu była udzielić. 

- A teraz powiedz mi coś więcej o tej transakcji. 

117

RS

background image

 

 

-  Chodzi  o  domy  mieszkalne  obok  twojego  gruntu  - 

powiedział i dodał: - Robisz doskonałą kawę. 

- Rozpuszczalna. - Dziewczyna wzruszyła ramionami. 
- Wyglądasz pięknie, chociaż jest wcześnie rano! Wiem, że to 

nieprawda, pomyślała Maggi, ale komplement dobrze mi zrobi. 

- Dziękuję, Henry. No więc co z tymi domami? 
- Trzy są już ukończone - odrzekł pełen radości - i moja firma 

dostała dyspozycje ich sprzedaży lub wynajęcia. Czy uwierzysz, 

że  dziś  rano,  w  ciągu  jednej  godziny,  sprzedałem  aż  cztery 
apartamenty? 

- Gratuluję. Myślę, że czeka cię pokaźna prowizja. 
-  Racja!  Jestem  urządzony  na  parę  miesięcy.  Szkoda,  że  tam 

na  wzgórzu  nie  ma  więcej  miejsca.  Mógłbym  zbić  fortunę.  - 
Pociągnął  łyk  kawy,  obserwując  ją  sponad  filiżanki  swymi 
ciemnoszarymi oczami. - I ty mogłabyś także niemało zarobić. 

- Ja? - Maggi udała zaskoczenie. 
-  Tak, ty.  Masz  przecież  prawie  osiem  hektarów  ziemi, które 

nie przynoszą żadnego pożytku. Po prostu marnują się. 

-  Leżą  ugorem,  jak  mówią  farmerzy,  a  to  nie  jest  to  samo  - 

rzekła Maggi i uśmiechnęła się, żeby dodać mu otuchy. Słyszała 
od  niego  już  wcześniej  tę  opowiastkę.  Ale  wówczas  oboje 
wiedzieli,  że  to  śpiewka  Swansona.  Czyżby  Henry?  Nie,  on 
chyba nie pokumał się z tym piratem! 

- Wiem, że pieniądze nie są ci w tej chwili potrzebne 
-  Henry  ciągnął  swój  wywód  -  ale  teraz  pojawia  się 

wyjątkowa okazja, której nie powinnaś przegapić, Mag. 

Nienawidziła tej skróconej formy swego imienia. Nikt jej nie 

używał z wyjątkiem braci i to tylko wtedy, gdy się z nią drażnili. 
I gdy mogli uciec przed jej gniewem. Cały dobry humor ulotnił 
się z niej, ale Henry tego nie zauważył i kontynuował: 

-  Tylko  za  cztery  hektary  swojej  ziemi  mogłabyś  dostać...  -  i 

tu  rzucił  sumę,  która  sprawiła,  że  oczy  Maggi  rozszerzyły  się, 
jakby  ze  strachu.  Nie  miała  pojęcia,  ile  można  by  zyskać  na 

118

RS

background image

 

 

sprzedaży  ziemi  i  prawdopodobnie  nie  chciałaby  jej  sprzedać. 
Ale... był to temat do marzeń. 

- Jesteś pewny, Henry? 
Potaknął i uśmiechnął się najszerzej jak potrafił. 
-  Jestem  w  stu  procentach  pewny.  Może  dostałabyś  nawet 

więcej. 

Posłała  mu  tak  słodki  uśmiech,  że  rozjaśnił  się  jak 

bożonarodzeniowa choinka. 

- Wydaje mi się, że nie mogłabym w tej chwili podjąć decyzji. 

Muszę  porozmawiać  z  moim  prawnikiem,  a  wuj  Jaoa  wyjechał 
właśnie z miasta. 

-  Ależ  oczywiście.  Czy  on  wciąż  reprezentuje  interesy 

rodziny? 

- Właśnie tak. Jeszcze kawy? 
-  Nie,  dziękuję  -  odparł  Henry,  sprawdzając  godzinę  na 

zegarku  przeładowanym  ozdobami.  -  Muszę  już  iść.  Mam 
jeszcze  masę  papierkowej  roboty  przed  sobą.  Ale...  Maggi, 
będziesz  pamiętać  o  mnie,  gdybyś  się  kiedyś  zdecydowała  na 
sprzedaż? 

- Będę pamiętać o tobie, Henry, i o panu Swansonie. Dodam, 

że  robicie  wrażenie  przyrodnich  braci.  Zastanawiam  się  nawet, 
czy nie jesteście syjamskimi bliźniętami? 

Henry popatrzył na nią zaskoczony i wytarł czoło chusteczką 

wyjętą z kieszeni. 

- Swanson? Tak, oczywiście słyszałem o nim. Spotkaliśmy się 

chyba kiedyś, raz czy dwa razy. - Henry podniósł się z fotela. 

Maggi  stała  plecami  do  schodów  i  nagle  usłyszała  kroki 

zmierzające  w  dół.  A  więc  wreszcie  szanowny  pan  raczył 
podnieść  się  z  łóżka,  pomyślała  ze  złością.  Zrobił  rzeczywiście 
duży wysiłek fizyczny minionej nocy i być może nie jest już tak 
młody,  jak  mu  się  wydaje  czy  też  jak  jej  się  wydaje.  Te 
wszystkie  myśli,  kłębiące  się  w  jej  głowie,  sprawiły,  że  nie 
usłyszała ostatnich słów Hen- ry'ego. 

119

RS

background image

 

 

- Co powiedziałeś? Przepraszam, myślałam o czymś zupełnie 

innym. 

Henry przestępował z nogi na nogę. 
-  Powiedziałem,  że  moglibyśmy  mój  sukces  uczcić  dziś 

wieczorem,  Maggi.  Mam  dwa  bilety  na  balet  w  teatrze 
Zeiterion.  Co  ty  na  to?  Zawsze  byłaś  entuzjastką  tańca. 
Moglibyśmy  wypełnić  nim  cały  wieczór.  A  potem  pójść  na 
kolację. 

Maggi  usłyszała  od  strony  schodów  ciche  mruknięcie  i  nie 

mogła się oprzeć myśli o słodkiej zemście. 

- To brzmi interesująco - powiedziała. - Moglibyśmy pójść do 

tej restauracji przy molo, do Twin Pierś. 

Mruknięcie  na  schodach  powtórzyło  się.  Tylko  z  większą 

dozą  jadu.  Henry,  który  nie  zdawał  sobie  sprawy  z  tej  gry, 
pokazał w uśmiechu wszystkie zęby. 

- Doskonały pomysł, nie jadłem tam od lat. Przyjadę po ciebie 

koło siódmej. 

-  Wyśmienicie.  Czy  zdołasz  zarezerwować  stolik  w  tak 

krótkim terminie? 

- Nie ma problemu. Zamówię go na nazwisko ojca - zapewnił 

ją i skierował się do drzwi. 

-  Zamówię  go  na  nazwisko  ojca  -  powtórzył  drwiąco  John, 

schodząc  do  saloniku.  -  Jak  mogłaś  zrobić  mi  coś  takiego? 
Przecież mieliśmy identyczny plan na ten wieczór. 

Maggi  skrzyżowała  ręce  przed  sobą  i  obrzuciła  go 

piorunującym  spojrzeniem.  Wyglądał  żałośnie.  Jakby  gniew 
boży  wreszcie  go  dopadł.  Miał  na  sobie  żółte  spodnie  od 
pidżamy i sfatygowany podkoszulek, który i tak był w lepszym 
stanie niż on sam. Włosy  miał zmierzwione, był nie ogolony, a 
pod oczami widniały czarne cienie. 

- Muszę się napić kawy - oświadczył. 
-  Kto  ci  broni?  -  Maggi  czyniła,  co  mogła,  żeby  dobić  go 

słowami. 

120

RS

background image

 

 

-  O  mój  Boże  -  jęknął  i  opadł  na  sofę.  -  Nie  jesteś  ze  mnie 

zadowolona? 

- Dokładnie tak można powiedzieć, dokładnie tak. 
- I nie masz zamiaru przynieść mi trochę kawy? 
-  Myślę  -  odparła  -  że  trudno  byłoby  mi  zdecydować,  czy 

pozwolić  ci umrzeć  takim,  jakim  teraz  jesteś, czy  też przynieść 
kubek kawy i wylać ją na twoją głowę. 

- I nie masz zamiaru wyjść ze mną do miasta dziś wieczorem? 
- Nie poszłabym z tobą nawet za róg domu - prychnęła. 
- Miłe dziewczyny tak nie mówią, Maggi. 
- Nie jestem miłą dziewczyną! - krzyknęła mu w twarz.  
-  Jestem  trzydziestoletnią  jędzą  i  nie  znoszę  ludzi,  którzy 

wkradają się do mojego... 

-  Ale  ty  przecież  spałaś.  -  Maggi  w  wyniku  tego  komentarza 

mimowolnie  się  zaczerwieniła.  -  Tak  więc  niezależnie  od  tego 
co zrobiłem, ty o tym nie wiedziałaś. Prawda, Maggi? I pozwól 
mi powiedzieć coś jeszcze 

-  cedził  dalej  słowa.  -  Mam  w  tym  zakresie  duże 

doświadczenie  i  muszę  powiedzieć,  Maggi  Brennan,  że  byłaś 
wspaniała, świetna. Następnym razem... 

-  Nie  bój  się,  panie  Dailey  -  syknęła.  -  Nie  będzie  żadnego 

następnego razu. Za jaką kobietę mnie bierzesz? 

- Jesteś kobietą, za którą zapłaciłbym każdą cenę 
- oświadczył uroczyście. 
To  przebrało  miarę.  Maggi  wpadła  we  wściekłość 

bezgraniczną,  mamrotała  słowa  straszne,  nerwowo  szukając 
wkoło  czegoś,  czym  mogłaby  zaatakować.  Kubek  po  kawie 
Henry'ego,  nie  całkiem  pusty,  stał  na  pomocniczym  stoliku. 
Rzuciła  się  w  tym  kierunku,  dziko  krzycząc.  Dzieci  zaczęły 
piszczeć  na  własną  nutę.  John,  będąc  mądrzejszym  niż 
przypuszczała, zdążył dobiec do schodów. Ale kubek poleciał za 
nim  i  trafił  go  w  głowę,  rozpryskując  się  na  drobne  kawałki. 
John zatrzymał się na sekundę, słaniając się na nogach, podniósł 
obie  ręce  i  dotknął  nimi  miejsca  tuż  nad  uchem.  Popatrzył 

121

RS

background image

 

 

wściekle  na  nią  i  rzucił  dwa  dosadne  słowa,  nawiązujące  do 
przodków Maggi. Po czym, wciąż zataczając się, ruszył w górę 
schodami i zniknął. 

Maggi  stała  na  środku  pokoju,  przyciskając  dłonie  do  ust, 

jęcząc.  Przez  dwadzieścia  lat  rzucała  w  swych  braci  czym 
popadło, ale nigdy nie trafiała. I nagle coś takiego! Idźże na górę 
i  proś o  przebaczenie  -  nie  dawał  jej  spokoju  głos  wewnętrzny. 
Ale zdrowy rozsądek był temu przeciwny. Nikt nie wchodzi do 
klatki  z  niedźwiedziem  po  wbiciu  mu  ciernia  w  łapę.  A  poza 
tym ktoś przecież musiał zostać z dziećmi. 

Zamiast  więc  romansować,  trzeba  raczej  wymienić  dwie 

pieluszki.  Co  też  zrobiła.  A  potem  wzięła  małe  na  ręce  i 
pospacerowała  z  nimi  po  pokoju.  Odkryła  przy  tym,  że  Prissy 
też wyrzyna się ząbek.  Trzeba więc było poszukać benzokainy, 
gdyż  ciotka  Eduarda  miała  wrócić  dopiero  koło  jedenastej.  A 
tylko ona  wiedziała  dokładnie,  gdzie  znajdowała  się buteleczka 
z uśmierzaczem bólu. 

Henry  pojawił  się  zgodnie  z  zapowiedzią.  Na  dworze  wciąż 

padało. 

Przyjechał 

zgrabnym, 

małym 

kabrioletem, 

postawionym dachem. Jej adorator miał na sobie, z przyczyn dla 
Maggi niezrozumiałych,  białą marynarkę i czarne spodnie. Ona 
sama  była  ubrana  najlepiej  jak  mogła.  W  piękną,  satynową, 
obcisłą sukienkę, sięgającą do połowy łydki, rozciętą z boku po 
udo  i  połyskującą  w  świetle  lampy.  Do  tego  dziesięcio- 
centymetrowe  szpilki,  które  dawały  jej  zdecydowaną  przewagę 
wzrostu nad Henrym. 

Zadzierała  nosa  do  góry  tak  dalece,  że  nawet  Mike,  pies 

domowy, był pod jej wrażeniem. 

- Baw się dobrze - rzuciła ciotka Eduarda serdecznie. 
John chrząknął tylko z dezaprobatą, gdy go mijała, i pogrążył 

się w lekturze gazety. Maggi z ostentacją wzięła Henry'ego pod 
ramię  i  radośnie  się  roześmiała  po  jakimś  jego  nie  najlepszym 

żarcie. Gdy zniknęli za drzwiami, John demonstracyjnie zgniótł 

122

RS

background image

 

 

gazetę  i  wrzucił  ją  do  kominka.  Ciotka  Eduarda  zasłoniła  usta 
ręką, żeby ukryć śmiech. 

Nie wszystkie miasta Ameryki są w tak korzystnym położeniu 

jak  stołeczny  Waszyngton.  Ogólnonarodowe  dary,  składki  i 
subsydia  państwowe  pozwoliły  wznieść  Teatr  Narodowy.  W 
konsekwencji  tego  wszyscy  żyjący  w  promieniu  setki 
kilometrów  mają  łatwy  dostęp  do  kultury.  Ale  prowincjonalna 
Ameryka jest również jej spragniona. 

Zeiterion,  zbudowany  w  latach  dwudziestych,  był  kiedyś 

klasyczną  salą  kinową,  zaprojektowaną  w  stylu  barokowym,  z 
imponującymi  holami,  zdobnymi  w  potężne  kandelabry.  W 
późniejszym  czasie  instytucja  ta  przeżywała  trudne  chwile  i 
uratowała  się  przed  rozbiórką  tylko  dzięki  subskrypcji 
rozpisanej  w  całym  okręgu  New  Bedford.  Po  odbudowie  i 
modernizacji  Zeiterion  zaczął  zarabiać  na  siebie,  ściągając,  na 
swe  już  teraz  teatralne  deski,  zespoły  sceniczne  z  wielkich 
miast.  Mieszkańcy  New  Bedford  i  okolicy  pojawiają  się  tam, 

żeby oglądać spektakle i być oglądanymi. 

Maggi cieszyła się bardzo, że znajdzie się w wielkim świecie, 

z  tym  tylko  zastrzeżeniem,  że  po  drodze  do  miasta  odkryła,  iż 
składany dach w aucie Henry'ego... przecieka. I to dokładnie nad 
jej  głową.  Gdy  jednak  Maggi  postanowiła,  że  będzie  się 
doskonale bawić, niczym były dla niej te małe przykrości. Balet 
okazał się zdumiewająco dobry, a kolacja w knajpie Twin Pierś 
-  wspaniała.  Ulewny  deszcz  zamazywał  jednak  widok  na 
tętniący  pracą  port  i  Maggi  zdana  była  na  niezbyt  porywającą 
konwersację z Henrym. 

Przed  północą  ruszyli  w  drogę  powrotną.  Chcąc  chociaż 

trochę  usunąć  się  spod  płynącego  z  dachu  strumyka,  Maggi 
przemieściła  się  bliżej  kierowcy,  co  Henry  przyjął  za 
zaproszenie do... do tego, na co stać mężczyznę, który prowadzi 
samochód jedną ręką. Gdy zajechali przed dom, Henry posunął 
się  znacznie  dalej.  Maggi  wymierzyła  mu  siarczysty  policzek  i 
w strugach deszczu pobiegła do domu. 

123

RS

background image

 

 

Światło  w  saloniku  nadal  się  paliło.  Stanęła  na  werandzie  i 

próbowała  doprowadzić  się  do  ładu,  o  ile  to  było  możliwe. 
Tymczasem  Henry  odjechał  z  gniewnym  piskiem  opon.  Maggi 
weszła frontowymi drzwiami. 

-  Właściwy  czas  na  powrót  do  domu  -  powiedział  John.  Był 

wyraźnie w przyjaznym nastroju. 

-  Nie  rozumiem,  co  to  może  cię  obchodzić  -  rzuciła  przez 

ramię i skierowała się do kuchni. John szedł za nią. Czajnik był 
pełen wody i gwizdał. 

- Zrobię ci kawy - zaproponował, a Maggi z ulgą usiadła przy 

stole i skinęła głową. Była zbyt zmęczona, żeby mieć ochotę na 
dalsze  utarczki.  Gorąca  kawa  nieco  poprawiła  jej  nastrój. 
Kofeina to coś, co było mi potrzebne, pomyślała. 

-  Dobrze  się  bawiłaś?  -  John  siedział  przy  stole  naprzeciw 

niej, trzymając w dłoniach filiżankę. 

-  Cudownie  -  powiedziała,  ale  była  zbyt  zmęczona,  żeby 

słowom nadać przekonywające brzmienie. 

- Wyglądasz jak zmokły szczur. 
-  Dziękuję  -  odparła  i  zastanowiła  się,  czy  brzmiało  to 

dostatecznie  chłodno.  -  Twoi  przyjaciele  wyrażają  się  o  tobie 
równie przychylnie. 

- W ogóle nie spałaś minionej nocy - John mówił dalej. - Cały 

dzień  i  wieczór  byłaś  na  nogach...  Czy  wpadłaś  do  wody  w 
porcie? 

-  Gdybym  wpadła,  to  bym  już  nie  żyła  -  zamamrotała  -  tyle 

tam trujących chemikaliów. 

- Czułabyś się znacznie lepiej ze mną tutaj, w domu. 
- Ejże, postawmy sprawę jasno! To jest mój dom, nie twój.  I 

przekonałeś  mnie  minionej  nocy,  że  nie  jestem  bezpieczna 
nawet w nim. O Boże, co powie moja matka? 

- A czy musi wiedzieć? 
-  Ta  kobieta  potrafi  wydusić  informację  z  kamienia.  Nie 

byłabym zdolna utrzymać czegokolwiek w tajemnicy przed nią, 
nawet gdybym bardzo chciała. 

124

RS

background image

 

 

John  bębnił  wskazującym  palcem  po  blacie  stołu,  co 

zaczynało ją drażnić. 

-  Posłuchaj  -  zwrócił  się  do  niej  swym  miłym,  głębokim 

głosem - mam z tobą do pomówienia. 

- Nie jestem tego pewna - powiedziała, pochylając głowę nad 

kubkiem  z  kawą.  -  Minionej  nocy  również  powiedziałeś,  że 
chcesz porozmawiać ze mną i widzisz, co z tego wynikło. 

- O tym właśnie musimy pomówić. 
-  Nie  wierzę.  -  Woda  wciąż  skapywała  po  jej  szyi.  Wstała  i 

okryła  głowę  suchym  kuchennym  ręcznikiem,  próbując 
jednocześnie wyjąć zapinki z włosów. 

-  Pozwól,  że  ci  pomogę  -  zaofiarował  się  i  od  razu  znalazł 

właściwą  szpilkę.  Gdy  ją  delikatnie  wyciągnął,  włosy  Maggi 
opadły  kaskadą.  Wtedy  wziął  od  niej  ręcznik  i zaczął  wycierać 
jej  włosy.  Jako  masażysta  okazał  się  bardzo  delikatny,  wręcz 
subtelny. 

-  Pewnie  masz  dużo  doświadczenia  w  tym  zakresie?  - 

zapytała. 

-  Trochę.  Posłuchaj,  Maggi...  -  Nastąpiła  krótka  pauza,  jakby 

szukał  odpowiednich  słów.  Prawnik,  który  ma  trudności  z 
wysłowieniem  się?  -  zadała  sobie  pytanie.  -  Maggi,  poprzednia 
noc była wielkim błędem z mojej strony. 

-  Powiedz  to  jeszcze  raz!  -  Ręcznik  przykrywał  połowę  jej 

twarzy, maskując jej wyraz, za co dziękowała niebiosom. 

-  Wiem,  że  pogwałciłem  wszelkie  reguły,  obowiązujące 

gościa. I jak mi się wydaje, nie byłaś zabezpieczona... 

O Boże, pomyślała. Nie przyszło jej to w ogóle do głowy! 
-  Tak  mi  się  wydawało  -  powiedział,  a  jego  ręce  nadal 

delikatnie masowały jej skronie. - Mogą być tego konsekwencje. 

Maggi  doznała  skurczu  serca.  Rzeczywiście  mogą  być 

następstwa... Ponieważ nigdy jeszcze nie była w ciąży, nie brała 
takiej ewentualności pod uwagę. 

-  Wiem,  że  dobrze  sobie  radzisz  z  bliźniaczkami  -  dodał.  - 

Kochasz je, a one kochają ciebie. 

125

RS

background image

 

 

- Tak - przyznała szeptem. 
-  A  teraz  być  może  wzięliśmy  na  siebie  dodatkową 

odpowiedzialność  -  rzekł  poważnym  tonem.  Rzuciła  na  niego 
krótkie  spojrzenie.  Nie  wydawał  się  szczególnie  uradowany  tą 
sytuacją,  niezależnie  od  tego,  jaka  faktycznie  była.  -  Wbrew 
wszystkim  różnicom,  które  nas  dzielą,  myślę,  że  ty  i  ja 
powinniśmy... - John przerwał masaż i stanął na wprost Maggi. 
Odgarnęła  włosy  do  tyłu  i  odsłoniła  oczy.  John  wydał  jej  się 
teraz bardzo zdecydowany, szczery, a także przystojny. 

- Co powinniśmy? - zapytała ledwo słyszalnym głosem. 
-  Powinniśmy  pobrać  się,  wziąć  ślub  -  dokończył. Maggi  nie 

mogła  zdobyć  się  na  odpowiedź.  Z  wrażenia  o  mało  się  nie 
zadławiła. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

126

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 
Dwa dni później Maggi i John nadal chodzili wokół siebie jak 

dwa  znerwicowane  koty.  Mieli  już  za  sobą  poranne  obowiązki 
wobec  dziewczynek.  Potem  on  wyjechał  do  miasta,  żeby 
,,pilnować  biznesu",  jak  powiedział,  a  ona  wykonała  jeszcze 
tysiąc  i  jedną  czynność,  wiążącą  się  z  dziećmi.  No  i  myślała 
intensywnie.  Wyjść  za  niego  za  mąż?  Ta  ewentualność 
przerażała ją, drażniła i stresowała. Był przystojnym mężczyzną, 
do  tego  wniosku  wreszcie  doszła.  Człowiekiem  dokładnym  w 
tym co robił. Nie uchylał się od ciężkiej pracy, ba, lubił ją. Miał 
obowiązki  w  Irlandii,  a  ją  samą  traktował  teraz  jako  jeszcze 
jedno  zobowiązanie.  Maggi  wzdragała  się  przed  taką  myślą. 
Wyjść  za  człowieka  tylko  dlatego,  że  przeżyli  ze  sobą  jedną 
noc?  Bez  choćby  słowa  o  miłości  i  o  ,,dozgonnym  szczęściu"? 
Ta myśl wywołała w niej zimny dreszcz. 

Z drugiej jednak strony przerażało ją przypuszczenie, że pani 

Fagan  niedługo  się  pojawi,  żeby  zobaczyć  się  z  jej  mężem.  I 
jeśli  okaże się,  że  taki  nie  istnieje,  stan  Massachusetts  odbierze 
jej  Pru  i  Prissy.  A  do  tego  przecież  nie  można  dopuścić.  Tak 
więc, być może, wystarczył fakt, że ona kochała dzieci i kochała 
Johna Dailey, a mniej ważne było, że on nie potrafił odpłacić się 
tym samym. 

Powinna  wyjść  za  Johna  dla  dzieci.  Brzmiało  to 

przekonywająco  dla  jej  sumienia  rodem  z  Nowej  Anglii!  Nie 
uwzględniając  nawet  tego,  że  go  kochała  i  że  był  wcielonym 
diabłem  w  łóżku.  Odłóż  te  argumenty  na  bok,  Maggi 
przekonywała  sama  siebie,  poświęć  się  po  prostu  dla  dzieci.  I 
zrób to szybko. Pani Fagan znowu 

telefonowała, że będzie w Dartmouth w najbliższy piątek. 
-  Ilekroć  patrzycie  na  siebie  -  powiedziała  ciotka  Eduarda, 

wkładając  ciasto  do  piecyka  -  odnosi  się  wrażenie,  jak  byście 
obawiali  się,  że  jedno  powie  coś,  czego  drugie  nie  chciałoby 
usłyszeć. Co się z wami dzieje? 

127

RS

background image

 

 

- On... ma dla mnie propozycję, a ja po prostu nie wiem, jaką 

mu dać odpowiedź. Właściwą odpowiedź. 

- Wielka mi tajemnica - rzekła ciotka złośliwie. 
- Mogę wyczytać z twojej twarzy, co on zaproponował i co ty 

o tym sądzisz. Poprosił, żebyś za niego wyszła, prawda? 

- Niech go diabli wezmą - burknęła Maggi. - Nie miał prawa 

mówić o tym komukolwiek. Nienawidzę gaduł. 

-  Nic  mi  nie  powiedział,  kochanie.  Ani  słowa.  Nie  jest  tego 

rodzaju mężczyzną. 

- Więc po prostu zgadłaś? 
- Pamiętaj, że mam trzy córki - zauważyła ciotka 
- i wszystkie są zamężne. 
- A więc czytasz w moich myślach? 
- Nie, w twojej twarzy. 
-  Jeśli  wiesz tak  dużo,  to  może  wyczytałaś  również, jaka  jest 

wypisana odpowiedź na mojej buźce? 

-  Nie,  nie  złapiesz  mnie  w  tę  pułapkę.  Znajdź  odpowiedź 

sama.  Nie  chcę,  żebyś  w  przyszłości  rozgadywała,  że  twoja 
ciotka  namówiła  cię  do  wyjścia  za  niego.  Albo  że  cię  od  tego 
odciągnęła.  A  sio...  wynoś  się  z  mojej  kuchni.  Zajmij  się 
dziećmi. Nie chcę, żeby się ciasto przypaliło. 

W  chwilę  potem  humor  Maggi  poprawiła  Prissy.  Dziecko 

wreszcie  osiągnęło  sukces.  Postawiło  pierwsze  kroczki  o 
własnych  siłach.  Maggi,  widząc  to,  zapiszczała  z  radości  jak 
zwariowana  matka.  A  Pru,  spokojniejsza z nich dwu, po  prostu 
się przyglądała. 

Gdy  John  tego  dnia  wrócił  do  domu,  Maggi  podjęła  już 

decyzję.  Ale  zaczęła  od  innej  strony.  W  saloniku,  po  lunchu, 
zagadnęła go: 

- Miałeś dzisiaj szczęście? 
Mały uśmieszek pojawił się na jego twarzy. 
-  Na  koniec  chyba  doszedłem  do  czegoś  -  powiedział,  tym 

razem  bez  miny  pokerzysty  na  obliczu.  -  Facet,  z  którym 
kontaktowałem  się  w  Nowym  Jorku,  przekazał  moją  ofertę 

128

RS

background image

 

 

człowiekowi  w  Sacramento  i  sądzę,  że  znajdę  wreszcie 
rozwiązanie wszystkich naszych problemów. 

- Miło słyszeć - Maggi zareagowała spokojnie i usiadła obok 

niego na sofie. - Długo rozmyślałam  - zaczęła i zrobiła pauzę - 
myślałam o nas, o ślubie... 

- Tak, rozumiem - bąknął. 
Rozumiesz,  pomyślała  Maggi,  ale  nie  chcesz  mi  pomóc, 

choćby odrobinę. 

- Odnoszę po prostu wrażenie, że te zaloty między nami nie są 

zbyt romantyczne. 

-  Och!  -  Padło  tylko  to  jedno  słowo,  czy  raczej  namiastka 

słowa, ale mimo to John przysunął się do niej na tyle, że poczuła 
jego  udo,  a  męskie  ramię  objęło,  jakby  od  niechcenia,  plecy 
Maggi. 

-  Otrzymałam  już  w  życiu  jedną  propozycję  małżeństwa  - 

rzekła z bolesną nutą w głosie. - Ale wtedy w atmosferze czuło 
się  podniecenie.  Były  kwiaty,  słodkie  słowa.  Naprawdę  nie 
wiem, jak przyjmować twoją ofertę. 

-  Przecież  było  wiele  podniecenia,  a  nawet...  żaru  w  łóżku  - 

powiedział z przekonaniem. - I tak może być co noc... no, może 
prawie co noc. 

- Myślisz, że to wystarczy? 
-  Są  sprawy,  których  nie  można  już  zmienić.  Tamto  twoje 

pierwsze  przeżycie  wydarzyło  się  dawno  temu.  Byłaś  wtedy 
bardzo młoda. 

-  I  myślisz,  że  to  wszystko  tłumaczy?  Ze  nie  ma  już  miejsca 

na... słodkie słowa? 

-  Czego  się  więc  spodziewasz  po  mnie?  Żebym  upadł  na 

kolana? Przyniósł kwiaty? Pisał poematy miłosne? 

-  Nie,  ale  nie  musisz  być  taki  złośliwy,  uszczypliwy  w 

stosunku do mnie. Do licha, to wszystko w twoim wydaniu jest 
zupełnie wyprane z uczucia! 

-  Widzisz,  najważniejsze  jest  to,  że  z  małżeństwa  ze  mną 

będziesz miała dwie liczące się korzyści. Po pierwsze, pragniesz 

129

RS

background image

 

 

zatrzymać  przy  sobie  bliźniaczki  i  wychodząc  za  mnie, 
zagwarantujesz  to  sobie.  A  po  drugie,  przyznaj  Maggi,  dobrze 
spisałem się w łóżku! 

-  Zaczynasz  jeszcze  raz  od  tego  samego  -  ofuknęła  go, 

wyraźnie  wzburzona.  -  Seks,  czy  to  wszystko,  o  czym  wy, 
mężczyźni, potraficie myśleć? 

-  Nie,  nie  wszystko  -  powiedział  i  jego  uścisk  wzmocnił  się 

wyraźnie,  a  jej  głowa,  jakby  w  naturalny  sposób,  oparła  się  na 
jego barku. - Nie, nie wszystko, Maggi - szepnął jej do ucha.  

- Ale powinno się od tego zaczynać. Tysiące par, biorąc ślub, 

nie  wie,  czy  dobrały  się  pod  względem  seksualnym.  A  my 
wiemy. Zastanów się, co z tego może się rozwinąć? 

-  Może  masz  trochę  racji  -  wyszeptała.  -  Jakże  chciałabym, 

żeby była tu moja matka. Chciałabym... 

- Łza pojawiła się w kąciku jej oka. Starła ją gniewnie. 
- W porządku - oświadczyła z determinacją - wyjdę za ciebie! 
Spodziewała się, że jej słowa napełnią go radością. Ale tak się 

nie stało. Ścisnął ją tylko delikatnie i powiedział: 

- Myślałem, że upłynie  wiele tygodni, nim się zdecydujesz. - 

W jego głosie czuło się wyraźne samozadowolenie. 

-  Ale  nie  sądź,  że  jest  to  rezultatem  twojego  nieodpartego 

uroku  -  dodała  szybko.  -  Masz  w  sobie  tyle  czaru  co  zdechła 
makrela! 

-  I  twarz  pasującą  do  makreli  -  przerwał  jej.  Maggi  zwróciła 

się do niego gwałtownie. John wciąż się uśmiechał, a ona czuła 
się okropnie. 

-  Nie,  to  nie  jest  prawda,  ani  trochę  -  powiedziała,  a  jej  ręka 

podniosła  się  w  górę,  jakby  chciała  pogłaskać  tę  jego 
niedostępną  twarz.  -  Jesteś  naprawdę  przystojnym  mężczyzną - 
oświadczyła  z  przekonaniem,  a  myśl  jej  biegła  dalej.  Zna  go 
zaledwie sześć tygodni, już teraz może dostrzec przed sobą góry 
pieluch,  rzeki  łez  i  potu,  a  także...  och,  zamknij  się,  przerwała 
sama sobie i wygodniej usadowiła się na sofie. 

130

RS

background image

 

 

-  Jest  jeszcze  parę  praktycznych  spraw  do  omówienia  - 

powiedziała.  -  Na  przykład  nie  wiem,  gdzie  mielibyśmy 
mieszkać,  następnie,  czy  chciałbyś  mieć  więcej  dzieci  i  tak 
dalej. 

-  Rozumiem  -  odparł,  a  w  jego  głosie  wyczuła  znowu 

szczyptę ironii. - Myślę, że zamieszkamy gdzie indziej, nie tutaj, 
ale sprawa jest do omówienia. Jeśli natomiast chodzi o dzieci, to 
oczywiście  chciałbym  mieć  także  własne,  jednak  nie  obawiaj 
się, nie byłyby to znowu bliźnięta. 

- A czy będę musiała sprzedać farmę? 
-  Nie  zrobisz  niczego,  na  co  nie  będziesz  miała  ochoty  - 

zapewnił ją. - Możemy utrzymać farmę, uporządkować ją, dodać 
jej  trochę  nowoczesnego  sprzętu.  Wszystko  według  twojej 
chęci,  bo  to  przecież  twoja  farma.  Ale  przy  jednym  będę  się 
upierał.  Na  mnie  w  pierwszym  rzędzie  będzie  spoczywał 
obowiązek  utrzymania  rodziny.  Być  może  nie  jestem  w  tym 
najlepszy, ale takie będą reguły gry. 

-  A  więc  wszystko  ustalone  -  powiedziała  głosem  cichym  i 

bardzo uległym. - W porządku, wyjdę za ciebie. 

Miała  zamiar  poprosić,  żeby  ją  pocałował,  ale  było  to 

zbyteczne.  John  przyciągnął  ją  do  siebie  i  długim  pocałunkiem 
sprawił, że przylgnęła do niego, trzęsąc się z pożądania. 

- Czy mam rację, twierdząc, że czas niezdecydowania minął? 

-  zapytała  ciotka  Eduarda,  stając  w  drzwiach  z  szerokim 
uśmiechem na twarzy. 

Maggi zdała sobie sprawę, że guziki jej bluzki są rozpięte, ale 

nie  pamiętała,  jak  do  tego  doszło.  Nieudolnie  starała  się  temu 
zaradzić, a także uporządkować fryzurę. 

-  Tak,  jak  mi  się  wydaje,  zgodziliśmy  się  na  małżeństwo  - 

powiedział  John,  a  Maggi  znowu  wyczuła  lekką  ironię  w  jego 
głosie. - Czy mam rację? - spytał i dał jej sujkę pod żebra, żeby 
ponaglić do odpowiedzi. 

-  Tak  -  odparła,  jakby  bez  przekonania.  -  Czy  mamy  w 

związku z tym podpisać jakiś kontrakt, czy coś w tym rodzaju? 

131

RS

background image

 

 

-  Co  też  przyszło  ci  do  głowy!  -  Ciotka  była  wyraźnie 

wzburzona  i  Maggi  szybko  wyraziła  skruchę.  Natomiast  John 
odchylił się na sofie do tyłu i zaczął się śmiać tak serdecznie, że 
aż łzy pociekły mu po policzkach. 

Tego  wieczoru  ich  zachowanie  wobec  siebie  zmieniło  się 

wyraźnie.  John  po  południu  wyjechał  znowu, co  mu się  rzadko 
zdarzało. Po kolacji, gdy dzieci już zmorzył sen, zszedł na dół i 
zastał Maggi w saloniku, przy haftowaniu czegoś. 

- Pierwszy raz widzę cię z taką robotą w ręku 
- powiedział, trochę zaskoczony. 
Spojrzała  na  niego,  unosząc  głowę.  Wydał  się  jej  jeszcze 

większy niż zwykle. I taki mężczyzna miał nad nią górować już 
zawsze! 

-  Bawię  się  w  to  od  wielu  lat  -  wyjaśniła.  -  Od  chwili,  gdy 

zrozumiałam,  że  robienie  na  drutach  to  zajęcie  nie  dla  mnie. 
Natomiast haftowanie po prostu uspokaja mi nerwy. 

- Musimy znowu o  czymś porozmawiać - oświadczył John. - 

Wiem, że nie będzie to dla ciebie łatwe, ale dla mnie jest sprawą 
zasadniczą. 

Maggi odłożyła naftowanie na bok i wskazała mu miejsce na 

sofie, tuż obok siebie. Wyraz zakłopotania widywała już na jego 
twarzy uprzednio, ale tym razem było to szczególnie widoczne. 

- Wiem, że nasze małżeństwo wyraźnie cię niepokoi 
- powiedział wolno. 
Maggi  potaknęła  i  pomyślała  sobie,  że  nadal  szczególnie 

uderzają brak takich słówek, jak ,,kocham cię", słówek, które są 
ogromnie ważne dla kobiet, zwłaszcza przed ślubem. A były to 
słowa,  które  nigdy  nie  pojawiały  się  w  jego  ustach.  Widocznie 
uznawał  tylko  takie,  jak:  zgodność  usposobień,  upodobań, 
pokrewieństwo  dusz.  Godziła  się,  że  one  też  są  ważne,  ale  nie 
najważniejsze. Czekała więc, co on chce powiedzieć. 

- Zdaję sobie sprawę, Maggi, że choć kilka lat już minęło od 

jego  śmierci,  kochasz  wciąż  pamięć  po  Robercie.  Widać  to 
wyraźnie  wokół  ciebie.  Świadectwo  ślubu na  ścianie w  kuchni, 

132

RS

background image

 

 

meble  Roberta  w  pokojach...  Wciąż  w  głębi  duszy  czujesz  się 

żoną  Roberta.  Jest  to  szczególnie  trudna  przeszkoda  dla 
człowieka,  który  ma  zająć  jego  miejsce.  Nie  mam  zamiaru 
zrywać twych więzi z przeszłością, ale jest jeden szczegół, który 
powinien się zmienić. 

Maggi  była  wyraźnie  zaskoczona  i  zaniepokojona  tym 

oświadczeniem. Myślała intensywnie. Robert zbyt wiele znaczył 
w  wiosennym  okresie  jej  życia,  aby  mogła  o  nim  zapomnieć. 
Zatem,  czy  John  ma  rację?  Czy  trzyma  się  przeszłości  zbyt 
kurczowo? 

-  Przykro  mi,  że  tak  to  odbierasz  -  westchnęła  -  ale  co 

miałabym twoim zdaniem zmienić? 

- A chciałabyś zmienić? 
- Oczywiście. O co więc chodzi? 
-  O  to  -  powiedział,  sięgając  ku  jej  lewej  ręce.  -  Nie  mogę 

spokojnie myśleć o naszym ślubie, gdy ty nosisz wciąż na palcu 
zaręczynowy pierścionek od Roberta. 

Maggi  popatrzyła  zaskoczona  na  swą  rękę.  Nosiła  ten 

pierścionek tak długo, że prawie nie pamiętała o jego istnieniu. 
A teraz błyszczał w świetle lampy, jak wielka przeszkoda na jej 
drodze do nowego życia. 

- Przepraszam - powiedziała - ale ten pierścionek nie jest dla 

mnie  symbolem  czy  świadectwem  tamtych  lat.  Kiedyś  znaczył 
dla  mnie  tak  dużo,  że  po  prostu  zapomniałam  go  zdjąć.  Miałeś 
pełne prawo to skrytykować... O Boże, nie mogę go ściągnąć. 

- A to ci dopiero! - prychnął. - Przypomnienie z zaświatów! 
- Nie, przestań tak gadać - rozkazała. - Nie mogę go ściągnąć, 

bo... po prostu spuchł mi palec. Potrzebne mi mydło. 

John poprowadził ją do kuchni. Nad zlewem Maggi tak długo 

namydlała  palec,  aż  bańki  pokryły  wszystko  dookoła.  Na 
koniec,  po  przemyślnym  kręceniu  w  prawo  i  lewo,  złote  kółko 
ześliznęło się z palca. 

-  Otarłaś  sobie  kostkę  -  powiedział  John,  z  wyraźną  chęcią 

usprawiedliwienia się. 

133

RS

background image

 

 

-  Nic  poważnego  -  mruknęła  Maggi,  opłukała  rękę  i  wytarła 

kuchennym  ręcznikiem.  Pierścionek  spoczywał  teraz  na  jej 
dłoni,  a  ona  przyglądała  mu  się  chwilę.  Z  przekonaniem,  że 
zrywa  ostatnią  więź,  łączącą  ją  z  Robertem,  włożyła  go  do 
kieszonki fartucha. - Zadowolony? - rzuciła w kierunku Johna. 

-  Poczułbym  się  jeszcze  lepiej,  gdybyś  mi  go  dała  - 

powiedział  okrutnie  -  a  ja  wyrzuciłbym  go  za  kamienną  ścianę 
Fortu Phoenk. 

-  Nic  z  tego.  -  Maggi  wzięła  jeszcze  raz  do  ręki  ten 

symboliczny  przedmiot  i  przyglądała  się  jego  błyskom  w 

świetle. - On jest teraz rodzinnym dziedzictwem. Odłożymy go 
dla  najstarszego  syna.  Będzie  kiedyś  zachwycony,  mogąc 
ofiarować swojej narzeczonej pierścionek matki. 

John wyjął go z dłoni Maggi i rzekł: , 
-  Przyznaję  ci  całkowitą  rację,  tylko,  jeśli  pozwolisz,  sam 

chciałbym przechowywać ten cenny przedmiot. 

-  Nie  masz  powodu,  żeby  być  zazdrosnym  o  Roberta  - 

szepnęła  i  na  poparcie  tych  słów  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję  i 
pocałowała. 

John 

odwzajemnił 

pocałunek 

równym 

entuzjazmem. Dopiero po dobrych kilku minutach otrzeźwieli. 

-  Zapomniałem  o  czymś  jeszcze  -  powiedział  i  zaczął 

przeszukiwać kieszenie. Z jednej z nich wyjął małe kwadratowe 
pudełeczko.  -  Przechodziłem  kiedyś  obok  sklepu  jubilerskiego 
w mieście i zobaczyłem przypadkowo na wystawie tę oto rzecz. 
Była przeceniona i pomyślałem sobie... 

-  Johnie  Dailey  -  zawołała  Maggie,  śmiejąc  się  serdecznie  - 

jesteś największym kłamczuchem w Dart- mouth. Przechodziłeś 
kiedyś, przypadkiem zauważyłeś, przeceniony... Czy myślisz, że 
uwierzę w takie zmyślenia? 

John  zdjął  połyskliwe  opakowanie  z  pudełka  i  wspaniały 

podłużny  brylant  zajaśniał  wszystkimi  kolorami  tęczy.  Główny 
kamień  otoczony  był  wianuszkiem  mniejszych,  równie 
połyskliwych.  Nie  był  wielki,  ale  był  piękny.  Znaczył  wiele 
rzeczy.  Maggi  wybrała  jedno  znaczenie:  ,,miłość".  John 

134

RS

background image

 

 

zasługuje  na  następny  pocałunek,  pomyślała.  Przyjął  to,  co  mu 
ofiarowała, znowu odwzajemniając się z równą siłą. Można było 
oczekiwać dalszego interesującego przebiegu wypadków, gdyby 
nie  to,  że  na  górze  jedna  z  bliźniaczek  zapłakała.  Oboje 
poderwali się na równe nogi i, trzymając się za ręce, pobiegli na 
ratunek. 

-  Nabieramy  wprawy  w  sprawach  dentystycznych  -  szepnął, 

gdy po paru minutach wychodzili z dziecięcego pokoju. - Teraz 
obie dziewuszki mają już pierwsze ząbki. 

Zatrzymali  się  przy  jej  pokoju.  Wewnętrzne  podniecenie 

znowu zaczęło ogarniać Maggi. Zadrżała, gdy poczuła, jak ręka 
Johna obejmuje ją coraz mocniej. 

- Czy chciałbyś... - podsunęła myśl, wskazując na drzwi. 
- Chciałbym szaleńczo - zamruczał przymilnie - ale dostałem 

takie ciężkie baty za tamtą chwilę słabości, iż nie sądzę, żebym 
chciał to jeszcze raz znosić przed dniem ślubu. 

- A ten kiedy nastąpi? 
- Może pojutrze. Co ty na to? - zapytał z szerokim uśmiechem 

na twarzy. 

- Potrafisz tak długo czekać? 
- A ty potrafisz? 
- Ja pytałam pierwsza. 
-  Nie  wiesz,  do  kogo  mówisz.  Moja  samodyscyplina  jest 

zdumiewająca, kobieto. Mógłbym przez całą noc leżeć w łóżku 
obok  ciebie  i  nawet  nie  dotknąć  cię  palcem.  To  mogłoby  być 
nawet interesujące. 

- Przez całą noc, nawet mnie nie dotykając? 
-  Tak  właśnie  myślę  -  powiedział,  poklepując  ją  delikatnie.  - 

Idź do łóżka, damo. Zjawię się tam za minutkę i zobaczysz, jak 
potrafię trzymać się w karbach. 

Czego  nie  mogę  powiedzieć  o  sobie,  pomyślała  Maggi. 

Postanowiła,  że  jeśli  odważy  się  przyjść,  to  dostanie  nauczkę. 
Weszła  do  pokoju,  zapaliła  lampę,  szybko  założyła  długą, 
flanelową koszulę nocną i wślizgnęła się do łóżka. Koszula była 

135

RS

background image

 

 

przeznaczona  na  zimowe  noce,  a  nie  na  początek  lata. 
Zakrywała  ją  od  stóp  po  szyję  i  miała  tylko  parę  małych 
guziczków  u  góry.  Jeśli  John  chce  zabawić  się  w  platoniczną 
miłość, pomyślała, to dam mu nauczkę. 

Poprawiła  poduszkę,  położyła  się  na  wznak  i  czekała.  Tym 

razem  -  niedługo.  Patrz,  jak  mu  się  spieszy,  szepnął  jej  głos 
wewnętrzny,  gdy  drzwi  skrzypnęły.  Traktuje  mnie  już 
rutynowo,  pomyślała.  Bez  golenia,  bez  mycia  głowy.  Ano, 
dostaniesz ty za swoje. 

Nie  miała  już  czasu  na  dalsze  krytyczne  refleksje.  To  co 

zobaczyła,  było  dla  niej  szokiem.  Ich  poprzednie  spotkanie,  w 
stroju  adamowym,  przebiegało  po  zmroku.  Ale  tym  razem 

światło  małej  lampki  rozjaśniało  nawet  najdalsze  kąty  pokoju. 
John uśmiechał się szeroko i z dużą pewnością siebie. Okrywał 
go długi  szlafrok.  Podszedł  do łóżka  krokiem Juliusza  Cezara i 
pozwolił  przykryciu  opaść  na  podłogę.  Maggi  zaparło  dech  w 
piersiach. 

Nigdy  jeszcze  nie  widziała  mężczyzny  o  tak  znakomitych 

kształtach. Jego tors wzbudziłby zazdrość niejednego kulturysty. 
Jego nogi i biodra były jak ze stali. A gdy wzrok jej spoczął na 
tym,  co  było  zlokalizowane  centralnie,  kobieta  nie  mogła  się 
powstrzymać  i  uśmiechnęła  się  z  zachwytem.  Jego  oczy 
podążyły  za  jej  spojrzeniem  i  John  wydał  z  siebie  pomruk 
samozadowolenia. 

-  Często  mówi  się,  że  jeśli  Pan  Bóg  powołuje  do  życia 

mężczyznę  z  naprawdę  paskudną  gębą,  to  stara  się  mu  to 
wynagrodzić pod innym względem. 

- Przestań się wreszcie wychwalać i właź do łóżka 
-  powiedziała  tonem  nie  uznającym  sprzeciwu  i  zgasiła 

światło. 

John  położył  się  obok  niej.  Łóżko  było  szerokie,  ale  oboje, 

wyciągnięci na plecach, dotykali się jednak biodrami. Po chwili 
Maggi  poczuła,  jak  John  gładzi  ją  stopą  od  kolana  po  kostkę  u 
nogi. 

136

RS

background image

 

 

- Co, u licha, masz na sobie? - zapytał zaskoczony. 
- To coś przypomina worek pokutny! 
-  Nie  zwróciłbyś  na  to  uwagi,  gdybyś  mnie,  zgodnie  z 

zapowiedzią, nie dotykał. 

- Powiedziałem, że nie dotknę cię palcem od ręki.  
O palcach u nogi nie było mowy. A to zupełnie co innego. 
- Typowa prawnicza gadka - odcięła się Maggi, odsuwając się 

nieco, chociaż pole manewru było bardzo małe. 

I  tak,  od  słowa  do  słowa,  ona  wkrótce  pozbyła  się 

flanelowego  przykrycia,  a  on  zastrzeżeń  co do  palca i w  ogóle. 
Noc była długa, upojna i wyczerpująca. John udowodnił, że jest 
wyśmienitym 

nauczycielem, 

Maggi, 

że 

należy 

do 

najpojętniejszych  uczennic.  Zapadli  w  sen  dopiero  przed 
wschodem  słońca.  A  dzieci  mogłyby  bezskutecznie  płakać 
godzinami, gdyby ciotki Eduardy nie było w tym domu. 

Następnego dnia rano Maggi, cała w skowronkach, ubrana w 

białe szorty i różową bluzkę bez rękawów, wkroczyła do kuchni. 
Zegar  wybijał  właśnie  godzinę  dziesiątą,  a  był  dzień  piętnasty 
czerwca. 

-  Cieszę  się,  widząc,  że  przynajmniej  jedno  z  was  jest 

szczęśliwe  -  powiedziała  ciotka  Eduarda,  krzątając  się  po 
kuchni. 

- Chcesz powiedzieć, że John nie jest szczęśliwy? 
- Taka możliwość była dla Maggi małym szokiem. 
- Każdy powinien radować się tak pięknym dniem. 
- Nie, on był w zasadzie radosny, ale narzekał na brak sił. Co 

mu, u licha, zrobiłaś? 

-  Ja  miałabym  mu  coś  zrobić?  -  Mała  Pani  Niewinność 

zaśmiała  się  rozbawiona.  Tańczyła  wokół  kuchennego  stołu. 
Zatrzymała  się  na  moment  przed  ciotką  Eduarda,  aby  ją 
ucałować. Starsza pani odwzajemniła się jej uśmiechem. 

-  Zapamiętaj  sobie  dobrze,  dziewczyno,  że  mężczyźni  chcą 

mieć władzę nad wszystkim. 

- O tak, on ma władzę, ma władzę, ma władzę. 

137

RS

background image

 

 

- Maggi podśpiewywała sobie i nagle stanęła zaskoczona. - A 

gdzie są małe? 

- Na werandzie.  John  wystawił  tam  kojec i nakazał pilnować 

dzieci twojemu nędznemu psisku. 

-  Mojej  uczciwej  sympatycznej  psinie  -  przerwała  ciotce.  - 

Oddajmy  każdemu  psu  to,  co  się  mu  należy,  czy  tak  to  jest  w 
wierszyku? 

-  Zmykaj  stąd  -  rozkazała  ciotka.  -  Wyniosę  ci  śniadanie  na 

zewnątrz i będziesz mogła nacieszyć się matką przyrodą. 

- Nigdy mi nikt nie zaproponował niczego lepszego 
-  powiedziała  Maggi  z  powagą.  -  Jesteś,  ciociu,  dla  mnie 

błogosławieństwem, dla nas wszystkich, tia. 

- Dobrze, już dobrze - ciotka szepnęła wzruszona, gdy Maggi 

w  pląsach  opuszczała  kuchnię.  -  Ty  i  dziew-  czątka 
przywróciłyście znowu sens mojemu życiu... Zmykaj! 

I Maggi to uczyniła. Dzieci przyjęły ją z entuzjazmem, kopiąc 

nóżkami  i  gaworząc.  Wzięła  jedno  po  drugim  na  ręce, 
przytulając z uczuciem i szepcząc pełne miłości słowa. Mike za 
piękne  wywiązywanie  się  z  funkcji  pilnowacza  został  w 
podzięce  poskrobany  za  uchem.  Maggi  krótkim  spojrzeniem 
obrzuciła  całą  posiadłość,  odetchnęła  głęboko  rześkim 
powietrzem  i  siadła  w  fotelu  na  biegunach,  aby  delektować  się 

świeżymi wspomnieniami. 

Była to szaleńcza noc. Piersi wciąż miała podrażnione, bolały 

ją  kości  miednicy.  A  jednak  ani  przez  chwilę  nie  skarżyła  się. 
Tyle  nowego  dowiedziała  się  o  Johnie  Daileyu!  Brzydka  twarz 
znikła  całkowicie.  Nigdy  zapewne  nie  uzna  go  za  super-
przystojnego,  ale  za  to  jest  dobry,  czuły,  podniecający.  Znał 
perfekcyjnie prawa gry miłosnej, ale nie ograniczał się tylko do 
tego.  Był  człowiekiem  o  głębokich  uczuciach,  wykazywał 
zrozumienie  dla  niesamolubnej  miłości  i  zamiłowanie  do 
ciężkiej  pracy.  Bliźniaczkom  był  w  stanie  zapewnić  należytą 
troskliwość, podobnie jak jej samej. 

138

RS

background image

 

 

Ponownie  ogarnęła  wzrokiem  całą  farmę.  To  ukochane 

miejsce, być może, nie będzie jej domem przez całe życie. Czuła 
się  wspaniale  tam,  gdzie  był  John.  A  cóż  więcej  potrzeba  do 
szczęścia?  Maggi  postanowiła,  że  powie  o  tym  wszystkim 
Johnowi, gdy tylko wróci. A potem zadzwoni do rodziców, żeby 
przekazać im radosną wieść. Wystawiła na chwilę lewą rękę do 
słońca.  Zaręczynowy  pierścionek  pochwycił  jego  promienie  i 
zaiskrzył się wszystkimi kolorami tęczy. 

W tym momencie bliźniaczki zapiszczały z podniecenia. Mały 

wróbel przysiadł na obramowaniu ich kojca i muskał dzióbkiem 
swe  piórka.  Priscilla  postraszyła  go  swoją  grzechotką  i  znowu 
zaśmiała się radośnie. 

Ciotka  Eduarda  wyszła  z  kuchni,  niosąc  tacę  z  grzankami, 

jajkami  na  bekonie  i  z  kubkiem  kawy.  Maggi  pochłonęła 
wszystko migiem. Znowu zapanował błogi spokój. Oparła się o 
tył fotela i przymknęła oczy. 

Po  jakimś  czasie  przebudził  ją  klakson  samochodu  przed 

domem.  Myśląc,  że  to  John,  Maggi  zmusiła  się,  aby  otworzyć 
oczy.  Nie  był  to  jednak  sfatygowany  wóz  Johna,  lecz  mały, 
sportowy,  czerwony  samochód  Henry'ego  Petersona.  Maggi 
pokręciła  głową  i  uśmiechnęła  się.  Ktoś  jeszcze  siedział  obok 
kierowcy, ale na taką odległość nie mogła go rozpoznać. Henry 
otworzył  drzwiczki  auta,  wymienił  zapewne  jakąś  uwagę  z 
drugim  przybyszem,  a  potem  ruszył  ku  domowi,  ale  z 
ociąganiem, jakby miał coś na sumieniu. 

- Czy możemy porozmawiać, Maggi? - zapytał, gdy podszedł 

do progu werandy. 

Chodźże 

tutaj, 

Henry! 

Oczywiście, 

że  możemy 

porozmawiać. 

Mężczyzna  nie  miał  nic  w  sobie  ze  schludnego,  w  dobrym 

guście ubranego młodego człowieka, którym był przedtem. Miał 
na  sobie  marynarkę  i  krzywo  zawiązany  krawat.  Dwa  górne 
guziki  koszuli  były  odpięte.  Marynarka  z  wielbłądziej  wełny 
wyglądała,  jakby  świeżo  ją  zdjęto  z  dwugarbnego  zwierzęcia. 

139

RS

background image

 

 

Blond  włosy  Henry'ego  były  zmierzwione  i  w  części  okazały 
się...  peruczką!  Maggi,  pełna  tego  dnia  osobistego  szczęścia, 
poczuła odrobinę współczucia dla dawnego kolegi. Tymczasem 
on usiadł na jednym z wiklinowych foteli. 

-  Jestem  w  trudnej  sytuacji,  Maggi.  Trudniejszej  niż 

kiedykolwiek. 

-  Pomogę  ci,  jeśli  będę  mogła  -  powiedziała  miękko.  - 

Pomogę w imię starej znajomości. 

- Dziękuję, bardzo mi tego potrzeba - odparł wzdychając. 
Przerwała im rozmowę ciotka Eduarda, pojawiając się z tacą i 

szklankami. 

-  Mrożona  herbata  -  oświadczyła.  -  Wygląda  na  to,  że  pan 

Peterson chciałby się napić. 

-  O  tak.  -  Henry  pochwycił  jedną  ze  szklanek,  ale  był  trochę 

zawiedziony.  Mimo  to  pociągnął  łyk.  Ciotka  Eduarda  chwilę 
pogaworzyła z bliźniaczkami, a potem zniknęła w kuchni. 

- A więc powiedz, o co chodzi - rzuciła Maggi. 
-  Myślałem  -  zająknął  się  -  myślałem,  że  ubiję  wspaniały 

interes  z  tym  facetem.  Spodziewałem  się  dużej  forsy. 
Tymczasem okazuje się, że wychodzę na naiwniaka. 

- A ten facet, to kto? 
- Pan Swanson. Jest tam, w samochodzie. 
- Rozumiem. Ale powiedz, co się stało? 
-  Zaproponował  mi  udział  w  budowie  tych  apartamentów, 

tam,  na  wzgórzu.  Ja...  ja  zaciągnąłem  wielką  pożyczkę  i 
zakupiłem udziały w tym przedsięwzięciu. 

-  Pożyczyłeś,  Henry?  -  Wzruszył  ramionami,  ale  nie 

odpowiedział. - I co dalej? - dociekała. 

- Potem okazało się, że cała ta sprawa była jak domek z kart. 

Główni  udziałowcy  wycofali  się.  Swanson  dużą  część 
zobowiązań przerzucił na mnie... 

-  A  ja  sądziłam,  że  mieszkania  sprzedawały  się  znakomicie, 

przecież tak mówiłeś? 

140

RS

background image

 

 

-  To  jest  bardzo  skomplikowana  sprawa,  Maggi.  Część 

mieszkań rzeczywiście udało się sprzedać dobrze i szybko. Było 
ich jednak za mało, żeby pokryć koszty całego przedsięwzięcia. 

Maggi  patrzyła  na  niego  uparcie,  przeczesując  bezwiednie 

ręką  swe  niesforne  włosy.  Sytuacja  stawała  się  bardziej 
dramatyczna, niż się spodziewała. 

-  Czyli  chcesz  powiedzieć,  że  jeśli  nie  przejmiecie  dużej 

części mojej ziemi, zbankrutujecie. 

Henry  wstał  i  zaczął  chodzić  po  werandzie  nerwowym 

krokiem, wyraźnie zgnębiony. 

-  Nie,  chcę  powiedzieć,  że  jeśli  nie  dostaniemy  dużej  części 

twojej ziemi, to ja pójdę do więzienia. 

-  Czyli,  jak  mam  rozumieć,  nie  pożyczyłeś  tych  pieniędzy, 

lecz  je  zdefraudowałeś?  Jak  mogłeś  zrobić  coś  tak  głupiego?  - 
Gdy  Maggi  wypowiedziała  te  słowa,  zobaczyła,  że  Swanson 
wysiadł z samochodu i szybko, na skróty, szedł ku nim. 

- Ściśle mówiąc, nie zdefraudowałem tych pieniędzy 
-  powiedział  Henry,  unikając  jej  wzroku  -  lecz  podjąłem  z 

rachunku  bankowego  ojca  dwieście  pięćdziesiąt  tysięcy 
dolarów. 

- Mój Boże, czy Swanson o tym wie? 
-  O  pieniądzach?  Tak,  wie.  -  Gdy  Henry  to  mówił,  Swanson 

był  już  przy  schodkach  na  werandę,  uśmiechnięty  jak  zawsze. 
Bon  vivant  do  końca.  Mike  zawarczał,  ale  mały  człowieczek 
tym razem nie cofnął się, popychany mocniejszą siłą niż strach. 

- Jak widać, pani Brennan, mamy duże kłopoty 
- powiedział Swanson. Wyciągnął z kieszeni chustkę i wytarł 

zaczerwienione czoło. 

- My... my mamy kłopoty?  - zapytała zaskoczona Maggi, nie 

wierząc własnym uszom. 

-  Tak,  cała  nasza  trójka  wpadła  w  tarapaty.  Nie  chce  pani 

chyba, aby ten młody człowiek poszedł do więzienia?! 

-  Nie  jestem  pewna...  -  zaczęła  mówić  Maggi,  ale  właśnie  w 

tej  chwili  pojawił  się  stary  samochód,  sapiąc  pięcioma 

141

RS

background image

 

 

cylindrami  jak  lokomotywa.  Zatrzymał  się  przed  domem.  John 
wyskoczył  z  niego,  chociaż  trudno  to  sobie  wyobrazić,  gdy 
mowa o potężnym jak on mężczyźnie. Ale tak było, wyskoczył 
z  samochodu  z  radosnym  uśmiechem  na  twarzy.  Pomachał  do 
Maggi  jakimś  papierem  i  podbiegł  do  werandy.  W  tym 
momencie Swanson wyrzucił z siebie ostatnie zdanie: 

-  Jestem  przekonany,  że  nie  stałaby  pani  bezczynnie,  gdyby 

Henry miał iść za kratki. 

-  Wydaje  mi  się,  że  to  pan  powinien  pójść  do  więzienia  -  z 

goryczą  powiedziała  Maggi.  -  I  powiem  panu,  panie  Swanson, 

że mam dobrego adwokata. 

John usłyszał ostatnią część rozmowy i zatrzymał się. 
-  Wybacz,  kochanie  -  powiedział  -  nie  spodziewałem  się,  że 

masz konferencję. - Nie mogąc jednak utrzymać dobrych wieści 
tylko  dla  siebie,  zamachał  jeszcze  raz  dokumentem,  wbiegł  na 
werandę i porwał Maggi z fotela w swoje ramiona. 

-  Mam  to  wreszcie!  -  zawołał.  -  Na  koniec  znalazłem 

właściwego człowieka. Skończyły się nasze problemy. Cieszysz 
się? 

-  Jestem  zachwycona  -  powiedziała,  starając  się  uczestniczyć 

w jego radości - ale mamy tu pewien kłopot. 

- Pani Brennan ma zamiar sprzedać nam część swojej ziemi - 

zakomunikował Swanson. 

- To panu Swanson owi wydaje się, że mam zamiar sprzedać 

mu  część  swojej  ziemi  -  sprostowała  oschle.  -  Tymczasem  ja 
wolałabym  przemienić  ten  teren  w  bagno  pełne  krokodyli.  Pan 
Swanson powinien pójść do więzienia, ale jak mi się wydaje, tak 
wszystko  pogmatwał,  że  to  Henry  wygląda  na  winowajcę.  -  Jej 
oczy płonęły oburzeniem, gdy patrzyła na obu. 

John, pragnąc ją uspokoić, objął Maggi jednym ramieniem, a 

drugą  ręką  uniósł  jej  dłoń,  tak  aby  obaj  mężczyźni  mogli 
zobaczyć połyskujący pierścionek zaręczynowy. 

Henry  Peterson  pochylił  głowę  jeszcze  bardziej.  Był  bliski 

łez.  Bohater  z  czasów  szkolnych  przeżywał  teraz  głęboką 

142

RS

background image

 

 

porażkę.  Natomiast  Swansona,  jak  się  wydawało,  rozsadzała 
wręcz wściekłość. 

-  Byłem  przekonany,  że  urobiłeś  tę  kobietę!  -  wrzasnął  do 

Henry'ego.  -  A  ty,  szanowna  pani,  nie  zdajesz  sobie  nawet 
sprawy,  co  chce  osiągnąć  ten  twój  podobno  kochający  cię 
mężczyzna. 

John  nagle  cały  zesztywniał.  Jego  ręka  obejmująca  Maggi 

naprężyła się. 

-  Ty...  ty  wiesz,  czego  ja  chcę?  -  zwrócił  się  z  pytaniem  do 

Swansona głosem jedwabistym, niebezpiecznie miękkim. 

-  Wszyscy  w  mieście  wiedzą  -  mały  człowieczek  odparł 

chrapliwie.  -  Do  diabła,  nawet  robią  zakłady,  co  się  wydarzy, 
kiedy  ona  pozna  prawdę  i  zrozumie,  jaki  jest  cel  twoich 
machinacji. 

Maggi  poczuła  ogarniający  ją  chłód.  John  cofnął  swe 

opiekuńcze  ramię.  Nagle  wydało  się  jej,  że  chmury  pokrywają 
słońce. John zrobił krok w kierunku Swansona. 

-  Czy  mówisz  na  temat  mojej  pani  Brennan?  -  Lodowaty 

chłód  dominował  w  jego  głosie,  ale  Swanson  był  zbyt 
rozwścieczony, aby słyszeć coś więcej niż tylko słowa. 

-  Zapytaj  go,  pani  Brennan,  zapytaj  go!  -  wrzeszczał  - 

Swanson.  -  Zapytaj  tego  lubującego  się  w  słodkich  słówkach 
pana Dailya! 

- Ja... nie wiem, o czym pan mówi - zająknęła się Maggi. 
-  Myślę,  panie  Swanson,  że  lepiej  będzie,  jak  się  stąd 

wyniesiesz  -  zasyczał  przez  zęby  John,  robiąc  kolejny  krok  ku 
intruzowi.  -  Potrafię  przewidywać  przyszłość  i  widzę,  jak 
spadasz  z  tych  schodków  i  łamiesz  sobie  rękę,  a  może  nawet 
obie ręce. Będzie wstyd... 

- Dobrze, już dobrze! - wykrzyknął Swanson. - Odchodzę, ale 

przyznaj  się  tej  suczce  do  wszystkiego.  Powiedz  jej,  co  się 
stanie, gdy się z nią ożenisz! Dalejże! 

-  To  była  ostatnia  obelga  z  jego  strony.  Swanson  obrócił  się 

na pięcie  i  pobiegł  tak  szybko,  jak  było  to możliwe dla tęgiego 

143

RS

background image

 

 

faceta  w  średnim  wieku.  Henry,  z  oczami  pełnymi  łez, 
pospieszył  za  nim.  Maggi,  oszołomiona,  opadła  na  fotel  i 
głęboko oddychała. 

John  stał  przy  schodach  na  werandzie,  nadal  pełen 

wewnętrznego wzburzenia, i patrzył za samochodem Henry'ego, 
aż ten zniknął za zakrętem drogi. Gdy obrócił się ku Maggi, jego 
twarz była jak kamienna maska. 

- A więc, pani Brennan? 
-  A  więc  co?  -  Maggi  zadygotała  i  założyła  ręce  przed  sobą. 

Przeczucie czegoś złego zawisło nad nią. Nawet dzieci zamilkły. 

- Nie rozumiesz, o czym on gadał? - zapytał John. 
- Nie, ja... Więc o co chodzi? 
Jego  twarz  była  twarda  jak  skała,  ponura,  surowa, 

odpychająca. 

- Mówiłem ci, w jak trudnej znalazłem się sytuacji 
-  powiedział  głosem  bez  wyrazu.  -  Niezbędne  mi  było 

obywatelstwo amerykańskie. W chwili gdy pobierzemy się, pani 
Brennan,  wiza  nie  będzie  mi  już  potrzebna.  Po  ślubie  z 
obywatelką amerykańską ja sam zyskuję również ten przywilej. 
To chyba proste. 

-  Proste?  -  Maggi  poderwała  się  z  fotela,  trzęsąc  się  cała.  - 

Więc  o  to  chodziło?  -  wyszeptała.  -  Nie  o  dzieci,  nie  o 
oświadczyny,  pierścionek,  o  szaleństwo  w  łóżku,  a  tylko  o 
obywatelstwo, o ten świstek papieru? - Głos jej to się podnosił, 
to  załamywał.  Z  trudem  opanowywała  łzy.  -  Czy  taka  jest 
prawda?  Chcesz  ożenić  się  ze  mną  tylko  po to,  żeby...  A  niech 
cię  diabli  porwą!  -  To  wykrzykując,  próbowała  zerwać  z  palca 
pierścionek. 

- Ofiarowałam ci wszystko ostatniej nocy. Wszystko! Czy nie 

mogłeś...? 

-  Ofiarowaliśmy  się  sobie  wzajemnie  -  powiedział  miękko.  - 

Ja tobie, a ty mnie. Nie jestem ci nic winien za jedną wspaniałą 
noc. Rozkosz była obustronna. 

- Za jedną noc w łóżku?! - wykrzyczała. - O to chodziło. 

144

RS

background image

 

 

-  O dwie  noce  -  przerwał  jej.  Zobaczyła,  jak zaciska pięści z 

wściekłości, ale mówił wciąż miękko. - Nie odbierajmy uroków 
temu, co przeżyliśmy razem, Maggi, wiesz przecież... 

-  O  niczym  nie  wiedziałam.  Zupełnie  o  niczym.  Nie  mogłeś 

spotkać  kobiety  głupszej  ode  mnie.  Nie  możemy  wziąć  ślubu, 
panie Dailey. Do tego potrzeba zaangażowania się dwu serc.  A 
ty przecież nie masz serca w ogóle. Czyż nie tak? Zabieraj swój 
pierścionek i wynoś się stąd! 

-  Jeżeli  naprawdę  wierzysz  w  to,  co  mówisz,  to  mogłoby  się 

zdawać, że chciałem w tym roku zrobić najlepszy interes życia - 
powiedział z goryczą. 

Maggi  wetknęła  mu  pierścionek  w  rękę.  John  obrócił  go  w 

palcach  parokrotnie,  a  potem  zamachnął  się  jak  gracz 
baseballowy i cisnął nim w kierunku pobliskich drzew. 

Maggi popatrzyła w ślad za tym symbolem lepszych chwil i z 

oczu  jej  popłynęły  łzy,  których  nie  mogła  powstrzymać.  John 
zrobił  krok  w  jej  kierunku.  Obróciła  się  gwałtownie,  pełna 
nienawiści. 

- Jeszcze się nie wyniosłeś?! - krzyknęła i zbiegła z werandy, 

kierując się ku wzgórzu, gdzie chciała być wreszcie sama. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

145

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 
Maggi siedziała na werandzie, na huśtawce. Powolny ruch do 

przodu i do  tyłu  uśpił  bliźniaczki,  które  trzymała  w  ramionach. 
Ciotka Eduarda wyszła z domu, wycierając ręce w fartuch. 

- Śpią? - zapytała. 
-  Już  od  godziny  albo  i  dłużej.  Cały  ranek  bawiły  się  piłką, 

chyba za bardzo się zmęczyły. 

-  Nie  -  powiedziała  ciotka  -  to  ty  za  bardzo  się  męczysz. 

Popatrz  na  siebie.  Sama  skóra  i  kości.  A  poza  tym...  te  twoje 
nerwy. On nie jest wart tego, zapomnij o nim. 

- Rzeczywiście nie jest wart - Maggi zgodziła się i pomyślała, 

że nie ma go już sześć tygodni. Całe czterdzieści dwa dni. Czyli 
tysiąc  i  osiem  godzin.  Wszystko  to  liczyła  skrupulatnie.  Czy  to 
znaczy, że on nie jest wart również tego jej liczenia? 

-  Nie  jest  wart  -  jeszcze  raz  zamruczała  ciotka.  Prissy 

poruszyła się. Obie kobiety próbowały ją 

utulić. Łatwo już było dziewczynki odróżnić. Pru miała tylko 

trzy  ząbki,  Prissy  już  cztery  i  jak  widać  zdecydowanie 
przodowała. 

-  To  nie  o  niego  chodzi  -  westchnęła  Maggi.  -  Schudłam,  bo 

po  prostu  miałam  dużo  pracy.  Może  teraz  da  się  wszystko 
uładzić.  Pan  Smali  telefonował,  że  dom  pani  Daugherty  został 
sprzedany  za  fantastyczną  sumę.  Sprzedałam  także  te  osiem 
hektarów  ziemi  na  szczycie  wzgórza  ludziom  z  firmy 
budowlanej. 

- Sprzedałaś panu Swansonowi? Nie wierzę w to, Margaret. 
- Nie Swansonowi. Jego firma popłynęła brzuchem do góry. 
- Co zrobiła? 
-  Zbankrutowała,  ciociu  Eduardo.  Nowe  przedsiębiorstwo 

wykupiło aktywa i także moją ziemię. 

- I ten biedny młody człowiek, Henry, jak mu tam... 

146

RS

background image

 

 

-  Nowy  zarząd  firmy  zatrzymał  go,  kochanie.  Jest  na  razie  u 

dołu  drabiny,  ale  jeśli  przytknie  nos  do  polerki  i  oszlifuje  się, 
czyli będzie harować bez wytchnienia, to rozwinie skrzydła. 

-  Zwariowany  język  -  ciotka  prychnęła  pogardliwie.  - 

Brzuchem  do  góry...  nosem  przy  szlifierce...  Lepiej  będzie,  jak 
wprawisz się w portugalskim. 

Czując  małe  wyrzuty  sumienia  i  nie  chcąc  dalej  zadrażniać 

sytuacji,  Maggi  wsunęła  pod  siedzenie  książkę,  którą 
studiowała:  ,,Podstawy  języka  celtyckiego".  Nie  było  w  tym 
sensu.  On  nigdy  nie  wróci.  Maggi  zdawała  sobie  sprawę,  że  to 
ona  spowodowała  odejście  Johna.  Co  w  tym  było  złego,  że 
chciał  zdobyć  obywatelstwo  amerykańskie,  biorąc  z  nią  ślub? 
Nie  było  go  już  sześć  tygodni.  Wydawało  się  to  całą 
wiecznością. 

Mogli  być  już  dzisiaj  po  ślubie.  Szczęśliwi  na  zawsze. 

Delikatnie dotknęła złotego naszyjnika, który miała pod bluzką. 
Całe  trzy  dni,  po  odjeździe  Johna,  spędziła  na  kolanach  i 

łokciach,  przeszukując  krzaki,  w  które  przypuszczalnie  wpadł 
pierścionek  rzucony  przez  rozgoryczonego  mężczyznę.  I  teraz 
pieściła  bez  przerwy  ów  symbol  tamtych  chwil.  Wisiał  na  tym 
samym  łańcuszku  co  krzyżyk.  I  to  miało  być  wszystko,  co  po 
nim  zostało?  Co  upamiętniało  cudowne  wspomnienia?  Do 
momentu,  kiedy  John  zniknął  z  jej  życia,  nie  zdawała  sobie 
sprawy, jak bardzo był podobny do Roberta. Nie, nie fizycznie, 
ale  pod  każdym  innym  względem.  Był  jak  Robert  czuły, 
wrażliwy, wzbudzający szacunek. 

Ciotka  Eduarda,  która  przez  cały  czas  przyglądała  się  jej 

ślicznej  buzi,  niemal  uśpionej,  zakaszlała.  Maggi  drgnęła  i 
wróciła  do  rzeczywistości,  a  jej  gwałtowny  ruch  rozbudził 
dziewczynki. 

Niebieskie 

oczka 

otworzyły 

się 

niemal 

równocześnie.  Z  małych  usteczek  wydobyło  się  bulgotanie,  a 
potem  ukazał  się  radosny  uśmiech,  obnażając  ząbki  jak 
sztyleciki. 

- Zdrowe dzieciaki - powiedziała ciocia Eduarda. 

147

RS

background image

 

 

-  Budzą  się  zawsze  z  uśmiechem  na  buzi.  A  ty,  Margareto, 

zrywasz się ze snu z krzykiem. 

- Nie przywiązuj zbyt dużego znaczenia do uśmiechu - rzekła 

Maggi filozoficznie. Dziewczynki, jakby na potwierdzenie tych 
słów,  skrzywiły  się  i  zaczęły  popiskiwać.  Mokre  pieluszki 
zawsze o tej samej porze! Obie kobiety, jak na wyścigi, zaczęły 
przewijać  małe,  myć  i  pieścić.  Ciotka  Eduarda  po  tych 
zabiegach wyprostowała się, roztarta sobie krzyż i oznajmiła, że 
teraz czas na jej własną drzemkę. 

- Powinnaś rzucić okiem na swe mydlane opery 
-  Maggi  drażniła  się  z  Eduarda  -  ja  tymczasem  pójdę  z 

dziewczynkami  na  wzgórze,  aby  zobaczyć,  co  dzieje  się  za 
płotem, na budowie. One, podobnie jak ja, lubią patrzeć, jak inni 
pracują. 

Maggi 

włożyła 

małe 

do 

dwuosobowego 

wózeczka 

spacerowego,  który  był  najnowszym  nabytkiem.  Wielki  dąb 
znajdował się po zachodniej stronie świeżo postawionego płotu. 
Maggi  rozłożyła  pod  nim  na  trawie  dwa  kocyki  i  usadowiła 
małe  pośrodku.  Dwaj  cieśle,  pracujący  na  dachu  najbliższego 
domu,  zawołali  do  niej  i  pokiwali  ręką.  Operator  spychacza 
nacisnął  klakson.  Pru  podskoczyła,  a  Prissy  zachichotała  i 
wymachiwała  rączkami  tak  długo,  aż  para  sikorek,  wijących 
gniazdko  w  koronach  drzewa,  wystawiła  czarne  łebki  i 
przywitała  się  z  małymi.  Maggi  musiała  walczyć  z  ogarniającą 
ją  sennością.  W  Nowej  Anglii  było  już  gorące  lato,  a  lekka 
bryza,  poruszająca  liśćmi  dębu,  przynosiła  minimalną  ochłodę. 
Bliźniaczki  wymagały  stałego  czuwania,  były  bardzo  ruchliwe. 
Obie raczkowały, obie okazały się żądne przygód. Obie też były 
teraz tylko w pieluszkach, a więc spiekota nie nużyła ich tak jak 
Maggi. 

Im  bardziej  starała  się  skupić  swą  uwagę  na  dzieciach,  tym 

bardziej czuła  się  senna.  Gdy  więc  usłyszała,  że  ktoś od  strony 
doliny  woła  ją  po  imieniu,  uznała  to  za  część  swego  snu  na 
jawie. Ale wołanie powtórzyło się i dzieci zareagowały wielkim 

148

RS

background image

 

 

podnieceniem.  Maggi  wstała  gwałtownie,  wciąż  niezbyt 
przytomna.  Popatrzyła  na  zachód,  pod  słońce,  ale  zobaczyła 
tylko  jakąś  plamę,  cień.  Serce  podpowiedziało  jej  jednak  to, 
czego oczy nie dostrzegły. 

Stała trzęsąc się cała, nie mogąc ani ruszyć się z miejsca, ani 

uciec. 

- Maggi! - usłyszała jeszcze raz. 
Owładnęło  nią  ponownie  poczucie  winy.  John  wrócił!  Czy 

wściekły i mściwy? Zarys ludzkiej postaci zatrzymał się. Maggi 
uniosła  rękę,  żeby  osłonić  oczy  przed  rażącym  słońcem.  John 
Dailey,  ubrany  sportowo,  stał  i  czekał  na  jej  pierwszy  ruch. 
Podczas  gdy  ona  czekała  na  jego  ruch.  Stali  tak  bez  słowa.  A 
potem  oboje  równocześnie  otworzyli  ramiona  i  już  nie  trzeba 
było  słów.  Zapominając  o  dzieciach,  o  widowni  za 
ogrodzeniem,  o  ćwierkających  ptakach,  Maggi  puściła  się 
biegiem ze wzgórza ku Johnowi. I po chwili przylgnęła cała do 
ukochanego  mężczyzny,  poczuła  obejmujące  ją  ramiona,  które 
odgrodziły  ją  natychmiast  od  wszelkich  trosk  i  kłopotów, 
sprawiając, że poczuła się znowu bezpieczna. 

Do  realnego  świata  przywrócił  ich  pisk  Prissy,  która  chciała 

wyraźnie zwrócić na siebie uwagę. Pru tym razem zachowała się 
bardziej statecznie. 

- Jak się macie, moje kochane dziewczęta, wszystkie trzy! 
Uściskom i pieszczotom nie było końca. 
- Jakimże byłem głupcem - wyznał John. 
- Ja także - zawtórowała Maggi jak echo. 
- Poniosły mnie moje irlandzkie nerwy. 
-  Portugalczycy  też  to  potrafią  -  przyznała.  -  Muszę  ci  coś 

wyznać, Johnie. 

- Godzina spowiedzi? 
- Właśnie tak. 
- No więc, ja też mam ci niemało do powiedzenia. 

149

RS

background image

 

 

-  Ja  pierwsza,  kobiety  mają  zawsze  prawo  pierszeństwa. 

Pamiętasz  panią  Fagan,  inspektora  z  Wydziału  Opieki  nad 
Dziećmi? 

- Tę, która zjawiła się, żeby zabrać nam małe? 
-  Właśnie.  Więc  ja  powiedziałam  jej,  że  jesteśmy 

małżeństwem.  Powiedziałam  to  wtedy,  gdy  pojawiła  się 
pierwszy raz. Wówczas wydawało się to małym kłamstwem, bo 
przecież bardzo cię kochałam. Dlaczego nie piszczysz z radości? 

- To nie w moim stylu. Czy ta pani pojawiła się ponownie, jak 

zapowiadała? 

-  Nie.  Zaraziła  się  wietrzną  ospą  od  swojego  siostrzeńca  i 

wstrzymano wszelkie jej kontakty z dziećmi. Ale teraz czuje się 
już lepiej. Właśnie dzwonili, że będzie tu jutro. 

- Nie daje to nam zbyt wiele czasu - westchnął John. 
- Na co? 
- Na to i na owo  - powiedział, uśmiechając się.  - Teraz moja 

kolej na spowiedź. Zakończyłem ostatecznie moją małą sprawę, 
o  której  często  wspominaliśmy,  zresztą  bardzo  ogólnie. 
Przyznaję, że nie byłem łatwy we współżyciu, nie zaprzeczysz? 

Maggi tylko skinęła potakująco, nie mówiąc jednak ani słowa. 
- Nie zapytasz mnie, co to za sprawa? 
-  Ja...  poprawiłam  się  od  tamtego  czasu  -  szepnęła  Maggi.  - 

Ciocia Eduarda nauczyła mnie, że mężczyźni nie mają zwyczaju 
dopuszczać  nas  do  wszystkich  swoich  sekretów.  A  kobiety,  ze 
swej  strony,  nie  powinny  się  wtrącać.  Ale  wróćmy  do  twojej 
sprawy. 

- Przyznam  ci  się,  że  w pewnej  chwili  myślałem,  iż  odkryłaś 

moją  tajemnicę.  Wtedy  gdy  powiedziałaś,  że  bawię  się  w 
chłopaka z opowiastki, co to znalazł garnek złota. 

- Nie rozumiem, o czym mówisz - bąknęła Maggi. 
-  Chodzi  rzeczywiście  o  złoto.  Wspomniałem,  że  mam  w 

Irlandii  parę  hektarów  skalistej  ziemi,  w  górach,  w  hrabstwie 
Mayo. Tam jest właśnie złoto! 

150

RS

background image

 

 

Prawdziwe, 

autentyczne 

złoto? 

zapytała 

niedowierzaniem. 

- Prawdziwe złoto - potwierdził John. - Niemcy wydobywają 

je w mojej okolicy całymi workami. Nie wiem jeszcze, czy złoto 
jest  także  na  gruncie  Daileyów.  Kompania  Górnicza  Pacyfiku 
chce  zainwestować  u  mnie  poważne  pieniądze,  żeby  się  o  tym 
przekonać.  A  więc  odsprzedałem  im  prawo  do  poszukiwań  na 
dziewięćdziesiąt lat i mamy teraz dość pieniędzy na rozwiązanie 
wszystkich naszych problemów. 

- Tak dużo? 
-  Oczywiście  zależy  to  od  apetytu  osoby,  która  to  mówi  - 

zaśmiał  się  John.  -  W  każdym  razie  jest  dość  pieniędzy,  żeby 
zabezpieczyć  dożywocie  mojej  mamie  i  posagi  dla  każdej  z 
moich sióstr. I oto zjawiam się tutaj, aby prosić o przychylność 
mojej  pani.  Czy  praca  w  charakterze  niani  jest  u  ciebie  wciąż 
aktualna? 

-  Jesteś  zbyt  dobrym  chłopcem,  żeby  zmieniać  pieluchy 

dzieciom - powiedziała żartobliwie. - Dlaczego nie ożenisz się z 
jakąś amerykańską dziewczyną, żeby dostać obywatelstwo? 

- Niezły pomysł - zgodził się. - Czy masz kogoś konkretnego 

na myśli? 

-  Poza  tym,  że  muszę  zajmować  się  dziećmi,  dzisiejsze 

popołudnie mam wolne. Może więc porozmawiamy? 

-  Co  za  szczęśliwe  popołudnie.  Bo  muszę  ci  jeszcze 

powiedzieć, że masz gości w domu. 

-  Chcę  wobec  tego  pozostać  tutaj  -  powiedziała,  tuląc  się  do 

niego. 

- Maggi, mam pytanie do ciebie. 
Usiadła  sztywno,  jak  mały  krasnoludek  pod  grzybkiem,  i 

zamieniła  się  w  słuch.  Kobieta  w  takiej  chwili  musi  się 
skoncentrować,  pomyślała.  Ale  to,  co  usłyszała,  nie  było 
pytaniem, którego się spodziewała. 

-  Czy  zgodzisz  się  wyjść  za  mnie,  nawet  jeśli  to  będzie 

oznaczać wyjazd do Irlandii? 

151

RS

background image

 

 

,,Przybądź,  zwiąż  się  ze  mną  i  bądź  miłością  mą".  Fragment 

starego poematu przeleciał jej przez głowę. I odbił się echem. 

- Wiem, ile uczucia wiążesz ze swymi rodzinnymi stronami - 

dodał John usprawiedliwiająco. 

- Nie bądź głupi, Johnie. - Próbowała przyciągnąć jego głowę 

ku  swojej,  ale  ostatecznie  pocałowała  go  w  podbródek.  - 
Kocham cię - powiedziała. - Mój dom jest w sercu. Nic innego 
się nie liczy. 

Gdy  on  wpatrywał  się  w  nią  z  uczuciem,  Maggi  wyciągnęła 

złoty  łańcuszek  spod  bluzki,  na  którym  błysnął  zaręczynowy 
pierścionek. 

- Odnalazłaś go? 
-  Zajęło  mi  to  całą  wieczność.  Czy  mogę  znowu nosić  go  na 

palcu? 

-  Nie  ma  sprzeciwu  -  odparł  z  entuzjazmem  i  pomógł  jej 

założyć pierścionek, po czym uniósł swą narzeczoną w górę. 

Bliźniaczki natychmiast zaprotestowały. Postawił więc Maggi 

na  ziemi  i  pochwycił  je  obie  w  ramiona  ze  śmiechem,  a  po 
chwili jedno dziecko wręczył Maggi. 

-  A  teraz  wszystko  po  kolei.  W  domu  czekają  na  ciebie 

goście, z którymi musisz się zobaczyć. 

-  Nie  muszę  -  upierała  się.  -  Jeśli  będziemy  tu  dostatecznie 

długo, to odjadą. Zawsze odchodzą w podobnej sytuacji. 

- Tym razem może być inaczej. Jedna z tych osób utrzymuje, 

że jest twoją matką i w rzeczy samej jest do ciebie podobna... 

- O Boże! 
- Inna osoba twierdzi, że jest twoim ojcem i odgraża się, że... 

Jeszcze jeden facet... 

- Są jeszcze inni? 
- Jakiś pan Smali, prawnik. Poinformował mnie, że jest sędzią 

pokoju z prawem do udzielania ślubów. 

- Nie do wiary! 
- No widzisz. Czy zatem zmieniasz zdanie? 
- Musimy mieć pozwolenie. 

152

RS

background image

 

 

- Mam je w kieszeni. 
- Czy jesteś pewien, Johnie, że postępujemy słusznie? 
-  Jasne,  że  tak  -  powiedział  z  rozbawieniem  -  jakże  inaczej 

mógłbym pozostać z rodziną w tym kraju? 

- Masz rację! - W jej oczach pojawiły się łzy. Łzy szczęścia. 
-  Wygląda  głupawo,  że  bierzemy  ślub,  gdy  mamy  już  dwoje 

podchowanych dzieci - ironizował John dalej. 

-  O  Boże,  jak  to  dobrze!  -  wykrzyknęła.  -  Jutro  zjawi  się  tu 

pani Fagan, a my będziemy już mieli wszystko za sobą. 

- Mam nadzieję, że przyjdzie dostatecznie późno 
-  skomentował  John.  -  Weźmiemy  ślub,  pozbędziemy  się 

wszystkich  gości,  poprosimy  ciotkę  Eduardę,  żeby  zajęła  się 
dziećmi, a ty i ja... pójdziemy na górę i pośpimy sobie zdrowo. 

- Mogę się założyć - powiedziała Maggi, śmiejąc się - że sen 

będzie głęboki, a ty nie dotkniesz mnie nawet palcem. 

Jej  śmiech  udzielił  się  bliźniaczkom.  John  też  dołączył  do 

ogólnej  radości.  Ściskali  się,  całowali  i  coś  wykrzykiwali.  A 
potem  ruszyli  ze  wzgórza  ku  domowi,  aby  ,,żyć  długo  i 
szczęśliwie". 

 

153

RS


Document Outline