background image

MARGIT SANDEMO

A GWIAZDY OD WIEKÓW NUCĄ TĘ 

PIEŚŃ...

Z norweskiego przełożyła

LUCYNA CHOMICZ - DĄBROWSKA

POL - NORDICA

Otwock 1998

background image

ROZDZIAŁ I

Ingę obudziły krzyki i czyjeś szybkie kroki za oknem. W jednej chwili zrozumiała, co 

się dzieje, i wysunąwszy się pośpiesznie spod baranicy, niecierpliwie odszukała w mroku 

ubranie. Po omacku zakładała długie, sznurowane po bokach reformy z nie bielonego płótna, 

a potem nałożyła  halkę i długą do kostek suknię z surowego lnu, którą ściągnęła w talii 

ozdobnym niebiesko - czerwonym pasem. Jeszcze tylko spodnie z cienkiej koźlej skóry, by 

nie   zmarznąć,   i   oto   była   gotowa.   Nie   trwało   to   dłużej   niż   parę   minut,   mimo   że   z 

niecierpliwości drżały jej ręce. Była taka podekscytowana, bo oto upragniona chwila, o której 

tak długo marzyła, wreszcie nadeszła.

- Mamo! Jadą, już jadą! - zawołała.

Matka Ingi podniosła się z trudem. Miała dopiero czterdzieści cztery lata, ale ciężka 

harówka i choroba odcisnęły na niej swe piętno. Rozpromieniła się, usłyszawszy dolatujące 

zza okna odgłosy.

- Nareszcie! Szybko przynieś mi moje rzeczy, córko. Musimy godnie powitać ojca - 

zarządziła i pomimo protestów dziewczyny wstała z łóżka i zaczęła się ubierać.

Inga tymczasem przysunęła twarz do niewielkiego okienka i wyjrzała na dwór.

W   blasku   zapalonych   pochodni   zobaczyła   mieszkańców   miasta,   którzy   biegnąc 

wykrzykiwali radosną nowinę:

- Jadą! Jadą! Król wraca do Norwegii z dalekiej wyprawy!

W oddali wzmagał się tętent końskich kopyt. Nadjeżdżał zwiad.

- Mamo! Chodź popatrzeć! Siądź przy oknie, a ja wyjdę przed chatę.

- Ani mi się waż! Jesteś lekkomyślna! Sama pośród tych wszystkich mężczyzn? To 

niebezpieczne. Przy oknie jest dość miejsca dla nas obu.

-   Myślisz,   że   zauważymy   ojca?   -   wyszeptała   Inga,   a   jej   błękitne   oczy   zalśniły   z 

podniecenia.

- Mam nadzieję - odpowiedziała matka. - Jeśli jest wśród rycerzy, na pewno odwróci 

głowę w stronę naszej chaty, a jeśli go nie ma...

Zamilkły obie. Jeśli nie ma go wśród rycerzy... To znaczy, że leży pogrzebany w 

Ziemi Świętej, w Jerozolimie.

Za oknem wyrósł nagle sąsiad i zawołał:

- Słyszałyście? Król Sigurd postanowił rozbić obozowisko na wielkim polu na zachód 

od miasta! Gospody i zajazdy dzisiejszej nocy zbiją fortunę.

I nie tracąc czasu na pogawędkę, pośpieszył na powitanie wojska.

background image

- Zimno ci, mamo? - zapytała Inga.

- Nie, przecież wieczór jest ciepły. Po prostu drżę ze zdenerwowania.

- Dlaczego to tak długo trwa? - niecierpliwiła się Inga.

- Zwiad zawsze przybywa dużo wcześniej, żeby przygotować nocleg dla króla. Ale... 

spójrz, teraz już chyba jadą.

Przysunęły twarze jeszcze bliżej okna, by dokładniej widzieć. Odgłos tysiąca kopyt 

odbijał   się   echem   o   ściany   domów.   Nad   głowami   rycerzy   powiewał   sztandar   z   wielkim 

krzyżem. Wiwatujący ludzie zamilkli i padli na kolana.

Na przodzie podążał na gniadym koniu dostojny mąż - król Sigurd. Na jego piersi 

widniał czerwony krzyż, a z ramion zwisała purpurowa peleryna ozdobiona białymi i złotymi 

haftami.

- Jaki on młody! - wyrwało się Indze, ale zaraz dodała krytycznie: - Ale przystojny nie 

jest!

Matka uśmiechnęła się pod nosem.

- Nie tak przystojny, jak jego brat Øystein? Rzeczywiście! Norwegia ma teraz 

dwóch wspaniałych władców: jednego dobrego i mądrego, drugiego odważnego i 

walecznego w boju. Ciekawe, co wyrośnie z trzeciego, młodego Olafa. Podobno 

świetnie się zapowiada.

- No cóż, Øystein nie cieszy się zbyt dobrą sławą - prychnęła z pogardą Inga. 

- Tchórz, siedzi w domu przy zastawionym stole, podczas gdy jego brat Sigurd znosi 

trudy dalekiej wyprawy, by bronić Ziemi Świętej przed poganami.

- Mówisz jak dziecko -  

przerwała jej matka. - Któż rządziłby krajem, gdyby 

obaj   wyruszyli   na   wyprawę   krzyżową?   Uważam,   że   młody   Øystein   dobrze   sobie 

radzi.

- Może rzeczywiście oceniłam go zbyt pochopnie - przyznała Inga i ponownie skupiła 

uwagę   na   przejeżdżającym   wojsku.   Zmęczeni   wojowie   na   stąpających   ciężko   koniach 

posuwali   się   kolumna   za   kolumną,   ledwie   zdając   się   dostrzegać   podziw   wiwatujących 

mieszkańców miasta

- W ogóle nie można odróżnić barw na ich płaszczach, tacy są zabłoceni, może to 

wcale nie są rycerze, tylko gliniane posągi?

- Nie żartuj! - skarciła ją matka. - Masz przed sobą najdzielniejszych mężów, którzy 

okryli chwałą nasz kraj.

- Przecież wiem - uśmiechnęła się Inga. - W gruncie rzeczy czuję dla nich wielki 

szacunek, a mówię tak tylko po to, by uciszyć niespokojne serce.

background image

Milczący pochód wciąż przesuwał się przed oczami obu kobiet. Zbrojni szli i szli, 

potem przetoczyły się powozy z rannymi. Eskortujący ich rycerze zamknęli ten zdawać by się 

mogło trwający wieczność pochód.

Kobiety   popatrzyły   na   znikającego   w   mroku   ostatniego   wojownika,   za   którym 

pospieszyli wiwatujący mieszkańcy osady. W milczeniu odsunęły się od okna, Inga pomogła 

osłabionej chorobą i zawiedzionej matce dojść do łóżka.

-   Może   go   nie   zauważyłyśmy   -   próbowała   ją   pocieszyć,   ale   nie   zabrzmiało   to 

przekonująco.

- Nie było go wśród wojów! - rozpaczała matka. - Nie było go!

Inga nie wiedziała, jak ukoić jej ból. Otuliła matkę skórami i kocami, po czym, nie 

rozbierając się, położyła się w swym łóżku.

Rozczarowanie paliło ją niczym rozjątrzona rana.

Cztery  lata  oczekiwania...   Tyle   czasu  upłynęło  od  dnia,   kiedy  ojciec   wyruszył   na 

wyprawę krzyżową z królem Sigurdem. Dochodziły ich wieści o męstwie króla, o starciach z 

przeciwnikiem, o którym nigdy wcześniej nie słyszały, o triumfalnym powrocie, wkroczeniu 

do Miklagardu i morskiej przeprawie przez cieśniny. Czekały, ciągle czekały. Od kilku dni 

gromadziły żywność i trunki, by godnie uczcić powrót ojca.

Tymczasem, choć upragniona chwila nadeszła, on nie przybył.

Inga   słyszała,   że   wielu   rycerzy   zginęło   w   bitwach   na   obcej   ziemi,   część   zmarła 

wskutek epidemii dżumy i innych okropnych chorób, ale obie z matką przez cały czas nie 

traciły nadziei. Dopiero teraz...

A może?

Inga   usiadła   gwałtownie   na   łóżku.   Matka   często   ubolewała   nad   jej   nierozwagą   i 

pewnie miała rację, kobietom wszak nie wypadało postępować zbyt samodzielnie. Ale bieda i 

ogromna odpowiedzialność, która spadła na dziewczynę, gdy zachorowała matka, zmuszały ją 

nie raz do podejmowania desperackich  kroków. Czy cicha  i pokorna poradziłaby sobie z 

prowadzeniem domu? Wrodzone poczucie humoru i optymizm pomagały jej bez skarg znosić 

przeciwności losu, jednak w głębi serca Inga ciągle odczuwała nieśmiałość wobec ludzi i 

strach przed wielkim światem.

Dlatego też nagły pomysł sprawił, że serce zabiło jej niespokojnie.

Przez chwilę Inga wsłuchiwała się w równy oddech matki, która, zmęczona płaczem, 

zasnęła.   Potem  dziewczyna   bezszelestnie   narzuciła  na  ramiona   płaszcz   i  wymknęła   się  z 

chaty. Postanowiła udać się do obozu rycerzy i zapytać o ojca. Przecież ktoś na pewno go 

znał i będzie wiedział, co się z nim stało.

background image

ROZDZIAŁ II

Było   to   roku   pańskiego   1111.   Borg   rozbudowało   się   bardzo   w   ostatnich 

dziesięcioleciach i w niczym nie przypominało grodu założonego przed stu laty przez króla 

Olafa. Na ulicach panował gwar. Wojowie ciągnęli tłumnie do gospody, wielu z nich było już 

mocno podchmielonych.

Inga przemykała  się tuż przy ścianach budynków, bo ulice po przemarszu wojska 

zamieniły się w bajora błota, w których grzęzło się po kolana. Dotarłszy do bramy miasta, 

dziewczyna rozejrzała się niepewnie. Nagle opuściła ją odwaga. Przylgnęła do muru, by nie 

dostrzegli   jej   przepychający   się   rycerze.   Nie   przewidziała   takiej   sytuacji   Sądziła,   że   w 

obozowisku skieruje się wprost do dowódcy i zapyta o ojca, a tymczasem natknęła się na 

hałaśliwą zgraję podpitych i spragnionych uciechy wojów. Co prawda zdawała sobie sprawę, 

że powzięła dość śmiały plan, jednak dopiero teraz zrozumiała, jakim błędem było wychodzić 

samotnie wieczorem. Postanowiła tedy przecisnąć się między domami w jakiś boczny zaułek i 

czym prędzej wrócić do domu. Sama do obozu iść nie mogła, a pytać napotkanych mężczyzn 

o ojca nie miała odwagi.

- No nie, patrzcie, kogo tu mamy! - usłyszała nagle tubalny głos.

Zauważyli ją!

Wbiegła   pośpiesznie   do   otwartej   bramy,   ale   ktoś   chwycił   ją   za   włosy   i   mocno 

przytrzymał. Inga odwróciła się i ujrzała otaczających ją podochoconych wojów.

- Zaprowadźmy ją na rynek i przyjrzyjmy się jej dokładnie! - wykrzyknął któryś i silne 

ręce   zaciągnęły   dziewczynę   przed   drzwi   gospody,   mieszczącej   się   przy   oświetlonym 

pochodniami placu.

- Puśćcie mnie! - prosiła Inga. - Szukam ojca, on brał udział w wyprawie i...

Nikt jednak jej nie słuchał, czuła natrętne dłonie na piersiach i we włosach.

- Ślicznotka! - zarechotał pijany woj.

- Patrzcie na te loki! - zawołał inny. - Prawdziwe złoto!

Obrzucali   ją   obraźliwymi   wyzwiskami,   a   gdy   próbowała   protestować,   wybuchali 

donośnym śmiechem.

- Czy uczciwa niewiasta wychodzi sama o tej porze? - spytał któryś.

Z gospody wytoczyli się kolejni mężczyźni. Mocno już podchmieleni przepychali się 

przez ciżbę, torując sobie drogę do dziewczyny. Inga krzyknęła przerażona, gdy nachylił się 

nad   nią   jakiś   brodaty   osiłek.   Gromada   napierała   coraz   silniej,   aż   dziewczyna   straciła 

równowagę i upadła na bruk.

background image

Nikt nie słuchał jej rozpaczliwego błagania o litość, wokół rozlegał się tylko głośny 

rechot i wulgarne wyrazy.

Nagle zapadła cisza jak nożem uciął. Stłoczeni wokół Ingi wojowie odwrócili głowy i 

cofnęli się w milczeniu. Dziewczyna wstała i ujrzała na placu wysokiego rycerza.

Wojownicy pokłonili mu się nisko, niektórzy przeżegnali pośpiesznie. Nieznajomy w 

milczeniu obserwował umykających jak zbite psy natrętów. Inga z głośnym szlochem osunęła 

się   na   stopnie   gospody.   Czuła   się   upokorzona   i   sponiewierana.   Bolała   ją   głowa,   którą 

uderzyła o kamienie, łokieć krwawił. Pochlipując, otrzepywała ubranie i poprawiała włosy.

Nagle kątem oka dostrzegła zbliżającego się do niej wybawcę.

- Wracaj, panienko, do domu - odezwał się obcy przyjaźnie. - To nie miejsce dla 

ciebie.

Inga otarła łzy i skinęła głową. Próbowała wstać, ale pociemniało jej w oczach, więc 

szybko oparła się o ścianę. Otarłszy ręką pot z czoła, jęknęła cicho:

- Za chwilę, panie. Zakręciło mi się w głowie.

Mężczyzna popatrzył na nią z wahaniem, jakby chciał jej pomóc, ale coś go przed tym 

powstrzymywało.

Dziewczyna   zastanawiała   się,   kim   jest   jej   wybawca,   okryty   pancerzem   i 

zniszczoną   peleryną.   Sądząc   po   reakcji   wojów,   mógłby   być   høvdingiem.   Blask 

pochodni oświetlał jego jasne sięgające do ramion włosy, ale twarz pozostawała w 

cieniu.   Inga   domyślała   się,   że   jest   młody,   jednak   wydawał   się   starszy   niż   liczący   sobie 

dwadzieścia lat król Sigurd.

Pewny siebie i obdarzony siłą woli, emanował niezwykłym spokojem.

- O, już mi lepiej. Bardzo dziękuję za pomoc! - Inga uśmiechnęła się słabo i ruszyła 

ulicą. Ale znów poczuła zawrót głowy i pewnie by upadła, gdyby nieznajomy nie wsparł jej 

ramieniem.

- Panie, nie kłopoczcie się moją osobą - zawstydziła się w pewnej chwili. - Tyle dla 

mnie uczyniliście!

- Skoro już złamałem reguły, równie dobrze mogę cię odprowadzić do chaty. Gdzie 

mieszkasz?

Inga,   dziwiąc   się   w   duchu   jego   słowom,   wskazała   drogę.   Złamał   reguły?   Co   to 

znaczy?

- I nie zwracaj się do mnie „panie” - dodał nieznajomy. - Nie zasługuję na taki tytuł.

- Przecież wojowie kłaniali się wam uniżenie.

- Możliwe, ale jestem jedynie prostym sługą. Powiedz mi lepiej, panienko, co robisz 

background image

na ulicy o tak późnej porze. Nie wyglądasz na rozwiązłą dziewkę.

- Bo nią nie jestem! - odpowiedziała oburzona Inga, nie przestając się zastanawiać, 

kim jest jej wybawca. „Prosty sługa”? Czyżby był duchownym? Nie! Nie miała najmniejszej 

wątpliwości, że człowiek, którego spotkała, jest rycerzem. Jego miecz wyglądał tak, jakby 

często robiono zeń użytek, a w pelerynie widoczne były rozcięcia.

Ciepło bijące od mocnej, podtrzymującej ją pewnie dłoni mężczyzny sprawiło, że w 

przypływie ufności powiedziała:

- Byłam nierozsądna, myślałam, że uda mi się dotrzeć do obozowiska i wypytać o 

mojego ojca, który walczył w oddziałach króla Sigurda. Nie widziałyśmy go wśród wojów 

przejeżdżających przez miasto.

- Wielu ludzi poległo podczas wyprawy - westchnął nieznajomy. - Jak się nazywa twój 

ojciec?

- Erling Edmundsson - odparła Inga z dumą. - Kowal w armii króla.

- Erling Edmundsson? - powtórzył mężczyzna w pelerynie. - Znam go dobrze. Mężny 

z niego woj!

- Znacie go? - krzyknęła Inga. - To znaczy, że żyje?

Rycerz zamilkł.

- Tak, żyje - odrzekł po chwili. - Ale nie raduj się zbytnio, panienko. Jest bardzo 

ciężko   ranny   i   chyba   już   niewiele   można   dla   niego   zrobić.   Król   Sigurd   zabrał   go   tylko 

dlatego, że oddał mu nieocenione przysługi swą zręcznością w kuciu broni. Gdyby nie to, 

twój ojciec pozostałby na obcej ziemi.

Nadzieja, która gwałtownie napłynęła do serca dziewczyny, przygasła jak płomień na 

wietrze. Jednak Inga nie zwykła się poddawać.

Ten człowiek nie ma pojęcia, że nauczyłam się sztuki leczenia od nieżyjącego już 

dziadka, pomyślała. Nie wie też, że od kilku lat pielęgnuję chorą matkę.

- Gdzie on jest? - zapytała. - Czy może zostać przeniesiony do naszej chaty?

- Dopilnuję, by tak się stało. Jak cię zwą, panienko?

Ściany domów znów zakołysały się jej przed oczami.

- Inga.

- Ingo córko Erlinga, sądzę, że najlepiej będzie, jeśli wezmę cię na ręce. Twoja śliczna 

buzia przypomina bowiem kolorem śnieg, za którym tak tęskniłem w południowych krajach.

Bez   najmniejszego   wysiłku   uniósł   dziewczynę   do   góry.   Inga   zrazu   chciała 

protestować, ale gdy boląca głowa znalazła wygodne oparcie na ramieniu mężczyzny, a jego 

jasne włosy przyjemnie połaskotały ją w twarz, tylko westchnęła.

background image

Wojowie na widok rycerza  z  dziewczyną  na rękach  rozstępowali  się z wyraźnym 

szacunkiem.   Inga   dostrzegała   w   ich   oczach   zdumienie,   którym   jej   tajemniczy   wybawca 

zdawał się zupełnie nie przejmować. Cichym głosem zapytał, jak się czuje.

- Już dobrze - zapewniła, ale nie poprosiła, by ją wypuścił z ramion.

Przeciwnie, gdy dotarli do chaty,  westchnęła w duchu rozczarowana, że już są na 

miejscu. Nieznajomy postawił ją na schodach, pożegnał się pośpiesznie i zniknął.

Inga patrzyła za nim przez chwilę, a potem szybko weszła do domu. Matki jednak nie 

obudziła. Wolała odwlec chwilę, kiedy będzie musiała wyznać jej prawdę o ojcu i o swej 

lekkomyślnej eskapadzie.

Usiadła   przy   okienku   i   długo   wpatrywała   się   w   mrok.   Spotkanie   z   tajemniczym 

mężczyzną sprawiło, że w jej sercu zbudziły się nie znane dotąd uczucia. Tak dziwnie się 

zachowywał...   Był   panem,   a   twierdził,   że   jest   tylko   sługą.   Wahał   się,   czy   jej   pomóc, 

właściwie uczynił to niechętnie, ale równocześnie odnosił się do niej przyjaźnie i uprzejmie.

Młody, a wzbudzał taki respekt. Skromnie odziany, a wyglądał tak dostojnie. Wielu 

wojowników miało koszule i peleryny w jasnych barwach, misternie haftowane. Jego koszula 

była cała biała, a jej jedyną ozdobę stanowił haftowany krzyż. Peleryna już dawno straciła 

barwy, wytarta i połatana.

Najdziwniejsze jednak było jego zachowanie. Sprawiał wrażenie, jakby się odgrodził 

jakimś osobliwym murem, broniąc do siebie dostępu. Przez chwilę ogarnęło Ingę przemożne 

pragnienie, by sforsować ten mur i sprawdzić, co się kryje w duszy nieznajomego. Szybko 

jednak porzuciła takie myśli.  Przecież nawet nie widziała  dokładnie jego twarzy!  Pewnie 

nigdy więcej go nie spotka, zapamięta jednak jego silne ręce i głęboki głos.

Po   raz   trzeci   tej   nocy   Inga   ułożyła   się   do   snu.   Długo   nie   mogła   zmrużyć   oka, 

nasłuchując krzyków pijanych wojów. W końcu zasnęła w nadziei, że rychło ujrzy swego 

ojca. Otoczy go najlepszą opieką i postara się, by odzyskał zdrowie.

background image

ROZDZIAŁ III

Nazajutrz przed południem rozległo się głośne stukanie do drzwi. Inga zdążyła już 

ostrożnie przygotować matkę na powrót rannego ojca. Przy okazji oberwała burę za to, że 

wieczorem wyszła bez opieki Teraz odsunęła ciężką zasuwę i otworzyła drzwi. W blasku 

słońca rozpoznała czterech królewskich wojów, którzy wnieśli do środka nosze i ułożyli je na 

podłodze.

Obie z matką były przerażone i zaskoczone zarazem. Nigdy nie przyszło im do głowy, 

że ukochany człowiek, którego tak długo wyglądały, powróci do domu w takim stanie.

Nie przypominał silnego mężczyzny, jaki przed czterema laty pełen zapału wyruszył 

do Ziemi Świętej, by uwolnić ją z rąk pogan. Leżał u ich stóp wycieńczony, posyłając żonie i 

córce słaby,  przepraszający uśmiech. Odpowiedziały mu także uśmiechem, choć serca im 

krwawiły z żalu i współczucia, gdy patrzyły na jego posiwiałą brodę i skronie, na rękę, którą 

nie mógł poruszać. Inga wskazała wojom, gdzie mają przenieść ojca, wypytała ich dokładnie 

o jego rany i pożegnała.

Zaraz też oddaliła się do zwykłych porannych zajęć, pragnąc pozostawić rodziców 

przez chwilę samych. Ulicami miasteczka przeganiano na pastwiska krowy, owce i kozy, 

wokół obejść chodziły świnie i kury, brudząc okropnie. Gospodynie wietrzyły w oknach na 

strychu   najlepsze   pierzyny,   skóry,   a   także   odświętne   stroje.   Na   schodkach   jednej   z   chat 

kobieta skubała kurę, a pióra wrzucała do rynsztoku, którym płynęła brudna woda.

Inga szybko uporała się z obrządkiem. Z inwentarza uchowało się zaledwie kilka kóz i 

kury, ale i one stanowiły dla obu kobiet prawdziwy skarb, gdyż pozwoliły im przetrwać bez 

głodu ostatnie lata.

- Pozwól mi na siebie popatrzeć, córeczko - uśmiechnął się ojciec, gdy wróciła do 

chaty.  - Ależ piękność z ciebie wyrosła! I, jak słyszę, jesteś także dobra dla matki Masz 

pewnie wielu zalotników?

Zawstydzona Inga spuściła wzrok, więc matka odpowiedziała za nią:

- O, tak, kręci się tu kilku chłopskich synów, ale Inga jest jeszcze za młoda. Gdy 

nadejdzie pora, na pewno znajdziemy jej dobrego męża.

Dziewczyna odstawiła z hałasem wiadro z wodą. Odwrócona plecami do rodziców 

obmyła się trochę, by pozbyć się zapachu obory.

- Kiedy nadejdzie pora... - powtórzył ojciec poważnie. - Wydaje mi się, że trzeba się 

będzie trochę pośpieszyć. Biedne dziecko, wkrótce zostanie sama...

Inga odwróciła się przerażona.

background image

-  Nie,   nie  mów  tak,   ojcze!   Potrafię   pomóc  chorym,   a  poza   tym  nie   chcę   jeszcze 

wychodzić za mąż.

- Zobaczymy - rzekł krótko ojciec i zmienił temat. - Nie pojmuję, jak się tu znalazłem. 

Gdy mi oznajmiono, że wracam do domu, zdziwiłem się bardzo, bo w ogóle nie miałem 

pojęcia,   że   dotarliśmy   do   Borg.   Król   Sigurd   pożegnał   mnie   osobiście   i   podziękował   za 

męstwo.

- Sądzę, że Inga najlepiej ci to wyjaśni - rzekła matka. - Nie krzycz jednak na nią, bo 

ja już ją wystarczająco skarciłam.

Inga   raz   jeszcze   opowiedziała   o   swej   nocnej   eskapadzie   i   o   nieznajomym,   który 

przyszedł jej z pomocą oraz obiecał zadbać o to, by ojciec wrócił do domu.

- I dotrzymał słowa - zakończyła dziewczyna z dumą.

- Kto to mógł być? - zastanawiał się ojciec, marszcząc czoło w skupieniu. - Opisz, jak 

wyglądał, córko!

- Wysoki i dostojny, dość młody, miał jasne włosy. Zwróciłam uwagę na to, że choć 

nosił   zniszczoną   i   podartą   pelerynę   i   skromne   szaty,   wojowie   okazywali   mu   ogromny 

szacunek

- Czy widziałaś  na pelerynie  krzyż?  - Erling Edmundsson wsparł się na łokciach, 

wyraźnie poruszony.

Inga uśmiechnęła się.

-   Nawet   gdyby   miał   coś   na   pelerynie,   to   i   tak   bym   nic   nie   zobaczyła,   taka   była 

zabłocona. Chociaż... - dodała po namyśle. - To możliwe...

Ojciec przeżegnał się pośpiesznie.

- Święty Boże - wyszeptał. - Musiałaś być, córko, w poważnych tarapatach, skoro ten 

człowiek zdecydował się pomóc tobie, niewieście.

- Zdawało mi się, że coś go przed tym powstrzymuje - powiedziała Inga po 

chwili zastanowienia. - Powiedz, ojcze, kto to był? Czy któryś z høvdingów króla?

Ojciec potrząsnął głową.

- Ktoś znacznie wyższy rangą. To jeden z dwunastu rycerzy, którzy wraz z królem 

modlili się przy grobie Chrystusa. Pięciu spośród nich powierzono pieczę nad drewnem z 

krzyża,   na   którym   umarł   Zbawiciel.   Pięciu   wybranych   rycerzy   ślubowało   służyć   Bogu   i 

królowi.   Postanowili   odrzucić   wszelkie   ziemskie   pokusy   i   zachować   czystość,   by   być 

godnymi  strażnikami  Świętego Krzyża.  Przysięgli dowieźć relikwię do Norwegii, a także 

zawsze nosić peleryny,  które mieli  na sobie, gdy modlili  się przy Chrystusowym  grobie. 

Rozumiesz teraz chyba

, dlaczego ta podniszczona i zabłocona peleryna jest więcej 

background image

warta   niż   strojne   szaty   høvdingów.   I   nie   dziw   się,   że   wojowie   patrzyli   ze 

zdumieniem, że ten mąż niesie cię w ramionach. Przyrzekł wszak żyć w celibacie i 

stronić od kobiet! Winnaś mu wielką wdzięczność, że odstąpił od swej przysięgi, by ci 

pomóc.

- A więc to miał na myśli, kiedy mówił, że złamał reguły - rzekła powoli Inga. - 

Pojmuję teraz, dlaczego się wahał Nie powiedziałeś jednak, ojcze, jak zwą tego męża.

Ojciec przez chwilę się zastanawiał.

-   Wnioskując   z   twego   opisu,   córko,   nietrudno   zgadnąć,   którego   z   pięciu   rycerzy 

krzyżowych spotkałaś. Młody, jasnowłosy... tak, to mógł być tylko on. Ingo, przyszedł ci z 

pomocą  najzacniejszy  w  tym  gronie.  Zwą  go Ormund   Strażnik,  on  to  bowiem  od samej 

Jerozolimy strzegł relikwii. Sigurd Krzyżowiec powierzył mu to zadanie, gdyż uważa go za 

najsilniejszego, najwaleczniejszego i najszlachetniejszego rycerza. W pełni podzielam opinię 

króla. Ormund cieszy się wielkim poważaniem, i to nie tylko z racji świętej misji, którą 

przyszło mu wypełniać.

Serce Ingi zabiło mocno.

-   I   ja   spotkałam   tego   człowieka!   Mnie,   Ingę   córkę   Erlinga,   skromną   i   biedną 

dziewczynę, ten święty mąż niósł ulicami Borg! - wykrzyknęła z zachwytem.

- No, nie rób z niego świętego - uśmiechnął się ojciec. - Jako wojownik nie zna litości. 

Ponad innych wynosi go Święty Krzyż,  nad którego drobiną sprawuje pieczę. Uważa się 

jednak jedynie za sługę i pierwszy wyznaje swą małość.

- Ale to gorliwy chrześcijanin?

- Oczywiście  - zapewnił ojciec. - Wszyscy rycerze  krzyżowi nawiedzają kościoły, 

gdziekolwiek   się   zatrzymujemy,   i   modlą   się   o   siłę,   która   pozwoli   im   wypełnić   godnie 

powierzoną misję. Ich przełożony zresztą traktuje ich bardzo surowo.

- To Ormund Strażnik nie jest przełożonym?

- Nie, przełożonym jest najstarszy wiekiem krzyżowiec, Gaute Frostesson. Bacznie 

strzeże, by żaden spośród wybrańców nie łamał reguł. Jest bardzo surowy, surowszy niż sam 

król, i ma wielką władzę. Obawiam się, że Ormunda spotka kara za to, że ci pomógł.

- Może ten przełożony się nie dowie?

- Ormund sam mu to wyzna w świętej spowiedzi, a Gaute Frostesson jest bezlitosny.

Inga popatrzyła poruszona na ojca.

- Ale czy pomoc bliźniemu w potrzebie jest grzechem?

-  Nie,  ale  zrozum,  Ormund   jest  strażnikiem  relikwii.   Słusznie  uczynił,   ratując  cię 

przed pijanymi wojami, ale potem powinien cię oddać pod opiekę komuś innemu. Nie wolno 

background image

mu dotykać kobiet, to pierwsza reguła ustanowiona przez Gautego.

Inga pokręciła głową.

- Nie pojmuję tego. Powiedz mi tylko, ojcze, czy wczoraj wieczorem Ormund miał 

przy sobie drewno Świętego Krzyża?

- Sądzę, że tak.

- Święta Maryjo - wyszeptała matka Ingi, patrząc na córkę oniemiałą z wrażenia.

W izbie zapadło milczenie, wszyscy troje czuli, jak podniosła jest ta chwila.

W końcu Inga zapytała cicho:

- Dokąd zostanie przewieziona relikwia?

- Do Nidaros

1

tam ma zostać złożona przy grobie świętego Olafa. Tak król postanowił 

jeszcze w Jerozolimie.

- Do Nidaros - powtórzyła Inga w rozmarzeniu. - To daleka droga.

- Przebyliśmy już dłuższą - uśmiechnął się ojciec i westchnąwszy, z zadowoleniem 

dodał: - Och, jak dobrze wrócić do domu!

1 Obecnie Trondheim (przyp. tłum.).

background image

ROZDZIAŁ IV

Inga pielęgnowała ojca z wielką troską. Jej zioła oraz lecznicze maści postawiły go na 

nogi. Po trochu zaczął wracać do swego starego zajęcia, by w ten sposób zapewnić rodzinie 

środki do życia. Inga pomagała ojcu w kuźni przy lżejszych pracach. Mimo że co wieczór 

brała kąpiel w balii przy piecu, miała wrażenie, że nigdy nie zdoła zmyć z siebie brudu. Za to 

częste   mycie   włosów   w   letniej   wodzie   sprawiło,   że   włosy   dziewczyny   stały   się   jeszcze 

jaśniejsze   i   bardziej   błyszczące.   Niestety,   dłonie   Ingi   poczerniały   i   zrobiły   się   szorstkie. 

Matka zauważyła, że córka bardzo się tym martwi, ale nie było rady, musiała pomagać ojcu, 

bo nie stać go było na przyjęcie pomocnika. Na szczęście dzięki zajęciu ojca w chacie znowu 

nie  brakowało  jedzenia.  Chłopi  i  rzemieślnicy  płacili   tym,  co  mieli,   przeważnie   zbożem, 

mięsiwem albo chlebem.

Ale  choć  Inga  dwoiła   się  i troiła,  pracując  w  kuźni  i  wykonując  wszystkie   prace 

domowe,   matka   i   tak   słabła   z   dnia   na   dzień.   Zachorowała   na   chorobę   wyniszczającą 

człowieka   od   środka,   na   którą   nie   było   lekarstwa.   Inga   opiekowała   się   nią   najlepiej   jak 

potrafiła, starała się przynajmniej ulżyć jej cierpieniom. W izbie, w której leżała chora, było 

zawsze ciepło. Jednak wszystko na próżno. Którejś nocy matka zasnęła i już się nie obudziła. 

Nie toczyła walki o życie, umarła po cichutku. Łagodna śmierć ukoiła jej długie cierpienia.

Inga i ojciec zostali sami, w chacie zrobiło się pusto. Bez matki wszystko wydawało 

się  pozbawione   sensu.  Inga   widziała  rozpacz  ojca,  sama  zaś   czuła   się  zmęczona  i   pełna 

niepokoju o przyszłość.

Któregoś zimowego dnia Inga zaniosła pewnemu wieśniakowi gotowe już narzędzia, 

które   zamówił   u   jej   ojca.   Wracała   właśnie   gościńcem,   patrząc   z   zachwytem   na   śnieg 

okrywający   dachy   niziutkich   chat,   gdy   nagle   pośród   obsypanych   białym   puchem   drzew 

dostrzegła na tle błękitnego nieba rycerza na koniu. Wierzchowiec był ciemny, podobnie jak 

ubranie jeźdźca. Inga zatrzymała się i zaciekawiona odprowadziła wzrokiem rycerza, póki nie 

zniknął jej z oczu u bram miasta. Wtedy ocknęła się i pobiegła w stronę domu.

Jakież było jej zdumienie, gdy zobaczyła, że ten sam jeździec zatrzymuje się przed jej 

chatą i zeskakuje z konia. Pośpiesznie podeszła i zapytała:

- Szukasz, panie, Erlinga Edmundssona?

Jeździec, pochylony nad jukami, odwrócił głowę.

- Tak.

Inga drgnęła. Bez trudu rozpoznała w rosłym mężczyźnie swego wybawcę, choć jasne 

włosy   skrywał   mu   hełm.   Twarz   obcego,   którą   ledwie   zauważyła   w   mroku   tamtego 

background image

pamiętnego wieczoru, teraz po prostu ją zachwyciła. Była niezwykle urodziwa, choć brwi 

nadawały jej surowy wyraz. Zielone oczy patrzyły z powagą.

Inga ukłoniła się.

- Dzięki ci, panie, za pomoc.

- Ingo córko Erlinga - odrzekł surowo. - Przecież mówiłem już, żebyś nie nazywała 

mnie panem. Czy twój ojciec jest w chacie?

- Nie, w kuźni, ale zaraz go zawołam.

- Nie trzeba, pójdę tam. Tylko poprawię juki, bo poluzowały się w czasie drogi.

- Pozwól, że pomogę - ożywiła się Inga. - Przywykłam do pracy.

- Od czego masz takie zniszczone ręce? - zapytał Ormund, patrząc na jej dłonie. - 

Zdaje mi się, że nie zajmowałaś się haftem i robótkami, jak przystało niewieście.

Inga pośpiesznie ukryła dłonie za plecami i zaczerwieniona odpowiedziała:

-   Muszę   pomagać   ojcu   w   kuźni.   Jeszcze   nie   całkiem   wyzdrowiał.   Leczę   go 

przeróżnymi ziołami, ale widać nie jestem dość biegła.

Jeździec   popatrzył   zamyślony   na   zarumienioną   twarz   dziewczyny   i   loczki   nad   jej 

czołem.

- Wydawało mi się, że twój ojciec nigdy już nie będzie chodził, a co dopiero mówić o 

pracy - rzekł powoli. - Właśnie w związku z twoim ojcem król Sigurd przysłał mnie tutaj. 

Dotarły do niego wieści, że Erling kowal wraca do zdrowia.

Inga wskazała Ormundowi drogę do kuźni. Ojciec, zaskoczony, przerwał robotę i z 

szacunkiem ukłonił się gościowi.

- Witam cię, Ormundzie synu Ingjalda, co cię tu sprowadza?

-   Sigurd   Krzyżowiec   potrzebuje,   Erlingu,   twojej   pomocy.   Doszły   go   słuchy,   że 

wróciłeś do swych zajęć, więc kazał posłać po ciebie. Prosi, byś dołączył do moich wojów. 

Wieziemy świętą relikwię do Konghelli.

Ojciec Ingi popatrzył zdziwiony na rycerza.

-   Przecież   król   przysięgał   w   Jerozolimie,   że   drewno   krzyża,   na   którym   umarł 

Zbawiciel, zostanie złożone u grobu świętego Olafa w Nidaros!

Twarz Ormunda zdawała się nieprzenikniona.

- Król Sigurd zmienił zdanie. Uznał, że Święty Krzyż  powinien chronić nasz kraj 

przed   atakami   wrogów,   a   właśnie   Konghella   leży   na   najdalej   na   południe   i   wschód 

wysuniętym skrawku Norwegii. Król planuje zbudowanie tam zamku oraz świątyni, w której 

zostanie złożona relikwia. Krążą pogłoski, że wzdłuż wybrzeża ruszyli Wenedowie, i dlatego 

król rozkazał, bym oddziały, którymi dowodzę, poprowadził do Konghelli.

background image

Erling Edmundsson pokiwał głową zamyślony.

- Może i  król postępuje mądrze,  że  każe przewieźć  tam Święty Krzyż?  Dlaczego 

jednak miałbym z wami jechać. Czy nie ma innych kowali?

- Król chce mieć ciebie. Podczas wyprawy do Jerozolimy dobrze się sprawiłeś, a sam 

wiesz najlepiej, że król ceni tych, którzy oddali mu przysługę.

Erling Edmundsson przez dłuższą chwilę milczał zamyślony.

- Chciałbym znów podążyć za królem. Sądzę nawet, że zdrowie pozwoliłoby mi na to. 

Nie mogę jednak zostawić mojej córki samej. Nie, Ormundzie Strażniku, po prostu nie mogę. 

Już teraz mężczyźni zerkają na nią łakomie.

- Nie masz nikogo, komu mógłbyś ją powierzyć?

Erling pokręcił głową.

- Czy sądzisz, że nie myślałem już o tym, gdy oboje z żoną ciężko chorowaliśmy? Ale 

nie znam nikogo. Mam tylko nadzieję, że znajdę jej dobrego męża, na razie jednak, zanim 

sama nie będzie pewna swoich uczuć, nie chciałbym wydawać jej za mąż. Wiem, że zwykle 

nikt   nie   pyta   kobiet   o   zdanie   w   tych   sprawach,   ale   Inga   to   moje   jedyne   dziecko   i   nie 

chciałbym jej unieszczęśliwić. Jej posagiem jest tylko uroda i dobre serce. Sądzę, że źle bym 

uczynił, nadmiernie się spiesząc z wydaniem jej za mąż. Poza tym... Poza tym jest mi tu 

potrzebna. Tylko ona potrafi ulżyć moim cierpieniom, gdy odzywają się rany odniesione w 

czasie wyprawy. Pomaga mi też w kuźni.

-   Uważam,   że   pracuje   zbyt   ciężko   -   rzekł   Ormund.   -   Ale   rozumiem,   że   to   jest 

konieczne.

- Tak, nieraz serce mi krwawi, kiedy patrzę, jak haruje. Doradź mi, Ormundzie, co 

mam zrobić. Nie chciałbym odmawiać królowi, a nie zostawię Ingi samej. Może mogłaby 

pojechać razem ze mną?

Ormund milczał przez chwilę.

- Myślałem o tym. Droga jednak przed nami daleka, a ziąb niemiłosierny. Poza tym 

już nieraz się przekonałem, jak kłopotliwa jest obecność kobiet w czasie wyprawy.  A co 

dopiero jeśli idzie o taką urodziwą pannę...

- Twoich wojów się nie obawiam - odpowiedział Erling. - Przecież będziesz z nami, a 

także Święty Krzyż, którego strzeżesz. Czyż to nie wystarczy, by uchronić niewinność mej 

córki? Nie wiem tylko, jak Inga zniesie trudy podróży w samym środku mroźnej zimy.

- Obawiam się, że może marznąć - rzekł Ormund. - Gdybyśmy tak mogli wziąć sanie, 

nie byłoby kłopotu, ale w siodle...

-   Zniosę   to   -   zdecydowanie   wtrąciła   się   Inga.   -   Ormundzie   Strażniku,   zgódź   się! 

background image

Obiecuję, że nie będę dla nikogo ciężarem. Podążymy konno za wojskiem, zaopiekuję się 

ojcem i zadbam o jego zdrowie. Postaram się nie rzucać nikomu w oczy.

- O, to może być trudne - uśmiechnął się Ormund. - Ale niech tak będzie. Dołączycie 

do nas za siedem dni, kiedy przybędziemy do miasta.

- Jak długo pozostaniemy w Konghelli? - zapytał Erling.

-  Nie  po

trafię ci  powiedzieć.  Teraz przebywa  tam książę  Øystein,  ale nie 

sądzę, by zatrzymał się na dłużej, przecież musi wracać do Nidaros. Za to później 

przybędzie król Sigurd i on z pewnością zechce, byś pomagał przy budowie zamku.

- Wobec tego sprzedam to, co posiadam - zdecydował Erling. - Kupię natomiast konie, 

ciepłe odzienie i to wszystko, co będzie potrzebne podczas wyprawy. Jak sądzisz, uda nam się 

znaleźć jakiś kąt do zamieszkania w Konghelli?

- Na pewno. Pomogę ci w tym - obiecał Ormund Strażnik i zgodził się zostać u kowala 

na wieczerzy.

Inga   zaproponowała   Ormundowi,   że   połata   jego   zniszczoną   pelerynę,   na   co   on 

przystał dopiero po dłuższym wahaniu. Podziękował jednak ciepło, gdy dziewczyna starannie 

pozaszywała rozdarcia.

Właśnie wtedy Inga poczuła, że za takiego mężczyznę gotowa byłaby umrzeć, tak 

zaimponował jej przymiotami ducha i mądrością. Siedziała cicho w kąciku, jak przystało na 

skromną pannę, i z wypiekami na twarzy słuchała wspomnień ojca i Ormunda z wyprawy do 

Jerozolimy. Zwróciła uwagę na to, że gość zjadł niewiele, choć wystawiła najlepsze jedzenie, 

jakie mieli. Zgodnie z regułami zakonu Strażników Krzyża starał się też nie patrzeć w jej 

stronę.

Za to Inga nie spuszczała z niego oczu, nigdy dotąd nie spotkała równie urodziwego 

rycerza.  Silne dłonie  bez  wątpienia  dzierżyły  pewnie miecz.  Wprawdzie  twarz Ormunda, 

okolona   jasnymi   włosami,   wydawała   się   Indze   chłodna   i   surowa,   ale   emanowała   z   niej 

szlachetność. Nikt nie byłby lepszym strażnikiem relikwii, uznała.

background image

ROZDZIAŁ V

Siedem dni później Ormund Strażnik wraz ze swą drużyną wjechał do Borg. Na wieść 

o tym, że do bram miasta zbliża się grupa jeźdźców, Erling i Inga ubrali się pośpiesznie i 

dosiedli koni, by nikt nie musiał na nich czekać.

Kowal kupił córce wierzchowca i damskie siodło. Dziewczyna przez kilka ostatnich 

dni wprawiała się na błoniach podmiejskich w jeździe konnej, bacząc pilnie, by nikt nie był 

świadkiem   jej   pierwszych   nieudanych   prób   i   częstych   upadków.   Uczyła   się   szybko   i   w 

krótkim czasie poczyniła niebywałe postępy. Teraz więc siedziała pewnie w siodle, wpatrując 

się  niecierpliwie  w  miejską  bramę.  W  jukach  spoczywały   wszystkie   niezbędne  rzeczy,  a 

wśród nich pudełeczko z suszonymi ziołami i innymi medykamentami, które Inga zabrała na 

wypadek, gdyby zdrowie ojca się pogorszyło. Poprzedniego dnia pożegnała się z miastem, 

odwiedziła   także   grób   matki,   niepewna,   czy   kiedykolwiek   powróci   w   rodzinne   strony. 

Otrząsnąwszy się jednak ze smutku, podekscytowana rozmyślała o przyszłości Teraz otulona 

ciepłą   peleryną   z   ciemnoniebieskiego   sukna,   z   wyglądającymi   spod   kaptura   złocistymi 

lokami, zaróżowionymi  od chłodu i podniecenia policzkami i promieniejącymi  błękitnymi 

oczami wyglądała naprawdę ślicznie. Kiedy Ormund Strażnik zatrzymał swego karego konia 

przed chatą kowala i dojrzał nieśmiały uśmiech dziewczęcia, poczuł się tak, jakby strzała 

trafiła go prosto w serce.

Czy zdołam ją ochronić przed pięcioma setkami wojów? pomyślał przerażony. Nie 

powinienem był pozwolić, by towarzyszyła ojcu! Jest na to zbyt młoda i zbyt urodziwa.

Żegnani przez miesz

kańców Borg, wyjechali z miasta i niebawem dotarli nad 

rzekę Raumaelven, zwaną także Glåma. Tam Ormund Strażnik wstrzymał konia i 

zawołał:

- Na lód wjeżdżajcie pojedynczo! Nurt jest w tym miejscu wartki, a lód miejscami 

niezbyt gruby.

Przeprawa przez rzekę zajęła sporo czasu. Wojowie ustawili się w szeregu i niczym 

cienka, długa wstążka rozciągnęli się po obu brzegach skutej lodem rzeki. Inga niecierpliwie 

oczekiwała na swą kolej. Ojciec, odziany w kaftan z ciepłych  owczych  skór, gawędził z 

towarzyszami poznanymi podczas wyprawy do Jerozolimy, więc dziewczyna czuła się trochę 

samotna. Pochyliła się i wtulona w końską szyję, pogłaskała zwierzę. Jak dobrze, że chociaż 

w   nim   miała   przyjaciela!   Tak   cierpliwie   znosił   jej   pierwsze   nieudane   próby  jeździeckie! 

Początkującej amazonce damskie siodło wydawało się strasznie śliskie i strome, chwilami 

wątpiła,  czy kiedykolwiek  zdoła się  w nim utrzymać.  W  końcu opanowała  tę sztukę,  co 

background image

zarówno ona sama, jak i wierne zwierzę przyjęło z wyraźną ulgą.

Wreszcie i Inga wjechała na rozkruszony przez końskie podkowy i rozjeżdżony przez 

płozy sań lód. Siedziała w siodle zdenerwowana, lękała się, że koń może się poślizgnąć. 

Dopiero gdy dotarła szczęśliwie na drugi brzeg, odetchnęła z ulgą i poklepała wierzchowca, 

żeby mu podziękować. Ruszyli dalej przez Austfold.

Tylko raz zatrzymali się na popas, by się posilić i dać wytchnąć koniom. U schyłku 

dnia Inga całkiem zesztywniała od siedzenia w tej samej pozycji. Próbowała poruszać palcami 

u stóp, które dotkliwie jej zmarzły,  zabijała dłonie schowane w ciepłych rękawicach i od 

czasu do czasu chuchała, żeby ogrzać palce. Mróz szczypał ją w nos, a brwi i długie rzęsy 

pokryły się szronem.

Słońce zaszło, śnieg skrzypiał pod końskimi kopytami. Ojciec i córka co chwila pytali 

się wzajemnie o samopoczucie, ale żadne z nich nie przyznawało się do zmęczenia.

Nieoczekiwanie przed jeźdźcami otworzyła się rozległa równina.

- Gdzie jesteśmy? - zapytała Inga.

- To Iddefjorden. Jeszcze dzisiejszego wieczoru musimy się przeprawić przez fiord. 

Po drugiej stronie znajduje się osada, a także gospoda, gdzie czekają na nas z ciepłą strawą.

- Nakarmią pięciuset wojów?

-   Oczywiście,   przywykli   do   tego,   tędy   często   przemieszcza   się   wojsko.   Flota 

królewska często wpływa do fiordu, gdy trzeba naprawić okręty. Troc

hę za długo trwała 

przeprawa   przez   Glåmę,   gdyby   nie   to,   zdążylibyśmy   dotrzeć   do   osady   przed 

zmrokiem.

Inga z lękiem popatrzyła na zatokę.

- Myślisz, że lód nas utrzyma?

- Ormund Strażnik zna dobrze ten teren, poza tym rozproszymy się, żeby nie obciążać 

nadmiernie lodu w jednym miejscu.

Tuż przy brzegu lód był bardzo cienki, gdyż zalewała go fala przypływu, i dlatego 

wojowie ułożyli pnie, tak by konie mogły po nich przejść na grubą, mocną taflę. Inga jednak 

ze ściśniętym gardłem nasłuchiwała złowrogiego trzeszczenia.

- Lód się załamuje - wyszeptała przerażona.

- Przeciwnie - uśmiechnął się ojciec. - Jest coraz mocniejszy. Nic się nie bój!

Upłynęła długa chwila, nim Inga zdołała uciszyć łomotanie serca. Zaraz jednak znów 

drgnęła   przerażona.   Odwróciła   się,   żeby   sprawdzić,   czy   widać   jeszcze   brzeg,   gdy   nagle 

ujrzała podążające w ślad za wojskiem szare cienie.

- Ojcze, popatrz! - zawołała.

background image

Erling Edmundsson odwrócił się w siodle i krzyknął:

- Wilki!

Wojowie powtórzyli wołanie i wnet wiadomość dotarła na czoło oddziału. Ormund 

Strażnik polecił kontynuować przeprawę, by jak najszybciej wszyscy dotarli na drugi brzeg, i 

rozpalić ogniska. Sam zaś z grupką wybranych ludzi cofnął się na tyły, by je ochraniać. Po 

drodze zawołał do Ingi:

- Jedź najprędzej jak potrafisz! Trzymaj się blisko innych i uważaj, żebyś nie została 

sama na końcu.

Obecność   Ormunda   podziałała   na   dziewczynę   jak   balsam.   Przerażenie   i   panika 

zniknęły, zastąpił je dziwny spokój. Nic złego się nie stanie, bo przecież Ormund obroni mnie 

przed wygłodzonymi bestiami, powtarzała w duchu.

Wojowie nie zamierzali atakować sfory wilków, wzmogli jedynie czujność. Gdy Inga 

raz   jeszcze   obejrzała   się   za   siebie,   znowu   dostrzegła   kłębiące   się   szare   cienie.   Wreszcie 

zapłonęło pierwsze ognisko na brzegu, ku któremu zmierzali, potem kolejne i jeszcze jedno. 

Wierzchowiec Ingi stanął dęba przerażony widokiem ognia, ale dziewczyna jakimś cudem 

utrzymała się w siodle. Nad fiordem zgromadzili się mieszkańcy wioski i rozpalali kolejne 

ogniska.

- Uważaj! Woda! - usłyszała nagle Inga.

W ostatniej chwili zmusiła konia do skoku. Gdy nareszcie znalazła się w bezpiecznym 

miejscu i próbowała uspokoić rozdygotane zwierzę, podjechał do niej Ormund.

Wskazał jej dziedziniec jakiejś zagrody, sam zaś zawrócił nad fiord.

Gdzieś   w   oddali   rozlegało   się   echem   wycie   zawiedzionych   wilków.   Co   by   było, 

gdybym nie obejrzała się za siebie? pomyślała ze zgrozą Inga. Kto wie, czy zdołałabym się 

wówczas uratować przed sforą zgłodniałych bestii?

W   zagrodzie   przybyszów   przyjęto   serdecznie   i   ugoszczono.   Przygotowano   też 

posłania. Kiedy podróżujący posilali się przy stole, do chaty wszedł Ormund. Zapytał, jak 

znieśli  trudy minionego  dnia,  a  otrzymawszy  uspokajającą  odpowiedź,  wyszedł.   Inga  nie 

miała odwagi się przyznać, że ledwie siedzi na obolałych pośladkach. Po posiłku ułożyła się 

na posłaniu i w okamgnieniu zasnęła.

background image

ROZDZIAŁ VI

Po obfitym śniadaniu opuścili zagrodę w Helle i ruszyli w dalszą drogę na południe. 

Tylko raz tego ranka Inga widziała Ormunda, wtedy gdy pomagał jej dosiąść konia. Sadowiąc 

się w siodle, nie zdołała stłumić jęku. Rycerz zapytał, czy coś ją boli, ale zaraz umilkł i 

zmieszany spuścił wzrok Dziewczyna, choć zawstydzona, nie mogła powstrzymać uśmiechu, 

tak rozbawiło ją zakłopotanie Ormunda.

Tego   dnia   do   Ingi   przyłączył   się   młody   rycerz.   Był   wesoły   i   dobrze   się   z   nim 

gawędziło,   rzucał   dowcipne   uwagi   i   mądrze   replikował.   Zabawnie   naśladował   starszych 

wiekiem wojów, a przy tym potrafił żartować także z samego siebie. Inga już od dawna nie 

śmiała się tak serdecznie. Przez ostatnie lata pracowała ciężko, zmagała się z biedą i chorobą 

rodziców i niemal zapomniała, co to radość i beztroska.

Ojciec   patrzył   na   córkę   ze   zdumieniem,   ale   widząc   ją   tak   rozpromienioną,   nie 

przepędził młodzieniaszka.

Zrobił to w końcu Ormund Strażnik.

- Kalv! - rzucił ostro. - To nie twoje miejsce!

-  Ależ,   Ormundzie,   on  mi  wcale  nie   przeszkadza   -  zapewniła  pospiesznie   Inga.  - 

Zachowuje   się   wobec   mnie   przyjaźnie   i   uprzejmie.   Od   wielu   lat   nie   przebywałam   w 

towarzystwie rówieśników.

- Nie mam  nic  przeciwko temu,  że miło  wam się gawędzi - oznajmił  lodowatym 

tonem   Ormund.   -   Ale   jeśli   jeden   z   wojów   uzyska   zgodę   na   przebywanie   w   twoim 

towarzystwie, inni mogą pomyśleć, że też mają do tego prawo, a wówczas stracę nad nimi 

kontrolę. Kalv, wracaj na swoje miejsce w szeregu!

Indze żal było rozstawać się z tak sympatycznym towarzyszem podróży, posłała więc 

Ormundowi zagniewane spojrzenie. Ten jednak nie przejął się jej reakcją i nie zmienił zdania. 

Kalv posłuchał zaś bez słowa protestu, bo tak jak i inni wojowie czuł ogromny respekt przed 

Ormundem Strażnikiem.

Koło południa zatrzymali się na zboczu wzgórza. Inga pomogła nakarmić konie, a 

potem wraz z ojcem posiliła się chlebem i wędzonym mięsiwem. Zauważyła, że Kalv macha 

do niej, i również mu pomachała, ale nie odważyła się z nim rozmawiać. Ona także czuła 

ogromny   szacunek   dla   Ormunda   Strażnika   i   nawet   ze   skruchą   w   głosie   poprosiła,   by 

wybaczył jej, że odważyła się mu sprzeciwiać.

- Wybaczam - skwitował krótko, dając Indze wyraźnie do zrozumienia, że nie życzy 

sobie dalszej dyskusji.

background image

Na szczęście ucichł wiatr, ale i tak było zimno. Karmiąc konie, Inga przytupywała, 

żeby nie zmarzły jej nogi. Z przyjemnością zajmowała się zwierzętami, bo odwzajemniały się 

ciepłem i sprawiały, że czuła się mniej samotna.

Nagle podbiegł do niej jakiś woj.

-   Ormund   Strażnik   prosił,   żeby   przyprowadzić   panienkę.   Jeden   z   naszych   ludzi 

odmroził sobie nogi!

- Mnie? - zdumiała się Inga.

- Wszyscy wiedzą, jak doskonale opiekowała się panienka matką, a ojca uzdrowiła - z 

szacunkiem rzekł mężczyzna. - Ormund Strażnik wierzy w umiejętności panienki i pragnie, 

byś pomogła, jasnowłosy aniele.

Coś   podobnego!   Uczynili   ze   mnie   anioła!   zdumiała   się.   Skąd   im   to   przyszło   do 

głowy? Podążyła jednak za wojem do dowódcy. Ormund wyszedł jej na spotkanie.

- Nie przeraź się tym, co ujrzysz - uprzedził. - Ten człowiek jest i tak już dostatecznie 

przestraszony, choć stara się to za wszelką cenę ukryć.

Inga podeszła do mężczyzny, który siedział na ziemi na cienkiej pelerynie. Zatroskana 

popatrzyła na jego liche, podniszczone onuce. Gdy odsłonięto odmrożoną nogę, Inga poczuła, 

jak krew  odpływa  jej z twarzy.  Spuchnięta  stopa przypominała  banię,  a duży palec miał 

granatowoczarną barwę.

- Jak druga noga? - wykrztusiła wreszcie z siebie.

- Dobrze - odrzekł chory, patrząc na nią z nadzieją. Inga dostrzegła w jego oczach lęk, 

mimo że starał się zachować spokój.

Zerknęła bezradnie na Ormunda, który stał z drugiej strony.

- To ubogi chłopski syn, który dołączył do nas, bo chciał w Konghelli pomagać przy 

budowie   zamku   -   wyjaśnił   Ormund.   -   Nie   miałem   pojęcia,   że   jest   tak   marnie   obuty. 

Popełniłem błąd, bo nie sprawdziłem tego wcześniej.

Inga w milczeniu stała przy chorym. Wokół tłoczyli się wojowie, patrząc na nią z 

nadzieją,   choć   wszyscy   doskonale   zdawali   sobie   sprawę,   co   należy   uczynić.   Nagle 

zrozumiała, że ci ludzie jej ufają. Ciepło jej się zrobiło na sercu, gdy sobie uświadomiła, że jej 

poświęcenie i troska o chorych rodziców znane były nawet poza Borg.

Ponownie   przechwyciła   spojrzenie   Ormunda.   Jego   oczy   wpatrywały   się   w   nią   ze 

spokojem,   jednak   dziewczynie   wydało   się,   że   ten   człowiek   wie,   co   ona   myśli   i   czuje. 

Przypomniało jej się, jak się zdumiał, gdy dowiedział się, że ojciec Ingi wrócił do pracy. 

Wojowie, którzy ujrzeli ojca na koniu, także przecierali oczy ze zdziwienia. Nikt nie wierzył, 

że przeżyje, a tymczasem ona go uzdrowiła!

background image

Westchnęła ciężko, a potem zarządziła krótko:

- Rozpalcie ogień! Wystarczy niewielkie ognisko. Kto ma ostry nóż?

Kilkanaście noży wyciągnięto w jej stronę, wybrała najostrzejszy.

Ubogi chłop wpatrywał się w nią blady jak ściana. Inga czuła, że zbiera się jej na 

mdłości, serce zaś waliło mocno. Przecież co innego leczyć rany ojca, a co innego obciąć 

obcemu   człowiekowi   odmrożone   palce!   Chcąc   odpędzić   kłębiące   się   w   głowie   myśli, 

przemówiła do chorego:

- Mój ojciec zabrał ze sobą dodatkową parę butów, dostaniesz je potem.

Chłop pokiwał tylko głową, jego twarz wydawała się jakby wykuta w kamieniu.

Inga obmyła nóż śniegiem i potrzymała go przez chwilę w płomieniach.

- Dlaczego trzymasz nóż w płomieniach? - zapytał chory ochrypłym głosem.

- Żeby go oczyścić w świętym ogniu od złych mocy. Tak mnie uczono.

Kiwnął głową ze zrozumieniem.

- Ormundzie - zwróciła się Inga szeptem do dowódcy. - Czy użyczysz mi puszki z 

relikwią?

Popatrzył  na nią  pytająco,  ale  po chwili  z mieszka  przy pasie wyjął  puszkę. Inga 

wzięła ją do rąk i uklęknąwszy, przycisnęła mocno do piersi. Spuściła głowę i pomodliła się 

cicho. Potem podała relikwię wieśniakowi.

- Trzymaj! - rzekła. - Trzymaj mocno! Nie uśmierzy to bólu, jednak uspokoi twój 

rozum i da ci siły do przetrwania. Czy ktoś może go przytrzymać i włożyć mu coś między 

zęby?

Wyciągnęło się wiele chętnych rąk. Inga głęboko wciągnęła powietrze i zwróciła się 

do Ormunda, który stał za nią:

- Pomóż mi! Daj mi siłę i moc!

Poczuła na ramionach jego dłonie.

Podniosła nóż.

Noga chorego została opatrzona i Inga z trudem wstała z kolan. Czuła, że na moment 

musi zostać sama. Opuściła zgromadzenie i poszła nad skuty lodem potok u stóp wzgórza. 

Stała tam długo bez ruchu, póki nie uspokoiła drżenia na całym ciele.

-   Dzięki!   -   wyszeptała   ku   białej   ciszy.   -  Dzięki!   Udało   mi   się,   Święty   Krzyż   mi 

pomógł!

Tylko  na  samym  początku   przeżyła   kryzys.  W  oczach  jej   pociemniało,  ale   wtedy 

Ormund przytrzymał ją mocno. Gdy przestało jej się kręcić w głowie, wyprostowała się i 

podziękowawszy Ormundowi spojrzeniem, przystąpiła do zabiegu.

background image

Gdy   wróciła   znad   potoku,   dostrzegła,   że   wszyscy   patrzą   na   nią   z   wyraźnym 

szacunkiem.   Nieoczekiwanie   podszedł   do   niej   jakiś   brodaty   woj   i   ścisnął   jej   osłoniętą 

rękawicą dłoń.

- Ingo córko Erlinga - zaczął zawstydzony. - Wiele rozmyślałem o niecnym postępku, 

jakiego się niegdyś wobec ciebie dopuściłem. Tyle razy chciałem cię prosić o wybaczenie, ale 

brakowało mi odwagi. Teraz nie potrafię już dłużej milczeć... Po tym, czego przed chwilą 

dokonałaś,   sumienie   gryzie   mnie   jeszcze   bardziej...   Spotkaliśmy   się   już   kiedyś.   Było   to 

pewnej nocy w Borg, kiedy szukałaś swego ojca. Obrzuciłem cię wyzwiskami i napadłem na 

ciebie, na szczęście Ormund Strażnik przyszedł ci z pomocą. Tak gorąco żałuję! Błagam, 

wybacz mi!

Ingą uśmiechnęła się nieśmiało.

- Oczywiście, że ci wybaczam. Byłam lekkomyślna, wybierając się nocą samotnie do 

miasta. Nie wracajmy do tego, nie chcę o tym pamiętać.

Mężczyzna odetchnął z ulgą i odszedł. Tymczasem młody syn wieśniaka odzyskał 

przytomność.   Na   owinięte   bandażem   i   onucą   stopy   założono   mu   buty   Erlinga,   po   czym 

umieszczono go na koniu. Oddział ruszył w dalszą drogę, kierując się na południowy wschód.

- Nie musiałaś tego robić, córeczko - odezwał się do Ingi ojciec. - Dowiedziałem się, 

gdy już było po wszystkim. Taka jesteś blada, Ingo. Nie powinni cię zmuszać!

- Oni mi zaufali, ojcze, a to wiele dla mnie znaczy.

- Wiedziałem, że potrafisz niejedno, ale nie przypuszczałem, że odważysz się na coś 

takiego - w głosie ojca zabrzmiał podziw.

- Nie mówmy już o tym - poprosiła Inga.

Tylko ona wiedziała, skąd wzięła się jej odwaga. Ormund Strażnik w nią wierzył! Dla 

tego człowieka uczyniłaby wszystko.

background image

ROZDZIAŁ VII

Na nocleg zatrzymali się w starym królewskim dworze w Tanum. Inga rozglądała się 

wokół z zachwytem. Wprawdzie w Borg także stał dwór władcy, jednak dziewczyna nigdy 

nie oglądała go z bliska i nigdy jeszcze nie widziała takiego przepychu. Zdawało jej się, że 

wkroczyła do pałacu z bajki, i nie zauważała wcale, że piękne niegdyś gobeliny spłowiały od 

słońca i w niejednym miejscu się poprzecierały, na posadzkach leżą przeżarte przez mole 

skóry niedźwiedzie, a tron królewski całkiem zbutwiał. Na powale pomiędzy belkami wisiały 

pajęczyny, podłogi zaś były brudne i zniszczone.

Ormund, rozbawiony, popatrzył na jej zachwyconą twarzyczkę.

- Wstrzymaj się z pochwałami, póki nie dojedziemy do Konghelli - uśmiechnął się. - 

Zobaczysz, tam to dopiero jest dwór! Tanum to nic szczególnego, a na dodatek powiadają, że 

tu straszy!

Dziewczyna popatrzyła na Ormunda z lękiem.

- Naprawdę? Nie odważę się tu spać.

- Ależ, Ingo, czyżbyś zapomniała, że chroni nas moc krzyża?

- Wybacz - odszepnęła zapłoniona ze wstydu. - Nie pomyślałam o tym.

- Spij spokojnie, Ingo. Przydzieliłem tobie i ojcu spokojny kąt niedaleko tej sali, będę 

zresztą w pobliżu. Wprawdzie Ranrike słynie z tego, że głęboko w lasach kryją się poganie, 

ale z pewnością nie odważą się napadać na liczący pięciuset wojów oddział.

- Poganie? - wyrwało się Indze, a jej głos zadrżał. - Nie sądziłam, że w Norwegii ktoś 

jeszcze składa ofiary Azom

2

.

- A jednak - rzucił Ormund sucho i oddalił się, żeby dopilnować zakwaterowania.

Tego wieczoru Inga długo nie mogła zasnąć. W starym dworze rozlegały się dziwne 

trzaski  i skrzypienie,  dziewczynie  zdawało się,  że słyszy szepty opowiadające  o tym,  co 

wydarzyło się w Tanum dawno, dawno temu.

Ojciec spał spokojnie, inni wojowie także,  Inga jednak nie potrafiła  się odprężyć. 

Poganie...   Poganie   w   otaczających   ich   zewsząd   borach!   W   jej   wspomnieniach   ożyły 

zasłyszane w dzieciństwie straszne opowieści o zimowych ofiarach i okrutnych berserkach. 

3

Przecież   Norwegia   przyjęła   chrzest,   powtarzała   sobie,   nie   ma   już   bożków,   Tora, 

Odyna czy olbrzymów z Jotunheimen. Przecież wieziemy kawałek Chrystusowego krzyża... 

2 Azowie - panteon bogów skandynawskich, mieszkających, mieszkających w niebiańskim Asgardzie, 

odpowiedniku greckiego Olimpu (przyp. tłum.).

3  Berserkowie - najbardziej zaciekli wojownicy wikińscy, dokonujący bojowych wyczynów w stanie 

ekstremalnego podniecenia (przyp. tłum.).

background image

Sama   trzymałam   dziś   w   dłoni   tę   świętą   relikwię.   A   poza   tym   jest   z   nami   Ormund, 

najwspanialszy i najszlachetniejszy mąż w całym kraju. Dlaczego więc tak się boję? Dlaczego 

tak   przerażają   mnie   te   wszystkie   dźwięki?   Przecież   nie   odjechaliśmy   jeszcze   daleko   od 

rodzinnych stron. Ranrike należy do Viken, tak jak i Borg.

Następnego dnia koło południa okazało się, że chory z odmrożoną nogą na domiar 

złego się przeziębił i nie jest w stanie utrzymać się w siodle.

Ormund Strażnik zarządził więc, by większość oddziałów podążyła dalej w kierunku 

Konghelli,   żeby   dotrzeć   na   miejsce   noclegu   o   umówionej   porze.   Niewielka   grupa   około 

dwudziestu ludzi, wśród nich Inga z ojcem i Ormund, pozostała, by pomóc choremu.

- Nie powinieneś raczej, Ormundzie, poprowadzić oddziałów? - spytała dziewczyna.

- Być może, ale jak dalibyście tu sobie sami radę? Wieczorem dojedziemy do wsi 

zwanej Oddevold i tam pozostawimy chorego. Zaopiekują się nim, póki nie wyzdrowieje. My 

zaś jutro ruszymy w dalszą drogę i jeśli będziemy jechać dość szybko, uda nam się zapewne 

dogonić naszych ludzi.

- Wydajesz mi się zdenerwowany. Czy coś cię niepokoi?

-   To   dziwne   -   rzekł   cicho   Ormund.   -   Posiadasz,   Ingo,   niezwykłą   zdolność 

odgadywania   moich   myśli   i   nastrojów.   Niepokoję   się,   bo,   jak   ci   wspominałem   wczoraj, 

znajdujemy   się   w   dość   niebezpiecznej   okolicy,   a   wnet   wjedziemy   do   gęstego   boru. 

Dwudziestoosobowy oddział to nie jest duża siła. Kto wie, czy uda nam się ochronić puszkę 

ze Świętym Krzyżem.

- Jeszcze nie jest za późno, żebyś dołączył do swych wojów, my sobie poradzimy, 

najważniejsze to ocalić relikwię! - zawołała żarliwie.

Ormund potrząsnął głową i uśmiechnął się lekko:

- Nigdy nie porzucam rannego w potrzebie. Zresztą nie martwmy się na zapas, na 

pewno wszystko będzie dobrze.

Ale   nadzieja   okazała   się   płonna.   O   zmierzchu   tego   samego   dnia,   kiedy   grupka 

jeźdźców z chorym dojeżdżała już do Oddevold, nieoczekiwanie spadł na nich deszcz strzał. 

Pośpiesznie ukryli się za skałą w ciemnym lesie. Kilka strzał okazało się celnych, ale na 

szczęście nikt nie został ciężej ranny.

- Co się dzieje? - zapytała Inga ojca. - Kto nas zaatakował?

- Pewnie włóczędzy albo banici.

Podjechał do nich Ormund Strażnik.

- Ingo, nie obejdzie się bez potyczki. Zeskakuj z konia!

Posłuchała natychmiast Ormund nachylił się nad nią i rzekł cicho:

background image

- Napastników jest znacznie  więcej niż nas. Potrzebuję każdego  człowieka, nawet 

twojego ojca, by stawić im czoło. Czy możesz mi wyświadczyć przysługę?

Pokiwała głową z zapałem.

- Ufam ci, Ingo. Zabierzesz chorego i pójdziecie do wsi, do zagrody tuż pod lasem... 

Po drodze zobaczysz wielki głaz. Masz tu puszkę, zagrzeb ją starannie w śniegu w pobliżu 

głazu! Miejsce zaznacz gałęzią. Tylko my dwoje będziemy o tym wiedzieć. Jedno z nas musi 

przeżyć i dowieźć Święty Krzyż do Konghelli.

Dziewczyna posłusznie ukryła relikwię pod peleryną.

- Bądźcie ostrożni. Gdy tylko usłyszycie, że ktoś się zbliża, kryjcie się!

- Tak... Ormundzie...

- O co chodzi? - Popatrzył na nią zdziwiony.

- Nie wolno ci zginąć - odpowiedziała cicho.

Oczy Ormunda rozszerzyły się na moment, zaraz jednak zawrócił konia i spiesznie 

odjechał.

Inga chwyciła chorego pod pachy i pomogła mu wstać.

- Musimy stąd uciekać - tłumaczyła - Pomogę ci, oprzyj się na mnie!

Powoli   posuwali   się,   naprzód.   Chory,   pojękując   z   bólu,   uwiesił   się   na   ramieniu 

dziewczyny, która rozpaczliwie wypatrywała zagrody. Zdawało jej się, że drogi wcale nie 

ubywa. Czy w ogóle uda nam się dotrzeć do celu? zastanawiała się z rozpaczą w sercu. Bolały 

ją plecy i kark, najchętniej położyłaby się w głębokim śniegu, który zamoczył jej dół sukni, 

ale to oznaczałoby śmierć dla nich obojga.

Wreszcie! Jest głaz!

Inga poleciła choremu chwilę odpocząć, a sama zaczęła się rozglądać, gdzie by ukryć 

relikwię. Niestety, to miejsce wcale nie było tak dobre, jak spodziewał się Ormund.

Zanim podjęła decyzję, usłyszała tuż za głazem jakieś dziecięce głosy. Zrozumiała, że 

już nie zdąży ukryć puszki pod śniegiem, więc znowu ukryła ją pod peleryną. Odwróciła się i 

zauważyła zbliżające się dwie dziewczynki, dziesięcio - , a może dwunastoletnie. Wyglądały 

na   przestraszone   co   najmniej   tak   samo   jak   Inga.   Ona   jednak   pierwsza   się   opanowała   i 

zapytała, przerywając ciszę:

- Możecie mi pomóc? Mój towarzysz jest bardzo chory, muszę doprowadzić go do 

najbliższej zagrody.

Dziewczyny popatrzyły na siebie.

- Nie możecie tam iść - powiedziała starsza.

- Musimy, bo inaczej on umrze.

background image

Poszeptały między sobą i wreszcie dały się przekonać.

- Pomożemy ci kawałek - oznajmiła starsza.

- Dlaczego nie powinniśmy tam iść? - zaciekawiło nagle Ingę.

- Gospodyni nie lubi obcych - oświadczyła młodsza.

Nie   brzmiało   to   zachęcająco,   ale   czy   istniało   jakieś   inne   wyjście?   Wspólnie 

poprowadziły   chorego.   W   miarę   zbliżania   się   do   zagrody   Inga   intuicyjnie   wyczuwała 

narastające niebezpieczeństwo. Widok niskich, pogrążonych w mroku i pozbawionych okien 

zabudowań podziałał na jej wyobraźnię. Dziewczynie wydawało się, że dookoła czają się 

jakieś żywe istoty, groźne i tajemnicze.

Gdzieś w oddali pobrzmiewały krzyki i szczęk broni. Ingę ogarnął niepokój o ojca i 

jego towarzyszy.

background image

ROZDZIAŁ VIII

Dziewczynki   zostawiły   Ingę   i   rannego   przy   pierwszych   zabudowaniach   i   niczym 

wystrzelone z procy pomknęły w stronę leżącej nieco wyżej sąsiedniej zagrody. Inga, mocno 

obejmując ramieniem na wpół omdlałego wieśniaka, weszła na podwórko, skierowała się do 

chaty i zapukała do drzwi.

Minęła   chwila,   nim   drzwi   uchyliły   się   ze   skrzypnięciem   i   jakiś   staruch   wystawił 

głowę.

- Czego chcecie? - burknął nieuprzejmie.

Inga  wyjaśniła.  Choć  była  skrajnie   wyczerpana,   a  przy tym   zagroda  napełniała  ją 

dziwnym lękiem, postanowiła sobie, że musi być dzielna. Starzec zniknął na chwilę, a gdy 

wrócił, zaprosił przybyszów  do środka. Inga schyliła się w niskich drzwiach i weszła do 

ciemnej, cuchnącej izby.

Najpierw nie widziała nic prócz ciemności. Dopiero gdy wzrok przywykł do mroku, a 

oczy dziewczyny  przestały łzawić od dymu,  udało jej się rozróżnić  sylwetki  trojga ludzi 

siedzących  na ławie  ustawionej przy dłuższej  ścianie  chaty.  Bez słowa wpatrywali  się w 

dziewczynę. W lichym świetle kaganka Inga zorientowała się, że przy stole siedzi dwóch 

mężczyzn i jedna kobieta. Kobieta, stara i groteskowo otyła, miała tłuste, potargane włosy, 

które w strąkach zwisały po obu stronach jej pomarszczonej twarzy.

- Wejdź - odezwała się w końcu starucha. - I rzuć tam gdzieś w kącie tego tam. Frode, 

zajmij się nim!

Starzec niechętnie mruknął coś pod nosem, a Inga ostrożnie ułożyła na ziemi swego 

chorego towarzysza.

- Co mu jest? - zapytała kobieta grubym głosem.

Inga   opowiedziała   o   tym,   jak   odmroził   sobie   stopę,   a   potem   dostał   gorączki. 

Wspomniała też o napaści banitów. Starucha bez słowa wymieniła spojrzenia z siedzącym 

przy stole mężczyzną, który zagadnął:

- Jedziecie do Konghelli? Po co?

Inga  już otwierała  usta,  by powiedzieć  o  Świętym   Krzyżu,  ale   w  ostatniej   chwili 

powstrzymała   się   przed   tym   i   wyjawiła   jedynie,   że   zamierzają   pomagać   przy   budowie 

nowego zamku.

Oswoiwszy się z półmrokiem, przyjrzała się dokładniej dwóm mężczyznom. Mogli 

mieć koło pięćdziesiątki i byli tak do siebie podobni, że od razu się domyśliła, iż są braćmi. 

Mieli szczupłe twarze okolone postrzępionymi ciemnymi włosami opadającymi do ramion, a 

background image

w ich oczach, zimnych i przenikliwych, czaił się fanatyzm. Ten, który odezwał się do niej 

pierwszy, wydawał się silniejszą osobowością i przytłaczał drugiego, który jakby niknął w 

cieniu brata.

Nagle   dziewczyna   pojęła,   czemu   instynktownie   powstrzymała   się   przed 

opowiedzeniem   gospodarzom   o   relikwii.   W   kącie   izby   stał   drewniany   posąg   bożka. 

Wydawało jej się, że to Frey, choć nie była pewna. Poczuła, jak ogarnia ją przerażenie, ale nic 

nie dała po sobie poznać.

- Usiądź sobie - przymilnie zaprosił mężczyzna. - Ładna z ciebie panna. Jak cię zwą?

Inga przedstawiła się, a on powtórzył jej imię, jakby się nim delektował. Jego brat zaś 

niskim głosem zaczął monotonnie zawodzić jakąś pieśń.

- Nie teraz - przerwała mu starucha. - To niebezpieczne. Towarzyszą jej ludzie króla.

- A co taka panna może nam zrobić? Śpiewaj, bracie, śpiewaj i zmąć jej pamięć. Niech 

zapomni o wszystkim, co tu ujrzała! Ześlij na nią koszmarne sny! Sprowadź nieszczęście na 

jej   przyjaciół,   poślij   ich   do   krainy   śmierci!   Spraw,   by   nasi   bracia   zwyciężyli.   Zmąć 

dziewczynie   rozum,   niech   do   końca   życia   drży   ze   strachu   za   karę,   że   trzyma   z   tą 

chrześcijańską zgrają, która zakłóca nam spokój!

Szaman! Czarownik z przeszłości, zły wróżbita!

Inga   poczuła,   jak   zimny   pot   spływa   jej   po   plecach.   Niczym   zahipnotyzowana 

wpatrywała   się   w   zaklinającego   mężczyznę.   Pozostali   mieszkańcy   chaty   z   pogardliwymi 

uśmiechami  spoglądali  na nią  wyczekująco.  Inga była  zbyt  młoda  i niedoświadczona,  by 

wiedzieć, że tacy szamani potrafią siłą sugestii skłonić innych do wiary w niewidzialny świat 

bogów   i   demonów.   Żyła   w   czasach   przełomu,   kiedy   umierały   pogańskie   wierzenia,   a 

utwierdzało się chrześcijaństwo, ale nadal dawano wiarę przesądom. Mieszkańcy mrocznej 

zagrody przerazili ją tak bardzo, że nie umiała już trzeźwo myśleć.

Serce dziewczyny waliło tak, jakby zaraz miało pęknąć.

Ten ohydny staruch rzucił czar na jej przyjaciół, żeby przegrali bitwę pod lasem!

Inga pomyślała z trwogą o ojcu, o Ormundzie, dumnym i nieustraszonym, który nie 

skalał się zdradą i całe życie poświęcił świętej misji.

Jak to się stało, że weszła do tego ohydnego pogańskiego gniazda?

Czarownik, nie spuszczając dziewczyny z oka, nadal mamrotał monotonne zaklęcia, a 

Inga czuła, że traci wolę.

W przypływie rozpaczy przypomniała sobie o relikwii ukrytej pod peleryną.

Tak,   jedynie   ten   maleńki   kawałek   Chrystusowego   krzyża   może   mnie   uratować! 

pomyślała.

background image

I rzeczywiście właśnie ta drobina, cienka drzazga ocaliła Ingę. Skoncentrowała na niej 

wszystkie swoje myśli i dzięki temu pozbyła się paraliżującego strachu przed mieszkańcami 

chaty.

Szaman szybko zorientował się, że dziewczyna wymyka mu się z rąk.

- Co jest? - zapytała zirytowana starucha. - Czemu zamilkłeś?

- Nie pojmuję... - potrząsnął głową zaniepokojony.

- Czego? - prychnął zniecierpliwiony brat

- Ja... Nie docieram do niej!

- Nie docieram - kpił brat. - Pewnie zagapiłeś się w jej piękne oczy! Co się z tobą 

dzieje? Przecież zawsze ci się udawało!

-   Straciłem   nad   nią   moc   -   niepewnie   mruknął   szaman.   -   Nie   pojmuję,   coś   mi 

przeszkadza.

Na   nowo   uchwycił   spojrzenie   Ingi   i   kołysząc   się   miarowo,   podjął   ponurą   pieśń, 

powtarzając   zaklęcia   i   modły   do   starych   bogów,   demonów   ciemności   i   niebezpiecznych 

żywiołów.

Inga   słyszała,   jak   rzuca   klątwę   na   jej   ród   i   na   ludzi   króla.   Jej   serce   przepełniał 

śmiertelny lęk, jednak wciąż nie przestawała myśleć o Świętym Krzyżu.

Znów przerwał.

- Nie, nic mi nie wychodzi! Ta dziewczyna ma w sobie siłę, której nie pojmuję. Jakby 

nosiła jakiś dziwny pancerz, przez który nie mogę się przebić!

Wstał i podszedł do Ingi. Dziewczyna cofnęła się.

- Co pomaga ci stawić opór? Masz jakiś amulet? - krzyknął z nienawiścią.

Inga pokręciła głową. Wiedziała, że za żadną cenę nie może zdradzić, co powierzył jej 

Ormund.

- Nie... nie... nic nie mam.

- To co cię chroni?

- Obszukaj ją - doradziła starucha. - Znajdź ten amulet czy talizman. Nie wypuścimy 

jej   stąd,   póki   nie   rzucimy   na   nią   przekleństwa.   Tylko   w   ten   sposób   możemy   pogrążyć 

królewskich wojów i zwyciężyć. Sprawdź, co posiada taką moc, że osłabia twoje szamańskie 

zaklęcia!

Gdy mężczyzna podszedł do Ingi, ta nagle odzyskała pewność siebie.

- Nie dotykaj mnie! - rzuciła, a w jej głosie zabrzmiał taki władczy ton, że szaman 

cofnął się jak rażony gromem. - Sądziłeś, że możesz mnie zaczarować? Nie wiesz chyba, kim 

jestem.

background image

Udawała...   Gotowa   była   w   tej   chwili   uczynić   wszystko,   byle   tylko,   nie   zawieść 

zaufania Ormunda.

- Nie wiesz, że jestem największą wiedźmą w całym Viken? I na mnie próbowałeś 

rzucić urok, ty gadzie?! Na mnie, która znam wszelkie magiczne formuły? Na mnie, u której 

nawet królowie szukają rady? Na mnie, która mam władzę nad wszystkimi?

Z determinacją skierowała swe kroki ku najgroźniejszemu mężczyźnie.

- Jeśli zechcę, przemienię cię w wygłodniałego szczura bez zębów. Mogę...

Zatrzymała się, niepewna, czy trochę nie przesadziła.

Ta chwila zwątpienia okazała się brzemienna w skutki Poganie, zaskoczeni słowami 

dziewczyny, nagle ocknęli się z otępienia.

- Ona kłamie! - krzyknęła starucha. - Łapcie ją!

Przerażona Inga dostrzegła, że otoczyli ją ze wszystkich stron.

Krzyknęła.

background image

ROZDZIAŁ IX

Ormund   Strażnik   wyprostował   się   i   rozejrzał.   Wokół   zapanowała   cisza.   Banici   w 

popłochu umknęli do lasu. Wojowie schowali miecze, walka dobiegła końca.

Nie obeszło się bez strat. Zbroczeni krwią, leżeli w śniegu nie tylko wrogowie, ale i 

wojowie króla Sigurda. Ormund, przechodząc od jednego do drugiego, zaglądał im w twarze, 

a upewniwszy się, że nie żyją, rozkazał pozostałym ludziom ich pogrzebać.

Brakowało jednego, Erlinga Edmundssona.

Znalazł go umierającego. W pobliżu leżały ciała czterech banitów.

Ormund osunął się na kolana obok rannego i uniósł jego głowę.

- Erlingu Edmundssonie - wyszeptał poruszony. - Jak to się stało?

Kowal uśmiechnął się słabo.

-   Śmierć   i   tak   by   mnie   rychło   dosięgła.   Jestem   słabszy,   niż   ktokolwiek   by 

przypuszczał. Miałem tylko nadzieję, że zdążę zatroszczyć się o to, by Inga znalazła się w 

dobrych   rękach.   Ormundzie   Ingjaldssonie...   -   Grymas   bólu   przemknął   mu   po   twarzy.   Z 

trudem łapiąc oddech, mówił dalej: - Ormundzie, zaopiekuj się nią! Tylko tobie mogę zaufać. 

Jest jeszcze taka młoda, a zostanie na świecie sama jak palec. Proszę cię, zatroszcz się o to, 

żeby wyszła za mąż za dobrego człowieka.

Ormund zagryzł wargi.

- Śluby, jakie złożyłem, nie pozwalają mi przyjąć jej pod swój dach - wyrzekł powoli. 

- Trudno mi będzie zaopiekować się dorosłą panną.

Erling kiwnął głową.

- Wiem o tym. Proszę cię jedynie, żebyś znalazł jej dobrego męża, kogoś, kto uczyni 

jej   życie   pogodnym   i   szczęśliwym.   A   nim   się   to   stanie,   błagam,   byś   był   jej   prawnym 

opiekunem i zatroszczył się o to, by znalazła schronienie w domu dobrych chrześcijan.

- Uczynię wszystko, co w mojej mocy - przyrzekł Ormund. - Twoja córka zasługuje na 

to. Jest niczym kwiat w ogrodzie pełnym chwastów. Może... Może nawet uda mi się umieścić 

ją na służbie u króla.

- O, tak - wyszeptał Erling uszczęśliwiony. - Ale... nie, może nie. Sigurd Krzyżowiec 

jest dobrym królem i zręcznym wojownikiem, ale zbytnio lubi piękne kobiety. Nie chciałbym, 

by Inga została jego nałożnicą. A wiem, że tak by się stało, gdyby król skierował na nią swój 

wzrok.

Ormund pokiwał głową.

- Pewnie masz rację.

background image

- Lepiej więc, by trafiła na służbę do Øysteina. Książę jest szlachetniejszy i 

rozumniejszy niż jego brat.

- Zrobię, co będę mógł.

Ormund   widział,   że   kowal   lada   moment   odda   ducha,   więc   rad   nierad   cicho,   lecz 

zdecydowanie powiedział:

- Przyrzekam ci, Erlingu Edmundssonie,  że wezmę  na siebie odpowiedzialność za 

życie i cnotę Ingi, dopóki nie znajdę dla niej męża najszlachetniejszego. Będę ją chronił, póki 

mi życia stanie.

Erling uśmiechnął się z wysiłkiem.

- Dziękuję, Ormundzie Strażniku. Inga nie mogłaby znaleźć lepszego opiekuna.

W parę chwil później nie było go już wśród żyjących.

Ormund   rozkazał   pogrzebać   go   wraz   z   innymi   poległymi,   sam   zaś   poprowadził 

pozostałych wojów ku pobliskiej zagrodzie.

- Czeka mnie trudne zadanie - odezwał się do swych towarzyszy. - Wolałbym zanieść 

temu dziewczęciu radośniejszą nowinę, zasługuje na to.

Troje pogan już niemal chwytało Ingę swymi łapskami, gdy nagle drzwi się otworzyły 

i niedołężny starzec zawołał:

- Rycerze! Wjeżdżają do zagrody.

Starucha mocno przytrzymała Ingę i zawołała do dwóch braci:

-   Szybko!   Usuńcie   stąd   wszystko!   -   A   potem,   potrząsając   dziewczynę   za   ramię, 

wysyczała jej prosto w twarz: - Masz milczeć, panienko! Nie wolno ci zdradzić, co się tu 

działo.   Co   prawda   ciebie   nasze   czary   nie   sięgają,   ale   wiedz,   że   na   tych   wojów,   którzy 

przekroczą próg naszej chaty, możemy rzucić urok. Jeśli nie chcesz ich śmierci, to milcz! 

Pamiętaj, udzieliliśmy ci pomocy, zrozumiałaś?

Inga skinęła głową. Nie miała pojęcia, kto przyjechał do zagrody, ale wypełniła ją 

nieopisana radość, gdy do niskiej izby wszedł Ormund Strażnik. Jednocześnie ogarnął ją lęk, 

że może mu się stać coś złego. Ormund pozdrowił uprzejmie kobietę.

- Witaj, szlachetny panie - odpowiedziała  starucha. - Dobrze zaopiekowaliśmy się 

twymi ludźmi, chociaż choremu wojowi niewiele mogliśmy pomóc.

- Dziękuję, najważniejsze, że mogli na chwilę schronić się pod dachem - stwierdził. - 

Zaraz  ruszamy  w   dalszą  drogę.  Zrobiło  się  późno,  a my  przed  nocą  musimy  dotrzeć   do 

Oddevold.

Inga chciała go ostrzec, ale nie zdołała wydobyć z siebie słowa, czując na sobie wzrok 

obu   braci.   Drewniany   bożek   został   gdzieś   ukryty   i   nic   nie   wskazywało   na   to,   że   chatę 

background image

zamieszkują poganie.

Wojowie przenieśli chorego na nosze, jeszcze raz dziękując mieszkańcom zagrody.

Inga dosiadła konia. Wydawało jej się, że z progu chaty, którą opuścili, ktoś przez cały 

czas patrzy za nią i pilnuje, by milczała.

Ormund zmarszczył czoło.

- Nie podobali mi się ci ludzie - rzekł zamyślony. - Tyle w nich było fałszu.

- O nic mnie teraz nie pytaj - poprosiła Inga pośpiesznie. - Opowiem ci wszystko, ale 

później.

Popatrzył   na   nią   badawczo.   Nagle   Inga   przypomniała   sobie   o   świętej   relikwii   i 

wyciągnęła puszkę spod peleryny.

- Wybacz - powiedziała, podając ją Ormundowi. - Zaskoczono mnie i nie zdążyłam jej 

ukryć w śniegu za głazem. Ale dobrze ją schowałam przed obcymi.

- Tam musiało się stać coś dziwnego - zaczął powoli Ormund. - Ci ludzie nie podobali 

mi się, ale o nic nie będę cię wypytywał, skoro sama nie chcesz mówić. - A potem nabrał 

powietrza  w  płuca i dodał, nie patrząc  na dziewczynę:  - Mam dla ciebie  bardzo smutną 

wiadomość, Ingo, musisz być silna...

Usłyszał, jak westchnęła głośno.

-   Nie   musisz   nic   mówić,   Ormundzie   -   usłyszał   drżący   głos   dziewczyny.   - 

Zrozumiałam wszystko, gdy tylko ujrzałam twoją twarz. Dlatego nie spytałam o ojca. Proszę 

cię jednak, nic mi na razie nie mów! W tej chwili nie czuję się dość silna, a słabego człowieka 

nawet słowo może przygnieść do ziemi.

Jechali w milczeniu. Niebawem dotarli do Oddevold, gdzie zatrzymali się w chacie 

zielarki. Ormund poprosił Ingę, by zaczekała w izbie z paleniskiem, gdy tymczasem sam 

zatroszczył  się o opiekę nad chorym.  Kiedy wrócił, w krótkich słowach opowiedział, jak 

zginął jej ojciec.

- Aż czterech banitów - odezwała się w końcu. - A więc powalił czterech wrogów, nim 

sam zginął.

- Tak. I Ingo...

Gdy się dowiedziała, że dopóki nie wyjdzie za mąż, pozostanie pod opieką Ormunda 

Strażnika, podniosła głowę i popatrzyła zdumiona.

Ta dziewczyna nigdy się nie podda, pomyślał Ormund. Jest silna i uparta, choć jej 

wiotka kibić i słodki uśmiech niejednego mogłyby zmylić. Dość już wycierpiała, powinna 

wreszcie zaznać spokoju. Powinienem ją teraz ochraniać. Gdzie ją umieszczę?

- Idziemy? - zapytała.

background image

Drgnął, usłyszawszy jej głos.

- Tak.

Popatrzyła na niego jasnym spojrzeniem i rzekła:

-   Przyrzekam   ci,   że   nigdy   nie   będziesz   się   musiał   wstydzić   za   swą   podopieczną, 

Ormundzie.

- Wiem, Ingo - odrzekł z powagą.

background image

ROZDZIAŁ X

Dopiero następnego ranka, kiedy wszyscy zasiedli przy stole w izbie, której użyczono 

im na nocleg, Inga odważyła się wyznać, co wydarzyło się w ponurej zagrodzie. Ormund nie 

posiadał się ze zdumienia.

- Dlaczego nie powiedziałaś  o niczym  wczoraj wieczorem? - spytał  z przyganą w 

głosie. - Bez trudu zniszczylibyśmy to siedlisko zła i bezbożności

- Bałam się - wyznała - Grozili, że rzucą na was złe czary, jeśli pisnę choć słowo.

Westchnął zrezygnowany.

- Ależ, Ingo, jakie z ciebie dziecko! Naprawdę im uwierzyłaś? Przecież czary i klątwy 

to zwykły przesąd.

- Mówisz tak, bo niejedno już widziałeś  w swym  życiu  - mruknęła,  dotknięta  do 

żywego.   -   Ledwo   zdołałam   ochronić   przed   nimi   puszkę   ze   Świętym   Krzyżem.   Tak   się 

starałam, by nie zawładnęli mną i nie odebrali cennej relikwii, którą mi powierzyłeś.

- Inga ma rację - wtrącił jeden z wojów. - Wcale nie tak łatwo poradzić sobie z tymi 

pogańskimi psami. Bez trudu mogą uczynić coś, co przerazi zwykłego śmiertelnika.

- Wybacz, Ingo - przeprosił Ormund. - Wzburzyłem się, słysząc, że byliśmy tak blisko 

tych  plugawych  pogan i nie zniszczyliśmy ich. Ale gdy pomyślę,  co ci się mogło stać... 

Postąpiłaś słusznie.

Po śniadaniu Ormund wstąpił do zielarki, która zapewniła go, że chory miał spokojną 

noc. Później wszyscy dosiedli koni i pośpiesznie opuścili Oddevold.

Pogoda zmieniła się, niebo pociemniało i zasnuło się ciężkimi chmurami. Chłód nieco 

zelżał, ale za to zerwał się silny wiatr.

- Mam nadzieję, że nie spotka nas śnieżna zamieć - odezwał się Ormund do Ingi, która 

teraz jechała obok niego.

Posuwali się w dość szybkim tempie, ale dziewczyna nie skarżyła się. Nie zwykła 

narzekać, poza tym rozumiała, że odpowiedzialność, jakiej podjął się Ormund, z pewnością 

mu   ciąży,   a   nie   chciała   być   kulą   u   nogi   temu   dzielnemu   rycerzowi   zakonu   Strażników 

Krzyża.

Mimo całego podziwu dla Ormunda Inga zastanawiała się, jak można pogodzić świętą 

misję z nie pozbawionym wszak okrucieństwa rzemiosłem rycerskim. Nie pojmowała też, 

czemu właśnie kobiety najbardziej przeszkadzają krzyżowcom. Zdaje się, że to tylko wymysł 

Gaute Frostessona. Pewnie nienawidzi kobiet, pomyślała Inga cierpko.

Ale   to   nieważne,   uznała.   Nie   będę   sprawiać   kłopotów   Ormundowi.   Postaram   się 

background image

trzymać na uboczu, tak by prawie nie zauważał mojej obecności.

Kiedy jednak patrzyła na swego opiekuna, z ciężkim sercem przyznawała sama przed 

sobą, że nie będzie to wcale łatwe. Uwielbiała go, czuła się przy nim bezpieczna i najchętniej 

nie odstępowałaby go na krok.

Westchnęła i rozejrzała się wokół. Niewielka drużyna skurczyła się teraz do dwunastu 

rycerzy, którzy niczym szybkie cienie mknęli przez szarą ciszę. Mieli nadzieję dołączyć do 

oddziałów na wyznaczonym postoju, jeśli bowiem sądzić po świeżych śladach na śniegu, od 

towarzyszy dzieliła ich niewielka już odległość.

-   Jeśli   wszystko   dobrze   pójdzie,   jeszcze   dziś   wieczór   dotrzemy   do   Konghelli   - 

odezwał się Ormund.

- To cudownie - wyrwało się Indze.

Uśmiechnął się.

- Pierwszy raz słyszę z twoich ust słowa, które świadczą o tym, że wyprawa dała ci się 

we znaki. Bardzo zmarzłaś?

-   Do   chłodu   przywykłam,   marzłam   nie   raz   także   w   domu.   Właściwie   już   dawno 

zapomniałam,   jak   to   jest   czuć   ciepło.   Ale   jeśli   będzie   mi   za   ciężko,   powiem.   Głośno   i 

wyraźnie. Póki jednak nic nie mówię, to znaczy, że nie musisz się o mnie martwić.

Ormund popatrzył na Ingę z uznaniem.

- Nie sądzę, żebym zdecydował się wziąć na tę wyprawę jakąkolwiek inną kobietę 

prócz ciebie. To była ciężka droga. Sam również się cieszę, że wkrótce dotrzemy do celu. 

Popatrz! Widzisz dym na niebie? To na pewno nasi palą ogniska!

Pogalopowali z nowym zapałem. Kiedy wreszcie mogli zejść z koni i rozprostować 

zesztywniałe   członki,   opowiedzieli   towarzyszom   o   potyczce   z   banitami   i   o   poległych 

przyjaciołach.   Wspomnieli   także,   że   po   śmierci   ojca   opiekę   nad   Ingą   przejął   Ormund 

Strażnik.

Minęły może trzy albo cztery godziny od momentu, gdy wszyscy ludzie Ormunda się 

spotkali, kiedy w powietrzu zaczęły się unosić białe płatki. Jechali pod wiatr, śnieg zacinał im 

prosto w twarze, tak że prawie nic nie widzieli.

Kiedy zapadł zmrok, jeźdźcy zorientowali się, że nie zdążą przed nocą dotrzeć do 

Konghelli. Naradziwszy się z kilkoma najbardziej zaufanymi wojami, Ormund zdecydował, 

że aby nie dopuścić do rozproszenia oddziałów, zatrzymają się na noc w pobliskim lesie. 

Zebrał wojsko i rozkazał rozpalić ogniska oraz przygotować się do noclegu. Dla wielu wojów 

nocleg pod gołym niebem nie był pierwszyzną, szybko więc znaleźli sobie osłonięte od wiatru 

miejsca.   Dla   ochrony   przed   wichurą   wzniesiono   śnieżne   wały,   a   konie   zgromadzono   w 

background image

zaciszu przy skale. Potem przygotowano wieczorny posiłek.

- Ormundzie, dziewczyna  płacze - zawołał jeden z wojów, który właśnie nadbiegł 

zdyszany. - Schowała się między końmi i nie chce powiedzieć, co jej się stało.

Ormund czym prędzej odszukał Ingę. Rzeczywiście siedziała skulona i zanosiła się od 

płaczu.

Przez chwilę stał niepewny, potem pochylił się nad nią i zagadnął najdelikatniej, jak 

potrafił:

- Co się stało? Czy rozpaczasz po stracie ojca?

Pokręciła głową.

- Tej rozpaczy nie uciszą łzy - szlochała. - Zostaw mnie, proszę, Ormundzie, nic się 

nie stało.

Nie wiedział, co robić. Nie mógł jej wziąć w ramiona i po prostu przytulić, choć 

wydawało mu się, że właśnie tego potrzebowała najbardziej.

- Dobrze już, dobrze - rzekł cicho. - Powiedz mi, co się stało. Uczynię wszystko, by ci 

pomóc.

- Nie - łkała. - Nie możesz mi pomóc. Nie mogę ci tego powiedzieć.

- Dlaczego nie?

-   Bo   o   takich   sprawach   rozmawia   się   jedynie   z   rodzicami   -   rzuciła   i   na   nowo 

wybuchnęła płaczem.

Ormund   poczuł,   że   robi   mu   się   gorąco.   Uświadomił   sobie,   że   jako   opiekunowi 

dziewczyny   jeszcze   nie   raz   przyjdzie   mu   stawić   czoło   sprawom   delikatnej   materii. 

Najchętniej by odszedł, tak jak go prosiła, ale przełknął ślinę i zapytał:

- Czy ktoś cię obraził?

- Nie, nic takiego się nie stało.

- Ingo, posłuchaj. Rozumiem, że potrzebujesz pomocy. Właściwie nie masz nikogo 

prócz mnie. Przejąłem teraz obowiązki twych rodziców. Możesz ze mną rozmawiać zupełnie 

szczerze.

Nie odpowiedziała, więc z duszą na ramieniu ciągnął dalej:

- Może jednak wolałabyś  porozmawiać z kimś starszym,  z kimś, kto ma dzieci w 

twoim wieku?

- Nie, z nikim innym. Boję się ich.

- Ale przecież mnie się nie lękasz? No, mów, co cię gnębi

Zawstydzona i niepewna westchnęła. Zrozumiał, że skruszył nieco jej opór.

- Powiedz szeptem to, czego nie masz odwagi powiedzieć głośno.

background image

Wreszcie zdecydowała się. Cichutko, tak że ledwie rozróżniał słowa, powiedziała mu 

wprost do ucha:

- Straciłam czucie w stopach, a mam tak skostniałe ręce, że sama nie mogę rozwiązać 

rzemyków w trzewikach. Tak się boję, że stanie się ze mną to samo co z tym biedakiem, no 

wiesz...

Znów zalała się łzami.

Ormund poczuł taką ulgę, że roześmiał się na głos. Szybko jednak zamilkł. Rozumiał 

bowiem rozterkę Ingi. Była wszak dobrze wychowaną panną, a żadna dobrze wychowana 

panna nie odsłania nawet łydki. Tymczasem wiązane kamasze z miękkiej skóry sięgały jej do 

samych kolan!

- Wybacz, że się roześmiałem - rzekł przepraszająco. - To dlatego, że obawiałem się, 

iż stało się coś znacznie gorszego. Nic się nie bój, Ingo. Jest przecież ciemno, zasłonię cię i 

nikt nas nie zobaczy. Nie uciekaj! Przecież nie mogę pozwolić, byś odmroziła sobie stopy!

Ostrożnie, by nie spłoszyć dziewczyny,  wsunął dłonie pod jej suknię i chwycił za 

splątane rzemyki. Niełatwo było rozsupłać zesztywniałe od mrozu rzemienie, tak że zajęło mu 

to sporo czasu. Inga z ulgą pomyślała, że na szczęście w ciemności nie widać jej spłonionych 

policzków. Wreszcie Ormund ściągnął jej z nóg buty.

Długo rozcierał lodowate stopy Ingi. Kiedy niebawem oznajmiła cicho, że zrobiło się 

jej   cieplej,   Ormund   chuchnął   kilkakrotnie   do   środka   butów   i   nałożył   je   szybko   na   nogi 

dziewczyny.   Potem   jeszcze   pomógł   je   zasznurować.   Inga,   teraz   mniej   już   skrępowana, 

przestała przytrzymywać wokół kolan brzeg sukni, a gdy Ormund skończył, podskoczyła i 

zawołała z ulgą:

- Jak mam ci dziękować?

Uśmiechnął się.

- Najlepiej będzie, jeśli opatrzysz rannych.

Chętnie   spełniła   prośbę   Ormunda,   a   potem   udała   się   na   wskazane   jej   miejsce   na 

nocleg. W miejscu osłoniętym z jednej strony śnieżnym wałem wojowie ułożyli dla niej na 

ziemi gałęzie świerku. Podziękowała im i zmęczona usiadła. Ciepło bijące od ognia nadało jej 

twarzyczce rumieńców i sprawiło, że oczy lśniły głębokim blaskiem. Obok niej usiedli dwaj 

starzy wojowie i zapytali, czy już jadła. Kiedy pokręciła przecząco głową i wyjaśniła, że 

skończyły jej się zapasy, podzielili się z nią chlebem. Potem pili wodę ze stopionego śniegu. 

Inga dostrzegała, z jakim szacunkiem odnoszą się do niej wojowie, i uświadomiła sobie, że 

zawdzięcza   to   Ormundowi.   Ten   budzący   powszechnie   wielki   respekt   mąż   był   teraz   jej 

opiekunem.   Właśnie   układała   się   do   snu   na   świerkowych   gałązkach,   kiedy   pojawił   się 

background image

Ormund.

- Spróbuj zasnąć - powiedział. - Co jakiś czas strażnicy będą cię budzić, żebyś nie 

zamarzła.

- A ty nie odpoczniesz?

- Nie, nie jestem zmęczony - odrzekł z uśmiechem.

Zrozumiała, jak wielka ciąży na nim odpowiedzialność. Tej nocy musiał czuwać nad 

życiem prawie pięciuset wojowników i tyluż koni.

background image

ROZDZIAŁ XI

Inga nie mogła zmrużyć  oka, bo ziąb przenikał ją do szpiku kości. Co jakiś czas 

przychodzili strażnicy i budzili śpiących. Wtedy posłusznie wstawała i sprawdzała, czy ma 

czucie w rękach i w nogach, a potem znów się układała do snu. Właściwie temperatura nie 

była aż tak niska, ale silny wiatr i śnieżna zamieć potęgowały uczucie chłodu. Poza tym po 

całym   dniu   spędzonym   na   dworze   zimno   odczuwało   się   szczególnie   dotkliwie.   Wichura 

wzmagała się i coraz gwałtowniej targała koronami drzew. Inga, otulona szczelnie peleryną, 

wsłuchiwała   się   z   niepokojem   w   zawodzenie   wiatru   i   przeraźliwe   wycie   wilków,   które 

wywoływało  panikę nawet  wśród koni. Przecież  to jak tortury,  pomyślała  zrezygnowana. 

Lepiej w ogóle nie spać.

Patrzyła   z   niepokojem   na   nikłe   płomienie   ogniska   walczące   z   coraz   gęściejszym 

śniegiem   i   po   chwili   znów   poczuła   się   znużona.   Ułożona   wygodnie   na   świerkowych 

gałęziach, zapadła wreszcie w sen.

- Wstawaj! Wstawaj! - usłyszała  nagle nad uchem głos Ormunda.  - Rozpętała się 

burza śnieżna. Atakują nas wilki!

Inga poderwała się. Szum w koronach drzew wzmógł się do potwornego ryku, grad 

wielkości ziarna zacinał prosto w twarz, a gdzieś niepokojąco blisko rozlegało się straszliwe 

wycie głodnych drapieżników. Ogniska prawie pogasły, tylko żar się jeszcze tlił. Wojowie 

podpalali w nim gałęzie, które z desperacją ciskali za śnieżny wał.

- Ormundzie - wyszeptała Inga z lękiem w oczach.

- Wszystko będzie dobrze. - Ścisnął ją za ramię. - To stado jest mniejsze niż to, które 

atakowało nas podczas przeprawy przez Iddefjorden. Pomóż umacniać wał, to nie zmarzniesz. 

Tylko uważaj! Trzymaj się zawsze blisko innych, nie wolno ci zostać samej. Masz nóż?

- Nie.

- Weź mój! Nic się nie bój, pamiętaj, że chroni nas Święty Krzyż!

Inga, nie zwlekając, włączyła się do pracy przy wale ochronnym. Cały obóz był na 

nogach. Część wojów pilnowała koni, rżących i wierzgających niespokojnie. Na wzmocnienie 

i podwyższenie wału wykorzystano cały śnieg, który leżał od strony obozowiska, a mimo to 

kilka wilków zdołało się przedrzeć przez przeszkodę. Pogryzły paru wojów, ale na szczęście 

zaraz zostały zabite.

W pewnej chwili Inga usłyszała, że ktoś ją woła. Znowu poproszono ją, by zechciała 

pomóc   rannym.   To   zadanie   wydało   się   dziewczynie   ponad   siły.   Zacisnęła   jednak  zęby  i 

zabrała się do pracy. Podarła na wąskie paski zdjętą ukradkiem w mroku halkę i opatrywała 

background image

wyciągane ku niej pokrwawione ręce. Najtrudniej jednak było założyć opatrunek na groźną 

ranę na szyi, a także zatamować krew płynącą ze zranionego przedramienia. Kiedy skończyły 

się płócienne bandaże z podartej halki, jakiś nieznajomy rycerz podał jej koszulę.

Już się wydawało, że sytuacja została opanowana, kiedy nieoczekiwanie rozległ się 

głośny krzyk:

- Przedarły się! Ratunku!

Panika ogarnęła wszystkich. Inga, uciekając w popłochu, nagle poczuła przy nodze 

wilgotny pysk. Krzyknęła rozpaczliwie, a wtedy ktoś ją chwycił wpół.

- Tutaj! Szybko wejdź na drzewo!

Rozpoznała głos Kalva, wesołego młodzieńca, z którym tak miło jej się gawędziło 

drugiego dnia wyprawy.

- Dzięki, Kalv - wysapała, wspinając się na niezbyt wysokie drzewo.

- Ormund mnie przysłał! - zawołał młodzieniec, starając się przekrzyczeć burzę, a 

potem znikł Indze z oczu.

Dziewczyna nie była pewna, jak wysoko od ziemi znajduje się gałąź, na której siedzi. 

Nie wiedziała, czy może się czuć bezpieczna. Rychło się okazało, że jej obawy nie były 

bezpodstawne,   bo   rozwścieczone   wilki   doskoczyły   do   drzewa,   na   którym   się   schroniła. 

Przerażona, w ostatniej chwili odciągnęła brzeg sukni od wyszczerzonych zębów. Strach ją 

wręcz   sparaliżował,   niezdolna   do   krzyku,   jęknęła   tylko   cicho,   gdy   zorientowała   się,   że 

wygłodniałe zwierzę stara się dosięgnąć jej stopy. Palce miała zgrabiałe z zimna i ledwo 

trzymała się pnia. Zrozpaczona, zaczęła wołać Ormunda.

Kiedy włócznia ugodziła najbardziej zajadłego drapieżnika, reszta zwierząt uciekła. 

Inga znalazła wreszcie schronienie w silnych ramionach swego opiekuna i wtedy niemal się 

rozpłakała.

- Zaraz  je przegonimy!  - wykrzyknął  rycerz.  - Byłem  w  pobliżu  przez  cały czas. 

Bardzo zmarzłaś?

- T - tak... Policzki...

Rycerz pośpiesznie zsunął rękawicę i zaczął lekko szczypać dziewczynę po twarzy. 

Drżąc na całym ciele, mocniej przytuliła się do jego piersi, a on owinął ją peleryną, żeby 

osłonić przed przenikliwymi podmuchami wiatru. Wokół nich szalała śnieżna zawierucha, ale 

Inga czuła się zupełnie bezpieczna. Ormund najwyraźniej pojmował, jak bardzo dziewczyna 

potrzebowała odrobiny serdeczności. Położył dłoń na głowie Ingi i wtulił twarz w jej jasne 

włosy.

Przez chwilę stali nieruchomo.

background image

- Czy to możliwe, żeby dziewczę tak pełne ciepła przemarzło? - zdumiał się rycerz, 

cofając się o krok.

- A ty, Ormundzie? Na pewno też jesteś zziębnięty i przemęczony.

Raczej domyśliła się, niż zobaczyła, że się uśmiechnął.

- Jakie to dziwne, że ktoś się o mnie troszczy - rzekł. - Przyznaję, że to nawet miłe. 

Ale nie martw się o mnie, Ingo. Przywykłem do takiego życia, choć nie kryję, że ta noc to 

istne piekło. Tak mi przykro przez wzgląd na ciebie.

- Czy już jest po wszystkim? - zapytała, szczękając zębami.

- Prawie. Później jednak będzie nam potrzebna twoja pomoc, bo wielu moich ludzi 

odniosło rany.

- Ormundzie, mam wrażenie, że już nigdy się nie rozgrzeję, że przemarzłam do szpiku 

kości i nawet moje serce jest jak z lodu.

- Nie - odrzekł z żarem. - Na pewno nie twoje serce!

Zdawało jej się, że wycie wilków i walka z wolna ucicha. Podziękowała Ormundowi 

za pomoc.

- Poradzisz już sobie? - spytał zdziwiony.

Choć   Inga   marzyła   o   ciepłej   izbie   i   wygodnym   łożu,   wyprostowała   się   i 

odpowiedziała:

- Tak, mogę już znowu pomagać rannym.

background image

ROZDZIAŁ XII

Przez całe przedpołudnie Inga i Ormund opatrywali pokąsanych przez wilki. Coraz to 

nowe   koszule   darto   na   bandaże.   Wielu   ucierpiało,   choć   na   szczęście   nikt   nie   zginął. 

Dziewczyna   z   niepokojem   popatrzyła   na   mężczyznę   z   poszarpaną   tętnicą,   który   stracił 

mnóstwo krwi, a krwotoku wciąż nie dało mu się zatamować. Bardzo pragnęła, by ranni 

wrócili do zdrowia, bo ta koszmarna noc sprawiła, że wszyscy ludzie w oddziale poczuli się 

sobie bliscy. Ormund tymczasem zebrał swych zaufanych rycerzy i, pozostawiwszy rannych 

pod opieką Ingi, odszedł przygotowywać oddziały do wymarszu. O dziwo, żaden koń nie 

ucierpiał od ataku wilczej sfory. Pewnie dlatego, że zwierzęta chroniła z jednej strony skała, z 

drugiej zaś śnieżny wał.

Gdy tylko wichura trochę osłabła, śmiertelnie znużeni wojowie ruszyli w dalszą drogę. 

Nadal padał gęsty śnieg i kiedy dotarli na skraj lasu, musieli zebrać całą odwagę, by wyjechać 

na   otwartą   przestrzeń.   Na   szczęście   podmuchy   wiatru   z   wolna   słabły,   a   gdy   oczom 

podróżujących ukazały się w oddali smugi dymu nad Konghellą, przestał też padać śnieg.

Gościniec   całkiem   zasypało,   gdzieniegdzie   potworzyły   się   wysokie   zaspy,   teraz 

jednak, gdy widzieli już cel długiej wyprawy, przestali się lękać, że zabłądzą.

Na   otwartym   polu   ukazał   się   nadjeżdżający   od   strony   grodu   liczny   orszak.   Inga 

popatrzyła tęsknym wzrokiem na sanie i ciepłe niedźwiedzie skóry i westchnęła cicho.

Sanie  zatrzymały  się przed  Ormundem,  a siedzący w  nich  wysoko  urodzony mąż 

popatrzył na przemarzniętych wojów i przemówił:

-   Udaję   się   na   północ.   Jak   wam   przebiegła   droga?   Wyglądacie   na   nadzwyczaj 

znużonych. Czy ty jesteś krzyżowcem, którego oczekuje się w Konghelli?

Ormund pokiwał głową i odrzekł:

- Radzę ci, panie, zabrać ze sobą liczniejszą eskortę. W lasach pełno wilków, a także 

banitów i pogan.

- Od Oddevold będzie nas więcej. A cóż to za kwiatuszek wam towarzyszy? Czy to 

branka dla króla?

- Nie - odparł ostro Ormund. - To nie branka, lecz moja podopieczna.

- Jest piękna jak rzadko która - ciągnął mężczyzna, nie spuszczając oka z Ingi. - A jej 

włosy... Mogę zerknąć, ślicznotko?

Podniósł się i wyciągnął rękę w stronę kaptura dziewczyny.

Jakież było jego zdumienie, gdy w tej samej chwili wyrosły przed nim włócznie i 

szczęknęły miecze.

background image

Cofnął się jak niepyszny i stwierdził z przekąsem:

- Ta twoja podopieczna jest dobrze strzeżona. I ty dobyłeś miecza, rycerzu? Dlaczego?

- To jeszcze dziecko - odpowiedział Ormund. - Kochamy ją wszyscy bardzo i nie 

pozwolimy, by włos spadł jej z głowy.

- Właśnie widzę - rzucił oschle nieznajomy, sadowiąc się z powrotem w saniach. - Ale 

może za jakiś czas.... Miałaby dobrze u mnie, bo na bogactwie mi nie zbywa.

- Jeśli będziecie ją chcieli  pojąć za żonę, panie, to możecie się o nią starać. Czy 

zostaniecie przyjęci, to już inna sprawa - rzekł. - Ale waszą nałożnicą na pewno nie będzie.

- Żonę już mam - mruknął cierpko mężczyzna, zacinając konie.

- Nie zdążyliśmy jeszcze dojechać do miasta, a już ustawiają się konkurenci do twej 

ręki - odezwał się ponuro Ormund. - Ale co ci jest, Ingo? Płaczesz?

- Nie - zachrypiała dziewczyna, pośpiesznie wycierając nos.

- Dlaczego? - chciał koniecznie wiedzieć.

- Trochę się wzruszyłam, że wszyscy tak się o mnie troszczą - wyznała cicho.

- Czy to takie dziwne? - spytał miękko. - Podczas tej wyprawy podbiłaś serca pięciuset 

wojów, i to nie tylko swą urodą.

- Ormundzie, nie wbijaj mnie w dumę. Przyznam się, że trochę się przestraszyłam, że 

zechcesz mnie oddać temu mężczyźnie.

-   Temu   staremu   capowi?   -   żachnął   się   Ormund   -   O,   nie!   Znajdę   ci   z   pewnością 

lepszego małżonka.

- Och - westchnęła cicho Inga. - Obawiam się, że będę ci ciężarem. Rozumiem, że 

zechcesz   mnie   jak   najszybciej   wydać   za   mąż,   by   móc   poświęcić   się   całkowicie   misji 

strzeżenia Świętego Krzyża.

- W Jerozolimie złożyłem śluby, ale opiekę nad tobą traktuję z największą powagą. 

Twój ojciec był moim przyjacielem.

- Ormundzie, mylisz się co do mojego wieku. Nie jestem już dzieckiem, osiągnęłam 

wiek odpowiedni do zamęścia. Mój ojciec wprawdzie chciał jeszcze poczekać, ale wiedz, że 

nie   chcę   być   ci   kulą   u   nogi.   Byłoby   mi   przykro,   gdybym   stanęła   na   drodze   twemu 

prawdziwemu powołaniu.

- Nie obawiaj się, Ingo. Troskę o swą przyszłość pozostaw mnie, sama zaś ciesz się, że 

szczęśliwie  dotarliśmy  do  celu.  Tuż   przed  nami  leży  Konghella,   gród,  który  król  Sigurd 

zamierza uczynić ważnym ośrodkiem handlu i żeglugi.

Inga porzuciła szybko ponure myśli i z zachwytem popatrzyła przed siebie.

- Jak nazywa się rzeka, która tędy przepływa?

background image

-   Gautelven.   Widzisz   to   wzgórze   na   skraju   grodu?   Tam   ma   stanąć   nowy   zamek. 

Kaplica zostanie zastąpiona kościołem, w którym przechowywana będzie relikwia, drewno 

Chrystusowego krzyża.

- A ty będziesz jej strzegł. Ale chyba nie sam?

- Nie, na razie jest nas czterech. Będziemy mieszkać w skromnej chacie nieopodal 

kaplicy.

- A... ja? - zapytała cicho Inga.

- Nie wiem jeszcze. Przygotowałem kwaterę dla ciebie i ojca, ale teraz gdy zostałaś 

sama... Jeszcze dziś poradzę się kogoś, kto lepiej ode mnie zna mieszkańców grodu.

-   Bardzo   bym   chciała   pozostawać   blisko   ciebie,   Ormundzie.   Jesteś   dla   mnie   taki 

dobry, a ja nikogo tu nie znam. Boję się zamieszkać u obcych ludzi, którzy przyjmą mnie 

tylko dlatego, że nie będą mieli odwagi ci odmówić.

Popatrzył z uśmiechem w jej zalęknione oczy.

- Ty się boisz? A ja sądziłem, że potrafisz wszystkiemu stawić czoło. Ale rozumiem, 

co czujesz, i zapewniam cię, że z największą starannością wybiorę dla ciebie nowy dom. Nie 

martw się, jeśli nie będziesz mnie widywać potem zbyt często. Z daleka będę roztaczał nad 

tobą pieczę.

- Nie zobaczę cię więcej? - krzyknęła przerażona. - Dlaczego?

Milczał przez chwilę.

- Dzisiejszej nocy trzymałem w ramionach kobietę - zaczął powoli. - Uczyniłem to, by 

cię ogrzać, bo byłaś całkiem przemarznięta, ale postąpiłem wbrew regułom zakonu. Będę 

musiał wyznać wszystko na świętej spowiedzi Gautemu Frostessonowi, który jest niezwykle 

surowy. Tworzymy wspólnotę utworzoną na wzór rycerskich zakonów istniejących już na 

południu Europy. Rycerze ślubują poświęcić swe życie służbie Bogu. Nie wiem, jaką pokutę 

naznaczy   mi   Gaute,   ale   spodziewam   się,   że   przyjdzie   mi   pościć   i   żyć   jakiś   czas   w 

odosobnieniu.

-   Ależ,   Ormundzie,   przecież   nie   uczyniłeś   nic   złego   -   protestowała   Inga.   -   Czy 

grzechem   jest   pomóc   bliźniemu   w   potrzebie?   Mnie   się   zdaje,   że   zgrzeszyłbyś   bardziej, 

gdybyś tego nie uczynił.

-   Pewnie   tak.   Ale   nie   rozumiesz   wszystkiego.   Człowiek   odpowiada   nie   tylko   za 

uczynki.

Inga rzeczywiście nie pojmowała, nie znajdowała w jego postępku nic zdrożnego, ale 

nie śmiała pytać o nic więcej, bo w głosie opiekuna wyczuła zniecierpliwienie.

Ciążące im obojgu milczenie przerwał Ormund.

background image

- Ingo, nasze drogi spotkały się na skutek niezależnego od nas splotu okoliczności. 

Złożyłem dwie przysięgi, które trudno ze sobą pogodzić. Jedna nakazuje mi żyć w czystości; 

mogę   pomagać   bliźnim,   ale   tylko   do   pewnych   granic.   Drugą   złożyłem   twojemu   ojcu. 

Obiecałem,  że  zaopiekuję  się tobą najlepiej,  jak potrafię.  Nie  możemy  spotykać  się zbyt 

często,   ale   pamiętaj,   że   jestem   twoim   opiekunem   i   jeśli   będziesz   miała   kłopoty,   możesz 

zawsze po mnie posłać. Proszę cię tylko, byś czyniła to jedynie w razie konieczności.

Inga pochyliła głowę.

-   Rozumiem   -  odpowiedziała   ze   smutkiem.   -   Uczynię   to,   co   uważasz   za   słuszne, 

Ormundzie. Ale nie chcę siedzieć bezczynnie. Zatroszcz się, bym miała jakąś pracę i nie była 

dla nikogo ciężarem.

- Zamierzam porozmawiać o tym z księciem Øysteinem.

-   Z   księciem   Øysteinem?   -   wyszeptała   z   rozszerzonymi   z   przerażenia   oczami.   - 

Sądzisz...

- Zobaczymy - uśmiechnął się.

Podjeżdżali coraz bliżej bram grodu. Z daleka dostrzegli tłumy gromadzące się, by 

powitać  rycerzy.  Na przodzie obok wytwornie  odzianego dostojnika przybyszom  mignęły 

postaci w sutannach. Zadrżała nagle.

- Boisz się? - zdziwił się Ormund.

- Trochę. Czy to książę?

- Tak. Książę Øystein Magnusson.

Zniżyła głos do pełnego szacunku szeptu.

- Wyszedł, żeby nas powitać?

- Nie nas, ale relikwię Chrystusowego krzyża przywiezioną z Ziemi Świętej.

Ormund pochylił się nad podopieczną i poprawił jej pelerynę. Zależało mu na tym, by 

się należycie zaprezentowała. Kiedy dotknął kolana Ingi, dziewczyna poczuła przeszywający 

ją dreszcz.

- Jak twoja ręka? - spytała, żeby ukryć zakłopotanie.

- Chyba dobrze.

- Gdyby cię bolała, obiecaj mi, że przyjdziesz do mnie.

- O ile Gaute Frostesson mi zezwoli.

Zsiedli z koni i ruszyli dostojnikom na spotkanie. Inga pokłoniła się nisko 

młodemu i urodziwemu księciu Øysteinowi, a także towarzyszącym mu duchownym.

- Oczekiwaliśmy cię, Ormundzie Strażniku - odezwał się książę. - Widzę po was, że 

wyprawa nie była łatwa. Ale gdy mój brat coś postanowi, nie ma odwołania. Wprawdzie nie 

background image

wierzę, by Wenedowie próbowali zaatakować w taki mróz, ale oczywiście to wielka ulga 

wiedzieć,   że   wzmocniona   została   obrona   grodu.   Nie   wiedziałem,   że   w   wyprawie 

towarzyszyła ci kobieta?

- To Inga, córka kowala - wyjaśnił Ormund. - Jej ojciec otrzymał śmiertelne rany w 

potyczce z banitami w okolicy Oddevold. Przyrzekłem mu, nim skonał, że zaopiekuję się jego 

córką   i   zadbam   o   to,   by   w   Konghelli   trafiła   do   porządnych   ludzi.   Dziewczyna   pragnie 

zapracować na strawę i kąt i dlatego proszę cię, mój książę, byś przyjął ją na służbę. Ona 

przywykła do pracy i jest bardzo biegła w leczeniu chorób. A ja wraz z moimi wojami mogę 

zaświadczyć, że to najlepsza chrześcijanka.

Głośny pomruk zza pleców Ormunda potwierdził jego słowa.

Książę Øystein popatrzył na Ingę z namysłem.

-   Przemarzłaś,   panienko,   i   jesteś   znużona,   a   mimo   to   twoja   uroda   promienieje 

blaskiem   większym   niż   u   młodych   dam,   które   pielęgnują   swe   ciało   całymi   dniami.   We 

dworze brakuje służby. Ale czy ty, taka delikatna, potrafisz naprawdę pracować? Pokaż swoje 

dłonie, Ingo!

Kiedy dziewczyna zdjęła rękawice, wszyscy, którzy spojrzeli na jej ręce, przerazili się 

nie na żarty.

- Ingo! - zawołał Ormund. - Co się stało?

Dziewczyna spuściła oczy. Jej dłonie, i tak już poczerniałe od pracy w kuźni, teraz 

były spuchnięte i sine aż po nadgarstki.

- Odmroziłam je w nocy podczas burzy śnieżnej, kiedy opatrywałam rannych.

Książę wezwał rycerza ze swej świty i rozkazał mu:

- Poprowadź dziewczynę zaraz do dworu. Zatroszcz się, by przygotowano dla niej 

ciepłą izbę, gorącą strawę i porządną kąpiel. Szybko! A ty, Ormundzie, opowiedz nam o tej 

trudnej wyprawie. Relikwia, mam nadzieję, nie ucierpiała?

Inga   ruszyła   za   wyznaczonym   rycerzem,   nie   zdążywszy   nawet   pożegnać   się   z 

Ormundem.

background image

ROZDZIAŁ XIII

Żona   zarządcy,  władcza  kobieta,  świadoma   swej   pozycji,   popatrzyła  badawczo   na 

Ingę.

- A więc jesteś podopieczną Ormunda Strażnika. Czy oczekujesz z tej racji jakichś 

przywilejów?

-  Nie  - zapewniła   Inga.  - Przywykłam  do  ciężkiej  pracy i  chciałabym   okazać  się 

użyteczna.

- To dobrze. Razem z Signhild usługiwać będziecie damom dworu podczas ich pobytu 

w   Konghelli.   Gdy   wyjadą,   przydzielę   ci   inne   zajęcia.   Jako   podopieczna   tak   dostojnego 

rycerza   nie   możesz   wszak   być   zwykłą   służebną.   Signhild   -   zwróciła   się   do   młodej 

dziewczyny stojącej z boku - zajmij się Ingą, będziecie dzielić izbę. Przygotuj dla niej gorącą 

kąpiel,   nagrzej   łóżko   i   zatroszcz   się   o   to,   by   się   posiliła.   Jutro   przez   cały   dzień   może 

odpoczywać.

Signhild   wyprowadziła   Ingę   do   budynku   przylegającego   do   wielkiej   sali,   Inga   z 

zachwytem dotykała dłonią grubych bali, a jej oczy chłonęły piękne, rzeźbione zdobienia na 

belkach i powale.

- Czy żona zarządcy zawsze jest taka miła? - zapytała Inga.

- O, nie - roześmiała się Signhild. - Gdy widzi źle wykonaną pracę, nie ma litości dla 

służby,   potrafi   czasem   obrzydzić   życie,   ale   nie   jest   zła.   Rycerzy   krzyżowców   darzy 

szczególnym respektem. Jak wszyscy zresztą. Doprawdy, spotkało cię wielkie szczęście, że 

masz tak wspaniałego opiekuna. Tutaj jest nasza izba i twoje łóżko.

Miło gawędząc, Signhild szykowała kąpiel dla Ingi. Ta dorodna, wesoła dziewczyna, 

córka bogatego gospodarza, nie była obdarzona nadzwyczajną mądrością i dość łatwo jej było 

zaimponować. Z otwartą buzią i rozszerzonymi ze zdumienia oczami słuchała opowieści Ingi 

o wyprawie, raz po raz przerywając jej okrzykami wyrażającymi niekłamany podziw. Potem 

zaś wprowadziła Ingę w porządek dnia obowiązujący we dworze.

- Na ogół żyje się tu nam bardzo spokojnie, ale kiedy przybywa król lub książę, mamy 

pełne ręce roboty - mówiła, napełniając wodą wielką drewnianą balię. - A ci dworzanie - 

zachichotała.   -   W   korytarzach   trzeba   się   szybko   przemykać,   bo   tylko   czyhają,   by 

podszczypnąć. Taki jeden...

Zamilkła, a na jej policzkach pojawił się rumieniec.

- Który? - próbowała ośmielić ją Inga.

Signhild, nachyliwszy się, szepnęła Indze do ucha:

background image

- Pokażę ci! Jest taki przystojny, że dech zapiera, i przez cały czas wodzi za mną 

spojrzeniem. Ma na imię Harald.

Włożyła   rękę   do   wody,   żeby   sprawdzić,   czy   nie   jest   za   gorąca.   Inga   posłała   jej 

nieśmiały uśmiech.

-   Ogromnie   się   cieszę,   że   będziemy   razem   mieszkać.   Nigdy   jeszcze   nie   miałam 

przyjaciółki i nawet nie sądziłam, że tak miło gawędzi się z innymi dziewczętami.

- Ja także się cieszę - odpowiedziała Signhild. - Ostatnio mieszkałam z taką jedną... 

strasznie zadzierała nosa, w ogóle nie dało się z nią rozmawiać. Czy naprawdę jesteś sama na 

świecie? Nie miałaś przyjaciół?

- Nie, mam tylko Ormunda.

- E, on jest stary!

Inga popatrzyła na nią zdumiona.

- Widziałaś go kiedyś?

- Nie, ale za to spotkałam parę razy Gaute Frostessona, więc łatwo się domyślić.

Inga zadumała się na moment, ale zaraz roześmiała się głośno.

Długo   rozmawiały   tego   wieczora.   Świece   pogasły   już   we   wszystkich   izbach,   a 

dziewczęta  nadal zwierzały się sobie szeptem ze swych najskrytszych  tajemnic i marzeń. 

Umilkły dopiero, gdy kucharka zapukała do nich przez ścianę.

Następnego ranka Inga obudziła się z bólem gardła. Żona zarządcy zajrzała do niej i 

stwierdziła:

- Masz gorączkę, zresztą trudno się dziwić. Leż spokojnie, Signhild się tobą zajmie.

Koło południa gorączka  się podwyższyła,  a gardło bolało  Ingę tak bardzo, że nie 

mogła przełykać śliny. Signhild, wyraźnie zmartwiona, zapytała z lękiem:

- Może pójdę po Ormunda Strażnika?

-   Nie,   proszę   cię,   nie   rób   tego!   -   gwałtownie   zaprotestowała   Inga.   -   Wyglądam 

okropnie z tą chustką na szyi!

Signhild zdumiała się.

- To co? Przecież to tylko twój opiekun.

Inga jęknęła bezsilnie i zapadła w niespokojny sen. Jak przez mgłę usłyszała męski 

głos. Signhild, przejęta, odpowiadała: „Tak, panie”, „Nie, panie”, a żona zarządcy rzucała 

krótkie uwagi.

Inga spociła się jak mysz, włosy kleiły jej się na skroniach, a nocną koszulę można 

było wykręcać. Spojrzawszy na zapaloną świecę, domyśliła się, że jest już wieczór. W uszach 

jej szumiało i nie słyszała dokładnie, o czym rozmawiają przybyli.

background image

- Ormund - wyszeptała i nagle uświadomiła sobie, że nie pierwszy raz tego wieczoru 

wymawia to unię.

Jakiś cień pochylił się nad jej łóżkiem, a na czole poczuła dłoń opiekuna.

- Gorączka zaczyna  spadać - powiedział  do stojących  w izbie kobiet. - Najgorsze 

minęło.  Zaczyna  się   pocić,  a   to  znaczy,  że   wraca   do  zdrowia.  Zmień   jej   potem   pościel, 

Signhild.

- Tak, panie.

Inga zwilżyła usta językiem i wyszeptała:

- Pić.

Twarz rycerza rozmazywała się Indze przed oczyma.

- Przynieś wody, Signhild - poprosił Ormund, sadowiąc się na brzegu posłania.

Gdy wróciła, pomógł Indze unieść się i podparł jej plecy ramieniem.

- Powoli - uśmiechnął się. - Nie tak dużo naraz, pijesz jak spragnione cielątko!

Opadła z powrotem na poduszkę, a Ormund ostrożnie cofnął rękę. Potem zwrócił się 

do gospodyni:

- Jestem spokojny, bo wiem, że dziewczyna jest pod dobrą opieką. Proszę jednak jutro 

powiadomić mnie, jak się czuje, a w razie gdyby coś się zmieniło, wezwać natychmiast.

Inga pragnęła zawołać, by nie odchodził, ale zabrakło jej sił by wydobyć głos. Żona 

zarządcy odprowadziła gościa do drzwi, zapewniając, że zrobi wszystko co w jej mocy.

Ledwie zniknęli za drzwiami, Signhild nachyliła się nad łóżkiem Ingi.

- To był Ormund Strażnik? - wyszeptała, a Indze zdawało się, że widzi błysk w jej 

oku. - Och, Ingo, Ingo! - Mieć takiego opiekuna! Cóż to za mężczyzna!

Inga uśmiechnęła się blado.

- A twój Harald? - zachrypiała, a gardło jeszcze mocniej ją zabolało.

- E, to szczeniak - pogardliwie prychnęła dziewczyna.

Inga zadomowiła się we dworze. Kiedy wyzdrowiała, z zapałem i radością podjęła 

pracę.   Dobrze   pracowało   jej   się   razem   z   rówieśnikami,   powoli   blakły   wspomnienia   z 

dzieciństwa w nędznej chałupie w Borg, a i tęsknota za rodzicami w jej sercu trochę ucichła. 

Dłonie dziewczyny straciły szarawy odcień, zniknęły z nich też ślady po odmrożeniach, choć 

nie stały się białe i delikatne jak niegdyś.

Wielu   dworzan   z   książęcej   świty   posyłało   Indze   zalotne   spojrzenia,   ale   Signhild 

nauczyła  przyjaciółkę, jak się bronić przed zaczepkami  mężczyzn.  Inga albo odcinała się 

żartobliwie,   albo   niewinnie   spuszczała   oczy,   udając,   że   nie   rozumie,   co   do   niej   mówią. 

Signhild i Inga bardzo się ze sobą zaprzyjaźniły. Za plecami wojów wymyślały różne żarciki i 

background image

dworowały   sobie   z   nich,   zaśmiewając   się   do   rozpuku,   czasami   podsłuchiwały   z   galerii 

obradujących w sali na dole najwyższych dostojników.

Inga nie spotykała Ormunda, ale wiele wskazywało na to, że czuwa nad nią z daleka. 

Tylko w dni świąteczne podczas mszy widywała go razem z pozostałymi krzyżowcami u wrót 

kaplicy bądź przy ołtarzu. Zawsze uprzejmie się jej kłaniał, ale nigdy nie rozmawiali.

Zima   miała   się   ku   końcowi.   Słońce   przygrzewało   coraz   mocniej   i   na 

wzgórzach wokół grodu powoli topniał śnieg. Sikorki bogatki zwiastowały nadejście 

wiosny. Książę Øystein odjechał wraz ze świtą i we dworze ucichło. Inga przywykła do 

nowego domu  i czułaby się wspaniale, gdyby nie dwoje ludzi. Najbardziej  dokuczała  jej 

dworka o imieniu Asta, która pod nieobecność żony zarządcy pilnowała, by służebne nie 

ociągały   się   z   pracą.   W   stosunku   do   Ingi   zachowywała   się   wyjątkowo   złośliwie   i   nie 

przepuściła żadnej okazji, by jej dokuczyć. Szydziła z pochodzenia dziewczyny i wyśmiewała 

się, że Ormund  Strażnik zgodził  się przejąć nad nią opiekę tylko  dlatego, że go do tego 

przymuszono. Jakby tego było za mało, nie szczędziła zjadliwych uwag na temat wyglądu 

Ingi.

Drugą   osobą   był   dziwny   rycerz   z   bliskiego   otoczenia   zarządcy.   Inga   odnosiła 

wrażenie, że ów mężczyzna nieustannie ją śledzi. Gdziekolwiek się ruszyła, wciąż czuła na 

sobie jego wzrok.

Poza tą dwójką wszyscy bardzo ją lubili, począwszy od żony zarządcy, na czeladzi 

kuchennej i pachołkach skończywszy.  Jeden młodzian nadskakiwał Indze ze szczególnym 

zapałem.   Pomagał   jej   nosić   drewno   lub   wodę,   a   gdy   przędła   wełnę,   siadał   na   progu   i 

próbował zagadywać. Ponieważ był bardzo miły, czasami z nim rozmawiała. Bardzo zważała, 

by nie czynić mu żadnych nadziei, mimo to jednak widziała w jego oczach coraz większe 

uwielbienie. Dlatego też któregoś popołudnia poprosiła o wolną chwilę i ruszyła w stronę 

kaplicy.

background image

ROZDZIAŁ XIV

Pod dębami na zamkowym wzgórzu zakwitły na niebiesko pierwsze wiosenne kwiaty. 

Inga szła z gołą głową, a rozpuszczone jasne włosy, skręcające się w długie loki, opadały jej 

na plecy. Po długiej zimowej przerwie ruszyła na nowo budowa zamku i z daleka już rozlegał 

się odgłos siekier. Przy bramie dziewczynę zatrzymał dzierżący straż rycerz.

- Stój! Dokąd to, panienko?

- Chcę się zobaczyć z Ormundem Strażnikiem.

- Tylko pod warunkiem, że przychodzisz w ważnej sprawie. Gaute Frostesson nie 

pozwala bywać tu niewiastom.

- Jestem podopieczną Ormunda. Mój opiekun przykazał mi się zgłosić, gdybym miała 

kłopoty.

Strażnik po krótkim namyśle wpuścił ją do środka. Inga udała się wprost do kaplicy, 

wokół której wyrastały mury nowego kościoła. Natknęła się na kolejnego strażnika, a kiedy 

powtórzyła mu swą prośbę, obiecał, że przyprowadzi Ormunda. W kaplicy było chłodno i 

cicho. Inga przeszła środkiem przed sam ołtarz. Zachwycona pięknym wystrojem kaplicy, 

uklękła, po czym pochyliła głowę w cichej modlitwie.

Wstała, usłyszawszy odgłos kroków. Ormund Strażnik wydał jej się wyższy i dużo 

szczuplejszy, niż go zapamiętała. Odruchowo pokłoniła mu się.

- Chciałaś ze mną mówić? - zapytał cicho.

- Tak. Gdzie możemy porozmawiać?

Odwrócił się i skierował do wyjścia, a Inga ruszyła za nim. Wydał jej się taki surowy i 

wyniosły, wprost trudno jej było sobie wyobrazić, że to ten sam człowiek siedział na brzegu 

łóżka, kiedy była chora. Chyba tylko zwidziało jej się to w gorączce... Czy na pewno on 

przytulał ją w czasie śnieżnej zamieci? Uśmiechał się i żartował, jadąc obok niej na koniu?

Ten   człowiek   przypominał   bardziej   rycerza,   który,   jak   twierdziła   Asta,   pod 

przymusem podjął się opieki nad biedną córką kowala. Inga czuła, jak opuszcza ją odwaga. 

Nie chciała obarczać Ormunda swymi zmartwieniami.

Zatrzymali się w miejscu, skąd rozpościerał się widok na gród i okolice aż po ujście 

rzeki Gautelven.

- I co? - zagadnął Ormund. - Dobrze ci w domu zarządcy?

- Tak, nawet bardzo.

- Z tego, co słyszałem, sprawujesz się znakomicie.

Inga zarumieniła się uszczęśliwiona.

background image

- Co cię w takim razie dręczy?

- Chodzi o dwie sprawy, które może wydadzą ci się błahe, ale dla mnie są bardzo 

ważne. Pewien mężczyzna...

Ormund zesztywniał.

- Tak?

- Młody woj, który jest na służbie u zarządcy, powiedział... powiedział, że odwiedzi 

cię jutro, żeby...

- Żeby prosić o twą rękę - dokończył Ormund.

Inga pokiwała głową, a potem słowa popłynęły strumieniem z jej ust.

- Wiem, że sprawiam ci kłopot, że przeze mnie nie możesz w pełni poświęcić się 

służbie Bogu, ale, drogi Ormundzie, proszę cię, poczekaj jeszcze trochę! Nie chcę poślubić 

tego młodziana. Być może pod wieloma względami byłby dobrym kandydatem, ale tak cię 

proszę, czy wytrzymasz jeszcze trochę ze mną?

Cień   uśmiechu   przemknął   po   twarzy   rycerza   i   w   tej   krótkiej   chwili   przypomniał 

dziewczynie Ormunda, jakiego zapamiętała.

-   Czy   myślisz,   że   będzie   cię   można   tak   łatwo   zdobyć?   Sądzisz,   że   oddam   cię 

pierwszemu lepszemu po to, by się ciebie pozbyć?  To tak, jak bym nie dotrzymał  słowa 

danego twojemu ojcu. Jeśli chcesz wiedzieć, odmówiłem już siedmiu kandydatom starającym 

się o ciebie, wśród nich co najmniej dwóch było wysoko urodzonych. Powiedz jednak, czy 

ktoś podoba ci się szczególnie, a wówczas przyjrzę mu się dokładniej.

Inga   patrzyła   na   Ormunda   w   najwyższym   zdumieniu,   jakby   widziała   go   po   raz 

pierwszy.

- Ci wszyscy mężczyźni  kręcili się tu i zakłócali ci spokój? Przeszkadzali w twej 

świętej misji? To ty chyba mnie nienawidzisz!

Potrząsnął powoli głową.

- Nienawiść i miłość to uczucia, które muszę wyrzucić ze swych myśli i ze swego 

serca.   Ale   nie   odpowiedziałaś   na   moje   pytanie.   Czy   poznałaś   kogoś,   za   kogo   chętnie 

wyszłabyś za mąż? Twój ojciec bardzo pragnął, byś była szczęśliwa.

Inga cofnęła się o krok i przez długą chwilę w milczeniu patrzyła w stronę grodu.

- Nie - odrzekła w końcu.

- Dlaczego nie odpowiedziałaś od razu? Pewnie jednak o kimś myślałaś?

- Nie, Ormundzie - westchnęła ciężko dziewczyna. - Poślubię tego, którego dla mnie 

wybierzesz. Ale czy będę szczęśliwa... Nie... nie sądzę!

Stali przez chwilę w milczeniu.

background image

- A o czym jeszcze chciałaś ze mną mówić? - zapytał rycerz, starając się przybrać 

lżejszy ton.

Wyprostowała się z uśmiechem.

- Och, rzeczywiście. Ale to taka przyziemna sprawa, że pewnie będziesz na mnie zły. 

Zostałyśmy z Signhild zaproszone na ucztę, która odbędzie się za dwa tygodnie na cześć króla 

Sigurda Krzyżowca. Mamy założyć najładniejsze suknie, a ja nie mam nic stosownego na 

taką uroczystość. Nie śmiałam nikomu o tym powiedzieć, postanowiłam poradzić się ciebie. 

Może mój ojciec zostawił ci jakieś pieniądze albo coś cennego... - dodała niepewna.

- Tak - skłamał Ormund. - Dostaniesz, oczywiście, nową suknię. Chodź, przejdziemy 

się do portu! Akurat zawinął tam statek z Holandii.

- Ale... Masz na to czas?

Uśmiechnął się uspokajająco i ruszył w dół. Inga odetchnęła z wyraźną ulgą.

- Bardzo się martwiłam o strój na ucztę. W tak krótkim czasie nie zdążyłabym utkać 

sobie materiału, ale jeżeli możemy kupić... Och, Ormundzie, jeszcze nigdy nie kupowałam 

nic dla siebie. Zawsze wszystko robiliśmy sami.

Roześmiał się, rozbawiony jej podnieceniem.

Teraz już nie wydawał się taki obcy i nieprzystępny,  dlatego też odważyła  się go 

zapytać po drodze:

- Znasz, Ormundzie, dworkę Astę?

- Nie, nie sądzę. Dlaczego pytasz?

- Dziwne, bo rozpowiada takie rzeczy, jakbyś jej się zwierzał, na przykład że jestem ci 

ciężarem i opieki nade mną podjąłeś się pod przymusem.

Zatrzymał się gwałtownie.

- Co ty mówisz? - zapytał  ze złością. - Tak nisko mnie  oceniasz? Myślisz,  że za 

twoimi plecami rozgłaszam takie rzeczy? Domyślam się teraz jednak, o kim mówisz. Przed 

kilkoma tygodniami odwiedziła mnie jakaś młoda kobieta z dworu i skarżyła się na ciebie. 

Twierdziła,   że   uganiasz   się   za   wojami   i   zachowujesz   się  nieprzystojnie.   Oczywiście,   nie 

dałem wiary jej słowom, bo przecież dobrze cię znam. Nie, Ingo! Czy nie potrafisz rozpoznać 

zazdrości?

- Mówiła z taką pogardą o moim ojcu - szepnęła Inga ze wzrokiem utkwionym w 

ziemię.   -  Nazwała  go  prostakiem.  A  ja  zawsze   sądziłam,  że   zajęcie   kowala  jest  wysoko 

cenione.

- Bo jest! Nie słuchaj jej!

- Wiem, że nie powinnam, ale to takie nieprzyjemne. Ciągle wyśmiewa się z moich 

background image

sukien, z mojego wyglądu...

-   Akurat   na   temat   twej   urody   mogłaby   sobie   zaoszczędzić   uwag   -   odpowiedział 

Ormund. - Ta dziewczyna pewnie nie może znieść, że wszyscy cię lubią. Czy chcesz, bym 

poprosił, żeby ją usunięto z dworu?

- Ależ nie! - zawołała Inga przerażona. - Nie rób tego! Teraz, kiedy zrozumiałam 

powody jej zachowania, jest mi jej jedynie żal. Tak mi wstyd, że się skarżyłam, Ormundzie. 

Zapomnij o wszystkim, bardzo cię proszę.

- Czasem dobrze jest zwierzyć się komuś z tego, co człowieka boli. Prosiłem, żebyś 

przychodziła do mnie, ilekroć będziesz miała zmartwienia. Przecież moim obowiązkiem jest 

ci pomagać!

Gród tętnił życiem. Inga cieszyła się, że może iść obok Ormunda. Dotychczas nie 

wychodziła  poza dwór, bo nie było  jej wolno. Przypuszczała, że to Ormund wydał takie 

polecenie, bo inne służebne wychodziły same.

- Ormundzie, tak się cieszę, że mogę znów być razem z tobą - odezwała się z radością 

w głosie. - Tak bardzo za tobą tęskniłam, często próbowałam uchwycić twe spojrzenie w 

kaplicy, ale ty nigdy nie patrzysz w moją stronę! Miałam wielką nadzieję, że odwiedzisz mnie 

kiedyś w domu zarządcy. Nawet chciałam, żeby rana na twojej ręce nie zagoiła się dobrze, 

byle cię zobaczyć.

- Ingo, uważaj, co mówisz! - przerwał jej ostro. - Nie wolno ci rozmawiać ze mną w 

taki sposób.

- Och, wybacz mi - szepnęła skruszona i spuściła wzrok. - Wybacz, nie miałam nic 

złego na myśli. Opowiedz mi lepiej o wyprawie do Ziemi Świętej. Bardzo lubiłam słuchać 

wspomnień ojca, to było już tak dawno.

- Innym razem - odpowiedział surowo.

Choć starał się zachować obojętność, poznawała po głosie, jak bardzo był wzburzony.

Kiedy jednak doszli do portu i uderzył ich w nozdrza zapach smoły i wodorostów, 

uśmiechnął się i poprosił, by puściła w niepamięć jego słowa.

Zaczął też opowiadać o wyprawie krzyżowej, a jego opowieść - opowieść rycerza - 

różniła się od opowieści kowala.

Inga słuchała chciwie, ale w końcu nie zdołała powstrzymać ciekawości i zapytała:

- Czy spotkałeś tam wiele kobiet? Były piękne?

- Widziałem naprawdę wiele pięknych  kobiet, ale nie wzbudzały mego pożądania. 

Właściwie   nie  miałem  najmniejszego   kłopotu  z zachowaniem   ślubu czystości,  zanim....   - 

zamilkł raptownie. - O, tu jest statek z Holandii.

background image

Ale   Inga   nie   zamierzała   pozwolić,   by   Ormund   wywinął   się   tak   łatwo.   Bardzo 

ciekawiła ją jego przeszłość.

- Wydaje mi się, że wiesz wiele o kobietach.

- Przeciwnie - roześmiał się. - Za każdym razem czuję się w twoim towarzystwie 

jednakowo bezradny. Ale cóż, kobiety stanowią dla mnie zamkniętą księgę. I niech tak już 

pozostanie.

Inga uznała, że to bardzo smutne.

Rozumiała jednak, że zdecydował się pójść za swoim powołaniem, i za nic w świecie 

nie stanęłaby na drodze, którą podążał.

background image

ROZDZIAŁ XV

Kupiec   powitał   ich   uprzejmie   i   poprowadził   na   dół   do   kajuty.   Usta   mu   się   nie 

zamykały, mówił kilkoma językami na zmianę, pokazując im bele materiałów tak pięknych, 

że Indze zaparło dech w piersiach.

-   Wolałabym   coś   skromnego,   Ormundzie   -  odezwała   się  w   obawie,   że   ojciec   nie 

zostawił zbyt wiele pieniędzy.

- Tak, lepiej, żeby tkanina nie była zbyt ozdobna i nie przyćmiła twojej urody - odparł 

Ormund. - Co sądzisz o tej?

Przyłożył do jej twarzy bladobłękitny len, a Inga patrzyła z zachwytem, jak pięknie 

tkanina się układa.

- Wyśmienicie! - zawołał kupiec. - Co za uroda! Gdzie znaleźliście, panie, taką lilię?

Ormund zmarszczył brwi, a Inga wyjaśniła pośpiesznie:

- To mój opiekun!

Zdumiony Holender rzekł:

- Och, wybaczcie mi, proszę, pomyłkę, ale wydawało mi się, że wyjątkowo dobrana z 

was para.

- Ormundzie - szepnęła Inga. - Podoba mi się ta tkanina, czy jednak nie jest zbyt 

droga?

- O nic się nie martw - uspokoił ją rycerz i szybko dobił targu z gadatliwym kupcem.

Kiedy opuszczali pokład statku, Inga była szczęśliwa jak nigdy dotąd.

- Suknię uszyję sobie już sama. Och, Ormundzie, jak pięknie będę wyglądać!

Opiekun bez słowa poprowadził ją do szewca i zamówił lekkie eleganckie trzewiki, 

które miały być gotowe w ciągu kilku dni.

A gdy już wszystko załatwili i ruszyli dalej, zdziwiona Inga spytała:

- Dokąd idziemy? Ta droga przecież nie prowadzi do dworu.

- Mam dla ciebie coś, co już dawno zamierzałem ci podarować, ale całkiem o tym 

zapomniałem.

Zaskoczona,   poszła   za   nim.   Minęli   kaplicę   i   skierowali   się   do   chaty,   w   której 

mieszkali krzyżowcy. Ormund poprosił, by poczekała na zewnątrz, po chwili jednak wychylił 

się zza drzwi i dał znak, by weszła do środka.

- Nikogo nie ma - powiedział po cichu. - Tylko zachowuj się jak myszka, bo jeśli 

Gaute cię tu zobaczy, znowu mi się dostanie.

Przemknęli się do jego izby i zamknęli drzwi.

background image

- Tutaj mieszkasz? - zapytała Inga, rozglądając się z niedowierzaniem.

- Tak.

Zadrżała.   Cela,   pozbawiona   okien,   miała   jeden   zasłonięty   derką   otwór   w   suficie. 

Panowała w niej wilgoć i chłód. Na klepisku stało tylko łoże i drewniany kufer.

-   Och,   Ormundzie   -   odezwała   się   Inga   ze   współczuciem.   -   Co   mogę   dla   ciebie 

uczynić? Tu nie jest ci dobrze.

- Takie życie wybrałem - odparł krótko.

Otworzył kufer i wyjął przepiękny, bogato zdobiony pas.

- Proszę, Ingo, jest twój. Kupiłem go w Hiszpanii, w drodze do Ziemi Świętej. Ma 

ozdoby   ze   szczerego   złota.   Myślałem,   że   kiedyś   podaruję   go   swej   wybrance,   ale   potem 

złożyłem śluby zakonne. Jesteś jedyną osobą, której pragnąłbym go ofiarować.

Inga, oniemiała ze wzruszenia, przyjęła prezent, a Ormund pomógł jej go zapiąć w 

talii, choć dłonie mu drżały.

- Dzięki, Ormundzie - wyszeptała po chwili dziewczyna i zarzuciwszy rycerzowi ręce 

na   szyję,   przytuliła   twarz   do   jego   policzka.   -   Piękniejszego   daru   nigdy   jeszcze   nie 

otrzymałam, i to nie tylko dlatego, że jest taki drogocenny.

Rycerz zastygł w bezruchu, tylko jego palce zadrżały tuż przy jej ramionach. Inga 

usłyszała dziwny, zduszony jęk wydobywający się z gardła Ormunda. Potem odepchnął jej 

ręce   i  zakrywszy   dłońmi   twarz,  odwrócił  się  tyłem.   Słychać  było   jedynie   jego  nierówny 

oddech.

- Znów cię czeka post? - zapytała szczerze zrozpaczona.

Ormund, już trochę uspokojony, z udaną wesołością odparł:

- Nie, nie sądzę, przecież nie uległem pokusie. Ale, droga Ingo, przyznaję, niełatwo 

okiełznać twój gwałtowny temperament.

Dziewczyna zdjęła pas i trzymając go w dłoni, westchnęła zachwycona:

-   Nigdy   jeszcze   nie   widziałam   czegoś   równie   pięknego.   I   jak   wspaniale   będzie 

pasował do błękitnej sukni!

- Dlatego właśnie wybrałem tę tkaninę, ale poczekaj! Mam coś jeszcze.

Gdy z kufra wydobył kolejne dwie rzeczy, Indze zaparło dech.

Pierwsza na pierwszy rzut oka nie wyglądała nadzwyczajnie, była to po prostu szpulka 

nici. Ale Ormund powiedział:

- Te nici połyskujące złotem kupiłem także w Hiszpanii. Przyjmiesz ode mnie radę?

- Oczywiście.

- Wyhaftuj jakiś delikatny wzór wokół dekoltu, przy rękawach i u dołu sukni. I nic 

background image

więcej, bo byłoby za dużo ozdób. Mam rację?

-   Tak.   Nie   uznaję   kobiet,   które   obwieszają   się   klejnotami,   żeby   pokazać   swe 

bogactwo.

Ale mimo to nie spuszczała wzroku z tego, co trzymał w drugiej dłoni.

- Słusznie - orzekł Ormund. - Najwyraźniej mamy podobne gusta. Ale pelerynę mieć 

musisz. To z Rzymu, została uszyta z tkaniny zwanej aksamitem. Dotknij, jaka jest miękka. 

Szafirowa barwa będzie pasowała zarówno do sukni, jak i do twoich oczu. I popatrz! Jest 

haftowana w złote gwiazdy.

-   Jak   wiosenne   niebo   wieczorową   porą   -   zachwyciła   się   Inga   i   z   namaszczeniem 

pogładziła piękną tkaninę.

- Przymierz, czy nie jest za długa! Ale najlepiej załóż ją sama.

Uśmiechnęli się do siebie ze zrozumieniem. Inga zrazu bała się poruszyć i żałowała 

tylko,   że   nie   może   przejrzeć   się   w   zwierciadle.   Ale   potem   obróciła   się   parę   razy   przed 

Ormundem.

- Pasuje? - zapytała.

Nie odpowiedział, więc popatrzyła na niego zdziwiona. A gdy dostrzegła cierpienie w 

jego oczach, bez słowa zdjęła i złożyła starannie pelerynę.

- Tak, pasuje - odburknął wreszcie Ormund. - A teraz wracaj już do siebie. Nie mam 

czasu cię odprowadzić, już i tak z twojego powodu zaniedbałem obowiązki.

Jego   głos   brzmiał   surowo   i   nieprzyjaźnie.   Inga,   zdumiona   zmiennością   nastrojów 

opiekuna, ze smutkiem spuściła wzrok.

- Żałujesz, że podarowałeś mi te rzeczy? - zapytała nieśmiało. - Są bardzo cenne i 

właściwie zbyt piękne jak dla mnie...

- Nie opowiadaj głupstw! - wybuchnął. - Nikt inny, prócz ciebie, by ich nie dostał. Ale 

idź już, za chwilę wróci Gaute. Z czego się śmiejesz?

-   Dziwi   mnie,   że   ty,   który   wzbudzasz   powszechny   respekt,   tak   się   boisz   tego 

Frostessona.

- Ten człowiek dzierży potężną władzę - tłumaczył się Ormund. - A ja chciałbym 

okazać się godnym zaufania krzyżowcem. Ale chyba masz rację - dodał. - Przy nim czuję się 

jak pacholę lękające się ciemności Pośpiesz się już!

W drzwiach Inga odwróciła się raz jeszcze:

- Dziękuję, Ormundzie, z daleka.

Jego niski śmiech napełnił ją ciepłem i brzmiał jej w uszach przez całą drogę do domu.

background image

ROZDZIAŁ XVI

Tylko  Signhild  pokazała  Inga swe nowe szaty,  ale  ta  musiała  przysiąc,  że będzie 

milczeć jak grób. Inga jak każda niewiasta pragnęła zaskoczyć wszystkich w ten uroczysty 

dzień,  przekonana,   że  żadna  inna  nie  będzie   miała   równie  pięknej  sukni.  Signhild  wciąż 

gładziła aksamitną pelerynę i podpytywała przyjaciółkę, jak daleko posunęła się z szyciem. 

Inga wykorzystywała  każdą  wolną chwilę,  ale  czasu  nie miała  aż tak  wiele,  jakby sobie 

życzyła,  ponieważ wszyscy mieszkańcy grodu czynili  gorliwe starania, by godnie przyjąć 

króla Sigurda i jego świtę. Żona zarządcy z wypiekami na twarzy poganiała służbę, pilnując, 

by każdy kąt lśnił czystością. W kuchni gromadzono nieprawdopodobne ilości jadła.

Na domiar złego w samym środku przygotowań gospodyni zaniemogła. Pielęgnacja 

chorej   spadła   oczywiście   na   Ingę,   bo   zawsze   wołano   właśnie   ją,   gdy   ktoś   potrzebował 

pomocy. Dziewczyna nie miała więc prawie wolnej chwili dla siebie i z lękiem patrzyła, jak 

wolno przybywa haftu.

Któregoś dnia, gdy siedziała w swej izbie i ozdabiała suknię, niechcący podsłuchała 

rozmowę   młodego   woja,   który   wcześniej   tak   zabiegał   o   jej   względy,   z   dworką   Astą. 

Usadowili się oboje na ławce pod oknem Ingi i wygrzewali się na słońcu, podczas gdy inni 

zażywali poobiedniego odpoczynku.

- No, jak poszło? - zapytała Asta. - Pewnie usłyszałeś „nie”, tak jak wszyscy?

- Rzeczywiście - westchnął. - Ale też tego się spodziewałem.

-   Ormund   Strażnik   stawia   wielkie   wymagania   kandydatom   na   jej   męża.   Niełatwo 

spełnić takie warunki. Gdyby o tym wiedziała, jeszcze wyżej zadzierałaby nosa.

- O, nieprawda - zaprzeczył młodzieniec. - Nie bądź złośliwa. Inga nigdy nie zadziera 

nosa. Ale nie ukrywam, że trudno mi pojąć intencje Ormunda. Odnoszę wrażenie, że wcale 

nie ma ochoty wydać jej za mąż.

- Teraz to ty jesteś głupi! Nie rozumiesz, że on czeka właśnie na tę ucztę? Przybędą 

najwyżsi rangą dostojnicy, doradcy króla. Wybierze dla niej na męża kogoś, dzięki komu sam 

także zyska lepszą pozycję. Możesz mi wierzyć, wiem, co mówię. Wszyscy ludzie dążą do 

tego samego, chodzi im o to, żeby się wybić.

- Każdy sądzi po sobie - mruknął młodzieniec.

Asta udała, że tego nie słyszy.

- Signhild jest dziwnie tajemnicza - mruknęła pod nosem. - Powiedziała tylko, że Inga 

będzie najpiękniejsza na balu i że dostała od Ormunda nowe szaty.

- To znaczy, że rzeczywiście chce ją wydać za mąż.

background image

-   Tak.   Chyba   zrozumiałe,   że   pragnie   się   jej   już   wreszcie   pozbyć,   a   przy   okazji 

skorzystać na tym.

Inga nie przejęła się pełnymi  goryczy i jadu słowami Asty. Miała w głowie tylko 

jedno: Ormund będzie na balu!

Pochyliwszy się nad suknią, haftowała z jeszcze większym zapałem.

Kilka dni przed przybyciem króla Sigurda miało miejsce nieprzyjemne zdarzenie. W 

królewskiej sypialni odkryto pogański znak wróżący nieszczęście. A jeszcze tego samego 

wieczoru  podobne znaki  dostrzeżono  w  kilku  innych  miejscach.  Wieść  o tym  dotarła  do 

Ormunda, który pośpieszył do dworu sprawdzić, czy Indze nic złego się nie stało.

Wstrzymał konia, napotkawszy po drodze Astę, i zapytał, czy wie coś więcej o tym, co 

wydarzyło się we dworze.

- Nie - odparła dworka, kłaniając się. - Ale spytaj, panie, swą podopieczną, zapewne 

lepiej się w tym orientuje.

Odeszła,   kołysząc   biodrami.   Łudziła   się   widać,   że   dostojny   rycerz   odprowadzi   ją 

spojrzeniem. Ormund tymczasem ruszył naprzód z jeszcze większym niepokojem w sercu.

Inga jak zwykle w sobotę urządziła sobie kąpiel. Siedziała właśnie w drewnianej balii 

przy palenisku, gdy ku swemu przerażeniu za drzwiami izby usłyszała kroki i głos Ormunda.

W pośpiechu wyskoczyła z balii i narzuciła na siebie wełnianą pelerynę.

Rozległo się pukanie do drzwi.

- Proszę! - zawołała.

Rycerz   wyczuł   w   jej   głosie   zdenerwowanie.   Kiedy   ujrzał   ją   przy   oknie,   stanął 

niepewny.   Dziewczyna,   ściskając   kurczowo   brzegi   peleryny,   którą   się   szczelnie   okryła, 

wpatrywała się w opiekuna z przestrachem w oczach.

- Wychodzisz gdzieś? - zapytał.

Pokręciła głową.

- A może skądś wracasz?

Znów zaprzeczyła.

Ormund podszedł bliżej.

- Co to? Czyżbyś coś ukrywała pod peleryną?

- Nie, skądże - odpowiedziała Inga zgodnie z prawdą.

Jego głos zabrzmiał surowiej:

-   Przybyłem   tu,   żeby   sprawdzić,   czy   poganie   także   ciebie   nie   zatrwożyli   swymi 

znakami. Przelękłaś się?

- Nie, wcale nie.

background image

Przez chwilę wpatrywał się w nią bezradnie.

- Wiesz coś o tym, Ingo?

- Nie - odpowiedziała, ledwie powstrzymując się od płaczu. - Proszę cię, Ormundzie, 

odejdź. Teraz nic tu po tobie.

Rycerz   pobladł   jak  ściana,   przypomniawszy   sobie   nagle   słowa   Asty.   Niemożliwe, 

żeby jego Inga była zamieszana w coś takiego, chyba nie... Zachowuje się jednak dziwnie...

- Ingo? - niemal krzyknął. - Dlaczego coś przede mną ukrywasz? Czy to ty...

- Puść mnie, Ormundzie - błagała zdesperowana. - To boli.

Ale on jej nie słuchał.

- Ingo! Co ukrywasz pod peleryną? Odpowiedz!

Pokręciła tylko głową, śmiertelnie przerażona gniewem w jego oczach.

Ogarnęła  go ślepa  wściekłość  na myśl,  że dziewczyna,  której  ufał  jak nikomu  na 

świecie,   mogłaby   go   zawieść.   Szarpnął   ją   za   ramię   i   wcisnąwszy  rękę   pod   jej   pelerynę, 

nieoczekiwanie dotknął ciepłej nagiej skóry.

Dreszcz przeszedł mu po całym ciele.

Gwałtownie cofnął dłoń. Przez chwilę stał jak skamieniały, wreszcie odwrócił się na 

pięcie. Dopiero teraz zauważył przy palenisku balię wypełnioną wodą i mokre ślady stóp na 

podłodze.

- Ingo, wybacz mi! - zawołał z rozpaczą i wybiegł z izby.

Ale gdy galopował konno w stronę kaplicy, prześladowało go spojrzenie jej oczu, dłoń 

zaś paliła, jakby dotykał rozżarzonego żelaza.

Inga także nie mogła się uspokoić. Właściwie powinna mieć żal do Ormunda za jego 

podejrzliwość,   ale   wcale   o   tym   nie   myślała.   Czuła   natomiast   ciągle   dotyk   jego   dłoni   i 

przypomniawszy sobie jego wzburzenie, uśmiechnęła się z kobiecą przekorą.

Tej  nocy oboje długo leżeli,  nie mogąc  zmrużyć  oka, a ich myśli  krzyżowały się 

gdzieś pomiędzy chatą rycerzy a dworem.

background image

ROZDZIAŁ XVII

Sigurd   Krzyżowiec   przybył   nocą.   Uczta   miała   odbyć   się   nazajutrz.   Władcy 

towarzyszyła małżonka, królowa Malmfrid, i liczna św

ita. Dla służby we dworze nastały 

bardzo   pracowite   dni.   Żona   zarządcy   wzdychała   ciężko,   starając   się   sprostać 

wymaganiom króla, który lubił przepych, i wyznała nawet w przypływie szczerości, 

że księciu Øysteinowi usługiwało się znacznie łatwiej. W jej słowach kryło się wiele 

racji.

Królowa, piękna cudzoziemka o ciemnych włosach, nie wyglądała na szczęśliwą. W 

kuchni   szeptano   nawet,   że   bardzo   kocha   męża,   ale   on   wydaje   się   być   w   jej   obecności 

rozdrażniony. Najwyraźniej zawiodła go, nie wydając na świat oczekiwanego potomka. Na 

domiar złego nie znała norweskiego i trudno im było się porozumieć. Wszyscy z dezaprobatą 

przyjmowali zachowanie króla. Bardzo się zmienił i nie przypominał już owego pobożnego 

młodzieńca, który wyruszył bronić Jerozolimy przed poganami.

W dniu, w którym miała się odbyć uczta, dziewczęta szybciej uporały się ze swymi 

obowiązkami   i   pobiegły   się   przebrać.   Tego   wieczoru   nie   musiały   usługiwać   gościom. 

Signhild była córką zamożnego gospodarza, a Inga podopieczną Ormunda, obie więc uznano 

za osoby godne zasiąść przy stole. Wprawdzie na samym końcu, ale jednak...

Pełne   zapału   oddały   się   przygotowaniom.   Inga   włożyła   suknię,   którą   zdążyła 

wykończyć dosłownie w ostatniej chwili. Potem zapięła zdobiony złotem pas i narzuciła na 

ramiona aksamitną pelerynę, starając się nie zasłonić haftu przy szyi.

Zachwycona Signhild ze łzami w oczach klasnęła w dłonie.

- Wyglądasz  prześlicznie  - szepnęła  bez  tchu. - Nie  będzie  piękniejszej  od ciebie 

panny! Ten twój opiekun musi być dobrym człowiekiem.

- Ormund? - roześmiała się Inga.

Signhild przyjrzała jej się bacznie.

- Ilekroć wypowiadasz jego imię, twoje oczy lśnią dziwnym blaskiem. Chyba się w 

nim nie zakochałaś?

- Ja? Nie, skądże - zaprzeczyła pośpiesznie Inga.

- To dobrze, bo inaczej sama siebie byś unieszczęśliwiła. Nie można go dostać! Często 

przyglądam   mu   się   podczas   mszy   w   kaplicy.   Serce   mi   bije   mocniej   na   jego   widok,   ale 

równocześnie sprawia wrażenie takiego zimnego i surowego, jakby nic nie czuł. Że też masz 

odwagę z nim rozmawiać! Właściwie jak to z nim jest? Czy to mnich?

Inga zadumała się.

background image

- Niezupełnie. Ale w Jerozolimie ślubował zachować czystość i godnie strzec drewna 

Świętego   Krzyża.   Przysiągł   też   dowieźć   relikwię   do   naszego   kraju.   Gaute   Frostesson 

utrzymuje, że nikt nigdy nie zwolni krzyżowców z przysięgi złożonej przy grobie Chrystusa. 

Ormund   wspominał   mi   kiedyś,   że   pomagają   królowi   zbierać   dziesięcinę   na   Kościół... 

Signhild, jak pięknie wyglądasz! Przyznaj się, wystroiłaś się dla Haralda?

- E tam - wzruszyła ramionami Signhild. - Poprosił mnie, żebym z nim zatańczyła 

wieczorem, a wtedy wiesz... Będzie trzymał mnie w ramionach i, och...

Inga roześmiała się, rozbawiona zapałem przyjaciółki.

- Idźmy już, jeśli jesteś gotowa!

Wnet otoczyli je rówieśnicy i całą gromadą udali się na biesiadę. W wielkiej sali pod 

ścianami ustawiono stoły, przy których zasiedli rycerze z królewskiej świty według godności i 

urodzenia. Indze i jej przyjaciołom przypadły mniej poczesne miejsca przy końcu stołu.

Inga jeszcze nigdy w życiu nie była na uczcie. Płonęła z ciekawości. Wyglądała tak 

pięknie, że wszyscy wokół prześcigali  się w komplementach,  tylko  Asta zacisnęła  usta i 

milczała.

Inga, uszczęśliwiona, rozglądała się, szukając wzrokiem Ormunda. Miejsca w drugim 

końcu stołu, obok królewskiego tronu, ziały pustką.

Prowadzono   głośne   rozmowy,   ale   wśród   ogólnej   wrzawy   wyczuwało   się   nastrój 

oczekiwania. Wnoszono pełne misy jadła. Inga ogarnęła spojrzeniem wielką salę. Zawieszone 

na ścianach makaty i rzeźbione belki dopiero w blasku pochodni i płomieni tańczących w 

paleniskach przedstawiały się w całej swej krasie. Przybyli goście ubrani byli w swe najlepsze 

stroje. Inga przyglądała się z zachwytem dostojnym damom, na których lśniło złoto i srebro, 

ale  była  przekonana,  że  jej  strój  jest  najpiękniejszy.  Nie do końca zdawała  sobie  jednak 

sprawę,   jak   doskonale   podkreślał   jej   urodę.   Długie   jasne   loki   odcinały   się   ostro   na   tle 

szafirowego aksamitu, a wyraziste błękitne oczy, płonące oczekiwaniem, lśniły jak gwiazdy 

na pelerynie. Dostojni goście z końca sali jeszcze jej nie zauważyli, ale siedzący nieopodal 

wojowie czuli ucisk w gardle, ilekroć na nią spojrzeli.

Nagle sala ucichła. Oczom wszystkich zebranych ukazał się zarządca, który dał znak, 

by goście powstali. Zaszurały ławy, zaszeleściły suknie kobiet i wszyscy odwrócili się w 

stronę drzwi.

Do sali wkroczył Sigurd Krzyżowiec ze swą piękną małżonką u boku. Zgromadzeni 

pochylili   się   w   głębokich   ukłonach,   a   król,   skinąwszy   łaskawie,   zasiadł   na   poczesnym 

miejscu.   Za   nim   postępowała   świta.   Inga   drgnęła,   ujrzawszy   tuż   za   królem   pięciu 

krzyżowców   z   Gaute   Frostessonem   i   Ormundem.   Gdy   patrzyła   na   najstarszego   wiekiem 

background image

rycerza   o   zdradzającym   fanatyzm   spojrzeniu,   przeszył   ją   dreszcz.   Pod   zniszczonymi 

pelerynami rycerze nosili barwne kaftany. Ormund przyodziany był w kaftan z lekko złoconej 

skóry z turkusowymi zdobieniami i spodnie o barwie turkusu, wetknięte w wysokie buty. Jego 

twarz   o   wyostrzonych   rysach,   okolona   jasnymi   włosami,   zdawała   się   być   pozbawiona 

wyrazu.

Za   krzyżowcami   kroczyli   namiestnicy   i   inni   dostojnicy   z   małżonkami,   a   orszak 

zamykał zarządca z żoną. Gdy wszyscy zasiedli przy stole, napełniono kielichy winem.

Znów  zapanował  gwar rozmów.  Młodzi  w  końcu stołu rozprawiali  wesoło.  Nagle 

ucichli   gwałtownie,   widząc   zbliżającego   się   Ormunda   Strażnika,   który,   skinąwszy   w   ich 

stronę, zwrócił się do Ingi:

- Ingo, przesiądziesz się! Król Sigurd pragnie cię poznać.

Zakłopotana dziewczyna  podniosła się ze swego miejsca i podążyła  za opiekunem 

przez wielką salę. Zdawało jej się, że wszystkie oczy zwrócone są na nich. Damy bacznie 

lustrowały jej suknię, a także wyniosłą sylwetkę Ormunda, mężczyźni zaś patrzyli tylko na 

dziewczynę. Inga ukłoniła się nisko królowi i dostojnikom.

Znów, tak jak niegdyś w Borg, zdumiała się, jak bardzo król jest młody. Liczył sobie 

zaledwie dwadzieścia jeden zim, a tyle zdążył już przeżyć.

Sigurd popatrzył na nią z zaciekawieniem.

-   A   więc   to   jest   ta   róża,   o   której   wszyscy   w   Konghelli   tyle   opowiadają?   Wiele 

słyszałem   o   twej   odwadze   podczas   wyprawy,   wiem   także,   że   dobrze   się   tu   sprawujesz. 

Mieszkańcy   dworu   korzystają   z   twych   uzdrawiających   balsamów,   a   i   ludzie   z   grodu 

przychodzą do ciebie po pomoc. Dobrze znałem twego ojca i cieszę się, że mogę poznać jego 

córkę. Nie jestem zawiedziony.

Inga dygnęła.

- Dzięki, królu, za dobre słowo. Mój ojciec zawsze mówił o Waszej Wysokości z 

największym szacunkiem i podziwem.

-   Miło   mi   to   słyszeć.   Usiądź,   proszę,   obok   swego   dostojnego   opiekuna,   który 

dopilnuje,   by   niczego   ci   nie   brakowało.   Tak,   Gaute   -   zwrócił   się   do   wyraźnie 

niezadowolonego krzyżowca. - To dziewczę może siedzieć obok was. Ona oddała ogromne 

przysługi moim wojom i zasłużyła na poczesne miejsce przy stole.

Inga poczuła dreszcz, siadając pomiędzy Ormundem a kapelanem, którego widywała 

jedynie podczas mszy. Nałożyła sobie mięsiwa z półmiska, który podsunął jej Ormund. Jadła 

ostrożnie w obawie, by nie zabrudzić swych odświętnych szat.

Inni   nie   przejmowali   się   zbytnio   dobrymi   manierami,   wokół   rozlegało   się   głośne 

background image

mlaskanie i siorbanie. Ormund podał Indze serwetę do wytarcia z tłuszczu palców i napełnił 

winem jej kielich.

- Trochę się boję - szepnęła Inga nieco stropiona. - Nigdy jeszcze nie piłam wina.

- Musisz spełnić toast, jeśli król go wzniesie, ale poza tym raczej bądź ostrożna.

Inga   posłuchała   jego   rady,   jednak   inni   ucztujący   nie   byli   aż   tak   wstrzemięźliwi. 

Wprawdzie   wina   nie   podawano   w   dużych   ilościach,   ale   piwo   lało   się   strumieniami. 

Podchmieleni mężczyźni rozprawiali głośno. Inga kątem oka dostrzegła, że król, raz za razem 

wychylając kielich, rozprawia o czymś z Frostessonem, a ich spojrzenia co chwila wędrują w 

jej kierunku. Ormund także to zauważył i choć na pozór nadal rozmawiał swobodnie ze swą 

podopieczną, dziewczyna zauważyła w jego oczach błysk niepokoju.

- Ormundzie, dlaczego król tak na nas patrzy? - wyszeptała.

- Nie wiem - odparł. - Ale obawiam się, że nie zapowiada to niczego dobrego. Co 

prawda nie sądzę, by odważył się w obecności królowej...

- Co takiego?

- Nic, nie przejmuj się. Coś się jednak święci i wcale mi się to nie podoba.

Wnet wszystko się wyjaśniło. Król Sigurd z pucharem w dłoni wstał i wyraźnie już 

podochocony, zawołał do zgromadzonych w sali biesiadników:

- Wierni poddani! Wszyscy kawalerowie obecni na tej sali! Popatrzcie na ten rzadki 

kwiat,   tę   rzadką   lilię.   Jej   opiekun,   Ormund   Strażnik,   odda   ją   za   żonę   temu,   kto   spełni 

wszystkie postawione przez niego warunki. A nie są one łatwe. Z tego co wiem, ubiegać się o 

rękę   dziewczyny   może   się   tylko   wysoko   urodzony,   majętny,   dobry   chrześcijanin,   silny, 

przystojny, mądry i odważny. Jestem pewien, że wśród was znajdzie się wielu odpowiednich 

kawalerów. Dlatego też, by sprawić uciechę moim gościom, ogłaszam turniej! Za chwilę na 

placu pod grodem zmierzą się kandydaci do ręki dziewczyny. Popatrzcie na nią, piękniejszej 

nie ma w całej Norwegii! Jeśli by ktoś się obawiał o jej wiano, to mogę go zapewnić, że 

otrzyma ode mnie posag godny księżniczki.

Ormund   i   Inga,   jednakowo   zaskoczeni   pomysłem   władcy,   wpatrywali   się   weń   z 

niedowierzaniem.

- Ależ królu! - zawołał Ormund. - Inga jest jeszcze dzieckiem!

- Ile masz lat? - zapytał Sigurd Ingę.

- Na jesieni skończę dziewiętnaście.

- I ty nazywasz  ją dzieckiem,  Ormundzie?  Większość kobiet  wychodzi  za mąż  w 

wieku lat szesnastu, a bywa, że i wcześniej. Nierzadko już pięcioletnie dzieci są zaręczone.

-   Ale   z   Ingą   jest   inaczej.   Erling   Edmundsson   błagał   mnie,   bym   poczekał,   aż 

background image

dziewczyna sama zyska pewność, kogo chce poślubić. Pragnął, by jego córka była szczęśliwa.

- Ech, miłość! - przerwał mu król, machając lekceważąco ręką. - Cóż jest warta bez 

pozycji i bogactwa?

-   Wielmożny   panie   -   ośmieliła   się   wtrącić   żona   zarządcy.   -   Wydaje   mi   się,   że 

uczynilibyście   dziewczynie   niesprawiedliwość,   gdybyście   ją   oddali   za   żonę   człowiekowi, 

którego nigdy wcześniej nie widziała na oczy.

- To się poznają! Taka jest moja wola! Chcę, by tu dziś było wesoło, bo do tej pory 

umierałem z nudów. Zresztą Gaute wyraził zgodę.

Obecni na sali mężczyźni przyjęli słowa władcy z aplauzem. Rycerze lubili turnieje.

- W takim razie - pobladły na twarzy Ormund nie dawał za wygraną - w takim razie 

proszę, królu, byś zezwolił, abym i ja mógł uczestniczyć  w zawodach. Nie jako zalotnik, 

oczywiście, ale po to, by dać dziewczynie jeszcze trochę czasu.

-   Wspaniale!   -   zawołał   Sigurd.   -   Słyszeliście?   Zapowiada   się   doskonała   zabawa! 

Ormund Strażnik, jako opiekun dziewczyny, staje przeciwko kandydatom do jej ręki. Jeśli 

wygra, nikt jej nie dostanie. Zgadzasz się na to, Ormundzie?

- Tak - potwierdził rycerz cicho, lecz zdecydowanie.

- A ty, Ingo córko Erlinga?

Inga ukradkiem chwyciła opiekuna za rękę, a ten uścisnął ją lekko.

- Zgadzam się - odpowiedziała.

- Dobrze! A teraz biesiadujmy dalej, drodzy goście!

Inga nie była w stanie wmusić w siebie ani kęsa wspaniałego jadła, którym zastawiono 

stoły. Siedziała obok opiekuna blada, rozglądając się po sali. Przechwyciła spojrzenia wielu 

przystojnych rycerzy, ale ona nie chciała żadnego z nich.

Twarz Ormunda była nieprzenikniona.

- Co teraz będzie, Ormundzie? - spytała z lękiem.

- Dam z siebie wszystko, Ingo. Nie należę do słabeuszy,  ale spośród tu obecnych 

wielu dorównuje mi siłą. Trochę jestem wycieńczony ostatnimi postami. Podejrzewam, że 

pomysł turnieju podsunął królowi Gaute. On od początku sprzeciwiał się temu, bym podjął się 

opieki nad tobą.

Inga skierowała wzrok na przełożonego zakonu krzyżowców, ale napotkawszy jego 

nieprzejednane spojrzenie, utwierdziła się w przekonaniu, że rad będzie się jej jak najszybciej 

pozbyć.

Nieoczekiwanie jednak siedzący obok kapelan uśmiechnął się do Ingi dobrodusznie, 

jakby chciał w ten sposób okazać dziewczynie przychylność. Pokręciwszy głową, odezwał się 

background image

z przyganą w głosie:

-   Gaute   wypacza   naukę   Chrystusa.   Pochłonęła   go   bez   reszty   idea   zakonu,   który 

założył,   i   jest   zupełnie   zaślepiony.   A   przecież   Bóg   to   miłosierny   ojciec,   który   wybacza 

ludziom   słabości,   nie   nam   więc   osądzać   i   karać.   Czy   Ormund,   zobowiązując   się   być   ci 

opiekunem,   zaniedbał   obowiązki   rycerza   krzyżowca?   Nie!   Ale   Gautemu   jesteś   wyraźnie 

zawadą, moje dziecko. A i król nie postąpił jak dobry chrześcijanin. Małżeństwo ustanawia 

Bóg, a nie ślepy los.

- Dzięki ci, ojcze, za dobre słowo - odezwała się cicho Inga.

- Często widywałem cię w kaplicy, dziecko. - Kapelan poklepał ją po dłoni. - Wiem, 

że twoja wiara jest silna. Zobaczysz, że jeszcze wszystko może się odmienić. A jeśli nie, to 

pamiętaj, że zawsze znajdziesz oparcie w Chrystusie.

Inga pokiwała głową z wdzięcznością i zapatrzyła się gdzieś w przestrzeń.

- Spróbuj się uśmiechnąć, wyglądasz, jakbyś za chwilę miała oddać głowę katu - rzekł 

zaniepokojony Ormund.

- Czyżby było  inaczej?  - zapytała  z ironią. - Nie pojmuję, dlaczego  rycerze  mają 

toczyć zawody właśnie o mnie? Przecież na sali znajduje się mnóstwo urodziwych panien, 

wysoko urodzonych i majętnych...

-   Nie   udawaj   naiwnej   -   rzucił   oschle   Ormund.   -   Chcesz   pewnie,   żeby   ci   prawić 

komplementy?

- To nieprawda - zaprzeczyła gwałtownie.

Ormund uśmiechnął się.

-   Nie   przejmuj   się   za   wcześnie.   Postaraj   się   raczej   wykrzesać   z   siebie   trochę 

optymizmu!

background image

ROZDZIAŁ XVIII

Słońce chyliło się powoli ku zachodowi, ale w ten ciepły wieczór majowy nikt nie 

czuł chłodu. Na placu w pobliżu grodu zgromadziły się tłumy, by przyjrzeć się zmaganiom 

jedenastu śmiałków, którzy starali się o rękę pięknej Ingi. Siedmiu kandydatów  jednak z 

różnych powodów odrzucono już na wstępie. Jeden, jak się okazało, był żonaty, ale sądził, że 

uda mu się to zataić, inni okazali się zbyt leciwi. Ostatecznie pozostało czterech konkurentów 

i ci mieli zmierzyć się z Ormundem Strażnikiem. Zdawali sobie sprawę, że czeka ich niełatwe 

zadanie, bo znana im była zręczność opiekuna Ingi, ale mieli nadzieję okazać się godnymi 

jego przeciwnikami.

Inga   wra

z   z   Signhild   i   żoną   zarządcy   przyglądały   się   ze   wzgórza 

przygotowaniom do turnieju i jego uczestnikom. Najbliżej stał Vidar, niewysoki, 

krępy, ale silny jak tur. Pochodził z Trøndelag i był jednym z høvdingów Sigurda. 

Trudno ocenić człowieka,  widząc go po  raz pierwszy na oczy,  ale Inga zupełnie nie 

potrafiła sobie wyobrazić, że mogłaby pokochać tego mężczyznę. Potem przeniosła wzrok na 

zbliżającego się wolnym krokiem Olafa z Konghelli. Olaf niósł łuk, bo, jak ustalono, zawody 

miały się rozpocząć od strzelania do tarczy. Inga znała Olafa z widzenia. Był chyba najstarszy 

z czwórki śmiałków, miał  długą ciemną  brodę i krzaczaste brwi. Wiele  mówiono  o jego 

mądrości i dobroci serca. U boku tego mężczyzny czekałoby dziewczynę spokojne życie, tyle 

że ona nie o tym marzyła.

Natomiast następnego konkurenta do swej ręki, Guttorma, Inga po prostu nie lubiła. 

Był   tak   strasznie   zadufany   w   sobie!   Zbierało   jej   się   na   mdłości,   ilekroć   słuchała   jego 

przechwałek, i nie mogła pojąć, czemu w tym właśnie młodym kawalerze król Sigurd pokłada 

wielkie nadzieje.

Wreszcie Håkon, najlepiej wyćwiczony w całym Viken, najgroźniejszy chyba 

przeciwnik Ormunda. Miał ciemne włosy, zaciętą twarz i wzbudzał w Indze strach.

Któryś z tej czwórki zostanie moim mężem, jeśli... pomyślała ze zgrozą i pośpiesznie 

zbiegła ze wzgórza do Ormunda, który właśnie napinał łuk. Opiekun, unikając jej spojrzenia, 

odezwał się surowo:

- Ingo, wracaj na swoje miejsce! Nie wolno ci tu przybiegać podczas turnieju!

- Ormundzie, chcę cię spytać tylko o jedno.

- Słucham, ale mów szybko! - powiedział, opuszczając łuk.

Inga, trochę zrażona jego oschłością, nerwowo wyjąkała:

- Asta... wiesz, ta dworka, rozpowiadała wszystkim, że niecierpliwie oczekujesz tego 

background image

wieczoru, bo chcesz jak najprędzej wydać mnie za mąż. Czy to prawda?

Grymas niecierpliwości wykrzywił twarz Ormunda.

-   Doprawdy   jesteś   niemądra!   Czemu   ciągle   dajesz   wiarę   złośliwej   gadaninie   tej 

dziewki? Czy nie zauważyłaś, że robię, co mogę, byś zyskała jeszcze trochę na czasie?

- Wybacz! To prawda - szepnęła Inga i odeszła ze zwieszoną głową.

- Ingo! - zawołał za nią Ormund.

Zawróciła uszczęśliwiona.

- A może wolałabyś, żebym nie brał udziału w turnieju? - spytał.

Nie potrzebował odpowiedzi, wyraz zatrwożonych oczu dziewczyny nie pozostawiał 

cienia wątpliwości.

Trochę spokojniejsza wróciła na swoje miejsce, do Signhild i żony zarządcy, które, tak 

samo jak ona, wierzyły gorąco, że Ormund odniesie zwycięstwo.

-   Bo   nie   mam   ochoty   stracić   takiej   zdolnej   i   pracowitej   dworki   -   powiedziała   z 

uśmiechem żona zarządcy. - Chętnie zatrzymam cię przynajmniej jeszcze na kilka lat, Ingo.

- Co do mnie, to w ogóle nie mam ochoty wychodzić za mąż - odrzekła Inga ze 

smutkiem. - Jeśli już to uczynię, to tylko po to, by zwolnić Ormunda z obowiązku.

- Och - roześmiała się chlebodawczyni. - Ani się obejrzysz, a zakochasz się po uszy w 

jakimś młodzieńcu. Wtedy zobaczysz, jak ci będzie spieszno do ołtarza.

Inga   uśmiechnęła   się   ze   smutkiem   i   odeszła   na   bok,   by   lepiej   widzieć   zmagania 

rycerzy.

- Inga chyba już spotkała mężczyznę swojego życia - odezwała się cicho Signhild. - I 

na tym właśnie polega jej nieszczęście.

- Ormund? - zapytała cicho żona zarządcy.

Signhild skinęła głową.

- Biedna dziewczyna. A on?

- Zimny jak ryba.

- Oj, nie byłabym tego taka pewna, nie byłabym - westchnęła cicho żona zarządcy. - 

Te jego surowe posty pozwalają się niejednego domyślać. Przy tym nie przejawia zbytniej 

gorliwości, by znaleźć Indze męża. Nic dziwnego, że podczas biesiady tak pobladł.

Signhild zrobiła wielkie oczy.

- Sądzisz, pani... że zrobili coś niewłaściwego?

- Nie, broń Boże - wyszeptała przerażona chlebodawczyni - Ormund nigdy by do tego 

nie dopuścił. Przypuszczam raczej, że on sam nie do końca uświadamia sobie, dlaczego nie 

chce   wydać   Ingi   za   mąż.   Z   pewnością   uważa,   że   kieruje   się   jedynie   dobrem   swej 

background image

podopiecznej, nic poza tym.

Signhild popatrzyła na Ormunda, pochylonego nad łukiem.

- Jest taki chłodny, jakby pozbawiony uczuć. Czy Inga kiedyś go zdobędzie?

- Nigdy! Przysięga, którą złożył, jest święta i Kościół, a raczej Gaute Frostesson, nie 

zechce  Ormunda  z niej  zwolnić.  Zresztą  on sam gotów jest do największych  wyrzeczeń, 

byleby należeć do zakonu Strażników Krzyża.

Zabrzmiał   sygnał   rogu   i   zawodnicy   zajęli   wyznaczone   miejsca.   Wśród 

zgromadzonego tłumu przeszedł pomruk oczekiwania. Ustalono, że zostaną rozegrane cztery 

konkurencje, po każdej odpadnie ten z rycerzy, który okaże się najgorszy. Na koniec zostanie 

więc tylko jeden, najlepszy z najlepszych.

Zaczęto od strzelania z łuku. Pierwsza strzała ze świstem pomknęła w stronę tarczy. 

Inga c

zuła się okropnie, najchętniej by uciekła. Gdy Håkon wypuścił strzałę, a wśród 

publiczności rozległo się głośne „och...”, Inga pomyślała, że chybił. Sama bała się 

nawet   spojrzeć;   kiedy   Ormund   napiął   cięciwę,   wstrzymała   oddech   i   zacisnęła 

mocno   powieki   Słyszała,   jak   strzała   przecina   powietrze,   a   gdy   wbiła   się   w   tarczę, 

dziewczynie zdawało się, że trafiła ją w samo serce. Otworzyła oczy i odetchnęła, Ormund 

posłał jej uspokajające spojrzenie, ale Inga bez trudu zauważyła, że i on jest zdenerwowany. 

Podszedł do niej, kiedy ogłaszano wyniki.

- Na razie jeszcze nie odpadłem, Ingo. Póki co - próbował podtrzymać ją na duchu.

- Ormundzie, nie mogę się temu dłużej przyglądać - odezwała się żałosnym głosem. - 

Czuję się okropnie.

- Musisz, Ingo. Jeśli odejdziesz, król Sigurd wpadnie w złość. Ale powiedz szczerze, 

czy rzeczywiście nie chcesz poślubić żadnego z tych rycerzy?

Odwróciła głowę w stronę czterech śmiałków i pokręciła gwałtownie głową.

- Nie, nie! A już najmniej tego pięknisia, który ciągle się przechwala. Błagam cię, 

Ormundzie, nie pozwól mu wygrać!

- Nie wygra - zapewnił.

- Dlaczego to dla mnie robisz? - zapytała cicho. - Dlaczego jesteś dla mnie taki miły i 

dobry?

- Przecież już ci mówiłem! Poza tym nie chciałbym cię oglądać w ramionach tego 

zarozumiałego Guttorma.

-   Wiesz   co,   Ormundzie   -   powiedziała   Inga   z   błyszczącymi   oczami.   -   Jesteś 

najwspanialszym mężczyzną ze wszystkich obecnych tu dzisiaj. Masz taki piękny strój!

- Ingo - przerwał jej gwałtownie. - Dlaczego mówisz mi takie rzeczy? Wiesz równie 

background image

dobrze jak ja, że jest tu wielu urodziwszych ode mnie rycerzy.

- Dla mnie nie istnieje nikt poza tobą - wyznała.

- Chyba się zapominasz!

Popatrzyła na niego z rozpaczą i zapytała żałośnie:

- Dlaczego jesteś taki zły, Ormundzie? Czy córka nie ma prawa podziwiać swego 

ojca? Czy podopiecznej nie wolno sądzić, że jej opiekun wspaniale wygląda?

Patrzył na nią długą chwilę, usiłując odzyskać równowagę. Potem potrząsnął głową i z 

lekkim uśmiechem westchnął:

- Co ja mam z tobą zrobić, dziewczyno?

Po czym odwrócił się i ruszył do pozostałych zawodników.

Olaf, brodaty dobroduszny rycerz z Konghelli, trafił najdalej od środka tarczy i opuścił 

plac, na którym toczył się turniej.

Jednego mniej, odetchnęła Inga, ale i tak o trzech za dużo.

Na sygnał rogu rycerze dosiedli koni i pojechali nad rzekę na linię startu. Mieli się 

ścigać   wzdłuż   brzegu   aż   do   wyznaczonego   punktu   na   polu,   na   którym   zgromadzili   się 

mieszkańcy   grodu.  Inga   odprowadzała   wzrokiem   Ormunda.   Jego   jasne   włosy  błyszczały, 

rozświetlone   zachodzącym   słońcem,   a   z   ramion   zwisała   mu   peleryna   krzyżowca,   która 

wzbudzała szacunek patrzących. Ale oto minął ją Guttorm z uśmiechem zwycięzcy na ustach, 

najwyraźniej przekonany, że Inga byłaby przeszczęśliwa, gdyby wygrał. To prawda, że jest 

przystojny, pomyślała dziewczyna, ale...

Kolejny sygnał rogu obwieścił początek wyścigu.

Zgromadzony   tłum   wypatrywał   zawodników.   Wreszcie   w   oddali   ukazał   się   mały 

punkt wyraźnie wyprzedzający trzy pozostałe. Gdy podjechali bliżej, Inga z ulgą rozpoznała 

żółtawą koszulę. Tak, Ormund był świetnym jeźdźcem, wiedziała o tym doskonale, ale mimo 

to   zaskoczyło   ją,   że   zyskał   taką   przewagę.   Signhild   stała   obok   Haralda   i   podskakiwała, 

wykrzykując głośno imię Ormunda. Inga chętnie by się do niej przyłączyła, ale pomyślała, że 

to nie wypada. Jednak gdy minął linię mety, nie wytrzymała i podbiegła do opiekuna.

Wstrzymał konia i zdyszany popatrzył na nią z góry.

- Udało nam się - zawołał i zmierzwił jej żartobliwie włosy. Zaraz jednak wyprostował 

się w siodle i odjechał.

Nikt nie przypuszczał, że ta

k świetnie wyćwiczony rycerz jak Håkon odpadnie 

po drugiej zaledwie konkurencji, jednak okazało się, że przybył na metę ostatni. 

Większość   widzów   nie   przywiązywała   wagi   do   nagrody,   jaką   przewidziano   dla 

zwycięzcy, dla nich liczyły się głównie emocje, jakich dostarczał im turniej, i obstawiali 

background image

swoich faworytów.

Inga   nie   kryła,   kto   jest   jej   faworytem.   Nawet   król   Sigurd   rzucił   jej   kąśliwie 

upomnienie, że nie powinna być stronnicza, bo przez nią turniej traci napięcie. Bogiem a 

prawdą wcale nie rozumiała, dlaczego. No cóż, może dla kandydatów do jej ręki nie było 

szczególnie   przyjemne,   że   nie   pali   się   do   małżeństwa,   ale   czego   właściwie   oczekiwali? 

Pomysł króla uznała za niemądry i pociechą jej było, że przynajmniej jeden człowiek spośród 

obecnych podziela jej zdanie.

background image

ROZDZIAŁ XIX

Jeszcze dwóch, pomyślała Inga, czując, jak ze zdenerwowania pocą jej się dłonie, a 

serce tłucze się w piersi. Ormund musi zwyciężyć! Po prostu musi!

Nagle   jednak   zaszło   coś   nieoczekiwanego.   Z   daleka   Inga   dostrzegła   ogromne 

poruszenie   wśród   tłumu   i   usłyszała   gniewne   okrzyki.   Szybko   wybiegła   naprzeciw 

nadchodzącemu właśnie Ormundowi.

- Co się stało?

- Guttorm oszukiwał - wyjaśnił krótko. - Ktoś widział go tuż przed wyścigiem przy 

koniu Vidara, a akurat w chwili, gdy Vidar mijał metę, pękła uprząż, Jak się okazało, była 

nadcięta.

- Czy to znaczy, że Guttorm zostanie wyłączony z turnieju?

- Tak - potwierdził Ormund. - Pozostanie tylko Vidar.

- Nie ukrywam, że mi ulżyło - rzekła Inga. - Tak strasznie się bałam, że Guttorm 

wygra.

- A Vidar?

- Czy muszę powtórzyć jeszcze raz to, co ci już tyle razy mówiłam, żebyś wreszcie 

zrozumiał?

Uśmiechnął się.

- Nie, nie musisz. Chcesz wiedzieć, dlaczego tak naprawdę nie chcę cię jeszcze wydać 

za mąż?

- O, tak - ożywiła się Inga.

- Bo musiałabyś wówczas nosić włosy upięte i schowane pod czepcem i nigdy już nie 

zobaczyłbym ich rozpuszczonych.

- Ale przecież jako mój opiekun... - odezwała się niepewnie.

Pokręcił głową, a gdy mówił, w jego oczach pojawił się smutek:

- Nie, Ingo. Kiedy wyjdziesz za mąż, urwie się między nami wszelki kontakt. Wtedy 

należeć będziesz do swego męża, stanę się dla ciebie obcy.

Zamilkli   oboje,   Inga   nie   miała   odwagi   popatrzeć   na   Ormunda,   ale   czuła,   że   on 

przygląda   się   jej   badawczo.   Zaraz   jednak   odwrócił   się   i   odszedł,   gdyż   usłyszał,   że   go 

wzywają.

Jednak w połowie drogi zawrócił gwałtownie i cofnął się do Ingi, żeby zostawić u niej 

swą pelerynę.

- Proszę, potrzymaj! Przeszkadzałaby mi. Będziemy rzucać włócznią.

background image

Dziewczyna chwyciła pelerynę, jakby była ze złota, i wyszeptała:

- Ormundzie, nie zniosę tego dłużej!

- Sam się boję. Vidar jest bardzo silny i na pewno potrafi rzucić daleko włócznią. Ale 

uczynię co w mojej mocy... dla twych włosów, Ingo!

I znów zabrzmiał róg.

Inga patrzyła za swym opiekunem, przyciskając mocno do piersi jego okrycie. Gdyby 

ktoś teraz przyjrzał się jej uważnie, nie miałby cienia wątpliwości co do uczuć dziewczyny. 

Na   szczęście   Inga   w   porę   opanowała   się   i   przybrała   obojętny   wyraz   twarzy,   by   się   nie 

zdradzić.

- Twój opiekun walczy z wielką desperacją - szepnął jej ktoś do ucha.

Inga odwróciła się gwałtownie i ujrzała Astę, która uśmiechała się szyderczo.

-   Nie   podoba   mi   się   ten   turniej   -   powiedziała   Inga   zakłopotana.   -   Czuję   się... 

upokorzona.

- O, przeciwnie - odezwała się kwaśno Asta. - Powinnaś być dumna. Ale może cenisz 

u mężczyzn bardziej coś innego niż tężyznę fizyczną?

- Najważniejsza jest dla mnie dobroć i szlachetność - odpowiedziała Inga. - Nie wierzę 

zbytnio w szczerość uczuć tych śmiałków, którzy zobaczyli mnie dziś po raz pierwszy.

- Nie, ale król obiecał ci przecież duży posag - odrzekła złośliwie Asta. - A może 

czujesz się zawiedziona? Może sądziłaś, że sam król zechce się o ciebie starać?

- Asto! - wybuchnęła Inga. - Jak możesz tak mówić? Przecież król ma żonę, zresztą 

nie jego...

Przerażona zasłoniła dłonią usta.

Asta miała minę kota, który właśnie złowił mysz.

- W końcu to z ciebie wyciągnęłam - wycedziła. - No, proszę.

Na placu turniejowym tymczasem toczyły się ostatnie zmagania.

Pierwszy   miał   rzucać   włócznią   Vidar.   Długo   się   skupiał,   ale   w   chwili,   gdy   Inga 

zakończyła rozmowę z Astą, włócznia wzleciała wysoko i upadla daleko, daleko w trawie.

Ormund nie zdoła go pokonać, zaniepokoiła się Inga. Przyjdzie mi wyjechać 

do Trøndelag i spędzić resztę życia u boku obcego mężczyzny, do którego nic nie 

czuję. Czy ja w ogóle coś dla niego znaczę? Czy mu się podobam? A może kusi go duży 

posag?

Spróbowała sobie wyobrazić, jak będzie wyglądało jej życie w bogatej zagrodzie na 

Północy - mąż, który oczekuje, że będzie mu powolna i urodzi mu potomków. O, nie!

Zrozpaczona   zacisnęła   powieki,   starając   się   skupić   całą   swoją   wolę   i   dodać   sił 

background image

Ormundowi,   by  rzucił   jak   najdalej.   Nie   wytrzymała   jednak   i   niepewnie   zerknęła   w   jego 

kierunku.

Z   twarzą   jakby   wykutą   w   kamieniu   ważył   włócznię   w   dłoni.   Obok   stał   Vidar   i 

uśmiechał się lekko.

Przecież ja w ogóle dla Vidara się nie liczę! pomyślała ze zgrozą. Jeśli przegra, bez 

cienia żalu znajdzie sobie inną.

- Tym  razem mi się nie udało - usłyszała  za plecami  cichy głos Guttorma. - Ale 

jeszcze się zobaczymy.

O, nie! żachnęła się w duchu Inga. Nawet jeśli byś przychodził prosić pięćdziesiąt razy 

o moją rękę, to i tak nie masz żadnych szans.

Wreszcie Ormund uniósł włócznię i cisnął ją z ogromną siłą w stronę miejsca, gdzie 

nadal   wbita   w   ziemię   tkwiła   włócznia   Vidara.   Inga   przez   chwilę   zapomniała   niemal 

oddychać. Z miejsca, w którym stała, trudno było ocenić, kto rzucił dalej. Ormund i Vidar 

ramię   w   ramię   ruszyli   przez   pole   w   stronę   mężczyzn,   którzy   mierzyli   odległości.   Inga 

zamarła. Nagle spostrzegła, że Vidar ze złością wbił w ziemię włócznię, którą mu podano, i 

już wiedziała, kto zwyciężył. Signhild podbiegła do niej uradowana i objęte zakręciły się w 

kółko z radości. Inga rozpromieniła się.

Ormundowi   zgotowano   wielką   owację.   Król   Sigurd   ująwszy   Ingę   za   rękę, 

poprowadził   ją   do   opiekuna   i   oznajmił   mu,   że   jeszcze   się   będzie   musiał   trochę   z   nią 

pomęczyć. Ta perspektywa nie przerażała widać Ormunda, bo, choć zmęczony, z uśmiechem 

spojrzał na Ingę.

- I co? - zapytał. - Zadowolona?

-   Ormundzie...   chciałabym   podziękować   w   taki   sposób,   który   uważam   za 

najwłaściwszy, tak jak dziękowałam ci za złoty pas. Szkoda, że nie mogę tego uczynić.

- Rzeczywiście, nie możesz - odrzekł z nagłą powagą. - Ale zapamiętam twoje słowa.

Kiedy   oddawała   mu   pelerynę,   popatrzyła   na   jego   szerokie   barki   i   wąskie   biodra. 

Właściwie   po   raz   pierwszy  zobaczyła,   jaki   jest   zgrabny.   Szeroki   pas,   który   otaczał   jego 

biodra,   wykonany   był   z   miedzi.   Pięknie   grawerowany,   pochodził   najpewniej   z   jakiegoś 

dalekiego kraju. Ormund dostrzegł pełne podziwu spojrzenie Ingi, uśmiechnął się szeroko i 

objął ją.

- Chyba już czas, bym udał się do kaplicy. Rycerze, którzy pełnią tam straż, pewnie z 

przyjemnością wezmą udział w dzisiejszym święcie. Pójdę ich zmienić.

- A ja pójdę do swej izby trochę odpocząć - odpowiedziała Inga. - Ten turniej bardzo 

mnie zmęczył.

background image

-   Doskonale   cię   rozumiem   -   rzekł   Ormund   z   uśmiechem,   ale   jego   głos   brzmiał 

poważnie.

- Potem jednak obiecałam Signhild przyjść na tańce. Och, Ormundzie, taka jestem 

ciekawa, nigdy jeszcze nie byłam na tańcach. Chyba będzie mi wolno?

- Oczywiście. Baw się dobrze. Ten wieczór należy do ciebie.

- Tak, Ormundzie  - szepnęła. - Dzięki tobie jest tak niezwykły.  Chociaż  niewiele 

brakowało, a skończyłby się fatalnie.

- Wieczór jeszcze trwa - rzucił Ormund.

background image

ROZDZIAŁ XX

Późnym wieczorem, kiedy księżyc wyłonił się zza horyzontu i na szerokiej łące nad 

rzeką zapłonęły ogniska, zaintonowano znaną wszystkim pieśń o Sigurdzie. Młodzi poderwali 

się i utworzyli wielkie koło, wspólnie powtarzając słowa refrenu.

Inga, która zdążyła już ochłonąć po przeżytych emocjach, włączyła się do zabawy. 

Szybko  nauczyła  się prostych  kroków: dwa w prawo, cztery w lewo. I tak w radosnych 

pląsach upływały godziny.

Tańczono raz szybciej, raz wolniej w zależności od charakteru pieśni. Od czasu do 

czasu ktoś odchodził ugasić pragnienie, ale zaraz przybywali nowi tancerze.

Zwykle tańczono w sali, tego jednak wieczoru zebrało się tylu gości, że sala by ich nie 

pomieściła. W pewnym momencie podszedł do Ingi elegancko odziany młodzieniec, którego 

dziewczyna widziała po raz pierwszy, chwycił ją za rękę i później już jej nie odstępował. Z 

początku tylko się do niej uśmiechał, ale wreszcie odważył się zagadnąć. Mówił uprzejmie i 

zajmująco o tańcach i o pięknym wieczorze. Był Szwedem, nazywał się Torbjörn Eriksson i, 

jak mówił, dopiero co przybył do miasta.

Chwała Bogu, pomyślała Inga, przynajmniej nie był świadkiem tego upokarzającego 

turnieju. Szwed, który, jak się okazało, był kupcem i przypłynął jednym ze swych statków, 

wiele   opowiadał   o   podróżach   po   całym   świecie.   Indze   miło   się   z   nim   gawędziło,   obyty 

młodzieniec bez trudu potrafił się wznieść ponad obowiązujące konwenanse i nawet Inga, 

dziewczę wychowane tak surowo, czuła się w jego obecności swobodnie i naturalnie.

Nagle Inga zauważyła na pobliskim wzgórzu Ormunda razem z królem Sigurdem i 

innymi dostojnikami. Przeprosiła Torbjörna Erikssona i podeszła do opiekuna.

- Ormundzie, chodź nad rzekę, tak świetnie się bawimy!

Roześmiał się, widząc jej ożywienie.

- Nie, taniec to nie dla mnie. Wolę popatrzeć, jak ty się bawisz. Kim jest młodzieniec, 

z którym tak wiele rozmawiasz?

Inga wyjaśniła i dodała:

- Jest naprawdę bardzo sympatyczny i miło się z nim gawędzi.

Ormund popatrzył na dziewczynę badawczo, ale jej spojrzenie było szczere i jasne.

- Słyszałem o nim - rzekł powoli. - Nigdy go jednak nie spotkałem. Jest jednym z 

bogatszych kupców na Północy, a przy tym to podobno bardzo szlachetny człowiek...

- Tak, od razu go polubiłam - wyznała Inga.

- Macha do ciebie! Biegnij i baw się dobrze!

background image

Zdziwiona zmienionym tonem głosu opiekuna odwróciła głowę, ale Ormund popchnął 

ją lekko, jakby się z nią droczył.

Inga wróciła na łąkę, ale już nie było jej tak wesoło. Co chwila kierowała wzrok na 

wzgórze, gdzie stał nieruchomo opiekun. Odszedł król i jego świta, a Ormund nadal tam stał. 

Pas i rękojeść jego miecza lśniły w blasku płomieni. Dziewczyna pożegnała się z Torbjömem, 

który nie pojmował, dlaczego rozbawiona panna nagle umilkła, i poszła na wzgórze.

Była już późna noc i niejednemu wojowi piwo uderzyło do głowy. Ormund bez słowa 

objął Ingę ramieniem i skierowali się w stronę dworu.

-   Dobranoc,   Ingo   -   powiedział,   zatrzymując   się   przed   bramą.   -   Twoja   uroda 

dzisiejszego wieczoru olśniła wszystkich.

- Dobranoc, Ormundzie. I dziękuję... za to, co uczyniłeś. Popatrzył na nią przez chwilę 

z zachwytem.

- Rozmawiałaś jeszcze z tym Erikssonem?

- Tak. Pytał, czy nie wybrałabym  się z nim na konną przejażdżkę. Chciał, żebym 

pokazała mu Konghellę.

- Co mu odpowiedziałaś?

- Że muszę wpierw zapytać o zgodę mego opiekuna. Czy będzie mi wolno?

- A chciałabyś? - zapytał.

- On jest bardzo miły i uprzejmy.

- W takim razie nie widzę przeszkód, ale chętnie porozmawiam któregoś dnia z nim 

sam na sam.

Nagle z mroku wyłonił się jakiś wojownik.

- Dobrze, że jesteście, panie - rzekł, zwracając się do Ormunda. - Król Sigurd wzywa 

cię na naradę do wielkiej sali.

- Teraz? W środku nocy?

- Tak. Przybyli już prawie wszyscy.

Ormund popatrzył na podopieczną.

- W takim razie odprowadzę cię jeszcze kawałek. Ciekawe, o co chodzi.

Rozstali   się   przy   drzwiach.   Inga,   wiedząc   że   Signhild   nadal   tańczy   nad   rzeką   z 

Haraldem, nie miała ochoty wracać do pustej izby. Po cichutku weszła więc po schodach na 

strych, gdzie odkryła kiedyś wraz z Signhild przejście na galerię. Zdarzało im się nie raz 

ukradkiem podpatrywać dostojników. Ukryta bezpiecznie w ciemnościach, popatrzyła w dół. 

W sali wokół królewskiego tronu zgromadzili się zarządca dworu, przełożony zakonu Gaute 

Frostesson i miejscowy kapelan. Król Sigurd poprosił Ormunda, by spoczął.

background image

Inga z góry słyszała dokładnie każde słowo i nagle uświadomiła sobie, jakie to może 

mieć groźne konsekwencje. Przecież praktycznie każdy mógł przemknąć się tu ukradkiem i 

podsłuchiwać,   o   czym   mówiono   na   tajnych   naradach.   Może   niejednokrotnie   już   się   tak 

właśnie zdarzyło?

Postanowiła zwrócić na to uwagę zarządcy, sama jednak tymczasem pilnie nastawiała 

uszu.

- Doszły mnie wieści - zaczął król - że mieliście tu jakieś kłopoty z poganami. To 

poważna sprawa, której nie zamierzam tolerować! Ponadto dowiedziałem się, Ormundzie, że 

kiedy   zimą   prowadziłeś   oddział   do   Konghelli,   natrafiłeś   na   pogańskie   gniazdo   gdzieś   w 

pobliżu Oddevold. Pamiętasz to miejsce?

- Tak, mniej więcej. Inga wiedziałaby dokładniej, bo to ona spotkała tych ludzi.

- Hm - zamyślił  się Sigurd. - Podejrzewam,  że ktoś  tu we dworze jest z nimi  w 

zmowie.   Chcę   wiedzieć   kto!   Zasięgnijcie   języka   wśród   czeladzi.   Natomiast   pogańskie 

nasienie   w   Oddevold   należy   niezwłocznie   wyplenić.   Podobno   nie   tylko   w   tej   jednej 

zagrodzie, ale w całej parafii uprawia się czary i oddaje cześć starym bożkom. To być nie 

może w chrześcijańskim kraju!

- W Ranrike zawsze silna była  wiara w Odyna  i Tora - odpowiedział  Ormund.  - 

Niełatwo będzie ich ugiąć i zmusić do przyjęcia nauki Chrystusa.

- Ale tak właśnie ma się stać! - zdecydowanym głosem nakazał król. - Radziłem się 

naszych   przyjaciół   duchownych,   kogo   posłać   w   tamte   strony.   Zgodnie   uznaliśmy,   że   ty, 

Ormundzie, będziesz najwłaściwszą osobą.

- Ja? - przerwał mu Ormund. - Ale...

- Tak, bo tylko ty łączysz w sobie zdecydowanie i łagodność, a obie cechy będą w tym 

przypadku niezbędne. Weźmiesz swoich ludzi, tylko pamiętajcie: Macie nawracać pogan, a 

nie   zabijać.   Pal   figury   bożków,   ale   nauczaj   przy   tym   o   Chrystusie.   Jednak...   tych   troje, 

których spotkała Inga córka Erlinga, należy zabić! Żadnej łaski! Póki żyją te kanalie, póki 

rozpowszechniają   przesiąknięte   złem   pogańskie   wierzenia,   póty   nie   zdołamy   przeciągnąć 

ludzi na naszą stronę.

Inga wzdrygnęła się, słysząc twarde słowa króla.

- Poza tym jest jeszcze jedna przyczyna, dla której wybraliśmy właśnie ciebie - ciągnął 

Sigurd. - Gaute twierdzi, że wyjazd dobrze ci zrobi.

- Dlaczego? - zapytał Ormund po chwili milczenia.

Ale Gaute odpowiedział mu pytaniem na pytanie:

-   Powiedz,   Ormundzie,   czy   kiedykolwiek   żałowałeś,   że   wstąpiłeś   do   zakonu 

background image

Strażników Krzyża?

Ormund   drgnął,   bez   trudu   odgadując   sens   pytania   przełożonego,   ale   z   uniesioną 

dumnie głową rzekł:

- Takie słowa w twoich ustach, Gaute, szczególnie mnie dotykają. Mogę cię zapewnić, 

że   nigdy   nie   żałowałem.   Nigdy!   Przeciwnie,   wiele   dla   mnie   znaczy,   że   właśnie   mnie 

powierzono straż nad drewnem Świętego Krzyża.

- A teraz też nie żałujesz? - z chytrym uśmieszkiem wtrącił król.

- Nie. I nigdy nie będę żałował.

- I nie chcesz, by cię zwolnić z przysięgi?

Ormund blady jak ściana wstał powoli z ławy.

-   Czy   mam   rozumieć,   że   powinienem   odejść   z   zakonu?   Czy   zaniedbałem   swe 

obowiązki?

-  Nie,  nie  - zaprzeczył  pośpiesznie   Sigurd. -  Chcieliśmy   jedynie  wystawić  cię  na 

próbę, teraz mamy pewność, że nie zdradzisz. Ale pozwól, że zapytam cię jeszcze o jedno: 

Czy trudno ci było dotrzymać ślubów?

Ormund, marszcząc czoło, utkwił wzrok w ziemi. Nie odpowiedział od razu.

- No? - ponaglał Gaute.

- Nie - odparł Ormund  po namyśle.  - Nie było  mi  trudno. Ale... sądzę, królu, że 

słusznie czynisz, odsyłając mnie stąd.

- Tak właśnie myślałem - pokiwał głową władca.

- Ale moja podopieczna... Nie wiem, czy mogę ją zostawić? Kto się zatroszczy o to, 

by nie działa jej się krzywda?

- Moja żona - zapewnił zarządca.

- W takim razie jestem gotów. Kiedy mam wyruszyć?

- Jutro o świcie - rozkazał król. - Twoi wojowie zostali uprzedzeni. Większość z nich 

towarzyszyła ci zimą, więc bez trudu znajdziecie pogańskie gniazdo zarazy.

- Możesz teraz odejść, Ormundzie - wtrącił Gaute. - Tylko udaj się wprost do swej celi 

i z nikim nie rozmawiaj po drodze. Twój wyjazd ma być otoczony tajemnicą. Chodzi o to, by 

nikt nie zdążył ostrzec pogan.

Ormund szybkim krokiem przemaszerował przez salę. Inga pośpieszyła na dół swemu 

opiekunowi na spotkanie.

background image

ROZDZIAŁ XXI

- Ormund! - zawołała cicho Inga.

Zatrzymał się gwałtownie i po chwili wahania wszedł na wąskie schody prowadzące 

na strych.

- To ty, Ingo? - zdziwił się.

- Tak.

Jeszcze   kilka   stopni   i   zrównał   się   z   nią.   Gdyby   nie   słabe   migające   światełko   z 

zatkniętej na dole pochodni, byłoby tu całkiem ciemno. Inga dostrzegała tylko jasne włosy 

opiekuna, jego twarz ukryta była w mroku.

- Jeszcze się nie położyłaś?

Nawet jej nie dotknął, a jednak niemal fizycznie czuła jego bliskość.

- Nie. Czego chciał od ciebie król?

Nie miała odwagi przyznać się, że podsłuchiwała.

Ormund ociągał się przez chwilę, ale wreszcie wyznał:

- Jutro wyjeżdżam, Ingo. I nie będzie mnie dość długo.

- Dokąd jedziesz?

- Tego nie mogę ci powiedzieć. Zabroniono mi rozmawiać na ten temat z kimkolwiek, 

a tymczasem tuż za progiem zdradzam ci tajemnicę.

Domyśliła się, że się uśmiecha. Rozmawiali po cichu, niemal szeptem. Inga opierała 

się plecami o ścianę i zdawało jej się, że między nią a stojącym przy poręczy Ormundem 

powietrze dziwnie wibruje...

- Czy nie mogłabym pojechać z tobą?

- Oszalałaś? Wykluczone!

Daremnie usiłowała uchwycić w mroku jego spojrzenie, ale była pewna, że na nią 

patrzy.

- Dlaczego ciągle odchodzisz, Ormundzie? Dlaczego widzę cię zawsze jedynie przez 

krótką chwilę i zaraz muszę się z tobą żegnać? Dlaczego nie mogę być z tobą, pomagać ci i 

dbać o ciebie? Tak jak córka dba o ojca. Tak lekce sobie ważysz zdrowie, nikt się o ciebie na 

co dzień nie troszczy. Czy nie wolno by mi było ci pomóc?

W ciemności rozległ się jego pozbawiony wesołości śmiech.

- Ojciec, który nie jest nawet o dziesięć lat starszy od córki? Nie, Ingo, porzuć lepiej 

takie marzenia.

Zamilkli   gwałtownie,   słysząc,   że   król   wraz   z   towarzyszącymi   mu   dostojnikami 

background image

opuszcza   salę   obrad,   i   dopiero   gdy  kroki   wychodzących   ucichły,   Ormund   odezwał   się   z 

wyrzutem:

- Zwabiłaś  mnie  tu podstępem,  a teraz  muszę  się kryć  przed moim  przełożonym. 

Czemu obciążasz moje sumienie, Ingo?

- A jednak, Ormundzie, się nie złościsz.

- Może dlatego, że wyjeżdżam i będę cię musiał zostawić pod opieką innych ludzi, a 

może dlatego, że kto wie, czy się jeszcze spotkamy.

- Ormundzie - jęknęła przerażona. - Musisz wrócić, po prostu musisz!

- Tak, Ingo, pewnie wrócę, tylko do kogo? - W jego głosie pobrzmiewał smutek.

- Do mnie - rzekła, wstrzymując oddech.

Tym   razem   nie   odpowiedział,   podniósł   jedynie   dłoń   i   delikatnie   odsunął   kosmyk 

włosów z jej policzka.

- Jak to się dzieje - szepnęła Inga po długim milczeniu - że za każdym razem, kiedy 

mnie dotykasz, ogarnia mnie dziwna słabość?

- Słabość?

- Nie potrafię tego wyrazić słowami. Podobnie czuję się w upalne lato, gdy zbiera się 

na burzę. Czy to dlatego, że jesteś krzyżowcem?

- Chyba jednak nie dlatego.

- To takie dziwne wrażenie - ciągnęła Inga rozmarzona. - Cudowne i słodkie. Czy ty 

nigdy go nie doznajesz, dotykając mnie?

Znów długo zwlekał z odpowiedzią.

- Tak - wyszeptał w końcu. - Ale dla mnie to nie jest przyjemne, raczej bolesne, jakby 

ktoś wbijał nóż w moje ciało. Chyba dlatego, że w przeciwieństwie do ciebie nie mogę sobie 

pozwolić na marzenia.

- Marzenia o czym?

Prychnął zniecierpliwiony.

- Nigdy nie jestem do końca pewien, czy dziwisz się jak dziecko, czy chcesz mnie 

drażnić?

- Nie rozumiem.

- Dobrze już - uspokoił się Ormund. - Mniej pojmujesz, niż mi się zdawało. Ale też 

łatwiej cię zranić. Z lękiem myślę o tym, że muszę od ciebie odjechać, choć równocześnie 

wiem, że tak będzie lepiej dla nas obojga. Kiedy wrócę, na pewno wszystko się zmieni.

- Teraz ja cię nie rozumiem. Co się ma zmienić?

- Przestaniesz pewnie odczuwać tę dziwną słabość - uśmiechnął się.

background image

- Byłoby mi tego żal - powiedziała powoli dziewczyna. - Ormundzie, chciałabym, 

żebyś mnie dotknął, teraz. Pozwól mi poczuć na policzku twoją dłoń, skoro później wszystko 

ma się skończyć.

-   Nie,   Ingo   -   westchnął   smutno.   -   Takie   wspomnienie   nie   podtrzyma   uczucia 

skazanego na śmierć. Muszę już iść, ruszam o świcie, a przede mną daleka droga. Gdybyś 

chciała spotkać się z Torbjörnem Erikssonem, to dbaj o to, by zawsze była z tobą Signhild 

albo ktokolwiek inny. Nie wypada, żebyście przebywali tylko we dwoje.

- Będę o tym pamiętać. Powiedz mi, Ormundzie, czy jedziesz na wyprawę wojenną?

- Nie, właściwie nie, ale nigdy nie wiadomo, co nas czeka, może się zdarzyć, że nie 

wrócę.

- Nie! Tak się nie może stać! - wykrzyknęła z trwogą. - Będę się modlić za ciebie i 

czekać z utęsknieniem na chwilę, kiedy znów cię zobaczę.

- Nie, Ingo. Nie marnuj czasu na myślenie o mnie.

- Przecież i tak myślę o tobie bez przerwy w dzień i w nocy.

- W takim razie dobrze, że wyjeżdżam - westchnął ciężko.

- A ty? - zapytała nieśmiało. - Nigdy o mnie nie myślisz?

Odwrócił się i zaczął schodzić po schodach.

- Owszem,  myślę  - rzekł, siląc się na obojętny ton, ale w jego głosie dawało się 

wyczuć rozdrażnienie. - Jesteś przecież moją podopieczną!

- Ormundzie - zawołała cicho.

Zatrzymał się.

- Nie odchodź ode mnie w gniewie - poprosiła. - Tak długo cię nie będzie...

- Masz rację - zawrócił i zatrzymał się kilka stopni niżej. Ujął ją za rękę i powiedział 

cicho: - Żegnaj, Ingo. Niech Bóg sprawi, by nikt nigdy nie zgasił w twoich oczach tego 

czystego, niewinnego blasku. Życzę ci, byś była szczęśliwa.

- Przyczyniłeś się do tego bardziej niż ktokolwiek inny - roześmiała się.

Mimo że Ormund stał o kilka stopni niżej, ich twarze znajdowały się niemal na tej 

samej wysokości.

- Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że król podjął mądre postanowienie, 

wysyłając mnie daleko stąd - wyszeptał Ormund. - Obawiam się, że uczyniłbym cię bardzo 

nieszczęśliwą.

- Ty? Ależ skąd! Nigdy. Dlaczego?

Pokręcił tylko głową, nic nie odpowiadając, a potem ujął dłoń dziewczyny i musnął 

lekko ustami. Inga z wrażenia omal nie zemdlała. Bała się odetchnąć, żeby nie zakłócić tej 

background image

wyjątkowej chwili. Ormund tymczasem, dotknąwszy wargami opuszków jej palców i wnętrza 

dłoni, cofnął rękę.

Inga nie spuszczała wzroku ze swego opiekuna.

- Zaczynam rozumieć, Ormundzie - szepnęła, z trudem łapiąc powietrze. - Zaczynam 

rozumieć, dlaczego.

Jak przez mgłę widziała oddalającą się postać, którą wnet pochłonął mrok.

background image

ROZDZIAŁ XXII

W kilka dni później Torbjörn Eriksson złożył  wizytę  zarządcy i jak najuprzejmiej 

zapytał, czy będzie mu wolno zabrać Ingę na konną przejażdżkę wokół grodu. Zarządca dał 

swe łaskawe przyzwolenie i Inga wraz z Signhild, odpowiednio ubrane i zaopatrzone w kosz 

pełen smakołyków, dosiadły koni i w towarzystwie szwedzkiego kupca przejechały przez 

Konghellę w stronę morza. Signhild trzymała się dyskretnie z tyłu.

Zatrzymali się w cieniu ogromnego dębu i na zielonej trawie zjedli podwieczorek. 

Torbjörn   wziął   ze   sobą   lutnię,   osobliwy  instrument   zakupiony   w   Hiszpanii,   i   bawił   swe 

towarzyszki pięknymi balladami o rycerzach i o urodziwych dziewicach z dalekich krajów, a 

także zabawnymi przyśpiewkami.

Inga   wraz   z   przyjaciółką   zaśmiewały   się,   słuchając   jego   piosenek   i   zabawnych 

opowieści o licznych wyprawach handlowych. Inga obserwowała go ukradkiem.

Był mniej więcej w tym samym wieku co Ormund, może odrobinę młodszy, jednak 

całkowicie pozbawiony surowej powagi jej opiekuna. Zwiedził, jak mówił,  kawał świata. 

Traktował   życie   jak   zabawę.   Zresztą   mógł   sobie   na   to   pozwolić,   sprzyjało   mu   bowiem 

szczęście   i   interesy   przejęte   od   ojca   przynosiły   mu   krociowe   zyski.   Jego   osobisty   urok 

zjednywał mu wielu przyjaciół. Był bardzo przystojny, a ubierał się z największą starannością 

w szaty uszyte z tkanin, jakich Inga dotąd nie widziała.

Jego spojrzenie, które często spoczywało na Indze, nie było poważne, niemal smutne, 

jak spojrzenie Ormunda, lecz trochę prowokujące, a nadto wyrażające niekłamany podziw. 

Najwyraźniej go bawiło, że Inga z byle powodu rumieni się i spuszcza wzrok, bo kobiety, 

które   spotykał   w   dalekim   świecie,   zachowywały   się   zdecydowanie   swobodniej.   Po   tym 

pierwszym spotkaniu nastąpiły kolejne. Młodzi niejednokrotnie spacerowali razem w pobliżu 

grodu, ale zawsze towarzyszyła im przyzwoitka. W głosie Torbjörna Inga wyczuwała coraz 

większą serdeczność, a spojrzenia, jakie jej posyłał, stawały się z dnia na dzień gorętsze. 

Dziewczyna   czuła   się   bardzo   dobrze   w   towarzystwie   zamożnego   kupca,   pilnie   jednak 

baczyła, by nie dawać mu zbyt wielkich nadziei.

Nadeszło cudowne lato. Inga, często zwalniana z codziennych obowiązków, w pełni 

korzystała   z   uroków   tej   najpiękniejszej   pory   roku.   Domyślała   się,   że   wszyscy   patrzą 

przychylnym   okiem   na   jej   związek   z   Torbjörnem   Erikssonem.   Najbardziej   chyba   lubiła 

deszczowe dni. Przesiadywała wówczas ze swym kawalerem w izbie, grając z nim w szachy 

lub słuchając jego piosenek. Przy takiej okazji zawsze gdzieś w rogu siedziała jakaś kobieta i 

haftowała. Młodzi nauczyli się jednak prowadzić ciche rozmowy, tak by nikt ich nie słyszał. 

background image

Torbjörn   zaglądał   Indze   głęboko   w   oczy,   a   ona   odwzajemniała   się   mu   nieśmiałym 

uśmiechem.

W sali biesiadnej często urządzano uczty i wówczas tańczyła z przystojnym Szwedem 

przez całe wieczory.

Niekiedy bywało, że długo nie mogła zasnąć i ze wzrokiem utkwionym w powałę 

zastanawiała się nad swą sytuacją. Domyślała się zamiarów Torbjörna i wiedziała, czego się 

od niej oczekuje. Lubiła go, i to nawet bardzo.

Z nim byłoby mi dobrze, rozmyślała. Jest zamożny, niczego by mi nie brakowało. A 

Ormund? Nadarzała się okazja, by uwolnić opiekuna z przysięgi, do której złożenia zmusił go 

umierający ojciec Ingi.

Jednak   nie   bogactwo   ceniła   najwyżej,   ważniejsze   dla   niej   było,   że   lubią   się   z 

Torbjörnem, który naprawdę był miłym kawalerem. Czasami tylko drażniło ją, że tak lekko 

traktuje życie. Zastanawiała się nawet, czy byłby w stanie pojąć cierpienia innych, gdyby się z 

nimi zetknął bezpośrednio. Poza tym czy potrafi pokochać kogoś naprawdę? Ofiarować się 

całkowicie drugiemu człowiekowi?

Ciekawe,   jakby   zareagował,   gdyby   tak   z   głęboką   powagą   wyznała   mu   miłość? 

Zapewniłby   ją   także   o   swym   głębokim   przywiązaniu?   Może,   ale   czy   można   by   było 

potraktować jego słowa poważnie? Jak zyskałaby pewność, że nie udaje?

Te i inne myśli chodziły jej po głowie, nie pozwalając zasnąć ciemną nocą, gdy cały 

gród   trwał   pogrążony   we   śnie.   Dobrze   wiedziała,   że   Torbjörn   pozostał   w   Konghelli   ze 

względu   na   nią,   czuła   jednak,   że   nie   powinna   go   zatrzymywać,   jeżeli   nie   myśli   o   nim 

poważnie. Szwed co prawda nigdy nie pytał jej o uczucia, a ona nigdy nie zachęcała go 

bezpośrednio, by pozostał, ale mimo to nie czuła się całkiem w porządku. Tłumaczyła też 

sobie, że powinna wyjść za mąż ze względu na Ormunda, który dał jej do zrozumienia, że po 

jego powrocie z wyprawy wszystko powinno się zmienić.

Często chodziła do kościoła, żeby się pomodlić, i przy okazji zawsze podpytywała 

kapelana, czy wie coś o Ormundzie. Najczęściej kapelan kręcił przecząco głową, ale zdarzało 

się, że przekazywał jej zasłyszane wieści.

Wynikało z nich, że rycerzowi i jego wojom udało się nawrócić na chrześcijaństwo 

dużą część mieszkańców niepokornego Ranrike.

- Ale dlaczego to tak długo trwa? - dziwiła się Inga. - Wkrótce nadejdzie jesień.

-   W   rozległych   borach,   w   położonych   na   uboczu   zagrodach,   nadal   szerzy   się 

pogaństwo - tłumaczył łagodnie kapelan. - Banici i włóczędzy ciągną do takich bezbożnych 

miejsc. Ale nie martw się, moje dziecko, wróci, niebawem wróci...

background image

Inga   zaczynała   już   w   to   powątpiewać,   ale   któregoś   dnia,   kiedy   spacerowała   z 

Torbjörnem   w   okolicach   zamkowego   wzgórza   z   nieodłączną   przyzwoitką,   padło   pytanie, 

którego się spodziewała od dawna.

Przechodzili właśnie pod lipami, których liście zaczynały żółknąć, gdy Torbjörn ujął 

dziewczynę za rękę i oznajmił z powagą:

- Ingo, niebawem nadejdzie zima. Będę musiał odpłynąć z Konghelli, zanim lód skuje 

wody. Cóż to było za lato! Napawałem się każdą chwilą spędzoną z tobą. Czy popłyniesz ze 

mną, Ingo? Jako moja żona?

Wstrzymała   oddech.   Serce   waliło   jej   jak   młotem,   ścisnęło   ją   za   gardło.   Nie 

pojmowała, dlaczego nagle zrobiło jej się tak smutno. Przecież spodziewała się, że ta chwila 

musi nadejść.

Będzie tęsknić za Torbjörnem, gdy stąd wyjedzie. Dzięki niemu czuła się radosna i 

wolna jak nigdy dotąd. Jego młoda, urodziwa twarz stała jej się tak droga. Życie u jego boku 

na pewno byłoby wolne od trosk, ale czy mogłaby mu się zwierzyć ze swych najskrytszych 

myśli?

-  Nie  mogę   sama   o tym  zdecydować,   Torbjörnie  -  odpowiedziała  cicho.  -  Muszę 

zapytać mego opiekuna.

Uśmiechnął się trochę poirytowany.

-   Ten   twój   opiekun...   jest   dla   ciebie   jak   Bóg.   Bez   przerwy   o   nim   opowiadasz, 

doprawdy musi być niezwykłym człowiekiem.

- Owszem... Nie widziałeś go na wiosennej uczcie?

- Nie, nie widziałem. Kiedy spodziewasz się jego powrotu?

- Nie wiem, ale myślę, że wróci niebawem.

- A jeśli nie zdąży wrócić przed moim wyjazdem? Kto wówczas zadecyduje o tobie?

-   Zarządca,   ale   to   ostateczność.   Nie   chciałabym   wyjeżdżać   bez   zgody   i 

błogosławieństwa Ormunda Strażnika.

- A jaka jest twoja wola, Ingo?

Gdyby w jego oczach gościła powaga, odpowiedziałaby mu, że bardzo go lubi, że 

mogłaby   zostać   jego   żoną,   ale   przekorne   błyski,   które   jak   zwykle   dostrzegła   w   jego 

spojrzeniu, sprawiły, że i ona odpowiedziała lekkim tonem:

- Niebawem dowiesz się, jaka jest moja wola.

Ta odpowiedź najwyraźniej go zadowoliła.

Kiedy wrócili do dworu, dowiedzieli się, że gościńcem od strony Oddevold nadjeżdża 

niewielki oddział.

background image

- W samą porę - wyrwało się Torbjörnowi. - Wreszcie dobiegnie końca nasze długie 

oczekiwanie!

Inga pobladła, a kiedy Torbjörn odszedł, pobiegła drogą na spotkanie powracającym.

Długo czekała przy gościńcu. O zmroku zerwała się z kamienia, na którym przysiadła, 

bo wreszcie rozległ się upragniony tętent końskich kopyt.

Jadący na przedzie dowódca rozpoznał dziewczynę i wstrzymał konia.

Inga popatrzyła na niego, a jej twarz zastygła w przerażeniu.

Krzyżowcy powrócili, ale bez Ormunda.

background image

ROZDZIAŁ XXIII

- Gdzie on jest?

Dowódca wiedział, o kogo pyta dziewczyna.

-   Ormund   Strażnik   wysłał   nas   do   grodu,   kiedy   wypełniliśmy   przydzielone   nam 

zadanie. Nie udało się nam jednak pojmać trojga przywódców pogan, tych, których wówczas 

spotkałaś,   Ingo.   Długo   za   nimi   się   uganialiśmy,   ale   ciągle   nam   się   wymykali,   w   porę 

ostrzeżeni przez swoich zwiadowców. Ormund uznał, że takim sposobem nie zdołamy ich 

pojmać, dlatego też nas odesłał, pozostawiając przy swym boku jedynie Kalva, i we dwóch 

ruszyli ich śladem. Prosił, bym przekazał ci pozdrowienia. Wiele o tobie myśli i ma nadzieję, 

że czujesz się dobrze.

- Dziękuję - rzekła Inga. - A jak on się czuje?

- Strzała ugodziła go w nogę tuż pod kolanem. Rana chyba mu bardzo dokucza, ale 

Ormund się nie skarży. Teraz jednak będzie mu pewnie ciężko przedzierać się pieszo przez 

bory. Przed dwoma dniami opatrywałem mu ranę, nie wyglądała dobrze.

Inga zagryzła wargi i mruknęła:

- Gdybym tam była...

- Tak, przydałaby mu się twoja pomoc - uśmiechnął się dowódca.

Gdyby się domyślił, jaką myśl rozbudzą w dziewczęciu jego słowa, milczałby pewnie 

jak grób. Teraz zaproponował Indze, by wsiadła na konia, którego prowadzili, i podjechała do 

grodu, ale ona tylko pokręciła głową.

- Nie, dziękuję, wrócę na piechotę. Gdzie rozstaliście się z Ormundem?

-   Razem   z   Kalvem   zamierzali   wrócić   do   tego   ponurego   domostwa,   w   którym 

zatrzymałaś się zimą. Doszły ich słuchy, że starucha i jej dwaj pomocnicy znowu się tam 

pojawili, przekonani, że umknęli bezpiecznie prześladowcom.

- Dziękuję - powiedziała Inga i ruszyła gościńcem w stronę grodu. Wnet wyminęli ją 

wszyscy wojowie i zniknęli za bramami miasta.

Inga   szła   za   nimi.   W   zamieszaniu,   jakie   wywołało   przybycie   rycerzy,   nikt   nie 

zauważył, jakie czyni przygotowania. Tymczasem Inga zapakowała w węzełek jedzenie oraz 

zioła i balsamy przydatne w opatrywaniu ran i wymknąwszy się ze swej izby, pobiegła do 

stajni.

Odnalazła konia, który wiernie przywiózł ją na swym grzbiecie aż z Borga, i poleciła 

stajennemu go osiodłać.

- Ależ, panienko? - wybuchnął zaskoczony, gdy usłyszał, dokąd się wybiera. - Nie 

background image

wolno ci jechać samej w taką drogę!

- Owszem! Muszę jechać, bo Ormund mnie potrzebuje, Tylko załóż męskie siodło i 

pożycz mi swoje ubranie. Szybko!

- Przecież niebawem wieczór! Poczekaj przynajmniej do jutra!

- Znam drogę do Oddevold, więc wszystko jedno, czy będę jechała nocą czy za dnia. 

Pośpiesz się i znajdź mi jakieś ubrania!

Chłopak stajenny próbował jeszcze odradzać dziewczynie samotną wyprawę, ale w 

końcu przyniósł jej jakieś stare łachy. Cuchnęły tak, że Ingę aż zemdliło, ale pokonała słabość 

i szybko przebrawszy się w ciemnym  kącie, zapakowała własne ubrania do juków. Stare 

męskie   ubranie   potrzebne   jej   było   jedynie   na   drogę.   Wiedziała   dobrze,   że   nie   może 

wyprawiać się konno w damskim siodle i w sukni. Związała  włosy i nasunęła na głowę 

kaptur. Dosiadła wierzchowca i spiesznie ruszyła w drogę. Parobek co sił w nogach pobiegł 

do domu zarządcy i zdyszany opowiedział, co się stało. Szalona eskapada Ingi wywołała 

prawdziwe zamieszanie. Natychmiast wyprawiono kilku ludzi w ślad za dziewczyną.

Kiedy wieść o tym dotarła do Gautego Frostessona, ten pobladł jak kreda. Co to za 

uparta dziewka, pomyślał. Trudny z niej przeciwnik. Walka o Ormunda Strażnika może się 

okazać   trudniejsza,   niż   przewidywałem!   A   już   się   wydawało,   że   ta   panna   wylądowała 

bezpiecznie w ramionach szwedzkiego kupca! Nie dopuszczę, by spotkała się z Ormundem! 

Uczynię wszystko, by jej to uniemożliwić.

Inga popędzała konia z umiarem,  bo wiedziała  dobrze, że nowego nie uda jej się 

zdobyć. Kilka razy zatrzymała się, by dać zwierzęciu chwilę odpoczynku, ale potem ruszała 

w dalszą drogę. Zapadła noc. W ciemności rozlegał się jedynie monotonny tętent końskich 

kopyt uderzających w ubitą ziemię. Drzewa w ciemnym, cichym borze zlewały się w jeden 

cień, na szczęście trakt był widoczny, tak że Inga nie odczuwała lęku, iż zabłądzi. Zresztą tak 

naprawdę   była   w   stanie   myśleć   tylko   o   Ormundzie.   Dopiero   gdy   zatrzymała   się,   by 

rozprostować zesztywniałe członki, dostrzegła wokół siebie ciemności i poczuła się samotna. 

Późną nocą dotarła do małej osady, zatrzymała się jednak na uboczu i położyła na ziemi, żeby 

dać odpoczynek znużonemu ciału.

Ale nie leżała długo. Zanim zaczęło świtać, dosiadła znowu konia i pogalopowała 

dalej.   Rycerze   wysłani   przez   zarządcę   za   dziewczyną   bez   trudu   jechali   jej   śladem,   nie 

pojmowali tylko, dlaczego ciągle wymyka się ich pogoni. Nie mogli zrozumieć, co też każe 

tej młodej, drobnej pannie gnać przed siebie w takim tempie.

Inga przez cały czas szeptała do ucha zwierzęciu:

- To zupełnie co innego niż przejażdżki z Torbjörnem, prawda, koniku? Ale musimy 

background image

pomóc Ormundowi, a że nie będzie to łatwa wyprawa, wiemy oboje.

Minęło już południe, kiedy w oddali Inga dostrzegła zagrody w Oddevold. Ale nie 

zatrzymała   się   tutaj.   Ścigający   ją   rycerze   w   tym   miejscu   zgubili   trop.   W   Oddevold, 

krzyżowało się bowiem wiele traktów i wszystkie były rozjeżdżone.

Rozpytywali   o   Ingę   wszystkich   napotkanych   ludzi,   ale   nikt   im   nie   umiał   pomóc. 

Działo się tak dlatego, że ludzie widzieli młodzieńca, który gnał co koń wyskoczy, a nie 

pannę.

Dziewczyna oddaliła się wreszcie od ludzkich siedzib i wtedy zatrzymała się, żeby coś 

zjeść i zastanowić się spokojnie, jak znaleźć Ormunda i Kalva. Dobrze, że jest ich dwóch, 

myślała. Kalvowi można ufać, zatroszczy się na pewno, by Ormund niepotrzebnie się nie 

narażał.

Inga w ogóle nie zastanawiała się nad swym wyglądem. Nie zdawała sobie sprawy, 

jak bardzo umorusaną ma twarz, a do cuchnących łachmanów przywykła już i nawet jej nie 

przeszkadzały.   Posiliła   się,   a   potem,   zachowując   ostrożność,   ruszyła   drogą   do   ponurej 

zagrody.

Widok,   który   ukazał   się   oczom   dziewczyny,   wprawił   jej   serce   w   drżenie.   Ze 

wszystkich budynków oprócz jednego ostały się tylko zgliszcza. Tutaj pewnie był Ormund, 

tylko gdzie teraz go szukać? I gdzie są mieszkańcy tej zagrody?

Doprawdy okrutnie rozprawił się z tymi ludźmi, pomyślała. Ale pewnie był zmuszony 

tak postąpić. Jedynym wyjściem było spalić całe to pogańskie gniazdo.

Kiedy   Inga   podeszła   bliżej,   usłyszała   groźne   ujadanie   psów   i   przypomniał   jej   się 

tamten zimowy dzień. Z ocalałej chałupy wyszedł wysuszony starzec na drżących nogach.

- Czego chcesz, chłopcze? - zapytał niechętnie.

Nie był ani trochę milszy niż poprzednio, ale dla Ingi liczyło  się tylko jedno: nie 

rozpoznał jej!

Niskim głosem, by nie wzbudzić podejrzeń, zapytała:

- Co tu się stało? Przynoszę wieści dla mojej babki. Chyba nie chcesz powiedzieć, że 

starucha spłonęła?

- Nie, a co to za wieści?

- Ciebie to nie powinno obchodzić! Gdzie ona teraz jest? Jestem już spóźniony, bo 

natknąłem się na ludzi króla. Czy oni tu byli?

- Tak, taki jeden ulitował się i pozwolił mi zachować tę nędzną chatę. He, he! I tak nie 

znaleźli tego, czego szukali - zarechotał.

- To prawda, starucha nie wypadła sroce spod ogona - przytaknęła Inga. - Ukryła się 

background image

wysoko w górach?

- Podążyła do opuszczonej zagrody komorników nad samym morzem. Nie prowadzi 

do tego miejsca żadna droga i nikomu nawet do głowy nie przyjdzie, że tam stoi chałupa.

- Muszę tam dotrzeć, chociaż nie wiem dokładnie, którędy iść. Czy przypadkiem nie tą 

ścieżką?

- Nie, musisz zawrócić do głównego traktu, potem wzdłuż jeziora kierować się w 

stronę morza. Między drzewami zauważysz niskie zabudowania.

-   Teraz   sobie   przypominam.   Byłem   już   tam   jako   dziecko.   Takich   miejsc   się   nie 

zapomina! A co z ludźmi króla? W którą stronę się udali?

- Te diabły? Wysłałem ich wprost w ramiona naszych.

Inga ledwie się powstrzymała, by nie uczynić znaku krzyża.

- Nieee - wyszeptała z udanym podziwem. - Ty naprawdę nie jesteś taki głupi, na 

jakiego wyglądasz! Dokąd ich wysłałeś?

- Na skraj lasu. - Staruch machnął ręką niedbale. - Myślę, że tak szybko ich stamtąd 

nie puszczą!

Inga zmusiła się do śmiechu.

- Należy ci się podziękowanie. W takim razie ruszam wprost do zagrody komorników.

Udawała, że jedzie w stronę głównego traktu, jednak gdy tylko staruch stracił ją z 

oczu, skręciła do lasu.

Z zadowoleniem pomyślała, że nieźle jej poszło. Nie dość że wyciągnęła ze starucha, 

gdzie  ukrywa  się wiedźma,  to jeszcze  udało  jej  się dowiedzieć,  w którą  stronę udali  się 

Ormund i Kalv. Ciekawe, co z nimi? Czy poradzili sobie ze zgrają banitów?

Gnana niepokojem, przedzierała się przez zarośla. Odnalazła wreszcie wąską ścieżkę i 

domyśliła się, że tędy pojechali jej przyjaciele, oszukani przez chytrego starca.

Nagle zauważyła leżącą na ziemi strzałę. Zeskoczyła z konia i uwiązawszy go do pnia, 

pieszo ruszyła przed siebie na polanę, gdzie rozegrała się walka.

Dziewczyna nabrała głęboko powietrza w płuca, by opanować lęk. Tuż u jej stóp leżał 

powalony mieczem zarośnięty mężczyzna odziany w skóry.

Dalej leżał jeszcze jeden banita i kolejnych dwóch. Nadzieja wstąpiła w serce Ingi, ale 

nagle drgnęła, bo zauważyła opartego o pień młodego woja w zbroi. Oczy miał zamknięte, 

twarz wykrzywioną cierpieniem, a z jego ust dobywały się ciche jęki.

To był Kalv.

background image

ROZDZIAŁ XXIV

Inga upadła na kolana obok znajomego woja.

- Kalv, słyszysz mnie?

Młodzieniec otwierał oczy powoli, jakby przychodziło mu to z najwyższym trudem.

- Kim jesteś, że znasz moje imię? - wymamrotał.

- Zranili cię? Gdzie? - usiłowała się dowiedzieć dziewczyna, bo nie widziała żadnych 

śladów krwi.

Nic   nie   mówił,   przyglądał   się   jej   badawczo,   jak   gdyby   usiłował   sobie   coś 

przypomnieć. Ale wnet w jego oczach pojawiło się niedowierzanie.

- Czy jestem już w niebie? - zapytał zdziwiony, ale zaraz sam sobie odpowiedział: - 

Nie, w niebie przecież nie cuchnie stajnią. - Powoli wracała mu jasność myśli. - Ingo córko 

Erlinga, co tu robisz? W tym stroju? Niczyja obecność nie uradowałaby mnie bardziej. A już 

sądziłem, że to tylko sen albo że już umarłem.

- Kalv, mów po kolei - przerwała mu surowo. - Co cię boli? Jesteś ranny?

- Tak... nie, właściwie nie. Na ziemię powalił mnie potężny cios maczugą.

Inga zaczęła obmacywać ramiona Kalva, a gdy dotknęła lewego, młodzieniec jęknął 

głośno. Inga domyśliła się, że jest wybite ze stawu.

- Zaraz coś z tym zrobimy - zapewniła pośpiesznie. - Ale opowiedz mi najpierw, co tu 

się właściwie stało. Gdzie jest Ormund?

- Ormund? Nie wiem. Dotarliśmy do ścieżki... bo staruch z zagrody powiedział, że 

tych   troje,   których   ścigaliśmy,   tu   właśnie   zastaniemy.   Ale   wpadliśmy   w   zasadzkę, 

zaatakowała nas cała chmara banitów.

Podczas gdy Inga usiłowała zsunąć pancerz, Kalv mówił coś nieskładnie. Męczyła się 

długo i marzyła w duchu, żeby młodzieniec zemdlał z bólu, bo wtedy łatwiej byłoby mu 

udzielić pomocy. Najpierw jednak zamierzała dowiedzieć się czegoś o Ormundzie.

- Jak widzisz, walczyliśmy dzielnie - stwierdził Kalv z dumą w głosie. - Ale ich była 

przewaga. Auuu! Litości nie masz?

- Ledwie ruszyłam ręką! Ramię ci spuchło pod pancerzem i dlatego tak cię to boli. Co 

było dalej? Opowiadaj!

- No tak, właściwie nie zdążyłem się rozejrzeć, co z Ormundem, bo napadli na mnie 

taką zgrają, że musiałem się nieźle uwijać... Nagle ujrzałem, że poganie nad czymś czy nad 

kimś   się pochylają.  Któryś  z  nich  krzyknął:   „To ten,  którego  mieliśmy  schwytać,  rycerz 

krzyżowy!” A potem w oczach mi pociemniało i już nic więcej nie pamiętam.

background image

- Ormund - jęknęła Inga.

- Chcieli dostać go żywego, więc póki co przestań go opłakiwać. Nie wolno tracić 

nadziei! Gdybyśmy tylko wiedzieli, gdzie tamci się ukryli!

- Chyba wiem, gdzie ich szukać - powiedziała Inga ponuro. - A co z tobą?

- Obudziłem się o świcie, leżałem na ziemi, tam dalej. Potrzebowałem całego dnia, 

żeby   się   na   czworakach   dowlec   tu   pod   drzewo,   bo   co   chwila   traciłem   przytomność. 

Otrzymałem cios w głowę, dlatego tak okropnie się czuję.

Kalv najwyraźniej był zły na siebie, że Inga jest świadkiem jego słabości.

-   Rozumiem   -   odrzekła   Inga.   -   No   cóż,   zaraz   ci   przejdzie,   za   chwilę...   o,   już 

uwolniliśmy bark z pancerza.

Kalv dotknął ostrożnie ramienia i przełknął głośno ślinę.

- A co z tobą, Ingo? Nie pojmuję, jak się tutaj dostałaś?

- Zwyczajnie. Wasz oddział wrócił pod wieczór do grodu, dowódca wspomniał, że 

Ormund jest ranny, więc uznałam, że będę potrzebna. Pożyczyłam ubranie od stajennego i 

przyjechałam tutaj.

-   Sama?   -   Popatrzył   na   nią   zdumiony.   -   Sądząc   po   twoim   wyglądzie,   musiałaś 

galopować co koń wyskoczy.

Udała, że nie słyszy tej uwagi.

- Jak jest z ranami Ormunda? - spytała.

- Hmm, myślę, że nie są takie groźne. Utyka lekko, rana trochę ropieje, bo brakowało 

nam czasu, by ją opatrywać. Auuu! Ingo, chyba jesteś najokrutniejszą panną, jaką znam... 

Auuu! Puść!

Stracił przytomność i powoli osunął się na ziemię.

Wreszcie, pomyślała Inga. Przynajmniej w spokoju go opatrzę. Kiedy już nastawiła 

ramię, obwiązała je wilgotnym bandażem. Potem nałożyła młodzieńcowi na powrót pancerz, 

a gdy skończyła, ocuciła go wodą.

Wściekły,   że   tak   brutalnie   go   potraktowano,   cisnął   przekleństwo,   ale   zaraz 

zreflektował się i podziękował dziewczynie.

- Jak się teraz czujesz? - zapytała. - Możesz stanąć na nogi?

Pomogła mu wstać, ale zachwiał się i osunął na ziemię. Przyprowadziła więc swego 

konia, poleciła młodzieńcowi stanąć na pień, a potem ulokowała go na końskim grzbiecie.

- A teraz chętnie opuszczę to miejsce - odezwała się z ironią Inga. - Nie odpowiada mi 

towarzystwo. Mam cię odprowadzić do Oddevold, czy...

- Do Oddevold? - oburzył się. - A czy ja jestem baba, żeby siedzieć w chacie? Może 

background image

jeszcze zacznę prząść? Skoro wiesz, dokąd uprowadzili Ormunda, ruszajmy tam od razu!

- A jeśli znów zemdlejesz? Jeszcze spadniesz z konia i złamiesz kark!

- Już mnie tak bardzo nie boli - zapewnił Kalv. - I wcale nie zamierzam mdleć na 

końskim   grzbiecie   kilka   razy   na   dzień.   Jaka   szkoda,   że   nasze   wierzchowce   zostały   w 

Oddevold! Tak mi wstyd, że pozwalam kobiecie iść pieszo, poza tym szybciej dotarlibyśmy 

na miejsce...

- Twoim zdaniem wyglądam teraz jak kobieta?

- Nie. Gdybym nie znał twoich oczu, przypuszczałbym, że stoi przede mną umorusany 

wyrostek z ubogiej zagrody. Zgrzebna koszula, samodziałowe portki i zniszczone trzewiki, no 

i ten głęboki kaptur. A do tego cuchniesz stajnią! Naprawdę doskonałe przebranie.

- Nie mam pojęcia, czy zdołam zmyć z siebie ten brud - westchnęła Inga i uśmiechnęła 

się do swych myśli.

Ciekawe, co powiedziałby Torbjörn, gdyby ją teraz zobaczył? Na pewno by mu się to 

nie spodobało. Co prawda odznaczał się dużym  poczuciem humoru i lubił dowcipkować, 

jednak   przede   wszystkim   był   wielkim   estetą.   Oczekiwał   od   młodej   damy   nienagannego 

wyglądu, a w stosunku do mężczyzny uległości i bezgranicznego podziwu. Z pewnością nie 

spodoba mu się, kiedy się dowie, co uczyniła. Zresztą nawet mama zwykła nazywać takie 

zachowanie nieodpowiedzialnym.

Na wspomnienie o matce Inga poczuła ukłucie w sercu. Od jej śmierci minął zaledwie 

rok, a tyle się w tym czasie wydarzyło... Choć z drugiej strony dobrze, że mama mnie teraz 

nie   widzi,   pomyślała   dziewczyna.   Zamartwiałaby   się,   gdyby   wiedziała,   jakie   przeżywam 

rozterki.

Słońce   skłaniało   się   już   ku   zachodowi,   ale   wciąż   jeszcze   był   jasny   dzień.   Inga 

prowadziła konia brzegiem jeziorka, a potem skierowała się w stronę morza. Droga nie była 

łatwa: musiała przedzierać się przez gęste zarośla i omijać grzęzawiska. Czekało ją trudne 

zadanie. Kalv był w kiepskiej formie, trudno też było przewidzieć, co zastaną na miejscu.

- Jeśli o mnie chodzi, mam tylko jeden cel: wydostać stamtąd Ormunda - odezwała się 

Inga. - Reszta mnie nie interesuje.

- Ale moim obowiązkiem jest unicestwienie tych trzech pogan - upierał się Kalv. - I 

zrobię to w imię Boże, mimo że póki co nie czuję się zbyt silny.

- Czego chcą od Ormunda? Dlaczego wzięli go żywcem? - dziwiła się Inga.

-   Domyślam   się,   że   pałają   do   niego   okropną   nienawiścią!   Do   niego   i   do   nas 

wszystkich,   którzy   nawróciliśmy   zwolenników   pogańskich   obrzędów   na   chrześcijaństwo. 

Podobno dowiedzieli  się, że kiedy zatrzymałaś  się zimą  w ich chacie,  miałaś  przy sobie 

background image

świętą relikwię. Są wściekli, że jej wówczas nie zniszczyli. Bo właśnie dzięki temu drewnu z 

krzyża,   na   którym   umarł   Chrystus,   tak   wielu   ludzi   udało   nam   się   ochrzcić.   Zresztą 

działaliśmy podobnie jak król Sigurd.

- Skąd ci poganie tyle wiedzą o tym, co dzieje się w Konghelli?

-   Chyba   słyszałaś,   że   mają   tam   swojego   szpiega?   Pamiętasz   pogańskie   znaki   we 

dworze przed przyjazdem króla Sigurda? Tracą władzę tu w lasach i dlatego pałają żądzą 

zemsty. Pewnie chcą, by Ormund stał się ich narzędziem. Sądzisz, że to możliwe?

Inga zamyśliła się.

-   Słyszałeś,   że   mój   dziad   ze   strony   matki   był   zielarzem.   To   on   nauczył   mnie   w 

dzieciństwie trudnej sztuki leczenia. Pamiętam, że opowiadał mi kiedyś o niebezpiecznych 

ziołach używanych przez wiedźmy i szamanów. Niektóre zioła mogą zmącić człowiekowi 

rozum, przemienić dobrych ludzi w złych, istnieją też takie, które wywołują koszmary, i takie, 

które są śmiertelną trucizną. Niektóre pozbawiają ludzi woli, inne zaś mogą obdarzyć ich 

niespotykaną siłą. Są też zioła, które wywołują w człowieku złość nie do poskromienia. Wiele 

takich historii opowiadał mi dziadek. A ci ludzie, którzy uwięzili Ormunda, są naprawdę 

niebezpieczni. To szamani, zaklinacze, którzy potrafią zdobyć władzę nad rozumem innego 

człowieka. Podejrzewam, że chcą złamać silną wiarę Ormunda i odmienionego odesłać z 

powrotem   do   Konghelli.   Pragną   się   zemścić   na   najszlachetniejszym   i   najzacniejszym 

chrześcijaninie pozostającym w służbie u króla.

- Straszne - wzdrygnął się Kalv. - Ale obawiam się, że w twoich słowach jest wiele 

racji.

- Jak myślisz, Kalv, czy starucha i jej pomocnicy rozpoznają mnie w tym przebraniu?

Popatrzył uważnie na dziewczynę.

- W chacie było wtedy ciemno, prawda? Stare zagrody komorników, o ile wiem, też 

nie mają okien. Ja cię ledwie poznałem, choć przecież widywałem cię tyle  razy. Oni zaś 

widzieli cię tylko ten jeden jedyny raz. Masz zamiar wejść do chaty?

- A jak inaczej się dowiem, czy Ormund jest w środku?

- Dla niego uczyniłabyś wszystko, prawda? - odezwał się Kalv po chwili milczenia.

- Tak - odpowiedziała cicho Inga. - Gotowa byłam nawet poślubić człowieka, którego 

nie kocham.

- Ormund wie o tym - pokiwał głową Kalv. - Dochodziły do nas raz po raz wieści z 

Konghelli. Mówiono nam, że często spotykasz się z tym bogatym kupcem ze Szwecji i że on 

ma wobec ciebie poważne zamiary.

- Jak Ormund to przyjął? - zapytała Inga ledwie słyszalnym głosem.

background image

- Kiedy się o tym dowiedział, nie spał całą noc.

W milczeniu przedzierali się w dół zbocza w stronę morza. Nieoczekiwanie las się 

przerzedził   i   świerki   ustąpiły   miejsca   drzewom   liściastym,   za   którymi   dostrzegli   starą, 

podupadłą zagrodę.

- Pusto tu, chyba nikogo nie ma - stłumionym głosem odezwał się Kalv.

- Starucha pewnie siedzi w chacie. Zrobimy tak: ukryjesz się w zagajniku, jak się 

umówiliśmy. Kiedy usłyszysz mój krzyk, przybiegnij natychmiast, bo znaczyć to będzie, że 

potrzebuję twojej pomocy, choć masz zabandażowany bark.

- Dla ciebie, Ingo córko Erlinga, uczynię wszystko. Dla ciebie i dla Ormunda.

Inga   z   bijącym   mocno   sercem   ruszyła   po   zarośniętym   trawą   zboczu   do   ciemnej 

chałupy.

background image

ROZDZIAŁ XXV

Ciekawe, gdzie są teraz banici, którzy przyprowadzili tu Ormunda? zastanawiała się, 

idąc przez wysoką pożółkłą trawę. Jeżeli zatrzymali się w zagrodzie, to niewesoło. Zresztą 

czy w ogóle zastanę tu Ormunda? Przecież to tylko domysły. A jeśli już nie żyje?

Nie, niemożliwe, miała silne przeczucie, że Ormund żyje i potrzebuje jej pomocy.

Ależ jestem niemądra! zezłościła się na samą siebie. Przecież Kalv jest na pewno 

głodny. Mam w jukach jedzenie i zapomniałam mu dać. Teraz pewnie biedak skręca się z 

głodu i nie wie, że wystarczyłoby wyciągnąć rękę, żeby się najeść.

Skręciła za węgieł walącej się chałupy. Dosłyszała jakiś cichy szept, a przed drzwiami 

odciśnięte były ślady ludzkich stóp. A więc ktoś tu jest! Zapukała delikatnie, starając się ze 

wszystkich sił zagłuszyć w sobie strach. Zdążyła się przecież już zimą przekonać, że ci ludzie 

nie żartują, poza tym była przesądna, może nawet bardziej niż przystało chrześcijance.

Nikt nie odpowiedział na jej pukanie, zresztą wcale się tego nie spodziewała. Przecież 

mieszkańcy chaty ukrywali się przed ludźmi króla.

-   Otwórzcie   drzwi,   staruszko.   Przynoszę   wieści!   -   zawołała.   Inga   była   tak 

przestraszona, że jej głos, choć wcale się o to nie starała, zabrzmiał inaczej niż zwykle.

Po chwili usłyszała czyjś szept tuż przy drzwiach:

- Kto cię tu przysłał?

-   Starzec   z   zagrody   za   wsią.   Chciał   cię   ostrzec   przed   niebezpieczeństwem.   Te 

chrześcijańskie psy są w drodze do waszej kryjówki!

Drzwi otworzyły się i dziewczynę wpuszczono do ciemnej izby. Oswoiwszy się nieco 

z mrokiem, Inga rozpoznała trzy znajome postaci, staruchę i jej pomocników. Na palenisku 

stał kociołek, z którego rozchodził się smakowity zapach. Dziewczyna poczuła straszny głód i 

uświadomiła sobie, jak długo już nic nie jadła.

Szaman   szarpnął   dziewczynę   i   pociągnął   do   dymnika.   W   milczeniu   taksowali   ją 

spojrzeniem.

- Kim jesteś? - zapytała starucha. Na jej nalanej twarzy widoczne były ciemne plamy, 

a oczy, pełne nienawiści, przenikały dziewczynę na wylot.

- Zwą mnie Torę, pochodzę z Tanum - odparła Inga drżącym głosem. - Przynoszę 

wieści od mieszkańców naszego grodu. Słyszeli o waszej potędze, nie podoba im się już ta 

nowa wiara i chcą wrócić do starej. Ale kiedy przybyłem do waszej zagrody, zastałem tylko 

zgliszcza. Na szczęście spotkałem starucha, który opowiedział, co się stało. Był przerażony, 

bo  ludzie   króla   schwytali  go  i   torturowali   okrutnie,   póki  nie   wyjawił,  dokąd   uciekliście. 

background image

Wskazał im kierunek, ale nie zdradził waszej kryjówki. Śpieszę więc co sił w nogach, żeby 

was   ostrzec,   że   mogą   się   tu   zjawić   królewscy   pachołkowie.   Gnałem   po   bezdrożach,   nie 

zważając na błoto, żeby zdążyć w porę. Sami widzicie, jak wyglądam.

-   Widzę,   widzę   -   huknęła   starucha   niskim   głosem.   -   Skaleczyłeś   się   na   twarzy. 

Pozwól, że posmaruję ci ranę, żeby nie naszła na ciebie okropna choroba, od której człek 

sztywnieje i dostaje drgawek.

- Ee, to nic takiego, lekkie zadrapanie.

Ale starucha, nie bacząc na sprzeciw Ingi, posmarowała jej policzek jakąś maścią. 

Dziewczyna, choć znała wiele leków, tę szarozieloną maść widziała po raz pierwszy. Nie 

odważyła się jednak nic powiedzieć, była przecież skromnym parobkiem.

- Taki jesteś brudny i strasznie od ciebie cuchnie - wtrącił się pomocnik staruchy. - 

Masz konia?

Inga pomyślała sobie, że pozostali w tym gronie także nie pachną, ale nie powiedziała 

tego na głos.

- Miałem konia - odrzekła z ciężkim westchnieniem. - Ale mi padł. Zagoniłem go na 

śmierć, spiesząc do was.

- Szkoda, bo gospodyni z trudem chodzi, a poza tym mamy jeszcze jeden ciężar do 

niesienia.

- O? Jaki ciężar?

- W szopie przy strumieniu trzymamy skarb, który pomoże nam odnieść zwycięstwo 

nad chrześcijanami - zarechotał staruch. - Nie wiem tylko, jak zdołamy go zabrać do Tanum.

Dzięki za te wieści, uradowała się w duchu Inga, na głos zaś rzekła:

-   To   może   wam   jakoś   pomogę?   Mógłbym   sprowadzić   konie!   Znam   takie   jedno 

miejsce! O świcie byłbym z powrotem. Nim ludzie się zbudzą, będziemy już daleko.

Starucha odwróciła się do paleniska. Odstawiła z ognia garnuszek i zaproponowała:

- Ale nie zjadłbyś miski zupy, nim pobiegniesz?

- Nie, dziękuję! Wprawdzie jestem głodny, ale czas nagli. Muszę natychmiast ruszać.

- E tam, raz - dwa i się najesz. Zresztą już ci nalałam. Tego by brakowało, żebyśmy 

nie ugościli naszego wybawcy.

Inga niepewnie wzięła miskę, ale nie odważyła się odmówić. Gdy znowu spojrzała w 

oczy staruchy, dreszcz przerażenia przebiegł jej po plecach.

Poznała mnie! pomyślała w panice.

Zmusiwszy się do uśmiechu, wzięła do ręki miskę.

- Właściwie czemu nie? Mogę spróbować...

background image

To chytre spojrzenie! Pewnie starucha wsypała coś do środka! Ale co? Może coś na 

sen? Nie ma wątpliwości, że to prawdziwa wiedźma. O ziołach wie wszystko.

Mężczyźni poszli przygotowywać się do wyjazdu. Inga zaś w panice zastanawiała się, 

co robić.

- Za gorąca. - Podmuchała w miskę i uśmiechnęła się przepraszająco. - Nie macie 

trochę zimnej wody?

- Jest - odrzekła starucha niechętnie i pokuśtykała do studni.

W   tym   czasie   Inga   błyskawicznie   wylała   zupę   na   sam   brzeg   kociołka   i   nabrała 

jedzenia ze środka. Odstawiła miskę, a potem wsypała do kociołka resztę ziół z garnuszka, 

który wcześniej miała w ręce starucha.

- Posmakujesz teraz sama swojego lekarstwa - mruknęła. - Smacznie śpij!

Kiedy starucha wróciła, Inga najniewinniej w świecie siedziała przy stole i zajadała z 

apetytem   zupę   z   rzepy.   Z   obrzydzeniem   spojrzała   na   brudną   chochlę,   w   której   starucha 

przyniosła wody, ale zmusiła się, by popić, i grzecznie podziękowała.

Starucha patrzyła zadowolona.

Siedzimy   naprzeciwko   siebie   i   uśmiechamy   się   chytrze,   starając   się   nawzajem 

oszukać. Ciekawe, która z nas szybciej zaśnie.

- Ale smaczne! - Inga przeciągnęła się z zadowoleniem. - Jak się tak człowiek naje, od 

razu chce mu się spać. Ale na mnie już czas! Ruszam czym prędzej, wrócę przed wschodem 

słońca.

Starucha   pomachała   Indze   na   pożegnanie   i   dziewczyna   ruszyła   ku   drzwiom 

chwiejnym   krokiem.   Udawała   na   wypadek,   gdyby   ktoś   z   zagrody   odprowadzał   ją 

spojrzeniem.   Ale   mężczyźni   najwyraźniej   zajęci   byli   przygotowaniami   do   wyjazdu   i   nie 

zwracali na nią uwagi.

Dotarłszy do lasu, Inga pognała do Kalva, który siedział na koniu.

- I co? - zapytał niecierpliwie.

- Poszło mi znakomicie! - zawołała Inga z dumą. - Przechytrzyłam ich. Ormund jest 

uwięziony w szopie nad strumieniem. Starucha chciała mi podać zioła na sen, bo chyba mnie 

rozpoznała, ale mnie udało się dosypać tych właśnie ziół do kociołka z zupą, którą zaraz będą 

jedli.  Poczekamy  trochę,   aż  zasną,   a  potem  pójdziemy   uwolnić  Ormunda.  Poszło  mi  tak 

łatwo, że sama nie mogę w to uwierzyć.

Kalv popatrzył na nią zrazu z niedowierzaniem, a potem ze złością.

- Niemądra! - zawołał. - Bezmyślna istoto! A co będzie, jeśli najpierw dadzą jedzenie 

Ormundowi? Jak zdołamy go stamtąd wydostać śpiącego?

background image

- Och! Nie pomyślałam o tym! Musimy go ostrzec, żeby nie brał niczego do ust.

- Niby jak? - zapytał chłodno Kalv. - Zamierzasz raz jeszcze przespacerować się do 

zagrody? Wątpię, czy to się komuś spodoba.

- A taka byłam zadowolona, że mi dobrze poszło - pożaliła się Inga.

-   Starałaś   się   -   trochę   łagodniej   rzekł   Kalv.   -   Zresztą,   czego   się   spodziewać   po 

dziewczynie?

Inga najchętniej kopnęłaby go w kostkę.

- Poza tym jestem głodny.

- Weź sobie coś z juków - odparła z roztargnieniem. - Może jak się najesz, to się 

trochę uspokoisz. Idę.

- Nie, stój! - zawołał Kalv. - Nie możesz tam pójść.

- Nie mogę? A to się przekonasz!

I   po   raz   drugi   ruszyła   przez   łąkę.   Tym   razem   ominęła   zagrodę   szerokim   łukiem, 

kierując się nad strumień.

background image

ROZDZIAŁ XXVI

Bez   trudu   odnalazła   niski   drewniany   budynek   położony   na   uboczu   tuż   przy 

strumieniu.   Niestety,   drzwi  wejściowe  znajdowały się  od strony  zabudowań  zagrody,   nie 

mogła więc z nich skorzystać.

Zeszła ostrożnie do wody i brodząc po kolana, zbadała dokładnie tył i boki szopy. 

Okien nie było.

Może lepiej poczekać, aż zapadnie zmrok? zastanawiała się. Nie, czas nagli, na pewno 

zaraz przyniosą więźniowi jedzenie.

O wejściu drzwiami nie było mowy, bo dwaj pomocnicy staruchy kręcili się przez cały 

czas w pobliżu chaty. Ale i zapukać w ścianę nie miała odwagi, zresztą jaki by to miało sens?

Może zaatakować tego, kto przyniesie zupę?

Była zbyt drobna, nie dałaby rady. Ale co w takim razie robić?

Popatrzyła uważnie na dość niski, pokryty darnią dach, na którym pochylały się na 

wietrze ostatnie tego lata błękitne dzwoneczki, i pomyślała, że przecież na górze musi być 

dymnik.

Zrozumiała, że to jej jedyna szansa, i chwyciła za kant dachu, ale spróchniała belka 

rozsypała się jej pod palcami. Chwyciła się więc nieco wyżej, tam gdzie dach zdawał się 

trochę mocniejszy. Pośpiesznie podciągnęła się na rękach, znalazła oparcie dla stóp, a potem 

przesunęła się wyżej. Przez chwilę leżała nieruchomo, by uspokoić drżące z wysiłku ciało.

Bała   się,   że   otwór   w   dachu   znajduje   się   od   strony   zagrody;   wówczas   zostałaby 

niechybnie zauważona. Okazało się jednak, że otwór zrobiono na samym szczycie.

Niedobrze, będzie mnie widać z każdej strony, ale...

Z   największą   ostrożnością   wychyliła   się  na   drugą   stronę.   Pusto.   W   każdej   chwili 

któryś z pomocników wiedźmy mógł wyjść z chaty na podwórko, więc nie zwlekając, usiadła 

na szczycie dachu i energicznym kopnięciem zniszczyła przykrycie nad dymnikiem. Była tak 

zdenerwowana, że nie czuła właściwie strachu.

Co znaczy odpowiedni strój, pomyślała. Gdybym miała na sobie suknię, nigdy bym 

się nie zdobyła na to, by chodzić po dachu, nie mówiąc już o konnej jeździe nocą.

W tych łachach czuję się i zachowuję jak chłopak.

Zerknęła przez otwór, ale w środku było zupełnie ciemno. Opuszczając się w dół, nie 

znalazła   oparcia   dla   stóp   i   zawisła   w   powietrzu.   Bała   się   zeskoczyć,   bo   wnętrze   szopy 

pogrążone było w mroku i nie widziała, co znajduje się pod nią.

- Kim jesteś, na Boga? - usłyszała nagle głos, na którego dźwięk omal nie rozpłakała 

background image

się z radości.

- Pomóż mi - poprosiła. - Trudno rozmawiać, wisząc na rękach.

- Nie mogę, ale skacz, do klepiska masz najwyżej jeden łokieć.

Odważę się?  rozważała  przez moment,  ale rozluźniła  uchwyt.  Nie mogła  przecież 

wisieć całą wieczność.

Chyba jednak było nieco wyżej, bo Inga, upadając, trochę się potłukła. Kiedy z jękiem 

wstała,   dostrzegła   opiekuna   leżącego   na   ławie   i   nakrytego   skórą.   Wsparty   na   łokciu, 

przyglądał się jej w najwyższym zdumieniu.

- Kim jesteś, na Boga? - zapytał. - Aniołem z nieba? Przecież wróg nie wybrałby 

takiej drogi?

- Tylko nie mów, że cuchnę stajnią, bo dobrze o tym wiem - odezwała się Inga, z 

trudem powstrzymując łzy wzruszenia. - Ormund, jak dobrze znów cię widzieć! Zaraz cię 

uwolnię!

- Ten głos! Czy ja śnię, to chyba niemożliwe?

-   To   naprawdę   ja   -   chlipnęła   dziewczyna.   -   Nie   mamy   czasu   do   stracenia.   Jeśli 

przyniosą ci zupy, nie wolno ci nic zjeść. Bo ja, niemądra, nasypałam do kociołka ziół na sen. 

Kalv tak się zezłościł...

- Poczekaj chwilę - przerwał jej Ormund. - O czym ty mówisz? Byłaś u nich w chacie?

- Musiałam, jak inaczej dowiedziałabym się, gdzie jesteś?

Patrzył na nią oniemiały.

- Opowiadaj! - rzekł po chwili. - A Kalv... Myślałem, że go zabili.

-   Nie,   uratowałam   go   -   szybko   mówiła   Inga.   -   Ale   musimy   się   stąd   wydostać. 

Dlaczego nie wstajesz?

- Skrępowali mnie. Proszę, pomóż mi, tylko szybko! I opowiadaj o wszystkim!

Słuchał wzruszony, gdy ona tymczasem usiłowała rozluźnić krępujące go więzy.

Nagle   od   strony   chaty   dobiegło   ich   skrzypienie   drzwi   Inga,   sztywna   ze   strachu, 

zerknęła na otwór w dachu, choć wiedziała, że tamtędy sama się nie wydostanie.

- Co robimy? - zapytała w panice.

- Chowaj się pod baranicę, szybko! - polecił Ormund.

Wskoczyła pośpiesznie na ławę i położyła się za plecami rycerza.

- Schowaj głowę pod skórę! I zwiń się w kłębek, żeby nie było cię widać!

Inga,   znalazłszy   się   tak   blisko   ukochanego   opiekuna,   ze   szczęścia   zapomniała   o 

grożącym jej niebezpieczeństwie.

Ormund chwycił jej dłoń i położył na swej piersi.

background image

Przykryta baranicą, czuła, jak Ormund trzęsie się ze śmiechu.

-   Ingo   -   powiedział.   -   Nie   ma   na   świecie   drugiej   takiej   panny.   Wiem,   że   nie 

powinienem o to pytać, ale niech mi będzie wolno: Czy spałaś w stajni?

- Przestań! - zaśmiała  się. - Wiesz, co myślę?  Próbują otumanić  cię  tymi  swoimi 

miksturami, żeby przekabacić cię na swą stronę.

- Chyba masz rację - zgodził się Ormund. - Kilka razy pojawił się tu jakiś czarownik. 

Odprawiał dziwne modły... Po każdych takich odwiedzinach boli mnie głowa. Na razie jestem 

tu dopiero dobę, nie udało im się mnie złamać. Cicho!

Inga skuliła się jeszcze bardziej. Drzwi się otworzyły i po odgłosie człapania Inga 

poznała, że przyszła starucha.

- Siadaj i jedz! - rzekła krótko.

Ormund jęknął:

- Taki jestem zmęczony, a do tego śniło mi się coś dziwnego.

Starucha roześmiała się.

- Dobrze już, dobrze. Może cię zainteresuje, potężny panie, że odwiedziła nas twoja 

znajoma? Sądziła, że jej nie rozpoznam, ale mnie od razu tknęło, że już ją kiedyś widziałam. 

Przebrała się za parobka, na głowie miała kaptur, ale jej twarz wydała mi się zbyt łagodna, by 

mogła należeć do młodzika. I właśnie wtedy mi się przypomniało, że spotkałam tę dziewkę 

ubiegłej zimy razem z tobą, wielki panie krzyżowcu.

- Moja podopieczna? Tutaj? To niemożliwe - z udanym  zdziwieniem odezwał się 

Ormund.

Żeby tylko nie zauważyła dziury w dachu, modliła się w duchu Inga. Jeśli nie daj 

Boże zacznie tamtędy wiać, będziemy straceni.

Tymczasem starucha przechwalała się dalej:

-   Zdawało   jej   się,   że   mnie   przechytrzy,   ale   mnie   nie   tak   łatwo   wywieść   w   pole. 

Ukarałam ją tak, jak na to zasłużyła.

- Co jej zrobiłaś, wstrętna wiedźmo?! - zagrzmiał Ormund. Inga była zdumiona, że tak 

świetnie potrafi udawać.

- Z początku chciałam  jej tylko dać nauczkę, żeby nie wtykała  nosa w nie swoje 

sprawy, bo czy taka smarkula mogłaby mnie przestraszyć? Posmarowałam skaleczenie na jej 

policzku specjalną maścią, dzięki czemu dzisiejszą noc zapamięta na całe życie. Ale potem 

jeden z tych moich głupców chlapnął, gdzie cię uwięziliśmy. Wtedy się zdenerwowałam i 

odpowiednio ją nakarmiłam.. Jeśli się spodziewasz, że sprowadzi pomoc, to się zawiedziesz.

Kiedy starucha mówiła o maści, Inga wzdrygnęła się. Chciała szybko zetrzeć ją z 

background image

policzka, ale Ormund trzymał jej dłonie w żelaznym uścisku. Serce waliło dziewczynie tak 

mocno, że obawiała się, iż wiedźma je usłyszy.

Ormund tymczasem udawał zrozpaczonego.

- Jak mogłaś uczynić coś takiego mojej podopiecznej! To prawda, że mam z nią same 

kłopoty,   ale   mimo   to   jestem   do   niej   przywiązany.   Spoglądała   na   mnie   z   cielęcym 

uwielbieniem, kiedy wycinałem w pień wrogów!

Inga uszczypnęła go.

Ormund z największą powagą ciągnął dalej:

- Nawet nie wiesz, jaki mi sprawiasz ból!

O czym on mówi, zastanowiła się Inga. O uszczypnięciu?

- Jest tak, jak ci mówiłam - zarechotała starucha. - Zjedz teraz, a potem możesz się 

pomodlić. Ciekawe, czy ten twój krzyż cię uratuje!

Z szyderczym śmiechem zniknęła za drzwiami.

Inga pospiesznie starła z twarzy maść.

- A jeśli trucizna już dostała się do krwi? - mówiła niespokojna. - Co się ze mną 

stanie, Ormundzie?

- Nie wiem, ale myślę, że to nie zagraża życiu. Rozwiąż mnie do końca, bo już dość 

mam leżenia.

Dziewczyna zdjęła rzemienie z jego nadgarstków. Zauważyła ślady wskazujące na to, 

że sam starał się uwolnić, i wcale jej to nie zdziwiło.

- Mimo że przed chwilą mnie obraziłeś, Ormundzie, cieszę się, że cię widzę. Wiele 

miesięcy minęło od naszego rozstania i strasznie się za tobą stęskniłam. Naprawdę uważasz, 

że patrzę na ciebie z cielęcym uwielbieniem, kiedy zabijasz ludzi?

- Coś ty, chciałem się z tobą trochę podrażnić, tymczasem tak mnie uszczypnęłaś, że 

ledwo wytrzymałem, by nie krzyknąć!

- Myślisz, że mi było wygodnie? Ten twój pancerz jest strasznie zimny i uwiera.

- Ingo - Ormund spojrzał jej prosto w oczy.

- Tak?

- Czy stało się tak, jak mówiłem, gdy się rozstawaliśmy? Przywykłaś do Torbjörna 

Erikssona?

Zamarła na moment, ale w końcu rzekła:

- Tak. Stało się, jak powiedziałeś.

Lekkie drżenie dłoni, napięte mięśnie, to była jego jedyna reakcja.

- To dobrze - rzekł lekko. - Znaczy, że pomogły ci te miesiące. Zresztą mnie także. 

background image

Cieszę się z twego powodu, Ingo. Bolało mnie, że niewinna istota cierpi dlatego, że jestem 

krzyżowcem. To najlepsze, co mogło się stać.

Inga poczuła, że ogarnia ją smutek.

background image

ROZDZIAŁ XXVII

- Bałem się, że nie zdołam utrzymać się na nogach - powiedział Ormund, prostując 

kości.

Inga złapała się za głowę:

- Całkiem zapomniałam, po co wyruszyłam w tę szaleńczą drogę. Powiedz, jak twoje 

kolano? Pewnie podczas walki w lesie też zostałeś ranny?

- Nie, nie było tak źle - uśmiechnął się. - Mieli mnie pojmać żywego, więc uważali, by 

nie zrobić mi krzywdy. Powalili mnie na ziemię jednym ciosem i związali. Ropiejące kolano 

wygoiła swoimi maściami wiedźma.

Maści... Na twarzy Ormunda pojawił się wyraz zamyślenia.

Teraz   już   wiedział,   co   czeka   dziewczynę.   Dobrze,   że   jest   silna   i   rozsądna,   więc 

poradzi sobie i zrozumie. Z ciepłym uśmiechem popatrzył na swą podopieczną, która chodziła 

po szopie, starając się znaleźć jakąś możliwość ucieczki. Uczucia, jakie żywił wobec Ingi, 

trudno   było   wyrazić   słowami.   Bał   się,   że   dziewczyna   dostrzeże   je   w   jego   oczach   i 

niewłaściwie zrozumie.

Niewłaściwie... czyżby? Otrząsnął się z tych niepokojących myśli i wstał, by pomóc 

Indze.

- Drzwi nie uda nam się wyważyć, to pewne. Myślę jednak, że już są po kolacji.

- To znaczy, że zasnęli jak susły - roześmiała się Inga. - Jeśli tak, to uciekniemy i 

odnajdziemy Kalva. Domyślam się, że już się mocno niecierpliwi.

- O ile nie spadł z konia - wszedł jej w słowo Ormund. - Wiesz, wydaje mi się, że 

najlepiej będzie, jeśli wymkniemy się tą samą drogą, którą się tu zjawiłaś. Chodź, pomożesz 

mi przesunąć ławę.

Wspólnymi siłami ustawili znalezione rupiecie jeden na drugim. Kiedy Ormund na nie 

wszedł,   sięgnął   dymnika.   Najpierw   podsadził   Ingę,   a   potem   sam   podciągnął   się   w   górę. 

Upewniwszy się, że chata pogrążona jest w ciszy,  oboje zsunęli się po pochyłym  dachu. 

Ormund zeskoczył na ziemię pierwszy i wystawił ręce, by pomóc Indze. Kiedy dziewczyna 

znalazła się w jego mocnych ramionach, nie zdołała powstrzymać westchnienia.

- Uderzyłaś się? - zapytał cicho.

- Nie, nic mi się nie stało - wymamrotała zawstydzona i otrzepała ubranie.

Kiedy wreszcie dotarli do zagajnika, zastali Kalva leżącego w trawie. Koń pasł się 

nieopodal.

- Zastanawiałem się już, czy nie ruszyć szturmem na tę twierdzę - zażartował. - A więc 

background image

Inga zdołała cię uwolnić, Ormundzie. Zastanawiam się, co by się stało, gdyby to dziewczę 

postanowiło dostać się do piekła.

- Pewnie by sobie poradziła - odparł oschle Ormund.

- Może już pójdziemy? - denerwowała się Inga. - Bo jeśli się obudzą i odkryją, że 

zniknąłeś?

Ormund i Kalv popatrzyli po sobie.

-   Musimy   tam   wrócić,   mamy   jeszcze   coś   do   załatwienia   -   niechętnie   odparł 

krzyżowiec.

- Nie! - poprosiła przerażona, zakrywając dłonią usta.

Mężczyźni unikali jej wzroku.

- Nie róbcie im tego podczas snu - szepnęła błagalnie.

Ormund wyprostował się.

- A któż ci powiedział, że im coś zrobimy? - zapytał lekkim tonem. - Nie myślisz 

chyba jednak, że zostawię u pogan moją pelerynę i miecz?

- A więc o to chodzi? - odetchnęła z ulgą. - Tylko się pośpieszcie. Bo może te zioła nie 

były zbyt silne.

Mężczyźni ruszyli przez wysoką trawę z powrotem do zagrody. Zmierzchało i Inga 

wnet straciła ich z oczu.

- Czuję głęboką niechęć do tego, co mamy uczynić! Nigdy jeszcze nie przychodziło 

mi to z takim trudem - wyznał Kalv.

- Ja sam też czuję się okropnie - zgodził się z nim Ormund. - Musimy jednak ich 

zgładzić. Dotąd bez zastanowienia zabijałem wrogów chrześcijaństwa. Wydawało mi się to 

oczywiste. Ale kiedy Inga tak na mnie patrzyła, poczułem się jak ostatni nędznik. Dlaczego 

zawsze muszę jej sprawiać ból? Dlaczego?

Ostrożnie zbliżyli się do chaty i otworzyli drzwi. Zatrzeszczały niemiłosiernie, ale ze 

środka   nie   dochodził   żaden   dźwięk.   Najwyraźniej   zioła   zadziałały.   Na   podłodze   leżała 

skulona starucha i jej dwóch pomocników. Ormund pośpiesznie zdjął z haka pelerynę i miecz 

i nachylił się nad leżącymi. Kalv kopnął lekko jednego z mężczyzn i przewrócił go na plecy, a 

potem popatrzył na Ormunda. Długą chwilę żaden z nich nie mógł wydobyć z siebie głosu. 

Wreszcie odezwał się Kalv:

- Tak, tak, z tego snu już się nie zbudzą, nigdy!

Opuścili chatę i wrócili do Ingi. Widząc, jak przedzierają się przez wysoką trawę, 

wybiegła im na spotkanie.

- Spali? - zapytała.

background image

- Tak, spali - odpowiedział jej niemal szorstko Ormund.

- A, wy...

- Nic im nie zrobiliśmy. Teraz pośpiesz się już i nie zadawaj zbędnych pytań.

Kalv dosiadł konia. Wciąż jeszcze nie całkiem pewnie trzymał się na nogach, a ramię 

bardzo   go   bolało.   Dopiero   teraz   Inga   zauważyła,   że   Ormund   utyka.   Właściwie   obydwaj 

powinni   jechać   na   koniu,   ale   ostatecznie   tego   jednego,   którego   mieli,   dosiadł   bardziej 

potrzebujący.

Droga do Oddevold wszystkim trojgu zdawała się nie kończącą się drogą przez mękę.

Inga wprost padała ze zmęczenia. Mężczyźni milczeli, pogrążeni w rozmyślaniach. W 

końcu dziewczyna przerwała uciążliwą ciszę.

- Czy w Norwegii nigdy na dobre nie zapanuje chrześcijaństwo? - zapytała.

- Z pewnością przyjdzie na to poczekać jeszcze wiele lat - odrzekł Ormund. - Ludzie 

niechętnie porzucają stare obyczaje i nadal składają ofiary Azom.

Znów zapanowało milczenie, ale Ingę wyraźnie coś dręczyło, bo zaczęła w końcu 

niepewnie:

- Ormund...

- Tak.

- Czy jesteś na mnie zły, że nie pytając nikogo o pozwolenie wyjechałam z Konghelli? 

Do tego w przebraniu parobka?

Roześmiał się serdecznie.

-   Miałbym   być   zły   na   ciebie   za   to,   że   narażałaś   swoje   życie,   dobre   imię,   ba,   że 

pokonałaś nawet strach przed ciemnością i swoją nieśmiałość, by mnie ratować? Za kogo ty 

mnie uważasz? Usłyszałaś, że jestem ranny, i bez namysłu wyruszyłaś mi na pomoc. Za to 

miałbym   cię   skarcić?   Przecież   ja   tu   przez   cały   czas   się   zastanawiam,   jak   ci   mam 

podziękować!

-   To   dobrze   -   odetchnęła   wyraźnie   uspokojona.   -   Dla   mnie   to   najlepsze 

podziękowanie. Kalv, co z tobą?

Podtrzymali go akurat w chwili, gdy zachwiał się i omal nie spadł z konia.

- Chyba ze mną gorzej, niż myślałem - wymamrotał. - Nie dam rady jechać od razu do 

Konghelli.

- Ciekawe, co pomyśli sobie o mnie zielarka w Oddevold - westchnął Ormund. - Za 

każdym razem, gdy tamtędy przejeżdżam, zostawiam jej pod opieką rannego woja.

Ale zielarka przyjęła ich serdecznie. W jej chacie Inga mogła wreszcie zdjąć z siebie 

cuchnące  łachy i obmyć  się z brudu. Z niewypowiedzianą  przyjemnością  nałożyła  swoją 

background image

suknię i wreszcie poczuła się jak kobieta. Dręczył ją jednak niepokój, jak się dostanie do 

domu.   Powiedziała   o   tym   Ormundowi,   który   postarał   się   dla   niej   o   damskie   siodło. 

Przyprowadził też swego konia.

Gdy wrócił, Inga wyciągnęła do niego rękę.

- Powąchaj! I spróbuj tylko powiedzieć, że cuchnę stajnią!

-   Nie   -   roześmiał   się.   -   Nie   cuchniesz,   włosy   masz   też   takie,   jak   zapamiętałem. 

Kaskada złotych loków.

Inga pomagała  zielarce  przygotować  posiłek.  Przy okazji dzieliła  się z nią swymi 

doświadczeniami w sztuce leczenia. Pouczyła  ją, jak ważne jest zachowywanie czystości. 

Bandaże powinno się prać przed każdym  użyciem.  Wyjaśniała też, że zaklęcia i niektóre 

rytuały   to   przesąd.   Były   wobec   siebie   niezwykle   uprzejme   i   chwaliły   wzajemnie   swoje 

umiejętności.

Inga zaczęła nakładać kaszę do misek. Kiedy Ormund zobaczył, że jedną łyżkę kaszy 

wrzuciła do ognia, spytał zaskoczony:

- Po co to robisz?

- Przecież zawsze tak się robi - odrzekła i popatrzyła na niego zdziwiona.

- Ale po co?

- Nie wiem.

- A chcesz wiedzieć? - Ścisnął ją mocniej za ramię. - Składasz ofiarę bogom ognia! 

Pogański obyczaj! I ty udzielasz rad tej kobiecie, że powinna porzucić przesądy! Założę się, 

że   jesienią   zostawiasz   na   każdej   jabłoni   po   jednym   jabłku,   a   wiesz,   dlaczego?   Żeby 

udobruchać   Lokiego   i   inne   bóstwa.   Pogaństwo!   Wszędzie   pogaństwo!   Ludzie   wykonują 

jakieś gesty i czynności, nie znając tak naprawdę ich pierwotnego znaczenia. Jeszcze przez 

długie   stulecia   nie   da   się   ich   wyplenić.   Nie   miej   do   mnie   żalu,   że   ci   to   wytknąłem. 

Niepotrzebnie naśladujesz innych.

Poklepał ją pocieszająco po policzku i podał swą miskę. Napełniła ją kaszą, a ostatnią 

łyżkę cisnęła do naczynia tak, że aż kasza się rozprysła.

Ormund ledwie zdołał powstrzymać uśmiech.

Pozostawili Kalva u zielarki i ruszyli w stronę Konghelli. Inga wolałaby zatrzymać się 

gdzieś na noc, ale Ormund udawał, że nie dostrzega jej zmęczenia.

Minęli jakąś niewielką osadę i wjechali do porośniętego dębami boru. Znów mignęły 

im zielone wzgórza, zagajniki brzozowe, a tu i ówdzie rozległe równiny. Z daleka dostrzegli 

pamiętne miejsce, gdzie zimą zaatakowały ich wilki. Na wspomnienie tamtej okropnej nocy 

Ingę przeszły dreszcze. Nadal nie pojmowała, jakim cudem udało im się wówczas ocaleć.

background image

-   Ormundzie   -   odezwała   się   zamyślona.   -   Kiedy   galopowałam   w   stronę   spalonej 

zagrody, dotarłam do miejsca, gdzie, jak mi się zdaje, napadli nas zimą banici. Czy to było tuż 

przy skalnym występie?

- Tak.

-   Zatrzymałam   się   tam   na   chwilę,   zerwałam   kwiaty,   uplotłam   z   nich   wieniec   i 

położyłam go na ziemi. Czy słusznie uczyniłam? Nie wiedziałam, gdzie...

Zamilkła. Tak trudno było jej mówić o ojcu.

- Bardzo dobrze - łagodnie upewnił ją Ormund.  - Nie obawiaj się, że leży w nie 

poświęconej ziemi, bo tak nie jest. Gdy zachodzi taka potrzeba, mam prawo wystąpić jako 

kapłan i odprawić stosowne nabożeństwo. Skorzystałem z tego prawa.

- Dziękuję - wyszeptała Inga. - Tak się martwiłam.

- Dawno powinienem był ci o tym powiedzieć! Wybacz!

Ormund nie jechał szybko, za co dziewczyna była mu bardzo wdzięczna. Czuła się 

bowiem okropnie: dudniło jej w głowie, a powieki same opadały.

-   Opowiedz   mi,   jak   spędziłaś   lato   -   odezwał   się   Ormund.   -   Zdaje   się,   że   dużo 

przebywałaś z tym Torbjörnem Erikssonem, prawda?

- Tak. Bardzo z nim było przyjemnie. Zawsze jest taki radosny. Często jeździliśmy na 

przejażdżki. Zabierał wówczas swoją lutnię i kiedy odpoczywaliśmy, grał i śpiewał. Mogłam 

go słuchać bez końca! Ofiarował mi cudowne lato.

Ormund długo milczał.

-   A   więc   nie   miałabyś   nic   przeciwko   temu,   by   go   poślubić?   -   zapytał   w   końcu 

zduszonym głosem.

- Jeśli chcesz? - odrzekła cicho.

- Sama chyba powinnaś wiedzieć! - wybuchnął ze złością.

Popatrzyła na niego zdumiona.

-   Nie   krzycz   na   mnie!   Polubiłam   Torbjörna   i   jeśli   sądzisz,   że   jest   odpowiednim 

kandydatem na męża, mogę za niego wyjść. Zasłużyłeś  na to, by się w końcu ode mnie 

uwolnić.

- Przestań w kółko powtarzać takie bzdury! Czy kiedykolwiek się uskarżałem?

Inga wybuchnęła płaczem.

- Wybacz, Ormundzie! Ale jestem tak strasznie zmęczona. Nie mam siły jechać dalej. 

Tak mi przykro, że się na mnie złościsz. Żałuję, że ciągle przysparzam ci zmartwień!

Zeskoczył z siodła i zbliżywszy się do dziewczyny, ujął ją w talii i zniósł na ziemię.

- Jestem głupcem - rzekł z żalem. - Powinniśmy zostać w Oddevold. Ale jeśli dobrze 

background image

pamiętam, gdzieś tu blisko powinna stać stodoła. Tam się prześpisz.

W stodole było prawie pusto, Ormund przygotował legowisko, na które wycieńczona 

dziewczyna opadła bez sił. Przykrył ją peleryną.

- Wyjdę na zewnątrz, Ingo. Ale się nie bój, będę w pobliżu.

Słyszała jego słowa jakby z oddali, bo niemal natychmiast zapadła w kamienny sen. 

Zaraz też przyśniły jej się jakieś koszmary.

background image

ROZDZIAŁ XXVIII

Światło   poranka   sączyło   się   przez   szpary   między   belkami.   Inga   spała   bardzo 

niespokojnie: rzucała się, jęczała żałośnie i coś majaczyła. Na dworze gęsta mgła spowijała 

szare pola, a na niebie wisiały ciężkie chmury.

Leżący pod dębem Ormund usiadł, nasłuchując jęków dochodzących ze stodoły. Przez 

całą noc Indze śniły się koszmary, prześladowały ją okropne wizje. Teraz też miała dziwny 

sen. Przybyła właśnie do dworu w Tanum. Wędrując po przestronnych salach, szukała ojca i 

izby, w której wówczas spali. Ale zgubiła się i nie mogła odnaleźć powrotnej drogi. Tuż nad 

jej głową wisiały ciężkie pajęczyny, które usiłowały ją pochwycić. Ściany szeptały: „Uważaj, 

uważaj!” Ale ona nie wiedziała, na co ma uważać. W mrocznych kątach starych sal poruszały 

się   dziwne   cienie.   Nagle   za   plecami   Ingi   rozległo   się   ciężkie   człapanie.   Przerażona 

dziewczyna biegła, wciąż szybciej i szybciej, i nagle podłoga usunęła jej się spod stóp. Inga 

runęła w dół, spadała coraz niżej. Na dole powietrze było dziwnie gęste, pachniało ziemią. 

Wokół panowała nieprzenikniona ciemność.

Kiedy   wreszcie   dziewczynie   udało   się   coś   w   tej   ciemności   rozróżnić,   ku   swemu 

przerażeniu dostrzegła jakieś bezkształtne galaretowate postaci, które patrzyły na nią złymi 

oczami.

Inga, krzycząc jak opętana, toczyła walkę ze snem. Wreszcie otworzyła oczy.

Stodoła. Leżała w sianie spocona, z trudem łapiąc oddech, ale wolna. Nagle drgnęła, 

bo oto dach zaczął się dziwnie poruszać, a ściany, jakby zbudowane z żywych bali, zaczęły 

drgać i oddychać. Na poprzecznej belce pod sufitem Inga dostrzegła siedzącą staruchę, która 

prychała drwiąco.

Przerażona dziewczyna znów zaczęła krzyczeć. Ormund zerwał się na równe nogi.

- Zaraz się zacznie - powiedział sam do siebie. - Przeklęta czarownica i jej maści!

Wpadł  do stodoły i usiłował  uspokoić Ingę, ale ona jakby go nie widziała.  Przed 

oczyma wciąż miała obrazy z koszmarnego snu. Znów zdawało się jej, że zbliża się do niej 

jakiś nowy potwór. Krzyczała, cofając się, a Ormund czynił co w jego mocy, by ją uspokoić.

- Ingo! Ingo! - wołał, szamocząc się z dziewczyną. - To ja, Ormund, jestem przy tobie!

Mocnym szarpnięciem zdołała się wyswobodzić i śmiertelnie przerażona wybiegła ze 

stodoły. Ormund pośpieszył za nią, ale strach dodał dziewczynie skrzydeł. Biegła na oślep, 

zatrzymała się dopiero, gdy skała zagrodziła jej drogę. Tam Ormund ją wreszcie dogonił, ale 

Indze zdawało się, że wpadła w szpony prześladującego ją monstrum, i w panice usiłowała się 

uwolnić z uścisku opiekuna.

background image

Ormund przycisnął dziewczynę do skały i przytrzymywał jej nadgarstki, przez cały 

czas przemawiając łagodnie, ale ona pozostawała głucha na jego słowa.

- Spójrz na mnie, Ingo - prosił spokojnie. - To ja, Ormund, przecież tak rozpaczliwie 

mnie wzywasz, czy nie poznajesz mnie, nie poznajesz mego głosu?

Na moment uspokoiła się i słychać było jedynie jej drżący, urywany oddech, ale w 

oczach nadal czaił się śmiertelny strach.

- Tak, słyszę głos Ormunda, ale twarz...

Krzyknęła znowu.

Ormund cierpliwie zaczął tłumaczyć od początku:

- Dotknij mojej twarzy, Ingo. Zamknij oczy i dotknij!

Niepewnie posłuchała go.

- Tak - wyszeptała. - Tak, to ty, Ormundzie.

I otworzyła oczy.

- Ormundzie... chyba już mi przeszło.

Czuł, jak jej ciało, które wciąż trzymał w uścisku, powoli się rozluźnia.

Była bezgranicznie zmęczona.

- Widziałam ją, Ormundzie. Siedziała u góry na belce. Jak ona tam weszła?

- Nie było jej tu, Ingo - uspokajał dziewczynę. - To przez tę maść, którą posmarowała 

ci ranę, miałaś takie koszmarne sny.

- Psianka - odezwała się Inga zamyślona.

- Co mówisz?

- To takie ziele - wyjaśniła. - Dziadek opowiadał mi o nim. Jeśli komuś dostanie się do 

krwi, to ta osoba ma straszne koszmary i okropne wizje.

Ale do Ormunda słowa Ingi dochodziły jakby z oddali. Patrzył na jej włosy, które 

wydały mu się złotą koroną. Czuł ciężki oddech dziewczyny i serce, mocno bijące, tuż przy 

swoim.

O,   nie,   nie,   nie!   myślał   przerażony.   Jak   to   się   stało,   że   znaleźliśmy   się   w   takiej 

sytuacji? Nie chciałem tego, naprawdę... Skąd to uczucie oszołomienia, ta gorączka? Czemu 

jej twarz niemal całkiem mi się zaciera, tylko te usta stają się coraz bardziej wyraziste i 

przyciągają mnie nieodparcie? Myśl jasno, Ormundzie! Gdzie twój rozum, gdzie rozsądek? 

Och, Boże, pomóż mi się z tego wyplątać!

Jego   oczy   zasnuły   się   mgłą,   pulsująca   krew   rozsadzała   skronie.   Jeszcze   mocniej 

ścisnął nadgarstki dziewczyny.

Dostrzegł, że jej oczy rozszerzają się w zdumieniu,  a wargi układają się w szept: 

background image

„Ormund?”

Wiedział,   że   wystarczy   pochylić   głowę,   odszukać   jej   usta   wargami   trawionymi 

gorączką, a wówczas pożar, który w nim gorze, zostałby ugaszony. Tylko jej usta mogły mu 

teraz przynieść ukojenie. Po co się dłużej opierać? Lepiej ulec i uspokoić zmysły.

Ulec... Uciszyd swą odwieczną za nią tęsknotę i zapomnieć o wszystkim. Niech nic 

więcej nie ma znaczenia. Nic!

Nie zdawał sobie sprawy, że wpija się paznokciami w jej skórę, dostrzegał jedynie jej 

pociemniałe, jakby nic nie widzące oczy.

Ona czuje to samo, co ja, pomyślał wzruszony. Jest moja, widzę w jej oczach, że 

szuka moich ust, że drzemie w niej tylko ta jedna tęsknota.

- Leż spokojnie - wydusił z siebie. - Nie ruszaj się! Jedno jedyne słowo czy jeden twój 

ruch może nas wtrącić w otchłań.

Zacisnął powieki, by wyrwać się z tego rzuconego nań czaru, ale czuł ją, czuł każdym 

nerwem swego ciała. Otworzył więc oczy, nie miał dość siły, by się uwolnić, nie mógł się 

zmusić, by wstać i odejść. Jak przyjemnie byłoby poddać się temu przemożnemu pragnieniu! 

Inga poruszyła się, zbliżyła się nieco, a potem odchyliła głowę.

- Nie ulegaj - wyszeptał.

Inga zaszlochała, a potem jęknęła cicho:

- Jesteś krzyżowcem!

Jej słowa stały się dla niego liną ratunkową. Ze wzrokiem wciąż utkwionym w usta 

dziewczyny cofnął drżące dłonie i powoli się podniósł. Bał się znowu dotknąć Ingi, ale podał 

jej rękę, by mogła wstać. Popatrzyła na niego bezradnie.

- Mało brakowało - szepnęła cicho, niemal bezgłośnie. - Ormundzie, myślę, że już 

dłużej nie możesz być moim opiekunem. A może to tylko wina maści?

Ormund roześmiał się, ale gdy odpowiedział, jego głos zadrżał.

- Nie, Ingo, to nie maść, tylko ty i ja.

Inga z trudem przełknęła ślinę i wyszeptała:

- Jeszcze nigdy nie czułam takiej niemocy... To nie jest miłe uczucie.

- To prawda - rzekł Ormund.

Inga, łapiąc się za skronie, jęknęła:

- Strasznie mnie boli głowa.

- To wina maści.

Pomógł jej oczyścić białą sukienkę i włosy z drobin siana.

-   Położysz   się   jeszcze   i   trochę   pośpisz?   -   zapytał   Ormund   już   nieco   bardziej 

background image

opanowany.

- Sądzisz, że odważę się wejść tam sama? Nigdy w życiu!

- Ja w każdym razie nie zamierzam dotrzymywać ci towarzystwa.

- A dlaczego?

- Och, nie bądź niemądra! - wykrzyknął.

Nagle   ku   swemu   wielkiemu   zaskoczeniu   Ormund   zobaczył,   że   dziewczyna 

wyciągnęła ręce ku niebu i wybuchnęła niepohamowanym śmiechem.

-   Nie   wiem   dlaczego,   Ormundzie,   ale   nagle   poczułam   się   taka   szczęśliwa   - 

wykrzyknęła.

Popatrzył na nią z czułością.

- Ja przez moment także, choć wiem, że nie powinienem. Ingo, wybaczysz mi to, co 

się stało?

- Myślę, że każda kobieta wybaczyłaby swemu najlepszemu przyjacielowi coś takiego. 

Chcę, żebyś wiedział, Ormundzie, o jednym. Gdybyś tak mocno nie ściskał moich rąk, bez 

wątpienia objęłabym cię za szyję. Cóż więc mam ci wybaczać?

W tej krótkiej chwili nie potrzebowali słów, wystarczyło spojrzenie i uśmiech. Stali 

oddaleni  od  siebie  o  kilka  kroków, ale   to,  co ich  łączyło,  było  silniejsze  niż  gwałtowne 

pożądanie, którego doświadczyli parę chwil wcześniej. Łagodny uśmiech na twarzy Ormunda 

z   wolna   ustąpił   wyrazowi   smutku   i   cierpienia.   Inga,   pragnąc   przerwać   wibrującą   ciszę, 

spuściła głowę i rzekła z powagą:

- Jestem w pełni świadoma, że to się nie zmieni, Ormundzie.

- Powinienem oddać cię w dobre ręce, i to jak najszybciej!

- Tak, Ormundzie - odpowiedziała cicho. - Jedziemy dalej?

background image

ROZDZIAŁ XXIX

We dworze i na wzgórzu zamkowym życie płynęło zwykłym rytmem. Inga szybko 

doszła do siebie po emocjach, jakich dostarczyła jej szalona eskapada, a codzienne obowiązki 

zdawały jej się teraz zabawą.

Prawie nie widywała Ormunda, chodziły jednak słuchy, że Gaute Frostesson nie jest 

zadowolony   z   jego   powrotu.   Domyślała   się,   że   fanatycznego   przełożonego   szczególnie 

niechętnie usposobiła spowiedź rycerza.

Frostesson wyznaczał teraz Ormundowi coraz to nowe zadania, najczęściej wysyłał go 

do   odległych   osad   po   odbiór   dziesięciny.   Ormund   nie   sprzeciwiał   się,   bo   te   wyprawy 

przynosiły spokój jego myślom.

Jesień zagościła już na dobre na gościńcach, drzewa zrzuciły niemal całe listowie i 

wyciągały ku niebu nagie gałęzie. W powietrzu wyczuwało się chłód, a w nocy zdarzały się 

przymrozki.   Paprocie   przybrały   ponury   brunatny   odcień   i   skuliły   się   w   sobie,   jarzębiny 

pociemniały.

W   porcie   opustoszało.   Tylko   statek   Torbjörna   Erikssona   wciąż   cumował   przy 

nabrzeżu. Któregoś dnia Ormunda odwiedził młody mężczyzna. Strażnik domyślił się, kim 

jest, choć widział Torbjörna tylko raz, i to z daleka. Zaprosił gościa do swej skromnej izby i 

wskazał mu miejsce. Ale Torbjörn nie chciał usiąść.

Ormund   obserwował   go   w   zamyśleniu.   Gdyby   spotkał   młodego   kupca   w   innych 

okolicznościach, pewnie uznałby go za niezwykle sympatycznego młodzieńca, ale teraz od 

razu nastawił się do niego wrogo. Jestem niesprawiedliwy, łajał się w myślach, przecież ten 

człowiek może ofiarować Indze wszystko to, na co dziewczyna zasługuje, a przy tym ona go 

lubi. Tylko że...

Nie, znów niepokorne myśli wymykają się spod kontroli.

- A więc to wy, panie, jesteście Ormund Strażnik? - zapytał gość bez skrępowania. - 

Wyobrażałem sobie, że jesteście starsi wiekiem. Opiekun, jak wiadomo...

- Naprawdę? A was jak zwą i co was do mnie sprowadza? - spytał Ormund.

- Jak się nazywam, wnet usłyszycie. Trudno mi wyłożyć sprawę, z którą przybywam. 

Całą jesień zbierałem się na odwagę, by to uczynić. - Zamilkł na chwilę, nim wreszcie rzekł: - 

Nazywam się Torbjörn Eriksson.

- Jeśli nazywacie się Torbjörn Eriksson - cicho odezwał się Ormund - to wydaje mi 

się, że wiem, z czym do mnie przybywacie. Moja podopieczna wspominała mi o was.

- Tak? - ożywił się Torbjörn. - A co mówiła? To znaczy...

background image

Ormund obrzucił go chłodnym spojrzeniem.

- Jeszcze nie przedstawiłeś, młodzieńcze, swej sprawy.

- Wybaczcie mi, panie! Przychodzę, by prosić o rękę twej podopiecznej.

Dlaczego   nagle   zaschło   mi   w   ustach?   przeraził   się   Ormund.   Przecież 

przygotowywałem się na tę chwilę, i to od dawna. Modliłem się o siłę, by temu sprostać.

- Wiecie chyba, że Inga nie otrzyma posagu poza tym, co ja mogę jej ofiarować. A 

tego nie ma wiele.

Torbjörn machnął ręką.

-  Nie  dbam  o posag,  mam   dość bogactw.  Możesz  mi  wierzyć,  panie,   że  mogłem 

zdobyć wiele kobiet równych mi stanem, ale poślubić chcę Ingę.

- A więc znaliście wiele kobiet? - zapytał na pozór spokojnie Ormund.

Torbjörn roześmiał się głośno.

- Sami wiecie, jak to jest - poufale ściszył głos. - Byliście w dalekich krajach. Wiele 

kobiet przewinęło mi się przez ręce, ale tylko ta lilia z chłodnej Norwegii zawojowała moje 

serce. Jest doskonała, no, może z jednym uszczerbkiem...

Ormund odwrócił się gwałtownie.

- Z jakim?

Torbjörn wykrzywił twarz w lekkim grymasie.

-  Dłonie.   Nie  pojmuję,  gdzie  je  tak  zniszczyła   Wystarczy   byle   chłód,  a  puchną   i 

sinieją. Ale może są jakieś gojące maści?

Na dźwięk słowa „maść” Ormund drgnął.

- Dla mnie jej ręce są równie drogie jak ona cała. Gdybyś wiedział, młodzieńcze, od 

czego ma takie dłonie, to nie mówiłbyś o tym w taki sposób - rzucił gniewnie Ormund.

- Naprawdę? - odezwał się wesoło Torbjörn. - Od czegóż więc?

- Odmroziła je ostatniej zimy, kiedy w lesie napadły na nas wilki. Przez całą noc w 

trzaskającym mrozie opatrywała moich rannych wojów.

- Inga? - uśmiechnął się z niedowierzaniem Torbjörn. - Niemożliwe. Sądziłem, że ta 

delikatna istota została stworzona jedynie do tkania i szycia. Jest taka uległa.

- To chyba nie znasz, młodzieńcze, mojej podopiecznej - odrzekł Ormund. - Czyżbyś 

nie słyszał o jej ostatniej wyprawie do Oddevold?

- A tak, słyszałem tę zwariowaną historię - roześmiał się Torbjörn szczerze ubawiony. 

- Chyba tylko głupiec uwierzy, że może być prawdziwa. Wyobraźcie sobie, panie, Inga w 

przebraniu parobka! Ta delikatna, nieśmiała panna walcząca z poganami! Absurd. Doprawdy, 

ten, kto wymyślił tę opowiastkę, musiał mieć bujną fantazję.

background image

Ormund nabrał powietrza głęboko w płuca, z trudem hamując wybuch złości.

- No cóż - rzucił z przekąsem. - Skoro uważasz Ingę za istotę na wskroś uległą, to 

twoja sprawa.

Nigdy się nie dowiesz, ile żaru ma w sobie ta dziewczyna, myślał zapatrzony w jakiś 

odległy punkt. A jeśli? Znów poczuł się tak, jakby ktoś przykładał mu do piersi rozżarzone 

żelazo.

- A Inga jak się zapatruje na twoje plany? - zwrócił się ponownie do młodzieńca. - Bo 

rozumiem, że rozmawialiście o tym?

- Właściwie niewiele, nikt nie pyta wszak kobiet o zdanie w tym względzie. Zresztą 

sama powtarzała, że to ty, panie, podejmiesz decyzję.

Ormund po raz kolejny stłumił złość.

- Rozumiem, że znasz moje wymagania.

- Tak, gdybym nie mógł ich spełnić, nigdy nie odważyłbym się tu przyjść.

- To dobrze! W takim razie porozmawiam z podopieczną, bo wbrew temu, co sądzisz, 

decydujące znaczenie ma jej zdanie. Jeśli się zgodzi, będzie twoja. To wszystko, co mam ci 

do powiedzenia, Torbjörnie Erikssonie.

- Kiedy mogę oczekiwać odpowiedzi?

- Za  kilka  dni! Bo chyba  - nagle głos  Ormunda  załamał  się - nie  ma  aż  takiego 

pośpiechu? Mam nadzieję, że nie posunęliście się za daleko.

- Skądże! - zapewnił Torbjörn. - Co najwyżej trzymałem ją za rękę, kiedy pomagałem 

jej zejść z konia.

- Dobrze! Porozmawiam z Ingą jak najszybciej.

Ormund wyszedł przed chatę. Zabierze ją, zabierze na statek i odpłynie do swego 

kraju, myślał z żalem, odprowadzając wzrokiem Torbjörna. Z nim Inga będzie dzielić troski i 

radości.   Jej   życie   się   zmieni,   zabraknie   w   nim   miejsca   dla   dawnego   opiekuna.   Och,  jak 

strasznie opustoszeje Konghella! Nigdy już nie zobaczę Ingi, nigdy nie usłyszę jej głosu. 

Spędzi życie u boku innego mężczyzny, mężczyzny, który miał przed nią wiele kobiet i który 

nigdy tak do końca jej nie zrozumie. Który wstydzi się z powodu jej zniszczonych rąk, który 

nigdy nie pojmie powagi w jej słowach. Może nawet będzie szukał towarzystwa innych dam, 

zostawiając ją samą w domu? Ale przecież Inga go lubi, a to jest najważniejsze.

Powoli ruszył w stronę kaplicy. Wszedł do środka i zatrzymał się tuż przy ołtarzu przy 

świętej relikwii.

- Byłaś moją dumą - odezwał się szeptem. - W swej pysze sądziłem, że jestem godny 

cię strzec. Ale żądasz tak wiele ode mnie. Chętnie zresztą ofiaruję ci wszystko, ale ta chwila 

background image

jest najtrudniejsza w moim życiu. Daj mi siłę i moc, bym potrafił stawić jej czoło. Pomóż, 

bym pamiętał, że ten młodzieniec będzie dla Ingi dobrym mężem.

Nagle do Ormunda podszedł bezszelestnie kapelan i kładąc mu dłoń na ramieniu, rzekł 

cicho:

- Ciężko ci, Ormundzie, na sercu. Pamiętaj jednak, że Kościół nie ocenia cię z taką 

surowością, jak ty sam się oceniasz. Twój zakon nałożył na ciebie bardzo surowe reguły. 

Nadejdzie jednak dzień, gdy Gaute Frostesson zrozumie, że popełnił błąd.

Kapelan odszedł, pozostawiając zadumanego Ormunda.

Co miał na myśli staruszek?

Zresztą co z tego, że kiedyś Gaute zrozumie swój błąd? Nim lód skuje wody, Inga 

wyjedzie. Jako żona innego mężczyzny.

background image

ROZDZIAŁ XXX

Jeszcze tego samego wieczoru Ormund udał się do dworu, żeby porozmawiać z Ingą. 

Założył  odświętny strój, ten sam, który miał na sobie podczas uczty królewskiej. Ludzie, 

zdumieni, odwracali głowy, patrząc za nim.

Okazało się, że Inga wybrała się na spacer nad rzekę, Ormund więc zawrócił i wyszedł 

dziewczynie na spotkanie.

Odnalazł ją dopiero po dłuższym czasie, siedziała tuż u ujścia rzeki, wpatrzona w 

morze.   Stał   przez   chwilę   i   przyglądał   się   jej,   a   troska,   która   gościła   w   jego   sercu, 

odzwierciedliła się na jego twarzy.

- Ingo - powiedział cicho.

Drgnęła i odwróciła głowę.

- Właśnie o tobie myślałam, Ormundzie - odezwała się z uśmiechem. - Zastanawiałam 

się, czemu tak dawno się nie widzieliśmy.

- Dużo wyjeżdżałem - usprawiedliwił się, podchodząc bliżej. - Ale przecież nie byłaś 

samotna. Torbjörn Eriksson dotrzymywał ci wszak wiernie towarzystwa.

- Tak, był dla mnie bardzo miły - przyznała, spuszczając wzrok.

- Ingo, chciałbym z tobą porozmawiać!

- Tak?

Przełknął ślinę. Oto nadszedł najtrudniejszy moment.

- Ingo - zaczął,  nie poznając  swego głosu. - Ciężko  mi  na sercu. Złożyłem  dwie 

przysięgi i obu nie dotrzymałem.

Milczała, ale w jej oczach czaił się smutek.

Dokoła panowała całkowita cisza. Rzeka lśniła w dole, powietrze było chłodne, na 

niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy.

- Wielu konkurentów starało się o twoją rękę, Ingo. Wszystkich odrzuciłem, bo ich nie 

chciałaś. Teraz jednak w końcu znalazł się ktoś, z kim mogłabyś dzielić życie...

Zamilkł i przetarł oczy. Była taka nieprawdopodobnie piękna, kiedy tak stała i ufnie 

przysłuchiwała się jego słowom.

- Nie patrz tak na mnie! - zawołał gwałtownie. - Zrobiłem dla ciebie, co mogłem, ale 

teraz powinienem odzyskać spokój. Zaniedbywałem swe święte powołanie, bo w mym sercu 

gościła troska o ciebie. Dziś Torbjörn Eriksson poprosił o twą rękę. Jeśli go chcesz, może być 

twój.

Inga poczuła w piersiach straszny ucisk i z trudem łapała oddech. Stała oddalona od 

background image

Ormunda o kilka kroków. Utkwiwszy wzrok w ziemię, nerwowo zaciskała dłonie.

- Chcesz go?

- Jest... z pewnością bardzo miły - wyjąkała.

- Nie o to pytam!  Kochasz go? - wyrzucił z siebie i z zapartym  tchem czekał na 

odpowiedź.

- Czy kocham? Jeśli każesz, poślubię go.

Patrzył na nią porażony. Stało się, wszystko minęło. Po chwili odzyskał panowanie 

nad sobą i zapytał z wysiłkiem:

- Czy masz jakieś życzenia w związku ze ślubem?

- Nie - odrzekła cicho.

Usiłował wziąć się w garść i myśleć praktycznie.

-   Potrzebujesz   trochę   czasu,   by   uporządkować   swą   wyprawę.   Mam   nadzieję,   że 

uszyłaś sobie trochę rzeczy?

- Tak. Właściwie już zgromadziłam w kufrze to co niezbędne.

- To dobrze. Wszystko co mam, oddam tobie, bo ja niczego nie potrzebuję.

Zapadło milczenie. Nie wiedział nagle, o czym z nią mówić. W jednej chwili stała mu 

się obca.

-   Zobaczysz,   jakoś   się   to   ułoży   -   rzekł   w   końcu.   -   Wreszcie   odzyskasz   spokój, 

zasłużyłaś na to. Torbjörn Eriksson z pewnością ofiaruje ci, co zechcesz, gdy już dotrzecie do 

jego domu... - urwał, bo nie mógł dalej mówić.

- Czy muszę? - wyszeptała nagle Inga tak cicho, że nie był pewien, czy naprawdę z jej 

ust padły te słowa.

Podniosła wzrok, a w jej oczach ujrzał rozpaczliwe błaganie.

- Ormundzie...

Szybko znalazł się tuż przy Indze, objął ją mocno i obsypał pocałunkami tak drogą mu 

twarz. Potem odszukał wargami gorące usta dziewczyny. Przytuliła się do niego z oddaniem i 

odpowiedziała na jego pocałunki. Oszołomiony bliskością ukochanej, przycisnął policzek do 

jej skroni i zanurzył dłoń w jej złotych włosach.

- Najdroższa! Nie mogę - wyszeptał zrozpaczony. - Poniosłem klęskę we wszystkim: 

nie potrafiłem odwrócić myśli od ziemskich spraw, nie potrafiłem ci znaleźć męża. Ale ta 

chwila wynagradza mi wszystko.

Inga przymknęła oczy i dotykała wargami ciepłej szyi Ormunda, rozkoszując się przy 

tym uściskiem jego mocnych ramion.

- Nigdy więcej ode mnie nie odchodź, Ormundzie - wyszeptała błagalnie. - Proszę, nie 

background image

zostawiaj mnie.

Spojrzał w jej twarz z wielką miłością.

- Ukochana! - rzekł czule, ale i ze smutkiem. - Gdybym tylko mógł pozostać przy 

tobie, tajemnicza istoto, która wabisz mnie i przyciągasz. Gdybym  mógł zrozumieć twoje 

myśli, poznać twe ciało... Ale nie wolno mi! Co jest w tobie takiego, co czyni mnie słabym, 

co wysysa ze mnie całą moc?

Ostrożnie odchylił jej suknię przy szyi i przymknąwszy powieki, pozwolił dłoni sunąć 

tęsknie po aksamitnej skórze. Jego twarz wykrzywił  grymas  cierpienia. Niechętnie cofnął 

rękę.

- Co zrobimy, Ormundzie? - zapytała cienkim głosem. - Nie chcę nikogo innego prócz 

ciebie. Właściwie zawsze tylko ty się dla mnie liczyłeś. Pokochałam cię już w Borg, kiedy 

jeszcze czułam do ciebie taki respekt.

Uśmiechnął się blado:

- Czyżbyś teraz straciła dla mnie szacunek?

- Oczywiście, że nie. Ale już nie wydajesz mi się taki niedostępny. Wspólne przeżycia 

bardzo nas ze sobą związały, choć nie jestem taka szlachetna i pobożna jak ty.

- Mów, co chcesz, ale proszę, nie nazywaj mnie pobożnym - odparł gorzko. - Masz 

rację co do jednego: jesteś przeznaczona dla mnie i nigdy nie zaznasz pełnego szczęścia u 

boku innego mężczyzny. W końcu to zrozumiałem.

- Wiesz, Ormundzie - ciągnęła Inga równie cichym głosem - tak mi imponowało, że 

jesteś krzyżowcem, i dlatego starałam się trzymać od ciebie z daleka. Na tym polegała moja 

ofiara dla Świętego Krzyża. Ale tego wieczoru nie potrafię już dłużej składać ofiary.

- Nie ty jedna - rzekł z westchnieniem.

- Czy jest dla nas jakaś nadzieja?

- Jutro porozmawiam z Gaute Frostessonem. Poproszę, żeby zwolnił mnie z przysięgi. 

Nie jestem już godny być strażnikiem relikwii, w każdym razie nie na zasadach ustalonych 

przez   Gautego.   Wierzę   jednak   gorąco,   że   żeniąc   się   z   tobą,   mogę   być   równie   dobrym 

chrześcijaninem.

- Sądzisz, że Gaute cię wysłucha?

Pokręcił głową.

- Obawiam się, że nie, ale zrobię w każdym razie wszystko, co w mojej mocy. Wiem 

jedno: zbyt cię miłuję, bym mógł bez ciebie żyć.

-   Nie   rozumiem   tej   przysięgi   -   przerwała   mu   Inga.   -   Wolno   ci   używać   miecza, 

mordować i okaleczać, ale nie możesz się ożenić i mieć dzieci.

background image

- Miecza używam przeciwko poganom, dla Kościoła, natomiast kobieta odciąga moje 

myśli od Boga.

- Czy rzeczywiście odciągałam cię od Boga? - zapytała Inga cicho.

Popatrzył z powagą.

- Nie, czuję, że oboje jesteśmy pokornymi sługami Świętego Krzyża.

- Myślę dokładnie tak samo - pokiwała głową. - Właśnie dlatego uważam, że reguły 

zakonu Strażników Krzyża są po prostu niezrozumiałe. Co zaś się tyczy mojej przyszłości, 

zyskałam całkowitą pewność. Jutro powiesz Torbjörnowi; „nie”. Po dzisiejszym wieczorze 

nie potrafię już dłużej udawać miłości do żadnego innego mężczyzny. A jeśli kiedyś urodzę 

dzieci, będą to twoje dzieci, Ormundzie.

-   Chyba   nie   wątpisz,   jaką   odpowiedź   otrzyma   Torbjörn   -   odezwał   się   rycerz   z 

tłumioną radością w głosie. - Ingo, z tęsknoty za tobą omal nie pękło mi serce. Zdobędę cię! 

Nie spocznę, póki nie zostaniesz moją żoną.

-   A   jeśli   Gaute   nie   zechce   cię   uwolnić   z   przysięgi?   Jeśli   Kościół   odmówi 

pobłogosławienia naszego związku?

Wziął ją czule w ramiona i odpowiedział z rozpaczą:

- To wówczas będziemy musieli odejść każde własną drogą. Bo nie ma nic pośrodku, 

jesteśmy chrześcijanami i Kościół jest dla nas największą świętością.

Odgarnąwszy   z   czoła   dziewczyny   lekkie   jak   puch   loki,   pocałował   ją   z   wielką 

czułością.

Inga popatrzyła zza jego ramion na niebo.

- Ciekawe, co myślą o nas gwiazdy? - szepnęła rozmarzona.

-   Gwiazdy?   -   Ormund   skierował   wzrok   w   tym   samym   kierunku.   -   Widziały   już 

niejedno, i radość, i cierpienie. I od wieków nucą tę samą pieśń o miłości.

- Czy ludzie przed stuleciami czuli to samo co my teraz?

Uśmiechnął się.

- Człowiek od wieków w głębi serca odczuwa tę samą tęsknotę, tą samą potrzebę 

wspólnoty z drugim człowiekiem, choć kiedyś nie potrafił wyrażać pięknymi słowami swych 

uczuć.

- A co będzie po nas? Czy świat nadal będzie istniał?

- Oczywiście, świat, nasze dzieci, ich dzieci, a także miłość, która za każdym razem 

wydaje się nowa, jedyna i niepowtarzalna. Pod usianym  gwiazdami firmamentem zawsze 

ludzie będą się kochać.

-   Przytul   mnie   mocno,   Ormundzie   -   rzekła   Inga   strwożona.   -   Używasz   takich 

background image

wzniosłych słów, a ja nie chcę myśleć o wieczności, wolę czuć się bezpiecznie w swoim 

małym świecie.

- Masz rację - wyszeptał. - Wystarczy nam naszych zmartwień. Tak pragnąłbym ci 

ofiarować bezpieczeństwo, za którym tęsknisz. Wracajmy już, czas na nas!

Powoli ruszyli w stronę dworu.

background image

ROZDZIAŁ XXXI

Następnego dnia po Konghelli rozeszła się wieść, że Ormund Strażnik z powodu swej 

podopiecznej poprosił o zwolnienie go ze ślubów zakonnych. W porcie podniesiono żagle na 

ostatnim już statku i młody szwedzki kupiec Torbjörn Eriksson odpłynął na zawsze. Król 

Sigurd Krzyżowiec wezwał zainteresowanych tą sprawą na rozmowy do wielkiej sali. Tylko 

Indze odmówiono udziału, bo jako kobieta i tak nie miała prawa głosu.

Spór był zagorzały. Ormund stał niczym oskarżony przed królem, zarządcą dworu, 

Gautem i kapelanem.

-   Nigdy!   -   wydobyło   się   ze   ściśniętych   ust   Gautego.   -   Spodziewałem   się   tego, 

Ormundzie Ingjaldssonie. Jesteś słaby, ale nie uciekniesz od przysięgi, którą złożyłeś przy 

Chrystusowym grobie. Chcesz złamać śluby dla jakiejś marnej służebnej?

- Uważam, że nie powinniśmy mieszać do tego Ingi córki Erlinga - wtrącił się kapelan. 

- Dla mnie nie jest ona jakąś marną służebną, lecz głęboko wierzącą chrześcijanką. Ani ona, 

ani   Ormund   nie   złamali   zasad   naszej   wiary   i   nie   zamierzają   się   przecież   odwrócić   od 

Świętego Krzyża.

- To prawda - potwierdził Ormund. - Gdybym mógł się ożenić z Ingą, chętnie bym 

nadal strzegł świętej relikwii, ale wymagania względem członków zakonu mnie przerastają. 

Dlatego zdecydowałem się odejść, bo zrozumiałem, że nigdy nie zdołam wyrzucić Ingi ze 

swych myśli. Nie potrafię poświęcić się bez reszty służbie Bogu.

Król Sigurd zwrócił się do przełożonego zakonu:

- Gaute, wiesz dobrze, jak wysoko cię cenię. Myślę jednak o tym, że Ormund Strażnik 

wypełnił   już  ogromnie   ważną   misję,   strzegąc   świętej   relikwii   w   trudnej   i   niebezpiecznej 

wyprawie z Ziemi Świętej do Norwegii, wśród niejednej śnieżnej zawieruchy,  atakowany 

przez sfory wilków i bezlitosnych  banitów. I pomagała mu właśnie Inga. Sądzę, że jego 

zadanie zostało wypełnione. Zresztą wy, strażnicy relikwii, nie będziecie żyć wiecznie, ktoś 

musi przejąć po was tę misję: ludzie, którzy przecież nie złożyli przysięgi w Jerozolimie.

- A może Gaute myśli, że będzie żył wiecznie - cicho wtrącił kapelan.

Gaute posłał mu nienawistne spojrzenie, a król dodał:

-   Przecież   najtrudniejszym   zadaniem   było   właśnie   przewiezienie   relikwii   do 

Norwegii! Straż tu w kaplicy nie jest niezbędna, w każdym razie nie w czasach pokoju. Jeśli 

zaś chodzi o zbieranie dziesięciny, Ormund może nadal się tym zajmować. Nie wymaga to od 

niego takich ofiar.

- Tak może mówić tylko ktoś, kto sam złamał przysięgę - odpowiedział Gaute. - W 

background image

Jerozolimie   przyrzekłeś,   królu,   przewieźć   relikwię   do   Nidaros   i   założyć   w   Norwegii 

arcybiskupstwo. Ale nie dotrzymałeś słowa. Jesteś jednak królem i nie mam nad tobą władzy, 

Ormund przeciwnie, podlega mnie, a ja mam nad sobą tylko jednego zwierzchnika, papieża. 

Święty zakon Strażników Krzyża jest moim dziełem, za jego utworzenie zebrałem pochwały 

od kardynałów kościoła rzymskiego na południu Europy.

- Zapominasz, że Ormund jest jednym z moich najlepszych dowódców!

- Tylko wtedy, gdy strzeże świętej relikwii!

Popatrzyli na siebie z niechęcią. Żaden nie zamierzał się ugiąć, w tej walce o prestiż 

na plan dalszy zeszła miłość Ingi i Ormunda.

Wówczas zabrał głos inny strażnik relikwii.

-   Rozumiem   rozterki   Ormunda.   Jednak   przysięga   to   przysięga.   Niech   Ormund 

potraktuje to jako próbę. Jeśli uda mu się jej sprostać, umocni się w wierze.

- Mam złamać życie niewinnej istocie? - odezwał się z goryczą Ormund.

- Próbę? - rzekł zamyślony król Sigurd. - Ta próba trwa już przeszło rok, Ormund nie 

potrafi   się   oprzeć   swej   słabości   do   tego   dziewczęcia.   Pamiętam,   że   kiedy   wracając   z 

Jerozolimy zatrzymaliśmy się w Borg, usłyszałem, iż Ormund Strażnik uratował młodą pannę 

z rąk pijanych  wojów. Widać już tamtej nocy strzała miłości ugodziła go w samo serce. 

Później na własną prośbę pojechał do Erlinga kowala z wiadomością, że wzywam go do 

Konghelli. Już wtedy kochał tę dziewczynę, choć sam przed sobą się nie przyznawał, jak 

wiele dla niego znaczy.

Wstał drugi strażnik.

- Dostojni panowie, spróbujmy zrozumieć Ormunda. Złożonych w Jerozolimie ślubów 

czystości, ubóstwa i posłuszeństwa starał się dopełnić najlepiej, jak potrafił. My wszyscy, 

Gaute i pozostali strażnicy, jesteśmy już w podeszłym wieku i łatwiej nam zrezygnować z 

doczesnych uciech, Ormund zaś jest młody. My odsunęliśmy się od świata i mogliśmy w 

ciszy   i   spokoju  kontemplować   obecność   Boga   w   naszym   życiu,   jego  zadaniem   zaś   było 

chronić relikwii w ogniu walki. Teraz jednak, kiedy nic nie zagraża Świętemu Krzyżowi, my 

możemy przejąć nad nim straż.

Gaute poczuł na sobie uważne spojrzenie kapelana. Poruszył się niespokojnie, bo nie 

pojmował dróg, którymi błądziły myśli tego człowieka.

Król zwrócił się do zarządcy.

- Słyszeliśmy opinie wszystkich z wyjątkiem twojej - rzekł. - Powiedz, co sądzisz o tej 

sprawie, przywykłeś wszak rozstrzygać spory.

-   Uważam,   że   nie   możemy   wydać   wyroku.   Gaute   zgodnie   z   prawem   jest 

background image

zwierzchnikiem   Ormunda,   nie   wolno   nam   mieszać   się   w   wewnętrzne   sprawy   zakonu. 

Ponieważ jednak chodzi o decyzję, która ma zaważyć na całym dalszym życiu Ormunda, 

mam pewną propozycję. Za dwie niedziele przybędzie do Konghelli wysłannik arcybiskupa z 

Lund. Pozwólmy jemu rozstrzygnąć ten spór.

- Co ty na to, Gaute?

- Uważam, że to dobry pomysł. Osobiście przedłożę mu tę sprawę. Niech zadecyduje.

- Dobrze - Sigurd podniósł się z tronu. - Jesteś zadowolony, Ormundzie Strażniku?

- Przyjmę i dostosuję się do tego wyroku - rzekł rycerz i na tym zakończono naradę.

Gaute   wyszedł   na   dziedziniec   i   odetchnął   rześkim   mroźnym   powietrzem.   Ziemia 

zamarzła, a rzekę skuły pierwsze lody. Za plecami usłyszał kroki i domyślił się, że to kapelan. 

Poczuł, jak po plecach przebiega mu nieprzyjemny dreszcz. Kapelan był miły i dobroduszny, 

a jednak Gaute go nie znosił. Zdawało mu się bowiem, że spojrzenie duchownego przenika go 

na wskroś.

- Tak, tak, nadchodzi zima - zaczął ksiądz, mocniej otulając się peleryną.

- Rzeczywiście - krótko odrzekł Gaute.

- Idziemy razem na wzgórze zamkowe?

Chyba   nie   da   się   tego   uniknąć,   pomyślał   Gaute   i   żeby   zniechęcić   kapelana   do 

rozmowy, ruszył szybkim krokiem naprzód. Ale kapelan dzielnie dotrzymywał mu kroku, tak 

że w końcu Gaute sam się zmęczył i zwolnił.

- Ormund to wspaniały człowiek - zaczął kapelan.

- Tak - Zbyt wspaniały, by go stracić.

- Ludzie od zawsze marzą o ideałach. Jedni z uporem doskonalą samych siebie, inni, 

świadomi swej małości, szukają sobie obiektu, w którym mogliby ulokować swoje marzenia. 

Na przykład człowieka, który wydaje im się doskonały, pragną przemienić w ideał, w twór 

bez wad, nieskalany żadną rysą. Ale to płonne marzenie, bo nie ma ludzi doskonałych. Tylko 

Bóg jest doskonały.

- Nie rozumiem, do czego zmierzasz? - przerwał mu niecierpliwie Gaute.

- Ormund Strażnik jest twoim dziełem, prawda? Wybrałeś go spośród rycerzy króla 

Sigurda   uczestniczących   w   wyprawie   krzyżowej.   Po   prostu   ideał:   urodziwy,   szlachetny, 

młody,  silny.  Otoczyłeś  go wysokim  murem zakazów  i spętałeś  pętami swoich własnych 

marzeń. Chcesz uczynić zeń ideał, chcesz widzieć w nim człowieka tak czystego i pobożnego, 

że tylko Chrystus byłby od niego doskonalszy. Ale tak nie można, Gaute, bo Bóg ma wobec 

ludzi inne plany. Powiedz mi, nigdy nie kochałeś kobiety?

-   Jakim   prawem   zadajesz   mi   takie   pytania?   -   warknął   Gaute.   -   Odmawiam 

background image

odpowiedzi!

- Twoja niechęć wobec kobiet dowodzi, że kiedyś doznałeś zawodu miłosnego. Nie 

chcesz zwolnić Ormunda ze ślubów zakonnych, choć wiesz już, że nie będzie nigdy idealnym 

rycerzem zakonu Strażników Krzyża. Postanowiłeś jednak zatrzymać go za wszelką cenę, 

byle by nie dostała go Inga, ta lekkomyślna dziewka, jak ją w myślach nazywasz.

-   Co   też   ci   się   roi?   -   rzekł   chłodno   Gaute.   -   W   tej   sprawie   chodzi   o   wierność 

przysiędze.

-   Ormund   nie   złamał   przysięgi.   Prosił,   by   go   z   niej   zwolnić,   gdy   stała   się   dlań 

ciężarem ponad siły. Żaden człowiek nie sprosta takim wymaganiom, jakie postawiłeś. Wiesz 

tak samo jak ja, że Ormund z największym oddaniem i dumą strzegł relikwii. Chyba więc 

rozumiesz,   ile   ta   dziewczyna   dla   niego   znaczy,   skoro   dla   niej   chce   zmienić   swą   drogę 

życiową.

- Rozumiem tylko, że ty niczego nie pojmujesz! - huknął Gaute i odszedł.

Kapelan   jeszcze   przez   chwilę   odprowadzał   wzrokiem   przełożonego   zakonu   i 

potrząsnął głową zrezygnowany.

-   Ten   człowiek   jest   zaślepiony   -   mruknął   pod   nosem.   -   Pozostaje   jedynie   mieć 

nadzieję, że wysłannik arcybiskupa okaże się rozsądniejszy. Jeśli nie, miłość Ormunda i Ingi 

skazana zostanie na śmierć.

background image

ROZDZIAŁ XXXII

Gaute przestał  ufać Ormundowi, więc na dwa tygodnie  dzielące  ich od przybycia 

wysłannika   arcybiskupa   wolał   go   wysłać   jak   najdalej   od   Konghelli.   Ormund   niechętnie 

opuszczał   Ingę,   ale   ponieważ   ciągle   obowiązywał   go   ślub   posłuszeństwa,   który   niegdyś 

złożył, wyjechał z nowym zadaniem, nie zdążywszy się nawet z nią rozmówić.

Dziewczyna tymczasem, pracowała nadal we dworze, ale myśli miała niespokojne. 

Często się myliła i po kilka razy powtarzała te same czynności. Na szczęście żona zarządcy 

rozumiała, że dziewczynie nie jest lekko na sercu.

Któregoś dnia Inga, przechodząc przez strych, usłyszała szuranie dochodzące z galerii 

nad salą. Wtedy uświadomiła sobie, że zapomniała powiedzieć zarządcy o ukrytym wejściu, 

które odkryły przypadkiem z Signhild. Zatrzymała się gwałtownie i zawołała:

- Jest tam kto?

Odpowiedziała jej cisza.

Zawołała drugi raz:

- Wyjdź! Wiem, którędy się tam dostałeś. Jeśli natychmiast nie wyjdziesz, udam się 

wprost do króla.

W wąskim otworze pojawił się mężczyzna. Inga od razu rozpoznała strażnika, który 

zawsze   prześladował   ją   spojrzeniem.   Teraz   też   jego   chytre   oczka   popatrzyły   na   nią   z 

nienawiścią.

-   O   co,   panienko,   robisz   tyle   szumu?   -   warknął.   -   Zauważyłem   przypadkiem   to 

przejście. Sprawdziłem, dokąd prowadzi, i sam zamierzałem powiadomić zarządcę. Po co te 

krzyki?

- Szedłeś do zarządcy? A zatem nie przeszkadzam! - Inga udawała odważną. - Idź od 

razu, bo jak nie, to sama pójdę.

Strażnik uśmiechnął się szyderczo.

- Skoro wiedziałaś o tym przejściu, dlaczego wcześniej mu o tym nie wspomniałaś?

- Zapomniałam - wyznała Inga z rozbrajającą szczerością.

- A widzisz - wycedził pogardliwie, obchodząc ją dokoła. - Spotka cię za to kara. I nie 

tylko za to! Nigdy nie dostaniesz swojego krzyżowca! Klątwa dosięgnie was oboje.

- Bądź cicho! I przestań krakać - zdenerwowała się Inga. - Jaka klątwa? Czy według 

ciebie dopuściliśmy się jakiegoś grzechu?

- Ich ciała mogliście zabić, ale dusze powrócą i wezmą odwet. Ty za karę nigdy, ale to 

nigdy   nie   poślubisz   Ormunda   Strażnika.   Przekonasz   się,   że   nasza   magia   zwycięży   moc 

background image

waszego krzyża.

Inga   drgnęła.   A   więc   to   ten   człowiek   szpiegował   we   dworze   dla   pogan!   Co   on 

powiedział? „Ich ciała mogliście zabić”?

- Nie odebraliśmy im życia - odpowiedziała zdecydowanie. - Ormund dał mi słowo 

honoru, że ich nie zabije, a on nigdy nie kłamie.

- Nie? To jak wyjaśnisz, panienko, to, że wszyscy troje leżeli na ziemi martwi? Co 

prawda nie przebici ostrzem miecza, ale martwi!

- Zabiło ich własne zło - odparła Inga i nagle uświadomiła sobie, co naprawdę się stało 

w chacie komornika. - O, nie - wyszeptała zrozpaczona. - Nie chciałam tego! Nie wiedziałam, 

że w garnuszku była trucizna, myślałam, że to zioła na sen! Mieli tylko zasnąć! O Boże! Co ja 

uczyniłam!

Pobiegła wprost na zamkowe wzgórze i napotkawszy w kaplicy kapelana, wszystko 

mu wyznała. Wysłuchał jej w milczeniu, a potem rzekł:

- Nie rób sobie wyrzutów, moje dziecko. Chyba zrozumiałaś, że Kalv i Ormund mieli 

obowiązek zgładzić tych troje. Uwierz mi, że nieświadomie uchroniłaś krzyżowców przed 

zabiciem pogrążonych we śnie pogan. Nie pozbawiłaś ich umyślnie życia, stało się tak, jak 

sama powiedziałaś: własne zło ich zabiło.

Tym   argumentem   kapelan   zdołał   w   końcu   przekonać   Ingę.   Podziękowała   mu 

uspokojona.

- Ale tego poganina, który szpiegował we dworze, musimy natychmiast pochwycić! 

Sam się tym zajmę, wracaj spokojnie do swych zajęć. Nie dawaj wiary jego gadaniu, że nigdy 

nie dostaniesz Ormunda, bo nie poganie o tym decydują!

Ale   oto   nadszedł   oczekiwany   dzień.   Do   Konghelli   przybył   powitany   z   wielkimi 

honorami wysłannik arcybiskupa z Lund, nieprzystępny i zadufany w sobie.

Niestety,   nie   wróżyło   to   przychylnego   dla   Ingi   i   Ormunda   wyroku.   Ten   wysoki 

dostojnik   Kościoła   lubił   przepych   i   wielką   wagę   przywiązywał   do   wszelkich   ceremonii. 

Pogardliwym   spojrzeniem   obrzucił   prosty   ornat   kapelana,   z   niesmakiem   popatrzył   na 

barbarzyński wystrój wielkiej sali i rozchmurzył się dopiero przy obiedzie, gdy wniesiono tyle 

smakowitego jadła, że aż ugięły się stoły. Zamienił kilka zdawkowych słów z zarządcą, nie 

kryjąc   swego   lekceważącego   doń   stosunku,   rzucił   przymilne   słowa   królowi   Sigurdowi, 

natomiast całą swą uwagę poświęcił rozmowie z Gaute Frostessonem, z którym wyraźnie 

przypadli sobie do gustu. Jak zauroczony chłonął opowieści Gautego o audiencji u papieża, o 

spotkaniach  z potężnymi  kardynałami  i dzierżącymi  wielką władzę prałatami.  Tak mu  to 

imponowało,   że   sama   wyprawa   króla   Sigurda   do   Jerozolimy   wydała   się   mu   mniej 

background image

interesująca. Dzielił się z Gautem wrażeniami ze swych podróży na południe Europy, dużo 

mówił o zakonach rycerskich, których był wielkim orędownikiem. Zwierzył mu się, że już od 

dawna   myślał   o   przeniesieniu   podobnych   wzorów   na   Północ,   dlatego   tak   bardzo 

zainteresował go pierwszy zakon rycerzy krzyżowców, założony przez Gautego. Rozmowa 

obu dostojników stawała się coraz bardziej przyjacielska, wręcz poufała.

Tym samym los Ormunda został przesądzony. Kiedy następnego dnia przedłożył swą 

prośbę   wysłannikowi   arcybiskupa,   nie   ulegało   wątpliwości,   jakiej   ten   -   odpowiednio 

nastawiony przez Gautego - udzieli odpowiedzi. Wprawdzie gość z Lund zdumiał się nieco, 

że w zakonie rycerskim obowiązuje celibat, bo wszak rycerze to nie mnisi, ale obawiając się, 

że zostanie posądzony o niekompetencję, trzymał stronę Gautego.

Rzekł Ormundowi krótko:

- Niemożliwe! Z takiej przysięgi nie można nikogo zwolnić.

Ormund przyjął wyrok z kamienną twarzą, ale targały nim sprzeczne uczucia. Myślał 

przede wszystkim o Indze i o cierpieniu, na jakie ją naraził. Nie widzieli się od tamtego 

wieczora nad rzeką, kiedy trzymał ją w ramionach, i ciągle jeszcze czuł ciało dziewczyny i 

widział jej oczy błyszczące w mroku jak dwie gwiazdy.

Nie! Nie zrezygnuję! Znajdę jakiś sposób, by móc z nią być na zawsze!

Inga   pokładała   wielką   nadzieję   w   wysłanniku   arcybiskupa.   Wierzyła   gorąco,   że 

Ormund nie będzie musiał wybierać między nią a Świętym Krzyżem i że nawet poślubiwszy 

ją, będzie mógł strzec najświętszej relikwii.

A tymczasem ona miała ponieść największą ofiarę. Na pozór pogodziła się z tym, ale 

po nocach biła pięściami w ścianę albo płakała w poduszkę i rano na śniadaniu pojawiała się z 

czerwonymi, opuchniętymi oczami.

Któregoś   dnia   Inga,   robiąc   porządki   w   kufrze,   odkryła,   że   wśród   rzeczy   brakuje 

najdroższej jej sercu pamiątki, złotego pasa, daru Ormunda. To była kropla, która przepełniła 

czarę goryczy. Dziewczyna nie przestawała się zastanawiać, co mogło się stać z pasem. Kufer 

był zamknięty na cztery spusty, zamek nieuszkodzony.

O swoim zmartwieniu nie wspomniała ani słowem Signhild w obawie, że przyjaciółka 

może pomyśleć, że Inga ją podejrzewa o przywłaszczenie cennej rzeczy. Nie chciała jej robić 

takiej przykrości.

Inga co prawda wciąż wypełniała swoje obowiązki, ale przychodziło jej to z coraz 

większym trudem. Signhild zaś z niepokojem obserwowała przyjaciółkę, która marniała w 

oczach, i w głębi serca miała za złe Ormundowi, że nawet nie odwiedzi dziewczyny.

Tymczasem na Ormunda nałożono surowy post, a także odizolowano go od świata, by 

background image

wyrzucił z serca wspomnienia o Indze i skierował swe myśli ku Bogu.

Mijały tygodnie, nadeszła zima i spadły pierwsze śniegi. Rycerz nie wychodził ze swej 

celi.   Raz   dziennie   przez   niewielki   otwór  w   drzwiach   podawano   mu   jedzenie.   Modlił   się 

gorąco i starał się skupić swe myśli na świętej relikwii, której chciał godnie strzec. Wszystko 

nadaremnie. Myślami wciąż był przy Indze.

Tuż przed Bożym Narodzeniem miało miejsce zaskakujące wydarzenie.

Signhild z rozszerzonymi ze zdumienia oczami wpuściła do izby Gaute Frostessona i 

wysłannika arcybiskupa i poprowadziła ich do przyjaciółki. Umierając z ciekawości, co też 

sprowadza do Ingi kościelnych dostojników, ukryła się za kominkiem i podsłuchała rozmowę.

Inga   siedziała   w   kąciku   i   haftowała   obrus   świąteczny.   Niespodziewanych   gości 

przyjęła spokojnie. Ukłoniła się, jak przystało, ale nie przerwała pracy.

- Ingo córko Erlinga, musisz mnie wysłuchać - zaczął Gaute.

Inga popatrzyła na niego w milczeniu. Dobrze wiedziała, że to z winy fanatycznego 

przełożonego zakonu nie może spotkać się z Ormundem, nawet jeśli tylko potrzebuje jego 

rady i pomocy. Długo nie odpowiadała, aż wreszcie zapytała o to, co w tej chwili naprawdę ją 

interesowało:

- Jak się czuje Ormund?

Dostojnicy spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Gaute odrzekł:

- Rozmawialiśmy z nim. Ingo córko Erlinga, zakłócasz mu spokój. Cierpi z twego 

powodu.   Gdyby   nie   ty,   byłby   szczęśliwym   rycerzem   zakonu,   strażnikiem   najświętszej 

relikwii. Bo tam jest jego miejsce. Nie rozumiesz, że Bóg potępia tę miłość?

- O, nie! - zaprotestowała z przekonaniem. - Nie Bóg, lecz wy. Nasza miłość jest 

piękna i czysta, a Bóg sam jest miłością. Z wielką radością pomagałabym Ormundowi w jego 

powołaniu, bo tak jak i on dumna jestem z tego, że strzeże Chrystusowego krzyża. Ale wy 

zbrukaliście wszystko! Gdyby nie to, że wiem, jak silna jest wiara Ormunda, obawiałabym 

się, że przez wasze zakazy odwróci się od chrześcijaństwa.

Gaute, zirytowany uporem dziewczęcia, prychnął ze złością:

-  Naprawdę, Ingo,  chcesz  stać  Ormundowi   na drodze  do  szczęścia?   Dlaczego  nie 

wyjdziesz za mąż za kogoś innego? Od kiedy kobieta sama decyduje, kogo poślubi?

-  Nie   decyduję   sama,  to  Ormund  decyduje   -  odpowiedziała,  w   duchu  marząc,  by 

goście już sobie poszli. - A zresztą nawet jeśli bym wyszła teraz za mąż za kogoś innego, to 

sądzicie, że coś to zmieni? Chyba najlepiej by było, gdybym umarła.

- Dla Ormunda na pewno - rzekł Gaute. - Ale może wyjedziesz stąd na zawsze?

- Właśnie! - poparł go wysłannik arcybiskupa.

background image

Inga popatrzyła na nich z niemą wściekłością.

- Czego jeszcze ode mnie zażądacie? Czy nie wystarczy wam, że pogodziłam się ze 

swym losem? Chcecie mnie jeszcze przepędzić z domu, w którym wszyscy odnoszą się do 

mnie życzliwie? Dobrze, wyjadę. Nie dlatego, że pragnę spełnić waszą wolę, ale po to, by 

Ormund mógł wreszcie zaznać spokoju. - Zamilkła i popatrzyła zamyślona w okno. - Tak, 

wyjadę i nigdy już nie wrócę do Konghelli. Bo bez Ormunda nie mogę tu żyć.

Signhild wstrzymała oddech.

-   Jesteś   rozsądna,   Ingo   -   pochwalił   dziewczynę   wysłannik   arcybiskupa.   -   Dokąd 

wyjedziesz?

- Jeszcze nie wiem - odrzekła jakby nieobecna duchem.

Signhild,   widząc,   że   dostojnicy   wstają,   wyniknęła   się   pośpiesznie,   by   jej   nie 

zauważyli.

- W takim razie ufamy, że możliwie najszybciej opuścisz Konghellę - upewniał się 

Gaute, ale Inga, która zamyślona patrzyła przez okno, jakby zapomniała o ich obecności.

- Niezwykłe dziewczę - odezwał się wysłannik arcybiskupa, kiedy już znaleźli się na 

zewnątrz.   -   Delikatna,   a   mimo   to   silna.   A   do   tego   bardzo   urodziwa.   Trudno   się   dziwić 

rozterkom Ormunda!

Gaute nic nie odpowiedział.

background image

ROZDZIAŁ XXXIII

Inga nadal stała przy oknie. Nie zwróciła nawet uwagi na to, że niezwykli goście już 

wyszli. Myślami wróciła do owego wieczoru, gdy spotkała się z Ormundem przy ujściu rzeki. 

Natężyła pamięć.

Miała wtedy na sobie jasnoszarą suknię, ale tę nosiła często. Pamiętała też, że kiedyś 

wyjęła z kufra złoty pas, który tak lubiła, żeby go przymierzyć właśnie do jasnoszarej sukni. 

Czy to było pamiętnego tamtego dnia?

Ktoś ją wówczas zawołał. Nie miała czasu odłożyć pasa na miejsce... Nie zdjęła go!

Po  kolei   zbierała   wszystkie   brakujące  elementy   układanki  Tak,   to  na  pewno  było 

wtedy.  Kiedy już uporała  się ze swymi  codziennymi  obowiązkami,  zarzuciła  na ramiona 

pelerynę i wyszła na spacer. Chciała wówczas w samotności porozmyślać o Ormundzie.

I wtedy zjawił się on - jakby w odpowiedzi na jej tęsknotę.

Przypomniała sobie jeszcze, że kiedy wieczorem rozbierała się do snu, na pewno nie 

zdejmowała pasa. Co do tego miała całkowitą pewność.

Tak, teraz już wiedziała, gdzie go szukać. Pas na pewno leży nad rzeką, przykryty 

śniegiem. Oby tylko nikt go nie znalazł!

Pośpiesznie   nałożyła  pelerynę.  Wychodząc   z  izby,  natknęła   się  na  Signhild,  która 

zapytała z niepokojem:

- Dokąd idziesz? Zaraz zapadnie zmrok.

Inga   zatrzymała   się   na   chwilę,   a   gdy   odpowiadała   przyjaciółce,   jej   oczy   dziwnie 

błyszczały.

-   Tak   długo   szukałam...   Wreszcie   znalazłam..   Woda   lśni   tam   tak   cudnie   pod 

odwiecznym gwiezdnym firmamentem...

Signhild potrząsnęła głową, nie pojmując tych  słów, ale zanim zdołała poprosić o 

jakieś wyjaśnienia, Inga odeszła pośpiesznie.

Na dworze panował większy chłód, niż Inga przypuszczała. Wiatr szarpał połami jej 

peleryny,   a   kłujący   śnieg   zacinał   prosto   w   twarz.   Dziewczynie   przypomniała   się   nagle 

podobna noc sprzed roku, kiedy to ją i jej towarzyszy zaatakowały wilki.

Otrząsnęła   się   z   nieprzyjemnych   wspomnień   i   uparcie   brnęła   w   głębokim   śniegu. 

Stopy przemarzły jej w cienkich trzewikach, wiatr co chwila zrywał z głowy kaptur i Inga 

czuła, że przenika ją lodowaty chłód.

Dojście za zakole rzeki zabrało jej sporo czasu, a gdy już tam dotarła, rozejrzała się 

zdumiona. W zimowej scenerii to miejsce wyglądało zupełnie inaczej, niż je zapamiętała.

background image

Zesztywniałymi od mrozu palcami zaczęła po ciemku grzebać w śniegu, ale po głowie 

nie przestawały jej krążyć niespokojne myśli: A jeśli tu nie ma pasa? Jeśli ktoś go znalazł i 

zabrał? A może zgubiłam go gdzieś po drodze?

Nagle   dotknęła   czegoś,   co   tkwiło   mocno   przymarznięte   do   ziemi.   Bez   trudu 

rozpoznała   kształt   klamry   i   zdobienia.   Jest!   Tak   bardzo   się   ucieszyła,   że   na   moment 

zapomniała o zmartwieniach. Odgrzebywała śnieg palcami, co jakiś czas podnosząc je do ust i 

chuchając, by je ogrzać. Wreszcie udało jej się oderwać pas od zlodowaciałego podłoża. Gdy 

trzymała go kurczowo w dłoniach, naszły ją wspomnienia. Po raz pierwszy miała ów pas na 

sobie w ciasnej celi Ormunda. Wdzięczna za wspaniały podarek, rzuciła mu się na szyję i 

wtedy jej surowy opiekun zdradził się ze słabością, jaką do niej w głębi serca czuł. Ale 

dopiero   tu   nad   rzeką   odkrył   przed   nią   swe   prawdziwe   uczucia,   obsypując   ją   gorącymi 

pocałunkami.

Ormund!

Teraz to już koniec. Koniec!

Usiadła na ziemi i rozszlochała się na myśl o tym, że przyjdzie jej opuścić Konghellę. 

Rozpaczała, że już nigdy więcej nie ujrzy ukochanego. Powoli zaczęło ogarniać ją zmęczenie, 

nie czuła już lodowatych podmuchów wiatru i zacinającego śniegu.

Opadła na ziemię, całkiem obojętna, co się z nią stanie. Opuściła ją cała energia i siła 

woli,   wszystko   wydało   jej   się   pozbawione   znaczenia.   Chciało   jej   się   tylko   spać...   Och, 

Ormundzie, dlaczego cię tu nie ma? pomyślała jeszcze.

Przyciskając kurczowo do piersi złoty pas, jedyną pamiątkę po ukochanym rycerzu, 

powoli zapadała w łagodny sen, gdzie ból nie miał przystępu i nie istniała samotność.

Signhild wpatrywała się niespokojnie w zapadający za oknem zmrok. Dlaczego Inga 

nie wraca? Co się z nią stało?

Zbliżała się pora wieczerzy i trzeba było nakryć do stołu. Inga nigdy nie zaniedbywała 

swoich obowiązków, tylko raz się nie stawiła, wtedy kiedy podążyła na ratunek Ormundowi.

Może teraz także poszła do Ormunda? Nie, raczej nie odważyłaby się zakłócać mu 

spokoju

Ale ta rozmowa z dostojnikami kościelnymi...

Signhild czuła się trochę nieswojo, że podsłuchiwała, ale równocześnie wszystko się 

w   niej   burzyło   na   wspomnienie   skierowanych   do   jej   przyjaciółki   nieprzyjemnych   słów 

Gautego   i   gościa   z   Lund.   Jak   oni   mogli   powiedzieć   Indze,   że   najlepiej   byłoby,   gdyby 

umarła?! A potem jeszcze wymusili na niej obietnicę, że wyjedzie na zawsze z Konghelli. 

Okropne...

background image

Na myśl o tym, że bezpowrotnie straci najlepszą przyjaciółkę, Signhild napłynęły łzy 

do oczu. Zeszła do jadalni i rozstawiła na stole drewniane talerze. Pochlipując, z irytacją i 

złością dostawiła królewski puchar. Co to za król, pomyślała ze złością. Nawet on boi się 

przełożonego zakonu krzyżowców i ślepo mu ulega!

Dlaczego   Inga   nie   wraca?   Powiedziała,   że   znalazła   miejsce.   Jakie   miejsce?   I   ten 

dziwny wyraz jej oczu... Mówiła coś o gwiazdach i lśniącej wodzie.

Nagle  Signhild  stanęła  jak porażona,  aż naczynia  wyleciały jej  z rąk.  Bezwiednie 

schyliła się i nawet ich nie wycierając, postawiła je na stole.

Czy w słowach Ingi kryje się odpowiedź na pytanie Gautego, dokąd pojedzie?

Znalazłam miejsce... Najlepiej, żebym umarła... i ten dziwny wyraz jej oczu...

O Boże! Co robić? Co mam robić?

Ścisnąwszy dłońmi skronie, Signhild usiłowała pozbierać myśli. Kogo się poradzić? 

Kto mógłby wiedzieć, gdzie szukać przyjaciółki?

Ormund! olśniło ją. Przez moment zawahała się, czy to nie zuchwałość nawiedzać 

pokutującego krzyżowca, ale chodziło wszak o Ingę, a dla niej gotowa była na wszystko. 

Najpierw   jednak   pobiegła   szukać   Haralda.   W   tej   trudnej   chwili   potrzebowała   wsparcia 

mężczyzny.

background image

ROZDZIAŁ XXXIV

Harald na placu przed stajnią wyprzęgał właśnie konia z sań.

- Stój! - zawołała z daleka Signhild. - Poczekaj! Dopadła do sań, wsiadła do nich i bez 

żadnych wyjaśnień kategorycznie nakazała:

- Jedź!

Harald nie należał do szczególnie bystrych młodzieńców.

- Dokąd? - zapytał, patrząc na nią ze zdumieniem.

- Jedź na wzgórze zamkowe, szybko! Muszę porozmawiać z Ormundem Strażnikiem!

Harald,   który   dopiero   po   chwili   uświadomił   sobie   sens   słów   dziewczyny, 

zaprotestował gwałtownie.

- Rozum postradałaś? Przecież wiesz, że nikomu nie wolno rozmawiać z Ormundem 

Strażnikiem. Przebywa w odosobnieniu, nie wolno mu spotykać nikogo, a już najmniej osób, 

które przypominałyby mu o Indze.

Signhild wyjaśniła w kilku słowach, co się stało, a wówczas Harald strzelił z bata.

Sanie   pędem   wyjechały   przez   bramę,   a   Signhild,   by   nie   wypaść,   uczepiła   się 

kurczowo   ramienia   Haralda.   Przed   chatą   rycerzy   wyskoczyła   w   biegu   i   zaczęła   walić 

pięściami w drzwi.

Ze środka dobiegł ją odgłos szybkich kroków.

- Ormundzie Strażniku! Wpuśćcie mnie! To ja Signhild!

- Nie mogę, otwórz okienko.

Dziewczyna spełniła polecenie rycerza, który natychmiast spytał:

- Co się stało? Coś z Ingą?

Signhild, zadyszana, pokiwała głową.

-   Gaute   Frostesson   i   wysłannik   arcybiskupa   odwiedzili   ją   dziś   przed   wieczorem. 

Podsłuchiwałam. Wybaczcie mi, panie - wyrzekła, ciężko dysząc.

- Mów dalej! - ponaglał ją Ormund.

- Przemawiali do niej w twardych słowach, a ona przecież jest taka słaba.

- Chora? - przerwał jej przerażony Ormund. - Nikt mi nic nie mówił. Co jej dolega?

- Może nie całkiem chora, ale prawie nic nie je, a po nocach ciągle słyszę, jak płacze. 

Zawsze była taka radosna, a teraz zachowuje się, jakby straciła chęć do życia.

- Biedna Inga - jęknął Ormund.

- Dlaczego jej nie odwiedziłeś, panie? - odezwała się Signhild z wyrzutem. - Nie 

odezwałeś się nawet jednym słowem. Może Inga uznała, że przestałeś o niej myśleć.

background image

Ormund zacisnął zęby, by stłumić cierpienie.

- Tak bardzo pragnąłem posłać jej wiadomość, ale mi nie pozwolono. Co ci dwaj jej 

powiedzieli, Signhild?

- Kazali jej stąd wyjechać. Dla twojego, panie, dobra. I Inga obiecała, że to uczyni, ale 

poznałam po jej głosie, że chce sobie odebrać życie. A teraz całkiem zniknęła!

- O, nie! - wykrzyknął Ormund przerażony.

- Dlatego przybyłam do ciebie, panie, czym prędzej. Pomógł mi Harald. Inga mówiła 

mi o jakimś miejscu, do którego zamierza się udać. Napomknęła coś o lśniącej wodzie i 

gwiazdach od wieków nucących pieśń... Znasz, panie, takie miejsce?

- Tak! - zawołał. - Znam, Signhild. Mądra z ciebie panna. Posłuchaj mnie uważnie! 

Macie   sanie,   prawda?   Pojedziecie   tam   natychmiast.   Harald,   zawieziesz   ją!   Za   grodem, 

kierując   się   wzdłuż   rzeki,   miniecie   zakole.   Tam   blisko   ujścia   znajduje   się   to   miejsce,   o 

którym mówiła Inga, to tam najpewniej poszła. Tylko pośpieszcie się, noc jest chłodna, sypie 

gęsty śnieg.

- A ona była tak cienko ubrana - zaszlochała Signhild.

- Weźcie moją pelerynę i otulcie ją! Och, gdybym mógł stąd wyjść!

Zaskoczona dziewczyna wzięła do rąk pelerynę, którą rycerz podał jej przez okienko.

- Pelerynę? Tę pelerynę, panie, w której modliłeś się u Chrystusowego grobu?

- Tak, pośpieszcie się teraz!

W tej samej chwili zjawił się Gaute wraz z wysłannikiem arcybiskupa.

- Co tu robicie? - spytał groźnie.

- Zabiliście  Ingę!  - wykrzyknął  z rozpaczą  Ormund.  - Wasze słowa popchnęły ją 

prosto   w   ramiona   śmierci!   Jeszcze   ci   mało,   Gaute?   Ja   mogę   przyjąć   na   siebie   karę,   ale 

dziewczynę mieliście zostawić w spokoju.

- O czym mówisz? - zapytał Gaute, udając zakłopotanie. - Nadal błądzisz, bracie?

Ormund starał się mówić spokojnie, ale głos drżał mu tłumionym gniewem.

- To błądzenie stanowi zaledwie drobinę uczuć, jakie żywię do Ingi. Spróbuj pojąć, że 

ta dziewczyna jest moim życiem, moim światłem, jest częścią mnie, a ja bez niej jestem tylko 

połową człowieka. A ty ją zabiłeś, i to dla zaspokojenia własnej próżności.

- Mogę cię zapewnić - odparł Gaute - że dziewce nic nie dolega. Bez oporu zgodziła 

się opuścić Konghellę, i to wszystko.

- Nie - wtrąciła się Signhild. Lęk o przyjaciółkę dodał jej odwagi, by przeciwstawić się 

słowom   potężnego   dostojnika.   -   Inga   wyszła   nad   rzekę,   by   umrzeć   i   przywrócić   spokój 

Ormundowi.

background image

- Czyżby to miała na myśli? - wyszeptał przestraszony wysłannik arcybiskupa.

- Jedźcie razem z Signhild ratować Ingę! - zawołał Ormund. - Nie traćcie czasu! I 

wypuśćcie mnie stąd, na Boga!

Signhild dostrzegła na twarzy Gautego jakby ulgę i poczuła głęboką odrazę do tego 

człowieka. Może kiedyś był z niego pobożny człowiek, pomyślała. Ale teraz pokora ustąpiła 

miejsca pysze. A do tego głęboko nienawidzi kobiet.

- Zgoda, wyjdziesz stąd. Zostawię klucz strażnikowi, który wypuści cię za pewien 

czas. Gdy przywieziemy Ingę, o ile oczywiście jest nad rzeką, w co mocno powątpiewam, 

będziesz się mógł udać do dworu. Ale nie lękaj się, takie młode i próżne istoty jak ona zbyt 

mocno są w siebie zapatrzone, by próbować odebrać sobie życie.

Tak więc Ormund, bezsilny i zrozpaczony, mógł tylko patrzeć na znikające w mroku 

sanie.

- To doprawdy nieprzyjemna historia - rzekł wysłannik arcybiskupa do Gautego.

-   Ten,   kto   odbiera   sobie   życie,   godzien   jest   najwyższej   pogardy   -   odparł   Gaute 

stanowczo. - To grzech śmiertelny! Samobójcy nie dostąpią zbawienia!

-   Nie   zgadzam   się   z   tobą!   Dziewczyna   poświęciła   się   dla   Ormunda,   sam,   mój 

przyjacielu, ją do tego popchnąłeś. Ja także nie jestem bez winy. Moje słowa były surowe i 

nie do końca przemyślane. Nie sądziłem, że dziewczyna o tak silnym charakterze targnie się 

na swoje życie.

Gaute zacisnął usta, nie wiedząc, co odpowiedzieć.

Szybko   dotarli   nad   rzekę.   Zatrzymali   się   za   zakolem   i   oświetlając   sobie   drogę 

pochodniami, zaczęli poszukiwania.

Inga leżała nieruchomo, zasypana do połowy śniegiem. Signhild wybuchnęła płaczem 

i próbowała ogrzać dłonie przyjaciółki.

- To nic nie pomoże - powstrzymał ją wysłannik. - Przybyliśmy za późno, nie widzisz, 

że ona nie oddycha?

- Spójrzcie, ściska w dłoniach pas, który podarował jej Ormund!

W słabym świetle pochodni trzymanej przez Haralda nie mogli zobaczyć, że pas jest 

tak mocno zamarznięty, iż musiał znajdować się tu od dawna. Próbowali wyjąć pas z dłoni 

dziewczyny,   ale   bez   powodzenia,   dali   więc   temu   spokój.   Signhild   okryła   przyjaciółkę 

peleryną Ormunda, tak jak jej nakazał.

Gaute już chciał zaprotestować. Uważał, że peleryny nie może dotykać ktoś, kto nie 

przynależy do zakonu, do tego jeszcze kobieta. Wysłannik z Lund go jednak powstrzymał.

- Zostaw, wprawdzie nic to nie pomoże, jednak to piękny gest.

background image

Sam podniósł z ziemi dziewczynę, ułożył w saniach i otulił peleryną. Harald cmoknął 

na konia i pomknęli w stronę dworu tak szybko, że sanie niemal unosiły się nad ziemią.

- Nie miałem pojęcia, że tak się sprawy potoczą - z żalem odezwał się gość z Lund. - 

Musiała to być wielka miłość, skoro dziewczyna nie zawahała się poświęcić swego życia dla 

ukochanego.

- Za to Kościół nie stracił swego sługi - z nieskrywanym triumfem oznajmił Gaute 

Frostesson.

-   Nie   -   zaprzeczył   wysłannik.   -   Dla   Kościoła   jest   to   wielka   porażka.   Chyba 

niewłaściwie   pojmujesz   naukę   Chrystusa,   jeśli   sądzisz,   że   jego   wyznawców   można 

pozyskiwać, poświęcając czyjeś życie.

Zamilkli i nasłuchiwali, bo w mroku rozległ się stłumiony tętent końskich kopyt. To 

Ormund   Strażnik   pędził   im   na   spotkanie.   Przed   jego   gniewem   zadrżał   nawet   potężny 

przełożony zakonu Strażników Krzyża.

background image

ROZDZIAŁ XXXV

Ormund zeskoczył z konia i rzucił się wprost do sań.

-   Wsiadaj   na   mojego   konia!   -   polecił   Gautemu,   a   sam,   chwyciwszy   w   ramiona 

dziewczynę, zajął jego miejsce w saniach.

Gaute już otworzył usta, by zaprotestować, ale Ormund mu na to nie pozwolił.

- Zabroniłeś jej zostać moją żoną - rzekł z głęboką rozpaczą w głosie. - Ale teraz mi 

już niczego nie zabronisz Jedź, Haraldzie, najszybciej jak zdołasz!

- Byłem głupcem - powiedział do Ormunda wysłannik arcybiskupa. - Gdybym mógł 

cofnąć czas...

Ormund tylko skinął głową. Przecież to zupełnie do niej niepodobne, myślał, patrząc 

na Ingę. Ona nigdy nie targnęłaby się na swoje życie. A mimo to...

Leżała zimna i nieruchoma w jego ramionach.

Ormund   nie   chciał   jednak   uwierzyć   w   to,   co   widział.   Wsunął   dłoń   pod   suknię 

dziewczyny i wyczuł, choć z największym trudem, bicie jej serca. Nie był co prawda pewien, 

czy nie ulega złudzeniu.

- Szybciej, Haraldzie, szybciej! - krzyknął.

Nikomu nie powiedział o swej nadziei, zresztą na nikogo innego nie zwracał uwagi.

Sanie   wjechały   na   dziedziniec   dworu.   Ormund,   trzymając   Ingę   w   ramionach, 

pośpiesznie   wniósł   ją   do   sali   wprost   przed   tron   króla,   który   czekał   na   nich   wraz   z 

mieszkańcami dworu.

-   Znaleźliśmy   ją   martwą,   królu   -   oznajmił   wysłannik   arcybiskupa.   -   Nic   już   nie 

mogliśmy poradzie. Obawiam się, że zabiły ją nasze słowa. Powiedzieliśmy dziewczynie, że 

Bóg nie pobłogosławi jej związku z Ormundem, i to właśnie popchnęło ją do tej dramatycznej 

decyzji. Wyznaję, że czuję się po trosze winny tego, co się stało.

- Nie czyń z niej męczennicy - przerwał mu Gaute. - Ten, kto odbiera sobie życie, 

popełnia śmiertelny grzech.

Ormund nie odzywał się, z napięciem wpatrywał się w bladą twarz Ingi. Ostrożnie 

położył dziewczynę na ławie. Sigurd Krzyżowiec podszedł bliżej.

- Tak, rzeczywiście popełniony został grzech - rzekł bezbarwnym głosem i ostrożnie 

odsunął pelerynę. - Pytanie tylko, kto go popełnił: ten, co odebrał sobie życie, czy ten, co go 

popchnął do tego czynu. Ale nie nam osądzać.

Nagle król zastygł i pochylił się nad Ingą.

- Mógłbym przysiąc... - zaczął.

background image

- Co takiego? - spytał Ormund.

- Że się poruszyła... Nie, to niemożliwe.

Ormund położył rękę na piersi dziewczyny. Stał tak przez dłuższą chwilę, podczas gdy 

wszyscy obecni na sali wstrzymali oddech.

- Wraca do życia. Czuję pod palcami coraz silniejsze uderzenia serca - odezwał się w 

końcu.

- Niemożliwe! - zawołał wysłannik arcybiskupa. - Była martwa.

Jak niewiele wiesz, dostojny biskupie, pomyślał Ormund niemal ze współczuciem. 

Siedzisz bezpieczny w ciepłej  komnacie,  nigdy nie byłeś  na dworze w mrozie  i podczas 

zawiei. Czy ty możesz wiedzieć, ile człowiek jest w stanie znieść?

Nie odezwał się jednak. Wszyscy zgromadzeni tu ludzie byli mu całkiem obojętni. 

Przytulił mocno swą ukochaną, jakby pragnął oddać jej własne ciepło. Żona zarządcy, która 

jako jedyna nie straciła głowy, zdjęła dziewczynie trzewiki i zaczęła masować jej stopy.

- To niemożliwe! - wybuchnął Gaute Frostesson.

-   Była   zupełnie   zimna   i   sztywna,   gdy   ją   znaleźliśmy   -   mówiła   Signhild.   -   Nie 

mogliśmy jej zgiąć ani rąk, ani nóg.

- Mógłbym przysiąc, że nie żyła - dodał wysłannik z Lund, a Harald i Gaute tylko 

pokiwali głowami.

Zapadła cisza. Ormund kazał przynieść wina i wlał dziewczynie do ust parę kropli. 

Zachłysnęła   się   i   otworzyła   oczy,   a   gdy   napotkała   spojrzenie   Ormunda,   uśmiechnęła   się 

ledwo dostrzegalnie.

Rycerz wtulił twarz w jej włosy i nie przejmując się tym, że ktoś usłyszy jego słowa, 

szepnął:

- Ukochana, wróciłaś.

- Jak to się stało? - zawołał Gaute. - Przecież nie żyła, mógłbym przysiąc.

Nikt się nie odezwał. Nagle w dzwoniącej w uszach ciszy rozległ się cichy niczym 

oddech szept kapelana:

- Peleryna! To ta peleryna, która dotykała Chrystusowego grobu!

- Ale przecież jest taka cienka - zdumiała się jakaś kobieta. - Zbyt cienka, by ogrzać 

człowieka w taki ziąb.

-   A   co   innego   mogłoby   rozpalić   gasnącą   iskrę   życia?   -   zapytał   król,   podnosząc 

pelerynę i delikatnie gładząc poprzecieraną tkaninę. - Stał się cud!

Głośne westchnienie wydobyło się z ust zebranych w sali, Ormund wstał i z Ingą w 

ramionach wyszedł.

background image

- Zaniosę cię do łóżka - szepnął do ukochanej. - Potrzebujesz teraz dużo ciepła.

Za plecami słyszał pełne nabożeństwa szepty:

- Cud. Byliśmy świadkami cudu.

Ormund przeniósł dziewczynę do jej izby.

- Teraz zostawię cię pod opieką Signhild i twojej chlebodawczyni, ale wrócę. A jeśli 

się nie mylę, zbliża się kres naszego długiego oczekiwania.

Inga skuliła się pod pierzyną.

- Ormundzie, chcę tylko, żebyś wiedział, że nieprawdą jest to, co oni mówią. Nie 

chciałam   odebrać   sobie   życia.   Poszłam   nad   rzekę,   bo   zgubiłam   tam   pas,   który   mi 

podarowałeś. Trochę się rozczuliłam nad sobą, a potem zasnęłam zmęczona.

-   Powtórzę   im   -   uśmiechnął   się   łagodnie.   -   Byłem   pewien,   że   nigdy   byś   się   nie 

targnęła na swoje życie. Oczyszczę cię z podejrzeń. Jak się czujesz?

- Już dobrze, dziękuję.

Ormund potrząsnął głową z namysłem.

- Wygląda na to, że chłód wciąż cię prześladuje, najdroższa. Ale zapewniam cię, że 

uczynię wszystko, co w mojej mocy, żebyś nigdy już nie marzła.

-   Ormundzie,   nie   odchodź!   Chce   cię   jeszcze   o   coś   zapytać.   To   poważna   sprawa. 

Naprawdę stał się cud?

Długo milczał.

- Nie wiem, Ingo, nie potrafię ci odpowiedzieć. Nie widziałem ciebie n

ad rzeką. 

Wydaje mi się, że byłaś bardzo przemarznięta, ale nie martwa. Nie wspomniałem 

im   jednak   o   tym   tam   na   sali.   Przypomniało   mi   się,   jak   kiedyś   książę   Øystein 

opowiadał, że ludzie chętnie wierzą w cuda i znaki. To jakby nieodłączny atrybut 

ich wiary.  W naszych  kościołach  złożono wiele relikwii i pamiątek...  Ani ty,  ani ja nie 

potrzebujemy cudów, by ufać w Bożą moc, ale innym pomaga to czasem umocnić się w 

wierze. Nie jestem pewien... Być może peleryna przywróciła cię do życia. Nie zamierzam 

więc siać w ludziach zwątpienia. Zresztą po co? Myślę, że to wydarzenie sprawiło, iż ich 

serca odtajały.

- Ormund...

- Tak.

- Myślę, że to jednak był cud.

- Skoro w to wierzysz - uśmiechnął się czule.

Kiedy weszły żona zarządcy i Signhild, Ormund opuścił izbę.

Był zmęczony, tak strasznie zmęczony... Przypomniał sobie, jak miotał się zamknięty 

background image

w swej celi, targany niepokojem o los Ingi. Tego wieczoru myślał już, że stracił ją na zawsze. 

Przeżycia ostatnich tygodni mocno nadszarpnęły jego siły. Zawsze pragnął dla Ingi dobra, 

tymczasem   przysporzył   jej  tyle   cierpienia.  Ich  przyszłość   nadal  była  niepewna.   Może  na 

próżno się łudzi nadzieją, że dzisiejszy wieczór wszystko zmieni.

Wszedł do sali i w pierwszej chwili nawet nie zauważył pucharów wznoszonych w 

toaście za jego szczęście.

background image

ROZDZIAŁ XXXVI

Inga,   ułożona   w   łóżku   i   ciepło   otulona,   znów   została   sama   w   izbie   i   czekała   na 

Ormunda.

Kiedy usłyszała pukanie do drzwi, sądziła, że to właśnie on, tymczasem w drzwiach 

stanął   dość   nieoczekiwany   gość.   Na   widok   Gautego   Frostessona   Inga   aż   skuliła   się   pod 

pierzyną.

Nadchodzi godzina sądu, pomyślała. Mam nadzieję, że Ormund wyjaśnił mu, że wcale 

nie zamierzałam odebrać sobie życia.

Ku wielkiemu  zdumieniu  dziewczyny Gaute stał w drzwiach niepewny,  a na jego 

twarzy malował się ból.

- Ingo córko Erlinga - zaczął ze smutkiem. - To dla mnie bardzo trudna chwila. Czy 

zechcesz wybaczyć niegodnemu człowiekowi?

Inga  popatrzyła   zdumiona;   to  ostatnie,  czego   mogłaby  się  spodziewać  po  Gautem 

Frostessonie. Nagle ją olśniło. Peleryna!

- Nie chcę, by taki dostojnik musiał się korzyć przede mną - odezwała się skromnie. - 

Wejdźcie, proszę, panie, to porozmawiamy jak ludzie. Bo skoro Bóg stworzył także kobietę, 

miał widać wobec niej jakieś zamiary.

Kiedy Gaute podszedł bliżej, na jego ustach błąkał się cień uśmiechu.

- Ingo córko Erlinga - odezwał się, patrząc na nią. - Pałałem do ciebie wielką, niczym 

nie usprawiedliwioną nienawiścią. Ta nienawiść do ciebie zrodziła się bardzo dawno, zanim 

jeszcze przyszłaś na świat. Kiedyś w młodości ożeniłem się z jasnowłosą i urodziwą jak ty 

panną,   która   jednak   bezlitośnie   mnie   zawiodła.   Zostałem   sam   i   przez   długie   lata 

pielęgnowałem w sobie nienawiść, którą z czasem przeniosłem na wszystkie kobiety. Byłem 

bardzo   samotnym   człowiekiem,   kiedy   król   Sigurd   poprosił   mnie,   bym   ruszył   z   nim   na 

wyprawę   krzyżową.   W   Jerozolimie   zrodził   się   pomysł   utworzenia   zakonu   rycerzy 

krzyżowców.   Ormund   był   najdoskonalszy   spośród   wszystkich.   Pokochałem   go   czystą 

miłością   duchową.   Kiedy   Ormund   spotkał   ciebie,   poczułem   zwykłą   ludzką   zazdrość. 

Rzeczywiście uważałem Ormunda za własne dzieło i zdawało mi się, że ty, zajmując uwagę 

Ormunda, godzisz w podstawy istnienia  zakonu, który stał się dla mnie  najważniejszy w 

życiu.   Zbłądziłem,   zapomniałem   o   tym,   co   najważniejsze,   o   pokorze.   Dopiero   dziś 

wieczorem...

Zamilkł.

A potem znów zaczął mówić:

background image

- Dziś wieczorem otrzymałem cios, na który zasłużyłem i który pozwolił mi ujrzeć 

własne uczynki we właściwym  świetle. Jestem przekonany,  że to Bóg chciał mnie w ten 

sposób ukarać. Przyznaję, że chciałem, byś poniosła karę, nawet ucieszyło mnie, że odebrałaś 

sobie życie. I wtedy za sprawą peleryny stał się cud. Wiem, że nie mogę prosić, byś mi 

wybaczyła, ale chciałbym, byś pojęła moją rozpacz z powodu tego, czego się dopuściłem 

wobec ciebie.

Inga czuła się tak zażenowana, że nie wiedziała, co ma odpowiedzieć. Zrobiło jej się 

żal starego rycerza, który tak się ukorzył.

Nieśmiało uśmiechnęła się i wyznała:

- W takich chwilach jak ta człowiekowi zawsze brakuje słów. Czy nie moglibyśmy 

puścić w niepamięć wszystkiego, co bolesne, i zostać przyjaciółmi? To był trudny czas dla 

nas wszystkich.

Po raz pierwszy od wielu lat Gaute Frostesson uśmiechnął się szczerze do kobiety. 

Nareszcie poczuł się wolny.

W tym samym czasie oszołomiony Ormund przyjmował wyrazy podziwu zebranych w 

zatłoczonej sali. Wysłannik arcybiskupa powiedział, że nawet przez chwilę nie wierzył, by 

Inga chciała odebrać sobie życie. Sigurd Krzyżowiec postanowił zaś, że peleryna zostanie 

złożona w kaplicy obok relikwii, na co oczywiście Ormund przystał.

Wysłannik arcybiskupa uroczystym tonem oznajmił:

-   Ormundzie   Strażniku,   chcę   ci   coś   powiedzieć.   Niezależnie   od   tego,   jakimi 

motywami kierowała się Inga, wychodząc wieczorem, pozostaje jasne, że uratował ją cud. 

Przemówiła   siła   wyższa.   Cofam   swój   wcześniejszy   wyrok.   Kościół   nie   będzie   się 

przeciwstawiał   twojemu   ślubowi   z   Ingą.   Przed   chwilą   rozmawiałem   o   tym   z   Gautem   i 

postanowiliśmy   znieść   niektóre   reguły   zakonne,   przede   wszystkim   celibat   dla   rycerzy 

krzyżowców. Dzisiejszy wieczór był dla nas wielką lekcją pokory.

Ormund spuścił głowę, by ukryć wzruszenie.

- A poza tym - wtrącił król Sigurd - uważam, że żyjesz zbyt skromnie. W ten sposób 

nie zapewnisz bytu rodzinie. Chciałem ci zaproponować, byś został moim namiestnikiem w 

Ranrike, ale jeśli Gaute zechce zatrzymać  cię w zakonie, sam wybierzesz,  co ci bardziej 

odpowiada. Póki co, proszę, byś przyjął ode mnie dom, w którym mógłbyś zamieszkać.

-   Dzięki,   królu   -   odpowiedział.   -   Dziękuję   wszystkim.   Zastanowię   się   nad 

propozycjami, jednak na razie, jeśli pozwolicie, pożegnani się, bo trochę mi spieszno...

Na dziedzińcu Ormund spotkał Gautego. Przełożony zatrzymał go z uśmiechem.

- Wierzę, Ormundzie, że teraz nadejdą dobre lata dla nas wszystkich.

background image

Inga, nie mogąc z niecierpliwości uleżeć w łóżku, narzuciła na siebie pelerynę. Przez 

okno ujrzała nadchodzącego Ormunda i poszła otworzyć mu drzwi.

- Przecież  miałaś  leżeć!  - upomniał  ją surowo. - Ja przyszedłem  tylko  na chwilę. 

Będziemy mieli dość czasu dla siebie w przyszłości.

- Naprawdę? - przerwała mu radosnym okrzykiem Inga.

- Tak. To znaczy... - Wziął ją za ręce. - Ingo - zaczął onieśmielony. - Twój pokorny 

sługa i wielbiciel prosi, byś została jego żoną.

Uśmiechając się, dziewczyna spuściła wzrok

-   Nie   wiem,   Ormundzie   Ingjaldssonie.   Nie   mogę   sama   o   tym   zdecydować. 

Podporządkuję się woli mego opiekuna.

- A jak sądzisz, jaką da odpowiedź? - zapytał z powagą.

-   Sądzę...   -   Inga   popatrzyła   nań   niewinnie.   -   Sądzę,   że   uzna   tego   kandydata   za 

najbardziej odpowiedniego.

- Za jedynego możliwego! - wykrzyknął Ormund i mocno przytulił ukochaną.