background image

 

Roger śelazny 

Widmowy Jack 

Jack Of Shadows 

PrzełoŜył: Jacek Jakuszewski 

Data wydania oryginalnego:1971 

Data wydania polskiego:1991 

background image

Niejeden cienie całuje 

i cień szczęścia obejmuje”. 

 

William Shakespeare 

„Kupiec wenecki” 

1. 

 

Zdarzyło  się,  Ŝe  Jack,  którego  imię  wymawia  się  w  cieniu,  przybył  do  Igles  w  Krainie 

Zmierzchu  na  Igrzyska  Piekielne.  Tam  teŜ  zauwaŜono  go,  gdy  przyglądał  się  Płomieniowi 

Piekieł. 

Płomień  Piekieł  był  smukłą,  pięknie  wykonaną  wazą  ze  srebrzystych  płomieni.  Na  jej 

szczycie,  jak  w  nierozerwalnym  uścisku  ognistych  palców,  znajdował  się  rubin  wielkości 

pięści. Pomimo ich płomiennego dotyku klejnot lśnił zimnym migotliwym blaskiem. 

Płomień  Piekieł  był  wystawiony  na  widok  publiczny,  fakt  jednak,  Ŝe  widziano Jacka,  jak 

patrzył na niego, spowodował wiele zamieszania. Gdy tylko przybył do Igles, zauwaŜono go, 

Ŝ

e  kręcił  się  między  latarniami  wraz  z  innymi  gapiami  podziwiającymi  otwarty  pawilon 

wystawowy.  Smage  i  Quazer,  którzy  opuścili  swe  ośrodki  mocy,  aby  wziąć  udział  w 

rywalizacji, rozpoznali go i niezwłocznie donieśli o jego obecności Mistrzowi Igrzysk. 

Smage  przestępował  z  nogi  na  nogę  i  szarpał  wąsy,  aŜ  łzy  stanęły  mu  w  oczach.  Zaczął 

mrugać. Spojrzał na swego olbrzymiego przyjaciela Quazera, którego włosy, oczy i skóra były 

w  odcieniu  jednolitej  szarości,  starając  się  nie  patrzeć  na  róŜnobarwną  postać  Benoniego, 

Mistrza Igrzysk, którego wola była w tym miejscu prawem. 

— Czego chcecie? — zapytał Benoni. 

Smage  wciąŜ  gapił  się  i  mrugał,  wreszcie  Quazer  przemówił  swym  głosem  o  brzmieniu 

fletu. 

— Mamy dla ciebie wiadomość — powiedział. 

— Słucham was — odrzekł Benoni. 

— Udało nam się rozpoznać osobę, której obecność moŜe wywołać tu komplikacje. 

— Kto to taki? 

— Musimy stanąć w pełnym świetle, zanim będę mógł ci powiedzieć. 

Mistrz  Igrzysk  pokręcił  głową  na  swym  potęŜnym  karku.  Jego  bursztynowe  oczy 

błyszczały, gdy spojrzał kolejno na obu gości. 

background image

— Jeśli to jest jakiś Ŝart... — zaczął. 

— To nie jest Ŝart — odrzekł Quazer zdecydowanym głosem. 

— Dobrze — westchnął Benoni. — Chodźcie ze mną. 

Odwrócił  się  i  skierował  w  stronę  jasno  oświetlonego  namiotu.  Jego  płaszcz  mienił  się 

zielono i pomarańczowo. 

— Czy tyle światła wam wystarczy? — zapytał, gdy znaleźli się wewnątrz. 

Quazer rozejrzał się wokoło. 

— Tak — odpowiedział. — Nie podsłucha nas. 

— O kim mówisz? — zapytał Mistrz Igrzysk. 

— Czy nie słyszałeś o Jacku, który zawsze słyszy swe imię, gdy wypowiadane jest w cieniu? 

— Widmowy Jack? Złodziej? Tak, słyszałem opowieści o nim. 

— Właśnie z tego powodu chcieliśmy z tobą mówić w dobrze oświetlonym miejscu. On jest 

tutaj. Smage i ja widzieliśmy go kilka minut temu, jak obserwował Płomień Piekieł. 

— Nie do wiary! — Benoni otworzył szeroko oczy i usta z wraŜenia. — Ukradnie go! — 

powiedział. 

Smage zaprzestał szarpania wąsów na czas wystarczający, aby skinąć głową kilka razy. 

— Przybyliśmy tu, Ŝeby go zdobyć — wybuchnął. — JeŜeli go ukradnie, nic z tego! 

— Trzeba go powstrzymać — powiedział Benoni. — Jak sądzicie, co powinienem zrobić? 

— Twoja wola jest w tym miejscu prawem — odparł Quazer. 

— Słusznie... moŜe by go gdzieś zamknąć na czas trwania Igrzysk? 

— W takim razie upewnij się, czy w miejscu, w którym zostanie aresztowany, i tam, gdzie 

ma  być  więziony,  nie  będzie  Ŝadnego  cienia.  Mówią,  Ŝe  w  obecności  cienia  nie  sposób 

powstrzymać Jacka. 

— Ale tutaj wszędzie jest pełno cienia. 

— Tak. Dlatego tak trudno byłoby go uwięzić. 

— Wyjściem byłoby jasne oświetlenie albo zupełna ciemność. 

— Wszystkie jednak światła muszą być ustawione pod odpowiednim kątem i umieszczone 

w miejscu nieosiągalnym dla Jacka — odrzekł Quazer — w przeciwnym razie będzie on mógł 

uzyskać  cienie,  umoŜliwiające  działanie.  Natomiast  w  ciemności,  gdy  moŜe  zapalić  choć 

najdrobniejsze światełko, powstaną cienie. 

— Jakiego rodzaju moc czerpie on z cieni? 

— Nie znam nikogo, kto wiedziałby to z całą pewnością. 

— Nie jest chyba człowiekiem? Pochodzi z Ciemnej Strony? 

— Prawdopodobnie z Krainy Zmierzchu, ale blisko ciemności, tam gdzie zawsze są cienie. 

— W takim razie mogłaby być wskazana wycieczka do Otchłani Łajna w Glyve. 

— To okrutne — odpowiedział Smage z chichotem na ustach. 

— WskaŜcie mi go — powiedział Benoni. 

Wyszli z namiotu. Nad ich głowami rozciągało się szare, bezchmurne niebo, ku wschodowi 

background image

przybierające barwę srebrną, ku zachodowi — czarną. Gwiazdy lśniły na tle ciemności ponad 

łańcuchem stalagmitowych gór. Spieszyli w stronę pawilonu, drogą oświetloną pochodniami. 

Na zachodzie, gdzieś w pobliŜu linii granicznej, tam gdzie stały świątynie bezsilnych bogów, 

widać było błyskawice. 

Przy  wejściu  do  pawilonu  Quazer  skinął  głową,  dotykając  ramienia  Benoniego.  Mistrz 

Igrzysk spojrzał we wskazanym kierunku i ujrzał wysokiego, chudego męŜczyznę, który stał 

oparty  o  tyczkę  namiotu.  Włosy  miał  czarne,  cerę  śniadą,  rysy  twarzy  ostre.  Ubrany  był  na 

szaro, przez prawe ramię przewieszony miał czarny płaszcz. Palił jakieś ziele z Ciemnej Strony 

zawinięte w rurkę. W świetle pochodni dym wydawał się błękitny. Benoni przyglądał się mu 

przez chwilę z uczuciem, którego doznają wszyscy ludzie, gdy patrzą na istotę nie zrodzoną z 

kobiety, lecz stworzoną przez nieznaną moc w miejscu unikanym przez człowieka. Przełknął 

ś

linę. 

— W porządku, moŜecie odejść. 

— Chcielibyśmy pomóc... — zaczął Quazer. 

— Powiedziałem, moŜecie odejść! 

Spojrzał za nimi.  

— Nie moŜna takim ufać — mruknął do siebie. 

Udał się po straŜników. Kazał im wziąć ze sobą kilkadziesiąt jasnych pochodni. 

Podczas aresztowania Jack nie stawiał oporu. Nie próbował nawet dyskutować. Otoczony 

przez  uzbrojonych  ludzi  i  oświetlony  ze  wszystkich  stron  skinął  tylko  głową  i  wykonał  ich 

rozkazy,  nie  odzywając  się  ani  słowem.  Poprowadzono  go  do  jasno  oświetlonego  namiotu 

Mistrza Igrzysk i ustawiono przed stołem, za którym zasiadł Benoni. StraŜnicy otoczyli Jacka 

ze wszystkich stron, trzymając w rękach latarnie i lustra rozpraszające cień. 

— Na imię ci Jack — powiedział Mistrz Igrzysk. 

— Nie przeczę temu. 

Benoni wpatrywał się w czarne, nieruchome oczy zatrzymanego, który nie mrugnął nimi ani 

razu. 

— ...Niekiedy jesteś nazywany Widmowym Jackiem — milczenie. — Zgadza się? 

— KaŜdy z nas moŜe nosić wiele imion — odpowiedział Jack. 

Benoni odwrócił wzrok. 

— Wprowadzić ich — rozkazał jednemu ze straŜników. 

Wprowadzono Smage’a i Quazera. Jack spojrzał w ich kierunku. Na twarzy nie drgnął mu 

ani jeden mięsień. 

— Czy rozpoznajecie tego człowieka? — zapytał Benoni. 

— Tak — odpowiedzieli chórem. 

—  Jesteś  jednak  w  błędzie,  nazywając  go  człowiekiem  —  ciągnął  Quazer.  —  On  jest 

mieszkańcem Ciemnej Strony. 

— Jak brzmi jego imię? 

background image

— Zwą go Widmowy Jack. 

Benoni uśmiechnął się. 

—  To  prawda,  Ŝe  kaŜdy  z  nas  moŜe  nosić  wiele  imion  —  powiedział  —  jednakŜe  co  do 

ciebie panuje zadziwiająca zbieŜność opinii. Ja jestem Benoni, Mistrz Igrzysk Piekielnych, a ty 

jesteś Widmowy Jack, złodziej. Mogę się załoŜyć, Ŝe przybyłeś tu ukraść Płomień Piekieł. 

Jack milczał. 

—  Nie  musisz  odpowiadać  —  dodał  Benoni.  —  Sama  twoja  obecność  dowodzi  twych 

intencji. 

— MoŜe przybyłem wziąć udział w Igrzyskach? — odpowiedział Jack. 

Benoni roześmiał się. 

— Oczywiście! Oczywiście! — zawołał, wycierając łzę rękawem. — PoniewaŜ jednak nie 

przewidujemy zawodów w kradzieŜy, nie wiem, w jakiej konkurencji mógłbyś wystartować. 

— Osądzasz mnie niesprawiedliwie — powiedział Jack. — Nawet jeśli jestem tym, za kogo 

mnie uwaŜasz, nie popełniłem Ŝadnego przestępstwa. 

— Istotnie — odrzekł Benoni. — Płomień Piekieł jest naprawdę piękny, prawda? 

Oczy Jacka błysnęły przez chwilę. Jego usta skrzywiły się w mimowolnym uśmiechu. 

— Niemal wszyscy zgodziliby się z tą opinią — odpowiedział pośpiesznie. 

— Przybyłeś tutaj, aby go zdobyć na swój własny sposób. Uchodzisz za najgroźniejszego ze 

złodziei. 

— Czy z tego wynika, Ŝe nie mogę być uczciwym widzem na publicznej imprezie? 

— Jeśli w grę wchodzi Płomień Piekieł — nie moŜesz. Jest bezcenny. PoŜądają go zarówno 

mieszkańcy  Jasnej,  jak  i  Ciemnej  Strony.  Jako  Mistrz  Igrzysk  nie  mogę  tolerować  twojej 

obecności w jego pobliŜu. 

—  To  cały  kłopot  ze  złą  reputacją  —  odrzekł  Jack.  —  Cokolwiek  byś  nie  zrobił,  zawsze 

jesteś podejrzany. 

— Dość tego! Czy chcesz go ukraść? 

— Byłbym głupi, gdybym odpowiedział, Ŝe tak. 

— Więc nie doczekam się od ciebie uczciwej odpowiedzi? 

— JeŜeli przez „uczciwą odpowiedź” rozumiesz, Ŝe mam powiedzieć to, co chcesz ode mnie 

usłyszeć, to muszę przyznać, Ŝe masz rację. 

— ZwiąŜcie mu ręce z tyłu — powiedział Benoni. 

Tak teŜ zrobiono. 

— Ile razy moŜesz umrzeć? — zapytał Mistrz Igrzysk. 

Jack nie odpowiedział. 

— No dobrze. Wszyscy wiedzą, Ŝe mieszkańcy Ciemnej Strony mają więcej niŜ jedno Ŝycie. 

Ile ty ich masz? 

— Nie podoba mi się to, co mówisz — powiedział Jack. 

— To nie jest tak, jakbyś umarł na zawsze. 

background image

— Daleka jest droga z Otchłani Łajna w Glyve na zachodnim biegunie świata. Trzeba iść na 

piechotę. Czasami mijają lata, nim uformuje się nowe ciało. 

— Byłeś tam juŜ więc? 

— Tak — odpowiedział Jack, sprawdzając siłę swych więzów — i wolałbym nie powtarzać 

tego doświadczenia. 

— Przyznajesz więc, Ŝe masz przynajmniej jeszcze jedno Ŝycie w zapasie. Świetnie! Mogę 

więc bez wyrzutów sumienia nakazać twoją natychmiastową egzekucję... 

— Zaczekaj! — krzyknął Jack, potrząsając  głową i wyszczerzając zęby.  — To śmieszne. 

Nie zrobiłem nic złego. No, ale to niewaŜne. NiezaleŜnie, jakie były moje zamiary, jest jasne, 

Ŝ

e  teraz  nie  mogę  ukraść  Płomienia  Piekieł.  Uwolnij  mnie,  a  opuszczę  dobrowolnie  Krainę 

Zmierzchu na czas trwania Igrzysk. Pozostanę w Ciemnej Stronie, dopóki się nie skończą. 

— Jaką mam na to gwarancję? 

— Moje słowo. 

Benoni roześmiał się ponownie. 

— Słowo faceta z Ciemnej Strony? Legendarnego przestępcy? Nie, Jack, widzę tylko jeden 

sposób  na  zapewnienie  bezpieczeństwa  trofeum  —  twoją  śmierć.  Skoro  jest  w  mojej  mocy 

wydać na ciebie wyrok, zrobię to. Skrybo! Zapisz, o której godzinie podjąłem tę decyzję. 

Brodaty garbus o kaprawych oczach i twarzy tak pomarszczonej jak pergamin, który ujął w 

rękę,  wywinął  piórem  zakrętasa  i  zaczął  pisać.  Jack  wyprostował  się  na  pełną  wysokość  i 

spojrzał na Benoniego spod przymkniętych powiek. 

—  Śmiertelniku  —  zaczął  —  obawiasz  się  mnie,  poniewaŜ  mnie  nie  rozumiesz.  Jako 

mieszkaniec Jasnej Strony masz tylko jedno Ŝycie. Gdy je utracisz, nie pozostanie ci nic. My, 

mieszkańcy Ciemnej Strony, nie mamy dusz, jakie wy posiadacie. W zamian za to moŜemy Ŝyć 

wiele razy w sposób, jaki jest dla ciebie niedostępny. Widzę, Ŝe zazdrościsz mi tego i dlatego 

pragniesz pozbawić mnie Ŝycia. Dowiedz się, Ŝe śmierć jest równie nieprzyjemna dla nas, jak i 

dla was. 

Mistrz Igrzysk spuścił wzrok. — Nie chciałbym... — zaczął. 

— Przyjmij moją ofertę — przerwał mu Jack. — Zgadzam się opuścić teren Igrzysk. Jeśli 

pozwolisz, by wykonano twój rozkaz, w ostatecznym rachunku przegrasz. 

Garbus przestał pisać i zwrócił się w stronę Benoniego. 

— Jack — powiedział Mistrz Igrzysk — chciałeś go ukraść, prawda? 

— Oczywiście. 

— Dlaczego? Trudno byłoby go sprzedać. Jest łatwy do rozpoznania. 

—  Musiałem  spłacić  dług  przyjacielowi,  który  poŜąda  tej  błyskotki.  Uwolnij  mnie,  a 

powiem, Ŝe mi się nie udało, co będzie zresztą zgodne z prawdą. 

— Nie chcę narazić się na twój gniew, gdy powrócisz... 

— Jeśli wyślesz mnie w tę podróŜ, spadnie on na ciebie z całą pewnością. 

— ...JednakŜe w moim połoŜeniu nie mogę sobie pozwolić na zaufanie człowieka, którego 

background image

nazywają takŜe Jackiem Kłamcą. 

— Czy moje słowo nic dla ciebie nie znaczy? 

— Obawiam się, Ŝe nie. Skrybo, pisz dalej. 

— ... A moja groźba? 

— Tę traktuję powaŜnie. JednakŜe ryzyko twojej zemsty, która moŜe nastąpić za kilka lat, 

jest  mniejsze  od  niebezpieczeństwa,  na  jakie  byłbym  naraŜony  po  ukradzeniu  Płomienia 

Piekieł. Zrozum moją sytuację, Jack. 

—  Rozumiem  —  odpowiedział.  Zwracając  się  w  stronę  Smage’a  i  Quazera  zawołał:  — 

Słuchaj, oślouchy i ty, obojnaku, o was takŜe nie zapomnę! 

Smage spojrzał na Quazera, który mrugnął i uśmiechnął się. 

— Powiedz to naszemu panu, Królowi Nietoperzy — odrzekł. 

Jack skrzywił twarz na dźwięk imienia swego odwiecznego wroga. 

PoniewaŜ  magia  jest  słabsza  w  Krainie  Zmierzchu,  gdzie  zaczyna  się  królestwo  nauki, 

minęło moŜe pół minuty, zanim pojawił się w namiocie nietoperz, przelatując ponad głowami 

zebranych. Tymczasem Quazer zdąŜył powiedzieć: 

— Będziemy startować pod sztandarem nietoperza. 

Na widok nocnego lotnika śmiech zamarł na ustach Jacka. Opuścił głowę i zacisnął szczęki. 

Zapanowała cisza zakłócana tylko skrzypieniem pióra. 

— Niech tak będzie — powiedział Jack. 

Zaprowadzono  go  na  środek  podwórza,  gdzie  stał  człowiek  imieniem  Blite  z  wielkim 

toporem  w  ręku.  Jack  rozejrzał  się  szybko,  oblizując  wargi.  Po  chwili  ostra  krawędź  topora 

ponownie  przyciągnęła  jego  wzrok.  Zanim  poproszono  go,  by  uklęknął  przy  popękanym 

pniaku, powietrze wypełniło się skórzastymi pociskami. Była to horda tańczących nietoperzy. 

Większość nadlatywała  z zachodu. Poruszały się zbyt szybko, aby  rzucić cień  godny uwagi. 

Jack zaklął, wiedząc, Ŝe jego wróg wysłał swoich sługusów, aby przyglądali się egzekucji. 

Z reguły kradzieŜe udawały mu się. Był wściekły, Ŝe stracił jeden ze swoich Ŝywotów w tak 

głupi sposób. Ostatecznie miał jakąś reputację... 

Uklęknął i pochylił głowę. 

Zastanowił się, czy to prawda, Ŝe głowa zachowuje świadomość przez sekundę czy dwie po 

odcięciu od ciała. Bezskutecznie starał się oddalić od siebie tę myśl. Czy to więcej niŜ zwykła 

fuszerka? — zastanowił się. 

Gdy Król Nietoperzy zastawił pułapkę, mogło to oznaczać tylko jedno. 

background image

2. 

 

Jasne linie światła pędziły przez ciemność — białe, srebrne, niebieskie, Ŝółte, czerwone — 

najczęściej  proste,  lecz  czasami  falujące.  Pokryły  całe  pole  widzenia.  Niektóre  z  nich  były 

jaśniejsze od pozostałych... 

Coraz wolniej... 

Nie były juŜ drogami ciągnącymi się w nieskończoność lub fragmentami pajęczyny. 

Zmieniły  się  w  krótkie,  cienkie  pręty,  laski,  krótkie  odcinki  światła...  Na  koniec  w 

mrugające punkty. 

 

Przez  chwilę  spoglądał  na  gwiazdy,  nie  rozumiejąc,  co  widzi.  Dopiero  po  długiej  chwili 

słowo „gwiazdy” dotarło skądś do jego świadomości. Dostrzegł słabą poświatę. 

Cisza. śadnego zmysłu oprócz wzroku... 

Po  upływie  kolejnej  długiej  chwili  poczuł  się,  jakby  spadał  z  wielkiej  wysokości, 

przybierając kształt materialny. W następnym momencie zdał sobie sprawę, Ŝe leŜy na plecach, 

patrząc w górę. Nareszcie w swej zwykłej postaci. 

— Jestem Widmowy Jack — pomyślał, wciąŜ jeszcze niezdolny do ruchu. 

Nie wiedział, gdzie jest ani w jaki sposób znalazł się w tym miejscu, pełnym ciemności i 

gwiazd, uczucie jednak było znajome. Wiedział, Ŝe był tu juŜ kiedyś, dawno temu. 

Zalała  go fala  ciepła, wypływająca z okolicy serca. Odczuł mrowienie, wyostrzające jego 

zmysły. Wróciła pamięć. 

— Do diabła! — brzmiały jego pierwsze słowa. 

Gdy  tylko  odzyskał  węch,  zdał  sobie  sprawę  ze  swej  sytuacji.  Znajdował  się  w  Otchłani 

Łajna  w  Glyve  na  zachodnim  biegunie  świata,  w  królestwie  okrutnego  barona  Drekkheimu, 

przez które muszą przejść wszyscy, pragnący powstać do Ŝycia. 

Stwierdził, Ŝe leŜy na kupie nawozu w samym środku śmierdzącego jeziora. Uśmiechnął się 

złośliwie, gdy po raz setny w swoim Ŝyciu pomyślał, Ŝe choć ludzie zaczynają i kończą swe 

Ŝ

ycie w nieprzyjemny sposób, los mieszkańców Ciemnej Strony wcale nie jest lepszy. 

Gdy  tylko  mógł  poruszyć  ręką,  zaczął  sobie  masować  kark  i  szyję.  Nie  czuł  bólu,  lecz 

straszliwe wspomnienie wróciło z całą wyrazistością. Ile czasu upłynęło? Co najmniej kilka lat 

—  pomyślał.  Taka  była  jego  średnia.  ZadrŜał  na  wspomnienie  ostatniej  chwili  swego 

poprzedniego  Ŝycia.  Odegnał  od  siebie  tę  myśl.  Dygotał  z  zimna.  Przeklinał  stratę  ubrania, 

które  tymczasem  zbutwiało  juŜ  wraz  z  jego  poprzednim  ciałem  lub  teŜ,  co  bardziej 

background image

prawdopodobne, ktoś inny zuŜył doszczętnie. 

Uniósł się wolno, aby nabrać powietrza w płuca. śałował, Ŝe nie moŜe przez pewien czas 

obyć się bez oddychania. Odrzucił na bok owalny kamień, który trzymał w ręku. Nie było sensu 

pozostawać w tym miejscu, skoro był juŜ niemal sobą. 

Wszystkie  drogi  prowadziły  na  wschód.  Zgrzytając  zębami  wybrał  tę,  która  zdawała  się 

najłatwiejsza. Nie wiedział, ile czasu minęło, zanim dotarł do brzegu. Choć jego oczy prędko 

przyzwyczaiły się do światła gwiazd, nie było tu prawdziwych cieni, które mogłyby udzielić 

mu odpowiedzi. 

Jakie  zresztą  znaczenie  ma  czas?  Rok  to  jeden  obrót  planety  wokół  Słońca.  MoŜna  go 

podzielić na drobniejsze części, zaleŜnie od ruchów planety... lub upodobań jej mieszkańców. 

Dla  Jacka  cztery  coroczne  przesunięcia  Krainy  Zmierzchu  wyznaczały  pory  roku. 

Dokładniej moŜna było określić czas za pomocą zawsze widocznych gwiazd oraz magicznych 

zasad,  określających  nastroje  rządzących  gwiazdami  duchów.  Jack  wiedział,  Ŝe  na  Jasnej 

Stronie znano mechaniczne i elektroniczne urządzenia, słuŜące do pomiaru czasu. Kilka razy 

udało mu się je ukraść. PoniewaŜ jednak nie chciały funkcjonować na Ciemnej Stronie, dawał 

je w prezencie dziewczynom w tawernach, jako amulety o wielkiej mocy antykoncepcyjnej. 

Nagi i śmierdzący, Jack wyszedł na brzeg pogrąŜony w ciemności i milczeniu. Gdy tylko 

zaczerpnął oddechu i odzyskał nieco siły, wyruszył w swą podróŜ na wschód. 

Droga wiodła łagodnie pod górę. Wszędzie wokoło rozciągały się kałuŜe plugastwa. Całe 

jego  rzeki  uchodziły  do  jeziora.  Prędzej  czy  później  kaŜde  świństwo  trafia  do  Glyve. 

Gdzieniegdzie wybuchały gejzery szamba, opryskując go znienacka. Z rozpadlin nieustannie 

wydobywał  się  odór  siarkowodoru.  Łapał  się  za  nos,  wznosząc  modły  do  swych  bóstw 

opiekuńczych. Wątpił jednak, czy zostaną one wysłuchane. Nie sądził, Ŝeby bogowie zwracali 

wiele uwagi na cokolwiek pochodzącego z tej części świata. 

Parł wciąŜ naprzód, niemal bez odpoczynku. Droga prowadziła nadal pod górę. Po chwili 

zaczęły  się  pojawiać  skupiska  skał.  Z  drŜeniem  przeciskał  się  między  nimi.  Zapomniał  — 

oczywiście  celowo  —  o  wielu  spośród  najgorszych  cech  tego  miejsca.  Małe  ostre  kamienie 

raniły mu stopy. Wiedział, Ŝe zostawia za sobą krwawe ślady. Słyszał za sobą ciche odgłosy 

drobnych zwierząt o wielu nogach, które wybiegły, aby je zlizywać. UwaŜano, Ŝe oglądanie się 

w tym miejscu przynosi pecha. 

Zawsze przyjmował ze smutkiem utratę krwi z nowego ciała, które naleŜało do niego. Grunt 

jednak  zmieniał  się  w  miarę  posuwania  się  naprzód  i  wkrótce  wkroczył  na  gładką  skałę.  Z 

zadowoleniem zauwaŜył, Ŝe odgłosy stóp za nim ucichły. 

Im wyŜej się wspinał, tym bardziej czuł ustępowanie przykrej woni. Pomyślał, Ŝe moŜe to 

być po prostu rezultatem osłabienia jego węchu na skutek długotrwałego atakowania go tymi 

wyziewami. NiezaleŜnie od przyczyn przyniosło mu to ulgę, co pozwoliło jego umysłowi zająć 

się innymi problemami. 

Zdał sobie sprawę, Ŝe oprócz tego, iŜ jest brudny, obolały i zmęczony, cierpi równieŜ z głodu 

background image

i pragnienia. 

Walczył  ze  swymi  wspomnieniami  jak  z  drzwiami  do  magazynu.  W  końcu  udało  mu  się 

wejść do środka. Zaczął poszukiwać odpowiedzi. Starał się przypomnieć sobie swe poprzednie 

podróŜe  z  Glyve  najdokładniej  jak  tylko  mógł,  jednakŜe  Ŝaden  szczegół  krajobrazu  nie 

wydawał  się  mu  znajomy.  Gdy  mijał  niewielki  zagajnik  metalicznych  drzew,  zrozumiał,  Ŝe 

jeszcze nigdy nie szedł tą drogą. 

Przez całe mile nie znajdę czystej wody — pomyślał — chyba Ŝe fortuna uśmiechnie się do 

mnie  i  znajdę  kałuŜę  po  deszczu.  Tutaj  bardzo  rzadko  pada  deszcz...  To  kraina  plugastwa, 

nieczystości.  Gdybym  spróbował  wyczarować  mały  deszcz,  ktoś  by  mnie  z  pewnością 

zauwaŜył  i  wytropił.  Bez  cieni  łatwo  padłbym  jego  ofiarą.  Czekałoby  mnie  cięŜkie  Ŝycie 

niewolnika  lub  teŜ  zostałbym  zabity  i  wróciłbym  do  Otchłani  Łajna.  Poczekam,  aŜ  śmierć 

będzie blisko i dopiero wtedy spróbuję wywołać deszcz. 

Po chwili ujrzał w oddali jakiś nienaturalny obiekt. ZbliŜył się ostroŜnie. Był to kamienny 

obelisk dwukrotnie wyŜszy od niego. Na gładkiej powierzchni wyryty był wielkimi literami w 

najpospolitszym języku Ciemnej Strony napis: WITAJ, NIEWOLNIKU. 

Pod spodem umieszczono wielką pieczęć Drekkheimu. 

Jack odetchnął z ulgą. Wiadomo było nielicznym — tym, którym udało się uciec z niewoli 

Barona  i  od  których  Jack  się  o  tym  dowiedział  —  Ŝe  podobne  napisy  umieszczane  są  w 

najsłabiej patrolowanych rejonach jego królestwa, w nadziei, Ŝe powracający z Glyve zmienią 

trasę i dostaną się w okolice, gdzie szansę na ich schwytanie będą większe. 

Jack  minął  obelisk.  Chciał  splunąć,  lecz  usta  miał  wyschnięte.  W  miarę  wędrówki  siły 

opuszczały go coraz bardziej. Miał teraz kłopoty z utrzymaniem równowagi, gdy się potykał. 

Wiedział, Ŝe opuścił kilka okresów snu, nie znalazł jednak Ŝadnego miejsca, które wydałoby 

mu się na tyle bezpieczne, by móc się przespać. 

Coraz trudniej przychodziło mu trzymać oczy otwarte. W pewnym momencie potknął się i 

upadł. Był pewien, Ŝe przeszedł znaczny odcinek drogi śpiąc. Teren był bardziej nierówny niŜ 

ten,  który  przemierzał  uprzednio.  To  spowodowało  nowy  przypływ  nadziei,  dzięki  któremu 

zdołał się podnieść i ruszyć dalej. 

Po chwili ujrzał miejsce, które mogło mu dać schronienie, a nie miał juŜ siły iść dalej. Było 

to skupisko pochylonych kamieni u stóp stromego zbocza, prowadzącego na wyŜej połoŜony 

teren. Wlokąc się ostatkiem sił, zbadał okolicę w poszukiwaniu śladów Ŝycia. Nie znalazł nic. 

Wszedł do środka, wciskając się w kamienny labirynt tak głęboko, jak tylko zdołał, znalazł w 

miarę równe miejsce, połoŜył się i zasnął. 

Nie  wiedział,  ile  czasu  upłynęło,  zanim  coś  w  głębinie,  którą  jest  sen,  ostrzegło  go  o 

niebezpieczeństwie. Walcząc rozpaczliwie jak tonący, wydostał się na odległą powierzchnię. 

Poczuł  dotyk  ust  na  swoim  gardle  i  narzutę  z  jej  długich  włosów  na  swoich  ramionach. 

Odczekał chwilę, aby zebrać resztki sił. Złapał ją lewą ręką za włosy, a prawą objął wpół, aby 

odciągnąć od siebie. Obrócił się na lewy bok. Od pierwszej chwili po obudzeniu wiedział, co 

background image

musi zrobić. Uderzył głową do przodu zaledwie z drobnym ułamkiem swej dawnej szybkości. 

Gdy skończył, wytarł usta i podniósł się, patrząc w dół na jej zwiotczałe ciało. 

— Biedna wampirzyco — powiedział. — Miałaś w sobie tak mało krwi, dlatego tak bardzo 

potrzebowałaś mojej. Byłaś jednak za słaba, aby mi ją odebrać. Ja takŜe byłem bardzo głodny. 

KaŜdy radzi sobie, jak moŜe. 

 

Mając na sobie czarne ubranie, płaszcz i buty, które sobie przywłaszczył, Jack przedostał się 

na wyŜszy poziom. Gdzieniegdzie rozciągały się poletka czarnej trawy, która okręcała mu się 

wokół  kostek,  usiłując  go  zatrzymać.  Jack  znał  ją  dobrze.  Torował  sobie  wśród  niej  drogę 

kopniakami, zanim mogła zacisnąć swe więzy. Nie miał zamiaru słuŜyć jako nawóz. 

W końcu odnalazł małe jeziorko. Obserwował je godzinami z wielu miejsc. Wydawało się 

doskonałym punktem do schwytania powracającego. Na koniec doszedł do wniosku, Ŝe nie jest 

strzeŜone. ZbliŜył się i przyjrzał mu się uwaŜnie, zanim opadł na ziemię. Pił przez długi czas. 

Odpoczął chwilę, napił się ponownie, znów odpoczął i znów się napił. śałował, Ŝe nie ma w 

czym zabrać wody ze sobą. Rozebrał się i zmył brud ze swego ciała. 

W  dalszej  drodze  mijał  kwiaty,  które  przypominały  węŜe  wyposaŜone  w  korzenie,  a  być 

moŜe w istocie nimi były. Rzucały się z sykiem w jego stronę, próbując go dosięgnąć. 

Spał dwukrotnie, zanim dotarł do następnego zbiornika wody. Tym razem był on strzeŜony i 

aby  zdobyć  wodę,  Jack  musiał  uŜyć  całej  swej  złodziejskiej  chytrości.  W  podobny  sposób 

zdobył  miecz  drzemiącego  straŜnika  oraz  zaopatrzył  się  w  chleb,  ser,  wino  oraz  ubranie  na 

zmianę. W tym momencie straŜnikowi takie rzeczy nie były juŜ potrzebne. 

Porcje wystarczyły tylko na jeden posiłek, co w połączeniu z faktem, Ŝe straŜnik nie miał 

wierzchowca,  doprowadziło  Jacka  do  wniosku,  Ŝe  posterunek  znajduje  się  w  pobliŜu  i  lada 

chwila moŜe przybyć zmiennik. Jack wypił wino i napełnił butelkę wodą, przeklinając jej małą 

pojemność. PoniewaŜ w okolicy nie było Ŝadnej rozpadliny lub jaskini, w której mógłby ukryć 

szczątki, pozostawił je na miejscu i oddalił się szybko. 

Jadł wolno, nie przerywając wędrówki. Z początku jego Ŝołądek buntował się przeciwko tej 

dziwnej inwazji. SpoŜył w ten sposób połowę posiłku, zachowując resztę na później. Niekiedy 

mijał drobne zwierzęta. Nabrał w dłonie kamieni w nadziei, Ŝe uda mu się któreś z nich trafić. 

Były jednak zbyt szybkie lub on zbyt wolny. Udało mu się za to, gdy po raz siódmy odnawiał 

swój zapas kamieni, znaleźć ładny kawałek krzemienia. 

Wkrótce musiał się ukryć, gdy usłyszał odgłos kopyt, jednakŜe nikt nie nadjechał. Wiedział, 

Ŝ

e zapuścił się juŜ głęboko na terytorium Drekkheimu, zastanawiał się jednak, ku której z jego 

granic się kieruje. ZadrŜał na myśl, Ŝe w jednym punkcie graniczy on równieŜ z bezimiennym 

królestwem, w którym wznosił się Wielki Gniew, twierdza i ośrodek mocy Króla Nietoperzy. 

Z  ciemnej  ziemi  zaniósł  kolejną  modlitwę  w  stronę  lśniących  gwiazd.  To  nie  mogło 

zaszkodzić. 

 

background image

Wspinał się w górę, kręcił w kółko, czasami musiał biec. Nienawiść rosła w nim szybciej niŜ 

głód. 

Smage, Quazer, Benoni, kat Blite, a przede wszystkim Król Nietoperzy... 

Znajdzie  ich  jednego  po  drugim  i  zemści  się,  zaczynając  od  najmniej  waŜnych,  budując 

powoli swoją potęgę, zanim zmierzy się z tym, który juŜ w tej chwili mógł znajdować się zbyt 

blisko, aby Jack mógł spać spokojnie. 

W istocie spał źle. Dręczyły go koszmary. Śniło mu się, Ŝe ponownie znalazł się w Otchłani 

Łajna, tym razem jednak przykuty łańcuchami, tak jak Anioł Jutrzenki, który musi przez całą 

wieczność siedzieć u wrót poranku, zmuszony pozostać w tym miejscu na zawsze. 

Mimo  Ŝe  powietrze  było  chłodne,  obudził  się  zlany  potem.  Ponownie  odczuł  z  całą 

intensywnością ohydny zapach wypełniający to miejsce. 

Upłynęło sporo czasu, zanim był zdolny spoŜyć resztę swoich zapasów. 

Nienawiść utrzymywała go przy Ŝyciu. Stanowiła dla niego poŜywienie. Zaspokajała jego 

pragnienie lub pozwalała mu o nim zapomnieć. Dała mu siły na przejście następnej mili, zanim 

jego ciało zmusiło go do odpoczynku. 

Planował  swą  zemstę  raz  po  razie.  WyobraŜał  sobie  tortury,  które  im  zada:  rozŜarzone 

kleszcze, świdry, imadła. Słyszał ich krzyki i błagania. W najgłębszych zakamarkach swego 

umysłu dostrzegał kawały mięsa, potoki krwi i rzeki łez, jakie z nich wytoczy, zanim pozwoli 

im umrzeć. 

Wiedział, Ŝe pomimo wszelkich trudności związanych z podróŜą, najbardziej bolesna była 

rana zadana jego dumie. Złapali  go tak łatwo i załatwili się z nim tak szybko, jakby  pacnęli 

natrętnego owada. Potraktowali go nie jak Potęgę władającą światem cieni, lecz jak zwykłego 

złodzieja. 

Dlatego właśnie planował tortury, zamiast zadowolić się zwykłym ciosem miecza. Zabijając 

go  w  ten  sposób,  zranili  jego  dumę.  Gdyby  załatwili  to  inaczej,  mógłby  się  czuć  mniej 

pokrzywdzony. To Król Nietoperzy, opętany przez zazdrość i Ŝądzę zemsty, wyrządził mu tę 

zniewagę. Zapłaci za to. 

Przepełniony  nienawiścią  podąŜał  naprzód.  Jakkolwiek  uczucie  to  rozgrzewało  go, 

zauwaŜył, Ŝe robi się coraz zimniej. Działo się tak, chociaŜ od dłuŜszego czasu nie wspiął się na 

znacząco większą wysokość. 

PołoŜył się na plecach, aby przyjrzeć się czarnej kuli zasłaniającej gwiazdy w zenicie. To 

było  ognisko  sił  Tarczy.  Kula  była  nieustannie  utrzymywana  w  bezpiecznej  odległości  od 

ś

wiatła Jasnej Strony. Ktoś powinien ją nadzorować. Gdzie podziało się siedem Potęg, na które, 

zgodnie  z  Księgą  Łokci,  wypadała  kolej  słuŜby  przy  Tarczy?  Z  pewnością  Ŝadna  z  nich  nie 

zaniedbałaby tego obowiązku, nawet gdyby panowała między nimi wojna. Od tego zaleŜał los 

całego  świata.  Jack  sam  pełnił  słuŜbę  niezliczoną  ilość  razy  —  dwukrotnie  nawet  wraz  z 

Królem Nietoperzy. 

Zapragnął  wypowiedzieć  zaklęcie,  które  pozwoliłoby  mu  ujrzeć,  czyje  imiona  były 

background image

wypisane  na  aktualnej  stronicy  Księgi  Łokci.  Być  moŜe  nawet  jego  własne?  Nie,  odkąd 

przebudził się w Otchłani Łajna, ani razu nie usłyszał, Ŝeby ktoś wypowiedział jego imię.  Z 

pewnością nie ja — zdecydował. 

Otworzył  swoją  jaźń.  Poczuł  straszliwe  zimno  zewnętrznej  ciemności,  która  przeciekała 

przez brzegi kuli na szczycie Tarczy. To był tylko niewielki przeciek, jednakŜe im dłuŜej będą 

zwlekali z jego zatkaniem, tym trudniejsze się to stanie. Sprawa była zbyt powaŜna, aby sobie 

pozwolić  na  ryzyko.  Czarnoksięska  Tarcza  chroniła  mieszkańców  Ciemnej  Strony  przed 

zamarznięciem  z  równą  pewnością,  jak  pola  siłowe  ochraniały  mieszkańców  Jasnej  Strony 

przed  usmaŜeniem  się  w  bezlitosnych  promieniach  słońca.  Jack  zamknął  swoją  jaźń  przed 

wewnętrznym chłodem. 

Po dłuŜszej chwili udało mu się zabić małe zwierzątko o ciemnej sierści, które drzemało na 

szczycie skały. Obdarł je ze skóry i oprawił za pomocą miecza. PoniewaŜ nie znalazł nic na 

podpałkę, musiał zjeść mięso na surowo. ZmiaŜdŜył kości zębami i wyssał z nich szpik. Ten 

barbarzyński posiłek napełnił go niesmakiem, choć wielu jego znajomych wolało ten sposób 

odŜywiania się od bardziej cywilizowanego. Cieszył się, Ŝe posiłek odbył się bez świadków. 

Idąc dalej odczuł mrowienie w uszach: 

— Widmowy Jack i... 

To było wszystko. 

Temu,  kto  wypowiedział  te  słowa,  musiał  dokładnie  w  tym  momencie  paść  na  usta  cień. 

Fragment  był  jednak  zbyt  krótki.  Jack  odwrócił  głowę,  aby  ustalić  kierunek,  z  którego 

nadbiegły słowa. Daleko z przodu i nieco w prawo. Ponad sto mil — pomyślał. — Być moŜe 

nawet w innym królestwie. 

Zazgrzytał  zębami.  Gdyby  tylko  znał  swoje  obecne  połoŜenie,  mógłby  w  przybliŜeniu 

odgadnąć źródło głosu. Teraz nie wiedział nawet, czy był to fragment pijackiej opowieści, czy 

teŜ  wypowiedź  kogoś,  kto  wiedział  juŜ  o  jego  powrocie  i  knuł  przeciw  niemu  spisek.  Ta 

ostatnia moŜliwość zaprzątnęła jego myśli przez dłuŜszą chwilę. 

Przyspieszył  kroku.  Nie  zatrzymał  się  w  przewidzianym  czasie  i  dzięki  temu,  jak  sądził, 

wcześniej  dostrzegł  szczęśliwie  kolejne  jezioro.  Nie  zauwaŜywszy  w  pobliŜu  straŜników, 

podszedł  do  niego  i  napił  się  do  syta.  Musiał  mocno  wytęŜyć  wzrok,  zanim  dostrzegł  swe 

odbicie  w  czarnej  wodzie:  ciemna,  szczupła  twarz,  słabe  światła  oczu,  niewyraźna  sylwetka 

człowieka na tle gwiazd. 

— Och, Jack! Sam stałeś się podobny do cienia — mruknął. — Marniejesz w tym okrutnym 

kraju.  Wszystko  przez  to,  Ŝe  obiecałeś  Pułkownikowi  Który  Nigdy  Nie  Umarł  tę  cholerną 

błyskotkę. Nie myślałeś, Ŝe tak się to skończy, co? Czy warto było ryzykować? — roześmiał się 

głośno, pierwszy raz od chwili swych ponownych narodzin. — Czy ty równieŜ się śmiejesz, 

cieniu  cienia?  —  zapytał  odbicia.  —  Chyba  tak.  Robisz  to  jednak  po  cichu.  Jesteś  w  końcu 

moim odbiciem i wiesz, Ŝe znowu spróbuję zdobyć ten cholerny klejnot, gdy tylko się dowiem, 

gdzie się znajduje. Ona jest tego warta. 

background image

Uśmiechnął  się.  Na  moment  zapomniał  o  swej  nienawiści.  Płomienie  gorejące  w  jego 

umyśle przygasły zastąpione wyobraŜeniem dziewczyny. Miała jasną twarz i oczy zielone jak 

brzegi starych luster. Jej wargi miały wyraz lekkiego nadąsania, a broda pasowała dokładnie do 

łuku między jego kciukiem a palcem wskazującym. Miedziane włosy spływały nad jej brwi o 

tym samym kolorze, jak skrzydła ptaka w locie. Na imię miała Evene. Sięgała mu nie wyŜej niŜ 

do  ramienia.  AŜ  po  szczupłą  talię  odziana  była  w  zielony  welwet.  Jej  szyja  wyglądała  jak 

pozbawiony kory pień cudownego drzewa. Jej palce poruszały się po strunach palmyrinu jak 

tancerze. Taka była Evene z Warownej Twierdzy. Pochodziła z jednego z rzadkich związków 

pomiędzy Ciemnością a  Światłem. Jej ojcem był  Pułkownik Który Nigdy  Nie Umarł, matką 

ś

miertelna kobieta o imieniu Loret. Czy to była jedna z przyczyn jego fascynacji? — ponownie 

zastanowił się Jack. Skoro pochodziła częściowo ze Światła, to być moŜe miała duszę? Chyba 

tak. Nie potrafił jej sobie wyobrazić w roli jednej z Potęg Ciemności, wydobywającej się, jak 

on, z Otchłani Łajna w Glyve. Nie! Odegnał tę myśl od siebie. 

Płomień Piekieł był ceną, której zaŜądał ojciec za jej rękę. Jack przyrzekł sobie, Ŝe wyruszy 

po niego ponownie. Oczywiście, najpierw zemsta... PrzecieŜ Evene go rozumie, zna jego honor 

i  dumę.  Będzie  na  niego  czekać.  Tego  dnia,  gdy  wyruszył  do  Igles  na  Igrzyska  Piekielne, 

powiedziała  mu,  Ŝe  będzie  czekać  na  niego  zawsze.  Czas  znaczył  dla  niej  niewiele,  była 

przecieŜ nieodrodną  córką swojego ojca. PrzeŜyje wszystkie śmiertelne kobiety, zachowując 

młodość, urodę i wdzięk. Poczeka. 

— Tak, cieniu cienia — powiedział do swego odbicia. — Ona jest tego warta. 

Pędził przez ciemność Ŝałując, Ŝe jego nogi nie są kołami. Ponownie usłyszał odgłos kopyt. 

Ukrył się. I tym razem jeźdźcy minęli go, jednak znacznie bliŜej niŜ poprzednio. 

Nie usłyszał juŜ więcej swego imienia. Zastanawiał się, czy istnieje jakiś związek pomiędzy 

tym, kto je wypowiedział, a jeźdźcami. 

Temperatura ustaliła się. Nieustannie odczuwał dotkliwy chłód. Gdy tylko otwierał swoją 

jaźń, wyczuwał powolny, nieustający przeciek w Tarczy ponad nim. W tym miejscu najłatwiej 

to zauwaŜyć — pomyślał. Glyve leŜało bezpośrednio pod kulą — szczytem Tarczy. Być moŜe 

dalej na wschód skutki nie dały się jeszcze odczuć. 

Wędrował  dalej,  nie  słysząc  Ŝadnych  dźwięków,  które  mogłyby  być  odgłosami  pościgu. 

Dodało  mu  to  odwagi.  Pozwolił  sobie  na  częstsze  odpoczynki.  Kilkakrotnie  zboczył  z  trasy 

wyznaczonej za pomocą gwiazd, aby zbadać formacje skalne, w których mogła się znajdować 

woda  lub  jakieś  zwierzęta.  Dwukrotnie  udawało  mu  się  znaleźć  wodę,  nie  odkrył  jednak 

niczego, co mogłoby słuŜyć jako poŜywienie. 

Podczas  jednej  z  takich  wycieczek  jego  uwagę  przykuło  słabe,  czerwone  światło, 

wydobywające  się  z  rozpadliny  skalnej  po  prawej  stronie.  Było  tak  niewyraźne,  Ŝe  gdyby 

poruszał się szybciej, nie zauwaŜyłby go. Dostrzegł je jednak w chwili, gdy wspinał się w górę 

zbocza  poprzez  Ŝwir  i  luźne  kamienie.  Zatrzymał  się  na  ten  widok.  Ogień?  Tam,  gdzie  coś 

płonie, moŜna znaleźć cień. A gdzie jest cień... 

background image

Wyciągnął  miecz  i  skręcił  w  bok.  Trzymając  broń  przed  sobą,  wkroczył  do  rozpadliny. 

Przeciskał się ostroŜnie przez wąskie przejście z plecami opartymi o skałę. Spoglądając w górę, 

ocenił, Ŝe skały sięgają mniej więcej na jego czterokrotną wysokość. Rzeka gwiazd zdawała się 

płynąć między czarnymi kamiennymi brzegami. Droga skręcała w lewo, po czym kończyła się 

nagle,  przechodząc  w  szeroki  występ  o  poziomie  o  trzy  stopy  wyŜszym  niŜ  grunt  doliny. 

Zatrzymał się, aby przyjrzeć mu się dokładnie. 

Ze wszystkich stron otoczony był przez wysokie ściany skalne, wyglądające na naturalne. 

Ich  podstawę  porastały  czarne  krzewy.  Nieco  dalej  rosła  trawa  i  inna  ciemna  roślinność.  Na 

końcu  doliny  znajdował  się  wolny  od  wszelkiej  roślinności  krąg  o  średnicy  około 

osiemdziesięciu  stóp.  Był  doskonale  odgraniczony  od  otoczenia.  Nie  było  na  nim  Ŝadnych 

ś

ladów Ŝycia. Na jego środku znajdował się wielki omszały głaz. Dobywała się z niego słaba 

poświata. 

Z  niewiadomych  przyczyn  Jack  poczuł  się  niewyraźnie.  Przyjrzał  się  dokładnie  skarpom 

otaczającym dolinę. Rzucił okiem na gwiazdy. 

CzyŜby światło zamigotało, gdy odwracał spojrzenie? MoŜe mu się tylko zdawało? 

Zszedł  z  występu,  na  którym  stał.  Ruszył  ostroŜnie  w  stronę  głazu,  trzymając  się  blisko 

ś

ciany po lewej stronie. Głaz był całkowicie pokryty róŜowawym mchem, który wydawał się 

być źródłem poświaty. ZbliŜając się do niego, Jack zauwaŜył, Ŝe w dolinie jest nieco cieplej niŜ 

na zewnątrz. Być moŜe jej ściany stanowiły swego rodzaju osłonę. 

Z  mieczem  w  ręku  wkroczył  na  teren  kręgu.  Cokolwiek  dziwnego  znajduje  się  w  tym 

miejscu  —  pomyślał  —  jest  szansa,  Ŝe  na  coś  mi  się  przyda.  Nie  zdąŜył  uczynić  więcej  niŜ 

sześć kroków, gdy poczuł w swym umyśle poruszenie, jak gdyby coś go potrąciło. 

— ŚwieŜy szpik! Nareszcie! — nadeszła myśl. 

Jack zatrzymał się. 

— Kim jesteś? Gdzie się znajdujesz? — zapytał. 

— LeŜę przed tobą, maleńki. Chodź do mnie. 

— Widzę tylko omszałą skałę. 

— Wkrótce zobaczysz więcej, chodź! 

—  Dziękuję,  nie  —  odrzekł  Jack,  wyczuwając  złowieszczą  intencję  w  myślach 

przemawiającej do niego istoty. 

— To nie jest zaproszenie. To rozkaz, który ci wydaję. 

Poczuł,  Ŝe  jakaś  potęŜna  siła  zmusza  go  do  poruszania  się  do  przodu.  Opierał  się  ze 

wszystkich sił. 

— Kim jesteś? — zapytał ponownie. 

— Widzisz mnie przed sobą. Chodź juŜ! 

— Jesteś skałą czy grzybem? — pytał, starając się pozostać w miejscu, w którym stał, czuł 

jednak, Ŝe przegrywa tę walkę. Wiedział, Ŝe gdy tylko zrobi jeden krok, następne przyjdą same. 

Jego wola zostanie złamana i stanie się bezbronną ofiarą skały. 

background image

— MoŜna powiedzieć, Ŝe jestem i tym, i tym. W istocie stanowimy jedność. Jesteś uparty, 

ale to ci nic nie pomoŜe. Teraz juŜ nie moŜesz mi się opierać. 

To była prawda. Prawa noga Jacka spróbowała się poruszyć wbrew jego woli. Nie potrafił 

jej dłuŜej powstrzymać. Zdecydował się na kompromis i poddał się naporowi, posuwając się 

jednak  raczej  w  prawo  niŜ  do  przodu.  Następnie  jego  lewa  noga  zapragnęła  posunąć  się  w 

stronę skały. Pozornie poddając się, dosunął ją do prawej. 

—  Doskonale,  nie  musisz  iść  prosto.  W  ten  sposób  teŜ  do  mnie  przyjdziesz,  tylko  trochę 

później. 

Pot wystąpił na czoło Jacka. Mimo zawziętego oporu krok za krokiem zbliŜał się po spirali, 

w  kierunku  przeciwnym  do  wskazówek  zegara,  do  tego,  który  go  wzywał.  Nie  wiedział,  ile 

czasu  upłynęło.  Zapomniał  o  wszystkim:  o  nienawiści,  głodzie,  pragnieniu  i  miłości.  We 

wszechświecie  pozostały  tylko  dwie  rzeczy:  on  i  róŜowy  głaz.  Napięcie  pomiędzy  nimi 

wypełniło  powietrze  jak  stały  dźwięk,  który  pozostaje  niesłyszalny  z  powodu  swej 

niezmienności, czyniącej go elementem naturalnego porządku rzeczy. To było tak, jak gdyby 

walka pomiędzy Jackiem a tamtym trwała całą wieczność. 

Nagle  do  małego  świata  ich  pojedynku  wkroczył  nowy  element.  Czterdzieści  czy 

pięćdziesiąt kroków pełnych bólu — Jack stracił rachubę — przywiodło go do miejsca, skąd 

mógł ujrzeć tylną ścianę głazu. W tym momencie jego koncentracja o mało nie ustąpiła pod 

wpływem nagłego wybuchu emocji. Niewiele brakowało, Ŝeby poddał się nieustępliwej woli 

przeciwnika. 

ZadrŜał na widok stosu szkieletów leŜących za świecącym kamieniem. 

— Tak, muszę trzymać je tutaj. Inaczej ci, którzy przychodzą w to miejsce, przestraszyliby 

się i nie chcieli wejść do kręgu znajdującego się pod moim wpływem. Ty takŜe będziesz tutaj 

leŜał, mój krwisty obiadku. 

Jack odzyskał panowanie nad sobą. Stos kości stał się dla niego zachętą do dalszej walki. 

Przeszedł za głazem swym powolnym, okręŜnym ruchem, mijając po drodze kości. Wkrótce 

znalazł  się  z  przodu  w  tym  samym  miejscu,  co  poprzednio,  jednakŜe  o  dziesięć  stóp  bliŜej. 

Spirala zaciskała się nadal i po chwili znów skrył się za głazem. 

—  Muszę  przyznać,  Ŝe  opierasz  się  dłuŜej  niŜ  wszyscy  twoi  poprzednicy.  Ty  pierwszy 

wpadłeś na pomysł, aby kręcić się w kółko, w chwili gdy nad tobą zapanowałem. 

Jack nie odpowiedział. Przechodząc ponownie za głazem przyjrzał się dokładnie szczątkom. 

ZauwaŜył,  Ŝe  miecze,  sztylety,  sprzączki  i  rzemienie  leŜały  nienaruszone,  podobnie  części 

ubrania,  choć  te  przewaŜnie  były  zbutwiałe.  Zawartość  wielu  plecaków  leŜała  rozsypana  na 

ziemi,  nie  mógł  jednak  rozpoznać  wszystkich  drobnych  przedmiotów  przy  słabym  świetle 

gwiazd. Jeśli oczy go nie myliły i rzeczywiście widział wśród kości to, co sądził, Ŝe widział, 

wciąŜ mógł Ŝywić pewną nadzieję. 

— Jeszcze jedno okrąŜenie i przyjdziesz do mnie, mój mały. Będziesz mógł mnie dotknąć. 

Jack  zbliŜał  się  coraz  bardziej  do  plamistej,  róŜowej  powierzchni  głazu,  który  z  kaŜdym 

background image

krokiem  wydawał  się  coraz  większy,  a  jego  światło  bardziej  rozproszone.  śaden  z  punktów 

jego powierzchni, gdy przyglądał się im dokładnie, nie wydawał się świecić własnym światłem. 

Blask najwyraźniej pochodził z jej całości. 

Znowu z przodu, na odległość splunięcia... 

Z tyłu, tak blisko, Ŝe niemal mógłby dotknąć ręką... 

PrzełoŜył  miecz  w  lewą  rękę  i  ciął  nim  w  omszałą  powierzchnię.  W  zranionym  miejscu 

pojawił się płyn. 

— Nie pokonasz mnie w ten sposób. Ani w Ŝaden inny. 

Ponownie  ujrzał  szkielety.  Bardzo  juŜ  bliska  powierzchnia  głazu  przypominała 

zrakowaciałe ciało. Mógł wyczuć jego głód. Rozkopał kości we wszystkie strony, słysząc, jak 

chrupią mu pod nogami. 

Zobaczył  to,  czego  szukał.  Zmusił  się,  aby  przejść  trzy  kroki  w  tę  stronę.  To  było,  jakby 

poruszał  się  naprzeciw  huraganowi.  Tylko  kilka  cali  dzieliło  go  od  śmiercionośnej 

powierzchni.  Rzucił  się  w  stronę  plecaków.  Przyciągnął  je  do  siebie  rękoma  i  mieczem. 

Schwycił równieŜ przegniłe ubrania, które leŜały wokoło. 

W  tym  momencie  odczuł  potęŜne  szarpniecie.  Przesunął  się  w  tył,  aŜ  dotknął  barkiem 

pokrytej porostami powierzchni. Spróbował wyszarpnąć się, z góry wiedząc, Ŝe nie ma szans. 

Przez  chwilę  nie  czuł  nic.  Nagle  w  miejscu  zetknięcia  poczuł  przejmujący  chłód,  który  po 

chwili ustał. Nie czuł bólu. Jego bark stał się zupełnie pozbawiony czucia. 

— Widzisz, to nie takie straszne, jak myślałeś. 

Poczuł  w  głowie  mroczne  oszołomienie,  jak  człowiek,  który  za  szybko  wstanie  po  zbyt 

długim  siedzeniu.  Po  chwili  i  to  minęło.  Wtedy  poczuł  się,  jakby  do  jego  ramienia  został 

dołączony  przewód,  przez  który  wyciekały  jego  siły.  Z  kaŜdym  uderzeniem  serca  było  mu 

coraz  trudniej  myśleć.  Uczucie  odrętwienia  rozszerzyło  się,  obejmując  plecy  i  ramiona.  Z 

trudem  uniósł  prawą  rękę,  szukając  po  omacku  torebki  u  pasa.  Wydało  się,  Ŝe  trwa  to  całe 

wieki. 

Opierając  się  pokusie  zamknięcia  oczu  i  opuszczenia  głowy  na  piersi,  ułoŜył  stos  z 

łachmanów,  które  udało  mu  się  zebrać.  Ujął  miecz  w  lewą  rękę,  przysuwając  go  do  stosu  i 

uderzył weń krzemieniem. Iskry zatańczyły na suchym ubraniu. Nie przestawał uderzać, nawet 

gdy zaczęło się ono tlić. Gdy pojawiły się płomienie, zapalił od nich niedopałek świecy, który 

miał przy sobie jeden z zabitych. 

Uniósł go przed sobą. Pojawiły się cienie. Postawił świecę na ziemi tak, Ŝeby jego cień padał 

na głaz. 

— Co robisz, obiadku? 

Jack odpoczął przez chwilę w swym szarym królestwie. Jego myśli stały się jasne. Poczuł 

znajome mrowienie, zaczynające się od palców. 

— Ja jestem kamieniem, który pije ludzką krew. Odpowiadaj mi. Co robisz? 

Ś

wieca  migotała.  Cienie  otoczyły  Jacka.  PołoŜył  swą  prawą  rękę  na  lewym  barku.  Pod 

background image

wpływem mrowienia odrętwienie ustąpiło. Skryty w cieniach wstał na równe nogi. 

—  Co  robię?  —  powiedział.  —  JuŜ  to  zrobiłem.  Zaraz  zobaczysz.  PoŜywiłeś  się  moim 

kosztem. Teraz czas, Ŝeby się odwzajemnić. 

Cofnął  się  o  krok  i  odwrócił  twarzą  do  głazu.  Ten  ponownie  spróbował  sięgnąć  w  jego 

stronę,  teraz  jednak  Jack  rozłoŜył  ręce  i  cienie  zatańczyły  na  powierzchni  głazu.  Rozciągnął 

swoją jaźń na migotliwy wzór, który stworzył. 

— Gdzie jesteś? 

— Wszędzie — odpowiedział. — Nigdzie. 

Schował miecz i ponownie skierował się w stronę głazu. Wiedział, Ŝe musi działać szybko. 

Ś

wieca była tylko niedopałkiem. Oparł dłonie o gąbczastą powierzchnię. 

— Tu jestem — powiedział. 

W przeciwieństwie do innych Potęg Ciemnej Strony, których ośrodki mocy znajdowały się 

w określonym miejscu, gdzie władały niepodzielnie, moc Jacka była bardziej subtelna. Łatwiej 

ją było zablokować, za to pojawiała się wszędzie tam, gdzie światło i ciemność spotykały się, 

tworząc półmrok. Otoczony półmrokiem, Jack skierował swą wolę w stronę głazu. Oczywiście, 

odwrócenie ról nie przebiegało bez oporu. Moc, która go schwytała, nie stała się jego ofiarą bez 

walki.  Jack  wytworzył  w  sobie  głód,  wolne  miejsce,  próŜnię.  Prąd,  ciąg,  przepływ  został 

odwrócony... zaczął jeść. 

— Nie moŜesz mi tego zrobić. Jesteś tylko rzeczą. 

Jack roześmiał się tylko. Był coraz silniejszy. Opór słabł. Wkrótce protesty umilkły. Zanim 

ś

wieczka  zdąŜyła  się  wypalić,  mech  na  głazie  stał  się  brązowy  i  jego  poświata  zgasła. 

Cokolwiek tutaj Ŝyło, było teraz martwe. 

Jack wytarł dokładnie ręce w płaszcz, zanim opuścił dolinę. 

background image

3. 

 

Siły, których nabrał, nie opuszczały go przez długi czas. Miał nadzieję, Ŝe wkrótce opuści 

ś

mierdzące  królestwo.  Temperatura  przestała  spadać.  Gdy  pragnął  ułoŜyć  się  do  snu,  spadł 

lekki  deszcz.  Schował  się  za  kamień  i  nakrył  głowę  płaszczem.  Nie  była  to  wystarczająca 

osłona,  Jack  jednak  śmiał  się,  nawet  gdy  woda  dotarła  do  jego  skóry.  Był  to  jego  pierwszy 

deszcz od czasu Glyve. 

Gdy przestało padać, mógł do woli umyć się w kałuŜach, jak równieŜ napić się i napełnić 

wodą swoją butelkę.  Zrezygnował ze snu i wyruszył w dalszą drogę licząc, Ŝe w ten sposób 

prędzej wyschnie mu ubranie. 

Nagle coś musnęło jego twarz tak szybko, Ŝe ledwie zdąŜył zareagować. Gdy zbliŜał się do 

ruin jakiejś wieŜy, skrawek ciemności oderwał się od tła i runął błyskawicznie w jego stronę. 

Zanim  Jack  zdąŜył  wyciągnąć  miecz,  dotknął  jego  twarzy  i  odleciał.  Nim  stracił  go  z  oczu, 

rzucił jeszcze za nim wszystkie trzy kamienie, które miał ze sobą. Za drugim razem chybił tylko 

o włos. Opuścił więc głowę i przeklinał przez równe pół minuty. To był nietoperz. 

Rzucił się do ucieczki, by znaleźć gdzieś choć trochę cienia. 

Na równinie stało wiele zburzonych wieŜ. Jedna z nich znajdowała się przy samym wejściu 

do wąwozu prowadzącego pomiędzy wysokimi wzgórzami w głąb pasma gór, które rozciągało 

się  przed  nim.  Jack  nie  lubił  przechodzić  w  pobliŜu  budynków,  całych  czy  zburzonych,  w 

których mogli się ukrywać jego wrogowie. Postanowił więc obejść ją najdalej, jak tylko moŜna. 

Minął ją i skierował się w stronę rozpadliny, gdy nagle usłyszał swoje imię. 

— Jack! Mój Widmowy Jack! — nadbiegł krzyk. — To ty! To naprawdę ty! 

Odwrócił się w kierunku, z którego padły słowa, z ręką na rękojeści miecza. 

— Nie, nie, mój Jackie! Nie potrzebujesz miecza przeciwko swojej Rosie! 

Stała nieruchomo, tak Ŝe o mało co by jej nie zauwaŜył. Stara baba w czarnym stroju oparta 

o laskę. Za plecami miała zburzony mur. 

— Skąd znasz moje imię? — zapytał w końcu. 

— CzyŜbyś mnie zapomniał, Jack, najdroŜszy, nie mów, Ŝe mnie zapomniałeś. 

Przyjrzał się przygarbionej postaci z kępą siwych włosów na głowie. 

Przypomina wiecheć — pomyślał. — Potargany wiecheć. A jednak... 

Wydawało  mu  się,  Ŝe  widzi  w  niej  coś  znajomego,  nie  wiedział  jednak  co.  Zdjął  rękę  z 

miecza i zbliŜył się do niej. 

— Rosie? Nie, to niemoŜliwe... 

background image

Podszedł jeszcze bliŜej. Wreszcie, zaglądając jej w oczy, zmusił ją do odwrócenia wzroku. 

— Powiedz, Ŝe mnie pamiętasz, Jack. 

— Pamiętam — odpowiedział. 

Rzeczywiście pamiętał. 

—  Rosalie  z  Gospody  Pod  Płonącym  Tłuczkiem,  przy  drodze  prowadzącej  w  kierunku 

oceanu. To było tak dawno temu, w Krainie Zmierzchu. 

—  Tak  —  odrzekła.  —  Dawno  temu  i  daleko  stąd.  Nigdy  cię  nie  zapomniałam,  Jack.  Ze 

wszystkich męŜczyzn, których poznałam w gospodzie, ciebie zapamiętałam najlepiej. Powiedz, 

co się z tobą stało? 

—  Och,  Rosalie!  Ścięto  mi  głowę!  Niesprawiedliwie,  muszę  dodać.  Właśnie  wracam  z 

Glyve. Ale co z tobą? Nie pochodzisz z Ciemnej Strony. Jesteś śmiertelną kobietą. Co robisz w 

straszliwym królestwie Drekkheimu? 

— Jestem wiedźmą Marchii Wschodniej, Jack. Znałeś mnie jako głupią dziewczynę, która 

dała  się  nabrać  na  twój  piękny  uśmiech  i  twoje  obietnice.  Z  wiekiem  zmądrzałam. 

Pielęgnowałam starą rajfurkę w jej chorobie. W nagrodę nauczyła mnie co nieco ze swej sztuki. 

Gdy  usłyszałam,  Ŝe  Baron  poszukuje  wiedźmy,  która  stałaby  na  straŜy  tego  przejścia 

prowadzącego  z  jego  królestwa,  przystałam  do  niego  na  słuŜbę.  Mówią,  Ŝe  jest  złym 

człowiekiem. Dla mnie zawsze był dobry. Lepszy niŜ inni, których znałam... Cieszę się, Ŝe o 

mnie nie zapomniałeś. 

Wyjęła spod ubrania kawałek materiału i rozłoŜyła go na ziemi. 

— Usiądź i zjedz ze mną, Jack — powiedziała. — Jak za dawnych lat. 

Odpiął miecz i usiadł naprzeciwko niej. 

— Minęło juŜ wiele czasu, odkąd zjadłeś Ŝyjący kamień — powiedziała, podając mu chleb i 

kawał suszonego mięsa. — Musisz być głodny. 

— Skąd wiesz o moim spotkaniu z kamieniem? 

—  Jak  juŜ  powiedziałam,  jestem  wiedźmą.  W  dosłownym  sensie  tego  słowa.  Nie 

wiedziałam,  Ŝe  to  twoje  dzieło,  tylko  Ŝe  kamień  został  zniszczony.  Właśnie  dlatego  Baron 

wyznaczył  mnie  do  pilnowania  tej  okolicy.  Wiem  o  wszystkim,  co  się  tu  dzieje  i  kto  tędy 

przechodzi. Składam mu raporty. 

— Rozumiem — powiedział Jack. 

— Musiała być część prawdy w twoich przechwałkach, Ŝe nie jesteś zwykłym mieszkańcem 

Ciemnej Strony, lecz Potęgą, co prawda jedną ze słabszych. Moja wiedza mówi mi, Ŝe tylko 

ktoś  obdarzony  mocą  mógł  zjeść  czerwony  kamień.  Nie  okłamałeś  biednej  dziewczyny.  No, 

moŜe co do innych rzeczy, ale nie w tej. 

— Jakich innych rzeczy? — zapytał. 

— Mówiłeś na przykład, Ŝe któregoś dnia wrócisz po nią i zabierzesz ją ze sobą do StraŜnicy 

Cieni,  twojego  zamku,  którego  nikt  nigdy  nie  widział.  Czekała  wiele  lat.  Pewnego  dnia 

właścicielka zachorowała. Młoda dziewczyna, która nie była juŜ młoda, musiała myśleć o swej 

background image

przyszłości. Wykorzystała tę okazję, aby wyuczyć się lepszego rzemiosła. 

Jack milczał przez chwilę, wpatrzony w ziemię. Przełknął kęs chleba, który przeŜuwał. 

—  Wróciłem  —  powiedział.  —  Wróciłem  tam,  ale  nikt  juŜ  nie  pamiętał  mojej  Rosalie. 

Wszystko się zmieniło. Nie znałem nikogo z tamtych ludzi, więc odszedłem. 

—  Jack!  Jack!  Jack!  —  Rosalie  zachichotała.  —  Nie  potrzebuję  juŜ  twoich  pięknych 

kłamstewek. Jestem starą kobietą, nie młodą, łatwowierną dziewczyną. 

—  Podobno  jesteś  wiedźmą  —  odpowiedział.  —  Czy  nie  znasz  sposobu  na  odróŜnienie 

prawdy od kłamstwa? 

— Nie mogę uŜyć swej sztuki przeciwko Potędze... — zaczęła. 

— UŜyj jej — powiedział, patrząc jej ponownie w oczy. 

Wpatrzyła się w Jacka, pochylając się w jego stronę. Jej oczy zmieniły się nagle w olbrzymie 

pieczary  gotowe  go  pochłonąć.  Jack  poczuł,  Ŝe  spada  w  dół.  Po  chwili  wraŜenie  ustało. 

Odwróciła od niego wzrok, schylając głowę na prawy bark. 

— Rzeczywiście wróciłeś — powiedziała. 

— Tak jak ci powiedziałem. 

Podniósł  swój  chleb  i  zaczął  go  głośno  przeŜuwać,  aby  sprawić  wraŜenie,  Ŝe  nie  widzi 

wilgoci, która pojawiła się na jej policzkach. 

—  Zapomniałam  —  powiedziała  po  chwili  —  jak  mało  znaczy  czas  dla  mieszkańców 

Ciemnej Strony. Lata znaczą dla ciebie tak mało, Ŝe nie umiesz ich nawet porządnie policzyć. 

Po prostu pewnego dnia przyszło ci do głowy, Ŝe powinieneś wrócić po Rosie. Nie zdawałeś 

sobie sprawy, Ŝe mogła tymczasem zestarzeć się, umrzeć albo odjechać. Rozumiem cię teraz, 

Jackie. Przywykłeś do tego, Ŝe nic się nigdy nie zmienia. Potęgi zawsze są Potęgami. MoŜesz 

dzisiaj kogoś zabić, a po dziesięciu latach spoŜyć z nim razem obiad. Będziecie się śmiać ze 

swego pojedynku, usiłując przypomnieć sobie jego przyczynę. Masz takie wspaniałe Ŝycie! 

— Nie mam duszy. Ty ją masz. 

— Dusza? — roześmiała się. — Po co komu dusza? Nigdy jej nie widziałam. Skąd mam 

wiedzieć, czy ją mam? Jeśli nawet, to co z niej za poŜytek? Zamieniłabym się z jednym z was 

bez wahania, ale to przekracza moŜliwości mojej sztuki. 

— Przykro mi — powiedział Jack.  

Przez chwilę jedli w milczeniu. 

— Chciałabym cię o coś zapytać — powiedziała. 

— O co? 

— Czy StraŜnica Cieni znajduje się naprawdę? Zamek o wysokich, cienistych komnatach, 

niewidzialnych  zarówno  dla  twoich  wrogów,  jak  i  przyjaciół,  gdzie  chciałeś  zabrać  tamtą 

dziewczynę, aby spędziła tam z tobą swoje dni? 

—  Oczywiście  —  odpowiedział,  przyglądając  się  jej,  jak  je.  Brakowało  jej  wielu  zębów, 

cmokała głośno, lecz nagle pod pokrywą zmarszczek zdołał dostrzec twarz młodej dziewczyny, 

którą niegdyś była. Białe zęby błyszczały, gdy się uśmiechała. Włosy miała długie i lśniące, jak 

background image

niebo  Ciemnej  Strony  w  miejscach  pomiędzy  gwiazdami,  blask  jej  oczu  przypominał  błękit 

nieba jej ojczyzny. Lubił sobie wyobraŜać, Ŝe błyszczą tylko dla niego. 

Nie zostało jej wiele Ŝycia — pomyślał. 

Spojrzał na obwisły podbródek. Twarz pięknej dziewczyny zniknęła. 

— Oczywiście — powtórzył — a teraz, gdy w końcu cię znalazłem, czy zechcesz ze mną 

opuścić ten przeklęty kraj i udać się w bezpieczne miejsce, pełne cieni, gdzie spędzisz ze mną 

resztę swoich dni? Będę dla ciebie dobry. 

Przyjrzała mu się uwaŜnie. 

— Dotrzymałbyś swojej obietnicy po tylu latach? Teraz, gdy jestem juŜ brzydką staruchą? 

— Udajmy się razem tym wąwozem w stronę Krainy Zmierzchu. 

— Dlaczego chcesz to dla mnie uczynić? 

— Znasz odpowiedź. 

— Szybko, pokaŜ mi ręce — powiedziała. 

Wyciągnął  obydwie  dłonie.  Schwyciła  je,  odwróciła  do  góry  i  przyjrzała  się  im  uwaŜnie, 

pochylając się nad nimi. 

— Och, nic z tego! — powiedziała. — Nie potrafię cię odczytać, Jack. Ręce złodzieja mają 

zbyt wiele pokrętnych linii i zakrętasów. śadna z nich nie jest na swoim miejscu. Co prawda są 

to wspaniale zniszczone ręce. 

— Widzisz coś, czego nie chcesz mi powiedzieć. Co to takiego, Rosalie? 

— Nie kończ jedzenia. Zabieraj chleb i uciekaj. Jestem za stara, Ŝeby iść z tobą. Cieszę się, 

Ŝ

e  mnie  o  to  poprosiłeś.  Tamtej  dziewczynie,  którą  byłam,  podobałaby  się  StraŜnica  Cieni. 

Mnie na starość wystarcza to, Ŝe mam to, co mam. Ruszaj juŜ! Szybko! Spróbuj mi wybaczyć. 

— Wybaczyć? Co? 

Podniosła się i ucałowała go w obie ręce. 

—  Gdy  ujrzałam,  Ŝe  nadchodzi  ten,  którego  nienawidziłam  przez  te  wszystkie  lata, 

wysłałam  wiadomość  przy  pomocy  mojej  sztuki  i  postanowiłam  zatrzymać  cię  tutaj.  Teraz 

widzę, Ŝe postąpiłam źle. StraŜnicy Barona są juŜ jednak w drodze. Wyruszaj natychmiast do 

wąwozu.  Nie  zatrzymuj  się  ani  na  chwilę.  Z  drugiej  strony  gór  moŜe  zdołasz  im  umknąć. 

Spróbuję wywołać burzę, aby zatrzeć twoje ślady. 

Zerwał się na równe nogi. Przycisnął ją do siebie. 

— Dziękuję ci — powiedział. — Powiedz jednak, co widziałaś na mojej dłoni. 

— Nic. 

— Powiedz mi, Rosalie. 

— To nie ma wielkiego znaczenia, czy cię złapią, czy nie — powiedziała. — Istnieje Potęga 

silniejsza  niŜ  Baron,  z  którą  wcześniej  czy  później  będziesz  się  musiał  zmierzyć.  To  będzie 

decydujący  moment.  Nie  pozwól,  aby  twoja  nienawiść  zaprowadziła  cię  do  maszyny,  która 

myśli  jak  człowiek,  tylko  szybciej.  Tam  znajdziesz  zbyt  wielką  moc.  W  połączeniu  z 

nienawiścią jej skutki mogą być straszne. 

background image

— Takie maszyny istnieją tylko na Jasnej Stronie. 

— Wiem o tym. Uciekaj, Jackie! Uciekaj! 

Pocałował ją w czoło. 

— Zobaczymy się jeszcze pewnego dnia — powiedział i pognał naprzód, w stronę wąwozu. 

Gdy patrzyła, jak odchodził, poczuła nagle chłód, który zapanował nad całą krainą. 

Wzgórza z początku niskie stawały się coraz wyŜsze, wyrastając nad jego głowę, aŜ w końcu 

zastąpiły je wysokie ściany skalne. Wąwóz rozszerzał się, zwęŜał, i ponownie rozszerzał. W 

końcu Jack opanował swój strach i zaprzestał biegu. W ten sposób zmęczyłby się zbyt szybko. 

Wolniejszy, bardziej regularny krok pozwoli mu pokonać większą przestrzeń, zanim ogarnie go 

zmęczenie. Oddychał głęboko, nasłuchując odgłosów pościgu. Nie usłyszał niczego. 

Po prawej stronie ujrzał długiego czarnego węŜa, który skrył się przed nim w rozpadlinie 

skalnej.  Nad  głową  przeleciała  mu  spadająca  gwiazda.  śyły  róŜnych  minerałów  świeciły  w 

ś

wietle gwiazd. 

Pomyślał  o  Rosalie.  Zastanowił  się,  jak  się  czuje  człowiek,  który  ma  rodziców,  jest 

dzieckiem zaleŜnym od opieki innych, który starzeje się i wie, Ŝe wkrótce nadejdzie śmierć, po 

której  nie  będzie  juŜ  powrotu.  Zmęczyły  go  te  myśli.  Miał  dość  wszystkiego.  Pragnął  tylko 

połoŜyć się na ziemi, owinąć płaszczem i zasnąć. 

Próbował  róŜnych  sposobów  walki  ze  snem.  Liczył  kroki  —  tysiąc,  potem  następny, 

przecierał  oczy,  zaśpiewał  w  całości  kilka  piosenek,  przypominał  sobie  zaklęcia,  myślał  o 

jedzeniu, o kobietach, wspominał swoje najbardziej udane kradzieŜe, znowu policzył kroki do 

tysiąca, wyobraził sobie tortury i poniŜenia, które zada swym wrogom. Na koniec pomyślał o 

Evene. 

Ś

ciany wąwozu stawały się coraz niŜsze. Wkroczył na teren pokryty wzgórzami, podobnymi 

do tych, które mijał uprzednio. 

WciąŜ nie słyszał odgłosów pościgu, co — miał nadzieję — wskazywało, Ŝe nie znajdą go w 

wąwozie.  Gdy  tylko  wyjdzie  na  otwartą  przestrzeń,  z  pewnością  znajdzie  więcej  miejsc,  w 

których będzie moŜna się ukryć. 

W górze usłyszał grzmot. Chmury częściowo przesłoniły gwiazdy. Było ich coraz więcej. 

Przypomniał sobie, Ŝe Rosalie obiecała wywołać burzę. Uśmiechnął się na widok błyskawicy. 

Zabrzmiał grzmot. Wkoło zaczęły padać pierwsze krople deszczu. 

Wyszedł z wąwozu przemoczony do suchej nitki. Burza nie miała najmniejszego zamiaru 

ustąpić.  Widoczność  była  słaba.  Miał  wraŜenie,  Ŝe  znalazł  się  na  usianej  skałami  równinie, 

podobnej do tej, którą zostawił po drugiej stronie gór. 

Zboczył  około  mili  z  drogi,  którą  uwaŜał  za  swój  szlak,  to  jest  z  najprostszej  trasy 

prowadzącej  do  granicy  królestwa  Barona.  Znalazł  tam  grupę  głazów,  ułoŜył  się  po  suchej 

stronie największego z nich i zasnął. 

Obudził go tętent kopyt. LeŜał przez chwilę nasłuchując. Dobiegał on z kierunku wąwozu. 

Wyciągnął miecz, trzymając go u swego boku. Deszcz niemal ustał. W oddali słychać jeszcze 

background image

było pojedyncze grzmoty. 

Tętent  oddalił  się.  Jack  przycisnął  ucho  do  ziemi.  Westchnął,  następnie  uśmiechnął  się. 

Niebezpieczeństwo minęło. 

Mimo protestów ze strony obolałych mięśni podniósł się i ruszył w dalszą drogę. Postanowił 

wykorzystać deszcz zacierający jego ślady i zawędrować jak najdalej. 

Buty Jacka zostawiały głębokie ślady w czarnym błocie. Ubranie przywierało mu do ciała. 

Kichnął kilka razy i zaczęły ogarniać go dreszcze. Poczuł dziwny ból w prawej ręce. Spojrzał 

na nią i zrozumiał, Ŝe wciąŜ trzyma w niej miecz. Wytarł go o płaszcz i schował do pochwy. 

Mógł juŜ rozpoznać zarysy gwiazdozbiorów w przerwach między chmurami. Za ich pomocą 

wyznaczył kierunek swej dalszej drogi. 

Wreszcie przestało padać. Wszędzie wokół nie było niczego oprócz błota. Jack jednak nie 

zatrzymywał się. Jego ubranie stopniowo schło. Wysiłek rozgrzewał go nieco. 

Po  chwili  znowu  usłyszał  za  sobą  tętent,  który  wkrótce  ustał.  Dlaczego  zadają  sobie  tyle 

trudu,  aby  schwytać  jednego  człowieka?  —  zastanowił  się.  Poprzednim  razem  tak  nie  było. 

Oczywiście wtedy szedł inną drogą. 

Albo nabrałem szczególnego znaczenia, podczas gdy byłem martwy — uznał — albo ludzie 

Barona polują na mnie po prostu dla sportu. Tak czy inaczej lepiej trzymać się od nich z daleka. 

Co miała na myśli Rosalie mówiąc, Ŝe to nie ma większego znaczenia, czy mnie złapią? Jeśli to 

prawda, jest w tym coś dziwnego. 

Wkrótce wdrapał się na wyŜszy, bardziej skalisty teren, zostawiając błoto za sobą. Rozejrzał 

się w poszukiwaniu miejsca na odpoczynek. Teren był płaski. Nie mógł się tu zatrzymać, aby 

go nie złapano na otwartej przestrzeni. 

Posuwając się dalej, dostrzegł coś, co wyglądało na barierę z głazów. ZbliŜając się do nich, 

zauwaŜył, Ŝe ich kolor róŜni się od otoczenia. Wyglądały na ułoŜone celowo. Najwyraźniej nie 

ułoŜyły  ich  tu  siły  natury,  lecz  jakiś  wariat  z  manią  na  punkcie  pięciokątów.  Znalazł  suche 

miejsce pod najbliŜszym z głazów i ułoŜył się tam do snu. 

Ś

nił mu się deszcz i burza. Wydawało mu się, Ŝe cały wszechświat trzęsie się od grzmotu. 

Przez  dłuŜszą  chwilę  unosił  się  w  przestrzeni  pomiędzy  snem  a  jawą.  Miał  wraŜenie,  Ŝe  po 

którejś ze stron coś jest nie w porządku, choć nie potrafił określić co. 

— Nie jestem mokry! — zdał sobie sprawę zdumiony i zaniepokojony. 

PodąŜył w ślad za grzmotem do swego ciała. Przez chwilę leŜał jeszcze, w pełni obudzony, z 

głową opartą na ramieniu, po czym zerwał się na równe nogi. Byli na jego tropie! 

Jeźdźcy  pojawili  się  w  polu  widzenia.  Naliczył  siedmiu.  Wyciągnął  miecz  i  przerzucił 

płaszcz  przez  ramiona.  Przyczesał  włosy  palcami.  Potarł  oczy.  Ponad  jego  lewym  barkiem 

jedna z gwiazd zdawała się zwiększać swoją jasność. Zdecydował, Ŝe nie ma sensu uciekać na 

piechotę  przed  ludźmi  na  koniach,  zwłaszcza  Ŝe  nie  znał  w  okolicy  Ŝadnego  miejsca,  gdzie 

mógłby się schronić. Poza tym, kiedy by go dognali, byłby zbyt zmęczony, Ŝeby stoczyć dobrą 

walkę i wysłać przynajmniej kilku z nich do Glyve. 

background image

Czekał  więc.  Światło  na  niebie  lśniące  coraz  jaśniej  tylko  nieznacznie  odwracało  jego 

uwagę. 

Nadjechało  siedmiu  czarnych  jeźdźców.  Kamienie  iskrzyły  pod  kopytami  ich 

wierzchowców.  Ich  oczy,  wysoko  ponad  gruntem,  świeciły  jak  rozŜarzone  węgle  rzucone  w 

jego kierunku.  Z ich nozdrzy wydobywały się kłęby dymu. Od czasu do czasu któryś z nich 

wydawał  przenikliwy  gwizd.  U  ich  boku  biegło  milczące  zwierzę  podobne  do  wilka  z  łbem 

pochylonym  nad  ziemią  i  uniesionym  w  górę  ogonem.  Prowadziło  ich  dokładnie  po  trasie, 

którą przeszedł Jack, idąc w kierunku kamienia. 

— Ty będziesz pierwszy — powiedział Jack, unosząc miecz. 

Stworzenie uniosło pysk, jak gdyby go usłyszało. Z wyciem pomknęło naprzód. 

Jack cofnął się o cztery kroki i oparł się o kamień. Podniósł miecz wysoko, trzymając go w 

obu rękach. 

Stworzenie  otworzyło  paszczę  i  wywaliło  język,  odsłaniając  olbrzymie  zęby  w  niemal 

ludzkim uśmiechu. Gdy skoczyło, Jack zatoczył mieczem półkole i wystawił go przed siebie, 

opierając  łokcie  o  kamień.  Stworzenie  nadziało  się  na  miecz  Jacka.  Zamiast  szczeknąć, 

warknąć lub zawyć jak pies, krzyknęło z bólu jak człowiek. 

Siła uderzenia odebrała  na chwilę Jackowi oddech. Omal nie zemdlał, jednak krzyki jego 

przeciwnika oraz jego przenikliwy fetor przywróciły mu świadomość. Stworzenie dwukrotnie 

jeszcze spróbowało schwycić miecz zębami, zadrŜało i padło martwe. 

Jack stanął nogą na jego ciele i z rozmachem wyciągnął miecz, po czym uniósł go w górę i 

spojrzał  na  zbliŜających  się  jeźdźców.  Zwolnili,  ściągając  uzdy  i  po  chwili  zatrzymali  się  w 

odległości  około  dwunastu  kroków  od  miejsca,  w  którym  stał.  Dowódca  —  niski,  łysy 

męŜczyzna  o  ogromnej  tuszy  —  zsiadł  z  konia  i  ruszył  w  jego  stronę.  Potrząsnął  głową, 

spoglądając w dół na zakrwawione zwierzę. 

— Nie powinieneś był zabijać Shundera. Nie zrobiłby ci krzywdy. Chciał cię tylko rozbroić 

— powiedział swym szorstkim, ochrypłym głosem. 

Jack roześmiał się. MęŜczyzna spojrzał na niego. W jego Ŝółtych oczach błyszczała ukryta 

moc. 

— Ośmielasz się ze mnie drwić, ty złodzieju! 

Jack skinął głową. 

— Jeśli dostaniesz mnie Ŝywego, czekają mnie liczne cierpienia — odrzekł. — Nie widzę 

więc powodu, aby ukrywać swoje uczucia, Baronie. Drwię z ciebie, poniewaŜ cię nienawidzę. 

Czy nie masz nic lepszego do roboty, niŜ prześladować powracających? 

Baron cofnął się, unosząc rękę. Na ten znak pozostali jeźdźcy zsiedli z koni. Uśmiechając się 

wydobył swój miecz i oparł się na nim. 

— Czy wiesz, Ŝe znajdujesz się na terenie mojego królestwa — powiedział. 

— To jest jedyna droga prowadząca z Glyve — odparł Jack. — Wszyscy, którzy wracają, 

muszą przechodzić przez twoje terytorium. 

background image

— To prawda — odrzekł Baron. — A ci, których uda mi się pojmać, muszą zapłacić okup, 

kilka lat w mojej słuŜbie. 

Jeźdźcy otoczyli Jacka półkolem, jak koroną ze stali. 

—  OdłóŜ  miecz,  człowieku  z  cienia  —  powiedział  Baron.  —  W  przeciwnym  razie  z 

pewnością zostaniesz ranny, ja zaś wolałbym zdrowego sługę. 

Usłyszawszy słowa Barona, Jack splunął. Dwóch jeźdźców spojrzało w górę. W obawie, Ŝe 

chcą odwrócić jego uwagę, Jack nie powtórzył ich gestu. Po chwili następny jeździec, a za nim 

Baron równieŜ spojrzeli w górę. 

W  górze,  na  granicy  swego  pola  widzenia  Jack  dostrzegł  jasne  światło.  Spojrzał  w  tym 

kierunku i zobaczył wielką lśniącą kulę, która pędziła w ich kierunku, rosnąc z kaŜdą chwilą. 

Szybko odwrócił wzrok. Czymkolwiek była kula, byłoby głupotą nie wykorzystać nadarzającej 

się okazji. 

Skoczył naprzód. Odcięta głowa gapiącego się w górę jeźdźca, stojącego z prawej strony, 

spadła na ziemię. 

ZdąŜył jeszcze rozpłatać czaszkę następnemu przeciwnikowi, który bezskutecznie usiłował 

odparować jego cios, po czym Baron i jego czterej pozostali Ŝołnierze ruszyli do kontrataku. 

Jack unikał ich ciosów, nie próbując nawet riposty. Zamierzał okrąŜyć kamień po swej lewej 

stronie,  trzymając  ich  na  dystans,  byli  jednak  na  to  zbyt  szybcy.  Otoczyli  go  ze  wszystkich 

stron. KaŜdy odparowany cios zwiększał ból w jego ręce i ramieniu. Miecz stawał się z kaŜdym 

ruchem coraz cięŜszy. 

Na jego barkach, ramionach i udach pojawiły się drobne rany. Wspomnienie Otchłani Łajna 

oŜyło w jego myślach. Zaciekłość ich ataku dowodziła, Ŝe nie pragną juŜ wziąć go Ŝywcem, 

lecz pomścić śmierć swoich towarzyszy. Zdając sobie sprawę, Ŝe wkrótce zostanie porąbany na 

kawałki, Jack postanowił, jeśli tylko zdoła, zabrać Barona ze sobą do Glyve. Gdy tylko nadarzy 

się  okazja,  zamierzał  rzucić  się  na  niego,  nie  zwaŜając  na  miecze  innych.  Miał  nadzieję,  Ŝe 

stanie się to moŜliwie szybko. Czuł, Ŝe z kaŜdą chwilą staje się coraz słabszy. 

Jakby wyczuwając jego zamiary, Baron walczył ostroŜnie, skryty za plecami swoich ludzi 

prowadzących atak. Jack złapał oddech. Uznał, Ŝe nie moŜe juŜ czekać dłuŜej. 

Nagle  walka  się  skończyła.  Błękitne  płomienie  zatańczyły  na  ostrzach  mieczy.  Walczący 

wypuścili je z rąk z krzykiem. Oślepiło ich białe światło, które rozbłysło tuŜ na ich głowami. 

Iskry posypały się nad ziemią. Nozdrza wypełnił im zapach spalenizny. 

—  Baronie  —  usłyszeli  przepojony  słodyczą  głos  —  nie  dosyć,  Ŝe  wtargnąłeś  na  moje 

terytorium, to jeszcze usiłujesz zabić mojego więźnia. Co masz na swoje usprawiedliwienie? 

Strach  zakiełkował  we  wnętrznościach  Jacka  i  podszedł  mu  do  gardła,  gdy  zdał  sobie 

sprawę, do kogo naleŜy głos. 

background image

4. 

 

Jack rozejrzał się rozpaczliwie w poszukiwaniu cienia. Mroczki tańczyły mu przed oczami. 

Ś

wiatło zgasło jednak równie nagle, jak się pojawiło i zapanowała niemal całkowita ciemność. 

Starał się wykorzystać tę sytuację, wymijając ludzi Barona i próbując ukryć się za skałą. 

— Twojego więźnia? — krzyknął Baron. — On jest mój! 

—  Odkąd  udzieliłem  ci  ostatnio  lekcji  geografii,  Baronie,  byliśmy  dobrymi  sąsiadami  — 

odpowiedziała ledwie dostrzegalna postać stojąca na szczycie głazu. — Być moŜe wskazana 

jest powtórka. Te głazy wyznaczają granice pomiędzy naszymi królestwami. Więzień stoi po 

mojej stronie, podobnie jak ty i twoi ludzie. Ty, oczywiście, jesteś mile widzianym gościem, a 

więzień jest, oczywiście, mój. 

— Panie — odpowiedział Baron — ten odcinek granicy był zawsze sporny. Nie zapominaj 

teŜ,  Ŝe  ścigałem  tego  człowieka  przez  całe  moje  królestwo.  To  nie  jest  uczciwe,  Ŝebyś 

przeszkodził mi w tym momencie. 

— Uczciwe? — rozległ się śmiech. — Nie ucz mnie uczciwości, sąsiedzie. Nie nazywaj teŜ 

tego więźnia człowiekiem. Obaj wiemy, Ŝe to zasięg mocy określa granice, a nie jakieś traktaty. 

Jak daleko sięga moja moc z Wielkiego Gniewu, tak daleko sięgają granice mego królestwa. To 

samo dotyczy ciebie i twojego ośrodka. JeŜeli chcesz zmienić granice, walcząc z moją mocą, 

spróbuj to zrobić teraz.  Co do więźnia, nie zapominaj, Ŝe on równieŜ jest Potęgą — jedną z 

nielicznych, które są ruchome. Nie czerpie swojej mocy z pojedynczego ośrodka, lecz z granicy 

pomiędzy światłem a ciemnością. Ten, kto go schwyta, moŜe odnieść wielkie korzyści z jego 

usług, tak więc naleŜy on do mnie. Zgadzasz się, Władco gnoju, czy teŜ spróbujemy na nowo 

ustalić przebieg granicy? 

— Widzę, Ŝe twoja moc jest z tobą... 

— Jest więc oczywiste, Ŝe jesteśmy na moim terenie. Wracaj do domu, Baronie. 

OkrąŜywszy  głaz,  Jack  roztopił  się  w  ciemności.  Mógł  przejść  na  drugą  stronę  granicy, 

przedłuŜając w ten sposób spór, ale niezaleŜnie od jego wyniku stałby się czyimś więźniem. 

Lepiej uciekać w tym kierunku, który jest otwarty. Przyśpieszył kroku. Oglądając się za siebie, 

ujrzał,  Ŝe  dyskusja  trwa  nadal.  Baron  tupał  nogą  i  Ŝywo  gestykulował.  Słychać  było  jego 

gniewne okrzyki, Jack odszedł juŜ jednak zbyt daleko, aby móc rozróŜnić słowa. Zaczął biec. 

Zdawał  sobie  sprawę,  Ŝe  wkrótce  z  pewnością  zauwaŜą  jego  nieobecność.  Wbiegł  na  małe 

wzniesienie i zbiegł po jego wschodniej stronie. Przeklinał utratę miecza. Mimo zmęczenia nie 

zwalniał  kroku.  Zatrzymał  się  tylko,  aby  uzbroić  się  w  dwa  łatwe  do  trzymania  w  ręku 

background image

kamienie. 

Nagle ujrzał przed sobą  swój cień. Obejrzał się za siebie.  Za wzgórzami jarzyło się jasne 

ś

wiatło. Gromady nietoperzy wzbiły się w powietrze jak suche liście, wznosząc się, wirując i 

opadając.  Zanim  mógł  wykorzystać  cień,  światło  zgasło  i  powróciła  ciemność.  Tylko  cięŜki 

oddech  Jacka  zakłócał  ciszę.  Spojrzał  na  gwiazdy,  aby  wytyczyć  kierunek  i  ruszył  w  dalsze 

drogę, rozglądając się za miejscem, w którym mógłby się ukryć. Wiedział, Ŝe wkrótce wyruszy 

pościg. 

Co  chwilę  oglądał  się  do  tyłu,  zjawisko  jednak  się  nie  powtórzyło.  Zastanawiał  się,  jak 

zakończył się spór. Mimo swego ordynarnego wyglądu Baron był znany  jako bardzo zdolny 

czarnoksięŜnik.  Poza  tym  stojąc  na  granicy,  znajdowali  się  obaj  w  relatywnie  tej  samej 

odległości od swych ośrodków mocy. 

Najlepiej  byłoby  —  pomyślał  —  gdyby  zniszczyli  się  nawzajem.  To  jednak  mało 

prawdopodobne. Szkoda. 

Wiedział,  Ŝe  z  pewnością  zauwaŜyli  juŜ  jego  nieobecność.  Jedyną  rzeczą,  która  mogłaby 

teraz  zatrzymać  pościg,  byłaby  otwarta  walka  pomiędzy  nimi.  Modlił  się,  aby  trwała  jak 

najdłuŜej,  dodając,  Ŝe  idealnym  jej  wynikiem  byłaby  śmierć  lub  cięŜkie  obraŜenia  obydwu 

walczących. 

Jakby  na  urągowisko  juŜ  po  chwili  ciemny  kształt  przeleciał  mu  nad  głową.  Cisnął 

obydwoma kamieniami, lecz chybił. Skręcił w lewo. Nie chciał uciekać po linii prostej. Szedł 

powoli, aby zachować siły. Gdy pot wysechł, ponownie odczuł chłód. Czy to był jednak jedyny 

powód? 

Wydawało  mu  się,  Ŝe  podąŜa  za  nim  jakaś  ciemna  postać.  Gdy  tylko  odwracał  głowę, 

znikała. Patrząc prosto przed siebie, mógł jednak zauwaŜyć kątem oka, Ŝe z lewej strony coś się 

porusza. Wydawało się zbliŜać do niego. 

Wkrótce  było  u  jego  boku.  Wyczuł  czyjąś  obecność,  choć  nie  mógł  nic  zauwaŜyć.  Choć 

postać nie zdradzała agresywnych zamiarów, Jack przygotował się do obrony. 

— Czy mogę zapytać, jak twoje zdrowie? — usłyszał cichy, słodki głos. 

Starając się opanować drŜenie, Jack odpowiedział: 

— Jestem głodny, spragniony i zmęczony. 

— Co za pech. Postaram się ulŜyć ci w tej niedoli. 

— Dlaczego? 

— Mam bowiem zwyczaj traktować swych gości z pełną uprzejmością. 

— Nie wiedziałem, Ŝe jestem czyimkolwiek gościem. 

—  KaŜdy,  kto  przekracza  granice  mego  królestwa,  jest  moim  gościem,  Jack.  Nawet  ci, 

którzy przy poprzedniej okazji naduŜyli mojej gościnności. 

— To sympatyczne z twojej strony, zwłaszcza jeŜeli pomoŜesz mi dotrzeć jak najszybciej do 

twojej wschodniej granicy. 

— Porozmawiamy na ten temat po obiedzie. 

background image

— Zgoda. 

— Proszę tędy. 

Jack udał się za swoim rozmówcą. Wiedział, Ŝe nie ma sensu próbować ucieczki. Po drodze 

udawało mu się czasami dostrzec przelotnie w świetle gwiazd śniadą, przystojną twarz swego 

towarzysza. 

Dolną jej część zasłaniał wysoki, zakrzywiony kołnierz płaszcza. Jego oczy przypominały 

kałuŜe  u  knotów  czarnych  świec:  ciemne,  gorące  i  płynne.  Co  chwila  z  nieba  zlatywał 

nietoperz, ukrywając się w jego płaszczu. Po długim milczeniu towarzysz Jacka wskazał ręką w 

kierunku wzgórza na horyzoncie. 

— Tam — powiedział. 

Jack skinął głową, patrząc w kierunku pozbawionego szczytu wzgórza. Pomniejszy ośrodek 

mocy  —  pomyślał  —  i  to  w  jego  bezpośrednim  zasięgu.  Wspinali  się  powoli  w  górę.  W 

pewnym momencie, gdy Jack potknął się, poczuł, Ŝe ręka tamtego podtrzymuje go za łokieć. 

Jack zauwaŜył, Ŝe porusza się on bezgłośnie, mimo Ŝe droga pokryta była Ŝwirem. 

— Co się stało z Baronem? — zapytał po chwili. 

— Wrócił do domu trochę mądrzejszy — odpowiedział tamten i uśmiechnął się, odsłaniając 

na chwilę białe zęby. 

W  końcu  wdrapali  się  na  szczyt  wzgórza  i  stanęli  na  jego  środku.  Towarzysz  Jacka 

wyciągnął miecz i narysował nim na ziemi skomplikowany wzór. Jack rozpoznał niektóre ze 

znaków. Następnie tamten odsunął Jacka na bok i przejechał swym lewym kciukiem po ostrzu 

miecza. Krew spłynęła na środek rysunku. Wypowiedział siedem słów.  Odwrócił się i kazał 

Jackowi  stanąć  za  sobą.  Następnie  narysował  wokół  nich  krąg  i  ponownie  wypowiedział 

zaklęcie.  Rysunek  stanął  w  płomieniach.  Jack  starał  się  odwrócić  uwagę  od  płonących  linii, 

jednak diagram przykuł jego wzrok, zmuszając go do śledzenia jego przebiegu. Jack poczuł, Ŝe 

zapada w letarg. Płonący wzór wypełniał jego świadomość, wypierając z niej wszystko inne. 

Jack poruszał się razem z nim, stawał się jego częścią... Popchnięty przez kogoś upadł. 

 

Obudził się na kolanach w miejscu pełnym blasku. Liczne postacie przedrzeźniały go. Nie. 

To były jego własne odbicia. 

Pokręcił głową. Ze wszystkich stron otaczały go lustra i jasność. Wstał, pragnąc zorientować 

się w otoczeniu. Znajdował się blisko środka wielkiej komnaty o licznych ścianach. Wszystkie 

były wyłoŜone lustrami, podobnie jak niezliczone powierzchnie wklęsłego sufitu i podłogi pod 

jego stopami. Jack nie potrafił określić źródła światła. MoŜliwe, Ŝe w jakiś sposób powstawało 

w samych lustrach. Na prawej ścianie, nieco powyŜej podłogi, znajdował się stół. Jack ruszył w 

jego stronę. Wyczuwał, Ŝe idzie pod górę, choć nie wkładał w to dodatkowego wysiłku, a jego 

zmysł  równowagi  pozostawał  nienaruszony.  Minął  stół  i  ruszył  przed  siebie,  jak  mu  się 

wydawało, po linii prostej. Stół znajdował się za nim, potem nad nim, a po kilkuset krokach 

znalazł się przed nim. Zwrócił się w prawą stronę i powtórzył swój spacer. Skutek był ten sam. 

background image

Nie  było  tu  okien  ani  drzwi,  tylko  stół,  łóŜko  i  krzesła  rozstawione  po  róŜnych 

powierzchniach. Wyglądało to tak, jakby zamknięto go w olbrzymim klejnocie o lustrzanych 

powierzchniach.  Niezliczone odbicia Jacka kroczyły  w nieskończoność.  Ze wszystkich stron 

dobiegało światło. Cień był niemoŜliwy do uzyskania. 

Usiadł na najbliŜszym z krzeseł. Spod stóp spoglądało na niego jego własne odbicie. 

— Jestem więźniem tego, który juŜ raz mnie zabił — pomyślał. — Z pewnością blisko jego 

ośrodka mocy, w klatce zbudowanej specjalnie dla mnie. Niedobrze. Bardzo niedobrze. 

Coś się poruszyło. Przez chwilę lustra ukazały ruchome odbicie nieskończoności. Po chwili 

wszystko  wróciło  do  normy.  Jack  rozejrzał  się,  pragnąc  zobaczyć,  co  się  stało.  Na  stole  nad 

jego  głową stały pieczeń, chleb, wino i woda. Podniósł się na nogi. Poczuł, jak ktoś dotknął 

lekko jego ramienia. Obejrzał się szybko. Król Nietoperzy uśmiechnął się i ukłonił nisko. 

— Podano obiad — powiedział, wskazując w stronę stołu. 

Jack  skinął  głową,  udał  się  we  wskazanym  kierunku,  usiadł  na  krześle  i  zaczął  napełniać 

swój talerz. 

— Jak ci się podoba twoje nowe mieszkanie? 

—  Bardzo  zabawne  —  odpowiedział  Jack.  —  Między  innymi  zwróciłem  uwagę  na  brak 

drzwi i okien. 

— Istotnie. 

Jack zaczął jeść. Jego głód był jak płomień nie dający się ugasić. 

— Wyglądasz fatalnie po swojej podróŜy. 

— Wiem o tym. 

— Będziesz się mógł później wykąpać. Przyślę ci teŜ świeŜe ubranie. 

— Dziękuję. 

— Nie ma za co. Pragnę, abyś czuł się jak najlepiej. Minie z pewnością wiele czasu, zanim 

powrócisz do zdrowia. 

— Ile? — zapytał Jack. 

— Kto wie? MoŜe długie lata. 

— Rozumiem. 

Gdybym rzucił się na niego z noŜem — pomyślał Jack — czy miałbym  szansę go zabić? 

MoŜe byłby dla mnie zbyt silny? MoŜe mógłby natychmiast wezwać swoją moc? Gdyby mi się 

udało, jak odnalazłbym wyjście? 

— Gdzie jesteśmy? — zapytał. 

Król Nietoperzy uśmiechnął się. 

— Jak to gdzie? Tutaj — odpowiedział, dotykając piersi. 

Jack zmarszczył brwi. 

— Nie rozumiem. 

Król Nietoperzy odpiął cięŜki srebrny łańcuch, który nosił na szyi. Był na nim zawieszony 

lśniący klejnot. Wyciągnął rękę przed siebie. 

background image

— Przyjrzyj się temu przez chwilę, Jack — powiedział. 

Jack ujął klejnot w palce. Obrócił go, oceniając jego wagę. 

— Czy warto byłoby go ukraść? 

— Zapewne. Co to za kamień? 

— Właściwie to nie jest kamień. To ten pokój. Zwróć uwagę na jego kształt. 

Jack  rozejrzał  się  wokoło,  kilkakrotnie  przenosząc  wzrok  z  klejnotu  na  ściany 

pomieszczenia. 

— Istotnie, jest podobny w kształcie do tego pokoju. 

— Jest identyczny. Nie moŜe być inaczej, poniewaŜ są jedną i tą samą rzeczą. 

— Nie rozumiem. 

— Weź kamień w rękę. Podnieś go do oka. Przyjrzyj się jego wnętrzu. 

Jack uniósł kamień, zamknął jedno oko i obejrzał go dokładnie. 

— W środku... — powiedział — jest maleńka kopia tego pokoju. 

— Popatrz na stół. 

— Widzę! Obaj siedzimy przy nim! Oglądam... ten kamień! 

— Znakomicie — powiedział z radością Król Nietoperzy. 

Jack wypuścił klejnot z ręki. Jego rozmówca ujął go za łańcuch. 

— Popatrz — powiedział, ukrywając klejnot w swojej dłoni. 

Zapanowała  ciemność.  Po  chwili,  gdy  wypuścił  go  z  ręki,  ponownie  zrobiło  się  jasno. 

Następnie wyciągnął spod płaszcza świecę, postawił ją na stole i zapalił. ZbliŜył naszyjnik do 

płomienia.  W  komnacie  zrobiło  się  gorąco  nie  do  wytrzymania.  Po  chwili  krople  potu 

wystąpiły Jackowi na czoło. 

— Wystarczy! — powiedział. — Upieczesz nas! Król Nietoperzy zgasił  świecę i wrzucił 

naszyjnik do karafki z wodą. Natychmiast ochłodziło się. 

— Gdzie jesteśmy? — zapytał Jack. 

—  Mówiłem  juŜ.  Noszę  nas  na  szyi  —  odrzekł  Król  Nietoperzy,  ponownie  zawieszając 

naszyjnik. 

— Niezła sztuczka. A gdzie ty teraz jesteś? 

— Tutaj. 

— Wewnątrz klejnotu? 

— Tak. 

— Który nosisz na szyi? 

—  Oczywiście.  To  bardzo  dobry  pomysł.  Nie  potrzebowałem  wiele  czasu,  aby  go 

opracować i wprowadzić w Ŝycie. Ostatecznie jestem niewątpliwie największym ze wszystkich 

czarnoksięŜników,  pomimo  Ŝe  przed  laty  skradziono  niektóre  z  moich  najcenniejszych 

rękopisów, dotyczących wiedzy tajemnej. 

— Co za strata. Wydawałoby się, Ŝe takie dokumenty powinny być pilnie strzeŜone. 

—  Tak  teŜ  było.  JednakŜe  nieoczekiwanie  wybuchł  poŜar.  Podczas  zamieszania  złodziej 

background image

zdołał zabrać dokumenty i skryć się w cieniu. 

— Rozumiem — odpowiedział Jack, popijając ostatni kęs chleba winem. — Czy złodziej 

został schwytany? 

— O tak. Został stracony. To jednak nie koniec mojej zemsty. 

— Aha. Jakie masz plany wobec niego? 

— Zamierzam doprowadzić go do szaleństwa — odpowiedział Król Nietoperzy, obracając 

w palcach swój kielich z winem 

— MoŜe juŜ jest szalony? CzyŜ kleptomania nie jest chorobą umysłową? 

Rozmówca Jacka potrząsnął głową. 

— Nie w tym przypadku — odpowiedział. — U tego złodzieja to kwestia dumy. Pragnie 

przechytrzyć potęŜniejszych od siebie, odebrać im ich własność. To poprawia jego mniemanie 

o sobie. JeŜeli to choroba umysłowa, w takim razie większość z nas jest chora. Jemu jednakŜe 

często udaje się zaspokoić to poŜądanie. Posiada znaczną moc, jest chytry i bezwzględny. Będę 

z wielką satysfakcją obserwował, jak pogrąŜa się w całkowitym szaleństwie. 

— Aby nasycić z kolei własną dumę? 

—  Po  części  tak.  Będzie  to  takŜe  ofiara  dla  boga  sprawiedliwości  i  przysługa  dla 

społeczeństwa. 

Jack wybuchnął śmiechem. Król Nietoperzy uśmiechnął się tylko. 

— Jak zamierzasz osiągnąć poŜądany cel? — zapytał po chwili Jack. 

— Zamknę go w więzieniu, z którego nie ma ucieczki, gdzie nie będzie miał nic do roboty, 

poza samym istnieniem. Od czasu do czasu będę wprowadzał i usuwał róŜne elementy, które z 

upływem  czasu  będą  coraz  bardziej  zaprzątały  jego  myśli,  wywołując  okresy  depresji  i 

wściekłości. Złamię jego dumę poprzez zniszczenie korzeni, z których wyrasta. 

— Rozumiem. Widzę, Ŝe planowałeś to przez dłuŜszy czas. 

— MoŜesz w to nie wątpić. 

Jack odsunął talerz, przechylił się na krześle i zaczął się przyglądać niezliczonym odbiciom. 

— Nie wątpię, Ŝe wkrótce mi powiesz, iŜ twój naszyjnik moŜe przypadkowo wpaść do wody 

podczas  podróŜy  morskiej,  spłonąć,  zostać  pochowany  w  ziemi  lub  rzucony  świniom  na 

poŜarcie. 

— PoniewaŜ sam wpadłeś juŜ na ten pomysł, nie muszę ci tego powtarzać. 

Król Nietoperzy wstał z krzesła i wskazał ręką na punkt wysoko ponad ich głowami. 

— Widzę, Ŝe przygotowano juŜ kąpiel — powiedział. — Czeka teŜ na ciebie świeŜe ubranie. 

Oddalę się teraz, abyś mógł skorzystać z tego wszystkiego w spokoju. 

Jack skinął głową. 

Nagle pod stołem rozległ się łomot, po którym nastąpił bełkotliwy dźwięk, a potem krótki, 

ostry jęk. Jack poczuł, Ŝe coś złapało go za kostkę. Padł na podłogę. 

— Zostaw! — krzyknął Król Nietoperzy, przechodząc szybko na drugą stronę stołu. — Puść 

go, mówię! 

background image

Tuziny nietoperzy wyfrunęły spod jego płaszcza, rzucając się w stronę postaci ukrytej pod 

stołem, która krzyknęła z przeraŜenia, zaciskając swój uścisk na kostce Jacka. 

Miał wraŜenie, Ŝe jego kość została zmiaŜdŜona. Podniósł się z wysiłkiem i spojrzał w dół. 

Nawet ból nie mógł zahamować odruchu obrzydzenia. 

Biała,  bezwłosa  kończyna  pokryta  była  niebieskimi  plamami.  Król  Nietoperzy  kopnął  ją. 

Uścisk ustał. Zanim stworzenie wycofało się, zasłaniając twarz rękami, Jack zdąŜył przyjrzeć 

się  jego  koślawym  kształtom.  Wyglądało  na  coś,  co  miało  zamiar  stać  się  człowiekiem, 

jednakŜe  nie  powiodło  mu  się.  Było  przygarbione  i  pokrzywione.  Pełna  otworów  głowa 

przypominała  surowe  ciasto.  Kości  prześwitywały  przez  przezroczyste  tkanki  jego  tułowia. 

Krótkie  nogi  były  grube  jak  pnie  drzew.  Na  ich  zakończeniach,  od  dyskokształtnych  łap 

rozchodziły się tuziny robakowatych palców. Ręce miał dłuŜsze od całego ciała. Wyglądał jak 

nieudany odlew wyjęty z pieca, zanim jeszcze był gotowy. Był... 

—  Oto  borshin  —  powiedział  Król  Nietoperzy,  wskazując  ręką  na  piszczące  stworzenie, 

które sprawiało wraŜenie, Ŝe nie moŜe się zdecydować, czy bardziej boi się nietoperzy, czy ich 

władcy,  i  wciąŜ  waliło  głową  o  nogi  stołu,  pragnąc  schronić  się  przed  obydwoma 

niebezpieczeństwami.  Król  Nietoperzy  zdjął  naszyjnik  i  wypowiadając  zaklęcie,  rzucił  go  w 

stronę borshina. Ten zniknął, pozostawiając po sobie tylko kałuŜę moczu. Nietoperze skryły się 

w płaszczu swego władcy, który uśmiechnął się do Jacka. 

— A cóŜ to takiego borshin? — zapytał Jack. 

Król Nietoperzy przyglądał się przez chwilę swoim paznokciom. Po chwili powiedział: 

— Od pewnego czasu uczeni z Jasnej Strony próbują stworzyć sztuczne Ŝycie. Do tej pory 

nie  udało  im  się  to.  Postanowiłem  osiągnąć  drogą  magii  to,  co  nie  udało  się  im  za  pomocą 

nauki. Po wielu eksperymentach zdecydowałem się na ostateczną próbę. Nie powiodło mi się, 

czy  teŜ  raczej  powiodło  mi  się  tylko  częściowo.  Widziałeś  rezultat  mojej  pracy.  Wrzuciłem 

swojego martwego homunkulusa do Otchłani Łajna w Glyve. Pewnego dnia powrócił do mnie. 

Nie mogę twierdzić, Ŝe to moja zasługa. Siły, które przywracają nas tam do Ŝycia, podziałały na 

niego w jakiś sposób. Nie sądzę, Ŝeby borshin był Ŝywy w całym znaczeniu tego słowa. 

— Czy to jest jeden z elementów, za pomocą których zamierzasz dręczyć swojego wroga? 

— Tak. Nauczyłem go dwóch rzeczy — bać się mnie i nienawidzieć jego. JednakŜe nie ja 

sprowadziłem  go  tutaj  w  tej  chwili.  Ma  swoje  własne  drogi,  nie  przypuszczałem  jednak,  Ŝe 

zaprowadzą go w to miejsce. Będę musiał zbadać tę sprawę. 

— Tymczasem zaś będzie mógł przychodzić tu, kiedy mu się będzie podobało? 

— Obawiam się, Ŝe tak. 

— W takim razie, czy mógłbyś poŜyczyć mi jakąś broń? 

— Niestety, nie mam nic na zbyciu. 

— Rozumiem. 

— Będę musiał juŜ odejść. Przyjemnej kąpieli. 

— Jeszcze jedno — powiedział Jack. 

background image

— O co chodzi? — zapytał Król Nietoperzy, głaszcząc palcami naszyjnik. 

— Ja równieŜ mam wroga, na którym zamierzam dokonać wyrafinowanej zemsty. Nie chcę 

zanudzać cię szczegółami, zapewniam jednak, Ŝe moja zemsta przewyŜsza twoją. 

— Naprawdę? Chciałbym się dowiedzieć, co masz na myśli. 

— Postaram się, abyś miał do tego okazję.  

Obaj się uśmiechnęli. 

— Na razie do zobaczenia. 

— Do zobaczenia. 

Król Nietoperzy zniknął. 

 

Jack  wziął  kąpiel.  Długo  moczył  się  w  ciepłej  wodzie.  Ogarnęło  go  zmęczenie 

nagromadzone podczas całej podróŜy. Musiał się zdobyć na wielki wysiłek woli, aby podnieść 

się, wytrzeć i połoŜyć do łóŜka. 

Zasnął natychmiast. Był zbyt zmęczony, aby odczuwać nienawiść czy planować ucieczkę. 

Ś

niło mu się, Ŝe trzyma w ręku Kolwynię — Wielki Klucz, który jest porządkiem i chaosem, i 

Ŝ

e z jego pomocą wypuszcza z zamknięcia niebo, ziemię, morze i wiatr, rozkazując im spaść na 

Wielki  Gniew  i  jego  władcę  ze  wszystkich  stron  świata.  Śniło  mu  się,  Ŝe  rozpętał  wielki 

płomień i zamknął Ŝywcem w jego sercu czarnego władcę, jak muchę w bursztynie, aby cierpiał 

tam  na  wieki.  Radując  się  tą  wizją,  usłyszał  nagle  stukot  Maszyny  Świata.  Krzyknął  z 

przeraŜenia wywołanego tym omamem. Niezliczone odbicia Jacka miotały się na zroszonych 

potem łóŜkach. 

background image

5. 

 

Jack usiadł na krześle przy łóŜku, wyciągając przed siebie nogi skrzyŜowane w kostkach. 

Podparł  brodę  palcami.  Miał  na  sobie  czerwono-biało-czarny,  wyszywany  diamentami  strój 

błazna.  Z  jego  pantofli  o  barwie  wina  zwisały  luźne  sznurki  w  miejscu,  gdzie  oderwał 

dzwoneczki. Czapkę, równieŜ ozdobioną dzwoneczkami, wyrzucił do kosza na śmieci. 

— JuŜ czas — pomyślał. — Mam nadzieję, Ŝe nie napatoczy się borshin. 

Na stole leŜały resztki śniadania — jego trzydziestego pierwszego posiłku w tym miejscu. W 

pokoju było zbyt zimno, jak na jego gust. Borshin pojawił się do tej pory trzy razy, tocząc ślinę 

i  atakując  go  znienacka.  Jack  opędzał  się  przed  nim  przy  pomocy  krzesła,  krzycząc 

wniebogłosy.  Po  chwili  pojawiał  się  Król  Nietoperzy,  który  odpędzał  napastnika,  głośno 

przepraszając za tę niedogodność. Od czasu pierwszej wizyty borshina Jack sypiał bardzo źle. 

Wiedział, Ŝe atak w kaŜdej chwili moŜe się powtórzyć. 

Mało  zróŜnicowane  posiłki  pojawiały  się  w  regularnych  odstępach  czasu.  Jack  zjadał  je 

mechanicznie,  nie  pamiętając  później,  z  czego  się  składały.  Umysł  miał zaprzątnięty  innymi 

sprawami. 

— JuŜ niedługo — pomyślał. 

Ć

wiczył nieustannie, aby nie wyjść z wprawy. Odzyskał częściowo swą poprzednią wagę. 

Zabijał  nudę,  rozwaŜając  niezliczone  plany  ucieczki  i  zemsty.  Na  koniec  przypomniał  sobie 

słowa Rosalie i juŜ wiedział, co ma zrobić. 

Powietrze  nagle  zamigotało.  Dał  się  słyszeć  dźwięk  przypominający  pobliskie  szuranie 

paznokciem  po  kieliszku.  Po  chwili  pojawił  się  Król  Nietoperzy.  Tym  razem  jego  twarz  nie 

była uśmiechnięta. 

— Jack — zaczął niezwłocznie — rozczarowałeś mnie. Co zamierzałeś przez to osiągnąć? 

— Słucham? 

— Właśnie przed chwilą próbowałeś jakiegoś słabego czaru. Czy naprawdę wydaje ci się, Ŝe 

nie potrafię wykryć działania magii na terenie Wielkiego Gniewu? 

— Gdyby mi się udało, to nie. 

— Jak widać, nie udało ci się. WciąŜ tutaj jesteś. 

— ZauwaŜyłem to. 

— Nie sposób zniszczyć tych ścian ani przedostać się przez nie. 

— Doszedłem do tego samego wniosku. 

— Czy dokuczył ci juŜ upływ czasu? 

background image

— Co nieco. 

— Pora więc chyba wprowadzić do twojego otoczenia nowy element. 

— Nie powiedziałeś mi, Ŝe masz drugiego borshina. 

Rozległ  się  śmiech.  Skądś  wyłonił  się  nietoperz  i  okrąŜywszy  kilkakrotnie  głowę  swego 

władcy, zawiesił się na łańcuchu u jego szyi. 

— Nie, mam na myśli coś innego. Ciekawe, jak długo nie opuści cię poczucie humoru? 

Jack  wzruszył  ramionami,  pocierając  bezmyślnie  plamkę  sadzy  na  swym  prawym  palcu 

wskazującym. 

— Kiedy to zauwaŜysz, nie zapomnij mnie poinformować — powiedział. 

— Daję słowo, Ŝe będziesz jednym z pierwszych, którzy się o tym dowiedzą. 

Jack skinął głową. 

—  Aha,  i  jeszcze  jedno  —  powiedział  Król  Nietoperzy.  —  Byłbym  wdzięczny,  gdybyś 

powstrzymał  się  od  dalszych  prób  w  zakresie  magii.  W  tutejszej,  wysoce  naładowanej 

atmosferze mogą one spowodować powaŜne komplikacje. 

— Wezmę to pod uwagę — odrzekł Jack. 

—  Znakomicie.  Przepraszam,  Ŝe  zawracałem  ci  głowę.  MoŜesz  juŜ  wrócić  do  swoich 

codziennych zajęć. Adieu. 

Nim Jack zdąŜył odpowiedzieć, jego rozmówca zniknął. 

 

Minęła dłuŜsza chwila, zanim w jego otoczeniu pojawił się nowy element. Jack obudził się 

nagle,  wyczuwając,  Ŝe  nie  jest  sam.  Zdumiony  widokiem  jej  uśmiechu  i  jej  miedzianych 

włosów, był niemal gotowy uwierzyć. 

Wstał z łóŜka i zbliŜył się do niej, oglądając ją ze wszystkich stron. 

—  Świetna  robota  —  powiedział  na  koniec.  —  PrzekaŜ  swojemu  twórcy  słowa  uznania. 

Jesteś naprawdę znakomitym sobowtórem mojej dziewczyny, Evene z Warownej Twierdzy. 

— Nie jestem ani sobowtórem, ani twoją dziewczyną — odpowiedziała uśmiechając się. 

— Tak czy owak przynosisz mi nieco radości. Czy zechcesz usiąść? 

— Dziękuję. 

Usadził ją na krześle, po czym sam usiadł na następnym, po jej lewej stronie. Pochylił się i 

spojrzał na nią z ukosa. 

— Czy moŜesz mi powiedzieć, co znaczą twoje słowa? Jeśli nie jesteś moją Evene ani jej 

sobowtórem, stworzonym przez mojego wroga, aby mnie dręczyć, w takim razie, czym jesteś? 

Albo, Ŝeby być bardziej uprzejmym, kim jesteś? 

— 

Jestem Evene z Warownej Twierdzy, córką Loret i Pułkownika Który Nigdy Nie Umarł 

—  odpowiedziała,  wciąŜ  się  uśmiechając.  Dopiero  wtedy  Jack  zauwaŜył,  Ŝe  zwisa  jej z  szyi 

dziwny klejnot przypominający jego więzienie. 

— Nie jestem jednak twoją Evene — dokończyła. 

— Naprawdę zrobił świetną robotę — powiedział Jack — nawet głos jest identyczny. 

background image

—  Jest  mi  niemal  Ŝal  włóczęgi  mieniącego  się  władcą  nie  istniejącej  StraŜnicy  Cieni  — 

powiedziała  —  Jack  Kłamca.  Jesteś  tak  pełen  rozmaitych  wykrętów,  Ŝe  utraciłeś  zdolność 

rozpoznawania prawdy. 

— StraŜnica Cieni istnieje! — powiedział. 

— 

Dlaczego więc wspomnienie o niej wyprowadza cię z równowagi? 

— Dobrze cię wyuczył, istoto. Drwić z mojego domu, to znaczy drwić ze mnie. 

— Taki jest mój zamiar. Jestem jednak Ŝoną tego, którego nazywasz Królem Nietoperzy, a 

nie  stworzonym  przez  niego  sobowtórem.  Znam  jego  tajemne  imię.  Pokazał  mi  świat 

zamknięty w kuli. Widziałam wszystkie jego miejsca — z komnat Wielkiego Gniewu. Nigdzie 

jednak nie ujrzałam StraŜnicy Cieni. 

—  Nie  widział  jej  nigdy  nikt  oprócz  mnie  —  powiedział  Jack.  —  Jest  zawsze  skryta  w 

cieniach.  To  olbrzymia  budowla  pełna  wysokich  komnat  oświetlonych  pochodniami  i 

podziemnych labiryntów. Wieńczą je liczne wieŜe. Z jednej strony pada na nią światło, druga 

pogrąŜona  jest  w  ciemności.  Pełno  w  niej  pamiątek  po  największych  kradzieŜach,  jakie 

kiedykolwiek popełniono. Są tam przedmioty o wielkim pięknie i przedmioty o nieocenionej 

wartości. Cienie tańczą na jej korytarzach. Niezliczone klejnoty świecą jaśniej niŜ słońce nad 

Jasną Stroną. Taki jest pałac, z którego drwisz: StraŜnica Cieni. W porównaniu z nią twierdza 

twojego  twórcy  to  nędzny  chlew.  Co  prawda,  często  czułem  się  tam  samotny,  jednakŜe 

prawdziwa  Evene  napełni  to  miejsce  śmiechem  i  rozjaśni  je  swym  wdziękiem  tak,  Ŝe  jego 

wspaniałość  będzie  trwała  jeszcze  długo  po  tym,  gdy  moja  zemsta  wtrąci  twego  pana  w 

wieczną ciemność. 

Evene roześmiała się cicho. 

— Tak łatwo przychodziło mi kiedyś uwierzyć twoim słowom, Jack. Teraz widzę jednak, Ŝe 

gdy  mówisz  o  StraŜnicy  Cieni,  opisujesz  ją  zbyt  pięknie,  aby  mogła  ona  istnieć  naprawdę. 

Czekałam  na  ciebie  przez  długi  czas.  Gdy  dowiedziałam  się,  Ŝe  ścięto  cię  w  Igles,  byłam 

gotowa  czekać  nadal,  jednakŜe  mój  ojciec  zdecydował  inaczej.  Z  początku  myślałam,  Ŝe 

zaślepiło go poŜądanie Płomienia Piekieł, nie miałam jednak racji. On od początku rozumiał, Ŝe 

byłeś  zwyczajnym  oszustem,  włóczęgą  i  kłamcą.  Płakałam,  gdy  oddał  mnie  w  zamian  za 

Płomień Piekieł, później jednak pokochałam tego, któremu mnie oddano. On jest wyrozumiały, 

podczas  gdy  ty  byłeś  bezwzględny,  mądry,  podczas  gdy  ty  byłeś  zaledwie  przebiegły.  Jego 

twierdza istnieje naprawdę i jest jedną z najpotęŜniejszych. On jest tym wszystkim, czym ty nie 

jesteś. Kocham go. 

Jack przyjrzał się przez chwilę jej pozbawionej uśmiechu twarzy. 

— Jak udało mu się zdobyć Płomień Piekieł? — zapytał. 

— Jego człowiek zdobył go dla niego w Igles. 

— Jak się nazywał? 

— Quazer — odpowiedziała. — Quazer został zwycięzcą Igrzysk Piekielnych. 

— Wiadomość raczej bezuŜyteczna dla sobowtóra — zauwaŜył Jack. — Jeśli w ogóle jest 

background image

prawdziwa. Z drugiej strony mój wróg jest bardzo drobiazgowy. Przykro mi, ale nie wierzę, Ŝe 

jesteś prawdziwa. 

— To typowy przykład zaślepienia wywołanego przez egoizm. 

—  Nieprawda.  Wiem,  Ŝe  nie  jesteś  prawdziwą  Evene,  lecz  jego  tworem  przysłanym,  aby 

mnie  dręczyć.  Evene,  prawdziwa  Evene  nie  osądziłaby  mnie  pod  moją  nieobecność. 

Pragnęłaby najpierw usłyszeć moją odpowiedź na stawiane mi zarzuty. 

Evene odwróciła wzrok. 

— Jeszcze jeden z twoich wykrętów — powiedziała po chwili. — To niczego nie zmieni. 

— Idź juŜ — powiedział — i powiedz swojemu panu, Ŝe ci się nie powiodło. 

— Nie jest moim panem, lecz towarzyszem i kochankiem. 

— Jak chcesz, moŜesz zostać. To nie robi mi Ŝadnej róŜnicy. 

Podniósł się z krzesła, połoŜył na łóŜku i zamknął oczy. Gdy je otworzył, nie było jej juŜ w 

pokoju. Zdołał jednak ujrzeć to, czego nie chciała mu pokazać. 

Nie dam po sobie nic poznać — zdecydował. — Jakikolwiek dowód mi przedstawią, będę 

twierdzić, Ŝe to oszustwo. Zachowam dla siebie swoją wiedzę, podobnie jak swoje uczucia. 

Po chwili skrył się w sen. Śnił w jasnych kolorach o przyszłości takiej, jaką sobie wymarzył. 

 

Przez  dłuŜszy  czas  pozostawiono  go  samego,  co  odpowiadało  mu  w  zupełności.  Miał 

wraŜenie, Ŝe udało mu się przechytrzyć Króla Nietoperzy, odeprzeć jego pierwszy atak na swe 

zdrowie  psychiczne.  Śmiał  się  niekiedy  cicho,  spacerując  po  ścianach,  sufitach  i  podłogach 

swego więzienia. Układał swój plan. Myślał o niebezpieczeństwach, jakie przyniosą najbliŜsze 

lata, zanim cel zostanie osiągnięty. SpoŜywał swe posiłki. Spał. 

Przyszło mu do głowy, iŜ poza tym, Ŝe Król Nietoperzy moŜe w kaŜdej chwili sam na niego 

patrzeć,  jest  zdolny  równieŜ  utrzymywać  go  pod  nieustanną  obserwacją.  Wyobraził  sobie 

sługusów  swego  nieprzyjaciela  nieustannie  przekazujących  sobie  klejnot  z  ręki  do  ręki,  gdy 

nadchodzi  kolej  ich  zmiany.  Ta  myśl  nie  opuszczała  go.  Przy  kaŜdej  czynności  dręczyło  go 

poczucie,  Ŝe  ktoś  na  niego  patrzy.  Przez  długi  czas  przesiadywał,  wpatrując  się  w  lustra, 

usiłując  dostrzec  za  nimi  obserwatorów.  Niekiedy  odwracał  się  nagle,  wykonując 

nieprzyzwoite gesty w stronę swych niewidzialnych prześladowców. 

Na bogów! To mu się moŜe udać! — pomyślał któregoś dnia po przebudzeniu, rozglądając 

się po komnacie. — Wszędzie wyczuwam jego obecność. Zaczynam tracić równowagę. No, ale 

zrobiłem juŜ początek. JeŜeli tylko da mi szansę, a wszystkie pozostałe czynniki pozostaną bez 

zmian,  moŜe  mi  się  udać.  NajwaŜniejsze  jednak,  Ŝebym  wydawał  się  nieporuszony  tym 

wszystkim. Dość tych spacerów, wpatrywania się w ściany i mamrotania. 

LeŜąc otworzył swoją jaźń. Poczuł orzeźwiający chłód spływający z góry. 

Od  tej  chwili  zaczął  się zachowywać  cicho  i  spokojnie.  Opanowanie  drobnych  odruchów 

przychodziło  mu  z  trudnością,  dokonał  tego  jednak  siadając,  zaciskając  dłonie  lub  licząc  do 

wielu tysięcy. Lustra pokazały mu, Ŝe miał dość długą brodę. Jego strój błazna był zniszczony i 

background image

poplamiony. Często budził się zlany potem, nie pamiętając koszmaru, który go dręczył. Choć 

czasami  jego  umysł  ogarniała  ciemność,  na  ogół  udawało  mu  się  zachowywać  pozory 

normalności w swym świetlistym więzieniu pełnym luster. 

Czy rzucił na mnie urok, czy jest to tylko efekt przedłuŜającej się monotonii? — zastanawiał 

się. — Chyba to drugie. Potrafiłbym jednak wyczuć, gdyby spróbował mnie zaczarować, mimo 

iŜ jest lepszym czarnoksięŜnikiem ode mnie. JuŜ niedługo. Wkrótce powinien do mnie przyjść. 

Zastanowi go, dlaczego wciąŜ się nie załamuję. Zacznie się zastanawiać. Niedługo przyjdzie. 

Gdy przyszedł, Jack był uprzedzony. 

Po  obudzeniu  zauwaŜył,  Ŝe  przygotowano  mu  kąpiel,  drugi  raz  podczas  jego  pobytu  w 

więzieniu.  Ile  wieków  upłynęło  od  tego  czasu?  Obok  czekało  świeŜe  ubranie.  Umył  się 

dokładnie  i  załoŜył  zielono-biały  strój.  Tym  razem  nie  odrywał  dzwoneczków.  WłoŜył 

czapeczkę  na  bakier  i  usadowił  się  na  krześle,  zakładając  ręce  za  głowę.  Uśmiechnął  się 

półgębkiem. Nie chciał, aby jego wygląd zdradził zdenerwowanie, które odczuwał. Gdy ujrzał 

błysk w powietrzu i usłyszał znajomy dźwięk, spojrzał w tamtą stronę i skłonił leciutko głowę. 

— Cześć — powiedział. 

— Cześć — odrzekł przybysz. — Jak się czujesz? 

— MoŜna powiedzieć, Ŝe całkiem dobrze. Mam nadzieję wkrótce opuścić to miejsce. 

—  W  sprawach  zdrowia  ostroŜność  nigdy  nie  zawadzi.  Wydaje  mi  się,  Ŝe  jeszcze 

potrzebujesz odpoczynku. Porozmawiamy jednak o tym w późniejszym terminie. śałuję, Ŝe nie 

mogłem  spędzić  z  tobą  więcej  czasu.  Byłem  zajęty  sprawami,  które  wymagały  mojej  pełnej 

uwagi. 

— To bez znaczenia — powiedział Jack. — I tak wkrótce wszystkie twoje wysiłki spełzną 

na niczym. 

Król  Nietoperzy  przyjrzał  się  jego  twarzy,  jak  gdyby  poszukując  na  niej  objawów 

szaleństwa. 

— Co masz na myśli? — zapytał, usiadłszy na krześle. 

Jack odwrócił lewą dłoń do góry. 

— Gdy świat się skończy, wszystkie wysiłki spełzną na niczym. 

— Dlaczego świat miałby się skończyć? 

— Czy zwróciłeś ostatnio uwagę na temperaturę, mój dobry panie? 

— Nie — odpowiedział Król Nietoperzy zakłopotany. — Przez dłuŜszy czas nie oddalałem 

się z mojej twierdzy. 

—  Dobrze  byłoby,  gdybyś  to  zrobił.  Albo  jeszcze  lepiej,  gdybyś  otworzył  swą  jaźń  na 

sygnały z Tarczy. 

—  Zrobię  to,  gdy  tylko  znajdę  się  sam.  Ale  przecieŜ  zawsze  jest  jakiś  przeciek.  Siedmiu 

wyznaczonych straŜników ma obowiązek podtrzymywać ją i pełnią swoje funkcje. Nie ma więc 

powodu do niepokoju. 

— Jednak naleŜy się niepokoić, gdy jeden z siedmiu jest uwięziony i nie moŜe się stawić. 

background image

Król Nietoperzy otworzył szeroko oczy. 

— Nie wierzę ci — powiedział. 

Jack wzruszył ramionami. 

—  Właśnie  poszukiwałem  bezpiecznego  miejsca,  z  którego  mógłbym  wyruszyć  na  swoją 

słuŜbę, gdy zaoferowałeś mi swoją hmmm... gościnę. MoŜna to łatwo sprawdzić. 

— Dlaczego więc nie mówiłeś mi o tym wcześniej. 

— Po co? — zapytał Jack. — Skoro mój umysł ma zostać zniszczony, co mnie obchodzi, czy 

reszta świata będzie istnieć nadal? 

— To bardzo samolubne podejście — powiedział Król Nietoperzy. 

— To moje podejście — odrzekł Jack, dzwoniąc dzwoneczkami. 

—  Muszę  sprawdzić  prawdziwość  twojej  opowieści  —  Król  Nietoperzy  z  westchnieniem 

podniósł się z miejsca. 

— Zaczekam na ciebie — odrzekł Jack. 

 

Król  Nietoperzy  zaprowadził  go  do  wysokiej  komnaty,  leŜącej  za  Ŝelaznymi  drzwiami, 

gdzie  uwolnił  go  z  więzów.  Jack  rozejrzał  się  wokoło.  Podłoga  pokryta  była  mozaiką  o 

znajomych  wzorach.  W  kątach  leŜały  kupy  szmat.  Na  ścianach  wisiały  ciemne  draperie.  Na 

ś

rodku komnaty stał ołtarz, obok niego stół pełen róŜnych przyrządów. W powietrzu unosił się 

zapach kadzidła. 

Jack postąpił krok naprzód. 

—  Twoje  imię  pojawiło  się  w  Księdze  Łokci  w  podejrzany  sposób  —  powiedział  Król 

Nietoperzy — ponad nim wymazano inne. 

— Być moŜe moje bóstwo opiekuńcze zainteresowało się tą sprawą. 

— O ile wiem, coś takiego nigdy dotąd się nie wydarzyło. CóŜ, jeśli jesteś jednym z siedmiu 

wybranych, nie mam wyjścia. Wysłuchaj mnie jednak, zanim odejdziesz pełnić swą słuŜbę przy 

Tarczy. 

Klasnął w dłonie. Draperia zakołysała się. Evene weszła do pokoju i stanęła u jego boku. 

— Choć twoja moc moŜe nam być potrzebna — powiedział Król Nietoperzy — niech ci się 

nie wydaje, Ŝe moŜesz się mierzyć ze mną tu na terenie Wielkiego Gniewu. Wkrótce zapalimy 

ś

wiatła i pojawią się cienie. Nawet gdybym cię nie doceniał, wiedz, Ŝe moja pani studiowała 

magię  przez  długie  lata  i  potrafi  władać  nią  bardzo  skutecznie.  W  przypadku,  gdybyś 

spróbował zrobić coś nie zaplanowanego, połączy swoją moc z moją. Wbrew temu, co ci się 

zdaje, ona nie jest sobowtórem. 

— Wiem o tym — odpowiedział Jack. — Sobowtóry nigdy nie płaczą. 

— Kiedy widziałeś Evene płaczącą? 

— Musisz ją kiedyś o to zapytać. 

Evene spuściła wzrok. Jack zwrócił się w stronę ołtarza. 

— Pora zaczynać. Stańcie, proszę, w mniejszym kręgu — powiedział. 

background image

Zapalił kolejno węgiel drzewny w dziesięciu piecykach stojących w trzech rzędach. Dodał 

wonnych kadzideł, co zabarwiło płomień i dym kaŜdego z piecyków na inny kolor. Stanął z 

drugiej strony ołtarza. Narysował Ŝelaznym noŜem na podłodze magiczny wzór. Wypowiedział 

cicho zaklęcie. Jego cień rozdzielony na wiele drobnych cieni ponownie połączył się w jeden, 

zadrŜał, znieruchomiał, pociemniał i nagle rozciągnął się na całą komnatę, jak bezkresna droga 

prowadząca na wschód. Mimo migotliwego światła nie poruszył się więcej. Był tak czarny, Ŝe 

wydawał się posiadać głębokość. 

Jack usłyszał, jak Król Nietoperzy szepnął do Evene — nie podoba mi się to. 

Spojrzał  w  ich  kierunku.  Otoczony  oparami  dymu,  stojąc  wewnątrz  kręgu  w  świetle 

migotliwych świateł, sprawiał złowieszcze wraŜenie. Poruszał się z coraz większą pewnością 

siebie. Podniósł z ołtarza mały dzwon i uderzył weń. 

— Stój! — krzyknął Król Nietoperzy. Nie wyszedł jednak z mniejszego kręgu, gdy czyjaś 

mroczna obecność wypełniła komnatę. 

—  Pod  jednym  względem  miałeś  rację  —  powiedział  Jack.  —  Jesteś  potęŜniejszym 

czarnoksięŜnikiem ode mnie. Nie jestem jeszcze gotowy, aby się z tobą zmierzyć. Zwłaszcza 

tu,  w  ośrodku  twojej  mocy.  Chcę  ci  tylko  dać  na  moment  zajęcie,  aby  zapewnić  sobie 

bezpieczeństwo. Nawet we dwoje nie uporacie się tak szybko z duchem, którego wywołałem, a 

potem będziecie mieli jeszcze inne rzeczy do rozwaŜania. Na przykład to! 

Chwycił  najbliŜszy  piecyk  za  nogę  i  cisnął  go  w  głąb  komnaty.  Węgle  posypały  się  na 

podłogę.  LeŜące  wkoło  szmaty  prędko  zajęły  się  ogniem.  Wkrótce  płomienie  dotknęły 

gobelinów. Jack nie przestawał mówić. 

— Nie zostałem wezwany na dyŜur przy Tarczy. Za pomocą drzazg ze stołu opalonych w 

płomieniu świecy zmieniłem zapis w Księdze Łokci. Jej otwarcie się przede mną było właśnie 

tym czarem, który wykryłeś. 

— OdwaŜyłeś się złamać Wielkie Przymierze? Igrać z losem świata? 

—  Ni  mniej,  ni  więcej  —  odrzekł  Jack.  —  Świat  nie  ma  wartości  dla  szaleńca,  którym 

obiecałeś mnie uczynić, a na Przymierze pluję. 

— Od tej pory jesteś wyrzutkiem, Jack. Nie licz na przyjaźń nikogo z Ciemnej Strony. 

— Nigdy na nią nie liczyłem. 

— Przymierze i jego wyraz — Księga Łokci — są jedyną rzeczą, którą wszyscy powaŜamy, 

zawsze powaŜaliśmy, niezaleŜnie od wszystkich sporów pomiędzy nami. Wszyscy będą teraz 

na ciebie polować, aŜ w końcu cię unicestwią. 

— Mało brakowało, a juŜ byś tego dokonał. Tak przynajmniej mam szansę powiedzieć ci 

„do widzenia”. 

—  Wygnam  ducha,  którego  wywołałeś  i  ugaszę  poŜar.  Potem  wyślę  pół  świata  za  tobą. 

Nigdy odtąd nie zaznasz odpoczynku. Twój koniec nie będzie szczęśliwy. 

—  Zabiłeś  mnie  juŜ  raz.  Ukradłeś  moją  kobietę  i  zniewoliłeś  jej  umysł.  Uwięziłeś  mnie, 

nosiłeś na szyi i napuściłeś na mnie borshina. Dowiedz się, Ŝe gdy spotkamy się ponownie, to 

background image

nie ja będę torturowany  i doprowadzany do szaleństwa. Mam długą listę,  ale ty jesteś na jej 

pierwszym miejscu. 

— Spotkamy się z pewnością, Widmowy Jacku. Być moŜe nawet za chwilę. Wtedy będziesz 

mógł zapomnieć o swojej liście. 

—  Skoro  mowa  o  liście,  czy  nie  jesteś  ciekaw,  czyje  imię  wymazałem  z  Księgi  Łokci, 

wpisując własne? 

— Czyje? 

—  Dziwnie  się  składa,  ale  twoje.  Naprawdę  powinieneś  częściej  wychodzić  na  zewnątrz. 

Wtedy zauwaŜyłbyś chłód, sprawdził Tarczę i zajrzał do Księgi. W ten sposób byłbyś zajęty 

przy Tarczy i ja nie zostałbym twoim więźniem. Jest w tym jakiś morał. Na przykład: więcej 

gimnastyki i świeŜego powietrza. 

— W takim przypadku wpadłbyś w ręce Barona lub wrócił z powrotem do Glyve. 

— To sporna kwestia — odpowiedział Jack, odchylając się do tyłu. — Te gobeliny płoną juŜ 

całkiem porządnie, mogę się więc oddalić. Gdy skończysz swój dyŜur przy Tarczy, moŜe za 

jedną  porę  roku,  moŜe  szybciej,  któŜ  to  wie,  z  pewnością  zaczniesz  mnie  poszukiwać.  Nie 

przejmuj się, gdy nie będzie ci się udawało. Nie poddawaj się. Gdy będę gotów, spotkamy się 

ponownie.  Odbiorę  ci  Evene.  Odbiorę  Wielki  Gniew.  Pozabijam  twoje  nietoperze.  Będę 

patrzył,  jak  wędrujesz  z  Glyve  do  grobu  i  z  powrotem  wiele,  wiele  razy.  Tymczasem,  do 

widzenia. 

Odwrócił się, spoglądając wzdłuŜ swego cienia. Usłyszał głos Evene: 

— Nigdy nie będę twoja, Jack. Powiedziałam ci prawdę. Prędzej się zabiję. 

Zaczerpnął głęboko przepojonego kadzidłem powietrza. 

— Zobaczymy — powiedział i skrył się w cieniu. 

background image

6. 

 

Niebo  jaśniało,  gdy  Jack  z  workiem  na  plecach  wędrował  na  wschód.  Powietrze  było 

chłodne. Smugi mgły unosiły się nad szarymi trawami, wypełniając doliny i parowy. Światło 

gwiazd  przebijało  się  przez  ponurą  warstwę  obłoków.  Ponad  skalistym  gruntem  znad 

pobliskiego jeziora wiała wilgotna bryza. 

Jack  zatrzymał  się  na  chwilę,  przerzucając  cięŜar  na  prawe  ramię.  Spojrzał  do  tyłu,  na 

mroczną krainę, którą pozostawił za sobą. Przez krótki czas zdołał przejść spory kawał drogi, 

nie mógł się jednak zatrzymać. W miarę jak zbliŜał się do światła, malało zagroŜenie ze strony 

jego nieprzyjaciół. Wkrótce znajdzie się poza ich zasięgiem. Nie zapomną o nim jednak. Nadal 

będą  go  szukać.  Pozostało  mu  więc  tylko  jedno  —  uciekać.  Będzie  tęsknił  za  mrocznym 

krajem,  z  jego  magią  i  okrucieństwem.  On  był  całym  jego  Ŝyciem.  Tam  znajdowało  się 

wszystko, co kochał i czego nienawidził. Wiedział, Ŝe pewnego dnia powróci, niosąc ze sobą 

coś, co pozwoli mu zaspokoić oba te uczucia. 

Odwrócił się i ruszył naprzód. 

Cienie zaprowadziły go do jego kryjówki w pobliŜu Krainy Zmierzchu, gdzie przechowywał 

magiczne instrumenty, które udało mu się zgromadzić w przeciągu lat. Zapakował je dokładnie 

i  zabrał  ze  sobą  na  wschód.  Gdy  tylko  osiągnie  Krainę  Zmierzchu,  będzie  względnie 

bezpieczny, gdy ją zostawi za sobą, będzie bezpieczny całkowicie. 

Wspiął się na pasmo gór Rennsial w tym miejscu, gdzie leŜały najbliŜej Krainy Zmierzchu. 

Odszukał ich najwyŜszą grań — Panicus. Ponad mgłą ujrzał odległą postać Anioła Jutrzenki na 

tle  Wiecznego  Świtu.  Siedział  nieruchomo  na  samej  turni,  patrząc  na  wschód.  Dla  nie 

wtajemniczonych  mógł  się  wydawać  ukształtowanym  przez  wiatr  zwieńczeniem  szczytu 

Panicusa. W istocie rzeczy w większej części był z kamienia. Jego przypominający ciało kota 

tułów zrośnięty był z granią. Skrzydła miał złoŜone na plecach. Mimo Ŝe nadchodził od tyłu, 

Jack wiedział, Ŝe ręce ma skrzyŜowane na piersiach, lewa ponad prawą, Ŝe wiatr nie zmierzwił 

jego przypominających druty włosów ani brody i Ŝe jego pozbawione powiek oczy nieustannie 

wpatrują się we wschodni horyzont. 

Ś

cieŜki nie było. Ostatnie kilkaset stóp trzeba się było wspinać po niemal pionowej ścianie 

skalnej. Jak zwykle, Jack wszedł pod górę, jak po płaskim terenie. W tym miejscu było pod 

dostatkiem cieni. Wiatr gwizdał przeraźliwie, nie mógł jednak zagłuszyć dobiegającego jakby z 

wnętrzności góry głosu Anioła Jutrzenki. 

— Dzień dobry, Jack. 

background image

Jack zatrzymał się i spojrzał w górę. Olbrzymia  głowa, tak czarna jak kraina, którą przed 

chwilą opuścił, rysowała się wyraźnie na tle chmur. 

— Dzień? — zapytał Jack. 

— Prawie. Zawsze wygląda na to, Ŝe wkrótce nastanie dzień. 

— W którym miejscu? 

— Wszędzie. 

— Przyniosłem ci coś do picia. 

— Potrafię uzyskać wodę z deszczu albo chmur. 

— Przyniosłem ci wino uzyskane z winogron. 

Gigantyczna  postać  naznaczona  bliznami  po  błyskawicach  odwróciła  się  w  jego  stronę, 

pochylając rogi do przodu. Jack odwrócił wzrok od spojrzenia nie mrugających oczu. Nigdy nie 

udało mu się zapamiętać ich koloru. Jest coś strasznego w oczach, które nigdy nie patrzą na 

rzeczy, dla których zostały stworzone. 

Lewa ręka opuściła się. Pokryta bliznami dłoń otworzyła się przed Jackiem, który połoŜył na 

niej  bukłak  z  winem.  Anioł  Jutrzenki  uniósł  go,  wypił  i  upuścił  próŜny  pod  stopy  Jacka. 

Następnie wytarł usta grzbietem dłoni, beknął cicho i ponownie spojrzał na wschód. 

— Czego chcesz ode mnie, Widmowy Jacku? — zapytał. 

— Od ciebie? Niczego. 

— Dlaczego więc przynosisz mi wino, ilekroć tędy przechodzisz? 

— Myślałem, Ŝe je lubisz. 

— Lubię. 

— Jesteś być moŜe moim jedynym przyjacielem. Nie masz nic, co chciałbym ukraść. Ja nie 

mam nic, co byłoby ci naprawdę potrzebne. 

— Być moŜe odczuwasz dla mnie litość, gdyŜ jestem przykuty do tego miejsca. 

— Czym jest litość? — zapytał Jack. 

— Tym, co trzyma mnie tutaj w oczekiwaniu na świt. 

— W takim razie nie chcę mieć z nią nic wspólnego — powiedział Jack. — Muszę ciągle 

pozostawać w ruchu. 

— Wiem o tym. Cała połowa świata została juŜ powiadomiona, Ŝe zerwałeś Przymierze. 

— Czy wiedzą dlaczego? 

— Nie. 

— A ty wiesz? 

— Oczywiście. 

— Skąd? 

— Z kształtu obłoków potrafię odgadnąć, Ŝe w odległym mieście, za trzy pory roku od dziś, 

pewien męŜczyzna pokłóci się ze swoją Ŝoną, i Ŝe zanim skończę te słowa, zostanie powieszony 

morderca.  Z  drogi,  którą  spada  kamień,  dowiaduję  się,  ile  dziewic  zostanie  uwiedzionych  i 

poznaję ruchy lodowców po drugiej stronie świata. Z tego, jak wieje wiatr, dowiaduję się, gdzie 

background image

trafi następna błyskawica. Czuwam juŜ tak długo, Ŝe stałem się cząstką wszystkich rzeczy. Nic 

nie moŜe się przede mną ukryć. 

— Czy wiesz dokąd idę? 

— Tak. 

— I co pragnę tam uczynić? 

— To równieŜ. 

— Powiedz mi więc, o ile to wiesz, czy uda mi się osiągnąć to, czego pragnę? 

— Uda ci się zrealizować swoje zamiary, moŜe się jednak okazać, Ŝe to nie było to, czego 

pragnąłeś. 

— Nie rozumiem cię. 

— Wiem to równieŜ. Zawsze tak jest z przepowiedniami, Jack. Gdy to, co przepowiedziane, 

zdarza się wreszcie, pytający jest juŜ inną osobą niŜ w chwili, kiedy stawiał pytanie. Nie moŜna 

wytłumaczyć  człowiekowi,  w  jaki  sposób  zmieni  się  z  upływem  czasu,  a  przepowiednia 

dotyczy tego, czym stanie się w przyszłości. 

— Słusznie, tylko ja nie jestem człowiekiem, lecz mieszkańcem Ciemnej Strony. 

— Wszyscy jesteśmy ludźmi, niezaleŜnie od tego, na której stronie świata jest nasz dom. 

— Nie mam duszy. Nigdy się nie zmieniam. 

— Zmieniasz się. Wszystko, co Ŝyje, zmienia się lub ginie. Wasz lud ma zimne serca, lecz 

wasz świat jest ciepły, ogrzany przez swoje cuda, czary i zaklęcia. Mieszkańcy Jasnej Strony 

znają uczucia, których wy nie rozumiecie, lecz ich nauka jest równie zimna, jak wasze serca. 

JednakŜe  podobałaby  się  im  wasza  ojczyzna,  gdyby  nie  bali  się  jej  tak  bardzo,  a  wy 

moglibyście  poznać  ich  uczucia,  gdyby  nie  ten  sam  powód.  KaŜdy  z  was  ma  jednakowe 

moŜliwości,  wystarczy  tylko  zmienić  strach  na  wzajemne  zrozumienie.  Jesteście  nawzajem 

swoimi  lustrzanymi  odbiciami.  Nie  opowiadaj  mi  więc  o  duszach,  człowieku,  skoro  nigdy 

Ŝ

adnej nie widziałeś. 

— Tak jak powiedziałeś, nie rozumiem. 

Jack  usiadł  na  kamieniu  i  podobnie  jak  Anioł  Jutrzenki  spojrzał  na  wschód.  Po  chwili 

powiedział: 

— Mówiłeś mi, Ŝe czekasz tutaj na świt, aby zobaczyć jak słońce wznosi się ponad horyzont. 

— Tak. 

— Obawiam się, Ŝe będziesz na to czekał przez całą wieczność. 

— To moŜliwe. 

— Nie wiesz tego? Myślałem, Ŝe wiesz wszystko. 

— Wiem wiele, ale nie wszystko. To róŜnica. 

— Odpowiedz mi zatem na kilka pytań. Słyszałem, Ŝe na Jasnej Stronie uwaŜają, iŜ jądro 

ś

wiata  jest  płynnym  demonem  i  temperatura  rośnie,  gdy  zstępuje  się  w  jego  stronę,  a  jeśli 

przebije  się  skorupę  ziemską,  to  ogień  wytryśnie  na  zewnątrz  i  stopione  materiały  utworzą 

wulkan.  Z  drugiej  strony  wiem,  Ŝe  wulkany  są  dziełem  duchów  ognia,  które  jeŜeli  się  je 

background image

podraŜni, topią skałę wokół siebie i wyrzucają ją w górę. śyją na niewielkich głębokościach. 

MoŜna zejść znacznie poniŜej ich siedzib i temperatura nie wzrośnie. Gdy zejdzie się na sam 

dół, dociera się do środka świata, który nie jest płynny. Znajduje się tam Maszyna, która ma 

wielkie  spręŜyny,  jak  w  zegarze,  dźwignie,  bloki  i  przeciwwagi.  Wiem,  Ŝe  to  prawda,  gdyŜ 

byłem w tamtych okolicach i dotarłem w jej pobliŜe. Niemniej jednak na Jasnej Stronie potrafią 

udowodnić,  Ŝe  ich  pogląd  jest  prawdziwy.  Jeden  z  nich  o  mało  kiedyś  mnie  nie  przekonał, 

mimo Ŝe wiem lepiej. Jak to moŜliwe? 

— Obaj mieliście rację — odpowiedział Anioł Jutrzenki. — Opisywaliście tę samą rzecz, 

choć Ŝaden z was nie umiał dostrzec, jaka jest naprawdę. KaŜdy z was patrzy na rzeczywistość 

tak,  aby  utrzymać  ją  w  zgodzie  z  waszymi  środkami  panowania  nad  nią.  Nad  czym  nie 

potraficie zapanować — przeraŜa was. Czasem więc nie potraficie się nawzajem zrozumieć — 

dla was maszyna, dla nich demon. 

— Wiem równieŜ, Ŝe gwiazdy są siedliskiem bogów i duchów, czasem przyjaznych, czasem 

nie,  najczęściej  obojętnych.  Nie  znajdują  się  daleko.  Gdy  się  uŜyje  odpowiednich  zaklęć, 

moŜna z nimi nawiązać kontakt. JednakŜe mieszkańcy Jasnej Strony mówią, Ŝe gwiazdy leŜą 

bardzo daleko i nikt na nich nie mieszka? A więc...? 

— Są to dwa sposoby patrzenia na rzeczywistość, oba z nich są prawdziwe. 

— JeŜeli są dwa sposoby, to dlaczego nie moŜe być trzeciego? I czwartego? Wreszcie tylu, 

ilu jest ludzi? 

— Tak właśnie jest — odrzekł Anioł Jutrzenki. 

— Który z nich jest więc prawdziwy? 

— Wszystkie. 

— Ale czy moŜna zobaczyć, jak jest naprawdę, pod tym wszystkim? Czy to moŜliwe? 

Anioł Jutrzenki nie odpowiedział. 

— A ty? — zapytał Jack. — Czy widziałeś kiedyś rzeczywistość? 

— Widzę obłoki i spadające kamienie. Czuję powiew wiatru. 

— Dzięki nim moŜesz w jakiś sposób poznać inne rzeczy. 

— Nie jestem wszechwiedzący. 

— 

Ale czy moŜesz zobaczyć rzeczywistość? 

— Pewnego razu... Czekam na wschód słońca. To wszystko. 

Jack  spojrzał  na  wschód  w  stronę  róŜowych  obłoków,  wsłuchał  się  w  odgłos  wiatru  i 

spadających kamieni, nie odnalazł w tym jednak Ŝadnej mądrości. 

— Wiesz dokąd idę i co pragnę uczynić — powiedział po dłuŜszej chwili. — Wiesz co się 

stanie  w  odległej  przyszłości  i  kim  wtedy  będę.  Widzisz  wszystkie  rzeczy  ze  swej  góry. 

Prawdopodobnie wiesz nawet kiedy umrę swą ostatnią śmiercią i w jaki sposób to się stanie. W 

porównaniu z tobą moje Ŝycie jest pozbawione znaczenia, moje wysiłki niezdolne wpłynąć na 

bieg wypadków. 

— Tak nie jest — odrzekł Anioł Jutrzenki. 

background image

— Mam wraŜenie, Ŝe mówisz tak wyłącznie po to, aby mnie pocieszyć. 

— Nie, dlatego, Ŝe nad twoim Ŝyciem rozciąga się cień nieprzenikniony dla mojego wzroku. 

— Z jakiego powodu? 

— MoŜliwe, Ŝe nasze losy są w jakiś sposób związane ze sobą. Rzeczy, które wpływają na 

mój los, są dla mnie niewidoczne. 

— To juŜ jest jakaś odpowiedź — odrzekł Jack. 

—  MoŜliwe  teŜ,  Ŝe  gdy  zdobędziesz  to,  czego  szukasz,  znajdziesz  się  poza  granicą 

przewidywalności. 

Jack roześmiał się. 

— To by było przyjemne — powiedział. 

— MoŜe nie takie przyjemne jak ci się zdaje. 

Jack wzruszył ramionami. 

— Tak czy inaczej nie mam wyboru. PoŜyjemy, zobaczymy. 

W  dole,  po  lewej  stronie  wodospad  spadał  setki  stóp  i  znikał  za  skalnym  występem  tak 

daleko, Ŝe nie moŜna było usłyszeć jego odgłosu. Znacznie niŜej szeroki  strumień płynął po 

równinie,  torując  sobie  drogę  przez  ciemny  las.  Jeszcze  dalej  moŜna  było  dostrzec  dym, 

unoszący  się  nad  wioską  u  jego  brzegu.  Przez  chwilę,  nie  wiedząc  dlaczego,  Jack  zapragnął 

znaleźć się tam, spacerować po podwórzach, zaglądać w okna. 

—  Dlaczego  Upadła  Gwiazda  —  zapytał  —  która  przyniosła  nam  znajomość  magii,  nie 

udzieliła jej równieŜ mieszkańcom Jasnej Strony? 

— Zapewne bardziej teologicznie nastawieni spośród jej mieszkańców zapytaliby, dlaczego 

nie przyniosła na Ciemną Stronę znajomości nauki? Co to za róŜnica? Słyszałem zresztą, Ŝe 

obie nie są darem Upadłej Gwiazdy, lecz dziełem ludzi, jej darem zaś była świadomość, zdolna 

tworzyć swe własne systemy. 

Nagle, sapiąc i dysząc, z łopotem ciemnozielonych skrzydeł, na ich skalną półkę siadł smok. 

Wiatr zakłócił odgłos jego przybycia. LeŜał, wypuszczając z siebie słabe płomienie. Po chwili 

podniósł w górę swe czerwone oczy, przypominające jabłka. 

— Witaj, Aniele Jutrzenki — powiedział. — Mam nadzieję, Ŝe pozwolisz mi odpocząć tutaj 

przez chwilę. Ufff! 

Wypuścił większy płomień, który oświetlił cały szczyt. 

— MoŜesz tu odpocząć — powiedział Anioł Jutrzenki. 

Smok zauwaŜył Jacka i wbił w niego wzrok. 

— Jestem juŜ za stary, aby latać nad tymi górami — powiedział — a najbliŜsze owce są w 

wiosce po drugiej stronie. 

Jack stanął w cieniu Anioła Jutrzenki. 

— Dlaczego więc nie przeniesiesz się na drugą stronę? 

—  Nie  lubię  światła  —  odpowiedział  smok.  —  Potrzebuję  ciemnego  legowiska.  Czy  on 

naleŜy do ciebie? — zapytał Anioła. 

background image

— Kto? 

— Ten człowiek. 

— Nie. NaleŜy do samego siebie. 

— To świetnie. Mogę zaoszczędzić sobie podróŜy, a przy okazji oczyścić twój szczyt. On 

jest większy od owcy, choć z pewnością mniej smaczny. 

Jack skrył się  całkowicie w cieniu. Smok wypuścił fontannę ognia w jego kierunku. Jack 

zaczerpnął płomienie do płuc, po czym wypuścił je z powrotem w stronę smoka. Ten wrzasnął 

ze zdumienia. Przetarł skrzydłem oczy, które nagle zaszły łzami. Cień podpełzł w jego stronę, 

zakrywając jego głowę. Nagła wilgoć udaremniła kolejną próbę uŜycia płomieni. 

—  To  ty!  —  krzyknął  smok  w  stronę  ukrytej  w  cieniu  postaci.  —  Myślałem,  Ŝe  jesteś 

człowiekiem  z  Krainy  Zmierzchu,  który  przyszedł  zawracać  głowę  naszemu  drogiemu 

Aniołowi  Jutrzenki.  Teraz  cię  poznaję.  To  ty  jesteś  tym  człowiekiem,  który  okradł  mój 

skarbiec!  Co  zrobiłeś  z  moim  diademem  z  jasnego  złota  ozdobionym  turkusami,  z  moimi 

czternastoma  pięknie  wykonanymi  bransoletami  ze  srebra  i  z  moim  workiem  klejnotów  w 

liczbie dwudziestu siedmiu? 

— Są teraz częścią mojego skarbca — odparł Jack. — Radziłbym ci odejść stąd. Choć jesteś 

większy od owcy i z pewnością mniej smaczny, mogę się tobą poŜywić. 

Wypuścił kolejny płomień w stronę smoka, który oddalił się na bezpieczną odległość. 

— Miej litość! — zawołał smok. — Pozwól mi odpocząć jeszcze przez chwilę. Zaraz stąd 

odejdę. 

— ZjeŜdŜaj stąd natychmiast! 

— Jesteś okrutny, człowieku z cienia — westchnął smok. — JuŜ idę. 

Podniósł się, zachowując równowagę przy pomocy długiego ogona i powlókł się sapiąc w 

stronę krawędzi. Obejrzał się do tyłu. — Jesteś podły — powiedział i skoczył w przepaść. 

Jack  zbliŜył  się  do  krawędzi,  aby  patrzeć  na  jego  upadek.  Gdy  wydawało  się  juŜ,  Ŝe 

roztrzaska się o górski stok, rozwinął skrzydła i poleciał, kierując się w stronę wioski w lesie. 

—  Zastanawiam  się,  jaką  wartość  posiada  świadomość  —  powiedział  Jack  —  skoro  nie 

moŜe zmienić jego zwierzęcej natury. 

—  PrzecieŜ  smok  był  kiedyś  człowiekiem  —  odrzekł  Anioł  Jutrzenki.  —  To  chciwość 

zmieniła go w to, czym teraz jest. 

— Znam to zjawisko. Sam przez pewien czas byłem szczurem. 

—  Potrafiłeś  jednak  przezwycięŜyć  swoje  instynkty  i  z  powrotem  stać  się  człowiekiem. 

MoŜe smokowi teŜ się kiedyś uda. To dzięki świadomości udało ci się przezwycięŜyć czynniki, 

dzięki którym byłeś przewidywalny. Ona zawsze zmienia tych, którzy ją posiadają. Dlaczego 

nie zabiłeś smoka? 

— Nie było potrzeby — Jack roześmiał się. — Jego padlina zasmrodziłaby twoją górę. 

— MoŜe doszedłeś do wniosku, Ŝe nie naleŜy go zabijać, gdyŜ nie moŜesz go zjeść ani nie 

stanowi on dla ciebie Ŝadnego zagroŜenia. 

background image

— Nie — odpowiedział Jack. — GdyŜ w ten sposób spada na mnie odpowiedzialność za 

ś

mierć owcy, co w przyszłości pozbawi pewnego wieśniaka posiłku. 

Nagle Jack usłyszał ostry, trzaskający dźwięk, którego przez kilkanaście sekund nie umiał 

rozpoznać.  Anioł  Jutrzenki  zgrzytał  zębami.  Poczuł  zimny  powiew  wiatru.  Światło  na 

wschodzie przygasło. 

— Być moŜe masz rację co do świadomości... — powiedział Anioł Jutrzenki cicho, jakby 

mówił do siebie. Opuścił lekko swą wielką czarną głowę. 

Jack  poczuł  się  nieswojo.  Odwrócił  głowę  i  spojrzał  w  kierunku  białej  nie  migającej 

gwiazdy, której szybki ruch z prawa na lewo na wschodzie nieba zawsze był dla niego zagadką. 

—  Władca  tej  gwiazdy  —  powiedział  —  nie  odpowiada  na  Ŝadne  próby  porozumienia. 

Porusza  się  ona  inaczej  niŜ  pozostałe  gwiazdy  i  znacznie  szybciej.  Jej  światło  nie  mruga. 

Dlaczego tak jest? 

—  To  nie  jest  prawdziwa  gwiazda,  lecz  sztuczny  obiekt  umieszczony  na  orbicie  ponad 

Krainą Zmierzchu przez uczonych z Jasnej Strony. 

— W jakim celu? 

— Aby obserwować granice. 

— Po co? 

— CzyŜ oni się was nie boją? 

— 

Nie  mamy  Ŝadnych  zamiarów  odnośnie  Krainy  Światła.  Wiem  o  tym.  Czy  jednak  wy 

równieŜ nie obserwujecie granicy na swój sposób? — zapytał Jack. 

— Oczywiście. 

— Po co? 

— Aby wiedzieć, kto ją przekracza. 

—  A  więc  nie  kryje  się  za  tym  nic  więcej?  —  Jack  Ŝachnął  się.  —  Jeśli  ten  przedmiot 

znajduje się rzeczywiście ponad Krainą Zmierzchu, musi podlegać prawom magii w równym 

stopniu jak swoim własnym. Odpowiednio silne zaklęcie moŜe go strącić. Pewnego dnia zrobię 

to. 

— Po co? 

— Aby udowodnić, Ŝe moja magia jest silniejsza od ich nauki. Pewnego dnia tak będzie. 

— Byłoby niewskazane, Ŝeby któraś z nich zdobyła przewagę. 

— Dlaczego nie? Jeśli samemu jest się po silniejszej stronie. 

— Sam jednak zamierzasz uŜyć ich metod, aby zwiększyć skuteczność swego działania. 

— Jestem zdecydowany uŜyć wszelkich środków, które prowadzą do celu. 

— Ciekaw jestem, co z tego ostatecznie wyniknie. 

Jack stanął na wschodniej krawędzi szczytu, znalazł oparcie dla stóp i spojrzał w górę. 

—  Niestety  nie  mogę  czekać  tutaj  z  tobą  na  wschód  słońca.  Muszę  sam  udać  się  w  jego 

stronę. Do widzenia, Aniele Jutrzenki. 

— Dzień dobry, Jack. 

background image

Jack  wyruszył  w  stronę  słońca  z  workiem  na  plecach  jak  domokrąŜca.  Szedł  przez  ruiny 

dawno zburzonego miasta Trupia Stopa, nie spoglądając nawet na pokryte bluszczem świątynie 

bezuŜytecznych bogów,  jego najsławniejszą atrakcję turystyczną. Na ich  ołtarzach nigdy nie 

pojawiały  się  ofiary,  które  by  było  warto  ukraść.  Szedł  z  głową  szczelnie  owiniętą  chustką 

przez  sławną  Aleję  Śpiewających  Posągów.  KaŜdy  z  nich,  za  Ŝycia  znany  indywidualista, 

wtórował  krokom  Jacka  własną  melodią.  W  końcu  po  biegu  (gdyŜ  aleja  była  długa)  Jack 

opuścił ją ogłuszony, zdyszany i z bolącą głową. Zatrzymał się w połowie przekleństwa, gdyŜ 

zabrakło mu słów. Opuścił pięść. Nie potrafił sobie wyobrazić Ŝadnej plagi, która do tej pory 

nie nawiedziłaby opuszczonych ruin. Gdy ja będę miał władzę — pomyślał — wszystko się 

zmieni. Nie pozwolę, Ŝeby miasta budowano tak chaotycznie. 

Władzę? 

Ta  myśl  przyszła  mu  do  głowy  po  raz  pierwszy.  Dlaczego  nie?  Jeśli  zdobędę  to,  czego 

szukam,  będę  mógł  osiągnąć  wszystko,  czego  zapragnę.  Gdy  juŜ  się  zemszczę,  będę  musiał 

zawrzeć porozumienie z tymi, którzy teraz są przeciwko mnie. Najlepiej rozmawiać z nimi jako 

zdobywca. Jestem jedynym, który nie potrzebuje stałego ośrodka mocy. Gdy zdobędę Utracony 

Klucz,  Kolwynię,  będę  mógł  pokonać  ich  na  ich  własnym  terenie.  Z  pewnością  ta  myśl  od 

dawna była ze mną. Wynagrodzę Rosalie za to, Ŝe wskazała mi drogę. Trzeba teŜ powiększyć 

moją listę. Kiedy juŜ zemszczę się na Królu Nietoperzy, Benonim, Smage’u, Quazarze i Blicie, 

zajmę się teŜ Baronem i sprawię, Ŝe Pułkownik Który Nigdy Nie Umarł będzie musiał zmienić 

imię. 

Rozbawiła go myśl, Ŝe ma ze sobą w worku, między innymi, równieŜ te rękopisy, których 

strata wzbudziła gniew Króla Nietoperzy. W pewnej chwili powaŜnie zastanawiał się, czy ich 

nie zwrócić w zamian za wolność. Jedyną rzeczą, która go powstrzymała, była myśl, Ŝe Król 

Nietoperzy albo przyjąłby je z powrotem i nie uwolnił go, albo, co gorsza, dotrzymał słowa. 

Konieczność  zwrotu  tego,  co  ukradł,  byłaby  najpowaŜniejszą  utratą  twarzy  w  całym  Ŝyciu 

Jacka. Mógłby zmazać tę plamę tylko zdobywając moc, która pozwoliłaby mu się zemścić na 

Królu  Nietoperzy,  co  właśnie  zamierzał  zrobić  teraz.  Bez  rękopisów  byłoby  to  znacznie 

trudniejsze i... 

Zakręciło  mu  się  w  głowie.  Miałem  rację  —  pomyślał  —  kiedy  rozmawiałem  z  Aniołem 

Jutrzenki. Świadomość jest jak hałas wywoływany przez dwieście posągów w Trupiej Stopie. 

Przynosi tylko zamieszanie i ból głowy. 

Daleko po prawej stronie ponownie ujrzał sztucznego satelitę. W miarę jak szedł naprzód, 

robiło  się  coraz  jaśniej.  Na  polach  pojawiły  się  pierwsze  plamy  zieleni.  Obłoki  przed  nim 

jaśniały.  Po  raz  pierwszy  od  stuleci  usłyszał  śpiew  ptaka.  Dostrzegł  go  na  gałęzi  dzięki 

barwnym piórom. 

Dobry znak — pomyślał. — Wita mnie piosenką. 

Zgasił  ognisko  i  ukrył  dokładnie  jego  ślady,  wraz  z  kośćmi  i  piórami,  zanim  wyruszył  w 

dalszą drogę w stronę dnia. 

background image

7. 

 

Gdzieś w połowie semestru zaczął wyczuwać, Ŝe coś się święci. Nie mógł być pewien, o co 

chodzi.  W  tym  miejscu  był  skazany  na  poleganie  na  tych  samych  zmysłach,  co  inni.  Coś 

nadchodziło po omacku, klucząc, zawracając, ukrywając się, gubiąc jego ślad i znajdując go. 

Wiedział  o  tym,  nie  potrafił  jednak  rozpoznać  natury  niebezpieczeństwa.  W  niektórych 

momentach, takich jak ten, czuł, Ŝe jest ono coraz bliŜej. 

Przeszedł  na  piechotę  siedem  przecznic  z  uniwersytetu  do  „Ziemianki”.  Po  drodze  mijał 

wieŜowce  o  wąskich  oknach.  Mimo  upływu  lat  woń  spalin  odczuwalna  na  ulicach  wciąŜ 

draŜniła  jego  nozdrza.  Odwracając  głowę,  kierował  się  przez  leŜące  na  chodniku  puszki  po 

piwie i odpadki wysypujące się z przerw pomiędzy budynkami. Ludzie o twarzach bez wyrazu 

spoglądali  na  niego  przez  okna,  mijali  go  na  schodach  i  na  chodniku.  Wysoko  nad  nim 

przeleciał  z  hukiem  samolot  pasaŜerski.  Z  jeszcze  większej  wysokości  nieruchome  słońce 

usiłowało przygwoździć go do gorącego chodnika. Dzieci bawiące się odkręconym hydrantem 

spojrzały na niego, gdy przechodził. Wilgotne powietrze stwarzało fałszywą nadzieję na wiatr. 

Woda  bulgotała.  W  pobliŜu  słychać  było  ochrypły  głos  ptaka.  Wyrzucił  niedopałek  do 

rynsztoka i spojrzał, jak odpływa. 

Tyle wkoło światła, a ja w ogóle nie rzucam cienia — pomyślał. Dziwne, Ŝe nikt tego nie 

zauwaŜył. Swoją drogą ciekawe, gdzie go zostawiłem? 

W  miejscach,  gdzie  światło  było  przytłumione,  czuł  się  inaczej.  To  było,  jakby  jeden  z 

elementów,  z  których  składa  się  świat,  pojawiał  się  i  znikał.  W  cieniu  wyczuwał  związek 

wszystkich  rzeczy  ze  sobą,  niedostrzegalny  dla  niego  w  pełnym  świetle  dnia.  Pojawiały  się 

wtedy równieŜ inne odczucia, jak gdyby cienie wciąŜ próbowały do niego przemawiać, mimo 

Ŝ

e stał się głuchy. Dlatego teŜ, wchodząc do ciemnego baru wiedział, Ŝe to, co go ściga, zbliŜa 

się coraz bardziej. 

Wchodząc do „Ziemianki” pozostawił za sobą Ŝar wiecznego dnia. Ujrzał jej ciemne włosy, 

lśniące w czerwonawym świetle świec. Przeciskał się w jej stronę. Po raz pierwszy od chwili, w 

której  opuścił  salę  wykładową  poczuł  się  bezpieczny.  Usiadł  na  krześle  naprzeciw  niej  i 

uśmiechnął się. 

— Cześć, Clare. 

Spojrzała na niego, otwierając szeroko swe ciemne oczy. 

— John! Znowu mnie przestraszyłeś. Pojawiasz się tak nagle. 

Nie przestawał się uśmiechać, przyglądając się jej. Miała nieco zbyt ostre rysy twarzy, ślady 

background image

po okularach, pod oczami niewielkie worki. Niesforne kosmyki włosów spadały jej na brwi. 

— Jak domokrąŜca — powiedział. — Spójrz, nadchodzi kelner. 

— Piwo. 

— Piwo. 

Westchnęli  głęboko,  przechylili  się  do  tyłu  i  spojrzeli  na  siebie  nawzajem.  Nagle 

wybuchnęła śmiechem. 

— Co za rok — oznajmiła. — Cieszę się, Ŝe ten semestr juŜ się skończył. 

Skinął głową. 

— Najliczniejszy kurs, jaki pamiętam. 

— Pomyśl o wszystkich ksiąŜkach, których nam nie oddadzą... 

— Zgłoś się do sekretariatu — powiedział — i daj im listę nazwisk. 

— Absolwenci będą ignorować monity. 

— Pewnego dnia będą potrzebować odpisu dyplomu. Wtedy zaskoczysz ich wiadomością, 

Ŝ

e go nie dostaną, dopóki nie zapłacą kary. 

Spojrzała na niego. 

— Świetny pomysł. 

— Jasne. Jeśli będzie to warunek otrzymania pracy, przyniosą ksiąŜki w zębach. 

— Minąłeś się z powołaniem. Powinieneś zostać administratorem, nie antropologiem. 

— Byłem tym, kim chciałem zostać. 

— Dlaczego mówisz w czasie przeszłym? — zapytała. 

— Nie wiem. 

— Czy coś się stało? 

— Nic takiego. 

Czuł, Ŝe się zbliŜa. 

— Czy masz jakieś kłopoty z kontraktem? — zapytała. 

— Nie, Ŝadnych — odpowiedział. 

Przyniesiono piwo. Podniósł je do ust i zaczął pić. Pod stołem dotknął jej nogi swoją. 

Nie  cofnęła  się.  Nigdy  tego  nie  robiła.  Ani  przede  mną,  ani  przed  kimkolwiek  innym  — 

pomyślał Jack. — Niezła z niej sztuka, ale za bardzo chce wyjść za mąŜ. Naciskała na mnie 

przez cały semestr, a teraz... — urwał myśl. 

Gdyby spotkał ją wcześniej, mógłby się z nią oŜenić. Nie miałby wyrzutów sumienia, gdyby 

wracając  tam,  gdzie  musiał  wrócić,  zostawił  za  sobą  Ŝonę.  Poznał  ją  jednak  dopiero  w  tym 

semestrze, gdy sprawa dobiegała juŜ końca. 

— Co z tym urlopem, o którym mówiłeś? — zapytała. — Czy jest juŜ decyzja? 

— Jeszcze nie wiem. ZaleŜy od wyników moich obecnych badań. 

— Jak dalece jesteś zaawansowany? 

— Dowiem się, gdy otrzymam dostęp do komputera. 

— Niedługo? — zapytała. 

background image

Jack spojrzał na zegarek. Skinął głową. 

— AŜ tak niedługo? I co, jeśli rezultaty będą obiecujące? 

Zapalił papierosa. 

— W takim razie w najbliŜszym semestrze — odpowiedział. 

— Ale mówiłeś, Ŝe twój kontrakt... 

— Jest w porządku. Jeszcze go nie podpisałem. 

— Powiedziałeś mi kiedyś, Ŝe Quilian cię nie lubi. 

— To prawda. Jest staromodny. UwaŜa, Ŝe za duŜo czasu spędzam przy komputerze, a za 

mało w bibliotece. 

Uśmiechnęła się. 

— Ja teŜ tak robię. 

—  W  kaŜdym  razie  jestem  zbyt  popularnym  wykładowcą,  Ŝeby  mi  nie  przedłuŜono 

kontraktu. 

— Dlaczego więc go nie podpisujesz? Chcesz więcej pieniędzy? 

— Nie. Jeśli poproszę o urlop i Quilian mi odmówi, będzie zabawne, jak mu powiem, Ŝeby 

się  wypchał  ze  swoim  kontraktem.  Jeśli  to  będzie  konieczne  dla  moich  badań,  odejdę  z 

uniwersytetu, ale wcześniej powiem doktorowi Quilianowi, gdzie moŜe sobie wsadzić swoją 

ofertę. 

Wypiła łyk piwa. 

— Musisz być na tropie czegoś waŜnego? 

Wzruszył ramionami. 

— Co z twoim seminarium? — zapytał. 

— Profesor Weatherton najwyraźniej nie moŜe cię przełknąć. Poświęcił większość swego 

wykładu na zwalczanie twoich tez o zwyczajach i wierzeniach Ciemnej Strony. 

— Nasze poglądy róŜnią się, ale on nigdy nie był na Ciemnej Stronie. 

— Twierdzi, Ŝe ty równieŜ nie byłeś. Zgadza się, Ŝe to społeczeństwo feudalne, Ŝe niektórzy 

z jego ksiąŜąt naprawdę  mogą wierzyć, Ŝe panują nad wszystkim w swoich królestwach, ale 

absolutnie nie wierzy, Ŝeby byli ze sobą związani luźnym przymierzem opartym na załoŜeniu, 

Ŝ

e niebo spadnie na ziemię, jeśli nie będą wspólnie utrzymywać pewnego rodzaju tarczy przy 

uŜyciu magicznych środków. 

— Co więc utrzymuje wszystko na tamtej stronie przy Ŝyciu? 

—  Ktoś  zadał  mu  to  samo  pytanie.  Odpowiedział,  Ŝe  to  problem  dla  fizyków,  nie 

socjologów. Sam podejrzewa, Ŝe działają tu przecieki z naszych pól ochronnych. 

Jack Ŝachnął się. 

— Chciałbym zabrać go kiedyś w teren, razem z jego koleŜką Quilianem. 

— Ja wiem, Ŝe byłeś na Ciemnej Stronie — powiedziała. — Myślę, Ŝe twoje związki z nią są 

silniejsze niŜ sam mówisz. 

— Co masz na myśli? 

background image

—  Wiedziałbyś,  gdybyś  mógł  zobaczyć  siebie  w  tej  chwili.  Przez  długi  czas  nie  mogłam 

pojąć, co powoduje, Ŝe  wyglądasz osobliwie w takich miejscach jak to.  To twoje oczy. Gdy 

tylko  to  zauwaŜyłam,  stało  się  to  dla  mnie  oczywiste.  Są  bardziej  wraŜliwe  na  światło,  niŜ 

jakiekolwiek oczy, które widziałam do tej pory. Gdy tylko wyjdziesz ze światła w takie miejsce 

jak  to,  twoje  źrenice  stają  się  olbrzymie.  Wokół  nich  zostaje  tylko  wąski  rąbek  tęczówki. 

ZauwaŜyłam  teŜ,  Ŝe  okulary  słoneczne,  które  wciąŜ  nosisz  są  znacznie  ciemniejsze  od 

zwyczajnych. 

— Cierpię na chorobę oczu. Nadmiar światła im szkodzi. 

— Tak, to właśnie powiedziałam. 

Uśmiechnął się do niej. Skruszył papierosa w ręku. Jak na znak z głośnika umieszczonego 

wysoko na ścianie pod barem popłynęła łagodna, nuŜąca muzyka. Pociągnął kolejny łyk piwa. 

—  Przypuszczam,  Ŝe  Weatherton  miał  teŜ  co  nieco  do  powiedzenia  na  temat 

zmartwychwstania ciał? 

— Tak. 

Gdybym  zginął  tutaj?  —  pomyślał.  —  Co  by  się  stało?  Czy  powrót  do  Glyve  byłby  mi 

odmówiony? 

— Co się stało? — zapytała. 

— Dlaczego pytasz? 

— Twoje nozdrza rozszerzyły się, a brwi ściągnęły. 

— Za duŜo czasu poświęcasz na studiowanie rysów twarzy. Po prostu nie mogę znieść tej 

muzyki. 

— Lubię patrzeć na ciebie — odrzekła. — Chodźmy do mnie. Zagram ci coś innego. Mam 

teŜ jedną rzecz, którą chciałabym ci pokazać i o którą chciałam cię zapytać. 

— Co to takiego? 

— Wolałabym później. 

— Jak uwaŜasz. 

Skończyli piwo. Jack zapłacił rachunek. Poczucie zagroŜenia zmniejszyło się wyraźnie, gdy 

znaleźli się na zewnątrz. 

Weszli  po  schodach  do  jej  mieszkania  na  trzecim  piętrze.  TuŜ  po  wejściu  zatrzymała  się, 

wydając cichy okrzyk zdziwienia. Jack odsunął ją na bok. Zatrzymał się. 

— Co się stało? — zapytał przeszukując pokój wzrokiem. 

—  Na  pewno  wszystko  zostawiłam  na  swoim  miejscu  jak  wychodziłam.  Te  papiery  na 

podłodze... Nie wydaje mi się, Ŝeby krzesło stało tam. Ta otwarta szuflada. Drzwi do szafki... 

Jack  cofnął  się.  Przyjrzał  się  zamkowi  w  drzwiach,  poszukując  śladów  wytrycha.  Nie 

znalazł ich. Wszedł do środka. Gdy znalazł się w sypialni, usłyszała dźwięk, który mógł być 

tylko szczęknięciem noŜa spręŜynowego. Po chwili wyszedł stamtąd i przeszedł do drugiego 

pokoju, następnie do łazienki. Gdy wrócił, zapytał: 

— Czy zostawiłaś okno przy stole otwarte? 

background image

— Chyba tak — powiedziała. — Tak, na pewno. 

Westchnął. Obejrzał dokładnie parapet. 

—  Prawdopodobnie  wiatr  rozrzucił  twoje  papiery  —  powiedział.  Jeśli  chodzi  o  szafkę  i 

szufladę, załoŜę się, Ŝe zostawiłaś je otwarte i zapomniałaś, Ŝe przestawiłaś krzesło. 

— Zawsze dbam o porządek — powiedziała, zamykając za sobą drzwi. Odwróciła się. — 

Myślę, Ŝe masz rację — dodała. 

— Dlaczego się denerwujesz? 

Zaczęła zbierać papiery z podłogi. 

— Skąd masz ten nóŜ? — zapytała. 

— Jaki nóŜ? 

Zatrzasnęła szafkę i spojrzała na niego. 

— Ten, który miałeś w ręku przed minutą. Jack wyciągnął przed siebie puste dłonie. 

— Nie mam Ŝadnego noŜa. MoŜesz mnie przeszukać, jeśli chcesz. Nie znajdziesz przy mnie 

broni. 

Zamknęła otwartą szufladę, nachyliła się, otworzyła drugą i wyjęła z niej paczkę zawiniętą 

w gazetę. 

— To jest jeden z powodów — powiedziała. — Dlaczego się denerwuję? Właśnie dlatego! 

PołoŜyła  paczkę  na  stole  i  rozwiązała  sznurki.  Stanął  przy  jej  boku  i  przyglądał  się,  jak 

rozpakowuje paczkę. W środku były trzy bardzo stare ksiąŜki. 

— Myślałem, Ŝe odniosłaś je juŜ z powrotem. 

— Miałam zamiar... 

— Tak się umówiliśmy. 

— Chcę wiedzieć gdzie i w jaki sposób je zdobyłeś. 

Jack potrząsnął głową. 

— Zgodziliśmy się teŜ, Ŝe jeśli je odzyskam, nie będziesz zadawać mi takich pytań. 

PołoŜyła ksiąŜki obok siebie. Wskazała palcem na grzbiet jednej i okładkę drugiej. 

— Jestem pewna, Ŝe nie było ich przedtem. To są plamy z krwi, prawda? 

— Nie mam pojęcia. 

— Próbowałam zetrzeć jedną z nich wilgotną szmatką. Wyglądała na skrzepłą krew. 

Wzruszył ramionami. 

— Gdy ci powiedziałam, Ŝe skradziono je z magazynu rzadkich ksiąŜek, oświadczyłeś, Ŝe 

moŜesz  je  odzyskać.  Zgodziłam  się.  Zgodziłam  się  równieŜ  na  to,  Ŝe  jeśli  dostaniemy  je  z 

powrotem,  pozostaniesz  anonimowy.  śadnych  pytań.  Nigdy  bym  nie  pomyślała,  Ŝe  aby  je 

odzyskać,  potrzebny  będzie  rozlew  krwi.  Same  plamy  nie  wzbudziłyby  we  mnie  takich 

podejrzeń,  gdybym  nie  zastanowiła  się  nad  tobą  i  nie  zdała  sobie  sprawy,  jak  mało  o  tobie 

wiem. Dopiero wtedy zauwaŜyłam takie rzeczy, jak twoje oczy i to, jak cicho się poruszasz. 

Słyszałam, Ŝe masz przyjaciół wśród przestępców, potem napisałeś kilka artykułów na temat 

kryminologii,  a  nawet  prowadziłeś  wykłady  z  tej  dziedziny,  wszystko  więc  wydawało  się  w 

background image

porządku.  Teraz  widzę,  Ŝe  chodzisz  po  moim  pokoju  z  noŜem,  najwyraźniej  gotowy  zabić 

intruza. śadna ksiąŜka nie jest warta Ŝycia ludzkiego. Nasza umowa jest niewaŜna. Powiedz 

mi, jak je zdobyłeś. 

— Nie. 

— Muszę się dowiedzieć. 

— Specjalnie zaaranŜowałaś tę scenę, kiedy szliśmy tutaj, aby zobaczyć, jak zareaguję. 

Zaczerwieniła się. 

Obawiam  się,  Ŝe  spróbuje  zmusić  mnie  do  małŜeństwa  szantaŜem,  jeśli  będzie  się  jej 

wydawało, Ŝe moŜe z tego zrobić duŜą sprawę — pomyślał. 

—  No,  dobrze  —  powiedział.  Wcisnął  ręce  do  kieszeni  i  spojrzał  przez  okno.  — 

Dowiedziałem się, kto to zrobił. Próbowałem się z nim dogadać, ale nie wyszło, więc złamałem 

mu nos. Pechowo zakrwawił ksiąŜkę. Nie zdołałem wytrzeć wszystkich plam. 

— Och — powiedziała. 

Odwrócił się i spojrzał na jej twarz. 

— To juŜ wszystko — powiedział. ZbliŜył się do niej i pocałował ją. Po chwili rozluźniła się 

w jego objęciach. Przez moment masował jej plecy. Potem jego ręce powędrowały w kierunku 

pośladków. 

Udało się — pomyślał, przesuwając je w stronę klatki piersiowej i guzików jej bluzki. 

— Przepraszam cię — westchnęła. 

— Nic nie szkodzi — powiedział, rozpinając je — wszystko w porządku. 

Po  wszystkim  spojrzał  na  poduszkę  zasłoniętą  jej  włosami.  Zastanawiał  się  nad  swoją 

reakcją. Ponownie odczuł czyjąś obecność, tym razem tak blisko jakby tamten znajdował się 

tuŜ obok. Rozejrzał się szybko po pokoju. Był pusty. 

Przysłuchując się odgłosom ruchu ulicznego, zdecydował się wypalić papierosa i zabierać 

się stąd. 

Okno zadrŜało pod wpływem huku odrzutowca, jakby potrącone niewidzialną ręką. 

Powoli  zbierające  się  chmury  zasłoniły  w  końcu  słońce.  Wiedząc,  Ŝe  przyjechał  za 

wcześnie, postawił swój samochód na parkingu dla pracowników uniwersytetu. Wziął ze sobą 

teczkę. W bagaŜniku zostawił trzy torby podróŜne. Odwrócił się i ruszył na piechotę przez teren 

uczelni. Odczuwał potrzebę ciągłego pozostawania w ruchu, aby w razie potrzeby móc rzucić 

się do ucieczki. Pomyślał o Aniele Jutrzenki, który w tej samej chwili obserwował góry, obłoki 

i  ptaki,  czuł  powiew  wiatru,  deszcz  i  błyskawice.  Zastanawiał  się,  czy  zna  on  kaŜde  jego 

poruszenie.  Czuł,  Ŝe  tak  jest.  śałował,  Ŝe  jego  przyjaciel  nie  jest  przy  nim,  aby  udzielić  mu 

rady. Czy wie on juŜ, a moŜe wiedział juŜ od dawna, czym się zakończy jego przedsięwzięcie? 

Liście  i  trawa  wydawały  się  błyszczeć,  co  niekiedy  zdarza  się  przed  burzą.  WciąŜ  było 

ciepło, lecz lekki wiatr z północy złagodził upał. Uniwersytet był niemal wyludniony. Minął 

grupę studentów, którzy siedzieli przy fontannie, porównując notatki z egzaminu, który właśnie 

się  zakończył.  Dwóch  z  nich  pamiętał  ze  wstępnego  kursu.  Z  antropologii  kulturowej,  który 

background image

prowadził kilka semestrów temu. śaden z nich nie spojrzał w jego stronę, gdy przechodził. 

— John! Doktorze Shade! 

Zatrzymał  się.  Ujrzał  wyłaniającą  się  z  drzwi  niską,  krępą  postać  młodego  asystenta 

Poindextera. Miał on równieŜ na imię John, ale poniewaŜ był nowicjuszem w ich karcianym 

towarzystwie, utarło się, Ŝe zwracano się do niego po nazwisku, w celu uniknięcia pomyłek. 

Jack zmusił się do uśmiechu i skinął głową na powitanie. 

— Cześć, Poindexter. Myślałem, Ŝe juŜ stąd wywiałeś. 

—  Mam  jeszcze  kilka  tych  cholernych  prac  do  oceny  —  powiedział  dysząc  cięŜko.  — 

Wyszedłem  wypić  kubek  czegoś  ciepłego.  Dopiero  gdy  zatrzasnąłem  drzwi  za  sobą, 

zorientowałem  się,  co  zrobiłem.  Zostawiłem  klucze  na  biurku.  W  całym  budynku  nie  ma 

nikogo.  Drzwi  frontowe  równieŜ  są  zamknięte. Stałem  tutaj  czekając  na  straŜnika.  Powinien 

mieć klucz uniwersalny. Widziałeś któregoś z nich? 

Jack potrząsnął głową. 

—  Nie,  dopiero  co  przyszedłem.  Wiem  jednak,  Ŝe  straŜnicy  nie  mają  tego  klucza.  Twoje 

biuro mieści się z tyłu budynku, prawda? 

— Tak. 

— Nie pamiętam, jak to wysoko nad ziemią, ale czy moŜna by wejść przez okno? 

— Za wysoko. Bez drabiny nie da rady. Zresztą obydwa są zamknięte. 

— Chodźmy zobaczyć. 

Poindexter potarł ręką po swym rumianym czole. Skinął głową. Jack skierował się w stronę 

drzwi  wskazanych  przez  Poindextera.  Wyjął  z  kieszeni  pęk  kluczy,  włoŜył  jeden  z  nich  do 

zamka, obrócił go z trzaskiem i otworzył drzwi na ościeŜ. 

— Masz szczęście — powiedział. 

— Skąd masz klucz uniwersalny? 

—  To  nie  jest  klucz  uniwersalny,  to  klucz  od  mojego  pokoju.  Dlatego  mówię,  Ŝe  masz 

szczęście. 

Poindexter uśmiechnął się, ukazując Ŝółtawe zęby. 

— Dziękuję — powiedział. Bardzo dziękuję. Spieszysz się? 

— Nie. Mam jeszcze trochę czasu. 

— W takim razie przyniosę coś z automatu. Muszę trochę odetchnąć. 

— Zgoda. 

Wszedł do środka. Postawił teczkę pod drzwiami. Odgłos kroków Poindextera oddalił się. 

Spojrzał  przez  okno  na  nadciągającą  burzę.  Skądś  dobiegał  głos  dzwonu.  Po  chwili  wrócił 

Poindexter. Jack przyjął od niego kubek gorącego napoju. 

— Jak się czuje twoja matka? — zapytał Jack. 

— Dobrze. Niedługo powinna wyjść. 

— Pozdrów ją ode mnie. 

— Dziękuję. To miło, Ŝe ją odwiedziłeś. 

background image

Pociągnęli łyk ze swoich kubków. 

— Miałem szczęście, Ŝe cię spotkałem — powiedział Poindexter. — MoŜliwe, Ŝe na całej 

uczelni tylko nasze dwa zamki otwierają się tym samym kluczem. Do diabła, cieszyłbym się 

nawet, gdybym spotkał tego ducha, byleby tylko wpuścił mnie do środka. 

— Ducha? 

— Wiesz, najnowszy numer. 

— Obawiam się, Ŝe nie słyszałem o tym. 

— ...Biała istota, którą podobno widziano biegającą wśród drzew i po dachach. 

— Od dawna o tym mówią? 

— Oczywiście, Ŝe nie. W zeszłym semestrze były mutagenne skały w Instytucie Geologii. 

Jeszcze  wcześniej  środki  podniecające  płciowo  w  aparatach  do  chłodzenia  wody,  o  ile 

pamiętam.  Zawsze  to  samo.  Koniec  semestru  jest  jak  koniec  świata  —  pełen  złowieszczych 

znaków. Czy coś się stało? 

— Nic. Papierosa? 

— Dziękuję. 

Jack  usłyszał  w  oddali  odgłos  gromu.  Wszechobecny  odór  unoszący  się  z  laboratoriów 

wywołał nieprzyjemne wspomnienia. To dlatego nigdy nie lubiłem tego budynku — pomyślał. 

— Przez ten odór. 

— Czy zostaniesz u nas na następny semestr? — zapytał Poindexter. 

— Chyba nie. 

— Więc zatwierdzili twój urlop? Moje gratulacje. 

— Niezupełnie. 

Poindexter spojrzał na niego z zatroskaniem spoza grubych szkieł. 

— Chyba nie rezygnujesz? 

— To zaleŜy od kilku rzeczy. 

— Z egoistycznych powodów mam nadzieję, Ŝe zostaniesz. 

— Dziękuję ci. 

— Gdybyś wyjechał, będziesz z nami w kontakcie? 

— Z pewnością. 

Potrzebna mi broń — pomyślał. — Coś lepszego, niŜ mam. Nie mogę poprosić Poindextera. 

Całe szczęście, Ŝe mnie zatrzymał. 

Zaciągnął się papierosem. Spojrzał przez okno. Niebo wciąŜ ciemniało. Na szybie pojawiły 

się pierwsze krople. Skończył pić, wyrzucił kubek do kosza, zgasił papierosa i wstał z krzesła. 

— Muszę juŜ iść, bo inaczej nie zdąŜę do budynku Walkera, zanim zacznie lać. 

Poindexter uścisnął mu rękę na poŜegnanie. 

— Jeśli mamy juŜ się nie zobaczyć przed twoim wyjazdem — powiedział — w takim razie, 

powodzenia. 

— Nawzajem. Klucze! 

background image

— Co? 

— Dlaczego nie włoŜyłeś swoich kluczy do kieszeni, tak na wszelki wypadek? 

Poindexter zaczerwienił się i schował klucze. 

— Masz rację. Nie chciałbym, Ŝeby przytrafiło mi się to po raz drugi. 

Uśmiechnął się. 

— Musisz uwaŜać. 

Wziął w rękę teczkę. Poindexter zapalił lampę na biurku. Na niebie pojawiła się błyskawica, 

po której nastąpił odległy grzmot. 

— Do widzenia. 

— Do widzenia. 

Wyszedł, kierując się w stronę budynku Walkera. Zatrzymał się po drodze, aby włamać się 

do budynku i ukraść butelkę kwasu siarkowego. Zatkał ją szczelnie korkiem. 

background image

8. 

 

Wyrwał  kilka  pierwszych  stron  wydruku  i  rozłoŜył  je  na  stole.  Drukarka  trzaskała  wciąŜ, 

zagłuszając odgłosy deszczu. Zwrócił się w stronę maszyny i wyrwał następną stronę. PołoŜył 

ją na stole obok poprzednich i spojrzał na nie. Od strony okna nadbiegł zgrzytliwy dźwięk. Jack 

uniósł szybko głowę, rozszerzając nozdrza. 

Nic. Zupełnie nic tam nie było. 

Zapalił  papierosa.  Rzucił  zapałkę  na  podłogę.  Zaczął  spacerować  nerwowo  po  pokoju. 

Spojrzał na zegarek. Na lichtarzu migotała świeca. Wosk leniwie spływał w dół. Stanął przy 

oknie i wsłuchiwał się w szum wiatru. 

Nagle usłyszał szczęk zamka. Odwrócił się i spojrzał na drzwi. Do pokoju wszedł wysoki 

męŜczyzna.  Spojrzał  na  Jacka.  Zdjął  z  głowy  czarny  kapelusz  i  połoŜył  go  na  krześle. 

Przeczesał ręką rzadkie, siwe włosy. 

— Doktor Shade — powiedział kłaniając się i rozpinając płaszcz. 

— Doktor Quilian. 

Powiesił płaszcz na drzwiach, wyjął z kieszeni chusteczkę i zaczął wycierać okulary. 

— Jak leci? 

— Nie narzekam. A tobie? 

— Dziękuję, wszystko w porządku. 

Doktor Quilian zamknął drzwi. Jack zwrócił się w stronę maszyny i wyrwał z niej następną 

stronę. 

— Co robisz? 

— Obliczenia do pracy, o której mówiłem ci, jak sądzę, parę tygodni temu. 

— Rozumiem. Dopiero teraz dowiedziałem się, Ŝe pracujesz tutaj — wskazał ręką w stronę 

maszyny.  —  Gdy  tylko  ktokolwiek  zrezygnuje,  natychmiast  zajmujesz  jego  miejsce  przy 

komputerze. 

— Tak, utrzymuję kontakt ze wszystkimi na liście. 

— Ostatnio sporo osób zrezygnowało. 

— To pewnie przez tę grypę. 

— Być moŜe... 

Jack  upuścił  niedopałek  na  podłogę  i  rozdeptał.  Drukarka  przestała  pracować.  Zebrał 

ostatnie strony i połoŜył je na stole obok innych. 

— Mogę zobaczyć, co tam masz? — zapytał. 

background image

— Oczywiście — odpowiedział Jack i wręczył mu papiery. 

— Nic z tego nie rozumiem — powiedział po chwili Quilian. 

—  Zdziwiłbym  się  bardzo,  gdybyś  zrozumiał.  Są  w  wysokim  stopniu  uabstrakcyjnione. 

Będę je musiał z powrotem przetłumaczyć do mojego artykułu. 

—  John  —  powiedział  Quilian.  —  Zaczynam  mieć  dziwne  podejrzenia  w  stosunku  do 

ciebie. 

Jack skinął głową, zapalił kolejnego papierosa i schował papiery. 

— JeŜeli potrzebujesz komputera, to właśnie skończyłem. 

— Wiele myślałem o tobie. Jak długo jesteś z nami? 

— Około pięciu lat. 

Odgłos za oknem powtórzył się. Obaj spojrzeli w tamtą stronę. 

— Co to było? 

— Nie mam pojęcia. 

—  MoŜesz  tu  robić  wszystko,  na  co  masz  ochotę,  John  —  powiedział  po  chwili  Quilian, 

poprawiając okulary. 

— To prawda. Doceniam to. 

—  Przybyłeś  do  nas  z  referencjami  sprawiającymi  korzystne  wraŜenie.  Okazałeś  się  być 

znakomitym ekspertem od kultury Ciemnej Strony. 

— Dziękuję. 

— To nie miał być komplement. 

— Naprawdę? — uśmiechnął się, patrząc na ostatnią stronę wydruku. — Co chcesz przez to 

powiedzieć? 

— Mam wraŜenie, Ŝe nie jesteś tym, za kogo się podajesz, John. 

— W jakim sensie? 

— W swoim podaniu o przyjęcie do pracy tutaj napisałeś, Ŝe urodziłeś się w New Leyden. W 

tym mieście nie ma świadectwa twojego urodzenia. 

— CzyŜby? W jaki sposób to wyszło na jaw? 

— Profesor Weatherton był tam niedawno. 

— Rozumiem. Czy to juŜ wszystko? 

— Oprócz tego, Ŝe często moŜna cię spotkać w towarzystwie opryszków, zaistniały równieŜ 

wątpliwości co do autentyczności twojego tytułu. 

— Znowu Weatherton? 

— Nie liczy się źródło, tylko fakty. Myślę, Ŝe nie jesteś tym, za kogo się podajesz. 

— Dlaczego postanowiłeś wyrazić swe wątpliwości akurat teraz i tutaj? 

— Semestr się skończył. Słyszałem, Ŝe chcesz odejść. Dziś w nocy jest twoja ostatnia sesja 

przy komputerze, zgodnie z listą. Chcę wiedzieć, co zabierasz ze sobą i dokąd. 

— Carl — powiedział Jack. — Nawet jeśli nie jestem tym dokładnie, za kogo się podaję, to 

co z tego? Sam przyznałeś, Ŝe jestem ekspertem w swojej dziedzinie. Obaj wiemy, Ŝe jestem 

background image

popularnym wykładowcą. Jakie ma znaczenie, co wygrzebał Weatherton? 

— MoŜe masz jakieś kłopoty? MoŜe mógłbym ci w czymś pomóc? 

— Nie. śadnych kłopotów. 

Quilian przeszedł na drugą stronę pokoju i usiadł na kanapie. 

— Nigdy nie widziałem z bliska Ŝadnego z was — powiedział. 

— Co masz na myśli? 

— śe jesteś czymś innym niŜ istota ludzka. 

— A mianowicie? 

— Mieszkańcem Ciemnej Strony. Czy nim jesteś? 

— Jakie to ma znaczenie? 

— Prawo mówi, Ŝe w pewnych okolicznościach naleŜy ich aresztować. 

— Rozumiem, Ŝe jeśli nim jestem, będzie to znaczyło, Ŝe te okoliczności zaistniały. 

— Być moŜe — odpowiedział Quilian. 

— A być moŜe nie? Czego chcesz? 

— Na razie chcę poznać twoją toŜsamość. 

— Znasz mnie — odpowiedział Jack, składając strony i sięgając po teczkę. 

Quilian potrząsnął głową. 

—  Wiele  spraw  związanych  z  tobą  budzi  wątpliwości  —  powiedział.  —  Ostatnio  jednak 

dowiedziałem  się  o  jeszcze  jednej,  która  wzbudziła  mój  niepokój.  Zakładając,  Ŝe  jesteś 

przybyszem  z  Ciemnej  Strony,  który  wyemigrował  na  Jasną,  istnieją  okoliczności,  które 

zmuszają mnie do zajęcia się sprawą twej toŜsamości. Na Ciemnej Stronie istnieje postać, którą 

zawsze  uwaŜałem  za  mityczną.  Czy  legendarny  złodziej  odwaŜyłby  się  pokazać  w  świetle 

słońca? — zastanawiałem się. — A jeśli tak, to po co? Czy to moŜliwe, Ŝe Jonathan Shade jest 

ś

miertelnym wcieleniem Widmowego Jacka? 

— A jeśli nim jestem? — zapytał, starając się nie patrzeć w stronę okna, gdzie jakiś kształt 

przesłaniał większość światła. — Czy jesteś przygotowany do tego, Ŝeby mnie aresztować? — 

zapytał, przesuwając się powoli w lewą stronę tak, Ŝe Quilian musiał odwrócić głowę. 

— Tak, jestem. 

Jack spojrzał w stronę okna. Powróciło do niego znane uczucie wstrętu, gdy ujrzał, co się za 

nim znajduje. 

— Sądzę więc, Ŝe masz ze sobą broń? 

— Tak — odpowiedział. Wyjął z kieszeni mały pistolet i wycelował w stronę Jacka. 

Mógłbym rzucić w niego teczką ryzykując, Ŝe trafi mnie jednym pociskiem — pomyślał. — 

Ostatecznie to mała broń. Jeśli jednak uda mi się zyskać na czasie i podejść bliŜej światła, nie 

będzie to potrzebne. 

— Dziwne, Ŝe przyszedłeś sam, jeśli planujesz taką rzecz, nawet jeśli posiadasz uprawnienia 

do dokonania aresztowania na terenie uniwersytetu. 

— Nie powiedziałem, Ŝe jestem sam. 

background image

— Gdy się nad tym zastanowić, nie jest to takie dziwne — powiedział Jack zbliŜając się o 

krok  bliŜej  do  migoczącego  światła.  —  Myślę,  Ŝe  jesteś  sam.  Chcesz  załatwić  tę  sprawę  w 

pojedynkę. Myślę, Ŝe chcesz po prostu zabić mnie bez świadków albo pragniesz, aby zasługa za 

zatrzymanie mnie przypadła tylko tobie. Myślę, Ŝe raczej to pierwsze. Zawsze odczuwałeś do 

mnie niechęć, choć nie wiem dokładnie dlaczego. 

—  Obawiam  się,  Ŝe  przeceniasz  swoją  zdolność  do  wywoływania  niechęci,  jak  równieŜ 

moją do gwałtownych czynów. Policja jest juŜ w drodze. Zamierzam jedynie zatrzymać cię do 

ich przybycia. 

— Mam wraŜenie, Ŝe czekałeś z tym do ostatniego momentu. 

Quilian wskazał swą wolną ręką na teczkę. 

—  Podejrzewam,  Ŝe  gdy  twoja  ostatnia  praca  zostanie  rozszyfrowana,  okaŜe  się,  Ŝe  ma 

bardzo mało wspólnego z socjologią. 

— Jesteś bardzo podejrzliwy. Nie wiem, czy wiesz, Ŝe prawo zabrania aresztowania ludzi 

bez powodów. 

— Dlatego właśnie czekałem do ostatniej chwili. Jestem pewien, Ŝe trzymasz dowód w ręku, 

a równieŜ, Ŝe znajdzie się ich więcej. ZauwaŜyłem teŜ, Ŝe w sprawach bezpieczeństwa państwa 

prawo staje się bardziej elastyczne. 

—  Pod  tym  względem  masz  rację  —  odpowiedział  Jack,  odwracając  się  tak,  Ŝe  światło 

padało mu prosto w twarz. 

— Jestem Widmowy Jack! — krzyknął. — Władca StraŜnicy Cieni, złodziej, który skrada 

się  w  ciszy  i  półmroku!  Zostałem  ścięty  w  Igles  i  ponownie  powstałem  z  Otchłani  Łajna  w 

Glyve. Wypiłem krew wampirzycy i poŜarłem kamień. To ja złamałem Przymierze, fałszując 

imię w Czerwonej Księdze Łokci. To ja byłem więźniem klejnotu. Raz juŜ wystrychnąłem na 

dudka Władcę Wielkiego Gniewu. Powrócę jeszcze, aby się na nim zemścić. Jestem wrogiem 

moich wrogów. Chodź i schwytaj mnie, paskudo, jeśli kochasz Króla Nietoperzy i nienawidzisz 

mnie. Ja jestem Widmowy Jack! 

Na twarzy Quiliana malowało się zdumienie. Otworzył usta, aby coś powiedzieć, ale krzyki 

Jacka zagłuszyły jego słowa. 

Nagle szyba w oknie pękła. Świeca zgasła i borshin wpadł do pokoju. 

Quilian  odwrócił  się  i  ujrzał  pokaleczoną,  zlaną  wodą  postać.  Wydał  z  siebie 

nieartykułowany  okrzyk  i  stanął  jak  sparaliŜowany.  Jack  upuścił  teczkę,  wyjął  buteleczkę  z 

kwasem, odkorkował ją i wylał zawartość na głowę borshina. Nie czekając na skutki, podniósł 

teczkę i rzucił się do ucieczki, mijając po drodze Quiliana. 

Był  juŜ  przy  drzwiach,  gdy  stwór  wydał  pierwszy  okrzyk  bólu.  Wybiegł  na  korytarz  i 

zamknął za sobą drzwi.  Zatrzymał się tylko,  aby ukraść płaszcz przeciwdeszczowy Quiliana 

wiszący na wieszaku. 

Zbiegł  juŜ  połowę  drogi  w  dół  po  schodach,  gdy  usłyszał  pierwszy  strzał.  Potem  padły 

następne,  których  juŜ  nie  słyszał,  gdy  biegł  przez  teren  uniwersytetu,  wciągając  na  siebie 

background image

płaszcz i przeklinając głośno kałuŜe. Poza tym zagłuszyły je grzmoty. Obawiał się, Ŝe wkrótce 

rozlegną się równieŜ syreny. Pełen chmurnych myśli biegł naprzód. 

Pogoda pod pewnymi względami ułatwiała mu zadanie, a częściowo utrudniała. Mimo Ŝe 

ruch na drogach był niewielki, samochody poruszały się znacznie wolniej niŜ zwykle,  a  gdy 

wyjechał  wreszcie  na  otwartą  drogę,  jej  nawierzchnia  była  zbyt  śliska,  aby  mógł  rozwinąć 

poŜądaną  prędkość.  Zapanowała  ciemność  powodująca,  Ŝe  kierowcy  opuszczali  ulice  przy 

pierwszej  okazji,  a  ci,  którzy  byli  w  domu,  pozostawali  tam,  bezpieczni  przy  blasku  świec. 

Nigdzie nie widać było pieszych. Wszystko to ułatwiło mu, zanim odjechał daleko, porzucenie 

własnego pojazdu i przywłaszczenie sobie innego. 

Wydostanie się z miasta było łatwe, w przeciwieństwie do wydostania się z zasięgu burzy. 

Wyglądało na to, Ŝe porusza się ona w tym samym kierunku, co on. Po drodze, którą dawno juŜ 

miał zaznaczoną na mapie i zanotowaną w pamięci jako zarazem dogodną i krętą trasę, mogącą 

go zaprowadzić do Ciemnej Strony. W kaŜdej innej sytuacji powitałby z radością przygaśnięcie 

nieustannego  blasku,  który  najpierw  przypiekał,  potem  opalił  jego  oporną  skórę.  Teraz 

ciemność zmuszała go do zmniejszenia prędkości. W obecnej sytuacji nie mógł sobie pozwolić 

na  wypadek.  Deszcz  zalewał  samochód,  wiatr  starał  się  zepchnąć  go  z  drogi.  W  świetle 

błyskawic moŜna było za nim dostrzec horyzont. 

Ś

wiatła  policyjne  umieszczone  przy  szosie  sprawiły,  Ŝe  zwolnił,  szukając  zjazdu  z 

autostrady. Uśmiechnął się szeroko, gdy próbowano go zatrzymać przy miejscu, gdzie doszło 

do  zderzenia  trzech  samochodów.  ZdąŜył  zauwaŜyć,  jak  niesiono  męŜczyznę  na  noszach  w 

stronę ambulansu. 

Włączył radio, lecz nie mógł złapać Ŝadnego programu. Zapalił papierosa i uchylił okno. Od 

czasu  do  czasu  na  policzek  padała  mu  kropla  deszczu,  jednak  zimny  powiew  oczyszczał 

wnętrze pojazdu z dymu. Odetchnął głęboko, próbując się uspokoić. Dopiero teraz zdał sobie 

sprawę, jak bardzo był napięty. 

Po dłuŜszym czasie burza ustąpiła miejsca lekkiej mŜawce. Niebo zaczęło się przejaśniać. 

Jechał przez otwarty teren. Ogarnęło go mieszane uczucie ulgi i obawy, które narastało wśród 

przekleństw od czasu jego wyjazdu. 

Co  udało  mi  się  osiągnąć?  —  zapytał  siebie,  patrząc  wstecz  na  lata  spędzone  na  Jasnej 

Stronie. Zapoznanie się z terenem, uzyskanie potrzebnych referencji i wciągnięcie się w pracę 

na  uniwersytecie,  zajęło  mu  sporo  czasu.  Następnie  musiał  znaleźć  pracę  w  uczelni 

posiadającej odpowiedni komputer. W wolnym czasie musiał nauczyć się nim posługiwać oraz 

wymyślić  projekt,  który  dałby  mu  pretekst  do  korzystania  z  niego.  Następnie  musiał  zebrać 

wszystkie dane, które posiadał i spisać je w formie pytań, na które chciał znaleźć odpowiedź. 

Wszystko to zajęło mu lata. Popełnił przy tym wiele błędów, tym razem jednak był tak blisko, 

Ŝ

e mógł niemal węchem wyczuć odpowiedź, której poszukiwał. 

Został  zmuszony  do  ucieczki  z  teczką  pełną  papierów,  których  nie  miał  okazji  przejrzeć. 

Istniała  moŜliwość,  Ŝe  znowu  mu  się  nie  udało  i  wracał  do  miejsca,  w  którym  czekali  jego 

background image

wrogowie, bez broni, którą miał nadzieję znaleźć. To by znaczyło, Ŝe udało mu się tylko odwlec 

swoją  zagładę.  Musiał  jednak  uciekać,  poniewaŜ  tutaj  takŜe  znalazł  wrogów.  Zastanowił  się 

przez chwilę, czy kryje się w tym jakiś morał, jakaś dostępna, lecz ukryta lekcja, która mogłaby 

mu powiedzieć więcej o nim niŜ o jego wrogach. Jeśli tak było, nie potrafił go dostrzec. 

Gdyby  tylko  miał  trochę  więcej  czasu...  Mógłby  wtedy  sprawdzić  i  gdyby  zaistniała  taka 

potrzeba, poprawić swoje wyniki. Teraz juŜ za późno. Jeśliby się okazało, Ŝe jego miecz jest 

tępy, nie będzie miał okazji go naostrzyć.  śałował teŜ, Ŝe nie mógł lepiej rozwiązać innych, 

osobistych spraw, na przykład Clare... 

Po  chwili  deszcz  przestał  padać,  lecz  całe  niebo  wciąŜ  pokrywały  groźnie  wyglądające 

chmury.  Zdecydował  się  zaryzykować  szybszą  jazdę.  Ponownie  próbował  włączyć  radio. 

WciąŜ słychać było trzaski, lecz muzyka przebijała się przez nie, zostawił więc radio włączone. 

Gdy  podawano  wiadomości,  zjeŜdŜał  właśnie  ze  stromego  wzgórza.  Zdawało  mu  się,  Ŝe 

słyszał swoje nazwisko, jednakŜe odbiór był zbyt słaby, by mógł być tego pewien. Droga była 

pusta. Co chwila oglądał się do tyłu i spoglądał na boczne drogi, które mijał. Doprowadzało go 

do  wściekłości  to,  Ŝe  zanim  odzyska  swoją  moc,  śmiertelnicy  wciąŜ  mają  realne  szansę 

schwytania go. WjeŜdŜając na wysokie wzgórze ujrzał po lewej stronie ścianę deszczu. W dali 

widział błyskawice — zbyt wysoko, aby usłyszeć grzmoty. Dziękował Królowi Burz za to, Ŝe 

uniemoŜliwił  pościg  powietrzny.  Zapalił  papierosa  i  w  poszukiwaniu  wiadomości  przestawił 

radio na bliŜszą stację. Gdy je usłyszał, nie było wzmianki o nim. 

Przypomniał sobie odległy dzień, gdy rozmawiał ze swym odbiciem w wodzie. Wspominał, 

jak wtedy wyglądał — zmęczony, chudy, zziębnięty, głodny, obolały i śmierdzący. Wszystko 

to dawno minęło. Zaczął wprawdzie odczuwać lekki głód, był on jednak niczym w porównaniu 

z tamtą sytuacją, gdy bliski był śmierci głodowej. Jak bardzo zmienił się od tego czasu? Czy 

jego  sytuacja  była  teraz  inna?  Wtedy  uciekał  z  zachodniego  bieguna  świata,  starając  się 

pozostać  przy  Ŝyciu,  wymknąć  się  ścigającym  i  osiągnąć  Krainę  Zmierzchu.  Tym  razem 

uciekał  z  jasnego  bieguna  wschodniego.  Kierowała  nim  nienawiść  i  odrobina  miłości.  Jego 

serce wypełniała gorąca Ŝądza zemsty, ogrzewając go i zastępując mu poŜywienie. Była z nim 

nadal. Poznał całą wiedzę Jasnej Strony, lecz pozostał wciąŜ tym samym człowiekiem, który 

przeglądał się wtedy w wodzie. Ich myśli były takie same. Odkręcił szybę. 

—  Aniele  Jutrzenki!  —  krzyknął  w  stronę  nieba.  —  Podobno  słyszysz  wszystko,  usłysz 

więc,  Ŝe  nie  zmieniłem  się  od  naszego  ostatniego  spotkania.  Roześmiał  się  cicho.  Czy  to 

dobrze,  czy  źle?  —  przyszło  mu  do  głowy  pytanie.  Zakręcił  okno  i  zastanowił  się  nad  tym 

problemem. Nie lubił introspekcji, był jednak dociekliwy. 

Podczas  swojego  pobytu  na  uniwersytecie  zauwaŜył,  jak  bardzo  ludzie  się  zmieniają. 

Najłatwiej było to dostrzec na przykładzie studentów. Zmieniali się znacznie w krótkim czasie 

—  pomiędzy  rozpoczęciem  studiów  a  ich  zakończeniem.  JednakŜe  jego  koledzy  ulegali 

równieŜ zmianom, dotyczącym poglądów czy uczuć. Tylko on pozostawał taki sam. Czy to coś 

fundamentalnego?  —  zastanowił  się.  —  Czy  na  tym  polega  zasadnicza  róŜnica  między 

background image

mieszkańcami Jasnej a Ciemnej Strony? Oni się zmieniają, a my nie. Czy to jest takie istotne? 

Prawdopodobnie tak, nie mogę jednak zrozumieć dlaczego? My nie potrzebujemy się zmieniać, 

podczas gdy oni wydają się tego potrzebować. Czy to wynika z długości lat w ich Ŝyciu? Być 

moŜe z obu tych przyczyn. Jaką w ogóle wartość ma zmiana? 

Po  wysłuchaniu  następnych  wiadomości  skręcił  w  boczną  drogę,  która  wydawała  się  być 

pusta.  Wymieniono  jego  nazwisko  jako  poszukiwanego  w  związku  ze  sprawą  zabójstwa. 

Rozpalił  ognisko  i  wrzucił  do  niego  wszystkie  swoje  dokumenty.  Gdy  spłonęły,  otworzył 

teczkę  i  włoŜył  do  portfela  nowe,  które  przygotował  kilka  semestrów  temu.  Zgasił  ogień  i 

rozrzucił popioły. Rozdarł płaszcz Quiliana w kilku miejscach i wrzucił go do wypełnionego 

mętną  wodą  kanału  po  drugiej  stronie  pola.  Wróciwszy  do  samochodu,  postanowił  jak 

najprędzej  zamienić  go  na  inny.  Jadąc  w  pośpiechu  autostradą  zastanawiał  się  nad  tym,  co 

zaszło. Borshin zabił Quiliana i uciekł, tak jak wszedł, przez okno. Policja wiedziała, co miał 

zamiar zrobić Quilian. Poindexter zeznał, Ŝe Jack był obecny na terenie uniwersytetu. Clare i 

wielu  innych  potwierdzą,  Ŝe  nie  lubili  się  nawzajem.  Wnioski  były  oczywiste.  Choć  zabiłby 

Quiliana, gdyby zaszła tego potrzeba, myśl, Ŝe mógłby zostać stracony za coś, czego nie zrobił, 

doprowadzała go do wściekłości. Przypomniało mu się Igles. Mimo woli podrapał się w szyję. 

To była raŜąca niesprawiedliwość. 

Zastanawiał się, czy borshin oszołomiony bólem myślał, Ŝe zabija jego, czy teŜ działał tylko 

w obronie własnej i wiedział, Ŝe Jack uciekł. Jak cięŜko był ranny? Jack nie miał pojęcia, jakie 

są jego zdolności regeneracyjne. Czy wrócił juŜ na jego trop, którym podąŜał juŜ od tak dawna? 

Czy  wysłał  go  Królowi  Nietoperzy,  czy  teŜ  podąŜał  za  nim  na  własną  rękę,  pod  wpływem 

wpojonej mu nienawiści? Jack zadrŜał i nacisnął gaz. 

— To nie będzie miało znaczenia, gdy powrócę — powiedział sobie. Nie był jednak tego 

taki pewny. 

PrzejeŜdŜając przez kolejne miasto, ukradł nowy samochód, którym pojechał dalej w stronę 

Krainy Zmierzchu, gdzie niegdyś usłyszał śpiew ptaka. 

Przez dłuŜszą chwilę siedział na szczycie wzgórza ze skrzyŜowanymi nogami i czytał. Jego 

ubranie  było  brudne  i  przepocone,  pod  paznokciami  miał  brud,  a  jego  powieki  wykazywały 

tendencję do opadania, zamykania się i raptownego podnoszenia. Westchnął kilka razy, robiąc 

notatki na papierach, które trzymał w ręku. Ponad górami na zachodzie świeciły słabe gwiazdy. 

Porzucił swój ostatni samochód wiele mil na wschód od tego wzgórza, wyruszając w dalszą 

drogę na piechotę. Od pewnego czasu silnik przerywał, zanim zatrzymał się ostatecznie. Jack 

wiedział,  Ŝe  dotarł  do  miejsca,  w  którym  rywalizujące  ze  sobą  potęgi  pozostawały  w  stanie 

równowagi. Wyruszył w stronę Ciemności zabierając ze sobą tylko teczkę. Zawsze najlepiej 

czuł się w górach. Przez cały czas swojej podróŜy spał tylko raz. Choć był to głęboki i zdrowy 

sen,  Jack  Ŝałował  kaŜdej  jego  chwili.  Obiecał  sobie,  Ŝe  nie  zaśnie  juŜ  ani  razu,  zanim  nie 

wydostanie się poza zasięg władzy ludzi. Teraz, gdy w końcu osiągnął swój cel, pozostała tylko 

jedna rzecz do zrobienia, zanim będzie mógł zasnąć. 

background image

Przerzucał  z  niecierpliwością  strony,  aŜ  znalazł  to,  czego  szukał.  Zrobił  notatkę  na 

marginesie i cofnął się do poprzedniego miejsca. 

Wszystko wydawało się być w porządku. Wyglądało na to, Ŝe się zgadza... 

Z  drugiej  strony  wzgórza  wiał  chłodny  wiaterek,  przynoszący  ze  sobą  dzikie  zapachy,  o 

jakich niemal zapomniał w miastach ludzi. Teraz nieustające światło Wiecznego Dnia, zapachy 

i hałasy miasta, rzędy twarzy na sali wykładowej, nudne zebrania, monotonny odgłos maszyn i 

nieprzyzwoita jasność kolorów wydawały mu się nie tylko snem. Przynosił ze sobą z Jasnej 

Strony  tylko  te  kartki.  Odetchnął  głęboko  powietrzem  wieczoru.  Tłumaczenie  wydruku 

pojawiło się w jego umyśle jak nagle zrozumiały poemat. 

Tak jest! 

Spojrzał  na  niebo.  Ujrzał  białą,  nie  mrugającą  gwiazdę,  poruszającą  się  szybko  na  nim. 

Wstał, zapominając o zmęczeniu. Prawą stopą narysował na piasku magiczny wzór, po czym 

wskazał palcem na satelitę. Wypowiedział słowa, które uprzednio zapisał na papierze. 

Przez chwilę nie działo się nic. 

Potem satelita się zatrzymał. 

Jack wciąŜ wskazywał na niego nie wypowiadając juŜ ani słowa. Satelita stawał się coraz 

jaśniejszy. Jego wielkość zaczęła wzrastać. Nagle rozjarzył się jak spadająca gwiazda i zniknął. 

— Kolejny znak — powiedział Jack i uśmiechnął się. 

background image

9. 

 

Gdy  przeklęty  stwór  dotarł  do  Wielkiego  Gniewu,  biegał  od  komnaty  do  komnaty  w 

poszukiwaniu swojego pana. Znalazł go w końcu w samym środku ośmiokątnego pokoju przy 

zbiorniku z rtęcią, do którego wrzucał siarkę. Zwrócił na siebie jego uwagę i czepiając się jego 

wyciągniętego  palca,  przekazał  mu  na  swój  sposób  wieści,  które  przyniósł.  Król  Nietoperzy 

odwrócił się i wykonał jakieś dziwne gesty, posługując się kawałkiem sera, świecą oraz ptasim 

piórem, po czym opuścił komnatę. 

Wszedł na jedną z wieŜ i przez dłuŜszą chwilę spoglądał na wschód. Następnie odwrócił się 

szybko  i  spojrzał  na  drugą  z  dróg  prowadzących  z  jego  twierdzy,  która  biegła  w  stronę 

północno-zachodnią. 

Tak! Tam teŜ! To niemoŜliwe! Chyba, Ŝeby to było złudzenie... 

Wbiegł  po  schodach  prowadzących  wokół  wieŜy  w  kierunku  przeciwnym  do  wskazówek 

zegara, otworzył klapę i wyszedł na dach. Podniósł głowę aby przyjrzeć się wielkiej, czarnej 

kuli  otoczonej  przez  gwiazdy.  Powąchał  wiatr.  Spojrzał  w  dół,  na  potęŜną  twierdzę  Wielki 

Gniew, stworzoną przez jego moc wkrótce po tym, jak sam powstał na szczycie tej góry. Gdy 

zobaczył i zrozumiał róŜnicę miedzy urodzonymi i stworzonymi i odkrył, Ŝe jego moc skupiła 

się w tym właśnie punkcie przestrzeni, wyssał całą moc z korzeni gór i ściągnął ją do siebie z 

niebios  w  potęŜnym  wirze,  aŜ  zaczął  świecić  oślepiającym  blaskiem,  jak  piorunochron 

uderzony przez błyskawicę i sam zabrał się do dzieła tworzenia. Jeśli tu był ośrodek jego mocy, 

w tym miejscu musiał zbudować swój dom i swoją twierdzę. Tak teŜ się stało. Ci, którzy chcieli 

mu zaszkodzić, musieli umrzeć, co nauczyło ich rozumu. Jeśli to nie pomogło, musieli latać na 

błoniastych  skrzydłach  poprzez  Wieczną  Noc,  aŜ  zasłuŜyli  sobie  na  jego  łaskę.  Dbał  o  nich 

dobrze, wielu więc zgodziło się pozostać w jego słuŜbie, gdy przywrócił im ludzką postać. Inne 

Potęgi, być moŜe na swój sposób równie silne na swych własnych obszarach, nie niepokoiły go 

zbytnio, odkąd zostały między nimi wytyczone odpowiednie granice. 

To  było  nie  do  pomyślenia,  aby  ktokolwiek  teraz  odwaŜył  się  wyruszyć  przeciwko 

Wielkiemu Gniewowi! Tylko głupiec albo wariat odwaŜyłby się na coś takiego! 

A przecieŜ góry pojawiły się tam, gdzie ich przedtem nie było. MoŜe były tylko złudzeniem? 

Uniósł wzrok i przyjrzał się ich odległym kształtom. Niepokoiło go, Ŝe nie mógł wykryć we 

wnętrzu  swojej  jaźni  takiego  nagromadzenia  mocy,  które  byłoby  potrzebne  do  stworzenia 

choćby i złudzenia gór w obrębie jego królestwa. 

Usłyszał  kroki  na  schodach.  Obejrzał  się  i  ujrzał  Evene.  Weszła  na  dach  i  stanęła  u  jego 

background image

boku. Miała na sobie krótką, czarną suknię, spiętą na lewym ramieniu srebrną broszką. Objął ją 

ramionami i przytulił. ZadrŜała, czując prądy mocy przepływające przez jego ciało. Wiedziała, 

Ŝ

e nie chciał się odzywać. 

Wskazał palcem na góry przed nimi, potem na drugie na wschodzie. 

— Tak, wiem o tym — powiedziała. — Przybiegłam tutaj, gdy tylko dowiedziałam się od 

posłańca. Przyniosłam ci róŜdŜkę. 

Uniosła w górę czarną jedwabną pochwę, którą miała przypiętą do pasa. 

Uśmiechnął się i pokręcił lekko głową od lewej do prawej. Lewą ręką zdjął naszyjnik, który 

miał na szyi. Podniósł go w górę i umieścił jasny klejnot przed ich oczyma. Zakręciło się jej w 

głowie. 

Przez chwilę miała wraŜenie, Ŝe spada w stronę klejnotu, który zaczął rosnąć, wypełniając 

całe  jej  pole  widzenia.  W  następnej  chwili  nie  patrzyła  juŜ  na  klejnot,  lecz  na  góry  na 

północnym zachodzie. Przez chwilę przyglądała się ciemnoszarym kopułom z kamienia. 

— Wyglądają jak prawdziwe — powiedziała. — Jakby moŜna było ich dotknąć. 

Milczenie. 

Nagle gwiazdy zaczęły znikać jedna za drugą, zasłaniane przez szczyty, zbocza, podstawy 

gór. 

— One rosną! — krzyknęła. Po chwili — Nie... poruszają się, zbliŜają się do nas! 

Góry  zniknęły.  Ponownie  patrzyła  na  klejnot.  Król  Nietoperzy  spojrzał  w  drugą  stronę, 

obracając  ją  razem  z  sobą.  Spojrzeli  na  wschód.  Ponownie  uczucie  wirowania,  opadania, 

zbliŜania się. 

Góry na wschodzie leŜały przed nimi jak dziób olbrzymiego niezwykłego statku. Ich zarysy 

otoczone były chłodnym światłem, które równieŜ zdawało się zbliŜać do nich. Nagle zza gór 

wzniosły się olbrzymie, płonące skrzydła. 

— Ktoś jest na szczycie... — zaczęła Evene. Nagle klejnot pękł. Rozgrzany do czerwoności 

łańcuch wypadł z rąk Króla Nietoperzy i upadł, dymiąc u jego stóp. Evene wyczuła w jego ciele 

nagły wstrząs. Odsunęła się od niego. 

— Co się stało? 

Nic nie odpowiedział, wyciągnął tylko rękę. 

— O co ci chodzi? 

Wskazał na róŜdŜkę. Gdy mu ją podała, wzniósł ją w górę i bez słowa wezwał swoje sługi. 

Przez dłuŜszą chwilę stał bez ruchu, zanim nie pojawił się pierwszy z nich. Wkrótce powietrze 

zaroiło się od jego sług, nietoperzy. Dotknął jednego z nich końcem swojej róŜdŜki. U jego stóp 

upadł człowiek. 

— Panie! — krzyknął, pochylając głowę. — Co mi rozkazujesz? 

Król Nietoperzy wskazał na Evene. Człowiek uniósł głowę i zwrócił wzrok w jej stronę. 

— Zgłoś się do porucznika Quazera — powiedziała. — Da ci broń i wyda rozkazy. 

Spojrzała na swego pana, który tylko skinął głową. 

background image

Zaczął dotykać róŜdŜką następnych, przywracając im dawną, ludzką postać. 

Wielki  parasol  z  nietoperzy  rozpostarł  się  nad  wieŜą.  Pozornie  nie  kończąca  się  kolumna 

większych  istot  przechodziła  obok  Evene,  udając  się  po  schodach  w  dół,  w  stronę  twierdzy. 

Gdy wszyscy juŜ wyszli, Evene spojrzała na wschód. 

— Minęło juŜ sporo czasu — powiedziała. — Popatrz, jak bardzo się zbliŜyły. 

Poczuła dotyk na swoim ramieniu. Odwróciła się do niego, podnosząc twarz. Pocałował ją w 

oczy i usta, po czym odsunął od siebie. 

— Co zamierzasz zrobić? 

Wskazał ręką w stronę klapy. 

— Nie, nie odejdę. Zostanę z tobą, aby ci pomóc. 

Ponownie wskazał klapę. 

— Czy wiesz, co to jest? 

— Idź — powiedział. Być moŜe zdawało jej się tylko, Ŝe słyszała jego słowa. 

Przypomniała to sobie, stojąc w swej komnacie na południowo-wschodnim krańcu twierdzy, 

niepewna,  co  się  wydarzyło  od  momentu,  w  którym  jego  słowo  wypełniło  jej  ciało  i  umysł. 

Stanęła przy oknie, nie dostrzegła jednak w nim nic oprócz gwiazd. 

Na koniec, w jakiś sposób zrozumiała. Rozpłakała się z Ŝalu nad światem, który tracili. 

Wiedział  juŜ,  Ŝe  są  prawdziwe.  ZbliŜając  się  pękały.  Wyczuwał  swoim  ciałem  wibracje 

spowodowane ich ruchem. Gwiazdy powiedziały mu, Ŝe nadchodzą złe czasy, które potrwają 

bardzo długo. Wiedział o tym bez ich pomocy. Nadal gromadził moc, która niegdyś stworzyła 

Wielki Gniew, a teraz miała go bronić. Zaczął się czuć tak samo, jak w tym odległym dniu. 

Na szczycie nowej góry na wschodzie zaczął formować się ognisty wąŜ. Nie potrafił ocenić 

jego rozmiarów. Słyszał, Ŝe podobne moce istniały w czasach przed jego powstaniem, lecz ich 

władcy  zmarli  swą  ostatnią  śmiercią,  a  Klucz  został  utracony.  Sam  go  kiedyś  poszukiwał, 

podobnie jak większość Władców Ciemnej Strony. Teraz wyglądało na to, Ŝe komuś innemu 

udało  się  to,  czego  on  nie  potrafił  osiągnąć  lub  teŜ  jedna  ze  staroŜytnych  Potęg  ponownie 

budziła  się  do  Ŝycia.  Patrzył,  jak  wąŜ  formuje  się  ostatecznie.  Uznał,  Ŝe  jest  znakomicie 

wykonany. WąŜ wzniósł się w powietrze i popłynął w jego stronę. 

— Zaczyna się — pomyślał Król Nietoperzy.  

Uniósł róŜdŜkę i stanął do walki. 

Po dłuŜszej chwili zniszczony wąŜ, dymiąc spadł na ziemię. Król Nietoperzy zlizał pot ze 

swej górnej wargi. Potwór był silny. 

Góra  zbliŜała  się.  Nie  zatrzymała  się  ani  na  chwilę,  gdy  walczył  z  węŜem  wysłanym 

przeciwko niemu. 

Teraz — pomyślał — muszę się stać taki, jak na początku. 

Smage kroczył powoli, pełniąc straŜ przy głównym wejściu do Wielkiego Gniewu. Celowo 

zwalniał  swe  ruchy,  aby  nie  zdradzić  swojego  niepokoju  mniej  więcej  pięćdziesięciu 

wojownikom,  którzy  oczekiwali  na  jego  rozkazy.  Tumany  pyłu  unosiły  się  wokół  niego. 

background image

Ilekroć któryś z eksponatów zawieszonych na ścianach — miecz, czy fragment zbroi — spadał 

na  ziemię  z  hałasem  gdzieś  w  obrębie  twierdzy,  wszyscy  jego  Ŝołnierze  podskakiwali 

niespokojnie.  Spojrzał  przez  okno,  lecz  szybko  odwrócił  wzrok.  Znajdująca  się  na 

wyciągnięcie  ręki  góra  zasłoniła  całe  pole  widzenia.  Słychać  było  nieustanne  dudnienie. 

Nienaturalne  okrzyki  przeszywały  ciemność.  Rycerze  bez  głów,  ptaki  o  wielu  skrzydłach  i 

zwierzęta o ludzkich głowach przemykały przed jego oczyma jak błyskawice, wraz z wieloma 

rzeczami, których kształty nie pozostały w jego pamięci. śadna z postaci nie zatrzymała się, 

aby go zaatakować. Wiedział, Ŝe wkrótce wszystko się rozstrzygnie, gdyŜ czoło góry zbliŜało 

się juŜ z pewnością do twierdzy jego pana. 

Zderzenie zwaliło go z nóg. Przestraszył się, Ŝe sufit spadnie mu na głowę. Ściany zaczęły 

pękać. Cała twierdza jakby przesunęła się o krok do tyłu. Usłyszał odgłos spadających cegieł i 

pękających belek. Po kilku uderzeniach serca gdzieś wysoko nad głową usłyszał krzyk, a po 

nim głośny trzask gdzieś na dziedzińcu. Następnie całą twierdzę wypełnił kurz i nastała cisza. 

Stanął  na  nogi  i  wezwał  swoich  Ŝołnierzy.  Spojrzał  na  nich,  przecierając  oczy  ze 

wszechobecnego kurzu i pyłu. Wszyscy leŜeli na podłodze i Ŝaden z nich się nie ruszał. 

— Powstań! — krzyknął, rozcierając obolały bark. 

W dalszym ciągu jedyną odpowiedzią było milczenie. Podszedł do najbliŜszego z leŜących i 

przyjrzał mu się. Nie wyglądał na rannego. Uderzył go lekko. śadnej reakcji. Spróbował tego 

samego z następnym i jeszcze z dwoma, równieŜ bez rezultatu. Ledwie oddychali. 

Wyjął  miecz  i  skierował  się  w  stronę  dziedzińca.  Pokasłując  wszedł  na  jego  teren. 

Nieruchoma  juŜ  góra  zasłaniała  połowę  nieba.  Na  dziedzińcu  leŜały  szczątki  zdruzgotanej 

wieŜy. Jej ściany pękły. Panująca cisza sprawiała wraŜenie bardziej złowieszcze niŜ uprzednie 

dudnienie czy następujący po nim huk. Zjawy zniknęły. Nic się nie poruszało. Ruszył naprzód. 

Wszędzie widział ślady, jak gdyby wypalone przez błyskawice. Zatrzymał się na widok postaci 

leŜącej na skraju rumowiska. Podbiegł do niej i czubkiem miecza odwrócił ciało. 

Wypuścił  z  ręki  miecz  i  upadł  na  kolana,  przyciskając  pokiereszowaną  rękę  do  piersi. 

Zapłakał. Gdzieś z tyłu usłyszał trzask płomieni. Zalała go nagła fala gorąca, nie poruszył się 

jednak. 

Nagle usłyszał śmiech. Spojrzał w górę, rozejrzał się wokoło, lecz nie zobaczył nikogo. 

Ś

miech powtórzył się gdzieś po prawej stronie. 

Tam! 

Coś poruszyło się w cieniu na pochyłej ścianie... 

— Cześć, Smage. Pamiętasz mnie? 

Smage zmruŜył oczy i potarł je. 

— Ja... nie bardzo cię widzę. 

— Za to ja widzę cię wyraźnie, jak rozpaczasz przy tej padlinie. 

Smage podniósł miecz z ziemi i wstał. 

— Kim jesteś? 

background image

— Chodź, to się dowiesz. 

— Ty to wszystko zrobiłeś? — zapytał, wskazując ręką. 

— Wszystko. 

— W takim razie idę. 

Ruszył w stronę postaci zamachując się mieczem, lecz jego cios przeszył tylko powietrze. 

Stracił równowagę. Wyprostował się i wymierzył następny cios, z podobnym rezultatem. Po 

siódmej próbie rozpłakał się. 

— Wiem juŜ, kim jesteś. Wyłaź ze swojego cienia, to przekonamy się, ile jesteś wart! 

— Jak sobie Ŝyczysz. 

Coś się poruszyło i Jack stanął przed nim. Przez chwilę zdawał się być wysoki ponad miarę, 

przeraŜający,  wspaniały.  Smage  wahał  się.  Rękojeść  miecza  stanęła  w  płomieniach.  Smage 

wypuścił  go i miecz upadł na ziemię. Jack uśmiechnął się. Smage uniósł  dłonie i poczuł, Ŝe 

ogarnia  go  paraliŜ.  Spoglądał  na  twarz  Jacka  przez  palce  znieruchomiałe  jak  powyginane 

gałęzie. 

— Jak widzisz, jestem wart sporo — usłyszał. — Z pewnością więcej od ciebie. Cieszę się, 

Ŝ

e znów cię widzę. 

Smage chciał splunąć, lecz nie mógł zebrać śliny, a poza tym przeszkadzały mu ręce. 

— Morderca! — krzyknął ochrypłym głosem. — Potwór! 

— Złodziej — odpowiedział Jack spokojnie — a takŜe czarnoksięŜnik i zdobywca. 

— Gdybym tylko mógł się poruszyć... 

— Wkrótce będziesz mógł. Weź miecz i obetnij paznokcie u nóg tego ścierwa. Oczywiście 

powyŜej karku. 

— Nie zrobię tego... 

— Utnij mu głowę! Zrób to jednym szybkim ruchem, jak kat toporem! 

— Nigdy! Był dobrym panem dla mnie i dla moich przyjaciół! Nie zbezczeszczę jego ciała! 

— Nie był dobry, lecz okrutny i bezwzględny. 

— Tylko dla swoich wrogów i tylko wtedy, kiedy na to zasłuŜyli. 

— No cóŜ, teraz masz nowego pana. Aby przejść do niego na słuŜbę, musisz mu przynieść 

głowę poprzedniego. 

— Nie zrobię tego! 

— Powiedziałem, Ŝe musisz to zrobić dobrowolnie, jeŜeli chcesz pozostać przy Ŝyciu. 

— Nie! 

— Jak sobie Ŝyczysz. Teraz juŜ jest dla ciebie za późno, aby się uratować. Niemniej jednak 

wykonasz mój rozkaz. 

Smage poczuł jak w jego ciało wstępuje obcy duch. Schylił się i podniósł miecz, który palił 

jego dłonie. Utrzymał go jednak w rękach i zwrócił się w stronę ciała. Stanął nad nim. Płacząc i 

przeklinając, zamachnął się i ciął mieczem. Głowa potoczyła się kilka stóp. Krew spłynęła po 

kamieniach. 

background image

— Teraz przynieś ją do mnie! 

Uniósł  głowę  za  włosy  i  trzymając  ją  na  długość  wyciągniętego  ramienia,  powrócił  do 

miejsca, gdzie stał poprzednio. Jack przyjął głowę od niego i zaczął nią machać u swego boku. 

—  Dziękuję  —  powiedział.  Rzeczywiście  wyraźne  podobieństwo  —  podniósł  głowę  do 

oczu, przyjrzał się jej wyraźnie i ponownie zaczął nią machać. 

— No, no. Ciekawe, co teŜ się stało z moją? No, ale to teraz niewaŜne. A ta mi się jeszcze 

przyda. 

— Zabij mnie teraz — powiedział Smage. 

—  Niestety,  muszę  jeszcze  na  chwilę  odłoŜyć  ten  przykry  obowiązek.  Na  razie  moŜesz 

dotrzymać  towarzystwa  szczątkom  swojego  byłego  pana,  śpiąc  jak  wszyscy  tutaj,  oprócz 

dwojga. 

Skinął dłonią. Smage zasnął i padł na ziemię. Płomienie zgasły. Gdy drzwi się otworzyły, 

Evene  nie  spojrzała  w  ich  stronę.  Po  dłuŜszym  milczeniu  usłyszała  jego  głos.  ZadrŜała  z 

przeraŜenia. 

— Musiałaś wiedzieć, Ŝe w końcu przyjdę po ciebie — rzekł. 

Nie odpowiedziała mu. 

— Pamiętasz chyba, co ci obiecałem. 

Odwrócił się i ujrzał w jej oczach łzy. 

— Przyszedłeś, aby mnie ukraść? — zapytała. 

— Nie, Ŝeby cię zrobić panią StraŜnicy Cieni u mego boku. 

— Ukraść mnie — powtórzyła. — To jedyny sposób, w jaki moŜesz mnie teraz mieć i twoja 

ulubiona metoda zdobywania tego, czego pragniesz. Nie moŜna ukraść miłości, Jack. 

— Potrafię obyć się bez niej. 

— Gdzie teraz? Do StraŜnicy Cieni? 

— AleŜ StraŜnica Cieni jest tutaj. Zawsze była tam, gdzie się znajdowałem. 

— Wiedziałam o tym — szepnęła. — Masz zamiar rządzić tutaj, w miejscu tego, który jest 

moim panem. Co z nim zrobiłeś? — zapytała szeptem. 

— To, co mu obiecałem. To, co on zrobił ze mną. 

— A inni? 

— Wszyscy śpią, oprócz jednego, który moŜe ci dostarczyć rozrywki. Podejdź do okna. 

ZbliŜyła się na sztywnych nogach. Jack odsunął zasłonę i wskazał ręką na zewnątrz, gdzie na 

równym placu, którego z pewnością wcześniej tu nie było, ujrzała Quazera. Olbrzymi obojnak 

wykonywał  skomplikowane  ruchy  Piekielnego  Tańca.  Wielokrotnie  upadał,  podnosił  się  i 

zaczynał tańczyć ponownie. 

— Co on robi? 

— Powtarza swój występ, dzięki któremu zdobył Płomień Piekieł. Będzie to robił tak długo, 

aŜ pęknie mu serce lub któreś z większych naczyń. Wtedy umrze. 

— To straszne! Zatrzymaj go! 

background image

— Nie. To nie jest gorsze niŜ to, co on mi zrobił. Twierdziłaś, Ŝe nie dotrzymuję obietnic i 

sama widzisz, Ŝe dotrzymałem słowa. 

— Skąd masz taką moc? — zapytała. — Nie potrafiłeś robić podobnych rzeczy wtedy, gdy... 

gdy cię znałam. 

— Mam w ręku utracony Klucz — powiedział — Kolwynię. 

— W jaki sposób go zdobyłeś? 

— To niewaŜne. Liczy się tylko to, Ŝe mogę rozkazać górom chodzić i ziemi rozstępować 

się.  Mogę  sprowadzić  w  dół  błyskawice  i  wezwać  duchy,  które  mnie  wspomogą.  Potrafię 

pokonać  kaŜdego  z  władców  w  jego  ośrodku  mocy.  Stałem  się  najpotęŜniejszą  rzeczą  na 

Ciemnej Stronie. 

— Tak — odrzekła. — Trafnie to określiłeś. Stałeś się rzeczą. 

Spojrzał na Quazera, który ponownie się przewrócił i zasłonił okno. 

Evene odwróciła się. 

— Jeśli oszczędzisz wszystkich, którzy tu pozostali — powiedziała — zrobię wszystko, co 

mi rozkaŜesz. 

Wyciągnął swą wolną rękę w jej stronę, jakby chciał jej dotknąć, lecz nagle usłyszał krzyk 

zza okna. Uśmiechnął się i opuścił rękę. Smak zemsty był zbyt słodki. 

—  Jak  się  przekonałem,  ten  kto  potrzebuje  miłosierdzia,  nigdy  go  nie  otrzymuje  — 

powiedział. — Kiedy jednak znajdzie się w takiej sytuacji, Ŝe sam moŜe je przyznać, ci, którzy 

oszczędzili go uprzednio, najgłośniej błagają o łaskę. 

— Pewna jestem — odrzekła — Ŝe nikt w Wielkim Gniewie nie prosił o łaskę dla siebie. 

Odwróciła się i spojrzała mu w twarz. 

— Nie, nie znajdę tu litości. Kiedyś było w tobie coś, co moŜna było nazwać szlachetnym. 

Teraz to zniknęło bez śladu. 

— Jak myślisz, co zamierzam zrobić z Kluczem, kiedy juŜ zemszczę się na swoich wrogach? 

— zapytał. 

— Nie mam pojęcia. 

— Zamierzam zjednoczyć Ciemną Stronę, uczynić z niej jedno królestwo. 

— Pod twoją oczywiście władzą. 

— Oczywiście, gdyŜ nikt inny nie potrafiłby tego zrobić. Następnie ustanowię rządy pokoju 

i prawa. 

— Twojego pokoju i prawa. 

—  WciąŜ  nie  rozumiesz.  Rozmyślałem  o  tym  przez  dłuŜszy  czas.  Jest  prawdą,  Ŝe 

początkowo  poszukiwałem  Klucza  jedynie  z  myślą  o  zemście,  teraz  jednak  zmieniłem  swój 

sposób  myślenia.  Za  jego  pomocą  połoŜę  kres  nieustającym  sporom  pomiędzy  władcami  i 

zapewnię swojemu państwu trwały dobrobyt. 

— Zacznij od zaraz. Wprowadź nieco dobrobytu do Wielkiego Gniewu lub StraŜnicy Cieni, 

jeśli tak chcesz ją nazwać. 

background image

— To prawda, Ŝe pomściłem juŜ wiele swoich krzywd — zastanowił się. — Niemniej... 

—  Zacznij  swe  rządy  okazując  miłosierdzie,  a  twoje  imię  będzie  w  przyszłości  otoczone 

czcią — powiedziała. — Nie udzielisz go, a z pewnością będą je przeklinać. 

— Być moŜe... — powiedział, cofając się.  

Jej oczy zdawały się obejmować całą jego postać. 

— Co tam trzymasz pod płaszczem? Na pewno przyniosłeś to, Ŝeby mi pokazać! 

—  Nic  takiego  —  odpowiedział.  —  Zmieniłem  zdanie.  Mam  jeszcze  kilka  rzeczy  do 

zrobienia. Przyjdę do ciebie później. 

Skoczyła  w  jego  stronę  i  zerwała  mu  płaszcz.  Zaczęła  krzyczeć.  Jack  upuścił  głowę  na 

ziemię i złapał ją za ręce. W prawej dłoni trzymała sztylet. 

— Bestia! — krzyknęła, gryząc go w policzek. Jack pobudził swą wolę, wypowiedział jedno 

słowo i sztylet zamienił się w czarny kwiat, który przycisnął jej do twarzy. Pluła i kopała go 

przeklinając,  lecz  po  chwili  opuściły  ją  siły.  Powieki  jej  opadły.  Gdy  była  juŜ  bliska  snu, 

zaniósł ją na łóŜko i połoŜył na nim. WciąŜ próbowała stawiać opór, nie miała juŜ jednak sił. 

— Mówią, Ŝe moc moŜe zniszczyć w człowieku wszystko, co dobre — wydyszała. — Ty nie 

masz się czego obawiać. Nawet gdy jej nie miałeś, byłeś taki sam: Jack Potwór! 

— Niech i tak będzie — powiedział. — Niemniej wszystko, co zapowiedziałem, ziści się, a 

ty będziesz przy mnie, aby na to patrzeć. 

— Nie. Przedtem odbiorę sobie Ŝycie. 

— Nagnę twoją wolę tak, Ŝe mnie pokochasz. 

— Nigdy nie opanujesz mojej woli ani mojego ciała. 

— Teraz zaśniesz — powiedział. — Gdy się obudzisz, przyjdę do ciebie, aby cię posiąść. 

Będziesz się opierać jeszcze przez chwilę, potem jednak mi ulegniesz, najpierw twoje ciało, a 

potem wola. Przez pewien czas pozostaniesz bierna, ale przyjdę do ciebie ponownie, a potem 

jeszcze  raz.  Następnym  razem  to  ty  przyjdziesz  do  mnie.  Teraz  zaśniesz,  a  ja  pójdę  zabić 

Smage’a  na  ołtarzu  jego  pana  i  oczyścić  to  miejsce  ze  wszystkiego,  co  mi  się  nie  podoba. 

Przyjemnych snów. Czeka na ciebie nowe Ŝycie. 

Zrobił wszystko tak, jak zapowiedział. 

background image

10. 

 

Po  rozwiązaniu  wszystkich  sporów  granicznych  z  Drekkheimem  poprzez  podbój  tego 

królestwa,  przyłączenie  go  do  własnego  i  wysłanie  Barona  do  Otchłani  Łajna,  Jack  zwrócił 

swoją  uwagę  w  stronę  Warownej  Twierdzy,  siedziby  Pułkownika  Który  Nigdy  Nie  Umarł. 

Mimo dumnie brzmiącej nazwy Jack nie potrzebował wiele czasu, aby wkroczyć do środka. 

Usiadł  w  bibliotece  z  Pułkownikiem.  Popijali  białe  wino  i  wspominali  dawne  czasy.  Po 

dłuŜszej  chwili Jack  poruszył  draŜliwą  sprawę  małŜeństwa  Evene  z  tym  z  zalotników,  który 

zdobył Płomień Piekieł. 

Pułkownik, który na Ŝółtawych policzkach miał dwie identyczne półksięŜycowate blizny, a 

włosy zmierzwione ponad linią nosa jak czerwone tornado, skinął głową nad swym kielichem. 

Spuścił swe blade oczy. 

— CóŜ, taka była... umowa — powiedział cicho. 

— Nie ze mną — odrzekł Jack. — UwaŜałem, Ŝe to zadanie dla mnie, nie oferta otwarta dla 

wszystkich. 

— Musisz przyznać, Ŝe ci się nie powiodło. Tak więc, gdy się pojawił następny zalotnik z 

Płomieniem Piekieł... 

— Powinieneś był poczekać na mój powrót. Ukradłbym go i przyniósł dla ciebie. 

— Powrót zajmuje sporo czasu. Nie chciałbym, Ŝeby moja córka została starą panną. 

Jack potrząsnął głową. 

—  Muszę  powiedzieć,  Ŝe  jestem  zadowolony  z  tego,  Ŝe  sprawy  przybrały  taki  obrót  — 

ciągnął Pułkownik. — Jesteś teraz potęŜnym władcą i zdobyłeś moją córkę. Myślę, Ŝe jest z 

tobą  szczęśliwa.  Ja  mam  Płomień  Piekieł  i  to  mnie  zadowala.  Wszyscy  mamy  to,  czego 

pragnęliśmy... 

— Nie — odpowiedział Jack. — Mógłbym zasugerować, Ŝe nigdy nie chciałeś, abym został 

twoim  zięciem,  zawarłeś  więc  umowę  z  byłym  władcą  Wielkiego  Gniewu  co  do  tego,  jak 

załatwić tę sprawę. 

— Ja... 

Jack uniósł rękę. 

— Powiedziałem tylko, Ŝe mógłbym to zasugerować. Oczywiście nie twierdzę, Ŝe tak było. 

Nie  wiem,  co  łączyło  cię  z  Królem  Nietoperzy,  oprócz  Evene  i  Płomienia  Piekieł,  i  nie 

obchodzi  mnie  to.  Wiem  tylko,  Ŝe  tak  się  wydarzyło.  Biorąc  to  pod  uwagę,  jak  równieŜ 

uwzględniając fakt, Ŝe jesteś teraz członkiem mojej rodziny, pozwolę ci samemu odebrać sobie 

background image

Ŝ

ycie, zamiast tego, Ŝebyś stracił je z rąk kogoś obcego. 

Pułkownik westchnął i uśmiechnął się, ponownie podnosząc wzrok. 

—  Dziękuję  ci  —  powiedział.  —  Jesteś  bardzo  dobry.  Obawiałem  się,  Ŝe  moŜesz  nie 

przyznać mi tej łaski. 

Wypili łyk wina. 

— Będę musiał zmienić imię — dodał Pułkownik. 

— Jeszcze nie w tej chwili — odrzekł Jack. 

— To prawda, ale moŜe masz jakieś pomysły. 

— Na razie nie. Zastanowię się nad tą kwestią podczas twojej nieobecności. 

—  Dziękuję  ci  —  odrzekł  Pułkownik.  —  Wiesz,  nigdy  jeszcze  tego  nie  robiłem...  czy 

mógłbyś polecić mi jakiś sposób? 

Jack zastanowił się przez chwilę. 

— Trucizna jest bardzo dobra, ale jej efekty są róŜne u róŜnych osób. Niekiedy moŜe okazać 

się bolesna. Myślę, Ŝe dla ciebie najlepszym sposobem byłoby przecięcie Ŝył w gorącej kąpieli, 

pod powierzchnią wody. To prawie nic nie boli, tak jakbyś zasypiał. 

— Myślę, Ŝe tak właśnie zrobię. 

— W takim razie pozwól, niech udzielę ci kilku wskazówek. Przede wszystkim — zaczął, 

wpadając w sposób mówienia charakterystyczny dla wykładowcy, którego dawno nie uŜywał 

— nie popełnij tej samej pomyłki, co wszyscy amatorzy. 

Ujął  Pułkownika  za  rękę  i  odwrócił  ją,  wyciągając  sztylet.  UŜywając  go  jak  wskaźnika, 

powiedział: 

— Nie tnij poprzecznie, w ten sposób, gdyŜ krzepnięcie krwi moŜe zahamować jej wypływ, 

spowodować obudzenie się i konieczność powtórzenia cięcia. MoŜe się tak zdarzyć nawet kilka 

razy, co spowodowałoby pewien ból, jak równieŜ byłoby nieestetyczne. Musisz ciąć podłuŜnie, 

wzdłuŜ tej niebieskiej linii — powiedział, wskazując noŜem. — Gdyby tętnica okazała się zbyt 

ś

liska, musisz ją unieść noŜem i szybko odwrócić ostrze. Nie ciągnij jej po prostu do góry. To 

nie  jest  przyjemne.  Zapamiętaj,  jeśli  nie  uda  ci  się  ciąć  wzdłuŜ,  pozostanie  ci  szybkie 

odwrócenie noŜa. Masz jakieś pytania? 

— Nie. 

— Powtórz wszystko jeszcze raz. 

— PoŜycz mi swojego sztyletu. 

— Proszę. 

Jack wysłuchał Pułkownika, kiwając głową. Zrobił tylko drobne poprawki. 

— W porządku, myślę, Ŝe zrozumiałeś — powiedział i schował sztylet do pochwy. 

— Napijesz się jeszcze wina? 

— Chętnie. Twoje piwnice są naprawdę dobre. 

— Dziękuję ci. 

Wysoko ponad skrytym w ciemności światem, tuŜ poniŜej czarnej kuli, dosiadając leniwego 

background image

smoka,  którego  nakarmił  Benonim  i  Blitem,  Jack  roześmiał  się  w  głos.  Niestałe  sylfy 

roześmiały się razem z nim, gdyŜ teraz on był ich panem. 

Z upływem czasu Jack rozwiązywał kolejne spory graniczne po swojej myśli. Było ich coraz 

mniej.  Początkowo  tylko  dla  zabicia  czasu,  potem  z  coraz  większym  entuzjazmem,  zaczął 

wykorzystywać wiedzę, którą zdobył na Jasnej Stronie, tworząc obszerne dzieło pod tytułem 

„Opis kultury Ciemnej Strony”. PoniewaŜ jego władza rozciągała się teraz na znaczną część 

nocy,  zaczął  wzywać  na  swój  dwór  obywateli,  których  wspomnienia,  czy  teŜ  specjalne 

umiejętności mogły dostarczyć historycznego, technicznego bądź artystycznego materiału do 

jego  dzieła.  Był  bardziej  niŜ  w  połowie  zdecydowany  wydać  je  na  Jasnej  Stronie,  gdy  tylko 

będzie  ukończone.  Teraz,  gdy  utworzył  szlaki  przemytnicze  i  miał  swoich  agentów  we 

wszystkich waŜniejszych miastach po stronie dnia, nie sprawiłoby mu to trudności. 

Siedział w Wielkim Gniewie, zwanym teraz StraŜnicą Cieni — olbrzymiej budowli pełnej 

wysokich komnat oświetlonych pochodniami i podziemnych labiryntów. Wieńczyły je liczne 

wieŜe. Były tam przedmioty o wielkim pięknie i przedmioty o nieocenionej wartości. Cienie 

tańczyły na jej korytarzach. Niezliczone klejnoty świeciły jaśniej niŜ słońce nad Jasną Stroną. 

Siedział w swej bibliotece w StraŜnicy Cieni, pracując nad swoim dziełem. Na biurku stała 

czaszka jej poprzedniego władcy, której uŜywał jako popielniczki. 

Zapalił papierosa. Jednym z powodów, dla których stworzył potajemny handel, było to, iŜ 

stwierdził,  Ŝe  ten  zwyczaj  Jasnej  Strony  jest  równie  przyjemny,  jak  trudny  do  porzucenia. 

Obserwował, jak dym z papierosa miesza się z dymem świec, wędrując ku sufitowi, gdy Stab 

(były  człowiek  —  nietoperz,  którego  uczynił  swoim  słuŜącym)  wszedł,  zatrzymując  się  w 

przepisowej odległości. 

— Panie — rzekł. 

— Słucham. 

— Pod bramą stoi jakaś stara baba, która mówi, Ŝe chce rozmawiać z tobą. 

— Nie wzywałem Ŝadnych starych bab. KaŜ jej iść precz. 

— Powiedziała, Ŝe ją zaprosiłeś, panie. 

Jack  spojrzał  na  małego,  ciemnoskórego  człowieczka,  którego  wydłuŜone  kończyny  i 

pióropusz białych włosów, przypominających czułki nad nienormalnie długą twarzą nadawały 

owadopodobny  wygląd.  Jack  miał  dla  niego  powaŜanie,  gdyŜ  był  on  niegdyś  znanym 

złodziejem, który próbował okraść poprzedniego władcę tego miejsca. 

— Zaprosiłem? Nie przypominam sobie. Jakie wywarła na tobie wraŜenie? 

— Czuć od niej było smród zachodu, panie. 

— Dziwne... 

— Kazała przekazać, Ŝe ma na imię Rosie. 

— Rosalie! — krzyknął Jack, zrywając się na równe nogi. — Przyprowadź ją do mnie, Stab! 

— Tak jest, panie — odpowiedział Stab, odsuwając się od pana na bezpieczną odległość jak 

zwykle, gdy następowały u niego nieoczekiwane zmiany nastroju. 

background image

Jack strząsnął popiół do czaszki, przyglądając się jej. 

— Ciekawe, czy wkrótce znowu się pojawisz? — zastanowił się. — Mam wraŜenie, Ŝe tak. 

Zrobił notatkę, która miała mu przypomnieć, Ŝe powinien zarazić kilka kompanii Ŝołnierzy 

cięŜkim katarem i skierować ich do patrolowania okolic Otchłani Łajna. 

OpróŜnił czaszkę i zabrał się do porządkowania papierów na biurku, gdy Stab wprowadził 

Rosalie. Podnosząc się zza biurka, Jack spojrzał na sługę, który oddalił się szybko. 

— Rosalie! — zawołał. — Jak się czujesz! 

Nie odwzajemniła uśmiechu, lecz skinęła głową i usiadła na krześle, które jej wskazał. 

Na  bogów!  —  pomyślał.  —  Naprawdę  wygląda  jak  wiecheć,  ale...  to  jednak  przecieŜ 

Rosalie. 

— Widzę, Ŝe w końcu przybyłaś do StraŜnicy Cieni. W podzięce za chleb, który mi wtedy 

dałaś,  nigdy  nie  zabraknie  ci  jedzenia.  W  zamian  za  radę,  której  mi  udzieliłaś,  będziesz 

otoczona  honorami.  Przyślę  ci  słuŜących,  aby  cię  wykąpali  i  ubrali.  Będą  zawsze  na  twoje 

rozkazy. Jeśli pragniesz pogłębić znajomość swej sztuki, udzielę ci lekcji wyŜszej magii. Dam 

ci  wszystko,  o  co  poprosisz.  Wydam  na  twoją  cześć  ucztę,  gdy  tylko  zdąŜę  ją  przygotować. 

Witaj w StraŜnicy Cieni! 

— Właściwie nie mam zamiaru tu zostać, Jack. Chciałam tylko popatrzeć, jak wyglądasz w 

swym nowym szarym ubraniu i wspaniałym płaszczu. Jakie piękne buty! Nigdy przedtem nie 

miałeś takich czystych. 

Uśmiechnął się. 

— Nie chodzę tyle na piechotę, co kiedyś. 

— ...Nigdzie teŜ nie musisz się podkradać — dodała. — Zdobyłeś dla siebie królestwo, Jack, 

największe o jakim słyszałam. Czy uczyniło cię to szczęśliwym? 

— Raczej tak. 

—  Poszedłeś  do  maszyny,  która  myśli  jak  człowiek,  tylko  szybciej.  Tej,  przed  którą  cię 

ostrzegałam, prawda? 

— Tak. 

— ...i ona dała ci Utracony Klucz — Kolwynie? 

Odwrócił się, sięgnął po papierosa i zapalił go. Zaciągnął się głęboko. Spojrzał na Rosalie i 

skinął głową. 

— O tym nie rozmawiam z nikim — powiedział. 

— Oczywiście, oczywiście — odpowiedziała. — Dzięki niemu jednak zdobyłeś moc, która 

umoŜliwiła ci spełnienie twoich ambicji, o których nawet nie wiedziałeś kiedyś, Ŝe je masz. 

— Muszę przyznać, Ŝe masz rację. 

— Opowiedz mi o tej kobiecie. 

— Jakiej kobiecie? 

—  Widziałam  w  komnacie  piękną  kobietę,  całą  ubraną  na  zielono,  pod  kolor  oczu. 

Powiedziałam jej „dzień dobry”. Jej usta uśmiechnęły się do mnie, lecz jej duch podąŜał za nią 

background image

płacząc. Co jej uczyniłeś, Jack? 

— To, co było konieczne. 

— Okradłeś ją z czegoś, sama nie wiem z czego, tak jak okradasz wszystkich, których znasz. 

Czy masz kogoś, kogo uwaŜasz za przyjaciela? Komu nic nie zabrałeś, lecz dałeś mu coś? 

— Tak — odpowiedział. — Siedzi na szczycie Panicusa, zrobiony w połowie ze skały, a w 

połowie  nie  wiem  z  czego.  Wiele  razy  odwiedzałem  go  i  ze  wszystkich  sił  starałem  się  go 

uwolnić, jednakŜe nawet potęga Klucza okazała się niewystarczająca. 

—  Anioł  Jutrzenki...  —  powiedziała.  —  Tak,  to  się  nawet  zgadza,  Ŝe  twoim  jedynym 

przyjacielem jest ktoś przeklęty przez bogów. 

— Rosie, za co chcesz mnie ukarać? Pragnę ci wynagrodzić, jak tylko będę mógł wszystko, 

co wycierpiałaś z mojej i nie mojej winy. 

—  Ta  kobieta,  którą  widziałam...  Czy  przywrócisz  ją  do  stanu,  w  jakim  była,  zanim  ją 

okradłeś, jeśli to właśnie będzie moje Ŝyczenie? 

— Być moŜe — odpowiedział Jack. — Wątpię jednak, czy mnie o to poprosisz. Gdybym to 

uczynił, ogarnęłoby ją szaleństwo. 

— Dlaczego? 

— Z powodu wszystkiego, co przeŜyła. 

— Z twojej winy? 

— Tak, ale sama do tego doprowadziła. 

— śadna ludzka dusza nie zasługuje na takie cierpienie, jakie widziałam podąŜające za nią. 

— Dusze! Nie opowiadaj mi o duszach ani o cierpieniu! Czy chcesz mi przypomnieć, Ŝe ty 

masz duszę, a ja nie? Czy myślisz, Ŝe ja nie wiem nic o cierpieniu? Co prawda, masz rację co do 

niej. Jest w połowie pochodzenia ludzkiego. 

— AleŜ ty masz duszę, Jack. Przyniosłam ją ze sobą. 

— Obawiam się, Ŝe nie rozumiem... 

—  Zostawiłeś  ją  w  Otchłani  Łajna  w  Glyve,  jak  wszyscy  mieszkańcy  Ciemnej  Strony. 

Przyniosłam ją ze sobą na wypadek, gdybyś któregoś dnia jej potrzebował. 

— śartujesz, oczywiście? 

— Nie. 

— Skąd wiedziałaś, Ŝe to moja? 

— Jestem wiedźmą. 

— PokaŜ mi ją. 

Zdusił papierosa. Rozpakowała swój tobołek. Wyjęła z niego mały przedmiot, zawinięty w 

czystą szmatkę. Rozwinęła ją i pokazała Jackowi na wyciągniętej dłoni. 

— Takie coś? — zapytał.  

Zaczął się śmiać. 

Przedmiot  był  szarą  kulą,  która  pod  wpływem  światła  zaczęła  się  rozjaśniać.  Jej 

powierzchnia  zaczęła  lśnić,  wreszcie  stała  się  zupełnie  przezroczysta.  Na  jej  powierzchni 

background image

błyszczały róŜnokolorowe światła. 

— To tylko kamień — powiedział. 

— Miałeś go ze sobą, gdy przebudziłeś się w Glyve, prawda? 

— Tak, trzymałem go w ręku. 

— Dlaczego go zostawiłeś? 

— A dlaczego nie? 

— Czy nie był z tobą za kaŜdym razem, gdy się przebudzałeś? 

— No i co z tego? 

— Ten kamień zawiera twoją duszę. Być moŜe któregoś dnia zapragniesz się z nią połączyć. 

— To ma być dusza? Co mam z nią zrobić? Nosić ją w kieszeni? 

— Zawsze to lepiej niŜ zostawić ją na kupie łajna. 

— Daj mi to! 

Wyrwał jej kamień z ręki i przyjrzał mu się uwaŜnie. 

— To nie jest dusza — powiedział. — To wyjątkowo nieatrakcyjny kawał kamienia lub jajo 

wielkiego  Ŝuka  gnojaka.  Nawet  śmierdzi  jak  Glyve!  Zamachnął  się  ręką  pragnąc  wyrzucić 

przedmiot. 

—  Nie!  —  krzyknęła.  —  To  twoja  dusza...  —  dokończyła  cicho,  gdy  kamień  uderzył  o 

ś

cianę i rozsypał się na kawałki. Jack odwrócił głowę. 

—  Powinnam  była  to  przewidzieć  —  powiedziała.  —  śaden  z  was  tak  naprawdę  ich  nie 

chce, a juŜ najmniej ty. Sam musisz przyznać, Ŝe było to coś więcej niŜ zwykły kamień czy jajo, 

bo  inaczej  nie  zareagowałbyś  z  taką  wściekłością.  Wyczułeś  coś,  co  zagraŜało  ci  osobiście. 

Mam rację? 

Nie odpowiedział jej. Zwrócił powoli głowę w kierunku rozbitego kamienia i wlepił w niego 

swój wzrok. Rosalie równieŜ spojrzała w tamtą stronę. 

Z kamienia wydobył się mglisty obłok, który rozpostarł się we wszystkie strony. Uniósł się 

w  powietrze,  znieruchomiał  i  zaczął  przybierać  kolory.  Zaczął  pojawiać  się  zarys 

człowiekokształtnej postaci. Jack patrzył zafascynowany. Coraz lepiej widoczne zarysy twarzy 

były identyczne z jego własnymi. Postać była coraz wyraźniejsza. W końcu miał wraŜenie, Ŝe 

patrzy na własnego bliźniaka. 

— Jak się nazywasz duchu? — zapytał.  

Zaschło mu w gardle. 

— Jack — padła odpowiedź. 

— Ja jestem Jack. Jak brzmi twoje imię? 

— Jack — powtórzyła postać. 

Zwrócił się w stronę Rosalie. 

— Ty sprowadziłaś go tutaj. Wygnaj go teraz — warknął. 

—  Nie  mogę  —  odpowiedziała.  Przeczesała  włosy  ręką,  a  potem  opuściła  ją  na  podołek, 

gdzie połączyła się w uścisku z drugą. — On naleŜy do ciebie. 

background image

— Dlaczego nie zostawiłaś go w Glyve, tam gdzie go znalazłaś? Gdzie jest jego miejsce? 

— To nie było jego miejsce — odpowiedziała. — NaleŜy do ciebie. 

Jack odwrócił się. 

— Hej, ty! — zapytał. — Czy jesteś duszą? 

—  Zaczekaj  chwilę,  proszę  —  padła  odpowiedź.  —  Muszę  się  pozbierać  do  kupy.  Tak, 

wydaje mi się, Ŝe jestem duszą. 

— Czyją? 

— Twoją, Jack. 

— Świetnie — powiedział Jack. — Naprawdę mi się odpłaciłaś, Rosalie. Co mam u diabła 

zrobić  z  duszą.  Jak  się  jej  pozbyć?  Jeśli  umrę,  gdy  ona  jest  na  wolności,  nie  będę  mógł 

ponownie narodzić się. 

— Nie wiem, co ci odpowiedzieć. Myślałam, Ŝe zrobię dobrze, kiedy ją odnajdę i przyniosę 

do ciebie. 

— Dlaczego? 

—  Mówiłam  ci  kiedyś,  Ŝe  Baron  był  zawsze  dobry  dla  starej  Rosie.  Gdy  zdobyłeś  jego 

królestwo, powiesiłeś go głową w dół i rozprułeś mu brzuch. Płakałam, Jack. Przez długi czas 

on był jedynym człowiekiem, który był dla mnie dobry. Słyszałam wiele o twoich czynach i 

Ŝ

aden z nich nie był dobry. Mając taką moc jak ty, łatwo jest skrzywdzić wielu i ty to zrobiłeś. 

Myślałam, Ŝe jeśli przyniosę ci twoją duszę, staniesz się bardziej wyrozumiały. 

— Och, Rosalie — westchnął. — Jakaś głupia. Chciałaś dobrze, ale postąpiłaś głupio. 

— MoŜliwe — odpowiedziała zaciskając dłonie z całej siły. Spojrzała na duszę, która stała 

nieruchomo, wpatrzona w nich. 

— Duszo — odezwał się Jack. — Słyszałaś, co powiedziałem. Czy masz jakieś propozycje? 

— Pragnę tylko jednego. 

— A mianowicie? 

— Połączyć się z tobą. Iść z tobą przez Ŝycie, pocieszać cię i udzielać ci rady i... 

— Poczekaj chwilę — powiedział Jack. — Czego potrzebujesz, aby się ze mną połączyć? 

— Twojej zgody. 

Jack uśmiechnął się. Zapalił papierosa. Ręce drŜały mu lekko. 

— Co się stanie, jeśli odmówię tej zgody? — zapytał. 

— Wtedy pozostanę bezdomna. Będę podąŜać za tobą z daleka, niezdolna pocieszać cię ani 

ostrzec, niezdolna... 

— Świetnie — powiedział Jack. — Odmawiam zgody. Wynoś się stąd. 

— Chyba Ŝartujesz? Cholernie nieładnie postępować tak z duszą. Czekam gotowa pocieszać 

cię  i  ostrzegać,  a  ty  mnie  wyrzucasz.  Co  ludzie  powiedzą?  Patrzcie,  tam  idzie  dusza  Jacka. 

Biedactwo. Wałęsa się z pomniejszymi duchami, demonami i... 

—  ZjeŜdŜaj  —  powiedział  Jack.  —  Mogę  się  obejść  bez  ciebie.  Znam  was,  podstępne 

gnojki. Przez was ludzie się zmieniają. Ja natomiast nie chcę się zmieniać. Podobam się sobie 

background image

taki, jaki jestem. Nie potrzebuję cię. Wracaj do  Otchłani Łajna  albo idź sobie, gdzie chcesz. 

Rób, co ci się podoba, tylko zostaw mnie w spokoju. 

— Ty naprawdę tego chcesz? 

—  Oczywiście.  Mogę  ci  nawet  znaleźć  ładny  nowy  kryształ,  jeśli  wolisz  tkwić  w  jego 

ś

rodku. 

— Na to juŜ za późno. 

— CóŜ, to wszystko, co mogłem ci zaoferować. 

— Jeśli nie chcesz się ze mną połączyć, to chociaŜ nie wyrzucaj mnie jak byle włóczęgę. 

Pozwól mi zostać przy sobie. MoŜe w ten sposób będę mogła cię pocieszać, ostrzegać i udzielać 

ci rady. MoŜe wtedy docenisz moją wartość i zmienisz zdanie. 

— Wynoś się. 

— A jeśli nie pójdę? Jeśli będę się narzucać ze swoją obecnością? 

— Wtedy uŜyję przeciw tobie najbardziej niszczycielskich mocy Klucza — odpowiedział 

Jack — których nigdy do tej pory nie stosowałem. 

— Zniszczyłbyś własną duszę? 

— Masz cholerną rację! ZjeŜdŜaj stąd! 

Dusza odwróciła się w stronę ściany i zniknęła. 

—  Tyle  o  duszach  —  powiedział  Jack.  —  Teraz  znajdę  ci  pokój  i  słuŜących.  Potem 

przygotujemy ucztę. 

— Nie — odpowiedziała Rosie. — Chciałam cię tylko zobaczyć. W porządku, zobaczyłam. 

Chciałam ci przynieść pewną rzecz — przyniosłam ją. To wszystko. 

Wstała z miejsca. 

— Zaczekaj — powiedział Jack. — Dokąd pójdziesz? 

— Moja rola jako wiedźmy Marchii Wschodniej dobiegła końca. Wracam do Gospody pod 

Płonącym  Tłuczkiem  przy  drodze  prowadzącej  w  kierunku  morza.  MoŜe  znajdę  tam  młodą 

dziewczynę, która zaopiekuje się mną na stare lata. W zamian za to nauczę ją magii. 

— Zostań choć na chwilę — poprosił. — Zjedz coś, odpocznij. 

— Nie podoba mi się to miejsce. 

—  JeŜeli  koniecznie  chcesz  odejść,  pozwól  mi  wysłać  cię  w  łatwiejszy  sposób  niŜ  na 

piechotę. 

— Nie, dziękuję. 

— Mogę ci dać trochę pieniędzy. 

— Ukradną mi je. 

— Wyślę eskortę. 

— Wolę podróŜować sama. 

— Dobrze, Rosalie. 

Spojrzał jak wychodzi, potem zwrócił się w stronę kominka i rozpalił w nim mały ogień. 

Jack  kontynuował  pracę  nad  swoim  dziełem  „Opis  kultury  Ciemnej  Strony”,  stając  się  w 

background image

nim coraz waŜniejszą postacią. Konsolidował teŜ swoją władzę nad krainą nocy. Widział, jak w 

całym  kraju  wznoszono  na  jego  cześć  niezliczone  posągi.  Słyszał  swe  imię  na  wargach 

pieśniarzy i poetów nie w starych pieśniach o złodziejskich wyczynach, lecz w nowych o jego 

mądrości  i  potędze.  Czterokrotnie  pozwalał  Królikowi  Nietoperzy,  Smage’owi,  Quazerowi, 

Baronowi  i  Blite’owi  przebyć  część  drogi  z  Glyve,  zanim  wysłał  ich  tam  z  powrotem,  za 

kaŜdym  razem  w  inny  sposób.  Postanowił  zuŜyć  wszystkie  przydzielone  im  Ŝycia  i  w  ten 

sposób pozbyć się ich raz na zawsze. 

Evene tańczyła i śmiała się na uroczystości, którą urządził Jack na cześć powrotu jej ojca. 

Unosząc  we  wciąŜ  pokrytej  bliznami  ręce  puchar  wina  z  piwnicy,  która  niegdyś  naleŜała  do 

niego, Pułkownik Który Nigdy Nie Został Zabity Przez Drugiego wzniósł toast: 

— Za pana i panią StraŜnicy Cieni! Niech ich królestwo i ich szczęście przetrwają tak długo, 

jak noc, która nas osłania! 

Pułkownik wypił wino. Zaczęła się zabawa. 

Wysoko na szczycie Panicusa, zrośnięty z nim Anioł Jutrzenki spoglądał na wschód. 

Dusza przeklinając wędrowała na wschód. 

Tłusty smok sapiąc dźwigał owcę w stronę swego legowiska. 

Potwór w mrocznym bagnie śnił o krwi. 

background image

11. 

 

W końcu nadszedł czas, gdy naprawdę złamano Przymierze. 

Robiło się coraz zimniej. Jack zajrzał do Księgi i znalazł imiona tych, na których przypadała 

kolej. Czekał i czekał, lecz nic się nie zdarzyło. W końcu wezwał ich do siebie. 

— Przyjaciele — powiedział. — Na was przypada kolejny dyŜur przy Tarczy. Dlaczego go 

nie podjęliście? 

— Panie — odrzekł Eldrige. — Wspólnie ustaliliśmy, Ŝe odmówimy. 

— Dlaczego? 

—  Ty  pierwszy  złamałeś  Przymierze  —  odpowiedział.  —  Jeśli  nie  moŜemy  wskrzesić 

ś

wiata  takiego,  jakim  był  przedtem,  to  wolimy,  aby  pozostał  taki,  jaki  jest  teraz,  to  znaczy 

zmierzający  prostą  drogą  ku  zagładzie.  Nie  ruszymy  nawet  ręką.  JeŜeli  chcesz,  moŜesz  nas 

zabić. JeŜeli jesteś taki potęŜny, napraw Tarczę sam. Zabij nas i patrz na śmierć. 

— Słyszałeś jego prośbę — powiedział Jack do sługi. — Przypilnuj, Ŝeby wszyscy zostali 

zabici. 

— Ale, panie... 

— Zrób, jak ci powiedziałem. 

— Tak jest. 

— Sam zajmę się Tarczą. 

Wyprowadzono ich i stracono. 

Jack zabrał się do dzieła. Wspiął się na szczyt jednej z najbliŜszych gór i zaczął zastanawiać 

się  nad  całym  problemem.  Czuł  chłód.  Otworzył  swoją  jaźń  i  znalazł  luki  w  Tarczy.  Zaczął 

rysować na ścianie magiczne diagramy, wydrapując je ostrzem własnego miecza. Zatliły się, a 

potem rozbłysły pełnym blaskiem. Wyrecytował słowa Klucza. 

— Cześć. 

Jack odwrócił się wyciągając miecz. 

— 

To tylko ja. 

Opuścił miecz. Powiał zimny wiatr. 

— Czego chcesz duszo? 

— Zaciekawiło mnie, co robisz. Czasami podąŜam za tobą, rozumiesz. 

— Wiem o tym i nie podoba mi się to. 

Jack ponownie zwrócił uwagę w stronę diagramu. 

— Czy moŜesz mi odpowiedzieć? 

background image

— Zgoda — odpowiedział — ale pod warunkiem, Ŝe przestaniesz zawodzić mi nad uchem. 

— Jestem zbłąkaną duszą. One zawsze zawodzą. 

— W takim razie rób, co chcesz. Nic mnie to nie obchodzi. 

— Ale to, co pragniesz zrobić... 

— Mam zamiar naprawić Tarczę. Myślę, Ŝe znalazłem odpowiednie zaklęcie. 

— Nie wierzę, Ŝebyś potrafił to zrobić. 

— Dlaczego? 

— Myślę, Ŝe nikt nie potrafi tego dokonać w pojedynkę. 

— Przekonamy się. 

— Czy mogę ci pomóc? 

— Nie! 

Wrócił  do  diagramu,  poprawił  go  ostrzem  swojego  miecza  i  ponownie  zaczął  recytować 

zaklęcie. Powiał wiatr. Płomienie rozjarzyły się. 

— Muszę juŜ iść — powiedział. — Zejdź mi z drogi duszo. 

— W porządku. Pragnę tylko zjednoczyć się z tobą. 

— MoŜe kiedyś, gdy znudzę się Ŝyciem. Z pewnością nie teraz. 

— To znaczy, Ŝe mogę mieć nadzieję? 

— Być moŜe, ale nie w najbliŜszym czasie. 

Jack wstał i spojrzał na to, czego dokonał. 

— Nie udało się, prawda? 

— Zamknij się. 

— Nie powiodło ci się. 

— Zamknij się. 

— Czy chcesz się ze mną zjednoczyć? 

— Nie! 

— MoŜe mogłabym ci pomóc? 

— Idź do diabła. 

— Tylko zapytałam. 

— Zostaw mnie w spokoju. 

— Co teraz zrobisz? 

— ZjeŜdŜaj stąd! 

Podniósł ręce i cisnął przed siebie moc. Bez skutku. 

— Nie potrafię tego zrobić — powiedział. 

— Przewidziałam to. Czy wiesz co zrobić teraz? 

— Zastanawiam się. 

— Mam pewien pomysł. 

— Jaki? 

— Spytaj swego przyjaciela, Anioła Jutrzenki. On wie mnóstwo rzeczy. Myślę, Ŝe mógłby ci 

background image

coś poradzić. 

Jack opuścił głowę i spojrzał na dymiący diagram. Wiał zimny wiatr. 

— Być moŜe masz rację — powiedział. 

— Jestem pewna, Ŝe mam. 

Jack owinął się w swój płaszcz. 

— Wyruszę poprzez cienie — powiedział. 

Szedł długo poprzez cienie, aŜ dotarł na miejsce. Potem wspiął się w górę. Gdy dotarł na 

szczyt, podszedł do Anioła Jutrzenki. 

— Jestem tutaj — powiedział. 

— Wiem o tym. 

— Czy wiesz, czego pragnę? 

— Tak. 

— Czy moŜna tego dokonać? 

— Nie jest to niemoŜliwe. 

— Co mam uczynić? 

— To nie będzie łatwe. 

— Nie spodziewałem się, Ŝe będzie. Powiedz mi. 

Anioł Jutrzenki pochylił nieco swój olbrzymi tułów. Potem powiedział mu. 

— Nie wiem, czy dam radę tego dokonać — powiedział Jack. 

— Ktoś musi. 

— Czy nie ma nikogo, komu mógłbym powierzyć to zadanie? 

— Nie. 

— Czy jesteś w stanie przepowiedzieć, czy mi się uda? 

— Nie. Mówiłem ci juŜ kiedyś o twoich cieniach. 

— Tak, przypominam sobie. 

Przez chwilę na szczycie panowała cisza. 

— Do widzenia, Aniele Jutrzenki — powiedział Jack wreszcie. — Dziękuję ci za radę. 

— Powodzenia, Jack. 

Jack odwrócił się i ponownie wyruszył w drogę poprzez cienie. Wszedł do wielkiej jamy, 

która prowadziła do wnętrza świata. Gdzieniegdzie na ścianach widać było świetliste plamy. W 

pobliŜu  nich  mógł  uŜywać  cienia  i  pokonywać  znaczne  odległości  za  jednym  zamachem.  W 

innych miejscach, gdzie panowała całkowita ciemność, musiał iść na piechotę, jak wszyscy. Od 

czasu  do  czasu  mijał  niezwykle  ozdobione  galerie  i  skryte  w  ciemnościach  drzwi.  Nie 

zatrzymywał się, aby im się przyjrzeć. Niekiedy słyszał odgłosy wyposaŜonych w pazury łap 

lub  tętent  koni.  Raz  minął  ognisko,  w  którym  płonęły  kości.  Dwukrotnie  usłyszał  krzyk, 

brzmiący jak okrzyk bólu kobiety. Nie zatrzymał się, sięgnął tylko do rękojeści miecza. 

Minął korytarz, w którym olbrzymi pająk siedział na środku pajęczyny o niciach grubych jak 

powrozy. Gdy przechodził, zaczęła drŜeć. Rzucił się do ucieczki, jednakŜe pająk nie ścigał go. 

background image

Po chwili usłyszał za plecami śmiech. 

Gdy zatrzymał się na odpoczynek, ujrzał, Ŝe ściany w tym miejscu były wilgotne i pokryte 

pleśnią.  Z  dala  dobiegał  odgłos  podziemnej  rzeki.  Małe  stworzenia  podobne  do  krabów 

uciekały przed nim wspinając się po ścianach. 

Posuwając  się  dalej,  napotkał  rozpadliny  i  przepaście  ziejące  cuchnącymi  oparami.  Z 

niektórych  wydobywały  się  płomienie.  Upłynęło  sporo  czasu  zanim  dotarł  do  metalowego 

mostu szerokiego zaledwie na dłoń. Spojrzał w przepaść na dole. Ujrzał tylko ciemność. Ruszył 

naprzód,  balansując  ostroŜnie.  Odetchnął  z  ulgą,  gdy  postawił  stopę  na  drugim  brzegu.  Nie 

obejrzał się za siebie. 

Tunel  stawał  się  coraz  szerszy,  aŜ  jego  ściany  i  sufit  zniknęły  z  pola  widzenia.  Ciemne 

kształty o róŜnej gęstości przesuwały się obok niego. W kaŜdej chwili mógł zapalić niewielkie 

ś

wiatło,  aby  oświetlić  drogę,  wolał  jednak  tego  nie  robić,  obawiając  się  zwrócenia  uwagi 

któregoś  z  nich.  Równie  łatwo  mógł  zapalić  wielkie  światło,  jednakŜe  nie  przetrwałoby  ono 

długo,  gdy  tylko  bowiem  Jack  wkroczyłby  w  stworzony  w  ten  sposób  świat  cieni,  zgasłoby 

ponownie, pozostawiając go w ciemności. 

Przez chwilę obawiał się, Ŝe znalazł się w olbrzymiej jaskini i zgubił w niej drogę, potem 

jednak  pojawiło  się  przed  nim  pasemko  światła.  Przykuł  do  niego  wzrok  i  ruszył  w  jego 

kierunku.  Gdy  po  dłuŜszej  chwili  dotarł  na  miejsce,  ujrzał  wielki,  czarny  staw,  na  którym 

unosiły  się  przypominające  rybie  łuski  fragmenty  fosforyzującego  grzyba,  porastającego 

ś

ciany i sklepienie jaskini. OkrąŜył staw, kierując się w stronę plamy ciemności na jego drugim 

brzegu.  Nagle  w  wodzie  coś  się  poruszyło.  Jack  odwrócił  się,  wyciągnął  miecz.  Skoro  i  tak 

został odkryty, mógł wypowiedzieć zaklęcie, dzięki któremu nad wodą pojawiło się światło. 

Ujrzał na powierzchni wielką falę, zbliŜającą się w jego stronę, jakby pod wodą poruszało się 

coś  duŜego.  Z  obu  jej  stron  pojawiły  się  czarne,  zakończone  szczypcami,  ociekające  wodą 

macki. Wyciągnęły się w jego kierunku. ZmruŜył oczy pod wpływem stworzonego przez siebie 

ś

wiatła. Zamachnął się mieczem, trzymając go w obu rękach. Wypowiedział najkrótsze znane 

mu zaklęcie, przynoszące siłę i pewność uderzenia. 

Gdy bliŜsza macka znalazła się w zasięgu jego uderzenia, ciął ją mieczem. Upadła, wciąŜ się 

wijąc tuŜ obok jego lewej nogi i uderzyła go, przewracając go na ziemię. 

MoŜna  powiedzieć,  Ŝe  miał  szczęście,  gdyŜ  w  tym  samym  momencie  druga  z  macek 

uderzyła w miejsce, gdzie przed chwilą znajdowały się jego głowa i barki. 

Wtem  z  wody  wyłoniła  się  okrągła  twarz  o  bladych  oczach.  Jej  średnica  wynosiła  około 

trzech  stóp.  Ozdobiona  była  koroną  wijących  się  macek  o  grubości  męskiego  kciuka.  W  jej 

dolnej  części  pojawił  się  wielki  otwór.  Ruszyła  w  kierunku  Jacka.  Ten,  nie  podnosząc  się  z 

ziemi, skierował miecz trzymany w obu rękach w stronę potwora. Wypowiedział słowa Klucza 

tak szybko, jak jego usta mogły nadąŜyć. Ostrze rozjarzyło się jasnym światłem, rozległo się 

głośne brzęczenie i z końca miecza wytrysnął strumień płomienia. 

Jack powoli zatoczył mieczem krąg. Wkrótce do jego nozdrzy nadbiegł smród palącego się 

background image

mięsa. Stwór wciąŜ nie ustępował, aŜ Jack ujrzał biel jego licznych zębów. Jego zdrowa macka 

wraz z kikutem drugiej waliły na oślep w niebezpiecznie bliskiej odległości. Bestia zasyczała 

głośno. W tej samej chwili Jack uniósł miecz tak, Ŝe płomienie padły na krótkie macki, wijące 

się na czubku głowy potwora. Z dźwiękiem przypominającym łkanie stworzenie rzuciło się z 

powrotem do wody, wznosząc falę, która zalała Jacka. Zanim bestia zniknęła w głębinach, Jack 

zdąŜył jeszcze ujrzeć jej tylną część. 

To  nie  zimna  woda  sprawiła,  Ŝe  zadrŜał.  Podniósł  się,  zanurzył  miecz  w  wodzie  i 

wypowiedział zaklęcie, które wzmocniło tysiąckrotnie moc, którą przywołał uprzednio. Miecz 

zaczął wibrować tak, Ŝe tylko z największym trudem mógł go utrzymać w rękach. Stał jednak 

mocno. Nad głową błyszczało mu światło, u jego stóp leŜała odcięta macka. Im bardziej bał się 

mocy, którą wezwał, tym dłuŜej wydawało mu się, Ŝe tam stoi. Pot pokrył go jak dodatkowe 

ciepłe ubranie. 

Nagle z sykiem, przypominającym niemal krzyk bólu, połowa ciała stworzenia wychynęła z 

wody. Po chwili zniknęło z powrotem. Jack nie poruszył się, dopóki woda nie zaczęła wrzeć. 

Potwór nie pojawił się więcej. 

Jack nie zatrzymał się na następny posiłek, zanim nie zostawił stawu za sobą i nie wszedł do 

następnego tunelu. Wiedział, Ŝe nie odwaŜy się spać. ZaŜył środki wzmacniające i ruszył dalej. 

Gdy  zbliŜył  się  do  obszaru  płomieni,  zaatakowała  go  para  włochatych  małpoludów. 

Skrywając się w cieniu, uciekł im z łatwością. Nie miał czasu, Ŝeby je zabić lub poznęcać się 

nad nimi, odmówił więc sobie tej przyjemności i rozkazał cieniom, aby go zaniosły najdalej jak 

to moŜliwe. 

Teren zajęty przez płomienie był olbrzymi i po chwili, gdy Jack znalazł się na ich drugim 

końcu,  wiedział  juŜ,  Ŝe  zbliŜa  się  do  celu.  Przygotował  się  na  spotkanie  następnego 

niebezpieczeństwa. 

Po dłuŜszej drodze poczuł smród, przywodzący mu na myśl Glyve, lub coś jeszcze bardziej 

obrzydliwego. Wiedział, Ŝe wkrótce będzie mógł widzieć, choć nigdzie nie było światła, a co za 

tym  idzie,  równieŜ  i  cieni,  w  które  mógłby  się  schronić.  Powtarzał  w  pamięci  niezbędne 

wiadomości. Smród nasilał się. Z najwyŜszym wysiłkiem powstrzymywał się od wymiotów. 

Stopniowo zaczynał widzieć, jednakŜe nie za pomocą zwyczajnego wzroku. 

Ujrzał podmokły, pełen skał i jaskiń krajobraz, sprawiający ponure wraŜenie. Panowała tu 

cisza. Mgła unosiła się leniwie w powietrzu i wśród skał, opary wzbijały się z wielkich kałuŜ 

stojącej wody. Niekiedy mgły i opary kondensowały się na niewielkiej wysokości nad głową i 

przez  krótką  chwilę  padał  milczący  deszcz,  który  spłukiwał  plugastwo  pokrywające  ziemie, 

przenosząc je z jednego miejsca na drugie. Poza tym nie było widać nic. Wokoło panował chłód 

przejmujący do szpiku kości. 

Jack  poruszał  się  najprędzej  jak  tylko  mógł  się  odwaŜyć.  Nie  zdąŜył  zajść  daleko,  gdy 

zauwaŜył po swej lewej stronie niewielkie poruszenie. Z jednej z normalnie spokojnych kałuŜ 

wyskoczyło małe, czarne, pokryte brodawkami stworzenie, które wpatrywało się w niego bez 

background image

ruchu.  Jack  wyciągnął  miecz  i  dotknął  lekko  stworzenia  jego  końcem.  Cofnął  się  szybko  o 

krok,  przewidując,  co  moŜe  się  zdarzyć.  Powietrze  eksplodowało,  gdy  stworzenie  zmieniło 

nagle  swoją  postać.  Wznosiło  się  nad  Jackiem  na  czarnych,  krzywych  nogach.  Nie  miało 

twarzy. Wydawało się nie mieć trzeciego wymiaru, jak gdyby narysowano je najczarniejszym z 

atramentów. To, na czym stało, to nie były stopy. Machając ogonem, przemówiło: 

— Powiedz mi swoje imię, ty, który tędy przechodzisz. 

Jego głos brzmiał jak srebrne dzwony z Krelle. 

— Nikt nie moŜe usłyszeć mojego imienia, zanim nie poda mi własnego — odpowiedział 

Jack. 

Z zarysu rogatej głowy dobiegł śmiech. 

— Szybciej. Chcę usłyszeć twoje imię. Nie mam czasu. 

— Jak sobie Ŝyczysz — rzekł Jack i powiedział mu swoje imię. 

Stwór upadł przed nim na kolana. 

— Panie — powiedział. 

— Tak, to jest moje imię. Teraz musisz mi być we wszystkim posłuszny. 

— Tak jest. 

— Rozkazuję ci w imię tego, co powiedziałem, Ŝebyś zaniósł mnie na swoich plecach do 

najdalszych granic swojego królestwa, drogą wiodącą w dół, aŜ do tego miejsca, gdzie ty i tobie 

podobni  nie  moŜecie  juŜ  iść  dalej.  Nie  wolno  ci  teŜ  zdradzić  mnie  przed  Ŝadnym  z  twoich 

kompanów. 

— Zrobię, jak mi rozkazałeś. 

— Powtórz to jeszcze raz jako przysięgę. 

Stwór wykonał polecenie. 

— Schyl się teraz tak, abym mógł cię dosiąść. 

Jack wskoczył na grzbiet stwora, pochylił się i chwycił go za rogi. 

—  Naprzód!  —  krzyknął.  Stwór  podniósł  się  i  ruszył  z  miejsca.  Jack  usłyszał  tętent  jego 

kopyt i oddech przypominający pracę miechów. 

ZauwaŜył,  Ŝe  powłoka  jego  wierzchowca  przypominała  w  dotyku  delikatne  sukno.  Stwór 

przyśpieszył kroku, aŜ krajobraz zaczął migać Jackowi przed oczyma... 

Potem nastała cisza. 

Wyczuwał wokół siebie poruszającą się ciemność. Wiatr owiewał jego twarz z regularnością 

uderzeń  serca.  Zrozumiał,  Ŝe znajdują  się  w  powietrzu  i  wielkie,  czarne  skrzydła  stworzenia 

unoszą ich w górę ponad niezdrową krainą. PodróŜ trwała przez dłuŜszy czas. Jack marszczył 

nos, gdyŜ bestia śmierdziała jeszcze  gorzej niŜ jej rodzinny kraj. Poruszali się szybko, mógł 

jednak od czasu do czasu dostrzec podobne ciemne kształty poruszające się w powietrzu. 

Choć  poruszali  się  z  wielką  prędkością,  to  końca  podróŜy  wciąŜ  nie  było  widać.  Jack 

obawiał  się,  Ŝe  opuszczą  go  siły.  Ręce  zaczęły  go  boleć  jeszcze  bardziej  niŜ  wtedy,  gdy 

zagotował  wodę  w  czarnym  stawie.  Nie  mógł  zasnąć  w  obawie,  Ŝe  puści  się  swego 

background image

wierzchowca. Aby odegnać sen, rozmyślał o wielu rzeczach. 

Dziwne — pomyślał — Ŝe to mój najgorszy wróg wyświadczył mi największą przysługę. 

Gdyby Król Nietoperzy nie zmusił mnie do tego, nigdy nie poszukiwałbym mocy, którą teraz 

posiadam.  Mocy,  która  uczyniła  mnie  władcą.  Dzięki  której  mogłem  się  zemścić  i  zdobyć 

Evene...  Evene...  WciąŜ  nie  zadowala  mnie  sposób,  w  jaki  utrzymuję  cię  przy  sobie.  Jakie 

jednak mam wyjście? ZasłuŜyłaś na to. CzyŜ miłość równieŜ nie jest rodzajem zaklęcia? Jeden 

kocha, a drugi jest kochany i ten, który kocha, wykonuje wszystkie rozkazy tego drugiego. No 

jasne. To jest to samo... 

Pomyślał  teŜ  o  jej  ojcu  —  Pułkowniku,  o  Smage’u,  Quazerze,  Benonim,  Blicie,  Baronie. 

Wszyscy mu zapłacili, wszyscy. Pomyślał o Rosalie, o starej Rosie. Zastanowił się, czy wciąŜ 

Ŝ

yje. Postanowił spytać o nią któregoś dnia w Gospodzie pod Płonącym Tłuczkiem przy drodze 

prowadzącej  w  kierunku  oceanu.  Borshin  —  pomyślał.  Czy  ten  kaleki  stwór  zdołał  jakoś 

przeŜyć, czy wciąŜ poszukuje mojego tropu, gnany jedynym poŜądaniem wypełniającym jego 

zdeformowane ciało? Był on naprawdę ostatnią bronią Króla Nietoperzy, jego jedyną nadzieją 

na zemstę. Jak wybuch strąka geblinki myśl ta sprawiła, Ŝe jego umysł powrócił do spraw, o 

których juŜ dawno nie myślał: komputery, „Ziemianka”, jego wykłady, dziewczyna. Jak miała 

na  imię?  —  Clare!  Uśmiechnął  się  na  myśl,  Ŝe  wciąŜ  pamiętał  jej  imię,  choć  nie  potrafił 

przypomnieć  sobie  jej  twarzy.  Był  jeszcze  Quilian.  Wiedział,  Ŝe  nigdy  nie  zapomni  jego 

twarzy. Jak bardzo go nienawidził! Roześmiał się na myśl, Ŝe zostawił go w łapach oszalałego z 

bólu borshina, który z pewnością wziął go za Jacka. Wspomniał szaleńczą ucieczkę z Jasnej 

Strony w kierunku Ciemności, gdy nie wiedział, czy wydruki, które miał ze sobą, rzeczywiście 

zawierają Utracony Klucz — Kolwynię. Pamiętał triumf jaki odczuł, gdy je sprawdził. Choć 

nigdy  juŜ  nie  wrócił  do  Krainy  Światła,  odczuwał  dziwną  nostalgię  za  tamtymi  dniami  na 

uniwersytecie. Być moŜe — pomyślał — to dlatego, Ŝe cała rzecz naleŜy juŜ do przeszłości i 

mogę wspominać ją spokojnie, podczas gdy wtedy byłem w centrum wydarzeń... 

WciąŜ wracał myślą do Anioła Jutrzenki siedzącego na szczycie Panicusa... 

Przypomniał sobie cały okres od Igrzysk Piekielnych do chwili obecnej... i ponownie jego 

myśli zwróciły się do Anioła Jutrzenki, jego jedynego przyjaciela. 

Dlaczego  byli  przyjaciółmi?  Co  ich  ze  sobą  łączyło?  Nie  widział  wytłumaczenia.  Czuł 

jednak  przywiązanie  do  tej  tajemniczej  istoty,  jak  nigdy  do  nikogo  innego.  Czuł,  Ŝe  Anioł 

Jutrzenki z jakichś przyczyn odwzajemnia to uczucie. To właśnie on zalecił mu tę podróŜ jako 

jedyne wyjście z sytuacji, w której się znalazł... 

Pomyślał o tym, co dzieje się na Ciemnej Stronie i zdał sobie sprawę, Ŝe on, Jack, był nie 

tylko  jedynym,  który  był  zdolny  do  odbycia  takiej  podróŜy,  lecz  był  równieŜ  w  znacznym 

stopniu  odpowiedzialny  za  to,  Ŝe  stała  się  ona  konieczna.  Jednak  to  nie  poczucie 

odpowiedzialności  czy  obowiązku  kierowało  nim  w  tej  podróŜy,  lecz  raczej  instynkt 

samozachowawczy.  Gdyby  Ciemna  Strona  zginęła  w  czasie  Wielkiej  Zimy,  Jack  zginąłby 

razem z nią, bez nadziei powrotu do Ŝycia... 

background image

WciąŜ jego myśl wracała do Anioła Jutrzenki siedzącego na szczycie Panicusa. 

Wstrząsnęła nim nagła myśl. O mało nie puścił rogów swojego straszliwego wierzchowca. 

To podobieństwo... 

— Nie! — pomyślał. — Ten stwór jest karłem w porównaniu z Aniołem Jutrzenki, który jest 

wysoki  jak  wieŜa,  sięgająca  niebios.  On  ukrywa  swoją  twarz,  podczas  gdy  rysy  tamtego  są 

szlachetne. Stwór śmierdzi, a Anioł Jutrzenki pachnie świeŜym wiatrem i górskim deszczem. 

Jest mądry i dobry, a to stworzenie głupie i złośliwe. To tylko przypadek, Ŝe obaj mają skrzydła 

i  rogi.  Ten  stwór  dał  się  okiełznać  zwykłym  zaklęciem,  a  kto  zdołałby  okiełznać  Anioła 

Jutrzenki? 

No,  właśnie,  kto?  —  zastanowił  się  Jack.  —  CzyŜ  nie  został  on  okiełznany  z  taką  samą 

pewnością,  jak  ja  okiełznałem  tego  demona,  choć  w  inny  sposób?  Z  pewnością  tylko  sami 

bogowie mogliby dokonać czegoś takiego... Jack odpędził od siebie tę myśl. 

To nie ma znaczenia — uznał. Jesteśmy przyjaciółmi. Mógłbym zapytać tego demona, czy 

go  zna,  ale  jego  odpowiedź  nie  sprawiłaby  Ŝadnej  róŜnicy.  Anioł  Jutrzenki  jest  moim 

przyjacielem. 

Ciemność wokoło pogłębiła się. Zacisnął uchwyt w obawie, Ŝe zaczyna tracić przytomność. 

Gdy jednak obniŜyli lot  i ciemność zgęstniała jeszcze bardziej, zrozumiał, Ŝe zbliŜają się do 

końca drogi. Wkrótce stwór zatrzymał się. 

— Nie mogę cię juŜ nieść dalej, panie — zaśpiewał swym słodkim głosem. — Ten czarny 

kamień oznacza koniec królestwa widzialnej ciemności. Nie mogę przejść poza niego. 

Jack przeszedł na drugą stronę czarnego kamienia. Ciemność była tam absolutna. 

—  W  porządku  —  powiedział,  odwracając  się.  —  Zwalniam  cię  ze  słuŜby.  Rozkazuję  ci 

tylko,  Ŝe  jeśli  kiedyś  jeszcze  się  spotkamy,  nie  będziesz  próbował  wyrządzić  mi  szkody  i 

ponownie spełnisz moje rozkazy, tak jak teraz. Pozwalam ci odejść. Jesteś zwolniony! 

Jack  opuścił  ponure  królestwo  wiedząc,  Ŝe  jest  juŜ  blisko  celu.  Powiedziało  mu  to  lekkie 

drŜenie  pod  jego  stopami.  W  powietrzu  dawało  się  odczuć  słabą  wibrację,  przypominającą 

brzęczenie odległej maszynerii. 

Ruszył naprzód, rozmyślając nad swoim zadaniem. Za chwilę magia przestanie działać, a 

sam  Klucz  stanie  się  bezuŜyteczny.  Ciemność,  przez  którą  wędrował,  nie  powinna  jednak 

zawierać  Ŝadnych  niebezpieczeństw.  Była  to  po  prostu  zwyczajna  ciemność.  Zapalił  małe, 

przerywane  światło,  aby  widzieć,  co  ma  pod  stopami.  Nie  potrzebował  drogowskazów, 

wystarczyło iść w kierunku słyszanego odgłosu... 

W  miarę  jak  stawał  się  on  coraz  głośniejszy,  zdolność  do  zapalania  światła  opuszczała 

Jacka.  W  końcu  światło  zgasło.  Poruszał  się  ostroŜniej.  Zgaśniecie  światła  nie  sprawiło  mu 

róŜnicy, poniewaŜ daleko przed sobą ujrzał maleńki punkt światła. 

background image

12. 

 

ZbliŜał się coraz bardziej do światła i szum maszyny stawał się coraz głośniejszy. Po chwili 

stało się na tyle jasno, Ŝe mógł widzieć drogę przed sobą. Po pewnym czasie światło stało się 

tak  jasne,  Ŝe  Jack  przeklinał,  iŜ  nie  wziął  ze  sobą  swych  starych  okularów  słonecznych.  W 

końcu  jasność  przekształciła  się  w  świetlisty  kwadrat.  Patrzył  na  niego  przez  dłuŜszy  czas, 

leŜąc na brzuchu, aby przyzwyczaić swe oczy do światła. W miarę jak posuwał się naprzód, 

musiał powtarzać tę bolesną czynność wielokrotnie. Podłoga korytarza była gładka, powietrze 

chłodne i wolne od smrodu przepełniającego okolicę, przez którą wędrował poprzednio. 

Jack posuwał się wciąŜ naprzód, aŜ kwadrat znalazł się u jego stóp. Nie widział nic oprócz 

ś

wiatła.  Było  to  olbrzymie  wejście,  które  dokądś  prowadziło,  nie  mógł  jednak  dojrzeć  nic 

oprócz bladoŜółtej poświaty. Słyszał chrzęst, brzęk i huk, jakby pracowało tam wiele maszyn... 

albo jedna Wielka Maszyna. 

Ponownie  połoŜył  się  na  brzuchu  i  podpełzł  do  otworu.  PołoŜył  się  na  krawędzi.  Przez 

chwilę jego umysł nie mógł ogarnąć tego, co widział w dole. 

Było tam tak wiele przekładni, Ŝe w Ŝaden sposób nie moŜna ich było policzyć: wielkich i 

małych,  obracających  się  powoli  i  szybko,  oprócz  tego  olbrzymia  ilość  bloków,  dźwigni  i 

wahadeł.  Niektóre  z  tych  ostatnich,  o  powolnym  majestatycznym  ruchu,  przerastały  Jacka 

wysokością  dwudziestokrotnie.  Widział  teŜ  tłoki  i  korkociągi  poruszające  się  w  czarnych, 

metalowych  łoŜyskach,  kondensatory,  transformatory  i  prostowniki.  Wielkie  pulpity  z 

błękitnego  metalu  pełne  zegarów,  przełączników,  przycisków  i  nieustannie  mrugających 

ś

wiatełek o róŜnych kolorach. Pomieszczenie wypełniał nieustanny hałas, brzęczenie ukrytych 

gdzieś w  głębi  generatorów czy teŜ innych urządzeń, być moŜe czerpiących energię z samej 

planety — jej ciepła, pola grawitacyjnego, czy teŜ ukrytych wewnętrznych sił. Brzęczały mu w 

uszach  jak  rój  owadów.  Wszędzie  wyczuwalny  był  zapach  ozonu.  Ze  wszystkich  ścian 

olbrzymiej  jaskini,  w  której  mieściła  się  maszyna,  biło  oślepiające  światło.  Nad  całym 

kompleksem  jeździły  po  prowadnicach  naczynia  ze  smarem,  gdzieniegdzie  zatrzymując  się, 

aby wykonać swoje zadanie. Wszędzie widać było przypominające węŜe przewody elektryczne 

przewieszone z jednego miejsca do drugiego według klucza niezrozumiałego dla Jacka. Małe 

szklane pudełka, połączone z resztą maszyny cienkim drutem zawierały elementy tak drobne, 

Ŝ

e Jack nie mógł rozróŜnić ich kształtów z miejsca, gdzie leŜał. Nie mniej niŜ sto mechanizmów 

przypominających windy zjeŜdŜało nieustannie pod powierzchnię lub znikało z pola widzenia 

w  górze,  zatrzymując  się  na  róŜnych  poziomach,  aby  wmontować  w  mechanizm  dodatkowe 

background image

części.  Na  przeciwległej  ścianie  pojawiały  się  i  znikały  szerokie  czerwone  wstęgi  światła. 

Umysł Jacka nie potrafił ogarnąć wszystkiego, co widział, słyszał i czuł. Wiedział jednak, Ŝe 

musi sobie jakoś poradzić, znaleźć punkt wyjścia, coś wewnątrz tej gigantycznej maszynerii, co 

pozwoli  mu  ją  zniszczyć.  Znalazł  wiszące  na  ścianach  monstrualnych  rozmiarów  narzędzia, 

pasujące chyba tylko do rąk olbrzymów: klucze, obcęgi, łomy, narzędzia do chwytania innych 

narzędzi.  Wiedział,  Ŝe  wśród  nich  musi  znajdować  się  to,  czego  szukał  —  narzędzie,  które 

odpowiednio uŜyte moŜe zniszczyć Wielką Maszynę. 

Podpełzł  bliŜej,  wpatrując  się  w  nią.  Była  wspaniała.  Nigdy  wcześniej  nie  było  czegoś 

podobnego i nigdy juŜ nie będzie. Rozejrzał się w poszukiwaniu drogi prowadzącej w dół. Po 

prawej stronie ujrzał metalową drabinę. Skierował się w jej stronę. 

Półka była wąska, zdołał jednak schwycić się najwyŜszego szczebla i rozpocząć wędrówkę 

w dół. Zanim dotarł do podłogi, usłyszał kroki. Huk maszyny zagłuszał je niemal całkowicie, 

Jack  jednak  dosłyszał  je  i  schował  się  w  cieniu,  który  nie  miał  tu  właściwości  magicznych, 

niemniej  jednak  mógł  zapewnić  schronienie.  Czekał  schowany  między  drabiną  a  czymś  w 

rodzaju generatora, planując swe następne posunięcie. 

Po  chwili  pojawił  się  siwy,  niski,  kulawy  męŜczyzna.  Jack  przyjrzał  się  mu.  MęŜczyzna 

zatrzymał się na chwilę, wyjął puszkę z olejem i naoliwił jedną z przekładni. 

Jack  obserwował  jak  męŜczyzna  posuwał  się  przed  siebie,  odnajdując  róŜne  otwory  i 

nalewając w nie olej. 

— Hej, ty! — zawołał, gdy tamten przechodził. 

— Co... Kim jesteś? 

— Przyszedłem tu, aby cię zobaczyć. 

— Po co? 

— Pragnę ci zadać kilka pytań. 

— To miło z twojej strony. Chętnie ci odpowiem. Co chcesz wiedzieć? 

— Interesuje mnie konstrukcja Maszyny. 

— Jest bardzo skomplikowana — odpowiedział człowieczek. 

— WyobraŜam sobie. Czy mógłbyś podać mi szczegóły? 

— Tak — odpowiedział tamten i zasypał go lawiną faktów. 

Jack skinął głową. Poczuł, Ŝe ręce mu zesztywniały. 

— Zrozumiałeś? 

— Tak. 

— Czy coś ci się stało? 

— Obawiam się, Ŝe będziesz musiał umrzeć. 

— Co... 

Jack  uderzył  go  w  lewą  skroń  kantem  prawej  dłoni.  Następnie  skierował  się  do  szafy  z 

narzędziami, przyjrzał się całemu jej zestawowi i wyjął z niej cięŜki metalowy drąg, którego 

przeznaczenia nie rozumiał. Odnalazł małą szklaną skrzynkę, o której mówił stary. Przyjrzał się 

background image

setkom małych delikatnych przekładni, poruszających się wewnątrz z róŜnymi prędkościami. 

Następnie  uniósł  drąg,  stłukł  szkło  i  zaczął  rozwalać  delikatny  mechanizm.  Za  kaŜdym 

ciosem  z  róŜnych  części  maszyny  dobiegały  odgłosy  mechanicznego  protestu.  Rozległo  się 

nieregularne brzęczenie, a potem chrzęst, jakby coś wielkiego pękało lub było rozrywane na 

części. Potem Jack usłyszał wysoki jęk, zgrzyt i pisk metalu trącego o metal. Następnie rozległ 

się  trzask  i  z  niektórych  części  Maszyny  uniósł  się  dym.  Jedna  z  większych  przekładni 

zwolniła, zawahała się, zatrzymała i ponownie ruszyła z mniejszą prędkością niŜ poprzednio. 

Podczas  gdy  Jack  rozwalał  następne  skrzynki,  smarownice  w  górze  oszalały.  Zaczęły 

jeździć we wszystkie strony, opróŜniając swą zawartość i wracać do zbiorników ukrytych w 

ś

cianach  po  następną  porcję.  Poczuł  swąd  palącej  się  izolacji.  Słychać  było  stukot  i 

skwierczenie. Podłoga zaczęła się trząść. Spod dymu zaczęły wyłaniać się płomienie. Palące 

wyziewy doprowadziły Jacka do kaszlu. Maszyna zadrŜała, zatrzymała się na chwilę i zaczęła 

pracować bezładnie. Przekładnie rozpadały się. Osie pękały. Wszystko zaczęło rozpadać się na 

kawałki.  Jack  zaczął  odczuwać  ból  w  uszach.  Zakręcił  się  wkoło  i  cisnął  drąg  w  stronę 

Maszyny. Następnie uciekł ku drabinie. 

Gdy obejrzał się za siebie, ujrzał, jak olbrzymie postacie, zasłonięte częściowo przez dym, 

biegną w stronę Maszyny. Za późno — pomyślał. 

Wbiegł  po  drabinie  i  skierował  się  w  stronę  ciemności,  skąd  przybył.  Tak  rozpoczęła  się 

zagłada świata, który znał. 

Droga powrotna okazała się pod pewnymi względami bardziej niebezpieczna od podróŜy w 

tamtą stronę. Ziemia trzęsła się Jackowi pod nogami, wznosząc pył i odpadki nagromadzone 

przez  stulecia,  ściany  pękały,  sufit  zapadał  się.  Dwukrotnie  musiał,  kaszląc,  usuwać  pył  ze 

swojej drogi, zanim zdołał przejść. RównieŜ mieszkańcy tunelu uciekali panicznie, walcząc ze 

sobą po drodze z niezwykłą zaciekłością. Musiał zabić wielu z nich, zanim wyszedł z tunelu. 

Po wyjściu spojrzał na czarną kulę, zawieszoną na niebie. Chłód wciąŜ przeciekał przez nią, 

moŜe  nawet  silniej  niŜ  wtedy,  gdy  wyruszył  na  swoją  misję  zniszczenia.  Przyjrzał  się  jej 

uwaŜnie.  ZauwaŜył,  Ŝe  przesunęła  się  nieco  w  stosunku  do  miejsca,  które  zajmowała 

poprzednio. 

Wyruszył pospiesznie, aby dotrzymać obietnicy, którą niedawno sobie złoŜył. UŜył Klucza, 

aby jak najszybciej dotrzeć do Gospody pod Płonącym Tłuczkiem przy drodze prowadzącej w 

kierunku  oceanu.  Wkroczył  do  wnętrza  starodawnego  budynku,  zbudowanego  z  mocnego 

drzewa, noszącego na sobie ślady tysięcy napraw. Gospoda była tak stara, Ŝe Jack nie pamiętał 

niemal jej początków. Gdy wszedł do sali jadalnej, podłoga drŜała pod jego nogami, a ściany 

skrzypiały  wokoło. Zapanowała cisza, zakłócana  tylko rozmową gości siedzących w pobliŜu 

ognia. 

Jack podszedł do nich. 

— Szukam starej kobiety o imieniu Rosalie — powiedział. — Czy znajdę ją tutaj? 

MęŜczyzna o szerokich barach i blizną na czole podniósł oczy znad talerza. 

background image

— Jak się nazywasz? — zapytał. 

— Jack ze StraŜnicy Cieni. 

MęŜczyzna przyjrzał się jego ubraniu i twarzy. Wybałuszył oczy, następnie opuścił je. 

— Nie znam Ŝadnej Rosalie, panie — powiedział cicho.  

— MoŜe któryś z was? 

—  Nie  —  odpowiedziało  pięciu  pozostałych  gości.  Odwrócili  oczy,  aby  nie  patrzeć  na 

Jacka. — Panie — dodali pośpiesznie. 

— Kto jest tutaj właścicielem? 

— Na imię mu Haric, panie. 

— Gdzie mogę go znaleźć? 

— Za tymi drzwiami, po prawej, panie. 

Jack  odwrócił  się  i  skierował  w  stronę  drzwi.  Zanim  do  nich  doszedł,  usłyszał  swe  imię, 

wypowiedziane w cieniu. 

Wszedł po dwóch schodach do małego pokoju, gdzie tłusty męŜczyzna o czerwonej twarzy 

ubrany w brudny fartuch popijał piwo. Światło Ŝółtej świecy stojącej na stole sprawiało, Ŝe jego 

twarz wydawała się jeszcze bardziej czerwona niŜ w rzeczywistości. Odwrócił powoli głowę. 

Minął dłuŜszy moment zanim zdołał skupić swe spojrzenie na Jacku. 

— Czego chcesz? — zapytał. 

— Nazywam się Jack. Odbyłem daleką wędrówkę, aby dotrzeć w to miejsce, Haric. Szukam 

starej  kobiety,  która  przybyła  tutaj,  aby  spędzić  swe  ostatnie  dni.  Jej  imię  brzmi  Rosalie. 

Powiedz mi, co o niej wiesz. 

Haric przymruŜył oczy i zmarszczył brwi. Opuścił głowę. 

— Zaczekaj chwilę... Tak... była tu taka stara baba. Umarła jakiś czas temu. 

— Rozumiem. Powiedz mi, gdzie jest pochowana, abym mógł odwiedzić jej grób. 

Haric  parsknął  śmiechem.  Pociągnął  łyk  piwa,  wytarł  usta  dłonią,  po  czym  śmiejąc  się 

głośno, uniósł rękę, aby przetrzeć oczy rękawem. 

— Pochowana? — zapytał.  

— Nie miała Ŝadnej wartości. Trzymaliśmy ją tu tylko z litości i dlatego, Ŝe wiedziała co 

nieco o uzdrawianiu. 

Jack napręŜył mięśnie, zaciskając szczęki z całej siły. 

— Co z nią zrobiliście? 

— Wyrzuciliśmy jej ścierwo do oceanu. Ryby nie najadły się nią zbytnio. 

Jack zostawił za sobą płonącą Gospodę pod Płonącym Tłuczkiem przy drodze prowadzącej 

w kierunku oceanu. 

Spacerował nad brzegiem czarnego, płaskiego oceanu. Odbite w wodzie gwiazdy tańczyły 

przy kaŜdym wstrząsie gruntu. Powietrze było zimne. Jack odczuwał wielkie zmęczenie. Miecz 

wydawał  mu  się  tak  cięŜki,  Ŝe  ledwie  mógł  go  udźwignąć.  Pragnął  owinąć  się  w  płaszcz  i 

połoŜyć  na  chwilę.  Brakowało  mu  papierosa.  Szedł  jak  lunatyk,  buty  grzęzły  mu  w  piasku. 

background image

Nagle ujrzał przed sobą postać, której widok gwałtownie przywrócił mu świadomość. 

Był to on sam. 

Jack potrząsnął głową. 

— Ach, to ty, duszo — powiedział. 

Dusza skinęła głową. 

— Niepotrzebnie spaliłeś tę gospodę — powiedziała. — Wkrótce morze wystąpi z brzegów 

i potęŜne fale zaleją ląd. Ona stałaby się jedną z pierwszych ofiar powodzi. 

— Nie masz racji — odpowiedział Jack ziewając. — Miałem powód. To uspokoiło moje 

serce. Skąd wiesz o tym, co zamierzają zrobić morza? 

—  Zawsze  jestem  blisko  ciebie.  Byłam  z  tobą  na  szczycie  Panicusa,  gdy  rozmawiałeś  z 

potęŜnym Aniołem Jutrzenki. Zstąpiłam z tobą do wnętrzności świata. Byłam u twego boku, 

gdy zniszczyłeś Wielką Maszynę. Wróciłam z tobą i wciąŜ jestem u twego boku. 

— Po co? 

— Wiesz, czego pragnę od ciebie? 

— Wielokrotnie juŜ słyszałaś moją odpowiedź. 

— Tym razem sytuacja jest inna, Jack. Na skutek tego, co zrobiłeś, utraciłeś znaczną część 

swej  mocy,  być  moŜe  nawet  całą.  Jest  moŜliwe,  Ŝe  zniszczyłeś  teŜ  wszystkie  swoje  Ŝycia, 

oprócz obecnego. Potrzebujesz mnie teraz. Wiesz o tym dobrze. 

Jack spojrzał na ocean i gwiazdy lśniące jak świetliste owady. 

— Być moŜe — powiedział — ale jeszcze nie teraz. 

— Popatrz na wschód, Jack, popatrz na wschód. Jack uniósł głowę w tamtym kierunku. 

— To gospoda płonie — powiedział. 

— Nie chcesz się więc ze mną zjednoczyć? 

— Na razie nie. Jednak nie przepędzam cię równieŜ. Wracajmy razem do StraŜnicy Cieni. 

— Jak sobie Ŝyczysz. 

Nagle  nadszedł  najpotęŜniejszy  ze  wstrząsów,  który  zachwiał  Jackiem  tak,  Ŝe  ledwie 

utrzymał się na nogach. 

Gdy  ziemia  się  uspokoiła,  wyciągnął  miecz  i  zaczął  rysować  na  piasku  magiczny  wzór. 

Wypowiedział zaklęcie. Zanim zdąŜył go ukończyć, zbiła go z nóg potęŜna fala, która nakryła 

go niemal w całości. Woda uniosła go w górę. Nie mógł zaczerpnąć powietrza do płuc. Starał 

się  odpłynąć  z  falą  jak  najdalej,  wiedząc,  co  stanie  się  później.  Zarył  się  rękami  w  piasku. 

Pełznął naprzód, mając mroczki przed oczyma. 

Udało  mu  się  nieco  oddalić,  gdy  woda  zaczęła  się  cofać.  Opierał  się  ze  wszystkich  sił, 

wczepiając się w piasek, przebierając rękami, wierzgając nogami, próbując pełzać... 

Nagle poczuł, Ŝe jest wolny. 

LeŜał  z  twarzą  pogrąŜoną  w  połowie  w  zimnym  piachu.  Paznokcie  miał  połamane.  Buty 

pełne wody. 

— Tędy, Jack. Prędko! — zawołała dusza. LeŜał, dysząc cięŜko. Nie miał siły się poruszyć. 

background image

— Musisz wstać, Jack! Albo zjednocz się ze mną teraz! Za chwilę nadejdzie następna fala! 

Jack  jęknął.  Bezskutecznie  próbował  się  podnieść.  Od  strony  płonącej  gospody,  która 

rzucała na brzeg czerwoną poświatę, dobiegł huk. To zawalił się dach oraz jedna ze ścian. 

Coś zasłoniło światło. Wokoło niego zatańczyły cienie. Bliski płaczu czerpał z nich moc za 

kaŜdym razem, gdy padały na niego. 

— Śpiesz się, Jack! Nadchodzi następna fala! 

Podniósł się z kolan, następnie wstał z wysiłkiem na własne nogi. Zataczając się ruszył w 

głąb  lądu.  Ujrzał  czekającą  na  niego  duszę  i  podąŜył  w  jej  kierunku.  Z  tyłu  usłyszał  odgłos 

następnej fali. Nie obejrzał się za siebie, zanim  nie załamała się.  Obryzgała  go piana. Tylko 

piana. 

Uśmiechnął się słabo do duszy. 

— Widzisz? Obszedłem się jednak bez twoich usług. 

— Wkrótce jednak będziesz ich potrzebować — odpowiedziała dusza, odwzajemniając się 

uśmiechem. 

Jack poszukał u pasa swojego sztyletu, lecz ocean zabrał go wraz z płaszczem. Ten sam los 

spotkał miecz, który trzymał w ręku, gdy nadeszła fala. 

— Morze okradło złodzieja — zaśmiał się. — To nieco utrudnia sytuację. 

Opadł  na  kolana  i  krzywiąc  się  z  bólu  ze  względu  na  połamane  paznokcie,  ponownie 

narysował  na  piasku  magiczny  wzór  swym  palcem  wskazującym.  Nie  wstając  z  klęczek, 

wypowiedział zaklęcie. 

Klęczał w swej wielkiej komnacie w StraŜnicy Cieni. Wkoło świeciły pochodnie i olbrzymie 

ś

wiece. Przez dłuŜszą chwilę siedział nieruchomo, skąpany w cieniach, potem wstał i oparł się 

o ścianę. 

— Co teraz? — zapytała dusza. — Powinieneś się wykąpać i porządnie wyspać. 

Jack potrząsnął głową. 

—  Nie  —  odpowiedział.  —  Nie  mogę  ryzykować,  Ŝe  prześpię  moment  mojego 

największego triumfu lub klęski, jeśli miałoby dojść do tego. Odpocznę przez chwilę, potem 

zaŜyję mocnego lekarstwa, które doda mi siły. 

Skierował się do gabinetu, gdzie miał swoją apteczkę. Otworzył drzwi za pomocą zaklęcia i 

przygotował odpowiednią miksturę. ZauwaŜył, Ŝe ręce mu drŜą. Zanim wypił pomarańczowy 

płyn, musiał kilka razy splunąć, aby oczyścić usta z piasku... Zamknął za sobą gabinet. 

—  Nie  spałeś  przez  dłuŜszy  czas  —  powiedziała  dusza.  —  ZaŜyłeś  juŜ  podobny  środek 

podczas podróŜy do Wielkiej Maszyny. 

— Mam wraŜenie, Ŝe wiem o tym lepiej od ciebie — odrzekł Jack. 

— Obawiam się, Ŝe moŜesz tego nie wytrzymać. 

Jack nie odpowiedział. Po chwili zaczął drŜeć. W dalszym ciągu zachował milczenie. 

— Tym razem musi minąć więcej czasu, zanim na ciebie zadziała, prawda? 

— Zamknij się! 

background image

Jack podniósł się z miejsca i krzyknął: 

— Stab! Gdzie jesteś do diabła! Wróciłem! 

Po chwili nadbiegł Stab. 

— Panie! Wróciłeś! Nie wiedzieliśmy... 

— Teraz juŜ wiecie. Przygotuj mi kąpiel, czyste ubranie, nowy miecz i coś do jedzenia, tylko 

duŜo. Umieram z głodu. Jazda! Ruszaj dupę! 

— Tak jest, panie. 

Stab wybiegł. 

— Czy czujesz się tak niepewnie, Ŝe potrzebujesz miecza we własnej twierdzy, Jack? 

Jack uśmiechnął się. 

—  Czasy  są  niepewne,  duszo.  Jeśli  rzeczywiście  zawsze  byłaś  przy  mnie,  jak  twierdzisz, 

musisz wiedzieć, Ŝe zwykle nie korzystam z miecza w obrębie tych ścian. Dlaczego próbujesz 

mnie rozdraŜnić? 

— Czynić to niekiedy to przywilej duszy, moŜna nawet powiedzieć jej obowiązek. 

— Znajdź lepszy moment na korzystanie ze swego przywileju. 

—  Nigdy  dotąd  nie  było  lepszego  momentu,  Jack.  Czy  nie  obawiasz  się,  Ŝe  jeśli  utracisz 

swoją moc, twoi poddani mogą się zbuntować przeciwko tobie? 

— Zamknij się! 

— Wiadomo oczywiście, Ŝe mówią na ciebie Jack Potwór. 

Jack uśmiechnął się ponownie. 

—  Nie,  to  ci  się  nie  uda.  Nie  pozwolę  ci  wyprowadzić  się  z  równowagi.  Nie  zrobię  nic 

głupiego. Tak jest, wiem o tym tytule, który mi nadali. Niewielu odwaŜyło się nazwać mnie tak 

prosto w twarz, a nikomu nie udało się to dwa razy. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, Ŝe 

gdyby  ktokolwiek  z  moich  poddanych  zajął  moje  miejsce,  wkrótce  zasłuŜyłby  na  podobny 

tytuł. 

— Wiem o tym. To dlatego, Ŝe nie mają dusz. 

— Nie będę się z tobą spierał — odpowiedział Jack. — Odpowiedz mi jednak, dlaczego nikt 

oprócz mnie nie zwraca uwagi na twoją obecność? 

— Jestem widzialna wyłącznie dla ciebie i to tylko wtedy, gdy mam takie Ŝyczenie. 

— Wspaniale! — powiedział Jack. — Stań się więc teraz niewidzialna i pozwól mi wykąpać 

się i najeść w spokoju. 

— Przykro mi, ale nie jestem na to gotowa. 

Jack wzruszył ramionami i odwrócił się do duszy plecami. Po chwili przyniesiono wannę i 

napełniono ją wodą. Część z niej rozlała się na skutek wstrząsu tak silnego, Ŝe pozostawił na 

jednej ze ścian szczelinę przypominającą błyskawicę. Dwie świece spadły na podłogę, pękając 

na  kawałki.  W  jednej  z  sąsiednich  komnat  z  sufitu  odpadł  jeden  kamień,  nie  wyrządzając 

jednak nikomu krzywdy. Zanim zdąŜył się rozebrać, przyniesiono mu nowy miecz. Obejrzał go 

dokładnie  i  skinął  głową.  Na  ławie  połoŜono  czyste  ubranie.  Nim  zdąŜył  skończyć  kąpiel, 

background image

posiłek był juŜ gotowy. Wytarł się do sucha, ubrał, przypasał miecz i zasiadł do stołu. 

Jadł powoli, smakując kaŜdy kęs. Zjadł bardzo duŜo. Po posiłku wstał i udał się do swego 

gabinetu po papierosy. Stamtąd przeszedł do podstawy swej ulubionej wieŜy i wspiął się na jej 

szczyt. 

Gdy juŜ znalazł się na górze, zapalił papierosa i zaczął się przyglądać czarnej kuli. Tak jest, 

poruszyła  się  wyraźnie  od  czasu,  kiedy  ją  poprzednio  widział.  Dmuchnął  dymem  w  jej 

kierunku. Być moŜe był to efekt wypitej mikstury, lecz Jack czuł uniesienie z powodu tego, co 

zrobił. Co będzie to będzie, ale to on był tym, który zmienił oblicze świata. 

— Czy odczuwasz wyrzuty sumienia, Jack? — usłyszał głos duszy. 

— Nie — odpowiedział. — To było konieczne. 

— Ale czy Ŝałujesz, Ŝe to było konieczne? 

— Nie. 

—  Dlaczego  spaliłeś  Gospodę  pod  Płonącym  Tłuczkiem  przy  drodze  prowadzącej  w 

kierunku oceanu? 

— Aby zemścić się za to, w jaki sposób potraktowali Rosalie. 

— Co czułeś później, gdy spacerowałeś nad brzegiem morza? 

— Nie wiem. 

— Czy byłeś tylko zły i zmęczony, czy moŜe odczuwałeś coś więcej? 

— Byłem smutny i było mi Ŝal. 

— Czy często przedtem doznawałeś podobnych uczuć? 

— Nie. 

— Czy chcesz wiedzieć, dlaczego doznajesz ich teraz więcej i częściej? 

— Powiedz mi, jeśli wiesz. 

— Dlatego, Ŝe ja jestem przy tobie. Masz drugą duszę, która została uwolniona i przebywa 

teraz w pobliŜu. Zaczynasz odczuwać mój wpływ. Czy to jest takie złe? 

—  Zapytaj  mnie  innym  razem  —  odrzekł  Jack.  —  Przyszedłem  tu  obserwować,  nie 

rozmawiać. 

Jego  słowa  dobiegły  uszu  tego,  który  go  szukał.  Odległa  góra  zrzuciła  swój  wierzchołek, 

zionęła ogniem, huknęła i ponownie uspokoiła się. 

background image

13. 

 

Jack  słuchał  odgłosu  pękających  skał.  Patrzył  jak  czarna  kula  obniŜa  się.  Słyszał  jęki 

dobiegające z wnętrza świata. Widział ogniste linie przeszywające widnokrąg. 

Do  jego  nozdrzy  doleciał  ostry  zapach  podziemnego  świata.  Popioły  unosiły  się  w 

powietrzu,  jak  nietoperze  jego  poprzednika.  Gwiazdy  wykonywały  ruchy  do  tej  pory  nie 

widywane  na  nieboskłonie.  W  oddali  widniało  siedem  gór  o  szczytach  przypominających 

pochodnie.  Jack  wspominał  dzień,  w  którym  sam  rozkazał  górom  chodzić.  Roje  meteorów 

nieustannie  przeszywających  firmamenty  przywiodły  mu  na  myśl  wygląd  nieba  w  dniu  jego 

ostatecznego  powrotu  do  Ŝycia.  Opary  i  smugi  dymu  przesłaniały  gwiazdy.  Ziemia  nie 

przestawała  drŜeć.  Daleko  pod  nim  fundamenty  StraŜnicy  Cieni  zostały  naruszone.  Jack 

obawiał  się,  iŜ  wieŜa  się  zawali,  albowiem  lubił  ją  tak  bardzo,  Ŝe  wzmocnił  jej  fundamenty 

potęŜnymi zaklęciami. Wiedział, Ŝe wytrzymają one tak długo, jak długo zachowa swoją moc. 

Dusza  stała  w  milczeniu  u  jego  boku.  Zapalił  następnego  papierosa  patrząc  na  kamienną 

lawinę spadającą z sąsiedniego szczytu. 

Powoli  zbierały  się  chmury.  W  oddali  zaczęła  się  burza.  Jak  owady  o  wielu  ognistych 

odnóŜach  chmury  przesuwały  się  z  jednego  szczytu  nad  drugi.  Rozświetliły  całe  północne 

niebo. Atakowały je meteory. RównieŜ ziemia wydawała się odpowiadać im ogniem. Po chwili 

Jack mógł juŜ usłyszeć odgłosy bitwy. Po następnej dostrzegł, Ŝe zbliŜa się ona do StraŜnicy 

Cieni. 

Gdy burza była blisko, Jack uśmiechnął się i wyciągnął miecz. 

— No, duszo — powiedział. — Zobaczymy, czy moja moc jeszcze działa. 

Narysował na kamieniu magiczny wzór i przemówił. Rzeka światła i grzmotu rozdzieliła się, 

mijając StraŜnicę Cieni z obu stron i pozostawiła ją nietkniętą. 

— Znakomicie. 

— Dziękuję za uznanie. 

Stali bezpiecznie, choć wokół nich szalały płomienie, ziemia się trzęsła, burza sroŜyła się w 

pobliŜu, a spadające gwiazdy przeszywały niebo. 

— Jak będziesz zdolny stwierdzić, czy się udało? 

— To łatwe. Chyba to juŜ widać, prawda? 

Dusza nie odpowiedziała. Jack usłyszał odgłos kroków. Zwrócił się w stronę schodów. 

—  To  na  pewno  Evene  —  powiedział.  —  Zawsze  bała  się  burzy.  Przychodziła  wtedy  do 

mnie. 

background image

Evene  weszła  na  wieŜę,  ujrzała  Jacka,  podbiegła  do  niego  i  stanęła  u  jego  boku,  nie 

odzywając się ani słowem. Owinął ją swoim płaszczem i ramieniem, gdyŜ dygotała z zimna. 

— Czy czujesz wyrzuty sumienia w związku z tym, co jej zrobiłeś? 

— Niekiedy — odpowiedział Jack 

— Dlaczego więc tego nie naprawisz? 

— To wykluczone. 

— Czy dlatego, Ŝe wiesz, Ŝe cię nienawidzi? 

Jack nie odpowiedział. 

—  Ona  mnie  nie  słyszy.  MoŜesz  odpowiadać  krótko  na  pytania,  które  zadaje.  Będzie 

myślała, Ŝe mruczysz coś pod nosem. Czy boisz się czegoś więcej niŜ jej nienawiści? 

— Tak. 

Przez chwilę trwało milczenie. 

— Tego, Ŝe moŜe oszaleć? 

— Tak. 

— To znaczy, Ŝe masz więcej uczuć niŜ niegdyś. Więcej nawet niŜ podejrzewałam. 

Jack  milczał.  Wokoło  wciąŜ  szalały  grzmoty  i  błyskawice.  Evene  odwróciła  głowę  i 

spojrzała na Jacka. 

— Tu jest tak strasznie. Czy nie moŜemy zejść na dół, mój kochany? 

— Jeśli chcesz, moŜesz zejść. Ja muszę tu zostać. 

— W takim razie zostanę z tobą. 

Powoli,  bardzo  powoli  burza  zaczęła  przechodzić,  uspokoiła  się,  odeszła.  Jack  ujrzał,  Ŝe 

góry  wciąŜ  stały  w  ogniu,  a  z  rozpadlin  tryskały  płomienie.  Odwróciwszy  się  ujrzał  w 

powietrzu biel. Zdał sobie sprawę, Ŝe nie jest to dym, lecz śnieg. W kaŜdym razie było to daleko 

na  zachodzie.  Nagle  wydało  mu  się,  Ŝe  jego  plan  poniósł  fiasko,  Ŝe  zniszczenia  będą  zbyt 

dogłębne. Nie pozostało mu jednak nic oprócz czekania. 

— Evene... — powiedział. 

— Słucham, mój panie. 

— Chce ci coś powiedzieć. 

— Co takiego, najdroŜszy? 

— Nie, nic... 

Dusza  zbliŜyła  się  do  niego  i  stanęła  tuŜ  obok.  Ogarnęło  go  dziwne  uczucie,  którego  nie 

potrafił opanować. Odwrócił się w stronę Evene. 

— Przepraszam cię. 

— Za co, najdroŜszy. 

— Nie mogę ci tego teraz powiedzieć, ale być moŜe nadejdzie czas, iŜ przypomnisz sobie, Ŝe 

prosiłem cię o wybaczenie. 

—  Mam  nadzieję,  Ŝe  taki  czas  nigdy  nie  nadejdzie,  Jack  —  powiedziała  zdumiona.  — 

Zawsze byłam z tobą szczęśliwa. 

background image

Odwrócił się i skierował oczy na wschód. Przestał na chwilę oddychać i poczuł, jak bicie 

serca przepełnia całe jego ciało. 

 

Poprzez pył, zgiełk i chłód podąŜał tropem. Błyskawice, trzęsienia ziemi, szalejące wkoło 

burze  nie  znaczyły  dla  niego  nic.  Nigdy  nie  znał  strachu.  Spływał  ze  wzgórz  jak  duch  i 

prześlizgiwał  się  pomiędzy  skałami  jak  wąŜ.  Przeskakiwał  rozpadliny,  uchylał  się  od 

spadających kamieni. Raz został uderzony przez błyskawicę. Był tylko bryłą protoplazmy na 

patyku, pokrytym bliznami kadłubem. Nie było Ŝadnego powodu, dla którego wciąŜ miałby być 

Ŝ

ywy.  Być  moŜe  nie  był  naprawdę  Ŝywy  w  takim  sensie,  jak  inne  stworzenia,  nawet  te  z 

Ciemnej Strony. Nie miał imienia, tylko ogólną nazwę. Nie był chyba zbyt inteligentny. Miał 

nieco  instynktów  i  odruchów,  część  z  nich  wrodzonych.  Nawet  jeśli  chodzi  o  uczucia,  znał 

tylko  jedno.  Był  nieprawdopodobnie  silny,  zdolny  wytrzymać  wszelkie  uciąŜliwości, 

największy  ból  i  cięŜkie  uszkodzenia  ciała.  Nie  znał  Ŝadnego  języka.  Wszystkie  napotkane 

stworzenia uciekały przed nim. Gdy zaczął schodzić z góry, która niegdyś się poruszała, ziemia 

się trzęsła i kamienie spadały obok niego. Gorejące obłoki oświetlały jego drogę. Obsuwanie 

się  ziemi  nie  było  dla  niego  większą  przeszkodą  niŜ  burza.  Utorował  sobie  drogę  pomiędzy 

głazami  leŜącymi  u  podnóŜa  szczytu.  Przez  chwilę  spojrzał  na  końcowy  odcinek  drogi, 

prowadzący w górę. Tędy prowadził ślad, tędy musiał iść. 

Wysoko, wysoko, otoczony murami i pilnowany przez straŜe... 

Oprócz siły posiadał jednak równieŜ pewną chytrość. 

I swe jedyne uczucie... 

 

— Udało się — powiedział Jack. — Na dobre czy złe. 

Choć Evene nie odpowiedziała mu, uczyniła to dusza. 

— Dla ciebie na złe. Czy  świat na tym skorzysta, czy nie, to inna sprawa. Ty przegrałeś, 

Jack. 

Spojrzał  na  wschód,  na  przejaśniające  się  niebo.  Wiedział,  Ŝe  dusza  mówi  prawdę.  To 

ś

wiatło nie pochodziło od wulkanów czy burz. Czuł, Ŝe jego moc zaczyna zanikać. Obróciwszy 

się na zachód, ujrzał, jak daleko opadła czarna kula. Nadchodziła jutrzenka. W miarę zanikania 

jego mocy ściany StraŜnicy Cieni zaczęły się kruszyć. 

— Lepiej uciekajmy. 

— Co ci do tego, duchu? Tobie nic nie grozi. Nie zamierzam uciekać. Twierdzę, Ŝe ta wieŜa 

przetrwa nadejście świtu. 

Gdzieś  w  dole  zawaliła  się  ściana,  zasypując  dziedziniec  cegłami  i  kamieniami.  Wnętrze 

kilku  komnat  zostało  odsłonięte.  Jack  usłyszał  krzyk  swoich  słuŜących.  Kilku  z  nich  biegło 

przez dziedziniec. Po chwili nadszedł następny wstrząs. WieŜa pochyliła się lekko. Ponownie 

spojrzał na róŜowe niebo na wschodzie. Spróbował prostego zaklęcia, które nie poskutkowało. 

— Klucz został utracony ponownie — powiedział. — Tym razem na zawsze. 

background image

Usłyszał  głośny  huk,  jak  gdyby  wody  występowały  z  brzegów.  Kolejna  część  cytadeli 

rozpadła się w gruzy. 

— JeŜeli nie uciekniesz, co stanie się z dziewczyną, która stoi obok ciebie. 

Jack  spojrzał  na  Evene.  Niemal  o  niej  zapomniał.  Jej  twarz  zmieniła  się.  Z  początku  nie 

potrafił  odczytać  jej  uczuć,  a  gdy  przemówiła,  usłyszał,  Ŝe  barwa  jej  głosu  jest  inna  niŜ 

poprzednio. 

— Co się dzieje, Jack? 

Poczuł, Ŝe jej ciało zesztywniało. Odsunęła się nieco od niego. Rozluźnił swój uścisk wokół 

niej. 

Nagle  jego  umysł  rozjaśniła  jedna  myśl.  Wraz  z  zanikaniem  jego  magicznej  mocy  mijał 

czar,  który  rzucił  na  nią  dawno  temu.  Jej  umysł  przejaśniał  się  w  miarę  jak  nad  pełnym 

zdumienia światem następował brzask. Zaczął mówić, pragnąc odwrócić jej uwagę od zmian 

zachodzących w jej umyśle. 

— To moje dzieło — stwierdził. — Siódemka wyznaczona przez Czerwoną Księgę Łokci 

odmówiła współpracy w obsłudze Tarczy chroniącej nas przed zewnętrznym chłodem. Zabiłem 

ich więc, myśląc, Ŝe mogę obyć się bez nich. Byłem w błędzie. Nie byłem w stanie w pojedynkę 

wypełnić  ich  zadania.  Zostało  mi  tylko  jedno  wyjście  —  zniszczyć  Wielką  Maszynę,  która 

utrzymywała  świat  w  jego  ówczesnej  postaci.  My,  mieszkańcy  Ciemnej  Strony,  którzy 

czerpiemy  nasze  legendy  z  niemal  niezrozumiałego  źródła,  zwanego  nauką,  twierdzimy,  Ŝe 

Maszyna  kieruje  losami  świata.  Mieszkańcy  Jasnej  Strony,  równieŜ  przesądni,  twierdzą,  Ŝe 

ś

rodek Ziemi pełen jest demonów ognia i stopionych minerałów. Kto moŜe określić, gdzie leŜy 

prawda? Filozofowie na obu stronach często wysuwali przypuszczenia, Ŝe świat zmysłów jest 

jedynie  złudzeniem.  To  nie  ma  dla  mnie  znaczenia.  NiezaleŜnie  od  tego  jak  wygląda 

rzeczywistość, od której najwyraźniej jesteśmy całkowicie odgrodzeni, wiem, Ŝe udałem się do 

ś

rodka  świata  i  spowodowałem  tam  katastrofę.  Widzisz  wokół  siebie  jej  skutki.  W  wyniku 

mojego czynu Ziemia zaczęła się obracać. Nie będzie juŜ więcej ciemnej i jasnej strony, lecz 

ciemność  i  światło  będą  następować  kolejno  po  sobie  na  całej  kuli  ziemskiej.  Sądzę,  Ŝe  w 

ciemnościach zawsze zachowują się w jakiejś postaci te rzeczy, które znaliśmy, podczas gdy w 

ś

wietle z pewnością przewagę będzie miała nauka. 

— O ile świat nie ulegnie zniszczeniu — dodał w myśli. 

Zastanawiał  się,  co  czują  w  krainie  światła,  na  uniwersytecie,  gdy  nadchodzi  zmierzch,  a 

potem  ciemność  i  moŜna  ujrzeć  gwiazdy.  Czy  Poindexter  sądzi,  Ŝe  to  nowy  dowcip  na 

zakończenie semestru? 

—  Dzięki  temu  —  kontynuował  —  nie  będą  juŜ  potrzebne  osłony  przed  zimnem  czy 

gorącem. Ciepło gwiazdy, wokół której krąŜymy, zostanie sprawiedliwie rozdzielone. 

—  Jack  Potwór  —  krzyknęła,  wyrywając  się  nagle  z  jego  objęć.  Kątem  oka  dostrzegł 

ś

wietlisty pomarańczowy łuk, pojawiający się nad horyzontem. Gdy jego promienie padły na 

wieŜę, zaczęła ona gwałtownie trząść się i drŜeć. 

background image

Usłyszał  odgłos  kamieni  spadających  w  obrębie  samej  wieŜy,  czuł  pod  stopami  wstrząsy 

wywołane ich upadkiem. 

Evene skuliła się. Jej szeroko otwarte oczy wypełniło szaleństwo. Wiatr rozwiewał jej włosy 

we wszystkie strony. 

Ujrzał, Ŝe w prawej ręce trzyma sztylet. Oblizał wargi i odsunął się od niej lekko. 

—  Evene!  —  powiedział.  —  Wysłuchaj  mnie,  proszę.  Mogę  ci  z  łatwością  odebrać  tę 

zabawkę, ale nie chcę ci zrobić krzywdy. Skrzywdziłem cię juŜ dostatecznie. OdłóŜ to, proszę. 

Spróbuję... 

Skoczyła na niego. Spróbował złapać ją za nadgarstek, lecz nie udało mu się. Uskoczył na 

bok. Sztylet przeszedł obok, wraz z nim jej ciało. Złapał ją za ramiona. 

— Jack Potwór — krzyknęła. 

Uderzyła  go  sztyletem  w  dłoń.  Gdy  jego  uścisk  osłabł,  ponownie  rzuciła  się  na  niego, 

celując w gardło. Zablokował cios lewym przedramieniem i odepchnął ją od siebie prawą ręką. 

Spojrzał  na  jej  twarz.  W  kącikach  ust  pojawiła  się  piana.  Po  brodzie  ściekała  jej  krew  z 

nadgryzionych warg. 

Zatoczyła  się  i  oparła  o  balustradę,  która  niemal  bezgłośnie  ustąpiła  pod  jej  cięŜarem. 

Skoczył  w  tamtą  stronę,  lecz  zdąŜył  tylko  ujrzeć,  jak  spadała  w  dół,  w  stronę  dziedzińca,  z 

wydętą spódnicą. Jej krzyk był krótki. 

Cofnął się, aby samemu nie spaść z chwiejącej się wieŜy. Słońce wyszło juŜ ponad horyzont 

do połowy. 

— Jack! Musisz uciekać! Wszystko się rozpada! 

— To nie ma znaczenia — odpowiedział, odwrócił się jednak i skierował w stronę schodów. 

 

Wszedł do cytadeli przez dziurę w jej północnej ścianie. Przeszukiwał korytarze zostawiając 

ciała tych, których musiał zabić tam, gdzie leŜały. W pewnej chwili spadł na niego kawał sufitu. 

Wygrzebał  się  spod  gruzów  i  ruszył  na  dalsze  poszukiwania.  Skrył  się  za  kupą  gruzu,  gdy 

brygady ludzi z wiadrami usiłowały ugasić płomienie. Chował się we wnękach, za draperiami, 

meblami i drzewami. Przemykał się jak duch i pełznął jak wąŜ. Torował sobie drogę poprzez 

rumowisko, aŜ w końcu wyczuł trop. 

Wysoko, wysoko, po krętej drodze... 

Udał się w tamtą stronę. 

 

Ś

wiatło przeszywające niebo, pękniętą balustradę, tak wyraźne w jego pamięci, jej spódnica, 

jak kwiat opadający w dół, jej plwocina i krew, jak oznaka jego winy, jęki umęczonej ziemi 

przez swą monotonię przechodzące w milczenie, gruzy wyraźnie widoczne w bladym świetle 

poranka, wiatr jak pieśń Ŝałobna. Wstrząsy walącej się ziemi niemal go uspokajały. Jack stanął 

u szczytu schodów i ujrzał go... jak nadchodził. 

Wyciągnął miecz i czekał. Innej drogi w dół nie było. 

background image

— Dziwne — pomyślał — jak wielka chęć Ŝycia tkwi w nas bez względu na okoliczności. 

Gdy borshin skoczył w jego stronę, skierował na niego czubek miecza. Przebił on lewy bark 

stworzenia  na  wylot,  to  go  jednak  nie  powstrzymało.  Borshin  zbił  go  z nóg,  wyszarpnął  mu 

miecz z ręki i ponownie skoczył na niego. Jack przetoczył się na bok. Przed następnym atakiem 

zdołał  przykucnąć.  Miecz  wciąŜ  tkwił  w  barku  stwora,  lśniąc  w  świetle  poranka.  Z  rany  nie 

płynęła krew, lecz brązowy płyn sączący się powoli z jej brzegów. Jack zdołał się uchylić po 

raz drugi i uderzyć go obiema rękami, lecz jego cios nie przyniósł widocznych rezultatów. To 

było tak, jakby uderzył budyń, który nie chciał się rozprysnąć. Dwukrotnie jeszcze uchylał się 

przed  atakami  przeciwnika,  za  pierwszym  razem  kopiąc  go  w  nogę,  a  za  drugim  uderzając 

łokciem w tył głowy. Następnym razem borshin chwycił go lekko, lecz Jack szarpnął mieczem 

w jego ranie i uciekł z rozdartym płaszczem. 

Kluczył  pochylony,  starając  się  trzymać  jak  najdalej  od  przeciwnika.  Podniósł  dwa  duŜe 

kawały  gruzu  i  uskoczył  do  tyłu.  Gdyby  nie  to,  borshin  by  go  złapał.  Jack  odwrócił  się 

błyskawicznie i rzucił w niego jednym ze swych pocisków, lecz chybił. Zanim zdąŜył odzyskać 

równowagę, borshin skoczył na niego i przewrócił na ziemię. Jack walił go w głowę drugim z 

kawałów  gruzu,  aŜ  wypadł  mu  on  z  ręki.  Bestia  miaŜdŜyła  mu  klatkę.  Jego  twarz  była  tak 

blisko, Ŝe Jack pragnął krzyknąć i krzyknąłby, gdyby mógł zaczerpnąć oddechu. 

— Niedobrze się stało, Ŝe nie dokonałeś właściwego wyboru — usłyszał głos duszy. 

Jedna  z  rąk  stworzenia  spoczęła  na  jego  karku,  druga  na  głowie.  Zaczęły  się  obracać. 

Pociemniało  mu  przed  oczyma.  Łzy  bólu  mieszały  się  z  potem  na  jego  twarzy.  Borshin 

odwrócił jego  głowę  w ten sposób, Ŝe Jack ujrzał coś, co przypominało  mu nadzieję. Magia 

przestała  działać,  lecz  ten  świat  przypominał  półmrok.  Jego  moc  pozwalała  mu  działać  w 

półmroku nie jako czarnoksięŜnikowi, lecz jako złodziejowi. 

Dzięki mocy, którą miał nad cieniem... 

ś

aden miecz nie mógł go tam zranić, Ŝadna siła wyrządzić mu krzywdy. 

Wschodzące słońce, padając na balustradę, rzucało długi cień zaledwie o stopę od miejsca, 

w którym leŜał. 

Ze wszystkich sił starał się tam dostać, lecz borshin nie zwolnił uścisku. Wyciągnął prawą 

rękę najdalej jak tylko mógł, aŜ jego dłoń i połowa przedramienia znalazły się w cieniu. WciąŜ 

czuł  ból,  trzeszczenie  kręgów  i  miaŜdŜący  cięŜar  na  klatce  piersiowej,  ale  znane  mroczne 

uczucie  wypełniło  całe  jego  ciało.  Walczył,  aby  nie  utracić  przytomności.  NapręŜył  mięśnie 

karku. Szarpnął i pchał z całą siłą, która napłynęła do niego, aŜ całe jego ramię i bark znalazły 

się w cieniu, z którego czerpał moc. Następnie za pomocą łokci i pięt zdołał skryć tam swoją 

głowę. 

Uwolnił drugą rękę. Jego dłonie odnalazły gardło borshina. Wciągnął go w cień za sobą. 

— Co się dzieje, Jack? — usłyszał głos duszy. — Nie widzę cię, gdy jesteś w cieniu. 

Po długiej chwili Jack wyłonił się z cienia, cały pokryty krwią i brązową kleistą substancją. 

— Jack? 

background image

DrŜącą ręką sięgnął w głąb tego, co pozostało z jego płaszcza. 

—  Do  diabła...  —  odezwał  się  ochrypłym  szeptem.  —  Moje  ostatnie  papierosy  się 

pokruszyły. 

Wyglądał jakby miał zamiar rozpłakać się z tego powodu. 

— Jack, nie myślałam, Ŝe uda ci się uratować... 

— Ja teŜ nie... No cóŜ, duszo, zawracałaś mi głowę przez dłuŜszy czas. Straciłem wszystko, 

co  miałem,  mogę  więc  przynajmniej  uszczęśliwić  ciebie.  WyraŜam  zgodę.  Rób  ze  mną,  co 

chcesz. 

Zamknął na chwilę oczy. Gdy je otworzył, dusza zniknęła. 

— Duszo? — zapytał. 

ś

adnej odpowiedzi. 

Czuł się tak samo jak przedtem. Czy naprawdę byli zjednoczeni? 

— Duszo, dałem ci to, czego chciałaś. Mogłabyś przynajmniej mi odpowiedzieć. 

Nadal cisza. 

— Jak chcesz. I tak cię nie potrzebuję. 

Odwrócił  się  i  spojrzał  na  zdewastowany  krajobraz.  Poziomo  promienie  słońca  napełniły 

zniszczony  przez  niego  świat  kolorami.  Wiatr  uspokoił  się  nieco.  Jack  miał  wraŜenie,  Ŝe  w 

powietrzu unosi się śpiew. 

Mimo całego spustoszenia i poŜogi okolica miała w sobie jakieś okrutne piękno. Całego tego 

zniszczenia  dałoby  się  moŜe  uniknąć,  gdyby  nie  coś  we  wnętrzu  Jacka,  co  przyniosło  ból, 

ś

mierć i hańbę tam, gdzie ich wcześniej nie było. Obok ruin, czy raczej poprzez nie, dojrzał 

jednak coś, czego do tej pory nie znał. Miał wraŜenie, Ŝe wszystko, na co patrzy, zawiera w 

sobie zapowiedź doskonałości. W oddali widział zburzone wioski, obalone góry, spalone lasy. 

Wszystko to było jego winą. Doprawdy, zasłuŜył na tytuł, który mu nadano. Czuł jednak, Ŝe 

dzięki temu powstanie coś nowego, choć nie będzie to juŜ jego zasługą. Jemu mogła przypaść 

w udziale wyłącznie wina. Wiedział, Ŝe nie będzie mu zabronione zobaczyć tego, co powstanie 

w odmiennym świecie, napawać się nim, podziwiać go, być moŜe nawet... to nie. W kaŜdym 

razie jeszcze nie teraz. Następstwo światła i ciemności będzie nowym początkiem rzeczy. Jack 

czuł, Ŝe będzie to dobre. 

Spojrzał  na  wschodzące  słońce.  Przetarł  oczy  i  ponownie  podniósł  wzrok.  To  była 

najpiękniejsza  rzecz,  jaką  widział  w  Ŝyciu.  Tak  jest  —  pomyślał.  —  Na  pewno  mam  duszę. 

Nigdy przedtem nie doznałem podobnego uczucia. 

Kołysanie wieŜy pod jego stopami ustało. Zaczęła się ona rozpadać. 

Nie okłamałem cię, Evene, mimo Ŝe jeszcze wtedy nie miałem duszy. Naprawdę było mi Ŝal. 

Nie tylko tego, co zrobiłem tobie, lecz równieŜ całemu światu. Wybacz mi. Kocham cię. 

...Kamień po kamieniu wieŜa zawaliła się. Jack został rzucony w stronę balustrady. 

Tak  właśnie  powinno  się  to  skończyć  —  pomyślał,  uderzając  w  poręcz.  Nie  ma  innego 

wyjścia. Świat został oczyszczony przez ogień, wiatr i wodę. 

background image

Wszystko co złe zostało zniszczone bądź zmyte. NiemoŜliwe, Ŝeby to, co najgorsze, zostało 

pominięte. 

Gdy balustrada pękła, usłyszał głośny szum, jakby rozpętał się wicher. Przerywany odgłos, 

jak gdyby łopot bielizny suszącej się na sznurku wypełnił powietrze. 

Gdy przelatywał ponad krawędzią, udało mu się spojrzeć w górę. 

Oczywiście — pomyślał. — Ujrzał w końcu wschód słońca i został uwolniony. 

ZłoŜywszy  skrzydła,  Anioł  Jutrzenki  spadał  jak  czarny  meteor.  Jego  wielka,  ozdobiona 

rogami twarz nie wyraŜała Ŝadnych uczuć. Gdy się zbliŜał, wyciągnął ramiona na całą długość 

i otworzył swe potęŜne dłonie. 

Spadając Jack zastanawiał się, czy jego przyjaciel zdąŜy.