Roger śelazny
Widmowy Jack
Jack Of Shadows
PrzełoŜył: Jacek Jakuszewski
Data wydania oryginalnego:1971
Data wydania polskiego:1991
„Niejeden cienie całuje
i cień szczęścia obejmuje”.
William Shakespeare
„Kupiec wenecki”
1.
Zdarzyło się, Ŝe Jack, którego imię wymawia się w cieniu, przybył do Igles w
Krainie Zmierzchu na Igrzyska Piekielne. Tam teŜ zauwaŜono go, gdy przyglądał się
Płomieniowi Piekieł.
Płomień Piekieł był smukłą, pięknie wykonaną wazą ze srebrzystych płomieni. Na
jej szczycie, jak w nierozerwalnym uścisku ognistych palców, znajdował się rubin
wielkości pięści. Pomimo ich płomiennego dotyku klejnot lśnił zimnym migotliwym
blaskiem.
Płomień Piekieł był wystawiony na widok publiczny, fakt jednak, Ŝe widziano
Jacka, jak patrzył na niego, spowodował wiele zamieszania. Gdy tylko przybył do
Igles, zauwaŜono go, Ŝe kręcił się między latarniami wraz z innymi gapiami
podziwiającymi otwarty pawilon wystawowy. Smage i Quazer, którzy opuścili swe
ośrodki mocy, aby wziąć udział w rywalizacji, rozpoznali go i niezwłocznie donieśli o
jego obecności Mistrzowi Igrzysk.
Smage przestępował z nogi na nogę i szarpał wąsy, aŜ łzy stanęły mu w oczach.
Zaczął mrugać. Spojrzał na swego olbrzymiego przyjaciela Quazera, którego włosy,
oczy i skóra były w odcieniu jednolitej szarości, starając się nie patrzeć na
róŜnobarwną postać Benoniego, Mistrza Igrzysk, którego wola była w tym miejscu
prawem.
— Czego chcecie? — zapytał Benoni.
Smage wciąŜ gapił się i mrugał, wreszcie Quazer przemówił swym głosem o
brzmieniu fletu.
— Mamy dla ciebie wiadomość — powiedział.
— Słucham was — odrzekł Benoni.
— Udało nam się rozpoznać osobę, której obecność moŜe wywołać tu
komplikacje.
— Kto to taki?
— Musimy stanąć w pełnym świetle, zanim będę mógł ci powiedzieć.
Mistrz Igrzysk pokręcił głową na swym potęŜnym karku. Jego bursztynowe oczy
błyszczały, gdy spojrzał kolejno na obu gości.
— Jeśli to jest jakiś Ŝart... — zaczął.
— To nie jest Ŝart — odrzekł Quazer zdecydowanym głosem.
— Dobrze — westchnął Benoni. — Chodźcie ze mną.
Odwrócił się i skierował w stronę jasno oświetlonego namiotu. Jego płaszcz mienił
się zielono i pomarańczowo.
— Czy tyle światła wam wystarczy? — zapytał, gdy znaleźli się wewnątrz.
Quazer rozejrzał się wokoło.
— Tak — odpowiedział. — Nie podsłucha nas.
— O kim mówisz? — zapytał Mistrz Igrzysk.
— Czy nie słyszałeś o Jacku, który zawsze słyszy swe imię, gdy wypowiadane jest
w cieniu?
— Widmowy Jack? Złodziej? Tak, słyszałem opowieści o nim.
— Właśnie z tego powodu chcieliśmy z tobą mówić w dobrze oświetlonym
miejscu. On jest tutaj. Smage i ja widzieliśmy go kilka minut temu, jak obserwował
Płomień Piekieł.
— Nie do wiary! — Benoni otworzył szeroko oczy i usta z wraŜenia. — Ukradnie
go! — powiedział.
Smage zaprzestał szarpania wąsów na czas wystarczający, aby skinąć głową kilka
razy.
— Przybyliśmy tu, Ŝeby go zdobyć — wybuchnął. — JeŜeli go ukradnie, nic z
tego!
— Trzeba go powstrzymać — powiedział Benoni. — Jak sądzicie, co powinienem
zrobić?
— Twoja wola jest w tym miejscu prawem — odparł Quazer.
— Słusznie... moŜe by go gdzieś zamknąć na czas trwania Igrzysk?
— W takim razie upewnij się, czy w miejscu, w którym zostanie aresztowany, i
tam, gdzie ma być więziony, nie będzie Ŝadnego cienia. Mówią, Ŝe w obecności cienia
nie sposób powstrzymać Jacka.
— Ale tutaj wszędzie jest pełno cienia.
— Tak. Dlatego tak trudno byłoby go uwięzić.
— Wyjściem byłoby jasne oświetlenie albo zupełna ciemność.
— Wszystkie jednak światła muszą być ustawione pod odpowiednim kątem i
umieszczone w miejscu nieosiągalnym dla Jacka — odrzekł Quazer — w przeciwnym
razie będzie on mógł uzyskać cienie, umoŜliwiające działanie. Natomiast w
ciemności, gdy moŜe zapalić choć najdrobniejsze światełko, powstaną cienie.
— Jakiego rodzaju moc czerpie on z cieni?
— Nie znam nikogo, kto wiedziałby to z całą pewnością.
— Nie jest chyba człowiekiem? Pochodzi z Ciemnej Strony?
— Prawdopodobnie z Krainy Zmierzchu, ale blisko ciemności, tam gdzie zawsze
są cienie.
— W takim razie mogłaby być wskazana wycieczka do Otchłani Łajna w Glyve.
— To okrutne — odpowiedział Smage z chichotem na ustach.
— WskaŜcie mi go — powiedział Benoni.
Wyszli z namiotu. Nad ich głowami rozciągało się szare, bezchmurne niebo, ku
wschodowi przybierające barwę srebrną, ku zachodowi — czarną. Gwiazdy lśniły na
tle ciemności ponad łańcuchem stalagmitowych gór. Spieszyli w stronę pawilonu,
drogą oświetloną pochodniami. Na zachodzie, gdzieś w pobliŜu linii granicznej, tam
gdzie stały świątynie bezsilnych bogów, widać było błyskawice.
Przy wejściu do pawilonu Quazer skinął głową, dotykając ramienia Benoniego.
Mistrz Igrzysk spojrzał we wskazanym kierunku i ujrzał wysokiego, chudego
męŜczyznę, który stał oparty o tyczkę namiotu. Włosy miał czarne, cerę śniadą, rysy
twarzy ostre. Ubrany był na szaro, przez prawe ramię przewieszony miał czarny
płaszcz. Palił jakieś ziele z Ciemnej Strony zawinięte w rurkę. W świetle pochodni
dym wydawał się błękitny. Benoni przyglądał się mu przez chwilę z uczuciem,
którego doznają wszyscy ludzie, gdy patrzą na istotę nie zrodzoną z kobiety, lecz
stworzoną przez nieznaną moc w miejscu unikanym przez człowieka. Przełknął ślinę.
— W porządku, moŜecie odejść.
— Chcielibyśmy pomóc... — zaczął Quazer.
— Powiedziałem, moŜecie odejść!
Spojrzał za nimi.
— Nie moŜna takim ufać — mruknął do siebie.
Udał się po straŜników. Kazał im wziąć ze sobą kilkadziesiąt jasnych pochodni.
Podczas aresztowania Jack nie stawiał oporu. Nie próbował nawet dyskutować.
Otoczony przez uzbrojonych ludzi i oświetlony ze wszystkich stron skinął tylko głową
i wykonał ich rozkazy, nie odzywając się ani słowem. Poprowadzono go do jasno
oświetlonego namiotu Mistrza Igrzysk i ustawiono przed stołem, za którym zasiadł
Benoni. StraŜnicy otoczyli Jacka ze wszystkich stron, trzymając w rękach latarnie i
lustra rozpraszające cień.
— Na imię ci Jack — powiedział Mistrz Igrzysk.
— Nie przeczę temu.
Benoni wpatrywał się w czarne, nieruchome oczy zatrzymanego, który nie mrugnął
nimi ani razu.
— ...Niekiedy jesteś nazywany Widmowym Jackiem — milczenie. — Zgadza się?
— KaŜdy z nas moŜe nosić wiele imion — odpowiedział Jack.
Benoni odwrócił wzrok.
— Wprowadzić ich — rozkazał jednemu ze straŜników.
Wprowadzono Smage’a i Quazera. Jack spojrzał w ich kierunku. Na twarzy nie
drgnął mu ani jeden mięsień.
— Czy rozpoznajecie tego człowieka? — zapytał Benoni.
— Tak — odpowiedzieli chórem.
— Jesteś jednak w błędzie, nazywając go człowiekiem — ciągnął Quazer. — On
jest mieszkańcem Ciemnej Strony.
— Jak brzmi jego imię?
— Zwą go Widmowy Jack.
Benoni uśmiechnął się.
— To prawda, Ŝe kaŜdy z nas moŜe nosić wiele imion — powiedział — jednakŜe
co do ciebie panuje zadziwiająca zbieŜność opinii. Ja jestem Benoni, Mistrz Igrzysk
Piekielnych, a ty jesteś Widmowy Jack, złodziej. Mogę się załoŜyć, Ŝe przybyłeś tu
ukraść Płomień Piekieł.
Jack milczał.
— Nie musisz odpowiadać — dodał Benoni. — Sama twoja obecność dowodzi
twych intencji.
— MoŜe przybyłem wziąć udział w Igrzyskach? — odpowiedział Jack.
Benoni roześmiał się.
— Oczywiście! Oczywiście! — zawołał, wycierając łzę rękawem. — PoniewaŜ
jednak nie przewidujemy zawodów w kradzieŜy, nie wiem, w jakiej konkurencji
mógłbyś wystartować.
— Osądzasz mnie niesprawiedliwie — powiedział Jack. — Nawet jeśli jestem
tym, za kogo mnie uwaŜasz, nie popełniłem Ŝadnego przestępstwa.
— Istotnie — odrzekł Benoni. — Płomień Piekieł jest naprawdę piękny, prawda?
Oczy Jacka błysnęły przez chwilę. Jego usta skrzywiły się w mimowolnym
uśmiechu.
— Niemal wszyscy zgodziliby się z tą opinią — odpowiedział pośpiesznie.
— Przybyłeś tutaj, aby go zdobyć na swój własny sposób. Uchodzisz za
najgroźniejszego ze złodziei.
— Czy z tego wynika, Ŝe nie mogę być uczciwym widzem na publicznej imprezie?
— Jeśli w grę wchodzi Płomień Piekieł — nie moŜesz. Jest bezcenny. PoŜądają go
zarówno mieszkańcy Jasnej, jak i Ciemnej Strony. Jako Mistrz Igrzysk nie mogę
tolerować twojej obecności w jego pobliŜu.
— To cały kłopot ze złą reputacją — odrzekł Jack. — Cokolwiek byś nie zrobił,
zawsze jesteś podejrzany.
— Dość tego! Czy chcesz go ukraść?
— Byłbym głupi, gdybym odpowiedział, Ŝe tak.
— Więc nie doczekam się od ciebie uczciwej odpowiedzi?
— JeŜeli przez „uczciwą odpowiedź” rozumiesz, Ŝe mam powiedzieć to, co chcesz
ode mnie usłyszeć, to muszę przyznać, Ŝe masz rację.
— ZwiąŜcie mu ręce z tyłu — powiedział Benoni.
Tak teŜ zrobiono.
— Ile razy moŜesz umrzeć? — zapytał Mistrz Igrzysk.
Jack nie odpowiedział.
— No dobrze. Wszyscy wiedzą, Ŝe mieszkańcy Ciemnej Strony mają więcej niŜ
jedno Ŝycie. Ile ty ich masz?
— Nie podoba mi się to, co mówisz — powiedział Jack.
— To nie jest tak, jakbyś umarł na zawsze.
— Daleka jest droga z Otchłani Łajna w Glyve na zachodnim biegunie świata.
Trzeba iść na piechotę. Czasami mijają lata, nim uformuje się nowe ciało.
— Byłeś tam juŜ więc?
— Tak — odpowiedział Jack, sprawdzając siłę swych więzów — i wolałbym nie
powtarzać tego doświadczenia.
— Przyznajesz więc, Ŝe masz przynajmniej jeszcze jedno Ŝycie w zapasie.
Ś
wietnie! Mogę więc bez wyrzutów sumienia nakazać twoją natychmiastową
egzekucję...
— Zaczekaj! — krzyknął Jack, potrząsając głową i wyszczerzając zęby. — To
ś
mieszne. Nie zrobiłem nic złego. No, ale to niewaŜne. NiezaleŜnie, jakie były moje
zamiary, jest jasne, Ŝe teraz nie mogę ukraść Płomienia Piekieł. Uwolnij mnie, a
opuszczę dobrowolnie Krainę Zmierzchu na czas trwania Igrzysk. Pozostanę w
Ciemnej Stronie, dopóki się nie skończą.
— Jaką mam na to gwarancję?
— Moje słowo.
Benoni roześmiał się ponownie.
— Słowo faceta z Ciemnej Strony? Legendarnego przestępcy? Nie, Jack, widzę
tylko jeden sposób na zapewnienie bezpieczeństwa trofeum — twoją śmierć. Skoro
jest w mojej mocy wydać na ciebie wyrok, zrobię to. Skrybo! Zapisz, o której
godzinie podjąłem tę decyzję.
Brodaty garbus o kaprawych oczach i twarzy tak pomarszczonej jak pergamin,
który ujął w rękę, wywinął piórem zakrętasa i zaczął pisać. Jack wyprostował się na
pełną wysokość i spojrzał na Benoniego spod przymkniętych powiek.
— Śmiertelniku — zaczął — obawiasz się mnie, poniewaŜ mnie nie rozumiesz.
Jako mieszkaniec Jasnej Strony masz tylko jedno Ŝycie. Gdy je utracisz, nie
pozostanie ci nic. My, mieszkańcy Ciemnej Strony, nie mamy dusz, jakie wy
posiadacie. W zamian za to moŜemy Ŝyć wiele razy w sposób, jaki jest dla ciebie
niedostępny. Widzę, Ŝe zazdrościsz mi tego i dlatego pragniesz pozbawić mnie Ŝycia.
Dowiedz się, Ŝe śmierć jest równie nieprzyjemna dla nas, jak i dla was.
Mistrz Igrzysk spuścił wzrok. — Nie chciałbym... — zaczął.
— Przyjmij moją ofertę — przerwał mu Jack. — Zgadzam się opuścić teren
Igrzysk. Jeśli pozwolisz, by wykonano twój rozkaz, w ostatecznym rachunku
przegrasz.
Garbus przestał pisać i zwrócił się w stronę Benoniego.
— Jack — powiedział Mistrz Igrzysk — chciałeś go ukraść, prawda?
— Oczywiście.
— Dlaczego? Trudno byłoby go sprzedać. Jest łatwy do rozpoznania.
— Musiałem spłacić dług przyjacielowi, który poŜąda tej błyskotki. Uwolnij mnie,
a powiem, Ŝe mi się nie udało, co będzie zresztą zgodne z prawdą.
— Nie chcę narazić się na twój gniew, gdy powrócisz...
— Jeśli wyślesz mnie w tę podróŜ, spadnie on na ciebie z całą pewnością.
— ...JednakŜe w moim połoŜeniu nie mogę sobie pozwolić na zaufanie człowieka,
którego nazywają takŜe Jackiem Kłamcą.
— Czy moje słowo nic dla ciebie nie znaczy?
— Obawiam się, Ŝe nie. Skrybo, pisz dalej.
— ... A moja groźba?
— Tę traktuję powaŜnie. JednakŜe ryzyko twojej zemsty, która moŜe nastąpić za
kilka lat, jest mniejsze od niebezpieczeństwa, na jakie byłbym naraŜony po
ukradzeniu Płomienia Piekieł. Zrozum moją sytuację, Jack.
— Rozumiem — odpowiedział. Zwracając się w stronę Smage’a i Quazera
zawołał: — Słuchaj, oślouchy i ty, obojnaku, o was takŜe nie zapomnę!
Smage spojrzał na Quazera, który mrugnął i uśmiechnął się.
— Powiedz to naszemu panu, Królowi Nietoperzy — odrzekł.
Jack skrzywił twarz na dźwięk imienia swego odwiecznego wroga.
PoniewaŜ magia jest słabsza w Krainie Zmierzchu, gdzie zaczyna się królestwo
nauki, minęło moŜe pół minuty, zanim pojawił się w namiocie nietoperz, przelatując
ponad głowami zebranych. Tymczasem Quazer zdąŜył powiedzieć:
— Będziemy startować pod sztandarem nietoperza.
Na widok nocnego lotnika śmiech zamarł na ustach Jacka. Opuścił głowę i zacisnął
szczęki. Zapanowała cisza zakłócana tylko skrzypieniem pióra.
— Niech tak będzie — powiedział Jack.
Zaprowadzono go na środek podwórza, gdzie stał człowiek imieniem Blite z
wielkim toporem w ręku. Jack rozejrzał się szybko, oblizując wargi. Po chwili ostra
krawędź topora ponownie przyciągnęła jego wzrok. Zanim poproszono go, by
uklęknął przy popękanym pniaku, powietrze wypełniło się skórzastymi pociskami.
Była to horda tańczących nietoperzy. Większość nadlatywała z zachodu. Poruszały się
zbyt szybko, aby rzucić cień godny uwagi. Jack zaklął, wiedząc, Ŝe jego wróg wysłał
swoich sługusów, aby przyglądali się egzekucji.
Z reguły kradzieŜe udawały mu się. Był wściekły, Ŝe stracił jeden ze swoich
Ŝ
ywotów w tak głupi sposób. Ostatecznie miał jakąś reputację...
Uklęknął i pochylił głowę.
Zastanowił się, czy to prawda, Ŝe głowa zachowuje świadomość przez sekundę czy
dwie po odcięciu od ciała. Bezskutecznie starał się oddalić od siebie tę myśl. Czy to
więcej niŜ zwykła fuszerka? — zastanowił się.
Gdy Król Nietoperzy zastawił pułapkę, mogło to oznaczać tylko jedno.
2.
Jasne linie światła pędziły przez ciemność — białe, srebrne, niebieskie, Ŝółte,
czerwone — najczęściej proste, lecz czasami falujące. Pokryły całe pole widzenia.
Niektóre z nich były jaśniejsze od pozostałych...
Coraz wolniej...
Nie były juŜ drogami ciągnącymi się w nieskończoność lub fragmentami
pajęczyny.
Zmieniły się w krótkie, cienkie pręty, laski, krótkie odcinki światła... Na koniec w
mrugające punkty.
Przez chwilę spoglądał na gwiazdy, nie rozumiejąc, co widzi. Dopiero po długiej
chwili słowo „gwiazdy” dotarło skądś do jego świadomości. Dostrzegł słabą
poświatę.
Cisza. śadnego zmysłu oprócz wzroku...
Po upływie kolejnej długiej chwili poczuł się, jakby spadał z wielkiej wysokości,
przybierając kształt materialny. W następnym momencie zdał sobie sprawę, Ŝe leŜy na
plecach, patrząc w górę. Nareszcie w swej zwykłej postaci.
— Jestem Widmowy Jack — pomyślał, wciąŜ jeszcze niezdolny do ruchu.
Nie wiedział, gdzie jest ani w jaki sposób znalazł się w tym miejscu, pełnym
ciemności i gwiazd, uczucie jednak było znajome. Wiedział, Ŝe był tu juŜ kiedyś,
dawno temu.
Zalała go fala ciepła, wypływająca z okolicy serca. Odczuł mrowienie,
wyostrzające jego zmysły. Wróciła pamięć.
— Do diabła! — brzmiały jego pierwsze słowa.
Gdy tylko odzyskał węch, zdał sobie sprawę ze swej sytuacji. Znajdował się w
Otchłani Łajna w Glyve na zachodnim biegunie świata, w królestwie okrutnego
barona Drekkheimu, przez które muszą przejść wszyscy, pragnący powstać do Ŝycia.
Stwierdził, Ŝe leŜy na kupie nawozu w samym środku śmierdzącego jeziora.
Uśmiechnął się złośliwie, gdy po raz setny w swoim Ŝyciu pomyślał, Ŝe choć ludzie
zaczynają i kończą swe Ŝycie w nieprzyjemny sposób, los mieszkańców Ciemnej
Strony wcale nie jest lepszy.
Gdy tylko mógł poruszyć ręką, zaczął sobie masować kark i szyję. Nie czuł bólu,
lecz straszliwe wspomnienie wróciło z całą wyrazistością. Ile czasu upłynęło? Co
najmniej kilka lat — pomyślał. Taka była jego średnia. ZadrŜał na wspomnienie
ostatniej chwili swego poprzedniego Ŝycia. Odegnał od siebie tę myśl. Dygotał z
zimna. Przeklinał stratę ubrania, które tymczasem zbutwiało juŜ wraz z jego
poprzednim ciałem lub teŜ, co bardziej prawdopodobne, ktoś inny zuŜył doszczętnie.
Uniósł się wolno, aby nabrać powietrza w płuca. śałował, Ŝe nie moŜe przez
pewien czas obyć się bez oddychania. Odrzucił na bok owalny kamień, który trzymał
w ręku. Nie było sensu pozostawać w tym miejscu, skoro był juŜ niemal sobą.
Wszystkie drogi prowadziły na wschód. Zgrzytając zębami wybrał tę, która
zdawała się najłatwiejsza. Nie wiedział, ile czasu minęło, zanim dotarł do brzegu.
Choć jego oczy prędko przyzwyczaiły się do światła gwiazd, nie było tu prawdziwych
cieni, które mogłyby udzielić mu odpowiedzi.
Jakie zresztą znaczenie ma czas? Rok to jeden obrót planety wokół Słońca. MoŜna
go podzielić na drobniejsze części, zaleŜnie od ruchów planety... lub upodobań jej
mieszkańców.
Dla Jacka cztery coroczne przesunięcia Krainy Zmierzchu wyznaczały pory roku.
Dokładniej moŜna było określić czas za pomocą zawsze widocznych gwiazd oraz
magicznych zasad, określających nastroje rządzących gwiazdami duchów. Jack
wiedział, Ŝe na Jasnej Stronie znano mechaniczne i elektroniczne urządzenia, słuŜące
do pomiaru czasu. Kilka razy udało mu się je ukraść. PoniewaŜ jednak nie chciały
funkcjonować na Ciemnej Stronie, dawał je w prezencie dziewczynom w tawernach,
jako amulety o wielkiej mocy antykoncepcyjnej.
Nagi i śmierdzący, Jack wyszedł na brzeg pogrąŜony w ciemności i milczeniu. Gdy
tylko zaczerpnął oddechu i odzyskał nieco siły, wyruszył w swą podróŜ na wschód.
Droga wiodła łagodnie pod górę. Wszędzie wokoło rozciągały się kałuŜe
plugastwa. Całe jego rzeki uchodziły do jeziora. Prędzej czy później kaŜde świństwo
trafia do Glyve. Gdzieniegdzie wybuchały gejzery szamba, opryskując go znienacka.
Z rozpadlin nieustannie wydobywał się odór siarkowodoru. Łapał się za nos,
wznosząc modły do swych bóstw opiekuńczych. Wątpił jednak, czy zostaną one
wysłuchane. Nie sądził, Ŝeby bogowie zwracali wiele uwagi na cokolwiek
pochodzącego z tej części świata.
Parł wciąŜ naprzód, niemal bez odpoczynku. Droga prowadziła nadal pod górę. Po
chwili zaczęły się pojawiać skupiska skał. Z drŜeniem przeciskał się między nimi.
Zapomniał — oczywiście celowo — o wielu spośród najgorszych cech tego miejsca.
Małe ostre kamienie raniły mu stopy. Wiedział, Ŝe zostawia za sobą krwawe ślady.
Słyszał za sobą ciche odgłosy drobnych zwierząt o wielu nogach, które wybiegły, aby
je zlizywać. UwaŜano, Ŝe oglądanie się w tym miejscu przynosi pecha.
Zawsze przyjmował ze smutkiem utratę krwi z nowego ciała, które naleŜało do
niego. Grunt jednak zmieniał się w miarę posuwania się naprzód i wkrótce wkroczył
na gładką skałę. Z zadowoleniem zauwaŜył, Ŝe odgłosy stóp za nim ucichły.
Im wyŜej się wspinał, tym bardziej czuł ustępowanie przykrej woni. Pomyślał, Ŝe
moŜe to być po prostu rezultatem osłabienia jego węchu na skutek długotrwałego
atakowania go tymi wyziewami. NiezaleŜnie od przyczyn przyniosło mu to ulgę, co
pozwoliło jego umysłowi zająć się innymi problemami.
Zdał sobie sprawę, Ŝe oprócz tego, iŜ jest brudny, obolały i zmęczony, cierpi
równieŜ z głodu i pragnienia.
Walczył ze swymi wspomnieniami jak z drzwiami do magazynu. W końcu udało
mu się wejść do środka. Zaczął poszukiwać odpowiedzi. Starał się przypomnieć sobie
swe poprzednie podróŜe z Glyve najdokładniej jak tylko mógł, jednakŜe Ŝaden
szczegół krajobrazu nie wydawał się mu znajomy. Gdy mijał niewielki zagajnik
metalicznych drzew, zrozumiał, Ŝe jeszcze nigdy nie szedł tą drogą.
Przez całe mile nie znajdę czystej wody — pomyślał — chyba Ŝe fortuna
uśmiechnie się do mnie i znajdę kałuŜę po deszczu. Tutaj bardzo rzadko pada
deszcz... To kraina plugastwa, nieczystości. Gdybym spróbował wyczarować mały
deszcz, ktoś by mnie z pewnością zauwaŜył i wytropił. Bez cieni łatwo padłbym jego
ofiarą. Czekałoby mnie cięŜkie Ŝycie niewolnika lub teŜ zostałbym zabity i wróciłbym
do Otchłani Łajna. Poczekam, aŜ śmierć będzie blisko i dopiero wtedy spróbuję
wywołać deszcz.
Po chwili ujrzał w oddali jakiś nienaturalny obiekt. ZbliŜył się ostroŜnie. Był to
kamienny obelisk dwukrotnie wyŜszy od niego. Na gładkiej powierzchni wyryty był
wielkimi literami w najpospolitszym języku Ciemnej Strony napis: WITAJ,
NIEWOLNIKU.
Pod spodem umieszczono wielką pieczęć Drekkheimu.
Jack odetchnął z ulgą. Wiadomo było nielicznym — tym, którym udało się uciec z
niewoli Barona i od których Jack się o tym dowiedział — Ŝe podobne napisy
umieszczane są w najsłabiej patrolowanych rejonach jego królestwa, w nadziei, Ŝe
powracający z Glyve zmienią trasę i dostaną się w okolice, gdzie szansę na ich
schwytanie będą większe.
Jack minął obelisk. Chciał splunąć, lecz usta miał wyschnięte. W miarę wędrówki
siły opuszczały go coraz bardziej. Miał teraz kłopoty z utrzymaniem równowagi, gdy
się potykał. Wiedział, Ŝe opuścił kilka okresów snu, nie znalazł jednak Ŝadnego
miejsca, które wydałoby mu się na tyle bezpieczne, by móc się przespać.
Coraz trudniej przychodziło mu trzymać oczy otwarte. W pewnym momencie
potknął się i upadł. Był pewien, Ŝe przeszedł znaczny odcinek drogi śpiąc. Teren był
bardziej nierówny niŜ ten, który przemierzał uprzednio. To spowodowało nowy
przypływ nadziei, dzięki któremu zdołał się podnieść i ruszyć dalej.
Po chwili ujrzał miejsce, które mogło mu dać schronienie, a nie miał juŜ siły iść
dalej. Było to skupisko pochylonych kamieni u stóp stromego zbocza, prowadzącego
na wyŜej połoŜony teren. Wlokąc się ostatkiem sił, zbadał okolicę w poszukiwaniu
ś
ladów Ŝycia. Nie znalazł nic. Wszedł do środka, wciskając się w kamienny labirynt
tak głęboko, jak tylko zdołał, znalazł w miarę równe miejsce, połoŜył się i zasnął.
Nie wiedział, ile czasu upłynęło, zanim coś w głębinie, którą jest sen, ostrzegło go
o niebezpieczeństwie. Walcząc rozpaczliwie jak tonący, wydostał się na odległą
powierzchnię.
Poczuł dotyk ust na swoim gardle i narzutę z jej długich włosów na swoich
ramionach. Odczekał chwilę, aby zebrać resztki sił. Złapał ją lewą ręką za włosy, a
prawą objął wpół, aby odciągnąć od siebie. Obrócił się na lewy bok. Od pierwszej
chwili po obudzeniu wiedział, co musi zrobić. Uderzył głową do przodu zaledwie z
drobnym ułamkiem swej dawnej szybkości. Gdy skończył, wytarł usta i podniósł się,
patrząc w dół na jej zwiotczałe ciało.
— Biedna wampirzyco — powiedział. — Miałaś w sobie tak mało krwi, dlatego
tak bardzo potrzebowałaś mojej. Byłaś jednak za słaba, aby mi ją odebrać. Ja takŜe
byłem bardzo głodny. KaŜdy radzi sobie, jak moŜe.
Mając na sobie czarne ubranie, płaszcz i buty, które sobie przywłaszczył, Jack
przedostał się na wyŜszy poziom. Gdzieniegdzie rozciągały się poletka czarnej trawy,
która okręcała mu się wokół kostek, usiłując go zatrzymać. Jack znał ją dobrze.
Torował sobie wśród niej drogę kopniakami, zanim mogła zacisnąć swe więzy. Nie
miał zamiaru słuŜyć jako nawóz.
W końcu odnalazł małe jeziorko. Obserwował je godzinami z wielu miejsc.
Wydawało się doskonałym punktem do schwytania powracającego. Na koniec doszedł
do wniosku, Ŝe nie jest strzeŜone. ZbliŜył się i przyjrzał mu się uwaŜnie, zanim opadł
na ziemię. Pił przez długi czas. Odpoczął chwilę, napił się ponownie, znów odpoczął i
znów się napił. śałował, Ŝe nie ma w czym zabrać wody ze sobą. Rozebrał się i zmył
brud ze swego ciała.
W dalszej drodze mijał kwiaty, które przypominały węŜe wyposaŜone w korzenie,
a być moŜe w istocie nimi były. Rzucały się z sykiem w jego stronę, próbując go
dosięgnąć.
Spał dwukrotnie, zanim dotarł do następnego zbiornika wody. Tym razem był on
strzeŜony i aby zdobyć wodę, Jack musiał uŜyć całej swej złodziejskiej chytrości. W
podobny sposób zdobył miecz drzemiącego straŜnika oraz zaopatrzył się w chleb, ser,
wino oraz ubranie na zmianę. W tym momencie straŜnikowi takie rzeczy nie były juŜ
potrzebne.
Porcje wystarczyły tylko na jeden posiłek, co w połączeniu z faktem, Ŝe straŜnik
nie miał wierzchowca, doprowadziło Jacka do wniosku, Ŝe posterunek znajduje się w
pobliŜu i lada chwila moŜe przybyć zmiennik. Jack wypił wino i napełnił butelkę
wodą, przeklinając jej małą pojemność. PoniewaŜ w okolicy nie było Ŝadnej
rozpadliny lub jaskini, w której mógłby ukryć szczątki, pozostawił je na miejscu i
oddalił się szybko.
Jadł wolno, nie przerywając wędrówki. Z początku jego Ŝołądek buntował się
przeciwko tej dziwnej inwazji. SpoŜył w ten sposób połowę posiłku, zachowując
resztę na później. Niekiedy mijał drobne zwierzęta. Nabrał w dłonie kamieni w
nadziei, Ŝe uda mu się któreś z nich trafić. Były jednak zbyt szybkie lub on zbyt
wolny. Udało mu się za to, gdy po raz siódmy odnawiał swój zapas kamieni, znaleźć
ładny kawałek krzemienia.
Wkrótce musiał się ukryć, gdy usłyszał odgłos kopyt, jednakŜe nikt nie nadjechał.
Wiedział, Ŝe zapuścił się juŜ głęboko na terytorium Drekkheimu, zastanawiał się
jednak, ku której z jego granic się kieruje. ZadrŜał na myśl, Ŝe w jednym punkcie
graniczy on równieŜ z bezimiennym królestwem, w którym wznosił się Wielki
Gniew, twierdza i ośrodek mocy Króla Nietoperzy.
Z ciemnej ziemi zaniósł kolejną modlitwę w stronę lśniących gwiazd. To nie
mogło zaszkodzić.
Wspinał się w górę, kręcił w kółko, czasami musiał biec. Nienawiść rosła w nim
szybciej niŜ głód.
Smage, Quazer, Benoni, kat Blite, a przede wszystkim Król Nietoperzy...
Znajdzie ich jednego po drugim i zemści się, zaczynając od najmniej waŜnych,
budując powoli swoją potęgę, zanim zmierzy się z tym, który juŜ w tej chwili mógł
znajdować się zbyt blisko, aby Jack mógł spać spokojnie.
W istocie spał źle. Dręczyły go koszmary. Śniło mu się, Ŝe ponownie znalazł się w
Otchłani Łajna, tym razem jednak przykuty łańcuchami, tak jak Anioł Jutrzenki, który
musi przez całą wieczność siedzieć u wrót poranku, zmuszony pozostać w tym
miejscu na zawsze.
Mimo Ŝe powietrze było chłodne, obudził się zlany potem. Ponownie odczuł z całą
intensywnością ohydny zapach wypełniający to miejsce.
Upłynęło sporo czasu, zanim był zdolny spoŜyć resztę swoich zapasów.
Nienawiść utrzymywała go przy Ŝyciu. Stanowiła dla niego poŜywienie.
Zaspokajała jego pragnienie lub pozwalała mu o nim zapomnieć. Dała mu siły na
przejście następnej mili, zanim jego ciało zmusiło go do odpoczynku.
Planował swą zemstę raz po razie. WyobraŜał sobie tortury, które im zada:
rozŜarzone kleszcze, świdry, imadła. Słyszał ich krzyki i błagania. W najgłębszych
zakamarkach swego umysłu dostrzegał kawały mięsa, potoki krwi i rzeki łez, jakie z
nich wytoczy, zanim pozwoli im umrzeć.
Wiedział, Ŝe pomimo wszelkich trudności związanych z podróŜą, najbardziej
bolesna była rana zadana jego dumie. Złapali go tak łatwo i załatwili się z nim tak
szybko, jakby pacnęli natrętnego owada. Potraktowali go nie jak Potęgę władającą
ś
wiatem cieni, lecz jak zwykłego złodzieja.
Dlatego właśnie planował tortury, zamiast zadowolić się zwykłym ciosem miecza.
Zabijając go w ten sposób, zranili jego dumę. Gdyby załatwili to inaczej, mógłby się
czuć mniej pokrzywdzony. To Król Nietoperzy, opętany przez zazdrość i Ŝądzę
zemsty, wyrządził mu tę zniewagę. Zapłaci za to.
Przepełniony nienawiścią podąŜał naprzód. Jakkolwiek uczucie to rozgrzewało go,
zauwaŜył, Ŝe robi się coraz zimniej. Działo się tak, chociaŜ od dłuŜszego czasu nie
wspiął się na znacząco większą wysokość.
PołoŜył się na plecach, aby przyjrzeć się czarnej kuli zasłaniającej gwiazdy w
zenicie. To było ognisko sił Tarczy. Kula była nieustannie utrzymywana w
bezpiecznej odległości od światła Jasnej Strony. Ktoś powinien ją nadzorować. Gdzie
podziało się siedem Potęg, na które, zgodnie z Księgą Łokci, wypadała kolej słuŜby
przy Tarczy? Z pewnością Ŝadna z nich nie zaniedbałaby tego obowiązku, nawet
gdyby panowała między nimi wojna. Od tego zaleŜał los całego świata. Jack sam
pełnił słuŜbę niezliczoną ilość razy — dwukrotnie nawet wraz z Królem Nietoperzy.
Zapragnął wypowiedzieć zaklęcie, które pozwoliłoby mu ujrzeć, czyje imiona były
wypisane na aktualnej stronicy Księgi Łokci. Być moŜe nawet jego własne? Nie,
odkąd przebudził się w Otchłani Łajna, ani razu nie usłyszał, Ŝeby ktoś wypowiedział
jego imię. Z pewnością nie ja — zdecydował.
Otworzył swoją jaźń. Poczuł straszliwe zimno zewnętrznej ciemności, która
przeciekała przez brzegi kuli na szczycie Tarczy. To był tylko niewielki przeciek,
jednakŜe im dłuŜej będą zwlekali z jego zatkaniem, tym trudniejsze się to stanie.
Sprawa była zbyt powaŜna, aby sobie pozwolić na ryzyko. Czarnoksięska Tarcza
chroniła mieszkańców Ciemnej Strony przed zamarznięciem z równą pewnością, jak
pola siłowe ochraniały mieszkańców Jasnej Strony przed usmaŜeniem się w
bezlitosnych promieniach słońca. Jack zamknął swoją jaźń przed wewnętrznym
chłodem.
Po dłuŜszej chwili udało mu się zabić małe zwierzątko o ciemnej sierści, które
drzemało na szczycie skały. Obdarł je ze skóry i oprawił za pomocą miecza. PoniewaŜ
nie znalazł nic na podpałkę, musiał zjeść mięso na surowo. ZmiaŜdŜył kości zębami i
wyssał z nich szpik. Ten barbarzyński posiłek napełnił go niesmakiem, choć wielu
jego znajomych wolało ten sposób odŜywiania się od bardziej cywilizowanego.
Cieszył się, Ŝe posiłek odbył się bez świadków.
Idąc dalej odczuł mrowienie w uszach:
— Widmowy Jack i...
To było wszystko.
Temu, kto wypowiedział te słowa, musiał dokładnie w tym momencie paść na usta
cień. Fragment był jednak zbyt krótki. Jack odwrócił głowę, aby ustalić kierunek, z
którego nadbiegły słowa. Daleko z przodu i nieco w prawo. Ponad sto mil —
pomyślał. — Być moŜe nawet w innym królestwie.
Zazgrzytał zębami. Gdyby tylko znał swoje obecne połoŜenie, mógłby w
przybliŜeniu odgadnąć źródło głosu. Teraz nie wiedział nawet, czy był to fragment
pijackiej opowieści, czy teŜ wypowiedź kogoś, kto wiedział juŜ o jego powrocie i
knuł przeciw niemu spisek. Ta ostatnia moŜliwość zaprzątnęła jego myśli przez
dłuŜszą chwilę.
Przyspieszył kroku. Nie zatrzymał się w przewidzianym czasie i dzięki temu, jak
sądził, wcześniej dostrzegł szczęśliwie kolejne jezioro. Nie zauwaŜywszy w pobliŜu
straŜników, podszedł do niego i napił się do syta. Musiał mocno wytęŜyć wzrok,
zanim dostrzegł swe odbicie w czarnej wodzie: ciemna, szczupła twarz, słabe światła
oczu, niewyraźna sylwetka człowieka na tle gwiazd.
— Och, Jack! Sam stałeś się podobny do cienia — mruknął. — Marniejesz w tym
okrutnym kraju. Wszystko przez to, Ŝe obiecałeś Pułkownikowi Który Nigdy Nie
Umarł tę cholerną błyskotkę. Nie myślałeś, Ŝe tak się to skończy, co? Czy warto było
ryzykować? — roześmiał się głośno, pierwszy raz od chwili swych ponownych
narodzin. — Czy ty równieŜ się śmiejesz, cieniu cienia? — zapytał odbicia. — Chyba
tak. Robisz to jednak po cichu. Jesteś w końcu moim odbiciem i wiesz, Ŝe znowu
spróbuję zdobyć ten cholerny klejnot, gdy tylko się dowiem, gdzie się znajduje. Ona
jest tego warta.
Uśmiechnął się. Na moment zapomniał o swej nienawiści. Płomienie gorejące w
jego umyśle przygasły zastąpione wyobraŜeniem dziewczyny. Miała jasną twarz i
oczy zielone jak brzegi starych luster. Jej wargi miały wyraz lekkiego nadąsania, a
broda pasowała dokładnie do łuku między jego kciukiem a palcem wskazującym.
Miedziane włosy spływały nad jej brwi o tym samym kolorze, jak skrzydła ptaka w
locie. Na imię miała Evene. Sięgała mu nie wyŜej niŜ do ramienia. AŜ po szczupłą
talię odziana była w zielony welwet. Jej szyja wyglądała jak pozbawiony kory pień
cudownego drzewa. Jej palce poruszały się po strunach palmyrinu jak tancerze. Taka
była Evene z Warownej Twierdzy. Pochodziła z jednego z rzadkich związków
pomiędzy Ciemnością a Światłem. Jej ojcem był Pułkownik Który Nigdy Nie Umarł,
matką śmiertelna kobieta o imieniu Loret. Czy to była jedna z przyczyn jego
fascynacji? — ponownie zastanowił się Jack. Skoro pochodziła częściowo ze Światła,
to być moŜe miała duszę? Chyba tak. Nie potrafił jej sobie wyobrazić w roli jednej z
Potęg Ciemności, wydobywającej się, jak on, z Otchłani Łajna w Glyve. Nie! Odegnał
tę myśl od siebie.
Płomień Piekieł był ceną, której zaŜądał ojciec za jej rękę. Jack przyrzekł sobie, Ŝe
wyruszy po niego ponownie. Oczywiście, najpierw zemsta... PrzecieŜ Evene go
rozumie, zna jego honor i dumę. Będzie na niego czekać. Tego dnia, gdy wyruszył do
Igles na Igrzyska Piekielne, powiedziała mu, Ŝe będzie czekać na niego zawsze. Czas
znaczył dla niej niewiele, była przecieŜ nieodrodną córką swojego ojca. PrzeŜyje
wszystkie śmiertelne kobiety, zachowując młodość, urodę i wdzięk. Poczeka.
— Tak, cieniu cienia — powiedział do swego odbicia. — Ona jest tego warta.
Pędził przez ciemność Ŝałując, Ŝe jego nogi nie są kołami. Ponownie usłyszał
odgłos kopyt. Ukrył się. I tym razem jeźdźcy minęli go, jednak znacznie bliŜej niŜ
poprzednio.
Nie usłyszał juŜ więcej swego imienia. Zastanawiał się, czy istnieje jakiś związek
pomiędzy tym, kto je wypowiedział, a jeźdźcami.
Temperatura ustaliła się. Nieustannie odczuwał dotkliwy chłód. Gdy tylko otwierał
swoją jaźń, wyczuwał powolny, nieustający przeciek w Tarczy ponad nim. W tym
miejscu najłatwiej to zauwaŜyć — pomyślał. Glyve leŜało bezpośrednio pod kulą —
szczytem Tarczy. Być moŜe dalej na wschód skutki nie dały się jeszcze odczuć.
Wędrował dalej, nie słysząc Ŝadnych dźwięków, które mogłyby być odgłosami
pościgu. Dodało mu to odwagi. Pozwolił sobie na częstsze odpoczynki. Kilkakrotnie
zboczył z trasy wyznaczonej za pomocą gwiazd, aby zbadać formacje skalne, w
których mogła się znajdować woda lub jakieś zwierzęta. Dwukrotnie udawało mu się
znaleźć wodę, nie odkrył jednak niczego, co mogłoby słuŜyć jako poŜywienie.
Podczas jednej z takich wycieczek jego uwagę przykuło słabe, czerwone światło,
wydobywające się z rozpadliny skalnej po prawej stronie. Było tak niewyraźne, Ŝe
gdyby poruszał się szybciej, nie zauwaŜyłby go. Dostrzegł je jednak w chwili, gdy
wspinał się w górę zbocza poprzez Ŝwir i luźne kamienie. Zatrzymał się na ten widok.
Ogień? Tam, gdzie coś płonie, moŜna znaleźć cień. A gdzie jest cień...
Wyciągnął miecz i skręcił w bok. Trzymając broń przed sobą, wkroczył do
rozpadliny. Przeciskał się ostroŜnie przez wąskie przejście z plecami opartymi o
skałę. Spoglądając w górę, ocenił, Ŝe skały sięgają mniej więcej na jego czterokrotną
wysokość. Rzeka gwiazd zdawała się płynąć między czarnymi kamiennymi brzegami.
Droga skręcała w lewo, po czym kończyła się nagle, przechodząc w szeroki występ o
poziomie o trzy stopy wyŜszym niŜ grunt doliny. Zatrzymał się, aby przyjrzeć mu się
dokładnie.
Ze wszystkich stron otoczony był przez wysokie ściany skalne, wyglądające na
naturalne. Ich podstawę porastały czarne krzewy. Nieco dalej rosła trawa i inna
ciemna roślinność. Na końcu doliny znajdował się wolny od wszelkiej roślinności
krąg o średnicy około osiemdziesięciu stóp. Był doskonale odgraniczony od
otoczenia. Nie było na nim Ŝadnych śladów Ŝycia. Na jego środku znajdował się
wielki omszały głaz. Dobywała się z niego słaba poświata.
Z niewiadomych przyczyn Jack poczuł się niewyraźnie. Przyjrzał się dokładnie
skarpom otaczającym dolinę. Rzucił okiem na gwiazdy.
CzyŜby światło zamigotało, gdy odwracał spojrzenie? MoŜe mu się tylko zdawało?
Zszedł z występu, na którym stał. Ruszył ostroŜnie w stronę głazu, trzymając się
blisko ściany po lewej stronie. Głaz był całkowicie pokryty róŜowawym mchem, który
wydawał się być źródłem poświaty. ZbliŜając się do niego, Jack zauwaŜył, Ŝe w
dolinie jest nieco cieplej niŜ na zewnątrz. Być moŜe jej ściany stanowiły swego
rodzaju osłonę.
Z mieczem w ręku wkroczył na teren kręgu. Cokolwiek dziwnego znajduje się w
tym miejscu — pomyślał — jest szansa, Ŝe na coś mi się przyda. Nie zdąŜył uczynić
więcej niŜ sześć kroków, gdy poczuł w swym umyśle poruszenie, jak gdyby coś go
potrąciło.
— ŚwieŜy szpik! Nareszcie! — nadeszła myśl.
Jack zatrzymał się.
— Kim jesteś? Gdzie się znajdujesz? — zapytał.
— LeŜę przed tobą, maleńki. Chodź do mnie.
— Widzę tylko omszałą skałę.
— Wkrótce zobaczysz więcej, chodź!
— Dziękuję, nie — odrzekł Jack, wyczuwając złowieszczą intencję w myślach
przemawiającej do niego istoty.
— To nie jest zaproszenie. To rozkaz, który ci wydaję.
Poczuł, Ŝe jakaś potęŜna siła zmusza go do poruszania się do przodu. Opierał się ze
wszystkich sił.
— Kim jesteś? — zapytał ponownie.
— Widzisz mnie przed sobą. Chodź juŜ!
— Jesteś skałą czy grzybem? — pytał, starając się pozostać w miejscu, w którym
stał, czuł jednak, Ŝe przegrywa tę walkę. Wiedział, Ŝe gdy tylko zrobi jeden krok,
następne przyjdą same. Jego wola zostanie złamana i stanie się bezbronną ofiarą
skały.
— MoŜna powiedzieć, Ŝe jestem i tym, i tym. W istocie stanowimy jedność. Jesteś
uparty, ale to ci nic nie pomoŜe. Teraz juŜ nie moŜesz mi się opierać.
To była prawda. Prawa noga Jacka spróbowała się poruszyć wbrew jego woli. Nie
potrafił jej dłuŜej powstrzymać. Zdecydował się na kompromis i poddał się naporowi,
posuwając się jednak raczej w prawo niŜ do przodu. Następnie jego lewa noga
zapragnęła posunąć się w stronę skały. Pozornie poddając się, dosunął ją do prawej.
— Doskonale, nie musisz iść prosto. W ten sposób teŜ do mnie przyjdziesz, tylko
trochę później.
Pot wystąpił na czoło Jacka. Mimo zawziętego oporu krok za krokiem zbliŜał się
po spirali, w kierunku przeciwnym do wskazówek zegara, do tego, który go wzywał.
Nie wiedział, ile czasu upłynęło. Zapomniał o wszystkim: o nienawiści, głodzie,
pragnieniu i miłości. We wszechświecie pozostały tylko dwie rzeczy: on i róŜowy
głaz. Napięcie pomiędzy nimi wypełniło powietrze jak stały dźwięk, który pozostaje
niesłyszalny z powodu swej niezmienności, czyniącej go elementem naturalnego
porządku rzeczy. To było tak, jak gdyby walka pomiędzy Jackiem a tamtym trwała
całą wieczność.
Nagle do małego świata ich pojedynku wkroczył nowy element. Czterdzieści czy
pięćdziesiąt kroków pełnych bólu — Jack stracił rachubę — przywiodło go do
miejsca, skąd mógł ujrzeć tylną ścianę głazu. W tym momencie jego koncentracja o
mało nie ustąpiła pod wpływem nagłego wybuchu emocji. Niewiele brakowało, Ŝeby
poddał się nieustępliwej woli przeciwnika.
ZadrŜał na widok stosu szkieletów leŜących za świecącym kamieniem.
— Tak, muszę trzymać je tutaj. Inaczej ci, którzy przychodzą w to miejsce,
przestraszyliby się i nie chcieli wejść do kręgu znajdującego się pod moim wpływem.
Ty takŜe będziesz tutaj leŜał, mój krwisty obiadku.
Jack odzyskał panowanie nad sobą. Stos kości stał się dla niego zachętą do dalszej
walki. Przeszedł za głazem swym powolnym, okręŜnym ruchem, mijając po drodze
kości. Wkrótce znalazł się z przodu w tym samym miejscu, co poprzednio, jednakŜe o
dziesięć stóp bliŜej. Spirala zaciskała się nadal i po chwili znów skrył się za głazem.
— Muszę przyznać, Ŝe opierasz się dłuŜej niŜ wszyscy twoi poprzednicy. Ty
pierwszy wpadłeś na pomysł, aby kręcić się w kółko, w chwili gdy nad tobą
zapanowałem.
Jack nie odpowiedział. Przechodząc ponownie za głazem przyjrzał się dokładnie
szczątkom. ZauwaŜył, Ŝe miecze, sztylety, sprzączki i rzemienie leŜały nienaruszone,
podobnie części ubrania, choć te przewaŜnie były zbutwiałe. Zawartość wielu
plecaków leŜała rozsypana na ziemi, nie mógł jednak rozpoznać wszystkich drobnych
przedmiotów przy słabym świetle gwiazd. Jeśli oczy go nie myliły i rzeczywiście
widział wśród kości to, co sądził, Ŝe widział, wciąŜ mógł Ŝywić pewną nadzieję.
— Jeszcze jedno okrąŜenie i przyjdziesz do mnie, mój mały. Będziesz mógł mnie
dotknąć.
Jack zbliŜał się coraz bardziej do plamistej, róŜowej powierzchni głazu, który z
kaŜdym krokiem wydawał się coraz większy, a jego światło bardziej rozproszone.
ś
aden z punktów jego powierzchni, gdy przyglądał się im dokładnie, nie wydawał się
ś
wiecić własnym światłem. Blask najwyraźniej pochodził z jej całości.
Znowu z przodu, na odległość splunięcia...
Z tyłu, tak blisko, Ŝe niemal mógłby dotknąć ręką...
PrzełoŜył miecz w lewą rękę i ciął nim w omszałą powierzchnię. W zranionym
miejscu pojawił się płyn.
— Nie pokonasz mnie w ten sposób. Ani w Ŝaden inny.
Ponownie ujrzał szkielety. Bardzo juŜ bliska powierzchnia głazu przypominała
zrakowaciałe ciało. Mógł wyczuć jego głód. Rozkopał kości we wszystkie strony,
słysząc, jak chrupią mu pod nogami.
Zobaczył to, czego szukał. Zmusił się, aby przejść trzy kroki w tę stronę. To było,
jakby poruszał się naprzeciw huraganowi. Tylko kilka cali dzieliło go od
ś
miercionośnej powierzchni. Rzucił się w stronę plecaków. Przyciągnął je do siebie
rękoma i mieczem. Schwycił równieŜ przegniłe ubrania, które leŜały wokoło.
W tym momencie odczuł potęŜne szarpniecie. Przesunął się w tył, aŜ dotknął
barkiem pokrytej porostami powierzchni. Spróbował wyszarpnąć się, z góry wiedząc,
Ŝ
e nie ma szans. Przez chwilę nie czuł nic. Nagle w miejscu zetknięcia poczuł
przejmujący chłód, który po chwili ustał. Nie czuł bólu. Jego bark stał się zupełnie
pozbawiony czucia.
— Widzisz, to nie takie straszne, jak myślałeś.
Poczuł w głowie mroczne oszołomienie, jak człowiek, który za szybko wstanie po
zbyt długim siedzeniu. Po chwili i to minęło. Wtedy poczuł się, jakby do jego
ramienia został dołączony przewód, przez który wyciekały jego siły. Z kaŜdym
uderzeniem serca było mu coraz trudniej myśleć. Uczucie odrętwienia rozszerzyło się,
obejmując plecy i ramiona. Z trudem uniósł prawą rękę, szukając po omacku torebki u
pasa. Wydało się, Ŝe trwa to całe wieki.
Opierając się pokusie zamknięcia oczu i opuszczenia głowy na piersi, ułoŜył stos z
łachmanów, które udało mu się zebrać. Ujął miecz w lewą rękę, przysuwając go do
stosu i uderzył weń krzemieniem. Iskry zatańczyły na suchym ubraniu. Nie przestawał
uderzać, nawet gdy zaczęło się ono tlić. Gdy pojawiły się płomienie, zapalił od nich
niedopałek świecy, który miał przy sobie jeden z zabitych.
Uniósł go przed sobą. Pojawiły się cienie. Postawił świecę na ziemi tak, Ŝeby jego
cień padał na głaz.
— Co robisz, obiadku?
Jack odpoczął przez chwilę w swym szarym królestwie. Jego myśli stały się jasne.
Poczuł znajome mrowienie, zaczynające się od palców.
— Ja jestem kamieniem, który pije ludzką krew. Odpowiadaj mi. Co robisz?
Ś
wieca migotała. Cienie otoczyły Jacka. PołoŜył swą prawą rękę na lewym barku.
Pod wpływem mrowienia odrętwienie ustąpiło. Skryty w cieniach wstał na równe
nogi.
— Co robię? — powiedział. — JuŜ to zrobiłem. Zaraz zobaczysz. PoŜywiłeś się
moim kosztem. Teraz czas, Ŝeby się odwzajemnić.
Cofnął się o krok i odwrócił twarzą do głazu. Ten ponownie spróbował sięgnąć w
jego stronę, teraz jednak Jack rozłoŜył ręce i cienie zatańczyły na powierzchni głazu.
Rozciągnął swoją jaźń na migotliwy wzór, który stworzył.
— Gdzie jesteś?
— Wszędzie — odpowiedział. — Nigdzie.
Schował miecz i ponownie skierował się w stronę głazu. Wiedział, Ŝe musi działać
szybko. Świeca była tylko niedopałkiem. Oparł dłonie o gąbczastą powierzchnię.
— Tu jestem — powiedział.
W przeciwieństwie do innych Potęg Ciemnej Strony, których ośrodki mocy
znajdowały się w określonym miejscu, gdzie władały niepodzielnie, moc Jacka była
bardziej subtelna. Łatwiej ją było zablokować, za to pojawiała się wszędzie tam, gdzie
ś
wiatło i ciemność spotykały się, tworząc półmrok. Otoczony półmrokiem, Jack
skierował swą wolę w stronę głazu. Oczywiście, odwrócenie ról nie przebiegało bez
oporu. Moc, która go schwytała, nie stała się jego ofiarą bez walki. Jack wytworzył w
sobie głód, wolne miejsce, próŜnię. Prąd, ciąg, przepływ został odwrócony... zaczął
jeść.
— Nie moŜesz mi tego zrobić. Jesteś tylko rzeczą.
Jack roześmiał się tylko. Był coraz silniejszy. Opór słabł. Wkrótce protesty
umilkły. Zanim świeczka zdąŜyła się wypalić, mech na głazie stał się brązowy i jego
poświata zgasła. Cokolwiek tutaj Ŝyło, było teraz martwe.
Jack wytarł dokładnie ręce w płaszcz, zanim opuścił dolinę.
3.
Siły, których nabrał, nie opuszczały go przez długi czas. Miał nadzieję, Ŝe wkrótce
opuści śmierdzące królestwo. Temperatura przestała spadać. Gdy pragnął ułoŜyć się
do snu, spadł lekki deszcz. Schował się za kamień i nakrył głowę płaszczem. Nie była
to wystarczająca osłona, Jack jednak śmiał się, nawet gdy woda dotarła do jego skóry.
Był to jego pierwszy deszcz od czasu Glyve.
Gdy przestało padać, mógł do woli umyć się w kałuŜach, jak równieŜ napić się i
napełnić wodą swoją butelkę. Zrezygnował ze snu i wyruszył w dalszą drogę licząc,
Ŝ
e w ten sposób prędzej wyschnie mu ubranie.
Nagle coś musnęło jego twarz tak szybko, Ŝe ledwie zdąŜył zareagować. Gdy
zbliŜał się do ruin jakiejś wieŜy, skrawek ciemności oderwał się od tła i runął
błyskawicznie w jego stronę. Zanim Jack zdąŜył wyciągnąć miecz, dotknął jego
twarzy i odleciał. Nim stracił go z oczu, rzucił jeszcze za nim wszystkie trzy
kamienie, które miał ze sobą. Za drugim razem chybił tylko o włos. Opuścił więc
głowę i przeklinał przez równe pół minuty. To był nietoperz.
Rzucił się do ucieczki, by znaleźć gdzieś choć trochę cienia.
Na równinie stało wiele zburzonych wieŜ. Jedna z nich znajdowała się przy samym
wejściu do wąwozu prowadzącego pomiędzy wysokimi wzgórzami w głąb pasma gór,
które rozciągało się przed nim. Jack nie lubił przechodzić w pobliŜu budynków,
całych czy zburzonych, w których mogli się ukrywać jego wrogowie. Postanowił więc
obejść ją najdalej, jak tylko moŜna. Minął ją i skierował się w stronę rozpadliny, gdy
nagle usłyszał swoje imię.
— Jack! Mój Widmowy Jack! — nadbiegł krzyk. — To ty! To naprawdę ty!
Odwrócił się w kierunku, z którego padły słowa, z ręką na rękojeści miecza.
— Nie, nie, mój Jackie! Nie potrzebujesz miecza przeciwko swojej Rosie!
Stała nieruchomo, tak Ŝe o mało co by jej nie zauwaŜył. Stara baba w czarnym
stroju oparta o laskę. Za plecami miała zburzony mur.
— Skąd znasz moje imię? — zapytał w końcu.
— CzyŜbyś mnie zapomniał, Jack, najdroŜszy, nie mów, Ŝe mnie zapomniałeś.
Przyjrzał się przygarbionej postaci z kępą siwych włosów na głowie.
Przypomina wiecheć — pomyślał. — Potargany wiecheć. A jednak...
Wydawało mu się, Ŝe widzi w niej coś znajomego, nie wiedział jednak co. Zdjął
rękę z miecza i zbliŜył się do niej.
— Rosie? Nie, to niemoŜliwe...
Podszedł jeszcze bliŜej. Wreszcie, zaglądając jej w oczy, zmusił ją do odwrócenia
wzroku.
— Powiedz, Ŝe mnie pamiętasz, Jack.
— Pamiętam — odpowiedział.
Rzeczywiście pamiętał.
— Rosalie z Gospody Pod Płonącym Tłuczkiem, przy drodze prowadzącej w
kierunku oceanu. To było tak dawno temu, w Krainie Zmierzchu.
— Tak — odrzekła. — Dawno temu i daleko stąd. Nigdy cię nie zapomniałam,
Jack. Ze wszystkich męŜczyzn, których poznałam w gospodzie, ciebie zapamiętałam
najlepiej. Powiedz, co się z tobą stało?
— Och, Rosalie! Ścięto mi głowę! Niesprawiedliwie, muszę dodać. Właśnie
wracam z Glyve. Ale co z tobą? Nie pochodzisz z Ciemnej Strony. Jesteś śmiertelną
kobietą. Co robisz w straszliwym królestwie Drekkheimu?
— Jestem wiedźmą Marchii Wschodniej, Jack. Znałeś mnie jako głupią
dziewczynę, która dała się nabrać na twój piękny uśmiech i twoje obietnice. Z
wiekiem zmądrzałam. Pielęgnowałam starą rajfurkę w jej chorobie. W nagrodę
nauczyła mnie co nieco ze swej sztuki. Gdy usłyszałam, Ŝe Baron poszukuje
wiedźmy, która stałaby na straŜy tego przejścia prowadzącego z jego królestwa,
przystałam do niego na słuŜbę. Mówią, Ŝe jest złym człowiekiem. Dla mnie zawsze
był dobry. Lepszy niŜ inni, których znałam... Cieszę się, Ŝe o mnie nie zapomniałeś.
Wyjęła spod ubrania kawałek materiału i rozłoŜyła go na ziemi.
— Usiądź i zjedz ze mną, Jack — powiedziała. — Jak za dawnych lat.
Odpiął miecz i usiadł naprzeciwko niej.
— Minęło juŜ wiele czasu, odkąd zjadłeś Ŝyjący kamień — powiedziała, podając
mu chleb i kawał suszonego mięsa. — Musisz być głodny.
— Skąd wiesz o moim spotkaniu z kamieniem?
— Jak juŜ powiedziałam, jestem wiedźmą. W dosłownym sensie tego słowa. Nie
wiedziałam, Ŝe to twoje dzieło, tylko Ŝe kamień został zniszczony. Właśnie dlatego
Baron wyznaczył mnie do pilnowania tej okolicy. Wiem o wszystkim, co się tu dzieje
i kto tędy przechodzi. Składam mu raporty.
— Rozumiem — powiedział Jack.
— Musiała być część prawdy w twoich przechwałkach, Ŝe nie jesteś zwykłym
mieszkańcem Ciemnej Strony, lecz Potęgą, co prawda jedną ze słabszych. Moja
wiedza mówi mi, Ŝe tylko ktoś obdarzony mocą mógł zjeść czerwony kamień. Nie
okłamałeś biednej dziewczyny. No, moŜe co do innych rzeczy, ale nie w tej.
— Jakich innych rzeczy? — zapytał.
— Mówiłeś na przykład, Ŝe któregoś dnia wrócisz po nią i zabierzesz ją ze sobą do
StraŜnicy Cieni, twojego zamku, którego nikt nigdy nie widział. Czekała wiele lat.
Pewnego dnia właścicielka zachorowała. Młoda dziewczyna, która nie była juŜ młoda,
musiała myśleć o swej przyszłości. Wykorzystała tę okazję, aby wyuczyć się lepszego
rzemiosła.
Jack milczał przez chwilę, wpatrzony w ziemię. Przełknął kęs chleba, który
przeŜuwał.
— Wróciłem — powiedział. — Wróciłem tam, ale nikt juŜ nie pamiętał mojej
Rosalie. Wszystko się zmieniło. Nie znałem nikogo z tamtych ludzi, więc odszedłem.
— Jack! Jack! Jack! — Rosalie zachichotała. — Nie potrzebuję juŜ twoich
pięknych kłamstewek. Jestem starą kobietą, nie młodą, łatwowierną dziewczyną.
— Podobno jesteś wiedźmą — odpowiedział. — Czy nie znasz sposobu na
odróŜnienie prawdy od kłamstwa?
— Nie mogę uŜyć swej sztuki przeciwko Potędze... — zaczęła.
— UŜyj jej — powiedział, patrząc jej ponownie w oczy.
Wpatrzyła się w Jacka, pochylając się w jego stronę. Jej oczy zmieniły się nagle w
olbrzymie pieczary gotowe go pochłonąć. Jack poczuł, Ŝe spada w dół. Po chwili
wraŜenie ustało. Odwróciła od niego wzrok, schylając głowę na prawy bark.
— Rzeczywiście wróciłeś — powiedziała.
— Tak jak ci powiedziałem.
Podniósł swój chleb i zaczął go głośno przeŜuwać, aby sprawić wraŜenie, Ŝe nie
widzi wilgoci, która pojawiła się na jej policzkach.
— Zapomniałam — powiedziała po chwili — jak mało znaczy czas dla
mieszkańców Ciemnej Strony. Lata znaczą dla ciebie tak mało, Ŝe nie umiesz ich
nawet porządnie policzyć. Po prostu pewnego dnia przyszło ci do głowy, Ŝe
powinieneś wrócić po Rosie. Nie zdawałeś sobie sprawy, Ŝe mogła tymczasem
zestarzeć się, umrzeć albo odjechać. Rozumiem cię teraz, Jackie. Przywykłeś do tego,
Ŝ
e nic się nigdy nie zmienia. Potęgi zawsze są Potęgami. MoŜesz dzisiaj kogoś zabić,
a po dziesięciu latach spoŜyć z nim razem obiad. Będziecie się śmiać ze swego
pojedynku, usiłując przypomnieć sobie jego przyczynę. Masz takie wspaniałe Ŝycie!
— Nie mam duszy. Ty ją masz.
— Dusza? — roześmiała się. — Po co komu dusza? Nigdy jej nie widziałam. Skąd
mam wiedzieć, czy ją mam? Jeśli nawet, to co z niej za poŜytek? Zamieniłabym się z
jednym z was bez wahania, ale to przekracza moŜliwości mojej sztuki.
— Przykro mi — powiedział Jack.
Przez chwilę jedli w milczeniu.
— Chciałabym cię o coś zapytać — powiedziała.
— O co?
— Czy StraŜnica Cieni znajduje się naprawdę? Zamek o wysokich, cienistych
komnatach, niewidzialnych zarówno dla twoich wrogów, jak i przyjaciół, gdzie
chciałeś zabrać tamtą dziewczynę, aby spędziła tam z tobą swoje dni?
— Oczywiście — odpowiedział, przyglądając się jej, jak je. Brakowało jej wielu
zębów, cmokała głośno, lecz nagle pod pokrywą zmarszczek zdołał dostrzec twarz
młodej dziewczyny, którą niegdyś była. Białe zęby błyszczały, gdy się uśmiechała.
Włosy miała długie i lśniące, jak niebo Ciemnej Strony w miejscach pomiędzy
gwiazdami, blask jej oczu przypominał błękit nieba jej ojczyzny. Lubił sobie
wyobraŜać, Ŝe błyszczą tylko dla niego.
Nie zostało jej wiele Ŝycia — pomyślał.
Spojrzał na obwisły podbródek. Twarz pięknej dziewczyny zniknęła.
— Oczywiście — powtórzył — a teraz, gdy w końcu cię znalazłem, czy zechcesz
ze mną opuścić ten przeklęty kraj i udać się w bezpieczne miejsce, pełne cieni, gdzie
spędzisz ze mną resztę swoich dni? Będę dla ciebie dobry.
Przyjrzała mu się uwaŜnie.
— Dotrzymałbyś swojej obietnicy po tylu latach? Teraz, gdy jestem juŜ brzydką
staruchą?
— Udajmy się razem tym wąwozem w stronę Krainy Zmierzchu.
— Dlaczego chcesz to dla mnie uczynić?
— Znasz odpowiedź.
— Szybko, pokaŜ mi ręce — powiedziała.
Wyciągnął obydwie dłonie. Schwyciła je, odwróciła do góry i przyjrzała się im
uwaŜnie, pochylając się nad nimi.
— Och, nic z tego! — powiedziała. — Nie potrafię cię odczytać, Jack. Ręce
złodzieja mają zbyt wiele pokrętnych linii i zakrętasów. śadna z nich nie jest na
swoim miejscu. Co prawda są to wspaniale zniszczone ręce.
— Widzisz coś, czego nie chcesz mi powiedzieć. Co to takiego, Rosalie?
— Nie kończ jedzenia. Zabieraj chleb i uciekaj. Jestem za stara, Ŝeby iść z tobą.
Cieszę się, Ŝe mnie o to poprosiłeś. Tamtej dziewczynie, którą byłam, podobałaby się
StraŜnica Cieni. Mnie na starość wystarcza to, Ŝe mam to, co mam. Ruszaj juŜ!
Szybko! Spróbuj mi wybaczyć.
— Wybaczyć? Co?
Podniosła się i ucałowała go w obie ręce.
— Gdy ujrzałam, Ŝe nadchodzi ten, którego nienawidziłam przez te wszystkie lata,
wysłałam wiadomość przy pomocy mojej sztuki i postanowiłam zatrzymać cię tutaj.
Teraz widzę, Ŝe postąpiłam źle. StraŜnicy Barona są juŜ jednak w drodze. Wyruszaj
natychmiast do wąwozu. Nie zatrzymuj się ani na chwilę. Z drugiej strony gór moŜe
zdołasz im umknąć. Spróbuję wywołać burzę, aby zatrzeć twoje ślady.
Zerwał się na równe nogi. Przycisnął ją do siebie.
— Dziękuję ci — powiedział. — Powiedz jednak, co widziałaś na mojej dłoni.
— Nic.
— Powiedz mi, Rosalie.
— To nie ma wielkiego znaczenia, czy cię złapią, czy nie — powiedziała. —
Istnieje Potęga silniejsza niŜ Baron, z którą wcześniej czy później będziesz się musiał
zmierzyć. To będzie decydujący moment. Nie pozwól, aby twoja nienawiść
zaprowadziła cię do maszyny, która myśli jak człowiek, tylko szybciej. Tam
znajdziesz zbyt wielką moc. W połączeniu z nienawiścią jej skutki mogą być straszne.
— Takie maszyny istnieją tylko na Jasnej Stronie.
— Wiem o tym. Uciekaj, Jackie! Uciekaj!
Pocałował ją w czoło.
— Zobaczymy się jeszcze pewnego dnia — powiedział i pognał naprzód, w stronę
wąwozu.
Gdy patrzyła, jak odchodził, poczuła nagle chłód, który zapanował nad całą krainą.
Wzgórza z początku niskie stawały się coraz wyŜsze, wyrastając nad jego głowę,
aŜ w końcu zastąpiły je wysokie ściany skalne. Wąwóz rozszerzał się, zwęŜał, i
ponownie rozszerzał. W końcu Jack opanował swój strach i zaprzestał biegu. W ten
sposób zmęczyłby się zbyt szybko. Wolniejszy, bardziej regularny krok pozwoli mu
pokonać większą przestrzeń, zanim ogarnie go zmęczenie. Oddychał głęboko,
nasłuchując odgłosów pościgu. Nie usłyszał niczego.
Po prawej stronie ujrzał długiego czarnego węŜa, który skrył się przed nim w
rozpadlinie skalnej. Nad głową przeleciała mu spadająca gwiazda. śyły róŜnych
minerałów świeciły w świetle gwiazd.
Pomyślał o Rosalie. Zastanowił się, jak się czuje człowiek, który ma rodziców, jest
dzieckiem zaleŜnym od opieki innych, który starzeje się i wie, Ŝe wkrótce nadejdzie
ś
mierć, po której nie będzie juŜ powrotu. Zmęczyły go te myśli. Miał dość
wszystkiego. Pragnął tylko połoŜyć się na ziemi, owinąć płaszczem i zasnąć.
Próbował róŜnych sposobów walki ze snem. Liczył kroki — tysiąc, potem
następny, przecierał oczy, zaśpiewał w całości kilka piosenek, przypominał sobie
zaklęcia, myślał o jedzeniu, o kobietach, wspominał swoje najbardziej udane
kradzieŜe, znowu policzył kroki do tysiąca, wyobraził sobie tortury i poniŜenia, które
zada swym wrogom. Na koniec pomyślał o Evene.
Ś
ciany wąwozu stawały się coraz niŜsze. Wkroczył na teren pokryty wzgórzami,
podobnymi do tych, które mijał uprzednio.
WciąŜ nie słyszał odgłosów pościgu, co — miał nadzieję — wskazywało, Ŝe nie
znajdą go w wąwozie. Gdy tylko wyjdzie na otwartą przestrzeń, z pewnością znajdzie
więcej miejsc, w których będzie moŜna się ukryć.
W górze usłyszał grzmot. Chmury częściowo przesłoniły gwiazdy. Było ich coraz
więcej. Przypomniał sobie, Ŝe Rosalie obiecała wywołać burzę. Uśmiechnął się na
widok błyskawicy. Zabrzmiał grzmot. Wkoło zaczęły padać pierwsze krople deszczu.
Wyszedł z wąwozu przemoczony do suchej nitki. Burza nie miała najmniejszego
zamiaru ustąpić. Widoczność była słaba. Miał wraŜenie, Ŝe znalazł się na usianej
skałami równinie, podobnej do tej, którą zostawił po drugiej stronie gór.
Zboczył około mili z drogi, którą uwaŜał za swój szlak, to jest z najprostszej trasy
prowadzącej do granicy królestwa Barona. Znalazł tam grupę głazów, ułoŜył się po
suchej stronie największego z nich i zasnął.
Obudził go tętent kopyt. LeŜał przez chwilę nasłuchując. Dobiegał on z kierunku
wąwozu. Wyciągnął miecz, trzymając go u swego boku. Deszcz niemal ustał. W
oddali słychać jeszcze było pojedyncze grzmoty.
Tętent oddalił się. Jack przycisnął ucho do ziemi. Westchnął, następnie uśmiechnął
się. Niebezpieczeństwo minęło.
Mimo protestów ze strony obolałych mięśni podniósł się i ruszył w dalszą drogę.
Postanowił wykorzystać deszcz zacierający jego ślady i zawędrować jak najdalej.
Buty Jacka zostawiały głębokie ślady w czarnym błocie. Ubranie przywierało mu
do ciała. Kichnął kilka razy i zaczęły ogarniać go dreszcze. Poczuł dziwny ból w
prawej ręce. Spojrzał na nią i zrozumiał, Ŝe wciąŜ trzyma w niej miecz. Wytarł go o
płaszcz i schował do pochwy. Mógł juŜ rozpoznać zarysy gwiazdozbiorów w
przerwach między chmurami. Za ich pomocą wyznaczył kierunek swej dalszej drogi.
Wreszcie przestało padać. Wszędzie wokół nie było niczego oprócz błota. Jack
jednak nie zatrzymywał się. Jego ubranie stopniowo schło. Wysiłek rozgrzewał go
nieco.
Po chwili znowu usłyszał za sobą tętent, który wkrótce ustał. Dlaczego zadają
sobie tyle trudu, aby schwytać jednego człowieka? — zastanowił się. Poprzednim
razem tak nie było. Oczywiście wtedy szedł inną drogą.
Albo nabrałem szczególnego znaczenia, podczas gdy byłem martwy — uznał —
albo ludzie Barona polują na mnie po prostu dla sportu. Tak czy inaczej lepiej
trzymać się od nich z daleka. Co miała na myśli Rosalie mówiąc, Ŝe to nie ma
większego znaczenia, czy mnie złapią? Jeśli to prawda, jest w tym coś dziwnego.
Wkrótce wdrapał się na wyŜszy, bardziej skalisty teren, zostawiając błoto za sobą.
Rozejrzał się w poszukiwaniu miejsca na odpoczynek. Teren był płaski. Nie mógł się
tu zatrzymać, aby go nie złapano na otwartej przestrzeni.
Posuwając się dalej, dostrzegł coś, co wyglądało na barierę z głazów. ZbliŜając się
do nich, zauwaŜył, Ŝe ich kolor róŜni się od otoczenia. Wyglądały na ułoŜone celowo.
Najwyraźniej nie ułoŜyły ich tu siły natury, lecz jakiś wariat z manią na punkcie
pięciokątów. Znalazł suche miejsce pod najbliŜszym z głazów i ułoŜył się tam do snu.
Ś
nił mu się deszcz i burza. Wydawało mu się, Ŝe cały wszechświat trzęsie się od
grzmotu. Przez dłuŜszą chwilę unosił się w przestrzeni pomiędzy snem a jawą. Miał
wraŜenie, Ŝe po którejś ze stron coś jest nie w porządku, choć nie potrafił określić co.
— Nie jestem mokry! — zdał sobie sprawę zdumiony i zaniepokojony.
PodąŜył w ślad za grzmotem do swego ciała. Przez chwilę leŜał jeszcze, w pełni
obudzony, z głową opartą na ramieniu, po czym zerwał się na równe nogi. Byli na
jego tropie!
Jeźdźcy pojawili się w polu widzenia. Naliczył siedmiu. Wyciągnął miecz i
przerzucił płaszcz przez ramiona. Przyczesał włosy palcami. Potarł oczy. Ponad jego
lewym barkiem jedna z gwiazd zdawała się zwiększać swoją jasność. Zdecydował, Ŝe
nie ma sensu uciekać na piechotę przed ludźmi na koniach, zwłaszcza Ŝe nie znał w
okolicy Ŝadnego miejsca, gdzie mógłby się schronić. Poza tym, kiedy by go dognali,
byłby zbyt zmęczony, Ŝeby stoczyć dobrą walkę i wysłać przynajmniej kilku z nich do
Glyve.
Czekał więc. Światło na niebie lśniące coraz jaśniej tylko nieznacznie odwracało
jego uwagę.
Nadjechało siedmiu czarnych jeźdźców. Kamienie iskrzyły pod kopytami ich
wierzchowców. Ich oczy, wysoko ponad gruntem, świeciły jak rozŜarzone węgle
rzucone w jego kierunku. Z ich nozdrzy wydobywały się kłęby dymu. Od czasu do
czasu któryś z nich wydawał przenikliwy gwizd. U ich boku biegło milczące zwierzę
podobne do wilka z łbem pochylonym nad ziemią i uniesionym w górę ogonem.
Prowadziło ich dokładnie po trasie, którą przeszedł Jack, idąc w kierunku kamienia.
— Ty będziesz pierwszy — powiedział Jack, unosząc miecz.
Stworzenie uniosło pysk, jak gdyby go usłyszało. Z wyciem pomknęło naprzód.
Jack cofnął się o cztery kroki i oparł się o kamień. Podniósł miecz wysoko,
trzymając go w obu rękach.
Stworzenie otworzyło paszczę i wywaliło język, odsłaniając olbrzymie zęby w
niemal ludzkim uśmiechu. Gdy skoczyło, Jack zatoczył mieczem półkole i wystawił
go przed siebie, opierając łokcie o kamień. Stworzenie nadziało się na miecz Jacka.
Zamiast szczeknąć, warknąć lub zawyć jak pies, krzyknęło z bólu jak człowiek.
Siła uderzenia odebrała na chwilę Jackowi oddech. Omal nie zemdlał, jednak
krzyki jego przeciwnika oraz jego przenikliwy fetor przywróciły mu świadomość.
Stworzenie dwukrotnie jeszcze spróbowało schwycić miecz zębami, zadrŜało i padło
martwe.
Jack stanął nogą na jego ciele i z rozmachem wyciągnął miecz, po czym uniósł go
w górę i spojrzał na zbliŜających się jeźdźców. Zwolnili, ściągając uzdy i po chwili
zatrzymali się w odległości około dwunastu kroków od miejsca, w którym stał.
Dowódca — niski, łysy męŜczyzna o ogromnej tuszy — zsiadł z konia i ruszył w jego
stronę. Potrząsnął głową, spoglądając w dół na zakrwawione zwierzę.
— Nie powinieneś był zabijać Shundera. Nie zrobiłby ci krzywdy. Chciał cię tylko
rozbroić — powiedział swym szorstkim, ochrypłym głosem.
Jack roześmiał się. MęŜczyzna spojrzał na niego. W jego Ŝółtych oczach błyszczała
ukryta moc.
— Ośmielasz się ze mnie drwić, ty złodzieju!
Jack skinął głową.
— Jeśli dostaniesz mnie Ŝywego, czekają mnie liczne cierpienia — odrzekł. — Nie
widzę więc powodu, aby ukrywać swoje uczucia, Baronie. Drwię z ciebie, poniewaŜ
cię nienawidzę. Czy nie masz nic lepszego do roboty, niŜ prześladować
powracających?
Baron cofnął się, unosząc rękę. Na ten znak pozostali jeźdźcy zsiedli z koni.
Uśmiechając się wydobył swój miecz i oparł się na nim.
— Czy wiesz, Ŝe znajdujesz się na terenie mojego królestwa — powiedział.
— To jest jedyna droga prowadząca z Glyve — odparł Jack. — Wszyscy, którzy
wracają, muszą przechodzić przez twoje terytorium.
— To prawda — odrzekł Baron. — A ci, których uda mi się pojmać, muszą
zapłacić okup, kilka lat w mojej słuŜbie.
Jeźdźcy otoczyli Jacka półkolem, jak koroną ze stali.
— OdłóŜ miecz, człowieku z cienia — powiedział Baron. — W przeciwnym razie
z pewnością zostaniesz ranny, ja zaś wolałbym zdrowego sługę.
Usłyszawszy słowa Barona, Jack splunął. Dwóch jeźdźców spojrzało w górę. W
obawie, Ŝe chcą odwrócić jego uwagę, Jack nie powtórzył ich gestu. Po chwili
następny jeździec, a za nim Baron równieŜ spojrzeli w górę.
W górze, na granicy swego pola widzenia Jack dostrzegł jasne światło. Spojrzał w
tym kierunku i zobaczył wielką lśniącą kulę, która pędziła w ich kierunku, rosnąc z
kaŜdą chwilą. Szybko odwrócił wzrok. Czymkolwiek była kula, byłoby głupotą nie
wykorzystać nadarzającej się okazji.
Skoczył naprzód. Odcięta głowa gapiącego się w górę jeźdźca, stojącego z prawej
strony, spadła na ziemię.
ZdąŜył jeszcze rozpłatać czaszkę następnemu przeciwnikowi, który bezskutecznie
usiłował odparować jego cios, po czym Baron i jego czterej pozostali Ŝołnierze ruszyli
do kontrataku. Jack unikał ich ciosów, nie próbując nawet riposty. Zamierzał okrąŜyć
kamień po swej lewej stronie, trzymając ich na dystans, byli jednak na to zbyt szybcy.
Otoczyli go ze wszystkich stron. KaŜdy odparowany cios zwiększał ból w jego ręce i
ramieniu. Miecz stawał się z kaŜdym ruchem coraz cięŜszy.
Na jego barkach, ramionach i udach pojawiły się drobne rany. Wspomnienie
Otchłani Łajna oŜyło w jego myślach. Zaciekłość ich ataku dowodziła, Ŝe nie pragną
juŜ wziąć go Ŝywcem, lecz pomścić śmierć swoich towarzyszy. Zdając sobie sprawę,
Ŝ
e wkrótce zostanie porąbany na kawałki, Jack postanowił, jeśli tylko zdoła, zabrać
Barona ze sobą do Glyve. Gdy tylko nadarzy się okazja, zamierzał rzucić się na niego,
nie zwaŜając na miecze innych. Miał nadzieję, Ŝe stanie się to moŜliwie szybko. Czuł,
Ŝ
e z kaŜdą chwilą staje się coraz słabszy.
Jakby wyczuwając jego zamiary, Baron walczył ostroŜnie, skryty za plecami
swoich ludzi prowadzących atak. Jack złapał oddech. Uznał, Ŝe nie moŜe juŜ czekać
dłuŜej.
Nagle walka się skończyła. Błękitne płomienie zatańczyły na ostrzach mieczy.
Walczący wypuścili je z rąk z krzykiem. Oślepiło ich białe światło, które rozbłysło tuŜ
na ich głowami. Iskry posypały się nad ziemią. Nozdrza wypełnił im zapach
spalenizny.
— Baronie — usłyszeli przepojony słodyczą głos — nie dosyć, Ŝe wtargnąłeś na
moje terytorium, to jeszcze usiłujesz zabić mojego więźnia. Co masz na swoje
usprawiedliwienie?
Strach zakiełkował we wnętrznościach Jacka i podszedł mu do gardła, gdy zdał
sobie sprawę, do kogo naleŜy głos.
4.
Jack rozejrzał się rozpaczliwie w poszukiwaniu cienia. Mroczki tańczyły mu przed
oczami. Światło zgasło jednak równie nagle, jak się pojawiło i zapanowała niemal
całkowita ciemność. Starał się wykorzystać tę sytuację, wymijając ludzi Barona i
próbując ukryć się za skałą.
— Twojego więźnia? — krzyknął Baron. — On jest mój!
— Odkąd udzieliłem ci ostatnio lekcji geografii, Baronie, byliśmy dobrymi
sąsiadami — odpowiedziała ledwie dostrzegalna postać stojąca na szczycie głazu. —
Być moŜe wskazana jest powtórka. Te głazy wyznaczają granice pomiędzy naszymi
królestwami. Więzień stoi po mojej stronie, podobnie jak ty i twoi ludzie. Ty,
oczywiście, jesteś mile widzianym gościem, a więzień jest, oczywiście, mój.
— Panie — odpowiedział Baron — ten odcinek granicy był zawsze sporny. Nie
zapominaj teŜ, Ŝe ścigałem tego człowieka przez całe moje królestwo. To nie jest
uczciwe, Ŝebyś przeszkodził mi w tym momencie.
— Uczciwe? — rozległ się śmiech. — Nie ucz mnie uczciwości, sąsiedzie. Nie
nazywaj teŜ tego więźnia człowiekiem. Obaj wiemy, Ŝe to zasięg mocy określa
granice, a nie jakieś traktaty. Jak daleko sięga moja moc z Wielkiego Gniewu, tak
daleko sięgają granice mego królestwa. To samo dotyczy ciebie i twojego ośrodka.
JeŜeli chcesz zmienić granice, walcząc z moją mocą, spróbuj to zrobić teraz. Co do
więźnia, nie zapominaj, Ŝe on równieŜ jest Potęgą — jedną z nielicznych, które są
ruchome. Nie czerpie swojej mocy z pojedynczego ośrodka, lecz z granicy pomiędzy
ś
wiatłem a ciemnością. Ten, kto go schwyta, moŜe odnieść wielkie korzyści z jego
usług, tak więc naleŜy on do mnie. Zgadzasz się, Władco gnoju, czy teŜ spróbujemy
na nowo ustalić przebieg granicy?
— Widzę, Ŝe twoja moc jest z tobą...
— Jest więc oczywiste, Ŝe jesteśmy na moim terenie. Wracaj do domu, Baronie.
OkrąŜywszy głaz, Jack roztopił się w ciemności. Mógł przejść na drugą stronę
granicy, przedłuŜając w ten sposób spór, ale niezaleŜnie od jego wyniku stałby się
czyimś więźniem. Lepiej uciekać w tym kierunku, który jest otwarty. Przyśpieszył
kroku. Oglądając się za siebie, ujrzał, Ŝe dyskusja trwa nadal. Baron tupał nogą i Ŝywo
gestykulował. Słychać było jego gniewne okrzyki, Jack odszedł juŜ jednak zbyt
daleko, aby móc rozróŜnić słowa. Zaczął biec. Zdawał sobie sprawę, Ŝe wkrótce z
pewnością zauwaŜą jego nieobecność. Wbiegł na małe wzniesienie i zbiegł po jego
wschodniej stronie. Przeklinał utratę miecza. Mimo zmęczenia nie zwalniał kroku.
Zatrzymał się tylko, aby uzbroić się w dwa łatwe do trzymania w ręku kamienie.
Nagle ujrzał przed sobą swój cień. Obejrzał się za siebie. Za wzgórzami jarzyło się
jasne światło. Gromady nietoperzy wzbiły się w powietrze jak suche liście, wznosząc
się, wirując i opadając. Zanim mógł wykorzystać cień, światło zgasło i powróciła
ciemność. Tylko cięŜki oddech Jacka zakłócał ciszę. Spojrzał na gwiazdy, aby
wytyczyć kierunek i ruszył w dalsze drogę, rozglądając się za miejscem, w którym
mógłby się ukryć. Wiedział, Ŝe wkrótce wyruszy pościg.
Co chwilę oglądał się do tyłu, zjawisko jednak się nie powtórzyło. Zastanawiał się,
jak zakończył się spór. Mimo swego ordynarnego wyglądu Baron był znany jako
bardzo zdolny czarnoksięŜnik. Poza tym stojąc na granicy, znajdowali się obaj w
relatywnie tej samej odległości od swych ośrodków mocy.
Najlepiej byłoby — pomyślał — gdyby zniszczyli się nawzajem. To jednak mało
prawdopodobne. Szkoda.
Wiedział, Ŝe z pewnością zauwaŜyli juŜ jego nieobecność. Jedyną rzeczą, która
mogłaby teraz zatrzymać pościg, byłaby otwarta walka pomiędzy nimi. Modlił się,
aby trwała jak najdłuŜej, dodając, Ŝe idealnym jej wynikiem byłaby śmierć lub cięŜkie
obraŜenia obydwu walczących.
Jakby na urągowisko juŜ po chwili ciemny kształt przeleciał mu nad głową. Cisnął
obydwoma kamieniami, lecz chybił. Skręcił w lewo. Nie chciał uciekać po linii
prostej. Szedł powoli, aby zachować siły. Gdy pot wysechł, ponownie odczuł chłód.
Czy to był jednak jedyny powód?
Wydawało mu się, Ŝe podąŜa za nim jakaś ciemna postać. Gdy tylko odwracał
głowę, znikała. Patrząc prosto przed siebie, mógł jednak zauwaŜyć kątem oka, Ŝe z
lewej strony coś się porusza. Wydawało się zbliŜać do niego.
Wkrótce było u jego boku. Wyczuł czyjąś obecność, choć nie mógł nic zauwaŜyć.
Choć postać nie zdradzała agresywnych zamiarów, Jack przygotował się do obrony.
— Czy mogę zapytać, jak twoje zdrowie? — usłyszał cichy, słodki głos.
Starając się opanować drŜenie, Jack odpowiedział:
— Jestem głodny, spragniony i zmęczony.
— Co za pech. Postaram się ulŜyć ci w tej niedoli.
— Dlaczego?
— Mam bowiem zwyczaj traktować swych gości z pełną uprzejmością.
— Nie wiedziałem, Ŝe jestem czyimkolwiek gościem.
— KaŜdy, kto przekracza granice mego królestwa, jest moim gościem, Jack. Nawet
ci, którzy przy poprzedniej okazji naduŜyli mojej gościnności.
— To sympatyczne z twojej strony, zwłaszcza jeŜeli pomoŜesz mi dotrzeć jak
najszybciej do twojej wschodniej granicy.
— Porozmawiamy na ten temat po obiedzie.
— Zgoda.
— Proszę tędy.
Jack udał się za swoim rozmówcą. Wiedział, Ŝe nie ma sensu próbować ucieczki.
Po drodze udawało mu się czasami dostrzec przelotnie w świetle gwiazd śniadą,
przystojną twarz swego towarzysza.
Dolną jej część zasłaniał wysoki, zakrzywiony kołnierz płaszcza. Jego oczy
przypominały kałuŜe u knotów czarnych świec: ciemne, gorące i płynne. Co chwila z
nieba zlatywał nietoperz, ukrywając się w jego płaszczu. Po długim milczeniu
towarzysz Jacka wskazał ręką w kierunku wzgórza na horyzoncie.
— Tam — powiedział.
Jack skinął głową, patrząc w kierunku pozbawionego szczytu wzgórza. Pomniejszy
ośrodek mocy — pomyślał — i to w jego bezpośrednim zasięgu. Wspinali się powoli
w górę. W pewnym momencie, gdy Jack potknął się, poczuł, Ŝe ręka tamtego
podtrzymuje go za łokieć. Jack zauwaŜył, Ŝe porusza się on bezgłośnie, mimo Ŝe
droga pokryta była Ŝwirem.
— Co się stało z Baronem? — zapytał po chwili.
— Wrócił do domu trochę mądrzejszy — odpowiedział tamten i uśmiechnął się,
odsłaniając na chwilę białe zęby.
W końcu wdrapali się na szczyt wzgórza i stanęli na jego środku. Towarzysz Jacka
wyciągnął miecz i narysował nim na ziemi skomplikowany wzór. Jack rozpoznał
niektóre ze znaków. Następnie tamten odsunął Jacka na bok i przejechał swym lewym
kciukiem po ostrzu miecza. Krew spłynęła na środek rysunku. Wypowiedział siedem
słów. Odwrócił się i kazał Jackowi stanąć za sobą. Następnie narysował wokół nich
krąg i ponownie wypowiedział zaklęcie. Rysunek stanął w płomieniach. Jack starał
się odwrócić uwagę od płonących linii, jednak diagram przykuł jego wzrok,
zmuszając go do śledzenia jego przebiegu. Jack poczuł, Ŝe zapada w letarg. Płonący
wzór wypełniał jego świadomość, wypierając z niej wszystko inne. Jack poruszał się
razem z nim, stawał się jego częścią... Popchnięty przez kogoś upadł.
Obudził się na kolanach w miejscu pełnym blasku. Liczne postacie przedrzeźniały
go. Nie. To były jego własne odbicia.
Pokręcił głową. Ze wszystkich stron otaczały go lustra i jasność. Wstał, pragnąc
zorientować się w otoczeniu. Znajdował się blisko środka wielkiej komnaty o
licznych ścianach. Wszystkie były wyłoŜone lustrami, podobnie jak niezliczone
powierzchnie wklęsłego sufitu i podłogi pod jego stopami. Jack nie potrafił określić
ź
ródła światła. MoŜliwe, Ŝe w jakiś sposób powstawało w samych lustrach. Na prawej
ś
cianie, nieco powyŜej podłogi, znajdował się stół. Jack ruszył w jego stronę.
Wyczuwał, Ŝe idzie pod górę, choć nie wkładał w to dodatkowego wysiłku, a jego
zmysł równowagi pozostawał nienaruszony. Minął stół i ruszył przed siebie, jak mu
się wydawało, po linii prostej. Stół znajdował się za nim, potem nad nim, a po
kilkuset krokach znalazł się przed nim. Zwrócił się w prawą stronę i powtórzył swój
spacer. Skutek był ten sam.
Nie było tu okien ani drzwi, tylko stół, łóŜko i krzesła rozstawione po róŜnych
powierzchniach. Wyglądało to tak, jakby zamknięto go w olbrzymim klejnocie o
lustrzanych powierzchniach. Niezliczone odbicia Jacka kroczyły w nieskończoność.
Ze wszystkich stron dobiegało światło. Cień był niemoŜliwy do uzyskania.
Usiadł na najbliŜszym z krzeseł. Spod stóp spoglądało na niego jego własne
odbicie.
— Jestem więźniem tego, który juŜ raz mnie zabił — pomyślał. — Z pewnością
blisko jego ośrodka mocy, w klatce zbudowanej specjalnie dla mnie. Niedobrze.
Bardzo niedobrze.
Coś się poruszyło. Przez chwilę lustra ukazały ruchome odbicie nieskończoności.
Po chwili wszystko wróciło do normy. Jack rozejrzał się, pragnąc zobaczyć, co się
stało. Na stole nad jego głową stały pieczeń, chleb, wino i woda. Podniósł się na nogi.
Poczuł, jak ktoś dotknął lekko jego ramienia. Obejrzał się szybko. Król Nietoperzy
uśmiechnął się i ukłonił nisko.
— Podano obiad — powiedział, wskazując w stronę stołu.
Jack skinął głową, udał się we wskazanym kierunku, usiadł na krześle i zaczął
napełniać swój talerz.
— Jak ci się podoba twoje nowe mieszkanie?
— Bardzo zabawne — odpowiedział Jack. — Między innymi zwróciłem uwagę na
brak drzwi i okien.
— Istotnie.
Jack zaczął jeść. Jego głód był jak płomień nie dający się ugasić.
— Wyglądasz fatalnie po swojej podróŜy.
— Wiem o tym.
— Będziesz się mógł później wykąpać. Przyślę ci teŜ świeŜe ubranie.
— Dziękuję.
— Nie ma za co. Pragnę, abyś czuł się jak najlepiej. Minie z pewnością wiele
czasu, zanim powrócisz do zdrowia.
— Ile? — zapytał Jack.
— Kto wie? MoŜe długie lata.
— Rozumiem.
Gdybym rzucił się na niego z noŜem — pomyślał Jack — czy miałbym szansę go
zabić? MoŜe byłby dla mnie zbyt silny? MoŜe mógłby natychmiast wezwać swoją
moc? Gdyby mi się udało, jak odnalazłbym wyjście?
— Gdzie jesteśmy? — zapytał.
Król Nietoperzy uśmiechnął się.
— Jak to gdzie? Tutaj — odpowiedział, dotykając piersi.
Jack zmarszczył brwi.
— Nie rozumiem.
Król Nietoperzy odpiął cięŜki srebrny łańcuch, który nosił na szyi. Był na nim
zawieszony lśniący klejnot. Wyciągnął rękę przed siebie.
— Przyjrzyj się temu przez chwilę, Jack — powiedział.
Jack ujął klejnot w palce. Obrócił go, oceniając jego wagę.
— Czy warto byłoby go ukraść?
— Zapewne. Co to za kamień?
— Właściwie to nie jest kamień. To ten pokój. Zwróć uwagę na jego kształt.
Jack rozejrzał się wokoło, kilkakrotnie przenosząc wzrok z klejnotu na ściany
pomieszczenia.
— Istotnie, jest podobny w kształcie do tego pokoju.
— Jest identyczny. Nie moŜe być inaczej, poniewaŜ są jedną i tą samą rzeczą.
— Nie rozumiem.
— Weź kamień w rękę. Podnieś go do oka. Przyjrzyj się jego wnętrzu.
Jack uniósł kamień, zamknął jedno oko i obejrzał go dokładnie.
— W środku... — powiedział — jest maleńka kopia tego pokoju.
— Popatrz na stół.
— Widzę! Obaj siedzimy przy nim! Oglądam... ten kamień!
— Znakomicie — powiedział z radością Król Nietoperzy.
Jack wypuścił klejnot z ręki. Jego rozmówca ujął go za łańcuch.
— Popatrz — powiedział, ukrywając klejnot w swojej dłoni.
Zapanowała ciemność. Po chwili, gdy wypuścił go z ręki, ponownie zrobiło się
jasno. Następnie wyciągnął spod płaszcza świecę, postawił ją na stole i zapalił.
ZbliŜył naszyjnik do płomienia. W komnacie zrobiło się gorąco nie do wytrzymania.
Po chwili krople potu wystąpiły Jackowi na czoło.
— Wystarczy! — powiedział. — Upieczesz nas! Król Nietoperzy zgasił świecę i
wrzucił naszyjnik do karafki z wodą. Natychmiast ochłodziło się.
— Gdzie jesteśmy? — zapytał Jack.
— Mówiłem juŜ. Noszę nas na szyi — odrzekł Król Nietoperzy, ponownie
zawieszając naszyjnik.
— Niezła sztuczka. A gdzie ty teraz jesteś?
— Tutaj.
— Wewnątrz klejnotu?
— Tak.
— Który nosisz na szyi?
— Oczywiście. To bardzo dobry pomysł. Nie potrzebowałem wiele czasu, aby go
opracować i wprowadzić w Ŝycie. Ostatecznie jestem niewątpliwie największym ze
wszystkich czarnoksięŜników, pomimo Ŝe przed laty skradziono niektóre z moich
najcenniejszych rękopisów, dotyczących wiedzy tajemnej.
— Co za strata. Wydawałoby się, Ŝe takie dokumenty powinny być pilnie
strzeŜone.
— Tak teŜ było. JednakŜe nieoczekiwanie wybuchł poŜar. Podczas zamieszania
złodziej zdołał zabrać dokumenty i skryć się w cieniu.
— Rozumiem — odpowiedział Jack, popijając ostatni kęs chleba winem. — Czy
złodziej został schwytany?
— O tak. Został stracony. To jednak nie koniec mojej zemsty.
— Aha. Jakie masz plany wobec niego?
— Zamierzam doprowadzić go do szaleństwa — odpowiedział Król Nietoperzy,
obracając w palcach swój kielich z winem
— MoŜe juŜ jest szalony? CzyŜ kleptomania nie jest chorobą umysłową?
Rozmówca Jacka potrząsnął głową.
— Nie w tym przypadku — odpowiedział. — U tego złodzieja to kwestia dumy.
Pragnie przechytrzyć potęŜniejszych od siebie, odebrać im ich własność. To poprawia
jego mniemanie o sobie. JeŜeli to choroba umysłowa, w takim razie większość z nas
jest chora. Jemu jednakŜe często udaje się zaspokoić to poŜądanie. Posiada znaczną
moc, jest chytry i bezwzględny. Będę z wielką satysfakcją obserwował, jak pogrąŜa
się w całkowitym szaleństwie.
— Aby nasycić z kolei własną dumę?
— Po części tak. Będzie to takŜe ofiara dla boga sprawiedliwości i przysługa dla
społeczeństwa.
Jack wybuchnął śmiechem. Król Nietoperzy uśmiechnął się tylko.
— Jak zamierzasz osiągnąć poŜądany cel? — zapytał po chwili Jack.
— Zamknę go w więzieniu, z którego nie ma ucieczki, gdzie nie będzie miał nic do
roboty, poza samym istnieniem. Od czasu do czasu będę wprowadzał i usuwał róŜne
elementy, które z upływem czasu będą coraz bardziej zaprzątały jego myśli,
wywołując okresy depresji i wściekłości. Złamię jego dumę poprzez zniszczenie
korzeni, z których wyrasta.
— Rozumiem. Widzę, Ŝe planowałeś to przez dłuŜszy czas.
— MoŜesz w to nie wątpić.
Jack odsunął talerz, przechylił się na krześle i zaczął się przyglądać niezliczonym
odbiciom.
— Nie wątpię, Ŝe wkrótce mi powiesz, iŜ twój naszyjnik moŜe przypadkowo
wpaść do wody podczas podróŜy morskiej, spłonąć, zostać pochowany w ziemi lub
rzucony świniom na poŜarcie.
— PoniewaŜ sam wpadłeś juŜ na ten pomysł, nie muszę ci tego powtarzać.
Król Nietoperzy wstał z krzesła i wskazał ręką na punkt wysoko ponad ich
głowami.
— Widzę, Ŝe przygotowano juŜ kąpiel — powiedział. — Czeka teŜ na ciebie
ś
wieŜe ubranie. Oddalę się teraz, abyś mógł skorzystać z tego wszystkiego w spokoju.
Jack skinął głową.
Nagle pod stołem rozległ się łomot, po którym nastąpił bełkotliwy dźwięk, a potem
krótki, ostry jęk. Jack poczuł, Ŝe coś złapało go za kostkę. Padł na podłogę.
— Zostaw! — krzyknął Król Nietoperzy, przechodząc szybko na drugą stronę
stołu. — Puść go, mówię!
Tuziny nietoperzy wyfrunęły spod jego płaszcza, rzucając się w stronę postaci
ukrytej pod stołem, która krzyknęła z przeraŜenia, zaciskając swój uścisk na kostce
Jacka.
Miał wraŜenie, Ŝe jego kość została zmiaŜdŜona. Podniósł się z wysiłkiem i
spojrzał w dół. Nawet ból nie mógł zahamować odruchu obrzydzenia.
Biała, bezwłosa kończyna pokryta była niebieskimi plamami. Król Nietoperzy
kopnął ją. Uścisk ustał. Zanim stworzenie wycofało się, zasłaniając twarz rękami,
Jack zdąŜył przyjrzeć się jego koślawym kształtom. Wyglądało na coś, co miało
zamiar stać się człowiekiem, jednakŜe nie powiodło mu się. Było przygarbione i
pokrzywione. Pełna otworów głowa przypominała surowe ciasto. Kości
prześwitywały przez przezroczyste tkanki jego tułowia. Krótkie nogi były grube jak
pnie drzew. Na ich zakończeniach, od dyskokształtnych łap rozchodziły się tuziny
robakowatych palców. Ręce miał dłuŜsze od całego ciała. Wyglądał jak nieudany
odlew wyjęty z pieca, zanim jeszcze był gotowy. Był...
— Oto borshin — powiedział Król Nietoperzy, wskazując ręką na piszczące
stworzenie, które sprawiało wraŜenie, Ŝe nie moŜe się zdecydować, czy bardziej boi
się nietoperzy, czy ich władcy, i wciąŜ waliło głową o nogi stołu, pragnąc schronić się
przed obydwoma niebezpieczeństwami. Król Nietoperzy zdjął naszyjnik i
wypowiadając zaklęcie, rzucił go w stronę borshina. Ten zniknął, pozostawiając po
sobie tylko kałuŜę moczu. Nietoperze skryły się w płaszczu swego władcy, który
uśmiechnął się do Jacka.
— A cóŜ to takiego borshin? — zapytał Jack.
Król Nietoperzy przyglądał się przez chwilę swoim paznokciom. Po chwili
powiedział:
— Od pewnego czasu uczeni z Jasnej Strony próbują stworzyć sztuczne Ŝycie. Do
tej pory nie udało im się to. Postanowiłem osiągnąć drogą magii to, co nie udało się
im za pomocą nauki. Po wielu eksperymentach zdecydowałem się na ostateczną
próbę. Nie powiodło mi się, czy teŜ raczej powiodło mi się tylko częściowo.
Widziałeś rezultat mojej pracy. Wrzuciłem swojego martwego homunkulusa do
Otchłani Łajna w Glyve. Pewnego dnia powrócił do mnie. Nie mogę twierdzić, Ŝe to
moja zasługa. Siły, które przywracają nas tam do Ŝycia, podziałały na niego w jakiś
sposób. Nie sądzę, Ŝeby borshin był Ŝywy w całym znaczeniu tego słowa.
— Czy to jest jeden z elementów, za pomocą których zamierzasz dręczyć swojego
wroga?
— Tak. Nauczyłem go dwóch rzeczy — bać się mnie i nienawidzieć jego.
JednakŜe nie ja sprowadziłem go tutaj w tej chwili. Ma swoje własne drogi, nie
przypuszczałem jednak, Ŝe zaprowadzą go w to miejsce. Będę musiał zbadać tę
sprawę.
— Tymczasem zaś będzie mógł przychodzić tu, kiedy mu się będzie podobało?
— Obawiam się, Ŝe tak.
— W takim razie, czy mógłbyś poŜyczyć mi jakąś broń?
— Niestety, nie mam nic na zbyciu.
— Rozumiem.
— Będę musiał juŜ odejść. Przyjemnej kąpieli.
— Jeszcze jedno — powiedział Jack.
— O co chodzi? — zapytał Król Nietoperzy, głaszcząc palcami naszyjnik.
— Ja równieŜ mam wroga, na którym zamierzam dokonać wyrafinowanej zemsty.
Nie chcę zanudzać cię szczegółami, zapewniam jednak, Ŝe moja zemsta przewyŜsza
twoją.
— Naprawdę? Chciałbym się dowiedzieć, co masz na myśli.
— Postaram się, abyś miał do tego okazję.
Obaj się uśmiechnęli.
— Na razie do zobaczenia.
— Do zobaczenia.
Król Nietoperzy zniknął.
Jack wziął kąpiel. Długo moczył się w ciepłej wodzie. Ogarnęło go zmęczenie
nagromadzone podczas całej podróŜy. Musiał się zdobyć na wielki wysiłek woli, aby
podnieść się, wytrzeć i połoŜyć do łóŜka.
Zasnął natychmiast. Był zbyt zmęczony, aby odczuwać nienawiść czy planować
ucieczkę. Śniło mu się, Ŝe trzyma w ręku Kolwynię — Wielki Klucz, który jest
porządkiem i chaosem, i Ŝe z jego pomocą wypuszcza z zamknięcia niebo, ziemię,
morze i wiatr, rozkazując im spaść na Wielki Gniew i jego władcę ze wszystkich stron
ś
wiata. Śniło mu się, Ŝe rozpętał wielki płomień i zamknął Ŝywcem w jego sercu
czarnego władcę, jak muchę w bursztynie, aby cierpiał tam na wieki. Radując się tą
wizją, usłyszał nagle stukot Maszyny Świata. Krzyknął z przeraŜenia wywołanego
tym omamem. Niezliczone odbicia Jacka miotały się na zroszonych potem łóŜkach.
5.
Jack usiadł na krześle przy łóŜku, wyciągając przed siebie nogi skrzyŜowane w
kostkach. Podparł brodę palcami. Miał na sobie czerwono-biało-czarny, wyszywany
diamentami strój błazna. Z jego pantofli o barwie wina zwisały luźne sznurki w
miejscu, gdzie oderwał dzwoneczki. Czapkę, równieŜ ozdobioną dzwoneczkami,
wyrzucił do kosza na śmieci.
— JuŜ czas — pomyślał. — Mam nadzieję, Ŝe nie napatoczy się borshin.
Na stole leŜały resztki śniadania — jego trzydziestego pierwszego posiłku w tym
miejscu. W pokoju było zbyt zimno, jak na jego gust. Borshin pojawił się do tej pory
trzy razy, tocząc ślinę i atakując go znienacka. Jack opędzał się przed nim przy
pomocy krzesła, krzycząc wniebogłosy. Po chwili pojawiał się Król Nietoperzy, który
odpędzał napastnika, głośno przepraszając za tę niedogodność. Od czasu pierwszej
wizyty borshina Jack sypiał bardzo źle. Wiedział, Ŝe atak w kaŜdej chwili moŜe się
powtórzyć.
Mało zróŜnicowane posiłki pojawiały się w regularnych odstępach czasu. Jack
zjadał je mechanicznie, nie pamiętając później, z czego się składały. Umysł miał
zaprzątnięty innymi sprawami.
— JuŜ niedługo — pomyślał.
Ć
wiczył nieustannie, aby nie wyjść z wprawy. Odzyskał częściowo swą poprzednią
wagę. Zabijał nudę, rozwaŜając niezliczone plany ucieczki i zemsty. Na koniec
przypomniał sobie słowa Rosalie i juŜ wiedział, co ma zrobić.
Powietrze nagle zamigotało. Dał się słyszeć dźwięk przypominający pobliskie
szuranie paznokciem po kieliszku. Po chwili pojawił się Król Nietoperzy. Tym razem
jego twarz nie była uśmiechnięta.
— Jack — zaczął niezwłocznie — rozczarowałeś mnie. Co zamierzałeś przez to
osiągnąć?
— Słucham?
— Właśnie przed chwilą próbowałeś jakiegoś słabego czaru. Czy naprawdę wydaje
ci się, Ŝe nie potrafię wykryć działania magii na terenie Wielkiego Gniewu?
— Gdyby mi się udało, to nie.
— Jak widać, nie udało ci się. WciąŜ tutaj jesteś.
— ZauwaŜyłem to.
— Nie sposób zniszczyć tych ścian ani przedostać się przez nie.
— Doszedłem do tego samego wniosku.
— Czy dokuczył ci juŜ upływ czasu?
— Co nieco.
— Pora więc chyba wprowadzić do twojego otoczenia nowy element.
— Nie powiedziałeś mi, Ŝe masz drugiego borshina.
Rozległ się śmiech. Skądś wyłonił się nietoperz i okrąŜywszy kilkakrotnie głowę
swego władcy, zawiesił się na łańcuchu u jego szyi.
— Nie, mam na myśli coś innego. Ciekawe, jak długo nie opuści cię poczucie
humoru?
Jack wzruszył ramionami, pocierając bezmyślnie plamkę sadzy na swym prawym
palcu wskazującym.
— Kiedy to zauwaŜysz, nie zapomnij mnie poinformować — powiedział.
— Daję słowo, Ŝe będziesz jednym z pierwszych, którzy się o tym dowiedzą.
Jack skinął głową.
— Aha, i jeszcze jedno — powiedział Król Nietoperzy. — Byłbym wdzięczny,
gdybyś powstrzymał się od dalszych prób w zakresie magii. W tutejszej, wysoce
naładowanej atmosferze mogą one spowodować powaŜne komplikacje.
— Wezmę to pod uwagę — odrzekł Jack.
— Znakomicie. Przepraszam, Ŝe zawracałem ci głowę. MoŜesz juŜ wrócić do
swoich codziennych zajęć. Adieu.
Nim Jack zdąŜył odpowiedzieć, jego rozmówca zniknął.
Minęła dłuŜsza chwila, zanim w jego otoczeniu pojawił się nowy element. Jack
obudził się nagle, wyczuwając, Ŝe nie jest sam. Zdumiony widokiem jej uśmiechu i jej
miedzianych włosów, był niemal gotowy uwierzyć.
Wstał z łóŜka i zbliŜył się do niej, oglądając ją ze wszystkich stron.
— Świetna robota — powiedział na koniec. — PrzekaŜ swojemu twórcy słowa
uznania. Jesteś naprawdę znakomitym sobowtórem mojej dziewczyny, Evene z
Warownej Twierdzy.
— Nie jestem ani sobowtórem, ani twoją dziewczyną — odpowiedziała
uśmiechając się.
— Tak czy owak przynosisz mi nieco radości. Czy zechcesz usiąść?
— Dziękuję.
Usadził ją na krześle, po czym sam usiadł na następnym, po jej lewej stronie.
Pochylił się i spojrzał na nią z ukosa.
— Czy moŜesz mi powiedzieć, co znaczą twoje słowa? Jeśli nie jesteś moją Evene
ani jej sobowtórem, stworzonym przez mojego wroga, aby mnie dręczyć, w takim
razie, czym jesteś? Albo, Ŝeby być bardziej uprzejmym, kim jesteś?
—
Jestem Evene z Warownej Twierdzy, córką Loret i Pułkownika Który Nigdy Nie
Umarł — odpowiedziała, wciąŜ się uśmiechając. Dopiero wtedy Jack zauwaŜył, Ŝe
zwisa jej z szyi dziwny klejnot przypominający jego więzienie.
— Nie jestem jednak twoją Evene — dokończyła.
— Naprawdę zrobił świetną robotę — powiedział Jack — nawet głos jest
identyczny.
— Jest mi niemal Ŝal włóczęgi mieniącego się władcą nie istniejącej StraŜnicy
Cieni — powiedziała — Jack Kłamca. Jesteś tak pełen rozmaitych wykrętów, Ŝe
utraciłeś zdolność rozpoznawania prawdy.
— StraŜnica Cieni istnieje! — powiedział.
—
Dlaczego więc wspomnienie o niej wyprowadza cię z równowagi?
— Dobrze cię wyuczył, istoto. Drwić z mojego domu, to znaczy drwić ze mnie.
— Taki jest mój zamiar. Jestem jednak Ŝoną tego, którego nazywasz Królem
Nietoperzy, a nie stworzonym przez niego sobowtórem. Znam jego tajemne imię.
Pokazał mi świat zamknięty w kuli. Widziałam wszystkie jego miejsca — z komnat
Wielkiego Gniewu. Nigdzie jednak nie ujrzałam StraŜnicy Cieni.
— Nie widział jej nigdy nikt oprócz mnie — powiedział Jack. — Jest zawsze
skryta w cieniach. To olbrzymia budowla pełna wysokich komnat oświetlonych
pochodniami i podziemnych labiryntów. Wieńczą je liczne wieŜe. Z jednej strony
pada na nią światło, druga pogrąŜona jest w ciemności. Pełno w niej pamiątek po
największych kradzieŜach, jakie kiedykolwiek popełniono. Są tam przedmioty o
wielkim pięknie i przedmioty o nieocenionej wartości. Cienie tańczą na jej
korytarzach. Niezliczone klejnoty świecą jaśniej niŜ słońce nad Jasną Stroną. Taki jest
pałac, z którego drwisz: StraŜnica Cieni. W porównaniu z nią twierdza twojego
twórcy to nędzny chlew. Co prawda, często czułem się tam samotny, jednakŜe
prawdziwa Evene napełni to miejsce śmiechem i rozjaśni je swym wdziękiem tak, Ŝe
jego wspaniałość będzie trwała jeszcze długo po tym, gdy moja zemsta wtrąci twego
pana w wieczną ciemność.
Evene roześmiała się cicho.
— Tak łatwo przychodziło mi kiedyś uwierzyć twoim słowom, Jack. Teraz widzę
jednak, Ŝe gdy mówisz o StraŜnicy Cieni, opisujesz ją zbyt pięknie, aby mogła ona
istnieć naprawdę. Czekałam na ciebie przez długi czas. Gdy dowiedziałam się, Ŝe
ś
cięto cię w Igles, byłam gotowa czekać nadal, jednakŜe mój ojciec zdecydował
inaczej. Z początku myślałam, Ŝe zaślepiło go poŜądanie Płomienia Piekieł, nie
miałam jednak racji. On od początku rozumiał, Ŝe byłeś zwyczajnym oszustem,
włóczęgą i kłamcą. Płakałam, gdy oddał mnie w zamian za Płomień Piekieł, później
jednak pokochałam tego, któremu mnie oddano. On jest wyrozumiały, podczas gdy ty
byłeś bezwzględny, mądry, podczas gdy ty byłeś zaledwie przebiegły. Jego twierdza
istnieje naprawdę i jest jedną z najpotęŜniejszych. On jest tym wszystkim, czym ty nie
jesteś. Kocham go.
Jack przyjrzał się przez chwilę jej pozbawionej uśmiechu twarzy.
— Jak udało mu się zdobyć Płomień Piekieł? — zapytał.
— Jego człowiek zdobył go dla niego w Igles.
— Jak się nazywał?
— Quazer — odpowiedziała. — Quazer został zwycięzcą Igrzysk Piekielnych.
— Wiadomość raczej bezuŜyteczna dla sobowtóra — zauwaŜył Jack. — Jeśli w
ogóle jest prawdziwa. Z drugiej strony mój wróg jest bardzo drobiazgowy. Przykro
mi, ale nie wierzę, Ŝe jesteś prawdziwa.
— To typowy przykład zaślepienia wywołanego przez egoizm.
— Nieprawda. Wiem, Ŝe nie jesteś prawdziwą Evene, lecz jego tworem
przysłanym, aby mnie dręczyć. Evene, prawdziwa Evene nie osądziłaby mnie pod
moją nieobecność. Pragnęłaby najpierw usłyszeć moją odpowiedź na stawiane mi
zarzuty.
Evene odwróciła wzrok.
— Jeszcze jeden z twoich wykrętów — powiedziała po chwili. — To niczego nie
zmieni.
— Idź juŜ — powiedział — i powiedz swojemu panu, Ŝe ci się nie powiodło.
— Nie jest moim panem, lecz towarzyszem i kochankiem.
— Jak chcesz, moŜesz zostać. To nie robi mi Ŝadnej róŜnicy.
Podniósł się z krzesła, połoŜył na łóŜku i zamknął oczy. Gdy je otworzył, nie było
jej juŜ w pokoju. Zdołał jednak ujrzeć to, czego nie chciała mu pokazać.
Nie dam po sobie nic poznać — zdecydował. — Jakikolwiek dowód mi
przedstawią, będę twierdzić, Ŝe to oszustwo. Zachowam dla siebie swoją wiedzę,
podobnie jak swoje uczucia.
Po chwili skrył się w sen. Śnił w jasnych kolorach o przyszłości takiej, jaką sobie
wymarzył.
Przez dłuŜszy czas pozostawiono go samego, co odpowiadało mu w zupełności.
Miał wraŜenie, Ŝe udało mu się przechytrzyć Króla Nietoperzy, odeprzeć jego
pierwszy atak na swe zdrowie psychiczne. Śmiał się niekiedy cicho, spacerując po
ś
cianach, sufitach i podłogach swego więzienia. Układał swój plan. Myślał o
niebezpieczeństwach, jakie przyniosą najbliŜsze lata, zanim cel zostanie osiągnięty.
SpoŜywał swe posiłki. Spał.
Przyszło mu do głowy, iŜ poza tym, Ŝe Król Nietoperzy moŜe w kaŜdej chwili sam
na niego patrzeć, jest zdolny równieŜ utrzymywać go pod nieustanną obserwacją.
Wyobraził sobie sługusów swego nieprzyjaciela nieustannie przekazujących sobie
klejnot z ręki do ręki, gdy nadchodzi kolej ich zmiany. Ta myśl nie opuszczała go.
Przy kaŜdej czynności dręczyło go poczucie, Ŝe ktoś na niego patrzy. Przez długi czas
przesiadywał, wpatrując się w lustra, usiłując dostrzec za nimi obserwatorów.
Niekiedy odwracał się nagle, wykonując nieprzyzwoite gesty w stronę swych
niewidzialnych prześladowców.
Na bogów! To mu się moŜe udać! — pomyślał któregoś dnia po przebudzeniu,
rozglądając się po komnacie. — Wszędzie wyczuwam jego obecność. Zaczynam
tracić równowagę. No, ale zrobiłem juŜ początek. JeŜeli tylko da mi szansę, a
wszystkie pozostałe czynniki pozostaną bez zmian, moŜe mi się udać. NajwaŜniejsze
jednak, Ŝebym wydawał się nieporuszony tym wszystkim. Dość tych spacerów,
wpatrywania się w ściany i mamrotania.
LeŜąc otworzył swoją jaźń. Poczuł orzeźwiający chłód spływający z góry.
Od tej chwili zaczął się zachowywać cicho i spokojnie. Opanowanie drobnych
odruchów przychodziło mu z trudnością, dokonał tego jednak siadając, zaciskając
dłonie lub licząc do wielu tysięcy. Lustra pokazały mu, Ŝe miał dość długą brodę. Jego
strój błazna był zniszczony i poplamiony. Często budził się zlany potem, nie
pamiętając koszmaru, który go dręczył. Choć czasami jego umysł ogarniała ciemność,
na ogół udawało mu się zachowywać pozory normalności w swym świetlistym
więzieniu pełnym luster.
Czy rzucił na mnie urok, czy jest to tylko efekt przedłuŜającej się monotonii? —
zastanawiał się. — Chyba to drugie. Potrafiłbym jednak wyczuć, gdyby spróbował
mnie zaczarować, mimo iŜ jest lepszym czarnoksięŜnikiem ode mnie. JuŜ niedługo.
Wkrótce powinien do mnie przyjść. Zastanowi go, dlaczego wciąŜ się nie załamuję.
Zacznie się zastanawiać. Niedługo przyjdzie.
Gdy przyszedł, Jack był uprzedzony.
Po obudzeniu zauwaŜył, Ŝe przygotowano mu kąpiel, drugi raz podczas jego
pobytu w więzieniu. Ile wieków upłynęło od tego czasu? Obok czekało świeŜe
ubranie. Umył się dokładnie i załoŜył zielono-biały strój. Tym razem nie odrywał
dzwoneczków. WłoŜył czapeczkę na bakier i usadowił się na krześle, zakładając ręce
za głowę. Uśmiechnął się półgębkiem. Nie chciał, aby jego wygląd zdradził
zdenerwowanie, które odczuwał. Gdy ujrzał błysk w powietrzu i usłyszał znajomy
dźwięk, spojrzał w tamtą stronę i skłonił leciutko głowę.
— Cześć — powiedział.
— Cześć — odrzekł przybysz. — Jak się czujesz?
— MoŜna powiedzieć, Ŝe całkiem dobrze. Mam nadzieję wkrótce opuścić to
miejsce.
— W sprawach zdrowia ostroŜność nigdy nie zawadzi. Wydaje mi się, Ŝe jeszcze
potrzebujesz odpoczynku. Porozmawiamy jednak o tym w późniejszym terminie.
ś
ałuję, Ŝe nie mogłem spędzić z tobą więcej czasu. Byłem zajęty sprawami, które
wymagały mojej pełnej uwagi.
— To bez znaczenia — powiedział Jack. — I tak wkrótce wszystkie twoje wysiłki
spełzną na niczym.
Król Nietoperzy przyjrzał się jego twarzy, jak gdyby poszukując na niej objawów
szaleństwa.
— Co masz na myśli? — zapytał, usiadłszy na krześle.
Jack odwrócił lewą dłoń do góry.
— Gdy świat się skończy, wszystkie wysiłki spełzną na niczym.
— Dlaczego świat miałby się skończyć?
— Czy zwróciłeś ostatnio uwagę na temperaturę, mój dobry panie?
— Nie — odpowiedział Król Nietoperzy zakłopotany. — Przez dłuŜszy czas nie
oddalałem się z mojej twierdzy.
— Dobrze byłoby, gdybyś to zrobił. Albo jeszcze lepiej, gdybyś otworzył swą jaźń
na sygnały z Tarczy.
— Zrobię to, gdy tylko znajdę się sam. Ale przecieŜ zawsze jest jakiś przeciek.
Siedmiu wyznaczonych straŜników ma obowiązek podtrzymywać ją i pełnią swoje
funkcje. Nie ma więc powodu do niepokoju.
— Jednak naleŜy się niepokoić, gdy jeden z siedmiu jest uwięziony i nie moŜe się
stawić.
Król Nietoperzy otworzył szeroko oczy.
— Nie wierzę ci — powiedział.
Jack wzruszył ramionami.
— Właśnie poszukiwałem bezpiecznego miejsca, z którego mógłbym wyruszyć na
swoją słuŜbę, gdy zaoferowałeś mi swoją hmmm... gościnę. MoŜna to łatwo
sprawdzić.
— Dlaczego więc nie mówiłeś mi o tym wcześniej.
— Po co? — zapytał Jack. — Skoro mój umysł ma zostać zniszczony, co mnie
obchodzi, czy reszta świata będzie istnieć nadal?
— To bardzo samolubne podejście — powiedział Król Nietoperzy.
— To moje podejście — odrzekł Jack, dzwoniąc dzwoneczkami.
— Muszę sprawdzić prawdziwość twojej opowieści — Król Nietoperzy z
westchnieniem podniósł się z miejsca.
— Zaczekam na ciebie — odrzekł Jack.
Król Nietoperzy zaprowadził go do wysokiej komnaty, leŜącej za Ŝelaznymi
drzwiami, gdzie uwolnił go z więzów. Jack rozejrzał się wokoło. Podłoga pokryta
była mozaiką o znajomych wzorach. W kątach leŜały kupy szmat. Na ścianach wisiały
ciemne draperie. Na środku komnaty stał ołtarz, obok niego stół pełen róŜnych
przyrządów. W powietrzu unosił się zapach kadzidła.
Jack postąpił krok naprzód.
— Twoje imię pojawiło się w Księdze Łokci w podejrzany sposób — powiedział
Król Nietoperzy — ponad nim wymazano inne.
— Być moŜe moje bóstwo opiekuńcze zainteresowało się tą sprawą.
— O ile wiem, coś takiego nigdy dotąd się nie wydarzyło. CóŜ, jeśli jesteś jednym
z siedmiu wybranych, nie mam wyjścia. Wysłuchaj mnie jednak, zanim odejdziesz
pełnić swą słuŜbę przy Tarczy.
Klasnął w dłonie. Draperia zakołysała się. Evene weszła do pokoju i stanęła u jego
boku.
— Choć twoja moc moŜe nam być potrzebna — powiedział Król Nietoperzy —
niech ci się nie wydaje, Ŝe moŜesz się mierzyć ze mną tu na terenie Wielkiego
Gniewu. Wkrótce zapalimy światła i pojawią się cienie. Nawet gdybym cię nie
doceniał, wiedz, Ŝe moja pani studiowała magię przez długie lata i potrafi władać nią
bardzo skutecznie. W przypadku, gdybyś spróbował zrobić coś nie zaplanowanego,
połączy swoją moc z moją. Wbrew temu, co ci się zdaje, ona nie jest sobowtórem.
— Wiem o tym — odpowiedział Jack. — Sobowtóry nigdy nie płaczą.
— Kiedy widziałeś Evene płaczącą?
— Musisz ją kiedyś o to zapytać.
Evene spuściła wzrok. Jack zwrócił się w stronę ołtarza.
— Pora zaczynać. Stańcie, proszę, w mniejszym kręgu — powiedział.
Zapalił kolejno węgiel drzewny w dziesięciu piecykach stojących w trzech rzędach.
Dodał wonnych kadzideł, co zabarwiło płomień i dym kaŜdego z piecyków na inny
kolor. Stanął z drugiej strony ołtarza. Narysował Ŝelaznym noŜem na podłodze
magiczny wzór. Wypowiedział cicho zaklęcie. Jego cień rozdzielony na wiele
drobnych cieni ponownie połączył się w jeden, zadrŜał, znieruchomiał, pociemniał i
nagle rozciągnął się na całą komnatę, jak bezkresna droga prowadząca na wschód.
Mimo migotliwego światła nie poruszył się więcej. Był tak czarny, Ŝe wydawał się
posiadać głębokość.
Jack usłyszał, jak Król Nietoperzy szepnął do Evene — nie podoba mi się to.
Spojrzał w ich kierunku. Otoczony oparami dymu, stojąc wewnątrz kręgu w
ś
wietle migotliwych świateł, sprawiał złowieszcze wraŜenie. Poruszał się z coraz
większą pewnością siebie. Podniósł z ołtarza mały dzwon i uderzył weń.
— Stój! — krzyknął Król Nietoperzy. Nie wyszedł jednak z mniejszego kręgu, gdy
czyjaś mroczna obecność wypełniła komnatę.
— Pod jednym względem miałeś rację — powiedział Jack. — Jesteś
potęŜniejszym czarnoksięŜnikiem ode mnie. Nie jestem jeszcze gotowy, aby się z tobą
zmierzyć. Zwłaszcza tu, w ośrodku twojej mocy. Chcę ci tylko dać na moment
zajęcie, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo. Nawet we dwoje nie uporacie się tak
szybko z duchem, którego wywołałem, a potem będziecie mieli jeszcze inne rzeczy do
rozwaŜania. Na przykład to!
Chwycił najbliŜszy piecyk za nogę i cisnął go w głąb komnaty. Węgle posypały się
na podłogę. LeŜące wkoło szmaty prędko zajęły się ogniem. Wkrótce płomienie
dotknęły gobelinów. Jack nie przestawał mówić.
— Nie zostałem wezwany na dyŜur przy Tarczy. Za pomocą drzazg ze stołu
opalonych w płomieniu świecy zmieniłem zapis w Księdze Łokci. Jej otwarcie się
przede mną było właśnie tym czarem, który wykryłeś.
— OdwaŜyłeś się złamać Wielkie Przymierze? Igrać z losem świata?
— Ni mniej, ni więcej — odrzekł Jack. — Świat nie ma wartości dla szaleńca,
którym obiecałeś mnie uczynić, a na Przymierze pluję.
— Od tej pory jesteś wyrzutkiem, Jack. Nie licz na przyjaźń nikogo z Ciemnej
Strony.
— Nigdy na nią nie liczyłem.
— Przymierze i jego wyraz — Księga Łokci — są jedyną rzeczą, którą wszyscy
powaŜamy, zawsze powaŜaliśmy, niezaleŜnie od wszystkich sporów pomiędzy nami.
Wszyscy będą teraz na ciebie polować, aŜ w końcu cię unicestwią.
— Mało brakowało, a juŜ byś tego dokonał. Tak przynajmniej mam szansę
powiedzieć ci „do widzenia”.
— Wygnam ducha, którego wywołałeś i ugaszę poŜar. Potem wyślę pół świata za
tobą. Nigdy odtąd nie zaznasz odpoczynku. Twój koniec nie będzie szczęśliwy.
— Zabiłeś mnie juŜ raz. Ukradłeś moją kobietę i zniewoliłeś jej umysł. Uwięziłeś
mnie, nosiłeś na szyi i napuściłeś na mnie borshina. Dowiedz się, Ŝe gdy spotkamy się
ponownie, to nie ja będę torturowany i doprowadzany do szaleństwa. Mam długą
listę, ale ty jesteś na jej pierwszym miejscu.
— Spotkamy się z pewnością, Widmowy Jacku. Być moŜe nawet za chwilę. Wtedy
będziesz mógł zapomnieć o swojej liście.
— Skoro mowa o liście, czy nie jesteś ciekaw, czyje imię wymazałem z Księgi
Łokci, wpisując własne?
— Czyje?
— Dziwnie się składa, ale twoje. Naprawdę powinieneś częściej wychodzić na
zewnątrz. Wtedy zauwaŜyłbyś chłód, sprawdził Tarczę i zajrzał do Księgi. W ten
sposób byłbyś zajęty przy Tarczy i ja nie zostałbym twoim więźniem. Jest w tym jakiś
morał. Na przykład: więcej gimnastyki i świeŜego powietrza.
— W takim przypadku wpadłbyś w ręce Barona lub wrócił z powrotem do Glyve.
— To sporna kwestia — odpowiedział Jack, odchylając się do tyłu. — Te gobeliny
płoną juŜ całkiem porządnie, mogę się więc oddalić. Gdy skończysz swój dyŜur przy
Tarczy, moŜe za jedną porę roku, moŜe szybciej, któŜ to wie, z pewnością zaczniesz
mnie poszukiwać. Nie przejmuj się, gdy nie będzie ci się udawało. Nie poddawaj się.
Gdy będę gotów, spotkamy się ponownie. Odbiorę ci Evene. Odbiorę Wielki Gniew.
Pozabijam twoje nietoperze. Będę patrzył, jak wędrujesz z Glyve do grobu i z
powrotem wiele, wiele razy. Tymczasem, do widzenia.
Odwrócił się, spoglądając wzdłuŜ swego cienia. Usłyszał głos Evene:
— Nigdy nie będę twoja, Jack. Powiedziałam ci prawdę. Prędzej się zabiję.
Zaczerpnął głęboko przepojonego kadzidłem powietrza.
— Zobaczymy — powiedział i skrył się w cieniu.
6.
Niebo jaśniało, gdy Jack z workiem na plecach wędrował na wschód. Powietrze
było chłodne. Smugi mgły unosiły się nad szarymi trawami, wypełniając doliny i
parowy. Światło gwiazd przebijało się przez ponurą warstwę obłoków. Ponad
skalistym gruntem znad pobliskiego jeziora wiała wilgotna bryza.
Jack zatrzymał się na chwilę, przerzucając cięŜar na prawe ramię. Spojrzał do tyłu,
na mroczną krainę, którą pozostawił za sobą. Przez krótki czas zdołał przejść spory
kawał drogi, nie mógł się jednak zatrzymać. W miarę jak zbliŜał się do światła,
malało zagroŜenie ze strony jego nieprzyjaciół. Wkrótce znajdzie się poza ich
zasięgiem. Nie zapomną o nim jednak. Nadal będą go szukać. Pozostało mu więc
tylko jedno — uciekać. Będzie tęsknił za mrocznym krajem, z jego magią i
okrucieństwem. On był całym jego Ŝyciem. Tam znajdowało się wszystko, co kochał i
czego nienawidził. Wiedział, Ŝe pewnego dnia powróci, niosąc ze sobą coś, co
pozwoli mu zaspokoić oba te uczucia.
Odwrócił się i ruszył naprzód.
Cienie zaprowadziły go do jego kryjówki w pobliŜu Krainy Zmierzchu, gdzie
przechowywał magiczne instrumenty, które udało mu się zgromadzić w przeciągu lat.
Zapakował je dokładnie i zabrał ze sobą na wschód. Gdy tylko osiągnie Krainę
Zmierzchu, będzie względnie bezpieczny, gdy ją zostawi za sobą, będzie bezpieczny
całkowicie.
Wspiął się na pasmo gór Rennsial w tym miejscu, gdzie leŜały najbliŜej Krainy
Zmierzchu. Odszukał ich najwyŜszą grań — Panicus. Ponad mgłą ujrzał odległą
postać Anioła Jutrzenki na tle Wiecznego Świtu. Siedział nieruchomo na samej turni,
patrząc na wschód. Dla nie wtajemniczonych mógł się wydawać ukształtowanym
przez wiatr zwieńczeniem szczytu Panicusa. W istocie rzeczy w większej części był z
kamienia. Jego przypominający ciało kota tułów zrośnięty był z granią. Skrzydła miał
złoŜone na plecach. Mimo Ŝe nadchodził od tyłu, Jack wiedział, Ŝe ręce ma
skrzyŜowane na piersiach, lewa ponad prawą, Ŝe wiatr nie zmierzwił jego
przypominających druty włosów ani brody i Ŝe jego pozbawione powiek oczy
nieustannie wpatrują się we wschodni horyzont.
Ś
cieŜki nie było. Ostatnie kilkaset stóp trzeba się było wspinać po niemal pionowej
ś
cianie skalnej. Jak zwykle, Jack wszedł pod górę, jak po płaskim terenie. W tym
miejscu było pod dostatkiem cieni. Wiatr gwizdał przeraźliwie, nie mógł jednak
zagłuszyć dobiegającego jakby z wnętrzności góry głosu Anioła Jutrzenki.
— Dzień dobry, Jack.
Jack zatrzymał się i spojrzał w górę. Olbrzymia głowa, tak czarna jak kraina, którą
przed chwilą opuścił, rysowała się wyraźnie na tle chmur.
— Dzień? — zapytał Jack.
— Prawie. Zawsze wygląda na to, Ŝe wkrótce nastanie dzień.
— W którym miejscu?
— Wszędzie.
— Przyniosłem ci coś do picia.
— Potrafię uzyskać wodę z deszczu albo chmur.
— Przyniosłem ci wino uzyskane z winogron.
Gigantyczna postać naznaczona bliznami po błyskawicach odwróciła się w jego
stronę, pochylając rogi do przodu. Jack odwrócił wzrok od spojrzenia nie
mrugających oczu. Nigdy nie udało mu się zapamiętać ich koloru. Jest coś strasznego
w oczach, które nigdy nie patrzą na rzeczy, dla których zostały stworzone.
Lewa ręka opuściła się. Pokryta bliznami dłoń otworzyła się przed Jackiem, który
połoŜył na niej bukłak z winem. Anioł Jutrzenki uniósł go, wypił i upuścił próŜny pod
stopy Jacka. Następnie wytarł usta grzbietem dłoni, beknął cicho i ponownie spojrzał
na wschód.
— Czego chcesz ode mnie, Widmowy Jacku? — zapytał.
— Od ciebie? Niczego.
— Dlaczego więc przynosisz mi wino, ilekroć tędy przechodzisz?
— Myślałem, Ŝe je lubisz.
— Lubię.
— Jesteś być moŜe moim jedynym przyjacielem. Nie masz nic, co chciałbym
ukraść. Ja nie mam nic, co byłoby ci naprawdę potrzebne.
— Być moŜe odczuwasz dla mnie litość, gdyŜ jestem przykuty do tego miejsca.
— Czym jest litość? — zapytał Jack.
— Tym, co trzyma mnie tutaj w oczekiwaniu na świt.
— W takim razie nie chcę mieć z nią nic wspólnego — powiedział Jack. — Muszę
ciągle pozostawać w ruchu.
— Wiem o tym. Cała połowa świata została juŜ powiadomiona, Ŝe zerwałeś
Przymierze.
— Czy wiedzą dlaczego?
— Nie.
— A ty wiesz?
— Oczywiście.
— Skąd?
— Z kształtu obłoków potrafię odgadnąć, Ŝe w odległym mieście, za trzy pory roku
od dziś, pewien męŜczyzna pokłóci się ze swoją Ŝoną, i Ŝe zanim skończę te słowa,
zostanie powieszony morderca. Z drogi, którą spada kamień, dowiaduję się, ile
dziewic zostanie uwiedzionych i poznaję ruchy lodowców po drugiej stronie świata. Z
tego, jak wieje wiatr, dowiaduję się, gdzie trafi następna błyskawica. Czuwam juŜ tak
długo, Ŝe stałem się cząstką wszystkich rzeczy. Nic nie moŜe się przede mną ukryć.
— Czy wiesz dokąd idę?
— Tak.
— I co pragnę tam uczynić?
— To równieŜ.
— Powiedz mi więc, o ile to wiesz, czy uda mi się osiągnąć to, czego pragnę?
— Uda ci się zrealizować swoje zamiary, moŜe się jednak okazać, Ŝe to nie było
to, czego pragnąłeś.
— Nie rozumiem cię.
— Wiem to równieŜ. Zawsze tak jest z przepowiedniami, Jack. Gdy to, co
przepowiedziane, zdarza się wreszcie, pytający jest juŜ inną osobą niŜ w chwili, kiedy
stawiał pytanie. Nie moŜna wytłumaczyć człowiekowi, w jaki sposób zmieni się z
upływem czasu, a przepowiednia dotyczy tego, czym stanie się w przyszłości.
— Słusznie, tylko ja nie jestem człowiekiem, lecz mieszkańcem Ciemnej Strony.
— Wszyscy jesteśmy ludźmi, niezaleŜnie od tego, na której stronie świata jest nasz
dom.
— Nie mam duszy. Nigdy się nie zmieniam.
— Zmieniasz się. Wszystko, co Ŝyje, zmienia się lub ginie. Wasz lud ma zimne
serca, lecz wasz świat jest ciepły, ogrzany przez swoje cuda, czary i zaklęcia.
Mieszkańcy Jasnej Strony znają uczucia, których wy nie rozumiecie, lecz ich nauka
jest równie zimna, jak wasze serca. JednakŜe podobałaby się im wasza ojczyzna,
gdyby nie bali się jej tak bardzo, a wy moglibyście poznać ich uczucia, gdyby nie ten
sam powód. KaŜdy z was ma jednakowe moŜliwości, wystarczy tylko zmienić strach
na wzajemne zrozumienie. Jesteście nawzajem swoimi lustrzanymi odbiciami. Nie
opowiadaj mi więc o duszach, człowieku, skoro nigdy Ŝadnej nie widziałeś.
— Tak jak powiedziałeś, nie rozumiem.
Jack usiadł na kamieniu i podobnie jak Anioł Jutrzenki spojrzał na wschód. Po
chwili powiedział:
— Mówiłeś mi, Ŝe czekasz tutaj na świt, aby zobaczyć jak słońce wznosi się ponad
horyzont.
— Tak.
— Obawiam się, Ŝe będziesz na to czekał przez całą wieczność.
— To moŜliwe.
— Nie wiesz tego? Myślałem, Ŝe wiesz wszystko.
— Wiem wiele, ale nie wszystko. To róŜnica.
— Odpowiedz mi zatem na kilka pytań. Słyszałem, Ŝe na Jasnej Stronie uwaŜają,
iŜ jądro świata jest płynnym demonem i temperatura rośnie, gdy zstępuje się w jego
stronę, a jeśli przebije się skorupę ziemską, to ogień wytryśnie na zewnątrz i stopione
materiały utworzą wulkan. Z drugiej strony wiem, Ŝe wulkany są dziełem duchów
ognia, które jeŜeli się je podraŜni, topią skałę wokół siebie i wyrzucają ją w górę. śyją
na niewielkich głębokościach. MoŜna zejść znacznie poniŜej ich siedzib i temperatura
nie wzrośnie. Gdy zejdzie się na sam dół, dociera się do środka świata, który nie jest
płynny. Znajduje się tam Maszyna, która ma wielkie spręŜyny, jak w zegarze,
dźwignie, bloki i przeciwwagi. Wiem, Ŝe to prawda, gdyŜ byłem w tamtych okolicach
i dotarłem w jej pobliŜe. Niemniej jednak na Jasnej Stronie potrafią udowodnić, Ŝe ich
pogląd jest prawdziwy. Jeden z nich o mało kiedyś mnie nie przekonał, mimo Ŝe
wiem lepiej. Jak to moŜliwe?
— Obaj mieliście rację — odpowiedział Anioł Jutrzenki. — Opisywaliście tę samą
rzecz, choć Ŝaden z was nie umiał dostrzec, jaka jest naprawdę. KaŜdy z was patrzy na
rzeczywistość tak, aby utrzymać ją w zgodzie z waszymi środkami panowania nad
nią. Nad czym nie potraficie zapanować — przeraŜa was. Czasem więc nie potraficie
się nawzajem zrozumieć — dla was maszyna, dla nich demon.
— Wiem równieŜ, Ŝe gwiazdy są siedliskiem bogów i duchów, czasem
przyjaznych, czasem nie, najczęściej obojętnych. Nie znajdują się daleko. Gdy się
uŜyje odpowiednich zaklęć, moŜna z nimi nawiązać kontakt. JednakŜe mieszkańcy
Jasnej Strony mówią, Ŝe gwiazdy leŜą bardzo daleko i nikt na nich nie mieszka? A
więc...?
— Są to dwa sposoby patrzenia na rzeczywistość, oba z nich są prawdziwe.
— JeŜeli są dwa sposoby, to dlaczego nie moŜe być trzeciego? I czwartego?
Wreszcie tylu, ilu jest ludzi?
— Tak właśnie jest — odrzekł Anioł Jutrzenki.
— Który z nich jest więc prawdziwy?
— Wszystkie.
— Ale czy moŜna zobaczyć, jak jest naprawdę, pod tym wszystkim? Czy to
moŜliwe?
Anioł Jutrzenki nie odpowiedział.
— A ty? — zapytał Jack. — Czy widziałeś kiedyś rzeczywistość?
— Widzę obłoki i spadające kamienie. Czuję powiew wiatru.
— Dzięki nim moŜesz w jakiś sposób poznać inne rzeczy.
— Nie jestem wszechwiedzący.
—
Ale czy moŜesz zobaczyć rzeczywistość?
— Pewnego razu... Czekam na wschód słońca. To wszystko.
Jack spojrzał na wschód w stronę róŜowych obłoków, wsłuchał się w odgłos wiatru
i spadających kamieni, nie odnalazł w tym jednak Ŝadnej mądrości.
— Wiesz dokąd idę i co pragnę uczynić — powiedział po dłuŜszej chwili. —
Wiesz co się stanie w odległej przyszłości i kim wtedy będę. Widzisz wszystkie
rzeczy ze swej góry. Prawdopodobnie wiesz nawet kiedy umrę swą ostatnią śmiercią i
w jaki sposób to się stanie. W porównaniu z tobą moje Ŝycie jest pozbawione
znaczenia, moje wysiłki niezdolne wpłynąć na bieg wypadków.
— Tak nie jest — odrzekł Anioł Jutrzenki.
— Mam wraŜenie, Ŝe mówisz tak wyłącznie po to, aby mnie pocieszyć.
— Nie, dlatego, Ŝe nad twoim Ŝyciem rozciąga się cień nieprzenikniony dla
mojego wzroku.
— Z jakiego powodu?
— MoŜliwe, Ŝe nasze losy są w jakiś sposób związane ze sobą. Rzeczy, które
wpływają na mój los, są dla mnie niewidoczne.
— To juŜ jest jakaś odpowiedź — odrzekł Jack.
— MoŜliwe teŜ, Ŝe gdy zdobędziesz to, czego szukasz, znajdziesz się poza granicą
przewidywalności.
Jack roześmiał się.
— To by było przyjemne — powiedział.
— MoŜe nie takie przyjemne jak ci się zdaje.
Jack wzruszył ramionami.
— Tak czy inaczej nie mam wyboru. PoŜyjemy, zobaczymy.
W dole, po lewej stronie wodospad spadał setki stóp i znikał za skalnym występem
tak daleko, Ŝe nie moŜna było usłyszeć jego odgłosu. Znacznie niŜej szeroki strumień
płynął po równinie, torując sobie drogę przez ciemny las. Jeszcze dalej moŜna było
dostrzec dym, unoszący się nad wioską u jego brzegu. Przez chwilę, nie wiedząc
dlaczego, Jack zapragnął znaleźć się tam, spacerować po podwórzach, zaglądać w
okna.
— Dlaczego Upadła Gwiazda — zapytał — która przyniosła nam znajomość
magii, nie udzieliła jej równieŜ mieszkańcom Jasnej Strony?
— Zapewne bardziej teologicznie nastawieni spośród jej mieszkańców zapytaliby,
dlaczego nie przyniosła na Ciemną Stronę znajomości nauki? Co to za róŜnica?
Słyszałem zresztą, Ŝe obie nie są darem Upadłej Gwiazdy, lecz dziełem ludzi, jej
darem zaś była świadomość, zdolna tworzyć swe własne systemy.
Nagle, sapiąc i dysząc, z łopotem ciemnozielonych skrzydeł, na ich skalną półkę
siadł smok. Wiatr zakłócił odgłos jego przybycia. LeŜał, wypuszczając z siebie słabe
płomienie. Po chwili podniósł w górę swe czerwone oczy, przypominające jabłka.
— Witaj, Aniele Jutrzenki — powiedział. — Mam nadzieję, Ŝe pozwolisz mi
odpocząć tutaj przez chwilę. Ufff!
Wypuścił większy płomień, który oświetlił cały szczyt.
— MoŜesz tu odpocząć — powiedział Anioł Jutrzenki.
Smok zauwaŜył Jacka i wbił w niego wzrok.
— Jestem juŜ za stary, aby latać nad tymi górami — powiedział — a najbliŜsze
owce są w wiosce po drugiej stronie.
Jack stanął w cieniu Anioła Jutrzenki.
— Dlaczego więc nie przeniesiesz się na drugą stronę?
— Nie lubię światła — odpowiedział smok. — Potrzebuję ciemnego legowiska.
Czy on naleŜy do ciebie? — zapytał Anioła.
— Kto?
— Ten człowiek.
— Nie. NaleŜy do samego siebie.
— To świetnie. Mogę zaoszczędzić sobie podróŜy, a przy okazji oczyścić twój
szczyt. On jest większy od owcy, choć z pewnością mniej smaczny.
Jack skrył się całkowicie w cieniu. Smok wypuścił fontannę ognia w jego
kierunku. Jack zaczerpnął płomienie do płuc, po czym wypuścił je z powrotem w
stronę smoka. Ten wrzasnął ze zdumienia. Przetarł skrzydłem oczy, które nagle zaszły
łzami. Cień podpełzł w jego stronę, zakrywając jego głowę. Nagła wilgoć udaremniła
kolejną próbę uŜycia płomieni.
— To ty! — krzyknął smok w stronę ukrytej w cieniu postaci. — Myślałem, Ŝe
jesteś człowiekiem z Krainy Zmierzchu, który przyszedł zawracać głowę naszemu
drogiemu Aniołowi Jutrzenki. Teraz cię poznaję. To ty jesteś tym człowiekiem, który
okradł mój skarbiec! Co zrobiłeś z moim diademem z jasnego złota ozdobionym
turkusami, z moimi czternastoma pięknie wykonanymi bransoletami ze srebra i z
moim workiem klejnotów w liczbie dwudziestu siedmiu?
— Są teraz częścią mojego skarbca — odparł Jack. — Radziłbym ci odejść stąd.
Choć jesteś większy od owcy i z pewnością mniej smaczny, mogę się tobą poŜywić.
Wypuścił kolejny płomień w stronę smoka, który oddalił się na bezpieczną
odległość.
— Miej litość! — zawołał smok. — Pozwól mi odpocząć jeszcze przez chwilę.
Zaraz stąd odejdę.
— ZjeŜdŜaj stąd natychmiast!
— Jesteś okrutny, człowieku z cienia — westchnął smok. — JuŜ idę.
Podniósł się, zachowując równowagę przy pomocy długiego ogona i powlókł się
sapiąc w stronę krawędzi. Obejrzał się do tyłu. — Jesteś podły — powiedział i
skoczył w przepaść.
Jack zbliŜył się do krawędzi, aby patrzeć na jego upadek. Gdy wydawało się juŜ, Ŝe
roztrzaska się o górski stok, rozwinął skrzydła i poleciał, kierując się w stronę wioski
w lesie.
— Zastanawiam się, jaką wartość posiada świadomość — powiedział Jack —
skoro nie moŜe zmienić jego zwierzęcej natury.
— PrzecieŜ smok był kiedyś człowiekiem — odrzekł Anioł Jutrzenki. — To
chciwość zmieniła go w to, czym teraz jest.
— Znam to zjawisko. Sam przez pewien czas byłem szczurem.
— Potrafiłeś jednak przezwycięŜyć swoje instynkty i z powrotem stać się
człowiekiem. MoŜe smokowi teŜ się kiedyś uda. To dzięki świadomości udało ci się
przezwycięŜyć czynniki, dzięki którym byłeś przewidywalny. Ona zawsze zmienia
tych, którzy ją posiadają. Dlaczego nie zabiłeś smoka?
— Nie było potrzeby — Jack roześmiał się. — Jego padlina zasmrodziłaby twoją
górę.
— MoŜe doszedłeś do wniosku, Ŝe nie naleŜy go zabijać, gdyŜ nie moŜesz go zjeść
ani nie stanowi on dla ciebie Ŝadnego zagroŜenia.
— Nie — odpowiedział Jack. — GdyŜ w ten sposób spada na mnie
odpowiedzialność za śmierć owcy, co w przyszłości pozbawi pewnego wieśniaka
posiłku.
Nagle Jack usłyszał ostry, trzaskający dźwięk, którego przez kilkanaście sekund
nie umiał rozpoznać. Anioł Jutrzenki zgrzytał zębami. Poczuł zimny powiew wiatru.
Ś
wiatło na wschodzie przygasło.
— Być moŜe masz rację co do świadomości... — powiedział Anioł Jutrzenki cicho,
jakby mówił do siebie. Opuścił lekko swą wielką czarną głowę.
Jack poczuł się nieswojo. Odwrócił głowę i spojrzał w kierunku białej nie
migającej gwiazdy, której szybki ruch z prawa na lewo na wschodzie nieba zawsze
był dla niego zagadką.
— Władca tej gwiazdy — powiedział — nie odpowiada na Ŝadne próby
porozumienia. Porusza się ona inaczej niŜ pozostałe gwiazdy i znacznie szybciej. Jej
ś
wiatło nie mruga. Dlaczego tak jest?
— To nie jest prawdziwa gwiazda, lecz sztuczny obiekt umieszczony na orbicie
ponad Krainą Zmierzchu przez uczonych z Jasnej Strony.
— W jakim celu?
— Aby obserwować granice.
— Po co?
— CzyŜ oni się was nie boją?
—
Nie mamy Ŝadnych zamiarów odnośnie Krainy Światła. Wiem o tym. Czy
jednak wy równieŜ nie obserwujecie granicy na swój sposób? — zapytał Jack.
— Oczywiście.
— Po co?
— Aby wiedzieć, kto ją przekracza.
— A więc nie kryje się za tym nic więcej? — Jack Ŝachnął się. — Jeśli ten
przedmiot znajduje się rzeczywiście ponad Krainą Zmierzchu, musi podlegać prawom
magii w równym stopniu jak swoim własnym. Odpowiednio silne zaklęcie moŜe go
strącić. Pewnego dnia zrobię to.
— Po co?
— Aby udowodnić, Ŝe moja magia jest silniejsza od ich nauki. Pewnego dnia tak
będzie.
— Byłoby niewskazane, Ŝeby któraś z nich zdobyła przewagę.
— Dlaczego nie? Jeśli samemu jest się po silniejszej stronie.
— Sam jednak zamierzasz uŜyć ich metod, aby zwiększyć skuteczność swego
działania.
— Jestem zdecydowany uŜyć wszelkich środków, które prowadzą do celu.
— Ciekaw jestem, co z tego ostatecznie wyniknie.
Jack stanął na wschodniej krawędzi szczytu, znalazł oparcie dla stóp i spojrzał w
górę.
— Niestety nie mogę czekać tutaj z tobą na wschód słońca. Muszę sam udać się w
jego stronę. Do widzenia, Aniele Jutrzenki.
— Dzień dobry, Jack.
Jack wyruszył w stronę słońca z workiem na plecach jak domokrąŜca. Szedł przez
ruiny dawno zburzonego miasta Trupia Stopa, nie spoglądając nawet na pokryte
bluszczem świątynie bezuŜytecznych bogów, jego najsławniejszą atrakcję turystyczną.
Na ich ołtarzach nigdy nie pojawiały się ofiary, które by było warto ukraść. Szedł z
głową szczelnie owiniętą chustką przez sławną Aleję Śpiewających Posągów. KaŜdy z
nich, za Ŝycia znany indywidualista, wtórował krokom Jacka własną melodią. W
końcu po biegu (gdyŜ aleja była długa) Jack opuścił ją ogłuszony, zdyszany i z bolącą
głową. Zatrzymał się w połowie przekleństwa, gdyŜ zabrakło mu słów. Opuścił pięść.
Nie potrafił sobie wyobrazić Ŝadnej plagi, która do tej pory nie nawiedziłaby
opuszczonych ruin. Gdy ja będę miał władzę — pomyślał — wszystko się zmieni. Nie
pozwolę, Ŝeby miasta budowano tak chaotycznie.
Władzę?
Ta myśl przyszła mu do głowy po raz pierwszy. Dlaczego nie? Jeśli zdobędę to,
czego szukam, będę mógł osiągnąć wszystko, czego zapragnę. Gdy juŜ się zemszczę,
będę musiał zawrzeć porozumienie z tymi, którzy teraz są przeciwko mnie. Najlepiej
rozmawiać z nimi jako zdobywca. Jestem jedynym, który nie potrzebuje stałego
ośrodka mocy. Gdy zdobędę Utracony Klucz, Kolwynię, będę mógł pokonać ich na
ich własnym terenie. Z pewnością ta myśl od dawna była ze mną. Wynagrodzę
Rosalie za to, Ŝe wskazała mi drogę. Trzeba teŜ powiększyć moją listę. Kiedy juŜ
zemszczę się na Królu Nietoperzy, Benonim, Smage’u, Quazarze i Blicie, zajmę się
teŜ Baronem i sprawię, Ŝe Pułkownik Który Nigdy Nie Umarł będzie musiał zmienić
imię.
Rozbawiła go myśl, Ŝe ma ze sobą w worku, między innymi, równieŜ te rękopisy,
których strata wzbudziła gniew Króla Nietoperzy. W pewnej chwili powaŜnie
zastanawiał się, czy ich nie zwrócić w zamian za wolność. Jedyną rzeczą, która go
powstrzymała, była myśl, Ŝe Król Nietoperzy albo przyjąłby je z powrotem i nie
uwolnił go, albo, co gorsza, dotrzymał słowa. Konieczność zwrotu tego, co ukradł,
byłaby najpowaŜniejszą utratą twarzy w całym Ŝyciu Jacka. Mógłby zmazać tę plamę
tylko zdobywając moc, która pozwoliłaby mu się zemścić na Królu Nietoperzy, co
właśnie zamierzał zrobić teraz. Bez rękopisów byłoby to znacznie trudniejsze i...
Zakręciło mu się w głowie. Miałem rację — pomyślał — kiedy rozmawiałem z
Aniołem Jutrzenki. Świadomość jest jak hałas wywoływany przez dwieście posągów
w Trupiej Stopie. Przynosi tylko zamieszanie i ból głowy.
Daleko po prawej stronie ponownie ujrzał sztucznego satelitę. W miarę jak szedł
naprzód, robiło się coraz jaśniej. Na polach pojawiły się pierwsze plamy zieleni.
Obłoki przed nim jaśniały. Po raz pierwszy od stuleci usłyszał śpiew ptaka. Dostrzegł
go na gałęzi dzięki barwnym piórom.
Dobry znak — pomyślał. — Wita mnie piosenką.
Zgasił ognisko i ukrył dokładnie jego ślady, wraz z kośćmi i piórami, zanim
wyruszył w dalszą drogę w stronę dnia.
7.
Gdzieś w połowie semestru zaczął wyczuwać, Ŝe coś się święci. Nie mógł być
pewien, o co chodzi. W tym miejscu był skazany na poleganie na tych samych
zmysłach, co inni. Coś nadchodziło po omacku, klucząc, zawracając, ukrywając się,
gubiąc jego ślad i znajdując go. Wiedział o tym, nie potrafił jednak rozpoznać natury
niebezpieczeństwa. W niektórych momentach, takich jak ten, czuł, Ŝe jest ono coraz
bliŜej.
Przeszedł na piechotę siedem przecznic z uniwersytetu do „Ziemianki”. Po drodze
mijał wieŜowce o wąskich oknach. Mimo upływu lat woń spalin odczuwalna na
ulicach wciąŜ draŜniła jego nozdrza. Odwracając głowę, kierował się przez leŜące na
chodniku puszki po piwie i odpadki wysypujące się z przerw pomiędzy budynkami.
Ludzie o twarzach bez wyrazu spoglądali na niego przez okna, mijali go na schodach i
na chodniku. Wysoko nad nim przeleciał z hukiem samolot pasaŜerski. Z jeszcze
większej wysokości nieruchome słońce usiłowało przygwoździć go do gorącego
chodnika. Dzieci bawiące się odkręconym hydrantem spojrzały na niego, gdy
przechodził. Wilgotne powietrze stwarzało fałszywą nadzieję na wiatr. Woda
bulgotała. W pobliŜu słychać było ochrypły głos ptaka. Wyrzucił niedopałek do
rynsztoka i spojrzał, jak odpływa.
Tyle wkoło światła, a ja w ogóle nie rzucam cienia — pomyślał. Dziwne, Ŝe nikt
tego nie zauwaŜył. Swoją drogą ciekawe, gdzie go zostawiłem?
W miejscach, gdzie światło było przytłumione, czuł się inaczej. To było, jakby
jeden z elementów, z których składa się świat, pojawiał się i znikał. W cieniu
wyczuwał związek wszystkich rzeczy ze sobą, niedostrzegalny dla niego w pełnym
ś
wietle dnia. Pojawiały się wtedy równieŜ inne odczucia, jak gdyby cienie wciąŜ
próbowały do niego przemawiać, mimo Ŝe stał się głuchy. Dlatego teŜ, wchodząc do
ciemnego baru wiedział, Ŝe to, co go ściga, zbliŜa się coraz bardziej.
Wchodząc do „Ziemianki” pozostawił za sobą Ŝar wiecznego dnia. Ujrzał jej
ciemne włosy, lśniące w czerwonawym świetle świec. Przeciskał się w jej stronę. Po
raz pierwszy od chwili, w której opuścił salę wykładową poczuł się bezpieczny.
Usiadł na krześle naprzeciw niej i uśmiechnął się.
— Cześć, Clare.
Spojrzała na niego, otwierając szeroko swe ciemne oczy.
— John! Znowu mnie przestraszyłeś. Pojawiasz się tak nagle.
Nie przestawał się uśmiechać, przyglądając się jej. Miała nieco zbyt ostre rysy
twarzy, ślady po okularach, pod oczami niewielkie worki. Niesforne kosmyki włosów
spadały jej na brwi.
— Jak domokrąŜca — powiedział. — Spójrz, nadchodzi kelner.
— Piwo.
— Piwo.
Westchnęli głęboko, przechylili się do tyłu i spojrzeli na siebie nawzajem. Nagle
wybuchnęła śmiechem.
— Co za rok — oznajmiła. — Cieszę się, Ŝe ten semestr juŜ się skończył.
Skinął głową.
— Najliczniejszy kurs, jaki pamiętam.
— Pomyśl o wszystkich ksiąŜkach, których nam nie oddadzą...
— Zgłoś się do sekretariatu — powiedział — i daj im listę nazwisk.
— Absolwenci będą ignorować monity.
— Pewnego dnia będą potrzebować odpisu dyplomu. Wtedy zaskoczysz ich
wiadomością, Ŝe go nie dostaną, dopóki nie zapłacą kary.
Spojrzała na niego.
— Świetny pomysł.
— Jasne. Jeśli będzie to warunek otrzymania pracy, przyniosą ksiąŜki w zębach.
— Minąłeś się z powołaniem. Powinieneś zostać administratorem, nie
antropologiem.
— Byłem tym, kim chciałem zostać.
— Dlaczego mówisz w czasie przeszłym? — zapytała.
— Nie wiem.
— Czy coś się stało?
— Nic takiego.
Czuł, Ŝe się zbliŜa.
— Czy masz jakieś kłopoty z kontraktem? — zapytała.
— Nie, Ŝadnych — odpowiedział.
Przyniesiono piwo. Podniósł je do ust i zaczął pić. Pod stołem dotknął jej nogi
swoją.
Nie cofnęła się. Nigdy tego nie robiła. Ani przede mną, ani przed kimkolwiek
innym — pomyślał Jack. — Niezła z niej sztuka, ale za bardzo chce wyjść za mąŜ.
Naciskała na mnie przez cały semestr, a teraz... — urwał myśl.
Gdyby spotkał ją wcześniej, mógłby się z nią oŜenić. Nie miałby wyrzutów
sumienia, gdyby wracając tam, gdzie musiał wrócić, zostawił za sobą Ŝonę. Poznał ją
jednak dopiero w tym semestrze, gdy sprawa dobiegała juŜ końca.
— Co z tym urlopem, o którym mówiłeś? — zapytała. — Czy jest juŜ decyzja?
— Jeszcze nie wiem. ZaleŜy od wyników moich obecnych badań.
— Jak dalece jesteś zaawansowany?
— Dowiem się, gdy otrzymam dostęp do komputera.
— Niedługo? — zapytała.
Jack spojrzał na zegarek. Skinął głową.
— AŜ tak niedługo? I co, jeśli rezultaty będą obiecujące?
Zapalił papierosa.
— W takim razie w najbliŜszym semestrze — odpowiedział.
— Ale mówiłeś, Ŝe twój kontrakt...
— Jest w porządku. Jeszcze go nie podpisałem.
— Powiedziałeś mi kiedyś, Ŝe Quilian cię nie lubi.
— To prawda. Jest staromodny. UwaŜa, Ŝe za duŜo czasu spędzam przy
komputerze, a za mało w bibliotece.
Uśmiechnęła się.
— Ja teŜ tak robię.
— W kaŜdym razie jestem zbyt popularnym wykładowcą, Ŝeby mi nie przedłuŜono
kontraktu.
— Dlaczego więc go nie podpisujesz? Chcesz więcej pieniędzy?
— Nie. Jeśli poproszę o urlop i Quilian mi odmówi, będzie zabawne, jak mu
powiem, Ŝeby się wypchał ze swoim kontraktem. Jeśli to będzie konieczne dla moich
badań, odejdę z uniwersytetu, ale wcześniej powiem doktorowi Quilianowi, gdzie
moŜe sobie wsadzić swoją ofertę.
Wypiła łyk piwa.
— Musisz być na tropie czegoś waŜnego?
Wzruszył ramionami.
— Co z twoim seminarium? — zapytał.
— Profesor Weatherton najwyraźniej nie moŜe cię przełknąć. Poświęcił większość
swego wykładu na zwalczanie twoich tez o zwyczajach i wierzeniach Ciemnej Strony.
— Nasze poglądy róŜnią się, ale on nigdy nie był na Ciemnej Stronie.
— Twierdzi, Ŝe ty równieŜ nie byłeś. Zgadza się, Ŝe to społeczeństwo feudalne, Ŝe
niektórzy z jego ksiąŜąt naprawdę mogą wierzyć, Ŝe panują nad wszystkim w swoich
królestwach, ale absolutnie nie wierzy, Ŝeby byli ze sobą związani luźnym
przymierzem opartym na załoŜeniu, Ŝe niebo spadnie na ziemię, jeśli nie będą
wspólnie utrzymywać pewnego rodzaju tarczy przy uŜyciu magicznych środków.
— Co więc utrzymuje wszystko na tamtej stronie przy Ŝyciu?
— Ktoś zadał mu to samo pytanie. Odpowiedział, Ŝe to problem dla fizyków, nie
socjologów. Sam podejrzewa, Ŝe działają tu przecieki z naszych pól ochronnych.
Jack Ŝachnął się.
— Chciałbym zabrać go kiedyś w teren, razem z jego koleŜką Quilianem.
— Ja wiem, Ŝe byłeś na Ciemnej Stronie — powiedziała. — Myślę, Ŝe twoje
związki z nią są silniejsze niŜ sam mówisz.
— Co masz na myśli?
— Wiedziałbyś, gdybyś mógł zobaczyć siebie w tej chwili. Przez długi czas nie
mogłam pojąć, co powoduje, Ŝe wyglądasz osobliwie w takich miejscach jak to. To
twoje oczy. Gdy tylko to zauwaŜyłam, stało się to dla mnie oczywiste. Są bardziej
wraŜliwe na światło, niŜ jakiekolwiek oczy, które widziałam do tej pory. Gdy tylko
wyjdziesz ze światła w takie miejsce jak to, twoje źrenice stają się olbrzymie. Wokół
nich zostaje tylko wąski rąbek tęczówki. ZauwaŜyłam teŜ, Ŝe okulary słoneczne, które
wciąŜ nosisz są znacznie ciemniejsze od zwyczajnych.
— Cierpię na chorobę oczu. Nadmiar światła im szkodzi.
— Tak, to właśnie powiedziałam.
Uśmiechnął się do niej. Skruszył papierosa w ręku. Jak na znak z głośnika
umieszczonego wysoko na ścianie pod barem popłynęła łagodna, nuŜąca muzyka.
Pociągnął kolejny łyk piwa.
— Przypuszczam, Ŝe Weatherton miał teŜ co nieco do powiedzenia na temat
zmartwychwstania ciał?
— Tak.
Gdybym zginął tutaj? — pomyślał. — Co by się stało? Czy powrót do Glyve byłby
mi odmówiony?
— Co się stało? — zapytała.
— Dlaczego pytasz?
— Twoje nozdrza rozszerzyły się, a brwi ściągnęły.
— Za duŜo czasu poświęcasz na studiowanie rysów twarzy. Po prostu nie mogę
znieść tej muzyki.
— Lubię patrzeć na ciebie — odrzekła. — Chodźmy do mnie. Zagram ci coś
innego. Mam teŜ jedną rzecz, którą chciałabym ci pokazać i o którą chciałam cię
zapytać.
— Co to takiego?
— Wolałabym później.
— Jak uwaŜasz.
Skończyli piwo. Jack zapłacił rachunek. Poczucie zagroŜenia zmniejszyło się
wyraźnie, gdy znaleźli się na zewnątrz.
Weszli po schodach do jej mieszkania na trzecim piętrze. TuŜ po wejściu
zatrzymała się, wydając cichy okrzyk zdziwienia. Jack odsunął ją na bok. Zatrzymał
się.
— Co się stało? — zapytał przeszukując pokój wzrokiem.
— Na pewno wszystko zostawiłam na swoim miejscu jak wychodziłam. Te papiery
na podłodze... Nie wydaje mi się, Ŝeby krzesło stało tam. Ta otwarta szuflada. Drzwi
do szafki...
Jack cofnął się. Przyjrzał się zamkowi w drzwiach, poszukując śladów wytrycha.
Nie znalazł ich. Wszedł do środka. Gdy znalazł się w sypialni, usłyszała dźwięk, który
mógł być tylko szczęknięciem noŜa spręŜynowego. Po chwili wyszedł stamtąd i
przeszedł do drugiego pokoju, następnie do łazienki. Gdy wrócił, zapytał:
— Czy zostawiłaś okno przy stole otwarte?
— Chyba tak — powiedziała. — Tak, na pewno.
Westchnął. Obejrzał dokładnie parapet.
— Prawdopodobnie wiatr rozrzucił twoje papiery — powiedział. Jeśli chodzi o
szafkę i szufladę, załoŜę się, Ŝe zostawiłaś je otwarte i zapomniałaś, Ŝe przestawiłaś
krzesło.
— Zawsze dbam o porządek — powiedziała, zamykając za sobą drzwi. Odwróciła
się. — Myślę, Ŝe masz rację — dodała.
— Dlaczego się denerwujesz?
Zaczęła zbierać papiery z podłogi.
— Skąd masz ten nóŜ? — zapytała.
— Jaki nóŜ?
Zatrzasnęła szafkę i spojrzała na niego.
— Ten, który miałeś w ręku przed minutą. Jack wyciągnął przed siebie puste
dłonie.
— Nie mam Ŝadnego noŜa. MoŜesz mnie przeszukać, jeśli chcesz. Nie znajdziesz
przy mnie broni.
Zamknęła otwartą szufladę, nachyliła się, otworzyła drugą i wyjęła z niej paczkę
zawiniętą w gazetę.
— To jest jeden z powodów — powiedziała. — Dlaczego się denerwuję? Właśnie
dlatego!
PołoŜyła paczkę na stole i rozwiązała sznurki. Stanął przy jej boku i przyglądał się,
jak rozpakowuje paczkę. W środku były trzy bardzo stare ksiąŜki.
— Myślałem, Ŝe odniosłaś je juŜ z powrotem.
— Miałam zamiar...
— Tak się umówiliśmy.
— Chcę wiedzieć gdzie i w jaki sposób je zdobyłeś.
Jack potrząsnął głową.
— Zgodziliśmy się teŜ, Ŝe jeśli je odzyskam, nie będziesz zadawać mi takich pytań.
PołoŜyła ksiąŜki obok siebie. Wskazała palcem na grzbiet jednej i okładkę drugiej.
— Jestem pewna, Ŝe nie było ich przedtem. To są plamy z krwi, prawda?
— Nie mam pojęcia.
— Próbowałam zetrzeć jedną z nich wilgotną szmatką. Wyglądała na skrzepłą
krew.
Wzruszył ramionami.
— Gdy ci powiedziałam, Ŝe skradziono je z magazynu rzadkich ksiąŜek,
oświadczyłeś, Ŝe moŜesz je odzyskać. Zgodziłam się. Zgodziłam się równieŜ na to, Ŝe
jeśli dostaniemy je z powrotem, pozostaniesz anonimowy. śadnych pytań. Nigdy bym
nie pomyślała, Ŝe aby je odzyskać, potrzebny będzie rozlew krwi. Same plamy nie
wzbudziłyby we mnie takich podejrzeń, gdybym nie zastanowiła się nad tobą i nie
zdała sobie sprawy, jak mało o tobie wiem. Dopiero wtedy zauwaŜyłam takie rzeczy,
jak twoje oczy i to, jak cicho się poruszasz. Słyszałam, Ŝe masz przyjaciół wśród
przestępców, potem napisałeś kilka artykułów na temat kryminologii, a nawet
prowadziłeś wykłady z tej dziedziny, wszystko więc wydawało się w porządku. Teraz
widzę, Ŝe chodzisz po moim pokoju z noŜem, najwyraźniej gotowy zabić intruza.
ś
adna ksiąŜka nie jest warta Ŝycia ludzkiego. Nasza umowa jest niewaŜna. Powiedz
mi, jak je zdobyłeś.
— Nie.
— Muszę się dowiedzieć.
— Specjalnie zaaranŜowałaś tę scenę, kiedy szliśmy tutaj, aby zobaczyć, jak
zareaguję.
Zaczerwieniła się.
Obawiam się, Ŝe spróbuje zmusić mnie do małŜeństwa szantaŜem, jeśli będzie się
jej wydawało, Ŝe moŜe z tego zrobić duŜą sprawę — pomyślał.
— No, dobrze — powiedział. Wcisnął ręce do kieszeni i spojrzał przez okno. —
Dowiedziałem się, kto to zrobił. Próbowałem się z nim dogadać, ale nie wyszło, więc
złamałem mu nos. Pechowo zakrwawił ksiąŜkę. Nie zdołałem wytrzeć wszystkich
plam.
— Och — powiedziała.
Odwrócił się i spojrzał na jej twarz.
— To juŜ wszystko — powiedział. ZbliŜył się do niej i pocałował ją. Po chwili
rozluźniła się w jego objęciach. Przez moment masował jej plecy. Potem jego ręce
powędrowały w kierunku pośladków.
Udało się — pomyślał, przesuwając je w stronę klatki piersiowej i guzików jej
bluzki.
— Przepraszam cię — westchnęła.
— Nic nie szkodzi — powiedział, rozpinając je — wszystko w porządku.
Po wszystkim spojrzał na poduszkę zasłoniętą jej włosami. Zastanawiał się nad
swoją reakcją. Ponownie odczuł czyjąś obecność, tym razem tak blisko jakby tamten
znajdował się tuŜ obok. Rozejrzał się szybko po pokoju. Był pusty.
Przysłuchując się odgłosom ruchu ulicznego, zdecydował się wypalić papierosa i
zabierać się stąd.
Okno zadrŜało pod wpływem huku odrzutowca, jakby potrącone niewidzialną ręką.
Powoli zbierające się chmury zasłoniły w końcu słońce. Wiedząc, Ŝe przyjechał za
wcześnie, postawił swój samochód na parkingu dla pracowników uniwersytetu. Wziął
ze sobą teczkę. W bagaŜniku zostawił trzy torby podróŜne. Odwrócił się i ruszył na
piechotę przez teren uczelni. Odczuwał potrzebę ciągłego pozostawania w ruchu, aby
w razie potrzeby móc rzucić się do ucieczki. Pomyślał o Aniele Jutrzenki, który w tej
samej chwili obserwował góry, obłoki i ptaki, czuł powiew wiatru, deszcz i
błyskawice. Zastanawiał się, czy zna on kaŜde jego poruszenie. Czuł, Ŝe tak jest.
ś
ałował, Ŝe jego przyjaciel nie jest przy nim, aby udzielić mu rady. Czy wie on juŜ, a
moŜe wiedział juŜ od dawna, czym się zakończy jego przedsięwzięcie?
Liście i trawa wydawały się błyszczeć, co niekiedy zdarza się przed burzą. WciąŜ
było ciepło, lecz lekki wiatr z północy złagodził upał. Uniwersytet był niemal
wyludniony. Minął grupę studentów, którzy siedzieli przy fontannie, porównując
notatki z egzaminu, który właśnie się zakończył. Dwóch z nich pamiętał ze wstępnego
kursu. Z antropologii kulturowej, który prowadził kilka semestrów temu. śaden z nich
nie spojrzał w jego stronę, gdy przechodził.
— John! Doktorze Shade!
Zatrzymał się. Ujrzał wyłaniającą się z drzwi niską, krępą postać młodego
asystenta Poindextera. Miał on równieŜ na imię John, ale poniewaŜ był nowicjuszem
w ich karcianym towarzystwie, utarło się, Ŝe zwracano się do niego po nazwisku, w
celu uniknięcia pomyłek. Jack zmusił się do uśmiechu i skinął głową na powitanie.
— Cześć, Poindexter. Myślałem, Ŝe juŜ stąd wywiałeś.
— Mam jeszcze kilka tych cholernych prac do oceny — powiedział dysząc cięŜko.
— Wyszedłem wypić kubek czegoś ciepłego. Dopiero gdy zatrzasnąłem drzwi za
sobą, zorientowałem się, co zrobiłem. Zostawiłem klucze na biurku. W całym
budynku nie ma nikogo. Drzwi frontowe równieŜ są zamknięte. Stałem tutaj czekając
na straŜnika. Powinien mieć klucz uniwersalny. Widziałeś któregoś z nich?
Jack potrząsnął głową.
— Nie, dopiero co przyszedłem. Wiem jednak, Ŝe straŜnicy nie mają tego klucza.
Twoje biuro mieści się z tyłu budynku, prawda?
— Tak.
— Nie pamiętam, jak to wysoko nad ziemią, ale czy moŜna by wejść przez okno?
— Za wysoko. Bez drabiny nie da rady. Zresztą obydwa są zamknięte.
— Chodźmy zobaczyć.
Poindexter potarł ręką po swym rumianym czole. Skinął głową. Jack skierował się
w stronę drzwi wskazanych przez Poindextera. Wyjął z kieszeni pęk kluczy, włoŜył
jeden z nich do zamka, obrócił go z trzaskiem i otworzył drzwi na ościeŜ.
— Masz szczęście — powiedział.
— Skąd masz klucz uniwersalny?
— To nie jest klucz uniwersalny, to klucz od mojego pokoju. Dlatego mówię, Ŝe
masz szczęście.
Poindexter uśmiechnął się, ukazując Ŝółtawe zęby.
— Dziękuję — powiedział. Bardzo dziękuję. Spieszysz się?
— Nie. Mam jeszcze trochę czasu.
— W takim razie przyniosę coś z automatu. Muszę trochę odetchnąć.
— Zgoda.
Wszedł do środka. Postawił teczkę pod drzwiami. Odgłos kroków Poindextera
oddalił się. Spojrzał przez okno na nadciągającą burzę. Skądś dobiegał głos dzwonu.
Po chwili wrócił Poindexter. Jack przyjął od niego kubek gorącego napoju.
— Jak się czuje twoja matka? — zapytał Jack.
— Dobrze. Niedługo powinna wyjść.
— Pozdrów ją ode mnie.
— Dziękuję. To miło, Ŝe ją odwiedziłeś.
Pociągnęli łyk ze swoich kubków.
— Miałem szczęście, Ŝe cię spotkałem — powiedział Poindexter. — MoŜliwe, Ŝe
na całej uczelni tylko nasze dwa zamki otwierają się tym samym kluczem. Do diabła,
cieszyłbym się nawet, gdybym spotkał tego ducha, byleby tylko wpuścił mnie do
ś
rodka.
— Ducha?
— Wiesz, najnowszy numer.
— Obawiam się, Ŝe nie słyszałem o tym.
— ...Biała istota, którą podobno widziano biegającą wśród drzew i po dachach.
— Od dawna o tym mówią?
— Oczywiście, Ŝe nie. W zeszłym semestrze były mutagenne skały w Instytucie
Geologii. Jeszcze wcześniej środki podniecające płciowo w aparatach do chłodzenia
wody, o ile pamiętam. Zawsze to samo. Koniec semestru jest jak koniec świata —
pełen złowieszczych znaków. Czy coś się stało?
— Nic. Papierosa?
— Dziękuję.
Jack usłyszał w oddali odgłos gromu. Wszechobecny odór unoszący się z
laboratoriów wywołał nieprzyjemne wspomnienia. To dlatego nigdy nie lubiłem tego
budynku — pomyślał. — Przez ten odór.
— Czy zostaniesz u nas na następny semestr? — zapytał Poindexter.
— Chyba nie.
— Więc zatwierdzili twój urlop? Moje gratulacje.
— Niezupełnie.
Poindexter spojrzał na niego z zatroskaniem spoza grubych szkieł.
— Chyba nie rezygnujesz?
— To zaleŜy od kilku rzeczy.
— Z egoistycznych powodów mam nadzieję, Ŝe zostaniesz.
— Dziękuję ci.
— Gdybyś wyjechał, będziesz z nami w kontakcie?
— Z pewnością.
Potrzebna mi broń — pomyślał. — Coś lepszego, niŜ mam. Nie mogę poprosić
Poindextera. Całe szczęście, Ŝe mnie zatrzymał.
Zaciągnął się papierosem. Spojrzał przez okno. Niebo wciąŜ ciemniało. Na szybie
pojawiły się pierwsze krople. Skończył pić, wyrzucił kubek do kosza, zgasił papierosa
i wstał z krzesła.
— Muszę juŜ iść, bo inaczej nie zdąŜę do budynku Walkera, zanim zacznie lać.
Poindexter uścisnął mu rękę na poŜegnanie.
— Jeśli mamy juŜ się nie zobaczyć przed twoim wyjazdem — powiedział — w
takim razie, powodzenia.
— Nawzajem. Klucze!
— Co?
— Dlaczego nie włoŜyłeś swoich kluczy do kieszeni, tak na wszelki wypadek?
Poindexter zaczerwienił się i schował klucze.
— Masz rację. Nie chciałbym, Ŝeby przytrafiło mi się to po raz drugi.
Uśmiechnął się.
— Musisz uwaŜać.
Wziął w rękę teczkę. Poindexter zapalił lampę na biurku. Na niebie pojawiła się
błyskawica, po której nastąpił odległy grzmot.
— Do widzenia.
— Do widzenia.
Wyszedł, kierując się w stronę budynku Walkera. Zatrzymał się po drodze, aby
włamać się do budynku i ukraść butelkę kwasu siarkowego. Zatkał ją szczelnie
korkiem.
8.
Wyrwał kilka pierwszych stron wydruku i rozłoŜył je na stole. Drukarka trzaskała
wciąŜ, zagłuszając odgłosy deszczu. Zwrócił się w stronę maszyny i wyrwał następną
stronę. PołoŜył ją na stole obok poprzednich i spojrzał na nie. Od strony okna
nadbiegł zgrzytliwy dźwięk. Jack uniósł szybko głowę, rozszerzając nozdrza.
Nic. Zupełnie nic tam nie było.
Zapalił papierosa. Rzucił zapałkę na podłogę. Zaczął spacerować nerwowo po
pokoju. Spojrzał na zegarek. Na lichtarzu migotała świeca. Wosk leniwie spływał w
dół. Stanął przy oknie i wsłuchiwał się w szum wiatru.
Nagle usłyszał szczęk zamka. Odwrócił się i spojrzał na drzwi. Do pokoju wszedł
wysoki męŜczyzna. Spojrzał na Jacka. Zdjął z głowy czarny kapelusz i połoŜył go na
krześle. Przeczesał ręką rzadkie, siwe włosy.
— Doktor Shade — powiedział kłaniając się i rozpinając płaszcz.
— Doktor Quilian.
Powiesił płaszcz na drzwiach, wyjął z kieszeni chusteczkę i zaczął wycierać
okulary.
— Jak leci?
— Nie narzekam. A tobie?
— Dziękuję, wszystko w porządku.
Doktor Quilian zamknął drzwi. Jack zwrócił się w stronę maszyny i wyrwał z niej
następną stronę.
— Co robisz?
— Obliczenia do pracy, o której mówiłem ci, jak sądzę, parę tygodni temu.
— Rozumiem. Dopiero teraz dowiedziałem się, Ŝe pracujesz tutaj — wskazał ręką
w stronę maszyny. — Gdy tylko ktokolwiek zrezygnuje, natychmiast zajmujesz jego
miejsce przy komputerze.
— Tak, utrzymuję kontakt ze wszystkimi na liście.
— Ostatnio sporo osób zrezygnowało.
— To pewnie przez tę grypę.
— Być moŜe...
Jack upuścił niedopałek na podłogę i rozdeptał. Drukarka przestała pracować.
Zebrał ostatnie strony i połoŜył je na stole obok innych.
— Mogę zobaczyć, co tam masz? — zapytał.
— Oczywiście — odpowiedział Jack i wręczył mu papiery.
— Nic z tego nie rozumiem — powiedział po chwili Quilian.
— Zdziwiłbym się bardzo, gdybyś zrozumiał. Są w wysokim stopniu
uabstrakcyjnione. Będę je musiał z powrotem przetłumaczyć do mojego artykułu.
— John — powiedział Quilian. — Zaczynam mieć dziwne podejrzenia w stosunku
do ciebie.
Jack skinął głową, zapalił kolejnego papierosa i schował papiery.
— JeŜeli potrzebujesz komputera, to właśnie skończyłem.
— Wiele myślałem o tobie. Jak długo jesteś z nami?
— Około pięciu lat.
Odgłos za oknem powtórzył się. Obaj spojrzeli w tamtą stronę.
— Co to było?
— Nie mam pojęcia.
— MoŜesz tu robić wszystko, na co masz ochotę, John — powiedział po chwili
Quilian, poprawiając okulary.
— To prawda. Doceniam to.
— Przybyłeś do nas z referencjami sprawiającymi korzystne wraŜenie. Okazałeś
się być znakomitym ekspertem od kultury Ciemnej Strony.
— Dziękuję.
— To nie miał być komplement.
— Naprawdę? — uśmiechnął się, patrząc na ostatnią stronę wydruku. — Co
chcesz przez to powiedzieć?
— Mam wraŜenie, Ŝe nie jesteś tym, za kogo się podajesz, John.
— W jakim sensie?
— W swoim podaniu o przyjęcie do pracy tutaj napisałeś, Ŝe urodziłeś się w New
Leyden. W tym mieście nie ma świadectwa twojego urodzenia.
— CzyŜby? W jaki sposób to wyszło na jaw?
— Profesor Weatherton był tam niedawno.
— Rozumiem. Czy to juŜ wszystko?
— Oprócz tego, Ŝe często moŜna cię spotkać w towarzystwie opryszków, zaistniały
równieŜ wątpliwości co do autentyczności twojego tytułu.
— Znowu Weatherton?
— Nie liczy się źródło, tylko fakty. Myślę, Ŝe nie jesteś tym, za kogo się podajesz.
— Dlaczego postanowiłeś wyrazić swe wątpliwości akurat teraz i tutaj?
— Semestr się skończył. Słyszałem, Ŝe chcesz odejść. Dziś w nocy jest twoja
ostatnia sesja przy komputerze, zgodnie z listą. Chcę wiedzieć, co zabierasz ze sobą i
dokąd.
— Carl — powiedział Jack. — Nawet jeśli nie jestem tym dokładnie, za kogo się
podaję, to co z tego? Sam przyznałeś, Ŝe jestem ekspertem w swojej dziedzinie. Obaj
wiemy, Ŝe jestem popularnym wykładowcą. Jakie ma znaczenie, co wygrzebał
Weatherton?
— MoŜe masz jakieś kłopoty? MoŜe mógłbym ci w czymś pomóc?
— Nie. śadnych kłopotów.
Quilian przeszedł na drugą stronę pokoju i usiadł na kanapie.
— Nigdy nie widziałem z bliska Ŝadnego z was — powiedział.
— Co masz na myśli?
— śe jesteś czymś innym niŜ istota ludzka.
— A mianowicie?
— Mieszkańcem Ciemnej Strony. Czy nim jesteś?
— Jakie to ma znaczenie?
— Prawo mówi, Ŝe w pewnych okolicznościach naleŜy ich aresztować.
— Rozumiem, Ŝe jeśli nim jestem, będzie to znaczyło, Ŝe te okoliczności
zaistniały.
— Być moŜe — odpowiedział Quilian.
— A być moŜe nie? Czego chcesz?
— Na razie chcę poznać twoją toŜsamość.
— Znasz mnie — odpowiedział Jack, składając strony i sięgając po teczkę.
Quilian potrząsnął głową.
— Wiele spraw związanych z tobą budzi wątpliwości — powiedział. — Ostatnio
jednak dowiedziałem się o jeszcze jednej, która wzbudziła mój niepokój. Zakładając,
Ŝ
e jesteś przybyszem z Ciemnej Strony, który wyemigrował na Jasną, istnieją
okoliczności, które zmuszają mnie do zajęcia się sprawą twej toŜsamości. Na Ciemnej
Stronie istnieje postać, którą zawsze uwaŜałem za mityczną. Czy legendarny złodziej
odwaŜyłby się pokazać w świetle słońca? — zastanawiałem się. — A jeśli tak, to po
co? Czy to moŜliwe, Ŝe Jonathan Shade jest śmiertelnym wcieleniem Widmowego
Jacka?
— A jeśli nim jestem? — zapytał, starając się nie patrzeć w stronę okna, gdzie
jakiś kształt przesłaniał większość światła. — Czy jesteś przygotowany do tego, Ŝeby
mnie aresztować? — zapytał, przesuwając się powoli w lewą stronę tak, Ŝe Quilian
musiał odwrócić głowę.
— Tak, jestem.
Jack spojrzał w stronę okna. Powróciło do niego znane uczucie wstrętu, gdy ujrzał,
co się za nim znajduje.
— Sądzę więc, Ŝe masz ze sobą broń?
— Tak — odpowiedział. Wyjął z kieszeni mały pistolet i wycelował w stronę
Jacka.
Mógłbym rzucić w niego teczką ryzykując, Ŝe trafi mnie jednym pociskiem —
pomyślał. — Ostatecznie to mała broń. Jeśli jednak uda mi się zyskać na czasie i
podejść bliŜej światła, nie będzie to potrzebne.
— Dziwne, Ŝe przyszedłeś sam, jeśli planujesz taką rzecz, nawet jeśli posiadasz
uprawnienia do dokonania aresztowania na terenie uniwersytetu.
— Nie powiedziałem, Ŝe jestem sam.
— Gdy się nad tym zastanowić, nie jest to takie dziwne — powiedział Jack
zbliŜając się o krok bliŜej do migoczącego światła. — Myślę, Ŝe jesteś sam. Chcesz
załatwić tę sprawę w pojedynkę. Myślę, Ŝe chcesz po prostu zabić mnie bez świadków
albo pragniesz, aby zasługa za zatrzymanie mnie przypadła tylko tobie. Myślę, Ŝe
raczej to pierwsze. Zawsze odczuwałeś do mnie niechęć, choć nie wiem dokładnie
dlaczego.
— Obawiam się, Ŝe przeceniasz swoją zdolność do wywoływania niechęci, jak
równieŜ moją do gwałtownych czynów. Policja jest juŜ w drodze. Zamierzam jedynie
zatrzymać cię do ich przybycia.
— Mam wraŜenie, Ŝe czekałeś z tym do ostatniego momentu.
Quilian wskazał swą wolną ręką na teczkę.
— Podejrzewam, Ŝe gdy twoja ostatnia praca zostanie rozszyfrowana, okaŜe się, Ŝe
ma bardzo mało wspólnego z socjologią.
— Jesteś bardzo podejrzliwy. Nie wiem, czy wiesz, Ŝe prawo zabrania
aresztowania ludzi bez powodów.
— Dlatego właśnie czekałem do ostatniej chwili. Jestem pewien, Ŝe trzymasz
dowód w ręku, a równieŜ, Ŝe znajdzie się ich więcej. ZauwaŜyłem teŜ, Ŝe w sprawach
bezpieczeństwa państwa prawo staje się bardziej elastyczne.
— Pod tym względem masz rację — odpowiedział Jack, odwracając się tak, Ŝe
ś
wiatło padało mu prosto w twarz.
— Jestem Widmowy Jack! — krzyknął. — Władca StraŜnicy Cieni, złodziej, który
skrada się w ciszy i półmroku! Zostałem ścięty w Igles i ponownie powstałem z
Otchłani Łajna w Glyve. Wypiłem krew wampirzycy i poŜarłem kamień. To ja
złamałem Przymierze, fałszując imię w Czerwonej Księdze Łokci. To ja byłem
więźniem klejnotu. Raz juŜ wystrychnąłem na dudka Władcę Wielkiego Gniewu.
Powrócę jeszcze, aby się na nim zemścić. Jestem wrogiem moich wrogów. Chodź i
schwytaj mnie, paskudo, jeśli kochasz Króla Nietoperzy i nienawidzisz mnie. Ja
jestem Widmowy Jack!
Na twarzy Quiliana malowało się zdumienie. Otworzył usta, aby coś powiedzieć,
ale krzyki Jacka zagłuszyły jego słowa.
Nagle szyba w oknie pękła. Świeca zgasła i borshin wpadł do pokoju.
Quilian odwrócił się i ujrzał pokaleczoną, zlaną wodą postać. Wydał z siebie
nieartykułowany okrzyk i stanął jak sparaliŜowany. Jack upuścił teczkę, wyjął
buteleczkę z kwasem, odkorkował ją i wylał zawartość na głowę borshina. Nie
czekając na skutki, podniósł teczkę i rzucił się do ucieczki, mijając po drodze
Quiliana.
Był juŜ przy drzwiach, gdy stwór wydał pierwszy okrzyk bólu. Wybiegł na korytarz
i zamknął za sobą drzwi. Zatrzymał się tylko, aby ukraść płaszcz przeciwdeszczowy
Quiliana wiszący na wieszaku.
Zbiegł juŜ połowę drogi w dół po schodach, gdy usłyszał pierwszy strzał. Potem
padły następne, których juŜ nie słyszał, gdy biegł przez teren uniwersytetu, wciągając
na siebie płaszcz i przeklinając głośno kałuŜe. Poza tym zagłuszyły je grzmoty.
Obawiał się, Ŝe wkrótce rozlegną się równieŜ syreny. Pełen chmurnych myśli biegł
naprzód.
Pogoda pod pewnymi względami ułatwiała mu zadanie, a częściowo utrudniała.
Mimo Ŝe ruch na drogach był niewielki, samochody poruszały się znacznie wolniej
niŜ zwykle, a gdy wyjechał wreszcie na otwartą drogę, jej nawierzchnia była zbyt
ś
liska, aby mógł rozwinąć poŜądaną prędkość. Zapanowała ciemność powodująca, Ŝe
kierowcy opuszczali ulice przy pierwszej okazji, a ci, którzy byli w domu,
pozostawali tam, bezpieczni przy blasku świec. Nigdzie nie widać było pieszych.
Wszystko to ułatwiło mu, zanim odjechał daleko, porzucenie własnego pojazdu i
przywłaszczenie sobie innego.
Wydostanie się z miasta było łatwe, w przeciwieństwie do wydostania się z zasięgu
burzy. Wyglądało na to, Ŝe porusza się ona w tym samym kierunku, co on. Po drodze,
którą dawno juŜ miał zaznaczoną na mapie i zanotowaną w pamięci jako zarazem
dogodną i krętą trasę, mogącą go zaprowadzić do Ciemnej Strony. W kaŜdej innej
sytuacji powitałby z radością przygaśnięcie nieustannego blasku, który najpierw
przypiekał, potem opalił jego oporną skórę. Teraz ciemność zmuszała go do
zmniejszenia prędkości. W obecnej sytuacji nie mógł sobie pozwolić na wypadek.
Deszcz zalewał samochód, wiatr starał się zepchnąć go z drogi. W świetle błyskawic
moŜna było za nim dostrzec horyzont.
Ś
wiatła policyjne umieszczone przy szosie sprawiły, Ŝe zwolnił, szukając zjazdu z
autostrady. Uśmiechnął się szeroko, gdy próbowano go zatrzymać przy miejscu, gdzie
doszło do zderzenia trzech samochodów. ZdąŜył zauwaŜyć, jak niesiono męŜczyznę
na noszach w stronę ambulansu.
Włączył radio, lecz nie mógł złapać Ŝadnego programu. Zapalił papierosa i uchylił
okno. Od czasu do czasu na policzek padała mu kropla deszczu, jednak zimny
powiew oczyszczał wnętrze pojazdu z dymu. Odetchnął głęboko, próbując się
uspokoić. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak bardzo był napięty.
Po dłuŜszym czasie burza ustąpiła miejsca lekkiej mŜawce. Niebo zaczęło się
przejaśniać. Jechał przez otwarty teren. Ogarnęło go mieszane uczucie ulgi i obawy,
które narastało wśród przekleństw od czasu jego wyjazdu.
Co udało mi się osiągnąć? — zapytał siebie, patrząc wstecz na lata spędzone na
Jasnej Stronie. Zapoznanie się z terenem, uzyskanie potrzebnych referencji i
wciągnięcie się w pracę na uniwersytecie, zajęło mu sporo czasu. Następnie musiał
znaleźć pracę w uczelni posiadającej odpowiedni komputer. W wolnym czasie musiał
nauczyć się nim posługiwać oraz wymyślić projekt, który dałby mu pretekst do
korzystania z niego. Następnie musiał zebrać wszystkie dane, które posiadał i spisać
je w formie pytań, na które chciał znaleźć odpowiedź. Wszystko to zajęło mu lata.
Popełnił przy tym wiele błędów, tym razem jednak był tak blisko, Ŝe mógł niemal
węchem wyczuć odpowiedź, której poszukiwał.
Został zmuszony do ucieczki z teczką pełną papierów, których nie miał okazji
przejrzeć. Istniała moŜliwość, Ŝe znowu mu się nie udało i wracał do miejsca, w
którym czekali jego wrogowie, bez broni, którą miał nadzieję znaleźć. To by
znaczyło, Ŝe udało mu się tylko odwlec swoją zagładę. Musiał jednak uciekać,
poniewaŜ tutaj takŜe znalazł wrogów. Zastanowił się przez chwilę, czy kryje się w
tym jakiś morał, jakaś dostępna, lecz ukryta lekcja, która mogłaby mu powiedzieć
więcej o nim niŜ o jego wrogach. Jeśli tak było, nie potrafił go dostrzec.
Gdyby tylko miał trochę więcej czasu... Mógłby wtedy sprawdzić i gdyby zaistniała
taka potrzeba, poprawić swoje wyniki. Teraz juŜ za późno. Jeśliby się okazało, Ŝe jego
miecz jest tępy, nie będzie miał okazji go naostrzyć. śałował teŜ, Ŝe nie mógł lepiej
rozwiązać innych, osobistych spraw, na przykład Clare...
Po chwili deszcz przestał padać, lecz całe niebo wciąŜ pokrywały groźnie
wyglądające chmury. Zdecydował się zaryzykować szybszą jazdę. Ponownie
próbował włączyć radio. WciąŜ słychać było trzaski, lecz muzyka przebijała się przez
nie, zostawił więc radio włączone.
Gdy podawano wiadomości, zjeŜdŜał właśnie ze stromego wzgórza. Zdawało mu
się, Ŝe słyszał swoje nazwisko, jednakŜe odbiór był zbyt słaby, by mógł być tego
pewien. Droga była pusta. Co chwila oglądał się do tyłu i spoglądał na boczne drogi,
które mijał. Doprowadzało go do wściekłości to, Ŝe zanim odzyska swoją moc,
ś
miertelnicy wciąŜ mają realne szansę schwytania go. WjeŜdŜając na wysokie
wzgórze ujrzał po lewej stronie ścianę deszczu. W dali widział błyskawice — zbyt
wysoko, aby usłyszeć grzmoty. Dziękował Królowi Burz za to, Ŝe uniemoŜliwił
pościg powietrzny. Zapalił papierosa i w poszukiwaniu wiadomości przestawił radio
na bliŜszą stację. Gdy je usłyszał, nie było wzmianki o nim.
Przypomniał sobie odległy dzień, gdy rozmawiał ze swym odbiciem w wodzie.
Wspominał, jak wtedy wyglądał — zmęczony, chudy, zziębnięty, głodny, obolały i
ś
mierdzący. Wszystko to dawno minęło. Zaczął wprawdzie odczuwać lekki głód, był
on jednak niczym w porównaniu z tamtą sytuacją, gdy bliski był śmierci głodowej.
Jak bardzo zmienił się od tego czasu? Czy jego sytuacja była teraz inna? Wtedy
uciekał z zachodniego bieguna świata, starając się pozostać przy Ŝyciu, wymknąć się
ś
cigającym i osiągnąć Krainę Zmierzchu. Tym razem uciekał z jasnego bieguna
wschodniego. Kierowała nim nienawiść i odrobina miłości. Jego serce wypełniała
gorąca Ŝądza zemsty, ogrzewając go i zastępując mu poŜywienie. Była z nim nadal.
Poznał całą wiedzę Jasnej Strony, lecz pozostał wciąŜ tym samym człowiekiem, który
przeglądał się wtedy w wodzie. Ich myśli były takie same. Odkręcił szybę.
— Aniele Jutrzenki! — krzyknął w stronę nieba. — Podobno słyszysz wszystko,
usłysz więc, Ŝe nie zmieniłem się od naszego ostatniego spotkania. Roześmiał się
cicho. Czy to dobrze, czy źle? — przyszło mu do głowy pytanie. Zakręcił okno i
zastanowił się nad tym problemem. Nie lubił introspekcji, był jednak dociekliwy.
Podczas swojego pobytu na uniwersytecie zauwaŜył, jak bardzo ludzie się
zmieniają. Najłatwiej było to dostrzec na przykładzie studentów. Zmieniali się
znacznie w krótkim czasie — pomiędzy rozpoczęciem studiów a ich zakończeniem.
JednakŜe jego koledzy ulegali równieŜ zmianom, dotyczącym poglądów czy uczuć.
Tylko on pozostawał taki sam. Czy to coś fundamentalnego? — zastanowił się. —
Czy na tym polega zasadnicza róŜnica między mieszkańcami Jasnej a Ciemnej
Strony? Oni się zmieniają, a my nie. Czy to jest takie istotne? Prawdopodobnie tak,
nie mogę jednak zrozumieć dlaczego? My nie potrzebujemy się zmieniać, podczas
gdy oni wydają się tego potrzebować. Czy to wynika z długości lat w ich Ŝyciu? Być
moŜe z obu tych przyczyn. Jaką w ogóle wartość ma zmiana?
Po wysłuchaniu następnych wiadomości skręcił w boczną drogę, która wydawała
się być pusta. Wymieniono jego nazwisko jako poszukiwanego w związku ze sprawą
zabójstwa. Rozpalił ognisko i wrzucił do niego wszystkie swoje dokumenty. Gdy
spłonęły, otworzył teczkę i włoŜył do portfela nowe, które przygotował kilka
semestrów temu. Zgasił ogień i rozrzucił popioły. Rozdarł płaszcz Quiliana w kilku
miejscach i wrzucił go do wypełnionego mętną wodą kanału po drugiej stronie pola.
Wróciwszy do samochodu, postanowił jak najprędzej zamienić go na inny. Jadąc w
pośpiechu autostradą zastanawiał się nad tym, co zaszło. Borshin zabił Quiliana i
uciekł, tak jak wszedł, przez okno. Policja wiedziała, co miał zamiar zrobić Quilian.
Poindexter zeznał, Ŝe Jack był obecny na terenie uniwersytetu. Clare i wielu innych
potwierdzą, Ŝe nie lubili się nawzajem. Wnioski były oczywiste. Choć zabiłby
Quiliana, gdyby zaszła tego potrzeba, myśl, Ŝe mógłby zostać stracony za coś, czego
nie zrobił, doprowadzała go do wściekłości. Przypomniało mu się Igles. Mimo woli
podrapał się w szyję. To była raŜąca niesprawiedliwość.
Zastanawiał się, czy borshin oszołomiony bólem myślał, Ŝe zabija jego, czy teŜ
działał tylko w obronie własnej i wiedział, Ŝe Jack uciekł. Jak cięŜko był ranny? Jack
nie miał pojęcia, jakie są jego zdolności regeneracyjne. Czy wrócił juŜ na jego trop,
którym podąŜał juŜ od tak dawna? Czy wysłał go Królowi Nietoperzy, czy teŜ podąŜał
za nim na własną rękę, pod wpływem wpojonej mu nienawiści? Jack zadrŜał i
nacisnął gaz.
— To nie będzie miało znaczenia, gdy powrócę — powiedział sobie. Nie był
jednak tego taki pewny.
PrzejeŜdŜając przez kolejne miasto, ukradł nowy samochód, którym pojechał dalej
w stronę Krainy Zmierzchu, gdzie niegdyś usłyszał śpiew ptaka.
Przez dłuŜszą chwilę siedział na szczycie wzgórza ze skrzyŜowanymi nogami i
czytał. Jego ubranie było brudne i przepocone, pod paznokciami miał brud, a jego
powieki wykazywały tendencję do opadania, zamykania się i raptownego
podnoszenia. Westchnął kilka razy, robiąc notatki na papierach, które trzymał w ręku.
Ponad górami na zachodzie świeciły słabe gwiazdy. Porzucił swój ostatni samochód
wiele mil na wschód od tego wzgórza, wyruszając w dalszą drogę na piechotę. Od
pewnego czasu silnik przerywał, zanim zatrzymał się ostatecznie. Jack wiedział, Ŝe
dotarł do miejsca, w którym rywalizujące ze sobą potęgi pozostawały w stanie
równowagi. Wyruszył w stronę Ciemności zabierając ze sobą tylko teczkę. Zawsze
najlepiej czuł się w górach. Przez cały czas swojej podróŜy spał tylko raz. Choć był to
głęboki i zdrowy sen, Jack Ŝałował kaŜdej jego chwili. Obiecał sobie, Ŝe nie zaśnie juŜ
ani razu, zanim nie wydostanie się poza zasięg władzy ludzi. Teraz, gdy w końcu
osiągnął swój cel, pozostała tylko jedna rzecz do zrobienia, zanim będzie mógł
zasnąć.
Przerzucał z niecierpliwością strony, aŜ znalazł to, czego szukał. Zrobił notatkę na
marginesie i cofnął się do poprzedniego miejsca.
Wszystko wydawało się być w porządku. Wyglądało na to, Ŝe się zgadza...
Z drugiej strony wzgórza wiał chłodny wiaterek, przynoszący ze sobą dzikie
zapachy, o jakich niemal zapomniał w miastach ludzi. Teraz nieustające światło
Wiecznego Dnia, zapachy i hałasy miasta, rzędy twarzy na sali wykładowej, nudne
zebrania, monotonny odgłos maszyn i nieprzyzwoita jasność kolorów wydawały mu
się nie tylko snem. Przynosił ze sobą z Jasnej Strony tylko te kartki. Odetchnął
głęboko powietrzem wieczoru. Tłumaczenie wydruku pojawiło się w jego umyśle jak
nagle zrozumiały poemat.
Tak jest!
Spojrzał na niebo. Ujrzał białą, nie mrugającą gwiazdę, poruszającą się szybko na
nim. Wstał, zapominając o zmęczeniu. Prawą stopą narysował na piasku magiczny
wzór, po czym wskazał palcem na satelitę. Wypowiedział słowa, które uprzednio
zapisał na papierze.
Przez chwilę nie działo się nic.
Potem satelita się zatrzymał.
Jack wciąŜ wskazywał na niego nie wypowiadając juŜ ani słowa. Satelita stawał się
coraz jaśniejszy. Jego wielkość zaczęła wzrastać. Nagle rozjarzył się jak spadająca
gwiazda i zniknął.
— Kolejny znak — powiedział Jack i uśmiechnął się.
9.
Gdy przeklęty stwór dotarł do Wielkiego Gniewu, biegał od komnaty do komnaty
w poszukiwaniu swojego pana. Znalazł go w końcu w samym środku ośmiokątnego
pokoju przy zbiorniku z rtęcią, do którego wrzucał siarkę. Zwrócił na siebie jego
uwagę i czepiając się jego wyciągniętego palca, przekazał mu na swój sposób wieści,
które przyniósł. Król Nietoperzy odwrócił się i wykonał jakieś dziwne gesty,
posługując się kawałkiem sera, świecą oraz ptasim piórem, po czym opuścił komnatę.
Wszedł na jedną z wieŜ i przez dłuŜszą chwilę spoglądał na wschód. Następnie
odwrócił się szybko i spojrzał na drugą z dróg prowadzących z jego twierdzy, która
biegła w stronę północno-zachodnią.
Tak! Tam teŜ! To niemoŜliwe! Chyba, Ŝeby to było złudzenie...
Wbiegł po schodach prowadzących wokół wieŜy w kierunku przeciwnym do
wskazówek zegara, otworzył klapę i wyszedł na dach. Podniósł głowę aby przyjrzeć
się wielkiej, czarnej kuli otoczonej przez gwiazdy. Powąchał wiatr. Spojrzał w dół, na
potęŜną twierdzę Wielki Gniew, stworzoną przez jego moc wkrótce po tym, jak sam
powstał na szczycie tej góry. Gdy zobaczył i zrozumiał róŜnicę miedzy urodzonymi i
stworzonymi i odkrył, Ŝe jego moc skupiła się w tym właśnie punkcie przestrzeni,
wyssał całą moc z korzeni gór i ściągnął ją do siebie z niebios w potęŜnym wirze, aŜ
zaczął świecić oślepiającym blaskiem, jak piorunochron uderzony przez błyskawicę i
sam zabrał się do dzieła tworzenia. Jeśli tu był ośrodek jego mocy, w tym miejscu
musiał zbudować swój dom i swoją twierdzę. Tak teŜ się stało. Ci, którzy chcieli mu
zaszkodzić, musieli umrzeć, co nauczyło ich rozumu. Jeśli to nie pomogło, musieli
latać na błoniastych skrzydłach poprzez Wieczną Noc, aŜ zasłuŜyli sobie na jego
łaskę. Dbał o nich dobrze, wielu więc zgodziło się pozostać w jego słuŜbie, gdy
przywrócił im ludzką postać. Inne Potęgi, być moŜe na swój sposób równie silne na
swych własnych obszarach, nie niepokoiły go zbytnio, odkąd zostały między nimi
wytyczone odpowiednie granice.
To było nie do pomyślenia, aby ktokolwiek teraz odwaŜył się wyruszyć przeciwko
Wielkiemu Gniewowi! Tylko głupiec albo wariat odwaŜyłby się na coś takiego!
A przecieŜ góry pojawiły się tam, gdzie ich przedtem nie było. MoŜe były tylko
złudzeniem? Uniósł wzrok i przyjrzał się ich odległym kształtom. Niepokoiło go, Ŝe
nie mógł wykryć we wnętrzu swojej jaźni takiego nagromadzenia mocy, które byłoby
potrzebne do stworzenia choćby i złudzenia gór w obrębie jego królestwa.
Usłyszał kroki na schodach. Obejrzał się i ujrzał Evene. Weszła na dach i stanęła u
jego boku. Miała na sobie krótką, czarną suknię, spiętą na lewym ramieniu srebrną
broszką. Objął ją ramionami i przytulił. ZadrŜała, czując prądy mocy przepływające
przez jego ciało. Wiedziała, Ŝe nie chciał się odzywać.
Wskazał palcem na góry przed nimi, potem na drugie na wschodzie.
— Tak, wiem o tym — powiedziała. — Przybiegłam tutaj, gdy tylko dowiedziałam
się od posłańca. Przyniosłam ci róŜdŜkę.
Uniosła w górę czarną jedwabną pochwę, którą miała przypiętą do pasa.
Uśmiechnął się i pokręcił lekko głową od lewej do prawej. Lewą ręką zdjął
naszyjnik, który miał na szyi. Podniósł go w górę i umieścił jasny klejnot przed ich
oczyma. Zakręciło się jej w głowie.
Przez chwilę miała wraŜenie, Ŝe spada w stronę klejnotu, który zaczął rosnąć,
wypełniając całe jej pole widzenia. W następnej chwili nie patrzyła juŜ na klejnot,
lecz na góry na północnym zachodzie. Przez chwilę przyglądała się ciemnoszarym
kopułom z kamienia.
— Wyglądają jak prawdziwe — powiedziała. — Jakby moŜna było ich dotknąć.
Milczenie.
Nagle gwiazdy zaczęły znikać jedna za drugą, zasłaniane przez szczyty, zbocza,
podstawy gór.
— One rosną! — krzyknęła. Po chwili — Nie... poruszają się, zbliŜają się do nas!
Góry zniknęły. Ponownie patrzyła na klejnot. Król Nietoperzy spojrzał w drugą
stronę, obracając ją razem z sobą. Spojrzeli na wschód. Ponownie uczucie wirowania,
opadania, zbliŜania się.
Góry na wschodzie leŜały przed nimi jak dziób olbrzymiego niezwykłego statku.
Ich zarysy otoczone były chłodnym światłem, które równieŜ zdawało się zbliŜać do
nich. Nagle zza gór wzniosły się olbrzymie, płonące skrzydła.
— Ktoś jest na szczycie... — zaczęła Evene. Nagle klejnot pękł. Rozgrzany do
czerwoności łańcuch wypadł z rąk Króla Nietoperzy i upadł, dymiąc u jego stóp.
Evene wyczuła w jego ciele nagły wstrząs. Odsunęła się od niego.
— Co się stało?
Nic nie odpowiedział, wyciągnął tylko rękę.
— O co ci chodzi?
Wskazał na róŜdŜkę. Gdy mu ją podała, wzniósł ją w górę i bez słowa wezwał
swoje sługi. Przez dłuŜszą chwilę stał bez ruchu, zanim nie pojawił się pierwszy z
nich. Wkrótce powietrze zaroiło się od jego sług, nietoperzy. Dotknął jednego z nich
końcem swojej róŜdŜki. U jego stóp upadł człowiek.
— Panie! — krzyknął, pochylając głowę. — Co mi rozkazujesz?
Król Nietoperzy wskazał na Evene. Człowiek uniósł głowę i zwrócił wzrok w jej
stronę.
— Zgłoś się do porucznika Quazera — powiedziała. — Da ci broń i wyda rozkazy.
Spojrzała na swego pana, który tylko skinął głową.
Zaczął dotykać róŜdŜką następnych, przywracając im dawną, ludzką postać.
Wielki parasol z nietoperzy rozpostarł się nad wieŜą. Pozornie nie kończąca się
kolumna większych istot przechodziła obok Evene, udając się po schodach w dół, w
stronę twierdzy. Gdy wszyscy juŜ wyszli, Evene spojrzała na wschód.
— Minęło juŜ sporo czasu — powiedziała. — Popatrz, jak bardzo się zbliŜyły.
Poczuła dotyk na swoim ramieniu. Odwróciła się do niego, podnosząc twarz.
Pocałował ją w oczy i usta, po czym odsunął od siebie.
— Co zamierzasz zrobić?
Wskazał ręką w stronę klapy.
— Nie, nie odejdę. Zostanę z tobą, aby ci pomóc.
Ponownie wskazał klapę.
— Czy wiesz, co to jest?
— Idź — powiedział. Być moŜe zdawało jej się tylko, Ŝe słyszała jego słowa.
Przypomniała to sobie, stojąc w swej komnacie na południowo-wschodnim krańcu
twierdzy, niepewna, co się wydarzyło od momentu, w którym jego słowo wypełniło
jej ciało i umysł. Stanęła przy oknie, nie dostrzegła jednak w nim nic oprócz gwiazd.
Na koniec, w jakiś sposób zrozumiała. Rozpłakała się z Ŝalu nad światem, który
tracili.
Wiedział juŜ, Ŝe są prawdziwe. ZbliŜając się pękały. Wyczuwał swoim ciałem
wibracje spowodowane ich ruchem. Gwiazdy powiedziały mu, Ŝe nadchodzą złe
czasy, które potrwają bardzo długo. Wiedział o tym bez ich pomocy. Nadal gromadził
moc, która niegdyś stworzyła Wielki Gniew, a teraz miała go bronić. Zaczął się czuć
tak samo, jak w tym odległym dniu.
Na szczycie nowej góry na wschodzie zaczął formować się ognisty wąŜ. Nie
potrafił ocenić jego rozmiarów. Słyszał, Ŝe podobne moce istniały w czasach przed
jego powstaniem, lecz ich władcy zmarli swą ostatnią śmiercią, a Klucz został
utracony. Sam go kiedyś poszukiwał, podobnie jak większość Władców Ciemnej
Strony. Teraz wyglądało na to, Ŝe komuś innemu udało się to, czego on nie potrafił
osiągnąć lub teŜ jedna ze staroŜytnych Potęg ponownie budziła się do Ŝycia. Patrzył,
jak wąŜ formuje się ostatecznie. Uznał, Ŝe jest znakomicie wykonany. WąŜ wzniósł
się w powietrze i popłynął w jego stronę.
— Zaczyna się — pomyślał Król Nietoperzy.
Uniósł róŜdŜkę i stanął do walki.
Po dłuŜszej chwili zniszczony wąŜ, dymiąc spadł na ziemię. Król Nietoperzy zlizał
pot ze swej górnej wargi. Potwór był silny.
Góra zbliŜała się. Nie zatrzymała się ani na chwilę, gdy walczył z węŜem
wysłanym przeciwko niemu.
Teraz — pomyślał — muszę się stać taki, jak na początku.
Smage kroczył powoli, pełniąc straŜ przy głównym wejściu do Wielkiego Gniewu.
Celowo zwalniał swe ruchy, aby nie zdradzić swojego niepokoju mniej więcej
pięćdziesięciu wojownikom, którzy oczekiwali na jego rozkazy. Tumany pyłu unosiły
się wokół niego. Ilekroć któryś z eksponatów zawieszonych na ścianach — miecz, czy
fragment zbroi — spadał na ziemię z hałasem gdzieś w obrębie twierdzy, wszyscy
jego Ŝołnierze podskakiwali niespokojnie. Spojrzał przez okno, lecz szybko odwrócił
wzrok. Znajdująca się na wyciągnięcie ręki góra zasłoniła całe pole widzenia. Słychać
było nieustanne dudnienie. Nienaturalne okrzyki przeszywały ciemność. Rycerze bez
głów, ptaki o wielu skrzydłach i zwierzęta o ludzkich głowach przemykały przed jego
oczyma jak błyskawice, wraz z wieloma rzeczami, których kształty nie pozostały w
jego pamięci. śadna z postaci nie zatrzymała się, aby go zaatakować. Wiedział, Ŝe
wkrótce wszystko się rozstrzygnie, gdyŜ czoło góry zbliŜało się juŜ z pewnością do
twierdzy jego pana.
Zderzenie zwaliło go z nóg. Przestraszył się, Ŝe sufit spadnie mu na głowę. Ściany
zaczęły pękać. Cała twierdza jakby przesunęła się o krok do tyłu. Usłyszał odgłos
spadających cegieł i pękających belek. Po kilku uderzeniach serca gdzieś wysoko nad
głową usłyszał krzyk, a po nim głośny trzask gdzieś na dziedzińcu. Następnie całą
twierdzę wypełnił kurz i nastała cisza.
Stanął na nogi i wezwał swoich Ŝołnierzy. Spojrzał na nich, przecierając oczy ze
wszechobecnego kurzu i pyłu. Wszyscy leŜeli na podłodze i Ŝaden z nich się nie
ruszał.
— Powstań! — krzyknął, rozcierając obolały bark.
W dalszym ciągu jedyną odpowiedzią było milczenie. Podszedł do najbliŜszego z
leŜących i przyjrzał mu się. Nie wyglądał na rannego. Uderzył go lekko. śadnej
reakcji. Spróbował tego samego z następnym i jeszcze z dwoma, równieŜ bez
rezultatu. Ledwie oddychali.
Wyjął miecz i skierował się w stronę dziedzińca. Pokasłując wszedł na jego teren.
Nieruchoma juŜ góra zasłaniała połowę nieba. Na dziedzińcu leŜały szczątki
zdruzgotanej wieŜy. Jej ściany pękły. Panująca cisza sprawiała wraŜenie bardziej
złowieszcze niŜ uprzednie dudnienie czy następujący po nim huk. Zjawy zniknęły.
Nic się nie poruszało. Ruszył naprzód. Wszędzie widział ślady, jak gdyby wypalone
przez błyskawice. Zatrzymał się na widok postaci leŜącej na skraju rumowiska.
Podbiegł do niej i czubkiem miecza odwrócił ciało.
Wypuścił z ręki miecz i upadł na kolana, przyciskając pokiereszowaną rękę do
piersi. Zapłakał. Gdzieś z tyłu usłyszał trzask płomieni. Zalała go nagła fala gorąca,
nie poruszył się jednak.
Nagle usłyszał śmiech. Spojrzał w górę, rozejrzał się wokoło, lecz nie zobaczył
nikogo.
Ś
miech powtórzył się gdzieś po prawej stronie.
Tam!
Coś poruszyło się w cieniu na pochyłej ścianie...
— Cześć, Smage. Pamiętasz mnie?
Smage zmruŜył oczy i potarł je.
— Ja... nie bardzo cię widzę.
— Za to ja widzę cię wyraźnie, jak rozpaczasz przy tej padlinie.
Smage podniósł miecz z ziemi i wstał.
— Kim jesteś?
— Chodź, to się dowiesz.
— Ty to wszystko zrobiłeś? — zapytał, wskazując ręką.
— Wszystko.
— W takim razie idę.
Ruszył w stronę postaci zamachując się mieczem, lecz jego cios przeszył tylko
powietrze. Stracił równowagę. Wyprostował się i wymierzył następny cios, z
podobnym rezultatem. Po siódmej próbie rozpłakał się.
— Wiem juŜ, kim jesteś. Wyłaź ze swojego cienia, to przekonamy się, ile jesteś
wart!
— Jak sobie Ŝyczysz.
Coś się poruszyło i Jack stanął przed nim. Przez chwilę zdawał się być wysoki
ponad miarę, przeraŜający, wspaniały. Smage wahał się. Rękojeść miecza stanęła w
płomieniach. Smage wypuścił go i miecz upadł na ziemię. Jack uśmiechnął się.
Smage uniósł dłonie i poczuł, Ŝe ogarnia go paraliŜ. Spoglądał na twarz Jacka przez
palce znieruchomiałe jak powyginane gałęzie.
— Jak widzisz, jestem wart sporo — usłyszał. — Z pewnością więcej od ciebie.
Cieszę się, Ŝe znów cię widzę.
Smage chciał splunąć, lecz nie mógł zebrać śliny, a poza tym przeszkadzały mu
ręce.
— Morderca! — krzyknął ochrypłym głosem. — Potwór!
— Złodziej — odpowiedział Jack spokojnie — a takŜe czarnoksięŜnik i zdobywca.
— Gdybym tylko mógł się poruszyć...
— Wkrótce będziesz mógł. Weź miecz i obetnij paznokcie u nóg tego ścierwa.
Oczywiście powyŜej karku.
— Nie zrobię tego...
— Utnij mu głowę! Zrób to jednym szybkim ruchem, jak kat toporem!
— Nigdy! Był dobrym panem dla mnie i dla moich przyjaciół! Nie zbezczeszczę
jego ciała!
— Nie był dobry, lecz okrutny i bezwzględny.
— Tylko dla swoich wrogów i tylko wtedy, kiedy na to zasłuŜyli.
— No cóŜ, teraz masz nowego pana. Aby przejść do niego na słuŜbę, musisz mu
przynieść głowę poprzedniego.
— Nie zrobię tego!
— Powiedziałem, Ŝe musisz to zrobić dobrowolnie, jeŜeli chcesz pozostać przy
Ŝ
yciu.
— Nie!
— Jak sobie Ŝyczysz. Teraz juŜ jest dla ciebie za późno, aby się uratować.
Niemniej jednak wykonasz mój rozkaz.
Smage poczuł jak w jego ciało wstępuje obcy duch. Schylił się i podniósł miecz,
który palił jego dłonie. Utrzymał go jednak w rękach i zwrócił się w stronę ciała.
Stanął nad nim. Płacząc i przeklinając, zamachnął się i ciął mieczem. Głowa
potoczyła się kilka stóp. Krew spłynęła po kamieniach.
— Teraz przynieś ją do mnie!
Uniósł głowę za włosy i trzymając ją na długość wyciągniętego ramienia, powrócił
do miejsca, gdzie stał poprzednio. Jack przyjął głowę od niego i zaczął nią machać u
swego boku.
— Dziękuję — powiedział. Rzeczywiście wyraźne podobieństwo — podniósł
głowę do oczu, przyjrzał się jej wyraźnie i ponownie zaczął nią machać.
— No, no. Ciekawe, co teŜ się stało z moją? No, ale to teraz niewaŜne. A ta mi się
jeszcze przyda.
— Zabij mnie teraz — powiedział Smage.
— Niestety, muszę jeszcze na chwilę odłoŜyć ten przykry obowiązek. Na razie
moŜesz dotrzymać towarzystwa szczątkom swojego byłego pana, śpiąc jak wszyscy
tutaj, oprócz dwojga.
Skinął dłonią. Smage zasnął i padł na ziemię. Płomienie zgasły. Gdy drzwi się
otworzyły, Evene nie spojrzała w ich stronę. Po dłuŜszym milczeniu usłyszała jego
głos. ZadrŜała z przeraŜenia.
— Musiałaś wiedzieć, Ŝe w końcu przyjdę po ciebie — rzekł.
Nie odpowiedziała mu.
— Pamiętasz chyba, co ci obiecałem.
Odwrócił się i ujrzał w jej oczach łzy.
— Przyszedłeś, aby mnie ukraść? — zapytała.
— Nie, Ŝeby cię zrobić panią StraŜnicy Cieni u mego boku.
— Ukraść mnie — powtórzyła. — To jedyny sposób, w jaki moŜesz mnie teraz
mieć i twoja ulubiona metoda zdobywania tego, czego pragniesz. Nie moŜna ukraść
miłości, Jack.
— Potrafię obyć się bez niej.
— Gdzie teraz? Do StraŜnicy Cieni?
— AleŜ StraŜnica Cieni jest tutaj. Zawsze była tam, gdzie się znajdowałem.
— Wiedziałam o tym — szepnęła. — Masz zamiar rządzić tutaj, w miejscu tego,
który jest moim panem. Co z nim zrobiłeś? — zapytała szeptem.
— To, co mu obiecałem. To, co on zrobił ze mną.
— A inni?
— Wszyscy śpią, oprócz jednego, który moŜe ci dostarczyć rozrywki. Podejdź do
okna.
ZbliŜyła się na sztywnych nogach. Jack odsunął zasłonę i wskazał ręką na
zewnątrz, gdzie na równym placu, którego z pewnością wcześniej tu nie było, ujrzała
Quazera. Olbrzymi obojnak wykonywał skomplikowane ruchy Piekielnego Tańca.
Wielokrotnie upadał, podnosił się i zaczynał tańczyć ponownie.
— Co on robi?
— Powtarza swój występ, dzięki któremu zdobył Płomień Piekieł. Będzie to robił
tak długo, aŜ pęknie mu serce lub któreś z większych naczyń. Wtedy umrze.
— To straszne! Zatrzymaj go!
— Nie. To nie jest gorsze niŜ to, co on mi zrobił. Twierdziłaś, Ŝe nie dotrzymuję
obietnic i sama widzisz, Ŝe dotrzymałem słowa.
— Skąd masz taką moc? — zapytała. — Nie potrafiłeś robić podobnych rzeczy
wtedy, gdy... gdy cię znałam.
— Mam w ręku utracony Klucz — powiedział — Kolwynię.
— W jaki sposób go zdobyłeś?
— To niewaŜne. Liczy się tylko to, Ŝe mogę rozkazać górom chodzić i ziemi
rozstępować się. Mogę sprowadzić w dół błyskawice i wezwać duchy, które mnie
wspomogą. Potrafię pokonać kaŜdego z władców w jego ośrodku mocy. Stałem się
najpotęŜniejszą rzeczą na Ciemnej Stronie.
— Tak — odrzekła. — Trafnie to określiłeś. Stałeś się rzeczą.
Spojrzał na Quazera, który ponownie się przewrócił i zasłonił okno.
Evene odwróciła się.
— Jeśli oszczędzisz wszystkich, którzy tu pozostali — powiedziała — zrobię
wszystko, co mi rozkaŜesz.
Wyciągnął swą wolną rękę w jej stronę, jakby chciał jej dotknąć, lecz nagle
usłyszał krzyk zza okna. Uśmiechnął się i opuścił rękę. Smak zemsty był zbyt słodki.
— Jak się przekonałem, ten kto potrzebuje miłosierdzia, nigdy go nie otrzymuje —
powiedział. — Kiedy jednak znajdzie się w takiej sytuacji, Ŝe sam moŜe je przyznać,
ci, którzy oszczędzili go uprzednio, najgłośniej błagają o łaskę.
— Pewna jestem — odrzekła — Ŝe nikt w Wielkim Gniewie nie prosił o łaskę dla
siebie.
Odwróciła się i spojrzała mu w twarz.
— Nie, nie znajdę tu litości. Kiedyś było w tobie coś, co moŜna było nazwać
szlachetnym. Teraz to zniknęło bez śladu.
— Jak myślisz, co zamierzam zrobić z Kluczem, kiedy juŜ zemszczę się na swoich
wrogach? — zapytał.
— Nie mam pojęcia.
— Zamierzam zjednoczyć Ciemną Stronę, uczynić z niej jedno królestwo.
— Pod twoją oczywiście władzą.
— Oczywiście, gdyŜ nikt inny nie potrafiłby tego zrobić. Następnie ustanowię
rządy pokoju i prawa.
— Twojego pokoju i prawa.
— WciąŜ nie rozumiesz. Rozmyślałem o tym przez dłuŜszy czas. Jest prawdą, Ŝe
początkowo poszukiwałem Klucza jedynie z myślą o zemście, teraz jednak zmieniłem
swój sposób myślenia. Za jego pomocą połoŜę kres nieustającym sporom pomiędzy
władcami i zapewnię swojemu państwu trwały dobrobyt.
— Zacznij od zaraz. Wprowadź nieco dobrobytu do Wielkiego Gniewu lub
StraŜnicy Cieni, jeśli tak chcesz ją nazwać.
— To prawda, Ŝe pomściłem juŜ wiele swoich krzywd — zastanowił się. —
Niemniej...
— Zacznij swe rządy okazując miłosierdzie, a twoje imię będzie w przyszłości
otoczone czcią — powiedziała. — Nie udzielisz go, a z pewnością będą je przeklinać.
— Być moŜe... — powiedział, cofając się.
Jej oczy zdawały się obejmować całą jego postać.
— Co tam trzymasz pod płaszczem? Na pewno przyniosłeś to, Ŝeby mi pokazać!
— Nic takiego — odpowiedział. — Zmieniłem zdanie. Mam jeszcze kilka rzeczy
do zrobienia. Przyjdę do ciebie później.
Skoczyła w jego stronę i zerwała mu płaszcz. Zaczęła krzyczeć. Jack upuścił głowę
na ziemię i złapał ją za ręce. W prawej dłoni trzymała sztylet.
— Bestia! — krzyknęła, gryząc go w policzek. Jack pobudził swą wolę,
wypowiedział jedno słowo i sztylet zamienił się w czarny kwiat, który przycisnął jej
do twarzy. Pluła i kopała go przeklinając, lecz po chwili opuściły ją siły. Powieki jej
opadły. Gdy była juŜ bliska snu, zaniósł ją na łóŜko i połoŜył na nim. WciąŜ
próbowała stawiać opór, nie miała juŜ jednak sił.
— Mówią, Ŝe moc moŜe zniszczyć w człowieku wszystko, co dobre — wydyszała.
— Ty nie masz się czego obawiać. Nawet gdy jej nie miałeś, byłeś taki sam: Jack
Potwór!
— Niech i tak będzie — powiedział. — Niemniej wszystko, co zapowiedziałem,
ziści się, a ty będziesz przy mnie, aby na to patrzeć.
— Nie. Przedtem odbiorę sobie Ŝycie.
— Nagnę twoją wolę tak, Ŝe mnie pokochasz.
— Nigdy nie opanujesz mojej woli ani mojego ciała.
— Teraz zaśniesz — powiedział. — Gdy się obudzisz, przyjdę do ciebie, aby cię
posiąść. Będziesz się opierać jeszcze przez chwilę, potem jednak mi ulegniesz,
najpierw twoje ciało, a potem wola. Przez pewien czas pozostaniesz bierna, ale
przyjdę do ciebie ponownie, a potem jeszcze raz. Następnym razem to ty przyjdziesz
do mnie. Teraz zaśniesz, a ja pójdę zabić Smage’a na ołtarzu jego pana i oczyścić to
miejsce ze wszystkiego, co mi się nie podoba. Przyjemnych snów. Czeka na ciebie
nowe Ŝycie.
Zrobił wszystko tak, jak zapowiedział.
10.
Po rozwiązaniu wszystkich sporów granicznych z Drekkheimem poprzez podbój
tego królestwa, przyłączenie go do własnego i wysłanie Barona do Otchłani Łajna,
Jack zwrócił swoją uwagę w stronę Warownej Twierdzy, siedziby Pułkownika Który
Nigdy Nie Umarł. Mimo dumnie brzmiącej nazwy Jack nie potrzebował wiele czasu,
aby wkroczyć do środka.
Usiadł w bibliotece z Pułkownikiem. Popijali białe wino i wspominali dawne
czasy. Po dłuŜszej chwili Jack poruszył draŜliwą sprawę małŜeństwa Evene z tym z
zalotników, który zdobył Płomień Piekieł.
Pułkownik, który na Ŝółtawych policzkach miał dwie identyczne półksięŜycowate
blizny, a włosy zmierzwione ponad linią nosa jak czerwone tornado, skinął głową nad
swym kielichem. Spuścił swe blade oczy.
— CóŜ, taka była... umowa — powiedział cicho.
— Nie ze mną — odrzekł Jack. — UwaŜałem, Ŝe to zadanie dla mnie, nie oferta
otwarta dla wszystkich.
— Musisz przyznać, Ŝe ci się nie powiodło. Tak więc, gdy się pojawił następny
zalotnik z Płomieniem Piekieł...
— Powinieneś był poczekać na mój powrót. Ukradłbym go i przyniósł dla ciebie.
— Powrót zajmuje sporo czasu. Nie chciałbym, Ŝeby moja córka została starą
panną.
Jack potrząsnął głową.
— Muszę powiedzieć, Ŝe jestem zadowolony z tego, Ŝe sprawy przybrały taki obrót
— ciągnął Pułkownik. — Jesteś teraz potęŜnym władcą i zdobyłeś moją córkę. Myślę,
Ŝ
e jest z tobą szczęśliwa. Ja mam Płomień Piekieł i to mnie zadowala. Wszyscy mamy
to, czego pragnęliśmy...
— Nie — odpowiedział Jack. — Mógłbym zasugerować, Ŝe nigdy nie chciałeś,
abym został twoim zięciem, zawarłeś więc umowę z byłym władcą Wielkiego
Gniewu co do tego, jak załatwić tę sprawę.
— Ja...
Jack uniósł rękę.
— Powiedziałem tylko, Ŝe mógłbym to zasugerować. Oczywiście nie twierdzę, Ŝe
tak było. Nie wiem, co łączyło cię z Królem Nietoperzy, oprócz Evene i Płomienia
Piekieł, i nie obchodzi mnie to. Wiem tylko, Ŝe tak się wydarzyło. Biorąc to pod
uwagę, jak równieŜ uwzględniając fakt, Ŝe jesteś teraz członkiem mojej rodziny,
pozwolę ci samemu odebrać sobie Ŝycie, zamiast tego, Ŝebyś stracił je z rąk kogoś
obcego.
Pułkownik westchnął i uśmiechnął się, ponownie podnosząc wzrok.
— Dziękuję ci — powiedział. — Jesteś bardzo dobry. Obawiałem się, Ŝe moŜesz
nie przyznać mi tej łaski.
Wypili łyk wina.
— Będę musiał zmienić imię — dodał Pułkownik.
— Jeszcze nie w tej chwili — odrzekł Jack.
— To prawda, ale moŜe masz jakieś pomysły.
— Na razie nie. Zastanowię się nad tą kwestią podczas twojej nieobecności.
— Dziękuję ci — odrzekł Pułkownik. — Wiesz, nigdy jeszcze tego nie robiłem...
czy mógłbyś polecić mi jakiś sposób?
Jack zastanowił się przez chwilę.
— Trucizna jest bardzo dobra, ale jej efekty są róŜne u róŜnych osób. Niekiedy
moŜe okazać się bolesna. Myślę, Ŝe dla ciebie najlepszym sposobem byłoby
przecięcie Ŝył w gorącej kąpieli, pod powierzchnią wody. To prawie nic nie boli, tak
jakbyś zasypiał.
— Myślę, Ŝe tak właśnie zrobię.
— W takim razie pozwól, niech udzielę ci kilku wskazówek. Przede wszystkim —
zaczął, wpadając w sposób mówienia charakterystyczny dla wykładowcy, którego
dawno nie uŜywał — nie popełnij tej samej pomyłki, co wszyscy amatorzy.
Ujął Pułkownika za rękę i odwrócił ją, wyciągając sztylet. UŜywając go jak
wskaźnika, powiedział:
— Nie tnij poprzecznie, w ten sposób, gdyŜ krzepnięcie krwi moŜe zahamować jej
wypływ, spowodować obudzenie się i konieczność powtórzenia cięcia. MoŜe się tak
zdarzyć nawet kilka razy, co spowodowałoby pewien ból, jak równieŜ byłoby
nieestetyczne. Musisz ciąć podłuŜnie, wzdłuŜ tej niebieskiej linii — powiedział,
wskazując noŜem. — Gdyby tętnica okazała się zbyt śliska, musisz ją unieść noŜem i
szybko odwrócić ostrze. Nie ciągnij jej po prostu do góry. To nie jest przyjemne.
Zapamiętaj, jeśli nie uda ci się ciąć wzdłuŜ, pozostanie ci szybkie odwrócenie noŜa.
Masz jakieś pytania?
— Nie.
— Powtórz wszystko jeszcze raz.
— PoŜycz mi swojego sztyletu.
— Proszę.
Jack wysłuchał Pułkownika, kiwając głową. Zrobił tylko drobne poprawki.
— W porządku, myślę, Ŝe zrozumiałeś — powiedział i schował sztylet do pochwy.
— Napijesz się jeszcze wina?
— Chętnie. Twoje piwnice są naprawdę dobre.
— Dziękuję ci.
Wysoko ponad skrytym w ciemności światem, tuŜ poniŜej czarnej kuli, dosiadając
leniwego smoka, którego nakarmił Benonim i Blitem, Jack roześmiał się w głos.
Niestałe sylfy roześmiały się razem z nim, gdyŜ teraz on był ich panem.
Z upływem czasu Jack rozwiązywał kolejne spory graniczne po swojej myśli. Było
ich coraz mniej. Początkowo tylko dla zabicia czasu, potem z coraz większym
entuzjazmem, zaczął wykorzystywać wiedzę, którą zdobył na Jasnej Stronie, tworząc
obszerne dzieło pod tytułem „Opis kultury Ciemnej Strony”. PoniewaŜ jego władza
rozciągała się teraz na znaczną część nocy, zaczął wzywać na swój dwór obywateli,
których wspomnienia, czy teŜ specjalne umiejętności mogły dostarczyć historycznego,
technicznego bądź artystycznego materiału do jego dzieła. Był bardziej niŜ w połowie
zdecydowany wydać je na Jasnej Stronie, gdy tylko będzie ukończone. Teraz, gdy
utworzył szlaki przemytnicze i miał swoich agentów we wszystkich waŜniejszych
miastach po stronie dnia, nie sprawiłoby mu to trudności.
Siedział w Wielkim Gniewie, zwanym teraz StraŜnicą Cieni — olbrzymiej budowli
pełnej wysokich komnat oświetlonych pochodniami i podziemnych labiryntów.
Wieńczyły je liczne wieŜe. Były tam przedmioty o wielkim pięknie i przedmioty o
nieocenionej wartości. Cienie tańczyły na jej korytarzach. Niezliczone klejnoty
ś
wieciły jaśniej niŜ słońce nad Jasną Stroną.
Siedział w swej bibliotece w StraŜnicy Cieni, pracując nad swoim dziełem. Na
biurku stała czaszka jej poprzedniego władcy, której uŜywał jako popielniczki.
Zapalił papierosa. Jednym z powodów, dla których stworzył potajemny handel,
było to, iŜ stwierdził, Ŝe ten zwyczaj Jasnej Strony jest równie przyjemny, jak trudny
do porzucenia. Obserwował, jak dym z papierosa miesza się z dymem świec,
wędrując ku sufitowi, gdy Stab (były człowiek — nietoperz, którego uczynił swoim
słuŜącym) wszedł, zatrzymując się w przepisowej odległości.
— Panie — rzekł.
— Słucham.
— Pod bramą stoi jakaś stara baba, która mówi, Ŝe chce rozmawiać z tobą.
— Nie wzywałem Ŝadnych starych bab. KaŜ jej iść precz.
— Powiedziała, Ŝe ją zaprosiłeś, panie.
Jack spojrzał na małego, ciemnoskórego człowieczka, którego wydłuŜone
kończyny i pióropusz białych włosów, przypominających czułki nad nienormalnie
długą twarzą nadawały owadopodobny wygląd. Jack miał dla niego powaŜanie, gdyŜ
był on niegdyś znanym złodziejem, który próbował okraść poprzedniego władcę tego
miejsca.
— Zaprosiłem? Nie przypominam sobie. Jakie wywarła na tobie wraŜenie?
— Czuć od niej było smród zachodu, panie.
— Dziwne...
— Kazała przekazać, Ŝe ma na imię Rosie.
— Rosalie! — krzyknął Jack, zrywając się na równe nogi. — Przyprowadź ją do
mnie, Stab!
— Tak jest, panie — odpowiedział Stab, odsuwając się od pana na bezpieczną
odległość jak zwykle, gdy następowały u niego nieoczekiwane zmiany nastroju.
Jack strząsnął popiół do czaszki, przyglądając się jej.
— Ciekawe, czy wkrótce znowu się pojawisz? — zastanowił się. — Mam
wraŜenie, Ŝe tak.
Zrobił notatkę, która miała mu przypomnieć, Ŝe powinien zarazić kilka kompanii
Ŝ
ołnierzy cięŜkim katarem i skierować ich do patrolowania okolic Otchłani Łajna.
OpróŜnił czaszkę i zabrał się do porządkowania papierów na biurku, gdy Stab
wprowadził Rosalie. Podnosząc się zza biurka, Jack spojrzał na sługę, który oddalił
się szybko.
— Rosalie! — zawołał. — Jak się czujesz!
Nie odwzajemniła uśmiechu, lecz skinęła głową i usiadła na krześle, które jej
wskazał.
Na bogów! — pomyślał. — Naprawdę wygląda jak wiecheć, ale... to jednak
przecieŜ Rosalie.
— Widzę, Ŝe w końcu przybyłaś do StraŜnicy Cieni. W podzięce za chleb, który mi
wtedy dałaś, nigdy nie zabraknie ci jedzenia. W zamian za radę, której mi udzieliłaś,
będziesz otoczona honorami. Przyślę ci słuŜących, aby cię wykąpali i ubrali. Będą
zawsze na twoje rozkazy. Jeśli pragniesz pogłębić znajomość swej sztuki, udzielę ci
lekcji wyŜszej magii. Dam ci wszystko, o co poprosisz. Wydam na twoją cześć ucztę,
gdy tylko zdąŜę ją przygotować. Witaj w StraŜnicy Cieni!
— Właściwie nie mam zamiaru tu zostać, Jack. Chciałam tylko popatrzeć, jak
wyglądasz w swym nowym szarym ubraniu i wspaniałym płaszczu. Jakie piękne buty!
Nigdy przedtem nie miałeś takich czystych.
Uśmiechnął się.
— Nie chodzę tyle na piechotę, co kiedyś.
— ...Nigdzie teŜ nie musisz się podkradać — dodała. — Zdobyłeś dla siebie
królestwo, Jack, największe o jakim słyszałam. Czy uczyniło cię to szczęśliwym?
— Raczej tak.
— Poszedłeś do maszyny, która myśli jak człowiek, tylko szybciej. Tej, przed
którą cię ostrzegałam, prawda?
— Tak.
— ...i ona dała ci Utracony Klucz — Kolwynie?
Odwrócił się, sięgnął po papierosa i zapalił go. Zaciągnął się głęboko. Spojrzał na
Rosalie i skinął głową.
— O tym nie rozmawiam z nikim — powiedział.
— Oczywiście, oczywiście — odpowiedziała. — Dzięki niemu jednak zdobyłeś
moc, która umoŜliwiła ci spełnienie twoich ambicji, o których nawet nie wiedziałeś
kiedyś, Ŝe je masz.
— Muszę przyznać, Ŝe masz rację.
— Opowiedz mi o tej kobiecie.
— Jakiej kobiecie?
— Widziałam w komnacie piękną kobietę, całą ubraną na zielono, pod kolor oczu.
Powiedziałam jej „dzień dobry”. Jej usta uśmiechnęły się do mnie, lecz jej duch
podąŜał za nią płacząc. Co jej uczyniłeś, Jack?
— To, co było konieczne.
— Okradłeś ją z czegoś, sama nie wiem z czego, tak jak okradasz wszystkich,
których znasz. Czy masz kogoś, kogo uwaŜasz za przyjaciela? Komu nic nie zabrałeś,
lecz dałeś mu coś?
— Tak — odpowiedział. — Siedzi na szczycie Panicusa, zrobiony w połowie ze
skały, a w połowie nie wiem z czego. Wiele razy odwiedzałem go i ze wszystkich sił
starałem się go uwolnić, jednakŜe nawet potęga Klucza okazała się niewystarczająca.
— Anioł Jutrzenki... — powiedziała. — Tak, to się nawet zgadza, Ŝe twoim
jedynym przyjacielem jest ktoś przeklęty przez bogów.
— Rosie, za co chcesz mnie ukarać? Pragnę ci wynagrodzić, jak tylko będę mógł
wszystko, co wycierpiałaś z mojej i nie mojej winy.
— Ta kobieta, którą widziałam... Czy przywrócisz ją do stanu, w jakim była, zanim
ją okradłeś, jeśli to właśnie będzie moje Ŝyczenie?
— Być moŜe — odpowiedział Jack. — Wątpię jednak, czy mnie o to poprosisz.
Gdybym to uczynił, ogarnęłoby ją szaleństwo.
— Dlaczego?
— Z powodu wszystkiego, co przeŜyła.
— Z twojej winy?
— Tak, ale sama do tego doprowadziła.
— śadna ludzka dusza nie zasługuje na takie cierpienie, jakie widziałam
podąŜające za nią.
— Dusze! Nie opowiadaj mi o duszach ani o cierpieniu! Czy chcesz mi
przypomnieć, Ŝe ty masz duszę, a ja nie? Czy myślisz, Ŝe ja nie wiem nic o
cierpieniu? Co prawda, masz rację co do niej. Jest w połowie pochodzenia ludzkiego.
— AleŜ ty masz duszę, Jack. Przyniosłam ją ze sobą.
— Obawiam się, Ŝe nie rozumiem...
— Zostawiłeś ją w Otchłani Łajna w Glyve, jak wszyscy mieszkańcy Ciemnej
Strony. Przyniosłam ją ze sobą na wypadek, gdybyś któregoś dnia jej potrzebował.
— śartujesz, oczywiście?
— Nie.
— Skąd wiedziałaś, Ŝe to moja?
— Jestem wiedźmą.
— PokaŜ mi ją.
Zdusił papierosa. Rozpakowała swój tobołek. Wyjęła z niego mały przedmiot,
zawinięty w czystą szmatkę. Rozwinęła ją i pokazała Jackowi na wyciągniętej dłoni.
— Takie coś? — zapytał.
Zaczął się śmiać.
Przedmiot był szarą kulą, która pod wpływem światła zaczęła się rozjaśniać. Jej
powierzchnia zaczęła lśnić, wreszcie stała się zupełnie przezroczysta. Na jej
powierzchni błyszczały róŜnokolorowe światła.
— To tylko kamień — powiedział.
— Miałeś go ze sobą, gdy przebudziłeś się w Glyve, prawda?
— Tak, trzymałem go w ręku.
— Dlaczego go zostawiłeś?
— A dlaczego nie?
— Czy nie był z tobą za kaŜdym razem, gdy się przebudzałeś?
— No i co z tego?
— Ten kamień zawiera twoją duszę. Być moŜe któregoś dnia zapragniesz się z nią
połączyć.
— To ma być dusza? Co mam z nią zrobić? Nosić ją w kieszeni?
— Zawsze to lepiej niŜ zostawić ją na kupie łajna.
— Daj mi to!
Wyrwał jej kamień z ręki i przyjrzał mu się uwaŜnie.
— To nie jest dusza — powiedział. — To wyjątkowo nieatrakcyjny kawał
kamienia lub jajo wielkiego Ŝuka gnojaka. Nawet śmierdzi jak Glyve! Zamachnął się
ręką pragnąc wyrzucić przedmiot.
— Nie! — krzyknęła. — To twoja dusza... — dokończyła cicho, gdy kamień
uderzył o ścianę i rozsypał się na kawałki. Jack odwrócił głowę.
— Powinnam była to przewidzieć — powiedziała. — śaden z was tak naprawdę
ich nie chce, a juŜ najmniej ty. Sam musisz przyznać, Ŝe było to coś więcej niŜ zwykły
kamień czy jajo, bo inaczej nie zareagowałbyś z taką wściekłością. Wyczułeś coś, co
zagraŜało ci osobiście. Mam rację?
Nie odpowiedział jej. Zwrócił powoli głowę w kierunku rozbitego kamienia i
wlepił w niego swój wzrok. Rosalie równieŜ spojrzała w tamtą stronę.
Z kamienia wydobył się mglisty obłok, który rozpostarł się we wszystkie strony.
Uniósł się w powietrze, znieruchomiał i zaczął przybierać kolory. Zaczął pojawiać się
zarys człowiekokształtnej postaci. Jack patrzył zafascynowany. Coraz lepiej widoczne
zarysy twarzy były identyczne z jego własnymi. Postać była coraz wyraźniejsza. W
końcu miał wraŜenie, Ŝe patrzy na własnego bliźniaka.
— Jak się nazywasz duchu? — zapytał.
Zaschło mu w gardle.
— Jack — padła odpowiedź.
— Ja jestem Jack. Jak brzmi twoje imię?
— Jack — powtórzyła postać.
Zwrócił się w stronę Rosalie.
— Ty sprowadziłaś go tutaj. Wygnaj go teraz — warknął.
— Nie mogę — odpowiedziała. Przeczesała włosy ręką, a potem opuściła ją na
podołek, gdzie połączyła się w uścisku z drugą. — On naleŜy do ciebie.
— Dlaczego nie zostawiłaś go w Glyve, tam gdzie go znalazłaś? Gdzie jest jego
miejsce?
— To nie było jego miejsce — odpowiedziała. — NaleŜy do ciebie.
Jack odwrócił się.
— Hej, ty! — zapytał. — Czy jesteś duszą?
— Zaczekaj chwilę, proszę — padła odpowiedź. — Muszę się pozbierać do kupy.
Tak, wydaje mi się, Ŝe jestem duszą.
— Czyją?
— Twoją, Jack.
— Świetnie — powiedział Jack. — Naprawdę mi się odpłaciłaś, Rosalie. Co mam
u diabła zrobić z duszą. Jak się jej pozbyć? Jeśli umrę, gdy ona jest na wolności, nie
będę mógł ponownie narodzić się.
— Nie wiem, co ci odpowiedzieć. Myślałam, Ŝe zrobię dobrze, kiedy ją odnajdę i
przyniosę do ciebie.
— Dlaczego?
— Mówiłam ci kiedyś, Ŝe Baron był zawsze dobry dla starej Rosie. Gdy zdobyłeś
jego królestwo, powiesiłeś go głową w dół i rozprułeś mu brzuch. Płakałam, Jack.
Przez długi czas on był jedynym człowiekiem, który był dla mnie dobry. Słyszałam
wiele o twoich czynach i Ŝaden z nich nie był dobry. Mając taką moc jak ty, łatwo jest
skrzywdzić wielu i ty to zrobiłeś. Myślałam, Ŝe jeśli przyniosę ci twoją duszę, staniesz
się bardziej wyrozumiały.
— Och, Rosalie — westchnął. — Jakaś głupia. Chciałaś dobrze, ale postąpiłaś
głupio.
— MoŜliwe — odpowiedziała zaciskając dłonie z całej siły. Spojrzała na duszę,
która stała nieruchomo, wpatrzona w nich.
— Duszo — odezwał się Jack. — Słyszałaś, co powiedziałem. Czy masz jakieś
propozycje?
— Pragnę tylko jednego.
— A mianowicie?
— Połączyć się z tobą. Iść z tobą przez Ŝycie, pocieszać cię i udzielać ci rady i...
— Poczekaj chwilę — powiedział Jack. — Czego potrzebujesz, aby się ze mną
połączyć?
— Twojej zgody.
Jack uśmiechnął się. Zapalił papierosa. Ręce drŜały mu lekko.
— Co się stanie, jeśli odmówię tej zgody? — zapytał.
— Wtedy pozostanę bezdomna. Będę podąŜać za tobą z daleka, niezdolna
pocieszać cię ani ostrzec, niezdolna...
— Świetnie — powiedział Jack. — Odmawiam zgody. Wynoś się stąd.
— Chyba Ŝartujesz? Cholernie nieładnie postępować tak z duszą. Czekam gotowa
pocieszać cię i ostrzegać, a ty mnie wyrzucasz. Co ludzie powiedzą? Patrzcie, tam
idzie dusza Jacka. Biedactwo. Wałęsa się z pomniejszymi duchami, demonami i...
— ZjeŜdŜaj — powiedział Jack. — Mogę się obejść bez ciebie. Znam was,
podstępne gnojki. Przez was ludzie się zmieniają. Ja natomiast nie chcę się zmieniać.
Podobam się sobie taki, jaki jestem. Nie potrzebuję cię. Wracaj do Otchłani Łajna
albo idź sobie, gdzie chcesz. Rób, co ci się podoba, tylko zostaw mnie w spokoju.
— Ty naprawdę tego chcesz?
— Oczywiście. Mogę ci nawet znaleźć ładny nowy kryształ, jeśli wolisz tkwić w
jego środku.
— Na to juŜ za późno.
— CóŜ, to wszystko, co mogłem ci zaoferować.
— Jeśli nie chcesz się ze mną połączyć, to chociaŜ nie wyrzucaj mnie jak byle
włóczęgę. Pozwól mi zostać przy sobie. MoŜe w ten sposób będę mogła cię
pocieszać, ostrzegać i udzielać ci rady. MoŜe wtedy docenisz moją wartość i zmienisz
zdanie.
— Wynoś się.
— A jeśli nie pójdę? Jeśli będę się narzucać ze swoją obecnością?
— Wtedy uŜyję przeciw tobie najbardziej niszczycielskich mocy Klucza —
odpowiedział Jack — których nigdy do tej pory nie stosowałem.
— Zniszczyłbyś własną duszę?
— Masz cholerną rację! ZjeŜdŜaj stąd!
Dusza odwróciła się w stronę ściany i zniknęła.
— Tyle o duszach — powiedział Jack. — Teraz znajdę ci pokój i słuŜących. Potem
przygotujemy ucztę.
— Nie — odpowiedziała Rosie. — Chciałam cię tylko zobaczyć. W porządku,
zobaczyłam. Chciałam ci przynieść pewną rzecz — przyniosłam ją. To wszystko.
Wstała z miejsca.
— Zaczekaj — powiedział Jack. — Dokąd pójdziesz?
— Moja rola jako wiedźmy Marchii Wschodniej dobiegła końca. Wracam do
Gospody pod Płonącym Tłuczkiem przy drodze prowadzącej w kierunku morza.
MoŜe znajdę tam młodą dziewczynę, która zaopiekuje się mną na stare lata. W
zamian za to nauczę ją magii.
— Zostań choć na chwilę — poprosił. — Zjedz coś, odpocznij.
— Nie podoba mi się to miejsce.
— JeŜeli koniecznie chcesz odejść, pozwól mi wysłać cię w łatwiejszy sposób niŜ
na piechotę.
— Nie, dziękuję.
— Mogę ci dać trochę pieniędzy.
— Ukradną mi je.
— Wyślę eskortę.
— Wolę podróŜować sama.
— Dobrze, Rosalie.
Spojrzał jak wychodzi, potem zwrócił się w stronę kominka i rozpalił w nim mały
ogień.
Jack kontynuował pracę nad swoim dziełem „Opis kultury Ciemnej Strony”, stając
się w nim coraz waŜniejszą postacią. Konsolidował teŜ swoją władzę nad krainą nocy.
Widział, jak w całym kraju wznoszono na jego cześć niezliczone posągi. Słyszał swe
imię na wargach pieśniarzy i poetów nie w starych pieśniach o złodziejskich
wyczynach, lecz w nowych o jego mądrości i potędze. Czterokrotnie pozwalał
Królikowi Nietoperzy, Smage’owi, Quazerowi, Baronowi i Blite’owi przebyć część
drogi z Glyve, zanim wysłał ich tam z powrotem, za kaŜdym razem w inny sposób.
Postanowił zuŜyć wszystkie przydzielone im Ŝycia i w ten sposób pozbyć się ich raz
na zawsze.
Evene tańczyła i śmiała się na uroczystości, którą urządził Jack na cześć powrotu
jej ojca. Unosząc we wciąŜ pokrytej bliznami ręce puchar wina z piwnicy, która
niegdyś naleŜała do niego, Pułkownik Który Nigdy Nie Został Zabity Przez Drugiego
wzniósł toast:
— Za pana i panią StraŜnicy Cieni! Niech ich królestwo i ich szczęście przetrwają
tak długo, jak noc, która nas osłania!
Pułkownik wypił wino. Zaczęła się zabawa.
Wysoko na szczycie Panicusa, zrośnięty z nim Anioł Jutrzenki spoglądał na
wschód.
Dusza przeklinając wędrowała na wschód.
Tłusty smok sapiąc dźwigał owcę w stronę swego legowiska.
Potwór w mrocznym bagnie śnił o krwi.
11.
W końcu nadszedł czas, gdy naprawdę złamano Przymierze.
Robiło się coraz zimniej. Jack zajrzał do Księgi i znalazł imiona tych, na których
przypadała kolej. Czekał i czekał, lecz nic się nie zdarzyło. W końcu wezwał ich do
siebie.
— Przyjaciele — powiedział. — Na was przypada kolejny dyŜur przy Tarczy.
Dlaczego go nie podjęliście?
— Panie — odrzekł Eldrige. — Wspólnie ustaliliśmy, Ŝe odmówimy.
— Dlaczego?
— Ty pierwszy złamałeś Przymierze — odpowiedział. — Jeśli nie moŜemy
wskrzesić świata takiego, jakim był przedtem, to wolimy, aby pozostał taki, jaki jest
teraz, to znaczy zmierzający prostą drogą ku zagładzie. Nie ruszymy nawet ręką.
JeŜeli chcesz, moŜesz nas zabić. JeŜeli jesteś taki potęŜny, napraw Tarczę sam. Zabij
nas i patrz na śmierć.
— Słyszałeś jego prośbę — powiedział Jack do sługi. — Przypilnuj, Ŝeby wszyscy
zostali zabici.
— Ale, panie...
— Zrób, jak ci powiedziałem.
— Tak jest.
— Sam zajmę się Tarczą.
Wyprowadzono ich i stracono.
Jack zabrał się do dzieła. Wspiął się na szczyt jednej z najbliŜszych gór i zaczął
zastanawiać się nad całym problemem. Czuł chłód. Otworzył swoją jaźń i znalazł luki
w Tarczy. Zaczął rysować na ścianie magiczne diagramy, wydrapując je ostrzem
własnego miecza. Zatliły się, a potem rozbłysły pełnym blaskiem. Wyrecytował słowa
Klucza.
— Cześć.
Jack odwrócił się wyciągając miecz.
—
To tylko ja.
Opuścił miecz. Powiał zimny wiatr.
— Czego chcesz duszo?
— Zaciekawiło mnie, co robisz. Czasami podąŜam za tobą, rozumiesz.
— Wiem o tym i nie podoba mi się to.
Jack ponownie zwrócił uwagę w stronę diagramu.
— Czy moŜesz mi odpowiedzieć?
— Zgoda — odpowiedział — ale pod warunkiem, Ŝe przestaniesz zawodzić mi nad
uchem.
— Jestem zbłąkaną duszą. One zawsze zawodzą.
— W takim razie rób, co chcesz. Nic mnie to nie obchodzi.
— Ale to, co pragniesz zrobić...
— Mam zamiar naprawić Tarczę. Myślę, Ŝe znalazłem odpowiednie zaklęcie.
— Nie wierzę, Ŝebyś potrafił to zrobić.
— Dlaczego?
— Myślę, Ŝe nikt nie potrafi tego dokonać w pojedynkę.
— Przekonamy się.
— Czy mogę ci pomóc?
— Nie!
Wrócił do diagramu, poprawił go ostrzem swojego miecza i ponownie zaczął
recytować zaklęcie. Powiał wiatr. Płomienie rozjarzyły się.
— Muszę juŜ iść — powiedział. — Zejdź mi z drogi duszo.
— W porządku. Pragnę tylko zjednoczyć się z tobą.
— MoŜe kiedyś, gdy znudzę się Ŝyciem. Z pewnością nie teraz.
— To znaczy, Ŝe mogę mieć nadzieję?
— Być moŜe, ale nie w najbliŜszym czasie.
Jack wstał i spojrzał na to, czego dokonał.
— Nie udało się, prawda?
— Zamknij się.
— Nie powiodło ci się.
— Zamknij się.
— Czy chcesz się ze mną zjednoczyć?
— Nie!
— MoŜe mogłabym ci pomóc?
— Idź do diabła.
— Tylko zapytałam.
— Zostaw mnie w spokoju.
— Co teraz zrobisz?
— ZjeŜdŜaj stąd!
Podniósł ręce i cisnął przed siebie moc. Bez skutku.
— Nie potrafię tego zrobić — powiedział.
— Przewidziałam to. Czy wiesz co zrobić teraz?
— Zastanawiam się.
— Mam pewien pomysł.
— Jaki?
— Spytaj swego przyjaciela, Anioła Jutrzenki. On wie mnóstwo rzeczy. Myślę, Ŝe
mógłby ci coś poradzić.
Jack opuścił głowę i spojrzał na dymiący diagram. Wiał zimny wiatr.
— Być moŜe masz rację — powiedział.
— Jestem pewna, Ŝe mam.
Jack owinął się w swój płaszcz.
— Wyruszę poprzez cienie — powiedział.
Szedł długo poprzez cienie, aŜ dotarł na miejsce. Potem wspiął się w górę. Gdy
dotarł na szczyt, podszedł do Anioła Jutrzenki.
— Jestem tutaj — powiedział.
— Wiem o tym.
— Czy wiesz, czego pragnę?
— Tak.
— Czy moŜna tego dokonać?
— Nie jest to niemoŜliwe.
— Co mam uczynić?
— To nie będzie łatwe.
— Nie spodziewałem się, Ŝe będzie. Powiedz mi.
Anioł Jutrzenki pochylił nieco swój olbrzymi tułów. Potem powiedział mu.
— Nie wiem, czy dam radę tego dokonać — powiedział Jack.
— Ktoś musi.
— Czy nie ma nikogo, komu mógłbym powierzyć to zadanie?
— Nie.
— Czy jesteś w stanie przepowiedzieć, czy mi się uda?
— Nie. Mówiłem ci juŜ kiedyś o twoich cieniach.
— Tak, przypominam sobie.
Przez chwilę na szczycie panowała cisza.
— Do widzenia, Aniele Jutrzenki — powiedział Jack wreszcie. — Dziękuję ci za
radę.
— Powodzenia, Jack.
Jack odwrócił się i ponownie wyruszył w drogę poprzez cienie. Wszedł do wielkiej
jamy, która prowadziła do wnętrza świata. Gdzieniegdzie na ścianach widać było
ś
wietliste plamy. W pobliŜu nich mógł uŜywać cienia i pokonywać znaczne odległości
za jednym zamachem. W innych miejscach, gdzie panowała całkowita ciemność,
musiał iść na piechotę, jak wszyscy. Od czasu do czasu mijał niezwykle ozdobione
galerie i skryte w ciemnościach drzwi. Nie zatrzymywał się, aby im się przyjrzeć.
Niekiedy słyszał odgłosy wyposaŜonych w pazury łap lub tętent koni. Raz minął
ognisko, w którym płonęły kości. Dwukrotnie usłyszał krzyk, brzmiący jak okrzyk
bólu kobiety. Nie zatrzymał się, sięgnął tylko do rękojeści miecza.
Minął korytarz, w którym olbrzymi pająk siedział na środku pajęczyny o niciach
grubych jak powrozy. Gdy przechodził, zaczęła drŜeć. Rzucił się do ucieczki,
jednakŜe pająk nie ścigał go. Po chwili usłyszał za plecami śmiech.
Gdy zatrzymał się na odpoczynek, ujrzał, Ŝe ściany w tym miejscu były wilgotne i
pokryte pleśnią. Z dala dobiegał odgłos podziemnej rzeki. Małe stworzenia podobne
do krabów uciekały przed nim wspinając się po ścianach.
Posuwając się dalej, napotkał rozpadliny i przepaście ziejące cuchnącymi oparami.
Z niektórych wydobywały się płomienie. Upłynęło sporo czasu zanim dotarł do
metalowego mostu szerokiego zaledwie na dłoń. Spojrzał w przepaść na dole. Ujrzał
tylko ciemność. Ruszył naprzód, balansując ostroŜnie. Odetchnął z ulgą, gdy postawił
stopę na drugim brzegu. Nie obejrzał się za siebie.
Tunel stawał się coraz szerszy, aŜ jego ściany i sufit zniknęły z pola widzenia.
Ciemne kształty o róŜnej gęstości przesuwały się obok niego. W kaŜdej chwili mógł
zapalić niewielkie światło, aby oświetlić drogę, wolał jednak tego nie robić, obawiając
się zwrócenia uwagi któregoś z nich. Równie łatwo mógł zapalić wielkie światło,
jednakŜe nie przetrwałoby ono długo, gdy tylko bowiem Jack wkroczyłby w
stworzony w ten sposób świat cieni, zgasłoby ponownie, pozostawiając go w
ciemności.
Przez chwilę obawiał się, Ŝe znalazł się w olbrzymiej jaskini i zgubił w niej drogę,
potem jednak pojawiło się przed nim pasemko światła. Przykuł do niego wzrok i
ruszył w jego kierunku. Gdy po dłuŜszej chwili dotarł na miejsce, ujrzał wielki,
czarny staw, na którym unosiły się przypominające rybie łuski fragmenty
fosforyzującego grzyba, porastającego ściany i sklepienie jaskini. OkrąŜył staw,
kierując się w stronę plamy ciemności na jego drugim brzegu. Nagle w wodzie coś się
poruszyło. Jack odwrócił się, wyciągnął miecz. Skoro i tak został odkryty, mógł
wypowiedzieć zaklęcie, dzięki któremu nad wodą pojawiło się światło. Ujrzał na
powierzchni wielką falę, zbliŜającą się w jego stronę, jakby pod wodą poruszało się
coś duŜego. Z obu jej stron pojawiły się czarne, zakończone szczypcami, ociekające
wodą macki. Wyciągnęły się w jego kierunku. ZmruŜył oczy pod wpływem
stworzonego przez siebie światła. Zamachnął się mieczem, trzymając go w obu
rękach. Wypowiedział najkrótsze znane mu zaklęcie, przynoszące siłę i pewność
uderzenia.
Gdy bliŜsza macka znalazła się w zasięgu jego uderzenia, ciął ją mieczem. Upadła,
wciąŜ się wijąc tuŜ obok jego lewej nogi i uderzyła go, przewracając go na ziemię.
MoŜna powiedzieć, Ŝe miał szczęście, gdyŜ w tym samym momencie druga z
macek uderzyła w miejsce, gdzie przed chwilą znajdowały się jego głowa i barki.
Wtem z wody wyłoniła się okrągła twarz o bladych oczach. Jej średnica wynosiła
około trzech stóp. Ozdobiona była koroną wijących się macek o grubości męskiego
kciuka. W jej dolnej części pojawił się wielki otwór. Ruszyła w kierunku Jacka. Ten,
nie podnosząc się z ziemi, skierował miecz trzymany w obu rękach w stronę potwora.
Wypowiedział słowa Klucza tak szybko, jak jego usta mogły nadąŜyć. Ostrze
rozjarzyło się jasnym światłem, rozległo się głośne brzęczenie i z końca miecza
wytrysnął strumień płomienia.
Jack powoli zatoczył mieczem krąg. Wkrótce do jego nozdrzy nadbiegł smród
palącego się mięsa. Stwór wciąŜ nie ustępował, aŜ Jack ujrzał biel jego licznych
zębów. Jego zdrowa macka wraz z kikutem drugiej waliły na oślep w niebezpiecznie
bliskiej odległości. Bestia zasyczała głośno. W tej samej chwili Jack uniósł miecz tak,
Ŝ
e płomienie padły na krótkie macki, wijące się na czubku głowy potwora. Z
dźwiękiem przypominającym łkanie stworzenie rzuciło się z powrotem do wody,
wznosząc falę, która zalała Jacka. Zanim bestia zniknęła w głębinach, Jack zdąŜył
jeszcze ujrzeć jej tylną część.
To nie zimna woda sprawiła, Ŝe zadrŜał. Podniósł się, zanurzył miecz w wodzie i
wypowiedział zaklęcie, które wzmocniło tysiąckrotnie moc, którą przywołał
uprzednio. Miecz zaczął wibrować tak, Ŝe tylko z największym trudem mógł go
utrzymać w rękach. Stał jednak mocno. Nad głową błyszczało mu światło, u jego stóp
leŜała odcięta macka. Im bardziej bał się mocy, którą wezwał, tym dłuŜej wydawało
mu się, Ŝe tam stoi. Pot pokrył go jak dodatkowe ciepłe ubranie.
Nagle z sykiem, przypominającym niemal krzyk bólu, połowa ciała stworzenia
wychynęła z wody. Po chwili zniknęło z powrotem. Jack nie poruszył się, dopóki
woda nie zaczęła wrzeć. Potwór nie pojawił się więcej.
Jack nie zatrzymał się na następny posiłek, zanim nie zostawił stawu za sobą i nie
wszedł do następnego tunelu. Wiedział, Ŝe nie odwaŜy się spać. ZaŜył środki
wzmacniające i ruszył dalej.
Gdy zbliŜył się do obszaru płomieni, zaatakowała go para włochatych małpoludów.
Skrywając się w cieniu, uciekł im z łatwością. Nie miał czasu, Ŝeby je zabić lub
poznęcać się nad nimi, odmówił więc sobie tej przyjemności i rozkazał cieniom, aby
go zaniosły najdalej jak to moŜliwe.
Teren zajęty przez płomienie był olbrzymi i po chwili, gdy Jack znalazł się na ich
drugim końcu, wiedział juŜ, Ŝe zbliŜa się do celu. Przygotował się na spotkanie
następnego niebezpieczeństwa.
Po dłuŜszej drodze poczuł smród, przywodzący mu na myśl Glyve, lub coś jeszcze
bardziej obrzydliwego. Wiedział, Ŝe wkrótce będzie mógł widzieć, choć nigdzie nie
było światła, a co za tym idzie, równieŜ i cieni, w które mógłby się schronić.
Powtarzał w pamięci niezbędne wiadomości. Smród nasilał się. Z najwyŜszym
wysiłkiem powstrzymywał się od wymiotów.
Stopniowo zaczynał widzieć, jednakŜe nie za pomocą zwyczajnego wzroku.
Ujrzał podmokły, pełen skał i jaskiń krajobraz, sprawiający ponure wraŜenie.
Panowała tu cisza. Mgła unosiła się leniwie w powietrzu i wśród skał, opary wzbijały
się z wielkich kałuŜ stojącej wody. Niekiedy mgły i opary kondensowały się na
niewielkiej wysokości nad głową i przez krótką chwilę padał milczący deszcz, który
spłukiwał plugastwo pokrywające ziemie, przenosząc je z jednego miejsca na drugie.
Poza tym nie było widać nic. Wokoło panował chłód przejmujący do szpiku kości.
Jack poruszał się najprędzej jak tylko mógł się odwaŜyć. Nie zdąŜył zajść daleko,
gdy zauwaŜył po swej lewej stronie niewielkie poruszenie. Z jednej z normalnie
spokojnych kałuŜ wyskoczyło małe, czarne, pokryte brodawkami stworzenie, które
wpatrywało się w niego bez ruchu. Jack wyciągnął miecz i dotknął lekko stworzenia
jego końcem. Cofnął się szybko o krok, przewidując, co moŜe się zdarzyć. Powietrze
eksplodowało, gdy stworzenie zmieniło nagle swoją postać. Wznosiło się nad Jackiem
na czarnych, krzywych nogach. Nie miało twarzy. Wydawało się nie mieć trzeciego
wymiaru, jak gdyby narysowano je najczarniejszym z atramentów. To, na czym stało,
to nie były stopy. Machając ogonem, przemówiło:
— Powiedz mi swoje imię, ty, który tędy przechodzisz.
Jego głos brzmiał jak srebrne dzwony z Krelle.
— Nikt nie moŜe usłyszeć mojego imienia, zanim nie poda mi własnego —
odpowiedział Jack.
Z zarysu rogatej głowy dobiegł śmiech.
— Szybciej. Chcę usłyszeć twoje imię. Nie mam czasu.
— Jak sobie Ŝyczysz — rzekł Jack i powiedział mu swoje imię.
Stwór upadł przed nim na kolana.
— Panie — powiedział.
— Tak, to jest moje imię. Teraz musisz mi być we wszystkim posłuszny.
— Tak jest.
— Rozkazuję ci w imię tego, co powiedziałem, Ŝebyś zaniósł mnie na swoich
plecach do najdalszych granic swojego królestwa, drogą wiodącą w dół, aŜ do tego
miejsca, gdzie ty i tobie podobni nie moŜecie juŜ iść dalej. Nie wolno ci teŜ zdradzić
mnie przed Ŝadnym z twoich kompanów.
— Zrobię, jak mi rozkazałeś.
— Powtórz to jeszcze raz jako przysięgę.
Stwór wykonał polecenie.
— Schyl się teraz tak, abym mógł cię dosiąść.
Jack wskoczył na grzbiet stwora, pochylił się i chwycił go za rogi.
— Naprzód! — krzyknął. Stwór podniósł się i ruszył z miejsca. Jack usłyszał tętent
jego kopyt i oddech przypominający pracę miechów.
ZauwaŜył, Ŝe powłoka jego wierzchowca przypominała w dotyku delikatne sukno.
Stwór przyśpieszył kroku, aŜ krajobraz zaczął migać Jackowi przed oczyma...
Potem nastała cisza.
Wyczuwał wokół siebie poruszającą się ciemność. Wiatr owiewał jego twarz z
regularnością uderzeń serca. Zrozumiał, Ŝe znajdują się w powietrzu i wielkie, czarne
skrzydła stworzenia unoszą ich w górę ponad niezdrową krainą. PodróŜ trwała przez
dłuŜszy czas. Jack marszczył nos, gdyŜ bestia śmierdziała jeszcze gorzej niŜ jej
rodzinny kraj. Poruszali się szybko, mógł jednak od czasu do czasu dostrzec podobne
ciemne kształty poruszające się w powietrzu.
Choć poruszali się z wielką prędkością, to końca podróŜy wciąŜ nie było widać.
Jack obawiał się, Ŝe opuszczą go siły. Ręce zaczęły go boleć jeszcze bardziej niŜ
wtedy, gdy zagotował wodę w czarnym stawie. Nie mógł zasnąć w obawie, Ŝe puści
się swego wierzchowca. Aby odegnać sen, rozmyślał o wielu rzeczach.
Dziwne — pomyślał — Ŝe to mój najgorszy wróg wyświadczył mi największą
przysługę. Gdyby Król Nietoperzy nie zmusił mnie do tego, nigdy nie poszukiwałbym
mocy, którą teraz posiadam. Mocy, która uczyniła mnie władcą. Dzięki której mogłem
się zemścić i zdobyć Evene... Evene... WciąŜ nie zadowala mnie sposób, w jaki
utrzymuję cię przy sobie. Jakie jednak mam wyjście? ZasłuŜyłaś na to. CzyŜ miłość
równieŜ nie jest rodzajem zaklęcia? Jeden kocha, a drugi jest kochany i ten, który
kocha, wykonuje wszystkie rozkazy tego drugiego. No jasne. To jest to samo...
Pomyślał teŜ o jej ojcu — Pułkowniku, o Smage’u, Quazerze, Benonim, Blicie,
Baronie. Wszyscy mu zapłacili, wszyscy. Pomyślał o Rosalie, o starej Rosie.
Zastanowił się, czy wciąŜ Ŝyje. Postanowił spytać o nią któregoś dnia w Gospodzie
pod Płonącym Tłuczkiem przy drodze prowadzącej w kierunku oceanu. Borshin —
pomyślał. Czy ten kaleki stwór zdołał jakoś przeŜyć, czy wciąŜ poszukuje mojego
tropu, gnany jedynym poŜądaniem wypełniającym jego zdeformowane ciało? Był on
naprawdę ostatnią bronią Króla Nietoperzy, jego jedyną nadzieją na zemstę. Jak
wybuch strąka geblinki myśl ta sprawiła, Ŝe jego umysł powrócił do spraw, o których
juŜ dawno nie myślał: komputery, „Ziemianka”, jego wykłady, dziewczyna. Jak miała
na imię? — Clare! Uśmiechnął się na myśl, Ŝe wciąŜ pamiętał jej imię, choć nie
potrafił przypomnieć sobie jej twarzy. Był jeszcze Quilian. Wiedział, Ŝe nigdy nie
zapomni jego twarzy. Jak bardzo go nienawidził! Roześmiał się na myśl, Ŝe zostawił
go w łapach oszalałego z bólu borshina, który z pewnością wziął go za Jacka.
Wspomniał szaleńczą ucieczkę z Jasnej Strony w kierunku Ciemności, gdy nie
wiedział, czy wydruki, które miał ze sobą, rzeczywiście zawierają Utracony Klucz —
Kolwynię. Pamiętał triumf jaki odczuł, gdy je sprawdził. Choć nigdy juŜ nie wrócił do
Krainy Światła, odczuwał dziwną nostalgię za tamtymi dniami na uniwersytecie. Być
moŜe — pomyślał — to dlatego, Ŝe cała rzecz naleŜy juŜ do przeszłości i mogę
wspominać ją spokojnie, podczas gdy wtedy byłem w centrum wydarzeń...
WciąŜ wracał myślą do Anioła Jutrzenki siedzącego na szczycie Panicusa...
Przypomniał sobie cały okres od Igrzysk Piekielnych do chwili obecnej... i
ponownie jego myśli zwróciły się do Anioła Jutrzenki, jego jedynego przyjaciela.
Dlaczego byli przyjaciółmi? Co ich ze sobą łączyło? Nie widział wytłumaczenia.
Czuł jednak przywiązanie do tej tajemniczej istoty, jak nigdy do nikogo innego. Czuł,
Ŝ
e Anioł Jutrzenki z jakichś przyczyn odwzajemnia to uczucie. To właśnie on zalecił
mu tę podróŜ jako jedyne wyjście z sytuacji, w której się znalazł...
Pomyślał o tym, co dzieje się na Ciemnej Stronie i zdał sobie sprawę, Ŝe on, Jack,
był nie tylko jedynym, który był zdolny do odbycia takiej podróŜy, lecz był równieŜ w
znacznym stopniu odpowiedzialny za to, Ŝe stała się ona konieczna. Jednak to nie
poczucie odpowiedzialności czy obowiązku kierowało nim w tej podróŜy, lecz raczej
instynkt samozachowawczy. Gdyby Ciemna Strona zginęła w czasie Wielkiej Zimy,
Jack zginąłby razem z nią, bez nadziei powrotu do Ŝycia...
WciąŜ jego myśl wracała do Anioła Jutrzenki siedzącego na szczycie Panicusa.
Wstrząsnęła nim nagła myśl. O mało nie puścił rogów swojego straszliwego
wierzchowca. To podobieństwo...
— Nie! — pomyślał. — Ten stwór jest karłem w porównaniu z Aniołem Jutrzenki,
który jest wysoki jak wieŜa, sięgająca niebios. On ukrywa swoją twarz, podczas gdy
rysy tamtego są szlachetne. Stwór śmierdzi, a Anioł Jutrzenki pachnie świeŜym
wiatrem i górskim deszczem. Jest mądry i dobry, a to stworzenie głupie i złośliwe. To
tylko przypadek, Ŝe obaj mają skrzydła i rogi. Ten stwór dał się okiełznać zwykłym
zaklęciem, a kto zdołałby okiełznać Anioła Jutrzenki?
No, właśnie, kto? — zastanowił się Jack. — CzyŜ nie został on okiełznany z taką
samą pewnością, jak ja okiełznałem tego demona, choć w inny sposób? Z pewnością
tylko sami bogowie mogliby dokonać czegoś takiego... Jack odpędził od siebie tę
myśl.
To nie ma znaczenia — uznał. Jesteśmy przyjaciółmi. Mógłbym zapytać tego
demona, czy go zna, ale jego odpowiedź nie sprawiłaby Ŝadnej róŜnicy. Anioł
Jutrzenki jest moim przyjacielem.
Ciemność wokoło pogłębiła się. Zacisnął uchwyt w obawie, Ŝe zaczyna tracić
przytomność. Gdy jednak obniŜyli lot i ciemność zgęstniała jeszcze bardziej,
zrozumiał, Ŝe zbliŜają się do końca drogi. Wkrótce stwór zatrzymał się.
— Nie mogę cię juŜ nieść dalej, panie — zaśpiewał swym słodkim głosem. — Ten
czarny kamień oznacza koniec królestwa widzialnej ciemności. Nie mogę przejść
poza niego.
Jack przeszedł na drugą stronę czarnego kamienia. Ciemność była tam absolutna.
— W porządku — powiedział, odwracając się. — Zwalniam cię ze słuŜby.
Rozkazuję ci tylko, Ŝe jeśli kiedyś jeszcze się spotkamy, nie będziesz próbował
wyrządzić mi szkody i ponownie spełnisz moje rozkazy, tak jak teraz. Pozwalam ci
odejść. Jesteś zwolniony!
Jack opuścił ponure królestwo wiedząc, Ŝe jest juŜ blisko celu. Powiedziało mu to
lekkie drŜenie pod jego stopami. W powietrzu dawało się odczuć słabą wibrację,
przypominającą brzęczenie odległej maszynerii.
Ruszył naprzód, rozmyślając nad swoim zadaniem. Za chwilę magia przestanie
działać, a sam Klucz stanie się bezuŜyteczny. Ciemność, przez którą wędrował, nie
powinna jednak zawierać Ŝadnych niebezpieczeństw. Była to po prostu zwyczajna
ciemność. Zapalił małe, przerywane światło, aby widzieć, co ma pod stopami. Nie
potrzebował drogowskazów, wystarczyło iść w kierunku słyszanego odgłosu...
W miarę jak stawał się on coraz głośniejszy, zdolność do zapalania światła
opuszczała Jacka. W końcu światło zgasło. Poruszał się ostroŜniej. Zgaśniecie światła
nie sprawiło mu róŜnicy, poniewaŜ daleko przed sobą ujrzał maleńki punkt światła.
12.
ZbliŜał się coraz bardziej do światła i szum maszyny stawał się coraz głośniejszy.
Po chwili stało się na tyle jasno, Ŝe mógł widzieć drogę przed sobą. Po pewnym
czasie światło stało się tak jasne, Ŝe Jack przeklinał, iŜ nie wziął ze sobą swych
starych okularów słonecznych. W końcu jasność przekształciła się w świetlisty
kwadrat. Patrzył na niego przez dłuŜszy czas, leŜąc na brzuchu, aby przyzwyczaić swe
oczy do światła. W miarę jak posuwał się naprzód, musiał powtarzać tę bolesną
czynność wielokrotnie. Podłoga korytarza była gładka, powietrze chłodne i wolne od
smrodu przepełniającego okolicę, przez którą wędrował poprzednio.
Jack posuwał się wciąŜ naprzód, aŜ kwadrat znalazł się u jego stóp. Nie widział nic
oprócz światła. Było to olbrzymie wejście, które dokądś prowadziło, nie mógł jednak
dojrzeć nic oprócz bladoŜółtej poświaty. Słyszał chrzęst, brzęk i huk, jakby pracowało
tam wiele maszyn... albo jedna Wielka Maszyna.
Ponownie połoŜył się na brzuchu i podpełzł do otworu. PołoŜył się na krawędzi.
Przez chwilę jego umysł nie mógł ogarnąć tego, co widział w dole.
Było tam tak wiele przekładni, Ŝe w Ŝaden sposób nie moŜna ich było policzyć:
wielkich i małych, obracających się powoli i szybko, oprócz tego olbrzymia ilość
bloków, dźwigni i wahadeł. Niektóre z tych ostatnich, o powolnym majestatycznym
ruchu, przerastały Jacka wysokością dwudziestokrotnie. Widział teŜ tłoki i korkociągi
poruszające się w czarnych, metalowych łoŜyskach, kondensatory, transformatory i
prostowniki. Wielkie pulpity z błękitnego metalu pełne zegarów, przełączników,
przycisków i nieustannie mrugających światełek o róŜnych kolorach. Pomieszczenie
wypełniał nieustanny hałas, brzęczenie ukrytych gdzieś w głębi generatorów czy teŜ
innych urządzeń, być moŜe czerpiących energię z samej planety — jej ciepła, pola
grawitacyjnego, czy teŜ ukrytych wewnętrznych sił. Brzęczały mu w uszach jak rój
owadów. Wszędzie wyczuwalny był zapach ozonu. Ze wszystkich ścian olbrzymiej
jaskini, w której mieściła się maszyna, biło oślepiające światło. Nad całym
kompleksem jeździły po prowadnicach naczynia ze smarem, gdzieniegdzie
zatrzymując się, aby wykonać swoje zadanie. Wszędzie widać było przypominające
węŜe przewody elektryczne przewieszone z jednego miejsca do drugiego według
klucza niezrozumiałego dla Jacka. Małe szklane pudełka, połączone z resztą maszyny
cienkim drutem zawierały elementy tak drobne, Ŝe Jack nie mógł rozróŜnić ich
kształtów z miejsca, gdzie leŜał. Nie mniej niŜ sto mechanizmów przypominających
windy zjeŜdŜało nieustannie pod powierzchnię lub znikało z pola widzenia w górze,
zatrzymując się na róŜnych poziomach, aby wmontować w mechanizm dodatkowe
części. Na przeciwległej ścianie pojawiały się i znikały szerokie czerwone wstęgi
ś
wiatła. Umysł Jacka nie potrafił ogarnąć wszystkiego, co widział, słyszał i czuł.
Wiedział jednak, Ŝe musi sobie jakoś poradzić, znaleźć punkt wyjścia, coś wewnątrz
tej gigantycznej maszynerii, co pozwoli mu ją zniszczyć. Znalazł wiszące na ścianach
monstrualnych rozmiarów narzędzia, pasujące chyba tylko do rąk olbrzymów: klucze,
obcęgi, łomy, narzędzia do chwytania innych narzędzi. Wiedział, Ŝe wśród nich musi
znajdować się to, czego szukał — narzędzie, które odpowiednio uŜyte moŜe zniszczyć
Wielką Maszynę.
Podpełzł bliŜej, wpatrując się w nią. Była wspaniała. Nigdy wcześniej nie było
czegoś podobnego i nigdy juŜ nie będzie. Rozejrzał się w poszukiwaniu drogi
prowadzącej w dół. Po prawej stronie ujrzał metalową drabinę. Skierował się w jej
stronę.
Półka była wąska, zdołał jednak schwycić się najwyŜszego szczebla i rozpocząć
wędrówkę w dół. Zanim dotarł do podłogi, usłyszał kroki. Huk maszyny zagłuszał je
niemal całkowicie, Jack jednak dosłyszał je i schował się w cieniu, który nie miał tu
właściwości magicznych, niemniej jednak mógł zapewnić schronienie. Czekał
schowany między drabiną a czymś w rodzaju generatora, planując swe następne
posunięcie.
Po chwili pojawił się siwy, niski, kulawy męŜczyzna. Jack przyjrzał się mu.
MęŜczyzna zatrzymał się na chwilę, wyjął puszkę z olejem i naoliwił jedną z
przekładni.
Jack obserwował jak męŜczyzna posuwał się przed siebie, odnajdując róŜne otwory
i nalewając w nie olej.
— Hej, ty! — zawołał, gdy tamten przechodził.
— Co... Kim jesteś?
— Przyszedłem tu, aby cię zobaczyć.
— Po co?
— Pragnę ci zadać kilka pytań.
— To miło z twojej strony. Chętnie ci odpowiem. Co chcesz wiedzieć?
— Interesuje mnie konstrukcja Maszyny.
— Jest bardzo skomplikowana — odpowiedział człowieczek.
— WyobraŜam sobie. Czy mógłbyś podać mi szczegóły?
— Tak — odpowiedział tamten i zasypał go lawiną faktów.
Jack skinął głową. Poczuł, Ŝe ręce mu zesztywniały.
— Zrozumiałeś?
— Tak.
— Czy coś ci się stało?
— Obawiam się, Ŝe będziesz musiał umrzeć.
— Co...
Jack uderzył go w lewą skroń kantem prawej dłoni. Następnie skierował się do
szafy z narzędziami, przyjrzał się całemu jej zestawowi i wyjął z niej cięŜki metalowy
drąg, którego przeznaczenia nie rozumiał. Odnalazł małą szklaną skrzynkę, o której
mówił stary. Przyjrzał się setkom małych delikatnych przekładni, poruszających się
wewnątrz z róŜnymi prędkościami.
Następnie uniósł drąg, stłukł szkło i zaczął rozwalać delikatny mechanizm. Za
kaŜdym ciosem z róŜnych części maszyny dobiegały odgłosy mechanicznego protestu.
Rozległo się nieregularne brzęczenie, a potem chrzęst, jakby coś wielkiego pękało lub
było rozrywane na części. Potem Jack usłyszał wysoki jęk, zgrzyt i pisk metalu
trącego o metal. Następnie rozległ się trzask i z niektórych części Maszyny uniósł się
dym. Jedna z większych przekładni zwolniła, zawahała się, zatrzymała i ponownie
ruszyła z mniejszą prędkością niŜ poprzednio.
Podczas gdy Jack rozwalał następne skrzynki, smarownice w górze oszalały.
Zaczęły jeździć we wszystkie strony, opróŜniając swą zawartość i wracać do
zbiorników ukrytych w ścianach po następną porcję. Poczuł swąd palącej się izolacji.
Słychać było stukot i skwierczenie. Podłoga zaczęła się trząść. Spod dymu zaczęły
wyłaniać się płomienie. Palące wyziewy doprowadziły Jacka do kaszlu. Maszyna
zadrŜała, zatrzymała się na chwilę i zaczęła pracować bezładnie. Przekładnie
rozpadały się. Osie pękały. Wszystko zaczęło rozpadać się na kawałki. Jack zaczął
odczuwać ból w uszach. Zakręcił się wkoło i cisnął drąg w stronę Maszyny. Następnie
uciekł ku drabinie.
Gdy obejrzał się za siebie, ujrzał, jak olbrzymie postacie, zasłonięte częściowo
przez dym, biegną w stronę Maszyny. Za późno — pomyślał.
Wbiegł po drabinie i skierował się w stronę ciemności, skąd przybył. Tak
rozpoczęła się zagłada świata, który znał.
Droga powrotna okazała się pod pewnymi względami bardziej niebezpieczna od
podróŜy w tamtą stronę. Ziemia trzęsła się Jackowi pod nogami, wznosząc pył i
odpadki nagromadzone przez stulecia, ściany pękały, sufit zapadał się. Dwukrotnie
musiał, kaszląc, usuwać pył ze swojej drogi, zanim zdołał przejść. RównieŜ
mieszkańcy tunelu uciekali panicznie, walcząc ze sobą po drodze z niezwykłą
zaciekłością. Musiał zabić wielu z nich, zanim wyszedł z tunelu.
Po wyjściu spojrzał na czarną kulę, zawieszoną na niebie. Chłód wciąŜ przeciekał
przez nią, moŜe nawet silniej niŜ wtedy, gdy wyruszył na swoją misję zniszczenia.
Przyjrzał się jej uwaŜnie. ZauwaŜył, Ŝe przesunęła się nieco w stosunku do miejsca,
które zajmowała poprzednio.
Wyruszył pospiesznie, aby dotrzymać obietnicy, którą niedawno sobie złoŜył. UŜył
Klucza, aby jak najszybciej dotrzeć do Gospody pod Płonącym Tłuczkiem przy
drodze prowadzącej w kierunku oceanu. Wkroczył do wnętrza starodawnego
budynku, zbudowanego z mocnego drzewa, noszącego na sobie ślady tysięcy napraw.
Gospoda była tak stara, Ŝe Jack nie pamiętał niemal jej początków. Gdy wszedł do sali
jadalnej, podłoga drŜała pod jego nogami, a ściany skrzypiały wokoło. Zapanowała
cisza, zakłócana tylko rozmową gości siedzących w pobliŜu ognia.
Jack podszedł do nich.
— Szukam starej kobiety o imieniu Rosalie — powiedział. — Czy znajdę ją tutaj?
MęŜczyzna o szerokich barach i blizną na czole podniósł oczy znad talerza.
— Jak się nazywasz? — zapytał.
— Jack ze StraŜnicy Cieni.
MęŜczyzna przyjrzał się jego ubraniu i twarzy. Wybałuszył oczy, następnie opuścił
je.
— Nie znam Ŝadnej Rosalie, panie — powiedział cicho.
— MoŜe któryś z was?
— Nie — odpowiedziało pięciu pozostałych gości. Odwrócili oczy, aby nie patrzeć
na Jacka. — Panie — dodali pośpiesznie.
— Kto jest tutaj właścicielem?
— Na imię mu Haric, panie.
— Gdzie mogę go znaleźć?
— Za tymi drzwiami, po prawej, panie.
Jack odwrócił się i skierował w stronę drzwi. Zanim do nich doszedł, usłyszał swe
imię, wypowiedziane w cieniu.
Wszedł po dwóch schodach do małego pokoju, gdzie tłusty męŜczyzna o
czerwonej twarzy ubrany w brudny fartuch popijał piwo. Światło Ŝółtej świecy
stojącej na stole sprawiało, Ŝe jego twarz wydawała się jeszcze bardziej czerwona niŜ
w rzeczywistości. Odwrócił powoli głowę. Minął dłuŜszy moment zanim zdołał
skupić swe spojrzenie na Jacku.
— Czego chcesz? — zapytał.
— Nazywam się Jack. Odbyłem daleką wędrówkę, aby dotrzeć w to miejsce,
Haric. Szukam starej kobiety, która przybyła tutaj, aby spędzić swe ostatnie dni. Jej
imię brzmi Rosalie. Powiedz mi, co o niej wiesz.
Haric przymruŜył oczy i zmarszczył brwi. Opuścił głowę.
— Zaczekaj chwilę... Tak... była tu taka stara baba. Umarła jakiś czas temu.
— Rozumiem. Powiedz mi, gdzie jest pochowana, abym mógł odwiedzić jej grób.
Haric parsknął śmiechem. Pociągnął łyk piwa, wytarł usta dłonią, po czym śmiejąc
się głośno, uniósł rękę, aby przetrzeć oczy rękawem.
— Pochowana? — zapytał.
— Nie miała Ŝadnej wartości. Trzymaliśmy ją tu tylko z litości i dlatego, Ŝe
wiedziała co nieco o uzdrawianiu.
Jack napręŜył mięśnie, zaciskając szczęki z całej siły.
— Co z nią zrobiliście?
— Wyrzuciliśmy jej ścierwo do oceanu. Ryby nie najadły się nią zbytnio.
Jack zostawił za sobą płonącą Gospodę pod Płonącym Tłuczkiem przy drodze
prowadzącej w kierunku oceanu.
Spacerował nad brzegiem czarnego, płaskiego oceanu. Odbite w wodzie gwiazdy
tańczyły przy kaŜdym wstrząsie gruntu. Powietrze było zimne. Jack odczuwał wielkie
zmęczenie. Miecz wydawał mu się tak cięŜki, Ŝe ledwie mógł go udźwignąć. Pragnął
owinąć się w płaszcz i połoŜyć na chwilę. Brakowało mu papierosa. Szedł jak lunatyk,
buty grzęzły mu w piasku. Nagle ujrzał przed sobą postać, której widok gwałtownie
przywrócił mu świadomość.
Był to on sam.
Jack potrząsnął głową.
— Ach, to ty, duszo — powiedział.
Dusza skinęła głową.
— Niepotrzebnie spaliłeś tę gospodę — powiedziała. — Wkrótce morze wystąpi z
brzegów i potęŜne fale zaleją ląd. Ona stałaby się jedną z pierwszych ofiar powodzi.
— Nie masz racji — odpowiedział Jack ziewając. — Miałem powód. To uspokoiło
moje serce. Skąd wiesz o tym, co zamierzają zrobić morza?
— Zawsze jestem blisko ciebie. Byłam z tobą na szczycie Panicusa, gdy
rozmawiałeś z potęŜnym Aniołem Jutrzenki. Zstąpiłam z tobą do wnętrzności świata.
Byłam u twego boku, gdy zniszczyłeś Wielką Maszynę. Wróciłam z tobą i wciąŜ
jestem u twego boku.
— Po co?
— Wiesz, czego pragnę od ciebie?
— Wielokrotnie juŜ słyszałaś moją odpowiedź.
— Tym razem sytuacja jest inna, Jack. Na skutek tego, co zrobiłeś, utraciłeś
znaczną część swej mocy, być moŜe nawet całą. Jest moŜliwe, Ŝe zniszczyłeś teŜ
wszystkie swoje Ŝycia, oprócz obecnego. Potrzebujesz mnie teraz. Wiesz o tym
dobrze.
Jack spojrzał na ocean i gwiazdy lśniące jak świetliste owady.
— Być moŜe — powiedział — ale jeszcze nie teraz.
— Popatrz na wschód, Jack, popatrz na wschód. Jack uniósł głowę w tamtym
kierunku.
— To gospoda płonie — powiedział.
— Nie chcesz się więc ze mną zjednoczyć?
— Na razie nie. Jednak nie przepędzam cię równieŜ. Wracajmy razem do StraŜnicy
Cieni.
— Jak sobie Ŝyczysz.
Nagle nadszedł najpotęŜniejszy ze wstrząsów, który zachwiał Jackiem tak, Ŝe
ledwie utrzymał się na nogach.
Gdy ziemia się uspokoiła, wyciągnął miecz i zaczął rysować na piasku magiczny
wzór. Wypowiedział zaklęcie. Zanim zdąŜył go ukończyć, zbiła go z nóg potęŜna fala,
która nakryła go niemal w całości. Woda uniosła go w górę. Nie mógł zaczerpnąć
powietrza do płuc. Starał się odpłynąć z falą jak najdalej, wiedząc, co stanie się
później. Zarył się rękami w piasku. Pełznął naprzód, mając mroczki przed oczyma.
Udało mu się nieco oddalić, gdy woda zaczęła się cofać. Opierał się ze wszystkich
sił, wczepiając się w piasek, przebierając rękami, wierzgając nogami, próbując
pełzać...
Nagle poczuł, Ŝe jest wolny.
LeŜał z twarzą pogrąŜoną w połowie w zimnym piachu. Paznokcie miał połamane.
Buty pełne wody.
— Tędy, Jack. Prędko! — zawołała dusza. LeŜał, dysząc cięŜko. Nie miał siły się
poruszyć.
— Musisz wstać, Jack! Albo zjednocz się ze mną teraz! Za chwilę nadejdzie
następna fala!
Jack jęknął. Bezskutecznie próbował się podnieść. Od strony płonącej gospody,
która rzucała na brzeg czerwoną poświatę, dobiegł huk. To zawalił się dach oraz jedna
ze ścian.
Coś zasłoniło światło. Wokoło niego zatańczyły cienie. Bliski płaczu czerpał z
nich moc za kaŜdym razem, gdy padały na niego.
— Śpiesz się, Jack! Nadchodzi następna fala!
Podniósł się z kolan, następnie wstał z wysiłkiem na własne nogi. Zataczając się
ruszył w głąb lądu. Ujrzał czekającą na niego duszę i podąŜył w jej kierunku. Z tyłu
usłyszał odgłos następnej fali. Nie obejrzał się za siebie, zanim nie załamała się.
Obryzgała go piana. Tylko piana.
Uśmiechnął się słabo do duszy.
— Widzisz? Obszedłem się jednak bez twoich usług.
— Wkrótce jednak będziesz ich potrzebować — odpowiedziała dusza,
odwzajemniając się uśmiechem.
Jack poszukał u pasa swojego sztyletu, lecz ocean zabrał go wraz z płaszczem. Ten
sam los spotkał miecz, który trzymał w ręku, gdy nadeszła fala.
— Morze okradło złodzieja — zaśmiał się. — To nieco utrudnia sytuację.
Opadł na kolana i krzywiąc się z bólu ze względu na połamane paznokcie,
ponownie narysował na piasku magiczny wzór swym palcem wskazującym. Nie
wstając z klęczek, wypowiedział zaklęcie.
Klęczał w swej wielkiej komnacie w StraŜnicy Cieni. Wkoło świeciły pochodnie i
olbrzymie świece. Przez dłuŜszą chwilę siedział nieruchomo, skąpany w cieniach,
potem wstał i oparł się o ścianę.
— Co teraz? — zapytała dusza. — Powinieneś się wykąpać i porządnie wyspać.
Jack potrząsnął głową.
— Nie — odpowiedział. — Nie mogę ryzykować, Ŝe prześpię moment mojego
największego triumfu lub klęski, jeśli miałoby dojść do tego. Odpocznę przez chwilę,
potem zaŜyję mocnego lekarstwa, które doda mi siły.
Skierował się do gabinetu, gdzie miał swoją apteczkę. Otworzył drzwi za pomocą
zaklęcia i przygotował odpowiednią miksturę. ZauwaŜył, Ŝe ręce mu drŜą. Zanim
wypił pomarańczowy płyn, musiał kilka razy splunąć, aby oczyścić usta z piasku...
Zamknął za sobą gabinet.
— Nie spałeś przez dłuŜszy czas — powiedziała dusza. — ZaŜyłeś juŜ podobny
ś
rodek podczas podróŜy do Wielkiej Maszyny.
— Mam wraŜenie, Ŝe wiem o tym lepiej od ciebie — odrzekł Jack.
— Obawiam się, Ŝe moŜesz tego nie wytrzymać.
Jack nie odpowiedział. Po chwili zaczął drŜeć. W dalszym ciągu zachował
milczenie.
— Tym razem musi minąć więcej czasu, zanim na ciebie zadziała, prawda?
— Zamknij się!
Jack podniósł się z miejsca i krzyknął:
— Stab! Gdzie jesteś do diabła! Wróciłem!
Po chwili nadbiegł Stab.
— Panie! Wróciłeś! Nie wiedzieliśmy...
— Teraz juŜ wiecie. Przygotuj mi kąpiel, czyste ubranie, nowy miecz i coś do
jedzenia, tylko duŜo. Umieram z głodu. Jazda! Ruszaj dupę!
— Tak jest, panie.
Stab wybiegł.
— Czy czujesz się tak niepewnie, Ŝe potrzebujesz miecza we własnej twierdzy,
Jack?
Jack uśmiechnął się.
— Czasy są niepewne, duszo. Jeśli rzeczywiście zawsze byłaś przy mnie, jak
twierdzisz, musisz wiedzieć, Ŝe zwykle nie korzystam z miecza w obrębie tych ścian.
Dlaczego próbujesz mnie rozdraŜnić?
— Czynić to niekiedy to przywilej duszy, moŜna nawet powiedzieć jej obowiązek.
— Znajdź lepszy moment na korzystanie ze swego przywileju.
— Nigdy dotąd nie było lepszego momentu, Jack. Czy nie obawiasz się, Ŝe jeśli
utracisz swoją moc, twoi poddani mogą się zbuntować przeciwko tobie?
— Zamknij się!
— Wiadomo oczywiście, Ŝe mówią na ciebie Jack Potwór.
Jack uśmiechnął się ponownie.
— Nie, to ci się nie uda. Nie pozwolę ci wyprowadzić się z równowagi. Nie zrobię
nic głupiego. Tak jest, wiem o tym tytule, który mi nadali. Niewielu odwaŜyło się
nazwać mnie tak prosto w twarz, a nikomu nie udało się to dwa razy. Nie wiem, czy
zdajesz sobie sprawę, Ŝe gdyby ktokolwiek z moich poddanych zajął moje miejsce,
wkrótce zasłuŜyłby na podobny tytuł.
— Wiem o tym. To dlatego, Ŝe nie mają dusz.
— Nie będę się z tobą spierał — odpowiedział Jack. — Odpowiedz mi jednak,
dlaczego nikt oprócz mnie nie zwraca uwagi na twoją obecność?
— Jestem widzialna wyłącznie dla ciebie i to tylko wtedy, gdy mam takie Ŝyczenie.
— Wspaniale! — powiedział Jack. — Stań się więc teraz niewidzialna i pozwól mi
wykąpać się i najeść w spokoju.
— Przykro mi, ale nie jestem na to gotowa.
Jack wzruszył ramionami i odwrócił się do duszy plecami. Po chwili przyniesiono
wannę i napełniono ją wodą. Część z niej rozlała się na skutek wstrząsu tak silnego,
Ŝ
e pozostawił na jednej ze ścian szczelinę przypominającą błyskawicę. Dwie świece
spadły na podłogę, pękając na kawałki. W jednej z sąsiednich komnat z sufitu odpadł
jeden kamień, nie wyrządzając jednak nikomu krzywdy. Zanim zdąŜył się rozebrać,
przyniesiono mu nowy miecz. Obejrzał go dokładnie i skinął głową. Na ławie
połoŜono czyste ubranie. Nim zdąŜył skończyć kąpiel, posiłek był juŜ gotowy. Wytarł
się do sucha, ubrał, przypasał miecz i zasiadł do stołu.
Jadł powoli, smakując kaŜdy kęs. Zjadł bardzo duŜo. Po posiłku wstał i udał się do
swego gabinetu po papierosy. Stamtąd przeszedł do podstawy swej ulubionej wieŜy i
wspiął się na jej szczyt.
Gdy juŜ znalazł się na górze, zapalił papierosa i zaczął się przyglądać czarnej kuli.
Tak jest, poruszyła się wyraźnie od czasu, kiedy ją poprzednio widział. Dmuchnął
dymem w jej kierunku. Być moŜe był to efekt wypitej mikstury, lecz Jack czuł
uniesienie z powodu tego, co zrobił. Co będzie to będzie, ale to on był tym, który
zmienił oblicze świata.
— Czy odczuwasz wyrzuty sumienia, Jack? — usłyszał głos duszy.
— Nie — odpowiedział. — To było konieczne.
— Ale czy Ŝałujesz, Ŝe to było konieczne?
— Nie.
— Dlaczego spaliłeś Gospodę pod Płonącym Tłuczkiem przy drodze prowadzącej
w kierunku oceanu?
— Aby zemścić się za to, w jaki sposób potraktowali Rosalie.
— Co czułeś później, gdy spacerowałeś nad brzegiem morza?
— Nie wiem.
— Czy byłeś tylko zły i zmęczony, czy moŜe odczuwałeś coś więcej?
— Byłem smutny i było mi Ŝal.
— Czy często przedtem doznawałeś podobnych uczuć?
— Nie.
— Czy chcesz wiedzieć, dlaczego doznajesz ich teraz więcej i częściej?
— Powiedz mi, jeśli wiesz.
— Dlatego, Ŝe ja jestem przy tobie. Masz drugą duszę, która została uwolniona i
przebywa teraz w pobliŜu. Zaczynasz odczuwać mój wpływ. Czy to jest takie złe?
— Zapytaj mnie innym razem — odrzekł Jack. — Przyszedłem tu obserwować, nie
rozmawiać.
Jego słowa dobiegły uszu tego, który go szukał. Odległa góra zrzuciła swój
wierzchołek, zionęła ogniem, huknęła i ponownie uspokoiła się.
13.
Jack słuchał odgłosu pękających skał. Patrzył jak czarna kula obniŜa się. Słyszał
jęki dobiegające z wnętrza świata. Widział ogniste linie przeszywające widnokrąg.
Do jego nozdrzy doleciał ostry zapach podziemnego świata. Popioły unosiły się w
powietrzu, jak nietoperze jego poprzednika. Gwiazdy wykonywały ruchy do tej pory
nie widywane na nieboskłonie. W oddali widniało siedem gór o szczytach
przypominających pochodnie. Jack wspominał dzień, w którym sam rozkazał górom
chodzić. Roje meteorów nieustannie przeszywających firmamenty przywiodły mu na
myśl wygląd nieba w dniu jego ostatecznego powrotu do Ŝycia. Opary i smugi dymu
przesłaniały gwiazdy. Ziemia nie przestawała drŜeć. Daleko pod nim fundamenty
StraŜnicy Cieni zostały naruszone. Jack obawiał się, iŜ wieŜa się zawali, albowiem
lubił ją tak bardzo, Ŝe wzmocnił jej fundamenty potęŜnymi zaklęciami. Wiedział, Ŝe
wytrzymają one tak długo, jak długo zachowa swoją moc.
Dusza stała w milczeniu u jego boku. Zapalił następnego papierosa patrząc na
kamienną lawinę spadającą z sąsiedniego szczytu.
Powoli zbierały się chmury. W oddali zaczęła się burza. Jak owady o wielu
ognistych odnóŜach chmury przesuwały się z jednego szczytu nad drugi. Rozświetliły
całe północne niebo. Atakowały je meteory. RównieŜ ziemia wydawała się
odpowiadać im ogniem. Po chwili Jack mógł juŜ usłyszeć odgłosy bitwy. Po następnej
dostrzegł, Ŝe zbliŜa się ona do StraŜnicy Cieni.
Gdy burza była blisko, Jack uśmiechnął się i wyciągnął miecz.
— No, duszo — powiedział. — Zobaczymy, czy moja moc jeszcze działa.
Narysował na kamieniu magiczny wzór i przemówił. Rzeka światła i grzmotu
rozdzieliła się, mijając StraŜnicę Cieni z obu stron i pozostawiła ją nietkniętą.
— Znakomicie.
— Dziękuję za uznanie.
Stali bezpiecznie, choć wokół nich szalały płomienie, ziemia się trzęsła, burza
sroŜyła się w pobliŜu, a spadające gwiazdy przeszywały niebo.
— Jak będziesz zdolny stwierdzić, czy się udało?
— To łatwe. Chyba to juŜ widać, prawda?
Dusza nie odpowiedziała. Jack usłyszał odgłos kroków. Zwrócił się w stronę
schodów.
— To na pewno Evene — powiedział. — Zawsze bała się burzy. Przychodziła
wtedy do mnie.
Evene weszła na wieŜę, ujrzała Jacka, podbiegła do niego i stanęła u jego boku, nie
odzywając się ani słowem. Owinął ją swoim płaszczem i ramieniem, gdyŜ dygotała z
zimna.
— Czy czujesz wyrzuty sumienia w związku z tym, co jej zrobiłeś?
— Niekiedy — odpowiedział Jack
— Dlaczego więc tego nie naprawisz?
— To wykluczone.
— Czy dlatego, Ŝe wiesz, Ŝe cię nienawidzi?
Jack nie odpowiedział.
— Ona mnie nie słyszy. MoŜesz odpowiadać krótko na pytania, które zadaje.
Będzie myślała, Ŝe mruczysz coś pod nosem. Czy boisz się czegoś więcej niŜ jej
nienawiści?
— Tak.
Przez chwilę trwało milczenie.
— Tego, Ŝe moŜe oszaleć?
— Tak.
— To znaczy, Ŝe masz więcej uczuć niŜ niegdyś. Więcej nawet niŜ podejrzewałam.
Jack milczał. Wokoło wciąŜ szalały grzmoty i błyskawice. Evene odwróciła głowę
i spojrzała na Jacka.
— Tu jest tak strasznie. Czy nie moŜemy zejść na dół, mój kochany?
— Jeśli chcesz, moŜesz zejść. Ja muszę tu zostać.
— W takim razie zostanę z tobą.
Powoli, bardzo powoli burza zaczęła przechodzić, uspokoiła się, odeszła. Jack
ujrzał, Ŝe góry wciąŜ stały w ogniu, a z rozpadlin tryskały płomienie. Odwróciwszy
się ujrzał w powietrzu biel. Zdał sobie sprawę, Ŝe nie jest to dym, lecz śnieg. W
kaŜdym razie było to daleko na zachodzie. Nagle wydało mu się, Ŝe jego plan poniósł
fiasko, Ŝe zniszczenia będą zbyt dogłębne. Nie pozostało mu jednak nic oprócz
czekania.
— Evene... — powiedział.
— Słucham, mój panie.
— Chce ci coś powiedzieć.
— Co takiego, najdroŜszy?
— Nie, nic...
Dusza zbliŜyła się do niego i stanęła tuŜ obok. Ogarnęło go dziwne uczucie,
którego nie potrafił opanować. Odwrócił się w stronę Evene.
— Przepraszam cię.
— Za co, najdroŜszy.
— Nie mogę ci tego teraz powiedzieć, ale być moŜe nadejdzie czas, iŜ
przypomnisz sobie, Ŝe prosiłem cię o wybaczenie.
— Mam nadzieję, Ŝe taki czas nigdy nie nadejdzie, Jack — powiedziała zdumiona.
— Zawsze byłam z tobą szczęśliwa.
Odwrócił się i skierował oczy na wschód. Przestał na chwilę oddychać i poczuł, jak
bicie serca przepełnia całe jego ciało.
Poprzez pył, zgiełk i chłód podąŜał tropem. Błyskawice, trzęsienia ziemi, szalejące
wkoło burze nie znaczyły dla niego nic. Nigdy nie znał strachu. Spływał ze wzgórz
jak duch i prześlizgiwał się pomiędzy skałami jak wąŜ. Przeskakiwał rozpadliny,
uchylał się od spadających kamieni. Raz został uderzony przez błyskawicę. Był tylko
bryłą protoplazmy na patyku, pokrytym bliznami kadłubem. Nie było Ŝadnego
powodu, dla którego wciąŜ miałby być Ŝywy. Być moŜe nie był naprawdę Ŝywy w
takim sensie, jak inne stworzenia, nawet te z Ciemnej Strony. Nie miał imienia, tylko
ogólną nazwę. Nie był chyba zbyt inteligentny. Miał nieco instynktów i odruchów,
część z nich wrodzonych. Nawet jeśli chodzi o uczucia, znał tylko jedno. Był
nieprawdopodobnie silny, zdolny wytrzymać wszelkie uciąŜliwości, największy ból i
cięŜkie uszkodzenia ciała. Nie znał Ŝadnego języka. Wszystkie napotkane stworzenia
uciekały przed nim. Gdy zaczął schodzić z góry, która niegdyś się poruszała, ziemia
się trzęsła i kamienie spadały obok niego. Gorejące obłoki oświetlały jego drogę.
Obsuwanie się ziemi nie było dla niego większą przeszkodą niŜ burza. Utorował sobie
drogę pomiędzy głazami leŜącymi u podnóŜa szczytu. Przez chwilę spojrzał na
końcowy odcinek drogi, prowadzący w górę. Tędy prowadził ślad, tędy musiał iść.
Wysoko, wysoko, otoczony murami i pilnowany przez straŜe...
Oprócz siły posiadał jednak równieŜ pewną chytrość.
I swe jedyne uczucie...
— Udało się — powiedział Jack. — Na dobre czy złe.
Choć Evene nie odpowiedziała mu, uczyniła to dusza.
— Dla ciebie na złe. Czy świat na tym skorzysta, czy nie, to inna sprawa. Ty
przegrałeś, Jack.
Spojrzał na wschód, na przejaśniające się niebo. Wiedział, Ŝe dusza mówi prawdę.
To światło nie pochodziło od wulkanów czy burz. Czuł, Ŝe jego moc zaczyna zanikać.
Obróciwszy się na zachód, ujrzał, jak daleko opadła czarna kula. Nadchodziła
jutrzenka. W miarę zanikania jego mocy ściany StraŜnicy Cieni zaczęły się kruszyć.
— Lepiej uciekajmy.
— Co ci do tego, duchu? Tobie nic nie grozi. Nie zamierzam uciekać. Twierdzę, Ŝe
ta wieŜa przetrwa nadejście świtu.
Gdzieś w dole zawaliła się ściana, zasypując dziedziniec cegłami i kamieniami.
Wnętrze kilku komnat zostało odsłonięte. Jack usłyszał krzyk swoich słuŜących.
Kilku z nich biegło przez dziedziniec. Po chwili nadszedł następny wstrząs. WieŜa
pochyliła się lekko. Ponownie spojrzał na róŜowe niebo na wschodzie. Spróbował
prostego zaklęcia, które nie poskutkowało.
— Klucz został utracony ponownie — powiedział. — Tym razem na zawsze.
Usłyszał głośny huk, jak gdyby wody występowały z brzegów. Kolejna część
cytadeli rozpadła się w gruzy.
— JeŜeli nie uciekniesz, co stanie się z dziewczyną, która stoi obok ciebie.
Jack spojrzał na Evene. Niemal o niej zapomniał. Jej twarz zmieniła się. Z
początku nie potrafił odczytać jej uczuć, a gdy przemówiła, usłyszał, Ŝe barwa jej
głosu jest inna niŜ poprzednio.
— Co się dzieje, Jack?
Poczuł, Ŝe jej ciało zesztywniało. Odsunęła się nieco od niego. Rozluźnił swój
uścisk wokół niej.
Nagle jego umysł rozjaśniła jedna myśl. Wraz z zanikaniem jego magicznej mocy
mijał czar, który rzucił na nią dawno temu. Jej umysł przejaśniał się w miarę jak nad
pełnym zdumienia światem następował brzask. Zaczął mówić, pragnąc odwrócić jej
uwagę od zmian zachodzących w jej umyśle.
— To moje dzieło — stwierdził. — Siódemka wyznaczona przez Czerwoną Księgę
Łokci odmówiła współpracy w obsłudze Tarczy chroniącej nas przed zewnętrznym
chłodem. Zabiłem ich więc, myśląc, Ŝe mogę obyć się bez nich. Byłem w błędzie. Nie
byłem w stanie w pojedynkę wypełnić ich zadania. Zostało mi tylko jedno wyjście —
zniszczyć Wielką Maszynę, która utrzymywała świat w jego ówczesnej postaci. My,
mieszkańcy Ciemnej Strony, którzy czerpiemy nasze legendy z niemal
niezrozumiałego źródła, zwanego nauką, twierdzimy, Ŝe Maszyna kieruje losami
ś
wiata. Mieszkańcy Jasnej Strony, równieŜ przesądni, twierdzą, Ŝe środek Ziemi pełen
jest demonów ognia i stopionych minerałów. Kto moŜe określić, gdzie leŜy prawda?
Filozofowie na obu stronach często wysuwali przypuszczenia, Ŝe świat zmysłów jest
jedynie złudzeniem. To nie ma dla mnie znaczenia. NiezaleŜnie od tego jak wygląda
rzeczywistość, od której najwyraźniej jesteśmy całkowicie odgrodzeni, wiem, Ŝe
udałem się do środka świata i spowodowałem tam katastrofę. Widzisz wokół siebie
jej skutki. W wyniku mojego czynu Ziemia zaczęła się obracać. Nie będzie juŜ więcej
ciemnej i jasnej strony, lecz ciemność i światło będą następować kolejno po sobie na
całej kuli ziemskiej. Sądzę, Ŝe w ciemnościach zawsze zachowują się w jakiejś
postaci te rzeczy, które znaliśmy, podczas gdy w świetle z pewnością przewagę będzie
miała nauka.
— O ile świat nie ulegnie zniszczeniu — dodał w myśli.
Zastanawiał się, co czują w krainie światła, na uniwersytecie, gdy nadchodzi
zmierzch, a potem ciemność i moŜna ujrzeć gwiazdy. Czy Poindexter sądzi, Ŝe to
nowy dowcip na zakończenie semestru?
— Dzięki temu — kontynuował — nie będą juŜ potrzebne osłony przed zimnem
czy gorącem. Ciepło gwiazdy, wokół której krąŜymy, zostanie sprawiedliwie
rozdzielone.
— Jack Potwór — krzyknęła, wyrywając się nagle z jego objęć. Kątem oka
dostrzegł świetlisty pomarańczowy łuk, pojawiający się nad horyzontem. Gdy jego
promienie padły na wieŜę, zaczęła ona gwałtownie trząść się i drŜeć.
Usłyszał odgłos kamieni spadających w obrębie samej wieŜy, czuł pod stopami
wstrząsy wywołane ich upadkiem.
Evene skuliła się. Jej szeroko otwarte oczy wypełniło szaleństwo. Wiatr rozwiewał
jej włosy we wszystkie strony.
Ujrzał, Ŝe w prawej ręce trzyma sztylet. Oblizał wargi i odsunął się od niej lekko.
— Evene! — powiedział. — Wysłuchaj mnie, proszę. Mogę ci z łatwością odebrać
tę zabawkę, ale nie chcę ci zrobić krzywdy. Skrzywdziłem cię juŜ dostatecznie. OdłóŜ
to, proszę. Spróbuję...
Skoczyła na niego. Spróbował złapać ją za nadgarstek, lecz nie udało mu się.
Uskoczył na bok. Sztylet przeszedł obok, wraz z nim jej ciało. Złapał ją za ramiona.
— Jack Potwór — krzyknęła.
Uderzyła go sztyletem w dłoń. Gdy jego uścisk osłabł, ponownie rzuciła się na
niego, celując w gardło. Zablokował cios lewym przedramieniem i odepchnął ją od
siebie prawą ręką. Spojrzał na jej twarz. W kącikach ust pojawiła się piana. Po
brodzie ściekała jej krew z nadgryzionych warg.
Zatoczyła się i oparła o balustradę, która niemal bezgłośnie ustąpiła pod jej
cięŜarem. Skoczył w tamtą stronę, lecz zdąŜył tylko ujrzeć, jak spadała w dół, w
stronę dziedzińca, z wydętą spódnicą. Jej krzyk był krótki.
Cofnął się, aby samemu nie spaść z chwiejącej się wieŜy. Słońce wyszło juŜ ponad
horyzont do połowy.
— Jack! Musisz uciekać! Wszystko się rozpada!
— To nie ma znaczenia — odpowiedział, odwrócił się jednak i skierował w stronę
schodów.
Wszedł do cytadeli przez dziurę w jej północnej ścianie. Przeszukiwał korytarze
zostawiając ciała tych, których musiał zabić tam, gdzie leŜały. W pewnej chwili spadł
na niego kawał sufitu. Wygrzebał się spod gruzów i ruszył na dalsze poszukiwania.
Skrył się za kupą gruzu, gdy brygady ludzi z wiadrami usiłowały ugasić płomienie.
Chował się we wnękach, za draperiami, meblami i drzewami. Przemykał się jak duch
i pełznął jak wąŜ. Torował sobie drogę poprzez rumowisko, aŜ w końcu wyczuł trop.
Wysoko, wysoko, po krętej drodze...
Udał się w tamtą stronę.
Ś
wiatło przeszywające niebo, pękniętą balustradę, tak wyraźne w jego pamięci, jej
spódnica, jak kwiat opadający w dół, jej plwocina i krew, jak oznaka jego winy, jęki
umęczonej ziemi przez swą monotonię przechodzące w milczenie, gruzy wyraźnie
widoczne w bladym świetle poranka, wiatr jak pieśń Ŝałobna. Wstrząsy walącej się
ziemi niemal go uspokajały. Jack stanął u szczytu schodów i ujrzał go... jak
nadchodził.
Wyciągnął miecz i czekał. Innej drogi w dół nie było.
— Dziwne — pomyślał — jak wielka chęć Ŝycia tkwi w nas bez względu na
okoliczności.
Gdy borshin skoczył w jego stronę, skierował na niego czubek miecza. Przebił on
lewy bark stworzenia na wylot, to go jednak nie powstrzymało. Borshin zbił go z nóg,
wyszarpnął mu miecz z ręki i ponownie skoczył na niego. Jack przetoczył się na bok.
Przed następnym atakiem zdołał przykucnąć. Miecz wciąŜ tkwił w barku stwora,
lśniąc w świetle poranka. Z rany nie płynęła krew, lecz brązowy płyn sączący się
powoli z jej brzegów. Jack zdołał się uchylić po raz drugi i uderzyć go obiema
rękami, lecz jego cios nie przyniósł widocznych rezultatów. To było tak, jakby
uderzył budyń, który nie chciał się rozprysnąć. Dwukrotnie jeszcze uchylał się przed
atakami przeciwnika, za pierwszym razem kopiąc go w nogę, a za drugim uderzając
łokciem w tył głowy. Następnym razem borshin chwycił go lekko, lecz Jack szarpnął
mieczem w jego ranie i uciekł z rozdartym płaszczem.
Kluczył pochylony, starając się trzymać jak najdalej od przeciwnika. Podniósł dwa
duŜe kawały gruzu i uskoczył do tyłu. Gdyby nie to, borshin by go złapał. Jack
odwrócił się błyskawicznie i rzucił w niego jednym ze swych pocisków, lecz chybił.
Zanim zdąŜył odzyskać równowagę, borshin skoczył na niego i przewrócił na ziemię.
Jack walił go w głowę drugim z kawałów gruzu, aŜ wypadł mu on z ręki. Bestia
miaŜdŜyła mu klatkę. Jego twarz była tak blisko, Ŝe Jack pragnął krzyknąć i
krzyknąłby, gdyby mógł zaczerpnąć oddechu.
— Niedobrze się stało, Ŝe nie dokonałeś właściwego wyboru — usłyszał głos
duszy.
Jedna z rąk stworzenia spoczęła na jego karku, druga na głowie. Zaczęły się
obracać. Pociemniało mu przed oczyma. Łzy bólu mieszały się z potem na jego
twarzy. Borshin odwrócił jego głowę w ten sposób, Ŝe Jack ujrzał coś, co
przypominało mu nadzieję. Magia przestała działać, lecz ten świat przypominał
półmrok. Jego moc pozwalała mu działać w półmroku nie jako czarnoksięŜnikowi,
lecz jako złodziejowi.
Dzięki mocy, którą miał nad cieniem...
ś
aden miecz nie mógł go tam zranić, Ŝadna siła wyrządzić mu krzywdy.
Wschodzące słońce, padając na balustradę, rzucało długi cień zaledwie o stopę od
miejsca, w którym leŜał.
Ze wszystkich sił starał się tam dostać, lecz borshin nie zwolnił uścisku. Wyciągnął
prawą rękę najdalej jak tylko mógł, aŜ jego dłoń i połowa przedramienia znalazły się
w cieniu. WciąŜ czuł ból, trzeszczenie kręgów i miaŜdŜący cięŜar na klatce
piersiowej, ale znane mroczne uczucie wypełniło całe jego ciało. Walczył, aby nie
utracić przytomności. NapręŜył mięśnie karku. Szarpnął i pchał z całą siłą, która
napłynęła do niego, aŜ całe jego ramię i bark znalazły się w cieniu, z którego czerpał
moc. Następnie za pomocą łokci i pięt zdołał skryć tam swoją głowę.
Uwolnił drugą rękę. Jego dłonie odnalazły gardło borshina. Wciągnął go w cień za
sobą.
— Co się dzieje, Jack? — usłyszał głos duszy. — Nie widzę cię, gdy jesteś w
cieniu.
Po długiej chwili Jack wyłonił się z cienia, cały pokryty krwią i brązową kleistą
substancją.
— Jack?
DrŜącą ręką sięgnął w głąb tego, co pozostało z jego płaszcza.
— Do diabła... — odezwał się ochrypłym szeptem. — Moje ostatnie papierosy się
pokruszyły.
Wyglądał jakby miał zamiar rozpłakać się z tego powodu.
— Jack, nie myślałam, Ŝe uda ci się uratować...
— Ja teŜ nie... No cóŜ, duszo, zawracałaś mi głowę przez dłuŜszy czas. Straciłem
wszystko, co miałem, mogę więc przynajmniej uszczęśliwić ciebie. WyraŜam zgodę.
Rób ze mną, co chcesz.
Zamknął na chwilę oczy. Gdy je otworzył, dusza zniknęła.
— Duszo? — zapytał.
ś
adnej odpowiedzi.
Czuł się tak samo jak przedtem. Czy naprawdę byli zjednoczeni?
— Duszo, dałem ci to, czego chciałaś. Mogłabyś przynajmniej mi odpowiedzieć.
Nadal cisza.
— Jak chcesz. I tak cię nie potrzebuję.
Odwrócił się i spojrzał na zdewastowany krajobraz. Poziomo promienie słońca
napełniły zniszczony przez niego świat kolorami. Wiatr uspokoił się nieco. Jack miał
wraŜenie, Ŝe w powietrzu unosi się śpiew.
Mimo całego spustoszenia i poŜogi okolica miała w sobie jakieś okrutne piękno.
Całego tego zniszczenia dałoby się moŜe uniknąć, gdyby nie coś we wnętrzu Jacka, co
przyniosło ból, śmierć i hańbę tam, gdzie ich wcześniej nie było. Obok ruin, czy
raczej poprzez nie, dojrzał jednak coś, czego do tej pory nie znał. Miał wraŜenie, Ŝe
wszystko, na co patrzy, zawiera w sobie zapowiedź doskonałości. W oddali widział
zburzone wioski, obalone góry, spalone lasy. Wszystko to było jego winą. Doprawdy,
zasłuŜył na tytuł, który mu nadano. Czuł jednak, Ŝe dzięki temu powstanie coś
nowego, choć nie będzie to juŜ jego zasługą. Jemu mogła przypaść w udziale
wyłącznie wina. Wiedział, Ŝe nie będzie mu zabronione zobaczyć tego, co powstanie
w odmiennym świecie, napawać się nim, podziwiać go, być moŜe nawet... to nie. W
kaŜdym razie jeszcze nie teraz. Następstwo światła i ciemności będzie nowym
początkiem rzeczy. Jack czuł, Ŝe będzie to dobre.
Spojrzał na wschodzące słońce. Przetarł oczy i ponownie podniósł wzrok. To była
najpiękniejsza rzecz, jaką widział w Ŝyciu. Tak jest — pomyślał. — Na pewno mam
duszę. Nigdy przedtem nie doznałem podobnego uczucia.
Kołysanie wieŜy pod jego stopami ustało. Zaczęła się ona rozpadać.
Nie okłamałem cię, Evene, mimo Ŝe jeszcze wtedy nie miałem duszy. Naprawdę
było mi Ŝal. Nie tylko tego, co zrobiłem tobie, lecz równieŜ całemu światu. Wybacz
mi. Kocham cię.
...Kamień po kamieniu wieŜa zawaliła się. Jack został rzucony w stronę balustrady.
Tak właśnie powinno się to skończyć — pomyślał, uderzając w poręcz. Nie ma
innego wyjścia. Świat został oczyszczony przez ogień, wiatr i wodę.
Wszystko co złe zostało zniszczone bądź zmyte. NiemoŜliwe, Ŝeby to, co
najgorsze, zostało pominięte.
Gdy balustrada pękła, usłyszał głośny szum, jakby rozpętał się wicher. Przerywany
odgłos, jak gdyby łopot bielizny suszącej się na sznurku wypełnił powietrze.
Gdy przelatywał ponad krawędzią, udało mu się spojrzeć w górę.
Oczywiście — pomyślał. — Ujrzał w końcu wschód słońca i został uwolniony.
ZłoŜywszy skrzydła, Anioł Jutrzenki spadał jak czarny meteor. Jego wielka,
ozdobiona rogami twarz nie wyraŜała Ŝadnych uczuć. Gdy się zbliŜał, wyciągnął
ramiona na całą długość i otworzył swe potęŜne dłonie.
Spadając Jack zastanawiał się, czy jego przyjaciel zdąŜy.