background image

 

MARION LENNOX 

 

Miłość 

czyni cuda 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

- 1 -

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

W następnym wcieleniu doktor Beth Sanderson wcale nie chciałaby 

zostać lekarką! Zamykając drzwi gabinetu, z zazdrością myślała o zawodach, 

które gwarantują wolne weekendy, regularne przerwy na herbatę i czas na 

lunch! 

- Zwłaszcza chwilę wytchnienia w porze lunchu - powiedziała półgłosem, 

odczuwając doskwierający głód. 

Od wczoraj nie miała nic w ustach. Wieczorem nie zdążyła zjeść kolacji, 

a teraz... teraz Micky Edgar, syn miejscowego farmera, przycupnął na ścieżce 

przed jej domem, tuląc do siebie psa. 

- Pani doktor, Buster skaleczył łapę - jęknął, patrząc na młodą lekarkę z 

ufnością. 

Choć początkowo mieszkańcy wyspy mieli nieco oporów w stosunku do 

kobiety lekarza, szybko polubili spokojną, zielonooką dziewczynę. Micky nie 

był więc wyjątkiem. Chociaż Beth miała dwadzieścia siedem lat, a on dopiero 

dwanaście, czasem myślał skrycie, że jest ona kobietą, którą chętnie by poślubił. 

Podobały mu się jej brązowe, sięgające ramion włosy, serdeczny uśmiech i spo-

sób, w jaki śmiała się z rzeczy, których większość dorosłych wcale nie uznałaby 

za zabawne. Teraz jednak chłopcu nie było do śmiechu. 

- Niech go pani obejrzy - prosił płaczliwie. - Ta łapa wygląda okropnie. 

- Och, Micky... - Beth pochyliła się nad psem. - Wiesz, że leczę ludzi, a 

nie zwierzęta. Czy nie można z tym poczekać? Wieczorem ma przyjechać nowy 

weterynarz. 

Pomyślała o tym z ulgą. Lecząc mieszkańców Illilawy, miała mnóstwo 

pracy, a od wyjazdu weterynarza zwracano się do niej nawet z takimi 

problemami, jak to, że kury nie niosą jajek. 

- Chyba nie możemy czekać - powiedział Micky, unosząc łapę Bustera. 

R S

background image

 

- 2 -

Była zraniona niemal do kości. Beth uklękła i delikatnie pogłaskała psa, 

który wpatrywał się w nią ślepiami przepełnionymi bólem. 

- O Boże - szepnęła. - Jak to się stało? 

- Wpadł w sidła, które mój tata zastawił na króliki - wyjaśnił Micky 

łamiącym się głosem. - Zginął jakiś tydzień temu. Szukałem go po całej wyspie, 

aż wreszcie dzisiaj Fred Hastings znalazł go na swoim polu i przyniósł do nas. 

Beth nachmurzyła się, oglądając wychudzone zwierzę. 

- To znaczy, że twój tata zastawił sidła na cudzym terenie? 

- Nie, nic podobnego - szybko zaprzeczył Micky, pocierając oczy brudną 

piąstką. - Fred nie pozwoliłby tego robić. Mamy wygon po drugiej stronie. 

Buster musiał ciągnąć sidła aż stamtąd... 

Beth wzięła psa na kolana i bezradnie oglądała ranę. Buster zupełnie 

opadł z sił, była więc pełna obaw, czy można czekać, ale cóż mogła zrobić? 

Najlepiej byłoby natychmiast uśpić biedaka, pomyślała ponuro, ale w tej 

samej chwili duże brązowe ślepia spojrzały na nią błagalnie i pies poruszył 

ogonem. 

- Micky, nowy weterynarz przyleci wieczorem - powtórzyła niezbyt 

pewnym tonem. 

Czy wzbudzanie w chłopcu nadziei nie było okrucieństwem? Zerknęła na 

zegarek. Samolot powinien już wylądować. Może weterynarz jest na wyspie? 

Znów spojrzała na rozharataną łapę. Nic nie zdziała bez środka znieczulającego, 

a nie wie nawet, jaką dawkę należy zastosować dla tak wycieńczonego 

zwierzęcia. 

- Położymy go u mnie w domu i zaczekamy - zaproponowała bezradnie. - 

Czy on coś jadł? 

- Wypił trochę wody - powiedział Micky zdławionym głosem. - Nawet 

nie ma siły jeść... Czy weterynarz naprawdę przyleci? Tata mówi, że miał być u 

nas już w zeszłym tygodniu, a ciągle go nie ma. 

- Wiem - zachmurzyła się Beth. 

R S

background image

 

- 3 -

Otrzymali telegram z informacją, że doktor Ewan Thomas spóźni się z 

ważnych powodów. Mieszkańcy wyspy czekali na weterynarza od wielu 

miesięcy, kiedy to poprzedni nieoczekiwanie wyjechał. Dotychczas Illilawa 

miała przykre doświadczenia z weterynarzami, ale kto wie, może doktor 

Thomas jest zupełnie inny? W każdym razie jako fachowiec chyba lepiej niż ona 

zajmie się chorym psem. 

Ponownie zerknęła na zegarek, a potem spojrzała w niebo. Od rana była 

ładna jesienna pogoda, ale teraz napływały ciemne burzowe chmury i zerwał się 

silny wiatr. 

- Czy widziałeś samolot? - zapytała. 

Samolot z Melbourne obsługiwał trzy wyspy w Cieśninie Bassa i często 

się spóźniał. Jeśli te chmury pojawiły się przed planowanym startem z sąsiedniej 

wyspy, to prawdopodobnie wstrzymano lot i doktor Thomas nie przyleci, dopóki 

burza nie ucichnie. 

- Przelatywał akurat wtedy, gdy tu szedłem - odpowiedział bez 

entuzjazmu. - Słyszałem lądowanie. 

- Wobec tego doktor Thomas może już być w drodze do nas - ucieszyła 

się. - Zadzwonię na lotnisko do Jake'a. 

- Założę się, że ten weterynarz wcale nie przyleciał - szepnął Micky 

załamującym się głosem. - Oni albo wcale nie przylatują, albo... żaden z nich 

pożytek. Ten ostatni stale pił. Mój tata powiedział, że on nie odróżniał nawet 

krowich cycków od ogona. Jeśli pani nie pomoże Busterowi, to on zdechnie. 

- Uspokój się, Micky - powiedziała, kładąc rękę na ramieniu chłopca. - 

Doktor Thomas na pewno jest innym człowiekiem. 

Jake, pracownik lotniska, do którego zadzwoniła, potwierdził jej 

przypuszczenia. 

- Tak, pani doktor, już tu jest, ale jeśli tak pani zależy, żeby jak 

najszybciej dotarł, proszę po niego przyjechać. Ja nie mogę opuścić lotniska - 

usprawiedliwiał się. - Czekamy na jacht z kontynentu. Już dawno powinien 

R S

background image

 

- 4 -

przypłynąć. Szukają go samoloty. Niedługo chyba odwołają akcję, bo przecież 

to niemożliwe, żeby ktokolwiek był na morzu przy tak silnym wietrze. Dopóki 

samoloty krążą, nie mogę się stąd ruszyć. Później mogę przywieźć doktora. 

- Zaraz po niego przyjadę - odpowiedziała Beth z namysłem, spoglądając 

na Micky'ego, który układał Bustera na stercie starych ręczników. -

Potrzebujemy go jak najszybciej, jeśli... - zawahała się - jest kompetentny. Jak 

pan to widzi, Jake? 

- Trudno powiedzieć. Wydaje się mądrzejszy od poprzedniego. 

Przynajmniej na razie jest trzeźwy. 

- W porządku, Jake - powiedziała znużonym głosem. - Zaraz tam będę. 

Niech pan tylko dopilnuje, żeby się nie upił, zanim dojadę. 

Kwadrans później Beth zatrzymała samochód przed terminalem lotniska i 

rozejrzała się wkoło. W pobliżu budynku nie dostrzegła nikogo. Ściemniało się i 

wiał porywisty, zimny wiatr. Pogoda na wyspie zmieniała się tak szybko, że 

trudno ją było przewidzieć. Beth dygotała w cienkiej bawełnianej sukience. 

Powinna wziąć chociaż sweter, ale wyruszyła w pośpiechu, martwiąc się o 

Bustera. 

Jake porządkował tekturowe pudła w kącie magazynu, ale widząc 

wchodzącą lekarkę, wyprostował się i uśmiechnął. 

- Witam, pani doktor. Zaraz lżej się robi na duszy na widok takiej 

dziewczyny. Pani tata byłby dumny z takiej córy... 

- Uznałby, że jestem niemądra - przerwała mu szorstko. - Z pewnością by 

mnie odesłał do domu po sweter. 

Zaledwie dwa miesiące upłynęły od śmierci ojca i wciąż odczuwała 

dotkliwy ból po jego stracie. 

- To prawda, okropna dziś pogoda - przyznał Jake. - Mam nadzieję, że 

znaleźli tych ludzi na jachcie. To młode małżeństwo z niemowlakiem. 

Wypłynęli z kontynentu dwa dni temu i wszelki słuch o nich zaginął. 

R S

background image

 

- 5 -

Beth wzdrygnęła się. Wody wokół Illilawy zawsze były zdradliwe. Mały 

jacht praktycznie nie miał szans podczas sztormu. 

- Czy jeszcze ich szukają? - spytała. 

- Odwołali akcję z nastaniem zmroku - mruknął Jake. - Samoloty nie 

mogą latać w taką pogodę. Poczekam jeszcze z pół godziny i zwijam interes. 

Właściwie mogłem zaoszczędzić pani przyjazdu. 

- Chcę się jak najprędzej zobaczyć z weterynarzem - wyjaśniła, 

rozglądając się wkoło. - Gdzie on się podziewa? 

- Poszedł na spacer. Ledwo zdążył zamienić ze mną kilka słów. 

- Niemożliwe! - Wsunęła ręce do kieszeni sukienki. - Spacer w taką 

pogodę? Czy on jest normalny? 

- Nie może być normalny, skoro przyjął pracę u nas - powiedział Jake z 

naciskiem. - Pani przyjechała tu ze względu na ojca. Kto przy zdrowych 

zmysłach zostawiłby wygodną posadkę na lądzie, żeby przyjechać do takiej 

dziury? 

- Pan przecież tu mieszka - żachnęła się. Uśmiechnął się szeroko. 

- To tylko potwierdza regułę. Już od małego uważano mnie za szaleńca. 

Roześmiała się, potrząsając głową. 

- Czy ten weterynarz sprawia wrażenie, że choć trochę odciąży mnie w 

pracy? - zmieniła temat. - Nie znam się na weterynarii i niedobrze mi się robi na 

samą myśl o leczeniu trzody. 

- Cóż... jak już powiedziałem, na razie jest trzeźwy. Czegóż więcej można 

żądać? 

- Marzy mi się lekarz z prawdziwego zdarzenia - oświadczyła Beth z 

rezygnacją. - Dość już mam niekompetentnych przybyszy, którzy traktują wyspę 

jako schronienie przed światem. Jeśli ten człowiek okaże się pijakiem, 

szaleńcem lub... 

- Lub kim? 

R S

background image

 

- 6 -

Odwróciła się błyskawicznie w kierunku, skąd dobiegł ją nieznajomy 

głos. Uderzenia wiatru w blaszane ściany budynku zagłuszyły kroki 

nadchodzącego. 

Ewan Thomas był ubrany stosownie do pogody. Wyblakła skórzana 

kurtka z podniesionym kołnierzem chroniła szczupłą sylwetkę przed 

niesprzyjającą pogodą. Gdy stał tak oparty o futrynę drzwi, kpiąco patrząc na 

dziewczynę i Jake'a, uderzyła ją obojętność, z jaką się w nią wpatrywał. 

Zupełnie jakby znali się od dawna. 

Był od niej wyższy i nieco starszy. Ogorzała twarz o delikatnych rysach 

sprawiała wrażenie poważnej, znaczonej życiem, co zdumiewało u człowieka, 

który mógł mieć niewiele ponad trzydziestkę. Czarne włosy potęgowały zacię-

tość twarzy. Przed czym ucieka aż tutaj? - pomyślała machinalnie. 

- Więc kim jestem? - powtórzył pytanie, patrząc na nią wyzywająco. - 

Pijak, wariat i jeszcze kto? 

- Przepraszam - uśmiechnęła się z wysiłkiem, podchodząc do niego. - Pan 

zapewne nazywa się Thomas. Witamy na wyspie. Jestem doktor Sanderson. 

Beth Sanderson. 

- Sądziłem, że będę tu jedynym weterynarzem - odparł lodowatym tonem 

Ewan Thomas. 

- Pani doktor leczy ludzi - wtrącił Jake. - Przyjechała po pana, bo ja nie 

mogę się stąd ruszyć. 

- Miło z pani strony - uciął krótko, uśmiechając się ironicznie. - To dowód 

wyjątkowej odwagi... wyjeżdżać po pijanego. 

- Nie spodziewałam się zastać pana w takim stanie - powiedziała, 

rumieniąc się. 

- Wiedziała, że jest pan trzeźwy - zapewnił Jake. - Kazała mi pilnować 

pana w tym względzie, dopóki się tu nie zjawi - zachichotał, najwyraźniej 

rozbawiony zmieszaniem Beth. - No i spisałem się na medal. Nie poczęstowa-

łem pani gościa nawet piwem, pani doktor. 

R S

background image

 

- 7 -

Była zła, ale uśmiech nie schodził z jej twarzy. Stojący przed nią 

mężczyzna wyglądał na znajomego. Gdzie mogła go widzieć? Te głęboko 

osadzone piwne oczy, szerokie usta, mocno zarysowane kości policzkowe... Z 

pewnością gdzieś go spotkała. 

Nie, chyba się myli. Ewan wzruszył ramionami, jakby chciał dać jej do 

zrozumienia, że na niczym mu nie zależy, po czym odwrócił się, żeby wziąć 

stojące obok drzwi walizki. 

- Cóż, jeśli nie mogę się spodziewać poczęstunku tutaj, to pewnie pani 

zabierze mnie gdzieś, gdzie będę mógł spokojnie wypić piwo - rzucił zimno. - 

Jestem gotów. Jedźmy, doktor Sanderson. 

Milczeli, idąc do samochodu. Niefortunny początek współpracy, myślała, 

pomagając mu ulokować bagaże. A to pech! Nawet jeśli Thomas pozostanie na 

wyspie tylko do najbliższego lotu do Melbourne, przecież go potrzebuje. Buster 

nie wyliże się bez jego pomocy. Trzeba znaleźć jakiś sposób porozumienia się. 

- Doktorze, jest mi naprawdę przykro. Ma pan prawo czuć się urażony 

tym, co powiedziałam - odezwała się, gdy wsiedli do samochodu. - Oczywiście 

nie przypuszczałam, że będzie pan pijany. Mieliśmy... mieliśmy pecha z dwoma 

poprzednimi weterynarzami, tym bardziej zależało mieszkańcom, żeby tym 

razem przyjechał ktoś inny, godny zaufania. Postąpiliśmy podle, rozmawiając w 

ten sposób o panu. 

Ewan milczał, aż zaczęła wątpić, czy w ogóle słyszał, co powiedziała. Na 

zewnątrz ściemniło się i deszcz stukał o szyby. 

- Przyjmuję przeprosiny - powiedział wreszcie, ale jego głos nie wyrażał 

żadnych uczuć. 

Beth nachmurzyła się. Co gnębi tego człowieka? - zastanawiała się mimo 

woli. 

- Będziemy sąsiadami - mówiła dalej. - Pana dom stoi obok mojego, na 

cyplu, niedaleko osady. Miejscowe władze wyposażyły go we wszystkie 

niezbędne rzeczy. 

R S

background image

 

- 8 -

- Oprócz piwa w lodówce - zakpił. 

- Znajdzie się też piwo - zapewniła skwapliwie, chociaż postanowienie, że 

będzie miła, zaczynało słabnąć. - Mówiłam przecież, rozmawialiśmy o 

poprzednich weterynarzach, a nie o panu. 

- Niemniej podświadomie doszukuje się pani u mnie ich wad - rzucił z 

zaciętym wyrazem twarzy. 

- Ci, którzy decydują się na przyjazd na wyspę, zawsze mają ku temu 

jakiś powód - próbowała łagodzić sytuację. - Często są to ludzie, którym się nie 

ułożyło na kontynencie. 

- A dlaczego pani tu mieszka? 

- Przyjechałam do ojca - wykrztusiła, zaskoczona pytaniem. 

- Mam uwierzyć, że to jedyny powód? 

- Och, na miłość boską! - straciła cierpliwość. - Przecież pan także mógł 

tu przyjechać z wielu powodów! Czy jest pan słynnym malarzem poszukującym 

ciekawych pejzaży, czy po prostu człowiekiem stroniącym od ludzi, to mnie nie 

obchodzi! Jeśli tylko będzie pan rzetelnie pracował, reszta nie ma znaczenia. 

Ale na pewno będzie nam znacznie łatwiej współpracować, jeśli zdobędzie się 

pan na choć trochę uprzejmości - odparowała. 

- O to nie musi się pani obawiać - powiedział chłodno. 

- Unika pan zawierania przyjaźni, prawda? 

- Tak. 

Beth próbowała się skoncentrować na prowadzeniu samochodu, ale 

ciekawość wzięła górę. 

- Czy mogę spytać dlaczego? 

Spojrzał na nią z taką irytacją, że aż zadrżała. Poczuła w sercu chłód i 

przejmujący żal. Od śmierci ojca czuła się samotna. Mieszkańcy wyspy 

traktowali ją jak kogoś z zewnątrz, nawet młodzi mężczyźni widzieli w niej 

tylko panią doktor, a nie atrakcyjną kobietę.  

R S

background image

 

- 9 -

Z rozrzewnieniem wspominała przyjaciół ze studiów, ale tamte czasy 

wydawały się jej bardzo odległe. Teraz ten gbur wyraźnie dawał do 

zrozumienia, że nie potrzebuje niczyjej przyjaźni. 

Zreflektował się, bo nagle złagodniał. Miał przyjemny głos, mówił z 

lekkim walijskim akcentem. 

- Przyjechałem tutaj, bo potrzebuję samotności. Chcę odpocząć od ludzi. 

- Sprawia pan wrażenie nieszczęśliwego - zauważyła.  

Zapadło długie milczenie.  

Beth uświadomiła sobie, że posunęła się za daleko. Zapewne Ewan 

Thomas nie odezwie się do niej już do końca swojego pobytu na wyspie, 

pomyślała przerażona. 

- Czy ludzie panią uszczęśliwiają, doktor Sanderson? - zapytał 

nieoczekiwanie. 

- Zdarza się, że tak - przyznała, myśląc o ojcu i nagle poczuła łzy 

napływające do oczu. - Raczej... kiedyś się zdarzało. 

- Więc to już przeszłość - stwierdził szorstko, wyczuwając jej rozżalenie. - 

I ból jest spotęgowany tym, że pozwoliła sobie pani na zaangażowanie, prawda? 

- Może było warto - odparła, nie dając się sprowokować. - Życie bez 

miłości byłoby ponure. 

Nie rozmawiali więcej. Nierówna nawierzchnia drogi tonęła w strugach 

deszczu, więc Beth jechała ostrożnie. Jej samochód miał napęd na cztery koła, 

jak wszystkie pojazdy na wyspie, a jednak musiała uważać. Jechali wzdłuż skal-

nego urwiska w zachodniej części wyspy i szybka jazda groziła katastrofą. 

Nie potrafiła się skoncentrować, fizyczna obecność Ewana Thomasa 

odbierała jej pewność siebie. Odniosła wrażenie, że wciąż na nią patrzy. 

Dlaczego tyle mu o sobie powiedziała? Ujawniając swoje najskrytsze 

uczucia, niczego nie wskóra. Wcale nie chciał przyjaźni, pragnął tylko spokoju. 

Znów ogarnęło ją uczucie przemożnej samotności, z trudem 

powstrzymywała się od płaczu. Żeby zająć myśli czymś innym, zerknęła w 

R S

background image

 

- 10 -

stronę mrocznego oceanu. W oddali ledwo widoczny pomarańczowy błysk 

rozproszył na chwilę ciemność. W pierwszej chwili pomyślała, że to wyobraźnia 

podsuwa jej jakieś majaki. Zdjęła nogę z pedału gazu i zwolniła. Jednak tym 

razem nic nie było widać. 

- O co chodzi? - zdziwił się Ewan. 

- Zdawało mi się, że widzę jakiś błysk na morzu... Odwrócił się i 

popatrzył w ciemność. 

- Nic nie widać - powiedział. 

Skinęła głową, próbując skoncentrować się na prowadzeniu. Po chwili 

jednak zatrzymała samochód, bo przypomniała sobie o zaginionym jachcie. 

- Muszę sprawdzić. Nie pojadę dalej, zanim się nie przekonam, co to było 

- oświadczyła wysiadając. 

Zacinał deszcz i dął silny wiatr, aż zaparło jej dech. 

- Pani jest szalona - rozzłościł się Thomas. - Oprócz morza i sztormu nic 

tam nie ma. 

- Jeśli pan ma rację, to najwyżej zmoknę bez potrzeby - ucięła ze złością. 

- Ale jeśli na skałach znajduje się łódź w potrzasku, to tylko my możemy 

pomóc. Wiem, że pana nie obchodzą inni, ale mnie - wręcz przeciwnie. 

Wyjęła z bagażnika niezbędne przedmioty. Jej samochód spełniał na 

wyspie rolę karetki pogotowia, więc był zaopatrzony w sprzęt pierwszej 

pomocy. Woziła nawet dużą lampę na wypadek, gdyby coś się stało po 

zapadnięciu zmroku. Wytaszczyła ją teraz i ugięła się pod jej ciężarem. 

- Ja poniosę - Thomas zaofiarował swą pomoc, wyjmując jej z ręki 

reflektor. 

- Zmoknie pan - ostrzegła. 

- Mniej niż pani. - Popatrzył krytycznie na jej sukienkę. - Nie ma pani 

płaszcza? 

R S

background image

 

- 11 -

- Nie. I nie chcę pańskiego - dodała szybko, uprzedzając zamiar Ewana. - 

I tak jestem już przemoczona. Niedaleko stąd biegnie ścieżka, po której można 

zejść na plażę. 

- Lepiej będzie, jeśli przymocuję reflektor gdzieś tu, na urwisku - 

zaproponował. 

- Gdyby tam znalazła się łódź, z pewnością utkwiłaby w dolnej części 

stromizny - powiedziała Beth. - W taką pogodę nie uda się dojść na tyle blisko, 

żeby dokładnie zobaczyć morze. 

- Czyli trzeba zejść na sam dół? 

- Tak. - Beth chwyciła sznur i zatrzasnęła drzwi samochodu. - Ruszamy. 

- Na pewno widziała pani błysk światła? - zapytał takim tonem, jakby 

zupełnie zwątpił w jej rozsądek. 

- Nie, nie jestem pewna - przyznała. - Ale nie mogę tego wykluczyć, a 

wiem, że na morzu zaginął jacht. To wystarczający powód, żeby sprawdzić - 

rzuciła, zbiegając ścieżką w dół. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

R S

background image

 

- 12 -

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Przez kilkanaście minut schodzili stromą skalną ścieżką. Wreszcie dotarli 

na piaszczystą plażę, zwykle szeroką, ale teraz przypływ niemal całkowicie ją 

zalał. 

Umocowali reflektor na statywie, kierując światło w stronę morza. Z 

początku nie zauważyli nic niezwykłego. Beth drżącymi rękoma zaczęła 

przesuwać jasny strumień we wszystkich kierunkach, zataczając szerokie pół-

kola od morza po skalne urwisko. 

- Ja to zrobię - rzucił zniecierpliwiony Ewan. 

Chwycił ją za ramiona i odsunął, po czym sam zaczął metodyczne 

poszukiwania, z ogromną precyzją badając ciemności. 

Nawet przy silnym reflektorze, ulewny deszcz niemal do zera ograniczał 

widoczność. Beth osłaniała oczy przed strugami deszczu i wytężała wzrok 

wzdłuż białej smugi światła, ale prócz skał i wody nic nie widziała. Chociaż 

Ewan uznał całe zdarzenie za twór jej wyobraźni, szukał skrupulatnie, 

przeczesując całą zatokę. Na próżno. Aż w pewnej chwili... 

On też to zauważył. Zanim zdołała krzyknąć, światło wróciło z powrotem 

do punktu, który dopiero co badało i zatrzymało się. 

Jacht zaklinował się między dwoma występami skalnymi. Był 

przechylony, woda wdzierała się na pokład. Beth z przerażeniem patrzyła, jak 

atakuje go jedna fala za drugą, przelewając przez pokład potoki wody i 

rozbijając je o skały. Z trudem dostrzegła dwie postacie, desperacko trzymające 

się burty. Gdy światło zatrzymało się na nich, jedna uniosła rękę w niemym 

geście, po czym znów chwyciła szybko za krawędź łodzi. 

- O Boże - jęknął Ewan, po raz pierwszy bez śladu chłodu i wrogości w 

głosie. 

Ogarnęło go przerażenie nie mniejsze niż Beth, chociaż ona może bardziej 

uświadamiała sobie grozę sytuacji. Wychowała się w podobnych okolicach. Jej 

R S

background image

 

- 13 -

ojciec przez całe życie pracował jako latarnik na wyspach tak odległych od 

świata jak Illilawa. Przyglądała się uwięzionemu jachtowi, myśląc intensywnie 

nad sposobami ratunku. 

- Powinien się tam utrzymać - powiedziała niepewnie. - Skała, w którą 

uderzył, daje mu oparcie. Chyba zdążymy sprowadzić pomoc! - krzyknęła, 

odwracając się w stronę ścieżki. 

Ewan chwycił ją za ramię i odwrócił twarzą do siebie. 

- Co chcesz zrobić?! - zawołał. 

- Wezwę pomoc przez radio. Mam w samochodzie nadajnik. Chłopcy 

sprowadzą z portu łódź ratunkową. 

- Na jakiej częstotliwości pracuje ten aparat? 

- Jest nastawiony. Wystarczy podnieść mikrofon i mówić. Ale ja... 

- Ja dotrę tam szybciej - rzucił już w biegu. - Gdzie mają przyjechać? 

- Do Zatoki Cartera. Od strony południowej. 

Po zniknięciu Ewana Beth wpatrywała się w morze. Ile czasu zajmie 

sprowadzenie łodzi ratunkowej? Ewan dotrze na szczyt urwiska nie wcześniej 

niż za pięć minut. Spuszczenie łodzi na wodę potrwa kolejne dziesięć minut, a 

zanim przypłynie do zatoki, minie sporo czasu.  

Czy rozbitkowie, desperacko trzymający się burty, wytrwają tak długo? 

Muszą. Zaczęła znów przesuwać reflektor, wytężając wzrok. Dwie 

postacie wciąż tkwiły na pokładzie, walcząc z żywiołem. Odwróciła głowę w 

stronę ścieżki, ale Ewan już zniknął. Gdy ponownie spojrzała na jacht, serce jej 

zamarło. Nie był już bezpiecznie zaklinowany pomiędzy skałami. Ześlizgnął się 

bezgłośnie w przód, aż zarył dziobem w wodę. W ciągu kilku sekund 

rozbitkowie pochylili się i zniknęli z pola widzenia. 

Przez chwilę sądziła, że zginęli bezpowrotnie. Wytężała wzrok aż do 

bólu. Dziób łodzi był całkowicie zanurzony, ale rufa wystawała ponad falami. 

Jakimś cudem ludzie znów się ukazali. Znikali pod powierzchnią za każdym 

razem, gdy uderzały w nich rozkołysane fale, po czym się wynurzali. 

R S

background image

 

- 14 -

Nie wytrwają długo. To tylko kwestia minut, nim żywioł ich pochłonie. 

Gorączkowo zerknęła na zegarek i przerażona zamknęła oczy. Do właściwego 

przypływu pozostało jeszcze tylko pół godziny. Fale będą się wzmagały, a wy-

czerpani ludzie zatoną. Patrzyła. To cud, że jeszcze nie zginęli. 

Ewan mógł być w połowie drogi. Zastanawiała się, czy widział, co się 

stało, ale było to niemożliwe. Przecież nie miał latarki. Na pewno nie patrzył na 

morze, śpiesząc się, by jak najszybciej sprowadzić pomoc. Była zdana na własne 

siły. 

Spojrzała na linę, którą trzymała w ręku. Czy zdoła...? Pływała dobrze, ale 

w taką pogodę? 

Ludzie na jachcie nie mają szans, jeśli im nie pomoże. Trzeba coś zrobić, 

i to szybko, bo inaczej niechybnie utoną! Związała dwie liny, rozglądając się 

jednocześnie za czymś, do czego mogłaby przywiązać koniec sznura. Nie 

opodal leżała duża drewniana kłoda. 

Nie wahała się już. Podbiegła do kloca i zawiązała pętlę, ocierając 

naskórek o chropowatą korę. Nie czuła bólu. 

Lina będzie trzymać, bo jeden koniec kłody wrył się w piasek i tkwił 

mocno w podłożu. Myśl o tym napełniała ją nadzieją. Ściągnęła przemoczoną 

sukienkę, zrzuciła buty i zrobiła kolejną pętlę, opasując się nią w talii. 

Jeszcze nigdy nie pływała w tak rozszalałym oceanie. Gdyby miała czas 

na zastanowienie się, uznałaby to za szaleństwo. Po uderzeniu pierwszej fali 

omal nie zrezygnowała. Siła wody pozbawiła ją tchu, zanim jednak nadeszła 

kolejna, powiodła wzrokiem wzdłuż linii światła i dostrzegła zarys rufy jachtu, 

wciąż jeszcze widocznego na powierzchni. Postacie rozbitków chwiały się, 

przewieszone przez burtę. Ta scena dodała jej sił. Zaczerpnęła powietrza i 

zanurzyła się w kolejną falę. Musi do nich dobrnąć! 

Ale chociaż wkładała w to wszystkie siły, dopłynięcie do łodzi wydawało 

się niemożliwe. Woda znosiła ją w różne strony, tylko nie tam, gdzie chciała 

R S

background image

 

- 15 -

dotrzeć. Nurkowała głęboko, żeby uniknąć uderzenia kolejnych fal, ale żywioł 

był bezlitosny, spychał ją wciąż do tyłu, oddalając od rozbitków. 

Już od dziecka pływała doskonale i teraz starała się wykorzystać 

wszystkie umiejętności poruszania się w wodzie. Brakowało jej tylko sił. Boże, 

dopomóż, modliła się w duchu. Pozwól mi dotrzeć do łodzi. Spraw, żeby ci 

ludzie przeżyli. 

Nagle porwała ją fala i rzuciła na skałę. Beth zaczęła się dławić, gdy jakaś 

siła zepchnęła ją pod wodę. Kiedy się wynurzyła, okazało się, że zaledwie parę 

metrów dzieli ją od jachtu. Trzykrotne nurkowanie, jeszcze jedna próba, kolejny 

oddech i... chwyciła pod wodą burtę. 

Ostatkiem sił opłynęła łódź, chcąc się dostać do rufy w nadziei, że 

tamtych dwoje jeszcze żyje. Wyciągnęła rękę i dotknęła czegoś miękkiego, co 

poruszyło się konwulsyjnie i ścisnęło jej dłoń. 

W ciemności z trudem dostrzegła kobietę. Była zbyt wyczerpana, by dać 

jakikolwiek znak. Ledwo trzymała się na nogach, z trudem stawiała opór 

wodzie, ale wciąż jeszcze walczyła o przetrwanie. Obok niej znajdował się męż-

czyzna. Jedną ręką trzymał się łodzi, drugą tulił przemoczone zawiniątko. 

- Długo mam czekać, aż mnie wciągniecie na pokład?! - wrzasnęła, 

przekrzykując huk żywiołu. 

Żadne z nich jednak nie zareagowało. 

Nie byli w stanie działać. Łódź, której się trzymali, otarła się jedną stroną 

o skałę i przez chwilę Beth myślała, że ześlizną się na dno. Jeśli nie wyprowadzi 

tych dwojga na brzeg, zatoną wszyscy. Trzeba jak najszybciej przywiązać linę 

do jachtu. Tylko w ten sposób mogą się uratować. Zrobiła pętlę, ale jej 

przymocowanie okazało się problemem. Oblewające łódź fale uniemożliwiały 

dotarcie do miejsca, w którym znajdował się odpowiedni zaczep. Wreszcie 

udało się. 

- W porządku! - krzyknęła. - Jedyną szansą dla nas jest przesuwanie się 

wzdłuż liny aż do plaży. Jeśli dostaniemy się tam przed zatonięciem jachtu, 

R S

background image

 

- 16 -

przeżyjemy! - Beth z trudem łapała oddech między kolejnymi zalewającymi ją 

potokami wody. 

Rozbitkowie nie reagowali. Jeśli teraz wrócisz, ocalisz własne życie, 

przemknęło jej przez myśl, ale szybko odrzuciła tę pokusę, zła na siebie, że coś 

takiego przyszło jej do głowy. Musi ich jakoś nakłonić, żeby wreszcie ruszyli. 

Do tego czasu Ewan zapewne wrócił na plażę.  

Ewan Thomas... Świadomość jego obecności na drugim końcu liny 

napełniła ją dziwną otuchą. Dlaczego? Przecież ledwo go znała, a to, czego 

zdążyła się o nim dowiedzieć, nie nastrajało optymistycznie. 

Wiedziała, że jest silny. Emanował nie tylko siłą ciała, ale i charakteru. 

Jeśli stoi na plaży, widząc z dala tych nieszczęśników, na pewno znajdzie 

sposób, by wykrzesać z nich resztki sił. Pomoże im pokonać ostatnie metry... 

On tam już jest, na pewno. Czeka, aż ona doholuje tych dwoje i sama 

wyjdzie na brzeg. Ta myśl przemogła w niej wszelki opór. Siłą oderwała ręce 

kobiety od burty, kładąc jej dłoń na linie. 

- Pani pierwsza! Ruszać się! - krzyknęła. - Musimy się śpieszyć! 

Przerażona kobieta obejrzała się na mężczyznę, zaczęła jednak przesuwać 

się wzdłuż liny, powoli, niepewnie, w kierunku odległej plaży. 

- Teraz pan! - rozkazała Beth, ale mężczyzna zaprzeczył ruchem głowy, 

nie ruszając się z miejsca. 

Z ogromnym wysiłkiem uniósł węzełek i wtedy oniemiała, widząc w nim 

niemowlę. 

Przez ułamek sekundy miała kompletną pustkę w głowie. Co teraz? 

Przecież on nie da rady przesuwać się, trzymając linę jedną ręką! Wypuści 

dziecko. I tak ledwo je trzymał. Instynktownie wyciągnęła rękę i chwyciła zawi-

niątko. 

- Niech pan idzie! - wrzasnęła. - Ja niosę dziecko! Szybko! 

Sprzeciwił się słabym gestem, ale widocznie zrozumiał, że sam nie jest w 

stanie przenieść maleństwa i zaczął się przesuwać naprzód. 

R S

background image

 

- 17 -

Co ja mam począć? - myślała gorączkowo.  

Trzymała się burty tylko jedną ręką. Kolejna fala wpadła z hukiem, 

przewracając ją na pokład. Muszę coś zrobić, bo inaczej zginę razem z 

dzieckiem! 

Niemowlę było owinięte w coś w rodzaju szalika. Czy jeszcze żyje? 

Nagle poruszyło się, jakby w odpowiedzi na jej wątpliwości. 

Z trudem zawiązała sobie szal na szyi tak, że dziecko zwisało na jej piersi 

w czymś w rodzaju kokonu. Nie miała pojęcia, jaki jest stan niemowlaka, ale nic 

więcej i tak nie mogła dla niego zrobić. Na razie tkwiła wciąż przy jachcie, 

sądząc, że może uda się przetrwać do czasu pojawienia się łodzi ratunkowej. 

Nagle poczuła, że jacht znów się przechyla, szybko więc pozbyła się 

wątpliwości. Musi natychmiast ruszyć w stronę plaży! 

Wzięła głęboki oddech i zaczęła się przesuwać wzdłuż liny. W dłoniach 

czuła piekący ból, ale nie mogła rozluźnić uchwytu. Dławiąc się, sunęła 

naprzód. 

Oddychaj, maleństwo - szeptała w duchu, czując, jak zawiniątko dotyka 

jej ciała. Czy to wyobraźnia, czy naprawdę czuła słabe bicie małego serduszka? 

To dodało jej sił, pozwoliło zapomnieć o bólu. 

Czas dłużył się niemiłosiernie. Jak to się stało, że tyle już przepłynęła? 

Przed nią zamajaczył drobny punkcik - światło reflektora na plaży. Poczuła 

przypływ nadziei. 

Ale plaża była jeszcze daleko. Dziecko hamowało swobodę ruchów, 

bolały ją ręce, zapierało jej dech w piersiach. Przykro mi, maleństwo, ale nie 

dam rady, myślała załamana. Nagle fala uderzyła ją w twarz. Beth zakrztusiła 

się i jedną ręką puściła linę. 

W tej samej chwili nadeszła pomoc. Ktoś chwycił jej ciało, a osłabłą rękę 

odnalazł pod wodą i pewnie umieścił z powrotem na linie. 

- Musisz płynąć! Dalej, dalej! Do brzegu jest jeszcze tylko kilkanaście 

metrów. 

R S

background image

 

- 18 -

Mimo skrajnego wyczerpania rozpoznała głos Ewana. Poczuła obok 

siebie silne męskie ciało. Popychał ją do przodu. 

- Jestem za tobą! - krzyczał. - Dasz radę, Beth, musisz!  

Nie mogę - przemknęło jej przez głowę, ale nie wypowiedziała tych słów. 

- Dalej, Beth, szybciej, przesuwaj ręce. Jeszcze raz. Nie ustawaj! 

To niepojęte, skąd brał siłę na przekrzykiwanie huczącego żywiołu, ale 

ten krzyk ją mobilizował. 

Kolejna fala popchnęła ją tak daleko, że poczuła piasek pod stopami. 

Następna by ją przewróciła, ale Ewan chwycił ją w ramiona, skutecznie 

osłaniając przed rozszalałym żywiołem. 

Dziecko... Nawet teraz, gdy stanęła już na upragnionym lądzie, drżącymi 

rękoma wciąż podtrzymywała zwisający tobołek. 

- Tu jest niemowlę - wybełkotała, bo jej słowa były już tylko urywanym, 

dławiącym kaszlem. 

Ewan zrozumiał. Gdy zmagała się z węzłem, próbując zdjąć zawiniątko, 

odciągnął jej ręce i pomógł uwolnić się od balastu. Przyklęknął obok i ściągnął 

szal z maleństwa, które nie dawało znaku życia. 

Gdzieś z oddali, jak przez mgłę, usłyszała łkanie kobiety. Próbowała 

uklęknąć, ale kolana odmówiły jej posłuszeństwa. 

- Czy ono... czy jeszcze żyje? - wykrztusiła. 

- Tętno jest wyczuwalne. 

Beth usiadła, a Ewan położył jej dziecko na kolanach, chcąc je zbadać. 

Wokół wciąż huczały fale, ale teraz nie zważali na to. 

Wyciągnęła się na piasku, wiedząc, że z braku sił i tak nie może pomóc. 

Wszystko zależało od Thomasa. Oczyścił dziecku drogi oddechowe. Jej też 

zbierało się na wymioty na wspomnienie wody, ale zdołała się opanować. 

Tymczasem Ewan podniósł dziecko i zaczął mu robić sztuczne oddychanie 

metodą usta-usta. 

R S

background image

 

- 19 -

Huk morza zdawał się ustępować. Beth usiadła i z niepokojem 

przypatrywała się niemowlęciu. Ustało także łkanie matki, która zapewne zdała 

sobie sprawę, że kolejne minuty walki o życie dziecka są w rękach Ewana i nie 

należy mu przeszkadzać. Fale podpływały, żłobiąc piasek w misterne wzory 

wokół miejsca, gdzie siedziała Beth, bezgłośnie modląc się. 

Nagle maleństwo poruszyło się lekko, a w chwilę później usłyszeli słabe 

kwilenie. 

- Już wszystko w porządku - usłyszała kojący głos. 

Ewan podszedł do majaczących w ciemnościach postaci. Widziała, jak 

pochyla się nad kobietą, podając jej dziecko. Potem wrócił do Beth, żeby ją 

przenieść wyżej, dalej od fal. 

- Już po wszystkim - powtórzył, obejmując ją mocno. - Wszyscy są 

bezpieczni. Dzięki tobie nie doszło do tragedii. 

Przytulił ją na chwilę, a potem posadził na piasku i trzymał mocno, 

próbując w ten sposób powstrzymać drżenie jej ciała. 

- Ja... 

- Nic nie mów. Nie trzeba. Nawet dziecko nie ucierpiało poważnie, trzeba 

mu tylko zapewnić ciepło. Rodzice są w szoku i cierpią na hipotermię, ale ich 

życiu nic nie zagraża. 

- Powinnam sprawdzić... 

- Zrobiłem wszystko, co było można. Teraz musimy czekać... 

W chwilę później na plaży rozbłysły światełka latarek i pojawili się 

ludzie. Ewan nie ruszył się z miejsca, trzymał Beth w objęciach, siedząc dawał 

wskazówki i odpowiadał na pytania. Wreszcie dziewczyna przestała dygotać, 

rozgrzała się. 

- Może utrzymaliby się na jachcie do czasu przypłynięcia łodzi 

ratunkowej - szepnęła, spoglądając na morze. 

R S

background image

 

- 20 -

- Jacht zatonął pięć minut temu - poinformował zaskakująco łagodnym 

głosem. - Lina przerwała się w chwilę po naszym wyjściu z wody. Gdyby nie 

twój wyczyn... - urwał, bo wzruszenie nie pozwalało mu dalej mówić. 

Ostrożnie uwolniła się z objęć Ewana, chociaż najchętniej trwałaby tak 

przez całą noc, czując jego ciepło i siłę. Dramatyczne wydarzenia zbliżyły ich. 

Wydało się jej naturalne, że zaczęli sobie mówić po imieniu. 

Ocknęła się. Była przecież jedynym lekarzem na wyspie, wzywały ją 

obowiązki. 

Uwolnił ją, gdy próbowała wstać. Zaskoczona zauważyła, że on też 

niechętnie wypuszcza ją z ramion. Przecież przeżył niemal taki sam szok, jak ja, 

pomyślała. Niezły początek pobytu na wyspie. 

W tej samej chwili uświadomiła sobie coś więcej: gdyby nie dotarł do niej 

na czas, nie przeżyłaby. Straciła szanse w chwili, kiedy puściła linę. Zatonęłaby 

bez jego pomocy, to oczywiste. 

- Dziękuję - szepnęła. - Uratowałeś mi życie. 

- W porównaniu z twoim, mój udział w tym wszystkim nic nie znaczy - 

odparł. - Gdzieś ty się nauczyła tak pływać i supłać węzły? Obawiałem się, że 

lina opasująca twoją talię może się w każdej chwili rozwiązać. 

- Mój ojciec chyba by zmartwychwstał, żeby mnie zgromić, gdyby moje 

supły zawiodły - zmusiła się do uśmiechu. 

Tymczasem plaża wzdłuż zatoki zaroiła się ludźmi. Mieszkańcy Illilawy 

chcieli zobaczyć rozbitków i bohaterów. 

- Wiadomość nadana przez radio trafiła do pubu, bo tam najłatwiej było 

zwołać chłopaków do łodzi ratunkowej - wyjaśnił Matt Hannah, miejscowy 

farmer i zarazem szef ochotniczej ochrony wybrzeża. 

Podszedł do Beth z ciepłym kocem. Przyjęła go z wdzięcznością, chociaż 

był już mokry od siekącego ciągle deszczu. 

- Trzeba jak najszybciej zabrać rozbitków z plaży - poleciła, trzęsąc się z 

zimna. - W przeciwnym razie hipotermia nasili się. 

R S

background image

 

- 21 -

- Za chwilę będą nosze - zakomunikował Matt. - Enid na wszelki 

wypadek otworzyła szpital. Czy tam ich zanieść? 

- Tak. Trzeba zrobić dziecku rentgen płuc. 

- Czy będzie pani w stanie się tym zająć, pani doktor? - zapytał, 

spoglądając z niepokojem na jej bladą twarz. - Coś mi się wydaje, że dość się 

dziś pani napracowała. 

- Mogę pomóc - zaofiarował się Ewan, podchodząc do rozmawiających. - 

Prześwietlam zwierzęta, powinienem więc uporać się i z ludźmi. 

- Ach, więc to pan jest tym nowym weterynarzem - ucieszył się Matt, 

podając mu rękę. - Witamy na wyspie. Trzeba przyznać, że na początek 

przeszedł pan przez istne piekło. Kiedy już cała wrzawa ucichnie, zgotujemy 

panu bardziej godziwe powitanie. 

- Nie trzeba... - odrzekł Ewan niepewnym głosem. 

- Trudno się dziwić, że dzisiaj nie uśmiecha się panu zabawa, chociaż 

kieliszek rumu dobrze by panu zrobił po tych wszystkich przejściach. Oboje 

spisaliście się na medal. Sam nie zdobyłbym się chyba na ściągnięcie tych ludzi 

z jachtu... 

Beth nie słuchała już tych wywodów. Podeszła do niefortunnych żeglarzy. 

Siedzieli skuleni na piasku, owinięci kocami. 

- Opuścimy teraz plażę - powiedziała, klękając obok nich. - Czy macie 

jakieś poważne rany? 

- Moje ręce... - płakała kobieta, przyciskając do piersi niemowlę 

opatulone w koc, jakby wciąż się obawiała, że je straci. - Nie mam siły wstać, 

ale żyjemy. Nie mogę... wprost nie mogę w to uwierzyć. 

Mężczyzna uścisnął rękę Beth. 

- To wszystko dzięki pani. 

- Musicie jak najszybciej znaleźć się w ciepłym i suchym pomieszczeniu - 

oświadczyła, dając znak ludziom przy noszach. 

R S

background image

 

- 22 -

- Ja... dam radę, mogę iść sam - odezwał się mężczyzna, słaniając się z 

wyczerpania. - Nie potrzebuję... 

- Trzeba iść pod górę - przerwała mu Beth. - Poza tym naszym 

pracownikom pogotowia przyda się trochę praktyki. Godzinami ćwiczą na 

manekinach. Teraz muszą się zająć autentycznymi ofiarami, to znaczy... 

pacjentami - poprawiła się. 

Na plaży zapanował pogodny nastrój, wszyscy się odprężyli. Mieszkańcy 

Illilawy często byli świadkami tragedii rozgrywających się u wybrzeży wyspy, 

cieszyli się więc, że tym razem udało się uniknąć nieszczęścia. 

- A co z panią, pani doktor? - zapytał jeden z noszowych. - Matt kazał 

nam zabrać nosze dla trzech osób. 

- Mnie nie są potrzebne - zapewniła Beth. 

Nogi miała jak z waty, ale nie poddawała się wyczerpaniu. 

- Ja poniosę doktor Sanderson - usłyszała nagle za sobą głos Ewana. 

Zanim zdążyła się zorientować, co się dzieje, porwał ją na ręce i 

przycisnął do siebie. 

- Puść mnie - sprzeciwiała się. - Pójdę sama. 

Ale opór na nic się nie zdał, bo mężczyzna mocno trzymał ją w 

ramionach. W jego objęciach zapomniała o przykrych wydarzeniach. Skąd takie 

pozytywne odczucia? - dziwiła się sama sobie. 

- Tylko mnie nie upuść - powiedziała wyraźnie zażenowana. 

Ewan zatrzymał się i przyjrzał się jej uważnie. 

- Nie bój się - szepnął i szybko ruszył w stronę urwiska. 

 

 

 

 

 

 

R S

background image

 

- 23 -

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Kolejne pół godziny upłynęło w niebywałym zamęcie. Małżeństwo z 

jachtu umieszczono w szpitalu. Beth zajęła się nimi, chociaż sama była 

osłabiona. Siostra Enid mogła wykonać tylko proste zabiegi. Oprócz Beth nikt 

nie potrafił ich zbadać. 

Najbardziej martwił ją stan dziecka. Było nieprzytomne, kiedy wyciągnęli 

je z wody. Teraz należało sprawdzić, czy nie wystąpił obrzęk płuc. 

Dziecko było rzeczywiście maleńkie. 

- Ma sześć tygodni - powiedziała matka, kiedy Beth pochyliła się nad 

łóżeczkiem. - Mąż umówił się z klientem w naszym domku letniskowym, 

chcieliśmy tam spędzić kilka dni. Zgodnie z planem mieliśmy jutro dopłynąć. 

Ale... 

- Ale namówiłem Robyn, żeby najpierw opłynąć wyspę - przyznał 

mężczyzna, który właśnie wycierał się i jęczał za każdym razem, gdy dotknął 

ręcznikiem skaleczeń. - Zabawiliśmy w zatoce dłużej, niż zamierzaliśmy, a 

wczoraj w ogóle nie było wiatru, więc jacht stał w miejscu. Mały silnik z 

niewielką ilością paliwa nie pozwoliłby przepłynąć całej drogi powrotnej. A 

potem zerwał się wiatr i rozszalał sztorm. Próbowałem dotrzeć do przystani, 

ale... wiadomo, co się stało. 

- Nie mogliście wezwać pomocy przez radio? - spytała Beth. 

- Radio jest zepsute. Oddałem je do naprawy, ale nie zdążyli zrobić. Nie 

chciałem czekać. Ja... teraz wiem, że postąpiłem nierozsądnie. 

Nie da się ukryć, że postąpił pan głupio, pomyślała, delikatnie przewijając 

dziecko obolałymi rękoma. Enid włożyła do łóżeczka pled elektryczny, a 

grzejnik w sali nastawiła na maksimum. Beth zależało, żeby mały pacjent 

porządnie się rozgrzał, zanim zacznie go badać. 

R S

background image

 

- 24 -

- Miałeś dużo szczęścia - szepnęła do śpiącego malca. Przykryła go 

kołderką i wyszła z sali. Prześwietlenie trzeba było odłożyć do czasu, kiedy 

unormuje się temperatura dziecka. 

Ewan czekał na nią w poczekalni. Prosiła, żeby poszedł do domu, ale nie 

słuchał jej. 

- Nie ruszę się stąd, dopóki ty tu jesteś - odparł stanowczo. - Rozumiem, 

że masz obowiązki, ale powinnaś też pomyśleć o sobie. Musisz się położyć. 

Odwiozę cię do domu - zaproponował. 

- Pójdę sama, przecież to blisko - powiedziała znużonym głosem. - 

Zresztą na razie muszę zostać. Aparat rentgenowski jest w pokoju, który nie 

zdążył się jeszcze nagrzać. Enid pomoże mi prześwietlić małego. Nie ma po-

trzeby, żebyś tu siedział. 

- Czy Enid jest pielęgniarką? - zapytał. 

- Tak. 

- Wobec tego może cię przez jakiś czas zastąpić. Odprowadzę cię do 

domu. Weźmiesz prysznic i przebierzesz się. Przecież byłaś całkiem 

przemoczona! 

- Założyłam suche ubranie - protestowała. Uniósł brwi z 

niedowierzaniem. 

- Widzę - odparł kpiąco. - Założyłaś biały fartuch, skutecznie 

przykrywający mokre rzeczy. Ciekaw jestem, co masz pod spodem: mokrą 

sukienkę, czy mokrą bieliznę? 

Roześmiała się, spoglądając na niego i zarumieniła się. Przyglądał się jej 

przenikliwie i zrozumiała, że nie uda się go oszukać. Rzeczywiście miała na 

sobie mokrą bieliznę. 

- Przecież ty też... - powiedziała buntowniczo, ale szybko urwała, bo 

spostrzegła, że Ewan założył już suche spodnie i ciepły gruby sweter. 

R S

background image

 

- 25 -

- Byłem w korzystniejszej sytuacji - uśmiechnął się, widząc jej 

zdziwienie. - Miałem walizkę ze swoimi rzeczami w twoim samochodzie. Kiedy 

zajmowałaś się pacjentami, szybko się przebrałem. 

- Szczęściarz z ciebie - zakpiła. 

Dobry humor szybko się ulotnił. Bolały ją ręce i wciąż jeszcze była 

przemarznięta do szpiku kości. 

- Idziemy - oświadczył stanowczo, otwierając drzwi, przez które wpadł 

ostry podmuch wiatru. - Szybko! 

Zawahała się, ale po chwili skinęła głową. Czuła, że musi się natychmiast 

ogrzać, bo inaczej chorzy w ogóle nie będą mieli z niej pożytku. Skuliła się pod 

naporem wiatru, który wtargnął do środka. 

- Czy mam cię zanieść? - zapytał łagodnie, ale Beth zaprzeczyła ruchem 

głowy. 

- Dam sobie radę. 

W natłoku zdarzeń zupełnie zapomniała o Mickym i jego psie. 

Dom był nie oświetlony. Ewan zapalił latarkę, kiedy otwierała drzwi. 

Micky spał na podłodze przy drzwiach. Nawet we śnie na jego twarzy 

dostrzegła pełen bólu grymas. 

Westchnęła przerażona. Jak mogła o nim zapomnieć? Uklękła przy 

chłopcu i wzięła go za ręce. Poruszył się i otworzył oczy, ale nie mógł się 

zorientować w sytuacji. Po chwili jednak przypomniał sobie... 

- Buster - szepnął przerażony i odwrócił się. 

Pies jeszcze żył. Kiedy Micky dotknął go, poruszył się lekko, machając 

ogonem, ale widać było, że jest bardzo słaby. Beth szybko zwróciła się do 

Ewana i wyjaśniła mu, co się stało. 

Nim skończyła, Ewan wziął psa na ręce i dokładnie obejrzał. 

- I pomyśleć, że przyjechałem na tę wyspę, żeby odpocząć - powiedział 

sucho, nie przestając go badać. - W co ja się wpakowałem? 

R S

background image

 

- 26 -

- Czy pan jest... Czy naprawdę jest pan weterynarzem? - zapytał Micky 

drżącym głosem. 

- Naprawdę - zapewnił Ewan, spoglądając na chłopca. 

- I nie jest pan pijany? 

Beth wstrzymała oddech i przestraszona popatrzyła na Thomasa. 

Spodziewała się wybuchu złości, ale ku jej zdumieniu nic takiego nie nastąpiło. 

Ewan się tylko roześmiał. 

- Nie jestem pijany - odpowiedział łagodnie - chociaż ta przeklęta wyspa 

może mnie jeszcze doprowadzić do nałogu. - Znów skoncentrował się na psie. - 

Micky, Buster jest bardzo poważnie chory. Nie mogę uratować zranionej łapy. 

Czy będziesz go nadal kochał, jeśli zostaną mu tylko trzy łapy? - zapytał 

poważnie. 

- A nie da się jej wyleczyć? - Micky z trudem powstrzymywał się od 

płaczu. 

- Niestety. Czujesz ten zapach zgnilizny? To gangrena. Łapa jest już 

martwa. Infekcja rozprzestrzenia się na całe ciało. Bustera można uratować 

tylko odejmując mu chorą łapę. 

- Mój dziadek ma tylko jedną nogę - oświadczył dzielnie chłopiec. - I daje 

sobie radę. 

- Pies też sobie poradzi - powiedział Ewan - chociaż na razie nic ci 

jeszcze nie mogę przyrzec. Jeżeli przeżyje operację, będzie biegał, polował i 

zostanie twoim najwierniejszym przyjacielem. Teraz trzeba go szybko 

zoperować, bo infekcja wciąż się rozszerza. 

- Dobrze - zgodził się Micky. - Zależy mi tylko na tym, żeby wyzdrowiał. 

- Potarł oczy i nagle jego dziecięca twarz przybrała wyraz zakłopotania. - Tylko 

że ja... mam za mało pieniędzy na taki zabieg. 

Beth wstrzymała oddech. Rodzice chłopca z trudem wiązali koniec z 

końcem, utrzymując się z małego gospodarstwa. Na pewno nie stać ich na 

leczenie psa, ale nie chciała o tym mówić w jego obecności. 

R S

background image

 

- 27 -

Ewan zrobił poważną minę, jakby się nad czymś głęboko zastanawiał. 

- Możemy zawrzeć układ - zaproponował. - Zróbmy handel wymienny. 

Czy mógłbyś mi sprzedać sidła, które zastawia twój tata? 

Micky nachmurzył się. 

- Jak to... wszystkie? 

- Co do jednego. To jest moja cena za pełną opiekę weterynaryjną. 

- Ja... To są wnyki mojego ojca. 

- Zadzwoń wobec tego do domu i zapytaj o zgodę. Czy on wie, gdzie 

jesteś? 

- Chyba nie - powiedział chłopiec, zwieszając głowę. - Dzwonił telefon, 

ktoś nawet podchodził do drzwi. To pewnie tata mnie szukał, ale się nie 

odezwałem, bo kazałby mi wracać do domu. 

- Wobec tego natychmiast zadzwoń do niego - nakazał Ewan tonem nie 

znoszącym sprzeciwu. - Poproś go o zgodę na leczenie, a potem powiedz, żeby 

po ciebie przyjechał. Tymczasem doktor Sanderson pomoże mi i oboje zaopie-

kujemy się Busterem. - Nagle zmienił ton, zwracając się do Beth: - Ty weź 

gorący prysznic i ubierz się ciepło. Potrzebny mi anestezjolog, ale nie taki, który 

mdleje z zimna. Zmykaj! 

- Dobrze - odpowiedzieli jednocześnie Micky i Beth. 

Ciepły prysznic przyniósł ulgę jej obolałemu ciału. Poddając się kojącemu 

strumieniowi wody, myślała o swoim życiu od czasu, gdy zamieszkała na 

wyspie. 

Na jej barkach spoczywało ciężkie brzemię odpowiedzialności za zdrowie 

mieszkańców Illilawy. Przybyła tu przed dwoma laty, kiedy zachorował ojciec. 

Był latarnikiem i Illilawa miała być jego ostatnią placówką przed przejściem na 

emeryturę. Gdy okazało się, że ma raka, napisał do córki, informując ją, że już 

nigdzie się stąd nie ruszy. 

R S

background image

 

- 28 -

„Jeśli jakiekolwiek miejsce może mnie uzdrowić, to tylko ta wyspa - pisał 

- a gdybym nawet miał umrzeć, to nie ma sensu, żebym się przenosił gdzie 

indziej. Nigdy nie mieszkałem w mieście i nie chcę tam umierać". 

Beth nie sprzeciwiała się. Była mała, kiedy umarła matka i aż do studiów 

na akademii medycznej mieszkała z ojcem w najodleglejszych zakątkach kraju. 

Nie znosiła miasta, ale podczas studiów musiała zamieszkać w dużym ośrodku 

akademickim. Potem nie było wyboru. Zaopiekowała się ojcem, z ulgą 

opuszczając miejsce wcześniejszego pobytu. 

Pokochała Illilawę, odległą wyspę na południu Australii, ale bardzo 

ciążyła jej odpowiedzialność zawodowa, bo była tu jedynym lekarzem.  

Zaraz na początku, w pierwszym tygodniu jej pracy, zmarł rybak, któremu 

pękł tętniak. Beth była bezradna, a poczucie klęski potęgował fakt, że tuż przed 

przyjazdem odbyła staż w dużym szpitalu, gdzie takie przypadki leczono z 

powodzeniem. Z rozpaczy chciała wtedy opuścić Illilawę. 

- Umarłby jeszcze szybciej, gdybyś tu nie przyjechała - przekonywał ją 

ojciec. - Pomagaj na tyle, na ile umiesz, ale pogódź się z tym, że nie wszystko 

możesz... 

Była to trudna lekcja. Właściwie Beth we wszystkim zdana była na siebie. 

A teraz wreszcie miała nadzieję na pomoc zawodową. Nowy weterynarz... 

Z góry cieszyła się perspektywą fachowej rady w nagłych wypadkach. 

Gdyby jej pomógł w operowaniu wyrostków robaczkowych, ona chętnie 

wesprze go w leczeniu zwierząt. 

Potrząsnęła głową, uśmiechając się zagadkowo. Nie znała jeszcze Ewana 

Thomasa. Sprawiał wrażenie szorstkiego, nieprzystępnego. Fakt, że wydarzenia 

ostatniej nocy ukazały jeszcze inne strony jego osobowości, niczego nie 

przesądza. 

Nie wziął pieniędzy od Micky'ego. Nagle w jej sercu zatliła się nadzieja. 

Odkąd pracowała na wyspie, nie było jeszcze weterynarza, który nie chciałby 

się jak najszybciej dorobić. Ewan do nich nie należał... 

R S

background image

 

- 29 -

Jak dalece jest inny? Bezradnie potrząsnęła głową. Chciała wierzyć, że 

przynajmniej okaże się kompetentny w swoim zawodzie. Usposobienie nie jest 

ważne, myślała buntowniczo, byleby tylko miał odpowiednie kwalifikacje. 

Jednak oszukiwała samą siebie, bo obchodziło ją jego zachowanie. Ten 

uśmiech... Kiedy uśmiechał się do Micky'ego, przeobraził się z oschłego 

mężczyzny, który nikogo nie potrzebuje, w człowieka pełnego troski i 

współczucia. Beth tęskniła za tym uśmiechem.  

Nagle uświadomiła sobie, że pragnie, żeby uśmiechał się tak do niej. 

Wszystkiemu winne skrajne zmęczenie, tłumaczyła sobie te dziwne 

odczucia. Na miłość boską, weź się w garść, reagujesz jak podlotek! 

Ale wspomnienie uśmiechu Ewana nie opuszczało jej. Wycierała się 

powoli, mając go cały czas przed oczami. 

Kiedy wyszła spod prysznica, Micky'ego już nie było. Założyła dżinsy, 

ciepły sweter i weszła do pomieszczenia, w którym mieli operować Bustera. 

Ewan zdążył już wyszorować stół i czekał na nią. W pierwszej chwili zastano-

wiło ją, dlaczego nie operuje psa w swoim gabinecie, przygotowanym na tyłach 

sąsiedniego domu, ale przypomniała sobie, że jest tam zimno i brudno, bo od 

kilku miesięcy nikt tych pomieszczeń nie używał. U niej przynajmniej było 

ciepło. 

- Przed chwilą przyjechał ojciec Micky'ego - poinformował ją, nie 

przerywając pracy. Nawet nie spojrzał w jej stronę. 

- Czy zgodził się na twoją cenę? 

- Nie miał wyboru. Nie godząc się, złamałby chłopcu serce, a przecież nie 

stać go na honorarium. Celowo podałem taką stawkę. 

Beth z uśmiechem pochyliła się nad szczeniakiem. 

- Nie wydaje mi się, żebyś był aż tak złym człowiekiem, za jakiego chcesz 

uchodzić - powiedziała cicho. 

- Nigdy nie powiedziałem, że nie dbam o zwierzęta - żachnął się. 

Odwrócił się do Bustera. 

R S

background image

 

- 30 -

- Biedaczysko. Gdyby to ode mnie zależało, zakazałbym zakładania sideł. 

- Wierzysz, że uda się go uratować? - zapytała. 

- Nie wiem - odparł i spojrzał na jej bladą twarz. - Muszę go natychmiast 

zoperować. Czy ktokolwiek, oprócz ciebie, może go znieczulić? Może Enid? 

- Niestety, nikt... 

- Jak wobec tego postępujesz w nagłych wypadkach? - zapytał oschle. 

- Przyglądam się, jak pacjenci umierają - odcięła się, zła na niego. - To 

znaczy... - zreflektowała się po chwili - zwykle załatwiamy pomoc z 

kontynentu. 

- Jeśli pogoda na to pozwala. 

- Właśnie. 

Nagle chwycił ją za nadgarstki, żeby obejrzeć dłonie. Były całe w 

pęcherzach, gdzieniegdzie popękała skóra, tworząc bolesne rany. 

- Musimy to opatrzyć - powiedział łagodnie. 

- Nie znieczulę psa zabandażowanymi rękoma. 

- Nie założę ci opatrunku na palce. Boże, przecież ty powinnaś leżeć, 

Beth, i to w szpitalu jako pacjentka. 

- Położę się, jak tylko skończymy - oświadczyła znużonym głosem. 

Spojrzał na nią i zacisnął usta. 

- Ależ z ciebie twarda kobieta. 

- Zapomnijmy, że jestem kobietą - odparła zakłopotana, czując się 

dziwnie, gdy trzymał jej ręce. - Jestem lekarzem i mam określone obowiązki. 

Prześwietlę dziecku płuca, a potem zorientujemy się, co się da zrobić z 

Busterem. 

W szpitalu wszystko było już przygotowane do prześwietlenia. Odczuła 

wielką ulgę, gdy zdjęcia rentgenowskie wykazały, że płuca dziecka są niemal 

czyste. 

- To prawdziwy cud - szepnęła, oglądając kliszę. Ewan stał obok, ciesząc 

się razem z nią. 

R S

background image

 

- 31 -

- Noc cudów - odezwał się tonem, w którym znów wyczuła cynizm. 

- Chyba zgadzasz się ze mną? Uśmiechnął się z lekką kpiną. 

- Oczywiście - przytaknął. - Cóż, możemy się zająć Busterem. 

Wrócili do jej domu i rozpoczęli przygotowania do zabiegu. 

- Jak on zniesie znieczulenie? - zastanawiała się Beth. 

- Nie wiem - przyznał Ewan. - Ale jeśli go nie zoperuję, nie przeżyje do 

rana, nie ma więc wyboru. 

Amputacja jest okrutnym zabiegiem. Przypomniała sobie praktyki 

studenckie, które odbywała na oddziale urazowym. Już wtedy miała problemy z 

podejmowaniem drastycznych decyzji, takich, jak odjęcie pacjentowi kończyny. 

Teraz w dodatku padała z wyczerpania. 

Na szczęście całkowicie mogła się zdać na Ewana. Mówił jej dokładnie, 

co ma robić i odczuła ogromną ulgę, że wreszcie może na kimś polegać. 

Patrząc, z jaką wprawą przesuwa palcami po ciele szczeniaka, przestała 

wątpić w jego kompetencje. Nie mógłby postępować lepiej, gdyby chodziło o 

człowieka. Jednocześnie przez cały czas wyjaśniał, co robi, dzięki czemu nie 

rozpamiętywała okropnych wydarzeń tego wieczora, a rana zwierzęcia nie 

napawała odrazą. 

- Odjąłem ją całą - powiedział. - U człowieka trzeba by było zostawić 

kikut, żeby na nim zamocować protezę, ale ten psiak da sobie radę z trzema 

łapami. Chyba możemy zmniejszyć dawkę środka znieczulającego. Większa 

wyrządziłaby mu raczej szkodę niż pożytek. Za kilka minut skończę zszywanie. 

Wkrótce operacja dobiegła końca. Założyli na ranę opatrunek ł podłączyli 

kroplówkę. Na koniec Ewan zabandażował psu pysk. 

- To dlatego, że na pewno zbudzi się wcześniej niż ja - wyjaśnił, śmiejąc 

się. - I z pewnością przykuśtyka do mnie... 

- Nie będzie miał siły - protestowała. 

Z opaską na pysku pies wyglądał groteskowo. 

R S

background image

 

- 32 -

- Chyba sama nie wierzysz w to, co mówisz - uśmiechnął się. - To twardy 

terrier. Po usunięciu źródła infekcji wyzdrowieje, zanim zagoją się rany na 

twoich dłoniach. 

- Więc jesteś pewien, że on się z tego wykaraska? Ewan skinął głową. 

- Oddycha dobrze. Gdyby miał zdechnąć, jego serce nie przetrzymałoby 

operacji. Udało się nam. Odnieśliśmy dziś stuprocentowy sukces, doktor 

Sanderson. 

Próbowała się uśmiechnąć, ale nie udało się jej i po policzkach pociekły 

łzy. Odwróciła się, lecz za późno, Thomas je zauważył. 

- A teraz do łóżka - nakazał. - I to szybko! 

- Ja... powinnam ci pokazać twój dom. 

- Dzisiaj nigdzie już nie pójdę. Mój pacjent jest u ciebie, a nie należy go 

przenosić. Poza tym gdyby cię wzywano do szpitala, zastąpię cię. 

- Przecież ty jesteś... 

- Weterynarzem - dokończył za nią. - Powtarzano mi często, że 

weterynaria w gruncie rzeczy przypomina pediatrię. Tylko z niemowlęciem 

mogą być jakieś problemy. Gdybym czuł, że nie daję sobie rady, przyrzekam, że 

cię obudzę. Ta kanapa wygląda na całkiem wygodną. Rzuć mi tylko jakiś koc i 

poduszkę, a z resztą sam się uporam. 

- Ale... 

- Ale co? - Zatrzymał na chwilę wzrok na jej zmęczonej twarzy. - Mam 

cię zostawić zdaną na własne siły? Nawet gdyby dziś w nocy zadzwonił telefon, 

i tak się nie obudzisz, wiesz o tym. 

Na ułamek sekundy jego twarz przybrała dawny cyniczny wyraz, na który 

Beth dawniej... całkiem dawno zwróciła uwagę. Miała wrażenie, że od tamtej 

pory upłynęło co najmniej kilka tygodni. 

- Nie obawiaj się gwałtu ani rabunku. Nic z tego nie wchodzi w grę - 

zaznaczył, śmiejąc się. 

R S

background image

 

- 33 -

- Wyrzekasz się przyjaźni, miłości, a teraz, jak słyszę, jeszcze gwałtu i 

rabunku. Co ci wobec tego zostaje, doktorze? - zadrwiła. 

- No właśnie, co? - rzucił sucho. 

Uznała, że nie powinna kontynuować drażliwego tematu. Spojrzała na 

kanapę, która wydala się jej za mała dla niego. Spała na niej, kiedy jeszcze żył 

ojciec, i też ledwo się mieściła. W domu była tylko jedna sypialnia. Poza tym 

dziwnie się czuła w obecności Ewana... 

Nie bardzo wiedziała, o co właściwie chodzi. Nie miała jednak 

wątpliwości, iż sam fakt, że będzie spał w pokoju obok, napawa ją jakimś 

lękiem. 

- Lepiej będzie, jak pójdziesz jednak do siebie - powiedziała niepewnie. 

- Przestań się wreszcie spierać - odparował i zanim się zorientowała, 

wziął ją na ręce. 

Popchnął nogą drzwi sypialni i położył ją na łóżku. 

- Rozbierzesz się bez dalszych sprzeciwów, czy mam to zrobić za ciebie? 

- zapytał. 

Beth oniemiała. Podniosła wzrok i dostrzegła cień uśmiechu w jego 

oczach. 

- Ja... zaraz się rozbiorę - wykrztusiła. 

- To bardzo rozsądne - oświadczył, wychodząc z sypialni. 

Obudził ją blask słońca przedzierający się przez zasłony. Słońce... Usiadła 

i wzięła zegarek z nocnego stolika. Wskazywał bezsensownie godzinę 

dwudziestą drugą. Zepsuł się w czasie kąpieli w morskiej wodzie. Wyjrzała 

przez okno i przeraziła się. Z pewnością dawno minęła pora, o której zwykle 

wstawała do pracy. 

Odsunęła kołdrę. Chciała wstać, ale natychmiast opadła z powrotem na 

łóżko. Wydarzenia poprzedniego wieczora dały jej w kość. Bolał ją każdy 

mięsień. 

R S

background image

 

- 34 -

Z przerażeniem pomyślała o pacjentach, których miała przyjąć w 

gabinecie i o tych w szpitalu. Zaczerpnęła tchu i usiadła, wmawiając sobie, że 

ten ból to przecież nic strasznego. W chwilę później rozległo się pukanie i Ewan 

wszedł do sypialni. 

Niósł na tacy śniadanie. Poczuła zapach świeżo zaparzonej kawy i... 

owsianki, którą uwielbiała, a nie jadła jej od dawna. Nagle wszelki ból minął. 

Na chwilę oderwała wzrok od tacy i spojrzała w piwne oczy, które przyglądały 

się jej z rozbawieniem. 

- Nie pomyliłem się w swoich przewidywaniach - uśmiechnął się. - 

Wczorajsza próba ogniowa nie odebrała ci apetytu. 

Popatrzyła na niego nieśmiało. Był ubrany w gruby sweter i sztruksowe 

spodnie. Opalona twarz w zestawieniu z jasną wełną wyglądała interesująco. On 

też przyglądał się jej z aprobatą. Nagle chwyciła kołdrę i naciągnęła ją wyżej, bo 

uświadomiła sobie, że cienka koszula nocna ledwo zakrywa piersi. 

- Jestem głodna - przyznała zawstydzona. - Chociaż... właściwie 

powinnam już biec do pracy. Pacjenci na mnie czekają. 

- Nie ma dziś pacjentów - powiedział, stawiając tacę na stoliku i sadowiąc 

się w nogach łóżka. 

Ten dość poufały krok można by odczytać jako zażyłość, której przecież 

między nimi nie było, w każdym razie nie powinno być. Beth czuła narastające 

zakłopotanie. Skąd ta zmiana w usposobieniu Ewana? 

- Odwołałem twoich pacjentów - oznajmił. - Mieszkańcy Illilawy są pełni 

podziwu dla bohaterskich wyczynów doktor Sanderson. Enid wywiesiła na 

drzwiach gabinetu informację dla wszystkich z pilnymi sprawami, aby najpierw 

zgłosili się do niej, a w nagłych wypadkach do mnie. Jeżeli ktoś zdoła 

udowodnić, że nie przeżyje bez twojej pomocy, to pozwolę zakłócić ci spokój. 

- Ale... 

- Żadnych „ale" - odparł z uśmiechem. - Dzisiaj jesteś bohaterką. Leż i 

ciesz się swoją sławą. 

R S

background image

 

- 35 -

Próbowała odwzajemnić uśmiech, ale zmieszana opuściła wzrok. 

Zerknęła na tacę. Był to odruch obronny. Wolała unikać patrzenia mu prosto w 

oczy... 

- Czy to ty ugotowałeś te pyszności, czy może Sandra? 

- Masz na myśli dziewczynę, która robi śniadania w szpitalu, a w tej 

chwili sprząta w moim domu i dziwi się, widząc nietknięte łóżko? - Nie 

przestawał uśmiechać się szelmowsko. - To ja ugotowałem owsiankę. Sandra 

jest kompletnie zgorszona. Przykro mi, ale twoja reputacja została wystawiona 

na szwank. 

- Nie szkodzi - odparła z namysłem. - Od dłuższego czasu wiodę tak 

nieskazitelny żywot, że trochę sensacji naprawdę mi nie zaszkodzi. 

- Gardzisz miejscowymi farmerami? - zapytał sucho.  

Beth zarumieniła się. Wyczuła wyraźny cynizm w jego głosie. 

- To podła uwaga - syknęła ze złością. - Czym sobie na nią zasłużyłam? 

Utkwił spojrzenie w jej ręce skubiącej kromkę chleba. Zapadło przykre 

milczenie. Przeproś, żądała w duchu. Ale nie zrobił tego. 

- Nasi pacjenci czują się dobrze - odezwał się wreszcie. - Nawet Buster... 

- Przeżyje? - zapytała ze wzrokiem utkwionym w talerz. 

Nie mogła skoncentrować się na jedzeniu. 

- Chyba tak. 

Wstał. Od czasu do czasu spoglądał na nią, ale nie zdradzał, co czuje. 

Milczenie przeciągało się. Beth jadła owsiankę, desperacko myśląc, co 

powiedzieć. 

- Wydawało mi się, że jesteś Walijczykiem - zaryzykowała. - Twój 

akcent... 

- Rzeczywiście, masz rację - uśmiechnął się i oczy mu pojaśniały. - 

Dlaczego pytasz? 

- To ta owsianka... 

R S

background image

 

- 36 -

- Moja matka była Szkotką, ale urodziłem się i wychowałem w Walii. 

Opuściłem kraj, mając siedemnaście lat. 

- Dlaczego? 

- Rodzice chcieli zrealizować swoje marzenie, którym była Australia. Ląd 

wiecznego słońca i nieograniczonych możliwości. Niestety, marzenia mają to do 

siebie, że zamieniają się w koszmary. 

- Czy tak właśnie się. stało? 

Nie odpowiedział, wykrzywił tylko twarz w ponurym grymasie. 

- Pójdę już - bąknął, wstając. - Śpij dalej. 

- Dzięki za śniadanie - powiedziała cicho. - Czy masz w domu wszystko, 

czego potrzebujesz? 

- Absolutnie wszystko. Żywności wystarczyłoby dla całej armii. 

Widocznie moi pracodawcy uznali, że jestem wyjątkowo żarłoczny, w 

przeciwieństwie do ciebie. W twojej lodówce znalazłem tylko chleb, ser, sałatę i 

pół litra mleka. To ci nie zapewni energii. 

- Wczoraj zamierzałam zrobić zakupy - wyjaśniła. - Ale... byłam zbyt 

zajęta. 

- Ratowaniem rozbitków i zszywaniem psa - przypomniał. - Był tu dziś 

rano przedstawiciel miejscowych władz, żeby sprawdzić, czy mi czegoś nie 

trzeba. Zamówiłem dla ciebie to wszystko, co zastałem u mnie. 

- Zupełnie niepotrzebnie - zaoponowała. - Potrafię sama o siebie zadbać. 

- Nie widać tego. 

Podszedł do drzwi, ale zwlekał z wyjściem, odwracając się i spoglądając 

na nią. 

- Dzięki za troskę, jaką mi okazałeś dziś rano - powiedziała. 

- Całe szczęście, że to tylko jeden ranek - odparł, znikając w korytarzu. 

 

 

 

R S

background image

 

- 37 -

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Przez resztę dnia Beth drzemała. We śnie przeżywała sceny z 

poprzedniego wieczora, ale obrazy zamazywały się. Zastępowały je inne, 

silniejsze wrażenia. Gdy tylko zaczynały ją atakować koszmary, czuła, jak silne 

ramiona przenoszą ją w bezpieczne miejsce, tam, gdzie było spokojnie, 

przyjemnie i... 

Nie umiała określić tego uczucia. Najważniejsze, że była bezpieczna, ktoś 

chronił ją przed złem całego świata. 

Przespała cały dzień... Obudziła się o wpół do szóstej wieczorem. Na 

zewnątrz znów szalała burza. 

W kuchni było posprzątane, jakby Ewan nie chciał zostawiać po sobie 

śladu. Zniknął nie tylko on, ale i Buster. Musiał go zabrać do siebie. Szkoda, 

pomyślała, ale zaraz zgromiła się w duchu. Czyżbyś sobie wyobrażała, że Ewan 

Thomas usiądzie w twoim fotelu i będzie czytał lokalną gazetę, bez przerwy 

czuwając nad tobą? 

Tak, dokładnie tak, przyznała, chociaż wydało się to zupełnie 

bezsensowne. Dzisiaj rano był miły, ale nie powinna z tego wyciągać żadnych 

pochopnych wniosków. To samotnik, który nie potrzebuje jej przyjaźni. Nie 

powinna od niego niczego oczekiwać. Absolutnie niczego, powtórzyła, 

zastanawiając się jednocześnie, dlaczego czuje się zawiedziona. 

Kiedy tylko pojawiła się w szpitalu, Enid wyszła jej na spotkanie. 

- Nie spodziewaliśmy się pani doktor dzisiaj - powiedziała, przyglądając 

się jej z troską. - Powinna pani jeszcze poleżeć. 

- Nic mi nie dolega - zapewniła. - Jak sobie radzisz? Musisz być bardzo 

zmęczona po całym dniu pracy. 

- Niedawno przyszłam. Rano zastępowała mnie Coral - wyjaśniła, 

uśmiechając się zagadkowo. - Prawdę mówiąc, toczyłam z nią boje, bo ona 

R S

background image

 

- 38 -

najchętniej spędziłaby tu cały czas. Uparła się, że zostanie tak długo, dopóki nie 

zobaczy wspaniałego doktora Thomasa! 

- Wspaniałego? - powtórzyła zaskoczona Beth. Enid spojrzała na nią z 

dezaprobatą. 

- Proszę nie udawać, że nie wie pani, kim jest ten przystojniaczek. 

Chociaż... muszę przyznać, że kiedy usłyszałam o Ewanie Thomasie, nie 

skojarzyłam nazwiska z telewizją. Ale jak go zobaczyłam, nie miałam już 

wątpliwości. Musiała go pani doktor widzieć. Prowadził znany program 

poświęcony zwierzętom „Dwa razy dwa". 

„Dwa razy dwa"... Beth cofnęła się myślami w odległe czasy, kiedy to, 

zanim przybyła na wyspę, oglądała telewizję. Illilawa miała tylko jeden 

telewizor, zainstalowany w miejscowym pubie, a tam bardzo rzadko bywała. 

Kiedy mieszkała w mieście oglądała za to programy telewizyjne podczas 

długich nocnych dyżurów w szpitalu. Rzeczywiście, widziała to pełne humoru 

widowisko - godzinną pogadankę o zwierzętach, o tym, jakiego szczeniaka 

wybrać, jak opiekować się kanarkiem, o zaletach różnych ras kotów. Zabawny i 

pouczający program, interesujący i dla dorosłych, i dla dzieci. Istotnie, 

przypomniała sobie mężczyznę prowadzącego program, Ewana Thomasa. Od 

początku ta twarz wydała się jej znajoma. Dawną łagodność i ujmujący uśmiech 

zastąpiła jednak dziwna surowość. 

- Co on tu, u diabła, robi? - zastanowiła się głośno. 

- Mogę pani opowiedzieć tę frapującą historię, gdyż tak się składa, że 

jakiś miesiąc temu opisali ją w moim ulubionym czasopiśmie. Żoną doktora 

Thomasa była piękna kobieta, która pracowała z nim w telewizji. Wyglądali 

razem wspaniale, zupełnie jakby byli dla siebie stworzeni. Mniej więcej rok 

temu ona związała się z reżyserem tego widowiska. Zrobił się straszny szum 

wokół tej sprawy, o mało nie przerwano programu. Doktor Thomas 

kontynuował go sam, zresztą z powodzeniem. Przed miesiącem oświadczył 

publicznie, że wyjeżdża. W tej gazecie napisali o planach pisania książki... 

R S

background image

 

- 39 -

- Książki? - powtórzyła Beth. - Trzeba przyznać, że wybrał sobie 

odpowiednie miejsce. 

Czy to dlatego jest tak cholernym cynikiem? - przemknęło jej przez myśl. 

Nie dbała o to. Była na siebie zła za wtrącanie się w nie swoje sprawy. 

Brakowało tylko, żeby nadszedł niespodziewanie i znów przyłapał ją na 

plotkach. 

- Jak się czują moi pacjenci? - zmieniła temat. 

- Całkiem dobrze - odpowiedziała z dumą Enid. - Mały Sam od rana już 

dwukrotnie ssał z butelki i matka karmiła go też kilka razy. To wyjątkowo silne 

dziecko. 

- Cieszę się. 

- Całe szczęście, że pani też jest nadzwyczaj silną kobietą - oświadczyła 

Enid z uznaniem. - To aż niewiarygodne, jak pani ryzykowała. 

Beth wzruszyła ramionami. Nie było sensu wracać znów do wydarzeń 

tamtej nocy. Zajrzała do pacjentów. Tylko młoda matka nie czuła się najlepiej. 

Posiniaczona twarz zdradzała wyczerpanie. 

- Podobno na wyspie jest jakiś hotel - powiedział John Bource, kiedy 

skończyła go badać. - Jeśli pani doktor nie ma nic przeciwko temu, możemy się 

tam przenieść do czasu powrotu na ląd. 

- Jeśli panu na tym zależy, proszę się tam przeprowadzić, ale pańska żona 

musi tu pozostać. Zaledwie sześć tygodni temu miała cesarskie cięcie, po 

którym jeszcze nie doszła do siebie. Przede wszystkim powinna porządnie 

wypocząć. 

- Przecież może wypoczywać w hotelu - zauważył. 

- A kto w nocy nakarmi dziecko? - spytała Beth, zniecierpliwiona 

bezmyślnością mężczyzny. - Czy pan wstanie, żeby zmienić pieluchę i przynieść 

żonie małego do karmienia? 

- Ja... nie obudzę się, śpię bardzo mocno... 

R S

background image

 

- 40 -

- Tak przypuszczałam. Dlatego żona tu zostanie. Oczywiście pana nie 

zatrzymuję. 

John Bource spojrzał na żonę i uśmiechnął się zakłopotany. 

- Nie masz mi za złe, Robyn? Ja... 

- Nie - odparła znużonym głosem. - Będzie ci wygodniej w hotelu, poza 

tym załatwisz naprawę łodzi. O nas się nie martw. 

- Świetnie - zgodził się skwapliwie. 

Kilka minut później wyszedł. Beth słyszała jego donośny głos, gdy 

korzystał z telefonu w korytarzu, załatwiając sobie pokój. 

- Odnoszę wrażenie, że teraz lepiej pani wypocznie - zwróciła się do 

pacjentki. 

- Ma pani rację - szepnęła pani Bource. - Mąż nie może usiedzieć na 

miejscu. Zawsze coś załatwia, jest bardzo aktywny. Nawet wtedy, gdy wróciłam 

ze szpitala po porodzie... 

- A więc to wyczerpanie to nie tylko sprawa ubiegłej nocy? 

- Jestem zmęczona od chwili, kiedy Sam przyszedł na świat. Śmiertelnie 

zmęczona. Ale John... nigdy nie ustaje. 

- Przynajmniej teraz się uspokoi - uśmiechnęła się Beth. - Zapewne będzie 

zły, kiedy się dowie, że samolot odleciał z wyspy wczoraj i przez cały tydzień 

nie ma możliwości powrotu na ląd. W taką pogodę trudno liczyć na lot 

czarterowy. Z przykrością muszę stwierdzić, że szanse na uratowanie waszej 

łodzi są równe zeru. Przez kolejne sześć dni nie pozostaje pani nic innego, jak 

tylko spać. 

Beth zostawiła pacjentów pod opieką pielęgniarki i wróciła do domu. 

Wydawał się nagle dziwnie opustoszały, chociaż nic się w nim nie zmieniło od 

śmierci ojca. 

Bez pracy czuła się nieswojo. Dotąd miała zajętą każdą chwilę. 

Uświadomiła sobie, że czuje kompletną pustkę. Jest potrzebna na wyspie, ale 

właściwie tylko jako lekarka. 

R S

background image

 

- 41 -

Musi coś zrobić, bo inaczej... się rozpłacze. Co się ze mną dzieje, 

pomyślała ze złością. Nigdy się tak nad sobą nie rozczulałam. Czas się z tego 

otrząsnąć. 

Postanowiła pójść na spacer. To jej dobrze zrobi: rozrusza mięśnie 

zesztywniałe z wysiłku podczas zmagań z żywiołem i ukoi żal po... 

Po śmierci ojca, pomyślała z całą stanowczością, na jaką się mogła 

zdobyć. To nic innego tylko tęsknota za tatą. 

Ale nie twarz ojca widziała w wyobraźni, lecz piwne oczy i czający się w 

nich uśmiech. Fakt, że niechętnie ją nim obdarzał, ale jeśli już... 

- Cholerny Ewan Thomas! - zaklęła, wstając.  

Chwyciła kurtkę i ruszyła ścieżką w dół, na plażę, żeby wiatr wywiał jej z 

głowy te niedorzeczne myśli. 

Przybrzeżne fale rozbijały się z hukiem. Nie sposób było pływać w tym 

miejscu nawet w najspokojniejsze dni lata. Dziś porywy wiatru smagały morze z 

wyjątkową siłą. 

Beth uwielbiała taką właśnie pogodę. Stojąc przed wszechpotężnym 

żywiołem, czuła się maleńka i nieważna, jakby jej błędy były bez znaczenia 

wobec rzeczy większego formatu. Napełniało ją to spokojem. 

Brnęła w mokrym piasku, z trudem przeciwstawiając się wiatrowi. 

Wreszcie dotarła do miejsca, gdzie plaża skręcała na zachód. Niedaleko brzegu, 

kilka metrów w głąb morza, naturalny falochron ze skał zakłócał rytm 

rozkołysanej wody. Nagle Beth stanęła, patrząc przed siebie i nie dowierzając 

własnym oczom. W oddali zobaczyła Ewana... 

W pierwszej chwili pomyślała, że coś mu się stało i przyśpieszyła kroku, 

ale zaraz się zatrzymała. Siedział bez ruchu na skale obmywanej przez morze. 

Rozbryzgująca się woda smagała go, ale nie zważał na to. 

Beth była oddalona od niego o kilkanaście metrów, a widoczność 

pogarszała jeszcze mgła, niemniej nie miała wątpliwości, że to on. Nikt inny na 

wyspie nie byłby tak szalony, żeby tu siedzieć, nie zważając na wzburzone fale, 

R S

background image

 

- 42 -

jakby nie był świadomy potęgi żywiołu. Nieruchoma postać zdawała się stapiać 

ze skałą. 

Jak to się stało, że jest taki samotny? Spoglądała na morze, zastanawiając 

się nad tym, co jej opowiedziała Enid. Czy rzeczywiście uciekł po rozpadzie 

małżeństwa? Stronił od ludzi z powodu jednej niewiernej kobiety? Czy dopiekła 

mu tak bardzo, że porzucił karierę zawodową? 

To nie miało sensu. Beth potrząsnęła głową i odwróciła się. Ewan chciał 

być sam, a jej potrzeba towarzystwa nie była na tyle silna, żeby zakłócać to 

odosobnienie. Szła wzdłuż plaży, z trudem brnąc po mokrym piasku, jakby 

przez wysiłek fizyczny próbowała odpędzić nurtujące ją myśli. 

Po powrocie ze spaceru rozpaliła ogień. W kuchni było ciepło i 

przytulnie. Na zewnątrz zmierzchało. Wiedziała, że Ewan jest w domu, bo 

dostrzegła przez okno zapalone światło. Właśnie wyjęła z piecyka parującą 

potrawkę z kurczaka. Kierując się impulsem, zadzwoniła do Thomasa. Z komina 

sąsiedniego domu nie unosił się dym, pomyślała więc, że jest tam zimno i 

nieprzyjemnie. 

- Słucham? - zapytał oficjalnym tonem. 

- Ja... - zająknęła się, bo nagle zrobiło jej się głupio. - Przygotowałam 

kolację. Masz ochotę się przyłączyć? 

- Dziękuję, ale nie. 

Poczuła się niezręcznie. Powinna się domyśleć, że nie skorzysta z 

zaproszenia. Co ją podkusiło, żeby zadzwonić? 

- Wobec tego przepraszam, nie zawracam ci dłużej głowy - odrzekła 

chłodno. - Potraktuj to jako koleżeński gest. 

Milczał, przez co poczuła się jeszcze bardziej zażenowana. Chociaż rano 

był sympatyczny, nie zmienia to faktu, że normalnie taki nie jest. Wstrętny 

zarozumialec, bez cienia taktu! 

- Może mi chociaż raczysz powiedzieć, jak się miewa Buster - rzuciła 

oschle. - To tylko zainteresowanie zawodowe... 

R S

background image

 

- 43 -

- Mówiłem ci już rano, że pies czuje się dobrze. 

- Jest jeszcze u ciebie? 

- Owszem. - Zawahał się przez chwilę. W tym momencie usłyszała w 

słuchawce głośne stukanie. - Jeśli się nie mylę, to Micky przyszedł właśnie w 

odwiedziny do niego. 

- Ogromna szkoda. 

- Co takiego? 

- Zapewne szkoda ci tych kilku cennych minut, podczas których nie 

będziesz się mógł delektować samotnością - odcięła się, rzucając słuchawkę na 

widełki. 

Nie widziała Ewana przez następne trzy dni. Ich domy stały blisko siebie, 

ale prowadzące do nich ścieżki nie przecinały się. Trzeciego dnia zaczęła się 

zastanawiać, czy to przypadek, czy jego celowa robota. 

Za to inni mieszkańcy widywali go często. Gdziekolwiek Beth się udała, 

ciągle słyszała rozmowy na jego temat. Fakt, że jakiś weterynarz zdecydował się 

zamieszkać na wyspie, sam w sobie stanowił sensację, a jeszcze do tego była to 

osoba znana z telewizji. Zmęczyło ją wałkowanie tego tematu przez wszystkich 

pacjentów. 

- Ależ my mamy szczęście, pani doktor - cieszyła się któraś z rzędu 

pacjentka. - Mieć kogoś tak znakomitego jak doktor Thomas! 

- Jeszcze nie wiemy, czy jest znakomity - protestowała rozdrażniona Beth. 

- Nie ulega kwestii, że jest dobry w telewizji... 

Nie dało się zaprzeczyć, że jest nadzwyczaj sprawny jako chirurg. Spisał 

się też bardzo dzielnie, wyciągając Beth z wody. Wyspiarze uznali, że mają 

prawdziwego bohatera i byli z tego dumni. 

- W rzeczywistości doktor Thomas wygląda lepiej niż w telewizji - 

stwierdziła pani Cameron, kiedy Beth bandażowała jej ranę na nodze. - Nie 

uważa pani, pani doktor? - Spojrzała na nią pytająco. 

R S

background image

 

- 44 -

- Dla mnie wygląda on tak, jakby miał pretensje do całego świata. Mam 

nadzieję, że oszczędza pani tę nogę? Trzeba ją trzymać uniesioną do góry. 

- Już mi to pani mówiła w zeszłym tygodniu - przypomniała pacjentka. 

- Wiem o tym, ale czy zastosowała się pani do moich wskazań? 

- Zwykle ucinam sobie małą drzemkę po obiedzie... 

- Ta drzemka powinna trwać nie krócej niż godzinę po śniadaniu, półtorej 

godziny po obiedzie i bezpośrednio po kolacji znów musi się pani położyć. W 

przeciwnym razie ulokuję panią w szpitalu. 

- I któż to mówi?! - uśmiechnęła się pani Cameron. - Kochana doktor 

Beth... 

- Nazywanie mnie „kochaną" niczego nie zmieni. Tylko dlatego, że 

jestem kobietą, w dodatku niezbyt wysoką, uważa pani, że można lekceważyć 

moje zalecenia? Jeśli nadal nie będzie mnie pani słuchać, poproszę o pomoc 

doktora Thomasa, a on siłą weźmie panią do szpitala - zagroziła. 

- Wie pani, to by mi nawet odpowiadało - przyznała chora, uśmiechając 

się szelmowsko. 

- Proszę mnie nie wyprowadzać z równowagi, bo naprawdę dotrzymam 

słowa. 

Dokończyła bandażowanie i spojrzała na zegarek. Jeszcze musi przyjąć 

jednego pacjenta, a potem pojechać do Lorny Mackervaney. Lorna zbliżała się 

do siedemdziesiątki. Beth starała się ją odwiedzać dość często, ale z każdą 

wizytą coraz bardziej martwiła się o nią i jej męża, Fergusa. 

Mackervaneyowie hodowali niewielkie stado bydła mlecznego na 

południe od centrum Illilawy. Fergus odziedziczył po ojcu farmę, która od kilku 

pokoleń była w rękach jego rodziny. Lorna pochodziła z sąsiedniej farmy, nic 

więc dziwnego, że oboje wzdragali się przed koniecznością opuszczenia tego 

miejsca. 

Niestety, Fergus był ostatnim z rodu. Nie mieli dzieci. 

R S

background image

 

- 45 -

Gdy jego żona poważnie zachorowała, nie było wyboru - musieli sprzedać 

farmę. 

Beth z niepokojem podjeżdżała pod ich dom. Zwykle Fergus wychodził 

jej na spotkanie, tym razem jednak musiała sama otworzyć bramę. Widocznie 

zajęty był jakąś robotą. Kiedy wjechała na podwórze, zauważyła samochód 

Ewana Thomasa zaparkowany obok mleczami. 

A więc jest tutaj... Westchnęła. Czuła niewytłumaczalny lęk. Co z tego? - 

zganiła się w duchu. Przecież wcale nie musi go spotkać. Na pewno bada bydło 

w pomieszczeniach gospodarczych. Ona zobaczy się z Lorną i szybko wyjedzie, 

zanim mężczyźni wrócą do domu. 

Lorna leżała na łóżku, które Fergus specjalnie dla niej wstawił do kuchni. 

Nie powinna dużo chodzić, a w gospodarstwie było tyle pracy, że nie udawało 

się jej nakłonić do leżenia. Teraz leżała jednak, wydając dyspozycje dziew-

czynie, którą przyjęła do pomocy. 

- Widzę, że macie gościa? - zagadnęła Beth, przyglądając się chorej z 

niepokojem. 

Cera jej miała szarawy odcień, na pościeli leżały bezwładnie wychudzone 

dłonie. 

- Tak - przyznała Lorna, zmuszając się do uśmiechu. 

- Przemiły młody człowiek. Oglądają z Fergusem bydło. Spółdzielnia 

zażądała przebadania zwierząt we wszystkich gospodarstwach. Fergus bardzo 

się tym przejął. 

- Pani mąż dba o dobytek, więc na pewno nie ma powodów do obaw. 

- On teraz poświęca mi dużo czasu - powiedziała ze smutkiem. - Czasami 

mam wrażenie, że gdybym umarła, miałby kłopot z głowy. 

Beth usiadła na krześle obok łóżka i wzięła Lornę za rękę. 

- Chyba nie wierzy pani we własne słowa - zganiła chorą. 

- Bo ja wiem? 

R S

background image

 

- 46 -

- Jesteście najzgodniejszym małżeństwem, jakie znam. Pomimo choroby 

jest pani potrzebna mężowi, tak samo teraz, jak kiedyś. Nie przeżyłby pani 

straty. 

- Trudno w to uwierzyć - szepnęła Lorna. 

- Trzeba wierzyć, bo to prawda. Gdyby sytuacja się odwróciła i pani 

byłaby zdrowa, a Fergus chory i trzeba by było wykonać całą pracę w 

gospodarstwie, jednocześnie troszcząc się o męża, chyba mimo wszystko 

wolałaby pani, żeby żył? 

- Oczywiście. 

- No właśnie - skomentowała Beth z uśmiechem. - Trzeba to sobie 

powtarzać w środku nocy, kiedy świat wydaje się ponury. Fergus bardzo panią 

kocha, to nie ulega wątpliwości. A teraz przystąpmy do badania. 

Wstępne osłuchanie zmartwiło Beth. Salbutamol już nie pomagał. 

Problemy z oddychaniem spowodowały niedotlenienie organizmu. Myślała 

gorączkowo, jak pomóc Lornie. Konieczny był aparat zwiększający stężenie 

tlenu, ale skąd go zdobyć? Jeden był w szpitalu, ale nie mogła go wypożyczyć 

na dłużej, a pacjentka potrzebowała go na stałe. Zmniejszyłby jej cierpienia i 

prawdopodobnie przedłużyłby życie. 

Taki aparat kosztował około czterech tysięcy dolarów. Beth dyskretnie 

rozejrzała się po kuchni. Biorąc pod uwagę skromne wyposażenie, nie stać ich 

na taki zakup. Oczywiście gdyby powiedziała Fergusowi, co jego żonie jest po-

trzebne, sprzedałby własną duszę, żeby to zdobyć, ale oprócz trzody i farmy nie 

mieli nic na sprzedaż. 

Jesteś lekarzem, a nie pracownikiem socjalnym, zganiła się w duchu. 

Twoja rola kończy się na przedstawieniu sprawy, a pacjenci sami powinni 

dokonać wyboru. 

Natychmiast jednak zarzuciła sobie egoizm. Na wyspie nie było żadnego 

pracownika socjalnego. Jako jedyny lekarz Illilawy nie może zawieść 

wyspiarzy. 

R S

background image

 

- 47 -

W zamyśleniu spakowała torbę i zbierała się już do wyjścia, kiedy przed 

domem rozległo się szczekanie psów. Po chwili wszedł Fergus. Przygarbiony 

mężczyzna o znużonej, ogorzałej twarzy sprawiał wrażenie wyczerpanego. 

Podszedł jednak szybko do łóżka, żeby przytulić żonę, po czym przywitał się z 

Beth. W tej samej chwili wszedł Ewan. 

- Witam, pani doktor - powiedział Fergus, odwracając się jednocześnie do 

Ewana. - Przepraszam, że wszedłem przed panem, ale bardzo się martwiłem o 

żonę. 

Thomas spoglądał niepewnie na kobiety, chcąc się widocznie zorientować 

w sytuacji. 

Beth próbowała nie zwracać na niego uwagi. Bardzo zależało jej na 

rozmowie z gospodarzem, a nie śmiała tego robić w obecności innych. 

- Mam ochotę na herbatę, panie Fergus - powiedziała, grając na zwłokę. - 

Może zrobię... - Zaraz zaparzę, tylko umyję ręce. 

Może byś tak przeprosił i wyszedł, Ewan, myślała gorączkowo, ale on 

najwyraźniej nie wyczuwał jej intencji. 

- Chciałbym porozmawiać z panem o bydle - rzekł. - Jeśli nie sprawię 

kłopotu, też chętnie bym się napił. 

- Bardzo proszę - wtrąciła Lorna. - Od dawna nie mieliśmy dwojga gości 

naraz. Fergus, Mary przyniosła rano keks. Jest w kredensie. 

Siedząc obok Ewana w ciepłej kuchni, przy herbacie i cieście, Beth znów 

doznała dziwnego uczucia intymności. Miała wrażenie, że zna go od dawna, 

chociaż spotkali się zaledwie przed trzema dniami. Zupełnie jakby stanowili 

jedność, jak Mackervaneyowie. 

- Panie Fergus, martwię się o Lornę - podjęła wreszcie drażliwy temat, 

tłumiąc tym samym niepokojące uczucia, jakie wzbudzał w niej Thomas. - 

Czuje się pani gorzej niż podczas mojej poprzedniej wizyty, prawda? - zwróciła 

się do chorej. 

- Niestety - westchnęła Lorna. - Widocznie koniec już bliski. 

R S

background image

 

- 48 -

Beth zaprzeczyła ruchem głowy, pragnąc, żeby Ewan sobie poszedł. Była 

skrępowana i gospodarze na pewno to wyczuwali. 

- Nie ma mowy o śmierci - zapewniła. - Ale z pewnością potrzebuje pani 

szczególnej opieki. Chcę panią zabrać na kilka dni do szpitala. 

Twarz kobiety nachmurzyła się. 

- Nigdzie się stąd nie ruszę - szepnęła przerażona. 

- Tylko na kilka dni - przyrzekła Beth, unosząc rękę chorej. - Proszę 

spojrzeć na palce. Są prawie sine, bo brakuje tlenu... Jeśli nie powstrzymamy 

tego w porę, nie unikniemy komplikacji, które bardzo trudno będzie wyleczyć. 

Potrzebny jest aparat oddechowy. 

- Co to takiego? 

- To urządzenie proste w obsłudze. Poczuje się pani znacznie lepiej, gdy 

płuca otrzymają więcej tlenu. 

- Jeśli jest taki prosty w obsłudze, to sprowadźmy go tutaj - zaproponował 

Fergus. 

- Mam tylko jeden. Przykro mi, ale nie mogę go tu zostawić. Gdyby ktoś 

inny go potrzebował... Mieszkacie za daleko od szpitala. 

- Ile to urządzenie kosztuje? - zapytał Fergus. 

- Cztery tysiące dolarów. 

- Cztery...? - Fergus zamilkł, wpatrując się w filiżankę. 

- Jaką mam gwarancję, że po kilku dniach wrócę do domu? - spytała 

Lorna. - I czy to naprawdę pomoże? 

- Prawdopodobnie tak. 

- A później, kiedy odłączycie aparat? 

- Potem stan zdrowia może się znów pogorszyć. Ale nie uprzedzajmy 

faktów. Spróbuję przekonać zarząd szpitala, żeby zakupił jeszcze jeden aparat. 

Przydałby się również innym pacjentom. 

- Nigdy się na to nie zgodzą - zmartwił się Fergus. - Szpital nie ma na to 

środków, pani wie o tym najlepiej. Przecież wyspa utrzymuje się z przemysłu 

R S

background image

 

- 49 -

mleczarskiego i rybołówstwa, a obydwa przeżywają kryzys. Nie ma co o tym 

marzyć! 

- Nie zaszkodzi poprosić - oświadczyła Beth. - W każdym razie pobyt w 

szpitalu jest konieczny, oboje zdajecie sobie z tego sprawę. - Spojrzała na chorą. 

- Proszę przyjechać dziś wieczorem. 

- Nie mamy wyboru, prawda? - chciał się upewnić Fergus. 

- Przykro mi, ale nic na to nie poradzę. 

Zapadło niezręczne milczenie. Przerwał je Ewan, mówiąc: 

- Dziękuję za herbatę. Zapewne chcielibyście jeszcze porozmawiać z 

Beth. Ja tylko przeszkadzam. Spotkamy się innym razem. - Podał gospodarzowi 

rękę. - Nie musi mnie pan odprowadzać. I proszę się nie martwić o zwierzęta. 

Jestem pewien, że wyniki testów będą w porządku. 

Fergus skinął głową z nachmurzoną miną. Było jasne, że w tej chwili 

bydło niewiele go obchodzi. 

- Dziękuję, doktorze. 

Ewan rzucił szybkie spojrzenie na Beth, uśmiechnął się do Lorny i 

wyszedł. Beth miała ochotę pobiec za nim, szukać schronienia w jego 

ramionach. Tylko... dlaczego? Skąd to przekonanie, że on wybawi ją z 

kłopotów? 

Wzięła się wreszcie w garść i wstała, żeby się pożegnać. 

- Do zobaczenia w szpitalu. Chora przyjrzała się jej z uśmiechem. 

- Cóż to, widzę, że się pani rumieni - powiedziała cicho, zapominając na 

chwilę o własnych problemach. - Nasz nowy weterynarz wpadł pani w oko, 

prawda? 

- Nie zastanawiałam się nad tym - ucięła. 

- No, no! - Lorna potrząsnęła głową, nie przestając się uśmiechać. - Coś 

mi się zdaje, że nasza pani doktor nie mówi prawdy. 

- Ależ... 

- Przecież nie oszuka pani samej siebie. 

R S

background image

 

- 50 -

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Tego dnia doktor Sanderson pracowała w szpitalu do późnego wieczora. 

Lornie bardziej potrzebne było moralne wsparcie i pocieszenie niż fachowa 

pomoc medyczna. Po podłączeniu do aparatu, łatwiej jej było oddychać, ale nie-

pokój o Fergusa pogarszał ogólne samopoczucie. Gdy chora wreszcie zasnęła, 

Beth zajęła się panią Bource, chociaż sama słaniała się ze zmęczenia. Kiedy 

wychodziła ze szpitala, nie opodal wejścia zobaczyła Ewana Thomasa. Siedział 

na niskim kamiennym ogrodzeniu. Najwyraźniej czekał na nią, spoglądając na 

morze. 

- Już myślałem, że spędzisz tam całą noc - powiedział. 

- Musiałam się zająć Lorną, a teraz, wybacz, jestem okropnie zmęczona. 

Zjem kolację i natychmiast idę spać. 

- Właśnie ją przygotowałem. Spojrzała na niego zaskoczona. 

- Ale po co...? - bąknęła. 

- Chcę z tobą porozmawiać. 

- Możemy to zrobić teraz. Pokręcił przecząco głową. 

- Widziałem twój samochód. Wróciłaś wczoraj godzinę później niż ja, a 

dzisiaj od rana byłaś w szpitalu. Myślę, że nic nie jadłaś, miałem pełną lodówkę, 

więc... 

- To się nazywa spełnianiem chrześcijańskiej powinności wobec bliźniego 

- roześmiała się, ubawiona jego tonem, który wskazywał, że jak najszybciej 

chciałby mieć z głowy wszelkie argumenty. - Ale niepotrzebne są takie gesty. 

Ruszył w kierunku domu. Po chwili wahania poszła za nim. Miała ochotę 

zignorować jego zaproszenie, ale Ewan nie był człowiekiem, którego można 

lekceważyć, a poza tym... Cóż, byłby to jeden samotny posiłek mniej. 

Nagle przypomniała sobie stwierdzenie Lorny, że oszukuje samą siebie... 

Szybko odrzuciła jednak tę myśl, zła, że doszukuje się prawdy w 

przypuszczeniach pacjentki. 

R S

background image

 

- 51 -

Dom Ewana był identyczny jak ten, w którym mieszkała, ale kiedy 

weszli, stanęła zaskoczona. Wnętrze okazało się raczej ponure i urządzone po 

spartańsku. Władze wyspy umeblowały dom według własnego uznania, bez 

jakichkolwiek upiększeń, a Thomas niczego nie zmienił. 

Niczego... Beth rozejrzała się w poszukiwaniu czegoś osobistego w 

porządnie ogrzanej kuchni, ale nie znalazła żadnego interesującego szczegółu. 

- Czy twoje rzeczy przypłyną statkiem? - spytała.  

Ewan ustawiał właśnie talerze na drewnianym stole i wyjmował gorącą 

potrawę z piecyka. 

- Przywiozłem ze sobą wszystko, co jest mi potrzebne - rzucił obcesowo. 

- To znaczy... to znaczy, że nie zamierzasz tu zostać dłużej? 

Postawił naczynie na stole z taką siłą, że Beth podskoczyła. 

- Skąd takie przypuszczenie? - spytał oschle. 

- Nie wiem, może nie jest ci łatwo się zadomowić?  

Pomyślała o własnej kuchni, zapełnionej drobiazgami jej i ojca. Czasami 

miała ochotę część z nich wyrzucić, ale trudno było się jej na to zdobyć, bo z 

każdym wiązało się jakieś wspomnienie. 

- Odpowiadają mi takie warunki, jakie tu zastałem - odparł, stawiając 

przed nią półmisek z parującym gulaszem. - Ile chcesz? 

- Dużo. - Uśmiechnęła się. - Umieram z głodu. 

- Ciągle jesteś głodna - zauważył. - Czy tobie nie dają gotowych potraw? 

- Otrzymuję je codziennie i nie nadążam z jedzeniem. Nawet nie mam 

czasu ich podgrzać. 

- Może powinno być dwóch lekarzy na wyspie? 

- Nie. Jeden wystarczy. Są okresy, kiedy mam bardzo dużo pracy, tak jak 

teraz, ale nie zawsze tak jest. 

- Pacjenci ze szpitala nie dają ci chwili wytchnienia. 

- Pani Bource dochodzi do siebie dłużej, niż sądziłam. Zupełnie jakby nie 

chciała... 

R S

background image

 

- 52 -

- Może tak jest istotnie - zauważył, zabierając się do jedzenia. - 

Przydałaby się do tego sałata. Jak zjesz, dam ci jabłko - mówiąc to, uśmiechnął 

się, a Beth serce stopniało na widok zmiany w wyrazie jego twarzy. 

- Dziękuję, nic więcej mi nie trzeba - zapewniła go. 

- Mając takiego męża, trudno jest wyzdrowieć - ciągnął Ewan. - 

Doprowadza wyspiarzy do szału, każąc im za wszelką cenę ratować łódź. Nie 

może pojąć, że to niemożliwe. Jest typem człowieka, który chce sobie 

wszystkich podporządkować, ale sam zapewne nie spełniłby nawet zachcianki 

dziecka. 

Spojrzała na niego z wdzięcznością. Cieszyła się, że wreszcie z kimś 

porozmawia o swoich problemach zawodowych. Nieważne, że jest 

weterynarzem; zna się równie dobrze na problemach ludzi, jak i zwierząt. 

Wzbudzał zaufanie, wiedziała, że może liczyć na jego dyskrecję. 

Jadła zaabsorbowana myślami, on też zamilkł. Siedział w ponurym 

nastroju. Beth żal ściskał serce, gdy spoglądała na niego. Sprawiał wrażenie 

człowieka ciężko doświadczonego przez życie. 

- Chciałeś ze mną porozmawiać - przypomniała. 

- Właśnie... - zaczął, ale zawahał się. Wstał, żeby zrobić kawę. 

- No więc...? 

- Chodzi o panią Mackervaney. Sądzisz, że ma szanse wyzdrowieć? 

Beth zawahała się. 

- Nie. Chyba, że jakimś cudem uda nam się zdobyć aparat zwiększający 

stężenie tlenu i zainstalować go u niej w domu. Nie powinnam jej nakłaniać do 

leżenia w szpitalu, ale bez zabezpieczenia tlenowego wkrótce wywiążą się 

poważne komplikacje. 

- Fergus chce sprzedać farmę - rzekł Ewan. 

- Skąd wiesz? 

- Powiedział mi. 

R S

background image

 

- 53 -

- Fergus Mackervaney jest zwykle bardzo powściągliwy - zdziwiła się. - 

Próbowałam z nim rozmawiać, ale nic nie wskórałam. 

- Wiem, że zastanawia się nad sprzedażą - powiedział Ewan, wzruszając 

ramionami. 

- To nie jest dobry pomysł. 

- Dlaczego? 

- Nikt jej nie kupi - odpowiedziała, wstając od stołu. - Nie rób dla mnie 

kawy. Muszę już iść. 

- Czy dlatego, że teren jest za mały? - spytał Ewan, ignorując jej uwagę i 

wlewając kawę do filiżanek. 

- Właśnie. 

- Szkoda, bo to rozwiązałoby problem. Mogliby się przeprowadzić do 

mniejszego domu i kupić aparat. 

- Nie sądzę, żeby Fergus mógł żyć bez swojej farmy - oświadczyła. 

- To prawda. - Ewan wpatrywał się w parującą kawę. 

- Z drugiej strony przecież jest już stary, niedługo zabraknie mu sił do 

pracy. 

- Ta rozmowa do niczego nie prowadzi - zauważyła. 

- Nawet jeśli znajdą kupca, to formalności i przeprowadzka potrwają kilka 

miesięcy, a Lorna potrzebuje aparatu już teraz. Spróbuję przekonać zarząd 

szpitala, żeby go kupił. 

- Masz jakieś szanse? 

- Szczerze mówiąc, chyba nie, ale przynajmniej tyle mogę dla nich zrobić. 

- No, tak. Zauważyłem, że doktor Sanderson zawsze robi tylko tyle, ile 

może. 

Twarz Beth przybrała kolor purpury. Wzięła filiżankę ze stołu i zaniosła 

ją do zlewu. 

R S

background image

 

- 54 -

- Dzięki za kolację - powiedziała chłodno. - Jeżeli zaprosiłeś mnie po to, 

żeby wygłaszać takie opinie, to moja noga więcej tu nie postanie! Dobranoc, 

panie Thomas! 

Przypatrywał się jej uważnie, wreszcie powiedział spokojnie: 

- Wypij kawę, Beth. 

- Dziękuję, nie mam ochoty - rzuciła, wychodząc pośpiesznie. 

Dogonił ją, zanim doszła do kamiennego parkanu otaczającego ogródek 

przed domem. Złapał ją za rękę i odwrócił tak, że stanęli twarzą w twarz. 

- Puść mnie - syknęła, wyrywając się. 

- Beth, przepraszam. Patrzyła na niego z wyrzutem. 

- Jest za co - odcięła się. - Nie zrobiłam nic, co mogłoby cię zranić, a ty 

jesteś wobec mnie niesprawiedliwy. A może odnosisz się tak do wszystkich? 

- Nie, ja... 

- Aha, więc tak jak przypuszczałam, tylko mnie spotkał taki zaszczyt, 

tylko mnie raczysz grubiańskimi uwagami. Puszczaj! 

Wyrwała się i cofnęła gwałtownie. Niestety, potknęła się i noga utknęła 

jej między sztachetami płotu, tak że przez moment nie mogła wstać. Ewan 

pochylił się nad nią przestraszony. 

- Nic ci się nie stało? 

- Nie. Chociaż z pewnością ogromnie byś się cieszył, gdybym złamała 

nogę. 

Nie ruszył się z miejsca, zagradzając jej drogę. 

- Beth... 

- Przepuść mnie... - rzuciła i głos jej się załamał.  

Stali bardzo blisko siebie, czuła dotyk jego szorstkiego swetra. Wyciągnął 

ręce, żeby ją przytrzymać i nagle przytulił mocno, zaczął całować. 

Nie bardzo wiedziała, co się dzieje. Wszystko stało się tak nagle... Ewan 

był silny, więc próby wyrwania się z jego objęć nie miały sensu. Trzymał ją w 

mocnym uścisku i całował zapamiętale. 

R S

background image

 

- 55 -

Zdumienie zamieniło się we wściekłość. Jak śmiał jej dotknąć! Cofnęła 

się, ale znów zachłannie przylgnął do niej ustami. Usiłowała go odepchnąć, lecz 

zapach jego ciała sprawił, że przestała walczyć. 

Bliskość Ewana podniecała ją, drżała pod wpływem jego dotyku. Wyczuł 

to podniecenie, zacieśnił uścisk i zaczął całować jeszcze mocniej. Beth odniosła 

wrażenie, że tonie w otchłani rozkoszy. 

Nigdy dotąd nie doświadczyła takich uczuć.  

Co się z nią stało? Drżała, gdy jej dotykał, rozgrzewana ogniem miłości, 

który wdzierał się coraz głębiej, rozpalając ją całą. 

To szaleństwo! Wbrew sobie zdobyła się na odrobinę zdrowego rozsądku 

i z całych sił odepchnęła Ewana. Nie wiedziała, czy się cieszyć, czy krzyczeć z 

udręki, kiedy ją uwolnił. 

Cofnęła się, unosząc ręce w obronnym geście, ale nie musiała się bronić. 

Ewan stał bez ruchu. Wpatrywał się w nią, lecz jego twarz nie zdradzała 

żadnych uczuć. 

- Jesteś... szalony - szepnęła z wyrzutem. - Przecież nawet mnie nie 

lubisz. 

Nie odezwał się. Poruszył niezdecydowanie rękami, jakby znowu chciał ją 

objąć, ale szybko je opuścił. 

- Dziękuję... dziękuję za kolację - wykrztusiła. - Czy w ten sposób 

domagałeś się zapłaty? 

- Beth, ja... 

Przerwał. Stali zapatrzeni w siebie, zupełnie jakby byli złączeni jakąś 

niewidzialną siłą. Odwróć się i odejdź, nakazała sobie w duchu, ale patrzył na 

nią tak, że nie była w stanie wykonać najmniejszego gestu. 

Nagle mała ciepła kuleczka skoczyła Beth na nogę, tuląc się do niej. 

- Buster! - zawołała zaskoczona, klękając przy nim. Pies polizał ją po ręce 

i Beth zupełnie się rozkleiła. 

Zachciało jej się płakać. 

R S

background image

 

- 56 -

Ewan musiał zostawić otwarte drzwi, kiedy za nią wybiegł. Może obudzili 

Bustera rozmową? Z trudem kuśtykał na trzech łapach, ale łasił się i ocierał, 

domagając się zainteresowania. 

- Och, Buster - szepnęła, klęcząc na mokrej ścieżce. - Widzę, że już masz 

ochotę pobrykać! 

- Nie powinien wychodzić na takie zimno - usłyszała nad sobą głos 

Ewana. 

Pojawienie się psa najwyraźniej sprowadziło go na ziemię, przywróciło 

chłód i znów stał się człowiekiem, za jakiego chciał uchodzić. Pochylił się i 

wziął od niej szczeniaka. 

To, co zaszło między nimi, wywołał tylko chwilowy impuls, nie powinna 

więc przywiązywać do tego wagi. Pokręciła głową, jakby chciała się otrząsnąć z 

szaleńczego snu, pogłaskała psa i ruszyła do domu. 

- Beth... 

Nie odwróciła się. 

- Dobranoc - wykrztusiła. 

Spała niespokojnie. Obudziła się, kiedy jeszcze było ciemno. Pomimo 

zmęczenia nie mogła ponownie zasnąć. Leżała, rozpamiętując wydarzenia 

poprzedniego wieczora. 

Dlaczego ją pocałował? Nie jest przecież mężczyzną skorym do flirtów. 

Potrzebowała przyjaciela, ale przyjaźń z Ewanem nie wchodziła w 

rachubę. Był dla niej przede wszystkim atrakcyjnym mężczyzną, nie tylko 

kolegą. 

Do diabła, co ja wyprawiam, zganiła się w duchu. Ewan przybył na 

wyspę, żeby uciec od problemów, które go nękały na lądzie, ale jak tylko 

przeboleje odejście żony, wyjedzie stąd, wróci do wielkomiejskiego życia. 

Nie mogła się doczekać świtu. Przewracała się z boku na bok, w końcu 

odrzuciła kołdrę i się ubrała. Może spacer po plaży doda jej energii na 

nadchodzący dzień i pozwoli otrząsnąć się z przygnębienia? 

R S

background image

 

- 57 -

Zajrzała na chwilę do szpitala. Coral, która miała dyżur tej nocy, skinęła 

głową na powitanie i z uśmiechem wskazała na pacjentki. Lorna oddychała 

równo i głęboko. Po drugiej stronie sali pani Bource spała spokojnie, podobnie 

jak jej syn w łóżeczku obok. Pomimo dramatycznych przejść młoda matka 

opuści szpital pod koniec tygodnia w lepszym stanie zdrowia niż bezpośrednio 

po porodzie. Beth odczuwała satysfakcję z tego powodu. Postanowiła jeszcze 

przemówić do rozsądku bezmyślnemu mężowi pacjentki i dać mu porządny 

wykład, nim odda mu pod opiekę żonę i dziecko. 

W szpitalu nie była potrzebna, a do czasu przyjęć chorych miała cztery 

godziny. 

- Powinna pani jeszcze leżeć w łóżku, pani doktor - szepnęła Coral. - Czy 

wzywano panią do jakiegoś pacjenta? 

- Nie. - Beth wzruszyła ramionami. - Nie mogłam spać. Idę na spacer. 

Pielęgniarka przyglądała się jej zaskoczona. 

- Na spacer? O tej godzinie? Co za pomysł wpadł pani do głowy? - 

dziwiła się. 

To wszystko przez Ewana Thomasa, pomyślała z goryczą. Oczyma 

wyobraźni wciąż widziała siebie u jego boku i nie mogła wyzbyć się tych iluzji. 

Na plaży było bardzo zimno, dął porywisty wiatr z południa, znad 

Antarktydy, ale potrzebna jej była ochłoda, bo wciąż czuła w sobie żar. Twarz 

pokrywała się rumieńcem na samo wspomnienie dotyku Ewana i reakcji jej 

ciała. Otulając się szczelniej kurtką, wystawiała twarz do wiatru, idąc przed 

siebie. 

Piasek był usłany zwojami wodorostów, wyrzuconych na brzeg przez 

sztorm. W powietrzu unosił się ich zapach. Później farmerzy przyjadą tu 

traktorami, zabiorą je, by wysuszyć i przetworzyć. Beth zepchnęła je na bok, 

zadowolona, że te naturalne zasoby można z pożytkiem wykorzystać. Hydrofity 

były składnikiem wielu przepisywanych przez nią lekarstw. 

R S

background image

 

- 58 -

Spacerowała chyba z godzinę, zanim doszła do zakrętu. Gdyby ktoś jej 

potrzebował, bez trudu znaleziono by ją na plaży, bo ślady stóp odciskały się na 

piasku. Na szczęście nikt nie zakłócał jej samotności. 

Nie mogła iść przed siebie bez końca. Jakiż to zresztą miało sens, skoro 

spacer wcale nie odpędził jej myśli od Ewana. Zawsze taka pogodna, od jego 

przyjazdu na wyspę czuła się jakoś nieswojo. 

Muszę zapanować nad emocjami. On jest nieobliczalny, sam nie wie, 

czego chce od życia. Nie chcę mieć z nim nic wspólnego, wmawiała sobie bez 

końca. 

- Więc rozchmurz się! - zawołała głośno, przekrzykując wiatr. - Weź się 

w garść! Byłoby to prostsze, gdyby mnie nie pocałował - mamrotała. - Jednak 

stało się, ale te pocałunki są i tak bez znaczenia. Przecież to zimny odludek. 

Pocałował mnie, ponieważ... 

Ponieważ... To słowo powracało jak bumerang. O niczym innym nie 

mogła myśleć, nic nie było w stanie odwrócić jej uwagi... 

A jednak coś innego poruszyło jej świadomość. 

Chociaż gruby kaptur szczelnie osłaniał jej głowę, Beth kątem oka 

dostrzegła nieznaczny ruch wodorostów tuż przy brzegu. 

Może to foka wyszła na brzeg, szukając ratunku przed sztormem? Beth 

podeszła bliżej, ostrożnie stąpając po roślinach. Woda obmywała je, sięgając jej 

stóp, ale nie zważała na to. I tak przemoczyła już buty. 

Coś czarnego poruszało się niezdarnie... 

Rozpoznała małego pingwina, z trudem utrzymującego się na nogach w 

śliskich wodorostach. Fale z łoskotem uderzały o brzeg, a ptak pojawiał się i 

znikał pod ich naporem. Wyglądało na to, że jest bliski śmierci. 

Pochyliła się, żeby mu się przyjrzeć. Dotknęła go, a wtedy maleńki dziób 

wysunął się do przodu. Cofnęła rękę, uśmiechając się z zadowoleniem. Jeśli 

pingwin miał siłę bronić się, to może nie jest tak bliski śmierci jak sądziła? 

R S

background image

 

- 59 -

Co mu dolegało? Woda często wyrzucała na brzeg stare i chore ptaki. 

Jako córka latarnika wiedziała, że pewnym prawom natury nie da się zapobiec i 

dawno już przestała się rozczulać nad śmiercią dzikich stworzeń. 

Ale ten był jeszcze młody i Beth zrobiło się go żal. Gdyby tylko mogła 

mu się przyjrzeć z bliska... Podpłynęła właśnie duża fala, podrzucając go do 

przodu. Przez tę krótką chwilę Beth zorientowała się, w czym rzecz. 

Pióra pingwina pokrywała warstwa ropy. Z przerażeniem pomyślała, że 

ptak, którego upierzenie z natury skutecznie zabezpieczało przed zimnem, 

przemoknie i zamarznie. 

Ropa... Beth zacisnęła usta, a jej zielone oczy pałały złością. Ten ptak 

zdychał z powodu rażącego zaniedbania jakiegoś głupca. 

Ropa... Przyglądając się pingwinowi, rozważała kilka możliwości i nagle 

domyśliła się, co się stało. Jacht... Na pokładzie był silnik z bakiem pełnym 

paliwa, stąd plama rozprzestrzeniająca się na wodzie. Wzburzone morze zmie-

szało ropę, ale pingwin musiał się z nią zetknąć w pierwszej fazie, kiedy jeszcze 

była gęsta. 

Powinna mu jakoś pomóc. Patrzyła na nieszczęsne maleństwo i czuła 

wzbierające łzy. Pingwiny należały do jej ulubionych ptaków. Zagnieździły się 

całą kolonią w południowej części wyspy. Przed zmierzchem często przycho-

dziła popatrzeć na dorosłe osobniki, kołyszące się w charakterystyczny sposób, 

gdy znosiły swoim małym pożywienie. Na jednym z ostatnich spacerów, jakie 

odbyła razem z ojcem, również obserwowali te ptaki. 

Nie może pozwolić, żeby zginął. Brak rozwagi jednego człowieka 

wyrządził zło, więc ktoś inny musi to zło naprawić. Zdjęła swoją 

nieprzemakalną kurtkę i pochyliła się, żeby zawinąć w nią pingwina. Przez 

gruby materiał ptak nie mógł jej podziobać. Wsunęła zawiniątko pod pachę i 

ruszyła w drogę powrotną. 

Bez kurtki dotkliwie odczuwała zimno. Przyśpieszyła kroku, ale piasek 

osuwał się jej spod stóp i z trudem brnęła pod wiatr. 

R S

background image

 

- 60 -

Odruchowo zerknęła na nadgarstek, chcąc sprawdzić godzinę. 

Zapomniała, że zegarek zepsuł się, gdy ratowała rozbitków. Rozwidniało się, 

więc pomyślała, że jest około szóstej. Nie dotrze do domu wcześniej niż za 

godzinę. Ptak od czasu do czasu próbował się wyswobodzić. Przytrzymała go 

mocniej, nie przerywając marszu. 

Miała szczęście, bo nie uszła daleko, gdy usłyszała ciężarówkę. Za 

kierownicą siedział Matt Hannah. Zatrzymał się i patrzył na Beth zaskoczony. 

- Co, u licha... Coś się stało, pani doktor? 

- Wracam ze spaceru. Ale szczerze mówiąc, będę szczęśliwa, jak mnie 

pan podwiezie do domu. 

- Wyobrażam sobie! - Matt pokręcił głową, wyraźnie dając jej do 

zrozumienia, że ma pstro w głowie. 

Wsiadła, ciesząc się, że wiatr nie smaga jej twarzy. Jak tylko usadowiła 

się na siedzeniu, zawiniątko zaczęło się wiercić. Matt spojrzał na nie kompletnie 

zdezorientowany. 

- Wieziemy pacjenta - wyjaśniła. 

- Niemożliwe. 

Roześmiała się, unosząc połę kurtki, spod której ukazał się przemoczony i 

wybrudzony ropą ogon. 

- Mały pingwin - poinformowała. - Potrzebuje pomocy. 

- Będę miał co opowiadać wieczorem w pubie - zachichotał Matt. - Moja 

ciężarówka pogotowiem ratunkowym. Szkoda, że nie mam radia, 

wezwalibyśmy na pomoc policję. 

Kilka minut później stanęli przed domem Ewana z takim hałasem, że 

zbudziliby umarłego. Wczuwając się w rolę kierowcy pogotowia, Matt nacisnął 

klakson. 

- Cicho! - usiłowała go powstrzymać Beth. - Obudzi pan chorych w 

szpitalu. 

R S

background image

 

- 61 -

- Oni i tak już dawno nie śpią - odparł. - Sam się przekonałem, kiedy rok 

temu złamałem nogę i pani skierowała mnie na oddział. Siostra Coral 

komenderuje nimi od świtu. Każe się kąpać i szorować, a potem na długo przed 

śniadaniem leżeć w łóżkach jak trusie. Zresztą zależy pani na tym, żeby ten 

młody weterynarz jak najszybciej się zbudził, prawda? 

Trudno było przekonać Matta. Pomógł jej wysiąść z samochodu. W tej 

samej chwili Ewan otworzył drzwi. 

- Przywiozłem panu pacjenta - powiedział Matt wesoło. - Doktor Beth 

spacerowała po plaży i znalazła go dla pana chyba w obawie, że ma pan za mało 

pracy. Proszę nie zapomnieć, że przyrzekł pan zbadać moje krowy po południu. 

Thomas był jeszcze zaspany. Zdążył tylko założyć spodnie i stał z gołym 

torsem, mrużąc oczy pod wpływem ostrego wiatru. Milcząc, przyglądał się im 

zaskoczony. 

- Dziękuję za podwiezienie - Beth zwróciła się do Matta, po czym 

odwróciła się do Ewana. 

Wolałaby uniknąć spotkania, ale w tej chwili był jej przecież potrzebny. 

- Mam pingwina... 

- Jesteś przemoczona. 

- Tylko dżinsy i stopy. 

Czuła, że Matt przygląda się im z zainteresowaniem. 

- Czy możemy wejść do środka? Przecież tobie też jest zimno. 

Mówiła zmienionym głosem. Czyżby tak działał na nią widok jego 

nagiego torsu? Nie miała wątpliwości, że to z tego powodu. Wszystko dlatego, 

że jest taki męski... 

Ewan skinął głową. Spojrzał na farmera i na jego ustach pojawił się cień 

uśmiechu. 

- Które z nich jest pacjentem? - zapytał Matta. 

- Oj, chyba musi się pan zająć i jednym, i drugim - odrzekł ze śmiechem. 

Ewan zastosował się do tej rady. 

R S

background image

 

- 62 -

- Idź do siebie założyć suche ubranie - nakazał jej. - A potem wróć, bo 

będzie mi potrzebna pomoc. 

Wzięła gorący prysznic, przebrała się i poszła z powrotem. Było jeszcze 

bardzo wcześnie. Pacjenci zaczną się schodzić dopiero za dwie godziny. 

Gdy weszła, Ewan, ubrany w gumowy fartuch na kraciastą koszulę, 

ścierał ropę z piór pingwina. 

- Dobrze, że jesteś - powiedział. - Potrzebna mi pielęgniarka 

weterynaryjna. Myślę że potrafisz ją zastąpić? 

- To się okaże. 

- Na półce, w trzecim pojemniku na prawo jest proszek. Kiedy położę 

pingwina, chciałbym, żebyś delikatnie wklepała go w miejsca poplamione ropą. 

Skinęła głową i natychmiast przystąpiła do pracy. 

Pracowali milcząc, każde skoncentrowane na swoim zadaniu. Ewan 

trzymał ptaka, od czasu do czasu obracając go, aby pokazać zabrudzone miejsca. 

Najwięcej ropy zebrało się pod skrzydłami. 

- Z pewnością muskał dziobem pióra - zauważył Ewan. - W ten sposób 

ropa przedostała się do jelit. Widać to po nim. Gdybyś go nie znalazła, już by 

nie żył. Ropa niszczy właściwości izolacyjne piór, wywołując hipotermię. Mając 

ją na piórach, biedak odczuwa takie zimno, jakie my, ludzie, czulibyśmy, 

pływając w lodowatej wodzie - wyjaśnił. 

- Intuicja podpowiadała mi, żeby się wybrać na ten spacer - szepnęła. 

- Sądzę, że najgorsze ma za sobą - oznajmił w końcu. - Nie widać już 

więcej plam. Za kilka godzin obejrzę go jeszcze raz, a teraz damy mu spokój, bo 

i tak ma za dużo stresów. 

- Więc nic więcej nie da się dla niego zrobić? 

- Nic, poza podaniem płynów. Trzeba mu wypłukać z organizmu jak 

najwięcej ropy, bo pozostawiona może wywołać owrzodzenia, krwawienie, 

uszkodzenie nerek i zapalenie płuc. 

R S

background image

 

- 63 -

- Gdyby chodziło o człowieka, podałabym płyny dożylnie - oświadczyła 

Beth. - A ty jak zamierzasz postąpić? 

- Nie chciałbym go znieczulać - odparł wolno. 

- Jak... 

- Gdyby to było konieczne, zaaplikowałbym mu izofluoran i tlen. - 

Zawahał się. - Trudno wyczuć, ile ptak jest w stanie przeżyć. Środek 

znieczulający redukuje stres, ale negatywnie wpływa na organizm pod innymi 

względami. Chyba zaryzykuję i podam płyn przez dziób. Czy możesz mi go 

przytrzymać? 

Skinęła głową, przesuwając się tak, żeby mógł jej podać ptaka. Pingwin 

przyjął tę zmianę spokojnie, wpatrując się w nich zdziwionymi ślepkami. 

- Zupełnie jakby wiedział, że chcemy mu pomóc - zauważyła. 

- On już przestał walczyć. Wolałbym, żeby się nam opierał. Ludzie często 

głaszczą chore ptaki, żeby je pocieszyć, a brak reakcji poczytują za swój sukces. 

Nie zdają sobie sprawy, że bierny dziki ptak to ptak bliski śmierci. Próby 

ukojenia dzikich stworzeń wywołują dodatkowy stres. Przyglądała się, jak Ewan 

przygotowuje płyn. 

- Co mu podasz? - zapytała. 

- Lectrad. To podziała jednocześnie jako odżywka.  

Thomas pracował z niezwykłą wprawą. Wkłuł igłę w spód języka ptaka, 

którego ślepka natychmiast rozszerzyły się ze strachu. Wykrzywił się, ale potem 

leżał już biernie, gdy rurka przechodziła przez przełyk. Wolną ręką Ewan 

wyprostował szyję ptaka. Płyn przedostał się do środka i wtedy Ewan wyjął igłę. 

Pingwin rozwarł dziób i słabo potrząsnął łebkiem, wylewając nadmiar 

lekarstwa. 

- Cóż - zaczął Ewan, wyjmując go z rąk Beth - zrobiliśmy, co było w 

naszej mocy. Teraz położymy go w zaciemnionym miejscu, w cieple i będziemy 

czekać. 

- Nic więcej nie da się zrobić? 

R S

background image

 

- 64 -

- Nie - westchnął przygnębiony. 

- Może chciałbyś, żebym przyszła w porze obiadowej pomóc ci go 

nakarmić? 

- Skontaktuję się z tobą, jeśli to będzie konieczne. Ktoś musi mi go 

przytrzymać. Przyjmujesz pacjentów przed południem? 

- Tak. - Beth wstała, uświadamiając sobie nagle, że brak jej poczucia 

rzeczywistości, zupełnie jakby się znalazła w świecie ułudy. - Ty... też będziesz 

zajęty? 

- Miałem badać krowy. Ale nie w tej sytuacji... 

- Nie... 

- Zbiorę ludzi do przeszukania plaży. To niemożliwe, żeby ropa 

zaszkodziła tylko jednemu pingwinowi. Sprawdzę, ile uda się jeszcze uratować. 

- Więc nie uważasz, że postąpiłam niemądrze, próbując mu pomóc? - 

upewniła się i dodała: - Nie mogłam patrzeć, jak cierpi. 

Ewan uśmiechnął się i z jego twarzy zniknęła surowość. 

- Dziwię się, że doktor Sanderson podjęła taką decyzję - żartował. - 

Troska i współczucie to twoja specjalność, prawda? - zakpił. 

Beth zarumieniła się. 

- Miałam nadzieję, że nie odmówisz fachowej pomocy - powiedziała. - 

Chociaż pingwin nie należy do tych pacjentów, którzy płacą za usługę. Po co 

sam wybierasz się na plażę, skoro uważasz, że postąpiłam głupio? 

- Przecież nic takiego nie mówiłem - zaoponował. - Ci, którzy są 

naprawdę głupi... - Wzruszył ramionami, wskazując na leżące na ławie szmaty 

poplamione ropą. 

- Zachowam to - powiedział. - Jeśli uda się wyłowić wystarczającą część 

jachtu, żeby udowodnić, że to z niego wyciekła ropa, to John Bource zapłaci za 

leczenie pingwina. On ma więcej pieniędzy niż rozumu, jak się zorientowałem, i 

najwyższa pora, żeby poniósł konsekwencje swoich szaleństw. 

R S

background image

 

- 65 -

Beth skinęła głową. Musiała iść do pracy. Spojrzała jeszcze na Ewana, 

czując narastające napięcie. 

- A więc... do zobaczenia - wydusiła z siebie. 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Nie znaleziono już żywych pingwinów. W porze obiadowej Beth poszła 

do Ewana, ale go nie zastała. Zorientowała się, że wcześniej wstąpił do domu i 

nakarmił swojego pacjenta. Gabinet był otwarty, więc zajrzała do środka. Ptak 

wracał do zdrowia. Leżał skulony na gumowej macie i spoglądał żałośnie na 

gościa. 

Nagle drzwi otworzyły się i wszedł Matt Hannah. Przyniósł cztery 

nieżywe pingwiny. 

- Dzień dobry, pani doktor - powiedział ponuro, kładąc ptaki na ławie. 

Oblepiała je cuchnąca ropa. 

- Och, nie - szepnęła zatrwożona Beth. 

- Niestety, to jeszcze nie koniec - oświadczył. - Szukaliśmy ich przez cały 

ranek. Ropa prawdopodobnie rozlała się naokoło przylądka. Doktor Thomas 

mówi, że musiało się to stać w nocy, kiedy rozbiła się łódź, albo niedługo 

potem, bo jest już za późno, żeby pomóc tym biedakom. 

- Po co je pan tu przyniósł? - zapytała. 

- Doktor chce zrobić sekcję zwłok - wyjaśnił Matt. - Sprawdzi w ten 

sposób, jaką szkodę wyrządziła im ropa, przez co łatwiej będzie mu wyleczyć 

tego pingwina, który jeszcze żyje. 

- Czy doktor Thomas jest na plaży? - spytała. 

- Wciąż jeszcze szuka. - Matt spojrzał na martwe pingwiny. - Jestem 

farmerem i znam się na zwierzętach, ale kiedy doktor powiedział mi, jak długo 

te biedactwa się męczyły... Cóż, miał badać moje bydło dziś po południu, ale 

postanowiliśmy to przełożyć i poświęcić cały dzień na przeszukiwanie plaży. 

R S

background image

 

- 66 -

Znaleźliśmy już piętnaście pingwinów. Dwa z nich jeszcze żyły, ale były w tak 

kiepskim stanie, że doktor musiał je zabić, żeby im ulżyć. 

Beth uśmiechnęła się smutno, patrząc na zmęczoną twarz Matta. 

- Wcale pan nie jest taki twardy, na jakiego pan wygląda, Matt. 

- Wszyscy zmiękliśmy, widząc, co się stało - przyznał farmer. - Doktor 

Thomas nie jest sam na plaży. 

Wróciła do pracy z ciężkim sercem. Nie tylko ona, także inni wyspiarze 

przywykli do tych ptaków i nie wyobrażali sobie bez nich Illilawy. 

Skończyła pracę już po zmroku. W domu Ewana paliło się światło, a na 

zewnątrz stały dwie ciężarówki. Domyśliła się, że ma kogoś do pomocy. Trudno 

było oprzeć się pokusie, a miała ochotę pójść i zobaczyć, jak czuje się znalezio-

ny przez nią pingwin. 

- Żyje jeszcze - poinformował ją Micky Edgar godzinę później. 

Przyszedł do Beth, trzymając na ręku psa, kiedy kończyła kolację. 

- Doktor Thomas zadzwonił i kazał mi zabrać Bustera. Chyba pojechał do 

chorego, bo nikogo nie zastałem. 

- Nie wydaje mi się, żeby Buster i pingwin przepadały za sobą - 

uśmiechnęła się Beth. - On wygląda wspaniale, Micky. 

- Tak, wpadłem tylko, żeby podziękować - nieśmiało powiedział chłopiec. 

- Bo doktor Thomas mówił, że pani pomagała mu podczas operacji i... i... - 

Podniósł wzrok, zaczerpnął powietrza i zatopił twarz w futrze Bustera. - Nie 

wiem, co bym zrobił, gdyby on zdechł i... No, dziękuję - skończył zakłopotany. 

Beth zmierzwiła mu włosy, uśmiechając się. - Nie ma za co, Micky. 

Mieliśmy po prostu szczęście, że akurat przyjechał weterynarz. 

- Wszyscy tak mówią - odparł chłopak, ożywiając się nagle. - Doktor 

Thomas jest wspaniały. Chętnie bym został weterynarzem - rzucił, odwracając 

się i wybiegając. 

Przez chwilę stała zamyślona, bezwiednie patrząc na chłopca znikającego 

w ciemności. „Doktor Thomas jest wspaniały"... te słowa wciąż dźwięczały jej 

R S

background image

 

- 67 -

w uszach. Dotknęła dłonią warg i przypomniała sobie bliskość Ewana. Dlaczego 

ją pocałował? „Doktor Thomas jest wspaniały"... 

Chłopiec był już przy furtce, kiedy zawołała za nim: 

- Micky! 

Stanął, oglądając się za siebie. 

- Słucham? 

- Jak się dostaniesz do domu? - zapytała. 

Nie widziała samochodu przed domem, a w oknach Ewana było ciemno. 

- Pójdę pieszo - oświadczył bez entuzjazmu. - Tata pojechał ciężarówką 

na wygon, bo krowa się cieli, więc mama powiedziała, że jak chcę dziś odebrać 

Bustera, to muszę przyjść sam. 

Beth pokiwała głową, po czym szybko wzięła płaszcz i kluczyki od 

samochodu. Micky z pewnością dałby sobie radę, ale pogoda była wyjątkowo 

brzydka. 

- Zaczekaj, odwiozę cię - zaproponowała. 

Po drodze minęli Thomasa.  

Jego samochód stał zaparkowany na poboczu, a on sam przechadzał się 

po plaży w miejscu, gdzie Beth znalazła pingwina. 

- O tej porze nie znajdzie już żywych pingwinów - zauważył Micky. - Co 

on robi, pani doktor? 

- Chyba spaceruje - odpowiedziała. - W każdym razie nie powinniśmy mu 

przeszkadzać. 

Zwolniła, bo zbliżali się do posiadłości Edgarów. W odległości około stu 

metrów od drogi stała ciężarówka Graeme'a Edgara, a sam farmer krzątał się, 

oświetlony reflektorami. Co chwila pochylał się nad leżącą krową. 

- Ona męczy się już cały dzień - poinformował Micky. - Tata bardzo się 

martwi, że ją straci. 

- Dlaczego nie wezwał doktora Thomasa? - zapytała Beth. 

- Bo nie mamy pieniędzy - wyznał Micky. 

R S

background image

 

- 68 -

Skinęła głową ze zrozumieniem. Podwiozła chłopca do domu i wróciła do 

jego ojca. Zmagając się z wiatrem, podeszła do farmera, pochylonego nad leżącą 

na ziemi krową. Brązowe ślepia zwierzęcia wyrażały udrękę. Tylne nogi cielaka 

już wystawały, reszta jednak nie mogła się wydostać z powodu wąskiej 

miednicy matki. 

- Och, Graeme - powiedziała łagodnie. - Od jak dawna jest w takim 

stanie? 

- Od kilku godzin - odparł znużonym głosem. - Nie mogę ruszyć cielaka. 

Czy przywiozła pani Micky'ego do domu? 

- Tak. 

- Dziękuję, pani doktor. Czy... czy sądzi pani, że gdybym przywiązał tylne 

nogi do ciężarówki i pociągnął... Wiem, że zabiję cielaka, ale jak go wydobędę, 

to przynajmniej krowa przeżyje. 

Pokręciła głową. 

- Nie. W ten sposób zabiłby pan również krowę. Nie przeżyłaby urazu. 

Pokiwał głową, po czym wyprostował się i poszedł do ciężarówki, a po 

chwili wrócił ze strzelbą. 

- Nie ma innego wyjścia - oświadczył ze smutkiem. - Przynajmniej 

uwolnię ją od cierpienia. 

Beth zakryła ręką wylot lufy. 

- Doktor Thomas jest akurat w pobliżu. Dlaczego nie poprosi go pan o 

pomoc? 

- Nie mam pieniędzy - odparł farmer, wzdychając ciężko. - Bóg mi 

świadkiem, że chciałbym, ale nie dopisał urodzaj... 

Beth uklękła i przesunęła palcami po zadzie na wpół urodzonego cielaka. 

- Graeme, on jeszcze żyje - szepnęła z przejęciem. 

- Wiem. Ale to nie potrwa długo. 

R S

background image

 

- 69 -

- Ale to jałówka. Gdyby się urodziła żywa, byłaby warta znacznie więcej, 

niż sobie zażyczy Ewan... Mam propozycję: ja dam pieniądze weterynarzowi, a 

pan zwróci mi je z dochodów za mleko, kiedy jałówka będzie już mleczna. 

- To szaleństwo - wykrztusił i przyjrzał się jej badawczo, z 

niedowierzaniem. - Ja nie biorę jałmużny. 

- W porządku. Zwróci mi pan podwójną wartość rachunku Ewana. 

Ryzykuję, ale mimo wszystko sądzę, że to dobra lokata kapitału. 

- Naprawdę zrobi to pani? 

- Jeśli to cielę przeżyje, podwoję zainwestowaną stawkę. - Beth 

uśmiechnęła się do zmęczonego farmera. - Wierzę w kompetencje Thomasa. A 

teraz proszę wsiadać do ciężarówki i odszukać doktora. Jest na plaży jakiś kilo-

metr stąd. Potem niech pan przyniesie z domu ręczniki i jak najwięcej gorącej 

wody z rozpuszczonym mydłem. 

Farmer przyglądał się jej z powątpiewaniem. 

- Naprawdę zapłaci pani? 

- Niechże się pan pośpieszy! - ponagliła go, odwracając się do krowy. 

Wkrótce ujrzała samochód jadący za ciężarówką Graeme'a. Po chwili 

Ewan wysiadł i szybkim krokiem ruszył w jej stronę. 

- Wciąż jeszcze pełnisz funkcję weterynarza na wyspie? - rzucił niezbyt 

uprzejmym tonem. 

- Namówiłam Graeme'a, żeby cię tu sprowadził - odparła sztywno. - Nie 

dałabym rady... 

Skinął głową, po czym szybko pochylił się nad krową. 

- Do diabła! - zaklął wściekle, obmacując naprężone ciało. - Jest tak 

sucha... 

- Wysłałam Graeme'a po gorącą wodę z mydłem. 

- Edgar powiedział mi o waszym układzie - rzekł Ewan z przekąsem. - 

Czy często wykraczasz poza swoje obowiązki? 

- Ktoś musi - odparła krótko. 

R S

background image

 

- 70 -

- I naprawdę oczekujesz, że wystawię ci za to rachunek? 

- Niczego od ciebie nie oczekuję oprócz uratowania cielaka - żachnęła się. 

Tymczasem wrócił Graeme Edgar. Zaparkował ciężarówkę tak, żeby jak 

najlepiej oświetlić udręczone zwierzę. Wysiadł, taszcząc dwa wiadra wody. 

Ewan zakasał rękawy i przystąpił do pracy. Męczył się przez dobre pół 

godziny, zanim cielę się poruszyło. Stopniowo skurcze nasilały się i wreszcie w 

świetle reflektorów zobaczyli najpierw mały czarny nos, potem oczy, a w końcu 

cały łebek. Kilka minut później krowa westchnęła ciężko i poród dobiegł końca. 

Ewan był niezmordowany. Otarł pysk cielaka i dmuchnął mu w nos. 

Słaby jeszcze zwierzak wzdrygnął się delikatnie, a wtedy Ewan położył go obok 

matki. Natychmiast wysunęła długi język i polizała maleństwo. 

- A jednak udało się - cieszył się Graeme. - To istny cud! 

- Tak - zgodził się zmęczony Ewan, wycierając splamione krwią ręce i 

patrząc z satysfakcją na matkę i niemowlę. - W tym przypadku rzeczywiście 

można to uznać za cud. 

- To wspaniałe cielę! - nie posiadał się z radości farmer. - Po przeżyciu 

takiego porodu przeżyje wszystko. Dobrze pani zainwestowała, pani doktor! 

- Całe szczęście - uśmiechnęła się Beth. - Nie wiemy jeszcze, ile sobie 

zażyczy doktor Thomas. Może to być bardzo wygórowana cena. 

Oboje spojrzeli na Ewana wyczekująco. 

- Nie martwcie się - uspokoił ich. - Jeśli odejmę za pomoc Beth, a pan, 

panie Edgar, obciąży mój rachunek kosztami przygotowania i przewozu gorącej 

wody, zostanie wam niewiele do zapłaty. 

Wkrótce krowa wstała. Beth i Ewan pomogli wsadzić ją i cielę na 

ciężarówkę. 

- Niedobrze, że będzie trzęsło - niepokoił się Ewan - ale przy dzisiejszej 

pogodzie lepiej, żeby znaleźli się pod dachem. Czy na pewno da pan radę je 

wysadzić? 

- Oczywiście... Żona i Micky mi pomogą. 

R S

background image

 

- 71 -

Stali, spoglądając za ciężarówką, dopóki nie zniknęła im z oczu. Potem 

ruszyli wolno, zamykając za sobą furtkę. 

- Możesz teraz wrócić na plażę - powiedziała cicho Beth. - Czy znalazłeś 

jeszcze jakieś pingwiny? 

- Trzy nieżywe - poinformował Ewan. - Razem z tymi, które znaleźliśmy 

rano, to już prawie dwadzieścia. - Odwrócił się, patrząc ponuro na morze. - A 

przecież oprócz tych, które znaleźliśmy, musi być ich jeszcze więcej. 

- Ciekawe, ile paliwa było na pokładzie - zastanawiała się głośno. - 

Myślałam, że takie jachty mają tylko mały silnik pomocniczy. 

- Płynęli do swojego domku letniskowego. Bource mówi, że dom jest 

oddalony od osiedli i ma własny generator. Udało mu się załatwić taniej paliwo, 

więc postanowił je zabrać na jacht. Przyczepił zbiorniki pod pokładem, ale 

kiedy jacht zaczął tonąć, oderwały się. Ten człowiek ma więcej pieniędzy niż 

rozumu - denerwował się Ewan. 

Beth patrzyła na niego przez chwilę. Miała wrażenie, że wydarzenia tego 

dnia sprawiły mu fizyczny ból. 

- Powinieneś odpocząć - powiedziała cicho. - Dalsze poszukiwanie 

ptaków nie ma sensu. To tragedia, ale zrobiłeś już wszystko, co należało. 

Spojrzał na nią nie widzącymi oczyma. 

- Ludzie nie myślą - ciągnął. - Robią, co chcą, nie zastanawiając się nad 

konsekwencjami. 

- Nie wszyscy są tacy - zaoponowała. 

- Nie wiem, do jakiej kategorii ludzi ty się zaliczasz, z twoimi przeklętymi 

cudami... 

Jego szczupła sylwetka majaczyła w poświacie księżyca, gdy spoglądał na 

przybrzeżną drogę, a potem na morze. 

- Ale niektórzy są głupi, beznadziejnie głupi - powtórzył z naciskiem, 

poruszając głową, jakby chciał odpędzić jakiś zły sen. - Kiedyś byłem żonaty - 

wyznał. 

R S

background image

 

- 72 -

Beth zaskoczył jego głos. Mówił bezbarwnym, obojętnym tonem, jakim 

stwierdza się na przykład, że poprzedniej nocy padał deszcz. 

- Wiem - szepnęła, zastanawiając się, do czego Ewan zmierza. 

- Skąd? 

Nawet na nią nie spojrzał, odwrócony w stronę morza. 

- Ja... wszyscy o tym wiedzą. Twoja kariera w telewizji... Cóż, zdobyłeś 

popularność. 

Roześmiał się sztucznie. 

- Znany doktor Thomas. Szczęściarz! Miał wszystko: piękną żonę, 

wspaniały dom, pieniądze i... dziecko. Czy wiedziałaś również o tym, że miałem 

dziecko? 

Beth zaniemówiła. Powiedział to w czasie przeszłym i takim tonem, że 

nie chciała słyszeć nic więcej na ten temat. 

- Niewiele osób o tym wie - przyznał. 

Była świadoma, że Ewan właściwie mówi bardziej do siebie niż do niej. 

Zupełnie jakby wspomnienia gromadzące się w jego pamięci musiały znaleźć 

ujście. 

- Jedną z niewielu spraw, w których ja i Celia zgadzaliśmy się, była chęć 

trzymania Sophie z dala od reporterów - roześmiał się gorzko. - Okazało się 

później, że żonie zależało na tym wyłącznie z powodu naczyniaka, który 

dziecko miało na twarzy. To wrodzone znamię źle wyglądało w świetle kamer! 

Lekarze twierdzili, że po pewnym czasie może ono zniknąć i odradzali operację, 

która niekiedy pogarsza sytuację. Celia nie chciała się z tym pogodzić, bo 

pragnęła mieć śliczną córeczkę, którą można z dumą pokazać. 

- Ewan... - Beth skuliła się z przerażenia. - Czy na pewno chcesz o tym 

mówić? 

Nie słyszał pytania i Beth zrozumiała, że jej towarzystwo było tylko 

pretekstem do tego, by wyrzucić z siebie całą gorycz. 

R S

background image

 

- 73 -

Wiedziała, że należy milczeć. Nawet jeśli nie chciała słyszeć tych 

okropności, Ewan potrzebował milczącego słuchacza i nie mogła go zawieść. 

- Zerwaliście rok temu... - odezwała się, chcąc mu uświadomić, że jest 

obok, gotowa go wysłuchać. 

Rękawem kurtki dotykała jego grubego swetra. Stali bardzo blisko siebie, 

ale Ewan wyraźnie był sam. 

- Zerwaliśmy dużo wcześniej - odparł. - Przynajmniej uczuciowo, jeżeli 

nie fizycznie. Nigdy nie powinniśmy się pobrać. Była... niezwykle ambitna. Z 

początku wierzyła we mnie, młodego weterynarza, a przynajmniej takie spra-

wiała wrażenie. Bardzo lubiana, piękna, tryskała humorem. Prawdziwą naturę 

ujawniła dopiero po ślubie. Liczyły się dla niej wyłącznie pieniądze i sława. 

Zaczęliśmy występować w programie telewizyjnym i przez pewien czas przy-

najmniej tyle nas łączyło. Potem zaszła w ciążę i... miałem nadzieję, że 

wszystko się zmieni. Ona też się cieszyła. Stworzyła sobie wizję ślicznego 

dziecka, wokół którego narobi rozgłosu, przez co będzie jeszcze bardziej 

sławna. Rzeczywistość okazała się nie do przyjęcia: zeszpecona córka i 

konieczność ciągłego wstawania w nocy, karmienie, przerosły jej wyobrażenia. 

Odeszła, kiedy Sophie miała trzy miesiące. 

- Och, Ewan... 

- Radziliśmy sobie bez niej - kontynuował. - Zatrudniłem opiekunkę i 

nadal prowadziłem program w telewizji. Celia doznała zawodu, bo program, 

mimo że nie brała już w nim udziału, cieszył się coraz większą popularnością. 

Potem mężczyzna, dla którego nas zostawiła, porzucił ją. Zaczęto też mówić o 

niej publicznie, że jest złą matką. W prasie podano, że nie interesuje się córką. 

Użyła wszelkich możliwych wpływów, żeby nie ujawniono imienia dziecka, ale 

straciła kontrolę nad sytuacją. Postanowiła więc zmienić taktykę i odgrywać rolę 

kochającej rodzicielki. Żądała kontaktów z córką, oczywiście nie w takim sto-

pniu, żeby ją to w jakikolwiek sposób ograniczało. Udawała pełną poświęcenia 

matkę wobec ludzi, na których opinii jej zależało. 

R S

background image

 

- 74 -

Zamilkł. Beth zwilżyła wargi, czując smak morskiej soli. 

- Więc... dziecko jest teraz z Celią? - zapytała. 

- Sophie nie żyje. 

- Nie żyje? 

- Zabrała naszą córeczkę na proszony obiad do przyjaciół. Oni... pili. 

Dziecko dopiero co zaczynało chodzić, a gospodarze mieli basen. Chyba nie 

muszę opowiadać, co się stało? 

Nagle Beth zrozumiała przyczynę oschłości i goryczy Ewana. Ujrzała też 

małą dziewczynkę, posuwającą się chwiejnym krokiem w stronę rozświetlonego 

słońcem basenu, podczas gdy jej matka... Zamknęła oczy. 

- Och, Ewan... 

Milczał. Gorączkowo szukała słów pocieszenia, ale nic nie przychodziło 

jej do głowy. Instynktownie, odwiecznym gestem współczucia wyciągnęła ręce 

do góry, przytuliła jego głowę i pocałowała go. 

Po raz pierwszy w życiu zdobyła się na to, by pocałować mężczyznę... 

Nie mogła jednak nad sobą zapanować. Za wszelką cenę chciała go pocieszyć, a 

to był jedyny sposób, jaki podpowiadał jej instynkt. Przywarła do niego całym 

ciałem i pocałowała jeszcze raz. Stali na przybrzeżnej drodze, wiodącej wzdłuż 

skalnego urwiska. W tym momencie nie zważała na nic, liczył się tylko Ewan. 

Zareaguj, błagało jej ciało... 

Przez dłuższą chwilę stał niewzruszony, nieugięty, kiedy pieściła go 

miękkimi wargami. Chwyciła go za ręce, zaciskając mocno dłonie, jakby chciała 

mu przekazać ciepło, pociechę i... miłość. 

Nagle się poruszył. Wyswobodził ręce z uścisku, żeby ją przyciągnąć 

bliżej. Uniósł ją lekko i przytulił do siebie tak mocno, że nie mogła złapać tchu. 

Jęknęła cicho, ale szybko zamknął jej usta pocałunkiem. 

Tonę... myślała, wysilając resztkę świadomości. Zatraciła się w jego 

uścisku. Zdawało się jej, że pochłania ich żywioł. Otworzyła usta, a wtedy 

R S

background image

 

- 75 -

wsunął w nie język, wzmagając pieszczotę. Przyjęła ją z radością, tuląc piersi do 

twardego ciała. 

Serce Beth przepełniała niewypowiedziana czułość. Kochany, mogę ci 

pomóc, nie zniosę twojego cierpienia. Wiedziała, że przynajmniej na razie 

odpędziła demony. Intymna więź, jaka ich połączyła, wykluczała wszystko inne. 

Nie myślała już o jego żonie i córeczce, a kiedy znów przygarnął ją do siebie, 

wiedziała, że też o nich zapomniał. W jej ramionach był bezpieczny, nie mógł 

dosięgnąć go tu żaden ból. Pocałunek pogłębił się i zatracili się w sobie. 

W jakiś dziwny sposób materiał płaszcza przestał ich dzielić. Nie czuli 

zimna, opanowani podnieceniem, nie potrzebowała więc okrycia, które spadło 

na ziemię. Ręce Ewana znalazły się pod miękką wełną jej swetra i przez 

wycięcie bluzki pieściły naprężone piersi. 

Nigdy przedtem nie czuła się tak jak teraz. Gdzieś głęboko wybuchła fala 

namiętności. Pragnęła Ewana. Odchyliła się, wydając stłumiony jęk rozkoszy, 

kiedy zaczął całować nabrzmiałe pożądaniem piersi. 

Oszalała. Oboje oszaleli. Zimny wiatr świszczał wokół nich, ale nie 

zważali na nic. Beth pragnęła być jak najbliżej niego... 

Podniósł ją lekko, ale nie odstąpił ani na krok, wpatrując się z napięciem 

w majaczącą w ciemnościach twarz. Chciał zbliżenia nie mniej niż ona. 

- Beth... - szeptał chrapliwie, a gdy uniosła głowę, znów poszukał 

wargami jej ust. 

- Pragnę cię, Ewan - szepnęła, chociaż ostatnim wysiłkiem woli 

zastanawiała się, skąd w niej taka śmiałość. 

Uśmiechnęła się do niego dając mu, do zrozumienia, że wie, co robi, 

jakby miała znacznie więcej doświadczenia niż było w istocie... Nie pora na 

udawanie niewinnej panienki, przecież musi go pocieszyć. Chce go... uwieść? 

Uwieść... Nigdy by siebie o to nie podejrzewała. Nigdy! Kobieta, którą 

Ewan trzymał w ramionach, to przecież nie Beth Sanderson, lecz ktoś obcy, 

R S

background image

 

- 76 -

kogo do tej pory nie znała. Zarzuciła mu ręce na szyję i znów namiętnie poca-

łowała. 

Przebiegał rękoma wzdłuż jej ud, przyciągając ją bliżej, aż przywarła do 

niego całym ciałem. Mógł z nią zrobić, co chciał, nie zdołałaby się oprzeć. 

Powoli przesuwał palcami po ustach dziewczyny. 

- Beth... - szepnął i spojrzał na nią oczyma pełnymi udręki. 

Wiedziała, skąd to cierpienie. Pragnął jej tak bardzo, jak ona jego, ale bał 

się do tego przyznać. Gdyby to zrobił, to skapitulowałby sam przed sobą, naraził 

się na cierpienie, którego już doświadczył. 

- Kim jesteś? - pytał. - Chyba morską czarodziejką... wróżką. 

Nie odpowiedziała, przytuliła się ufnie i pocałowała go. Pocałunek zdawał 

się łączyć ich w nierozerwalną całość. 

- Jestem twoja, Ewan. W tę noc... w tę jedną noc przyjmij odrobinę 

szczęścia, którą ci daję. Zabierz mnie do domu i kochajmy się. Nic nie chcę w 

zamian, o nic nie proszę, pragnę tylko ciebie, w tę noc... 

Bo cię kocham. 

Nie wypowiedziała tych słów, ale tkwiły w niej głęboko i nagle aż 

zahuczały w głowie, jakby nie liczyło się nic innego poza miłością do Ewana. 

Od jak dawna go kocha? Nie musiała się zastanawiać: od chwili, kiedy po 

katastrofie na morzu przytulił ją po raz pierwszy i pomógł przezwyciężyć strach. 

Już wtedy miała wrażenie, że stanowią jedność. Uratował jej życie i od tej 

chwili należy do niego już na zawsze. Wsunęła rękę pod sweter, a potem pod 

koszulę, żeby poczuć siłę jego mięśni. Należą do siebie i nic nie może ich 

rozdzielić. 

- Nie wszystkie kobiety są takie jak Celia - szepnęła. - Nie wszystkie... 

- Nie wiem, Beth. - Pochylił głowę, całując jej włosy. - Dzięki tobie 

dostrzegam światło u wylotu mrocznego tunelu, ale jesteś wciąż na końcu tego 

przeklętego korytarza i nie wiem, czy się przez niego przedzierać... 

R S

background image

 

- 77 -

W odpowiedzi uniosła twarz, sądząc, że ją pocałuje. Zamknęła oczy i 

czekała, ale nie zrobił tego. W ciągu ułamka sekundy wycofał się, a kiedy 

otworzyła oczy, zabrzęczał pager przymocowany do paska spódnicy. 

Chciało jej się płakać. Najchętniej cisnęłaby odbiornik gdzie popadnie, ale 

nie było potrzeby, bo Ewan i tak odsunął się od niej. 

- Jest pani potrzebna, doktor Sanderson - powiedział oschle. W jego 

oczach dostrzegła coś... czyżby ulgę? 

- Wiem. 

Może to tylko jej fantazja? Czuła się tak, jakby jej własne ciało należało 

już do kogoś innego. Opanowała ją kompletna pustka. To, co usiłowała 

przekazać Ewanowi, było głupie. Nie nakłoni mężczyzny, by ją kochał, rzucając 

mu się w ramiona... 

- Zapewne jakiś nagły wypadek, inaczej by mnie nie wzywano - odparła 

bez sensu. 

Nie odezwał się. 

- Dobranoc, Ewan - szepnęła. 

Wyciągnął rękę, jakby chciał jej dotknąć, ale nie zrobił tego. 

- Dobranoc! - krzyknęła już w biegu. 

Kiedy wsiadała do samochodu, była pewna, że wciąż jeszcze stoi na 

wietrze, spoglądając w jej stronę. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

R S

background image

 

- 78 -

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

W szpitalu paliło się światło. Beth zauważyła je z daleka i nacisnęła pedał 

gazu. Zapomniała o własnych przeżyciach, bo potrzebowano pomocy, musiała 

więc skoncentrować się na innych. Coral nie zapalałaby światła i nie budziła 

pacjentów w środku nocy, gdyby nie stało się coś naprawdę ważnego. 

Lorna. To jej życiu zagrażało niebezpieczeństwo. Ta myśl wpadła Beth do 

głowy, gdy wybiegła z samochodu. Otwierając drzwi na oddział, nie miała 

wątpliwości, co się stało. 

Już w korytarzu usłyszała ciężki, przerywany oddech pacjentki. 

Pochylona nad nią pielęgniarka walczyła z maską tlenową, którą Lorna 

odpychała. Szamotały się obydwie, co tylko pogarszało i tak już ciężki stan 

chorej. Lorna miała płytki, świszczący oddech, a ciało drżało z wysiłku, jaki 

sprawiało jej łapanie powietrza. Resztkami sił nie pozwalała założyć sobie 

maski, jakby się obawiała, że tlen ją udusi. Pielęgniarka z ulgą spojrzała na 

wchodzącą Beth. 

- Jej stan gwałtownie się pogarsza - szepnęła. - Proszę coś zrobić! 

Beth podeszła do łóżka i natychmiast zaczęła zbadać Lornę, jednocześnie 

sprawdzając tętno. 

- Zmierzyłaś ciśnienie? - zwróciła się do Coral. 

- Nie - odparła pielęgniarka. 

- Zrób to teraz. Zostaw tę maskę. 

- Chora sprawia wrażenie, jakby jej wciąż brakowało tlenu... 

- To się nie zmieni, dopóki będzie w takim stanie. Ciśnienie, siostro, 

szybko! 

Coral opanowała zdenerwowanie i zaczęła działać sprawniej. Po chwili 

podała wynik. Ciśnienie było nieco podwyższone, ale nie dziwiło, biorąc pod 

uwagę stan Lorny. 

R S

background image

 

- 79 -

Beth usiadła na brzegu łóżka i wzięła pacjentkę za ręce. Oddychanie nie 

uległo wprawdzie poprawie, ale przynajmniej minął stan silnego wzburzenia. 

- Proszę się uspokoić. Absolutnie nie ma powodu do zmartwień. 

Myślałam, że to odma, ale wyniki badania wykluczyły jakieś poważne 

dolegliwości. Brak pani tchu wyłącznie z powodu silnego zdenerwowania. 

Trzeba nad sobą zapanować, wtedy będziemy w stanie pomóc, ale to naprawdę 

zależy wyłącznie od pani. 

Pielęgniarka przyglądała się Beth, zaskoczona jej stanowczym, 

pozbawionym współczucia tonem. Lekarka przecząco poruszyła głową, 

nakazując tym gestem milczenie. 

- Niech się pani weźmie w garść! - zwróciła się znów do pacjentki. - Coral 

poda teraz maskę, musimy podnieść poziom tlenu. Proszę starać się oddychać 

normalnie. 

Lorna patrzyła zdumiona. Źrenice miała jeszcze rozszerzone ze strachu, 

ale powoli zaczynała wykonywać polecenia, wierząc, że jej życiu nie zagraża 

niebezpieczeństwo. 

- To tylko atak paniki - wyjaśniła spokojnie Beth, unosząc na chwilę 

maskę z twarzy pacjentki. 

- Przepraszam - wyszeptała chora, patrząc na nią nieśmiało. - Narobiłam 

tyle kłopotu. 

- Nie ma o czym mówić. Teraz dostanie pani coś na sen. Powinnam się 

domyślić, że nie mogąc zasnąć, będzie się pani zamartwiać. Dam coś na 

uspokojenie, żeby pani spała do rana. Kiedy ostatnio rozstawaliście się z 

mężem? - zmieniła nagle temat. 

- Nigdy - szepnęła Lorna. - Przez czterdzieści sześć lat małżeństwa nie 

spędziliśmy ani jednego dnia osobno. A teraz... on zostanie sam, na zawsze. 

- Nonsens - zaprzeczyła Beth. 

Trzymała maskę w takiej odległości od twarzy chorej, żeby ta wdychała 

tlen, a jednocześnie mogła mówić. 

R S

background image

 

- 80 -

- Jak tylko zdobędziemy aparat oddechowy, który będzie cały czas u was 

w domu, poczuje się pani znacznie lepiej. Chorzy na rozedmę płuc mogą dożyć 

późnej starości. Śpi się z podłączonym tlenem, a w dzień korzysta z aparatu 

tylko po wysiłku. Poza tym można żyć całkiem normalnie, nawet współżycie 

seksualne nie jest zakłócone - powiedziała, uśmiechając się. 

Lorna spoglądała na nią z nadzieją i niedowierzaniem. 

- Nawet jeśli to prawda... Skąd weźmiemy pieniądze? Taki aparat drogo 

kosztuje. 

- Znajdę sposób - pocieszała ją Beth, chociaż sama nie bardzo wierzyła w 

to, co mówi. 

Coral przyniosła tabletki i Beth podała je, podtrzymując osłabioną 

pacjentkę. 

- Dzięki temu wyśpi się pani - tłumaczyła. - Fergus na pewno śpi dobrze. 

- Mam nadzieję - szepnęła pani Mackervaney łamiącym się głosem. W jej 

oczach pojawiły się łzy. 

- Skoro tak się pani martwi, możemy to sprawdzić.  

Spojrzała na zegarek. Było późno i Fergus na pewno potrzebował snu, ale 

przede wszystkim musiała dbać o swoją pacjentkę. 

- Zaraz do niego zadzwonimy i przekonamy się, co porabia - powiedziała 

do Lorny. 

Pomimo późnej pory od razu odebrał telefon. 

- O co chodzi? Czy coś się stało? - zapytał przerażony, zanim Beth 

zdążyła się odezwać. 

Uśmiechnęła się do siebie. 

- Żona czuje się dobrze - odpowiedziała szybko - ale nie może zasnąć, 

zamartwiając się o pana, więc postanowiłyśmy zadzwonić, żeby się upewnić, 

czy dobrze się pan sprawuje. 

Przesłała figlarny uśmiech Lornie i zaczęła mówić nieco głośniej, żeby 

chora ją słyszała. 

R S

background image

 

- 81 -

- Nie zabawia się pan z jakimiś panienkami ani nie śpi pan w butach, 

prawda, Fergus? 

Farmer zaśmiał się, wyraźnie rozbawiony. Okazało się, że dobrze zrobiła, 

dzwoniąc. Zapewne też nie spał, martwiąc się o żonę. 

- Proszę powiedzieć Lornie, żeby się mnie nie czepiała - parsknął głośno 

śmiechem. - Czy raz na czterdzieści sześć lat nie mogę urządzić orgii? 

- Przerwałam tym telefonem szaleńczą orgię - zwróciła się do pacjentki. 

Podała jej słuchawkę, żeby porozmawiała z mężem. Robyn Bource 

również nie spała, obserwując, co się wokół niej dzieje. 

- Przykro mi, że panią obudziłyśmy - przeprosiła ją Beth. 

- Proszę nie przepraszać - odpowiedziała drżącym głosem. - Bałam się... 

że ona nie przeżyje. 

- Ona też tak myślała. Zły stan psychiczny może doprowadzić do 

poważnej choroby, w związku z tym lepiej unikać stresów. 

- Czy to właśnie dlatego mnie tu trzymacie? Czy to jest powód mojego 

ustawicznego zmęczenia? 

- Oczywiście, jeden z powodów - przyznała Beth. - Między panią a 

mężem nie układa się tak dobrze, jakby pani sobie tego życzyła. Czy mam 

rację? 

Oczy Robyn zaszły łzami. Z długimi jasnymi włosami, rozrzuconymi na 

poduszce wyglądała bardzo młodo, ale na jej twarzy widać było ogromne 

znużenie. 

- Lorna przeżyła z mężem czterdzieści sześć lat, a ja z moim niecały rok. 

Nie mogę... nie jestem szczęśliwa - wykrztusiła z żalem. 

- Żeby małżeństwo było udane, muszą tego chcieć obydwie strony. 

Wydaje mi się, że pani mąż powinien dojrzeć - powiedziała Beth. 

Wkrótce w szpitalu znów zapadła cisza. Lorna zasnęła, a Robyn 

rozmyślała, spoglądając w ciemność. Trudno jej pomóc, doszła do wniosku 

R S

background image

 

- 82 -

Beth. Najbardziej przyda się jej spędzenie kilku dni w samotności i 

przemyślenie swoich problemów. 

Wyszły z Coral na korytarz. 

- Sądzę, że teraz już nic się nie wydarzy - rzekła cicho. - Idę spać. 

- Jest pani nie mniej zmęczona niż pacjentki - oświadczyła Coral, 

przyglądając się jej z troską. 

Pożegnały się i Beth wyszła ze szpitala. Wiał zimny wilgotny wiatr od 

morza, ale nie przeszkadzało jej to. Przeciwnie, wystawiała twarz na silne 

podmuchy, jakby chciała obudzić się z jakiegoś mrocznego, męczącego snu. Za 

dużo wydarzyło się w tak krótkim czasie. 

Uszła zaledwie kilka kroków, gdy nagle dostrzegła Ewana. Wstał z 

kamiennego murku i podał jej płaszcz, który zostawiła, śpiesząc na wezwanie. 

- Chciałem ci tylko oddać zgubę - oznajmił z uśmiechem, który wydawał 

się obcy. 

- Mogłeś to zostawić na ganku przed moim domem albo podrzucić do 

szpitala - odparła drżącym głosem. 

Podszedł do niej i wziął ją za ręce. 

- Wiesz, że nie mogliśmy... - powiedział poważnym tonem. - Zanim 

nastałby świt, wyspiarze wyprawiliby nam wesele. 

- To groźba gorsza niż śmierć - szepnęła, bezskutecznie próbując wyrwać 

ręce z jego uścisku. 

- Beth, kochanie... 

- Nie jestem twoim kochaniem - przerwała mu pośpiesznie, odwracając 

twarz. - Nie nazywaj mnie tak. 

- Beth... 

- Puść mnie - szepnęła. - Proszę, Ewan. Zacieśnił palce. 

- Ty płaczesz - zauważył przerażony. 

- Nieprawda - zaprzeczyła gwałtownie, wyrywając rękę i ocierając nią 

płynące po policzkach łzy. 

R S

background image

 

- 83 -

- Może sobie ubzdurałaś, że mnie kochasz? Czy to dlatego... 

- Skądże znowu - wykrztusiła. - Kocham się z kim popadnie. Nie 

słyszałeś, że jestem wyspiarską dziwką? 

- Tubylcy mówią, że nie miałaś chłopaka, odkąd tu przyjechałaś. 

- No widzisz... nikt mnie nie chce. - Odsunęła się od niego. - Zresztą 

guzik ich to obchodzi. Ciebie też. Ewan, puść mnie... 

- Pocałowałaś mnie. Czy zrobiłaś to tylko z litości? - prosił niemal o 

potwierdzenie tego przypuszczenia. 

- A czy może być jakiekolwiek inne wytłumaczenie? - rzuciła z 

wyrzutem, wyrywając się wreszcie. - Żal mi cię, bo jesteś jeszcze bardziej 

samotny niż ja i o wiele bardziej zgorzkniały. Ja też czułam się osamotniona, a 

ty jeszcze pogłębiłeś to uczucie - roześmiała się sztucznie. - Jak więc możesz 

nazwać moje uczucie miłością? Sam twierdzisz, że ona nie istnieje, a przecież ty 

masz większe doświadczenie. Czy mogłabym cię kochać? Nie chcesz mnie, 

prawda? Pocałowałeś mnie, bo próbowałeś zapomnieć o przeszłości. 

Wykorzystałeś mnie. 

Milczenie przeciągało się w nieskończoność. W oddali morze z hukiem 

wdzierało się w ląd, jakiś ptak świergotał żałośnie. Beth stała bez ruchu - 

niedostępna, wyniosła. 

- Chyba masz rację - odezwał się wreszcie, delikatnie dotykając jej 

policzka. - Postąpiłem jak ostatni drań, dopuszczając do tego, co się stało. Bóg 

mi świadkiem, że nie chcę nikogo skrzywdzić, a już najmniej ciebie. Nie 

możesz mnie kochać, Beth. Ja... nie mam już w sobie miłości, którą mógłbym 

kogoś obdarzyć. 

- Czy nadal zależy ci na twojej żonie? - zapytała i to pytanie zawisło 

między nimi niczym złowieszcza tarcza. 

- Nie - zaprzeczył stanowczo. - Nie kocham Celii. Już ci to mówiłem. 

R S

background image

 

- 84 -

Skinęła głową, łzy wciąż spływały jej po twarzy. Spojrzała na Ewana z 

bólem serca. Wzięła jego zmarznięte ręce w swoje dłonie, wspięła się na palcach 

i delikatnie pocałowała go w usta. 

- Przykro mi, Ewan - szepnęła. - Tak mi przykro. Chwyciła płaszcz i 

pobiegła do samochodu. 

Nie widziała go przez następne trzy dni. Może to nawet lepiej, tłumaczyła 

sobie, bo jej pozorne opanowanie mogło się w każdej chwili skończyć. 

Zachowujesz się jak postrzelona nastolatka, myślała, ale robienie sobie 

wyrzutów nie pomagało. Gdybym tylko nie pozwoliła się dotknąć, jęczała po 

raz nie wiadomo który, gdybym nie doznała tego uczucia... Przeczuwałam tę 

rozkosz, zanim mnie pocałował, pomyślała. Wiedziałam, co mnie czeka, kiedy 

zobaczyłam go po raz pierwszy, zanim wyznał powód dziwnej oschłości. 

- Mężczyźni - syknęła z furią, stawiając czajnik na piecu - sprawiają 

więcej kłopotów, niż są warci! 

Pod koniec dnia odbyła rozmowę z Johnem Bource, który nie okazał 

najmniejszej skruchy z powodu wyrządzonej szkody. Na samo wspomnienie 

tego człowieka aż kipiała ze złości. Miejscowy rybak wybierał się na ląd, żeby 

sprzedać langusty, złowione przed pogorszeniem się pogody, i zgodził się 

przewieźć troje pasażerów do Melbourne. John oświadczył, że nazajutrz rano 

zabiera żonę i dziecko ze szpitala. 

- To niemożliwe - kategorycznie sprzeciwiała się Beth. - Czy zdaje pan 

sobie sprawę, że Pete Inne cieszy się sławą najmniej odpowiedzialnego 

człowieka w okolicy? Podejmuje ryzyko w sytuacjach, które inni rybacy uznają 

za śmiertelnie niebezpieczne. Nikt oprócz niego nie wypłynąłby łodzią w taką 

pogodę. 

- Właśnie dlatego z nim płyniemy - stwierdził John, rozkładając ręce. - 

Gdyby był jakikolwiek inny sposób wydostania się z tej zapadłej dziury, 

skorzystałbym z niego. Nie ma samolotów czarterowych ani statków, a każdy 

R S

background image

 

- 85 -

dzień bez pracy to ogromna strata. Zamierzaliśmy spędzić w domku 

letniskowym kilka dni, a nie dwa tygodnie! 

- A pan woli narażać życie rodziny niż tracić pieniądze? 

Odwrócił głowę, nie mogąc znieść jej zimnego spojrzenia. 

- Nie ma żadnego ryzyka. Inne mówił, że... 

- Pete powie panu wszystko, czego pan sobie tylko zażyczy, jeśli kryje się 

za tym zarobek - ucięła. - Jesteście ulepieni z tej samej gliny. Z pewnością żąda 

bardzo wygórowanej zapłaty. 

- Ma prawo żądać wiele - powiedział Bource. 

- Oczywiście zrobi pan, co pan zechce - mówiła przez zaciśnięte zęby. - 

Nie powstrzymam pana, ale powtórzę Robyn to, co powiem teraz: jest pan 

cholernym głupcem. Mieliście niewiarygodne szczęście, ale z tego doświadcze-

nia nie wyciągnął pan żadnych wniosków. Zaczynam myśleć, że 

wyświadczyłabym tym dwojgu prawdziwą przysługę, gdybym ich uratowała, a 

potem przecięła linę! 

Później sama nie mogła uwierzyć, że go tak potraktowała. Zmieniła się. 

Dawniej nie pozwoliłaby sobie na pouczanie innych, jednak cierpienia Robyn 

nie mogła lekceważyć. 

Pukanie do drzwi wyrwało ją z zadumy. Zerknęła na zegar ścienny. Była 

ósma. Mało prawdopodobne, żeby przyszedł któryś z pacjentów, chyba że 

potrzebował jej ktoś, kto nie ma telefonu. 

W progu stanął Micky Edgar niecierpliwie Przestępując z nogi na nogę. 

- Pani doktor, proszę przyjść, szybko! Doktor Thomas chce wypuścić 

pingwina, którego pani przyniosła i mówi, że możemy popatrzeć. 

Chłopiec był ubrany w brudne spodnie i sweter, pod którym miał 

wybrzuszenie. Wypukłość wyraźnie się poruszała. 

- Czy to Buster? - spytała Beth z uśmiechem. 

- Jasne - odparł uradowany. 

R S

background image

 

- 86 -

Podciągnął sweter i jej oczom ukazał się, machający na powitanie ogonem 

psiak. Kręcił się, chcąc zeskoczyć na ziemię. 

- Nie mogę cię puścić - powiedział Micky poważnie, zerkając 

porozumiewawczo na Beth. - Mógłbyś sobie porozrywać szwy, albo zabrudzić 

opatrunek, a wtedy wdałaby się infekcja - usprawiedliwiał się. 

- Nie sądzisz, że lepiej by mu było w domu? - spytała Beth, ale on 

zaprzeczył stanowczym ruchem głowy. 

- Bardzo się denerwuje, kiedy mnie nie ma i ciągle podchodzi do drzwi, 

wolę go więc nosić. Proszę pójść ze mną, pani doktor. Chyba chce pani 

zobaczyć, jak pingwin wraca na wolność? 

- Czy on na pewno już wyzdrowiał? - nie dowierzała. 

- Oczywiście. Pomagałem doktorowi Thomasowi nakarmić go. Spędziłem 

tam prawie cały dzień. Rano napełniliśmy wannę morską wodą, żeby sprawdzić, 

jak pływa. Świetnie sobie radzi - zakończył triumfalnie. 

- Bardzo się cieszę! 

- Tym bardziej musi pani tam pójść. Przecież to pani go uratowała, on 

chce się pożegnać. 

- Pingwin? - udała zdziwienie. 

- On jest bardzo mądry - zapewnił chłopiec skwapliwie. - Wie, że mu 

pomogliśmy. Nawet nie próbuje dziobać, no - zreflektował się - w każdym razie 

nie dziobie mocno. 

- Cieszę się, że jest zdrów, ale już późno, a ja jestem zmęczona. 

- To pani go znalazła, więc pani powinna go zanieść na plażę. Proszę... 

Wreszcie bez przekonania skinęła głową na znak, że się zgadza. W końcu 

do morza jest tak blisko, to potrwa tylko chwilę. Spotka Ewana, ale na krótko. 

Rzeczywiście chciałaby zobaczyć małego pingwina pływającego na wolności. 

Jeden promyk radości w tym szarym dniu... 

- Dobrze, Micky. Zaraz idę, tylko wezmę kurtkę.  

R S

background image

 

- 87 -

Ewan czekał na nich przed domem. Widząc go, doznała uczucia dziwnego 

zagubienia. Cóż, muszę się do tego przyzwyczaić, pomyślała zrezygnowana. Na 

małej Illilawie nie sposób go nie widywać. 

On też miał zakłopotany wyraz twarzy. Spoglądał gdzieś w przestrzeń 

ponad stojącym przed domem samochodem. Celowo unikał jej wzroku. 

- Widzę, że odniosłeś sukces, Micky. Nie sądziłem, że uda ci się namówić 

panią doktor. 

- Chciałam... chciałam zobaczyć pingwina jeszcze raz, zanim zostanie 

wypuszczony - powiedziała sztywno. 

Dostrzegła klatkę w samochodzie. 

- Więc nie pójdziemy pieszo? - zdziwiła się. 

- Zawieziemy go do kolonii pingwinów. Trzeba dać mu trochę czasu na 

przyzwyczajenie się do środowiska, nim znów skusi go woda. 

- Rozumiem - szepnęła, starając się ukryć zmieszanie. 

Najchętniej wycofałaby się, ale było już za późno. Micky otworzył przed 

nią drzwi samochodu i nie mógł się doczekać, kiedy wsiądzie. 

- Proszę, pani doktor - ponaglał. - Od dawna nie widziałem całej kolonii 

pingwinów. Jak Buster wyzdrowieje, nie będę tam chodzić, bo on by 

narozrabiał. 

- Mogę tu zostać i zaopiekować się twoim psem - szukała pretekstu. - 

Bo... on ci może uciec, a wtedy przestraszyłby pingwiny. 

- Będę go mocno trzymał - zapewnił Micky. - Śpieszmy się, pani doktor. 

Tata kazał mi wrócić do domu przed dziewiątą, a już minęła ósma. 

Spojrzała na Ewana, ale on nie wtrącał się do rozmowy. Nie obchodziło 

go jej zakłopotanie. Usiadł za kierownicą, a ona zajęła miejsce obok. 

Milczeli oboje, za to Micky paplał bez końca. 

- On naprawdę jest już zupełnie zdrowy - mówił. - Inne dochodziłyby do 

siebie całymi tygodniami albo wcale by nie wyzdrowiały. Doktor Thomas 

R S

background image

 

- 88 -

mówi, że ten jest bardzo młody, dlatego tak szybko się wylizał. Za rok będzie 

miał małe. 

- To samo dotyczyłoby wielu pingwinów spośród tych, które pozdychały - 

wtrącił Ewan ponuro. - Na szczęście pora lęgu zbliża się ku końcowi. 

Beth skinęła głową, ale nie odzywała się. Czuła się niezręcznie, siedząc 

blisko Ewana. 

Wreszcie dotarli do osłoniętej zatoczki, gdzie w pobliżu wysuniętego 

najdalej na południe krańca wyspy od niepamiętnych czasów mieściła się 

kolonia pingwinów. 

Beth wysiadła z samochodu i rozejrzała się wkoło. Był to pierwszy dość 

pogodny wieczór od czasu katastrofy. 

- Dlatego uwalniamy pingwina właśnie dzisiaj - powiedział Ewan, 

odgadując jej myśli. - Na jutro zapowiadają okropną pogodę. Wolę, żeby ptak 

zaaklimatyzował się, kiedy jest w miarę spokojnie. Właściwie miałem go 

zatrzymać jeszcze jedną dobę, ale ptaki trzymane w niewoli chorują, więc i jego 

mogłoby to spotkać. 

Beth nie podejmowała tematu. Traktował ją uprzejmie, ale chłodno, więc 

postanowiła przyjąć taką samą postawę. 

Micky tymczasem wgramolił się już na skałę, chcąc z bliska obejrzeć 

pingwiny. Ewan dał mu znak, żeby zanadto nie hałasował, bo przestraszy ptaki, 

po czym wziął z samochodu klatkę i ruszył za chłopcem. 

Pomimo towarzyszącego im napięcia była to wspaniała ceremonia. Troje 

ludzi stało na skale, przyglądając się niemal z nabożną czcią ptakom. Starali się 

nie zakłócać ich spokoju. Nie zniechęcał ich nawet unoszący się w powietrzu 

fetor. Beth zmarszczyła nos, ale to, co widziała, rekompensowało nieprzyjemne 

doznania. Ewan postawił tymczasem klatkę na gładkiej granitowej skale i ją 

otworzył. Wstrzymała oddech, czekała... 

Mały pingwin przeszedł niepewnie kilka kroków. Po chwili stanął, jakby 

się wahał i nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Ślepki jak paciorki rozglądały 

R S

background image

 

- 89 -

się ciekawie, ogarniając krajobraz widniejący w świetle księżyca. Przypatrywał 

się wszystkiemu dookoła i otrzepywał radośnie piórka. W pewnej chwili, gdy 

już nacieszył się widokiem otaczającej go natury, odwrócił się i długo patrzył na 

ludzi, którzy go uwolnili. Wzruszająca scena, za którą była wdzięczna 

Micky'emu, bo przecież dzięki niemu pojechała. Patrząc na ptaka, cieszyła się, 

że chociaż ten jeden przeżył tragedię. 

Zew natury zwyciężył. Pingwin odwrócił się od nich i poszedł tam, gdzie 

widniały niezliczone czarno-białe sylwetki. W chwilę później nie mogli go już 

odróżnić od pozostałych. 

- Pani płacze - zauważył Micky. 

Westchnął, wymieniając z Ewanem porozumiewawcze spojrzenie. 

- Dlaczego dziewczyny płaczą nawet z błahych powodów? - dziwił się 

chłopiec. 

- Ich powody nie zawsze są błahe - powiedział Ewan tak cicho, że ledwo 

dosłyszeli te słowa wśród szumu przybrzeżnych fal i skrzeku pingwinów. 

Spojrzał na Beth, a ona zarumieniła się, odwracając od niego twarz zalaną 

łzami. 

- One czasami płaczą z bardzo istotnych przyczyn, Micky. Czy tobie 

przypadkiem nie zbierało się na płacz? - zapytał. 

- Troszkę - ostrożnie przyznał chłopiec. - Ale pan nigdy nie płacze, 

prawda, doktorze? 

- Nie - odparł i dodał: - Szkoda, bo czasami lepiej byłoby zapłakać. 

 

 

 

 

 

 

 

R S

background image

 

- 90 -

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

W drodze powrotnej wszyscy byli bardzo poważni, nawet Micky siedział 

cicho. 

- Buster jest zmęczony i chce mu się spać - tłumaczył swoje milczenie. 

Mnie też, pomyślała Beth, chociaż wiedziała, że to nie z powodu 

niewyspania czuje się tak znużona. Spojrzała ukradkiem na Ewana. Miał zacięty 

wyraz twarzy, jakby dźwigał na swych barkach ciężar całego świata. Chciała go 

rozśmieszyć, ale wydawało się mało prawdopodobne, żeby cokolwiek mogło go 

rozbawić. 

Podrzucili Micky'ego do domu i jechali dalej milcząc. Ewan najwyraźniej 

był zadowolony z własnego towarzystwa. Czy na pewno? - zastanawiała się. 

Nie, zadowolony to niewłaściwe słowo. Raczej... zrezygnowany, przybity. 

Przytłaczała go przeszłość, która zniewalała go na tyle, że nie potrafił nawet 

planować przyszłości. 

Wiele by dała, żeby przeciąć te więzy. Czy ma w sobie dość miłości? I 

czy miłość wystarczy? 

Ewan zwolnił i skręcił na pobocze. 

- Beth, chciałbym cię przeprosić - powiedział cicho. 

- Przeprosić? 

- Czuję się podle... nie powinienem cię nawet dotknąć. Nigdy nie 

powinienem sobie pozwolić na... - zawahał się. 

Tylko tego brakowało. Całować się z mężczyzną, a potem czekać na jego 

przeprosiny! Zrobiło jej się słabo. Patrzyła przed siebie, bojąc się odezwać, bo 

przecież poznałby, że zbiera się jej na płacz. 

- Jesteś wspaniałą kobietą. Nie chcę cię skrzywdzić, zrozum. To, do czego 

między nami doszło, to było szaleństwo. Przyrzekam, że to się nie powtórzy. 

- Ale dlaczego? - szepnęła. Drżała i jej głos brzmiał jakoś obco. 

R S

background image

 

- 91 -

- Bo nie chcę się już z nikim wiązać - oświadczył, zaciskając ręce na 

kierownicy. - Beth, ja wiem, do czego może prowadzić przywiązanie. 

- Czy to, że mi... że mi na tobie zależy, nie ma znaczenia? - brnęła dalej. 

Zapadło wymowne milczenie. Już sądziła, że w ogóle jej nie odpowie. 

Nagle pochylił się w przód i włączył silnik. 

- Nie - powiedział ostro. - To niemożliwe. 

Nie odzywali się więcej. Najchętniej wysiadłaby i uciekła gdziekolwiek, 

byleby nie siedzieć obok niego, bo nagle stali się sobie zupełnie obcy. Wreszcie 

odetchnęła z ulgą, gdy ukazały się światła osiedla. 

Przed domem Ewana stała ciężarówka Matta Hannaha. Farmer popatrzył 

na Beth w taki sposób, że dziewczyna się zarumieniła. Nietrudno było 

odgadnąć, jakie myśli chodziły mu po głowie. 

- Lokalne władze postanowiły uczcić pana przybycie na Illilawę, doktorze 

- zwrócił się do Thomasa. - Widzę, że doktor Beth powitała już pana osobiście - 

powiedział z przekąsem. - Chcemy skorzystać z okazji, bo ze względu na 

okropną pogodę większość rybaków nie wypływa teraz w morze, dlatego 

powinniśmy to zorganizować jak najszybciej. Właściwie wyznaczyliśmy już 

termin na jutrzejszy wieczór. 

- Nie chcę oficjalnego przyjęcia - odparł Ewan. 

- Nie ma pan wyboru. Przewodniczący rady wyspy przygotowuje mowę, a 

jego żona upiekła już trzy torty. 

- Szkoda, że nie uzgodniliście tego ze mną - protestował. 

- Sądziliśmy, że będzie pan wolny. - Matt znów uśmiechnął się do Beth. - 

Chociaż, jak się domyślam, może pan mieć spotkanie z jakąś młodą damą. 

Ewan zignorował aluzję. 

- Czy to tutaj obowiązkowy zwyczaj? - zwrócił się do Beth. 

- Tak - odpowiedziała, wyczuwając jego niechęć do takich uroczystości. - 

Jeśli oczywiście nie chcesz zrazić do siebie mieszkańców Illilawy. Oni chętnie 

korzystają z takich okazji do zabawy. 

R S

background image

 

- 92 -

- W porządku - odparł z rezygnacją. 

- Przyjadę po pana o siódmej - zaproponował Matt. 

- Doktor Sanderson zapewne wie, gdzie to się odbędzie, więc może ona... 

- Pani doktor będzie potrzebny samochód na wypadek, gdyby ją wzywano 

do chorego. - Matt uśmiechnął się znacząco. - Później zostanie wam mnóstwo 

czasu. 

- Matt - syknęła Beth, ale wiedziała, że nie ma szans w konfrontacji z 

rubasznym humorem farmera. 

Zdobyła się na pożegnalny uśmiech i zostawiła ich samych. 

Niedziele na wyspie były na ogół dość spokojne i ta nie różniła się od 

pozostałych. Beth nie mogła się jednak na niczym skupić, bo jej oczy 

bezwiednie wędrowały w kierunku okna, przez które widziała dom Ewana. Ale 

głuptas ze mnie - łajała się bez przerwy. Tylko praca mogła zająć jej uwagę, ale 

w niedzielę miała mało obowiązków. 

Zajrzała do chorych w szpitalu. Ucieszyła się, widząc, że Robyn Bource 

nie uległa namowom męża i została jeszcze na wyspie. Była w kiepskim 

nastroju. Tuląc małego Sama, prawie płakała. 

- John jest na mnie wściekły. Chyba jeszcze nikt nie próbował mu 

przemówić do rozumu w taki sposób jak pani. Kiedy mu powiedziałam, że się z 

panią zgadzam... - wzruszyła ramionami - stracił panowanie nad sobą. Nie 

wydaje mi się, żeby nasze małżeństwo miało szanse... 

- Chyba nie sądzi pani, że trwałoby dłużej, gdybym mu tyle nie nagadała? 

- oburzyła się Beth. - Są formy dręczenia innych bardziej brutalne niż fizyczne 

znęcanie się, pomimo że nie pozostawiają widocznych śladów. Musi się pani 

nauczyć bronić, w przeciwnym razie oboje z dzieckiem będziecie gnębieni do 

końca życia. 

- Ale ja go wciąż kocham - Załkała pani Bource. 

- Może on też panią kocha - powiedziała Beth łagodniejszym tonem. - 

Jeśli tak jest naprawdę, to najwyższy czas, żeby zaczął to okazywać. Przez 

R S

background image

 

- 93 -

głupotę omal nie utopił pani i syna. Nie mogę wprost uwierzyć, że świadomie 

chce pani narażać życie swoje i dziecka. 

Jeszcze długo po wyjściu ze szpitala nie mogła zapomnieć o problemach 

pacjentki. Robyn kręciła się po szpitalu i chodziła na spacery po plaży, ale nie 

chciała zamieszkać z mężem w hotelu. Oddział stał się dla niej miejscem 

schronienia. 

W gruncie rzeczy Beth cieszyła się z jej obecności. Przy niej Lorna mniej 

się przejmowała własnymi kłopotami. Beth rozważała możliwości zdobycia 

aparatu dla Lorny, ale nie przychodziło jej do głowy żadne konkretne roz-

wiązanie. 

Zdawała sobie też sprawę, że jej uczucie do Ewana wpływa na 

efektywność zawodową. Do tej pory nie przeszkadzało jej, że praca lekarza na 

wyspie jest w dużej mierze pracą społeczną. Teraz wszystko ją drażniło, traciła 

cierpliwość w stosunku do szczególnie kłopotliwych pacjentów. 

Pech chciał, że właśnie w niedzielę Ross i Marge Evansowie przywieźli 

swoją rozpieszczoną jedynaczkę. 

Po wielu latach oczekiwania stracili już nadzieję na posiadanie 

potomstwa, nic więc dziwnego, że kiedy urodziła się im córeczka, rozpieszczali 

ją, dogadzając we wszystkim i niczego nie odmawiając. Przywozili małą niemal 

co tydzień, bo matka dopatrywała się jakichś chorób. Sprawiała wrażenie, jakby 

jej jedyną lekturę stanowiły encyklopedie medyczne, w związku z tym 

zaskakiwała Beth opisami przedziwnych objawów. 

Tym razem wyglądało na to, że dziewięcioletniej Belindzie naprawdę coś 

się stało. Z daleka słyszała już jej płacz. Zwykle zrównoważony Ross wjechał z 

impetem na podwórze, rozpryskując błoto i wyskoczył z samochodu, chwytając 

Beth za rękę. 

- Dzięki Bogu, że panią zastaliśmy, pani doktor. Belinda miała wypadek. 

Beth otwierała już drzwi samochodu. Dziecko nie może być poważnie 

ranne, skoro ma siłę tak wrzeszczeć, pomyślała przelotnie. W ręce małej 

R S

background image

 

- 94 -

dostrzegła wędkę i wcale nie musiała rozwierać zaciśniętych palców, żeby 

wiedzieć, co się stało. Że też musiało się to przytrafić akurat Belindzie! - 

pomyślała ze złością. Na wyspie wypadki z haczykiem na ryby zdarzały się 

często, bo niemal wszystkie dzieci łowiły. Ale inne potrafiły same uporać się z 

takim problemem. 

- Pokaż mi rękę - poprosiła pacjentkę. 

Mała siedziała jeszcze w samochodzie, z twarzą ukrytą na piersiach 

matki. 

- Haczyk utkwił jej w dłoni? - domyśliła się. 

- Właśnie - odparł ojciec drżącym głosem. - Jest bardzo głęboko. Czy... 

czy trzeba go będzie wyciąć? 

Belinda usłyszała to pytanie i płacz natychmiast zamienił się w 

zawodzenie. 

- Proszę ją wprowadzić do gabinetu - Beth zwróciła się do Marge. 

- Nigdzie nie pójdę! - krzyknęła mała. Zacisnęła pięści i zaczęła nimi 

okładać matkę. - Nie pójdę! Ja chcę do domu! 

- Proszę ją wprowadzić do gabi... - Beth usiłowała przekrzyczeć dziecko, 

ale nie dokończyła, bo mała kopnęła ją w nogę. 

- Zachowuj się jak grzeczna dziewczynka, kochanie. Musisz być dzielna - 

łkała rozpaczliwie pani Evans. 

- Uspokój się, pieszczoszko - przymilał się Ross. - Nie pozwolimy pani 

doktor cię skrzywdzić. 

- Proszę wprowadzić dziecko do gabinetu - bezsilnie nakazała Beth. 

Współczucie okazywane przez rodziców tylko pogarszało sytuację. 

Trzeba było przytrzymać dziecko w czasie zabiegu i Beth z przerażeniem 

uświadomiła sobie, że na pomoc Evansów absolutnie nie mogła liczyć. 

Upłynęło sporo czasu, zanim wreszcie wspólnymi siłami udało im się 

zawlec małą do gabinetu. 

- Proszę poprosić Enid do pomocy - zwróciła się Beth do Marge. 

R S

background image

 

- 95 -

Ross spojrzał na córkę, po czym potrząsnął przecząco głową. 

- Będzie pani musiała sama ją poprosić - powiedział. - Przyrzekliśmy 

Belindzie, że jej nie zostawimy. Nie możemy złamać przyrzeczenia, prawda, 

kochanie? - zwrócił się do żony. 

Beth z trudem hamowała złość. 

- Naprawdę nie mają państwo powodu do dramatyzowania - 

przekonywała ich, ale na próżno. 

- Nie opuścimy dziecka w czasie operacji - oświadczył Ross tonem nie 

znoszącym sprzeciwu. - To nasza wina, nie powinniśmy jej puszczać na ryby. - 

Pogłaskał Belindę po głowie, drugą ręką wycierając łzę spływającą po jej 

policzku. - Tak mi przykro, kochanie. 

Beth obawiała się, że lada chwila rozpłaczą się wszyscy troje. Westchnęła 

ciężko i wyciągnęła rękę, żeby obejrzeć ranę. Byli w gabinecie już od dziesięciu 

minut, a ona nie mogła przystąpić do udzielania pomocy. Ledwo się nachyliła, 

Belinda zdrową ręką wymierzyła jej siarczysty policzek. 

- Zostawcie mnie! - wrzeszczała. - Ja chcę do domu! Nie zostanę tu ani 

chwili dłużej! 

- Co tu się, u diabła, dzieje?! 

Zdecydowany męski głos postawił wszystkich na nogi. Beth odwróciła się 

w kierunku drzwi, trzymając się za bolący policzek. Ewan stał w progu i 

zaskoczony usiłował zorientować się w sytuacji. Pod wpływem jego opanowa-

nego głosu nawet Belinda otworzyła buzię, zapominając na chwilę o wrzasku. 

Ross Evans pierwszy odzyskał rezon. 

- Dziecko miało straszny wypadek, doktorze Thomas. Ska... skaleczyła 

rękę. 

Słowa ojca przypomniały małej, co ją spotkało. Zaczęła wrzeszczeć od 

nowa. 

Ewan całkowicie to zignorował i zwrócił się do Beth. 

R S

background image

 

- 96 -

- Co tu się dzieje, doktor Sanderson? - zapytał obcesowo, jednocześnie 

taksując wzrokiem małą pacjentkę. 

- Utkwił jej w dłoni haczyk na ryby - wyjaśniła. - Gdyby się raczyła 

uspokoić... 

- To bardzo prosty zabieg. Pomogę, jeśli okaże się to konieczne. Państwo 

zaczekają na zewnątrz - powiedział tonem całkowicie pozbawionym emocji. 

- To niemożliwe - przestraszył się znów Ross. - Obiecaliśmy Belindzie, że 

będziemy z nią przez cały czas. 

- Chce pan powiedzieć, że nie ma pan zaufania do umiejętności moich i 

doktor Beth? - Ewan uniósł brwi. 

- Ja... 

- Jeśli nie odpowiada państwu nasza pomoc, skierujemy was do chirurga. 

Przy tej pogodzie dostaniecie się na ląd nie wcześniej niż za kilka dni. 

Oczywiście zostawienie metalowego przedmiotu na tak długo jest bardzo 

ryzykowne, ale wybór należy do państwa. 

- Ale... 

- Proszę wybierać - nie ustępował. 

Podszedł do drzwi i otworzył je szeroko. Belinda tymczasem płakała 

ciszej, zaabsorbowana rozmową dorosłych. 

- Jeśli jednak chcecie, żebyśmy się tym zajęli, to proszę natychmiast nas 

zostawić - zaznaczył, spoglądając na zegarek. - Doktor Sanderson i ja mamy 

jeszcze sporo pracy. No więc? 

Nie mieli wyjścia. Marge zsunęła ręce córki obejmujące jej szyję i wstała, 

popłakując.  

Belinda była tak zszokowana, że z wrażenia zapomniała o płaczu. Po raz 

pierwszy w życiu sprawy nie toczyły się według jej życzenia. Wstała i rzuciła 

się za rodzicami w kierunku drzwi, ale Ewan zagrodził jej drogę. 

- Siadaj, moja panno. Zachowujesz się skandalicznie. Fakt, że boli cię 

ręka, wcale nie upoważnia do bicia pani doktor, która chce ci pomóc. 

R S

background image

 

- 97 -

- Ona jest wstrętna. Nienawidzę jej... 

- Jeszcze jedno słowo, a położę cię na kolanie i złoję skórę. 

Małą zamurowało. 

- Nie może pan! - powiedziała, ale spoglądała na niego niepewnie. - 

Lekarzom nie wolno bić ludzi. 

- Jestem weterynarzem - przypomniał. - Nasz kodeks mówi, że nie wolno 

bić kotów, psów, koni i papug. Nic nie wspomina o dawaniu klapsów 

rozpieszczonym dzieciom. 

Oczy Belindy zaszkliły się łzami. Była teraz sama, bez wsparcia ze strony 

rodziców i czuła, że grunt pali się jej pod nogami. 

- Wcale nie jestem rozpieszczonym dzieckiem - szepnęła. - Tylko że... 

boli mnie ręka. 

- Wobec tego zachowuj się rozsądnie i pozwól sobie pomóc. Pokaż rękę. - 

Odwrócił się do Beth. - Doktor Sanderson, czy może pani wyjąć ten haczyk? 

Belinda siedziała na kolanach Ewana, przestraszona i uległa, w 

oczekiwaniu na najgorsze. Zabieg został wykonany sprawnie, trwał zaledwie 

kilka minut. Okazało się, że haczyk jest czysty, bez rdzy, nie musieli się więc 

obawiać infekcji. Beth przemyła rankę środkiem odkażającym i założyła 

opatrunek. Nie było to potrzebne, ale pomyślała, że Belinda poczuje się pewniej 

z bandażem. 

- Gotowe - oświadczyła, unosząc haczyk do góry. - Czy chcesz go sobie 

zatrzymać, żeby pokazać koleżankom w szkole i opowiedzieć, co się stało? 

- Nie - odpowiedziała wojowniczo, a w chwilę później spojrzała 

podejrzliwie na lekarkę. - To znaczy... to znaczy, że haczyk został już wyjęty? - 

nie dowierzała. 

- Tak. - Beth uśmiechnęła się do Ewana z wdzięcznością. - Teraz 

poprosimy rodziców. 

- Świetna robota, doktor Sanderson - pochwalił ją Ewan, patrząc 

jednocześnie na pacjentkę. 

R S

background image

 

- 98 -

- Jest się czym chwalić, zważywszy na powagę zabiegu - zakpiła Beth, 

otwierając drzwi. 

Państwo Evans wpadli z impetem do gabinetu. Ojciec przytulił małą, co 

natychmiast wywołało płacz. 

- Wszystko w porządku! - Beth starała się przekrzyczeć hałas. - Na 

szczęście haczyk był czysty, więc nie ma mowy o zakażeniu. Nawet nie będzie 

blizny. 

- Dziękuję, pani doktor - powiedział Ross dramatycznym głosem. - I panu 

również, doktorze Thomas. Jest pan... wspaniały. Ja i żona tak się cieszyliśmy 

na pańską uroczystość. Ogromna szkoda, że w tej sytuacji nie będziemy w niej 

mogli uczestniczyć. 

- A to niby dlaczego? - zdziwił się Ewan. 

- Przecież musimy być w domu z Belindą. Zamierzaliśmy ją zabrać ze 

sobą, ale po wypadku trzeba ją natychmiast położyć. 

- Nonsens, prosto z gabinetu może iść nawet na ryby. 

- Ale ona jest taka delikatna... 

- Ile masz lat? - zapytał na tyle głośno, żeby dziewczynka go usłyszała. 

- Dziewięć - wykrztusiła przez łzy. 

- To proponuję, żebyś zachowywała się stosownie do wieku. Chyba nie 

chcesz, żeby rodzice cackali się z tobą jak z niemowlakiem? 

Przypatrywała się mu podejrzliwie. 

- Z pewnością masz ochotę na tańce po uroczystej kolacji? - pytał dalej. 

Mała skinęła głową, jeszcze nie do końca przekonana. 

- Czy takie małe skaleczenie przeszkodzi ci wystroić się i zatańczyć ze 

mną dziś wieczorem? 

Belinda oniemiała. 

- Naprawdę? Zatańczy pan ze mną? 

- Niewykluczone, że to zrobię - odparł z namysłem - szczególnie, jeśli 

przeprosisz za dzisiejszą awanturę. 

R S

background image

 

- 99 -

- Przepraszam - szepnęła w obawie, że może stracić taniec z jedynym na 

Illilawie gwiazdorem telewizyjnym. 

- Nie mnie - powiedział Ewan. - Uderzyłaś doktor Sanderson. 

- Ona mi zrobiła krzywdę. 

- Nieprawda - zaprzeczył szorstko. - Pomogła ci, a ty zadałaś jej ból. 

Prawdziwa młoda dama od razu by przeprosiła, natomiast dziecko dąsałoby się. 

Kim ty jesteś? 

- Oczywiście, że damą - odpowiedziała poważnie. Westchnęła głęboko i 

zwróciła się do Beth: - Bardzo mi przykro, że sprawiłam pani ból. Postąpiłam... 

postąpiłam głupio. I... przepraszam za wrzaski. 

Beth uśmiechnęła się do niej. Dziewczynkę dałoby się jeszcze wychować, 

gdyby ją pozbawić wpływu rodziców, okazujących dziecku bałwochwalcze 

wręcz uwielbienie. 

- Przebaczam ci, Belindo. 

- Czy pani też tam będzie? - zapytała nieśmiało. 

- Chyba nie... Mam dużo pracy... 

- Oczywiście, że doktor Sanderson będzie na przyjęciu. Bez niej ja też 

bym nie pojechał. 

Pani Evans spojrzała na jedno i drugie, a widząc zarumienione policzki 

Beth, dopowiedziała sobie resztę. 

- Ach, tak - westchnęła. - To wspaniale. 

Kiedy Evansowie wyszli, Beth zwróciła mu uwagę na niestosowność 

zachowania. 

- Nie powinieneś tego powiedzieć... 

- Czego? - Spojrzał na nią chłodno, obojętnie. 

- Że nie pójdziesz beze mnie - wyrzucała mu z furią. - Teraz rozniesie się 

po całej wyspie, że coś nas łączy... 

- Czy tak nie jest? 

R S

background image

 

- 100 -

- Ależ tak, z pewnością - odpowiedziała szorstko. - Pocałowałeś mnie, a 

potem za to przeprosiłeś. Powinnam być wdzięczna, że tak wybitna osobistość, 

sława telewizji, raczyła mnie zauważyć. 

Wyrzuciła to z siebie bez zastanowienia i natychmiast zaczęła żałować 

tych słów. Sama cierpiała, ale jakim prawem wyładowywała złość na nim? Nie 

chciała mu sprawiać przykrości. Wyznała mu miłość z własnej woli, nie żądając 

nic w zamian, dlaczego więc teraz czuła się dotknięta, gdy patrzył na nią 

zimnym, obojętnym wzrokiem? 

- Matt przyjedzie po ciebie - przypomniała, nie mogąc powstrzymać łez. - 

To, czy ja tam będę, czy nie, nie ma najmniejszego znaczenia, sam wiesz 

najlepiej. Dziękuję za pomoc, a teraz, wybacz, mam pracę. 

Chciała, żeby ją zatrzymał, desperacko pragnęła, żeby ją przytulił i 

zaprzeczył ostrym słowom. Nie zrobił najmniejszego kroku, poszła więc do 

szpitala, świadoma, że patrzy za nią. 

Robyn siedziała na łóżku, tuląc Sama. Jak zwykle była przygnębiona. 

- Doktor Beth, namawiałam Robyn, żeby poszła na dzisiejszą uroczystość 

- powiedziała Lorna Mackervaney. - Dowiedziała się właśnie, że mąż wybiera 

się na zabawę bez względu na to, czy będzie chciała do niego dołączyć. 

Beth skinęła głową. Cokolwiek działo się na wyspie, John Bource musiał 

brać w tym udział. 

- Dobrze by to pani zrobiło - zwróciła się do pacjentki. - Coral bardzo 

chętnie zaopiekuje się Samem. 

- Ale co z karmieniem...? 

- Przecież może pani przyjść w odpowiedniej porze. Robyn w zamyśleniu 

poruszała głową. Szok, jaki przeżyła na morzu i problemy małżeńskie zupełnie 

ją załamały. 

- John prosił, żebym koniecznie się wybrała, ale przecież nie mam się w 

co ubrać. 

R S

background image

 

- 101 -

- Macie z doktor Beth takie same wymiary - zauważyła Lorna. - I tak już 

nosiła pani jej dżinsy i swetry, wychodząc na spacery. Na pewno i teraz doktor 

poratuje panią i pożyczy coś ładnego, prawda? 

- Oczywiście - skwapliwie potwierdziła lekarka. 

- Pani też tam będzie? - zapytała Robyn. 

- Chyba nie. - Beth odwróciła się do biurka i przekładała machinalnie 

jakieś papiery. 

- Ach, tak - westchnęła. - Wobec tego ja... też nie pójdę - postanowiła. 

- Niby dlaczego? - zdziwiła się Lorna. 

- Chyba nie sądzi pani, że John przywiózłby mnie tutaj tylko po to, żebym 

nakarmiła Sama? Nigdy w życiu nie przerwałby zabawy, zwłaszcza tam, gdzie 

ma okazję do picia alkoholu - powiedziała z goryczą. 

- Mimo to jednak... ma pani ochotę tam iść? - dociekała Beth. 

- Może znalazłaby się chwila na rozmowę z nim... - zastanawiała się. 

Beth pokiwała głową. Czuła się tak, jakby przyparto ją do muru. 

- W porządku, zawiozę panią na bal. - Zmusiła się do uśmiechu i podeszła 

do łóżeczka. - A potem wrócimy razem, gdy tylko nasz maluch zażyczy sobie 

jeść. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

R S

background image

 

- 102 -

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Beth szybko zaczęła ciążyć dana obietnica. Długo przetrząsała szafę, a 

kiedy wreszcie wybrała wieczorową sukienkę dla Robyn, okazała się ona zbyt 

dopasowana, bo młoda matka miała piersi nabrzmiałe pokarmem. 

- Podejrzewam, że jest to pani ulubiona sukienka - powiedziała Robyn. - 

Wyglądałaby pani fantastycznie w tym błękicie. 

Beth nie była tego taka pewna. Kupiła ją przed przyjazdem na wyspę za 

namową przystojnego młodego chirurga, jednak wkrótce po wspólnych 

zakupach zerwała z nim i od tej pory kreacja wisiała w szafie, zupełnie nie 

noszona. Teraz nagle znów spodobał się jej delikatny aksamit. Wolałaby założyć 

coś skromniejszego, ale Robyn i Lorna nalegały, żeby poszła właśnie w tej. 

- Robyn mogłaby wziąć tę czarną spódnicę i bluzkę z czerwonej krepy, 

które miała pani na sobie w rocznicę ślubu Trottersów - doradzała Lorna. - Pani 

musi włożyć tę z aksamitu. 

- Wykluczone - zaoponowała Beth. - Jest zbyt szykowna. 

- Nonsens - zaprzeczyła Lorna, podekscytowana balem, chociaż sama nie 

mogła w nim wziąć udziału. - Dużo bym dała, żeby iść z wami - marzyła. 

- Można by zabrać aparat - zaproponowała Beth, ale pacjentka 

zaprzeczyła ruchem głowy. 

- Przecież sama pani mówiła, że nie wolno wynosić aparatu ze szpitala. 

Gdyby go nagle potrzebował jakiś młody człowiek i nie daj Boże umarł, nigdy 

bym sobie tego nie darowała. Zresztą umówiłam się już z Fergusem. Odwiedzi 

mnie i zagramy w scrabble. Niechże pani założy tę sukienkę. Doktor Thomas 

padnie z wrażenia, jak panią w niej zobaczy. Zapomni o wszystkich bogatych 

ślicznotkach z miasta. 

Beth zabrakło tchu ze złości. 

- Ja nie... nie zamierzam nikogo podrywać. 

R S

background image

 

- 103 -

- Myślałby kto! - żartowała Lorna. - Za chwilę doktor Sanderson nam 

wmówi, że weterynarz wcale jej się nie podoba - zwróciła się do Robyn. 

Ta uśmiechnęła się wyrozumiale, spoglądając na pąsową twarz Beth. 

- W każdym razie proszę przyjść i pokazać się przed pójściem na bal - 

poprosiła Lorna. - Bo jeśli nie, to... to zacznę palić! 

Beth uniosła ręce na znak poddania się. Czy aż tak było widoczne, co się 

z nią dzieje? 

Wątpliwości nie opuszczały jej, gdy się ubierała. Lustrzane odbicie 

wydawało się echem zapomnianej przeszłości, kiedy prowadziła bujne życie 

towarzyskie. Włosy opadały na ramiona, a zielone oczy sprawiały wrażenie wię-

kszych niż zwykle. Rzeczywiście ładnie wyglądała w tej sukience. Dopasowana 

w talii i w biuście, wirowała wokół bioder w miękkich fałdach. 

Rzuciła w lustro ostatnie spojrzenie i wreszcie wyszła z domu. Gdyby 

wpatrywała się dłużej, zabrakłoby jej odwagi i chyba w ogóle zrezygnowałaby z 

uroczystości. 

Robyn, Lorna i Coral uznały, że wygląda olśniewająco. 

Pielęgniarka szczotkowała właśnie długie włosy pani Bource. 

- Mogę to zrobić sama - protestowała Robyn. - Naprawdę, Coral, 

traktujesz mnie jak ciężko chorą. 

- Wciąż jeszcze jesteś moją pacjentką - przypomniała pielęgniarka, 

odwracając się do drzwi. 

Na widok wchodzącej Beth zagwizdała z wrażenia. 

- Podbije pani serca wszystkich mężczyzn, pani doktor - zachwycała się. 

Beth uśmiechnęła się onieśmielona, a na jej twarz znów wystąpiły 

rumieńce. Zakłopotana, wygładziła fałdy sukienki. 

- Jest chyba zbyt elegancka. Wyglądam jak... 

- Widywałam brzydsze kiecki od tej - roześmiała się Coral. - Co pani 

sądzi, Lorno? Nasza doktor Beth ujdzie w tłoku, prawda? 

Oczy chorej zaszły mgłą ze wzruszenia. 

R S

background image

 

- 104 -

- Kiedy zobaczy panią doktor ten jej przystojniak... 

- On nie jest moim przystojniakiem! 

- Jeśli nim nie będzie po dzisiejszym balu, to nie chcę go znać - 

oświadczyła Lorna. - Oj, chciałabym być o czterdzieści lat młodsza. Miałam 

podobną sukienkę... 

- I wyglądałaś w niej jeszcze piękniej - dodał Fergus.  

Były zbyt pochłonięte rozmową, żeby zauważyć jego obecność. 

Pocałował żonę na powitanie i uśmiechnął się serdecznie do pozostałych kobiet. 

- Wasz widok koi zmęczone oczy, moje panie - powiedział - ale doktor 

Sanderson przyćmiewa dziś wszystkie swoją urodą. Beth, pani chłopak padnie 

na kolana, jak panią zobaczy! 

- Uspokójcie się! Proszę po raz ostatni - zdenerwowała się na dobre. - Nic 

mnie nie łączy z doktorem Thomasem. 

- Myślałby kto! - roześmiał się Fergus. 

- Miło popatrzeć, jak oni się kochają - powiedziała Robyn z zazdrością, 

kiedy dojeżdżały do centrum osady. 

Beth spojrzała na jej bladą, zmęczoną twarz, nie kryjąc współczucia. 

Pochłonięta własnymi sprawami nie przejawiała ochoty do rozmowy, ale 

wypadało jakoś pocieszyć znękaną pacjentkę. 

- Ma pani na myśli Mackervaneyów? Trzeba przyznać, że taka miłość 

nieczęsto się zdarza. 

- Kiedy Lorna wychodzi ze szpitala? 

- Niestety nieprędko. Nie udało mi się pozyskać sponsora, więc muszą 

kupić aparat oddechowy za własne pieniądze. Trzeba sprzedać farmę, a to 

potrwa. 

- Przecież oni uwielbiają swoje gospodarstwo! 

- Oczywiście - przyznała Beth. - W tym wszystkim najbardziej przykra 

jest ironia losu: zakup aparatu, mający umożliwić Lornie powrót do domu, 

R S

background image

 

- 105 -

pozbawi ją tego domu, do którego przecież przywykła i z którym trudno jej 

będzie się rozstać. 

Nie rozmawiały więcej. Beth znów spojrzała na przygnębioną 

dziewczynę. Myśląc o Lornie, obydwie przynajmniej na chwilę zapomniały o 

własnych problemach. 

Kiedy dojechały na miejsce, uroczystość już trwała. Spóźniły się, bo 

Robyn musiała nakarmić dziecko. 

Tym lepiej dla mnie, pomyślała Beth. Skoro już tu jestem, wolę wejść 

teraz, kiedy salę wypełnia tłum, bo łatwiej mi będzie uniknąć spotkania z 

Ewanem. 

John czekał na nie, podchmielony i zły na cały świat, a szczególnie na 

żonę. 

- Spóźniłaś się - rzucił wściekle. 

- Karmiłam Sama - usprawiedliwiała się Robyn. 

- Jak zwykle! A to, że ja tu siedzę sam, jak głupi, nie ma dla ciebie 

żadnego znaczenia?! 

Beth nie chciała tego dłużej słuchać. Zostawiła ich samych, nie 

zamierzając się wtrącać w ich sprawy. 

- A jednak zaszczyciłaś mnie swoją obecnością.  

Odwróciła się, bez trudu rozpoznając charakterystyczny głos. Ewan stał 

oparty o drzwi, nie spuszczając jej z oczu. Ogarnął wzrokiem jej szczupłą 

sylwetkę, ale jego twarz nie zdradzała żadnych uczuć. Nawet jeśli podobała mu 

się sukienka, w której przyszła, nie zamierzał prawić komplementów. 

Beth nie odzywała się. Nie mogła. Odniosła wrażenie, że patrzy na nią 

tak, jakby jej nienawidził, jakby była ostatnią osobą, którą chciał ujrzeć. 

Onieśmielona spojrzała na niego, bojąc się własnej reakcji. W ciemnym 

garniturze i białej koszuli wyglądał niezwykle przystojnie i... wydawał się 

nieprawdopodobnie samotny. Dlaczego tak bardzo go kocha, skoro on jej nie 

R S

background image

 

- 106 -

chce? Jakiś impuls kazał jej odwrócić się bez słowa i pójść w przeciwległy 

koniec zatłoczonej sali. 

Mieszkańcy Illilawy dołożyli wszelkich starań, żeby uświetnić uroczyste 

powitanie weterynarza. Stoły uginały się od półmisków, gdyż kucharze 

prześcigali się w serwowaniu najbardziej wymyślnych potraw. Beth nie miała 

jednak na nic apetytu. 

Przechadzała się w tłumie, nawiązując uprzejme rozmowy. Nie lubiła 

takich biesiad, bo czuła się wśród tylu ludzi jeszcze bardziej samotna. W części 

sali przeznaczonej do tańca wirowały już przytulone pary.  

Nie była starsza od wielu z nich, ale czuła się wyobcowana z ich grona. 

Farmerzy i rybacy prosili ją do tańca, lecz traktowali z nadmiernym respektem, 

przynajmniej ona tak to odbierała. Miała już dość tych oznak szacunku. Jestem 

lekarką, myślała z furią, ale także młodą kobietą! 

Ewan został w przeciwległym końcu sali i Beth wmawiała sobie 

gorączkowo, że tak jest lepiej. Przy nim trudniej byłoby udawać spokój i pogodę 

ducha. Zauważyła, że rozmawia z przygodnie napotkanymi ludźmi. Robiła to 

samo, uparcie unikając spotkania. 

Dlaczego wciąż o nim myślała? Zachowywała się jak zakochana 

dzierlatka, a nie dojrzała kobieta. Była zła na siebie, ale nie mogła opanować 

uczuć. 

Nagle mała rączka złapała ją za sukienkę. To Belinda Evans wypatrzyła ją 

w tłumie. Większość dzieci z wyspy brała udział w uroczystościach, ponieważ 

gdy bawili się wszyscy, brakowało opiekunek. Któż zrezygnowałby z takiej 

atrakcji, żeby pilnować cudzych pociech? 

Dziewczynka wyglądała uroczo w sukience z różowej organdyny i 

dobranych do niej kokardach wpiętych we włosy. Najwyraźniej ćwiczyła dobre 

maniery, jak przystało na damę biorącą udział w ważnych przyjęciach. 

- Ręka już prawie wcale mnie nie boli - powiedziała z dumą. - Czy sądzi 

pani, że... że wyglądam wystarczająco dorośle, żeby zatańczyć z doktorem? 

R S

background image

 

- 107 -

Beth poszukała oczami Ewana. Był zajęty rozmową z jedną z 

najładniejszych panien na wyspie. Najpierw tańczyli, a potem rozprawiali o 

czymś zawzięcie. 

- Podejdź i poproś go - zaproponowała. - Jestem pewna, że na to czeka. 

Belinda kurczowo trzymała się jej spódnicy, wyraźnie zdenerwowana. 

- Ale ja... nie mam odwagi - wyznała. - Zastanawiałam się, czy pani nie 

mogłaby... przypomnieć mu... 

Beth westchnęła, z trudem zdobywając się na uśmiech. Nigdy nie 

powinna nawiązywać bliższych kontaktów z tym człowiekiem. Całować kogoś 

takiego... Wspomnienia sprawiały ból. 

- Chodź, Belindo - zgodziła się niespodziewanie, biorąc dziecko za rękę. - 

Obietnica tańca to poważne zobowiązanie i wiem, że doktor Thomas o niej 

pamięta. 

Podeszły obydwie do rozprawiającej pary. 

- Ewan... - zagadnęła cicho. Odwrócił się, słysząc jej głos. 

- Belinda ma wolny ten taniec - uśmiechnęła się. - Jej karnet jest 

wypełniony po brzegi, więc jeśli nie chcesz wypaść z kolejki, powinieneś 

skorzystać z okazji. 

Mrugnął do niej porozumiewawczo, z uśmiechem. Zaraz jednak spuścił 

oczy, a serce Beth ogarnął dziwny żal. 

- Panno Evans - powiedział uroczyście - próbowałem panią znaleźć, ale 

była pani otoczona młodzieżą. Mam zaszczyt zaprosić panią do tańca. 

Dziewczyna, z którą Ewan rozmawiał, spojrzała wyraźnie zirytowana. 

- Nie musisz tańczyć z dziećmi, Ewan - rzuciła ostro, patrząc na Beth ze 

złością. Zapewne pomyślała, że był to podstęp. - Dzieci bawią się w kółku we 

własnym gronie. 

- Jeśli tak wolą, to ich sprawa - odpowiedział uprzejmie, ujmując dziecko 

za rękę. - Panna Evans i ja chcemy zatańczyć. 

Po chwili zniknęli wśród wirujących par.  

R S

background image

 

- 108 -

Jakiś młody rybak wyłonił się z tłumu i dotknął ramienia niedawnej 

partnerki Ewana, a jednocześnie Matt Hannah skłonił się przed Beth. 

- Zatańczymy? - Uśmiechnął się i poprowadził ją na środek sali. 

Choć melodia była bardzo szybka, farmer rozmyślnie poruszał się w rytm 

walca, jedynego tańca, jaki znał. Posłusznie przystała na to, tłumiąc zazdrość, 

jaką w niej wzbudzały roześmiane twarze. 

- A teraz, panie i panowie, tworzymy koło! - zawołał wodzirej. 

W ten sposób Beth nie tańczyła już z Mattem, lecz przesuwała się, 

zmieniając wciąż partnerów. Kręcili się naokoło sali w takt znanej wszystkim 

melodii. Z drżeniem serca uświadomiła sobie, że tym razem nie uniknie spotka-

nia z Ewanem. Wyrzucała sobie głupotę, bo przecież zatańczy z nim tylko kilka 

taktów. Zbliżał się, jeszcze dwu mężczyzn, jeszcze jeden... Gdy zrobiła krok w 

przód i Ewan ujął jej rękę, orkiestra umilkła. 

- Dziękuję. Proszę na chwilę pozostać z partnerami, z którymi jesteście. 

Zagramy teraz walca, żebyście mogli odetchnąć, zanim zasiądziemy do stołów - 

usłyszała słowa wodzireja. 

I tak znalazła się w ramionach Thomasa, unosząc się lekko, trzymana w 

mocnym uścisku. 

- Nie musimy tańczyć - powiedziała półgłosem. - Możemy... możemy po 

prostu gdzieś usiąść. 

- Aha, a wtedy na wyspie będzie huczało od plotek, że zrobiłem afront 

pani doktor - odparł cicho. 

Orkiestra jeszcze bardziej zwolniła tempo i Ewan przytulił ją mocniej. 

- Co cię podkusiło, żeby założyć taką sukienkę? - zapytał nieoczekiwanie. 

- Nie podoba ci się? 

- Nie o to chodzi - uciął. - Właśnie to... Czy masz pojęcie... - głos uwiązł 

mu w gardle. 

Nagle przyciągnął ją gwałtownie, aż dech jej zaparło. Muzyka porwała 

ich i na chwilę zapomnieli o wszystkim i wszystkich. 

R S

background image

 

- 109 -

Czuła, że napięcie z wolna ustępuje. Tak właśnie powinno być... Ewan 

odwzajemnia jej miłość! Przylgnęła do niego całym ciałem, czując 

podświadomie, że tworzą jedność - teraz i na zawsze. 

Prowadził, a ona swobodnie, bezwiednie szła za nim. Przewidywała 

każdy jego ruch. 

Ale koniec tańca był nieuchronny. Orkiestra przestała grać i partner 

odsunął się od niej. Beth podniosła swe błyszczące, a zarazem onieśmielone 

oczy. 

- Ewan... - szepnęła. 

- Boże, ratuj mnie. Beth, ja nie chcę, rozumiesz... ? Gwałtownie 

potrząsnęła głową. 

- Nie, nie rozumiem. Nie wiem, co się ze mną dzieje... 

- Doktor Thomas musi skończyć taniec ze mną, bo ze mną go rozpoczął. - 

To Belinda podskakiwała niecierpliwie, usiłując zwrócić na siebie uwagę. - 

Chyba mam rację, prawda? 

Beth skinęła głowę, unikając wzroku Ewana. 

- Oczywiście, Belindo - uśmiechnęła się. 

W tej samej chwili zerknęła w drugi koniec sali, skąd dobiegał głos 

wzywający ją po imieniu. 

- Jest pani proszona do telefonu, doktor Sanderson! - krzyknął któryś z 

farmerów. - Obawiam się, że dla pani przyjęcie już się skończyło. 

To Coral dzwoniła ze szpitala. 

- Pani Edgar przywiozła męża - poinformowała pielęgniarka. - Przez całe 

popołudnie bolał go brzuch. Bardzo źle wygląda. Trzeba go zbadać. 

Beth rozejrzała się po sali.  

Edgarów nie było na przyjęciu, Micky z pewnością podszedłby do niej, 

nie zdziwiłaby się nawet, gdyby przyniósł Bustera. Matka chłopca chętnie brała 

udział w takich uroczystościach, musiała więc mieć ważny powód, skoro nie 

przyszła. 

R S

background image

 

- 110 -

- Już jadę. 

Przedzierając się przez tłum, widziała Ewana tańczącego z Belindą. 

Odszukała szybko Robyn. 

- Muszę jechać do szpitala. Czy chce pani wrócić ze mną? 

- Tak - skwapliwie przytaknęła, spoglądając na męża stojącego w środku 

hałaśliwej grupki rybaków. - On nawet nie zauważy mojej nieobecności. 

Graeme Edgar leżał skulony, kurczowo trzymając się za brzuch. Beth 

przypomniała sobie, że już podczas pamiętnych narodzin cielaka martwił ją 

wygląd farmera. 

Zbadała puls i zmierzyła ciśnienie. 

- Czy miał pan już kiedyś takie bóle? - zapytała, ale farmer nie mógł 

mówić. 

- Mąż ma przepuklinę - odezwała się pani Edgar. - Od kilku lat cierpi z 

tego powodu, a sytuacja pogorszyła się tego wieczora, kiedy usiłował wydobyć 

cielaka. Mówiłam mu, żeby się pani pokazał, ale mnie nie słuchał. Bał się, że 

będzie musiał leżeć w szpitalu, a nie chciał zostawić farmy, bo tyle pracy... - 

Załkała. - Dziś po południu wyszedł narąbać drew i nagle zaczął się zwijać z 

bólu. Czy... czy on z tego wyjdzie, pani doktor? 

- Muszę go najpierw zbadać - odpowiedziała ostrożnie. 

- Micky, zabierz mamę na korytarz i zrób jej herbatę z cukrem, dobrze? - 

zwróciła się do chłopca, który stał za matką, pochlipując cicho. 

- Jasne. 

Ucieszył się, że powierzono mu tak ważne zadanie. 

Beth i Coral zajęły się pacjentem. Pielęgniarka w życiu prywatnym była 

spokojna, wręcz powolna, ale w pracy wykazywała się ogromną energią. Była 

niezwykle kompetentna i Beth bardzo sobie ceniła jej pomoc. 

Błyskawicznie rozebrały farmera, a wtedy ich oczom ukazało się to, 

czego się obawiała. Serce Beth zamarło. Pętla jelita wystawała z pachwiny w 

R S

background image

 

- 111 -

postaci guza wielkości pięści, nic więc dziwnego, że pacjent zwijał się z bólu. 

Może dojść do tragedii, jeżeli nie uda się jej odprowadzić jelita na miejsce. 

- Graeme, kiedy bóle się nasiliły? - spytała. 

- Trzy lub cztery godziny temu - jęknął farmer. - Położyłem się, bo 

myślałem, że to pomoże, ale ten guz rośnie. 

Trzy lub cztery godziny... - myślała gorączkowo. Jeśli jelito jest tak długo 

skręcone, to brak dopływu krwi mógł wywołać martwicę. Gdyby to była tylko 

kwestia odprowadzenia go, nie powinno być z tym kłopotów. Ale co zrobi, jeśli 

pacjent zacznie umierać i trzeba będzie dokonać resekcji... 

Zwykle w takiej sytuacji wzywała pomoc z lądu, ale tego dnia pogoda 

była okropna. Samolot miałby trudności ze znalezieniem wyspy, nie mówiąc już 

o lądowaniu. Zastanawiała się, co robić, aplikując jednocześnie morfinę i 

podłączając kroplówkę. Graeme nie przestawał jęczeć z bólu. 

- Zadzwoń po doktora Thomasa - zwróciła się do Coral. - Powiedz, że 

muszę przeprowadzić operację i potrzebuję anestezjologa. Szybko! 

- Ale... Przecież to weterynarz. Pamięta pani, co się stało ostatnim razem, 

kiedy korzystaliśmy z pomocy weterynarza przy znieczulaniu - przestraszyła się 

pielęgniarka. 

Beth skinęła głową, spoglądając na pacjenta. Za żadną cenę nie mogła 

dopuścić, żeby udzielił mu się jej niepokój. 

- Przepuklina uwięzia, wywołując niedokrwienie i zgorzel - wyjaśniła 

łagodnie, biorąc farmera za rękę. - Muszę operować, Graeme, ale wszystko 

będzie dobrze. Zaufaj mi. 

Mężczyzna szeroko otworzył oczy. 

- Pani z weterynarzem? - wykrztusił, zwijając się z bólu. 

- Tak... 

- Cóż, udało wam się uratować Bustera, to może i mnie uratujecie - 

powiedział chrapliwie. - Wszyscy na wyspie gadają, że stanowicie dobraną parę. 

Tylko, na miłość boską, zróbcie to jak najszybciej! 

R S

background image

 

- 112 -

- Zaraz się zabieram. 

Rzeczywiście zaczęła działać. Przede wszystkim musiała załatwić sobie 

pomoc anestezjologiczną. Powinnam sama porozmawiać z Ewanem, pomyślała. 

- Przygotuj pana Edgara, siostro - poprosiła. - Ja zadzwonię po doktora 

Thomasa i Enid. Oboje będą potrzebni. Szybciej, Coral. 

Długo nikt nie odbierał telefonu, a potem z trudem przekrzykiwała zgiełk 

i hałas. Było oczywiste, że zabawa trwa w najlepsze. 

- Proszę powiedzieć doktorowi Thomasowi, że potrzebujemy jego 

pomocy! - krzyczała w słuchawkę. - Niech natychmiast przyjedzie do szpitala. 

Wreszcie mężczyzna przy aparacie usłyszał ją. 

- Chyba nie chce go pani porwać z balu, pani doktor? - obruszył się. - 

Przecież to honorowy gość. 

- Jest tu bardzo potrzebny, Jim - ucięła. - Szybko! 

- Tańczy, ale skoro pani nalega... już go proszę.  

Dwie minuty, które upłynęły, zanim Ewan podszedł do telefonu, wydały 

się jej wiecznością. Straciła już tyle czasu. 

- O co chodzi, Beth? - zapytał krótko, a ona odczuła ulgę, aż zachciało się 

jej płakać. 

- Potrzebuję anestezjologa. Możesz...? 

- Co się stało? 

Opowiedziała mu najkrócej, jak mogła. 

- To oznacza konieczność resekcji... - zawahał się. - Do diabła, Beth, czy 

potrafisz tego dokonać? 

Wzięła głęboki oddech. 

- Zawsze jest ten pierwszy raz - wyznała. - Przepraszam, że ci psuję 

zabawę, ale... jesteś mi potrzebny. Pośpiesz się, Ewan. 

- Już jadę. 

 

 

R S

background image

 

- 113 -

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

Beth wydała Enid kilka poleceń, po czym wyszła do gabinetu, żeby 

zajrzeć do encyklopedii medycznej. Pięć minut czytania, ani chwili dłużej, 

myślała w panice. Minęły dwa lata od czasu, gdy widziała taki zabieg. Czy 

jeszcze pamięta...? 

Kończyła lekturę, kiedy wszedł Ewan. Patrząc na rozłożony opasły tom, 

uśmiechnął się smutno. 

- Wiesz, gdybym to ja był pacjentem i nakryłbym swoją lekarkę na 

wkuwaniu tekstu na kilka minut przed operacją, zwiałbym piorunem. 

- Gdyby Graeme był w stanie zwiać, sama bym mu otworzyła drzwi. 

- Naprawdę jeszcze nigdy tego nie robiłaś? 

- Kilkakrotnie byłam obecna podczas resekcji. 

- Ja przeprowadzałem taki zabieg u konia.  

Podniosła wzrok znad encyklopedii. W oczach Ewana dostrzegła ciepło i 

otuchę. Pomimo powagi sytuacji zaśmiała się cicho. 

- Jesteśmy doskonałą parą. Cóż, mogę się tylko modlić, żebym sobie 

przypomniała wszystko, co widziałam w czasie asystowania przy operacji. 

Wyszła z gabinetu z uśmiechem na ustach i sam widok jej pogodnej 

twarzy widocznie uspokoił panią Edgar i Micky'ego, bo natychmiast 

odwzajemnili uśmiech. Boże, gdyby usłyszeli nas tam, w gabinecie, mieliby 

zgoła inne miny, pomyślała. 

- Pani doktor - westchnęła Elizabeth Edgar - tak się boję... 

- Bądźmy dobrej myśli - wydusiła z siebie, unikając wzroku Ewana. - 

Doktor Thomas zna się na tego rodzaju operacjach nawet lepiej niż ja. 

Ewan chrząknął znacząco. 

- Powinna pani iść do domu - powiedziała Beth. - Upłynie co najmniej 

godzina, zanim Graeme się obudzi. 

- Ja... wolałabym zaczekać. 

R S

background image

 

- 114 -

- Wobec tego opiekuj się mamą, Micky - zwróciła się do chłopca. 

Sala operacyjna była już w pełni przygotowana. Chociaż Illilawa miała 

mały szpital, to jednak był on dobrze wyposażony. Nie brakowało również 

sprzętu anestezjologicznego, bo przy dobrej pogodzie w nagłych wypadkach 

przylatywała pomoc z sąsiedniej wyspy. 

Ewan obejrzał wszystko dokładnie. 

- Będziesz mi musiała podpowiadać w trakcie zabiegu - poprosił. 

- Oczywiście. 

Opanowanie Ewana pozwoliło jej zwalczyć paniczny strach, dzięki czemu 

odzyskała wiarę we własne kompetencje. Zadawał rzeczowe pytania i w pełni 

stosował się do jej zaleceń, nie tak jak jego poprzednik, weterynarz, przez 

którego omal nie doszło do tragedii, bo uważał, że jako mężczyzna góruje 

wiedzą nad lekarką. 

Po raz ostatni ogarnęła wszystko wzrokiem. 

- Gotowe, wwieźcie pacjenta. Graeme był senny po premedykacji. 

- Czuję się dobrze - mamrotał. - Już nie boli, pozwólcie mi tylko pospać. 

- Dobrze - uśmiechnął się Ewan. - Po to tu jestem, żeby panu zapewnić 

spokojny sen. 

Skinął na Beth, żeby mu podała środek znieczulający. 

Uśpili chorego. Potem Beth zastosowała intubację, przypominając 

partnerowi metodę, co zresztą okazało się niepotrzebne. 

- Miałem pod swoją opieką rodowodowe konie pełnej krwi w jednej z 

największych stadnin w kraju - pochwalił się. - Szkoda, że nie widziałaś, jak 

wyspecjalizowaną technikę medyczną stosuje się w leczeniu tych zwierząt - do-

dał, obserwując bacznie pacjenta i zerkając co chwila na monitor. 

Beth tymczasem skupiła uwagę na przepuklinie. Podali środek 

znieczulający, który powoduje zwiotczenie mięśni. Zdarzało się, że jelito cofało 

się pod wpływem tego leku. Gdyby tak było i w tym wypadku, Graeme spo-

kojnie mógłby zaczekać kilka dni i lecieć na operację do Melbourne. 

R S

background image

 

- 115 -

Nie miał jednak takiego szczęścia, resekcja była nieunikniona. Beth 

odetchnęła głęboko i przystąpiła do cięcia. Potem Coral podała jej ciepłe chusty 

z solą fizjologiczną, na których położyła jelito. Chciała sprawdzić, czy jeszcze 

nie obumarło. 

Czas dłużył się niemiłosiernie. W milczeniu spoglądała to na pacjenta, to 

na monitor i Ewana. Wiedziała, że w gruncie rzeczy życie farmera zależy od 

jego umiejętności. Chwila nieuwagi ze strony anestezjologa i Graeme przestałby 

oddychać. 

Jelito wciąż jeszcze było purpurowe. Oczekiwanie przedłużało się. 

Ogarnął ją strach.  

Usiłowała przypomnieć sobie zabiegi, podczas których asystowała. 

Resekcję powinien przeprowadzać dobry chirurg, a nie internista i weterynarz. 

- Blednie - zauważyła Enid. 

- Chyba nie. - Beth bała się zapeszyć, chociaż sama też zaczęła dostrzegać 

zmianę koloru. 

Obserwowali z napięciem, jak zapętlona część jelita stopniowo 

przechodzi z ciemnej purpury w coraz jaśniejszą, aż wreszcie przybiera różową 

barwę. Beth odetchnęła z ulgą. 

- No, no... - szepnął Ewan. Spojrzała na niego pytająco. 

- Co chciałeś powiedzieć? 

- Pomyślałem właśnie, że odpowiada mi rola anestezjologa - rzekł z 

uśmiechem, wpatrując się w twarz farmera. - Ale ty zapewne zaraz go zeszyjesz 

i natychmiast każesz mi się wynosić. 

Włożyła jelito do jamy brzusznej i zamknęła brzuch. Pracowała sprawnie, 

już bez napięcia. Może powinnam wrócić do szpitala w mieście, pomyślała. Nie 

miałabym tylu stresów i... byłabym daleko od Ewana. 

Ale kto by się zajął nagłymi wypadkami? Gdyby wyjechała, nieprędko 

znaleźliby lekarza chętnego do pracy na wyspie. Przed jej przyjazdem życie 

mieszkańców zależało wyłącznie od sprawności pielęgniarek. 

R S

background image

 

- 116 -

Kończyła zszywanie, a tymczasem pacjent z wolna odzyskiwał 

przytomność. 

- Już po wszystkim - poinformowała go, kiedy otworzył oczy. 

Z trudem uśmiechnął się, po czym znów zamknął powieki. 

- Zawieźcie go z powrotem na salę pooperacyjną - nakazała Beth 

pielęgniarkom. - Ja tylko umyję ręce i zaraz pójdę do pani Edgar. 

Podeszła do zlewu, a Ewan za nią. Odkręcił kran i nawet odwiązał jej 

fartuch. 

- Dzięki za pomoc - powiedziała. - Bez ciebie nie dałybyśmy sobie rady. 

- Co byś zrobiła, gdyby mnie nie było na wyspie?  

Wolała o tym nie myśleć. Spojrzała w stronę drzwi, w których pojawiła 

się Enid. 

- Jeśli nie będę już potrzebna, chciałabym wrócić na przyjęcie - oznajmiła. 

- Mąż czeka tam na mnie... Czy podrzucić pana, doktorze? 

- Zrobiłeś wszystko, co do ciebie należało. Jedź już - ponaglała Beth. 

Nie chciała zostawać z nim sama nawet na chwilę. Nie teraz... 

- Mam rozumieć, że mnie odprawiasz? 

- Coś w tym rodzaju - przytaknęła i nagle jej oczy zaszły łzami. - Idź już. 

- A ty? 

- Ja muszę zostać z Edgarem, ale ty wróć na bal. Inaczej ludzie byliby 

niepocieszeni. 

Enid obserwowała ich, domyślając się zapewne więcej, niż Beth by sobie 

życzyła. 

- Pomogę jeszcze Coral. Proszę mnie wezwać, kiedy pan będzie gotów, 

doktorze - powiedziała, wymykając się dyskretnie. 

- Beth... 

- Proszę... Idź już. 

Nie odezwał się. Spuściła głowę, unikając jego wzroku. Z sali obok 

słychać było krzątanie pielęgniarek, miarowo tykał zegar. 

R S

background image

 

- 117 -

- Chyba będę musiał - odezwał się wreszcie. 

- To przyjęcie na twoją cześć. 

- Nie o przyjęciu mówię. - Wskazał na ślad krwi na jej twarzy. Zwilżył 

papierowy ręcznik i starł plamę. - Chodzi o Illilawę. Beth, ja... nie mogę tu 

zostać. 

- Wiedziałam, że wyjedziesz. 

Kiedy dotknął jej twarzy, poczuła niemal fizyczny ból. Próbowała się 

uśmiechnąć, ale nic z tego nie wyszło. 

- Myślałam... myślałam jednak, że zostaniesz trochę dłużej niż tydzień. 

Podszedł do okna wychodzącego na rozszalałe sztormem morze. 

- Czy sądzisz, że chcę tego? 

- Nie wiem, czego chcesz - odpowiedziała zdesperowana, rozkładając 

bezradnie ręce. Straciła poczucie dumy i godności. - Jedno wiem na pewno: nie 

możesz na zawsze zrezygnować z towarzystwa ludzi. Liczyłam, że starczy ci 

odwagi, żeby zostać. Miałam nadzieję, że... mnie zechcesz. 

Nawet się nie poruszył. Tylko echo towarzyszyło jej słowom. Żałowała 

swojej szczerości. 

- Beth, pragnę cię, naprawdę - odparł, ale nie był to głos kochanka, raczej 

kogoś, komu los dał to, czego dłużej nie jest w stanie znosić. - Ale ja... nie mogę 

się ożenić... Zrozum. 

- Wcale nie proszę, żebyś się ze mną żenił! - powiedziała na wpół 

świadomie. - Nie mogłabym... 

- Wiem - szepnął i nareszcie podszedł do niej. Przez chwilę sądziła, że ją 

obejmie, ale zatrzymał się. 

- Ty o nic nie prosisz, Beth. To prawda, że przyjechałem na wyspę, bo 

chciałem uciec od ludzi, ale teraz... teraz wyjeżdżam z tego samego powodu. 

Chcę napisać książkę. Myślałem, że uda mi się połączyć pracę weterynarza z pi-

saniem, ale okazało się to niemożliwe. Nie chcę się angażować uczuciowo, bo 

R S

background image

 

- 118 -

przekonałem się, jak ludzie nawzajem się traktują. Jestem pusty, wypalony, nie 

mam uczuć... dla nikogo. 

- O nic cię nie proszę - powtórzyła. 

- Wiem. 

Stał zamyślony, milczący, ona zaś była pewna, że jej serce dłużej tego nie 

wytrzyma. Chciała wyciągnąć rękę, dotknąć go, ale coś w jego postawie 

powstrzymywało ją. Był jak skała, jak granit - zimny i niedostępny. 

- Szkoda, że o nic nie prosisz. Byłoby łatwiej, gdybyś to robiła. Ty tylko 

dajesz, dajesz bez końca. Nawet siebie... dajesz. 

- Ewan... 

- Dlaczego? - wybuchnął. - Dlaczego, Beth? Zaczerpnęła głęboko tchu i 

opuściła głowę. 

- Po prostu kocham cię, Ewan - szepnęła. 

- Nie - usiłował zaprzeczać. - To niemożliwe! 

- Skąd taka pewność? 

- Bo miłość nie istnieje. - Potrząsnął głową, jakby chciał zrzucić 

niewidoczny ciężar. - Wydajesz się wystarczająco dorosła, żeby patrzeć na świat 

realistycznie. Ile masz lat? Dwadzieścia sześć? Dwadzieścia siedem? Za dużo, 

żeby być tak niewinną na jaką wyglądasz. 

- Nie jestem niewinna - wyszeptała drżącym głosem. - Tylko że... nigdy 

przedtem nie byłam zakochana. 

- Ludzie nie kochają. Okłamują się... 

- Trudno uwierzyć, że nie kochałeś swojej córki - powiedziała, 

natychmiast żałując tych słów. 

Drgnął i spojrzał na nią nieobecnym wzrokiem. Nie ją widział, lecz 

dziecko idące nieporadnie w stronę rozświetlonej wody... 

- Beth, Sophie była dzieckiem. Ty też nim jesteś. Niewinność kiedyś się 

kończy... 

R S

background image

 

- 119 -

- Nie wierzysz, że mogłabym zawsze cię kochać? Uważasz, że ludzie nie 

powinni sobie ufać? 

- Właśnie - odparł stanowczo. 

- Czy nie wydaje ci się... - zbierała się na odwagę - że mógłbyś 

zaryzykować jeszcze raz? - Wyciągnęła ręce błagalnym gestem. 

- Nie dręcz mnie - jęknął i nagle objął ją. 

Patrzyła mu w oczy. Błagała, żeby zechciał z nią zostać, są przecież dla 

siebie stworzeni. 

- Nie - powtórzył kategorycznie. Nie wypuszczał jej jednak z objęć. 

Przeciwnie, przytulił ją mocniej, aż poczuła każdą cząstkę jego ciała. Tu było jej 

miejsce. - Bóg jeden wie, jak bardzo cię pragnę. Jesteś najpiękniejszą, najdroż-

szą i najbardziej pociągającą kobietą... I jeśli odnajdziesz szczęście, zasłużyłaś 

sobie na nie. 

- Jestem szczęśliwa z tobą. 

- Nie wiesz, co mówisz - powiedział, odsuwając się od niej. 

Czuła, że go traci. 

- Kochałem Sophie, ale ona zginęła - rzucił szorstko. - To, co czuję do 

ciebie... - potrząsnął głową - też się skończy. I nie zamierzam przeżywać 

wszystkiego na nowo. 

- Pewnie, wygodniej jest stchórzyć, wyjechać - zadrwiła. 

- A jeśli to jedyny sposób? Widocznie tak musi być. Odwrócił się i 

wyszedł. 

Skoro rzeczywiście podjął decyzję, lepiej, żeby wyjechał już teraz. 

Powtarzała te słowa od nowa, nie mogąc zasnąć. Była bardzo zmęczona, ale sen 

nie przychodził. Nie zaznam spokoju, dopóki Ewan będzie na wyspie, pomyśla-

ła przygnębiona. 

Kiedy wyjedzie? Leżała, wsłuchując się w łoskot fal wdzierających się 

głęboko w ląd. Taka pogoda może potrwać jeszcze długo, a dopóki się nie 

zmieni, nie sposób się stąd wydostać. Powinien złożyć wymówienie, co też 

R S

background image

 

- 120 -

przeciągnie się do kilku tygodni, myślała gorączkowo. Jak mu spojrzę w twarz 

po tym, co mu wyznałam? 

Nazajutrz poszła do szpitala w podłym nastroju. Enid i Carol plotkowały. 

Nie miała wątpliwości, że na jej temat. 

- Jak się mają nasi pacjenci? - zapytała, ignorując ich pełne współczucia 

spojrzenia. 

- Robyn Bource dzwoniła dziś rano do rodziców. Prosiła o załatwienie 

transportu na ląd. Nie chce wracać z mężem. 

Doskonale rozumiała młodą kobietę. Jednocześnie przypomniała sobie 

feralny wieczór, w którym wydarzyła się katastrofa na morzu i pomyślała, że 

John chyba jednak nie jest człowiekiem całkowicie pozbawionym uczuć. 

Graeme był osłabiony, ale dochodził do siebie. 

- Dziękuję, pani doktor - powitał ją uśmiechem. - Co za ulga obudzić się 

bez bólu. 

- Zaoszczędziłby pan cierpienia sobie i innym, gdyby pan zgłosił się 

wcześniej. 

Na korytarzu natknęła się na Ewana. 

- Beth... Przyszedłem się dowiedzieć, jak się czuje pan Edgar. 

- Dobrze - odpowiedziała sztywno. - Przepraszam, ale mam dużo pracy. 

- Dziś po południu składam rezygnację. Wyjeżdżam najszybciej, jak tylko 

będzie można. 

- W porządku - wykrztusiła. 

- Beth, na miłość boską... 

- Idź do diabła - syknęła. - Byłam naprawdę szczęśliwa, zanim pojawiłeś 

się z tym swoim uśmiechem, roześmianymi oczami... - przerwała, żeby 

zaczerpnąć tchu. - Po raz pierwszy w życiu czułam, że jestem komuś potrzebna 

nie tylko jako lekarka, a ty mi mówisz, że guzik cię obchodzę, że nie jesteś w 

stanie mnie kochać, że zostając, skrzywdziłbyś mnie... Posłuchaj, Ewan, ty już 

R S

background image

 

- 121 -

mnie skrzywdziłeś. Twoim zdaniem miłość jest błędem, bo powoduje cierpienie. 

Chyba właśnie udowodniłeś prawdziwość swoich słów. 

- Beth... 

- Zostaw mnie! Im prędzej stąd wyjedziesz, tym dla mnie lepiej. 

- Pani doktor! - usłyszała nagle za sobą. 

Zdławiła łkanie i z przerażeniem wpatrywała się w Fergusa 

Mackervaneya, który wpadł z impetem, ociekający wodą. 

- Co się stało, Fergus? 

- Jechałem właśnie z farmy wzdłuż zachodniego wybrzeża, gdy za cyplem 

Jeffersona zobaczyłem na plaży gromadkę grindwali. 

- Grindwali...? 

- Widziałem sześć, ale może ich być więcej - mówił przejęty. - Pięć 

dorosłych i jeden młody. Wyszły na piasek, zupełnie jakby chciały popełnić 

samobójstwo. One zginą, jeśli nie wejdą z powrotem do wody. 

Beth bezradnie patrzyła na przemoczone ubranie farmera. Większość 

wyspiarzy uważało, że grindwale przynoszą wyspie szczęście. Rybacy święcie 

wierzyli, że kiedy one kręcą się w pobliżu, będą udane połowy. Zawsze witano 

je z radością. 

- Pozostawione na plaży niechybnie zginą - potwierdził Ewan. - Niestety, 

nie widzę sposobu wciągnięcia ich do wody. Skrzyknę kilku mężczyzn i 

musimy je zabić. 

Fergus i Beth patrzyli na niego, jakby postradał zmysły. 

- Zabić?! - krzyknął farmer. - Pan chyba oszalał! Wierzyłem, że jako 

jedyny weterynarz na wyspie zarządzi pan jakąś akcję ratowniczą! 

- Czy macie pojęcie, z czym wiąże się wprowadzenie grindwali do wody? 

Potrzeba co najmniej dziesięciu silnych ludzi na jedno zwierzę. Muszą być 

zepchnięte wszystkie jednocześnie, bo inaczej wrócą na plażę po pozostałe. Czy 

sądzicie, że w trójkę zejdziemy na brzeg i damy sobie radę? 

- Jasne, że nie - odparł Fergus sucho. - Wiem, to olbrzymie ssaki. 

R S

background image

 

- 122 -

- Trzeba by zaangażować wszystkich mężczyzn Illilawy! - argumentował 

Ewan. 

- Możemy też skrzyknąć kobiety i dzieci - zaproponował Fergus. 

- Jest potwornie zimno. Nikt nie zechce wejść do lodowatej wody po to, 

żeby ratować zwierzęta! - sceptycznie zauważył Ewan. 

- I to mówi weterynarz?! - rzucił ze złością farmer.  

Beth spojrzała na Thomasa i dostrzegła w jego oczach zwątpienie. Ten 

człowiek po nikim nie spodziewał się niczego dobrego. Cóż, może uda się go 

zaskoczyć. Wyspiarze niemal czcili grindwale i byli dumni, że wybrały sobie 

ich wybrzeże w porze lęgu. 

- Poddaj nas próbie - powiedziała. 

Pojechali na plażę, a tymczasem Fergus poszedł zwołać ludzi do pomocy. 

Zwierzęta tarzały się na mieliźnie, usiłując wrócić w głąb morza. 

- Taka strata! - westchnął Ewan. 

- To jeszcze nie jest przesądzone - szepnęła.  

Zeszła bliżej wody, zostawiając go w tyle. Była ubrana w krótką spódnicę 

i sweter. Wiatr bezlitośnie smagał jej łydki, ale nie zważała na to. Liczył się 

tylko los tych wspaniałych ssaków. 

- Dlaczego wyszły z wody? - zapytała, słysząc za sobą kroki Ewana. 

- Chyba znam przyczynę - odpowiedział, pochylając się nad 

najmniejszym zwierzęciem. Przesunął palcem po jego szczęce, po czym wstał, 

pokazując jej tłustą plamę. - Ropa. 

- To znaczy, że są chore? 

- Niekoniecznie. Może tylko ten jeden połknął ropę i zachorował. 

Wyszedł na brzeg, a pozostałe za nim... Trzeba będzie je zabić. 

- Spróbujemy go wciągnąć do wody - nie rezygnowała Beth. 

- To niemożliwe. Do sześciu sztuk potrzeba co najmniej sześćdziesięciu 

osób. Pamiętaj, że woda jest bardzo zimna, a musieliby w niej stać przez wiele 

godzin. W jakimś nadmorskim kurorcie, w letni dzień, byłyby szanse, ale tutaj? 

R S

background image

 

- 123 -

- Niby dlaczego nie tutaj? - obruszyła się. 

- Bo ludziom nie zależy. Tam, gdzie są turyści, kierowano by się modą, 

rozumiesz? Ratowanie grindwali przyniosłoby splendor, a tu? 

- Chcesz powiedzieć, że nie pomogą, bo nie wiążą się z tym żadne 

korzyści? A jeżeli znajdą się ochotnicy? - zapytała dziwnie obcym głosem. 

Kochała tego człowieka, ale odcinała się od tego, co wygadywał. 

- Skąd zdobędziesz aż tylu ochotników? - spytał z wyczuwalną drwiną. - 

Zaoferujesz im zapłatę z nie istniejących funduszy szpitalnych? 

- Wcale by jej nie przyjęli - powiedziała cicho, spoglądając w stronę 

osady. - I nie musisz się martwić o ochotników. Są już w drodze. 

Powiódł oczami za jej wzrokiem i oniemiał. Po przybrzeżnej drodze 

posuwał się sznur przeróżnych pojazdów, nadciągających w ich stronę. Beth 

zaczęła gorączkowo liczyć. Dwadzieścia... dwadzieścia pięć... Spojrzała w 

przeciwnym kierunku i uśmiechnęła się. Widocznie na wyspie rozdzwoniły się 

telefony. Ochotnicy... ci, którym zależało na ochronie zwierząt. 

Wkrótce plaża zapełniła się ludźmi. 

- Nie powinno być większych problemów - powiedział Matt Hannah, 

który przyjechał jako jeden z pierwszych. - Proszę nam tylko powiedzieć, co 

mamy robić, doktorze. 

- Do diabła! Nie mogę narażać życia tylu ludzi! - denerwował się Ewan. - 

Przecież ta woda jest lodowata! 

- Wiemy - odparł Matt z pogardą. - Moja żona wydzwania, gdzie się da i 

ludzie już poznosili nieprzemakalne ubrania. Przecież tutejsi rybacy są 

przygotowani na każdą pogodę - uśmiechnął się do Ewana. - Mam w ciężarówce 

zapasowy komplet i dla pana, doktorze. Pani natomiast musi iść się przebrać - 

zwrócił się do Beth. 

- Już się robi - odpowiedziała rozpromieniona. Zerknęła na wciąż 

niezdecydowanego Ewana. - Tymczasem rozpalcie na plaży ognisko. Obawiam 

się, że nie unikniemy przypadków hipotermii. 

R S

background image

 

- 124 -

- Moja żona przywiezie drugą ciężarówką drwa na ogień - powiedział 

Matt. - Proszę przyjechać jak najszybciej, pani doktor. W takich warunkach 

fachowa pomoc lekarska jest nieodzowna. 

- Matt, przy każdym boku grindwala musi być co najmniej pięć osób. 

Trzeba dopilnować, żeby do nozdrzy nie dostał się piasek. Czy macie megafon? 

- Jasne. 

- Wobec tego zaczynamy. 

Beth miała od dziewiątej przyjmować pacjentów, ale nikt nie przyszedł. 

- Wszyscy są na plaży - powiedziała Enid. - Niby przejmują się byle 

katarem, a teraz nawet poprzeziębiani kąpią się w lodowatej wodzie, ratując 

zwierzęta. - Pielęgniarka pokiwała głową. - Istne szaleństwo. 

- Sama byś tam popędziła, gdyby nie dyżur - roześmiała się Beth. 

- No, pewnie - przyznała Enid. - Zamknięto nawet szkołę, bo 

nauczycielka uznała, że dzieciaki mogą się przydać na plaży... - Przerwała na 

widok wchodzącego Johna Bource. 

- Chciałem porozmawiać z żoną - rzekł lakonicznie. 

- Przykro mi - Beth stanęła w drzwiach, zagradzając mu drogę - ale ona 

nie chce pana widzieć. Wczoraj w nocy obudził pan wrzaskiem wszystkich 

chorych. 

- Wcale nie wrzeszczałem. 

- Był pan pijany - oświadczyła ostro. - Czy wie pan, co się stało z 

grindwalami? - zmieniła temat. 

- Niby skąd mam wiedzieć? Co mnie to zresztą obchodzi! 

- Jeden z nich omal nie zatruł się pańską ropą. 

- Więc obwiniacie mnie... 

- Nas - odezwała się z tyłu Robyn. - Och, John. Teraz wszyscy naprawiają 

wyrządzoną przez nas szkodę. Musisz im pomóc. 

- Wypiszę czek... 

R S

background image

 

- 125 -

- Nie chodzi o pieniądze. Idź na plażę, w przeciwnym razie... nie 

zobaczysz więcej ani mnie ani Sama. 

- Robyn... 

- Zrobisz, jak zechcesz. Wyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi. 

Kiedy Beth wróciła na plażę, ludzie byli już podzieleni na grupy. Część z 

nich stała w wodzie, część ogrzewała się przy ognisku. Na trawie przy drodze 

kobiety poustawiały stoły z gorącą zupą i kanapkami. 

- Musimy czekać na większy przypływ - wyjaśnił Ewan. - Zbadałem je. 

Wszystkie są zdrowe, oprócz najmłodszego. 

- Starczy ci ochotników? - zadrwiła lekko. 

- Może... 

- Po ile im płacisz? Czy... - Przerwała, nie wierząc własnym oczom. 

John szedł w ich stronę ze spuszczoną głową. Zapewne niepokoił się, nie 

wiedząc, jak go przyjmą. 

- Ja... Proszę mi przydzielić jakieś zadanie - odezwał się, podchodząc do 

Thomasa. 

- Przy ognisku leży stos nieprzemakalnych ubrań. Niech pan sobie jakieś 

dobierze i dołączy do tych, którzy zajmują się małym grindwalem. On jest w 

najgorszym stanie. 

Po chwili John pracował z innymi, wkładając w to zajęcie wszystkie 

swoje siły. 

Wreszcie doczekali się przypływu. Kiedy poziom wody się podniósł, 

Ewan przyniósł z samochodu brezent z umocowanymi linami. Posuwano na nim 

grindwale cal po calu, a woda unosiła ich ogromne ciała. 

- Zanim je uwolnimy, musimy je kołysać z pół godziny, żeby odzyskały 

równowagę. Niestety, najmłodszego musimy uśpić - powiedział Ewan. 

- Nie! - usłyszeli nagle z tyłu głos Johna Bource. - Nie pozwolę, choćbym 

miał go sam wciągać do wody. On ma wciąż ropę w pysku. 

- Dobrze - zgodził się po chwili wahania Ewan. - Spróbujemy. 

R S

background image

 

- 126 -

Wreszcie z ogromnym wysiłkiem odholowali grindwale na głębszą wodę. 

- Wszystkie oprócz małego utrzymują się na wodzie - poinformował 

Ewan po wyjściu na brzeg. - Poczekamy jeszcze kwadrans. Dłużej nie sposób 

trzymać ludzi w takim zimnie. 

Beth przebrała się i ruszyła w stronę chorego grindwala. John był zupełnie 

wyczerpany. Każda fala zwalała go z nóg, ale podnosił się i wytrwale 

podtrzymywał chore zwierzę. 

- Pora wyjść na brzeg - nalegała Beth. 

Bource rzucił pytające spojrzenie w kierunku Ewana. 

- Zabije go pan, prawda? Weterynarz zaprzeczył ruchem głowy. 

- Jeśli zginie, to nie z mojej ręki. 

- Co to ma znaczyć, u diabła? 

- Nie muszę panu tłumaczyć, Bource. 

Twarz Johna stężała. Kolejna fala przewróciła go, ale Beth szybko 

wyciągnęła pomocną rękę. 

- Zrobił pan wszystko, co było można - powiedziała. 

- Ale on nie przeżyje! Przeze mnie! 

- Nic podobnego - odezwał się Ewan. - Popatrzcie! 

W zwartym szpalerze rąk tych, którzy go podtrzymywali, grindwal zaczął 

się wypinać i prężyć. Nie kołysał się już nierównomiernie, lecz przybrał 

normalną pozycję. 

- Trzeba jeszcze zaczekać - Thomas chciał zapobiec wrzawie radości. 

Czekali więc pięć, dziesięć minut... Beth z rosnącym niepokojem 

obserwowała sinobiałe twarze ludzi. Nie mogą zostać dłużej w wodzie. 

Przesunęła się w stronę Ewana, ale uprzedził ją. 

- Idziemy - powiedział cicho. 

Podniósł rękę i na ten znak grupki ludzi opiekujące się grindwalami 

jednocześnie pozostawiły zwierzęta. Przez dłuższą chwilę nie poruszały się, 

R S

background image

 

- 127 -

potem powoli, niepewnie, jakby nie wiedziały, co je czeka w otwartym oceanie, 

ruszyły przed siebie. 

Nagle potężne cielsko obróciło się nieco na bok i zatrzymało. Beth 

zamarła z przerażenia. Gdyby jeden zawrócił w stronę plaży, pozostałe 

przypłynęłyby za nim. W chwilę później mały grindwal podpłynął tak, że 

znalazł się u jego boku i Beth natychmiast zrozumiała, o co chodzi. Matka 

zaczekała na swoje małe, po czym razem dołączyły do pozostałych. 

Beth rozpłakała się. Nadmiar emocji znalazł upust we łzach. Wstrząsnęło 

nią gwałtowne łkanie. Tuż obok pochlipywał John Bource. Nagle jakaś ręka 

chwyciła jej dłoń. Odwróciła się i napotkała oczy Ewana, błyszczące radością 

i... czułością. 

- Udało się, Beth! Odnieśliśmy sukces! 

Śmiała się i płakała równocześnie. Na wpół świadomie poczuła, że ją 

całuje, trzyma w objęciach. 

Było już po dziewiątej, kiedy oczyszczono plażę. Beth miała pełne ręce 

roboty, bo kilka osób nabawiło się hipotermii. Po powrocie do domu najchętniej 

od razu położyłaby się spać, ale ledwie zdążyła wziąć prysznic, przysłano po nią 

Micky'ego Edgara. 

- Proszą panią doktor do pubu. Musi pani przyjechać, koniecznie. 

Wyglądało na to, że zebrali się tam wszyscy mieszkańcy Illilawy. Stanęła 

w drzwiach, nie wiedząc, jak się przedrzeć przez tłum, ale Matt Hannah zawołał 

ją, wskazując miejsce obok Ewana. Rozprawiał akurat zawzięcie z jakimś ryba-

kiem. Spojrzał na nią, skinął głową, po czym kontynuował rozmowę. 

Z trudem wytrzymywała to wszystko. Wokół niej wrzało: ludzie śmiali 

się, śpiewali, a ona cieszyła się ich radością, ale sama nie była szczęśliwa. Nie 

rozmawiała z Thomasem, chociaż czuła na sobie jego spojrzenie. 

- Doktor Beth? - usłyszała nagle za sobą. 

To John Bource zmierzał w jej stronę, a za nim Robyn z dzieckiem na 

ręku. 

R S

background image

 

- 128 -

- O co chodzi? - zapytała, zaskoczona promiennym uśmiechem na twarzy 

młodej matki. 

- Chcieliśmy panią poinformować, że przenoszę się z Samem do męża, do 

hotelu. 

- Uznała, że zmądrzałem - roześmiał się John, przytulając żonę i syna. - 

Czy możemy porozmawiać na osobności? 

Wstała, czując, że Ewan nie spuszcza jej z oczu. 

- Wiem, że postępowałem głupio - ciągnął John, gdy wyszli na taras - ale 

przeżycia dzisiejszego dnia wiele mnie nauczyły. Teraz rozumiem, co to znaczy 

być odpowiedzialnym za rodzinę. 

- Tak się cieszę... 

- Pani ma wyjątkowo szczodre serce. Ogromnie sobie cenimy pomoc, jaką 

tu otrzymaliśmy i pragniemy zrobić coś dobrego dla wyspy - powiedział. 

- Postanowiliśmy zakupić dwa aparaty oddechowe: jeden dla Lorny, żeby 

mogła z niego korzystać w domu, a drugi, zapasowy, dla szpitala - dokończyła 

Robyn. 

- Wspaniale! - Beth ucałowała ich z radości. 

Pożegnali się i wyszli, a ona została na tarasie, zapatrzona w morze. Nie 

miała ochoty wracać do pubu. Ruszyła w stronę schodów, gdy nagle z mroku 

wyłonił się Ewan, zastępując jej drogę. 

- Wracasz do domu? 

- Tak - szepnęła. 

- Pójdę z tobą. 

- Ja... jestem samochodem. 

- Ja też. Możemy je przecież zostawić. 

- Ewan... 

Czuła, że się uśmiecha, ale nie miała odwagi spojrzeć na niego. Nagle 

zachciało jej się płakać. Wziął ją za rękę i trzymając w mocnym uścisku, 

pociągnął w stronę plaży. 

R S

background image

 

- 129 -

- Przecież oddalamy się od domu... 

- To dobrze. 

Nie rozmawiali ze sobą. Niby mieli mnóstwo spraw do omówienia, ale 

brakowało im słów. Wystarczyła sama jego obecność, by czuła się szczęśliwa. 

Nie chciała niczym zakłócać tej chwili. 

Na plaży było spokojnie, bo wiatr ucichł. Mimo ciepłego ubrania Beth 

drżała. Okrył ją skórzaną kurtką. 

- Nie trzeba - powiedziała ledwo słyszalnym szeptem. - Ewan, nie mam 

ochoty na spacer - mówiła głośniej, próbując zsunąć kurtkę. - Niczego od ciebie 

nie chcę. 

Nagle ujął jej podbródek i podniósł głowę, tak że ich oczy się spotkały. 

- Niczego nie żądasz, kochanie? 

- Nie jestem... 

- O nic nie prosisz, wszystkim ufasz i w jakiś niepojęty sposób czynisz 

cuda. John Bource chociażby... 

- Więc słyszałeś? 

- Słyszałem. Dar Beth Sanderson, dzięki której cuda się zdarzają. 

- Ewan, proszę, chcę iść do domu. 

- Nie! 

Chwycił jej ręce i trzymał w żelaznym uścisku. Zaskoczył ją jego głos, 

stanowczy, ale ciepły. 

- Beth, wczoraj wróciłem na przyjęcie z postanowieniem jak najszybszego 

wyjazdu z Illilawy - mówił cicho, zanurzając usta w jej włosach. - Pewna młoda 

kobieta zaczęła strasznie wyrzekać na życie na wyspie: że nie ma sklepów, kin, 

restauracji, że można umrzeć z nudów. Ty nie jesteś znudzona, prawda? 

- Nie. Tylko... samotna. 

- Ja też nie odczuwam braku wielkomiejskich atrakcji. To, na czym mi 

naprawdę zależy, znalazłem właśnie tutaj. Jedyną osobą, która przepełnia moje 

serce, wywołuje uśmiech na twarzy... 

R S

background image

 

- 130 -

- Ewan... 

- Słuchaj. Celia sprawiła, że straciłem radość życia. Dopiero przy tobie 

dowiedziałem się, że dzięki miłości można osiągnąć wszystko. I pomyślałem... - 

roześmiał się radośnie, beztrosko - pomyślałem, że Illilawa to absolutnie 

wspaniałe miejsce. Myślałem przede wszystkim o tobie. Ratując grindwale, nie 

mogłem się doczekać, kiedy wreszcie znajdzie się wolna chwila, żebym ci mógł 

powiedzieć... 

- Powiedzieć... co? - spytała cicho, a jej serce zadrżało. 

- Że zdarzył się cud, bo ofiarowałaś mi miłość, a ja w zamian daję ci 

swoją. Przez cały dzień czekałem, kiedy ci powiem, jak bardzo cię pragnę, Beth. 

Żadnej kobiety nie pragnąłem tak jak ciebie. Chcę cię poślubić i mieć z tobą 

dzieci. Nauczyłaś mnie żyć, jakimś cudem przywróciłaś mi dar kochania. 

Radość zdawała się ją obezwładniać, odebrała jej głos. 

- Wiesz, jaki obmyśliłem plan? 

- Plan? - zdziwiła się. 

- Rozmawiałem dziś z Fergusem Mackervaneyem i... on się zgodził. 

- Na co? 

- Sprzedał mi swoją farmę. On będzie zarządcą, zostaną więc z Lorną w 

swoim domu, a my zbudujemy nasz w drugiej części posiadłości. 

- Och, Ewan - szepnęła radośnie. - Mieszkać tutaj, z tobą... czegóż więcej 

można pragnąć? 

- To zależy, Beth - powiedział, ściskając ją mocniej. 

- Od czego? 

- Od tego, czy pewna zielonooka dziewczyna zgodzi się zostać moją żoną. 

Wyjdziesz za mnie? Dzielisz się ze mną miłością, ale ja chcę więcej: żebyś 

dzieliła ze mną życie. 

Spojrzał na nią z ledwo wyczuwalnym onieśmieleniem, może nawet z 

lękiem. Jakby nie miał pewności... 

- Ewan - szepnęła i to jedno słowo wystarczyło mu za wszystkie inne. 

R S

background image

 

- 131 -

Wyciągnęła ręce, żeby dotknąć jego twarzy, ale uprzedził ją, przyciągając 

do siebie. Pocałował ją mocno. Szeptała bezgłośnie jego imię. Ostatkiem sił 

próbowała oderwać się od jego ust, żeby dodatkowo przypieczętować ich szczę-

ście słowami. 

- Moje życie należy do ciebie. Jest już nie moje, lecz twoje, kochanie... 

 

                                         

 

R S


Document Outline