background image

CATHERINE COULTER

POSAŻNA PANNA MŁODA

background image

PROLOG

Vere Castle, 1807

W pobliżu Loch Leven, Półwysep Fife, Szkocja

Spoglądał przez wąskie okno na podwórzec swego zamku. Mimo że był już kwiecień, 

wiosna nie zagościła jeszcze na dobre, z wyjątkiem dziko kwitnącego wrzosu, który poprzez 

strzępy   mgły   bił   w   oczy   żywym   fioletem.   Szkocki   wrzos,   podobnie   jak   tutejsi   ludzie, 

rozkwitał nawet wśród nagich skał. Owego ranka nad kamiennymi  umocnieniami  wisiała 

gęsta mgła; zbita, szara i wilgotna. Z wysokości drugiego piętra okrągłej wieży północnej 

wyraźnie  słyszał głosy swoich ludzi - starą Marthę nawołującą kurczęta,  żeby sypnąć im 

ziarna,   Burniego   wrzeszczącego   co   tchu   w   płucach   na   młodego   Ostle'a,   który   był   jego 

siostrzeńcem i nowym chłopcem stajennym w jednej osobie. Słyszał, jak krzywonogi Crocker 

gniewa się na swego psa, Jerzego II, grożąc mu, że skopie tę ospałą kreaturę, chociaż wszyscy 

doskonale wiedzieli, że zabiłby każdego, kto by się ośmielił powiedzieć na Jerzego choć 

jedno   złe   słowo.   Ranek   rozbrzmiewa!   dźwiękami   znanymi   od   dzieciństwa.   Wszystko 

wydawało się takie, jak zwykle.

Ale takie nie było.

Odwrócił się od okna i podszedł do małego kamiennego kominka, wyciągając ręce w 

stronę płomieni. Był w swojej samotni. Nawet jego brat, Malcolm, kiedy jeszcze żył, trzymał 

się   z   dala   od   tego   pomieszczenia.   Pomimo   mizernego   ognia   w   pokoju   było   ciepło,   bo 

pokrywające ściany grube wełniane kilimy, utkane przez jego prababkę, skutecznie chroniły 

przed wilgocią i przeciągami. Zastanawiał się, jak to możliwe, że jego marnotrawny ojciec i 

przeklęty brat przeoczyli przepiękny dywan Aubusson pokrywający większą część kamiennej 

podłogi; był sporo wart i można by za niego choćby i tydzień grać w karty lub barłożyć z 

dziwkami, a nawet robić jedno i drugie. W każdym razie dywan i kilimy jakimś cudem ostały 

się. Ale niewiele więcej. Ponad kominkiem, na niemal sparciałym kilimie, wisiał herb rodu 

Kinross: Ranny, lecz Niezwyciężony.

On także był kiedyś prawie śmiertelnie ranny. Znalazł się w wielkich tarapatach i 

jedynym   ratunkiem   było   małżeństwo   z  dziedziczką,   i   to   natychmiastowe.   A  on   nie   miał 

ochoty na żeniaczkę. Prędzej wypiłby miksturę ciotki Arleth, niż poszedł do ołtarza.

Nie   miał   jednak   wyboru.   Długi   zaciągnięte   przez   ojca   i   zmarłego   starszego   brata 

pogrążyły go w rozpaczy. Był teraz jedyną osobą odpowiedzialną za rodzinne dobra. Był 

teraz nowym hrabią Ashburnham, przeklętym siódmym hrabią, pogrążonym w długach aż po 

swoją szlachetną szyję.

background image

Jeżeli nie zadziała szybko, wszystko zostanie stracone. Jego ludzie będą głodować 

albo   wyemigrują.   Jego   dom   popadnie   w   ruinę,   a   rodzina   pogrąży   się   w   nędzy.   Dobrze 

wiedział, że nie może na to pozwolić.

Spojrzał na swoje dłonie. Były silne, ale czy wystarczająco silne, aby ustrzec klan 

Kinrossów od skręcającego kiszki głodu, jaki stał się udziałem pradziada po roku 1746? Cóż, 

jego   pradziad   był   przebiegłym   człowiekiem,   szybko   przystosowującym   się   do   nowych 

okoliczności,   kumającym   się   z   kilkoma   potężnymi   hrabiami,   którzy   jeszcze   pozostali   w 

Szkocji.   Był   sprytny   i   nie   pogardzał   przemysłem;   te   kilka   groszy,   które   mu   pozostały, 

zainwestował   w   powstające   na   północy   Anglii   fabryki   żelaza   i   tekstyliów.   I   odniósł 

niewiarygodny   sukces,   o   jakim   nawet   nie   śnił.   Ale   odszedł,   tak   jak   wszyscy.   Na   swoje 

szczęście dożył sędziwego wieku, zadowolony z siebie, nie zdając sobie sprawy, że jego syn 

to nicpoń, który znów pogrąży Vere Castle w nędzy.

Do diabła, cóż to takiego żona, pomyślał,  a zwłaszcza Angielka? Jeśli zechce,  po 

prostu zamknie ją w jednej z wilgotnych komnat i ukryje klucz. Jeżeli okaże się dumna i 

nieugięta, będzie ją po prostu bił. Krótko mówiąc, ze swoją przeklętą żoną będzie mógł robić, 

co tylko zechce. A może dopisze mu szczęście i okaże się bezwolna jak owca, pozbawiona 

sprytu niczym krowa i łagodna jak koza, której największą przyjemnością jest przeżuwanie 

starych butów. Jakakolwiek mu się trafi, da sobie z nią radę. Nie ma innego wyjścia.

Colin Kinross, siódmy hrabia Ashburnham,  wyszedł  ze swego pokoju na szczycie 

północnej   wieży.   Następnego   ranka   wyruszył   do   Londynu   na   poszukiwanie   panny 

posiadającej posag równy skarbowi Aladyna.

background image

ROZDZIAŁ 1

Londyn, 1807

Sinjun spostrzegła go po raz pierwszy w środę wieczorem, w połowie maja, w sali 

balowej na raucie wydawanym przez Księcia i Księżną Portmaine. Znajdował się o jakieś 

trzydzieści   stóp   od   niej,   częściowo   przesłonięty   bujnie   rozrośniętą   palmą,   ale   to   jej   nie 

przeszkadzało.   Widziała  go  wystarczająco   wyraźnie  i  nie  mogła  od  niego  oderwać  oczu. 

Śledziła każdy jego gest, gdy wdzięcznie zbliżył się do grupki dam, skłonił przed jedną z nich 

i zaprosił do kotyliona. Był słusznego wzrostu; dama sięgała mu zaledwie do ramienia. Chyba 

że owa dama była karlicą, ale Sinjun mocno w to wątpiła. Z pewnością był wysoki, o wiele 

wyższy niż ona sama, Bogu niech będą dzięki.

Wpatrywała się w niego, nie wiedząc dlaczego to robi i nie troszcząc się o powód, aż 

poczuła dłoń na ramieniu. Uderzyła tę dłoń i odeszła z oczami utkwionymi w nieznajomym. 

Usłyszała za sobą kobiecy głos, ale się nie obejrzała. Nieznajomy uśmiechał się do swojej 

partnerki i Sinjun poczuła, że w jej wnętrzu coś się poruszyło. Podeszła bliżej, okrążając 

parkiet. Mężczyzna tańczył teraz oddalony o niecałe trzy metry od niej i Sinjun uznała, że jest 

wspaniały   -   równie   wysoki   jak   jej   brat   Douglas   i   podobnej   masywnej   budowy:   z 

kruczoczarnymi,   ciemniejszymi   niż   u   Douglasa,   włosami,   a   jego   oczy   -   dobry   Boże   - 

mężczyzna   nie   powinien   mieć   takich   oczu.   Były   intensywnie   ciemnoniebieskie;   bardziej 

niebieskie   niż   szafiry   w  naszyjniku,   który   Douglas   ofiarował   Alex   na   urodziny.   Gdybyż 

znajdowała się dość blisko, by go dotknąć, aby przyłożyć palce do dołka w jego brodzie, 

pogładzić te jego lśniące włosy. Wiedziała, że będzie szczęśliwa, mogąc na niego patrzeć do 

końca   życia.   Oczywiście   to   szalona   myśl,   niemniej   jednak   prawdziwa.   Był   dobrze 

zbudowany; mając dwóch starszych braci znała się na tym. O tak, posiadał ciało atlety, silne, 

twarde   i   nabite,   i   był   młody,   prawdopodobnie   młodszy   niż   Ryder,   który   właśnie   zaczął 

trzydziesty rok życia. Cichy, natarczywy głosik mówił jej, że jest głupia, że powinna spojrzeć 

na sprawę realistycznie, skończyć z tym zaślepieniem, bo przecież to tylko mężczyzna, taki 

jak   wszyscy   inni,   i   pomimo   wspaniałej   aparycji,   najprawdopodobniej   obdarzony   podłym 

charakterem.   Lub,   co   gorsza,   jest   kompletnym   nudziarzem   albo   pozbawionym   rozumu 

głupkiem, z którym nie można porozmawiać, albo ma popsute zęby. Lecz nie, bo właśnie 

odrzucił do tyłu głowę i roześmiał się serdecznie, ukazując piękne, równiutkie, białe zęby, a 

co   więcej,   ów   śmiech   świadczył   według   niej   o   wielkiej   inteligencji   -   wspaniały   głęboki 

śmiech, zupełnie jak jego oczy, a czyż one nie świadczyły o inteligencji? Tak, lecz mimo 

wszystko mógł być moczymordą albo hazardzistą lub rozpustnikiem, czy Bóg jeszcze wie 

background image

kim.

Ale ona o to nie dbała. Po prostu wpatrywała się w niego. Poczuła wielkie pragnienie - 

pragnienie, którego nie pojmowała.

Wreszcie kotylion dobiegi końca, a on skłonił się przed swoją partnerką i odprowadził 

ją na miejsce, po czym przyłączył się do grupki rozmawiających dżentelmenów. Powitali go 

głośnymi, radosnymi okrzykami. A więc cieszył się popularnością wśród innych mężczyzn, 

zupełnie jak jej bracia, Douglas i Ryder. Ku jej rozczarowaniu, panowie przeszli do pokoju, w 

którym grano w karty.

Znowu poczuła dłoń na ramieniu.

- Sinjun?

Obejrzała się z westchnieniem.

- Tak?

- Dobrze się czujesz? - dopytywała się jej szwagierka, Alex. - Stoisz tu jak posąg. Już 

raz próbowałam cię zagadnąć, ale ty w ogóle nie zareagowałaś.

- Nic mi nie jest - odparła Sinjun, spoglądając na miejsce, w którym widziała go po raz 

ostatni.

A   potem   usłyszała   męski   śmiech   i   wiedziała,   że   to   on   się   roześmiał,   czysto   i 

dźwięcznie. Ów śmiech napełnił ją ciepłem i podnieceniem, sprawił, że to coś w jej wnętrzu 

znów się poruszyło. Czuła to w calutkim ciele.

Żaden   mężczyzna   nie   mógł   być   tak   doskonały,   by   wprawić   ją   w   zachwyt   od 

pierwszego wejrzenia. Nie, to zupełnie niemożliwe. Nie była przecież ani głupia, ani naiwna, 

ani   niedoświadczona,   miała   wszakże   dwóch   starszych   braci,   celujących   w   bezwstydnym 

zachowaniu i odzywkach.

- Sinjun, co się z tobą dzieje? Masz jakieś zmartwienie?

Westchnęła   głęboko   i   postanowiła   zamknąć   usta   na   kłódkę,   co   całkowicie   nie 

zgadzało   się   z   jej   usposobieniem.   Lecz   to   co   czuła,   było   takie   nowe,   takie   nieznane... 

Uśmiechnęła się szeroko.

- Podoba mi się ta księżna Portmaine. Błagała mnie, żebym się do niej zwracała per 

Brandy   i   nie   wymawiała   tego   okropnego   imienia   Brandella.   Nie   uważasz,   że   to   bardzo 

sprytne zdrobnienie? - Sinjun nachyliła się do ucha szwagierki. - I spójrz na jej biust. Jeszcze 

bardziej imponujący niż twój. Jest oczywiście nieco starsza od ciebie, jak przypuszczam.

W odpowiedzi usłyszała głośny śmiech swego brata, Douglasa:

-   Na   Boga,   Sinjun,   nie   przypuszczasz   chyba,   że   wiek   jest   tutaj   decydującym 

czynnikiem? Myślisz, że lata przydają kobiecie wdzięków? Mój Boże, koło sześćdziesiątki 

background image

Alex nie będzie w stanie spojrzeć na własne nogi. Ale to mnie zachęca do bliższych oględzin 

księżnej. I jako starszy brat muszę ci zwrócić uwagę, Sinjun, że twoja uwaga na temat atutów 

księżnej i braków Alex jest całkowicie nie na miejscu.

Sinjun także się roześmiała, słysząc słowa brata, który ciągnął żałobnym tonem:

- Zawsze myślałem, że jesteś najszczodrzej wyposażoną damą w całej Anglii. Być 

może jednak dotyczy to tylko południowej części Anglii. A może wiedziesz prym tylko w 

najbliższym sąsiedztwie Northcliffe Hall. Jak mogłem się aż tak pomylić!

Jego oddana małżonka trąciła Douglasa w ramię.

- Proponuję, żebyś zajął się swoimi sprawami, mój panie, i pozostawił księżnę i jej 

biust księciu.

- Otóż to - zgodził się hrabia i zwrócił ku siostrze, która wydała mu się jakaś inna niż 

zwykle. Wcześniej tego wieczoru wyglądała normalnie, ale teraz zaszła w niej jakaś zmiana. 

Sprawiała   wrażenie   roztargnionej,   tak,   właśnie   tak,   i   to   było   dziwne,   naprawdę   bardzo 

dziwne. Zazwyczaj Sinjun była przejrzysta niczym woda w stawie, na jej wyrazistej twarzy 

malowały się wszelkie emocje; ale teraz trudno było zgadnąć, o czym rozmyśla. Wytrąciło go 

to   z   równowagi.   I   Douglas   raptem   poczuł   się   tak,   jakby   zupełnie   nic   znał   tej   wysokiej, 

całkiem ładnej młodej damy.

- I jak tam, brzdącu, dobrze się bawisz? - zagadnął obojętnym tonem. -Ostatni kotylion 

był jedynym tańcem, którego nie tańczyłaś.

- Ona ma dziewiętnaście lat - stwierdziła Alex. - Z całą pewnością nie powinieneś 

nazywać jej brzdącem.

- Nawet jeśli nadal odgrywa Ducha Dziewicy, żeby nie dać mi pospać?

Podczas   gdy   Alex   i   Douglas   sprzeczali   się   na   temat   nieszczęsnego   ducha 

siedemnastowiecznej   dziewicy   z   Northcliffe   Hall,   Sinjun   miała   czas   do   namysłu   i 

zdecydowała,   co   ma   im   powiedzieć.   Kiedy   wreszcie   zamilkli,   podeszła   do   brata   i 

oświadczyła:

- Ani mi w głowie duchy, przynajmniej w Londynie. Och, nadchodzi Lord Castlebaum 

ze swoją mamusią. Zapomniałam, że zamówił u mnie taniec. Okropnie się poci i ma wilgotne 

ręce...

- Wiem. Jest również bardzo sympatycznym młodym człowiekiem. Ale, Sinjun - dodał 

Douglas, pospiesznie unosząc dłoń, aby ją zatrzymać. - Nawet gdyby w ogóle się nie pocił, 

wcale nie musisz od razu za niego wychodzić. Postaraj się zaakceptować jego skłonność do 

pocenia   się   oraz   miłe   usposobienie,   i   po   prostu   dobrze   się   baw.   Pamiętaj,   że   jesteś   w 

Londynie dla przyjemności i nic poza tym. Nie słuchaj, co mówi matka.

background image

Sinjun westchnęła ciężko.

- Matka - powtórzyła. - Trudno jej nie słuchać. Wciąż mi powtarza, że muszę sama 

doprowadzić   się  do  ołtarza,  bo  w  przeciwnym   razie  zostanę   odstawiona  na   półkę.  Półkę 

Staropanieństwa. Stale wylicza mi okropieństwa związane z niezamężnym stanem, łącznie z 

tym, że po jej śmierci stanę się popychadłem w domu Alex. Zauważyła nawet, że wydłużyła 

mi się szczęka. A kiedy spojrzałam w lustro, ze zgrozą stwierdziłam, że faktycznie, moje 

siekacze stały się nieco dłuższe.

- Nie słuchaj jej. To ja jestem głową rodziny Sherbrooke'ów. Masz się bawić, śmiać i 

flirtować, ile dusza zapragnie. A jeżeli nie znajdziesz dżentelmena, który ci się spodoba, to 

nic nie szkodzi.

Głos starszego brata brzmiał surowo i bardzo władczo, więc Sinjun zmusiła się do 

uśmiechu.

- Mam już dziewiętnaście lat, a to niezbicie oznacza, że powinnam wkrótce wyjść za 

mąż lub co najmniej znaleźć sobie narzeczonego. Matka suszy mi głowę, że Alex w wieku 

dziewiętnastu lat wyszła za ciebie. A potem dodaje, że Sophie miała szczęście schwytawszy 

Rydera w ostatniej chwili, mając prawie dwadzieścia lat, bo inaczej zostałaby starą panną do 

końca życia. Twierdzi, że poślubienie Rydera było najmądrzejszą rzeczą, jaką Sophie mogła 

uczynić. Na dodatek to jest już mój drugi sezon. Matka mówi, że powinnam trzymać język za 

zębami, bo panowie nie lubią kobiet, które wiedzą więcej od nich. Powiada, że to ich skłania 

do picia i hazardu.

Douglas bąknął coś niewyraźnie i nie bardzo elegancko.

Sinjun roześmiała się, ale był to śmiech pozbawiony wesołości.

- Cóż, nigdy nie wiadomo.

-   Wiem   jedno.   Matka   z   pewnością   za   dużo   gada.   Słuchając   brata,   Sinjun   ujrzała 

oczyma wyobraźni tamtego nieznajomego mężczyznę i tym razem uśmiechnęła się szczerze, 

a jej oczy stały się cieple i rozmarzone. Spostrzegła, że jej szwagierka, Alex, przypatruje się 

jej z uwagą i zaciekawieniem.

- Gdybyś mnie potrzebowała, zawsze cię chętnie wysłucham, Sinjun - powiedziała 

Alex.

-   Może   już   wkrótce.   Ach,   oto   i   Lord   Castlebaum   o   wilgotnych   dłoniach.   Ale 

przynajmniej dobrze tańczy. Zobaczymy się później.

Rozglądając się za owym nieznajomym, trzykrotnie nastąpiła Lordowi Castlebaumowi 

na palce. Wreszcie zaczęła podejrzewać, że oszukały ją własne oczy, bo żaden mężczyzna nie 

mógł być aż tak niesłychanie wspaniały.

background image

Ale tej nocy śniła o nim. Byli razem, a on śmiał się i stał blisko niej, dotykał palcami 

jej policzka.  Wiedziała,  że go pragnie i nachylała  się, bo miała  ochotę  go dotknąć,  i jej 

spojrzenie wyrażało wszystkie uczucia, a on to zauważył i teraz już miał pewność. Obrazy 

łagodniały,  kontury zacierały się, kolory stapiały,  a ich ciała  splatały się ze sobą. Sinjun 

obudziła się przed świtem. Serce biło jej gwałtownie, była spocona. Czuła się osłabiona i 

omdlewająca. W głębi brzucha odezwał się dziwny ból. Wiedziała, że przyśniło jej się owo 

tajemnicze „uprawianie miłości”, ale tylko w niewyraźnych zarysach. Musiała jednak odkryć 

tę tajemnicę, poznać pięknego nieznajomego, spleść się z jego ciałem. Żałowała, że nie zna 

jego imienia, bo taka intymność z bezimiennym mężczyzną wydawała się jej nie na miejscu.

Po raz drugi ujrzała go trzy dni później, na wieczorku muzycznym, w domu państwa 

Ranleagh   przy   Carlysle   Square.   Mediolańska   śpiewaczka   o   bardzo   donośnym   sopranie 

uderzała pięścią w fortepian, podczas gdy wiedeński akompaniator usiłował trafić drżącymi 

palcami w klawisze i wydobyć z instrumentu mocne brzmienie. Sinjun wkrótce poczuła nudę 

i niepokój. Aż nagle dosięgła ją jakaś dziwna fala i Sinjun wiedziała, po prostu wiedziała, że 

to on wszedł do pokoju. Odwróciła się ostrożnie. Rzeczywiście, to był on. Na jego widok 

wstrzymała   oddech.   Zdejmował   właśnie   czarny   płaszcz   i   mówił   coś   cicho   do   innego 

dżentelmena.  Wydał  jej się jeszcze  wspanialszy niż na balu u Portmaine'ów. Był  cały w 

czerni, z wyjątkiem śnieżnobiałej batystowej koszuli. Gęste włosy miał zaczesane do tyłu; 

może nieco zbyt długie, jak na ówczesną modę, ale Sinjun uznała je za skończenie doskonałe. 

Zajął miejsce po przekątnej, tak więc, zwracając się profilem do zawodzącej  śpiewaczki, 

Sinjun mogła patrzeć na niego do woli. Usiadł i zastygł bez ruchu. Pozostał niewzruszony 

nawet   wówczas,   gdy   śpiewaczka   nabrała   powietrza   w   płuca   i   wyciągnęła   przenikliwe 

wysokie  C. To mężczyzna  odznaczający się odwagą i hartem ducha, pomyślała  Sinjun z 

aprobatą. Dobrze wychowany i o nieskazitelnych manierach.

Palce   ją   świerzbiły,   by   dotknąć   dołka   w   jego   brodzie.   Stwierdziła,   że   posiada 

wyrazisty i mocny podbródek, że jego nos jest wąski i ma szlachetny kształt, a jego usta 

sprawiają, że ogarniają ochota... nie, musi się opanować. Przez chwilę powróciły sceny ze snu 

i zrozumiała, że jest stracona. Na Boga, przecież on mógł być żonaty lub zaręczony. Udało jej 

się zachować pozory spokoju do chwili, gdy wreszcie przeniesiono się do jadalni.

Sinjun   zajęła   miejsce   obok   przyjaciela   Douglasa   z   Klubu   Czterech   Koni,   Lorda 

Clintona, który jej towarzyszył.

- Kim jest tamten mężczyzna, Thomas? Wysoki, z bardzo czarnymi włosami? O tam, z 

tymi trzema.

z których żaden nie jest równie wysoki, ani równie wspaniały.

background image

Thomas Mannerly, czyli Lord Clinton, spojrzał w kierunku, który mu wskazywała. 

Miał krótki wzrok, ale dojrzał kogo trzeba. Mężczyzna był bardzo wysoki i stanowczo zbyt 

dobrze zbudowany.

-   Ach,   to   Colin   Kinross.  Od   niedawna   w   Londynie.   Jest   hrabią   Ashbumham   i 

Szkotem. - Ostatnie słowo wypowiedziane zostało z odrobina, pogardy.

- Co robi w Londynie?

Thomas spojrzał na śliczną dziewczynę u swego boku, która niemal dorównywała mu 

wzrostem, co z pewnością było nieco deprymujące, ale przecież nie musiał się z nią żenić, a 

tylko towarzyszył jej podczas wieczoru.

- Na Boga, Sinjun, chyba  cię nie obraził?  - zapytał  troskliwie, strzepując sobie z 

rękawa nieistniejący pyłek. - Ci przeklęci Szkoci to barbarzyńcy, nawet jeżeli kształcili się w 

Anglii, jak to było w jego przypadku.

-  O,  nie.  Spytałam   ot  tak,  z ciekawości.   Paszteciki   z  homara   są bardzo  smaczne, 

prawda?

Lord przyznał jej rację, a Sinjun pomyślała: przynajmniej wiem, jak się nazywa. To 

już coś. Miała ochotę krzyczeć z radości. Thomas Mannerly spojrzał na nią właśnie w tym 

momencie i na widok najpiękniejszego uśmiechu, jaki widział w całym swoim życiu, zaparło 

mu   dech   w   piersi.   Zapomniał   o   pasztecikach   z   homarem.   Powiedział   jej   coś,   coś 

nienagannego i odrobinę intymnego, i ze smutkiem stwierdził, ze w ogóle go nie słuchała. 

Wpatrywała się, jeżeli się nie mylił, w tego przeklętego Szkota.

Sinjun zasępiła się. Musi dowiedzieć się o nim czegoś więcej. T dlaczego ten Thomas 

Mannerly nie jest tym zachwycony?

Tego wieczoru nie udało jej się dowiedzieć niczego więcej o Colinie Kinrossie, ale nie 

rozpaczała z tego powodu. Wkrótce nadejdzie czas. żeby działać.

*

Douglas   Sherbrooke,   hrabia   Northcliffe,   siedział   w   bibliotece   wtulony   w   swój 

wygodny,   skórzany   fotel   i   czytał   „London   Gazette”,   kiedy   przypadkowo   uniósł   wzrok   i 

dostrzegł   stojącą   w   drzwiach   siostrę.   Czemuż   ona,   do   diabła,   stoi   w   progu?   Zazwyczaj 

wkraczała   radośnie   śpiewając,   śmiejąc   się   i   szczebiocząc,   zanim   jeszcze   zwrócił   na   nią 

uwagę;   i   Douglas   uśmiechnął   się   na   myśl,   że   taka   była   beztroska,   śliczna   i   niewinna. 

Zazwyczaj pochylała się nad nim, całowała w policzek i mocno obejmowała. Ale teraz się nie 

śmiała. Dlaczego, u diabła, wygląda tak zupełnie inaczej? Jakby zrobiła coś niewiarygodnie 

złego? Zmarszczył czoło.

background image

- O co chodzi, brzdącu? Nie, jesteś już w zbyt zaawansowanym wieku, by nazywać cię 

brzdącem. , A więc, moja droga, wejdź, wejdź. Co się stało? Alex mówiła, że coś cię bardzo 

zaprząta. Wyrzuć to z siebie. Nie podoba mi się twoje zachowanie. Jakbyś nie była sobą. To 

mnie niepokoi.

Sinjun powoli weszła do biblioteki. Było już bardzo późno, prawie północ. Douglas 

wskazał jej fotel obok swojego. To dziwne, myślała podchodząc do brata. Zawsze zdawało jej 

się, że Douglas i Ryder są najprzystojniejszymi mężczyznami na całym świecie. Myliła się. 

Żaden z nich nawet się nie umywał do Colina Kinrossa.

- Sinjun, zachowujesz się jakoś dziwnie. Nie poznaję cię. Źle się czujesz? A może 

matka znów ci dokuczyła?

Pokręciła głową i odpowiedziała:

- Dokuczyła, ale to nic nowego, a poza tym zawsze mi powtarza, że to dla mego 

dobra.

- Porozmawiam z nią jeszcze raz.

- Douglas.

Zamilkła, a on nie wierzył własnym oczom: jego siostra wpatrywała się we własne 

stopy i mięła w palcach muślinową spódnicę.

- Mój Boże - powiedział powoli, bo w końcu rozjaśniło mu się w głowie. - Poznałaś 

jakiegoś mężczyznę.

- Nie, nie poznałam.

-   Sinjun,   wiem,   że   nie   żyjesz   ponad   stan.   Nie   szastasz   pieniędzmi   i   za   kilka   lat 

będziesz bogatsza ode mnie. Matka trochę ci dokucza, ale przeważnie spływa to po tobie jak 

woda   po   gęsi.   Prawdę   mówiąc,   nic   sobie   z   niej   nie   robisz.   Alex   i   ja   kochamy   cię 

bezgranicznie i robimy wszystko, żeby ci było jak najlepiej. W przyszłym tygodniu przyjadą 

Ryder i Sophie...

- Wiem jak się nazywa, ale go nie poznałam!

- Ach, tak - powiedział Douglas, opadając na oparcie fotela, uśmiechając się i splatając 

palce. - I jak się nazywa?

- Colin Kinross i jest hrabią Ashburnham. To Szkot.

Douglas zmarszczył  brwi. Przez chwilę miał nadzieję, że spodobał jej się Thomas 

Mannerly. Omylił się.

-   Znasz   go?   Czy   jest   żonaty?   Zaręczony?   Czy   jest   hazardzistą?   Zabił   kogoś   w 

pojedynku? Czy jest kobieciarzem?

- Zawsze musisz być oryginalna, prawda, Sinjun? Szkot! Nie, nie znam go. Ale skoro 

background image

go nawet nie poznałaś, to dlaczego jesteś nim tak bardzo zainteresowana?

-   Nie   wiem.   -   Zamilkła   i   sprawiała   wrażenie   niesłychanie   wrażliwej.   Wzruszyła 

ramionami, usiłując zachowywać się jak zazwyczaj, i dodała: - Po prostu tak jest.

- W porządku - powiedział Douglas przyglądając się jej. - Dowiem się wszystkiego o 

tym Colinie Kinrossie.

- Ale nikomu nie powiesz, prawda?

- Powiem tylko Alex, ale nikomu więcej.

- Nie przeszkadza ci, że to Szkot, prawda?

- Nie, dlaczego miałoby mi przeszkadzać?

- Thomas Marmerly mówił o nim z lekką pogardą, nazwał go barbarzyńcą.

-   Ojciec   Thomasa   jest   święcie   przekonany,   że   prawdziwy   dżentelmen   musi   być 

zrodzony w czystym,  niczym nie skażonym powietrzu Anglii. Wygląda na to, ze Thomas 

przejął te bezsensowne, arystokratyczne brednie.

- Dziękuję, Douglasie. - Sinjun pochyliła się i ucałowała brata w policzek.

Marszcząc czoło patrzył, jak wychodziła z biblioteki. Przeciwko Szkotowi miał tylko 

jedno, Sinjun będzie mieszkała bardzo daleko od rodziny.

Wkrótce on również poszedł na górę. W sypialni zastał Alex szczotkującą włosy przy 

toaletce. Wymieniu w lustrze uśmiechy i Douglas zaczął się rozbierać.

Alex przestała się czesać, odłożyła szczotkę i zwróciła się w stronę męża.

- Będziesz mi się przyglądać aż się całkiem rozbiorę - spytał.

Skinęła głową z uśmiechem.

- Sprawdzasz, czy nie przybrałem na wadze? Chcesz sprawdzić, czy nadal jestem 

szczupły i wszystkie części ciała mam na miejscu?

Uśmiechnęła się szerzej, a potem potrząsnęła głową i powiedziała:

- O, nie. Myślę, że wszystko jest w idealnym stanie. Tak było ostatniego wieczoru i 

dzisiaj rano i... - zachichotała.

Rozebrał się do naga, podszedł do żony, wziął ją na ręce i zaniósł do łóżka.

Kiedy znów mógł mówić, wyciągnął się obok Alex i oznajmił:

- Nasza Sinjun jest zakochana.

-   Ach,   więc   dlatego   tak   dziwnie   się   zachowywała   -   odparła,   ziewając   szeroko,   i 

podparła się na łokciu.

- On nazywa się Colin Kinross.

- Dobry Boże.

- Co takiego?

background image

- Ktoś pokazał mi go na wieczorze muzycznym.  Wygląda  na bardzo silnego i na 

uparciucha.

- Odgadłaś to wszystko na pierwszy rzut oka?

- Jest słusznego wzrostu, może nawet wyższy od ciebie. To dobrze, bo jak na kobietę, 

Sinjun jest bardzo wyrośnięta. Bezwzględny, oto, co chciałam powiedzieć. Sprawia wrażenie 

kogoś, kto zrobi wszystko, aby zdobyć to, czego zapragnie.

- Alex, nie możesz wiedzieć tego wszystkiego tylko na kogoś patrząc. A teraz, jeżeli 

nie przestaniesz gadać głupstw, zabiorę ci ubranie na całe dwa dni.

- Nic o nim nie wiem, Douglasie.

- Jest wysoki i wygląda na twardego. Bezlitosnego. Bardzo dobry początek.

- Sam się przekonasz, że mam rację - roześmiała się Alex. - Mój ojciec pogardza 

Szkotami. Mam nadzieję, że ty nie masz nic przeciwko nim.

- Nie, nic mam. Sinjun powiedziała mi, że jeszcze go nie poznała.

-   Wkrótce   go   pozna.   Nie   mam   co   do   tego   wątpliwości.   Jest,   jak   wiesz,   bardzo 

przedsiębiorcza.

-   Na   razie   będę   się   starał   jak   najwięcej   dowiedzieć   na   temat   tego   szkockiego 

dżentelmena. Bezwzględny, powiadasz. Hmmm...

Następnego wieczoru Sinjun miała ochotę tańczyć  z radości. Douglas zabierał ją i 

Alexandrę do Teatru Drury Lane na  Makbeta.  Jako Szkot i Kinross, z tłumem kuzynów o 

nazwiskach MacJakiśtam, on na pewno lam będzie. Przedstawienie premierowe. Na pewno, 

och, na pewno tam będzie. Ale jeśli przyjdzie w towarzystwie damy? A jeśli... Nie będzie o 

tym   myślała.   Spędziła   całą   godzinę   na   przygotowaniach   do   wyjścia,   aż   w   końcu   jej 

pokojówka, Doris, z aprobatą skinęła głową.

- Pięknie panienka wygląda - powiedziała wiążąc jasnoniebieską wstążkę na włosach 

Sinjun. Dokładnie w kolorze jej oczu.

Spoglądając po raz ostatni  na swoje odbicie w lustrze, Sinjun uznała, że wygląda 

zupełnie   nieźle.   Miała   na   sobie   suknię   z   ciemnoniebieskiego   jedwabiu   oraz   jaśniejszą 

narzutkę.   Rękawy   były   krótkie   i   bufiaste,   a   poniżej   biustu   udrapowano   jasnoniebieską, 

aksamitną szarfę. Sinjun była wysoka i szczupła i miała jasną cerę. Dekolt odsłaniał tylko 

odrobinę przedziałka między piersiami, bo Douglas był w tym względzie nieustępliwy. Tak, 

wyglądała zupełnie nieźle.

Zobaczyła go dopiero w antrakcie. Kuluary Teatru Drury Lane zapełniał tłum dobrze 

urodzonych widzów, którzy plotkowali, żartowali, a za ich biżuterię można by przez okrągły 

rok żywić mieszkańców kilkunastu angielskich wiosek. W kuluarach było  bardzo gorąco. 

background image

Kilku nieszczęsnych widzów miało ubrania zakapane woskiem, spływającym z setek świec, 

umieszczonych w kandelabrach. Douglas opuścił swoje damy, aby im przynieść szampana. 

Do   Alex   podeszła   przyjaciółka   i   Sinjun   skorzystała   z   okazji,   by   się   rozejrzeć   za   swoim 

Szkotem,   bo   tak   go   teraz   nazywała.   Ku   swemu   zachwytowi,   podnieceniu   i   przerażeniu, 

spostrzegła   go   stojącego   jakieś   trzy   metry   za   nią   i   pogrążonego   w   rozmowie   z   Lordem 

Brassleyem, przyjacielem Rydera. Brass był chudym jak szczapa i dobrotliwym człowiekiem, 

który, co mu się chwaliło, otaczał żonę większym luksusem niż kochanki.

Serce   Sinjun   biło   jak   oszalałe.   Odwróciła   się   w   stronę   Szkota   i   ruszyła   w   jego 

kierunku. Wpadła na otyłego dżentelmena i przeprosiła go. Szła dalej. Była w odległości 

metra od Colina, gdy usłyszała, jak się roześmiał, a potem powiedział Lordowi Brassleyowi:

- Na miłość boską, Brass, cóż ja mam, do diabła, począć? To takie Smutne - nigdy w 

życiu   nie   widziałem   takich   przerażających   gęsi,   stoją   pozbijane   w   stadka;   rozgadane, 

chichoczące i afektowane. To niesprawiedliwe, po prostu niesprawiedliwe. Muszę się ożenić 

z posażną dziedziczką albo stracę wszystko, co posiadam, z winy tych dwóch łajdaków - ojca 

i starszego brata. A bogate samiczki, które napotykam, po prostu mnie przerażają.

- Ależ drogi przyjacielu, istnieją także inne samiczki, które wcale nie są przerażające - 

odparł Lord Brassley ze śmiechem. - Samiczki, z którymi możesz się zabawić, wcale ich nie 

poślubiając. Po prostu ciesz się ich towarzystwem. Odprężysz się przy nich, Colin, a z tego, 

co widzę, odprężenie jest ci bardzo potrzebne - Klepnął Kinrossa po plecach. - A co do 

dziedziczkę, bądź cierpliwy, mój chłopcze, bądź cierpliwy!

- Ha, cierpliwy!  Z każdym  dniem jestem coraz bliższy bankructwa. A co do tych 

innych kobietek, do diabła, one zechcą korzystać z majątku, którego ja nie posiadam i będą 

oczekiwać,   że   z   wdzięczności   obsypię   je   deszczem   błyskotek.   Nie,   nie   mam   czasu   na 

rozrywki, Brass. Muszę sobie znaleźć dziedziczkę, i to taką, która będzie w miarę urodziwa.

Jego głos miał głębokie, łagodne brzmienie i przepełniony był humorem oraz sporą 

dawką sarkazmu. Lord Brassley roześmiał się, skinął przyjacielowi dłonią i odszedł. Sinjun, 

nie namyślając się wiele, zbliżyła się do Szkota, stanęła na wprost niego, a kiedy jego piękne 

ciemnoniebieskie oczy spoczęły wreszcie na jej twarzy, a czarne brwi uniosły się pytająco, 

wyciągnęła do niego rękę i powiedziała wyraźnie:

- Jestem dziedziczką.

background image

ROZDZIAŁ 2

Colin Kinross, siódmy hrabia Ashburnham, wpatrywał się w młodą kobietę, stojącą 

naprzeciw,   z   wyciągniętą   do   niego   ręką   i   spoglądającą   szczerze,   i   o   ile   się   nie   mylił,   z 

pewnym   podnieceniem.   Poczuł   się   zbity  z   pantałyku,   jakby  to   określił   Filip,   i   zagrał   na 

zwłokę, aby dojść do siebie.

- Proszę mi wybaczyć. Co pani powiedziała? Sinjun powtórzyła bez wahania, głośno i 

wyraźnie:

- Jestem dziedziczką. Powiedział pan, że potrzebuje pan na żonę posażnej dziedziczki.

- I jest pani zupełnie apetyczna - odparł powoli z udawaną wesołością, wciąż starając 

się zyskać na czasie.

- Cieszę się, że tak pan uważa.

Patrzył na wyciągniętą ku niemu rękąa potem bezwiednie ją uścisnął. Powinien był 

podnieść dłoń  do ust,  ale ręka  była  wyprostowana  jak u mężczyzny,  więc po prostu nią 

potrząsnął. Silna dłoń, pomyślał, szczupłe palce, bardzo białe, zdecydowane.

- Gratuluję - powiedział. - Że jest pani dziedziczką. A na dodatek urodziwą. Ach, 

proszę mi wybaczyć, Ashburnham, już pani wie.

Uśmiechnęła się do niego z wielkim uczuciem. Jego głos był wspaniały, głęboki i 

wesoły, bardziej uwodzicielski niż głosy jej obydwu braci. Bracia nie umywali się do tego 

cudownego mężczyzny.

- Tak, wiem. Jestem Sinjun Sherbrooke.

- Ma pani dziwne imię. Męskie przezwisko.

- Tak. Brat mnie tak ochrzcił, kiedy w wieku dziewięciu lat spróbowałam spalić się na 

stosie. Naprawdę mam na imię Joan, a on chciał z tego zrobić Saint Joan, i wyszło Sinjun, jak 

od Saint John, i tak już pozostało.

- Wolę Joan. Podoba mi się. Jest kobiece. - Colin z zakłopotaniem przeczesał palcami 

włosy,   zdawał  sobie  sprawę, że  to  co  powiedział   jest  śmieszne  i  w ogóle  nie  pasuje do 

sytuacji. - Jestem zaskoczony, naprawdę. Pani mnie nie zna, a ja nie znam pani. Słowo daję, 

że nie rozumiem, dlaczego pani to zrobiła.

Jej jasnoniebieskie oczy zalśniły jak niebo w letni poranek.

- Zobaczyłam  pana na balu u Portmainów  - powiedziała  wyraźnie.  - A potem na 

wieczorze muzycznym u Ranleaghów. Jestem dziedziczką. A pan musi poślubić dziedziczkę. 

Jeżeli nie jest pan trollem, chodzi mi, oczywiście, o przewrotność charakteru, to nic nie stoi 

na przeszkodzie, żebyśmy się pobrali.

background image

Colin   Kinross,   Ashburnham,   lub,   dla   przyjaciół,   po   prostu   Ash,   wpatrywał   się   w 

dziewczynę, która zdawała się nic widzieć poza nim świata.

- To najdziwaczniejsza rzecz, jaka mi się kiedykolwiek zdarzyła - powiedział. - Może 

poza tym, jak w Oksfordzie żona dziekana chciała się ze mną kochać, podczas gdy jej mąż 

wykładał łacinę moim przyjaciołom w pokoju obok. Na dodatek chciała, żeby drzwi zostały 

otwarte na oścież, tak aby kochając się ze mną, mogła widzieć swego męża.

- I co pan zrobił?

- Jak to co? Ach, czy się z nią kochałem? - Zakaszlał przywołując się do porządku. - 

Nie pamiętam - powiedział surowym tonem, marszcząc nagle brwi.

- Zresztą był to incydent wart zapomnienia. Sinjun westchnęła.

- Moi bracia ufają mi, ale pan mnie nie zna, więc nie mogę oczekiwać, że powie mi 

pan coś więcej. Wiem, że nie jestem pięknością, ale wyglądam znośnie. To już mój drugi 

sezon,   a   nawet   się   nie   zaręczyłam,   i   moje   imię   nie   jest   łączone   z   imieniem   żadnego 

mężczyzny, jednak jestem bogata i mam miłe usposobienie.

- Nie mogę się zgodzić z wszystkimi pani opiniami.

- Być może spotkał pan już damę z odpowiednim posagiem.

-   Szczere   postawienie   sprawy,   co?   -   zapytał   z   szerokim   uśmiechem.   -   Nie,   nie 

spotkałem, i podejrzewam, że pani dobrze o tym wie, bo podsłuchała pani, jak się uskarżałem 

Brassowi.   Prawdę   powiedziawszy,   jest   pani   najładniejszą   młoda   damą   z   wszystkich 

dotychczas przeze mnie poznanych. Jest pani wysoka. Nie dostaję kurczu w karku, kiedy z 

panią rozmawiam.

- Tak, i nic na to nie poradzę. A co do mojej urody, moi bracia uważają, że jestem 

ładna, ale pan, lordzie? Jak już powiedziałam, to mój drugi sezon, i wołałabym nie brać w 

tym udziału, bo okropnie się nudzę. Na szczęście zobaczyłam pana.

Zamilkła, ale nie przestała się w niego wpatrywać. Colin był zdumiony, widząc wyraz 

nienasycenia w tych jej ładniutkich niebieskich oczach. To naprawdę przekraczało wszelkie 

jego dotychczasowe doświadczenia. Poczuł się zaszachowany i naprawdę głupio. Jego słynne 

opanowanie zniknęło bez śladu. Był zbity z tropu.

-   Przejdźmy,   o   tam,   wyjdźmy   z   tego   tłumu.   Tak,   o   wiele   lepiej.   Proszę   mnie 

posłuchać. Sprawa nic jest łatwa. To również wysoce niecodzienna sytuacja. Może będę mógł 

pani złożyć jutro wizytę. Widzę, że zbliża się do nas jakaś młoda dama, która wygląda mi na 

bardzo stanowczą.

Sinjun posiała mu olśniewający uśmiech.

- O, tak. To doskonały pomysł.  - Podała mu londyński adres Sherbrooke'ów przy 

background image

Putnam Place. - To Alex, moja szwagierka.

- A jak się pani nazywa?

- Lady Joan, bo mój ojciec był hrabią. Lady Joan Elaine Winthrop Sherbrooke.

- Złożę pani wizytę jutro rano. Zechce się pani przejechać konno?

Skinęła głową patrząc na jego białe zęby i piękne usta. Nieświadomie nachylała się ku 

niemu.   Colin   wstrzymał   oddech   i   szybko   się   wycofał.   Dobry   Boże,   dziewczyna   była 

całkowicie pozbawiona wstydu. A więc, zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia. Ha! 

Jutro zabierze ją na konną przejażdżkę, przekona się, czemu wyprawia takie żarty, a może 

nawet pocałuje ją i trochę popieści, żeby dać nauczkę. Przeklęta, impertynencka dziewucha - i 

w każdym calu angielska, w czym nie było niczego dziwnego, przecież znajdowali się w 

Londynie. A jednak wydawało mu się, że młode angielskie damy są bardziej powściągliwe, 

skromniejsze. W każdym razie nie ta młoda dama.

- A więc do jutra - powiedział i odszedł, zanim Alex mogła go dosięgnąć.

Colin odszukał Brassa i bezceremonialnie wyciągnął go z teatru.

- Nie, nie protestuj, zabieram cię z teatru, jak najdalej od tych babskich rozrywek, i 

masz mi powiedzieć co tu się, do diabła, dzieje. Myślę, że maczałeś palce w tym przeklętym 

żarcie, i chcę wiedzieć, dlaczego nasłałeś na mnie tę dziewczynę. Jeszcze do tej pory kręci mi 

się w głowie na wspomnienie jej odwagi.

Alex   patrzyła   jak   ten   mężczyzna,   Colin   Kinross,   wyprowadza   Brassa   z   teatru. 

Obejrzała się na Sinjun i stwierdziła, że ona również patrzy na niego. Wyciągnęła zgodny z 

prawdą wniosek, że Sinjun myśli o nim mniej prozaicznie.

- Interesujący dżentelmen - powiedziała prowokująco.

- Interesujący? Nie bądź śmieszna, Alex. To całkowicie nieadekwatne słowo. On jest 

piękny, skończenie piękny. Widziałaś jego oczy? A w jaki sposób uśmiecha się, mówi i...

- Tak, moja droga. Chodźmy, przerwa się kończy i Douglas będzie niezadowolony.

Alex   niecierpliwiła   się.   Gdy   tylko   przyjechali   do   domu,   ucałowała   Sinjun   na 

dobranoc, chwyciła męża za rękę i zaciągnęła do sypialni.

- Czyżbyś mnie aż tak pragnęła - zapytał Douglas patrząc na nią rozbawiony.

- Sinjun poznała Colina Kinrossa. Widziałam jak rozmawiali. Wydaje mi się, że była 

raczej obcesowa, Douglas.

Douglas przyjrzał się własnym dłoniom. A potem wziął lichtarz i postawił na stoliku 

obok łóżka. Przez chwilę oglądał go w skupieniu, a wreszcie wzruszył ramionami.

- Zostawmy ten temat do jutra. Sinjun nie jest głupia ani naiwna. Ryder i ja dobrześmy 

ją wychowali. Ona nie skoczy na oślep.

background image

Następnego ranka o dziesiątej Sinjun była gotowa skoczyć. Czekała na frontowych schodkach 

miejskiej siedziby Sherbrooke'ów, ubrana w ciemnoniebieski strój do konnej jazdy, schludna 

jak spod igły, jak to określiła Doris. Lekko uderzała szpicrutą w cholewkę buta.

Gdzież on się podziewa? Czyżby jej nie uwierzył? A może stwierdził, że nie jest w 

jego guście i w ogóle nie ma zamiaru przyjechać?

Zanim popadła w całkowite zwątpienie, spostrzegła, jak nadjeżdża, siedząc okrakiem 

na wspaniałym czarnym koniu. Na jej widok uniósł się w strzemionach, pochylił głowę i 

przesłał leniwy uśmiech.

- Nie wpuścisz mnie do domu?

- Nie. Jest zbyt wcześnie.

W porządku, pomyślał, na razie może to przełknąć.

- Gdzie jest twój koń?

- Jedź za mną.

Przeszła na tyły domu w kierunku stajen. Jej klacz, Fanny, stała spokojnie, przyjmując 

cierpliwie pieszczoty Henry 'ego, jednego z chłopców stajennych. Sinjun odesłała go gestem 

dłoni   i   samodzielnie   dosiadła   klaczy.   Wygładziła   spódnicę,   uznała,   że   nie   jest   w   stanie 

zaprezentować się lepiej, i zmówiła modlitwę. Uśmiechnęła się uwodzicielsko.

- Jest wcześnie - powiedziała. - Jedziemy do parku?

Skinął głową i ruszył obok niej. Ze zmarszczonym czołem prowadził zręcznie swego 

ogiera pomiędzy platformą zastawioną beczułkami z piwem a trzema ubranymi na czarno 

urzędnikami.   Ulice   zatłoczone   były   handlarzami,   najrozmaitszymi   wozami,   obszarpanymi 

dzieciakami.  Jechał  tuż   obok  Sinjun,  milcząc  i  wypatrując   przeszkód.  Niebezpieczeństwa 

czyhały z każdej strony, ale prędko spostrzegł, że dziewczyna radzi sobie w każdej sytuacji. A 

gdyby sobie nawet nie radziła, od czegóż miała przy swym boku mężczyznę? Cokolwiek o 

niej mówić, doskonale jeździła konno.

Dojechali do parku.

- Pogalopujmy trochę - powiedział, gdy skręcali w stronę północnej bramy.

Popędzili aż do końca ścieżki i jego ogier, równie silny jak koń Douglasa, wyraźnie 

Fanny zdystansował. Sinjun ze śmiechem wstrzymała klacz.

- Dobrze jeździsz - stwierdził Colin.

- Ty także.

Colin poklepał ogiera po szyi.

-   Pytałem   o   ciebie   Lorda   Brassa.   Niestety   nie   widział,   jak   ze   mną   rozmawiałaś. 

background image

Opisałem   mu   jak   wyglądasz,   ale   szczerze   mówiąc,   madame,   on   sobie   nie   wyobraża,   że 

jakakolwiek dama, a w szczególności Lady Joan Sherbrooke, mogła przemówić do mnie w 

sposób, w jaki przemówiłaś ty.

Potarła cienką skórkę rękawiczki.

- Jak mnie opisałeś?

Znowu   go   zaskoczyła,   ale   nie   dal   tego   po   sobie   poznać.   Wzruszył   ramionami   i 

powiedział:

- Cóż, powiedziałem mu, że jesteś całkiem urodziwą blondynką, że jesteś wysoka i 

masz zupełnie ładne niebieskie oczy, a twoje zęby są białe i bardzo proste. Powinienem był 

jeszcze dodać, że jesteś całkowicie pozbawiona wstydu.

Przez chwilę milczała, spoglądając ponad jego lewym ramieniem.

- Uważam, że opis był dość dokładny. Ale on nie odgadł, że chodzi o mnie? Bardzo 

dziwne. Jest przyjacielem  moich braci. Jest także  rozpustnikiem,  ale ma  dobre serce, tak 

przynajmniej  twierdzi  Ryder.   Obawiam  się,  że  może   mnie  pamiętać   jako  dziesięciolatkę, 

która nieustannie żebrała u niego o prezenty. Podczas ostatniego sezonu towarzyszył mi na 

przyjęciu,   i   Douglas   dał   mi   do   zrozumienia,   że   Brass   nie   został   obdarzony   najwyższym 

intelektem. Nakazał mi, żebym była spokojna i cicha, żebym mu, broń Boże, nie mówiła o 

niczym, co wyczytałam w książkach. Douglas twierdził, że to by go onieśmieliło.

Colin zastanawiał się. Zupełnie nie wiedział, co ma o tym sądzić. Sprawiała wrażenie 

damy,  a Brass powiedział, że Lady Joan Sherbrooke jest milutką dziewuszką, uwielbianą 

przez swoich braci, z tego, co słyszał, być może nieco odbiegającą od normy, ale on sam nie 

zauważył w niej ani krzty arogancji. A potem ściszył głos i wyszeptał, że wie trochę za dużo 

na temat książek, przynajmniej tak twierdzą niektóre plotkujące o niej matrony,  oraz jest 

rzeczywiście wysoka. A potem ona czekała na niego przed domem, czego prawdziwa młoda 

dama nigdy by przecież nie zrobiła.

Bo czyż prawdziwa angielska dama nie czekałaby w salonie z filiżanką herbaty w 

ręce? Brass zapewniał go także, że włosy Joan Sherbrooke są po prostu brązowe, ale nie miał 

racji. W świetle porannego słońca lśniły co najmniej tuzinem barw, od najjaśniejszego blondu 

do ciemnopopielatych.

Do diabła z tym wszystkim. Nic z tego nie rozumiał i nie był pewien, czy jej w ogóle 

wierzy. Najprawdopodobniej szukała sobie opiekuna. Możliwe, że była pokojówką owej Lady 

Joan Sherbrooke albo jakąś kuzynką.  Powinien jej powiedzieć,  że nie ma  pieniędzy i że 

wszystko, czego może od niego oczekiwać, to ni mniej ni więcej tylko tarzanie się na sianie.

-   Jesteś   najpiękniejszym   mężczyzną,   jakiego   widziałam   w   całym   swoim   życiu   - 

background image

powiedziała Sinjun patrząc na zmieniający się wyraz jego twarzy.  - Ale nie o to chodzi, 

naprawdę. Chcę, żebyś wiedział, że pociąga mnie nie tylko powierzchowność, ale... cóż, po 

prostu... och, Boże, sama nie wiem.

- Ja, piękny? - Colin nie posiadał się ze zdziwienia. - Mężczyzna nie może być piękny, 

to bzdura. Powiedz mi, proszę, czego ode mnie chcesz, a ja się postaram to spełnić. Przykro 

mi, ale nie mogę być twoim opiekunem. Nawet gdybym był najdurniejszym kozłem w całym 

Londynie, na nic by się to nie zdało. Nie mam pieniędzy.

-  Nie   potrzebuję  opiekuna,   jeżeli   usiłujesz  mi  zakomunikować,  że   chciałbyś   mnie 

uczynić swoją kochanką.

- Tak - powiedział powoli, teraz już zaintrygowany. - Właśnie to miałem na myśli.

- Nie mogę zostać niczyją kochanką. A nawet, gdybym chciała, w niczym by ci to nie 

pomogło. Mój brat nie wypłaci mi posagu, jeżeli się ze mną nie ożenisz. Podejrzewam, że nie 

byłby zachwycony, gdybym została twoją kochanką. Pod niektórymi względami jest bardzo 

staroświecki.

- Więc dlaczego robisz to wszystko? Błagam, powiedz mi. Czy namówił cię któryś z 

moich   durnowatych   przyjaciół?   Jesteś   kochanką   Lorda   Brassleya?   A   może   Henry'ego 

Tompkinsa? Czy Lorda Clintona?

- Nie, nikt mnie do niczego nie namawiał.

- Nie każdemu  się podoba, że jestem Szkotem.  Chodziłem  wprawdzie  do szkół z 

większością tutejszych dżentelmenów, ale oni uważają, że nadaję się wyłącznie do wypitki i 

uprawiania sportów, a nic na męża dla ich sióstr.

- Myślę, że moje uczucia nie zmieniłyby się, nawet gdybyś był Marokańczykiem.

Przyjrzał się jej. Miękkie niebieskie pióro przy jej kapeluszu do konnej jazdy - dziwny 

szczegół   garderoby   -   otaczało   wdzięcznie   jej   twarz.   Ciemnoniebieski   strój,   o   głębszym 

odcieniu   niż   jej   oczy,   był   doskonale   dopasowany,   uszyły   według   najnowszej   mody   i 

podkreślał jej wysoko osadzone piersi oraz wąską talię i... Zaklął długo i potoczyście.

- Wyrażasz się jak moi bracia, ale oni zwykle wybuchają śmiechem, zanim dojdą do 

końca przekleństwa.

Chciał coś powiedzieć, ale stwierdził, że ona przygląda się jego ustom. Nie, to nie 

może być dama. Jest podstawioną kawalarką opłaconą przez któregoś z jego przyjaciół.

- Dosyć tego! - ryknął. - Jeden akt przedstawienia mamy za sobą. Nie możesz ot, tak, 

tak   po  prostu   chcieć,   żebym   cię   poślubił   i  oświadczać   mi   się   w  najbardziej   bezwstydny 

sposób! - Nagle zwrócił się ku niej i przyciągnął ją do siebie. Zdjął ją z siodła i posadził przed 

sobą. Trzymał chwilę nieruchomo, dopóki obydwa konie nie uspokoiły się. Nie musiał z nią 

background image

walczyć, bo wcale się nie broniła. Natychmiast przylgnęła do niego piersiami. Nie, to nie 

mogła być dama, w żadnym wypadku.

Przycisnął   ją   do   lewego   ramienia   i   dłonią   w   rękawiczce   uniósł   jej   podbródek. 

Ucałował   ją   brutalnie,   smakując   językiem   jej   zamknięte   usta.   A   potem   uniósł   głowę   i 

powiedział gniewnie:

- Do diabła, otwórz usta jak należy.

- Dobrze - odpowiedziała i otworzyła usta. Na widok jej rozwartych ust Colin nie 

mógł się opanować. Zaczął się śmiać.

- Do Ucha, wyglądasz, jakbyś zaraz miała odśpiewać arię operową, zupełnie jak ta 

kiepska sopranistka z Mediolanu. Niech to szlag!

Posadził   ją   z   powrotem   na   grzbiecie   Fanny.   Niezadowolona   klacz   zatańczyła,   ale 

Sinjun,   mimo   że   prawie   nieprzytomna   z   rozkoszy,   podniecenia   i   rozbawienia,   łatwo   ją 

usadziła.

-   Dobrze,   uwierzę,   że   jesteś   damą   i   uwierzę,   że...   Nie,   nie   mogę   uwierzyć,   że 

zobaczyłaś mnie na balu u Portmaine'ów i zdecydowałaś mnie poślubić.

- Cóż wtedy jeszcze nie byłam całkowicie pewna, że chcę cię poślubić, po prostu 

pomyślałam sobie, że mogłabym na ciebie patrzeć do końca życia.

To go natychmiast rozbroiło.

- Zanim cię znowu zobaczę - jeżeli jeszcze cię zobaczę - życzyłbym sobie, żebyś stała 

się nieco mniej otwarta. Nie całkiem nieszczera, ale na tyle, żeby nie pozostawiać mnie z 

rozdziawioną gębą, kiedy znów palniesz coś nieprawdopodobnie bezwstydnego.

- Postaram się - odparła Sinjun. Przez chwilę patrzyła gdzieś poza nim, na bezmiar 

gęstej zielonej trawy i ścieżki konne przecinające park. - Czy myślisz, ze jestem dla ciebie 

wystarczająco ładna? Och, wiem ze to, co mówiłeś na temat mojej dorodności, to były tylko 

żarty. Nie chciałabym się wstydzić za siebie, być zakłopotaną, jeżeli zostanę twoją żoną. - 

Mówiąc to napotkała jego spojrzenie. Colin potrząsnął głową, - Przestań, słyszysz? Na miłość 

boską, jesteś zupełnie ładna, i z pewnością dobrze o tym wiesz.

- Ludzie potrafią nieźle kadzić, kiedy mają przed sobą dziedziczkę. Nie jestem głupia.

Colin zsiadł z konia i trzymając lejce w dłoni podszedł do rozłożystego dębu.

- Chodź tutaj. Musimy porozmawiać, zanim z własnej woli dam się zamknąć w domu 

dla obłąkanych.

Ach, pomyślała Sinjun, skwapliwie wypełniając jego polecenie, stanąć blisko niego.

Spojrzała na wgłębienie w jego brodzie i nie zastanawiać się, zdjęła rękawiczkę, by go 

dotknąć. Colin nie poruszył się.

background image

- Będę dla ciebie doskonałą żoną. Jesteś pewien ze me masz przewrotnego charakteru?

-   Lubię   zwierzęta   i   nie   strzelam   do   nich   dla   sportu   Mam   pięć   kotów,   wszystkie 

doskonale łowią szczury' a nocą mają miejsce przy palenisku wyłącznie dla siebie. Jeżeli w 

środku zimy jest bardzo zimno, sypiają ze mną, ale nieczęsto, bo kręcę się w łóżku i zdarza 

się, że je przygniatam. Więc odpowiedź na twoje pytanie brzmi „nie”.

-   Jesteś   z   pewnością   bardzo   silny.   Cieszę   się,   że   me   krzywdzisz   słabszych.   Czy 

troszczysz się również o ludzi? Czy jesteś dla nich dobry? Czy czujesz się odpowiedzialny za 

tych, którzy są od ciebie zależni?

Nie mógł od niej oderwać wzroku.

- Tak - odpowiedział, chociaż to było takie smutne.

- Myślę, że tak.

Pomyślał o swoim ogromnym zamczysku. A właściwie o jego połowie wybudowanej 

przez   hrabiego   Kinrossa   w   końcu   siedemnastego   wieku.   Kochał   ten   zamek,   jego   wieże, 

strzeliste blanki, parapety i głębokie otwory strzelnicze. Tak, ale w niektórych zrujnowanych 

komnatach panowały takie przeciągi, że nietrudno było złapać zapalenie płuc, przebywając w 

nich   zaledwie   dziesięć   minut.   Trzeba   będzie   wielkich   starań,   by   doprowadzić   zamek   do 

dawnej   świetności.   I   wszystkie   zabudowania   gospodarcze,   stajnie,   domy   dzierżawców   i 

system nawadniający. I przetrzebione stada bydła i owiec, i... jego dzierżawców, z których 

wielu było przygnębionych nędzą, bo nie mieli nic, brakowało nawet ziarna, żeby się mogli 

sami wyżywić; cała przyszłość jawiła się tak ponura i beznadziejna, że jeżeli on czegoś nie 

zrobi, to...

Spojrzał obok Sinjun, w kierunku zarysu ogromnych siedzib miejskich, wznoszących 

się za Hyde Parkiem.

- Moje dziedzictwo zostało srodze nadwyrężone przez ojca, a potem ogołocone przez 

starszego brata, szóstego hrabiego, zanim umarł. Potrzebuję mnóstwa pieniędzy albo moja 

rodzina   stanie   się   szlachtą   zagrodową,   a   wielu   moich   poddanych   będzie   musiało 

wyemigrować bądź zacznie cierpieć głód. Mieszkam w olbrzymim zamczysku, wzniesionym 

we   wschodniej   części   Loch   Leven,   naprawdę   pięknej,   na   Półwyspie   Fife   niedaleko 

Edynburga.   Ale   sama   się   przekonasz,   że   kraina   jest   dzika,   pomimo   wszystkich   gruntów 

ornych   i łagodnych   wzniesień.  Jesteś Angielką,   więc  dostrzeżesz  tylko  jałowe  wzgórza  i 

rozpadliny, poszarpane turnie, wąskie doliny z potokami toczącymi spienione wody, wody tak 

zimne, że po jednym łyku sinieją usta. W zimie nie jest szczególnie zimno, ale dni są krótkie i 

od czasu do czasu  zdarzają się bardzo  silne  wichury.  Wiosną zbocza  pokrywa  fioletowy 

wrzos, a przy chatach zakwitają, we wszystkich odcieniach różu i czerwieni, rododendrony, 

background image

które wspinają się nawet na mury mego „przewiewnego” zamczyska.

Wzdrygnął   się.   Opiewał   swój   kawałek   Szkocji   niczym   obłąkany   poeta,   jakby   jej 

przedkładał listy uwierzytelniające przed inspekcją, a Sinjun przyglądała mu się w skupieniu, 

spijając słowa z jego ust. To bez sensu. On nie może się na to zgodzić.

-   Słuchaj   -   powiedział   nagle.   -   Taka   jest   prawda.   Moje   ziemie   mogą   przynieść 

bogactwo, bo jest tam wiele gruntów ornych, a ja mam wiele pomysłów na to, jak mógłbym 

pomóc moim dzierżawcom, poprawić ich dolę, a tym samym i moją własną. Nie, my jesteśmy 

w lepszej sytuacji niż górale z Pogórza Szkocji, którzy już teraz muszą importować owce, 

żeby przeżyć.  To  się nazywa  grodzenie  i  jest zgubną  praktyką,  bo wszyscy mężczyźni  i 

kobiety, od pokoleń żyjący na swoich płachetkach ziemi, są systematycznie wywłaszczani. 

Opuszczają Szkocję i przenoszą się do Anglii, aby pracować w nowych fabrykach. Dlatego 

muszę mieć pieniądze, Joan, i poza wżenieniem się w majątek nie mam innego sposobu na 

uratowanie mego dziedzictwa.

- Rozumiem. Chodź ze mną do domu i porozmawiaj z moim bratem Douglasem. On 

jest, jak wiesz, hrabią Northcliffe. Zapytamy go, ile dokładnie wynosi mój posag. Podobno 

jest bardzo zasobny. Słyszałam, jak Douglas mówił kiedyś mojej matce, że powinna przestać 

wypychać mnie za mąż. Powiedział, że jestem dziedziczką, więc mogę poślubić kogo zechcę, 

nawet kiedy będę stara i bezzębna.

Colin spojrzał na nią zrezygnowany.

- Dlaczego akurat mnie?

- Nie mam najmniejszego pojęcia, ale tak właśnie chcę.

- Mogę cię zarżnąć w łóżku.

Jej oczy pociemniały i Colin poczuł przypływ  takiej żądzy,  że aż zachwiał się na 

nogach.

- Powiedziałem zarżnąć, a nie zerżnąć.

- A co to znaczy zerżnąć.

- To znaczy... o, do kroćset, gdzie jest ta twoja obłuda, o którą prosiłem? Zerżnąć to 

wulgarne słowo, wybacz, że go użyłem.

- Ach, w takim razie chodzi ci o pieszczoty.

-   Tak,   właśnie   o   to   mi   chodzi,   tylko   że   nawiązałem   do   sprawy   najbardziej 

podstawowej,   która   zazwyczaj   ma   miejsce   między   mężczyzną   a   kobietą,   a   nie   do 

rozdmuchiwanych romantycznych bzdur, które istoty płci żeńskiej muszą określać mianem 

miłosnych pieszczot.

- Jesteś cyniczny.  Przypuszczam, że nie mogę oczekiwać, abyś był doskonały pod 

background image

każdym  względem. Obydwaj moi bracia uprawiają pieszczoty,  a nie rżną. Może będę cię 

mogła tego nauczyć. Ale najpierw, oczywiście, ty będziesz mi musiał pokazać, jak to się robi 

technicznie. Nie będziesz więcej wybuchał śmiechem, kiedy otwieram usta, żebyś mógł mnie 

pocałować.

Colin   odwrócił   się   od   niej.   Czuł,   że   grzęźnie   coraz   głębiej.   A   nienawidził   utraty 

panowania nad sytuacją. Utracił panowanie nad swoim dziedzictwem, a to była wystarczająca 

próba,   jaką   znieść   może   mężczyzna.   Teraz   nie   chciał   dać   się   omotać   kobiecie,   ale   ona 

narzucała się i robiła uniki, zachowywała się całkowicie bezwstydnie, jakby była przekonana, 

że to normalne, a nawet oczekiwane. Żadna szkocka dziewczyna nie pozwoliłaby sobie na to, 

co wyprawiała ta, rzekomo wyrafinowana, angielska dama. To było bez sensu. Czuł się jak 

ostatni głupiec.

- Nie mogę obiecać, że cię pokocham. Nie mogę. Coś takiego nigdy się nie zdarzy. 

Nie wierzę w miłość i mam po temu słuszne powody. Mnóstwo powodów.

- To samo mówił mój brat Douglas na temat swojej przyszłej żony, Aleksandry. Ale to 

się zmieniło.

Pracowała nad nim, aż się nawrócił, i jestem pewna, że teraz gotów by się położyć w 

środku błotnistej kałuży, byleby Alex nie ubłociła sobie nóżek.

- Przeklęty głupiec.

- Możliwe. Ale bardzo szczęśliwy głupiec.

- Nie chcę już o tym rozmawiać. Doprowadzasz mnie do rozpaczy. Nie, nic przerywaj. 

Odprowadzę   cię   do   domu.   Muszę   się   zastanowić.   I   ty   także.   Jestem   tylko   mężczyzną, 

rozumiesz?  Ni mniej  ni więcej, tylko  mężczyzną.  Jeżeli  się z tobą ożenię,  to dla twoich 

pieniędzy, a nie dla ładnych oczu albo prawdopodobnie ładnego ciała.

Sinjun po prostu skinęła głową i spytała bardzo cicho:

- Naprawdę myślisz, że mam ładne ciało? Colin zaklął, pomógł jej wsiąść na konia i 

dosiadł swojego ogiera.

- Nie - odpowiedział strapiony jak nigdy dotąd. - Bądź wreszcie cicho.

Sinjun wcale się nie śpieszyło do domu, ale Colinowi bardzo. Kiedy zajechali przed 

miejską siedzibę Sherbrooke

ł

ów, Sinjun nie zwracając na niego uwagi odprowadziła Fanny do 

stajni i skierowała się do domu. Colin był zmuszony pójść za nią.

- Henry, dopilnuj koni, proszę. To jest Lord Ashburnham.

Henry odgarnął z czoła rude włosy. Colin zauważył, że stajenny przygląda mu się z 

wielkim   zainteresowaniem.   Wokół   tej   bezwstydnej   dziewoi   kręcą   się   pewnie   tuziny 

mężczyzn,  pomyślał.  O,  Boże,  jej  brat   musi  przestrzegać   każdego   przekraczającego  próg 

background image

domu mężczyznę przed jej nadmierną otwartością.

Sinjun   wbiegła   po   schodkach   i   otworzyła   drzwi.   Odsunęła   się   na   bok,   żeby   go 

przepuścić do holu. Nie był aż tak przestronny, jak wykładany białoczarnym marmurem hol w 

Northcliffe, ale posiadał doskonałe proporcje. Podłoga wyłożona była białym marmurem w 

niebieskie żyłki, na niebieskich ścianach wisiały portrety przodków Sherbrooke'ów.

Sinjun zamknęła drzwi i rozejrzała się w poszukiwaniu majordomusa Drinnena lub 

któregoś   z   jego   pomocników.   Nikogo   nie   było.   Zwróciła   się   do   Colina   i   posłała   mu 

promienny i, prawdę powiedziawszy, konspiracyjny uśmiech. Colin zmarszczył brwi. Sinjun 

zbliżyła się i stanęła tuż przy nim.

- Cieszę się, że wszedłeś do środka. Teraz wierzysz, że jestem tą, za którą się podaję. 

To dobrze, chociaż pomysł, bym stała się twoją kochanką, bardzo mnie zainteresował- Sama 

idea, jeśli rozumiesz. Zechcesz teraz porozmawiać z moim bratem?

- Nie powinienem był wchodzić. Rozmyślałem o tym w czasie powrotu z parku, i to 

się nie powinno zdarzyć, nie w taki sposób. Nie przywykłem, żeby dziewczyna polowała na 

mnie jak na lisa, to nienaturalne, to nie...

Sinjun spojrzała na niego z uśmiechem, zarzuciła mu ręce na szyję i przyciągnęła jego 

twarz do swojej.

- Otworzę usta, ale tym razem nie tak szeroko. Dobrze?

Było lepiej niż dobrze. Colin przyglądał się przez chwilę tym miękkim, rozchylonym 

wargom, a polem przyciągnął ją do siebie. Zapomniał o tym, że znajduje się w holu miejskiej 

siedziby   Sherbrooke'ów.   Zapomniał,   że   gdzieś   w   pobliżu   kręci   się   służba.   Zapomniał   o 

wszystkich, spoglądających ze ścian, przodkach Sherbrooke'ów.

Pocałował Sinjun, najpierw delikatnie liżąc jej wargi, a potem powoli wsunął język do 

jej ust. To było cudowne i Colin poczuł, jak dziewczyna przywiera do niego; wiedział, że dla 

niej   pocałunek   także   jest   czymś   cudownym.   Pocałował   ją   głębiej,   a   ona   odpowiedziała 

żarliwie i bez reszty i Colin zapomniał o wszystkim. Od miesiąca nie miał kobiety, ale i tak 

zdawał sobie sprawę, że Sinjun robi na nim niezwykłe wrażenie. Przesunął dłonie po jej 

plecach, dotykał jej. uczył się jej, aż wreszcie ujął pośladki Sinjun i uniósł ją, przyciskając do 

swego brzucha.

Jęknęła cicho wprost w jego usta.

- Na Boga! Cóż tu się, do diabła, dzieje? Słowa te przebiły się przez mgłę zasnuwającą 

umysł Colina, i w tej samej chwili został dosłownie odciągnięty od Sinjun, odwrócony i z 

całej   siły   walnięty   w   szczękę.   Złapał   się   za   twarz,   potrząsnął   głową   i   wtedy   zobaczył 

mężczyznę, który wyglądał tak, jakby chciał go zabić.

background image

- Douglas! Nie waż się go ruszyć. To jest Colin Kinross i mamy zamiar się pobrać!

- Akurat! Coś podobnego... O, nie. Dobry Boże, ktoś, komu nie przyszło nawet do 

głowy, żeby ze mną porozmawiać, w najlepsze pieści się z tobą we frontowym holu! Trzymał 

ręce na twoich pośladkach. Mój Boże, Sinjun, jak mogłaś mu na to pozwolić? Idź na górę, 

młoda damo. Bądź posłuszna. A ja załatwię sprawę z tym łajdakiem, a potem zajmę się tobą.

Sinjun   nigdy   nie   widziała   brata   równie   rozwścieczonego,   ale   wcale   się   tym   nie 

przejęła. Spokojnie stanęła na wprost niego, chociaż właśnie miał zamiar znowu rzucić się na 

Colina.

- O nie, Douglasie. Uspokój się. Colin nie może ci oddać, bo jest pod naszym dachem 

i na moje zaproszenie. Nie pozwolę, abyś go znowu uderzył- To by było niehonorowe.

- Jak diabli! - wrzasnął Douglas.

Sinjun nie zdawała sobie sprawy, że Colin stoi tuż za nią, dopóki się nie odezwał.

- On ma rację, Joan. Nic powinienem się tak zapominać, tutaj, w jego domu. Proszę mi 

wybaczyć. Choć muszę dodać, lordzie, że nie pozwolę się więcej uderzyć.

W Douglasie aż zawrzało.

- Zasłużyłeś sobie na to, przeklęty łajdaku. Odsunął Sinjun na bok i runął na Colina. 

Zaczęli się mocować, szarpać i tarzać po podłodze. Sinjun usłyszała grzmotnięcie pięścią w 

brzuch. Tego już było za wiele. Dobiegł ją krzyk Alex, która pędziła ku nim po schodach. 

Dookoła zaczęli się gromadzić służący, a kilkoro z nich wychylało się nad poręczą schodów.

- Dość tego!

Okrzyk   Sinjun   nie   zrobił   na   walczących   najmniejszego   wrażenia.   A   może   nawet 

zaczęli   się   okładać   jeszcze   zapalczywiej.   Sinjun   była   wściekła   na   brata   i   na   Colina. 

Mężczyźni! Czyż nie można się po prostu dogadać? Dlaczego muszą się zachowywać jak 

mali chłopcy?

- Zostań tam, gdzie jesteś! - wrzasnęła do Alex. - Ja to załatwię. I to z największą 

przyjemnością.

Z drewnianego stojaka obok drzwi frontowych wyciągnęła długą, sękatą laskę, uniosła 

ją i walnęła Douglasa w plecy. A potem równie mocno ugodziła Colina w prawe ramię.

- Przestańcie, przeklęci głupcy!

Mężczyźni odskoczyli od siebie zadyszani. Douglas rozcierał sobie plecy, Colin prawe 

ramię.

- Jak śmiesz, Sinjun?

Ale Douglas nie czekał na odpowiedź, ryknął i znowu rzucił się na łajdaka, który 

stojąc tuż przy drzwiach, odważył się pieścić pośladki jego młodszej siostrzyczki. I pakować 

background image

jej do ust język, przeklęty bękart. Do jej buzi!

Sinjun znowu zaczęła ich okładać laską. Nie mocno, na tyle tylko, by zwrócili na nią 

uwagę. Usłyszała wrzask Alex:

- Douglas, przestań!

A potem Alex zdzieliła męża w plecy drugą laską.

I   wtedy   Douglas   oprzytomniał.   Zamarł   w   bezruchu.   Jego   mała   żoneczka   i 

zacietrzewiona siostra wywijały laskami jak oszalałe.

Nabrał   w   płuca   powietrza,   spojrzał   na   przeklętego   szkockiego   gwałciciela   i 

powiedział:

-   One   nas   pozabijają.   Przejdźmy   do   sali   bokserskiej   albo   schowajmy   pięści   do 

kieszeni.

Colin patrzył na wysoką młodą damę, która zaproponowała mu małżeństwo. Uderzyła 

własnego   brata,   żeby   bronić   ukochanego.   Zadziwiające.   A   teraz   stanęła   pomiędzy   nimi, 

ściskając w silnych dłoniach laskę. To było nie tylko zadziwiające, to było upokarzające.

- Pięści do kieszeni, jeśli łaska, lordzie - powiedział Colin.

- Dobrze - zgodziła się Sinjun. - Jak myślisz, Alex? Odkładamy laski, czy zachowamy 

je na wypadek, gdyby nasi dżentelmeni znów stracili panowanie nad sobą?

Alex   zmarszczyła   srogo   brwi   i   nic   nie   odpowiedziała.   Odrzuciła   laskę   i   uderzyła 

swego męża pięścią w brzuch. Douglas był zbyt zaskoczony, by zareagować. Jęknął tylko i 

rzekł wpatrując się w żonę:

- W porządku, pięści do kieszeni.

- Cywilizacja to niezła rzecz - stwierdziła Sinjun. - Aby uczcić zawieszenie broni, 

napijemy się herbaty. Ale najpierw, Colin, muszę się tobą zająć. Masz krew na wargach.

- Och, Douglas, ty także  wyglądasz okropnie - powiedziała  Alex. - Masz podartą 

koszulę,  i to tę,  którą ci ofiarowałam  na urodziny.  Ale, oczywiście,  nie myślałeś  o tym, 

rzucając się w tę bezsensowną bijatykę. O Boże, na kołnierzu masz krew Colina. Wątpię, czy 

nawet najlepsze sposoby pani Jarvis okażą się skuteczne. Sinjun, za dziesięć minut spotkamy 

się wszyscy w salonie.

Rozejrzała się dokoła i spostrzegłszy pobladłego i przestraszonego Drinnena, rzekła:

-   Powiedz   służbie,   żeby   się   rozeszła.   I   szybko   podaj   herbatę   w   salonie.   Ten   oto 

dżentelmen jest Szkotem i bez wątpienia zna się na jęczmiennych placuszkach. Lepiej, żeby 

okazały się bez zarzutu.

I sprawa była załatwiona. Przez kobiety. Colin bez słowa protestu poszedł posłusznie 

za Joan Sherbrooke. Kątem oka zauważył, że hrabia również powlókł się za swoją bardzo 

background image

małą żoną, która dumnie, niczym generał, uniosła głowę.

Colin   Kinross,   siódmy   hrabia   Ashburnham,   poczuł   się   jak   uwięziony   w   jakimś 

dziwacznym śnie. Nie był to koszmar, ale wszystko odbywało się przedziwnie. Patrzył na 

chmurę jasnobrązowych włosów spływających na ramiona Sinjun. Nie wiedział, gdzie się 

podział jej kapelusz do konnej jazdy. Włosy miała grube, naprawdę ładne. Była dorodna, bez 

wątpienia.

A całowanie jej sprawiło mu przyjemność, jakiej dotychczas nie zaznał.

Ale   nie   mógł   tolerować   takiego   mieszania   się   w   jego   sprawy.   Bójka   była   męską 

sprawił. Damy nie maja tu nic do powiedzenia. Nie, już nigdy więcej nie pozwoli Sinjun na 

podobne wtrącanie się.

background image

ROZDZIAŁ 3

- Dosyć tego, Joan. Nie pozwolę się więcej prowadzić jak jakiś cholerny kozioł na 

postronku.

Słysząc   poirytowany   ton   mężczyzny,   którego   nieodwołalnie   postanowiła   poślubić, 

Sinjun odwróciła się z uśmiechem. Poklepała go po ramieniu.

- Ja także nie lubię, kiedy ktoś mną kieruje. Zwłaszcza w obcym domu. Nie chodzi mi 

o to, że to dom obcych ludzi, po prostu jeszcze go nie znasz.

- To nie ma nic wspólnego z obcością tego przeklętego domu. Albo moją własną czy 

czyjąkolwiek.

Poprowadziła   go   do   ogromnej   kuchni,   która   była   przytulna   i   ciepła,   pachnąca 

cynamonem,   gałką   muszkatołową   i   świeżym   chlebem.   Poczuł   zapach   placuszków 

jęczmiennych i do ust napłynęła mu ślina. Zbyt długo przebywał z dala od domu.

- Usiądź tutaj, przy stole, lordzie. Spojrzał na nią poirytowany.

- Na miłość boską, po tym wszystkim, co się zdarzyło w ciągu ostatnich dwudziestu 

czterech godzin, możesz się do mnie chyba zwracać po imieniu.

Obdarzyła go pełnym zachwytu uśmiechem. Gdyby nie był tak rozgniewany, chętnie 

pochwyciłby   ją   i   znowu   pocałował.   Usiadł   na   drewnianym   krześle   jak   posłuszny   pies   i 

pozwolił, by Sinjun przytknęła do jego ust wilgotną szmatkę. Piekło jak diabli, ale ani drgnął.

- Wolałabym cię zabrać do mojej sypialni - powiedziała Sinjun, odejmując na chwilę 

szmatkę, aby sprawdzić, czy jej starania odniosły skutek. - Ale Douglas prawdopodobnie 

przerwałby zawieszenie broni. Zachowuje się jak niepoczytalny.

W odpowiedzi Colin tylko mruknął.

- Poznaj naszą kucharkę, panią Potter, która wypieka najlepsze w całej Anglii placki 

jęczmienne. Droga pani Potter, to jest Lord Ashburnham.

Colin   skinął   głową  ogromnej   kobiecie,   zakutanej   w  biały  fartuch   i   trzymającej   w 

pulchnej dłoni łopatę służącą do wyjmowania chleba z pieca.

- A kim jest tamta mała kobieta?

- To żona Douglasa, Alexandra. Jest w nim bardzo zakochana i oddałaby za niego 

życie.

Colin znieruchomiał. Dziwny pomysł i trudno mu było w to uwierzyć. Złapał Joan za 

nadgarstek i przyciągnął do siebie. Ich twarze znalazły się w odległości zaledwie dziesięciu 

centymetrów.

- Wierzysz w taką lojalność?

background image

- Tak.

-   Przyłożyłaś   własnemu   bratu,   a   potem   odwróciłaś   się   i   uderzyłaś   mnie   jeszcze 

mocniej.

- Usiłowałam być sprawiedliwa, ale w ferworze walki trudno jest obdzielić obie strony 

jednakowo.

Nie mógł powstrzymać uśmiechu.

- Jeżeli nie puścisz mojej ręki, pani Potter przyłoży ci łopatą do chleba.

Wypuścił jej dłoń.

- Gorąca herbata będzie cię trochę piekła, ale dobrze ci zrobi. A teraz naprzód, do 

salonu. Będziesz miał do czynienia z Douglasem, bo on jest głową rodziny Sherbrooke'ów.

Nie do wiary, co mi się przytrafia, pomyślał Colin idąc obok wysokiej dziewczyny o 

rozczochranych włosach. Zaczęła sobie pogwizdywać, zupełnie jak chłopak. Spojrzał na nią 

zdumiony i potrząsnął głową.

- Nie tego się spodziewałem - rzekł głośno. - Jeszcze wczoraj nie wiedziałem o twoim 

istnieniu, a teraz raptem jestem w twoim domu, twój brat rzucił się na mnie, i nawet już 

wszedłem do kuchni.

- Douglas po prostu uznał, że ci się to należy. Zobaczył jakiegoś bardzo przystojnego 

mężczyznę, który ośmielił się mnie dotknąć.

- Dotknąć, to mało powiedziane.

Zamiast   spłonąć   rumieńcem   wstydu,   jak   to   powinna   uczynić   dziewicza   angielska 

dziedziczka, Sinjun spojrzała na jego usta i powiedziała:

- Wiem. To było bardzo przyjemne, chociaż zupełnie zaskakujące. Nikt dotąd tak mnie 

nie dotykał. To bardzo przyjemne.

- Lepiej, żebyś trzymała buzię na kłódkę, Joan. Obłuda, którą ci polecałem, bardzo ci 

się przyda. Musisz się pilnować.

- Umiem się pilnować, ale rzadko zdarza się taka potrzeba. Ile masz lat, Colin?

- Dwadzieścia siedem - odparł z westchnieniem. - Urodziłem się w sierpniu.

- Myślałam, że jesteś w wieku Rydera. To jeden z moich braci. Wkrótce go poznasz. 

Jest trochę gwałtowny, ale zabawny i czarujący, trochę filantrop. Nienawidzi każdego, kto 

przejrzy   jego   dobroć,   bo   bardzo   lubi   swój   wizerunek   rozpustnika.   Jeśli   chodzi   o   mego 

najmłodszego brata, Tysena, którego nazywamy Jego Świątobliwością, to będę cię bronić 

przed jego kazaniami,  bo tak właśnie Douglas nazywa  jego przemowy na temat  dobrych 

uczynków   oraz   wielu   ścieżek   prowadzących   do   piekła   i   lak   dalej.   Ale   Tysen   jest   moim 

bratem, więc go kocham, mimo ciasnoty jego poglądów. No i jest jeszcze jego żona, Melinda 

background image

Beatrice. Ryder mówi, że dwa imiona to zbyt wiele, a poza tym ona nie ma biustu.

- Nigdy nie spotkałem takiej rodziny - powiedział Colin zdumiony tą wylewnością.

- Z pewnością - odparła swobodnie Sinjun. - Moi bracia i szwagierki są cudowni. 

Wszyscy  z  wyjątkiem  Melindy Beatrice,  bo  to  straszliwa  nudziara.   Są po  ślubie  dopiero 

cztery lata, a już mają troje dzieci. Moi bracia zawsze wykpiwają potencję i brak opanowania 

Tysena oraz to, że przeciąża arkę Noego swoimi latoroślami.

Doszli do salonu. Colin zwrócił się do niej z uśmiechem.

- Nie rzucę się na twego brata. Pięści w kieszeniach.

- Dziękuję. Mam również nadzieję, że matka nie zejdzie na dół, dopóki jesteś u nas w 

domu. Muszę się z nią obchodzić łagodnie, lecz stanowczo, i najpierw muszę mieć Douglasa 

po mojej stronie.

Ponieważ Colin nic nie odpowiedział, zwróciła się ku niemu i zapytała:

- Czy chcesz się ze mną ożenić, Colin?

- Najpierw chciałbym poznać twoją matkę - odparł z namysłem. - Powiadają, że córki 

stają się dokładnym odbiciem matek.

Przerażona Sinjun chwyciła go za ramię.

- O Boże - jęknęła. - O Boże. - A kiedy się roześmiał, pociągnęła go do salonu.

-   Teraz   załatwimy   sprawę   jak   należy   -   powiedziała,   zwracając   się   do   swego 

nachmurzonego brata i uśmiechniętej Alex. - Oto Colin Kinross, hrabia Ashburnham. Ma 

dwadzieścia siedem lat i bierze pod uwagę poślubienie mnie. A więc, jak widzisz Douglasie, 

ma prawo do... hm pewnej swobody w postępowaniu ze mną.

- Ależ on głaskał cię po pośladkach, do diabła! A mężczyzna może to robić tylko 

własnej żonie.

- Douglas!

-   On   ją   pieścił,   Alex.   Miałem   stać   i   spokojnie   patrzeć,   jak   uwodzi   moją   małą 

siostrzyczkę?

- Nie, oczywiście, że nie. Przepraszam, że nie zrozumiałam należycie sytuacji. Obicie 

go rzeczywiście było właściwe. A oto i Drinnen z herbatą. Proszę wejść. Sinjun i Colin, 

usiądźcie na tej kanapie.

Colin Kinross przyjrzał się hrabiemu Northcliffe. Miał przed sobą mężczyznę mocnej 

budowy, o jakieś pięć lat starszego od siebie.

- Przepraszam za swobodne postępowanie z Joan. Przypuszczam, że skoro pozwoliłem 

sobie na coś takiego, jedynym honorowym wyjściem będzie poślubienie jej.

- Nie wierzę w ani jedno pańskie słowo - powiedział Douglas. - I nazywał ją pan Joan! 

background image

Tak nazywają tylko matka.

- Nie podoba mi się to męskie przezwisko. Douglas tylko mu się przyglądał.

- Mnie jest wszystko jedno - powiedziała Sinjun i uśmiechnęła się. - On może mnie 

nazywać, jak mu się żywnie podoba. I myślę, że jeśli się postaracie, co cała ta afera z zalotami 

i   małżeństwem   nie   będzie   wcale   taka   straszna.   Sami   się   przekonacie,   że   mam   rację. 

Najważniejsze, żeby pozwolić, aby sprawy toczyły się własnym trybem. Czego ci dodać do 

herbaty, Colin?

- Chwileczkę - powiedział Douglas. - Sprawa nie jest aż tak prosta, jak ci się wydaje. 

Chcę, żebyś mnie wysłuchała. - Ale zwrócił się do Colina. - Dowiedziałem się, że jest pan 

łowcą posagów, sir. I wcale się pan z tym nie kryje. Bez wątpienia wiedział pan, że obecna tu  

Sinjun stanie się po ślubie dość bogata.

- Sama mi o tym powiedziała. Podeszła do mnie i oświadczyła, że jest dziedziczką. 

Chciała, żebym z panem porozmawiał i dowiedział się, ile właściwie jest warta.

- Co?

Sinjun uśmiechnęła się do brata.

-   To   prawda.   Wiedziałam,   że   potrzebna   mu   jest   żona   z   pieniędzmi,   więc 

powiedziałam, że doskonale się dla niego nadaję. A co więcej, w ten sposób Colin wejdzie do 

rodziny Sherbrooke'ów.

Alex nie mogła powstrzymać się od śmiechu.

-   Mam   nadzieję,   Colin,   że   będzie   pan   potrafił   zapanować   nad   tą   impertynentką. 

Złapała mnie kiedyś w holu Northcliffe i oświadczyła przy wszystkich, że nie wypuści mnie, 

dopóki nie każę otworzyć drzwi do pokoju, w którym zamknęłam na klucz Douglasa. Będzie 

pan   musiał   być   bardzo   ostrożny,   bo   kiedy   sobie   coś   wbije   do   głowy,   jest   niezwykle 

zdecydowana.

Alex   wybuchnęła   śmiechem,   a   Sinjun   słuchała   tego   z   zadowoleniem.   Douglas 

skamieniał   ze   zgorszenia,   a   Colin   wyglądał   jak   pensjonariusz   domu   dla   obłąkanych,   na 

którego napadli inni mieszkańcy tej instytucji.

- Opowiem ci o tym kiedy indziej - zapewniła Sinjun poklepując go po ręce. Popełniła 

pomyłkę i spojrzała na jego twarz. Poczuła, że dostaje wypieków.

-  Przestań.  Joan  -  wycedził  Colin  przez   zaciśnięte  zęby.  -  Sama   nas wpędzasz  w 

niebezpieczeństwo. Opanuj się. Chcesz, żeby twój brat znów się na mnie rzucił?

- Uciszcie się wreszcie. - Douglas wstał i zaczął przemierzać salon wielkimi krokami. 

Z przejęcia nie odstawił filiżanki i polał sobie rękę gorącą herbatą. Skrzywił się, odstawił 

filiżankę i znów zaczął chodzić, - Po raz pierwszy zobaczyłaś go zaledwie pięć dni temu. Pięć 

background image

dni! Skąd możesz wiedzieć, czy będzie ci z tym człowiekiem dobrze? To obcy mężczyzna.

-   Powiedział,   że   mnie   nie   będzie   bił.   Powiedział,   że   jest   miły   i   czuje   się 

odpowiedzialny za swoich podwładnych. Kiedy jest zimno, jego koty sypiają z nim w łóżku. 

Co jeszcze powinnam wiedzieć, Douglasie?

-   Powinnaś   wiedzieć,   dziewczyno,   czy   zależy   mu   na   tobie,   czy   tylko   na   twoich 

pieniądzach!

- Jeżeli jeszcze mu na mnie nie zależy, to z pewnością stanie się tak w przyszłości. Nie 

jestem zła, przecież ty mnie lubisz, Douglasie.

Colin wyprostował się.

- Joan, przestań za mnie odpowiadać, jakbym był półgłówkiem albo zgoła nieobecny.

- Bardzo dobrze - zgodziła się Sinjun i skromnie złożyła dłonie na podołku.

- A, niech to diabli, nie mam panu nic do powiedzenia, lordzie! To nie jest... - Douglas 

nie   umiał   znaleźć   odpowiednich   słów.   -   Podszedł   do   drzwi   i   rzucił   przez   ramię:   - 

Porozmawiamy jeszcze. W przyszłym tygodniu. Za siedem dni! Siedem dodatkowych dni, 

rozumie pan? Niech się pan trzyma z dala od mojej siostry. Tydzień i ani dnia mniej! I niech 

pan trzyma przy sobie te cholerne łapska przez najbliższe dziesięć minut.

Wyszedł i trzasnął drzwiami. Alex wstała i uśmiechnęła się.

- Myślę, że powinnam mu zrobić okład z wody różanej. To go uspokoi. - Trzymaj ręce 

z   dala   od   niego,   słyszysz   Sinjun?   -   Rzuciła   od   drzwi.   -   Mężczyźni   nie   znają   umiaru   w 

sprawach afektu. Nie doprowadzaj go do granic wytrzymałości. Wystarczy choćby dziesięć 

minut i dżentelmen potrafi zapomnieć o całym swoim dobrym wychowaniu. - Zachichotała i 

wyszła z salonu.

Czyżby wszyscy Sherbrooke'owie - choćby tylko z nazwiska - byli obłąkani?

-   Cieszę   się,   że   tak   rozbawiłem   twoją   szwagierkę   -   powiedział   Colin   bardzo 

poirytowanym   tonem.   -   Jeżeli   chcesz,   żebym   trzymał   ręce   przy   sobie,   to   przestań   się 

wpatrywać w moje usta.

- Nic nie mogę na to poradzić. Jesteś tak bardzo piękny. O Boże, mamy tylko dziesięć 

minut.

Colin zerwał się na nogi i zaczął chodzić, tak jak przedtem Douglas.

- To wszystko jest zupełnie nieprawdopodobne, Joan. - Obrócił się na pięcie i ruszył w 

kierunku marmurowego kominka. - I w przyszłości ja będę mówił za siebie. - I właściwie, co 

jej   powiedział?   Do   Ucha.   Zamilkł   i   zapatrzył   się   w   puste   palenisko.   Kominek   był   z 

bladoróżowego włoskiego marmuru, kosztownego i wymodelowanego ręką mistrza. Colin 

przypomniał   sobie   poczerniały   kominek   w   holu   Vere   Castle,   tak   ogromny,   że   mógłby 

background image

pomieścić całą krowę. Stary i brudny, z popękanymi cegłami i łuszczącym się tynkiem. Jezu, 

nawet   wiszące   nad   marmurowym   gzymsem   wspaniałe   malowidło   przedstawiające   sielską 

scenę było stare, zadymione. Bogactwo i przywileje wielu pokoleń, wszystko w rozsypce. 

Pomyślał o wąskich schodach prowadzących na drugie piętro wieży północnej, które stały się 

bardzo   niebezpieczne,   bo   drzewo   zmurszało   na   skutek   przeciągów   przenikających   przez 

otwory w murze. Odetchnął głęboko. On może uratować Vere Castle. Może uratować swój 

lud. Może uzupełnić stada owiec. Może nawet zasiać zboża, bo nauczył się płodozmianu. 

Może kupić ziarno.

Zwrócił się do swojej przyszłej żony:

- Pogodzę się z twoim przekonaniem, że jestem piękny. Przypuszczam, że mężczyzna 

chce się podobać kobiecie, którą poślubia.

- Podobać to mało powiedziane - odparła Sinjun i poczuła, że serce galopuje jej w 

piersi. Zaakceptował ją. Nareszcie. Miała ochotę skakać z radości.

Colin   westchnął,   przeczesał   palcami   włosy.   Zamarł,   kiedy   Sinjun   wyznała 

rozanielonym głosem:

- Nie przypuszczałam, że się kiedykolwiek zakocham. Żaden dżentelmen nie wydał mi 

się   do   tego   odpowiedni.   Zdarzają   się   zabawni,   ale   nic   poza   tym.   Inni   znów   są   głupi   i 

gburowaci. Niektórzy uważają mnie za sawantkę, bo nie jestem całkiem głupia. Nie mogłam 

sobie wyobrazić, że któryś z nich mnie całuje. Boże, gdyby którykolwiek z nich dotknął mego 

siedzenia, chyba bym go zabiła. Ale z tobą... jest inaczej. Rozumiem, że mnie nie kochasz. 

Uwierz mi,  że to nie  ma  znaczenia.  Zrobię,  co w mojej  mocy,  żeby ci zaczęło  na mnie 

zależeć. Mogę tylko powiedzieć, że postaram się być dla ciebie dobrą żoną. Zjesz placek 

jęczmienny wypieku pani Potter, czy może wolisz wyjść i przemyśleć wszystko w spokoju?

- Przemyśleć - powtórzył. - Jest mnóstwo rzeczy, których o mnie nie wiesz. Ty także 

możesz jeszcze zmienić zdanie.

Spojrzała na niego z głębokim namysłem.

- Będziesz o mnie dbał, jeżeli się pobierzemy? - spytała spokojnie i rzeczowo.

- Będę cię ochraniał. To stanie się moim obowiązkiem.

- Będziesz mnie szanował?

- Jeżeli na to zasłużysz.

- A więc dobrze. Po ceremonii będziesz mi mógł opowiedzieć wszystko, co zechcesz. 

Ale nie wcześniej. I wiedz o tym, że cokolwiek mi powiesz, nie zmieni to moich uczuć do 

ciebie.   Po   prostu   nie   chcę.   żeby   coś   nieodpowiedniego   i   nieważnego   dotarło   do   uszu 

Douglasa, zanim się pobierzemy.

background image

Poślubi ją. Rozpaczliwie potrzebuje pieniędzy, a ona mu się podoba, mimo że jest 

nieco   dziwaczna.   Ta   jej   otwartość,   ta   prawdomówność   jest   przerażająca.   Cóż,   będzie   ją 

musiał   nauczyć   trzymać   język   za   zębami.   Wiedział,   że   z   pójściem   do   łóżka   nie   będzie 

najmniejszych kłopotów. Tak, ożeni się z nią. Ale najpierw odczeka tydzień, jak tego zażądał 

jej brat. A potem trzeba będzie działać szybko. Sytuacja w domu pogarsza się z każdym 

dniem. Ta dziewczyna  się nadaje. A co więcej podała mu siebie na srebrnej tacy.  Tylko 

głupiec zagląda w zęby darowanemu koniowi. A Colin Kinross nie jest głupcem.

Podszedł   do   Sinjun,   pociągnął   za   rękę,   żeby   wstała   z   fotela,   i   spojrzał   na   nią   w 

milczeniu. A potem ucałował lekko w zamknięte usta. Miał ochotę na więcej, ale zmusił się, 

by   nie   korzystać   z   okazji.   Jednocześnie   wyobraził   sobie,   że   mógłby   ułożyć   Sinjun   na 

podłodze i posiąść bez najmniejszego oporu z jej strony. Zrezygnował z tego, bo postanowił 

sobie nie przekraczać pewnych granic.

- Chciałbym cię znowu zobaczyć, chociaż twój brat zabronił. Czy miałabyś ochotę na 

konną przejażdżkę? Jutro? Dochowam tajemnicy.

- Z przyjemnością. Douglas nigdy się o tym nie dowie. Och, Colin! Nauczysz mnie 

szkockiego?

- Tak, i to z radością, dziewczyno. - Jego głos zabrzmiał pieszczotliwie i słodko jak 

miód. - Będziesz moją ukochaną.

- Nigdy nie byłam niczyją ukochaną. To brzmi wspaniale.

Colin tylko pokiwał głową.

- Nie dowiedziałem się o nim niczego złego - Douglas zwrócił się do żony. - Jest 

lubiany i szanowany. Kształcił się w Eton i Oksfordzie. Ma wielu przyjaciół w towarzystwie. 

Jedyne, co mogą mu zarzucić, to fakt, że jest zmuszony poślubić dziedziczkę. - Douglas 

odgarnął włosy z czoła i dalej przechadzał się po pokoju. Żona przyglądała mu się znad 

toaletki.   Od   czasu   rozmowy   z   Colinem   minęły   trzy   dni.   Obydwoje   wiedzieli,   że   Sinjun 

spotkała  się  z  nim  nazajutrz  po tamtej   pamiętnej  awanturze,   ale  nic  chcieli   z tego  robić 

użytku. Najprawdopodobniej miało to miejsce tylko raz, ale któż mógł mieć pewność, gdy 

chodziło o Sinjun. Była diabelnie przedsiębiorcza.

- Od jak dawna jest hrabią Ashburnham?

-   Zaledwie   od   pół   roku.   Jego   starszy   brat   był   utracjuszem,   podobnie   jak   ojciec. 

Doprowadzili   posiadłość   do   ruiny.   Odziedziczył   ogromne,   stare   zamczysko.   Będzie 

potrzebował wielkich pieniędzy, żeby doprowadzić budowlę do dawnej świetności. A poza 

tym potrzeba mu ziarna, owiec i musi zająć się podupadłymi dzierżawcami.

- A więc - powiedziała Alex z namysłem - kiedy został hrabią i odkrył, w jakim stanie 

background image

znajduje się jego majątek, podjął jedyną możliwą decyzję. Chyba me masz mu tego za złe, 

Douglasie?

- Nie, tylko...

- Tylko co, mój drogi?

- Sinjun w ogóle go nie zna. Jest zaślepiona, to wszystko. Znajdzie się w Szkocji 

samiuteńka, nie będzie przy niej nikogo, kto by jej pomógł. A co się sianie, jeżeli...

- Uważasz Colina Kinrossa za uczciwego człowieka?

- Nie mam co do tego pewności. Przy powierzchownej znajomości, raczej tak. Ale co 

się dzieje w jego umyśle? W jego sercu?

- Sinjun wyjdzie za niego. Mam tylko nadzieję, że go nie uwiedzie przed ślubem.

- Ja także - westchnął Douglas. - A teraz muszę porozmawiać z matką. Znów zaczęła 

narzekać.   Doprowadza   swoją   pokojówkę   do   szału   i   żąda,   żeby   przedstawić   jej   młodego 

człowieka.   Zagroziła,   że   wyśle   Sinjun   do   Włoch,   aby   tam   zapomniała   o   tym   szkockim 

przybłędzie. Najdziwniejsze jest to, że wcale nie ma mu za złe, że chce się ożenić z jej córką 

dla pieniędzy. Ma mu za złe, że jest Szkotem. Twierdzi, że wszyscy Szkoci są brutalni, mają 

twarde pięści i są prezbiterianami.

- Może powinieneś jej poczytać wiersze Roberta Burnsa. Są naprawdę prześliczne.

- Ha! Są napisane po szkocku i matka miałaby jeszcze więcej obiekcji niż ma teraz. 

Do diabła, wolałbym, żeby Sinjun nie leżała w łóżku z bólem głowy. Ilekroć jej potrzebuję, 

coś staje na przeszkodzie.

- Chcesz, żebym ja z tobą poszła?

- Jeśli to zrobisz, matka będzie się wydzierać, dopóki obydwoje nie ogłuchniemy. 

Jeszcze się do ciebie nie przekonała, kochanie. Obawiam się, że wkrótce zacznie cię obwiniać 

o cały ten zamęt.  - Douglas westchnął i wyszedł  z pokoju narzekając na swoją cholerną 

siostrę i jej przeklęty ból głowy.

Sinjun   wcale   nie   cierpiała   na   ból   głowy.   Miała   pewien   plan   i   była   bliska   jego 

wykonania-  Starannie  ułożyła  wałek, tak aby przypominał  człowieka,  i okryła  go kołdrą. 

Doskonale. Przy pobieżnej inspekcji wałek ujdzie za leżącą kobietę. Włożyła obcisłe spodnie, 

żakiet i nasunęła kapelusz na czoło. Nie było wątpliwości, wyglądała jak chłopak. Odwróciła 

się tyłem lustra i obejrzawszy się zerknęła na swoje odbicie. Zupełnie jak chłopak, od czubka 

kapelusza po wysokie czarne buty. Zagwizdała cichutko. Teraz pozostało jej tylko zsunięcie 

się po pniu drzewa do ogrodu. I była wolna.

Colin   zatrzymał   się   na   drugim   piętrze   starego   domu   przy   Carlyon   Street,   o   trzy 

przecznice od domu Sinjun. Na dworze jeszcze nic zapadł zmrok i Sinjun pogwizdywała, aby 

background image

dodać sobie odwagi i aby wyglądać jak chłopak, który wyszedł na wieczorny spacer. Minęła 

trzech   dżentelmenów   w  pelerynach.   Palili   papierosy  i   śmiali   się,   ale   na   nią   nie   zwrócili 

najmniejszej   uwagi.   Nadszedł   chłopiec   w   łachmanach,   zamiatający   drogę   przed   każdym 

przechodniem;   Sinjun   podziękowała   mu   i   dała   pensa.   Bez   problemu   odszukała   siedzibę 

Colina i jak gdyby nigdy nic podeszła do drzwi. Zastukała wielką kołatką w kształcie głowy 

orła.

Wewnątrz panowała cisza. Zastukała jeszcze raz. Usłyszała chichot i dziewczęcy głos, 

wołający. - Niech pan przestanie, sir. Nie, nie, nie tutaj. Tutaj nie wolno. Teraz mamy gościa. 

Nie, sir... - Rozległy się nowe chichoty,  a potem drzwi stanęły otworem i Sinjun ujrzała 

najpiękniejszą   dziewczynę,   jaką   kiedykolwiek   widziała.   Miała   wzburzone   jasne   włosy, 

lśniące rozbawieniem oczy i bardzo głęboki dekolt odsłaniający białe, pełne piersi.

- Kim jesteś ładny chłopcze? - spytała.

- A kim miałbym być? - odparł „ładny chłopak” z uśmiechem. - Twoim ojcem? Nie, to 

niemożliwe, prawda? Czy mam zbesztać dżentelmena, który tak cię rozśmieszał, choć wcale 

tego nie chciałaś?

- O, niezłe z ciebie ziółko. Same żarty i dobrze naoliwiony język. Przyszedłeś z kimś 

się zobaczyć?

Sinjun skinęła głową i kątem oka dostrzegła mężczyznę wślizgującego się na korytarz. 

- Przyszedłem spotkać się z lordem Ashburnhamem. Czy zatrzymał się tutaj?

Dziewczyna przyjęła pozę jeszcze bardziej prowokującą i zachichotała.

- Tak, śliczny chłopcze. Jego lordowska mość gości u nas. Ale on jest biedny, nie stać 

go na ładną dziewczynę, ani na dżentelmena, który by mu służył pomocą. Mówią o nim, że 

ożeni się z dziedziczką, ale on sam nie wspomina o tym nawet słowem. Prawdopodobnie ta 

dziedziczka to paskudne babsko w jedwabiach. Biedaczek.

- Niektóre dziedziczki potrafią nawet gwizdać, jak słyszałem - powiedziała Sinjun. - 

Jego lordowska mość zajmuje apartament na drugim piętrze, prawda?

- Tak - odparła dziewczyna. - Hej, zaczekaj! Nie wiem, czy jest teraz u siebie. Nie 

widziałam go już od dwóch dni. Tilly,  jedna z dziewcząt, poszła do niego na górę, żeby 

sprawdzić, czy nie miałby ochoty z nią pofiglować. Wszystkie mają na niego chętkę. Ale go 

nie zastała. W każdym razie nie otworzył drzwi. A który mężczyzna nie otworzyłby, słysząc 

wołanie Tilly?

Sinjun wbiegła na górę.

- Jeżeli go nie ma - krzyknęła przez ramię - wrócę do ciebie i napijemy się herbaty!

- Idź, idź, śliczny chłopcze - zachichotała dziewczyna.

background image

Sinjun uśmiechała się, pokonując schody. Dom był duży, dobrze utrzymany, świeżo 

odmalowany, miał przestronne korytarze. Znalazła drzwi Colina i zastukała. Bez odpowiedzi. 

Zastukała jeszcze raz. Proszę, myślała, proszę, bądź tam. To zbyt długo. Jeszcze cztery długie 

dni bez niego. To za wiele. Pierwszego dnia oszukali Douglasa, ale Colin nie pokazał się 

więcej. Musiała go zobaczyć, dotknąć, uśmiechnąć się do niego.

W końcu usłyszała dobiegający zza drzwi głos:

- Kimkolwiek jesteś, idź do diabła.

To był Colin. Ale jego głos brzmiał jakoś dziwnie. Grubo i ochryple. Czyżby miał 

gościa? Dziewczynę, jak tę z dołu? Nie mogła uwierzyć. Zastukała po raz trzeci.

- Idź do diabła! - zawołał Colin i zaniósł się rozdzierającym kaszlem.

Sinjun się zaniepokoiła. Chwyciła za klamkę i - ku swej wielkiej uldze - zauważyła, że 

drzwi   nie   były   zamknięte   na   klucz.   Otworzyła   je   i   weszła   do   środka.   Znalazła   się   w 

niewielkim, ciemnym przedsionku.

- Colin, gdzie jesteś? - zawołała.

Usłyszała   przekleństwo   dobiegające   z   kolejnego   pomieszczenia.   Otworzyła 

prowadzące do niego drzwi i ujrzała swego narzeczonego.

Siedział na łóżku, pośród rozrzuconej w nieładzie pościeli, zupełnie nagi, okryty do 

pasa jedynie prześcieradłem. Sinjun przypatrywała mu się jak skamieniała. Był taki duży, 

miał czarne włosy na piersi, sprawiał wrażenie bardzo silnego. Nie mogła oderwać oczu od 

jego ramion, piersi, karku. Wyglądał wspaniale.

- Joan! Co ty tu, do diabła, robisz? Straciłaś do reszty swój cholerny rozum?

Był zachrypnięty.

Sinjun podbiegła do niego i stanęła przy wezgłowiu łóżka.

- Co się stało?

Zanim odpowiedział, zauważyła, że Colin drży na całym ciele.

- O, Boże! - lekko pchnęła go na poduszki i przykryła po samą szyję. - Nie ruszaj się. 

Leż spokojnie i powiedz mi, co się stało.

Colin przyglądał się Joan, która wyglądała jak chłopak. Ale może mu się tylko tak 

wydawało. Może to z gorączki. Może wcale jej tu nie było.

- Joan? - powiedział ostrożnie, z niemałym wysiłkiem.

- Tak, kochanie, jestem przy tobie. Co się stało? - usiadła obok niego i położyła mu 

dłoń na czole. Było rozpalone.

- Nie mogę być twoim kochankiem - odparł. - Jestem zmęczony i słaby, słaby jak 

nowonarodzony szczeniak. Dlaczego udajesz chłopaka? To głupie. Masz kobiece biodra i 

background image

długie nogi, wcale nie jak chłopiec.

- Masz gorączkę. Wymiotowałeś? Potrząsnął głową i zamknął oczy.

- Nie masz za grosz wrażliwości.

- Boli cię głowa?

- Tak.

- Jak długo jesteś w takim stanie?

- Dwa dni. Nie czuję się źle. Po prostu jestem zmęczony.

- Dlaczego nie posłałeś po lekarza? Albo po mnie?

-   Nikogo   nie   potrzebuję.   To   tylko   przejściowa   gorączka.   Przemokłem   na   deszczu 

podczas zawodów bokserskich na Tyburn Hill.

- To się okaże - odparła Sinjun.

Mężczyźni, myślała, nie są w stanie przyznać się do najmniejszej słabości. Przysunęła 

się do niego. Był rozpalony. Gorączka musiała być bardzo wysoka.

- Wszystkim się zajmę. Kiedy ostatnio jadłeś?

- Nie pamiętam - odpowiedział poirytowanym  tonem. - To nie ma znaczenia. Nie 

jestem   głodny.   Idź   sobie.   Po   prostu   sobie   idź.   Twoja   obecność   tutaj   jest   czymś   bardzo 

niewłaściwym.

- Czy zostawiłbyś mnie, gdybym była chora i opuszczona?

- To co innego. Dobrze o tym wiesz. Na miłość boską, jestem goły...

- Leż spokojnie, a ja wszystkim się zajmę.

- Nie! Idź sobie w diabły!

- Tak, pójdę i sprowadzę pomoc. Leż spokojnie i nie odkrywaj się. Chce ci się pić?

Skinął głową.

Kiedy zaspokoił pragnienie, Sinjun spytała rzeczowym tonem:

- Chcesz się wypróżnić?

Colin wyglądał tak, jakby chciał czymś ciężkim w nią rzucić.

- Idź do wszystkich diabłów!

- Dobrze - pochyliła się, pocałowała go w usta i już jej nie było.

Colin naciągnął  kołdrę po sam nos. Próbował zebrać myśli.  Pokój tonął w jakiejś 

mgle. Kiedy zamknął oczy, a potem je otworzył, był już sam. Czy ona naprawdę tu była? Nie 

czuł  pragnienia,  więc  ktoś musiał  podać  mu  wodę. Było  mu  zimno,  nie mógł  opanować 

drżenia. Czuł się chory, bardziej obolały niż wtedy, gdy złamał dwa żebra w walce, na dwa 

miesiące przed śmiercią brata.

Zamknął   oczy   i   zobaczył   Joan   przebraną   za   chłopca.   Nieobliczalna,   szalona 

background image

dziewczyna. Ona tu wróci, co do tego nie miał żadnych wątpliwości. O ile w ogóle tutaj była.

Po godzinie Joan nie tylko wróciła, ale przyprowadziła ze sobą Douglasa. Nadal była 

przebrana   za   chłopca.   Czy   brat   pozwalał   jej   na   to?   Czy   nikt   jej   nie   uczył,   jak   ma   się 

zachowywać młoda dystyngowana dama? Colin przyglądał się hrabiemu. Nie wiedział, co ma 

powiedzieć.

- Zabieramy cię do naszego domu - powiedział spokojnie Douglas. - Jesteś chory, a 

moja siostra nie chce wychodzić za mąż za kogoś, kto ledwie dycha.

- A więc naprawdę tu byłaś - wyszeptał Colin.

- Oczywiście. I teraz już wszystko będzie dobrze. Zajmę się tobą.

- Do diabła, nie jestem chory tylko zmęczony. Robicie za dużo zamieszania, a ja po 

prostu potrzebuję jedynie spokoju i...

- Bądź cicho - powiedział Douglas. I Colin zamilkł.

-   Sinjun,   wyjdź   z   pokoju,  on   jest   nagi   i   nie   trzeba   go   wprawiać   w  zakłopotanie. 

Przyślij tu Henry'ego i Boggsa, niech mi pomogą go ubrać.

- Sam mogę się ubrać - powiedział Colin, a Douglas widząc jego płonące gniewem 

oczy, przystał na to.

Droga do domu Sherbrooke'ów była koszmarem i Colin ledwie ją przeżył. Zemdlał, 

kiedy Henry i Boggs pomagali mu wejść po schodach.

Dopiero gdy znaleźli się w pokoju gościnnym, Douglas spostrzegł na jego prawym 

udzie długą i poszarpaną ranę od noża.

background image

ROZDZIAŁ 4

- Musisz trochę odpocząć, Sinjun. Dochodzi pierwsza w nocy.

Sinjun nie chciała  odrywać  oczu od nieruchomej  twarzy Colina, ale  zmusiła  się i 

spojrzała na szwagierkę.

- Ja odpoczywam, Alex. Ale muszę być przy nim, kiedy się obudzi. Zawsze tak bardzo 

chce mu się pić.

- To silny mężczyzna - odparła spokojnie Alex. - Nie umrze. O niego jestem spokojna. 

Boję się o ciebie.

- Naprawdę myślisz, że nic mu nie będzie.

- Z całą pewnością. Słyszę, że lżej oddycha. Lekarz powiedział, że wyjdzie z tego. 

Więc wyjdzie.

- Ale nic chcę go zostawiać samego. Ma okropne koszmary.

Alex podała Sinjun filiżankę herbaty i usiadła obok.

- Jakie koszmary?

- Nie jestem pewna. Jest przerażony i nie wie, co robić. Nie wiem, czy to prawda, czy 

tylko gorączka.

Colin usłyszał jej głos. Mówiła cicho i spokojnie, ale gdzieś głębiej wyczuwało się 

strach. Chciał otworzyć oczy i spojrzeć na nią, ale nie mógł. Tkwił gdzieś w samym sobie i 

bał się; Sinjun miała rację. Znowu zobaczył Fionę. Leżała u podnóża skarpy, nieżywa. Ciało 

rozrzucone na poszarpanych skałach. A on stał na krawędzi i patrzył. Czuł strach i chciał 

odejść, ale ten obraz prześladował go i przytłaczał, i Colin umierał ze strachu przed tym, 

czego nie pamiętał. Ta okropna niepewność. Czy ją zabił? Nie, do diabła, nie zabił swojej 

żony.   Nawet   teraz,   w   gorączkowym   koszmarze,   nie   wierzył,   że   ją   zabił.   Ktoś   go   tutaj 

przyprowadził,   może   nawet   sama   Fiona,   a  potem   spadła   ze   skarpy,   ale   on   jej   nie   zabił. 

Wiedział to. Zaczął się cofać, bardzo powoli, krok za krokiem. Kręciło mu się w głowie i czuł 

się jakby oderwany od ciała. Przyprowadził tam ludzi i pokazał im, co znalazł. Nikt go o nic 

nie   pytał.   Nikt   się   nie   dziwił,   dlaczego   Fiona   leży   dziesięć   metrów   niżej,   ze   złamanym 

karkiem.

Tak, a potem zaczęły się rozmowy, nie kończące się szepty, i te domysły bardziej go 

raniły niż otwarte oskarżenie. Otaczały go, krążyły wokół niego, lecz zawsze poza zasięgiem, 

przeklęte szepty i aluzje. Gryzł  się, bo nie mógł im wykrzyczeć  swojej niewinności. Jak 

miałby im wytłumaczyć, skąd się wziął na krawędzi skarpy? Cóż mógłby im powiedzieć? Że 

nie wie, że nie pamięta. Oprzytomniał i stwierdził, że się tam znajduje. Nie było w tym żadnej 

background image

logiki. Jedyną osobą, której opowiedział wszystko, co pamiętał, był ojciec Fiony, przywódca 

klanu   MacPhersonów.   I  on   mu   uwierzył.   Ale   to   nie   załatwiło   sprawy.   Bo   to,  czego   nie 

pamiętał, ciążyło nad nim i powracało we śnie, kiedy był osłabiony. Ta wina, która w gruncie 

rzeczy nie była winą. I Colin był przekonany, że męczące go koszmary są pokutą, którą musi 

odbyć.

Rzucał się na łóżku i jęczał. Rana po nożu piekła go i bolała. Sinjun zerwała się, 

starając się go unieruchomić, chwyciwszy z całych sił za ramiona.

- Colin, wszystko w porządku. To tylko koszmarne sny, tylko sny. Prześladują cię 

duchy. Nic poza tym. Uwierz mi. Ja nie kłamię. Unieś głowę i napij się wody, a od razu 

poczujesz się lepiej.

Przytknęła mu do ust szklankę wody i Colin pił. Trzymała ją, dopóki nie odwrócił 

głowy.

-   Wsypałam   do   wody   trochę   laudanum   -   powiedziała   szwagierce.   -   To   powinno 

sprowadzić głębszy sen bez koszmarów.

Alex   milczała.   Dobrze   wiedziała,   że   gdyby   Douglas   był   chory,   nikt   by   jej   nie 

odciągnął od jego łóżka. Poklepała Sinjun po ramieniu i wyszła z pokoju.

Douglas już nie spał. Przyciągnął Alex do siebie.

- Co z Colinem? - zapytał.

- Jest bardzo chory. Dręczą go złe sny. To okropne.

- Nie udało ci się jej namówić, żeby go zostawiła pod opieką Finkle'a i trochę pospała?

- Nie. Finkle zaraz by zasnął i obudził Colina chrapaniem. Opowiadałeś mi, że kiedy 

byłeś   w   wojsku,   Finkle   budził   cię   chrapaniem,   nawet   wtedy,   gdy   byłeś   wyczerpany   po 

dwunastogodzinnej bitwie. Niech Finkle pilnuje Colina za dnia. Sinjun jest młoda i silna. 

Chce być przy nim. Pozwólmy jej na to.

- Życie jest pełne niespodzianek - westchnął Colin. -Zabroniłem mu wstępu do domu, 

dobrze wiedząc, że i tak będą się widywali. Do diabła, mógłby umrzeć, gdyby Sinjun nie 

sprzeciwiła mi się i nie poszła go odwiedzić. To moja wina. Ona nie wie o ranie, prawda?

- Nie wie. A teraz, jeśli nie przestaniesz się oskarżać o to, co stało się nie z twojej 

winy, napiszę do Rydera, żeby przyjechał i wbił ci rozum do głowy.

- Ha! Ryder nie zrobiłby tego. Zresztą ja jestem od niego większy. Rozerwałbym go 

na strzępy.

- Ale potem miałbyś do czynienia z Sophie.

- Przerażająca myśl.

- Chyba nie masz im za złe, że nie mogą teraz przyjechać do Londynu. Teraz, kiedy 

background image

dwoje   dzieci   potłukło   się   spadając   ze   strychu,   byliby   niespokojni.   A   poza   tym   bliźnięta 

doskonale się czują ze swoimi kuzynami i resztą dzieciaków.

- Tęsknię za tymi małymi poganami - powiedział czule Douglas.

- Za całą dwunastką i naszą dwójką, i jedynakiem Sophie i Rydera?

- Dwoje raz na jakiś czas to najlepsze wyjście z sytuacji. Podoba mi się pomysł z 

obwożeniem dzieci po rodzinie. Człowiek nie jest nimi zmęczony i spełnia wszystkie ich 

życzenia.

- Masz rację. Ale, mój drogi, teraz, kiedy Colin jest chory i szykuje się ślub, lepiej 

zostawić chłopców u stryjostwa.

- Myślę, że Sinjun zechce poślubić Colina jak najwcześniej się da. A wtedy Ryder i 

Sophie nie będą obecni.

- Jestem zbyt zmęczony, żeby rozmyślać o tym wszystkim. Pośpijmy trochę.

Douglas poczuł na piersi delikatną dłoń żony i uśmiechnął się w ciemności.

- Myślałem, że jesteś zmęczona. Odzyskałaś siły? Dostanę nagrodę?

- Jeżeli obiecasz, że nie będziesz zbyt głośno krzyczał i nie obudzisz swojej matki. - 

Alex   wzdrygnęła   się   na   wspomnienie   pewnej   nocy,   kiedy   cieszyli   się   sobą   tak 

nieumiarkowanie, że matka wpadła do ich pokoju, myśląc, że Alex morduje jej ukochanego 

syna. Myśl o tym wciąż napełniała Alexandrę strachem.

- Wepchnę sobie do ust chusteczkę.

Colin w końcu odzyskał przytomność, ale był tak osłabiony, że nie mógł się podnieść i 

skorzystać z nocnika. Przekleństwo. Ale przynajmniej spadła mu gorączka i ból w udzie stał 

się znośny. Był głupcem, że nie poszedł do lekarza zaraz po zranieniu, ale nie przywykł, żeby 

jakiś szarlatan podawał mu mikstury. Ani razu nie był u doktora Childressa, który od ponad 

trzydziestu lat piastował funkcję lekarza rodziny Kinrossów. Colin był młody, silny i zdrowy 

jak ryba.

Małe   zadraśnięcie   nożem,   a   on   już   leży   na   wznak,   chory,   rozgorączkowany   i 

nieprzytomny.

Patrzy!   spod   na   wpół   przymkniętych   powiek,   jak   Joan   wchodzi   do   pokoju.   Był 

rozdrażniony i głodny. Nie chciał jej tułaj. Potrzebował pomocy mężczyzny.

-   Ach,   wspaniale.   Obudziłeś   się   wreszcie   -   powiedziała   Joan   z   uśmiechem,   który 

rozświetlił pokój. - Jak się czujesz?

Colin warknął.

- Chcesz, żebym cię ogoliła? Goliłam kiedyś głowę Tysenowi, po tym jak Ryder go 

pobił. Niecałe dziesięć lat temu. Mogłabym spróbować. Będę bardzo ostrożna.

background image

- Nie.

- Dziwna sprawa, Colin. Na dole czeka jakiś mężczyzna, który twierdzi, że jest twoim 

kuzynem.

Na te słowa Colin natychmiast usiadł na łóżku. Kołdra opadła mu na brzuch. Patrzył w 

zdumieniu na Joan. Jaki kuzyn? Żaden z jego kuzynów nie wiedział, gdzie go szukać. Ach, 

MacDuff wiedział.

- To niemożliwe - powiedział i z powrotem opadł na poduszki.

Sinjun patrzyła  na zarys  kołdry poniżej jego pasa. Przełknęła ślinę. Colin był  taki 

piękny, z czarnymi włosami porastającymi mu pierś. A niżej te włosy przechodziły w wąską 

smugę i ginęły pod kołdrą. Był wychudzony, Sinjun mogła mu policzyć żebra. Ale to się 

zmieni.

- Musisz być dobrze okryty - powiedziała naciągając mu kołdrę pod brodę, chociaż 

miała ochotę ją zrzucić i przyglądać się Colinowi co najmniej parę godzin.

- Joan, to nie jakieś żarty? MacDuff jest tutaj? Zatrzepotała powiekami.

- MacDuff? Nie podał swego nazwiska. Powiedział tylko, że jest twoim ulubionym 

kuzynem. MacDuff, jak ten Szekspirowski MacDuff?

- Tak, kiedy byliśmy mali, nazywaliśmy go Mac-Cud...

- Od szkockiej nazwy krowy?

- Właśnie. Naprawdę nazywa się Francis Little. Bez sensu dla kogoś tak wysokiego i 

potężnego.   Więc   nazwaliśmy   go   MacDuff,   bo   zagroził,   że   nas   zetrze   na   miazgę,   jeżeli 

będziemy go wołać MacCud.

- MacDuff To pasuje o wiele lepiej niż Francis Little.  Z piersią jak pień drzewa. 

MacDuff! Bardzo sprytne, Colin. Myślę, że to ty wybrałeś mu to imię. On ma najbardziej 

czerwone włosy i żadnych piegów. A oczy niebieskie jak letnie niebo...

- Jego oczy mają dokładnie tan sam odcień, co twoje. A teraz przestań piać hymny na 

temat mojego cholernego kuzyna wielkoluda i przyślij go do mnie.

-   Nie   -  powiedziała   Sinjun.  -   Najpierw   zjesz   śniadanie.   Ach,   oto   i   Finkle.   On   ci 

pomoże także winnych sprawach. A ja wrócę za kilka minut i pomogę ci jeść.

- Nie potrzebuję twojej pomocy.

- Oczywiście, że nic. Ale będzie ci miło w moim towarzystwie, prawda?

Colin tylko na nią spojrzał. Sinjun uśmiechnęła się do niego i delikatnie ucałowała w 

usta, a potem tanecznym krokiem opuściła pokój.

W drzwiach odwróciła się.

- Czy chcesz mnie poślubić już jutro? Spojrzał na nią z gniewem i odpowiedział:

background image

-   Miałabyś   pamiętną   noc   poślubną.   Leżałbym   przy   twoim   boku   jak   kłoda   i   to 

wszystko.

- Nic nie mam przeciwko temu. Przed nami całe wspólne życie.

- Odmawiam, dopóki nie będę w stanie należycie skonsumować naszego małżeństwa. 

- To, co powiedział, było głupie. Powinien ją poślubić choćby natychmiast, jeśli to tylko 

będzie możliwe. Czas naglił. Colin rozpaczliwie potrzebował pieniędzy.

*

Sinjun usiadła i przyglądała się dwóm rozmawiającym kuzynom. Mówili cicho, więc 

nie mogła ich zrozumieć, a zresztą nie miała ochoty ich podsłuchiwać, mimo że nawykła do 

tego od wczesnego dzieciństwa. Mając trzech starszych braci, bardzo wcześnie nauczyła się, 

że najciekawsze informacje są przed nią ukrywane i że najlepiej je poznać przez dziurkę od 

klucza. Wyjrzała przez okno do ogrodu. Dzień był chłodny, ale słoneczny i kwiaty w ogrodzie 

rozkwitały.   Usłyszała   śmiech   Colina   i   spojrzała   na   niego   z   uśmiechem.   MacDuff   -   jego 

przezwisko było jeszcze dziwniejsze od jej własnego. Sprawiał wrażenie sympatycznego i 

bardzo przywiązanego do Colina. Nawet siedząc przy łóżku, wydawał się ogromny, nie tłusty, 

wcale nie, po prostu ogromny jak wielkolud. Jego śmiech brzmiał potężnie i wstrząsał całym 

jego ciałem. Sinjun polubiła go. Nie miała wobec niego żadnych skrupułów i oświadczyła 

mu, że jeżeli zmęczy Colina, zostanie przez nią osobiście wykopany z pokoju.

Spojrzał na nią i uśmiechnął się.

- Nie należysz do lękliwych. Co najwyżej trochę głupich, skoro wzięłaś pod swój dach 

tego   przybłędę.   Nie,   zamknę   jadaczkę,   kiedy   nadejdzie   pora.   Na   pewno   biedaczka   nie 

zmęczę.

W doskonałej zgodzie udali się do pokoju Colina. Właśnie teraz MacDuff wstał i 

powiedział:

- Najwyższy czas, żebyś odpoczął, stary. Żadnych sprzeciwów. Obiecałem Sinjun i 

bardzo się jej boję.

- Ona ma na imię Joan. Nie jest mężczyzną. MacDuff uniósł gniewnie czerwoną brew.

- Jesteśmy cokolwiek drażliwi, co? Tracimy głowę dla dziewczyn? Pogadamy jutro, 

Ash. Rób, co ci każe Sinjun. Zaprosiła mnie na wasz ślub.

MacDuff wyszedł.

- Mówi bez szkockiego akcentu. Tak samo jak ty.

- MacDuff. pomimo swego przezwiska, woli angielską gałąź rodziny. Mój ojciec był 

bratem jego matki. Matka MacDuffa wyszła za mąż za Anglika z Yorku, bardzo bogatego 

background image

handlarza   wyrobami   żelaznymi.   Obydwaj   kształciliśmy   się   w   Anglii,   ale   on   wsiąkł   tutaj 

bardziej niż ja. Wydawało się, że całkiem zerwie więzy łączące go ze Szkocją, przynajmniej 

on tak twierdził. Ale teraz zmienił chyba zdanie, bo od pięciu lat przez większość czasu 

mieszka w Edynburgu.

- Jesteś zmęczony, Colin. Chętnie tego wszystkiego posłucham, ale później.

- Ach, te twoje narowy.

Stawał się kąśliwy, co ją ucieszyło. Powracał do zdrowia.

- Skoro jestem narowista, możesz mnie ujeździć - odparła poprawiając kołdrę na jego 

ramionach. Colin spojrzał na nią ze zdumieniem.

- Te twoje aluzje do seksu nie przystoją dziewicy.

- Po czym zdał sobie sprawę, że Sinjun nie ma pojęcia, o czym on mówi, więc tylko na 

nią prychnął.

- Idź już, Joan.

- Dobrze, wybacz mi, Colin. Jesteś zmęczony i musisz odpocząć. Czy chcesz się ze 

mną jutro ożenić? - zapytała od drzwi.

- Jeżeli jutro będę mógł chodzić, to pojutrze może uda mi się dosiąść konia.

Przechyliła   głowę,   starając   się   zrozumieć,   co   jej   zakomunikował.   A   spostrzegłszy 

zgryźliwy wyraz twarzy Colina, uśmiechnęła się i wyszła.

Colin opadł na poduszki i zamknął oczy. Był zaniepokojony, bardzo zaniepokojony i 

rozgniewany. MacDuff przyszedł, żeby mu powiedzieć, że MacPhersonowie wkraczają na 

ziemie Kinrossów. Usłyszeli o ich ruinie, dowiedzieli się, że Colin wyjechał, i postanowili to 

wykorzystać.   Urządzili   najazd   na   posiadłości   i   owce   Kinrossów.   Zabili   nawet   kilku 

zagrodników, którzy bronili się przed grabieżą. Ludzie Colina robili co w ich mocy, ale nie 

mieli żadnego przywódcy. Colin nigdy w życiu nie czuł się bardziej bezsilny. Leży oto w tym 

przeklętym eleganckim łożu, w tym pięknym domu, słaby jak jednodniowe źrebię, całkowicie 

bezużyteczny dla siebie, swojej rodziny i poddanych.

Poślubienie Joan Sherbrooke jest najważniejszą rzeczą, jakiej może dokonać. Nawet 

gdyby miała królicze zęby. Liczą się jej lśniące i liczne gwinee. Trzeba zmieść w pył tych 

tchórzliwych   MacPhersonów   i   uratować   Vere   Castle   i   wszystkie   inne   posiadłości.   Musi 

działać   szybko.   Spróbował   wstać.   Zacisnął   zęby,   ale   fala   bólu   w   udzie   powaliła   go   z 

powrotem. Huczało mu w głowie. Następnym razem, gdy Joan zapyta go o ślub, powie jej, 

żeby natychmiast sprowadziła pastora.

*

background image

Douglas Sherbrooke starannie złożył list i wsunął go do koperty.

Zaczął   się   przechadzać   po   bibliotece,   potem   zatrzymał   się,   wyjął   list   z   koperty   i 

jeszcze raz go przeczytał. Litery były drukowane, starannie wypisane czarnym atramentem:

Do Lorda Northcliffe,

Colin   Kinross   zamordował   swoją   żonę.   Poślubi   pańską   siostrę   i   jej   także   się  

pozbędzie. Bez wątpienia. Jest bezlitosny i gotów na wszystko, by zdobyć, czego pragnie.  

Jedyną rzeczą, której teraz pragnie, są pieniądze.

To   było   coś,   czego   Douglas   nie   znosił.   Anonimowe   oskarżenie,   pozostawiające 

adresata w stanie rozdrażnienia i bezsilności, właśnie dlatego, że jest anonimowe, ale i lak 

zaszczepiające w duszę pewne wątpliwości dotyczące oskarżanego. List został dostarczony 

godzinę wcześniej przez małego posłańca, który powiedział Drinnenowi tylko tyle, że jakiś 

facet kazał mu zanieść list „jego lordowskiej mości z tego eleganckiego domu”.

Drinnen nie zapytał, jak ów facet wyglądał. Szkoda. Douglas znów zaczął spacerować 

po pokoju. Tym razem pogniótł list.

Colin szybko wracał do sił. Sinjun tańczyła z radości i chciała, by ślub odbył się w 

końcu tygodnia. Jezu, a to dopiero wtorek.

Co robić?

Douglas   wiedział,   że   Sinjun   nie   przejęłaby   się   nawet   wtedy,   gdyby   Colin   został 

oskarżony   o   wymordowanie   całego   pułku.   Nie   uwierzyłaby.   Tak   samo   nie   uwierzy 

anonimowi.

Przekleństwo. Douglas wiedział, że listu mimo wszystko nie można zlekceważyć, i 

dlatego, gdy Alex i Sinjun wyszły z domu na przymiarkę sukni ślubnej u Madame Jordan, 

poszedł do sypialni Colina.

Dzięki Finkle'owi i kilku lokajom, którzy przynieśli tutaj dwa kufry z jego rzeczami, 

Colin miał na sobie jeden z własnych szlafroków.

- Potrzebujesz towarzystwa? - zapytał Douglas wchodząc do pokoju.

- Nie, dziękuję. Chcę sobie udowodnić, że mogę trzykrotnie obejść pokój i nie paść 

przy tym na twarz.

- I ile razy ci się udało? - zapytał ze śmiechem Douglas.

- Dwa razy z pięciominutową przerwą. Wygląda na to, że trzeci raz wyleczy mnie ze 

złudzeń.

- Siadaj, Colin. Musimy porozmawiać.

Colin   przysiadł   ostrożnie   na   wyplatanym   fotelu   obok   kominka.   Krzywiąc   się 

wyciągnął nogi przed siebie. Delikatnie rozmasował sobie udo.

background image

- Nie powiedziałeś Joan, prawda?

- Nie, tylko żonie. Prawdę powiedziawszy, nie wiem dlaczego zależy ci, żeby Sinjun 

nie wiedziała.

- To by ją zdenerwowało i zaniepokoiło. Najprawdopodobniej wynajęłaby kogoś, żeby 

się   dowiedzieć,   kto   mi   to   zrobił.   A   polem   prawdopodobnie   zamieściłaby   w   gazecie 

ogłoszenie, które miałoby pomóc go osaczyć.  Mogłaby się narazić na niebezpieczeństwo. 

Ktoś musi ją chronić i to przede wszystkim przed nią samą.

Douglas przyglądał mu się ze zdziwieniem.

- Znasz ją tak krótko, a już... -Potrząsnął głową. - Właśnie tak by postąpiła. Czasami 

wydaje mi się, że nawet dobry Bóg nie ma pojęcia, co ona planuje, dopóki tego nie zrobi. Jest 

bardzo pomysłowa, sam wiesz.

- Nie, ale podejrzewam, ze się przekonam.

- Musisz mi powiedzieć, jak doszło do tego, że zraniono cię nożem.

Colin unikał wzroku Douglasa.

- Jakiś mały złodziejaszek próbował mnie okraść. Przewróciłem go na ziemię, a wtedy 

on wyciągnął z cholewy nóż. Moje udo znajdowało się akurat na wysokości jego wyciągniętej 

ręki.

- Zabiłeś go?

- Nie, ale wygląda na to, że powinienem był to zrobić. Przeklęty nicpoń. Niewiele by 

na mnie zarobił. Nie miałem przy sobie więcej niż dwie gwinee.

- Przed chwilą otrzymałem list, w którym oskarżają cię o zamordowanie żony.

Colin zamarł w bezruchu. Tak jakby zapadł się w sobie, uciekając przed bólem, a 

może i poczuciem winy, pomyślał Douglas. Colin spojrzał gdzieś poza niego, w kierunku 

kominka.

- List nie był podpisany. Ten, kto go napisał, przysłał tu chłopca. Nie lubię anonimów. 

Zatruwają człowieka i sprawiają, że czuje się jak głupiec.

Colin nic nie odpowiedział.

- Nikt nie wiedział, że byłeś już żonaty.

- Nie. Uważam, że nikomu nic do tego.

- Kiedy umarła?

- Na krótko przed śmiercią mego brata, jakieś pół roku temu.

- W jaki sposób?

Colin poczuł, jak wnętrzności zaciskają mu się w supeł.

- Spadła ze skarpy i skręciła kark.

background image

- Zepchnąłeś ją? Colin milczał.

- Kłóciliście się? Spadła przypadkowo?

- Nie zamordowałem żony i nic zabiję twojej siostry. Przypuszczam, że autor listu 

przestrzega cię przed tym.

- O, tak.

- Powiesz o tym Joan?

Douglas zamrugał. Wciąż nie mógł się przyzwyczaić, że Colin nazywa Sinjun Joan.

- Muszę. Lepiej by było, żebyś ty jej powiedział i udzielił wyjaśnień, które ukrywasz 

przede mną.

Colin nic nie odpowiedział. Stał sztywny i czujny.

Douglas wstał.

- Przepraszam - powiedział. - Ona jest moją siostrą i bardzo ją kocham. Muszę ją 

chronić. Uważam, że powinna się o tym dowiedzieć. Zanim się pobierzecie, sprawa musi być 

wyjaśniona. Żądam tego.

Colin nadal milczał. Nie poruszył się, dopóki Douglas nie zamknął za sobą drzwi. 

Pochylił głowę i zamknął oczy. Pomasował udo. Szwy swędziały i skóra była różowa. Rana 

dobrze się goiła.

Ale czy on dość szybko nabiera sił?

Kto, na miłość boską, kto? Kto mógł to zrobić? Jedynymi osobami, które przychodziły 

mu   do   głowy,   byli   MacPhersonowie.   Mieli   poważny   motyw.   Jego   pierwsza   żona.   Fiona 

Dahling MacPherson, była najstarszą córką przywódcy klanu. Ale stary Latham rozgrzeszył 

go, przynajmniej zaraz po śmierci Fiony. Jej brat oczywiście nie, ale Latham krótko trzymał 

Roberta, Po kilku  miesiącach  Colina dobiegły słuchy,  że stary Latham nie ma  dobrze w 

głowie, że podupadł na zdrowiu, co było zupełnie naturalne, bo człowiek ten był tak stary, jak 

okoliczne skały. O tak, list musieli napisać przeklęci tchórze MacPhersonowie, bo któż inny.

Przeklęty list. Musi poślubić Joan, i to szybko, inaczej wszystko zostanie stracone. 

Colin zamknął oczy.

Zmusił się do odpoczynku. Po kilku godzinach wstał z fotela i przeszedł wzdłuż cały 

pokój. Dwa razy, a potem trzy. Nabierał sił, dzięki Bogu. Modlił się tylko o to, żeby nie było 

za późno.

Podczas wspólnej kolacji z Joan Colin podjął decyzję. Spojrzał ponad swoim talerzem 

i stwierdził, że Joan coś do niego mówi.

- ... Proszę, nie zrozum mnie źle, suknia ślubna jest prześliczna, naprawdę, ale to tyle 

zamieszania, Colin. Moja matka prawdopodobnie uważa cię za coś w rodzaju trofeum, jest 

background image

laka zadowolona, że wybawiłeś mnie od staropanieństwa. Nienawidzę tego. Chciałabym po 

prostu zabrać cię stąd i zacząć nasze wspólne życie. To wszystko nie ma sensu.

Colin poczuł ogromną ulgę. Manna z nieba. On myślał i myślał, odrzucał pomysł za 

pomysłem, a ona podaje mu wszystko sama, bez najmniejszego wahania.

- Nie jestem jeszcze bardzo silny - powiedział żując w skupieniu kęs szynki.

- Do piątku będziesz wystarczająco silny. A może nawet wcześniej. Ach, szkoda, że 

nie jesteś zdrowy już teraz.

Colin nabrał powietrza.

- Muszę ci coś powiedzieć, Joan. Nie, nie przerywaj, proszę. To bardzo ważne. Twój 

brat zabroni ci wyjść za mnie. Powiedział mi, że musi cię chronić.

Sinjun popatrzyła na niego. Czekała, powoli jedząc groszek, a potem upiła łyk wina. 

Milczała.

- Do diabła z tym wszystkim! Twój brat myśli, że kogoś zabiłem. Jeżeli ja ci tego nie 

powiem, on to zrobi. Musi cię chronić. Chce, żeby wszystko zostało wyjaśnione, zanim się 

pobierzemy. Niestety nie ma sposobu, żeby to kiedykolwiek wyjaśnić. Nie powiedziałem mu 

tego, ale taka jest prawda. Nie możemy się pobrać, Joan. Przykro mi. Twój brat nie pozwoli 

na to, a ja muszę się z tym pogodzić.

- Kogo przypuszczalnie zabiłeś?

- Moją pierwszą żonę.

- Cóż za nieprawdopodobna bzdura - powiedziała Sinjun bez chwili wahania. - Nie 

chodzi o to, że jesteś zbyt młody, żeby już raz być żonatym, ale o to, że nigdy byś nikogo nie 

skrzywdził, a zwłaszcza własnej żony. Bzdura. Skąd mu przyszedł do głowy taki dziwaczny 

pomysł?

- Dostał anonim.

- Ach, o to chodzi. Ktoś jest o ciebie zazdrosny. Ktoś cię po prostu nie lubi, bo jesteś 

taki przystojny i złowiłeś w Londynie posażną pannę. Porozmawiam z Douglasem i wszystko 

mu wyjaśnię.

- Nie.

Sinjun wyczuła w jego tonie determinację. Nie odpowiedziała. Czekała. Cierpliwość 

wiele ją kosztowała, ale już raz odniosła skutek.

Po nieskończenie długim oczekiwaniu nadeszła nagroda.

- Jeżeli chcesz za mnie wyjść - powiedział powoli, patrząc jej prosto w oczy - musimy 

wyjechać tej nocy. Pojedziemy do Szkocji i tam mnie poślubisz, ale nie w Gretna Green, bo to 

będzie pierwsze miejsce, dokąd pojedzie twój brat. A po ślubie twój brat nie będzie już nam 

background image

mógł   przeszkodzić.   Zatrzymamy   się   w   domu   Kinrossów   w   Edynburgu   i   tam   urządzimy 

prawdziwe wesele. - Zrobił to. Powiedział jej. Poczuł niesmak. Ale cóż innego mógł uczynić? 

Nie miał żadnego wyboru.

Sinjun długo milczała. A kiedy wreszcie się odezwała, Colin z ulgą opadł na poduszki.

- Nic zastanawiałam  się nad wszystkimi  „za” i „przeciw”,  tylko  obmyślałam  plan 

działania.   Możemy   to   zrobić.   Nie   wiem   tylko,   czy   jesteś   wystarczająco   silny.   Ale   to 

nieważne. Ja się wszystkim zajmę. Wyjedziemy o północy.

Wstała i wygładziła spódnicę. Wyglądała na równie zdecydowaną jak jej brat.

- To bardzo zaboli Douglasa, ale chodzi o moje życie i mus2ę wybrać to, co, jak 

myślę, będzie dla mnie najlepsze. O Boże, tyle jest do zrobienia! Nie martw się. Ty musisz 

leżeć i odzyskiwać siły. - Schyliła się i pocałowała Colina.

Nie   miał   czasu,   by  jej   odpowiedzieć,   bo   Sinjun   już   gnała   do   drzwi   tak   wielkimi 

krokami, że spódnica opinała się jej na udach i pośladkach. Odwróciła się z ręką na klamce.

- Douglas nie jest głupi. Od razu się domyśli, co zrobiliśmy. Musimy pojechać inną 

drogą. Musimy go zmylić. To dobrze, że nie jestem rozrzutna. Mam własne dwieście funtów. 

Po ślubie Douglas nie będzie miał wyboru i da ci mój posag, więc nic nie stracisz. Musimy 

działać szybko, wiem, że natychmiast potrzebujesz pieniędzy. Bardzo mi przykro z powodu 

tego listu, Colin. Niektórzy ludzie są bardzo źli. - Z tymi słowami wyszła. Colin mógłby 

przysiąc, że pogwizdywała.

Wszystko w porządku. Zwyciężył. Pomimo wszystkich przeciwności. Zwyciężył, a 

przecież robił tylko to, czego ona chciała. To ona naciskała, nie on. Czuł się winny. Mimo że 

znał   Joan   tak   krótko,   nie   miał   wątpliwości,   że   będzie   gotowa   dokładnie   o   północy,   że 

zorganizuje bardzo wygodny powóz i że jej brat będzie miał wielkie trudności z wytropieniem 

ich. Nie zdziwiłby się nawet, gdyby konie ciągnące powóz były dobrane maścią. Zamknął 

oczy i znów je otworzył. Musi zjeść wszystko z talerza. Musi odzyskać siły, i to bardzo 

prędko.

*

Bracia mnie zabiją, myślała Sinjun, podczas gdy powóz mknął przez czarną noc w 

kierunku drogi do Reading. Colin spal obok niej. Nachyliła się i delikatnie pocałowała go w 

policzek. Nie poruszył się. Otuliła go ciaśniej kocem. Colin spał spokojnie, oddychał głęboko 

i   równo.   Doskonale,   żadnych   koszmarów.   Wciąż   się   dziwiła,   że   ta   choroba   tak   go 

wycieńczyła. Ale teraz to już nieważne. Dojdzie do siebie bardzo szybko, zwłaszcza że teraz 

ona się nim zajmie.

background image

Kochała go aż do bólu. Nikt i nigdy ich nie rozdzieli. Nikt go już nigdy nie skrzywdzi. 

To moje życie, myślała, a nie Douglasa, Rydera czy kogokolwiek innego. Tak, to moje życie, 

a ja go kocham i ufam mu, i on już teraz jest moim mężem, w sercu.

Pomyślała o matce i o tym, jak jej się udało urobić nieszczęsnego Finkle'a. A potem 

zajrzała do pokoju Colina. Colin opowiadał potem z uśmiechem, że stanęła i długo mu się 

przyglądała. W końcu przemówiła:

- Cóż, młody człowieku, rozumiem, że chcesz się ożenić z moją córką dla jej posagu.

Colin uśmiechnął się do niej i odparł:

- Córka jest bardzo do pani podobna. Ma szczęście. Ja także. Muszę się ożenić dla 

pieniędzy, madame, nie mam w tej sprawie wyboru. Jednak córka pani znacznie przewyższyła 

moje najśmielsze oczekiwania. Będę się o nią troszczył.

-   Mówi   pan   słodkie   słówka,   sir,   co   całkowicie   pochwalam.   A   teraz   proszę   mnie 

posłuchać. Joan jest rozpuszczona. Będzie pan musiał znaleźć jakiś sposób, żeby panować 

nad jej psotami, bo jest w tym naprawdę dobra; doprawdy, jest z nich szeroko znana. Jej 

bracia   zawsze   pochwalali   te   wybryki,   ponieważ   są   w   dziedzinie   właściwego   zachowania 

dziewcząt bezdennie głupi. Teraz odpowiedzialność spada na pana. Ona czyta. Tak, mówię 

panu   prawdę,   czuję,   że   powinnam.   Ona   czyta   -   tu   matrona   westchnęła   głęboko   -   nawet 

rozprawy i inne tomiska, które powinny stać pokryte kurzem. Nie jestem odpowiedzialna za 

ten upadek. To wina jej braci, którzy nie potrafili jej wskazać właściwej drogi.

- Ona naprawdę czyta, madame? Opasłe tomiska i tym podobne?

- Tak, to prawda. Nawet nie zadawała sobie trudu, by ukryć książkę za fotelem, kiedy 

odwiedzał ją dżentelmen. To prowokacja i usiłowałam ją zbesztać, ale ona tylko się śmiała. 

Cóż   mogłam   poradzić?   Niech   pan   posłucha,   powiedziałam   panu   prawdę.   Joan   będzie 

cierpiała, jeżeli pan uzna, że jej charakter nie predestynuje jej na pańską żonę.

- To będzie mój problem, madame, jak już pani mówiła. Postaram się, by czytała 

wyłącznie książki odpowiednie dla młodej żony.

Twarz hrabiny rozjaśniła się na te słowa.

- Doskonale, Jestem mile zaskoczona, że nie mówi pan jak szkocki poganin.

-   Kształciłem   się   w  Anglii,   madame.   Mój   ojciec   uważał,   że   szkocka   arystokracja 

powinna mówić królewską angielszczyzną.

-   Ach,   pański   ojciec   był   rozsądnym   człowiekiem.   Jest   pan   hrabią,   jak   rozumiem. 

Siódmym hrabią, co oznacza, że tytuł jest stary. Nie aprobuję arystokratów z nowo nadanymi 

tytułami. To parweniusze, którym się wydaje, że są nam równi, co oczywiście nie jest zgodne 

z prawdą.

background image

Colin   skinął   głową,   nie   tracąc   poważnego   wyrazu   twarzy.   Wypytywanie   trwało 

dopóty, dopóki do pokoju nie wpadła Sinjun.

- Czyż on nie jest przystojny i strasznie mądry, matko? - zapytała zdyszana.

- Uważam, że nic jest najgorszy - odparła hrabina zwracając się do córki. - Zjawił się, 

by   cię   wybawić   od   staropanieństwa,   Bogu   niech   będą   dzięki.   Gdyby   był   paskudny   lub 

zdeformowany,   albo   obdarzony   nieprzyjemnym   charakterem,   musiałabym   mu   odmówić   - 

choć   byłoby   to   nieostrożne,   bo   z   każdym   dniem   stajesz   się   starsza   i   coraz   mniej 

dżentelmenów chce cię na żonę - ale tego wymaga doniosłość sytuacji. Tak, dobrze się stało. 

Przypomina mi Douglasa. Dziwne, że ani ty, ani Alexandra nie zwróciłyście na to uwagi. 

Posłuchaj   mnie,   Joan,   żebyście   nie   zaczęli   żyć   po   szkocku,   kiedy   już   znajdziecie   się   w 

tamtym   miejscu.   Cieszę   się,   że   sprowadziłaś   go   do   naszego   domu.   Będę   go   codziennie 

odwiedzać i opowiadać o rodzinie Sherbrooke'ów oraz uczyć obowiązków wobec ciebie i 

całej rodziny.

- Będę zachwycony, madame - powiedział Colin. Wspaniałe poszło, myślała Sinjun, 

uspokajając oddech. Była śmiertelnie przerażona, kiedy Finkle powiedział jej, że matka zeszła 

do   pokoju   Colina,   Stwierdziła,   że   Colin   uśmiecha   się   zadowolony   z   własnego   sprytu, 

pochyliła się i pocałowała go.

- Doskonale sobie z nią radziłeś, dziękuję.

- Dotrzymywałem jej kroku, to wszystko. I schlebiałem jej. A ona lubi pochlebstwa.

- To prawda. A Douglas i Ryder nigdy nie łechcą jej próżności. Brak jej tego. Dobrze 

zrobiłeś, Colin.

Miała ochotę go teraz pocałować, ale bała się, że go obudzi. Przyjdzie na to czas, całe 

mnóstwo czasu. Kiedy wjadą do Szkocji przez Lakę District, nie będzie dziewicą, już ona 

tego dopilnuje. Dziewczyna  nie może uciec z dżentelmenem i pozostać nietknięta. Kiedy 

znajdą się w Szkocji, ich ślub stanie się już tylko czystą formalnością.

Sinjun   wsunęła   rękę   pod   koc   i   ujęła   dłoń   Colina.   Silną   dłoń,   gładką   i   mocarną. 

Pomyślała o jego żonie, kobiecie, która już nie żyła. Nie pytała go o nic więcej i nie będzie 

pytać. Jeżeli zechce jej opowiedzieć, sam to zrobi. Sinjun zastanawiała się, jak miała na imię.

Zastanawiała się również, czy przyzna mu się kiedykolwiek, że brat powiedział jej o 

anonimie. Nawet go przeczytała. Dwukrotnie. Chwilę się z bratem sprzeczała, wiedząc, że 

Douglas niepokoi się o nią, i wiedząc, że musi się z nim kłócić, bo inaczej wzbudziłaby jego 

podejrzenia. O tak, przyznała bratu rację, że ślub powinien zostać odłożony do czasu, gdy 

oskarżenie o morderstwo zostanie wyjaśnione. A przez cały czas była zdecydowana, by uciec 

z Colinem jeszcze tej nocy.

background image

Szkoda, że musiała trzymać język za zębami, kiedy tak ją świerzbił, by powiedzieć 

całą prawdę. Wiedziała jednak, że mężczyźni nienawidzą być manipulowani. Sama myśl, że 

kobieta nimi dyryguje, doprowadza ich do wściekłości. Oszczędzi mu tego uszczerbku na 

męskiej dumie, przynajmniej do chwili, gdy będzie całkiem zdrowy. A może do tego czasu 

zacznie mu na niej zależeć. W danym momencie myśl o wyznaniu prawdy czyniła z mglistej 

przyszłości krainę mroczną i ponurą.

background image

ROZDZIAŁ 5

- Dojedziemy tylko do Chipping Norton, do zajazdu Biały Jeleń - powiedziała Sinjun, 

gdy Colin się poruszył. - Będziemy tam za godzinę. Jak się czujesz?

- Cholernie zmęczony, niech to diabli. Poklepała go po ramieniu.

- Z każdym dniem będzie ci przybywać sił. Nie martw się. Myślę, że dojedziemy do 

Szkocji w ciągu sześciu dni. Masz mnóstwo czasu, żeby wydobrzeć.

Ponieważ w powozie było ciemno, Sinjun nie mogła widzieć malującej się w jego 

oczach irytacji.  Colin był  wściekły,  bo czul się bezsilny,  niemęski, niczym  małe  dziecko 

zdane na łaskę niani, tylko że ta niania miała zaledwie dziewiętnaście lat.

- Dlaczego, u diabla, wybrałaś właśnie Białego Jelenia? - burknął.

Sinjun zachichotała.

-   Z   powodu   historii,   jakie   Ryder   i   Douglas   opowiadali   Tysenowi.   A   Tysen   był 

przerażony,   bo   uczył   się   na   duchownego.   Oczywiście   Ryder   i   Douglas   pokładali   się   ze 

śmiechu.

- I żaden z nich nie miał pojęcia, że ty - młodsza siostrzyczka - podsłuchujesz.

-   Nie   mieli   pojęcia.   Najmniejszego.   Mając   siedem   lat   byłam   naprawdę   dobra   w 

podsłuchiwaniu. Mam wrażenie, że ty także doskonale wiesz o Białym Jeleniu i o tym, że 

młodzi dżentelmeni z Oksfordu spędzają tam wieczory z kobietami lekkich obyczajów.

Colin milczał.

- Pamiętasz swoje randki?

-   Tak,   prawdę   powiedziawszy,   pamiętam.   Spotykałem   się   tam   z   żoną   jednego   z 

wykładowców. Miała na imię Matilda, a jej włosy były tak jasne, że prawie białe. Pamiętam 

też   oberżystkę   z   Flaming   Dolphin   w   Oksfordzie.   Miała   dziki   temperament,   wiecznie 

nienasycona. No i Cerisse - przybrane imię, ale kto by się tym przejmował. Ach, te jej rude 

włosy.

- Może powinniśmy wziąć ten sam pokój lub te same pokoje. A może wynająć cały 

zajazd,   aby   nie   pominąć   żadnego   pokoju,   w   którym   bywałeś.   Symboliczny   gest,   którym 

uczcilibyśmy miejsce, gdzie się za młodu wyszumiałeś.

-   Twoje   zachowanie   nie   przystoi   dziewicy,   Joan.   Przyjrzała   mu   się   uważnie.   Zza 

grubej warstwy chmur wyjrzał księżyc i Sinjun wreszcie mogła dostrzec twarz Colina. Był 

blady   i   wyglądał   na   straszliwie   zmęczonego.   Gorączka   musiała   być   znacznie   bardziej 

wyniszczająca niż Sinjun przypuszczała.

- Dzisiejszej nocy możesz po prostu spokojnie spać obok mnie, Colin. Jeżeli będziesz 

background image

miał ochotę, możesz nawet chrapać. Nie mam nic przeciwko pozostaniu dziewicą, dopóki 

całkowicie nie wy dobrzejesz.

- To dobrze. Bo tak właśnie się stanie. - Poczuł ból w udzie i zastanowił się, dlaczego 

nie chce, aby Joan dowiedziała się o ranie. Teraz to już nie miało znaczenia.

- Chyba, że... - powiedziała przysuwając się do niego i zniżając głos do, jak miała 

nadzieję, uwodzicielskiego szeptu - zechcesz mi powiedzieć, jak trzeba postępować, żeby 

osiągnąć to, co ma zostać zrobione. Moi bracia oskarżają mnie zawsze, że bardzo prędko się 

uczę. Chciałbyś mi powiedzieć?

Miał się ochotę roześmiać, ale tylko mruknął coś pod nosem.

Sinjun uznała, że należy to przyjąć za odmowę, i westchnęła.

Zajazd Biały Jeleń mieści! się w centrum małego miasteczka handlowego Chipping 

Norton w Cotswolds. Był to bardzo malowniczo położony budynek Z czasów Tudorów, tak 

stary   i   stylowy,   że   Sinjun   była   nim   oczarowana.   A   więc   to   tutaj   wielu   młodych   ludzi 

przybywało na schadzki.

Dochodziła trzecia w nocy i wokół nie widać było żywej duszy. Sinjun była jednak 

zbyt   podniecona,  by  odczuwać  zmęczenie.   Udało   jej  się  uciec  bratu,  a  to  nie  przelewki. 

Prędko wyskoczyła z powozu i wydała polecenia stangretowi, człowiekowi małomównemu, 

co mu się bardzo chwaliło, lecz o przepastnych kieszeniach, w których pomieścił znacznie 

więcej gwinei, niż się spodziewała zapłacić. Ale Sinjun wcale się tym nie przejęła. Jeżeli 

skończą się jej pieniądze, to po prostu sprzeda perłowy naszyjnik. Najważniejszy był Colin i 

ich ślub. Wróciła, aby pomóc mu wysiąść z powozu.

-   Za   chwile   znajdziesz   się   w   łóżku,   Colin.   Pójdę   do   środka,   a   ty   zechciej   tułaj 

poczekać i...

-   Ciii   -   przerwał   jej   Colin.   -   Ja   załatwię   sprawę   ze   stajennym.   To   stary,   brudny 

wszetecznik i nie chcę, żeby coś sobie wyobrażał. Do diabła, szkoda, że nie masz obrączki. 

Nie zdejmuj rękawiczek. Jesteś moją żoną i ja wszystkim się zajmę.

- Dobrze. - Sinjun uśmiechnęła się promiennie, a potem zmarszczyła  brwi. - Ach, 

kochanie, potrzebujesz pieniędzy?

- Mam pieniądze.

Mimo   wszystko   Sinjun  sięgnęła   do  torebki   i  wyjęła   pęk   funtowych   banknotów.   - 

Masz. Poczuję się lepiej, jeżeli je zatrzymasz. - I uśmiechnęła się promiennie.

- Skończmy z tym, zanim padnę na twarz. Tak, i trzymaj buzię na kłódkę.

Kiedy szli przez ciemne i puste podwórze, Sinjun spostrzegła, jak bardzo Colin kuleje. 

Otworzyła usta, ale prędko je zamknęła.

background image

Dziesięć minut później znaleźli się w małej sypialni na poddaszu.

- Wydaje mi się, że stajenny podejrzewa nas o kłamstwo - powiedziała wcale tym nie 

przejęta. - Ale świetnie sobie z nim radziłeś. Myślę, że on się ciebie boi. Jesteś szlachcicem, a 

na dodatek całkiem nieobliczalnym.

- Tak, chyba myśli, że go okłamałem, stary tłusty wszetecznik. - Colin zerknął na 

łóżko i omal nie jęknął na widok rozkoszy, która go czekała. Poczuł dłonie Sinjun na swoich 

ramionach i znieruchomiał. - On wierzy,  że para jest małżeństwem tylko wtedy,  gdy był 

świadkiem ceremonii ślubnej.

- Pozwól, że ci pomogę. - Sinjun okazała się sprawna jak prawdziwa niania, co go 

zirytowało, ale nic nie powiedział, tylko tęsknym wzrokiem spoglądał na łóżko. Najchętniej 

spałby cały tydzień.

- Usiądź, pomogę ci ściągnąć buty.

Szybko się z tym uporała. Nabyła praktyki przy braciach.

- Czy mam zrobić coś jeszcze? - zapytała.

- Nie - odparł Colin. - Po prostu odwróć się plecami.

Posłusznie   wykonała   jego   polecenie,   zdjęła'   buty   i   pończochy,   w   małej   szafie 

powiesiła płaszcze. Obejrzała się, usłyszawszy skrzypnięcie łóżka. Colin leżał na wznak z 

zamkniętymi oczami, z kołdrą podciągniętą do połowy nagiej piersi, z rękami na pościeli.

-   To   bardzo   dziwne   -   powiedziała   Sinjun,   zmartwiona,   że   jej   głos,   cieniutki   i 

wystraszony, brzmi tak bardzo dziewczęco.

Colin nic nie odpowiedział, więc ciągnęła dalej, zachęcona jego milczeniem.

- Wiesz - dobierała słowa z namysłem - to prawda, że jestem raczej szczera i otwarta. 

Moi bracia zawsze zachęcali mnie, żebym mówiła to co myślę. Więc tobie także powiem. 

Czuję się dziwnie będąc z tobą w jednym pokoju, kiedy wiem, że jesteś rozebrany, a ja mam 

się położyć po drugiej stronie wspólnego łóżka...

Jej monolog przerwany został dudniącym chrapaniem.

Sinjun musiała się roześmiać. Cicho podeszła do łóżka i spojrzała na Colina. Jest jej, 

pomyślała, cały jej, i nikt go jej nie odbierze, nawet Douglas. Nikt. Zamordował swoją żonę! 

Cóż za bzdura. Leciutko dotknęła palcami jego czoła. Chłodne. Gorączka już dawno minęła, 

ale wciąż był bardzo osłabiony. Zmarszczyła brwi, a potem pochyliła się i pocałowała Colina 

w policzek.

W ciągu swego dziewiętnastoletniego życia Sinjun nigdy nie spała z kimś w jednym 

łóżku. A zwłaszcza z ogromnym i chrapiącym mężczyzną, który był tak doskonały, że miała 

ochotę spędzić resztę życia przyglądając się mu, całując go i dotykając. Wszystko to było 

background image

dziwne. Cóż, przyzwyczai się. Douglas i Alex zawsze sypiali w jednym łóżku, tak samo jak 

Ryder i Sophie. Tak postępowali ludzie sobie poślubieni. Może z wyjątkiem jej rodziców. 

Ale, prawdę powiedziawszy, ona także nie miałaby ochoty sypiać w jednym łóżku ze swoją 

matką. Podpełzła bliżej Colina. Nawet z odległości trzydziestu centymetrów czuła bijące od 

jego ciała ciepło.

Położyła się na wznak i wyciągnęła rękę, żeby dotknąć jego dłoni. Zamiast na rękę 

natrafiła na bok. Colin był nagi, a jego ciało gładkie i cieple. Nie miała ochoty cofać dłoni, ale 

się do tego zmusiła. To nieuczciwe korzystać z okazji, kiedy jest pogrążony we śnie. Splotła 

palce z jego palcami. I nadspodziewanie szybko zasnęła.

Obudziła się nagle. Przez wąskie okienko sączyło się światło. Z pewnością nie był to 

blady świt. Jednak Colin powinien się wyspać, żeby nabrać sił, a łóżko nadawało się do tego 

znacznie   lepiej   niż   trzęsący  powóz.   Leżała   przez   chwilę   nieruchomo,   czując   obok   siebie 

uśpionego mężczyznę. Nie poruszał się, ona także nie. Zauważyła, że kołdra zsunęła mu się z 

ramion. Powoli, wiedząc, że nie powinna tego robić, przewróciła się na bok i spojrzała na 

niego. Okazało się, że skopał kołdrę aż po stopy. Całe jego ciało było doskonale oświetlone 

przez promienie słońca. Sinjun nigdy przedtem nie widziała nagiego mężczyzny i uznała, że 

Colin jest tak piękny, jak się tego spodziewała. Ale zbyt chudy. Patrzyła na jego brzuch, i 

podbrzusze,   i   przyrodzenie   ukryte   w   grubych   włosach.   Colin   był   nie   tylko   piękny,   ale 

wspaniały. Kiedy się wreszcie zmusiła, by oderwać od tamtego miejsca wzrok, zdumiała się 

na widok białego bandaża opasującego prawe udo Colina.

Oczywiście,   sama  gorączka  nie  mogła   go  aż  tak  osłabić.   Przypomniała  sobie,   jak 

Colin utykał minionej nocy. Został zraniony.

Poczuła   przypływ   gniewu   i   jednocześnie   zaniepokojenia.   Była   głupia,   nie 

podejrzewając,   że   Colin   odniósł   poważne   obrażenia.   Dlaczegóż,   u   diabła,   nic   jej   nic 

powiedział?

Przekleństwo. Wstała z łóżka i narzuciła szlafrok.

- Ty nędzny kłamczuchu - mruknęła pod nosem, ale jak się okazało, nie dość cicho. - 

Jestem twoją żoną, powinieneś mi zaufać.

- Nie jesteś jeszcze moją żoną, czemu na mnie utyskujesz?

Twarz miał zarośniętą, włosy zmierzwione, ale oczy czujne i tak głęboko niebieskie, 

że Sinjun na chwilę oniemiała i tylko się w nie wpatrywała.

Colin zorientował się, że jest nagi i powiedział spokojnie:

- Joan, okryj mnie, proszę.

- Dopiero kiedy mi powiesz, co się stało. Dlaczego jesteś obandażowany?

background image

-   Chorowałem   tak   ciężko,   ponieważ   dałem   się   zranić   nożem   i,   jak   idiota,   nie 

poszedłem do lekarza. Nie chciałem ci o tym mówić, bo spodziewałem się, że gołymi rękami 

przetrząśniesz calutki Londyn, aby odszukać łotra i przynieść mi jego głowę na tacy. Teraz 

opuściliśmy Londyn, więc mogę ci o tym powiedzieć.

Trafił   w   samo   sedno.   Sinjun,   bez   wątpienia,   byłaby   tym   bardzo   rozdrażniona. 

Uśmiechnęła się do Colina.

- Czy trzeba zmienić opatrunek?

- Tak, myślę, że tak. Jutro albo pojutrze trzeba będzie zdjąć szwy.

- Dobrze - powiedziała. - Ja to zrobię. Bóg jeden wie, że zdobyłam doświadczenie 

przy wszystkich dzieciakach Rydera.

- Twój brat? To ile on ma dzieci?

- Nazywa  je Swoją Ukochaną Gromadką.  Ryder  ratuje dzieci,  które żyją  w złych 

warunkach i przyprowadza do Brandon House. Teraz jest tam około tuzina dzieciaków, ale 

nigdy nie  wiadomo,  kiedy pojawią  się następne  lub kiedy któreś z nich  zostanie  oddane 

starannie wybranej rodzinie. Czasami trudno powstrzymać Izy na widok maleństwa okrutnie 

pobitego przez pijanego ojca albo porzuconego przy drodze przez zamroczoną dżinem matkę.

-   Rozumiem.   Ubierz   się,   ale   najpierw   mnie   okryj.   Posłuchała   go   z   ociąganiem   i 

usłyszała, że Colin chichocze. Nigdy w życiu nie spotkał takiej kobiety. Interesowała się jego 

ciałem w sposób zaiste powodujący zakłopotanie.

Sinjun rozwiązała problem prywatności, wieszając koc na drzwiach szafy. Ubierając 

się nie przestawała mówić. Potem jadła śniadanie patrząc, jak Colin się goli. Zaproponowała, 

że pomoże mu się wykąpać, ale tej przyjemności została pozbawiona. Colin zażądał, aby 

odwróciła się plecami i zajęła pakowaniem. Pozwolił jej jednak obejrzeć ranę na udzie. Goiła 

się dobrze. Sinjun lekko przycisnęła skórę dookoła szwów.

- Dzięki Bogu - westchnęła. - A tak się denerwowałam.

- Jestem już zdrowy. Muszę tylko nabrać sił.

- Wszystko to bardzo dziwne.

Spojrzał na nią. Na tę wspaniałą dziewczynę, która nie znała lęku przed nikim i przed 

niczym, która patrzyła na świat, jakby należał do niej, i jakby to ona miała go zmieniać wedle 

własnego uznania. Colin wiedział ze swego niedługiego doświadczenia, że życie ma swoje 

sposoby   pozbawiania   ludzi   takiej   świeżości   i   miał   nadzieję,   że   Sinjun   zachowa   ją   jak 

najdłużej. Była silną dziewczyną, nie jakąś tam podfruwajką, i Colin czuł za to wdzięczność. 

Angielska podfruwajka na pewno nie wytrzymałaby W Vere Castle, tego był pewien. I wtedy 

właśnie spostrzegł w jej oczach błysk lęku, ten drobny dowód jej wrażliwości, więc nic nie 

background image

odpowiedział. Wkrótce sama się wszystkiego dowie.

Zaraz   potem   Sinjun   znów   była   roześmiana,   uśmiechała   się   nawet   do   Mole'a, 

stajennego w Białym Jeleniu. Kiedy pozwolił sobie na aluzję, tylko zmarszczyła brwi.

- Jaka szkoda, że jest pan taki niemiły i prezentuje tak mało ogłady. Zatrzymaliśmy się 

tutaj tylko dlatego, że mój mąż jest chory. Zapewniam pana, że więcej już tutaj nie wrócimy, 

chyba że mąż znów zachoruje, co nie jest prawdopodobne, ponieważ...

Colin roześmiał się i pociągnął ja za rękę.

Wkrótce jednak stał się milczący i Sinjun pozostawiła go własnym myślom. Milczał 

przez cały dzień, wieczór i następny dzień. Coś go zaprzątało, zachowywał się jak nieobecny i 

Sinjun postanowiła zostawić go w spokoju, aby mógł rozważać to coś, co go gryzło. A ją 

gryzło głownie to, że następnej nocy Colin zamówił dwie sypialnie. Bez wyjaśnienia. O nic 

nie pytała.

Późnym   popołudniem,   kiedy   powóz   toczył   się   do   Grantham,   Colin   wreszcie   się 

odezwał:

- Długo się nad tym zastanawiałem, Joan. To dla mnie trudne, ale muszę to zrobić, 

muszę   się   pozbyć   poczucia   winy.   Nadużyłem   gościnności   twego   brata   i   jak   złodziej 

wymknąłem się nocą z jego siostra. Nie, nie przerywaj. Pozwól mi skończyć. Krótko mówiąc, 

nie   potrafię   usprawiedliwić   tego,   co   uczyniłem,   choćbym   się   nie   wiem   jak   starał   swój 

postępek   zracjonalizować.   Jest   jednak   coś   takiego,   co   pomogłoby   mi   zachować   resztkę 

honoru i czyste sumienie. Nie pozbawię cię dziewictwa, dopóki się nie pobierzemy.

-   Co?   Chcesz   powiedzieć,   że   po   to   pozostawiłam   cię   na   półtora   dnia   z   twoimi 

myślami, żebyś opowiadał mi podobne nonsensy? Colin, posłuchaj, nie znasz moich braci! 

Musimy,  to znaczy ty musisz,  uczynić  mnie  swoją żoną najbliższej nocy,  w przeciwnym 

razie...

- Dosyć! Na miłość boską, mówisz to tak, jakbym miał cię torturować, a nic zachować 

twoją przeklętą niewinność. To wcale nie jest nonsens. Nie chcę cię w taki sposób bezcześcić; 

nie chcę pozbawiać honoru twojej rodziny. Zostałem wychowany w poczuciu honoru. Mam 

to we krwi, takie jest moje dziedzictwo z pokolenia na pokolenie; nawet w obliczu zabójstw i 

bitew zawsze w jakiś sposób chodziło o honor. Musze się szybko ożenić, żeby ratować moją 

rodzinę i dzierżawców, o czym dobrze wiesz, i żeby obronić ich przed najazdem przeklętych 

MacPhersonów, ale nie chcę wykorzystywać niewinnej dziewczyny,  która nie jest jeszcze 

moją żoną.

- Kim są ci MacPhersonowie?

- Do diabła, nie powinienem był o nich wspominać. Zapomnij o nich.

background image

- Ale co będzie, jeśli Douglas nas złapie?

- Jakoś sobie z nim poradzę.

- Rozumiem twoje poszanowanie honoru, naprawdę, Colin, ale tu chodzi o coś więcej, 

prawda? Czy aż tak bardzo ci się nie podobam? Wiem, że jestem za wysoka i być może zbyt  

koścista, jak na twój gust, ale...

- Nie, nie jesteś ani za wysoka, ani zbyt koścista. Daj spokój. Powziąłem już decyzję. 

Nie pozbawię cię dziewictwa, dopóki się nie pobierzemy, to wszystko.

- Ach tak, lordzie. Ja także powzięłam decyzję. Mam niezachwiane postanowienie i w 

chwili wjazdu do Szkocji moje dziewictwo będzie tylko wspomnieniem. Twoja nadzieja, że 

po prostu jakoś sobie poradzisz z Douglasem,  nie wydaje mi  się uzasadniona. Nie znasz 

mojego brata. Może mi się wydawać, że jestem sprytna, ale on jest przebiegły jak lis. Nie, 

Colin, moje dziewictwo to coś więcej niż kwestia małżeńska. Koniecznie musisz mnie go 

szybko pozbawić. Jestem przekonana, że mam rację.

Miała nadzieję, że Colin zacznie krzyczeć jak Douglas czy Ryder, ale on powiedział 

bardzo spokojnie i zimno:

- Jestem mężczyzną. Zostanę twoim mężem, a ty będziesz mi posłuszna. Możesz mnie 

zacząć słuchać już teraz. To, bez wątpienia, dobrze wpłynie na twój charakter.

- Nikt prócz matki nigdy tak do mnie nie mówił, a ją zawsze lekceważę.

- Mnie nie będziesz lekceważyła. Nie zachowuj się jak dziecko. Zaufaj mi.

- A niech cię, jesteś równie apodyktyczny jak Douglas, chociaż nie podniosłeś na mnie 

głosu.

- W takim razie powinnaś zrozumieć, że jedyne, co ci pozostało, to zamknąć buzię.

- Sam sobie zdejmuj szwy - powiedziała rozwścieczona Sinjun i odwróciła się, żeby 

wyjrzeć przez okno.

- Rozpieszczona Angielka. Mogłem się tego spodziewać. Jestem rozczarowany, ale nie 

zaskoczony. Możesz się z tego wycofać, moja droga, ze swoją nietkniętą angielską cnotą. 

Jesteś nie tylko przesadnie szczera. Kiedy coś nie jest po twojej myśli, stajesz się prawdziwą 

jedzą. Zaczynam podejrzewać, że cały twój majątek nie jest wart męczarni przebywania z 

tobą.

-  Jaka  męczarnia,  ty  gamoniu   z  kurzym  móżdżkiem?  Nazywasz  mnie  jędzą  tylko 

dlatego, że ośmielam się z tobą nie zgodzić.

- Chcesz się z tego wycofać? Świetnie, powiedz stangretowi, żeby zawrócił.

- Nie, do diabła. To by było zbyt łatwe. Wyjdę za ciebie i nauczę cię, co to znaczy 

ufać komuś i iść z nim na kompromis.

background image

- Nie przywykłem ufać kobiecie. Powiedziałem ci, że cię lubię, ale z tego jeszcze nic 

nie wynika. A teraz jestem tak zmęczony, że oczy same mi się zamykają.

Będziesz moją żoną, więc, z łaski swojej, zachowuj się jak dama.

- To znaczy mam siedzieć jak trusia z rączkami na podołku?

- Tak, to dobry początek.

Wyglądało na to, że chce się jej pozbyć, ale przecież zależało mu na tym, żeby się z 

nią ożenić. To po prostu męska przewrotność. Zresztą ona również nie miała już wyboru i 

musiała wyjść za Colina. Miała ochotę krzyczeć, że jest już za późno, że posunęła się za 

daleko. Oddała mu swoje serce. Ale nie miała zamiaru dopuścić, żeby ją tyranizował, a biorąc 

pod uwagę jego obecną postawę, nowe wyznania zmieniłyby go w prawdziwego Dżyngis-

chana. O tak, Sinjun doskonale znała się na tyranach, chociaż ostatnio Douglas uciekał się do 

tyranii   niezwykle   rzadko.   Ale   pamiętała   pierwsze   chwile   jego   małżeństwa   z   Alexandrą. 

Sinjun spojrzała na Colina z ukosa, ale zachowała spokój. Postanowiła zamilknąć. Colin spał 

do późnego wieczoru, obudził się dopiero gdy dojechali do zajazdu Złote Runo.

Sinjun   uznała,   że   Colin   sam   sobie   zdjął   szwy,   ponieważ   znowu   wynajął   dwie 

oddzielne sypialnie, życzył  jej dobrej nocy i zostawił ją samą. Następnego ranka wynajął 

wierzchowca i wyjaśnił przy śniadaniu, że podróżowanie w zamkniętym powozie nuży go. 

Ha! Nużyło go podróżowanie w towarzystwie Sinjun. Jechał konno przez cały dzień. Jeżeli 

rana na nodze dokuczała mu, to nie dał tego po sobie poznać. W Yorku Sinjun wynajęła dla 

siebie konia i oczekiwała, że Colin zacznie protestować, ale on tylko wzruszył ramionami z 

taką  miną,  jakby chciał  powiedzieć,  że to  przecież  jej  pieniądze.  Jeżeli  upiera  się, by je 

trwonić, to jej sprawa. Sinjun była teraz zadowolona, że Colin postanowił nie jechać do Lake 

District. Chciał jak najszybciej dotrzeć do domu i nie zmienił zamiaru nawet wtedy, gdy 

Sinjun straszyła go Douglasem i jego trzema strzelbami oraz szablą. Teraz uznała, że Lake 

Windermere   jest   o   wiele   zbyt   romantycznym   miejscem   na   nocleg   z   Colinem.   Ten 

niekończący   się   galop   z   milczącym   mężczyzną   daleki   był   od   wymarzonej   ucieczki   do 

Szkocji.

Kiedy rankiem wyprzedzili powóz i przekroczyli  granicę Szkocji, Colin zatrzymał 

konia i zawołał:

- Zwolnij, Joan. Muszę z tobą porozmawiać. Znajdowali się wśród Cheviote Hills, 

niskich,   nie   porośniętych   roślinnością   wzgórz,   które   rozciągały   się   dalej   niż   sięgało   oko 

Sinjun.   Było   tam   pięknie   i   diabelnie   pusto,   dookoła   ani   żywej   duszy.   W   ciepłym, 

nieruchomym powietrzu unosiła się silna woń kwitnących wrzosów.

- Cieszę się, że po tak długim czasie nie zapomniałeś języka w gębie.

background image

- A ty trzymaj swój za zębami. Wygląda na to, że masz mi za złe, bo nie chciałem z 

tobą pójść do łóżka. I to ma być dystyngowana dama.

- Nie o to chodzi...

- Wciąż masz mi za złe, że nie pojechaliśmy przez Lakę District, co było dziwacznym 

pomysłem, który nie wyprowadziłby w pole nawet idioty.

- Nie, tego też nie mam ci za złe. Czego chcesz, Colin?

- Po pierwsze, czy nadal chcesz wyjść za mnie za mąż?

- A jeśli odmówię, to co? Zmusisz mnie, bo potrzebujesz moich pieniędzy?

- Możliwe. Będę się musiał nad tym zastanowić.

- Doskonale. Nie wyjdę za ciebie. Odmawiam. Prędzej pójdę do piekła. No więc, zmuś 

mnie.

Colin uśmiechnął się do niej. Po raz pierwszy od czterech dni.

- Muszę przyznać, że nie jesteś nudziarą. Twój brak wstydu czasem mi się podoba. 

Bardzo dobrze, pobierzemy się jutro po południu, kiedy tylko dojedziemy do Edynburga. 

Mam tam dom przy Abbotsford Crescent, stary i zrujnowany, jak diabli. Trzeba na niego 

mnóstwo pieniędzy, ale Vere Castle jest w jeszcze gorszym stanie. Zatrzymamy się tam i 

spróbuję znaleźć pastora, który udzieli nam ślubu. A następnego dnia pojedziemy do Vere 

Castle.

- Zgoda. Ale powtarzam ci raz jeszcze, a ty powinieneś mi wierzyć.  Douglas jest 

sprytny i niebezpieczny. Może na nas czekać gdzieś po drodze. W czasie wojny z Francją 

wykonywał różne bardzo trudne zadania. Mówię ci, powinniśmy się natychmiast pobrać i...

-  Otóż   to,  pojedziemy   konno  do  Vere  Castle,   o  ile   nie  będziesz  zbyt   obolała.   W 

przeciwnym razie wsadzę cię do powozu.

- Nie wiem, o co ci chodzi.

- Chodzi mi o to, że gdy cię posiądę... mówię o naszej nocy poślubnej...

- Jesteś specjalnie taki szorstki, Colin. Wstrętny i niemiły.

- Możliwe, ale teraz jesteś w Szkocji i wkrótce zostaniesz moją żoną i będziesz się 

musiała nauczyć, że jesteś mi winna lojalność i posłuszeństwo.

- Kiedy zachorowałeś, byłeś nawet miły, chociaż drażliwy, bo nienawidzisz słabości. 

A teraz zachowujesz się jak głupiec. Wyjdę za ciebie i za każdym razem, gdy zachowasz się 

głupio, zrobię coś takiego, że tego pożałujesz. - Kochała go do szaleństwa i wiedziała, że on 

nie ma co do tego wątpliwości, i stąd brało się jego dziwaczne zachowanie. Nie miała jednak 

zamiaru pozwolić na to, żeby jego charakter doznał uszczerbku, ani na to, by jego przestarzałe 

poglądy na temat roli mężczyzny i kobiety w małżeństwie stanęły jej na drodze.

background image

Colin roześmiał się. Był to silny, głęboki śmiech, śmiech mężczyzny, który zna swoją 

wartość i wie, że jest wart więcej niż ta jadąca obok niego dziewczyna. Powróciły mu siły i 

był gotów walczyć z całym światem - z pomocą posagu Sinjun.

- Nie mogę się doczekać. Ale uprzedzam cię, Joan, Szkot jest u siebie w domu panem 

i bija żonę zupełnie tak samo, jak wasi szlachetni i mili Anglicy.

- To bzdura! Żaden mężczyzna nie ma prawa podnieść ręki na swoją żonę.

- Do tej pory tego nie zaznałaś. Ale się nauczysz. - Już miał jej powiedzieć, że bez 

trudu może ją zamknąć w wilgotnej komnacie w swoim zamku, ale zamilkł. Jeszcze nie byli 

małżeństwem. Spojrzał na nią, pomachał ręką i spiąwszy konia ostrogami, pogalopował do 

przodu.

Następnego popołudnia przybyli do domu Kinrossow przy Abbotsford Cresceni. Od 

przeszło godziny padało, ale Sinjun była zbyt podniecona, by przejmować się spływającymi 

za kołnierz strugami wody. Przejechali przez Royal Mile, ulicę równie elegancką, co Bond 

Street, i Sinjun dziwiła się na widok wytwornych dam i dżentelmenów, którzy w niczym nie 

ustępowali   przechodniom   w   Londynie.   Skręcili   w   lewo   na   Abbotsford   Crescent.   Dom 

Kinrossow był wysoki, wąski, ze starej pociemniałej cegły. Naprawdę zupełnie ładny z tymi 

trzema kominami i szarym łupkowym dachem. Okienka były małe, z szybkami w ołowianych 

ramach, i Sinjun doszła do wniosku, że budynek ma co najmniej dwieście lat.

- Dom jest piękny. Colin - powiedziała ześlizgując się z grzbietu klaczy. - Macie tutaj 

stajnię?

Zajęli się wierzchowcami, a potem zapłacili za powóz i wynieśli z niego kufry i torby 

podróżne. Sinjun była  tak  podniecona,  że nie  milkła  ani na chwilę.  Spoglądała  w stronę 

stojącego na wzgórzu zamku i wykrzykiwała, że zna go z obrazów. Colin tylko się uśmiechał 

ubawiony   jej   entuzjazmem,   bo   był   przygnębiony   deszczem   i   zmęczony,   a   zamek,   cóż, 

wspaniała forteca, ale stoi tu od zawsze i kto by się nim przejmował?

Drzwi   otworzył   Angus,   stary   sługa,   który   przez   całe   życie   pracował   dla   rodziny 

Kinrossow.

- Lordzie - powiedział. - Takie nieszczęście. O, Boże. Jest z panem młoda pani. Taka 

szkoda, ach jaka szkoda.

Colin znieruchomiał. Wolał nie wiedzieć, ale i tak zapytał.

- Skąd wiesz o młodej pani, Angus?

- Piekło i szatani - powiedział Angus, szarpiąc siwe włosy okalające jego twarz.

- Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, że pozwoliłem sobie wstąpić - 

odezwał się Douglas, wyłaniając się zza pleców Angusa. - Twój służący nie chciał mnie 

background image

przepuścić przez próg, ale ja nalegałem. Wejdź przeklęty bękarcie. A jeśli chodzi o ciebie, 

Sinjun, to wkrótce zapoznasz się z siłą mojej dłoni.

Sinjun spojrzała na swego rozwścieczonego brata i uśmiechnęła się. Nie było to łatwe, 

ale udało się, bo jego widok wcale jej nie zaskoczył. Ach, ale Colina bardzo zaskoczył. Choć 

przecież go ostrzegała.

- Witaj, Douglasie, przebacz, że napędziłam ci takiego strachu, ale obawiałam się, że 

będziesz nieustępliwy. Witamy w naszym domu. Tak, drogi bracie, jestem kobietą zamężną i 

to   pod   wszelkimi   względami,   więc   nie   ma   mowy   o   anulowaniu   małżeństwa.   Będę   ci 

wdzięczna   za   pozostawienie   Colina   przy   życiu,   ponieważ   jestem   zbyt   młoda,   by   zostać 

wdową.

- Niech to diabli! Cóż ty opowiadasz? - To był jej drugi brat Ryder. Stanął ramię w 

ramię z Douglasem i toczył dookoła rozwścieczonym wzrokiem. Wyglądał, jakby był gotów 

Colina zamordować. - Czy to len przeklęty łowca posagów, który porwał cię spod dachu 

Douglasa?

-   Tak,   to   właśnie   on   -   potwierdził   Douglas   zaciskając   zęby.   -   Niech   to   piekło 

pochłonie! Twój mąż! Nie było czasu na ślub. Ryder i ja pędziliśmy tu, co koń wyskoczy. 

Kłamiesz, Sinjun, przyznaj, że kłamiesz i natychmiast wrócimy do Londynu.

Colin wkroczył do swego własnego domu i uniósł dłonie.

- Zamilczcie wszyscy! Joan odsuń się. Jeżeli twoi bracia chcą mnie zabić, uczynią to 

niezależnie od tego, czy będziesz mnie próbowała obronić. Angus, przynieś nam coś do picia. 

Moja żona jest spragniona, tak samo jak ja. Panowie, zabijcie mnie albo przejdźmy do salonu.

Ta sytuacja coś jej przypominała i Sinjun zmusiła się do uśmiechu.

- Nie widzę w pobliżu stojaka na parasole - powiedziała, ale Douglas nie zmiękł. Stał 

sztywny i zimny z miną oprawcy.

- Ryder, poznaj mego męża, Colina Kinrossa. Potrafi wrzeszczeć równie głośno jak ty 

i Douglas. Jest również nieco podobny do Douglasa, ale bardziej przystojny i sprytniejszy 

oraz ma więcej wrodzonego rozsądku.

- Puste gadanie!

- Skąd możesz wiedzieć, Ryder? Widzisz go po raz pierwszy. Colin, oto mój, brat 

Ryder.

- To zaczyna być naprawdę interesujące - stwierdził Colin.

Ryder przyglądał mu się dokładnie.

-  Mogę  stwierdzić   na  pierwszy rzut  oka,  ze  wszystko,  co  o nim  powiedziałaś,  to 

nieprawda. Jest co najwyżej równie rozsądny jak Douglas, ani trochę bardziej. Do diabla, 

background image

Sinjun, jesteś ostatnią idiotką, moja dziewczyno. Pozwól, że ci powiem...

- Wejdź do salonu, Ryder. Tam będziesz mi mógł powiedzieć, cokolwiek zechcesz. - 

Sinjun spojrzała na Colina i uniosła brew.

- Tędy -powiedział i poprowadził ich wąskim korytarzem. Pachniało pleśnią i kurz 

zlepiał nozdrza. Weszli do pokoju, który, łagodnie rzecz ujmując, wyglądał nędznie.

- O, Boże - powiedziała Sinjun, rozglądając się po wnętrzu. - Proporcje są zupełnie 

ładne,   Colin,   ale   musimy   kupić   nowy   dywan,   nowe   zasłony,   na   Boga,   te   mają   chyba   z 

osiemdziesiąt lat! I spójrz na te krzesła - tapicerka jest zupełnie dziurawa.

- Zamilknij!

- Przepraszam, Douglasie. Nie interesują cię moje plany? Siadajcie, proszę. Jak już 

powiedziałam,   witam   w   moim   nowym   domu.   Colin   powiedział   mi,   że   dom   liczy   sobie 

dwieście lat.

Douglas spojrzał na Colina.

- Wyzdrowiałeś?

- Tak.

- Przysięgasz, że jesteś naprawdę całkiem zdrowy i w pełni sił?

- Tak.

- Niech cię diabli! - Douglas rzucił się na niego i chwycił za gardło. Colin nie dał się 

zaskoczyć. Upadli na podłogę. Z wyblakłego dywanu wzbiły się tumany kurzu. Zaczęli się 

tarzać.   Douglas   znalazł   się   na   wierzchu.   Potem   Colin.   Turlali   się   po   pokoju   okładając 

kopniakami.

Sinjun spojrzała na Rydera, którego ładne niebieskie oczy zwęziły się z wściekłości.

- Musimy ich rozdzielić. Już raz tak walczyli - powiedziała. - Byłoby to naprawdę 

śmieszne, gdyby nie to, że jest takie niebezpieczne. Pomożesz mi? To nie ma sensu. I to mają 

być cywilizowani dżentelmeni.

- Daj spokój z cywilizacją. Jeżeli twemu mężowi przypadkiem uda się skrzywdzić 

Douglasa, będzie miał do czynienia ze mną.

- Do diabła! - krzyknęła Sinjun. - Przestańcie! Bez najmniejszego skutku.

Rozejrzała   się   dookoła   za   jakąś   bronią.   Żadnego   stojaka   na   parasole,   ani   innego 

sprzętu, który nadawałby się do przyłożenia Douglasowi w głowę.

Nagle spostrzegła odpowiedni przedmiot. Spokojnie ujęła mały podnóżek ukryty za 

kanapą i z całych sił uderzyła nim Douglasa w plecy. Zawył, odskoczy!

od Colina i spojrzał na siostrę, która znowu uniosła podnóżek nad głowę.

- Zostaw go, Douglasie, bo przysięgam, że roztrzaskam ci ten uparty łeb.

background image

- Ryder, zajmij się swoją głupią siostrą, a ja zabiję tego parszywego łajdaka.

Ale nie było mu to pisane. Nagle rozległ się straszliwy huk wystrzału. W zamkniętym 

pomieszczeniu zabrzmiał niczym salwa armatnia.

W otwartych drzwiach stał Angus z dymiącą rusznicą w dłoniach. W suficie salonu 

widniała ogromna dziura.

Sinjun upuściła podnóżek. Spojrzała na dziurę i poczerniały od dymu sufit i zwróciła 

się do Douglasa.

- Czy mój posag jest wystarczająco duży, aby pokryć koszty reperacji?

background image

ROZDZIAŁ 6

Angus stanął spokojnie w rogu pokoju i nie odkładając rusznicy, oświadczył:

- Panowie mi wybaczą, ale młoda pani dopiero co weszła do rodziny, więc jeśli ktoś 

miałby   oberwać   kulkę,   to   właśnie   wy,   chociaż   jesteście   jej   braćmi.   Poza   tym   jesteście 

angielskimi lalusiami, więc diabelnie świerzbi mnie ręka.

Otóż to, pomyślał Ryder, zastanowiwszy się nad tym, co usłyszał, i co nie wróżyło nic 

dobrego ani jemu, ani Douglasowi.

Tymczasem Colin i Sinjun zasiedli ramię przy ramieniu na zniszczonej sofie pokrytej 

wyblakłym   brokatem.   Ryder   i   Douglas   zajęli   równie   zniszczone   fotele   naprzeciwko. 

Zapanowała cisza.

- Pobraliśmy się w Gretna Green - oświadczyła w końcu Sinjun.

-   Akurat   -   odparł   Douglas.   -   Nawet   ty,   Sinjun,   nie   byłabyś   aż   tak   głupia. 

Pomyślałabyś, że natychmiast tam pojadę, i dlatego wybrałaś inną drogę.

- Mylisz się. Najpierw rzeczywiście tak pomyślałam, ale potem przyszło mi do głowy, 

że wcale tam nie pojedziesz, a zamiast tego udasz się do Edynburga, żeby odszukać dom 

Colina. Widzisz, jak dobrze cię znam.

- To wszystko na nic - wtrącił się Ryder. - Wracasz z nami do Londynu, brzdącu.

Colin uniósł ciemną brew.

- Brzdącu? Nazywasz brzdącem moją żonę, Lady Ashburnham?

Sinjun poklepała go po dłoni iście żoninym gestem.

- Moi bracia potrzebują czasu, żeby się z tym pogodzić. Ryder dojdzie do siebie po 

jakimś roku.

- To mnie wcale nie bawi, Sinjun!

- A mnie tak. Jestem kobietą zamężną. Colin jest moim mężem. To z pewnością owi 

przeklęci   MacPhersonowie   napisali   anonim   oskarżający   Colina,   że   zabił   swoją   żonę.   To 

tchórze i kłamcy, i mają zamiar go zniszczyć. A czyż jest na to lepszy sposób niż udaremnić 

nasze zaślubiny?

Colin spojrzał na nią zdumiony. Przerażała go. Wspomniał o MacPhersonach tylko 

jeden raz, a ona i tak wszystko sobie dośpiewała. Nie odzywał się do niej przez prawie trzy 

dni, miała więc mnóstwo czasu na przemyślenia. Dzięki Bogu nie znała jeszcze całej prawdy.

Do pokoju weszła bardzo tłusta kobieta. Miała na sobie czarną suknię przepasaną 

wielkim czerwonym fartuchem.

- Och, witam lordzie. Nareszcie w domu. A ta słodka dziewczyna to pańska żona? - 

background image

zapytała dygając.

- Witam - powiedziała Sinjun. - Jak ci na imię?

- Agnes, milady. Jestem tu z Angusem. Robię to, czego on nie robi, co oznacza prawie 

wszystko. Cóż to za dziura w suficie? Mój Angus zawsze doskonale sobie radzi. Czy ktoś 

tutaj jest głodny?

Odezwał się cały chór i Agnes wycofała się z salonu. Angus z rusznicą przy piersi nie 

ruszył się ze swego miejsca w kącie.

Wtedy Colin zorientował się, że milczy jak grób. Odchrząknął. W końcu to jego dom.

- Panowie, czy napijecie się koniaku?

Ryder skinął głową, a Douglas znowu zacisnął pięści i zapylał:

- Dobrego francuskiego koniaku z przemytu?

- Oczywiście.

No, zawsze coś, pomyślała Sinjun odrobinę się odprężając. Mężczyźni, którzy razem 

piją,   nie   pozabijają   się   nawzajem,   przynajmniej   nie   z   kieliszkami   w   dłoniach.   Mogą 

oczywiście  odrzucić   kieliszki,   ale  nigdy nic  widziała,  by  Ryder  lub  Douglas  coś  takiego 

robili.

- Jak się mają Sophie i wszyscy moi bratankowie oraz pozostałe dzieci?

- Wszyscy czują się dobrze. Z wyjątkiem Amy i Teddy'ego, którzy bili się na strychu i 

bela z sianem stoczyła się, strącając ich na ziemię. Na szczęście obeszło się bez połamanych 

kości.

- Spodziewam się, że Jane natarła im uszu. - Jane była dyrektorką Brandon House, 

który  Sinjun  nazywała   Domem  Wariatów.  Ten   duży,  ładny  trzypiętrowy  budynek  stał   w 

odległości   stu   metrów   od   Chadwyck   House,   czyli   siedziby   Rydera,   Sophie   i   ich   syna, 

Graysona.

- O, tak. Jane była niezmiernie rozgniewana i zagroziła, że gdy wyzdrowieją, zamknie 

ich o chlebie i wodzie. Myślę, że tak właśnie zrobi, dodając do chleba odrobinę masła. A 

polem Sophie ucałowała ich i natychmiast skrzyczała.

- A ty, Ryder?

- Uściskałem ich i zapowiedziałem,  że jeśli jeszcze raz zachowają się tak głupio, 

bardzo się na nich rozgniewam.

- Pogróżki - skwitowała ze śmiechem Sinjun. Wstała i podeszła do brata, pochyliła się 

i ucałowała go. - Tak się za tobą stęskniłam.

- Mój Boże. Jestem wyczerpany. Douglas ściągnął mnie z łóżka, a Sophie była laka 

ciepła, że z trudem się od niej oderwałem, a potem galopowaliśmy,  jakby nas gonił sam 

background image

diabeł.   Douglas   powiedział,   że   cię   przechytrzy   i   zastawi   pułapkę.   Ale   ty   się   okazałaś 

sprytniejsza.

- Oto pański koniak, lordzie.

- Nie jestem lordem, Kinross. Jestem drugi co do starszeństwa. Mów mi po imieniu. 

Jesteś moim szwagrem, przynajmniej dopóki Douglas nie zadecyduje, że mamy cię uśmiercić. 

Nie trać jednak nadziei. Kilka lat temu Douglas zastanawiał się, czy nie zabić naszego kuzyna 

Tony'ego Parrisha i nazwał go zepsutym sukinsynem, ale w końcu mu darował.

Słysząc te słowa, Angus trochę się uspokoił.

- Teraz sytuacja jest zupełnie inna, Ryder. Angus znów stał się czujny.

- Tak, ale Sinjun wyszła  za niego za mąż.  Wiesz, że ona nigdy nie robi niczego 

połowicznie.

Douglas zaklął siarczyście.

Angus odprężył się nieco, bo przekleństwa były dobrym sposobem na pozbywanie się 

złego nastroju. Colin podszedł do Douglasa i podał mu brandy.

- Jak długo macie tu zamiar zostać? - zapytał. - Proszę mnie źle nie zrozumieć. Jako 

moi szwagrowie jesteście tu mile widziani i możecie zostać jak długo zechcecie, ale mamy tu 

mało sprzętów, więc nie byłoby wam wygodnie.

- Kim są ci MacPhersonowie? - zapytał Douglas.

- To klan od kilku pokoleń wojujący z moją rodziną. Wszystko zaczęło się około roku 

1748, po bitwie pod Culloden. MacPherson skradł memu dziadowi ulubionego ogiera. Waśnie 

skończyły się, kiedy poślubiłem córkę obecnego dziedzica, Fionę Dahling MacPherson. Gdy 

pół roku temu zmarła w tajemniczych okolicznościach, jej ojciec wcale mnie nie obwiniał. 

Ale jej najstarszy brat, Robert, jest złośliwy, nierozsądny, chciwy i pozbawiony wszelkich 

skrupułów. Mój kuzyn odwiedził mnie w Londynie i powiedział, że MacPhersonowie pod 

wodza tego łajdaka, Roberta, najechali na moje ziemie i zabili kilku moich ludzi. Joan ma 

rację, bardzo możliwe, że anonim został napisany przez któregoś z nich. Nie mogę tylko 

zrozumieć, skąd wiedzieli, gdzie jestem i jak ci tchórzliwi dranie uknuli taką zmyślną intrygę.

- Dlaczego, do diabła, nazywasz ją Joan? - zapytał Ryder.

Colin zamrugał zdziwiony.

- Bo tak ma na imię.

- Od lat nikt jej tak nie nazywa. Ma na imię Sinjun.

- To męskie przezwisko. Nie podoba mi się. To Joan.

- Na miłość boską, Douglasie. Zupełnie jakbym słyszał matkę.

- Racja. Sinjun to z nim załatwi. A teraz wracajmy do MacPhersonów, Nie chcę, żeby 

background image

mojej siostrze groziło jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Nie pozwolę na to.

- Joan może być twoją siostrą - powiedział Colin bardzo cicho. - Ale to moja żona. 

Pojedzie tam, dokąd ja się udam i zrobi to, co ja jej nakażę. Nie dam jej skrzywdzić, możesz 

być spokojny. - Zwrócił się do Sinjun. Jego oczy rozbłysły w łagodnym świetle popołudnia, 

ale wyraz twarzy pozostał niezmieniony.

- Prawda, kochanie?

- Tak - odparła bez wahania. - Niedługo wyruszymy na północ do Vere Castle. Będę 

dbała o Colina, nie martwcie się.

- Nie martwię się o tego pozbawionego skrupułów łajdaka! - wrzasnął Douglas. - O 

ciebie się martwię, do cholery!

- To bardzo miło z twojej strony, Douglasie, i w pełni zrozumiałe, ponieważ mnie 

kochasz.

- Najchętniej przetrzepałbym ci siedzenie.

-   Od   dzisiaj   wyłącznie   ja   mam   prawo   przetrzepywać   jej   siedzenie   -   powiedział 

stanowczo Colin.

- Ona jeszcze w to nie wierzy, ale wkrótce się przekona.

- Coś mi się widzi - powiedział Ryder, spoglądając na nich - że trafił swój na swego, 

Sinjun.

- O, tak - odparła, udając, że źle zrozumiała brata.

-   Pasujemy   do   siebie   doskonale.   Czekałam   na   niego   i   w   końcu   mnie   odnalazł.   - 

Podeszła do swego przyszłego męża, który stał przy kominku trzymając w dłoni kieliszek. 

Otoczyła go ramionami i ucałowała w usta. Douglas warknął, a Ryder, sympatyczny Ryder, 

roześmiał się.

- W porządku - powiedział Ryder. - Nie jesteś już brzdącem. - Dolej mi koniaku, 

Colin, jeśli łaska. Sinjun, lepiej przestań go obściskiwać, bo zdenerwujesz Douglasa.

- Sprawa nie jest jeszcze uzgodniona, Sinjun - powiedział Douglas. - Jestem na ciebie 

bardzo zły.

Powinnaś mi była zaufać i porozmawiać ze mną. A ty wykradłaś się chyłkiem, jak 

jakiś przeklęty złodziejaszek.

- Ależ Douglasie, doskonale cię rozumiem i szanuję twoje stanowisko. Lecz prawda 

jest   taka,   że   Colin   jest   całkiem   niewinny,   a   co   więcej,   natychmiast   potrzebuje   moich 

pieniędzy   i   nie   może   czekać   na   wyjaśnienia,   które   prawdopodobnie   nigdy   nie   nadejdą. 

Martwiłam się tylko, że ty i pieniądze zostajecie w Londynie. Teraz jednak wszystko jest, 

dzięki   Bogu,   w  porządku.   Cieszę   się,   że   przyjechaliście,   chociaż   w  pierwszej   chwili   nie 

background image

wyglądaliście na uszczęśliwionych, i Colin będzie się mógł rozliczyć.

- Joan - zwrócił się do niej Colin. - O sprawach finansowych nie rozmawia się w taki 

sposób.   A   zwłaszcza   nie   w   obecności   damy,   w   salonie   i   w   takich   dziwacznych 

okolicznościach.

- Chodzi ci o to, że w suficie jest dziura?

- Bardzo dobrze wiesz, o co mi chodzi.

- Ale dlaczego? Przecież to mój posag, a ty jesteś moim mężem. Załatwmy sprawę od 

ręki.

Douglas nie mógł się powstrzymać od śmiechu.

- Sądzę, że uratowałeś skórę, Colin - powiedział Ryder. - Sinjun, wyjdź stąd i pozwól 

dżentelmenom zająć się sprawami finansowymi.

-   Dobrze.   I   nie   zapomnij   o   spadku   po   ciotecznej   babce   Margaret,   Douglasie. 

Powiedziałeś mi kiedyś, że to imponująca suma, zainwestowana na giełdzie.

*

- Jest tak, jak byśmy byli po ślubie, Colin.

Colin   spojrzał   na   Sinjun.   Znajdowali   się   w   mrocznych   apartamentach   na   końcu 

ciemnego   i   posępnego   korytarza   na   drugim   piętrze   Kinross   House.   Pomieszczenie 

rozświetlało zaledwie kilka świec w lichtarzu, który Colin ustawi! na półce. Potrząsnął głową.

- Wiem, że musimy udawać i mam ten zamiar, dopóki twoi bracia stąd nie wyjadą. 

Będę spał z tobą w tym łóżku, a jak sama widzisz, jest wystarczająco wielkie, żeby pomieścić 

cały   pułk   wojska.   I   trzymaj   ręce   przy   sobie,   Joan,   bo   inaczej   będę   z   ciebie   bardzo 

niezadowolony.

- Nie mogę w to uwierzyć, Colin. Mam nadzieję, że nie należysz do tych osób, które 

podejmują decyzję, a potem kurczowo się jej trzymają, niezależnie od tego, czy okazała się 

dobra, czy zupełnie niewłaściwa.

- To słuszna decyzja.

- Jesteś śmieszny.

- Żona nie powinna okazywać swemu mężowi takiego braku szacunku.

- Nie jesteś jeszcze moim mężem, do diabła! Jesteś najbardziej upartym, zawziętym...

- W przedpokoju jest parawan. Możesz się za nim rozebrać.

Kiedy już leżeli w łożu i Sinjun wpatrywała się w pociemniały, pachnący pleśnią, 

baldachim, Colin powiedział:

- Podobają mi  się twoi bracia. Są honorowi i nadają się na przyjaciół.  Doskonali 

background image

członkowie rodziny.

- Miło, że to mówisz.

- Nie dąsaj się, Joan.

- Ja się nie dąsam, tylko jest mi zimno. W tym strasznym pokoju panuje wilgoć.

Colin nie czuł zimna, ale kiedy to powiedziała, nagle przeszedł go dreszcz. Jednak 

wiedział,   że   jeżeli   ją   przytuli,   zaczną   się   kochać   i   złamie   swoją   obietnicę.   Na   dodatek 

znajdowali się pod jednym dachem z braćmi Joan.

Schylił się i podniósł swój szlafrok, który porzucił w nogach łóżkach.

- Masz, włóż to na siebie. Od razu się rozgrzejesz.

- Jestem oczarowana twoją hojnością i pomysłowością.

- Śpij.

- Oczywiście, mój lordzie. Cokolwiek sobie życzysz, czegokolwiek żądasz, co tylko...

Colin zaczął chrapać.

-   Zastanawiam   się   dlaczego   Douglas   nie   zażądał,   abyśmy   mu   pokazali   akt   ślubu. 

Łatwowierność nie jest w jego stylu.

- Ale może go jeszcze zażądać, prawda? Jak myślisz, może powinniśmy się pobrać 

jutro, kiedy twoi bracia pójdą z wizytą do zamku? Okazało się, że Douglas przyjaźni się z 

tamtejszym majordomusem i chce go przedstawić Ryderowi.

- Doskonały pomysł.

- Colin?

- Co znowu?

- Potrzymasz mnie za rękę?

Ujął jej dłoń i poczuł bardzo ciepłe palce. A przecież było jej zimno. Pomyślał, że jego 

przyszła żona jest gotowa na wszystko, aby zdobyć to, na co ma ochotę. Będzie jej musiał 

pilnować.

- Mam nadzieję, że mój szlafrok ci odpowiada.

- O, tak. Jest miękki i pachnie tobą. Colin nic nie odpowiedział.

- Kiedy mam go na sobie, czuję się tak, jakbyś to ty mnie dotykał.

*

Następnego   dnia   o   dziesiątej   rano   Colin   i   Sinjun   pobrali   się.   Ślubu   udzielił 

prezbiteriański pastor, który przyjaźnił się z wujem Colina, Teddym. Nie z ojcem, jak jej 

wyjaśnił Colin, bo ojciec był grzesznikiem i utracjuszem. Wielebny MacCauley cieszył się 

większą ilością włosów niż inni mężczyźni w jego wieku, a co ważniejsze, był bardzo szybki 

background image

w wygłaszaniu sentencji i formułek. Kiedy stali się Lordem i Lady Asburnham, Sinjun aż 

podskoczyła z radości.

- Nareszcie. Czy mam pokazać braciom nasz akt ślubu?

- Nie. Zaczekaj. Najpierw chcę cię pocałować. Sinjun znieruchomiała.

- Ach -powiedział Colin i łagodnie uniósł jej podbródek. - Już teraz nie zależy ci, żeby 

iść   ze   mną   do   łóżka?   Chodziło   tylko   o   świadectwo.   Nawet   ostatniej   nocy   bałaś   się,   że 

Douglas   i   Ryder   mogą   odkryć,   że   jeszcze   się   nie   pobraliśmy.   Wszystko   dla   mego 

bezpieczeństwa, prawda?

- Nie - odpowiedziała. - Nie tylko. Lubię na ciebie patrzeć, kiedy jesteś nagi. Nawet 

twoje stopy są piękne.

- Być nagim to jeszcze nie wszystko. Co zrobisz, kiedy znajdziesz się naga w łóżku, a 

ja będę gotów, żeby przyjść do ciebie?

-   Nie   wiem.   Chyba   zamknęłabym   oczy.   To   brzmi   raczej   niepokojąco,   ale   nie 

odpychająco, przynajmniej nie z tobą.

-   Powinienem   natychmiast   coś   z   tym   zrobić.   A   przynajmniej   w   ciągu   najbliższej 

godziny. Ale twoi bracia są w zamku i nie sądzę, by Douglas był zachwycony, gdybym cię 

przerzucił przez ramię i wniósł po schodach na górę. A więc w nocy, Joan. Dziś w nocy.

-   Tak   -   powiedziała   i   wspięła   się   na   palce,   lekko   rozchylając   usta.   Ucałował   ją 

delikatnie, jakby była jego ciotką, i wypuścił z ramion.

Z siedziby wielebnego MacCauleya do Abbotsford Crescent było zaledwie piętnaście 

minut drogi. Colin zatrzymał Sinjun i pokazywał jej stary pomnik króla Jamesa IV, gdy nagle, 

bez ostrzeżenia, rozległ się świst i ostry odłamek skały uderzył Sinjun, rozcinając jej policzek. 

Stało się to w chwili, gdy wysunęła się przed Colina i pochyliła, aby odczytać zatarte wiekiem 

litery. Podskoczyła i chwyciła się za policzek.

- Co to było? - spytała.

- Do diabła! - krzyknął Colin i popchnął Sinjun na ziemię, po czym padł okrywając ją 

własnym   ciałem.   Przechodnie   spoglądali   na   nich   przyśpieszając   kroku,   ale   jeden   z   nich 

podbiegł.

- Jakiś człowiek do was strzelił - powiedział, a następnie splunął z niesmakiem. - 

Widziałem go, jak stał o tam, obok sklepu modystki. Nic się pani nie stało?

Colin pomógł jej wstać. Spomiędzy przyciśniętych do policzka palców spływała krew. 

Zaklął.

- Ach, dziewczyna jest ranna. Chodźcie do mego domu, to tuż obok, przy Clackbourn 

Street.

background image

- Nie, dziękujemy panu, sir. Mieszkamy przy Abbotsford Crescent.

Sinjun stała jak wrośnięta w ziemię. Colin powiedział, że przyjdzie później, aby z nim 

porozmawiać.

Ktoś chciał ją zastrzelić. To nie do wiary. Sinjun nie czuła jeszcze bólu, tylko lepką 

krew.

Colin zwrócił się ku niej ze zmarszczonymi brwiami. Bez słowa wziął ją w ramiona.

- Rozluźnij się i połóż głowę na moim barku. Posłuchała go.

Na nieszczęście Ryder i Douglas wrócili jednocześnie z nimi. Nie było sposobu, by 

ukryć krew spływającą spomiędzy palców Sinjun. Zaczęło się istne piekło.

Na Colina posypał się grad oskarżeń, pytań i wrzasków. Wreszcie Sinjun powiedziała 

spokojnie:

- Dość tego. Upadłam i to wszystko. Przewróciłam się jak niezdara i rozcięłam sobie 

policzek. To głupie, ale na szczęście był ze mną Colin i przyniósł mnie do domu. A teraz, 

jeżeli nareszcie zamilkniecie, chciałabym sprawdzić, co się właściwie stało.

Bracia oczywiście wcale nie zamilkli. Colin wprowadził ją do swojej kuchni, tak, jak 

kiedyś ona jego do kuchni w londyńskim domu Sherbrooke'ów. Posadził ją na stołku i polecił, 

żeby się nie ruszała.

Douglas zażądał ciepłej wody i mydła, ale Colin stanowczo wyjął mu z dłoni szmatkę 

i powiedział:

- Joan, odejmij rękę od twarzy, bo chcę zobaczyć, jak wygląda rana.

Zamknęła oczy i nawet nie pisnęła, gdy ścierał jej krew. Dzięki Bogu, odłamek skały 

tylko ją zadrasnął. Rana wyglądała jak zwykłe zadrapanie.

- Nie jest tak źle - powiedział. Ryder odsunął go na bok.

- Dziwne skaleczenie, ale nie obawiaj się, Sinjun, chyba obejdzie się bez blizny. Co ty 

o tym sądzisz, Douglasie?

- To nie wygląda na zwykłe zadrapanie; raczej jakby coś przecięło policzek z dużą 

siłą. Jak to się stało, Sinjun? Chyba nie myślisz, iż uwierzymy, że to od upadku.

Sinjun bez namysłu opadła na Colina i jęknęła:

- Tak mnie boli. Bardzo mnie boli.

- Dobrze - powiedział szybko jej mąż. - Zaraz się tym zajmę.

Douglas   przyglądał   się   ze   zmarszczonymi   brwiami,   jak   Colin   skrapia   szmatkę 

alkoholem.

Sinjun nie podobał się wyraz twarzy Douglasa.

- Źle się czuję. Wywraca mi się w brzuchu.

background image

-   I   to   ma   być   niegroźne   skaleczenie?   -   mruknął   Douglas   marszcząc   się   jeszcze 

bardziej.

- Czasami niespodziewany uraz pozbawia organizm odporności. Mam nadzieję, że nie 

będzie wymiotowała.

Zabrzmiało to jak groźba i Sinjun odpowiedziała:

- Moje wnętrzności uspokajają się, gdy słyszę twój głos.

- Douglasie, twoja siostra jest bardzo zmęczona, co cię chyba nie dziwi.

Nastąpiła niezręczna cisza. Obydwaj bracia spoglądali to na nowego szwagra, to na 

ich   młodszą   siostrzyczkę   -   ich   małą   dziewiczą   siostrzyczkę,   ich   do   niedawna   dziewiczą 

siostrzyczkę.   Była   to   pigułka   trudna   do   przełknięcia.   Wreszcie   Douglas   powiedział   z 

westchnieniem:

- Chyba masz rację. Idź do łóżka, Sinjun. Zobaczymy się później.

- Nie będę tego bandażował, Joan. Szybciej się zagoi.

Sinjun posłała mężowi bohaterski uśmiech, tak wymuszony, że Ryder zasępił się.

- To mi się nie podoba - powiedział, nie zwracając się do nikogo w szczególności. - 

Brak ci sprytu, Sinjun, i jesteś bardzo kiepską aktorką...

Do kuchni weszła Agnes i Sinjun z ulgą przymknęła oczy. Trzej mężczyźni zostali 

stanowczo wyproszeni, a biedna panienka odesłana do pokoju.

Dziesięć minut później Sinjun leżała na łożu w hrabiowskich apartamentach. Colin 

okrył ją dwoma kocami i usiadł obok.

-   Twoi   bracia   podejrzewają,   że   wszystkie   te   jęki   i   skargi   to   tylko   udawanie   - 

powiedział z namysłem. - Udawałaś?

- Tak, musiałam coś szybko wymyślić. Miałam zamiar zemdleć, ale żaden z nich by 

mi nie uwierzył.

Przepraszam, Colin. Robiłam, co mogłam. Nie możemy powiedzieć im prawdy. Nie 

pozwoliliby mi tu zostać. Ogłuszyliby cię, a potem zabrali mnie do domu. Nie mogłam do 

tego dopuścić. Roześmiał się.

- Przepraszasz mnie za to, że ktoś cię zranił w policzek, a ty usiłowałaś zamydlić 

braciom   oczy?   Nie   martw   się,   nic   im   nie   powiem.   Odpocznij   sobie,   a   ja   pójdę   z   nimi 

porozmawiać, dobrze?

- Zgodzę się, jeśli mnie pocałujesz.

Colin złożył na jej ustach jeszcze jeden lekki, obrzydliwie braterski, pocałunek.

Sinjun nie spała, kiedy Colin wszedł do sypialni. Była  tak wystraszona i zarazem 

podniecona, że wstrzymała oddech. Ze świecznikiem w ręce podszedł do łóżka i przyjrzał się 

background image

żonie.

- Zsiniałaś. Oddychaj. Złapała powietrze ze świstem.

- Zupełnie zapomniałam.

- Co z twoim policzkiem?

- W porządku, tylko trochę pulsuje. Mam nadzieję, że kolacja minęła spokojnie.

- Całkiem nieźle, zważywszy że twoi bracia przez cały wieczór roztrząsali sprawę 

skaleczonego policzka. W każdym razie Agnes przygotowała doskonały posiłek.

-   Czy   masz   już   wszystkie   moje   pieniądze?   Colin   uznał   pytanie   za   nieco   dziwnie 

sformułowane, ale odparł:

- Douglas wypisał mi akredytywę. Jutro pójdziemy do dyrektora Banku Szkockiego. 

Poinformują   mnie,   jak   mam   przeprowadzać   wszelkie   transakcje   finansowe.   Wszystko 

załatwione. Dziękuję, Joan.

- Czy jestem wystarczająco bogatą dziedziczką?

- Powiedziałbym, że jest znacznie lepiej, niż się spodziewałem. Spadek po ciotecznej 

babce Margaret czyni z ciebie jedną z najbogatszych młodych dam w całej Anglii.

- Co teraz zrobisz, Colin? Odstawił świecznik i usiadł na łóżku.

- Zimno ci?

- Tak.

Leciutko dotknął czerwonej szramy na jej gładkim policzku.

- Przykro mi, że tak się stało. Musimy o tym porozmawiać. Mam nadzieję, że pocisk 

był przeznaczony dla mnie, a ty w ostatniej chwili znalazłaś się na jego drodze.

- A ja mam nadzieję, że było odwrotnie! Nie chcę, żeby ktoś próbował cię zastrzelić. Z 

drugiej jednak strony, nie mam wcale ochoty, by mnie zastrzelono. - Zamilkła i nachmurzyła 

się.

- O co chodzi?

- O ranę na twoim udzie. A jeśli to wcale nie był złodziej? A jeśli to był zamach na 

twoje życie?

Colin powoli potrząsnął głową.

- Nie, nie wyciągaj aż tak śmiałych wniosków. Prawdę mówiąc, Londyn to paskudne 

miejsce, a ja byłem wtedy w nie najlepszej dzielnicy. Nie, to tylko jakiś mały rabuś buszujący 

po kieszeniach. Czy chciałabyś się ze mną kochać? W końcu to twoja noc poślubna.

Jego słowa nadały myślom  Sinjun nowy bieg. Colin przygląda! się swojej świeżo 

poślubionej pannie młodej. Miała na sobie zapiętą wysoko pod szyję, śnieżnobiałą koszulę 

nocną.   Długie,   potargane   włosy   rozsypały   się   po   poduszce.   Uniósł   ich   jedno   pasmo   i 

background image

przytknął do swojej twarzy. Były miękkie i gęste i pachniały, o ile się nie mylił, jaśminem.

- Tyle różnych odcieni - powiedział, zdając sobie sprawę, że teraz sytuacja zmieniła 

się i Sinjun nie musi się dla niego poświęcać.

Wiedział, że gdyby jej pozwolił, zdarłaby z siebie ubranie, rozciągnęła go na łóżku i 

zrobiłaby wszystko sama, tylko po to, aby go ochronić przed braćmi i zapewnić mu swój 

posag. Była słodka i sprytna, zdecydowana i o wiele mądrzejsza niż powinna. Będzie z nią 

musiał postępować bardzo stanowczo, bo inaczej weźmie nad nim górę, a przecież na to nic 

może pozwolić. Jakoś nie potrafił sobie wyobrazić, że zamyka ją w wilgotnej komnacie w 

wieży.

Miał szczęście, że na nią trafił. A potem pomyślał o pocisku, który odłupał kawałek 

skały, i o odłamku, który zranił Sinjun w policzek. Co by się stało, gdyby ten pocisk trafił ją? 

Gdyby odłamek skały zranił ją w oko? Na szczęście do tego nie doszło. Postanowił, że zadba 

o jej bezpieczeństwo. Zajmie się tym, gdy tylko jej bracia stąd wyjadą. Zaraz potem wyruszy 

z Sinjun do Vere Castle. To jedyne miejsce w Szkocji, gdzie będzie bezpieczna.

Pochylił się i pocałował ją w usta. Spojrzała na niego zdziwiona, a potem leciutko 

rozchyliła wargi, ale Colin nie przyjął zaproszenia. Całował ją leciutko, liżąc jej dolną wargę, 

ale nie wsuwając języka do ust. Całował ją tak długo, aż poczuł, że Sinjun się rozluźnia. Nie 

dotykał jej.

Uniósł lekko głowę i powiedział:

- Jesteś zupełnie ładna, Joan. Chciałbym teraz zobaczyć całą resztę.

- Moja twarz ci nie wystarcza?

- Chciałbym zobaczyć coś więcej.

Powinien był rozpalić ogień na poczerniałym palenisku. Przyjemnie byłoby ułożyć ją 

na wznak i napatrzeć się do syta, ale Sinjun mogłaby zmarznąć. Zamiast tego pomógł jej 

ściągnąć koszulę, a potem łagodnie ułożył na plecach i odkrył aż po piersi. Chciał się im 

przyglądać, dotykać je i całować.

- Pozwól, że ci się przyjrzę.

Sinjun   nie   podobało   się   to.   Zakryła   piersi   rękami,   a   potem   stwierdziwszy,   że 

zachowała   się   dziwacznie,   ułożyła   ręce   wzdłuż   ciała.   Colin   był   całkiem   ubrany,   a   ona 

wyglądała jak biały strzępek. Ona nie panowała nad sytuacją, on panował. To jej się wcale nie 

podobało.

Colin wyprostował się i przyglądał jej piersiom, nie dotykając ich.

- Bardzo ładne - powiedział. Był zaskoczony, że są takie pełne. Sinjun poruszała się 

jak chłopak, jej podrygujący krok był całkowicie pozbawiony kokieterii, wolny od wszelkich 

background image

kobiecych   „rozkołysali”.   Ale   piersi   miała   naprawdę   śliczne,   wysokie   i   pełne,   o 

ciemnoróżowych i gładkich brodawkach.

- Colin?

- Czy ten cieniutki głosik naprawdę należy do owej kobiety, która chciała ze mnie 

zdzierać bryczesy i rzucać się na mnie, kiedy tylko wyjechaliśmy z Londynu?

- Tak, ale to mi się nie podoba. Teraz jest całkiem inaczej. Nie ma powodów, żeby to 

robić. A poza tym patrzysz na mnie...

- O ile sobie przypominam, ty robiłaś to samo ze mną, tylko że moja kołdra była 

zsunięta aż do stóp. Przyglądałaś mi się do woli, a sama byłaś ubrana.

- Nie od razu. Najpierw byłam w nocnej koszuli.

- Ale nie przykryłaś mnie, dopóki mi się dokładnie nie przyjrzałaś.

- Wcale nie miałam dość, mogłabym tak patrzeć jeszcze przez kilka godzin.

Colin nic na to nie odpowiedział. Nachylił się i nie dotykając Sinjun rękami, delikatnie 

ujął jedną brodawkę ustami.

Myślał, że Sinjun będzie usiłowała go odepchnąć, ale ona tylko zadrżała, a potem 

zastygła jak kamień.

- Co robisz, Colin? Naprawdę to... Owionął ją ciepły oddech męża. Westchnęła.

- To tylko wstęp - oświadczył Colin i wrócił do swego przyjemnego zajęcia. Poczuł w 

nozdrzach jej zapach i mocniej przygryzł delikatne ciało.

- Ojej, Colin, to takie dziwne uczucie.

- Tak, i myślę, że przyjemne.

- Sama nie wiem. Może. Nie, niezupełnie... O Boże.

Delikatnie   uniósł   jej   pierś   i   przycisnął   do   ust.   Kiedy   spojrzał   na   twarz   Sinjun, 

stwierdził, że jej skóra jest bardzo biała, a jego ciemna.

Może posiadanie żony nie okaże się taką katastrofą. Zapragnął wejść w nią już teraz, 

natychmiast,   ale   wiedział,   że   trzeba   poczekać.   Wiedział,   że   kobieta   potrzebuje   zachęty, 

zwłaszcza pieszczot  pomiędzy udami.  Wiedział również, że chce zakosztować jej smaku, 

popróbować językiem i wargami gładkości jej skóry. Trzeba wiedzieć, kiedy skończyć. Czas 

na coś więcej niż wstęp. Przez chwilę leżał spokojnie, przyglądając się swojej żonie, której 

wcale   sobie   nie   wyszukał,   a   która   uchroniła   go   i   jego   rodzinę   przed   ruiną.   Zaczął   się 

rozbierać,   spokojny   i   opanowany,   uśmiechając   się   do   niej.   Zobaczył   podniecenie   w   jej 

nieprawdopodobnie błękitnych oczach - oczach Sherbrooke'ów, jak je nazywali w Londynie. 

Ale dostrzegł również niepokój; te oczy śledziły każdy jego ruch. Zrzucił koszulę, a potem 

usiadł, żeby zdjąć buty. Zaczął ściągać bryczesy. Nie odrywał wzroku od jej twarzy. Kiedy 

background image

był już zupełnie nagi, wyprostował się i opuścił ręce wzdłuż boków.

- Teraz możesz patrzeć, ile tylko zechcesz, moja droga - oświadczył z uśmiechem.

Sinjun spojrzała.

- To się nigdy nie uda, Colin. Nie mogę - stwierdziła blednąc.

- Co się nie uda? - Powędrował oczyma za jej wzrokiem.

Był   w   pełnym   wzwodzie,   co   go   zaskoczyło,   bo   przecież   jeszcze   nie   zaczął.   Był 

również dużym  mężczyzną,  i chociaż dotychczas kobiety doznawały podniecenia  na jego 

widok, Colin zdawał sobie sprawę, że dziewica nie będzie rozentuzjazmowana.

- To - odparła Sinjun, wskazując na niego.

- Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Zaufaj mi. Sinjun z trudem przełknęła ślinę. Nie 

mogła wydusić z siebie słowa.

- W porządku - wyszeptała, podciągnęła kołdrę pod brodę i przesunęła się na brzeg 

łoża. - Ale nie wydaje mi się, żeby to była kwestia zaufania.

Colin poczekał chwilę i zapytał:

- Masz pojęcie, na czym to wszystko polega?

- O tak, oczywiście. Nie jestem głupia, ale nie wydaje mi się, żeby to było możliwe. 

Jesteś zbyt duży i nawet jeśli ci zaufam, nie sądzę, żeby się udało. To po prostu fizyczna 

niemożliwość. Chyba sam to widzisz.

- Nie, nie widzę - odpowiedział i uśmiechając się, podszedł do łóżka.

background image

ROZDZIAŁ 7

Tak go nagabywała, taka była pewna siebie, wygadana, gdy usiłowała zmusić Colina, 

żeby ją posiadł, ale w gruncie rzeczy bała się. Jej dziewicze niepokoje bawiły go, zwłaszcza 

gdy sobie przypominał, jaka była natarczywa.

Uniósł kołdrę i wsunął się do łóżka. Położył się na niej. Sinjun westchnęła.

- To bardzo przyjemne, Joan - powiedział i pocałował ją ocierając się o jej piersi.

- Jesteś kosmaty, a ja mam łaskotki. To bardzo dziwne, Colin.

- A ty jesteś ciepła i gładka jak jedwab. Wsunął język do ust Sinjun i zaczął ją głaskać 

po   brzuchu.   Potem   ułożył   dłoń   płasko   i   nieruchomo,   żeby   Sinjun   poczuła   jego   ciepło. 

Nacisnął lekko jej brzuch i z przyjemnością poczuł, że zadrżała. Czuł, że jego członek jest 

twardy jak kamień; niepokoiło go to, czuł bolesne zniecierpliwienie i tracił rozsądek.

Sinjun przyglądała mu się, gdy ją całował. Przymknął oczy. Był niewypowiedzianie 

piękny, i właśnie tego pragnęła od pierwszej chwili, gdy go ujrzała, ale, na miłość boską, był 

za duży, stanowczo zbyt duży, o wiele za duży i to nie mogło być przyjemne, ani trochę 

przyjemne. Ach, ale jego dłoń i palce na jej brzuchu, ich leciutki ucisk w takim intymnym 

miejscu, może jednak należało mu pozwolić na tę intymność. A może nie. Tak było całkiem 

przyjemnie, może na tym poprzestanie. Modliła się o to, żeby poprzestał.

I wtedy Colin otworzył oczy.

- Nie patrz na mnie z bliska, bo dostaniesz zeza - powiedział i roześmiał się.

Jego   śmiech   zabrzmiał   raczej   boleściwie,   bo   wzwód   stał   się   jeszcze   silniejszy, 

zakasował wszystko, czego Colin dotychczas zaznał, z wyjątkiem lat chłopięcych, kiedy był 

w stałym pogotowiu. Pragnął w nią wejść natychmiast, głęboko, bardzo głęboko i...

- Proszę - powiedziała Sinjun i otoczyła jego szyję ramionami. - Naucz mnie, jak mam 

całować, Colin- Lubię się całować. Mogłabym cię całować bez przerwy.

- Sprawa nie polega wyłącznie na całowaniu, ale od pocałunków zaczniemy i na nich 

będziemy kończyć. Po prostu rozchyl usta i daj mi język.

Posłuchała go i gdy jej język szukał jego języka, poczuła, że Colin zsuwa dłoń coraz 

niżej, ocierając się o jej ciało. Zadrżała doznając dziwnych wrażeń, gdzieś bardzo głęboko, i 

wydała jęk, który zadziwił ich obydwoje.

Colin   cofnął   dłoń   i   spojrzał   na   twarz   Sinjun.   Odmalowało   się   na   niej   wyraźne 

rozczarowanie. Uśmiechnął się.

- Dobrze ci, prawda? Mam tak robić dalej?

- Może wszystko będzie dobrze.

background image

Colin roześmiał się i znowu ją pocałował, ale jęk, który wydała, kiedy zagłębił w niej 

palec,   sprawił,   że   zapomniał   o   wszystkim   z   wyjątkiem   pulsującego   pragnienia,   żądzy 

przerastającej jego siłę woli.

Ta   jego  panna   młoda   była  bardzo   ciasna   i  Colin   wiedział,  że   powinien  nad  sobą 

panować. Chciał, aby zaznała rozkoszy, ale wątpił, czy jest to możliwe za pierwszym razem. 

Może ten pierwszy raz lepiej mieć za sobą jak najszybciej. Czuł, że Sinjun przystosowuje się 

do jego palca, ciepłe ciało ustępuje pod naporem, więc naparł głębiej. Tak, rozsuwała się 

należycie, a wilgoć w jej wnętrzu sprawiała, iż wyobrażał sobie, że zagłębia w niej członek, 

co z kolei jeszcze bardziej wzmagało pożądanie.

Colin jęknął i zadrżał, jęknął jeszcze raz i Sinjun natychmiast otrząsnęła się z odczuć, 

które narastały w głębi jej brzucha, otworzyła oczy i spytała zaniepokojona:

- Co ci jest, Colin? Co się stało? Zrobiłam ci krzywdę?

- Tak, i to jest cudowne, Joan. Teraz muszę w ciebie wejść. Rozsunęłaś się dla mnie, 

ale i tak będzie ciasno. Zaufaj mi. Będę to robił bardzo powoli, ale muszę to zrobić. Bez tego 

pierwszego razu się nie obejdzie, a następne będą już bardzo przyjemne, zobaczysz. A teraz 

mi zaufaj.

Wszelkie   przyjemne   odczucia   natychmiast   minęły.   Znalazł   się   teraz   między   jej 

nogami. Ugięła kolana, ułożyła się strategicznie. Był za duży, o wiele za duży; to niemożliwe.

- Nie - powiedziała w panicznym strachu, kiedy przycisnął ją do owłosionej piersi. - 

Proszę cię, Colin. Zmieniłam zamiar. Powinnam zaczekać, może do Bożego Narodzenia...

Wszedł w nią, a ona wrzasnęła. Chciała mu umknąć wciskając biodra w prześcieradło, 

ale Colin chwycił ją pod pośladki i napierał coraz głębiej i głębiej. Sinjun próbowała się nie 

wyrywać i stłumić krzyk. Zacisnęła powieki, żeby go nie widzieć, żeby nie czuć bólu, ale ból 

ciągle się wzmagał. A potem poczuła, że Colin znieruchomiał wewnątrz niej. Zaczął ciężko 

dyszeć i odezwał się drżącym głosem:

- Twoja błona dziewicza, muszę ją przebić. Nie krzycz. Słodki Jezu, tak mi przykro, 

kochanie. - Naparł znowu, a ona wrzeszczała głośno i ochryple. Nakrył jej usta dłonią, aby 

stłumić   krzyki.   Dotykał   jej   łona,   a   Sinjun   nienawidziła   jego   dotyku,   nienawidziła   bólu, 

nienawidziła obcej inwazji w jej ciało. Ale Colina nic to nie obchodziło, o nie. Siał się dzikim 

człowiekiem, grzązł w niej i wydobywał się z niej, zapadał się w nią i wychodził na zewnątrz, 

jeszcze raz i jeszcze, aż nagle znieruchomiał i wygiął plecy w łuk. Sinjun otworzyła oczy i 

spojrzała   w   jego   twarz.   Miał   zamknięte   oczy,   głowę   odrzucił   na   bok,   gardło   mu   drgało 

zapowiadając nadchodzący kataklizm.

Teraz on jęczał i krzyczał. A potem zamilkł. Wreszcie opadł na nią. Wtedy poczuła go 

background image

w środku, jego wilgoć, jego męskie nasienie... sama nie wiedziała, co czuje. Ból, tak, ale nie 

tylko pulsujący ból, nieznośne pieczenie. Okłamał ją mówiąc, żeby mu zaufała, a ona głupia 

zaufała mu, przynajmniej trochę, a potem on ją zmusił.

Poczuła się zdradzona.

Colin oddychał ciężko z twarzą przyciśniętą do poduszki. Poczuła na sobie jego pot.

Miała ochotę uderzyć go i nawrzeszczeć na niego, ale opanowała się.

- Nie lubię tego. To okropność.

Colin czuł dudnienie krwi w uszach. Oddychał tak ciężko, iż wydawało mu się, że 

powietrze   rozsadzi   mu   płuca.   Czuł   ulgę,   coraz   większą   ulgę   i   to   było   cudowne,   ponad 

wszelkie oczekiwania... A ona tego nie lubiła. Dla niej to było okropne. Nie, to niemożliwe. 

Potrząsnął głową. Chyba jej nie zrozumiał.

Starał się uspokoić oddech. Nie przyszło mu to łatwo. Sinjun nie ruszała się. Pomyślał, 

że jest dla niej bardzo ciężki, ale nie zmienił pozycji. Pozostał w niej, już nic tak głęboko, ale 

czuł wokół siebie jej ciało. Zadrżał z rozkoszy i pragnienia. Wreszcie uniósł się na łokciach. 

Spojrzał na swoją żonę.

Nieświadomie   znów   na   nią   naparł;   Sinjun   wzdrygnęła   się   i   zacisnęła   zęby. 

Natychmiast przestał.

- Przykro mi - powiedział. Ale wcale tak nie było, bo coś równie wspaniałego nie 

zdarzyło mu się jeszcze nigdy w życiu. - Twoje dziewictwo to już przeszłość i teraz nie 

będzie cię bolało.

-   Okłamałeś   mnie,   Colin   -   powiedziała   spokojnie.   -   Powiedziałeś,   że   się   uda. 

Powiedziałeś, żebym ci zaufała.

- Oczywiście. Jestem twoim mężem. Mówisz, że się nie udało? A nie czujesz mnie w 

sobie? Miałem w ciebie wejść. Miałem zostawić nasienie w twoim łonie. Następnym razem 

będzie łatwiej. Może ci się nawet spodoba. Teraz też trochę ci się podobało, prawda?

- Nie przypominam sobie.

Do diabła, nie przypomina sobie. A on znowu jej pragnął. To go zdziwiło i przeraziło. 

Oczywiście, nie będzie dzikusem jeszcze raz maltretującym tę nieszczęsną pannę młodą. Nie, 

nie będzie. Czuł ją napiętą i gorącą wokół siebie. To było zbyt wiele jak dla mężczyzny.  

Zesztywniał i zagłębił się w niej jeszcze raz.

Zaskoczona i obolała zaczęła krzyczeć. Okładała go pięściami, starała się go zrzucić, 

ale wskórała tylko tyle, że nadziewał ją coraz bardziej. Czuł jej drgające ciało i nie mógł się 

opanować. Słyszał jej krzyki, ale nie ustawał, nie mógł i znowu miał orgazm. Z jego gardła 

wydobywały się ochrypłe ryki.

background image

A potem znów leżał na jej ciele, dysząc ciężko i zastanawiając się, cóż za diabeł go 

opętał.

- Ile razy będziesz to jeszcze robił?

-   Myślę,   że   na   jakiś   czas   dam   ci   spokój,   Joan.   Ty   chyba   nie   płaczesz,   prawda? 

Powiedz, że nie płaczesz. Teraz nie będę się ruszał, obiecuję.

Jej   głos   zabrzmiał   bardzo   spokojnie,   co   go   uspokoiło,   dopóki   nie   zrozumiał,   co 

powiedziała.

- Bardzo mi na tobie zależy, Colin, ale nie będę w stanie znosić czegoś takiego zbyt 

często.   To   nie   było   przyjemne.   Wiem,   że   musieliśmy   to   zrobić,   żeby  Douglas   nie   mógł 

anulować ślubu i zabrać mnie do Londynu. Ale teraz, kiedy już mamy to poza sobą, czy 

będziesz to musiał robić często?

Miał jej ochotę odpowiedzieć, że bez trudu mógłby ją wziąć po raz trzeci, a może 

nawet czwarty, ale ugryzł się w język. Sprawił jej ból i Sinjun nie miała pojęcia, jakie to może 

być przyjemne.

- Przepraszam - powiedział i zmusił się, aby z niej wyjść. Usłyszał, że jęknęła.

- Przepraszam - powtórzył i znienawidził samego siebie za to, że powtarza w kółko to 

samo jak papuga.

- Nie rozumiem.

- Czego znów nie rozumiesz?

- Zawsze myślałam, że Douglas i Alex - to jego żona, chyba wiesz. No więc, zawsze 

mi się wydawało, że ona bardzo lubi sypiać z nim w jednym łóżku. Ryder i Sophie tak samo, 

ale teraz... Może lubią się po prostu całować, a całą resztę muszą znosić, ponieważ kochają 

swoich mężów. Ale to bardzo trudne, Colin. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak to będzie.

- Powiedziałem ci już. Kiedy posiądę cię następnym razem, będzie ci się to podobało. 

Zapewniam cię.

Najwyraźniej mu nie wierzyła, a Colin nie mógł mieć o to pretensji, bo czyż nie stracił 

głowy i nie natarł na nią powtórnie, dobrze wiedząc, że zadaje jej ból?

- Przykro mi - powtórzył po raz trzeci. - To będzie zależało tylko od ciebie.

Wstał z łóżka. Spojrzał na leżącą na wznak Sinjun. Na białym prześcieradle widniały 

plamy krwi i spermy. Pochylił się i Sinjun, spodziewając się najgorszego, krzyknęła z całych 

sił.

Po chwili rozległo się stukanie do drzwi i usłyszeli głos Douglasa.

- Co tam się dzieje? Sinjun, co ci się stało?

- Zejdź mi z drogi, Douglasie. On ją morduje! Ryder otworzył drzwi na oścież i wpadł 

background image

do sypialni.

Za nim podążał Douglas.

Zapanowało   milczenie.   Obaj   bracia   stanęli   jak   wryci.   Patrzyli   na   swego   nagiego 

szwagra i Sinjun, która natychmiast naciągnęła kołdrę aż pod brodę.

- Wynoście się! - wrzasnęła śmiertelnie upokorzona. - Jak śmiecie! Niech was diabli! 

Wynoście się obydwaj!

- Ależ Sinjun, słyszeliśmy, że krzyczysz z bólu...

Sinjun przeszła samą siebie. Nie sądziła, że to możliwe, ale udało jej się. Uśmiechnęła 

się do nich słabo i z wysiłkiem.

- Cóż, Douglasie, nie raz słyszałam wrzaski Alex. Czy mnie nie wolno powrzeszczeć?

- To nie były krzyki rozkoszy - odparł Ryder tonem tak zimnym, że Sinjun zadrżała na 

jego dźwięk.

- Krzyczałaś z bólu. Co ci ten łajdak zrobił?

-   Do   diabła!   -   wrzasnął   Colin.   Chwycił   koszulę   nocną   i   narzucił   na   siebie.   -   To 

cholernie dziwne! Nie mogę zaznać spokoju w moim własnym domu? Tak, wrzeszczała. A 

czegoście się spodziewali? Była dziewicą i musiałem się przebić przez jej przeklętą błonę 

dziewiczą!

Douglas spojrzał na Rydera, a potem znów na Colina.

- Ty cholerny bękarcie! - wrzasnął na całe płuca.

- Ty wstrętny dzikusie, tym razem zabiję cię, ty kłamliwy kundlu!

- Nie zaczynaj od nowa - powiedziała Sinjun.

- Owszem, zacznę, do diabła! - tym razem wrzasnął Ryder. - Byłaś dziewicą, Sinjun? 

Ty,   od   kilku   dni   poślubiona   temu   dzikusowi?   Mężatka   pod   każdym   względem,   jak   nas 

zapewniałaś.  Jak  mogłaś,   do  diabła,   uchować  swoje  dziewictwo?  Ten   tokujący  indor  nie 

wygląda na kogoś, kto by to odkładał na później.

Sinjun owinęła się kołdrą i przesunęła na skraj łóżka. Colin pochylił głowę, zacisnął 

pięści i wyglądał jak gotowy do walki pies. Jej bracia zbliżali się krok za krokiem, gotowi 

przelać krew.

- Przestańcie! - krzyknęła Sinjun. Gdzie się podziewa ten przeklęty Angus ze swoją 

rusznicą?   -   Wyskoczyła   z   łóżka   i   stanęła   pomiędzy   Colinem   a   braćmi.   -   Dosyć   tego, 

słyszycie? Dosyć! - Nie zwracali na nią uwagi. - Jeżeli natychmiast nie wyjdziecie z sypialni - 

powiedziała lodowatym tonem - przysięgam, że nigdy w życiu nie odezwę się do was ani 

słowem. Przysięgam.

- Nie, to niemożliwe - powiedział pobladły Douglas.

background image

- Sama nie wiesz, co mówisz - dodał Ryder cofając się o krok. - Jesteśmy twoimi 

braćmi, kochamy cię...

- Owszem, wiem co mówię. Wynoście się obydwaj. Porozmawiamy o tym jutro rano. 

Upokorzyliście mnie, jak nikt dotąd i jeśli... - tu głos jej się załamał i Sinjun wybuchnęła 

płaczem.

Douglas   i   Ryder   ruszyli   ku   niej,   by  ją   pocieszać.   Colin   uniósł   dłoń   i   powiedział 

spokojnie:

- Nie, panowie. Sam to załatwię. Porozmawiamy rano. A teraz wyjdźcie.

- Ależ ona płacze - powiedział bardzo przejęty Ryder. - Sinjun nigdy nie płacze.

- To ty doprowadziłeś ją do łez, łajdaku...

- Zostaw nas samych, Douglasie - Colin otoczył żonę ramieniem.

Ryder   i   Douglas   skapitulowali.   Nie   chcieli   tego   robić,   ale   nie   mieli   wyboru. 

Przeklinając opuścili sypialnię.

Colin milczał. Przycisnął Sinjun do siebie i patrzył na zamykające się drzwi.

- Powinienem był zamknąć na klucz te przeklęte drzwi - powiedział, czując wstręt do 

samego siebie. - To mnie nauczy większej ostrożności, która mi się przyda, skoro bracia 

mojej żony są gotowi zamordować każdego, kto odważy się jej złamać choćby paznokieć.

- I tak wyważyliby drzwi. To dla nich bez różnicy. A poza tym to było coś więcej niż 

paznokieć.

- Proszę, proszę, przemówiła. Wspaniale. Oto panna młoda, która na przemian zalewa 

się łzami, a zaraz potem, jak gdyby nigdy nic, robi mi wyrzuty.

W jej oczach znowu wezbrały łzy.  Colin nie wzruszył  się jednak. Schwycił  ją za 

ramiona i potrząsnął.

- Powiem to tylko raz, Joan, i nie mam zamiaru powtarzać. To mój dom. A ty jesteś 

moją   żoną.   Niech   cię   diabli.   Jestem   mężczyzną,   a  nie   jakimś   płaszczącym   się   psiakiem, 

którego musisz osłaniać spódnicą. Zrozumiałaś?

Starała mu się wyrwać, ale trzymał ją mocno. Chciała go uderzyć. Parsknęła na niego, 

jak dzikie zwierzę:

- Do diabła, przecież oni by cię zabili! Wdeptaliby cię w podłogę. A gdybyś otworzył 

oczy, przekonałbyś się, że nie mam na sobie spódnicy.

- Nie próbuj mnie  zagadywać.  Nigdy więcej nie będziesz  mnie  osłaniać  własnym 

ciałem.   Rozumiesz?   Na   miłość   boską,   sytuacja   była   niebezpieczna   i   mogłaś   oberwać. 

Jesteśmy w Szkocji, w krainie zupełnie innej niż ten południowy raj dżentelmenów, z którego 

pochodzisz. Tutaj zawsze istnieje niebezpieczeństwo bijatyki.  Nie będę tolerował twojego 

background image

głupiego zachowania. Zrozumiałaś mnie?

- Nie jesteś płaszczącym się psiakiem, jesteś przeklętym głupcem! Wściekasz się jak 

zraniony byk, a to nie ma sensu! Ja tylko udawałam, że płaczę, żeby ich powstrzymać, i to 

podziałało. Cóż w tym złego?

- Dosyć! - Colin złapał się za głowę. - Tego już za wiele! Kładź się do łóżka, Joan. 

Przecież drżysz z zimna.

- Nie, nie położę się. Znów zaczniesz ze mną robić te okropne rzeczy. Ja tego nie 

lubię, Colin. Nie chcę, żebyś to robił jeszcze raz. Nie mam do ciebie zaufania.

Colin   stał   bezradnie   na   środku   mrocznej   sypialni   o   przydymionych   ścianach, 

zniszczonym umeblowaniu i pomiętych zasłonach. A jego własna żona mówiła mu, że już 

nigdy więcej nie pozwoli, aby ją posiadł. Tego było za wiele. Na dodatek znów pozwoliła 

sobie   wtrącić   się   pomiędzy   niego   a   jej   braci.   Colin   był   wściekły.   Nie   potrafił   myśleć 

logicznie. Chwycił ją i rzucił na łóżko.

- Nie ruszaj się stamtąd! Strzepnął kołdrę i otulił nią Joan.

- Nie odkrywaj się, bo zmarzniesz.

- Nie będziesz we mnie więcej wchodził, Colin. Nie pozwolę ci. To było okropne i już 

nigdy tego nie zrobisz. Do diabła, trzymaj się ode mnie z daleka!

Colin zupełnie wyszedł z siebie. Najpierw jej bracia wydają mu rozkazy, a teraz ona. 

A przecież jest jego żoną. Najwyższy czas, aby nauczyć ją rozumu. Poczuł, że ma wzwód i to 

załatwiło sprawę. Rzucił się na nią. Natychmiast nakrył jej usta dłonią, a potem rozsunął jej 

uda. Walczyła przez dłuższą chwilę, ale nie na wiele się to zdało. Już był pomiędzy jej udami 

i rozsuwał je szerzej, tak aby mu było wygodniej.

Wszedł w nią, tym razem wolniej, a ponieważ była śliska od jego nasienia i od własnej 

wydzieliny,   szybko   wsunął   się   głębiej.   Kiedy   się   poruszył,   nie   bolało   tak   bardzo   jak 

poprzednio, ale i tak było bolesne. Tym razem nie krzyczała. Colin nie życzył sobie, aby 

bracia Joan znowu tu wpadli, chociaż tym razem także nie zaniknął drzwi na klucz. Cierpiała 

zaciskając powieki i pięści. Odsunęła głowę na bok i wcisnęła twarz w poduszkę. Leżała 

nieruchomo. Colin nie był brutalny. Zanurzył się w niej i uniósł, raz, drugi i trzeci. Nie trwało 

to  długo. Usiłował  ją pocałować,   ale  odwracała   twarz.  Słyszała,   że  Colin  oddycha  coraz 

szybciej, jego ciało pulsuje i drży. Wyrzucając nasienie jęczał z głębi gardła, Kiedy skończył, 

nie opadł na nią, jak poprzednio. Natychmiast z niej wyszedł. Omal nie krzyknęła. Czuła się 

tak obolała i poturbowana, że zastanawiała się, czy będzie mogła chodzić. Wiedziała, że Colin 

stoi obok łóżka i przygląda się jej, ale nie obchodziło jej to. Jakie znaczenie miało to, że leży 

z rozrzuconymi nogami? Że jest goła? Teraz nie miało to najmniejszego znaczenia. Jeżeli 

background image

zechce, znów ją posiądzie, a ona nic na to nie poradzi. Niech sobie patrzy. Nie dbała o to. 

Milczał. Ciągle słyszała jego oddech, ochrypły i przyspieszony.

- Cala się lepię, chcę się wykąpać.

Colin znieruchomiał. Jezu, mógł sobie wyobrazić, jak bardzo była lepka i wilgotna. 

Trzy razy wpuścił W nią nasienie. Westchnął odzyskując panowanie nad sobą i poczuł się 

winny.

- Leż spokojnie. Przyniosę ci wodę i ręcznik. Sinjun nie ruszała się. Zamknęła oczy. 

Odwróciła się do Colina plecami i podciągnęła kolana pod brodę. Chciała znów być dawną 

Sinjun. Dla tamtej wszystko było łatwe i proste. Tamta lubiła wesołą zabawę i marzyła o 

miłości. Poznała Colina i jej marzenia stały się rzeczywistością. I co pozostało z jej marzeń? 

Wszystko poszło nie tak, jak tego pragnęła.

Po raz pierwszy od trzech lat zapłakała.

Colin stał przy łóżku. Douglas słusznie go oskarżył,  że jest przeklętym  łajdakiem. 

Czuł się zupełnie bezsilny. Płacz Sinjun nie był delikatny. Brzmiał ochryple i nadzwyczaj 

prawdziwie.

- Dobrze już, dobrze - powiedział kładąc się na łóżku i obejmując Sinjun ramionami. 

Łzy płynęły teraz mniejszym strumieniem. Zaczęły nią wstrząsać łkania. Colin pocałował ją 

w kark.

Zesztywniała.

- Proszę cię, Colin, nie rób mi więcej krzywdy. Nie zasługuję na taką straszną karę.

Colin zamknął oczy.  Ona mówiła  zawsze tylko  to, co naprawdę myślała.  To jego 

wina, bo był dla niej taki brutalny, działał zbyt szybko i, dobry Boże, posiadł ją trzy razy z 

rzędu, a ten trzeci raz nie wypadł najlepiej. Drugi także nic udał się dobrze, ale przynajmniej 

był zrozumiały. Ten trzeci raz rzeczywiście miał być karą. Nic, nie zachował się tak, jak 

powinien.

- Nie wejdę już w ciebie - powiedział. - A zresztą nawet bym nie mógł. Nie mam już 

więcej nasienia. Śpij.

Dziwne, Sinjun zamknęła oczy i zrobiła tak, jak kazał. Zasnęła głęboko i na długo.

Następnego   ranka   obudził   ją   Colin.   Zadrżała   i   otworzyła   oczy.   Stał   nad   nią   z 

wilgotnym ręcznikiem.

- Leż sobie, a ja cię umyję.

- O, nie. - Odsunęła się od niego i przeturlała w najdalszy koniec ogromnego łoża. - 

Nie, Colin, sama się umyję. Proszę cię, odejdź.

Stał przy łóżku marszcząc czoło i trzymając ręcznik w wyciągniętej ręce. Czuł się jak 

background image

głupiec.

- Świetnie  - powiedział  wreszcie.  Podał jej ręcznik. - Angus przyniesie  ci wiadro 

gorącej   wody   na   kąpiel.   Postaraj   się   umyć   szybko,   bo   ja   także   chcę   się   wykapać,   a   ty 

najwyraźniej nie jesteś zainteresowana dzieleniem ze mną wanny. Szkoda, bo teraz jestem 

twoim upragnionym mężem.

-   Złościsz   się   na   mnie   -   odparła   naciągając   kołdrę   po   sam   nos.   Była   bardzo 

zakłopotana. - I to jest bardzo dziwne, Colin, ponieważ to ty mnie skrzywdziłeś. Nie masz 

prawa złościć się na mnie.

- Jestem zły na tę przeklętą sytuację. - Rozległo się stukanie do drzwi. - Nie ruszaj się 

- powiedział, idąc do drzwi. - Leż pod kołdrą.

Wszedł Angus dwoma wiadrami pełnymi gorącej wody. Wlał wodę do porcelanowej 

wanny i wyszedł.

- Czy możesz przejść przez pokój nago? - zapytał Colin.

- Możesz się kapać pierwszy - odpowiedziała. Colin zrzucił szlafrok, wszedł do wanny 

i   zgiąwszy   kolana   ułożył   się   na   plecach.   Gdyby   nie   to,   że   czuła   się   tak   podle,   Sinjun 

roześmiałaby   się   na   jego   widok.   Nie   chciało   jej   się   wstawać   z   łóżka.   Nie   miała   ochoty 

widzieć się z braćmi.

Na jej widok bracia nie odezwali się ani słowem. Douglas i Ryder postanowili unikać 

dalszych kłótni z Colinem. Zrozumieli, że Sinjun jest bardzo zakłopotana i zawstydzona. Na 

myśl o tym, że omawiali sytuację i zastanawiali się jak mają postępować dalej, czuła się 

jeszcze bardziej skonfundowana. To, że bracia rozmawiali o niej było nie dc zniesienia.

Po drugiej filiżance kawy Ryder powiedział:

- Douglas i ja wyjeżdżamy jeszcze dziś rano, Sinjun. Jest nam bardzo przykro, że 

wpadliśmy do waszej sypialni i wprawiliśmy cię w zakłopotanie. Jeżeli jednak będziesz nas 

kiedykolwiek   potrzebowała,   wystarczy,   że   przyślesz   umyślnego   z   listem,   a   natychmiast 

przybędziemy ci z pomocą. Zrobimy wszystko, co zechcesz.

- Dziękuję - odparła.

Nagle   zapragnęła,   by   jej   nie   opuszczali   i   nie   obiecywali,   że   więcej   nie   będą   się 

wtrącać. Zawsze zajmowali się jej sprawami. Kochali ją. Nawet ostatniej nocy... wszystko 

dlatego, że ją kochali.

Godzinę   później   wyjeżdżali   i   Sinjun   poczuła   ogromną   pustkę.   Czuła   się   bardzo 

samotna i po raz pierwszy naprawdę przestraszyła się tego, co zrobiła. Rzuciła się w ramiona 

Douglasa i przytuliła go mocno.

- Uważaj na siebie. Pozdrów ode mnie Alex.

background image

- Dobrze.

- I bliźnięta. Oni tam rujnują dom Rydera. To musi być wspaniałe. Tak bardzo tęsknię 

za dziećmi.

- Tak. Wiem, kochanie. Ja także za nimi tęsknię. Całe szczęście, że Ryder i Sophie tak 

przepadają za dziećmi. Zamknąłem dom w Londynie. Kiedy wrócę, Alex i chłopcy będą w 

Northcliffe Hall. Nie martw się o  matkę. Dopilnuję, by list do ciebie nie był pełen utyskiwań.

Potem przyszła kolej na Rydera.

- Ucałuję Sophie i pozdrowię wszystkie dzieciaki.

I będę za tobą diabelnie tęsknił, Sinjun.

- Nie zapomnij o Graysonie, Ryder. Jest taki piękny i tak mi go brakuje.

- To żywy obraz Sophie, po Sherbrooke'ach ma tylko niebieskie oczy i ten zwiastujący 

upór podbródek.

- Tak. Bardzo go kocham.

- Ciii. Nie płacz, kochanie. Rozumiem, jak się czujesz, bo Sophie musiała opuścić 

dom na Jamajce i przyjechać do Anglii, i wiem, że czasami tęskni za tamtejszym słońcem. 

Ale Colin jest twoim mężem i będzie o ciebie dbał.

- Tak. Wiem.

Ale jej głos nie zabrzmiał zbyt pewnie. Do diabła, myślał Ryder, co my wyprawiamy? 

Jest wprawdzie żoną tego człowieka, ale zostawiać ją samą... to mu się wcale nie podobało. 

Jednak Douglas upierał się, że powinni zostawić młodą parę w spokoju.

- Czasami na początku małżeństwa sprawy nie układają się tak dobrze, jak byśmy 

sobie tego życzyli - powiedział Ryder. Sinjun spojrzała na niego jakby z bardzo daleka. - Tak, 

czasami zdarzają się drobne kłopoty - dodał. - Ale musisz być cierpliwa, Sinjun, a wszystko 

się ułoży.

Nie miał pojęcia, czy to, co jej mówi, ma dla niej jakikolwiek sens. Smutek w jej 

oczach przerażał go. Nie miał ochoty pozostawiać młodszej siostrzyczki w tym przeklętym 

kraju i z tym przeklętym mężem, którego wcale nie znała.

Colin   stał   nieopodal   i   przyglądał   im   się   nachmurzony.   Czuł   zazdrość.   Ta   trójka 

rodzeństwa była sobie tak bliska. A on i jego starszy brat Malcolm zawsze skakali sobie do 

gardeł. Ojciec tylko się z tego śmiał i trzymał stronę brata, bo to był dziedzic, przyszły lord i 

hrabia, więc jemu wierzył. Ważne były tylko jego słowa, jego nigdy nie kończące się długi 

karciane i wydatki na ladacznice. A potem Colin odmówił wstąpienia do armii Napoleona. 

Ojciec potępiał jego postępowanie, a brat go w tym popierał, bo chciał, żeby Colin wyjechał 

ze Szkocji. Lecz Colin został. Chciał otrzymać patent oficerski w angielskim wojsku, ale jego 

background image

ojciec, oczywiście, nie chciał za to zapłacić. Ojciec miał co do niego inne plany. Colin został 

wykorzystany do zakończenia  sporów z klanem MacPhersonów. W wieku dwudziestu lal 

poślubi! Fionę Dahling MacPherson. Związek zakończył waśnie, które jednak miesiąc temu 

zaczęły się od nowa.

- Co się stało? - zapytał go Douglas i Colin szybko porzucił bolesne wspomnienia.

- Nie, nic. Zajmę się waszą siostrą. O nic się nie martwcie.

- I przywieź ją do nas z wizytą, kiedy nastanie jesień. Jak myślisz, czy to będzie 

możliwe?

Colin chwilę się zastanowił.

- Daliście mi środki na odbudowę mego domu i wszystkich posiadłości. Będę miał 

teraz mnóstwo roboty. Ale myślę, że do jesieni wszystko już uporządkuję.

- Wszystkie pieniądze prawnie należą do Sinjun, nie do nas. Cieszę się, że zostaną 

przeznaczone na dobry cel. Nie znoszę, kiedy jakaś posiadłość obraca się w ruinę.

- Być może - powiedział powoli Colin, przyglądając się dwóm wspaniałym arabom, 

które  parskały  przytrzymywane  przez   Angusa   i  przestraszonego   chłopca   stajennego   -  wy 

zechcecie   nas   kiedy   odwiedzić.   Oczywiście   dopiero   gdy   Vere   Castle   zostanie   trochę 

podreperowany. Droga wjazdowa do zamku jest piękna, cała wysadzana drzewami, a teraz, na 

początku lata, liście tworzą prawdziwy baldachim.

- Z przyjemnością - odparł Douglas. - Ryder może przywieźć dzieciaki.

- Lubię dzieci - powiedział Colin. - Vere Castle jest bardzo obszerny, z pewnością 

znajdzie się miejsce dla wszystkich.

A potem Douglas i Ryder odjechali wybrukowaną kocimi łbami ulicą, a ich długie 

płaszcze powiewały na wietrze.

Sinjun stała przed domem i patrzyła, jak znikają. Czuła się okropnie. Nie chciała, aby 

smutek wziął górę w jej sercu i umyśle; Ryder miał rację, była żoną Colina. Musi się uzbroić 

w cierpliwość. Pomimo tej nieszczęsnej historii z seksem kochała swego męża. Jakoś sobie 

poradzi. Jest tyle do zrobienia. Nie należała do osób, które się poddają. W przeszłości nie 

miała zresztą wielu powodów do zmartwienia.

Odwróciła się i uśmiechnęła do męża.

- Mam ochotę na herbatę. Napijesz się ze mną?

- Tak, Joan - ruszył za nią do domu. - Lubię twoich braci.

Sinjun milczała przez chwilę, a potem odrzekła z wymuszoną wesołością:

- Ja także.

- Wiem, że będziesz za nimi tęskniła. Wkrótce znowu ich zobaczymy, obiecuję.

background image

- Tak, obiecujesz.

Colin spojrzał na nią, ale nic nie odpowiedział.

background image

ROZDZIAŁ 8

Dok portowy w zatoce był paskudnym miejscem, śmierdzącym rozkładającymi  się 

rybami, niemytymi ciałami wrzaskliwych robotników portowych oraz innymi paskudztwami, 

których   Sinjun   na   szczęście   nie   umiała   rozpoznać.   Stało   w   nim   mnóstwo   furmanek, 

dwukołowych   wózków   do   przewożenia   piwa,   a   na   wodzie   unosiły   się   najrozmaitszej 

wielkości lodzie; aż dziw, że wzajemnie się nie miażdżyły. Właśnie zderzyły się dwa wózki i 

z jednego wypadła dębowa beczka. Uderzyła o bruk i, nabierając coraz większej prędkości, 

potoczyła  się aż do ogrodzenia, gdzie roztrzaskała się o żelazne sztachety.  Z jej wnętrza 

wytrysnęły   strugi   ciemnego   piwa,   napełniając   powietrze   korzennym   zapachem.   Sinjun 

uśmiechnęła   się  i  pociągnęła   nosem.  Pomyślała,   że  doki  portowe w  Londynie  wyglądają 

podobnie. Colin ujął jej łokieć i bez słowa poprowadził w stronę rozpadającego się promu. 

Była to długa, wąska barka z niepomalowanymi poręczami z drewna. Nosiła dumną nazwę 

„Gwiazda Fortu”. Konie załadowano już na pokład. Stały bardzo blisko pasażerów i nie były 

z tego zadowolone.

Prom   należał   do   starego   mężczyzny;   Sinjun   nigdy   jeszcze   nie   słyszała   kogoś   o 

bardziej  niewyparzonej  gębie. Klął na pasażerów i zwierzęta,  na torby podróżne i kufry. 

Wrzeszczał nawet na przeciwległą burtę barki. Sinjun żałowała, że rozumie tylko niewielką 

część z tego, co mówił. Zauważyła, że Colin wzdrygnął się kilka razy, gdy właściciel krzyczał 

na konie.

Gdy prom odbił od brzegu, Sinjun patrzyła z przerażeniem, bo wyglądało na to, że 

zaraz na coś wpadną. Statek holenderski przemknął tuż obok, nie zachowując należytego 

dystansu, i otarł się o prom. Statek hiszpański był tak blisko, że jego marynarze musieli użyć 

bosaków i odepchnąć prom. Colin nie tracił opanowania, co według Sinjun było całkiem 

naturalne dla obytego z takimi sytuacjami Szkota. Konie zwęszyły czyste, słone powietrze i 

zaczęły głośno rżeć- Dzięki Bogu pogoda była piękna i ciepła, słońce lśniło na bezchmurnym 

niebie. Kiedy zbliżyli się do przeciwległego brzegu Fortu, Sinjun zobaczyła Półwysep Fife, 

który wyglądał na równie angielski jak Sussex. Zieleń była jasna, czysta i głęboka, a zbocza 

łagodne. Prześlicznie, pomyślała zachwycona Sinjun.

„Gwiazda Fortu” zderzyła się z małą barką. Obydwaj kapitanowie zaczęli obrzucać się 

przekleństwami, konie zarżały, a pasażerowie zacisnęli pięści. Sinjun powstrzymała się od 

śmiechu i razem z innymi wrzeszczała na kapitana barki.

Prom minął przewężenie zwane Queensferry Narrows. Miejsce wcale nie było ładne, 

bo   woda   wyglądała   na   gęstą   od   brudu.   Ale   widok   na   wschód,   na   Morze   Północne,   był 

background image

przepiękny.

- W tym miejscu Fort tworzy długie, płytkie ujście - odezwał się nagle Colin. - W 

wyższym biegu rzeka jest bardzo potężna, a jej woda głęboka i błękitna.

Potem zwęża się i płynie zakolami aż do Stirling.

Sinjun odetchnęła głęboko. Skinęła głową, a potem odwróciła się i oparła łokciami o 

barierkę. Nie chciała przegapić widoków. Nie miała również specjalnej ochoty na rozmowę z 

mężem.

- Jeżeli się obejrzysz, zobaczysz zamek. Przy takiej pogodzie widok jest imponujący.

Sinjun posłusznie się odwróciła.

-   Wczoraj   wieczorem,   ukryty   we   mgle,   wydawał   mi   się   bardziej   tajemniczy   i 

eteryczny. Co chwila rozbrzmiewały nawoływania żołnierzy i zamek wyglądał jak tajemniczy 

duch wyłaniający się z szarej mgły. Wspaniały gotyk.

Colin tylko chrząknął i odwróciwszy się, spojrzał na spienioną wodę.

-   Będziesz   musiała   przywyknąć   do   mgieł.   Nawet   w   lecie   zdarzają   się   całe   takie 

tygodnie, że nie widać słońca. Ale jest raczej ciepło i tak widno, że można czytać nawet o 

północy.

- Macie dobrze wyposażoną bibliotekę w Vere Castle?

- Biblioteka jest w rozsypce, jak niemal cały zamek. Mój brat specjalnie się o nią nie 

troszczył, a ja po jego śmierci nie miałem na to czasu. Sama zobaczysz, czy jest tam coś dla 

ciebie interesującego. Mam również książki w moim pokoju w wieży.

- Masz jakieś powieści?

Colin uśmiechnął się, słysząc jej pełen nadziei głos.

- Obawiam się, że bardzo niewiele - odparł. - Nie zapominaj, że jesteśmy w kraju 

prezbiteriańskim. Na każdego, kto okaże się na tyle nierozważny, by czytywać powieści, na 

pewno czeka ogień piekielny. Spróbuj sobie wyobrazić Johna Knoxa czytającego powieść 

pani Radcliffe. To się nie mieści w głowie.

- Cóż, mam nadzieję, że Alex przysyłając kufry, dołoży tam trochę powieści.

- Jeżeli twój brat nie każe spalić twoich rzeczy.

- Istnieje taka możliwość. Kiedy Douglas jest zły, postępuje bardzo nierozsądnie.

Sinjun nie traciła jednak nadziei, że kufry wkrótce nadejdą. W przeciwnym razie nie 

będzie miała co na siebie włożyć. Jej niebieski strój do konnej jazdy, który tak bardzo lubiła, 

prezentował   się   nie   najlepiej.   Strzepując   pył   z   rękawa   przesunęła   wzrokiem   po 

współpasażerach.   Większość   stanowili   wieśniacy   odziani   w   gruby   wełniany   samodział   o 

mdłych barwach i w skórzane kurtki. Na nogach nosili saboty. Był tu też jeden arystokrata w 

background image

koszuli  o  bardzo   wysokim   kołnierzyku;  na   skutek   kołysania   promu  jego  twarz  przybrała 

zielonkawy odcień. Inny mężczyzna, spluwający brązową śliną za burtę, wyglądał na dobrze 

prosperującego handlarza. Ich mowa bardzo różniła się od angielszczyzny, mimo że Sinjun 

była w stanie zrozumieć większość rozmów. Pełno w niej było śpiewnych i niewyraźnych 

dźwięków, które brzmiały melodyjnie, a zarazem szorstko.

Sinjun nie odezwała się więcej do męża. Przynajmniej starał się być dla niej uprzejmy. 

Ale ona wcale nie chciała być uprzejma. Najchętniej by go uderzyła. Spojrzała na jego profil; 

lubiła patrzeć na Colina, był taki piękny. Jego ciemne włosy rozwiewał wiatr. Miał lekko 

uniesioną brodę i przymknięte oczy, jakby chciał pokazać, że jest Szkotem i że powrócił do 

domu. Tuż obok jego głowy przeleciała mewa, wydając przenikliwy okrzyk. Colin odskoczył 

i roześmiał się.

Sinjun nie wracała do domu. Uniosła brodę wysoko jak jej mąż. Wdychała morskie 

powietrze, zapach ryb, ludzi i koni. Patrzyła na mewy i rybitwy, które czekały na resztki 

jedzenia.

- Jeszcze dziś będziemy w Vere Castle - powiedział Colin. - Podróż zabierze nam nie 

więcej niż trzy godziny. Świeci słońce, więc jazda będzie przyjemna. Ach, czy aby będziesz 

mogła dosiąść konia?

-   Oczywiście.   Dziwne,   że   o   to   w   ogóle   pytasz.   Wiesz,   że   jestem   doskonałym 

jeźdźcem.

- Tak, ale czy nie jesteś zbyt obolała? Spojrzała na niego z wyrzutem.

- Mówisz tak, jakbyś był z siebie nad wyraz zadowolony. Bardzo dziwne.

- Nie jestem zadowolony. Troszczę się o ciebie. Słyszysz to, co sama chcesz usłyszeć.

- A teraz słyszę nutę zawodu w twoim tonie. Dobrze, a jeśli powiem, że jestem zbyt 

obolała?   Co   wtedy   zrobisz?   Wynajmiesz   lektykę?   A   na   szyi   zawiesisz   mi   tabliczkę   z 

informacją, że nie mogę jechać samodzielnie, bo zostałam zanadto rozorana, jak wyjałowione 

pole?

- Zabawne porównanie. Nie. jeśli jesteś zbyt obolała, posadzę cię przed sobą na moim 

koniu. Będziesz siedziała na moich udach, co zmniejszy ból.

- Dziękuję, Colin. Wolę jechać sama.

- Jak sobie życzysz, Joan.

- Wolałabym zostać w Edynburgu.

- Już mi to dałaś do zrozumienia. Tłumaczyłem ci, dlaczego wyjeżdżamy tak szybko. 

Tam groziło ci niebezpieczeństwo, dlatego zabieram cię do Vere Castle. Potem wrócę do 

Edynburga.

background image

- Nie chcę, żebyś mnie zostawił w zamku samą. Ja tam nikogo nie znam.

- Jesteś jego właścicielką. A jeśli coś ci się nie spodoba, będziesz mogła mi o tym 

powiedzieć, kiedy wrócę. Możesz nawet sporządzić listę, a z pewnością ją przejrzę.

- Mówisz jak do dziecka, a nie jak do żony. Jeżeli służąca mi nie odpowiada, mam ją 

oddalić czy wpisać na listę, żeby pan...

- Jestem lordem.

- ... żeby lord mógł wydać dyspozycję?

- Jesteś hrabiną Ashburnham.

- I co z tego? Mogę spisywać listę i zastanawiać się, jak bronić przed tobą swego 

zdania?

- Starasz się być nieznośna, Joan. Spójrz na tego ptaka, to piaskowiec. Na angielskim 

wybrzeżu nosi nazwę brodziec piskliwy.

- Jesteś świetnie zorientowany. A czy wiesz, że kiedy dobierają się w pary, na ich 

brzuszkach pojawia się czarny pasek? Nie? Nie najlepiej wykształcili cię w tym Oksfordzie. 

Ale może część winy spada na ciebie. Zbyt wiele czasu spędziłeś kryjąc damulki w zajeździe 

w Chipping Norton.

- Masz za dobrą pamięć. A słowo „kryć” nie jest eleganckie. Nie mów tak więcej. 

Jesteś zanadto wygadana. Joan, tak wygadana, że możesz się zaraz znaleźć za burtą.

- Ale - ciągnęła Sinjun bez wahania - i tak chcę zostać przy tobie. Mimo wszystko 

jesteś moim lordem, a ja twoją żoną.

- Co masz na myśli mówiąc „mimo wszystko”? Czyżbyś nawiązywała do nieudanych 

doświadczeń   w   naszym   łożu   małżeńskim?   A   więc   nie   jesteś   zadowolona   z   naszego 

połączenia? Jesteś ciasna, a ja dałem się zbytnio ponieść entuzjazmowi. Nie powinienem był 

wymuszać na tobie tego trzeciego razu. Przepraszałem cię za to już kilka razy. Powiedziałem 

ci, że będzie lepiej. Nie ufasz mi?

- Nie. Ty pozostaniesz taki sam, a to oznacza zbyt wielki i zbyt brutalny.

- Jesteś cokolwieczek uszczypliwa.

- Do diabła z tobą, Colin!

- Przyjrzałaś się swojej twarzy, Joan? Jest wciąż czerwona od tego odłamka skały. 

Odłupał go pocisk. Mógł cię zranić, a nawet zabić. Zostaniesz w Vere Castle, a ja wrócę do 

Edynburga i sprawdzę, kto strzelał. Dopilnuję, żeby nic ci nie groziło.

- Aleja nawet nie zwiedziłam tamtejszego zamku!

-   Ponieważ   zostaniesz   w   Szkocji   całe   życie,   będziesz   mogła   oglądać   zamek   w 

Edynburgu, gdy tylko przyjdzie ci na to ochota.

background image

- MacPhersonowie mieszkają w Edynburgu?

- Nie. Ich siedziba mieści się o jakieś trzydzieści kilometrów od moich ziem. Ale 

mówiono   mi,   że   stary   dziedzic   jest   w   Edynburgu.   Mają   tam   wygodny   dom   niedaleko 

Parlamentu. Muszę się zobaczyć ze starym MacPhersonem. Oprócz tego mam jeszcze kilka 

innych   praw   do   załatwienia.   Zamierzam   porozmawiać   z   bankierami   i   budowniczymi, 

zastanowić się nad nowym umeblowaniem, kupić owce i załatwić transport do Yere i...

Przerwał w pół słowa, bo Sinjun po prostu odwróciła się i odeszła. Niech go diabli, 

myślała, traktuje ją jakby zupełnie jej nie zależało na nowych meblach, nowym inwentarzu i 

odbudowie zamku. Wykluczył  jej wszelki udział, a przecież podała mu swoje argumenty. 

Zupełnie się z nimi nie Uczył.

Przysiadła na torbie podróżnej, która ugięła się pod jej ciężarem. Nie odzywała się do 

męża. Dobrze, że przynajmniej nie atakował jej, odkąd wyjechali z Edynburga. Czuła się 

obolała, bardzo obolała, ale za nic mu się do tego nie przyzna. Pojedzie konno i nie poskarży 

się ani słowem, nawet gdyby ją to miało zabić.

Godzinę później zsiedli z „Gwiazdy Fortu” i udali się konno do Vere Castle. Torby 

podróżne przytroczyli do siodeł.

- Możliwe, że latem pojedziemy do Highlands. Tamtejszy dziki krajobraz na pewno ci 

się spodoba. To tak, jakby przenieść się ze spokojnego jeziora na środek wzburzonego morza.

- Tak - odparła krótko Sinjun.

Jazda konna okazała się bardzo bolesna. Sinjun była doskonałym jeźdźcem, ale czegoś 

podobnego nigdy dotąd nie zaznała. Bez względu na to, jaką przyjmowała pozycję, siodło i 

tak ją ugniatało.

Colin przyglądał się jej. Miała na sobie ten sam ciemnoniebieski strój do konnej jazdy, 

który włożyła na początku ich ucieczki. Piękny, uszyty według najnowszej mody, doskonale 

na niej leżał, bo była wysoka i elegancka, o jasnej cerze i gładko uczesanych włosach pod 

doskonale dobranym niebieskim, aksamitnym kapeluszem z piórem strusia opadającym na 

prawy policzek. Teraz ubiór był zakurzony i wyglądał mniej świetnie, ale Colinowi i tak się 

podobał.   Teraz,   kiedy   ma   już   pieniądze,   będzie   jej   mógł   kupować   eleganckie   ubrania. 

Pomyślał o jej długich, białych nogach, o gładkich mięśniach ud i poczuł ssanie w żołądku.

- Zatrzymamy się na posiłek w zajeździe niedaleko Lanark. Będziesz miała okazję 

popróbować naszych tutejszych potraw. Agnes, ta z Kinross House w Edynburgu, zawsze 

miała   w   pogardzie   tutejsze   dania.   Jej   matka   pochodziła   z   Yorkshire   i   stąd   te   wszystkie 

angielskie wołowiny i gotowane ziemniaki. Dobre, ale nie szkockie. Może spróbujesz.,.

Musiała przyznać, że się starał, ale Sinjun nie dbała o to. Po prostu za bardzo cierpiała.

background image

- Jak daleko jest do zajazdu?

- Około trzech kilometrów.

Trzy kilometry!  Wydawało  jej  się, że nie wytrzyma  nawet pół metra.  Droga była 

szeroka,   z   głębokimi   koleinami,   biegła   pomiędzy   wzgórzami,   które   porastały   sosny   i 

modrzewie. Patrzyła na farmy, pasące się krowy i starannie zaorane pola, które przypominały 

jej Anglię. Jechali na północ poprzez Półwysep Fife, leżący pomiędzy Firth of Forth i Firth of 

Tay, region, którego od północy trzeba było bronić przed góralami z Highlands, a od południa 

przed Anglikami. Sinjun jeszcze raz uznała, że okolica jest piękna, ale niewiele ją to obeszło.

- Tam widać kilka wzgórz o dziwacznych kształtach. Są pochodzenia wulkanicznego, 

zbudowane z bazaltu. Lawa pokryła znaczną część terenu i ma dużą grubość. Wśród gór 

rozrzucone są jeziora. W niektórych można łowić ryby.  Teraz nie mamy na to czasu, ale 

wkrótce pojedziemy na wybrzeże. Jest dzikie, poszarpane, skaliste. Fale Morza Północnego 

walą o nie z furią rozwścieczonego olbrzyma. Są tam rybackie wioski, z których wiele jest 

bardzo malowniczych. Zabiorę cię kiedyś na wspinaczkę na najwyższy punkt wybrzeża, West 

Lomond. Ma kształt dzwonu i ze szczytu roztacza się wspaniały widok.

- Twoje wykłady są nadzwyczaj pouczające, Colin. Ja jednak wolałabym posłuchać o 

Vere Castte i o posiadłości.

- West Lomond leży zaraz na południowy zachód od Auchtermuchty.

Sinjun ziewnęła. Colin zacisnął szczęki.

- Usiłuję cię jakoś rozerwać, Joan, i nauczyć czegoś o twoim nowym kraju. Twoje 

zachowanie jest nie na miejscu. Robisz wszystko, żebym zaczął żałować naszego związku.

Obróciła się na siodle, żeby mu się przyjrzeć.

- A niby czemu miałabym tego nie robić? Ty z całą pewnością sprawiłeś, że go żałuję.

Zauważyła w jego oczach błysk gniewu i poczuła, że w niej również narasta złość. 

Popędziła   konia   i   odjechała   galopem.   Natychmiast   tego   pożałowała,   bo   poczuła   ból; 

przygryzła wargi. Do oczu napłynęły jej łzy, ale nie zwolniła.

Zajazd „Oskubana gęś” znajdował się w małej wiosce, u podnóża jednego z owych 

bazaltowych   wzgórz.   Duży,   świeżo   wymalowany   szyld   zawieszony   na   łańcuchach, 

przedstawiał wielką gęś o długiej szyi i maleńkiej główce, całkowicie pozbawioną upierzenia. 

Zajazd był nowiuteńki, co zaskoczyło Sinjun, która sądziła, że wszystkie podobne miejsca w 

Anglii  i Szkocji muszą  pochodzić  co najmniej  z czasów Elżbiety I. Jego podwórze było 

czyste,   a   z   okien   i   drzwi   dobiegał   odgłos   rozmów.   Ich   szkocki   akcent   rozbawił   Sinjun; 

uśmiechnęła   się   pomimo   bólu.   Wstrzymała   konia   i   przez   chwilę   siedziała   nieruchomo, 

czekając,   aż   dolegliwość   nieco   ustąpi.   Spojrzała   w   dół   i   zobaczyła,   że   Colin   stoi   z 

background image

wyciągniętymi   rękami   obok   jej   konia   i   czeka,   by   ją   postawić   na   ziemi.   W   zwykłych 

okolicznościach roześmiałaby się i zeskoczyła sama. Ale nie dzisiaj. Pozwoliła mężowi na tę 

przysługę. Potem nachylił się, żeby ją pocałować.

- Stęskniłem się za tobą - powiedział.

Poczuł, że Sinjun sztywnieje, więc prędko ją wypuścił. Bądź co bądź znajdowali się na 

publicznym podwórcu publicznego zajazdu.

Żona   właściciela,   imieniem   Girtha,   przywitała   Colina   jak   dawno   nie   widzianego 

siostrzeńca. Bez tchu wykrzykiwała, że schudł i że Sinjun jest bardzo ładna, że ich konie mają 

lśniącą sierść, chociaż prawdopodobnie są tylko wypożyczonymi  chabetami, i że strój do 

konnej jazdy doskonale pasuje do niebieskich oczu dziewczyny.

Szynk   był   ciemny   i   chłodny,   pachniał   piwem   i   imbirem.   Siedziało   w   nim   kilku 

miejscowych. Rozmawiali i popijali piwo, nie zwracając uwagi na hrabiego i hrabinę.

Colin   zamówił   owsiane   pierniczki   i   patrzył,   jak   Sinjun   je.   Były   doskonałe   i 

dziewczyna głośno wyraziła swój zachwyt.

- A teraz - powiedział Colin. - zjedzmy trochę haggis, czyli owczych podrobów.

- Wiem, co to takiego, Colin. Agnes powiedziała mi, że to serce, płuca i wątroba 

ugotowane w żołądku z sadłem i owsianą mąką. Niezbyt apetyczne.

- Przywykniesz. Wszyscy naokoło to jedzą i chwalą. Nasze dzieci będą je ssały z 

mlekiem matki. Uważam, że powinnaś zacząć już teraz.

Nasze dzieci! Sinjun wpatrywała się w niego z rozwartymi ustami. Dzieci! Mój Boże! 

Byli małżeństwem zaledwie tydzień.

Wyszczerzył zęby, rozumiejąc jej reakcję.

- Wymęczyłem cię, Joan, ale trzykrotnie złożyłem w tobie nasienie. Możliwe, że już 

teraz nosisz w łonie moje dziecko.

- Nie  - zaprzeczyła  stanowczo. - Jestem  za młoda.  A poza tym  wcale  nie jestem 

pewna, czy chcę mieć dzieci.  Biedna Alex przez cały czas miała torsje. Przynajmniej  na 

początku. Raptem robiła się blada jak papier i zaczynała wymiotować. Hollis, nasz lokaj, 

trzymał   w   dyskretnych   miejscach   wszystkich   pomieszczeń   Northcliffe   Hall   specjalne 

naczynia. - Sinjun posmutniała na to wspomnienie i jeszcze raz potrząsnęła głową. - Nie mam 

na to ochoty, Colin. Przynajmniej jeszcze nie teraz.

- Obawiam się, że w tej kwestii nie masz wyboru. Jest to skutek pieszczot miłosnych 

i...

Sinjun odłożyła widelec i spojrzała na Colina.

- Pieszczoty miłosne. Cóż za dziwny sposób nazywania tego, co ze mną zrobiłeś. Z 

background image

pewnością są na to lepsze określenia. Jak na przykład krycie.

. - Istnieje wiele określeń na akt seksualny - powiedział bardzo wyraźnie, lekceważąc 

jej sarkazm. - Z własnego doświadczenia wiem jednak, że damy wolą poezję i eufemizmy, 

więc pieszczoty miłosne są najchętniej akceptowanym określeniem. Zechciej również mówić 

nieco ciszej, madame. Zauważyłaś zapewne, że dookoła siedzą ludzie, i chociaż w twoich 

angielskich arystokratycznych oczach mogą uchodzić za dzikusów, są jednak moimi ludźmi, a 

co więcej, nie cierpią na głuchotę.

- Nie powiedziałabym nic takiego. To ty zacząłeś...

- Jestem realistą. Możliwe, że jesteś w ciąży i lepiej, żebyś brała to pod uwagę.

- Nie - zaprotestowała. - Nie mam zamiaru na to pozwolić.

- Zjedz trochę podrobów.

Sinjun rzuciła okiem na nadęty owczy żołądek i miała ochotę uciec.

- Nie zamówiłeś tego. Nie było na to czasu.

-   Nie   musiałem.   To   specjalność   tutejszej   kuchni,   podawana   od   chwili   otwarcia 

zajazdu, to znaczy od pięciu lat. Jedz. - To powiedziawszy, odkroił solidny kęs.

- Nie, nie mogę. Daj mi trochę czasu. Colin uśmiechnął się.

-   Jak   sobie   życzysz.   A   może   spróbujesz   dania   z   czasów   wikingów?   Pochodzi   z 

Orkneys. Same warzywa. Zazwyczaj podaje się to z podrobami, ale można jeść je same.

Sinjun ucieszyła się. Rzepa to paskudztwo, ale można ją było poodkładać na brzeg 

talerza.   Ziemniaki   były   dobre,   a   odrobina   gałki   muszkatołowej   i   śmietanki   czyniła   je 

naprawdę smacznymi.

Następne półtorej godziny jazdy konnej Sinjun spędziła wczuwając się we własny ból- 

Nie zwracała uwagi na otoczenie, mimo że Colin bezustannie komentował mijane krajobrazy. 

Była bliska zakomunikowania mu, że nie ujedzie już ani jednego metra, a nawet centymetra, 

kiedy Colin powiedział:

- Spójrz w górę, Joan. Oto Vere Castle.

W   jego   głosie   brzmiała   duma   i   wzruszenie.   Sinjun   uniosła   głowę.   Przed   nią,   na 

wzgórzu, wznosiła się budowla wielkości Northcliffe Hall. Na tym kończyły się wszelkie 

podobieństwa.   Zachodnia   część   wyglądała   zupełnie   jak   zamek   z   bajki,   z   dziecinnej 

książeczki, z blankami, okrągłymi  wieżami i szpiczastymi  dachami. Brakowało tylko flag 

trzepoczących na wszystkich wieżach, zwodzonego mostu, fosy i rycerza w srebrzystej zbroi. 

Dalej wznosił się dom w stylu elżbietańskim, a pomiędzy nimi znajdował się dwupiętrowy 

kamienny   budynek,   podobny   do   długiego   ramienia   z   zaciśniętą   pięścią   na   każdym   jego 

końcu.   Bajkowy   zamek   z   jednej   strony   i   tudorowskie   dworzyszcze   z   drugiej   powinny 

background image

wyglądać jak kiepski żart, tymczasem całość była imponująca. Od dziś był to dom Sinjun.

- Rodzina zajmuje część elżbietańską, chociaż zamek jest nowszy, wybudowany na 

początku   siedemnastego   wieku.   Hrabia,   który   go   kazał   wznieść,   nie   miał   jednak   dość 

pieniędzy, aby to zrobić należycie, i dlatego zamek niszczeje szybciej niż część elżbietańską, 

która jest od niego starsza o prawie sto pięćdziesiąt lat. Aleja go kocham. Spędzam w nim 

większość czasu. W północnej wieży. Gości także zawsze przyjmujemy w zamku.

- Nie spodziewałam się czegoś takiego - powiedziała Sinjun powoli.

- Oryginalna część zamku, zbudowana w stylu elżbietańskim, pochodzi z początków 

szesnastego wieku. Mieści się tam kominek, w którym można upiec całą krowę. Jest w nim 

również galeria, która mogłaby konkurować z galerią waszego Castle Braith w Yorkshire. 

Och, rozumiem,  oczekiwałaś czegoś, co nie dorównuje twojemu  wspaniałemu  Northcliffe 

Hall. Jakiejś rudery, niskiej i nędznej i prawdopodobnie cuchnącej, bo Szkoci oczywiście 

mieszkają   pod   jednym   dachem   ze   swoimi   zwierzętami.   Nie   jest   wprawdzie   przesadnie 

okazały, ale autentyczny, obszerny i, co najważniejsze, mój. Tak, wieśniacy trzymają czasem 

zwierzęta pod własnym dachem. Szczególnie zimą. Ale w Vere Castle tego nie robimy.

- Wiesz, Colin - powiedziała Sinjun łagodnie, spoglądając na niego spode łba. - Jeżeli 

faktycznie   spodziewałam   się   nędznej   rudery,   to   czyż   nie   świadczy   to   o  tym,   jak   bardzo 

chciałam - mimo wszystko - za ciebie wyjść?

Colin nie znalazł odpowiednich słów. by na to odpowiedzieć. Otworzył usta, a potem 

je zamknął. Sinjun odwróciła się od niego, ale zdążył zauważyć malujący się na jej twarzy 

wyraz bólu i zmęczenia, który dotychczas udało jej się przed nim ukrywać. Było to coś, czego 

mógł się w końcu uchwycić.

- Wielki Boże! - ryknął. - Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? - Był naprawdę wściekły. 

- Jesteś obolała, ale nie powiedziałaś mi ani słowa. Twój upór przekracza wszelkie granice. A 

ja na to nie pozwolę, Joan, rozumiesz?

- Cicho bądź. Nic mi nie jest. Chcę tylko...

- Zamilcz.  Nie jesteś obolała,  co? Wyglądasz,  jakbyś  zaraz  miała  spaść z konia i 

wyzionąć ducha. Krwawisz?

Sinjun wiedziała, że nie wytrzyma na koniu ani chwili dłużej. Po prostu już nie mogła. 

Zsunęła się z siodła i stanęła oparta o brzuch zwierzęcia, czekając, aż wrócą jej siły.

- Pójdę do zamku piechotą, Colin - powiedziała wreszcie. - Jest taka piękna pogoda. 

Chcę wąchać stokrotki.

- Nie ma tu żadnych przeklętych stokrotek.

- W takim razie będę wąchać krokusy.

background image

- Daj spokój, Joan. - Colin kipiał gniewem. Zaklął i zsiadł z konia.

- Nie zbliżaj się do mnie! Zatrzymał się o metr od niej.

- Czy to ta sama dziewczyna, która chciała, żebym całował przy wejściu do domu 

brata? Czy to ta sama  dziewczyna,  która podeszła do mnie  w teatrze,  wyciągnęła  rękę i 

poinformowała mnie, że jest dziedziczką? Czy to ta sama dziewczyna, która upierała się, 

żebym natychmiast poszedł z nią do łóżka? Gdzie ona się podziała?

Sinjun nie odpowiedziała. Odwróciła się i zrobiła krok. Poczuła wielki ból. Potknęła 

się.

- Do diabła. Nie ruszaj się i nie protestuj. Chwycił ją za rękę i zwrócił ku sobie. 

Zobaczył w jej oczach wyraz takiego cierpienia, że zamilkł. Łagodnie objął ją w pasie.

- Odpocznij chwilę - powiedział, zbliżając usta do jej włosów. - Odpocznij, a potem 

pozwól, że posadzę cię na moim  koniu. Przepraszam,  Joan. - Oparł jej głowę na swoim 

ramieniu.

Sinjun   wdychała   jego   zapach.   Nie   odezwała   się   ani   słowem.   Wjechała   do   swego 

nowego domu w ramionach męża. Zupełnie jak księżniczka z bajki, przywieziona do zamku 

swego księcia. Ale w przeciwieństwie do księżniczki była zmęczona i zakurzona. Doskonale 

wiedziała, że wygląda jak cień człowieka.

Poczuła na policzku ciepły oddech Colina.

- Nie wierzę, że się boisz. Nic ty, Sherbrooke'ówna z Northcliffe Hall. Moja rodzina i 

moi ludzie wyjdą, żeby cię powitać. Będziesz ich panią.

Sinjun   milczała.   Jechali   pod   baldachimem   utworzonym   przez   gałęzie   drzew, 

rosnących wzdłuż alei wjazdowej. Kiedy podjechali bliżej, zobaczyła mężczyzn, kobiety i 

dzieci oraz najrozmaitsze zwierzęta. Wszyscy zgromadzili się wzdłuż drogi, żeby powitać 

wracającego   do   domu   Colina.   Panowała   ogólna   radość.   Mężczyźni   wyrzucali   do   góry 

kapelusze, kobiety powiewały chustkami. Kilka nędznych psów kręciło się wokół nóg jego 

konia.

- Wszyscy wiedzą, że jesteś panną młodą i dziedziczką, która przybywa, aby uratować 

moją skórę i mój zamek, i wybawić moich ludzi od głodu i emigracji. Wydaje mi się, że 

powinienem im powiedzieć.

że to ty mnie odnalazłaś, wtedy ciebie również powitają z wielką radością. Myślę, że 

MacDuff jest tutaj. Chciałem, żeby ci przygotował gorące przyjęcie.

- Dziękuję, Colin. To miło z twojej strony.

- Możesz chodzić?

- Oczywiście.

background image

Uśmiechnął się, słysząc jej pełen determinacji ton. Ma charakter. To dobrze. Przyda 

się jej.

Sinjun obudziła się nagle. Zobaczyła blednące światło wieczoru. W pierwszej chwili 

nie wiedziała, gdzie się znajduje, ale potem wróciła jej pamięć. Nie mogła w to uwierzyć, ale 

taka była  prawda. Colin nic jej  nie powiedział.  Dla własnej wygody przemilczał  coś, co 

Sinjun   uznała   za   niezwykle   ważną   część   jej   życia   w   Vere   Castle.   Potrząsnęła   głową   z 

niedowierzaniem   i   gniewem.   Rozglądała   się   po   ogromnej   sypialni,   pańskiej   sypialni   z 

gigantycznym   łożem   ustawionym   na   podwyższeniu,   łożem,   które   pomieściłoby   sześciu 

mężczyzn.   Pokój   był   wyłożony   ciemnym   drewnem   dębowym,   naprawdę   pięknym,   ale 

wyblakłe i bardzo zakurzone zasłony w kolorze burgunda czyniły z sypialni pomieszczenie 

ponure jak klasztorna cela. Jeden jego róg zajmowała ogromna szafa w stylu elżbietańskim. 

Meble były stare.

Sinjun nie ruszała się, po prostu patrzyła. Pomyślała o spisie spraw, które powinny być 

załatwione. Tak wiele jest do zrobienia. Ach, ale od czego zacząć? Nie miała ochoty myśleć o 

tym, jak ją przyjęto na zamku, ale musiała. Pamiętała wszystko bardzo dokładnie. Obejmując 

ją   wpół,   Colin   wprowadził   ją   przez   ogromne   dębowe   drzwi   frontowe   do   dużego 

kwadratowego holu. Podtrzymywał ją ramieniem nawet wtedy, gdy pojawiła się cała służba. 

Wszyscy   się   w   nią   wpatrywali,   bez   wątpienia   uznając   gest   Colina   za   niesłychanie 

romantyczny. Z trzech stron, na wysokości pierwszego piętra, biegł krużganek o ozdobnej 

balustradzie.   Z   sufitu   drugiego   piętra   zwisał   olbrzymi   kandelabr.   Pod   ścianami   stały 

elżbietańskie krzesła o wysokich oparciach. Sinjun dostrzegła to wszystko jak przez mgłę, 

słuchając Colina, który przedstawiał jej zgromadzone tam osoby. Cierpiała, ale przecież nie 

była ani lękliwa, ani słaba. Uśmiechała się i powtarzała usłyszane imiona. Ale powtórzywszy 

je, natychmiast zapominała.

- To ciotka Arleth, młodsza siostra mojej matki. Arleth, oto moja żona, Joan.

Sinjun uśmiechnęła się i podała rękę starszej kobiecie o ostrym podbródku.

- A to moja szwagierka, Serena.

Ach,   bardzo   ładna   młoda   kobieta,   niewiele   starsza   od   Sinjun,   i   o   bardzo   miłym 

uśmiechu.

- A to moje dzieci. Filip, Dahling, podejdźcie i przywitajcie się z waszą nową mamą.

Słysząc to, Sinjun po prostu skamieniała. Spojrzała na męża, ale on nie dodał ani 

słowa. Może źle go zrozumiała. Ale nie, bo oto zbliżało się do niej dwoje dzieci z nieufnie 

zmrużonymi oczami. Sześcioletni chłopiec i mała, cztero- lub pięcioletnia dziewczynka.

- Przywitajcie się z Joan. To moja nowa żona, a wasza macocha. - Głos Colina brzmiał 

background image

głęboko i rozkazująco. Sinjun nie posłuchałaby go, gdyby zwrócił się do niej takim tonem. 

Colin nic wykonał najmniejszego gestu w kierunku swoich dzieci.

- Witaj, Joan - powiedział chłopiec, a potem dodał. - Na imię mi Filip.

- A mnie Dahling - powiedziała mała dziewczynka.

Sinjun usiłowała się uśmiechnąć, starała się być  miła. Kochała dzieci, ale stać się 

macochą   bez   najmniejszego   nawet   ostrzeżenia?   Jeszcze   raz   spojrzała   na   Colina,   ale   on 

uśmiechał się do dziewczynki. A potem podniósł ją, a ona objęła go za szyję i powiedziała:

- Witaj w domu, papo.

Papo! To nie może być prawda, pomyślała Sinjun, ale jednak jest. Jakoś wybrnęła z 

sytuacji.

- Rzeczywiście jesteś taka miła, jak na to wskazuje twoje imię?

- Oczywiście. Nie mogłabym być nikim innym.

- Naprawdę ma na imię Fiona, po matce. Ale ponieważ ciągle je mylono, wszyscy 

zaczęli ją nazywać Dahling, bo tak ma na drugie imię.

- Witajcie. Cieszę się, że was poznałam.

- Jesteś bardzo wysoka - stwierdził Filip, który wyglądał jak wykapany ojciec. Miał 

jednak inne oczy, szare i zimne.

- Jesteś cała wymięta - dodała Dahling. - A na twarzy masz paskudną bliznę.

Sinjun roześmiała się. Ach, ta dziecięca szczerość.

- To prawda. Razem z waszym ojcem przyjechaliśmy konno z Edynburga. Obydwojgu 

przyda nam się gorąca kąpiel.

-   Nasz   krewny,   MacDuff,   powiedział,   że   jesteś   miła   i   że   mamy   być   dla   ciebie 

grzeczni.

- Zgadzam się z tym - odparła Sinjun.

- Dość już tego, dzieci - powiedziała ciotka Arleth, podchodząc do nich. - Proszę im 

wybaczyć...

- Och, proszę mnie nazywać Sinjun.

- Nie, nazywaj ją Joan.

Serena   przyglądała   im   się,   a   Sinjun   zapragnęła   znaleźć   się   na   skarpie   w   pobliżu 

Northcliffe Hall i podziwiać widok na Kanał La Manche. Czuła ból między udami. Spojrzała 

na Colina i powiedziała spokojnie:

- Obawiam się, że nie czuję się zbyt dobrze.

Musiała przyznać, że zareagował bardzo przytomnie. Wziął ją na ręce i bez słowa 

wniósł  po szerokich  schodach,  a potem wzdłuż  bardzo długiego,  ciemnego  i  pachnącego 

background image

wilgocią korytarza. Sinjun miała wrażenie, że ciągnie się on kilometrami. Wreszcie znaleźli 

się w ogromnej sypialni i Colin posadził Sinjun na wielkim łożu. Zaczął zdejmować z niej 

kostium do konnej jazdy.

Odepchnęła jego dłonie.

- Nie! - krzyknęła.

- Pozwól mi zobaczyć, co się stało, Joan. Na miłość boską, jestem twoim mężem. 

Widziałem już wszystko, co było do zobaczenia.

- Odejdź. W tej chwili nie czuję do ciebie wielkiej sympatii, Colin. Proszę cię, odejdź.

- Jak sobie życzysz. Mam ci przysłać gorącą wodę?

- Tak, proszę. A teraz zostaw mnie samą. Colin posłuchał jej, a po dziesięciu minutach 

do pokoju zajrzała młoda dziewczyna.

- Nazywam się Emma - oświadczyła. - Przyniosłam pani wodę, milady.

- Dziękuję, Emmo. -Sinjun szybko odprawiła służącą.

Była naprawdę w opłakanym stanie. Ciało miała otarte i poobijane od konnej jazdy. 

Umyła się i wpełzła na łóżko. Była wściekła na Colina za to, że jej nie uprzedził. Została 

macochą dwojga dzieci, które najwyraźniej nie mogły znieść jej widoku. Na szczęście nie 

martwiła się długo. Zasnęła prędko i głęboko.

Ale teraz znowu się obudziła. Będzie musiała wstać. Będzie musiała  stawić czoło 

Colinowi, jego ciotce, szwagierce i dwojgu dzieciom, jego dzieciom. Nie miała na to ochoty. 

Zastanawiała się, co Colin wszystkim opowiedział. Z pewnością nie prawdę. Będą ją uważali 

za angielską słabeuszkę. Już miała wstać z łóżka, gdy drzwi się otworzyły i ukazała się w nich 

mała twarzyczka.

To była Dahling.

background image

ROZDZIAŁ 9

- Obudziłaś się.

- Tak, obudziłam - odparła Sinjun, odwracając się, by spojrzeć na zaglądającą  do 

pokoju Dahling. - Właśnie miałam wstać i zacząć się ubierać.

- Dlaczego się rozebrałaś? Tata nie chciał nam powiedzieć, co ci się stało.

- Byłam po prostu zmęczona. Podróż z Londynu trwa bardzo długo. Wasz tata chciał 

jak najszybciej przyjechać do domu, żeby zobaczyć ciebie i Filipa. Potrzebujesz czegoś ode 

mnie?

Dahling wsunęła się do sypialni. Sinjun zauważyła, że dziewczynka ma na sobie za 

krótką sukienkę z grubej wełny i toporne buty, które sprawiały wrażenie ciasnych i bardzo 

zdeptanych. Z pewnością nie czuła się dobrze w takim ubraniu.

- Przyszłam sprawdzić, czy rzeczywiście jesteś taka paskudna, jak mi się wydawało.

Nad wiek bystry mały diabełek, pomyślała Sinjun, przypominając sobie Amy, jedną z 

dzieciaków Rydera, małą, chochlikowatą i wyszczekaną dziewczynkę, która w gruncie rzeczy 

była bardzo lękliwa.

- Wobec  tego podejdź bliżej. Musisz się dobrze przyjrzeć.  Tak, wejdź na łóżko i 

usiądź koło mnie.

Kiedy   dziewczynka   weszła   na   podwyższenie,   Sinjun   chwyciła   ją   pod   ramiona   i 

posadziła na łóżku.

- A teraz sama oceń. Tylko uczciwie, bo uczciwość jest w życiu bardzo ważna.

- Mówisz tak śmiesznie, zupełnie jak ciocia Arleth. Ona zawsze krzyczy na mnie i na 

Filipa, żebyśmy nie mówili jak inni ludzie, tylko tak jak ona i papa.

- Mówisz bardzo ładnie - stwierdziła Sinjun nieruchomiejąc, bo dziewczynka wodziła 

rączkami po jej twarzy. Jej paluszki lekko dotknęły czerwonej szramy na policzku Sinjun.

- Co to jest?

- Zostałam ranna podczas pobytu w Edynburgu. Odłamkiem skały. To nic groźnego i 

znak powinien szybko zniknąć.

- Nie jesteś całkiem paskudna, tylko trochę.

- Dziękuję. Ty także nie jesteś paskudna.

- Ja? Paskudna? Ja jestem Wielką Pięknością, tak samo jak moja mama. Każdy to 

mówi.

- Och? Pozwól, że ci się przyjrzę.

Sinjun zrobiła dokładnie to samo, co przed chwilą Dahling. Przebiegła palcami po 

background image

małej buzi, zatrzymując się tu i tam i nic nie mówiąc.

Dahling zaczęła się niecierpliwić.

- Jestem Wielką Pięknością. A jeśli jeszcze nie jestem, to z pewnością stanę się nią, 

gdy dorosnę.

- Jesteś także podobna do ojca. A on jest bardzo przystojny, więc dobrze się składa. 

Masz jego oczy. Piękne ciemnoniebieskie oczy. Moje oczy także są piękne. Nie uważasz? To 

Sherbrooke'owski błękit. Nazwa pochodzi od nazwiska mojej rodziny.

Dahling zassała dolną wargę.

- Chyba tak - powiedziała w końcu. - Ale to i tak nie oznacza, że nie jesteś trochę 

paskudna.

- Masz także ciemne włosy ojca. Bardzo ładne. Podobają ci się moje włosy? Taki 

kolor nazywa się kasztan Sherbrooke'ów.

- Możliwe, że są niezłe. Bardzo kręcone. Moje są proste. Ciotka Arleth kiwa nad nimi 

głową i mówi, że muszę się z tym pogodzić.

- Ale mimo to jesteś Wielką Pięknością?

- Oczywiście. Papa tak powiedział - odparła Dahling z całkowitym przekonaniem.

- Wierzysz we wszystko, co mówi twój papa? Dziewczynka przechyliła główkę.

- To mój papa. Kocha mnie, ale odkąd został przywódcą klanu Kinrossow, czasami nie 

zauważa mnie i Filipa. To bardzo ważna funkcja i każdy go teraz potrzebuje. Nie ma zbyt 

wiele czasu dla swoich dzieci.

- Nosa nic odziedziczyłaś po ojcu. Twój jest zadarty. Czy to po matce?

-   Nie   wiem.   Zapytam   Serenę.   To   młodsza   siostra   mamy.   Odkąd   wszystkie 

guwernantki odeszły,  opiekuje się mną, chociaż tego nie lubi. Ona woli zbierać kwiaty i 

ubierać się w powiewne szaty, jak dziewczyna czekająca na swego księcia.

- Guwernantki? - spytała zaskoczona Sinjun. - Mieliście więcej niż jedną?

- O tak. Żadna się nam nie podobała i robiliśmy wszystko, żeby sobie poszły. Albo 

one nie lubiły mamy i ona je zwalniała. Mama nie lubiła innych kobiet w pobliżu.

- Ach tak - powiedziała Sinjun, - Ile mieliście guwernantek, odkąd mama odeszła do 

nieba?

- Dwie - odparła z dumą dziewczynka. - Ale pamiętaj, że to zaledwie siedem miesięcy. 

Jeżeli zechcemy, ty także odejdziesz.

- Tak myślisz? Nic musisz mi odpowiadać. A teraz, moja droga, chcę się przygotować 

do kolacji. Zechcesz mi pomóc, czy wolisz, żebym to ja tobie pomogła?

- A nie wyglądam dobrze? - nastroszyła się Dahling.

background image

- Jadacie w pokoju dziecinnym, czy z rodziną?

- To zależy od papy. Teraz, kiedy jest dziedzicem, wszystko zależy od niego. Ciotce 

Arleth wcale się to nie podoba. Zdarza się, że jest na niego taka wściekła, że oczy nabiegają 

jej   krwią.   Tata   mówi   czasami,   że   jesteśmy   nieznośni   i   nie   chce   jeść   kolacji   w   naszym 

towarzystwie.

- Myślę, że dobrze będzie, jeśli dzisiaj zjecie z nami, żeby uczcić mój przyjazd. Masz 

inną sukienkę?

- Nie lubię ciebie i nie chcę czcić twego przyjazdu. Nie jesteś naszą mamą. Powiem 

Filipowi, że zmusimy cię do wyjazdu.

- Masz inną sukienkę?

- Mam. Ale nie jest nowa. Jest za krótka. Tak samo jak ta. Papa mówi, że nie stać nas 

na fsiu bdziu...

- Fiu bździu.

- Właśnie. A ciotka Arleth mówi, że rosnę za szybko i papa musi wydawać na mnie 

pieniądze. Mówi, że wcale się nie dziwi, że jesteśmy biedni.

- Hmmm. Teraz twój papa ma dosyć pieniędzy na nowe ubrania. Poprosimy go.

- To twoje pieniądze. Słyszałam, jak kuzyn MacDuff rozmawiał z ciotką Arleth o tym, 

że jesteś bogatą dziedziczką i dlatego papa się z tobą ożenił. Pociągała nosem i mówiła, że 

musiał się poświęcić. Powiedziała, że to jedyna uczciwa rzecz, jaką dotychczas zrobił.

Dobry Boże, pomyślała zdumiona Sinjun. Ciotka Arleth wygląda na paskudną starą 

jędzę.

- To prawda - odparła spokojnie i z uśmiechem.

- Biedny chłopak postąpił bardzo szlachetnie i praktycznie. Wobec tego nie powinnaś 

mnie stąd wygryzać, ponieważ jestem tu dla wyższych celów niż guwernantka.

- Ciotka Arleth mówi, że teraz, kiedy papa ma już twoje pieniądze, możesz odejść do 

nieba, tak jak nasza mama.

- Milcz, Dahling!

Do pokoju wszedł Colin. Dziewczynka patrzyła na niego z uwielbieniem i odrobiną 

zakłopotania, ponieważ najwyraźniej nie był z niej zadowolony. Wyglądał na poważnego i 

zatroskanego. On - dziedzic, pan, hrabia, miał znękany wyraz twarzy.

- Dahling po prostu opowiada mi rodzinie, Colin - powiedziała Sinjun spokojnie. - Z 

pewnością chcesz, żebym się dowiedziała, co o mnie myślą ciotki Arleth i Serena. Uważam 

również, że masz rację i Dahling będzie Wielką Pięknością. Jest bardzo bystra. Ale potrzeba 

jej nowych sukienek. To chyba wystarczający powód, żebym pojechała z tobą do Edynburga. 

background image

Nie uważasz?

- Nie. Dahling, idź do ciotki Sereny. Będziesz dziś jadła z nami przy dużym stole. A 

teraz już idź.

Dahling zsunęła się z łóżka, spojrzała na Sinjun i potrząsając głową wyszła z sypialni.

- Czego ci naopowiadała?

- Ot, takie dziecinne bajdurzenie. O wszystkim i o niczym. Już ci mówiłam. Bardzo 

lubię dzieci i spędzam z nimi dużo czasu. Z trojgiem bratanków i wszystkimi dzieciakami 

Rydera. Dlaczego, do diabla, nic mi nie powiedziałeś?

Wtedy przekonała się, że Colin potrafi być zupełnie taki sam jak Douglas, Ryder i 

Tysen. Podejrzewała, że to cecha wspólna wszystkich mężczyzn. Kiedy nie mieli racji albo 

temat rozmowy wprawiał ich w zakłopotanie, po prostu udawali, że nie słyszą, co się do nich 

mówi.

-   Czego   ci   naopowiadała?   -   powtórzył.   Wychowując   się   z   trzema   braćmi,   Sinjun 

nauczyła się jednak uporu.

- Dlaczego mi nie powiedziałeś? Colin palcami rozczesał włosy.

- Do diabła, Joan, to teraz nie ma znaczenia, Sinjun opadła na poduszki i starannie 

otuliła się kołdrą.

- Rozumiem twój punkt widzenia, Colin. Teraz wszystko jest dla mnie zupełnie jasne. 

Bałeś się, że jeśli mi powiesz, co mnie czeka, nie zechcę ciebie na męża. Nie miałeś odwagi 

mnie uprzedzić, że stanę się macochą dwojga dzieci, które przepędzają stąd każdą wynajętą 

guwernantkę. Czy mam rację?

- Tak. Nie. Być może. Sam nie wiem.

-   Czy   czekają   na  mnie   jeszcze   jakieś   niespodzianki?   Może   w  jednej   z  tych   wieź 

zamkowych ukrywasz kochankę o długich złotych włosach, które zwiesza za okno, żeby cię 

wciągnąć do swojej komnaty? A może masz kilkoro nieślubnych dziatek? Albo obłąkanego 

stryja zamkniętego w elżbietańskiej części posiadłości?

- Masz ze sobą suknię nadającą się na wieczór?

- Tak, ale Emma musi mi ją wyprasować. Mam tylko jedną, Colin. Masz dla mnie 

jeszcze jakieś niespodzianki?

- Przyślę ci Emmę. I nie, nie mam żadnych, tylko... skąd wiedziałaś o stryjecznym 

dziadku   Maksymilianie?   Jest   obłąkany,   to   prawda,   i   co   miesiąc   w   czasie   pełni   wyje   do 

księżyca. Kto ci o tym powiedział? Zazwyczaj ogranicza się do cytowania Rabbie'ego Burnsa 

i do popijania dżinu.

- Rozumiem, że to żarty.

background image

- Tak, do diabła, żarty. Ale z dziećmi to zupełnie inna sprawa. To po prostu dzieci, 

Joan, sprytne małe bestyjki, a na dodatek moje. Mam nadzieję, że nie popadną w niełaskę 

tylko dlatego, że cię nie uprzedziłem o ich istnieniu.

- I zacznę w nie ciskać kamieniami?

- Mówię poważnie.

- Może, w takim razie, ciebie obrzucę kamieniami?

- Jeżeli już wystarczająco wydobrzałaś, by rzucać kamieniami, to tej nocy będę cię 

mógł posiąść. - Natychmiast poczuł się winny, bo Sinjun zbladła, słysząc jego słowa. - Och, 

nie bój się! Nie jestem jakimś przeklętym dzikusem.

- Dzięki Bogu. Ile guwernantek miały twoje dzieci w ciągu ostatnich dwóch lat?

- Nie wiem. Nie więcej niż trzy, może cztery. Nie podobały się Fionie, więc dzieci nie 

są za to odpowiedzialne. Ostatnia była bojaźliwa i pozbawiona charakteru.

-   Bojaźliwa,   co?   No   dobrze,   poproś   Emmę,   żeby   mi   wyprasowała   suknię.   Tylko 

najpierw muszę rozpakować bagaż.

- Emma może to zrobić za ciebie.

- Nie, wolę sama.

- Jak się czujesz?

- Lepiej. W sypialni nie ma parawanu. Mam nadzieję, że się o niego postarasz.

- Po co? Jesteśmy mężem i żoną.

- Nie wypada, żebym się rozbierała i ubierała w twojej obecności. A zresztą będę 

potrzebowała pomocy. Gdzie jest sypialnia hrabiny?

- Za tymi drzwiami - odparł Colin wskazując na ledwo widoczne drzwi wbudowane w 

boazerię.

- Czy tam sypiała twoja żona?

- Joan, co się z tobą dzieje? To nie ma znaczenia. Ona już nie żyje. Teraz ty jesteś 

moją żoną i...

- I teraz, kiedy masz już moje pieniądze, możesz mnie wyprawić do nieba, tak jak 

mamę Dahling. Mówisz, że ten pocisk w Edynburgu był przeznaczony dla ciebie. A może to 

nieprawda?

Colin chwycił poduszkę i rzucił nią W Joan. Trafił prosto w twarz.

- Nigdy więcej nie mów do mnie w ten sposób, słyszysz? Niech cię diabli, przecież 

jesteś moją hrabiną!

- W porządku. Odezwałam się tak paskudnie, bo jestem na ciebie zła. Przebacz mi.

- Tym razem ci przebaczam. A w przyszłości nie występuj z podobnymi zarzutami i 

background image

przesłań mnie obrażać. A teraz się pośpiesz. Do kolacji zostały już tylko trzy kwadranse. 

Przyślę ci Emmę - powiedział Colin i szybko wyszedł z sypialni.

Cóż, myślała Sinjun gładząc poduszkę, którą rzucił w nią Colin, jego reakcja była 

interesująca. Może troszkę mu na niej zależało.

*

Pierwszą   napotkaną   na   dole   osobą   był   kuzyn   MacDuff.   Stal   u   stóp   schodów   z 

kieliszkiem koniaku w dłoni i wyglądał na bardzo zamyślonego. Był jeszcze masywniejszy 

niż pamiętała. Dzikie, czerwone włosy miał wypomadowane, a odzież zupełnie schludną - 

czarne bryczesy, biała lniana koszula, białe jedwabne skarpety.

Zauważył ją dopiero wtedy, gdy stanęła na schodach tuż nad nim.

- Joan! Witaj w Vere Castle. Wybacz, że nie byłem tu, kiedy przyjechałaś.

- Witaj, MacDuff. Mów do mnie Sinjun. proszę. Tylko Colin upiera się przy Joan.

- Myślę, że postawisz na swoim. Colin opowiedział mi o tym, jak zostaliście przyjęci 

w Edynburgu. O twoich braciach i w ogóle. - Zamilkł i spojrzał na galerię. Spoważniał nagle. 

- Szkoda, że tego nie widziałem. Wygląda na to, że mieliście niemałą uciechę. Czy Angus 

naprawdę przestrzelił sufit w salonie?

- Zrobił ogromną dziurę. Wszędzie było pełno dymu i swądu.

- Wszelkie przygody zawsze mnie omijają. Uważam, że to niesprawiedliwe, jestem 

przecież   taki   duży.   Mógłbym   łatwo   podbić   serca   wszystkich   młodych   dam,   z   łatwością 

pokonując   wszelkich   przeciwników.   Colin   powiedział   mi   także   o   pocisku.   -   Zamilkł   i 

przyglądał się twarzy Sinjun, wodząc po zadrapaniu ogromnymi palcami. - Dzięki Bogu nie 

będziesz miała blizny. Nie martw się, Colin ukarze winowajcę. Co myślisz o twoim nowym 

domu?

Sinjun spojrzała   na  zakurzone  boazerie,   na  zniszczoną  rzeźbioną  poręcz  schodów, 

która kiedyś z pewnością wyglądała pięknie.

- Uważam, że jest w nim coś magicznego. Myślę również, że poręczy dotykało wiele 

brudnych rąk, a wiele innych rąk pozostaje bezczynnych.

- Od śmierci Fiony i brata Colina nikt nie dba o zamek.

- Nawet go nie sprzątają?

- Na to wygląda. - MacDuff rozejrzał się po obszernym parterze. - Masz rację. Nie 

zwróciłem na to uwagi. Ale upadek zaczął się jakieś pięć lat temu, po śmierci matki Colina. 

Dobrze,   że   teraz   ty   tutaj   jesteś,   Sinjun.   Dopilnujesz,   żeby   wszystko   wróciło   do   dawnej 

świetności.

background image

- Ona ma na imię Joan.

- Twoja stała śpiewka, Colin? - zapytał żartobliwym tonem MacDuff. Mocno uścisnął 

dłoń kuzyna.

- Ma na imię Joan.

- Cóż, a mnie się bardziej podoba Sinjun. Przejdźmy do salonu, dobrze? Twoja młoda 

żona z pewnością napije się sherry.

-   Tak   -   powiedziała   Sinjun   i   spojrzała   na   męża.   Wyglądał   pięknie   w   czarnym 

wieczorowym stroju i niepokalanie białej lnianej koszuli. Był tak nieskazitelny i przystojny, 

że miała ochotę paść mu w ramiona. Chciała całować jego usta, koniuszek ucha i pulsującą 

tętnicę na szyi.

- Dobry wieczór, Joan.

- Witaj. Colin.

Uniósł czarną brew, słysząc w jej tonie interesującą nutę, ale nic nie powiedział, tylko 

się skłonił.

W ciemnym i ponurym salonie zastali tylko ciotkę Arleth. Siedziała przy kominku, w 

którym palił się nie dający wiele ciepła torf. Była ubrana na czarno, a pod szyją miała piękną 

broszkę Z kameą. Bardzo chuda, o bujnych czarnych włosach upiętych w elegancki kok, z 

siwymi pasmami na skroniach, wyglądała bardzo stylowo. Kiedyś musiała być dość ładna. 

Teraz   miała   pełen   znudzenia   wyraz   twarzy,   wąskie,   zaciśnięte   usta   i   wysoko   uniesiony, 

szpiczasty podbródek.

Na ich widok wstała i oświadczyła bez wstępów:

- Dzieci jedzą z Dulcie w dziecinnym pokoju. Od czasu przybycia tej młodej osoby, 

którą na oczach wszystkich musiałeś wnieść po schodach, moje nerwy są w opłakanym stanie 

i nie zniosłabym dzieci przy jednym stole.

Colin tylko się uśmiechnął.

-   A   ja   stęskniłem   się   za   nimi.   -   I   zwrócił   się   do   lokaja   w   obszarpanej 

ciemnoniebieskiej liberii. - Proszę przyprowadzić dzieci, Rory.

Dał się słyszeć gniewny syk i Sinjun zwróciła się do ciotki Arleth:

- To ja chciałam, żeby jadły z nami, madame. Są teraz pod moją opieką i chcę je 

poznać.

- Zawsze byłam zdania, że dzieci nie powinny jadać przy jednym stole z dorosłymi.

-   Tak,   ciotko.   Znamy   twoje   poglądy.   Bądź   dzisiaj   pobłażliwa.   Joan,   napijesz   się 

sherry? A ty, ciotko, na co masz ochotę?

Ciotka Arleth przyjęła kieliszek sherry, usiadła i znacząco milczała. Do salonu weszła 

background image

Serena. W wieczorowej sukni z jasnorożowego jedwabiu i z pięknymi  ciemnobrązowymi 

włosami przewiązanymi  różową wstążką wyglądała jak księżniczka. Uśmiechała się, a jej 

lśniące szare oczy patrzyły  wprost na Colina. O Boże, pomyślała  Sinjun i odebrała swój 

kieliszek od MacDuffa. Jak to będzie po wyjeździe Colina?

Serena skinęła głową Sinjun z uśmiechem, który mówił wyraźnie: obydwie wiemy, że 

jestem piękna. Ta uśmiechnęła się do Sereny, która, ku jej zdumieniu, odpowiedziała tym 

samym. Uśmiech wyglądał na szczery i Sinjun modliła się, aby to okazało się prawdą. Ale nie 

była naiwna. W Vere Castle czekały ją ciężkie chwile.

Do   salonu   weszły   dzieci.   Prowadziła   je   Dulcie,   piastunka,   młoda   dziewczyna   o 

wesołych ciemnych oczach, miłym uśmiechu i wielkim biuście. Dzieci wyglądały pięknie. 

Filip, żywe zwierciadło ojca, stał wysoki, dumny i przestraszony. Jego oczy wędrowały od 

twarzy Colina do Sinjun, i z powrotem do Colina. Nie zrobił żadnego ruchu w czyjąkolwiek 

stronę i nie odezwał się. Dahling natomiast podeszła wprost do ojca i oświadczyła:

- Dulcie powiedziała, że jeżeli nie będziemy grzeczni przy stole i rozgniewamy cię, to 

zabierze nas duch Perlistej Jane.

- Och, co to za dziecko! - wykrzyknęła ze Śmiechem Dulcie. - Jesteś bardzo sprytna 

mała panienko!

- Dziękuję ci, Dulcie - powiedziała ciotka Arleth odsyłając dziewczynę. - Wróć po nie 

za godzinę, ale nie później.

- Tak, madame - odparła Dulcie dygając.

- Nie podoba mi się, że zaśmiecasz ich wyobraźnię . tymi bzdurnymi opowieściami o 

duchach.

- Tak, proszę pani.

- Wiele osób widziało Perlistą Jane - wtrącił się spokojnie MacDuff. A potem zwrócił 

się do Sinjun - To nasz najsłynniejszy duch. Młoda dama, która prawdopodobnie została 

zdradzona i bezlitośnie zamordowana przez naszego prapradziadka.

- Bzdury - powiedziała ciotka Arleth. - Nigdy jej nie widziałam. Wasz prapradziadek 

nie skrzywdziłby nawet muchy.

- Rona widziała ją wiele razy - Serena zwróciła się cicho do Sinjun. - Powiedziała mi, 

że gdy po raz  pierwszy zobaczyła  ducha w naszywanej  białymi  perłami  sukni, omal  nie 

zemdlała ze strachu, ale duch nie usiłował jej skrzywdzić czy przestraszyć. Po prostu siedział 

nad bramą zamkową z twarzą bladą jak śmierć i przyglądał się Fionie.

- Założę się, że to było wtedy, gdy Fiona odkryła, że Colin ma kochankę.

Sinjun wstrzymała oddech. Patrzyła na ciotkę Arleth nie wierzyć własnym uszom. To 

background image

było bezczelne; to było niewiarygodne.

-  Nie   bądź  naiwna!   -  Ciotka  zwróciła   się  pogardliwie   do  Sinjun.  -  Mężczyźni   są 

wszędzie tacy sami i wszyscy mają kochanki, tak, i Fiona dowiedziała się tej małej flądrze, 

którą Colin brał sobie do łóżka.

Sinjun spojrzała przelotnie na Colina, ale dojrzała tylko kpiący wyraz jego twarzy. 

Wyglądało na to, że przywykł do tego rodzaju ataków i przestał na nie reagować. Ale Sinjun 

nic miała zamiaru ich lekceważyć. Była wściekła.

- Nie będziesz więcej mówiła o Colinie w taki sposób - powiedziała bardzo głośno i 

bardzo   wyraźnie.   -   On   by   nigdy,   przenigdy   nie   złamał   przysięgi.   Jeżeli   uważasz,   że   to 

możliwe, to musisz być ślepa, głupia lub po prostu podła. Nie mam zamiaru tego tolerować, 

madame. Mieszkasz w domu mego męża, więc będziesz go traktowała z szacunkiem, na jaki 

zasługuje.

Oto   jak   w   kilka   sekund   zrobić   sobie   wroga,   pomyślała   Sinjun.   Ciotka   Arleth 

wstrzymała   oddech   i   nic   nie   odrzekła.   Sinjun   spuściła   oczy   na   swoje   splecione   dłonie. 

Zapanowała niezręczna cisza.

I wtedy Colin roześmiał się, głębokim, pełnym, dźwięcznym śmiechem, który odbił 

się od pokrytych poplamionymi tapetami ścian wielkiego salonu.

- Uważaj, ciotko Arleth - powiedział szczerze ubawiony. - Joan musi mnie bronić. Nie 

zniesie  żadnej   skierowanej  do  mnie  obrazy.  Gdyby  miała  konia  i  zbroję,  pojechałaby  na 

turniej   bronić   mego   honoru.   Radzę,   madame,   byś   powściągała   swoją   wymowę,   kiedy 

znajdujesz się w jej obecności. Przekonałem się, że nie przestaje mnie bronić nawet wtedy, 

gdy jest na mnie  rozgniewana. Tylko  ona ma  prawo zmywać  mi  głowę, nikt więcej. To 

dziwne, ale taka jest prawda. A teraz przejdźmy do jadalni. Filip, weź Dahling za rękę. Joan, 

pozwól, że cię poprowadzę.

- Trzeba ją będzie nauczyć dobrych manier - mruknęła pod nosem ciotka Arleth.

- Stawiam na ciebie - szepnął MacDuff nachylając się nad Sinjun, kiedy Colin sadzał 

ją na miejscu przeznaczonym dla hrabiny. Sinjun dobrze wiedziała, że to było krzesło ciotki 

Arleth.   Wstrzymała   oddech,   ale   ciotka   Arleth   tylko   znieruchomiała   na   chwilę,   a   potem 

wzruszyła ramionami. Usiadła na krześle, które wskazał jej Colin, po swojej lewej ręce. Bez 

gniewu i komentarzy, za co Sinjun była jej wdzięczna. Dzieci posadzono pośrodku, pomiędzy 

MacDuffem, a Sereną.

- Chciałbym wznieść toast - powiedział Colin wstając. Wzniósł kielich z winem. - Za 

nową hrabinę Ashburnham.

- Brawo! Brawo! - zawołał MacDuff.

background image

- O, tak - powiedziała z uczuciem Serena. Dzieci przeniosły wzrok z ojca na macochę.

- Nie jesteś naszą mamą - powiedział bardzo wyraźnie Filip. - Mimo że ojciec musiał 

cię uczynić hrabiną, żeby ratować rodzinę od ruiny.

Ciotka Arleth uśmiechnęła się złośliwie.

- Nie, nie jestem waszą matką. Z pewnością zauważyłeś, Filipie, że jestem na to zbyt 

młoda. Mój Boże, mam dopiero dziewiętnaście lat.

~ Nie byłabyś naszą matką, nawet gdybyś była starsza.

Sinjun tylko się uśmiechnęła.

- Chyba nie. Wkrótce przyjedzie tu moja klacz, Funny. Świetnie galopuje. Czy lubisz 

jeździć konno, Filipie?

- Oczywiście - odparł Filip chełpliwie. - Jestem Kinrossem i pewnego dnia zostanę 

dziedzicem. Nawet Dahling jeździ konno, a jest przecież zupełnie mała.

- Doskonale. Może zechcecie mi pokazać okolicę.

- Mają lekcje - wtrąciła się ciotka Arleth. - Muszę ich uczyć, ponieważ guwernantka 

odeszła. To zadanie Sereny, ale ona wykręca się jak może.

-   Joan   proponuje   im   przyjemność,   ciotko.   Pozwól   dzieciom,   by   jej   towarzyszyły. 

Niezależnie od ich dąsów, Joan jest ich macochą i zostanie tutaj. Muszą ją lepiej poznać. - A 

potem zwrócił się poważnie na syna. - Nie będziesz jej dokuczał, rozumiesz?

- Tak, żadnych węży w moim łóżku, żadnych oślizgłych mchów z bagna - powiedziała 

z humorem Sinjun.

- Mamy lepsze pomysły - odparła Dahling.

-   Oślizgły   mech   to   zupełnie   dobra   myśl   -  stwierdził   w  zamyśleniu   Filip   i   Sinjun 

rozpoznała na jego twarzy wyraz, jaki oglądała na wielu dziecięcych obliczach.

- Jedz ziemniaki - zwrócił mu uwagę Colin. - Zapomnij o mchach.

Na kolację były haggis i Sinjun zastanawiała się. czy na skutek postu nie dołączy do 

tutejszych duchów. Na szczęście podano kilka innych dań, więc zdołała się nasycić. Słuchała, 

jak Colin i MacDuff omawiają stan interesów. Chwilami gubiła wątek, bo ból wciąż jeszcze 

jej dokuczał. Nagle drgnęła.

- Jutro rano pojadę do Edynburga - oznajmił Colin. - Jest tam wiele do zrobienia.

- Teraz, kiedy masz jej pieniądze? - spytała ciotka Arleth.

- Tak. Właśnie teraz, kiedy mam pieniądze Joan, mogę się zabrać za likwidowanie 

długów pozostawionych przez ojca i brata.

-  Twój   ojciec   był  wspaniałym   człowiekiem  -  stwierdziła   ciotka  Arleth.  -  Nie  jest 

niczemu winien.

background image

Colin otworzył usta, ale tylko się uśmiechnął i potrząsnął głową, po czym powrócił do 

rozmowy z MacDuffem. Sinjun chętnie cisnęłaby talerzem w jego głowę. On naprawdę miał 

zamiar pozostawić ją tutaj samą, w tym obcym miejscu. Wspaniale, po prostu cudownie. Z 

dwojgiem  dzieci,  które  były  gotowe na  wszystko,  żeby uprzykrzyć  jej  życie  i  z dwiema 

kobietami, które najchętniej widziałyby ją skaczącą z okna jednej z zamkowych wież.

- Musimy urządzić przyjęcie na cześć twojej żony, Colin - odezwała się Serena. - 

Ludzie spodziewają się tego. Wszyscy nasi sąsiedzi będą niemile zdziwieni, że tak prędko się 

ożeniłeś. To przecież zaledwie siedem miesięcy. Ale skoro zrobiłeś to dla pieniędzy, lepiej 

będzie, jeśli jak najszybciej to zrozumieją. Zgadzasz się ze mną kuzynie?

MacDuff nic jej nie odpowiedział. Zwrócił się do Colina:

- Omówimy to po twoim powrocie.

Sinjun   wbiła   widelec   w   ziemniak   i   rozejrzała   się   po   jadalni.   Było   to   o   wiele 

przyjemniejsze   niż   słuchanie   biesiadników.   Ku   jej   miłemu   zaskoczeniu,   długa   i   wąska 

jadalnia,   z   portretami   zasłaniającymi   wszystkie   ściany,   miała   wiele   uroku.   Wielki   stół   i 

rzeźbione   krzesła   były   ciężkie,   ciemne   i   nadspodziewanie   wygodne.   Zasłony   okalające 

wysokie okna, choć stare i zniszczone, wykonano z dobrego materiału.

- Vere Castle jest najpiękniejszym domem w hrabstwie - stwierdziła Serena.

- Ma magiczny urok - uśmiechnęła się Sinjun.

- I wali nam się na głowy - wtrąciła ciotka Arleth. - Colin chyba jeszcze nie zrobił ci 

dziecka?

Oto bezpośrednie pytanie, pomyślała Sinjun, Usłyszała szczęk widelca spadającego na 

talerz   i   uniosła   głowę,   by   spojrzeć   na   Colina.   Pytanie   było   nieco   impertynenckie,   ale 

ponieważ jej maż niedawno także o tym wspomniał, Sinjun nie była teraz aż tak wstrząśnięta, 

jak za pierwszym razem.

- Nie - odpowiedziała spokojnie.

- Nie zapominaj, że przy stole są dzieci, ciotko - zwrócił jej uwagę Colin.

- Nie potrzebujemy tutaj jej dzieci - powiedział Filip. - Nie pozwolisz na to, prawda, 

papo? Masz już mnie i Dahling. Nie potrzebujemy więcej dzieci.

- Wcale ich nic potrzebujemy - zawtórowała mu Dahling. - Będą paskudne jak ona.

Zaraz, zaraz - powiedziała Sinjun ze śmiechem.

- Mogą być  piękne jak wasz ojciec. A zresztą sama przyznałaś, Dahling, że moje 

niebieskie oczy i brązowe włosy Sherbrooke'ów są zupełnie ładne.

- Zmusiłaś mnie do tego - odparła.

-   To   prawda.   Wykręciłam   ci   rękę   i   wepchałam   szpilki   do   nosa.   Jestem   złośliwą 

background image

macochą.

- Zobaczysz, Perlista Jane cię zabierze - powiedziała Dahling, chwytając się ostatniej 

deski ratunku.

- Nie mogę się doczekać, kiedy ją zobaczę - powiedziała Sinjun. - Chcę sprawdzić, czy 

robi podobne wrażenie jak nasz Duch Dziewicy.

- Duch Dziewicy? - MacDuff przechylił głowę na bok i uniósł do góry krzaczaste 

brwi.

- To nasz duch z Northcliffe Hall, młoda szesnastowieczna dama, którą pan młody 

zamordował zaraz po ślubie, zanim jeszcze małżeństwo zostało skonsumowane.

- Ona jest prawdziwa? - zapytała Dahling wpatrując się w twarz Sinjun. - Widziałaś 

ją?

- O, tak. Ukazuje się kobietom z naszej rodziny, ale wiem, że mój brat, hrabia, także ją 

widział, chociaż nie chce się do tego przyznać. Jest bardzo piękna i ma długie jasne włosy i 

powiewną   suknię.   Mówi,   ale   nie   słychać   jej   głosu;   słyszysz   ją   tylko   gdzieś   w   umyśle. 

Wygląda na to, że dba o bezpieczeństwo kobiet w domu.

- Skończone brednie - powiedział Colin.

- To samo mówi Douglas. Ale jego żona, Alex, twierdzi, że ją widział. Po prostu nie 

może się do tego głośno przyznać, bo się boi, że ludzie uznają go za histeryka. Wszyscy 

hrabiowie z Northcliffe pisali o Duchu Dziewicy.

- Nie wierzę ci - powiedział Filip. - Duch Dziewicy, co za głupia nazwa.

- Cóż, ja tobie także  nic wierzę. Perlista Jane, to także bardzo głupio  brzmi.  Nie 

uwierzę ci, dopóki nie zobaczę jej na własne oczy. - Doskonałe wyzwanie, pomyślała Sinjun, 

spoglądając spod rzęs na Filipa. Wcale się nie zdziwi, gdy po wyjeździe Colina zacznie ją 

nawiedzać Perlista Jane.

- Dzieci, koniec kolacji. Dulcie zabierze was do dziecinnego pokoju.

Sinjun   nie   chciała,   żeby   dzieci   wyszły   z   jadalni.   Udało   jej   się   obudzić   ich 

zainteresowanie.   Filip   spojrzał   błagalnie   na   ojca,   ale   Colin   tylko   potrząsnął   głową   i 

powiedział:

- Przyjdę na górę, żeby was przykryć. A teraz bądźcie grzeczni i pójdźcie z Dulcie. 

Joan,   kiedy   skończysz   jeść,   zabierz   ciotkę   Arleth   i   Serenę   do   salonu.   Muszę   jeszcze 

porozmawiać z MacDuffem. Wkrótce do was dołączymy.

- Jaka szkoda, że Colin tak mało się tobą interesuje i że cię musi opuścić.

Ach, ciociu Arleth, pomyślała Sinjun, lepiej powściągnij swój język. Ale uśmiechnęła 

się mile i odparła:

background image

- Zgadzam się. Gdyby jego nadzwyczaj wspaniały ojciec nie był takim łajdakiem i 

nicponiem, Colin pewnie nie musiałby wyjeżdżać.

Usłyszała za plecami śmiech Colina. Chyba nie najlepiej to rozegrała, Colin wyjedzie, 

nie martwiąc się, że grożą jej kłopoty ze strony krewnych. Lepiej było wybuchnąć płaczem, 

okazać   swoją   bezsilność,   wtedy   może   zastanawiałby   się,   czy   nie   zabrać   jej   z   sobą   do 

Edynburga.

- Uważam, że Colin jest najprzystojniejszym mężczyzną w całej Szkocji - powiedziała 

Serena.

- Jesteś głupia - odparła ciotka Arleth. - Zupełnie jak twoja siostra.

Sinjun nie przestawała się uśmiechać.

Minęła już północ i Colin cicho wsunął się do sypialni. Sinjun spała w najdalszej 

części łóżka, przykryta kołdrą po sam nos. Colin uśmiechnął i zdjął ubranie. Podszedł nagi do 

łóżka i wstąpił  na podwyższenie. Ostrożnie uniósł kołdrę. Sinjun poruszyła  się, ale spala 

dalej. Colin powoli uniósł jej nocną długą bawełnianą koszulę. Zawinął ją na wysokość ud 

Sinjun i przyjrzał się jej długim, białym nogom. Bardzo ładne nogi, naprawdę bardzo ładne. 

Miał na nią chętkę, ale wiedział, że tej nocy nie będzie go mogła zadowolić. Postanowił 

sprawdzić, czy on ją potrafi zadowolić. Delikatnie uniósł uda Sinjun i zadarł koszulę do 

wysokości talii. Przysunął świecę. Patrzy! na kasztanowe włosy porastające wzgórek łonowy, 

na biały płaski brzuch, w którym  być  może  już rosło jego dziecko. Śmiała  myśl.  Sinjun 

usiłowała mu się wywinąć i pojękiwała cicho przez sen. Rozsunął jej uda, a ona posłusznie 

rozsunęła je jeszcze szerzej. Teraz, pomyślał. Ugiął jej nogi w kolanach i wzdrygnął się na 

widok jej delikatnego ciała otartego podczas jazdy konnej. Rozsunął skórę palcami i znów się 

wzdrygnął widząc, jak bardzo jest zaczerwieniona.

- Przepraszam - wyszeptał cicho i zastanowił się, czy będzie w stanic sprawić jej 

przyjemność. Czemu nie? Joan musi się nauczyć, że on może dać jej rozkosz. Pochylił się i 

przytknął   usta   do   jej   białego   brzucha.   Poruszyła   się;   poczuł,   jak   gładkie   mięśnie   Sinjun 

napinają się pod dotykiem jego ust. Całował ją, lekkimi, muskającymi pocałunkami, aż zszedł 

pomiędzy jej nogi i natrafiwszy na jej kobiecość, delikatnie to miejsce ucałował. Drgnęła. 

Uśmiechnął się zadowolony.

Ostrożnie   dotknął   jej   językiem.   Już   po   chwili   krzyknęła,   odsunęła   się   od   niego   i 

zsunęła koszulę.

- Halo - powiedział, uśmiechając się. - Lubię twój smak, ale muszę skosztować więcej. 

Co o tym myślisz, Joan?

background image

ROZDZIAŁ 10

Otworzyła   usta,   żeby   krzyknąć,   ale   zaraz   je   zamknęła.   Colin   leżał   pomiędzy   jej 

nogami, trzymając ją za uda i opierając brodę na jej brzuchu. Uśmiechał się.

- No i jak? Masz ochotę na więcej?

Nie wiedziała, bo nigdy czegoś podobnego nie robiła.

- To bardzo dziwne- I bardzo zawstydzające. Jesteś pewien, że robi się takie rzeczy?

Colin pochylił głowę i znowu ją pocałował. A potem uniósł głowę, szerzej rozsunął jej 

uda i pięknie się uśmiechnął.

- Naprawdę jesteś smaczna, Joan. Tak, moja droga, mężczyzna bardzo lubi całować 

kobietę w to miejsce.

- Czuję się głupio, Colin. Puść mnie, proszę. Nie przywykłam  do tego, żeby ktoś 

zadzierał mi nocną koszulę aż do pasa i układał się między moimi nogami. To mnie wprawia 

w zażenowanie. Przecież jesteś mężczyzną.

- Jeżeli pozwolisz mi się pieścić i całować, poczujesz wielką przyjemność.

- Och, nie. To nie może być prawda. Puść mnie, Colin. Na miłość boską, ty jesteś 

nagi!

- Tak. Ale nie bój się. Nie mam zamiaru cię posiąść. Chciałem tylko sprawdzić, co 

sobie zrobiłaś podczas konnej jazdy.

- Ja sobie zrobiłam! Cóż za bezczelność! To ty jesteś winien!

Colin uniósł się i Sinjun stwierdziła, że przygląda się jej otartej skórze i lekko ją 

głaszcze. Poczuła takie zakłopotanie, że nie wiedziała, co powiedzieć.

- Masz otartą, skórę. Ale wkrótce wyzdrowiejesz. Po prostu przez jakiś czas trzymaj 

się z dala od koni.

Ucałował  jej brzuch i ułożył  się na niej wygodnie.  Poczuła na sobie jego twardy 

członek i usiłowała zsunąć nogi, co oczywiście było bezowocne, gdyż Colin leżał pomiędzy 

nimi.

- Przyjemnie jest czuć twój biust tuż przy mojej piersi.

- To mi się wcale nie podoba. Nie wierzę, że będziesz umiał nad sobą zapanować. Nie 

chcę, żebyś mi znów zadawał ból.

-   Jestem   mężczyzną,   Joan,   a   nic   jakimś   napalonym   młokosem.   Nie   wezmę   cię, 

obiecuję. A teraz pocałuj mnie i zostawię cię w spokoju.

Zacisnęła usta, ale on tylko się roześmiał i przejechał językiem po jej dolnej wardze.

- Rozchyl usta. Nie pamiętasz już, jak mnie błagałaś, żebym cię nauczył całować? Jak 

background image

można mieć lak krótką pamięć?

- Wcale nie zapomniałam. Po prostu nie chcę tego robić, żebyś nie stał się znowu tym 

dzikim chutliwym zwierzęciem.

- Punkt dla ciebie. - Colin pocałował ją lekko i sturlał się na łóżko. Patrzył jak Sinjun 

prędko zsuwa nocną koszulę aż do stóp, a potem okrywa ich obydwoje kołdrą i układa się na 

plecach.

- Gdybyś miała ochotę, możesz teraz zrobić coś dla mnie.

Colin podparł się na łokciu i przyglądał się jej twarzy. Jego oczy były ciemne, policzki 

zaczerwienione, a Sinjun wiedziała, co to oznacza. Męskie pożądanie.

- Niemożliwe - zaprotestowała. - Obiecałeś mi Colin, że mnie więcej nie skrzywdzisz.

- Owszem, możliwe. Ja dotykałem cię i pieściłem między udami. Ty możesz zrobić to 

samo ze mną.

Spojrzała na niego, jak na obłąkanego.

- Ludzie, którym na sobie zależy, stale to robią.

- Nie jestem pewna, czy cię rozumiem, Colin.

- Moja męskość, Joan. Możesz ją pieścić i całować.

- Och.

- Z drugiej strony lepiej będzie, jeśli już zasnę. Jutro muszę wcześnie wstać.

- Naprawdę, Colin? To by ci sprawiło przyjemność?

Wyczuwał w jej głosie szczere zdumienie i niedowierzanie.

- Już dobrze. Powinienem się wyspać.

- Jeśli chcesz, mogę spróbować.

- Co?

- Pocałować tam, jeżeli chcesz.

Colin stwierdził,  że nie jest dla niej odpychający.  Wprost przeciwnie,  Sinjun była 

bardzo zaintrygowana i Colin poczuł, że sam drży z niecierpliwości. Zastanawiał się, czy 

będzie miał wytrysk. Jego męskość pulsowała. Nie, lepiej nie wprawiać Joan w obrzydzenie, 

a przecież nie jest pewien, czy uda mu się opanować.

- No, dobrze - powiedział.

Położył się na plecach i czekał. Sinjun uniosła kołdrę i przyglądała mu się. Czuł na 

sobie jej wzrok i pulsowanie wzmagało się.

- Dotknij mnie.

Bardzo powoli zsunęła kołdrę do stóp i znowu mu się przyglądała. Tym razem bardzo 

długo. Wreszcie, kiedy miał krzyknąć, żeby go dotknęła, położyła dłoń na jego brzuchu.

background image

- Jesteś piękny, Colin.

Cóż mógł zrobić? Jęknął, a kiedy Sinjun lekko go dotknęła, cały drżał.

Leżał sztywno, ręce wyciągnął wzdłuż tułowia i zacisnął pięści.

- Dotknij mnie ustami, Joan.

Spojrzała na niego i lekko zamknęła dłoń na jego męskości. Uklękła obok i jej włosy 

spłynęły kaskadą na brzuch Colina, ale on nie dostrzegał ich piękna i ciepła, bo skupiony był 

wyłącznie na swoim członku i jej ustach. Poczuł ciepły oddech Joan i omal nie umarł z 

rozkoszy. Kiedy go lekko ścisnęła chciało mu się krzyczeć.

- Jesteś zupełnie inny niż ja - stwierdziła i pogłaskała go badawczo i uwodzicielsko 

zarazem. - Nigdy nie będę taka piękna jak ty.

Chciał ją zapewnić- że to bzdura, ale milczał pełen napięcia, pragnąc, by go wzięła do 

ust, a ona nie rozumiała jego pragnień. Miał jednak nadzieję, że ją wszystkiego nauczy, a 

teraz chciał, żeby działała po swojemu. Sinjun eksperymentowała, a Colin zaciskał zęby, żeby 

jej nie przestraszyć krzykiem.

Kiedy wreszcie włożyła go do ust, Colin wiedział, że nie zapanuje nad sobą. Niemal 

bolesne odczucie rozeszło się po jego ciele i wstrząsnęło nim do głębi. Musiał to przerwać. 

Nie   miał   zamiaru   przestraszyć   jej   ani   wprawić   w   obrzydzenie,   i   dlatego,   mimo   że   czuł 

szaleńczą rozkosz i ogromne podniecenie, odepchnął Joan.

Spojrzała na niego unosząc głowę, a jej włosy przesunęły się z brzucha na klatkę 

piersiową Colina.

- Nie robię tego dobrze?

Spojrzał w jej piękne niebieskie oczy Sherbrooke'ów i spróbował się uśmiechnąć.

- Jestem mężczyzną, Joan, i to jest dla mnie ciężka próba. Nie pytaj o nic więcej. 

Połóż się obok mnie i śpijmy.

Ułożyła się przy nim, z dłonią na jego galopującym sercu. Nie odezwała się. Wreszcie 

jego serce uspokoiło się. Ucałowała pierś Colina i powiedziała:

- Spróbuję to robić jak się należy, Colin. I wiesz co? Dotykać cię rękami i ustami, 

żeby ci sprawić przyjemność, było zupełnie miło, bo jesteś taki wspaniały. Ale jeśli chodzi o 

inne sprawy, to jesteś dla mnie za duży, naprawdę, chyba zdajesz sobie z tego sprawę. To się 

nie może udać, sam się przekonałeś. Przykro mi, ale taka jest prawda.

- Jesteś smarkulą, która nie zna się na rzeczy. - Ucałował jej nosek i mocniej przytulił. 

- Wolałbym, żebyś zdjęła tę dziwaczną koszulę.

- Nie - odparła po chwili namysłu. - Nie sądzę, aby to był dobry pomysł.

- Chyba masz rację - westchnął Colin.

background image

- Colin?

- Hmmm?

- Będziesz sypiał z innymi kobietami po wyjeździe do Edynburga?

Milczał.

- Uwierzyłaś, że miałem kochankę za życia mojej pierwszej żony? - zapytał wreszcie.

- Oczywiście, że nie!

- Więc dlaczego myślisz, że mógłbym spać z inną kobietą, kiedy ty jesteś moją żoną?

- Wiem, że mężczyźni tak robią. Tylko nie moi bracia. Oni są wierni swoim żonom, 

bo bardzo je kochają. Mam nadzieję, że jesteś podobny do nich, a nie do tych pozbawionych 

honoru   mężczyzn,   którzy   zdradzają   swoje   żony.   Ale   wiem   także,   że   mnie   nie   kochasz. 

Dlatego zadałam ci takie pytanie.

-   Będziesz   uwodziła   mężczyzn,   kiedy   wyjadę?   Szturchnęła   go   w   brzuch,   a   on 

posłusznie jęknął.

A potem Sinjun pogłaskała uderzone miejsce. Poczuł jej skierowane do dołu palce.

- Nie - wyszeptał zadyszany. - Nie rób tego, proszę.

Sinjun cofnęła rękę, a on poczuł ulgę i zawód.

- Dlaczego ciotka Arleth powiedziała, że wziąłeś sobie kochankę za życia żony?

- Ona zupełnie się ze mną nie Uczy.  Sama się o tym przekonasz. A ja nie wiem 

dlaczego.

- Można by jej uwierzyć, tylko że ona nie ma pojęcia, jak ty jesteś zbudowany. Ja 

wiem, że jesteś ogromny i wiem, że kobieta, która by cię zobaczyła nagiego, uciekłaby przed 

tobą. Jesteś piękny, Colin, już ci mówiłam, ale ta część...

- To moja męskość, Joan.

- No więc dobrze, twoja męskość, Colin. Jaka kobieta zechciałaby to z tobą robić? 

Tylko twoja żona, wypełniając małżeńską powinność.

- Jeszcze się przekonasz - roześmiał się Colin. - Sama zobaczysz.

- Czy inni mężczyźni są jeszcze więksi od ciebie?

- Jak mam ci odpowiedzieć na takie pytanie? Jeżeli powiem, że nie, zabrzmi to jakbym 

był   zarozumiałym   draniem.   A   jeżeli   powiem,   że   są,   zranię   swoją   męską   dumę.   Prawdę 

powiedziawszy, nie widziałem tak wielu nagich mężczyzn, a zwłaszcza w stanie podniecenia. 

Ale ty nic na ten temat nic wiesz. Jeszcze się nauczysz. A teraz już śpij.

Usnęła pierwsza. Colin rozmyślał o Robercie MacPhersonie i o łajdaku, który wysłał 

anonim   i   zranił   Joan.   Myślał   także   o   swojej   bardzo   niewinnej   żonie,   która   bez   ogródek 

zadawała mu pytania dotyczące jego męskości. Naprawdę zabawne. Nigdy dotąd nie spotkał 

background image

takiej dziewczyny. I wciąż jeszcze czul na sobie dotyk jej ust.

Wcale nie chciał jej teraz opuszczać, ale nie było wyboru. Miał tyle do zrobienia, a nie 

chciał narażać jej na niebezpieczeństwo. Tutaj będzie bezpieczna. MacDuff powiedział, że 

MacPherson jest w Edynburgu, daleko od Vere Castle. Tak, tutaj nic jej nie grozi, a on będzie 

mógł   wyśledzić   Robbie'ego   MacPhersona   i   nauczyć   durnia   rozumu   albo   go   zabić. 

Przynajmniej nie będzie się musiał obawiać, że jego żona znów zechce go ochraniać i sama 

zaatakuje MacPhersona.

Kiedy   następnego   ranka   Sinjun   zeszła   na   dół,   Colina   już   nie   było.   Spojrzała   na 

Philpota, lokaja Kinrossów, i zapytała tępo:

- Już pojechał?

- Tak, lady, o świcie.

- Niech go diabli - odparła Sinjun i weszła do jadalni.

Przyglądała się wiszącemu nad ogromnym kominkiem herbowi Kinrossów. Znajdował 

się on w średniowiecznej, środkowej części domu. Dwa wielkie lwy dzierżyły wzniesioną 

tarczę, a ponad nimi unosił się gryf. Na tarczy widniał napis: Ranny, lecz Niezwyciężony.

Roześmiała   się.   Doskonałe   motto,   szczególnie   w   tej   chwili,   kiedy   wciąż   jeszcze 

doskwierał jej ból między udami; świetnie się dla niej nadawało.

- Fionie podobał się herb Kinrossów, ale nigdy nie słyszałam, żeby się z niego śmiała.

Sinjun odwróciła się i stanęła twarzą w twarz z Serena.

-   To   motto   coś   mi   po   prostu   przypomina.   Po   posiłku   chciałabym   zabrać   Filipa   i 

Dahling. Znasz ich rozkład zajęć?

- Ciotka Arleth ma migrenę. Filip i Dahling prawdopodobnie jeżdżą po głowie biednej 

Dulcie.

- O Boże. Szkoda, że o tym nie wiedziałam. Wybacz mi, Sereno, zajrzę, co się u nich 

dzieje.

- On cię nigdy nie pokocha.

Cóż za szczerość, pomyślała Sinjun wpatrując się w Serenę.

- Niby dlaczego? Nie jestem złą osobą i nie jestem paskudna, chociaż Dahling tak 

sądzi.

- Colin kocha inną - odparła Serena dramatycznym tonem.

Sinjun omal się nie roześmiała. Przycisnęła dłoń do piersi i wydyszała:

- Inną?

- On kocha inną - powtórzyła Serena i wdzięcznym krokiem wyszła z holu.

Sinjun tylko potrząsnęła głową.

background image

W drodze do pokoi dzieci zatrzymała ją ochmistrzyni, pani Seton, dama o ciemnych 

oczach i szerokich, czarnych, niemal zrośniętych brwiach. Była żoną pana Setona, bardzo 

ważnej osobistości w lokalnym Kościele oraz zarządcy majątku Kinrossów.

-   Wiem,   wszyscy   wiemy,   millady,   że   dzięki   pani   nie   jesteśmy   już   w   opłakanym 

położeniu.

- To prawda, jego lordowska mość jest właśnie w Edynburgu i robi wszystko, by 

ratować majątek.

- To dobrze - westchnęła pani Seton - Vere Castle był mi domem przez, całe moje 

życie. Te zaniedbania są haniebne.

Sinjun   pomyślała   o   Filipie   i   Dahling   i   zadecydowała,   że   mogą   pomęczyć   Dulcie 

troszkę dłużej.

-   Może   wstąpimy   do   pani   na   filiżankę   herbaty,   pani   Seton   -   zaproponowała.   - 

Sporządzimy listę potrzebnych rzeczy.

Listę. A potem trzeba ją będzie przedłożyć Colinowi. Cóż za absurd. Colin przecież 

nie ma pojęcia o bieliźnie pościelowej ani o zasłonach, ani o przetartej tapicerce na fotelach, 

ani o garnkach czy patelniach.

- A potem powie mi pani, dokąd mam się udać, żeby kupić wszystko, czego nam 

brakuje.

Wyglądało na to, że pani Seton zaraz się rozpłacze. Jej zapadnięte policzki wypełniły 

się i zaróżowiły.

- Zauważyłam, że służba również nie jest dobrze odziana. Czy mamy tu jakąś dobrą 

szwaczkę? Dzieci leż potrzebują nowych ubranek.

-   Och,   tak!   Pojedziemy   do   Kinross,   małej   wioski   po   drugiej   stronie   jeziora. 

Dostaniemy tam wszyściutko, czego zapragniemy. Nie ma potrzeby jechać do Edynburga czy 

Dundee, skoro wszystko jest w pobliżu.

-   Colin   nie   będzie   zadowolony,   że   się   tak   szarogęsisz.   Dopiero   co   przyjechałaś, 

jeszcze się nawet nie zadomowiłaś, a już chcesz wszystko wywrócić do góry nogami. Nie 

pozwolę na to.

Sinjun mrugnęła do pani Seton, a potem zwróciła się w stronę ciotki Arleth.

- Słyszałam, że leżysz złożona niemocą, madame. Ciotka Arleth zacisnęła usta.

- Zwlekłam się z łóżka, bo obawiałam się, że możesz zrobić jakieś głupstwo.

-   Proszę   zacząć   sporządzać   spis,   pani   Seton.   Wkrótce   się   do   pani   przyłączę.   I 

powinnam obejrzeć pomieszczenia dla służby.

- Tak, milady - odpowiedziała pani Seton i odeszła szybkim, energicznym krokiem.

background image

- Co zamierzasz robić, ciotko Arleth? - spytała Sinjun.

- Robić? O co ci chodzi?

- Czy masz  zamiar  mnie  szpiegować?  Chcesz wszystkim uprzykrzyć  życie  swoim 

niemiłym sposobem bycia?

- Jesteś młodą dziewczyną! Jak śmiesz mówić do mnie w ten sposób?

- Jestem żoną Colina. Jestem hrabiną Ashburnham. Jeżeli zechcę, żebyś sobie poszła 

do diabła, ciotko Arleth, mam wszelkie prawo, żeby ci to zakomunikować.

Ciotka   Arleth   spąsowiała   i   Sinjun   zaczęła   się   obawiać,   czy   nie   przesadziła   ze 

szczerością i czy starsza dama nie dostanie apopleksji. Ale ciotka opanowała się. Wszystko 

wskazywało na to, że jest z niej twarda sztuka.

- Pochodzisz z bogatej, uprzywilejowanej rodziny. Jesteś Angielką. Nie masz pojęcia 

jak to jest, kiedy wszystko wokół ciebie obraca się w ruinę. Nie możesz sobie wyobrazić, co 

znaczy   oglądanie   w   swoich   posiadłościach   płaczących   z   głodu   dzieci.   Przyjeżdżasz   tutaj 

pysznisz się swoimi pieniędzmi i spodziewasz się, że wszyscy padną ci do stóp.

- Nie wydaje mi się, żebym oczekiwała czegoś podobnego - odparła powoli Sinjun. - 

Spodziewam się tego. że dacie mi uczciwą szansę. Nie znasz mnie, ciotko. Recytujesz banały, 

które nie mają ze mną nic wspólnego. Czy nie mogłybyśmy żyć w zgodzie? Nie możesz mi 

dać tej szansy?

- Jesteś bardzo młoda.

- Tak, ale z wiekiem nabiorę doświadczenia.

- Jesteś również zbyt wyszczekana, młoda damo!

- Moi bracia dobrze mnie wyszkolili, madame.

- Colin nie nadaje się na hrabiego Ashburnham. Jest młodszym  synem i odmówił 

posłuszeństwa ojcu, nie chciał się przyłączyć do wojsk Cesarza.

- Cieszę się, że nie chciał mieć nic wspólnego z Napoleonem. Zresztą Colin posłuchał 

ojca. Zakończył waśń z MacPhersonami, żeniąc się z Fioną. Czyż nie tak było?

- Tak. Ale co się stało potem? Zabił sukę. Zepchnął ją ze skarpy, a potem udawał, że 

nie   wie,   co   się   stało.   Udawał,   że   nie   pamięta.   O   tak.   A   teraz   został   dziedzicem,   a 

MacPhersonowie znów domagają się naszej krwi.

- Colin nie zabił Rony i ciotka o tym doskonale wic. Dlaczego tak go nie lubisz?

- Zabił ją. Nikt inny nie mógł tego zrobić. Ona go zdradzała, tak, z jego rodzonym 

bratem. Niezły wstrząs dla ciebie, ty mała angielska ignorantko. A jednak taka jest prawda. 

Colin dowiedział się o tym i zabił ją. Nie zdziwiłabym się, gdyby to również on zabił swego 

brata, pięknego chłopca, mojego pięknego, mądrego chłopca. Ta wstrętna Fiona narzucała się 

background image

mu Ł uwodziła go, a on nie potrafił się jej oprzeć, i spójrz, co się stało.

- Opowiadasz mnóstwo przedziwnych rzeczy, ciotko Arleth.

-   Głupia   dziewczyno.   Dałaś   się   zwieść   urodzie   Colina,   prawda?   Nie   mogłaś   się 

doczekać,   żeby   pójść   z   nim   do   łóżka,   nie   mogłaś   się   doczekać,   żeby   zostać   hrabiną! 

Wszystkie dziewczyny go pragną, głupie, nie mają więcej rozumu niż ty i...

- Mówiłaś, że Fiona go nie chciała, a jednak została jego żoną.

- Znudziła mu się. A ona nie była zadowolona ze sposobu, w jaki ją traktował. Miała 

trudny charakter.

- Wiem o niej tylko tyle, że nie była najlepszą panią domu. Sama spójrz, ciotko Arleth, 

wszystko się rozsypuje, a wystarczyłoby chwycić za szmatę, wiadro z wodą i miotłę - wcale 

nie trzeba moich pieniędzy. Radzę, żebyś się teraz uspokoiła i napiła herbaty. Mam zamiar 

doprowadzić   dom   do   porządku.   A   ty   możesz   mi   w   tym   pomóc   albo   zrobię   swoje,   nie 

oglądając się na ciebie.

- Nie pozwolę ci na to!

-   Stawiam   sprawę   uczciwie,   madame.   Będziesz   ze   mną   współdziałała,   czy   mam 

udawać, że cię tu nie ma?

Mówiła stanowczo i władczo, a była lak przerażona, że chciało jej się wymiotować. 

Jej pierwsze ultimatum. Widziała oczyma wyobraźni swoją matkę i to jej dodawało pewności 

siebie. Jej matce nikt nigdy się nie przeciwstawił.

Ciotka   Arleth   wyszła   z   holu   potrząsając   głową.   Sinjun   cieszyła   się,   że   nie   widzi 

wyrazu jej twarzy. Wygrałam, myślała, bo tak się jej wydawało.

Dlaczego pani Seton w ogóle nie dbała o dom, zastanawiała się, patrząc na ogromną 

pajęczynę zawieszoną na wspaniałym kandelabrze. Ochmistrzyni sprawiała przecież wrażenie 

osoby   kompetentnej.   Odpowiedź   na   dręczące   ją   pytanie   Sinjun   otrzymała   pół   godziny 

później, gdy popijając herbatę sporządzały listę wydatków.

- Jak to dlaczego, milady? Panna MacGregor nie pozwalała.

- Kto to jest panna MacGregor? Ach, ciotka Arleth.

-   Tak.   Powiedziała   nam,   że   jeśli   zobaczy,   iż   ktokolwiek   się   stara,   by   ta   sterta 

plugawych kamieni wyglądała porządnie, własnoręcznie go wychłosta.

- Ależ właśnie mi opowiedziała, jak cierpi widząc, że wszystko obraca się w ruinę, a 

dzieci na wsi płaczą z głodu.

- Cóż za przewrotność! Te dzieci nigdy nie bywają głodne! Och, gdyby nasz dziedzic 

to usłyszał, nieźle by się jej dostało!

- Bardzo dziwne. Ona za wszelką cenę stara się zasiać tutaj niezgodę. Ale dlaczego? 

background image

Na pewno nie tylko Z mego powodu. - I Sinjun zaczęła się zastanawiać nad innymi słowami 

ciotki Arleth. Czy to wszystko było kłamstwem? Bardzo możliwe.

- Po śmierci jej siostry, lady Judith, matki jego lordowskiej mości... jakieś pięć lat 

temu, panna MacGregor miała nadzieję, że stary dziedzic ożeni się z nią, ale tak się nie stało. 

Myślę, że z nią sypiał, ale nic pobrali się. Ach ci mężczyźni! Wszyscy są tacy, z wyjątkiem 

pana Setona, który w ogóle się nie interesuje sprawami ciała.

- Bardzo mi przykro, pani Seton.

- Tak, milady,  ja także jestem ponad to. W każdym  razie panna MacGregor była 

bardzo   zawiedziona   i   z   czasem   stawała   się   coraz   bardziej   zgorzkniała.   Niedobra   dla 

wszystkich   wokoło   z   wyjątkiem   Malcolma   -   starszego   brata   Colina.   Jego   kochała   i 

rozpieszczała. Traktowała go jak małego księcia. Malcolm wolał ją nawet od rodzonej maiki. 

Tak   było,   bo   ciotka   psuła   go   do   szpiku   kości,   a   matka   bila   go   po   rękach,   kiedy   był 

niegrzeczny. Wtedy biegł na skargę do panny MacGregor i płakał. Nie muszę mówić, ze to 

nie wpływało dobrze na jego charakter. Zrobił się z niego prawdziwy nicpoń, zupełnie jak 

jego ojciec. A potem nagle umarł i dziedzicem Kinrossów został panicz Colin. Zobaczymy, 

co zdziała. Ale przynajmniej nie jest utracjuszem i traktuje nas uczciwie. Może ma jakieś inne 

zalety,   ale   ja  nic   o   nich   nie   wiem.   A  jeśli   chodzi   o  stan   zamku,   to   dżentelmeni   rzadko 

zauważają takie sprawy, chyba że pajęczyna z kandelabru owinie mu się wokół łyżki. Fiona, 

oczywiście,   także   nic   dbała   o   dom.   A   kiedy   wspomniałam   o   tym   nowemu   dziedzicowi, 

odparł, że nie ma pieniędzy.

- Tak, ale teraz mamy pieniądze i musimy coś zrobić, a pani tego dopilnuje. Zanim 

lord wróci, przywrócimy zamek do dawnej świetności.

- Niech będzie błogosławiony dzień, kiedy pani zechciała kupić jego lordowską mość.

- Wolałabym, żeby ujęła to pani nieco bardziej dyplomatycznie, pani Seton.

- Tak, milady.

Sinjun wyszła z pokoju ochmistrzyni pogwizdując, zadowolona, że zostawiła sobie 

prawie dwieście posażnych funtów.

*

Sinjun   leżała   w   olbrzymim   łożu.   Chociaż   bielizna   była   czysta,   a   pościel   dobrze 

wywietrzona,   w   sypialni   wciąż   unosił   się   stęchły   zapach,   charakterystyczny   dla   długo 

zamkniętego pomieszczenia.

Trzy   pierwsze   dni   w   Vere   Castle   minęły   bardzo   szybko.   Sinjun   tyle   miała   do 

zrobienia.   Gdyby   czekała   ze   wszystkim   na   powrót   męża,   lista   wydłużałaby   się   w 

background image

nieskończoność.   Pani   Seton   wynajęła   dziesięć   kobiet   i   sześciu   mężczyzn   do   sprzątania 

zamku.  Sinjun miała  zamiar  samodzielnie  wyszorować  sypialnię.  Poszła  także  do pokoju 

Colina w północnej wieży. Była nim zachwycona i zarazem rozczarowana. Do pokoju wiodły 

drewniane, przegniłe schody. Pokój był zatęchły, a książki Colina niemal zbutwiałe. Sinjun 

postanowiła działać szybko i doprowadzić pokój męża do porządku, zanim Colin uda się do 

wieży.

Poprzedniego   dnia   pojechała   na   zakupy   do   Kinross.   Towarzyszyli   jej   pani   Seton, 

Karzeł Murdock, który sięgał jej zaledwie do pachy i był najbardziej zaufanym sługą Colina, 

oraz   pan   Seton.   wstrzemięźliwy   zarządca   majątku.   Pani   Seton   miała   rację:   w   Kinross 

znajdowała się i szwaczka, i stolarz, i wszelkie potrzebne rodzaje sklepów.

Kinross-shire było to małe, ładne miasteczko, którego mieszkańcy trudnili się głównie 

rybołówstwem w pobliskim Loch Leven. Do północnego krańca jeziora wiodła wąska droga, 

którą konie doskonale znały. Woda była zadziwiająco błękitna, a otaczające jezioro wzgórza, 

porośnięte bujną zielenią, sprawiały wrażenie dalekich i jakby nierealnych. Każdą piędź ziemi 

wykorzystywano   pod   uprawę,   i   teraz,   na   początku   lata,   pola   pokryte   były   jęczmieniem, 

pszenicą, kukurydzą i żytem.

Wjeżdżając do Kinross, pan Seton wskazał Sinjun kościół i wychwalał pod niebiosa 

cnoty miejscowych pastorów oraz potępiał wszystkich, którzy knuli coś przeciwko tutejszej 

religii. Pokazał jej stary krzyż, do którego przymocowane byty żelazne dyby dla złoczyńców. 

Sinjun zauważyła, że Karze! Murdock, liczący zaledwie metr trzydzieści wzrostu, rudzielec o 

wielkiej głowie, omijał krzyż z żelaznymi dybami i kościół szerokim łukiem.

Szybko się przekonała, że choć jest hrabiną Ashburnham, miejscowi ludzie patrzą na 

jej   pieniądze   pożądliwym   okiem.   Stary   Bezzębny   Obżartuch   powiedział   przecież,   że 

poprzedni   dziedzic   sprzedał   Młyn   Kinrossów   i   teraz   mieszka   w   nim   przeklęty   handlarz 

towarami żelaznymi. Trzeba było całej dyplomacji pani Seton (tak, nasza milady ma duży 

posag i lord poślubił ją dla pieniędzy!), aby Bezzębny Obżartuch i jego towarzysze zaczęli się 

entuzjastycznie uśmiechać. Sinjun kupiła materiał na ubrania dla dzieci i dla służby, a dla 

siebie nowe talerze, obrusy. Wiele pozycji zostało wykreślonych z listy i Colin nigdy się o 

niej nie dowie. Cóż to był za wspaniały, pełen wrażeń, dzień.

Sinjun przewróciła się na drugi bok. Chciała jeszcze zasnąć, ale nie mogła. Pomyślała 

o   młynie   Kinrossów.   Poprosiła   Karła   Murdocka,   żeby   ją   tam   zabrał.   Był   to   piękny 

siedemnastowieczny   dom   ze   wspaniałym   ogrodem   i   starym   młynem   nad   wartkim 

strumieniem.   Sinjun   przyglądała   się   stawom   rybnym,   pięknym   rzeźbom,   przystrzyżonym 

krzewom   i   rozległym   ogrodom,   przysięgając   sobie,   że   razem   z   Colinem   przywrócą   tę 

background image

własność rodzinie Kinrossów. Ich dzieci i wnuki zasługują na to, by przejąć nienaruszone 

dziedzictwo.

Sinjun   bardzo   tęskniła   za   Colinem.   On   zdawał   się   jednak   wcale   nie   spieszyć   z 

powrotem do domu. Doszła do wniosku, że mężczyźni po prostu muszą posiadać kobiety. 

Pocałunki im nie wystarczają, chodzi o to, by złożyć w kobietach swoje nasienie. Będzie 

musiała to ścierpieć, aby był z niej zadowolony.

I  z   pewnością   wszystkiemu  winne   są  owe   trzy  razy.   Jeżeli   uda  się  jej  przekonać 

Colina, że wystarczy mu jeden raz, zniesie to bez trudu. Raz w ciągu nocy?

Raz   na   tydzień?   Nie   wiedziała.   Zastanawiała   się,   jak   często   robią   to   jej   bracia   - 

Douglas i Ryder.  Dlaczego nie porozmawiała  z Alex i nie zadała  jej kilku zasadniczych 

pytań? Dobrze wiedziała czemu. Wydawało jej się, że pojadła wszystkie rozumy. Przeczytała 

przecież  mnóstwo antycznych  sztuk greckich  z biblioteki  Douglasa, które bynajmniej  nie 

przemilczały spraw dotyczących ciała.

A niech to diabli. Wspominała Alex i Douglasa, całujących się namiętnie, gdy tylko 

im się wydawało, że nikt nie patrzy. Ryder i Sophie zachowywali się podobnie. Ryder śmiał 

się pieszcząc Sophie i szeptał jej do ucha. Sinjun chciałaby, żeby Colin postępował tak samo. 

Dlaczego nie zapytała Alex? Alex była taką małą kobietką, o wiele mniejszą od Sinjun, a 

Douglas był wzrostu Colina, jak więc to znosiła?

Westchnęła i położyła się na wznak. I wtedy usłyszała ten dźwięk. Otworzyła oczy i 

poprzez ciemność spojrzała w tym kierunku, skąd dochodził. Było to coś w rodzaju cichego 

skrobania. Chyba się przesłyszała. Dom był bardzo stary i mógł wydawać rozmaite odgłosy. 

Zamknęła oczy i znieruchomiała.

Dźwięk   rozległ   się   znowu,   tym   razem   głośniej.   Dochodził   zza   boazerii.   Szczur? 

Skrobanie ustało, ale Sinjun leżała napięta, czekając aż znów się powtórzy. I doczekała się. 

Teraz towarzyszył mu inny odgłos. Jakby coś pełzło po podłodze. Jakby ktoś wlókł łańcuch 

po drewnianych płytach.

Usiadła na łóżku. Co za bzdury!

A potem rozległ się jęk, wyraźny ludzki jęk, który przyprawił Sinjun o gęsią skórkę. 

Serce biło jej w piersiach ze wszystkich sił. Usiłowała przeniknąć wzrokiem ciemności.

Jęki i drapanie nagle ucichły, lecz odgłos ciągniętego po podłodze łańcucha stawał się 

wyraźniejszy i coraz bliższy. Teraz rozlegał się w sypialni.

Sinjun chciała krzyknąć, ale głos uwiązł jej w gardle. Nagle w najodleglejszym kącie 

pokoju pojawiło się światełko. Wąziutka smużka bardzo białego światła. Sinjun poczuła taki 

strach, że niemal udusiła się własnym językiem.

background image

Znowu rozległ się jęk, a łańcuch uderzył o coś lub o kogoś, a potem usłyszała krzyk 

uderzonego. O Jezu, pomyślała, nie może tak siedzieć zmartwiała ze strachu. Zmusiła się, by 

wstać z łóżka. T wtedy dobiegł ją następny jęk. Ostry, długi i przepełniony bólem.

Znieruchomiała, a potem podeszła do końca podwyższenia i spojrzała w róg pokoju. 

Światło stało się jaśniejsze. Ulotne i białe, wyglądało bardzo dziwnie.

Nagle rozległ się przeraźliwy wrzask. Sinjun poczuła, że włosy stają jej dęba. I nagle 

raptownie zgasło światło. Róg pokoju znów stał się zupełnie ciemny. Jęki ucichły.

Czekała, drżąc z zimna. Czekała i czekała w napięciu.

Cisza. Żadnego drapania ani innych dźwięków. Powoli ściągnęła kołdrę z łóżka na 

podłogę.   Owinęła   się   i   ułożyła   na   podwyższeniu.   W   końcu   zasnęła.   Następnego   ranka 

znalazła ją tak pani Seton.

- Och, milady - powtarzała - co się stało? Och, och!

Sinjun była obolała po nocy na twardej podłodze, ale nic się jej nie stało.

- Proszę mi pomóc wstać, pani Seton. O, tak, dziękuję. Miałam sen, okropny koszmar, 

i tak się przestraszyłam, że wolałam spać na podłodze.

Pani Seton uniosła jedną ze swoich grubych ciemnych brwi i pomogła Sinjun wstać na 

nogi.

- Nic mi nie będzie. Niech Emma przyniesie wodę na kąpiel. Wkrótce zejdę na dół.

Pani Seton skinęła głową i podeszła do drzwi.

- Och, co to takiego? - spytała spoglądając w róg pokoju.

- O czym pani mówi?

- O tym  - odparła pani  Seton, wskazując na podłogę.  - Wygląda  jak jakiś muł  z 

Krowiego Bagna, czarny, gęsty i cuchnący. Och, są w nim maleńkie kawałeczki... - głos jej 

się załamał i pani Seton cofnęła się. - Moja matka zawsze mawiała, że trzeba długiej łyżki, 

żeby jeść zupę z diabłem.

Pani Seton, która zwykłe posługiwała się najczystszą angielszczyzną, raptem popadła 

w szkocki dialekt. Szybko się jednak opanowała i rzekła z namysłem:

- Skąd to się tutaj wzięło? Na Boga, Krowie Bagno jest przecież bardzo daleko od 

zamku. - Spojrzała na Sinjun, a potem dodała, wzruszając ramionami: - Nieważne. Przyślę 

kogoś, żeby to sprzątnął.

Sinjun   nie   miała   ochoty   przyglądać   się   temu   z   bliska,   ale   ciekawość   zwyciężyła. 

Obrzydliwość, jakby ktoś chochlą rozlał nieczystości  po podłodze... albo rozmazał  je, na 

przykład, łańcuchem.

Naprawdę   nieźle   to   sobie   wykombinowali,   myślała   Sinjun   wchodząc   do   wanny. 

background image

Naprawdę, zupełnie nieźle.

background image

ROZDZIAŁ 11

Sinjun minęła czterech mężczyzn, którzy pokrzykiwali do siebie w języku bynajmniej 

nie   angielskim.   Ściągnęli   spod   sufitu   ogromny   kandelabr,   zastąpili   nowym   straszliwie 

zardzewiały łańcuch, a teraz zeskrobywali brud; potem kobiety miały umyć kryształ.

Sinjun porozmawiała z nimi, uśmiechnęła się, i poszła do mniejszej jadalni, zwanej 

Przechodnim Pokojem Dziedzica. Zatrzymała się na widok ciotki Arleth, besztającej kobietę, 

która szorowała marmurową podłogę w holu.

- Nie pozwalam na to, Annie! Wstań i wynoś się stąd!

- O co chodzi? - spytała spokojnie Sinjun. Ciotka Arleth gwałtownie się odwróciła.

-   Nie   pochwalam   tego,   dziewczyno.   Spójrz,   co   ona   robi!   Te   marmurowe   płyty 

pozostawały nietknięte od wielu, wielu lat.

- Tak, i zarosły brudem do tego stopnia, że biedna Annie ma już pewnie odciski na 

kolanach, tak długo szoruje podłogę.

- Mówiłam ci już, że tu nie pasujesz, młoda damo, a teraz powtórzę to jeszcze raz. 

Jakim prawem wydajesz pieniądze lorda na takie głupstwa?

- O, nie. Zapewniam, że pieniądze są moje - odparła Sinjun z uśmiechem.

- Uważam, że czysta podłoga wygląda o wiele ładniej, ciotko - odezwała się Serena, 

schodząc   po   schodach.   W   bladoniebieskiej,   powiewnej   sukni   z   jedwabiu   wyglądała   jak 

księżniczka.

- A cóż ty masz do powiedzenia? Ty, która wciąż tylko bierzesz i bierzesz. Jak ty 

wyglądasz! Jesteś stuknięta!

- Wyglądam pięknie. Lustra nie kłamią. Jesteś stara i dlatego dręczy cię zazdrość. 

Droga Joan, czy mogę ci jakoś pomóc?

- Bardzo miło, że pytasz, Sereno. Chodźmy do Przechodniego Pokoju Dziedzica i 

porozmawiajmy przy śniadaniu.

- Och, nie będę teraz jadła śniadania. Pójdę raczej nazrywać fioletowych ostów, one są 

godłem Szkocji.

- Nie wiedziałam.

- O tak. Kiedy wikingowie przybyli tu, aby gwałcić i rabować, jeden z nich nastąpił na 

oset   i   krzyknął   z   bólu.   Jego   wrzask   zaalarmował   miejscowych   Celtów,   którzy   zdążyli 

umknąć.

-  Cóż  za  brednie  - fuknęła   ciotka  Arleth.  A  potem  dodała  szeptem:  -  Czemu  nie 

usiądziesz pod jarzębiną?

background image

- Jesteś niemiła, ciotko. Nic by się nie stało, nawet gdybym usiadła. Nabieram mocy w 

ciągu dnia. Jestem czarownicą, Joan. Ale dobrą. Porozmawiamy później.

I nucąc pod nosem wyfrunęła przez potężne drzwi frontowe.

- O co chodzi z tą jarzębiną? - spytała Sinjun.

- Nie (woja sprawa - odparła ciotka Arleth.

- Świetnie. Zostaw w spokoju Annie, ciotko Arleth. Czy masz ochotę zjeść ze mną 

śniadanie?

- Pozbędę się ciebie - powiedziała ciotka Arleth wrogim tonem. A potem odwróciła się 

na pięcie i wymaszerowała z holu. Nie wyszła jednak na dwór, lecz wspięła się na schody.

Sinjun zastanowiła się, czy na górze dzieje się coś, w czym ciotka Arleth mogłaby 

przeszkodzić. Z ulgą stwierdziła, że nie.

-   Kiedy   się   zmęczysz,   Annie,   rozprostuj   nogi   i   przyjdź   do   kuchni.   Kucharka 

przygotowała   dla   wszystkich   ogromne   kubki   z   kawą   i   upiekła   placuszki.   -   Sinjun   z 

przyjemnością myślała o przepysznych pierniczkach owsianych.

- Dziękuję, milady.

Sinjun  uśmiechnęła  się,   słysząc  reperujących   schody  cieśli.   Kiedy  doprowadzą  do 

porządku główne schody i poręcze, zabiorą się za schody galerii. A potem przeniosą się do 

północnej wieży. Prace postępowały. Sinjun była zadowolona.

Weszła do Pokoju Dziedzica i ucieszyła się na widok Dulcie siedzącej między Filipem 

a Dahling.

- Dzień dobry, Dulcie. Dzień dobry, dzieci.

- Dzień dobry pani - odpowiedziała Dulcie. - Filip nie chmurz się tak, bo zmarszczki 

na czole pozostaną ci na całe życie. Dahling, nie rozmazuj jajka po obrusie!

Jak   zwykle,   pomyślała   Sinjun,   przypominając   sobie   śniadania   w   towarzystwie 

wszystkich dzieciaków Rydera. Dom wariatów, istny dom wariatów. Nałożyła sobie porcję na 

talerz i usiadła na krześle Colina, bo stało najbliżej dzieci.

- To krzesło papy.

- Wiem. Bardzo ładnie rzeźbione i wystarczająco duże, aby się zmieścił.

- To nie twoje miejsce.

- W ogóle tu nie pasujesz - dodała Dahling.

- Jestem żoną waszego ojca. Więc gdzie jest moje miejsce, jeżeli nie tutaj, w zamku?

To pytanie zbiło Dahling z tropu. Ale nie Filipa.

- Teraz, kiedy papa ma już twoje pieniądze, możesz pójść do klasztoru.

- Paniczu Filipie!

background image

-   Aleja   nie   jestem   katoliczką,   Filipie.   Co   bym   tam   robiła?   Nie   mam   pojęcia   o 

godzinkach i jutrzniach.

- Co to są godzinki?

- Poranne modlitwy do Matki Boskiej, Dahling.

- W takim razie jedź do Francji i zostań królową.

-   To   dobry   pomysł,   Dahling,   ale   akurat   teraz   we   Francji   mają   już   władczynię, 

cesarzową Józefinę, żonę Napoleona.

Teraz obydwoje znaleźli się w ślepej uliczce.

- Doskonała owsianka. Nie ma jak świeże płatki. Uwielbiam je z brązowym cukrem.

- A ja wolę z kawałeczkiem masła - powiedział Filip.

- Naprawdę? W takim razie jutro spróbuję z masłem. - Sinjun zjadła ze smakiem 

ostatnią łyżkę owsianki- popiła kawą i oświadczyła: - Przez ostatnie trzy dni bardzo ciężko 

pracowałam.   Dzisiaj   pora   na   przyjemność.   Zrobimy   sobie   razem   konną   przejażdżkę   i 

pokażecie mi okolicę.

- Boli mnie brzuszek - jęknęła Dahling, po czym zgięła się w pół i zaczęła jęczeć.

- Ja pojadę - powiedział Filip.

Sinjun zauważyła, że porozumiewawczo mrugnął do siostry.

*

Filip zgubił Sinjun w niecałe dwie godziny. Aby znaleźć drogę powrotną z Lomond 

Hills do zamku, potrzebowała trzech godzin. Ale przedpołudnie wcale nie było zmarnowane. 

Sinjun poznała pięć rodzin zagrodników i z każdą napiła się jabłecznika. Spotkała Freskina, 

mężczyznę, który umiał pisać i miał gęsie pióro oraz pergamin. Spisała nazwiska chłopów i 

to, co powinno być w ich gospodarstwach ulepszone. Mieli za mało ziarna, potrzebowali 

krów i owiec; ale najważniejsze było ziarno.

Jeśli nawet wiedzieli, że Colin ożenił się tylko dla pieniędzy, to przez uprzejmość nie 

dawali   tego   po   sobie   poznać.   Sinjun   coraz   lepiej   rozumiała   miejscowy   dialekt.   „Słodka 

żoneczka” oznaczała plotkarkę. Żona Freskina z całą pewnością była słodka.

Dzień   był   piękny,   więc   Sinjun   pozwoliła   swojej   klaczy   pocwałować   po   zboczach 

wzgórz i przez zagajniki. Przyjechawszy nad Loch Leven zaczerpnęła dłońmi wody z jeziora i 

napiła się jej.

Puszczona luzem klacz omal nie wpadła w bagno. Nauczona doświadczeniem, Sinjun 

wróciła do zamku trzymając się torfowisk biegnących wzdłuż wzgórz.

Kiedy wreszcie przyjechała do domu, była zmęczona, ale bardzo zadowolona.

background image

Zatrzymała   się   na   wzniesieniu,   z   którego   niedawno   oglądała   zamek   z   Colinem. 

VereCastle wciąż wydawał się jej magiczny, może nawet bardziej niż poprzednio, bo stała się 

jego częścią. Przypomniała sobie, że należy kupić materiał i uszyć proporce, aby powiewały 

na czterech wieżach zamku. Może znajdzie też jakąś piękną młodą dziewczynę o złocistych 

włosach, która siedząc w oknie wieży będzie splatała i rozplatała warkocze.

Podśpiewując,  wjeżdżała  do zamku,  gdy zauważyła,  że  przy frontowych  drzwiach 

czeka na nią Filip.

-   Zabrałeś   mnie   na   piękną   przejażdżkę,   paniczu   Filipie!   Przechytrzyłeś   mnie. 

Poczekaj,   aż   pojedziemy   do   mego   domu   na   południu   Anglii.   Wtedy   ja   zgubię   ciebie   w 

klonowych lasach. Ale zostawię ślady z okruszków, żebyś mógł trafić do domu.

- Wiedziałem, że wrócisz.

- Pewnie, przecież tu mieszkam.

Filip kopnął kamyk czubkiem znoszonego trzewika.

- Następnym razem postaram się lepiej.

Sinjun nie udawała, że go nie rozumie. Uśmiechnęła się i zmierzwiła jego piękne 

czarne włosy - włosy Colina.

- Nie wątpię, że się lepiej postarasz. Ale posłuchaj mnie, Filipie. Przyjechałam, żeby 

tu zamieszkać, więc lepiej będzie, jeśli się do mnie przyzwyczaisz, nie uważasz?

- Dahling ma rację, jesteś paskudna.

Sinjun leżała w łóżku i wpatrywała się w ciemny sufit. Od czasu wyjazdu minął już 

tydzień, a wciąż nic było od Colina żadnej wiadomości. Niepokoiła się; nie, raczej czulą się 

poirytowana.   Pokoje   w   części   elżbietańskiej   były   czyste,   a   dwieście   funtów   prawie   ze 

szczętem zostało wydane. Miała ochotę pojechać do Edynburga, nie tylko, by zobaczyć się z 

mężem, ale także by wziąć od niego więcej pieniędzy. Ludzie, którzy dla niej pracowali, 

zasługiwali na zapłatę, a nie na obietnice.

Cieśle byli gotowi do pracy w północnej wieży. Może powinna zaczekać z tym na 

Colina; może powinna pozwolić, by osobiście doglądał ich pracę? Nie, niech go diabli. Nic 

zasłużył sobie na tę przyjemność. Sinjun przewróciła się na bok, a potem znów na wznak, i 

westchnęła.

Tego   dnia   złożono   jej   pierwszą   wizytę.   Miejscowy   wicehrabia   i   jego   małżonka 

przybyli poznać posażną żonę, która uratowała dziedzictwo jego lordowskiej mości.

Sinjun podsłuchała, jak ciotka Arleth skarżyła się gościom:

-   To   prawdziwa   udręka,   Luizo.   Może   ona   jest   posażną,   ale   nie   ma   za   grosz 

wychowania i nie szanuje lepszych  od siebie. W ogóle się ze mną nie Uczy i rozstawia 

background image

wszystkich po kątach.

Sir Hector MacBean rozglądał się po zamku z wielką aprobatą i bez zdziwienia.

- Zrobiła wiele dobrego, Arleth. Dom pachnie czystością. Spójrz na ten kandelabr, 

Luizo. Bałem się pod nim przechodzić. A teraz cały lśni i ma nowe łańcuchy.

I tę właśnie chwilę Sinjun wybrała na swoje wejście. Poprawiła spódnicę i wkroczyła 

z uśmiechem.

Wizyta   udała   się.   Philpot,   w   swojej   nowej   czarnobiałej   liberii,   podał   doskonałe 

pierożki. Wyglądał dostojnie jak król Jerzy III i był równie uprzejmy.

Ciotka Arleth miała pogardliwą minę. Sinjun podsunęła jej pierożki, mówiąc:

- Ten krem z mleka i jaj jest przepyszny, smakuje ci, ciotko?

Ciotkę Arleth zatkało. Zdobyła się tylko na skinięcie głową.

MacBeanowie   byli   sympatyczni   i   zdawali   się   szczerze   lubić   Colina.   Wychodząc, 

Luiza poklepała Sinjun po ramieniu i rzekła:

- Wyglądasz na bardzo zaradną dziewczynę. W Vere Castle dzieje się wiele dziwnych 

rzeczy i krążą o nim różne plotki, ale mam nadzieję, że doprowadzisz wszystko do porządku, 

nie zwracając uwagi na ludzkie gadanie, bo to tylko bzdury.

Sinjun podziękowała jej, nie bardzo wiedząc, co miała na myśli.

Stała na schodach i machała im na pożegnanie.

- Wyobrażasz sobie, że jesteś od nas dużo lepsza. Cóż, śmiem twierdzić, że Luiza cię 

przejrzała. Opowie wszystkim, jaka z ciebie parweniuszka... - powiedziała ciotka Arleth, gdy 

wszyscy już poszli.

- Jestem córką hrabiego. Jeżeli uważasz hrabiankę za parweniuszkę, to chyba brak ci 

wykształcenia. Mam dość twoich złośliwości - odparła Sinjun i odwróciła się nie dając ciotce 

czasu na odpowiedź. - Dahling! Chodź, kochanie, przymierzymy nową sukienkę.

Poprzedniej   nocy   Sinjun   znalazła   w   łóżku   węża.   Był   długi,   czarny,   wił   się   jak 

oszalały,   próbując   umknąć.   Sinjun   wzdrygnęła   się   na   jego   widok,   a   potem   uśmiechnęła. 

Ostrożnie owinęła go sobie wokół ramienia i wyniosła biedaka na dół, po czym wypuściła do 

ogrodu.

Zastanawiała się, co ją czeka tej nocy. Wkrótce się przekonała. Okazało się, że to 

powtórka z przedstawienia o duchu. Dzieciaki były naprawdę utalentowane. Sinjun odezwała 

się drżącym głosem:

- Och, to znowu ty. Zostaw mnie, duchu, proszę, zostaw mnie w spokoju.

Duch wkrótce zniknął, a Sinjun przysięgłaby, ze usłyszała cichutki chichot.

background image

*

- Joan! - zawołał Colin, wbiegając po wyczyszczonych schodach.

Powitały go dzieci. Dahling uczepiła się jego nogi, krzycząc, że Sinjun jest podła i 

paskudna, i wstrętna, i okrutna.

Filip milczał. Colin uściskał oboje i zapytał, gdzie jest Joan.

-   Joan?   -   zapytał   Filip   bezmyślnie.   -   Ach,   ona.   Ona   jest   wszędzie   naraz.   Robi 

wszystko. Nie daje nikomu spokoju.

Wtedy zjawiła się ciotka Arleth, sycząc Colinowi do ucha, że ta dziewczyna, którą 

musiał   poślubić,   wszystkim   rozkazuje   i   niszczy   zamek.   I   jak   Colin   ma   zamiar   na   to 

zareagować?

Brakowało tylko Sereny, która nadeszła zaraz potem. Uśmiechnęła się słodko, wspięła 

na palce i ucałowała Colina prosto w usta. Zdumiony, odsunął się od niej, ale Serena nie 

przestawała się uśmiechać.

- Cieszę się, że wróciłeś - powiedziała pieszczotliwym tonem, a Colin uniósł wysoko 

brwi.

- Dahling, puść moją nogę; Filip, zabierz siostrę. Dokąd? Dokądkolwiek. Wszystko 

jedno. Arleth, daj mi spokój. Gdzie jest Joan?

- Tu jestem.

Zadarł   głowę   i   ujrzał   ją   schodzącą   po   szerokich   schodach.   Miała   na   sobie   nową 

suknię, bardzo prostą, z delikatnego jasnożółtego muślinu, wcale nie wyszukaną, suknię, jaką 

mogłaby włożyć wiejska dziewczyna, ale na Joan wyglądała bardzo dobrze.

Stęsknił się za nią. Myślał o niej więcej niż by chciał i dlatego wcześniej wrócił do 

domu. Nie załatwił jeszcze wszystkich spraw, ale przyjechał, żeby się z nią zobaczyć. Tak, 

myślał, wygląda bardzo ładnie, i nie mógł się doczekać, kiedy zdejmie z niej suknię, pocałuje 

ją i zagłębi się w niej. I wtedy pociągnął nosem i wszelkie miłe fantazje minęły. Wosk i 

cytryna. Przed oczami stanęła mu matka i Colin zastygł, bo to przecież było niemożliwe.

A potem rozejrzał się dookoła i zamrugał z niedowierzaniem.

Wszystko   było   nieskazitelnie   czyste.   Co   nie   oznacza,   że   kiedykolwiek   przedtem 

zauważył, że jest brudno. Ale teraz to sobie uświadomił.

Kandelabr wyglądał jak nowy, marmurowa posadzka była czysta jak lustro. Colin nie 

odezwał się ani słowem. Był zdumiony. Wszedł do salonu, a potem do Przechodniego Pokoju. 

Zobaczy! nowe zasłony, które wyglądały prawie tak samo jak stare, zobaczył dywany, które 

choć stare, wyglądały jak nowe, a ich żywe kolory mieniły się w słońcu.

background image

- Ja także się cieszę, że wróciłeś, Colin. Spojrzał na swoją żonę.

- Widzę, że byłaś bardzo zajęta, Joan.

-   Och   tak,   wszyscy   byliśmy   bardzo   zajęci.   Spójrz   na   zasłony.   Są   nowe,   ale   z 

identycznego materiału jak poprzednie. Nie do wiary, że w magazynie w Dundee wciąż mają 

taki sam materiał. A wzór pochodzi sprzed prawie pięćdziesięciu lat! Czy to nie wspaniałe?

- Lubiłem stare zasłony.

- Naprawdę? Chcesz powiedzieć, że lubiłeś nagromadzony przez lata kurz?

- Dywany wyglądają jakoś dziwnie.

- Oczywiście. Są czyste. Kiedy po nich przejdziesz, nie wzbijesz już tumanów kurzu.

Colin otworzył usta, ale Sinjun uciszyła go, podnosząc rękę.

- Pozwól, że zgadnę. Wolałeś je takimi, jakie były przedtem.

- Tak. Już powiedziałem, zrobiłaś rzeczy, których nie pochwalam.

-   Wołałbyś,   żebym   leniuchowała,   czytając   powieścidła,   które   trzymasz   w   tym 

zjedzonym przez mole pokoju zwanym biblioteką, i zapychając się placuszkami?

Colin spostrzegł, że stoją od siebie na odległość metra, ale nie podszedł bliżej. To on 

miał rację; Joan musiała to zrozumieć i przeprosić go.

- Powinnaś była  zaczekać  z tym  na mnie.  Powiedziałem  ci, że masz  sporządzić  i 

przedstawić mi listę, a potem...

- Papo, ona jest paskudna i znęca się nade mną i nad Filipem! Raz nawet kazała mi 

zostać w pokoju, a była bardzo ładna pogoda.

- Nawet dzieci, Joan? - Colin spojrzał na córkę. - Idź do Dulcie. Chcę porozmawiać z 

waszą macochą.

- Nie chcemy jej tutaj! Powiedz, żeby nas więcej nie biła.

Sinjun spojrzała na dziewczynkę, a potem wybuchnęła śmiechem.

- Zupełnie nieźle, Dahling. Strzał z grubej rury. Całkiem nieźle.

- Idź już, Dahling. Zajmę się Joan. Ach, ciotka Arleth, jesteś tu jeszcze? Zostawcie 

nas, proszę, i zamknijcie drzwi. Muszę porozmawiać z żoną.

- Powiedz jej, żeby przestała wszystko rujnować, Colin. W końcu to ty jesteś tutaj 

panem,   mężem   i   dziedzicem,   a   nie   ta   dziewczyna.   Nie   ona   zarządza   zamkiem,   lecz   ty. 

Dopilnuj, żeby...

- Wyślij ją do zakonu! - wrzasnęła Dahling i zniknęła za drzwiami.

Arleth skinęła głową i wyszła. Zostali sami w pięknie wysprzątanym salonie. Nawet 

meble lśniły czystością.

- Biłaś moje dzieci?

background image

Sinjun spojrzała na męża. Był piękny i poczuła, że jej tętno przyspiesza na sam jego 

widok, ale teraz wydawał się jej obcy. Piękny nieznajomy. Miała ochotę go uderzyć.

- Biłaś je, Joan?

To   było   bez  sensu,  po  prostu  śmieszne.   Musi  natychmiast  przerwać   tę  idiotyczną 

scenę. Szybko podeszła do Colina, wspięła się na palce i zarzuciła mu ręce na szyję.

- Straszliwie się za tobą stęskniłam - powiedziała i pocałowała go. Usta miał ciepłe i 

zaciśnięte. Nie rozchylił ich.

Chwycił ją za ramiona i odsunął od siebie.

- Nie było mnie w domu prawie trzy tygodnie. Wróciłem tylko po to, żeby się z tobą 

zobaczyć, żeby się przekonać, czy jesteś bezpieczna, czy przeklęci MacPhersonowie nic ci nie 

zrobili. Nie mogłem znaleźć Robbie'ego MacPhersona w Edynburgu. Unikał mnie, bo jest 

nędznym   tchórzem.   Oczywiście,   dowiedziałbym   się,   gdyby   coś   się   stało,   ale   wolałem 

sprawdzić osobiście. Jesteś prawdziwą panią na zamku, prawda? Bardzo prędko przejęłaś 

władzę i robisz tu, co ci się podoba. Nie Uczysz się z moim zdaniem. Lekceważysz moje 

życzenia. Masz mnie za nic.

Jego słowa spłynęły po niej jak woda po gęsi. Sinjun nie nawykła do takiego tonu.

- Zrobiłam to, co uważałam za słuszne.

- Jesteś zbyt młoda, by wiedzieć, co jest słuszne.

- Bzdura, dobrze o tym wiesz. Ach, oto i Serena, z pewnością znów chce cię ucałować. 

Masz zamiar wygłaszać swoje kazanie w jej obecności? Jeśli chcesz, zawołam także dzieci i 

ciotkę   Arleth.   Utworzą   wspaniały   chór,   wyśpiewujący   ci   wszystkie   moje   grzechy.   Nie? 

Świetnie, w takim razie może się przejdziesz do swego pokoju w wieży. Wtedy dopiero dasz 

upust całej swojej zgorzkniałości.

To powiedziawszy,  odwróciła  się i odeszła. Zupełnie  jak chłopak, pomyślał  Colin 

zagryzając usta. Zacisnął pięści.

- Byłoby dobrze, gdybyś  spróbowała zaprzyjaźnić się z moimi dziećmi. Widzę, że 

nadal traktują cię jak intruza. Widzę, że nie lubią cię, tak samo jak ty ich.

Sinjun nawet się nie odwróciła, tylko rzuciła przez ramię:

-   Głośniej.   Dzieci   zawsze   naśladują   rodziców.   Colin   zamilkł.   Szedł   za   nią   do 

północnej wieży.

Wciąż czuł zapach wosku i cytryny i wiedział, że Joan miała czelność robić, na co jej 

tylko przyszła ochota, także w jego pokoju. W jedynym pokoju, który zawsze był tylko jego. 

Przyspieszył kroku. Na widok zreperowanych schodów powiedział:

- Nic chciałem ich remontować w ten sposób. Coś ty, do diabła, zrobiła?

background image

- Ciekawe, co by ci się spodobało? A może chciałbyś mieć schody po przekątnej? A 

może lepiej co drugi stopień z zapadnią dla tych, co nie okażą się wystarczająco uważni?

- Nie masz prawa wtrącać się w nie swoje sprawy. Mówiłem ci, żebyś tego nie robiła.

Nie powiedział już ani słowa i podążał za nią.

Otworzył obite brązem drzwi prowadzące do jego pokoju; zapach czystości zupełnie 

ściął go z nóg. Stanął na środku kolistego pomieszczenia, wpatrując się w stojący na biurku 

wazon z różami. Róże, na miłość boską, ulubione kwiaty jego matki, a na domiar złego ich 

zapach zmieszany z cierpką wonią cytryny.

Zamknął oczy i wyszeptał:

- Przeszłaś samą siebie, madame.

- Naprawdę? Wolałeś brud? Wolałeś, żeby twoje książki zgniły? Mało im brakowało. 

A półki pod nimi były przeżarte przez korniki i inne robactwo.

Colin czuł wściekłość i bezsilność. Ona miała rację, niech ją diabli, zachowywał się 

jak pies ogrodnika, ale to przecież jego dom, jego rzeczy,  jego odpowiedzialność. A ona 

zabrała się do sprawy po swojemu, nie czekając na jego pozwolenie i wskazówki. Tego nie 

mógł darować.

- Nienawidzę woni cytryn i wosku. A zapach róż przyprawia mnie o mdłości.

- Ależ pani Seton powiedziała mi, że twoja matka...

- Nie waż się mówić o mojej matce!

- Dobrze, nie powiem już ani słowa.

- Wtargnęłaś do mego pokoju, jedynego miejsca w tej stercie kamieni, które należy 

tylko do mnie od dnia moich urodzin! Weszłaś tu i zmieniłaś wszystko po swojemu.

- Nic tutaj nie zmieniłam, rozejrzyj się dookoła, a sam się przekonasz. Róże, owszem, 

ale nic poza tym, a one także nie są żadną zmianą, tylko tymczasowym dodatkiem. Wydaje ci 

się, że wolisz, aby te stare dywany utkane przez twoją prapraprababkę straciły swoje barwy i 

obróciły się w pył? A na zniszczonych schodach można sobie połamać nogi. Dlatego kazałam 

powstawiać nowe kamienie. Wszystko jest tak jak dawniej, niczego nie zmieniałam. Możesz 

sam sprawdzić, że kamienie pasują do reszty. A dywan, na miłość boską, ten piękny stary 

dywan! Dopiero teraz widać jego żywe kolory!

- To ja powinienem podjąć decyzję.

Nie dawał za wygraną, musiała przyznać, że był wytrwały.

- Reperacja schodów nie była aż taka kosztowna. Czemu więc nic z nimi nie zrobiłeś?

- To, co zrobiłem i czego nie zrobiłem, to wyłącznie moja sprawa. Nie będę ci się 

tłumaczył. To mój dom, mój zamek. Postąpiłaś niewłaściwie.

background image

- Jestem twoją żoną. Vere Castle jest również moim domem. Odpowiadam za niego.

- Jesteś tylko tym, kim ci pozwolę być.

- Robisz z siebie głupca! Czekałam i czekałam na twój powrót. Prawie trzy tygodnie 

bez   żadnej   wiadomości.   Najwyraźniej   zapominasz,   mój   panie,   że   ty   także   jesteś   za   coś 

odpowiedzialny. Na przykład za własne dzieci.

- Moje dzieci! Wszystko wskazuje na to, że nie lubią cię tak samo jak wtedy, kiedy 

ujrzały cię po raz pierwszy. I prawdopodobnie nie dzieje się tak bez powodu. Podniosłaś na 

nie   rękę,   prawda?   Wyobraziłaś   sobie,   że   zajęłaś   moje   miejsce,   że   będziesz   wszystkimi 

rządziła i karała dzieci.

Sinjun wykazała dość rozsądku, by nie tknąć pierwszego wydania dzieł Szekspira. 

Wybrała opasłe tomisko autorstwa jakiegoś nieznanego szesnastowiecznego mnicha i cisnęła 

nim w Colina.

Trafiła go w klatkę piersiową. Odskoczył do tyłu. Przyglądał się jej, nie wierząc, że 

ośmieliła się to zrobić. Gdyby miała pod ręką miecz, prawdopodobnie rzuciłaby się na niego z 

mieczem.

A on nie mógł się doczekać powrotu do domu. Tęsknił do chwili, gdy zobaczy swoją 

młodą żonę, a ona ciska w niego książką. Wyobrażał sobie, że zasiądzie przy stole w jadalni, 

z żoną po prawicy.  Dzieci  będą dobrze wymyte  - oczywiście  jej delikatnymi  rączkami  - 

uśmiechnięte i zadowolone ze swojej nowej macochy. Roztarł uderzone miejsce. Przyjemne 

marzenia   rozwiały się.  Ale  racja była  po  jego stronie.  Miała  pieniądze,   więc  zajęła   jego 

miejsce i stała się panem jego domu. Tego nie można darować.

-   Myślę,   że   zamknę   cię   w   sypialni.   Nie   będziesz   tu   wprowadzała   dalszych 

nieporządków.

Sinjun przyglądała mu się. Piękne czarne włosy Colina były rozwiane przez wiatr. 

Twarz miał ogorzałą, a oczy błękitne. Zdradliwie błękitne, pomyślała, pełne złości i niechęci 

do niej.

- Ukarzesz mnie za to, że stałam się jedną z Kinrossów?

-   Prawdziwa   żona   Kinrossa   nie   zmuszałaby   nikogo   do   słuchania   swoich   poleceń. 

Szanowałaby uczucia innych osób. Byłaby posłuszna mężowi. Nie możesz się zachowywać 

jak dziedzic tylko dlatego, że wniosłaś duży posag. Nie pozwolę ci na to.

Sinjun   odeszła   bez   słowa.   Nie   próbował   jej   zatrzymywać.   Zniknęła   w   wąskich 

drzwiach i Colin usłyszał jej lekkie kroki na krętych schodach, świeżo wyremontowanych 

krętych schodach.

- A niech to diabli - mruknął.

background image

Sinjun poszła wprost do stajni. Nie mogła się doczekać klaczy Fanny, ale dotychczas z 

Northcliffe Hall nie nadeszły nawet kufry. W stajni zastała Karła Murdocka. Spojrzał jej w 

twarz, bladą i napiętą, w oczy, których wyrazu nie rozumiał, i szybko osiodłał dla niej Carrot, 

młodą gniadą klacz.

Sinjun nie miała na sobie stroju do konnej jazdy. Ale nie dbała o to. Zauważyła, że 

Murdock nie założył klaczy damskiego siodła. Było jej wszystko jedno. Kiedy jej dosiadła, 

spódnica zadarła się Sinjun powyżej kolan, odsłaniając białe jedwabne pończochy i czarne 

pantofelki.

- Chwała Bogu, pojechała sobie - westchnęła ciotka Arleth.

- Co masz na myśli? - zapytał Colin.

- Mówię, że odjechała konno. Ladaco, nie  włożyła  nawet stroju do konnej jazdy. 

Zadzierała spódnicę pokazując pończochy. Widziałam ją z okien jadalni.

- Czy będziesz mógł zachować jej pieniądze, Colin? - zapytała Serena przechodząc 

przez hol i przeglądając się w marmurowych płytach posadzki.

Nie zdążył jej odpowiedzieć, bo w drzwiach stanął Karzeł Murdock. Miął w rękach 

czerwoną czapkę.

- Jestem trochę zaniepokojony, milordzie - powiedział.

Colin zaklął, długo i potoczyście. Murdock spojrzał na niego z dezaprobatą. Ciotka 

Arleth otworzyła usta, żeby go zwymyślać, ale nie zdążyła. Colin wybiegł z domu. Klął przez 

całą drogę do stajni. Jego ulubiony ogier Guliwer miał zwichniętą nogę. Wybrał więc Starego 

Cumbera,   spokojnego,   niemłodego   już   konia,   który   przeżył   więcej   rodowych   waśni   niż 

niejeden mieszkający tu człowiek.

- W którą stronę pojechała?

- W kierunku zachodniego krańca jeziora.

Colin nie odnalazł jej. Nie pozostawiła żadnego śladu. Spędził na poszukiwaniach 

dwie   godziny,   na   przemian   przeklinając   ją   i   niepokojąc   się,   że   schwytał   ją   któryś   z 

MacPhersonów.   Wątpił,   czy   stary   Latham   MacPherson   rzeczywiście   zabronił   dalszych 

najazdów na ziemie Kinrossów. Całkiem możliwe, że Robbie MacPherson odłączył się od 

ojca. jeżeli kiedykolwiek w ogóle był mu posłuszny. Colin pocił się. Wrócił do zamku o 

zachodzie słońca. Klacz Joan, Carrot, spokojnie pasła się przy stajni.

Karzeł Murdock wzruszył ramionami, ale unikał wzroku pana.

- Wróciła dobrą godzinę temu, milordzie. Nic nie mówiła.

- Ach, tak - odparł Colin i gniewnie uderzył się szpicrutą po udzie.

Nie zdziwił się widząc, że sypialnia jest nie tylko pusta, ale także czysta jak cały 

background image

zamek. Była nadal mroczna, ale nie tak ponura jak dawniej. Schodząc na kolację do jadalni 

przyrzekł sobie trzymać język za zębami. Nie chciał wszczynać następnej kłótni w obecności 

całej rodziny.

Sinjun stała przy kominku. Miała na sobie tę samą suknię. W ręce trzymała kieliszek 

sherry.   Ciotka   Arleth   rozprawiała   o   czymś   nieprzyjemnym,   Serena   siedziała   na   kozetce, 

wpatrując się rozmarzeniem w przestrzeń, a dzieci na kanapce, pod opieką Duicie.

Sinjun przyglądała się, jak Colin wchodzi do jadalni. Ależ był wspaniały. Wcale nie 

zamierzała zajmować jego miejsca, dureń. Jak mógł być tak ślepy? Chciała tu mieć swoje 

własne - nie jego - miejsce. Chciała być obok niego. Śmiać się z nim, pracować, całować go, 

czuć jego ciało obok swojego.

- Dobry wieczór - powiedział Colin.

- Papo, ona powiedziała,  że nie dostaniemy  kolacji, ale skoro ty tu jesteś, będzie 

musiała ustąpić.

Duicie chwyciła Dahling za ramię.

- Jesteś małą złośliwą paskudą, Dahling Kinross!

- Prawdziwą wiedźmą - dodał Colin.

- Troszkę przedobrzyłaś, Dahling - powiedziała Sinjun uśmiechając się do pasierbicy. 

- Ale warto było spróbować. Dam ci radę. Nigdy nie należy przesadzać, oto główna zasada 

obowiązująca w teatrze.

- Chciałabym występować na deskach scenicznych - odezwała się Serena. - Tak to się 

mówi po angielsku, prawda, Joan?

- Tak, właśnie tak. Już teraz chodzisz tak pięknie, jakbyś się unosiła w powietrzu. Cała 

reszta przyszłaby ci bez trudu.

- Co za bzdury - stwierdziła ciotka Arleth. - Jakie masz zamiary, Colin?

- Zjeść kolację, ciotko Arleth. Oto Philpot. Joan, weź mnie pod rękę.

Nie miała na to szczególnej ochoty,  ale wszyscy na nią patrzyli,  więc musiała go 

posłuchać. Kiedy poklepał ją po ręce, napięła się gotowa do walki.

- Och, nie teraz, kochanie, i nie tutaj. Powiem ci, czego od ciebie oczekuję dopiero 

wtedy, gdy znajdziemy się za drzwiami mojej sypialni, mojej bardzo czystej sypialni.

background image

ROZDZIAŁ 12

Colin dotrzymał słowa. Wprowadził Sinjun do sypialni, a potem starannie zamknął 

drzwi na klucz. Patrząc na nią wsunął klucz do kieszeni.

- Chcesz, żebym rozpalił ogień w kominku? Sinjun pokręciła głową.

- Myślę jednak, że to dobry pomysł. Wkrótce będziesz naga, a nie chcę, żebyś drżała z 

zimna. Chcę, żebyś drżała z mojego powodu.

Ach,   więc   taka   ma   być   zemsta   mężczyzny,   pomyślała   Sinjun   przyglądając   się 

Colinowi.   Był   teraz   bardzo   opanowany   i   wyglądał   na   zdecydowanego   i   rozgniewanego. 

Prawdopodobnie znów zwęszył znienawidzoną woń wosku i cytryny.

Ale Sinjun nie na darmo obdarzona została dwoma upartymi i inteligentnymi braćmi, 

przy których wiele nauczyła się o mężczyznach oraz o ich nieobliczalnym zachowaniu.

Oto   Colin,   postępujący   jakby   był   sułtanem,   a   ona   jego   niewolnicą.   Ten   obrazek 

spodobał   się   jej.   Podobałby   się   jeszcze   bardziej,   gdyby   Colin   śmiał   się   i   żartował.   Tak, 

welony, dziesiątki zwiewnych welonów, a ona zatańczy dla niego i...

- Dlaczego się uśmiechasz?

- Z powodu welonów.

- Czyś ty postradała zmysły, Joan?

- Nie. Po prostu wyobraziłam sobie, że jesteś sułtanem, a ja twoją niewolnicą na jedną 

noc, i że tańczę dla ciebie przystrojona w welony.

Milczał   zdumiony.   Ta   dziewczyna   wciąż   go   zaskakiwała,   nigdy   nie   wiedział,   co 

wymyśli.   Nawet   jeśli   mówiła   coś,   czego   się   spodziewał,   ujmowała   to   dziwnie   jasno   i 

niewinnie, bez cienia jakiejkolwiek przebiegłości. A Colin tego nie lubił.

- Uważam, że to czarujący pomysł. Tej nocy zatańczysz dla mnie po prostu nago. A w 

razie   gdybyś   potrzebowała   akompaniamentu,   będę   klaskał   w   dłonie.   Po   powrocie   do 

Edynburgu kupię ci kilka przezroczystych szali. I wtedy spróbujemy po raz drugi, w sposób 

bliższy twojej wizji.

- Ach, więc znowu masz zamiar wyjechać? Pewnie przed świtem, kiedy będę jeszcze 

spała.  Rozumiem,   Colin.  Chcesz   uniknąć   sceny,   boisz  się,  że   będę  cię  błagała,   abyś   nie 

zostawiał mnie samej w nieznanym domu, wśród obcych ludzi, w przeklętej cudzoziemskiej 

krainie. A może myślisz, że namówiłabym cię, abyś ze mną został? Nie, nie sądzę. Ach tak, 

zapomniałam o twoich krewnych, którzy umilą mi życie. Ciotka Arleth jest naprawdę groźna. 

Nienawidzi i ciebie, i mnie. O ile się zorientowałam, kochała tylko twego brata i ojca, który 

źle  ją potraktował,   przynajmniej  w  jej  mniemaniu.  Jeśli  chodzi  o  Serenę,  to  nie  potrafię 

background image

powiedzieć,   w   jakim   świecie   żyje.   Realnym   czy   baśniowym.   Jest   stuknięta,   ale   w   miły 

sposób. A co do dzieci, cóż, w dalszym ciągu będę je tłukła, kiedy mi tylko przyjdzie ochota.

- Nie chcę się z tobą więcej kłócić, Joan. Zapamiętaj sobie jednak, że podczas mojej 

nieobecności   nie   będziesz   wprowadzać   żadnych   innowacji.   Nic.   Będziesz   miła   dla 

wszystkich, a w szczególności dla moich dzieci. Tego oczekuję od mojej żony.

- Idź do diabła, Colin.

Patrzył, jak Sinjun zadziera głowę i czuł, że krew spływa mu Z mózgu w krocze. Ta 

sama dziewczyna, która uwielbiała go w Londynie i błagała, aby ją posiadł w czasie podróży 

do Szkocji, teraz stała się jędzą. W jej niebieskich  oczach Sherbrooke'ów nie było  śladu 

oddania.   Był   w   nich   ogień,   ale,   co   dziwne,   ogień   zimny   jak   światło   księżyca.   I   to   go 

podniecało.

Postąpił krok naprzód. Ani drgnęła.  Nie miała  zamiaru  pozwolić,  aby ją gonił po 

sypialni, chociaż kiedyś słyszała, jak Alex z piskiem uciekała przed Douglasem. A kiedy piski 

ucichły, Sinjun wiedziała, że robią coś wspaniałego. Ale teraz nie było wspaniale.

- Pozwolę, żebyś mnie pocałował, Colin. Już ci mówiłam, że bardzo to lubię.

- O, tak. Pocałuję cię.

- Jeśli chcesz, ja pocałuję ciebie.

- Tak. Spodziewam się, że odpowiesz na moje pocałunki.

- Nie. Chodzi mi o to, że będę całować i pieścić  twoją męskość, jeśli sobie tego 

życzysz. Poprzednim razem słuchanie twoich jęków i przyglądanie się jak drżysz sprawiło mi 

przyjemność.

Colin znieruchomiał. Przełknął ślinę. Poczuł, że ma wzwód. Wyobraził sobie, że Joan 

leży na nim i dotyka go ustami i dłońmi. Poczuł dotyk jej włosów na brzuchu.

- Nie - powiedział. - Nie chcę, żebyś to robiła. - I poczuł, jak jego ciało się buntuje.

-   Dlaczego?   Przecież   to   lubiłeś.   Nie   rozumiem,   dlaczego   tak   szybko   mnie   wtedy 

powstrzymałeś. Ja się po prostu uczyłam. Dziś w nocy moglibyśmy to robić bardzo długo. 

Nie chcę, żebyś robił ze mną inne rzeczy. Zadecydowaliśmy już, że nie będziesz. Jesteś zbyt 

duży.

- Już ci mówiłem, że nie masz o niczym pojęcia. U dziewczyny tak inteligentnej i 

wykształconej podobna ignorancja jest po prostu śmieszna. Będę się z tobą kochał, Joan. T 

wejdę w ciebie, jak się należy. Tak jak to robią mężczyźni i kobiety od czasu, kiedy Bóg 

umieścił ich w Raju.

- Widzę, że jesteś zdecydowany. Po prostu badałam, na czym stoimy. Jestem gotowa 

na kompromis, Colin. Myślę, że jeden raz będę w stanie wytrzymać. Nie powinno być tak źle. 

background image

Ale nie zgodzę się na więcej. Byłoby okrucieństwem, gdybyś nalegał.

Colin nie mógł się powstrzymać od śmiechu. Boże, tak za nią tęsknił. Miał nawet 

ochotę wziąć sobie kobietę,  ale nie uczynił  tego, chociaż  kitka dam czyniło  mu  awanse, 

których  tylko ślepy by nie zauważył.  Nie, nie tknął innej kobiety i myślał o Joan. O jej 

długich, białych nogach. Ale najbardziej ojej absolutnej szczerości. Zaklął. Ani przez chwilę 

nie wierzył,  że Joan tknęłaby jakiekolwiek dziecko choć jednym  palcem,  nawet Dahling, 

kiedy była najbardziej nieznośna.

-   Nie,   zrobimy   to   jak   należy.   Zachowywałem   wstrzemięźliwość.   A   nie   jestem 

stworzony do celibatu. Posiądę cię tyle razy, ile zechcę, a tobie to sprawi przyjemność, Joan. 

Zaufaj mi.

Sinjun nie poruszyła się.

- Nie lubię, kiedy się mnie zmusza. - Westchnęła głęboko. - Nie jestem w ciąży, Colin.

- Nic dziwnego. Potrzebujemy kilku razy,  aby spłodzić dziecko. Potrzebujemy też 

więcej wzajemnego zrozumienia. Musisz się nauczyć, jaka jest twoja rola w moim domu i 

czego od ciebie oczekuję.

- Nie, chodzi mi o to, że nie jestem w ciąży akurat w tej chwili.

Colin poczuł wielki zawód. Cała krew napłynęła mu z powrotem do mózgu. Gdyby 

była pełnia księżyca, zacząłby wyć i uganiać po bagniskach jak szaleniec.

Spojrzał na nią z resztką nadziei.

- To znaczy, że w ciągu ostatniego tygodnia stwierdziłaś, że nie jesteś w ciąży.

- Nie, właśnie teraz, kiedy rozmawiamy.

- A może zbliżasz się do końca okresu?

- Nie.

Czy mówiła mu prawdę? Z pewnością tak.

- A niech to diabli - mruknął.

- To ulubione przekleństwo moich braci - powiedziała. - Z wyjątkiem Tysena, który 

jest duchownym.

- Muszę przyznać, że nieraz to od nich słyszałem. Mówili to zawsze, nim się na mnie 

rzucili.

-   Kochają   mnie   -   powiedziała   z   prostotą.   Czekała.   Colin   nic   nie   odpowiedział. 

Wyglądało nawet na to, że ma ochotę coś powiedzieć, ale nie znajdował odpowiednich słów. - 

Tak - powtórzyła Sinjun. - Niech to diabli.

- Chodź, pocałuję cię.

To   wprawdzie   niczego   nie   załatwi,   ale   będzie   przyjemne,   co   do   tego   nie   miała 

background image

wątpliwości. Podeszła do niego bez wahania.

- Bardzo to lubię. Dziękuję, Colin.

Nie był to najlepszy pocałunek Colina, pomyślała. Wolałaby, aby całował ją tak, jak w 

czasie nocy poślubnej. Odsunął ją łagodnie, ale nadal trzymał dłonie na ramionach Sinjun. 

Wdychał jej słodką woń. Czuł gładkość jej ciała pod palcami.

- Edynburg jest tylko o pół dnia drogi - powiedziała nie spuszczając oczu z jego ust.

- Tak, wiem.

- Mógłbyś przyjeżdżać do domu co kilka dni, Colin.

- Tak, ale nie wrócę, dopóki nie załatwię wszystkiego do końca.

- Gdzie jest Robert MacPherson? Rozmawiałeś ze starym dziedzicem?

- Nie mam pojęcia, gdzie jest teraz Robert MacPherson. Możliwe, że przyjechał tu za 

mną. Nie wiem. Ale jest bardzo prawdopodobne, że został w Edynburgu, żeby mnie tam 

dopaść. Jak dotąd nic nie zrobił. Spotkałem się ze starym Lathamem, jego ojcem, który nie 

rozumie, dlaczego Robbie zachowuje się jak tchórzliwy głupiec. Zawiadomił syna, że chce się 

z   nim   zobaczyć,   ale   jak   dotąd   nie   otrzymał   odpowiedzi.   Latham   twierdzi,   że   Robbie 

powiedział mu, że nie mam przeciwko niemu żadnych dowodów. Prędzej czy później Robbie 

sam do mnie przyjdzie.

- Czemu go po prostu nie zabijesz? Colin zamrugał.

- Jesteś kobietą - powiedział powoli. - A kobiety pozostają łagodne nawet w obliczu 

gwałtu i wojny. A ty chcesz, żebym go zabił?

- Tak - odparła po namyśle. - Sądzę, że musisz to zrobić. Z tego co wiem, sprawia 

wrażenie niezrównoważonego, coś jak ciotka Arleth. Nie chcę żyć w ciągłym strachu, że cię 

zrani lub zabije. Tak, myślę, że powinieneś go zabić, tylko ostrożnie.

Colin nie wiedział, co ma jej odpowiedzieć.

- Mogę napisać do moich braci, żeby nam poradzili, jak postąpić.

- Nie - odpowiedział prędko. - Tylko nie to. Posłuchaj, możliwe, że Robbie nie ma nic 

wspólnego   z   naszymi   kłopotami.   Nie   bardzo   w   to   wprawdzie   wierzę,   ale   istnieje   taka 

możliwość. W końcu tylko ty ucierpiałaś w Edynburgu, a Robbie jest dobrym strzelcem. 

Trudno uwierzyć, że chybił.

- Zapominasz, co się stało w Londynie. I muszę dodać, że słowo „kłopot” jest zbyt 

słabym określeniem na próbę zabójstwa.

- Nie jestem pewny.

- A więc zostaniesz w Edynburgu, dopóki on cię nie zabije lub dopóki ty go nie 

zabijesz w obronie własnej?

background image

- Na to wygląda - odparł Colin z krzywym uśmieszkiem.

- Czasami wydaje mi się, że dżentelmeni są zbyt łagodni.

- Nie chcę skończyć na szubienicy.

- Och, zrobiłbyś to tak, żeby nikt cię nie podejrzewał.

- Nie wiem. Nigdy. nikogo nie zabiłem z premedytacją.

Colin wypuścił Sinjun i patrzył, jak podchodzi do wielkiego skórzanego fotela.

-   Ani   ja.   Ale   chciałabym,   żebyś   mimo   wszystko   wziął   to   pod   uwagę.   A   teraz 

chciałabym, żebyś mnie przeprosił za swoje nieprzyjemne zachowanie.

Colin zachował kamienną twarz.

- Zawarliśmy umowę. I ty jej nie dotrzymałaś. Okazałaś mi nieposłuszeństwo.

- I gdyby nie to. że jestem akurat niedysponowana, ukarałbyś mnie za to.

- Do diabła, kochanie się nie jest karą!

-   Ha!   Jako   twoja   żona   wiem   o   tym   najlepiej!   Jest   bolesne,   poniżające   i   daje 

przyjemność   tylko   mężczyźnie,   który   równie   dobrze   mógłby   pokryć   kozę   i   mieć   z   tego 

zadowolenie!

Colin zaklął.

- W porządku, przebaczę ci, nawet jeżeli nie jesteś w stanie mnie przeprosić. Mam 

zamiar nadal remontować zamek, ale muszę ci zakomunikować, że wydałam całe dwieście 

funtów.

- W takim razie przestaniesz się wtrącać w nieswoje sprawy.

-   O   nie,   jeżeli   nie   dasz   mi   więcej   pieniędzy,   pozwolę,   aby   pani   Seton   nadal 

opowiadała   sprzedawcom,   jak   to   ty,   łowca   posagów,   wykorzystujesz   swoją   posażną 

małżonkę.

- Nadal opowiadała?

- O, tak. Przepada za tym. I nawet mnie polubiła, bo jestem niewyczerpanym źródłem 

pieniędzy. Pozyskałam ją z łatwością.

Colin poczuł się tak, jakby ugrzązł w zdradzieckim bagnie Kelly.

- Porozmawiam z nią i zapowiem, żeby trzymała język za zębami.

Zdawał sobie sprawę, że była to rozpaczliwa próba Stworzenia pozorów, iż panuje nad 

sytuacją. Sinjun nie dała się na to nabrać.

- Przyjechałem  do domu, żeby się z tobą zobaczyć  - westchnął Colin. - I ma się 

rozumieć, z dziećmi. Życzę sobie, abyś spróbowała pozyskać sobie ich sympatię.

- Dzieci potrzebują czasu, aby się do kogoś przekonać. Filip i Dahling także. Jestem 

raczej zadowolona z naszych postępów.

background image

-   Liczysz   sobie   lat   dziewiętnaście,   a   nie   dziewięćdziesiąt   jeden!   Nie   pojadłaś 

wszelkich rozumów na temat dzieci!

- Wiem o nich bardzo wiele. Że są nieobliczalne, przewrotne i niezwykle pomysłowe. 

Zobaczymy, co będzie dalej. Dobrze by było, gdybyś tu został i pokazał im, że ich macocha 

jest czarującą osobą.

-   Jadę   do   Ciackmannanshire,   aby   dopilnować   kupna   owiec.   Bydło   przybędzie   z 

Berwick. Wrócę do domu, kiedy zwierzęta znajdą się w domu, a Robert MacPherson okaże 

się martwy lub niewinny.

- Sporządziłam kilka list rzeczy potrzebnych twoim ludziom. Myślę, że zechcesz na 

nie rzucić okiem. Są w kantorze.

Colin   zaklął   jeszcze   raz,   ale   nie   powiedział   nic   więcej,  po   prostu   schował   się   za 

orientalnym parawanem i włożył na siebie szlafrok Sinjun.

Opuścił zamek o świcie, kiedy jeszcze spala.

*

Sinjun uśmiechnęła się słysząc, że wielki zegar w holu wybija dwunastą. Ach, już 

północ, zaraz się zacznie.

I   rzeczywiście.   Dziesięć   minut   później   rozległo   się   delikatne   skrobanie,   jakby 

bieganina szczurów, a także znane jęki i podzwanianie łańcuchów.

Sinjun   usiadła   powoli   na   łóżku   i   policzyła   do   pięciu,   a   potem   wrzasnęła   tak 

przerażająco, że sama się przestraszyła.

- Och, proszę, przestań! Wielkie nieba, na pomoc, ratunku! - A potem dodała: - Nie 

mogę tego znieść, będę musiała opuścić to nawiedzone miejsce. Perlista Jane, odejdź, odejdź, 

zostaw mnie.

Dźwięki ucichły.

Pół godziny później Sinjun zsunęła się z łóżka.

Filip rzucał się we śnie. Śniło mu się, że walczy z ogromnym  pstrągiem, którego 

złowił w zeszłym tygodniu w Loch Leven, dokąd poszedł z Karłem Murdockiem. We śnie 

ryba straszliwie urosła i teraz jej rozwarta paszcza była wielkości otwartych drzwi. Karzeł 

Murdock chwalił Filipa za to, że jest takim doskonałym rybakiem, a jego głos stawał się coraz 

cichszy i cichszy, aż...

Ale to nie był glos Karła Murdocka. Nagle pstrąg zniknął, a Filip był w swoim łóżku, 

lecz nie sam. Poczuł na szyi czyjeś miękkie palce i usłyszał głos. Który mówił:

- Jesteś sprytnym chłopcem, Filipie, sprytnym I grzecznym. Och, tak, dobry z ciebie 

background image

chłopak.

Filip spojrzał w górę i zobaczył, że obok łóżka się zjawa damy.

Ma długie, prawie białe włosy i ubrana jest w białą powiewną suknię. Jest piękna i 

młoda, ale wygląda przerażająco. Jej palce są jeszcze bielsze niż suknia.

Z truciem przełknął ślinę i wrzasnął co sił w płucach. Złapał kołdrę i naciągnął na 

głowę. To tylko koszmarny sen, w jego mózgu pstrąg zmienił się w ducha, myślał, ale i tak 

zagrzebywał się w materac i kurczowo trzymał kołdrę.

Cichy głos znów się odezwał:

- To ja, Filipie, Duch Dziewicy. Twoja macocha opowiadała ci o mnie. Ja się nią 

opiekuję. Twoja Perlista Jane boi się mnie. Ona nie jest zadowolona, że ty i Dahling udajecie 

ją, żeby nastraszyć Sinjun.

Głos nagle umilkł. Filip ani drgnął. Nie mógł oddychać, więc zrobił sobie mały tunel 

w pościeli. Czekał, łapczywie chwytając powietrze.

Dopiero o świcie odważył  się wytknąć głowę spod kołdry. Przez okna sączyło się 

blade światło.

Ani śladu ducha.

Sinjun powróciła do swoich zajęć. Była pogodna, uśmiechnięta i szczera. Marzyło się 

jej, aby ciotka Arleth wpadła do jakiejś głębokiej studni. Miała wielką ochotę pojechać do 

Edynburga. A może Colin był teraz w Crackmannanshire albo w Berwick? Niech go diabli.

Tego dnia, późnym  rankiem, przybyły  jej kufry i klacz Fanny.  Przywieźli je trzej 

stajenni pod wodzą Jamesa,  koniuszego z Northcliffe  Hall.  Sinjun tańczyła  z radości jak 

dziecko, ucałowała nawet Jamesa i stajennych. W Northcliffe Hall wszystko układało się 

dobrze, tylko matka Sinjun była nieco przygnębiona, bo, według słów Jamesa, nie miała kogo 

pouczać.   James   dał   Sinjun   listy,   zobaczył,   że   Dulcie   uśmiecha   się   do   niego,   jakby   był 

księciem, i zachwycony został na noc w Vere Castle.

Następnego ranka po odjeździe Jamesa i chłopców stajennych Sinjun poszła do stajni i 

własnoręcznie osiodłała Fanny.

-   To   dobra   klacz   -   stwierdził   Karzeł   Murdock.   Młody,   dwudziestodwuletni   Ostle 

przytaknął mu z entuzjazmem. Jerzy II, „wielorasowy” kundel, rozszczekał się, czując zapach 

nieznanego zwierzęcia, i Crocker zwymyślał go tak barwnie, że Sinjun postanowiła uczynić 

go swym nauczycielem.

Dzień był ciepły, słońce świeciło na bezchmurnym niebie. Sinjun poprowadziła Fanny 

po drodze, która została poszerzona i posypana nowym żwirem, za co Colin miał zapłacić po 

powrocie do domu. Sinjun uśmiechnęła się. W dniu wyjazdu Colina zleciła wiele innych 

background image

ulepszeń. Chały trzech zagrodników zostały pokryte nowymi dachami. Zakupiła siedem kóz i 

rozdzieliła je pomiędzy chłopów mających małe dzieci i niemowlęta. Wysłała pana Setona- 

który lubił robić wrażenie na sąsiadach i sprzedawcach - do Kinross, żeby zakupił więcej 

ziarna i najpotrzebniejsze narzędzia rolnicze. Rozdzieliła pomiędzy zagrodników kilkadziesiąt 

kurcząt. O tak, była bardzo zajęta, wtrącała się we wszystko, a jeśli Colin nie wróci wkrótce 

do   domu,   sama   zabierze   się   do   remontu   drugiego   skrzydła   zamku.   Zleciła   już   szwaczce 

uszycie   proporców   na   cztery   wieże   Vere   Castle.   Wzór   sukna   Kinrossow   to   były   pasy 

czerwone, ciemnozielone i czarne. Sinjun bardzo chciałaby zobaczyć Colina w spódniczce 

szkockich górali, ale od 1746 roku strój taki był zakazany przez prawo. Lecz proporce w 

barwach Kinrossow mogą dumnie powiewać na wieżach.

Sinjun poderwała klacz do galopu, a przy Loch Leven poluzowała lejce, żeby Fanny 

mogła się napić zimnej wody z jeziora. Spojrzała na torfowiska ciągnące się aż po skalne 

zbocza   Loinond   Hills.   Jałowe,   nagie   i   dzikie.   Nawet   z   tej   odległości   dostrzegła   plamy 

fioletowego wrzosu rosnącego pomiędzy skałami i w szczelinach. Ziemia, im dalej na zachód, 

tym stawała się bardziej żyzna i zielona; każdy akr był obsiany pszenicą, jęczmieniem albo 

żytem. Kraina kontrastów, ale również piękna, które poruszało Sinjun do żywego. Teraz to jej 

kraina.

Poklepała Fanny po gładkiej szyi.

-   Staję   się   romantyczką,   a   ty   przytyłaś   -   wyszeptała   wdychając   woń   wrzosów.   - 

Douglas pozwalał ci się objadać. Brakowało ci dobrego galopu, dziewczyno.

- To samo mówię czasami swoim kobietom. Sinjun obróciła się w siodle. Jakieś pięć 

metrów od niej na wspaniałym gniadoszu berberyjskim siedział jakiś mężczyzna. Dlaczego 

Fanny nie zarżała?

- Zastanawiam się, czemu moja klacz nie zarżała? - powiedziała Sinjun prostując się.

Mężczyzna   zmarszczył   brwi.   Pragnął,   by   się   go   przestraszyła.   Albo   przynajmniej 

okazała zaskoczenie. Ale może po prostu ta dziewczyna wolno myślała i nie zrozumiała jego 

żarciku.

- Klacz nie zarżała, bo pije wodę z jeziora. Powiadają, że woda z tutejszego jeziora ma 

magiczne właściwości, i klacz będzie ją piła, dopóki nie pęknie.

- Muszę ją powstrzymać.  - Sinjun ściągnęła lejce, zmuszając Fanny do uniesienia 

głowy. - Kim jesteś, panie? Sąsiadem?

- Przypuszczam, że tak. Pani jest nową hrabiną Ashburnham?

Sinjun skinęła głową.

-   Jest   pani   całkiem   ładna.   Spodziewałem   się   raczej   jakiejś   wiedźmy   z   zajęczymi 

background image

zębami, skoro jest pani czystej krwi dziedziczką. Colin chyba zdaje sobie sprawę, że oto stał 

się najszczęśliwszym łajdakiem pod słońcem.

- Cieszę się, że nie jestem wiedźmą, bo Colin nigdy by się ze mną nie ożenił, choćbym 

miała nie wiem ile pieniędzy. A co do tego, czy jest szczęśliwy, nie mam pewności.

Mężczyzna znów zmarszczył brwi.

- Colin jest głupi. Nie zasługuje na żadną kobietę. Sinjun przyjrzała mu się dokładniej. 

Wydawał   się   wysoki,   może   nawet   wyższy   od   Colina,   chociaż   nie   była   tego   pewna,   bo 

przecież siedział  na ogierze. Postawę miał niedbałą,  wyraz  twarzy rozbawiony,  a ubranie 

najwyższej   jakości   i   doskonale   skrojone.   Był   bardzo   szczupły,   niemal   delikatny.   Głowę 

porastały mu miękkie, jasne włosy, a czoło posiadał wysokie i szerokie. Jego rysy sprawiały 

wrażenie zbyt subtelnych, niemal kobiecych. Cerę miał bladą, oczy jasnoniebieskie, zarys 

szczęki i podbródka łagodny jak u kobiety, Taki ładniutki mężczyzna, a złośliwy?

- Kim pan jest? - zapytała.

- Nazywam się Robert MacPherson.

- Tego się właśnie spodziewałam.

-   Słyszała   pani   o   mnie?   Cóż,   to   ułatwia   sprawę,   prawda?   Co   ten   łajdak   o   mnie 

naopowiadał?

Sinjun potrząsnęła głową.

- Czy to pan próbował zabić Colina w Londynie?

Stwierdziła, że nie. Zdziwienie w jego oczach było zbyt czytelne. Zacisnął dłonie na 

lejcach. Roześmiał się i odpędził muchę z szyi swego konia.

- Niewykluczone. Korzystam ze sprzyjających okoliczności.

- Dlaczego chciałby pan zabić Colina?

- To morderca. Zabił moją siostrę. Skręcił jej kark i zepchnął ze skarpy. Czyż to nie 

wystarczający powód?

- Ma pan dowody, żeby go oskarżać? Podjechał bliżej. Klacz odrzuciła głowę do tyłu i 

wywróciła oczami czując zapach ogiera.

- Proszę się nie zbliżać - powiedziała Sinjun i uspokoiła Fanny.

- Nie rozumiem, dlaczego pani się mnie nie boi. Jest pani teraz zdana na moją łaskę. 

Mogę z panią zrobić, co zechcę. Mogę panią zgwałcić i napełnić jej” łono moim nasieniem. 

Może pani zajść w ciążę i nosić moje dziecko.

Przechyliła głowę na bok i przyjrzała mu się.

- Mówi pan jak kiepski aktor w podrzędnym sztuczydle granym w Drury Lane. Bardzo 

ciekawe.

background image

- Co jest takie ciekawe, do diabła? - zapytał zakłopotany Robert MacPherson.

-   Inaczej   sobie   pana   wyobrażałam   -   odparła.   -   Prawda,   że   często   tak   bywa?   Pan 

myślał, że jestem jędzą. A ja myślałam, że będzie pan podobny do Colina albo MacDuffa - z 

pewnością zna pan MacDuffa, prawda? - ale okazało się, że nie. - Jest pan... - Zamilkła. 

Słowo   „ładny”   nie   było   tu   na   miejscu.   Podobnie   jak   „pełen   wdzięku”,   „elegancki”   lub 

„śliczny”.

- Jaki jestem?

-   Wygląda   pan   dość   sympatycznie.   Na   dżentelmena,   pomimo   tych   wszystkich 

złośliwości.

- Nie jestem sympatyczny.

- Siostra była do pana podobna?

- Fiona? Nie, ona była ciemnowłosa jak cyganka, lecz bardzo piękna, piękniejsza niż 

marzenie grzesznika - miała niebieskie oczy, jak zamarznięta woda w jeziorze, a włosy tak 

czarne jak noc w piekle. Czemu pani pyta? Jest pani zazdrosna o jej ducha?

-   Nie,   nie   zazdrosna.   Ale   po   prostu   ciekawa.   Ciotka   Arleth,   to   znaczy   panna 

MacGregor, twierdzi, że Fiona zakochała się w Malcolmie i zdradziła Celina, i dlatego Colin 

ją zabił.  To bardzo dziwne, bo Colin jest najdoskonalszym  mężczyzną  na świecie.  Jakaż 

kobieta, mając go za męża, mogłaby pragnąć innego? Myśli pan, że to możliwe?

- Najdoskonalszy mężczyzna! To łajdak! Łajdak i morderca! Ale Fiona kochała tylko 

swego męża. Od chwili kiedy skończyła piętnaście lat, pragnęła tylko jego, a na pewno nie 

Malcolma, chociaż on miał na nią ochotę. Nasz ojciec nastawał, żeby wyszła za Malcolma, bo 

to on miał zostać dziedzicem po śmierci starego Kinrossa, ale Fiona w ogóle nie chciała o tym 

słyszeć. Omal nie zagłodziła się na śmierć, dopóki ojciec nie dał za wygraną. Dostała Colina, 

ale jej szczęście nie trwało długo. Pamiętam, że wciąż oskarżała go o niewierność, stale była 

o niego zazdrosna. Nie mógł spojrzeć na inną kobietę, żeby na niego nie wrzeszczała. Colin 

miał dosyć Fiony i jej chorobliwej zazdrości, nawet ja go rozumiałem, ale nie miał prawa 

pozbywać się jej w taki sposób. Nie miał prawa zrzucać jej z tej przeklętej skarpy. A potem 

twierdzić, że nic nie pamięta. To bzdura.

- Tak, to bardzo dziwne, panie MacPherson. Każdy opowiada co innego. Nie mogę 

także zrozumieć, dlaczego Fiona uważała Colina za niewiernego. On by nigdy nie złamał 

przysięgi.

- Bzdura! Oczywiście, że złamał przysięgę. Sypiał z innymi kobietami. Fiona była 

kiedyś czarująca i wesoła. Mężczyźni w jej obecności zupełnie tracili głowy i to się bardzo 

podobało Colinowi, łechtało jego męską próżność. Potem stała się zazdrosna nawet o służące 

background image

w Vere Castle. Wtedy zaczął  sypiać  z innymi  kobietami.  Żeby ukarać Fionę. Ale to nie 

znaczy,  że nie sypiał  także  z nią. Opowiadała  mi,  że brał ją jak oszalały,  tak bardzo jej 

pragnął.   Ona   była   czarownicą.   Zazdrosną   czarownicą.   Nawet   kiedy   jej   nienawidził, 

przepełniała go żądza i pragnienie. Musiałem czekać z zemstą, bo mój ojciec wierzył, że 

Colin  jest  niewinny.   Ale  teraz   ojciec  jest  już   stary  i  bezsilny.   Nadal  wzbrania  się  przed 

zemstą. Jego służący opowiadał mi, że przesiaduje całymi dniami wspominając swoje dawne 

najazdy na ziemie Kinrossów. Ale to już nie ma znaczenia. Przynajmniej nie dla mnie. Robię 

to,   co  uważam   za   stosowne.   Wkrótce   zostanę   dziedzicem.   Od  kilku   dni  obserwuję  Vere 

Castle. Wiem, że Colin czeka na mnie w Edynburgu. Chce się ze mną zmierzyć, a może 

nawet zabić, tak samo jak zabił moją siostrę. Ale ja postanowiłem wyprowadzić go w pole. 

Wróciłem tu. I wreszcie pani przyjechała tu sama. Teraz pojedzie pani ze mną.

- Dlaczego?

-   Zostanie   pani   moją   zakładniczką   i   Colin   będzie   się   musiał   ze   mną   Uczyć. 

Sprawiedliwości w końcu stanie się zadość.

- Nie potrafię wyrazić, jak trudno jest panu wierzyć, kiedy wypowiada pan podobne, 

nic nie znaczące słowa.

Robert MacPherson prychnął i zamachnął się pięścią.

- Nie sądzę, by się panu udało - powiedziała Sinjun i szybko jak błyskawica zdzieliła 

go przez twarz szpicrutą.

Zawył. Jego ogier uskoczył i wspinając się na tylne kopyta, zrzucił jeźdźca z siodła. 

Robert spadł na bok, ale natychmiast się podniósł.

Sinjun nie czekała, by sprawdzić, co będzie dalej. Pokierowała Fanny za ogierem. 

Złapała jego lejce. Poczuła, że ramię omal nie wyskoczyło jej ze stawu, ale w końcu oba 

konie pogalopowały łeb w łeb.

Usłyszała   jak   Robert   MacPherson   wykrzykuje   za   nią   przekleństwa.   W 

przeciwieństwie do ogiera Douglasa, ten koń nie reagował na głos swojego pana. Dzięki 

Bogu.

Bardzo dziwny człowiek, pomyślała Sinjun.

background image

ROZDZIAŁ 13

Sinjun nikomu nie opowiedziała o swoim spotkaniu z Robertem MacPhersonem. A 

zresztą komu  mogłaby opowiedzieć?  Wyobrażała sobie, jak zareagowałaby ciotka Arleth. 

Prawdopodobnie stanęłaby po stronie MacPhersona i dostarczyłaby mu Sinjun w worku.

Uwolniła ogiera w pobliżu granicy z MacPhersonami i klepnęła go po zadzie. Miała 

nadzieję, że Robert ma przed sobą długą drogę do domu.

Należało natychmiast sprowadzić Colina z Edynburga. Trzeba działać szybko.

Ale, zastanawiała się, przebierając się ze stroju do konnej jazdy w cienką suknię z 

ciemnozielonego   muślinu,   co   by   zrobił   Colin?   Wyzwał   MacPhersona   na   pojedynek? 

MacPherson   był   podstępny   jak   łasica.   Pokazał,   co   potrafi   w   Edynburgu,   kiedy   usiłował 

zastrzelić Colina, ale zamiast niego zranił Sinjun. Pomacała policzek, przypominając sobie 

odłamek skały, który ją zadrasnął. Skaleczenie wygoiło się, nie pozostawiając blizny. Nie, nie 

może narażać życia Colina, Wiedziała, że zachowałby się honorowo, bo był tego rodzaju 

człowiekiem. Wątpiła, czy MacPherson posiada choć cień honoru. Sama się z nim rozprawi. 

Tak,   dżentelmeni   postępowali   zbyt   łagodnie,   kierowali   się   niepraktycznymi   zasadami. 

Powinna coś wymyślić. Chciała, by Colin był w domu, z nią i z dziećmi, i by nie groziło mu 

żadne niebezpieczeństwo. Jeśli nie wróci do domu, nigdy się nie nauczy o nią troszczyć.

Szybko   weszła   po   schodach   wiodących   do   pokoju   Colina   w   północnej   wieży. 

Potrzebowała strzelby, a on miał u siebie odpowiednią kolekcję. Nie będzie więcej opuszczała 

zamku nie uzbrojona.

Drzwi do pokoju były uchylone. Zaintrygowana otworzyła je szerzej.

Przed   zbiorem   ojcowskiej   broni   stał   Filip.   Sięgał   po   stary   pistolet,   który 

prawdopodobnie nie nadawał się do użytku.

- Filipie - odezwała się cicho.

Drgnął i odwrócił się. Jego twarz była śmiertelnie blada.

- Ach, to ty - powiedział z ulgą. - Co robisz w pokoju mego ojca?

- Mogłabym ci zadać to samo pytanie. Po co ci ten pistolet, Filipie?

- Nie twoja sprawa! A poza tym jesteś głupią dziewczyną, więc i tak byś mnie nie 

zrozumiała!

Sinjun uniosła brwi.

-   Tak   myślisz?   Cóż,   może   sprawdzimy,   czy   masz   rację?   Chodźmy   do   ogrodu   i 

urządźmy sobie małe zawody.

- Umiesz strzelać?

background image

- Oczywiście. Wychowywali mnie bracia. Jestem także mistrzynią w strzelaniu z łuku. 

A ty?

- Nie wierzę ci.

-   A   powinieneś.   Pewnego   razu   uratowałam   się,   raniąc   w   ramię   bardzo   złego 

człowieka.

Filip odwrócił się do niej tyłem i Sinjun zauważyła, że chłopiec załamuje ręce.

Nagle zrozumiała, co się stało. To Duch Dziewicy tak go wystraszył. Sinjun poczuła 

się winna. Nigdy przedtem nie udawała ducha, żeby przestraszyć dziecko. Nie przyszło jej do 

głowy, że chłopiec aż tak się przerazi. Westchnęła głęboko.

- Co się stało, Filipie?

- Nic.

- Mówiłam ci, że Perlista Jane odwiedziła mnie kilka razy?

Filip zarumienił się.

- Głupi  duch. Ona wcale  nie istnieje.  Zmyślasz  takie  rzeczy,  bo jesteś tchórzliwą 

dziewczyną.

- A chłopcy nie boją się duchów?

Filip omal nie zemdlał. Ale zadarł do góry brodę i prychnął pogardliwie:

- Oczywiście, że nie!

- Pamiętasz jak opowiadałam o Duchu Dziewicy? Duchu, który mieszka w Northcliffe 

Hall?

- Tak, ale ja w to nie uwierzyłem.

- A powinieneś. Ona tam jest. Naprawdę. Ale... - Sinjun nabrała powietrza - ale nie ma 

jej w Vere Castle. O ile wiem, ona nigdy nie podróżuje, chociaż myślę, że Szkocja by jej się 

spodobała.

Filip sięgnął po pistolet, ale Sinjun odepchnęła ramię chłopca.

- Nie, Filipie. Jej tutaj nie ma. Chodź, pokażę ci coś. Filip poszedł za nią z ociąganiem.

- To sypialnia papy.

- Wiem. Wejdź do środka.

Sinjun odesłała Emmę, która odkurzała wielką szafę. Poczekała aż pokojówka wyjdzie 

z pokoju, a potem otworzyła drzwi do szafy, pogrzebała w jednym z rogów i sięgnęła po małe 

pudełko na kapelusze.

- Popatrz, Filipie.

Wyjęła perukę i białą suknię. Myślała, że Filip upadnie z wrażenia, ale tylko jeszcze 

bardziej pobladł i cofnął się o krok.

background image

- Nie, to tylko kostium. Zrobiłam tę perukę z surowej wełny i koziej sierści. Ty i 

Dahling usiłowaliście przestraszyć mnie waszą Perlistą Jane. Przedstawienie było naprawdę 

doskonałe. Za pierwszym  razem śmiertelnie  się wystraszyłam.  Postanowiłam się zemścić. 

Odwiedziłam cię po waszym ostatnim występie.

Filip wpatrywał się w nią.

- To ty byłaś tym duchem, który poklepał mnie po karku i kazał zostawić Sinjun w 

spokoju?

- Tak. - Chciała mu powiedzieć, że jest jej bardzo przykro, że go tak wystraszyła, ale 

uznała, że to by tylko zraniło jego dumę.

- Dlaczego papa nazywa cię Joan?

- Bo myśli, że Sinjun brzmi jak męskie przezwisko, i ma rację. Ale to także moje imię, 

które lubię i do którego jestem przywiązana. Chciałbyś mnie nazywać Sinjun?

- Tak, bo to nie brzmi jak imię jakiejś głupiej dziewczyny albo...

- Albo złej macochy?

Filip skinął głową, nie spuszczając oczu z peruki i białej sukni.

- Skąd wiedziałaś, że to ja i Dahling, a nie Perlista Jane?

- Przez ten muł z bagniska. Sam w sobie był naprawdę przerażający, ale z łańcuchami, 

jękami i skrobaniem za boazerią to już trochę przesadziliście, jeśli wiesz, co mam na myśli. 

Poza tym Dulcie powiedziała mi, że poprzedniego dnia byliście z Crockerem nad Krowim 

Bagnem.

- Och.

- Nie potrzebujesz pistoletu?

- Gdybym chciał, wziąłbym go sobie i wygrałbym z tobą każde zawody.

Mali   chłopcy,   myślała   Sinjun,   są   naprawdę   wspaniali.   Mali   chłopcy   wyrastają   na 

mężczyzn, którzy pozostają tacy sami.

- Umiesz fechtować?

- Nie, papa jeszcze mnie nie nauczył - odparł zmartwiony.

- W takim razie moglibyśmy się uczyć razem. MacDuff powiedział, że wkrótce nas 

odwiedzi. Jeżeli twój papa nie wróci do tego czasu, może MacDuff da nam lekcje.

- Naprawdę umiesz strzelać z łuku i z kuszy?

- Tak.

- W południowej wieży jest stara zbrojownia. Mamy tam wszelkie rodzaje broni, także 

kusze i szable. Crocker dba o nie. To jego hobby.

- Chciałbyś się nauczyć strzelać z kuszy?

background image

Filip powoli skinął głową i znów spojrzał na perukę i białą suknię.

- Myślę, że Sinjun jest w porządku. Joan brzmi trochę jak imię dla cocker spaniela.

- Mam takie same odczucia.

*

MacDuff   przyjechał   następnego   ranka   i   zastał   Sinjun   i   Filipa   w   sadzie,   z 

dwóchsetletnimi kuszami i w doskonałej zgodzie. Crocker siedział na płocie i strugał nowe 

strzały, a u jego stóp leżał kundel Jerzy II.

Na widok wielkiego MacDuffa zerwał się i zaczął wściekle ujadać.

- Leżeć, Jerzy!

Jak na psa o królewskim imieniu był nadzwyczaj posłuszny. Przypadł do ziemi u stóp 

swego pana i oparł łeb na przednich łapach, machając ogonem jak flagą na silnym wietrze.

Sinjun usłyszała szczekanie psa, ale nie odwróciła się.

-   Tak,   Filipie,   to   doskonała   postawa.   Dobrze,   tuż   poniżej   nosa.   A   lewe   ramię 

wyprostowane i nieruchome. Tak. O to chodzi.

Cel  stanowił  wypchany  słomą  strach  na  wróble,  którego  Sinjun  przyniosła  z  pola 

pszenicy. Stał w odległości dwudziestu kroków.

- Tak, bardzo ostrożnie... pomału.

Filip wypuścił strzałę, która pomknęła w kierunku stracha i trafiła go w pachwinę. 

MacDuff krzyknął boleściwie.

-   Dobry   strzał   -   powiedziała   Sinjun   i   odwróciła   się,   aby   powitać   kuzyna   męża. 

-MacDuff! Najwyższy czas, abyś nas odwiedził. Strzelasz?

- Och, nie, Sinjun. To nie w moim stylu. Nigdy nie musiałem. Jestem o wiele za duży i 

o   wiele   zbyt   brzydki,   żeby   ktoś   usiłował   mnie   zaatakować.   -   Zacisnął   potężną   pięść   i 

potrząsnął nią. - To jedyna broń, jakiej potrzebuję, przynajmniej tak myślą tchórze.

- Masz rację - zgodziła się Sinjun. - Widziałeś strzał Filipa?

- Oczywiście. Kto cię tego nauczył, Filipie?

- Sinjun - odparł chłopiec. - Ona jest naprawdę dobra. Pokaż mu, Sinjun.

Sinjun strzeliła, szybko i lekko. Strzała trafiła stracha prosto w szyję.

- Mój Boże - powiedział MacDuff. - Doskonale. Bracia cię uczyli?

- Tak. Ale nie wiedzą, że ich prześcignęłam. A może domyślają się, ale nigdy by się 

do tego nie przyznali.

- Bardzo rozsądnie, że im o tym nie powiedziałaś - stwierdził MacDuff. - Ich męska 

duma bardzo by ucierpiała.

background image

- Mężczyźni - powiedziała Sinjun. - Dlaczego to dla nich takie ważne?

- Nie wiem dlaczego, ale jest ważne.

- Filipie, pobiegnij do ciotki Arleth i powiedz, że przyjechał MacDuff. Zostaniesz na 

dłużej?

- Tylko kilka dni. Wpadłem przejazdem. Będę w Edynburgu. Potrzebujesz czegoś 

stamtąd?

Tak, mojego ślubnego, miała ochotę powiedzieć, ale tylko spytała:

- Zatrzymałeś się gdzieś w sąsiedztwie?

- Mam przyjaciół, państwa Ashcroft, którzy mieszkają niedaleko Kinross.

- Cieszę się, że tu jesteś, choćby nawet krótko. MacDuff skinął głową, patrząc jak 

Filip pędzi w stronę zamku.

- Widzę, że podbiłaś Filipa - stwierdził z uśmieszkiem. - A co z Dahling?

- Twarda sztuka, ale myślę, że wyczuję jej słaby punkt.

- Ona ma zaledwie cztery i pól roku, Sinjun. Myślisz, że już może mieć jakąś słabość?

- Och, tak. Przepada za końmi. Pokazałam jej moją klacz Fanny i myślałam, że mała 

na jej widok wyskoczy ze skóry. Miłość od pierwszego wejrzenia. Na razie nie pozwoliłam 

jej pojeździć, ale kiedy to uczynię, Dahling wpadnie w moje sidła.

- Jesteś niebezpieczna, Sinjun. A więc na razie wszystko idzie dobrze?

- Tak myślę. Wszystko zależy od dnia i od humoru moich współlokatorów.

Ruszyli razem w stronę zamku. Sinjun przystanęła zachmurzona.

- O co chodzi?

- Och, po prostu układam sobie w głowie listę koniecznych zakupów. Ten zamek to 

naprawdę studnia bez dna. Kurczętom potrzebny jest nowy dach w kurniku, a płot wymaga 

reperacji. Myślę, że przez takie zaniedbania straciliśmy mnóstwo kur. Chodź, pokażę ci nowy 

ogród. Kucharka doskonale się zna na uprawach, a pomywaczka Jillie ma doskonałą rękę do 

roślin.   Teraz   dzieli   zajęcia   pomiędzy   zmywanie   a   prace   ogrodnicze.   Kucharka   jest 

zadowolona, Jillie po prostu promienieje, a nasze nosiłki są coraz lepsze. Muszę jeszcze tylko 

namówić kucharkę, aby spróbowała gotować jakieś angielskie dania.

- Powodzenia - powiedział MacDuff i roześmiał się. Obejrzał warzywnik, składający 

się głównie z kiełków wystających ponad żyzną ziemią.

- Colin nie jest szczęśliwy - stwierdził po chwili, zatrzymując się obok studni.

Oparł łokcie na zniszczonych kamieniach ocembrowania i spojrzał w głąb.

- Jest bardzo głęboka - powiedziała Sinjun. - A woda jest słodka.

- Tak, pamiętam. Widzę, że kazałaś założyć nowy łańcuch, o, i nowe wiadro.

background image

-   Tak.   Dlaczego   Colin   nie   jest   szczęśliwy?   MacDuff   spuścił   do   studni   wiadro   i 

nasłuchiwał, dopóki nie uderzyło w końcu o powierzchnię wody. Poczekał aż się napełni i 

wyciągnął je na górę. Zdjął z haka drewniany skopek i zaczerpnął wody. Napił się.

- Taka smaczna, jak pamiętałem - stwierdził i otarł usta wierzchem dłoni.

- Dlaczego Colin nie jest szczęśliwy?

- Myślę, że czuje się winny.

- I powinien. Ja jestem tutaj, on tam, i jest jeszcze jedna sprawa- Robert MacPherson... 

-Zamilkła,  najchętniej  odgryzłaby sobie język.  Gdyby Colin się dowiedział, przyjechałby, 

żeby jej bronić. A MacPherson nie przebierałby w środkach, by zdybać Colina.

Nie,   ona   sama   powinna   załatwić   sprawę   z   MacPhersonem.   Nie   widziała   innego 

sposobu, chociaż, wzorem Douglasa, wielokrotnie rozpatrywała wszelkie za i przeciw.

- Co z MacPhersonem? Sinjun wzruszyła ramionami.

- Po prostu zastanawiam się, jak Colin postąpił z tym człowiekiem?

- Nie spotkał się z nim. Złożył wizytę staremu dziedzicowi i dowiedział się, że Robert knuje 

za plecami ojca, żeby przejąć władze. Smutne, ale prawdziwe. Colin jest w nieco trudnym 

położeniu, bo, prawdę powiedziawszy, lubi starego dziedzica, pomimo niechęci do Roberta.

- Poradzi sobie - odparła Sinjun, spoglądając w niebo. - Od trzech dni nie padało. 

Przydałby się deszcz.

- Na pewno spadnie. Tu zawsze pada, kiedy trzeba. To prawdziwy raj dla roślin. Colin 

ma   doskonałe   ziemie.   Poszczęściło   mu   się.   Tutaj,   na   Półwyspie   Fife,   temperatury   są 

umiarkowane i pada, ile trzeba. Większość Szkocji to nagie nieużytki, wrzosowiska i dzikie 

wzgórza. Tak, Colin ma szczęście, że odziedziczył Vere Castle. A jego przodkowie mieli 

szczęście, że osiedli tutaj, a nie w górach czy przy granicy.

- Wątpię, by pierwsi z rodu Kinrossów zdawali sobie sprawę, gdzie chcieliby osiąść. 

Kim są ci Ashcroftowie, MacDuff?

- Przyjaciółmi moich rodziców - odparł z uśmiechem.

- Cieszę się, że tu jesteś.

-   Chciałbym   zobaczyć,   czego   tu   jeszcze   dokonałaś.   A   co   Colin   myśli  o  twoich 

usprawnieniach?

- Nie jest z nich zadowolony.

- Mam nadzieję, że nie zranił twoich uczuć.

- Owszem zranił. Myślę, że wiesz coś o tym.

- Spróbuj go zrozumieć, Sinjun. Od czasu gdy był małym chłopcem, Colin przeważnie 

background image

tracił to, co do niego należało. Nauczył się skrytości. Nauczył się strzec swojej własności. Ale 

nawet wtedy nie zawsze mu się to udawało. Był drugim synem i dlatego, jeśli jego starszy 

brat zapragnął czegoś, co należało do Colina, Colin musiał mu to oddać. Pamiętam, że miał 

swoje ulubione przedmioty, nic cennego, po prostu rzeczy, które do niego należały i dla niego 

posiadały   wartość,  więc  nie   chciał,  by mu   je  odebrano.   A Malcolm   z  pewnością  by ich 

zapragnął. On chciał wszystkiego, co posiadał Colin. Colin schował swoje skarby do małego 

drewnianego pudełka, a pudełko ukrył w pniu dębu. Podchodził do tego dębu tylko wtedy, 

gdy był pewien, że Malcolma nie ma w pobliżu. Może to wyjaśnia, dlaczego tak się upiera, by 

wszystko w Vere Castle robić samodzielnie. Widzisz, teraz wszystko należy do niego, a on 

przywykł chronić swoją własność. Jest o nią zazdrosny.

- Rozumiem - powiedziała  Sinjun, ale wcale nie rozumiała.  Dla niej to nie miało 

sensu. Colin nie jest już chłopcem, lecz mężczyzną.

- Był naprawdę zrozpaczony, że nie ma pieniędzy, aby doprowadzić zamek do dawnej 

świetności. Dzięki tobie sytuacja zupełnie się odmieniła.

- Dlaczego ciotka Arleth tak bardzo go nienawidzi?

- To dziwna stara wiedźma. Jej umysł funkcjonuje w sposób umykający wszelkiej 

analizie.   Malcolm   był   jej   ulubieńcem.   Nie   wiem   dlaczego.   Może   dlatego,   że   miał   w 

przyszłości  zostać  dziedzicem,  i  chciała,  żeby zawsze  czuł  dla  niej   szacunek  i  sympatię. 

Colina   traktowała   jak  cygańskiego   podrzutka,   który   zupełnie   się  nie   liczy.   Pamiętam,   że 

naopowiadała Malcolmowi o zamiłowaniu Colina do poezji. Colin odziedziczy! je po matce. 

A wtedy Malcolm powiedział ojcu, że także kocha poezję i chce dostać książki Colina. I 

dostał.

- Ależ to niesprawiedliwe!

- Z pewnością nie. Ale dziedzic uważał, że skoro przyszłość Kinrossow spoczywa w 

rękach   Malcolma,   to   Malcolmowi   należy   się   wszystko,   czegokolwiek   zapragnie.   To 

zrujnowało jego charakter. Ciotka Arleth nienawidziła swojej siostry z tego prostego powodu, 

że chciała dziedzica dla siebie. I po śmierci siostry rzeczywiście go miała, ale tylko w łóżku, 

nie przy ołtarzu. Życie dziwnie się toczy, prawda?

Sinjun poczuła, ze przenikają dreszcz. Nie dlatego że ciężkie szare chmury przesłoniły 

słońce, lecz dlatego że nigdy nic spotkała się z podobnym zachowaniem w swojej rodzinie. 

Jej matka zawsze była trudna, ale nikt się tym nie przejmował. Teraz, będąc z dala od domu, 

pomyślała o matce z rozbawieniem.

- Ale teraz Colin jest dziedzicem. Dobry z niego człowiek i, jak sądzę, znalazł sobie 

doskonałą żonę.

background image

- To prawda - zgodziła się z przekąsem Sinjun. -Szkoda tylko, że nie został w domu, 

żeby cieszyć się swoim szczęściem. Ale co robić?

W   ciągu   następnych   dwóch   dni   Sinjun   rozważała   wszelkie   możliwe   sposoby 

postępowania.   Colin   nie   dawał   znaku   życia.   MacDuff   był   miły   i   pomocny.   Zgodził   się 

udzielać lekcji fechtunku Sinjun i Filipowi. Pochwali! jej poczynania dotyczące sprzątania 

zamku. Sinjun odpowiedziała, że używa wyłącznie mydła i wody, co nie jest kosztowne.

- Tak - przyznał MacDuff. - Ale trzeba nie lada siły, aby postępować wbrew ciotce 

Arleth i jej utyskiwaniom.

Sinjun   przejrzała   należącą   do   Colina   kolekcję   broni   i   wybrała   mały   pistolet 

kieszonkowy z pokrytą srebrem kolbą i dwiema lufami. Wyglądał na niezbyt stary i mieścił 

się w kieszeni stroju do konnej jazdy.

Teraz   musiała   się   pozbyć   towarzystwa   MacDuffa   i   załatwić   sprawę   z   Robertem 

MacPhersonem. Postanowiła wystawić się jako przynęta. Byt to najprostszy i najłatwiejszy 

sposób dostania go. Sinjun nie miała wątpliwości, że Robert, lub któryś z jego zaufanych 

ludzi, śledzi Vere Castle. Z tego powodu bardzo pilnowała dzieci. Filip i Dahling nigdy nie 

pozostawali bez opieki.

W dniu wyjazdu MacDuffa Dahling stwierdziła przy śniadaniu:

- Zmieniłam zdanie, Sinjun. Już nie uważam, że jesteś paskudna.

MacDuff spojrzał na dziewczynkę ze zdumieniem, ale Sinjun tylko się roześmiała:

- Wielkie dzięki, Dahling. Tak się martwiłam, że omal nie stłukłam lustra.

- Pozwolisz mi pojeździć na Fanny?

- Ach, już rozumiem. To się nazywa strategiczne posunięcie - stwierdził MacDuff.

- A jeśli odmówię, czy znowu stanę się paskudna? Dahling wyglądała na zakłopotaną, 

ale w końcu potrząsnęła główką.

- Nie, ale nie będziesz Prawdziwą Pięknością, jaką ja się stanę.

- W takim razie pójdźmy na kompromis. Posadzę cię przed sobą i razem pojedziemy 

na Fanny.

Dahling rozpromieniła się z radości, a Sinjun doskonale wiedziała, że dziewczynce 

właśnie o to chodziło.

- A więc teraz obydwoje nazywają cię Sinjun?

- Tak.

- Najwyższy czas, żeby Colin wrócił do domu. Czy chcesz, żebym mu coś przekazał?

Sinjun zdała sobie sprawę, że nie pragnie powrotu Colina. Najpierw musi się sama 

rozprawić z MacPhersonem, a Bóg wie, ile jej na to potrzeba czasu.

background image

- Powiedz mu, że dzieci i ja tęsknimy za nim i że wszystko układa się dobrze. Ach, 

tak, jeszcze coś. Powiedz mu, że nigdy nie skradłabym mu drewnianego pudełka, ukrytego w 

pniu dębu.

MacDuff pochylił się i lekko ucałował ją w policzek.

- Nie wierzę, żeby Colin przeczytał chociaż jeden wiersz po tym, jak Malcolm odebrał 

mu książkę.

- Przemyślę to sobie.

- Do zobaczenia, Sinjun.

Sinjun wyszła na frontowe schody i spoglądała z podziwem na mocnego wierzchowca 

MacDuffa, który nie ugiął się pod ciężarem swego pana. Co więcej, rumak stanął dęba.

Kiedy jeździec zniknął jej z oczu, pomyślała, że nadszedł czas działania.

Ale Filip nie pozwolił jej na to. Błagał i błagał, żeby pojechała z nim obejrzeć Krowie 

Bagno. Aby ją zachęcić, obiecał jej nawet, że będzie mogła stamtąd przywieźć trochę mułu 

bagiennego na własny użytek. Sinjun wyobraziła sobie reakcję ciotki Arleth i postanowiła 

pojechać.

Towarzyszył   im   Crocker,   i   Sinjun   zaobserwowała,   że   jest   on   dobrze   uzbrojony, 

chociaż nie groziło im żadne bezpośrednie niebezpieczeństwo. Zastanawiała się, czy służący 

postępuje   tak   na   polecenie   Colina.   Bardzo   prawdopodobne.   Crocker   tylko   raz   wymówił 

nazwisko MacPherson i zaraz potem splunął.

Droga   przez   piękne   dzikie   wrzosowiska   zajęła   im   dobrą   godzinę.   A   potem   nagle 

pojawiło się torfowisko, które przeszło w paskudne bagno z gnijącą roślinnością porastającą 

brzegi płytkiej i mętnej wody.

Crocker uraczył  ją historiami  o wszelkiego rodzaju szczątkach ukazujących  się na 

powierzchni bagniska. Sinjun nie zanurzyłaby w nim nawet palca, choćby od tego zależało jej 

życie. Nad bagnem unosił się ohydny odór, stanowiący mieszaninę siarkowodoru z wonią 

nieskanalizowanych ścieków. Co ciekawe, było tam cieplej niż dookoła. Nad przybyszami 

unosiły   się   roje   kąsających   owadów.   Wreszcie   Sinjun   miała   tego   dosyć.   Rozgniotła 

ogromnego komara i stwierdziła:

- Wystarczy, Crocker! Napełnijmy wiadra i uciekajmy z tego obrzydliwego miejsca.

Podczas powrotu do Vere Castle mokli w rzęsistym deszczu. Zmrok zapadł wcześniej 

niż  zwykle.   Bardzo  się   ochłodziło.  Sinjun  zdjęła   żakiet  i   przykryła   nim  drżącego  Filipa. 

Crocker miał na sobie tylko bawełnianą koszulę, która szybko przylgnęła do jego potężnego 

ciała.

Sinjun niepokoiła się o nich i dopilnowała, aby Crocker wykąpał się przy palenisku w 

background image

kuchni, a Filip w sypialni. Przy kolacji chłopiec wyglądał na zdrowego.

Następnego ranka na łóżko Sinjun wdrapała się Dahling. Była gotowa do przejażdżki 

konnej.

- Już późno, Sinjun. Wstawaj. Ja już jestem całkiem ubrana.

Sinjun otworzyła oczy i jak przez mgłę ujrzała siedzącą obok dziewczynkę.

- Jest bardzo późno - powtórzyła Dahling.

- Która godzina? - spytała Sinjun i mrugnęła, aby pozbyć się przesłaniającej widok 

mgły. Ból pod powiekami sprawił, że prawie straciła przytomność.

- Och -jęknęła i opadła na poduszkę. - Nie, Dahling. Jestem chora. Trzymaj się ode 

mnie z daleka.

Ale Dahling pochyliła się nad nią i małą rączką dotknęła policzka Sinjun.

- Jesteś gorąca, Sinjun. Bardzo gorąca. Gorączka. Tylko tego brakowało. Musi wstać i 

się ubrać. Musi się zająć Filipem. Musi załatwić sprawę z MacPhersonem. Musi...

Spróbowała   się   podnieść,   ale   bezskutecznie.   Nie   miała   siły.   Bolały   ją   wszystkie 

mięśnie i kości.

Zaniepokojona Dahling zsunęła się z łóżka.

- Pójdę po Dulcie, ona będzie wiedziała, co zrobić. Ale kilka minut później do sypialni 

weszła ciotka Arleth.

- No, wreszcie zachorowałaś.

- Tak, na to wygląda - odparła Sinjun, z trudem otwierając oczy.

- Skrzeczysz  jak żaba. Crocker  i Filip  czują się zupełnie  dobrze. Można się  było 

spodziewać, że angielska dama się rozchoruje.

- Tak. Poproszę o wodę.

- Chce ci się pić, co? Nie jestem twoją służącą. Przyślę ci Emmę.

I ciotka Arleth wyszła z pokoju, nawet się nie obejrzawszy. Sinjun czekała. Gardło 

bolało ja tak bardzo, że z trudem oddychała. Wreszcie zapadła w niespokojny sen.

Kiedy się obudziła, nad jej łóżkiem stała Serena.

- Daj mi wody - poprosiła Sinjun.

- Oczywiście - odparła Serena i wyszła z sypialni. Sinjun omal się nie rozpłakała. O 

Boże, co teraz począć...

W przeciwieństwie do ciotki Arleth, Serena wróciła z karafką i kilkoma szklankami. 

Napełniła szklankę wodą i przytknęła ją do ust Sinjun.

-   Pij   powoli   -   powiedziała   miękko   i   serdecznie.   -   Na   miłość   boską,   ależ   ty   źle 

wyglądasz. Blada i rozczochrana. A koszula całkiem przepocona. Kiepsko z tobą.

background image

Sinjun nie przejmowała się swoim wyglądem. Piła, piła i piła. Kiedy już miała dosyć, 

opadła na poduszki, dysząc z wysiłku.

- Nie mogę wstać, Sereno.

- Tak. Widzę, że jesteś poważnie chora.

- Czy w pobliżu mieszka jakiś lekarz?

- Tak, ale jest stary i niedołężny. Nie odwiedza już chorych.

- Sprowadź go tutaj, Sereno.

- Porozmawiam z ciotką Arleth, Joan - powiedziała Serena i wyfrunęła z sypialni, 

powiewając   wspaniałą   suknią   z   ciemnopurpurowego   jedwabiu,   tak   długą,   że   zamiatała 

podłogę jak tren. Sinjun chciała za nią krzyknąć, ale z jej gardła wydobył się tylko szept.

- Nie mamy pieniędzy, żeby zapłacić lekarzowi. Tym razem w sypialni pojawiła się 

ciotka Arleth.

Sinjun poczuła zawroty głowy. Nie mogła skupić wzroku na ciotce. Zegar za plecami 

kobiety wskazywał, że było późne popołudnie. Sinjun znów miała pragnienie. Chciało jej się 

jeść i musiała się wypróżnić.

- Przyślij mi Emmę albo Dulcie.

- O nie. Dulcie jest zajęta przy dzieciach.  Boże, ależ tu gorąco. Wpuszczę trochę 

świeżego powietrza.

Ciotka Arleth otworzyła okna na oścież i rozsunęła złociste brokatowe zasłony.

- Teraz lepiej. To powinno cię ochłodzić. Zdrowiej, moja droga dziewczyno. Zajrzę do 

ciebie za jakiś czas.

I wyszła. Sinjun znowu została sama. W pokoju robiło się coraz zimniej.

Udało jej się wstać z łóżka i załatwić potrzebę. Potem runęła w pościel i zadrżała z 

zimna.

Następnego ranka do jej pokoju wślizgnął się Filip. Podbiegł do łóżka i spojrzał na 

Sinjun. Spała, ale drżała nawet przez sen. Dotknął dłonią jej czoła i szybko  cofnął rękę. 

Sinjun była straszliwie rozpalona. Filip zdał sobie sprawę, że w pokoju jest bardzo zimno. 

Okna otwarto na oścież. To ciotka Arleth, pomyślał. Wiedział, że przyszła do sypialni Sinjun, 

bo potem opowiadała wszystkim, że chora czuje się znacznie lepiej. Leży wprawdzie w łóżku, 

ale tylko dlatego, że jest Angielką i lubi wysługiwać się innymi. Ciotka Arleth kłamała, to 

jasne.

Filip zaniknął okna i zaciągnął zasłony. Przyniósł kilka koców z własnej sypialni i 

okrył nimi macochę.

- Pić - wyszeptała Sinjun.

background image

Podtrzymał jej głowę i podsunął do ust szklankę z wodą.

- Wcale nie jest lepiej - powiedział, a Sinjun wyczuła w jego tonie nutę przerażenia.

- Nie. Cieszę się, że tu jesteś, Filipie. Jesteś tutaj... brakowało mi ciebie. Pomóż mi. - 

Nagle   jej   glos   zamarł   i   Filip   wiedział,   że   tym   razem   Sinjun   nie   zasnęła,   lecz   straciła 

przytomność.

Ciotka Arleth zapowiedziała im, żeby się trzymali z daleka od sypialni dziedzica. Nie 

chciała, aby się zarazili od macochy. Zapewniła ich, że to tylko lekkie przeziębienie, macocha 

nic chce, żeby ją odwiedzali.

To   było   coś   gorszego   niż   zwykłe   przeziębienie.   Ciotka   Arleth   kłamała.   Sinjun 

poważnie się rozchorowała.

Filip stał nad macochą i patrzył na nią. Nie wiedział, co ma robić.

- Nieposłuszny chłopaku! Natychmiast stąd wyjdź! Słyszysz, co mówię? Chodź do 

mnie!

Filip odwrócił się do ciotki Arleth.

- Sinjun jest bardzo chora. Nie miałaś racji. Trzeba ją pielęgnować.

- Ja się nią opiekuję. Skarżyła się na coś? Jeśli tak, to znaczy, że chce cię obrócić 

przeciwko mnie. Głupi dzieciak. Nie chcę, żebyś się tutaj kręcił, możesz się zarazić.

- Powiedziałaś, że leży w łóżku z lenistwa. Jak mogę się zarazić lenistwem?

- Ma jeszcze odrobinę podwyższoną temperaturę, nic wielkiego, ale pod nieobecność 

waszego ojca na mnie spada odpowiedzialność. Co oznacza, że muszę pilnować, żebyście nie 

zachorowali.

- Sinjun bardzo dobrze się nami opiekowała.

- Ona jest lekkomyślną gąską, Inaczej nie pojechałaby  z  wami na te ohydne bagna. 

Sam widzisz, że tylko bawiła się w odpowiedzialną macochę. Nie zależy jej ani na tobie, ani 

na Dahling. Nie zależy jej na nikim z nas. Po prostu lubi rządzić i obnosić się ze swoim 

bogactwem. O tak, uważa nas za ubogich krewnych, których musi tolerować. Jak myślisz, 

dlaczego twój ojciec przebywa poza domem? Z jej powodu. Nic może znieść jej obecności, 

bo ona wytyka mu ubóstwo i chce nim rządzić. Ona tu nie pasuje, to Angielka. Wychodzimy, 

Filipie. Nie będę więcej powtarzać.

- Okna były otwarte, ciotko.

- Na miłość boską, to ona kazała mi je pootwierać! Mówiłam, że to nierozsądne, ale 

uparła się, i w końcu dałam za wygraną.

Filip doskonale wiedział, że ciotka kłamie. Raptem poczuł, że się boi. Nie wiedział, co 

ma począć. Spojrzał na Sinjun i zdał sobie sprawę, że ona umrze, jeśli się czegoś nie zrobi.

background image

- Odsuń się od niej, Filipie.

Posłusznie podszedł do ciotki i grzecznie skinął głową. Już wiedział, co ma robić.

Ciotka Arleth położyła dłoń na czole Sinjun.

- No tak. Wiedziałam. Lekko podwyższona temperatura, nic więcej. Lekarz nie jest 

potrzebny.

Filip wyszedł z sypialni.

background image

ROZDZIAŁ 14

Northcliffe Hall koło New Romney, Anglia

Alexandra Sherbrooke, hrabina Northcliffe. drzemała w cieple środowe popołudnie. 

Teściowa nie tylko jej to zaleciła, ale jeszcze pogłaskała ją po policzku. Wszystko dlatego, że 

Alex nosiła w łonie następne dziecko Douglasa.

Zupełnie   jakbym   była   jakimś   pojemnikiem,   pomyślała   Alexandra,   ale   posłusznie 

przebrała się w nocną koszulę i szybko zasnęła.

We śnie zobaczyła Melissandę, swoją niewiarygodnie piękną siostrę, która właśnie 

urodziła   maleńki!   córeczkę,   bardzo   podobną   do   Alex.   Dziewczynka   miała   takie   same 

tycjanowskie   włosy   i   szare   oczy.   Douglas   stwierdził,   że   tak   jest   sprawiedliwie,   bo   ich 

bliźnięta były żywym odbiciem wspaniałej Melissandy, z którego to powodu jej mąż, Tom 

Parrish, uśmiechał się złośliwie do Douglasa.

We śnie Alex z Melissandą coś było nie w porządku. Leżała na wznak, z pięknymi 

czarnymi   włosami   rozrzuconymi   na  poduszce.   Miała   bladą   twarz   i   niebieskie   cienie   pod 

oczami.   Oddychała   powoli   i   z   trudem.   Nagle   jej   włosy   przestały   być   czarne   i   stały   się 

kasztanowe i splecione w długi, gruby warkocz. Twarz Melissandy również się zmieniła. To 

była   Sinjun.   Alex   zamrugała   powiekami   i   obudziła   się.   Dziwny  sen,  pomyślała   i   znowu 

zamknęła   oczy.   Niedawno   napisała   list   do   szwagierki,   może   dlatego   zajęła   ona   miejsce 

Melissandy.

Alex znów się zdrzemnęła. Tym razem usłyszała cichy kobiecy głos, który powtarzał: 

Sinjun jest chora... Sinjun jest chora. Ma kłopoty. Pomóż jej. Musisz jej pomóc.

Alex jęknęła przez sen i gwałtownie się obudziła. Przy łóżku stał Duch Dziewicy, 

milczący i nieruchomy, w białej połyskującej szacie. A potem znów się odezwał, ale słowa 

nie płynęły z jego ust, lec?, rozbrzmiewały w umyśle Alex, ciche, spokojne, lecz uporczywe: 

Sinjun jest chora... Ma kłopoty. Pomóż jej, pomóż.

- Co się stało? Powiedz mi, proszę, co się dzieje z Sinjun?

Pomóż jej. - Cichy głos zabrzmiał teraz błagalnie. Piękna młoda dama załamywała 

ręce. Jej palce były zadziwiająco długie i szczupłe, a kości przeświecały przez nie niczym 

ciemne cienie. Jej wspaniałe długie włosy były tak jasne, że w popołudniowym słońcu lśniły 

niemal białą poświatą. - Pomóż jej. Ma wielkie kłopoty.

- Dobrze, pomogę - odparła Alex i zsunęła się z łóżka. Zobaczyła, że duch skinął 

głową i powoli odszedł w róg sypialni.  Patrzyła,  jak coraz bardziej  blednie, aż w końcu 

zniknął.

background image

Alex westchnęła. Duch nie nawiedzał jej od wielu miesięcy, a ostatnim razem pojawił 

się,   żeby   jej   zakomunikować,   iż   krowa   farmera   Eliasa   wydobrzała   i   może   dawać   mleko 

nadające się dla niemowlęcia. Poprzednio zaś przybył, aby powiedzieć, że Alex doskonałe 

zniesie poród bliźniaków. Mogłaby przysiąc, że kiedy wiła się w bólu, na jej czole, a potem 

na brzuchu, spoczęła lekka dłoń, i ból minął. Douglas przekonywał ją oczywiście, że miała 

halucynacje.   Niepotrzebnie   mu   o   tym   powiedziała.   Douglas   był   pod   tym   względem 

niewzruszony i Alex wiedziała dlaczego. Mężczyźni nie są w stanie przyjąć czegoś, czego nie 

potrafią zrozumieć, czego nie mogą schwytać za gardło, czemu nie mogą się przyjrzeć, z 

czym nie mogą porozmawiać. Istnienie Ducha Dziewicy nie dawało się racjonalnie wyjaśnić, 

więc po prostu nie istniał.

A teraz wrócił, by powiedzieć, że Sinjun jest chora i ma kłopoty. Alex zakręciło się w 

głowie. Serce waliło jej młotem, zatrzymała się więc i głęboko oddychała. Douglas był poza 

domem. Kilka dni temu musiał wrócić do Londynu, żeby się spotkać z lordem Avery w 

Biurze Spraw Zagranicznych. Zresztą jego obecność nie na wiele by się zdała. Gdyby Alex 

mu opowiedziała o spotkaniu z duchem, parsknąłby tylko śmiechem. Właściwie dobrze się 

stało,   że   Douglasa   nie   było   w   domu.   Dobrze   wiedziała,   że   nic   pozwoliłby   jej   na   żadne 

przedsięwzięcia. Posuną! się tak daleko, że kazał jej zrezygnować z wszelkiej aktywności.

Poinformowała służbę, że wybiera się t  wizytą do szwagrostwa w Cotswolds. Lokaj 

Hollis   spojrzał   na   nią   jak   na   osobę   niespełna   rozumu,   ale   teściowa   sprawiała   wrażenie 

uszczęśliwionej, że pozbywa się Alex choćby na krótko.

Sophie   także   była   nawiedzana   przez   Ducha   Dziewicy.   We   dwie   na   pewno   coś 

wymyślą.

Vere Castle

Filip wykradł się z zamku o dziesiątej w nocy. Nie bał się, przynajmniej nie na tyle, 

żeby utracić zdolność myślenia.

Poszedł do stajni i w porę zauważył Jerzego U. Podrapał psa za uszami, zanim ten 

postawił wszystkich na nogi. Potem osiodłał swego kucyka, Brackena, i szybko wyprowadził 

go ze stajni. Miał przed sobą długą drogę, ale był zdecydowany. Modlił się tylko o to, żeby 

zdążyć na czas.

Chętnie opowiedziałby Dulcie, co ma zamiar zrobić, ale wiedział, że ona nie umie 

dochować tajemnicy. Zamiast tego poprosił ją, żeby zajrzała do jego macochy, dała jej pić i 

przykryła kocami. Dulcie obiecała spełnić jego prośbę. Teraz, ponaglając kucyka do galopu, 

Filip modlił się, żeby ciotka Arleth nie odesłała Dulcie lub, co gorsza, nie zbiła jej.

Po   trzech   dniach   deszczu   ciemne   chmury   zniknęły.   Na   niebie   zabłysły   gwiazdy   i 

background image

pojawił się półksiężyc. Było wystarczająco widno.

Nagle Filip usłyszał za sobą stukot końskich kopyt i serce omal nie wyskoczyło mu z 

gardła.   Szybko   skierował   kucyka   w   gęste   zarośla   przy   drodze   i   przykrył   jego   nozdrza 

palcami, żeby nie zarżał.

Nadjeżdżało trzech  mężczyzn.  Kiedy byli  całkiem  blisko, Filip usłyszał  każde  ich 

słowo.

- Tak, sprytna z niej dziewka, ale ja i tak będę ją miał.

- Nie, ona jest dla mnie. Jej ojciec mi obiecał, a dziedzic jest sprawiedliwy.

Trzeci mężczyzna głośno się roześmiał.

- Mówcie sobie, co chcecie, a ja i tak już z nią spałem, więc należy do mnie. Powiem 

dziedzicowi i sprawa załatwiona.

Tu rozległy się uderzenia, pokrzykiwania i przekleństwa, a konie rżały i parskały. 

Filip  stał  jak skamieniały,  czekał  i  błagał   Boga,  żeby  najsilniejszy  z  mężczyzn   dostał   tę 

dziewkę, a dwaj pozostali poszli sobie do diabła.

Bójka trwała z dziesięć minut. W końcu Filip usłyszał głośne przekleństwo i jeden z 

mężczyzn zarepetował broń.

Rozległ się krzyk, a potem nastąpiła cisza.

- Zabiłeś Dingle'a, ty idioto!

- Spał z nią, więc zasłużył sobie na to.

- A co, jeśli ona ma jego nasienie w brzuchu? Głupiec  z  ciebie, Alfie, MacPherson 

wypruje z nas flaki.

-   Nie   puścimy   pary   z   gęby.   Zabił   go   ten   przeklęły   Kinross.   Uciekajmy   stąd! 

Uciekajmy!

Odjechali   pozostawiwszy   trupa.   Filip   stal   niezdecydowany.   A   potem   zostawił 

Brackena przywiązanego do cisu i ostrożnie wyszedł na drogę- Mężczyzna leżał na wznak z 

szeroko   rozrzuconymi   ramionami   i   nogami.   Na   jego   piersi   widniała   ogromna   czerwona 

plama,  a w jego oczach zastygł  wyraz zaskoczenia.  Zęby nadal błyskały w pogardliwym 

uśmieszku.

Filip   zwymiotował.   A   potem   biegiem   wrócił   do   Brackena   i   wyprowadził   go   z 

powrotem   na   drogę.   Rozpoznał   zabitego,   osiłka   o   imieniu   Dingle,   który   był   najbardziej 

zajadłym bojownikiem MacPhersona. Ojciec pokazał go kiedyś Filipowi podczas wizyty w 

Curloss Palace, mówiąc, że facet jest kretynem i doskonałym świadectwem poziomu ludzi 

MacPhersona.

Filip   zasnął   na   kucyku   i   jechał,   dopóki   Bracken   nie   dostał   zadyszki.   Chłopiec 

background image

przestraszył się, bo nie wiedział, ile minęło czasu. Po drodze widział jeszcze kilku mężczyzn i 

parę wieśniaczek. Co tu robili w środku nocy? Filip trzymał się od nich z daleka, chociaż 

jeden z mężczyzn krzyczał coś za nim.

O czwartej rano znalazł się na promie do Edynburga. Oddał przewoźnikowi wszystkie 

pieniądze, jakie wyjął z ojcowskiego pudełka. Aby się rozgrzać, usiadł pomiędzy workami z 

ziarnem.   O   wpół   do   siódmej   dotarł   do   ojcowskiego   domu   przy   Abbotsford   Crescent. 

Odnalezienie go zabrało mu dobrą godzinę, i kiedy nareszcie na niego trafił, był już bliski łez.

Drzwi otworzył mu przeraźliwie ziewający Angus. Spojrzał zdumiony na chłopca.

- Och, toż to nasz panicz! Co za niespodzianka! % kim przyjechałeś, chłopcze?

- Szybko, Angus, prowadź mnie do ojca. Muszę się zobaczyć z ojcem!

Angus wciąż nie mógł się pozbierać i wpatrywał się w Filipa. Ten szybko go wyminął 

i wbiegł po schodach. Dopadł do ojcowskiej sypialni i gwałtownie otworzył drzwi.

Colin obudził się i usiadł na łóżku.

- Na Boga! Filip! Cóż ty tu robisz, do diabła?!

- Szybko, papo! Musisz wracać do domu. Sinjun jest bardzo chora.

- Sinjun - powtórzył Colin, nie rozumiejąc.

- Twoja żona, papo! Twoja żona! Pośpiesz się.

Chodźmy!

Filip ściągał z ojca nakrycia. Drżał ze strachu i ulgi, że wreszcie znalazł ojca.

- Joan jest chora?

- Nie Joan, papo. Sinjun. Proszę cię, szybko! Ciotka Arleth pozwoli jej umrzeć, wiem 

to.

- Do diabła! Nie wierzę. Z kim przyjechałeś? Co się stało? - Colin odrzucił kołdrę i 

stanął nagi i zmarznięty w szarym świetle brzasku.

- Odpowiedz mi, Filipie!

Filip przyglądał się, jak ojciec wkłada ubranie i obmywa twarz. Potem opowiedział 

mu o Krowim Bagnie i o deszczu, o drodze powrotnej do zamku i o tym, jak Sinjun oddała 

mu swój żakiet do konnej jazdy. Opowiedział też o wyziębionej sypialni, otwartych oknach i 

kłamstwach  ciotki  Arleth. Zamilkł  i wystraszonym  wzrokiem spoglądał  na ojca, a potem 

rozpłakał się. Colin podbiegł do syna i objął go.

- Wszystko będzie dobrze, Filipie, zobaczysz. Bardzo dobrze postąpiłeś. Naprawdę. 

Wkrótce przyjedziemy do domu i Joan wyzdrowieje.

- Ona ma na imię Sinjun.

Colin wmusił w wyczerpanego syna trochę owsianki. W pół godziny później wsiedli 

background image

na konie i odjechali. Colin nalegał, żeby Filip został w Edynburgu i odpoczął, ale chłopiec nie 

chciał o tym słyszeć.

- Muszę sprawdzić, czy nic się jej nie stało - oświadczył stanowczo, a Colin dostrzegł 

w synu przyszłego mężczyznę i bardzo go to uradowało.

*

Sinjun odczuwała dziwny spokój. Była także niewiarygodnie zmęczona; tak bardzo, że 

chciałaby   tylko   spać,   spać   i   spać.   Najchętniej   zasnęłaby   na   zawsze.   Wszelki   ból   minął, 

pozostało   tylko   pełne   słodyczy   pragnienie,   by   uwolnić   się   od   samej   siebie,   poddać   się 

łagodnemu zmęczeniu. Jęknęła cicho i dźwięk własnego głosu zabrzmiał w jej uszach obco. 

Jakby dochodził z daleka. Jak to możliwe, że jest zmęczona, a nie śpi? A potem usłyszała 

męski głos, który rozbrzmiewał w jej głowie echem, jakby docierał z wielkiej odległości. 

Zaczęła się zastanawiać, czy to jej własny głos, a jeśli tak, to dlaczego ona w ogóle coś mówi. 

Bo z pewnością nie miała na to ochoty, nie teraz. Nie, ten głos brzmiał głośno, głęboko, 

niecierpliwie   i   rozkazująco.   Z   całą   pewnością   był   to   głos   męski.   Głos   niezadowolonego 

mężczyzny. Taki ton głosu słyszała wielokrotnie u swoich braci. Ale to nie był Douglas ani 

Ryder. A więc kto? Teraz zabrzmiał bliżej, ale Sinjun nie mogła zrozumieć słów. Słowa nie 

były ważne, z całą pewnością nieważne. Usłyszała kogoś innego, ale jego głos brzmiał staro i 

nie tak głośno. Nie wnikał do jej świadomości, ale jakby odbijał się od niej i odpływał, 

nieszkodliwy i niewyraźny.

W   końcu   głos   energicznego   mężczyzny   zaczął   zanikać.   Ucichł   i   Sinjun   z   ulgą 

przechyliła głowę na ok. Czulą swój słabnący oddech.

- Obudź się, do diabła! Nie będę ci więcej powtarzał, Sinjun, obudź się! Nie możesz 

się tak poddać. Obudźże się!

Krzyk przywrócił jej świadomość i ból. Tak krzyczał Douglas, ale ona wiedziała, że to 

nie jest Douglas. Nie, on był zbyt daleko stąd. Czuła, że jest bliska rozwikłania tej zagadki.

Męski głos znów do niej dotarł - głośny, potwornie drażniący, pulsujący w mózgu. 

Nienawidziła   go.   Miała   ochotę   wrzasnąć,   żeby   zamilkł.   Zbliżyła   się   do   krawędzi 

świadomości.   Była   tak   rozgniewana,   że   aż   otworzyła   oczy.   Chciała   zaprotestować, 

nakrzyczeć   na   tego   człowieka.   Rozwarła   usta,   ale   nie   odezwała   się.   Patrzyła   na 

najpiękniejszego   na   całym   świecie   mężczyznę.   Miał   czarne   włosy   i   nieprawdopodobnie 

niebieskie oczy, a także dołek w brodzie. Udało jej się wyszeptać:

- Jesteś taki piękny - a potem znów zamknęła oczy, bo wiedziała, że to musi być anioł, 

a ona trafiła do nieba, i nie jest tam sama. Poczuła za to wielką wdzięczność.

background image

- Otwórz oczy! Nie jestem wcale piękny, głuptasie. Do diabła, nawet się nie ogoliłem!

- Anioły nie przeklinają - powiedziała Sinjun wyraźnie i jeszcze raz zmusiła się do 

uchylenia powiek.

- Nie jestem aniołem, jestem twoim sakramenckim małżonkiem! Obudź się, Sinjun, i 

to już! Nie pozwolę ci leniuchować! Żadnych przedstawień, słyszysz? Obudź się. Otwórz te 

twoje słynne oczy Sherbrooke'ów. Wracaj do mnie, natychmiast. W przeciwnym razie będę 

cię musiał zbić.

- Sakramencki małżonek - powtórzyła powoli. - Tak, masz rację. Muszę wracać. Nie 

mogę   pozwolić,   żeby   Colin   umarł.   Nie   chcę,   żeby   umarł.   Za   nic   w   świecie.   Muszę   go 

uratować, tylko ja mogę tego dokonać. On jest zbyt honorowy, żeby ratować samego siebie 

On nie jest bezwzględny, dlatego tylko ja mogę go uratować.

- W takim razie nie opuszczaj mnie! Jeśli umrzesz, nie będziesz mnie mogła uratować, 

rozumiesz?

Sinjun trudem skinęła głową. Poczuła obce ramię pod swymi plecami, a potem jej 

ust dotknęła zimna szklanka. Piła i piła. Woda była jak ambrozja. Spływała jej po brodzie, 

moczyła koszulę nocną. Lecz Sinjun była tak spragniona, że poza słodką woda nie liczyło się 

nic innego.

- Na razie wystarczy.  Posłuchaj mnie. Teraz cię wykąpię,  żeby obniżyć  gorączkę. 

Rozumiesz  mnie?  Masz zbyt  wysoką  gorączkę i dlatego  musimy  się jej pozbyć.  Ale nie 

zasypiaj, rozumiesz? Powiedz, że rozumiesz!

Odparła, że tak, ale zaraz potem nic już nie pamiętała. Jej myśli odpłynęły w innym 

kierunku, bo dotarł do niej ostry głos kobiety.

-   Pogorszenie   przyszło   całkiem   nieoczekiwanie.   Właśnie   miałam   wezwać   starego 

doktora Childressa, kiedy ty przyjechałeś. To nie moja wina, że poczuła się gorzej. Przedtem 

była prawie zdrowa.

Sinjun jęknęła, bała się tej kobiety. Starała się zwinąć w kłębek i schować przed nią. 

Piękny mężczyzna, który nie był aniołem, powiedział spokojnie:

-   Wyjdź,   Arleth.   Nie   chcę   cię   nigdy   więcej   widzieć   w   tym   pokoju.   Odejdź 

natychmiast!

- Ta mała suka cię okłamie! Znam cię od urodzenia. Nie możesz stanąć po jej stronie 

przeciwko mnie.

Sinjun znów usłyszała głos pięknego mężczyzny. A potem zapanowała błoga cisza.

Nagle poczuła na twarzy zimny wilgotny ręcznik. Usiłowała ukryć twarz w poduszce, 

ale wtedy znów usłyszała ten głos. Tym razem brzmiał łagodnie i pieszczotliwie. Powtarzał 

background image

jej, żeby się nie ruszała, a wkrótce poczuje się lepiej, ł- Zaufaj mi. Po prostu zaufaj.

Tak uczyniła. On nie dopuści do niej tej złej kobiety.

Usłyszała głos innego mężczyzny, ten, który brzmiał staro.

- Tak trzeba, lordzie. Obmywaj ją, dopóki gorączka nie zelżeje. A co kilka godzin 

podawaj jej wodę, niech pije, ile zechce.

Sinjun poczuła na skórze chłodne powietrze. Niejasno zdawała sobie sprawę, że ktoś 

zdejmuje z niej przepoconą koszulę. Była za to wdzięczna, bo nagle zaczęło ją swędzieć całe 

ciało. Wilgotny ręcznik obmywał  jej piersi i plecy.  Ale chłód nie docierał  wystarczająco 

głęboko. Wewnątrz nadal była bardzo rozpalona. Spróbowała wygiąć się w łuk, żeby ręcznik 

znalazł się bliżej. Poczuła na ramionach dłonie, które przyciskały ją z powrotem do materaca, 

a głos pięknego mężczyzny powiedział spokojnie:

- Ciii. Wiem, że to pali. Kiedyś też miałem paskudną gorączkę, o czym z pewnością 

doskonale pamiętasz. Czułem się tak, jakbym płonął od środka i jakby płomienie wypalały mi 

wnętrzności.

- Tak - powiedziała Sinjun.

- Będę cię obmywał, aż płomienie wygasną, obiecuję.

- Colin - powiedziała Sinjun i otworzyła oczy uśmiechając się do niego. - Nie jesteś 

aniołem! Jesteś moim sakramenckim małżonkiem. Tak się cieszę, że znowu cię widzę.

- Tak - odparł Colin i poczuł, że w jego wnętrzu obudziło się coś bardzo silnego. - Nie 

zostawię cię więcej, choćby nie wiem co.

Wydawało jej się, że musi mu wytłumaczyć. Spróbowała podnieść rękę, żeby dotknąć 

twarzy Colina i zwrócić na siebie uwagę. Z obolałego gardła wydobyła ochrypły głos:

- Musisz wyjechać. Tak będzie bezpieczniej. Nie wracaj tu, dopóki ja się z nim nie 

rozprawię. On jest sprytny jak łasica i chce cię skrzywdzić.

Colin zmarszczył czoło. O czym ona mówi, do diabła? O kogo jej chodzi? Sinjun 

zamknęła oczy i Colin znowu zaczął ją obmywać. Kiedy dotarł do brzucha, jęknęła cicho. 

Mył ją, dopóki nie stała się zupełnie chłodna. Zamknął na chwilę oczy i modlił się za nią i za 

siebie. Dziękował Bogu, że gorączka opadła.

Okrył ją i usłyszał, że ktoś otwiera drzwi do sypialni.

- Lordzie?

To lekarz. Colin odwrócił się i powiedział:

- Gorączka opadła.

- Doskonale. Z pewnością znów się podniesie, ale poradzisz z nią sobie, panie. Twój 

syn śpi na podłodze pod drzwiami sypialni. Córeczka siedzi obok niego, ssie palec i wygląda 

background image

na bardzo zaniepokojoną.

- Ubiorę żonę w koszulę nocną i wyjdę do dzieci. Dziękuję, Childress. Zostanie pan w 

zamku?

- Tak, lordzie. Jutro będziemy wiedzieli, czy z tego wyjdzie.

- Wyjdzie. Sinjun jest silna. Przekona się pan. A poza tym ma silną motywację - musi 

mnie chronić.

I Colin się roześmiał.

*

Sinjun usłyszała kobiecy glos i przestraszyła się. Bała się poruszyć, bała się otworzyć 

oczy. Głos brzmiał podle i złośliwie.

To ciotka Arleth.

- A więc jeszcze żyjesz, mała flądro. Musimy coś z tym zrobić, prawda? Nie, nie 

próbuj   walczyć,   jesteś   słaba   jak   mucha.   Twój   wspaniały   mąż   znów   cię   porzucił,   głupia 

dziewczyno. Zostawił cię na mojej łasce.

- Ciotko Arleth, dlaczego chcesz, żebym umarła? - spytała Sinjun i otworzyła oczy.

Ciotka mówiła cicho i monotonnie, tak że słowa zlewały się w jedno:

- Muszę działać szybko. Szybko. On tu zaraz wróci, bez wątpienia, młody głupiec. On 

ciebie nie pragnie, nie mógłby cię pragnąć. Jesteś Angielką, a nie jedną z nas. Tak, chyba 

będę ci musiała położyć na twarzy tę milutką, miękką poduszkę. Tak, tak właśnie zrobię. To 

cię wyśle  na tamten świat. Bo ty do nas nie pasujesz, jesteś tu obca, niepotrzebna.  Tak, 

poduszka. Nie, to zbyt  oczywiste. Muszę się wykazać większą przebiegłością. Ale trzeba 

działać, w przeciwnym razie przeżyjesz i nadal mi będziesz dokuczać. O tak, chyba wiesz, że 

do reszty zatrułaś mi życie. Znam się na takich jak ty. Podłe, złośliwe, nie zasługujące na 

zaufanie. I wysługujące się innymi, traktujące ludzi jak śmieci. Muszę działać, w przeciwnym 

razie zniszczysz nas wszystkich. Nawet teraz knujesz, jak się mnie pozbyć.

- Co tu robisz, ciotko Arleth?

Odwróciła się i zobaczyła, że w drzwiach stoi Filip.

-   Papa   mówił,   że   masz   się  trzymać   z   daleka   od  tej   sypialni.   Odejdź   od   Sinjun  - 

powiedział, biorąc się pod boki.

- Ach, ty paskudny niedorostku. Wszystko popsułeś. Jesteś niewdzięcznikiem. Ja się 

nią opiekuję. Inaczej po co bym tu przyszła? Odejdź, chłopcze. Po prostu odejdź. Sprowadź 

twojego papę. Tak, idź po przeklętego lorda.

- Nie- Nie ruszę się stąd. To ty stąd wyjdziesz, ciotko. A mój papa nie jest przeklętym 

background image

lordem. Jest dziedzicem i to najlepszym.

- Ha! Nie masz pojęcia, jaki jest naprawdę! Nie wiesz, jaka była jego matka - moja 

rodzona siostra, a twoja babka. Zdradzała męża i zabawiała się z utopcem, tak, utopcem, 

którego sam diabeł przysyłał jej z Loch Leven. Przybywał tu pod postacią jej męża, ale to nie 

był   jej   maź,   bo   prawdziwy   dziedzic   kochał   tylko   mnie.   Należał   do   mnie   pod   każdym 

względem.   A   ona   cudzołożyła   z   utopcem.   Utopiec   był   ulubieńcem   szatana,   fałszywym 

obrazem dziedzica, złem wcielonym, A syn, którego powiła, Colin, jest przesiąknięty złem aż 

do szpiku kości, tak samo jak jego ojciec - utopiec.

Filip w ogóle jej nie rozumiał. Modlił się, żeby ktoś szybko nadszedł. Ojciec lub pani 

Seton, lub Crocker. Ktokolwiek bądź, byle szybko. Proszę cię. Boże, ześlij tu kogoś. Ciotka 

Arleth postradała zmysły, lak samo jak rymarz, Old Alger, myślał.

Filip   był   przerażony.   Nic   nie   wskazywało   na   to,   że   jego   żarliwe   prośby   zostały 

wysłuchane. Ciotka Arleth zbliżała się do Sinjun. Rzucił się naprzód, padł na łóżko i zakrył ją 

własnym ciałem.

- Sinjun! - krzyknął. Złapał ją za ramiona i potrząsnął. Jeszcze raz wykrzyczał jej imię. 

Sinjun otworzyła oczy i spojrzała na niego.

- Filip? To ty? Czy ona sobie poszła?

- Nie, wciąż tu jest. Nie wolno ci teraz zasnąć, Sinjun. Nie wolno.

- Wynoś się stąd, Filipie!

- O, Boże - wyszeptała Sinjun.

- A czy wiedziałeś, głupi chłopaku, że prawdziwy maż mojej siostry - twój dziadek - 

posadził przy drzwiach jarzębinę, żeby żona nie mogła wejść? Wiedział, że ona cudzołoży z 

utopcem. Tak, ale szatan zesłał na nią urok, który ochraniał ją nawet przed jarzębinowym 

krzyżem.

- Proszę cię, ciotko. Odejdź stąd.

Ciotka Arleth przyglądała się chłopcu i leżącej na łóżku kobiecie. Oczy Sinjun były 

pełne strachu. Arleth cieszyła się jej przerażeniem.

- Sprowadziłeś tu twojego ojca. Nafaszerowałeś mu uszy kłamstwami. Obudziłeś w 

nim poczucie winy. On wcale nie chciał tu wracać, dobrze o tym wiesz. Chciał, żeby ona 

opuściła zamek. Dostał jej pieniądze, więc nie była mu już na nic potrzebna.

- Odejdź stąd, ciotko.

-   Usłyszałam,   że   rozmawiacie   o   krzyżu   jarzębinowym   i   o   utopcach.   Witam   was, 

ciotko i Filipie. Jak się ma Joan?

Filip  podskoczył  na dźwięk głosu Sereny,  która cicho  jak duch wślizgnęła  się do 

background image

sypialni i stanęła przy łóżku.

- Ona ma na imię Sinjun. Zabierz stąd ciotkę Arleth, Sereno.

-   A   niby   dlaczego,   mój   drogi?   A   co   się   tyczy   jarzębinowych   krzyży,   ciotko,   to 

paskudne rzeczy. Nienawidzę ich. Dlaczego o nich opowiadasz? Ja jestem czarownicą, ale 

jarzębinowy krzyż wcale na mnie nie działa.

Filip zastanawiał się, czy nie traci rozumu. Teraz już nie był przestraszony. Serena, 

jakakolwiek była, nie pozwoli przecież, żeby ciotka Arleth zabiła Sinjun.

- Odejdź, Sereno! W przeciwnym razie przepędzę cię jarzębinowym krzyżem!

- O, nie! To ci się nie uda, ciotko! Nie masz nade mną władzy. Zawsze byłaś dla mnie 

zbyt słaba.

Ciotka Arleth pobladła z wściekłości. Jej oczy były zimniejsze niż Loch Leven w 

styczniu.

I wtedy, ku wielkiej radości Filipa, do sypialni wszedł jego ojciec. Zatrzymał się i 

marszcząc brwi spojrzał na syna, który leżał na łóżku obok Joan, zupełnie jakby ja ochraniał. 

Serena wyglądała pięknie, jak księżniczka z bajki, która przez pomyłkę trafiła do szpitala dla 

obłąkanych i nie bardzo wiedziała, jak ma się zachować.

Ciotka Arleth miała twarz całkowicie pozbawioną wyrazu. Patrzyła w dół, na swoje 

wychudzone dłonie pokryte starczymi plamami.

- Colin?

Uśmiechnął się i podszedł do łóżka. Sinjun wreszcie się obudziła i była przytomna.

- Witaj, Joan. Wróciłaś. Tak się cieszę.

- Kto to jest utopiec?

- Zły duch żyjący w jeziorach. Może przyjmować rozmaite kształty. Swoją siłę czerpie 

od diabła. Ciekawe pytanie. Skąd ci przyszło do głowy?

- Nie wiem. To słowo jakoś do mnie dotarło. Dziękuję, że mi wyjaśniłeś. Czy mogę 

się napić?

Filip podał jej wodę.

- Witaj, Filipie. Czemu tak na mnie patrzysz? Okropnie wyglądam?

Chłopiec leciutko dotknął jej policzka.

- O nie, Sinjun, wyglądasz dobrze. Lepiej się czujesz?

- Tak. I wiesz, co? Jestem głodna. - Spojrzała na ciotkę Arleth i dodała: - Nie lubisz 

mnie i chcesz, żebym chorowała. Nie rozumiem dlaczego. Nie zrobiłam ci nic złego.

- To jest mój dom, panieneczko. Ja będę...

- Nie, ciotko - spokojnie powiedział Colin. - Będziesz się trzymać z dala. Nic tu po 

background image

tobie.

Patrzył, jak powoli i niechętnie wychodzi z pokoju. Obawiał się, że do reszty straciła 

rozum.

- W kieszeni mego stroju do konnej jazdy jest pistolet - powiedziała Sinjun. - Włóż mi 

go pod poduszkę, Filipie.

Colin milczał. Miał jej ochotę powiedzieć, żeby nie wyprawiała szaleństw, ale tak 

naprawdę ciotka Arleth była przecież niebezpieczna.

W końcu powiedział tylko:

- Porozmawiam z panią Seton o odpowiednim dla ciebie posiłku, Joan.

- Pamiętam, że mówiłeś do mnie „Sinjun”.

- Musiałem, bo nie reagowałaś na swoje prawdziwe imię.

Sinjun zaniknęła oczy. Była straszliwie zmęczona i tak osłabiona, że nie uniosłaby 

nawet małego pistoletu, choćby od tego zależało jej życie. Chciało jej się pić. Wstrząsały nią 

dreszcze, bo temperatura znów zaczęła rosnąć.

- Zostań z Sinjun, papo. Ja porozmawiam z panią Seton. Masz tu pistolet, Sinjun. 

Wkładam ci go pod poduszkę.

Colin podał jej wodę, po czym usiadł na brzegu łóżka i przyglądał się żonie. Poczuła 

na czole jego dłoń, a następnie usłyszała, że cicho zaklął. Gorąco, które odczuwała, w jednej 

chwili zmieniło się w przeraźliwe zimno. Wydawało jej się, że przy najmniejszym ruchu jej 

ciało pokruszy się jak lód.

Colin zdjął ubranie i położył się w łóżku obok niej. Przygarnął ją do siebie, starając się 

ją ogrzać własnym ciałem. Czuł jej drżenie i ból. Chciał się od niej dowiedzieć wielu rzeczy, 

ale to nie była odpowiednia chwila. Trzymał ją tuż przy sobie nawet wtedy, gdy zaczął się 

pocić. Wreszcie zasnęła, a Colin wciąż ją tulił i głaskał po plecach.

- Przepraszam, że cię zostawiłem - wyszeptał w jej włosy. - Tak mi przykro.

Czuł jej piersi, brzuch i biodra... Nie, nie będzie o tym myślał. Dziwne, mimo że miał 

wzwód, odczuwał tkliwość, a nie żądzę. Dziwne, ale prawdziwe. Chciał, żeby znów była 

zdrowa.   Chciał,   żeby   znów   na   niego   krzyczała,   kiedy   ja   będzie   brał   do   łóżka,   tylko   że 

następnym razem nie będzie się już przed tym broniła. On zadba o to, żeby była zadowolona.

Następnego dnia gorączka opadła. Colin czuł się bardzo wyczerpany.

- Mówiłem,  że przeżyje  - powiedział uśmiechając się do lekarza.  - Twarda z niej 

sztuka.

- Bardzo dziwne - odparł Childress. - To przecież Angielka.

- Jest moją żoną. Teraz jest Szkotką.

background image

Tego wieczoru do zamku przyszedł jeden z dzierżawców. MacPherson ukradł dwie 

krowy oraz zabił MacBaina i jego dwóch synów. Colin aż się zatrząsł z wściekłości.

- Żona MacBaina powiedziała, że ci brutale jej mówili, że to zemsta za to, że pan zabił 

Dingle'a.

-   Co?   Dingle'a?   Nie   widziałem   tego   nędznego   łajdaka...   -   Colin   zaklął.   -   Nie 

pamiętam, kiedy go spotkałem ostatni raz. Co, Filipie? Co się stało? Chodzi o Joan?

- Nie, papo. Ja wiem wszystko na temat Dingle'a.

Colin   wysłuchał   syna   i   na  myśl   o   tym,   jakie   niebezpieczeństwo   groziło   Filipowi, 

poczuł ucisk w żołądku. Poklepał jednak chłopca po ramieniu i odszedł do swojej samotni w 

północnej wieży.

Pragnął   położyć   kres   waśniom,   lecz   nie   wiedział,   jak   ma   to   uczynić.   Powinien 

porozmawiać z MacPhersonem. Ale co mu powie? Że naprawdę nie pamięta, jak doszło do 

śmierci Fiony? I jak to się stało, że znalazł się nieprzytomny na skraju skarpy?

*

Sinjun spala niespokojnie. Gdzieś na granicy świadomości jaśniało łagodne, bardzo 

białe światło, które przynosiło jej ulgę, a jednocześnie było cieniste i głębokie, przepełnione 

tajemnicami, które bardzo pragnęła zrozumieć. Starała się mówić, ale wiedziała, że to jej nie 

pomoże.   Leżała   nieruchomo,   jej   ciało   i   umysł   czekały   spokojnie.   Pośród   białego   światła 

pojawił się strzępek ciemności. Przygasł i pojawił się znowu, drżący jak płomień świecy w 

lekkim   powiewie   wiatru.   A   potem   zaczął   rosnąć.   Zmienił   się   w   kobiecą   postać.   Bardzo 

zwyczajną postać młodej kobiety o dobrodusznym wyrazie twarzy. Była ubrana w suknię z 

białego materiału wyszywanego perłami. Mnóstwem pereł - Sinjun nigdy nie widziała ich aż 

tylu. Suknia musiała być bardzo ciężka.

Perlista   Jane,   pomyślała   Sinjun,   i   uśmiechnęła   się.   Opuściła   Ducha   Dziewicy   i 

przyjechała do zamku, gdzie mieszkał inny duch. Nie czuła strachu. Czekała.

Perły lśniły i błyszczały tak bardzo, że Sinjun rozbolały oczy. Duch przyglądał się jej, 

jakby starał się zorientować, jakiego rodzaju osobą jest Sinjun.

- Próbował mnie przekupić - powiedział w końcu duch. - Przeklęty zdrajca. Chciał 

mnie  kupić za jedną perłę. Zabił  mnie.  Bez mrugnięcia  okiem rozjechał  mnie  powozem. 

Siedział  w  nim   ze  swoją  kochanką,   a  ona  zadzierała  nosa,  zupełnie   jakbym   była  jakimś 

przydrożnym   śmieciem.   Zażądałam   tylu   pereł,   ilu   potrzeba   na   pokrycie   całej   sukni. 

Obiecałam, że w zamian dam mu spokój.

Ale wtedy już nie żyłaś, prawda? - pomyślała Sinjun.

background image

- Tak, byłam martwa. Ale zajęłam się tym  przeklętym  łajdakiem. Uczyniłam jego 

życie nieznośnym.

I lak samo postąpiłam z jego żoneczką. Znęcałam się nad nią, aż nie mogła znieść jego 

widoku. Widzę, że mój portret znów zniknął ze ściany. Powieście go z powrotem. Ma wisieć 

pomiędzy nimi, zawsze pośrodku. Ma ich rozdzielać po śmierci tak samo jak za życia. Oto 

gdzie ma wisieć mój portret. Zajmij się tym. Powieś go z powrotem. Wierzę, że dopilnujesz, 

aby pozostał na właściwym miejscu.

- Dobrze. Wracaj, kiedy tylko zechcesz.

- Wiedziałam, że nie będziesz się mnie bala. Dobrze, że tu jesteś.

Teraz   Sinjun   usnęła   głębokim,   krzepiącym   snem.   Następnego   ranka   obudziła   się 

późno. Usiadła na łóżku. Czuła się cudownie.

background image

ROZDZIAŁ 15

Philpot   otworzył   drzwi   i   skamieniał.   Na   frontowych   schodach   stały   dwie   modnie 

ubrane   damy,   a   na   żwirowanym   podjeździe   widać   było   elegancki   powóz   podróżny, 

zaprzężony w dwa wspaniałe gniadosze, które rżały i parskały.

Za   damami   stali   dwaj   forysie.   Stangret   pogwizdywał   i   podejrzliwie   spoglądał   na 

Philpota.   Przeklęci   Anglicy,   pomyślał   Philpot,   ograniczone   typy,   wszyscy   oni   tyle   samo 

warci.

Damy  miały  na sobie suknie  podróżne najwyższej  jakości.  Philpot  był  wprawdzie 

tylko synem piekarza z Dundee, ale umiał docenić doskonałość. Damy były nieco zakurzone, 

a jedna z nich, odziana w szary strój ozdobiony na ramionach wojskowymi galonami, miała 

rude włosy i plamkę błota na nosie. Druga zaś, ubrana w strój zielony, była równie ładna i 

zmęczona podróżą, a swe kasztanowe włosy splotła w gruby warkocz i upięła na czubku 

głowy   pod   bezsensownie   małym   czepeczkiem.   który   teraz   się   przekrzywił.   Jedno   pasmo 

włosów   wysunęło   się   i   zwisało   nad   ramieniem.   Philpot   zastanawiał   się,   jaką   przebyły 

odległość i w jakim czasie.

Dama o rudych włosach, które właściwie nie były całkiem rude, lecz raczej rudawe, 

wystąpiła naprzód i uśmiechnęła się szeroko.

- Czy to jest Vere Castle, zamek hrabiego Ashburnham?

-   Tak,   milady.   Czy   mogę   zapytać,   kim...   Przerwał   mu   pisk   i   Philpot   pobladł, 

rozpoznając głos hrabiny.  O Boże, czyżby  zemdlała?  Odwrócił  się  tak szybko,  jak tylko 

pozwalał mu na to wiek i poczucie godności. Hrabina opierała się o ozdobną zbroję. Była 

bardzo blada i wpatrywała się w przybyłe damy.

- Alex? Sophie? To naprawdę wy? Dama w zieleni ruszyła ku niej pierwsza.

-   Nic   ci   nie   jest,   Sinjun?   Och,   proszę   cię,   moja   droga,   powiedz,   że   wszystko   w 

porządku. Tak bardzo się o ciebie martwiłyśmy.

- Teraz już jest mi lepiej, Sophie. Ale co was tu sprowadza? Czy Douglas i Ryder 

także przyjechali? Dlaczego...

- Chorowałaś! Wiedziałam. Teraz to już nie ma znaczenia, Sinjun. Przyjechałyśmy, 

żeby sprawdzić, co się tu dzieje i dopilnować, żeby wszystko było w porządku. Nie musisz się 

o nic martwić.

Obie damy przeszły z hrabiną obok Philpota. Na zmianę przytulały ją i poklepywały 

po bladych policzkach, zapewniając jedna przez drugą, jak bardzo się za nią stęskniły.

Wreszcie kiedy czułościom stało się zadość, Sinjun przedstawiła damy Philpotowi, a 

background image

potem spytała:

- Wiesz gdzie jest lord?

-   Nie   powinna   pani   wstawać   z   łóżka,   mi   lady   -   odparł   Philpot   tonem   surowego 

biskupa.

-   Nie   besztaj   mnie.   Wystarczająco   długo   wyleguję   się   w   łóżku.   Ale   czuję   się 

roztrzęsiona. Przysiądę sobie na chwilę. Poślij po pana. Zawiadom go, że mamy gości, a 

ściśle mówiąc moje szwagierki. Będziemy w salonie. Alex, Sophie, chodźcie ze mną.

Jej hrabiowska mość miała zamiar pójść pierwsza, ale zemdlała. Philpot rzucił się ku 

niej, ale damy okazały się szybsze i po prostu wniosły ją do salonu.

Ułożyły Sinjun na sofie. Podłożyły jej pod nogi poduszki, a największą pod głowę.

- Kochanie, czy nie jest ci zimno?

-   Nie,   Alex.   Czuję   się   dobrze.   Nie   mogę   uwierzyć,   że   naprawdę   tu   jesteście.   To 

cudowne. Jak to się stało?

Alex zerknęła na Sophie i powiedziała:

- Przysłał nas Duch Dziewicy. Powiedział, że jesteś chora.

- A co na to Douglas i Ryder? Sophie wymownie wzruszyła ramionami.

-  Z  Douglasem  obeszło  się bez  kłopotów.  Jest  w  Londynie,  więc  Alex  po prostu 

wyjechała z Northcliffe Hall, mówiąc, że jedzie złożyć mi wizytę. Zabrała z sobą bliźniaki. Z 

Ryderem miałyśmy więcej trudności. Musiałyśmy poczekać, aż pojedzie Tonym na wyścigi 

do Ascot. Na trzy dni, dzięki Bogu. Powiedziałyśmy, że jesteśmy niedysponowane. A potem 

po prostu wyjechałyśmy. -Zamilkła na chwilę, a potem dodała: -Ryder pomyślał chyba, że 

jestem brzemienna. Obdarzał mnie tymi męskimi spojrzeniami posiadacza i czule poklepywał 

po brzuchu. Z trudem powstrzymałam się od śmiechu. Miałam go ochotę zapytać, czy sądzi, 

że ciąża jest zaraźliwa.

- Oni tu przyjadą - westchnęła Sinjun. Przyjadą i znowu będą chcieli zabić Colina.

- Znowu? - wykrzyknęły Sophie i Alex. Sinjun jęknęła i opadła na poduszkę.

-   Tak,   znowu.   Alex   wie,   co   się   stało   za   pierwszym   razem.   Chwyciła   laskę   i 

własnoręcznie obezwładniła Douglasa. A potem napadli na niego jeszcze dwa razy, już tutaj, 

w Szkocji. Przywiozłyście chłopców?

- Nie - odparła Alex. - Zarządzająca Brandon House z ochotą zajęła się nimi pod naszą 

nieobecność. Bliźniaki czują się tam jak w raju, z Graysonem i całą Ukochaną Gromadką. 

Teraz mają tam czternaścioro dzieci. Ale kto wie, Ryder może przywieźć z Ascot jeszcze 

jakieś następne.

- Jane będzie uszczęśliwiona!

background image

- O, tak - odparła pogodnie Sophie. - Grayson jest gotów zabić dla niej smoka. Jeśli 

chodzi o bliźniaki, to Melissanda będzie ich odwiedzać prawie codziennie, bo są tak bardzo 

do niej podobni. Nazywa ich swoimi małymi zwierciadełkami. Douglasa doprowadza to do 

mdłości. Patrzy na chłopców, potrząsa głową i zastanawia się głośno, co też takiego uczynił, 

że   zosta!   obdarzony   dwojgiem   najpiękniejszych   chłopców   na   świecie,   co   oczywiście   źle 

wpływa na ich charakter i czyni ich nieznośnymi.

-   Usiądźcie.   Obydwie.   Dostałam   od   tego   wszystkiego   zawrotów   głowy.   A   więc 

przyszedł do ciebie Duch Dziewicy? I powiedział ci, że jestem chora?

Zanim Alex zdołała odpowiedzieć, w drzwiach stanęła pani Seton z wielką srebrną 

tacą. Oczy lśniły jej z podniecenia. Osobom, które jej nie znały, mogła się wydać sztywna i 

nienaganna jak księżna. Ale Sinjun nie dała się na to nabrać.

- Dziękuję, pani Seton - powiedziała oficjalnym tonem, przejmując jej pozę. - Te oto 

dwie damy pozostaną u nas z wizytą. To moje bratowe: hrabina Northclifie i pani Ryder 

Sherbrooke.

- Miło mi panie poznać - powiedziała pani Senton i złożyła im ukłon godny salonów 

królewskich.

- Przygotuję pokój Królowej Mary i Pokój Jesienny - dodała bardziej ceremonialnie, 

niż żądałaby tego matka Sinjun, i złożyła jeszcze jeden zachwycający ukłon. - Lokaje zajmą 

się bagażem. Emma rozpakuje rzeczy.

- Jest pani bardzo miła, pani Seton. Dziękujemy.

- To zamek hrabiego, milady. Wszystko jest w największym porządku.

-   Tak,   oczywiście   -   zgodziła   się   Sinjun,   przyglądając   się   opuszczającej   salon 

ochmistrzyni. - Phi! Nie przypuszczałam, że pani Seton jest taka...

- Nie znajduję odpowiedniego słowa, ale jestem pod wrażeniem - stwierdziła Alex.

-   Mamy   tylko   jednego   lokaja,   Rory'ego,   który   zajmuje   się   wszystkim.   Emma   to 

wspaniała dziewczyna, doskonale się wami zaopiekuje. A teraz wróćmy do Ducha Dziewicy.

Alex nie zdążyła odpowiedzieć, gdy drzwi otworzyły się po raz wtóry i do salonu 

wszedł Colin. Rozejrzał się z miną pana na swoich włościach - jednocześnie buńczuczną i 

pełną rezerwy. Zobaczył dwie młode damy siedzące obok jego żony i trzymające filiżanki z 

herbatą. W jednej z nich rozpoznał żonę Douglasa. O Boże. gdzieś w pobliżu pewnie czai się 

ten łobuz, jej mąż. Rozejrzał się po salonie.

- Gdzie oni są? Czy tym razem mają przy sobie broń? Pistolety czy florety? A może 

chowają się za sofą, Joan?

Sinjun roześmiała się tylko.

background image

- Dobry Boże! - zawołała Sophie, przyglądając się mężowi bratowej. - Wygląda jak 

bandyta!

I rzeczywiście,  jeżeli  strojem bandyty  nazwać  można  białą,  rozchełstaną  na  piersi 

koszulę, obcisłe trykotowe bryczesy i czarne wysokie buty, a jego twarz jest ogorzała od 

słońca,   włosy   zaś   rozwiane   przez   wiatr,   to   Colin   istotnie   wyglądał   jak   bandyta.   Sophie 

spojrzała   na   Sinjun.   Jej   bratowa   wpatrywała   się   w   męża   z   takim   bezgranicznym 

uwielbieniem, że Sophie spuściła wzrok.

Colin przyjrzał się żonie i zauważy wszy jej bladość zmarszczył brwi. Podszedł do 

niej, pochylił się i ostrożnie dotknął jej czoła.

- Dzięki Bogu nie masz już gorączki. Jak się czujesz? Dlaczego zeszłaś na dół? Philpot 

jest bardziej przejęty twoim wstaniem z łóżka niż naszymi gośćmi. Witam panie. Powiedz mi, 

Joan, co robisz na dole?

- Nie mogłam wytrzymać w łóżku - odparła i uniosła rękę, żeby dotknąć jego szczęki i 

dołka w brodzie. - Nie zniosę tego dłużej. Proszę cię, Colin. Nic mi nie jest. To moje bratowe. 

Alex już znasz. A to Sophie, żona Rydera.

- Bardzo mi miło. - Colin był uprzejmy, ale czujny. - A gdzie wasi mężowie? - zapytał 

pośpiesznie.

- Z pewnością tu zawitają - powiedziała Sinjun. - Ale na razie ich nie ma. I mam 

nadzieję, że trochę to potrwa, bo Alex i Sophie są sprytne.

- Daj Boże, żeby okazały się sprytniejsze od ciebie. - A potem dodał, zwracając się do 

dam. - Przyjechaliśmy do mego domu w Edynburgu i zastaliśmy tam Douglasa i Rydera, 

Czekali, żeby mnie zabić. Uratowała nas rusznica mego służącego.

- I pozostawiła ogromną czarną dziurę w suficie salonu - dodała Sinjun.

- To był widok - ciągnął Colin. - A właściwie jest nadal. Jeszcze jej nie załatałem.

- Dziwne, że Douglas ani słowem o tym nie wspomniał - wtrąciła bardzo zaaferowana 

Alex. - Opowiedział o domu w Edynburgu, ale ani słowem nie wspomniał o napaści. A jak to 

było, kiedy napadł na Colina trzeci raz? Bo o tym także nic mi nie powiedział.

Colin zarumienił się, Alex nie miała co do tego wątpliwości. Jej ciekawość wzrosła 

jeszcze bardziej. Spojrzała na Sinjun, która stanęła w pąsach.

- Colin - powiedziała pośpiesznie Sinjun. - One przyjechały sprawdzić, co się ze mną 

dzieje, bo Alex ukazał się Duch Dziewicy.

- Ten duch, o którym opowiadałaś dzieciom?

- Dzieciom? - spytała zdumiona Alex. Colin poczerwieniał jeszcze bardziej.

- Tak - powiedział Colin wiercąc się na fotelu. - Dzieciom.

background image

- Mam dwójkę cudownych  dzieci  - powiedziała  Sinjun bez zająknienia.  - Filipa i 

Dahling. Filip ma sześć lat, a Dahling cztery. Wspaniałe łobuziaki, jak wszystkie dzieci w 

rodzinie. Opowiadałam Colinowi o Ukochanej Gromadce Rydera.

-  W   swoich  listach   nic  nie   pisałaś  o  dzieciach,  Sinjun  -  powiedziała  z   wyrzutem 

Sophie.

- No, cóż, rzeczywiście. Widzicie... - Zmieniła temat. - Duch Dziewicy ukazał się 

Alex i powiedział, że jestem chora. Dlatego Alex i Sophie przyjechały tu, jak najszybciej 

mogły. Niepokoiły się o mnie.

- Powiedział coś więcej - dodała Alex. - Że masz kłopoty.

- O, Boże - jęknęła Sinjun i spojrzała na męża, który miał bardzo zaintrygowaną minę. 

Douglas na jego miejscu parsknąłby pogardliwie, słysząc podobne bzdury, Ryder szczerze by 

się uśmiał.

- Nie ma żadnych kłopotów - powiedział Colin.

- No, może trochę, ale poradzę sobie % nimi. Co tu się, do diabła, dzieje? Natychmiast 

powiedzcie mi całą prawdę.

- Przyjechałyśmy z wizytą - powiedziała Alex z uśmiechem. 'Zwykłe odwiedziny, ot, 

co. Zajmiemy się wszystkim, dopóki Sinjun nie wyzdrowieje. Prawda, Sophie?

- Oczywiście  - przytaknęła  jej Sophie z miną  starej ciotki.  - Mamy różne talenty 

gospodarskie, dlatego potrzebne jesteśmy obydwie. Doskonała herbata, Sinjun.

Colin przyjrzał się jej i uniósł brew.

- Doprawdy - powiedział - Joan ma niezastąpionych krewnych.

- Joan? - zdziwiła się Sophie. - Skąd ci to przyszło do głowy?

- Wolę to imię, niż jej męskie przezwisko.

- Tak, ale...

- To nie ma znaczenia, Sophie - wtrąciła się Sinjun. - Dziękuję wam obydwóm, żeście 

przyjechały - dodała pośpiesznie. - Tak się cieszę, że tu jesteście.

- A potem rzuciła bez zastanowienia. - Byłam taka udręczona.

-   Co   chcesz   przez   to   powiedzieć?   -   spytała   Sophie,   zlizując   z   palca   odrobinę 

malinowego dżemu.

- Porozmawiamy o tym później - odpowiedziała Sinjun spoglądając na męża.

-   A  teraz   wrócisz   do   łóżka   -   oświadczył   srogo   Colin.   -   Jesteś   blada   jak  ściana   i 

strasznie się pocisz. To mi się wcale nie podoba. Chodź, zaniosę cię do sypialni. Chcę, żebyś 

została w łóżku. Powiem ci, kiedy będziesz mogła wstać.

I nie czekając na odpowiedź, wziął ją na ręce i zaniósł do drzwi.

background image

- Jeśli macie ochotę, możecie pójść za nami, drogie panie.

Sophie i Alex w milczeniu wstąpiły na szerokie schody. Były zadowolone, że Sinjun 

nic   już   nie   dolega,   a   jednocześnie   zdumione   wzmianką   o   dzieciach   i   wyczerpujących 

sprawach.

- Traktuj to jako przygodę - poradziła Alex. - Spójrz na dżentelmena na tym portrecie. 

Na miłość boską, on jest nagi!

Colin uśmiechnął się i rzucił przez ramię:

-   To   mój   praprapradziadek   Granthan   Kinross.   Wieść   niesie,   że   przegrał   zakład   z 

sąsiadem, w wyniku czego na portrecie uwieczniono go bez kraciastego pledu, stanowiącego 

szkocki strój narodowy. Przezornie umieszczono przed nim krzak cisu.

- O co się założyli? - spytała Alex.

-   Powiadają,   że   Granthan   był   nieokiełznanym   młodzieńcem,   uganiającym   się   za 

wszystkimi daniami w okolicy. Uważał ich uszczęśliwianie za swoją życiową misję. Pewien 

sąsiad   oświadczył,   że   Granthan   nigdy   nie   uwiedzie   jego   żony,   ponieważ   jest   ona 

niezachwianie cnotliwa. Założyli się. Okazało się, że w rzeczywistości żona jest młodzieńcem 

w kobiecym przebraniu, i Granthan przegrał zakład.

- Masz ragę, Alex - roześmiała się Sophie. - To będzie wielka przygoda.

Tego wieczoru, po kolacji, Sophie i Alex przyszły do sypialni Sinjun i usadowiły się 

na łóżku. Colin pozwolił im na to, a sam wycofał się do pokoju dzieci.

- Nie dopytujcie się znów o moje zdrowie. Czuję się dobrze, tylko jestem okropnie 

osłabiona. Rozchorowałam się, bo przemokłam na deszczu. A potem ciotka Arleth usiłowała 

mnie zabić.

Sophie i Alex wpatrywały się w nią wzrokiem pełnym grozy.

- Co ty wygadujesz? - spytała w końcu Alex.

- To stara, zgorzkniała dama - stwierdziła Sophie. I zapewniam cię, że wcale się na 

nasz widok nie ucieszyła, Ale żeby chciała cię zabić! Dlaczego?!

- Nie chce mnie tutaj. Potrzebuje tylko mojego posagu. A może nie chce nawet moich 

pieniędzy.   Sama   nie   wiem.   Kiedy   leżałam   chora,   a   Colin   był   w   Edynburgu,   otworzyła 

wszystkie okna w sypialni i zostawiła mnie samą. W ten sposób omal nie wywietrzyła mnie 

na  tamten   świat.   Filip   wykradł   się  nocą   z  zamku   i  sam  pojechał   po  ojca.  To   wspaniały 

chłopiec. Potem ciotka Arleth spróbowała jeszcze raz. Nie wiem, czy robiła to całkiem na 

poważnie, może była tylko rozstrojona. Bardzo dużo mówi, ale bez sensu. A jak wam się 

podobają moje dzieci?

- Pozwolono im zostać w salonie tylko kilka minut. To żywe wizerunki swego ojca, co 

background image

oznacza, że są bardzo ładne. Dahling chowała się za nogą Colina i nie wyjmowała palca z 

buzi. Ale Filip podszedł do nas i powiedział, że się cieszy z naszego przyjazdu. Zniżył głos i 

ostrzegł, że mamy na ciebie uważać. Nie chce, żeby ci się znów stała krzywda. Masz tu 

prawdziwego rycerza, Sinjun. W swoim czasie będzie łamał kobiece serca.

- Miejmy nadzieję, że jego ojciec nie złamie mego.

-   Dlaczegóż   miałby   złamać?   -   zdziwiła   się   Alex.   -   Mężczyzna   nie   mógłby   sobie 

wymarzyć żony lepszej od ciebie.

- Dziękuję - odparła wzruszona Sinjun.

- Opowiedz nam teraz wszystko. Mam straszliwe przeczucie, że jutro o świcie zjawią 

się tutaj nasi mężowie i zażądają naszej krwi - powiedziała Alex.

-   Nie   -   zaprzeczyła   stanowczo   Sinjun.   -   Mamy   co   najmniej   dwa   dni   odroczenia. 

Postąpiłyście bardzo sprytnie. Minie trochę czasu, zanim się pozbierają i zdecydują, co robić. 

Powiedziałaś, że Ryder pojechał z Tonym do Ascot?

- Tak, ale to nie ma znaczenia. Zgadzam się z Alex. Jakoś się dowiedzą. Spodziewam 

się ich jutro o świcie. I chyba wiesz, jak się zachowają? Douglas będzie wściekły, bo Alex 

jest brzemienna, a wyruszyła w podróż bez jego lordowskiej zgody, a Ryder obedrze mnie ze 

skóry za to, że mam przed nim tajemnice. Alex tylko się roześmiała, ale nie zaprzeczyła.

- O mnie się nie martwcie - powiedziała. - Czuję się doskonale. Nie miewam już 

nudności. Dzięki Bogu, nie mdii mnie od półtora dnia. Mów, Sinjun.

- Sophie ma rację. Musimy działać szybko - zgodziła się Sinjun. - Leżąc w łóżku, 

obmyśliłam wspaniały plan. Potrzebuję trochę czasu, żeby go wprowadzić w życie.

- Plan? - spytała Sophie.

Sinjun zaczęła od MacPhersonów, a potem przeszła do Perlistej Jane, ducha, którego 

istnienie Sophie i Alex przyjęły z radością.

- Myślisz - powiedziała Alex, gdy Sinjun przerwała na chwilę swoją przemowę - że 

duchy w jakiś sposób porozumiewają się między sobą? Skąd Duch Dziewicy mógł wiedzieć, 

że jesteś chora i masz kłopoty? Czy to Perlista Jane mu powiedziała?

Na to pytanie żadna z nich nie umiała odpowiedzieć.

- O, Boże - przypomniała sobie Sinjun. - Nie powiesiłam portretu Perlistej Jane na 

miejsce. Będzie niezadowolona.

- O co jej chodziło?

- Perlista Jane zażądała pereł od tego barbarzyńcy hrabiego, przodka Kinrossów, który 

uwiódł ją i porzucił, a potem zabił. Chciała, żeby jej portret - namalowany z pamięci - wisiał 

pomiędzy portretami hrabiego i jego żony. Ilekroć jej wizerunek zdejmowano ze ściany, coś 

background image

złego przydarzało się panu lub pani Vere Castle. Nie tak strasznego, jak śmierć od pioruna, 

ale coś nieprzyjemnego, jak niestrawność. Nie chcę, żeby coś takiego stało się ze mną. Myślę, 

że to ciotka Arleth poprzewieszała portrety, wierząc, że w ten sposób ściągnie na mnie jakieś 

nieszczęście. Nie jestem pewna, ale wygląda mi na to, że to ona.

-  Straszliwa  kobieta   - stwierdziła  Alex.  - Ale  teraz   jesteśmy  przy  tobie,  więc  nie 

ośmieli się próbować czegoś nowego.

- Uważam, że Serena jest dziwna - powiedziała Sophie, klękając przed kominkiem, 

żeby rozpalić ogień. -Taka eteryczna w sposobie bycia i ubierania. Suknia, którą miała na 

sobie dziś wieczorem, była śliczna i z pewnością bardzo kosztowna. I tu rodzi się pytanie - 

skoro Colin nie ma pieniędzy, skąd wzięła środki na taką suknię? Potraktowała nas miło, ale 

jakoś tajemniczo i niewyraźnie.

- Myślę, że jest stuknięta - wtrąciła Alex.

- Możliwe - ciągnęła Sophie z namysłem. - Ale wiesz co, Sinjun? Jej zachowanie 

sprawia wrażenie gry. Nie jest chyba aż tak oderwana od rzeczywistości, jak na to wygląda.

- Powiedziała mi, że Colin mnie nie kocha, że kocha inną. Lubi go całować w usta, 

kiedy on się tego nie spodziewa. Ale równocześnie wydaje się mnie akceptować. Z pewnością 

jest   dziwna.   -   Sinjun   wzdrygnęła   się   i   ziewnęła.   -   A   co   do   pieniędzy   na   jej   suknie,   to 

doskonałe pytanie. Jutro ją o to zagadnę.

- Pod warunkiem, że twój maż pozwoli ci wstać 2 łóżka - przypomniała jej Sophie, 

uśmiechając się.

- Wyglądasz na zmęczoną, Sinjun.

-   Muszę   się   porządnie   wyspać   -   powiedziała   stanowczo   Sinjun.   -   Jutro   zacznę 

urzeczywistniać mój plan. A pojutrze, nie, później, za kilka dni, zaczniemy działać wspólnie. 

Nie zapominajcie o mężach. Na pewno tu zawitają.

- Dobrze - odparła Sophie. - Będziemy się modlić, abyś miała rację, że nic przyjadą tu 

do piątku. Jutro zjemy z tobą śniadanie i będziesz nam mogła opowiedzieć, co zaplanowałaś. 

Zgoda?

- O jakich planach mówicie? - spytał od progu Colin.

- Chodzi równie cicho jak Douglas - stwierdziła Alex. - To denerwujące.

-   O   naszych   planach   na   jutrzejszy   dzień,   oczywiście   -powiedziała   Sophie   nie 

mrugnąwszy   powieką.   Wstała   spod   kominka   i   otrzepała   spódnicę.   -   Podzielimy   się 

obowiązkami   domowymi.   Chodzi   o   sprawy,   które   nie   interesują   dżentelmenów.   Chcemy 

porozmawiać o ciąży i samopoczuciu Alex, o robieniu włóczkowych kocyków i maleńkich 

skarpeteczek dla dzidziusia...

background image

- Myślisz, że nic interesuję się babskimi sprawami? - zapytał z przebiegłym błyskiem 

w oku. - To także moje sprawy. Niech mi się tylko uda dopiąć swego, a brzuch Joan także 

urośnie.

- Colin!

-   Tak,   może   podzielimy   się   pracą   i   będziemy   dziergać   siedząc   we   dwójkę   przy 

kominku. Dzwoniąc drutami zastanowimy się nad imieniem dla dziecka.

- Masz ogień na kominku - powiedziała Sophie, lekceważąc Colina. - Będzie się palił 

przez kilka godzin. Dziękujemy, że zgodziłeś się na nasz pobyt w zamku, Colin. Chodźmy, 

Alex. Dobranoc, Sinjun.

Kiedy drzwi się zamknęły, Colin podszedł i usiadł na łóżku.

- Są równie niebezpieczne jak ich mężowie - stwierdził. - Tylko posługują się inną 

taktyką. Nie ufam im ani trochę. Tobie zresztą także. Powiesz mi o co tu chodzi, Joan?

Sinjun ziewnęła ostentacyjnie.

- O nic. Boże, czuję, że mogłabym przespać calutki tydzień.

-   Trzymaj   się   z   dala   od   moich   spraw,   Joan   -   powiedział   Colin   spokojnie.   Zbyt 

spokojnie.

- Oczywiście - odrzekła i miała zamiar udać następne ziewnięcie, ale zrezygnowała.

- Kiedy wróciłem z Edynburga, powiedziałaś dużo dziwnych rzeczy. Byłaś taka chora, 

że nie panowałaś nad językiem. Powtarzałaś, że musisz mnie chronić przed MacPhersonem. 

Rozkazuję ci, moja droga żono, żebyś nie opuszczała zamku. Pozwól, że sam się rozprawię z 

tym łajdakiem.

- On jest bardzo ładny - strzeliła Sinjun bez zastanowienia, a zdawszy sobie sprawę, co 

uczyniła, zastygła z przerażonym wyrazem twarzy.

- A więc - wycedził Colin nachylając się nad nią - spotkałaś Robbie'ego, tak? Gdzie? 

Kiedy?

Usiłowała wzruszyć ramionami, ale nie było to łatwe, bo Colin zaczął ją głaskać po 

szyi. Sinjun zaczęła się zastanawiać, czy nie zacznie jej dusić.

- Jeździłam  konno i natknęłam  się na  niego przy Loch  Leven.  Był  niemiły,  więc 

prędko odjechałam, to wszystko, Colin.

- Kłamiesz - powiedział % westchnieniem i podniósł się z łóżka.

- No cóż, zabrałam mu konia. I nic więcej, przysięgam. - Zamilkła, a potem znów 

otworzyła usta, lecz Colin ją ubiegł.

- Zabrałaś mu konia. Nie spodziewałem się, że kobieta może być tak niesłychanie 

wścibska. Nie, już nic nie musisz dodawać, po prostu obiecaj mi, że pozostaniesz w zamku.

background image

- Nie - zaprotestowała Sinjun. - Tego nie mogę obiecać.

- W takim razie będę cię musiał zamknąć na klucz w sypialni. Nie pozwolę ci na 

nieposłuszeństwo.   Robert   MacPherson   jest   bardzo   niebezpiecznym   człowiekiem,   Joan. 

Dowodzi tego skaleczenie na twoim policzku.

Sinjun nie bardzo się tym przejęła. Przecież są tutaj Sophie i Alex. We trójkę uchronią 

Colina przed każdym niebezpieczeństwem.

- Zgadzam się z tobą - powiedziała. - Jest niebezpieczny. I to mnie dziwi, bo jest taki 

ładny.

- Może to ma coś wspólnego z jego przewrotnością. Kiedy dorastał, jego rysy nie 

grubiały, lecz stawały się coraz delikatniejsze. A on robił się coraz sroższy i gwałtowniejszy. 

To jak, żono, okażesz mi posłuszeństwo?

- Owszem, w większości spraw. Wiesz, że zrobię to chętnie. Ale w pewnych sprawach 

musisz mi pozwolić na działanie wedle mego uznania.

- Ach, tak. I jedną z tych spraw jest nasze uprawianie miłości.

- To prawda.

- Mówisz z takim przekonaniem. Masz pewność, że nie jestem aż takim łajdakiem, 

żeby cię wziąć, kiedy jesteś osłabiona chorobą?

Trafił w samo sedno i Sinjun musiała skinąć głową. Colin westchnął głaszcząc ją po 

włosach.

- Nie byłem dla ciebie zbyt miły, kiedy poprzednio wróciłem do domu.

- Byłeś po prostu podłym sukinsynem.

- Aż tak bym tego nie nazwał - odparł zgorszony. - Ale teraz muszę przyznać, że 

moim   dzieciom   bardzo   na   tobie   zależy.   Filip   ryzykował   życie,   żeby   ściągnąć   mnie   z 

Edynburga.

- Wiem. Na myśl o tym krew mi krzepnie w żyłach. To bardzo odważny chłopczyk.

- To mój syn. Sinjun uśmiechnęła się.

- A Dahling, kiedy już wyjmie palec z buzi, pieje na twoją cześć hymny.

- Przyznasz także, że zajmowanie się zamkiem jest moim prawem i obowiązkiem?

- Myślę, że tak. MacDuff przywiózł mi przesłanie od ciebie. Coś w rodzaju, że nie 

ukradniesz mi pudełka. Co chciałaś przez to powiedzieć?

- Że nie mam zamiaru niczego ci odbierać. Pamiętasz pudełko, które ukrywałeś przed 

bratem w pniu dębu? Ja chcę się z tobą dzielić. Nie jestem Malcolmem ani twoim ojcem.

- Widzę, że MacDuff się wygadał - powiedział Colin odwracając twarz.

- On tylko chciał, żebym cię lepiej zrozumiała. Kiedy są twoje urodziny?

background image

-   Ostatniego   dnia   sierpnia.   Dlaczego   pytasz?   Sinjun   tylko   potrząsnęła   głową. 

Zastanawiała się, kto jest jego ulubionym poetą. A potem ziewnęła, tym razem naprawdę.

- Teraz odpocznij. Nie wątpię, że twoi bracia też tu przybędą. Pozwalam ci, abyś mnie 

przed nimi broniła. Mam nadzieję, że żony nie wiedzą, iż wtargnęli do naszej sypialni.

- Nie, dzięki Bogu nie wiedzą.

- Może powinienem im powiedzieć?

- Nie żartuj, Colin!

- Tak, to tylko żarty. Jeszcze jedna sprawa. Czy Douglas i Ryder wiedzą, że ich żony 

są tutaj?

- A czemu mieliby nie wiedzieć?

- Jak mogli pozwolić, by podróżowały same? Oszczędź mi nowej, jeżącej włosy na 

głowie, bajeczki.

Colin podszedł do kominka i zaczął zdejmować ubranie. Zdawał sobie sprawę z tego, 

że Sinjun mu się przygląda. Czuł na sobie jej wzrok.

-   Uważam,   że   przyjeżdżając   tutaj,   Alex   postąpiła   nierozważnie.   To   bardzo   długa 

podróż. Nie chciałbym, żebyś ty ryzykowała utratę dziecka. Kiedy zajdziesz w ciążę, będziesz 

mi posłuszna.

Sinjun tylko się uśmiechnęła. Wiedziała, że postąpi, jak uzna za stosowne. Chciała, 

żeby Colin odwrócił się do niej. Pragnęła go zobaczyć całego. Był całkiem nagi i Sinjun 

patrzyła na jego plecy, pośladki i nogi. Nie wyobrażała sobie, by jakikolwiek mężczyzna na 

świecie wyglądał równie wspaniale.

- Colin? - odezwała się ochrypłym głosem.

- Tak? - odparł leniwie i odwrócił się ku niej.

On wie, po prostu wie, o czym myślę i czego pragnę, pomyślała. Przełknęła ślinę. 

Przyglądała mu się, pragnąc, by tak pozostał choćby godzinę. Miała go ochotę namalować, 

jeśliby się zgodził na pozowanie. Zastanawiała się, czy przystałby na taki pomysł.

- Tak, Joan?

- Będziesz ze mną spał tej nocy? Przytulisz mnie?

- O, tak. Wiem, że to lubisz. I będę cię całował. Podszedł do łóżka, wiedząc, że ona 

chce   się   mu   przyglądać.   Pozwalał   jej   na   to.   Jej   fascynacja   bawiła   go   i   sprawiała   mu 

przyjemność.   To   naprawdę   wspaniałe,   że   żona   podziwia   własnego   męża.   Usłyszał,   że 

westchnęła i zmarszczył czoło. Spojrzał w dół. Pod spojrzeniem Sinjun jego męskość rosła z 

dającym się przewidzieć entuzjazmem, i Sinjun przestraszyła się. Czego się spodziewała? Że 

mu uschnie?

background image

Przekleństwo. Colin zapragnął, by Sinjun wyzdrowiała, i to szybko.

- Zostaniesz teraz w domu, Colin?

- Tak. Już ci mówiłem. MacPherson jest teraz tutaj i powoduje szkody. Muszę się z 

nim rozprawić. I uczynię to bez twojej pomocy, Joan. Wygląda również na to, że muszę cię 

bronić przed ciotką Arleth.

- Doceniam to.

Colin wspiął się na łóżko i Sinjun z przyjemnością pozwoliła, by ją przytulił. Leżeli na 

bokach, twarzami ku sobie, a ich nosy nieomal się stykały.

- Wciąż masz na sobie tę przeklętą koszulę.

- Tak będzie bezpieczniej.

-   Chyba   masz   rację.   -   Pocałował   ją   w   usta.   -   Rozchyl   usta,   Joan   -   powiedział   z 

uśmiechem. - Zapomniałaś, czego cię nauczyłem? Nie, nie jak ryba lub śpiewaczka operowa. 

O tak. Dobrze. Wysuń język.

Bardzo jej pragnął, i o ile się nie mylił, ona także nie była niechętna jego ustom i 

dłoniom. Wiedział jednak, że wciąż jest osłabiona i nie chciał, żeby znów się rozchorowała. 

Ucałował czubek jej nosa i delikatnie przycisnął jej policzek do swego ramienia, po czym 

przewrócił się na wznak. Nie przyszło mu to łatwo, ale dokonał tego. Wspiął się na wyżyny 

szlachetności. Sinjun westchnęła rozczarowana i usiłowała go pocałować.

-   Nie,   Joan.   Nie   chcę   cię   zmęczyć.   Spróbuj   się   rozluźnić.   Będę   cię   trzymał   w 

ramionach,   to   wszystko.   Czy   Filip   miał   rację?   Ciotka   Arleth   rzeczywiście   usiłowała   cię 

zabić?

Sinjun odczuwała wielką żądzę. Drżała przytulona do Colina. Pragnęła go całować do 

utraty tchu. Chciała czuć jego dłonie na całym ciele. Chciała całować jego brzuch i wziąć do 

ust jego męskość. Nie umiała zapomnieć, że jego twarde i gorące ciało przylega do jej ciała, i 

że tak doskonale do siebie pasują. Zacisnęła dłoń w pięść. A potem powoli, bardzo powoli, 

ułożyła ją płasko na brzuchu Colina. Poczuła jego twardość i ciepło, i kręcone włosy na łonie.

Colin zamknął oczy i zagryzł wargi.

- Nie, Joan. Nie ruszaj się, kochanie. Zabierz rękę, zanim zacznie mi zawadzać. Proszę 

cię, odpowiedz na moje pytanie.

Wtedy Sinjun zdała sobie sprawę z tego, że on także próbuje nad sobą zapanować. 

Pomyślała,   że   pewnie   stara   się   ją   oszczędzić   ze   względu   na   chorobę,   ale   ona   wolała 

zaryzykować nawrót gorączki. Poruszyła łagodnie palcami. Colin odsunął się od niej. Trwał 

przy swojej szlachetności.

Sinjun westchnęła.

background image

- Nie przyszła i nie wlała mi trucizny do gardła, ale chciała, żebym umarła. Co do tego 

nie mam wątpliwości. Pootwierała wszystkie okna, żebym się przeziębiła i umarła. A potem, 

już po twoim powrocie, zastała mnie samą i mówiła, że użyje poduszki, by mnie uciszyć na 

zawsze.   Ale   uznała,   że   musi   wymyślić   coś   innego,   bo   sposób   z   poduszką   byłby   zbyt 

oczywisty. Powiedziała, że uczyniłam jej życie jeszcze nędzniejszym. Mówiła wtedy wiele 

różnych rzeczy, jak również przedtem. -I Sinjun opowiedziała o utopcach, o tym jak ciotka 

Arleth zmuszała panią Seton do zaniedbywania zamku, o tym, jakoby ojcem Colina nie był 

hrabia, lecz utopiec, o tym, że prawdziwy dziedzic nie kochał matki Colina, która była zła i 

obłąkana, tylko ciotkę Arleth. Colin zadawał jej wiele pytań.

I   wreszcie,   kiedy   Sinjun   była   już   zbyt   zmęczona,   by  dodać   choćby   jedno   słowo, 

ucałował jej skroń i powiedział:

- Dopilnuję, aby ją zabrano z Vere Castle. Jest niebezpieczna dla nas i dla siebie 

samej. Bóg wie, co może zrobić dzieciom, kiedy jej umysł podryfuje w innym kierunku. 

Dziwne, że nigdy przedtem nie zauważyłem, że jest szalona. Widziałem tylko, że mnie nie 

lubi, co było zupełnie oczywiste, więc nie przywiązywałem do tego wagi. A teraz już śpij. 

Przesuń rękę w górę. To mniej niebezpieczne miejsce.

Sinjun uśmiechnęła się z policzkiem na ramieniu Colina. Kiedy mąż był obok niej. nie 

mogło się stać nic złego. A jeśli chodzi o jego bezpieczeństwo, to ona już o nie zadba. Colin 

może   sobie   do  woli  perorować,   stroić  pańskie   miny  i   strugać  autokratę.   Dla  niej   to  bez 

znaczenia. Nie ma najmniejszych szans wobec trzech Angielek. Nie ma szans.

background image

ROZDZIAŁ 16

Douglas i Ryder nie pojawili się w Vere Castle przed świtem, co uspokoiło i zarazem 

zasmuciło ich żony. O ósmej rano, przy śniadaniu w sypialni Sinjun, Sophie głośno wyraziła 

swoje zaniepokojenie.

- Ale gdzie się podziewają? Myślisz, że coś się im stało, Alex?

- Nie, nie sądzę. Zaczynam podejrzewać, że są rozgniewani i w ogóle tu nie przyjadą. 

To   ma   być   nauczka.   Douglas   zawsze   stara   się   przeforsować   swoje   zdanie   i   w   połowie 

przypadków odnosi sukces. Tym razem postanowił mnie ukarać.

Sinjun popatrzyła  na bratowe i roześmiała  się. Miały identyczny,  pełen oburzenia, 

wyraz twarzy.

- Nie wierzę własnym uszom. Mówicie tak, jakbyście chciały, aby natychmiast się tu 

pojawili.

- Wcale nie!

- Cóż za bzdura!

- Czy któraś z was wpadła na pomysł, żeby zostawić im jakąś wiadomość? - spytała 

rozbawiona Sinjun.

Alex spojrzała na nią, jakby ta postradała zmysły.

- Ależ oczywiście - odparła wzruszając ramionami. - Napisałam mu dokąd jadę! Za 

kogo mnie masz? Nigdy bym nie pozwoliła, żeby Douglas się o mnie martwił!

- I co mu napisałaś?

Że,., że pojechałam do Sophie. Och, do diabła! Sinjun zwróciła się do Sophie, która 

pobladła i wpatrywała się w swoje zielone pantofelki.

- A ty? Zostawiłaś Ryderowi wiadomość, dokąd się udajecie?

- Napisałam mu, że jedziemy podziwiać krajobrazy w Cotswolds, i że dam mu znać, 

kiedy mamy zamiar wrócić.

- Och, Sophie! Nie zrobiłaś tego! - krzyknęła Alex i rzuciła w nią poduszką. - Nie 

wierzę, że nie napisałaś mu prawdy. Na miłość boską, co ci przyszło do głowy?

-   Nie   jesteś   lepsza,   Alex!   -   odparła   Sophie   i   odrzuciła   poduszkę,   trafiając   w 

imponujący biust bratowej. - Napisałaś tylko połowę prawdy. Nie musiałaś kłamać tak jak ja. 

Byłaś w lepszej sytuacji.

- Powinnaś się była domyślić, że nie ma powodu do kłamstwa! Wystarczyło trochę się 

zastanowić, ale ty nie pomyślałaś...

- Nie waż się nazywać mnie głupią!

background image

- Nie nazwałam cię głupią! Uderz pięścią w stół, a nożyce...

- Przestańcie - przerwała im Sinjun tłumiąc śmiech. Wspaniała pierś Alex falowała; 

Sophie poczerwieniała na policzkach i zaciskała pięści.

Pierwsza odezwała się Alex.

- I co my teraz zrobimy? - spytała przygnębionym tonem.

- Ryder  i Douglas wkrótce się domyśla  - powiedziała  Sinjun stanowczo. - Jestem 

pewna. Jeżeli chcecie się poczuć lepiej, napiszcie do nich teraz, a chłopiec stajenny zawiezie 

wasze listy do Edynburga. Jednak myślę, że można się bez tego obejść.

- To będzie trwało całą wieczność!

- Można się bez tego obejść - powtórzyła Sinjun. - Zaufajcie mi, obydwaj mężowie 

wkrótce tu zawitają. Stawiam na piątek, nie później. Czy możecie się teraz pogodzić i zająć 

innymi sprawami?

Patrząc na obejmujące się bratowe, Sinjun zdała sobie sprawę, że czuje się znacznie 

lepiej. Tak, była o wiele silniejsza niż poprzedniego dnia. Nie doszła jeszcze całkiem do 

siebie, ale miała jaśniejszy umysł.

Omawiały plan tak długo, aż Sinjun uznała, że przewidziane zostały wszelkie możliwe 

sytuacje.   Alex   i   Sophie   nie   były   zachwycone,   ale   Sinjun   przekonała   je,   że   to   najlepszy 

sposób.

- Wolałybyście, żebym go po prostu zastrzeliła i utopiła zwłoki w jeziorze? - spytała 

rozpraszając ich obiekcje.

Napisała   list   jeszcze   wczorajszego   przedpołudnia   i   posłała   po   Ostle'a.   Kazała   mu 

przysiąc, że dochowa tajemnicy, i modliła się, żeby nie puścił pary z ust.

- A teraz do dzieła. Nie możemy liczyć na to, że mamy jeszcze jutrzejszy dzień. Ja nie 

tracę wiary w przebiegłość Douglasa i Rydera.

Alex   i   Sophie   przywiozły   z   sobą   pistolety   kieszonkowe.   Obie   umiały   strzelać, 

wprawdzie   nie   tak   dobrze   jak   Sinjun,   ale   zupełnie   nieźle.   Widok   broni   sprawił,   że 

spoważniały.

- Duch Dziewicy przepowiadał kłopoty - przypomniała Alex. - Nie jesteśmy głupie, 

mimo że nic pomyślałyśmy o wszystkim. Lub raczej nie napisałyśmy. A gdzie twój pistolet?

Sinjun wyciągnęła spod poduszki mały pistolecik.

- Jestem wystarczająco silna, żeby zrobić to dziś rano. Muszę się upewnić, że Colin 

zajmuje się czymś innym i nie będzie zwracał uwagi na was i na mnie. Jakoś to załatwię. A 

teraz słuchajcie uważnie.

Pozbycie   się   Colina   było   trudniejsze,   niż   Sinjun   przypuszczała.   W   końcu   kiedy 

background image

zawiodły wszelkie pomysły,  zaczęła straszliwie kaszleć. Cierpiała również na ból głowy i 

pulsowanie pod lewym okiem. I nie mogła swobodnie oddychać. Poszło jej bardzo dobrze, 

kaszlała   tak   okropnie,   że   z   oczu   pociekły   jej   nawet   łzy.   Udało   jej   się   też   przekonująco 

dygotać.

- Do diabła, myślałem, że jest już lepiej - powiedział Colin, rozcierając plecy Sinjun i 

przytulając ją do siebie. Powiedział, iż osobiście pojedzie po doktora Childressa, ale pod 

warunkiem, że Sophie i Alex nie opuszczą Sinjun ani na chwilę. Była to obietnica łatwa do 

dotrzymania. Widząc troskę Colina, Sinjun poczuła się winna, ale wiedziała, że nie może się 

poddać.

- Czuję się doskonale  - zapewniła  bratowe  Sinjun. Ubrała  się szybko  w jeden ze 

strojów do konnej jazdy. Wybrała stary i znoszony. - Za jakiś czas z pewnością będę padać z 

nóg, ale na razie nic mi nie jest. Nie martwcie się o mnie. Musimy się tym  zająć przed 

przyjazdem waszych mężów. Nie spoglądajcie po sobie. Przyjadą na pewno, i to wkrótce.

- Dokąd się wybierasz?

Do sypialni wszedł Filip. Nie zwracając uwagi na Alex i Sophie, podszedł wprost do 

Sinjun. Stanął przed nią i wziął się pod boki, zupełnie jak jego ojciec.

- Dokąd jedziesz? - powtórzył. - Masz na sobie strój do konnej jazdy zamiast koszuli. 

Papa nie będzie zadowolony. Ja także nie jestem.

Sinjun miała ochotę wzburzyć mu włosy, ale się powstrzymała. Zadowoliła się słabym 

uśmiechem.

- Chcę pokazać twoim nowym ciociom okolicę. Czuję się zupełnie dobrze, Filipie, i 

będę uważać. Jak tylko się zmęczę, wrócę do domu i położę się do łóżka.

- Gdzie jest ojciec?

- Z pewnością pojechał z panem Setonem do któregoś z dzierżawców. Nie było go tu 

przez trzy tygodnie, a tyle ma do zrobienia. Nie spytałeś go?

-Nie spotkałem go, kiedy wychodził. Dahling wpadła w zły humor i usiłowała uderzyć 

Dulcie w nogę. Musiałem jej bronić.

~ - Miej na oku ciotkę Arleth, kiedy ja będę oprowadzać gości.

- Dobrze - odparł z błyskiem w oku. - Popilnuję jej. Ale uważaj na siebie, dobrze, 

Sinjun?

- Obiecuję. - Patrzyła, jak Filip wychodzi z sypialni i poczuła ukłucie w sercu. - Robię 

to z przykrością, ale inaczej nie mogę. Jest równie opiekuńczy jak jego papa.

- Doskonała z ciebie aktorka, Sinjun - westchnęła Alex. - Ja nigdy nie byłam aż tak 

dobra.

background image

- Ach, to poczucie winy - poskarżyła się Sinjun.

-   Ale   muszę   dbać   o  bezpieczeństwo   Colina.   On   to  zrozumie,   jeżeli   kiedykolwiek 

odkryje, cośmy zrobiły.

- Twój optymizm jest zupełnie bezpodstawny, moja droga - stwierdziła Sophie. - Colin 

jest mężczyzną. Na twoim miejscu trzymałabym język za zębami. Zrozumienie nie jest mocną 

stroną mężczyzn, zwłaszcza jeśli chodzi o własną żonę.

-   Sophie   ma   rację   -   potwierdziła   Alex.   -   Jeżeli   Colin   się   dowie,   a   z   własnego 

doświadczenia wiem, że mężowie zawsze dowiadują się tego, czego chcą się dowiedzieć, 

będzie wściekły, bo mogło ci się coś stać, a jako mężczyzna będzie cię oczywiście obwiniał 

za to, że się przez ciebie denerwował. Tak właśnie rozumują. To dziwne, ale tak właśnie jest.

- Mężczyzna nie może znieść myśli, że istnieje coś, czego on nie może dokonać - 

ciągnęła Sophie.

- Jeżeli jego żonie uda się dokonać czegoś takiego, czego on nie potrafi zrobić, będzie 

ze złości obgryzał paznokcie. I będzie ją krytykował.

- Wiem - przyznała Sinjun, wzdychając. - Jestem teraz mężatką i stwierdziłam, że 

Colin nie różni się od Douglasa i Rydera. Krzyczy i wrzeszczy, dopóki mu nie ustąpię. Ale w 

tym wypadku zrozumie, że nie miałam wyboru i musiałam tak postąpić.

- Ha - powiedziała Alex.

- Ha, ha - dodała Sophie.

- Jeżeli się kiedykolwiek dowie - upierała się Sinjun.

- Marzycielka - stwierdziła Alex.

-  Masz  bujną  wyobraźnię  -  poparła  ją Sophie.  Trzy damy  w  ponurych  nastrojach 

dotarły do stajni.

Sinjun przywołała Ostle'a i kazała przygotować Fanny i dwa konie dla bratowych.

- To mi się nie podoba, milady - powiedział Ostle, a polem powtórzył to jeszcze kilka 

razy. - To nie w porządku - dodał.

- Trzymaj język za zębami, Ostle - nakazała mu Sinjun tak przekonująco, że bratowe 

spojrzały na nią ze zdziwieniem. - Kiedy tylko odjedziemy, ty wyruszysz do Edynburga i 

przeprowadzisz dalsze badania. Nikt nie może się dowiedzieć, co robisz. I natychmiast wracaj 

do domu. A wtedy porozmawiamy na osobności. Zrozumiałeś mnie, Ostle?

Skinął głową z bardzo nieszczęśliwą miną i poklepał się po kieszeni pełnej gwinei 

osładzających mu zdradę pana.

Niestety, na skutek spustoszenia stajni Kinrossów, znajdowała się w nich tylko jedna 

odpowiednia dla damy klacz.

background image

- Nie szkodzi - powiedziała Sinjun po chwili namysłu. - Ja pojadę na Agryllu, Sophie 

weźmie Fanny, a Alex Carrot.

Carrot   była   bardzo   spokojną   dziesięcioletnią   klaczą   o   zapadniętym   grzbiecie. 

Spojrzała na Alex, parsknęła i pochyliła głowę.

- Dobrze - zgodziła się Alex.

- Hmm - wymamrotał Ostle. - Agryll nie jest dziś w specjalnie bojowym nastroju, 

milady.  Jego lordowska mość  chciał  go dosiąść, ale stwierdziwszy,  że koń jest złośliwy, 

odjechał na Guliwerze. Lord pojechał jakieś dziesięć minut temu.

Guliwer był gniadoszem, którego Colin trzymał w Edynburgu i na którym przyjechał 

razem z Filipem.

- Złośliwy czy nie, pojadę na Agryllu. - Sinjun przełknęła ślinę. - Powiadasz, dziesięć 

minut temu. Pośpiesz się, Ostle. I bądź spokojny, nic mi się nie stanie.

Nigdy przedtem nie jeździła na ogierze Colina. Boże, pomyślała, siadając na jego szerokim 

grzbiecie, mogę iść z wichrem w zawody. Modliła się, by Colin nie zauważył braku ogiera. 

Ale jeśli nawet zauważy i tak nie będzie wiedział, w którym kierunku pojechała. Nie będzie 

mógł wypytywać Ostle'a. Sinjun nabrała powietrza w płuca i spięła Agrylla ostrogami.

Kilka   minut   później   galopowały   wysadzaną   drzewami   aleją.   Czuły   na   twarzach 

powiew łagodnego letniego wiatru. Przez baldachim gęstych  gałęzi  przedzierały się jasne 

promienie słońca.

- Ach, jak pięknie - zachwyciła się Sophie, odwracając głowę, by spojrzeć na wyniosły 

zamek.

- Tak - powiedziała Sinjun. - Colin opowiadał, że te drzewa posadził jeden z jego 

przodków, ten, który został sportretowany bez ubrania. Są prześliczne. Oczywiście nie mamy 

tu takich ogrodów, jak u ciebie w Northcliffe, Alex.

- Może i nie, ale te drzewa... Każę takie posadzić w Northcliffe - rzekła Alex.

Sinjun,   doskonale   wiedziała,   że   obydwie   bratowe   były   śmiertelnie   przerażone   jej 

planem. Alex paplała o drzewach, a Sophie miała minę generała pobitej armii i spoglądała 

przed siebie pomiędzy uszami Fanny.

Sinjun milczała. Prowadziła. Skręciły w wąską boczną drogę. Żadnych śladów dla 

Colina, jeśli przypadkowo znajdzie się w pobliżu.

Jechały równym tempem, nie rozmawiając. Agryll zdawał się zadowolony, że wiezie 

na grzbiecie Sinjun. Nie sprawiał jej żadnych kłopotów, więc nie musiała trwonić sił na jego 

okiełznanie.

background image

Przejechały kolejny kilometr i Sinjun zawołała, żeby się zatrzymały. Znajdowały się w 

pobliżu nieużytków Craignure Moor.

-   Zamek   MacPhersonów,   St.   Monance,   jest   dziesięć   kilometrów   stąd,   jeśli   jechać 

przez   to   pustkowie,   a   potem   przez   Aviemore   Hills.   Pytałam   Ostle'a,   można   tam   dotrzeć 

krótszą drogą. Będziemy tam za godzinę. Jesteście gotowe?

- To mi się nie podoba, Sinjun - odparła Sophie. - Alex jest tego samego zdania. Musi 

być   jakiś   łatwiejszy   sposób.   Kiedy   rozmawiałyśmy,   wszystko   wydawało   się   prostsze   niż 

teraz. To niebezpieczne. Wszystko może się zdarzyć.

- Wiele się nad tym zastanawiałam - powiedziała Sinjun. - I nie chciałabym, żeby 

przypadkowo trafił na Colina lub na mnie. Już raz, a może nawet dwa, próbował go zabić. Za 

drugim razem przez pomyłkę zranił mnie.

Damy   wstrzymały   oddech,   bo   Sinjun   nie   opowiedziała   im   jeszcze   o   napaści   w 

Edynburgu.

- Nie, to ja musze być panią sytuacji i narzucić swoje reguły gry. Zaskoczymy go. Uda 

się. Musicie mi zaufać. Ostle dowie się wszystkiego w Edynburgu. Nie powinno mu to zabrać 

wiele czasu, prawdopodobnie dzień lub dwa. Nawet jeśli przyjadą wasi mężowie, wymknę się 

sama i dokończę sprawę. A potem Colin może sobie wrzeszczeć i walić pięściami ze złości, 

że zrobiłam to, co zrobiłam. To bez znaczenia.

Będę zadowolona, że nie grozi mu niebezpieczeństwo. A teraz w drogę.

- Twój mąż po wrzeszczy i powywija pięściami, a potem nas pozabija.

- Jakie kłamstwo obmyśliłaś, żeby wyjaśnić, dlaczego nie ma cię w domu? - spytała 

Alex. - Widzisz, Sinjun, chodzi nie tylko o dzisiaj, ale także o jutro, a może nawet o jeszcze 

kilka dni. To trudne zadanie, nawet pod nieobecność naszych mężów. Więc co masz zamiar 

powiedzieć Colinowi?

- Prawdę mówiąc, w tej chwili nie mam zielonego pojęcia, ale kiedy Colin będzie na 

mnie wrzeszczał, Z pewnością olśni mnie jakaś wspaniała myśl. Zawsze tak było. A teraz do 

dzieła. Jedźmy. - Agryll pogalopował naprzód.

Jechały szybko i napotkały niewielu ludzi. Droga stawała się coraz trudniejsza. W 

szczelinach skał rozkwitały wrzosy.

- Jesteś pewna, że to krótsza droga? - spytała Alex.

Sinjun skinęła głową.

St. Monance Castle, siedziba klanu MacPhersonów, wznosił się u krańca Pilchy Loch, 

wąskiego jeziora, które w ciągu ostatniego stulecia zwęziło się jeszcze bardziej. Wokół niego 

rosły   drzewa.   Ziemia   nadawała   się   pod   uprawę.   St.   Monance   był   bardzo   zniszczony. 

background image

Wszędzie   kwitło   mnóstwo   kwiatów,   które   maskowały   ubytki,   ale   zamek   i   tak   sprawiał 

wrażenie   zaniedbanego.   Było   tak,   jak   opowiadał   Crocker.   Szare   zwietrzałe   kamienie 

powypadały z murów, pozostawiając liczne szczeliny. Kiedyś była tu fosa, ale teraz porastały 

ją wysokie chwasty, pokrywając podmokły cuchnący teren.

- To miejsce także wymaga posażnej panny młodej, Sinjun.

-   Z   tego   co   wiem,   prawie   każdy   szkocki   klan   potrzebuje   mnóstwa   pieniędzy, 

zwłaszcza w górach. Tutaj, na półwyspie Fife, jest znacznie lepiej. Ziemia nadaje się pod 

uprawę, więc nie ma mowy o dowożeniu owiec i o odbieraniu ludziom ziemi, jak to się dzieje 

w górach. Nie wiem dlaczego MacPhersonowie są biedni. O Boże, zaczynam paplać jak Alex. 

Mam nadzieję, że Robert MacPherson jest tutaj. W moim liście napisałam mu, że przyjadę 

dziś rano sama. Jeżeli go nie zastaniemy, plan się nie uda. Trzymajcie kciuki. Zostańcie tutaj i 

nie   wychodźcie   z   ukrycia.   Przy   odrobinie   szczęścia   wkrótce   go   tu   przywiozę.   A   teraz 

zapewnijcie mnie, że mężczyzna, który na mnie spojrzy, straci głowę z pożądania.

- Co najmniej straci głowę - powiedziała Sophie.

Wobec   tej   części   planu   Sophie   i   Alex   miały   poważne   wątpliwości,   ale   Sinjun 

wydawała się bardzo pewna siebie.

- Ostle przysiągł, że dostarczył list - powiedziała. Bratowe spojrzały po sobie, ale nie 

wiedziały, co powiedzieć.

- Jeżeli nie wrócisz w ciągu pół godziny, pojedziemy po ciebie - oświadczyła Alex.

Sinjun ruszyła w kierunku zamku. Spod nóg Agrylla czmychały kury. Rozbiegały się 

kozy i psy. Po drodze minęła z dziesięć kobiet i mężczyzn, którzy przerwali swoje zajęcia, 

żeby przyjrzeć się nadjeżdżającej damie.

Sinjun spostrzegła dwóch mężczyzn, którzy zniknęli za wielkimi, obitymi żelazem, 

drzwiami. Wstrzymała konia u stóp frontowych schodów i rozejrzała się z uśmiechem. Ku 

wielkiej uldze Sinjun, w drzwiach ukazał się Robert MacPherson. Stał i po prostu jej się 

przyglądał.   Potem   powoli,   bez   słowa,   zszedł   po   wydeptanych   kamiennych   schodach   i 

zatrzymał się przed Sinjun.

- A więc - powiedział krzyżując ręce na piersi. - Przyjechałaś. Moje pytanie brzmi, jak 

to się stało, że przybyłaś do mojej siedziby sama, bez śladu lęku w tych pięknych, niebieskich 

oczach?

Jest   taki   ładny,   pomyślała   Sinjun,   wszystkie   rysy   twarzy   ma   tak   doskonale 

wyrzeźbione,  począwszy od doskonałego  łuku brwi po czubek  arystokratycznie  wąskiego 

nosa. Jego oczy nie ustępowały urodą niebieskim oczom Sherbrooke'ów. Przyglądała mu się 

bez słowa.

background image

- Przejedźmy się razem - powiedziała w końcu. Robert MacPherson odrzucił głowę do 

tyłu i roześmiał się.

- Masz mnie za głupca? Z pewnością w pobliżu czai się twój mąż z bandą swoich 

ludzi, którzy czekają, żeby mnie zastrzelić.

- Naprawdę myślisz,  że Colin  Kinross jest aż  tak pozbawiony honoru, by wysłać 

nieprzyjacielowi własną żonę jako przynętę?

- Nie - odparł MacPherson powoli. - Colin jest na to zbyt dumny. To nie kwestia 

honoru. Moja droga, poślubiłaś aroganckiego, nazbyt dumnego i złośliwego mężczyznę. On 

przyjechałby tu osobiście, pod same drzwi, tak jak ty to uczyniłaś, i rzuciłby mi wyzwanie.

- Więc ty także uważasz go za nieustraszonego?

-   Nie.   Ale   jego   nieposkromiona   próżność   prowadzi   do   głupoty.   Zginąłby,   nie 

rozumiejąc, jak to się mogło stać. Przybyłaś rzucić mi wyzwanie?

- Widzę, że źle zrozumiałeś mój list. Czyżbym odbyła tę podróż na darmo?

- Ach, nie. Zrozumiałem każde słowo, moja droga. Pragnę dodać, że posłaniec był tak 

przerażony, iż omal nie oddał moczu w bryczesy. Prawdę powiedziawszy, dziwi mnie, że 

chcesz się ze mną widzieć. Po naszym ostatnim spotkaniu nie miałem wrażenia, ze mogłabyś 

powtórnie   zapragnąć   mego   towarzystwa.   Tak,   nasze   spotkanie   bardzo   mnie   rozgniewało. 

Odbyłem długi spacer.

-   To   była   wyłącznie   twoja   wina.   Nie   doceniłeś   mnie,   ponieważ   jestem   kobietą. 

Szczerze mówiąc, zachowałeś się jak prostak. Nie powinieneś próbować na mnie swej siły ani 

mi grozić. Nie godzę się na podobne traktowanie. Ofiarowuję ci szansę poprawy, a być może 

zyskania mojej przyjaźni.

- Ach, i to właśnie tak mnie dziwi. Dlaczego? Sinjun nachyliła się ku niemu.

- Jesteś zbyt  ładny jak na mężczyznę  - powiedziała  miękko.  - Twoja uroda mnie 

drażni. Chcę sprawdzić, czy pod tymi bryczesami kryje się prawdziwy mężczyzna, czy też 

ładniutki chłopiec, obnoszący męskie ciało.

Zmrużył oczy z wściekłości. Chwycił ją za ramię, ale Sinjun spokojnie uniosła dłoń z 

pistoletem. Wylot lufy znalazł się o piętnaście centymetrów od twarzy MacPhersona.

- Już mówiłam, że nie znoszę prostaków, sir. Więc jak, udowodnisz mi, kim jesteś w 

istocie? Ładnym chłopaczkiem, czy mężczyzną o pragnieniach godnych mężczyzny?

Po tych słowach Sinjun ujrzała w jego oczach budzącą się żądzę. Obmyślała tę scenę 

wiele razy, ale teraz była przestraszona.

- Skąd mam  mieć  pewność, że  nie zwabisz  mnie  do lasu i nie  zastrzelisz  z  tego 

eleganckiego, małego pistoletu?

background image

- Nie możesz mieć pewności - odparła z uśmiechem.

Przyglądał jej się z uwagą.

- Pobladłaś - stwierdził wreszcie. -Może się boisz?

- Odrobinę. A jeśli ukrywasz gdzieś tu ludzi, którzy czekają, aby mnie zabić? Ale 

zabijając kobietę, zszargałbyś swoją reputację. Zawsze uważałam, że trzeba żyć pełnią życia; 

bez ryzyka byłoby nudno. Czy twoi ludzie czekają w ukryciu?

- Nie. Już ci mówiłem, jesteś tylko kobietą. Na dodatek angielską hrabianką. Nigdy 

nie spotkałem kobiety takiej jak ty. Fascynujesz mnie. Dlaczego poślubiłaś Colina, skoro go 

nie pragniesz? Pobraliście się dwa miesiące temu, prawda?

- Może słyszałeś także o tym, że po ślubie spędziliśmy Z sobą zaledwie kilka nocy. 

Colin przebywa w Edynburgu, a ja jestem uwięziona w tym jego murszejącym zamczysku. 

Nudzę się, sir, a ty wydajesz mi się kimś niezwykłym. Od pierwszej chwili wiem, że jesteś 

całkiem inny niż mój mąż.

- Chodźmy do stajni - powiedział spoglądając na nią wyzywająco. - Wezmę konia i 

wtedy, moja droga, zabiorę cię w specjalne miejsce. Tam pokażę ci, że mężczyzna może mieć 

ładną twarz, a jednocześnie być wyposażonym we wspaniałe atrybuty męskości.

- Równie wspaniałe jak Colina? MacPherson zesztywniał.

- Mogę wiele powiedzieć o moim mężu, ale jest on mężczyzną w każdym calu. Tyle 

tylko, że nie dba o mnie, zależy mu wyłącznie na moich pieniądzach.

- Nie dorównuje mi. Wkrótce ci to udowodnię.

Sinjun szczerze wątpiła, by mogłoby to być prawdą, ale ugryzła się w język. Chciała, 

żeby MacPherson pojechał z nią zirytowany i nie próbował zrzucić jej z konia. Zastrzelenie 

go na jego terytorium nie byłoby dyplomatycznym pociągnięciem.

Dziesięć minut później MacPherson został otoczony przez trzy siedzące na koniach 

damy. Wszystkie mierzyły w niego z pistoletów.

- A więc się nie myliłem -stwierdził zwracając się do Sinjun.

- Owszem, myliłeś się. Colin nie ma z tym nic wspólnego. Colin nie zapolowałby na 

ciebie jak na kanalię i nie skończyłby z tobą. Posiada zbyt wiele honoru. Dlatego, sir, my trzy 

postanowiłyśmy zdjąć ten ciężar z jego ramion. Nie pozwolę, byś go jeszcze raz skrzywdził. 

Usiłowałeś go zabić w Londynie i w Edynburgu. Paliłeś chaty zagrodników i mordowałeś 

jego ludzi. Teraz zapłacisz za swoje zbrodnie, a ja pozbędę się ciebie. I zapamiętaj, mój mąż 

nie zabił twojej siostry. Skoro nie zgniótł takiego jak ty robaka, jakże by mógł skrzywdzić 

kobietę, która była jego żoną?

- Nudziła go. Miał jej dosyć.

background image

- Trafiłeś w samo sedno. Po dwóch spotkaniach znudziłeś mnie śmiertelnie. Mimo to, 

choć   mam   nieprzepartą   chęć   zrzucić   cię   ze   skarpy,   nie   uczynię   tego,   mimo   że   jesteś 

prostakiem, krętaczem i mężczyzną pozbawionym honoru. Wiem od Colina, że twój ojciec 

jest dobrym człowiekiem i nie chciałabym sprawić mu kłopotu. Dość tego. Alex, Sophie, 

wypowiedziałam swoją kwestię. Przywiążmy go do konia.

*

W pierwszej chwili Colin był zdziwiony, ale potem wpadł w taką furię, że najchętniej 

kląłby i spluwał jednocześnie, co nie okazało się łatwe.

- Powiadasz, że twoja matka i obie ciotki objeżdżają posiadłość? - spytał syna.

- Tak powiedziała Sinjun, papo. Powiedziała, że czuje się świetnie i chce im pokazać 

okolicę. Zapytałem o ciebie, a ona... jak sądzę, nie powiedziała mi prawdy.

- Dobrze wiesz, że cię po prostu okłamała! Przeklęta. Stłukę ją na kwaśne jabłko. 

Zamknę na klucz w sypialni...

- Co się dzieje, lordzie? - zapytał Colina doktor Childress. - Hrabina nie jest chora?

- Moja żona - wycedził Colin przez zęby - udawała, ze jest bardzo chora, po to, żeby 

pozbyć się mnie z domu. Piekło i szatani! Co ona knuje?

Przez chwilę stał w milczeniu, a potem uderzył się w czoło.

- Jak mogłem być tak głupi?

Obrócił się na pięcie i popędził po Guliwera, który przeżuwał z zadowoleniem białe 

róże ciotki Arleth, rosnące przy frontowych schodach.

-   Obawiam   się,   że   macocha   bardzo   rozgniewała   mego   ojca   -   powiedział   Filip, 

zwracając się do lekarza. - Lepiej będzie, jeżeli pojadę za nim i będę jej bronił. Proszę nam 

wybaczyć, sir. - I Filip pobiegł za ojcem.

Dr Childress został sam i oszołomiony słuchał oddalających się kroków chłopca. Znał 

Colina   od   urodzenia.   Widział,   jak   rósł   na   wysokiego,   dobrze   zbudowanego   i   dumnego 

mężczyznę.   Widział,  jak  ojciec  i   starszy  brat  usiłowali  pozbawić  go  ducha,   dzięki   Bogu 

bezskutecznie.

- Obawiam się - powiedział na głos - że młoda dama obudziła w nim tygrysa.

Tymczasem tygrys zatrzymał się wśród kępy jodeł i spoglądał w stronę St. Monance 

Castle. Guliwer ciężko dyszał i Colin łagodnie poklepał go po szyi.

- Dobry koń. Ale i tak jesteś w lepszej sytuacji niż moja żona. Niech no tylko dostanę 

ją w swoje ręce. Ostle także zniknął. Podobno jest chory. Nie brzmi to prawdopodobnie. A 

moja szalona żona ośmieliła się dosiąść Agrylla. - Colin wzdrygnął się. Guliwer nie przejął 

background image

się słowami pana i potrząsnął głową, żeby odpędzić muchy.

Colin   nie   zauważył   nic   nadzwyczajnego   w   pobliżu   St.   Monance   Castle.   Ludzie 

MacPhersona jak zwykle krzątali się wokół swoich zajęć. Wszystko toczyło się zwyczajnym 

trybem.

Co   zamierzała   Sinjun   i   jej   bratowe?   Jaki   uknuły   spisek?   Czy   rzeczywiście   tu 

przyjechały? Po dziesięciu minutach dalszych obserwacji Colin stwierdził, że tylko traci czas. 

Gdzież, u diabła, jest Joan? Gdzie są jej bratowe?

Westchnął głęboko, skierował konia w przeciwną stronę i stanął oko w oko ze swym 

synem   siedzącym   na   kucyku.   Colin   nic   nie   powiedział.   Nawet   nie   usłyszał,   kiedy   Filip 

nadjechał. I wspólnie, ojciec z synem, ruszyli z powrotem do Vere Castle.

Colin   nie   bardzo   się   zdziwił   na   widok   trzech   koni,   stojących   w   swoich   boksach. 

Nawet dla niewprawnego oka było oczywiste, że są zgonione. Niech ją diabli. Agryll spojrzał 

na swego pana, jakby chciał mu powiedzieć: Ona naprawdę to zrobiła.

Colin   był   ją  gotów   zabić.   Co   ona   wyprawia?   I  ośmieliła   się   dosiąść   jego   ogiera. 

Uderzając szpicrutą po udzie, ruszył w stronę domu.

Nie odezwał się do nikogo. Kiedy Filip usiłował mu coś powiedzieć, tylko pokręcił 

głową i wbiegł po schodach, przeskakując trzy stopnie.

- Pamiętaj, papo! - wołał za nim Filip. - Pamiętaj, że ona jest chora!

- Niech się modli o gorączkę, zanim jej dopadnę! - krzyknął Colin przez ramię.

Minął   ciotkę   Arleth.   Uśmiechnęła   się   na   widok   jego   wściekłości.   Colin   nie   miał 

wątpliwości,   że  ciotka  modli  się,   aby  zamordował   żonę.  Niezły  pomysł,   ale  Colin  wolał 

tortury i powolne duszenie. Z jednej z sypialni wyszła Emma. Spostrzegła hrabiego i szybko 

zawróciła.

- Bardzo rozsądnie - mruknął pod nosem.

Miał ochotę zacząć wrzeszczeć. W ostatniej chwili się opanował. Z damami trzeba 

postępować ostrożnie.

Przywykły do wrzeszczących mężów. Wrzaski nie przyniosą żądanego efektu. Zmusił 

się, by powoli uchylić drzwi sypialni. Dziwne, ale widok dwóch bratowych, wystrojonych jak 

na proszony podwieczorek, wcale go nie zdziwił. Wyglądały elegancko, świeżo i pięknie. 

Jego   żona   leżała   w   łóżku.   Miała   na   sobie   śliczny   koronkowy   peniuar.   W   ręce   trzymała 

książkę.   Wszystko   wydawało   się   bardzo   zwyczajne   i   pogrążone   w   zwykłym   spokoju. 

Myślałby kto, angielski salon przy Putnam Square. Żadnych rozwianych włosów, żadnych 

zmiętych sukien. Spojrzały na niego zdziwione, jakby chciały powiedzieć:

- O, Boże, dżentelmen wszedł do sypialni. Jakież to dziwne. Wszedł bez zaproszenia. 

background image

Jak mamy go potraktować?

- Och, Colin! - zawołała Sinjun głosem równie słodkim i niewinnym, jak wyraz jej 

twarzy. - Tak się cieszę, że wróciłeś! Wybacz mi, że cię wysłałam po doktora Childressa. 

Zaraz po twoim wyjeździe poczułam się lepiej. Dziwne, prawda? Chciałam cię zatrzymać, ale 

odjechałeś w takim pośpiechu. Teraz, jak sam widzisz, czuję się zupełnie dobrze. Cieszysz 

się?

- To, co tu widzę, jest doskonałą inscenizacją. Mój Boże, każdy teatr przy Drury Lane 

byłby z was dumny. Jesteście bardzo dobrymi aktorkami. Zawsze wiedziałem, że Joan jest 

szybka i potrafi zdziałać cuda w bardzo krótkim czasie, że wspomnę naszą ucieczkę. Ale teraz 

widzę, iż wy dwie wcale jej nie ustępujecie. Nawet kolory waszych sukien współgrają z jej 

peniuarem. Świetnie. Moje uznanie.

Sinjun   nic   odpowiedziała.   Damy   milczały.   Uśmiechały   się   uprzejmie.   Siedziały 

sztywno, ze złożonymi na kolanach rękami.

Colin podszedł do łóżka i usiadł obok Sinjun. Leciutko dotknął palcami jej policzka. 

Zarumieniła się gwałtownie. Był taki wściekły, że udusiłby ją gołymi rękami. Spojrzał na jej 

białą   szyję.   Jej   włosy   były   miękkie   i   błyszczące.   Rozczesał   je   palcami.   Milczał.   Sinjun 

spodziewała się, że Colin wpadnie do sypialni jak burza, wrzeszcząc od progu. Ale on milczał 

i Sinjun straciła pewność siebie. Czekała.

- Wyglądasz prześlicznie - powiedział wreszcie.

- Ślicznie i czyściutko. I wcale nie czuć cię koniem.

- Jeździłyśmy tylko chwilę. Szybko się zmęczyłam.

- Tak. Wcale się nie dziwię. Biedne maleństwo. Jesteś pewna, że już ci lepiej? Nie 

obawiasz się nawrotu?

- Och, nie. Czuję się świetnie, Colin. Miło, że tak się o mnie troszczysz.

- No cóż. A teraz, Joan, chcę prawdy. Jeżeli mnie okłamiesz, dowiem się o tym i srogo 

cię ukarzę.

- Ukarzesz mnie? Doprawdy, taka groźba nie przystoi człowiekowi cywilizowanemu.

- W tej  chwili  nie czuję się ani trochę cywilizowany.  Czuję się jak dzikus. Mów 

prawdę, Joan. Natychmiast.

Jego głos brzmiał cicho i spokojnie, ale słowa... O, Boże, nie może być chyba bardziej 

niebezpieczny niż Douglas i Ryder.

Odważyła   się   spojrzeć   na   Alex   i   Sophie,   które   siedziały   jak   przygwożdżone   do 

krzeseł. I wtedy Sophie, niech ją Bóg błogosławi, nagle się poderwała.

- Na Boga, Colin, nie zrobiłyśmy nic złego. Przejechałyśmy się troszeczkę, a potem 

background image

Sinjun źle się poczuła, więc wróciłyśmy do zamku i położyłyśmy ją do łóżka. Chyba nie masz 

nam tego za złe.

- Kłamiesz, Sophie -rzekł bardzo uprzejmie Colin.

- Nie jestem twoim mężem, więc nie mogę cię zbić. Ale ta oto dama jest moją żoną. 

Należy do mnie. Powinna okazywać mi posłuszeństwo. Musi się nauczyć, że...

Alex chwyciła się za brzuch, jęknęła i zerwała się na równe nogi.

- O, Boże! Dziecko... ach, mój brzuch. Sophie, niedobrze mi. O, Boże!

Był to obrazek godny Emmy Hamilton i Colin nie pozostał nieporuszony talentem 

Alex. Zaczął klaskać.

- Brawo - powiedział. - O, tak. Wielkie brawo. Alex padła na kolana i zwymiotowała 

na świeżo wyczyszczony dywan Aubusson.

background image

ROZDZIAŁ 17

- Kiedy była w ciąży z bliźniakami, stale wymiotowała - wyjaśniła Sinjun, starając się 

wstać z łóżka.

- Przez trzy pierwsze miesiące wszyscy byli w pogotowiu. Chodziło o to, żeby na czas 

podstawić miednicę.

- Nie wstawaj - nakazał Colin żonie. Podszedł do Alex, która usiłowała złapać oddech.

Chwycił  szwagierkę  pod pachy i uniósł do góry.  Spojrzał na jej pobladłą  twarz i 

spocone czoło, do którego przylgnęły kosmyki włosów.

- Źle się poczułaś? - zapytał łagodnie. - Przepraszam, wkrótce będzie ci lepiej.

Alex z westchnieniem oparła twarz na jego ramieniu.

- Przygotuj wodę i zmocz w niej ręcznik, Sophie - powiedział Colin i ułożył Alex na 

łóżku obok Sinjun.

- Dobrze, że niewiele zjadła - stwierdziła Sinjun.

- Biedna Alex. Już ci lepiej?

- Nie. I przestań mnie nazywać biedną Alex. Czuję się wtedy jak stara, niezamężna 

ciotka.

Sophie   zawiadomiła   służbę   o   katastrofie   i   rozpętało   się   istne   piekło.   Emma 

wpatrywała   się   bezmyślnie   w   dywan.   Za   nią   tłoczyły   się   dwie   inne   pokojówki.   Sophie 

przyniosła wilgotny ręcznik. Lokaj Rory wszedł za nią, żeby sprawdzić, co się dzieje, pani 

Seton przydźwigała miednicę z chłodną wodą.

Colin nalał wody z karafki i przytknął szklankę do ust Alex.

- Wypij to - rozkazał.

Upiła trochę wody i natychmiast chwyciła się za brzuch.

- Pamiętam,  że od czystej  wody dostawała skurczów - powiedziała  Sinjun. - Pani 

Seton, proszę nam przynieść gorącą herbatę.

- Biedna kruszyna - powiedziała pani Seton i otarła twarz Alex. - Rodzenie to nie 

przelewki.

Alex jęknęła, a Sophie oświadczyła:

- Nie mdliło mnie ani przez minutę.

- Milcz, Sophie - wykrztusiła Alex zaciskając zęby. - Najpierw nie przyszło ci do 

głowy, żeby poinformować Douglasa, dokąd pojechałyśmy.  A teraz się przechwalasz, jak 

wspaniale czułaś się w ciąży, podczas gdy ja mało nie umieram.

- Ciii - uspokajał ją Colin. Odebrał ręcznik z rąk pani Seton i otarł spoconą twarz 

background image

Alex. - Zaraz ci będzie lepiej, obiecuję.

Wtedy na korytarzu rozległy się ciężkie kroki. Tylko tego brakowało, pomyślał Colin, 

i do pokoju wtargnęli Douglas i Ryder.

- Mój Boże! - krzyknął Philpot - Omal mnie nie stratowali!

- Witaj Douglasie, witaj Ryder - powiedział Colin, ocierając twarz Alex. - Wejdźcie, 

proszę.   Spokojnie,   Philpot,   w   obecności   żon   z   pewnością   nie   uciekną   się   do   przemocy. 

Emmo, przestań się gapić. Wyczyść dywan. A reszta, proszę wyjść!

- Wiedziałam, że przyjedziecie - powiedziała Sinjun rozpromieniając się na widok 

braci. - Ale jesteście tu wcześniej, niż się spodziewałam.

Sophie wbiła wzrok w podłogę. Alex jęknęła i zamknęła oczy.

- Widzę, że źle się poczułaś - stwierdził beznamiętnie Douglas i podszedł do żony. - I 

to   na   takim   pięknym   dywanie.   To   twoja   wina,   Sinjun.   Wiesz   przecież,   jaka   jest   Alex. 

Zwymiotowała na wszystkie  wartościowe dywany w Northcliffe  Hall. Nie przyszło ci do 

głowy, żeby w każdym pokoju postawić miednicę? Zwymiotowała nawet na mój ulubiony 

szlafrok w kolorze czerwonego wina.

- Zasłużyłeś sobie na to - powiedziała Alex nie otwierając oczu.

Ryder nie był aż tak beznamiętny. Podbiegł do swojej żony, chwycił ją za ramiona i 

wrzasnął:

- A niech cię diabli, spójrz na mnie, Sophie!

- Patrzę!

- Okłamałaś mnie! Kobieto, tym razem pozwoliłaś sobie na zbyt wiele!

- Nigdy sobie na nic nie pozwalałam! Trafiliście tu obaj, tak jak się spodziewałyśmy.

-   Tak,   jesteśmy.   Niepokoiłem   się   o   ciebie,   dopóki   się   nie   zorientowałem,   że   to 

kłamstwo. Nie jesteś w ciąży.

- Nigdy nie twierdziłam, że jestem. Po prostu nie wyprowadzałam cię z błędu.

- Zaraz cię zbiję. Gdzie twoja sypialnia?

- Nie pójdziemy teraz do sypialni. Alex jest chora. Sinjun chorowała, ale już jej lepiej. 

Colinowi nie ufam. Sinjun wiedziała, że się zjawicie. Aleja nie rozumiem, jak to się stało, 

skoro nie napisałyśmy dokąd jedziemy.

- Właśnie - dodała Alex. - Douglasie, skąd wiedzieliście?

Douglas przyglądał się Emmie czyszczącej dywan.

-  Nie  spodziewałaś   się, że  od  razu  wpadnę  na to,  dokąd  pojechałyście?   - zapytał 

zwracając się do żony.

- Powiedziałam, że jadę odwiedzić Sophie - ciągnęła Alex nie otwierając oczu.

background image

- Proszę, oto herbata dla jej hrabiowskiej mości - powiedziała pani Seton i podeszła do 

łóżka. Rzuciła Douglasowi srogie spojrzenie, więc posłusznie zrobił jej miejsce, a ta usiadła i 

ostrożnie przytknęła brzeg filiżanki do ust Alex.

-   Ach,   jaka   dobra   -   pochwaliła   ją   Alex   wypiwszy   trzy   łyki,   po   czym   opadła   na 

poduszki.

- Dobrze wyglądacie tak bok przy boku w tym wielkim łóżku - stwierdził Ryder.

- Chcę, żebyś wróciła do siebie - Douglas zwrócił się do żony.  - Mam ci coś do 

powiedzenia, madame.

- Och, daj spokój - wtrąciła się Sinjun i natychmiast tego pożałowała, bo jej brat 

przejęty złym samopoczuciem żony, wyładował całą złość na siostrze.

-   A   więc,   siostrzyczko,   znów   zaczynasz   te   swoje   bzdury.   Widzę,   że   jesteś   już 

wystarczająco zdrowa, by spuścić ci tęgie lanie. Najchętniej osobiście zadarłbym ci spódnicę i 

przetrzepał zadek, ale masz teraz męża i on nie odstąpi mi tej przyjemności. Mam nadzieję, że 

dobrze się z tego wywiąże. Jest już wystarczająco zdrowa, prawda, Colin?

- Z pewnością - odparł Colin i uśmiechnął się znacząco.

- A więc, dobrze - powiedział Douglas zacierając ręce. - Mam nadzieję, że twój maż 

położy kres wybrykom, jakie znosiłem przez wiele lat.

- Posłuchaj, Douglasie - wtrąciła się Sophie.

- Chcę wiedzieć, jak ty i Ryder domyśliliście się, że jesteśmy tutaj. Sinjun twierdziła, 

że przyjedziecie w piątek, ale ona ma was za bogów.

Alex jęknęła. Pani Seton sięgnęła do swojej przepaścistej  kieszeni i wyjęła  z niej 

słodką bułeczkę z rodzynkami.

- Proszę spróbować, mi lady -powiedziała. - Jest słodziutka i dobrze robi na brzuszek. 

Na pewno pomoże.

Sinjun przyglądała się Douglasowi. Sprawiał wrażenie zakłopotanego. Rumienił się. 

Wstał i przeszedł się po sypialni. Najwyraźniej był bardzo przejęty.

-   To   Duch   Dziewicy!   -   wykrzyknęła   Alex,   która   przyglądała   mu   się   pogryzając 

bułeczkę. - Nawiedziła cię i powiedziała, gdzie jesteśmy! Co jeszcze ci powiedziała?

- Cóż za bzdury! - obruszył się Douglas. - Wcale tak nie było. Ona nie istnieje...

- Oczywiście, że nie - przerwała mu Sinjun. - Ona nie żyje od stuleci. To tylko jej 

duch.

- Zamknij się, Sinjun. Po prostu posłużyłem się mózgiem. I szybko wpadłem na to, że 

wypuściłyście się do Szkocji.

Ryder słuchał tego ze zmarszczonym czołem.

background image

- Ściągnąłeś mnie z Ascot. Powiedziałeś, że musimy jechać po nasze żony, że miały 

wiadomości od Sinjun, która jest chora i ma kłopoty. Wtedy nie przyszło mi do głowy, żeby 

cię o cokolwiek pytać. Pomyślałem, że to Alex zostawiła ci list, ale okazuje się, że tak nic 

było. Skąd wiedziałeś, że Sophie także wyjechała. Co tu się dzieje, Douglasie?

Douglas przeczesał palcami włosy.

- Po prostu miałem przeczucie, to wszystko. Zwyczajne przeczucie. Od czasu do czasu 

wszyscy miewamy przeczucia, nawet ty, Ryder. Zdarzyło mi się to, kiedy spałem w łóżku 

Alex, ponieważ matka uparła się, żeby moje materace zostały przetrzepane i wywietrzone. No 

więc wtedy właśnie pomyślałem o Alex i miałem to przeczucie.

Colin podszedł do kominka  i staną) z założonymi  rękami.  Rozmowy o duchach i 

przeczuciach  w ogóle go nie poruszyły.  Sinjun miała  nawet wrażenie, że jest nimi nieco 

ubawiony. Łatwiej z nim sobie poradzi, jeżeli naprawdę jest rozbawiony.

-   Ten   dywan   wcale   nie   był   taki   kosztowny   -   powiedział   Colin,   kiedy   na   chwilę 

zapanowała cisza. - Nie martw się, Alex. Emma doskonale go wyczyściła.

- Dziękuję ci, Colin - odparła Alex odmykając na chwilę jedno oko. - Jesteś bardzo 

miły dla niedysponowanej damy, w przeciwieństwie do...

- Nawet nie próbuj kończyć tego zdania... - zagroził jej Douglas. - Ani słowa więcej. 

To   ja   jestem   twoim   mężem   i   ja   jestem   dla   ciebie   miły,   a   nie   żaden   inny   mężczyzna, 

rozumiesz?

- Rozumiem  - odparła  Alex i po raz  pierwszy spojrzała  na męża.  - Ale  musiałeś 

widzieć ducha i to on powiedział ci, gdzie jesteśmy.

- Do diabła! Nie!

- Zastanawia mnie jedno - odezwała się Sophie. - Dlaczego Duch Dziewicy musiał 

powiedzieć o nas Douglasowi. Czyżby myślał, że sobie same nie poradzimy?

-  O,  Boże!  -  wykrzyknęła  Sinjun.  -  Sophie!   Sophie  zakryła  sobie   usta   dłonią   i  z 

przerażeniem spojrzała na Colina.

- A więc - powiedział Colin - miałyście sobie z czymś poradzić. Ani chwili w to nie 

wątpiłem. Chodzi o MacPhersona. Myślę, że zajęłyście się nim dzisiejszego ranka, kiedy tak 

sprytnie pozbyłyście się mnie z domu. Co z nim zrobiłaś, moja droga żono? Czy on nie żyje? 

Czy ciągnęłyście losy o to, która z was ma go uśmiercić?

- Nie - powiedziała Alex.

- Zabiłabym go z przyjemnością - powiedziała Sinjun. - Ale wiem, że nie byłbyś z 

tego zadowolony.

Lubisz jego ojca. Nie, drań nadal żyje. Nie rozumiesz, Colin, że musiałam coś zrobić? 

background image

Musiałam cię chronić. Jesteś moim mężem. On by cię dopadł i wbił ci nóż w plecy, to w jego 

stylu. Albo nasłałby na ciebie swoich zbirów, tak jak to zrobił w Londynie. To człowiek 

pozbawiony honoru...

Colin ani drgnął, ale Sinjun zauważyła tik nad jego prawym okiem.

-   To   bardzo   interesujące   -   powiedział   zupełnie   spokojnie.   -   Wasza   młodsza 

siostrzyczka, która jest także moją żoną, uważa mnie za bezsilnego mięczaka. Uwielbia mnie 

wyręczać. Myśli, że jestem słaby,  głupi, niezdolny do samoobrony,  nie dostrzegam istoty 

rzeczy. Jak myślicie, co powinienem z nią zrobić?

Sinjun pomyślała, że teraz wcale nie wygląda na rozbawionego.

-   Jesteś   jej   mężem   -   odparł   Douglas.   -   Zrobisz   to,   co   jest   konieczne   dla   jej 

bezpieczeństwa.

- Chciałbym się dowiedzieć - powiedział z namysłem Ryder - jak doszło do tego, 

żeście się spotkały?

- Duch Dziewicy nawiedzi! Alex - wyjaśniła Sophie. - Ona pojawia się wyłącznie w 

sypialni   hrabiny,   o   czym   Douglas   doskonale   wie.   Wyjątkiem   był   tylko   ten   raz,   kiedy   z 

pierwszą wizytą przyjechałam  do  Northcliffe Hall. Wtedy powitała mnie w twojej sypialni, 

Ryder.

- Czekałaś, żebym przyszedł się z tobą kochać - wyjaśnił Ryder. - A ponieważ nie 

przyszedłem wystarczająco szybko, twój kobiecy umysł wymyślił coś dramatycznego, żebyś 

poczuła ulgę. Albo Sinjun, nie pierwszy zresztą raz, przebrała się za Ducha Dziewicy.

- Ale zazwyczaj ukazuje się w sypialni hrabiny - upierała się Alex. - I Douglas dobrze 

o tym wie.

- No, nie całkiem. Pewnego razu... - Douglas urwał i zaklął, - Słuchajcie wszyscy. 

Dość już tego.

Nieważne   w   jaki   sposób,   ale   jesteśmy   tu   razem.   Sinjun,   co   zrobiłaś   z   tym 

MacPhersonem, którego nawet nie znamy?

- Zakułyśmy go w kajdany i zamknęłyśmy w opuszczonej zagrodzie.

Trzej mężczyźni spoglądali na nią w milczeniu. W pokoju zapanowała wreszcie błoga 

cisza.

- Nie byłyśmy dla niego bardzo okrutne - ciągnęła Sinjun. - Łańcuch nie jest taki 

krótki, więc MacPherson może się trochę poruszać i załatwiać swoje potrzeby. Ale kajdany 

były niezbędne. Nie mogłyśmy ryzykować, że ucieknie.

- Ach, tak - odezwał się Colin. - Czy Robbie ma się zagłodzić na śmierć?

- Och, nie - odparła Alex. - Mamy do niego jeździć  na zmianę.  Nie chciałyśmy,  

background image

żebyście coś podejrzewali. - Westchnęła. - Przypuszczam, że teraz wszystko na nic.

- Ależ nie - powiedział Douglas, poklepując żonę po bladym policzku. - Ryder, Colin, 

załatwimy sprawę po swojemu?

- Nie! - krzyknęła  Sinjun. - Nie pozwolimy wam na to! - Najlepiej  wynoście  się 

wszyscy do domu!

- Ja jestem w domu - powiedział Colin.

- Dobrze wiesz, o co mi chodzi. Nie potrzebujemy waszej ingerencji. Wszystko idzie 

jak po maśle. Nie mamy już żadnych kłopotów. Panuję nad sytuacją. Po prostu wynoście się, 

wszyscy.

- Gdzie jest ta zagroda, Joan?

- Nie powiem ci. Wypuściłbyś go. A on by cię zabił, a ja zostałabym wdową, zanim 

naprawdę stałam się żoną. To nie w porządku.

-   Mam   szczery   zamiar   uczynić   cię   prawdziwą   i   szczęśliwą   żoną.   Gdzie   jest   ta 

zagroda?

Sinjun pokręciła głową.

- Dobrze - powiedział Douglas. - Alex, gdzie jest ta zagroda?

Alex zamrugała powiekami.

- Nie pamiętam. Wiesz, że nie mam orientacji w terenie. Jechałyśmy to w jedną, to w 

drugą stronę. Tylko Sinjun wie którędy. Sophie i ja byłyśmy całkowicie zagubione. Prawda, 

Sophie?

- Całkowicie.

- Teraz cię zbiję - oświadczył Ryder i przyciągnął żonę do siebie. Pochylił się, żeby 

coś powiedzieć, ale tylko ją pocałował. W same usta. - Nie martwcie się. W odpowiednim 

czasie wszystko z niej wyciągnę. Topnieje jak wosk. To bardzo przyjemne i...

Sophie rąbnęła go pięścią w brzuch.

Wstrzymał oddech, ale nie przestał się uśmiechać.

- Ależ kochanie, nie próbuj zaprzeczać, że mnie uwielbiasz, że ubóstwiasz nawet ślady 

moich stóp. Jesteś piękną różą, która otwiera się każdego ranka.

- Pfuj - skwitowała Sinjun. - Jesteś marnym poetą, Ryder. Bądź cicho i zostaw Sophie 

w spokoju.

- Co macie zamiar zrobić z MacPhersonem? - zapytał Colin marszcząc czoło. - Z 

pewnością nie zamierzacie żywić go na zmianę przez najbliższe trzydzieści lat?

- Nie - odparła Sinjun. - Mamy pewien plan. Jeżeli odejdziecie i zajmiecie się piciem 

brandy lub czymś w tym rodzaju, my o wszystko zadbamy.

background image

- Co to za plan, Sinjun? - zapytał Douglas. Sinjun potrząsnęła głową.

- Nosiłem cię na rękach, kiedy byłaś niemowlęciem. Ulewałaś mleko na moją koszulę. 

Uczyłem cię jeździć konno. Ryder uczył cię opowiadać dowcipy. Obydwaj uczyliśmy cię 

strzelania i tego, że można mieć przyjemność z czytania książek. Bez nas byłabyś nikim. A 

teraz powiedz nam, jaki jest twój plan?

Sinjun jeszcze raz potrząsnęła głową.

- Mogę ci dać w skórę, brzdącu.

- Nie, tak się składa, że nie możesz - zaprotestował Colin. - Aleja mam ten zamiar. 

Kiedy   się   pobieraliśmy,   przysięgła   mi   posłuszeństwo.   Nadszedł   czas,   by   sprowadzić   to 

abstrakcyjne pojęcie do konkretu.

-   Jak   mogłam   cię   słuchać,   kiedy   wyjechałeś   do   Edynburga,   kompletnie   mnie 

lekceważąc? Byłeś radosny jak skowronek w tym przeklętym domu z dziurą w suficie salonu?

- A może chcesz, żebym opowiedział wszystkim zgromadzonym, dlaczego musiałem 

pozostać w Edynburgu?

- Według mnie zupełnie bez powodu.

- Chciałbym się tobą zająć po swojemu - westchnął Colin. - Ale nie mogę tego uczynić 

przy twoich braciach. Douglas, Ryder, zabierzcie żony z sypialni. A ja już wypytani Joan.

- Nie! Chcę, żeby Alex i Sophie zostały ze mną! Jestem głodna. A to pora obiadu.

- Acha. A która bratowa zawiezie obiad dla MacPhersona?

- Idź do diabła, Colin.

-   Wkrótce   poznamy   odpowiedź   -  roześmiał   się   Ryder.   -  Będą   musiały   wozić   mu 

jedzenie, a my zobaczymy dokąd.

- Dlaczego zostałeś w Edynburgu, Colin? - zapytał Douglas.

- Żeby zadbać o bezpieczeństwo żony. I moich dzieci - odparł. - Pamiętacie, jak Joan 

została zraniona w policzek? Skaleczył ją odłamek skały odstrzelony nabojem z pistoletu. Nie 

mogłem   pozwolić,   żeby   została   ze   mną   w  Edynburgu.   Pomyślałem,   że   w   zamku   będzie 

bezpieczniejsza. I tak było w istocie, dopóki MacPherson nie zdecydował się powrócić.

- Jakie dzieci? - zapytał Ryder spoglądając na szwagra.

- Nie zaczynajcie tego od nowa - wtrąciła się Sinjun. -Mam dwoje pasierbów, Filipa i 

Dahling. Wkrótce ich poznacie. Będą cię uwielbiały,  Ryder, jak wszystkie dzieci. A jeśli 

Douglas ich nie przestraszy, może nie będą przed nim uciekać.

- Mam wiele spraw do przemyślenia - powiedział Douglas. - Myślę, że zabiorę teraz 

żonę do łóżka.  Żeby sobie wypoczęła,  naturalnie.  A potem chętnie  poznam siostrzeńca  i 

siostrzenicę.

background image

- Chodź, Sophie, dotrzymasz towarzystwa Alex.

Wreszcie Colin i Sinjun zostali sami. Colin podszedł do łóżka. Twarz miał spokojną, 

ale jego piękne, ciemnoniebieskie oczy płonęły gniewem. Usiadł obok żony. Nic odezwał się 

ani słowem, tylko nachylił się ku niej i spojrzał jej głęboko w oczy.

- Tym razem posunęłaś się za daleko - powiedział wreszcie. - Nie będę tolerował 

więcej zniewag i wtrącania się w moje sprawy. - Gdzie jest MacPherson?

- Jeśli ci powiem, on może cię skrzywdzić. Proszę, Colin, pozwól mi postępować 

zgodnie z planem.

- Opowiedz mi, na czym polega twój plan.

- Mam zamiar oddać MacPhersona do Marynarki Królewskiej. Wiem, że lam nie dbają 

o to, kto się do nich zaciąga. Czy dany człowiek ma na to ochotę, czy nie.

- Ach, tak. Rozumiem. To niezły pomysł. Który statek Marynarki Królewskiej miałaś 

na myśli?

-   Wysłałam   Ostle'a   do   Leith,   żeby   sprawdził,   który   statek   byłby   dla   nas 

najodpowiedniejszy. Z pewnością coś się znajdzie, nie sądzisz?

- Z pewnością. Jeśli nie od razu, to w niedalekiej przyszłości. Ale jest coś, o czym nie 

wiesz, a co może przeszkodzić w twoich planach.

- A cóż to takiego, jeśli łaska?

- Słowo „klan”, pochodzi od celtyckiego „clann”, co oznacza „dzieci”. A więc, jak 

widzisz, klan MacPhersonów to tyle, co dzieci MacPhersona. Jeżeli pozbędziesz się jednego z 

nich, pozostali będą szukali zemsty. Jeśli jeden z synów dziedzica zniknie, klan Kinrossów 

będzie pierwszym podejrzanym i znów zacznie się wojowanie. Rozumiesz?

- Nie wiedziałam - powiedziała cicho Sinjun. - O, Boże. Co my teraz zrobimy, Colin?

- Po pierwsze przyrzekniesz mi, że już nigdy nie będziesz wtykać swego małego noska 

w moje sprawy. Nigdy więcej nie będziesz miała przede mną tajemnic. I nigdy więcej nie 

będziesz mnie chroniła przed moimi wrogami.

- Żądasz wielu obietnic, Colin.

- Już raz składałaś obietnice, a jednak mnie okłamałaś. Dam ci jeszcze jedną szansę, 

przede wszystkim dlatego, że jesteś zbyt słaba, abym cię mógł należycie obić.

- Obiecam, jeżeli ty złożysz taką samą obietnicę.

- W takim razie muszę cię zbić, mimo że jesteś osłabiona.

- Naprawdę tego chcesz?

-   Właściwie   nie.   No,   może   jakiś   kwadrans   temu.   Prawdę   mówiąc,   myślałem   o 

uduszeniu. Teraz mam ochotę ściągnąć z ciebie tę koszulę i wycałować każdy centymetr 

background image

twego ciała.

- Och.

- Och - powtórzył Colin, naśladując jej ton.

- Myślę, że to by mi się podobało, szczególnie część dotycząca całowania.

- Będę cię całował, kiedy mi powiesz, gdzie jest MacPherson.

Sinjun nie wiedziała, jak ma postąpić. Bała się o męża i na nieszczęście było to widać 

po jej minie.

- Nawet tak nie myśl, Joan - powiedział Colin. - Opowiedz mi całą prawdę. A potem 

mi obiecasz, że nie będziesz się wtrącać w moje sprawy.

- Jest w zagrodzie położonej na zachodnim krańcu Craignure Moor.

- Doskonała kryjówka. Nikt tam nie bywa. MacPherson musi być straszliwie wściekły.

- Nie siedzi tam długo. Najwyżej ze trzy godziny.

-  Zobaczymy   się później  -  powiedział   Colin  i  wstał  z  łóżka.  -  Mam  nadzieję,  że 

odpoczniesz i odzyskasz siły. Doszedłem do wniosku, że przebywanie z dala od ciebie nie jest 

dobrym pomysłem. Jesteś moją żoną. Dzisiejszą noc spędzimy razem. I wszystkie noce do 

końca życia.

- To miło - odparła Sinjun, a potem dodała zakłopotana: - Chcę z tobą pojechać, Colin. 

Chcę zobaczyć, jak to się potoczy.

Przyglądał się jej przez dłuższy czas.

-   Pamiętasz   jaką   wiadomość   MacDuff   przekazał   mi   w   Edynburgu?   Że   nie   masz 

zamiaru ukraść mego pudełka? Spojrzałem na niego baranim wzrokiem, i wtedy mi wyjaśnił, 

że opowiedział ci o moim ojcu i bracie. Wolałbym, żeby ci nie opowiadał, ale co się stało, to 

się nie odstanie. Dobrze, Joan, pojedziemy razem do Roberta MacPhersona.

- Dziękuję, Colin.

- Poczekajmy jeszcze kilka godzin. Chcę, żeby stracił  rozum z wściekłości. Teraz 

pośpij, wrócę, żeby cię obudzić.

Bardzo dobry początek, pomyślała, patrząc, jak Colin wychodzi z sypialni. Doskonały 

początek. Nie miała serca, by mu powiedzieć, że jest bardzo głodna, ale nie chce jej się spać.

Dochodziła dziesiąta w nocy. Sinjun siedziała na kolanach mężach, a on w głębokim 

wyplatanym  fotelu  naprzeciw kominka.  Miała na sobie bladoniebieską  batystową  koszulę 

nocną. Colin ubrany był w skórzane spodnie i białą koszulę. Wieczór był chłodny. Colin 

zapalił ogień w kominku. Sinjun oparła twarz na ramieniu męża i co chwila całowała go w 

szyję.

-   Wygląda   na   to,   że   twoi   bracia   pogodzili   się   z   żonami   -   powiedział   Colin.   - 

background image

Zaryzykowałbym   twierdzenie,   że   jeśli   Sophie   nie   jest   jeszcze   brzemienna,   nastąpi   to   w 

najbliższej przyszłości. Ryder przyglądał się jej w czasie obiadu wygłodniałym wzrokiem.

- Zawsze tak na nią patrzy, nawet kiedy jest rozgniewany.

- Szczęśliwa kobieta.

- Może ty także mógłbyś czasami tak na mnie spoglądać.

- Może - powiedział Colin i przytulił ją jeszcze mocniej. - Jak się czujesz?

- Nasza przygoda z Robertem MacPhersonem wcale mnie nie zmęczyła.

- Ach, więc dlatego po powrocie do domu spałaś aż dwie godziny.

- No, może trochę - przyznała Sinjun. - Myślisz, że przestanie cię atakować. Myślisz, 

że można mu zaufać?

Colin wrócił myślami do chwil, które on i Joan spędzili z Robertem MacPhersonem w 

małej opuszczonej zagrodzie. Przyjechali tam po południu i Colin pozwolił, aby Joan weszła 

pierwsza. Wkroczyła niczym generał na czele wojska. Colin uśmiechał się za jej plecami. Był 

zadowolony,   że   pojechali   razem.   Przed   dwoma   miesiącami   nie   wyobrażał   sobie   takiej 

sytuacji, ale Joan była inna, sprawiła, że inaczej spoglądał na życie.

Robert MacPherson był tak wściekły, że nie mógł wydobyć % siebie głosu. Zobaczył, 

że Sinjun wchodzi do chaty i skoczył ku niej, aby ją obezwładnić. Wtedy ukazał się Colin, i 

MacPherson zastygł w bezruchu. Po raz pierwszy by! przerażony, ale nie chciał tego okazać.

-   Ach,   tak   -   powiedział   spluwając   na   zakurzoną   podłogę   -   okłamaliście   mnie. 

Wiedziałeś o wszystkim. Nasłałeś na mnie swoją przeklętą żonę. Ty oszuście, ty przeklęty 

tchórzu!

- Och, nie - zaprotestowała energicznie Sinjun. - Colin przyjechał, żeby cię ratować 

przede mną. Miałam zamiar oddać cię do Marynarki Królewskiej, żebyś szorował pokłady, 

tak długo, aż się nawrócisz lub utoniesz wykopany za burtę. Ale Colin na to nie pozwolił.

-   Nie   jest   ci   tutaj   najwygodniej,   Robbie   -   stwierdził   Colin   pocierając   podbródek. 

MacPherson rzucił się ku niemu, ale natychmiast został powstrzymany przez skuwający go 

łańcuch.

- Zdejmij to ze mnie! - zawołał.

- W odpowiednim czasie - odparł Colin. - Najpierw chcę z tobą porozmawiać. Szkoda, 

że nie mamy tu krzeseł, Joan. Pobladłaś. Usiądź na worku z ziemią i oprzyj się o ścianę. O, 

tak. A teraz, Robbie, omówimy parę spraw.

- Ty przeklęty morderco! Nic ma nic do omawiania! No, proszę, zabij mnie! Na co 

czekasz? Moi ludzie zrujnują Vere Castle. Bierz się do pracy!

- Dlaczego?

background image

- Co ma znaczyć „dlaczego”? Zabiłeś moją siostrę. Zabiłeś nieszczęsnego Dingle'a.

- O, nie. Dingle został zabity przez jednego z twoich ludzi. Tak się składa, że mój syn, 

Filip, widział to na własne oczy. Pobili się oczywiście o kobietę. Alfie go zabił.

- Ten przeklęty drań! - krzyknął z obrzydzeniem MacPherson. - Mówiłem im... - urwał 

i jeszcze raz spróbował rozerwać łańcuch. - No, dobrze, ale i tak zamordowałeś moją siostrę.

Sinjun   otworzyła   usta,   ale   zaraz   znów   je   zamknęła.   To   była   sprawa   Colina. 

Postanowiła milczeć i słuchać.

- Twoja siostra umarła prawie osiem miesięcy temu. Dlaczego wtedy nic nie zrobiłeś?

- Wtedy nie wierzyłem, że to ty ją zabiłeś. Mój ojciec był pewien twojej niewinności i 

ja mu wierzyłem. Ale potem dowiedziałem się prawdy.

- Ach, tak - powiedział Colin. - Prawdy. Możesz mi powiedzieć z jakiego źródła?

- Niby dlaczego? Nie ma najmniejszego powodu, by wątpić w jego wiarygodność. 

Mój ojciec także nie miałby żadnych wątpliwości, gdyby jego mózg należycie funkcjonował.

- Kiedy ostatni raz odwiedziłem twego ojca, nie miał żadnych trudności z myśleniem. 

Pojedź do Edynburga i powiedz mu o swoich podejrzeniach. Jestem pewien, że cię wyśmieje. 

Wydaje   mi   się,   że   boisz   się   mu   powiedzieć.   Boisz   się,   że   ojciec   wyśmiałby   twoją 

łatwowierność.  No?  Odpowiedz?  Powiem  ci  jeszcze  coś. Wolisz   czaić   się po  krzakach  i 

wynajmować swoich zbirów. Opowiadasz, że ojciec ma źle w głowie, tylko dlatego, że nie 

zgadza się z tobą co do mojej osoby. Wracając do rzeczy, kto ci powiedział, że zabiłem twoją 

siostrę?

- Tego ci nie wyjawię.

- W takim razie nie mogę cię stąd wypuścić. Nie chcę umrzeć i nie chcę się niepokoić 

o bezpieczeństwo Joan i moich dzieci.

MacPherson spojrzał na otartą skórę na swoich nadgarstkach. Ta mała przykuła go do 

ściany jak przeklętego zbrodniarza, a teraz siedzi tu na podłodze i przygląda mu się tymi 

swoimi wielkimi niebieskimi oczami. Oszukała go, zrobiła z niego durnia. Odwrócił od niej 

wzrok   i   spojrzał   na   Colina   Kinrossa,   mężczyznę,   którego   znał   przez   całe   swoje   życie, 

mężczyznę, któremu można było zaufać. Mężczyznę, którego Fiona kochała, mimo że była o 

niego   chorobliwie   zazdrosna.   Nikt   nie   wątpił   w   męskość   Colina,   a   głupie   dziewczyny, 

chichocząc,  opowiadały o tym  jak został wyposażony przez  naturę i o tym,  jaki z niego 

doskonały kochanek. MacPherson poczuł zazdrość i odwrócił oczy.

-   A   jeśli   obiecam,   że   nie   skrzywdzę   ani   twojej   dziewczyny,   ani   twoich   dzieci, 

wypuścisz mnie stąd? Na Boga, człowieku, Filip to mój siostrzeniec, a Dahling to przecież 

moja siostrzenica! To dzieci Fiony, nigdy bym ich nie skrzywdził.

background image

- Wierzę, że nawet ty byś tego nie zrobił, Robbie. Ale została jeszcze Joan. Jest moją 

żoną i ma nieszczęsny nawyk chronienia mnie przed wrogami. Może to i wzruszające, ale 

mnie doprowadza do wściekłości.

- Powinieneś ją zbić. To tylko przeklęta kobieta.

-  Nie  mówiłbyś  w  ten  sposób, gdyby   stale  dbała   o twoje bezpieczeństwo.  Kto  ci 

powiedział, że zabiłem Fionę?

- Nie zrobię jej krzywdy!

- Ale nadal będziesz usiłował skrzywdzić Colina! - Sinjun zerwała się na równe nogi. 

Nie czuła litości dla MacPhersona. Gdyby to od niej zależało, zostawiłaby go, żeby sczezł 

zakuty w łańcuchy.

Colin uśmiechnął i powiedział:

- Siadaj, Joan. Nie wtrącaj się w nie swoje sprawy.

Usiadła,   ale   nie   przestała   się   gorączkowo   zastanawiać.   Kto   oskarżył   Colina   o 

morderstwo? Ciotka Arleth? To możliwe. Śmierć Colina byłaby jej na rękę.

Czyżby   ciotka   nienawidziła   go  tak   bardzo,  bo  uważała  że   jest  odpowiedzialny   za 

śmierć starszego brata? Sinjun poczuła ból głowy i pulsowanie nad prawą skronią. Dość tego.

*

Colin podskoczył, nagły trzask polana na kominku wyrwał go z zamyślenia.

- Wierzysz mu? - spytała Sinjun, całując męża w szyję. Jego skóra miała słonawy 

smak, była ciepła i cudowna. Sinjun mogłaby go całować bez końca.

- Nie chcę o nim więcej rozmawiać.

- Ale pozwoliłeś mu odjechać! Boję się!

- Nic nie zrobi. Przysiągł na własnego ojca.

- Ha! To spryciarz! Ładny, ale śmiertelnie niebezpieczny.

- Ciii, Joan. Teraz chcę cię pocałować.

Uniósł ją w ramionach i przytknął wargi do jej ust. Smakował słodkim i tajemniczym 

porto, które po kolacji wypił z Ryderem i Douglasem. Kiedy wsunął język do ust Sinjun, 

poczuła, że pragnie na zawsze uwięzić męża w ramionach.

- Cudownie  - szepnęła  prosto  w jego usta.  Ich języki  spotkały się i  Sinjun cicho 

jęknęła.

Colin uniósł głowę i spojrzał na żonę.

- Tęskniłem za tobą. Dziś w nocy poznasz rozkosz. Tylko zaufaj mi i przestań pleść 

bzdury o tym, że jestem dla ciebie zbyt duży.

background image

- Ale przecież nie zmniejszyłeś, Colin. To się nie zmieniło. Nie mogę zrozumieć, jak 

mam odczuwać przyjemność, kiedy znajdziesz się w moim wnętrzu.

- Zaufaj mi - powtórzył z uśmiechem.

- Myślę, że muszę, jeśli chcę cię mieć przy sobie do końca moich dni. Jesteś dla mnie 

bardzo ważny, Colin. Uważaj na siebie, dobrze?

- Dobrze. Zajmę się również tobą.

Całował ją i całował. Najpierw lekko, a potem mocniej i głębiej, aż Sinjun westchnęła 

i przylgnęła do niego, głaszcząc go po włosach i ramionach. Wyglądało na to, że Colina 

interesują wyłącznie pocałunki. Sinjun była z tego powodu bardzo zadowolona. Ale tylko 

przez pięć minut.

Potem zapragnęła czegoś więcej. Było to niepokojące, ale bardzo przyjemne. Poczuła 

coś   dziwnego   w   dole   brzucha,   rodzaj   pieczenia,   które   było   jednocześnie   mocne   i   jakieś 

niesprecyzowane. Wiedziała, że to jeszcze nie wszystko. Przypomniała sobie, że już przedtem 

czuła coś podobnego, ale potem Colin skrzywdził ją i owo uczucie minęło. Chwyciła go za 

rękę i przycisnęła do swego brzucha.

- Czuję się jakoś dziwnie - powiedziała wprost w usta męża.

Zaczęła go dziko całować i głaskać jego twarz i ramiona.

- Tak, widzę - odparł.

Trzymał  dłoń na jej brzuchu. Nie przerywał pocałunków, dopóki Joan nie zaczęła 

jęczeć. Wtedy przesunął palce w dół. Sinjun wstrzymała oddech i czekała. Czuła w sobie 

wielkie gorąco. Czuła się tak, jakby czekało na nią coś wspaniałego. I owo coś było coraz 

bliżej i bliżej.

- Colin - jęknęła.

- Czego byś teraz chciała, Joan?

background image

ROZDZIAŁ 18

Colin opracował całą strategię i nie miał zamiaru jej modyfikować. Nie miał zamiaru 

tracić panowania. Nie, tej nocy sprawi, że żona będzie go rozpaczliwie pragnęła.

Sinjun garnęła się do niego. Czul zachwyt i ulgę.

Nie przestawał jej całować. Miał ochotę wejść w nią, poczuć ją wokół siebie, poczuć 

jej miękkość i ciepło. Ale panował nad sobą. Nie teraz, niech ta namiętność w niej narasta, 

niech płonie, aż Sinjun zacznie jęczeć, a potem krzyczeć. Zamknął oczy i wyobrażał sobie, 

jak będzie wyglądała jej twarz, kiedy Sinjun podda się rozkoszy.

- Chcę... - zaczęła, a potem polizała go i westchnęła.

-   Dobrze,   dam   ci   to   -   powiedział   i   pogłębił   pocałunek.   Dłoń   Colina   spoczywała 

nieruchomo na łonie Sinjun. Nie poruszał palcami, nie głaskał jej, po prostu trzymał tam rękę.

Sinjun nie rozumiała, co się stało. Pamiętała, że Colin zachowywał się jak dzikus i 

zadawał jej ból. Zdała sobie sprawę, że teraz postępuje z nią bardzo delikatnie i z rezerwą. 

Czyżby się obawiał, że nadal jest osłabiona po chorobie?

- Kocham cię, Colin - powiedziała bez namysłu. - Pokochałam cię od pierwszego 

wejrzenia. Uważam, że jesteś najwspanialszym mężczyzną w całej Szkocji.

Wzdrygnął się słysząc jej słowa. Poczuł, że w jego wnętrzu coś się poruszyło. Coś, 

czego nie czuł nigdy w życiu, coś dzikiego i szalonego, a jednocześnie czułego i łagodnego. 

W pierwszej chwili był przerażony. Ale niedługo. Potem strach minął i Colin otworzył się na 

to nowe uczucie. Pomyśli o tym później. Pocałował ją jeszcze raz. Smakował słodycz jej ust.

- Tylko w Szkocji? - zapytał wreszcie.

- No, dobrze. W całej Brytanii.

- Pocałuj mnie, Joan.

Jej   wargi   były   czerwone   i   spuchnięte   od   pocałunków.   Przywarła   do   niego   bez 

wahania. Colin dostrzegł w jej pięknych  oczach wyraz  pożądania, poczuł drżenie jej ust, 

kiedy wsunęła mu język między wargi.

Poczuł leż ciepło jej języka i zaczął poruszać palcami. Przycisnął je do chłodnego 

materiału koszuli Sinjun. a ona omal nie zeskoczyła z jego kolan.

- Zdejmijmy tę przeklętą szmatkę - powiedział, czując, że materiał pod jego palcami 

wilgotnieje.

Uniósł palce i lekko przycisnął do ust Joan.

- To twój smak, Joan. Bardzo miły, nie sądzisz?

Spojrzała na niego zdumiona. A potem powoli skinęła głową. Colin zdjął jej koszulę 

background image

przez głowę. Posadził Sinjun na swoich udach i przyglądał jej się w świetle ognia. Nigdy w 

życiu nie widział piękniej zbudowanej kobiety. I należała tylko do niego. Poczuł, że drżą mu 

dłonie i przycisnął je do ud. Nie, nie straci panowania. Już nigdy więcej nie przestraszy Joan. 

Będzie postępował zgodnie z planem, chociaż to takie trudne, piekielnie trudne.

Odchylił głowę na oparcie fotela.

- Co mam teraz zrobić, Joan?

- Chcę, żebyś mnie jeszcze całował.

- Gdzie?

- Chcę, żebyś całował moje piersi - powiedziała, głaszcząc go delikatnie po brodzie. - 

Ale ty wciąż jesteś ubrany, to niesprawiedliwe.

- Na razie zapomnijmy o sprawiedliwości - powiedział, przyciągając ją do siebie. Nie 

chciał, żeby go zobaczyła nagiego. Przestraszyłaby się i zapomniała o namiętności.

- Myślę, że twoje piersi mogą chwilkę zaczekać - powiedział i zaczął całować jej usta. 

Wreszcie ujął w dłoń jej pierś.

- Och!

- Bardzo miła - stwierdził, pocierając opuszkami brodawkę. - Odchyl  się na moje 

ramię.

Usłuchała. Patrzyła, jak się nad nią pochyla, a kiedy jego wargi zamknęły się na jej 

ustach, mało nie krzyknęła. Uśmiechnął się. smakując jej słodkie ciało. Jego męskość była 

twarda jak skala i Colin bardzo pragnął posiąść żonę już teraz. Zaczął się nawet zastanawiać, 

czy nie zanieść jej do łóżka. Z pewnością była już gotowa na jego przyjęcie. Ale nie, jeszcze z 

tym zaczeka.

Opanował   się   i   pocałował   jej   pierś.   Położył   dłoń   na   brzuchu   Sinjun   i   poczuł,   że 

napięła mięśnie.

- Teraz zamknij oczy, kochanie, i wyobrażaj sobie, co robią moje ręce.

Szybko odnalazł właściwe miejsce i rytmicznie poruszał palcami, lekko i szybko. Nie 

sprzeciwiała się. Zamknęła oczy, więc nie czuła zakłopotania. Jej ciało wyprężyło się, nogi 

rozwarły. Otworzyła oczy i spojrzała na niego zdumiona.

- Colin - wyszeptała i przeciągnęła językiem po wargach.

- A teraz chcę, żebyś myślała o tym, co robią moje palce. Ja będę cię całował, a ty 

krzycz prosto w moje usta.

Colin wsunął w nią środkowy palec i omal nie krzyknął z zachwytu. Pocałował ją tak, 

jakby bez niej miał umrzeć, i zaczął się zastanawiać, czy nie było to rzeczywiście zgodne z 

prawdą. Pieścił ją, aż zesztywniała i odchyliła się do tyłu. Spojrzał na jej twarz i uśmiechnął 

background image

się.

- Tak, kochanie.

Wzdychała, garnęła się do niego, odczuwając niezrozumiałe pulsowanie. Cokolwiek 

to było, modliła się, aby trwało wiecznie.

- Chodź do mnie, chodź do mnie... - powtarzał rytmicznie Colin.

Jej odczucia wzmagały się, wkraczała w świat pełen świeżości i magii, nowy świat, z 

którego nie było powrotu. Pieścił ją teraz spokojniej, głaskał i już nie rozpalał.

- O, Boże - szepnęła. - To było cudowne, Colin.

- Tak - odparł tonem pełnym rozkoszy.

Pochylił   się   i   pocałował   -   długo,   lekko   i   tkliwie.   Patrzył   w   jej   niebieskie   oczy 

Sherbrooke'ów i widział w nich zachwyt i podniecenie.

Sinjun westchnęła. A co z jego przyjemnością, pomyślała. Przecież ja nie dałam mu 

żadnej rozkoszy. Czy teraz zada mi ból? O nie, już nigdy nie zada jej bólu. Ale co z jego 

przyjemnością? Zamknęła oczy. Ku rozczarowaniu, ale i rozbawieniu Colina, zasnęła.

Trzymał ją na kolanach i przyglądał jej się w świetle ognia. Płomienie przygasały, a 

on zastanawiał się, co ta kobieta z nim zrobiła.

*

Sinjun   obudziła   się   następnego   ranka   z   uśmiechem.   Głupkowatym   uśmiechem, 

pełnym zadowolenia. Myślała o swoim mężu. O Colinie. Boże, jak bardzo go kochała. Nagle 

uśmiech znikł z jej twarzy. Powiedziała mu, że go kocha, kocha od pierwszego wejrzenia, a 

on nic jej nie odpowiedział. Ale za to dał jej wielką rozkosz.

Powiedziała, że go kocha, a on nic nie odpowiedział.

No cóż, głupio z jej strony. Ale nie przejmowała się tym. Dziwiła się, że chciała przed 

Colinem ukryć swoje uczucie. Zależało mu na niej, tego była pewna. A teraz dowiedział się, 

że ona go kocha i to mu da nad nią władzę.

Czuła,  że   postąpiła   w zgodzie   z  samą  sobą.  Nie  potrafiła   się  zmienić.   Była   żoną 

Colina. Nie będzie przed nim skrywała uczuć. Colin był najważniejszą osobą w jej życiu.

A jednak, kiedy trzy kwadranse później weszła do Przechodniego Pokoju, żeby zjeść 

śniadanie,   zarumieniła   się   z   zakłopotaniem.   Colin   już   tam   był.   Siedział   u   szczytu   stołu. 

Trzymał w ręce filiżankę kawy.

a przed nim znajdowała się miseczka z owsianką. Miseczka stała na pięknym lnianym 

obrusie, który Sinjun kupiła w Kinross.

Bracia i bratowe nie przyszli na śniadanie. Dzieci także. Nie było też ciotki Arleth ani 

background image

Sereny. W zamku roiło się od ludzi, ale w jadalni nie było żywego ducha.

- Wszyscy skończyli jakieś pół godziny temu. Czekałem na ciebie. Domyśliłem się, że 

wolisz zjeść sama.

Może to i prawda, pomyślała Sinjun i uniósłszy głowę wmaszerowała do pokoju.

Colin spojrzał na nią z miną posiadacza.

- Sądziłem, że może zechcesz porozmawiać o tym, jak czułaś się ze mną w nocy. Na 

osobności, oczywiście. Bałem się, czy nie jesteś rozczarowana, bo sprawiłem ci rozkosz tylko 

jeden raz. Przykro mi, że usnęłaś, Joan, ale okazałem się dżentelmenem i nic budziłem cię, 

żeby  zmuszać  cię  do  ponownego  szczytowania.  A  poza  tym  niedawno   chorowałaś,  więc 

uznałem, że nie jest to odpowiednia pora do wypełniania małżeńskiego obowiązku.

- To bardzo miło z twojej strony- odparła. Napotkała jego spojrzenie i zarumieniła się. 

Przemawiał do niej tak arogancko, jak jej bracia. Ale przy nich nigdy nie stawała w pąsach. 

Zadarła głowę jeszcze wyżej. - Nie jestem rozczarowana, mężu, ale martwiłam się o ciebie. 

Byłeś zbyt uważający. Wypełniłabym obowiązek małżeński, ale ty mi na to nie pozwoliłeś.

- Nie pozwoliłem - powtórzył  ironicznie. - Będę musiał opowiedzieć o tym moim 

przyjaciołom i dowiedzieć się, co o tym sądzą.

- Lepiej tego nie rób. To nasza prywatna sprawa. Przykro mi, że nie krzyczałeś z 

rozkoszy, Colin.

- Teraz już lepiej. Dlaczego myślisz, że nie dałaś mi rozkoszy, Joan? Patrzyłem, jak ci 

dobrze. Widziałem, jak twoje oczy stają się jeszcze bardziej niebieskie, a potem zachodzą 

mgłą. Czułem rozkosz, kiedy drżałaś i jęczałaś pod moim dotykiem, krzyczałaś prosto w moje 

usta. Zapewniam cię, że czułem niemal to samo co ty.

- Ale nie to samo - powiedziała siadając. Colin spojrzał na nią z nieprzeniknionym 

wyrazem twarzy i spytał tonem małżonka z pięćdziesięcioletnim stażem:

- Zjesz trochę owsianki?

- Tylko grzankę.

Skinął głową i wstał, aby jej usłużyć.

- Siedź. Chcę, żebyś odzyskała siły.

Nalał jej kawy i podał grzankę. A potem, bez ostrzeżenia, chwycił pod brodę i uniósł 

jej twarz. Pocałował ją długo, mocno i bardzo czułe. Kiedy ją puścił, Sinjun garnęła się do 

niego, a jej oczy zasnuwała mgła rozmarzenia.

-   Filip   powiedział,   że   jeśli   go   ładnie   poprosisz,   wybaczy   ci,   że   go   okłamałaś   - 

powiedział Colin i wrócił na swoje miejsce u szczytu stołu. - Wygląda na to, że doskonale cię 

rozumie. Powiedział, że skoczyłabyś w ogień, żeby mnie ratować, więc kłamstwo służące 

background image

dobrej sprawie nie jest niczym niegodnym.

Filip to mądry chłopiec, pomyślała Sinjun. Wpatrywała się w Colina, w jego usta. 

Jakieś miłe słowo byłoby nie od rzeczy, pomyślała. Coś czułego. Albo wspomnienie o tym, że 

jest wzruszony jej wyznaniem miłości. Czuła na wargach smak jego ust. Spoglądała na niego, 

a na twarzy malowały się wszystkie myśli i odczucia.

- Jedz, Joan - powiedział Colin i uśmiechnął się, ale zaraz potem jego twarz przybrała 

nieprzenikniony wyraz.

Sinjun przeżuwała grzankę, zastanawiając się, dlaczego Bóg w swojej nieskończonej 

mądrości stworzył mężczyzn tak różnymi od kobiet.

- Chce ci również powiedzieć - ciągnął Colin - że dziś rano zamierzam wypytać ciotkę 

Arleth, czy to ona powiedziała Robertowi MacPhersonowi, że zabiłem Fionę. Wyciągnę z niej 

prawdę.

- Jakoś nie bardzo wierzę, że to ona. Wprawdzie nienawidzi cię, ale nie lubiła również 

Fiony. Kochała tylko twojego brata i ojca, jeżeli należycie zrozumiałam jej słowa. Prawdę 

mówiąc, ciotka Arleth przeważnie mówi od rzeczy. Pamiętasz te opowieści, że twój ojciec był 

utopcem? To bardzo dziwna kobieta.

- Teraz to już nie ma znaczenia. I tak wkrótce opuści Vere Castle z całym swoim 

dziwactwem.

- Ona nie ma pieniędzy, Colin.

- Już ci mówiłem. Ona ma rodzinę. Wysłałem do jej brata wiadomość. Wuj z rodziną 

mieszka niedaleko Pitlochry, w środkowej części Highlands. Nie ma wyboru, musi ją przyjąć 

pod swój dach. Przykro mi, że tak cię potraktowała.

Omal mnie nie zabiła, chciała powiedzieć Sinjun, ale ugryzła się w język. To już 

nieważne. Ciotka i tak stąd wkrótce odjedzie.

- Jeżeli to nie ona, to kto powiedział MacPhersonowi, że zabiłeś Fionę?

-   Nie   wiem,   ale   się   dowiem.   Robbie   obiecał,   że   nie   skrzywdzi   nikogo   z   nas   ani 

naszych   ludzi.   Jeżeli   jednak   spróbuje   zaatakować,   zabiję   go.   Miejmy   nadzieję,   że   okaże 

trochę rozsądku.

- Serena jest jego siostrą, może to ona oskarżyła cię o morderstwo?

-   Och,   nie.   Serena   mnie   kocha   -   powiedział   z   uśmiechem   pełnym   próżności.   - 

Przynajmniej wciąż mnie o tym zapewnia. Nawet po twoim przyjeździe do Vere Castle. Ją 

także chcę odesłać do ojca.

-   Na   miłość   boską,   zamek   całkowicie   opustoszeje!   To   nie   jest   niezbędne,   Colin. 

Serena jest trochę dziwna, może lekko stuknięta, ale nieszkodliwa. Jeżeli jeszcze raz spróbuje 

background image

cię pocałować, będę musiała z nią porozmawiać.

- Ona nie zdaje sobie sprawy, jak wielki jest twój instynkt posiadania. Powiem jej, że 

zbliżając się do mnie naraża się na niebezpieczeństwo. Wtedy sama zażąda, żebym ją odesłał 

do ojca. Teraz, kiedy ty zajmujesz się dziećmi, nie potrzebujemy tutaj tych dam. Zgadzasz się 

ze mną?

- W zupełności.

-   Teraz   wszystko   idzie   jak   z   płatka.   Za   kilka   dni   przywiozą   nam   owce.   I   bydło, 

oczywiście.   Zwołałem  spotkanie  zagrodników   i  dzierżawców.   Zaproponowałem,  żebyśmy 

przeszli od zagrody do zagrody i sprawdzili, czego brakuje. Zapewnię wszelkie materiały i 

narzędzia. Przeprowadzimy wszystkie naprawy - dachów, płotów i tak dalej. Dziękuję ci, 

Joan.

-   Proszę   bardzo   -   odparła.   Przemawia!   do   niej   jak   do   wspólnika   w   interesach.   - 

Dlaczego mi to wszystko opowiadasz?

Przez chwilę milczał. Nabrał do ust łyżkę owsianki i przeżuwał ją w zamyśleniu.

- Pieniądze pochodzą od ciebie. Uważam, że winien ci jestem wyjaśnienie, na co je 

wydaję.

Poczuła się rozczarowana, bo jego głos zabrzmiał chłodno i obojętnie.

- Powiedz mi, co ja mam robić - powiedziała dość spokojnie. - Wszystko idzie gładko, 

ale zamek nadal wymaga wielu napraw. Chciałabym także mieć tutaj ogrody.

- Tak. Alex już mi nakładła do głowy, co powinno zostać zrobione wokół zamku. Nie 

zdziwiłbym  się, gdyby zaczęła  wyrywać  chwasty.  Porozmawiaj  z panem Setonem. On ci 

przyprowadzi pracowników. I jeszcze coś, wierzyciele przestali nas prześladować.

Wszystko   idzie   ku   lepszemu.   Douglas   i   Ryder   chcą,,   żebym   ich   oprowadził   po 

posiadłości i pokazał, jak tu gospodarujemy. Chcą porozmawiać z ludźmi. Miałabyś ochotę 

przejechać się z nami?

Spojrzała na męża. Włączał ją do swoich zajęć. Czyżby wreszcie zrozumiał, że nie 

ukradnie mu pudełka ze skarbami? Nie, nie dlatego. Sam powiedział, że to jej pieniądze. Był 

dla niej uprzejmy. Do diabła z uprzejmością, to takie beznamiętne uczucie.

- Nie, nie tym razem -powiedziała odkładając serwetkę i wstając od stołu. - Chcę się 

teraz zobaczyć z dziećmi, a zwłaszcza z Filipem. Jestem mu winna przeprosiny, a ponieważ 

jest on twoim nieodrodnym synem, przypuszczam, że niełatwo będzie uzyskać przebaczenie.

Colin wybuchnął śmiechem.

- Moje bratowe zechcą się dowiedzieć, jak postąpiliśmy z MacPhersonem - ciągnęła 

Sinjun.

background image

- Opowiedziałem im wszystko przy śniadaniu. Alex kłóciła się ze mną, ale w końcu 

zzieleniała   na   twarzy,   chwyciła   się   za   brzuch   i   wybiegła   z   jadalni.   Douglas   westchnął, 

chwycił miednicę, którą dostał od pani Seton, i wybiegł za żoną. Ryder i Sophie to śmiali się, 

to wrzeszczeli na siebie. Usiłowali okazać zainteresowanie moimi pomysłami, ale wcale im 

się to nie udało. Twoi bracia są przemili, Joan, i nie próbują mnie zabić.

Sinjun uśmiechnęła się, wyobrażając sobie tę scenę.

- A jak zareagowały ciotka Arleth i Serena?

- Ciotka Arleth nie odezwała się ani słowem. A Serena sprawiała wrażenie nieobecnej. 

Najwięcej pytań zadawała Dahling. Chciała wiedzieć, dlaczego nie zabrałaś jej ze sobą, skoro 

to były kobiece porachunki z MacPhersonem. Potem spytała Serenę, dlaczego jej brat jest 

takim złym człowiekiem. Serena wyjaśniła, że znienawidził swoją anielską twarz i dlatego 

pielęgnuje w sobie diabelskiego ducha.

-   W   takim   razie   ją   także   będę   musiała   przeprosić.   Ciotka   Arleth   nie   sprawiała 

wrażenia winnej?

- Obawiam się, że nie. Ale i tak porozmawiam z nią w cztery oczy.

- Wciąż się boję, Colin.

Wstał i podszedł do jej końca stołu.

- Nikt cię nie skrzywdzi - zapewnił ją otwierając ramiona.

Sinjun przytuliła twarz do jego szyi.

- Czujesz się lepiej? - zapytał przytulając ją do siebie.

- O wiele lepiej. Tylko trochę osłabiona.

- To po dzisiejszej nocy. Teraz tak będzie każdego ranka.

Uniosła twarz, żeby go pocałować.

- Sinjun z pewnością nie lubi, kiedy ją całujesz przy jedzeniu, papo.

Colin   westchnął,   ucałował   ją   lekko   w   policzek   i   wypuścił   z   ramion.   Spojrzał   na 

stojącego w drzwiach syna.

- Czego chcesz, Filipie? Joan właśnie wybierała się, aby z tobą porozmawiać. Ma 

zamiar cię przeprosić. Jest przygotowana na to, że niełatwo uzyska przebaczenie, ponieważ 

jesteś moim nieodrodnym synem.

Przez chwilę Filip miał srogą minę.

- W porządku, Sinjun - powiedział wreszcie. - Znam cię nie od dziś. Wątpię, czy się 

kiedykolwiek zmienisz. - I zaraz zwrócił się do ojca. - Wuj Ryder pytał mnie, czy zechcę 

odwiedzić jego, ciotkę Sophie i wszystkie ich dzieci. Powiedział, że mają ich teraz więcej niż 

dziesięcioro, i że będę się z nimi dobrze bawił. Dzieci mieszkają w Brandon House, tuż obok 

background image

jego domu. Czy wiesz, papo, że on ratuje dzieci z różnych opresji? Opiekuje się nimi i kocha 

je. Tego mi nie powiedział, ale sam się zorientowałem. Myślę, że czuje się zakłopotany, kiedy 

ludzie uważają go za dobrego. Wuj Ryder opowiedział mi o swoim szwagrze, Jeremym, który 

uczy się w Eton i kuleje, ale doskonale się bije. Powiedział, że Jeremy świetnie jeździ konno. 

Powiedział, że nauczy mnie, jak się bić, jeśli nie masz nic przeciwko temu. Powiedział także, 

że jestem teraz w tym samym wieku, co Jeremy, kiedy nauczył się walczyć. Proszę cię, papo, 

mogę?

- Wuj Ryder i wuj Douglas - powtórzył z namysłem Colin. - Coś ci powiem, Filipie. 

Stoczę walkę z wujem Ryderem, i ten z nas, który wygra, będzie uczył ciebie, dobrze?

- Najlepiej będzie, jeśli obydwaj mnie nauczycie - powiedział nie w ciemię bity Filip.

-   Powinien   pracować   w   służbie   dyplomatycznej   -   zwrócił   się   Colin   do   żony.   - 

Przedyskutuję to z twoimi wujami - dodał przytulając syna. - Odpocznij teraz Joan, przyjdę 

do ciebie później.

-   Ach,   papo,   Sinjun   uczy   mnie   strzelania   z   łuku   i   z   kuszy.   Ale   zostało   jeszcze 

fechtowanie.   MacDuff   dał   nam   kilka   lekcji,   ale   potem   musiał   wyjechać.   Mógłbyś   mnie 

pouczyć?

- Joan uczyła się razem z tobą?

- Tak, i muszę to robić nadal. Nie mogę pozwolić, żeby Filip mnie prześcignął.

- Nie wiedziałem, że jesteś taka uzdolniona. Sinjun przechyliła głowę.

- Mówisz takim samym tonem jak moi bracia, kiedy ich w czymś prześcignę. Uczyli 

mnie strzelać, żebym się stała doskonałą łuczniczką. Jeździć konno jak sama Diana, pływać 

jak... wszystko jedno. Ale kiedy dochodziłam do perfekcji byli zgorszeni.

-   To   nierozsądne   z   ich   strony,   oczywiście.   Mężczyzna   chce,   żeby   jego   żona 

przywdziewała jego bryczesy i walczyła z jego wrogami, nie pozostawiając mu nic do roboty 

- powiedział ironicznie Colin.

- Myślę, że tu nie chodzi o żonę. Mężczyźni muszą zawsze czuć, że to oni panują nad 

sytuacją.

-   Pomimo   całej   twojej   brawury,   Joan,   pomimo   namiętnych   starań   o   moje 

bezpieczeństwo,   mimo   całego   twórczego   umysłu,   wciąż   jesteś   słabsza   ode   mnie.   Każdy 

mężczyzna,   nieważne   -   mądry   czy   półgłówek   -   może   cię   skrzywdzić.   Po   to   macie   nas, 

mężów. Jesteśmy potrzebnymi stworzeniami. Naszym obowiązkiem jest chronienie naszych 

żon i dzieci.

- Ha! Sam wiesz, że to bzdura, Colin. Czasy średniowiecza, kiedy rabusie pustoszyli 

kraj, dawno odeszły w niepamięć - krzyknęła Sinjun.

background image

- O co się kłócicie? - zapytał Filip, spoglądając to na nią, to na ojca. - Mali chłopcy też 

mogą   się   na   coś   przydać.   Pojechałem   po   ciebie   do   Edynburga,   papo.   Beze   mnie   Joan 

rozchorowałaby się jeszcze bardziej.

Spojrzeli po sobie, a potem na Filipa.

- Uważasz, że każdy członek rodziny ma swój udział, prawda? - zapytał Colin. - Że 

każdy powinien mieć od czasu do czasu swoją szansę?

- To by znaczyło, że nawet Dahling ma swoją szansę - powiedział Filip marszcząc 

czoło. - Co ty na to Sinjun?

- Myślę, że twój ojciec wreszcie pojął, o co w tym wszystkim chodzi.

- A teraz, Filipie, możesz przyjąć przeprosiny Joan...

- Ona ma na imię Sinjun, papo. Przyjmuję twoje przeprosiny, Sinjun. Wiem, że dla 

papy zrobiłabyś wszystko, dlatego nie żywię urazy.

- Dziękuję - odpowiedziała nieśmiało. Patrzyła, jak Colin unosi brwi. Patrzyła, jak 

ojciec i syn wychodzą z pokoju i Colin pochyla się nad synem.

Kto, u diabła, powiedział MacPhersonowi, że Colin zabił swoją żonę?

*

Popołudnie   było   chłodne.   Niebo   miało   kolor   oczu   Sherbrooke'ów,   jak   zauważyła 

Sophie, całując męża.

Colin chciał zostać sam. Zmarszczył czoło na widok plamy na stronicy książki. Nie 

miał wątpliwości, że książka została starannie oczyszczona, jej oprawa natarta oliwą, ale ta 

plama była tu od dawna i na długo pozostanie. Sinjun czyściła tę książkę i wszystkie inne 

także. Wiedział, że to zrobiła, ale nie zdawał sobie sprawy, że każdą jego książkę traktowała 

jak skarb, ostrożnie i z szacunkiem. Odłożył tom na miejsce i wrócił do biurka. Usiadł w 

fotelu, założył ręce za głowę i zamknął oczy.

Był w swoim pokoju w północnej wieży. Czuł zapach wrzosów i róż. A także wosku i 

cytryny. Pachniało jego matką, ale teraz nie czuł już gniewu, tylko ogromną wdzięczność. 

Pomyślał, że teraz zapach cytryny i wosku będzie mu przypominał nie matkę, lecz żonę.

Kocham cię.

Colin przypuszczał, że wie od zawsze, że Joan go kocha. Od samego początku stawała 

po jego stronie. Nigdy nie traciła w niego wiary. Nawet kiedy się kłócili, wiedział, że w razie 

potrzeby oddałaby za niego życie.

To zawstydzające.

Miał piekielne szczęście, aż trudno mu było w nie uwierzyć. Znalazł swoją posażną 

background image

pannę. Znalazł również doskonałą matkę dla swoich dzieci i świetną żonę. Chociaż trochę 

upartą i nieco zbyt impulsywną.

I kiedy w końcu wszystko układało się tak świetnie, na niebie pokazały się czarne 

chmury. Nieprzyjaciel wciąż pozostawał w ukryciu. Zastanawiał się, czy słusznie wypuścił 

MacPhersona. Chyba tak, w przeciwnym razie Joan nie zgodziłaby się na to. Uśmiechnął się. 

Kiedy   chodziło   o   jego   bezpieczeństwo,   była   nieprzejednana.   Pomyślał   o   ciotce   Arleth, 

kobiecie, która straciła jasność umysłu, tylko że on tego w porę nie spostrzegł. Z powodu jego 

krótkowzroczności Joan omal nie umarła. Zacisnął zęby. Ciotka Arleth sama przyznała, że 

lepiej by było, gdyby ta mała flądra umarła. Wtedy wszystko wróciłoby do poprzedniego 

stanu i ona nadal sprawowałaby władzę.

Ale   to   nie   ona   powiedziała   MacPhersonowi.   Colin   westchnął   i   otworzył   oczy. 

Usłyszał kroki na schodach. Rozpoznał lekki chód i opadł z powrotem na oparcie. Utkwił 

wzrok w obitych żelazem drzwiach.

To Joan, zaróżowiona i ze spotniałym czołem. Colin wstał i szybko do niej podszedł.

- Jeszcze nie wróciłaś do sił, moja Amazonko. Usiądź i złap oddech.

- Witaj, Colin - powiedziała odsapnąwszy.  - Chciałam na chwilę zostać sama. Ty 

także?

- Tak, ale cieszę się, że tu jesteś.

- Przyszłam nie bez powodu.

- Chcesz wiedzieć, co powiedziała ciotka Arleth?

- To także. Chodziło mi o coś innego, ale mogę poczekać. Widzę, że przeglądasz 

książkę.

- Dziękuję, że próbowałaś ją doprowadzić do porządku. To książka mego dziadka. 

Czytał mi ją od czasu do czasu. To Listy do syna Chesterfielda. Zastanawiałem się, czy nie 

nadszedł czas, aby zacząć czytać Filipowi o mitologii i historii. I widzę, że miałem rację.

-   Syn   Chesterfielda   także   miał   na   imię   Filip.   Czy   to   nie   ciekawe?   Douglas   nie 

zapoznał mnie z Chesterfieldem, ale szybko znalazłam go sama. Był nieszczęśliwy z żoną i 

dlatego miał bardzo złą opinię o kobietach. Douglas powiedział, że to dlatego, że nie miał 

okazji   mnie   poznać.   O,   to   mój   ulubiony   fragment:   Noś   swoją   wiedze,   jak   zegarek,   w 

specjalnej kieszeni... Przede wszystkim unikaj opowiadania o sobie, jeśli to możliwe...

Przygląda! się jej ze zdziwieniem.  Zastanawia!  się, czy będzie go zaskakiwała do 

końca życia.

- Moje książki z domu są wciąż nie rozpakowane. Nie miałam na to czasu. Nie wiem 

także, czy zgodziłbyś się, żebym je tu umieściła.

background image

Colin poczuł  się jak przejęty tylko  sobą głupiec.  Gdyby  Joan nie była  taka silna, 

sterroryzowałby ją bez reszty. Nawet ona nie czuła się pewnie.

- Wiesz - powiedział. - W zamku są dziesiątki pokojów. Możesz korzystać z którego 

tylko zechcesz. Ale jeśli nie masz nic przeciwko temu, będę zachwycony, mogąc dzielić z 

tobą tę komnatę.

Spojrzała na niego z zachwytem i zerwała się z krzesła.

- Och, Colin! - zawołała i rzuciła mu się w ramiona. - Tak bardzo cię kocham!

Objął ją, śmiejąc się, całując jej nos, brwi i końce palców. Okręcił ją dookoła.

- Za. ten pokój i kilka półek?

Ofiarował jej cząstkę siebie, coś bardzo drogiego i bliskiego, ale nie powiedziała mu 

tego.   Ofiarował   jej   to,   ponieważ   miał   do   niej   zaufanie,   wiedział,   że   nigdy   mu   tego   nie 

odbierze.

- Przyszłam tu nie bez powodu - powiedziała, całując go w brodę. Jej oczy lśniły.

- Tak, ale nie powiedziałaś mi dlaczego.

- Przyszłam, żeby się z tobą kochać, Colin.

- To znaczy, że chcesz jeszcze bardziej krzyczeć z rozkoszy?

- Nie. Chcę, żebyś ty krzyczał.

Poczuł się zakłopotany. Przecież to on był mężczyzną, do diabła, on był mężem. To on 

zaplanował, że będzie ją uwodził, długo i powoli, a kiedy wreszcie w nią wejdzie, ona nie 

zorientuje się nawet, co się stało. A ona... Nie, nie był pewien, co Sinjun ma na myśli.

- Uważam, że głupotą jest robić to tak, jak dotychczas. Zmusiłam cię do tego i byłeś 

bardzo miły, dawałeś, zbyt wiele dawałeś. A ja byłam samolubna. Ale teraz chcę robić z tobą 

wszystko.

- Naprawdę?

- O, tak.

background image

ROZDZIAŁ 19

- Ale to miało być inaczej - powiedział powoli Colin. Patrzył na żonę, a wizja czułego 

i łagodnego uwodzenia ulatywała przez okno.

Sinjun głaskała go po twarzy, przytulała go, całowała w usta, brodę, nos, kąsała w 

ucho.

- Byłam samolubna i dziecinna - powiedziała pomiędzy pocałunkami i ukąszeniami. - 

Byłam tchórzliwa. Jesteś mężczyzną. Żeniąc się ze mną myślałeś, że poślubiasz kobietę. I 

teraz   będziesz   ją   miał.   Nie   boję   się   żadnego   bólu.   To   nieważne.   Chcę   ci   dać   to,   czego 

potrzebujesz. Będę ci się oddawać tak często, jak tego zapragniesz, bez skarg i jęków.

- A ból, Joan? Wiem, że go wciąż pamiętasz. Nie chcę cię torturować. Nie chcę, żebyś 

płakała.

- Nie będę płakała. Będę silna. Douglas i Ryder wychowali mnie po swojemu. Kiedy 

zachowywałam się jak dziewczyna,  Ryder szarpał mnie za uszy.  Nie sprawię ci zawodu, 

Colin. - Nabrała powietrza. - Przysięgam ci.

Chwycił ją za przedramiona i oswobodzi! się Z jej objęć.

- Nie mogę pozwolić na takie poświęcenie. To zbyt wiele. Być może pozwolisz mi 

wejść w siebie raz na rok, żeby spłodzić dziecko, i nic więcej. - Westchnął głęboko i przybrał 

wyraz twarzy męczennika. - Nie mam nic przeciwko temu, by co noc dawać ci rozkosz. To mi 

całkowicie   wystarczy.   Musi   wystarczyć.   Nie   jestem   potworem,   który   będzie   cię   co   noc 

męczył.

-   Och,   Colin,   jesteś   taki   szlachetny,   taki   miły,   ale   ja   już   postanowiłam. 

Zadecydowałam, że zrobimy to właśnie teraz. W ten sposób, do kolacji, całkiem dojdę do 

siebie. A gdybym krzyczała z bólu, nikt mnie nie usłyszy. Teraz chcę cię rozebrać.

Patrzył na nią rozbawiony, starając się opanować śmiech.

- Trudno uwierzyć, że kochasz mnie aż tak. Ofiarowujesz mi się, choć wiesz, co się 

stanie.   Jestem   wzruszony,   Joan.   Widzę,   jak   bardzo   jesteś   silna   i   pozbawiona   egoizmu. 

Zawstydzasz mnie.

Sinjun plątała tasiemki przy jego koszuli. Szarpała gupiki bryczesów. Roześmiał się i 

klepnął ją po rękach.

- Lepiej zróbmy to razem, dobrze? Skinęła głową nie przestając go rozbierać. Czyżby 

go chciała uwieść tu, na dywanie? Po krótkim namyśle doszedł do wniosku, że to doskonały 

pomysł.

Colin ściągał lewy but, kiedy stanęła naprzeciw całkiem naga. Usiłowała obdarzyć go 

background image

uśmiechem syreny, ale nie udało jej się. Wyglądała na przerażoną, ale zdecydowaną. 

Wyglądała jak jej imienniczka, Joanna d'Arc w drodze na stos, pragnąca zachować godność 

wśród płomieni. Szalona dziewczyna.

Rozebrał   się   i  poczuł,   że   Joan   nie   odrywa   wzroku  od   jego   podbrzusza.   Nie  miał 

jeszcze pełnego wzwodu, więc nie powinna krzyczeć ze strachu.

Zaczął od nowa odgrywać rolę czułego uwodziciela, żeby zakończyć  tę dziwaczną 

scenę, kiedy Joan rzuciła się na niego. Złapała go za szyję i całowała, aż się roześmiał.

Niech robi swoje, pomyślał. Zaczął głaskać jej pośladki i usadził na sobie okrakiem.

- Och - powiedziała i całowała go do utraty tchu.

- Co chcesz, żebym teraz zrobił, Joan?

- Chcę, żebyś leżał płasko na wznak, a ja cię będę całowała. Nie ruszaj się, Colin.

Posłuchał jej i ułożył się na dywanie. Przez wąskie okna wpadały srebrzyste promienie 

popołudniowego słońca. Powietrze było łagodne i ciepłe. Joan położyła się na Colinie. Jego 

męskość uciskała jej brzuch.

Dostrzegł strach w jej oczach, ale ona uśmiechnęła się i powiedziała:

- Jesteś bardzo piękny. Mam szczęście.

- Hmm, dziękuję - odparł, zdając sobie sprawę, że jego męskość reaguje szybciej, niż 

się spodziewał.

Czuł, że staje się wielki i twardy jak kamień. Ale Joan nic wahała się ani chwili.

-   Nie   ruszaj   się,   Colin.   Chcę,   żebyś   leżał   całkiem   nieruchomo.   Będę   cię   teraz 

całowała, tak jak ty całowałeś mnie. Zgadzasz się?

Zakrztusił się własnym językiem. To szaleństwo. Udało mu się skinąć głową.

Całowała jego szyję, ramiona, pierś. Obsypywała go pocałunkami. Czuł się tak, jakby 

miał wybuchnąć. Uniósł ramiona, by przyciągnąć ją bliżej siebie.

- Nie, nie ruszaj się. Obiecałeś.

Niczego jej nie obiecywałem, pomyślał. Ale zmusił się do bezruchu. Zacisnął pięści. 

A więc tego chciała. Nauczy się, o lak, wkrótce się nauczy.

Zadrżał, kiedy poczuł jej ciepłe usta na brzuchu.

- Joan -powiedział. To był ból. Najprawdziwszy ból.

Spojrzała na niego z uśmiechem.

- Czujesz się teraz jak ja? Jakby cię w środku paliło, ale gotów byś zabić, żeby paliło 

jeszcze bardziej?

- Coś w tym rodzaju.

background image

Dotknęła   członka   dłonią.   Pogłaskała   go.   Przyglądała   mu   się   i   swojej   ręce.   Colin 

poczuł zakłopotanie. Czuł się dziwnie.

- Nie - powiedziała bardziej do siebie niż do niego. - Chcę więcej. Chcę poznać twój 

smak.

Włożyła penisa do ust, a Colin jęczał, myśląc, że teraz skona.

- Ach - powiedziała słysząc jego wspaniałą odpowiedź na swoje poczynania. I zabrała 

się do dzieła, aby zaczął krzyczeć.

Prawie dopięła swego.

-   Joan,   nie.   Musisz   przestać,   kochanie.   Jeżeli   będziesz   to   dalej   robiła,   wytrysnę 

nasieniem. Wtedy całe twoje poświęcenie pójdzie na marne.

- O, tak - odparła i uniosła głowę. - Musisz wpuścić nasienie do mojego wnętrza. Na 

tym   to   polega.   Jesteś   mężczyzną,   więc   tego   właśnie   pragniesz.   Wiem.   To   ci   sprawia 

przyjemność, ale mnie... Tak musi być. Bardzo dobrze.

Zanim się zorientował, usiadła na jego biodrach.

- Nie - zaprotestował, gdy usiłowała umieścić go w sobie. Gdyby jej tak bardzo nie 

pragnął, wybuchnąłby śmiechem. Nie była na to gotowa, ale próbowała wbić się na pal.

Spostrzegł, że pobladła ze strachu przed nadchodzącym bólem.

Uśmiechnął się, głaszcząc ją po ramionach.

- Nie teraz, Joan. Nie próbuj mnie wciskać na siłę. Nie jestem jeszcze gotowy. Muszę 

mieć więcej przyjemności. Nie będę gotowy, dopóki...

- Chcesz powiedzieć, że zrobisz się jeszcze większy? Ale przecież jęczałeś, Colin, i 

skręcałeś się. Pocisz się. Z całą pewnością nie możesz już być większy.

- Owszem, tak - powiedział zrozpaczony. - Jestem mężczyzną i muszę zaznać więcej 

rozkoszy.   Uwierz   mi.   Musisz   mi   zaufać.   Mam   doświadczenie.   Chyba   nie   chcesz   mnie 

pozbawiać przyjemności?

- Oczywiście,  że nie.  Obiecałam  ci, że nie będę samolubna.  Jeżeli chcesz jeszcze 

bardziej powiększyć swoje rozmiary, jeżeli to ci sprawi większa rozkosz, niech tak będzie. - 

Westchnęła. - Co chcesz, żebym zrobiła?

- Połóż się na plecach. Nie, nie przejmuję dowodzenia. Nic w tym rodzaju. Muszę ci 

po prostu pokazać, co trzeba zrobić, abym krzyczał z rozkoszy, tak jak ty zeszłej nocy.

Skinęła głową z miną pełną powątpiewania, ale zrobiła to, o co poprosił. Ułożyła się 

na wznak, a on zobaczył w jej oczach ten przeklęty strach, lecz nie mógł mieć o to pretensji, 

jego męskość była teraz w pełnej gotowości, twarda jak stal.

Colin   starał   się   uspokoić.   Nie   zamierzał   pozwolić,   by  ta   wspaniała   niespodzianka 

background image

zmieniła się w jeszcze jedno niepowodzenie.

Ułożył się na niej i oparł na łokciach.

-   Spójrz   na   mnie,   Joan.   O,   tak.   Teraz   musisz   mnie   pocałować.   To   ważne,   w 

przeciwnym razie będę tylko udawał, że jest mi z tobą przyjemnie. Chyba nie chcesz, żebym 

udawał?

- O, nie - odparła Joan, nie mając nic przeciwko jego propozycji. Całując go, będzie 

mogła zapomnieć o części uciskającej ją w brzuch. Części wielkiej i gorącej. Ale choćby ją 

miało boleć, tym razem nie sprawi jej zawodu. Już nigdy go nie zawiedzie. Pragnął jej i 

będzie ją miał, tak jak sobie tego życzył.

Colin się nie śpieszył. Całował Joan, rozchylając jej wargi. Wsunął język do jej ust. 

Całował   ją,   dopóki   nie   zaczęła   jęczeć   i   wić   się   pod   jego   ciałem.   Uśmiechnął   się   nieco 

boleściwie i zsunął niżej, by pieścić jej piersi. Smakowały cudownie. Zadrżał z pożądania.

- Czy teraz pragniesz mnie wystarczająco mocno, Colin?

- Nie, jeszcze nie. Potrzebuję więcej, Joan. Muszę mieć więcej czasu.

- Proszę bardzo.

- Czy to co robię, sprawia ci przyjemność, kochanie?

- O, tak. To zupełnie miłe.

Poczekaj no, kochanie, pomyślał, schodząc niżej i pieszcząc językiem biały brzuch 

Joan. Czuł ruchy jej mięśni, czuł jej drżenie i wiedział, że ona nie wie, jakie są jego zamiary, 

ale jest bardzo zainteresowana i podniecona.

Dotknął jej ustami, a ona krzyknęła i zacisnęła pięści na włosach Colina.

Całował ją i pieścił ustami. Zagłębił w niej pałce i omal nie rozsadziła go radość. Była 

gotowa. Gotowa na jego przyjęcie. Doprowadził ją do samej granicy, a potem prędko ułożył 

się na niej i ujął za uda.

- Spójrz na mnie, Joan.

Uniosła powieki, a on wszedł w nią. Patrzył w jej niebieskie oczy Sherbrooke'ów i 

czuł, że się napręża, czekając na ból, ale na próżno. Ból nie nadejdzie.

Zagłębiał się coraz bardziej, unosząc jej biodra ku górze. Poczuł, jak jej ciało ustępuje 

pod naciskiem. Ale nie zadawał jej bólu, był tego pewien. Czuł jej ciepło i zacisnął zęby, żeby 

się opanować.

- Colin?

- Co się stało? Nie jest ci przyjemnie?

- O tak. Nie rozumiem. Dlaczego nie czuję tego straszliwego bólu? Rozciągam się, 

żeby cię przyjąć,  napełniam  się tobą, ale to wcale nie boli. Prawdę mówiąc,  jest bardzo 

background image

przyjemnie.

Przesunął się do przodu i zanurzył w niej aż po nasadę. A potem opadł z powrotem i 

zaczął ją całować.

-   Poruszaj   się   w   przeciwnym   kierunku   niż   ja,   Joan.   Wychodź   mi   naprzeciw,   to 

zwiększy moją rozkosz, a chyba tego pragniesz.

- O, tak -odparła i zaczęta poruszać się jednocześnie z Colinem. Najpierw niezręcznie i 

z namysłem, ale potem jej ciało spontanicznie uchwyciło odpowiedni rytm. W końcu Colin 

wsunął dłoń pomiędzy ich ciała i zaczął pieścić Joan.

Przyglądał się jej twarzy. Była niepomiernie zdumiona.

- Colin - wyjęczała cicho.

- Tak, kochanie. Zróbmy to razem, dobrze?

- Nie rozumiem, co się dzieje.., - zaczęła, a potem odrzuciła głowę do tyłu, wygięła się 

w tuk, krzyknęła i znieruchomiała.

Colin wreszcie pozwolił sobie na wytrysk.

Joan leżała nieruchomo.

Przycisnął dłoń do jej piersi. Jego oddech uspokajał się. Jej serce nadal galopowało. 

Uśmiechnął się. Miał ochotę tańczyć z radości.

- Spokojnie - powiedział i musnął wargami jej usta.

Joan oddychała  coraz  spokojniej. Uniosła rękę i zaraz  ją opuściła.  Pragnął,  by go 

objęła, ale uznał, że to byłoby dla niej zbyt męczące. Przyjemnie było kochać się z własną 

żoną i sprawić jej miłą niespodziankę, gdy spodziewała się katuszy.

-   Wykazałaś   wielką   odwagę,   Joan   -  powiedział   poważnie.   -  Wspaniale   ukrywałaś 

przede   mną   ból   i   udawałaś,   że   ci   jest   przyjemnie.   Posiadanie   takiej   szlachetnej   i 

niesamolubnej żony czyni mnie najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem. Zaraz potem 

jęczał i rozcierał obolałe ramię.

- Niesamolubną, szlachetną i podłą - sprostował.

- Dlaczego mnie uderzyłaś?

- Okłamałeś mnie, przeklęty paskudniku. I nie unoś tych twoich wspaniałych brwi. 

Okłamałeś   mnie.   Powiedziałeś,   że   będzie   mnie   bolało.   A  teraz   naśmiewasz   się  ze   mnie, 

nienawidzę cię!

Roześmiał się na cały głos i poczuł, że się z niej wysuwa. Zamilkł. Nie chciał być sam, 

pragnął czuć dookoła siebie jej ciepło i gładkość. Na myśl o tym poczuł wzwód i wsunął się 

głębiej.

- Pamiętając twój pierwszy raz...

background image

- Za pierwszym razem posiadłeś mnie trzykrotnie!

- Tak. Postąpiłem niegodnie, ale jeśli mnie pamięć nie myli, przeprosiłem cię za to. Co 

więcej, zapewniłem cię, że już nigdy więcej nie zadam ci bólu, ale ty nie chciałaś mi wierzyć. 

Teraz   sama   widzisz,   że   mówiłem   prawdę.   Powiedziałem   ci   dziś   rano,   że   mężczyźni   są 

pożytecznymi   stworzeniami.   Nadajemy   się   do   chronienia   was,   jeśli   na   to   pozwalacie,   i 

potrafimy   dawać   wam   rozkosz.   Teraz,   kiedy   już   wiesz   wszystko   o   rozkoszy,   może 

zrobilibyśmy to jeszcze raz?

Spojrzała na niego, jakby miała ochotę splunąć. Zmrużyła niebieskie oczy.

- Czemu nie - powiedziała.

Kochał ją powoli, i tym razem trwało to dłużej niż trzy minuty. Kiedy Joan zaczęła się 

wić i jęczeć, Colin zamknął oczy i pozwolił sobie na wytrysk.

- Przyznaj się, Colin, śmiałeś się ze mnie, prawda?

- zapytała, gdy było po wszystkim.

- Może trochę. Byłaś taka naiwna, twierdziłaś, że moje ciało nie przystosuje się do 

twego. Przyznaję, to było zabawne. Wciąż bardzo cię pragnę, może zrobimy to jeszcze raz, 

jak myślisz? Poczekaj, za trzecim razem może cię piec. Dobrze się zastanów.

- Nie mam nic przeciwko temu - odparła i wygięła się w łuk, aby pocałować Colina.

Tego wieczoru spóźnili się na kolację. Właściwie przyszli na sam koniec. Philpot i 

Rory podawali już ciasto z czarnymi  jagodami i żurawinami.  Filip i Dahling już zjedli i 

wrócili do swego pokoju.

Przy stole siedzieli tylko bracia Sinjun z żonami i Serena. Ciotka Arleth została w 

swoim pokoju i czekała na powóz, którym miała odjechać do domu brata.

Na   widok   Sinjun   i   Colina   Douglas   uniósł   brwi,   ale   zachował   milczenie.   Sinjun 

podziwiała jego dyskrecję, dopóki nie spostrzegła, że ma usta pełne ciasta.

Usta Rydera były natomiast pełne złośliwości. Odchylił się na oparcie krzesła i złożył 

dłonie na brzuchu.

- Sinjun, wyraz  twojej  ładnej  buzi  sprawia,  że mam  ochotę  przyłożyć  Colinowi  - 

powiedział, a jego niebieskie oczy zalśniły rozbawieniem. - Jesteś moją małą siostrzyczką. 

Nie masz prawa tak wyglądać, nie masz prawa robić tego, co najwyraźniej właśnie robiłaś.

- Cicho bądź - powiedziała Sophie i ukłuła go widelcem w wierzch dłoni.

-   On   ma   rację   -   stwierdził   Douglas   przełknąwszy   ciasto   i   przygotował   się,   by 

rozpocząć własną przemowę.

- Ani mi się waż - zainterweniowała Alex. - Sinjun jest mężatką.

- To fakt - zgodził się Colin, szczerząc zęby do swoich nowych krewnych. Ucałował 

background image

żonę w nos i posadził ją na miejscu hrabiny.

Podszedł do szczytu stołu, zasiadł na krześle i wzniósł kieliszek z winem.

- Toast na cześć mojej żony,  pięknej i wyzywającej  damy,  która żyła  w błędnym 

przekonaniu, że...

- Colin! Zamilknij! - krzyknęła Sinjun i cisnęła w niego łyżką do zupy. Chybiła celu, 

ponieważ stół miał cztery metry długości, i łyżka trafiła w wazon z żonkilami.

Philpot głośno odchrząknął, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi.

Serena spojrzała na Colina i na Sinjun.

- Colin nigdy nie spoglądał w ten sposób ani na Fionę, ani na mnie - powiedziała z 

westchnieniem. - To nie tylko męska pożądliwość, to coś więcej. Wygląda jak kot, który 

wypił więcej śmietanki, niż na to służył. Myślę, że jest bardzo samolubny. Mam nadzieję, że 

zwymiotuje całą tę śmietankę. Sądzę, że go zupełnie zniszczyłaś, Joan. Philpot, proszę mi 

podać ciasto.

Philpot   z   kamiennym   wyrazem   twarzy,   uprzejmie   postawił   przed   Sereną   tacę   z 

ciastem.

- Cieszę się, że teraz Colin jest ponad zwykłe pożądanie - oświadczył Ryder swojej 

siostrze.  - Zadałaś  mu  czegoś, siostrzyczko?  Może dostałaś  przepis od Sophie? Jest taka 

wymagająca,  że z trudem staram się sprostać  jej  żądaniom.  Ze wszystkich  sił staram się 

obdarzyć   ją   następnym   dzieckiem.   A   ona   wciąż   nie   daje   mi   spokoju.   Nieustannie   mnie 

napastuje. Jestem bezpieczny tylko przy jadalnym stole.

- leżeli nie zamilkniesz, Sophie z pewnością cię zasztyletuje - zagroziła mu Alex. - 

Mam  nadzieję,   Sophie,  że   kiedy  Ryder  obdarzy  cię   wreszcie  dzieckiem,  zzieleniejesz  na 

twarzy i zwymiotujesz.

- O, nie - odparła Sophie. - To mi się nigdy nie zdarzy. Myślę, Alex, że to twój mąż 

przyprawia cię o mdłości.

I trzy żony wybuchnęły zgodnym śmiechem. Douglas nadąsał się.

- Sophie nigdy nie zazna mdłości - powiedział Ryder, dumnie wypinając pierś. - Nie 

pozwolę jej na to.

- Czasami zapominam, jacy są naprawdę - zwróciła się Alex do Sophie. - A kiedy 

sobie przypominam, życie nabiera smaku, staje się przepyszne. Jest lepsze od tego jagodowo-

żurawinowego ciasta, które Douglas tak chciwie pożera.

- Mówisz szczerą prawdę - powiedział Douglas.

- Tylko błagam, nie wybiegnij zaraz do tej miski, którą Philpot ustawił przy wejściu.

- Proponuję, żebyśmy zmienili temat - odezwała się Sinjun.

background image

- Tak - zgodził się Ryder. - Teraz, kiedy Douglas i ja widzimy, że jesteś zadowolona 

ze swego mężczyzny,  przejdziemy do innych  tematów. Zastanawialiśmy się nad sytuacją, 

Colin.   Doszliśmy   z   Douglasem   do   wniosku,   że   ten,   kto   powiedział   MacPhersonowi,   że 

zabiłeś żonę, prawdopodobnie sam ją zabił.

- Albo sama - wtrąciła Alex.

- To prawda, ale kto pragnąłby śmierci Fiony?

- spytała Sinjun. - I dlaczego Colin znalazł się nieprzytomny na krawędzi skarpy? Ten 

ktoś doskonale wszystko obmyślił. Sereno, czy znasz kogoś, kto aż tak nienawidził twojej 

siostry? Kogoś, kto zna się na truciznach i za ich pomocą zmącił pamięć Colina?

Serena   spojrzała   znad   ciasta,   uśmiechnęła   się   do   Sinjun   i   powiedziała   miękkim 

głosem:

- Fiona była niewierną suką. Nawet ja jej nienawidziłam. Znam się również na ziołach 

i znam skutki stosowania opium, hebanu i rośliny zwanej maellą. Mogłabym  coś takiego 

zrobić bez trudu.

- Och.

- Pójdźmy dalej, Sereno. Kto nienawidził Colina?

- Jego brat. I ojciec. Ciotka Arleth. Nienawidziła go także Fiona, bo on jej nie kochał, 

a ona była zazdrosna. Była zazdrosna nawet o mnie, ale ja wtedy byłam bardzo ostrożna.

Colin znieruchomiał. Powoli odłożył widelec na krawędź talerza.

- Mój ojciec nie nienawidził mnie, Sereno - powiedział powoli, głosem pełnym bólu. - 

On po prostu nie miał ze mnie żadnego pożytku. Dziedzicem miał się stać mój brat. Ja się nie 

liczyłem. Wiem, że to nie było uczciwe, i że bardzo z tego powodu cierpiałem. To tak jakbym 

miał syna z Joan i zupełnie go ignorował tylko dlatego, że pierworodnym był Filip. Jeśli 

chodzi o mego brata, to Malcolm również nie miał powodu, żeby mnie nienawidzić. On miał 

wszystko. Co się tyczy ciotki Arleth, to kochała mego ojca i nienawidziła swojej siostry, 

mojej matki. Chciała, żeby ojciec poślubił ją po śmierci mej matki, ale on tego nie uczynił. To 

prawda, ciotka szczerze mnie nie lubiła, wierzyła, że mój brat jest księciem wśród innych 

mężczyzn,  ale myślę, że sama nie rozumiała dlaczego. Bała się mnie, bo ja także byłem 

synem hrabiego, i w przyszłości mogłem zostać dziedzicem.

- Ja ciebie nie nienawidzę.

- Dziękuję, Sereno.  Naprawdę  nie wiem,  co przed  śmiercią  czuła  do mnie  Fiona. 

Modlę się o to, by to nie była nienawiść. Nigdy nie życzyłem jej śmierci.

-   Nigdy   bym   cię   nie   znienawidziła,   Colin.   Żałuję   tylko,   że   nie   miałam   posagu. 

Gdybym miała majątek, nie musiałbyś jechać do Londynu, żeby ją poślubić.

background image

- No tak, ale ją poślubiłem i kropka. A ty, moja droga, pojedziesz do Edynburga i 

będziesz mieszkać z ojcem.  Będziesz chodziła na bale i przyjęcia. Poznasz wielu miłych 

mężczyzn. To dla twojego dobra, Sereno.

- Tak mówią wszyscy dorośli, jeśli chcą się usprawiedliwić - powiedziała Serena.

- Ty także jesteś dorosła, Sereno. I z pewnością nie chcesz zostać w Vere Castle - 

powiedziała Sinjun.

- Tak, masz rację. Teraz, kiedy Colin nie chce się ze mną więcej kochać, równie 

dobrze mogę stąd wyjechać. - To rzekłszy Serena wstała od stołu, nie czekając, aż Rory jej 

pomoże, i nie zwracając uwagi na panujące milczenie, wyszła z jadalni.

- Masz bardzo dziwnych krewnych - stwierdził Douglas.

- A co powiesz o twojej matce, Douglasie, i o tym, jak mnie traktuje? - spytała Alex.

-   Masz   rację.   W   większości   rodzin   znajdują   się   dziwne   osoby   -   odparł   Douglas, 

uśmiechając się do żony. - Serena... Sam nie wiem.

- Wydaje się niespełna rozumu, jeśli wiesz, co mam na myśli. Nie obłąkana, ale trochę 

stuknięta - stwierdził Colin.

- Tak. Jakby nie stąpała po ziemi. Zawsze bawiła ją myśl,  że jest czarownicą, od 

dawna zajmuje się ziołami.

-   Ale   chyba   nie   wierzysz,   że   zabiła   własną   siostrę   i   otruła   cię   tak,   że   straciłeś 

świadomość.

-   Nie,   Joan.   Ale,   jak   to   zauważył   Douglas,   jest   dziwna.   Zawsze   była.   Fiona   ją 

uwielbiała i dlatego uparła się, żeby Serena mieszkała z nią w Vere Castle, choć ja nie byłem 

zachwycony tym pomysłem.

- Czy całowała cię w obecności siostry?

- Nie, Alex. Nie całowała. To się zaczęło po śmierci Fiony. Kiedy przywiozłem tu 

Joan, czyhała na mnie za każdymi drzwiami.

- Dobrze byłoby mieć co do tego pewność - powiedział Douglas.

- W takim razie  zawołajmy Dahling, ona ma  wyrobione  zdanie  na każdy temat  - 

zażartowała Sinjun.

- Joan - powiedział nagle Colin, marszcząc czoło.

- Nic nie zjadłaś i to mi się nie podoba. Muszę nalegać, żebyś się starała odzyskać siły. 

Philpot, nałóż jej hrabiowskiej mości odpowiednią porcję.

Bracia i bratowe spojrzeli na siebie porozumiewawczo i wybuchnęli śmiechem. Colin 

zamrugał powiekami, a potem, ku zachwytowi Sinjun, zarumienił się po raz drugi.

Po   kilkutygodniowym   celibacie   Colin   nie   miał   najmniejszych   kłopotów   z 

background image

zaspokojeniem   żony   przed   snem.   Zachwycona   swymi   nowo   nabytymi   umiejętnościami, 

Sinjun nie miała nic przeciwko temu. Zasnęli bardzo mocno.

Nagle Sinjun zbudziła się i popatrzyła w ciemność.

W   bladym  świetle  pełgającym  po  brokatowej  sukni  haftowanej  dziesiątkami   pereł 

stalą Perlista Jane. Sinjun odczuła jej zdenerwowanie.

- Szybko do pokoju ciotki Arleth! - powiedziała zjawa.

Jej słowa głośno rozbrzmiewały w umyśle Sinjun. Tak głośno, że dziwiła się, dlaczego 

Colin jeszcze się nic obudził.

Perlista Jane zniknęła w jednej chwili. Nie tak, jak Duch Dziewicy, który łagodnie się 

rozpływał i wtapiał w ciemność. Perlista Jane pojawiała się i znikała nagle.

Sinjun odrzuciła kołdrę i potrząsnęła Colinem.

- Colin! - krzyknęła mu nad uchem i wciągnęła na siebie zmiętoszoną koszulę nocną.

Obudził się, nie rozumiejąc, co się dzieje.

- Joan?...

- Pośpiesz się, chodzi o ciotkę Arleth.

Sinjun wybiegła z sypialni. Nie miała czasu zawracać sobie głowy świecą.

Przebiegając obok sypialni braci krzyczała, ale nie zwolniła kroku.

Dopadła do pokoju ciotki Arleth i otworzyła drzwi. Zastygła z przerażenia. Ciotka 

Arleth   wisiała   na   sznurze   przywiązanym   do   kandelabru.   Stopy   miała   dobre   trzydzieści 

centymetrów nad podłogą.

- Nie!

- O, Boże!

Colin odsunął Sinjun i wbiegł do pokoju. Chwycił ciotkę Arleth za nogi i podniósł, 

aby zmniejszyć ucisk sznura na szyję.

Po chwili do pokoju wbiegli Douglas, Ryder, Sophie i Alex.

Colin trzymał ciotkę i krzyczał przez ramię:

- Pośpieszcie się, Douglas i Ryder. Przetnijcie ten przeklęty sznur. Może nie jest za 

późno.

Nigdzie nie było noża, więc Douglas wszedł na krzesło i dosięgną! węzła u podstawy 

kandelabru. Wydawało się, że minęła cala wieczność, nim rozwiązał węzeł. Colin ostrożnie 

ułożył ciotkę Arleth na łóżku i zdjął jej sznur z szyi. Namacał tętnicę szyjną. Poklepał ciotkę 

po twarzy. Potarł jej ręce, nogi, znów ją poklepał i potrząsnął. Wszystko na nic.

- Nie żyje - powiedział wstając. - Dobry Boże, ona nie żyje.

-   Wiedziałam,   że   umrze   -   odezwała   się   Serena   spod   drzwi.   -   Utopiec,   który   był 

background image

kochankiem twojej matki, przyszedł  po nią, bo opowiedziała  Joan o twoim pochodzeniu, 

Colin. O tak, twój ojciec był utopcem, a ciotka Arleth nie żyje, bo sobie na to zasłużyła.

Odwróciła się i wyszła z sypialni, powiewając koszulą. Zatrzymała  się jeszcze na 

chwilę w progu i dodała przez ramię:

- Nie wierzę w te brednie o utopcach. Naprawdę nie wiem, czemu to powiedziałam. 

Ale nie jest mi przykro, że umarła. Była dla ciebie niebezpieczna, Colin.

- O, Boże - powiedziała Alex i zemdlała.

background image

ROZDZIAŁ 20

- Ona się nie zabiła - powiedział Colin.

- Ale stołek był przewrócony, jakby go kopnęła... - Sinjun zamilkła. Przełknęła ślinę i 

opuściła głowę. Colin otoczył ją ramieniem.

- Wiem - powiedział cicho. Wiem, gdybyśmy przybiegli odrobinę wcześniej, wtedy 

może...

Douglas wstał i podszedł do kominka. Oparł się o gzyms. W dłoni trzymał filiżankę 

pośpiesznie zaparzonej kawy.

- Nie, ona się nie powiesiła. Jestem tego pewien. Rozwiązywałem węzeł u podstawy 

kandelabru. Po prostu nie miałaby dość siły, aby go zawiązać.

- Czy wysłać Ostle'a po sędziego? - spytała Sinjun męża.

- Tutaj ja jestem sędzią. Zgadzam się z Douglasem. Chcę ci tylko zadać jedno pytanie, 

Joan. Skąd wiedziałaś, że trzeba się obudzić i biec do jej pokoju?

- Perlista Jane mnie obudziła. Powiedziała mi, że mam prędko iść do pokoju ciotki 

Arleth. Zastanawiam się, dlaczego tak późno mnie zawiadomiła. Może się nie spodziewała, że 

ciotka Arleth przeżyje, albo nie chciała, żebyśmy ją uratowali. Chciała ją ukarać za to, co 

zrobiła Fionie i tobie, Colin, no i mnie. Trudno zrozumieć, czym kierują się duchy.

- Do diabła, Sinjun! - krzyknął Douglas odchodząc od kominka. - Dość tych bzdur! 

Musiałem tego wysłuchiwać w domu, bo to nasza przeklęta tradycja. Ale tutaj?

I   zaczęło   się   od   nowa.   Sinjun   była   taka   zmęczona,   że   po   prostu   siedziała   i   nie 

docierało do niej, co każdy miał do powiedzenia. A ponieważ byli to Sherbrooke'owie oraz 

żony Sherbrooke'ów, ich opinie bardzo się różniły.

W pewnej chwili Sophie szybko się wycofała i opadła na krzesło. Ryder prędko do 

niej podszedł i otoczył ramionami. Pochylił się nad nią i zapytał:

- O co chodzi, kochanie?

- Przemoc, Ryder, straszliwa przemoc, ból. Raptem powróciły do mnie wspomnienia z 

Jamajki. Nienawidzę tych wspomnień, dobry Boże, jak ja ich nienawidzę.

- Wiem, kochanie. Tak mi przykro, ale teraz jesteś przy mnie i zostaniesz przy mnie na 

zawsze,   i   nikt   cię   już   nigdy   nie   skrzywdzi.   Zapomnij   o   Jamajce,   zapomnij   o   swoim 

przeklętym wuju. - Pogłaskał ją czule po plecach i przytulił.

- Zabierz Sopie do łóżka, Ryder - zadysponował Douglas. - Ona ma dość. Wygląda na 

bardzo zmęczoną. My zresztą także.

Ryder skinął głową.

background image

Kilka minut później, o czwartej rano, Colin powiedział:

- Douglas ma rację, wszyscy jesteśmy wyczerpani. Dość tego. Porozmawiamy o tym 

jutro.

Przytulił Sinjun i przycisnął usta do jej skroni.

- Kto ją zabił, Colin?

Poczuł na szyi jej ciepły oddech.

- Nie wiem, niech to diabli, naprawdę nie wiem. Może była wspólniczką mordercy 

Fiony, nie wiem... Boże, co za noc. Chodźmy trochę odpocząć.

*

Następnego   ranka   przy   śniadaniu   panowała   zadziwiająca   cisza.   Colin   powiedział 

Dulcie, aby została z dziećmi w ich pokoju, bo nie chciał, aby opowiadano przy nich jakieś 

przerażające historie.

Ale panowało milczenie.

Serena w ogóle się nie odzywała. Jadła owsiankę powoli przeżuwając, od czasu do 

czasu kiwała głową, jakby prowadziła w duchu jakąś rozmowę. Sinjun pomyślała, że w ogóle 

nie rozumie Sereny i zastanawiała się, czy Serena rozumie samą siebie.

W końcu Serena zdała sobie sprawę, że Sinjun jej się przygląda.

- Szkoda, że to nie ty, Joan - powiedziała swoim pogodnym, ciepłym i spokojnym 

tonem. - Tak, szkoda. Wtedy Colin miałby twoje pieniądze i mnie. Szkoda. Lubię cię, bo 

trudno jest ciebie nie lubić. Ale mimo wszystko, szkoda. - Wypowiedziawszy słowa, które 

zmroziły krew w żyłach Sinjun, Serena wstała od stołu i wyszła z jadalni.

- Ona jest przerażająca - powiedziała Sinjun i wzdrygnęła się.

- Myślę, że ona tylko tak mówi - stwierdziła Alex, - I myślę, że robi to głównie dla 

efektu. Lubi szokować. Weź się w garść, Sinjun, to tylko słowa, nic więcej.

- Dopilnuję, żeby Serena jak najszybciej wróciła do Edynburga. Najlepiej będzie, jeśli 

wyślę Ostle'a z wiadomością dla Robertą MacPhersona. Niech po nią przyjedzie. Nie ma 

sensu czekać.

*

Robert MacPherson przybył do Vere Castle z tuzinem uzbrojonych po zęby mężczyzn.

- Jak widzisz. Alfie nie jest już w mojej drużynie. Powiesiłem go za zabicie Dingle'a - 

powiedział.

Zsiadł  z  konia, skinął na swoich ludzi,  żeby zrobili to samo,  i wszedł do zamku, 

pamiętając o tym, by wielkie drzwi pozostały otwarte.

background image

- Widzę wielkie zmiany - stwierdził. A potem zwrócił się do Sinjun: - Niezła z ciebie 

gospodyni.

- O, tak - odparła, zastanawiając się, czemu go nie zastrzeliła, gdy miała po temu 

okazję. Nie ufała mu ani trochę - temu pięknemu mężczyźnie o złym sercu.

-   Zawiozę   Serenę   do   Edynburga.   Obiecałem   ci,   że   porozmawiam   z   ojcem,   ale 

ostrzegam cię, Colin, on nie jest w pełni władz umysłowych.

- Kiedy widziałem go po raz ostatni, nie sprawia! takiego wrażenia - odpowiedział 

Colin. - Jeżeli mi powiesz, kto mnie oskarżył o zabicie twojej siostry, obydwaj oszczędzimy 

sobie mnóstwa czasu.

- O, nie - powiedział MacPherson, strząsając nonszalancko pyłek kurzu z rękawa. - 

Nic by ci to nie dało- Usiłowałbyś zabić tę osobę, a ja nadal pozostałbym w niepewności. Nie, 

porozmawiam z ojcem. Powiem mu, kto cię oskarżył. Posłucham, co mi powie. Nie żądaj ode 

mnie niczego więcej, Colin.

- Nie zabiłbym twego przeklętego informatora!

- Jeśli nie ty, to twoja żądna krwi żona.

- Z pewnością - powiedziała Sinjun. - On ma rację, Colin.

Colin  zdał   sobie   nagle  sprawę,  że  stoją w holu.  Nie  chciał   mieć   w  swoim  domu 

MacPhersona, ale Robert przyjechał po Serenę. Musiał wykazać trochę ogłady, ale nie miał 

zamiaru wprowadzać go do salonu, ani częstować herbatą. Zostaną w holu.

- Znasz już bratowe Joan?

- O, tak. Przeklęte dzikuski. Witam panie - powiedział MacPherson i skłonił im się 

głęboko. - A to, jak się domyślam, ich mężowie. Widząc was tutaj, odczuwam ulgę. Te dwie 

czarujące damy powinno się trzymać po kluczem. - A potem zwrócił się do Colina: - Piszesz 

w swoim liście, że chcesz, bym stąd zabrał Serenę. Można wiedzieć, dlaczego akurat w tej 

chwili?

- Zeszłej nocy umarła ciotka Arleth. Powieszona we własnej sypialni.

- Ach, rozumiem.  Zwabiłeś mnie  tutaj, aby mnie  oskarżyć  o zamordowanie  starej 

wiedźmy. Cale szczęście, że zabrałem z sobą łudzi, prawda?

-   Nie   bądź   głupi,   Robbie.   Wszystko   zostało   zrobione   tak,   żeby   wyglądało   na 

samobójstwo, ale Douglas słusznie zwrócił uwagę na to, że ciotka Arleth nic miałaby dość 

siły,   by   tak   mocno   przywiązać   sznur   do   kandelabru.   Nie,   ktoś   ją   zabił.   Być   może   twój 

informator, który był również jej wspólnikiem. Może się obawiał, że ciotka zacznie mówić, i 

dlatego wolał się jej pozbyć.

Robert MacPherson przyglądał mu się w milczeniu. Przysunął się trochę w stronę 

background image

otwartych drzwi, aby być bliżej swoich ludzi.

- Do diabła, Robbie, to oznacza, że ktoś zakradł się do zamku i ją zamordował!

-   Może   jednak   była   dość   silna,   by   zawiązać   ten   przeklęty   węzeł   -   powiedział 

MacPherson. - Arleth była silniejsza, niż na to wyglądała.

Colin dał za wygraną. Poszedł po Serenę. Kiedy razem schodzili ze schodów, patrzyła 

na niego jak na kochanka. Jakby byli Romeem i Julią.

- Czuję wielką ulgę, widząc, że wyjeżdża - szepnęła Sophie do Sinjun. - Ona mnie 

przeraża, bez względu na to, czy to tylko gra, czy nie.

- Mnie także - powiedziała Sinjun.

- Siostro - powiedział Robert MacPherson i skinął głową. A potem przywołał swoich 

ludzi, aby odebrali od Colina dwie torby podróżne.

- Witaj, Robbie - powitała go Serena. Wspięła się na pałce i ucałowała brata w usta. - 

Jesteś teraz jeszcze piękniejszy niż pół roku temu. Współczuję twojej żonie, będzie musiała z 

tobą   współzawodniczyć   w   tej   mierze.   Musisz   mi   obiecać,   że   kiedy   znajdziemy   się   w 

Edynburgu, będziesz mi wszędzie towarzyszył.

Wstrzymał oddech i, przez jedną okropną chwilę, Sinjun myślała, że Robert uderzy 

siostrę. Lecz on uśmiechnął się i powiedział:

- Zapuszczę brodę.

- Cieszę się, że jest to możliwe - odparła Serena.

Zwróciła się do Colina i pogłaskała go po policzkach, a potem wspięła się na palce i 

ucałowała w same usta, tak samo jak przed chwilą brata.

- Żegnaj moja miłości. Szkoda, że wolałeś tę drugą. Szkoda, że jest miła. Ale cieszę 

się, że ją poślubiłeś dla pieniędzy.

I nie mówiąc nic więcej, Serena wyszła za bratem.

Colin   skinął   głową   MacPhersonowi.   Wyszedł   z   nim   na   zewnątrz.   Dzień   był 

pochmurny i chłodny. Colin patrzył, jak Serena dosiada klaczy, którą przywiózł dla niej brat. 

Patrzył, jak jeden z ludzi Robbie'ego przytracza torby podróżne do swego siodła. Patrzył, jak 

wszyscy dosiadają koni, patrzył, jak odjeżdżają wysadzaną drzewami aleją.

- Przyjedź do mnie, kiedy już porozmawiasz z ojcem! - zawołał za odjeżdżającym.

- Na pewno coś zrobię! - odkrzyknął Robert MacPherson przez ramię.

- Skoro już o tym mowa - powiedział Colin wróciwszy do holu. - Cieszę się nie tylko z 

tego, że poślubiłem posażną pannę, ale również z tego, że to byłaś właśnie ty.

Sinjun uśmiechnęła się do niego, choć nie czuła radości. Colin starał się ich rozbawić, 

ale było to trudne zadanie.

background image

- A teraz - powiedziała Sophie, zacierając dłonie - musimy odkryć tajemnicę. Sinjun, 

opowiedz nam o Perlistej Jane. Jak myślisz, dlaczego ci się ukazała i kazała pójść do pokoju 

ciotki Arleth?

Douglas   odwrócił   się   na   pięcie   i   wyszedł   z   zamku.   Przechodząc   koło   Alex, 

powiedział:

- Idę pojeździć konno. Wrócę, kiedy skończycie dyskutować o duchach.

- Biedny Douglas - stwierdził Ryder. - Musi obstawać przy opinii, którą sobie wyrobi) 

raz na cale życie.

- Wiem - odparła Alex. - Mogę z nim rozmawiać na każdy temat, byle nie o Duchu 

Dziewicy. Sophie ma rację, musimy omówić sprawę.

- Zamek nie jest zamykany na noc - powiedział Colin. - Każdy, kto chce, może się 

dostać do środka.

Roztrząsali sprawę, dopóki nie przeszkodziły im dzieci. Filip i Dahling byli bardzo 

przejęci, ponieważ usłyszeli od służby o śmierci ciotki Arleth.

- Chodźcie tutaj - powiedział Colin. Przygarnął do siebie dzieci. - Wszystko będzie 

dobrze. Wyjaśnimy, co się stało.

Tulił ich i pocieszał, aż Dahling powiedziała:

- Wypuść mnie, papo, Sinjun mnie potrzebuje.

Po czym usnęła na kolanach Sinjun. Filip wyswobodził się z objęć ojca i stanął obok. 

Prawdziwy obrońca młodszej siostry,  pomyślała Sinjun i uśmiechnęła się do niego, dając 

upust całej swojej miłości.

Następnego   popołudnia   przyjechał   brat   ciotki   Arleth,   łan   MacGregor.   Jeśli   był 

zaskoczony i rozgniewany jej nagłą śmiercią, nie dał tego po sobie poznać. Widać było, że 

chce jak najprędzej opuścić Vere Castle. Nie miał ochoty się do niczego wtrącać. Musiał 

wracać do żony i siedmiorga dzieci, o czym poinformował wszystkich w tak świętoszkowaty 

sposób, że Sinjun miała ochotę zdzielić go po twarzy. Owszem, pochowa ciotkę Arleth, ale 

rozwiązanie tajemnicy jej śmierci pozostawia Colinowi, pod którego dachem ciotka żyła i 

umarła. Zawsze była dziwna. Zawsze pragnęła dla siebie tego, co miała jej siostra. Szkoda, że 

sprawy się tak potoczyły, ale życie często bywa niełatwe.

- Mam nadzieję, że nie pozwolisz, by cię zamordowano, tak jak nieszczęsną Fionę - 

zwrócił się do Sinjun. -Chociaż teraz, kiedy Colin ma już w kieszeni twoje pieniądze, nie jest 

to takie ważne.

Patrzyli, jak odjeżdżał konno obok otwartego wozu, na którym spoczywała trumna 

przykryta czarnym kocem.

background image

- To mój wuj - powiedział Colin bardziej do siebie niż do otaczającej go rodziny. - Jest 

moim przeklętym wujem, a ja nie widziałem go odkąd skończyłem pięć lat. Jest czwarty raz 

żonaty. Ma o wiele więcej niż siedmioro dzieci. Jedna żona zmarła z powodu zbyt wielu 

porodów, a on natychmiast poślubił następną i historia się powtórzyła. To jaskiniowiec.

Nikt mu nie zaprzeczył.

- Jesteś do niego trochę podobny, Colin - stwierdził Douglas.

- Co teraz będziemy robić? - spytała Sinjun.

- Nie mogę przyjść do siebie na myśl, że ktoś wtargnął do zamku i zamordował ciotkę 

Arleth. To nie mogła być Serena, przynajmniej o to się modlę.

- Ależ, Colin, tłumaczyłem ci już, że Serena nie miałaby na to dość siły - powiedział 

Douglas.   -   Specjalnie   przyjrzałem   się   jej   ramionom.   Są   zbyt   szczupłe   i   wiotkie.   Sinjun 

mogłaby to zrobić, ale nie Serena.

To stwierdzenie nie przypadło Colinowi do gustu. Spojrzał wymownie na Douglasa, 

ale hrabia Northcliffe tylko wzruszył ramionami.

- To prawda - powiedziała Sinjun. - Jestem bardzo silna.

- Wiem - odrzekł Colin całując żonę w czoło i westchnął.

*

Sinjun siedziała na kupce słomy i bawiła się z kociętami, których matką była kotka o 

imieniu   Tom,   mieszkająca   w   stajni-   Sinjun   słyszała,   jak   Ostle   rozmawia   z   Crockerem. 

Słyszała, jak Fanny parska w swoim boksie.

Czuła  się odrętwiała,  ale  wciąż jeszcze  drzemał  w niej strach. Colin rozmawiał  z 

panem Setonem, a obaj bracia wykonywali ciężkie prace fizyczne, pomagając zagrodnikom.

- To mnie uspokaja - wyjaśnił Ryder, kiedy Sophie spytała, dlaczego to robi.

- Douglas także lubi się dobrze wypocić - powiedziała Alex. - To z przejęcia. Od 

śmierci ciotki Arleth minęło zaledwie parę dni.

Sinjun opuściła bratowe, kiedy się kłóciły, czy w poszukiwaniu jakichś wskazówek 

należy obejść wszystkie  pokoje. Potrzebowała  spokoju i  samotności.  Towarzystwo  kociąt 

dobrze wpływało na jej nastrój. Dwa z nich wspinały się właśnie po Sinjun spódnicy, by 

usadowić się jej na podołku. Mruczały i drapały ją poprzez liczne halki.

Sinjun strąciła je w roztargnieniu. Głos Ostle'a oddalał się. Czy mówił coś do niej? 

Nie,   z   pewnością,   nie.   Crocker   również   stawał   się   coraz   mniej   słyszalny.   Fanny   znów 

parsknęła,   ale   Sinjun   słyszała   ją   jak   przez   mgłę.   Czuła   się   coraz   bardziej   osłabiona,   aż 

wreszcie usnęła.

background image

Wkrótce się obudziła. Kocięta spały jej na kolanach. Słońce lśniło wysoko na niebie. 

Obok niej siedział MacDuff.

- Witaj, cóż za wspaniała niespodzianka - powiedziała z uśmiechem. - Pozwól, że cię 

przywitam jak należy.

- Och nie, Sinjun. Nie ruszaj się. Miej trochę względu na kocięta. Milutkie maleństwa, 

prawda? Zostań tam, gdzie jesteś.

- Dobrze - powiedziała, ziewając. - Ostatnio tyle się wydarzyło. Chciałam chwilkę 

posiedzieć w samotności. Widziałeś się z Colinem? Wiesz już o ciotce Arleth? Przyjechałeś 

nam pomóc?

- O, tak - odparł. Nachylił się nad nią i troskliwie zdjął kocięta z jej kolan, po czym 

umieścił na kocu.

- Gotowe - powiedział i zdzielił ją pięścią w szczękę.

*

Colin   rozejrzał   się   po   salonie.   Było   późne   popołudnie   i   wszyscy   zebrali   się   na 

podwieczorek.

- Gdzie jest Joan? - zapytał.

- Nie widziałam jej od południowego posiłku - powiedziała Sophie. - Ani Alex, bo 

całe popołudnie spędziłyśmy razem.

- Szukałyśmy jakichś śladów, zwłaszcza na drzwiach wejściowych do zamku. Nic tam 

nie ma.

- Jesteś taka uparta, Alex! - krzyknęła Sophie odkładając słodką bułeczkę. - To małe 

drzwi prowadzące do kuchni. Według mnie wyglądają na wyważone, ale ona twierdzi, że to 

normalne, bo są bardzo stare.

- Sprawdzę to - powiedział Colin. - Dziękuję za wasze starania.

- Gdzie się, do diabla, podziewa Sinjun? - zapytał Ryder zwracając się do wszystkich 

zgromadzonych.

Mały synek jednego z zagrodników przyniósł list.

- Zaczekaj -powiedział Colin, otwierając kopertę. Przebiegł wzrokiem tekst, a potem 

przeczytał go jeszcze raz. Zbladł. A potem zaklął.

Colin wypytał chłopca, ale niczego się nie dowiedział.

- To dżentelmen - powiedział chłopiec. - Miał nasunięty na oczy kapelusz, a na twarzy 

chustkę, która zasłaniała ją po same uszy. - Wydawał się jakiś znajomy, ale chłopiec go nie 

rozpoznał. Mężczyzna siedział na wielkim koniu i nie zsiadł ani na chwilę.

background image

Colin wrócił do salonu i wręczył list Douglasowi.

- Na Boga! Nie do wiary!

Nastąpiło prawdziwe piekło. W końcu Ryder odczytał na głos:

Lordzie Ashburnham,

Mam twoją  posażną żoną. Jeżeli nie dostarczysz mi pięćdziesięciu  tysięcy  funtów,  

zabiję ją. Daję ci dwa dni na przywiezienie pieniędzy z Edynburga. Radzę, Żebyś się tam udał  

natychmiast. Będę cię obserwował. Skontaktuję się z tobą, gdy przywieziesz pieniądze.

- Piekło i szatani - powiedziała Alex.

Kilka minut  później  do salonu wszedł Philpot  i oświadczył,  że jeden z parobków 

właśnie znalazł Crockera i Ostle'a w komórce z narzędziami, związanych i zakneblowanych. 

Żaden z nich nie wie, kto to zrobił. Rozmawiali i nagle ktoś dał im w głowę.

Colin podbiegł do drzwi.

- Dokąd? - zapylał Douglas, chwytając go za ramię.

- Do Edynburga, po te przeklęte pieniądze.

- Zaczekaj chwilę, Colin - powiedział bardzo powoli Ryder. - Musimy przemyśleć całą 

sprawę. Mam pewien plan. Chodźcie ze mną.

- O, nie! - krzyknęła Sophie, zrywając się z fotela. - Przyjechałyśmy tu na ratunek 

Sinjun. Nie możecie nas teraz wykluczyć!

- Pewnie, że nie! - wrzasnęła Alex, a potem chwyciła się za brzuch i pobiegła w kąt 

pokoju, w którym Philpot umieścił miednicę.

*

Następnego dnia rano MacDuff przyglądał się Colinowi opuszczającemu Vere Castle 

na wielkim ogierze o imieniu Guliwer, koniu szybkim jak wiatr. MacDuff przypuszczał, że 

Colin wyjedzie natychmiast, ale przecież nie było to małżeństwo z miłości. Colin poślubił 

Joan Sherbrooke tylko dla pieniędzy. Dlaczego miałby się śpieszyć? Dlaczego miałoby mu 

zależeć na życiu żony? Dlaczego miałby się spieszyć z jej wykupieniem?

Oczywiście, wymagał tego honor Colina.

Colin wyjechał sam. MacDuff zatarł ręce. Przy odrobinie szczęścia Colin powinien 

wrócić do Vere Castle jeszcze wieczorem. Z pieniędzmi. MacDuff postanowił, że pozwoli, 

aby w zamku niepokoili się o Joan i następny list przekaże im dopiero następnego ranka. Coś 

go jednak poganiało, aby sprawę jak najszybciej doprowadzić do końca. Nie było powodu, by 

ciągnąć ją w nieskończoność.

Podobało mu się, że w zamku przebywają obydwaj bracia Joan oraz ich żony. Miał 

background image

nadzieję,   że   zechcą   brać   we   wszystkim   udział,   dadzą   się   wciągnąć   w   sprawę   i   razem   z 

Colinem   wpadną   w   zastawioną   przez   MacDuffa   pułapkę.   Pokaże   im,   że   są   głupimi 

angielskimi łajdakami. Cieszył się, że byli w Vere Castle; nie mógł tego lepiej zaplanować.

Anglicy sromotnie zwyciężeni. MacDuff delektował się tym. Ta myśl koiła zawsze 

obecny, tępy ból w jego piersi.

Poczekał jeszcze chwilę, by się upewnić, czy żaden z braci Sinjun nie wyjedzie z 

zamku, ale nikt więcej się nie pojawił. Odczekał godzinę. Wreszcie, zadowolony,  dosiadł 

konia i wrócił do małej zagrody.

Przez   boczne   drzwi   kuchni,   te   same,   o   których   Sophie   powiedziała,   że   posłużyły 

mordercy, wśliznął się najmłodszy syn zagrodnika, Jamie. Był jednym z kilkunastu chłopców 

sprawujących w ukryciu straż wokół Vere Castle.

Colin czekał przy kuchennym stole nad kubkiem czarnej kawy.

-   To   ten   człowiek,   milordzie.   Pański   kuzyn,   ten   rudy   wielkolud.   Pan   go   nazywa 

MacDuff.

Colin zbladł. Ryder położył mu dłoń na ramieniu.

- Kto to jest ten MacDuff?

- Mój kuzyn. Douglas poznał go w Londynie. Na Boga, Ryder, dlaczego? Nic z tego 

nie rozumiem.

Ryder   dał   Jamiemu   gwineę.   Chłopak   rozwarł   usta   ze   zdziwienia.   Zatkało   go,   ale 

wreszcie wyjąkał:

- Dziękuję, milordzie, dziękuję! Moja mama będzie błogosławiła pańską duszę.

- A teraz, Jamie - powiedział Colin, wstając - zaprowadź nas tam, gdzie go widziałeś.

Godzinę później przez te same boczne drzwi kuchenne wymknął się Douglas. Jego 

oczy lśniły z podniecenia.

- Pasujemy do siebie - powiedział patrząc w podobnie roziskrzone oczy swojej żony.

- O, tak. I wkrótce dopadniemy MacDuffa. Pamiętasz go, Douglasie? To ten miły 

olbrzym, który przyszedł odwiedzić Colina w Londynie, kiedy został zraniony w nogę. Colin 

nie może zrozumieć, dlaczego MacDuff to zrobił.

- Dobry Boże.

- Wiem, że to wstrząs. Colin i Ryder poszli z chłopakiem, który widział MacDuffa w 

jego kryjówce.

- Wkrótce będziemy mieli mordercę ciotki Arleth i Fiony. Chciałbym wiedzieć, jakimi 

kierował się motywami.

-   Nie   mam   pojęcia   -   powiedziała   Alex.   -   Colin   także   nie   wie.   Sophie   twierdzi 

background image

oczywiście, że gdyby była z nami w Londynie i spotkała MacDuffa, podejrzewałaby go od 

pierwszej chwili.

Douglas tylko się roześmiał.

Kiedy   tego   samego   wieczoru   Douglas   wrócił   do   zamku   o   siódmej,   zdawał   sobie 

sprawę,   że   MacDuff   go   śledzi.   Wiedział   również,   gdzie   jest   ukryty.   Pamiętał   o   tym,   by 

odwrócić twarz od tej kępy drzew. Starał się również, by MacDuff dostrzegł pękatą paczkę 

przytroczoną do siodła, i nie zwrócił uwagi na to, że Guliwer nie jest spocony od długiej 

jazdy. W rzeczywistości Guliwer galopował zaledwie jakieś dziesięć minut.

Pól godziny później Philpot przyniósł znalezioną na frontowych schodach kopertę. 

Otworzył ją. Przeczytał list i uśmiechnął się.

MacDuff pogwizdywał pod nosem, wstrzymując konia przy opuszczonej zagrodzie, 

położonej   niedaleko   wschodniego   krańca   Krowiego   Bagna.   Było   to   ponure,   zdradliwe 

miejsce z gnijącą roślinnością i mętną wodą. Chata chyliła się ku upadkowi. Prawdopodobnie 

przez wiele lat służyła za schronienie jakiemuś staremu pustelnikowi. Mówiono, że pewnej 

burzliwej nocy pustelnik wszedł do bagna, śpiewając, że to droga do niebios. Chata miała 

jedno   okno.   Wybitą   szybę   zastąpiono   deskami.   Ale   były   obluzowane   i   huśtały   się   na 

zardzewiałych gwoździach.

MacDuff zdjął rękawiczki i wszedł do jedynej izby. Na klepisku stała wąska prycza, 

stół i dwa krzesła. Na jednym z nich siedziała starannie skrępowana sznurem Sinjun. Stół i 

krzesła przyniósł do chaty MacDuff. Nie miał zamiaru jadać siedząc na podłodze. Resztki 

zostawiał   szczurom.   Wyobrażał   sobie,   że   w   czasie   jego   nieobecności   doskonale 

dotrzymywały Sinjun towarzystwa.

Patrzyła,   jak   ten   ogromny   mężczyzna   wchodzi   do   izby.   Głową   sięgał   framugi. 

Sprawiał wrażenie bardzo zadowolonego. Niech go diabli. Zamknęła oczy, wyobrażając sobie 

Colina i braci. Odnajdą ją Nie miała co do tego żadnych wątpliwości. Ale ani przez chwilę nie 

rezygnowała z ucieczki. Była już prawie gotowa.

- Już niedługo - powiedział MacDuff i usiadł na krześle, zacierając swoje ogromne 

dłonie. Krzesło skrzypnęło pod jego ciężarem. Otworzył torbę i wyjął z niej kromkę chleba. 

Odgryzł wielki kęs i zaczął przeżuwać.

-   Już   niedługo   -   powtórzył   z   pełnymi   ustami.   -   Zostawiłem   list   na   frontowych 

schodach Vere Castle. Nic warto czekać do rana. Może zechce cię odzyskać żywą. Kto wie?

- Jest bardzo honorowy - odparła Sinjun obojętnym tonem. Nie była głupia. Bała się 

MacDuffa.

MacDuff zamruczał i przełknął kęs. Jadł powoli. Sinjun czuła, jak jej żołądek ściska 

background image

się z głodu. Łajdak, wcale się tym nie przejmował. Zaczęła się zastanawiać, czy on naprawdę 

ma zamiar ją wypuścić, tak jak obiecał.

- Jestem głodna - powiedziała, spoglądając na jego torbę.

- Wielka  szkoda. Jestem dużym  mężczyzną  i muszę  dużo jeść. Dla ciebie nic nie 

zostało. Może jakieś okruszyny dla szczurów, ale nie dla ciebie.

Powietrze przesiąknięte było zapachem chleba i kiełbasy.

MacDuff wstał i przeciągnął się.

- Może mi teraz wytłumaczysz, dlaczego to zrobiłeś?

Spojrzał na siniak na brodzie dziewczyny, pozostawiony przez jego pięść.

- Poprzedniego wieczoru, kiedy zadałaś mi to pytanie, miałem ochotę przyłożyć ci po 

raz drugi. - Zacisnął pięść i potarł ją drugą dłonią. - Już nie wyglądasz na taką wielką damę, 

moja droga hrabino Ashburnham. Bardziej przypominasz niechlujną flądrę z Soho.

- Boisz się odpowiedzieć? Wyobrażasz sobie, że się uwolnię i cię zabiję? Boisz się 

mnie, prawda?

Odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się.

Sinjun czekała. Obawiała się, że znów ją uderzy.  Czuła straszliwy ból w szczęce. 

Modliła się, żeby jej nie zabił.

- A więc chcesz mnie sprowokować do mówienia, hę? Cóż, czemu nie? Nie jesteś 

głupia, Sinjun. Domyślasz się, że gdybym zechciał, zabiłbym was obydwoje. Ciebie i Colina. 

Jesteś całkiem inna niż Fiona. Masz niezależny umysł i dużo pieniędzy, cudowne połączenie. 

Zastanowię się nad tym. To, że ci powiem, nie sprawi żadnej różnicy, a przecież musimy 

jakoś zabić czas. Więc czemu miałbym ci nie opowiedzieć?

Przeciągnął się jeszcze raz i przeszedł się po ciasnej izbie.

-   Paskudne   miejsce   -   mruknął   bardziej   do   siebie   niż   do   niej.   -   Colin   to   bękart   - 

powiedział nagle, uśmiechając się szeroko. - O, tak, prawdziwy bękart, bo jego matka była 

dziwką i sypiała z innym mężczyzną. Arleth wiedziała o tym,  ale łudziła się nadzieją, że 

hrabia ją poślubi po śmierci matki Colina. Obawiała się, że jeśli mu powie prawdę, hrabia 

odwróci się od niej, więc wymyśliła tę historię o matce Colina i jej kochanku utopcu. Ach, ten 

utopiec! Zwykły mężczyzna z krwi i kości z prąciem, jak się patrzy. Stary hrabia nigdy nie 

poślubił Arleth. Sypiał z nią i tyle. A potem umarł i hrabią został Malcolm. Arleth kochała 

Malcolma i nikt z nas nie mógł zrozumieć dlaczego. Malcolm był zepsuty, rozpieszczony i 

podły. Chwilami bywał naprawdę okrutny. Tak, ale w swoim czasie on także odszedł na 

tamten  świat  i hrabią  Ashburnham został Colin.  Ale, jak już wiesz, był  bękartem.  To ja 

powinienem zostać następnym hrabią, ja powinienem był odziedziczyć Vere Castle. Kiedy 

background image

Malcolm   umarł,   Arleth  była  zrozpaczona.   Nienawidziła  Colina,  o  tak,   z  całą  pewnością- 

Obiecała, że da mi dowód jego nieślubnego pochodzenia. Obiecała, że da mi dowód, dzięki 

któremu Colin zostanie odsunięty, a hrabią Ashburnham zostanę ja.

Sinjun   siedziała   nieporuszona.   Nawet   nie   mrugała.   MacDuff   był   wściekły.   Tracił 

panowanie nad sobą. Sinjun nie czuła takiego przerażenia jeszcze nigdy w życiu.

Zaczął się uspokajać. Pocił się. Kiedy odezwał się znowu, jego słowa brzmiały jak 

piosenka, jakby recytował zdania, które obracał w myśli przez długie lata, bawiąc się nimi 

ciągle na nowo. Mogło to usprawiedliwić jego winę.

- Arleth usiłowała cię zabić, zaniedbując w czasie choroby. To miała być jej zemsta na 

Connie za to, że został przy życiu, a jej ukochany Malcolm umarł. Niestety przeżyłaś. Wtedy 

stara wiedźma dostała ataku wyrzutów sumienia. Po tych wszystkich latach raptem naszły ją 

wyrzuty sumienia! Zabiłem ją, bo odmówiła mi podania obiecanego dowodu. Chciałem jej po 

prostu skręcić kark, ale pomyślałem sobie, że może uwierzycie, że czuła się winna z powodu 

śmierci Fiony i popełniła samobójstwo.

- Zbyt mocno zacisnąłeś węzeł przy kandelabrze. Ona nie miałaby takiej siły.

- Teraz to już nie ma znaczenia - wzruszył ramionami. - Będę miał pięćdziesiąt tysięcy 

funtów. Chyba pojadę do Ameryki. Postanowiłem nie zabijać Colina, chyba że mnie do tego 

zmusi. To się okaże. Właściwie nie mam powodu. Nigdy nie czułem nienawiści ani do ciebie, 

ani do niego. Ale zabijanie rozwesela mnie, uszczęśliwia na tę krótką, bezcenną chwilę.

- To ty zabiłeś Fionę?

Skinął głową z rozmarzonym wyrazem twarzy.

- Może jednak powinienem zabić Colina. Zawsze miał to, czego ja pragnąłem, chociaż 

nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. Fiona całkiem dla niego zgłupiała, chociaż on wcale 

się o to nie starał. Swoją zazdrością doprowadzała go do szaleństwa. Wystarczyło, że spojrzał 

na jakąś kobietę, a już na niego wrzeszczała. Nie troszczyła się o Vere Castle ani o tutejszych 

ludzi. Nie widziała świata poza Colinem. Chciała go zmienić w salonowego pieska. Powinien 

ją bijać, dobrze by jej to zrobiło, ale on jej nie bił. Po prostu jej unikał. A ja jej pragnąłem,  

kochałem ją, ale ona mnie odrzuciła. Arleth dała mi napar, żebym go wlał do piwa Colina. Po 

śmierci   starego   hrabiego   i   Malcolma   Arleth   najchętniej   wysłałaby   do   grobu   wszystkich 

mieszkańców   zamku.   Colin   wypił   piwo   i   stracił   przytomność.   A   ja   skręciłem   Fionie   jej 

piękny karczek i zepchnąłem ją ze skarpy. Przed śmiercią błagała, żebym darował jej życie, 

obiecywała, że będzie kochała tytko mnie. ale ja jej nie wierzyłem. Może nawet chciałem jej 

uwierzyć, ale znów się zaczął ten stan dziwnej, pełnej podniecenia wesołości. Nie mogłem się 

już zatrzymać. Wykonałem artystyczną robotę, Sinjun. Ułożyłem nieprzytomnego Colina tuż 

background image

na   skraju   skarpy.   Miałbym   szczęście,   gdyby   spadł.   Miałbym   szczęście,   gdyby   został 

powieszony za zamordowanie żony. Ale nie miałem szczęścia, nie stało się ani jedno, ani 

drugie.

Nagle zamilkł.

Ale Sinjun musiała poznać całą prawdę.

- Wynająłeś człowieka, żeby zabił Colina w Londynie?

-   Tak,   ale   głupiec   pokpił   sprawę.   Przyszedłem   złożyć   wizytę   mojemu   drogiemu 

kuzynowi w domu tego przeklętego hrabiego Northcliffe'a. Colin był tam bezpieczny, aleja 

nie zasypiałem gruszek w popiele. Myślałem, że jeśli Colin umrze w Londynie, z dala od 

Szkocji, wszystko będzie łatwiejsze. Kiedy wysłałem list oskarżający go o zabicie żony, twój 

brat   zareagował   tak,   jak   się   spodziewałem.   Ale   ty,   Sinjun,   zupełnie   mnie   zaskoczyłaś. 

Sprzątnęłaś   nam   swego   ukochanego   sprzed   nosa.   Colin   o   wszystko   oskarżał   Roberta 

MacPhersona, chociaż Robbie tylko ukradł kilka owiec i zabił paru zagrodników. Usiłował 

zastrzelić Colina w Edynburgu, ale chybił. Zrani! ciebie, niezdara. A uważa się za okrutnego i 

bardzo   sprytnego.   Robi   to   wszystko,   bo   jest   taki   ładniutki.   Myśli,   że   im   podlej   będzie 

postępował,   tym   brzydszy   wyda   się   ludziom.   Powiedziałem   mu,   że   Colin   zabił   Fionę. 

Uwierzył mi, bo powiedziałem mu również prawdę - że kochałem jego siostrę i nie mogłem 

znieść   myśli   0   tym,   że   Colin   nie   został   ukarany   za   morderstwo.   Przekonałem   go,   że 

pomszczenie siostry jest jego obowiązkiem.

MacDuff odwrócił się i ziewnął.

- Nie chce mi się dłużej opowiadać. I tak powiedziałem ci więcej niż komukolwiek. 

Jeżeli masz więcej pytań, zwróć się z tym do Pana Boga, kiedy już znajdziesz się w niebie. 

Oczywiście, jeżeli się zdecyduję, by cię tam wysłać. - Roześmiał się. - Myślę, że troszkę się 

zdrzemnę. A może nawet dłużej. Ty także sobie odpocznij, moja droga. Postaram się nie 

chrapać.

MacDuff rozłożył kilka koców i ostrożnie, aby nie zabrudzić ubrania, legi na klepisku. 

Plecami do Sinjun.

Odczekała  dwadzieścia   minut.  Oswobodzenie   rąk  zajęło   jej  dalsze  dziesięć  minut. 

Nadgarstki miała obolałe i poranione do krwi. Nieważne. Już niedługo. Bardzo niedługo.

background image

ROZDZIAŁ 21

Nie chrapał, a niech to diabli. Gdyby chrapał, miałaby pewność, że śpi naprawdę.

Nie mogła sobie pozwolić na dłuższe czekanie. Jeżeli tylko udaje, żeby ją przyłapać, 

to niech się tak stanie. Spróbuje. Powoli pochyliła się do przodu i zaczęła rozwiązywać węzły 

na kostkach.

Wreszcie była wolna. Wstała - cicho, bardzo ostrożnie. Ale natychmiast z powrotem 

opadła na krzesło. Nie miała  dość siły,  by utrzymać  się nogach. Roztarta  kostki i łydki. 

Jednym okiem patrzyła na to, co robi, drugim śledziła MacDuffa. Poruszył się. Wstrzymała 

oddech. Przekręcił się na wznak. Boże, myślała, nie pozwól, by się obudził. Spróbowała 

wstać. Tym razem udało się jej. Powoli podeszła do drzwi. Rozległ się pisk szczura. Sinjun 

zamarła. MacDuff poruszył się i zamruczał przez sen. Chwyciła klamkę. Nacisnęła ją.

Nic się nie stało.

Nacisnęła jeszcze raz. Rozległo się zgrzytniecie.

MacDuff gwałtownie usiadł.

- Ty mała suko! - wrzasnął i zerwał się na równe nogi.

Strach   dodał   jej   sił.   Otworzyła   drzwi   na   oścież   i   wypadła   w   ciemność   nocy. 

Dziękowała Bogu za to, że była ona tak mroczna i nieprzenikniona. Grunt pod nogami był 

grząski, zapadały jej się w nim pantofle. Ohydne  wilgotne błoto zlepiało  spódnicę, która 

stawała się coraz cięższa. Wokół unosił się paskudny odór i rozlegały się dziwne odgłosy 

stworzeń, których wolałaby nie widzieć.

MacDuff był tuż za nią.

- Ty przeklęta suko! - wrzeszczał. - Utoniesz w bagnie! Mówiłem ci, że nie chcę cię 

zabić! Wracaj!

Chcę tylko pieniędzy, a ty będziesz wolna! Chyba nie myślisz, że uda mi się uciec, 

jeśli zabiję ciebie i Colina albo i twoich braci! Wracaj, nie bądź głupia!

O nie, myślała, co to, to nie. Zbliżał się coraz bardziej, uderzał o gałęzie, których 

Sinjun nie dosięgała. Skręciła i wpadła na drzewo. Zatrzymała się i obejmując pień z trudem 

łapała oddech. Drzewo było pochylone w stronę gęstej, cuchnącej wody i miało oślizgłą korę. 

Sinjun czuła, że zapada się w bagno. Kurczowo chwyciła się pnia, próbując się wydobyć. Bez 

skutku. Zapadła się w kleistą maź po kolana. Cały plan na nic. Utonie w bagnie albo zabije ją 

MacDuff. Dlaczego on nie tonie? Waży trzykrotnie więcej niż ona, powinien pójść na dno jak 

kamień.

- Jezu, ty głupia suko, powinienem cię tu zostawić, żebyś zdechła.

background image

MacDuff oderwał ją od pnia, wyciągnął z błota i zarzucił sobie na ramię.

- Jeszcze jeden taki pomysł, a znów ci przyłożę. Oddychała z trudem. Czuła mdłości, 

ale nie miała zamiaru wymiotować. Przełknęła ślinę. Wszystko na nic. Musi coś zrobić.

Nagle poczuła, że spada z pleców MacDuffa i uderza o ziemię.

Usłyszała głos Colina. Pełen zimnej furii:

- Mam cię, ty przeklęty bękarcie! To koniec!

Sinjun szybko usiadła. Zobaczyła  Colina z pistoletem wycelowanym w MacDuffa. 

Dzięki Bogu, że nie próbuje z nim walczyć wręcz. MacDuff rozgniótłby go na miazgę. A 

potem   z   ciemności   wyłonili   się   obaj   bracia   oraz   Sophie   i   Alex.   Utworzyli   krąg,   stali 

nieruchomo i mierzyli z pistoletów.

Colin uklęknął i podniósł żonę.

- Nic ci nie jest, Sinjun?

Spojrzała zdumiona na męża.

- Jak mnie nazwałeś?

- Niech cię diabli, spytałem, czy nic ci się nie stało. Jesteś bardziej uparta niż kozioł z 

Loch Ard.

- Nazwałeś mnie Sinjun.

-   Przejęzyczyłem   się.   Nic   dziwnego   w   moim   stanie   nerwów.   A   teraz,   MacDuff, 

przejdziemy do tej opuszczonej chaty i zadam ci kilka pytań.

- Idź do diabła, ty diabelskie nasienie! Jak ci się to udało? Widziałem jak wyjeżdżałeś 

z Vere Castle na Guliwerze i jak wracałeś z Edynburga. Widziałem cię! Niemożliwe, żebyś 

wiedział, gdzie jestem!

-   Widziałeś   mnie   -   wyjaśnił   Douglas.   -   A   żeby   wyśledzić   twoją   kryjówkę, 

rozstawiliśmy kilkunastu chłopaków. Zobaczył cię Jamie. A potem już było łatwo.

MacDuff przyglądał się Douglasowi.

- Nie zabiłbym ani ciebie, ani Sinjun - powiedział, zwracając się do Colina. - Po prostu 

chciałem stąd wyjechać. Ojciec zostawił mi mało pieniędzy. A ciebie stać na pięćdziesiąt 

tysięcy funtów, bo się z nią ożeniłeś. Chciałem tylko niewielką część jej majątku. Wszystko 

przez ciotkę Arleth.

- Zabiłeś ją - powiedział Colin drżącym głosem. - Boże, a ja ci ufałem. Przez całe 

życie uważałem cię za swojego przyjaciela.

- I tak było, ale sytuacja się zmieniła. Staliśmy się mężczyznami. - MucDuff spojrzał 

w   dół,   a   potem   z   dzikim   okrzykiem   rzucił   się   na   Colina,   chwycił   jego   uzbrojoną   rękę, 

szarpnął do góry i przycisnął kuzyn do siebie.

background image

Sinjun w jednej chwili zerwała się na równe nogi i zastygła w bezruchu. Rozległ się 

strzał. Krzyknęła. Powoli, bardzo powoli, Colin wyswobodził się z ramion MacDuffa. A ten 

upadł na ziemię. Nie ruszał się.

Zapanowała przerażająca cisza. Słychać było szelesty i odgłosy nocy. Sinjun wydało 

się, że słyszy popiskiwanie szczurów.

-   Wiedział,   że   nie   zdoła   nam   uciec   -   powiedział   powoli   Douglas,   spoglądając   na 

pistolet w swojej dłoni. - Wiedział, że ja i Ryder mamy broń.

- My także - dodała Alex.

Colin patrzył na swego martwego kuzyna, człowieka, którego kochał będąc chłopcem 

i szanował jako mężczyzna. Przeniósł wzrok na żonę. Na jego twarzy malował się wyraz 

wielkiego bólu.

- Tylu ludzi, tylu łudzi straciłem. Powiedział ci, dlaczego to zrobił?

Sinjun czuła jego ból. ból człowieka zdradzonego. Spojrzała wprost w jego piękne 

oczy.

- Powiedział, że zamordował Fionę, ponieważ go odrzuciła. Ciotkę Arleth zabił, bo 

wiedziała, że zabił Fionę. Miał kłopoty finansowe. Chciał  opuścić Szkocję i potrzebował 

pieniędzy. Byliśmy ich źródłem. To wszystko, Colin. Nic poza tym.

- Nic poza tym? - powtórzył Colin zwiesiwszy głowę.

- Nic poza tym.  Nie chciał nas zabić. Myślę, że cierpiał z powodu tragedii, które 

spowodował. Dziękuję, że mnie wyratowałeś.

- Ha - powiedział Douglas. - Więc nie będziesz nam wmawiać, że to przeklęty Duch 

Dziewicy czy też Perlista Jane wysłały nas tutaj na ratunek?

- Nie tym razem, drogi bracie. Uśmiechnęła się do męża. Colin przyjrzał się żonie.

Dotknął palcami siniaków na jej szczęce.

- Boli cię? - zapytał.

- Teraz już mniej. Nic mi nie jest. Ale jestem brudna i mam dość tych okropnych 

bagiennych zapachów i odgłosów.

- W takim razie jedźmy do domu.

- Tak - powiedziała Sinjun. - Wracajmy do domu.

*

Dwa dni później Sinjun zajrzała do pokoju ciotki Arleth. Od czasu, kiedy znaleziono 

ciało, nikt tam nie bywał. Dzięki Bogu sznur został zdjęty. Nic nie wskazywało na to, że 

zdarzyła się tutaj tragedia, ale służące za nic nie weszłyby do tego pokoju.

background image

Sinjun cicho zamknęła drzwi i rozejrzała się wokół. Szybko  poznała, że MacDuff 

przeszukiwał  pokój, by  znaleźć   dowód  nieślubnego  pochodzenia  Colina.  Ale  nie  znalazł. 

Upragniony dowód wciąż tutaj był. chyba że ciotka Arleth okłamała MacDuffa. Ale Sinjun w 

to nie wierzyła.

Szukała metodycznie, ale po dwudziestu minutach nie znalazła nic nadzwyczajnego. 

Nie   miała   pojęcia,   czego   właściwie   szuka,   lecz   była   pewna,   że   gdy   znajdzie,   pozna,   iż 

chodziło właśnie o to.

Następne dwadzieścia minut poszukiwań i Sinjun była bliska przyznania, że ciotka 

Arleth uległa własnej fantazji.

Usiadła w fotelu naprzeciw małego kominka, odchyliła głowę na oparcie i zamknęła 

oczy.

Co mogłoby stanowić taki dowód?

Raptem   poczuła   wokół   siebie   dziwne   ciepło,   które   spowodowało,   że   natychmiast 

poderwała się z miejsca. Stała nieruchomo, zastanawiając się, o co do diabła chodzi, aż nagle 

zrozumiała. To Perlista Jane przyszła do niej, aby pomóc.

Podeszła do długich brokatowych  zasłon we wschodniej części sypialni. Uklękła i 

uniosła obrąbek materiału. Poczuła ciężar. Coś zostało tam wszyte. Ścieg nie był zbyt mocny. 

Z   łatwością   wyciągnęła   nitkę.   Na   podłogę   wypadł   mały   pakiecik   listów,   przewiązanych 

wyblakłą wstążką z zielonego jedwabiu. Były to listy od Lorda Donnally. Pożółkły ze starości 

papier kruszył  się w palcach.  Pochodziły z trzech  lat.  Pierwszy nosił datę sprzed prawie 

trzydziestu lat.

Na długo przed narodzeniem Colina.

Wszystkie   listy   wysłane   zostały   z   posiadłości   Lorda   Donnally   w   Huntington,   w 

Sussex.   Sinjun   przeczytała   kilka   linijek,   a   potem   szybko   złożyła   kartkę   i   wsunęła   pod 

wstążkę. Wyjęła ostatni list. Nosił datę przypadającą po narodzinach Colina.

Moje Najdroższe Kochanie,

Gdybym mógł ujrzeć mego syna, potrzymać go, choć raz przycisnąć do serca. Ale  

wiem, że to niemożliwe. Tak jak zawsze wiedziałem, ze nigdy nie będziesz moją. Ale masz  

naszego syna. Spełnię Twoje życzenie. Nie będę się starał Cię zobaczyć. Jeżeli kiedykolwiek  

będziesz mnie potrzebowała, jestem tutaj i zawsze Ci pomogę. Będę się modlił, aby Twój mąż  

zaprzestał okrucieństw i nie krzywdził Cię nigdy więcej...

W tym miejscu litery były rozmazane i Sinjun nie mogła nic więcej odczytać. Ale to 

nieważne. Przeczytała wystarczająco wiele.

Opuściła pożółkłą kartkę na kolana. Czuła jak na jej dłonie powoli opadają łzy. Wokół 

background image

niej nadal wirowało dziwne ciepło. Wiedziała, co ma zrobić.

Po dziesięciu minutach wyszła z sypialni ciotki Arleth. W pokoju pozostało ciepło na 

prędce   rozpalonego   ognia.   Poszła   do   salonu   i   stanęła   obok   kominka.   Patrzyła   na   portret 

Perlistej Jane. Wisiał pomiędzy portretami hrabiego i jego żony, dokładnie tak, jak zażądał 

duch.

- Dziękuję - powiedziała cichutko.

- Z kim rozmawiasz, Sinjun?

Jej imię w ustach Colina brzmiało cudownie. Odwróciła się i uśmiechnęła do swego 

męża, kochanka, mężczyzny, za którego z ochotą oddałaby życie. Ale teraz był bezpieczny, 

tak jak ona, i mieli przed sobą wiele wspólnych lat.

-  Och, mówiłam   sama   do siebie.   Myślę,  że  trzeba   oczyścić  portret   Perlistej  Jane. 

Macie tu jakiegoś wykwalifikowanego konserwatora obrazów?

- Znajdzie się. Jeżeli nic w Kinross, to w Edynburgu.

- Uważam, że Perlista Jane zasługuje na wszystko, co najlepsze. Zabierzmy jej portret 

do   Edynburga.   Zdałam   sobie   również   sprawę,   że   popełniłabym   wielki   błąd,   wysyłając 

Roberta MacPhersona do Australii.

-   To   by   bez   wątpienia   poprawiło   jego   charakter,   ale   nie   byłoby   sprawiedliwe. 

Odczuwam ulgę na myśl, że nie odniosłaś sukcesu w tych poczynaniach. Spotkałem go dziś 

rano i opowiedziałem mu o MacDuffie.

- Nie mów, że cię przeprosił.

-   Nie,   ale   poczęstował   mnie   piwem.   W   swoim   domu.   I   żaden   z   jego   ludzi   ani 

służących nie mierzył we mnie ze strzelby. Wygląda na to, że stara się zapuścić brodę.

- Widziałeś się z Sereną?

- Nie. Wysłał ją do Edynburga, żeby poprowadziła dom ojca. Wyobraża sobie, że ma 

ją z głowy, ale znając Serenę, mocno w to wątpię.

Sinjun podeszła do niego z uśmiechem i przytuliła go.

- Mówiłam ci już dzisiaj, że cię uwielbiam? Że cię ubóstwiam? Ze dla ciebie jestem 

gotowa   obierać   winogrona   ze   skórki,   jeśli   tylko   będą   dostępne,   i   wkładać   je   do   twoich 

pięknych ust?

-  To  byłoby  miłe  -  powiedział   Colin  i  ucałował  ją w usta  i  w czubek  nosa  oraz 

pogładził po brwiach.

- Kocham cię, mężu.

- A ja ciebie, moja żono.

- Ach, to brzmi cudownie, Colin.

background image

- Zanim zabiorę się do ciebie, tutaj, w salonie, powiedz, gdzie są bratowe?

- Kiedy widziałam je po raz ostatni, Sophie kłóciła się z Alex, gdzie najlepiej posadzić 

róże.

- A Douglas i Ryder pracują z zagrodnikami. Prawdę powiedziawszy, miałem zamiar 

zajrzeć do ciebie i może pocałować cię jeden raz. Powiedziałem im, że oni są już od dawna 

żonaci, więc nie należą im się te same prawa co mnie. Pocałuj mnie, Sinjun.

Uczyniła   to   z   ogromnym   entuzjazmem.   Całował   ją,   aż   straciła   oddech,   a   potem 

przycisnął mocno do siebie.

- Jezu, nie przeżyłbym, gdyby coś ci się stało. Poczuła, że jego wielkie ciało drży. 

Przytuliła go mocniej i pocałowała w szyję. A potem znów poczuła to dziwne wirujące ciepło 

wokół siebie i wokół nich obojga, lecz Colin zdawał się go nie czuć. Po chwili ciepło zaczęło 

się oddalać, ale w pokoju nie zrobiło się chłodniej. Powietrze było spokojne i łagodne. A 

potem Sinjun usłyszała nagle cichutki, rytmiczny dźwięk, coś w rodzaju perlistego śmiechu.

- Lubię twój śmiech, Sinjun - powiedział Colin, leciutko kąsając ją w ucho. - Jest 

łagodny, ciepły i słodki.