background image

CATHERINE COULTER

PANNA MŁODA Z PIEKŁA RODEM

Dla Penelopy Williamson

doskonałej przyjaciółki i świetnej pisarki.

Kobiety o nieskończenie dobrym guście,

czemu daje świadectwo w każdy wtorek

w Kantynie.

Nora nie ma racji. To nie będzie rozwlekłe.

background image

ROZDZIAŁ 1

Montego Bay, Jamajka

Czerwiec 1803 roku

Mówiono, że miała trzech kochanków.

Fama głosiła, że byli to: Oliver Susson, blady prawnik o zapadniętej piersi, jeden z 

najbogatszych   ludzi   w   Montego   Bay,   nieżonaty,   wchodzący   w   wiek   średni;   Charles 

Grammond,   właściciel   plantacji   cukru,   sąsiadującej   z   Camille   Hall,   gdzie   mieszkała, 

mężczyzna   o   pociągłej   twarzy,   żonaty   z   kobietą   znaną   z   silnej   woli,   ojciec   czworga 

nieznośnych dzieci; oraz lord David Lochridge, najmłodszy syn księcia Gilfordu, zesłany na 

Jamajkę, ponieważ w ciągu trzech lat trzykrotnie się pojedynkował, zabił dwóch mężczyzn 

oraz usiłował - bezskutecznie, bo miał nieprawdopodobne szczęście w kartach - stracić cały 

majątek babki, odziedziczony w wieku lat osiemnastu. Lochridge był teraz w wieku Rydera - 

to znaczy miał dwadzieścia pięć lat - wysoki i szczupły, o ciętym języku i anielskiej twarzy.

Pierwszego   popołudnia   w   Montego   Bay,   spędzonego   w   tamtejszej,   cieszącej   się 

popularnością   kawiarni   o   nazwie   Złoty   Dublon,   która   mieściła   się   w   niskim   budynku, 

usytuowanym, ku zaskoczeniu Rydera, tuż obok kościoła Świętego Jakuba, dowiedział się za-

dziwiających szczegółów o owych mężczyznach, ale nie usłyszał prawie nic na temat damy, 

która  wszystkich  trzech  sprawiedliwie  obdarzała   swymi  względami.  Przebiegły  właściciel 

kawiarni pozyskiwał sobie poparcie bogatych mężczyzn z wyspy,  stosując prosty wybieg, 

polegający   na   wykorzystywaniu   własnych   pięknych   córek,   siostrzenic   i   kuzynek   do 

nadzwyczaj miłego obsługiwania klientów. Nikt jednak nigdy nie pytał, czy w żyłach owych 

pięknych młodych dziewczyn rzeczywiście płynęła choć kropla krwi właściciela.

Rydera   przyjęto   w   kawiarni   z   otwartymi   ramionami.   Dostał   filiżankę   tamtejszego 

grogu,   ciemnego,   gęstego   i   doskonale   rozgrzewającego   wnętrzności.   Odprężył   się, 

zadowolony, że po długiej podróży statkiem znów ma pod stopami stały ląd. Popatrzył wokół, 

przyglądając   się   zebranym   w   kawiarni   mężczyznom.   Jeszcze   raz   zastanowił   się   nad 

okolicznościami,   które   zmusiły   go   do   opuszczenia   domu   w   Anglii   i   przybycia   na   tę 

zapomnianą  przez Boga wyspę. Samuel  Grayson,  zarządca  należącej do rodziny plantacji 

cukru, wystosował do starszego brata Rydera, Douglasa, hrabiego Northcliffe, histeryczny w 

tonie   list,   opisując   zgoła   fantastyczne   i   nadprzyrodzone   zdarzenia,   rozgrywające   się   w 

Kimberly Hall. Były to oczywiste bzdury, ale Ryder chętnie się zgodził na wyjazd, ponieważ 

zarządca był szczerze przerażony, a Douglas, wbrew swojej woli, właśnie się ożenił z pewną 

młodą damą i potrzebował czasu, aby przywyknąć do swego nowego i niespodziewanego 

background image

stanu. Tak więc Ryder spędził na morzu siedem tygodni, zanim, w samym środku upalnego 

lata, przybył  na miejsce, to jest do Montego Bay. To, co mu się przytrafiło, było bardzo 

tajemnicze, a on uwielbiał tajemnice. Usłyszał, jak jeden z mężczyzn w kawiarni mówi coś o 

dziewczynie   posiadającej   trzech   kochanków.   Czyżby   tutejsi   mężczyźni   nie   mieli   innych 

tematów   do   rozmowy?   A   potem   pojawił   się   jeden   z   owych   kochanków,   prawnik   Oliver 

Susson,   i   zapanowało   chwilowe   milczenie,   a   wreszcie   jeden   ze   starszych   dżentelmenów 

powitał go tubalnie: - A oto i drogi Oliver, który nie ma nic przeciwko dzieleniu się swoim 

posiłkiem z innymi braćmi.

-O nie, Alfredzie, on dzieli się wyłącznie deserem.

-Tak, śliczne ciasteczko. Słodka bajaderka - odparł starszy dżentelmen z łakomym 

uśmiechem. - Zastanawiam się, jak też smakuje. Jak myślisz, Morgan?

Ryder   pochylił   się   w   wyplatanym   fotelu.   Sądził,   że   na   Jamajce   przyjdzie   mu   się 

nudzić.

Stwierdził,  że się uśmiecha.  U diabła, cóż to za kobieta, która z taką zręcznością 

żongluje trzema mężczyznami?

-Wątpię,   by   smakowało   wiśniami   -   odparł   mężczyzna   zwany   Morganem.   -   Ale 

zapewniam cię, że młody lord David oblizuje po nim usta.

-Spytajmy Olivera. On nas najlepiej poinformuje o smaku interesującego nas ciastka.

Oliver Susson był bardzo dobrym prawnikiem. Błogosławił chwilę przed dwunastoma 

łaty,  w której przybył  do Montego Bay, ponieważ pod nieobecność właścicieli prowadził 

sprawy trzech plantacji cukru. Żaden z przebywających w Anglii trzech właścicieli nie miał 

nic przeciwko temu, że Oliver jest też adwokatem konkurentów. Oliver westchnął. Słyszał 

prowokujące   komentarze,   lecz   nie   okazał   najmniejszych   emocji,   prócz   wyrozumiałego 

uśmiechu.

- Drodzy panowie - powiedział z niefrasobliwą dobrodusznością. - Dama, o której 

rozprawiacie, jest królową wszelkich deserów. A wasza zazdrość powoduje, że stajecie się 

impertynenccy.

To   rzekłszy   zamówił   koniak   u   olśniewającej   młodej   kobiety   o   rudych   włosach, 

ubranej w suknię odsłaniającą jej pierś o barwie gęstego koziego mleka, podawanego do 

kawy. Następnie rozwinął angielską gazetę i zasłonił nią twarz.

Kim, u diabła, jest ta młoda kobieta? Jak się nazywa?

Ryder wcale nie miał ochoty wychodzić z kawiarni. Na dworze prażyło niemiłosierne 

słońce. Wszystkie drogi pokrywała gruba warstwa pyłu, który przy każdym kroku wzbijał się 

spod stóp. Ale był  zmęczony i musiał się dostać do Kimberly Hall, aby uspokoić nerwy 

background image

nieszczęsnego Graysona. Cóż, o tym tak zwanym deserze dowie się czegoś później.

Zapłacił   rachunek,   skłonił   się   nowo   poznanym   dżentelmenom   i   wyszedł   na 

popołudniowy skwar. Gorąco zwalało go z nóg i Ryder zastanawiał się, jak w tym piekle 

ktokolwiek może mieć ochotę na miłość. Natychmiast otoczyły go ciemnoskóre dzieciaki w 

łachmanach.   Jedne   chciały   czyścić   jego   buty,   inne   proponowały,   że   zamiotą   mu   drogę 

kilkoma  związanymi  w pęk gałązkami.  Wszystkie  pokrzykiwały:  „Massa! Massa!” Ryder 

rzucił im kilka szylingów i skierował się z powrotem do portu. Wiedział, że część tutejszych 

Murzynów jest wolna, ale te dzieciaki były obszarpane jak niewolnicy.

W małym porcie unosiła się woń gnijących ryb i Ryder omal nie zwymiotował. Pod 

stopami   skrzypiały   deski.   Wokół   uwijali   się   niewolnicy   rozładowujący   statek.   Nieopodal 

dwaj dozorcy, biały i czarny, obydwaj z batami w dłoniach, wykrzykiwali polecenia. Ryder 

zauważył Samuela Graysona, zarządcę i prawnika plantacji Sherbrooke'ów, chodzącego w tę i 

z powrotem i ocierającego chustką spocone czoło.

Wyglądał na znacznie starszego, niż był w rzeczywistości. Spostrzegłszy Rydera omal 

nie zemdlał z ulgi.

-Samuel Grayson? - zapytał Ryder, uśmiechając się i wyciągając dłoń.

-Tak,   lordzie.   Myślałem,   że   pan   nie   przypłynął   i   zapytałem   kapitana   statku, 

Powiedział mi, że był pan najsympatyczniejszym z jego wszystkich dotychczasowych 

pasażerów.

Ryder   uśmiechnął   się.   Kapitan   poczuł   do   niego   sympatię,   ponieważ   Ryder   nie 

przespał się z jego o wiele młodszą żoną, po raz pierwszy towarzyszącą mężowi w rejsie, 

która próbowała go uwieść podczas sztormu. Kapitan Oxenburg najwyraźniej dowiedział się 

o tym.

-Oto przybywam. Nie jestem lordem. Tytuł należy do mego starszego brata, hrabiego 

Northcliffe. Ja jestem zaledwie szanowny, co brzmi raczej dziwacznie, zwłaszcza w 

tym oślepiającym słońcu. Myślę, że w tutejszych okolicznościach tytuły są zupełnie 

zbędne. Na Boga, słońce jest tak okrutne, a powietrze ciężkie, że czuję się, jakbym 

dźwigał na ramionach niewidzialnego konia.

-Dzięki Bogu, że pan przypłynął.  Czekałem i rozmyślałem.  Powiem prawdę, lor... 

panie Ryderze, mamy kłopoty, wielkie kłopoty, a ja nie wiedziałem, co począć, ale 

teraz jest pan tutaj. A co się tyczy upału, to przywyknie pan, a wtedy...

Grayson zamilkł gwałtownie i wstrzymał oddech. Ryder spojrzał w tę samą stronę, co 

jego rozmówca. Zobaczył kobietę... po prostu kobietę, ale nawet z tej odległości wiedział kto 

to. O tak, był pewien, że to kobieta, która tak zręcznie żongluje trzema kochankami. Tańczyli, 

background image

jak im zagrała. Ryder zastanawiał się, w czym jeszcze byli jej posłuszni. A potem potrząsnął 

głową; po siedmiu tygodniach spędzonych na wielkiej brygantynie „Srebrna Fala” po prostu 

go nie obchodziło, czy była uwodzicielką z Indii, czy też - co bardziej prawdopodobne - 

miejscową nierządnicą. Straszliwy upal pozbawiał go sił. Nigdy w życiu nie doświadczył 

czegoś podobnego. Miał nadzieję, że tak jak mówił Grayson, w końcu przywyknie do panują-

cego na wyspie skwaru. Lub po prostu położy się w cieniu, by oddać się lenistwu.

Ryder   zwrócił   się   ku   Graysonowi.   Mężczyzna   wciąż   się   przyglądał   nieznajomej. 

Wpatrywał się w nią łakomie niczym pies w kość, która nigdy mu nie przypadnie, bo większe 

psy także mają na nią ochotę.

-Słuchaj, Grayson - powiedział Ryder i mężczyzna wreszcie spojrzał na niego. - Chcę 

teraz pojechać do Kimberly Hall. O kłopotach porozmawiamy po drodze.

-Tak, lor... tak, panie. Zaraz ruszamy. Tylko że to ona, Sophia Stanton - Greville, no, 

wie pan, sir - wyjąkał Grayson ocierając czoło.

-W drogę, Grayson - odparł Ryder. - Lepiej trzymaj język za zębami.

Samuel wykonał polecenie, co jednak nie przyszło mu łatwo, bo owa kobieta właśnie 

zsiadała  z konia przy pomocy jakiegoś białego mężczyzny,  ukazując kostkę obleczoną  w 

jedwabną   pończochę.   Ryder   tylko   pokiwał   głową.   Mężczyzna   tracący   głowę   na   widok 

kobiecej kostki był dla niego godny politowania. Widywał już tak wiele kobiecych łydek i 

kobiecych ud oraz innych części ciała kobiecego, że wolałby raczej parasol osłaniający przed 

prażącym słońcem niż wszystko, cokolwiek może ofiarować kobieta.

- I daj już spokój z tym lordem. Wystarczy Ryder.

Grayson skinął głową, nie spuszczając oczu ze wspaniałego widoku.

- Nie rozumiem - powiedział bardziej do siebie niż do Rydera, idąc w kierunku dwóch 

spokojnych koni, trzymanych przez czarnoskórych chłopców. - Widział ją pan, widział pan, 

jaka jest piękna, i w ogóle się nią nie zainteresował.

- To po prostu kobieta, Grayson. Ni mniej, ni więcej. Chodźmy już.

Kiedy Grayson podał mu kapelusz, Ryder omal nie krzyknął z radości. Nie wyobrażał 

sobie jazdy w tym upale.

- Czy tutaj zawsze panuje taki niemiłosierny skwar?

-   Mamy   teraz   lato.   W   lecie   zawsze   jest   nie   do   wytrzymania   -   odparł   Grayson.   - 

Jeździmy tu wyłącznie konno. Jak już sam pan zauważył, Ryderze, drogi są nieprzejezdne dla 

powozów. Wszyscy dżentelmeni jeżdżą wierzchem. A także wiele dam.

Grayson zasiadł wygodnie na swoim szarym koniku. Ryder dosiadł przeznaczonego 

mu czarnego wałacha, wielkiej bestii o złośliwych oczach.

background image

-Na plantację jest prawie godzina jazdy - poinformował Grayson. - Ale na zachodzie 

droga biegnie tuż nad brzegiem oceanu, więc będziemy mieli bryzę. A dom leży na 

wzgórzu i docierają do niego wszystkie powiewy. W cieniu jest zupełnie znośnie.

-Świetnie   -   powiedział   Ryder   i   włożył   na   głowę   skórzany   kapelusz   z   szerokim 

rondem.

Grayson mówił i mówił. Opowiadał o dziwnym żółtym i niebieskim dymie, który 

zasnuwał niebo, i o ogniach, które płonęły białym i dziwnym zielonym światłem, o jękach i 

pomrukiwaniach, o woniach wprost z piekła, o odorze siarki, zwiastującym nadejście diabła, 

który czeka, aby lada chwila przystąpić do ataku. Tydzień temu podłożono ogień w szopie 

niedaleko domu. Syn Graysona, Emil, i niewolnicy zatrudnieni w domu stłumili ogień, zanim 

się rozprzestrzenił i poczynił większe szkody. A trzy dni temu zwaliło się drzewo i upadło tuż 

obok werandy. Drzewo to było bardzo mocne.

-Nie nosiło śladów piły?

-Nie - odparł stanowczo Grayson. - Mój syn obejrzał je bardzo dokładnie. To siła 

nadprzyrodzona.   -   Grayson   nabrał   powietrza   w   płuca.   -   Jeden   z   niewolników 

przysiągł, że widział wielkiego zielonego węża.

-Słucham?

-Wielkiego zielonego węża. Symbolizuje ich prymitywne bóstwo.

-Czyje prymitywne bóstwo?

-Zapomniałem, że Anglicy nic wiedzą o tych sprawach. Mówię oczywiście o wudu.

-Ach, więc ty wierzysz w siły nadprzyrodzone?

-Jestem   białym   człowiekiem,   ale   mieszkam   na   Jamajce   od  wielu   lat   -  Widziałem 

rzeczy, które w świecie białych nie mają sensu, może nawet takie, które w ogóle nie 

istnieją  w  świecie   białych  ludzi.   Ale  zdarzają  się  rzeczy tak  dziwne,  że  człowiek 

zaczyna mieć wątpliwości.

Ryder   wierzył   w   siły   nadprzyrodzone   nie   bardziej   niż   w   uczciwość   właściciela 

przybytku gier hazardowych.

-   Wybacz   -   powiedział,   kiedy   Grayson   wreszcie   zamilkł   -   ale   ja   nie   mam 

najmniejszych   wątpliwości.   Dym   i   płomienie   o   dziwnym   zabarwieniu   można   uzyskać, 

stosując określone substancje chemiczne. Za tym wszystkim stoi więc człowiek z krwi i kości, 

a nie żaden wielki zielony wąż. Musimy znaleźć odpowiedź na pytanie, kim jest ów człowiek 

i dlaczego to robi.

Grayson najwyraźniej nie był przekonany.

- Jest jeszcze coś, panie Ryderze. Po rewolucji francuskiej na Haiti miał miejsce bunt, 

background image

któremu przewodził niejaki Dessalines. Wyciął  w pień wszystkich białych i zmusił wielu 

kapłanów   i   kapłanek   wudu   do   opuszczenia   Haiti.   Ci   ludzie   posiadają   wielką   moc. 

Rozprzestrzenili się na terenie Karaibów, a nawet w Ameryce, a wraz z nimi ich demony.

Ryder powstrzymał śmiech. Było oczywiste, że Grayson traktuje poważnie bzdury na 

temat wudu. I miał rację co do jednego: biały człowiek nie mógł uznać podobnych historii za 

prawdziwe, zwłaszcza jeżeli całe dotychczasowe życie spędził w Anglii.

- Wkrótce się przekonamy - powiedział. A potem dodał: - Nie wiedziałem, że masz 

syna.

Grayson napuszył się jak paw.

- To dobry chłopak. I bardzo mi pomaga, a także Sherbrooke'om, zwłaszcza teraz, 

kiedy posunąłem się w latach. Oczekuje nas w Kimberly Hall. Nie chciał zostawiać domu bez 

opieki.

Minęli   czeredę   dzieciaków,   wszystkie   obszarpane   i   wszystkie   czarne,   dzieci 

niewolników   zatrudnionych   na   plantacjach   -   one,   w   przeciwieństwie   do   napotkanych   w 

Montego Bay, spoglądały na jeźdźców w milczeniu.

- Jesteśmy teraz na bagniskach mangrowych - powiedział Grayson, wskazując na obie 

strony wąskiej drogi. - Trzeba uważać na krokodyle. Często wychodzą z bagna i wyglądają 

jak grube pnie drzew leżące w poprzek drogi. Zwykle umykają na widok człowieka, ale krążą 

opowieści, że nie zawsze. To bardzo niemiłe opowieści.

Krokodyle! Ryder pokręcił głową z niedowierzaniem, ale uważnie patrzył na drogę. 

Ogarnął ich zgniły odór bagnistej wody. Po lewej stronie ciągnęły się karaibskie równiny, a 

po prawej pola trzciny cukrowej, które dalej wspinały się na odległe wzgórza. Na niskich 

kamiennych   murkach   siedziały   kozy   i   przeżuwały   kwiaty,   pozostawione   na   grobach 

przykościelnych cmentarzy.  Na grzbietach krów siedziały czaple wyłapujące kleszcze. Na 

polach pracowali wysocy czarni mężczyźni o lśniących od potu nagich torsach. Mieli na sobie 

tylko spodnie. Wydawało się, że nie zwracają uwagi na panujący upał. Poruszali się ryt-

micznie,   orząc   ziemię   lub   wyrywając   chwasty,   albo   pogłębiając   rowy  pomiędzy   rzędami 

trzciny   cukrowej.   Były   tam   również   kobiety   w   barwnych   chustkach,   schylające   się   i 

prostujące w tym samym rytmie co mężczyźni. Niedaleko widać było białego mężczyznę na 

koniu, nadzorcę ukrytego w cieniu samotnego drzewa poincjany o pierzastych, podobnych do 

paproci liściach, połyskujących w słońcu. Bat w jego lewej ręce zachęcał niewolników do 

nieprzerwanej pracy.

Wszystko   to   było   zupełnie   obce   Ryderowi.   A   także   egzotyczne.   Gęsty,   słodkawy 

zapach drzew uroczynu  czerwonego, rosnących  wzdłuż polnej drogi i lśnienie niebieskiej 

background image

wody. Ryder cieszył się, że w czasie podróży czytał o Jamajce. Dzięki lekturze miał teraz 

pojęcie o miejscowej faunie i florze. Nie znalazł jednak wzmianki o przeklętych krokodylach.

- Zbliżamy się do Camille Hall - odezwał się nagle Grayson, zniżając głos niemal do 

szeptu.

Ryder uniósł brwi.

-To   jej   dom,   sir.  Dom   Sophii   Stanton   -   Greville.  Mieszka   tu   ze   swym   wujem   i 

młodszym bratem. Między Camille Hall i Kimberly Hall jest jeszcze jedna plantacja, 

ale   jak   się   orientuję,   wuj   Sophii   chce   ją   wkrótce   kupić   i   dołączyć   do   swoich 

posiadłości.

-Kto jest jej właścicielem?

-Charles Grammond. Niektórzy powiadają, że chce się przenieść do Wirginii - jednego 

ze stanów na północy, ale to nieprzekonujący powód, bo Charles nie ma pojęcia o 

życiu   w   koloniach   ani   o   tutejszych   zwyczajach.   Ma   czterech   synów,   którzy   nie 

przysporzyli mu chwały, pozbawieni ambicji i chęci do pracy. Jego żona ma trudny 

charakter, jak słyszałem. Szkoda, wielka szkoda.

Ryder był pewien, że słyszał nazwisko tego mężczyzny w tawernie.

- Rozumiem, że ta kobieta - powiedział powoli - ta Sophia Stanton - Greville, sypia 

obecnie z trzema mężczyznami. Przypomniało mi się, że jednym z nich jest właśnie Charles 

Grammond.

Grayson poczerwieniał po cebulki siwych włosów.

- Dopiero co pan przyjechał!

-Był  to główny temat rozmowy,  którą usłyszałem w kawiarni portowej, w Złotym 

Dublonie, o ile się nie mylę. Roztrząsano sprawę bardzo szczegółowo.

-Nie,   nie,   sir,   to   bogini.   Jest   dobra   i   czysta.   Te   opowieści   to   kłamstwa.   Wielu 

tutejszych mężczyzn nie zasługuje na miano dżentelmenów.

-Ale jest bohaterką plotek?

-Jest. Nie trzeba w nie wierzyć, panie Ryderze. To złośliwe kłamstwa. Proszę mnie 

dobrze zrozumieć. Tutejsze zwyczaje i moralność są inne niż w Anglii. Wszyscy biali 

mężczyźni   mają   czarne   kochanki.   Nazywa   sieje   gospodyniami   i   jest   to   ogólnie 

szanowana rola. Widziałem wielu mężczyzn, którzy przybyli tu z Anglii. Niektórzy do 

pracy na plantacjach w charakterze księgowych, inni, aby zdobyć własny majątek. I 

większość z nich zupełnie się zmieniła. Żenili się i brali sobie kochanki. Zmieniały się 

im poglądy. Ale dama pozostaje damą.

-A twoje życie zmieniło się, Grayson?

background image

-Tak, z pewnością. Byłem ukochanym synem ojca, miałem żonę Francuzkę i bardzo ją 

kochałem.   Dopiero   po   jej   śmierci   przejąłem   tutejsze   zwyczaje   i   wziąłem   sobie 

kochankę, czyli gospodynię. Tutaj żyjemy inaczej, zupełnie inaczej.

Ryder łagodnie kołysał się w wygodnym hiszpańskim siodle. Zamknął na chwilę oczy 

i wdychał świeży, słony zapach morza, bo od wybrzeża nie oddzielały ich już gęste zarośla 

mangrowe.

-Dlaczego więc Grammond sprzedaje plantację?

-Nie jestem pewien, ale słyszy się różne plotki. Wiem tyle, że podjął nagłą decyzję. 

Mówi  się,  że   on  i  jego  rodzina  wyjeżdżają  stąd  w   przyszłym   tygodniu.  Plantacja 

przynosi zyski. Powiadają, że Charles przegrał mnóstwo pieniędzy z lordem Davidem 

Lochridge'em, młodym nicponiem, którego należy unikać, sir. Ludzie opowiadają, że 

zaprzedał   duszę   diabłu   i   stąd   bierze   się   jego   niewiarygodne   szczęście   w   grach 

hazardowych.

-Plotkuje   się   tutaj   nie   mniej   niż   w   Anglii   -   powiedział   Ryder   w   zamyśleniu.   - 

Myślałem,   że   będę   się   nudził.   Może   już   nadchodzącej   nocy   ukaże   się   jakaś 

nadprzyrodzona istota, aby mnie powitać. Tak, ucieszyłbym się nawet z ducha. Czy 

młody lord David nie jest jeszcze jednym kochankiem?

Ryder pomyślał, że Grayson dostanie wylewu. Otworzył usta, ale zaraz je zamknął. 

Wreszcie udało mu się odpowiedzieć: - Powtarzam, panie Ryderze, że to wszystko bzdury. Jej 

wuj, Theodore Burgess, jest solidnym mężczyzną, jak mówimy tutaj, na Jamajce. Cieszy się 

dobrą reputacją. Bardzo kocha siostrzenicę i siostrzeńca. Myślę, że te plotki na temat panny 

Stanton - Greville sprawiają mu wielką przykrość. On nigdy nie rozmawia na ten temat, bo 

jest dżentelmenem. Jego nadzorca to zupełnie inna sprawa. Nazywa się Eli Thomas i jest 

zepsutym jegomościem, straszliwie okrutnym dla niewolników.

- Skoro wuj Burgess jest takim porządnym człowiekiem, dlaczego zatrudnia łajdaka 

na stanowisku nadzorcy?

- Nie wiem. Niektórzy twierdzą, że gdyby nie Thomas, plantacja nie przynosiłaby 

zysków. Burgess jest zbyt łagodny dla niewolników.

-I   Charles   Grammond   sprzedaje   plantację   wujowi   Sophii.   Temu   Theodorowi 

Burgessowi?

-Tak. Możliwe, że Burgess kupuje plantację z litości, aby pomóc Grammondowi i jego 

rodzinie. Burgess jest młodszym bratem matki panny Sophii i panicza Jeremy'ego.

-Skąd ta dziewczyna i chłopak wzięli się na Jamajce?

-Ich rodzice utonęli jakieś pięć lat temu. Dzieci oddano pod opiekę wuja.

background image

-Nie znam nazwiska Stanton - Greville. Czy to Anglicy?

-Tak. Mieszkali w Fowey, w Kornwalii. Ich dom i ziemia pozostają pod dozorem, 

dopóki chłopak nie dorośnie do pełnoletności.

Ryder   w   milczeniu   trawił   te   wiadomości.   A   więc   dziewczyna   wychowała   się   w 

Kornwalii, a teraz znalazła się tutaj i stała się smakowitym kąskiem. Jego myśli znów wróciły 

do powodu, dla którego przypłynął na Jamajkę. Wątpił, by z kłopotami w Kimberly Hall 

miały związek jakieś nadprzyrodzone siły. O nie, chęć zysku na całym świecie jest taka sama.

-Czy pan Grammond miał jakieś kłopoty, zanim zdecydował się sprzedać plantację 

temu Burgessowi?

-Nic o tym nie wiem. Och, rozumiem, w jakim kierunku pan zmierza, panie Ryderze. 

Już mówiłem, że Burgess cieszy się dobrą opinią, jest uczciwy, daje pieniądze na cele 

dobroczynne.   Nie,   jeżeli   Grammond   miał   jakieś   kłopoty,   to   z   pewnością   nie 

spowodował ich Burgess.

Ryder zastanawiał się czy Grayson jest równie dobrego zdania o Sherbrook'ach. Nigdy 

dotąd nie spotkał człowieka zasługującego na tyle pochwał co Burgess. Cóż, wkrótce sam go 

pozna. Wyspa nie jest duża, więc na spotkanie z panem Burgessem i jego siostrzenicą nie 

będzie długo czekał.

Grayson   skręcił   i   mieli   teraz   morze   za   plecami,   oddalając   się   od   powiewów 

dobroczynnej   bryzy.   Powietrze   stało   się   gęste   od   pyłu   i   lepkiej   woni   trzciny   cukrowej. 

Wjechali na szczyt wzniesienia i Ryder znów dojrzał Morze Karaibskie. Ciągnęło się aż po 

horyzont.   Połyskiwało   błękitem,   a   na   płyciznach   mieniło   się   topazem.   Przy   brzegu 

załamywały się srebrzyste fale. Ryder marzył, by zrzucić ubranie i zanurzyć się w wodzie.

- To są posiadłości Sherbrooke'ów, sir. Proszę spojrzeć w górę, na szczyt, na kwitnące 

różowo kasje.

Grayson usłyszał, że Ryder westchnął z zachwytu.

- Nazywa y je również różowym deszczem. Właśnie teraz są najpiękniejsze. A to jest 

złoty deszcz i drzewa mango, i palmy.

Ryder znowu westchnął.

-Większość domów  na jamajskich plantacjach wybudowano tradycyjnie. Mają trzy 

piętra i ogromne kolumny doryckie. Tylko my mamy werandy i balkony przy prawie 

każdym pokoju. Dla świeżego powietrza. Wszystkie sypialnie są z tyłu domu, a ich 

balkony wychodzą na morze. Trawnik opada wzdłuż zbocza, aż do plaży i jest zawsze 

doskonale utrzymany. Można spać nawet w najgorętsze letnie noce.

-Trudno w to uwierzyć - powiedział Ryder, ocierając czoło wierzchem dłoni.

background image

*

Dochodziła północ. Przez ponad godzinę Ryder kąpał się w ciepłej wodzie Morza 

Karaibskiego. Drogę z domu oświetlał półksiężyc. Lśnił na falach. Ryder poczuł się jak w 

prawdziwym   raju.   Zapomniał   o   straszliwym   upale   popołudnia.   Czarna   czasza   nieba   nad 

głową, rozjaśniona gwiazdami, była tak cicha, że Rydera ogarnął wielki spokój. A zazwyczaj 

nie był spokojnym człowiekiem.

Położył się nago na wznak, zdając sobie sprawę, że piasek przylgnie do tych części 

ciała,   które   nie   lubią   piasku.   Ale   nie   przejął   się   tym.   Czuł,   że   się   całkowicie   rozluźnia. 

Zamknął oczy i wsłuchał się w dźwięki, których dotychczas nie rozróżniał. Czytał o żabce 

drzewnej  i wydawało  mu  się, że w łagodnej ciszy rozlega  się jej ćwierkanie.  Rozpoznał 

również turkawkę. Westchnął, bo każdy dźwięk odprężał go jeszcze, bardziej.

Diabelnie tu egzotycznie, pomyślał przeciągając się, a skóra świerzbiła go od piasku. 

Zerwał się, wbiegł do morza rozcinając fale i zanurkował. Pływał, aż poczuł zmęczenie i 

wrócił   powoli   na   brzeg.   Stwierdził,   że   jest   głodny.   Podczas   kolacji   było   zbyt   gorąco,   a 

dziwaczne potrawy nie dodały mu apetytu.

Wzdłuż   plaży   rosły   palmy   kokosowe.   Ryder   uśmiechnął   się   z   zadowoleniem. 

Wcześniej widział na drzewie czarnego mężczyznę, zrywającego orzechy. Poczuł, że ślina 

napływa mu do ust. Ale wdrapać się na palmę nie było wcale łatwo i skończyło się na tym, że 

Ryder  masował otarte udo, przyglądając się wiszącym  na drzewie orzechom, których  nie 

mógł dosięgnąć.

Były   jednak   inne   sposoby,   żeby   syn   angielskiego   hrabiego   zdobył   ten   przeklęty 

orzech. Znalazł kamień i celował w wybrany kokos. Już miał rzucić, kiedy usłyszał jakiś 

dźwięk. Nie była to żabka drzewna ani turkawka. Czegoś podobnego nie słyszał jeszcze nigdy 

w   życiu.   Znieruchomiał   i   bezszelestnie   opuścił   rękę   z   kamieniem.   Nasłuchiwał.   I   wtedy 

rozległo się znowu. Coś w rodzaju dziwacznego pojękiwania, które nie przypominało jęków 

ludzkich.

Ryder   miał   wrażliwe   stopy,   bo  przecież   był   Anglikiem,   ale   udało   mu   się  przejść 

pośród drzew rosnących  wzdłuż plaży.  Bliżej domu dźwięk stawał się głośniejszy. Ryder 

szybko   wbiegł   na   porośnięte   trawą   wzgórze   na   tyłach   domu.   Obszedł   dom   i   wyjrzał   w 

kierunku   frontowego   dziedzińca.   Zatrzymał   się   pod   drzewem   chlebowym   i   patrzył   na 

doskonale utrzymany trawnik. Dźwięk rozległ się znowu i Ryder spostrzegł dziwne światło, 

wydobywające się wprost z ziemi. Wąską smużkę niebieskawego światła, które roztaczało 

woń siarki, jakby pochodziło wprost z piekła, podobnie jak rozlegające się jęki. Ryder poczuł, 

że okrywa się gęsią skórką, a włosy stają mu dęba. Pokręcił głową. Przecież to bzdura. Sam 

background image

powiedział   Graysonowi,   że   wystarczy   mieszanina   substancji   chemicznych.   I   miał   rację, 

musiał mieć rację.

Zobaczył światło świecy w oknie jednego z pokojów na piętrze. A potem usłyszał syk 

tuż za sobą i odwrócił się bardzo powoli, ściskając w dłoni kamień.

To był Emil Grayson.

Ryder uśmiechnął się. Polubił Emila. Był mniej więcej w jego wieku, inteligentny i 

ambitny. I tak samo jak Ryder nie był ani trochę zabobonny, chociaż podczas kolacji raz 

zgodził się z ojcem.

-Co to było? - zapytał Ryder szeptem.

-Nie wiem, ale chcę się dowiedzieć. Teraz pan mi pomoże. Próbowałem namówić 

kilku niewolników, ale tylko przewracali oczami i jęczeli. - Emil zamilkł na chwilę. - 

Jeden niewolnik mi pomagał. Na imię miał Josh. Czatowaliśmy razem przez kilka 

nocy. Wreszcie któregoś ranka znaleziono go martwego, z podciętym gardłem. Od 

tamtej pory nie znalazłem chętnych.

- Dobrze - powiedział Ryder. - Zajdź to przeklęte światło z drugiej strony, a ja podejdę 

stąd.

Emil  przemykał  od drzewa do drzewa. Zbliżał  się do zdradliwego  światła. Niezła 

pułapka, pomyślał zadowolony Ryder. Czuł, że krew żywiej krąży mu w żyłach. Nawet sobie 

nie uświadamiał, jak bardzo wynudził się w czasie podróży. Sypiał z dwiema damami i obie 

były czarujące. Wiedział z doświadczenia, że czas się mniej dłuży, kiedy dni spędza się na 

miłosnych pieszczotach, a noce śpiąc u boku kobiety.

Kiedy Emil zajął pozycję, Ryder z kamieniem w dłoni ruszył  na wprost. Usłyszał 

nieziemski wrzask.

Światło zmieniło się teraz w cienką smużkę niebieskiego dymu. Wciąż roznosił się 

piekielny odór. Kilka substancji chemicznych, myślał Ryder, nic więcej. Ale kto wydaje te 

jęki?

Usłyszał krzyk.  To Emil. Ryder zaczął biec. Wtedy zobaczył  postać. Okrywały ją 

białe,   powiewne   szaty,   ale   wystawała   z   nich   ludzka   ręka,   trzymająca   pistolet.   Czy   ten 

mężczyzna miał na głowie poszewkę? Ręka poruszyła się i pistolet wystrzelił w kierunku 

Emila.

- Kim jesteś łajdaku? - wrzasnął Ryder.

Wtedy   postać   odwróciła   się   i   wystrzeliła   w   jego   stronę.   Ryder   poczuł,   że   pocisk 

przeleciał dziesięć centymetrów nad jego głową. Dobry Boże, pomyślał i ruszył wprost na 

napastnika. Mężczyzna był wysoki i zręczny, ale Ryder silniejszy i bardziej wysportowany. 

background image

Doganiał go. Jeszcze chwila, a go dopadnie. Potknął się o kamień i zaklął, ale nie zwolnił.

Nagle   poczuł   piekący   ból   w   ramieniu.   Zatrzymał   się,   spoglądając   na   zakończoną 

piórami strzałę, która utkwiła mu w ciele.

Niech to diabli, mężczyzna uciekał. Zaraz potem przy Ryderze znalazł się Emil.

-Skąd się wzięła ta przeklęta strzała? - wrzasnął ochryple. - Musiał mieć wspólnika, 

niech go diabli!

-To nic! Łap go, Emil!

- Nie - powiedział Emil spokojnie. - On tu wróci.

Nie mówiąc nic więcej, oderwał rękaw swojej koszuli, a potem wyciągnął strzałę z 

ramienia Rydera.

- I tyle - powiedział owijając rękawem małą rankę, w której pojawiła się krew.

Ryder poczuł zawrót głowy, ale cieszył się, że Emil tak szybko działa.

- Tak - powiedział. - I tyle. Łajdak uciekł, niech go. Niech ich obydwóch. - Spojrzał na 

swoje ramię.

- Kiedy skończysz bandażować, pójdziemy obejrzeć to światło i dym czy cokolwiek to 

jest.

Ale   światło   i   dym   zniknęły.   Wciąż   jednak   unosił   się   odór   siarki,   a   trawa   była 

przypalona.

- Jest nas dwóch - powiedział ponuro Ryder.

- Złapiemy tych łajdaków. - Zamilkł, czując pieczenie w ramieniu. - Dlaczego? Oto 

pytanie.

-Nie wiem - odparł Emil. - Myślałem nad tym i myślałem, ale po prostu nie wiem. 

Nikt nigdy nie namawiał mojego ojca do sprzedaży plantacji, nie krążą na ten temat 

żadne plotki. Po prostu jacyś kapłani lub kapłanki wudu są z nas z jakiegoś powodu 

niezadowoleni.   Proszę,   panie   Sherbrooke,   chodźmy   do   domu,   chcę   oczyścić   ranę. 

Mamy niezłą apteczkę, przyda nam się proszek z bazylii.

-Na imię mi Ryder.

-Dobrze, Ryder. W tych okolicznościach - uśmiechnął się Emil.

Ryder roześmiał się nagle.

-   Niezły   ze   mnie   stróż   -   powiedział.   -   Pewnie   go   bardziej   zaskoczyłem   niż 

przestraszyłem. Jezu, jestem zupełnie goły.

-Tak, ale nie chciałem o tym wspominać, szczególnie kiedy łajdak był tak blisko.

-Wiem. Trudno mnie także tytułować panem Sherbrooke, kiedy nie mam na sobie nic 

prócz własnej skóry.

background image

ROZDZIAŁ 2

Camille Hall

Uderzył ją pięścią w żebra, tuż poniżej prawej piersi, tak mocno, że zatoczyła się na 

ścianę i uderzyła głową o grubą dębową boazerię.

Zdumiona, osunęła się powoli na podłogę.

- Czemuś mi nie powiedziała, ty mała idiotko?

Sophie potrząsnęła głową, żeby oprzytomnieć. Podniosła rękę i pomacała palcami tył 

głowy. W gardle poczuła bolesną, dławiącą grudę.

- I nie waż się mówić, że cię uderzyłem. Jeśli się potłukłaś, to z własnej winy.

Oczywiście, z własnej winy. Zawsze bardzo uważał, żeby nie uderzyć jej w widoczne 

miejsce. Zawsze. Położyła  dłoń na żebrach. Wstrzymała  z bólu oddech, ale ból tylko się 

wzmógł. Oddychała bardzo płytko i czekała modląc się, by żebra nie były połamane i żeby 

mdłości minęły. Zastanawiała się, co by opowiadał, gdyby się okazało, że żebra są połamane. 

Z   pewnością   wymyśliłby   jakieś   prawdopodobne   wytłumaczenie.   Dotychczas   zawsze   coś 

wymyślał.

Stał nad nią, podparłszy się pod boki. Był blady, mrużył oczy z wściekłości.

- Zadałem ci pytanie. Dlaczego mi nie powiedziałaś, że Ryder Sherbrooke przypłynął 

do Montego Bay?

Otworzyła usta, żeby skłamać, ale on był szybszy.

-I   nie   mów   mi,   że   nie   widziałaś.   Byłaś   dziś   w   mieście,   sam   widziałem,   jak 

odjeżdżałaś. Pozwoliłem ci na to, do diabła.

-Już ci mówiłam, że... - zamilkła, nienawidząc własnego tchórzostwa, nienawidząc 

swego   głosu,   równie   cieniutkiego,   jak   batystowa   nocna   koszula.   Milczała   przez 

chwilę, sycąc się wzrastającą wściekłością. Patrzyła wprost w jego nienawistną twarz.

-Chciałam, żeby tu przyjechał i cię przyłapał. Modliłam się, żeby przypłynął. On nie 

uwierzy w żadne bzdury wudu. Wiedziałam, że on cię powstrzyma.

Uniósł pięść, a potem powoli ją opuścił.

Uśmiechnął się szeroko i przez chwilę widziała go takim, jakim widywali go inni 

ludzie   -   mężczyzną   pogodnym   i   dowcipnym,   łagodnym   i   nieco   nieśmiałym,   nie 

dowierzającym własnym siłom. Zaraz potem znów stał się dawnym sobą.

- Gdyby Thomas nie trafił go z łuku, pewnie by mnie schwytał. Zupełnie straciłem 

głowę. Emil,  syn  Graysona, zalazł mi  za skórę, ale ten młody człowiek, goły jak święty 

turecki, biegnący z wrzaskiem wprost na mnie, to dopiero był wstrząs. I wtedy Thomas go 

background image

trafił.

Sophie pobladła.

-Zabiliście go? Zabiliście właściciela?

-Nie. Thomas trafił go w ramię. Thomas zawsze bardzo uważa. Bardzo dziwne. Ten 

Sherbrooke był nagi i trzymał w ręku kamień. Pędził na mnie, wyjąc jak przeklęty 

tubylec. Thomas przypuszcza, że folgował sobie właśnie z jakąś czarną niewolnicą, 

kiedy zobaczył dym, poczuł siarkę i usłyszał te straszliwe jęki. Uspokoiłem się, kiedy 

Emil Grayson przestał mnie gonić i zajął się Sherbrooke'em.

Sophie nic nie odrzekła. Zachowując dla siebie informację o jego przybyciu, naraziła 

młodego człowieka na śmiertelne niebezpieczeństwo. Nie przyszło jej do głowy, że może mu 

coś zagrażać. Była głupia i musi za to zapłacić.

Wuj Theo odszedł od niej. Odsunął krzesło od małego biurka i usiadł, krzyżując nogi 

w kostkach. Patrzył na Sophie, złożywszy ręce na płaskim brzuchu.

- Głupota ci nie przystoi, Sophio - powiedział w końcu. - Ile razy mam ci powtarzać, 

że musisz mi być posłuszna? Nie masz innego wyboru. Musisz być wobec mnie lojalna. Co 

by   się   stało   z   tobą   i   twoim   ukochanym   Jeremym,   gdyby   mnie   przyłapano?   Jesteś 

niepełnoletnia, jesteś nierządnicą. Zostałabyś bez pieniędzy i dachu nad głową. Skończyłabyś, 

sprzedając   się   na   ulicy,   a   Jeremy   w   przytułku.   W   najlepszym   razie   mógłby   zostać 

pomocnikiem księgowego. Nie, moja panno, nigdy więcej niczego przede mną nie ukryjesz.

W przeciwnym razie, przysięgam... - zamilkł.

Wstał   i   znów   do   niej   podszedł.   Skuliła   się   pod   ścianą,   kiedy   przykucnął   obok. 

Chwycił ją za podbródek i zwrócił twarzą ku sobie.

-   Przysięgam   ci,   Sophio,   zabiję   cię,   jeśli   jeszcze   raz   zrobisz   coś   podobnego. 

Zrozumiałaś?

Nie odpowiedziała. Zauważył w jej oczach błysk nienawiści i dodał spokojniej: - Nie, 

nie zabiję cię. Zabiję twego brata. O tak, tak właśnie zrobię. Rozumiesz?

- Tak - odparła wreszcie. - Tak, rozumiem cię.

- To dobrze.

Wstał i wyciągnął do niej rękę. Patrzyła na jego szczupłe palce, wypukłe paznokcie, a 

potem podniosła wzrok na twarz. Bardzo powoli wstała bez jego pomocy. Opuścił rękę.

- Jesteś uparta, ale lubię upór u kobiet. Nienawidzisz mnie i to jest zabawne. Gdybyś 

była moją kochanką, chłostałbym cię tak długo, aż z twoich oczu znikłaby ta duma. Wracaj 

do  łóżka.  Muszę  wszystko   przemyśleć.  Ryder  Sherbrooke  wreszcie  przyjechał.  Boże,  tak 

długo czekałem na jakąś reakcję Graysona. A potem na to, żeby hrabia Northcliffe przysłał tu 

background image

kogoś. I przysłał brata, tak jak się spodziewałem. Teraz muszę wprowadzić w czyn swoje 

plany.

O tak, moja droga, ponieważ widziałaś  już wielu nagich mężczyzn,  pozwól, że ci 

zakomunikuję, iż ten młody człowiek jest bardzo dobrze zbudowany. Jest wysportowany, a 

ciało ma mocne i szczupłe. Tak, uznasz Sherbrooke'a za niezły okaz. - Zamilkł na chwilę. - 

Sądzę, że wszystko pójdzie gładko, muszę tylko obmyśleć wszystkie szczegóły. Ten człowiek 

nie jest głupcem. Spodziewałem się kogoś w rodzaju lorda Davida, lecz Sherbrooke nie jest 

taki, jak ten młody nicpoń. Rano powiem ci, co zamierzam uczynić.

O godzinie ósmej następnego ranka Sophie usiłowała pozapinać guziki na przodzie 

sukni. Każdy ruch przyprawiał ją o ból. W ciągu nocy skóra na żebrach stała się żółta i 

fioletowa. Kiedy udało jej się zapiąć drugi guzik, myślała, że ból nigdy nie minie. Przygarbiła 

się jak staruszka. Ubierała się sama. Odesłała pokojówkę, nie mogła pozwolić, aby Millie ją 

zobaczyła. Nie mogła pozwolić na żadne plotki.

Nie mogła pozwolić ze względu na Jeremy'ego.

Usłyszała   lekkie   stukanie   do   drzwi   i   do   sypialni   wszedł   młodszy   brat.   Sophie 

uśmiechnęła się pomimo dojmującego bólu.

-Nie masz ochoty na śniadanie? Wszystko stygnie, a wiesz, jaki jest wuj Theo. Nie 

dostaniesz nic do jedzenia aż do lunchu.

-Tak, wiem. Muszę tylko pozapinać guziki.

Jeremy grasował po pokoju, wścibski, pełen energii, typowy dziewięciolatek. Ciągle 

w mchu, niespokojny, zawsze gotów do działania.

Wreszcie Sophie uporała się z guzikami.

Zerknęła   w   lustro   i   stwierdziła,   że   nie   wyszczotkowała   włosów.   Była   biada   i 

zmęczona, równie pociągająca co popękana muszla. Rzeczywiście nierządnica. Pod oczami 

miała ciemne sińce. Ale tak trudno było rozczesać włosy. Każdy ruch wywoływał falę bólu w 

klatce piersiowej.

- Jeremy, wyszczotkujesz mi włosy?

Przystanął zaskoczony i w niemym pytaniu przechylił głowę na bok. A kiedy Sophie 

tylko potrząsnęła głową, podszedł do niej marszcząc czoło. - Jesteś zmęczona czy coś ci 

dolega?

- Tak, coś mi dolega.

Podała mu szczotkę i usiadła. Szło mu nie najlepiej, ale jakoś sobie poradził. Sophie 

odgarnęła bujne kasztanowe włosy do tyłu i związała je na karku czarną aksamitną wstążką.

-A teraz paniczu Jeremy, dalej, do stołu.

background image

-Jesteś chora, prawda Sophie?

Było to stwierdzenie. Dotknęła palcami policzka brata, bo dostrzegła w jego oczach 

obawę, że coś jest nie w porządku.

- Nic mi nie jest. Trochę boli mnie brzuch, ale tylko odrobinę. Przysięgam. Kilka 

pysznych bułeczek Tildy i będę zdrowa jak ryba.

Uspokojony Jeremy ruszył w podskokach przodem. Przynajmniej w jej oczach były to 

podskoki. Innym ludziom jego ruchy mogły się wydawać niezręczne i źle skoordynowane, ale 

nie jej. To mały szczęśliwy chłopiec, który doskonale sobie radzi. Kochała go jak nikogo na 

świecie.   Był   jej,   odpowiadała   za   niego.   Był   jedyną   osobą,   która   kochała   ją   ślepo,   bez 

zastrzeżeń.

Wuj   Theo   siedział   w   pokoju   śniadaniowym.   Sięgające   do   sufitu   drzwi   werandy, 

zrobione z pomalowanych na zielono desek, były otwarte i wpadał przez nie lekki powiew. W 

oddali, w promieniach porannego słońca, lśniło morze. Przy domu powietrze było ciężkie, 

przesiąknięte zapachem przekwitających róż, jaśminu, hibiskusa, bugenwilli, kasji, uroczynu i 

rododendronów. W najgorętszej porze dnia zapach był przytłaczający. Ale teraz, wcześnie 

rano, był to wonny raj, pobudzający zmysły. Jednak tego ranka zmysły Sophie nie reagowały 

na piękne zapachy. Nie reagowały także na inne rodzaje piękna. Ostatni rok nie był dla niej 

piękny. Nie, nie rok, ostatnie trzynaście miesięcy.

Trzynaście   miesięcy,   odkąd   została   nierządnicą.   Trzynaście   miesięcy,   odkąd   żony 

właścicieli plantacji unikały jej, gdy natknęły się na nią w sklepach w Montego Bay.  W 

Camille Hall były wobec niej lodowato uprzejme, bo bardzo szanowały jej wuja.

-Nie ma bułeczek, Sophie - powiedział Jeremy. - Chcesz, żebym poprosił Tildę?

-Nie, nie, kochanie. Zjem trochę świeżego chleba. Jest dobry. Siadaj i jedz śniadanie.

Jeremy usłuchał jej i zaczął się posilać ze zwykłym sobie entuzjazmem.

Theodore   Burgess   spojrzał   sponad   sprowadzanej   z   Londynu   „Gazette”   sprzed 

zaledwie siedmiu tygodni. Angielskie statki zawijały tu regularnie.

Przyjrzał się badawczo twarzy Sophie i poczuł zadowolenie na widok bólu malującego 

się w jej oczach.

- Spotkamy się po śniadaniu, moja droga. Musimy omówić pewne sprawy, a wiem, że 

zawsze przychylasz się do moich życzeń. Zjedz więcej. Wiem, że upał jest denerwujący, ale 

ostatnio zanadto schudłaś.

Jeremy pozostał niewzruszony, rozsmarowując masło na pieczonym ignamie.

- Tak, wuju - powiedziała Sophie. - W twoim gabinecie. Po śniadaniu.

- Tak, moja droga. Właśnie tego sobie życzę.

background image

Jeśli   chodzi   o   ciebie,   chłopcze,   pójdziemy   dziś   razem   do   destylarni.   Chcę,   żebyś 

poznał niektóre zachodzące tam procesy. Będzie tam gorąco jak w piekle, ale nie zostaniemy 

długo. Tylko tyle, żebyś zobaczył, jak się robi rum i jakie środki stosuje pan Thomas, aby 

niewolnicy nie okradali nas i nie upijali się.

Radość w oczach brata sprawiła, że żebra rozbolały ją jeszcze bardziej.

Samuel   Grayson   widział,   jak   Ryder   wraca   do   domu.   Jego   jasnobrązowe   włosy 

pociemniały od potu, biała koszula przylgnęła do pleców, a twarz była zaczerwieniona od 

słońca. Cały ranek objeżdżał konno plantację w towarzystwie Emila i teraz, w południe, z pe-

wnością marzył  o ochłodzie. Samuel znalazł go na werandzie pokoju bilardowego. Ryder 

siedział   w   najgłębszym   cieniu,   w   jedynym   miejscu,   do   którego   nieprzerwanie   docierał 

powiew wiatru.

-Przyszło   zaproszenie   -   powiedział   cicho,   widząc,   że   Ryder   zamknął   oczy.   -   Od 

Theodora Burgessa z Camille Hall. W najbliższy piątek ma się tam odbyć bal i pan ma 

być jego honorowym gościem.

-Bal - powtórzył Ryder otwierając oczy. - Jezu, Samuelu, nie wyobrażam sobie, że 

można tańczyć w tym piekielnym upale. Ten Burgess z pewnością nie jest poważny.

-Niewolnicy   będą   wachlowali   palmowymi   liśćmi,   żeby   ochłodzić   powietrze.   Co 

więcej, Camille Hall ma salę balową, której jedna ściana, jak i tutaj, zbudowana jest z 

drzwi sięgających po sam sufit. Będzie zupełnie przyjemnie. Ręczę za to.

Ryder milczał. Myślał o kobiecie sypiającej z trzema mężczyznami. Chciał ją poznać.

- Posłaniec czeka na odpowiedź, sir.

Ryder uśmiechnął się leniwie. - Oczywiście, że przyjdziemy.

Grayson wyszedł, aby napisać odpowiedź, a Ryder znów zamknął oczy. Nie ruszał się; 

było zbyt gorąco. Wiedział, że nie pójdzie pływać w morzu, bo upiekłby się po drodze, choć 

na dojście do plaży potrzebowały zaledwie dziesięciu minut. Twarz i ramiona już mu się 

nieco przypiekły. Postanowił zostać na werandzie i wkrótce zasnął.

Kiedy się obudził, popołudniowe słońce rzucało wydłużone cienie, a obok siedział 

Emil.

-Twój ojciec twierdzi, że przywyknę - powiedział Ryder. - Myślę, że kłamie.

-Trochę - mruknął Emil. - Ale lato jest szczególnie trudne do zniesienia.

-Zastanawiam się, czy może być zbyt gorąco na miłość.

-Czasami bywa - roześmiał się Emil. - Słyszałem, że w najbliższy piątek mamy pójść 

na bal do Camille Hall.

-Tak, bal na moją cześć. Ale wydaje mi się, że wolałbym popływać, a może jeszcze 

background image

raz spróbować strząsnąć orzech kokosowy z palmy albo zapolować na tego łajdaka w 

prześcieradle.

- Na balu będzie wesoło, Ryderze - odparł Emil z uśmiechem. - Poznasz wszystkich 

plantatorów i handlarzy z Montego Bay oraz ich żony. Nasłuchasz się tylu plotek, że rozbolą 

cię uszy. Nie ma tu wielu rozrywek prócz picia rumu, co większość robi, niestety, bez umiaru. 

Ojciec   jest   pod   urokiem   Sophii   Stanton   -   Greville,   siostrzenicy   Burgessa.   Z   pewnością 

wyzwie na pojedynek każdego, kto ośmieli się powiedzieć coś obraźliwego pod adresem jego 

bogini.

-Jak rozumiem, to nierządnica.

-Tak - odparł Emil, patrząc na Rydera. - Tak się uważa.

-I to ci się nie podoba. Od jak dawna ją znasz?

-Jej rodzice utonęli cztery lata temu podczas burzy, kiedy wracali statkiem do Anglii. 

Sophie   i   jej   brat   Jeremy   zostali   oddani   pod   kuratelę   Theodorowi   Burgessowi, 

młodszemu   bratu   ich   matki.   Sophie   miała   wtedy   piętnaście   lat.   Teraz   ma 

dziewiętnaście, prawie dwadzieścia, a jej wyczyny z mężczyznami, a co za tym idzie 

zła reputacja, datują się od roku. Masz rację, to mi się nie podoba, a co więcej, bardzo 

mnie   rozczarowało.   Lubiłem   ją.   To   zdolna   dziewczyna,   zabawna   i   całkiem 

pozbawiona próżności. Myślałem nawet, że moglibyśmy... ale teraz nie ma o czym 

mówić.

-Jesteś pewien, że to, co o niej mówią, to prawda?

-Spotyka   się   ze   swoimi   kochankami   w   małej   chatce   przy   plaży.   Przypadkowo 

znalazłem się tam po nocy, którą Sophie spędziła z lordem Davidem Lochridge'em. 

David jeszcze tam był.  Nagi. Pił rumowy poncz. Pomieszczenie cuchnęło seksem. 

David sprawiał wrażenie zadowolonego z siebie. Był pijany o tak wczesnej porze, co 

mnie   zaskoczyło.   Opowiadał   o   Sophii   swobodnie,   wychwalał   jej   przymioty   i 

umiejętności.

-A Sophia tam była?

-Nie. Najwyraźniej  zostawia swoich  mężczyzn,  zanim się obudzą. Tak powiedział 

David. Żaden z nich nie ma jej tego za złe.

-Wierzysz mu?

-Już ci mówiłem, pomieszczenie cuchnęło seksem - odpowiedział Emil beznamiętnym 

głosem. - A na dodatek David był zbyt pijany, by cokolwiek zmyślić. Nie przepadam 

za nim,  ale nie widzę powodu, dla którego miałby kłamać. Chata znajduje się na 

terenie należącym do Burgessa.

background image

Ryder rozgniótł komara. - A więc skończyła osiemnaście lat i postanowiła lekceważyć 

dobre obyczaje - powiedział w zamyśleniu. - To nie ma sensu, Emilu. Teraz nikt się z nią nie 

ożeni. Jak myślisz, dlaczego stała się taka łatwa?

-Nie   wiem.   Zawsze   miała   bardzo   silną   wolę,   była   zdolna   i   opiekuńcza   wobec 

młodszego brata. Jeden z plantatorów nazwał ją diablicą wcieloną, bo kiedyś tak się 

rozgniewała na jego nadzorcę, który zwymyślał jej brata, że cisnęła w niego orzechem 

kokosowym i rozbiła mu głowę. Facet przeleżał w łóżku cały tydzień. To było dwa 

lata temu. Mogła poślubić każdego mężczyznę na wyspie, bo wszyscy wiedzieli, że 

ma duży posag. Zawsze mi mówiono, że kobiety nie potrzebują seksu tak bardzo jak 

mężczyźni.   Więc   dlaczego   ona   pragnie   tego   aż   tak   bardzo,   że   zrezygnowała   ze 

wszystkiego, do czego kobiety są przygotowywane?

-Nic się nie dzieje bez powodu - odparł Ryder. Wstał i przeciągnął się. - Dzięki Bogu, 

odrobinę się ochłodziło.

-Słyszałem,   jak   ojciec   zamawiał   u   kucharza   zimną   kolację   -   powiedział   Emil   z 

uśmiechem. - Misę schłodzonych  owoców i krewetki z lodu. Żadnych pieczonych 

ignamów   ani   mięczaków   na   gorąco.   Ojciec   nie   chce,   żebyś   się   skurczył   z   braku 

pożywienia.

Ryder rozgniótł następnego komara. Spojrzał na pola trzciny cukrowej, rozciągające 

się pod bezlitosnym słońcem, i dalej, na błękitne morze. Widok był piękny, ale bardzo obcy.

- Zawsze coś powoduje, że ludzie zachowują się tak, a nie inaczej. Rozumiem, że 

chodzi tu o trzech mężczyzn, a przed nimi byli pewnie inni. Z pewnością i oni mają swoje 

powody, i wiesz co, Emilu? Nie mam nic przeciwko temu, żeby się dowiedzieć, co sprawia, 

że ta diablicą rozkłada nogi dla tak wielu mężczyzn.

- To zasmucające - powiedział Emil i westchnął.

W   piątek   wieczorem   Ryder   naprawdę   zaczynał   wierzyć,   że   przywyknie   do   tego 

ciężkiego,   nieruchomego   żaru   w   powietrzu,   choć   czasami   upał   był   taki,   że   oddychanie 

stawało się bolesne. Tego popołudnia pływał, ale niedługo, bo nie chciał się za mocno opalić. 

Ku jego rozczarowaniu, po incydencie z pierwszej nocy nie wydarzyło się nic szczególnego. 

Żadnej palonej siarki, żadnego ducha w prześcieradle, żadnych jęków, żadnych pistoletów ani 

strzał z łuku.

Nie działo się nic niezwykłego. Ryder poznał „gospodynię” Graysona, młodą kobietę 

o   wesołych   oczach,   jędrnym   brązowym   ciele   i   miłym   uśmiechu.   Mieszkała   w   pokoju 

Graysona i w ciągu dnia zajmowała się domem. Na imię miała Mary. Emil także miał swoją 

„gospodynię”, chudziutką dziewczynę, do której zwracano się Coco. W obecności Rydera za-

background image

wsze spuszczała wzrok i w ogóle się nie odzywała. Miała najwyżej piętnaście lat. Emil nie 

zwracał   na  nią  najmniejszej  uwagi,  z  wyjątkiem   - jak  domyślał   się  Ryder  -  nocy,   kiedy 

zabierał ją do swego łóżka. Coco dbała o jego ubrania, sprzątała pokój i była  niezwykłe 

łagodna. Rydera ten zwyczaj bawił i dziwił. Najwyraźniej na Jamajce uważano, że tak być 

powinno.

Grayson zaproponował Ryderowi kobietę, ale ten, po raz pierwszy, odkąd rozpoczął 

życie płciowe, odmówił. Taka sytuacja wydawała mu się pozbawiona emocji, zbyt oczywista. 

A on nie lubił, kiedy coś było zbyt oczywiste. Własna odmowa bawiła go.

W piątek o dziewiątej wieczorem Ryder, Grayson i Emil wyruszyli konno do Camille 

Hall. Ściemniało się już. Na niebie świeciły gwiazdy i księżyc w pełni.

Kiedy podjechali półtora kilometra przed Camille Hall, dojrzeli światła. Mimo złego 

stanu dróg niektórzy goście przyjechali powozami. Było też ze trzydzieści wierzchowców, 

których pilnowało kilkunastu małych chłopców. Dom jarzył się światłami. Wszystkie drzwi 

werandy były otwarte na oścież.

Ryder spostrzegł ją natychmiast. Stała ze starszym mężczyzną przy wejściu. Miała na 

sobie dziewiczą, nieskazitelnie białą suknię, odsłaniającą ramiona. Kasztanowe włosy upięła 

na czubku głowy, ale dwa grube pasma opadały jej na białe ramiona. Ryder obserwował ją i 

uśmiechnął się, gdy przyciągnął jej wzrok. Zauważył, że znieruchomiała. Pomyślał, że uznała 

jego uśmiech za pogardliwy. Przestał się uśmiechać. Odprężył się. Mogła sypiać z wszystkimi 

mężczyznami na wyspie. Jego to po prostu nie obchodziło.

Jednak interesowały go jej motywy. I ona go interesowała.

Szedł ku niej obok uwielbiającego ją Graysona. Z bliska zauważył, że nie jest tak 

niebiańską pięknością, za jaką miał ją Grayson. Wyglądała na więcej niż dziewiętnaście lat. 

Oczy miała   jasnoszare,   cerę  bardzo   jasną,  ramiona   białe,   ale   była  znacznie   mocniej  wy-

malowana niż dziewczyny w jej wieku. Wyglądała raczej jak aktorka lub śpiewaczka operowa 

z Londynu, a nie młoda  dziewczyna  na balu we własnym  domu.  Na ustach miała  grubą 

warstwę ciemnoczerwonej szminki, a brwi i rzęsy przyciemnione proszkiem antymonowym. 

Twarz miała upudrowaną, a policzki uróżowane. Dlaczego wuj zgadzał się, by w jego domu 

wyglądała   jak   ladacznica?   A   do   tego   ta   biała,   dziewicza   suknia.   Wyglądało   na   to,   że 

dziewczyna kpi sobie z wuja, ze wszystkich gości, a nawet z samej siebie.

Ryder   usłyszał,  że   jest  przedstawiany.  Ujął   jej   dłoń  i  ucałował.  Drgnęła   i  bardzo 

powoli cofnęła rękę.

Theodore Burgess był wysokim mężczyzną, chudym jak patyk. Miał łagodną twarz i 

podbródek znamionujący upór. Sprawiał wrażenie bardzo nieśmiałego. Nie zwracał uwagi na 

background image

pyszniącą się u jego boku dziewiętnastolatkę.

Potrząsnął   lekko   dłonią   Rydera   i   rzekł:   -   Bardzo   się   cieszę.   Grayson   często   mi 

opowiadał o Sherbrooke'ach i wyrażał się z wielkim poważaniem o całej rodzinie. Jest pan tu 

bardzo   mile   widziany,   sir,   bardzo   mile.   Zatańczy   pan,   oczywiście,   z   moją   przemiłą 

siostrzenicą?

Czy ten przeklęty facet jest kompletnym idiotą? Nic nie widzi? Przemiła siostrzenica 

wygląda jak umalowana kokota.

Ryder zwrócił się w jej stronę i zapytał uprzejmie:

- Czy zechce pani zatańczyć ze mną tego menueta, panno Stanton - Greville?

Bez słowa i bez uśmiechu skinęła głową. Jej dłoń lekko spoczęła na przedramieniu 

Rydera.

Zauważył, że nie odezwała się do Emila. Lekceważyła go. Dziwne i niespodziewane 

zachowanie. Ryder był coraz bardziej zaintrygowany. Jego ciekawość wzrastała.

- Pani i Emil znacie się praktycznie od dziecka - powiedział, a potem odsunął się od 

niej i zaczął menueta.

Kiedy znów się zbliżyli, odparła: - Tak. - Nic więcej, tylko beznamiętne „tak”.

- Można by się zastanawiać - ciągnął, gdy znów znalazła się przy nim - dlaczego 

niektórzy ludzie lekceważą przyjaciół z dzieciństwa, kiedy dorosną. Tak, to dziwne.

Minęło kilka minut  i jej dłoń znów znalazła  się w jego ręce. - Przypuszczam,  że 

można by się zastanawiać nad wieloma sprawami. I nic więcej. Przeklęta dziewczyna. Menuet 

dobiegł końca. Ryder był bardzo zadowolony, że się nie spocił.

Grayson nie kłamał. W sali balowej, oświetlonej mnóstwem kandelabrów, panował 

miły chłód. Od morza wiała bryza, wpadająca przez otwarte drzwi, a mali bosonodzy chłopcy, 

ubrani w białe spodenki i białe koszule, poruszali palmowymi liśćmi.

Ryder odprowadził partnerkę do wuja. Nie odezwał się więcej. Odszedł z Graysonem, 

który   miał   go   przedstawić   innym   plantatorom,   Obejrzał   się   i   zauważył,   że   Sophie   stoi 

wyprostowana. Wuj mówił coś do niej, marszcząc brwi. Czyżby ją beształ za to, że tak się 

umalowała? Ryder miał nadzieję. Gdyby mógł, zanurzyłby jej twarz w wiadrze z wodą, a 

potem porządnie wyszorował mydłem ługowym.

Ryder   zatańczył   z   córkami   wszystkich   handlarzy   i   plantatorów   w   promieniu 

siedemdziesięciu   kilometrów.   Obsypywano   go   komplementami.   Chwalono   wszystko,   od 

lśniących butów, po błękit oczu. Oczami zachwycała się pewna siedemnastolatka, która wciąż 

chichotała, a Ryder był nią tak znudzony, że z trudem powstrzymywał ziewanie. Najchętniej 

usiadłby gdzieś i nie ruszał się przynajmniej przez godzinę. W końcu, około północy, udało 

background image

mu się umknąć przed Graysonem oraz trzema plantatorami, dwiema żonami plantatorów i ich 

córkami.   Wyśliznął   się   na  balkon.   Kamienne   schody  prowadziły   do  pięknego   ogrodu,  w 

którym   unosiła   się   woń   róż,   hibiskusa   i   rododendronów.   Było   tam   także   wiele   innych 

kwitnących krzewów, których Ryder nie potrafił zidentyfikować. Odetchnął głęboko i zszedł 

na dół. W ogrodzie stały kamienne ławki. Usiadł na jednej z nich i oparł się o pień drzewa 

kasji. Zamknął oczy.

- Widziałam jak pan wychodził.

Zaskoczony Ryder omal nie spadł z ławki. Sophia Stanton - Greville stała tuż obok.

Spojrzał na nią. - Chciałem odpocząć. Nie przywykłem jeszcze do tutejszego upału, a 

wszystkie dziewczyny na tej przeklętej sali balowej rwą się do tańca.

- Tak. Przypuszczam, że o to właśnie chodzi na balu.

Jej głos brzmiał chłodno, ton był pełen rezerwy.

Mówiła tak, jakby go bardzo nie lubiła. W takim razie dlaczego tu za nim przyszła? 

To nie miało sensu.

Ryder usiadł wygodniej, wyciągnął nogi przed siebie i skrzyżował w kostkach. Złożył 

ręce na piersi. Przyjął bardzo niedbałą pozę. Nigdy w życiu nie był tak nieuprzejmy wobec 

kobiety.   Odezwał   się   lodowatym   tonem:   -   Czego   pani   ode   mnie   chce,   panno   Stanton   - 

Greville? Zatańczyć jeszcze raz, skoro jesteśmy na balu?

Zesztywniała, a Ryder znów zaczął się zastanawiać, czego ona tu szuka.

Spojrzała   przed   siebie   w   ciemność.   -   Zachowuje   się   pan   inaczej   niż   większość 

mężczyzn, panie Sherbrooke - powiedziała wreszcie.

-Ach, chce pani powiedzieć, że nie czołgam się przed nią? Nie wpatruję się w pani 

karminowe usta ani we wspaniały biust?

-Nie!

-A więc, czego nie robię?

Odwróciła się od niego. Ryder zauważył, że mnie w palcach cienki muślin sukni. Była 

bardzo szczupła i nawet mimo sukni uszytej wedle najnowszej mody, którą spopularyzowała 

cesarzowa Josephine, odgadywał, że ma wiotką kibić. Zastanawiał się, jakie ma nogi i biodra.

Zwróciła się ku niemu. Na jej twarzy zagościł cień uśmiechu. - Jest pan bezczelny, sir. 

W Anglii dżentelmeni nie odzywają się tak niegrzecznie.

- Nawet do wymalowanych kokot?

Wstrzymała oddech i Ryder przysiągłby, że naprawdę jest wstrząśnięta. Uniosła dłoń 

do policzka i zaczęła ścierać puder.

Nagle   przestała.   Opuściła   rękę.   Uśmiechnęła   się.   Oczy   jej   zabłysły.   -   Nawet   do 

background image

wymalowanych kokot - powiedziała spokojnie. - Mówiono mi, że ma pan rozum w głowie. 

Tak słyszałam, ale najwyraźniej to fałszywa plotka. Jest pan grubiański i nudny.

Ryder wstał. Był teraz bardzo blisko, ale Sophie nie odsunęła się ani o krok.

- Teraz pani zadała cios - powiedział. - Nie najgorszy. Ale i nie najcelniejszy.

Wyciągnął z kieszeni chusteczkę i szybko wytarł jej czerwone usta. Usiłowała się 

uchylić, ale Ryder schwycił ją za kark i wytarł jeszcze raz. Odrzucił chusteczkę na ziemię.

- No - powiedział, po czym pochylił się i mocno ją pocałował w usta. Całował bardzo 

długo.   Po   chwili   pocałunek   stał   się   delikatniejszy.   Sophie   stwierdziła,   że   Ryder   jest 

prawdziwym ekspertem, całował lepiej niż ktokolwiek dotąd. Jego wargi pieściły jej usta.

Próbował wsunąć język między jej zęby, ale nie zmuszał jej. Pozwalała się całować, 

ale stała bez ruchu i nie odpowiadała na pocałunek.

Nagle ujął jej piersi i Sophie podskoczyła.

- Ciii - wyszeptał w jej usta. Jego oddech był ciepły i słodki, przesiąknięty rumowym 

ponczem. - Pozwól mi się dotykać. Chcę sprawdzić, czy twoja skóra jest rzeczywiście taka 

gładka i ciepła, jak sobie wyobrażałem.

Równie niespodziewanie jego dłonie znalazły się pod stanikiem i pieściły jej nagie 

piersi. Przerwał na chwilę i zapytał:

- Twoje serce galopuje, ale nie dość szybko.

Masz miłe piersi, panno Stanton - Greville. Czy po to przyszłaś tu za mną? Chciałaś, 

żebym  cię popieścił?  A może  chciałabyś,  żebym  cię posiadł, tutaj  w ogrodzie? Pod tym 

pięknym drzewem kasji? Pachnie tak mocno, że jego woń stłumiłaby nawet zapach seksu.

Milczała. Nie poruszyła się i pozwalała mu pieścić piersi. Pocałował ją jeszcze raz. 

Tym razem głęboko. Otwartą dłoń ułożył na jej sercu. Poczuł, że zabiło jeszcze szybciej i 

uśmiechnął się.

- O to ci chodzi? Chcesz mnie porównać z innymi kochankami? Ale nie dojdzie do 

tego.

Jego   oddech   był   ciepły,   język   czuły   i   łagodny.   Jednak   ona   nie   odpowiadała   na 

pocałunek. Była całkowicie bierna. Nie rozumiał jej. Chciał, by mu odpowiedziała i, na Boga, 

będzie miał tę odpowiedź. Wyjął ręce spod jej stanika, chwycił za ramiączka sukni i ściągnął 

ją aż do pasa. W świetle księżyca ukazały się białe piersi. Nie były duże, ale bardzo kształtne, 

pełne i wysoko osadzone, o bladoróżowych sutkach. Ryder pochylił się i zaczął je całować.

Wtedy się roześmiała. Złośliwie i drwiąco. Wyprostował się zaskoczony i spojrzał na 

nią. Z wdziękiem tancerki wywinęła się z jego objęć. Ale nie uczyniła nic, by okryć swą 

nagość.

background image

-Jesteś   zupełnie   niezły   -   powiedziała   drwiącym   tonem.   Wyprostowała   ramiona, 

wypinając pierś do przodu. - Zupełnie niezły. Jesteś śmiały, arogancki, nie czekasz na 

zaproszenie kobiety. Powinieneś okazać nieco więcej powściągliwości, sir. A może 

potrzebujesz zachęty, tylko nie mogłeś się jej doczekać?

-Możliwe - powiedział. - Możliwe, że tak, ale ja się nie dzielę z innymi, panno Stanton 

- Greville. Kiedy biorę kobietę, jestem jedynym mężczyzną, który się w nią zagłębia. 

Nie będziesz mnie porównywała z innymi, przynajmniej nie od razu.

-   Ach,  tak   -   powiedziała   tym   swoim   przeklętym   głosem.   Mówiła   teraz   drwiąco   i 

uwodzicielsko. Nigdy dotąd nie słyszał podobnego głosu. - Na razie możesz mnie podziwiać, 

sir - powiedziała.

Ryder wpatrywał się w nią, kiedy powoli, z nieskończonym  wdziękiem, naciągała 

suknię na ramiona.  Gdy suknia znalazła się już na miejscu, Sophie wyglądała, jakby nie 

zaszło nic niezwykłego. - Nie, panie Sherbrooke - powiedziała - jest pan zbyt szybki. Nie 

podobają mi się pańskie wybryki. Pan żąda, nie prosi. Z drugiej strony, pańska arogancja 

podoba mi się. Jest odświeżająca. Będę o panu myślała, panie Sherbrooke. Zdecydowałam, że 

wybiorę się z panem jutro rano na przejażdżkę konną. Spotkamy się tutaj o ósmej. I niech się 

pan nie spóźni. Nie lubię czekać na mężczyzn.

Miał ochotę odpowiedzieć, żeby zabrała do piekła swój strój do konnej jazdy, swego 

konia i rozkazy, ale nie powiedział tego. Przyglądał się jej ustom, czystym, pozbawionym tej 

przeklętej szminki. Naprawdę pięknym ustom. I nadal pozostawała tajemnicza. A Ryder nie 

umiał się oprzeć tajemnicom.

Uśmiechnął się i wyciągnął  rękę. Lekko pogładził  policzek  Sophii. - A teraz mój 

rozkaz. Nie maluj się. Nie lubię tego. Muszę cię już zostawić, panno Stanton - Greville.

Odszedł   nie   oglądając   się.   Pogwizdywał.   Sophie   patrzyła   na   niego   nieporuszona, 

dopóki nie zniknął w ciemności. Jej serce biło jak oszalałe i kręciło jej się w głowie. Przerażał 

ją. Nie skłamała, nigdy dotąd nie spotkała podobnego mężczyzny. Osunęła się na ławkę i 

ukryła twarz w dłoniach. Co teraz pocznie?

background image

ROZDZIAŁ 3

Ryder spoglądał z uśmiechem na zegar z pozłacanego brązu w salonie Kimberly Hall. 

Była dokładnie ósma rano. Ona pewnie go teraz wygląda, oczekując, że lada chwila zajedzie 

od frontu Camille Hall, tak jak jaśnie pani sobie życzyła.

Ale się nie doczeka.

O  wpół  do dziewiątej   Ryder   wstał,  przeciągnął   się  i przeszedł   do małego  pokoju 

śniadaniowego z widokiem na boczny ogród. Emil i jego ojciec już tam byli. Usługiwało im 

dwoje czarnych  niewolników, w tym  gospodyni  Samuela,  Mary,  która radośnie wskazała 

Ryderowi jego miejsce.

Ryder   poprosił   o   świeże   owoce   i   chleb,   które   podał   mu   wysoki   czarnoskóry 

mężczyzna, James. Tak jak wszyscy czarni mężczyźni, kobiety i dzieci na Jamajce, chodził 

boso. Ryder wciąż nie mógł się do tego przyzwyczaić.

Popijał mocną czarną kawę, która tu, na Jamajce, miała doskonały smak. Nie odzywał 

się. Rozmyślał o Sophii Stanton - Greville i próbował sobie wyobrazić, jaką ma teraz minę. 

Musiała już zrozumieć, że Ryder nie przyjedzie. Uśmiechnął się i odgryzł kęs chleba.

- Słyszałem, jak zeszłego wieczoru mówiono, że ma pan dziś jeździć konno z panną 

Stanton - Greville.

Ryder nie spojrzał na Samuela Graysona. Bał się, że jeżeli to uczyni, wyszczerzy zęby 

jak grzesznik, bo w tonie Graysona brzmiała zazdrość. Ilu mężczyzn straciło głowy dla tej 

przeklętej dziewczyny? I skąd wszyscy wiedzieli o planowanej konnej przejażdżce? A raczej 

skąd wiedzieli, że panna Stanton - Greville tak zarządziła.

- Osoba, która rozpowszechniała takie pogłoski, myliła się. Jestem przecież tutaj i 

spokojnie spożywam śniadanie. James, powiedz Córze, że chleb jest bardzo smaczny.

- Powiedział mi o tym wuj panny Sophii. Zapytał mnie, czy można panu ufać - ciągnął 

Samuel.   -   Bardzo   kocha   swoją   siostrzenicę   i   obawia   się,   by   jakiś   mężczyzna   jej   nie 

wykorzystał.

Emil zakrztusił się kawą.

Ryder pochylił się i uderzył go w plecy. - Już ci lepiej?

-Nie zniosę tego, Emilu - powiedział ostro jego ojciec. - Nie masz prawa źle o niej 

mówić, rozumiesz? Nie będziesz się zachowywał jak złośliwy, pożądliwy młokos.

-Nic nie powiedziałem. Zakrztusiłem się tylko.

-Niech cię diabli! Nie będę tolerował twojego przeklętego zuchwalstwa.

-Samuelu - przerwał mu Ryder. - Co do cnoty panny Stanton - Greville zdania są 

background image

podzielone. Z pewnością o tym wiesz.

-To nie ma znaczenia - odparł Grayson. - Ja znam prawdę.

-W   takim   razie   porozmawiajmy   o   czymś   innym.   Demoniczne   przedstawienie   nie 

powtórzyło   się   więcej.  Jestem   zawiedziony   i   zastanawiam   się,   dlaczego   po   moim 

przyjeździe tak nagle je przerwano.

-To prawda - powiedział powoli Emil. - Zanim ojciec przywiózł cię tutaj, spędziłeś 

kilka   godzin   nad   zatoką,   więc   w   ciągu   doby   wszyscy   dowiedzieli   się   o   twoim 

przybyciu.

-Co oznacza - ciągnął z namysłem Ryder - że jeśli te przedstawienia z powodu mego 

przyjazdu miały być zaniechane, osoba za nie odpowiedzialna nie dowiedziała się o 

moim przybyciu na czas.

-Tak - potwierdził Emil.

-Nadal nie jestem przekonany, że to jest dzieło człowieka - powiedział Grayson. - 

Może wcale nie widziałeś człowieka w białym przebraniu, ale demona wudu, który się 

po raz kolejny objawił.

-To był człowiek z krwi i kości - odparł stanowczo Ryder. - Strzała, która utkwiła w 

moim ramieniu, również została wystrzelona przez najzwyklejszego człowieka. Stąd 

wynika, że w Kimberly mieliśmy tamtej nocy co najmniej dwóch łajdaków. Czy w 

okolicy mieszka jakiś dobry łucznik?

-Dobry Boże! - wykrzyknął Emil. - Że też o tym nie pomyślałem! Tak, ojcze. Trzeba 

się nad tym zastanowić.

Na   chwilę   zapadła   cisza.   Ryder   jadł   świeże,   schłodzone   owoce   i   kruchy   chleb. 

Pomyślał o czekającej na niego Sophii Stanton - Greville. Myśli były równie smakowite jak 

chleb.

-   Tak   -   powiedział   wreszcie   Samuel.   -   Znam   mężczyznę,   który   jest   doskonałym 

strzelcem.

- Kto to? - zapytali chórem Emil i Ryder.

Samuel machnął ręką.

- Nie, nie. To nie  ma  sensu. Myślałem  o Eli Thomasie,  nadzorcy Burgessa. Jego 

biegłość jest znana, ale to naprawdę nie ma sensu. Dlaczego miałby przyjść do Kimberly i 

strzelać do Rydera? Łucznictwo uprawia również David Lochridge oraz pan Jenkins, handlarz 

z Montego Bay. Bez wątpienia są jeszcze inni i z pewnością jest ich zbyt wielu, by wyciągać 

jakieś sensowne wnioski.

Ryder uśmiechnął się. Kolejny fragment zagadki wyjaśniony. Jeszcze jedno ogniwo 

background image

związane z tą małą kokotą z Camille Hall, która kusiła go i właściwie nie miała nic przeciwko 

temu, żeby się z nim kochać w ogrodzie, tuż obok sali balowej z setką gości.

-   Ponieważ   mężczyźni,   którzy   złożyli   nam   nocną   wizytę,   nie   wiedzieli   o   moim 

przybyciu   –   powiedział   Ryder,   bawiąc   się   plasterkiem   pomarańczy   -   krąg   podejrzanych 

znacznie się zawęża, bo pierwszego popołudnia po przyjeździe spotkałem w Złotym Dublome 

wielu dżentelmenów.

Emil wyciągnął kawałek papieru i pióro. Zapisał nazwiska wszystkich, których Ryder 

zapamiętał.

-A więc odpadają obydwaj jej kochankowie. Możemy wykreślić Olivera Sussona.

-Tak - powiedział Emil, a jego ojciec odrzucił serwetkę i wielkimi krokami wypadł z 

pokoju.

-Dlaczego upiera się, by być ślepym na to, kim jest ta dziewczyna? - zapytał Ryder 

marszcząc czoło.

-Upatrzył   ją   na   moją   żonę   -   odparł   Emil,   przyglądając   się   obrazowi 

przedstawiającemu pole trzciny cukrowej. - I nie chce z tego zrezygnować. Myślę, że 

go omotała. Podoba mu się jej złośliwość. Mary, jego gospodyni, także jest nieco 

złośliwa, i to na niego działa. Mówię ci, Ryderze, broniłby Sophii, nawet jeśliby go 

uczyniła jednym ze swoich kochanków. Nie bierz sobie jego gniewu do serca. On chce 

jak najlepiej.

Ryder skinął głową i zabrał się do jedzenia.

-Miałeś z nią jeździć, prawda? - zapytał po chwili Emil.

-Tak - odparł Ryder z szerokim uśmiechem. - Ale nigdy nie pozwolę, żeby kobieta mi 

rozkazywała. Powiem jej, czego chcę i kiedy będę miał na to ochotę. Ja ją poproszę, a 

nie ona mi rozkaże.

-To interesujące.

- Mam nadzieję - powiedział Ryder i dopił kawę.

- Która godzina, Emilu?

-Dochodzi wpół do dziesiątej.

-Chyba pojeżdżę konno.

-Owocnych łowów - powiedział Emil z krzywym uśmieszkiem.

-Mam nadzieję.

*

-Gdzie on jest?

-Nie wiem - odparła Sophie, zwracając się twarzą do wuja. - Zrozumiałam, że będzie 

background image

tu o ósmej. Nie mówił, że nie przyjedzie.

-Rozgniewałaś go! - Podniósł zaciśniętą pięść, ale jedna z niewolnic weszła właśnie na 

werandę. Opuścił rękę.

-Nie posłuchał cię - powiedział ściszonym głosem. - Nie udało ci się, Sophio. Nie 

jestem z ciebie zadowolony. Czy ja wszystko muszę robić? Nie, nie odpowiadaj. Teraz 

będę   o   wszystkim   decydował   sam.   Zmarnowałaś   okazję   i   zastanawiam   się,   czy 

zrobiłaś to celowo.

Zaczął się przechadzać po werandzie. Sophie przyglądała mu się bez zainteresowania i 

milczała.  Modliła  się, by Ryder Sherbrooke miał  dosyć  rozsądku i trzymał  się z dala od 

Camille Hall i od niej.

Burgess   przestał   przemierzać   werandę   i  podszedł   do   Sophie.   Usiadł   obok   niej   na 

wyplatanym krześle.

-Ostatniej nocy wzięłaś do chaty lorda Davida? Skinęła głową.

-Wszystko poszło dobrze?

-Tak. Ale był zazdrosny o Rydera Sherbrooke'a. Ma słaby charakter. Jest dziecinny i 

zajęty sobą. Kiedy się upije, radzę z nim sobie bez trudu, ale ostatniej nocy jego 

zazdrość... zresztą, nieważne. W końcu wszystko dobrze poszło.

-Zawarłaś z nim umowę?

-Tak.

-Grammond wyjeżdża w przyszłym tygodniu?

-Tak.

-Możesz teraz zerwać z lordem Davidem. Nie jest nam już potrzebny.

-To   nie   będzie   łatwe   -   odparła   Sophie.   -   Jest   młody  i   arogancki   i   wierzy,   że   go 

potrzebuję. Nie pogodzi się z myślą, że już go nie chcę.

-Musisz coś wymyślić - Theo Burgess wstał i wszedł do domu, pozostawiając ją samą 

z kłębowiskiem myśli.

Po dziesięciu minutach nadjechał Ryder Sherbrooke. Sophie miała ochotę krzyknąć, 

żeby zawrócił.   Przeklinała  jego męski  upór.  Znała  mężczyzn   i wiedziała,   co Ryder  robi. 

Dawał jej nauczkę, pokazywał, że nie będzie posłuszny rozkazom kobiety. Karał ją i poniżał. 

Dobrze, niech próbuje. Gdyby tylko wiedział, że jej życzeniem było nie oglądać go nigdy 

więcej. Że oddałaby wszystko, aby pierwszym statkiem wrócił do Anglii. Nie poruszyła się, 

spokojnie patrzyła jak nadjeżdża, zsiada z konia i przywiązuje ogiera do słupka jakieś trzy 

metry od niej.

Podszedł bliżej, oparł się nonszalancko o balustradę werandy i powiedział pogodnie; - 

background image

Dzień dobry.

Zmarszczył   czoło,   bo   znowu   była   okropnie   umalowana.   W   porannym   słońcu 

wyglądało to krzykliwie i tandetnie.

- Powiedziałem ci, żebyś umyła twarz. Wyglądasz niedorzecznie. Możesz być kokotą, 

ale nie ma powodu, by się z tym obnosić.

Sophie powoli wstała. Przez dłuższą chwilę przyglądała mu się w milczeniu.

- Jesteś tu, żeby zabrać mnie na przejażdżkę - spytała wreszcie tym swoim kpiącym 

głosem - czy żeby mi dyktować warunki poddania się?

-Poddanie - powtórzył. - To brzmi czarująco, zwłaszcza gdy chodzi o ciebie, miła 

panno. Najpierw umyj twarz. Potem zabiorę cię na przejażdżkę.

-Spóźniłeś się o prawie dwie godziny, sir!

-Doprawdy? Ależ jestem opieszały. No cóż, dwie godziny temu nie miałem ochoty na 

konną jazdę. A teraz mam. Idź umyj twarz. Daję ci na to dziesięć minut.

-Nigdzie z tobą nie pojadę! Idź do diabła! Zabieraj się stąd! Wracaj do Anglii i bądź 

sobie gburem.

-Pan Sherbrooke! Jakże się cieszę, że pana widzę, sir. Siostrzenica wspomniała, że być 

może wpadnie pan, by ją zabrać na przejażdżkę. Pojedziesz, Sophio. Pan Sherbrooke z 

pewnością rad będzie z twego miłego towarzystwa, moja droga.

Ryder był zachwycony, że tak łatwo wpadła we własną pułapkę.

-Tylko się odświeżę, wuju.

-Doskonale. Pan Sherbrooke i ja utniemy sobie krótką pogawędkę. Ach, jaka to słodka 

dziewczyna. Proszę siadać, panie Sherbrooke. Napije się pan ponczu z rumem?

-O tej porze? Nie, dziękuję, panie Burgess.

-Proszę mi mówić Theo. Nie jestem aż taki stary.

-W takim razie proszę mi mówić Ryder.

-Jesteś bratem hrabiego Northcliffe?

-Przyjechałby tu osobiście, ale właśnie się ożenił.

-Ach! A ty chcesz pozostać na Jamajce?

-Tylko   dopóki   się   nie   uporam   z   duchami,   które   od   czterech   miesięcy   nawiedzają 

Kimberly Hall.

-Grayson   opowiadał   mi   o   tym.   Ogólnie   wiadomo,   że   na   Jamajce   odbywają   się 

diabelskie obrzędy, a kapłani i kapłanki wudu są zdolni do wszystkiego.

' - Ostatnio duchy przestały się pojawiać.

- Doprawdy? Odczuwam wielką ulgę. Ale ciekawe dlaczego?

background image

- Ja także. - Ryder miał ochotę wypytać go o nadzorcę i jego umiejętności łucznicze, 

ale uznał, że pora jeszcze nie nadeszła. Wolał zostawić to w zanadrzu. Odchylił się na oparcie 

fotela i uśmiechnął do Burgessa.

Na polecenie Burgessa niewolnik podał lemoniadę. Była przepyszna. Ryder zauważył, 

że   panna   Stanton   -   Greville   potrzebuje   znacznie   więcej   czasu   niż   dziesięć   minut.   Wypił 

lemoniadę i odstawił szklankę na wypolerowany mahoniowy stolik. Wstał i wyciągnął rękę 

do Theo Burgessa.

-   Obawiam   się,   że   jest   zbyt   późno,   Theo.   Twoja   siostrzenica   ma   najwyraźniej 

ważniejsze sprawy niż przejażdżka konna w moim towarzystwie. .Do widzenia.

I odszedł nonszalanckim krokiem, pogwizdując pod nosem.

Theo Burgess spojrzał na niego, a potem wrzasnął: - Sophia!

Ryder nie zatrzymał się. Szedł w kierunku swego konia. Usłyszał na górze jakiś hałas 

i spojrzał zaciekawiony. Stała na balkonie, dobre cztery metry nad nim, a w ręku trzymała 

miednicę.   Odskoczył,   ale   nie   dość   szybko.   Spora   część   wody   spłynęła   szerokim   łukiem 

wprost na jego głowę.

Był pewien, że usłyszał jej śmiech. Ale zaraz potem Sophie wykrzyknęła: - O Boże! 

Co ja zrobiłam! Och, panie Sherbrooke, jak mogłam być aż tak nieostrożna? Och, naprawdę 

powinnam była  się rozejrzeć. Proszę mi  wybaczyć,  sir. Proszę wejść na górę, dam panu 

ręcznik. O Boże, Boże.

- Dziękuję, panno Stanton - Greville! - zawołał.

- Dobrze mi zrobi trochę wody dla ochłody.

- Natychmiast schodzę z ręcznikiem, sir – rzekła tonem fałszywej słodyczy. - I proszę 

mi mówić Sophie.

Odwrócił się ku werandzie i spostrzegł coś zupełna' nieoczekiwanego. Twarz Theo 

Burgessa   wyrażała   obrzydliwą   podłość,   a   w   jego   jasnobrązowych   oczach   czaiło   się   coś 

przerażającego. Jednak zaraz to wszystko zniknęło, a Burgess pomachał do Rydera ręką i 

szybko podszedł, wykrzykując: - Proszę usiąść, panie Sherbrooke! Ach, cóż za niezdara z tej 

mojej siostrzenicy! Ale z pewnością postara się to naprawić.

- Nie wątpię, że się postara.

Bezczelne babsko!

Sophie   zmyła   tylko   najbardziej   wulgarną   część   makijażu.   A   twarz   Rydera 

Sherbrooke'a lśniła czystością i kroplami wody. Sophie uśmiechnęła się do niego triumfalnie, 

mimo  że jej słowa brzmiały przepraszająco i miały go udobruchać. Plotła niewiarygodne 

bzdury. Uwijała się wokół niego, proponując lemoniadę, cztery ręczniki, a może nawet pięć, 

background image

skoro jest bardzo zmoczony, proponowała, że rozczesze mu włosy.

- Nie, dziękuję - rzekł w końcu Ryder. - Czuję się wystarczająco suchy. Dość tego. 

Mam nadzieję, że woda, którą na mnie wylałaś, nie była brudna.

Zamrugała gwałtownie. Jej twarz pobladła, a zaraz potem spłonęła rumieńcem. Zaraz 

jednak przybrała wyraz fałszywego smutku.

- Ach, Boże, mam nadzieję, że tak, ale sam wiesz... Dorsey z pewnością opróżniła i 

umyła wiadro, ale czasami bywa leniwa i zaniedbuje swoje obowiązki. Proszę zaczekać, sir. 

Zaraz ją zapytam. – Ale zaraz potem zmieniła taktykę. - Tylko że jeśli Dorsey nie umyła 

wiadra, nigdy się do tego nie przyzna.

A więc nigdy się nie dowiemy. O Boże! - Zerwała się z fotela i przybliżyła do Rydera, 

węsząc głośno i marszcząc nos.

Odegrała naprawdę niezłe przedstawienie. Ryder wstał.

-   Powąchaj   jeszcze   raz,   Sophio.   Czujesz   coś   niestosownego?   Nie?   To   doskonale. 

Widzę, że twoja twarz jest nieco mniej wytapetowana niż poprzednio.

Wciąż jesteś za mocno umalowana, ale nie do tego stopnia, żebym cię musiał odesłać 

do pokoju. A zresztą już i tak nie masz wody. Może mam teraz na głowie trochę twojego 

pudru? Wsiadajmy na konie, zanim zrobi się zbyt gorąco.

Stajenny przyprowadził piękną gniadą klacz z dwiema białymi  skarpetkami. Klacz 

szturchnęła Sophie w ramię.

- Ty niedobra dziewczyno! - roześmiała się Sophie i poklepała klacz po nozdrzach. - 

Jesteś gotowa do galopu?

Ryder zmarszczył czoło. Zupełnie inny głos i czarujący śmiech.

Nie pomógł jej dosiąść konia. Sophie oczekiwała jego pomocy, ale Ryder po prostu 

wsiadł na swego ogiera i czekał, nawet na nią nie patrząc.

Sophie wsiadła przy pomocy chłopca  stajennego. Spojrzała  na Rydera  z wyrazem 

twarzy, jaki przybierała jego siostra Sinjun, kiedy udawało jej się wygrać z nim w szachy.

-Dokąd chce pan pojechać, panie Sherbrooke?

-Skoro ja zwracam się do ciebie po imieniu, ty powinnaś nazywać mnie Ryder.

-A więc dobrze. Dokąd chciałbyś pojechać, Ryderze?

-W stronę plaży, do tej małej, przytulnej chatki, o której tyle słyszałem.

Ryder mógłby przysiąc, że doznała szoku. Ale odparła lodowatym tonem: - Raczej 

nie.

Uśmiechnęła   się   do   niego   uwodzicielsko   i   potrząsnęła   głową.   Miała   na   sobie 

bladoniebieski strój do konnej jazdy, kapelusz także niebieski, ale ciemniejszy. Piękne pióro 

background image

wdzięcznie okalało jej twarz. Ten jej ruch głowy był bardzo kobiecy i efektowny.

-Zresztą myślę, że chata może być zajęta. Mój wuj wynajmuje ją. Nigdy nie wiadomo, 

kogo się zastanie w środku.

-Ach, twój wuj.

Sophie przycisnęła pięty do boków klaczy i ruszyła cwałem. Jechali długą i szeroką 

aleją prowadzącą do Camille Hall.

Bezczelna. Była kompletnie pozbawiona wstydu.

Ryder jechał za nią, zadowolony, że Sophie prowadzi. Zjechali na polną drogę i po 

niecałym   kilometrze   Sophie   skręciła   w   bok,   nad   morze.   Gdy   przecięli   wąski   pas   drzew 

mango, Ryder wstrzymał oddech. Nigdy w życiu nie widział nic równie pięknego.

Plaża ciągnęła się na wschód i znikała za zakrętem. Piasek był czysty i oślepiająco 

biały. Woda miała turkusowy odcień. Drzewa mango ustępowały palmom kokosowym, które 

opasywały plażę. Trwał odpływ i mokry piasek zachwycał rozmaitymi barwami i odcieniami.

-Niewiarygodne - powiedział Ryder spontanicznie. - Nigdy w życiu nie widziałem nic 

równie pięknego.

-Wiem. To moje ulubione miejsce. Często tu pływam.

-Chcesz teraz popływać?

-Zwykle pływam w sarongu. Teraz go nie mam.

-Nie szkodzi. Chciałbym cię zobaczyć nagą. Już wiem, że masz niezłe piersi. Żaden 

znany   mi   mężczyzna   nie   skrytykowałby   ich   kształtu,   ciężaru   ani   gładkości.   Ale 

pozostają   jeszcze   biodra,   brzuch   i   damskie   wyposażenie.   Myślę,   że   mężczyzna 

powinien obejrzeć to, w czym ma się zamiar zagłębić.

Odwróciła głowę, ale tylko na chwilę.

-Uważasz, że kobiecie należy się to samo, sir?

-Mów mi Ryder, ponieważ najwyraźniej bardzo się zbliżymy. Oczywiście, czemu nie. 

Kobiecie   należy   się   takie   samo   prawo.   Chcesz   mnie   zobaczyć   nagiego,   Sophio? 

Teraz?

Wydawało   mu   się,   że   ją   pokonał.   Ale   już   po   chwili   wiedział,   że   się   pomylił. 

Obdarzyła go płomiennym uśmiechem. Oblizała dolną wargę i pochyliła się ku niemu.

- Oczywiście. Myślę, Ryderze, że to będzie miłe.

Może zechcesz mi pozować. Siądę tutaj, pod palmą kokosową i powiem ci, jak masz 

się   usadowić,   żebym   cię   widziała   we   właściwej   perspektywie.   Napięte   męskie   pośladki 

bywają czasami zachwycające.

Dobry Boże, pomyślał, a jego oczom ukazał się widok, który tak obrazowo opisała. 

background image

Zarumienił się. Prawdę powiedziawszy był czerwony jak burak.

Sophie   zauważyła   jego   rumieniec   z   nieukrywaną   satysfakcją.   -   Doprawdy,   panie 

Sherbrooke, lepiej nie zarzucać przynęty, dopóki nie wiadomo, co można złapać na haczyk.

Udało   jej   się.   Wygrała,   choć   nie   było   to   wcale   łatwe.   Była   tak   bezwstydna,   że 

przyprawiła go o rumieniec. Musiała się zorientować, że jest pierwszą kobietą, której się to 

udało,   bo   ten   niebieskooki   Anglik   sprawiał   wrażenie   bardzo   doświadczonego. 

Doświadczonego   i   cynicznego,   a   także   bardzo   pewnego   siebie.   Ale   Sophie   doskonale 

wiedziała,   co   mówi,   bo   za   pierwszym   razem,   kiedy   zabrała   do   chaty   lorda   Davida 

Lochridge'a, był prawie zupełnie pijany. Zdjął ubranie, aby pokazać, że jego ciało jest silne i 

umięśnione, znacznie ładniejsze od ciała starego Olivera Sussona. Był przekonany, że kiedy 

je zobaczy, odrzuci innych mężczyzn. Przybierał rozmaite pozy, napinając pośladki, stąd wie-

działa, co mówi Ryderowi Sherbrooke.

Ryder był wściekły na siebie. Był tak zły, że miał ochotę wyć. Chciał zsiąść z konia i 

sam wymierzyć sobie kopniaka. Ale nie uczynił tego. Nie mógł pozwolić, by miała nad nim 

przewagę. A miała ją. I on musiał ją tej przewagi pozbawić. Nie mógł znieść, że kobieta, 

przeklęta nierządnica, mogła go tak prześcignąć.

-   Zrobię   to   z   przyjemnością,   Sophio   –   powiedział   wreszcie.   -   Nigdy   dotąd   nie 

złowiłem rekina ani piranii. Może teraz mam na haczyku anioła morskiego, a wiadomo, że są 

one bardzo smaczne.

Uśmiechnął się do niej znacząco, ale panna Stanton - Greville nie raczyła na niego 

spojrzeć. Uniosła brew i Ryder był pewien, że nie zrozumiała jego aluzji. Nie, niemożliwe, 

tylko się z nim drażni, tym razem udając niewiniątko.

Wybuchnęła śmiechem.

-Może powinnam ci pokazać kura diabła. Są piękne, ale niebezpieczne. Mogą ukłuć, 

kiedy się tego najmniej spodziewasz. Jest także dekasoryb, czyli trąbiąca ryba, która 

jest tak hałaśliwa, że inne jej unikają.

-Tu mnie zakasowałaś - przyznał Ryder. - Możesz tak ciągnąć w nieskończoność, 

podczas gdy mój zasób wiedzy na temat fauny morskiej jest dość ograniczony.

-A więc lepiej wiedzieć, co się może złapać na haczyk...

-Tak. Wiem. Chociaż niektóre ryby mają takie maleńkie pyszczki i jeszcze mniejsze 

móżdżki. Zastanawiam się, jakie mają ciała. I jaki smak. Prawdopodobnie kwaśny. A 

może są trujące. Z pewnością nie są słodkie i soczyste.

-Twoje myśli wybiegają zbyt daleko naprzód. Pogalopujmy teraz wzdłuż brzegu. W 

skarpie, przy widocznym stąd zakręcie, są bardzo interesujące pieczary.

background image

Ryder pojechał jej śladem, wystawiając twarz na powiew od morza. Był zły na siebie. 

Nie na nią. Ona po prostu taka jest. Ale właściwie nie wiedział jaka.

Sophie   zatrzymała   konia,   zsiadła   i   rozprostowała   spódnice.   Poprowadziła   Rydera 

wąską ścieżką wśród skał i kamieni. Wzdłuż ścieżki rosły poskręcane krzewy .Wreszcie, gdy 

obydwoje mieli już dość upału, Sophie zatrzymała się i wskazała wąską szczelinę w zboczu 

naprzeciw. Ryder zajrzał do pieczary.

-Prawdziwa jaskinia. Byłaś w środku?

-Tak. Jest głęboka i nie znalazłam wyjścia po przeciwnej stronie.

-Masz tu zapasy?

-Na przykład jakie?

-Och, koce albo prześcieradła. Butelkę rumu,  a może  nawet dwie. Szampana,  aby 

uczcić spełnienie.

-Rozumiem. Chodzi ci o to, czy bywam tu z innymi mężczyznami. - Wyglądała na 

zamyśloną, nic poza tym. - Nie, dotychczas nie. Ale to dobry pomysł. Już ci mówiłam, 

że w chatce ktoś może być nawet teraz. Dobrze byłoby mieć jeszcze jedno miejsce, 

prawda?

-Myślę,   że   mężczyznę   mogłaby   ogarnąć   czarna   rozpacz.   Nagi   jak   go   Pan   Bóg 

stworzył,   w   ciemnej,   wilgotnej   jaskini.   Choćby   nawet   jego   towarzyszka   re-

prezentowała nadzwyczajne umiejętności.

-Uważam, że jest wręcz przeciwnie. Uważam, że wszyscy mężczyźni są do siebie 

bardzo podobni. Kiedy coś ich zajmie, zatracają się całkowicie.

Ryder   przypomniał   sobie   nagle,   jak   opowiadał   bratu,   że   będąc   kiedyś   z   kobietą, 

zapomniał jak się nazywa, pamiętał tylko ogromną przyjemność. Zarumienił się jeszcze raz. 

Miał nadzieję, że Sophie tego nie zauważyła. Niech ją licho.

-Zadowalanie wielu mężczyzn, gdy wszyscy wiedzą o sobie nawzajem, wydaje się 

potwierdzać twoją teorię.

-Uskarża się pan, panie Sherbrooke?

-Nie. Takie są fakty. Mężczyzna jest głupcem, jeżeli nie liczy się z faktami. Na imię 

mi Ryder. Nie chciałbym, żebyś krzyczała „panie Sherbrooke!”, podczas pierwszego 

orgazmu, jakiego ze mną doznasz. Poczułbym się bardzo nieswojo.

Nie   wyglądała   na   ani   trochę   zakłopotaną.   Wyglądała   na   rozzłoszczoną.   Ryder 

uśmiechnął się.

- Wracamy do naszych koni? A propos, czy konie mogą się spiec na słońcu?

Sophie roześmiała się.

background image

Było późne popołudnie. Sophie siedziała w swojej sypialni. Miała na sobie tylko lekką 

bieliznę, bo panował wielki upał. Siedziała spokojnie w wyplatanym fotelu przed otwartym 

balkonem wychodzącym na morze. Czuła się zdruzgotana.

Nie   udało   jej   się   zapanować   nad   Ryderem   Sherbrooke'em.   Był   zupełnie   inny   niż 

wszyscy dotychczas poznani mężczyźni, których uwodziła i którymi manipulowała. Prawda, 

że go zaskoczyła, ale tylko dlatego, że dotychczas nie spotkał kobiety, która wyrażałaby się 

równie bezwstydnie. Jednak szybko zaczął się do tego przyzwyczajać.

Co ma teraz robić?

Wiedziała, że wuj wszedł do pokoju, mimo że nie usłyszała, jak otwierał drzwi.

- Opowiedz mi, co zaszło?

Nie odwróciła się.

- Jeździliśmy konno - powiedziała obojętnie.

- Pokazałam mu Plażę Penelopy i jedną z pieczar. To mężczyzna, wuju, ale całkiem 

niepodobny   do   innych.   Nie   usiłował   mnie   pocałować,   ale   mówił   otwarcie   o   sprawach 

związanych z seksem.

- Uwiedziesz go. Może jutro w nocy.

Teraz się obejrzała. Wuj siedział na jej łóżku, oparty plecami o wezgłowie. Z twarzą 

przesłoniętą moskitierą przez chwilę, jedną krótką chwilę, sprawiał wrażenie dobrego, miłego 

i łagodnego - takiego, jakim się pokazywał obcym.

- Nie rozumiesz mnie. On robi to, na co ma ochotę.

To on mi powie, kiedy zechce pójść ze mną do łóżka.

Mogłabym   spacerować   przed   nim   nago,   a   on   tylko   by   się   uśmiechał,   może 

powiedziałby coś bezwstydnego i odszedł, o ile nie byłby pewien, że całkowicie nade mną 

panuje. Moja reakcja nic by go nie obchodziła.

Theo Burgess zmarszczył czoło. Miała rację. Rozmawiał z Ryderem dość długo, by 

rozumieć, co Sophie miała na myśli.

- W porządku - powiedział wstając. - W takim razie zwabimy go do chaty innym 

sposobem.

Milczała.  Nagle  poczuła  się  zmęczona   i  zmarznięta.  -  Mówił  coś   o swojej  ranie? 

Potrząsnęła głową.

- Nie jest głupcem. Prawdopodobnie rozpytywał wokoło, kto dobrze strzela z łuku. 

Igra sobie, ale tylko ja i ty znamy reguły.

Sophie nienawidziła tych reguł. To były jego reguły, nie jej.

Tego wieczoru miała powiedzieć lordowi Davidowi Lochridge, że nie chce więcej 

background image

mieć z nim nic wspólnego. Nie miała pojęcia, jak ma to uczynić, bo David był młody i 

zadowolony z siebie, i Sophie wiedziała, że nie będzie sobie umiał wyobrazić, iż ktoś może 

go nie pragnąć, mimo że jest taki wspaniały.

Theo Burgess wpadł na pomysł, jak ma to zrobić. Po raz pierwszy od długiego czasu 

Sophie roześmiała się.

*

Było   bardzo   późno.   Sophie   przyszła   do   chaty.   Koń   Davida   stał   przywiązany   do 

drzewa. Kiedy weszła do środka, David uniósł szklankę z rumowym ponczem. Nie wyglądał 

na pijanego, a to ułatwiłoby jej sprawę.

Zerwał się, żeby ją uściskać. Odsunęła się od niego tanecznym krokiem i ze śmiechem 

zasłoniła rękami.

-Nie, Davidzie. Najpierw musimy porozmawiać.

-Porozmawiać? - powtórzył nie rozumiejąc.

- Stałaś się bardzo dziwna. Dlaczego mamy rozmawiać?

- Mam ci coś do powiedzenia. Musisz poznać prawdę, ponieważ bardzo mi na tobie 

zależy. Nie chcę ci sprawić przykrości i nie chcę, żebyś się złościł, tak jak inni, którym to 

powiedziałam.

Lord David wypił resztę ponczu.

- A więc to jest ta rozmowa. Bardzo ciekawe. Co masz na myśli, Sophie?

-Mam syfilis. Pobladł.

-Nie!

-Tak - powiedziała cichym, zasmuconym głosem.

- Syfilis. Nie ma co do tego wątpliwości.

- Do kaduka! Nie zaraziłaś się ode mnie!

-Och, z całą pewnością. Gdybym się zaraziła od ciebie, nie musiałabym cię ostrzegać, 

prawda?

-O Boże! - jęknął. - A jeśli mnie zaraziłaś?

-Nie sądzę, by tak się stało. Nic ci nie grozi. Ale obawiam się, że byłoby nierozsądne, 

abyśmy nadal pozostawali kochankami.

Potoczył   dzikim   wzrokiem   po   małej   chatce,   w   której   w   ciągu   ostatnich   dwóch 

miesięcy  spędził  co najmniej  dziesięć  nocy.  Spojrzał  na Sophie i pomyślał  o wszystkich 

dziwnych snach i fantazjach, które miewał, gdy był dość trzeźwy, aby je zapamiętać. Ale 

teraz te fantazje nie miały znaczenia. Jezu! Syfilis!

-Pójdę już, Sophie. Przykro mi. Do widzenia.

background image

-Do widzenia, Davidzie. Nie martw się. Nic ci nie będzie.

Patrzyła, jak wciska na głowę kapelusz. Wybiegł w pośpiechu z chaty i pogalopował 

przed siebie, jakby go gonił sam zielony wąż. Wuj Theo nie pomyli! się.

Zastanawiała się, czy wuj nie pomylił się także co do jego późniejszej reakcji.

- Nie powie nikomu ani słowa - powiedział. – Nie musimy się o to martwić. Nie 

zechce   się   narazić   na   śmieszność.   A   kiedy   się   przekona,   że   nie   złapał   choroby,   będzie 

spoglądał na innych z uśmiechem wyższości i życzył im jak najgorzej. Taki ma charakter.

- Jest takim typem mężczyzny - powiedziała Sophie.

Zanim zasnęła, zastanawiała się, jak by zareagował Ryder, gdyby mu powiedziała, że 

jest chora na syfilis. Przyszło jej do głowy, że prawdopodobnie przyjrzałby się jej twarzy, a 

potem zechciałby osobiście zbadać całą resztę.

Był innym typem mężczyzny.

background image

ROZDZIAŁ 4

Następnego ranka, po powrocie z Montego Bay, Emil powiedział Ryderowi, że lord 

David Lochridge przestał być jednym z kochanków Sophii Stanton - Greville.

-Wielkie nieba! - zawołał Ryder. - Zadziwiające, trudno w to uwierzyć. Mówiłeś, że 

jeszcze dwie noce temu był z nią w chacie przy plaży.

-Nie przyszło ci do głowy, że oczyszcza pole dla ciebie? - zapytał z uśmiechem Emil.

Ryder zastanawiał się przez dłuższą chwilę. W końcu powiedział bardzo stanowczym 

tonem: - W pierwszej chwili można by tak pomyśleć. Jednak wciąż nie mogę uwierzyć, by 

zachowała   się   aż   tak   demonstracyjnie.   Jest   w   gruncie   rzeczy   subtelną   kobietą,   a   co 

ważniejsze, nie jest głupia. Można jej zarzucić wiele rzeczy, ale nie głupotę.

-Może jednak jesteś w błędzie, Ryderze. Może ona po prostu chce się z tobą przespać. 

Podziwia  cię  i pragnie.  Nie kieruje się  żadnymi  wyższymi  pobudkami.  Nie jesteś 

odstręczający, chyba zdajesz sobie z tego sprawę?

-Kiedy chodzi o pannę Stanton - Greville, nic nie jest proste. Szaleństwem byłoby 

sądzić, że wszystko zawdzięczam swemu niezwykłemu magnetyzmowi i męskiemu 

wdziękowi,   któremu   kobiety   nie   są   w   stanie   się   oprzeć.   Nie,   Emilu,   jeżeli   ona 

rzeczywiście chce mnie dołączyć do swoich zdobyczy, musi mieć jakiś istotny powód.

- Tak. Zastanawiam się tylko, dlaczego odepchnęła lorda Davida?

- Być może - odparł Ryder, głaszcząc się po brodzie - przestał jej już być potrzebny.

To mówiąc, przypomniał sobie, jak sam jej powiedział, że nie ma zamiaru być jednym 

z wielu odwiedzających jej łóżko. Że będzie jedynym. Pokręcił głową. Nie, to niemożliwe. A 

jednak bardzo interesujące.

-Co chcesz przez to powiedzieć?

-Chcę powiedzieć, że wszyscy zachowujemy się w określony sposób, jeśli mamy ku 

temu jakieś ważne powody. Jeżeli Sophia rozstała się z lordem Davidem, to widocznie 

miała   konkretne   podstawy.   Pamiętaj,   rozmawiamy   o   motywach.   Lord   David   jest 

młody,   przystojny,   doskonały   kandydat   na   kochanka.  Ale   Oliver   Susson?  Charles 

Grammond? Są w średnim wieku, otyli, przygarbieni... nie Emilu, ich wybór nie był 

przypadkowy.

-Lord David opowiada, oczywiście, że miał jej już dosyć. Ale nikt mu nie wierzy.

-I słusznie.

-Wstąpiłem po drodze na plantację Grammondów, aby się pożegnać z całą rodziną. 

Wyjeżdżają pod koniec tego tygodnia. Napiłem się rumu z Charlesem i dowiedziałem 

background image

się czegoś interesującego, ale dopiero wtedy, gdy salon opuściła jego władcza żona. 

Pogłoski, które słyszałem, okazały się prawdziwe. Oliver przegrał sporo pieniędzy w 

karty z lordem Davidem. Czy mój ojciec opowiedział ci o fenomenalnym szczęściu w 

kartach, jakie ma lord David?

-   Tak.   On   i   jeszcze   kilka   osób.   Ostrzegli   mnie   również,   abym   go   unikał.   To 

interesujące, Emilu. A więc skutek jest taki, że Charles musi opuścić Jamajkę, a przedtem 

sprzedać plantację, która dziwnym zbiegiem okoliczności położona jest obok Camille Hall. A 

pan   Theodore   Burgess   kupuje   tę   plantację,   ponieważ   jest   takim   dobrym,   współczującym 

człowiekiem. Ciekaw jestem, ile za nią płaci Grammondowi?

-Mogę się tego dowiedzieć - powiedział Emil. - Powinienem był go o to zapytać, ale 

nie   przyszło   mi   do   głowy.   A   zresztą   zaraz   potem   wróciła   jego   żona.   Ona   mnie 

przeraża.

-Nie szkodzi. Z każdym dniem rozwiązują się jakieś zagadki. Boże, ależ upał.

-A   jeszcze   nie   nadeszło   południe.   Chciałem   ci   zaproponować,   żebyśmy   razem 

obejrzeli destylarnię.

-Po moim trupie. Jest za gorąco. Zastanawiam się, jak znoszą to niewolnicy.

-Przywykli do upału. Zresztą przybyli tu z Afryki, krainy jeszcze mniej gościnnej niż 

Jamajka.

-A   jednak...   -   powiedział   Ryder   i   zamilkł,   wzruszywszy   ramionami,   bo   na   progu 

nieśmiało stanęła Coco.

Emil obejrzał się i zmarszczył brwi.

- O co chodzi, Coco?

Dziewczyna  przybliżyła  się i utkwiła wzrok w  bosych  stopach. - Ja... ja muszę  z 

panem pomówić. Przepraszam, to ważne.

Emil zwrócił się do Rydera: - Zazwyczaj nie odzywa się ani słowem, więc musi to być 

coś naprawdę ważnego. Przepraszam na chwilę.

Ryder   zastanawiał   się,   czego   chce   gospodyni   Emila.   A   potem   poczuł   wielką 

ociężałość. Zaczął marzyć o tym, by znaleźć się nago w zaspie śnieżnej na samym szczycie 

Ben Nevis i tarzać się w niej, tarzać, aż do zamarznięcia. Pomyślał z sentymentem o gęstej 

mgle, która przenika go chłodem aż do szpiku kości, podczas gdy on idzie ulicą Świętego 

Jakuba. Nawet londyńska paskudna i dokuczliwa mżawka, ściekająca za kołnierz, wydała mu 

się w tej chwili pociągająca.

Zastanawiał   się   dlaczego   Sophia   Stanton   -   Greville   odprawiła   lorda   Davida 

Lochridge'a.   Wydawało   mu   się,   że   rozumie,   dlaczego   najpierw   uczyniła   go   swoim 

background image

kochankiem. Rozmyślał o tym, w jaki sposób będzie mógł sprawdzić, czyjego domysły są 

zgodne   z   prawdą.   Ale   przede   wszystkim   zastanawiało   go,   dlaczego   został   wybrany   na 

następnego kochanka Sophii.

*

Theo Burgess był blady z wściekłości.

-Jesteś nieznośnie opieszała! - krzyknął, wpadając do jej sypialni. - Nie pokazuje się tu 

od dwóch dni!

-Wiem - powiedziała, zwracając się powoli w stronę wuja. - On prowadzi swoją grę.

-Gra czy nie gra, chcę, żebyś  pojechała  do Kimberly Hall i zrobiła,  co do ciebie 

należy. Chcę, żeby jak najprędzej znalazł się w chacie, Sophio.

Podszedł do niej, rozejrzał się naokoło i stwierdziwszy, że nikogo nie ma, uderzył 

dziewczynę. Zatoczyła się do tyłu i upadła. Nie ruszała się.

-Wstań. Nie jestem pewien, czy zdajesz sobie sprawę, jakie to dla mnie ważne.

-Zdaję sobie sprawę.

-Wstań, do diabła. Bo inaczej przyłożę twojemu bratu i przekonam się, czy lubi ból.

Sophie wstała. Tym razem była przygotowana na uderzenie, ale i tak cios wymierzony 

w żebra powalił ją na kolana. Nowe sińce, i to właśnie wtedy, gdy poprzednie zaczęły znikać. 

Zadrżała z bólu i wściekłości.

- Teraz mam pewność, że mnie zrozumiałaś.

Ubierz się i umaluj. Jesteś blada i masz niezdrową cerę. Lekkie klepnięcie, które ci 

wymierzyłem, może ci trochę zeszpecić twarz. Zamaluj ślady. A teraz się pośpiesz.

-Ryder Sherbrooke nie lubi, kiedy jestem umalowana.

-W takim razie zrób tak, żebyś mu się podobała. Nie leż na podłodze jak kulawy pies.

Półtorej godziny później, gdy trzej mężczyźni zasiadali do lunchu, James zaanonsował 

przybycie panny Sophii Stanton - Greville.

Emil  rzucił  Ryderowi  pytające  spojrzenie.  Ryder  zmarszczył  brwi.  Nie myślał,  że 

przyjedzie  tu  do  niego. To  nie  było  w  jej   stylu,  przynajmniej  on  się czegoś  takiego   nie 

spodziewał. Coś się musiało wydarzyć. Albo ktoś ją do tego zmusił.

Samuel Grayson uśmiechnął się z zadowoleniem i zatarł dłonie.

- Wprowadź ją, James.

Kiedy   weszła   do   jadalni   w   jasnożółtym   kostiumie   do   konnej   jazdy   i   leciutko 

podmalowana,  oczy Rydera  rozbłysły.  Wiedział,  że nie  mogła  całkowicie  zrezygnować z 

makijażu, bo to oznaczałoby całkowite podporządkowanie się jego życzeniom. Sophie mogła 

przegrać bitwę, ale nie wojnę.

background image

Była   wesoła   i   czarująca.   Sprytnie   i   z   niewiarygodną   odwagą   igrała   z   naiwnością 

Samuela   Graysona.   Posyłała   Ryderowi   powłóczyste   spojrzenia,   naprawdę   bardzo 

uwodzicielskie. Emila lekceważyła. Chętnie przyjęła zaproszenie Samuela i zgodziła się zjeść 

lunch w ich towarzystwie.

Ryder   siedział   i   z   zadowoleniem   podziwiał   jej   przedstawienie.   Nie   miał   zamiaru 

podejmować gry, dopóki nie znajdzie się z nią sam na sam. I naprawdę tego chciał.

Pod   koniec   posiłku   Sophie   wstała   i   uśmiechając   się   do   Rydera,   oznajmiła:   - 

Przybyłam tu, aby zaprosić pana Sherbrooke'a do zwiedzenia interesującej pieczary, którą 

właśnie odkrył jeden z naszych niewolników. Jest znacznie większa od tej, którą pokazałam 

mu na Plaży Penelopy i nie jest taka chłodna i wilgotna, ponieważ ma szersze wejście, dzięki 

czemu wpada do niej światło słoneczne.

- Będziesz czarującą przewodniczką, moja droga - powiedział Samuel Grayson głosem 

tak pełnym zachwytu, że Ryder poczuł mdłości. - Ryder zazwyczaj unika słońca o tej porze 

dnia. Nie przywykł jeszcze do tutejszych upałów.

- Może jednak pan Sherbrooke znajdzie w sobie dość siły ciała i ducha, by znieść upał, 

gdy nagrodą ma być zachwycająca jaskinia.

Ryder   od   razu   wyczuł,   że   Sophie   usiłuje   zarzucić   przynętę.   Chodziło   wszakże   o 

potwierdzenie jego męskości. Spodziewała się, że bez wahania połknie haczyk.

-Sam nie wiem - powiedział leniwie. - Może innym razem, panno Stanton - Greville. 

Jestem naprawdę bardzo zmęczony.

-Sophie - poprawiła go zachęcającym tonem.

-Tak,   Sophio.   Nie   jestem   silny,   ani   ciałem,   ani   duchem.   Tak,   jestem   słabym 

mężczyzną, który musi się troszczyć o swe wątłe zdrowie.

-Z pewnością przeżyłbyś zwykłą przejażdżkę na plażę!

-Masz parasol, którym mógłbym osłaniać głowę w czasie jazdy?

-Wystarczy kapelusz.

-Niepokoję się również o konia. Udaje, że jest złośliwym demonem, ale w gruncie 

rzeczy jest równie słabowity jak ja.

Sophie zaparło dech. Wymykał jej się niczym oślizgły węgorz.

-Bardzo dobrze - powiedziała wreszcie z uśmiechem. - Do widzenia, panie Grayson. 

Dziękuję za przepyszny lunch. Sama obejrzę jaskinię.

-Ależ przecież nie tknęłaś jedzenia! - zawołał za nią Grayson.

Emil zaczął się śmiać. Jego ojciec obrócił się na pięcie i popędził za panną Stanton - 

Grevilie.

background image

- Zapędziłeś ją w kozi róg, Ryderze. Myślę, że coś takiego nie spotkało jej nigdy 

dotąd.

-Tak. Ale co za dużo, to niezdrowo. Chyba muszę za nią pojechać. Już i tak dostała 

niezłą nauczkę. Teraz nadszedł czas na czołowe natarcie.

-A nie z boku? Albo od tyłu?

-Emilu,   stajesz   się   impertynencki   -   powiedział   Ryder   z   szerokim   uśmiechem   i 

wyszedł.

Sophie nie wiedziała, co robić. Pozwoliła, aby mały niewolnik posadził ją na końskim 

grzbiecie. Siedziała w siodle i bezmyślnie patrzyła przed siebie. Co ma robić?

Nie może po prostu wrócić do Camille Hall, ponieważ wuj Theo domyśliłby się, że 

poniosła porażkę. Zadrżała na myśl o tym, jakie miałoby to konsekwencje. Nieświadomie 

dotknęła   palcami  policzka.  Spuchł  od uderzenia.  Puder  zamaskował  siniec,   ale  nie  zatarł 

wspomnienia   bólu   i   upokorzenia.   Miała   ochotę   wykrzyczeć   temu   układnemu   łajdakowi 

Ryderowi Sherbrooke, że nie maluje twarzy, aby wyglądać jak kokota. Nosi makijaż, aby 

ukryć sińce. Przynajmniej tak właśnie było, dopóki wuj Theo nie uznał, że umalowana jak 

nierządnica   wygląda   bardziej   światowo   i   uwodzicielsko.   Oczywiście   zrozumiał   także,   że 

kiedy jej twarz pokrywa gruba warstwa kosmetyków, może ją częściej i mocniej bijać.

Nie miała wyboru. Musi pojechać na plażę i powłóczyć się tam przed powrotem do 

domu. A potem okłamie wuja. Powie, że Ryder Sherbrooke całował ją i powiedział, że jej 

pragnie. Ale w takim razie, dlaczego nie chciał od razu udać się z nią do chaty? Według wuja 

pocałunek oznaczał natychmiastowe pójście do łóżka. Wiedziała z doświadczenia, że wuj ma 

rację. Nie będzie sobie tym zaprzątała głowy. Wymyśli coś w razie potrzeby.

Powziąwszy decyzję, Sophie skierowała klacz ku Plaży Monmouth, położonej półtora 

kilometra  na wschód od Plaży Penelopy.  Plaża była  pokryta  okruchami  skał. Piasek, był 

brudnobrązowy.   Jaskinia   rzeczywiście   istniała   -   jeden   z   niewolników   odkrył   ją   zaledwie 

wczoraj. Klacz starannie wybierała drogę między skalami, unikając kałuż po odpływie i poła-

manych pni drzew.

Sophie wcale nie miała ochoty jechać do tej przeklętej jaskini. Wstrzymała  konia, 

zsiadła  i   rozejrzała   się  dookoła.  Rozłożyła   koc  pod  palmą  kokosową  i  usiadła  w   cieniu. 

Wpatrywała się w lśniące morze. Wspominała, jak przed czterema laty po raz ostatni widziała 

swoich rodziców.

Jej matka była kobietą o silnej woli, pięknej twarzy i pełnej figurze. Na imię miała 

Corinna. Bardzo kochała swoje dzieci i dlatego nie chciała zabrać ich w podróż do Ameryki. 

Uważała, że to zbyt niebezpieczne.

background image

Ojciec lekceważył jej obawy, ale nie miał tak silnego charakteru jak matka i dlatego 

Sophie i Jeremy po utonięciu rodziców zostali zabrani z Fowey w Kornwalii na Jamajkę, do 

wuja  Theo. Sophie doskonale  pamiętała  swój  smutek  i wdzięczność  dla wuja. Wtedy go 

kochała.

Miała nadzieję, że rodzice umarli szybko. Nawet teraz, po czterech latach, wciąż się o 

to modliła. W jakiś sposób po prostu wiedziała, że matka do ostatnich chwil opiekowała się 

ojcem. Taka już była. Sophie zamknęła oczy i poczuła na twarzy chłodny powiew od morza. 

Zsunęła żakiet do konnej jazdy i rozpięła guziki lnianej bluzki. Zdjęła kapelusz i ułożyła go 

na żakiecie, wygładziwszy skręcone pióro.

Po kilku minutach usnęła.

Ryder   uśmiechnął   się,   zauważywszy   jej   klacz.   A   więc   mimo   wszystko   Sophie 

przyjechała na plażę. Może ta jaskinia rzeczywiście była tego warta. Potem dostrzegł Sophie, 

opartą o kokosowe drzewo, pogrążoną w głębokim śnie.

Pomimo  wilgotnego upału tutaj na plaży,  w cieniu, było  chłodniej. Ryder zsiadł i 

przywiązał swego ogiera przy kępie trawy, tak aby mógł się paść.

Stanął   nad   Sophie   i   przyglądał   się   jej   nieruchomej   twarzy.   Stwierdził,   że   mimo 

makijażu   wygląda   bardzo   młodo.   Naprawdę   bardzo   młodo.   Dlaczego,   zastanawiał   się, 

dlaczego chodzi do łóżka z tymi mężczyznami?

A teraz zapragnęła jego.

Cichutko przyklęknął obok. Bardzo ostrożnie i powoli rozpiął guziki jej bluzki. Pod 

spodem   miała   najzwyklejszą   batystową   koszulkę.   Bez   żadnych   marszczeń   ani   koronek. 

Marszcząc czoło, rozpiął wszystkie guziki.

Nie mógł jednak zdjąć bluzki, bo była wsunięta pod spódnicę do konnej jazdy. Nie 

chciał budzić Sophie.

Zsunął bluzkę ile się dało, a następnie wyciągnął z kieszeni nóż i rozciął koszulkę. 

Ach, pomyślał odsuwając cieniutki materiał, te jej piersi.

Były piękne. Sophie poruszyła się we śnie, lecz spała dalej.

Ryder odczekał kilka minut, a potem ostrożnie przesunął Sophie, tak aby nie opierała 

się o pień drzewa i leżała płasko na plecach. Czekał dalej w nadziei, że się nie obudzi. Sophie 

przewróciła się na bok i jęknęła, a potem znów ułożyła się na wznak. Ryder z uśmiechem 

zajął się jej spódnicą. Podwinął ją aż do pół uda, tam gdzie znajdowały się podwiązki. Bardzo 

ładne nogi, pomyślał, długie i kształtne.

Przyglądając się jej nogom, ułożył się obok i czekał, aż Sophie się obudzi.

Nie był pewien, jakiej się spodziewa reakcji. Przypuszczał, że obudziwszy się, spojrzy 

background image

na niego i otworzy ramiona. Czekał wyobrażając sobie, że wsunie dłoń pomiędzy jej uda, aby 

dotknąć intymnego miejsca, a ona będzie spragniona i zacznie go błagać, aby ją natychmiast 

posiadł. Spojrzał na jej usta.

Obudziła się i z jej ślicznych usteczek wydobył się prawdziwy wrzask, głośny, pełen 

zawstydzenia i szczerego przerażenia. Wrzask przeszedł w pisk, a potem w westchnienie.

Ryder usiadł. Spoglądała to na niego, to na swoje nagie piersi i odsłonięte nogi.

-Niech cię diabli! Co ze mną zrobiłeś?

-Całowałem twoje piersi, a ty jęczałaś i wyginałaś się w łuk. Przywarłaś biustem do 

mojej twarzy, więc musiałem przeciąć koszulkę, żebyś otrzymała to, czego pragnęłaś. 

Ale ty jesteś nienasycona. Chciałaś więcej, więc położyłaś się na wznak i uniosłaś 

biodra, żebym ci podwinął spódnicę.

- Nie, nie! To nieprawda! To przeklęte kłamstwa!

Sophie poczerwieniała i bełkotała z przejęcia.

Ryder   zmarszczył   czoło.   Tego   się   nie   spodziewał.   Gdzie   się   podziały   jej   zalotne 

uśmiechy, jej bezwstydne, kuszące odzywki. Patrzył, jak się opanowuje, jak na jej usta wraca 

ten przeklęty, chłodny uśmiech.

Sophie myślała: Czy zauważył sińce na żebrach? Dobry Boże, nie.

Doszła do siebie.  Powoli, uśmiechając  się kusząco, naciągnęła  koszulę na piersi i 

zapięła bluzkę. Jej nogi cały czas pozostały odkryte.

Wstała i spojrzała na Rydera. Wygładziła spódnicę i podparła się pod boki.

-Przeklęty   łajdaku   -   powiedziała   zaskakująco   spokojnym   tonem.   -   Jednak 

przyjechałeś.

-Tak. Uznałem, że moja męskość nie może być narażona na kpiny.

-Większość mężczyzn postąpiłaby tak samo. Niczym się od nich nie różnisz.

-Chyba nie.

-Nie miałeś prawa tak mnie traktować.

-Chciałem cię wyprowadzić z równowagi. I udało mi się. Wrzeszczałaś zupełnie jak 

stara panna. Ukazałaś mi się z zupełnie innej strony. Ciekaw jestem, jakie jeszcze 

kryjesz niespodzianki.

-Świetnie się zabawiałeś, Ryderze.

-Och, jeszcze nawet nie zacząłem. Sama się przekonasz, Sophio. A teraz chcę cię o 

coś zapytać. Dlaczego wyrzuciłaś lorda Davida z twojego haremu?

-Harem? Chyba pomyliłeś płci.

- Wiesz, o co chodzi. Więc dlaczego?

background image

Wzruszyła ramionami i odwróciła się od niego.

Spojrzała na morze. Przez dłuższą chwilę milczała.

W końcu znów się zwróciła do Rydera. Przybrała maskę flirciarki.

- Znudził mi się. Był chłopcem w ciele mężczyzny.

Dbał wyłącznie o własną przyjemność. Zmęczył mnie, to wszystko.

-Kłamiesz.

-Naprawdę? Dlaczego tak myślisz?

-Chcesz,   żebym   uwierzył,   że   się   go   pozbyłaś,   bo   masz   ochotę   na   mnie,   a   ja 

powiedziałem ci, że będę jedynym mężczyzną w twoim łóżku i twoim ciele.

-Tak, pamiętam, że tak powiedziałeś.

-A co z Oliverem Sussonem? Czy jego także odrzucisz?

Sophie milcząco wzruszyła ramionami.

-Nie zostanę twoim kochankiem, dopóki tego nie uczynisz.

-Jesteś zbyt wymagający, Ryderze. Powinieneś mnie błagać, abym cię wpuściła do 

mego łóżka, a nie stawiać warunki.

- Pozwól, Sophio, że ci coś powiem - Ryder roześmiał się. - Jesteś ładna, nawet z tym 

okropnym makijażem. Ale zrozum, sypiałem z wieloma kobietami, których uroda znacznie 

przewyższała twoją. Z tego, co zobaczyłem, ciało masz także niezłe. Ja jednak nie zamierzam 

dać się wciągnąć w twoją grę. Nic będę czekał w kolejce, podczas gdy ty będziesz rozsuwać 

nogi dla wszystkich  mężczyzn  w okolicy.  Nie jestem nieopanowanym  młodzikiem,  który 

rzuca   się   na   każdą   samiczkę.   Jestem   mężczyzną,   Sophio,   i   od   lat   zachowuję   się,   jak 

mężczyźnie przystoi.

-Od lat! A ileż ty masz lat? Dwadzieścia pięć czy sześć?

-Pierwsze zbliżenie miłosne odbyłem w wieku trzynastu lat. A ty?

Zauważył, że jest na niego zła. Potem niepewna, jak ma zareagować. Wreszcie jednak 

odpowiedziała tym swoim drwiącym uśmieszkiem.

-Krótko mówiąc, panno Stanton - Greville, pozbądź się innych, wszystkich innych. W 

przeciwnym razie nigdy nie będziesz mnie miała. Już zaczynam tracić zainteresowanie 

twoją osobą.

-Dobrze - powiedziała. - Odprawię Olivera. Przyjdziesz do chaty dziś wieczorem? O 

dziewiątej?

-Masz jeszcze jakichś kochanków?

-Nie.

-Ach, pozbyłaś się już Charlesa Grammonda, nieszczęśnika, który przegrał w karty z 

background image

lordem Davidem?

- Tak.

Ryder   wiedział,   że   Sophie   nie   odsłoni   się   całkowicie,   jeżeli   on   nie   zrobi   czegoś 

zupełnie nieoczekiwanego, jak przecięcie jej koszulki lub zadarcie spódnicy.

Wstał. Nie odzywał się, tylko na nią patrzył. Chwycił ją za ramiona i przyciągnął do 

siebie.

-  A   może   ja  nie   chcę   trafić   do  tego  samego   łóżka,   przez   które  przeszło   już  tylu 

mężczyzn. Może chcę zakosztować ciebie już teraz, tutaj.

Chciał ją pocałować, ale odsunęła twarz i jego usta musnęły tylko jej brodę.

Uśmiechnął się. Chwycił ją za pośladki i uniósł do góry, przyciskając jej brzuch do 

swego podbrzusza. Miał wzwód i wiedział, że ona to poczuje.

- Puść mnie, Ryderze.

Jej głos brzmiał spokojnie. Ryder nie przestawał się uśmiechać.

- Z drugiej strony nie jestem jednak pewien, czy chcę w ciebie wejść już teraz - 

powiedział prosto w jej usta. - Może wolę ci odpłacić pięknym za nadobne. Może zechcę cię 

ukarać. Tak, właśnie na to mam ochotę.

Zaniósł   ją   nad   samą   wodę.   Wiedziała,   co   zamierza   i   zaczęła   się   wyrywać.   Ze 

śmiechem wszedł do wody. Szedł naprzód, dopóki woda nie sięgnęła mu połowy uda.

Sophie krzyczała, bijąc pięściami w jego klatkę piersiową, barki i ramiona.

Podniósł ją wysoko w górę i odrzucił na głębszą wodę. Spadła na plecy, trzepocząc 

rękami. Szła na dno jak kamień.

- Masz, diablico! - krzyknął, gdy wynurzyła głowę. Kasztanowe włosy lepiły się do 

twarzy i ramion.

- Nie atakuj mnie więcej!

Roześmiał się i ruszył w stronę konia.

- Mówię poważnie, Sophio. Zazwyczaj bywam dżentelmenem, chyba że ktoś źle mnie 

potraktuje.

Zrozum, nie pozwolę na twoje sztuczki.

Wychodziła na brzeg. Nasiąknięta spódnica przeważała ją to na prawo, to na lewo. 

Trafiła stopą na zagłębienie i runęła na twarz. Odzyskała równowagę i wstała, wygrażając mu 

pięścią. Ryder siedział już na koniu i odjeżdżał wzdłuż plaży. Nie przestawał się śmiać.

Zatrzymał   się  i Sophie  usłyszała,   jak  krzyknął   przez  ramię:  -  Dziś  wieczorem.   O 

dziewiątej. Nie spóźnij się! Ach, i dobrze wywietrz chatę!

Sophie chodziła w tę i z powrotem, świadoma, że wuj przygląda się jej kątem oka. W 

background image

końcu powiedziała: - Boję się go.

-Nie bądź głupia - odparł Theo Burgess. - To po prostu mężczyzna, młody mężczyzna. 

Najwyraźniej niedoświadczony.

-Mylisz się. Mam wrażenie, że miał więcej kobiet, niż ich jest na całej Jamajce. On i 

jego przeklęte zasady.

-Upij go. Wiesz, jak to zrobić. Niedługo powinien przyjechać. Będę w pobliżu. Wiesz, 

co do ciebie należy.

- Tak - powiedziała, pragnąc upaść i umrzeć.

Tylko że wtedy Jeremy pozostałby sam.

Wyprostowała się, ale strach nie mijał.  Musi się opanować i zacząć  manipulować 

Ryderem. Była w tym dobra, bo miała spryt i Bóg jeden wie jak wielkie doświadczenie.

Punktualnie o dziewiątej na schodkach chaty pojawiło się światło. Sophie otworzyła 

drzwi. Na progu, uśmiechając się leniwie, stał Ryder.

-   Twoje   wysiłki,   by   wyglądać   uwodzicielsko,   nie   są   bezskuteczne   -   powiedział, 

wchodząc do chaty - mimo że wściekła czerwień to nie jest twój kolor.

Lepiej   nadawałby   się   jasnozielony.   Aby   uniknąć   kpin,   powinnaś   się   wystrzegać 

wszelkich odcieni bieli. Nie pochwalam także fiszbinów, które unoszą ci piersi. Kobieta ma 

biust albo go nie ma. Znający się na rzeczy mężczyzna nie da się nabrać. Ale nauczysz się. 

Podejdź do światła, żebym mógł zobaczyć twoją twarz.

Sophie posłusznie spełniła jego polecenie. Miała rację, że się go obawiała.

Chwycił ją pod brodę i uniósł twarz do światła.

-   Och,   nie   ma   makijażu   lub   co   najwyżej   tylko   odrobina.   Cieszę   się,   że   usiłujesz 

wypełnić moje życzenia. Rozbierzesz się teraz, czy mamy chwilę porozmawiać? Kto jest 

twoim ulubionym filozofem?

Och, widzę po minie, że przeczytałaś dzieła wielkich myślicieli z różnych okresów. 

Wybierzmy coś z drugiej połowy ubiegłego wieku. Z Francji.

Stanęła obok wyplatanego fotela.

-Lubię Rousseau.

-Znasz go? Czytałaś go po angielsku czy w oryginale francuskim?

-I tak, i tak.

Sophie odwróciła się od niego i szybko nalała mu rumowego ponczu.

-Gorący wieczór - powiedziała, podając szklankę. - Napij się, zamiast rozmawiać o 

Rousseau.

-Nie lubię Rousseau. Uważam, że jest bardzo nieprecyzyjny. Jego myśli są szalone, a 

background image

aspiracje uczynienia ziemi doskonałą nierealne.

Ryder uniósł szklankę i wypił poncz. Był przepyszny, zimny i słodki. Nie zdawał 

sobie   sprawy,   że   tak   bardzo   chce   mu   się   pić.   Nic   przepadał   za   rumem,   ale   ten   poncz 

smakował inaczej. Wypił jeszcze jedną szklankę. Napój był wspaniały.

-   Uważam,   że   Rousseau   jest   miłym   człowiekiem,   który   jak   najlepiej   życzy   i 

mężczyznom, i kobietom.

Pisze,   że   powinniśmy   porzucić   nikczemność   i   dekadencję   światowego   żywota   i 

powrócić do prostego życia, do natury.

- O ile pamiętam, kwestia powrotu do natury została sformułowana później.

Ryder wypił jeszcze trochę ponczu. Smakował mu bardziej niż wszystko, co pijał 

dotychczas i łatwo przechodził przez gardło. Opróżnił szklankę i podał Sophie. Nalała mu 

jeszcze.

- Uważam, że facet miał źle w głowie. Powinien był nauczać, że mężczyźni mają 

panować  nad kobietami,  bo w przeciwnym  razie  utracą  sens  własnego istnienia.  Kobiety 

panują   nad   mężczyznami   w   dziedzinie   seksu.   Im   bardziej   wprawna   kobieta,   tym 

niebezpieczniejsza.   Na   przykład   ty,   Sophio.   Zastanawiam   się,   czego   ode   mnie   chcesz. 

Zastanawiam się, co takiego posiadam, że budzi to twoją żądzę.

Poza ciałem, oczywiście. Jestem jednym z Sherbrooke'ów, a moja rodzina posiada 

tutaj plantację, ale...

- Ryder zamilkł.

Nagle   poczuł   miłe   ciepło.   Był   odprężony,   ale   czuł   wzrastające   pożądanie.   Sophie 

wydawała mu się słodka i łagodna, i tak mu się starała przypodobać. Teraz wyciągała do 

niego ramiona, mówiła, ale on jej nie rozumiał, co było dziwne, ale się tym nie przejmował. 

Wypił resztkę ponczu, wstał z fotela i podszedł do Sophie. Przyciągnął do siebie i zaczął 

całować. Miała ciepły i słodki oddech, podawała mu rozchylone usta. Gładził jej plecy, a 

potem ujął za pośladki. Uniósł ją tak, jak na plaży i jęknął z zachwytu.

Odsunął ją na chwilę i zaczął zsuwać suknię z ramion Sophie.

Roześmiała się łagodnie i słodko. Odepchnęła jego dłonie.

- Nie, Ryderze. Drzesz suknię, a jest uszyta z bardzo drogiego materiału. Kazałam ją 

uszyć  specjalnie dla ciebie. Przykro mi, że kolor ci się nie spodobał. Następna będzie w 

odcieniu zieleni. A teraz pozwól, że zdejmę ją sama. Usiądź i patrz na mnie. Powiedz co 

chcesz, żebym robiła. Oto szklanka ponczu, żebyś się ochłodził, patrząc jak się rozbieram.

Ryder  wypił łyk  rumu. Odchylił  głowę na poręcz fotela. Patrzył,  jak Sophie staje 

naprzeciw niego i rozpina guziki czerwonej sukni.

background image

I to była ostatnia rzecz, jaką zapamiętał z owego wieczoru.

-Jest nieprzytomny.

-Doskonale - powiedział wuj Theo, wchodząc do chaty.

Podszedł do Rydera i dokładnie go obejrzał.

- Tak. Doskonale. Nie wychodź, Sophio. Chcę, żebyś go zobaczyła. Możliwe, że jeśli 

jest taki, za jakiego go uważasz, zechce cię wypytywać. Więc musisz być  przygotowana. 

Musisz wiedzieć, czy ma jakieś myszki, znamiona lub inne znaki szczególne.

Cofnęła   się,   a   wuj   ułożył   Rydera   na   dużym   łóżku,   zaścielonym   jedwabnym 

prześcieradłem. Zręcznie go rozebrał, bo miał w tym duże doświadczenie. Kiedy Ryder leżał 

rozciągnięty na wznak i zupełnie nagi, wuj roześmiał się.

- Dobry Boże, on wciąż ma wzwód. Spójrz na niego, Sophio. Czyż nie mówiłem, że to 

wspaniały egzemplarz?

Nie   miała   ochoty,   ale   spojrzała.   Uznała,   że   jest   piękny,   gładki   i   umięśniony,   z 

brązowymi włosami porastającymi pierś, o wąskiej talii i płaskim brzuchu, ale jego członek 

był przerażający. Gruby i twardy. Wuj Theo przewrócił go na brzuch. Ciało miał delikatne, 

plecy smukłe, mięśnie silne i jędrne. Nie miał żadnych myszek ani innych znamion.

Wuj Theo odwrócił go z powrotem na wznak.

- Jest gotowy, bo spodziewał się, że cię posiądzie.

- Odwrócił się i zawołał: - Dahlia! Przyjdź tu, dziewczyno!

Do chaty weszła bardzo piękna, młoda dziewczyna. Miała nie więcej niż szesnaście 

lat, brązową skórę i czarne oczy. Zbliżyła się do łóżka i spojrzała na nagiego mężczyznę.

-To dopiero przysmak - powiedziała z uśmiechem i dotknęła brzucha Rydera.

-W takim razie nie będę ci płacił.

- No, może nie aż taki - powiedziała Dahlia.

Zrzuciła suknię. Pod spodem była zupełnie naga. Piersi miała bardzo duże i obwisłe, 

biodra okrągłe i zwarte. Sophie odwróciła się, ale wuj Theo chwycił ją za rękę.

-Myślę, że powinnaś na to patrzeć, Sophio. On może ci zadawać pytania, robić uwagi 

i...

-Nie chcę! - wrzasnęła mu prosto w twarz, wyrwała się i wybiegła z chaty.

Słyszała, że Dahlia śmieje się cicho i mówi uszczęśliwionym tonem: - Spójrz tylko, 

jak rośnie, a zaledwie musnęłam go palcami! O tak, panie. To piękny chłopak. Prawdziwy 

przysmak.

Sophie upadła na kolana. Poczuła mdłości, ale nie zwymiotowała. Już dawno przestała 

wymiotować. Z początku tak, ale nie teraz. Minęło zbyt wiele czasu. Zbyt wiele widziała. 

background image

Objęła się ramionami i zaczęła kołysać do tyłu i do przodu.

Słyszała, jak Dahlia krzyczy w chacie, słyszała jej śmiech i jęki. Słyszała, jak zachęca 

Rydera, by wszedł w nią głębiej, aby pieścił jej piersi. Zastanawiała się, czy wuj Theo stoi 

nad nimi i patrzy. Wiedziała, że robił tak wcześniej. Zastanawiała się, czy sypiał z Dahlia. A 

potem usłyszała Rydera. Jęczał i krzyczał. O Boże, tego już zbyt wiele.

Uciekła.

background image

ROZDZIAŁ 5

Ryder   powoli   się   budził.   Jego   pierwszą   reakcją   było   niedowierzanie,   bo   czuł   się 

jednocześnie   pijany   i   zaspokojony.   Czuł   się   także   dziwnie   odprężony,   ale   lekko 

nieprzytomny. Wiedział, że to już ranek. A on był pijany? Nigdy w życiu nie był pijany po 

przebudzeniu.   To   wszystko   nie   miało   sensu.   W   owej   chwili   wszystko   wydawało   mu   się 

pozbawione sensu.

Usiadł   na   tym   nieznanym   łóżku   i   zakrył   twarz   rękami,   próbując   zrozumieć. 

Spostrzegł, że jest nagi i wtedy przypomniał sobie, gdzie się znajduje i co robił w tym łóżku 

przez większość nocy. Powinien być całkowicie wyczerpany, ale nie był.

Spędził w tym łóżku noc z Sophią Stanton - Greville.

Boże,   ona   była   wprost   niewiarygodna,   a   jej   umiejętności   przewyższały   wszystko, 

czegokolwiek dotychczas zaznał. Powoli wstał i potrząsnął głową, żeby oprzytomnieć. W 

drzwiach ukazała się stara niewolnica i uśmiechając się bezzębnymi ustami, powiedziała: - 

Dzień dobry, panu. Piękny ranek.

Ryder chciał się okryć, ale kobieta pokręciła głową. Nic jej nie obchodziło, czy widzi 

go w bonżurce, czy zupełnie nagiego.

Przygotowała mu kąpiel i śniadanie.

Sophia zgodnie ze swoim zwyczajem odeszła.

Był po prostu jednym z wielu. Nie zależało jej na nim. Dziwne, ale to go zabolało i 

rozgniewało. Usiadł w wannie. Starał się odtworzyć wydarzenia minionej nocy, ale większość 

szczegółów umykała mu i to go dziwiło. Pamiętał, że ją najpierw całował, a potem ona z 

wielkim znawstwem pieściła go ustami. Zadrżał z rozkoszy na to wspomnienie. Pamiętał, że 

ujeżdżała go mocno i szybko, a on trzymał jej wielkie piersi, pieścił je i unosił, a szczytując 

wył jak dziki człowiek.

Ona także krzyczała. I przemawiała do niego, zachęcała go, mówiła, co lubi. Dobrze 

pamiętał jej miękki i głęboki głos. Pamiętał jej piersi w swoich dłoniach i ich ciężar, gdy się 

nad nim nachylała.

Ryder   nie  przypominał   sobie,   by  ją  pieścił.   I  to  było  dziwne,   bo  nie  okłamał   jej 

mówiąc, że jest doskonałym kochankiem. Nigdy nie pozostawiał kobiety niezaspokojonej. 

Ale nie, nie całował jej intymnego miejsca. To ona go całowała. Nie pamiętał też, by całował 

ją   w   usta,   tylko   na   samym   początku.   I   to   także   było   dziwne,   bo   Ryder   przepadał   za 

pocałunkami. Lubił wsuwać język do ust kobiet i lizać je. Lubił je tulić i głaskać po całym 

ciele.

background image

Dlaczego jej nie całował? Czy była tak zepsuta, że do orgazmu wystarczyło jej czuć 

go wewnątrz siebie? Nie pieścił jej palcami, a przynajmniej nie przypominał sobie, by to 

robił. Jeszcze raz potrząsnął głową. Wciąż czuł się lekko pijany i nienawidził tego stanu.

Wstał, a stara niewolnica podała mu ręcznik. Wcale nie interesowała się jego ciałem. 

Jego gniew wzrósł na samą myśl, że jest przyzwyczajona do oglądania nagich mężczyzn, 

mężczyzn Sophii Stanton - Greville, dlatego w ogóle nie przejmuje się ich nagością.

Włożył świeżo wyprasowane ubranie. Dobry Boże, ta kobieta myślała o wszystkim. 

Zjadł   świeże   owoce   i  ciepły   chleb.   Odmówił,   gdy  niewolnica   zaproponowała   mu   poncz. 

Wzdrygnął się widząc, że sama wypiła przeznaczoną dla niego porcję. Przekonał się, że tu nie 

można pić.

Wychodząc, spojrzał na łóżko. Było teraz starannie zaścielone, jednak w chacie wciąż 

cuchnęło seksem.

Nienawidził samego siebie. Ona prawdopodobnie cały czas panowała nad sytuacją. 

Przypomniał sobie, jak krzyczała z rozkoszy i zaczął się zastanawiać, czy nie udawała. Nie 

był pewien. A przecież znal kobiety. Dotychczas żadnej nie udało się go oszukać. Ale z So-

phią   wszystko   było   możliwe.   Wtedy   przypomniał   sobie   poncz,   który   wypił   zaraz   po 

przybyciu  do chaty.  Był  tak pyszny,  chłodny i orzeźwiający,  a potem pamiętał  już tylko 

ciepło, wzwód, żądzę i dziki seks, który trwał i trwał, aż w końcu Ryder padł jak żołnierz w 

boju.

Podszedł do konia. Pod mangowcem siedział Emil i żuł źdźbło trawy.

-A więc - wstał otrzepując bryczesy - możemy wracać do domu?

-Tak - odparł Ryder.

Emil o nic go nie pytał. Ryder już wytrzeźwiał. Myślał jasno, aż do bólu. Przypominał 

sobie nowe szczegóły. Jak galopowała na nim, doprowadzając go do dzikich wrzasków.

Coś tu nie grało. Coś było bardzo nie w porządku. Marszcząc czoło, dojechał do alei 

prowadzącej do Kimberly Hall. Usłyszał rytmiczny pomruk - to śpiewali pracujący na polu 

niewolnicy.

-Widziałeś kiedy krokodyla na środku drogi pośród bagien mangrowych? - zapytał 

Emila.

-Tak, widziałem. To naprawdę przerażające.

-Coś się tu nie zgadza.

- O co ci chodzi?

Emil miał się na baczności. Nie chciał nazwać Sophii Stanton - Greville rozpustnicą, 

bo być może przypadła Ryderowi do gustu. Zachowywał się dyplomatycznie.

background image

Nagle Ryder zrozumiał. Jej piersi! Pieścił piersi Sophii dwa razy. Znał ich wielkość i 

ciężar. Jego dłonie pamiętały ich kształt.

Kobieta, z którą spędził tę noc, nie była Sophią Stanton - Greville. Miała zupełnie inne 

piersi. I to cała zagadka. A skoro to nie była Sophia, spał z inną kobietą. Ta myśl sprawiła, że 

miał ochotę wyć z wściekłości.

- Dodała czegoś do ponczu, który piłem wczoraj wieczorem - zwrócił się do Emila.

Wreszcie to powiedział. To prawda. Był tego pewien. Jednak nie mógł powiedzieć 

Emilowi, że swoje rozumowanie opiera na rozmiarze piersi.

-Chcesz powiedzieć, że cię otruła? - zapytał Emil z niedowierzaniem.  - Na Boga, 

dlaczego?

-Kiedy się obudziłem, byłem w łóżku sam. Czułem się jak pijany. A co dziwniejsze, 

nie mogłem sobie przypomnieć szczegółów minionej nocy.

Potrząsnął głową. W jego teorii coś się nie zgadzało.

-Jeżeli ona rzeczywiście dosypuje czegoś do ponczu, dlaczego inni kochankowie tego 

nie spostrzegli i o nic jej nie pytali?

-Powiedziałbym,   że   masz   większe   doświadczenie   niż   inni   mężczyźni,   których 

zabierała do chaty. Może oni po prostu pamiętają rozkosz i nie zadają sobie żadnych 

pytań.

- Może - powiedział Ryder. - To możliwe.

Pomyślał,   że   to   zupełnie   prawdopodobne.   Żaden   z   nich   nie   pieścił   i   nie   oglądał 

przedtem piersi Sophii Stanton - Greville. Znali tylko piersi tej drugiej kobiety i dlatego nie 

odkryli prawdy.

Roześmiał się. Nakrył ją. A wszystko z powodu biustu.

O piątej wieczorem Ryder zdał sobie sprawę, że w chacie był również mężczyzna. 

Pamiętał jego głos, ale nie pamiętał słów. Czy to miało sens? Musiało mieć. I kto, do diabła, 

rozebrał go do naga? Nie pamiętał, by zdejmował ubranie.

Sophia podała mu narkotyk, uwodziła go, a potem przysłała inną kobietę, żeby się z 

nim kochała. To zupełnie jasne. Ach, a wuj Theo zajął się jego ubraniem. To musiał być 

Burgess. Nikt inny.

Ryder wstał z fotela. Na jego twarzy pojawił się złowieszczy uśmiech. Wykąpał się i 

starannie   ubrał.   Był   opanowany.   Pojedzie   teraz   do   Camille   Hall.   Z   całą   pewnością   nie 

zaproszą go, by został na kolacji.

*

Sophie chciała zjeść kolację w swojej sypialni, ale Jeremy nie dawał jej spokoju.

background image

- Co ci jest, Sophie?

Bał się, że siostra może zachorować i umrzeć, tak jak rodzice.

- Nic mi nie jest, kochanie. Zmieniłam zamiar.

Uczeszę się i zejdę na kolację.

Jeremy usiadł i patrzył, jak Sophie szczotkuje włosy. Nie milkł ani na chwilę.

- ...Wuj Theo kazał dziś Tomowi zabrać mnie w pole. Na dwie godziny. Nie dłużej, bo 

jest   strasznie   gorąco.   Bardzo   mi   się   podobało.   Ale   kilka   razy   Thomas   bił   niewolników. 

Uważam, że to nie jest konieczne. Thomas twierdzi, że tak trzeba, bo niewolnicy są leniwi, a 

gdy  posmakują   bata,   dowiedzą   się,  co   się   stanie,   jeżeli   nie   będą   pracowali.   Nazywa   ich 

leniwymi brudasami.

Thomas   był   okrutnym   potworem.   Sophie   go   nienawidziła.   Związała   włosy  czarną 

aksamitną wstążką. Wstała i przejrzała się w lustrze. W starej jasnożółtej sukni wyglądała jak 

szesnastolatka.   Raził   tylko   zielonkawy   siniec   na   policzku.   Nie   miała   zamiaru   go 

zapudrowywać. Nie przejmowała się nim. A zresztą w przymglonym świetle wieczoru i tak 

nie będzie widoczny. A jeśli wuj Theo zauważy, z pewnością, sprawi mu to przyjemność.

- Gdybyś był właścicielem, trzymałbyś Thomasa jako nadzorcę? Albo kogoś innego, 

kto biłby niewolników?

Jeremy przygryzł dolną wargę, nie przestając machać nogami; energia rozsadzała go 

nawet podczas wysiłku umysłowego.

- Nie wiem - powiedział wreszcie. - Wuj Theo uważa, że Thomas jest bardzo dobry. 

Ufa mu i pozwala postępować wedle własnego uznania, tylko że...

- Tylko co?

Jeremy wstał.

- Znam większość niewolników od czasu, kiedy tu przyjechaliśmy. Od czterech lat. 

Przyjaźnię się z nimi.

Lubię ich, a oni lubią mnie. Nie rozumiem, jak można bić kogoś, kogo się lubi. I w 

polu jest tak gorąco.

Wiem, że na ich miejscu chciałbym czasami odpocząć. A oni nigdy nie odpoczywają.

Sophie  wzburzyła  włosy  brata  i  ucałowała   w  czoło,  ryzykując,   że  go urazi  takim 

macierzyńskim gestem. Jeremy odskoczył od niej i wybiegł z sypialni.

- Chodź już, Sophie!

Sophie stanęła jak wryta. Serce waliło jej młotem. W otwartych drzwiach stał Ryder 

Sherbrooke. Wyglądał jak prawdziwy angielski dżentelmen, od czubka wyszczotkowanych 

jasnobrązowych włosów, po lśniące buty z cholewami.

background image

Wuj Theo zapraszał go do środka.

Ryder spojrzał na schody i spostrzegł Sophie. Zamrugał z niedowierzaniem. Kokota w 

czerwonej sukni w niczym nie przypominała tej młodej dziewczyny, przyglądającej mu się, 

jakby był samym diabłem, który przybył, by zabrać ją z sobą do piekieł.

Theo Burgess odwrócił się i przez jego twarz przebiegł skurcz. Przeklęta dziewucha. 

Wygląda teraz na piętnastoletnią dziewicę, a z pewnością powinna wyglądać inaczej. Co za 

niedbalstwo z jej strony. Nie brał pod uwagę faktu, że Ryder Sherbrooke nie był oczekiwany.

-Witaj, Sophio - powiedział Ryder bardzo spokojnie. - Wuj uznał za stosowne, by 

mnie wpuścić. Zjemy razem kolację. A któż to?

-Nazywam się Jeremy, sir. Jestem bratem Sophie. - Jeremy podszedł i wyciągnął rękę.

Ryder uśmiechnął się do chłopca i uścisnął jego dłoń.

-Miło mi  cię  poznać, Jeremy.  Nie zdawałem sobie sprawy,  że Sophia ma  takiego 

dużego brata.

-Sophie mówi, że rosnę szybciej niż trawa na bagnach. Mam dziewięć lat, proszę 

pana.

-To dobry chłopak - powiedział wuj Theo zniecierpliwionym tonem.

Sophie stała jak wmurowana. Czekała. Czy Ryder spojrzy na Jeremy'ego ze wzgardą, 

czy też z litością? Sama nie wiedziała, co jest gorsze. Ludzie tak właśnie na niego spoglądali i 

to było okropne. Do tej pory Ryder zachowywał się jak dżentelmen bez skazy, ale nie ufała 

mu ani trochę. Może nie zorientował się jeszcze, że Jeremy nie wyrośnie na równie doskona-

łego jak on.

Jeremy wpatrywał się w niego z podziwem. Od razu wyczuł, że ma do czynienia z 

prawdziwym dżentelmenem.

Ryder  był  młody,  przystojny,  dobrze ubrany,  a na jego twarzy widniał przyjemny 

uśmiech. Jeremy zorientował się także, że ów dżentelmen przybył tu ze względu na Sophie.

- Zje z nami kolację, Sophie. Czyż  to nie wspaniale?  - zawołał, zwracając się do 

siostry.

- Tak - odparła z wymuszonym uśmiechem.

- Wspaniale.

Ryder stwierdził znaczne podobieństwo między bratem a siostrą. Zauważył również, 

że Jeremy utyka na lewą nogę. Prawdopodobnie z powodu szpotawej stopy. Ale chłopiec 

wcale się tym nie przejmował. Był dorodny i dobrze sobie radził. W drodze do jadalni, cały 

czas rozmawiał z Ryderem, który uznał go za zabawnego i inteligentnego. Przypominał mu 

Olivera. Ach, jakże tęsknił za Oliverem i innymi dziećmi.

background image

Theo Burgess starał się odsunąć Jeremy'ego na bok, ale bezskutecznie. Wyglądało na 

to, że wuj bardzo go lubi. Nie kazał mu zamilknąć. Spoglądał tylko na Rydera i kiwał głową, 

jakby chciał powiedzieć: Cóż mogę na to poradzić?

Sophie milczała.

-Moja siostra jeździ konno najlepiej w całej okolicy - pochwalił się Jeremy. - A może 

nawet na całej Jamajce, ale nie jestem tego pewien, bo nigdy nie byłem w Kingston.

-Dziękuję,   Jeremy   -   powiedziała   Sophie,   uśmiechając   się   do   swego   rycerza.   Ten 

piękny uśmiech zaparł Ryderowi dech w piersiach. Wyglądała na piętnaście lat, jej 

twarz   pojaśniała.   Była   zupełnie   inna   niż   dotychczas   i   to   wcale   się   Ryderowi   nie 

podobało. Zdał sobie sprawę, że po raz pierwszy zobaczył jej prawdziwy uśmiech.

Co tu się, do diabła, dzieje?

Spojrzał   na   smakowicie   wyglądające   krewetki   z   ananasem.   Nadział   krewetkę   na 

widelczyk i powoli włożył do ust. Chłopiec zaczął opowiadać, jak spędził czas na plantacji.

Nie wspomniał o tym, że Thomas bił niewolników.

Kolacja upływała w przyjemnej atmosferze. Na deser podano ciasto z owocami mango 

i ciepłym kremem. Wonna jamajska kawa była gęsta, czarna i jak zawsze doskonała.

Ryder   czekał   na   odpowiednią   chwilę.   Polubił   Jeremy'ego.   Uścisnął   dłoń   chłopca, 

kiedy ten szedł spać. Z ochotą przystał na propozycję Theo Burgessa, by przejść na werandę, 

gdzie jest o wiele chłodniej. Wieczorami wszyscy mężczyźni popijali rum. Teraz była pora 

tego rytuału. Nadszedł czas, by wprowadzić plany w czyn.

Nie zdziwił się, gdy Sophie się pożegnała i ruszyła za bratem na górę. Nie był też 

zaskoczony, kiedy Theo zawołał za nią: - Wróć do nas, gdy położysz brata! Nie zapomnij, 

Sophio!

- Nie zapomnę,  wuju - odparła krótko i Ryder wyczuł  w jej tonie coś, czego nie 

zrozumiał. - Niedługo wrócę.

Ryder starał się być miły. Opowiadał zabawne anegdotki. Zachęcał Theo Burgessa do 

rozmowy, a kiedy ten zaczął mówić, opadł na oparcie fotela i rozmyślał o tym, co miało się 

wydarzyć.

Sophie wróciła na werandę, niosąc na tacy szklanki z ponczem rumowym. Ryder nie 

zdziwił się.

- Doskonały pomysł - pochwalił ją Theo. - Cieszę się, że nie zapomniałaś, Sophie. 

Mam nadzieję, że poncz jest godny Burgessów. Napijesz się ponczu, Ryderze?

- Z największą przyjemnością - odparł Ryder.

Na to właśnie czekał.

background image

Przyjął od Sophii szklankę. Miał wrażenie, że jej dłoń lekko drży.  Nie, chyba  się 

mylił.

Theo wzniósł toast. Ryder stuknął się z nimi szklanką i udawał, że pije.

Wstał i ze szklanką w dłoni podszedł do drewnianej poręczy, oparł na niej łokcie i 

spojrzał w dal, na lśniące morze. Na niebie świecił rogalik księżyca i widok był rzeczywiście 

piękny, ale Ryder nie zwracał na to uwagi. Odwrócił się ku Sophii i Theo, wzniósł toast za 

piękno Jamajki, które nic go nie obchodziło, i znów udał. że pije. Po czym przechylił się i 

wylał zawartość szklanki na jaskraworóżowe kwiaty hibiskusa, rosnące pod werandą. Miał 

nadzieję, że nie uśmiercił rośliny. A teraz do dzieła.

- Przejdźmy się trochę, Sophio - zaproponował z uśmiechem.

Nie miała ochoty. Chciała, żeby sobie poszedł. Nie chciała, żeby znów znalazł się nagi 

z Dahlią. Nie chciała, żeby się pieścili. Nie chciała słuchać jego krzyków.

-Tak, Sophio, przejdź się z Ryderem, moja droga - powiedział Theo.

-Ale najpierw przynieś nam jeszcze po szklaneczce tego doskonałego ponczu.

-Świetny pomysł, Ryderze - ucieszył się Theo.

Poczuł, że krew szybciej krąży mu w żyłach. Sophie najwyraźniej myliła się co do 

Sherbrooke'a. Okazał się zwyczajnym młodym człowiekiem, wcale nie takim inteligentnym i 

przebiegłym. Łatwo go było podejść. Poczuł rozczarowanie.

Sophie przyniosła pełne szklanki. Ryder znowu przyjął tę, którą Sophie mu podała. 

Podsunął jej ramię.

-Przejdźmy się - powtórzył. - Piękny wieczór, prawda? Opowiesz mi o historii wyspy.

-Dobrze.

Poprowadził ją do ogrodu za wschodnim skrzydłem domu. Było tam ciemniej i unosił 

się mocniejszy zapach kwiatów. Zostali sami.

-Dzisiaj nie wyglądasz jak ladacznica - powiedział Ryder, idąc powoli.

-Nie.

-Wczorajsza noc była nadzwyczajna, prawda/ Godna zapamiętania.

-Oczywiście. Sprawiałeś wrażenie zadowolonego.

- A ty, Sophio? Czy tobie także było przyjemnie?

Sophie nie zatrzymała się. Ryder widział tylko jej profil.

- Naturalnie. Nie decydowałabym się na miłosne zbliżenie, gdybym nie oczekiwała, że 

sprawi mi to przyjemność. Jesteś zupełnie dobrym kochankiem.

- W chwili szczytowania głośno krzyczałaś.

Milczała jak grób.

background image

-Uważam, że jesteś nieźle wyszkolona, lepiej niż nieźle. Przyjemnie ci było, kiedy 

wzięłaś go do ust?

-Uważam, że tych spraw nie powinno się roztrząsać poza chatą.

-Przystańmy na chwilę. Co to za krzew? Ten o żółtych liściach?

Odebrał   jej   szklankę.   Zauważył,   że   lekko   zesztywniała,   ale   kiedy   odstawił   obie 

szklanki   na   kamienną   ławę,   od   razu   się   uspokoiła.   Ryder   był   pewien,   że   starała   się 

zapamiętać, która szklanka należy do niej. Jednak to nie miało znaczenia. Kiedy Sophie się 

odwróciła, szybko wyjął z kieszeni paczuszkę z proszkiem, wsypał zawartość do jej szklanki i 

zamieszał palcem.

- To żółte drzewo poui, jeszcze nie urosło. Kwiaty są w kiściach. Bardzo delikatne i 

nietrwałe. Za tydzień opadną.

Ryder podziwiał żółte drzewo poui.

Kiedy się odwrócił, Sophie była przy ławce i sięgała po swoją szklankę. Najwyraźniej 

nie chciała ryzykować. Nie była głupia.

Ryder wziął swoją i wzniósł toast.

-Za nasz wieczór. Dałaś mi wielką rozkosz. Mam nadzieję, że spędzimy tam jeszcze 

niejedną noc.

-Tak - odparła. Trącili się szklankami.

Sophie upiła łyk. Uznała, że poncz jest przepyszny i wypiła więcej.

- Dopij do dna, Sophio - zachęcał ją Ryder. - I pójdziemy dalej.

Niepostrzeżenie wylał swój poncz.

-Masz piękne piersi. Ale już ci to mówiłem. Ostatniej nocy wydały mi się większe. 

Czy to nie dziwne? Myślę, że to z powodu żądzy.

-Możliwe.

-Dlaczego mówisz, że to możliwe?

-Wypiłeś więcej niż powinieneś, ale miałeś na to wielką ochotę. Nie chciałam cię 

pozbawiać tej przyjemności.

-To bardzo miło z twojej strony.

Dlaczego jeszcze nie działa?  - zastanawiała  się Sophie. Wypił  dwie szklanki, tyle 

powinno   wystarczyć.   Dzisiejszej   nocy   wuj   Theo   przyprawił   poncz   jeszcze   mocniej.   Ale 

Ryder  szedł lekko i był  całkowicie  trzeźwy.  Nienawidziła  go. I samej  siebie. Gdyby nie 

Jeremy, na pewno... właściwie nie wiedziała, jak by postąpiła.

-Chcę cię pocałować, Sophio. Dziwne, ale nie pamiętam, żebym cię całował minionej 

nocy.   Tylko   na   samym   początku,   zanim   mnie   odepchnęłaś,   żeby   zdjąć   tę   swoją 

background image

czerwoną suknię ladacznicy. Dziwię się, bo bardzo lubię pocałunki. Dlaczego się nie 

całowaliśmy, Sophio?

-Byłeś bardzo niecierpliwy i rozgorączkowany. Nie mieliśmy na to czasu.

- Ale teraz mamy.

Całował ją, a ona się nie broniła. Zmuszała się, by odwzajemniać pocałunki, ale nie 

mogła. Bała się tego mężczyzny. Ryder doskonale zdawał sobie sprawę, że Sophie pozwala 

mu się dotykać, ale nie reaguje. Po prostu znosi jego pieszczoty. To było denerwujące, ale nie 

dziwiło go i gniew szybko minął.

Odsunął ją łagodnie, ale nie wypuścił z ramion.

-Jak się pani czuje, panno Stanton - Greville?

-Dlaczego   jesteś   taki   oficjalny,   Ryderze?   -   spytała,   spoglądając   mu   w   twarz.   - 

Jesteśmy kochankami. Nie mam teraz innych kochanków, tylko ciebie. I tak zostanie, 

prawda?

-O, tak. Jesteś cudowna. Kiedy zamykam oczy, czuję jak bierzesz mnie do ust. Czuję 

twój język i ciepło oddechu. Tak, dałaś mi wielką rozkosz. Ale czyja też mógłbym coś 

dla ciebie zrobić, Sophio? Coś, na co masz ochotę? Myślałem, żeby ci przynieść coś z 

biżuterii, ale nie miałem czasu pojechać do Montego Bay. Co byś chciała ode mnie 

dostać, kochanie?

Tak,   pomyślała   z   goryczą,   jest   przecież   nierządnicą,   więc   musi   jej   zapłacić. 

Najchętniej powiedziałaby mu o Dahlii i odesłała go do niej z tym prezentem. Ale nie mogła.

-Dobrze - powiedziała z uśmiechem. - Może jest coś, co sprawiłoby mi przyjemność.

-Naprawdę? Wystarczy jedno słowo, a już to masz. Co to takiego? Jakieś świecidełko? 

Brylant czy rubin? Oczywiście znów chcę być z tobą. Teraz.

Nie odpowiedziała. Westchnęła lekko i osunęła się na niego. Zupełnie nieprzytomna.

Do   diabła,   myślał   Ryder,   podnosząc   ją.   Podziałało   wcześniej,   niż   się   spodziewał. 

Poniósł ją w stronę kępy jaśminów i ułożył na ziemi. Wygładził jej spódnicę i wstał.

A teraz, wuju Theo, myślał, wracając szybko na werandę, przyszła kolej na ciebie. 

Myślę, że jesteś gotowy, stary łajdaku.

Theo Burgess był rzeczywiście gotowy. Nie sprawiał najmniejszych kłopotów. Tylko 

jeden stary niewolnik widział, jak Ryder niesie nieprzytomnego Theo do jego łóżka.

Sophie   powoli   przytomniała.   Czuła   się   dziwnie   oderwana   od   rzeczywistości   i   od 

samej siebie. Kręciło jej się w głowie. Był ranek, przez okno wpadały promienie słońca.

Ale to przecież niemożliwe. Przez jej okno nie wpadają promienie porannego słońca.

Z trudem usiadła. Potrząsnęła głową, dziwiąc się swemu stanowi. Czuła się tak, jakby 

background image

była pijana.

Spuściła   stopy   na   podłogę.   Łóżko,   na   którym   siedziała,   nie   było   jej   łóżkiem. 

Zorientowała się, że jest zupełnie naga.

Krzyknęła. Rozejrzała się wokół. Znajdowała się w chacie. Zupełnie sama. Okryła się 

prześcieradłem. Wpatrywała się w przeciwległą ścianę. Co się stało? Jak do tego doszło?

To Ryder Sherbrooke jakimś sposobem odkrył, co ona i wuj Theo z nim zrobili. I 

zemścił się.

Zastanawiała się, czy posiadł ją, tak jak Dahlia jego. Skąd mogła wiedzieć? Wstała i 

odrzuciła prześcieradło. W pomieszczeniu było ciepło, poczuła, że się poci z gorąca i strachu.

Co on zrobił?

Spojrzała w dół, na swoje ciało. Wyglądało tak samo jak zawsze. Pamiętała, że wuj 

Theo   zapewniał   ją,   że   pozostanie   dziewicą.   Ale   jak   można   sprawdzić,   czy   kobieta   jest 

dziewicą, czy nie? Nie spytała go o to. O Boże, nie wiedziała.

Co teraz począć?

Zauważyła swoje ubranie, starannie ułożone na oparciu wyplatanego fotela. Tę samą 

suknię, którą miała na sobie poprzedniego wieczoru. Ryder przyniósł ją tutaj i rozebrał do 

naga.   Czuła   się   straszliwie   zakłopotana.   Musi   się   dowiedzieć,   co   z   nią   zrobił.   Musi   się 

dowiedzieć, jak wiele się domyślił.

Pomyślała o wuju Theo i pobladła. A potem zrozumiała, jak to się stało. Ryder musiał 

podać narkotyk jej, a potem wujowi Theo. Udało mu się. Odpłacił im pięknym za nadobne.

Ubrała się i uczesała. Związała włosy w węzeł na karku i spojrzała w lustro. Czy 

wygląda inaczej? Po czym ma poznać, czy jest dziewicą?

Była   bledsza   niż   zazwyczaj.   Nie   spostrzegła   żadnej   innej   różnicy.   Musi   się 

dowiedzieć. Wyszła z chaty i szybkim krokiem ruszyła do Camille Hall.

W domu dowiedziała się od niewolnika, że pan jeszcze nie zszedł na dół.

Zorientowała się, że jest dopiero siódma rano. Ale nie mogła czekać. Kazała osiodłać 

klacz.

background image

ROZDZIAŁ 6

Ryder siedział na werandzie i pił kawę. Było jeszcze bardzo wcześnie, ale on czuł, że 

Sophie wkrótce tu przyjedzie. Nie wytrzyma. Zechce się dowiedzieć, co z nią zrobił. A on nie 

mógł się doczekać, kiedy jej o tym opowie.

Zobaczywszy ją, cwałującą aleją wjazdową, uśmiechnął się z zadowoleniem. Stał się 

czujny. Nie podniósł się, tylko odchylił na oparcie trzcinowego fotela i patrzył, jak się zbliża.

Sophie   zsiadła   z   klaczy   i   przywiązała   ją   do   jednego   z   pomalowanych   na   czarno 

żelaznych słupków. Drżała. To się nie uda. Otarła dłonie o spódnicę i wyprostowała ramiona.

Weszła na werandę i spojrzała na Rydera. Nie oczekiwała, że wstanie, aby ją powitać. 

I nie wstał. Ale przecież nie była damą.

Ryder uśmiechnął się groźnie i drapieżnie.

- Dzień dobry, Sophio. Widzę, że się nie przebrałaś. Nie mogłaś się doczekać, by mnie 

znowu zobaczyć, prawda? Zjesz śniadanie? A może napijesz się kawy? Musisz podreperować 

siły, zwłaszcza po wyczynach ostatniej nocy.

.   Naigrawał   się   z   niej.   Bardzo   dobrze,   miała   doświadczenie   w   postępowaniu   z 

mężczyznami. W ciągu ostatniego roku poznała ich wybryki, dziwactwa i potrzebę dominacji. 

Uśmiechnęła się i odrzuciła głowę do tyłu.

-Dziękuję. Chętnie napiję się kawy.

-Usiądź.

Czekała,   aż   Ryder   wróci.   Jej   umysł   pracował   gorączkowo,   ale   żaden   pomysł   nie 

przychodził jej do głowy.

Wrócił na werandę z filiżanką kawy. Powoli upiła łyk, patrząc jak Ryder siada w 

trzcinowym fotelu naprzeciwko. Odchylił się na oparcie i skrzyżował ręce na piersi, leniwy 

jak wygrzewająca się na słońcu jaszczurka. Odchylił się tak bardzo, że jego fotel stał tylko na 

tylnych nogach. Sophie życzyła mu, żeby się przewrócił i rąbnął tym przeklętym łbem w 

podłogę.

-Bardzo   wczesna   wizyta   -   zauważył,   zwracając   się   w   stronę   wisterii   oplatającej 

balustradę werandy.

-Tak - zgodziła się Sophie. - Bardzo wczesna, a ty jesteś już ubrany, zupełnie jakbyś 

na kogoś czekał. Zanosi się na straszliwy upał.

-Codziennie jest straszliwy upał. Chcesz ze mną porozmawiać o czymś konkretnym? 

Czy może chcesz się zobaczyć z Samuelem, który zupełnie stracił dla ciebie głowę i 

swoimi wynurzeniami przyprawia mnie o mdłości? Albo z Emilem, przyjacielem z 

background image

dzieciństwa, którego teraz zupełnie nie zauważasz?

-Chcę porozmawiać z tobą.

Skinął leniwie głową i czekał w milczeniu. Cisza przeciągała się.

-No więc? - zapytał w końcu. - Nie żebym miał coś pilnego do roboty, ale łatwo się 

nudzę. Przeciągasz strunę, Sophio.

-Co mi zrobiłeś?

-Słucham? - spytał, unosząc brew. Szczere zainteresowanie w jej głosie ucieszyło go.

-Nie igraj ze mną. Powiedz mi, proszę, czy to ty zabrałeś mnie do chaty?

-Tak.

-I rozebrałeś do naga?

-Tak. I ułożyłem ubranie starannie tuż obok. Mam zamiłowanie do porządku.

-Czy... jak to powiedzieć, czy zbliżyłeś się do mnie w intymny sposób?

-Przed czy po tym, kiedy starannie ułożyłem twoje rzeczy?

Nie odpowiedziała. Wpatrywała się w niego. Ryder wzruszył ramionami, spojrzał na 

jej piersi i uśmiechnął się. - Czy zbliżyłem się w intymny sposób, panno Stanton - Greville? 

Na miłość boską, dlaczego nie miałbym cię posiąść, czy też, jak to oryginalnie ujęłaś, zbliżyć 

się do ciebie w intymny sposób? Czy nie po to ma się kochanka? Twoje ciało należy do mnie, 

oświadczyłaś mi to w sposób nie pozostawiający wątpliwości. Nie przepadam za kobietami, 

które w łóżku są niezupełnie przytomne, ale rozsunąłem ci nogi i wszedłem w ciebie, co 

całkowicie mnie zadowoliło... jako twojego kochanka. Wygięłaś się leciutko w łuk. Nie, nie 

sądzę, by sprawiło ci to wielką rozkosz, mimo  że raz czy dwa razy jęknęłaś. - Przybrał 

zamyśloną minę. - Zaraz, zaraz. Przypomniałem sobie, że jęczałaś, kiedy całowałem twoje 

piersi, a może to było wtedy, gdy pieściłem twoje pośladki i ułożyłem cię płasko na brzuchu. 

Z całą pewnością nie jęczałaś jednak aż tak jak poprzedniej nocy. Nie mogłaś mnie ujeżdżać, 

więc dzisiaj przyszła kolej, bym ja to uczynił. Jesteś łagodna i masz wiele do ofiarowania, 

Sophio. Dałaś mi ogromną rozkosz. Byłem zupełnie trzeźwy i pamiętam wszelkie odczucia, 

jakie miałem zagłębiając się w tobie.

Właśnie   kończył   swój   wspaniały   monolog,   gdy   Sophia   zerwała   się   na   nogi   i 

wrzasnęła: - Zamilknij wreszcie! Niech cię diabli! Zmusiłeś mnie. Zgwałciłeś mnie! Bydlaku!

-Zmusiłem cię? - powtórzył Ryder nie rozumiejąc. - Bydlak? Z całą pewnością nie. 

Jestem twoim kochankiem.

-Podałeś   mi   narkotyk!   Posiadłeś   mnie,   kiedy   byłam   nieprzytomna!   Nie   jesteś 

kochankiem, jesteś perfidnym łajdakiem! Nienawidzę cię!

Ryder roześmiał się. Jego dźwięczny, głęboki śmiech sprawił, że Sophie dostała gęsiej 

background image

skórki. Boże, miała ochotę zbić go, cisnąć czymś  ciężkim w jego głowę, skopać go. Nie 

mogła się opanować. Zerwała się z fotela i rzuciła na Rydera z pięściami. Trzeba było na to 

nie lada siły, ale udało jej się przewrócić fotel, na którym siedział. Na nieszczęście nie odsko-

czyła   dość   szybko.   Ryder   schwycił   ją   za   kostkę   i   pociągnął   za   sobą.   Unieruchomił   jej 

nadgarstki, tak że nie mogła go okładać pięściami.

Spojrzał na jej zaczerwienioną z wściekłości twarz. Na falującą pierś.

- Ależ masz temperament, Sophio - powiedział zadowolony. - Może następnym razem 

będziesz przytomna, tak jak ja minionej  nocy,  i wreszcie porozmawiamy sobie w trakcie 

miłosnych pieszczot. Będzie jeszcze przyjemniej, co wcale nie oznacza, że się uskarżam.

Sophie wyrywała się. Ryder czul jej ciało tuż przy swoim. Była naprawdę wściekła, 

zupełnie   nie   zdawała   sobie   sprawy,   że   napiera   na   niego   brzuchem.   Ryder   miał   wzwód, 

musiała to wyczuć. Ale trzymał ją mocno. Czekał, aż Sophie zorientuje się, że nie może go 

uderzyć, ona jednak uparcie walczyła. Wreszcie powiedziała: - Puść mnie, przeklęty.

- Wiesz, Sophio, jesteś pierwszą kobietą, która rzuciła się na mnie w złych zamiarach. 

Zdarzało się, że atakowały mnie żartem, bo lubię się bawić i wiele kobiet dobrze o tym wie. 

Ale taka agresja? Nie znam tutejszych zasad. Czy aby mieć pewność, że się znów na mnie nie 

rzucisz, muszę cię trzymać przez dalsze pięć minut?

Sophie   czuła   wściekłość   i   strach.   Od   wzbierających   łez   piekły   ją   oczy.   Milcząco 

pokręciła głową.

Ryder   zauważył   łzy,   ale   wiedział,   że   Sophia   nie   pozwoli,   aby   spłynęły   po   jej 

policzkach.

- Dasz mi spokój, jeżeli cię puszczę?

Jeszcze raz pokręciła głową i Ryder domyślił się, że Sophia nie może z siebie wydusić 

ani słowa. Wygrał. Po prostu ją zniszczył. Zasługiwała na to. Puścił jej nadgarstki. Przeturlała 

się na bok i błyskawicznie wstała. Spoglądała na niego z góry.

Ryder podniósł się powoli. Postawił wywrócony fotel i skinął ręką, aby usiadła.

Zupełnie jakby nic nie zaszło, pomyślała, bo kiedy Ryder znów usiadł w fotelu, jego 

pierwsze słowa zabrzmiały: - Dałem ci narkotyk? Dziwaczna myśl. Groteskowy pomysł. Któż 

wpadłby na tak perfidny pomysł jak podanie narkotyku? To by wskazywało na całkowity brak 

honoru i uczciwości. Potworność takiego czynu wprost poraża. Wielkie nieba, podobne żarty 

o tak wczesnej porze. Ale, jak już wspomniałem, nie czeka mnie żadna pilna praca, a ty z całą 

pewnością nie jesteś nudna, więc proszę bardzo, opowiadaj dalej te swoje bajeczki.

- Byłam dziewi...

Tutaj jej glos załamał się nagle. Jeżeli mu powie, że była dziewicą, Ryder pęknie ze 

background image

śmiechu. Potrząsnęła głową, starając się opanować. Doskonale wiedział o narkotyku, była 

tego pewna.

-   Dałeś   mi   narkotyk.   Musiałeś   coś   wsypać   do   mojego   ponczu.   A   potem   mnie 

wykorzystałeś.

Nie były to dokładnie te słowa, które chciała wypowiedzieć, ale nie potrafiła znaleźć 

lepszych. Głupie wyrzuty rozwścieczonej pannicy. Zdała sobie sprawę, że jeśli powie jeszcze 

coś, nie będzie to miało więcej sensu i jeszcze bardziej rozśmieszy Rydera.

- Mówiłem ci już, że zaraz pierwszego popołudnia po przybyciu do Montego Bay 

usłyszałem,   że   masz   trzech   kochanków?   Podano   również   dokładny   opis   owych   trzech 

mężczyzn.   Oliver   Susson   pojawił   się   tam   osobiście   i   stał   się   przedmiotem   drwin. 

Zazdroszczono mu, oczywiście. Ponieważ kochałaś się z tymi dżentelmenami na rozmaite 

dziwne i egzotyczne  sposoby,  już od dawna nie jesteś dziewicą.  O, tak. I nie rób takiej 

zdziwionej miny, Sophio. Nie protestuj.

Niewiele słów zaczyna się od „dziewi”. Cieszę się, że zamilkłaś, nie dopowiedziawszy 

tego bezwstydnego kłamstwa.

- Nie - powiedziała Sophie zdruzgotana. - Nie skłamałabym.

Dziś rano nie poczułam żadnej różnicy, myślała. Spojrzałam do lustra i wyglądałam 

tak samo jak zwykle. A jednak on twierdzi, że mnie posiadł i wie, że nie byłam dziewicą. Nie 

rozumiała tego, ale zamilkła. Najwyraźniej mężczyźni nie umieją poznać, czy kobieta jest 

nienaruszona. Najwidoczniej muszą wierzyć jej na słowo. A jej słowa były nic niewarte ze 

względu na to, jaką cieszyła się reputacją. Była tak samo niewinna jak wszystkie inne dziwki 

w Montego Bay. Spostrzegła, że Ryder uśmiecha się do niej triumfalnie i złośliwie.

- Proszę cię, Ryderze, powiedz mi prawdę. Jak wiele wiesz? I jak się tego domyśliłeś? 

Czego chcesz?

Teraz już wszystko skończone, nawet jeśli wuj Theo nie zakończył sprawy. Proszę, o 

Boże, proszę...

Zamilkła. Właściwie o co go prosi? Nie była w stanie przeszkodzić mu w uczynieniu 

tego, co on zechce. Jeżeli powie mu teraz o Jeremym, Ryder tylko ją wyśmieje. Wstała z 

fotela.   Spojrzała   na   niego   niewidzącym   wzrokiem,   odwróciła   się   i   wybiegła   z   werandy 

podkasując spódnicę.

- Wpadłaś przez piersi, panno Stanton - GreviIle!

- wołał za nią na cały głos. - I właśnie dlatego domyśliłem się, że podałaś mi narkotyk. 

Nietrudno się było domyślić. Każda kobieta ma inne piersi. Ta druga także miała niezły biust, 

ale zbyt duży. Wolę twój.

background image

Sophie nie odwróciła się, ale mógłby przysiąc, że drgnęła słysząc jego słowa.

Patrzył, jak ucieka. Nie zatrzymywał jej. Nie odezwał się ani słowem. Chciała mu 

wmówić, że jest dziewicą. Co za bzdura. Nawet teraz, wiedząc, że posiadł tę drugą kobietę, 

miał   poważne   wątpliwości,   czy   Sophia   jest   niewinna.   Pomimo   że   wyglądała   dziś   tak 

dziewczęco. W muślinowej sukience i z twarzą bez makijażu. Nie, to niemożliwe. Uwodziła 

go tak umiejętnie, pozwalała mu pieścić piersi jak doświadczona kurtyzana, dotrzymywała 

mu kroku, dopóki nie zdołał wyprowadzić jej w pole.

Patrzył, jak odjeżdża galopem na swojej klaczy. Patrzył, dopóki nie zniknęła mu z 

oczu.

Wstał i przeciągnął się. Wiedział, co teraz zrobi. Szkoda, że nie domyśla się, jaki cel 

ma ta gra. Ale nie wątpił, że już niedługo pozna prawdę.

Wuj Theo czekał  na nią w swoim gabinecie.  Był  blady,  trzęsły mu  się ręce. Nie 

przywdział maski. Przerażona, starała się zachować jak największą odległość. Zatrzasnęła 

drzwi i patrzyła, jak wuj powoli podnosi się z krzesła.

- Gdzieś ty się, do diabła, podziewała?

Sophie oczekiwała tego.

-Obudziłam się w chacie - wyrecytowała cicho. - Naga w łóżku i zupełnie  sama. 

Chciałam się dowiedzieć, jak do tego doszło, więc pojechałam konno do Kimberly 

Hall. Ryder powiedział, że mnie posiadł, ponieważ jest moim kochankiem i zdziwił 

się, o co robię tyle szumu. Oskarżyłam go o to, że mi podał narkotyk. Już miałam mu 

powiedzieć, że jestem dziewicą, ale ugryzłam się w język, bo i tak by mi nie uwierzył.

-Nasypał narkotyku i tobie, i mnie! Przeklęty łajdak!

Słysząc to, Sophie poczuła wielką radość. Puściła w niepamięć, co Ryder jej zrobił. 

Teraz wszystko się wreszcie skończy.

-Do   wszystkich   diabłów!   Skąd   on   wiedział?   Żaden   poprzedni   nigdy   się   nie 

zorientował.

-Nie wiem.

Jednak wuj wiedział, że skłamała.

-No, dobrze - dodała szybko. - Powiedział, że się zorientował, że kobieta, z którą 

spędził noc, miała  inne piersi. Przedtem pieścił mnie dwa razy.  Tak się domyślił. 

Powiedział, że każda kobieta jest inna.

-Co za bzdury! Poznał, że piersi Dahlii są inne niż twoje - krzyknął bełkotliwie, bo z 

wściekłości plątał mu się język. - Bardzo dziwne. Niech cię wszyscy diabli! Kłamiesz, 

Sophio!

background image

Theo Burgess przyjrzał się siostrzenicy.

-Mój Boże - powiedział bardzo spokojnie. - Powiedziałaś mu, prawda? Poszłaś do 

niego i powiedziałaś. Uległaś urokowi jego męskiego ciała i powiedziałaś mu!

-Nie! Gardzę wszystkimi mężczyznami. On niczym się nie różni od innych.

-Nienawidzisz mnie, więc posłużyłaś się nim przeciwko mnie. Ale to na nic się nie 

zda. Wymyślę nowy sposób, a ty zrobisz, co ci każę. O nie, Sophio, gra jeszcze się nie 

skończyła. I nie skończy się, dopóki ja tego nie zechcę.

-Już po wszystkim. On zna prawdę. Nie całą, ale wie wystarczająco wiele. Zacznie 

działać, a ty go nie powstrzymasz.

-Wie, bo ty mu powiedziałaś. Nie okłamuj mnie, ty mała, przeklęta suko!

Sophie spostrzegła, że pociemniały mu oczy. Wiedziała, co się stanie. W jednej chwili 

znalazł się przy niej. Uderzył ją z całej siły, aż się zatoczyła na drzwi. Chwyciła klamkę, żeby 

nie upaść i zaraz tego pożałowała, bo uderzył  ją drugi raz. Poczuła siłę, o którą się nie 

podejrzewała. Ból minął. Została tylko wściekłość. Odwróciła się, odzyskując równowagę. 

Złapała stojącą na stole lampę i cisnęła w stronę wuja. Trafiła go w ramię.

Zaczął   wrzeszczeć   i   przeklinać.   Sophie   wiedziała,   że   gdyby   ją   teraz   dopadł,   nie 

uszłaby z życiem.

W   oknie   werandy   ukazała   się   twarz   niewolnika   i   natychmiast   zniknęła.   Sophie 

pobiegła za wielkie biurko. Chwytała po drodze książki i rzucała w wuja, ale on zbliżał się 

coraz bardziej, jego pięści były ogromne, knykcie zbielałe, twarz brutalna.

Spostrzegła   nóż   do   papieru.   Nie   myślała,   działała   automatycznie.   Chwyciła   nóż   i 

rzuciła się na wuja.

- Nie pozwolę ci się uderzyć! Nigdy więcej! Nienawidzę cię! - Pchnęła z całej siły. 

Poczuła, jak ostrze z łatwością wbija się w jego bark.

Płakała i widziała wszystko jak przez mgłę. Spojrzała na nóż do papieru. Rękojeść z 

masy   perłowej   wystawała   z   barku.   Wuj   spoglądał   to   na   nią,   to   na   rękojeść   noża.   Był 

oszołomiony.

- Zraniłaś  mnie  - powiedział  powoli. Spojrzał  w jej twarz i wrzasnął: - Już ja ci 

pokażę, ty przeklęta, mała suko! A ja dawałem wszystko tobie i temu nędznemu kalece. No, 

proszę, zadźgaj mnie.

Złapał ją za ramię i wykręcił, aż trzasnęło, a potem pchnął Sophie na ścianę. Znalazła 

się uwięziona w rogu pokoju, a on okładał ją i okładał... po twarzy, żebrach, bił i bił.

Wreszcie straciła przytomność i osunęła się na podłogę.

Odzyskała przytomność tam, gdzie upadła. Leżała na boku. Ból nie pozwalał jej jasno 

background image

myśleć. Pojękiwała cicho, nie mogąc się opanować. Najważniejsze, że jej nie zabił. A ramię 

nie było złamane. To już coś.

Leżała jeszcze kilka minut bez ruchu. Oddychała z trudem. Nauczyła się radzić sobie z 

bólem, ale tym razem było to trudniejsze niż kiedykolwiek.

Spróbowała usiąść. Ból był straszliwy, ale udało jej się. Nie mogła tu zostać. Jeżeli 

zobaczy ją któryś z niewolników, prawda wyjdzie na jaw i Jeremy wszystkiego się dowie, a 

taka myśl była dla niej nie do zniesienia. Jeremy buntowałby się. Próbowałby jej bronić. 

Zaatakowałby wuja Theo. Oczami wyobraźni ujrzała siebie i brata wyrzuconych z plantacji, 

samych   i  wzgardzonych   w  Montego   Bay.   Tylko   nie  to,   jej  mały  braciszek  nie   mógł   się 

niczego dowiedzieć. Troszczyła się o niego od czterech lat. Będzie się nim opiekowała aż do 

śmierci.

To niemożliwe, nie wyrzuci ich z domu. Wuj Theo nigdy nie działał pochopnie. W 

dodatku jest ranny. Będzie zbyt słaby, by podjąć jakiekolwiek kroki. Powiedział, że gra nie 

jest   skończona.   Zbił   ją,   bo   był   wściekły   na   Rydera   Sherbrooke'a.   Będzie   dalej   udawał, 

podtrzymywał fikcję.

Nabrała powietrza w płuca, uchwyciła się krawędzi biurka i wstała. Kręciło jej się w 

głowie i czuła mdłości, ale w końcu jakoś to opanowała. Musi stąd wyjść, zanim zacznie 

płakać z bólu.

Tym razem potrzeba będzie wszystkich kosmetyków, by ukryć to, co jej zrobił.

Minęła lustro, ale nie spojrzała na swoje odbicie. Wyśliznęła się z gabinetu, a potem z 

domu. Do chaty było ponad kilometr. Szła zgarbiona jak słaba staruszka. Z trudem chwytała 

powietrze.

To zbyt wiele. Tym razem musi coś zrobić. Trzeba z tym skończyć. Jeśli nie ona, 

niech działa Ryder Sherbrooke. Ona była zbyt obolała. Wydawało jej się, że czas stanął w 

miejscu. Zastanawiała się, czy umrze. Pomyślała o Ryderze. Był wściekły i marzył o zemście. 

To, co zrobił, to dopiero początek. Poczuła nadzieję.

Kiedy wreszcie dotarła do chaty, zaczęła płakać. Nie mogła przestać i nie chciała. 

Wylewała strumienie łez.

Weszła do chaty i powoli ułożyła się na łóżku. Ogarnęły ją fale bólu.

*

Ryder chciał poznać odpowiedzi na więcej pytań. Dość tej gry. Pojechał do Camille 

Hall.  Nie  zastał   tam  Sophii.  Nikt  nie  potrafił   powiedzieć,   gdzie  jest.  Wszyscy   napotkani 

niewolnicy zachowywali się dziwnie, ale niczego się nie dowiedział. Wuja Theo także nie 

było w domu.

background image

Ryder zatrzymał  się na końcu długiej alei, zastanawiając się, dokąd Sophia mogła 

pojechać opuściwszy Kimberly Hall. Nagle domyślił się. Bez wahania skierował konia ku 

chacie. Jeśli jej tam nie zastanie, poszuka na Plaży Penelopy.

W pierwszej chwili sądził, że się pomylił. W pobliżu nie było żywego ducha. Wszedł 

do środka i stanął jak wryty.

Leżała   na   łóżku   całkowicie   ubrana,   z   podciągniętymi   nogami.   Wyglądała   na 

pogrążoną w głębokim śnie.

Ryder podszedł do łóżka i przyjrzał się jej. Wziął ją za ramię i odwrócił na wznak. 

Wstrzymał oddech, nie wierzył własnym oczom. Natychmiast porzucił wszelkie myśli o tym, 

by ją ukarać. Poczuł zdumienie, a potem wściekłość. Przyglądał się jej twarzy. Jezu, co jej się 

stało? Ale przecież doskonale wiedział. Zbił ją wuj Theo.

Tych sińców nie pokryje żaden makijaż. Spostrzegł, że ma zaciśnięte pięści. Sophie 

jęknęła i przyłożyła dłonie do piersi.

Ryder rozebrał ją. Domyślił się, że Sophie jest nieprzytomna. Zdjął z niej suknię, 

pantofle i pończochy. Została w samej koszuli.

Tak jak poprzednio, wyjął nóż i rozciął koszulę. Widok, który ukazał się jego oczom, 

zupełnie go poraził. Cały tułów pokrywały straszliwe sińce. Wuj Theo okładał ją pięściami 

bez litości. Ryder pomyślał, że kiedy rozebrał ją poprzednio, również była posiniaczona. Ale 

nie miał pewności. Światło było przyćmione. Teraz nie miał już najmniejszych wątpliwości.

Jezu, ten człowiek to bestia. Leciutko dotknął palcami najstraszniejszego sińca, tuż 

pod lewą piersią.

Jęknęła cicho i uniosła ramię, ale zaraz je opuściła. Schroniła się w chacie jak ranne 

zwierzę.

Ryder   wyprostował   się,   Przede   wszystkim   potrzebowała   laudanum.   Wyjaśnienia 

mogły   zaczekać.   Wyobrażał   sobie,   jak   bardzo   będzie   obolała,   kiedy   się   obudzi.   Musi   ją 

zostawić i pojechać po lekarstwo. Albo zawinie ją w prześcieradło i zabierze do Kimberly 

Hall.

Zaczęła   płakać.   Łkanie   rozdzierało   mu   serce.   Spod   rzęs   spływały   łzy.   Była 

nieprzytomna, ale nadal czuła ból tak mocny, że płakała. A może opłakiwała wszystkie swoje 

krzywdy? Całe miesiące upokorzeń?

Ryder nie namyślał się dłużej. Delikatnie owinął Sophie w koc i wyniósł ją z chaty. 

Nie   było   łatwo   wsiąść   z   nią   na   konia,   ale   w   końcu   udało   mu   się.   Modlił   się,   żeby   nie 

odzyskała przytomności, zanim dotrą do Kimberly Hall.

Kiedy dojechał na miejsce, zobaczył na schodach Emila, który wkładał rękawiczki. 

background image

Spojrzał na nich i rozwarł oczy ze zdumienia.

-Ryder, a cóż to takiego, do diabła?

-Chodź ze mną, a wytłumaczę ci tyle, ile wiem sam. Ale najpierw przynieś laudanum, 

wodę, opatrunek, maść i co tam znajdziesz. O ile się nie mylę, drogi wujaszek sprał ją 

na kwaśne jabłko.

- Jezu - jęknął Emil i odszedł w pośpiechu.

Ryder zaniósł dziewczynę do swojej sypialni. Po prostu nie przyszło mu do głowy, że 

mógłby ją zanieść gdzie indziej.

Rozsunął moskitierę. Delikatnie ułożył Sophie na łóżku i okrył kocem. Nie chciał, 

żeby Emil oglądał ją nagą.

- Ojciec pyta, co się stało - powiedział po chwili Emil. - Zbyłem go. Powiesz mu, co 

uznasz za stosowne.

-Dziękuję ci, Emilu. Zostaw lekarstwa. Zajmę się nią.

-Nie potrzebujesz pomocy Mary albo Coco? - zapytał Emil.

-Nie, dziękuję, poradzę sobie sam. Domyślam się, że coś takiego jak lód w ogóle tu 

nie istnieje.

-Mamy lód. Ach, chcesz przyłożyć lód, żeby zeszła opuchlizna. Zaraz ci przyniosę.

Emil wyszedł, cicho zamykając za sobą drzwi.

Ryder odwinął koc i zabrał się do roboty. Zbadał żebra, aby się upewnić, czy nie są 

połamane   i   owinął   klatkę   piersiową.   Wstał   i   obejrzał   swoje   dzieło.   Sophie   wciąż   była 

nieprzytomna.

Przygotował szklankę wody z laudanum, aby jej podać, gdy się obudzi. Czekając, 

przyglądał się jej twarzy. Wyciągnął rękę i delikatnie dotknął palcami brwi, nosa i policzka. 

Zsunął dłoń i przycisnął palec do ust. Wyczuł, że zęby ma całe. Dzięki Bogu. Ach, jakże musi 

cierpieć.

Sophie nie chciała się budzić. Wiedziała, że przebudzenie nie będzie przyjemne. I tak 

się stało. Ból nacierał falami. Z trudem łapała oddech.

Słyszała głos Rydera. Powtarzał, że nic jej nie będzie, że wuj Theo nigdy więcej jej 

nie uderzy. Miała mu zaufać.

- Zaufaj mi - powtarzał.

Otworzyła oczy i spojrzała na Rydera Sherbrooke'a.

-Mam ci zaufać? - spytała, drżąc z bólu.

-Tak, Sophio. Zaufaj mi. Dopilnuję, żeby wszystko było w porządku. A teraz wypij tę 

wodę.

background image

Ryder   dostrzegł   w   jej   oczach   ból   i   nieufność.   Rozumiał   ją,   ale   nie   miał   zamiaru 

ustąpić. Delikatnie uniósł jej głowę i wlał wodę z lekarstwem do ust.

- Nic nie mów. - Ułożył jej głowę na poduszce.

- Wysłuchaj  mnie. Wygląda  na to, że nie masz  połamanych  kości. Żebra są całe. 

Obandażowałem je.

Twarz masz opuchniętą. Zawinę lód w bawełnę i położę ci na powiekach. Miejmy 

nadzieję, że pod wpływem zimna opuchlizna zejdzie. Nie przestrasz się, kiedy poczujesz coś 

bardzo zimnego. A teraz po prostu leż spokojnie.

Kiedy Emil  zastukał do drzwi, Sophie  miała  zamknięte  oczy.  Przyniósł  ręczniki  i 

wiadro z lodem.

- Dziękuję - powiedział Ryder. - Zawiadom mnie, gdyby przyszedł Theo Burgess.

Kiedy   znowu   zostali   sami,   Ryder   zawinął   lód   w   kawałki   płótna   i   ułożył   je   na 

powiekach i twarzy Sophie. Drgnęła.

-Nie   ruszaj   się,   Sophio   -   powiedział   uspokajająco   Ryder.   -   Lód   spowoduje 

odrętwienie,   będzie   cię   mniej   bolało.   Dałem   ci   laudanum.   Wkrótce   poczujesz   się 

lepiej.

-Jeremy - powiedziała z trudem, ale wiedziała, że to tylko bezgłośny szept. Czuła, że 

laudanum zaczyna działać i spróbowała jeszcze raz. - Jeremy.

Ryder nachylił się tuż nad jej twarzą. Odczytał z ust Sophie imię jej brata. Zaniepokoił 

się. Jeżeli wuj Theo tak ją skatował, co zrobi z chłopcem?

-Ja... zraniłam wuja Theo. Nie przyjdzie tutaj. Przynajmniej nie dziś.

-Co zrobiłaś?

-Ja... - Głowa Sophie opadła na bok.

Ryder nie wahał się ani chwili. Odszukał Emila, który wielkimi krokami niespokojnie 

przemierzał hol.

- Powiedz Coco, żeby nad nią czuwała. Usnęła po laudanum. Powiedz Jamesowi, żeby 

nie wpuszczał do domu nikogo z Camille Hall. Nikogo. A jeśli chodzi o twego ojca... Jezu, 

powiedz mu cokolwiek.

Emil   skinął   głową   i   natychmiast   odszedł.   Teraz   Ryder   przemierzał   hol   w   tę   i   z 

powrotem.

- Co teraz? - spytał Emil wykonawszy polecenia.

- Teraz pojedziemy wprost w paszczę lwa. Mam nadzieję, że rzeczony lew nie jest 

martwy. Opowiem ci wszystko po drodze.

Sophie zacisnęła zęby. Ból powracał. Pulsował w całym ciele, pojawiał się i narastał, 

background image

aż   myślała,   że   tego   nie   zniesie.   A   potem   przycichał,   odchodził   i   stawał   się   płytszy,   jak 

powracająca od brzegu fala, ale ona wiedziała, że będzie znów narastał, że to się nigdy nie 

skończy. Znalazła się w pułapce, bezsilna i samotna. Nie spełniła swego zadania i teraz płaci 

za to straszliwym bólem.

- Nie płacz, Sophie, proszę. Napij się wody. Ryder powiedział, że będzie ci się chciało 

pić.

Napiła   się   wody.   I   wtedy  zdała   sobie   sprawę,   że   jest   przy   niej   Jeremy,   jej   mały 

braciszek. Uniosła rękę i zdjęła z twarzy ręcznik. Mogła teraz otworzyć oczy bez wielkiego 

wysiłku.   Opuchlizna   zniknęła.   Zobaczyła   Jeremy'ego.   Stał   przy   łóżku,   na   jego   kochanej 

twarzyczce malował się wielki niepokój.

- Nic mi nie jest, Jeremy - wyszeptała. - Nie martw się o mnie. Wyglądam pewnie 

znacznie gorzej niż się czuję.

-Ciii - powiedział  Jeremy.  - Ryder  przestrzegał mnie, że będziesz chciała ze mną 

rozmawiać i nakazał, żebym cię uciszył. Pozwolił, żebym ci opowiedział, co się stało. 

Chcesz?

-Tak.

-Masz leżeć zupełnie bez ruchu. Ryder powiedział, że wszystko będzie dobrze. Mówił, 

że nie masz  połamanych  kości, ale bardzo posiniaczoną twarz i potłuczone żebra. 

Masz leżeć nieruchomo, Sophie.

-Tak.

-Wuj Theo się zmienił - powiedział Jeremy powoli i zmarszczył brwi. Nie rozumiał 

tego, co dla niej było jasne, ale Sophie nie odezwała się, czekała. - Zobaczył, jak 

wracam do domu z Thomasem i zaczął wrzeszczeć. Trzymał się za bark i zobaczyłem, 

że spomiędzy palców spływa mu krew. Krzyknął, że ma dosyć nas obydwojga.

-Nie uderzył cię?

-O, nie. Tylko kazał Thomasowi zamknąć mnie w sypialni. Powiedział, że zajmie się 

mną później. Nie pobił mnie tak jak ciebie. Ale był bardzo rozgniewany i nazwał cię 

kłamczucha   i   flądrą,   i   ladacznicą,   i   powiedział   jeszcze   inne   słowa,   których   nie 

zrozumiałem.   Powiedział,   że   jestem   nędznym   kulawym   bękartem   i   że   dopilnuje, 

żebym nigdy, ale to nigdy, nie odziedziczył Camille Hall i nie dostał naszego domu w 

Fowey.   Powiedział,   że   dopilnuje,   abyś   znalazła   się   w   piekle,   bo   tam   jest   twoje 

miejsce.

Dobry Boże, pomyślała Sophie, żałując, że nie może przytulić brata. Jeremy mówił 

bardzo spokojnie i to było jeszcze bardziej przerażające.

background image

-Właśnie miałem zsunąć się po kracie z mojego balkonu, kiedy drzwi gwałtownie się 

otworzyły i do pokoju wpadł Ryder. Powiedział, że przyjechał po mnie. Powiedział, 

że jesteś u niego i ma mnie zabrać do ciebie. Powiedział, że wszystko będzie dobrze.

-A wuj Theo?

-Nie było go przy tym. Myślę, że razem z Thomasem zajął się raną. Czy to ty go 

zraniłaś, Sophie?

- Tak, dźgnęłam go nożem do papieru.

Przyjął to bez zmrużenia oka.

- Bałem się, Sophie - powiedział po chwili. - Bałem się, że przyśle Thomasa z batem i 

zostanę wychłostany tak jak niewolnicy. I nie wiedziałem, gdzie jesteś ani co wuj ci zrobił.

Poczuła tak wielką ulgę, że ból stał się nieważny. Nie słyszała, jak drzwi się otwierają, 

ale nagle Jeremy odwrócił się i jego twarz pojaśniała.

-Jak się czuje? - rozległ się głos Rydera, niski i głęboki.

-Lepiej,   sir.   Powiedziałem   jej,   że   ma   leżeć   spokojnie   i   słuchać,   co   mam   jej   do 

powiedzenia. Nieźle sobie radziła. Dźgnęła go nożem.

-Tak, wiem. A teraz, mój chłopcze, masz ochotę na leguminę z ananasa? Kucharka 

twierdzi, że wszystkie dzieci przepadają za ananasami.

Jeremy spojrzał na siostrę.

- Wszystko w porządku. Ja przy niej zostanę.

Śmiało, Jeremy.

Ryder milczał, dopóki Jeremy nie wyszedł z pokoju.

-Weźmiesz jeszcze trochę laudanum?

-Nie, to mnie otępia.

-Lepsze otępienie niż ból. Jeremy jest tu bezpieczny i przysięgam ci, że zostanie pod 

moją opieką. Nie ma powodu, żebyś  się umartwiała. Nie, Sophio, nie protestuj. A 

teraz wypij.

Usłuchała go i po dziesięciu minutach zamknęła oczy, a jej oddech stał się głębszy. - 

Na imię mi Sophie - powiedziała niewyraźnie. - Nienawidzę, kiedy się do mnie mówi Sophia.

- Ja także wolę Sophie - odparł Ryder, ale ona usnęła.

Położył na jej twarzy nową porcję lodu i odchylił się na oparcie krzesła. Wyprostował 

nogi i skrzyżował je w kostkach. Poklepał się lekko po brodzie. Nie spuszczał oczu z Sophie. 

Co ma teraz zrobić?

Pomyślał o domu, o braciach i o siostrze, Sinjun. Pomyślał o młodej bratowej, Al ex, i 

zastanowił się, jak sobie radzi z tym uparciuchem Douglasem.

background image

Gdyby Samuel Grayson nie napisał alarmujących listów na temat dziwnych rzeczy, 

które się tu wydarzyły, Ryder przebywałby teraz w Anglii, ciesząc się towarzystwem swoich 

dzieci i kochanek, jeżdżąc konno wzdłuż południowych skalistych wybrzeży i o nic się nie 

martwiąc.

Teraz miał w swoich rękach los dwojga ludzi. Zdał sobie sprawę, że dotychczas jego 

życie było takie, jak sobie zaplanował. Robił dokładnie to, na co miał ochotę, bo Opatrzność 

sprawiła, że urodził się jako drugi syn, a więc hrabią Northcliffe został jego starszy brat. Wuj 

Brandon   pozostawił  Ryderowi   w  spadku  ogromną   fortunę,  mógł  więc   korzystać  z   życia, 

biorąc wszystko, na co miał ochotę i nie myśląc o konsekwencjach, z którymi zresztą nieźle 

sobie radził. Ludzie darzyli go sympatią, wiedział o tym. Był pełen wdzięku, bawił towarzyst-

wo   i   zachowywał   się   honorowo.   Zachowywał   się   honorowo,   bo   nie   było   powodu,   by 

postępować niehonorowo; nigdy nie musiał niczego sobie udowadniać. Można by go chwalić 

za to, że opiekował się dziećmi, ale to co innego. Otaczanie ich opieką sprawiało mu przyjem-

ność, było łatwe. Dzięki dzieciom czuł się szczęśliwy.

Jednak teraz sprawy wymknęły się spod jego kontroli. Nie chciał się mieszać w to 

paskudztwo, ale już został w nie wmieszany. Spojrzał na zmaltretowaną dziewczynę, leżącą 

na jego łóżku. Miała charakter. Nie mógł tak tego zostawić. Nie mógł jej zostawić. Zaklął 

cicho i potoczyście.

Nie miał wyjścia.

background image

ROZDZIAŁ 7

Do sypialni wsączyło się światło słoneczne i ogrzało twarz Sophie. Otworzyła oczy i 

poruszyła się. Ból od wczoraj zelżał. To już dwa dni. Leżała tu dwa dni, rozmyślając o tym, 

co się zdarzyło  i co będzie dalej. Nienawidziła  bezsilności. Powinna wstać, powinna coś 

zrobić,   choć   sama   nie   wiedziała   co,   wiedziała   tylko,   że   najpierw   musi   opuścić   stopy  na 

podłogę. Udało jej się usiąść. Jęknęła, czując ból w żebrach i dysząc opadła z powrotem na 

łóżko. Zamknęła oczy i czekała, licząc powoli do dziesięciu. Mogła zamykać oczy, a nawet 

mrugać i nie czuła bólu. Lód, który Ryder kładł jej na powiekach, bardzo zmniejszył opu-

chliznę. Ach, ale żebra. Bała się poruszyć. Kiedy wreszcie otworzyła oczy, nad łóżkiem stał 

Ryder i przyglądał się jej.

- Zbudziłaś się, to dobrze. Przyniosłem ci śniadanie. Przyprowadzę zaraz Jeremy'ego, 

żeby się przekonał na własne oczy,  że jesteś  w zupełnie  niezłej  kondycji. Za pierwszym 

razem wpuściłem go, żeby zobaczył, że nie umarłaś. Cała ta historia wystraszyła go.

Jest bardzo dzielny i dobrze się trzyma. Jestem z niego dumny i ty także powinnaś 

czuć się dumna.

Mówiąc to, uśmiechał  się i starał się być  bardzo rzeczowy.  Wiedział,  że nadmiar 

współczucia i litości byłby nie na miejscu.

- Zrobiłem to, co uważałem za najlepsze dla ciebie i dla niego. Nie, nie ruszaj się. 

Podniosę cię. Nie rób niczego sama.

Posadził ją i podparł poduszkami. Ustawił tacę na jej nogach.

-Może przed jedzeniem musisz się wypróżnić?

-Nie - odparła Sophie, wpatrując się w widelec.

-Nie złość się. To do ciebie nie pasuje. Przecież potrafisz znieść każdą impertynencję, 

pochodzącą z męskich ust. Daj spokój, po całej nocy musisz przecież...

-No, dobrze, tak! Czy możesz zabrać tę tacę i zostawić mnie samą?

Spojrzał z uśmiechem na jej zaróżowioną tym wybuchem twarz i zawołał: - Coco, 

chodź tutaj i pomóż pannie Stanton - Greville!

A potem zwrócił się do Sophie: - Przypuszczam, że mam się stąd usunąć.

-Łagodnie mówiąc.

-Cieszę   się,   że   wyostrzył   ci   się   dowcip,   którym   kaleczysz   nieszczęśników   płci 

męskiej.

Sophie zbladła. Był na siebie wściekły. Pochylił się, opierając dłonie po bokach jej 

głowy.

background image

-Niech to diabli, Sophie. Nie miałem na myśli twego wuja! Boże, gdybym to ja z nim 

mieszkał,   nie   ograniczyłbym   się   do   dźgnięcia   nożem,   tylko   skręciłbym   mu   ten 

parszywy kark.

-Nic nie rozumiesz.

-Rozumiem znacznie więcej, niż sobie wyobrażasz.

Spojrzała na niego zaciekawiona, ale bała się spytać, co ma na myśli.

- Dziękuję, że zabrałeś stamtąd Jeremy'ego. - Ryder skinął głową i wyszedł z sypialni.

Kiedy   wrócił,   Sophie   jadła   śniadanie.   Nie,   pomylił   się,   rozmazywała   po   talerzu 

pieczone ignamy. Nie wyglądała już tak przerażająco jak dzień czy dwa dni temu. Będzie 

musiał obejrzeć jej żebra, ale trzeba z tym jeszcze poczekać.

-Jedz.  Nie  zostawię  cię  w  spokoju,  dopóki  wszystkiego  nie  zjesz.  Boli  cię,  kiedy 

gryziesz   i   przełykasz?   Myślę,   że   tak.   Dlatego   znów   dostałaś   te   miękkie   ignamy. 

Powiedziałem kucharce, żeby dodała do nich trochę brązowego cukru.

-Dziękuję. Są zupełnie dobre, naprawdę. Po prostu nie jestem głodna.

-Martwisz się, chociaż mówiłem ci, że nie ma powodu. Jedz.

- Dlaczego jesteś taki?

Odwrócił się w stronę otwartych drzwi balkonowych.

- Jaki?

Machnęła widelcem i skrzywiła się, bo ten ruch wywołał ból. Cała była obolała.

-Cóż, nie potrafię sobie wyobrazić, że w obecnym stanie rzeczy mógłbym się z tobą 

kochać. Nie, nie rzucaj we mnie ignamami, możesz uszkodzić sobie żebra. Coś ci 

powiem. Nawet najgorsze sińce są lepsze od kosmetyków, pod którymi je ukrywałaś.

-Wuj kazał mi robić makijaż. Mówił, że wymalowana wyglądam bardziej kobieco, 

bardziej wyrafinowanie.

-Myślę, że malowałaś się także, aby ukryć sińce. Prawda?

-Wkrótce będę wystarczająco zdrowa, by wyruszyć w podróż.

-Tak? A dokąd się wybierasz? Młoda dziewczyna z małym chłopcem i bez pieniędzy?

Od razu pożałował tej ironii, chociaż Sophie zasługiwała na nią.

-Kiedy zupełnie wyzdrowiejesz, zadecyduję, co z tobą zrobić. Nie zaprzątaj sobie tym 

głowy.   Już  ci  mówiłem,  Jeremy  ma  się  dobrze  i  nie  spuszczam  go z  oka.  Kiedy 

wychodzę, pilnują go Emil i Samuel. Zadowolona?

-Dlaczego jesteś taki miły?

-To cię tak dziwi? Naprawdę nie przywykłaś do miłych mężczyzn.

-Nie przywykłam.

background image

-Skończ śniadanie, to porozmawiamy. Najwyższy czas, nie uważasz? Nie mogę dłużej 

walczyć z cieniami. Muszę poznać prawdę.

-Jesteś   taki   sprytny,   że   z   pewnością   już   się   wszystkiego   domyśliłeś.   Sam 

powiedziałeś, że rozumiesz więcej, niż się spodziewam.

Nie, pomyślał, nie mogę jej jeszcze rozebrać, żeby zbadać żebra.

-Nie podoba mi się sposób, w jaki wydajesz polecenia, Ryderze. Przepraszam, bo 

jesteś taki miły dla mnie i Jeremy'ego, ale kiedy poczuję się lepiej, zajmę się naszą 

sytuacją. Nie jesteś za nas odpowiedzialny i...

-Cicho bądź, Sophie. Jesteś naprawdę uciążliwa.

-Idź do diabła!

-Ktoś mi powiedział, że jesteś diablicą wcieloną - uśmiechnął się Ryder.

-Jakiś nędznik. Diablicą wcielona - cóż za bzdura! Żaden z was nie potrafi znieść 

myśli,   że   kobieta   sama   o   sobie   decyduje   i   za   siebie   odpowiada.   Zawsze   musicie 

rządzić i rozkazywać, tak jak wam się podoba, i nazywacie to opieką. Pozwól, że ci 

coś powiem. Nie mam zamiaru...

-Zamilknij wreszcie. A jeśli już musisz się złościć, to porozmawiajmy o wuju Theo.

-Czy on żyje?

-Tak.

-Jesteś pewien?

-Tak. Jestem pewien. Chybiłaś.

-Zadźganie wuja nie jest dobrym uczynkiem.

-Tak samo jak bicie siostrzenicy.

Sophie westchnęła, odchyliła głowę do tyłu i zamknęła oczy. Ryder przez kilka minut 

przyglądał się jej w milczeniu. Luźno splecione włosy spływały jej na prawe ramię. Były 

matowe i proste.

- Chcesz się wykąpać? Umyć włosy?

Otworzyła oczy. Dojrzał w nich tyle nadziei i podniecenia, że się roześmiał.

- Dokończ śniadanie, a zajmiemy się tym.

Sophie zjadła wszystko, co miała na talerzu i natychmiast usnęła. Ryder odstawił tacę 

i usiadł na krześle obok łóżka. Ależ się wpakował. Po same uszy albo i wyżej. Wciąż nie miał 

pojęcia,   co   w   tej   sytuacji   począć.   Spojrzał   na   Sophie   -   wyglądała   młodo,   delikatnie   i 

subtelnie. Wcale nie jak elegancka i zimna Sophia. Przyjrzał się jej twarzy i pod paskudnymi 

sińcami dostrzegł ładne, wydatne kości policzkowe. Nos miała wąski i prosty, brwi ładnie 

zarysowane, rzęsy długie i gęste. Może kiedy indziej i gdzie indziej wziąłby ją na swoją 

background image

kochankę i pokazał jej, że mężczyźni mogą się do czegoś przydać i dać kobiecie szczęście. 

Ale znajdowali się właśnie tutaj i okoliczności były całkowicie niesprzyjające. Przyglądał się 

jej. Wyglądała zupełnie ładnie i to stwierdzenie zaskoczyło  Rydera. Podbródek miała nie 

gładko   zaokrąglony,   lecz   mocny,   znamionujący   upór.   Pomyślał,   że   już   jako   mała 

dziewczynka musiała być diablicą z piekła rodem. Tak, ale była lojalna. Dla Jeremy'ego zro-

biłaby wszystko.

I co z nią teraz począć?

Kazał przynieść wodę i wlać ją do wielkiej miedzianej wanny. Doskonała okazja, aby 

obejrzeć jej żebra. Powoli ściągnął z niej prześcieradło. Gdy odpinał guzik pożyczonej od 

Samuela nocnej koszuli, Sophie otworzyła oczy. Leżała nieruchomo i patrzyła na Rydera w 

milczeniu.

-Co robisz? - spytała wreszcie.

-Chcę obejrzeć twoje żebra. Jeżeli masz się wykąpać, musimy zdjąć bandaże.

-Nie.

Sophie,   doskonale   znam   twoje   ciało,   tak   samo   jak   ty  znasz   moje.   Rozumiem,   że 

okoliczności są niecodzienne, ale jestem jedyną osobą, która się tobą opiekuje. Leż spokojnie 

i pozwól mi obejrzeć żebra. Jeżeli się nie zgodzisz po dobroci, będę cię musiał związać.

- Nie. Do diabła, nie!

-Nie wykąpiesz się?

-Nie.

-Ilu mężczyzn oglądało twoje ciało przede mną? Z pewnością więcej niż trzech. Kiedy 

tu   przyjechałem,   miałaś   trzech   kochanków.   Z   pewnością   pozbyłaś   się   wszelkiego 

wstydu.

Odwróciła głowę. Zdjął z niej koszulę i metodycznie odwijał bandaże. Nie zwracał 

uwagi na piersi ani na biały brzuch. Patrzył na poobijane żebra, a w gardle narastała dławiąca 

kula. Miał ochotę gołymi rękami zamordować wuja Theo.

Delikatnie obmacał wszystkie żebra.

- Powiedz, kiedy poczujesz ból - zadysponował.

Sophie oddychała płytko. Zadrżała.

- Dobrze. Powracasz do zdrowia. A teraz pomogę ci wejść do wanny.

Czemu nie, pomyślała. To bez znaczenia. Ryder miał rację. Widział ją i posiadł tej 

nocy, kiedy dał jej narkotyk. Pozwoliła więc, żeby ją ułożył na brzegu łóżka. Była naga, a on 

trzymał ją w ramionach i pomagał wstać. Kolana nie wytrzymały ciężaru i Ryder musiał ją 

podtrzymać, przyciskając do siebie. Poczuła na skroni jego ciepły oddech. W normalnych 

background image

okolicznościach przeraziłaby się, ale teraz była zbyt osłabiona i obolała. I on doskonale o tym 

wiedział.

-Bardzo boli? - zapytał.

-Nie, po prostu jestem słaba. Naprawdę mogę to zrobić sama, Ryderze. Czy możesz 

mnie teraz zostawić?

-Cicho bądź, Sophie.

Ułożył   ją   w   miedzianej   wannie.   Westchnęła   z   rozkoszy   i   Ryder   uśmiechnął   się 

szeroko. Rozplótł jej warkocze i wygładził włosy.

Sophie myła się sama, a on umył jej włosy. Zajęło to dużo czasu i kiedy skończyli, 

Sophie była blada i drżała ze zmęczenia. I z bólu, jak się domyślał. Osuszył ją ręcznikiem tak 

obojętnie, jakby wycierał zgonionego konia. Na myśl o tym Sophie uśmiechnęła się leciutko. 

Ryder spostrzegł ten uśmiech i, wycierając jej włosy drugim ręcznikiem, zastanawiał się, cóż 

on może oznaczać.

Wziął ją na ręce i siadając w fotelu na biegunach, usadził sobie na kolanach.

-Czas na odpoczynek. Jestem wykończony. Masz mnóstwo włosów. Oprzyj głowę na 

moim ramieniu. O, tak.

-Nie robię na tobie wrażenia.

-Co masz na myśli?

-Jestem naga, a wcześniej widziałeś mnie i posiadłeś. Nic dla ciebie nie znaczę.

Objął ją mocniej i poczuł, że drgnęła, więc natychmiast zwolnił uścisk.

-Wolałabyś, żebym skakał wokół ciebie i gapił się na twój biust?

-Nie to już mamy za sobą. To dla ciebie była tylko nic nie znacząca zabawa. Tylko 

że...

-Tylko co?

-Nie rozumiem cię.

- Czasami sam siebie nie rozumiem.

Zaczął ją kołysać. Po dwóch minutach usnęła.

Nie, pomyślał, nie rozumiem. I to go doprowadzało do szaleństwa.

Zaniósł ją do łóżka i ułożył na wznak. Uznał, że należy pozostawić żebra Sophie nie 

obandażowane.   Delikatnie   zsunął   ręcznik   z   jej   włosów,   rozczesał   je   palcami   i   ułożył   na 

poduszce, żeby wyschły.

Spojrzał   na   biały   brzuch   i   miękkie   włosy   na   łonie.   Naprawdę   śliczna,   pomyślał, 

przykrywając ją prześcieradłem. I znała mężczyzn tylko pod jednym względem. Pragnęli jej 

ciała, niczego więcej. Cóż, była bardzo dobrze zbudowana, ale na niego to nie działało.

background image

Nie miał zamiaru wzruszać się jej losem, przynajmniej nie bardziej niż wzruszał się do 

tej pory.

Ryder jadł śniadanie w towarzystwie Samuela, Emila i Jeremy'ego, gdy do jadalni 

wszedł James.

-   Przyjechał   pan   Thomas   -   zaanonsował.   -   Chce   się   z   panem   widzieć,   panie 

Sherbrooke.

Jeremy pobladł i upuścił widelec. Ryder skinął głową.

-Wprowadź go do salonu, James Zaraz tam przyjdę. A ty, Jeremy chwytaj za widelec i 

zajadaj te przepyszne  krewetki. Powiedziałem  twojej siostrze, że może mi zaufać. 

Tobie oświadczam to samo. Jeżeli twoje policzki nie odzyskają koloru, wystawię cię 

na słońce. I grubo się mylisz, jeśli sądzisz, że pozwolę, aby Thomas lub ktokolwiek 

inny zbliżył się do ciebie choćby na krok. Zrozumiałeś mnie, młody człowieku?

-Tak, proszę pana - odpowiedział Jeremy i spojrzał na Rydera.

Ryder   dostrzegł   w   jego   oczach   strach   i   niepewność.   Poczuł,   że   coś   się   w   nim 

poruszyło. Przechodząc obok chłopca, poklepał go po ramieniu.

-Emil nauczy cię dzisiaj, jak się robi rum.

-Wiem już coś na ten temat.

-Emil pokaże ci sposoby, jakich dotychczas nie widziałeś. Prawda, Emilu?

-O, tak.

-Jedz, musisz nabrać sił.

Wychodząc z jadalni, Ryder usłyszał, jak Jeremy zwraca się do Emila: - Czy pan bije 

niewolników, sir?

- Nie - odparł rzeczowo Emil. - To nasi pracownicy. Bez nich nie produkowalibyśmy 

cukru. Jesteśmy od nich uzależnieni. Gdybym  ich bił, nie mogliby pracować i jak byśmy 

wtedy wyglądali?

-Thomas bije niewolników z Camille Hail.

-Thomas jest głupi. Ryder z pewnością nauczy go rozumu.

Ryder uśmiechnął się. Miał ochotę porozmawiać z Sophie, ale uznał, że nie należy jej 

budzić.   Prawdopodobnie   Thomas   zjawił   się   tutaj,   dlatego   że   wuj   Theo   jeszcze   nie 

wyzdrowiał. I dobrze. Wyglądało na to, że Sophie zrobiła z noża do rozcinania papieru niezły 

użytek.

Sophie obudziła się, gdy słońce chyliło się ku zachodowi, malując niebo rozmaitymi 

odcieniami różu i czerwieni. Była sama. Wstała i załatwiła potrzeby. Znalazła męską koszulę 

nocną i wciągnęła ją przez głowę. Żebra bolały ją i czuła w nich napięcie, ale ból był znośny.

background image

Podeszła wolno do balkonu i uniosła twarz, aby poczuć łagodne wieczorne powietrze. 

Wkrótce będzie wystarczająco silna, aby opuścić Kimberly. Wkrótce będzie musiała opuścić 

Kimberly razem z Jeremym. Ale dokąd pójdą?

Ryder się nie mylił. Nie miała nic, nie miała pieniędzy, tylko opinię ladacznicy.

Wpatrywała   się   w   złocistoróżowy   zmrok,   słuchała   turkawek,   żab,   cykad   i   innych 

stworzeń, do których tak przywykła, że zazwyczaj w ogóle ich nie zauważała.

Ryder zatrzymał się w drzwiach. Spostrzegł, że Sophie stoi na balkonie w dziwacznej, 

zbyt   obszernej   koszuli   nocnej,   a   gęste   włosy   opadają   jej   na   plecy.   Wyglądała   jak 

szesnastolatka. Ale wiedział, że gdy spojrzy w jej oczy, zobaczy w nich cynizm i znużenie.

- Wracaj do łóżka - powiedział cicho, aby jej nie przestraszyć.

Sophie  odwróciła  się  powoli.  Nie sprawiała  już wrażenia  słabej  i  cierpiącej.  Miał 

przed sobą dorosłą kobietę.

- Mam dosyć leżenia w tym przeklętym łóżku - powiedziała spokojnie. - Chcę chwilę 

postać. Powiedziałeś, że chcesz ze mną porozmawiać. Więc rozmawiajmy.

Wróciła do normy. Ucieszył się.

- Skoro sobie życzysz - powiedział gładko. - Thomas był tutaj.

Czego   się   spodziewał?   Że   Sophie   wstrzyma   oddech?   Zadrży   z   przerażenia? 

Podbiegnie   do   niego   i   będzie   błagała   o   opiekę?   Nic   takiego   nie   zrobiła.   Miała 

nieprzenikniony wyraz twarzy i nic się nie zmieniło. Wyglądała spokojnie i pogodnie. Była 

naprawdę dobra. Ryder podszedł do niej. Uniósł rękę i delikatnie dotknął jej policzka, czubka 

nosa i brwi.

- Sińce bledną. Jutro nie będziesz już wyglądać jak strach na wróble.

Nie poruszyła się.

-W takim razie poproszę o lustro dopiero pojutrze.

-Thomas był tutaj - powtórzył Ryder.

-Spodziewam się, że sobie z nim poradziłeś.

-Nie - odparł z szerokim uśmiechem. - Musiałem go błagać, żeby ci pozwolił zostać tu 

jeszcze   trochę.   Zbił   mnie   tak,   że   upadłem   na   podłogę,   ale   pozwolił   ci   zostać. 

Powiedział jednak, że wróci i...

Sophie drgnęła. Było to leciutkie drgnienie, ale w ciągu kilku minionych dni Ryder 

nauczył się zauważać najdrobniejsze reakcje, które ją zdradzały.

- Żartowałem - przyznał. - A teraz opowiem ci, jak było naprawdę. Boże, ten człowiek 

jest podły i całkowicie pozbawiony sumienia. Przyjąłem go w salonie. James, nasz lokaj, nie 

przepada za Thomasem.

background image

Kiedy wymawia jego imię, ma w oczach błysk, jakby widział węża.

- Thomas to istne zwierzę. James ma brata, który jest niewolnikiem mego wuja. Pan 

Grayson usiłował go wykupić, ale wuj się nie zgodził. Tak, Thomas to prawdziwa świnia.

- Otóż to. A teraz opowiem ci, jak przebiegła nasza raczej nudna rozmowa.

Ryder wszedł do salonu w doskonałym humorze, niemal zacierał dłonie. Zatrzymał się 

i powiedział z uśmiechem: - Pan Thomas, jeśli się nie mylę? Zabawne oglądać pana tutaj, w 

Kimberly Hall, bez łuku i strzał i nie przybranego w to czarujące białe prześcieradło, które 

obydwaj,   wraz   z   pańskim   pracodawcą,   tak   bardzo   lubicie.   Ach,   ale   gdzież   moje   dobre 

maniery? Napije się pan kawy?

- Przyjechałem po siostrzenicę i siostrzeńca pana Burgessa.

- Czyżby? - Ryder uśmiechnął się do rozmówcy.

Thomas   był   wysoki   i   przeraźliwie   chudy,   z   wyjątkiem   brzucha,   który   sterczał 

pomiędzy marynarką a bryczesami. Miał szpakowate, bardzo krótkie włosy, a brodę pokrywał 

cień zarostu. Wyglądał tak, jakby od kilku dni nie sypiał, nie kąpał się i nie zmieniał ubrania. 

Jego oczy były zimne, wprost lodowate, i Ryder zastanawiał się, czy kiedykolwiek nabierały 

wyrazu ludzkiej życzliwości.

-Jestem panu winien za strzałę, która utkwiła w moim ramieniu.

-Nie wiem, o czym pan mówi - odparł Thomas. - Do rzeczy, panie Sherbrooke. Pan 

Burgess niepokoi się o siostrzenicę i siostrzeńca. Troszczy się o ich dobro.

-Ach,   oczywiście.   Nikt   nie   ma   co   do   tego   najmniejszych   wątpliwości.   Tylko   cóż 

takiego pozwala mu sądzić, że znajdują się u mnie?

-Ludzie tak mówią. Wszyscy o tym wiedzą. Plotka głosi, że panna Stanton - Greville 

żyje z panem jak kochanka, a w zamian za jej usługi przyjął pan pod dach także jej 

brata. To zasmuca pana Burgessa. Niech ich pan tu przyprowadzi, a nie będą więcej 

sprawiać kłopotu.

-Proszę usiąść, Thomas.

-Niech cię diabli, Sherbrooke, nie ma pan prawa...

-Nie mam prawa pomóc dziewczynie, którą zbito do nieprzytomności? Zabrać małego 

chłopca, zamkniętego w pokoju na klucz?

-Niech to diabli! Została zbita przez jednego z kochanków! Zamknąłem chłopaka w 

pokoju, żeby mu się nic nie stało!

-Zbił ją jeden z kochanków? - powtórzył powoli Ryder. - Ciekawym który? Oliver 

Susson? Tak, to z pewnością złośliwy brutal, prawda? Nie, chyba się pan pomylił. Z 

tego, co słyszałem, został odprawiony i wcale go to nie rozgniewało. Więc kto? Może 

background image

Charles Grammond? Słyszałem, że jego żona to prawdziwa herod - baba, może to 

ona?

-Do diabła, Sherbrooke! Przyprowadź ich tutaj!

-Posłuchaj   mnie,   Thomas   -   odparł   Ryder   z   uśmiechem.   -   Uważam,   że   jesteś 

pozbawionym   sumienia   łajdakiem.   Nie   będę   z   tobą   dłużej   rozmawiał.   Powiedz 

swojemu pracodawcy, że wkrótce dam mu o sobie znać. A jeżeli spróbujesz tu wrócić 

ze swoimi kumplami, żeby wszcząć awanturę, zabiję cię i zrobię to bardzo powoli. 

Zrozumiałeś?

Thomas nie wiedział, co robić. Mówił panu Burgessowi, że Sherbrooke nie jest taki 

jak inni mężczyźni w Montego Bay. Że jest sprytny i hardy.

- Już powiedziałem, Sophię pobił jeden z jej kochanków. Wuj starał się ją obronić. 

Jeżeli opowiedziała, że stało się inaczej, uczyniła tak ze wstydu, że źle się prowadzi. Niech 

pan będzie rozsądny, po co brać sobie na głowę małego kalekę i dziwkę?

Thomas nie powiedział już ani słowa. Ryder przyłożył mu pięścią w szczękę. Celny, 

mocny cios. A potem drugi, prosto w brzuch. Thomas wrzasnął i upadł na podłogę.

-James?   Dobrze,   że   tu   jesteś.   Nie   odszedłeś   daleko,   prawda?   Potrzebuję   twojej 

pomocy. Zawołaj jeszcze kogoś i zabierzcie tę gnidę do Camille Hall. Wyrzućcie go 

na śmietnik, twarzą w dół.

-Tak, panie - odparł James z uśmiechem. - Ten człowiek to zwierzę, istne zwierzę. 

Dobrze wygląda rozpłaszczony na podłodze. Nie, to nie zwierzę, to wąż.

- Szkoda, że mu zębów nie wybiłem - stwierdził Ryder i potarł knykcie.

Spojrzał w dół na leżącego Thomasa. - Ma wielki brzuch. A to nie jest zdrowe. Bardzo 

niezdrowe.

*

Ryder   jeszcze   raz   roztarł   knykcie   na   wspomnienie   przyjemności,   której   zaznał 

wymierzając ciosy Thomasowi. Spojrzał na Sophie i uśmiechnął się tak samo, jak wcześniej 

do Jamesa.

-Oto, co się wydarzyło. Ni mniej, ni więcej. James i jeszcze jeden niewolnik zabrali go 

z domu.

-Cieszę  się, że go uderzyłeś  - powiedziała  Sophie. - Mam nadzieję, że nieźle  mu 

przyłożyłeś. Wiele razy miałam na to ochotę. To okropny człowiek. Na Boga, to ci 

sprawiło przyjemność!

-Może - odparł Ryder z wyraźnym zadowoleniem. - Jest okropnie zepsuty. - Zamilkł i 

spojrzał pytająco na Sophie. - Jak wpakowałaś się w takie tarapaty?

background image

-O   co   ci   chodzi?   Ach,   zastanawiasz   się,   jak   doszło   do   tego,   że   z   własnej   woli 

zdecydowałam   się   zostać   nierządnicą?   A   może   dlaczego   Jeremy   zdecydował   się 

zostać kaleką? Sprecyzuj swoje pytanie.

-Kiedy leżałaś na wznak, byłaś milsza. Teraz znów stałaś się kwaśna jak ocet.

-Na nieszczęście dla ciebie więcej mnie takiej nie ujrzysz.

- Nawet kiedy znów będziemy się kochać?

Znów lekkie wzdrygnięcie. Tak, znał ją coraz lepiej.

- Usiądź, Sophie. Nie chciałem cię przestraszyć.

Strzał w dziesiątkę. Ryder był zadowolony. Uśmiechnął się bezwstydnie, gdy Sophie 

powiedziała: - Nie przestraszyłeś mnie. Żaden mężczyzna nie jest w stanie mnie przestraszyć.

-   Wierzę   ci.   Doskonale   radzisz   sobie   z   mężczyznami.   Ja   jednak   jestem   inny   niż 

pozostali mężczyźni i wiem. że się mnie boisz. W końcu przyznasz się do tego i będziesz ze 

mną ostrożniejsza. Usiądź, zanim ja cię posadzę.

Usiadła 'i wygładziła nocną koszulę. Przyszło jej do głowy, że to z pewnością dziwne, 

być tutaj, w męskiej sypialni i mieć na sobie męską koszulę. Uśmiechnęła się.

-   Kimberly   Hall   należy   do   ciebie,   nie   do   twego   brata,   hrabiego   Northcliffe   - 

powiedziała bez ogródek.

Ryder   przyglądał   się   jej   z   otwartymi   ustami.   -   Co   powiedziałaś?   Nie,   to   bzdura. 

Kompletny nonsens. Skąd ci to przyszło do głowy?

-Bądź cicho i słuchaj. Kimberly Hall należał do twego wuja Brandona. Po jego śmierci 

odziedziczyłeś   majątek.   Przez   zaniedbanie   Olivera   Sussona   plantacja   nie   została 

wyszczególniona w testamencie, wysłanym do twojej rodziny. Wielkie przeoczenie. 

W   tym   czasie   umarł   także   twój   ojciec   i   trwało   zamieszanie,   bo   nowy   hrabia   był 

jeszcze w wojsku. Dlatego wszyscy myśleli, że Kimberly należy do rodziny, do twoje-

go starszego brata, a nie tylko do ciebie.

-Na Boga - bąknął Ryder, wpatrując się w nią ze zdumieniem.

-Czy jesteś bogaty jak na młodszego syna?

-Jestem.

-Więc okazuje się, że jesteś jeszcze bogatszy, bo plantacja należy do ciebie.

-Zaczynam rozumieć, dlaczego Oliver Susson był jednym z twoich kochanków.

-To oczywiste.

-Mówiłem Emilowi, że zawsze są jakieś motywy.  Zwłaszcza gdy chodzi o ciebie, 

Sophie. Nie zostałabyś dziwką bez bardzo ważnych powodów.

-Zrozum   mnie,   Ryderze.   Nie   obeszłoby   mnie,   nawet   gdybyś   odziedziczył   całą 

background image

Jamajkę. Mój wuj chciał mieć tę plantację i pomyślał, że moje talenty pomogą mu ją 

zdobyć. Nie zrozum mnie źle. Użył mnie tylko po to, żeby cię zmiękczyć. Spodziewał 

się, że nie zechcesz tu zamieszkać,  zaprzątać  sobie  głowy niepewnymi  zyskami  z 

produkcji cukru, więc sprzedasz mu plantację i napchawszy swoje arystokratyczne 

kieszenie gwineami, powrócisz szczęśliwie do Anglii.

-A w odpowiednim czasie dowiem się od pana Sussona, że Kimberly Hall należał do 

mnie.

-Tak.

A ty jako moja wspaniała kochanka i ta druga kobieta z wielkimi piersiami miałyście 

sprawić, że będę zachwycony, iż sprzedaję plantację twojemu wujowi. Czy wuj miał zamiar 

wysłać cię ze mną do Anglii? Jako moją kochankę?

-Nie wiem, co planował.

-Dlaczego się na to zgodziłaś?

Spojrzała na niego twardym i zimnym wzrokiem. - Nie wiesz? A taki jesteś dobry w 

wynajdowaniu motywów. Miał uczynić Jeremy'ego swoim dziedzicem pod warunkiem, że 

zgodzę się na współpracę. Powiedział, że jeśli się nie zgodzę, wyrzuci nas obydwoje. Jeremy 

jest kaleką, nie poradziłby sobie.

-A ty, oczywiście, poradziłabyś sobie.

-To bardzo prawdopodobne - odparła chłodnym tonem.

-Lord David został twoim kochankiem, żeby ograć Charlesa Grammonda.

-Tak, i doskonale się z tego wywiązał.

-A Charles Grammond był twoim kochankiem, żeby łatwiej go można było nakłonić 

do sprzedaży plantacji twemu wujowi.

-Tak.

-Jak ci się udało pozbyć lorda Davida?

Sophie   uśmiechnęła   się.   Był   to   szelmowski   uśmieszek   młodej   osóbki,   i   Ryder 

odpowiedział  jej porozumiewawczym  uśmiechem.  Zdał sobie sprawę, że po raz pierwszy 

widzi Sophie uśmiechającą się szczerze.

-Powiedziałam mu, że mam syfilis.

-Dobry Boże! To wspaniały pomysł.

-Kiedy już sprzedałbyś plantację memu wujowi, powiedziałabym ci pewnie to samo.

-Z tą tylko różnicą, że ja bym ci nie uwierzył.

-Właśnie to powiedziałam wujowi. Mówiłam mu, że jesteś inny. Że nie jesteś głupi. 

Mówiłam, że z tobą powinien być bardzo ostrożny, bać się ciebie. Ale on mnie nie 

background image

słuchał.

-Nie posłuchał cię i nie bał się mnie. Wielka szkoda.

-Nie   słuchał   mnie,   bo   oceniał   wszystkich   własną   miarą.   Słyszał,   że   jesteś 

kobieciarzem,   młodym   hulaką   i   zabijaką   pozbawionym   wszelkiej   moralności,   jak 

kocur. Wyobraził sobie, że będziesz bardzo łatwym łupem.

- Nie jestem... - Zamilkł i spojrzał na swoje poobijane knykcie.

Jezu, co za pomysł. Przełknął ślinę i wzruszył lekceważąco ramionami. - Ale nie miał 

racji, prawda?

-Co do tego, że jesteś kobieciarzem? Czy kocurem? Nie miał. Gdybyś był taki jak inni 

mężczyźni, nie wpadłbyś na pomysł, że to nie ja.

-Chcesz powiedzieć, że nie spałaś z innymi? Że to zawsze była ta druga kobieta?

-Uwierzysz mi, jeśli ci powiem, że tak właśnie było? - spytała, patrząc na niego.

-Chyba nie.

Uniósł dłoń, aby ją uciszyć.

-   Poczekaj,   Sophie.   Nigdy   przedtem   nie   spotkałem   kobiety   z   takim   repertuarem 

kobiecych sztuczek, a wierz mi, że widziałem niejedno. Chciałem poznać kobietę, stanowiącą 

odpowiednik rozpustnika i kocura. Ty doskonale pasujesz do tych określeń. Jak na tak młodą 

osóbkę dysponujesz zadziwiającym wachlarzem uwodzicielskich sztuczek. A teraz dość tego. 

To nieważne. Wracajmy do twego drogiego wujaszka.

Wciąż nie mogę uwierzyć, że jestem właścicielem Kimberly Hall.

-Ale to prawda.

-A co by się stało, gdybym tu nie przyjechał? Gdyby przyjechał mój brat?

Wuj Theo uznał, że to nieprawdopodobne. On wie wszystko na temat twojej rodziny. 

Wynajął w Anglii człowieka, który miał zasięgnąć języka o rodzinie Sherbrooke'ów i o tobie. 

Ów człowiek przysłał mu list zawierający szczegółowe dane.

-Jeszcze zanim wuj i Thomas zaczęli swoje przedstawienia z duchami?

-O, tak. Wszystko było świetnie zaplanowane. Wuj Theo wiedział, że Samuel Grayson 

jest przesądny i można nim manipulować. Wiedział, że jeśli się wystraszy, napisze do 

twego brata, błagając o pomoc. I tak właśnie się stało. Powiedział nawet wujowi, że 

ma zamiar napisać list. Wuj oczywiście zachęcał go do tego, podżegał jego strach i 

wiarę w gusła.

-Zaczynam wierzyć, że wuj Theo zasłużył sobie na to, żebym mu skręcił kark.

-Wynajęty przez wuja człowiek napisał, że hrabia ma na głowie wiele spraw i że jest 

mało   prawdopodobne,   by   przypłynął   na   Jamajkę.   Twój   młodszy   brat   studiuje   w 

background image

Oksfordzie,   żeby   zostać   księdzem.   Zostałeś   ty   i   twoja   piętnastoletnia   siostra. 

Oczywiście, przyjechałeś ty. Wszystko działo się tak, jak wuj sobie zaplanował. Tylko 

że nie docenił ciebie. To wszystko. Spodziewał się, że będziesz taki jak lord David - 

frywolny, narcystyczny, głupi. Pomylił się i nie chciał się przyznać, że przegrał. Ty 

ani przez chwilę nie wierzyłeś, że dzieje się tu coś nadprzyrodzonego, prawda?

-Pewnie, że nie - odparł Ryder.

-I nigdy nie pragnąłeś zostać moim kochankiem?

-Nie. Tak. Sam nie wiem. Nie dzielę się z innymi.

-Co teraz zrobisz?

-Oliver Susson zgodził się nic nie mówić mnie ani mojemu bratu, dopóki twój wuj nie 

uzna, że nadszedł właściwy moment?

Sophie skinęła głową.

-Czy Jeremy wie, co się dzieje?

-Nie. Starałam się go chronić najlepiej jak umiałam. Wuj Theo także starał się go 

traktować jak najlepiej. Nawet teraz wszyscy wierzą, że ja i Jeremy mamy wielkie 

szczęście. Ludzie plotkują, że wuj jest zbyt uczuciowy i sentymentalny, by spostrzec, 

że jego siostrzenica stała się nierządnicą.

- Tak. To właśnie słyszałem. Jesteś zmęczona. Czas, żebyś odpoczęła. A ja muszę to 

wszystko przemyśleć, by jak najprędzej rozwikłać ten galimatias.

Sophie   nie   mogła   zasnąć,   bo   przerażała   ją   myśl   o   przyszłości.   Leżała   w   tym 

przeklętym łóżku przez trzy godziny, a w jej głowie wirowały szaleńcze myśli.

background image

ROZDZIAŁ 8

Sophie szła cicho przez korytarz na piętrze Kimberly Hall do sypialni, którą zajmował 

Jeremy. Chciała porozmawiać z bratem, uspokoić go, złożyć obietnice, które miała nadzieję 

spełnić.

Ostrożnie otworzyła drzwi i zajrzała do pokoju. Sypialnia była niewielka, ale tak jak 

inne pokoje miała sięgające sufitu drzwi balkonowe. Były otwarte. Prawdopodobnie śpi na 

balkonie, pomyślała z uśmiechem. Moskity nie przeszkadzały mu i w Camille Hall często 

spędzał noce na balkonie.

Łóżko było puste. Uśmiechając się wyjrzała na balkon. Nie ma Jeremy'ego. Stanęła 

jak wryta.

O Boże!

Widziała   go   dzisiaj   przez   krótką   chwilę.   Był   bardzo   spokojny,   zbyt   spokojny. 

Przyglądał się jej i Sophie dostrzegła jego zaniepokojenie, ale nic nie powiedziała, bo do 

pokoju wszedł Ryder. Dlatego teraz chciała porozmawiać z bratem.

A on zniknął.

Wiedziała, dokąd poszedł. Wrócił do Camille Hall, aby porachować się z wujem Theo 

za to, że ją zbił.

A wuj Theo zmaltretuje go, a może nawet zabije, bo nie ma już powodów, aby udawać 

miłego i kochającego. Ze zdenerwowania zaczęła głębiej oddychać i poczuła, że bolą ją żebra. 

Skuliła się i pochyliła do przodu.

Ból minął, ale Sophie pozostała nieruchoma, wpatrzona niewidzącym wzrokiem w 

piękne, bezchmurne nocne niebo, księżyc w pełni i lśniące gwiazdy. Odwróciła się powoli i 

wróciła do sypialni. Na dnie szafy znalazła suknię. Była brudna i pognieciona, ale Sophie nie 

dbała   o   to.   Ubrała   się   szybko,   nie   zwracając   uwagi   na   obolałe   żebra.   Pokiwała   głową, 

spostrzegłszy, że nie ma koszuli, halki ani pończoch.

Nie mogła także znaleźć butów. Nie szkodzi, pójdzie boso. Cicho jak złodziej zeszła 

po schodach i skierowała się do gabinetu, który pełnił również funkcję biblioteki Kimberly 

Hall. Dzięki Bogu znajdowała się tam gablota z bronią. Wysoka szafka z dębowego drewna z 

oszklonymi   drzwiami   nie   była   zamknięta   na   klucz.   Sophie   znała   się   na   broni   i   dlatego 

wybrała mały pistolet dużego kalibru. Jeżeli ktoś będzie chciał zrobić krzywdę Jeremy'emu, 

zastrzeli go. Nie miała zamiaru spudłować.

Pięć minut później wymknęła się z Kimberly Hall, przeszła przez żwirowany podjazd, 

nie dbając o to, że małe kamyczki wbijają się jej w stopy. Wieczorna bryza rozwiewała jej 

background image

włosy i chłodziła czoło.

Noc   była   piękna   i   spokojna.   Serce   Sophie   biło   mocno   i   powoli.   Gdyby   tylko 

wiedziała, gdzie się podział Jeremy.  Bała się o niego, ale zachowywała spokój. Nadszedł 

czas, by przejąć odpowiedzialność za siebie i Jeremy'ego. Dobry Boże, spraw, aby się z tego 

wywiązała.

Droga do Camille Hall zajęła jej dwadzieścia minut. Szła na skróty, przez pola trzciny 

cukrowej, starając się nie wychodzić z cienia. Kaleczyła sobie stopy, ale nie zwracała uwagi 

na ból ani na chłodną, lepką krew, którą poczuła na podeszwach.

W kilku oknach paliło się światło, ale nie dostrzegła żadnych poruszających się cieni. 

Ani śladu wuja Theo i służby. Weszła na boczną werandę, prowadzącą do gabinetu wuja. I 

wtedy usłyszała głosy.

-A więc, mały bękarcie - mówił wuj Theo rozbawionym tonem - postanowiłeś wrócić 

i sprawić mi lanie, co?

-Tak.   Nie   jestem   bękartem.   Moja   matka   była   twoją   siostrą   i   żoną   mego   ojca. 

Wróciłem tu, aby cię ukarać za to, że pobiłeś moją siostrę. Nie ujdzie ci to na sucho.

-Zasługiwała na bicie i kiedy tylko dostanę ją w swoje ręce, wychłostam tak, aż będzie 

mnie błagała o litość.

- Nie pozwolę ci na to. Ryder ci nie pozwoli.

Ryder Sherbrooke, ten młody mężczyzna, którego wuj Theo miał wielką ochotę zabić. 

Ale miał tu chłopaka, nic niewartego małego kalekę. Wyszczerzył zęby do Jeremy'ego.

-I   jak   chcesz   mnie   powstrzymać?   Nie   umiesz   się   nawet   posługiwać   pejczem. 

Zabrałem ci go, prawda?

-Znajdę jakiś sposób.

Rozległ się świst pejcza przecinającego powietrze. A potem Sophie usłyszała ostry 

krzyk Jeremy'ego. Wuj Theo smagnął go pejczem.

Sophie poczuła, że ogarnia ją straszliwa wściekłość. Drewniane drzwi były uchylone. 

Wśliznęła się do pokoju i zobaczyła wuja Theo w szlafroku. Stał nad Jeremym z pejczem w 

dłoni.

- Dołożę ci jeszcze raz, paniczu Jeremy, żebyś zrozumiał, jak bardzo jesteś dla mnie 

ważny!

- Jeśli to uczynisz, podły nikczemniku, wpakuję ci kulę w brzuch. Nie chcę, żebyś 

szybko umarł, chcę, żebyś się tarzał po podłodze i wrzeszczał, trzymając rękami wypływające 

z ciebie trzewia.

Theo Burgess skamieniał, ale tylko na chwilę. Powoli, bardzo powoli, opuścił pejcz i 

background image

zwrócił się w stronę siostrzenicy.

-A więc, zorientowałaś się, że mały kaleka zniknął i przy galopowałaś na pomoc.

-Chodź tu, Jeremy - powiedziała Sophie, nie zwracając uwagi na wuja. - Trzymaj się 

od niego z daleka. Tak, chodź do mnie.

Twarz Jeremy'ego była blada z bólu, zapadnięte oczy puste z rozpaczy, że przegrał. 

Sophię doskonale rozumiała, co czuje braciszek.

-Wszystko   w   porządku   -   powiedziała.   -   Wygraliśmy.   Jesteś   bardzo   odważny. 

Chodźmy stąd.

-Tak myślisz, zdziro? Nie licz na to. Wystarczy,  że zawołam, a przybiegnie tu co 

najmniej dziesięciu niewolników, gotowych wypełnić każdy mój rozkaz.

-To nie ma znaczenia, bo będziesz wtedy leżał z rozprutym brzuchem. Proszę bardzo, 

krzycz, ile wlezie, bo to będą ostatnie dźwięki, jakie z siebie wydasz przed jękami 

agonii. Niczego nie pragnę bardziej niż twojej śmierci. Jesteś tchórzem, stać cię tylko 

na   to,   żeby   bić   słabszych   od   ciebie.   Nawet   takiego   małego   chłopca.   Twój   brak 

wszelkich uczuć zadziwił mnie, ale tylko na chwilę.

Theo   Burgess   nie   wiedział,   co   ma   robić.   Potrząsnął   głową,   starając   się   odzyskać 

jasność myśli. Był zamroczony rumem i przeklętym bólem w ramieniu. Wierzył jej. Pokazała 

już, co potrafi, dźgając go nożem. Boże, powinien ją był wtedy zatłuc na śmierć, ale musiał 

przerwać bicie, bo cios, który mu zadała - przyprawił go o mdłości i zawroty głowy. Patrzył 

na nią i na nowo czuł ból w ramieniu. Pamiętał, jak Thomas wyciągnął nóż z jego ciała, 

pamiętał, jak na próżno starał się nie jęczeć, ale nie wytrzymał. Ale nawet wtedy nie zapadł w 

błogosławioną   nicość.   Cierpiał   męczarnie   przez   długi   czas.   Poprzysiągł   sobie,   że   jej   nie 

daruje.

-Dobrze wiesz, moja droga - powiedział obojętnym tonem - że jeśli mnie zabijesz, nie 

dostaniesz ani grosza.

-Rum pomieszał ci w głowie. Jeremy jest dziedzicem. On dostanie wszystko.

-O, nie. Jeremy nie jest dziedzicem z tej prostej przyczyny, że nie ma testamentu.

-Z testamentem czy bez testamentu, jesteśmy twoimi najbliższymi krewnymi i dlatego 

Jeremy odziedziczy po tobie Camille Hall. Oczywiście dom ojca w Fowey jest także 

jego.

- Czy powiedział ci o tym nasz drogi Oliver Susson? W trakcie igraszek miłosnych?

- Nie najlepiej z tobą, wuju, jeżeli zaczynasz wierzyć w to, co sam wymyśliłeś. Mam 

dwa naboje w pistolecie. Jeremy, pokaż, jak bardzo cię skrzywdził.

Brat odwrócił się do niej plecami. Poprzez koszulę widoczny był  pojedynczy ślad 

background image

pejcza.  Dzięki  Bogu,  skóra nie  została  przecięta,  ale   długa  ukośna pręga  była  paskudnie 

czerwona i opuchnięta. Zaparło jej dech w piersi.

- Jesteś prawdziwym potworem. Mam dwa naboje.

Gdyby pejcz pozostawił choć kropelkę krwi, strzeliłabym ci w brzuch. Miałeś jednak 

szczęście, wuju. Tym razem nie strzelę do ciebie. Po prostu zabiorę Jeremy'ego z powrotem 

do Kimberly Hall. Masz nas zostawić w spokoju, zrozumiałeś? Nie pokazuj się tam i nie 

przysyłaj więcej Thomasa. A teraz odejdziemy.

Nie ruszaj się.

-A co zrobisz, gdy Ryder Sherbrooke wyrzuci ciebie i chłopaka z Kimberly Hall?

-To nie twoja sprawa.

-Thomas powiedział mi, że zajęłaś sypialnię Rydera. Wszyscy wiedzą, że jesteś jego 

kochanką. Twoja reputacja...

Sophie wybuchnęła śmiechem.

-Spójrz na moją twarz. Wyobrażasz sobie, że jakikolwiek mężczyzna przy zdrowych 

zmysłach chciałby mieć taką kochankę? A żebra mam jeszcze bardziej posiniaczone. 

Wierz mi, nawet gdyby miał na mnie ochotę, nie byłabym zdolna do miłości. Sam 

tego dopilnowałeś. A teraz, wuju, chcemy stąd odejść.

-I wrócić do tego przeklętego Anglika?

-Ty także jesteś przeklętym Anglikiem. Nie pamiętasz?

-Już ci mówiłem. On szybko się ciebie pozbędzie. Słyszałem, że prędko się nudzi i 

żadna kobieta nie umie go przy sobie utrzymać. Mój informator z Anglii napisał, że 

kobiety rywalizują ze sobą, aby zostać jego kochankami. Nie, ty nie utrzymasz go 

dłużej niż przez jedną noc.

-Nie chcę go zatrzymać. Nawet nie chcę z nim być w jednym pokoju. Nie obchodzi 

mnie, ile ma kochanek. Wystarczy mi, że wygląda na człowieka honoru, a to nowa 

jakość. Obronił Jeremy'ego. Zaczynam mieć tego dość. Jeremy wyjdź na dwór. Zaraz 

do ciebie przyjdę.

- Ale, Sophie...

- Idź!

Chłopiec odskoczył od niej z bladą i ściągniętą twarzą. Sophie zniżyła  pistolet na 

wysokość lewego kolana Theo.

- Może jednak - powiedziała cicho - może jednak zmienię zamiar. Spodobała mi się 

myśl,   że   będziesz   utykał   przez   resztę   swojego   przeklętego   życia.   Kaleka,   nikomu 

niepotrzebny kaleka.

background image

- Niech cię diabli, nie! - wrzasnął Theo Burgess i ruszył na nią, wściekle wywijając 

rękami.

Nagle kryształowy kandelabr spadł na podłogę i pokój pogrążył się w ciemności.

Palec Sophie natrafił na spust. Pistolet wystrzelił i w pokoju rozległ się straszliwy huk. 

Usłyszała krzyk pełen trwogi. Ktoś uderzył ją w ramię, ale udało jej się utrzymać pistolet i 

tym razem nacisnęła cyngiel świadomie. Coś uderzyło ją w skroń i osunęła się na podłogę. 

Usłyszała krzyk Jeremy'ego i poczuła cierpki zapach, który wydał się jej znajomy. Udało jej 

się   otworzyć   oczy,   ale   dostrzegła   jedynie   ciemność   i   dziwne   pomarańczowe   światło.   I 

usłyszała dźwięki - klekotanie i syczenie oraz poświstywanie.

Cienkie muślinowe zasłony stanęły w płomieniach, które błyskawicznie pięły się w 

górę, zrobiło się gorąco. Pokój płonął.

- Jeremy - wyszeptała Sophie. - Uciekaj, musisz uciekać. Biegnij do Rydera. On się 

tobą zajmie. Jemu możesz zaufać.

Zakrztusiła się dymem, zamknęła oczy i jej głowa opadła na podłogę.

Obudziła się kaszląc, gardło miała obolałe i piekące. Poczuła na sobie czyjeś ramiona, 

poczuła męskie dłonie rozcierające jej plecy, podczas gdy ona kaszlała i charczała. Usłyszała 

głos tego mężczyzny.

- Już po wszystkim, Sophie. Jeremy'emu nic nie grozi. Już dobrze. Ciii... nie martw się 

i nie próbuj mówić.

Ryder. Jego głos, jego dłonie na plecach. Przylgnęła do niego. Drżała z bólu.

-Gdzie jest Jeremy? Czy naprawdę nic mu nie grozi?

-Uspokój  się,  a  wszystko  ci  opowiem.  Jesteśmy  w  Camille  Hall.  Jeremy  sam  już 

niemal wyciągnął cię na dwór, kiedy przyjechaliśmy z Emilem. Ogień zgasł i straty 

nie   są   zbyt   wielkie.   Tylko   gabinet   jest   prawie   zupełnie   zniszczony,   a   weranda 

zwęglona. W całym domu czuć swąd. Wuj Theo nie żyje.

Mówienie było bardzo bolesne, ale musiała to powiedzieć: - Zabiłam go. Mój pistolet 

wystrzelił i usłyszałam krzyk wuja.

-Więc wiedziałaś? I bardzo dobrze się stało. Ale kiedy będziesz wystarczająco silna, 

dam ci szkołę za to, co zrobiłaś. Gdyby Coco nie usłyszała, że biegniesz na bosaka po 

podjeździe, prawdopodobnie zginęłabyś w płomieniach razem z Jeremym, bo chłopiec 

nie chciał cię zostawić.

-Sędzia, pan Sherman Cole, dopilnuje, żebym została powieszona.

-Nie widzę powodu, dla którego miałby cię powiesić.

Starała się oswobodzić, jednak mocno ją przytrzymał.

background image

-Tak. Zrobi to. Chciał, żebym została jego kochanką, ale nie było takiej potrzeby, więc 

wuj Theo kazał mi go odrzucić. Sędzia był wściekły i groził mi. Wuj Theo uważał, że 

to zabawne. Powiedział, że jeżeli zajdzie taka potrzeba, poradzi sobie z panem Cole. 

Przykazał   mi   niezobowiązująco   z   nim   flirtować,   żeby   sędzia   przybiegł   na   moje 

skinienie, na wypadek gdyby wuj czegoś od niego potrzebował.

-Ale ty z nim nie flirtowałaś?

-Nie. Spoliczkowałam go i nadepnęłam mu na stopę, kiedy usiłował mnie pocałować. 

Był odstręczający. To się stało mniej więcej dwa miesiące temu.

- Rozumiem. W takim razie, moja droga, to ja musiałem zastrzelić Theo Burgessa, aby 

uratować życie tobie i Jeremy'emu. Ale dlaczego? Burgess był ogólnie znany jako kochający 

dobroduszny wujaszek, prawda? Muszę to przemyśleć. Może znajdę jakieś rozwiązanie. Tak, 

muszę się zastanowić.

. - Gdzie jest Thomas?

-Nie wiem. Nie widziałem go. Zapytam.

-Chciałam trafić wuja Theo w kolano, żeby został kaleką do końca życia, tak jak 

Jeremy. Dobry Boże, zaczął chłostać Jeremy'ego - ale przysięgam, że nie nacisnęłam 

spustu specjalnie. Kandelabr spadł niespodziewanie na podłogę, zrobiło się całkiem 

ciemno i nacisnęłam niechcący cyngiel. A potem ktoś uderzył mnie w ramię i wtedy 

strzeliłam w obronie własnej.

-Opowiedz mi wszystko, nie pomijając żadnego szczegółu. Szybko. Nie wiem, ile 

mamy czasu.

Sophie miała już tak obolałe gardło, że tylko ochryple szeptała. - Teraz oddam was 

pod opiekę Samuelowi - powiedział Ryder, wysłuchawszy jej. - Ciebie i Jeremy'ego. Zabiorę 

was z powrotem do Kimberly Hall. Nic nie mów i nie protestuj. Zajmę się wszystkim, a ty 

musisz mnie słuchać. Pierwsze polecenie brzmi: nie odzywaj się przez najbliższe dwadzieścia 

cztery godziny.

- Boli mnie głowa.

Ryder zmarszczył brwi i lekko namacał palcami guz na skroni.

-Boże, nic nie mówiłaś, że ktoś cię uderzył w głowę.

-Zapomniałam.

- Dobrze. Powiedz, jak to było, ale szybko.

Kiedy Sophie skończyła, Ryder zasępił się.

Sophie otworzyła usta, żeby coś dodać, ale Ryder przykrył je dłonią.

- Nie teraz. O, jest Jeremy. Na czas naszej rozmowy oddałem go pod opiekę Emilowi.

background image

Chłopiec ukląkł obok Sophie i zaczął ją głaskać po osmalonej twarzy i rękach. - Och, 

Sophie, twoje stopy! Co się stało? Co on ci zrobił?

Zapomniała o swoich przeklętych stopach.

Ryder krzyknął, żeby przyniesiono latarkę. Kiedy niewolnik mu ją przyniósł, długo i 

w milczeniu oglądał stopy Sophie.

-  Jezu, Sophie,  cała   jesteś   poturbowana.  Od stóp  do głowy.   Dopilnuj,  żeby  Coco 

wykąpała cię, kiedy wrócisz do Kimberly Hall.

Ryder patrzył, jak Samuel odjeżdża z Sophie i z Jeremym. Na własnych rękach zaniósł 

ją do powozu. Był spocony i rozpalony, pokryty sadzą. I wściekły.

Gdzie się, u diabła, podział ten sukinsyn Thomas? Prawdę powiedziawszy, Thomas 

niepokoił go bardziej niż Theo Burgess. Theo przynajmniej starał się zachowywać pozory. 

Thomas   nie   przejmował   się   niczym.   Ryder   nie   miał   wątpliwości,   że   to   Thomas   uderzył 

Sophie i zrzucił kandelabr.

Zostawił Emila na straży w Camile Hall, a sam wrócił do Kimberly, żeby się trochę 

przespać.   Kiedy   się   obudził,   powiedziano   mu,   że   panna   Stanton   -   Greville   nadal   śpi. 

Zmarszczył brwi, ale nic nie powiedział. Myślał o jej straszliwie poranionych stopach. Ryder 

właśnie kończył jeść śniadanie, gdy z Montego Bay przybył Sherman Cole.

Sherman Cole wyglądał jak ojciec jednej z kochanek Rydera, chciwy i przebiegły 

właściciel   sklepu   tekstylnego   w   Rye.   Był   bardzo   tłusty,   z   podwójnym   podbródkiem 

wylewającym się na kołnierzyk, miał siwe włosy z łysiną jak mnisia tonsura, ostre spojrzenie 

i grube wargi. Na myśl  o tym,  że ta kreatura  usiłowała  pocałować  Sophie, Ryder  dostał 

mdłości.

Mimo odrazy uścisnął mu rękę i zaproponował kawę. Pan Cole miał ochotę nie tylko 

na kawę, ale również na słodkie bułeczki, na które spoglądał bardziej łakomie niż Ryder na 

najpiękniejszą nagą kobietę.

Ryder usiadł naprzeciw sędziego, lekko się odwracając, bo nie mógł się zmusić, by 

patrzeć w twarz przybyłego. Widok nie należał do budujących. Ryder wysłuchał, co gość ma 

do powiedzenia.

-   Tak,   panie   Sherbrooke,   jak   pan   zapewne   wie,   jestem   tu   sędzią,   człowiekiem 

zajmującym   się   wszelkimi   naruszeniami   prawa   na   wyspie.   Jestem   tutejszym   prawem. 

Doznałem wstrząsu na wieść o tym, w co się pan wplątał i że przywiózł pan do Kimberly 

pannę Sophię Stanton - Greville. Nie wiem, w jakich pozostaje pan z nią związkach, ale 

jestem przekonany, że wkrótce pan to wyjaśni. Proszę mi teraz przyprowadzić dziewczynę. 

Chcę jej zadać kilka pytań.

background image

Mój Boże, pomyślał Ryder, składając dłonie. Spojrzał na mężczyznę, który kończył 

właśnie czwartą bułeczkę. Świnia to mało powiedziane. Nadęty, protekcjonalny i nad wyraz 

irytujący. A o jakichkolwiek manierach trudno nawet mówić. Brodę i ubranie miał obsypane 

okruchami. Zasługiwał na to, by go rozebrać do naga i rzucić do bagna krokodylom na pożar-

cie. Miałyby zajęcie na kilka najbliższych dni.

- Niestety, panie Cole - powiedział Ryder spokojnie. - Ma podrażnione dymem gardło 

i nie może mówić. Proszę wrócić za kilka dni, kiedy się lepiej poczuje.

Pan   Cole   zmarszczył   czoło.   Nie   przywykł,   by   lekceważono   jego   polecenia.   Był 

człowiekiem na stanowisku, ważną osobistością i reprezentantem prawa i jego słowa były 

rozkazem.

-Sam do niej pójdę - powiedział z uporem godnym osła.

-Nie.

-Posłuchaj, Sherbrooke...

-Panie Sherbrooke, Cole.

Sherman Cole z zaskoczenia zapomniał języka w gębie, ale rozsierdził się nie na żarty. 

I nie był głupi. Czy Sophia Stanton - GreviIle została już kochanką tego mężczyzny? Czy 

dlatego Ryder uparł się, by ją ochraniać? Zasznurował usta. Milczał, bo z doświadczenia 

wiedział, że większość ludzi czuje się w obowiązku przerwać ciszę, w ten sposób dostarczając 

mu informacji. Ale ten młody człowiek nie odezwał się ani słowem. Opadł na oparcie fotela, 

złożył dłonie, a spojrzenie miał znudzone.

To oburzające. Sędzia Cole wziął głęboki wdech, spojrzał na tacę, ale stwierdził, że 

nie została na niej już ani jedna słodka bułeczka, więc nachmurzył się. Jedzenie rozjaśniało 

mu umysł, tak było zawsze, nawet w dzieciństwie.

-Chcę jej - powiedział.

-Wielka szkoda. Musi się pan pogodzić z porażką, sir. Nigdy nie będzie pańska.

-Nie o to mi chodzi! Jestem żonaty, młody człowieku. Moja żona jest czarującą damą, 

naprawdę czarującą. Chodziło mi o to, że chcę porozmawiać z Sophią i muszę dodać, 

panie Sherbrooke, że węszę tu jakiś podstęp. Podejrzewam, że z zimną krwią zabiła 

swego wuja, a potem podłożyła ogień.

-Ciekawa teoria. Czy wolno spytać, co przywiodło pana do takich niewiarygodnych 

wniosków?

Ta dziewczyna nie jest taka, na jaką wygląda, albo raczej jest właśnie taka, na jaką 

wygląda, tylko że jej wuj nie chciał tego przyjąć do wiadomości. Musiał pan słyszeć - a może 

nawet ma pan wiadomości z pierwszej ręki - że to wszetecznica, kosztowna kokota, cał-

background image

kowicie pozbawiona moralności. Myślę, że wuj wreszcie to zauważył, a ona zabiła go, gdy 

zagroził,   że   ją   wyrzuci.   Oto,   co   się   stało.   -   Zamilkł,   rzucił   Ryderowi   typowe   spojrzenie 

sędziego i oświadczył:  - Jestem tu, aby dopilnować, by sprawiedliwości stało się zadość. 

Ryder roześmiał się.

-Pańska teoria jest niesłychanie zabawna, panie Cole. Jednak musi pan przyznać, że 

jest także zniesławiająca.

-Mam świadka, panie Sherbrooke.

-Doprawdy?

-Tak, Thomasa, nadzorcę. Ryder roześmiał się po raz wtóry.

-Co to ma znaczyć, sir?

-Panie   Cole,   Thomas   to   nędznik,   o   czym   pan   wie   nie   od   dziś.   Nie   sądzę,   by 

powoływanie  łajdaków na świadków  było  rozsądne. Przedstawię panu inną teorię, 

znacznie różniącą się od pańskiej.  Thomas to łobuz.  Podejrzewam, iż pan Burgess 

odkrył, że Thomas go oszukuje albo że znęca się nad niewolnikami i wyrzucił go. A 

Thomas po prostu go zabił. Tak się złożyło, że panna Stanton - Greville i jej brat 

akurat znajdowali się w Camille Hall. Thomas wykorzystał ją jako kozła ofiarnego.

-Thomas jest mężczyzną, a ona jest...

-Nie, to łajdak, nie ma co do tego wątpliwości. Okrutny i podstępny jak wąż.

-To nie usprawiedliwia panny Stanton - Greville. To przecież zwykła...

-Na pana miejscu nie powiedziałbym ani słowa więcej, Cole. Ona i jej brat pozostają 

pod moją osobistą opieką. Wkrótce rozpocznę starania o to, by zostać ich kuratorem. 

Sprawą zajmie się Oliver Susson.

-Ach, teraz rozumiem.

-Doprawdy? A cóż pan rozumie, jeśli łaska?

-Ona jest, jak podejrzewałem już wcześniej, pańską kochanką.

-Być  może zostanie nią w przyszłości - odparł Ryder tonem, jakiego używał jego 

ojciec, gdy był kimś znudzony i chciał się go pozbyć. - Nie jestem pewien, czy zechcę 

z nią sypiać i zachować przy sobie. Czuję jednak, że jestem coś winien Jeremy'emu, a 

ona jest jego siostrą. Jeremy jest spadkobiercą Theo Burgessa. Trzeba się zająć jego 

sprawami, a nie widzę nikogo odpowiedniego. Czy chce pan dodać coś więcej, panie 

Cole?   Nie?   W   takim   razie   może   zajmie   się   pan   Thomasem.   Może   uda   się   panu 

wydobyć z niego prawdę. - Ryder wstał i czekał, aby jego rozmówca uczynił to samo. 

Cole podniósł się z ociąganiem.

-Po prostu muszę znaleźć więcej obciążających ją danych!

background image

-Więcej, Cole? Jak dotychczas nie ma pan nic, ani odrobiny. To Thomas jest pańskim 

poszukiwanym mordercą. A teraz muszę się zająć swoimi sprawami. Mam nadzieję, 

że mi pan wybaczy. Och, a może chce pan zabrać z sobą trochę słodkich bułeczek?

Sophie szybko wbiegła po schodach. Widziała, jak Sherman Cole nadjechał aleją. 

Musiała się dowiedzieć, co ma do powiedzenia. Nie zaskoczył jej. Ryder świetnie sobie z nim 

poradził.   Ale  powiedział...   Poczuła   głęboki  ból,  i  nie  były   to  pobite  żebra  ani   spieczone 

gardło.

Nie jestem pewien, czy zechcą z nią sypiać i zachować przy sobie.

Niczym się nie różnił od pozostałych mężczyzn. Przypuszczała, że w ramach zapłaty 

za opiekę nad Jeremym zażąda od niej, by poszła z nim do łóżka. A potem znudzi się nią i 

będzie po wszystkim. Przynajmniej będzie wolna. Ona i Jeremy nareszcie zaznają spokoju w 

Camille Hall. Wszystko będzie dobrze. Za półtora roku stanie się pełnoletnia i wystarczająco 

dorosła, by przejąć opiekę nad bratem.

Zdążyła  ułożyć  się w łóżku i naciągnąć prześcieradło pod brodę, gdy w drzwiach 

stanął Ryder. Patrzył na nią i milczał.

-Pan Cole był bardzo zabawny - powiedział wreszcie.

-Doprawdy? Aresztuje mnie?

-Wciąż chrypisz jak syrena przeciwmgielna. Nie, nie aresztuje cię. Zasugerowałem 

mu, że może powiesić Thomasa. Czyż to by nie załatwiło naszych problemów?

-Dlaczego   Coco   nie   spała   tak   późno   zeszłej   nocy?   Powiedziałeś,   że   tylko   ona 

widziała, jak się wymykam z domu.

-Coco jest w ciąży. Źle się poczuła i wyszła na balkon zaczerpnąć świeżego powietrza.

-Och...

- Chcesz się dowiedzieć, co teraz będzie?

Miała ochotę wrzasnąć, że już to usłyszała, więc Ryder może się zamknąć i iść do 

diabła, ale nie potrafiła. Skinęła tylko głową.

Ryder doszedł do słusznego wniosku, że skoro Sophie nie podsłuchiwała, nie ma o 

niczym pojęcia.

-Nie sądzę - powiedziała Sophie, gdy Ryder skończył swoją wypowiedź.

-Nie sądzisz, że co?

-Nie potrzebuję twoich usług jako kuratora Jeremy'ego. Mam już prawie dwadzieścia 

lat. Dopóki nie skończę dwudziestu jeden, jego sprawy może prowadzić pan Susson, a 

potem ja. Camille  Hall należy teraz do Jeremy'ego.  Tak, ja będę jego opiekunem 

prawnym.

background image

-Nie.

-Nie   jesteś   dużo   starszy   ode   mnie.   Jak   możesz   ustanowić   się   moim   opiekunem 

prawnym? To bez sensu.

-Nie jestem już taki młody. Mam prawie dwadzieścia sześć lat.

-Ale nie jesteś też bardzo dojrzały wiekiem.

-Mój brat wysłuchałby cię z wielką przyjemnością - powiedział Ryder z szerokim 

uśmiechem. - Biedaczysko ma dopiero dwadzieścia osiem lat, a wszyscy bezustannie 

suszyli mu głowę, że już najwyższy czas, aby się ożenił i spłodził wreszcie potomka.

-I co się stało?

-Ożenił się, tuż zanim dostaliśmy list od Graysona.

-Cóż, współczuję jego nieszczęsnej żonie, jeżeli poślubił ją tylko po to, by rodziła mu 

potomstwo.

-Nie współczułbym Alexandrze - powiedział Ryder powoli. - Muszę jednak przyznać, 

że jestem ciekawy, co zaszło pomiędzy nimi. Ale to nie należy do rzeczy. Pojadę do 

Montego   Bay   i   porozmawiam   z   Oliverem   Sussonem.   Wynajmę   go,   aby   zajął   się 

sprawą i jeżeli dobrze się z tego wywiąże, nie zbiję go na krwawą masę.

Sophie milczała. To było podejrzane.

-Tak, Sophie. Tak będzie, więc zacznij się już do tego przyzwyczajać. Jeżeli znów 

spróbujesz uciec z Kimberly Hall, Emil zajmie się tobą.

-Naprawdę  chcesz  się  tego  podjąć?  Masz  chociaż   pojęcie,   co robisz?  Bierzesz   na 

siebie   odpowiedzialność   za   dziewięcioletniego   chłopca   i   jego   dziewiętnastoletnią 

siostrę o reputacji nierządnicy. Po co ci taki kłopot?

-Nie wiem - odparł Ryder. Usiłował zbyć ją wzruszeniem ramion, ale bez skutku. - 

Mam dwadzieścia pięć lat - powiedział powoli. - Jestem drugim z kolei synem, nie 

przysługuje mi tytuł lorda. Przez całe życie robiłem to, na co mi przyszła ochota - 

śmiałem się, bawiłem, kochałem i zażywałem wszelkich uciech. Kiedy mój ojciec 

umarł,   wszystkim   zajmował   się   Douglas,   bo   to   on   był   nowym   hrabią.   On   był 

odpowiedzialny. A ja żyłem tak, jak dotychczas. Nie było żadnych powodów, żebym 

się zmienił. Nikt niczego ode mnie nie oczekiwał. Jeśli chodzi o inne powinności, cóż, 

nikt o nich nie wiedział, zresztą to moja prywatna sprawa, a co więcej, to nie jest 

wielka ani poważna odpowiedzialność.

- Jakie inne powinności?

Ryder tylko potrząsnął głową.

Sophie zachowała milczenie.

background image

- Więc teraz - powiedział Ryder, wzruszając ramionami - teraz jestem odpowiedzialny 

za was oboje, za ciebie i Jeremy'ego. Będziesz zależna tylko ode mnie i od nikogo więcej. 

Tylko ode mnie. Nie, nie przerywaj mi, Sophie, i uściśnij dłoń swemu nowemu kuratorowi.

Ryder spodziewał się, że Sophie nadal będzie protestowała. Ale ona wyciągnęła rękę. 

Spojrzała   na   niego   i   rzekła   ochrypłym   głosem:   -   Ufam   ci,   jeśli   chodzi   o   Jeremy'ego. 

Naprawdę ci ufam.

- Musisz mi zaufać także, gdy chodzi o ciebie.

-O, nie.

-Jak twoje stopy?

-Moje stopy? Och, zupełnie o nich zapomniałam. W porządku, prawie się zagoiły.

-Tak przypuszczam. - Ryder ściągnął z niej prześcieradło. Przez cienki bandaż na 

stopach przesiąkła krew. - Skąd ta krew?

Od zejścia po schodach i ucieczki na górę.

-Nie wiem. - Naprawdę nic nie poczuła. Bardzo dziwne.

-Sophie, przecież to jasne. Wstawałaś z łóżka. Co robiłaś?

- Musiałam załatwić potrzebę.

- Tak. To rzeczywiście brzmi prawdopodobnie.

Przejście   tych   dwóch   metrów,   do   nocnika   i   z   powrotem,   przyniosło   taki   skutek? 

Dokąd chodziłaś, Sophie?

Sophie   przyjrzała   się   własnym   dłoniom.   Wciąż   miała   osmalone   paznokcie.   Nie 

odezwała się.

- Potrzebujesz opieki bardziej niż Jeremy.

Spojrzała na swoje stopy i zdziwiła się, jak mogła o nich zapomnieć. Chodzenie po 

schodach, żeby podsłuchać rozmowę Rydera z panem Cole'em, nie sprawiło jej bólu. Ale 

teraz, kiedy patrzyła na okrwawione bandaże, poczuła bolesne pulsowanie.

- Zajmę się nimi. Nie ma powodu, żebyś tu zostawał.

Ryder zaklął potoczyście.

W dziesięć minut odwinął bandaże i umył  jej stopy w gorącej wodzie z mydłem. 

Starała   się   nie   rozpłakać.   Ryder   zauważył   jej   pobladłą   twarz   i   zrobiło   mu   się   jej   żal. 

Powiedział, że jest szalona i odkaził skaleczenia. Nazwał ją głupią i osuszył krwawiące rany.

Kiedy polał jej stopy alkoholem, omal nie spadła z łóżka. Ryder chwycił ją za ramiona 

i przytrzymał.

- Wiem, że diabelnie piecze, ale zasłużyłaś sobie na to. Nie ruszaj się. Nie wiem, 

dokąd   chodziłaś,   ale   się   dowiem.   A   teraz,   dla   pewności,   jeszcze   raz   przemyję   ci   stopy 

background image

alkoholem. Jeżeli będziesz się wierciła, przywiążę cię do łóżka. Możesz krzyczeć, ile ci się 

podoba.

Krzyczała na całe gardło, a on zanurzył jej nogi w alkoholu. Przytrzymał je, a Sophie 

dławiła się bólem i łzami.

Do sypialni wpadł Jeremy. Miał zaciśnięte pięści i zaczerwienioną ze złości twarz.

Ryder wyszedł mu naprzeciw i rzekł po prostu: - Pomagam jej. Chodź i potrzymaj ją 

za rękę.

Jeremy trzymał siostrę za rękę, dopóki Ryder nie uznał, że zrobił wszystko, co było w 

jego mocy. Wyjął nogi Sophie z naczynia z alkoholem i ułożył na prześcieradle.

-Na razie nie można nic więcej zrobić. Trzymaj je na tym czystym prześcieradle. Nie 

wolno ci wstawać, bo cię zbiję, a Jeremy jeszcze mi w tym pomoże.

-Tak, Sophie. Nie próbuj wstawać. Jak mogłaś? Coco opatrzyła ci stopy. Co zrobiłaś?

-Jestem twoją siostrą - odparła ochrypłym głosem.

Jeremy   nie   zrozumiał,   ale   Ryder   wiedział,   o   co   jej   chodzi.   Nie   był   krewnym 

Jeremy'ego, ale chłopiec słuchał jego poleceń, a nie Sophie. Pochylił się nad nią i pogłaskał 

po bladym policzku.

-Jeremy posiedzi z tobą przez chwilę. Nie spuszczaj jej z oka, mój chłopcze. I nie 

pozwalaj wstawać, chyba że będzie się musiała wypróżnić. Jesteś na straży, Jeremy. 

Nie spraw mi zawodu.

-O nie, sir.

Ryder ukłonił się Sophie, mrugnął do Jeremy'ego i wyszedł.

background image

ROZDZIAŁ 9

Ryder potrząsnął głową. Nie mógł zapomnieć ojej stopach. Jasne, że wstawała, ale 

dokąd chodziła? Z pewnością dalej niż do nocnika. I to chwilę przedtem, nim zobaczył świeżą 

krew na bandażach.

I   nagle   zrozumiał.   Zobaczyła   lub   usłyszała,   że   przyjechał   Sherman   Cole.   Była 

przerażona. Zeszła na dół i podsłuchiwała pod drzwiami.

Na myśl o tym, co o niej powiedział Shermanowi Cole, i jak ten się o niej wyraził, 

zacisnął zęby. Poczuł się tym bardziej głupio, że Sophie ufała mu, przynajmniej jeśli chodziło 

o Jeremy'ego. Zadał jej okrutny i niespodziewany cios. Ryder stał zamyślony pośrodku holu.

-Potrzebujesz czegoś, panie? - spytał go James.

-Nie, James. Czy panna Stanton - Greville była niedawno na dole?

-Tak,   panie,   była.   W   starej   koszuli   nocnej   pana   Graysona,   rozczochrana. 

Przydeptywała koszulę obandażowanymi stopami.

-Dziękuję ci, James.

-Tak, panie. Ach, panie, czy ten Thomas zawiśnie?

-Mam nadzieję, że tak.

Ryder wyszedł na werandę. Zobaczył nadjeżdżającego Emila, który machał do niego 

ręką.

-W Camille Hall zapanował spokój - powiedział Emil, zsiadając z konia. - W domu 

czuć   swąd,   ale   niewolnicy   usuwają   sadzę.   Zostawiłem   tam   Claytona,   jednego   z 

naszych księgowych, żeby porozmawiał z tamtejszymi księgowymi. To bystry jego-

mość i dobry organizator. Zagoni wszystkich do roboty. Wrócę tam po południu, żeby 

sprawdzić, czego dokonali.

-Ani śladu Thomasa?

-Najmniejszego. Nakazałem, aby pochowano Burgessa. Na początku nie zauważono 

jego ciała. Jezu, był w okropnym stanie. Ale już po wszystkim. Jak się mają Sophie i 

Jeremy?

-W porządku. Miej na nich oko, Emilu.

-Oczywiście. Dokąd się wybierasz?

- Do Camille Hall. Po ubrania dla Sophie i Jeremy'ego.

Emil sposępniał.

Clayton był pełnym życia mężczyzną, o smagłym, sprężystym ciele. Nawet gdy stał w 

miejscu,   wydawało   się,   że   jest   w   ruchu.   Spotkał   Rydera   przy  drzwiach   i   nie   przestawał 

background image

mówić.

Ryder słuchał go z uwagą, rozglądając się po wielkim, domu i odnotowując w myśli, 

co powinno być zrobione. Następnie odesłał Claytona i poszedł na górę. Młoda roześmiana 

dziewczyna z włosami obwiązanymi  wielobarwną chustką wskazała mu drogę do sypialni 

Sophie.   Na   imię   miała   Dorsey,   o   czym   poinformowała   go   zuchwałym   tonem.   Sypialnia 

Sophie sąsiadowała z sypialnią wuja. Spojrzał na wewnętrzne drzwi i wyobraził sobie, jak 

pojawia się w nich Theo z pejczem w dłoni.

Otworzył   szafę   i   ujrzał   kilka   niesłychanie   wyzywających   sukien.   Wszystkie   z 

jedwabiu lub atłasu, w bardzo jaskrawych barwach, nieodpowiednie dla młodej dziewczyny, 

krzyczały, że należą do kobiety, która zna mężczyzn i umie doprowadzić ich do najwyższej 

rozkoszy. W szafie nie było nic poza tymi odstręczającymi sukniami.

W szufladach znalazł jednak sukienki, które mógł sobie na niej wyobrazić - uszyte z 

cienkiego   muślinu   o   pastelowych   barwach.   Znalazł   również   bieliznę   Sophie   -   doskonale 

uszytą  i pięknie  haftowaną,  ale  nieodpowiednią  dla  kokoty - wszystko  było  z lnianego  i 

bawełnianego  batystu,  a nie  z jedwabiu ani  atłasu.  Znalazł  nocną  koszulę  i  obejrzał  pod 

światło. Była biała, batystowa i wyglądała jak koszula małej dziewczynki.

Ułożył   stos   ubrań,  które   zamierzał   zabrać   do  Kimberly   Hall.   To  samo   uczynił   w 

sypialni Jeremy'ego.

Wjeżdżając   do   Kimberly,   rozgrzany   i   spocony,   z   przylgniętą   do   pleców   koszulą, 

stanął jak wryty. Nie wierzył własnym oczom.

Ujrzał   Shermana   Cole'a   i   czterech   uzbrojonych   mężczyzn.   Sędzia   wrzeszczał   na 

Emila, aby sprowadził na dół tę kokotę. Krzyczał, że to morderczyni, którą ma zabrać do 

Montego Bay.

Ryder   wjechał,   roztrącając   mężczyzn,   i   wstrzymał   konia   dopiero   na   pierwszym 

stopniu werandy.

Cole zwrócił się do niego: - Wszystko na nic, sir. Zabiorę ją, mam tu uzbrojonych 

pomocników.

Ryder machnął lekceważąco ręką na widok czterech mężczyzn. Mieli zaczerwienione 

od gorąca twarze i wyglądali na zakłopotanych.

-Proszę do środka, panie Cole. Jestem pewien, że znajdzie się tam trochę smakowitych 

bułeczek, które osłodzą panu chwile naszej rozmowy.

-Nie! - wrzasnął Cole. - Chcę ją mieć natychmiast!

-Jestem zmęczony tym piekielnym upałem - powiedział Ryder, zsiadając z konia i 

mijając Shermana Cole'a - i pańskimi piekielnymi wrzaskami. Niech pan wejdzie ze 

background image

mną do domu, a jeśli chce pan roztopić się na słońcu, to beze mnie.

Samuel   prędko   wszedł   za   Ryderem.   Oburzony   Cole   zrobił   to   samo,   choć   z 

ociąganiem.  Słyszał,  że czterej  mężczyźni,  których  ze sobą przywiózł,  cicho  rozmawiają. 

Zastanawiał   się,   czy   ci   łajdacy   odjadą   i   pozostawią   go   samego.   Żaden   nie   chciał   tu 

przyjeżdżać. Cóż, niech się stąd zabierają. Sam ją wywiezie. A potem zamknie w pokoju i 

zatrzyma klucz. Będzie od niego całkowicie uzależniona.

Ryder zwrócił się w jego stronę dopiero w salonie.

-Twierdzi pan, że panna Stanton - Greville zabiła swego wuja? - spytał bez wstępów.

-Tak, i tym razem mam na to wystarczające dowody. Strzeliła do niego dwukrotnie. 

Jeden z moich ludzi odnalazł mały pistolet. - Wyjął pistolet z kieszeni i pomachał nim 

przed nosem Rydera. - Jak widać ma dwie komory, Obie są puste.

-Ciekawe.

-Niech ją pan przyprowadzi. To z pewnością broń należąca do kobiety. Niech ją pan 

przyprowadzi. Zabiorę ją z sobą.

-Dokąd, Cole?

Sędzia spurpurowiał jeszcze bardziej.

- Jak to dokąd? Mamy specjalny budynek, w którym przetrzymujemy więźniów. To 

miejsce w sam raz dla niej.

Ryder   potrząsnął   głową.   Może   powinien   mu   pokazać,   jak   Sophie   wygląda   -   z 

posiniaczoną twarzą, przygarbiona z powodu obitych żeber, jak staruszka, nie mówiąc już o 

pokrwawionych stopach. Ten widok z pewnością ostudziłby zapał sędziego. A jeśli zabierze 

ją do tego domu, będzie ją miał w swojej mocy. I w końcu ją zgwałci. Ryder poczuł, że na 

samą myśl o tym zaciska mu się żołądek. Pogładził się po brzuchu i powiedział swobodnie: - 

Lepiej będzie, jeżeli razem z ludźmi pojedzie pan do Camille Hall. Jest tam miły świeży grób 

do rozkopania.

-O czym pan, do diabła, mówi, sir?

-To bardzo proste, Cole. Theo Burgess nie został od razu pochowany i Emil Grayson 

miał okazję obejrzeć ciało, zanim złożono je do grobu. Okazało się, że Theo Burgess 

nie został zastrzelony. Został trzykrotnie pchnięty nożem w pierś. Pewnie zechce pan 

obejrzeć ciało na własne oczy. Emil powiedział, że jest w opłakanym stanie. Sam pan 

rozumie. Upał i cała reszta. Nie? W takim razie niech pan poszuka Thomasa.

-Ale ten pistolet...

-Jest mój - powiedział Samuel Grayson. - Będę wdzięczny za jego zwrot. I miał pan 

rację, sir, to broń kobieca. Należał do mojej żony.

background image

Cole nie zwracał na niego uwagi.

-Ale co ona tam robiła? - zapytał, nie spuszczając wzroku z twarzy Rydera.

-Myślałem, że to jej dom - odparł Ryder.

-Obejrzę ciało.

-Dobrze. Jest tam człowiek o nazwisku Clayton. To księgowy z Kimberly Hall, ale 

chwilowo dogląda spraw w Camille Hall. Z pewnością da wam łopaty. Nie będzie to 

miłe zajęcie. Mój Boże, ten upał robi swoje. Dodam tylko, że Emil był po powrocie 

zupełnie zielony.  A minęło jeszcze kilka godzin. Zastanawiam się, jak ciało może 

wyglądać teraz. Jestem zmęczony, Cole. A rozmowa z panem męczy mnie jeszcze 

bardziej. Przyjemnego kopania. Rezultat, ośmielam się twierdzić, będzie jeszcze mniej 

przyjemny niż samo kopanie.

Ryder odwrócił się i wyszedł przez otwarte na oścież drzwi frontowej werandy. Nie 

powiedział ani słowa więcej, tylko czekał aż Cole i jego ludzie odjadą, co też uczynili. Cole 

mamrotał pod nosem pogróżki.

-Naprawdę został zadźgany nożem? - zapytał Samuel.

-Nie mam pojęcia. Emil nic nie mówił.

-Chcesz powiedzieć, że wyssałeś to z palca?

-Tak. A czemu nie? To interesujące przypuszczenie, prawda?

-Nadal się niepokoję, Ryderze. Cole jest nieprzejednany. To niebezpieczny człowiek, 

mimo że nim pogardzasz. Zyskaliśmy na czasie, to wszystko. On wściekle jej pragnie.

-A ona go wyśmiała. Uderzyła go, kiedy ją usiłował pocałować.

, - Człowiek jego pokroju nigdy czegoś takiego nie wybaczy. - Samuel pokiwał głową. 

- Musimy coś zrobić. Prędko. Ach, biedna dziecina.

-Masz na myśli Jeremy'ego? Zgadzam się, ale jest młody i łatwo się przystosowuje. 

Nic mu nie będzie.

-Nie! Myślę o Sophie.

-Ach, o niej. Mam nadzieję, że nie wstała z łóżka.

-Nie.

Ryder odwrócił się bez słowa, wszedł do domu i skierował się w stronę schodów.

*

Kiedy odwiedził ją późnym popołudniem, Sophie miała na sobie jedną z własnych 

koszul nocnych. Wyglądała świeżo, czysto i bardzo młodo. Twarz miała mniej posiniaczoną. 

Sprawiała wrażenie znudzonej.

- Trudno jest się kąpać, nie mocząc stóp - powiedziała nadąsana.

background image

-Szkoda, że tego nie widziałem. Może wykąpiesz się jeszcze raz, żeby mnie zabawić. 

Domyślam   się,   że   pogardliwe   prychnięcie   oznacza   odmowę.   Cóż,   nie   szkodzi. 

Przyszedłem, żeby z tobą porozmawiać.

-Więc rozmawiajmy.

-Niezadowolona?

-Chcę wrócić do siebie. Słyszałam, że jeden z waszych księgowych dogląda domu. To 

nie w porządku, Ryderze. Powinnam tam być. Nasi ludzie mogą sobie samodzielnie 

radzić ze wszystkimi kłopotami. Naprawdę muszę wracać.

-Ale   nie   możesz,   więc   siedź   cicho.   Co   do   Claytona   Emil   twierdzi,   że   to   bardzo 

taktowny człowiek, więc nie musisz się martwić, że urazi czyjąś dumę. Cole był tu 

jeszcze raz, ale mu powiedziałem, że twój wuj został już pochowany i okazało się, że 

zakłuto go nożem, a nie zastrzelono.

-Żartujesz? - spytała z niedowierzaniem.

Kto wie? Wysłałem tam Cole'a. Ale prawdę mówiąc, myślę, że zabił go Thomas, a ty 

strzeliłaś   do   Thomasa.   To   oczywiście   oznacza,   że   strzał   nie   był   śmiertelny,   bo   Thomas 

rozmawiał z Cole'em, świadcząc przeciwko tobie. Ale zaraz potem znowu zniknął. Chcę go 

znaleźć i wrzucić do bagna. Oto co zrobię.

-On nie wróci do Camille Hall. Ja naprawdę chcę jechać do domu, Ryderze. Tyle jest 

do zrobienia. Nie ma powodu, abyśmy z Jeremym  tu zostawali. Moje żebra są w 

znacznie lepszym stanie, podobnie stopy - a zresztą nie muszę chodzić, prawda?

-A co zrobisz, jeżeli Sherman Cole pojawi się ze swymi ludźmi i zechce cię zabrać do 

Montego Bay?

Sophie pobladła.

Ryder trwał nieporuszony.

-Prawdę mówiąc, zadecydowałem, że wracamy do Anglii.

-Zwariowałeś!

-Możliwe. Jeremy'ego trzeba posłać do szkoły. Pójdzie do Eton.

Jej   marzenia   stawały   się   rzeczywistością,   tylko   że   Sophie   nie   chciała,   aby   się 

urzeczywistniały w ten sposób. Nie dzięki Ryderowi.

-Nie! - powiedziała. - Nie zgadzam się na to.

-Nie masz wyboru - powiedział Ryder, uśmiechając się do niej.

-Owszem, mam wybór. Nie zostanę twoją kochanką, Ryderze. Nie ma mowy.

-Nie   przypominam   sobie,   bym   ci   to   proponował.   W   każdym   razie   nie   w   ciągu 

ostatnich trzech dni.

background image

-Słyszałam cię! Słyszałam, co powiedziałeś panu Cole!

-W takim razie musisz wiedzieć, że moje zapały w stosunku do twojej ślicznej osóbki 

uległy ochłodzeniu. Obejrzawszy cię dokładnie, nie jestem pewien, czy mnie nadal 

interesujesz. Nadajesz się na tutejsze warunki, ale w Anglii? Nie wydaje mi się.

Chwyciła opasły zbiór dramatów Szekspira i z całych sił cisnęła w Rydera. Trafiła go 

w pierś. Jęknął. Prawdę powiedziawszy, rzucając ciężką książkę, bardziej ucierpiała niż on. 

Nie przejęła się jednak. Złapała dzbanek. Rzut był łatwiejszy i oblała Rydera wodą.

Wokół   nie   było   nic   więcej,   co   by   się   nadawało   do   rzucenia.   Sophie   opadła   na 

poduszkę. Ciężko dyszała, czoło miała mokre od potu. Ryder ani drgnął, nie otarł nawet wody 

z twarzy.

-Zaatakowałaś mnie po raz wtóry - powiedział spokojnie. - Jak myślisz, co mam teraz 

zrobić?

-Przestać się wtrącać do mojego życia.

-Chcę, żebyś wyzdrowiała.

-Ja także!

-Tak, ale ja życzę sobie tego z innego powodu niż ty. Chcę, żebyś nabrała dość siły, 

aby się ze mną bić. Chcę słuchać, jak rozpaczasz, kiedy cię zwyciężę, a tak się właśnie 

stanie. Chcę słuchać, jak mnie przeklinasz. Chcę słuchać, jak na mnie wrzeszczysz, bo 

znam   cię,   Sophie,   i   wiem,   że   się   nie   poddasz   bez   walki.   A   kiedy   cię   pokonam, 

dostaniesz to, na co zasłużyłaś.

-Żałuję, że tu przyjechałeś.

-Tak? A kogo byś wolała na moim miejscu? Moją młodszą siostrę, Sinjun? Muszę 

przyznać, że uznałaby wszystko za niesłychanie zabawne, ale nie jestem pewien, czy 

poradziłaby sobie z tobą równie dobrze jak ja. Jest bardzo szczera i bezpośrednia, 

kompletnie   pozbawiona   sprytu.   A   może   wolałabyś   mego   świętoszkowatego 

młodszego brata, Tysena, który jest teraz w Oksfordzie i kształci się na pastora? Tysen 

poślubi bez wątpienia równie świętoszkowatą dziewczynę, tak dobrą i przyzwoitą, że 

będzie mdliło na sam widok. Jest jednak możliwe, że gdybyś go obdarzyła jednym z 

twoich sennych uśmiechów, uciekłby z wyspy i najprawdopodobniej utonął. I w końcu 

dochodzimy do hrabiego, który, moja droga dziewczyno, pożarłby cię na śniadanie. 

Nie jest tak cierpliwy jak ja. W przeciwieństwie do mnie, nie oddaje się całym sercem 

sportom, których dostarczają nam kobiety. Natychmiast zamknąłby ci buzię i odszedł, 

otrzepawszy dłonie. Tak więc, wziąwszy to wszystko pod uwagę, masz szczęście, że 

to ja przybyłem na wyspę, i obiecuję ci, a nawet przysięgam, że jeszcze cię okpię.

background image

-Męskie pogróżki. Ciągle przemoc i przechwałki o tym, jaki ból sprawiacie.

-Och, nie zamierzam zadawać bólu.

-W takim razie chodzi ci o dominację. To wcale nie lepsze od fizycznej przemocy. 

Wszyscy mężczyźni mają potrzebę władzy, nawet jeśli rządzą tylko jedną kobietą. Idź 

do  diabła,  Ryderze.   Ty  i wszyscy  mężczyźni   jesteście   nikczemni!   A  co  się  tyczy 

twojej odrażającej rodzinki, mam nadzieję, że wszystkich trafi szlag.

-Nawet Sinjun?

-Jeżeli jest taka jak ty, to owszem, i niech cię diabli.

Ryder nie przywykł do podobnych wybuchów. Był zaskoczony jego gwałtownością, 

chociaż   od   początku   znajomości   Sophie   wyprowadziła   go   z   równowagi   więcej   razy   niż 

ktokolwiek w jego dotychczasowym życiu. Ale czego się mógł spodziewać? Wuj bijał ją, 

czerpiąc   z   tego   obłąkańczą   przyjemność   i   zmuszając   do   odgrywania   ról,   jakie   dla   niej 

wymyślił.

- Nie nudzisz mnie - powiedział nagle. - Uważam, że jesteś zabawna i nawet nie... - 

zamilkł gwałtownie.

Nie, nie powie Sophie, że nie posiadł jej w chacie owej nocy, kiedy podał jej narkotyk. 

Pamiętał,   że   bardzo   pragnął   dotykać   ją   i   pieścić,   ale   nie   uczynił   tego.   Nie   był   aż   taki 

wyrachowany.

-Więc jak, Sophie, zostaniesz moją kochanką na jakiś czas?

-Nie.

-Ach, Oliver Susson jest bardziej w twoim guście? Doprawdy, moja droga, nie jest to 

najlepszy   okaz   mężczyzny,   chociaż   potrafi   współpracować,   co   świadczy   na   jego 

korzyść. I właśnie z jego powodu przychodzę do ciebie dopiero teraz. Pojechałem do 

Montego Bay odwiedzić pana Sussona. Powiedzmy, że obecnie wie, czego od niego 

oczekuję.   Postara   się,   aby   moja   kuratela   nad   wami   została   ustanowiona   jak   naj-

szybciej.   Przepraszał   mnie   za   swoje   zaniedbania   i   zapewnił,   że   wypełni   swoje 

powinności bez finansowego wynagrodzenia. - Ryder przerwał i czekał na jej reakcję, 

ale Sophie milczała.

Dobrze się maskowała, bo to właśnie potrafiła najlepiej. Ryder chciał ją doprowadzić 

do   furii,   więc   ciągnął   dalej   kpiącym   tonem:   -   Naturalnie,   myśl,   że   cię   utraci   bardzo   go 

zdenerwowała. Posunął się nawet do oświadczenia, że się z tobą ożeni, chociaż doskonale 

zdaje sobie sprawę, że to bardzo nadszarpnęłoby jego reputację na Jamajce. Wydaje mi się, że 

zauważyłem w jego oczach łzy, gdy zrozumiał, że nigdy więcej nie będzie się cieszył twoim 

towarzystwem w chacie przy plaży.

background image

-Nigdy   się   nim   nie   cieszył,   w   każdym   razie   nie   w   taki   sposób,   jak   ty   to   sobie 

wyobrażasz.

-O? Powiadasz, że nigdy nie byłaś z nim w chacie?

-Byłam, ale nie... - przerwała. To nie miało sensu. - Wystarczy, że spojrzysz na moją 

twarz i na moje żebra, a będziesz wiedział, że to, co robiłam z tymi mężczyznami, nie 

działo się z mojej woli.

-Cały czas się opierałaś, co? Możliwe, że tak było w przypadku tego nadętego łajdaka 

Shermana Cole.

A co z całą  resztą?  Przepraszam cię, Sophie, ale dobrze pamiętam  nasz pierwszy 

wieczór i twoją perfekcyjną kokieterię. Ani drgnęłaś, kiedy ci zsunąłem suknię aż do pasa i 

pieściłem twój biust. Radziłaś sobie bardzo umiejętnie. Tak, rozniecałaś we mnie nadzieję na 

spełnienie. Rozsadzała mnie żądza.

- Mógłbyś mi dać trochę bandaży? Chcę sobie owinąć stopy. Muszę wstać z łóżka, 

Ryderze. Chce mi się wyć z nudów, a rozmowa z tobą przyprawia mnie o mdłości.

A   więc   doprowadziłem   do   tego,   że   zalewają   żółć,   pomyślał   i   skinął   głową. 

Własnoręcznie owinął jej stopy i zauważył z zadowoleniem, że są w lepszym stanie niż rano. 

Ładne stopy, stwierdził, wąskie i wysoko sklepione.

-Po rozmowie z panem Sussonem - powiedział, przyglądając się jej paznokciom - 

sprawdziłem rozkład statków odpływających do Anglii. Kilka z nich odpływa bardzo 

niedługo.   Będziemy   mieli   trochę   czasu,   żeby   się   przygotować.   Chcę,   żebyśmy 

wszyscy troje znaleźli się na pokładzie najbliższego statku.

-Znów pan pomaga mojej siostrze, sir?

Ryder powoli położył nogi Sophie na łóżku. Zwrócił się do stojącego w drzwiach 

Jeremy'ego.

-Muszę zamykać te cholerne drzwi - mruknął pod nosem, ale Sophie go usłyszała. 

Ryder uśmiechnął się do chłopca. - Podejdź, Jeremy. Twoja siostra zaczerwieniła się 

tak z gorąca, a ja próbowałem ją trochę rozbawić. Nudzi jej się i potrzebuje rozrywki.

-Trzymał ją pan za nogi.

-Tak, miała skurcze w palcach, ale już jej lepiej. Jak widzisz, znów bandażuję jej 

stopy. A ona się nudzi.

Poczytam jej. O Boże, Sophie! Co ten Szekspir robi na podłodze? Musisz bardziej 

uważać. Niektóre strony są pomięte. A strona czterysta trzydziesta jest podarta.

-Masz rację Jeremy. Sophie podarła drugą scenę Poskromienia złośnicy.

-Wyjdź stąd, Ryderze - powiedziała Sophie. - Wyjdź stąd.

background image

Wyszedł, pogwizdując.

*

Sophie nie wiedziała, co ją obudziło. Śniło jej się, że jest przy niej matka, szczotkuje 

jej włosy i śmiejąc się mówi o przyszłości i o wszystkich wspaniałych młodzieńcach, którzy 

będą chcieli poślubić Sophie, kiedy wróci do Londynu na osiemnaste urodziny. Wtedy się 

obudziła, przestraszona usiadła na łóżku i nasłuchiwała.

Na zewnątrz rozległ się jakiś dziwny dźwięk.

Poczuła   gwałtowne,   przyśpieszone   bicie   serca.   Powoli   zsunęła   przykrywające   ją 

prześcieradło   i   wyjrzała   spoza   moskitiery.   Była   głucha   noc   i   wokół   panowała   cisza,   z 

wyjątkiem tego dźwięku. Ktoś się cicho poruszał na balkonie, ale nie dość cicho dla wyost-

rzonego słuchu Sophie.

Stanęła   na   podłodze.   Stopy   miała   wciąż   jeszcze   obandażowane,   ale   od   pożaru   w 

Camille Hall upłynęły już dwa dni i ból prawie zupełnie ustąpił. Podeszła na palcach do 

otwartych drzwi balkonowych i wyjrzała. Nie słyszała nic poza cichym skrobaniem żabki 

drzewnej. Po chwili zauważyła cień, długi cień mężczyzny, który ukradkiem przemykał się 

wzdłuż domu.

Wzięła stojący przy jej łóżku dzbanek z wodą, ten sam, którym dwa dni temu cisnęła 

w Rydera, bez ceremonii wylała jego zawartość do nocnika i wróciła na balkon.

Balkon ciągnął się wzdłuż całego domu. Miał dobre trzy metry szerokości i cztery 

metry   okapu,   który   chronił   niższy   poziom   od   słońca.   Sophie   posuwała   się   za   cieniem 

mężczyzny.   Nagle   znalazła   się   dokładnie   za   nim.   Zmartwiała.   Mężczyzna   zaglądał   do 

sypialni.

Do sypialni Rydera.

Zobaczyła, że podnosi rękę. Zobaczyła błysk noża. Boże, to był Thomas! Przyszedł tu, 

żeby zabić Rydera.

Poczekała,   aż   mężczyzna   wejdzie   do   sypialni   i   pobiegła   za   nim.   Gruba   warstwa 

bandaży   na   stopach   tłumiła   odgłos   jej   kroków.   Zajrzała   przez   otwarte   drzwi   balkonowe. 

Zobaczyła   Thomasa   stojącego   nad   łóżkiem   Rydera.   W   uniesionej   ręce   trzymał   nóż.   Do-

strzegła bandaż wokół jego klatki piersiowej. A więc strzeliła  do Thomasa,  nie do wuja. 

Ryder miał rację.

Na nieszczęście jej strzał okazał się nie dość celny.

Thomas powoli odsuwał moskitierę.

Sophie wrzasnęła. Raz i drugi. Wrzeszczała jak opętana, jak szalona kapłanka wudu. 

Podbiegła do Thomasa, wysoko unosząc dzbanek.

background image

Ryder obudził się i spostrzegł nad sobą błysk noża. Przez jego głowę przemknęło echo 

niedawnego wrzasku. Jezu! Przetoczył  się na przeciwną stronę łóżka, lecz zaplątał się w 

moskitierę.

Thomas obiegł łóżko. Dyszał ciężko. Nie zwracał uwagi na Sophie, chciał dopaść 

Rydera.

- Thomas!

Odwrócił się w jej stronę. Twarz miał pełną nienawiści.

- Thomas, to ja cię postrzeliłam,  nie Ryder!  No, co? Boisz się mnie?  Ty nędzny 

łajdaku, boisz się mnie”; dziewczyny o połowę od ciebie mniejszej?

Tchórz, podły, zasmarkany tchórz! Dlaczego zabiłeś mego wuja? Oszukał cię?

Thomas wpadł w szał. Dygotał i wymachiwał nożem.

- Wiem, że ty mnie postrzeliłaś, przeklęta dziwko!

Zabiję   Rydera   i   zajmę   się   tobą.   Najpierw   trochę   sobie   podokazujemy,   a   potem 

pozwolę ci się błagać, żebym cię nie zabijał. Będziesz mnie błagała na kolanach, mała zdziro. 

- Zapomniał o Ryderze i zbliżał się do Sophie.

Nie miała czasu się zastanawiać. Jeżeli Ryder nie wypłacze się z moskitiery, będą w 

kłopocie. Podbiegła do wiklinowego fotela i pchnęła go w kierunku Thomasa.

Czuła każdy nerw w ciele. Czuła przerażenie, ale co dziwniejsze, niebezpieczeństwo 

ją podniecało. Spojrzała na Thomasa błyszczącymi oczami.

- Ty nędzny tchórzu! - wrzasnęła pogardliwie.

A potem wskoczyła na fotel, spojrzała ponad Thomasem i krzyknęła: - Tak, Ryder, 

zabij go teraz!

Thomas odwrócił się, aby stawić czoła atakującemu, który jako mężczyzna stanowił 

większe zagrożenie.

I to był jego błąd.

Sophie ruszyła na niego i wyrżnęła w głowę ciężkim, glinianym dzbankiem. Naczynie 

rozbiło się na czaszce Thomasa, a on jęknął i osunął się na podłogę. Nóż wypadł mu z ręki, 

długie ostrze lśniło w bladym świetle sypialni.

Ryder wreszcie zdarł z siebie moskitierę i wstał. Podszedł do Thomasa, uklęknął i 

wziął go za nadgarstek. Żył, ale puls był słaby.

- Nieźle mu przyłożyłaś - powiedział przyglądając się Thomasowi. - A przedtem go 

postrzeliłaś. Tutaj, w żebra. Wciąż musi go boleć.

Ryder  uniósł głowę i spojrzał na Sophie. Stała nieruchoma i milcząca  jak głaz, z 

rozsypanymi na ramionach włosami, ubrana w jedną ze swoich obszernych koszul nocnych, 

background image

biała   jak   koronkowy   kołnierz   wokół   jej   twarzy.   W   ręce   trzymała   resztkę   potłuczonego 

dzbanka, jakby to był cenny amulet.

- Dziękuję ci, Sophie - powiedział, wstając powoli.

Wciągnęła powietrze. Ryder był nagi i nie zdawał sobie z tego sprawy. Podszedł do 

lampy i ją zapalił. Odwrócił się przodem do Sophie i w tej samej chwili do pokoju wpadli 

Samuel, Mary, Emil, Coco, James i jeszcze kilku niewolników. Coco natychmiast zemdlała. 

Emil na szczęście zdążył ją złapać i położył na łóżku Rydera.

- Jest w ciąży - powiedział i wzruszył ramionami.

Ryder uśmiechnął się i podniósł rękę.

-Wszystko w porządku - powiedział. - Na podłodze leży Thomas. Przyszedł tu, żeby 

mnie zabić. W każdym razie ja byłem pierwszy na jego liście. Sophie uratowała mi 

życie.

-Ryder - powiedział Emil, tłumiąc śmiech. - Cieszę się, że już po wszystkim i nic się 

wam nie stało. Sophie uratowała ci życie? Zawsze była porywczą dziewczyną i każdy, 

kto usiłował skrzywdzić drogą jej osobę, ściągał na siebie atak furii. Pozwól jednak, 

mój drogi, że ci zwrócę uwagę na fakt, że jesteś całkiem goły. Zdarza ci się to już po 

raz drugi.

-Rzeczywiście - powiedział Ryder, zupełnie ogłupiały. - Ale jest tak diabelnie gorąco. 

Sophie, nic ci nie jest?

-Sophie!

Do pokoju wpadł Jeremy. Utorował sobie drogę wśród obecnych i niezdarnie podbiegł 

do siostry.

Sophie otrząsnęła się i przytuliła brata. Gładziła jego zmierzwione włosy.

- Nic mi nie jest, kochanie - powiedziała bardzo czule i łagodnie. - I Ryderowi także. 

Thomas   jednak   ucierpiał.   Czyż   to   nie   wspaniale,   Jeremy?   Nie   skrzywdzi   nas   już   żaden 

podlec. Żaden się nie ostał.

-Niestety, świat wokół nas pełen jest podłych ludzi - powiedział Ryder. - Ale teraz 

będzie o jednego mniej. Emilu,  zwiążmy go i wrzućmy do bagna krokodylom  na 

pożarcie. Mam na to wielką ochotę.

-Ja także - powiedział Emil.

-Musimy   zawiadomić   Shermana   Cole'a   -   powiedział   Emil.   -   Teraz   z   pewnością 

uwierzy, że to Thomas zabił Burgessa.

-Masz chyba rację - powiedział Ryder, wzdychając ponuro. - Zabierzemy Thomasa do 

Montego Bay. Może po drodze wydarzy nam się drobny wypadek przy...

background image

-Przy bagnach - dokończył Emil, szczerząc zęby.

-Jest środek nocy - ciągnął Ryder. - Zwiążmy go i umieśćmy w jakimś  ciemnym 

pomieszczeniu. Jest tu jakieś bezpieczne miejsce, Samuelu?

-Tak, chłodnia.

W   ciągu   pięciu   minut   Thomas   został   związany   i   umieszczony   w   chłodni.   Przy 

drzwiach postawiono strażnika. Sypialnia Rydera opustoszała. Zostali w niej tylko Sophie i 

Jeremy. Jeremy ciągle ją obejmował, trzymając się jej kurczowo, bo była wszystkim, co mu 

pozostało na świecie.

Ryder przykucnął obok nich.

-Wszystko będzie dobrze, Jeremy - powiedział. - Naprawdę. Sophie nic już nie grozi. 

A teraz, mój chłopcze, ja i twoja siostra odprowadzimy cię z powrotem do łóżka.

-Może najpierw wypijesz szklankę mleka, Jeremy?

-Nie - powiedział chłopiec, kręcąc głową. - Zwymiotowałbym. To było przerażające, 

Sophie. Jestem zmęczony ciągłym strachem.

-Ja także, kochanie, ja także.

- I ja - powiedział Ryder i potargał chłopcu włosy, kiedy ten spojrzał na niego z 

niedowierzaniem.

Uspokojenie Jeremy'ego zajęło im dobre pół godziny. Zostali przy nim, dopóki nie 

zasnął. Ryder poszedł za Sophie do sypialni.

- Wyjdźmy na chwilę na balkon i posiedźmy tam chwilę. Tak jak Jeremy, jestem zbyt 

podniecony, żeby zasnąć.

Usiedli   w   wyplatanych   fotelach.   Ogarnęła   ich   nocna   cisza.   Przerażenie   powoli 

ustępowało.

-Dziękuję ci, Sophie.

-Proszę bardzo.

-Skąd wiedziałaś?

-Po prostu usłyszałam jakiś dziwny odgłos i to mnie obudziło. Zobaczyłam cień na 

balkonie i poszłam za nim. A potem zorientowałam się, że to Thomas i że przyszedł 

cię zabić.

-Bardzo   szybko   zareagowałaś   -   powiedział   Ryder   z   lekkim   niezadowoleniem.   - 

Jeszcze   nigdy   nie   spotkałem   kobiety,   która   działałaby   tak   szybko   i   fachowo.   Nie 

wahałaś   się   ani   chwili.   Nie   mdlałaś   i   nie   wydawałaś   z   siebie   teatralnych   jęków. 

Wrzeszczałaś na całe gardło. I miałaś przy sobie odpowiednią broń.

-Chyba pamiętasz, że już używałam tego dzbanka. Wiedziałam, że jest twardy. A ty 

background image

zaplątałeś   się   w   moskitierę.   Co   miałam   robić?   Delikatne   kobiece   popiskiwanie 

niewiele   by   wskórało.   A   zresztą   byłam   następna   w   kolejce.   A   za   mną   mógł   być 

Jeremy.

-Tak, byłaś następna - powtórzył Ryder powoli. - Gdyby nie ty, Thomas zrealizowałby 

swoje plany. Sama dobrze o tym wiesz. Ja spałbym jak zabity.

Sophie wzruszyła ramionami, jakby jej to nie obchodziło, i to rozwścieczyło Rydera. 

Ta jej siła, ta odwaga - nie wiedział, prawdziwa czy udawana, i prawdopodobnie nigdy się nie 

dowie.   Wstał   i   spojrzał   na   Sophie.   Dziwiło   go   własne   postępowanie.   Nigdy   dotąd   nie 

zachowywał się jak pies ogrodnika. Tego już zbyt wiele. To ona wywróciła jego świat do 

góry nogami.

-Cieszę się, że jestem dla ciebie kimś drogim.

-O czym ty mówisz?

-Emil powiedział, że jesteś nieposkromiona, gdy chodzi o obronę drogich ci osób.

-Już ci mówiłam, Ryderze, że uporawszy się z tobą Thomas zabiłby mnie. Nie jestem 

głupia.

-Jak twoje stopy?

-Dobrze. Jestem już prawie całkiem zdrowa.

-To świetnie - powiedział i jednym ruchem postawił Sophie na nogi. Przyciągnął ją do 

siebie, zanim zdołała zaprotestować. Chwycił jej brodę i unieruchomił głowę. Mocno 

ucałował zaciśnięte wargi.

-To mi się nie podoba - wydyszał prosto w jej usta. Poczuła gorący oddech. - Nie 

jesteś taka, jak być powinnaś. Nie mogę cię zrozumieć. Przestań. Do diabła, bądźże 

kobietą!

Pocałował ją jeszcze raz. Czuł przy sobie jej brzuch, położył dłonie na jej pośladkach, 

głaskał je i przyciskał.

Wywinęła   mu   się.   Nie   powiedziała   ani   słowa.   Po   prostu   wycofywała   się   powoli, 

małymi krokami. Otarła usta wierzchem dłoni.

Ryder aż zatrząsł się z wściekłości.

- Po tych  wszystkich  mężczyznach,  których  miałaś,  ośmielasz  się ocierać  usta  po 

moim pocałunku?

Opuściła rękę wzdłuż ciała i cofnęła się jeszcze o krok.

- Cofając się tak, wejdziesz w końcu do sypialni Samuela. Będziesz musiała wykopać 

z jego łóżka gospodynię, ale jestem pewien, że ucieszy się, mając ciebie zamiast Mary.

Potrząsnęła głową. Milczała. - Do diabła, powiedzże coś! Odwróciła się na pięcie i 

background image

wybiegła z pokoju.

background image

ROZDZIAŁ 10

Thomas uciekł. Nikt nie wiedział, w jaki sposób zdołał się uwolnić, ale w krzakach 

niedaleko  chłodni znaleziono  dwóch zbitych  do nieprzytomności  niewolników. Ryder  był 

zaskoczony, że Thomas ich nie zabił. Okazało się, że nic widzieli. Ryder podejrzewał, że 

Thomasa   uwolnili   ludzie   z   jego   bandy   w   Camille   Hall,   prawdopodobnie   także   oni 

powstrzymali go przed zabiciem niewolników. A teraz przepadł bez śladu, niech go diabli. 

Szkoda, że nie rzuciliśmy go krokodylom na pożarcie, pomyślał Ryder, a następnie rozesłał 

tropicieli, zawiadomił Shermana Cole'a i pogrążył się w rozmyślaniach o Sophie.

Ryder nie lubił rozmyślać. Dotychczas zdarzało mu się to bardzo rzadko, z tej prostej 

przyczyny, że nie miał ku temu powodów. Zawsze uważał, że to niesłychanie nudny sposób 

spędzania   czasu.   Ale   teraz   odczuwał   potrzebę   zadumy,   i   była   to   nad   wyraz   dojmująca 

potrzeba. Była również niespodziewana i nieproszona oraz wprawiała go w zakłopotanie, bo 

właściwie nie wiedział, jak się to robi.

Do diabła! Zmusiła go do rozmyślania, zastanawiania się i cierpienia, do doznawania 

uczuć, których nie chciał i nie potrzebował.

Skoczył na równe nogi, wściekły na nią i samego siebie i zdecydowany zakończyć to 

raz na zawsze.

Nie   zastał   jej   w   sypialni   -   jego   dawnej   sypialni.   Sophie   była   ubrana   i   siedziała 

spokojnie w fotelu na balkonie. Miała zamknięte oczy i złożone na podołku ręce. Sprawiała 

wrażenie pogrążonej we śnie. Miała na sobie bladoniebieską muślinową suknię, którą Ryder 

przywiózł   dla   niej   z   Camille   Hall.   Suknia   była   całkowicie   pozbawiona   dekoltu,   koronki 

sięgały niemal do podbródka. Ryder przystanął i długo się jej przyglądał. Włosy miała umyte, 

ściągnięte   do   tyłu   jasnoniebieską   wstążką.   Sińce   na   twarzy   zbladły.   Wyglądała   czysto, 

świeżo, bardzo niewinnie i zbyt młodo.

Niewinnie, ha! W tym rzecz i tego Ryder nie mógł znieść. Lekko dotknął ramienia 

Sophie.

Powoli otworzyła oczy i spojrzała na niego. Wyraz jej twarzy nie uległ zmianie. Nie 

podskoczyła ani nie krzyknęła.

- Ryder - to było wszystko, co powiedziała.

Usłyszawszy,   jak  wymówiła   jego  imię,   poczuł   coś   dziwnego   i   słodkiego,   i   to   go 

rozłościło.

- Witaj - powiedział.

Wyczuła jego złość i zesztywniała pod jego dotknięciem. Ryder cofnął dłoń i usiadł w 

background image

fotelu naprzeciwko Sophie.

-Już drugi raz siedzimy na tym balkonie jak stare małżeństwo omawiające zdarzenia 

minionego dnia.

-Ja tak nie uważam - powiedziała Sophie i uśmiechnęła się, a Ryder zorientował się, 

że jest to uśmiech pokrywający wielką wrażliwość. - Gdybym cię lepiej nie znała, 

mogłabym pomyśleć, że jesteś czymś przejęty. Trudno w coś takiego uwierzyć. Ty, 

Ryder   Sherbrooke,   mężczyzna,   któremu   nie   znane   są   żadne   troski.   To   chyba 

niemożliwe. Ty nie jesteś taki jak normalni ludzie, którzy mają swoje zwykłe kłopoty.

-   Wydaje   mi   się,   że   powiedziałaś   wystarczająco   wiele.   Zawsze   mnie   zaskakujesz 

swoimi bezpodstawnymi atakami. Ni z tego, ni z owego rzucasz się do gardła, gotowa kąsać i 

szarpać. Ale tym razem ci się nie uda. Nie wysilaj się. Teraz ja chcę się czegoś dowiedzieć od 

ciebie i masz mi powiedzieć prawdę.

- Proszę bardzo.

Ryder pochylił się do przodu i wsunął dłonie pomiędzy kolana.

-Masz mi powiedzieć prawdę, Sophie. Ja nie żartuję.

-Skoro musisz mi o tym przypominać, skoro robisz taką srogą minę, wydaje mi się, że 

nie uwierzysz w prawdę, nawet wtedy, gdy ją usłyszysz.

-Czy sypiałaś z którymś z tych mężczyzn z własnej, nieprzymuszonej woli? Czy wuj 

zmuszał cię do nierządu i czy byłaś kokotą, zanim wuj kazał ci to robić?

-Nie.

-Do diabła, Sophie, nie waż się...

Sophie zerwała się z fotela, suknia zawirowała jej wokół kostek i Ryder spostrzegł, że 

wciąż jest bosa. Nie miała butów, tylko bandaże. To mu się nie spodobało. Poczuł jeszcze 

większą złość.

-Do diabła! Odpowiedz mi na pytanie!

-Zadaj mi pojedyncze pytanie. Wtedy ci na nie odpowiem.

- Stała plecami do niego, ramiona miała wyprostowane i Ryder dobrze wiedział, że 

zadarła brodę o dobre pięć centymetrów.

-Świetnie. Czy spałaś z którymś z tych mężczyzn z własnej woli?

-Nie. , Nawet z lordem Davidem Lochridge?

-Nawet.

-Czy sypiałaś z mężczyznami, zanim wuj zmusił cię, abyś chodziła do łóżka z tymi, 

których ci wskazał?

-Nie.

background image

- Rozumiem - powiedział, ale nie rozumiał ani trochę.

Jego umysł nie pracował normalnie, wszystko przez te rozmyślania o Sophie. Ryder 

poczuł wściekłość i bezsilność.

- Niech cię diabli - powiedział. - Ile miałaś lat, kiedy pierwszy raz przespałaś się z 

mężczyzną?

Zwróciła się w jego stronę. Na twarzy miała ten sam twardy, kąśliwy uśmiech. - Jeżeli 

mam ci wierzyć, to pierwszy mężczyzna posiadł mnie, kiedy miałam dziewiętnaście lat. I tym 

pierwszym mężczyzną byłeś ty. - Widząc rozwścieczony wyraz jego twarzy, roześmiała się. - 

Widzisz, Ryderze, nie wierzysz mi. Jesteś mężczyzną, a mężczyźni  muszą przyklejać ko-

bietom etykietki. Kobieta jest niewinna albo zepsuta. Nie ma żadnych sytuacji pośrednich. 

Wdowa jest w porządku, ale nawet ją mężczyźni podejrzewają, że będzie z nimi sypiała, bo 

przywykła do seksu i zna się narzeczy. Odczułam to na własnej skórze. Gdy kobieta zbliży się 

intymnie do mężczyzny, nie jest już godna zaufania. Mężczyzna natomiast może robić, co mu 

się żywnie podoba. Jeżeli nie znajdzie takiej, która pójdzie z nim do łóżka z własnej woli, po 

prostu kupi sobie kobietę na jedną noc, a jeśli jest bogaty tak jak ty - będzie utrzymywał 

kochanki.   I   mężczyzna   zawsze   pozostanie   godny   szacunku.   To   jest   bezsensowne   i 

niesprawiedliwe. Powtórzę ci jeszcze raz, Ryderze, nigdy nie byłam z mężczyzną...

-   Ach   ta   twoja   filozofia   życiowa,   Sophie!   Jesteś   ignorantką.   Nie   masz   pojęcia   o 

mężczyznach i kobietach, ani o tym, co jest ważne w związkach pomiędzy nimi...

Sophie tupnęła obandażowaną nogą.

-   Nie   wiem   i   nie   chcę   wiedzieć!   Szczerze   wątpię,   czy   między   nimi   może   być 

sprawiedliwość i równość, czy w ogóle między kobietą i mężczyzną mogą być jakiekolwiek 

więzi. Myślę, że ty również w to nie wierzysz, Ryderze! Nie waż się pogardliwie na mnie 

prychać. Powiem ci to jeszcze raz. Nigdy nie byłam z mężczyzną w intymnej sytuacji. Tylko 

z tobą, a ty musiałeś mi podać narkotyk...

-Do diabła, pieściłem i całowałem twoje piersi, a ty pozwalałaś mi na to! Pozwalałaś 

się całować i oddawałaś pocałunki, okazując wielkie doświadczenie. Pozwoliłaś mi 

wsunąć język do ust. A kiedy obudziłaś się na plaży i zobaczyłaś, że rozebrałem cię 

prawie do naga, co zrobiłaś? Uśmiechałaś się do mnie, kokietowałaś i zachęcałaś, bym 

został twoim kochankiem. Obiecywałaś, że odprawisz innych. Nazwałbym to bardzo 

intymnym zachowaniem.

-A potem zaciągnąłeś mnie do chaty i nie mam pojęcia, co się stało. Doskonale o tym 

wiesz. A więc, nie, nie jestem już niewinna. Wydawało mi się, że mężczyzna potrafi 

odróżnić   kobietę   doświadczoną   od   takiej,   która   nie   ma   doświadczenia,   ale 

background image

najwyraźniej tak nie jest, bo ty nie przeprosiłeś mnie ani nie przyznałeś, że byłam 

dziewicą, kiedy mnie posiadłeś.

Ryder wstał powoli. Miał czerwoną twarz, żyły na szyi nabrzmiałe i pulsujące. Złapał 

fotel i cisnął nim z całej siły w barierkę balkonu. Usłyszał, że poniżej ktoś zawył z bólu. 

Spojrzał na Sophie z nienawiścią i wielkimi krokami wyszedł z balkonu, a potem z sypialni.

Samuel Grayson znalazł Rydera na północnym polu trzciny cukrowej. Rozmawiał z 

jednym   z   niewolników,   Jonaszem,   ogromnym   Murzynem,   który   jednym   uderzeniem   ręki 

mógłby przetrącić człowiekowi kark.

Ryder miał na głowie kapelusz. Rozpięta do pasa koszula odsłaniała lśniącą od potu, 

opaloną pierś. Samuel podjechał do rozmawiających mężczyzn.

Ryder skończył wypytywanie Jonasza, podziękował mu i zwrócił się do Samuela.

-Dobry pracownik - .powiedział Samuel, patrząc na odchodzącego Jonasza.

-Tak.   Podczas   bijatyki   wolałbym   go   mieć   po   swojej   stronie.   Na   myśl   o   tym,   że 

mógłby się stać moim wrogiem, stygnie mi w żyłach krew.

-Muszę z tobą porozmawiać, Ryderze.

Ryder zdjął kapelusz i wachlował nim twarz, a potem otarł rękawem czoło.

-   Poszukajmy   trochę   cienia.   Może   na   plaży,   jeśli   nie   masz   nic   przeciwko   temu, 

Samuelu.

Pojechali   na   Plażę   Monmouth.   Ryder   czuł,   że   na   widok   plaży   budzi   się   w   nim 

wspomnienie. Głupota. To tylko plaża, na miłość boską, po prostu przyjemne miejsce, które 

nie ma nic wspólnego z Sophie. Zsiedli z koni i usadowili się pod palmą kokosową. Ryder 

westchnął z przyjemnością i oparł się plecami o pień.

- Chcę się ożenić z Sophie Stanton - Greville - powiedział bez wstępów Samuel. - W 

ten   sposób   stanę   się   kuratorem   chłopca.  Camille   Hall   przylega   do   Kimberly.  Emil   i   ja 

będziemy w stanie doglądać obydwu plantacji i dopilnujemy, żeby chłopiec odziedziczył, co 

mu się należy.

Ryder  był   wstrząśnięty,  a  przecież   nie  powinien.  Dobrze  wiedział,   że  Samuel  nie 

widzi świata poza Sophie, wiedział o tym od samego początku, i nawet nieco go to śmieszyło. 

Jednak teraz nie widział w tym nic zabawnego.

- Wkrótce zostanę kuratorem Jeremy'ego - odparł cicho. - A co do Sophie, kto wie? 

Nie musisz się z nią żenić.

- Przecież ty wcale nie chcesz zostać opiekunem chłopca. Wiem, że wolałbyś  jak 

najszybciej powrócić do Anglii. Tam jest twoje miejsce. Wziąłeś do siebie Sophie i jej brata, 

bo nie widzisz innego wyjścia z sytuacji. A teraz ono się znalazło. Ich miejsce jest tutaj, nie w 

background image

Anglii. Wiem, że mają dom i posiadłość w Konwalii, ale tutejsza plantacja jest ważniejsza. 

Wynajmę nauczyciela dla Jeremy'ego. Zdobędzie wykształcenie i przejmie spadek. Sophie 

będzie bezpieczna w rodzinie i wśród ludzi, którzy się o nią troszczą.

Ryder   poczuł,   że   nagle   zrobiło   mu   się   zimno.   Odwrócił   twarz   od   Samuela, 

przestraszony, że zdradzi go jej wyraz. Zapatrzył się w morze. Gdzież się, u diabła, podziała 

jego beztroska?

-Rozumiem - powiedział wreszcie. - Dużo nad tym rozmyślałem. - Przypuszczam, że 

jesteś jedną z tych osób, którym zależy na pannie Stanton - Greville.

-Tak.

-Zdajesz sobie sprawę, że mógłbyś być jej ojcem?

-Oczywiście, że tak. Chciałem, żeby ożenił się z nią Emil, bo są sobie bliżsi wiekiem, 

ale on uwierzył, że Sophia jest dziwką. Teraz zaczął ją trochę szanować, bo uratowała 

ci życie, a to nie bagatelka. Ale i tak spogląda na nią z pogardą, taksującym wzrokiem 

mężczyzny, który chce ją do łóżka - tak samo jak ty. A ja chcę się nią zaopiekować. 

Chcę jej bronić. Kiedy się z nią ożenię, Emil zachowa swoją opinię dla siebie. A poza 

tym jego opinia może ulec zmianie, bo jest niesłuszna. Sophia to dobra i uczciwa 

dziewczyna. Stała się złośliwa, ale całkowitą winę ponosi za to jej wuj. Cieszę się, że 

zginął.

-Doskonale odgrywa rolę rozpustnicy.

- Jeśli tak jest, to wyłącznie zasługa jej wuja.

Cokolwiek robiła, on ją do tego zmusił. Ale nie mógł jej zmusić, by sypiała z tymi 

wszystkimi mężczyznami.

- Wierzysz, że oni wszyscy kłamali, że sypiali z nią w chacie?

-Oczywiście.

-Emil powiedział, że to prawdziwa diablica z piekła rodem.

-Myślę, że gdyby nie miała silnej woli, nie przeżyłaby. Robiła, co mogła, aby chronić 

swego brata. Zastanawiałem się nad tymi wszystkimi plotkami, słuchałem mężczyzn, 

przechwalających się, że byli jej kochankami. Nie mogła tego robić, to niezgodne z jej 

naturą.

-Ale sam powiedziałeś, że zrobiłaby wszystko, by chronić brata.

-Prawie wszystko, ale nie upodliłaby samej siebie. Nie zawahała się także, by ratować 

twoje życie. Jeżeli dlatego ma być  uważana za diablicę z piekła rodem, to proszę 

bardzo, możecie ją tak nazywać.

-Tak, uratowała mi życie. Posłuchaj mnie, Samuelu, musisz sobie zdawać sprawę z 

background image

tego, że jeśli się z nią ożenisz, nie będziesz przyjmowany przez tutejsze rodziny, a 

nawet jeżeli ty będziesz, Sophie nikt nie wpuści do domu. Ona jest tu wyklęta.

-Mam zamiar  to zmienić - odparł Samuel.  - Oświadczę wszystkim,  że poślubiłem 

dziewicę. Opowiem o jej wuju.

-Takie oświadczenia tylko wzbudzą śmiech. Bądź rozsądny, Samuelu. Nikt nigdy nie 

zmieni opinii.

-Spróbuję. Muszę spróbować.

-Kiedy rozmawiałem dziś z Oliverem Sussonem, on także powiedział, że się z nią 

ożeni.

-Nie pozwoliłbym Oliverowi kręcić się w pobliżu Sophii.

Jeżeli   zechcesz   ją   trzymać   z   dala   od   wszystkich   mężczyzn,   których   zabawiała   - 

niezależnie   od   tego,   czy   robiła   to   z   własnej   woli,   czy   też   przymuszona   przez   wuja   - 

skończycie jako pustelnicy. Lista mężczyzn odwiedzających tę przeklętą chatę jest bardzo 

długa, Samuelu.

-Mylisz się, Ryderze. Doprowadzę do tego, że ludzie zmienią zdanie. Moje słowo jest 

tu szanowane.

-Nie - powiedział Ryder.

-Słucham?

- Powiedziałem: nie. Nie ożenisz się z nią.

Samuel poczuł wściekłość. Nawet jako właściciel Kimberly Hall, Ryder Sherbrooke 

nie miał mu prawa narzucać zdania w kwestiach prywatnych. Samuel miał uczciwe zamiary.

-Nie masz prawa mówić „nie” w tej sprawie - powiedział wstając. - Decyzja należy do 

mnie, nie do ciebie.

-Prawdę mówiąc - odparł Ryder - decyzja należy do Sophie, a ona ci powie ,,nie”.

Dlaczego? Bo ją zniszczyłeś, więc nie zechce przynosić mi wstydu przyjmując moje 

oświadczyny? Nie rób takiej piekielnie zaskoczonej miny. Dobrze wiem, że jej pragniesz, że 

chciałeś   nad   nią   zapanować,   rzucić   ją   na   kolana.   Poczułbyś   się   bardzo   męski.   Tak, 

zachowujesz się zupełnie jak cała reszta. Chciałeś w ten sposób udowodnić swoją męskość, 

sobie i innym. Chciałeś wygrać współzawodnictwo, pokazać wszystkim, że możesz ją mieć i 

w ten sposób pokazać, że nikt inny nie był dla niej ważny, że liczysz się tylko ty. Nie jestem 

ślepy. Stałem niedawno pod balkonem i słyszałam, jak Sophia cię oskarżała. Słyszałem, jak 

powiedziała, że była niewinna, dopóki nie zabrałeś jej do chaty.  To ty zrujnowałeś życie 

panny Stanton - Greville i nie jesteś w stanie tego naprawić. Jedyne, co ci może przyjść do 

głowy, to uczynić z niej swoją kochankę, a przecież ona jest dobrze urodzoną i wychowaną 

background image

młodą damą. Jest również damą z zasadami. Przyszło ci kiedy do głowy, że mogłeś jej zrobić 

dziecko? Oczywiście, że nie. A mnie zależy na niej, więc ożenię się z nią i jeżeli okaże się, że 

jest w ciąży,  nie będzie musiała  rodzić bękarta. Niech cię diabli, przestań unosić brwi z 

powątpiewaniem!   Możesz   mi   przysiąc,   że   gdy   ją   posiadłeś   w   chacie,   Sophia   nie   była 

dziewicą?

-Nie, nie mogę - odparł Ryder bardzo cicho.

-Nie chcesz przyznać, że zbezcześciłeś jej panieństwo, że odebrałeś jej dziewictwo. 

Ona   nie   jest   ladacznicą,   doskonale   o   tym   wiesz.   Powiedziałem   ci,   jakie   są   moje 

zamiary.   Zrobiłem   ci   tę   uprzejmość.   Przynajmniej   ofiarowuję   tej   nieszczęsnej 

dziewczynie szansę wyboru, a to o wiele więcej niż ty zamierzałeś.

Ryder podniósł mały kamyk i rzucił do wody. Kamyk podskoczył na fali.

- A jak będziesz jej bronił, kiedy Sherman Cole przyjdzie i aresztuje Sophie, żeby ją 

powiesić za zamordowanie wuja?

Samuel Grayson spojrzał na morze.

- A więc myślisz, że lepiej będzie, jeśli zabierzesz stąd Sophię i Jeremy'ego? Uczynisz 

ją   swoją   kochanką   albo   pozostawisz   całkiem   samą,   bez   pieniędzy,   bez   przyjaciół,   bez 

środków utrzymania? To rzeczywiście rozwiązanie! Boże, zbaw nas od wszystkich mężczyzn, 

którzy myślą, że świat należy do nich, a kobiety służą zaspokajaniu ich samolubnych potrzeb! 

Zauważyłem, że w pewnym stopniu jesteś honorowy.

Zawdzięczasz to wiekom przywilejów i bogactwa, które są udziałem twojej rodziny. 

Ale co z poszanowaniem dziewczyny? Z jej honorem? Reputacją? Nie liczysz się z nią. Liczy 

się   tylko   twoja   dominacja,   jej   poddaństwo,   współzawodnictwo   z   innymi   młodymi 

mężczyznami. A potem odejdziesz, nie myśląc więcej ani o dziewczynie, ani o tym, co jej 

zrobiłeś. Nie, załatwię sprawę po swojemu. Jeżeli Sherman Cole aresztuje Sophie... cóż, nie 

wiem, co wtedy zrobię. Ale, na Boga, z pewnością coś wymyślę. Do zobaczenia. - I Samuel 

oddalił się, uderzając kapeluszem w udo.

Ryder patrzył za odchodzącym mężczyzną. Czuł się tak, jakby go sponiewierał własny 

ojciec. Ojciec był w tym jeszcze lepszy, ale i Samuelowi nic nie brakowało. Ryder prychnął 

ze złością, przyglądając się, jak Grayson wsiada na konia.

Oparł się o pień palmy i zamknął oczy. Wcale nie uważał, że świat leży u jego stóp. 

Nie był samolubny, nie był chciwy. Czerpał z życia garściami, ale nie za dużo. Nie krzywdził 

ludzi.   I   coś   z   siebie   dawał.   Z   całą   pewnością   dawał.   Jane   mogłaby   o   tym   zaświadczyć, 

podobnie jak jego siostra, Sinjun.

Czy   rzeczywiście   był   takim   pozbawionym   uczuć,   samolubnym   łajdakiem?   Czy 

background image

kierowały   nim   niegodziwe   pobudki?   Czy   rzeczywiście   był   przewodnikiem   stada?   Nie, 

wszystkie te bzdury na temat udowadniania męskości były bezpodstawne. Jest sobą i wcale 

nie jest taki zły. Jest honorowy, bo tak został wychowany. Samuel miał co do tego rację. 

Jednak i tak czuł się winny, i tak czuł się oszustem. Do diabła, to niesprawiedliwe.

- Do diabła - powiedział, zwracając się do nieprawdopodobnie wielkiego zielonego 

żółwia, który gramolił się mozolnie w stronę wody. - Do diabla.

*

Samuel Grayson patrzył na Sophie pustym wzrokiem. Ryder miał rację. Odmówiła mu 

bez   chwili   wahania,   ale   bardzo   uprzejmie.   Wyglądała   na   zmęczoną   i   przybitą.   Czuł   się 

okropnie i nie wiedział, co począć.

Sophie usiłowała się uśmiechnąć, ale w jej oczach zalśniły łzy.

-Wiesz, że nie mogę - powtórzyła, bo Samuel milczał. Można by pomyśleć, że zapas 

słów wyczerpał w rozmowie z Ryderem Sherbrooke'em.

-Nie, nic nie rozumiem - odezwał się w końcu zmęczonym tonem. - Ten twój wstyd 

nie   ma   sensu.   Nie   jestem   młodym,   zapalczywym   człowiekiem,   który   wymaga 

dziewictwa, Sophio. Mam nadzieję, że przemyślisz moje oświadczyny.

- Nie, przykro mi, Samuelu - odparła bez wahania.

To   imię   dziwacznie   zabrzmiało   w   ustach   Sophie,   bo   przez   wszystkie   lata,   które 

przeżyła   na   Jamajce,   był   dla   niej   panem   Graysonem,   uznała   jednak,   że   skoro   się   jej 

oświadczył, będzie niegrzecznie zwracać się do niego jak do ojca.

-Przepraszam,  jeśli wprawiam cię w zakłopotanie,  Sophio, ale  wiem o tym,  co ci 

zrobił Ryder. Wiem, że wstydzisz się tego. Współczuję ci.

-Powiedział ci?

-Nie. Ale wie, że ja wiem. Czy istnieje możliwość, że zaszłaś w ciążę?

Sophie zbladła i chwyciła się oparcia fotela. Pokręciła energicznie głową i wyszeptała: 

- O nie, to niemożliwe. To byłoby nie w porządku. O Boże, co ja mam teraz robić?

- Możesz wyjść za mnie i być bezpieczną. Nie przeszkadza mi, że nosisz jego dziecko.

-Sophie   zdumiewała   jego   dobroć   i   szczera   troska,   ale   wiedziała,   że   nie   może   go 

poślubić Nie, nie zrobię tego. Nie mogę. Nigdy.

-Ryder miał rację - powiedział Samuel wzdychając.

-Co to znaczy? - spytała.

-Powiedział, że mnie odtrącisz, bo on cię posiadł.

Roześmiała się, naprawdę się roześmiała. Samuel patrzył z niedowierzaniem.

- Cóż - powiedziała wreszcie - przynajmniej wierzy, że mam odrobinę honoru. Ja, 

background image

rozpustnica z Jamajki! Tego już za wiele.

Ryder usłyszał jej śmiech. Brzmiało w nim napięcie, dzikość i z trudem poskramiana 

wściekłość. Ryder przestraszył się. Szybko otworzył drzwi do salonu i cofnął się zakłopotany. 

Nie wiedział, kogo z nią zastanie, ale w żadnym razie nie spodziewał się Samuela Graysona. 

Dobry Boże, Samuel powiedział coś, co wywołało taki śmiech.

-Och... - Ryder był zakłopotany. - Samuelu, Sophie, proszę mi wybaczyć.

-Nie, Ryderze, nie przepraszaj - powiedział szybko Samuel. - Miałeś rację. Ona mnie 

nie chce. A teraz muszę odejść i dopilnować paru spraw. Nie, zostań, Ryderze. Już 

wychodzę. Pojadę do Montego Bay i sprawdzę, co knuje Sherman Cole. Może złapał 

Thomasa.

Ryder   nie   odezwał   się   ani   słowem,   dopóki   Samuel   nie   zamknął   za   sobą   drzwi. 

Odczuwał wielką ulgę, ale nie chciał się do tego przyznać. Patrzył  na Sophie, ubraną w 

skromną sukienkę z muślinu. Stopy miała bose, ale już bez bandaży.

- Przypuszczam, że wszystkie skromne, dziewczęce suknie, które przywiozłem ci z 

Camille Hall, pochodzą z czasów poprzedzających twoje wyczyny w chacie przy plaży.

Zmrużyła oczy i zacisnęła pięści, a potem uśmiechnęła się nieszczerze. - Oczywiście - 

odparła cichym, kpiącym tonem. - Zestaw nudnej konfekcji, prawda? Ale co mam począć? 

Inne   suknie   pozostawiłeś   w   Camille   Hall.   Udawaj,   że   mam   na   sobie   opiętą   suknię   Z 

jaskrawoczerwonego atłasu, wyciętą prawie do pasa.

Podejdź i pieść moje piersi. Odwagi, Ryderze. Bądź mężczyzną i zedrzyj ze mnie 

suknię. Przecież to lubisz. Prawdziwy mężczyzna udowadniający swoją silę i władzę. Boże, 

drżę na samą  myśl.  Możesz mnie  oprzeć na ramieniu i przechylić  do tyłu.  Czyżbym  nie 

zasługiwała na nagrodę za wyratowanie pana Graysona od losu straszliwszego niż śmierć?

Ryder   stał   bez   ruchu.   Wreszcie   zaklął.   A   potem   wrzasnął:   -   Skończ   już   z   tym 

aktorstwem!

-Z aktorstwem? Chcesz powiedzieć, że już mnie nie uważasz za kokotę?

-Tak, nie. Sam nie wiem. Niech cię diabli.

-Czy to drogi Samuel odmienił twoje zdanie?

-Nie.

Porzuciwszy rolę kokoty, stała się nagle bardzo wrażliwa. Nie umiała się opanować, a 

nie chciała odsłonić się przed Ryderem, więc szybko wybiegła na werandę. Jednak Ryder 

spostrzegł zmianę i pośpieszył za nią.

-A jeśli jestem w ciąży? - wyszeptała załamując dłonie.

-Nie myślałaś o tym, sypiając z innymi mężczyznami? Zabezpieczałaś się?

background image

-Nie.

Powinien jej powiedzieć, że jeśli okaże się, że jest w ciąży, to na pewno nie za jego 

przyczyną. A skoro zapewnia o swej niewinności, to nie może spodziewać się dziecka.

Powinien był jej powiedzieć, że jej nie posiadł. Powinien był, ale nie powiedział. Bo 

gdyby powiedział, mogłaby poślubić Samuela Graysona, a na to Ryder nie mógł pozwolić.

- Kiedy miałaś ostatnią miesięczną niedyspozycję?

Drgnęła.   Ryder   przyglądał   się,   jak   stara   się   zachować   opanowanie.   Spojrzała   mu 

prosto w twarz, po czym odwróciła się na pięcie i bez słowa odeszła.

Ryder się nachmurzył. Jej mina wyrażała najwyższą pogardę. Nie musiała nic mówić, 

spojrzenie mówiło samo za siebie.

Samuel Grayson wrócił do Kimberly cztery godziny później, zlany potem i wściekły.

-Sherman   Cole   ma   zamiar   odkopać   ciało   Burgessa   jutro   rano   -   powiedział   bez 

wstępów. - Całe Montego Bay mówi tylko o tym. Thomas jest wciąż na wolności. 

Cole   mówi,   że   po   aresztowaniu   Sophii   zapłaci   Thomasowi,   żeby   przeciwko   niej 

zeznawał. Powiedział, że nie wierzy, jakoby Thomas zjawił się w Kimberly, żeby cię 

zabić, Ryderze. Twierdzi, iż skłamałeś mówiąc, że Burgess nie został zastrzelony. 

Słyszałem, że opłaca trzech ludzi, którzy mają wykopać ciało. Grozi, że natychmiast 

po tym aresztuje Sophię, osądzi ją i najdalej za tydzień powiesi. Powiada, że nikt z nas 

nie zdoła go powstrzymać.

-A więc - powiedział Emil - koniec jest bliski. Bez względu na to, co o niej myślę, nie 

życzę jej tego.

-Ty ślepy szczeniaku! - parsknął jego ojciec. - Nie musisz zaprzątać sobie nią głowy, 

Ryderze. Wkrótce zostanie tylko Jeremy. - A potem znów zwrócił się do syna: - Chcę, 

żebyś był w Camile Hall, kiedy przyjedzie tam Cole. Idź i powiedz Sophii, żeby się 

nie oddalała od domu.

-Nie ma wyboru, Ryderze - powiedział Samuel, kiedy jego syn opuścił salon. - W 

porcie jest właśnie „Harbinger”, wielka barkentyna, która wraca do Anglii z porannym 

odpływem. Sophia i Jeremy muszą się znaleźć na jej pokładzie.

-Tak - powiedział  Ryder.  - Muszą. - Uśmiechnął  się i klasnął w dłonie. - Wiem. 

Wiem. Nie mogę jej wysłać do Anglii bez opieki. Bez pieniędzy. Ktoś musi się o nią 

zatroszczyć.

-Nie możesz jeszcze wyjechać z Jamajki.

-Wiem. Muszę załatwić sprawę kurateli. A także zająć się Shermanem Cole'em i tym 

łajdakiem Thomasem.

background image

-Więc co zrobisz?

-Wygląda na to, że nie mam wielkiego wyboru. Sprowadź pastora, niech nam udzieli 

ślubu. Gdy Cole będzie kopał w Camille Hall, Sophie i Jeremy znajdą się na pokładzie 

statku. Kiedy dopłyną do Anglii, pojadą do Northcliffe Hall, do mojej rodziny. Tam 

znajdą opiekę.

-A kiedy ty wrócisz do Anglii?

-Nie ponaglaj mnie, stary. Wyszło na twoje. Uratowałeś dziewczynę, posługując się 

mną.

-Będzie wspaniałą żoną.

Ryder zaklął i poszedł odszukać swoją przyszłą żonę.

Małżeństwo!   Myśl   doprawdy   przerażająca,   ale   innego   sposobu   nie   widział. 

Wspomniał swojego brata, hrabiego Northcliffe, i modlił się, aby jego życie małżeńskie jakoś 

się ułożyło, ale szczerze mówiąc, nie miał na to wielkich nadziei, pomimo dobrych chęci 

panny młodej. A teraz także jego spętają te więzy. A wszystko dlatego, że trafił na Jamajkę. 

Życie przebiegało tak, jak sam zaplanował.

Westchnął.   Równie   dobrze   mógłby   się   z   tego   wyplątać.   Znalazł   Sophie   późnym 

popołudniem na Plaży Monmouth. Klacz pasła się obok. Sophie siedziała w cieniu drzewa 

migdałowego i wpatrywała się w morze. Nogi miała skrzyżowane jak chłopak.

Ryder zsiadł z konia i podszedł do niej. - Byłem w Camile Hall - powiedział - i 

dowiedziałem  się, że przyjechałaś  przypilnować  remontu.  Nie powinnaś  tam jeździć. Nie 

jesteś jeszcze wystarczająco silna.

- Bzdury - powiedziała, nie patrząc na Rydera.

Pochylił się i uniósł jej spódnicę kostiumu do konnej jazdy.

- W takim razie dlaczego nie nosisz butów?

Szybko opuściła halkę i spódnicę. - Idź do diabła, Ryderze. Camille Hall należy teraz 

do Jeremy'ego. Prawdę mówiąc, poczułam się trochę zmęczona i przyjechałam na plażę, żeby 

odpocząć. Czego chcesz? Nowych wyznań kokoty?

-Nie.

-Więc o co ci chodzi? Spojrzał na nią z niesmakiem.

-Jakieś pół godziny temu dowiedziałem się, że nie mamy innego wyboru - powiedział 

kręcąc głową. - Musisz wrócić ze mną do Kimberly Hall. Masz wiele do zrobienia 

przed jutrzejszym rankiem.

-O czym ty mówisz? - zapytała tak z chłodną obojętnością, że Ryder poczuł przypływ 

wściekłości.

background image

- Do diabła! Spójrz na mnie!

Westchnęła i uniosła głowę.

- Zwariowałeś.  Stoisz pod słońce  i nie  widzę twojej  twarzy.  Przestań  się silić  na 

złośliwość i usiądź koło mnie.

Ryder usiadł i skrzyżował nogi tak samo jak ona.

- A teraz posłuchaj mnie, Sophie. Nie lubię, kiedy tak do mnie mówisz. Wcale się nie 

siliłem na złośliwość. Po prostu stanąłem nad tobą.

Sophie   niemal   się   uśmiechnęła.   Zaczęła   przesypywać   piasek   między   palcami.   On 

naprawdę nie dostrzega swojej arogancji. Ale kiedy usłyszała, co jej miał do powiedzenia, 

przeszła jej wszelka chęć do uśmiechu.

- Nie mamy innego wyjścia. Przemyślałem wszystko po wielekroć, ale bez skutku. 

Prowadziłem  wewnętrzne  spory.  Przekonywałem sam siebie, że to najwyższe  szaleństwo, 

kompletny idiotyzm, ale na próżno.

Więc dobrze. W takim razie muszę się z tobą ożenić.

Spojrzała na niego.

-Oszalałeś.

-Tak. Oszalałem. A jednak to zrobię. Naprawdę nie widzę innego wyjścia. Ożenię się 

z tobą. Jutro wczesnym rankiem odpłyniecie z Jeremym do Anglii. Ślub weźmiemy 

dzisiaj wieczorem. Kiedy znajdziecie się w Anglii, udacie się do mojej rodziny w 

Northcliffe Hall. Tam zajmą się wami aż do mojego powrotu.

-Robisz to, bo się boisz, że noszę w łonie dziecko? Twoje dziecko?

-Nie,   jutro   rano   Sherman   Cole   odkopie   ciało   twego   wuja.   Potem   ma   zamiar   cię 

aresztować. Obiecał zapłacić Thomasowi za wyjście z ukrycia i zeznania przeciwko 

tobie. Dlatego musisz mnie poślubić. A kiedy Cole zacznie zacierać tłuste łapska z 

uciechy,  że ma cię w swojej mocy,  ty i Jeremy od dawna będziecie na pokładzie 

statku. Nie, nic nie mów. Musicie opuścić Jamajkę. Ach, chcesz się dowiedzieć, co 

zyskasz na tym małżeństwie? Nie otrzymasz tytułu, bo, jak już wiesz, jestem drugim 

synem. Myślę jednak, że jestem wystarczająco bogaty, nawet dla ciebie. Do diabła, 

teraz, kiedy posiadam Kimberly Hall, mogę ci dać wszystko, czego zapragniesz.

-Doskonale. W takim razie pragnę być kuratorem Jeremy'ego i osobiście dopilnować, 

aby otrzymał edukację godną dżentelmena.

-Przestań. To nie jest odpowiednia pora na takie gierki. Pobierzemy się. Zrobimy to. 

Nic nie mów. Ja nie żartuję na temat Cole'a i jego zamiarów.

Skoczyła na równe nogi.

background image

-Nie mogę w to uwierzyć. Jesteś pewien? Ale... - spojrzała na Rydera. Odwróciła się, 

uniosła spódnicę i pobiegła wzdłuż brzegu.

-Sophie! Wracaj! Twoje stopy!

Przyspieszyła. A on się martwił o jej stopy. Ruszył za nią, a ponieważ był silniejszy i 

miał dłuższe, nie spętane halkami nogi, szybko ją dogonił. Złapał ją za ramię i odwrócił 

twarzą ku sobie. Przyciągnął i mocno ucałował.

Walczyła, wyrywała się. Przestał ją całować, ale nie wypuścił.

-Wolisz zawisnąć na stryczku niż wyjść za mnie? Pokręciła głową.

-A przedtem zgwałci cię Sherman Cole.

-Nie musisz mi nic więcej mówić.

-To dobrze, bo zaczynam tracić cierpliwość.

-To jakaś bzdura. Jestem zupełnie zwyczajna, Ryderze. Nie mam żadnych tajemnic, 

niczego, co by cię mogło zainteresować. Nie jestem ignorantką, bo wiele czytałam, 

choć dżentelmeni uważają to za stratę czasu, która może być nawet szkodliwa dla 

kobiecego  mózgu.   Uwierz  mi,   nie  jestem   interesująca.  Jestem   zwykłą  mieszkanką 

kolonii, bez jakichkolwiek pretensji. Dlaczego czujesz się za mnie odpowiedzialny? 

To nie twoja wina, że mój wuj nie żyje.

-Zamknij się. - Pocałował ją jeszcze raz, ale Sophie broniła się jak oszalała, a on nie 

chciał, aby ucierpiały jej żebra. Tylko ją do siebie tulił. Czuł jej ciepło, czuł jej piersi. 

Na chwilę zamknął oczy.

-Czyżbyś zapomniał, jak bardzo mnie nie lubisz? Uważasz mnie za okropną kobietę. 

Pogardzasz mną za to, że jestem osobą, którą wcale nie jestem. Dlaczego robisz to 

wszystko?

Spojrzał ponad jej ramieniem na czarne, postrzępione skały opadające ku morzu.

- Bo muszę. Możesz to nazwać honorem. Możesz to nazwać przypływem skrupułów. 

Samuel powiedział, że zrujnowałem ci życie. Być może nosisz w łonie moje dziecko. A teraz 

nadarza   się   okazja   uratowania   twojej   głowy.   Wracajmy   do   domu.   Mamy   tam   wiele   do 

zrobienia.

Ruszyła za nim. Patrzyła przed siebie niewidzącym wzrokiem. Nie mogła uwierzyć, 

że życie może się zmienić tak drastycznie i tak szybko.

Spojrzała na wyrazisty profil Rydera. Ten mężczyzna zostanie jej mężem.

Zadrżała.

background image

ROZDZIAŁ 11

Pastor   Jocob   Mathers   był   małym,   zasuszonym   człowieczkiem   z   grzywą   białych 

włosów, sterczących do góry niczym koguci ogon. Oczywiście znał wszystkie plotki, ale nie 

brał udziału w ich rozpowszechnianiu. Prawdę powiedziawszy, był przede wszystkim słucha-

czem, zwłaszcza gdy trzymał w dłoni szklaneczkę rumowego ponczu. Słuchał cierpliwie, a 

potem nie zgadzał się z większością tego, co usłyszał. Od przeszło dwudziestu lat był bliskim 

przyjacielem   Samuela   Graysona,   więc   otrzymawszy   zaproszenie   na   kolację,   przyjął   je   z 

ochotą. Po kolacji, dowiedziawszy się, co jeszcze ma zrobić, zamrugał zdziwiony i spojrzał 

pytająco  na Samuela,  który uśmiechnął  się i skinął  głową. Skoro Samuel  uważał,  że tak 

trzeba, niechaj tak się stanie.

Udzieli   ślubu   tym   dwojgu   zdesperowanym   ludziom.   Kiedy   Ryder   Sherbrooke   z 

uśmiechem zaprosił go, aby pozostał w Kimberly Hall do następnego popołudnia, pastor się 

zgodził. Wiedział, jaką opinią cieszy się Sophia Stanton - Greville. Wiedział również, że 

Sherman Cole chce ją aresztować z powodów aż nadto oczywistych. Jednak podstawowym 

obszarem   działalności   pastora   były   ludzkie   uczucia.   Ponadto   nie   był   ani   głupi,   ani 

nieuprzejmy i wiedział, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. W tej chwili nie chciał 

dociekać, o co tu właściwie chodzi.

Uczestnicy   uroczystości   byli   przygotowani.   Pastor   Mathers   miał   nadzwyczajnie 

głęboki  głos, słodki i kojący,  który owego wieczoru, po trzech szklaneczkach  rumowego 

ponczu, brzmiał jeszcze głębiej. Krótka uroczystość szybko dobiegła końca. Pastor odczuł 

ulgę,  że młoda  dama  nie  zemdlała.  Była  bardzo  blada,  oczy miała  ciemne  i pozbawione 

wyrazu, a przysięgę wypowiedziała prawie szeptem. Ryder Sherbrooke natomiast wyglądał 

jak   prawdziwy   angielski   arystokrata.   Stał   wyprostowany,   jego   głos   brzmiał   silnie   i 

zdecydowanie. Jeżeli czuł takie samo przerażenie jak panna młoda, doskonale je maskował.

Ryder zastanawiał się, o czym myśli Sophie. Dobrze wiedział, że nie miała ochoty za 

niego   wychodzić.   Zgodziła   się   na   to   tylko   ze   strachu   przed   stryczkiem.   Niespecjalnie 

pomyślna sytuacja dla pana młodego. Wątpił, czy przyjęłaby jego oświadczyny, nawet gdyby 

uwierzyła, że nosi jego dziecko. Cóż, wkrótce będzie po wszystkim. Nieco zaszokowany zdał 

sobie sprawę, że tego chce. Pragnął, aby ona i Jeremy byli bezpieczni.

Uścisnął jej dłoń, kiedy wyszeptała sakramentalne „tak”. Jej opór, myślał Ryder, z 

pewnością wynikał z dumy i uczciwości. Nie pragnie go, ale już on się postara, by jej uczucia 

wkrótce   uległy   zmianie.   Nie   jest   przecież   gburem,   a   ona   będzie   jego   żoną.   Pomyślał   o 

wszystkich kobietach, z którymi zabawiał się od czasu wejścia w wiek męski, o tym, jak im 

background image

się podobał, jak je rozśmieszał, jak starał się je zadowolić. A teraz musi się związać zjedna 

kobietą, która wcale go nie pragnie. Wychodzi za niego tylko dlatego, że sytuacja ją do tego 

zmusza. Pod tym względem znajdowali się w podobnej sytuacji. On także nie brał pod uwagę 

tego małżeństwa. Po prostu tego wymagał od niego honor. Nic więcej.

Sophie była zadowolona, że udało jej się wypowiedzieć słowa przysięgi małżeńskiej. 

Nie podobało jej się, że jej głos zabrzmiał jak beczenie kozy, ale prawdę mówiąc, Ryder, choć 

uratował jej życie, śmiertelnie ją przerażał.

Kiedy zostanie jej mężem, będzie mógł z nią wyprawiać, co tylko zechce. Wiedziała o 

tym;  wuj powtarzał jej to wystarczająco często. Nie obawiała się, że będzie ją bił, o nie. 

Ryder nie był tego rodzaju mężczyzną. Przerażała ją myśl o tym, że posiądzie jej ciało, że 

będzie miał do tego prawo zawsze, kiedykolwiek i gdziekolwiek zapragnie. Z drugiej strony 

jednak przecież już ją posiadł. Z całą pewnością nie zrobił jej krzywdy. Następnego ranka nie 

czuła żadnego bólu. Nie, nie skrzywdził jej.

A teraz czekała ją noc poślubna.

Sophie   była   przerażona.   Mięła   w   palcach   delikatny   muślin,   z   którego   Coco 

wczorajszego   popołudnia   uszyła   jej   suknię.   Suknia   była   śliczna   i   śnieżnobiała.   Sophie 

uśmiechnęła się.

- Będziesz w niej wyglądała jak dziewica - powiedział Ryder, kiedy mu się w niej 

pokazała.

Chciała,  żeby pastor jak najszybciej  skończył.  Bolał  ją brzuch. Bała się nie tylko 

Rydera, ale także Shermana Cole'a. Zastanawiała się, czy rzeczywiście znajdą się jutro z 

Jeremym bezpieczni na pokładzie statku.

Przypomniała sobie, jak Ryder przyszedł, żeby sprowadzić ją na kolację. Wszedł do 

pokoju diabelnie elegancki i przystojny i uśmiechnął się do niej.

- Wiesz, że jesteś piękna? - zapytał.

Sophie wzruszyła ramionami. - Powiedziałabym raczej, że wyglądam znośnie.

-Nie, jesteś piękna. Gotowa? Pastor już przyszedł. Najpierw zjemy kolację, a potem 

odbędzie się uroczystość. Przykro mi, że nie będzie nikogo z Camille Hall, ale nie 

możemy ryzykować.

-Nie musisz tego robić, Ryderze.

-Cicho bądź - powiedział zupełnie miło, podał jej ramię i sprowadził po szerokich 

schodach.

Ryder czuł, że zadrżała, kiedy wypowiadał słowa przysięgi.

- Uspokój się. Zaufaj mi, Sophie. Wkrótce będzie po wszystkim i już nigdy nie spotka 

background image

cię nic złego.

Nie wierzyła mu, ale nie mogła tego powiedzieć teraz, kiedy miał zostać jej mężem. 

Zobaczyła Jeremy'ego, który uśmiechał się, jakby mu ofiarowano cały świat. Zdumiało ją, że 

Ryder z taką łatwością całkowicie go zawojował.

I   nagle   rzeczywiście   było   po   wszystkim.   Nastąpiły   gratulacje.   Samuel   sprawiał 

wrażenie uszczęśliwionego. Zwrócił się do Sophie, przytulił ją i powiedział cicho: - Teraz 

wszystko będzie dobrze, moja droga. Zawsze wierzyłem, że nic nie zdarza się bez powodu. 

Ty i Jeremy opuścicie Jamajkę i wrócicie do Anglii. Znajdziesz oparcie w mężu. Tak, Sophio, 

zaufaj mu, to bardzo dobry człowiek.

Sophie   spojrzała   na   męża.   Ściskał   Jeremy'ego,   a   chłopiec   trajkotał   jak   katarynka. 

Ryder śmiał się i kiwał głową.

Nagle wszystkie rozmowy ucichły. Ryder uniósł głowę i zobaczył Shermana Cole'a 

stojącego w drzwiach salonu.

Sophie chętnie zapadłaby się w bagno. Nie drgnęła. Patrzyła, jak Ryder zbliża się do 

Cole'a.

- Miło pana widzieć, panie Cole. Nie był pan jednak zaproszony. Czego pan sobie 

życzy?

Sherman Cole rozejrzał się po pokoju. Wpatrywał się w Sophie, która stała niczym 

marmurowy posąg w białej sukni ślubnej. Zobaczył stojącego obok niej Samuela.

-Na Boga - powiedział. - Wyobrażasz sobie, że uratujesz tę małą kokotę żeniąc się z 

nią? Czy ten głupiec Grayson naprawdę ją poślubił?

-Czyż nie ostrzegałem pana? - powiedział Ryder z westchnieniem. - Ma pan ciężki 

pomyślunek, sir, i narobi pan sobie kłopotów.

-Ale on nie może się z nią ożenić! Zastanów się, Samuelu, to się na nic nie zda! Ona 

zamordowała   swojego   nieszczęsnego   wuja.   Jutro,   po   oględzinach   ciała   Burgessa, 

przyjadę tu po nią. Spędzisz z nią tylko jedną noc, nie więcej, więc staraj się dobrze ją 

wykorzystać! A potem przyjdzie kolej na mnie. Dopilnuję, żeby sprawiedliwości stało 

się zadość i...

Ryder wymierzył mu celny cios w szczękę. Sherman Cole jak długi rozłożył się na 

podłodze.   Ryder   chwycił   go   pod   ramiona   i   wciągnął   za   fotel.   A   ponieważ   nogi   Cole'a 

wystawały,  Ryder odsunął fotel i ułożył  Cole'a tak, żeby go całkowicie zasłonić fotelem. 

Spojrzał na Sophie, uśmiechnął się od ucha do ucha i zatarł dłonie.

-To dopiero heca - powiedział, podchodząc do niej. - Emilu, odstaw go do Montego 

Bay, kiedy się pozbiera. Podoba mi się ten pomysł. Niech Cole myśli, że to twój ojciec 

background image

poślubił Sophie. Lepiej, żeby był spokojny i zadowolony z siebie.

-A teraz - powiedział Samuel - przejdźmy do jadalni. Chcę wznieść toast szampanem, 

który James specjalnie dla was wyciągnął z piwnicy.

Sophie stała blada i nieruchoma.

- Nie martw się - powiedział Ryder, a kiedy się nie poruszyła, przyciągnął ją do siebie 

i  pocałował.  Nie mocno,  bardzo delikatnie,  zaledwie  muskając  wargami.  - Jestem twoim 

mężem - powiedział prosto w jej usta. - Będę cię bronił. Cole nawet cię nie tknie.

Sophie była przerażona. Nie ruszała się. Kiedy Ryder wreszcie ją wypuścił, miał nieco 

zakłopotaną minę. Nie oddała mu pocałunku, tylko wzdrygnęła się z niechęcią.

-Posłuchaj mnie, Sophie. Tym  razem naprawdę musiałem  cię bronić. Choć muszę 

szczerze przyznać, że miałem wielką ochotę mu przyłożyć, więc nie jestem pewien, 

czy moje motywy były czyste. Bądź jednak dla mnie miła i uznaj, że były uczciwe. 

Myślę, że ty także będziesz mnie chronić.

-Już raz to zrobiłam.

-Tak   -   powiedział   z   uśmiechem.   -   Byłaś   wspaniała.   Zostaniesz   moją   amazonką? 

Będziesz mnie broniła?

-Nie jesteś Jeremym.

-Nie,   nie   jestem.   Jestem   twoim   mężem,   a   więc   myśląc   perspektywicznie,   kimś 

ważniejszym.

-Tak - powiedziała z westchnieniem. - Będę cię broniła, Ryderze.

Ryder obejrzał się. Spostrzegł wystające spod fotela stopy Shermana Cole'a. Czego 

ten człowiek chciał? Przejechał kawał drogi z Montego Bay. Przyjechał tu tylko po to, żeby 

się napawać zwycięstwem? Żeby przerazić Sophie? Zastraszyć ich wszystkich?

Po chwili zapomniał o Cole'u. Tej nocy będzie miał Sophie. Już niedługo. Jeszcze 

cztery   godziny   i   będzie   ją   miał   nagą   w   łóżku.   Będzie   się   musiał   nią   nasycić   przed 

wielotygodniową rozłąką.

Prowadząc Sophie do jadalni, nucił pod nosem. Posadził ją po swojej prawej ręce i 

zajął miejsce pana domu. Uniósł jej dłoń i ucałował palce. Ani drgnęła.

- Emil zabierze stąd Cole'a - powiedział. - Może się dowie, dlaczego tu przyjechał.

-Miałabym ochotę mu przyłożyć - powiedziała Sophie.

-Naprawdę?   -   zapytał   bardzo   zadowolony.   -   Może   uda   mi   się   go   odszukać   i 

przyprowadzić do ciebie. Pokaż, jaką masz pięść.

Sophie  zacisnęła  pięść,  a Ryder  starannie  wsunął jej  kciuk  do wewnątrz.  - Kiedy 

zechcesz kogoś uderzyć, nie zostawiaj kciuka na wierzchu. Możesz go złamać. O, tak.

background image

-Masz opuchnięte knykcie.

-Tak. Ale przyjemność była tego warta. A teraz, moja droga, jako panna młoda unieś 

swój kieliszek i lekko stuknij się z moim. Tak, dobrze. Uśmiechnij się. Świetnie.

Sophie upiła łyk szampana. Był przepyszny, zimny i słodki.

Wypiła następny łyk.

Przy stole było gwarno. Z każdą butelką szampana robiło się coraz głośniej i weselej. 

Pastor   opowiedział   dowcip   o   świętym,   który   przez   pomyłkę   został   zesłany   do   piekła. 

Opowiadał z zapałem godnym grzesznika.

Ryder roześmiał się i spojrzał na żonę. - Jesteś nadzwyczaj spokojna. Prawie nic nie 

zjadłaś.

-Nie chciałam, żeby tak się stało - odparła, wbijając wzrok w ananasowe ciastko na 

talerzyku.

-Ale się stało. Musisz się z tym pogodzić i przyzwyczaić.

-Myślę,   że   nie   pozostaje   mi   nic   innego   -   powiedziała   i   wypiła   jeszcze   trochę 

szampana.

-Chcesz się upić do nieprzytomności?

-Nie, myślę, że to niemożliwe.

-Owszem, możliwe; Młodzi ludzie wyczyniają najdziwniejsze rzeczy, kiedy się upiją 

do nieprzytomności. Śpiewają na całe gardło, nawet wtedy, gdy spadną na twarz pod 

stół.

Uśmiechał się do niej czarująco, śmiał się uwodzicielsko, stosując cały arsenał swoich 

sztuczek. Bez skutku.

-Jesteś zmęczona, Sophie?

-Tak - powiedziała i opadła na oparcie krzesła.

-Jak twoje żebra?

-Okropnie mnie bolą, a stopy...

-Nie umiesz kłamać. Dawniej umiałaś, ale teraz, kiedy cię poznałem, nie dam ci się 

nabrać.

-Nie znasz mnie, Ryderze. Naprawdę, nie znasz.

-Ale cię poznam. Bardzo tego pragnę. Szkoda, że wkrótce się rozstaniemy. Dam ci list 

do mojego brata. Przekażesz mu go zaraz po przyjeździe do Northcliffe Hall. Dam ci 

również pieniądze, żebyś mogła w Southampton wynająć powóz i kilku strażników. 

Obiecaj, że wynajmiesz strażników.

Sophie obiecała.

background image

Ryder spoglądał na wzniesienie biustu powyżej delikatnej koronki dekoltu. - Jesteś 

chuda, ale nie szkodzi. Zadbam o to, żebyś się zaokrągliła.

- Jestem brzemienna, więc łatwo ci to przyjdzie.

Kłamstwa, pomyślał Ryder. Trudno było to dalej ciągnąć.

-   Nie   musisz   być   w   ciąży.   Możliwe,   że   wcale   nie   jesteś.   Mam   nadzieję,   że   nie 

sprawiłoby ci to wielkiego zawodu.

- Nie czuję się dobrze. Muszę być w ciąży.

Interesujące, pomyślał.  Opadł  na oparcie  krzesła, obracając w palcach  kieliszek.  - 

Wiesz, Sophie, nie musisz się mnie wstydzić. Nie, nie trać czasu na zaprzeczanie. Mówiłem ci 

już, że znam kobiety. Zechciej również pamiętać, że nie jesteś już dziewicą, bo cię posiadłem. 

I dobrze ci się przyjrzałem. Ucałowałem nawet to milutkie znamię pod lewym kolanem. Więc 

sama widzisz, że nie masz powodów do zakłopotania.

-Chyba masz racje, ale mimo wszystko...

-Ale co?

-Właściwie to jakby mnie tam nie było, kiedy to ze mną robiłeś.

-Musisz mi po prostu zaufać.

-Zaufać tobie, tak jak ty zaufałeś mnie?

-Minął już czas manipulacji i narkotyków, chociaż nadal odczuwam niepohamowaną 

wściekłość  na  myśl   o tym,  jak  razem  z  wujem  rozebraliście  mnie   i  podłożyliście 

tamtej kobiecie. A propos, jak ma na imię?

- Dahlia. Spojrzała na ciebie i powiedziała, że niezły z ciebie kąsek.

A kiedy Ryder się uśmiechnął, dodała szybko: - Ale nie aż taki, by zrezygnować z 

zapłaty.

-Patrzyłaś, kiedy z nią byłem, Sophie?

-Tylko przez chwilę. Wuj mi kazał, bo uznał cię za takiego mężczyznę, który omawia 

z kochankami intymne szczegóły, więc miałam się przygotować do takich rozmów z 

tobą. Jednak nie mogłam tego znieść i uciekłam z chaty.

-To paskudna gra. A teraz, moja droga żono, pójdziemy na górę.

Dziesięć minut  później Sophie patrzyła  na niego z przeciwległego końca sypialni. 

Zamknął drzwi na klucz. Zbliżał się do niej z triumfalnymi błyskami w niebieskich oczach.

Naprawdę wygląda jak dziewica składana w ofierze, pomyślał. I chyba właśnie w tej 

chwili pogodził się z myślą, że naprawdę jest dziewicą, że wszyscy inni kochankowie także 

sypiali z Dahlią, że Samuel miał rację twierdząc, iż Sophie bez względu na wszystko nie 

zgodziłaby się zostać nierządnicą.

background image

Zastanawiał się, czy powinien jej powiedzieć, że nadal jest dziewicą i że okłamał ją po 

to, żeby nie wyszła za Samuela Graysona. Nie, zachowa to dla siebie. Sophie mogłaby go 

uznać za łajdaka. Będzie miał całe życie, by powiedzieć jej prawdę. Może z tym  śmiało 

poczekać.

Wziął Sophie w ramiona. Nie pocałował jej, tylko powiedział: - Wiem, że widziałaś, 

co   mężczyzna   i   kobieta   robią   w   łóżku.   Wiem   z   pierwszej   ręki,   że   potrafisz   uwodzić 

mężczyzn,  umiesz   ich  kusić,   aż  stwardnieją jak  skała   i są  skłonni   ci  obiecać,   cokolwiek 

zechcesz.   Ale   wiem   także,   że   nie   doświadczyłaś   pełni   miłosnej   gry,   nawet   ze   mną, 

zważywszy specyficzne okoliczności. Będziemy to robić bardzo powoli, Sophie. Nie chcę, 

żebyś  wracała myślą  do nieprzyjemnych  doświadczeń. Teraz to już tylko  nieważna prze-

szłość. Rozumiesz mnie?

-Nie chcę, Ryderze. Potrzebuję czasu.

-Po dzisiejszej nocy będziesz miała bardzo dużo czasu, co najmniej siedem miesięcy. 

Nie   jestem   taki,   jak   ci   bezmyślnie   rżnący   kretyni.   Będzie   ci   ze   mną   przyjemnie, 

pozwolę ci zapomnieć o wszystkim, co było przykre.

Poczuła na plecach jego dłonie. Głaskał ją powoli i delikatnie, jakby była dzieckiem 

albo małym zwierzątkiem, które chce się oswoić. Zobaczyła lorda Davida, poczuła jego ręce i 

usta na swoich wargach. I Olivera Sussona, i Dickeya Masona, kolejnego mężczyznę, którego 

wuj zrujnował przy jej pomocy. Nienawidziła tego. Nienawidziła samej siebie i nienawidziła 

Rydera   za   to,   że   zmusił   ją   do   małżeństwa.   Odepchnęła   go   niespodziewanie.   Był   tak 

zaskoczony, że pozwolił jej odejść.

Wyszła szybko na balkon i nie oglądając się, stanęła przy barierce.

Kiedy się odwróciła, stał tam, gdzie go zostawiła, na środku pokoju, tylko że teraz 

zdejmował marynarkę. Zamarła, patrząc na Rydera. Zdjął krawat. Rozpiął koszulę. Usiadł na 

wyplatanym fotelu i ściągnął buty. Kiedy wstał i zaczął rozpinać guziki spodni, krzyknęła: - 

Co robisz? Przestań!

- Dlaczego? - zapytał. - Nie obrażam chyba twojej panieńskiej skromności. Dobry 

Boże, przecież widziałaś mnie nagiego. Nie tylko nagiego, widziałaś mnie we wzwodzie. 

Widziałaś, jak moje oczy lśniły od żądzy. To dla ciebie nic nowego. Nie widziałaś wszystkich 

innych kochanków?

Patrzyła  na niego. Wkrótce  był  zupełnie  nagi, a jego męskość uniesiona, lecz nie 

zbliżył się do niej. Wyciągnął tylko rękę i powiedział: - Chodź, Sophie. Nadszedł czas, by 

rozpocząć nasze pożycie małżeńskie.

-Nie czuję się dobrze - powiedziała.

background image

-Nic nie szkodzi - mruknął bardziej do siebie niż do Sophie i podszedł do niej.

Suknia ślubna udaremniła jej plany. Sophie usiłowała wymknąć mu się, ale nadepnęła 

na koronkowy obrąbek sukni i poczuła, że materiał drze się poniżej lewego ramienia. Nie 

chciała zniszczyć swojej pięknej sukni. Usłyszała zniecierpliwiony głos Rydera:

-Nie  życzę  sobie  żadnych  bijatyk.  Rozbiorę  cię teraz,  Sophie.  Nie walcz  ze mną. 

Słyszysz?  Mamy  przed sobą tylko  tę jedną noc i  chcę  skonsumować  to  przeklęte 

małżeństwo.

-Puść mnie.

-Nigdy   w   życiu.   Nie   będziesz   ze   mną   walczyła.   Przyrzekłaś   mi   posłuszeństwo   i 

nadszedł czas, żeby to potraktować poważnie.

Uniosła głowę i spojrzała mu prosto w twarz. - Spod panowania wuja mam przejść 

pod twoje? Chcę być wolna, rozumiesz? Mężczyzna rodzi się czując w ustach smak wolności, 

a kobieta nie ma szans zdobyć wolności przez całe życie. Wiedziałam, że tak będzie. Jesteś 

taki sam jak wszyscy mężczyźni. Wszyscy jesteście zwierzętami, samolubni i brutalni.

- Ja jestem inny. Jestem twoim mężem i będę nim, dopóki śmierć nas nie rozłączy.

Sophie stała przed nim blada i sztywna, jakby połknęła kij.

Ryder doznał nagle najokropniejszego z przeczuć: ona go nigdy nie zapragnie. Nie, to 

niemożliwe. Nie dopuści do tego.

- Dobrze - powiedział z westchnieniem. - Usiądź.

Porozmawiajmy.

Sophie usiadła i Ryder dostrzegł na jej twarzy wyraz ulgi.

-   Czy   chcesz   złożyć   jeszcze   jakieś   deklaracje   na   temat   męskiej   nieuczciwości   i 

brutalności?

Nie spojrzała na niego.

-Myślę, że to głupie z mojej strony - powiedziała wreszcie. - Już raz mnie posiadłeś, 

napatrzyłeś   się   na   mnie   do   woli   i   przypuszczam,   że   mnie   nie   skrzywdziłeś,   bo 

następnego ranka nic nie czułam. Ale zrozum, nie - wiedziałam, że na mnie patrzysz, 

nic nie wiedziałam. - Uniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy. - To takie trudne, 

Ryderze.

-Pomogę ci. Po prostu mi zaufaj. A teraz co do wolności. Nie zamknę cię w pokoju, 

jeśli sobie wyobrażasz, że tak właśnie postępują mężczyźni ze swymi żonami. Myślę, 

że na ogół będziesz mogła robić to, na co ci przyjdzie ochota. Jeśli jednak uważasz, że 

wolność polega na tym,  iż możesz popłynąć  sama na kraj świata, to rzeczywiście 

utracisz tę wolność z przyczyn oczywistych. Jesteś kobietą, a więc istotą słabszą niż 

background image

mężczyzna.   Może   ci   się   stać   krzywda.   Ale   w   przyszłości,   kto   wie?   Może   razem 

odbędziemy podróże w odległe miejsca.

Nie tak rozumiała wolność, ale teraz to nie miało znaczenia. Przynajmniej rozmawiali.

-Nie mam zamiaru cię krzywdzić, Sophie. Nie będę cię bił ani ci groził. Uważam, że 

mężczyźni,   którzy  tak  postępują,  to  najgorsi  łajdacy.  Twój  wuj  był  pozbawionym 

sumienia łotrem. Ja nie jestem taki. Żaden z moich przyjaciół nie jest taki. Nigdy cię 

nie skrzywdzę.

-Nie mam powodów, by ci wierzyć.

-Ale nie masz także powodów, by mi nie wierzyć. - Ryder wstał i podał jej rękę. - 

Wejdź do sypialni. Czas do łóżka. Pomogę ci zdjąć suknię.

Nie mam wyboru, pomyślała. Żadnego wyboru. Weszła do pokoju. Wkrótce suknia 

została rozpięta na plecach i Ryder ostrożnie zsunął ją na dół. Pocałował Sophie w ramię i 

poczuł, że zesztywniała.

-A teraz zdejmij suknię. Myślę, że zechcesz ją zachować, bo to suknia ślubna. Na 

pewno da się zreperować. Masz na nią miejsce w walizce?

-Tak.

Prawdę   powiedziawszy,   chciała   zaszyć   suknię   już   teraz.   Wyobrażała   sobie 

nadchodzącą noc jako ciąg niekończących się minut. Ale nawet ona zdawała sobie sprawę, że 

Ryder wykazał wiele cierpliwości. Przypomniała sobie wuja, jego twarz pełną furii. Przy-

pomniała sobie ból, jaki zadawały jego pięści. Została w samej koszuli i pończochach.

- Byłaś bez pantofli na własnym ślubie - powiedział Ryder rozbawiony. - Dlatego 

wydawałaś mi się niższa. Zdejmijmy te pończochy, chcę obejrzeć twoje stopy.

Sophie   przysiadła   na   brzegu   łóżka   w   samej   tylko   koszuli.   Całkiem   nagi   Ryder 

przykucnął obok.

-   Bardzo   ładnie   się   goją   -   powiedział.   -   Tylko   kilka   skaleczeń   jeszcze   się   nie 

zabliźniło. Na statku nie noś pantofli, chyba że będziesz musiała. I uważaj na deski, może ci 

wejść drzazga. A teraz pokaż żebra.

Podał jej rękę i pomógł wstać. Schylił się i chwycił obrąbek koszuli. Stanął jak wryty. 

Chciało mu się śmiać i wyć jednocześnie. Ironia losu. To przecież jego noc poślubna.

Koszula była zakrwawiona.

-Nie czujesz się dobrze, Sophie?

-Nie bardzo. Nie kłamałam Ryderze. Mam skurcze.

-Nic   dziwnego   -   powiedział   z   głębokim   westchnieniem.   -   Przykro   mi,   że   cię 

rozczaruję, ale nie jesteś w ciąży.

background image

Wstrzymała oddech i spojrzała w dół. Zbladła jeszcze bardziej.

- Nie czuj się zakłopotana. Masz podpaski?

Pokręciła głową.

-W porządku. Przyślę ci Coco. Chcesz trochę laudanum? Bardzo cię boli?

-Nie. Tak.

Po kwadransie Ryder stał przy łóżku i patrzył na bladą twarz swojej żony. Pomimo 

upału podciągnęła prześcieradło pod samą brodę. Wmusił jej dawkę laudanum i powiedział 

poirytowanym tonem: - Przysięgam, że cię nie wykorzystam w czasie snu.

- Czemu nie? - odparła równie poirytowana. – Już raz to zrobiłeś.

Poczuł się, jakby go spoliczkowała.

-   Oto   osławione   szczęście   Sherbrooke'ów   -   mruknął   sam   do   siebie.   Uniósł 

prześcieradło i położył się obok niej. - Nie odsuwaj się tak, bo spadniesz z łóżka. Nie wezmę 

cię   siłą.   A   teraz   śpij.   Laudanum   zaraz   zacznie   działać.   O   tak,   zamknij   oczy   i   głęboko 

oddychaj. Chcesz, żebym ci pomasował brzuch?

Nie   spodziewał   się   odpowiedzi   i   nie   otrzymał   jej.   Po   chwili   usłyszał,   że   Sophie 

oddycha przez sen. Wziął ją za rękę.

*

Dniało. Ryder i Sophie stali razem na pokładzie „Harbinger”.

-Nie zapomnij oddać listu mojemu bratu - powtórzył po raz trzeci. - I o nic się nie 

martw. On dobrze się wami zajmie. Matka może sprawić nieco kłopotów, ale to bez 

znaczenia. Jeżeli uzna za stosowne me być dla ciebie czarującą, po prostu to lekceważ, 

dobrze?   Na   pewno   znajdziesz   sprzymierzeńca   w   Alex.   Schowałaś   pieniądze   w 

bezpiecznym miejscu?

-Tak, Ryderze.

-Dobrze się czujesz?

-Tak.

-Obiecujesz wynająć dwóch strażników w Southampton?

-Tak.

-Chyba nie myślisz, że cię traktuję jak dziecko? - zapytał marszcząc brwi.

-Tak myślę.

-Posłuchaj,   Sophie.   Nigdy   dotąd   nie   miałem   żony,   nigdy   nie   byłem   za   nikogo 

odpowiedzialny, z wyjątkiem dzie... - zamilkł i pokiwał głową.

W obecności Sophie nie umiał utrzymać języka za zębami. Opowie jej o dzieciach, ale 

w odpowiednim czasie i w odpowiedni sposób. Spoglądała na niego, unosząc brew w niemym 

background image

pytaniu, ale on tylko potrząsnął głową i ciągnął dalej. - W każdym razie teraz ty i Jeremy 

jesteście pod moją opieką i chcę, żeby nie stało się wam nic złego.

-Nic   nam   się   nie   stanie.   Bądź   spokojny.   Jesteś   pewien,   że   twoja   rodzina   nas   nie 

wyrzuci?

-Nie będę cię okłamywał. Będą zaskoczeni. Nie planowałem ożenku, w każdym razie 

nie w najbliższej przyszłości. Będę ci wdzięczny, Sophie, jeżeli spróbujesz pokazać 

mojej   rodzinie,   że   ci   na   mnie   choć   odrobinę   zależy,   że   nie   widzisz   we   mnie 

wygłodniałej bestii.

Obok   Rydera   stanął   kapitan   Mallory.   Na   jego   szpetnej   twarzy   widniał   szeroki 

uśmiech. - Czas zejść na ląd, panie Sherbrooke. Pańskiej żonie nic się nie stanie. Niech ją pan 

ucałuje i uściska i wynosi się z mego statku.

- Dostanę całusa? - zapytał Ryder.

Uniosła twarz i złożyła usta w ciup. Dotknął jej warg palcami, a potem pocałował ją 

bardzo delikatnie. Poczuł, że zadrżała, ale nie wiedział, ze strachu, ze zdenerwowania, czy też 

z zachwytu i żądzy. W to ostatnie raczej wątpił.

- Uważaj na siebie - powtórzył jeszcze raz i pogłaskał ją po policzku. Podszedł do 

Jeremy'ego, mocno go uściskał i zmierzwił mu włosy:  - Staraj się ją rozweselić, Jeremy. 

Wrócę do Anglii, gdy tylko zakończę tutejsze sprawy. Bądź grzecznym chłopcem.

A, jeszcze jedno. Lubię cię, więc uważaj także na siebie.

Ryder zszedł na pomost. Patrzył, jak marynarze wciągają schodki na pokład. Patrzył 

na  wschodzące  słońce  i  słuchał,  jak kapitan  Mallory wykrzykuje  rozkazy.   Po raz  ostatni 

pomachał swojej żonie i młodemu szwagrowi.

Stał   na   pomoście,   dopóki  statek   nie   zniknął   mu   z   oczu.   A   potem   odwrócił   się  z 

uśmiechem. Sophie jest teraz bezpieczna. Pogwizdując dosiadł konia i wrócił do Kimberly 

Hall.

O pierwszej po południu przyjechał Sherman Cole. Ryder, siedząc na werandzie i 

popijając lemoniadę, przyglądał się z uśmiechem, jak sędzia zsiada z konia i idzie w jego 

stronę. Z domu nadeszli Emil i Samuel. Ryder widział ulgę na ich twarzach.

-Cóż za niespodzianka - powiedział i głęboko ziewnął. Nie wstał. - Przyjechał pan siać 

niezgodę i grozić.

-Idź do diabła, Sherbrooke!

-Słucham? - zapytał Ryder, unosząc brew. - Nie przyłożyłem ci aż tak mocno, chociaż 

na to zasłużyłeś.

- Byłem pewien, że kłamiesz. Założyłbym się wszystko, że nie mówisz prawdy, niech 

background image

cię diabli, oczywiście kłamałeś, żeby ochronić tę małą zdzirę.

-Gdzie twoje zbiry? - zapytał Emil, zanim Ryder wstał z fotela, żeby znów powalić 

Shermana Cole'a.

-Szukają Thomasa.

-Założę się, że kiedy go złapią, zapłacisz mu, żeby ci pomógł powiesić pannę Stanton 

- Greville.

-Zapłacę mu! Ha, powieszę łajdaka! Okłamał mnie, zakpił sobie ze mnie.

To nie ta sztuka, pomyślał zaskoczony Ryder. To komedia, a nie tragedia.

-Co to znaczy? - zapytał Samuel.

Burgess nie został zastrzelony ani zakłuty nożem, jak twierdził Sherbrooke. Został 

uduszony. Do diabła, ona nie mogła go udusić, nie miałaby na to dość siły.

Cole odwrócił się, dosiadł konia i odjechał, nawet się nie obejrzawszy.

Ryder stał nieruchomo. - Dobry Boże - powiedział wreszcie. - Nie musiałem się z nią 

żenić. Nie musiałem wysyłać  Sophie i Jeremy'ego statkiem do Anglii. Tak się wrobić w 

wieku dwudziestu pięciu lat! Ironia losu.

- Dobrze, że tak się stało - powiedział Samuel.

- Nigdy nie wiadomo, co przyjdzie Cole'owi do głowy.

Ryder był zatopiony w rozmyślaniach nad swoim losem. Cóż, może to nawet nie był 

najgorszy los. Jeszcze się okaże. Westchnął i wstał z fotela. Pokręcił głową. - Uduszony, 

łajdak został uduszony.

Jeszcze raz pokręcił głową.

- Niech mnie diabli - powiedział i poszedł do stajni.

background image

ROZDZIAŁ 12

Kanał La Manche,

siedem tygodni później

Sophie i Jeremy stali na pokładzie. Niosący mgłę wiatr dął w ich twarze. Mocno 

ściskali barierkę, bo morze było niespokojne, wielkie fale huśtały nawet wielką barkentyną. 

Jeremy krzyczał z podniecenia, bo pierwszy dostrzegł przez mgłę angielskie wybrzeże.

- Gravesend! - zawołał.

Jeśli   chodzi   o   Sophie,   to   na  widok   angielskiego   wybrzeża   miała   ochotę   krzyczeć 

Alleluja. Patrząc na zbliżający się port, odczuwała radość, a jednocześnie strach. Prawie w 

domu, ale nie u siebie w Fowey, lecz w domu Rydera - w Northcliffe Hall.

Podróż była długa i nie obfitowała w wydarzenia. Kapitan Mallory i pierwszy oficer 

Mattison,   dwaj   tędzy   Szkoci   o   niemal   identycznych   łysych   głowach,   zabawiali   Sophie   i 

Jeremy'ego, opowiadając najwspanialsze historie.

Sophie   starała   się   zapełnić   dni,   jak   najlepiej   umiała.   Codziennie   rano   dawała 

Jeremy'emu   godzinną   lekcję   języka   francuskiego.   Kapitan   Mallory   uczył   go   astronomii   i 

nawigacji, a pierwszy oficer - geografii, oraz pozwalał mu korzystać ze zbioru powieści i 

dramatów, które zapełniały jego małą kabinę. Sophie przeczytała niemal wszystkie książki 

pierwszego oficera. Czasami zastanawiała się, co będzie robić, gdy przewróci ostatnią kartkę 

ostatniej książki.

Pewnego popołudnia przed kilkoma dniami Sophie i Jeremy grali w szachy w swojej 

ciasnej kabinie. Drobny deszcz dzwonił o szybę luku. W kabinie było ciepło. Sophie grała z 

werwą i entuzjazmem, ale niezbyt strategicznie. Jeremy wprost przeciwnie - był doskonałym i 

cierpliwym taktykiem. Stale ją ogrywał, ale często pojękiwał.

-Wkrótce   będziemy   w   domu,   a   raczej   w   Southampton   -   zwrócił   się   do   Sophie, 

przesuwając laufra.

-Wiem. Ryder powiedział mi, że w ciągu jednego dnia dojedziemy do Northcliffe 

Hall. Nie chciał, żebyśmy się zatrzymywali na noc w zajeździe, bo będziemy sami.

-Powiedział,   że  zanim   będę  cię  mógł  obronić,  muszę urosnąć  o  jakieś   trzydzieści 

centymetrów. - Jeremy uśmiechnął się i dodał: - Ryder nauczy mnie, jak się bić.

-Jestem zachwycona, że tak cię to cieszy, ale uwierz mi, kochanie, że nie potrzebuję 

męskiej opieki. Nie jestem głupia ani bezradna.

-Oczywiście, że nie jesteś taka jak większość dziewczyn  - powiedział Jeremy,  nie 

patrząc   na  siostrę  i  skupiając   całą   uwagę   na  szachownicy.   -  Ryder   mi   mówił,  że 

background image

prawdopodobnie   powiesz   coś   takiego.   Mówił   też,   że   jest   odpowiedzialny   za   nas 

dwoje.

- Może chcesz porozmawiać o książkach, które przeczytaliśmy.

Jeremy zgodził się na zmianę tematu.

-Czytałem pewną sztukę z okresu Restauracji. Kiedy pan Mattison to zauważył, był 

taki  wściekły,   że  myślałem,   że  wyrzuci   książkę  za   burtę.   Zrobił   się  czerwony na 

twarzy   i   dosłownie   miał   pianę   na   ustach.   Nawet   łysina   mu   poczerwieniała. 

Nieprawdopodobny widok.

-Niektóre z tych sztuk są naprawdę pikantne - zachichotała Sophie. - Może lepiej 

będzie, jak mi pokażesz, co masz zamiar przeczytać.

Jeremy spojrzał na siostrę i zmarszczył czoło.

- Muszę się kiedyś dowiedzieć, jak to jest między kobietami i mężczyznami, Sophie. 

W tych sztukach zachowują się całkiem głupio i wyprawiają najdziwaczniejsze rzeczy. A co 

do innych spraw, też wydają mi się dziwne.

- Chyba masz rację - powiedziała Sophie.

Pomyślała o Ryderze i poczuła... co? gniew? winę?

Nie   była   pewna.   Wiedziała   jednak,   że   go   jej   brak,   że   tęskni   za   jego   dowcipem, 

bezczelnością, sposobem, w jaki się z nią drażnił, doprowadzając do wściekłości. Zobaczyła, 

że Jeremy przesuwa swój pionek.

-Oho,   wygląda   na   to,   że   chcesz   wtargnąć   między   moje   figury.   -   Zrobiła   ruch 

skoczkiem, doprawdy, całkiem głupi ruch, i odchylając się na oparcie krzesła, założyła 

ręce. - To cię powinno powstrzymać - powiedziała.

-Nie jesteś szczęśliwa, Sophie - powiedział Jeremy, bawiąc się wieżą. - Tęsknisz za 

Ryderem, prawda? Ja to wiem. Jest wspaniałym szwagrem. Cieszę się, że za niego 

wyszłaś. Cieszę się, że odpłynęliśmy z Jamajki, bo przecież jesteśmy Anglikami, sama 

wiesz. Ale trochę się boję. - Odstawił wieżę i zrobił ruch laufrem. - Myślisz, że jego 

rodzina nas polubi?

-Modlę się o to, Jeremy. - Ona także nie tęskniła za Jamajką. Zaznała tam niewiele 

dobrego.

- Właściwie nie ma powodu, żeby nas mieli nie lubić. Jesteśmy mili, umiemy się 

zachować przy stole.

Nie powinnaś była ruszać tego skoczka. To było niemądre posunięcie. Ja wcale nie 

chcę wejść w środek.

Nie muszę. Szach i mat, Sophie.

background image

- Dlaczego? Czy ja się nigdy nie nauczę?

Sophie odpędziła wspomnienia. Co noc modliła się, żeby wszechwładny starszy brat 

Rydera ich nie wyrzucił. Douglas Sherbrooke. A potem wpatrywała się w przestrzeń. Nie 

wiedziała, o co się modlić. Nie umiała sobie wyobrazić, co ją czeka. Wiatr potargał jej włosy. 

Odgarnęła je z oczu.

Siedem długich tygodni. A teraz już prawie minęły. Zastanawiała się, kiedy Ryder 

wróci z Jamajki. Będzie musiała być mu żoną, bez względu na to, co to będzie oznaczać.

Szybko odrzuciła tę myśl.

Jeremy pomachał Clancy'emu, trzeciemu oficerowi, który lubił dzieci.

- No cóż... - Clancy zwrócił się do Sophie na początku długiej podróży.  - Byłem 

jednym z dziewięciorga rodzeństwa. I wychowywała nas tylko matka.

Proszę się nie martwić o Jeremy'ego. Dobry z niego chłopak. Dopilnuję, żeby nie 

wypadł za burtę.

Sophie lubiła go. Wydawało się, że zupełnie się nią nie interesuje. Inni marynarze 

spoglądali na nią z zainteresowaniem, ale trzymali dystans po szczerej rozmowie, jaką odbył z 

nimi kapitan.

- Jako jedyna kobieta na statku - powiedział jej - musi pani być ostrożna.

Więc była ostrożna.

Nudziło jej się. I była przestraszona.

Na myśl o przyszłości kręciło jej się w głowie.

Southampton w dżdżysty, mglisty poranek okazało się ponurym miejscem. Dokerzy 

pokrzykiwali,   rozładowując   i   załadowując   wozy   rozmaitej   wielkości.   Pierwszy   oficer 

zaprowadził Sophie i Jeremy'ego do zajazdu i wynajął powóz oraz dwóch forysiów, tak jak 

sobie życzył Ryder.

Ryder nawet tutaj miał swoje sposoby. Sophie musiała mu się poddać. Uśmiechnęła 

się do Mattisona i podała mu rękę. - Dziękuję - powiedziała. - Był pan dla nas bardzo miły. 

Do widzenia.

Jeremy   błagał,   żeby   mu   pozwoliła   jechać   na   koźle   obok   stangreta,   ale   Sophie 

powiedziała, że będzie mógł tam usiąść dopiero, gdy opadnie mgła i pokaże się słońce.

Pogoda cały czas była paskudna.

Jeremy denerwował się, dopóki Sophie nie zgodziła się, by usiadł koło stangreta. Po 

lunchu,   składającym   się   z   dorsza   i   truskawek,   żołądek   Sophie   się   zbuntował   i   sama 

potrzebowała świeżego powietrza. Cztery godziny później, kiedy powóz wjeżdżał w długą 

aleję prowadzącą do Northcliffe Hall, w środku było pusto, Sophie i Jeremy kołysali się na 

background image

koźle w przenikliwej mżawce, spychając stangreta na skraj.

Przed godziną Sophie przestało już na czymkolwiek zależeć. Czuła, jak deszcz ścieka 

jej po szyi. Drżała z zimna. Ramiona pokrywała gęsia skórka.

- Rany boskie, Sophie, jaki ogromny!

Sophie   spojrzała   i   przełknęła   ślinę.   Northcliffe   Hall   był   przytłaczająco   wielką 

trzypiętrową   rezydencją.   Nie   mogła   sobie   wyobrazić,   że   można   mieszkać   w   takiej 

monumentalnej budowli. Dwaj forysie, znudzeni i nie rozumiejący, po co ich wynajęto - do 

diabła, dziewczyna siedziała na koźle jak zwykła służąca - przyjęli zapłatę i odeszli. Stangret 

podrapał się w głowę, spoglądając to na Sophie, to na Jeremy'ego.

- Kazałaś się zawieźć do bardzo eleganckiego domu, panienko.  To Northcliffe Hall. 

Jesteś pewna, że właśnie tu chciałaś przyjechać?

Sophie   miała   wielką   ochotę   powiedzieć,   że   wcale   nie   chciała   tu   przyjeżdżać,   ale 

skinęła głową, zapłaciła stangretowi i stanęła patrząc, jak odjeżdżał. Została z Jeremym przed 

szerokimi   schodami   rezydencji.   Obok,   na   żwirowym   podjeździe,   stały   ich   dwie   nędzne 

walizki. Po nosie spływały jej krople deszczu.

Gdyby miała więcej niż sto funtów, które dał jej Ryder, odwróciłaby się na pięcie i 

szybko   stąd   odeszła.   Poszłaby   pieszo   do   Fowey.   Gdyby   Jeremy   poczuł   się   zmęczony, 

niosłaby go na rękach. Ale znów nie miała wyboru. Nigdy dotąd nie czuła się taka samotna. 

Stała i przyglądała się trzypiętrowej rezydencji tonącej w zieleni bluszczu, aż Jeremy pocią-

gnął ją za rękaw.

- Sophie, jestem bardziej przemoczony niż szczur wodny. Wejdźmy do środka.

Sophie zadrżała, podniosła obie walizki i zaczęła się wspinać na marmurowe schody.

-Myślisz, że pozwolą nam zostać? - wyszeptał Jeremy, a jego oczy stawały się coraz 

większe ze strachu, w miarę jak zbliżali się do ogromnych dwuskrzydłowych drzwi. 

Zamiast   klamek   miały   wielkie   mosiężne   lwie   głowy.   A   lwie   paszcze   były   pełne 

mosiężnych zębów. Drzwi wyglądały na bardzo mocne.

-Oczywiście, że pozwolą - odparła i znów zaczęła się modlić.

Nad drzwiami był okap. Sophie ustawiła pod nim brata, żeby nie mókł na deszczu. 

Rozejrzała się, szukając taśmy dzwonka. Przybyli ubodzy krewni.

Z całej siły pociągnęła za taśmę. Podskoczyła, słysząc donośny dźwięk, który rozległ 

się w domu. Nie musiała długo czekać.

Drzwi   otworzyły   się   trzeszcząc   i   skrzypiąc.   Przed   nimi   stał   lokaj   w   niebiesko   - 

zielonej liberii. Był mały i szczupły. Nie odezwał się ani słowem, tylko przyglądał im się 

mrugając z niedowierzaniem.

background image

Był to starszy mężczyzna, łysy jak kapitan Mallory i pan Matisson. - Proszę przejść do 

wejścia dla służby - powiedział.

-Dobrze - zgodziła się Sophie z wymuszonym uśmiechem. Wiedziała, jak wyglądają.

-Widziałem,   jak   przyjechaliście,   siedząc   na   koźle.   Szukacie   pracy?   Musisz 

porozmawiać z panią Peacham. A co do chłopca, nie wiem...

-Przyjechaliśmy   do   hrabiego   Northcliffe.   Proszę   nas   do   niego   natychmiast 

zaprowadzić.

Mówiła jak osoba z wyższych sfer, ale inaczej niż angielskie damy. Jakoś śpiewnie i 

Jamieson nie wiedział, skąd może pochodzić. A więc chce się widzieć z hrabią. Ona i chłopak 

wyglądają na żebraków. Na zmokniętych  żebraków. Suknia dziewczyny jest za krótka. Z 

pewnością szukają miłosierdzia. Już miał im powiedzieć, co o nich myśli, gdy rozległ się głos 

innego mężczyzny.

-I cóż my tu mamy, Jamieson?

-Ach, panie Hollis. Tych dwoje właśnie wysiadło z powozu. Dziewczyna chce się 

zobaczyć z hrabią. Właśnie miałem...

Hollis spojrzał na Sophie. Ona spojrzała na niego. Uśmiechnął się i odsunął, żeby ich 

wpuścić.

-Proszę wejść, madam. I chłopiec także. Pogoda nie jest najlepsza, prawda? Jesteście 

zziębnięci i przemoczeni. Chodźcie za mną. Jamieson, weź walizki, proszę, i postaw u 

podnóża schodów.

-Kto to? - spytał Jeremy. - Czy to hrabia?

-Nie wiem.

-To wszystko jest bardzo dziwne, Sophie.

Ich kroki rozbrzmiewały w przestronnym holu. Z sufitu zwisał wielki kryształowy 

świecznik. Podłoga wyłożona była kwadratowymi płytkami z białego i czarnego marmuru. Na 

wszystkich ścianach wisiały obrazy,  a po obu stronach ogromnego kominka umieszczono 

zbroje. Sophie przypomniała sobie przytulny rodzinny dom w stylu króla Jerzego. Tam także 

był   kandelabr,   ale   nie   taki   wielki.   Nie   wyobrażała   sobie   czegoś   podobnego,   gdy   Ryder 

opowiadał jej o swoim domu. Zebrało się wiele pokojówek i lokajów, a wszyscy patrzyli na 

nią i na Jeremy'ego, szepcząc za ich plecami.

Poczuła mdłości. Uniosła wysoko głowę.

Hollis   poprowadził   ich   szerokim   korytarzem   do   małego   pokoju,   w   którym,   na 

szczęście, palił się ogień w kominku.

-Powiadomię hrabiego o waszym przybyciu. Czy zechce mi pani powiedzieć, jak się 

background image

pani nazywa, madam?

-Oczywiście - odparła Sophie. I nagle uśmiechnęła się szeroko, bo naprawdę było tego 

zbyt wiele. - Proszę powiedzieć hrabiemu, że jego szwagierka wraz z bratem przybyli 

z Jamajki. .

Ciemne   oczy   mężczyzny   wyrażały   tylko   spokojną   przychylność.   Ale   Sophie 

dostrzegła w nich nagły błysk.

- Rozumiem. Zdejmijcie płaszcze i wysuszcie się.

Jestem pewien, że hrabia zechce was natychmiast zobaczyć.

Zostali sami w małym pokoju. Popołudnie było chłodne, więc zaciągnięto zasłony. 

Pokój wyglądał na salon damy. Stało w nim damskie biureczko, a umeblowanie utrzymane 

było   w   jasnozielonej   i   żółtej   tonacji.   Na  podłodze,   obok   wygodnego   fotela,   leżała   sterta 

książek. Miły pokój, zupełnie niepodobny do pokojów na Jamajce.

Było okropnie zimno. Sophie zapomniała już, jak bardzo Anglia różni się od Jamajki. 

Pomogła   Jeremy'emu   zdjąć   płaszcz,   a   potem   zdjęła   swój.   Stanęli   przed   kominkiem   i 

wyciągnęli ręce do ognia.

-Świetnie sobie poradziłaś, Sophie. Byłem tak przerażony, że nie mogłem z siebie 

wydusić ani słowa.

-Nie   mogą   nas   wyrzucić,   przynajmniej   tak   sądzę.   Ale   jeżeli   to   zrobią...   -   Sophie 

zadrżała i zamilkła. Język miała jak kołek.

Drzwi  otworzyły   się  i do  pokoju  weszła   młoda  dziewczyna   o gęstych,  kręconych 

blond   włosach   i   najpiękniejszych   niebieskich   oczach   w   takim   samym   odcieniu   co   oczy 

Rydera. Włosy także miała w kolorze włosów Rydera. Dziewczyna wyglądała na tryskającą 

zdrowiem, pełną życia - zupełnie jak Ryder - i uśmiechała się do nich.

-   Ho!   A   cóż   to   takiego?   Widziałam,   jak   wysiadaliście   z   powozu.   Jesteście 

przemoknięci i z pewnością nie czujecie się najlepiej. Ja także jestem już zmęczona tym 

przeklętym deszczem. Proszę mi wybaczyć, nazywam się Sinjun i jestem siostrą hrabiego. A 

wy kim jesteście?

Sophie także się uśmiechnęła. Nie miała wyboru. Dziewczyna była dokładnie taka, jak 

ją opisał Ryder. Wysoka, koścista, ładniutka i przyjacielska jak szczenię.

Sophie podeszła do niej.

-   Nazywam   się   Sophie   Stanton   -   Greville.   No,   niezupełnie.   Teraz   już   Sophie 

Sherbrooke. Jestem żoną Rydera, a to mój brat, Jeremy.

Sinjun   wpatrywała   się   w   tę   przemoczoną,   wymiętoszoną   dziewczynę,   stojącą 

naprzeciw w dziewczęcej, zbyt krótkiej muślinowej sukni, którą Ryder uznałby za zupełnie 

background image

pozbawioną smaku.

Niewiarygodne.

-Naprawdę,   trudno   mi   w   to   uwierzyć.   Ryder   żonaty!   Coś   takiego.   To   przekracza 

wszelkie wyobrażenie. Nie sądziłam, że się kiedykolwiek ożeni, bo podoba mu się tyle 

kobiet i...

-Myślę, że to wystarczy, Sinjun.

To hrabia, pomyślała Sophie i zesztywniała. Nie był podobny ani do Rydera, ani do 

Sinjun. Masywnej budowy, lecz szczupły i muskularny, bardzo wysoki, o barkach szerokich 

jak drzwi wejściowe, ciemny jak Maur, o włosach czarnych jak bezgwiezdna noc i takich 

samych oczach. Wyglądał na okrutnego, podłego i srogiego, i Sophie wyobraziła sobie, że 

zaraz wyrzuci ich na deszcz. Przyglądał jej się, nie pomijając żadnego szczegółu. Sophie 

wiedziała   jak   wyglądają   ona   i   Jeremy.   Ich   wygląd   nie   był   imponujący.   Uniosła   wysoko 

głowę. Przypomniała sobie, jak Ryder powiedział, że Douglas zniszczyłby ją, gdyby to on 

przyjechał na Jamajkę. Nie dalby się wciągnąć w jej gierki, tak jak Ryder.

I wtedy nagle hrabia się uśmiechnął. To go zupełnie odmieniło. Sophie usłyszała, że 

Jeremy wzdycha z ulgą.

- Wybaczcie mojej siostrze, że od pierwszej chwili tak was zasypała rewelacjami. Nie 

zachowałaś się właściwie, brzdącu. A teraz pozwólcie, że się przedstawię.  Jestem Douglas 

Sherbrooke, brat Rydera. Witam w Northcliffe Hall.

Sophie dygnęła i powiedziała cicho: - Na imię mi Sophie. A to mój brat, Jeremy. 

Ryder został na Jamajce, żeby załatwić interesy, ale wkrótce wróci. Wszystko jest bardzo 

skomplikowane. - Zamilkła i nie mogąc wymyślić ani słowa więcej, sięgnęła do siatkowej 

torby po list Rydera. Podała go hrabiemu.

Uśmiechnął się do niej zagadkowo i odebrał list. - Usiądźcie, proszę - powiedział. - 

Sinjun, zrób coś pożytecznego i powiedz, żeby pani Peacham przysłała nam herbatę i jakieś 

ciasto. Nasi goście wyglądają na zmęczonych.

-Dobrze, Douglasie - odparła Sinjun, zacierając dłonie. - Niech no się o tym dowie 

Alex. To moja druga szwagierka. Ja...

-Idź, brzdącu!

Sinjun wyszła, ale najpierw mrugnęła porozumiewawczo do Sophie.

-Proszę wybaczyć impertynencje mojej siostry - powiedział Douglas i otworzył list - 

ale jeszcze nikt nie poskromił jej języka.

-Jest przyjazna. Nie mam jej za złe.

-Ja też nie - dodał Jeremy.

background image

Sophie nie wiedziała, co Ryder napisał w liście. W czasie podróży zastanawiała się 

nad tym wiele razy. Raz nawet umieściła kopertę nad zapaloną świecą, w nadziei, że płomień 

roztopi wosk. Ale szybko ją schowała. Przy jej szczęściu hrabia domyśliłby się, że otworzyła 

list i uznałby ją za oszustkę. Wyobraziła sobie, jak wskazuje jej drzwi swoim długim palcem. 

Stała  i  czekała,  aż  hrabia przeczyta  list.  Trwało to  bardzo długo. Kiedy wreszcie  na  nią 

spojrzał,   wyraz   twarzy   miał   łagodny,   a   w   ciemnych   oczach   migotało   ciepłe   światełko. 

Wyglądał teraz jak istota ludzka. Sophie zauważyła tę zmianę i poczuła ulgę. W ciągu ostat-

nich dwóch lat nauczyła się czytać z twarzy mężczyzn.

- Ryder pisze o jakiejś paskudnej aferze, która wkrótce ma zostać rozwiązana.

Sophie miała nadzieję, że nie została opisana jako główna bohaterka paskudnej afery.

-Ach, tak - powiedziała i zaniepokojona zastygła w bezruchu.

-Pisze  też,  że  mam   cię  nazywać  Sophie.  Ryder   uważa,  że  Sophia  brzmi  jak imię 

rosyjskiej  księżniczki,  w której  żyłach  płynie  lodowata woda. A ty jesteś  ciepła i 

słodka.

-Tak napisał?

-Mój brat zawsze ujmuje sedno sprawy, Sophie. Nie traci czasu na błahostki. A co do 

ciebie,   Jeremy,   Ryder   uważa,   że   jesteś   najwspanialszym   szwagrem   i   mam   cię 

natychmiast posadzić na koniu.

' - Naprawdę tak napisał? Ale przecież ja jestem jego jedynym szwagrem!

- Tak, to prawda. Żąda, żebym się wami zaopiekował do czasu jego powrotu.

Sophie i Jeremy spojrzeli wyczekująco na hrabiego. Douglas Sherbrooke zdawał sobie 

sprawę, że obydwoje są przerażeni. Kiedy Hollis powiedział mu, że przyjechała szwagierka i 

chce się widzieć z hrabią, Douglas roześmiał się i głośno wyraził podziw dla jednej z kobiet 

Rydera.

- Jest z nią dziecko? Dobry Boże, dziesięcioletni chłopiec? To nie ma sensu, Hollis. 

Ryder nie może mieć takiego dużego syna!

Ale  Hollis  wcale  się nie roześmiał.  Miał srogą minę  i  powiedział,  nie  patrząc  na 

Douglasa: - Niech pan jej źle nie potraktuje, lordzie. Myli się pan. Ona jest tą, za którą się 

podaje.

Prawda była taka, że chłopiec i dziewczyna wyglądali jak zmokłe kury. A co więcej, 

Sophie nie sprawiała wrażenia piękności, w przeciwieństwie do kobiet, za którymi zazwyczaj 

uganiał się Ryder. Ale w jej rysach krył się pewien rodzaj piękna i trudno było nie zauważyć 

jej dumy, uporu i charakteru. A więc brat ożenił się z tą dziewczyną. Niewiarygodne, choć 

przed   Douglasem   stał   żywy   dowód.   Trudno   było   się   z   tym   pogodzić,   chociaż   Hollis 

background image

natychmiast dał się przekonać. Z pomocą przyszła mu pani Peacham, która od dwudziestu lat 

zajmowała się domem Sherbrooke'ów.

-   Żona   panicza   Rydera,   coś   takiego!   Chyba   nie   jest   pani   najprzyjemniej   w   tym 

mokrym ubraniu?

Och, ależ jest milutka, i jakie ma piękne włosy! Nazywam się Peacham i zajmę się 

panią, nie musi się pani o nic martwić.

Sophie poczuła się całkiem rozbrojona.

- Nie jestem już taka całkiem mokra.

-Ach, to jest Hollis. Ty także chcesz poznać żonę Rydera, Hollis?

-Oczywiście,   lordzie.   Nazywam   się   Hollis,   ma   -   dam.   Jeżeli   będzie   pani   czegoś 

potrzebowała, wystarczy zwrócić się do mnie.

Podano herbatę. Pani Peacham i Hollis wyszli z pokoju. Sinjun radośnie pałaszowała 

słodkie bułeczki i szturchała Jeremy'ego, aby wskazać mu najsmakowitsze.

Sophie ugryzła  kęs  ciasta  cytrynowego.  Było  przepyszne.  Spoglądała  nerwowo na 

hrabiego, który przyglądał jej się z namysłem. W pokoju było ciepło i przyjemnie. Zostali 

dobrze przyjęci. Ryder napisał bratu, żeby nazywał ją Sophie. Napisał, żeby dać Jeremy'emu 

konia. Zbyt wiele dobrego. Hrabia uśmiechnął się do niej i dolał jej herbaty.

Sophie wybuchnęła płaczem.

-O, rany! - krzyknęła Sinjun.

-Sinjun - powiedział hrabia spokojnie - chcę, żebyś  zabrała Jeremy'ego do stajni i 

wybrała mu odpowiedniego wierzchowca. Idźcie teraz. Jeżeli wciąż pada, opowiedz 

mu, jakie mamy konie.

Sinjun chwyciła chłopca za rękę i omal wywlokła go z pokoju. - Nic się nie martw - 

powiedziała,   schylając   się   nad   Jeremym.   -   Douglas   zajmie   się   twoją   siostrą.   Myślę,   że 

przeżyła ciężkie chwile. Wszystko będzie dobrze, Douglas tego dopilnuje. On jest wspaniały.

Douglas odczekał chwilę i zwrócił się do zapłakanej żony Rydera: - Jesteś bardzo 

dzielna. Ja też bym się załamał w takiej sytuacji. Przyjechałaś do nieznanego domu, pełnego 

obcych ludzi, którzy mogą uprzykrzyć ci życie. Ale już tu jesteś i wszyscy cię dobrze przyjęli. 

Jesteś tu mile widziana i wszystko dobrze się ułoży.

-   Sophie   załkała   po   raz   ostatni   i   otarła   oczy   wierzchem   dłoni.   Hrabia   podał   jej 

chusteczkę i Sophie wydmuchała nos.

Douglas podszedł do owego bardzo kobiecego biureczka, oparł się o nie i skrzyżował 

ręce na piersi.

- Ryder staje tak samo - powiedziała Sophie. - Tylko że on tak robi specjalnie, żeby 

background image

mnie onieśmielić. A do ciebie to pasuje.

Douglas uśmiechnął się.

- Mój brat stara się ciebie onieśmielić? To bardzo dziwne. Zazwyczaj wystarcza, że 

roztoczy swoje wdzięki, a dostaje wszystko, cokolwiek zechce.

Sophie jeszcze raz wydmuchała nos w chusteczkę i wepchnęła ją do rękawa. - Stale mi 

to powtarzał.

-   Musiał   ci   przypominać   o   swoim   nieprawdopodobnym   uroku?   To   jeszcze 

dziwniejsze. Czy zechcesz poznać teraz moją żonę? W tym czasie pani Peacham przygotuje 

sypialnię dla Jeremy'ego i przewietrzy twój pokój. A później, jeśli zechcesz, opowiesz mi, co 

się dzieje na Jamajce. Już ci mówiłem, że Ryder napisał tylko o najważniejszych sprawach.

Sophie skinęła głową i usiłowała wygładzić zmarszczki na swojej sukni, która już 

prawie   wyschła,   ale   nadal   wyglądała   nędznie.   Sophie   dojrzała   w   lustrze   własne   odbicie. 

Okropność. Jęknęła z rozpaczy i odgarnęła kosmyk włosów, który zwisał nad uchem.

-  Nie  przejmuj   się tym  lustrem  - powiedział  hrabia   lekkim  tonem.   - Ono zawsze 

kłamie. To spostrzeżenie mojej żony. Nawet siostra mojej żony, Melissanda, która jest tak 

piękna, że od patrzenia na nią bolą zęby, unika spoglądania w to lustro. Przykro mi, że moja 

żona nie może tu przyjść, aby cię poznać, Musimy pójść do niej. Ty nie masz czerwonego 

nosa, a ona ma.

Hrabina Northcliffe leżała w łóżku, obłożona poduszkami. Jej nos był rzeczywiście 

czerwony, a oczy załzawione. Miała katar. Ładną bladą twarz okalały luźno splecione włosy o 

pięknym rudym odcieniu.

Hrabia przedstawił obie panie.

Hrabina przyglądała się dziewczynie, która stała nieruchomo jak statua w ogrodzie 

Sherbrooke'ów. - Tylko że ona jest ubrana.

-Słucham cię, moja droga?

-Och, pomyślałam tylko, że Sophie stoi nieruchomo jak statua w naszym ogrodzie.

-Tak, Sophie. Rzeźby w  naszym  ogrodzie nie mają  spodni, ani koszul, ani nawet 

listków figowych. Przez to przeziębienie moja żona często traci wątek. Kazałem jej się 

położyć dwa dni temu. Ale ona nie lubi tkwić w łóżku. Woli być na nogach, wtykać 

wszędzie nos i bezlitośnie rozstawiać nas po kątach.

-On  bardzo  lubi  się  ze   mną  drażnić.   Na  miłość  boską,  ty  płakałaś!   Co  się  stało? 

Douglas, byłeś dla niej niemiły?

-Tak, Alex. Zbeształem ją za to, że ośmieliła się tu przyjść. Powiedziałem, że może tu 

przespać nie więcej niż dwie noce i to w stajni, a potem ma się stąd wynieść. Ale 

background image

dałem jej swoją chusteczkę.

-Cóż, na myśl o tym, że Ryder się ożenił, człowiek zupełnie traci głowę.

- Nie ożeniłby się z brzydulą, Alex. Za jakiś czas przyślę ci tu Jeremy'ego. Trzymaj się 

od niej z daleka, Sophie. Nie chcę, żeby Ryder zastał cię tutaj przeziębioną, z czerwonym 

nosem i załzawionymi oczami.

Hrabia poklepał Sophie po ramieniu i ukłonił się błazeńsko swojej żonie.

-Jeżeli moja żona wprawi cię w zakłopotanie, powiedz jej po prostu, żeby pilnowała 

swoich   spraw.   Ale   muszę   przyznać,   że   zawsze   była   dyskretna   i   nadaje   się   na 

powiernicę.   Ma   także   poczucie   humoru.   -   Jeszcze   raz   dotknął   ramienia   Sophie   i 

wyszedł.

-Jest wspaniały, prawda? - zapytała hrabina.

-To samo powiedziała Sinjun.

-Nawet kiedy zachowuje się tak prowokująco, że miałoby się ochotę mu przyłożyć. 

Mówię głupstwa, prawda? Za jakieś dwadzieścia lat wyrosnę z tego.

-Miałam ochotę przyłożyć Ryderowi od razu, kiedy go poznałam.

-Po prostu jest wspaniały - powiedziała hrabina i wytarła nos. A potem opadła na 

poduszki i wyjęczała: - Przepraszam, że nie mogę się tobą zająć. Ale założę się, że 

Douglas dopilnuje, żebyś miała własną pokojówkę, która zajmie się twoimi ubraniami, 

a jeden z lokajów zajmie się twoim bratem... Jeremym? Tak, bardzo ładne imię, twoje 

także. A teraz usiądź, proszę i opowiedz mi wszystko o Ryderze. O, tak. Wygodnie ci?

-On nie jest wspaniały!

-Rozumiem - powiedziała Alex powoli i spojrzała na szwagierkę. - Ale powiedz coś 

więcej.

Sophie   poczuła   się   jak   niewdzięcznica.   Spuściła   głowę   i   mięła   materiał   sukni.   - 

Przepraszam. To twój szwagier i na pewno jest ci bardzo bliski. Tylko że on się ze mną ożenił 

wyłącznie po to, żeby mnie uratować przed stryczkiem. Nie chciał tego. On mnie nawet nie 

lubi.   Tak   wyszło,   bo   mu   mnie   było   żal.   Chyba   w   końcu   uwierzył,   że   naprawdę   byłam 

dziewicą, przynajmniej do chwili, kiedy mi podał narkotyk i zabrał mnie do chaty... i zdjął ze 

mnie ubranie i robił ze mną inne rzeczy, tylko że ja nic nie pamiętam, bo jak już mówiłam, 

podał mi narkotyk.

Alex milczała. Nagle poczuła się znacznie lepiej. Usiadła, oparta o poduszkę. Nie 

musiała wydmuchiwać nosa. Poczuła, że jej umysł staje się jasny jak pogodne letnie niebo. Jej 

milczenie nie było kłopotliwe. Uśmiechnęła się do Sophie, a Sophie bez wahania ciągnęła 

dalej:

background image

-Nie żeby był niemiły, albo okrutny, albo coś w tym rodzaju. Naprawdę, uratował 

mnie tyle razy, ile ja uratowałam jego... nie, prawdę mówiąc, on uratował mnie więcej 

razy. Chodzi o to, że ja się go boję i nie chciałam za niego wychodzić, nawet kiedy mi 

powiedział, że nie muszę się czuć zakłopotana, bo on już i tak wszystko ze mną robił. 

Powtarzał mi, że mam mu zaufać, ale jak mogę mu ufać po tym wszystkim, co się 

stało?

-Rozumiem - powtórzyła Alex. Czekała, ale Sophie nie powiedziała nic więcej. Cóż, 

nie szkodzi. To i tak było fascynujące i Alex wątpiła, by wkrótce miały nastąpić nowe 

zwierzenia.

Jesteś teraz u siebie w domu - powiedziała pogodnie. - Mam nadzieję, że będziesz 

tutaj   szczęśliwa.   Tylko   jedna   osoba   może   się   okazać   nieco   kłopotliwa,   a   jest   nią   twoja 

teściowa, ma się rozumieć moja także, niestety. Ale zbyt wiele przyjemności mogłoby dopro-

wadzić do nudy. Dzięki teściowej wiem, że żyję. Ona mnie nienawidzi, aleja się tym w ogóle 

nie   przejmuję.   Chciała,   żeby   Douglas   ożenił   się   z   moją   siostrą,   Melissandą,   ale...   Ach, 

obawiam się, że to historia równie skomplikowana jak twoja. Będziemy sobie miały mnóstwo 

do opowiedzenia. W każdym razie przez kilka dni nie będę cię mogła bronić przed teściową. 

Lady Lydia może cię zresztą polubić, ale raczej w to wątpię. Nie jest życzliwie nastawiona do 

świata.   Ach,   oto   i   Douglas.   Tak,   Sophie,   jesteś   ode   mnie   wyższa,   ale   może   pokojówka 

przerobi kilka moich sukien, żebyś  miała w czym chodzić do czasu, kiedy ściągniemy tu 

krawcową.

-Och, nie! Nie mogłabym!

-Nie   bądź   głuptaskiem   -   powiedziała   hrabina   władczym   tonem.   -   Nie   możemy 

dopuścić, żeby lady Lydia zobaczyła cię w sukni, jaką teraz masz na sobie. Uznałaby 

cię za gorszy gatunek kobiety.

-Tak, Alex ma rację - roześmiał się Douglas. - Pokażę ci teraz twoją sypialnię, a 

potem wróć tutaj i przebierz się należycie. Ja zajmę matkę aż do kolacji.

Pomimo tych słów Sophie nie była pewna, jak ma postąpić. Patrzyła na hrabiego, na 

tego mężczyznę, który zachowywał się, jakby był panem całego świata. Podszedł do łóżka, 

pochylił się i ucałował żonę w usta, a potem szepnął jej do ucha: - Krawcowa będzie się 

musiała trochę napracować nad poprawkami, kochanie. Twój cudowny biust nie ma sobie 

równych.

Sophie usłyszała, co powiedział. Nie mogła od niego oderwać wzroku. Ten poważny 

mężczyzna,  który według Rydera  pożarłby ją na śniadanie,  żartował  z żoną na temat  jej 

biustu? Może nie znała mężczyzn aż tak dobrze, jak się jej wydawało.

background image

Hrabia   wyprostował   się,   pogłaskał   żonę   po   policzku   i   zwrócił   się   do   Sophie:   - 

Zostawimy ją teraz sam na sam z chorobą. Za godzinę wrócisz tu, żeby się zająć sukniami, 

dobrze?

Sophie skinęła głową. Nie miała wyboru.

background image

ROZDZIAŁ 13

- Co tu się dzieje, Alexandro? Usłyszałam od Jerkinsa, któremu powiedziała Dora, 

która podsłuchała, jak pani Peacham rozmawiała z Hollisem, że Ryder się ożenił. Ożenił się! 

Cóż to za bzdura! To po prostu nie może  być  prawdą. To któraś  z tych  lafirynd  usiłuje 

przedstawić   się   nam   jako   przyzwoita   kobieta.   Chce   pieniędzy,   one   zawsze   chcą   tylko 

pieniędzy. Słyszałam nawet, że jest mowa o dziecku. A tego już zbyt wiele. Przyszłam tu, 

Alexandro, żeby ci pomóc ją stąd usunąć. Jesteś chora, więc nie dziwię się, że ta dziewczyna 

wybrała właśnie ciebie. O Boże, czy to ona?

Jest w twojej sypialni?  Wygląda dokładnie tak, jak ją sobie wyobrażałam.  Flądra, 

straszydło, blagierka. Wynoś się stąd, dziewczyno, wynoś się!

Straszliwa  dama  zaczęła  wyganiać  Sophie,  wymachując  rękami.  Sophie stała  przy 

kominku jak wmurowana. Patrzyła na kobietę, słuchała jej donośnego i nieprzyjaznego głosu. 

Nie miała czasu odpowiedzieć. Czuła się jak sparaliżowana.

- O rety! - jęknęła Alex, i nagle poczuła się bardzo chora. Zamknęła na chwilę oczy.

Sophie stała na środku pokoju. Miała na sobie jedną z sukien Alex. Suknia sięgała jej 

zaledwie do kostek, za to była zbyt obszerna w biuście, bo Sophie nie została tak szczodrze 

wyposażona przez naturę. Hrabia miał co do tego rację. Co ona przez to rozumie - jedna z 

kobiet Rydera?

Alex zebrała siły i uniosła się na poduszkach.

- Droga Lydio, oto Sophie Sherbrooke, twoja synowa.

Sophie, poznaj matkę Rydera, lady Lydię Sherbrooke.

- Nie wierzę własnym oczom - rzekła twardym głosem hrabina - wdowa, podpierając 

się pod boki.

- Spójrzcie no na nią! A łach, który masz na sobie, przekracza wszelkie granice. Jest 

ohydny, tani i wyglądasz w nim jak oszustka. Nie, nie podejdziesz mnie, jak to zrobiła inna 

synowa, która również nie zasługuje na to, by nią być.

- Prawdę powiedziawszy - odezwała się Alex - ta suknia należy do mnie. Przerabiamy 

ją dla Sophie.

Lady   Lydia   nie   poczuła   się   zakłopotana   swoją   uwagą,   nie   miała   również 

najmniejszych wyrzutów sumienia, że obraziła synową, ponieważ czyniła to tak często, że 

nawet o tym nie pamiętała. Nadal trzymała ręce na biodrach, a jej nozdrza drżały z oburzenia. 

Nie miała zamiaru ustąpić. Jeszcze raz spojrzała na Sophie i powiedziała: - Cóż, kolor jest 

całkowicie  dla   ciebie  nieodpowiedni.  Nadaje  twojej  cerze   ziemisty,   niezdrowy  odcień.  A 

background image

więc, dziewczyno, masz czelność twierdzić, że mój syn ożenił się z tobą. To niemożliwe. 

Jesteś kłamczucha, awanturnicą, bez wątpienia jakąś...

- Przepraszam, Alex. Straciłem ją z oczu, ale oto nadchodzę w samą porę. Witaj, 

mateczko.

Do  sypialni   wpadł   zasapany   hrabia.   Sophie   miała   ochotę   roześmiać   się   na   widok 

owego dumnego mężczyzny, uganiającego się po domu, żeby poskromić własną matkę.

- Ach, widzę, że poznałaś już Sophie. Przyjechał do nas także jej młodszy brat. Jeremy 

chyba jest teraz z Sinjun.

Aby   pokazać,   że   jest   tutaj   panem,   hrabia   wszedł   do   pokoju   z   władczą   miną   i 

mrugnąwszy do Sophie, podszedł do żony.

- Widzisz, jest tak, jak myślałem - powiedział.

- Twój biust jest niepowtarzalny.  A teraz, matko, czy zechcesz powitać Sophie w 

Northcliffe Hall?

Hrabia usiadł w małym foteliku, który ugiął się pod jego ciężarem. Utkwił w matce 

bardzo spokojne i głębokie spojrzenie. Gdyby Sophie była na jej miejscu, bąknęłaby coś i 

wymknęłaby się z pokoju. Modliła się, by nigdy nie popaść w niełaskę tego mężczyzny. Był 

ostry jak najostrzejszy nóż.

-A co miałam pomyśleć? - spytała lady Lydia podniesionym tonem. - Daj spokój, 

Douglasie. Nie mów mi, że ty jej wierzysz. Spójrz na nią. Nasz drogi Ryder nawet nie 

spojrzałby na nią.

-Myślę, że jednak przyjrzał się jej, matko, bo są sobie poślubieni. Ryder napisał do 

mnie list, w którym przedstawia mi ją i Jeremy'ego. A teraz będę ci wdzięczny, jeśli z 

miłym uśmiechem powitasz Sophie w jej nowym domu.

Lady   Lydia   zdenerwowała   się   trochę,   ale   zaraz   odzyskała   opanowanie   i   rzekła   z 

twarzą pokerzysty:  - No cóż, jesteś tu. Mój syn, który jest hrabią, a więc należy mu się 

szacunek i posłuszeństwo, zaakceptował cię. Zobaczymy, czy będziesz tu jeszcze wtedy, gdy 

do domu wróci mój drugi syn.

I sztywna jak kij od szczotki wymaszerowała z pokoju.

Hrabia zwrócił się do swojej pobladłej żony: - Czyżbyś udzielała lekcji matce, moja 

droga? Te jej wyprostowane plecy mogą iść w zawody z twoimi, kiedy jesteś najbardziej 

arogancka. Z pewnością ją instruowałaś.

-Wolałabym, żebyś przyszedł wcześniej - odparła Alex.

-Przykro mi, ale jak już mówiłem, ona, kiedy chce, jest bardzo ruchliwa. W tej sukni 

twoja cera nabiera nieco ziemistego odcienia, Sophie. Na Alex wygląda dobrze, ale 

background image

tobie potrzeba czegoś bardziej pastelowego. Masz coś jasnoróżowego, Alex?

Alex miała trzy jasnoróżowe suknie. W ciągu kwadransa hrabina została utulona do 

snu, pokojówka zabrała jedną z sukien do przeróbki, a Sophie znalazła się w swojej sypialni i 

wpatrywała się w wielką szafę z wiśniowego drewna, w której wisiało mnóstwo męskich 

ubrań. Ubrań Rydera. Była w jego sypialni.

Nie przyszło jej do głowy, że zostanie umieszczona w sypialni męża. Ale cóż mogła 

na to poradzić?

Sypialnia Rydera.

Podeszła do okna, wychodzącego na podjazd. Zobaczyła Jeremy'ego, który utykając 

szedł w towarzystwie Sinjun do stajni. Sinjun zwolniła kroku, dostosowując się do kroków 

chłopca. Jeremy mówił coś, szeroko gestykulując, zupełnie jak jego ojciec. Sinjun spoglądała 

na chłopca, uśmiechając się i kiwając głową. Promienie popołudniowego słońca oświetlały 

piękne tereny, soczystą zieleń i rozkwitające kwiaty. Nie były tak obfite jak na Jamajce, ale i 

tak   wyglądały   pięknie.   Sophie   zastanawiała   się,   gdzie   stoją   owe   greckie   rzeźby, 

przedstawiające nagie postacie. Spodziewała się, że będą widoczne z okien Rydera.

Zaczęła   się   przechadzać   po   sypialni,   otwierając   szuflady   w   komodach,   oglądając 

swoją   bieliznę   obok   bielizny   Rydera.   To   było   przerażające.   Cichutko   zasunęła   szuflady. 

Położyła się na łóżku i utkwiła wzrok w suficie.

Dzień był wietrzny, chłodny i wilgotny. Sophie zsiadła z gniadej klaczy, którą dał jej 

hrabia. Przywiązała ją do cienkiej gałązki krzewu i podeszła do skraju skarpy. Jakieś sto 

pięćdziesiąt   metrów   niżej   o   skaliste   wybrzeże   rozbijały   się   morskie   fale.   Plaża   była   za-

śmiecona kawałkami drewna i splątanymi wodorostami. Bardzo ciemny piasek wyglądał na 

mokry i zimny. Sophie drżała. Od kiedy znalazła się w Anglii, cały czas było jej zimno. 

Objęła się ramionami i długo stała nieruchoma. Dzikość scenerii zrobiła na niej wrażenie. 

Stała cicho, pocierając ramiona dłońmi. Włosy wyswobodziły się z koka na karku i rozwiały 

się na wietrze, zakrywając jej twarz.

Sinjun powiedziała Sophie, że tutaj jest świątynia dumania hrabiego. Dodała jednak, z 

błyskiem   w   niewiarygodnie   niebieskich   oczach   Sherbrooke'ów,   że   Douglas   spędził   tu 

niewiele czasu odkąd poślubił Alex, a odkąd zadecydował zatrzymać ją jako żonę, w ogóle 

już tu  nie  bywa.   Sophie   nie  dbała  o to,  lubiła  skalisty klif  i  wzburzoną  wodę. W  ciągu 

ostatniego tygodnia spędziła tu wiele godzin, unikając ciętego języka lady Lydii i ciekawskich 

oczu mieszkańców Northcliffe Hall.

Usiadła na skale, wygładziwszy spódnicę do konnej jazdy. Nagle jej klacz zarżała i 

Sophie uniosła głowę. Ktoś się zbliżał. Nie był to jednak hrabia ani Sinjun, która czasem tu 

background image

przychodziła i w milczeniu przysiadała na piętach, lecz mężczyzna, którego Sophie spotkała 

kilka dni temu w miasteczku. Jeśli dobrze pamiętała, nazywał się sir Robert Pickering. Był 

żonatym   mężczyzną   dobrze   po   trzydziestce   i   miał   pięć   córek.   Przypominał   Sophie   lorda 

Lochridge'a,   nawet   z   taksującego   spojrzenia,   jakim   ją   obrzucił,   kiedy   Alex   dokonywała 

prezentacji. Sophie poczuła do niego antypatię, a teraz, widząc, że człowiek ów przybywa 

nieproszony na teren Sherbrooke'ów, czuła do niego jeszcze większą niechęć. Znała ten typ, i 

to bardzo dobrze.

Sir Robert  zsiadł  z konia  i podszedł do Sophie.  Stanął  obok niej, wsparł  ręce na 

biodrach i uśmiechnął się. - Powiedziano mi, że znajdę panią właśnie tutaj. Mam nadzieję, że 

pamięta   mnie   pani.   Z   całą   pewnością.   Wszystkie   damy   pamiętają   dżentelmenów,   którzy 

przyglądają się im tak, jak ja przyglądałem się pani. Orientujesz się, moja droga dziewczyno, 

że po powrocie Rydera znajdziesz się w trudnej sytuacji. A on wróci już niebawem. Prawdę 

powiedziawszy, spodziewałem się go znacznie wcześniej. Zapewne wiesz, moja droga, że 

utrzymuje wiele kobiet, ale żadnej z nich nie pozwalał zamieszkać w Northcliffe Hall.

O tak, Sophie doskonale znała ten typ. Spojrzała na niego leniwie i ziewnęła. - To 

ziemie Sherbrooke'ów. Życzę sobie, żeby je pan natychmiast opuścił. A co do pańskiego 

pytania, nie, nie przypominam sobie, jak się pan nazywa. I nie mam pojęcia, dlaczego miała-

bym zapamiętać.

Rozgniewała go i to sprawiło jej przyjemność. Ziewnęła po raz drugi.

-   Jestem   sir   Robert   Pickering   i   nie   opuszczę   cię,   moja   droga.   Chcę   z   tobą 

porozmawiać. Szukałem cię.

Proponuję ci układ. W całej okolicy nie mówi się o niczym innym, tylko o prostej 

dziewczynie   z   Jamajki,   która   przyjechała   tu   z   kulawym   chłopakiem   i   zamydliła   oczy 

hrabiemu Northcliffe. A hrabia jest wciąż tak ogłupiony przez swoją niedawno poślubioną 

żonę, że przyjął cię pod swój dach. Powiadają nawet, że lady Lydia nie chce z tobą przebywać 

w tym samym pokoju. Ale to się wkrótce skończy. Wystarczy, że przyjedzie Ryder. Myślę, że 

już niedługo. A on nie pozwoli ci zostać. Zostaniesz zdemaskowana. Ryder nie będzie z tobą 

sypiać w rodzinnym domu. Jest bardzo dyskretny. Z pewnością rozgniewa go twoja śmiałość i 

impertynencja.  A niebrzydka z ciebie dziewczyna. Dlatego jestem gotów zająć się tobą i 

kalekim chłopakiem, ale już teraz musicie opuścić Northcliffe Hall. Umieszczę was w moim 

domku kilka kilometrów stąd.

- Rozumiem - powiedziała Sophie, trzęsąc się z nienawiści i pragnąc zrzucić go ze 

skarpy. Sinjun powiedziała jej ze śmiechem, że ów jegomość cieszy się fatalną reputacją, a 

wszystkie   damy   współczują   jego   nieszczęsnej   żonie,   która   stale   spodziewa   się   kolejnego 

background image

dziecka. Toleruje się go w towarzystwie tylko dlatego, że jego ojciec był bardzo lubiany.

- Przyjmujesz moją propozycję?

Sophie opanowała gniew. Doskonale przejrzała jego aspiracje, zarozumiałość i pychę, 

które sprawiały, że mówił takie głupstwa. Uśmiechnęła się z politowaniem.

-Niech mi pan powie, sir Robercie, skąd bierze się pańska pewność, że nie jestem żoną 

Rydera Sherbrooke^? Wyglądam jak jedna z jego kobiet? Wyglądam na dziewczynę, 

która zgodzi się zostać czyjąś kochanką?

-Nie, nie wyglądasz i to mi się podoba. Szczerze mówiąc, każda z kobiet Rydera jest 

inna. Niektóre z nich są tak piękne, że na sam widok mężczyznom twardnieje korzeń, 

inne są po prostu ładne, ale ich ciała... ich ciała są wspaniałe. No więc, jak już mówi-

łem, Ryder słynie z podbojów. Ma dziesiątki kobiet. Nigdy nie zwiąże się zjedna. 

Jesteś tylko jedną z wielu. Czy mówiłem już, że byłem powiernikiem jej hrabiowskiej 

mości? A przedtem był nim mój ojciec. Nie? Lady Lydia najchętniej wysłałaby cię, 

gdzie pieprz rośnie. Chętnie wyświadczę jej przysługę. A więc, do dzieła. Przyjmujesz 

moją propozycję?

Sophie podniosła się powoli. Otrzepała z pyłu spódnicę do konnej jazdy. Wygładziła 

rękawiczki.   Wsunęła   włosy   pod   toczek.   Bardzo   dziwne,   ale   to   nie   ona   była   tu   osobą 

niemoralną, lecz Ryder. Jej mąż nie mógł być mężem, a więc ona musiała być kłamczucha. 

Spojrzała na intruza i rzekła: - Założę się, sir Robercie, że należy pan do mężczyzn, którzy 

przypierają pokojówki do ściany, żeby je obmacywać.

Zatkało go, a potem skinął głową, jakby przytakiwał własnym myślom.

-Wiedziałem, że za tą przesadną skromnością kryje się prawdziwa bezczelność. Jest w 

tobie coś takiego, co kusi mężczyzn, co sprawia, że chcą zedrzeć z ciebie spódnicę. 

Mężczyzna patrzy na ciebie i wie, że zdajesz sobie sprawę, że on cię pragnie. Może 

masz to w oczach. Lubisz to, prawda? Chciałabyś, żebym cię wziął, tutaj, na ziemi.

-Pańska zarozumiałość jest niewybaczalna. Niech pan tylko spróbuje się zbliżyć, a 

zepchnę pana w przepaść.

Roześmiał się, zbliżył gwałtownym ruchem i chwyciwszy za rękę, przyciągnął ją do 

siebie.   Nie   czuła   strachu,   tylko   obrzydzenie.   Mężczyźni,   myślała,   wszyscy   tacy   sami, 

niezależnie w jakim kraju. Zauważyła kępkę włosów na jego brodzie, najwyraźniej służący 

przeoczył ją przy goleniu. Wyczuła zapach grochówki w jego oddechu. Czekała ze znudzoną 

miną.

To go rozwścieczyło. Przycisnął ją do siebie i usiłował odszukać jej usta. Lecz Sophie 

umykała mu. Była świadoma, iż on nie jest w stanie pojąć, uwierzyć, przyjąć do wiadomości, 

background image

że ona nie zechce go po dobroci. Chwycił Sophie za włosy, żeby unieruchomić jej głowę.

-Nie powinien pan tego robić - powiedziała Sophie, spokojna i nieruchoma. - Nie 

pozwolę na więcej.

-Ha - powiedział i odnalazł jej usta. Poczuł ich smak, ale to było wszystko. Sophie 

zacisnęła   pięści,   gotowa  kopnąć  go  kolanem   w  krocze.  Ale  wtedy  za  jej   plecami 

rozległ się wściekły - wrzask. Sophie poczuła, że napastnik odskakuje od niej jak 

przestraszony pies.

To był Ryder. I nie wyglądał na rozgniewanego. Wyglądał na ziejącego nienawiścią.

Przez   chwilę   Sophie   była   tak   uszczęśliwiona   jego   widokiem,   że   miała   ochotę 

krzyczeć. Wyglądał zgrabnie, opalony i silny, a jego niebieskie oczy Sherbrooke'ów płonęły 

wściekłością. Patrzyła, jak uderza pięścią w szczękę sir Roberta. Mężczyzna upadł na kolana. 

Ryder zamierzył się jeszcze raz. Sophie położyła mu dłonie na ramionach.

- Nie, Ryderze. On nie jest wart sińców na twoich knykciach. Będzie musiał wymyślić 

jakieś prawdopodobne wytłumaczenie dla okazałego guza, którego mu nabiłeś. Pozwól mu 

odejść. To nędzna kreatura.

Ryder czuł, jak jej słowa go uspokajają. Gniew mijał. Ale wciąż miał ochotę kopnąć 

nędznika w żebra.

-Czy ten kretyn zrobił ci krzywdę?

-Och, nie. Prawdę powiedziawszy...

Sir Robert pozbierał się i wstał. Swą wściekłość skierował na Sophie, nie na Rydera, 

który go pobił. Sophie wiedziała, że mężczyźni  reagują w ten właśnie sposób. Zawsze o 

wszystko obwiniają kobiety. Zebrała się w sobie i czekała na jego jadowite ukąszenie.

- Próbowała mnie uwieść, Ryderze. Witaj w domu.

Byłem tu, a ona przyszła do mnie i niemal się na mnie rzuciła!

Ryder uderzył go jeszcze raz, i uczynił to z uśmiechem.

- Nikt nie wierzy w jej bujdy - powiedział sir Robert, nie podnosząc się z ziemi. - 

Nikt, a szczególnie twoja matka. Ta dziewczyna podaje się za twoją żonę, Ryderze, a wszyscy 

wiedzą,   że   to   patentowane   kłamstwo.   Pragnęła   mnie,   flirtowała   bezwstydnie   z   każdym 

napotkanym mężczyzną, ona...

Ryder   przyklęknął   i   złapał   go   za   kołnierz.   -   Ona   jest   moją   żoną   -   powiedział, 

pochylając się nad jego twarzą. - Nazywa się Sophie Sherbrooke. Powiedz tym wszystkim 

napotkanym mężczyznom, że jeśli się do niej zbliżą, to im przykopie. A co do ciebie, Bobbie, 

jeżeli zirytujesz ją jeszcze raz, to cię zabiję. Zabiję cię, jeżeli ośmielisz się powiedzieć o niej 

choć jedno złe słowo. Zrozumiałeś, Bobbie?

background image

Sir Robert skinął głową i posłał Sophie złośliwe spojrzenie.

-Naprawdę się z nią ożeniłeś? - zapytał zdumiony. - Z jedną kobietą?

-Nie powiedziałem ci, że to moja żona?

Ryder  nie odezwał  się więcej. Patrzył,  jak sir Robert podchodzi  do swego konia, 

wskakuje   na   jego   grzbiet   i   wbija   pięty   w   boki   nieszczęsnego   zwierzęcia.   Dopiero   kiedy 

zniknął im z oczu, Ryder zwrócił się ku Sophie. Stała milcząca, wiatr zwiał jej włosy na 

twarz. Patrzyła na Rydera bez słowa. Uśmiechnął się do niej, wyciągnął rękę i lekko dotknął 

policzka. Ujął w palce kosmyk jej włosów.

-Dawno cię nie widziałem. Powiedziano mi w stajni, że lubisz tu przyjeżdżać. Witaj, 

Sophie.

-Witaj.

-Czy Bobbie już ci się kiedyś naprzykrzał?

-Dziś   po  raz   pierwszy.   Poradziłabym   sobie,   Ryderze.   Nie   musiałeś   odgrywać   roli 

rycerza ratującego bezsilną dziewicę.

-Widziałem, że szykowałaś się, żeby go skopać - powiedział, mrużąc oczy. - Miałem 

ochotę   go   zniszczyć,   Sophie.   Cieszę   się,   że   pozwoliłaś   mi   na   tę   przyjemność. 

Rozumiesz mnie, prawda? Tak dobrze znasz mężczyzn.

-Tak.

-Dlaczego pozwoliłaś mu się pocałować?

-Omal mnie nie oskalpował.

-To dziwaczne. Ostatnią rzeczą, o jakiej chcę z tobą rozmawiać, jest ten przygłup 

Bobbie Samochwał.

Tak go nazywaliśmy, kiedy byliśmy dziećmi. - Uśmiechnął się do Sophie. - Chodź do 

mnie.

Nie poruszyła się. Poczuła, że jej serce zaczyna bić bardzo powoli i bardzo mocno. 

Ryder podszedł do niej i przytulił.

- Bardzo za tobą tęskniłem. I za Jeremym. Tyle czasu, Sophie.

Uniósł jej twarz ku sobie. Pocałował ją. Jego usta były ciepłe i stanowcze. Sophie 

pozostała całkowicie bierna.

-Pocałuj mnie tak, jak to ty potrafisz - powiedział prosto w jej usta.

-Nie mogę - powiedziała i usiłowała przycisnąć twarz do jego szyi.

-Mam   ochotę   skonsumować   nasze   małżeństwo   tu   i   teraz.   Ale   nie   byłoby   nam 

wygodnie.   Pocałuj   mnie,   musisz   mnie   pocałować.   A   nocą   posiądę   cię   w   naszym 

małżeńskim łożu.

background image

Wiedziała, że tak się stanie. Nie mogła nic na to poradzić. Pocałowała go, całowała go 

z całym doświadczeniem, jakie zdobyła w ciągu dwóch ostatnich lat. Jednak Rydera to nie 

zadowoliło. Był tak podniecony, aż Sophie myślała, że zedrze z niej spódnicę i przyprze ją do 

któregoś z głazów. Dyszał ciężko, gładził ją po .plecach, biodrach, podniósł ją... a wtedy 

Sophie go odepchnęła. Natychmiast przestał.

Powoli uniósł głowę. Patrzył na nią oczami pozbawionymi wyrazu.

- Drażnisz się ze mną. Zachowujesz się tak samo jak na Jamajce. W kilka minut 

doprowadziłaś mnie do szaleństwa. W ciągu tych ośmiu tygodni zapomniałem, jaka dobra 

jesteś w manipulowaniu. Zacząłem sobie wyobrażać, że skoro jesteś moją żoną, powitasz 

mnie z radością, będziesz mnie dobrze traktowała, okażesz mi swoją przychylność, a może 

mnie nawet polubisz. Ale nic się nie zmieniło, prawda, Sophie?

-Zaskoczyłeś mnie.

-Nie   wmawiaj   mi,   że   mój   przyjazd   tak   tobą   wstrząsnął.   Wróciłem   do   domu. 

Zobaczyłem się z bratem i on mi powiedział, że jesteś właśnie tutaj, w jego świątyni 

dumania, że często tu bywasz. Widziałem Jeremy'ego, który bardzo się na mój widok 

ucieszył. Wyobraziłem sobie, że ty też się ucieszysz. Ale nie musisz. Teraz to już nic 

nie   zmieni.   Nie   anuluję   naszego   związku.   Jestem   człowiekiem   honoru.   Pozostanę 

twoim   mężem,   mimo   że   w   końcu   okazało   się   to   wcale   niepotrzebne.   Rozumiesz, 

Sophie? Twój ukochany wujaszek nie został zastrzelony ani zakłuty nożem.  Ktoś, 

prawdopodobnie Thomas, udusił łotra. Nie musiałem się z tobą żenić.

-Uduszony? Nie rozumiem.

-Tak. Uduszony. Pomyliłem się. Gdybym mu się był lepiej przyjrzał, ale rozumiesz, 

jego zwłoki nie wyglądały najpiękniej. Uznałem, że go zastrzeliłaś, ale to nieprawda. 

Skłamałem, żeby cię ratować. Powiedziałem, że został zakłuty nożem. Okazało się 

jednak, że go uduszono.

-Czy Thomas jest na wolności?

-Nie. Siedzi w tej małej celi, którą Cole przeznaczył dla ciebie. Nie wyjechałem z 

Jamajki, dopóki go nie schwytano.

Odwróciła się plecami do Rydera i zapatrzyła w morze. Nie było spokojne i turkusowe 

jak na Jamajce, lecz dzikie, zimne i szare.

-Dziękuję ci Ryderze. Twoja rodzina była bardzo miła dla mnie i dla Jeremy'ego. A 

teraz, kiedy nie mam powodów, by nie wracać na Jamajkę, chyba tam popłynę. Zajmę 

się Camille Hall i plantacją, dopóki Jeremy nie uzyska pełnoletniości...

-Zamknij się, do diabła!

background image

- Nie lubisz mnie, Ryderze. Nie chcesz być moim mężem. Dowiedziałam się o twoich 

licznych kobietach. Nikt nie wierzy, że jestem twoją żoną, bo każdy jest przekonany, że nigdy 

się nie ożenisz. Masz zbyt wiele kobiet. To bardzo dziwne. Odrzucono mnie tutaj nie dlatego, 

że jestem niemoralna, lecz dlatego, że ty jesteś taki. Uważałam, że to bardzo zabawne, aż do 

chwili,   gdy   sir   Robert   usiłował   mnie   zniewolić.   Gdybyś   zechciał   mi   pożyczyć   trochę 

pieniędzy, odejdziemy razem z Jeremym. Twoje życie powróci do normy, a ty do swoich 

ulubionych rozrywek.

-Powiedziałem ci, żebyś zamilkła. Nigdzie nie odejdziecie, ani ty, ani Jeremy.

-Dlaczego? Co to ma znaczyć?

-To znaczy, że jestem jego kuratorem. Opiekunem prawnym. A ty jesteś tylko kobietą, 

jego siostrą. To ja jestem odpowiedzialny za prowadzenie Camille Hall i plantacji. Są 

nadzorowane przez Emila, który robi to dla mnie i dla Jeremy'ego. A teraz chciałbym 

wrócić   do   domu   i   porozmawiać   z   rodziną.   Chcę   się   dowiedzieć,   czy   Douglas 

zaakceptował Alex jako swoją żonę.

-Zaakceptował.

-Naprawdę? - zapytał Ryder, unosząc brew. - Sądziłem, że spędzasz w domu niewiele 

czasu.   Musisz   być   bardzo   spostrzegawcza,   jeśli   poznałaś   uczucia   mego   brata,   nie 

przebywając w domu.

Dzielący ich dystans zdawał się rosnąć, chociaż byli od siebie oddaleni zaledwie o pół 

metra.

-Dlaczego? - spytała wreszcie. - Dlaczego, Ryderze?

-Co, dlaczego?

-Dlaczego nie pozwolisz mi odejść? Pozwól mi wrócić do mojego domu, do mojego 

życia.

Ach, i cóż to będzie za życie? Jeżeli nawet twoja piękna szyja pozostanie nietknięta, to 

chyba   nie   wierzysz,   że   wszystko   pójdzie   w   zapomnienie   i   zostanie   wybaczone,   prawda? 

Jesteś nierządnicą z Jamajki, moja droga, i nic tego nigdy nie zmieni, nawet małżeństwo ze 

mną. To prawda. Wszyscy bardzo mi współczują. Wykorzystałaś moją honorową naturę i 

manipulacjami doprowadziłaś do tego, że dałem ci swoje nazwisko. Nie, nie ma dla ciebie 

powrotu, Sophie. Masz tylko teraźniejszość, a przyszłość nie przyniesie zmian. A teraz chcę 

wracać do domu. Jedziesz ze mną?

Dosiadł swego ogiera, wspaniałego wierzchowca, którego Sophie podziwiała i karmiła 

za każdym razem, gdy znalazła się w stajni. Nazywał się Genesis i Sophie w jakiś sposób 

wiedziała, zanim jej to powiedziano, że należy do Rydera. Ryder spojrzał na nią z góry, 

background image

arogancki, zimny, daleki. Nienawidziła tego spojrzenia i godziła się na nie.

- Dziś w nocy, kiedy tylko będziemy mogli opuścić pozostałych członków rodziny, 

spotkamy się w sypialni i posiądę cię, a ty, Sophie, zrobisz wszystko, co w twojej mocy, aby 

zachowywać się jak rozsądna kobieta.

Nie powiedział ani słowa więcej, tylko przesłał jej lekki ukłon, zawrócił konia i ruszył 

galopem w stronę domu. Sophie podeszła powoli do swojej klaczy, wspięła się na siodło i 

ruszyła za nim.

background image

ROZDZIAŁ 14

- Matka wciąż nie chce uwierzyć, że jesteś moją ślubną małżonką, ale to z jej strony 

prawdziwa przewrotność, nie szczere przekonanie - powiedział Ryder do Sophie, zdejmując 

krawat. - W końcu przejdzie jej to i zacznie cię traktować przynajmniej tak uprzejmie, jak 

odnosi się do Alex, dla której wcale nie jest miła, ale na razie dobre będzie i to. Wygląda na 

to, że z Alex i Douglasem układa ci się nieźle. Oczywiście polubisz Sinjun. To hałaśliwy 

berbeć - Bóg jeden wie, że mam dość jej wrzasków - ale mimo wszystko nadzwyczajna z niej 

dziewczyna.

Ryder spojrzał na Sophie, rozpinając białą koszulę.

-   Jeremy   wygląda   na   zadowolonego.   Wkrótce   zadecyduję,   czy   wezmę   dla   niego 

nauczyciela, czy też wyślę go do Eton już od semestru jesiennego. Jestem zachwycony, że 

Alex umieściła cię w mojej sypialni.

Dotychczas z nikim jej nie dzieliłem. Dziwnie się czuję, widząc w szafie twoje suknie 

obok moich koszul i bryczesów.

Sophie stała pod oknem. Robiła, co mogła, aby zachować niedbałą pozę. Wieczór 

wlókł się niemiłosiernie, bo Ryder niemiłosiernie pragnął Sophie. A ona o tym wiedziała. 

Wchodząc po szerokich schodach, czuła, że przygląda jej się pożądliwym wzrokiem. Dobrze 

wiedziała, jak wygląda męskie pożądanie.

-Nie zrozum mnie źle, Sophie - mówił dalej. - Cieszy mnie widok twoich sukien obok 

moich ubrań. Tak, Alex postąpiła bardzo słusznie.

-To decyzja Douglasa. Alex była wtedy chora i leżała w łóżku.

-Spryciarz z mojego brata. Podobają mi się suknie, które dostałaś od Alex. Różowy 

kolor   jest   bardzo   odpowiedni   do   twojej   karnacji.   Wkrótce   postaramy   się   o   nowe 

suknie dla ciebie.

Miała ochotę wrzasnąć, że nie potrzebuje od niego żadnych sukien i nie chce, aby jej 

cokolwiek kupował. Nie odezwała się jednak i nie poruszyła.

Ryder usiadł na swoim, jak się wyraził, ulubionym fotelu. Zdjął buty i powiedział: - 

Moja matka nie jest specjalnie miła, z pewnością już się o tym przekonałaś. Nie chcę, żebyś 

się czuła dotknięta. Gdybyś widziała, jak traktowała Alex, kiedy biedaczka przyjechała do 

naszego domu!

Popchnął buty po podłodze i zręcznie umieścił je pod łóżkiem na środku sypialni. 

Tylko jeden obcas wystawał nieco spod narzuty. Sophie wpatrzyła się w ten obcas. Ryder 

uśmiechnął się z zadowoleniem. Wstał i zaczął rozpinać spodnie. Patrzyła na jego długie, 

background image

opalone palce.

-Jak się czujesz po powrocie do Anglii? - zapytał.

-Ciągle mi zimno - odpowiedziała, wpatrując się w jego palce. - Zapomniałam. Cztery 

lata na Jamajce rozrzedziły mi krew.

Uśmiechnął się i ściągnął spodnie.

Sophie   zamknęła   oczy,   co   było   oczywistym   absurdem,   ponieważ   już   go   widziała 

nagiego,   z   nabrzmiałą   męskością,   widziała   go   rozciągniętego   na   łóżku   w   chacie,   gdy 

dosiadała go Dahlia. Przełknęła ślinę.

- Sophie.

„ Jego głos zabrzmiał cicho, bardzo ciepło i intymnie. Otworzyła oczy. Stał obok. 

Zupełnie nagi i zupełnie odprężony. Uśmiechał się i wyciągał do niej rękę.

-Jesteś moją żoną. Chodź. Nie poruszyła się.

-Chcesz, żebym cię rozebrał? Dlatego czekasz?

-Chcę się wykąpać.

-Proszę bardzo. Zaraz zadzwonię.

Przeszedł przez pokój i pociągnął za sznur od dzwonka.

- Dobry pomysł - powiedział, wchodząc na łóżko.

-   Mam   ci   wiele   do   powiedzenia,   więc   pogadamy   sobie,   gdy  będziesz   się   kąpała. 

Gdybym cię dotknął już teraz, nie porozmawialibyśmy aż do rana.

Nie wyjdzie z sypialni. Nie spodziewała się, że zostawi ją samą. Zachowywał się 

zupełnie miło, nie narzucał się jej, nie oskarżał jej i nie obrzucał okropnymi wyrazami jak 

wuj, kiedy nie wypełniała jego poleceń.

Minęło   pół   godziny,   zanim   Sophie   zasiadła   naprzeciw   kominka   w   głębokiej 

miedzianej wannie. Rozebrała się w półcieniu, niedaleko okna, i szybko narzuciła na siebie 

nocną koszulę. Aby wejść do wanny, musiała jednak zdjąć tę przeklętą koszulę, a dobrze 

wiedziała, że Ryder nie spuszcza z niej oka. Muszę się do tego przyzwyczaić, myślała. Będzie 

ze mną robił to, co zechce, aż do śmierci. Pokręciła głową, bo wszystko okazało się zupełnie 

inne niż oczekiwała. Ryder zachowywał się normalnie, był odprężony, gawędził z nią o tym i 

o owym.

Nie powiedział nic niebezpiecznego aż do chwili, gdy zaczęła namydlać ciało.

- Podobają mi się twoje włosy, kiedy tak spływają na ramiona i piersi. Gdybyś na 

mnie spojrzała, zobaczyłabyś, że się uśmiecham. Jestem szczęśliwy, że cię widzę. Nie mogę 

się   doczekać,   kiedy   cię   dotknę,   ale   jestem   pewien,   że   rozpoznałaś   te   wszystkie   samcze 

symptomy - szkliste z pożądania oczy, bezładne słowa i wszystkie te bzdury. Podoba mi się, 

background image

jak twoje kolana   wystają   z  wanny.   Skóra pod  kolanami   jest  bardzo  delikatna.  Z  czasem 

polubisz, gdy będę cię tam pieścił i całował. Nie mogę pominąć tego małego znamienia.

Namydliła włosy. Ich wysuszenie zajmie co najmniej godzinę, pomyślała mściwie.

- Nie mogę się doczekać, kiedy cię pocałuję. Może uda mi się ciebie przekonać, żebyś 

odwzajemniła pocałunek. Będę się bardzo starał.

Mówił pewnym siebie tonem. Sophie tarła palcami głowę aż do bólu. W tonie Rydera 

brzmiało również rozbawienie.

-Wyszorować ci plecy?

-Najbardziej chciałabym, żebyś stąd wyszedł - powiedziała Sophie, otwierając oczy i 

spoglądając spoza mydlin. Zapiekło, więc wstrzymała oddech i zanurzyła głowę w 

wodzie.

-Proszę   bardzo.   Podrzemię   w   łóżku,   czekając   na   ciebie.   Prawdę   mówiąc, 

zapomniałem,  o czym  chciałem z tobą  porozmawiać.  Mogę myśleć  tylko  o tobie, 

mojej  żonie, całkiem  nagiej, wilgotnej  i gładkiej. Daję ci pięć  minut,  Sophie,  ani 

sekundy więcej. - To powiedziawszy, spojrzał na zegar stojący na gzymsie kominka, 

ułożył głowę na poduszce i zamknął oczy. Skrzyżował ręce na nagiej piersi.

Kiedy otworzył oczy, Sophie stała ubrana w obszerną białą koszulę nocną. Wilgotne i 

splątane włosy odrzuciła na plecy i suszyła je przy ogniu kominka.

- Nie ruszaj się - powiedział Ryder i wstał.

Nie był już wygłodniałym chłopakiem. Był mężczyzną i pokazał nie tylko samemu 

sobie, ale i Sophie, że stać go na cierpliwość. Wziął z krzesła drugi ręcznik i wskazał jej swój 

fotel.

- Usiądź - powiedział.

Usiadła na brzeżku, jak nieśmiała pensjonarka, i splotła dłonie na podołku.

- Gdzie masz grzebień i szczotkę?

Spędził   kwadrans   na   szczotkowaniu   jej   gęstych   włosów.   Odłożył   szczotkę. 

Uśmiechnął się do Sophie.

- Wyglądasz teraz jak Madonna. Jesteś śliczna, Sophie. Podobasz mi się. Twoje włosy 

mienią się tyloma odcieniami. Tak, jesteś śliczna. A spodobasz mi się jeszcze bardziej, kiedy 

otworzysz oczy. Jestem nagi, to prawda, ale widziałaś mnie takiego już kilka razy.

Chyba nie budzę w tobie odrazy?

Otworzyła oczy i spojrzała mu prosto w twarz.

- Proszę, powiedz mi prawdę, Ryderze. Naprawdę wierzyłeś, że jestem w ciąży?

Przypomniał   sobie   ich   zaślubiny   i   przeklętą   noc   poślubną.   Wzruszył   niedbale 

background image

ramionami.   -   Nie   miałem   zielonego   pojęcia.   Nie   chciałaś   mi   powiedzieć,   kiedy 

miesiączkujesz. Istniało prawdopodobieństwo, że jesteś w ciąży.

Zastanawiał się, jak i kiedy powie jej prawdę. Już wkrótce, bo nienawidził kłamstw. 

Kłamstwa  zawsze wychodzą  na jaw. A  Sophie  była  bystra.  Jeżeli  nie  powie  jej  prawdy, 

przyłapie go na tym i skutki będą opłakane. Wołał tego uniknąć.

Zawsze te wykręty, pomyślała Sophie ponuro. Zalewał ją potokiem swojej dowcipnej 

wymowy. Czy ona też taka była? Czy kpiła sobie z niego, drażniła się z nim, tak samo jak on 

z nią? Opłynęła ją fala wspomnień. O tak, czyniła to z wielką wprawą, a nawet go dotykała, 

żeby szalał z żądzy. Ale teraz stała się milcząca i głupia. Dlaczego nie potrafi z siebie nic 

wykrzesać? Dlaczego nie traktuje go jak sir Roberta? Czasami pragnęła być taka jak dawniej, 

ale właściwie nie bardzo wiedziała, jaka jest naprawdę.

Poczuła dłonie Rydera na swoich nadgarstkach. Przyciągnął ją do siebie.

- A teraz powiem ci, jak spędzimy większość tego wspaniałego wieczoru. Nie mam 

zamiaru cię popędzać. Musimy mieć czas, żeby się dobrze poznać. Pocałuję cię i...

Zamilkł i ucałował ją lekko w usta.

- Pozwól, że ci pokażę, Sophie. Zapomnij o nich.

Zapomnij   o   tych   wszystkich   przeklętych   mężczyznach.   Oni   nie   mają   z   nami   nic 

wspólnego. To nasza prywatna sprawa, jesteśmy tutaj sami, mężczyzna i jego żona. Razem.

Jednak Sophie nie potrafiła o nich zapomnieć. Wiedziała również, że nie może go 

odrzucić. Był jej mężem, miał nad nią pełną władzę, większą nawet niż nieznośna władza 

wuja. Jeżeli zechce ją rozebrać do naga i przywiązać do łóżka, nic mu w tym nie przeszkodzi. 

Starała się zachować spokój. Minęły przecież całe tygodnie, w czasie których powinna była 

pogodzić się z tą myślą. Nie może zacząć teraz wrzeszczeć ani wpaść w histerię. To nie było 

w jej stylu, a jeśli nawet kiedyś było, wuj Theo wybił jej z głowy podobne fanaberie.

Kiedy   Ryder   ściągnął   jej   koszulę   przez   głowę   i   pozostawił   ją   nagą,   odskoczyła 

odruchowo. Leciutko dotknął jej żeber.

- Sińce zeszły. Boli cię jeszcze?

Pokręciła głową.

- To świetnie - powiedział i znów ją przygarnął.

Po raz pierwszy trzymał ją przy sobie zupełnie nagą. Serce biło mu szybko i mocno. 

Miał ochotę wejść w nią natychmiast, zagłębić się w niej, w swojej żonie. Pragnął tkwić w 

niej nieruchomo i czuć wokół siebie lekkie drgania jej mięśni. Ale nie był  głupi. Sophie 

potrzebowała   jego  przewodnictwa.  Z   nią  seks   stał  się   niesłychanie  poważny.  Dotychczas 

Ryder śmiał się i żartował, seks stanowił dla niego miły sposób spędzania czasu, a słodkie 

background image

pocałunki i namiętne jęki i westchnienia bardzo go bawiły. Ale teraz nie było mu do śmiechu. 

Nie miał w pogotowiu żadnego żartu. Zanosiło się na ponurą sprawę.

Jednak doświadczenie z pewnością go nie zawiedzie. Nigdy dotąd nie miał kłopotów z 

żadną kobietą. Pieścił usta Sophie, polizał jej ucho, odnalazł wrażliwe miejsce w zagłębieniu 

poniżej szyi, miejsce, które wystarczyło dotknąć językiem, a wszystkie znane mu kobiety 

zaczynały wzdychać, jęczeć i omdlewać.

Powiedział Sophie, że jest piękna i głaskał jej piersi, powiedział, że bardzo mu się 

podoba,   że   pragnie   jej,   że   chce   wargami   i   dłońmi   dotykać   całego   jej   ciała.   Sutki   miała 

ciemnoróżowe i kiedy wziął jeden z nich do ust, z trudem powstrzymał się przed spełnieniem. 

Takiej   słodyczy,   takiej   gładkości   nie   zasmakował   nigdy   przedtem.   Było   to   oczywiście 

przesadą, ale tak właśnie czuł w tej chwili.

Chwycił ją pod pośladki i ułożył na łóżku. Pochylił się i całował jej piersi, pieścił je i 

unosił. Pragnął jej rozpaczliwie, z każdą chwilą coraz bardziej.

Położył lewą dłoń na jej brzuchu, tam gdzie miała przedtem paskudne siniaki. Boże, 

nigdy nie zapomni tych sińców ani straszliwej wściekłości, którą poczuł na ich widok. Ileż 

musiała  wycierpieć.   Przesunął  dłoń   niżej,  poczuł,   że  Sophie  zesztywniała  i  wsunął  palce 

pomiędzy jej uda. Lekko ucisnął. Chciał w nią wejść już teraz, czuł takie pożądanie, że drżał 

na całym ciele. Zupełnie nie jak Ryder Sherbrooke. Nie chciał stracić opanowania, ale rozłąka 

i celibat trwały zbyt długo. Wiedział, że dłużej nie wytrzyma.

Może właśnie dlatego, myślał spoglądając na Sophie, może dlatego chciał się z nią 

ożenić. Może przeczuwał, że z nią będzie inaczej niż z wszystkimi kobietami, które 

dotychczas posiadł. Zamknął oczy wsunął w nią palec. Czuł ją wokół palca, czuł jej gładkość, 

ciepło. Zagryzł wargi. Sophie wydała z siebie łagodny jęk i Ryder uznał go za wyraz 

namiętności. Tak musi być. Dobry Boże, ten jęk oznacza namiętność. Musi go pragnąć, skoro 

on szaleje z pożądania. Mięśnie Sophie uciskały jego palec. Czuł, że, jeśli chodzi o niego, 

wkrótce będzie po wszystkim. Wsunął palec głębiej i poczuł jej błonę dziewiczą. Uśmiechnął 

się. Podejrzewał, że tak będzie. Wysunął palec delikatnie, żeby nie zadać Sophie bólu.

Rozsunął jej uda i ułożył się pomiędzy nimi. Spojrzał jej w twarz.

- Teraz w ciebie wejdę, Sophie. Nie, nie zamykaj oczu. Pamiętaj, nie ma powodu, 

abyś się czuła zakłopotana. Już to robiliśmy. Nie dzieje się nic nowego.

Uwierz mi. Spróbuj się odprężyć, a poczujesz prawdziwą przyjemność.

Spojrzała   na   niego,   jakby   był   szalony.   Zamknęła   oczy,   widząc   na   jego   twarzy 

gwałtowne pożądanie, ale zaraz otworzyła je znowu. Dobrze, zniesie wszystko, co on zechce 

z nią robić. To nie będzie takie okropne i wkrótce się skończy.

background image

To przeklęte kłamstwo. Myślał, że dzięki niemu Sophie łatwiej się odpręży, ale wcale 

na to nie wyglądało. Ryder czuł, że nie może dłużej czekać. Łagodnie wśliznął się do jej 

wnętrza. Obiecywał sobie, że zostanie tam tylko krótką chwilę i zaraz potem wyjdzie z niej i 

sprawi jej rozkosz ustami. No, może odrobinę dłużej, tylko tyle, żeby poczuć, że go przyjęła.

- Jesteś moją żoną - powiedział, wchodząc głębiej.

W jego tonie brzmiały zachwyt  i rozkosz. - To dla mnie zupełnie nowe i dziwne 

doświadczenie, bo nigdy dotychczas  nie byłem żonaty.  Ale oto jesteśmy razem, w moim 

łóżku, a ja wchodzę w ciebie. Proszę, przyjmij mnie, Sophie.

Przyjąć   go,   myślała,   leżąc   nieruchomo.   Nie   miała   wyboru.   Musiała   go   przyjąć. 

Czekała, czuła przerażenie i pragnęła, by jak najszybciej było po wszystkim, by Ryder zaczął 

wydawać z siebie to stękanie, które wydają mężczyźni, kiedy sprawa dobiega końca, potem 

ich członek się kurczy, a oni od razu zasypiają i chrapią.

Była dziewicą, a teraz jest jego żoną, i tak już zostanie na zawsze. Kiedy jego męskość 

natrafiła na błonę, Ryder naparł łagodnie. Nic z tego. Zaklął, wiedząc, że będzie musiał się 

wycofać. Spróbował, naprawdę próbował, ale nie mógł się z niej wydobyć. Spojrzał w dół. 

Napiął się i spróbował jeszcze raz. Bez skutku. Pochylił się i pocałował Sophie. Wsunął język 

głęboko, bardzo głęboko i naparł jeszcze raz, przebił błonę i dotarł aż do łona, i tego było już 

za wiele. Zdał sobie wprawdzie sprawę, że Sophie z nim walczy, poczuł nawet jej łzy na 

swoich ustach, ale tylko jęknął, bo przepełniło go tak intensywne i dzikie uczucie, że rzucał 

się jak szalony, pozbywając nasienia.

A   potem   znieruchomiał.   Sophie   cicho   leżała   pod   nim.   Spoczywał   na   niej   całym 

ciężarem, oddychał szybko i głęboko, ciało miał wilgotne od potu, twarz ukrytą w poduszce.

Sophie nie spodziewała się, że to będzie bolało. Dahlia nigdy się nie uskarżała na ból. 

Sophie   nie   wypytywała   jej,   ale   i   bez   tego   Dahlia   porównywała   swoich   kochanków   i 

opowiadała ze wszystkimi szczegółami o tym, jakie wydawali dźwięki podczas szczytowania. 

Sophie   nie   wyobrażała   sobie,   by   Dahlia   mogła   znosić   ból   w   milczeniu.   Tak   więc   ból 

zaskoczył ją, czuła się rozpalona w środku i pełna piekącej wydzieliny Rydera. Wiedziała o 

męskim nasieniu i wiedziała, że jest nim teraz wypełniona i że stąd bierze się jej ból. Jak 

kobiety mogą odczuwać przyjemność w miłości, skoro to takie bolesne?

Wiedziała wszystko na temat intymności, znała ciała i potrzeby sześciu mężczyzn, ale 

nie spodziewała się, że członek Rydera wejdzie w nią w taki sposób i że ich tak połączy. Był 

w niej nadal i ciągle go tam czuła, każde jego drgnienie. Tak jakby usiłował stać się częścią 

jej   ciała,   a ona  mu   tego  broniła.  Nie,  nie  był  jej   częścią  i  wkrótce  się  od niej   oddzieli. 

Wcisnęła biodra w materac. Wstrzymała oddech i czekała, żeby wreszcie skończył i zostawił 

background image

ją w spokoju.

Ryder uniósł się na łokciach. Uśmiechał się czule i to ją wprawiło w zakłopotanie.

-Przepraszam, że zadałem ci ból. Teraz już nigdy nie będzie bolało.

-To dlaczego sprawiłeś ból tym razem?

Dość kłamstw i wykrętów, pomyślał i odparł wprost: - Bo to był twój pierwszy raz. 

Byłaś dziewicą, tak jak się tego w końcu domyśliłem. Musiałem się przebić przez twoją błonę 

dziewiczą. Dlatego cię bolało.

Patrzyła na niego, a jej oczy stawały się coraz ciemniejsze, w miarę jak zaczynała 

rozumieć. Kłamstwa, wszystko to były kłamstwa. Kłamał opowiadając o tym, że posiadł ją w 

chacie, kłamał mówiąc o prawdopodobieństwie jej ciąży.

-Ty łajdaku! - uniosła się, próbując go z siebie zrzucić.

-Wiem. I przepraszam cię za to.

Chwycił ją za nadgarstki i przytrzymał jej ręce nad głową. Czuła na sobie jego ciężar i 

czuła,   jak   pęcznieje   wewnątrz   niej.   To   niemożliwe,   jeszcze   nie   teraz,   nie   może   na   to 

pozwolić. Miała ochotę go zabić.

-Przepraszam, że cię okłamałem, Sophie. Na początku chciałem, żeby to była kara za 

to, co ty i wuj Theo zrobiliście ze mną. Przyznaję, nie było to z mojej strony miłe, ale 

wasze  machinacje   nie  były   lepsze.  Odpłaciłem  ci  pięknym   za  nadobne.  A  potem, 

kiedy postanowiłem się z tobą ożenić, użyłem tego jako argumentu, który miał cię 

przekonać. I wygrałem.

-Jak możesz sądzić, że ożenek ze mną jest zwycięstwem? Jestem niczym, mniej niż 

niczym. Nie mam posagu, a za to zszarganą reputację, nie...

-Zamilknij, do diabła.

Jej oczy stały się bardzo ciemne, a glos brzmiał gniewnie. Twarz miała bladą jak 

prześcieradło.

- Choćbyś się nie wiem jak złościł, nie zmienisz tego, kim byłam i kim jestem. Wcale 

nie wygrałeś, Ryderze.

- Przy tobie zawsze czuję się wygrany, Sophie. Zapamiętaj to sobie.

Nagłe,   zupełnie   niespodziewanie,   Sophie   wyrwała   z   jego   uścisku   prawą   rękę, 

zamachnęła się i uderzyła Rydera w szczękę. Dostrzegł jej błyskawiczny ruch, ale nie miał 

czasu zareagować, po prostu dlatego, że zbyt był zajęty zapewnianiem jej o swojej sile i o 

tym, że jest jej panem i władcą, jedynym mężczyzną, który będzie ją posiadał.

Uderzyła mocno, a Ryder odchylił się obolały i zaskoczony. Kopała go w plecy tak, że 

przeturlał się na bok, aż wreszcie spadł z głośnym hukiem na podłogę.

background image

Wstała i spojrzała na niego z góry.

Śmiał się, leżąc na podłodze. Rozcierał szczękę i śmiał się. Śmiał się z niej.

Przeszła na drugą stronę łóżka, chwyciła koszulę nocną i wciągnęła ją przez głowę. 

Dyszała z wściekłości i strachu, bo spostrzegła, że jest okrwawiona, a wiedziała, że to nie 

może być miesiączka. Zranił ją, zranił aż do krwi.

Boże,   jakże   go   nienawidziła.   Nienawidziła   samej   siebie,   a   jego   miała   ochotę 

przygnieść łóżkiem. Było zrobione z drewna różanego i bardzo ciężkie.

Ryder przestał się śmiać i potrząsnął głową. Wstał i spojrzał na Sophie poprzez łóżko. 

Nie mogła się opanować. Wpatrywała się w jego podbrzusze, w płaski brzuch i gęste włosy 

okalające męskość, w nogi, które jeszcze niedawno przyciskał do jej nóg. Jego członek nie 

był już w pełnym wzwodzie, umazany wydzielinami ich obojga. Zobaczyła krew i wstrzyma-

ła oddech.

Ryder spojrzał w dół na siebie, a potem na Sophie. Uniósł kołdrę i spostrzegł plamy 

krwi na prześcieradle.

-Nie będę żądał zadośćuczynienia za cios, dopóki cię nie umyję.

-Spróbuj   do  mnie   podejść,   a   przetrącę   ci   kark.  Wystarczająco   mnie   skrzywdziłeś, 

Ryderze. Nie pozwolę ci na nic więcej. Jeżeli umrę od tego, coś mi zrobił, niech tak 

będzie. Zasłużyłam sobie na to, będąc taką idiotką, ale trzymaj się ode mnie z daleka.

-Powiedziałem ci już, że czujesz ból, bo to był  twój pierwszy raz. Jeśli chodzi o 

krwawienie, to dzieje się tak również tylko za pierwszym razem. Dobry Boże, gdyby 

kobieta krwawiła za każdym razem, kiedy jest z mężczyzną, gatunek ludzki wymarłby 

w bardzo krótkim czasie. Nie okłamuję cię, Sophie. Trudno uwierzyć, że nie wiesz 

tego wszystkiego. Krwawienie oznacza inicjację kobiecości.

-To bzdury, Ryderze, i doskonale o tym wiesz. Mam już dziewiętnaście lat i od dawna 

jestem kobietą.

-Och, zgadzam się z tobą, moja droga żono, naprawdę się zgadzam. Ale teraz, kiedy 

przebiłem   twoją   błonę   dziewiczą,   możesz   zajść   w   ciążę.   Na   początku   będziesz 

odczuwała pewne napięcie, dopóki się do mnie nie przyzwyczaisz, ale już nie będzie 

bolało. Mówiono mi, że to bardzo przyjemne doznanie.

-Tak  -  powiedziała  zgryźliwie.   - Powiedziało  ci  to  co  najmniej  dwadzieścia   kilka 

kobiet!

Gorycz?   Ryder   nie   był   pewien.   Miał   nadzieję,   że   przemawia   przez   nią   gorycz. 

Przeszedł na drugą stronę łóżka. Nie cofnęła się, jak się tego spodziewał, lecz rzuciła na niego 

i zaczęła okładać pięściami po brzuchu, klatce piersiowej, usiłowała dosięgnąć twarzy.

background image

Walczyli w milczeniu. Ryder zauważył to ze zdziwieniem. Dotychczas uczestniczył w 

bójkach, którym towarzyszyły przekleństwa, wrzaski i jęki. Sophie nie wydawała żadnych 

dźwięków, poza chrapliwym oddechem.

- Nauczyłaś się walczyć w ciszy, prawda? Wiedziałaś, że krzyki mogłyby obudzić 

Jeremy'ego, a nie mogłaś na to pozwolić. Do diabła, Sophie. Teraz jest całkiem inaczej. Ten 

stary przeklęty łajdak naprawdę nie żyje. Wrzeszcz na mnie, kiedy mnie bijesz!

Sophie   wymierzyła   mu   kopniaka   w   krocze,   ale   Ryder   uskoczył   w   bok   i   jej   cios 

wylądował na jego udzie. Ryder zdarł z Sophie koszulę nocną i rzucił ją na łóżko. Opadł na 

nią całym ciężarem.

Rzucała się i wyrywała, a on pozwalał na to, unieruchomiwszy jej ręce nad głową. Nie 

patrzył na jej piersi, starał się nie zwracać uwagi na jej nogi i brzuch przywierające do jego 

ciała.

Kiedy wreszcie się uspokoiła, powiedział: - Moje pieszczoty i pocałunki nie sprawiły 

ci najmniejszej przyjemności, prawda?

Spojrzała na niego, jakby postradał zmysły.

- Cóż, zadałem ci dość głupie pytanie, prawda?

Ale popracujemy na tym, Sophie. To się zmieni, zobaczysz. Ciągle pamiętasz minione 

lata. Przestań o tym myśleć, wymaż ten czas z pamięci. To już nie wróci.

Zapomnij o przeszłości.

I wtedy zdała sobie sprawę, że ani przez chwilę nie wątpiła, że Ryder jej nie uderzy, 

bez względu na to, jak mocno go będzie biła. Ani razu nie podniósł na nią ręki, ani razu nie 

uderzył  jej pięścią w żebra. Mogłaby do niego strzelać, a on i tak by jej nie skrzywdził. 

Znieruchomiała   i   patrzyła   na   niego.   Jego   niebieskie   oczy   lśniły   w   opalonej   twarzy. 

Spoglądały głęboko i spokojnie.

- Jesteś częścią przeszłości - powiedziała powoli.

-   Jesteś   jej   znaczną   częścią.   Wiedziałam,   że   po   twoim   przyjeździe   wszystko   się 

skończy, ale wuj nie chciał mi uwierzyć. Usiłowałam mu wytłumaczyć, że jesteś inny, bo w 

jakiś sposób to przeczuwałam, ale on nie chciał mnie słuchać. Nie chciałam się do ciebie zbli-

żyć, ale musiałam, i spójrz, co się stało. Jak mogę zapomnieć?

-Czym się, według ciebie, różniłem od pozostałych mężczyzn?

-Inni   byli   zarozumiali   -   powiedziała   wbrew   sobie.   -   Tacy   pewni   siebie,   dumni   i 

zadowoleni,  że udało im się mnie  posiąść. Mnie, zwykłą  kobietę,  nic więcej. Ale 

byłam  nagrodą, ich własnością. Nieważne, że tylko tymczasowo. To im dodawało 

sławy w oczach innych mężczyzn. A ty nie dbałeś o to, co inni pomyślą o tobie i 

background image

twoim postępowaniu. Widzisz wszystko inaczej i reagujesz w inny sposób.

-Nie rozum mnie źle, Sophie - powiedział z namysłem. - Ja także cię pragnąłem, ale to 

dla   mnie   była   gra.   Chciałem   cię   zwyciężyć,   pobić.   Chciałem   ci   dać   nauczkę,   ale 

wszystko się zmieniło. Ożeniłem się z tobą. I to wcale nie jest złe. Jesteś przy mnie 

bezpieczna   i   Jeremy   także.   Jesteś   bezpieczna   i   nie   musisz   się   niczego   obawiać. 

Zapomnisz o przeszłości. Ja jestem twoją teraźniejszością i przyszłością. Czujesz to? 

Chciałbym   cię   posiąść   jeszcze   raz,   ale   wykąpię   cię   i   dam   ci   trochę   czasu,   żebyś 

odpoczęła. Będziesz ze mną walczyła?

-Tak.

Westchnął i zsunął się z niej. Podszedł do wysokiej toaletki i wyciągnął z szuflady 

dwa krawaty.

- Żałuję, że muszę to zrobić, bo prawdopodobnie będziesz za to tak wściekła, że nie 

odezwiesz się do mnie  przez calutki  tydzień,  ale jestem twoim mężem  i przysięgałaś  mi 

posłuszeństwo.

Zeskoczyła z łóżka i naga podbiegła do drzwi sypialni. Ryder oparł rękę na drzwiach 

nad głową Sophie.

-   Zupełnie   straciłaś   rozum,   Sophie?   Masz   piękne   ciało,   moja   droga.   Jest   mało 

prawdopodobne, by któreś z mego rodzeństwa lub ktoś ze służby snuł się teraz po korytarzu, 

ale kto wie? Wolę zachować twoje kobiece powaby wyłącznie dla moich oczu. Jesteś piękna. 

Masz długie i jędrne nogi. Dobrze biegasz.

Wziął ją za rękę i zaczął ciągnąć w stronę łóżka. Kopnęła go w nogę i Ryder poczuł 

taki ból, że zwolnił uścisk. Wyrwała mu się i w jednej chwili znalazła się za drzwiami, a on 

nie mógł jej zatrzymać. Pobiegła przez korytarz nie dbając o to, że jest naga. Biegła, dopóki 

nie pojawił się przed nią jakiś cień, nie cień, lecz mężczyzna w koszuli nocnej. Hrabia, jej 

szwagier. Chwycił ją za nagie ramiona i trzymał łagodnie, lecz stanowczo.

-Puść mnie!

-Potrzebujesz ubrania - powiedział zdumiony Douglas. Był tak zaskoczony na widok 

nagiej bratowej, że zapomniał języka.

-Proszę - zaczęła, usiłując się wyrwać i nerwowo spoglądając za siebie.

Korytarzem nadchodził Ryder w koszuli nocnej, niosąc w ręku drugą koszulę. Był 

wściekły.

Douglas dostrzegł wyraz twarzy brata. Nie miał pojęcia, co się dzieje, ale wyczuł 

strach Sophie i to obudziło w nim opiekuńczość podobną do tej, którą odczuwał w stosunku 

do swojej żony.

background image

Zwolnił uścisk, ale jej nie wypuścił.

-Twoja żona wygląda na nieco zdenerwowaną, Ryderze.

-Tak - przyznał Ryder.

Ze złości mąciło mu się w głowie. A tu jeszcze pojawił się Douglas i ściskał jego nagą 

żonę.

- Oddaj mi ją, Douglasie.

Douglas wiedział, że nie ma wyboru. Wiedział również, że Ryder nie jest okrutny. Nie 

uderzy jej, ale wygłosi mowę, która przerazi najmężniejsze serce.

-Mam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy - powiedział cicho.

-Tak - odparł Ryder. - Sophie, włóż to na siebie. Mój brat nie powinien oglądać mojej 

żony bez ubrania.

Douglas   wypuścił   Sophie.   Stała   nieruchomo,   kiedy   Ryder   ubierał   ją   w   koszulę. 

Koszula była miękka i sprana, pachniała Ryderem. Sophie zadrżała, ale stała nieporuszona i 

milcząca. Wszystko stało się nie tak, jak pragnęła.

-Przyjemnych snów - mruknął Douglas i spojrzał bratu w oczy.

-Dziękuję - odparł Ryder, wziął Sophie za rękę i poprowadził z powrotem do sypialni.

Douglas stał i patrzył, dopóki nie zniknęli za drzwiami. Co tu się, do diabła, wyrabia?

Ryder nie odezwał się ani słowem

.

 Pchnął ją na łóżko, a potem przewrócił na wznak. 

Ściągnął   z   niej   koszulę   i   sięgnął   po   krawaty.   Ułożył   się   na   niej,   obwiązał   krawatami 

nadgarstki Sophie i przymocował je do wezgłowia.

-Dobrze - powiedział i zsunął się z niej. Stanął obok łóżka i spojrzał na Sophie. Była 

blada i wściekła, ale ani pisnęła.

-Mnóstwo krwi - powiedział ze zmarszczonym czołem. - Przepraszam, że ci zadałem 

ból, Sophie. A teraz nie ruszaj się i pozwól, że cię umyję.

Nie   ruszała   się,   bo   była   zbyt   zmęczona,   by   z   nim   walczyć.   Spróbowała   uwolnić 

nadgarstki, ale Ryder dobrze ją związał. Dlaczego nie powiedział nic na temat jej ucieczki i 

spotkania z bratem? Poczuła, że Ryder rozsuwa jej nogi i zacisnęła powieki. Mył ją wilgotną 

myjką. Nienawidziła jego przewagi. Patrzył na nią jak na należące do niego kobiece ciało.

Skończył ją myć i przez chwilę milczał.

- Spójrz na mnie, Sophie - powiedział wreszcie.

Otworzyła oczy. Nie podobał mu się ich wyraz.

-Postąpiłaś bardzo głupio. To było szaleństwo. Nie podoba mi się, że pokazałaś się 

naga Douglasowi. Nie rozumiem, dlaczego... ale to teraz nie ma znaczenia. Jesteś 

zmęczona. Chcesz spać?

background image

-Tak.

Rozwiązał jej nadgarstki, ale zatrzymał je w dłoniach i rozmasował je delikatnie. A 

kiedy spostrzegł, że Sophie rozgląda się dookoła, powiedział: - Nie, bez koszuli. Przytulimy 

się do siebie.

Łóżko było tak szerokie, że pomieściłoby sześć osób, ale on trzymał ją tuż przy sobie. 

Czuła bicie jego serca.

Ryder zamknął oczy i westchnął.

-Lubię   czuć   twoje   ciało   tuż   obok   siebie   -   powiedział.   -   Jesteś   ciepła   i   gładka. 

Zamknąłem drzwi na klucz. Mam nadzieję, że nie chrapiesz zbyt głośno.

-Chrapię. Chrząkam jak świnia.

-Skąd   możesz   o   tym   wiedzieć?   Wiem,   że   jestem   twoim   pierwszym   mężczyzną, 

pierwszym, który cię tuli nagą. Jeżeli się okaże, że w czasie snu nie jesteś taka słodka i 

delikatna, nie powiem ci o tym. Nie chcę zranić twoich uczuć.

Prychnęła, a on ucałował jej włosy.

Ułożył się na wznak i zamknął oczy. Niech to szlag! Nie dał jej ani trochę rozkoszy, 

ani krzty, ani odrobiny. Właściwie niczego nie zrobił dobrze. I to było dziwne, bo zazwyczaj 

dawał tyle samo, ile brał.

Ale   nie   z   nią.   Będzie   ją   musiał   nauczyć,   jak   ma   zapomnieć   ohydę   minionych 

miesięcy, także jego rolę w tym wszystkim. To trudne, lecz wspaniałe zadanie. Dokona tego. 

Będzie ją musiał nauczyć kochania. Czuł przy sobie jej piersi, bardzo miękkie i delikatne. 

Przypomniał sobie wyraz twarzy Douglasa. Widocznie usłyszał ich kłótnię i szedł sprawdzić, 

co się dzieje. Ale nie robił im wymówek. I był miły dla Sophie.

Niech to piekło pochłonie!

Zasnął.

background image

ROZDZIAŁ 15

Ryder obudził się w środku nocy. Czuł przy sobie miękkie i ciepłe ciało Sophie. Miał 

wzwód. Pragnął jej, chciał ją posiąść już teraz, natychmiast. Zupełnie jakby jej pragnął od 

zawsze. Przewrócił ją na wznak i całując, ułożył tak, aby mu z nią było wygodnie. Po czym 

wszedł w nią, zdecydowanie i głęboko.

Krzyknęła.   Ryder   znieruchomiał,   ale   szaleństwo   zwyciężyło   i   w   jednej   chwili 

wszystkie obietnice, które składał sobie w duchu, że sprawi Sophie przyjemność, uleciały w 

niepamięć. Nieco oprzytomniał, ale to i tak nic nie zmieniło. Odczuwał nieprzepartą żądzę, 

więc naparł na Sophie jeszcze mocniej, a potem prawie z niej wyszedł, dysząc z napięcia i 

dzikiej rozkoszy, a potem jeszcze raz i jeszcze, aż nagle znieruchomiał. Ale znów poczuł 

szaloną chęć posiadania jej, uczynienia jej częścią siebie, związania jej ze sobą. Pragnął to 

zrobić powoli, więc przyciągnął ją mocno i przewrócił się tak, aby Sophie znalazła się na nim. 

Uniósł ją i usadził okrakiem na sobie. Wpiła palce w jego pierś, aby się z niego nie zsunąć. 

Uchwycił ją w pasie, przeniósł dłonie na biodra i podniósł Sophie, a potem ją posadził, żeby 

jej pokazać, czego oczekuje. Wszystkie jego kobiety lubiły od czasu do czasu go ujeżdżać, bo 

wtedy  mogły  nadawać   własny  rytm.  Doprowadzały  go  do  szaleństwa   i  śmiały   się  aż   do 

chwili, gdy tak jak on zaczynały jęczeć i odchylać głowę do tyłu. Ale Sophie nie ruszała się i 

nie jęczała. Tkwił w niej głęboko i zmuszał ją, by wpuściła go jeszcze głębiej. Pierś miała 

wypiętą   do   przodu,   piękną   i   białą.   Ryder   westchnął   i   przycisnął   Sophie   do   siebie.   Było 

ciemno i nie widział wyrazu jej twarzy. Nagle usłyszał jej łkanie. Uniósł się, aby na nią 

spojrzeć z bliska. Miała zamknięte oczy, a po policzkach spływały jej łzy.

Dobry Boże, czyżby  znów zadawał  jej ból? Nie przyszło  mu  do głowy,  że w tej 

pozycji wchodzi w nią bardzo głęboko, co dla Sophie, nienawykłej do uprawiania miłości, 

musi to być bolesne. Szybko zdjął ją z siebie i ułożył z powrotem na wznak. A potem wpełzł 

na nią i wszedł do jej wnętrza, ale już nie tak głęboko.

Chciał z niej wyjść, chciał ją całować i pocieszać, powiedzieć, że nie miał zamiaru 

wchodzić   tak   głęboko,   dopóki   nie   będzie   gotowa   na   jego   przyjęcie,   ale   nagle   Sophie 

poruszyła się, przewracając na bok, i Ryder znów przestał się kontrolować.

Powtórzyło się to, co za pierwszym razem. Odzyskawszy jasność umysłu, Ryder był 

na siebie wściekły. Podparł się na łokciach i czuł pod sobą jej spazmy, czuł bicie jej serca i 

był z siebie bardzo niezadowolony.

- Spij - powiedział i zsunął się z niej, W końcu zasnęła, ale przez długie minuty musiał 

wysłuchiwać jej płaczu.

background image

Następnego   ranka   obudził   się   w   strumieniach   słońca.   Widząc   przy   sobie   Sophie, 

uśmiechnął się, ale zaraz potem przypomniał sobie niepowodzenia minionej nocy. Zachował 

się jak gbur, i to nie raz, a dwa razy z rzędu, samolubny gbur, głupiec, półgłówek. Nie mógł 

tego zrozumieć i czuł obrzydzenie do siebie.

Stało się. Teraz będzie się z nią liczył. Będzie cierpliwy jak nigdy dotąd. Do tej pory 

nigdy nie musiał kobiecie okazywać cierpliwości. Uśmiech, żart, pieszczota i wszystko szło 

jak z płatka. Nie doświadczył sytuacji, w której wymagano by więcej, niż z łatwością i chęcią 

mógł ofiarować. Jego życie wypełniały śmiech i wesołość, przyjemności i beztroska wolność 

- przejażdżki na ulubionym ogierze i przyzwolenie wszystkich kobiet, które znał, kochał i 

utrzymywał. Nie czuł się za nic odpowiedzialny. Żył pogodnie i beztrosko. I dotyczyło to 

również jego dzieci, wszystkich siedmiorga. Oznaczały nie kłopot i obowiązki, ale radość. 

Tak właśnie było. Jego życie zostało zaplanowane przez życzliwe bóstwa. Teraz wszystko 

uległo zmianie. Kobieta, którą sobie wybrał i wprowadził do swego życia, nie chciała go. Nie 

była ani wesoła, ani radosna.

Sophie spała. Uniósł się na łokciu i przyglądał się jej. Włosy miała potargane, twarz 

opuchniętą od płaczu, a jemu wydawała się piękna. Ta dziewczyna nie była pięknością, jak 

niektóre   ze   znanych   mu   dam,   nie   była   diamentem   czystej   wody   jak   Melissanda,   niepra-

wdopodobnie   śliczna   siostra   Alex,   ale   dla   niego   Sophie   była   niewiarygodnie   piękna   i 

niewytłumaczalnie droga. Leciutko pogładził jej brew. Sophie powoli otworzyła oczy. Nie 

poruszyła się i nie odezwała, tylko patrzyła na Rydera. Czuł, że jej napięcie się wzmaga, ale 

nie przejmował się tym.

- Dzień dobry - powiedział i ucałował ją w usta.

Zesztywniała. Jej oczy pociemniały, a potem stały się czujne. Nie będzie tolerował 

takiej obcości. - Przestań, do diabła! Nie skrzywdzę cię więcej, przysięgam.

- Mężczyźni zawsze krzywdzą kobiety.

- Muszę przyznać, że twoje doświadczenie rzeczywiście to potwierdza. Nie zaznałaś 

niczego innego.

-W ciągu ostatniej nocy dwukrotnie zadałeś mi ból. I będziesz to robił ciągle i ciągle, 

bo jesteś mężczyzną i masz więcej siły niż ja i masz nade mną przewagę, i możesz 

mnie zmusić do wszystkiego, czegokolwiek zapragniesz.

-To   wszystko?   Może   powinienem   rozważyć   możliwość   zdeklarowania,   że   będę 

dobry? - Ta udawana beztroska dała mu chwilę do namysłu. Bóg jeden wiedział, że 

przy niej, przy swojej żonie, potrzebował wielu podobnych chwil.

Starała się go odepchnąć, ale leżał nieporuszony. Sapała z wysiłku i Ryder czuł, że 

background image

chce się go jak najszybciej pozbyć. To było irytujące. To było przerażające.

- Nie, Ryderze, nie wierzę ci. Będziesz mnie zmuszał, jak tylko poczujesz ochotę. 

Okłamujesz mnie. Wszyscy mężczyźni kłamią, żeby uzyskać to, czego pragną.

Wypuścił ją i wstał z łóżka.

- Jeszcze mi zaufasz. Nauczysz się mi wierzyć.

Sophie leżała po przeciwnej stronie łóżka. Patrzyła na niego. Ryder dostrzegł w jej 

oczach strach, przeklęty irracjonalny strach, i miał ochotę wyrzucić ją przez okno.

Dostrzegł całą ironię tej sytuacji. Zastanawiał się, jak ma postąpić. Zadzwonił, aby 

przyniesiono gorącą wodę. Ubrał się i wyszedł z sypialni, pozostawiając milczącą Sophie w 

łóżku, nakrytą po sam nos.

-   Tej   nocy   widziałam   Ducha   Dziewicy   -   powiedziała   Sinjun   przy   śniadaniu.   - 

Prawdopodobnie   przyszła   odwiedzić   Sophie,   ale   trafiła   do   niewłaściwej   sypialni.   Pomyśl 

tylko - dodała, zwracając się do bratowej - ciebie także może nawiedzić. Nic ci nie zrobi. To 

nasz rodzinny duch. Po prostu będzie cię chciała przywitać w rodzinie Sherbrooke'ów. Jest z 

nami już bardzo długo i wspominali o niej wszyscy hrabiowie.

-Nie opowiadaj o tym przeklętym duchu - powiedział aktualny hrabia. - Nie ma tu 

żadnych duchów, Sophie. Ten brzdąc ma bardzo wybujałą wyobraźnię. Nie słuchaj jej.

-Prawdziwy duch? Nie żartujesz? - zapytał szeptem Jeremy. Nie chciał rozgniewać 

hrabiego.

-Tak. Opowiem ci o niej. Później, kiedy będziemy jeździć konno.

-Nigdy jej  nie  widziałem  - powiedział  Ryder,  odstawiając filiżankę.  Wziął  do ust 

trochę jajecznicy, spojrzał na swoją żonę i mrugnął do niej porozumiewawczo. - Może 

nas odwiedzi. Chciałabyś?

-Duch. Tak, chciałabym. Kim ona jest?

-Młodą damą, którą mąż zabił, zanim skonsumowali małżeństwo - wyjaśnił Ryder. - 

Chyba w szesnastym wieku. Ma jasne, bardzo długie włosy i jest przezroczysta. Tak 

twierdzi Sinjun. Najwyraźniej ukazuje się tylko kobietom z rodziny.

Alex otworzyła usta i zaraz je zamknęła.

- Wspominają o niej poprzedni hrabiowie Northcliffe - powiedziała Sinjun. - Szkoda, 

że Douglas...

on nie chce o niej słyszeć, a co gorsza, zaklina się, że nie napisze o niej ani słowa.

Hrabia chrząknął i spojrzał ponurym wzrokiem na swoją żonę, która starannie dzieliła 

kawałki łososia na swoim talerzu.

-- Musimy urządzić bal albo uroczyste przyjęcie powiedział Douglas, zwracając się do 

background image

wszystkich żeby przedstawić Sophie w towarzystwie. Do tego czasu Alex zabierze 

Sophie z wizytą do co bardziej znamienitych sąsiadów.

-Czy Tony i Melissanda przyjdą na bal?

-Bez wątpienia, Sinjun - odparła Alex. A potem zwróciła się do Sophie. - Melissanda 

jest moją siostrą. Jest niewiarygodnie piękna i wyszła za mąż za Tony'ego Parrisha, 

wicehrabiego   Rathmore.   On,   Douglas   i   Ryder   są   kuzynami   w   pierwszej   linii. 

Spodobają ci się. Być może przyjedzie również Tysen, najmłodszy z braci. Studiuje w 

Oksfordzie i chce zostać pastorem.

-Ona nie może iść na bal ubrana w suknię Alex, Douglasie - odezwała się hrabina 

matka ostrym tonem.

-Tak, całkowicie się co do tego zgadzam. Zamówiliśmy tę szwaczkę z Rye. Wiesz, 

Alex, tę, która szyła dla ciebie.

-Ach, kochana Melissanda - odezwała się lady Lydia. - Tak bardzo pragnęłam ją mieć 

za synową, ale Douglas mnie nie posłuchał. Potem łudziłam się, że może ty, Ryderze, 

ale Tony okazał się po prostu niemożliwy.

-Tony ją poślubił, lady Lydio - powiedziała Alexandra lekkim tonem. - A zresztą Tony 

zawsze jest niemożliwy. Na tym polega jego wdzięk. Polubisz go, Sophie, a on ciebie. 

A co do Melisandy, cóż, ona także przeważnie bywa zabawna.

Sophie utkwiła wzrok w stygnącej jajecznicy na swoim talerzu. Nie znała ludzi, o 

których  rozmawiano  i nie dbała o nich, tak jak oni nie dbali  o nią. Tony,  tak samo  jak 

mężczyźni   na   Jamajce,   niechybnie   ją   uzna   za   ladacznicę.   Sięgnęła   po   słodką   bułeczkę   i 

skubnęła   kawałek.   Rozmowa   toczyła   się   dalej,   ale   nie   docierała   do   Sophie.   Teściowa 

wygłaszała nowe obelgi, skierowane pod jej adresem.

Nagle poczuła na sobie wzrok Rydera. Uniosła głowę i stwierdziła, że wpatruje się w 

nią, zastygłszy z uniesionym widelcem. Coś było nie w porządku? Czyżby miała masło na 

brodzie? Ryder uśmiechnął się.

- Wyglądasz dziś pięknie, Sophie, ale jesteś trochę blada. Życzę sobie, by moja żona 

miała rumieńce na policzkach. Po śniadaniu włóż strój do konnej jazdy, a pokażę ci moje 

ulubione miejsce. W przeciwieństwie do Douglasa nie spędzam czasu na włóczęgach wzdłuż 

skarpy, która w każdej chwili może się pode mną osunąć. To zupełnie inne miejsce. Sama 

zobaczysz.

Sophie nie miała  pojęcia, co to takiego. Najprawdopodobniej zabierze ją w jakieś 

ustronne miejsce i znów w nią wejdzie. Ból jeszcze nie minął. Mięśnie ud miała napięte i 

obolałe. Nie chciała, aby Ryder znów się do niej zbliżył. Milczała.

background image

Chciała spędzić trochę czasu z Jeremym, ale zanim zdążyła otworzyć usta, Sinjun i 

Jeremy   wstali   od   stołu.   Sophie   patrzyła,   jak  jej   mały   braciszek   chwyta   Sinjun   za   rękę   i 

uśmiecha się do niej. Wyszli razem.

- Sinjun, w przeciwieństwie do ciebie, ma dla niego posmak nowości - powiedział 

Ryder z uśmiechem.

- A my, jako para małżeńska, zainteresujemy go później.

Nie podobało jej się, że tak dobrze wie, co dzieje się w jej głowie. Nie lubiła jego 

nieodpartej  logiki. Niewielu znanych  jej mężczyzn  przejawiało rozsądek. Także Ryder na 

Jamajce nie był rozsądny. Był cyniczny, bezczelny i piekielnie wyrachowany.

- Możemy wejść na chwilę do gabinetu? - Ryder zwrócił się do Douglasa. - Chciałbym 

z tobą porozmawiać, gdy Sophie będzie się przebierać w strój do konnej jazdy.

Lady   Lydia   wystrzeliła   na   odchodnym   ostatnią   salwę:   -   Drogi   chłopcze,   czy   nie 

powinieneś zaprosić na bal Harvestone'ów?

Ponieważ   żaden   z   drogich   chłopców   nie   wiedział,   do   którego   z   nich   skierowano 

pytanie, obydwaj skinęli głowami. Douglas zmarszczył brwi, a Ryder omal nie zaklął.

-Harvestone'owie mają trzy piękne córki - powiedziała lady Lydia. - Właśnie wróciły 

z   Bostonu.   Mają   w   Ameryce   krewnych.   -   A   potem   dodała,   utkwiwszy   w   Sophie 

wymowne spojrzenie. - Nie podoba mi się to.

-Mnie   także   nie,   proszę   pani   -   powiedziała   Sophie,   odłożyła   serwetkę   i   odsunęła 

krzesło,   zanim   lokaj   Jamieson   zdołał   jej   pomóc.   Teściowa   oczywiście   dała   do 

zrozumienia, że jej nie lubi, bo Sophie w jej oczach była nikim.

-Nie śpiesz się, Sophie! - zawołała za nią Alex. - Ryder i Douglas mają mnóstwo 

spraw do omówienia. Nie widzieli się od bardzo dawna, a jak wiesz, są sobie bardzo 

bliscy.

Douglas   zasiadł   za   biurkiem   i   patrzył,   jak   Ryder   wielkimi   krokami   przemierza 

gabinet. Przez chwilę obydwaj milczeli.

-Czarująca dziewczyna - powiedział wreszcie Douglas.

-O, tak.

-Nie zachowuje się jak młoda małżonka. Większość czasu przed twoim powrotem 

spędzała sama. Wygląda na nieszczęśliwą.

Ryder przestał spacerować tylko po to, by zakląć.

-Najpierw myślałem, że tęskni za domem, ale tu chodzi o coś innego.

-Tak.

Ostatniej nocy zaskoczyła mnie. Kompletnie mnie zamurowało. Szedłem właśnie do 

background image

kuchni po mleko dla Alex, gdy zobaczyłem Sophie z twarzą bladą jak ściana, biegnącą przez 

korytarz. Nie musisz mi nic mówić, Ryderze. Ale chciałbym ci pomóc, jeżeli to możliwe. Czy 

to   ty   ją   unieszczęśliwiłeś?   Dowiedziała   się   o   twoich   kobietach?   Skrzywdziłeś   ją?   Jest 

zazdrosna?

-Składa się na to wiele powodów. Dziękuję ci, że się nią zaopiekowałeś do czasu 

mego  powrotu. Wolałbym,  żeby matka  uważała  na to, co mówi, ale  myślę,  że to 

niemożliwe.

-W końcu przebierze się miarka. Jeżeli stanie się nie do wytrzymania, po prostu jej 

zagrożę, że ją przeniosę do jej domu wdowy.

-Wspaniała groźba.

-Właśnie.

Bracia uśmiechnęli się.

- Byłem niesłychanie zaskoczony na widok twojej żony i jej brata na progu domu. 

Hollis  natychmiast  się zorientował,  że to prawdziwa dama  i że jej miejsce  jest tutaj. Na 

początku mnie unikała. Nie miałem pojęcia dlaczego. Byłem dla niej grzeczny, uprzejmy, 

starałem się, żeby poczuła się jak w domu. A potem zorientowałem się, że mi nie ufa. Że mi 

nie ufa jako mężczyźnie. Uznałem to za bardzo dziwne, niewytłumaczalne. Dlaczego ona jest 

nieszczęśliwa, Ryderze?

- Boi się mnie. Prawdopodobnie ciebie także się bała.

Nastąpiło niezręczne milczenie.

-To kompletna bzdura - powiedział wreszcie Douglas. - Dlaczego twoja żona miałaby 

się mnie obawiać? Nic takiego nie zrobiłem. Co więcej, nigdy nie zdarzyło mi się 

spotkać kobiety, która by się bała ciebie. One się za tobą uganiają, nie dają ci spokoju. 

Każda chce zedrzeć z ciebie bryczesy.

-Świat się zmienia.

-Czy możesz mi opowiedzieć, co zaszło na Jamajce? Nie, nie o wuju Brandonie, który 

zapisał ci Kimberly Hall, ale wyjaśnij mi, dlaczego Sophie Stanton - Greville najpierw 

chce być tutaj jako twoja /ona, a potem przerażona ucieka z sypialni.

-To niespecjalnie budująca historia, Douglasie. W jej życiu było wielu mężczyzn, ale 

żaden z nich nic okazał się miły. - Boże, pomyślał, cóż za niesmaczny temat. - Prawda 

jest taka - ciągnął ostrożnie - że okoliczności, w jakich znajdowała się Sophie i wszys-

cy owi mężczyźni, także nie były miłe.

-Doskonale rozumiem. Nie, nie wysilaj się na jeszcze większą dwuznaczność. Jeśli 

zechcesz mi kiedyś o tym opowiedzieć, chętnie cię wysłucham.

background image

-Dziękuję, Douglasie.

-Chłopak jest zachwycający. Urodził się ze szpotawa stopą?

-Tak. Doskonale jeździ konno. Myślisz, że poradzi sobie w Eton?

-Dajmy mu trochę więcej czasu.

-Sophie nienawidzi seksu. Nie znosi, kiedy jej dotykam.

Douglas spojrzał na brata.

- Do diabła, to piekielnie skomplikowane - ciągnął Ryder i przeczesał palcami włosy. - 

Nie powinienem tego mówić o własnej żonie. Sprawa polega na tym, że ona mnie nie pragnie, 

nigdy mnie nie chciała.

Wmanipulowałem ją w to małżeństwo. Wyobrażasz to sobie? Ja w roli chętnego do 

żeniaczki? Ja zmuszający kobietę, by mnie poślubiła? Ale tak było i nie jestem z tego powodu 

zadowolony. Ona w ogóle nie chciała wyjść za mąż.

Douglas słuchał w milczeniu.

- To bardzo dziwne - powiedział w końcu. - Jeżeli zechcesz o tym porozmawiać, 

chętnie cię wysłucham.

A teraz muszę ci coś powiedzieć. Emily powiła bliźnięta. Niestety,  dzieci zmarły. 

Emily chce się z tobą zobaczyć. Powiedziała coś, czego Hollis nie zrozumiał. Coś w rodzaju, 

że tak jest lepiej, bo to było nieuczciwe, że nie chciała ci tego zrobić.

-Zobaczę się z nią, kiedy tylko będę mógł.

-Rozumiesz, o co jej chodziło?

Ryder wzruszył ramionami i wyjrzał przez okno.

Douglas wziął z biurka bardzo piękny onyksowy przycisk do papieru i przełożył go z 

ręki do ręki. - Myślę,  że podjąłeś  decyzję,  co zrobisz ze wszystkimi  twoimi  kobietami  i 

dziećmi.

- Tak. Wiele się nad tym zastanawiałem. W drodze do domu miałem na to mnóstwo 

czasu.

- Cóż to, nie było odpowiednich dam na statku?

Ryder obdarzył go surowym spojrzeniem.

-   Pamiętaj,   Ryderze,   zanim   poślubiłeś   Sophie,   wiodłeś   żywot   wolnego   człowieka. 

Podobnie jak ja przed ślubem.

Ryder uśmiechnął się krzywo.

-Wątpię,   czy   ona   przejęłaby   się,   choćbym   przedefilował   przed   jej   nosem   w 

towarzystwie setki kobiet. Prawdopodobnie błagałaby je, żeby mnie trzymały z dala 

od niej.

background image

-Z żoną nigdy nic nie wiadomo, nawet z taką, która chce cię zabić wzrokiem. Sophie 

może cię bardzo zaskoczyć, jeżeli dowie się o twoich wszystkich dotychczasowych 

kobietach.

-Ha.

Douglas wyjął z szuflady biurka kartkę papieru kancelaryjnego.

-Bieżący stan wynosi siedmioro dzieci. - Zamilkł i spojrzał na brata. - Wiesz o tym. Z 

pewnością zadecydowałeś, co zrobisz w tej sprawie.

-Tak. Zadecydowałem. Jestem teraz człowiekiem żonatym. W moim życiu nie będzie 

już żadnych kobiet.

Hrabia usiadł w fotelu.

-Cieszę się, że postanowiłeś dochować wierności żonie. Utrzymywanie takiej gromady 

obciążyłoby nawet najsilniejszego mężczyznę. Wierność ma swoje dobre strony.

-Zgadzam się - powiedział Ryder, a potem zdziwił się własnymi słowami. - Nie mogę 

w to uwierzyć, ale się zgadzam. Pragnąć tylko jednej kobiety to prawdziwa rewelacja. 

A chcę Sophie, i tylko Sophie. Dobry Boże, to zupełnie niewiarygodne, ale wiem, że 

jest właśnie tak.

-Ja także przekonałem się, że żona to bezcenny skarb. Posiadanie żony to coś znacznie 

lepszego niż wszystko, co dotychczas przeżyłem.

-Alex jest pierwszorzędna. Cieszę się, że wasze sprawy dobrze się ułożyły.

-O,   tak.   Ułożyły   się.   Ale   to   długa   historia.   Opowiem   ci   ją   któregoś   zimowego 

wieczoru. To z pewnością bardziej zajmujące niż spisywanie wydarzeń z Duchem 

Dziewicy w roli głównej. - Hrabia wstał. - Czeka cię nie lada zadanie, chłopie. Jednak 

nic, co naprawdę ważne, nie przychodzi łatwo.

-Już doceniłem Sophie, jeżeli do tego pijesz. To dziwne, ale naprawdę ją doceniam. 

Powiedziałeś mi kiedyś, że rozkwitam w obliczu trudnych wyzwań, im wyżej mierzę, 

tym łatwiej o sukces. Nie przegram, Douglasie. Nie mogę.

-To znaczy, że ją kochasz.

-Mówisz   bzdury,   Douglasie.   Miłość   -   słowo,   które   przyprawia   mnie   o   mdłości. 

Błagam cię, nie zacznij mnie zanudzać opowieściami o tym, jak bardzo uwielbiasz i 

podziwiasz Alex, bo widzę, że jesteś zupełnie ogłupiały na jej punkcie. Ale miłość? 

Nie zrozum mnie źle. Lubię Sophie, pewnie, że ją lubię. Pragnę jej i czuję przy niej 

coś,  czego   nie   odczuwałem   nigdy  dotąd.   Chcę,  żeby  była  szczęśliwa.  Chcę,   żeby 

uwierzyła,  że   jest  dla  mnie   ważna.  To   wszystko,  nic   więcej,  ale  i   tak  wystarczy. 

Złapała mnie na całe życie. Douglas spojrzał na brata i uniósł brew.

background image

- Nie widziałeś jej na Jamajce. Wyobrażasz sobie, że to nieszczęsna, cicha myszka. A 

to prawdziwa diablica z piekła rodem, Douglasie, diablica wcielona.

Chciałem   ją  poskromić,   podporządkować  sobie.  - Potrząsnął  głową  i  znów  zaczął 

przemierzać gabinet.

-Wolałbym, żeby diablica wróciła. - Uśmiechnął się.

-Była niesforna, narowista i wygadana. Douglas przyglądał się bratu.

Sophie   uśmiechała   się.   Nie   mogła   się   opanować.   Jej   własna   klacz   była   tutaj,   w 

Northcliffe.  Ryder   przywiózł   ją  z  Jamajki.   Sophie   pochyliła  się   i  pogłaskała   długą  szyję 

klaczy. - Tęskniłam za tobą - powiedziała i odrzuciwszy głowę, pogalopowała przed siebie.

Podziękowała Ryderowi. Była tak wstrząśnięta tym, co dla niej uczynił, że okazała mu 

szczerą wdzięczność. Ryder był  zupełnie inny.  Jego dobroć i uprzejmość wprawiały ją w 

zakłopotanie, podobnie jak bezbrzeżna wyrozumiałość.

Ryder tylko wzruszył ramionami i powiedział: - Spasłaby się na śmierć, gdybym ją 

zostawił w Camille Hall. Była tłusta i leniwa i za każdym razem, kiedy wchodziłem do stajni, 

spoglądała   na   mnie   smutnym   okiem.   Rżała,   zupełnie   jakby   wymawiała   twoje   imię.   Co 

miałem zrobić?

- Dziękuję ci - powtórzyła Sophie.

Ryder  jechał  obok, zadowolony,  że  sprawił jej  przyjemność.  Wiedział,  że  mile  ją 

zaskoczył. Była mu zobowiązana. Zastanawiał się, co zrobi, żeby mu odpłacić. Znał ją dość 

dobrze, by wiedzieć, że Sophie poczuje się jego dłużniczką.

Kiedy   zachęciła   klacz   do   galopu,   Ryder   puścił   ją   przodem   wąską   wiejską   drogą, 

biegnącą wzdłuż północnych granic posiadłości Northcliffe. Wstrzymał swego ogiera, który 

był czarny jak sam grzech, a wytrzymałością przewyższał dwadzieścia portugalskich mułów.

Zaczął   sobie   pogwizdywać.   Nareszcie   w   domu.   Dzień   był   wspaniały,   ciepły   i 

pogodny.  A on przypodobał się żonie. Sprawy miały się dobrze. Ryder wiedział, jak ma 

postąpić ze swoimi kobietami. A co do dzieci, należało po prostu powiedzieć o nich Sophie, 

ale we właściwej chwili. Tęsknił za nimi. Pojedzie i zobaczy się z nimi jutro. Dla wszystkich 

przywiózł prezenty.

Sophie skręciła i wjechała w cień ogromnego dębu, starego jak kredowe skały klifu, 

ciągnącego się kilka kilometrów na południe. Odetchnęła głęboko i stwierdziła, że czuje się 

doskonale. Ryder zachowywał się, jak przystało człowiekowi cywilizowanemu. Poza minioną 

nocą. Okazał się wtedy arogancki i bezwzględny jak na Jamajce. Być może dzisiaj zdał sobie 

sprawę,   że   Sophie   nie   chce,   by   jej   dotykał,   może   po   prostu   będzie   miły   i   kulturalny. 

Zmarszczyła brwi.

background image

Czekała na niego kilka minut, a potem zawróciła, żeby sprawdzić, czy nie wyjeżdża 

zza zakrętu. Ani śladu Rydera.

Poczekała jeszcze chwilę, a potem zawróciła na drogę. Poczuła ukłucie niepokoju. 

Czyżby mu się stało coś złego?

Wreszcie   go   dostrzegła.   Nic   mu   nie   było.   Wstrzymał   konia   na   środku   drogi   i   w 

najlepsze rozmawiał z jakąś siedzącą na gniadej klaczy kobietą. Sophie zobaczyła, jak kobieta 

wyciągnęła rękę i lekko dotknęła rękawa Rydera. Nawet z daleka dostrzegła uśmiech Rydera, 

błysk jego białych zębów. Nachylił się ku kobiecie.

Sophie poczuła, że coś się w niej poruszyło. Coś się w niej zbuntowało i zawrzało. 

Zacisnęła szczęki i ściągnęła cugle.

Nie zdając sobie sprawy z tego, co robi, wbiła pięty w tłuste boki klaczy i skierowała 

ją wprost na swego męża i zuchwałą nieznajomą, która wyglądała, jakby zaraz miała się 

przesiąść na konia Rydera.

Ryder uniósł głowę i spostrzegł galopującą na niego żonę. Twarz miała bladą, ponurą i 

zaciętą. Jezu, gotowa była zabić. Uśmiechnął się radośnie. Na początku był zły, że Sara go 

zatrzymała.  Ale teraz, widząc  Sophie galopującą  i najwyraźniej  złą jak osa, ucieszył  się. 

Gniew, w przeciwieństwie do obojętności, zdradza uczucia.

Sara wciąż coś  mówiła.  Nie spostrzegła  jeszcze  pędzącej  na nich wariatki.  Pytała 

Rydera, czy nie chce jej pocałować. Pochyliła się ku niemu i Ryder poczuł na policzku jej 

słodkie usta. Wyciągnęła dłoń w rękawiczce i ujęła go pod brodę, aby zwrócić jego głowę ku 

sobie. Ryder otworzył usta, by ją powstrzymać, ale zaraz je zamknął. Dobrze, niech Sophie 

zobaczy, jak całuje go inna kobieta. Usta Sary były gładkie i świeże, ale Ryder nie czuł nic 

poza zniecierpliwieniem. Chciał się dowiedzieć, jak zareaguje Sophie. Była tuż, tuż. Ryder 

cofnął konia, żeby ich nie stratowała. Sara spojrzała na Sophie i zbladła.

- Kim jesteś, do diabła?

To był głos Sophie. Ryder nie słyszał podobnego tonu od przeszło dwóch miesięcy. 

Był zimny, pełen złości i arogancki. Uwielbiał ten ton. W oczach Sophie płonął ogień.

- Trzymaj się z daleka od mego męża!

- Z daleka od kogo?

Nieszczęsna Sara usiłowała cofnąć swoją klacz, ale zwierzę ani drgnęło.

- Słyszałaś? Co mu powiedziałaś? Dlaczego go dotykałaś? Jak śmiesz go całować? 

Trzymaj łapska przy sobie! I odsuń te swoje bezwstydne usta!

Sara zamrugała z niedowierzaniem. Odwróciła się od Sophie i spojrzała na Rydera, 

który leniwie usadził ogiera i nie spuszczał oczu z twarzy żony. Uśmiechał się. Oczy mu 

background image

lśniły. Wyglądał arogancko, ale w jego niebieskich oczach nie błyszczał cynizm, lecz zado-

wolenie i Sara nie mogła tego zrozumieć.

- To twoja żona, Ryderze?

Ryder spojrzał na Sarę i skinął głową. - Właśnie miałem ci powiedzieć, ale wjechała 

na nas jak furia. Sophie, schowaj pazurki. Oto Sara Clockwell, moja przyjaciółka. Saro, oto 

moja żona Sophie.

W   tej   samej   chwili   Sophie   zdała   sobie   sprawę,   co   uczyniła.   Zachowała   się   jak 

sekutnica, jak zazdrosna megiera. Wrzeszczała i przeklinała, no i obraziła tę kobietę. A Ryder 

był  z tego zadowolony.  Wyglądał na uszczęśliwionego. Poczuła się poniżona, obnażona i 

niepewna siebie. Właściwie nie wiedziała, czemu się tak zachowała.

W   milczeniu   skinęła   głową   kobiecie.   Sara   milczała   jak   grób.   Była   bardzo   ładną 

kobietą o dużym biuście, z niepewnym uśmiechem na szerokich ustach.

-   Bardzo   przepraszam   -   powiedziała   Sophie,   zwracając   się   do   męża   -   że 

przeszkodziłam   ci   w   rozmowie   z   przyjaciółką.   Ponieważ   nie   widzieliście   się   od   kilku 

miesięcy, zostawiam was, abyście odnowili znajomość.

Zawróciła i odjechała, jakby ją kto gonił. Ryder uśmiechnął się, spoglądając na nią. W 

jego   oczach   lśniły   złośliwe   iskierki.   Douglas   miał   rację,   mówiąc,   że   Sophie   jeszcze   go 

zaskoczy. To było wspaniałe. Słodki Boże, zaświtała mu nadzieja.

- To twoja żona, Ryderze?

W jej głosie nie było urazy, tylko najwyższe zdumienie.

Ryder odwrócił się i spojrzał w zdziwione oczy Sary. - Tak. Moja żona. Do wczoraj 

byliśmy rozłączeni. Prawdziwa diablica, prawda? Szczerze wyraża swoje uczucia. Wybacz 

jej, jest o mnie zazdrosna. I to mi się podoba. - Zatarł dłonie.

-Po... podoba ci się? - wyjąkała Sara, starając się pojąć dziwaczne zachowanie Rydera. 

- Nigdy nie chciałeś, żeby kobiety były o ciebie zazdrosne. Beatrice powiedziała. .. - 

przerwała i spłonęła rumieńcem.

-Ty i Bea? Dalej, powiedz mi prawdę, Saro.

-Bea mi powiedziała, że nie znosisz żadnych podejrzeń ani poleceń. Powiedziała, że 

nie lubisz, kiedy kobieta jest poważna... Powiedziała też, że jesteś honorowy i kobieta 

może mieć do ciebie zaufanie. Powiedziała, że jesteś lekkoduchem i lubisz się bawić. 

Powiedziała, że zawsze dajesz kobietom rozkosz. A ja powiedziałam, że doskonale o 

tym wiem.

Ryder   milczał.   A   więc   jego   kochanki   rozmawiały   o   nim.   Poczuł   się   nieswojo. 

Oczywiście, mężczyźni rozprawiali o kochankach, ale to normalne. Ale kobiety rozmawiające 

background image

o nim?

- Bea jest w błędzie - powiedział bardzo cicho.

- Sophie ma bardzo silną wolę i myślę, że moje przygody z innymi damami odeszły w 

przeszłość.

-I to ci naprawdę nie przeszkadza? Uśmiechnął się szeroko.

-Ale ja chciałam się z tobą spotkać, powiedzieć ci...

-Że co, Saro?

- Że wychodzę za Davida Dabbsa - powiedziała pośpiesznie. - Ma farmę niedaleko 

Swinley.

- Moje gratulacje. W takim razie nie jestem ci już potrzebny.

Sara pokręciła niepewnie głową. W końcu zdecydowała, że najbezpieczniej będzie 

wybuchnąć śmiechem. Sara nigdy nie umiała się śmiać, kiedy tego po niej oczekiwano. Ale to 

nie zrażało Rydera. Uwielbiał jej wielki biust, jej małe uszka. Zawsze powtarzał, nawet w 

trakcie aktu miłosnego, że jej uszy smakują jak brzoskwinie. Nie rozumiała go, ale miała z 

nim więcej przyjemności, niż się spodziewała od surowego Davida. Ale mąż - to mąż, zostaną 

razem   aż   po   grób.   A   teraz   Ryder   także   został   mężem.   To   zadziwiające   i   zupełnie 

niewiarygodne, ale wyglądał na zadowolonego. A jego żona była zachłanna i zazdrosna.

- Musisz za nią jechać, Ryderze. Jest rozgniewana, bo zobaczyła cię ze mną. Jest zła, 

że cię pocałowałam.

Ryder uśmiechnął się. Sara sprawiała wrażenie zadowolonej, że Sophie jest o niego 

zazdrosna. Może kiedyś Sophie stanie się bardziej szczera i nie będzie musiał odgadywać jej 

myśli. Pochylił się i pocałował Sarę w policzek.

- Życzę ci szczęścia u boku Davida, Saro. Żegnaj.

Nie pojechał za żoną. Zawrócił w kierunku Northcliffe. Niech Sophie sama pije piwo, 

którego nawarzyła. Nie miał jej zamiaru przepraszać za Sarę ani za żadną inną. Ciekawe, co 

ona teraz robi?

Pogwizdując, ruszył galopem do domu.

background image

ROZDZIAŁ 16

Sophie wróciła godzinę po Ryderze. Czuła się głupio. Najchętniej wymierzyłaby sobie 

klapsa. Po prostu nie rozumiała własnego zachowania. Zostawiła klacz w stajni nad wielkim 

wiadrem owsa, porozmawiała z głównym stajennym McCallumem, który był sympatycznym 

zrzędą i spoglądał na Sophie tak, jakby była koniem, a następnie ruszyła w kierunku domu. 

Nagle zatrzymała się, nie wierząc własnym oczom. To nie może być prawda. Znowu to samo? 

Na frontowych schodach stała młoda, bardzo ładna kobieta o ciemnych włosach. Ryder stał 

stopień niżej. Kobieta pochylała się nad Ryderem i opierała dłoń na jego prawym ramieniu. 

Mówił coś do niej, a ona kiwała głową. Sophie poczuła, że po raz drugi tego popołudnia 

wywracają   jej   się   wnętrzności.   Zacisnęła   zęby.   Wszelkie   racjonalne   myśli   uleciały   z   jej 

głowy.

- Ty przeklęty łobuzie! - wrzasnęła do męża, grożąc mu pięścią.

Uniosła spódnicę i ruszyła w kierunku rozmawiających.

- Jak śmiesz? Odczep się od mego męża. Jeżeli spróbujesz go pocałować, wyłamię ci 

ramię!

Tess Stockley zamarła. A ponieważ nie była głupia, szybko odstąpiła do tyłu.

- Na Boga, Ryderze, któż to taki? Wygląda jak wariatka. Nie rozumiem... czy to jedna 

z twoich kobiet? Bardzo dziwne. Dlaczego ona się tak złości?

Z pewnością wie, że jest tylko jedną z wielu.

Ryder   milczał.   Patrzył   na   pędzącą   ku   nim   Sophie.   Biegła,   wysoko   zadzierając 

spódnicę, żeby się nie przewrócić. Ryder z przyjemnością zerkał na jej kostki i bawił go 

widok złości malującej się na jej twarzy. Włosy wysunęły się jej z wysoko upiętego koka i 

grube pasma  zwisały po obu stronach głowy.  Uroczy kapelusz do konnej jazdy spadł na 

ziemię.

Wariatka, naprawdę wariatka - jego wariatka. Cóż za cudowne określenie. Powróciło 

przysłowiowe szczęście Sherbrooke'ów. Skrzyżował ręce na piersi i z bijącym sercem czekał, 

co   będzie   dalej.   Zazwyczaj   jego   kobiety   nie   pojawiały   się   w   Northcliffe,   ale   Tess   była 

zaniepokojona długą nieobecnością Rydera. Bea powiedziała jej, że nie ma powodu do obaw, 

bo Ryder jak kot, zawsze spada na cztery łapy, ale Tess nie wytrzymała i przyszła sprawdzić, 

co się dzieje. Widząc, że Ryder jest cały i zdrowy, omal nie rozpłakała się ze szczęścia. I 

wtedy... pojawiła - się ta wrzeszcząca dziewczyna.

Ryder uśmiechał - się tak szeroko, aż bolała go szczęka.

-Witaj, Sophie! - zawołał. - Odprowadziłaś klacz do stajni? Nakarmiłaś ją? Chcesz 

background image

porozmawiać   z   Tess?   To   moja   przyjaciółka.   Podejdź   i   zapoznaj   się   z   nią. 

Rozmawiamy o Jamajce i podróży statkiem...

-Ty nędzny zdrajco! Jeszcze jedna? Ile masz kobiet? Wszystkie są młode i piękne? Za 

wszystkie swoje grzechy powinieneś zostać powieszony, zastrzelony i wypatroszony! 

Powinnam cię... - głos zamarł jej w gardle. Sophie zbladła. Potrząsnęła głową i po 

koku   nie   było   już   śladu.   Włosy   rozsypały   się   na   plecach.   -   O   nie,   tego   nie 

powiedziałam.

Uniosła spódnicę i pobiegła do ogrodu, w kierunku greckich posągów. Niech sobie 

obejrzy tych  golasów, pomyślał  Ryder.  Pomyślał,  że nieźle  byłoby się z nią kochać pod 

kiepską marmurową kopią Zeusa uwodzącego Ledę.

Zwrócił się ku Tess, która z niedowierzaniem spoglądała na uciekającą Sophie. - To 

moja żona - powiedział z uszczęśliwionym uśmiechem. - Nazywa się Sophie Sherbrooke. Jest 

o mnie bardzo zazdrosna. Musisz się od niej trzymać z daleka.

- Kto taki?

Ryder  poczuł irytację. Czy jego ożenek naprawdę jest tak szokujący,  że wszędzie 

spotyka się z niedowierzaniem?

-   Moja   żona,   do   diabła.   A   teraz,   Tess,   skoro   już   wiesz,   że   jestem   człowiekiem 

żonatym, muszę ci zakomunikować, że nie będę się z tobą widywał. Chociaż... - zamilkł i 

uśmiechnął się - chociaż spędziliśmy razem miłe chwile. Ale teraz musimy z tym skończyć. 

Masz zamiar wyjść za mąż?

Tess patrzyła na niego, jakby miał dwie głowy.

-Ależ ty kochasz kobiety. Bea mówi, że potrzebujesz odmiany i...

-Kimże jest Bea? Waszą matką przełożoną? Zaprasza was wszystkie na podwieczorki 

i udziela rad? Sophie jest moją żoną. Jeśli masz zamiar zmienić wkrótce stan cywilny, 

pozwól, że ci coś powiem. W Southampton znam pewnego bardzo miłego mężczyznę. 

Jest   pierwszym   oficerem   na   berkantynie.   Solidny   człowiek,   godny   podziwu, 

naprawdę. Bardzo męski typ, ma ramiona silne jak konary dębu.

Tess przyglądała mu się przez dłuższą chwilę. - Dziewczyna powinna wyjść za mąż - 

powiedziała wreszcie. - Sara mówi, że mężowie mogą bekać i chrapać, ale są z nami przez 

całe życie. Jak on się nazywa?

Ryder podał jej nazwisko. Tess wyraziła zainteresowanie.

Wchodząc do holu, Ryder czuł się wspaniale. Dałby wiele, aby móc uczestniczyć w 

podwieczorku, na którym zbierały się jego kochanki.

Dochodziła północ. Ryder przetarł oczy i jeszcze raz przejrzał listę, którą sporządził 

background image

podczas podróży powrotnej z Jamajki. Był zadowolony. Opadł na oparcie fotela i na chwilę 

zamknął oczy.

Wyobraził sobie Sophie w małżeńskim łóżku. Prawdopodobnie jeszcze nie usnęła i 

leży przestraszona, że przyjdzie i zechce ją znów zmuszać do pieszczot miłosnych, Ucząc na 

to, że przez sen nie będzie się przed nim broniła. Ale on nie przyszedł  do  sypialni i miał 

zamiar jeszcze z tym poczekać. Niech się zastanawia, co jej mąż robi. Nie powiedział ani 

słowa   na   temat   jej   zachowania.   Ani   słowa.   Jeżeli   w   jego   oczach   pojawiał   się 

porozumiewawczy błysk, kiedy na nią spoglądał, trudno, nie umiał nic na to poradzić. Trak-

tował   ją   w   niesłychanie   uprzejmy   sposób.   Sophie   była   najeżona,   Ryder   rozpoznawał 

symptomy.  Wydawało mu się, że czyta  w jej myślach. Znał się na kobietach. A Sophie, 

chociaż   taka   skryta,   także   była   jedną   z   nich.   Obecność   gadatliwej   rodziny   okazała   się 

pomocna. Po kolacji Ryder odesłał żonę do łóżka, pogładziwszy ją po policzku. Spojrzała na 

niego wściekła i zdumiona. Bardzo obiecujące.

Ryder otrząsnął się z rozmyślań i wypisał na kartce jeszcze jedno nazwisko. Joseph 

Beefly. Kiepskie nazwisko, ale mężczyzna był solidny i miły. Niejednej dziewczynie mógłby 

się trafić znacznie gorszy mąż. Miał wydatny brzuch, ale nie pił zbyt wiele i nie maltretował 

kobiet.   Nie   miał   nieświeżego   oddechu   i   kąpał   się   wystarczająco   często.   Ryder   był 

przekonany,   że   Emily   dogada   się   z   Josephem.   Zgodnie   z   tym,   co   powiedziała   Bea   i 

powtórzyła Tess, mąż to mąż, ktoś na całe życie. Ryder zapatrzył się w zamyśleniu w płomień 

świecy.

Lista, którą sporządził, była imponująca, a udało mu się dodać jeszcze kilka nazwisk. 

Przy nazwisku każdej z kobiet zdołał zapisać co najmniej cztery nazwiska mężczyzn. Dobrze, 

że   spędził   tu   całe   swoje   życie.   Znał   prawie   wszystkich   w   promieniu   siedemdziesięciu 

kilometrów. Dzięki Bogu, mieszkało tu wielu mężczyzn. Ważny był również odpowiedni do-

bór. Nie wszystkie kobiety pragną wyjść za mąż, ale Ryder chciał mieć pewność, że każda z 

nich będzie miała w czym wybierać. Jeżeli zechcą wziąć ślub, da im posagi. Te, które nie 

zechcą...   cóż,   te   również   wyposaży.   Zastanawiał   się,   czy   powinien   także   zestawić   listę 

ewentualnych opiekunów w Londynie. Nie, to byłoby zbyt ordynarne, nazbyt prymitywne jak 

na człowieka jego pokroju.

Pomyślał o swoich dzieciach i uśmiechnął się. One zawsze były obecne w jego życiu i 

takimi pozostaną. Ani przez chwilę nie wątpił, że pojawią się nowe. Boże, jak bardzo za nimi 

tęsknił. Z radością wyglądał nadchodzącego dnia.

W końcu poczuł zmęczenie i uznał, że Sophie dość długo czeka w niepewności. Wstał 

i przeciągnął się. Zdmuchnął świecę. Znał każdy centymetr domu i nie musiał sobie oświetlać 

background image

drogi.

Sophie nie spała. Siedziała na łóżku, wpatrując się w przeciwległy kąt sypialni. Ryder 

prędko zapalił świecę i cicho podszedł do łóżka. W pierwszej chwili Sophie w ogóle go nie 

dostrzegła. A potem zwróciła ku niemu twarz i Ryder spostrzegł, że jest bardzo blada, ma 

rozszerzone źrenice i mruży oczy przed światłem świecy.

- Co się stało? Miałaś zły sen?

Sophie   pokręciła   głową.   Ryder   przyglądał   się   jej   splątanym   gęstym   włosom, 

opadającym na twarz i ramiona. Oblizała wargi. Zacisnęła pięści na brzegu kołdry.

-Wydaje mi się, że ukazał mi się wasz Duch Dziewicy.

-Słucham?

-Duch Dziewicy - duch dworu Sherbrooke'ów. Myślę,  że Sinjun miała  rację. Ona 

chciała mnie powitać w waszej przeklętej rodzinie.

-Koszałki opałki. Przyśniło ci się, ot, i wszystko.

Sophie pokręciła głową. Na początku była przestraszona, bardzo przestraszona. Ale 

młoda kobieta, prawdopodobnie duch, spojrzała na Sophie i było tak, jakby mówiła, chociaż 

jej usta się nie poruszały. Sophie słyszała jednak łagodny głos, który zabrzmiał cicho, ale z 

wielkim przekonaniem: - Nie obawiaj się. Nawet jeżeli tu przyjdą, wszystko będzie dobrze.

- Kto? - spytała Sophie głośno. - Kogo masz na myśli?

Młoda   kobieta   zamigotała   w   przyćmionym   świetle,   zalśniła   i   zniknęła,   chociaż 

właściwie nie wykonała żadnego ruchu. Sophie wyraźnie ją widziała, chociaż w sypialni było 

ciemno, zbyt ciemno, żeby zauważyć szczegóły, które jednak spostrzegła. A potem, kiedy 

Ryder wszedł do pokoju, postać po prostu zniknęła.

-Duch Dziewicy nie istnieje, Sophie. To po prostu legenda, nic więcej. Sinjun jest 

bardzo   pomysłowa   -   nie   zdziwiłbym   się,   gdyby   się   okazało,   że   to   ona   czasami 

odgrywa nieszczęsną młodą damę, żeby się zabawić naszym kosztem. A ty miałaś 

tylko dziwny sen.

-Nie, to nie był sen. Ona do mnie przemówiła. To znaczy właściwie nie mówiła, ale ja 

ją słyszałam, i słowa brzmiały bardzo wyraźnie.

Ryder postawił świecę na stoliku nocnym i usiadł na łóżku obok Sophie, nie dotykając 

jej.

- Jakie to były słowa, których właściwie nie wypowiedziała?

- Powiedziała, żebym się nie bała, bo nawet jeśli oni przyjdą, wszystko będzie dobrze.

Ryder zamyślił się. Czegoś takiego zupełnie się nie spodziewał. Podejrzewał raczej, że 

wiadomość dotyczyć mogła ukrytego skarbu lub czegoś w tym rodzaju. Może proroctwa, że 

background image

Sophie urodzi bliźnięta, które dorosną, by poślubić kogoś z rodziny królewskiej.

-Do diabła, a cóż to może znaczyć? Na miłość boską, jacy oni?

-Spytałam ją, ale ona zniknęła. Wtedy ty wszedłeś. Myślę, że ją wystraszyłeś.

-Bzdura.

Sophie zwróciła się ku niemu  i w tej samej  chwili zdała sobie sprawę, że jest w 

koszuli nocnej, a Ryder siedzi tuż obok, dzięki Bogu całkowicie ubrany, ale jednak. Był przy 

niej,   siedział   na   łóżku   i   był   jej   mężem.   Zapomniała   o   duchu   i   o   usłyszanych   słowach. 

Zapomniała o swoim okropnym zachowaniu. Zapomniała nawet o dwóch ładnych kobietach. 

Zaczęła bardzo powoli odsuwać się od Rydera, aż znalazła się na drugim brzegu łóżka.

Ryder udawał, że tego nie widzi. Wstał, przeciągnął się i zaczął się rozbierać.

Nie będzie na niego patrzyła. Tym razem nie będzie.

-Co robiłeś? Jest bardzo późno.

-Ach, to i owo.

-Spędzałeś czas z legionem swoich kobiet, prawda?

-Z legionem? Nie starczyłoby ich nawet na niewielki batalion. Jestem tylko jeden, 

Sophie, bez względu na to, co sądzisz o mojej sile i żywotności.

-Nie obchodzi mnie to. Mam w nosie historie o twoich podbojach. Żartujesz sobie ze 

mnie, kpisz sobie, a ja tego nie lubię. Utrzymuj setkę kobiet, utrzymuj ich pięćset. 

Mnie to nie obchodzi.

-Jesteś   tego   pewna,   Sophie?   Widziałaś   dziś   tylko   dwie   i   wpadłaś   w   wielką, 

zachwycającą złość.

Sophie spojrzała na nagiego Rydera. Był wysoki i gładki, bardzo dobrze zbudowany, 

musiała to przyznać. Odwróciła wzrok w stronę drzwi.

-Nie pozwolę na bieganinę po korytarzu. Chcę być jedynym mężczyzną, który ogląda 

cię w nocnej bieliźnie.

-Bardzo się tego wstydzę. Nie mogłam dziś spojrzeć w twarz twemu bratu.

-Domyślam się. Ale może Douglas jest krótkowidzem. A teraz oczyśćmy atmosferę i 

wyjaśnijmy sobie pewne sprawy. Przez - cały wieczór czułem, że chcesz mi natrzeć 

uszu. Proszę bardzo, daj upust złości, wyraź swój słuszny kobiecy gniew.

-Chciałbyś tego, prawda? Chciałbyś, żebym na ciebie nawrzeszczała, poczułbyś się 

wtedy bardzo ważny. Mężczyźni lubią, kiedy kobiety o nich walczą, lubią czuć się 

ośrodkiem   zainteresowania.   Więc   ci  powiem,   Ryderze   Sherbrooke.   Nie  czuję  nic! 

Kompletnie nic, mniej niż nic. Byłam trochę rozgniewana ze względu na twego brata. 

Dla   hrabiego   musi   to   być   kłopotliwe.   Te   wszystkie   kobiety   uganiające   się   wokół 

background image

Northcliffe Hall, wiszące na twoim ramieniu, szepczące ci do ucha i obcałowujące cię.

-Och, znam tę śpiewkę. Słyszałem ją kilkanaście razy.

Podrapał się po brzuchu. Sophie nie spuszczała oczu z jego długich palców. Nie był 

specjalnie owłosiony, ale gęste brązowe włosy na podbrzuszu... zmusiła się, by przenieść 

wzrok na jego twarz. Ryder czuł, że Sophie mu się przygląda.

- Na Boga, chcesz, żebym ci uwierzył, że wszystkie twoje wrzaski i przekleństwa były 

tylko w obronie nieszczęsnego Douglasa, zagrożonego przez moje kobiety?

Sophie wiedziała, że kopie pod sobą dół, tunel, który w końcu dotrze do samych Chin. 

Musi położyć temu kres. Zagryzła usta tak mocno, że poczuła ból. Pokręciła głową.

-Cieszę się, że zaczęłaś nad sobą panować, moja droga żono. Ale jeśli masz ochotę 

wygłosić jakąś tyradę, to proszę bardzo, nie krępuj się.

-Idź do diabła! - powiedziała Sophie i całą uwagę skupiła na tym, by nie otwierać 

więcej ust.

Ryder uniósł ręce nad głową i przeciągnął się. Znów mu się przyglądała, a on o tym 

wiedział. Jego męskość zwiększyła rozmiary, nic nie mógł na to poradzić. Przypatrywała mu 

się   przez   dłuższą   chwilę,   a   potem,   uświadomiwszy   sobie,   co   czyni,   odwróciła   wzrok   i 

spojrzała w ciemność za oknem.

- Sara i Tess były przerażone - powiedział Ryder, chcąc dodać oliwy do ognia. - Nie 

mogły się pogodzić z myślą, że toleruję zazdrosną żonę.

Sophie nie połknęła haczyka.

Uśmiechnął się z zadowoleniem. Uniósł kołdrę i położył się na łóżku.

Sophie poczuła, jak łóżko zapadło się pod jego ciężarem i pomyślała, że jeśli ma 

uciekać, to teraz nastąpił odpowiedni moment.

-Nie, Sophie.

-Co nie, ty samochwało?

- Nie próbuj uciekać. Zamknąłem drzwi na klucz.

To było po prostu śmieszne. Sophie zamknęła na chwilę oczy, a potem zwróciła się ku 

niemu.

- Ryderze - powiedziała - nie chcę, żebyś mnie znowu zmuszał. Nie poniżaj mnie i nie 

każ się błagać.

- Połóż się Sophie. Na wznak.

Potrząsnęła głową.

-Jak sobie chcesz. Jeżeli będziesz dla mnie dobra, opowiem ci coś. Chcesz?

-Nie - odparła, ale się położyła.

background image

-   Dobrze.   -   Ryder   położył   się   obok   niej   i   przyjrzał   się   jej   twarzy.   Piękna   twarz. 

Dotknął palcem czubka jej nosa. - Cieszę się, że tu jesteś - powiedział.

-Dlaczego?

-Bo   jesteś   taka,   jaka   jesteś,   i   odnalazłem   cię   dzięki   szczęśliwemu   splotowi 

okoliczności, a co więcej, miałem dość rozsądku, żeby się z tobą ożenić.

-Bzdura. Jestem niczym. Kiedy wreszcie to sobie uświadomisz? Po prostu zostałeś 

wciągnięty w serię dziwnych wydarzeń. Ulitowałeś się nade mną i nic więcej. Twoja 

matka mną pogardza. Nie pasuję tutaj. Proszę cię, Ryderze...

-Zastanawiałem się nad tym - powiedział powoli i pogładził palcami policzek Sophie, 

jej nos i usta.

Rzeczywiście tu nie pasujesz.

Zamarła, poczuła gwałtowny, nieoczekiwany ból.

-Nie, nie zrozum mnie źle. To nie jest twój dom. Tutaj panią domu jest Alex, chociaż 

wydaje mi się, że nieszczęsna dziewczyna musi o wszystko walczyć z moją matką. To 

nie   jest   twój   dom.   Mam   Dom   na   Wrzosowiskach,   niedaleko   Truskawkowego 

Wzgórza, gdzie mieszkają mój kuzyn Tony Parrish i jego żona, Melissanda.

-Masz dom?

-Nigdy tam nie mieszkałem. Jeżdżę trzy, cztery razy w roku. Posiadłość ma sporo 

ziemi uprawnej, na której mieszka dwadzieścia rodzin dzierżawców. Mam zarządcę, 

Allena   Dubusta,   który  zajmuje   się   wszystkimi   sprawami.   -  Przerwał   i   zmarszczył 

brwi. - Zaczynam myśleć, że mężczyzna powinien sam zarządzać własnym mieniem. 

Jak myślisz, Sophie? Pojedziemy do Domu na Wrzosowiskach? Chciałabyś  zostać 

panią własnego domu?

Oczy Sophie zabłysły. Ryder się nie mylił. Na jej twarzy odmalowała się radość, która 

na chwilę zaćmiła strach. - Tak - powiedziała. Otworzyła usta, żeby dodać coś jeszcze, ale 

Ryder przyłożył jej palec do warg.

-Nie,   moja   droga.   Wiem,   że   chciałabyś   mi   zadać   mnóstwo   pytań,   żeby   tylko   nie 

dopuścić do zbliżenia. Pomówimy o Domu na Wrzosowiskach, kiedy skończymy się 

kochać.

-Chcę, żebyś przestał czytać w moich myślach, zanim sama je zrozumiem.

-Czuję z tobą takie powinowactwo duchowe, że nie mogę się przed tym powstrzymać. 

A teraz, Sophie, chcę, żebyś mi wyświadczyła przysługę.

Spojrzała na niego zaniepokojona.

- Jestem twoim mężem. Nie zrobię ci krzywdy.

background image

Twoje szczęście leży mi na sercu. Skiń głową, jeśli rozumiesz, o co mi chodzi.

Sophie skinęła głową.

-Dobry początek. Chcę, żebyś mnie dobrze zrozumiała. Będziemy się kochać każdej 

nocy. Chcę, żebyś się do mnie przyzwyczaiła i zaufała mi. Chcę, żebyś zapomniała o 

wszystkich mężczyznach z przeszłości. Abyś ich wymazała z pamięci. Chcę, żebyś 

zapomniała o podłościach i brutalności wuja. Chcę, żebyś myślała tylko o mnie i o 

nas.

-To bardzo trudne.

-Wiem, ale dziś znów zachowywałaś się jak diablica z piekła rodem, jak zazdrosna 

dziewucha,   jak   dzika   Amazonka,   która   na   Jamajce   uratowała   mnie   przed   nożem 

Thomasa. Więc wstąpiła we mnie nadzieja. A teraz, Sophie, zdejmij tę nocną koszulę. 

Nie chcę, by dzieliły nas ubrania. Nie w nocy, nie kiedy jesteśmy sami. Chcę na ciebie 

patrzyć. Chcę czuć twoje piersi w moich dłoniach.

-Ryderze, ja naprawdę nie chcę...

Nic mnie to nie obchodzi, Sophie. Więc daj spokój tym protestom. Może dzisiejszej 

nocy pozwolisz, abym ci dał trochę rozkoszy. Mam zamiar cię wycałować. Całą, caluteńką. 

Nigdy z ciebie nie zrezygnuję, więc lepiej będzie, jeśli się z tym pogodzisz i wyjdziesz mi 

naprzeciw.

Nie przestawał mówić. Plótł bzdury, niektóre zupełnie zabawne, i dałby wszystko za 

jeden uśmiech Sophie. Ale ona leżała milcząca i nieobecna duchem. Nie walczyła z nim, ale 

pięści   miała   zaciśnięte.   Ryder   miał   ochotę   kąsać   palce   jej   nóg,   poczuć   delikatne   ciało 

pomiędzy jej udami, ale leżąca obok kobieta nie miała zamiaru na to pozwolić. Dziwne, ale 

nie   był   ani   trochę   zakłopotany.   Nie  okłamywał   jej.  Nigdy  z   niej   nie   zrezygnuje.   Sophie 

jeszcze o tym nie wie, ale pozostaną razem aż do grobowej deski.

- Rozumiem, będę musiał trochę poczekać. Nie pozwolisz mi wycałować całego ciała.

Ucałował   jej   piersi,   rozkoszując   się  ich   smakiem   i   gładkością.   Powędrował   niżej, 

całując brzuch. Pieścił ją i głaskał. Sophie starała się odsunąć. Ryder znieruchomiał. To był 

dopiero początek.

Postanowił wejść w nią głęboko, aż do granicy bólu. Obiecał, że nie sprawi jej bólu i 

nie chciał złamać obietnicy. Nie będzie jej denerwował jak poprzedniej nocy. Odsunął się i 

pogłaskał po twarzy. Sięgnął po stojący na nocnym stoliku słoiczek z kremem.

-Co to? - Sophie nie spuszczała oczu z Rydera.

-Ciii... Zaraz zobaczysz.

Położył  dłoń na jej brzuchu. Nogą rozsunął jej  uda i wsunął w nią  nasmarowany 

background image

kremem palec. Na chwilę zamknął oczy. Boże, tak bardzo jej pragnął. Masował ją powoli i 

delikatnie, zagłębiając palec coraz bardziej. A potem włożył w nią drugi palec, żeby roz-

szerzyć drogę. Sophie drżała i starała się odsunąć, lecz Ryder trzymał ją mocno.

- Do diabła, przestań! - Usiłowała zsunąć nogi, ale wskórała tylko tyle, że jego palce 

zagłębiły się jeszcze bardziej.

-   Cicho,   kochanie.   Nie   protestuj,   będę   cię   tak   masował,   dopóki   nie   zgodzisz   się, 

żebym w ciebie wszedł.

Kiedy poczuł, że stała się wilgotna i gotowa, ułożył się na niej. Bardzo powoli wszedł 

w nią, panując nad sobą i przyglądając się twarzy Sophie. Nie było na niej bólu, za to mógł 

dać głowę. Sophie nie zarzuci mu, że sprawił jej ból. Wiedział jednak także, że i tym razem 

nie uda mu się sprawić jej przyjemności. Liczyło się to, że jej ciało zapoznawało się z jego 

ciałem. Że Sophie uczyła się jego dotyku, że kiedy ją pieścił, jej ciało zaczynało reagować. 

Cierpliwości.

Teraz  ją posiądzie.  Naparł  na nią, a potem prawie  z niej  wyszedł.  Ponawiał ruch 

łagodnie, starając się zgrać z Sophie. I nagle zdał sobie sprawę, że z Sophie czuje się inaczej 

niż z wszystkimi dotychczas znanymi kobietami. Stanowiła centrum jego odczuć. Jego ciało i 

umysł skupiały się wyłącznie na niej. Zrobiłby wszystko, aby tylko sprawić jej przyjemność i 

nieważne, jak długo będzie musiał na to czekać. Chciał odnieść zwycięstwo. Uzbroił się w 

cierpliwość. Coś zupełnie nowego, coś, w co Douglas z pewnością by nie uwierzył.

Przypomniał sobie, jak jego brat żartował, że służący zaszywa Ryderowi bryczesy, bo 

słynął z tego, że kiedy zaczął, nie przerywał. Z Sophie było inaczej, po prostu dlatego, że on 

sam się zmienił.

- Dotrzymam obietnicy - powiedział cicho. - Pamiętasz? Obiecałem, że jeżeli będziesz 

dla mnie dobra, to ci coś opowiem. Byłaś dobra, Sophie. A następnym razem będziesz jeszcze 

lepsza.   To   jest   historia   o   jednonogim   piracie,   który   znalazł   się   na   bezludnej   wyspie   w 

towarzystwie trzech pożądliwych kobiet.

Pierwsza z nich nazywała się Bella i była mocno zbudowaną dziewczyną o wielkich 

piersiach i szerokich biodrach. Natychmiast zakochała się w piracie. Nic dziwnego, od trzech 

miesięcy nie widziała mężczyzny. Zaciągnęła go na plażę i rozebrała. Ale wtedy nadeszła 

druga   kobieta,   o   imieniu   Goosie,   zobaczyła   drewnianą   nogę   pirata   i   wiedziała,   że   to 

mężczyzna  dla niej. Jej ulubionym  zajęciem było rzeźbienie  w drewnie. W czasie trzech 

długich miesięcy pokryła rzeźbami kilkanaście pni palm. Obie kobiety zaczęły się kłócić i 

wrzeszczeć na siebie, a pirat leżał nagusieńki i uśmiechał się jak goryl, zadowolony z sytuacji, 

w jakiej się znalazł, gdy wtem nadeszła trzecia kobieta, imieniem Brassy. Nie uwierzysz, co 

background image

ona zrobiła.

Sophie wydała głośne parsknięcie, a potem zaczęła chrapać.

-   Bardzo   dobrze,   jeszcze   się   nie   nauczyłaś   doceniać   moich   opowieści.   Jutro 

wieczorem   poznasz   dalszy  ciąg   historii   i   dowiesz   się,   co   Bella,   Goosie   i   Brassy  zrobiły 

nieszczęsnemu jednonogiemu piratowi.

Ucałował   Sophie   w   czoło   i   wyszeptał:   -   Może   jutro   nabierzesz   kremu   na   rękę   i 

rozsmarujesz go na mnie. Jak myślisz?

-Nie   -   odpowiedziała   wyraźnie.   -   Najchętniej   przyłożyłabym   ci   pałką   w   głowę   i 

wrzuciła cię do morza razem z twoimi wszystkimi kobietami.

-A może... - ciągnął zadowolony, niczym kogut, którego wypuszczono między kury - 

może   jutro   wcale   nie   będziemy   potrzebowali   kremu.   Patrzę   w   przyszłość 

optymistycznie, no i jestem twoim mężem.

-Ile kobiet miałeś? Ile kochanek?

-W każdym razie więcej niż trzy. Teraz wszystkie należą do przeszłości.

Sophie zesztywniała.

- To była pierwsza rzecz, jaką usłyszałem po przyjeździe do Montego Bay. Miałaś 

trzech kochanków.

Cóż,   ja   miałem   więcej   kobiet,   niż   ty   rzekomo   miałaś   mężczyzn.   Nie   będę   cię 

okłamywał. To było zanim cię spotkałem i postanowiłem się z tobą ożenić.

- Nie dbam o to, czy je zachowasz.

Było to tak oczywiste kłamstwo, że Ryder pochylił się nad nią i ucałował w koniuszek 

nosa.

-Jesteś piękna - powiedział.

-To ty jesteś krótkowidzem, a nie twój przeklęty brat.

-Ach, odrobina octu i żółci. Pośpijmy trochę. Jutro obudzę cię wczesnym rankiem. 

Będziesz słodka i ciepła od snu, Sophie, i wejdę w ciebie. Będę się poruszał powoli i 

łagodnie i będzie ci się podobało. Odrobinkę.

Milczała. Ryder nie popadł w rozpacz.

Kiedy obudził się następnego ranka i wyciągnął rękę, okazało się, że jego żona już 

wstała. Niech to piekło pochłonie, pomyślał. Na drugi raz nie podzieli się z nią planami na 

przyszły dzień.

*

- Alex - zwrócił się Ryder przy śniadaniu do swojej bratowej - byłbym ci wdzięczny, 

gdybyś zechciała zabrać Sophie z wizytą do naszych sąsiadów. A jeśli chodzi o bal, to jeszcze 

background image

z tym zaczekamy.

-   Ach,   więc   sam   uznałeś,   że   ta   dziewczyna   nie   będzie   sobie   umiała   poradzić   w 

towarzystwie naszych znamienitych przyjaciół.

Ryder  uśmiechnął  się do matki.  Przyszła  na śniadanie uzbrojona i nie zwlekała z 

wystrzeleniem pierwszej salwy.

- Nie, wcale nie - powiedział swobodnie. - W piątek wyjeżdżamy z Sophie do naszego 

Domu na Wrzosowiskach.

Przy stole zapanowało istne piekło.

-To niemożliwe!

-Ależ, Ryderze! Twój dom jest tutaj!

Douglas milczał, tylko się uśmiechał, schowany za filiżanką kawy.

- Zostały nam dwa dni, Sophie - powiedziała Alex spokojnie. - Musimy skompletować 

twoją garderobę, a to nie jest zbyt wiele czasu.

I wtedy Sophie zdała sobie sprawę, że Jeremy posmutniał i wpatruje się we własny 

talerz.

Ryder, oczywiście, znowu wiedział, co się dzieje. I wiedział, co ma zrobić. - Mam 

nadzieję, Jeremy, że nie masz nic przeciwko temu, by zostać kilka tygodni tutaj, w Northcliffe 

Hall. Wiem, że Sinjun potrafi być nieznośna jak prawdziwa diablica, ale jeśli potrafisz znieść 

jej towarzystwo, możesz tu zostać.

Jeremy spojrzał na siostrę. Sophie zmusiła się do uśmiechu.

-To zależy od ciebie, Jeremy - powiedziała.

-Sinjun   zabierze   mnie   na   farmę,   żeby   mi   kupić   kucyka   -   wybuchnął   chłopiec   z 

poczuciem winy i podnieceniem.

Sophie dowiedziała się od Sinjun, że Ryder ma zapłacić za kucyka.

W   ciągu   trzech   następnych   dni   Sophie   poznawała   sąsiadów   i   przymierzała   nowe 

suknie,  a  Ryder   odwiedzał  dawne  kochanki.  Oczywiście,  wszystkie   już  wiedziały,   że  się 

ożenił.   Bea   zwołała   spotkanie.   Trzy   spośród   pięciu   kobiet   były   zainteresowane 

zamążpójściem. Podał im nazwiska mężczyzn  z listy i dał czas do zastanowienia się nad 

dobrymi   stronami   kandydatów.   Emily   wciąż   jeszcze   leżała   w   łóżku,   nabierając   sił   po 

porodzie, ale na widok Rydera uśmiechnęła się. Dwie pozostałe kobiety chciały popróbować 

szczęścia w Londynie. Ryder dał im pieniądze i życzył powodzenia.

Kiedy Bea otworzyła mu drzwi do swego domku, Ryder uściskał ją i powiedział: - Nie 

wpuściłabyś mnie do środka, gdybyś nie była tak bardzo do mnie przywiązana.

- Ale na szczęście jestem przywiązana, paniczu Ryderze!

background image

Uwielbiała nazywać go paniczem. To była jedna z jej fantazji. Bea miała najwięcej 

zdrowego rozsądku i najbardziej niecodzienne zachcianki ze wszystkich znanych mu kobiet.

-   Słyszałam,   że   odwiedziłeś   wszystkie   swoje   kochanki   i   przedstawiłeś   im   listę 

kandydatów na mężów.

Ryder wywrócił oczami, idąc za nią do małego, staromodnego saloniku.

-Chciałabyś przejrzeć tę listę?

-O nie, sir. Ja wybieram się do Londynu, tak samo jak Laura i Molly.  Myślę, że 

zaproponuję Emily, aby ze mną pojechała. Ostatnia rzecz, jakiej potrzebuje, to zejście 

na złą drogę. A tak się zdarza, gdy kobieta jest zbyt wrażliwa. Muszę pilnować, żeby 

nie  dostała   się w   szpony jakiegoś  innego  despotycznego   mężczyzny.  Myślę,  żeby 

założyć   pensjonat,   paniczu   Ryderze,   całkiem   własny.   Zaoszczędziłam   dosyć 

pieniędzy.   Sam   wiesz.   Jesteś   szczodrym   mężczyzną,   ale   jednak   mężczyzną.   Chcę 

zostać kobietą niezależną i znaleźć sobie równie wytwornego kochanka jak ty.

Ryder ujął jej dłoń i podniósł do ust. - Nie znajdziesz równie wytwornego mężczyzny 

jak ja. Roześmiała się i dała mu kuksańca w ramię.

-Nie chcę, moja droga, żebyś  prowadziła pensjonat. Nie. Chcę, żebyś kupiła sobie 

dom w dobrej dzielnicy Londynu. Podam ci adres doradcy prawnego naszej rodziny i 

on to załatwi. Dostaniesz ode mnie również posag.

-Będziesz za mną tęsknił, Ryderze.

-O, tak. Z pewnością będę. Życz mi szczęścia u boku żony, Bea.

-Trzeba ci życzyć szczęścia z kobietą?

-Nawet sobie nie wyobrażasz jak bardzo. Trafiła kosa na kamień.

background image

ROZDZIAŁ 17

Ostatnią   wizytę   owego   popołudnia   Ryder   złożył   Jane   Jasper,   w   jej   obszernym, 

dwupiętrowym domu położonym w pobliżu małego miasteczka Hadleigh Dale, w odległości 

dziesięciu kilometrów od Northcliffe Hall. Dom stał wśród dębów i lip, które o tej porze roku 

porastało gęste, zielone listowie. Ryder usłyszał krzyki i śmiechy swoich dzieci, zanim je 

zobaczył.  Uśmiechnął się na myśl  o czekającym  go spotkaniu. Skierował konia na krótki 

podjazd, a potem go wstrzymał.

Na podwórku stała Jane i jej trzy pomocnice, miłe, młode kobiety o niewyczerpanej 

energii, które Ryder osobiście wybrał. Pilnowały bawiących się dzieci. Czterech chłopców i 

trzy   dziewczynki   w   wieku   od   czterech   do   dziesięciu   lat.   Były   dobrze   ubrane,   czyste   i 

hałaśliwe. Ryder na ich widok miał ochotę krzyczeć z radości.

Zauważył   stojącego   na   uboczu   Olivera,   chudego   dziesięcioletniego   chłopca, 

wspartego na kulach, który z uśmiechem dawał rady Jaimiemu, zaledwie sześcioletniemu 

brzdącowi. Jaimie i Tom, chłopczyk, który wyglądał jak cherubinek, ale potrafił kląć bardziej 

soczyście niż marynarz z Southampton, obrzucali się obelgami. Wokół nich uwijał się John, 

pięcioletni rozjemca, starający się nie dopuścić, by słowa zostały wprowadzone w czyn.

Pierwszy spostrzegł Rydera Jaimie i wydał okrzyk. Ryder wypuścił wodze i zsunął się 

z konia wprost w kłębowisko wymachujących rąk i nóg oraz trzech wściekle ujadających 

psów.

Wszystkie   dzieci   śmiały   się   i   mówiły   naraz,   przekrzykując   się   wzajemnie. 

Opowiadały mu, co robiły podczas jego nieobecności. Wszystkie z wyjątkiem Jenny, która 

wycofała się ssąc palec. Zgubiła wstążkę i grzywa brązowych loków ocieniała jej maleńką 

twarzyczkę. Ryder słuchał dzieci z uwagą, starając się odpowiadać wszystkim na pytania. 

Uśmiechnął się do Jane ponad główką ściskającej go za szyję Melissy, a potem krzyknął z 

udawanego bólu i wszystkie dzieci zaniosły się śmiechem. Słuchał właśnie opowieści o tym, 

jak   Jaimie   podczas   nauki   pływania   omal   nie   wpadł   na   kłodę   drzewa,   kiedy   Jane   i   jej 

pomocnice   wyniosły   na   dwór   szklanki   z   lemoniadą   i   półmiski   z   ciastem   i   słodkimi 

bułeczkami. Ryder siedział otoczony dziećmi. Słuchając ich, pił lemoniadę, rzucał kawałki 

ciasta   psom   i   odczuwał   wielkie   zadowolenie.   Jenny   siedziała   w   milczeniu,   powoli   i 

metodycznie przeżuwając kawałek cytrynowego ciasta.

Ryder   rozdał   prezenty   i   wycofał   się,   obserwując   jak   dzieci   rzuciły   się   do 

rozpakowywania. Podszedł do Jenny. Dziewczynka uniosła drobną twarzyczkę i spojrzały na 

niego niebieskie oczy - oczy Sherbrooke'ów, świetliste niczym błękit letniego nieba. Były 

background image

wielkie   i   miały   więcej   wyrazu,   niż   kiedy   Ryder   spoglądał   w   nie   poprzednim   razem. 

Dziewczynka uśmiechnęła się i Ryder dostrzegł w jej oczach radość.

- Moje kochane maleństwo - powiedział i uklęknął przy niej. Wyjął jej palec z buzi i 

pogładził po delikatnych włosach, a potem czule przytulił do piersi.

Jenny westchnęła leciutko i objęła go za szyję. Ryder pocałował ją we włosy, zamknął 

oczy i wdychał słodki zapach dziecka. Boże, tak bardzo ją kochał.

- Jej stan się poprawia, Ryderze. Jenny zaczęła się uczyć. Coraz więcej rozumie.

Nie wypuszczając dziecka z ramion, Ryder spojrzał na stojącą ponad nimi Jane.

- Za każdym razem, kiedy wyjeżdżasz, straszliwie za tobą tęskni. Tym razem tęskniła 

bardziej niż zwykle, co jest dobrym objawem. Codziennie o ciebie pytała.

- Papa.

Ryder zastygł.

Jane uśmiechnęła się.

-To   jej   niespodzianka.   Ćwiczyła.   Powtarzała   to,   za   każdym   razem,   kiedy   jej 

pokazywałam twój mały portrecik.

-Papa.

Ryder poczuł ucisk w gardle. A potem wtulił twarz w szyję dziewczynki, poczuł na 

policzku jej delikatne usteczka i usłyszał zadowolony głosik: - Papa.

- Przywiozłem ci prezent, kluseczko.

Jej oczy zabłysły na widok kolorowej paczuszki, którą Ryder wyciągnął z kieszeni. W 

środku znajdował się złoty medalionik. Ryder pokazał dziewczynce, jak ma go otwierać. Po 

jednej stronie był miniaturowy portrecik Jenny, a po drugiej portrecik jej matki, która umarła 

wydając   ją   na   świat.   Ryder   wspomniał   poród,   swój   strach   i   nieskończony   smutek. 

Przypomniał  sobie  też  wielką  radość,  kiedy w  końcu z ciała  zmarłej  matki  wyjęto  żywą 

córeczkę. Nie całkiem zdrową, ale żywą, i to było dla Rydera najważniejsze.

Jane   włożyła   medalionik   na   szyję   Jenny   i   zapięła   łańcuszek.   Dziewczynka 

natychmiast   pobiegła   pokazać   swój   prezent   Amy,   sześcioletniej   dziewczynce,   która   teraz 

uśmiechała się częściej, niż kiedy Ryder widział ją przed pięcioma miesiącami. Usłyszał jak 

Jenny woła:

-Papa dał! Papa dał!

-Świetnie sobie z nią radzisz, Jane. I z pozostałymi dziećmi także. Boże, jak ja za nimi 

tęskniłem. Widzę, że z nogą Olivera jest lepiej. Co mówi doktor Simons?

-Kość się zrasta i doktor sądzi, że Ollie nie będzie utykał. Ma wielkie szczęście. Jeśli 

chodzi o Jaimiego, poparzenia na nogach i plecach zupełnie się wygoiły. To bardzo 

background image

bystry   chłopczyk,   Ryderze.   Przeczytał   wszystkie   książki,   które   mu   przysłałeś. 

Każdego   pensa   kieszonkowego   wydaje   na   książki.   Jest   bliskim   znajomym   pana 

Meyersa,   który   prowadzi   księgarnię   w   miasteczku.   A   Melissa  wykazuje   talent   do 

malowania akwarelami. Amy chce zostać śpiewaczką operową, Boże przebacz.

Ryder skinął głową i uśmiechnął się. Poszedł za Jane na szeroki ganek, gdzie usiedli i 

przyglądali się dzieciom. Ryder uważnie słuchał o postępach i potrzebach każdego z nich.

Nie mógł oderwać oczu od Jenny, dumnie pokazującej swój medalion Melissie, która 

dostała   francuską   lalkę   i   nie   była   ani   trochę   zazdrosna.   Ryder   wiedział,   że   inne   dzieci 

rozumieją, iż Jenny jest jego rodzonym dzieckiem, ale zdawał sobie sprawę, że nie pozostają 

na   to   obojętne,   nawet   Oliver,   który   czasami   zachowywał   się,   jakby   był   starszy   niż   w 

rzeczywistości.

- Słyszałam, że się ożeniłeś - powiedziała nagle Jane, spoglądając mu w oczy. Ryder 

wyczuł w jej głosie nadzieję, że to tylko fałszywe pogłoski.

- Tak - odparł z uśmiechem. - Ożeniłem się. Na imię jej Sophie.

-To zaskakujące. Dla mnie, a myślę, że dla innych kobiet także.

-Mylisz się. Bea działa błyskawicznie. Odwiedziłem już wszystkie.

Jane uniosła szerokie czarne brwi.

-Jestem   żonaty,   Jane.   -   Jego   głos   zabrzmiał   surowo   niczym   głos   pastora   i   Jane 

zamyśliła się.

-A dzieci?

-Co dzieci?

Jane spojrzała na grupkę chłopców i zawołała:

- Tom, przestań przeklinać! O Boże, gdzie oni słyszą takie słowa? Nie przeklinaj, 

zwłaszcza na Johna.

Wiesz, że on tego nie znosi.

Ryder, który doceniał umiejętności Jane, wcale się nie zdziwił, gdy Tom zamknął 

buzię i wzruszył  ramionami, aby zachować nietkniętą męską dumę. Potem odwrócił się i 

rzucił piłkę Oliverowi, który odbił ją kulą. John z wrzaskiem popędził za piłką.

-Co twoja młoda żona myśli o dzieciach?

-Nie powiedziałem jej.

- Myślę, że nie powiedziałeś także bratu i rodzinie.

Jej ton był szorstki, ale Ryder tylko się uśmiechnął.

-To nie ich sprawa - powiedział swobodnie. - Moja siostra wie już od dawna. Nikomu 

nie powiedziała. Nazywa dzieci ukochaną gromadką.

background image

-Jak się dowiedziała?

-Smarkula przyjechała tu za mną jakiś rok temu i przyglądała mi się ukryta w koronie 

dębu. Sinjun jest sprytna. Wiem, że nie wygada. - Ryder wzruszył ramionami. - Ale co 

do reszty rodziny, zawsze uważałem, że to wyłącznie moja sprawa, i nadal tak sądzę. 

Nie ma powodu, aby ich o tym informować. Teraz, kiedy jestem żonaty i dałem bratu 

do zrozumienia, że będę najwierniejszym z wszystkich mężów, nie będę musiał znosić 

tych cokwartalnych spotkań dla ustalenia stanu bękartów.

-Jesteś pewny, Ryderze? Będziesz wierny tylko dlatego, że się ożeniłeś? O ile wiem, 

to nie w stylu wyższych sfer.

-Może tak jest w większości przypadków, ale nie w moim. Ach, Jane, hrabia bardziej 

mi ufa niż ty. On wie, że pozostanę wierny mojej żonie, bo sam całkiem zgłupiał dla 

swojej.

-Pewnie o nich nie zapomnisz, ale nie będziesz ich już tak często odwiedzał, co jest 

zresztą całkowicie zrozumiałe. Chodzi mi tylko o to, że nie chcę patrzeć, jak będą 

cierpiały.

-Jestem za nie odpowiedzialny i kocham je. Nic się nie zmieni. Jutro zabieram żonę do 

Domu   na   Wrzosowiskach.   Gdyby   się   coś   stało,   przyślij   mi   wiadomość   przez 

umyślnego. To niedaleko Lower Slaughter, półtora dnia drogi. Och, braciszek mojej 

żony kuleje. Ciekawy zbieg okoliczności.

Jane   tylko   pokiwała   głową.   Gdyby   była   o   dziesięć   lat   młodsza,   sama   chętnie 

wskoczyłaby do łóżka Rydera. Potrafi! postępować z kobietami i nie miało to nic wspólnego z 

tym, że był przystojny. Umiał przekonać kobiety, że nie jest samolubny i nieczuły na ich 

potrzeby i życzenia. Przyjaźnili się z Jane od chwili gdy Ryder skończył dwadzieścia lat. Był 

wtedy gwałtowny niczym burza, uwielbiał doprowadzać kobiety do krzyków rozkoszy, ale 

już   wtedy   nie   znosił   okrucieństwa   wobec   dzieci.   Jane   miała   wówczas   lat   trzydzieści   i 

przepełniała ją rozpacz z powodu utraty dwojga dzieci, które spłonęły w pożarze. Nie dbała o 

własną   przyszłość.   Ryder,   można   powiedzieć,   uratował   ją.   Oddał   jej   pod   opiekę   roczne 

dziecko - Jaimie - go. Opowiedział beznamiętnym  tonem, że znalazł niemowlę na stercie 

śmieci przy drodze. Usłyszał podobny do miauczenia pisk dziecka i odszukał je. Rok później 

przyniósł Jane własną córeczkę - Jenny. Jane po raz pierwszy zobaczyła wtedy człowieka 

równie zrozpaczonego jak ona sama.

Ryder  wstał, otrzepał  bryczesy i odszedł pobawić się z dziećmi.  Jane poczuła,  że 

pragnie poznać jego żonę.

*   Sophie   stała   wyprostowana   i   nieruchoma.   Pani   Plack,   szwaczka   z   Rye, 

background image

dopasowywała   na   niej   kostium   do   konnej   jazdy.   Uszyty   był   z   jasnozielonej   wełny,   na 

ramionach   miał   zdobienia   ze   złotej   plecionki   i   Sophie   musiała   przyznać   rację   Alex,   że 

wyglądał naprawdę bardzo szykownie.

Cały   czas   martwiła   się   jednak   kosztami   wszystkich   sukien,   bielizny   i   czepków, 

pantofli,   a   teraz   jeszcze   trzech   -   mój   Boże,   trzech!   -   kostiumów   do   konnej   jazdy. 

Wypowiedziała swoje obawy na głos. Na to Alex tylko pokiwała głową i powiedziała:  - 

Polecenie twojego męża, droga Sophie. Przestań się zamartwiać. Kiedy wyszłam za mąż za 

Douglasa, nie chciał mi kupić nawet chusteczki do nosa. Mam wrażenie, że ta hojność Rydera 

budzi w tobie lęk, bo nie chcesz stać się jego dłużniczką, a twój dług wzrasta z każdą kolejną 

sztuką garderoby. Mam rację?

Sophie milczała.

- Jesteś zmęczona, Sophie? - spytała Alex po upływie godziny.

Sophie   pokręciła   głową,   bo   pani   Plack   pracowała   wytrwale   i   bardzo   się   starała 

zadowolić klientkę.

Cóż, a ja jestem - powiedziała Alex. - Pani Plack już prawie kończy. Ubrania, które 

nie będą gotowe do czasu waszego wyjazdu, przyślę ci do Domu na Wrzosowiskach.

- To nie ma sensu - odezwała się od drzwi hrabina - wdowa.

Alex mrugnęła do Sophie.

-Co mianowicie, lady Lydio?

-Że Ryder zabiera tę dziewczynę do Domu na Wrzosowiskach.

-Ta dziewczyna jest jego żoną, madam.

-Spójrz tylko na ten odcień zieleni. Nadaje jej cerze żółtawą barwę. Ile pieniędzy 

mego syna wydajesz na te ubrania? Będę mu musiała powiedzieć, że jesteś chciwa i 

wyszłaś za niego dla pieniędzy.

Sophie  nie  odpowiedziała,  tylko   zamknęła   oczy.   Wydawało   jej  się,  że  pani  Plack 

prychnęła.

-Uważam, że ten kolor doskonale pasuje do jej karnacji - powiedziała Alex.

-Ha - odparła stara hrabina. - Ty także nie masz gustu. Douglas wybiera ci stroje.

-To   prawda   -   zgodziła   się   Alex.   -   Mam   wielkie   szczęście,   że   mój   mąż   jest   taki 

wspaniały.

-Nie próbuj mnie nabierać, moja panno. Nie ubrania masz na myśli, lecz coś całkiem 

innego.

-Douglas jest wspaniały także gdy chodzi o wybór ubrań. Tylko że upiera się, aby 

dekolt kończył się na podbródku. Kiedy nie dosięgam językiem kołnierzyka, wyraża 

background image

dezaprobatę.

Sophie zachichotała.

Stara   dama   spojrzała   zgorszona.   Otworzyła   usta,   ale   zaraz   je   zamknęła.   Po   kilku 

sekundach pozbierała się jednak i oświadczyła ponurym tonem: - Zastanawiam się dlaczego 

nie ma mowy o Ryderze. Czyżby ta dziewczyna nie uważała, że jest wspaniały?

- Ależ uważa - skwapliwie zapewniła ją Alex.

- Tylko że przed podróżą jest tyle do zrobienia. Ach, lady Lydio, ona ma na imię 

Sophie, z pewnością pani pamięta.

Zaległa cisza.

Po pięciu minutach hrabina opuściła pokój.

Alex przewróciła oczami i potarła skronie. - Dopóki nie poznałam swojej teściowej, 

nie miewałam bólu głowy.

Upłynęło   jeszcze   pół   godziny   i   pani   Plack   uporała   się   z   pracą.   Była   bardzo 

zadowolona z zapłaty i wylewnie dziękowała Sophie.

Kiedy zostały same, Alex zerwała się na równe nogi i zatarła dłonie. - Chodźmy do 

gabinetu i podkradnijmy trochę brandy.

Sophie spojrzała zdumiona na Aleje. - Za każdym razem, kiedy myślę, że już cię 

poznałam, wymyślasz coś całkiem zaskakującego.

-To samo mówi Douglas.

-I ma rację. Dobrze, chodźmy.

Godzinę później hrabia znalazł obie chichoczące damy rozciągnięte pośrodku gabinetu 

na wspaniałym  dywanie  z Aubusson. Pomiędzy nimi  stała prawie opróżniona  butelka po 

przednim   francuskim   koniaku.   Alex   leżała   na   plecach,   trzymała   się   za   boki   i   pękała   ze 

śmiechu. Sophie ułożyła się na brzuchu i nawijała na palec pasmo włosów, mówiąc: - Nie, 

nie, Alex. To szczera prawda. Nie kłamię. Pirat naprawdę miał tylko jedną nogę i każda z 

kobiet chciała go dla swoich celów.

-Ale Goosie? Kto wymyślił takie imię, Sophie? Mówisz, że chciała wyrzeźbić z jego 

drewnianej nogi stateczek? Że pocięła już kilkanaście palm?

-Ach   -   odezwał   się   hrabia,   kucając   przy   nich   -   więc   Ryder   opowiedział   ci   o 

jednonogim piracie i jego przygodach na wyspie?

Sophie była pijana. Inaczej przez rok nie ośmieliłaby się spojrzeć mu w oczy. Teraz 

jednak wybuchnęła śmiechem i wydyszała: - A więc znasz tę historię, prawda? Opowiedz 

nam   zakończenie,   Douglasie.   Ryder   jeszcze   mi   go   nie   opowiedział,   a   Alex   chciałaby 

wiedzieć, co było dalej.

background image

-Goosie stała się bardzo sławna. Ona pierwsza uciekła z wyspy. Zaczęła strugać nogę 

pirata.   Zdążyła   wyrzeźbić   coś,   co   przypominało   wyglądem   kil.   Odpłynęła   do   St. 

Thomas z załogą jasnowłosych Holendrów, którzy nie rozumieli ani słowa z tego, co 

im opowiadała. Ale kapitan nie był Holendrem, był Duńczykiem i, oczywiście, także 

blondynem. Posługiwał się językiem uniwersalnym, którym Goosie również mówiła 

płynnie. - Tu Douglas pochylił się i ucałował żonę.

-Masz na myśli francuski?

. - Nie, nie, Alex - odezwał się od drzwi Ryder.

- Mój brat mówi o języku ciała.

Sophie spojrzała na męża, potem na butelkę koniaku i z jękiem przewróciła się na 

wznak. Zamknęła oczy.

-Mogę się przyłączyć? - zapytał Ryder.

-Powiedziałeś, że będziesz cały dzień zajęty - odpowiedziała Sophie, nie otwierając 

oczu.

-I byłem. Już po piątej.

-Masz - powiedział Douglas i podał bratu prawie pustą butelkę.

Jednak Ryder nie miał zamiaru pić. Alkohol to zguba jurnego mężczyzny.  Stał w 

progu  dobre  dziesięć  minut   i  był  zachwycony,   że  Sophie  jest  pijana.  Słyszał  jej   śmiech, 

słodki, radosny dźwięk, który rozgrzał go do głębi. Jutro wyjeżdżają, ale do jutra jest jeszcze 

mnóstwo czasu. Przechylił butelkę i udawał, że wypija resztę koniaku, a potem poszedł do 

barku po następną.

- Powiedz nam, co się stało z jednonogim piratem - zażądała Alex. - Douglas nie wie. 

Chcę wiedzieć, co zrobiła Brassy. Douglas unikał tego tematu i przeszedł do innych wątków.

- Historia Brassy jest przedstawiona w ogrodzie.

-Co ty opowiadasz? - zdziwiła się Sophie, nadal nie otwierając oczu.

-W głębi ogrodu ukryte są rzeźby. Nie widziałaś ich, Sophie? Zostały tu przywiezione 

przez naszego wuja Brandona... wiesz, tego faceta, który zapisał mi Kimberly Hall. 

Chodź, pokażę ci je. A potem opowiesz Alex.

-Doskonały pomysł - podchwycił hrabia i podparł się na łokciu.

Ryder  spostrzegł,  że jego brat nie jest ani trochę  pijany.  Był  bardzo zadowolony. 

Gładził żonę po ramieniu i po plecach. Pieścił jej ucho. Douglas był przebiegły, nie ma co do 

tego wątpliwości. Ryder uśmiechnął się i wyciągnął rękę. Chwycił dłoń Sophie i postawił 

żonę na nogi. Przycisnął na chwilę do piersi, pogłaskał ją po policzku, ucałował i odsunął.

Sophie wyglądała na zatrwożoną.

background image

-Rzeźby? - spytała, zatoczywszy się lekko. - Rzeźba przedstawiająca Brassy? Jak to 

możliwe? Dlaczego Brassy, a nie Goosie?

-Sama zobaczysz - powiedział Ryder. - Douglas, zajmij się żoną - dodał i wyprowadził 

Sophie z gabinetu. Zamykając drzwi, usłyszał chichot Alex.

-Myślę, że ta orgia była wynikiem niemiłych przeżyć.

-Wszystkiemu winna twoja matka - odparła Sophie.

-To zrozumiałe.

-Naprawdę pokażesz mi Brassy?

- Pokażę ci wszystko, co tylko zechcesz.

Wprowadził ją w gęstwinę. Korony drzew tworzyły nad ich głowami gęsty zielony 

baldachim.

-Jak tu pięknie - powiedziała Sophie. - Nie miałam pojęcia, że są tu takie miejsca. 

Gdzie te rzeźby?

-Zobaczysz - powiedział Ryder.

Patrzył, jak Sophie przygląda się pierwszej rzeźbie - a właściwie dwóm splecionym 

postaciom.   Kobieta   siedziała   na   udach   mężczyzny.   Plecy   miała   wygięte   w   łuk.   Jej 

marmurowe włosy spływały do tyłu. Mężczyzna trzymał dłonie na jej biodrach. Unosił ją tak, 

że widoczna była połowa jego męskości.

- To po prostu obrzydliwe - prychnęła Sophie.

Ale jej ton wcale nie brzmiał tak, jakby naprawdę uważała to za obrzydliwe. Zatoczyła 

się troszkę, więc Ryder otoczył ją ramieniem i przyciągnął ku sobie.

-On jest wewnątrz niej, Sophie, sama widzisz. Sporo życia jak na rzeźbę. Zastygli na 

wieczność w bólach rozkoszy.

-Wygląda na niełatwą pozycję.

-Wcale   nie.   Chcesz   spróbować,   czy   raczej   obejrzysz   inne   rzeźby?   Są   bardzo 

urozmaicone.

Skinęła głową, zdumiona, że się zgadza i ujęła dłoń Rydera. Ryder poczuł dobrze 

znany przypływ  żądzy, ale jednocześnie głęboką czułość i to go zaniepokoiło. Postępował 

nieuczciwie. Wykorzystywał nietrzeźwość żony. Ale kto by się przejmował?

Poprowadził Sophie ku następnej rzeźbie, ukrytej za kępą cisów. Sophie z zapartym 

tchem przyglądała się posągowi.

- A może  wolisz w taki sposób? W takiej  pozycji trudniej zadowolić kobietę,  ale 

wierzę, że mnie by się udało. Kiedy kobieta opadnie na czworaki, mężczyzna może w nią 

wejść bardzo  głęboko.  I ma  wolne ręce,  może  nimi  błądzić...  - zamilkł.  - Pozwól, że  ci 

background image

pokażę.

Spojrzała na niego zamglonym wzrokiem z bardzo niepewną miną.

- Nie wydaje mi się. Chciałabym obejrzeć więcej rzeźb. Jeśli ci to nie sprawi różnicy, 

wolałabym sama dokonać wyboru.

- Nie - odpowiedział, zdumiony przemianą swojej żony. - Nie mam nic przeciwko 

temu.

Pokazał jej pozostałe rzeźby. Kiedy doszli do przedstawiającej ułożonego pomiędzy 

wzniesionymi nogami kobiety mężczyznę z odrzuconą do tylu głową i z otwartymi do krzyku 

ustami, Sophie stanęła jak wmurowana i patrzyła w milczeniu.

- A więc jesteś tradycjonalistką?

Przez   chwilę   zastanawiała   się   nad   odpowiedzią,   a   potem   nagle   zbladła   i   zaczęła 

konwulsyjnie przełykać ślinę. - To mi się nie podoba, Ryderze - powiedziała wreszcie.

Odsunęła się od niego, upadła na kolana i zwymiotowała.

- A niech to szlag! - mruknął Ryder.

Sophie chciała umrzeć. Czuła się tak, jakby miała w ustach kłąb bawełny, w głowie jej 

pulsowało, a bicie serca przyprawiało o dreszcze.

Ryder   zaniósł   ją   do   domu   i   ułożył   w   łóżku.   Na   korytarzu   natknął   się   na   brata. 

Obydwaj się roześmiali i szybko spoważnieli.

-Czy Alex jest w równie opłakanym stanie co moja żona?

-Myślę, że w jeszcze gorszym. Mam na to lekarstwo. Jedyny kłopot w tym, jak zmusić 

Alex do jego wypicia.

-Jeśli chcesz, możemy się zamienić żonami i każdy z nas wleje bratowej miksturę do 

jej szanownego gardła.

Ryder znalazł Alex leżącą na wznak. Zakryła rękami oczy i nie poruszała się.

-   Nie   bój   się,   Alex,   to   ja,   Ryder.   Uniosę   twoją   głowę,   a   ty   wypijesz   lekarstwo. 

Obiecuję ci, że w ciągu godziny poczujesz się na siłach, by zbesztać Douglasa.

Alex spojrzała na Rydera i, zdumiona, że to nie jej mąż, otworzyła  usta i wypiła 

miksturę.

Douglasowi   nie   poszło   aż   tak   łatwo.   Jednak   Sophie   była   tak   zakłopotana   jego 

obecnością, że tylko jęknęła przed wypiciem obrzydliwego lekarstwa.

Bracia spotkali się w przedpokoju.

- Sophie usnęła - powiedział Douglas. - I najprawdopodobniej nie obudzi się do jutra. 

Przykro mi, Ryderze, będziesz musiał powściągnąć swoje żądze. A teraz powiedz mi, jak 

masz zamiar dotrzeć do Domu na Wrzosowiskach i w czym mogę wam pomóc.

background image

*

W mglisty piątkowy ranek rodzina Sherbrooke'ów zgromadziła się przed domem, aby 

obserwować odjazd Rydera i Sophie. Sophie przytuliła brata.

-Będę za tobą tęskniła, kochanie - powiedziała. - Bądź grzeczny, dobrze? Dostałeś 

pięknego kucyka i musisz o niego dbać.

-Nazywa się George. - Jeremy odczuwał smutek, bo rozstawał się z siostrą, ale na 

myśl o kucyku znów się uśmiechnął.

-Od czasu do czasu przyłóż Sinjun - powiedział Ryder, unosząc chłopca nad ziemię. - 

Ona tego potrzebuje. Wkrótce znów się zobaczymy, Jeremy.

Ryder postawił chłopca, uścisnął jego dłoń i pomógł żonie wsiąść do powozu.

Trzy powozy ruszyły długim podjazdem. W drugim jechali Tinker, srogi lokaj Rydera, 

i młoda dziewczyna, która miała się szkolić na pokojówkę Sophie. Na imię miała Córa i była 

bardzo nieśmiała.

Trzeci powóz wypełniały góry bagażu, głównie rzeczy Rydera.

-   Ryder   zaopiekuje   się   twoją   siostrą   -   powiedział   Douglas,   spoglądając   na 

odjeżdżające powozy. Jeremy niepostrzeżenie otarł łzę z oka. - Nie martw się.

Wkrótce znowu będziemy razem.

Sophie nie chciała, żeby Ryder troszczył się o nią. Nie mogła myśleć o niczym innym 

poza tymi okropnymi posągami i o tym, że może z nią robić wszystkie te rzeczy. Na dodatek 

wiedziała, że on zna jej odczucia.

-Drań z ciebie - powiedziała.

-A ty jesteś nieznośnie tradycyjna - odparł - mimo że tak świetnie znasz mężczyzn. 

Ale w końcu zechcesz eksperymentować z moim nieszczęsnym męskim ciałem. Nie 

bój się, pamiętam wszystkie pozycje posągów z ogrodu.

-Nie miałam na myśli tych obrzydliwych rzeźb. Nienawidzę sytuacji, kiedy wiesz, o 

czym myślę.

-Ach,   ta   przewrotność.   Na   szczęście   jestem   twoim   mężem.   W   przeciwnym   razie 

spędziłabyś resztę życia umartwiając się.

-Jestem niedysponowana, tak samo jak wtedy na Jamajce.

Ryder omal się nie rozpłakał. Poklepał żonę po dłoni i rzekł z uśmiechem: - ? Jednak 

harem to niezły pomysł. Nie trzeba odkładać niczego na później.

Dom   na   Wrzosowiskach   położony   był   siedem   kilometrów   na   wschód   od 

Truskawkowego   Wzgórza,   siedziby   wicehrabiego   Rathmore.   Ryder   nie   miał   pojęcia,   czy 

Tony Parrish i jego nieprawdopodobnie piękna żona, Melissanda, są nadal na Truskawkowym 

background image

Wzgórzu, czy może Tony zabrał Melissandę do Londynu. Nie dbał o to. Dojechali do Domu 

na Wrzosowiskach późnym popołudniem.

-Byłaś już kiedyś na wrzosowiskach, Sophie?

-Nie. Ale bardzo tu pięknie.

-Przyjechaliśmy w najlepszej porze. Poczekaj do października. Liście nabierają barw, 

powietrze jest rześkie i jest tak pięknie, że człowiek ma ochotę krzyczeć z zachwytu.

Jednak wszelkie myśli o okrzykach zachwytu opuściły Rydera, gdy powóz zatrzymał 

się przed wejściem  do domu.  Ryder  był  tu prawie rok temu.  Dokładnie  jedenaście  i pół 

miesiąca. I to wszystko stało się w tak krótkim czasie?

Wdzięczny dom w stylu elżbietańskim, o oknach z małymi szybkami, z których kilka 

było   stłuczonych,   wyglądał   na   bardzo   zaniedbany.   Bluszcz   wspiął   się   na   wysokość 

pierwszego piętra. Cały teren, nawet spękane frontowe schody, porastały chwasty. Stajnie 

świeciły pustkami, a przed nimi leżały zardzewiałe narzędzia rolnicze.

Sophie zmarszczyła brwi.

-Nie rozumiem - powiedziała w końcu.

-Ja też.

Ryder wyskoczył z powozu i pomógł wysiąść żonie.

-Dobry Boże - powiedział Tinker. - Cóż tu się dzieje?

-Poszukam Allena Dubusta i się dowiem - odparł Ryder.

Sophie spojrzała na męża. Tak rozgniewanego nie widziała go od czasów Jamajki.

- Poczekaj tu na mnie - rzucił i wbiegł po spękanych stopniach. Zastukał w grube 

dębowe drzwi.

Bez skutku. Zastukał jeszcze raz.

Wreszcie, jedno ze skrzydeł uchyliło się bardzo powoli i w szparze ukazała się starcza 

twarz.

-Panicz Ryder! Rety! Reteńki! Dobry Bóg wysłuchał w końcu moich próśb!

-Co się stało, pani Smithers? Gdzie jest Allen Dubust? Co tu się, do diabła, dzieje?

-Rety! Rety! - powtórzyła pani Smithers i otworzyła obydwa skrzydła na oścież.

-Sophie, chodź tutaj. Tinker, weź Córę i zajmijcie się bagażem. Nie wygląda na to, że 

ktoś nam pomoże.

W   domu   panował   nieporządek.   Ryder   zaczął   przeklinać,   ale   zauważył,   że   pani 

Smithers wspiera się na dwóch laskach przerobionych na kule.

- Proszę mi opowiedzieć, co się stało - powiedział.

Kątem oka dostrzegł wchodzącą Sophie. - To moja żona, Sophie Sherbrooke. Sophie, 

background image

poznaj panią Smithers. Jest tutaj od zawsze. Opowie nam, co się stało.

Okazało   się,   że   Allen   Dubust,   zwolniwszy   całą   służbę,   zrzucił   panią   Smithers   ze 

schodów, bo nie miała do niego zaufania i groziła mu miejscowym sędzią.

- Powiedziałam mu, że jest oszustem, o czym zawsze wiedziałam, i że nie odejdę stąd, 

a on nie może mnie wyrzucić. Zagroziłam mu, że opowiem wszystkim o tym, co zrobił. I to 

mu się nie spodobało. Chwycił mnie i zrzucił ze schodów.

Allen ogołocił dom, zabrał wszystkie pieniądze, sprzedał ziemię, do której nie miał 

żadnego prawa i opuścił okręg.

- Opowiadał wszystkim, że to pan sprzedał Dom na Wrzosowiskach.

Na nieszczęście pani Smithers nie widziała żywej duszy, bo dom był pusty, a ona z 

trudem dotarła do drzwi, nie było więc mowy, by mogła się udać do miasteczka.

- Natychmiast wyślę Tinkera po lekarza, pani Smithers! - powiedziała Sophie.

- Ale dom! - załkała pani Smithers i wyglądało na to, że wybuchnie płaczem.

Sophie pogładziła ją po zgarbionych plecach i powiedziała łagodnie: - To tylko dom. 

Wszystko da się naprawić. Przekona się pani. Bardziej martwimy się o panią. Jest pani bardzo 

dzielna. Prawda, Ryderze?

Ryder   spojrzał   na   żonę.   Jezu,   jakże   się   zmieniła.   To   już   nie   wystraszona,   cicha 

dziewczyna, która mieszkała w domu szwagra. Odchrząknął i powiedział:

- Wszystko zostanie doprowadzone do porządku.

A na początku pani, pani Smithers. Jestem z pani dumny i bardzo wdzięczny.

Dwie godziny później pani Smithers została ułożona w łóżku. Podano jej laudanum. 

Połamane nogi nastawił przerażony doktor Pringle, który nie przestawał kręcić głową.

- Nie do wiary, że przeżyła - powtarzał bez przerwy. - Po prostu nie dała za wygraną.

Kiedy doktor wyszedł, Sophie i Ryder spojrzeli na siebie, stojąc w zaniedbanym holu.

- Nie mógłbym wymyślić gorszego koszmaru - powiedział Ryder. - Przepraszam cię, 

Sophie.

Ku jego zdumieniu, Sophie uśmiechnęła się. - Chodźmy do kuchni sprawdzić, czy jest 

coś do jedzenia.

Nie było nic. Nawet skórki od chleba. Tylko wielkie szczury, które harcowały po 

domu od trzech tygodni.

Sophie nachmurzyła się i powiedziała do piszczącej z przerażenia Córy: - Cicho bądź. 

Nadwerężasz   uszy   pana.   Chcę,   żebyś   poszła   do   pani   Smithers   i   została   przy   niej.   Pan 

Sherbrooke i ja pojedziemy teraz do miasteczka wynająć pomoc i kupić żywność.

- Tak - powiedział Ryder, przyglądając się żonie.

background image

- Tinker, pomóż stangretowi przy koniach i bagażu.

Zatarł ręce.

- Doskonałe wyzwanie, prawda?

background image

ROZDZIAŁ 18

Nie było łóżka.

Ryder stał w progu wielkiej sypialni i martwym wzrokiem wpatrywał się w pusty 

pokój. Nie zaglądał do sypialni, bo nigdy jej nie lubił. Była mroczna i miała zbyt niski strop. 

Wysokie   okna   ukryte   były   pod   grubymi   ciemnozłotymi   zasłonami,   tak   paskudnymi   i 

wytartymi, że Ryder wolałby, żeby Dubust zabrał je także.

Ani śladu łóżka. Tego już za wiele. Sophie była wyczerpana, a on sam zbyt wściekły, 

by   odczuwać   zmęczenie.   Pani   Smithers   zjadła   górę   jedzenia,   po   czym   usnęła   i   głośno 

chrapała. Umieszczono ją w szwalni, którą szybko przemieniono w sypialnię. Córa miała spać 

w tym samym pokoju. Ten łajdak Dubust, nie tknął mebli przeznaczonych dla służby.

Ryder obejrzał się i zobaczył stojącą za nim Sophie z bielizną pościelową w rękach. 

Obejrzała pokój.

-O Boże, tak mi przykro, Ryderze - jęknęła.

-Doktor   Pringle   powiedział   mi,   że   Dubust   powiadomił   wszystkich,   jakoby   całe 

umeblowanie wysłano do Northcliffe Hall. Nie mogę w to uwierzyć. Niech to szlag! 

Sophie, to moja wina.

Zmęczona   Sophie   przełożyła   prześcieradła,   a   Ryder   szybko   je   od   niej   odebrał.   - 

Prześpimy się na kocach, kochanie. Jesteś taka zmęczona. Jutro porozmawiamy, dobrze?

-Nie przepadam za tą sypialnią, Ryderze.

-Ja też nie. Nigdy mi się nie podobała. Zejdźmy na dół. Pani Smithers powiedziała mi, 

że Dubust sypiał w tym pokoju, zupełnie jakby był panem na włościach. Do diabła, 

jak mogłem być takim nieodpowiedzialnym idiotą?

-   Gdybym   nie   wiedziała,   jak   żałosne   mogą   być   tego   konsekwencje, 

zaproponowałabym, byśmy poszukali butelki koniaku.

Ryder uśmiechnął się. - Nie musisz wypijać całej butelki. Istnieje coś takiego jak 

umiarkowanie.

- Ach, umiarkowanie... Tak jak ty wykazujesz umiarkowanie i masz skromną liczbę 

kobiet w swoim stadzie?

Czyżby w jej głosie brzmiała nuta goryczy? Uśmiechnął się do żony.

Niedługo potem leżeli ramię przy ramieniu na trzech podścielonych kocach.

- W końcu zaczęliśmy działać - powiedziała Sophie.

Wyciągnęła rękę i bez zastanowienia uścisnęła dłoń Rydera. Zamarł. A potem uniósł 

jej dłoń do ust i ucałował wnętrze i nadgarstek.

background image

-O tak - odparł - ale nie będzie nam łatwo, kochana. Do diabła, powinienem dostać 

lanie.

-Muszę przyznać, że w przeszłości nieraz chętnie sprawiłabym ci lanie, ale tym razem 

nie. To nie twoja wina.

-A czyja? Pani Smithers? A może doktora Pringla?

-Błędnie oceniłeś Dubusta, ale przestań się obwiniać, Ryderze.

Łatwo   powiedzieć.   Nieodpowiedzialny   głupiec,   oto   kim   był.   Wiedział   o   tym   i 

nienawidził samego siebie. Planował zmiany i wiele się nad nimi zastanawiał, bo przecież był 

żonaty, ale, na Boga, za późno.

Jednak Sophie miała rację. Obwinianie się na nic się nie zda. Przynajmniej zaczęli 

ratować   sytuację.   W   miasteczku   udało   im   się   odnaleźć   dwie   kobiety,   które   przedtem 

pracowały w Domu na Wrzosowiskach i gotowe były nazajutrz powrócić. Tymczasem dom 

był ogołocony i zaniedbany. Pościelili sobie w błękitnym salonie na podłodze, obok okien 

sięgających od podłogi po sufit.

-   Do   diabła,   można   się   uprzeć   i   nadal   nazywać   ten   pokój   błękitnym   salonem   - 

powiedział Ryder - chociaż Bóg jeden wie, że to raczej czarny salon i nie zostało w nim ani 

śladu błękitu.

Zaklął siarczyście.

- Oto twoja pierwsza noc w moim wspaniałym domu - powiedział i uderzył pięścią w 

poduszkę. A potem przysunął Sophie do siebie. - Tak mi przykro, Sophie. Rzuciłem cię w 

samiuteńki środek straszliwego bałaganu.

Sophie milczała. Ryder nie spodziewał się, że mu odpowie, bo był wściekły na siebie i 

zawstydzony, że okazał taką opieszałość i że dopuścił do takiej ruiny.

- Znajdę go - powiedział. - To nie powinno być trudne. Całe umeblowanie zostało 

skatalogowane, a nasz pan Dubust z pewnością o tym nie wiedział.

Wuj   Brandon   był   wielkim   pedantem.   Myślę,   że   umarł   udławiwszy   się   własną 

drobiazgowością. W każdym razie wytropimy wszystkie sprzęty, a potem znajdziemy pana 

Dubusta i oberwiemy mu... krótko mówiąc, facet źle skończy, moja w tym głowa.

Ryder  zamilkł na chwilę i stwierdził,  że jego żona usnęła. Ucałował ją w czubek 

głowy.

Czasami życie bywa irytujące, pomyślał zasypiając, a trzeba mu stawiać czoło. Należy 

jednak przyznać, że niekiedy niesie miłe niespodzianki, na przykład cudownie miękkie ciało 

tuż obok. Dłoń Sophie spoczywała na sercu Rydera.

Kilka następnych dni okazało się zupełnie wyjątkowymi. Sophie czuła się jak generał 

background image

dowodzący   wojskiem   na   linii   frontu.   Czas   upływał   na   walce   z   brudem   i   zaniedbaniami. 

Wczesnym popołudniem była już bardzo zmęczona, ale nigdy nie czuła się lepiej. Wreszcie 

robiła coś pożytecznego. Po raz pierwszy od bardzo dawna była potrzebna.

Miała zakurzoną przepaskę na włosach, umazaną twarz i zbyt krótką, brudną suknię, 

kiedy Doris, bardzo gruba i dobrotliwa kobieta, wrzasnęła od drzwi wejściowych:  - Pani 

Sherbrooke! Przyszedł jakiś dżentelmen!

Sophie zdążyła odstawić miotłę, a już stanął przed nią bardzo przystojny mężczyzna, 

przypominający wyglądem członków rodziny Sherbrooke'ów.

- Czy mam przyjemność z Tonym Parrishem?

- spytała, podając mu rękę.

- Celny strzał. A ty jesteś żoną mego kuzyna.

- Obejrzał się i zawołał: - Wejdź, kochanie i roztocz swój urzekający czar! Nasza 

kuzynka z pewnością mu ulegnie.

Kiedy   Melissa   Parrish,   lady   Rathmore,   wbiegła   lekkim   krokiem   do   holu,   Sophie 

zdębiała na widok niewiarygodnego zjawiska. Nigdy w życiu nie widziała równie pięknej 

kobiety.

-Jesteś siostrą Alex?

-Tak.   Nazywam   się   Melissanda,   a   ty   z   pewnością   jesteś   Sophie.   Zaskoczyłaś 

wszystkich Sherbrooke'ów w Anglii, tak mi powiedział Tony. Wszyscy myśleli, że 

Ryder nigdy... to znaczy, Ryder tak bardzo interesuje się damami, ale Tony uważa, że 

teraz nie będzie się widywał z kochankami i...

-Myślę,   że   powiedziałaś   już   wystarczająco   wiele,   kochanie   -   przerwał   jej   Tony 

Parrish, po czym nachylił się i, ku wielkiemu zaskoczeniu Sophie, pocałował żonę w 

usta.

Melissanda spąsowiała i rzekła: - Nie powinieneś był zaczynać w powozie, mój panie, 

i teraz... - urwała i zwróciła się do Sophie. - Mój mąż bywa strasznie uciążliwy. Ale nie widzę 

niczego, na czym moglibyśmy usiąść. To bardzo dziwne. Co będziemy robić?

Sophie nie wiedziała, co począć. Na szczęście w tej samej chwili do domu wszedł 

Ryder. W czarnych butach z cholewami, w spodniach z koźlej skóry i białej, rozpiętej pod 

szyją koszuli wyglądał tak pięknie i męsko, że przez króciutki moment Sophie miała ochotę 

rzucić się w jego ramiona. W ciągu ostatnich trzech dni bardzo się zmienił. A może, myślała 

Sophie, marszcząc czoło, to ona sama się zmieniła, ale tylko trochę, odrobinkę. Nie, to ten 

sam Ryder i ona nic do niego czuje. Ryder miał bardzo miły uśmiech, białe zęby, wyrazistą 

twarz, a kąciki jasnoniebieskich oczu unosiły się wesoło. Jednak zaszła w nim jakaś zmiana. 

background image

Sophie   zastanawiała   się,   co   to   takiego.   Był   tutaj   panem   na   włościach.   Może   dotychczas 

pozostawał w cieniu brata, a tutaj, w Domu na Wrzosowiskach, był  u siebie i doskonale 

pasował do roli pana posiadłości. A ja, pomyślała Sophie, jestem tu panią.

Kuzyni uścisnęli sobie dłonie, poklepali się po plecach i wymienili rubaszne żarciki. 

Sophie  czuła,   że  sztywnieje  w  oczekiwaniu  na  chwilę,  gdy  Ryder   zwróci  się ku  pięknej 

kobiecie   u   boku   Tony'ego.   Spodziewała   się,   że   padnie   do   stóp   nieziemsko   urodziwej 

Melissandy.

Jednak nic takiego się nie stało.

Uśmiechnął się do niej beznamiętnie, jak przystało na światowego człowieka, i rzekł: - 

Witam w Domu na Wrzosowiskach, kuzynko. Mówiłem Tony'emu, żeby się trzymał z daleka 

od naszego domu, bo inaczej zagnam go do roboty.

- Nie jestem takim próżniakiem - odparł Tony. - Oto dwoje niewolników, gotowych na 

twoje rozkazy.

- Do Londynu  jedziemy dopiero w przyszłym  tygodniu  - powiedziała Melissanda, 

rozglądając się po domu z dreszczem zgrozy. - Tony uparł się, że do tego czasu będziemy 

wam pomagać. Jest znacznie gorzej, niż się spodziewałam. Nigdy dotąd nie bywałam brudna i 

brud za paznokciami napawa mnie obrzydzeniem.

Szczera,   pomyślała   Sophie,   piękna   i   szczera   do   bólu.   Zacisnęła   pięści,   bo   od 

czyszczenia   kominka   poczerniały   jej   palce.   -   Nie   będziesz   nic   robiła   -   zwróciła   się   do 

Melissandy. - W każdym razie nie w tej sukni.

Sophie spojrzała pytająco na męża, ale Ryder patrzył na Tony'ego, który uśmiechnął 

się do żony.

-   Byłaś   kiedyś   spocona   i   to   bardzo.   Pamiętam   te   chwile   w   ogrodzie   Northcliffe. 

Czyżbyś   zapomniała,   kochanie?   Pod   tym   posągiem   przedstawiającym   Wenus,   usiłującą 

osłonić biust bardzo drobną rączką, ubrudziłaś się i wcale się tym nie przejmowałaś.

Melissanda dała mu kuksańca w ramię.

-Niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniają - powiedział Ryder, zwracając się do kuzyna. 

- A inne zmieniają się tak bardzo, że nieszczęśni śmiertelnicy milczą oniemiali.

-Ach - odezwał się Tony - tego stanu moja droga żona jeszcze nie osiągnęła. Ale jest 

już coraz bliższa.

-Wyglądasz ładnie, Sophie - powiedziała Melissanda zdziwionym  tonem - chociaż 

masz na głowie tę okropną szmatę, a twoja suknia jest jeszcze straszniejsza. Ale nie 

jesteś piękna. To bardzo dziwne. Nie rozumiem tego.

Sophie zamrugała zaskoczona.

background image

- Po prostu nie można zrozumieć moich samczych gustów - rzucił lekko Ryder. - To 

jakaś ułomność psychiki. Ona chce powiedzieć - Ryder szepnął żonie do ucha - że nie może 

zrozumieć, że ja, taki wspaniały mężczyzna, wolę ciebie niż ją.

-Łatwo ją zrozumieć - odparła Sophie. A potem zwróciła się do Melissandy. - Jesteś 

bardzo piękna.

-Tak, wiem, ale Tony woli, żebym nie słuchała takich komplementów, chce, żebym je 

traktowała jak coś zupełnie bez znaczenia, jak płatki śniegu. To taka jego metafora. 

Mam nadzieję, że dobrze to powiedziałam. Jednak wierzę, że twój komplement jest 

szczery,   a   poza   tym   nie   jesteś   mężczyzną,   więc   mogę   twoje   słowa   przyjąć   z 

wdzięcznością. Prawda, Tony?

-  Taka  logika   jest  nie  do odrzucenia,  kochanie   - powiedział  z  całą  powagą  Tony 

Parrish, wicehrabia Rathmore. A potem zwrócił się do Rydera. - Dobrze, a teraz powiedz mi, 

co mam robić. Tak się składa, że przywiozłem do pomocy sześciu mężczyzn i cztery kobiety.

Sophie miała ochotę uściskać nowo poznanego kuzyna. Ludzie do pomocy, niech Bóg 

błogosławi jego dobre serce. Uśmiechnęła się do Tony'ego promiennie, aż ten pokiwał głową 

i rzekł powoli: - Rozumiem. Tak, Ryderze, zaczynam chyba rozumieć.

Cztery dni później Dom na Wrzosowiskach był nieskazitelnie czysty i całkiem pusty, 

z wyjątkiem wielkiego łoża w salonie i umeblowania w części przeznaczonej dla służby. Pani 

Smithers wciąż się radośnie śmiała i nie przestawała jeść. Była zachwycona, że pan domu 

postanowił zostać tu na stałe i przeklinała Allena Dubusta za kradzież.

Co się tyczy Allena Dubusta, został schwytany w pubie w Bristolu. Kieszenie miał 

wypchane pieniędzmi pochodzącymi ze sprzedaży umeblowania Domu na Wrzosowiskach. 

Za kilka godzin miał wsiąść na statek zmierzający do Ameryki. Miał również pieniądze od 

dzierżawców. Pierwszy zauważył go wuj Albert Sherbrooke, a ciotka Mildred narobiła krzyku 

i zapłaciła trzy gwinee grupie młodych ludzi za to, że złapali i zatrzymali łotra.

Meble i pieniądze dzierżawców były w drodze do domu. Dubust miał spędzić wiele lat 

w   więzieniu   Newgate.   Pani   Smithers   nie   przestawała   omawiać   dobrych   nowin.   Teraz 

wszystko   będzie   dobrze.   Ryder   czuł,   że   jest   wielkim   szczęściarzem.   Okazał   się   głupi   i 

nieodpowiedzialny, ale mimo wszystko nie poniósł strat. Cudowne szczęście Sherbrooke'ów 

nie opuszczało go.

Okoliczni farmerzy złożyli  mu wizyty i Ryder był zaskoczony,  że rozmowy o ich 

potrzebach, zyskach i życzeniach sprawiły mu tyle przyjemności.

Zdał sobie sprawę, że jest szczęśliwy, chociaż przez lekkomyślność doprowadził do 

zniszczeń. Wszystko wracało do normy. Napisał list do brata. Opisał mu szczegółowo, co się 

background image

wydarzyło w domu, a także pierwsze spotkanie Sophie z Melissandą, która przeistoczyła się 

w  zupełnie  znośną  kobietę.  Obiecała  nawet,  że dopilnuje,  by srebra,  które podarował  im 

Tony, zostały dobrze wypolerowane.

Było   wtorkowe   popołudnie.   Niebo   wypogodziło   się,   a   powietrze   stało   się 

chłodniejsze. Łagodne zbocza wzgórz wyglądały spokojnie i tak pięknie, że Sophie marzyła o 

tym, by znaleźć czas na przejażdżkę. Musiała jednak pojechać do miasteczka kupić zasłony. 

Wciąż miała mnóstwo pracy i bardzo jej to odpowiadało. Nuciła pod nosem i rozmyślała o 

Jeremym. Zastanawiała się, kiedy jej brat będzie mógł z nimi zamieszkać.

Nagle na środku drogi stanęła twarzą w twarz z lordem Davidem Lochridge. Spojrzeli 

na siebie.

- Na Boga - powiedział  David. - Toż to Sophia Stanton - Greville. Nie, przecież 

wyszłaś za tego Sherbrooke’a prawda?

Sophie poczuła mdłości. Skinęła głową.

-Wyszłaś za niego, tak? - powtórzył  mrużąc oczy. - Czy może jesteś jego obecną 

kochanką?

-Nie.

Roześmiał   się.   -   Chcesz   się   czegoś   dowiedzieć,   moja   droga   Sophio?   Charles 

Grammond mieszka niedaleko stąd. Wyjechał do kolonii, mówiono mi, że do Virginii, ale nie 

podobało mu się i przeprowadził się w te strony. Ma tutaj cioteczną babkę, która pomaga mu 

utrzymać tę jego żonę o twarzy jak śliwka i czwórkę nieudanych dzieci. Jest w tarapatach 

finansowych,   bo   cioteczna   babka   chce   go   wykreślić   z   testamentu.   Miła   niespodzianka, 

prawda? Dwaj byli kochankowie tuż obok, w sąsiedztwie.

-Muszę jechać - powiedziała Sophie, zaciskając pięści na wodzach swojej klaczy.

-Ale niedaleko. Mamy wiele spraw do omówienia, prawda? Oczywiście porozmawiam 

z   Charlesem.   Zastanawiam   się,   co   też   on   powie.   Jestem   zaręczony   z   miejscową 

dziewczyną, tak bogatą, że przepuszczenie jej majątku nawet mnie zajmie dobrych 

dziesięć (at. Koniecznie musimy porozmawiać i podjąć decyzje. Oczekuję, że na razie 

będziesz trzymała buzię na kłódkę, dziewczyno. W przeciwnym razie obydwoje tego 

pożałujecie, ty i ten twój mężulek.

I wtedy Sophie przypomniała sobie, co powiedział duch. A właściwie nie powiedział, 

lecz przekazał wprost do jej umysłu. Kiedy przyjdą, wszystko będzie w porządku. Czy duch 

to miał na myśli? Jeżeli tak, jak to możliwe, żeby wszystko było dobrze? Teraz już nic nigdy 

nie będzie dobrze.

Opuściła Jamajkę i przyjechała do Anglii rozpocząć nowe życie, które zapowiadało 

background image

się tak obiecująco.

Patrzyła  w  milczeniu,  jak David Lochridge  odjeżdża. Zrobiła zakupy.  Sprzedawca 

pokiwał głową, kiedy wyszła ze sklepu. Biedny pan Sherbrooke, musiał się ożenić z taką 

głupkowatą kobietą. Jaka szkoda.

Po powrocie do Domu na Wrzosowiskach weszła na górę do sypialni, którą zupełnie 

przemeblowali.   Ściany   pomalowano   na   kolor   bladożółty.   Na   podłodze   leżał   piękny 

jasnokremowy dywan z Aubusson. Zbliżyła się do krystalicznie czystego okna i spojrzała na 

świeżo strzyżony trawnik. Tak tu pięknie. Wygląda jak rajski ogród. Jej dom. Ale nie na 

długo. Powoli opadła na kolana. Schyliła się, ukryła twarz w dłoniach i zapłakała.

Pani Chivers, nowa gospodyni, spostrzegła ją i nie powiedziawszy ani słowa, ruszyła 

na poszukiwanie pana. Ryder nie wiedział, o co chodzi i miał nadzieję, że pani Chivers się 

myli, ale natychmiast poszedł do sypialni. Zatrzymał się w drzwiach i patrzył na żonę. Poczuł 

prawdziwe przerażenie.

- Sophie, co ci się stało, do diabła? - krzyknął podchodząc.

.Patrzyła   na   niego   łkając.   O   Boże,   co   mu   teraz   powie?   Że   wszystko   na   nic?   Że 

nazwisko   Sherbrooke'ów   zostanie   zszargane,   a   wszystko   z   jej   winy?   Ryder   przeżył   już 

chwilową ruinę domu, ale teraz ona zrujnuje jego rodzinę.

Starała się opanować. Ryder przykucnął obok niej i poczuła jego dłonie na ramionach. 

Powoli i łagodnie zwrócił ją twarzą ku sobie. Była blada, oczy miała zapuchnięte od płaczu.

- Nie płacz - powiedział i przytulił ją do siebie.

- Dzięki małżeństwu nie jesteś sama, Sophie. Masz kogoś, kto ci zawsze pomoże, 

niezależnie od tego, jak wielkie są twoje kłopoty. Powiedz mi, co się stało, kochanie. Proszę.

Pokręciła głową.

Ryder   zmarszczył   czoło.   Od   przyjazdu   do   Domu   na   Wrzosowiskach   Sophie 

podtrzymywała   go   na   duchu.   Ona   kierowała   służbą,   doglądała   przygotowania   posiłków, 

własnoręcznie  zamiatała, czyściła i odkurzała z uśmiechem  na ustach. Do diabła, była  tu 

szczęśliwa. Wiedział to. Co się stało?

Sophie przestała płakać. Wstrząsały nią łkania i Ryder czuł falowanie jej piersi przy 

swoim ciele. Ogarnęła go żądza. Miesięczne krwawienie skończyło się kilka dni temu, ale 

pod koniec dnia była tak zmęczona, tak wyczerpana, że Ryder tylko ją tulił.

Ale teraz pragnął jej. I to bardzo.

-Powiedz mi, Sophie - powtórzył. Wyprostowała się i odchyliła do tyłu.

-Bolą mnie kolana.

-Mamy łóżko. Chodź, usiądziemy.

background image

Spojrzała na łóżko. Wiedziała, że Ryder jej pragnie. Nie była ślepa. Jego męskość 

uwypuklała się pod spodniami. Oczyma wyobraźni ujrzała lorda Davida. Przypomniała sobie 

jak   nagi   dotykał   swego   członka,   poczuła   jego   pocałunki,   język   wsunięty   do   jej   ust,   jak 

pokazywał jej swoje ciało i męskość, jak przechwalał się wielkością członka i opowiadał, jak 

ją posiądzie.

A   potem   pomyślała   o   Charlesie   Grammondzie,   mężczyźnie   w   średnim   wieku,   o 

obwisłym   brzuchu.   Nie   był   złym   człowiekiem.   Okazał   jej   wielką   wdzięczność,   gdy 

powiedziała mu, że weźmie go na swego kochanka.

A potem zmienił się, schwytał ją w biały dzień, przyparł do pnia drzewa. Broniła się, 

okładając go szpicrutą, a on śmiał się i wyjął członek ze spodni i powiedział, że chce, żeby go 

włożyła do ust. Pomogła go zrujnować i zapewniała, że był doskonałym kochankiem. A on 

pysznił się, bardzo z siebie zadowolony, przechwalał się własną męskością - bo czyż czworo 

dzieci tego nie dowodziło?

A  teraz  obydwaj  są tutaj. Obydwaj  uważają ją za dziwkę.  Obydwaj  z największą 

ochotą przyczynią się do jej ruiny. Doskonale pamiętała, jak na nią spoglądali, co jej mówili, 

jak szeptali o nocach, które z nią spędzili i o tym, co im robiła...

Odsunęła się od Rydera. Przyglądał jej się, przechyliwszy głowę na bok.

Skoczyła na równe nogi. Uniosła spódnicę i uciekła z sypialni.

Ryder patrzył, jak biegła. Dojrzał przestrach na jej twarzy, kiedy spojrzała na łóżko, 

znany z przeklętych czasów na Jamajce.

Miał nadzieję i modlił się o to, by mu zaufała. Zacisnął zęby. Nie pozwoli, by taka 

sytuacja trwała dłużej. Nie może na to pozwolić.

Przez cały dzień mieli mnóstwo zajęć, więc nie było czasu na niesnaski, nawet w 

czasie kolacji, kiedy zostali sami.

O dziesiątej wieczorem Ryder wszedł do sypialni. Sophie jeszcze nie położyła się do 

łóżka.   Siedziała   w   głębokim   fotelu   naprzeciw   kominka.   Nogi   podwinęła   pod   siebie.   Na 

kolanach trzymała książkę.

-Skończyłem na dzisiaj - powiedział. - A teraz, czas do łóżka, Sophie. Wiem, że już 

się wykąpałaś, a więc powód do wymówki spłynął wraz z wodą.

-Nie chcę, Ryderze.

Sophie załamała ręce. Nie do wiary. Jego silna Sophie, kobieta, która w ciągu kilku 

ostatnich tygodni dyrygowała liczną służbą, nucąc podczas pracy, teraz załamywała dłonie jak 

bezsilna dziewczyna.

-I nie chcesz mi powiedzieć, dlaczego płakałaś dziś po południu?

background image

-Nie. To nie ma znaczenia, naprawdę. Tylko że... Zginęło trochę sreber.

Ryder pokiwał głową. Rozebrał się i stanął naprzeciw kominka. Nagi, wpatrzony w 

płomienie.

Przyglądała mu się. Nie mogła sobie tego odmówić. Ryder wyciągnął ku niej rękę.

-   Podejdź,   kochanie.   Dzisiejszej   nocy   zamierzam   dokonać   cudów,   by   sprawić   ci 

rozkosz. A jeśli nie zdołam, cóż, przed nami następna noc, a potem jeszcze jedna.

Pokręciła głową. Ryder  postawił ją na nogi. Wziął  w ramiona i zaniósł do łóżka. 

Szybko rozwiązał szarfę jej szlafroka.

Nie   zwracał   uwagi   na   to,   że   Sophie   zesztywniała,   zbladła   i   spogląda   na   niego   z 

niechęcią. Ściągnął z niej koszulę nocną, a potem wyprostował się i spojrzał na żonę.

- Nie, nie przykrywaj się.

Odwróciła od niego twarz i zacisnęła pięści.

- Jesteś piękna, Sophie. Inna niż Melissanda.

Nie   wyglądasz   jak   wyśniona   księżniczka,   ale   i   tak   jesteś   piękna.   A   teraz   mam 

zamiar... zresztą sama zobaczysz.

Usiadł   obok   niej.   A   potem   położył   się   na   boku   i   delikatnie   pogładził   Sophie   po 

policzku, po ustach, nosie i czole. Przyglądał się jej i głaskał po twarzy.

Spojrzała na niego. - Ryderze - powiedziała - wiem, że masz ochotę mnie wziąć. Nie 

musisz bawić się ze mną tak jak teraz. Po prostu zrób to. Nie będę się broniła. Wiem, że to 

bezcelowe. Jestem zmęczona i chcę to mieć za sobą.

Ryder   roześmiał   się.   -   Ach,   ci   twoi   mężczyźni.   Wziąć   cię...   cóż   za   wspaniałe 

określenie na miłość. Pozwól, że ci coś powiem, pani Sherbrooke. Jesteś moją żoną. Chcę się 

z tobą zabawiać, aż zaczniesz krzyczeć z rozkoszy. Chcę, żeby ci było dobrze. Chcę, żebyś 

się śmiała, całowała mnie i pieściła. Nie, ty tego nie możesz pojąć, prawda? Ale w końcu 

zrozumiesz.

Ryder nachylił się i ucałował Sophie w usta, lekko, jakby ćma ją musnęła skrzydłami. 

Całował ją tak długo, aż poczuł że jej ciało nie jest już takie napięte.

-Uwielbiam smak twoich ust - powiedział.

-To całkiem niezłe - przyznała, nieco zaniepokojona.

Ryder skorzystał z tego, że rozchyliła  wargi, i delikatnie wsunął język  do jej ust. 

Spojrzała na niego i zesztywniała jak kłoda.

Ryder   panował   nad   sobą.   Był   całkowicie   skupiony   na   Sophie,   na   jej   reakcjach, 

wyrazie twarzy i szarych oczu. Nie ustawał w wysiłkach. Miał na to mnóstwo czasu. Noc była 

długa. Uznał, że Sophie będzie musiała się poddać.

background image

Mówił do niej, aby zagłuszyć wspomnienia, które powracały, w miarę jak jej dotykał. 

Powiedział,  że  ma  zachwycające,  białe  jak śnieg  piersi i piękny brzuch,  który ładnie  się 

zaokrągli, gdy Sophie zajdzie w ciążę. Przyłożył palce do jej bioder i stwierdził, że z łatwoś-

cią wyda na świat tyle dzieci, ile zechce. Kiedy jego palce lekko dotknęły delikatnego ciała, 

Sophie zerwała się z łóżka i uciekła.

Ryder był zdumiony. Sophie stanęła przy oknie ze zwieszoną głową.

Ryder podszedł do niej. Nic nie powiedział, tylko oparł dłonie na jej ramionach i 

przyciągnął ku sobie.

- O co chodzi tym razem?

- Czuję się nieczysta.

Dobry   Boże,   pomyślał   Ryder,   spoglądając   na   czubek   jej   głowy.   Tama   wreszcie 

puściła.

- Nareszcie powiedziałaś mi prawdę. Najwyższy czas, Sophie. Poradzimy sobie z tym.

Sophie milczała.

-Nie wierzę, że powodem stały się moje palce pomiędzy twoimi udami, ale w jakiś 

sposób nam pomogły, prawda? Widziałaś, jak inni mężczyźni robili to samo z Dahlią? 

A może któryś z nich usiłował zmusić ciebie? - Zamilkł i czekał, ale Sophie nic nie 

odpowiedziała.   -   No   dobrze.   Jesteś   zbudowana   inaczej   niż   ja.   Żeby   poczuć 

przyjemność, musisz poznać pieszczoty między udami. Nie ma powodu, żebyś  się 

czuła brudna czy zawstydzona.

-Nie o to chodzi.

-Ach, tak - powiedział Ryder i poczuł, że mu się przewraca w żołądku. Co się tyczy 

pożądania, to całkowicie minęło. - A więc któryś z tych mężczyzn dotykał cię tam? 

Pieścił cię? O to chodzi? Wciąż prześladują cię złe wspomnienia, przeklęte duchy?

Duchy, pomyślała sarkastycznie Sophie i wzdrygnęła się nieświadomie.

-Sophie, porozmawiajmy o tym.

-Tak mi przykro, Ryderze.

Potrząsnął nią zniecierpliwiony. - Do diabła, kobieto, przestań beczeć jak owca! Kiedy 

cię poznałem, zachowywałaś się jak diablica z piekła rodem, a teraz stałaś się rzewną pannicą. 

Dajże spokój!

-Dobrze!   -   wrzasnęła.   -   W   porządku!   -   Odskoczyła   od   niego   i   rozglądała   się   po 

sypialni w poszukiwaniu czegoś, co nadawałoby się do ciśnięcia w męża. Nie znalazła 

nic odpowiedniego i wybiegła z pokoju.

-Jesteś goła!

background image

-Idź do diabła!

Sięgał po szlafrok, kiedy Sophie wróciła do sypialni. W ręce trzymała miotłę. Rzuciła 

się   w   stronę   Rydera   jak   rycerz   podczas   turnieju.   Roześmiał   się.   Śmiał   się   do   rozpuku, 

trzymając się za brzuch, aż do chwili gdy Sophie przyłożyła mu w głowę. Okładała go raz za 

razem i obrzucała przekleństwami.

Ryder   poczuł  ostry ból   i  pulsowanie   w  lewej  skroni.  Chwycił   kij  od  miotły.   Ale 

Sophie była zwinna i diabelnie silna. A także zdecydowana i rozwścieczona. Potrzeba było 

nie lada siły i sprytu, aby odebrać jej miotłę, nie zadając bólu.

Ryder odstawił miotłę, chwycił Sophie i gwałtownie przyciągnął do siebie. Ucałował 

ją namiętnie. Złapał pod pośladki i uniósł w górę. Wygięła się w łuk i próbowała go uderzyć. 

Przerzucił ją przez ramię i poniósł do łóżka.

-  Bóg jeden  wie, jak się  cieszę,   że  wróciłaś   - powiedział   i  znów   ją pocałował.   - 

Czujesz się brudna, co? Świetnie, moja droga żono, zobaczmy, jak się poczujesz, kiedy się do 

ciebie dobiorę.

background image

ROZDZIAŁ 19

Sophie walczyła, kopała go, wyrywała się dysząc z wysiłku. Wrzeszczała na niego, 

wymyślała mu od ostatnich.

Ryder tylko się śmiał i nie wypuszczał jej z objęć.

Kiedy   całował   jej   brzuch,   wczepiła   się   palcami   w   jego   włosy.   Westchnął,   zdjął 

powłoczkę z poduszki i przywiązał ręce Sophie do wezgłowia.

Mogła go jeszcze kopać, ale to było do zniesienia. Wrócił do swego przyjemnego 

zajęcia.   Całował   biały   brzuch   Sophie,   wsunął   język   do   pępka,   a   jednocześnie   gładził 

wewnętrzną stronę ud. Przerwał na chwilę i spojrzał na żonę. - Polubisz to, Sophie.

Nagle opadł na nią i uniósł jej biodra. W samą  porę nakrył  jej usta wargami,  bo 

zaczęła wrzeszczeć.

Delikatnie wsunął w nią palec. Ach, pomyślał, jest wilgotna. Ale wciąż bardzo ciasna. 

Nie szkodzi, to się zmieni, kiedy Sophie dozna rozkoszy.

Sophie rozwierała się, czując coś zbliżonego do bólu gdzieś głęboko w środku, w dole 

brzucha. Ryder trzymał ją, a ona wbrew sobie, wbrew wrzaskom i przekleństwom, unosiła 

biodra i coraz bardziej zbliżała się do męża. Jego palec tkwił głęboko w niej, poruszał się, 

wsuwał  się  i  wysuwał.  Usta Rydera  poruszały się  w  tym  samym  rytmie  i  doprowadzały 

Sophie do szaleństwa.

Wiedziała, że coś nadchodzi. Pragnęła tego rozpaczliwie, ale wciąż obrzucała Rydera 

obelgami za to, co z nią robił. A potem jęknęła i rzuciła się tak gwałtownie, że omal jej nie 

wypuścił. A potem zastygła, ale tylko na chwilę.

Ryder uniósł głowę. - Wciąż czujesz się brudna, Sophie?

-Ty przeklęty draniu, łajdaku, ty... - wrzasnęła.

-Jeszcze chwileczkę, kochanie, a wszystko zrozumiesz. Przeklinaj. Kiedy cię słucham, 

jeszcze bardziej pragnę cię doprowadzić do jęków rozkoszy.

Zaczęła płakać i Ryder wiedział, że ona nie pojmuje, jak bardzo bliska jest rozkoszy. 

Wsunął   palec   głębiej.   Poczuł,   że   nogi   Sophie   sztywnieją,   a   plecy   unoszą   się   w 

spazmatycznych skurczach.

Trzymał   ją,   zmuszając   do   przeżywania   orgazmu,   do   odczuwania   rozkoszy.   Nie 

pozwalał,   aby   szczytowanie   osłabło,   aż   wreszcie   Sophie   płakała   przyzwalając   na   nowe 

odczucie. Kiedy wreszcie przestała stawiać opór i poddała się jego rękom, Ryder rozsunął jej 

nogi i wszedł w nią głęboko i zdecydowanie.

Poczuł wstrząsające Sophie rozkoszne drgania i to wystarczyło. W następnej chwili 

background image

miał wytrysk i krzyczał z uciechy, nie z powodu własnego orgazmu, który był niezwykle 

dojmujący, lecz z radości, że wreszcie udało mu się sprawić przyjemność żonie.

Sophie mokra od potu, dyszała głośno i szybko. Ryder leżał na niej, nie wyjmując 

członka. Delikatnie ułożył dłoń na sercu Sophie.

Pocałował ją w usta. Przyglądał jej się tak długo, aż otworzyła oczy.

Wstrząśnięta. Oszołomiona i zdumiona.

Pocałował ją jeszcze raz. Poczuła własny smak na jego ustach i nie mogła uwierzyć w 

to, co się stało. Zupełnie się zatraciła. Nienawidziła go, przeklinała go i miała ochotę go 

zabić, ale jej ciało poddawało się dzikiej rozkoszy i pragnęła Rydera, pragnęła jego pieszczot 

bardziej niż czegokolwiek na świecie. A on przyglądał się jej i wiedział, dobrze wiedział, jak 

z nią postępować, jak nią kierować. Wiedział, co ona czuje. Znowu ją pocałował, a potem 

oparł się na łokciu.

- Twoje serce nareszcie zwalnia.

Spojrzała na jego brodę, poczuła jego ciepło przy swojej piersi, przy swoim sercu. 

Teraz będzie z niej kpił, pomyślała, będzie się pysznił swoim zwycięstwem, będzie ją poniżał 

i ogłaszał swoje panowanie. Zesztywniała w oczekiwaniu.

Ryder delikatnie odgarnął włosy z czoła Sophie, włosy wilgotne od potu namiętności. 

- Kocham cię, Sophie Sherbrooke - powiedział głębokim głosem. - Nie wierzyłem, że takie 

uczucie istnieje, ale najwyraźniej tak właśnie jest. Kocham cię i będę cię kochał do końca 

życia, i później, kiedy stanę się cząstką wieczności. I będę cię zmuszał do odczuwania roz-

koszy tak długo, aż przyjmiesz moją miłość i wpuścisz mnie do twego serca i do twego ciała.

Nagle   poczuła,   że   znów   stwardniał   w   jej   wnętrzu   i,   ku   własnemu   przerażeniu, 

zarumieniła się.

Nie roześmiał się, nie zakpił z niej. Odrzucił głowę do tyłu i mruknął: - Czy masz 

pojęcie, jak się przy tobie czuję? Zróbmy to jeszcze raz, Sophie, dobrze? Przestań się bronić, 

zapomnij o przeszłości, odrzuć te przeklęte wspomnienia. Myśl tylko o mnie i o tym, jak się 

w tobie czuję. Myśl o tym, co robią moje dłonie, co robi mój język...

Sophie nie chciała tracić kontroli po raz drugi, ale wyglądało na to, że nie ma wyboru. 

Po chwili zapomniała zresztą o wszystkich innych możliwościach. Kiedy Ryder powiedział 

jej, żeby go objęła nogami, uczyniła to szybko i skwapliwie. Ścisnęła go mocno. Uniosła 

biodra do góry, aby zagłębił się jeszcze bardziej. A kiedy zaczął pojękiwać, poczuła, że rodzą 

się w niej zupełnie nowe odczucia, szalone i barbarzyńskie, każące zapomnieć o wszystkim 

prócz dojmującej rozkoszy, tak wielkiej, że prawie bolesnej, która rozkwitała w nim i w niej, 

łącząc ich i sprawiając, że stawali się jednością. Głaskał ją, pieścił. Poczuła jego wargi na 

background image

swoich, jego język głęboko w ustach, jego męskość w sobie. Wyła i rzucała się jak opętana, a 

on jeszcze ją do tego zachęcał, podpowiadał, co ma robić, szeptał, jak się przy niej czuje. 

Wreszcie,  kiedy zagłębił  się w nią jeszcze bardziej, zadrgała  konwulsyjnie  i wrzasnęła  z 

rozkoszy.

Ryder był przy niej, tulił ją do siebie, całował nos, policzki, brwi, uszy. Powtarzał 

ciągle od nowa, jak bardzo ją kocha.

- Jestem zbyt ciężki?

Nie, nie był. Ale czuła ból w nadgarstkach. Nie dlatego, że tak mocno je związał, lecz 

dlatego, że zwijała się i rzucała tak gwałtownie.

- Czy możesz mnie rozwiązać?

Podniósł się z wysiłkiem. Schylił głowę i uśmiechając się ucałował Sophie.

-Nie mogę się tobą nasycić, Sophie.

-Nic nie mam przeciwko pocałunkom - powiedziała, kiedy oswobodził jej nadgarstki. 

Zsunął się z niej i ułożył obok. Roztarł je, marszcząc czoło na widok zaczerwienień. - 

Nie chciałem wiązać tak mocno. Przepraszam.

-To nie dlatego - powiedziała, unikając jego spojrzenia. - Powód jest zupełnie inny.

-Jaki?

Spojrzała prosto w jego błękitne oczy. - To dlatego, że tak się przy tobie czułam. Jak 

zwierzę.

- Aha, nowe oskarżenia. Oparte na twoim obiektywnym doświadczeniu. Przykro mi to 

mówić, Sophie, ale obydwoje zachowywaliśmy się jak zwierzęta. Drapieżniki z piekła rodem. 

To było takie wspaniałe, że modlę się, byś każdej nocy stawała się równie dzika i drapieżna. 

Jest jeszcze taka pora, zaraz po lunchu, kiedy stajesz się troszkę zmęczona i...

Roześmiała się.

Ryder był  zdumiony.  Spojrzał na nią z niedowierzaniem i pocałował sześć razy z 

rzędu.

Odwzajemniła pocałunki, ale jej ciało był tak ociężałe, że nie podniosłaby się z łóżka, 

nawet gdyby dom stanął w płomieniach. Czuła się dziwnie. Nie rozumiała, jak to się stało. 

Nie wiedziała, co o tym myśleć. Roześmiała się.

-Naprawdę mnie kochasz? - spytała.

-Tak.

-Nie mówisz tak tylko dlatego, że byłeś we mnie w środku i żądza odebrała ci ro... 

sam wiesz, co mam na myśli.

-Tak. Wiem, co masz na myśli. Ale teraz nie jestem już w tobie. Wypompowałaś mnie 

background image

dwukrotnie. Jestem słabiutki i omal nie wyzionąłem ducha. Moje zmysły usnęły. Nie 

czuję nic w rejonach poniżej serca. A wciąż cię kocham.

-Nigdy przedtem tego nie mówiłeś.

-Przedtem   nie   zdawałem   sobie   sprawy,   że   cię   kocham.   Sytuacja   uległa   zmianie   i 

cieszę się, że mogę ci o tym powiedzieć. Nie czuj się w obowiązku zagłuszać ciszy, 

Sophie.

-Ty jesteś tu panem.

-Tak, jestem - powiedział swobodnie. Przyjął jej słowa i zrozumiał ich znaczenie. - I 

wiesz co?  Czuję się z tym  świetnie,  po prostu wspaniale.  W Northcliffe  Hall nie 

czułem się niezbędny. I oczywiście nie byłem. To dom i odpowiedzialność Douglasa, 

hrabiego Northcliffe. Ale Dom na Wrzosowiskach jest mój, Sophie, nasz. Nasze dzieci 

będą w nim dorastały i to będzie ich dom. Mogę nawet przywdziać robocze ubranie i 

w środy i piątki stać się farmerem. Co o tym sądzisz?

-Myślę, że w roboczym ubraniu i podkutych ćwiekami butach będzie ci bardzo do 

twarzy.

-Ach - ucałował ją w usta. - Jak ja cię lubię całować.

Powiedz mu, pomyślała. Powiedz mu teraz. Ale była zbyt przerażona. Bała się, że 

Ryder   odszuka   lorda   Davida   i   Charlesa   Grammonda   i   zagrozi   im   albo   ich   pozabija. 

Wiedziała, że wybuchnie okropny skandal i nie mogła mu tego zrobić. Nie mogła tego zrobić 

Ryderowi, całej rodzinie Sherbrooke'ów, Jeremy'emu, samej sobie.

Pocałowała go szybko. Chciała zapomnieć o swoim wstydzie. Zapomnieć choćby na 

chwilę. I udało jej się. Zaczął ją pieścić, a kiedy w nią wszedł, zaczęła krzyczeć z rozkoszy i 

przeżyła  następny orgazm,  a Ryder myślał,  że umrze ze szczęścia i przyjemności.  Kiedy 

wreszcie usnęli, Ryderowi przyśniły się dzieci i wiedział, nawet we śnie, że powinien jej o 

nich powiedzieć, i to bardzo szybko. Modlił się, żeby go zrozumiała.

Nie powiedział jednak. Nie miał ku temu okazji. Kiedy następnego ranka wychodził z 

domu, Sophie spała snem sprawiedliwego.

Po   południu,   kiedy   pojechał   na   pola   spotkać   się   z   trojgiem   dzierżawców,   na 

podjeździe przed Domem  na Wrzosowiskach zatrzymał  się powóz. Wysypali  się z niego 

hrabia Northcliffe, Alex, Jeremy i Sinjun.

Hrabia stanął i rozejrzał się dookoła.

-Nieźle sobie poradziliście - powiedział do Sophie, która tego dnia nie wyglądała już 

jak zaniedbana sierota. Miała na sobie suknię, którą uszyła jej pani Plack. Włosy miała 

nieco przykurzone, bo właśnie zajmowała się czyszczeniem kryształowego żyrandola 

background image

w pokoju, który uważała za swój własny. Był to pokój na tyłach domu, z oknami 

wychodzącymi na ogród.

-Witajcie  - powiedziała Sophie, a potem z rozwartymi  ramionami  zwróciła się do 

Jeremy'ego.

Przykuśtykał ku niej, uściskał ją i powiedział najszybciej jak umiał:

-To wspaniałe, Sophie! O Boże, jak ja za tobą tęskniłem. Spójrz, Sinjun, spójrz tylko 

na te stajnie, z pewnością wystarczające dla George'a i...

-Kto to jest George?

-Mój kucyk. To konik berberyjski. Cały czarny, z dwoma białymi skarpetkami. Szybki 

jak wiatr, Sophie.

-Dokonaliście cudów - powiedziała Alex. - Byliśmy wstrząśnięci na wieść o tym, co 

zrobił ten łajdak Dubust.

-Meble wrócą w ciągu kilku najbliższych dni. Niestety, na dole mam tylko trzy krzesła 

i jeden stół.

-Wystarczy - powiedział hrabia. - A gdzie jest Ryder?

-Na polach, z dzierżawcami.

-Z dzierżawcami? - powtórzył Douglas. - Co robi?

-Zdaje mi się, że rozmawiają na temat płodozmianu. Najwyraźniej pan Dubust był nie 

tylko zwykłym kryminalistą. Nie pozwalał farmerom na stosowanie nowych narzędzi i 

zniechęcał do pozostawiania pól odłogiem, co jest konieczne, by je użyźnić.

-Tak - powiedział Douglas - wiem. I Ryder tym się zajmuje?

-Nie tylko zajmuje, ale na prawdę to lubi.

-Czy możemy z Jeremym pójść poszukać Rydera? - spytała Sinjun, zwracając się do 

brata. - Jest późno i z pewnością już się uporał z płodozmianem. Możemy?

-Idźcie, smyki.

-Kierujcie   się   na   północ!   -   zawołała   za   nimi   Sophie.   -   Widzicie   tę   ścieżkę   za 

stajniami?

Godzinę później Ryder, Jeremy i Sinjun weszli do salonu, w którym stały tylko trzy 

krzesła. Ryder podszedł do żony i ucałował ją.

-   Spójrz,   kto   mnie   znalazł.   A   nie   miałem   na   sobie   ani   roboczego   ubrania,   ani 

nabijanych ćwiekami butów.

Sophie poczuła na jego widok wielką radość i tylko skinęła głową.

Ryder uśmiechnął się do niej i leciutko pogładził knykciami po policzku.

- Nie, Douglasie. Nic nie mów, proszę. Wszystko się zmienia, prawda? Jeśli chcesz mi 

background image

okazać należny szacunek, nazywaj mnie paniczem Ryderem albo farmerem Ryderem. Myślę, 

że będę musiał zaprojektować nowy rodzaj pługu. Co o tym myślisz?

-Myślę, że jesteś szalony, Ryderze. Całkiem zwariowany i niezwykle szczęśliwy.

-A co sądzisz o naszym domu?

-Że to dom, który podźwignąłeś w bardzo krótkim czasie.

-Muszę oddać Sophie sprawiedliwość i przyznać, że też tu czegoś dokonała. Niewiele, 

ale nie mogłem dopuścić, by czuła się tutaj bezużyteczna.

Sophie   pisnęła   i   rzuciła   się   na   niego.   Ryder   roześmiał   się.   Jego   niebieskie   oczy 

zalśniły jak popołudniowe niebo. Złapał ją i okręcił dookoła siebie.

Hrabia zerknął na żonę, która przyglądała się im z uśmiechem.

Hrabia i hrabina Northcliffe nie mieli nic przeciwko temu, by spać na stosie koców w 

pokoju gościnnym. Ryder, znawca przedmiotu, był pewien, że bardzo im to odpowiadało. 

Wszak jego brat lubił wszelkie innowacje.

Hrabia   z   żoną   zostali   tylko   półtora   dnia,   ponieważ   jechali   z   wizytą   do   księcia 

Portsmouth.   Sinjun   i   Jeremy   pozostali   na   dłużej.   Sinjun,   co   oświadczyła   ze   śmiechem, 

postawiła sobie za cel obejrzenie Rydera w stroju roboczym.

Niecałą   godzinę   po   odjeździe   hrabiego   i   Alex   Sinjun   ujrzała   brata   w   namiętnym 

uścisku żony. Chrząknęła. Ryder spojrzał na nią i rzekł: - Odejdź stąd, Sinjun. Masz dopiero 

piętnaście lat i nie powinnaś być świadkiem takiego nadmiaru uczucia.

- Ha - powiedziała Sinjun. - Powinieneś zobaczyć Douglasa i Alex, kiedy wydaje im 

się, że nikt ich nie widzi. Nie uwierzyłbyś, w jakiej sytuacji ich przy dybałam. Alex zawsze 

odrzuca głowę do tyłu i wydaje takie śmieszne popiskiwanie i...

-Cicho, brzdącu. Lepiej, żebyś stąd szybko wyszła, bo inaczej przyłożę ci w tylną 

część ciała.

-Muszę z tobą porozmawiać, Ryderze. Na osobności.

Sinjun mówiła bardzo poważnym tonem i Sophie, odzyskawszy równowagę, skinęła 

głową i wyszła. Ryder skrzyżował ręce na piersi i oparł się o kominek.

-Spóźniłam się.

-Na co?

Ku zdumieniu brata Sinjun zarumieniła się i zaczęła sobie wykręcać palce. - Są już 

prawie   tutaj.   Jechałam   najszybciej,   jak   mogłam,   żeby   cię   ostrzec.   Och,   Ryderze,   tak   mi 

przykro, ale nie dało się już nic zrobić. Wiem, jaki jest twój pogląd na to, by Douglas i reszta 

rodziny wiedzieli o twojej wspaniałomyślności, ale...

Ryder poczuł dziwny ucisk w żołądku. - O czym ty, do diabła, mówisz?

background image

-Dzieci będą tu za jakieś dwie minuty.

-Masz więc dwie minuty, aby mi wszystko wyjaśnić.

-Zabrałam Jeremy'ego do Hadleigh, żeby poznał Jane i dzieci. W porządku, potem 

obijesz mi za to tylną część ciała. Jeremy doskonale się tam bawił. Zaprzyjaźnił się z 

Oliverem.   O   Boże,   została   już   tylko   minuta.   'A   potem   Jane   dostała   różyczki. 

Natychmiast przysłała mi wiadomość do Northcliffe Hall, że wszystkie dzieci mają 

opuścić dom, żeby się nie pozarażały. Jej pomocnica, Laura, nie wiedziała, co z nimi 

począć. Więc powiedziałam im, żeby przysłały dzieci do twego domu. Czy miałam 

inne wyjście, Ryderze? Miałam powiedzieć o wszystkim Douglasowi?

Ryder przyglądał jej się zamyślony. - Tak, to rozwiązuje problem, prawda? Czyżbym 

słyszał turkot nadjeżdżającego powozu? Chyba tak. Kto za to zapłacił, Sinjun?

-   Ja.   Wydałam   prawie   wszystkie   oszczędności,   ale   udało   się.   Nie   chciałam,   żeby 

dzieci podróżowały dyliżansem, więc wynajęłam cztery powozy. Trzy dla nich i jeden na 

wszystkie bagaże i udało mi się zamówić cztery pokoje w zajeździe Pod Złotym Cielcem.

Ryder uśmiechnął się do siostry. Poklepał ją po policzku. - Bardzo dobrze zrobiłaś. 

Chodź wyjdziemy im na spotkanie. Dobry Boże, mam nadzieję, że żadne z nich nie zaraziło 

się różyczką. To by było okropne.

-A co z Sophie?

-Sophie nie jest głupia - powiedział Ryder, ale w uszach Sinjun zabrzmiało to jakoś 

dziwnie.

Kiedy wyszli na frontowe schody, zastali tam Sophie i Jeremy'ego, którzy pomagali 

wysiąść   dzieciom   z   powozów.   Przyjechała   z   nimi   tylko   Laura   Bracken,   ponieważ   dwie 

pozostałe pomocnice także zachorowały na różyczkę. Laura, niech ją Bóg błogosławi, była 

wykończona. Dzieci, na szczęście, czuły się dobrze.

Jaimie pierwszy spostrzegł Rydera. Wydał z siebie okrzyk i rzucił się naprzód. Ryder 

uniósł chłopca wysoko do góry, a potem przycisnął do piersi. W następnej chwili otoczyły go 

wszystkie dzieci i na pięć minut zapanowało istne piekło.

Sophie   zobaczyła   stojącą   na   uboczu   małą   dziewczynkę,   która   ssała   kciuk.   Nie 

rozumiała nic z rozgrywającej  się sceny,  ale postanowiła poczekać. Tłumaczyła  sobie, że 

Ryder nie może spojrzeć w jej stronę, bo na ramionach, nogach i szyi wieszało mu się prawie 

dziesięcioro dzieci.

-Przysięgam, że to nie jest to, co sobie wyobrażasz - powiedziała Sinjun, chwytając 

Sophie za rękę.

Tak, z pewnością. Ten chłopak musi mieć ze dwanaście lub trzynaście lat. Ryder z 

background image

pewnością nie może być jego ojcem. Już się nauczyłam, że z Ryderem nigdy nie bywa tak, 

jak można by podejrzewać.

- To jego dzieci, jego ukochana gromadka - powiedziała zrozpaczona Sinjun. - Ale nie 

rodzone, z wyjątkiem jedynej Jenny. Ryder wyratował je wszystkie z przeróżnych opresji. On 

kocha dzieci i nie znosi okrucieństwa wobec nich i...

Ryder, ciągnąc czworo dzieci i niosąc w ramionach dwoje, uśmiechał się szeroko, ale 

nie do Sophie. Spoglądając gdzieś ponad jej lewym ramieniem, oznajmił:

- Oto moje dzieci.

A   potem   przedstawił   im   swoją   żonę.   Sophie   uśmiechała   się   i   zagadywała   do 

wszystkich. Po chwili stwierdziła, że Ryder jest zakłopotany.

Wreszcie uśmiechnął się szeroko i spojrzał na malutką dziewczynkę, która stała na 

uboczu, przyglądając mu się w milczeniu.

-A teraz, małe dzikusy, proszę, żebyście poszli z Jeremym i Sinjun do kuchni. Nie 

mamy tu jeszcze żadnych mebli, ale możecie sobie usiąść na podłodze, a pani Chivers 

zadba o to, żeby wam nie zabrakło bułeczek, biszkoptów i lemoniady. Idźcie, a potem 

opowiem wam o moich przygodach i o tym, dlaczego w domu nie ma dla was łóżek.

-A ja opowiem wam nieznane historie o Duchu Dziewicy - powiedziała Sinjun.

Amy pisnęła z przerażenia.

Ryder   ujął   Sophie   za   rękę   i   podprowadził   ją   do   małej   dziewczynki.   Sophie   stała 

nieruchomo,   patrząc   jak   jej   mąż   klęka   przed   dzieckiem,   otwiera   ramiona   i   przytula 

dziewczynkę do serca.

- Ach, Jenny, jak ja za tobą tęskniłem, kochanie - powtarzał, głaszcząc ją po plecach. - 

A teraz poznasz Sophie. Nie jest taka ładna jak ty, ale jest miła i lubię się do niej uśmiechać. 

Może ty także się do niej uśmiechniesz.

Spojrzał na żonę i Sophie zrozumiała, że to jego dziecko, że mała dziewczynka nie 

jest   taka   jak   inne   dzieci.   Na   twarzy   Rydera   pojawił   się   wyraz   bliski   rozpaczy.   Sophie 

zrozumiała, że jej mąż się boi, iż ona odepchnie dziecko. - Powinieneś mieć do mnie odrobinę 

zaufania   -   powiedziała,   Uklękła   obok   męża   i   wyciągnęła   rękę   w   kierunku   dziewczynki 

wtulonej w ramiona ojca.

- Witaj, Jenny. Masz śliczną sukienkę, o wiele ładniejszą od mojej. Bardzo się cieszę, 

że cię poznałam i że tu przyjechałaś. Tatuś bardzo za tobą tęsknił.

Ile masz lat?

Ryder uniósł do góry jej rączkę, zgiął kciuk i powiedział bardzo powoli: - Jeden.

- Jeden - powtórzyła Jenny.

background image

Ryder zgiął następny paluszek i powiedział: - Dwa. Kiedy doszli do małego palca, 

Ryder zgiął go tylko do połowy i powiedział:

-O, tak. Mam cztery i pół roku.

-Tak, tatusiu.

Na   twarzy   Rydera   odmalowała   się   duma   i   miłość.   Nowy   Ryder.   Nieznana   twarz 

Rydera.

- Jesteś już dużą dziewczynką. A jaki masz ładny medalionik. Mogę go obejrzeć?

Jenny   bardzo   powoli   wyciągnęła   do   niej   rękę   i   jej   paluszki   leciutko,   badawczo 

dotknęły dłoni Sophie. Podała jej medalion. Sophie otworzyła go.

-Och, jaki piękny obrazek. Ty i twoja mamusia? Tak, widzę, że jesteś taka ładna jak 

ona. Ale masz także piękne oczy po ojcu.

-Tatuś - powiedziała Jenny i znów zarzuciła mu ręce na szyję i przytuliła do niego 

twarz.

-To nowe słowo - wyjaśnił Ryder z wielkim zadowoleniem.

- A teraz, moje małe kochanie, muszę wstać, bo moje stare kości zaczynają trzeszczeć. 

Wezmę cię na ręce. Sophie ma rację. Jesteś już dużą dziewczynką.

Chodźmy do domu. Napijesz się lemoniady, prawda?

Piekło przeniosło się do kuchni. Pani Chivers wyglądała, jakby chcąc nie chcąc trafiła 

do   domu   wariatów.   Ale,   dzięki   Bogu,   tylko   się   uśmiechała.   Kucharka,   pani   Bedlock, 

kursowała biegiem  między kuchnią a spiżarnią.  Ale główną rolę pełniła  Sinjun. Wkrótce 

wszystkie dzieci siedziały na podłodze z talerzami pełnymi smakołyków.

--   Lada   chwila   w   domu   nie   zostanie   ani   okruszek   powiedziała   pani   Chivers, 

spoglądając na dzieci.

-Mam troje wnuków i wszystkie jedzą tak, jakby to był ich ostatni posiłek.

- W takim razie wyślijmy panią Bedlock do miasteczka, żeby nakupiła żywności - 

powiedziała Sophie.

Ryder spojrzał na żonę, ale unikał jej wzroku. Sophie przysięgłaby, że się zarumienił.

Przez kilka najbliższych godzin schodził jej z drogi. Nie było to trudne, ponieważ 

wszystkie   dzieci   domagały   się   jego   uwagi.   Pokazał   im   wschodnie   skrzydło   domu, 

opowiedział,   co   zrobił   pan   Dubust,   przedstawiając   go   jako   czarny   charakter,   który   teraz 

będzie musiał odpokutować swoje winy.

Sophię dwoiła się i troiła, szukając miejsca na nocleg dla dzieci.

Wreszcie  dopadła Rydera,  kiedy próbował się chyłkiem wymknąć  z domu.  - Nie, 

nigdzie nie pójdziesz, Ryderze. Chcę z tobą porozmawiać, i to teraz, w przeciwnym razie 

background image

pożałujesz.

Ryder nastroszył się jak kogut i odparł ostro: - Bo co mi zrobisz? Zwiążesz mnie i 

wykorzystasz?

- Chodźmy się przejść - powiedziała z uśmiechem.

Poszli   do   sadu   za   domem.   Panował   tam   błogi   spokój.   Dzieci   zostały   pod   opieką 

Sinjun, pełniącej rolę mediatora, matki i niańki. Ryder milczał. Sophie zaczęła nucić.

Nagle roześmiała się. - Jesteś zakłopotany! Nie mogę w to uwierzyć, jesteś naprawdę 

zakłopotany. Unikasz mego wzroku. Czy to dlatego, że ani przez chwilę nie wierzyłam, że te 

wszystkie dzieci są twoje? Cóż za policzek dla twojego poczucia męskości.

-Idź do diabła, Sophie.

-Nie, to nie o to chodzi. Miałam nadzieję, że wyprowadzę cię z równowagi. A ty byłeś 

i jesteś zakłopotany, bo nie chcesz, żeby ktokolwiek wiedział, że nie jesteś nicponiem, 

którego   nic   nie   wzrusza.   Podoba   ci   się   rola   okropnego   jegomościa,   a   to,   co   tu 

widzimy, niszczy twój wizerunek.

-A może nie masz racji. Co ty wiesz? Rozmawiałaś z tą paskudną Sinjun?

-Tak. Była przerażona, że chwycę strzelbę i cię zastrzelę. A później przyparłam ją do 

muru i wydusiłam z niej calutką prawdę, podczas gdy ty skwapliwie mnie unikałeś. 

Miała   nadzieję,   że   wszystko   mi   powiedziałeś,   ale   ty   jesteś   bardzo   dyskretny   w 

sprawach twojej ukochanej gromadki, uważasz, że do dzieci nie powinien się wtrącać 

nikt, nawet rodzina. Powiedziała mi, że wydajesz na to własne pieniądze i masz do 

tego prawo. Powiedziała też, że wuj Brandon prawdopodobnie przewraca się w grobie 

z powodu twojej filantropii, ale może dzięki temu, że wydajesz jego pieniądze na 

zbożny cel, wuj krócej będzie się smażył w piekle.

-Widzę,   że   wygadała   wszystko   do   cna.   Założę   się,   że   opowiedziała   ci   nawet   o 

kwartalnych spotkaniach dotyczących bękartów.

Sophie spojrzała na niego ze szczerym zdumieniem.

- Zapomnij o tym, co powiedziałem. Boże, smarkata choć raz się nie wygadała.

- Możesz być pewien, że nigdy nie zapomnę o tym, co teraz usłyszałam. Spotkania 

dotyczące bękartów? Co to takiego? Powiedz mi w tej chwili.

Ryder zaklął, a Sophie się roześmiała. - Nie wykpisz się. Co to takiego te spotkania?

-A niech to czart! Douglas i ja spotykamy się raz na kwartał, żeby policzyć bękarty, 

żeby któregoś przypadkiem nie przegapić. On uważa, że wszystkie dzieci to moje 

bękarty.

-Zastanawiam się, co sobie pomyśli, kiedy się dowie prawdy.

background image

-Nie dowie się - powiedział ostro Ryder. - To nie jego interes.

-Jesteś taki dobry, taki miły, taki nieprawdopodobnie rycerski - powiedziała Sophie, 

unosząc brwi - że chyba zaraz się rozpłaczę.

-Lepiej trzymaj język za zębami. Nie chodzi o to, że nie lubię kobiet - powiedział 

zirytowany. - Do diabła, Sophie, odprawiłem pięć - pięć! - kobiet! Dla każdej z nich 

sporządziłem   nawet   listę   ewentualnych   kandydatów   na   mężów.   Zapewnię   posag 

trzem, które zechciały wyjść za mąż. Dwie inne chcą się przenieść do Londynu. Je 

także wyposażę. Jestem kochankiem doskonałym i wszystkie są w głębokiej depresji, 

bo więcej nie będę ich uszczęśliwiał.

-Och,   Ryderze!   -   roześmiała   się   Sophie.   -   Jesteś   zadziwiający,   wiesz?   Naprawdę 

zadziwiający. Rozpowiadasz o swoich kobietach, a milczysz na temat dzieci. Nigdy 

nie   podejrzewałabym,   że   nie   zajmiesz   się   kobietami,   z   którymi   sypiasz.   Jestem 

zaskoczona, że twój brat tak słabo cię zna.

Nie dziw się Douglasowi. On dopiero rok temu wrócił z wojska. Uwierzył w to, co mu 

powiedziałem,   a   że   jestem   szeroko   znany   ze   swej   słabości   do   kobiet,   moja   przysięga 

wierności małżeńskiej zrobiła na nim kolosalne wrażenie. Uwierzył, że cię kocham. Przedtem 

uważał, że kieruję się wyłącznie pożądaniem. A jeśli o niego chodzi, ma malutką córeczkę w 

wieku Jenny.

-Kiedy tu przyjedzie, będzie musiał zmienić pogląd na twój temat.

-Do diabła z Jane i jej różyczką!

-Całe   szczęście,   że   Dom   na   Wrzosowiskach   jest   taki   przestronny.   Myślę,   że 

wschodnie skrzydło okaże się wystarczająco duże. Obejrzałam pokoje, kiedy ty mnie 

unikałeś. A teraz opowiedz mi o Jane. Myślisz, że zechciałaby tu zamieszkać?

-Nie wiem. Jane ceni sobie niezależność.

-Cóż... Za wcześnie, by wyrokować. Zobaczymy. Z pewnością coś wymyślimy.

Ryder   zmarszczył   czoło   i   zagryzł   wargi.   Sophie   przyglądała   mu   się   z 

zainteresowaniem. Ryder kopnął kamyk.

-Wiesz, jesteś taka zgodna, a mogłabyś okazać choć odrobinę zazdrości. Jako moja 

żona   masz   do   tego   całkowite   prawo.   Nie   podoba   mi   się   twoja   przeklęta 

wyrozumiałość, twoje całkowite przyzwolenie. Do diabła, Sophie, przestań być taka 

tolerancyjna.

-Już raz rzuciłam się na ciebie z miotłą. Nie mam dość siły, żeby wyrwać z ziemi 

jabłonkę i zdzielić cię pniakiem. Ale skoro domagasz się kary od zazdrosnej żony, 

będziesz ją miał.

background image

Rzuciła się na Rydera i kopnęła go łydkę, a kiedy upadł na ziemię, położyła się na 

nim. Chwyciła go za włosy, żeby się nie ruszał, a potem obsypała jego twarz pocałunkami.

- Mój kochany - powiedziała i nie przestawała go obcałowywać. Przytuliła się do jego 

brzucha i Ryder jęknął. Uniosła głowę, spojrzała na jabłoń obok i spytała: - Jak myślisz, czy 

mamy dość pościeli dla wszystkich dzieci?

-Zaraz cię obiję, Sophie Sherbrooke.

-Mam   nadzieję,   że   nie   oddałeś   swoim   kochankom   wszystkich   pieniędzy   i   że 

wystarczy nam najedzenie dla wszystkich maleństw. Czy zaciągnąłeś długi na suknie 

dla mnie? Boże, trzy kostiumy do konnej jazdy! Trzy! Czy na całym świecie istnieje 

taki hojny i wspaniałomyślny mężczyzna?  A przynajmniej w promieniu dziesięciu 

mil?

Ryder otoczył ją ramionami i przeturlał, aby znaleźć się na wierzchu.

- Posłuchaj mnie teraz. Nie będę znosił twoich pocałunków, którymi mnie obsypujesz, 

bo się okazało, że nie jestem łajdakiem, za jakiego mnie miałaś. Połowa z tego, co mówisz, to 

sarkazm, którego nawet nie umiesz zatuszować. Nawet się nie starasz. Wyobrażasz sobie, że 

jestem dobrodusznym filantropem, kimś w rodzaju świętego, ale i tak mówisz o tym z kpiną 

w głosie. Mam tego dość. Robi mi się niedobrze. Do diabła, nie jestem wcale taki miły. Nie 

waż się mnie całować i nie bądź ze mnie taka zadowolona, bo wcale na to nie zasługuję.

-Dobrze - powiedziała lekkim tonem i otoczyła go ramionami. - Dobrze, w takim razie 

nic się nie zmieniło. Wciąż jesteś łajdakiem. Uważam cię za człowieka pozbawionego 

sumienia, który myśli tylko o sobie i swoich przyjemnościach...

-Niech cię diabli, nie jestem także całkiem zły. Opanuj swój kąśliwy język, Sophie. I 

pomyśleć, że niedawno błagałem cię, żebyś znów stała się tą diablicą z Jamajki. Nigdy 

więcej. Będę cię trzymał krótko, choćbyś nie wiem jak jęczała. Więcej nie dam się 

wyprowadzić z błędu.

-Ale byłeś zakłopotany, kiedy twoje dobre uczynki nawiedziły cię we własnym domu.

Ryder zadarł jej spódnicę, rozdarł koszulkę, rozpiął swoje bryczesy i zatopił się w 

Sophie. Nie mogła uwierzyć, że jest taka ciepła i gotowa, że przyjęła go całego i jeszcze 

uniosła biodra, żeby mieć z niego więcej.

- Teraz też czujesz się brudna?

Ugryzła go w ramię, a potem oblizała to miejsce i jęknęła, wtulając twarz w szyję 

Rydera. Poczuł jej dłonie na lędźwiach, a potem na pośladkach.

-Czujesz się nieczysta? - powtórzył.

-Nie.

background image

A potem zaczęła krzyczeć, a on tłumił jej krzyki ustami, aż sam osiągnął spełnienie.

-A ty wciąż się czujesz zakłopotany? - wyszeptała.

-Masz szczęście, że jestem mężczyzną wyrozumiałym i hojnym.

-Tak. Nawet dla mnie, twojej żony.

-Zaprzestań tych szyderstw, Sophie.

-Dobrze - powiedziała i ucałowała go w usta.

I właśnie wtedy, gdy Ryder chciał powtórzyć wszystko od nowa, rozległ się donośny i 

wyraźny głos Jeremy'ego: - Ryder! Sophie! Gdzie się podziewacie? Melissa skaleczyła się w 

rękę i woła Rydera.

- I cóż mam począć? - roześmiał się Ryder i wstał, podnosząc Sophie.

background image

ROZDZIAŁ 20

Pani Chivers przyniosła Sophie zwykłą kopertę z wypisanym drukowanymi literami 

imieniem. - Przyniósł to chłopak od Meyersów, proszę pani - powiedziała rzeczowym tonem. 

- Prosty chłopak, zupełnie jak jego ojciec.

- Dziękuję.

Sophie drżącą ręką sięgnęła po kopertę, ale pani Chivers nic nie zauważyła. Sophie 

wycofała się prędko do małego saloniku, który urządziła dla siebie. Zamknęła drzwi i oparła 

się o nie plecami, przyglądając się kopercie.

Wyjęła kartkę i przeczytała:

Spotkamy się dziś o trzeciej po południu pod starym wiązem przy rozwidleniu dróg do  

miasteczka. Bądź punktualna i lepiej nic nie mów mężowi. Nie chciałbym być zmuszony go 

zabić.

Podpisane DL.

David Lochridge. Lord David.

Sophie podeszła do małego biureczka. Usiadła, położyła list na blacie i utkwiła wzrok 

w literach. Nie ruszała się, tylko patrzyła na list i zastanawiała się, co teraz zrobić.

Miała tylko dwie godziny na podjęcie decyzji.

- Sophie! Jesteś tam?

Drzwi otworzyły się na oścież i do pokoju wpadła Sinjun. Była wysmagana wiatrem i 

wyglądała   równie  pięknie  jak Ryder,  kiedy wracał  po  konnej  przejażdżce  wśród  pól. Jej 

niebieskie oczy lśniły radością życia, tak samo jak oczy Rydera.

- O co chodzi? Co się stało? - spytała, stając jak wryta.

Była równie spostrzegawcza jak jej brat.

- Nic się nie stało, Sinjun.

Sophie wstała. Powoli, bardzo powoli, złożyła list i wsunęła go do koperty. Co z nim 

teraz zrobić?

- Przyszłam, żeby cię zabrać na lunch. Oczywiście pod warunkiem, że zechcesz się 

przyłączyć do tego domu wariatów. Ryder wymówił się bólem głowy i poszedł wyrzucać 

gnój ze stajni. Myślę, że Jane chyba ma rację. Ona twierdzi, że dorośli powinni jadać tylko w 

towarzystwie dorosłych. A dzieci z dziećmi i opiekunami.

Sophie uśmiechnęła się radośnie. - W takim razie trzymajmy się recepty Jane. Niech 

pani   Chivers   powiadomi   kucharkę,   że   dzieci   zjedzą   lunch   w   pokoju   śniadaniowym.   Ile 

pomocnic zatrudnia Jane?

background image

-Pewno co najmniej pięć - roześmiała się Sinjun.

-Dobrze. Dopilnuj, żeby wszystko było w porządku. I przywołaj Rydera ze stajni. - 

Udało jej się roześmiać, naprawdę mogła się śmiać.

Sinjun wyszła z pokoju, a Sophie szybko wsunęła kopertę do górnej szuflady biurka. 

Umieściła ją głęboko pod innymi papierami.

Dowiedziawszy się od siostry o nowych porządkach, Ryder szybko wrócił do domu. Z 

Sophie i Sinjun zasiedli we trójkę w ogromnej jadalni. Panował błogi spokój.

-W   jadalni   jest   za   ciemno   -   stwierdziła   Sinjun,   nadziewając   na   widelec   kawałek 

szynki.

-Tak - zgodziła się Sophie, nie podnosząc głowy. Zgromadziła spory stosik jedzenia i 

przesuwała je po swoim talerzu.

-Jeżeli masz jakieś zmartwienie - powiedział Ryder ostro - lepiej będzie, jeżeli nam o 

tym opowiesz.

-Wszystko w porządku - odpowiedziała z wymuszonym uśmiechem. - Jestem tylko 

trochę zmęczona. Jenny miała w nocy straszny sen. Wstałam do niej, a potem nie 

mogłam zasnąć.

Ryder   zmarszczył   czoło,   ale   milczał.   Przecież   Sophie   natychmiast   zasnęła   z 

powrotem. To on niepokoił się o dziecko przez dobrą godzinę.

O   co,   do   diabła,   chodzi?   Czyżby   żałowała,   że   zgodziła   się   zostawić   dzieci? 

Przeszkadzają jej? Nie przywykła do życia w domu wariatów, a siedmioro dzieci zmieniło 

Dom na Wrzosowiskach w taki właśnie przybytek. A może znów opadły ją wspomnienia? 

Ostatniej nocy kochała się z nim z ochoczo, ale kto wie?

Sinjun, niech  Bóg błogosławi jej  niewinne serce, ciągnęła  monolog  o odnowieniu 

jadalni.

Ryder wstał od stołu zaraz po lunchu. Ucałował Sophie w usta, przesunął palcami 

wzdłuż   jej   brwi,   przyjrzał   się   twarzy,   ale   nie   dostrzegł   nic,   co   mogłoby   stanowić   jakąś 

wskazówkę. Miał tyle do zrobienia. Za dziesięć minut miał się spotkać z Tomem Lynchem, 

inteligentnym farmerem o zdrowym rozsądku. Ryder westchnął i wyszedł z jadalni z nadzieją, 

że Sophie chce, by ją zostawił w spokoju.

Sinjun wyszła zaraz po nim, mówiąc, że idzie pobawić się z dziećmi.

*

Punktualnie   o   trzeciej   Sophie   zatrzymała   klacz   pod   wiązem   o   pniu   tak   grubym   i 

sękatym, że sprawiał wrażenie starszego od otaczających go wzgórz, a nawet od skrzatów 

żyjących w jamach pod wzgórzami.

background image

Nie   czekała   długo.   Nadjechał   lord   David.   Jak   zwykle   arogancki   i   zarozumiały. 

Anielska twarz i diabelskie serce.

Sophie czekała w milczeniu.

-Okłamałaś mnie - powiedział spokojnie.

-A to dopiero nowina, zwłaszcza w twoich ustach.

-Powiedziałaś   mi,   że   masz   syfilis.   Powiedziałaś,   że   nie   możesz   dłużej   być   moją 

kochanką, bo nie chcesz mnie zarazić. Skłamałaś. Nie masz syfilisu. W przeciwnym 

razie nie wyszłabyś za Rydera Sherbrooke^. Po prostu chciałaś się mnie pozbyć.

-To prawda.

-Ależ to nie ma sensu! To niemożliwe. Nie pragniesz mnie już?

-Tak właśnie jest.

-Ach,  więc   zachciało   ci  się  Rydera   Sherbrooke'a.  Wiedziałaś,   że  musisz   się  mnie 

pozbyć, w przeciwnym razie dowiedziałby się o mnie, a gdyby tak się stało, nigdy by 

nie uwierzył, że wolisz go ode mnie. Tak, gdyby się o mnie dowiedział, zrozumiałby, 

że wiesz, co to znaczy być z prawdziwym mężczyzną i ktoś taki jak on nigdy by ci się 

nie spodobał.

Sophie przyglądała mu się w milczeniu, zastanawiając się, w jaki sposób pracował 

jego umysł.

-Nigdy nie spotkałam kogoś, kto by myślał podobnie do ciebie - powiedziała wreszcie. 

- A zresztą, czemu się tym przejmujesz? Powiedziałeś mi, że masz zamiar poślubić 

bogatą dziedziczkę. Nie sądzę, byś chciał, aby twoja narzeczona dowiedziała się o 

tym, co według ciebie zaszło między nami. Chyba nie myślisz, że ja się wygadam. 

Chcesz, aby twoje małżeństwo doszło do skutku, prawda?

-Rozmawiałem z Charlesem Grammondem. Podjęliśmy decyzję.

Sophie po raz pierwszy poczuła dreszcz niepewności. Umysł lorda Davida podążał 

tylko w jednym kierunku; prawdopodobnie właśnie to było powodem jego sukcesów w grach 

hazardowych. Nic nie mogło go rozproszyć ani skłonić do przyjęcia innego punktu widzenia. 

Jego głos zabrzmiał nisko i głęboko i Sophie przypomniała sobie, jak stał nagi, śmiejąc się pił 

poncz z rumem, a jego członek twardniał. Dzięki Bogu nie dla niej, a dla Dahlii.

- Czego ty chcesz, Davidzie?

Wyprostował  ramiona  i odrzucił głowę do tyłu  królewskim ruchem.  - Dla dziwki 

takiej jak ty jestem lordem Davidem.

- Jesteś żałosnym, niepoprawnym, zepsutym łajdakiem.

Uniósł rękę, ale zaraz ją opuścił. - Nie - powiedział - nie będę szpecił twojej ślicznej 

background image

buzi. Twój mąż z pewnością zauważyłby siniaki, a nie chcę, żeby Ryder Sherbrooke stał się 

moim wrogiem.

Sophie pomyślała,  że ona, jako kobieta, nigdy nie stanowiła przeciwnika godnego 

uwagi. Cóż, powie mu prawdę i zobaczy, jak David to przyjmie.

- Powiem ci coś więcej, lordzie Davidzie. Nigdy z tobą nie spałam. Na samą myśl o 

tym robi mi się niedobrze. Nigdy nie spałam z żadnym mężczyzną.

Sypiała  z wami  Dahlia,  dziewczyna,  którą, być  może,  widziałeś  w  Montego Bay, 

Dahlia przychodziła do chaty, kiedy byłeś już pijany do nieprzytomności.

Spojrzał  zdumiony,  a potem roześmiał  się. - Czy tą samą  bajeczką poczęstowałaś 

Rydera Sherbrooke'a?

-To   był   pomysł   mego   wuja.   Zmuszał   mnie   do   udawania,   że   biorę   was   sobie   na 

kochanków,  dzięki   czemu  mógł  wymusić  na  was   wszystko,  czego  pragnął.  Poncz 

rumowy, który piliście z takim zachwytem, po prostu zawierał narkotyk. A ponieważ 

ty i większość mężczyzn, jesteście właśnie tacy, jacy jesteście, wszystko szło jak z 

płatka.

-Ach, tak? A czegóż to chciał ode mnie twój wuj?

-Chciał,   żebyś   zrujnował   Charlesa   Grammonda,   żeby   musiał   sprzedać   plantację 

wujowi. A kiedy odegrałeś już swoją rolę, kazał mi cię odprawić. Pomysł z syfilisem 

był jego autorstwa i okazał się doskonały. Pamiętam, że ze strachu zbladłeś jak ściana.

Kłamiesz. Nie będziesz mnie więcej okłamywała. Twój wuj był dżentelmenem i twoje 

obyczaje doprowadzały go do rozpaczy. Wszyscy byli przekonani, że to ty go zabiłaś, nawet 

po tym jak Cole powiedział, że został uduszony przez Thomasa. A ten przeklęty Sherbrooke 

pozwolił ci uciec z Jamajki i uniknąć kary. A teraz oskarżasz wuja! Jezu, prawdziwa dama 

nawet nie wie, co to jest syfilis! Nie jesteś damą, Jesteś małą, tanią dziwką i obydwaj z 

Charlesem zadecydowaliśmy, że powrócimy do naszych miłych schadzek.

-Już ci powiedziałam, że jesteś żałosny i że nigdy nie pozwolę ci się do mnie zbliżyć...

-Jestem dość blisko i zamierzam zbliżyć się jeszcze bardziej.

- Gwałt?

Wzruszył ramionami.

-Twój mąż nie jest głupi, ale traci rozsądek, kiedy chodzi o kobiety. Nie mam zamiaru 

dochodzić, dlaczego się z tobą ożenił, skoro mógł cię po prostu posiąść i mieć, dopóki 

się tobą nie znudzi. O nie, Sophio, jeżeli oskarżysz mnie o gwałt, z pewnością cię 

zabije, bo dziwka zawsze pozostanie dziwką.

-To, co mówisz, nie ma sensu, lordzie Davidzie. Powiedziałeś, że nie chcesz, aby mój 

background image

mąż stał się twoim wrogiem. Ożenił się ze mną. Nie zabije mnie. Uwierzy mnie, a nie 

tobie. Zabije ciebie.

-Czyżbyś nie miała pojęcia, jaki jest twój mąż? Nie wiesz jaką ma opinię? Tak samo 

jak ty lubi rozmaitość. Kochałaś seks, zaczęłaś swoją karierę w wieku osiemnastu lat. 

Jestem   pewien,   że   teraz   też   go   potrzebujesz.   Nie   będziesz   wierna   jednemu 

mężczyźnie, choćby to był  Ryder Sherbrooke, który,  jak słyszałem,  przespał się z 

wszystkimi kobietami w hrabstwie Kent. Żadna kobieta w okolicy nie jest bezpieczna. 

Zobaczysz.  Będzie  się śmiał  i paradował ze swoimi  kochankami  tuż przed twoim 

nosem. A dzięki mnie i Charlesowi będziesz mogła robić to samo, co twój małżonek.

To rzekłszy,  spiął konia i podjechał bliżej. Wyciągnął ramiona do Sophie. Sophie 

zamachnęła się szpicrutą i uderzyła go w rękę. Lord David wrzasnął i odskoczył do tyłu.

- Chyba zwariowałaś!

Z wściekłości poczerwieniał na twarzy, ale zanim zdążył zareagować, ciszę zakłóciły 

dźwięki podobne do ujadania dzikich psów, gotowych do ataku i do zabijania. Ale skąd tutaj 

dzikie psy?

- Do diabła, co to takiego?

Sophie cofnęła swoją klacz. W powietrzu świsnęła strzała i opadła na ramię lorda 

Davida, nie raniąc go jednak, tylko się po nim ześlizgując. Krzyknął ze złości, bo strzała 

rozdarła rękaw jego eleganckiej marynarki. Nie miał przy sobie broni. Nie miał jak się bronić 

przed niewidocznym wrogiem.

- Przyprowadziłaś tu kogoś, ty perfidna suko! Pożałujesz, zobaczysz!

Spiął ogiera ostrogami i szybko zniknął z pola widzenia. Sophie siedziała na klaczy i 

starała się uspokoić oddech. Nie była  specjalnie zaskoczona, kiedy spośród przydrożnych 

krzaków wychynęło  siedmioro dzieci, Jeremy i Sinjun, wszyscy zadziwiająco cisi. Sinjun 

trzymała łuk. To ona wystrzeliła strzałę. Sophie zsunęła się z szerokiego grzbietu klaczy.

Jeremy podszedł do siostry i otoczył ją ramionami.

- To zły człowiek z Jamajki - oznajmił. - Powiedziałem Sinjun kto to taki.

- Dobrze zrobiłeś.

Sophie uniosła głowę. Wszystkie dzieci, od czteroletniej Jenny do dziesięcioletniego 

Olivera, stały w szeregu i przyglądały się jej. Zastanawiała się, skąd wiedzieli, ale po chwili 

uznała, że wcale jej to nie interesuje.

- Byłam w tarapatach - powiedziała wreszcie.

- Dziękuję wam wszystkim za pomoc. Naprawdę myślałam, że to stado dzikich psów 

albo wilków. Byliście wspaniali. Jestem z was bardzo dumna.

background image

-Pomyślałam, że nie chcesz, żeby Ryder się dowiedział - powiedziała cicho Sinjun. - 

Zastanowimy   się,   jak   postąpić.   Nie   jesteś   już   sama.   Ale   Jeremy   nie   zrozumiał 

wszystkiego, co działo się na Jamajce. Musisz mi opowiedzieć.

-Dobrze, opowiem. A teraz posłuchajcie mnie. Wiem, że wszyscy kochacie Rydera. 

Ale błagam was, żebyście mu nie mówili, co się tu wydarzyło. Ten zły człowiek jest 

gorszy od węża, nie jest taki szlachetny i dobry jak Ryder. Nie walczyłby uczciwie. A 

ja nie chcę, żeby Ryderowi stało się coś złego. Proszę, nic mu nie mówcie. Dobrze?

-A co to jest dziwka? - spytała Amy.

Tom zamknął jej buzię. - To brzydkie słowo. Nie mów tak więcej.

- A ty mówisz okropne wyrazy - wrzasnęła obrażona Amy. - Wszystko dlatego, że 

wychowałeś się w dzielnicy portowej. Ty...

Do   kłótni   wtrącił   się   Oliver.   Wymachiwał   kulą.   Wtedy   wystudiowanym   tonem 

odezwała się Jenny: - Muszę odejść na stronę i zadrzeć sukienkę.

Sophie poczuła, że coś w niej pęka. Zaczęła się śmiać, szczerze śmiać. Zawtórowały 

jej wszystkie dzieci, a Sinjun zaniosła Jenny na stronę.

W drodze do Domu na Wrzosowiskach Sophie zdała sobie sprawę, że żadne z dzieci 

nie obiecało jej, iż dochowa tajemnicy.

Jane i jej dwie pomocnice były już prawie zdrowe i spodziewano się ich w Domu na 

Wrzosowiskach w ciągu najbliższych dwóch tygodni.

Sophie, która dowiedziała się o przeżyciach Jane, doszła do wniosku, że taka kobieta 

nie będzie szczęśliwa w domu prowadzonym przez inną kobietę. Uznała, że w pobliżu należy 

wybudować drugi dom, na wzgórzu oddalonym o sto metrów. Ryder wyraził zgodę i budowa 

wkrótce miała się rozpocząć.

Ku zdumieniu Sophie Melissanda uznała po jednej wizycie w Domu Wariatów, jak 

ochrzcił swój dom Ryder, że mieć dziecko to wcale nie jest głupi pomysł. Wszystkie dzieci, 

nawet Jenny, wciąż jej powtarzały, że jest bardzo piękna. Bały się dotknąć Melissandy, żeby 

nie zakłócić jej doskonałości. Mąż Melissandy, Tony, chrząknął i oświadczył, że nie ma co do 

tego nadziei. Wkrótce wybierali się do Londynu.

- Toleruję, chociaż z trudem, kiedy jakiś głupi młokos opowiada jej, że ma brwi jak 

wymalowane ręką mistrza, ale żeby takie bzdury opowiadały małe dzieci? Nie, Sophie. Tego 

już zbyt wiele. Słuchając tego wpadłbym w depresję.

Tony westchnął głęboko. Ryder się roześmiał.  Melissanda promieniała. Pogłaskała 

wszystkie dzieci po głowach i obiecała, że następnym razem przywiezie im łakocie.

Pewnego popołudnia Ryder wracał do domu zmęczony długim dniem spędzonym na 

background image

polu  na  rozmowach z  farmerami.  Spotkał   się także   z  architektami   oraz  rzemieślnikami  i 

robotnikami,  aby omówić  sprawy związane  z budową nowego domu.  Wysłuchał  również 

płotek  na temat  stadka swoich bękartów  i bardzo  go one rozśmieszyły.  Tylko  patrzeć,  a 

będzie tam piętnaścioro dzieci. A może i więcej. Co wtedy powiedzą miejscowe plotkary?

Dzień był gorący, o wiele za gorący na tę porę roku. Ryder usłyszał dzieci, zanim je 

zobaczył.   Jak   zwykle   wyczekiwały   go   z   utęsknieniem.   Wypracowały   sobie   metodę 

sygnalizacji.   W   jednej   chwili   były   przy   nim   wszystkie.   Prowadziły   go   do   domu, 

przekrzykując się nawzajem. Nawet Jenny. Paplała teraz jak sroka i Ryder zdał sobie sprawę, 

że   ten   szybki   postęp   spowodowany   był   jego   obecnością.   Spostrzegłszy   to,   starał   się   jej 

poświęcać jak najwięcej czasu. Szybko zapomniał o zmęczeniu. Śmiał się i słuchał dzieci; 

każdego z osobna i wszystkich razem. Dziękował Bogu, że żadne z nich nie zachorowało na 

różyczkę.

Każdej nocy znajdował przy swoim boku Sophie i wiedział, że jego bliskość sprawia 

jej przyjemność, wiedział, że i ona wyczekuje tych spędzonych sam na sam godzin, kiedy 

będzie go mogła do woli dotykać i cieszyć się z jego pieszczot. Ostatniej nocy udało mu się 

rozbawić   ją   w   trakcie   aktu   miłosnego.   Ryder   był   szczęśliwy.   Nie   mógłby   sobie   życzyć 

pomyślniejsze - go układu gwiazd.

Pogwizdywał,   dopóki   nie   znalazł   listów   w   górnej   szufladzie   biurka   Sophie.   Żona 

pojechała do miasteczka w towarzystwie trojga dzieci, Laury i pokojówki Córy, gdzie miały 

kupić materiał na ubrania. Wszystkie trzy szwaczki w miasteczku  były  w pogotowiu, bo 

pojawiła się możliwość stałych zarobków.

Ryder szukał rachunków w biurku Sophie, bo pani Chivers poskarżyła  mu się, że 

rzeźnik nie dostał wynagrodzenia. Zamiast rachunków znalazł listy od Davida Lochridge'a. 

Drugi list miał datę wczorajszą.

Ryder przeczytał:

Powziąłem decyzję. Zostaniesz moją kochanką. Charles Grammond zajmie się tobą 

osobiście. Chcę bawić się równie dobrze jak na Jamajce. Przyjedź do starej chałupy Tollivera 

na północnym skraju posiadłości twego męża. Bądź w czwartek o trzeciej po południu, inaczej 

pożałujesz.

Podpisane DL.

Przeklęty łajdak.

I przeklęte piękne szare oczy Sophie. Nie powiedziała mu ani słowa. A Ryder czuł, że 

coś jest nie w porządku. Wczoraj wieczorem pragnęła go tak gwałtownie, jakby chciała ukryć 

coś niemiłego. Ryder nie wypytywał, dał jej to, czego oczekiwała.

background image

Swoim milczeniem pozbawiała go męskości.

Zmiął list w dłoni.

- Tatusiu.

Spojrzał nieprzytomnym wzrokiem. W drzwiach stała Jenny, spoglądając to na zmięty 

papier, to na twarz Rydera.

- Witaj, kluseczko - powiedział, odkładając list na biurko. - Podejdź do mnie, niech cię 

uściskam. Nie widziałem cię już całą godzinę. To stanowczo zbyt długo.

Jenny podbiegła do niego. Ryder uniósł ją na wysokość twarzy i ucałował w nosek.

-Czego potrzebujesz, kochanie?

-Naucz mnie strzelać z łuku, tak jak umie Sinjun, żebym mogła zastrzelić tego złego 

pana.

Ryder zmartwiał. - Oczywiście. Opowiedz mi wszystko.

I Jenny opowiedziała. Gdyby nie był taki rozgniewany, roześmiałby się, słuchając o 

tym,  jak dzieci  udawały stado  wyjących  wilków. Doskonale  sobie  poradziły.  Przepędziły 

łajdaka. A Sinjun trafiła go w ramię. Dobra robota.

Niech no tylko dopadnie siostrę. Udusi ją gołymi rękami.

A potem udusi żonę.

- Jenny! Gdzie jesteś, kluseczko? Jen...

W drzwiach pojawiła się Sinjun. Zatrzymała się w progu jak wryta i powiedziała: - 

Ojej, Ryder. Cześć, braciszku. Co tu robicie? To pokój Sophie i...

Ryder wpatrywał się w siostrę. Nie słyszał, co mówiła.

-Wygląda na to, że Jenny coś wygadała - westchnęła Sinjun.

-Nie jesteś głupia, Sinjun. Od razu poznasz, że twoja perfidia została wykryta. To 

dobrze. Nienawidzę nudnych wyjaśnień. Tak. Jenny chce, żebym ją nauczył strzelać z 

łuku, żeby mogła zabić tego złego pana.

- O Boże! Przepraszam, Ryderze, ale...

Ryder już się opanował.

-A teraz, kochanie - zwrócił się do Jenny, wyswobadzając się z jej uścisku - chcę, 

żebyś  poszła z Sinjun. Ona ci da biszkopty i lemoniadę.  Tatuś  musi popracować. 

Dobrze?

-Tatuś - powiedziała Jenny i szybko podeszła do Sinjun.

-Odejdź - powiedział Ryder do siostry. - I tym razem nie mów nic mojej żonie.

-Dobrze - odpowiedziała Sinjun bardzo słabym głosem, tak nieśmiałym i bojaźliwym, 

że Ryder prawie się uśmiechnął.

background image

*

W   czwartek   o   wpół   do   trzeciej,   Ryder   spokojnie   zatrzymał   konia   w   odległości 

trzydziestu metrów od chałupy Tollivera. Uwiązał go przy kępie zielska, aby się spokojnie 

pasł.

Odczuwał   niecierpliwość,   złość   i   podniecenie.   Chciał   się   spotkać   z   Davidem 

Lochridge'em. Chciał go po prostu powalić na ziemię.

Czekał   ukryty   wśród   grubych   wiązów,   otaczających   chałupę.   Pogwizdywał   przez 

zęby.   Jego   podniecenie   rosło   z   każdą   chwilą.   Zastanawiał   się,   kiedy   przyjedzie   Sophie. 

Zastanawiał się, kiedy nadjedzie Lochridge.

Ale nie przyszło mu do głowy, że może pojawić się ktoś inny. Doznał więc wstrząsu, 

gdy pięć minut później przed chałupą zatrzymała się starsza kobieta w staromodnej dwukółce. 

Była pulchna, ubrana w modną suknię i czepek stanowczo nieodpowiedni dla osoby w jej 

wieku. Ryder uznał, że kobieta ma około czterdziestu pięciu lat. Kogoś mu przypominała. 

Mój Boże, czy ona także przyjechała tu na schadzkę? Czyżby tę chałupę wykorzystywano na 

niedozwolone spotkania miłosne?

Ryder ani drgnął. Przyglądał się, jak kobieta wysiada z dwukółki i prowadzi starego 

kucyka za chałupę.

Co tu się, do diabła, dzieje?

Sophie i lord David przyjechali w tym samym czasie z przeciwnych kierunków. Ryder 

i starsza kobieta pozostawali ukryci.

Ryder przyglądał się, jak Sophie zsuwa się z końskiego grzbietu, odwraca się i mówi 

głosem spokojnym niczym oko cyklonu: - Przyjechałam, żeby ci oświadczyć po raz ostatni, 

że nie mam z tobą nic wspólnego, lordzie Davidzie.

-Ach, wciąż się ze mną droczysz - powiedział David, a Ryder spostrzegł, że rozgląda 

się   dookoła.   Czego   się   spodziewał?   Nowych   wilków?   Oczy   Davida   spoczęły   na 

szpicrucie w dłoni Sophie.

Nie,   nie   droczę   się   z   tobą.   Kiedy   widzieliśmy   się   poprzednio,   powiedziałam   ci 

prawdę. Wszystko, co się zdarzyło na Jamajce, było uknute przez mego wuja. Nigdy nie 

znalazłam się z tobą ani z żadnym innym mężczyzną w intymnej sytuacji. A teraz, skoro nie 

chcesz mi uwierzyć, nie pozostaje mi nic innego, jak cię zastrzelić.

Ryder   osłupiał.   Sophie   wyjęła   z   kieszeni   mały   pistolet   i   przyłożyła   go   do   piersi 

Davida.

Lord David roześmiał  się. - Ach, dama  z małym  pistolecikiem.  Daj spokój, moja 

droga. Obydwoje wiemy, że nie miałabyś odwagi posłużyć się tą zabawką, że nie stać cię na 

background image

to, by pociągnąć za spust.

-   Wydawało   mi   się,   że   wierzysz,   jakobym   zabiła   mego   wuja.   Skoro   tak   sądzisz, 

dlaczego nie wierzysz, że pociągnę za spust?

Lord David znalazł się w kłopotliwym położeniu. Przyjrzał się Sophie. Zaniepokoił 

się.   Zaklął.   Wreszcie   rzekł:   -   Porozmawiajmy   o   tym.   Nie   ma   powodów   do   przemocy. 

Zaproponowałem ci moje ciało. Dla twojej przyjemności. Takiej samej, jaką ja odczuwałem 

na Jamajce. Dlaczego jesteś taka nierozsądna?

-Ja, nierozsądna? A co z naszym drogim Charlesem Grammondem? Czy on także ma 

zamiar brać udział w tej głupiej fikcji? Czy mam mu wygarnąć prawdę tak samo jak 

tobie?

-Charles to nie mój problem. Postąpi tak, jak zechce.

Teraz zamyśliła się Sophie. - Wygląda na to - powiedziała wreszcie - że znaleźliśmy 

się w impasie. Ty chcesz poślubić bogatą dziedziczkę. Charles Grammond musi zachować 

dyskrecję,  bo  w   przeciwnym   razie   ciotka  wyrzuci   go  z  domu  i  nie  zapisze  pieniędzy  w 

testamencie.   Tak   mi   powiedziałeś,   prawda?   Dobrze.   Nie   zabiję   cię   pod   warunkiem,   że 

zaprzestaniesz tych bzdur. Odejdź. Po prostu odejdź i ożeń się z tą nieszczęsną dziedziczką. 

Chętnie bym ją przed tobą przestrzegła, ale niestety nie mogę, bo narobiłabym wstydu memu 

mężowi i jego rodzinie. Nie róbmy skandalu. Dobrze?

W   tej   chwili   lord   David   uniósł   głowę   i   gwizdnął.   Przed   Sophie   wyrósł   starszy 

mężczyzna, chwycił ją za ręce i wykręcił dłoń z pistoletem.

-   Tak   -   powiedział   Charles.   -   Mam   cię,   Sophie.   Jesteś   piękna.   Zapomniałem   jak 

bardzo, ale teraz mam cię znowu i tak jak przedtem, będę się tobą dzielił z Davidem.

Sophie odwróciła się i wrzasnęła mu prosto w twarz: - Ty głupcze! Ty idioto! Nie 

wierz Davidowi! To oszust, łobuz, oskubał cię z pieniędzy i dlatego straciłeś plantację na 

Jamajce!

Dobry   Boże,   pomyślał   Ryder   przyglądając   się   mężczyźnie.   Toż   to   Charles 

Grammond, jeszcze jeden kochanek Sophie. Ale nie poruszył się. Miał czas. Zresztą Sophie 

zasłużyła sobie na nauczkę.

Zdał sobie jednak sprawę, że nie chce, aby się bała nawet przez chwilę. Nie wtedy, 

gdy on jest w pobliżu i może położyć kres całej awanturze. Wystąpił naprzód, ale wyprzedziła 

go pulchna kobieta.

Wybiegła z tupotem zza chałupy. Policzki miała zaczerwienione, gwałtownie dyszała. 

Była bardzo rozgniewana.

- Wypuść ją, Charles!

background image

. Mężczyzna znieruchomiał na widok nadbiegającej.

- Ach, Almerio - powiedział żałosnym tonem. - Skąd się tu wzięłaś?

-Wypuść ją. Nic ci się nie stało, Sophio?

-Wszystko   w   porządku,   proszę   pani   -   odparła   Sophie,   spoglądając   na   Almerię 

Grammond.

Charles   wypuścił  Sophie,  która   szybko   się  od  niego   odsunęła,  rozcierając  obolałe 

ramiona.

Almeria zwróciła się do zmieszanego Davida.

-   A   jeśli   chodzi   o   ciebie,   ty   podły   nikczemniku,   osobiście   dopilnuję,   żeby   ta 

nieszczęsna dziewczyna, którą zamierzasz poślubić, zerwała zaręczyny. Nie chcę mieć ciebie 

za sąsiada!

Ryder  nie mógł  się powstrzymać  od śmiechu.  Sytuacja zmieniła się w prawdziwą 

farsę, godną pióra Neli Gwen oraz sceny teatralnej.

Wystąpił naprzód. Oczy wszystkich zwróciły się na niego.

-Wszyscy w komplecie - powiedział słodkim głosem. - Z wyjątkiem narzeczonej lorda 

Davida.

-To nie do wiary - wycedził David. Był bardzo blady i nerwowo splatał i rozplatał 

palce* - To się nie dzieje naprawdę.

-Można by tak pomyśleć - powiedział Ryder zgodnie. - Pani jest żoną Grammonda, 

jak mniemam. A ja jestem mężem Sophie, Ryder Sherbrooke. Miło mi panią poznać.

Almeria   dygnęła,   a   potem   mu   się   przyjrzała.   Sophie   patrzyła,   jak   na   twarz   pani 

Grammond powracają rumieńce, wywołane atencją Rydera. Boże, wyglądało na to, że kobieta 

musi chyba być już jedną nogą w grobie, by się uodpornić na urok Rydera.

-Ca... cała przyjemność  po mojej stronie, panie Sherbrooke - wyjąkała  Almeria.  - 

Proszę wybaczyć memu mężowi. Taki z niego kogut. Nigdy nie miał oleju w głowie, 

w przeciwnym razie lord David by go nie zrujnował. Nie będzie już więcej niepokoił 

pańskiej nieszczęsnej żony.

-Ale skąd wiedziałaś? - zapytał wreszcie Charles Grammond, patrząc z przestrachem 

na żonę.

Spojrzała   na   niego   z   wyrozumiałą   pogardą.   -   Zawsze   czytałam   całą   twoją 

korespondencję. Większość listów pochodzi od dostawców, tyle że ty nie masz pojęcia, jak 

postępować z dostawcami. A ja mam. Przedyskutowałam sprawę z twoją ciotką i doszłyśmy 

do porozumienia. Kiedy znalazłam list od tego podstępnego szczura, który nas zrujnował, 

zrozumiałam, co się stało. Znałam Theo Burghessa, kiedy był młody. Nawet w młodości był 

background image

świętoszkowatym szach - rajem. Był typem człowieka, co to modli się przed figurą, a diabła 

ma skórą. Wiedziałam to doskonale. Boże, wszystko zrozumiałam. Na dodatek poszłam raz 

za   tobą   do   chaty   na   Jamajce   i   zobaczyłam   tę   drugą   dziewczynę.   Byłeś   takim   głupcem, 

Charlesie. Nie pozwolę, aby twoja głupota jeszcze raz pozbawiła mnie i dzieci środków do 

życia. Przeproś panią Sherbrooke i pana Sherbrooke'a i zabieraj się do domu. Zajmę się tobą 

później.

-Przepraszam, Sophio, przepraszam panie Sherbrooke. - A potem spojrzał na lorda 

Davida i dodał: - Chyba nie będziesz się więcej upierał, że ona jest dziwką.

-Jest, a niech ją diabli!

Ach, nareszcie, pomyślał Ryder i zatarł ręce. Podszedł do lorda Davida, który uniósł 

ręce w geście boksera. Ryder roześmiał się radośnie i jednym ciosem powalił go na ziemię.

Pani Grammond klasnęła w pulchne dłonie.

Sophie ciągle nie mogła otrząsnąć się ze zdumienia. Stała jak wrośnięta w ziemię.

Lord David podparł się na łokciu  i potrząsnął głową. - Jestem zupełnie  dobry na 

pięści, a ty mnie znokautowałeś. To nie powinno się zdarzyć. Kto cię uczył?

- Wstań i sprawdźmy, czy będziesz mógł się poprawić - powiedział Ryder i wyciągnął 

rękę.

Lord David nie był jednak kompletnym głupcem. Pozostał w pozycji leżącej.

- Nie możesz dopuścić, aby twoja żona powiedziała o wszystkim Agnes - zwrócił się 

do   Charlesa   Grammonda,   który   posłusznie   się   oddalał,   jak   przykazała   mu   żona.   -   Moja 

przeklęta   dziedziczka   ma   na   imię   Agnes!   Jej   ojciec   mnie   zrujnuje.   Dopilnuje,   aby   mnie 

wygnano z hrabstwa.

Charles Grammond nawet nie zwolnił. Zniknął wśród wiązów. Jego żona zwróciła się 

jednak do leżącego lorda Davida.

- Jesteś pan tchórzem. Ale możemy zawrzeć ugodę. Nie powiem ani słowa ojcu twojej 

narzeczonej,   jeżeli   zwrócisz   mi   wszystkie   pieniądze,   które   zabrałeś   na   Jamajce   memu 

mężowi.

Lord David pobladł. - Nie mam ani grosza, szanowna pani. Jak pani myśli, dlaczego 

żenię się z tą okropną dziewczyną o imieniu Agnes?

- To już twoja sprawa, lordzie - odparła pani Grammond. - Oczekuję odpowiedzi w 

ciągu najbliższych trzech dni. Dłużej nie będę czekała, a ty z pewnością pożałujesz. I nie 

wyobrażaj   sobie,   że   zniszczysz   szczęście   rodzinne   Sherbrooke'ów   twoimi   brudnymi 

opowiastkami. Ja i mój mąż dopilnujemy, żeby wszyscy się dowiedzieli, jaki z ciebie kłamca. 

Panie i pani Sherbrooke, mam nadzieję, że .

background image

ci dwaj głupcy nie rozgniewali was ponad miarę.

Więcej nie będą wam grozić ani nie sprawią kłopotu. Miłego dnia.

Obdarzyła   Rydera   najpiękniejszym   z   uśmiechów,   skinęła   głową   Sophie,   szurnęła 

pogardliwie nogą, obsypując piaskiem twarz lorda Davida i odeszła za chatę, gdzie czekała na 

nią dwukółka.

Ryder roześmiał się. Nie mógł się powstrzymać.

-Duch Dziewicy miał rację - powiedziała Sophie w zamyśleniu. - Powiedział mi, że 

kiedy oni nadejdą, wszystko się dobrze skończy.

-Ten przeklęty duch nie istnieje - obruszył się Ryder. - Daj spokój tym bzdurom. To 

był tylko niesamowity sen. - A potem zwrócił się do lorda Davida, który siedział ze 

skrzyżowanymi nogami na ziemi i kręcąc głową przyglądał się swoim zakurzonym 

butom. - Trzymaj język za zębami, bo ja w przeciwieństwie do pani Grammond nie 

zadowolę się doprowadzeniem cię do ruiny. Zabiję cię. Rozumiesz?

Lord David westchnął głęboko i skinął głową. Najwyraźniej zaprzątało go co innego.

-   Zachodzę   w   głowę,   czy   mi   się  uda   namówić   dziewczynę,   by  ze   mną   uciekła   - 

powiedział wzdychając po raz wtóry. - To jedyny sposób, by zdobyć pieniądze w trzy dni.

Sophie i Ryder tylko wymienili spojrzenia.

background image

EPILOG

Dom na Wrzosowiskach

styczeń 1804

Ryder pochylił się i pocałował Sophie w kark. Poczuł ciepło i gładkość jej skóry. 

Westchnęła i w milczeniu oparła głowę o jego brzuch. Ucałował jej czoło, uszy. Delikatnie 

głaskał jej szyję i policzki. Sophie westchnęła raz jeszcze i spróbowała zwrócić ku niemu 

twarz, ale Ryder ją powstrzymał. - Jesteś taka smakowita - powiedział i znów pocałował ją w 

szyję. Przesunął dłonie po ramionach Sophie, westchnął i wypuścił żonę z objęć.

-   Do   diabła,   nie   mam   czasu,   żeby   ci   pokazać,   jak   można   wykorzystać   biurko.   - 

Spojrzał na biureczko Sophie i dodał: - Jeżeli kiedykolwiek zdecydujemy się robić to na nim, 

trzeba uważać, bo jest bardzo kruche. Może po prostu oprę cię o nie i...

- Ryderze!

Ryder wydał jeszcze jedno boleściwe westchnienie i skrzyżowawszy ręce na piersi, 

oparł się o blat. - Badam jego wytrzymałość - oświadczył. - Na przyszłość. - Spojrzał na 

kolumny cyfr. - Co robisz?

- Sumuję wydatki na domek na wzgórzu. Wkrótce, może już w przyszłym tygodniu, 

będziemy mieli najazd. Chcemy z Jane wydać przyjęcie. Jane nie może się już doczekać.

-Nie żeby się niecierpliwiła - powiedział Ryder. - Po prostu chce się wprowadzić do 

nowego domu. Dzieci także.

-Będzie mi ich brakowało.

-Nasze dzikusy będą tylko sto metrów stąd. Za każdym razem, gdy za nimi zatęsknisz, 

wystarczy przejść przez podwórze.

-Jak się czuje mały Garrick?

Ryder natychmiast spoważniał. Zmrużył oczy i zwarł szczęki. Sophie poklepała go po 

zaciśniętej pięści. - Nic mu już teraz nie grozi.

-Tak, Sophie. Do diabła, jak ten łajdak mógł tak potraktować czteroletnie dziecko?

-Niestety, wiele dzieci oddaje się do terminu u takich brutali, jak ten kominiarz. Na 

szczęście uratowałeś go i chłopiec wreszcie się dowie, że życie to nie tylko ból i łzy. 

Dziś  rano uśmiechnął  się do mnie.  Bardzo się zaprzyjaźnił  z Jenny.  Kocham cię, 

Ryderze.

Ryder uśmiechnął się. - Tak. I powinnaś mnie kochać jeszcze bardziej, kobieto. Bo co 

wieczór oddaję swe nieszczęsne męskie ciało na użytek twoich żądz.

-Mówisz tak, jakbym była nienasycona.

background image

-Masz wspaniały apetyt. Czy miałaś już krwawienie miesięczne?

Jego bezpośredniość wciąż wprawiała Sophie w zakłopotanie i odbierała jej mowę. 

Uśmiechnęła się tylko i pokręciła głową.

Pochylił się i pogłaskał ją po brzuchu. - Może poczęliśmy syna lub córkę?

- Może - odparła i wpatrzyła się w jego usta. Ryder sprawił, że polubiła pocałunki.

- Przestań, Sophie. Niestety, nie mamy czasu.

Mimo wszystko zdążył musnąć wargami jej delikatne usta.

Nigdy nie zapomni  owej  nocy,  kiedy przygryzając  jej dolną wargę, opowiadał  jej 

historię o farmerze, który zakochał się w swojej rasowej świni. Nagle Sophie zachichotała, 

ugryzła go w brodę i powiedziała, że podoba jej się rasowy byk.

Wtedy po raz pierwszy kochali się pośród śmiechu,  wygłupów  i żarcików. Ryder 

spojrzał czule na usta żony, wzruszył ramionami i pocałował ją jeszcze raz.

-Mój brat, Alex i Sinjun wkrótce tu będą.

-Tak - odparła Sophie bez tchu.

-A niech go!

-Ach, ta twoja postawa psa ogrodnika. Ryderze, naprawdę musisz się zmienić. Pozwól 

nieszczęsnemu Douglasowi, by poczuł się użyteczny.

-Nie powinien był zabierać stąd moich dzieci.

-Dał   Oliverowi   wielką   szansę.   Przyznaj   to.   Któregoś   dnia   chłopak   zostanie 

pomocnikiem   zarządcy   hrabiego,   a   może   nawet   zarządcą   lub   sekretarzem.   Oliver 

będzie   mógł   zrobić   coś   ze   swoim   życiem.   Otrzyma   odpowiednie   wykształcenie. 

Douglas bardzo go lubi.

-A, niech go!

Sophie uśmiechnęła się do męża.

-   Nigdy   nie   zapomnę   tego   dnia,   gdy   Douglas   i   Alex   niespodziewanie   weszli   do 

naszego domu, a wszystkie dzieci krzyczały, jadły i bawiły się w holu, bo na dworze padało. 

Douglas stanął jak wryty i powiedział spokojnie: - Z pewnością wszedłem do niewłaściwego 

domu.

Ryder uparcie milczał. Stukał palcami w blat biurka.

-Douglas dobrze przyjął prawdę o dzieciach. Pogodził się z brakiem zaufania, jaki mu 

okazałeś, chociaż wiem, że czuł się urażony. Nie nawrzeszczał na ciebie, a wiem, że 

miał na to ochotę.

Tylko dlatego, że Amy akurat wspinała się po jego nodze i musiał ją podnieść, a ona 

powiedziała mu, że jest ładny.

background image

-Twoja rodzina jest z ciebie dumna.

-Nigdy tego nie pragnąłem. Nie rozumiesz? Robię coś, co jest dla mnie ważne i nie ma 

w tym nic szczególnego, Sophie. To mnie nic nie kosztuje. Wolałbym, żeby wszyscy 

Sherbrooke'owie   pozamykali   swoje   szacowne   usta   na   kłódkę.   Ich   zachwyty   są 

nadmierne i deprymujące.

-A matka nie wprawia cię w zakłopotanie?

Nie.   Ona   nie   chce   ze   mną   rozmawiać,   bo   moje   ręce   są   zbrukane   opieką   nad 

dzieciakami   biedoty.   To   bardzo   pokrzepiająca   postawa   członka   mojej   rodziny.   Nie 

omieszkałem jej tego powiedzieć. Nie rozbawiło jej, gdy zachęcałem ją do podobnej postawy. 

A teraz powiedz mi, od kogo dostałaś ten list?

- Ten? Od Jeremy'ego. Pisze, że czuje się dobrze i podoba mu się w szkole. - Sophie 

wzięła do ręki dwie kartki papieru i jeszcze raz przebiegła je wzrokiem.

Ryder  odebrał jej list i zaczął czytać.  Po chwili kiwał głową i uśmiechał się pod 

wąsem.

-   Dobrze.   Dołożył   temu   paskudnemu   osiłkowi,   synowi   Toma   Mullarda.   Tommy 

zawsze   był   tchórzem,   pyskaczem,   dopóki   ktoś   nie   wpakował   mu   pięści   w   jego   tłuste 

brzuszysko. Widzisz, Sophie, miałem rację ucząc Jeremy'ego nieczystej walki. Nauczyłem go 

nawet kopać kulawą nogą. Sinjun dobrze odgrywała rolę jego przeciwnika, biedaczka. Była 

mocno posiniaczona, zanim Jeremy pojechał do szkoły. Dobrze wiem, że chłopcy w szkole 

potrafią  być   okrutni.  Na  nieszczęście   są  do  tego  zachęcani  przez   starą  teorię   hartowania 

naszych  młodych  arystokratów  i wychowywania  ich na prawdziwych  małych  żołnierzy o 

niezłomnych charakterach. Ale Jeremy dzielnie się trzyma. Bardzo mu pomaga fakt, że jest 

najlepszym jeźdźcem w Eton. - I Ryder z zadowoleniem zatarł ręce.

Sophie   poczuła,   że   rozsadzają   miłość   do   męża.   Był   nadzwyczajnie   dobrym 

człowiekiem,   ale   najmniejsza   wzmianka   na   ten   temat   sprawiała,   że   rumienił   się   z   za-

kłopotania i bronił przed pochwałami.

-A także fakt, że należy do rodziny Sherbrooke'ów.

-Oczywiście - zgodził się Ryder i wrócił do lektury.

Właśnie skończył czytanie listu, gdy drzwi otworzyły się na oścież i do pokoju wpadła 

Sinjun. Zdawało się, że jej obecność rozjaśniła pokój.

-Moja kochana - powiedziała Sophie i szybko się poderwała, by uściskać szwagierkę.

-Douglas  i   Alex  zostali   w   tyle.   Popędziłam  naprzód,  żeby  powitać  was   pierwsza. 

Wyglądacie wspaniale. Czy to list od Jeremy'ego? Do mnie napisał trzy dni temu. 

Chwali się, jak przetrzepał skórę temu głupiemu osiłkowi i...

background image

- Dość tego, brzdącu! Witajcie braterstwo!

Do pokoju wszedł hrabia Northcliffe z uwieszoną u ramienia żoną.

- Nie uwierzysz, kiedy ci opowiem, Ryderze. Oliver zrobił bardzo dobre wrażenie na 

moim   rządcy   i   wszystkich   dzierżawcach.   Oprowadziłem   go   po   okolicy   i   przedstawiłem 

wszystkim, i nie uwierzysz, jakie zadawał pytania - inteligentne i rozsądne. Jezu, byłem z 

niego taki dumny. I zupełnie przestał utykać. O, witaj Sophie. Świetnie wyglądasz. A oto 

Alex.

Sophie tylko się śmiała, patrząc na zmieniający się wyraz twarzy męża.

- Ach, i jeszcze jedno - powiedział Douglas, zanim Ryder zdążył dać upust swemu 

niezadowoleniu.

- Alex jest w ciąży. Dziecko urodzi się w maju.

Co wy na to?

Zanim   ktokolwiek   zdążył   się   zastanowić,   Alex   gwałtownie   zbladła   i   wydyszała, 

spoglądając na męża:

- Nie mogę uwierzyć, że mi to zrobiłeś. Zaraz zwymiotuję.

Wybiegła z pokoju. Douglas pokiwał głową.

- Mam nadzieję, że oszczędzi ten piękny dywan z Aubusson - rzekł i popędził za żoną.

Ryder i Sophie spojrzeli po sobie.

-Boże, sama nie wiem, czy chciałabym kiedykolwiek mieć dziecko - odezwała się 

Sinjun. - Alex wciąż dostaje mdłości  w najważniejszych  momentach.  Chyba wolę 

założyć taki dom wariatów jak wasz.

-To Dom Brandona - sprostował Ryder. - Na cześć naszego drogiego wuja Brandona. 

Sophie twierdzi, że to skróci jego drogę z czeluści piekielnych. Ona wierzy, że wuj 

może nawet dotrzeć do czyśćca, ale tylko pod warunkiem, że spożytkujemy na dom 

wyłącznie jego pieniądze, a nie te, które zarobimy sami.

-Alex w ciąży - powiedziała zaskoczona Sophie.

- Nie do wiary.

-To się zdarza, zwłaszcza gdy mężczyzna i jego żona postępują zgodnie z rytuałem. O 

tak, Sophie także może być w ciąży - powiedział Ryder, zwracając się do Sinjun.

-Zostaje tylko Tysen - powiedziała Sinjun.

O Boże, on ma zamiar poślubić tę dziewczynę, której nie znosisz, Ryderze, no wiesz, 

ta dwojga imion Melinda Beatrice, ale za to bez biustu. A potem zostanę już tylko ja, - Masz 

mnóstwo czasu, brzdącu.

Doszły ich dźwięki, świadczące o tym, że ktoś ma straszliwe kłopoty z żołądkiem.

background image

-Tak - potwierdziła żarliwie Sinjun - mam na to mnóstwo czasu, dzięki Bogu. Macie 

pojęcie,   że   w   zeszłym   tygodniu   Alex   zrobiło   się   niedobrze   w   obecności   Hollisa. 

Nawet nie drgnął. Powiedział tylko tym swoim królewskim tonem: „Sądzę, proszę 

pani, że w przyszłości powinna się pani zaopatrzyć w chusteczkę do nosa.” I podał jej 

swoją.   A   potem   wydał   dyspozycję,   aby   w   każdym   pokoju   ustawiono   nocnik   z 

pokrywką.   Następnie   oprowadził   Alex   po   domu,   aby   pokazać   jej,   gdzie   będą 

poustawiane. Gratulacje, Sophie. Czujesz się dobrze, prawda?

-Oczywiście. Nie będę wymiotowała na wasze pantofle. Dziękuję, Sinjun. Ale jeszcze 

nie wiemy, czy rzeczywiście jestem w ciąży. Ryder jest po prostu optymistą.

-Żadnym optymistą. Miesięczne krwawienie opóźnia ci się już o całe cztery dni.

-Ryderze! Sinjun nie ma nawet szesnastu lat!

Sinjun wzruszyła  ramionami i zrobiła bardzo światową minę. - Mam trzech braci, 

Sophie, a dwaj z nich są bezwstydni. Nie sądzę, by coś mnie mogło zaszokować.

-A co się tyczy ciebie - powiedziała Sophie, zwracając się do męża. - W obecności 

twojej siostry panuj nad językiem.

-A   ja   właśnie   miałem   zamiar   opowiedzieć   jej   historyjkę   o   ekscentrycznym   panu 

Hootle   z   Bristolu,   żeniącym   się   z   każdą   kobietą,   która   go   zechciała.   Miał   taką 

słabostkę, że za każdym razem, kiedy jakaś kobieta uśmiechnęła się do niego, zupełnie 

tracił głowę, padał na kolana i prosił ją o rękę.

-No - powiedziała Sophie z aprobatą - to jest zupełnie odpowiednia historyjka. Możesz 

dokończyć. Miejmy nadzieję, że dalszy ciąg okaże się bardziej budujący.

-No więc, pewnego razu, kiedy właśnie klęczał przed nową wybranką, nakryła ich 

jedna z żon. Żona i kandydatka na żonę podzieliły się spostrzeżeniami  i nie były 

zachwycone.   Zaciągnęły  go  do małego   pokoju,  rozebrały i  zamknęły  na  klucz.  A 

potem wpuszczały tam wszystkie żony, po dwie naraz, golutkie jak je Bóg stworzył, 

żeby przed nim tańczyły i paradowały,  a on, biedaczysko, był związany,  więc nie 

mógł paść na kolana i oświadczyć się ani zrobić nic więcej...

-Dosyć! Jesteś obrzydliwy. - Sophie rzuciła się na niego, śmiejąc się i całując go w 

brodę.

Ryder spojrzał z czułością na małe biureczko. Sinjun westchnęła: - Cóż, widzę, że mi 

się nie uda nawiązać z wami sensownej rozmowy. Pójdę sprawdzić, jak Jane daje sobie radę z 

dziećmi.

Kiedy drzwi się zamknęły, Ryder powiedział:

- Ostatniej nocy widziałem Ducha Dziewicy.

background image

Sophie spojrzała na niego z niedowierzaniem.

- Widziałeś ducha? Naprawdę? Ale przecież panowie nie wierzą w jej istnienie. Ty i 

Douglas wciąż mi to powtarzacie.

-Myliłem  się - powiedział Ryder. - Ostatniej  nocy pojawiła się w naszej sypialni. 

Złożyła nam wizytę, bo z tego, co wiem, nigdy nie opuszcza Northcliffe Hall na stałe. 

W każdym razie uśmiechnęła się do mnie i coś powiedziała, ale nie naprawdę, no 

wiesz, ale ja wyraźnie usłyszałem jej słowa gdzieś w myślach.

-Tak. Zupełnie tak samo było ze mną. Co ci powiedziała?

-Lśniła i błyskała gdzieś wokół mnie i powiedziała, że możemy mieć czternaścioro 

dzieci. Powiedziała, że decyzja, czy będziemy je mieli w tym życiu, należy do mnie.

-Pożałujesz tego, Ryderze. Zobaczysz.

-Naprawdę?

Pocałował żonę i poczuł tak wielką radość, że chciało mu się krzyczeć. Wypuścił 

Sophie z objęć i zamknął drzwi na klucz. Starannie rozpalił ogień w kominku i wrócił do 

żony.

- Duch Dziewicy zna swoją rolę. Dobry Bóg wie, że wy, kobiety, uwierzycie w każde 

słowo, które on rzekomo wypowie. I bardzo dobrze. Więc bierzmy się do roboty, moja pani.