background image

Janet Dailey 

T

Ę

C

Z

A

 

P

O

 

B

U

R

Z

Y

1

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Gęste   listowie   osłaniających   ulicę   drzew   połyskiwało   w   słońcu   soczystą 

zielenią. Równie pięknie prezentowały się starannie przystrzyżone żywopłoty i 

trawniki   przed   domami,   które   zdradzały   zamożność   właścicieli.   Jednak   nie 

wszyscy mieszkańcy eleganckiej dzielnicy Denver w stanie Kolorado mogli się 

nie martwić stanem swego konta bankowego.

Lainie   MacLeod   wyglądała   przez   okno,   nerwowo   zaciskając   dłonie   na 

ramionach.   Od   razu   zauważyła   ogromny   żony   mlecz   na   samym   środku 

trawnika.   Westchnęła.   Przydałoby   się,   żeby   choć   dwa   razy   w   tygodniu 

przychodził ogrodnik. Wiedziała jednak, że nie ma na to szans, i że to kolejna z 

rzeczy, z którymi musi się uporać sama.

Właściwie jaki miało sens udawanie, że żyje się na takim samym poziomie, 

jak inni? Sąsiedzi musieli przecież wreszcie zauważyć, że właścicielki tego 

domu   systematycznie   pozbywają   się   co   cenniejszych   rzeczy,   choć   Lainie 

starała się to robić możliwie dyskretnie. Duma nie pozwalała jej się przyznać, 

że znalazła się w nie lada opałach.

Na   podjeździe   zatrzymał   się   mały   sportowy   kabriolet.   Siedząca   w   środku 

szatynka poprawiła włosy, zanim wysiadła i energicznie pomaszerowała do 

drzwi   wejściowych.   Lainie   pospieszyła   otworzyć,   zanim   tamta   zdąży 

zadzwonić. Z obawą spojrzała na prowadzące na piętro schody i na widoczne 

drzwi sypialni. Mama przecież dopiero co zasnęła. Lepiej nie myśleć, co by się 

stało, gdyby się obudziła.

Lainie wiedziała, że musiałaby się w nieskończoność tłumaczyć z obecności 

Ann Driscoll. Pani Simmons nie aprobowała tej przyjaźni, twierdząc, że Ann 

nie jest odpowiednim towarzystwem dla jej córki. Nie przekonywał jej ani 

charakter   dziewczyny,   ani   zamożność   jej   rodziny.   Po   prostu   nikt   nie   był 

wystarczająco dobry, żeby spoufalać się z jej córką.

2

background image

Mimo   wszelkich   przeszkód,   ta   przyjaźń   kwitła.  Ann   nie   zawiodła   nigdy, 

stanowiła   niezawodne   oparcie   podczas   każdego   kryzysu.   Dlatego   Lainie 

powitała ją w progu z niekłamaną radością. Jednakże jej zaniepokojony wzrok 

co chwila powracał ku drzwiom pokoju matki. Nie uszło to uwagi Ann.

Przeszły   do   znajdującej   się   na   tyłach   domu   kuchni.   Nowo   przybyła   nie 

spuszczała uważnego wzroku z przyjaciółki. Ostatnie miesiące coraz bardziej 

zaczynały dawać o sobie znać. Ciemne kręgi pod orzechowymi oczami Lainie 

zdradzały   prawdę   o   licznych   źle   przespanych   nocach.   Biała   bluzeczka   z 

dekoltem   pozwalała   dostrzec   niezwykłą   kruchość   ramion   i   wystające   oboj-

czyki. Kraciasta spódniczka była ewidentnie za szeroka, co wskazywało na 

duży   ubytek   wagi.   Nic   dziwnego,   że   Lainie   wyglądała   na   wykończoną   i 

kompletnie pozbawioną energii.

Jej   ciemne   włosy,   niegdyś   tak   piękne   i   lśniące,   straciły   teraz   swój   blask. 

Widać było, że nie miała już czasu i siły, by o nie dbać. Spinała je więc na 

karku ciężką klamrą, ale nie było jej w tym uczesaniu do twarzy. Uwydatniało 

ono dodatkowo i tak już wyraźne kości policzkowe.

Ann patrzyła na to z ciężkim sercem, wiedziała jednak, że wszelkie jej uwagi 

na   ten   temat   zostaną   zbyte   machnięciem   ręki.   Od   jakiegoś   czasu   Lainie 

lekceważyła swoje własne potrzeby.

- Dziękuję - powiedziała, biorąc od przyjaciółki szklaneczkę ponczu. - Jak się 

czuje mama? Czy był rano lekarz?

Lainie spochmurniała, lecz starała się, by jej głos zabrzmiał lekko.

- Tak. Był zadowolony z jej stanu, ale to dodatkowo mamę zirytowało. - Z 

westchnieniem   usiadła   przy   stole.   -   Zaczęła   mu   wyliczać   wszystkie 

dolegliwości. Biedny Henderson. Jest pewien, że mama ukradkiem czyta me-

dyczne   książki   taty   i   tam   wynajduje   nowe   choroby,   żeby   dostarczyć   mu 

zajęcia.

3

background image

- Wspomniałaś mu o tym, że wychodzisz dziś wieczorem?

Nieco niepewnie popatrzyła w szczere oczy Ann.

- Tak. Powiedział, że skoro wynajęłam dyplomowaną pielęgniarkę, to on nie 

widzi żadnych przeciwwskazań. - Nerwowo stukała długimi palcami o brzeg 

swojej szklanki. - Ale ja widzę, że mama źle się czuje przy obcych. Myślę, że 

mogłybyśmy się umówić na jakiś inny dzień - zaproponowała.

- O, nie, kochana! Wszystko jest ustalone już od miesiąca. Teraz, kiedy Adam 

kupił bilety, nie możesz się tak po prostu wycofać - przekonywała z werwą 

Ann.

Lainie   wolała   nie   patrzeć   przyjaciółce   w   oczy.   Oparła   łokieć   na   stole   i 

machinalnie zaczęła pocierać czoło dłonią.

- Owszem, nadal chcę iść na ten koncert, ale niepokoję się o mamę.

-  A  może   dla   odmiany   zaczęłabyś   się   martwić   o   siebie?   -   spytała  Ann.   - 

Największy błąd, jaki zrobiłaś w życiu, to był powrót do Denver. Skoro mama 

zachorowała,   to   trzeba   było   zapewnić   jej   profesjonalną   opiekę,   a   nie   brać 

wszystko   na   swoje   barki.   Siedzisz   tu   już   od   siedmiu   miesięcy.   Ile   razy 

wychodziłaś? Nie mówię o wizytach w aptece i kupowaniu jedzenia.

- Och, nie wiem. Kilka razy - odparła niechętnie Lainie.

- Nie wiesz? To ja ci powiem. Trzy! Raz wyciągnęłam cię na obiad, raz na 

łażenie po sklepach i raz do kina. Opamiętaj się, kobieto! - Ann pochyliła się 

nad stołem i spojrzała na przyjaciółkę proszącym wzrokiem. - Jak tak dalej 

pójdzie, to się wykończysz.

- Przesadzasz.

- Wcale nie, popatrz lepiej w lustro. I zrozum, że nikt nie jest nie do zdarcia. 

Tak   samo,   jak   nikt   nie   jest   niezastąpiony.   Ktoś   inny   zaopiekuje   się   mamą 

równie dobrze jak ty.

Lainie zaczęła się wreszcie uśmiechać.

4

background image

-   Chciałabym   myśleć   równie   trzeźwo   i   rozsądnie   jak   ty.   Może   wtedy 

przestałabym mieć ciągłe wyrzuty sumienia.

- Czy ty nie widzisz, że twoja mama wywołuje je w tobie umyślnie? Znowu 

cię kontroluje, tak samo jak kiedyś. Te trzy lata spędzone w Colorado Springs 

uświadomiły   jej,   że   musi   zmienić   taktykę,   jeśli   znowu   chce   cię   do   siebie 

przywiązać. Dlatego zaczęła stosować emocjonalny i moralny szantaż.

- Ależ, Ann, przecież wiesz, że to był tylko nieszczęśliwy splot okoliczności. 

Nie   miałam   wyjścia.   Wkrótce   po   śmierci   taty   mama   została   prawie   bez 

środków do życia. Owszem, w dużym stopniu sama jest sobie winna, powinna 

była   zawczasu   zadbać   o   ubezpieczenie.  Ale   to   nie   znaczy,   że   miałam   ją 

zostawić na pastwę losu! Kto miał się nią zająć, jak nie jedyna córka?

- A na jak długo wystarczą twoje pieniądze? - spytała cicho przyjaciółka.

Lainie nie potrafiła się przemóc i wyznać, że jej oszczędności skończyły się 

przed miesiącem. Miały co jeść i gdzie mieszkać wyłącznie dzięki małej rencie 

po   tacie   i   przychodzącym   co   miesiąc   czekom,   wysyłanym   przez   adwokata 

Rada.

Ann postanowiła nie naciskać, choć jej niepokój nie zmniejszył się ani na 

jotę.

- Dobrze, to nie moja sprawa. - Znów pochyliła się ku Lainie, a na jej twarzy 

malowała się determinacja. - Ale na dzisiejszy koncert pójdziesz, choćbym 

miała   cię   zaciągnąć   siłą.   Nie   wiadomo,   kiedy   znów   będziesz   miała   szansę 

posłuchać Voighta na żywo!

Opór Lainie zaczął słabnąć. Curt Voight był wspaniałym pianistą, uwielbiała 

go. Rzeczywiście, byłoby głupotą stracić taką okazję. W dodatku już od kilku 

lat nie uczestniczyła w takich wydarzeniach jak koncerty, opery, wystawy. Od 

czasu,   gdy   Rad...   Gwałtownie   potrząsnęła   głową,   by   odegnać   nie   chciane 

wspomnienia.

5

background image

- Pójdę - zdecydowała wreszcie, zaś Ann zadała sobie pytanie, skąd ten nagły 

ból w oczach przyjaciółki.

- Błagam, nie zostawiaj mnie. - Pani Simmons kurczowo zacisnęła palce na 

dłoni córki, gdy ta przysiadła na brzegu łóżka.

Lainie doskonale wiedziała, że tak będzie. Dlatego wcześniej nic nie mówiła 

o   tym,   że   wychodzi   na   koncert.   Musiała   postawić   matkę   przed   faktem 

dokonanym.

-   Będziesz   miała   fachową   opiekę   -   powiedziała   uspokajająco   Lainie   i 

wskazała na stojącą obok pielęgniarkę. - Pani Forsythe zadba o wszystko.

Twarz matki przybrała płaczliwy wyraz, zaś jej broda zaczęła drżeć.

- A jeśli coś mi się stanie? Jeśli umrę? Chcę, żebyś była wtedy przy mnie - 

upierała się.

- Nic się pani nie stanie - wtrąciła spokojnym głosem pani Forsythe. - A 

sądząc   po   wigorze,   jaki   pani   wykazuje,   z   pewnością   pani   nie   umrze 

dzisiejszego wieczoru.

Pani Simmons natychmiast zmieniła taktykę i bezwładnie opadła na poduszki. 

Wyglądała jak osoba, która lada moment wyda ostatnie tchnienie.

- Pani Forsythe wie, jak się ze mną skontaktować w razie potrzeby. Zresztą, 

nie zabawię długo. Po koncercie od razu wrócę do domu.

- Nie będziesz się nigdzie włóczyć z tą okropną dziewczyną?

- Nie, mamo.

Chora powoli zamknęła oczy, jakby pokazując córce, na jak wielkie zdobywa 

się poświęcenie, pozwalając jej iść się zabawić, podczas gdy ona będzie tu 

umierać w samotności. Lainie natychmiast zaczęły dręczyć wyrzuty sumienia. 

Naraz poczuła lekkie dotknięcie na ramieniu.

- Proszę ją teraz zostawić ze mną - usłyszała szept pielęgniarki.

6

background image

Skinęła głową i cicho wymknęła się z pokoju, choć wiedziała, że mama tylko 

udaje sen. Chciała w ten sposób zmusić córkę, by ta jeszcze przed samym 

wyjściem   zajrzała   na   moment.   Stworzyłoby   to   jeszcze   jedną   okazję,   by 

spróbować wymusić na niej zmianę decyzji.

Lainie   czuła   się   winna   wobec   mamy,   ale   nie   zamierzała   zrezygnować   z 

koncertu. Była to przecież pierwsza rzecz, na jaką się cieszyła od pięciu lat. 

Jednak teraz zaczynała wątpić, czy będzie się w stanie cieszyć tym wieczorem. 

Świadomość,  że  mama  czuje  się  opuszczona,  ba,  wręcz  zdradzona,  pewnie 

zatruje Lainie tych kilka godzin.

Z goryczą pokiwała głową. I do czego to doszło? Miała dwadzieścia sześć lat, 

a już zdążyła przegrać swoje życie. Kiedyś była duszą towarzystwa, dosłownie 

ją rozchwytywano, w wielbicielach mogła przebierać do woli, przyjaciół miała 

na kopy. A teraz? Teraz żyła jak pustelnik. Cały jej świat zamknął się w tych 

czterech   ścianach,   które   schwytały   jak   w   pułapkę   dwie   skazane   na   siebie 

kobiety.

Ale   to   nie   konieczność   opiekowania   się   chorą   matką   wpędzała   Lainie   w 

czarną melancholię. To nie z tego powodu miała wrażenie, że niebo nad jej 

głową jest zasnute ciemnymi, ciężkimi chmurami, że jest jej duszno jak przed 

burzą.   Właściwa   przyczyna   leżała   zupełnie   gdzie   indziej.   Otóż   Lainie 

wiedziała z całą pewnością, że już nigdy w życiu nie zazna szczęścia, jakie 

daje miłość.

Kiedyś   winiła   za   to   matkę.  Teraz   jednak   wiedziała,   że   sama   się   do   tego 

przyczyniła.   Po   prostu   była   zbyt   młoda   i   niedoświadczona,   dlatego   nadal 

słuchała rad matki. I to był jej błąd.

Pogrążona w myślach weszła do sypialni i machinalnie zaczęła rozczesywać 

włosy. Zapatrzyła się w swoje odbicie w lustrze. Przypomniał jej się ten dzień 

sprzed dziewięciu lat, kiedy to mama postanowiła zająć się jej wyglądem.

7

background image

Pani   Simmons,   wciąż   nosząca   ślady   wielkiej   urody,   zmierzyła 

siedemnastoletnią córkę chłodnym, szacującym spojrzeniem.

-   Szkoda,   że   nie   wyglądasz   tak,   jak   ja   za   młodu   -   zauważyła.   -   Ale 

popracujemy nad tym. Pamiętaj, że dzięki urodzie można wiele zyskać na tym 

świecie. Dlatego musisz nauczyć się ją wykorzystywać do osiągania swoich 

celów.

I tak się zaczęło. Zgodnie z instrukcjami Lainie zapuściła włosy, umiejętnym 

makijażem podkreślała migdałowy kształt oczu, pociągała błyszczącą szminką 

pełne, kuszące usta, nosiła eleganckie, lecz proste ubrania, które nie odwracały 

uwagi od jej pięknej twarzy.

Nic więc dziwnego, że na widok jej nagle rozkwitłej urody wszyscy znajomi 

oszaleli.   Znajome   z   całą   pewnością   nie...   Jedna   Ann   patrzyła   na   nią   z 

pozbawionym zazdrości zachwytem, nie traktując jej jak potencjalnej rywalki.

Z czułością dotknęła oprawionej w ramki fotografii, która stała na komódce. 

Kochana Ann. Była jedną z dwóch osób, którym jej dobro leżało na sercu i któ-

re   kochały   ją   taką,   jaka   była   naprawdę.   Drugą   osobą,   kochającą   ją   bez 

zastrzeżeń, był ojciec. Wspaniały chirurg, który zginął przed dwoma laty w 

katastrofie lotniczej. Lainie wciąż widziała jego uśmiechnięte oczy o szczerym 

spojrzeniu. Tak bardzo chciał, żeby była zwyczajnie, po ludzku szczęśliwa. I 

tak bardzo bolał wraz z córką, gdy Rad, którego tak cenił... Nie, dosyć tego!

Pragnęła   uciec   przed   wspomnieniami,   lecz   one   powracały   uparcie. 

Wystarczyło   choćby,   żeby   się   zastanowiła,   co   ma   na   siebie   włożyć.   Gdy 

otworzyła szafę, zdała sobie sprawę, że wszystko będzie wisiało na niej jak na 

kołku. Tylko jedna rzecz mogła ją uratować w tej sytuacji. Drżącymi dłońmi 

wyciągnęła wepchniętą w najciemniejszy kąt sukienkę z czarnej koronki. Rad 

tak bardzo ją lubił... Już miała wcisnąć ją z powrotem, gdy zmitygowała się 

nagle. Dlaczego wiecznie pozwala przeszłości rządzić teraźniejszością?

8

background image

A jednak trudno było jej się pozbierać. Wystarczyło, by weszła z Ann i jej 

mężem do wielkiej sali koncertowej, a natrętne wspomnienia znów zaczęły 

cisnąć jej się do głowy. Na szczęście wirtuozeria Voighta wkrótce oderwała 

myśli Lainie od smutnych tematów.

Podczas przerwy Ann zauważyła z radością, iż jej przyjaciółka pod wpływem 

ukochanej muzyki wyraźnie się zmieniła. Jej oczy znowu nabrały blasku, a na 

pełnych ustach rozkwitł dawno nie widziany uśmiech. Dlatego też, gdy wyszły 

do   holu   i   wmieszały   się   w   tłum,  Ann   nie   miała   wyrzutów   sumienia,   gdy 

przeprosiła Lainie i poszła zadzwonić do swojej czteroletniej córeczki.

- Kogo moje oczy widzą? - zawołał nagle z radosnym zdumieniem przystojny 

blondyn i chwycił Lainie za rękę.

- Lee! - ucieszyła się. - Prawie zapomniałam, jak wyglądasz.

-   Jesteś   jeszcze   piękniejsza,   niż   cię   zapamiętałem.   -   Jego   niebieskie   oczy 

wpatrywały się w nią z niekłamanym zachwytem. Wciąż trzymał jej dłoń. - 

Gdzie się podziewałaś przez tyle czasu? Doszły mnie słuchy, że przebywałaś w 

Colorado Springs, zgadza się?

- Tak, ale od jakiegoś czasu znów jestem w Denver. - Z uśmiechem patrzyła 

na   jego   życzliwą   twarz   o   zdecydowanych   rysach.   Ciekawe,   ilu   jeszcze 

dawnych przyjaciół znajdowało się tu teraz?

- Zmieniłaś się. Wyczuwam w tobie opanowanie i spokój, nie znam cię takiej. 

Co się stało z naszą małą rozbawioną Lainie?

-   Po   prostu   wydoroślała.   Przynajmniej   mam   taką   nadzieję.   -   Delikatnie 

cofnęła dłoń z jego uścisku. - Co u znajomych? Podobno Mary wyszła za mąż?

- Niektórzy nigdy nie dorośleją - zauważył filozoficznym tonem. - Tak, wzięła 

ślub, ale nie zmieniła się ani trochę...

Słuchała   go   z   lekkim   roztargnieniem.   Jej   uwaga   skupiła   się   teraz   na   nim 

samym.   Lee   właściwie   nie   zmienił   się   przez   tych   kilka   lat.  Atrakcyjny   i 

9

background image

nieodparcie czarujący, emanował wewnętrznym spokojem i siłą, które dawały 

poczucie bezpieczeństwa. Lainie zawsze czuła się dobrze w jego towarzystwie.

Nagle skinął na kogoś, kto znajdował się gdzieś za jej plecami.

- O! Jest moja siostra... Carrie niedawno zastanawiała się, co u ciebie. Ucieszy 

się na twój widok - wyjaśnił z uśmiechem Lee i chciał powiedzieć coś jeszcze, 

gdy nagle słowa zamarły mu na wargach.

Zaciekawiona   Lainie   odwróciła   się   akurat   w   momencie,   gdy   usłyszała 

rozradowany głos Carrie:

- Lee, zobacz, kogo spotkaliśmy!

Lainie nie zdawała sobie sprawy z tego, że rodzeństwo oraz partner Carrie 

wymienili między sobą zaniepokojone spojrzenia. Cała jej uwaga skupiła się 

na wysokim ciemnowłosym mężczyźnie, który przypatrywał jej się arogancko. 

Krew odpłynęła jej z twarzy. Och, gdyby tylko mogła zniknąć, rozpłynąć się w 

powietrzu, zapaść się pod ziemię!

Wszyscy   milczeli   jak   zaklęci,   jedynie   ciemnowłosy   mężczyzna   nie   stracił 

rezonu.

-   Czas   nie   był   dla   ciebie   zbytnio   łaskawy   -   wycedził,   przypatrując   się 

podkrążonym   oczom   Lainie   i   jej   śmiertelnie   bladej   twarzy.   -  To   musi   być 

bardzo przykre stracić całą urodę w tak młodym wieku.

Gniew natychmiast zabarwił jej policzki na czerwono.

- Za to ty nie zmieniłeś się ani trochę. Wciąż jesteś takim samym cynicznym 

łajdakiem, Rad! - odparowała.

W jego ciemnych oczach pojawił się złowrogi błysk, lecz Lainie postanowiła 

nie dać się zastraszyć i wyzywającym wzrokiem wpatrywała się w tak dawno 

nie widzianą twarz. Trudno byłoby zachwycić się jego twardymi rysami, które 

wyglądały   jak   wykute   w   kamieniu   i   zdradzały   niezłomną   wolę.   Przez   to 

jednak, iż były tak szalenie męskie, czyniły go niezwykle atrakcyjnym.

10

background image

- Milutka, jak zwykle - zauważył obojętnym tonem, co ją dodatkowo uraziło. 

Nie dał jej jednak okazji do odcięcia się. - Co ty tu robisz? - spytał.

Wyprostowała się i dumnie uniosła głowę.

- Cóż, nie zdawałam sobie sprawy z tego, że Voight daje koncert wyłącznie 

dla ciebie.

Zauważyła z satysfakcją, że w jego oczach pojawił się gniew, choć jego twarz 

ani na chwilę nie straciła wyrazu obraźliwej obojętności.

-   Wiesz   doskonale,   że   nie   to   miałem   na   myśli.   -   W   niskim   głosie 

pobrzmiewała groźba.

-  Przecież   moi   rodzice...  To   znaczy,   moja   mama   -   poprawiła   się   Lainie   - 

mieszka w Denver. Czyżbyś już o tym zapomniał?

- Tak... Słyszałem o śmierci twojego ojca - oznajmił bez śladu współczucia i 

skrzywił się nieco cynicznie. - Mój ojciec też już nie żyje.

-   Och!   Nie   wiedziałam.   Tak   mi   przykro,   naprawdę   -   powiedziała 

impulsywnie,   gdyż   bardzo   lubiła   swego   teścia.   Jednak   już   po   chwili 

pożałowała, że w ogóle się odezwała.

- Czyż to nie ironia losu, że obydwaj umarli, nie doczekawszy się w końcu 

wnuków,   których   tak   bardzo   pragnęli?   -   Patrzył   na   nią   pogardliwie.   -  Tak 

bardzo się starałaś, żeby ich marzenie się nie spełniło. Dopięłaś swego.

Miała wrażenie, jakby jakaś stalowa dłoń zacisnęła się na jej sercu. Poczuła 

ból.

- Nie pojmuję, jak można być aż tak okrutnym. - Jej głos drżał..

- Co w tym okrutnego, że chciałem mieć dziecko, podczas gdy ty ani myślałaś 

przestać się bawić? - szydził bezlitośnie.

Lainie   odwróciła   się   do   niego   plecami.  Wiedziała,   że   dłużej   już   tego   nie 

zniesie. Carrie Walters natychmiast podeszła do Lainie i lekko dotknęła jej 

ramienia.

11

background image

-  Nie wiedziałam,  że to ty rozmawiasz  z Lee -  szepnęła przepraszającym 

tonem.

Lainie skinęła głową i uśmiechnęła się z niejakim trudem, gdyż wciąż czuła 

na sobie wzrok Rada.

- Nie ma sprawy. Ale teraz was przeproszę. Moi przyjaciele czekają na mnie.

- Mam nadzieję, że twoja mama czuje się już lepiej? - spytała ze szczerym 

współczuciem Carrie. - Słyszałam, że jest chora.

-   Tak,   czuje   się   już   całkiem   nieźle,   dziękuję.   -   Podniosła   wzrok   na 

wpatrującego   się   w   nią   jasnowłosego   mężczyznę.   -   Miło   było   cię   znów 

spotkać, Lee.

Zanim jednak zdążyła się ze wszystkimi pożegnać i odejść, Rad chwycił ją 

brutalnie za ramię i odwrócił ku sobie.

- To dlatego wróciłaś do Denver? Mówiono mi, że twój ojciec utopił masę 

forsy   w   kiepskich   inwestycjach.   Pewnie   nie   zostawił   po   sobie   złamanego 

grosza, co? Nie miałyście pieniędzy na leczenie, więc przyjechałaś mnie doić?

Tego   było   już   nadto.   Lainie,   nie   zastanawiając   się   ani   przez   moment, 

spoliczkowała go z całej siły.

- Prędzej zacznę się sprzedawać na ulicy, niż cię o cokolwiek poproszę! - 

syknęła,

Z   furią   szarpnął   ją   za   ramię   i   Lainie   przestraszyła   się.   Co   prawda,   nie 

pierwszy raz widziała, jak Rad wpada we wściekłość, wciąż jednak budziło to 

w niej lęk.

-   MacLeod!   -   Lee   złapał   Rada   za   rękę.   -   MacLeod,   puść   ją!   -   zażądał 

stanowczo.

Rad   zdał   sobie   sprawę   z   tego,   gdzie   się   znajdują   i   opanował   się   jakoś. 

Zaciśnięte szczęki nie rozluźniły się co prawda, jednak jego oczy ponownie 

przybrały   wyraz   całkowitej   obojętności.   Puścił  Lainie,   poprawił   krawat,   po 

12

background image

czym zmierzył wszystkich wyzywającym spojrzeniem i oddalił się bez słowa.

Lainie zauważyła pełne współczucia spojrzenia postronnych osób, które w 

milczeniu   przyglądały   się   zajściu.  Łzy   napłynęły  jej   do   oczu.  Zakryła  usta 

dłonią i uciekła do toalety. Na szczęście nikt nie próbował jej pocieszać ani o 

nic wypytywać, gdyż właśnie skończyła się przerwa i wszyscy wrócili na salę. 

Mogła płakać bez przeszkód i bez świadków.

W   takim   stanie   znalazła   ją   Ann,   która   udała   się   na   poszukiwania, 

zaniepokojona   przedłużającą   się   nieobecnością   przyjaciółki.   Przytomnie   nie 

zadawała   niepotrzebnych   pytań,   tylko   bez   słowa   przytuliła   do   siebie 

wstrząsaną   spazmatycznym   łkaniem   Lainie.   Po   jakimś   czasie   łzy   przestały 

płynąć.

-   Rad   jest   tutaj.   -   Lainie   odzyskała   wreszcie   głos   i   podniosła   na   Ann 

czerwone,   zapuchnięte   oczy.   -   Podczas   przerwy...   Och,   Boże   jedyny... 

Powiedzieliśmy   sobie   takie   rzeczy...   Wracam   do   domu.   -   Konwulsyjnie 

zaciskała dłonie na ramionach przyjaciółki.

Było jej wstyd, że reaguje tak emocjonalnie. Z ogromnym wysiłkiem starała 

się jakoś opanować. Drżącymi dłońmi otarła łzy.

- Wezmę taksówkę.

-  Chyba   żartujesz.   Zaraz   powiem  Adamowi,   żeby   poszedł   po   samochód   i 

czekał na nas przed wyjściem.

- Ale koncert...

- E, tam, mocno przereklamowany - skwitowała Ann i już jej nie było.

Musiała   chyba   wyjaśnić   mężowi   sytuację,   gdyż   nawet   nie   chciał   słuchać 

przeprosin Lainie, gdy wsiadła do samochodu. Uśmiechnęła się więc tylko do 

tego   przemiłego   blondyna   o   kręconych   włosach   i   pogodnym   spojrzeniu 

niebieskich oczu.

- Nie wiem, czym zasłużyłam na takich przyjaciół jak wy.

13

background image

-   Może   tym,   że   poślubiłaś   takiego   człowieka   jak   Rad.   -   Wzrok  Adama 

spoważniał. - Musi przecież być jakaś równowaga.

- Myślałam, że pięć lat separacji zrobi swoje. - Na twarzy Lainie malował się 

ból. - Okazuje się jednak, że nawet nie potrafimy się przywitać jak normalni 

ludzie. Od razu skaczemy sobie do oczu.

-   Domyślam   się,   że   Sondra   obserwowała   tę   scenę   z   dziką   satysfakcją   - 

zauważyła z westchnieniem Ann.

Lainie natychmiast ujrzała oczyma wyobraźni rudowłosą sekretarkę Rada.

- Jak to? Była tam?

-   Zauważyłam   ją,   gdy   szłam   zatelefonować.   -   Ponury   głos   przyjaciółki 

zdradzał, że żałuje, iż niechcący zdradziła fakt, o którym Lainie najwyraźniej 

nie  miała pojęcia.  -  Od  razu domyśliłam  się, że  Rad musi  być w pobliżu. 

Miałam tylko nadzieję, że w tym tłumie nie wpadniecie na siebie.

- Nawet mi go trochę żal - roześmiała się z lekką goryczą Lainie. - Ale nie 

zasłużył na kogoś lepszego niż Sondra.

W   samochodzie   zapanowało   ciężkie   milczenie.  A  miał   to   być   taki   miły 

wieczór...

Panującą dookoła ciemność rozświetlało agresywne pulsowanie neonowych 

reklam,   a   cały   świat   wydawał   się   obcy   i   straszliwie   obojętny.   Jednak 

ciemności, jaka ogarnęła duszę Lainie, nie rozjaśniał nawet najmniejszy błysk 

światła. Rozpacz i ból panowały w niej niepodzielnie.

Wreszcie zatrzymali się przed domem Lainie.

- Może chcesz, żeby Ann została z tobą na noc? - zaproponował Adam z 

właściwą mu bezinteresownością i życzliwością.

- Kochani jesteście, ale chyba jednak wolę zostać sama. - Lainie nie mogła 

znaleźć słów, by wyrazić swą wdzięczność. Tym bardziej że zaofiarowali się 

podwieźć panią Forsythe do domu. Pożegnała się więc i pobiegła na górę, by 

14

background image

nie musieli zbyt długo czekać.

Środek nasenny spowodował, że pani Simmons nawet się nie obudziła, gdy 

córka wślizgnęła się do jej pokoju i zajęła miejsce w fotelu. Nie było potrzeby, 

żeby Lainie czuwała przy matce przez całą noc, ale wiedziała, że i tak nie 

zaśnie. Wolała więc siedzieć tutaj, niż przewracać się w nieskończoność na 

łóżku w swojej pustej sypialni. Odchyliła głowę na oparcie i pozwoliła odżyć 

wspomnieniom, przed którymi tak długo się broniła.

Spotkała Rada przed sześcioma laty u znajomej. Wracali właśnie całą paczką 

z   teatru   i   w   korytarzu   wpadli   na   mężczyznę,   którego   wzrok   natychmiast 

spoczął na roześmianej Lainie w długiej wirującej sukni. W jego spojrzeniu 

było coś takiego, że Lainie od razu wypytała Andreę, w której domu to się 

działo, kto zacz. Okazało się, że to znajomy rodziców, współwłaściciel prężnie 

działającej firmy. Udało się przekonać Andreę, że powinna zaprosić gościa, by 

przyłączył się do nich.

O dziwo, przyjął zaproszenie, choć widać było, że nie pasuje do ich grupy. 

Był inny, bardziej dojrzały, pewny siebie, ale w dobrym znaczeniu tego słowa. 

Chłopcy,   z   którymi   Lainie   do   tej   pory   się   umawiała,   nagle   wydali   jej   się 

strasznymi smarkaczami. Jak w ogóle mogła zwracać na nich uwagę?

Jak   z   kolei   miała   zwrócić   na   siebie   jego   uwagę?   Wszystkie   jej   próby 

flirtowania z nim kwitował kpiącym uśmiechem, jakby proponowała mu jakąś 

dziecinną grę. Wreszcie przejął sprawy w swoje ręce.

- Nie ma sensu udawać - powiedział z brutalną szczerością. - Chcę być z tobą, 

a ty chcesz być ze mną. Mogę cię odwieźć do domu?

Wahała się tylko przez moment.

A potem nastał tydzień randek i nie kończących się rozmów telefonicznych. 

Pierwszy pocałunek udowodnił Lainie, jak bardzo się myliła, uważając się za 

15

background image

osobę całkiem w tej materii doświadczoną. Wystarczyło, że Rad wziął ją w 

ramiona,   a   poczuła,   jak   płonie   w   niej   ogień.   Była   gotowa   zapomnieć   o 

wszystkim, wzgardzić zasadami, jakie do tej pory wyznawała i pozwolić zrobić 

ze sobą wszystko. On zaś nigdy nie tracił kontroli nad sobą i w pełni panował 

nad każdą sytuacją.

Przez następny miesiąc żyła w poczuciu ciągłego rozdarcia. Gdy zostawała 

sama, czyniła sobie wyrzuty, że tak otwarcie okazuje mu swoją miłość. Że nie 

ukrywa,   iż   jest   dla   niego   gotowa   na   wszystko.   Wiedziała,   że   to   błąd. 

Wystarczyło jednak, by go zobaczyła, a już bez pamięci rzucała mu się w 

ramiona.

A potem nastąpiła ta noc, gdy jej się oświadczył. Siedzieli w samochodzie 

zaparkowanym przed jej domem. Rad właśnie zdecydowanym gestem odsunął 

Lainie od siebie. Spojrzała na niego prosząco. Jak zwykle wyglądał na zupełnie 

niewzruszonego, jedynie na jego szyi pulsowała mała żyłka. Lainie uwielbiała 

tę pulsującą żyłkę, gdyż nic innego nie zdradzało, że Rad pragnie jej równie 

silnie jak ona jego.

- Jedno z dwojga: albo zostaniesz moją żoną, albo moją kochanką. Innego 

wyjścia   nie   ma.   -   Jego   oczy   lśniły   w   ciemności.   -   Jeśli   o   mnie   chodzi, 

wolałbym cię widzieć raczej w charakterze matki naszych dzieci niż w roli 

mojej utrzymanki.

Nawet   nie   zwróciła   uwagi   na   to,   że   nie   wyznał   jej   miłości.   Była   tak 

oszołomiona tym nieoczekiwanym szczęściem, że umknęło to jej uwagi. Teraz, 

gdy wspominała tę chwilę, zdawała sobie sprawę, iż Rad przyjął jej wybuch 

entuzjazmu z kpiną i rozbawieniem.

Przypomniała też sobie reakcję rodziców. Tacie wystarczyło jedno spojrzenie 

w błyszczące radością oczy córki, by zaaprobować jej decyzję. Z kolei mama, 

choć nie protestowała otwarcie, wyraziła szereg wątpliwości.

16

background image

- Ależ, kochanie, dopiero co obchodziłaś zaledwie dwudzieste urodziny. Rad 

MacLeod jest od ciebie starszy o jedenaście lat. Ma od ciebie wiele więcej 

doświadczenia.

- I cóż z tego, mamo? - roześmiała się Lainie.

- To człowiek z ambicjami. Doskonale wie, czego chce, potrafi manipulować 

innymi, by osiągać własne cele. Przywykł do wydawania rozkazów i do tego, 

że   ludzie   są   mu   posłuszni.   Zauważ,   że   ty   też   tańczysz,   jak   on   ci   zagra. 

Zgadzasz się na wszystko. Kto to widział, żeby urządzać ślub raptem dwa 

tygodnie po zaręczynach? Tak się nie robi.

-   Zrozum,   wcale   mi   nie   zależy   na   tłumach   ludzi   i  wystawnym   przyjęciu. 

Jedyne, czego pragnę, to jego...

- I on doskonale zdaje sobie z tego sprawę - mruknęła ponuro pani Simmons. 

- Zobaczysz, że wykorzysta to przeciw tobie. Będzie ci dyktował, z kim masz 

się spotykać i gdzie macie bywać. Założę się, że postara się o to, żebyś jak 

najszybciej zaszła w ciążę.

- Co w tym złego? Oboje bardzo chcemy mieć dzieci. - Lainie zarumieniła się 

leciutko, jednak nie ze względu na myśl o potomstwie, tylko o tym, co poprze-

dza przyjście na świat dzieci. Nareszcie będzie się kochać z Radem...

-   Widzę,   że   nie   trafiają   do   ciebie   żadne   rozsądne   argumenty.   Jesteś   tak 

zaślepiona   emocjami,   że   nie   dostrzegasz   prostego   faktu,   iż   ten   mężczyzna 

wybrał cię tylko po to, by dodać sobie splendoru.

- Jak możesz tak mówić, mamo? - zawołała ze zgrozą Lainie. - Kocha mnie i 

pragnie   mnie   poślubić.   To   już   prędzej   ja   powinnam   się   chlubić   takim 

narzeczonym. Jest przystojny i bogaty, to świetna partia.

- Mówisz, że cię kocha - powtórzyła sceptycznie matka, a po plecach Lainie 

przebiegł nieprzyjemny dreszcz. - Skoro tak... Ale wspomnisz jeszcze moje 

słowa.   Zobaczysz,   będzie   próbował   zagarnąć   cię   tylko   dla   siebie.   Będzie 

17

background image

chciał, żebyś przestała prowadzić życie towarzyskie, do jakiego przywykłaś. 

Nie daj się więc odseparować od swoich przyjaciół. A z urodzeniem mu dzieci 

wstrzymaj   się   do   czasu,   gdy   będziesz   naprawdę   pewna,   że   poślubiłaś 

właściwego człowieka.

Choć Lainie starała się zapomnieć o przestrogach matki, powracały do niej 

natrętnie.   Zaczynała   się   łapać   na   tym,   że   podejrzliwie   słucha   słów   Rada   i 

analizuje jego wypowiedzi, dopatrując się w nich ukrytych podtekstów.

Potem jednak nadszedł upragniony ślub, a po nim nastąpiły czarowne dwa 

tygodnie spędzone w przytulnej chacie w górach i Lainie w ramionach Rada 

zapomniała o wszystkim. Gdy wrócili do Denver i zamieszkali razem, zaczęła 

się czuć trochę samotna. Jej mąż spędzał długie godziny w swojej firmie, ona 

zaś   wyczekiwała   w   domu   na   jego   powrót.   Na   szczęście   wieczorami   wy-

nagradzał jej to wszystko z nawiązką.

Całymi dniami nie miała jednak nic do roboty, gdyż Rad zatrudnił gosposię, 

sprzątaczkę   i   ogrodnika,   by   oszczędzić   Lainie   pracy.   Zaczęła   więc   znów 

spotykać się z dawnymi znajomymi, chodzić z nimi po zakupy, grać w tenisa. 

Wyglądało na to, że Rad nie ma nic przeciw temu.

Coś   zaczęło   się   między   nimi   psuć,   gdy   Lainie   poznała   piękną   sekretarkę 

swego męża. Myśl o tym, że rudowłosa Sondra spędza więcej czasu z Radem 

niż   ona,   stała   się   nie   do   zniesienia.   Doprowadziło   to   do   pierwszych 

nieporozumień.

Dopiero   po   latach   Lainie   pojęła,   że   pierwsze   rysy   na   wydawałoby   się 

niewzruszonym   gmachu   ich   miłości   powstały   z   jej   winy.   Była   jeszcze 

niedoświadczona, reagowała zbyt emocjonalnie. Domagała się, by Rad mniej 

pracował, a więcej czasu spędzał z nią, by chodził z nią po zakupy, zabierał ją 

do teatru. On jednak przyjmował to z pobłażliwym rozbawieniem i proponował 

żonie, by wreszcie wydoroślała.

18

background image

Cztery miesiące po ślubie nastał czas ich pierwszej rozłąki. Rad udawał się w 

podróż   służbową.   Lainie   oczywiście   pojechała   z   nim   na   lotnisko,   gdzie 

znienacka spotkała Sondrę.

- Tu są bilety. Nasz bagaż już przeszedł kontrolę - oznajmiła sekretarka, a jej 

oczy zalśniły triumfalnie, gdy zmierzyła swą rywalkę pełnym wyższości spo-

jrzeniem.

- To ona z tobą jedzie? - wybuchnęła Lainie.

Reakcja męża zaskoczyła ją kompletnie. Chwycił ją za ramię i zaciągnął do 

kąta, gdzie mogli porozmawiać bez obawy, że ktoś ich usłyszy. Na jego twarzy 

malowała się taka wściekłość, że Lainie aż się skuliła wewnętrznie.

- Nie będę tolerować takich dziecinnych zachowań. Możesz być zazdrosna 

prywatnie, ale nie publicznie! - stwierdził zimno.

- Nie ufam jej.

- Chcesz powiedzieć, że to mnie nie ufasz.

- Być może. - Jej broda zadrżała podejrzanie. Jednak chwilę później Lainie 

dumnie uniosła głowę. - Jestem pewna, że Sondra zadba o to, by uprzyjemnić 

ci tę podróż. Nie bez powodu tak często podkreślałeś jej... kompetencje. Teraz 

zaczynam rozumieć, dlaczego.

Odwróciła się i odeszła, licząc na to, że Rad pobiegnie za nią. Srodze się 

jednak   zawiodła.   Nic   takiego   nie   nastąpiło.   Urażona   duma   kazała   jej   więc 

jeszcze tej samej nocy przenieść jego rzeczy z ich małżeńskiej sypialni do 

pokoju gościnnego.

To był błąd. Błąd, którego nigdy by nie popełniła, gdyby lepiej znała swego 

męża. Rad zmienił się nie do poznania, gdy wrócił i spostrzegł, co zrobiła. Stał 

się chłodny i nieprzystępny. Nawet szczere przeprosiny żony nic nie pomogły.

Była   tak   zmartwiona   tą   sytuacją,   iż   coraz   częściej   szukała   pociechy   i 

zapomnienia wśród dawnych przyjaciół. Dochodziło do tego, że to Rad wracał 

19

background image

pierwszy do domu. Lainie nie przestała jednak bywać w towarzystwie, pomna 

na przestrogi matki.

Zima   przyniosła   ochłodzenie   nie   tylko   na   zewnątrz.   Wydawało   się,   iż 

temperatura panująca w ich domu jest wręcz niższa niż ta poza nim. Wrogość i 

ciągłe skakanie sobie do oczu przerodziły się w całkowitą obojętność. A potem 

nadszedł ten wieczór...

Byli zaproszeni na wyjątkowo ważne przyjęcie, urządzane przez jednego z 

przyjaciół Lainie. Rad wrócił z pracy niemalże w ostatniej chwili.

- Zapomniałeś, że dziś wieczorem wychodzimy? - zaatakowała go już przy 

wejściu.

- Co za słodkie powitanie - zadrwił nieprzyjemnym tonem Rad, po czym udał 

się do barku i nalał sobie drinka.

- Mamy tam być za dziesięć minut.

Jego beznamiętne spojrzenie zirytowało ją jeszcze bardziej.

- Zadzwoń i powiedz, że nie przyjdziemy. - Odwrócił się do niej tyłem.

- Co takiego? Nie mogę tego zrobić!

-   Miałem   naprawdę   ciężki   dzień.   To   cholerne   przyjęcie   nie   jest   aż   takie 

ważne. Dziury w niebie nie będzie, jak się tam nie pokażemy.

- Jasne, ponieważ to moi przyjaciele tam będą, dla ciebie nie jest to ważne - 

odcięła się.

- Twoje ciągłe czepianie się naprawdę zaczyna działać mi na nerwy - ostrzegł. 

Lainie zauważyła zaciśnięte szczęki Rada i pobladła nieco. - Nigdzie dzisiaj 

nie idę i koniec dyskusji.

- Jak sobie chcesz. Ja wychodzę.

Już miała wyjść, gdy dobiegł ją jego zimny głos:

- Zastanowiłbym się nad tym, gdybym był na twoim miejscu.

Odwróciła się do niego z furią.

20

background image

- Czy to groźba? - aż kipiała ze złości.

-   Myślę,   że   najwyższy   czas,   żebyś   wreszcie   wybrała   między   mężem   a 

znajomymi.

- Uważasz, że to sposób na uratowanie naszego małżeństwa? - zaatakowała 

Lainie,   która   nagle   z   przeraźliwą   jasnością   pojęła   sens   ostrzeżeń   matki. 

Przynajmniej tak jej się w owym momencie wydawało. - A może po prostu 

chcesz,   żebym   znów   z   tobą   sypiała   i   zaszła   w   ciążę?   Dzieci   znacznie 

skuteczniej uwiązałyby mnie w domu, prawda?

- Powinnaś była jednak zostać moją kochanką, a nie żoną.

Głos Rada był do tego stopnia wyprany z wszelkich uczuć, iż Lainie nie 

mogła już mieć żadnych wątpliwości. Cokolwiek kiedyś do niej czuł, już się 

wypaliło. Wstrząśnięta, złamana bólem, wyszła z pokoju. Byle tylko dalej od 

niego.

ROZDZIAŁ DRUGI

Następnego   popołudnia   przyjechała   Ann.   Niepokój,   który   dręczył   ją   od 

poprzedniego   wieczora,   wzrósł   jeszcze,   gdy   zobaczyła   podkrążone   oczy 

przyjaciółki.

- Powinnaś jednak była się zgodzić, żebym została z tobą - upomniała ją 

łagodnie.

- I tak przegadałybyśmy całą noc, więc na jedno by wyszło - uśmiechnęła się 

blado Lainie.

-  Wcale   nie   na   jedno.   Przecież   widzę,   że   na   nowo   przeżywałaś   cały   ten 

koszmar. - Przyglądała jej się uważnie. - Wciąż nie potrafisz o nim zapomnieć, 

prawda?

- Tak bardzo go kiedyś kochałam. Trudno nie pamiętać o szczęściu, które się 

utraciło.

- Ale teraz już go nie kochasz?

21

background image

-   Nie   -   szepnęła   cichutko   Lainie,   a   w   jej   oczach   mignęło   coś   na   kształt 

niepewności.

-   Czy   nigdy   nie   rozważaliście   możliwości,   żeby   spróbować   jeszcze   raz? 

Przecież Rad uparł się, że nie da ci rozwodu.

- Tak sobie czasem myślę, że może wciąż bylibyśmy razem, gdyby nie moje 

zaślepienie. Nienawidziłam jego pracy, jego znajomych, wszystkiego, co mi go 

odbierało. Gdybym była dojrzalsza, zrozumiałabym, że należy to znosić ze 

spokojem, gdyż w przeciwnym razie nasz związek się rozleci. Przecież był 

oparty   na   tak   kruchych   podstawach,   że   mogło   go   zburzyć   cokolwiek.  Ale 

wtedy tego nie rozumiałam.

- Na kruchych podstawach? O czym ty w ogóle mówisz? - zdumiała się Ann.

Lainie spuściła wzrok i wpatrywała się teraz w swoje kurczowo splecione 

dłonie.

- On mnie nigdy nie kochał - szepnęła z bólem. Do tej pory jeszcze ani razu to 

wyznanie nie przeszło jej przez gardło. Podniosła na przyjaciółkę zaszklone 

łzami oczy. - Sam mi to powiedział. Po prostu uważał, że jestem atrakcyjna i 

świetnie się prezentuję w towarzystwie, stanowię więc dobry materiał na żonę 

dla takiego mężczyzny jak on. Nic ponadto.

- Ze wszystkich najbardziej wyrachowanych... - wybuchnęła Ann, po czym 

nagle coś ją zastanowiło i przerwała. - W takim razie, czemu nie chciał się z 

tobą rozwieść, skoro mu w ogóle na tobie nie zależało?

- O ile dobrze pamiętam, to stwierdził, że zapłacił wysoką cenę za poślubienie 

mnie, nie zamierza więc ponosić kosztów po raz drugi, tym razem, żeby się 

mnie  pozbyć.   -  Starała   się,  by   jej   głos   brzmiał   możliwie   obojętnie,   jednak 

wspomnienia były zbyt bolesne, by potrafiła zapanować nad jego drżeniem. - 

Zrobiłam mu wtedy awanturę. Krzyczałam, że nie chcę jego pieniędzy. Że 

jedyne, czego pragnę, to uwolnić się od niego. Że będę go ciągać po sądach, 

22

background image

jeśli nie zgodzi się po dobroci... - Odwróciła głowę, gdy przypomniała sobie, 

jak bardzo ją Rad upokorzył. Z bólem zagryzła wargi.

Ann w milczeniu patrzyła na przyjaciółkę, wzrokiem dodając jej odwagi.

-   Wezwał   wtedy   jednego   ze   swoich   pracowników.   Gdy   ten   człowiek 

przyszedł, Rad spytał go, czy miewał ze mną... bliższe stosunki, kiedy już 

byłam zamężna. Och, wciąż słyszę ten potwornie zimny ton jego głosu... Ten 

mężczyzna odpowiedział, że owszem, kilka razy.

Zaskoczona Ann aż zachłysnęła się z wrażenia.

- Rad roześmiał się, kazał mu wyjść, po czym oznajmił, że w razie rozprawy 

wystawi takich właśnie świadków i wszyscy stwierdzą, że z nimi sypiałam. 

Chyba że przestanę domagać się rozwodu. Nie miałam wyjścia, musiałam się 

zgodzić.

- Dlaczego nigdy mi o tym nie mówiłaś? Dopiero teraz zaczynam w pełni 

rozumieć twoją sytuację. Kiedy się rozstaliście, byłam zdumiona przemianą, 

jaka w tobie zaszła. Straciłaś całą pewność siebie i chęć do życia. Bałam się, że 

skończy to się załamaniem nerwowym.

- Mało brakowało. Gdyby nie tata, to nie wiem, co by się ze mną stało - 

przyznała Lainie. - Któregoś wieczora przyszedł do mojego pokoju i zastał 

mnie pogrążoną w absolutnej rozpaczy. Przytulił mnie, jakbym wciąż była jego 

maleńką córeczką i pozwolił mi się wypłakać. A potem powiedział coś, czego 

nigdy   nie   zapomnę:   „Tęczę   można   zobaczyć   dopiero   po   burzy.   Dlatego 

najpierw   trzeba   przeczekać   burzę”.   To   dlatego   wyjechałam   z   Denver   i 

próbowałam   zacząć   wszystko   od   nowa.   Starałam   się   przeczekać   burzę.   Do 

wczoraj myślałam, że już się uspokoiła. Wystarczyło, żebym ujrzała Rada, a 

już byłam jak w oku cyklonu...

Naraz   rozległ   się   dźwięk   dzwonka,   któremu   towarzyszyło   nawoływanie   z 

sąsiedniego pokoju. Lainie natychmiast zerwała się na równe nogi.

23

background image

- Myślałam, że twoja mama śpi - szepnęła Ann.

- Bo tak było. - Gestem pokazała przyjaciółce, żeby została na miejscu, a 

sama pośpieszyła do drzwi.

W   elegancko   urządzonej   sypialni   dominował   pastelowy   odcień   różu.   Na 

tapetach   róże   rozchylały   swoje   pąki,   w   tej   samej   różowej   tonacji   były 

utrzymane   suto   marszczone   zasłony.   Przy   oknie   stała   piękna   toaletka   z 

marmurowym blatem, na którym pełno było figurek z drezdeńskiej porcelany i 

kryształowych cacek. Na łożu z baldachimem leżała pani Simmons, która nie 

przestawała wzywać córki.

- O co chodzi, mamo? - Lainie pogłaskała szczupłą bladą dłoń, która bezsilnie 

spoczywała na kołdrze.

- Słyszałam, że z kimś rozmawiasz. Wydawało mi się, że padło imię Rada. 

Chyba się z nim nie widujesz?

- Ależ nie, skądże - zapewniła pośpiesznie. - Spotkałam go przypadkiem na 

wczorajszym koncercie, to wszystko.

-   Mam   nadzieję,   że   nie   powiedziałaś   mu   o   naszych   kłopotach.   Nie 

wspomniałaś,   jak   nisko   upadłyśmy,   prawda?   -   spytała   błagalnie.   -   Nie 

zniosłabym, gdyby wiedział o naszej ciężkiej sytuacji.

- O nic go nie prosiłam, mamo - odparła zgodnie z prawdą Lainie, poruszona 

proszącym tonem matki.

- To dobrze - westchnęła z ulgą pani Simmons i powolutku wysunęła dłoń 

spod ręki córki, po czym ponownie bezsilnie opuściła ją na kołdrę. - Teraz 

mogę odpocząć.

Oznaczało to, że rozmowa skończona i że Lainie ma się oddalić. Dawno już 

przywykła   do   królewskiego   zachowania   matki   i   potrafiła   je   bezbłędnie 

interpretować. Nie umiała jednak odgadnąć, na ile jej słabość jest udawana, a 

na ile autentyczna. Lainie nie miała wątpliwości co do tego, że matka trochę 

24

background image

przesadzała, nie zmieniało to wszakże faktu, że naprawdę była chora. Bardzo 

poważnie chora.

Dwa dni później wreszcie znalazła czas, by wziąć się za robienie porządków 

w ogródku przed domem. Mama spała twardo po zażyciu środków nasennych, 

Lainie mogła więc bez przeszkód zająć się pracą na powietrzu. Sprawiło jej to 

prawdziwą przyjemność.

Lato   miało   się   już   ku   końcowi.   Był   spokojny,   pogodny   dzień,   słońce 

przygrzewało nie za mocno, ale i tak po czole Lainie spływały krople potu, 

mimo iż miała na sobie tylko cienką bawełnianą bluzeczkę i kremowe spodnie. 

Usuwanie uporczywych chwastów było dość uciążliwe, jednak miało tę zaletę, 

że odrywało myśli od spotkania z Radem i od trudności finansowych. W grun-

cie rzeczy okazało się bardziej relaksujące od siedzenia w domu i zamartwiania 

się.

Lainie   usłyszała   zbliżające   się   kroki.   Odwróciła   się   nieco   i   osłoniła   oczy 

dłonią, by przyjrzeć się nadchodzącemu.

-   Lee!   Co   za   miła   niespodzianka.   -   Podniosła   się   z   klęczek,   pośpiesznie 

ściągnęła bawełniane rękawice, by serdecznie uścisnąć jego dłoń.

-   Gdzie   można   wynająć   taką   piękną   ogrodniczkę?   Byłbym   bardzo 

zainteresowany. - Jego niebieskie oczy zalśniły na widok uśmiechniętej Lainie.

Zarumieniła się pod jego bacznym spojrzeniem.

- Proszę, wejdź. Ja tymczasem szybko się przebiorę... Przepraszam, ale nie 

spodziewałam się dzisiaj gości.

- Wyglądasz cudownie - powiedział z absolutnym przekonaniem, wziął Lainie 

pod rękę i udał się w stronę domu. - Nie mogłem przestać o tobie myśleć, więc 

postanowiłem zobaczyć się z tobą.

-   Pochlebca!   -   droczyła   się   Lainie,   z   przyjemnością   spoglądając   na   jego 

25

background image

sympatyczną twarz i gęste płowe włosy.

- To nie było żadne pochlebstwo - odparł tak poważnym tonem, że nagle 

straciła rezon. - Nie potrafię o tobie zapomnieć już od kilku lat. Straciłem cię, 

gdyż   zbyt   długo   zwlekałem   z   wyznaniem   moich   uczuć.   Tym   razem   nie 

pozwolę, by mnie ktokolwiek uprzedził.

Aż się zatrzymała z wrażenia.

- Ależ ty nawet nie dajesz mi czasu do namysłu!

- Rad MacLeod też ci go nie dał - zauważył cicho, a Lainie pobladła. - I 

wyszłaś za niego.

- Teraz już nie jestem taka impulsywna jak niegdyś. Drugi raz nie popełnię 

tego samego błędu. - Stanowczo cofnęła rękę.

- Bardzo mnie to cieszy - odpowiedział spokojnie. Pomyślała, że ten jego 

spokój udziela się również jej i działa jak kojący balsam na jej zbolałą duszę. - 

Ponieważ chcę, żebyś była zupełnie pewna tego, że chcesz mnie poślubić.

- Lee, nie tak szybko! - Potrząsnęła głową, zaskoczona i zdezorientowana. - 

Nie widzieliśmy się przez pięć lat. Nawet nie wiemy, jacy teraz jesteśmy.

- W takim razie proponuję ponownie się zaprzyjaźnić. Zjesz ze mną kolację?

- Moja mama jest ciężko chora, praktycznie nie wstaje z łóżka. Nie mogę 

zostawić jej samej. W ogóle nie ma mowy o tym, żebym biegała na randki.

- W takim razie ja będę przybiegał tutaj, co ty na to? Jak widzisz, niełatwo 

mnie zniechęcić.

-   Lee,   nie   wiem,   co   powiedzieć.   -   Bezradnie   rozłożyła   ręce.   -   Jestem 

kompletnie zbita z tropu. Zawsze uważałam cię za wspaniałego przyjaciela, a 

ty nagle próbujesz ustawić nasze stosunki na zupełnie innej płaszczyźnie.

- Czy w takim razie mogę wpadać na kolacje jako twój dawny przyjaciel?

- Przyjaciele są zawsze mile widziani w tym domu - odparła.

- A czy dostają coś chłodnego do picia w taki dzień jak dzisiejszy? - spytał 

26

background image

żartobliwym tonem.

Od tej chwili zachowywał się tak, jakby nic się nie stało. Siedział w kuchni, 

prowadził   lekką   konwersację   i   był   równie   miły   jak   zwykle.   Jednak   Lainie 

miała   kompletny   mętlik   w   głowie.   Gdy   Lee   wyszedł,   spróbowała 

uporządkować myśli.

Już raz się zawiodła na małżeństwie, nie zamierzała po raz drugi popełniać 

tego samego błędu. Lee był jednak ze wszech miar atrakcyjnym mężczyzną. 

Ale przecież w świetle prawa wciąż była żoną Rada, więc i tak nie mogła 

podjąć żadnej wiążącej decyzji.

Z drugiej wszakże strony czuła się bardzo osamotniona, choć nie chciała się 

do   tego   przyznawać   nawet   sama   przed   sobą.   Sporadyczne   wizyty  Ann   nie 

wystarczały   jej   w   najmniejszym   stopniu.   Byłoby   miło,   gdyby   Lee   czasem 

wpadał. To porządny i godny zaufania mężczyzna,  z pewnością nie będzie 

nietaktownie naciskał, żeby ich przyjaźń przerodziła się w coś więcej.

Gdy następnego popołudnia zadzwoniła Ann, Lainie wspomniała pokrótce o 

wizycie   Lee   i   o   tym,   że   ma   on   wpaść   w   piątek   na   kolację.   Nie   spytała 

przyjaciółki o opinię, jednakże ciekawa była jej reakcji.

- Bardzo dobrze - zaaprobowała Ann. - Właśnie takiego faceta ci trzeba. On 

jest   jak   opoka,   można   na   nim   polegać   w   każdej   sytuacji.   Jest   solidny, 

odpowiedzialny i wiadomo, czego się po nim spodziewać.

- Nie wiem, czy byłby zachwycony tym opisem. Zabrzmiało to tak, jakby był 

strasznym nudziarzem. A to przecież bardzo atrakcyjny mężczyzna.

- Nie przeczę. Ale ważniejsze jest to, że potrafi dać poczucie bezpieczeństwa, 

a ono bardzo ci się teraz przyda - powiedziała Ann z jakąś dziwną, ponurą 

determinacją.

Lainie zdumiała się.

- Nie rozumiem. Dlaczego to mówisz?

27

background image

- Właściwie nie wiem. Po prostu mam takie przeczucie. Dobra, nieistotne. 

Dzwonię   po   to,   żeby   wyciągnąć   cię   jutro   z   domu.   Pójdziemy   do   jakiejś 

knajpki,   zjemy,   pogadamy.   Moja   mama   wspomniała   dzisiaj,   że   chętnie 

spotkałaby się z twoją. Czemu więc tego nie wykorzystać?

- Byłoby mi bardzo miło...

-   Żadnych   „ale”!   Moja   mama   pracowała   kiedyś,   dawno   temu,   jako 

pielęgniarka. Będzie więc umiała zaopiekować się chorą. W dodatku tak się 

zagadają o dawnych czasach, że twoja mama nawet nie zauważy, że ciebie nie 

ma.

- Hm, właściwie powinnam iść do apteki po jedno lekarstwo - przyznała z 

lekkim wahaniem Lainie.

- No widzisz, zawsze znajdzie się pretekst! - ucieszyła się Ann. - Wpadniemy 

do was jutro około wpół do dwunastej. Pasuje?

Jak   było   do   przewidzenia,   Ann   zabrała   przyjaciółkę   do   jednej   z 

najelegantszych   restauracji   w   Denver.   Sala   była   rzęsiście   oświetlona,   co 

dodatkowo podkreślało każdy detal wykwintnego wystroju. Wyściełane złoci-

stym   aksamitem   krzesła   otaczały   nakryte   śnieżnobiałymi   obrusami   stoliki. 

Słychać było stłumione rozmowy gości, brzęk kryształowych kieliszków oraz 

delikatny dźwięk srebrnych sztućców.

- Jak myślisz, czy wciąż jeszcze omawiają dolegliwości twojej mamy, czy 

przeszły już do wspominania twoich chorób? - spytała Ann, gdy kelner przyjął 

ich zamówienie.

Uśmiechnęła   się   przy   tym   do   przyjaciółki,   która,   ku   jej   zadowoleniu, 

wyglądała   znacznie   lepiej   niż   poprzedniego   dnia.   Lainie   miała   na   sobie 

elegancką bluzkę w kolorze kości słoniowej oraz oliwkowy kostium, którego 

barwa uwydatniała zielonkawe refleksy w jej orzechowych oczach.

28

background image

- Myślę, że zdążyły przedyskutować co najwyżej połowę symptomów, jakie 

występują u mojej mamy. - W jej głosie brzmiało lekkie rozbawienie.

Ann przyglądała jej się z zainteresowaniem.

- Żarty żartami, ale trzeba porozmawiać poważnie. Powiedz mi teraz więcej o 

tej wizycie Lee.

Zdała więc szczegółową relację z wczorajszych odwiedzin Lee. Wywołało to 

pełne humoru komentarze przyjaciółki, która przyklasnęła zamiarom Lee i z 

miejsca przyjęła rolę swatki. Namawiała jednak na ten związek tak dowcipnie, 

że   Lainie   nie   mogła   się   powstrzymać   od   śmiechu.  Ann   była   cudowna.   Jej 

pogoda ducha była tak zaraźliwa, że nie sposób było nie zapomnieć o wszy-

stkich zmartwieniach.

Na miłej pogawędce czas mijał szybko i ani się spostrzegły, a już podano im 

kawę po skończonym posiłku. Jednak nie śpieszyły się z wychodzeniem, tylko 

plotkowały dalej. Ann właśnie wygłosiła kolejną dowcipną uwagę o zaletach 

Lee jako przyszłego kochanka i Lainie znów zaczęła pokładać się ze śmiechu.

-   Przez   ciebie   zachowuję   się   jak   nastolatka   -   wykrztusiła   z   trudem.   - 

Chichoczę jak głupia i to tylko dlatego, że jakiś chłopak za mną lata.

- Zdrowa reakcja - skwitowała Ann, po czym nagle wyraz jej twarzy zmienił 

się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. - Cholera jasna! A ten już nie 

miał gdzie przyjść, tylko właśnie tutaj?

Lainie   zerknęła   przez   ramię,   by   zobaczyć,   kto   tak   bardzo   naraził   się 

przyjaciółce. Śmiech zamarł jej na ustach, gdy spojrzała wprost w ciemne oczy 

Rada. Było w nich coś dziwnego, wydawało się, że błysnęła w nich radość. 

Jednak cynicznie skrzywione wargi świadczyły o czymś zupełnie przeciwnym.

Dopiero po chwili zauważyła, że nie jest sam. Jedną z towarzyszących mu 

osób była oczywiście jego atrakcyjna sekretarka, która nawet nie starała się 

ukrywać swej niechęci.

29

background image

-   Pani   MacLeod!   -   zawołała   z   lekkim   przekąsem   Sondra.   -   Co   za 

niespodzianka! Nie sądziłam, że tak szybko znowu panią zobaczę.

Lainie jak zahipnotyzowana śledziła wzrokiem gest Rada, który lekko dotknął 

ramienia rudowłosej. Wciąż nosił ślubną obrączkę. Pamiętała każdy szczegół 

jej misternego wzoru, sama mu ją dała. A on tą samą dłonią dotykał tej... tej...

- Zaprowadź Boba i Harry’ego do stolika. Zaraz przyjdę - powiedział.

Gdy  Sondra   wraz   z   mężczyznami   odeszła,   ponownie   popatrzył   na   Lainie. 

Poczuła, jak pod jego spojrzeniem robi jej się dziwnie ciepło.

- Chcesz mi o czymś powiedzieć? - spytała z wymuszonym spokojem, bawiąc 

się przy tym kieliszkiem, by dać zajęcie dłoniom i ukryć ich drżenie.

- Sądziłem, że to ty masz ochotę ze mną porozmawiać - odparował kpiąco. - 

Najpierw nie widzę cię przez pięć lat, po czym nagle spotykam cię już drugi 

raz w ciągu tygodnia. To daje do myślenia.

- To oznacza tylko, że wystarczy nam tych spotkań na następnych pięć lat - 

odgryzła się Lainie.

- Chyba nawet i pięćdziesiąt lat by nie starczyło, żeby utemperować twoją 

zjadliwość - skwitował z gryzącą ironią.

- Słuchaj, powiedziałam ci już, że nic od ciebie nie chcę - syknęła. - Czemu 

więc nie zostawisz mnie wreszcie w spokoju?

Czuła   się   potwornie.   Pragnęła   pozbyć   się   go   jak   najszybciej,   gdyż   nie 

wiedziała, jak długo jeszcze uda jej się zachowywać pozorny spokój. Obawiała 

się,   że   lada   moment   wybuchnie.  A  za   nic   w   świecie   nie   chciała,   by   Rad 

zorientował się, jak gwałtowne uczucia nią targają na jego widok. Nie mogła 

patrzeć   na  jego  włosy,   by  nie  przypomnieć   sobie   ich   cudownej   miękkości. 

Jeden rzut oka na jego garnitur przywoływał wspomnienia skrytego pod nim 

opalonego ciała...

Ann z niecierpliwością skinęła na kelnera.

30

background image

- Rachunek proszę.

- Chyba nie uciekacie z racji mojej skromnej osoby? - zadrwił Rad. - Byłoby 

mi niewymownie przykro, gdybym wam zepsuł obiad.

-  Wcale   by  ci   nie   było   przykro   -   ucięła   zimno Ann  i  z   jawną  wrogością 

popatrzyła Radowi prosto w oczy.

-   I   tak   już   zbierałam   się   do   wyjścia.   Mama   na   mnie   czeka   -   wtrąciła 

pośpiesznie   Lainie.   Wiedziała,   że   przyjaciółka   nie   będzie   przebierać   w 

słowach, gdy jej cierpliwość się wyczerpie. Dlatego wolała nie dać jej spo-

sobności do tego. Chciała uniknąć nieprzyjemnej scysji w miejscu publicznym.

- Twoja matka musi się czuć całkiem nieźle, skoro jej tak pełna poświęcenia 

córeczka ma czas włóczyć się po knajpach i zostawiać ją samą - zauważył 

złośliwie Rad.

Lainie chwyciła głęboki oddech, by się uspokoić i nie odpowiedzieć mu tak, 

jak na to zasługiwał.

- Owszem, czuje się już znacznie lepiej.

W tym momencie Ann nie wytrzymała.

- Lainie, dość już tych kłamstw! - Cisnęła serwetkę na stół i wstała. - Pani 

Simmons jest śmiertelnie chora, a ty śmiesz robić sobie z tego kpiny? Trzeba 

być ostatnim łajdakiem, żeby nie docenić postawy Lainie. Zostawiła wszystko, 

rzuciła   pracę   i   wróciła   do   Denver,   żeby   towarzyszyć   matce   w   ostatnich 

miesiącach jej życia. Dlatego zabraniam ci traktować ją w ten sposób! Ma dość 

kłopotów   z   płaceniem   rachunków   za   wizyty   doktorów,   za   lekarstwa   i   za 

utrzymanie domu. A do tego wszystkiego jeszcze ty znów zatruwasz jej życie!

Rad posłał Lainie ironiczne spojrzenie.

-   Jakim   cudem   udało   ci   się   wzbudzić   w   kimś   takim   jak  Ann   tak   godną 

podziwu   lojalność   względem   takiej   osoby   jak   ty?   -   zadrwił,   najwyraźniej 

zupełnie nie wzruszony wybuchem Ann.

31

background image

- Jasne! Przecież ty nigdy nie potrafiłeś być lojalny względem mnie, gdy 

byliśmy razem - rzekła zimno.

- Jeśli nie dochowałem ci wierności, a nie wiesz, czy tak właśnie było, to 

mogło mną powodować wyłącznie pragnienie znalezienia zrozumienia u innej 

kobiety, skoro własna żona nie chciała mnie zrozumieć - wytknął jej. - Czyżbyś 

zamierzała się upierać przy tym, że powodem rozpadu naszego związku była 

moja domniemana niewierność? - Kpiąco uniósł jedną brew. - Miałaś pięć lat 

na to, żeby wymyślić coś oryginalniejszego.

- Pięć lat, sześć miesięcy i czternaście dni - skorygowała machinalnie, po 

czym natychmiast tego pożałowała, gdyż Rad wybuchnął gromkim śmiechem.

- Widzę, że prowadzisz ścisły rachunek dni od momentu naszego rozstania.

-   Ludziom   dość   łatwo   przychodzi   pamiętanie   dat,   od   kiedy   udało   im   się 

uwolnić spod władzy tyrana. - Natychmiastowa riposta Lainie spowodowała, 

że Rad z gniewem zacisnął zęby.

- Cieszy mnie, że przynajmniej choć w ten jeden sposób udało mi się ciebie 

zadowolić - wycedził. Zimno skinął głową Ann, po czym ponownie spojrzał na 

Lainie.   -   Nie   będę   cię   dłużej   zatrzymywał.   Widzę,   że   aż   płoniesz   z 

niecierpliwości, żeby wyjść.

Odwrócił się i odszedł. Patrzyła za nim z ulgą, a zarazem z niewysłowionym 

żalem.   Nienawidziła   tych   ich   awantur.   Zawsze   potem   czuła   się   okropnie. 

Zawsze też odczuwała nieodpartą potrzebę, by w takich sytuacjach zarzucić 

mu ręce na szyję i przekonywać go żarliwymi pocałunkami, że powinni się 

pogodzić. Teraz też miała ochotę pobiec za nim, by znów znaleźć się w jego 

objęciach i jeszcze raz zaznać słodyczy jego pieszczot. Ale na to było już za 

późno,   o   wiele   za   późno.   Podniosła   się   więc   z   rezygnacją   i   stanęła   obok 

przyjaciółki.

-   No   i   zepsuł   nam   cały   obiad   -   westchnęła  Ann.   -   Obawiam   się,   że   nie 

32

background image

będziesz chciała więcej ze mną wychodzić, skoro ciągle się na niego natykamy.

- Przecież to nie twoja wina, że się tak pechowo złożyło. - Lainie starała się 

ukryć swój prawdziwy stan ducha. - Zresztą, zbyt długo już starałam się go 

unikać. Jestem tym zmęczona. Nie będę więcej uciekać przed nim.

- Czy ty wciąż go kochasz? - W ściszonym głosie Ann brzmiało współczucie.

Lainie już miała zaprzeczyć, ale kiedy spojrzała w oczy przyjaciółki, zmieniła 

zdanie.

- Nie wiem. Nic już nie wiem.

Ann popatrzyła w ślad za Radem.

- Tak, trudno zapomnieć o kimś takim - powiedziała w zamyśleniu.

Lainie w duchu przyznała jej rację. I nie wiadomo który już raz zapragnęła, 

by w końcu udało jej się jednak zapomnieć i o tym człowieku, i o tym, co do 

niego kiedyś czuła.

Następnego   dnia   Lainie   zrobiła   generalne   porządki.   Próbowała   wmówić 

samej sobie, że to ze względu na wieczorną wizytę Lee. Starannie odsuwała od 

siebie myśl, iż tak naprawdę tylko szuka pretekstu do zajęcia się czymś, co 

pozwoli jej przestać myśleć o Radzie.

Mama była tego dnia wyjątkowo niespokojna. Co i raz dzwoniła na Lainie, 

która   musiała   niemal   co   chwila   odkładać   swoją   robotę   i   biec   na   górę.  W 

rezultacie koło trzeciej po południu nawet parter nie był jeszcze wysprzątany, 

nie mówiąc już o piętrze. Lainie ponuro popatrzyła na zegarek. Będzie miała 

szczęście, jeśli zdąży wziąć prysznic i przebrać się przed przyjściem Lee.

Ponownie rozległ się dzwonek, pobiegła więc na górę. Dopiero w połowie 

schodów uprzytomniła sobie, że to telefon. Westchnęła z irytacją i popędziła z 

powrotem.

- Chciałbym rozmawiać z panią MacLeod - odezwał się w słuchawce męski 

33

background image

głos, który Lainie na próżno starała się dopasować do jakiejś znanej jej osoby.

- Przy telefonie.

- Mówi Greg Thomas, adwokat pani męża.

Oniemiała. Czyżby Rad w końcu zmienił zdanie i zażądał rozwodu? Sama się 

przecież kiedyś tego domagała, ale nagle ta myśl wydała jej się koszmarna.

- Pan MacLeod życzy sobie wprowadzić pewne zmiany i chce, żebym je z 

panią omówił.

- Jakie zmiany? - Głos z trudem wydobył się z jej ściśniętego gardła.

- Chodzi o kwestie finansowe. Co miesiąc otrzymuje pani od męża pewną 

kwotę...

Zrobiło jej się słabo. Nie sądziła, że rozgniewała Rada do tego stopnia, iż 

zdecydował się zaprzestać przysyłania jej czeków. Miał do tego pełne prawo, 

żadne przepisy nie zobowiązywały go do pomagania żonie, która go opuściła. 

Lainie   jednak   nie   uważała   go   za   swego   dobroczyńcę,   gdyż   suma,   na   jaką 

opiewały czeki, była dość skromna. Przypominało to upokarzającą jałmużnę, 

jednak   w   połączeniu   z   rentą   mamy   umożliwiało   im   przeżycie   kolejnego 

miesiąca.

- Pan wybaczy, ale na razie nie mogę się z panem spotkać w tej sprawie. - Z 

nikłym rezultatem starała się zapanować nad drżeniem głosu. - Moja matka jest 

chora i nie mogę jej zostawić samej.

- Wiem, pan MacLeod wyjaśnił mi sytuację. Domyślam się, że właśnie z tego 

powodu   postanowił   wspomóc   panie   finansowo   -   odrzekł   nieco 

protekcjonalnym tonem.

- Wspomóc? - powtórzyła ze zdziwieniem.

- Tak, pani mąż zdaje sobie sprawę z tego, że pani warunki życiowe znacznie 

się pogorszyły od czasu państwa separacji. Pan MacLeod rozumie to i postara 

się temu zaradzić. Uważam, że to bardzo wspaniałomyślny gest z jego strony.

34

background image

Następnie   prawnik   wymienił   sumę   tak   znacznie   przewyższającą 

dotychczasową, że Lainie na moment aż zaniemówiła z wrażenia. Wszystkiego 

mogła się spodziewać, ale nie tego! Z niedowierzaniem potrząsnęła głową.

- Ale czemu miałby to robić?

- Już pani wyjaśniłem - powtórzył takim tonem, jakby tłumaczył dziecku. - 

Dowiedział się o chorobie pani matki i zdaje sobie sprawę z tego, że koszty 

leczenia wpędziły panią w kłopoty finansowe. Nie przypominam sobie, żeby 

wspominał o jakichś innych okolicznościach, które mogłyby motywować jego 

decyzję.   Proszę   nie   zapominać,   że   nikt   nie   zmusza   pana   MacLeoda   do 

uprawiania   działalności   charytatywnej,   mój   klient   okazał   daleko   idącą 

wspaniałomyślność z własnej woli. A teraz proszę powiedzieć, kiedy może 

pani przyjść do mojego biura i podpisać dokumenty.

„Działalność charytatywna”? Te słowa boleśnie uraziły jej dumę.

- Pan wybaczy, ale nie zamierzam przyjść.

- Przecież im prędzej się spotkamy, tym szybciej dostanie pani pieniądze. 

Chyba pani na tym zależy?

- Sumę, jaką otrzymywałam dotychczas, uważam za w pełni wystarczającą. 

Nie   przypominam   sobie,   żebym   prosiła   o   więcej   -   ucięła   zimno.   -   Nie 

obchodzą mnie nagłe wyrzuty sumienia mego męża, zwłaszcza że przejawiają 

się w tak arogancki sposób.

- Ależ, pani MacLeod! - wykrzyknął potępiająco Greg Thomas.

- Przez pięć lat obywałam się bez jego litości czy też charytatywnych gestów, 

jak   był   to   pan   łaskaw   określić.  A  jeśli   moja   trudna   sytuacja   sprawia   mu 

dyskomfort psychiczny, to może się po prostu ze mną rozwieść i uwolnić się od 

poczucia  odpowiedzialności  - wygłosiła sarkastycznym  tonem.  - Niech  pan 

będzie tak uprzejmy i przekaże tę odpowiedź panu MacLeodowi.

Stanowczym gestem odłożyła słuchawkę, mając wrażenie, że w ten sposób 

35

background image

podpisała na siebie wyrok. Bóg jeden wiedział, jak rozpaczliwie potrzebowała 

tych pieniędzy.

ROZDZIAŁ TRZECI

-   Kto   dzwonił   dziś   po   południu?   -   spytała   pani   Simmons,   gdy   Lainie 

przyniosła jej obiad do pokoju.

-   Po   południu?   -   powtórzyła,   by   zyskać   na   czasie,   a   potem   lekceważąco 

wzruszyła ramionami. - Och, jakiś akwizytor namawiał  nas na subskrypcję 

nowego pisma.

- Na pewno? - Matka przyglądała jej się badawczo. - A może ktoś dopomina 

się o spłatę rachunków, a ty to przede mną ukrywasz?

- Ależ skądże - uśmiechnęła się szeroko, by pokazać, że nie ma powodu do 

zmartwienia. - Może rzeczywiście chwilowo nasza sytuacja materialna nie jest 

najlepsza,   ale   nie   przesadzajmy.   Nasi   wierzyciele   nie   wydzwaniają   i   nie 

domagają się pieniędzy, zapewniam cię.

-   Nie   rozumiem,   jak   możesz   mówić   o   tym   tak   lekko.   -   Matka   nerwowo 

skubała brzeg kołdry długimi chudymi palcami.

- A ja nie rozumiem, czemu ty tak dramatyzujesz. - Starała się, by jej głos 

zabrzmiał   żartobliwie.   Doświadczenie   nauczyło   ją,   że   to   jedyny   sposób   na 

uniknięcie   nie   kończących   się   lamentów   mamy,   która   biadała   nad   tym,   że 

standard ich życia znacznie się obniżył.

Lainie oczywiście nie była zachwycona faktem, iż ich status się pogorszył, 

jednak   nie   zamierzała   z   tego   powodu   rozpaczać.   Ona   sama   mogłaby   bez 

problemu żyć na niższym poziomie, ale chodziło o mamę. Nie wiadomo było, 

ile   czasu   jej   jeszcze   zostało.   Nie   było   mowy   o   tym,   by   zaproponować   jej 

przeniesienie   się   do   mniejszego   domu.   Chciała   zapewnić   jej   jak   najlepsze 

warunki. Przynajmniej tyle mogła dla niej zrobić.

36

background image

Pomogła   mamie   usiąść   i   wsunęła   jej   dodatkową   poduszkę   pod   plecy. 

Następnie położyła serwetkę na jej kolanach i postawiła na niej tacę.

-   Nie   przejmuj   się   rachunkami,   tylko   jedz.   Przygotowałam   ci   bulion,   jest 

bardzo pożywny, i sałatkę. Mówię ci, palce lizać.

-   Nie   mam   ochoty   na   jedzenie.   Fatalnie   się   dziś   czuję   -   mruknęła   pani 

Simmons z rozdrażnieniem.

- Chociaż trochę - namawiała Lainie. - Pójdę wziąć prysznic i przebrać się, a 

potem zajrzę sprawdzić, jak sobie poradziłaś.

- Czy ktoś ma do nas przyjść?

- Lee Walters wpadnie na chwilę dziś wieczorem.

- Syn Damiana Waltersa?

- Tak.

- Już go sobie przypominam. Blondyn z niebieskimi oczami, prawda? Zawsze 

wiedziałam, że mu się podobasz. - Na jej wymizerowanej twarzy pojawił się 

smutny   uśmiech.   -   Ale   nigdy   go   nie   zachęcałam,   żeby   częściej   do   nas 

przychodził, bo i po co? Jego ojciec ma takie dziwaczne poglądy. Jest wręcz 

nieprzyzwoicie bogaty, a swoim dzieciom każe samodzielnie zarabiać na życie, 

żeby doceniły wartość pracy! Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby zapisał cały 

swój majątek na pomoc biednym, zamiast dać go prawowitym spadkobiercom!

Ciężko opadła na poduszki, jakby ten wybuch świętego oburzenia pozbawił ją 

sił. Po chwili ciągnęła dalej:

- Dlatego nie chciałam, żebyś się zadawała z młodym Waltersem. Jednak, 

zważywszy naszą obecną pozycję w towarzystwie, nie ma to już większego 

znaczenia. Jestem właściwie wdzięczna temu chłopcu, że przychodzi z wizytą. 

Oznacza to, że jeszcze tak całkiem nie znalazłyśmy się na marginesie.

-   Cieszę  się,   że  nie  jesteś   przeciwna   jego   odwiedzinom.  -   Uścisnęła  dłoń 

matki.  -  Przepraszam,  ale  muszę  się  pośpieszyć.  Zrobisz  mi  przyjemność  i 

37

background image

zjesz obiad, zanim się trochę ogarnę?

- Zjem.

Lainie z uśmiechem posłała mamie całusa i pośpieszyła do swojej sypialni. 

Dlaczego   każda   rozmowa   musi   w   jakimś   stopniu   dotyczyć   pieniędzy, 

pomyślała gniewnie. A może niepotrzebnie się irytowała? Może to przez ten 

telefon   była   tak   wytrącona   z   równowagi?   Miała   przecież   świadomość,   że 

gdyby   nie   jej   zraniona   duma,   ich   kłopoty   finansowe   zniknęłyby   w   jednej 

chwili. Wystarczyłoby jedno jej słowo...

Weszła   do   łazienki,   rozebrała   się,   upięła   luźno   włosy   na   czubku   głowy   i 

wzięła prysznic. Ledwie skończyła, owinęła się ręcznikiem i sięgnęła po słoik 

z kremem, kiedy odezwał się dzwonek u drzwi. Z niepokojem zerknęła na 

leżący   z   boku   zegarek.   Kto   to   może   być?   Lee   miał   przyjść   później. 

Niewykluczone jednak, że coś go skłoniło do zmiany planów.

W nerwowym pośpiechu narzuciła na siebie zieloną podomkę, której soczysta 

barwa uwydatniała niezwykłą przejrzystość jej cery. Uniosła ręce, by rozpuścić 

włosy, gdy dzwonek odezwał się ponownie - tym razem gwałtowniej. Jej gość 

najwyraźniej się niecierpliwił.

Pośpieszyła więc na dół, żałując, iż nie dał jej jeszcze choćby kwadransa. 

Wtedy zdążyłaby się wyszykować na jego przyjście. Trudno, poprosi go, żeby 

chwilę poczekał, przecież zrozumie. Otworzyła drzwi i... i słowa zamarły jej w 

gardle.

Na progu stał Rad.

-   Nie   widzę   powodu,   dla   którego   moja   wizyta   miałaby   cię   zaskoczyć   - 

wycedził   i   wszedł   do   środka,   obrzucając   przy   tym   Lainie   nieprzyjaznym 

spojrzeniem. - Thomas przekazał mi twoje słowa...

Nerwowo zasłoniła dłonią dość mocno wycięty dekolt. Odczuwała potrzebę 

ukrycia   się   przed   badawczym   wzrokiem   Rada.   Miała   wrażenie,   jakby   była 

38

background image

naga, wiedziała, że szlafrok przywiera do wilgotnej skóry i wydatnie uwypukla 

jej kształty. Odwróciła się, jakby chciała uciec, wzięła się jednak w garść.

-   Skoro   twój   adwokat   poinformował   cię   o   wszystkim,   to   doprawdy   nie 

rozumiem, co tutaj robisz - powiedziała nieco ściszonym głosem, gdyż nie 

chciała obudzić matki. Była to ostatnia rzecz, jakiej teraz pragnęła. Z obawą 

zerknęła w stronę sypialni na piętrze. - Wydaje mi się, że postawiłam sprawę 

dostatecznie jasno. Nie mamy sobie już nic do powiedzenia.

- I tu się mylisz - warknął.

Widać było, że ledwo się hamuje i że wystarczy byle drobiazg, żeby Rad 

wybuchnął. Lainie patrzyła na niego z niepokojem. Jak zwykle w porównaniu 

z nim czuła się szalenie bezbronna, a co gorsza, niedojrzała i niedoświadczona. 

Wiedziała, że właściwie nie ma sensu się z nim spierać, gdyż i tak znajduje się 

na z góry przegranej pozycji.

- W takim razie powiedz, co masz do powiedzenia i idź sobie - zgodziła się z 

rezygnacją. Jej zdławiony głos zdradzał, że nie jest tak opanowana, na jaką 

próbuje wyglądać.

-   Czy   będziemy  rozmawiać  tutaj?  -   Kpiąco  uniósł  brwi.   - A  nie   lepiej  w 

salonie? Chcesz, żeby było nas słychać na górze?

-   Nie,   nie   w   salonie   -   zaprotestowała   pośpiesznie.   -   Nie   zdążyłam 

posprzątać... - skłamała na poczekaniu.

Jednak Rad ani myślał przejmować się jej obiekcjami. Minął ją i wszedł do 

pokoju. Lainie z ciężkim sercem stanęła w drzwiach. Na pierwszy rzut oka 

urządzony   meblami   z   epoki   wiktoriańskiej   salon   wyglądał   elegancko   i 

luksusowo.   Jednak   uważny   obserwator   mógł   bez   trudu   spostrzec   jaśniejsze 

prostokąty na ścianach - ślady po zdjętych obrazach.

- O ile dobrze pamiętam, to wisiało tu parę dzieł impresjonistów - rzucił niby 

mimochodem, Lainie wiedziała jednak, że nie jest to luźna uwaga.

39

background image

- Wiszą teraz gdzie indziej.

- A gdzie się podziała ta cenna rzeźba z gzymsu nad kominkiem?

-   Och,   jak   długo   można   patrzeć   na   to   samo?   -   Nonszalancko   wzruszyła 

ramionami. - Stoi w pudle w jakimś schowku.

- Rozumiem - skrzywił się ironicznie. - A ta waza, z której twoja matka była 

taka dumna? Ta, którą dostała od twego ojca? Czy słusznie się domyślam, że 

właśnie się stłukła?

- Dokładnie tak.

- Ciekawe, ile jeszcze wartościowych rzeczy wisi albo stoi gdzie indziej, lub 

też   się   stłukło   -   powiedział   z   nie   skrywaną   ironią,   przypatrując   się   jej 

wnikliwie. - Zgaduję, że najpierw sprzedałyście biżuterię?

Lainie oblała się rumieńcem. Skrzyżowała ramiona i odwróciła się bokiem, 

by choć częściowo ukryć twarz.

- Tak - syknęła ze źle maskowaną furią.

- Czy wiesz, ile dokładnie wynoszą twoje długi? Czy w pełni zdajesz sobie 

sprawę z tego, jak fatalna jest wasza sytuacja?

Pragnęła   zbyć   go   czymkolwiek,   lecz   nie   pozwolił   jej   na   to.   Bezlitośnie 

wyrecytował długą listę wierzycieli. Nie pominął nikogo, nie przeoczył żadnej 

sumy. Piękne oczy Lainie zaiskrzyły się, nie z gniewu wszakże, lecz od łez.

- Grzebanie się w tym sprawiło ci ogromną przyjemność, prawda? - Mimo 

upokorzenia zapłonęła gniewem. - Czy poczułeś się lepiej, dowiadując się, że 

tak zbiedniałyśmy?

- Do diabła ciężkiego! Próbuję ci pomóc! - On również podniósł głos.

- Taak? - spytała urągliwie. - Łaskawie dając nam jałmużnę i upokarzając nas 

jeszcze bardziej?

Jego twarz przybrała zdesperowany wyraz.

- A co mam robić? Stać z boku i przypatrywać się, jak bankrutujecie? Mam 

40

background image

spokojnie czekać, aż komornik wyrzuci was na ulicę? Mam traktować was jak 

obcych ludzi, których los zupełnie mnie nie wzrusza?

- Och, co za szlachetność! - zadrwiła. - Rozumiem, że rola filantropa bardzo 

ci przypadła do gustu! Pławisz się we własnej wspaniałomyślności! Ciekawe, 

czego oczekujesz w zamian?

- Niczego - warknął przez zaciśnięte zęby. - Potrzebujesz pieniędzy, a ja to 

rozumiem i chcę ci je dać. To proste.

Lainie kurczowo zacisnęła dłonie w pięści.

- O, nie, Rad, z tobą nic nie jest proste. Owszem, potrzebuję pieniędzy, ale od 

ciebie nie wezmę nic. Słyszysz? Nic!

- Mam dopuścić do tego, że poniżysz się i będziesz żyć na łasce obcych, 

którzy będą chcieli cię wyeksmitować za nie spłacone długi? Że spalisz się ze 

wstydu przed przyjaciółmi i znajomymi?

- Ach, to o to ci chodzi - zaatakowała. - Obawiasz się, że wszyscy wezmą cię 

na języki i oskarżą o to, że mi nie pomogłeś? Nie obawiaj się, wspomnę im o 

twojej zadziwiającej hojności.

-   Niech   cię   szlag!   -   Skoczył   ku   niej,   chwycił   ją   za   ramiona   i   potrząsnął 

mocno.   Łzy,   powstrzymywane   dotąd   z   największym   trudem,   spłynęły   jej 

wreszcie po policzkach. - A co mnie obchodzi, co ludzie mówią? Nie dbam o 

nich. Chodzi mi tylko o ciebie. Niepokoję się twoją sytuacją, czy ty tego nie 

widzisz?

Lainie poczuła, jak włosy opadają jej na ramiona ciężką kaskadą. Widocznie 

niedbale   zapięta   klamra   wysunęła   się   z   nich,   gdy   Rad   zaczął   ją   szarpać. 

Znieruchomiał,   lecz   nie   puścił   jej.   Patrzył   w   milczeniu   na   płynące   nie-

przerwaną strugą łzy. Poczuła się nieswojo. Chciała, żeby przestał się jej tak 

przyglądać,   otworzyła   więc   usta,   by   mu   to   powiedzieć,   ale   nie   potrafiła 

wydobyć z siebie ani słowa.

41

background image

Wzrok Rada powędrował ku jej rozchylonym wargom.

- Przedtem nie miałaś takich oporów. Przyjęłaś moje nazwisko, przyjęłaś mnie 

do swego łóżka. Czemu więc nie chcesz przyjąć moich pieniędzy?

- Proszę cię, zostaw mnie - szepnęła prosząco.

Nagle zauważyła, że przecinająca jego czoło pionowa zmarszczka znika. W 

następnej   chwili   bez   ostrzeżenia   mocno   przyciągnął   Lainie   do   siebie.   Gdy 

próbowała się wyrwać, tylko się roześmiał.

- Ty też mnie pragniesz - powiedział z butą w głosie. - Widzę to w twoich 

oczach. Jest tak, jak dawniej. Kłócimy się równie namiętnie, jak pragniemy się 

kochać.

- Nie! - zaprotestowała, jednak nie zabrzmiało to szczególnie przekonująco, 

gdyż myślała już tylko o jego pieszczotach.

Rad nie zawiódł jej. Jego pocałunki były tak gorące, że w pewnym momencie 

nie miała już sił, by się dalej opierać i odpowiedziała mu z równym żarem. 

Wtedy odsunął  ją nieco od siebie. Jeden rzut  oka na malującą się na jego 

twarzy satysfakcję sprawił, że Lainie ze wstydem spuściła głowę. Czemu, och, 

czemu nie potrafiła mu się oprzeć? Upokorzył ją i teraz triumfuje.

-   Nie   miałaś   nikogo   przez   tych   pięć   lat,   prawda?   -   spytał,   choć   znał   już 

odpowiedź.

Uniosła dumnie głowę, ale żadna cięta riposta nie przyszła jej na myśl. Nie 

potrafiła też skłamać. Na szczęście uratował ją dobiegający z piętra dźwięk 

dzwonka. Rad nie zatrzymywał jej, gdy wymknęła się z jego ramion i wybiegła 

na   korytarz.   Usłyszała,   że   podąża   za   nią   i   obejrzała   się   z   niepokojem. 

Zatrzymał się jednak przy schodach. Pośpieszyła więc na górę i weszła do 

sypialni, zostawiając za sobą uchylone drzwi.

- Życzysz sobie czegoś, mamo?

-   Czy   ten   chłopiec   od  Waltersów   już   przyszedł?   Może   zajrzałby   na   górę 

42

background image

trochę   ze   mną   porozmawiać?   Lainie,   ty   przecież   nie   jesteś   ubrana!   - 

wykrzyknęła nagle ze zgrozą pani Simmons.

- Właśnie miałam to zrobić. - Starała się ukryć drżenie rąk, gdy zabierała tacę 

z pustymi talerzami. - Lee jeszcze nie przyszedł, ale gdy się pojawi, postaram 

się go przyprowadzić tu na chwilę.

Szybko zawróciła ku drzwiom, żeby nie przedłużać rozmowy.

- W takim razie, kto dzwonił do drzwi?

Zatrzymała   się   na   progu.   Widziała   stąd   Rada,   który   nonszalancko   palił 

papierosa i niewątpliwie chłonął każde słowo.

- Akwizytor - rzuciła bez namysłu. - Wyjątkowo nachalny, nie mogę się go 

pozbyć.

- Och, powiedz mu, że nic od niego nie chcesz i wyrzuć go.

- Tak właśnie zrobię - obiecała i wyszła.

Powoli   zeszła   na   dół,   starannie   unikając   przenikliwego   wzroku   męża. 

Wyminęła Rada i udała się do kuchni. Podążył za nią jak cień, Lainie jednak 

zignorowała go. Włożyła naczynia do zlewu i zaczęła je myć, zachowując się 

ostentacyjnie głośno. Miała ogromną ochotę rozbić jakiś talerz na głowie Rada, 

który niedbale oparł się o pobliską szafkę.

- Czyli Lee Walters wciąż się koło ciebie kręci, co? - zagadnął zjadliwie.

Gwałtownie   uniosła   głowę.   Jego   beznamiętne   spojrzenie,   utkwione   w   jej 

oczach, przywiodło jej nagle na myśl zwiniętego w kłębek grzechotnika, który 

może w każdej chwili zaatakować.

- Wcale się nie „kręci” koło mnie - sprostowała urażonym tonem. - Spotykam 

się z nim pierwszy raz od wielu lat. Zresztą, to nie twój interes.

- Mój. Wciąż jesteś moją żoną.

Zostawiła zmywanie i odwróciła się do niego rozgniewana.

- Może najwyższy czas wreszcie to zmienić? - syknęła. - Nie przyszło ci do 

43

background image

głowy,   że   już   mam   tego   dosyć?   Że   chcę   się   od   ciebie   uwolnić?  A  skoro 

zamierzasz mnie oskarżyć o romans, to proszę uprzejmie! Sama ci dostarczę 

dowodów!

Nagle przeszył ją zimny dreszcz. Rad wyprostował się powoli i podszedł do 

niej. W jego oczach lśniła wściekłość. Zatrzymał się tuż przed nią, mogła więc 

z   bliska   zobaczyć,   jak   kurczowo   zaciska   szczęki   i   nadludzkim   wprost 

wysiłkiem opanowuje wzbierający w nim gniew.

- Nie próbuj mnie straszyć. Jeśli ktoś źle wyjdzie na twoich groźbach, to na 

pewno nie ja - ostrzegł zimno.

Wiedziała,   że   on   nie   żartuje.   Znała   go   aż   nadto   dobrze.   Nie   miała 

najmniejszych wątpliwości, że zrobiłby wszystko, by pożałowała swego czynu, 

gdyby   spróbowała   go   zdradzić.   W   tej   nierównej   walce   nie   miała   żadnych 

szans. Nagle poczuła się straszliwie zmęczona.

-   Dlaczego  po   prostu   nie   zostawisz  mnie   w  spokoju?   -   spytała  z   trudem. 

Nawet   mówienie   wymagało   od   niej   ogromnego   wysiłku.   -   Powiedzieliśmy 

sobie już wszystko, co było do powiedzenia. Odrzuciłam twoją ofertę. Może 

źle robię, ale straciłam już tak wiele, że został mi jedynie honor. Pozwól mi 

ocalić chociaż to.

- Jak sobie życzysz - skrzywił się cynicznie. - Ale nie wiem, czy opłacisz nim 

rachunki za leczenie matki, albo was nim wyżywisz, i nie myśl sobie, że masz 

otwartą furtkę i możesz w każdej chwili zmienić zdanie i skorzystać z mojej 

pomocy.   Nie,   to   nie.   A   jeśli   kiedykolwiek   zdecyduję   się   ponowić   moją 

propozycję,   to   możesz   być   pewna,   że   na   mniej   łaskawych   dla   ciebie 

warunkach.

Zmierzył ją chłodnym spojrzeniem.

- Nie musisz mnie odprowadzać do drzwi. Sam potrafię znaleźć wyjście...

44

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Lainie zaniosła naczynie do fondue do salonu, skąd natychmiast rozszedł się 

smakowity zapach. Czekały tam już nakrycia, chrupiące bułki, jak również 

długie   widelczyki   służące   do   nabijania   kawałków   chleba   oraz   mięsa   i 

moczenia ich w gęstym ciepłym sosie. Wróciła do kuchni, wyjęła z nagrzanego 

piekarnika pokrajaną w plastry szynkę i przełożyła ją na ogrzany półmisek. 

Teraz już mogła zdjąć fartuch, który do tej pory chronił jedwabny kremowy 

kombinezon przewiązany kolorową apaszką, co podkreślało smukłość jej talii.

Właśnie miała zanieść przyrumienione mięso do salonu, gdy ktoś zadzwonił 

do drzwi. Tym razem to musi być Lee, pomyślała, by dodać sobie animuszu. 

Nie   zniosłaby   kolejnej   wizyty   Rada.   Otwierała   z   duszą   na   ramieniu.   Na 

szczęście   ujrzała   przed   sobą   życzliwie   uśmiechniętą   twarz   przystojnego 

blondyna,   a   nie   drwiący   uśmieszek   pewnego   siebie   bruneta,   o   którym   tak 

bardzo pragnęła zapomnieć.

-   Myślałem,   że   to   ja   jestem   od   dawania   prezentów   -   zażartował   Lee,   z 

lubością wdychając unoszący się z półmiska zapach..

- Przygotowałam fondue - wyjaśniła. - Właśnie miałam zanieść na stół, kiedy 

zadzwoniłeś.

-   Myślisz,   że   czerwone   wino   będzie   do   tego   pasować?   -   Wyciągnął   zza 

pleców pękatą butelkę.

- Czerwone wino pasuje w zasadzie do wszystkiego. Zanieś je, proszę, do 

salonu,   a   ja   tymczasem   pójdę   po   kieliszki.   -   Uśmiechnęła   się   szeroko   i 

bezceremonialnie wręczyła mu półmisek. - To też weź.

Lee nie widział w tym nic niestosownego, bez wahania pozwolił się obarczyć 

i pomaszerował do pokoju. Lainie udała się do kuchni, dziwnie rozluźniona tą 

krótką wymianą zdań. Czuła, że obecność Lee dobrze jej robi. Jej rozdygotane 

nerwy wyraźnie się uspokoiły. Nie oznaczało to jednak, że potrafiła zapomnieć 

45

background image

o wizycie Rada.

Sięgnęła po kieliszki, wciąż rozpamiętując swoje zachowanie w czasie wizyty 

Rada. Nie sądziła, że wciąż tak mocno na niego reaguje. Przerażało ją to, nie 

zamierzała   jednak   wgłębiać   się   w   przyczyny   swojej   uległości.   Starannie 

unikała dopuszczenia do siebie myśli, że być może wciąż go kocha. Właśnie 

dlatego była tak zadowolona z obecności Lee, który stanowił coś w rodzaju 

odtrutki na jej zmartwienia.

Gdy   weszła   do   salonu,   właśnie   kosztował   kawałek   szynki,   zanurzony 

uprzednio   w   aromatycznym   sosie.   Na   widok   Lainie   przybrał   tak   czarującą 

minę złapanego na gorącym uczynku chłopca, że rozbroił ją tym natychmiast. 

Nagle poczuła się znów młoda i cudownie beztroska.

- No, i przyłapałaś mnie właśnie na gorącym uczynku! - Sięgnął po butelkę i 

korkociąg.

- Traktuję to jak komplement. Widać, że doceniasz moje zdolności kulinarne - 

roześmiała się.

- O, i to jak! - zgodził się i napełnił kieliszki. Podał jej jeden, po czym wzniósł 

toast: - Za wiele takich pysznych kolacji i za wiele wieczorów spędzonych z 

tobą.

Nieco   zmieszana   Lainie   umknęła   wzrokiem   i   z   lekkim   wahaniem   uniosła 

kieliszek do ust. Wcale nie była pewna, czy pragnie tego samego, co Lee. On 

jednak  musiał   to   wyczuć,   gdyż  natychmiast  porzucił  poważny  ton  i  zaczął 

żartować,   ponownie   wprowadzając   beztroską   atmosferę.   Kiedy   zaspokoili 

głód,   Lee   sięgnął   do   kieszeni   i   wyjął   srebrną   papierośnicę,   którą   podsunął 

Lainie.

- Dziękuję, nie palę.

Spojrzał znacząco na stojący nie opodal podręczny stolik. Na marmurowym 

blacie stała kryształowa popielniczka, a w niej znajdowały się dwa niedopałki. 

46

background image

Lainie odruchowo powiodła wzrokiem za jego spojrzeniem i lekko zbladła. 

Lee natychmiast zauważył jej reakcję.

- Przez chwilę myślałem, że może zaczęłaś palić - powiedział, a wyraz jego 

oczu wskazywał wyraźnie, że nie trzeba mu wyjaśniać, kto tu przed nim był.

Nerwowo poprawiła włosy, choć wcale nie było takiej potrzeby. Musiała mieć 

chwilę do namysłu. Nie będzie przecież ukrywać wizyty Rada, to nie miało 

sensu. Ale z drugiej strony, po co ma o wszystkim rozpowiadać? Wahała się 

przez moment. Chyba najlepiej będzie niczego nie zatajać, ale potraktować to 

dość obojętnie.

- Nie, to Rad - rzuciła z pozorną obojętnością, udając, iż jest bardzo zajęta 

sprzątaniem ze stołu. - Wpadł dziś na chwilę.

Gdyby Lee nie był świadkiem tamtej sceny na koncercie, być może dałby się 

zwieść jej lekkiemu tonowi. On jednak wiedział. Pochylił się więc nieco do 

przodu i ze współczuciem uścisnął jej dłoń. Widać było, iż z trudem próbuje 

znaleźć jakieś słowa pociechy. Lainie uśmiechnęła się więc uspokajająco, by 

pokazać mu, że wszystko w porządku. Zrozumieli się bez słów.

- Nasza pogawędka aż się prosi o zmianę tematu - zauważył w zamyśleniu 

Lee. - Myślę, że nie byłoby w najlepszym guście krytykowanie człowieka, 

którego   kiedyś   poślubiłaś.   Dlatego   przemilczę   to.   Wolę   pomóc   ci   przy 

zmywaniu.

- Ależ nie ma takiej potrzeby. Zamierzałam wstawić to wszystko do zlewu i 

zająć się tym jutro rano.

- Przyznaję, że nie jest to zbyt romantyczny sposób spędzania wieczoru - 

przyznał  i  wstał   z   kanapy.   -  Ale   przecież   możemy   zmywać   i  jednocześnie 

słuchać jakiejś dobrej muzyki. Połączymy przyjemne z pożytecznym, co ty na 

to?

Zawahała się przez moment, po czym poddała się z uśmiechem.

47

background image

- Dobrze, wybierz jakąś płytę, ja tymczasem zajrzę na chwilę do mamy.

Reszta   jego   wizyty   upłynęła   w   nadzwyczaj   przyjemnej   atmosferze.   Lee 

zabawiał   ją   rozmową,   co   i   raz   powodując,   że   Lainie   wybuchała   perlistym 

śmiechem. Unikał poważnych lub nieprzyjemnych tematów, nie miał też nic 

przeciw temu, że co jakiś czas szła na górę, by sprawdzić, czy pani Simmons 

czegoś nie potrzebuje. Traktował to tak naturalnie, że Lainie nie miała żadnych 

wyrzutów sumienia, iż musi czasami zaniedbywać swego gościa. Taktownie 

też   nie   wypytywał   o   stan   zdrowia   chorej   i   w   ogóle   okazał   się   absolutnie 

wspaniały. Doszło do tego, że Lainie poczuła rozczarowanie, gdy postanowił 

pożegnać się już i wyjść. Dlatego też spontanicznie pocałowała go na dobranoc 

i wcale nie śpieszyła się z wysunięciem się z jego objęć. Pocałowała go jednak 

z czystej wdzięczności. A czy wdzięczność może przerodzić się w miłość? 

Tego nie wiedziała.

Dni stawały się coraz krótsze. Słońce świeciło już dość blado, zrobiło się 

chłodniej. Od Gór Skalistych wiał zimny wiatr. Lato skończyło się na dobre.

Soczysta   zieleń   drzew   ustępowała   miejsca   szkarłatnej   czerwieni,   złocistej 

żółci   i   ognistym   oranżom.   Z   czasem   te   barwy   zaczęły   jednak   blaknąć, 

stopniowo przechodząc w odcienie rdzawe i brunatne.

Ludzie zaczęli przygotowywać się do zimy. Skwapliwie magazynowano pod 

wiatami   stosy   porąbanych   polan,   które   miały   płonąć   na   kominkach   przez 

długie   mroźne   miesiące.   Wyjmowano   ze   schowków   ciepłą,   grubą   odzież, 

sprawdzano   stan   narciarskiego   sprzętu.   Dzieci   czekały   już   niecierpliwie   na 

święto Haloween i rozgorączkowane wymyślały kostiumy wiedźm, duchów i 

upiorów. Zima była już za pasem.

Nastrój pełnego podniecenia oczekiwania nie udzielił się Lainie. Zbliżająca 

się   pora   nie   mogła   jej   przynieść   nic   dobrego.   Stan   matki   pogorszył   się 

48

background image

znacznie, postępowało to jednak tak wolno, że nie od razu zdała sobie z tego 

sprawę.   Dopiero   teraz   spostrzegła,   że   wizyty   lekarza   stopniowo   stały   się 

częstsze i że podawane coraz to inne leki nie przynoszą już spodziewanych 

rezultatów.

Jej  niepokój   rósł.   Rosło   również   ich   zadłużenie.   Miesięczne   przychody   w 

niewielkim już stopniu zaspokajały ich potrzeby. Koszty leczenia zwiększały 

się w zastraszającym tempie. Myśli Lainie nieustannie powracały do oferty 

Rada, lecz duma wciąż nie pozwalała skorzystać z tego wyjścia, tym bardziej 

że musiałaby sama zgłosić się do męża, nie odezwał się bowiem od tamtego 

czasu. Tłumaczyła sobie, że to świetnie i że powinna być z tego zadowolona. 

Ale nie była.

Odgłos kroków na schodach przerwał jej ponure rozmyślania. Gdy wyszła z 

kuchni,   w   korytarzu   zamajaczyła   przed   nią   potężna   postać   doktora 

Hendersona, który właśnie wracał od pani Simmons. Uśmiechnął się niewesoło 

i ojcowskim gestem położył dłoń na ramieniu Lainie.

- Zrób mi kawy, dziecinko, dobrze? - odezwał się tubalnym głosem.

Wróciła więc do kuchni i podeszła do ekspresu, a lekarz usiadł na krześle za 

stołem. Znali się od wielu lat, Henderson był przyjacielem rodziny jeszcze 

wtedy, gdy żył ojciec. Lainie od razu więc wyczuła, że ta kawa była tylko 

pretekstem. Miał jej coś do powiedzenia i to coś poważnego.

Postawiła   na   blacie   dwie   filiżanki   z   parującym   napojem.   Patrzyła   w 

milczeniu, jak lekarz wsypuje do swojej kilka łyżeczek cukru.

-   Mmm,   dobra.   Mocna   i  słodka   -   mruknął   po   spróbowaniu   i   z   uznaniem 

pokiwał głową. - Zupełnie jak ty, moja mała Lainie. No tak, ale ty już nie jesteś 

przecież mała. Jak ten czas leci... Moja babka, Niemka, mawiała często: „Za 

szybko się starzejemy, a za wolno mądrzejemy” - westchnął.

Przez chwilę panowało milczenie.

49

background image

- Twojej matce znacznie się pogorszyło przez ostatnich kilka miesięcy. Macie 

przed sobą dwa wyjścia. Oba jednak wymagają hospitalizacji, a co najmniej 

całodobowej   opieki   wykwalifikowanej   pielęgniarki,   gdyby   matka   wolała 

zostać w domu.

Poczuła, jak przenika ją lodowate zimno i bezwiednie zacisnęła dłonie na 

ciepłej filiżance.

- Dwa wyjścia? Jakie?

- Jesteś córką lekarza, nie zamierzam więc owijać w bawełnę. Sama widzisz, 

co się dzieje. Wiesz, że matka jest śmiertelnie chora i że wszystko jest jedynie 

kwestią czasu. Nie będę kłamać. - Popatrzył jej prosto w oczy. - Tego czasu 

zostało   już   bardzo   niewiele.  Ale   -   dodał   szybko   -   ale   istnieje   szansa,   że 

gdybyśmy zabrali ją do szpitala i zaaplikowali jej nowe lekarstwo, być może 

przedłużylibyśmy jej życie jeszcze o kilka miesięcy, w dodatku zmniejszyli 

ból, jaki odczuwa. Nie ma jednak pewności, że nam się uda.

- A drugie wyjście?

Henderson był brutalnie szczery.

- Zostawić wszystko tak, jak jest. Ostateczny rezultat będzie taki sam, ona i 

tak umrze. Z tym, że prawdopodobnie szybciej.

Lainie pochyliła głowę. Teoretycznie istniały dwa wyjścia, praktycznie nie 

miała wyboru.

- Nie chcę, by mama cierpiała. Jeśli istnieje możliwość, że zmniejszycie jej 

ból, to zabierzcie ją do szpitala. Nie mam pojęcia, skąd wezmę na to pieniądze, 

ale zdobędę je!

Położył swe duże silne ręce na kruchych dłoniach Lainie.

-   Niedobrze,   że   musisz   się   borykać   z   tym   problemem   zupełnie   sama   - 

westchnął i ze współczuciem uścisnął jej ręce, zanim wstał od stołu. - Obiecuję 

załatwić wszystko jak najszybciej. Twoja matka zostanie przyjęta do szpitala 

50

background image

już pojutrze.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Na   szpitalnym   korytarzu   panował   ożywiony   ruch.   Wokół   kręciły   się 

pielęgniarki,   salowe,   jak   również   sanitariusze   i  pracownicy   techniczni,   pod 

których pieczą znajdowały się różnorodne urządzenia i aparatura medyczna.

Lainie,   w   eleganckim   zielono-złotym   kostiumie,   udawała   pewną   siebie 

zamożną kobietę, jaką wcale nie była. Dręczyły ją wątpliwości, lecz wolała się 

z tym nie zdradzać. Szła więc zdecydowanym krokiem, a obok wieziono na 

wózku jej matkę, pogrążoną w czymś w rodzaju letargu.

Czy słusznie zrobiła, przywożąc ją tutaj? Każdy przecież woli leżeć w domu 

niż w szpitalu. A jeśli to wpędzi ją w depresję i jeszcze tylko pogorszy jej stan? 

Ze starannie maskowanym niepokojem zerknęła w bok. Gdy spojrzała na bladą 

twarz o zapadniętych policzkach, pomyślała, że chyba jednak podjęła właściwą 

decyzję. Zresztą klamka już zapadła.

Sanitariusz otworzył drzwi do jednej z sal, a drugi pchnął wózek z panią 

Simmons do środka. Lainie rozejrzała się nieco nerwowo dookoła. W pokoju 

znajdowały  się  dwie kobiety. Jedna spała, jej  sąsiadka  zaś  uśmiechnęła się 

przyjaźnie do wchodzących.

Gdy przenoszono chorą na wolne łóżko, ocknęła się i powiodła po obecnych 

nieco nieprzytomnym wzrokiem. Nagle w jednej chwili doszła do siebie.

- To nie jest mój pokój - powiedziała z naciskiem, choć jej głos był tak słaby, 

że aż drżał wyraźnie. - Pomyliliście się.

- Przykro mi, proszę pani, ale otrzymaliśmy polecenie, żeby przywieźć panią 

tutaj.

- Nie, to z pewnością jakaś pomyłka - upierała się wzburzona pani Simmons. - 

Lainie, zrób coś z tym.

- Już dobrze, mamo. - Pochyliła się i uspokajająco położyła rękę na dłoni 

51

background image

matki, która nerwowo szarpała brzeg okrywającej ją kołdry.

- Przecież wiesz, że zawsze mam oddzielny pokój - zaprotestowała płaczliwie.

-   Możemy   postawić   parawany   -   zasugerował   łagodnym   tonem   jeden   z 

sanitariuszy.

Lainie uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością.

- Dziękuję bardzo.

Dookoła łóżka ustawiono więc beżowe przesłony, co jednak w niewielkim 

stopniu wpłynęło na zmniejszenie irytacji chorej. Młodszy sanitariusz posłał 

Lainie pocieszające spojrzenie, po czym obaj wyszli.

Wiedziała, że konieczność dzielenia sali z innymi pacjentkami wyprowadzi 

mamę z równowagi, ale nie było wyjścia. Administracja szpitala stanowczo 

odrzuciła jej prośbę o umieszczenie chorej w separatce. Wciąż bowiem jeszcze 

nie została do końca rozliczona pożyczka, jakiej im udzielono na poprzednie 

leczenie.   Co   prawda   Lainie   co   miesiąc   spłacała   kolejne   raty,   ale   to   wciąż 

jeszcze nie pokryło całości poniesionych przez szpital kosztów.

Miała  nadzieję,   że  uda   jej   się  jakoś  przekonać  matkę,  by   pogodziła  się  z 

obecnością innych pacjentek, jednak wyglądało na to, że nie ma na co liczyć. 

Pani Simmons co chwila zerkała nerwowo na parawan, za którym znajdowały 

się chore.

- Nie życzę sobie, żeby na mnie patrzyły - wyszeptała nerwowo.

- Ależ, mamo, nikt cię nie widzi - uspokajała Lainie.

- Są tam i to wystarczy. To kompletnie obcy ludzie, nic o nich nie wiem. - 

Chwyciła dłoń córki i kurczowo zacisnęła na niej palce. - Zrób z tym coś!

Zanim zdążyła odpowiedzieć, ktoś odsunął nieco jeden z parawanów. Przy 

łóżku pojawiła się pielęgniarka w śnieżnobiałym fartuchu i wykrochmalonym 

czepku. Nabyte w ciągu długoletniego obcowania z pacjentami doświadczenie 

podpowiedziało jej, że coś jest nie tak. Uśmiechnęła się więc przyjaźnie do 

52

background image

chorej.

-   Dzień   dobry.   Nazywam   się   Harris.   -   Jej   głos   brzmiał   życzliwie   i 

uspokajająco. - Widzę, że ma już pani u nas zaciszne schronienie.

- To jakaś pomyłka - żaliła się płaczliwym głosem pani Simmons. - Miałam 

otrzymać oddzielny pokój.

Zaskoczona pielęgniarka zerknęła na Lainie, która niemal niedostrzegalnie 

potrząsnęła przecząco głową.

-   Chwileczkę,   zaraz   zobaczymy.   -   Pielęgniarka   sięgnęła   po   wiszącą   na 

poręczy  łóżka   kartę   choroby.   -   Jest   pani   pod   opieką   doktora   Hendersona... 

Myślę,   że   to   z   nim   powinna   pani   przedyskutować   tę   sprawę.   Niedługo 

rozpocznie   się   obchód,   wtedy   mu   pani   wszystko   powie.   Jestem   pewna,   że 

lekarz podejmie taką decyzję, jaka będzie dla pani najlepsza.

Wydawało się, że to nieco złagodziło wzburzenie starszej pani.

- Człowiek nawet nie wie, z kim musi dzielić pokój - mruknęła już spokojniej.

Pielęgniarka wyprostowała się sztywno, a Lainie poczuła, jak na jej policzki 

wypływa gorący rumieniec.

- Z ludźmi, którzy również są chorzy i potrzebują opieki - odparła nieco ostro 

siostra Harris. - A teraz proszę mi wybaczyć, mam inne obowiązki.

- Chciałabym, żeby Lawrence już przyszedł - westchnęła po jej wyjściu pani 

Simmons, mając na myśli doktora Hendersona.

Zjawił   się   po   jakimś   kwadransie,   w   towarzystwie   wysokiego,   mocno 

łysiejącego człowieka, który został przedstawiony jako doktor Gordon, jeden z 

najlepszych specjalistów w swej dziedzinie. Zaledwie zaczęli badać chorą i 

zadawać   jej   pytania,   gdy   ta   powróciła   do   kwestii,   która   najbardziej   ją 

interesowała.   Henderson   próbował   zbagatelizować   sprawę,   co   jednak   tylko 

dodatkowo wzmogło rozdrażnienie pani Simmons. Skinął więc na Lainie, by 

wyszła z nim na korytarz.

53

background image

Wyjaśniła mu stanowisko szpitala i lekarz z ubolewaniem pokiwał głową. 

Chwilę   później   dołączył   do   nich   doktor   Gordon,   który   właśnie   zakończył 

badanie.

- W czym problem? - spytał. - Czyżby nie było już wolnych jedynek?

-   Są.  Ale   nasza   pacjentka   chyba   nie   powinna   o   tym   wiedzieć   -   odparł 

Henderson i pokrótce wyjaśnił koledze całą sprawę.

Specjalista wysłuchał w skupieniu, po czym zwrócił się do Lainie:

- Przykro mi, że znalazła się pani w trudnej sytuacji. Tym niemniej musi pani 

coś   na  to   poradzić.  Obawiam   się,   że  jeśli  pacjentka   będzie   nadal  w   stanie 

takiego pobudzenia nerwowego, to żadne leki nie poskutkują. Wszystkie nasze 

wysiłki pójdą na mamę.

Minęło południe, potem popołudnie, wreszcie nastał wieczór. Zapewnienia 

doktora   Hendersona,   że   szpital   aktualnie   nie   dysponuje   pojedynczymi 

pokojami,   nie   poskutkowały   i   chora   stawała   się   coraz   bardziej   nerwowa. 

Musiano jej wreszcie podać środki uspokajające.

Lainie   przez   cały   czas   rozpaczliwie   szukała   jakiegoś   wyjścia   z   sytuacji. 

Pieniądze załatwiłyby wszystko. Tylko skąd je wziąć? W domu zostało jeszcze 

kilka wartościowych przedmiotów, ale to było stanowczo za mało. Och, gdyby 

przyjęła wtedy propozycję Rada... Nie, nie wolno jej o tym myśleć. To była 

oferta nie do przyjęcia.

Siedziała w holu, a na jej kolanach leżał zamknięty kolorowy magazyn, do 

którego   nawet   nie   zajrzała.   Była   tak   pogrążona   w   myślach,   że   nawet   nie 

zauważyła   przyjścia  Ann,  Adama   i   Lee.  Aż   podskoczyła,   gdy   przyjaciółka 

położyła jej dłoń na ramieniu.

- Jak się czuje mama? - Ann usiadła obok na kanapie.

Lee musnął wargami policzek Lainie, ale prawie nie zwróciła na to uwagi.

54

background image

- Nie najlepiej. Teraz śpi, ale tylko dlatego, że dali jej środki uspokajające.

-   W   takim   razie   dobrze,   że   wpadliśmy.   Ktoś   musi   cię   wyrwać   z   tego 

melancholijnego nastroju.

-   Czy   sytuacja   jest  naprawdę   aż   tak   poważna?   -   Lee   przyglądał   jej   się   z 

głęboką troską.

- Mama nie potrafi się pogodzić z tym, że musi leżeć we wspólnej sali. To dla 

niej   nieznośna   sytuacja,   która   przerasta   jej   odporność   psychiczną.   Lekarze 

obawiają się, że jeśli nadal będzie się tak denerwować, to z całego leczenia 

nici. - Roześmiała się, ale w jej śmiechu nie było nawet śladu wesołości. - 

Może znacie drogę do najbliższego Sezamu? Och, Sezamie, otwórz się!

Przyjaciele wymienili między sobą ponure spojrzenia, a Lainie natychmiast 

zaczęła   czynić   sobie   wyrzuty,   iż   nie   powinna   obarczać   ich   swoimi 

zmartwieniami.

- Wiecie co? - zaproponowała ze sztucznym ożywieniem. - Może zamiast 

spuszczać nosy na kwintę, lepiej zejdźmy na dół na kawę?

- Znakomity pomysł - przytaknął Lee i podał jej ramię.

Następną   godzinę   spędzili  w   małej   kawiarence,   starając   się   wieść   lekką   i 

niezobowiązującą   rozmowę,   jednak   wszyscy   wyczuwali   fałsz   tej   sytuacji. 

Coraz   częściej   zapadała   niezręczna   cisza,   kiedy   Lainie   zapominała   się   i 

ponownie   gryzła   się   kwestią   zdobycia   pieniędzy.   W   którymś   z   takich 

momentów Lee sięgnął dyskretnie pod stołem i położył rękę na chłodnej dłoni 

Lainie. Przyniosło jej to pewną ulgę. Przynajmniej nie była zupełnie sama.

- Adam, jesteś przecież prawnikiem, wykombinuj coś! - zażądała nagle Ann. - 

Może mogłaby sprzedać dom? - Posłała przyjaciółce przepraszające spojrzenie. 

-   Nie   gniewaj   się,   ale   tak   mi   przyszło   do   głowy...   To   wielki   dom,   jego 

utrzymanie musi dużo kosztować. Ale uzyskałabyś za niego niezłą cenę, jest 

ładny,   położony   w   dobrej   dzielnicy.   Jednak   ty   pewnie   uznasz,   że   to   zły 

55

background image

pomysł... - zakończyła niepewnie.

Lainie zawahała się. Właściwie, czemu nie?

-  Nie, dlaczego? -  odparła z pewnym ociąganiem. - Już to kiedyś mamie 

proponowałam. Nie zgodziła się wtedy, ale w obecnej sytuacji... - zamilkła. 

Nie była w stanie głośno dokończyć swej myśli i powiedzieć, że być może 

mama i tak już nigdy nie wróci do swego domu. - Adam, czy dałoby się to 

jakoś załatwić?

-   Teoretycznie,   tak   -   odparł   z   namysłem.   -   Rozumiem,   że   dom   stanowi 

własność pani Simmons?

Lainie skinęła głową.

- W takim razie albo musisz uzyskać od niej upoważnienie, albo otrzymać 

zaświadczenie   lekarskie,   że   stan   matki   uniemożliwia   jej   zajmowanie   się 

swoimi   sprawami.  W  tym   przypadku   sąd   zezwoliłby   ci   na   działanie   w   jej 

imieniu.

-  Czyli  jest wyjście!  - Niebieskie  oczy Ann  zalśniły, kiedy z  ożywieniem 

zwróciła się do Lee. - Co za szczęście, że mamy w naszym gronie nie tylko 

prawnika,   ale   również   pośrednika   w  handlu   nieruchomościami!   Jak   szybko 

mógłbyś sprzedać ten dom?

Entuzjazm  przyjaciółki  okazał  się  zaraźliwy.  Lainie  miała wrażenie, jakby 

wiszące   nad   jej   głową   ciemne   chmury   zaczęły   się   przerzedzać.   Ona   także 

spojrzała na Lee z nadzieją w oczach. Jednak Adam ostudził jej entuzjazm 

mówiąc:

- Nie tak prędko, moje miłe. Uzyskanie odpowiednich zaświadczeń trochę 

potrwa.

Ann bez słowa posłała mu pełne niechęci spojrzenie.

- Oczywiście, nie mówię o kilku miesiącach - zastrzegł się szybko. - Z całą 

jednak pewnością potrwa to parę dni.

56

background image

Lainie   w  rozterce  zagryzła   wargi. Wiedziała,   że  musi  przenieść  matkę   do 

osobnego pokoju tak szybko, jak to tylko możliwe. Odruchowo spojrzała na 

Lee, szukając u niego jakiejś pociechy. Może on powie jej coś podnoszącego 

na duchu?

- Bardzo bym chciał móc cię zapewnić, że da się sprzedać dom już jutro. - W 

jego oczach widniała powaga i współczucie. - Ale nie będę cię łudził. Obecnie 

podaż   jest   większa   od   popytu,   znacznie   więcej   ludzi   pragnie   się   pozbyć 

domów, niż je kupować.

- To znaczy, że nie dałbyś rady go sprzedać? - zawołała z rozczarowaniem 

Ann, zła na siebie, że niepotrzebnie wzbudziła w przyjaciółce nadzieję.

- Dałbym radę. Ale z pewnością nie w najbliższym czasie.

Chmury nad jej głową wydawały się czarniejsze niż kiedykolwiek. Jednak 

Lainie   nie   odrywała   błagalnego   wzroku  od   zasmuconej   twarzy  Lee. Wciąż 

szukała w nim oparcia.

- Zrozum, nie mogę cię okłamywać, to byłoby okrutne i nieuczciwe. Kupiec 

może znaleźć się równie dobrze za tydzień, jak za kilka miesięcy. Tego się po 

prostu nie da przewidzieć.

-   Czyli   nic   z   tego   -   podsumował   ponuro   Adam,   ostatecznie   grzebiąc 

rozbudzone nadzieje Lainie.

- Nie mów tak! - Ann niecierpliwie złapała męża za rękaw. - Ja nie zamierzam 

się poddawać! Moglibyśmy na przykład namówić rodziców, żeby kupili ten 

dom, traktując to po prostu jako tymczasową, lokatę kapitału.

-   Nie   ma   mowy   -   zaprotestowała   stanowczo   Lainie.   -   Nie   zamierzam 

wystawiać   przyjaciół   na   takie   ryzyko.   Muszę   znaleźć   jakiś   inny   sposób 

zdobycia pieniędzy.

- Wiesz przecież, że nie ma innego sposobu - nalegała Ann. - Zresztą, o jakim 

ryzyku mówisz?

57

background image

-   A   jeśli   nikt   go   potem   nie   kupi   i   twoi   rodzice   będą   mieli   kłopoty   z 

odzyskaniem swoich pieniędzy? Nie mogę się na to zgodzić.

Mimo   nalegań   Ann   Lainie   pozostała   nieugięta.   Wreszcie   postanowiła 

zakończyć   niewesołe   spotkanie,   sięgnęła   po   torebkę   i   wstała,   dziękując 

przyjaciołom za przybycie. Nie mieli wyboru, podnieśli się również.

- Och, nie patrz na mnie takim wzrokiem, jakby mnie prowadzono na szafot - 

zażartowała, gdy Ann przyglądała jej się z zatroskaną miną.

- Co w takim razie zamierzasz zrobić? - powtórzyła już chyba setny raz jej 

przyjaciółka.

Lainie odwróciła wzrok. Pewna myśl zaczęła się krystalizować w jej umyśle, 

jednak wolała się z nią nie zdradzać. Sama jeszcze nie była pewna, co w końcu 

postanowi.   Już   raz   duma   nie   pozwoliła   jej   skorzystać   z   tego   wyjścia.   Czy 

jednak teraz powinna sobie pozwalać na unoszenie się honorem? Tylko ona 

mogła udzielić odpowiedzi na to pytanie. Nikt nie mógł jej w tym wyręczyć. 

Dlatego przemilczała to.

- Na razie zajrzę do mamy, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku. - Z 

uczuciem   uścisnęła   dłoń   przyjaciółki.   -   Bardzo   wam   dziękuję   za   to,   że 

staraliście się mi pomóc.

- Mówisz to tak, jakbyśmy się nie wiem jak poświęcali. A przecież, jeśli ktoś 

jest dla ciebie naprawdę ważny, to cieszysz się, kiedy możesz coś dla niego 

zrobić.

- Oho, zaczynają się sentymentalne gadki. W takim razie ja się zmywam - 

oznajmił Adam.

Ann wzniosła oczy ku niebu.

- Ach, ci mężczyźni! - westchnęła z komiczną rozpaczą. - Wybacz, Lainie, ale 

chyba rzeczywiście muszę zabrać go do domu.

Gdy tamci dwoje pożegnali się i poszli, Lee delikatnie objął Lainie, która na 

58

background image

chwilę   z  ulgą  oparła  głowę   na  jego  ramieniu.  Zapragnęła  znów  poczuć   na 

ustach czuły dotyk jego warg, lecz wiedziała, że on nigdy nie zdobyłby się na 

taki gest w publicznym miejscu. Wyprostowała się więc z lekkim ociąganiem.

- Chcesz, żebym cię odwiózł do domu?

- Dziękuję, przyjechałam samochodem.

- A może poszedłbym z tobą na górę?

- Nie będę cię fatygować, nie wiem, jak długo to potrwa.

Wyszli z kawiarenki znajdującej się na parterze szpitala i Lee odprowadził 

Lainie   do   windy.   Gdy   weszła   do   środka,   wyciągnął   rękę   i   pieszczotliwie 

przesunął dłonią po jej włosach i policzku.

- Gdybyś mnie potrzebowała... - powiedział cicho.

Z uśmiechem skinęła głową. Lee cofnął rękę, a drzwi windy zamknęły się, 

zasłaniając jego spokojną, poważną twarz.

Parawany wciąż otaczały łóżko, na którym leżała pogrążona w niespokojnym 

śnie pani Simmons. Lainie stała bez ruchu przez długi czas, przypatrując się 

chorej matce, której ongiś piękną twarz znaczyło teraz cierpienie. Wyglądało 

na to, że nie opuszcza jej teraz nawet we śnie...

Potem zajrzała jeszcze do pokoju pielęgniarek, by upewnić się, czy mają jej 

telefon. Następnie zeszła na dół, udała się na parking i pojechała do domu, 

właściwie   w   ogóle   nie   zastanawiając   się   nad   tym,   co   robi.   Wszystkie   te 

czynności   wykonywała   najzupełniej   mechanicznie,   gdyż   myślami   wciąż 

przebywała przy matce.

Kiedy przekręciła klucz w zamku, wiedziała, że musi spełnić prośbę mamy. 

Po   prostu   musi   i   koniec.   Weszła   do   środka   i   udała   się   do   pokoju,   gdzie 

znajdował   się   telefon.   Nie   spuszczając   z   niego   ani   na   chwilę   oczu,   zdjęła 

płaszcz, rzuciła go na skórzaną kanapę, gdzie już uprzednio odłożyła torebkę, 

59

background image

po czym usiadła przy biurku.

Jutro,   zrobisz   to   jutro,   przekonywała   sama   siebie.   Teraz,   zrób   to   teraz, 

nalegała   z   poczucia   obowiązku.   Powoli  wyciągnęła   rękę   po   słuchawkę,   by 

nagle chwycić ją kurczowo i z nerwowym pośpiechem wykręcić numer do 

biura Rada. Ręce jej się trzęsły, serce tłukło się w piersi jak oszalałe, była 

bliska ciśnięcia telefonem o ścianę, tym bardziej że w słuchawce odezwał się 

głos Sondry...

Lainie nie mogła pojąć, skąd miała dość siły i tupetu, by zażądać rozmowy z 

Radem.

- A kto mówi, jeśli wolno wiedzieć? - spytała sekretarka z lekkim przekąsem.

- Pani wybaczy, ale to sprawa prywatna - odparła zimno.

Wyczuła wahanie sekretarki. Widocznie jednak w głosie Lainie brzmiało coś 

takiego, co kazało zastosować się do jej polecenia.

- Zobaczę, czy pan MacLeod jest wolny.

Na   chwilę   zapadła   cisza.   Wydawało   się,   że   trwa   to   całe   wieki   i   Lainie 

ponownie była bliska odłożenia słuchawki.

- MacLeod, słucham - odezwał się męski głos, a Lainie poczuła dziwny ucisk 

w gardle. - Halo? - powtórzył, gdy nie usłyszał żadnej odpowiedzi.

Nie potrafiła wydusić z siebie ani słowa. Wreszcie z największym trudem 

zdołała wyszeptać:

- Tu Lainie.

Tym razem to on zamilkł. Przez moment obawiała się, że przerwał połączenie.

- Tak? - odparł wreszcie bezosobowym tonem.

- Chciałabym... Chciałabym z tobą porozmawiać.

Znowu cisza.

- Za pół godziny będę wolny. Przyślę po ciebie samochód.

- Nie! - wyrwało jej się odruchowo. Nagle przestraszyła się spotkania z nim. 

60

background image

Potrzebowała czasu, by się wewnętrznie do tego przygotować. - To znaczy... To 

nie jest aż takie pilne. Możemy to załatwić jutro.

- Za pół godziny - powtórzył twardo i rozłączył się.

Lainie próbowała się do niego ponownie dodzwonić przez następne dziesięć 

minut, ale numer był wciąż zajęty. Intuicja podpowiedziała jej w końcu, że Rad 

celowo tak odłożył słuchawkę, by nie mogła się z nim skontaktować i odwołać 

spotkania. Znał ją aż za dobrze. Wiedział, że będzie próbowała wycofać się z 

gry nawet po zrobieniu pierwszego ruchu.

Wyobraziła sobie, jak musiał być zadowolony, gdy usłyszał jej głos. Pewnie 

myśli, że będzie się przed nim płaszczyć i błagać, żeby ponowił swoją ofertę. 

Otóż nic bardziej błędnego! Nie da mu tej satysfakcji! Jeszcze nie do końca 

wyzbyła się swej dumy. Krytycznym spojrzeniem obrzuciła swoje ubranie. Ten 

kostium   był   świetny,   ale   nie   nadawał   się   do   tego,   by   zapewnić   jej   mocną 

pozycję podczas konfrontacji z Radem.

Wiedziała, że ma szalenie mało czasu, pomknęła więc na górę jak strzała. Po 

drodze zdążyła zdecydować, co na siebie włoży. Porwała z garderoby suknię z 

dzianiny   o   złotawym   połysku.   Miękko   spływała   po   jej   ciele   i   dobrze 

maskowała zbytnią chudość Lainie. Do tego świetnie będzie pasować sztuczne 

lamparcie futro z czarnym kołnierzem i czarnym oblamowaniem. Tak, kobieco 

i z klasą...

Przebrała   się   błyskawicznie   i   w   rekordowym   tempie   poprawiła   makijaż. 

Upiąć włosy, czy zostawić tak, jak teraz? Usłyszała dzwonek u drzwi, problem 

więc sam się rozwiązał. Zresztą, z rozpuszczonymi włosami wyglądała chyba 

jednak lepiej. Narzuciła na ramiona futerko i zbiegła na dół. Myślała, że ujrzy 

Rada, kiedy jednak otworzyła drzwi, okazało się, że na progu stoi nieznajomy 

mężczyzna w niebieskim uniformie.

- Pani MacLeod?

61

background image

Gdy skinęła głową, pokazał jej dokument stwierdzający, że jego właściciel 

nazywa się Ralph Mason i pracuje dla firmy MacLeod Incorporated. Następnie 

kierowca usunął się na bok i zapraszającym gestem wskazał luksusową czarną 

limuzynę. Lainie podziękowała skinieniem głowy, gdy otworzył jej drzwi i 

wsiadła do środka.

Właściwie dlaczego jechała do Rada? Przecież zapowiedział, że jego oferta 

nie   będzie   ważna   w   nieskończoność,   że   proponuje   raz,   a   jak   nie,   to   nie. 

Dlatego wolałaby porozmawiać z nim przez telefon. On jednak zmusił ją do 

spotkania w cztery oczy. Bez wątpienia czerpał jakąś przewrotną przyjemność 

z dręczenia jej. Miała przejechać przez pół miasta, denerwując się coraz bar-

dziej, tylko po to, żeby usłyszeć, że on i tak nie zamierza jej pomóc.

Nagle   przypomniało   jej   się   jeszcze   jedno   jego   ostrzeżenie.   Gdyby   jednak 

zmieniła zdanie, to warunki miałyby tym razem okazać się dla niej gorsze. Co 

to mogło oznaczać? Zażąda spisania umowy? Będzie chciał czegoś w zastaw? 

Mogła mu zaoferować dom, nic innego już jej nie pozostało.

Samochód skręcił dość gwałtownie i Lainie wróciła do rzeczywistości.

- Dokąd jedziemy? - Wyjrzała przez okno, ale nie rozpoznała okolicy. - To 

przecież nie jest droga do domu.

- Do domu? - Kierowca ze zdziwieniem zerknął we wsteczne lusterko. - Pan 

MacLeod ma przecież apartament w wieżowcu, a nie dom.

Zaskoczył   ją   tym.   Nie   miała   pojęcia,   że   Rad   opuścił   ich   dom   na 

przedmieściach Denver, pięknie położony u podnóża Gór Skalistych.

- Ach, tak - zarumieniła się, zawstydzona. - Od dawna tam mieszka?

- Co najmniej od czasu, kiedy zacząłem dla niego pracować, czyli od trzech 

lat.   -   Na   ustach   szofera   zaigrał   lekki   połuśmieszek.   Wydawał   się   być 

rozbawiony faktem, że nawet nie wiedziała, gdzie mieszka jej mąż.

Była zła, że Rad nie raczył jej poinformować o przeprowadzce. Przez niego 

62

background image

wyszła na idiotkę.

Parę minut później zatrzymali się przed eleganckim wieżowcem. Kierowca 

wysiadł i otworzył Lainie drzwi. Wciąż wyglądał na nieźle ubawionego, co 

dodatkowo wyprowadziło ją z równowagi. Wskazał główne wejście.

- Tędy, proszę. Winda na prawo, ostatnie piętro.

Sztywno skinęła głową. Kierowca dotknął palcami daszka czapki, wsiadł do 

limuzyny i odjechał. Lainie z ciężkim sercem podeszła do szklanych drzwi, 

pchnęła je i weszła do środka. Przed windą zawahała się. Wciąż jeszcze mogła 

wrócić do domu. Ale przecież nie po to tu przyjechała. Zdecydowanie wsiadła 

do   windy,   której   drzwi   zamknęły   się   za   nią   bezszelestnie.   Z   determinacją 

nacisnęła przycisk i zauważyła przy tym, że drżą jej ręce.

Gdy wyszła  na  wyłożony  drewnem   hol,  ujrzała  na  wprost  siebie  ozdobne 

podwójne drzwi z drzewa orzechowego. Zmusiła się do tego, by podejść do 

nich i nacisnąć dzwonek. Jeśli i tu natknie się na Sondrę, to w ogóle nie dojdzie 

do żadnej rozmowy, pomyślała buntowniczo. Odwróci się na pięcie i wyjdzie. 

Rad nie może jej w nieskończoność upokarzać.

Drzwi otworzyły się niemal natychmiast. I znów nie ujrzała przed sobą męża, 

tylko kolejnego nieznajomego, tym razem w ciemnym garniturze. Przedstawiła 

się, a on wpuścił ją do środka. No, Rad przynajmniej nie zamierza trzymać 

mnie na korytarzu, skomentowała w duchu.

Usłyszała za sobą odgłos zamykanych drzwi i szczęknięcie zamka. Odniosła 

wrażenie, że odcięto jej drogę ucieczki i że znalazła się w pułapce. Posłała 

mężczyźnie zaniepokojone spojrzenie.

- Zawsze zamykamy - wyjaśnił. - W przeciwnym razie każdy mógłby wjechać 

na górę i wejść do apartamentu pana MacLeoda.

Było   to   dość   oczywiste,   sama   powinna   była   na   to   wpaść,   ale   rosnące 

zdenerwowanie   skutecznie   utrudniało   jej   logiczne   myślenie.   Mężczyzna 

63

background image

poprosił, aby szła za nim i zaprowadził ją do przestronnego salonu.

- Proszę się rozgościć. Pan MacLeod zaraz przyjdzie.

Czyli jednak Rad każe jej na siebie czekać. Dobrze, niech i tak będzie. Z 

westchnieniem   weszła   dalej   i   rozejrzała   się   dookoła,   bowiem   ciekawość 

chwilowo wzięła górę nad rozdrażnieniem i niepokojem.

Pokój został urządzony w różnych odcieniach bieli, czerni i szarości. Puszysty 

biały   dywan   zaścielał   podłogę,   a   na   nim   stały   przepastne   kanapy   i   fotele 

pokryte szarym aksamitem. Szary był również granit, z którego zbudowano 

ogromny   kominek   na   przeciwległej   ścianie.   Podręczne   stoliki,   wspierające 

sufit belki oraz postumenty pod współczesne metalowe rzeźby wykonano z 

zabejcowanego   na   czarno   drewna.   Ukryte   między   belkami   liczne   źródła 

światła   dodawały   wnętrzu   splendoru   i   elegancji.   Było   ono   z   jednej   strony 

męskie i surowe, a z drugiej wyrafinowane i zapraszające do korzystania z 

przyjemności życia. Różnych przyjemności...

Lainie nagle poczuła dziwne mrowienie na plecach. Chociaż nie dobiegł jej 

żaden   odgłos,   wiedziona   nieomylnym   instynktem   odgadła,   że   do   pokoju 

wszedł Rad. Zebrała się więc w sobie, przybrała wyniosłą minę i odwróciła się, 

gotowa zmierzyć go pełnym wyższości spojrzeniem. Ale zaledwie jeden rzut 

oka w jego stronę wystarczył, by niemal rzucić ją na kolana.

Rad stał w wejściu i wyglądał tak atrakcyjnie, że aż sprawiało jej to ból. Dość 

obcisłe czarne spodnie podkreślały smukłość jego bioder, a mocno zbluzowana 

jedwabna   czerwona   koszula   uwydatniała   urodę   południowca.   Doprawdy, 

trudno byłoby mu się oprzeć...

Poczuła, jak krew odpływa jej z policzków. Odwróciła się więc z powrotem 

do kominka, by ukryć nagłą bladość i swą reakcję na niego. Było gorzej, niż 

przypuszczała.   Musiała   wziąć   się   w   garść   albo   jak   najszybciej   opuścić   to 

miejsce.

64

background image

Bardziej   wyczuła,   niż   usłyszała,   że   Rad   się   poruszył.   Na   szczęście   nie 

skierował się w jej stronę, miała więc chwilę, by dojść do siebie. Dobiegł ją 

odgłos otwieranych drzwiczek, brzęk szkła, bulgotanie przelewanego napoju, 

wreszcie grzechot kostek lodu. Potem zapadła cisza. Bezwiednie zastygła w 

napięciu. Gdzie on jest? Przez ten gruby dywan zupełnie nie słychać kroków. 

Na szczęście po chwili ponownie rozległo się grzechotanie lodu, niemal tuż za 

jej plecami. Nastawiła się więc wewnętrznie na to, że zobaczy Rada z bliska i z 

determinacją odwróciła się do niego.

- Wydaje mi się, że coś mocniejszego dobrze ci zrobi. - Podał jej szklaneczkę 

z   przezroczystym   napojem,   ozdobionym   fantazyjną   spiralą   z   cytrynowej 

skórki.

Lainie z wahaniem wzięła od niego drinka, starannie przy tym uważając, żeby 

nie dotknąć dłoni Rada. W jego oczach błysnęło rozbawienie, gdy zauważył 

ten dziecinny manewr. Odsunęła się więc nieco i piła bez pośpiechu, by zyskać 

na   czasie.   Czuła   zresztą,   że   ta   wódka   z   lodem   rzeczywiście   zaczyna   jej 

pomagać. Przyznała z niechęcią, że miał dobry pomysł.

- No i?

-   Ładnie  tu  -   rzuciła,  choć   doskonale  wiedziała,  że   nie   takiej   odpowiedzi 

oczekiwał. Wciąż jednak nie czuła się na siłach, by zdradzić mu prawdziwy 

powód swej wizyty. Co gorsza, podejrzewała, że on doskonale zdawał sobie z 

tego sprawę.

- Cieszę się, że ci się podoba - roześmiał się.

Lainie   zaczęła   nerwowo   krążyć   po   pokoju,   podczas   gdy   Rad   rozparty 

wygodnie   na   sofie   przyglądał   jej   się   badawczo.   Czuła   się   coraz   bardziej 

nieswojo, w dodatku zaczęło jej się robić gorąco. Dyskretnie rozpięła górne 

guziki futerka.

- Panie Dickerson! - zawołał Rad. Niemal natychmiast w wejściu pojawił się 

65

background image

mężczyzna, który wpuścił Lainie do apartamentu. - Proszę wziąć okrycie pani 

MacLeod.

Czy   on   musi   zawsze   wszystko   zauważyć?   Lainie   uśmiechnęła   się   z 

przymusem i zdjęła futerko, ale od razu tego pożałowała. Po pierwsze, nie 

mogła   już   teraz   wyjść   w   dowolnym   dla   siebie   momencie,   a   po   drugie, 

pozbawiona   wierzchniego   okrycia,   czuła   się   jak   naga   pod   taksującym 

spojrzeniem Rada.

-   Na   dzisiaj   to   już   wszystko,   Dickerson.   Dobranoc   -   powiedział   Rad   i 

mężczyzna opuścił pokój, skinąwszy uprzednio głową.

Lainie   popatrzyła   na   męża   z   niepokojem.   Czemu   go   odprawił,   skoro   ona 

jeszcze   nie   wyszła?   Przecież   będzie   potrzebowała,   by   ktoś   przyniósł   jej   z 

powrotem futerko i wypuścił ją.

Rad bezbłędnie zinterpretował jej pełne obaw spojrzenie.

-   Chyba   nie   chcesz,   żeby   jakieś   postronne   osoby   były   świadkami   naszej 

rozmowy? - odpowiedział na jej nieme pytanie.

Zapadła cisza. Lainie nie wiedziała, co ze sobą począć, wreszcie z ociąganiem 

zajęła miejsce naprzeciw Rada. Nie mogła już tego dłużej odwlekać, ale nie 

miała pojęcia, od czego zacząć. Nerwowo obracała w dłoniach szklaneczkę z 

resztką alkoholu.

- Dziś rano zawiozłam mamę do szpitala - odezwała się w końcu. - Istnieje 

szansa,   że   jej   stan   się   polepszy   po   zastosowaniu   pewnych   nowych   metod 

leczenia. Znalazła się pod opieką specjalisty.

Przerwała   i   podniosła   wzrok   na   twarz   Rada,   jednak   nie   potrafiła   z   niej 

niczego wyczytać. Wyglądał na zupełnie obojętnego, co wstrząsnęło nią do 

głębi.   Każdy   normalny   człowiek   okazałby   choć   cień   współczucia.   Ale 

oczywiście nie on!

Odstawiła szklankę na stolik z takim impetem, że reszta alkoholu wylała się 

66

background image

na blat.

- Czy nie wystarcza ci, że tu przyszłam? - krzyknęła, tracąc panowanie nad 

sobą. - Przecież wiesz, po co tu jestem!

Wystudiowanym gestem uniósł brwi w ironicznym zdumieniu. Rozdrażniona 

Lainie  poderwała  się  z furią.  Przez chwilę nie wiedziała,  co zrobić, dokąd 

pójść, wreszcie podeszła do kominka i zaczęła się wpatrywać w jego ciemną 

gardziel, pełną zimnego popiołu. Uraza i upokorzenie walczyły w jej duszy z 

głosem rozsądku, który nakazywał domagać się pomocy Rada.

- Chcesz się dowiedzieć, czy nadal podtrzymuję moją ofertę - odezwał się, 

stając przy niej.

- Nie myśl, że chcę twoich pieniędzy! - wybuchnęła.

- Ale twoja matka ich potrzebuje - zauważył impertynencko. - Zgadza się?

- Jesteś skończonym draniem!

- Hm, uważasz, że to właściwy sposób zwracania się do kogoś, od kogo chce 

się wyciągnąć forsę?

- A co? Mam może czołgać się u twoich stóp albo całować cię po rękach? - 

parsknęła z furią.

- To mogłoby być całkiem ciekawe - odparł spokojnie, zupełnie nie poruszony 

jej atakiem.

- Niedoczekanie twoje! - Gniewnie odwróciła się do niego plecami. - Jedyne, 

czego od ciebie chcę, to usłyszeć „tak” lub „nie”.

- Za to ja od ciebie chcę znacznie więcej - mruknął cicho.

Zabrzmiało   to   tak   dziwnie,   że   odruchowo   odwróciła   głowę   i   zerknęła   na 

niego przez ramię. W jego oczach pojawił się błysk, którego znaczenia nie 

potrafiła   rozszyfrować.   Rad   wyciągnął   rękę   i   owinął   sobie   wokół   palca 

pojedyncze pasmo ciemnych i ciężkich włosów Lainie.

- Jeśli... jeśli chodzi ci o jakieś zabezpieczenie - odezwała się drżącym głosem 

67

background image

- to możesz wziąć dom pod zastaw.

Roześmiał się gardłowo.

- To za mało, żeby pokryć twoje długi, stanowczo za mało. Pomogę ci...

Znacząco zawiesił głos. Lainie spojrzała na niego z nadzieją w oczach. Nie 

potrafiła jednak znieść intensywności spojrzenia Rada, spuściła więc wzrok. 

Patrzyła   teraz   na   jego   rozpiętą   pod   szyją   koszulę,   która   rozchylając   się, 

ukazywała zarys muskularnego torsu. Zapragnęła wsunąć dłonie pod jedwabny 

materiał i jak dawniej poczuć ciepły dotyk skóry Rada. Już sama myśl o tym 

wystarczyła, by zakręciło jej się w głowie.

- Więc czego chcesz w zamian? - spytała niepewnym głosem.

- Tego, co i tak należy do mnie. Tego, za co zapłaciłem wystarczająco wysoką 

cenę. Jestem głupcem, że jestem gotów płacić za to ponownie - mówił zimno.

Gdy zerknęła na niego ze zdumieniem, zauważyła, że nie patrzy na nią, tylko 

przygląda się trzymanym w dłoni jej włosom. Poczuł na sobie pytający wzrok i 

spojrzał jej prosto w oczy.

- Chcę ciebie, Lainie.

Cofnęła się gwałtownie.

- To nonsens!

- Wciąż jesteś moją żoną - zauważył. - Nie żądam więc niczego niezwykłego, 

chcę tylko, żebyś zachowywała się zgodnie z istniejącym stanem rzeczy. Po 

prostu podejmiesz na nowo swoje obowiązki.

Pomyślała, że powinna z miejsca odrzucić tę propozycję. Czemu więc się 

waha? Czemu się zastanawia? Czemu nie mówi, że nigdy nie przystanie na 

takie warunki?

- A jeśli się zgodzę? - Czy to możliwe, że wypowiedziała te słowa i głos jej 

nawet nie zadrżał?

- Spłacę wasze długi oraz pokryję wszelkie koszty leczenia twojej matki - 

68

background image

odparł, przyglądając się uważnie Lainie, która staczała wewnętrzną walkę.

Chwileczkę... Co miały oznaczać owe obowiązki żony? Rad nie potrzebował 

przecież,   by   mu   gotowała,   sprzątała   dom   czy   też   prasowała   koszule. 

Pozostawało więc tylko jedno. Łzy napłynęły jej do oczu. Nie sądziła, że może 

być aż tak okrutny i że potraktuje ją tak pogardliwie.

- Nie! - zaprotestowała zdławionym głosem.

-   Nie   próbuj   mi   wmawiać,   że   nie   masz   na   mnie   ochoty.   -   Chwycił   ją   i 

przyciągnął do siebie. Obronnym gestem oparła dłonie o jego tors. - Drżysz w 

moich   ramionach   jak   przerażona   kotka,   ale   założę   się,   że   już   za   chwilę 

będziesz mruczeć z rozkoszy.

Zrozumiała,   że   miał   rację,   ale   to   odkrycie   czyniło   ją   jeszcze   bardziej 

bezbronną.

- Sondra już ci się znudziła? - zaatakowała rozpaczliwie, licząc na to, że trafi 

w jego czuły punkt.

Ale Rad chyba spodziewał się takiego pytania. W jego oczach ujrzała nie 

skrywaną ironię.

- Bynajmniej. Jestem z niej zadowolony pod każdym względem.

- W takim razie, po co ci jeszcze ja? - jęknęła, czując wcale nie stępione przez 

czas ostrze dawnej zazdrości.

Jeden z mięśni na policzku Rada zadrżał mimowolnie.

- To chyba oczywiste? Nadal mi się podobasz.

Lainie utkwiła błagalny wzrok w jego twarzy.

- Naprawdę tak bardzo mnie nienawidzisz, że chcesz mnie aż tak poniżyć?

- Poniżyć? To chyba znacznie lepsze wyjście, niż sprzedawanie się na ulicy, 

nie sądzisz? - zadrwił.

Zawstydzona, próbowała się odsunąć, lecz on nie zamierzał jej puścić.

- Wiesz, że nie mówiłam tego serio.

69

background image

- Wiem. Tak samo jak wiem, że tak naprawdę chcesz znowu być moją żoną.

- Nie! - wyszeptała ze zgrozą, która wzięła się stąd, że... że Rad miał rację!

Przygarnął ją mocno do siebie. Lainie poczuła przemożną pokusę, by wtulić 

twarz w jego szyję i poddać się sile, która popychała ich ku sobie. Z rozpaczą 

zamknęła oczy, by nie patrzeć na Rada i dzięki temu zwalczyć pragnienie. 

Przez chwilę przyglądał się jej twarzy, na której widniał przestrach, po czym 

wypuścił ją z objęć. Cofnął się o krok i zapalił papierosa.

- Już wiesz, jaka jest moja propozycja. To, czy ją przyjmiesz, czy też nie, 

zależy tylko od ciebie. - Odwrócił się i sięgnąwszy po pustą szklankę, udał się 

do barku.

Śledziła   go   wzrokiem.   Miała   równie   wielką   ochotę   go   zamordować,   jak 

pobiec za nim i utonąć w jego ramionach. Jak ma teraz wybrnąć z tej sytuacji? 

Och, czemu nie przyjęła jego pomocy za pierwszym razem? Teraz jej potrzeba 

była   większa   od   jej   dumy.   Najgorsze   było   jednak   to,   że   wiązało   się   to   z 

potrzebą, jaką odczuwała Lainie, a nie jej matka...

Potrzebowała go. Pragnęła. Kochała. Czy w ogóle kiedykolwiek przestała go 

kochać? Zaczynała już w to wątpić.

- Na jak długo? - wyrwało jej się.

Posłał jej cyniczne spojrzenie, nalał sobie drinka i oparł się leniwie o barek. 

Zmarszczył   przy   tym   brwi,   zastanawiając   się   nad   odpowiedzią,   na   którą 

czekała z drżeniem. Liczyła na to, że będzie chciał zatrzymać ją przy sobie na 

zawsze i że jej to wyzna. Nieuleczalna idiotka.

- Sądzę, że do momentu, kiedy się tobą znudzę.

Zabolało, ale starała się tego po sobie nie pokazać.

- A ile to potrwa? - spytała z goryczą. - Dzień, miesiąc, rok?

- Żądasz, żebym wyznaczył konkretną datę? To może dzień pogrzebu twojej 

matki   będzie   najbardziej   odpowiedni?   -   zadrwił.   -   Za   jednym   zamachem 

70

background image

uwolnisz się od dwojga tyranów.

- Jesteś podły!

- Ja? Przed chwilą mogłem sobie bez trudu wziąć, co moje. Miękniesz pod 

moim   dotknięciem   jak   wosk.   Wystarczyłoby   kilka   czułych   słówek,   trochę 

pieszczot i już zgodziłabyś się na wszystko. Ale nie uwiodłem cię, bo nie chcę 

takimi   sposobami   wpływać   na   twoją   decyzję.   Czy   postępuję   z   tobą 

nieuczciwie? - Umilkł i przez chwilę patrzyli sobie w oczy. - To jak będzie? 

Zostajesz czy mam wezwać taksówkę?

Nie mogła odmówić słuszności jego rozumowaniu. Gdyby zaczęli się kochać, 

bez   namysłu   przystałaby   na   wszelkie   warunki.   Ale   ta   decyzja   zostałaby 

podyktowana emocjami. Rad dobrze zrobił, że dał jej możliwość spokojnego 

zastanowienia   się.   Dzięki   temu   doszła   do   wniosku,   że   naprawdę   chce   być 

znowu z nim. Ale zachowywał się przy tym zupełnie bezdusznie, co sprawiło, 

że wciąż się wahała.

Odwróciła się nieco, by ukryć twarz.

- Proponujesz mi upokarzający kontrakt. Właściwie mam ci się sprzedać - 

powiedziała z trudem.

- Tak czy nie? - Nieoczekiwanie usłyszała jego głos tuż za swoimi plecami.

- Tak! - jęknęła z udręką, przerażona perspektywą tego, co ją czeka.

Lekko położył dłoń na jej ramieniu i odwrócił ją do siebie. Spuściła wzrok. 

Nie była w stanie patrzeć mu prosto w twarz, na której niechybnie malował się 

triumf   i   poczucie   zwycięstwa.   On   jednak   ujął   ją   pod   brodę   i   zmusił,   by 

spojrzała   na   niego.   Ku   swemu   niebotycznemu   zdumieniu,   ujrzała   w   jego 

oczach niezwykły spokój i... czyżby czułość?

- Nie ma w tym dla ciebie nic poniżającego - powiedział cicho. - Jesteś jedyną 

kobietą, jaką pragnąłem mieć za żonę, a to oznacza ogromny szacunek z mojej 

strony.

71

background image

Wziął ją w ramiona, a jego palce pieszczotliwie rozgarnęły jej ciemne włosy. 

Lainie wolałaby, żeby mówił o innym uczuciu niż szacunek, ale musiała się 

zadowolić tym, co usłyszała. Dobre przynajmniej i to...

Tulił   ją   do   siebie   tak   długo,   aż   poczuła,   jak   przenika   ją   cudowne   ciepło 

emanujące z jego ciała. Rozluźniła się nieco. Wtedy on, jakby wyczuwając jej 

przyzwolenie, zaczął delikatnie błądzić wargami po jej zamkniętych oczach i 

ustach. Gdy wziął ją na ręce, nie wzbraniała się, co więcej, splotła palce na 

jego szyi i pozwoliła się zanieść do sypialni.

Ramieniem zgasił światło i na chwilę zatrzymał się przy łóżku. Pożałowała, 

że nie widzi wyrazu jego twarzy. Następnie powoli złożył Lainie na pościeli.

I zdało jej się, że wyszeptał jej imię, zanim się nad nią pochylił.

Satynowa pościel była tak miła w dotyku, że Lainie z lubością wtuliła się 

mocniej   w   poduszkę.   Dawno   odwykła   od   takich   luksusów.   Nagle   poczuła 

zapach męskiej wody kolońskiej i gwałtownie zamrugała powiekami. W jednej 

chwili   rozbudziła   się   i   przypomniała   sobie   wszystko.   Jej   spojrzenie 

natychmiast powędrowało w bok.

Na sąsiedniej poduszce wciąż widniało wgłębienie, potwierdzające, że to nie 

sen, że Rad naprawdę tu spał, choć jego samego nie było już w pokoju. Lainie 

przeciągnęła się z uśmiechem i rozejrzała dookoła. Rozejrzała się po sypialni. 

Wspomnienie minionej nocy napełniło ją rozkoszą.

I znów biel, tym razem połączona z błękitem. Również jej prywatne niebo 

wydawało   się   teraz   błękitne,   pozbawione   owych   ciężkich   czarnych   chmur, 

które wisiały nad jej głową od tak dawna. Poczuła, że znów chce jej się żyć. 

Okazało  się,  że   wystarczy   odrobina  miłości,   a  wszystko  przedstawia  się   w 

zupełnie nowym świetle.

Stojący   na   komodzie   zegar   wskazywał   wpół   do   dziewiątej.   Ciekawe,   co 

72

background image

porabia Rad? Miała nadzieję, że nie, udał się do pracy. Tak bardzo pragnęła 

mieć go przy sobie, by móc jak najszybciej zacząć pracować nad utrwalaniem 

ich  związku.   Ostatnia   noc   przekonała   ją,   że   nie   jest   Radowi   tak   do   końca 

obojętna. Uznała więc, iż istnieje szansa, by uratować ich małżeństwo. Może 

tym razem uda jej się postępować tak, że Rad ją wreszcie pokocha...

Rozległo się pukanie do drzwi.

- Proszę! - zawołała z ożywieniem, przekonana, że za chwilę ujrzy męża.

Jednak do pokoju weszła czterdziestoparoletnia kobieta z zastawioną tacą.

-   Pan   MacLeod   kazał   przynieść   pani   śniadanie   -   powiedziała   wyjątkowo 

chłodno, sznurując usta. - Chociaż podawanie posiłków do łóżka nie należy do 

moich obowiązków.

-   Ja   też   nie   jestem   zwolenniczką   jadania   w   łóżku.   -   Lainie   starała   się 

udobruchać gospodynię. - Ale to miło ze strony Rada, prawda? Czy mogłaby 

pani postawić tacę na stoliku pod oknem?

Gospodyni żachnęła się lekko, ale wykonała polecenie. Najwyraźniej nie była 

przyzwyczajona do obsługiwania obcych kobiet. Zwłaszcza że Lainie pojawiła 

się   zupełnie   nie   wiadomo   skąd,   a   w   dodatku   podobno   była   samą   panią 

MacLeod, Lainie wiedziała, że musi postępować z wyczuciem, o ile nie chce 

popaść w konflikt z gospodynią Rada.

- Przepraszam, nie wiem, jak się pani nazywa - powiedziała, zanim tamta 

zdążyła opuścić pokój.

- Dudley.

Lainie uśmiechnęła się do niej życzliwie.

- Miło mi panią poznać, pani Dudley. Czy mój... Czy Rad wyszedł do pracy?

- Nie. Panna Sondra Gilbert przyszła parę minut przed ósmą. Omawiają jakieś 

sprawy - wyjaśniła gospodyni i wyszła.

Lainie wstała, sięgnęła po leżący na pobliskim krześle błękitny szlafrok, który 

73

background image

musiał należeć do Rada, sądząc po wielkości. Podwinęła przydługie rękawy i 

podeszła do stolika. Zignorowała pieczywo i jajka na bekonie, nalała sobie 

kawy i machinalnie podniosła filiżankę do ust.

No tak. Ledwo zdążyła ponownie zostać jego żoną, a natychmiast wróciły 

stare kłopoty. Jednak to niebo nad jej głową nie było tak zupełnie bezchmurne. 

Myślała, że przez te pięć lat separacji wiele się nauczyła, że okaże się teraz 

bardziej wyrozumiałą żoną i że wszystko się w końcu ułoży. A jeśli nie? A jeśli 

Rad wkrótce się nią znudzi, tak jak zapowiedział?

- Dzień dobry. Pani Dudley powiedziała mi, że już nie śpisz.

Zerknęła na niego kątem oka. Gdyby wszedł tu parę minut temu, bez wahania 

pobiegłaby uściskać go na powitanie. Teraz jednak obawiała się odrzucenia. 

Została więc na miejscu, choć jej serce wyrywało się do niego.

- Dzień dobry - mruknęła.

Spojrzał na nią pytająco, wydawał się być zaskoczony jej chłodem.

Odchyliła   nieco   zasłonę   i   wyjrzała   za   okno.   Wolała,   by   mąż   nie   mógł 

wyczytać z jej oczu, jak bardzo jest zagubiona.

Podszedł i stanął po przeciwnej stronie stolika.

- Jedzenie ci wystygnie.

- Nie jestem głodna - odparła sztywno.

Nie, to naprawdę prowadziło donikąd. Rozmawiali jak nieznajomi, a nie jak 

ludzie,   którzy   spędzili   noc   w   miłosnym   uniesieniu.   Lainie   z   determinacją 

puściła zasłonę, która wróciła na miejsce i odgrodziła ich od zewnętrznego 

świata.

- Dlaczego chciałeś, żebym wróciła? - Musiała poznać odpowiedź na dręczące 

ją pytanie.

- A jak myślisz? - Jego głos zabrzmiał ostro.

Zapatrzyła się niewiążącym wzrokiem w trzymaną w dłoni filiżankę.

74

background image

- Nie wiem. Może chciałeś się zemścić na tej dziewczynie, którą niegdyś 

poślubiłeś, a która nie okazała się wystarczająco dojrzała? Ale przecież wciąż 

mnie pragniesz. - Głos zaczął jej się łamać, z wysiłkiem nakazała sobie spokój. 

- Ja też nie potrafię przejść obok ciebie obojętnie...

Niepotrzebnie   odwróciła   się   i   spojrzała   na   niego.   Jego   twarz,   zimna   i 

nieruchoma, wyglądała niczym wykuta z kamienia.

-   Jasne   -   syknął.   -  A  jakiż   mógłby   być   lepszy   sposób   odegrania   się,   niż 

upokorzenie   cię   przez   spłacanie   twoich   długów   w   zamian   za   możliwość 

kochania się z tobą?

- I to jest ten powód?

Patrzyła na niego błagalnie. Tak bardzo pragnęła, by temu zaprzeczył.

-   Widzisz,   jaka   z   ciebie   mądra   dziewczynka,   jak   sprytnie   to   sobie 

wydedukowałaś? - natrząsał się bezlitośnie. - No, bo cóż innego mogłoby mną 

powodować? Rozpaczliwa miłość, która kazałaby mi zrobić wszystko, żeby cię 

tylko odzyskać?

- Ale ty mnie nigdy nie kochałeś! - wyrwało jej się.

- Jasne. Nigdy cię nie kochałem - zgodził się tak zimno, że aż przebiegł ją 

lodowaty   dreszcz.   -   Skoro   w   takim   razie   mamy   już   z   głowy   wstępne 

nieprzyjemności, to proponuję zająć się interesami.

- Interesami?

- Dałem dziś rano Sondrze listę waszych wierzycieli, każąc ich natychmiast 

spłacić.   Oto   ona.   -  Wręczył   jej   kartkę   papieru.   -   Sprawdź,   czy   nikogo   nie 

brakuje.

Odruchowo wzięła listę, a na jej twarzy malowało się zaskoczenie.

- Najpierw zajrzy oczywiście do szpitala. Poleciłem jej, by się upewniła, czy 

twoja matka ma oddzielny pokój.

Lecz   ona   wciąż   myślała   o   tym,   co   przedtem   od   niego   usłyszała.   I   po   co 

75

background image

domagała się odpowiedzi na swoje pytanie? Czy nie lepiej byłoby się łudzić, że 

jednak coś do niej czuje?

Wzrok Rada ześlizgnął się nieco niżej i spoczął na wycięciu szlafroka, gdzie 

rysowały się piersi Lainie.

- Trzeba też pojechać do waszego domu i wziąć twoje rzeczy. Musisz mieć się 

w co ubrać.

A ona przez chwilę myślała, że Rad tak jej się przygląda, gdyż wydaje mu się 

pociągająca... O, nieśmiertelna naiwności zakochanej kobiety!

- Skoro nie chcesz jeść, to proponuję, żebyś się ubrała. Będziemy mogli wyjść 

i wszystko załatwić.

- Nie idziesz do pracy? - zdziwiła się.

- Akurat dzisiaj bez problemu mogę sobie na to pozwolić.

- Ale dlaczego chcesz mi towarzyszyć? - nalegała.

Rad przystanął w drzwiach.

- Powiedzmy, że wolę być pewien, że dotrzymasz umowy i przeprowadzisz 

się tutaj.

-   Już   ci   to   wczoraj   powiedziałam   i   dotrzymam   słowa.   -   Dumnie   uniosła 

głowę.

- Czasami ludzie zmieniają zdanie. O ile dobrze pamiętam, to już kiedyś coś 

mi obiecałaś. To mianowicie, że mnie nie opuścisz aż do śmierci.

- Przyrzekłeś to samo. Ślubowałeś mi również miłość i wierność. - Lainie 

natychmiast odparowała atak, ale tylko ona wiedziała, ile ją to kosztowało.

- To ty mnie porzuciłaś, a nie ja ciebie. To była wyłącznie twoja decyzja. - To 

powiedziawszy wyszedł, głośno trzaskając drzwiami.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Gdyby tylko mogła rzucić się na łóżko i wypłakać cały swój żal! Może by jej 

choć   trochę   ulżyło.   Nie   mogła   trafić   do   Rada,   przebić   się   przez   pancerz 

76

background image

cynizmu i chłodu. Co gorsza, zaczynała tracić nadzieję, że kiedykolwiek jej się 

to uda. Jak mogła aż tak zakochać się w kimś, kto wiecznie nią pomiatał?

I gdzie ta tęcza, tato? - żałośnie odezwało się w niej dziecko. - Kiedy w końcu 

ta burza przetoczy się nad moją głową?

Wiedziała   jednak,   że   musi   wziąć   się   w   garść.   Przetarła   twarz   ręcznikiem 

zmoczonym   zimną   wodą,   pociągnęła   usta   szminką,   gdyż   był   to   jedyny 

kosmetyk,   jaki   miała   w   torebce,   następnie   wzburzyła   dłońmi   nieco 

przyklapnięte włosy, tworząc na głowie nonszalancką fryzurę - coś w rodzaju 

artystycznego nieładu.

Hm, całkiem nieźle, stwierdziła z satysfakcją. To dodało jej sił. Weszła do 

salonu, mając na sobie swoją złocistą sukienkę. Rada nie było. Niech sobie 

tylko nie myśli, że będzie go szukać po całym apartamencie, albo, co gorsza, 

czekać jak pies na swego pana. Stanowczym krokiem udała się w stronę drzwi. 

Tak, jak przewidziała, natychmiast pojawił się kamerdyner.

- Dickerson, o ile dobrze pamiętam? - spytała tonem kobiety, która wie, jakie 

przysługują   jej   prawa. A  zdeterminowana   Lainie   nie   wahała  się   w  obecnej 

sytuacji   wykorzystywać   pozycji   pani   tego   domu.   -   Proszę   przynieść   moje 

okrycie i powiadomić pana MacLeoda, że jestem gotowa do wyjścia.

Wrócił po chwili z jej lamparcim futerkiem.

- Pan MacLeod już idzie - zapewnił.

Rzeczywiście, pojawił się niemal natychmiast po tym, jak Dickerson pomógł 

jej się ubrać. Rad szarmancko otworzył przed nią drzwi, a na jego ustach błąkał 

się lekki uśmieszek. Lainie jednak, chłodna i wyniosła, traktowała go niemal 

jak powietrze. Odezwała się dopiero wtedy, gdy wsiedli do samochodu. Tym 

razem był to biały mercedes.

- Chciałabym najpierw zobaczyć się z mamą.

-   Jak   sobie   życzysz   -   odparł   takim   tonem,   jakby   zupełnie   nie   robiło   mu 

77

background image

różnicy, dokąd się udadzą.

- Mam tu do załatwienia kilka spraw w administracji - poinformował ją, gdy 

przybyli   na   miejsce.   -   Nie   czekaj,   idź   do   matki.  Tylko   zapytaj   najpierw   o 

numer pokoju. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby już znajdowała się gdzie 

indziej niż wczoraj.

Okazało   się,   że   miał   rację.   Mamę   przeniesiono   na   inne   piętro   do 

pojedynczego pokoju. Zmiana jej stanu była zauważalna gołym okiem! Nie 

pozostało w niej prawie śladu wczorajszej nerwowości, powitała córkę uśmie-

chem i wyglądała na niemal zadowoloną z życia.

Lainie nie miała serca psuć jej dobrego nastroju, starannie więc przemilczała 

fakt, że wróciła do męża. Dlatego skróciła rozmowę do minimum, by Rad nie 

zdążył wejść na górę i pojawić się w pokoju. Wyjaśniła, że ma w domu masę 

rzeczy do zrobienia, jeśli nie chce, żeby wszystko zarosło brudem, co matka 

przyjęła ze zrozumieniem i nie domagała się, by Lainie przedłużyła wizytę.

Szła korytarzem pogrążona w myślach, nic więc dziwnego, że nie zauważyła 

dwojga ludzi stojących w drzwiach dyżurki pielęgniarek i minęła ich obojętnie. 

Nie usłyszała też, że wołają za nią. Oprzytomniała dopiero wówczas, gdy ktoś 

ją złapał za ramię i odwrócił ku sobie.

-  Na  Boga,  Lainie,  gdzie  ty  byłaś?!  -  Lee Walters gorączkowo  omiótł  jej 

sylwetkę badawczym spojrzeniem, jakby sprawdzał, czy aby na pewno nic jej 

się nie stało. - Umierałem z niepokoju!

Jego jasne włosy były potargane, zdawało się, że musiał je we wzburzeniu 

mierzwić   rękami,   i   to   wielokrotnie.   Lainie   przyglądała   mu   się   z   lekkim 

zdziwieniem. Zawsze spokojny Lee wyglądał na kompletnie wytrąconego z 

równowagi.   Pod   wpływem   jej   zdumionego   spojrzenia   opanował   się   nieco, 

przypomniał sobie, iż znajdują się w miejscu publicznym, zaciągnął ją więc do 

78

background image

świetlicy, gdzie mogli choć trochę skryć się przed spojrzeniami postronnych 

osób. Dopiero teraz Lainie spostrzegła, że była z nim także Ann. Na twarzy 

przyjaciółki również widniał wyraźny niepokój.

- Co się właściwie dzieje? Co wy tutaj obydwoje robicie? - zdumiała się.

- Szukamy cię! - niemal warknęła wciąż jeszcze zdenerwowana Ann.

- Ale dlaczego?

-   Zadzwoniłem   do   ciebie   wczoraj   wieczorem,   żeby   sprawdzić,   czy   bez 

przeszkód wróciłaś do domu - zaczął tłumaczyć Lee. - Ale nikt nie odbierał. 

Początkowo się nie przejąłem, miałaś przecież zostać u mamy. Zadzwoniłem 

ponownie i znowu nic. Skontaktowałem się ze szpitalem, powiedzieli, że już 

dawno wyszłaś.

- Naszego numeru nie miał, a nie znalazł go w spisie, bo jest zastrzeżony - 

wtrąciła Ann.

- Pomyślałem, że może pojechałaś do niej, bo nie chciałaś zostać sama na noc 

- dopowiedział.

-   Dlatego   pojawił   się   dziś   u   nas   z   samego   rana.   Przyznaję,   że 

zdenerwowaliśmy się nie na żarty, na szczęście Adam to przytomny człowiek. 

Od razu zadzwonił na policję, dowiedzieliśmy się przynajmniej tyle, że nie 

padłaś ofiarą jakiegoś wypadku. Przyjechaliśmy więc tutaj, bo nie było innego 

punktu zaczepienia.

Lainie poczuła straszliwe wyrzuty sumienia.

- Nie macie pojęcia, jak mi przykro, że was na to naraziłam - powiedziała 

przepraszająco.

Pogodną twarz Ann okrasił ciepły uśmiech.

- To nie ma znaczenia, najważniejsze, że jesteś cała i zdrowa. I że mama 

dostała osobny pokój. Właśnie, jakim cudem udało ci się to załatwić?

Lee z kolei zainteresował się zupełnie inną kwestią.

79

background image

- Gdzie byłaś przez całą noc?

Skonsternowana,   przenosiła   wzrok   z   jednego   na   drugie.   Oto   stawiano   jej 

pytania i domagano się udzielenia odpowiedzi, a ona nie znajdowała w sobie 

dość siły, by wyznać prawdę. Sytuacja stała się niezręczna. Wpatrywali się w 

nią wyczekująco, Lee wciąż trzymał ją za ramię. Cofnęła się nieco, by uwolnić 

rękę. Nie zatrzymywał jej.

- Gdzie byłaś, Lainie? - powtórzył znacznie bardziej ponurym tonem.

Poczuła, że krew zaczyna napływać jej do twarzy. Przenikliwe spojrzenie Lee 

zdradzało, że natychmiast spostrzegł te rumieńce.

- Kiedy... Kiedy wróciłam wczoraj do domu... - zaczęła z ociąganiem. - To... 

To zadzwoniłam do Rada.

Wyraz ich twarzy zmienił się diametralnie, patrzyli teraz na nią z najwyższym 

zdumieniem. U Lee doszła do tego również wściekłość, gdy w pełni do niego 

dotarło znaczenie jej słów. Gwałtownie postąpił krok w jej kierunku, po czym 

zatrzymał się.

- Pomyślałam, że mógłby mi pomóc. Po prostu już nie wiedziałam, do kogo 

jeszcze mogłabym się zwrócić - tłumaczyła, starając się ich przygotować na 

kolejne   rewelacje.   Nie   ulegało   bowiem   wątpliwości,   że   Lee   będzie   drążył 

temat i nie spocznie, dopóki nie pozna całej prawdy.

- Ech, ten MacLeod! - żachnął się. - Skąd w ogóle ci przyszło do głowy, żeby 

się z nim kontaktować?

- Już raz mi zaoferował pomoc, ale wtedy duma nie pozwoliła mi jej przyjąć. 

Obecna sytuacja kazała mi zapomnieć o dumie.

- Ponieważ twoja mama znajduje się w pojedynczym pokoju, rozumiem, że 

twoje przewidywania były słuszne i że Rad rzeczywiście pomógł - wtrąciła 

rozsądnie Ann, która szybciej ochłonęła z szoku.

- Owszem.

80

background image

- No, dobrze, zadzwoniłaś do Rada, trudno. Ale czemu nie było cię w domu? - 

indagował Lee.

Lainie wzięła się w garść. Mydlenie oczu niczego nie załatwi. I tak prędzej 

czy później sytuacja stanie się zupełnie jasna.

- Ponieważ musiałam pojechać do niego, żeby wszystko omówić osobiście.

Wzburzony Lee chwycił ją mocno za ramiona.

- Co takiego?

-  Hej! Czy  ty się  aby nie zapominasz?  - Ann  złapała  go za  rękę  i  to  go 

otrzeźwiło.

Puścił Lainie i nerwowo zmierzwił dłonią włosy.

-   Mogłaś   przynajmniej   wstrzymać   się   z   tym   do   rana   -   rzucił   z   urazą.   - 

Naprawdę musiałaś do niego jeździć w środku nocy?

- To był zaledwie wczesny wieczór - sprostowała.

- Gdzie się w takim razie podziewałaś aż do rana? Jak długo tam zostałaś, 

mów!

Lainie   poczuła,   że   ma   dość.  A  jakie   on   miał   do   niej   prawo,   żeby   mógł 

prowadzić takie przesłuchanie?

- Nie twoja sprawa! - ucięła ostro.

W  tym   momencie   ktoś   zaklaskał   z   aprobatą   i   cała   trójka   ze   zdumieniem 

odwróciła się w stronę wejścia. W drzwiach świetlicy stał Rad i przyglądał im 

się z wyraźnym rozbawieniem.

- Bardzo byłem ciekaw, Lainie, kiedy wreszcie nie wytrzymasz - roześmiał się 

i dołączył do nich.

- Co ty tutaj robisz?! - niemal krzyknął Lee.

Rad   uniósł   brwi,   dając   w   ten   sposób   do   zrozumienia,   że   zachowanie 

spokojnego zazwyczaj Lee zadziwia go.

- Chciałeś wiedzieć, gdzie Lainie podziewała się tak długo. Otóż opuściła mój 

81

background image

apartament o dziewiątej rano.

Rozjuszony Lee odwrócił się do niej.

- Czy to prawda?

Bez słowa przytaknęła głową.

Zaczął nerwowo krążyć po pomieszczeniu, przypominając rozwścieczonego 

lwa w klatce. Nigdy nie widzieli go w takim stanie.

-   Gdybyś   tylko   powiedziała,   jak   bardzo   potrzebujesz...   Gdybym   tylko 

wiedział...   -   Zatrzymał   się   nagle,   jak   rażony   gromem.   -   I   pomyśleć,   że 

chciałem cię poślubić!

-   Zważywszy  fakt,  że   Lainie   już   ma   męża,   byłoby   to   cokolwiek  trudne   - 

wtrącił uprzejmie Rad.

Lee posłał mu mordercze spojrzenie, po czym spojrzał zimno na Lainie.

- A ja zawsze myślałem, że jesteś taka szlachetna i pełna cnót! Dobre sobie - 

zadrwił   z   goryczą.   -   Ty   wcale   nie   żartowałaś   wtedy   na   koncercie,   kiedy 

mówiłaś o sprzedawaniu się!

-   Jeśli   chcesz   opuścić   ten   pokój   o   własnych   siłach,   masz   natychmiast 

przeprosić   moją   żonę   -   warknął   Rad   z   taką   wściekłością,   że   cała   trójka 

spojrzała na niego z niekłamanym zdumieniem.

Lee nie dał się zastraszyć.

- Owszem, przeproszę, ale nie dlatego, że ty sobie tego życzysz - powiedział 

twardo, po czym jego głos złagodniał, gdy zwrócił się do Lainie. - Wybacz mi 

te nie przemyślane słowa. Ale zrozum, że wypowiedział je mężczyzna, który 

właśnie stracił jedyną kobietę, na jakiej mu kiedykolwiek zależało. Dlatego 

chciałem cię zranić.

W mgnieniu oka pojęła, przez co musiał teraz przechodzić.

- Nie żywię do ciebie urazy - odparła łagodnie.

-   To   dobrze.   Bo   w   razie,   gdybyś   mnie   potrzebowała...   -   posłał   Radowi 

82

background image

wyzywające spojrzenie - ...zawsze możesz na mnie liczyć. - Odwrócił się na 

pięcie i wyszedł.

Ann zawahała się nieco. Przeniosła zaskoczone spojrzenie z rozgniewanego 

Rada na spiętą twarz przyjaciółki. Lainie chciała się uśmiechnąć, by pokazać, 

że wszystko w porządku, ale nie zrobiła tego. Bała się, że wyszedłby z tego 

płaczliwy grymas i że nie powstrzymałaby się od łez.

- Ja chyba też już pójdę - powiedziała niepewnie Ann. - Jakby co, to zadzwoń.

- Zadzwonię.

Zostali sami i zapadło pełne skrępowania milczenie. Rad sięgnął do kieszeni, 

wyjął papierośnicę i wyciągnął ją w stronę Lainie. Właściwie nie paliła, ale w 

tym momencie była tak roztrzęsiona, że z ulgą wzięła papierosa. Rad podał jej 

ogień. Zaciągnęła się i nerwowym gestem poprawiła włosy. Wciąż starannie 

omijała go wzrokiem.

Rad pierwszy przerwał niezręczną ciszę.

- Jak się czuje twoja matka?

- Lepiej.

- Jak zareagowała na wiadomość, że wróciłaś do mnie?

- Nie powiedziałam jej.

-   A   kiedy   zamierzasz   ją   poinformować   o   tym   fakcie?   -   spytał   nieco 

zgryźliwie.

- Już niedługo - westchnęła i spojrzała na niego z ukosa.

Z rozdrażnieniem zgasił papierosa w popielniczce.

- To jak? Idziemy?

Kiedy jakiś czas później zatrzymali się przed domem jej matki, Lainie była 

zadowolona, że wreszcie może wysiąść z samochodu. Przez całą drogę nie 

zamienili   ani   słowa,   co   zaczęło   doprowadzać   ją   do   rozpaczy.   Czuła   się 

83

background image

osaczona,   schwytana   w   pułapkę   i   bezgranicznie   nieszczęśliwa.   Tak   bardzo 

pragnęła,   by   Rad   zjechał   na   pobocze,   zgasił   silnik,   wziął   ją   w   ramiona   i 

przytulił do siebie. Żeby jakoś na nią zareagował, żeby pokazał, że mu choć 

trochę zależy... Ale on nie zwracał na nią najmniejszej uwagi. Równie dobrze 

mógłby znajdować się w tym mercedesie zupełnie sam.

Gdy   stanęła   przed   drzwiami   i   wyjęła   klucz   z   torebki,   Rad   zabrał   go 

bezceremonialnie, włożył do zamka, przekręcił i pierwszy wszedł do domu, 

nonszalancko   rzucając   płaszcz   na   balustradę   schodów.   Wiedział,   że   Lainie 

musi pójść za nim i posłusznie zamknąć drzwi za jaśnie panem. Poczuła się jak 

pociągana   za   sznurki   marionetka.   Ze   ściśniętym   sercem   popatrzyła   na 

odwróconego do niej plecami mężczyznę. Że też naprawdę nie miałam się w 

kim zakochać, strofowała samą siebie nie wiadomo który już raz.

Nieoczekiwanie odwrócił się do niej.

- Długo to potrwa?

- Nie, nie długo. - Pośpiesznie weszła na schody. Chciała jak najszybciej zejść 

mu z oczu.

- To dobrze. Ja tymczasem zadzwonię.

Przede   wszystkim   musiała   się   przebrać.   Wybrała   żakiet   ze   spodniami   w 

odcieniu   zgaszonego   oranżu.   Sięgnęła   też   po   rudobrązową   apaszkę   i 

przewiązała   nią   włosy,   by   nie   spadały   jej   na   twarz   i   nie   przeszkadzały. 

Wytuszowała   jeszcze   rzęsy   oraz   musnęła   różem   policzki   i   dopiero   wtedy 

wyjęła walizki z szafy. Była nawet zadowolona, że dzięki temu może oderwać 

się od ponurych rozważań. Skupiła się wyłącznie na składaniu i pakowaniu 

swoich rzeczy.

W drzwiach sypialni pojawił się Rad. Stał tam przez chwilę, a potem wszedł 

do środka, nic jednak nie mówiąc. Spojrzała na niego z ukosa, bezskutecznie 

próbując   odgadnąć   powód   jego   przyjścia.   Wyglądał   na   zniecierpliwionego, 

84

background image

kręcił się bez celu po pokoju, co jakiś czas wyglądał przez okno. Atmosfera 

znów zaczęła robić się napięta.

- Nie musisz zabierać wszystkiego. - Przystanął przed toaletką i przyglądał się 

leżącym na niej drobiazgom. - Masz już otwarte na twoje nazwisko rachunki w 

najlepszych sklepach w Denver. Możesz mieć tyle rzeczy, ile zechcesz.

- Wystarczy mi to, co mam - mruknęła niechętnie.

-   Pozwolisz,   że   ja   będę   o   tym   decydował   -   zaproponował   niebezpiecznie 

cichym   głosem.   Lainie   zadrżała   mimowolnie.   -   Przed   laty   udowodniłaś   mi 

swoim zachowaniem, że podejrzewasz mnie o to, iż zamierzam zamknąć cię w 

domu i nigdzie nie wypuszczać. Nie mam pojęcia, skąd taki idiotyczny pomysł 

przyszedł ci do głowy. Zapewniam cię jednak, że byłaś w wielkim błędzie. 

Chcę,   żebyś   wiedziała,   że   czeka   cię   teraz   bardzo   urozmaicone   życie 

towarzyskie. Jako moja żona będziesz brać udział w różnych spotkaniach i 

przyjęciach. Masz więc odpowiednio wyglądać, jasne?

-   Nie   ma   obawy,   nie   przyniosę   ci   wstydu.   -   Nie   potrafiła   ukryć   urazy   i 

goryczy.

Rad nagle znalazł się tuż przy niej.

-   W   takim   razie   zaczniesz   od   noszenia   tego.   -   Chwycił   ją   za   rękę   i 

błyskawicznym ruchem wsunął jej na palec obrączkę.

Lainie spojrzała na toaletkę, obok której Rad stał przed chwilą. Na blacie 

leżała otwarta szkatułka z biżuterią.

-   Dziwię   się,   że   to   jej   nie   sprzedałaś   w   pierwszej   kolejności   -   zauważył 

kąśliwie.

- Tylko dlatego, że zamierzałam ci ją odesłać.

-   Proszę,   jaka   przewidująca   dziewczynka.   Zaoszczędziłaś   mi   kłopotu 

kupowania ci nowej.

-   Czy   my   naprawdę   nie   możemy   wreszcie   przestać   się   kłócić?   -   Lainie 

85

background image

gwałtownie   odsunęła   się   od   niego   i   demonstracyjnie   z   głośnym   trzaskiem 

zamknęła pełne walizki.

- Czy to już wszystko? - warknął.

- Prawie. Jeszcze tylko...

- Później przyślę kogoś, żeby zabrał to, co będziesz chciała - uciął ostro. - A 

teraz idziemy. Zarezerwowałem dla nas stolik na pierwszą. Musimy już się 

zbierać.

Zabrał ją do eleganckiej restauracji, w której jeszcze nie była. Powściągliwy, 

nieco nawet surowy wystrój zdradzał, że została zaprojektowana z myślą o 

biznesmenach,   spotykających   się   tu   głównie   w   interesach.  Wnętrze   zostało 

wyłożone   ciemnym   drewnem   i   ożywione   jedynie   kępami   palm   i   różnych 

pnączy,   które   nieco   osłaniały   poszczególne   stoliki,   stwarzając   warunki   do 

dyskretnych rozmów.

Rad złożył zamówienie, po czym dopiero po odejściu kelnera spytał Lainie, 

czy dokonał słusznego wyboru! Było to pytanie czysto retoryczne, ponieważ 

doskonale orientował się w jej upodobaniach. Nie zmieniało to jednak faktu, że 

poczuła się urażona. Przyniesione potrawy okazały się wyśmienite, ale każdy 

kęs rósł jej w ustach. Panująca między nimi cisza z każdą chwilą była coraz 

trudniejsza do wytrzymania. Odczuła ulgę, gdy skończyli i Rad zamówił kawę. 

Oznaczało to, że na szczęście już niedługo wyjdą.

- Wygląda na to, że w ciągu ostatnich miesięcy dość często spotykałaś się z 

Lee Waltersem - rzucił nagle.

Lainie podniosła gwałtownie głowę, zaskoczona nie tylko tym, że się nagle 

odezwał, ale również pobrzmiewającą w jego głosie niebezpieczną nutą.

- Owszem - powiedziała tylko.

- Wiedziałaś, co do ciebie czuje?

-   Tak   -   niemal   warknęła.   Zaczynała   się   domyślać,   do   czego   zmierza   to 

86

background image

przesłuchanie.

- A co ty do niego czujesz?

- Czy to ma jakieś znaczenie? - spytała gorzko.

Twarz   Rada   przybrała   posępny   wyraz,   Lainie   już   miała   go   zapewnić,   że 

traktowała Lee jedynie jako przyjaciela. Naraz przypomniała sobie, jak bardzo 

Rad był pewny siebie ostatniego wieczora, jak się chełpił, że wystarczyłaby 

chwila pieszczot, a zgodziłaby się na wszystko... Postanowiła się zemścić za 

tamto upokorzenie.

- Było mi z nim bardzo dobrze. Coraz lepiej, prawdę mówiąc. - Ciekawe, 

jakim cudem udało jej się patrzeć mu przy tym prosto w twarz bez mrugnięcia 

okiem? - Jeszcze trochę, a przerodziłoby się to w miłość. - Na jej pełnych 

ustach pojawił się smutny uśmiech. - Spokojną miłość, na której można się 

oprzeć i która nigdy nie zawiedzie. Przy Lee czułam się bezpiecznie. Chronił 

mnie, pomagał mi, zawsze mogłam na niego liczyć.

Dziwny   błysk  w  oczach   Rada   przypomniał   jej,  że   to   właśnie   Lee  ją   dziś 

zaatakował   i   że   to   ktoś   inny   stanął   w   jej   obronie.   Pożałowała,   że   tak 

niezręcznie dobrała słowa.

- Masz powody, by przy mnie nie czuć się bezpiecznie? - kpił z niej otwarcie.

-   Przy   tobie   czuję   się   tak,   jakbym   nieustannie   balansowała   na   skraju 

przepaści. Może potrafisz bronić mnie przed innymi, ale nie obronisz mnie 

przed samym sobą!

- Ostatniej nocy... - Przypatrywał jej się w taki sposób, jakby rozbierał ją 

wzrokiem. Lainie zarumieniła się. - Ostatniej nocy wyglądało na to, że wcale 

nie pragniesz ochrony przede mną.

Tego   było   już   nadto.  Wstała   gwałtownie,   chwyciła   torebkę   oraz   skórzany 

płaszcz   i   szybkim   krokiem   wyszła   z   restauracji.  Wiedziała,   że   Rad   będzie 

musiał zapłacić rachunek, prawdopodobnie nie zdąży więc jej dopaść. Musiała 

87

background image

się od niego uwolnić choć na trochę. Nienawidziła go. Nienawidziła go za to, 

że wiedział, jak bardzo go pragnie. Nienawidziła siebie za to, że zdradziła się 

przed nim.

Gdy znalazła się na zewnątrz, rozejrzała się gorączkowo. No tak, ani jednej 

taksówki.   Bez   namysłu   ruszyła   w   stronę   przystanku,   do   którego   właśnie 

podjeżdżał autobus, kiedy ktoś ją chwycił za ramię. Rad odwrócił ją do siebie i 

gniewnym gestem wskazał parking, gdzie zostawili samochód. Miała ochotę 

krzyczeć, wyrwać się z jego uścisku i uciec, ale wiedziała, że szarpanie się z 

nim   nic   nie   da.   Poddała   się   więc   i   apatycznie   podążyła   we   wskazanym 

kierunku.

Gdy   wsiedli   do   samochodu,   Rad   przez   chwilę   siedział   bez   ruchu   i 

obserwował Lainie, która z uporem wpatrywała się w jakiś punkt przed sobą w 

oczekiwaniu na awanturę, jaka niechybnie za moment wybuchnie. Wreszcie 

Rad dotknął dłonią jej brody i odwrócił jej twarz ku sobie. Lainie szarpnęła się 

do   tyłu,   po   czym   nieoczekiwanie   dla   samej   siebie   znalazła   się   w   jego 

ramionach.

-   Rozumiem,   że   mówiłaś   szczerze   -   odezwał   się   cichym   głosem.   Gdy 

odsunęła się od niego, jego oczy natychmiast przybrały obojętny wyraz. - Ale 

chcesz niemożliwego. Zapomnij o Lee Waltersie. Po prostu jak najszybciej 

zapomnij.

-   Dlaczego   znowu   wszedłeś   w   moje   życie?   -   jęknęła.   Nie   udało   jej   się 

opanować drżenia głosu.

- To ty do mnie przyszłaś i poprosiłaś o pomoc.

- Mogłeś po prostu dać mi pieniądze i pozwolić mi odejść.

-   Mogłem   -   przytaknął   spokojnie,   zarazem   przeszywając   ją   badawczym 

spojrzeniem. - I pewnie bym tak zrobił, gdyby...

Zamilkł.

88

background image

- Gdyby? - podchwyciła.

Ujął jej dłoń, wsunął pod swój płaszcz i położył na swojej szerokiej piersi. 

Nie mogła nie zauważyć, jak mocno i szybko bije jego serce.

-   Gdybym   ciągle   tak   na   ciebie   nie   reagował.   Tym   razem   jednak   będę 

ostrożniejszy. Nie pozwolę zamienić ci mojego życia w piekło.

Wyrwała się, a on nawet nie próbował jej powstrzymać. Przekręcił kluczyk w 

stacyjce i ruszyli. Wydawało, się, że powiedział to, co miał do powiedzenia i 

uznał   sprawę   za   zakończoną.   Lainie   była   zszokowana,   zmieszana   i   zawie-

dziona. Chodziło mu więc tylko o seks, o to, że wciąż go podniecała. Nic 

więcej go nie obchodziło, nie postrzegał jej jako człowieka, lekceważył jej 

uczucia. Wyrachowany i bezwzględny, sięgał po to, na co miał ochotę, o resztę 

dbając tyle, co o zeszłoroczny śnieg.

A ona wciąż go kochała...

Tego ranka liczyła na to, że być może fizyczna fascynacja stanie się podstawą 

do odbudowania ich małżeństwa. Wierzyła, że istnieje szansa, że z czasem 

połączy ich coś więcej. Niestety, wyglądało na to, że jemu na tym zupełnie nie 

zależy. Odwróciła twarz i wyjrzała przez okno. Gdy znajdowali się już nie 

opodal jego mieszkania, przypomniało jej się, jak jechała tą samą trasą po-

przedniego dnia i nurtowało ją pewne pytanie.

- Dlaczego już nie mieszkasz w naszym domu?

- Był za duży dla jednej osoby. Sprzedałem go jakiś rok po twoim odejściu.

- Sprzedałeś go?!

-   Myślałaś,   że   zatrzymam   go   z   powodu   jakiegoś   sentymentu?   -   parsknął 

cynicznie.   -   Przyznam,   że   nie   łączyłem   z   nim   zbyt   wielu   przyjemnych 

wspomnień.

W   duchu   przyznała   mu   rację.   Prawdziwego   szczęścia   zaznali   jedynie   w 

małym drewnianym domku w górach, dokąd wyjechali zaraz po ślubie. Miłość 

89

background image

musiała odebrać jej rozum, gdyż wtedy uważała swego męża za cudownego i 

czułego kochanka. Tamten Rad w niczym nie przypominał tego zgorzkniałego 

mężczyzny obok niej.

Chwilę później zatrzymali się przed znajomym wieżowcem. Rad wystawił 

walizki na chodnik. Lainie czekała na niego przy szklanych drzwiach, ale on 

zawrócił do samochodu.

-   Mam   jeszcze   parę   rzeczy   do   załatwienia   -   rzucił   przez   ramię.   -  Wrócę 

wieczorem na obiad. A po bagaże ześlij Dickersona.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Popołudnie wydawało się ciągnąć w nieskończoność, zwłaszcza że Lainie nie 

miała zbyt wiele do roboty. Rozpakowała się, zadzwoniła do szpitala, żeby 

podać swój nowy numer telefonu i adres, ale okazało się, że Rad zadbał i o to. 

Porozmawiała więc chwilę z mamą, jednak znów nie zdobyła się na odwagę, 

by wyznać, że wróciła do męża. Wreszcie wzięła długą, ciepłą kąpiel, a potem 

zaczęła się przygotowywać do kolacji.

Wybrała prostą złoto-czarną spódnicę sięgającą do kostek, oraz czarną bluzkę, 

którą   ożywił   blask   złotej   biżuterii.   Blisko   godzinę   spędziła   przed   lustrem, 

wypróbowując   różne   warianty   fryzury.   Nic   jej   nie   odpowiadało,   wszystko 

dlatego,   iż   była   coraz   bardziej   rozdrażniona.   Obawiała   się   ponownego 

spotkania z Radem, nie spodziewała się bowiem niczego dobrego.

Wreszcie upięła włosy w kok i przeszła do salonu. Na podręcznym stoliku 

leżało wieczorne wydanie gazety, widać było, że Dickerson nie zapomina o 

niczym. Ale nawet i to ją zaczęło irytować. Sięgnęła jednak po gazetę i zaczęła 

ją z roztargnieniem przeglądać.

Niemal   w   tym   samym   momencie   pojawił   się   Dickerson   i   zaproponował 

szklaneczkę sherry, na co przystała z ochotą, gdyż czuła się coraz bardziej 

spięta.   Poinformował   też,   że   obiad   zostanie   podany,   gdy   tylko   wróci   pan 

90

background image

MacLeod, po czym wycofał się dyskretnie.

Rad zjawił się zaledwie kilka minut później i po chwili wszedł do salonu. Puls 

Lainie przyśpieszył w jednej chwili, starannie jednak symulowała kompletny 

brak   zainteresowania,   ani   na   moment   nie   przerywając   przeglądania   gazety, 

choć na dobrą sprawę nie bardzo wiedziała, co czyta.

- Rozgościłaś się już tutaj? Odpowiada ci? - spytał.

- Tak, dziękuję. A jak twoje sprawy? - odparła machinalnie.

- Całkiem nieźle, o ile w ogóle cię to interesuje.

-  A  czy   ciebie   naprawdę   obchodziło,   czy   mi   tu   dobrze?   -   odgryzła   się 

natychmiast.

- Owszem. W odróżnieniu od ciebie, potrafię pomyśleć o kimś innym, a nie 

tylko o sobie. Zależy mi na tym, żeby nam obojgu było tutaj miło.

- Czyżby? To czemu mam dziwne wrażenie, że wolałbyś spędzić ten wieczór 

samotnie i nie być skazanym na moje towarzystwo? Może więc nie zawracaj 

sobie mną głowy?

Wcale nie chciała zachowywać się tak złośliwie, ale była to reakcja obronna. 

Lainie wolała być nieprzyjemna, niż okazywać mu swe prawdziwe uczucia. 

Nie miała wątpliwości, że napełniłoby go to satysfakcją i że na każdym kroku 

wykorzystywałby swoją przewagę. Nie mogła na to pozwolić.

- To ja będę decydował o tym, kiedy chcę być sam, a nie ty.

- Prawda, jak to wygodnie być mężczyzną i bez przeszkód wybierać sobie 

towarzystwo?

-   Owszem,   wygodnie   -   odpowiedział   spokojnie   Rad,   który   oczywiście 

zrozumiał aluzję, ale postanowił ją zignorować. - Nasz obiad jest już gotowy, 

jak sądzę. Idziesz?

Stanął   w   drzwiach,   wyraźnie   dając   do   zrozumienia,   że   jeśli   do   niego   nie 

dołączy, to bez wahania pójdzie sam. Wstała więc z ociąganiem i ostentacyjnie 

91

background image

wolno   podeszła   do   niego,   mimo   że   patrzył   na   nią   z   nie   skrywanym 

zniecierpliwieniem.

- Nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy psuć sobie posiłek kłótniami - 

wycedził, gdy weszli do jadalni. - Proponuję więc w ogóle nie rozmawiać i w 

ten sposób zaoszczędzić sobie przykrości.

- Wreszcie się w czymś zgadzamy - odparła równie zjadliwie.

Jednak to nie był dobry pomysł, gdyż panujące między nimi milczenie powoli 

stawało  się  nie  do  wytrzymania.  Przynajmniej   dla  Lainie.  Bez  przekonania 

dziobała widelcem po talerzu, jakoś w ogóle nie odczuwając głodu. Co się z 

nią działo? Skoro pragnie zdobyć uczucie ukochanego mężczyzny, powinna 

być   czarująca,   zabawiać   go   miłą   rozmową,   roztaczać   nieodparty   urok... 

Zamiast tego już od pierwszej chwili zachowywała się jak ostatnia jędza. Nic 

więc dziwnego, że znów skoczyli sobie do oczu.

Co teraz? Zastanowiła się przez moment. Albo dalej będą tak milczeć, jak już 

ustalili,   albo   ona   zacznie   niezobowiązującą   rozmowę   i   postara   się   jakoś 

załagodzić   sytuację.   W   pierwszym   wypadku   narażała   się   na   to,   że   odtąd 

wszystkie   ich   posiłki   będą   przebiegać   w   zupełnej   ciszy,   w   drugim   zaś 

ryzykowała   tym,   że   usłyszy   od   Rada   jakiś   złośliwy   przytyk   na   temat   tak 

szybkiej zmiany zdania. Wybrała to drugie.

- Chciałabym zajrzeć jutro do szpitala - odezwała się nagle. - Dobrze byłoby 

porozmawiać z doktorem Hendersonem, żeby mieć wiadomości z pierwszej 

ręki. Posiedziałabym też trochę z mamą.

Uniósł   brwi,   zdziwiony   tym,   że   przerwała   milczenie.   Z   pewnością   nie 

omieszka uczynić jakiejś uszczypliwej uwagi.

- Będzie ci potrzebny samochód. Kluczyki od mercedesa znajdziesz na stoliku 

w holu - powiedział tylko.

- Ale to przecież twój wóz?

92

background image

-   Oczywiście   -   uśmiechnął   się   z   lekkim   rozbawieniem.   -   Jakże   inaczej 

mógłbym ci go dać?

- Chodziło mi o to, że przecież musisz jakoś dojeżdżać do pracy.

- Mam jeszcze drugi. Miło mi, że się o mnie zatroszczyłaś.

Popatrzył na nią jakoś tak miękko, że na moment aż przestała oddychać. Na 

jej wargach zaczął się błąkać nieśmiały uśmiech.

- Ponieważ ty też potrzebujesz mieć jakiś środek transportu, mercedes jest 

więc   do   twojej   wyłącznej   dyspozycji   -   ciągnął.   -   Rozumiem,   że   pewnie 

będziesz się często widywała z Ann.

- Nie masz nic przeciw temu? - wyrwało jej się, ale natychmiast pożałowała 

tego, gdyż Rad w jednej chwili przestał się uśmiechać.

- Nie jesteś moim więźniem - przypomniał dobitnie, po czym dodał: - Ale 

byłbym   ci   wdzięczny,   gdybyś   mnie   uprzedzała   o   swoich   wyjściach.   Nie 

dlatego, że chcę cię kontrolować, ale po to, by nie kolidowało to z moimi 

planami zabrania cię dokądś. - Jego oczy znów ciepło zalśniły.

- Oczywiście - zgodziła się szybko, zadowolona, że nie rozgniewała go swoim 

nieprzemyślanym pytaniem.

Znienacka   poczuła   wilczy   apetyt.   Jak   mogła   przedtem   nie   zauważyć,   że 

jedzenie jest pyszne, że mus czekoladowy wprost rozpływa się w ustach i że 

jest   to   bardzo   udana   kolacja?   Lainie   poczuła,   że   w   atmosferze   ciepła   i 

zrozumienia zaczyna znowu rozkwitać.

Po obiedzie wrócili do salonu. Usiadła wygodnie na kanapie, podczas gdy 

Rad zaprogramował wieżę stereo tak, by zagrała po kolei kilka wybranych płyt 

kompaktowych. Rozległa się nastrojowa muzyka i spojrzeli na siebie z lekkim 

uśmiechem. Zapowiadał się długi, miły wieczór...

Nagle w drzwiach zjawił się Dickerson.

- O co chodzi? - spytał ostro Rad z wyraźnym niezadowoleniem, co z kolei 

93

background image

sprawiło przyjemność Lainie. Nie było wątpliwości, że on też uległ magii tych 

chwil i że chciał być z nią tylko sam.

- Przyszła panna Gilbert. Ma dla pana jakieś dokumenty.

- O tej porze? - zawołała Lainie.

Rad zmarszczył brwi, więc umilkła.

- To nie potrwa długo - oznajmił i wyszedł.

Odprowadziła go wzrokiem. Sondra z pewnością postara się, by nie potrwało 

to krótko, pomyślała z urazą.

Minęła   dziewiąta,   potem   dziesiąta,   a   Rad   nie   wracał.   Wreszcie   Lainie, 

powodowana niewytłumaczalnym impulsem, podniosła się nagle i wyszła na 

korytarz.  W  pełni   zdała   sobie   sprawę   z   tego,   co   robi,   gdy   usłyszała   głosy 

dobiegające zza zamkniętych drzwi. Przystanęła odruchowo, choć zrobiło jej 

się strasznie wstyd, że podsłuchuje.

- ...najwyżej kilka miesięcy, nie więcej - dobiegi ją głos Rada.

- To strasznie długo - odpowiedziała Sondra.

- Nie podoba ci się to?

- Oczywiście, że nie. A co myślałeś?

Nie   odpowiedział.   Cisza   za   drzwiami   zaczęła   się   niepokojąco   przedłużać. 

Potem Lainie znów usłyszała Rada, ale tym razem mówił tak cicho, że nie 

mogła rozróżnić słów. Położyła dłoń na klamce i nagle oprzytomniała. Wejdzie 

i   znajdzie   własnego   męża   w   czułym   uścisku   z   sekretarką.   Nie,   takiego 

upokorzenia by nie zniosła.

Odwróciła się i oddaliła szybkim krokiem. Tym razem była zadowolona z 

wyściełających podłogi dywanów, gdyż poruszała się bezszelestnie i nikt jej 

nie przyłapał na podsłuchiwaniu. Gdy weszła do sypialni, z bólem w oczach 

spojrzała   na   łóżko.   Prędzej   czy   później   Rad   znów   będzie   chciał   się   z   nią 

94

background image

kochać. Ale czy ona będzie w stanie to znieść, skoro wie, że na jego powrót 

czeka inna kobieta?

Przebierała się do snu zupełnie mechanicznie, jej myśli wciąż krążyły wokół 

tego, co właśnie usłyszała. Na długą nocną koszulę narzuciła zielony szlafrok, 

sięgnęła   po   szczotkę,   przysiadła   na   brzegu   łóżka   i   zaczęła   niezwykle 

skrupulatnie rozczesywać swoje długie włosy. Monotonne ruchy przynosiły jej 

ulgę, gdyż uspokajały ją nieco. Wreszcie popadła w całkowitą apatię.

Gdy jakiś czas później do pokoju wszedł Rad, była w stanie przyjąć go z 

całkowitą   obojętnością,   choć   jeszcze   kilkanaście   minut   wcześniej   nie 

potrafiłaby się na to zdobyć. Ale w tym momencie nic już nie miało znaczenia.

- Przepraszam. Nie sądziłem, że zajmie mi to tyle czasu.

Ostatni   raz   przejechała   szczotką   po   włosach   i   wstała,   by   odłożyć   ją   na 

toaletkę.   W   żaden   sposób   nie   zareagowała   na   jego   słowa,   co   oczywiście 

zwróciło jego uwagę. Stanął jej na drodze, gdy chciała wrócić do łóżka.

- O co chodzi?

- O nic. - Jej twarz była pozbawiona wszelkiego wyrazu, ponieważ Lainie już 

nic  nie   czuła.   Zupełnie   nic.   I  tak  było  najlepiej. Teraz   nie   można   było  jej 

skrzywdzić.

- Posłuchaj, wynikły pewne trudności, musieliśmy je przedyskutować.

- Nie musisz się przede mną tłumaczyć.

- Odnoszę zupełnie inne wrażenie - zauważył ironicznie.

- Przecież w naszej umowie nie było mowy o dochowywaniu wierności, więc 

czym się przejmujesz? - Minęła go i podeszła do łóżka.

Odłożyła szlafrok na krzesło i wsunęła się pod kołdrę, nieświadoma furii, jaką 

w   nim   rozbudziła.   Gdyby   nie   jej   przytępione   odczucia,   jego   zachowanie 

dałoby jej do myślenia i nakazałoby ostrożność. Rad krzątał się po pokoju i 

łazience, gniewnie trzaskając drzwiami i szufladami, a Lainie słuchała tego z 

95

background image

satysfakcją, zamiast zacząć się obawiać.

- Dobranoc, Rad - rzuciła obojętnie, gdy po jakimś czasie w sypialni zgasło 

światło.

- Dobranoc? Ja ci dam dobranoc!

W jednej chwili leżała już bez żadnego okrycia. Ze strachem uniosła ręce, by 

odepchnąć pochylającego się nad nią nagiego mężczyznę, ale przycisnął ją do 

materaca   swym   ciężarem.   Chciała   krzyczeć,   lecz   on   zmiażdżył   jej   wargi 

brutalnym pocałunkiem.

Usiadła i rozejrzała się na pół przytomnie, próbując zidentyfikować dźwięk, 

który ją obudził. Po chwili dotarło do niej, że to nie dźwięk ją obudził, ale 

nagła cisza. Ktoś zakręcił prysznic w łazience i tym kimś musiał być Rad. 

Pośpiesznie sięgnęła po szlafrok, by okryć swą nagość, a jej spojrzenie padło 

przy tym na mocno posiniaczone ramię.

Przypomniała   sobie,   jak   ostatniej   nocy   walczyła   z   Radem.   Zapamiętale 

okładała go pięściami i próbowała zrzucić go z siebie. Nie chciała go. Ale on 

był bezlitosny i w końcu musiała ulec jego brutalnej namiętności. Co gorsza, 

odpowiedziała na nią chętnie i to z całej siły...

Jej nocna koszula leżała na podłodze przy łóżku - zupełnie podarta. Sięgnęła 

po nią drżącą ręką. Przypomniał jej się natarczywy szept, jaki słyszała podczas 

tej szalonej nocy: „Kochaj mnie, kochaj”. Ale przecież Rad nie musiał jej tego 

nakazywać, i tak go kochała, i to bardziej, niż mogła znieść. Rozpaczliwym 

gestem przycisnęła poszarpany materiał do ust, a po jej policzkach zaczęły 

spływać gorące łzy.

- Wybacz, nie chciałem cię obudzić.

Stał w drzwiach do łazienki, prawie nagi, jedynie z ręcznikiem na biodrach. 

Odwróciła   szybko   głowę,   nie   zauważyła   więc   wyrazu   jego   oczu,   gdy 

96

background image

spostrzegł jej zapłakaną twarz.

- Nie obudziłeś, sama się obudziłam, to ten prysznic, zresztą i tak jest już 

późno - chaotycznie wyrzucała z siebie urwane zdania. Niezgrabnie wytarła 

dłonią mokre policzki. - Teraz ja pójdę się umyć.

Liczyła na to, że go wyminie i zniknie w łazience, ale nie pozwolił na to. 

Chwycił ją za rękę, ale niefortunnie trafił akurat na posiniaczone miejsce i 

Lainie   odruchowo   krzyknęła   z   bólu.   Rad   natychmiast   obnażył   jej   ramię   i 

przyjrzał mu się w milczeniu. Wciąż odwracała od niego głowę, nie chciała, by 

spojrzał jej w oczy i dostrzegł w nich rozpaczliwe błaganie o miłość.

Puścił   ją,   wydarł   z   jej   kurczowo   zaciśniętych   palców   podarty   materiał   i 

gniewnie cisnął sponiewieraną koszulę na łóżko.

- Nie chciałem tego - powiedział dziwnym głosem.

Nie chciał się z nią kochać? Nagle ogarnęło ją nieznośne zimno. Szczelnie 

otuliła się szlafrokiem.

- Nic już nie mów - szepnęła błagalnie.

Uniósł dłonią jej brodę, ale nawet wtedy nie spojrzała na niego. Jej wilgotne 

rzęsy pozostały opuszczone.

-   Wczoraj   w   restauracji   zarzuciłaś   mi,   że   nie   potrafię   cię   obronić   przed 

samym sobą. Potrafię. - Odwrócił się od niej raptownie. - To się już nigdy 

więcej nie powtórzy. Przyrzekam.

- Rad, proszę... - jęknęła z bólem.

Nie,   wszystko,   tylko   nie   to!   Skoro   nie   mogła   zdobyć   jego   miłości,   skoro 

musiała się pogodzić z tymczasowością swej sytuacji i z istnieniem rywalki, to 

niech   przynajmniej   nie   odbiera   jej   tych   krótkich   chwil   szczęścia,   jakiego 

zaznaje   w   jego   ramionach.   Przecież   tylko   w   takich   momentach   myślał 

wyłącznie o niej! Jedynie to jej zostało.

Lecz on błędnie zinterpretował jej prośbę.

97

background image

- Nie myśl sobie, że pozwalam ci odejść. Reszta naszego układu pozostaje nie 

zmieniona.

- Ale dlaczego? - wyrwało jej się.

W odpowiedzi usłyszała niewyobrażalnie gorzki śmiech.

- Bo mnie to bawi.

Słysząc to, uciekła do łazienki i zamknęła za sobą drzwi. Teraz już mogła 

płakać bez przeszkód.

ROZDZIAŁ ÓSMY

- Czekałam na ciebie, kochanie. - Matka pocałowała ją lekko, gdy Lainie 

pochyliła się nad jej łóżkiem. - Szkoda, że minęłaś się z Lawrence’em, wyszedł 

dosłownie przed chwilą.

- Nie minęłam się z nim. Spotkaliśmy się na korytarzu i porozmawialiśmy 

trochę - uśmiechnęła się. - Wyglądasz dziś znacznie lepiej, mamo.

- Wyobraź sobie, że spałam dzisiaj całą noc. Nic mnie nie bolało - oznajmiła 

radośnie pani Simmons. - Dawno nie czułam się tak wypoczęta.

- Naprawdę wyglądasz dziś lepiej - powtórzyła niezręcznie.

-   Już   to   mówiłaś   -   roześmiała   się   matka   swoim   dawnym,   dźwięcznym   i 

perlistym śmiechem.

-   Ponieważ   tak   się   cieszę   tą   poprawą,   że   aż   nie   wiem,   co   powiedzieć   - 

wytłumaczyła pośpiesznie.

- Twoja wczorajsza wizyta wywołała tu niezłe poruszenie - rzuciła pozornie 

bez związku matka, a Lainie spochmurniała natychmiast. No tak, zaraz się 

zacznie. - Słyszałam, jak pielęgniarki z przejęciem plotkowały o niesamowicie 

przystojnym blondynie, który odchodził od zmysłów, próbując cię znaleźć.

- Domyślam się, że chodziło o Lee Waltersa - mruknęła Lainie, ale nie podjęła 

tematu i nie powiedziała całej reszty. Wciąż nie miała odwagi.

98

background image

- Wszystkie siostry oddziałowe były aż zielone z zazdrości - zachichotała pani 

Simmons. - Zwłaszcza gdy zobaczyły, że zostawiłaś blondyna dla „obłędnie”, 

jak to określiły, atrakcyjnego bruneta.

Lainie wiedziała, że nie pozostało jej nic innego, jak tylko wyznać prawdę. 

Chwyciła głęboki oddech i...

- Zauważyłam, że znów nosisz obrączkę - ciągnęła matka. - To oznacza, że 

tym mężczyzną musiał być Rad.

Wypuściła powietrze niemal z jękiem.

- Tak, mamo.

- Chyba spotkałaś go kilkakrotnie w ciągu ostatnich paru miesięcy?

- Tak, mamo - powtórzyła.

- Właśnie. Domyślałam się, że się czymś gryziesz, ale byłam zbyt skupiona na 

sobie, żeby zwracać uwagę na innych - uśmiechnęła się samymi ustami. - Ale 

to przecież nic nowego. Przez całe życie zajmowałam się wyłącznie sobą.

Lainie spodziewała się, że usłyszy protesty, groźby, była nawet przygotowana 

na   tę   ewentualność,   że   matka   posunie   się   do   szantażu.  Ale   nigdy   by   nie 

przypuszczała, że zostanie to przyjęte z takim spokojem!

- Czy to znaczy, że nie masz nic przeciw temu, że wróciłam do niego? - 

spytała zdumiona.

- Nie - westchnęła chora. - Chyba nawet jestem z tego zadowolona.

- Ale przecież nigdy go nie lubiłaś!

- Trudno, żeby apodyktyczna teściowa kochała zięcia, który w niczym nie 

przypomina potulnego baranka. - Oparła się wygodniej o poduszkę i popatrzyła 

w sufit. - Kiedy się pobraliście, byłaś taka szczęśliwa... Promieniałaś radością, 

myślałaś tylko o nim. Nagle poczułam się porzucona, zdradzona, czy ja wiem, 

jak to określić? Nienawidziłam Rada za to, że zabrał mi ciebie. Pamiętam, jak 

twój   ojciec   brał   mnie   za   rękę   i   powtarzał:   „Spójrz   na   to   z   innej   strony. 

99

background image

Przedtem mieliśmy jedno dziecko, a teraz mamy już dwoje”. Zapewniał mnie 

też, że niedługo doczekamy się wnuków. - Spojrzała na córkę przepraszającym 

wzrokiem. - Ilekroć poruszał przy was ten temat, patrzyłaś z niepokojem na 

Rada. Wiedziałam, że to ja przekonałam cię, że powinnaś jeszcze poczekać.

Lainie   pochyliła   głowę   i   taktownie   przemilczała,   ile   zła   wyrządziły   rady 

matki.

- Potem go opuściłaś, a ja cieszyłam się, że będę cię miała znów przy sobie. 

Ale   ty   uciekłaś   do   Colorado   Springs.   Wtedy   zaczęłam   się   zastanawiać, 

dlaczego nie wróciłaś do mnie. Czyżbyś miała do mnie żal? Może właśnie 

moje ostrzeżenia stały się przyczyną rozpadu waszego małżeństwa?

- Cóż, miały w tym pewien udział. Przestałam ufać Radowi. Ale z czasem 

uporałabym się z tym i nie byłoby problemu. Prawdziwy powód leżał zupełnie 

gdzie indziej - odparła szczerze, lecz nie zdradziła, że wszystkiemu było winne 

odkrycie, iż Rad jej nie kochał. Nie była w stanie powiedzieć tego głośno. 

Zamrugała   powiekami,   by   powstrzymać   napływające   do   oczu   łzy.   -   Och, 

mamo, czemu wcześniej tak nie rozmawiałyśmy?

- Bo nigdy nie byłam dobrą matką. Nadal nią nie jestem... Lainie - spytała 

nagle z niepokojem - ale nie wróciłaś do niego dlatego, że potrzebowałyśmy 

pieniędzy? Kochasz go, prawda?

- Bardzo go kocham - odparła zdławionym z bólu głosem i poczuła, jak pęka 

w niej jakaś tama. Nie protestowała, gdy matka przytuliła ją do siebie, by 

Lainie mogła się wypłakać.

Na   chodniku   leżał   topniejący   śnieg.   Białe   płatki   wirowały   powoli   w 

powietrzu, a zasnute ołowianymi chmurami niebo zwiastowało kolejne opady. 

Mroźny podmuch wiatru spowodował, że Lainie szczelniej otuliła się swoją 

białą kurtką z kapturem.

100

background image

Właściwie   nie   wiedziała,   czy   ma   się   cieszyć,   czy   martwić.   Lekarze   byli 

zaskoczeni   tempem,   w   jakim   poprawiał   się   stan   zdrowia   pacjentki. 

Przypuszczali, iż nowe lekarstwo rzeczywiście na jakiś czas zatrzymało postęp 

choroby, Lainie widziała jednak, że główna przyczyna leżała gdzie indziej. 

Mama przez te wszystkie lata czuła się winna, że spowodowała rozpad jej 

małżeństwa.   Teraz   zaś   promieniała   radością,   ponieważ   wszystko   się   jakoś 

ułożyło, jej córka wreszcie znalazła szczęście. Lainie zaciskała więc zęby i w 

szpitalu starała się stwarzać wrażenie, że życie u boku ukochanego mężczyzny 

jest nieprzerwanym pasmem rozkoszy. W istocie było zupełnie inaczej.

Rad dotrzymał słowa. Więcej już jej nie niepokoił. Co więcej, polecił pani 

Dudley przenieść wszystkie jego rzeczy z sypialni do pokoju gościnnego, co 

bynajmniej nie poprawiło i tak już napiętych stosunków między panią domu a 

gospodynią.

Nadal jadali razem późne obiady, podczas których nieodmiennie toczyła się 

uprzejma i niezobowiązująca konwersacja, która nie zbliżała ich do siebie ani 

trochę. Sondra nie wpadała już więcej z wieczornymi wizytami, co jednak nie 

zmieniało niczego. Między Lainie a Radem panowała obojętność i chłodna 

uprzejmość.

Większość   czasu   spędzali   oddzielnie,   razem   bywali   jedynie   na   różnych 

przyjęciach,   gdzie   Rad   załatwiał   interesy.   Tego   dnia   również   wychodzili 

wieczorem   i   dlatego   Lainie   znajdowała   się   teraz   w   centrum   handlowym. 

Wczoraj kupiła sukienkę, którą zamierzała dziś włożyć, ale zażyczyła sobie 

kilku drobnych przeróbek. Właśnie szła ją odebrać.

Pośród licznych odgłosów wielkomiejskiego gwaru usłyszała znajomy głos. 

Rozejrzała   się   i   ujrzała   Lee   Waltersa,   który   właśnie   żegnał   się   z   jakimś 

mężczyzną. Miała ochotę pójść dalej, jakby nigdy nic, i w ten sposób uniknąć 

niezręcznego spotkania, ale już było za późno. Zauważył ją.

101

background image

Podszedł do niej powoli. Wymruczeli niewyraźnie jakieś słowa powitania, po 

czym Lee ujął jej dłoń i zaciągnął ją pod arkady dużego domu towarowego, 

gdzie byli choć trochę osłonięci przed wiatrem. Chciwym wzrokiem wpatrywał 

się w piękną twarz Lainie.

-   Tęskniłem   za   tobą   -   powiedział   wprost.   -   Tysiące   razy   sięgałem   po 

słuchawkę,   po   czym   przypominałem   sobie,   że   przecież   nie   mam   do   ciebie 

żadnego prawa.

- Pewnie i tak byś mnie nie zastał. Z reguły przesiaduję u mamy w szpitalu, 

muszę też towarzyszyć Radowi na różnych przyjęciach.

Patrzyła na jego czarujący uśmiech, na osiadające na jego jasnych włosach 

płatki śniegu, na patrzące z uczuciem niebieskie oczy i pomyślała, jak łatwo 

było   się   poddać   jego   miłości,   która   nie   żądała   niczego   w   zamian.   Mało 

brakowało...

- Czy jesteś z nim szczęśliwa?

- Nigdy nie jest tak, że człowiek czuje się szczęśliwy przez cały czas. Ale 

owszem, generalnie jestem zadowolona - odparła szczerze. Przecież wciąż była 

z Radem, była jego żoną, dobre i to, skoro nie mogła liczyć na więcej. - A ty? 

Co u ciebie?

- W porządku. Co teraz robisz? Mógłbym cię zaprosić na kawę?

Odsunęła rękaw kurtki i spojrzała na zegarek.

- Obawiam się, że nie mam czasu. Muszę odebrać sukienkę, wracać do domu 

i przygotować się na kolejne przyjęcie, tym razem u Fredericksonów.

- U Fredericksonów? - Jego twarz rozpromieniła się, a oczy rozbłysły. - Ja też 

zostałem zaproszony. W takim razie zobaczymy się dziś wieczorem.

Uradowany   tą   myślą,   pochylił   się   i   pocałował   Lainie   w   policzek.   Gdy 

odszedł, odwróciła się, by wejść do domu towarowego i nagle ujrzała przed 

sobą parę jarzących się zielonych oczu, które patrzyły na nią ze złośliwym 

102

background image

triumfem. Sondra najwyraźniej była świadkiem spotkania z Lee, musiała też 

wszystko słyszeć, gdyż stała nie opodal. Już otwierała usta, by coś powiedzieć, 

lecz Lainie wyminęła ją pośpiesznie, znikając we wnętrzu.

Ostrożnie, by nie naruszyć fryzury ani makijażu, włożyła przez głowę nową 

sukienkę.   Soczysty,   lecz   nie   jaskrawy   odcień   oranżu   podkreślał   miedziane 

refleksy   w   jej   ciemnych   włosach.   Sukienka   była   uszyta   z   wyrafinowaną 

prostotą,   z   przodu   wydawała   się   nawet   skromna,   wystarczyło   się   jednak 

obrócić i ukazać odważny dekolt na plecach, by kreacja od razu stała się nad 

wyraz seksowna.

Lainie   sięgnęła   rękami   do   tyłu,   by   zapiąć   suwak.   Niestety,   już   po   chwili 

zahaczył o materiał i nie chciał ruszyć dalej. Szarpanie go tylko pogorszyło 

sprawę  i  wkrótce  zaklinował   się   na  amen.  Westchnęła   z  irytacją,  wyszła  z 

łazienki i zawołała gospodynię.

- Jest zajęta - dobiegł ją ostry głos.

Spojrzała w kierunku Rada, nie kryjąc zaskoczenia.

- Nie wiedziałam, że już wróciłeś. Jest jeszcze wcześnie.

- Do czego ci potrzebna pani Dudley?

- Zaciął mi się suwak.

-   Myślę,   że   suwaki   w   sukniach   żon,   to   specjalność   mężów   -   powiedział 

jakimś dziwnie dwuznacznym tonem i podszedł do niej.

Dotyk jego palców na jej nagich plecach wydawał się parzyć. Lainie zrobiło 

się gorąco i ogarnęło ją przemożne pragnienie, by Rad objął ją i przyciągnął do 

siebie. Kiedy jednak uwolnił materiał z suwaka, zapiął sukienkę i odsunął się 

od żony.

- Pięknie wyglądasz. To nowy zakup?

-  Tak   -   odparła   zadowolona,   że   usłyszała   od   niego   komplement.   Już   tak 

103

background image

dawno się to nie zdarzyło...

- Czy właśnie w tej kreacji zamierzałaś wystąpić dziś u Fredericksonów?

Zdziwiła się. Skąd ten nacisk na słowo „zamierzałaś”? O co mu chodzi?

- Tak.

- Czy kupiłaś ją specjalnie na to przyjęcie?

Nie miała pojęcia, czy to przesłuchanie, czy tylko zdawkowe pytania. Głos 

Rada brzmiał dość bezosobowo, co przemawiało raczej za tym drugim.

- Kupiłam ją, ponieważ nie mam żadnej naprawdę eleganckiej wieczorowej 

sukni. Uważasz, że nie jest odpowiednia na taką okazję? - zaniepokoiła się.

- Jest bardzo odpowiednia. Szkoda tylko, że Walters nie będzie cię mógł w 

niej   zobaczyć.   -   Jego   oczy   zalśniły   złowrogo,   choć   cały   czas   starał   się 

zachowywać pozory obojętności.

Nagle poczuła gniew. Zaczynała się domyślać, ku czemu to zmierza i co Rad 

chce zasugerować.

- Czy to znaczy, że nie idziemy na przyjęcie?

-  Rozczarowana?  -  zadrwił.  -  No  tak,  przecież  to  pokrzyżuje  twoje  plany 

dotyczące randki z Lee.

- Nie wiem, co ci Sondra nakłamała, ale prawda jest taka, że spotkałam go 

przypadkiem na ulicy. Podczas rozmowy okazało się, że jesteśmy zaproszeni 

na to samo przyjęcie. To wszystko.

- Cóż, nasze plany się zmieniły.

-   Jak   to   miło,   że   raczyłeś   mnie   zawczasu   powiadomić   -   wytknęła   mu 

ironicznie.

-   Nie   miałem   okazji,   przez   cały   dzień   nie   było   cię   w   domu   -   odparł 

nieprzyjemnym tonem. - Zdecydowałem rano, że spędzimy weekend w Vail.

- Jedziemy na narty? - zdziwiła się.

- To też. Ponadto mam tam coś do załatwienia. Wyjeżdżamy jutro z samego 

104

background image

rana.

Lainie czuła, że wszystko się w niej gotuje. Nie znosiła, gdy mówił do niej 

takim tonem i jej rozkazywał.

- To jednak nie wyjaśnia, dlaczego mamy nie iść dziś na przyjęcie.

- Przecież będziesz potrzebowała trochę czasu, żeby się spakować, prawda? 

Ponadto   pomyślałem,   że   skoro   nas   przez   parę   dni   nie   będzie,   to   pewnie 

będziesz chciała skontaktować się jeszcze dzisiaj z matką.

A ona przez chwilę łudziła się nadzieją, że jest zazdrosny o Lee. Poczuła 

rozczarowanie. Zazdrość świadczyłaby o tym, że Radowi choć do pewnego 

stopnia na niej zależy. Niestety, każdym słowem okazywał, jak dalece jest mu 

obojętna.

- Skoro jedziesz w interesach, to czemu chcesz mnie zabrać ze sobą? - spytała 

jeszcze, gdyż kołatała się w niej resztka nadziei.

- Myślałem, że może odmiana dobrze ci zrobi. Ale nie musisz jechać, jeśli nie 

masz ochoty. Mnie jest wszystko jedno.

W tym momencie powinna była się poddać, ale wiadomo, że nadzieja umiera 

ostatnia. Podjęła więc jeszcze jedną próbę.

- Gdzie się zatrzymamy?

- Czemu pytasz?

- Zastanawiałam się... Bo może... - Jej oczy przybrały błagalny wyraz. - Czy 

przypadkiem nie w małej drewnianej chatce niedaleko Vail?

- W jakiej chatce?

Lainie umilkła. W tej sytuacji nie było już nic więcej do powiedzenia. Ze 

znużeniem wzruszyła ramionami i poszła do sypialni, by zdjąć swoją piękną 

wieczorową suknię.

105

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Śnieg   przestał   padać   o   poranku.  Wszystko   było   pokryte   nieskalaną   bielą, 

która lśniła oślepiająco w promieniach słońca. Tu i ówdzie dmuchnięcie wiatru 

podrywało do góry garść srebrzystego pyłu, który przez chwilę wirował w 

mroźnym   powietrzu,   po   czym   z   cichym   szelestem   opadał   w   dół.   Okryte 

szronem   gałęzie   drzew   przypominały   staroświecką   koronkę   o   misternym 

wzorze. Zielone świerki uginały się pod puszystymi białymi czapami.

Tablica   z   nazwą   miejscowości   ledwo   wystawała   z   ogromnej   zaspy,   a 

oblepiający ją śnieg niemal uniemożliwiał odcyfrowanie liter, które układały 

się   w   słowa:   Loveland   Pass.   Biały   mercedes   zjechał   na   boczny   pas,   by 

wyminąć   pług   śnieżny,   z   daleka   już   widoczny   dzięki   pulsującym   żółtym 

światłom.

Wydawało się, że panująca w samochodzie temperatura jest równie niska jak 

na zewnątrz. Między Lainie a Radem panowało lodowate milczenie. Liczyła co 

prawda na to, że piękno tego poranka pozytywnie wpłynie na nastrój męża, ale 

jej pragnienie nie spełniło się. Gdy wyjechali z Denver, próbowała nawiązać 

rozmowę,   lecz   krótkie   i  niechętne   odpowiedzi   Rada   wskazywały   na   to,   że 

żałuje, iż w ogóle ją ze sobą zabrał.

Nie odrywając oczu od drogi, podał jej paczkę papierosów.

- Przypal mi, proszę.

Zawahała się przez moment, wyjęła jednego papierosa i włożyła do ust. Było 

w tym coś szalenie intymnego, coś przypominającego skradziony pocałunek. 

Gdy oddała Radowi żarzący się papieros, zastanowiła się, czy poczuł na nim 

ciepło jej warg. Ale nie potrafiła nic wyczytać z jego obojętnej twarzy.

- Jutro jestem umówiony z jednym z moich pracowników. Zaproponowałem, 

że spędzisz ten czas z jego żoną, chętnie się zgodzili. Chyba że wolisz obyć się 

bez towarzystwa? - Zerknął na nią przelotnie.

106

background image

- Nie - westchnęła z rezygnacją, jednak nie mogła się powstrzymać przed 

dodaniem cierpkiej uwagi: - Ciekawe, w jaki sposób zamierzasz pozbyć się 

mnie dzisiaj?

Posłał jej gniewne spojrzenie.

-   Chciałem   zabrać   cię   na   narty.   Miałem   nadzieję,   że   gdy   się   zmęczysz, 

będziesz nieco milsza. Nie będziesz miała siły się stawiać.

- Ciekawe, na co liczysz w związku z tym? - spytała ostro.

Ze znużeniem odgarnął włosy z czoła.

- Chyba nie oczekujesz, że będę odgrywał rolę czułego kochanka i starał się 

ciebie uwieść? To chyba byłaby pewna przesada, nie sądzisz?

Czy on naprawdę na każdym kroku musiał jej uświadamiać, jak dalece o nią 

nie dba? Nie było takiej potrzeby, ona nie zapominała o tym ani na chwilę! 

Broda zaczęła jej podejrzanie drżeć.

- Och, myślałam, że w czasie podróży służbowych przychodzi ci to w sposób 

naturalny, że wcale nie musisz się zbytnio wysilać. Powinieneś mieć w tym do-

świadczenie, wziąwszy pod uwagę twoje liczne wyjazdy z Sondrą...

- Czy ty nigdy nie przestaniesz?!

Odchylił   się   mocniej   do   tyłu   i   zaciągnął   się   głęboko,   jakby   potrzebował 

chwili   relaksu.   Lainie   zauważyła   ze   zdziwieniem,   że   był   bardzo   spięty   i 

wyraźnie zmęczony.

- Wiem, że jesteś zła, bo odciągnąłem cię od twojego cacanego Waltersa, ale 

skoro już tu jesteśmy razem, to mogłabyś przynajmniej udawać, że sprawia ci 

to jakąś przyjemność. Przynajmniej na kilka dni zapomnijmy o przeszłości, 

przyszłości i o różnych innych sprawach.

Poczuła   na   sobie   jego   natarczywy   wzrok,   ale   nie   spojrzała   mu   w   oczy. 

Uporczywie wpatrywała się w rozciągającą się przed nimi biel.

- To co? Umowa stoi?

107

background image

Przytaknęła ledwo słyszalnym głosem.

Apartament Rada w Górach Skalistych nie wyglądał aż tak olśniewająco jak 

ten   w   Denver,   ale   i   tak   nie   można   mu   było   odmówić   elegancji   i   luksusu. 

Składał się z sypialni, pokoju gościnnego, niewielkiej kuchni i przytulnego 

salonu   wyłożonego   dębową   boazerią.   W   tym   ostatnim   królował   ceglany 

kominek, otoczony z trzech stron przepastnymi kanapami i fotelami, utrzy-

manymi w ciepłej, czerwono-żółtej tonacji. Kontrastowało to z prostokątami 

ostrej bieli, gdyż okna wychodziły wprost na ośnieżone stoki.

Rad   zaniósł   swoje   bagaże   do   mniejszego   pokoju,   zaś   Lainie   ulokował   w 

sypialni.   Impulsywnie   zaoferowała,   że  rozpakuje  jego  rzeczy,   ale  odmówił. 

Zaproponował natomiast, by wyjęła swoje, przebrała się i za jakąś godzinę 

była gotowa do wyjścia na narty. Ponieważ powiedział to spokojnie, a nie 

wydał jej rozkazu, jak to miał w zwyczaju, bez słowa protestu pośpieszyła do 

swego pokoju.

Trzy   kwadranse   później   weszła   do   salonu   w   złocistym   kombinezonie   w 

brązowe pasy. Jednak Rad zupełnie nie docenił tego, że była gotowa wcześniej, 

skinął tylko głową i z niecierpliwością już otwierał drzwi. Najwyraźniej chciał 

jak najszybciej znaleźć się na powietrzu.

Lainie liczyła na to, że w trakcie tego wyjazdu Rad się odpręży i że wreszcie 

zniknie to poczucie obcości, jakie panowało między nimi od tamtej pamiętnej 

nocy. Nic jednak nie wskazywało na to, by cokolwiek miało się zmienić na 

lepsze.

Gdy jechali na górę wyciągiem, zdała sobie sprawę z tego, że przez cały czas 

podświadomie   żywiła   nadzieję,   iż   wyjazd   w   miejsce,   gdzie   spędzili 

niezapomniane chwile, spowoduje powtórzenie miodowego miesiąca. Otaczały 

ich   wszak   te   same   szczyty,   to   samo   niebo,   ta   sama   przyroda,   która   była 

108

background image

świadkiem ich szczęścia. Wszystko to samo. Tylko ludzie już inni.

Ogarnęła ją zupełna apatia. Wkrótce jednak Lainie musiała się otrząsnąć z 

uczucia zniechęcenia, gdyż góry mają swoje prawa. Gdy stanęła na szczycie, 

przestała się nad sobą roztkliwiać. Założyła gogle, a ich żółtawy kolor sprawił, 

że wszystko wydawało jej się weselsze. Poczuła dreszcz podniecenia. Dawno 

nie jeździła, ciekawe, jak jej pójdzie. Śmignęła w dół.

Wiatr   zaświstał   jej   w   uszach.   Fantastycznie!   Odzwyczajone   od   wysiłku 

mięśnie co prawda trochę protestowały, ale radość z jazdy przyćmiła wszystko. 

Naraz kątem oka dostrzegła sylwetkę Rada w czarno-białym kombinezonie. 

Stał już u podnóża stoku i obserwował ją. Pojechała wprost na niego i niemal 

w ostatniej chwili wykonała efektowny zwrot, wzbijając tuman śniegu.

Zatrzymała się i podciągnęła gogle na czubek głowy. Była podekscytowana, 

jej oczy lśniły, policzki i czubek nosa zaróżowiły się wyraźnie. Zapomniała o 

wszystkich smutkach, a jej usta same rozciągnęły się w szerokim uśmiechu. 

Rad również tryskał energią i radością.

- Chcesz zrobić sobie przerwę przed następną turą? - spytał.

-  Odpocznę  na  wyciągu  -  sapnęła,  zastanawiając  się,  skąd  ten  nagły  brak 

oddechu. Zadyszała się podczas zjazdu, czy też tak ją oszołomił jego pełen 

ciepła uśmiech?

Tym razem zjeżdżali wolniej. Rad nie popędził znowu jak strzała do przodu, 

tylko dostosował tempo do tempa Lainie. W połowie stoku dał znak, by się 

zatrzymała,   następnie   wziął   ją   za   rękę   i   razem   weszli   na   niewielkie 

wzniesienie. Roztaczał się stąd piękny widok na obie strony doliny, w której 

się znajdowali. Po ich prawej ręce bezdrzewne zbocze opadało w dół szeroką 

nartostradą, poznaczoną meandrami śladów nart, po lewej zaś rozciągała się 

pokryta dziewiczą bielą puszcza. Na dnie doliny wił się strumień, raz kryjąc się 

pod śniegową pokrywą, a kiedy indziej wypływając na powierzchnię.

109

background image

- Góry to najpiękniejszy kościół świata - powiedziała z uczuciem Lainie, po 

czym  nagle  zawstydziła się swego  pełnego  zachwytu wyznania.  Niepewnie 

zerknęła na Rada. Wykpi ją?

Ale on też z oczarowaniem wpatrywał się w bajkową scenerię, jaka widniała 

przed ich oczyma.

- Majestatyczne i wzniosłe... Tak, masz absolutną rację - uśmiechnął się do 

niej. - Jedziemy dalej?

Wrócili   na   stok   i   bez   pośpiechu   zaczęli   zjeżdżać   na   dół   łagodnymi 

trawersami. Lainie czuła się cudownie beztroska, gdyż nagle okazało się, że 

jednak   jest   możliwa   między   nimi   jakaś   komunikacją.   Czyli   nie   wszystko 

jeszcze stracone! W jej sercu znów nieśmiało zaświtała nadzieja.

Na moment odwróciła głowę w stronę Rada, by spytać, czy zrobią trzecią 

turę, gdy nagle niespodziewanie trafiła na muldę. Wyrzuciło ją do góry, po 

czym spadła na stok i ciężko klapnęła na siedzenie. Przez moment rozglądała 

się dookoła, mrugając ze zdziwieniem oczyma, gdyż nie bardzo pojmowała, co 

się z nią stało. Rad już klęczał przy niej i z trudem powstrzymywał śmiech.

- Nic ci nie jest?

Lainie doceniła to, że nie śmiał się z jej upadku, który musiał wyglądać dość 

zabawnie.

- Kto by pomyślał, że śnieg może być taki twardy. - Oparła się na łokciu, a 

drugą ręką rozmasowywała obolałe miejsce.

- Co bardziej ucierpiało na tym upadku, twoja duma czy pewna część ciała?

- Pierwsza jest urażona, a druga potłuczona - mruknęła uśmiechając się.

Rad ujął ją pod pachy i pomógł jej wstać. Podniosła się niezgrabnie i ustawiła 

narty równolegle.

- Pojedziemy sobie powolutku, korzystając z tego, że nie uszkodziłaś sobie 

zbytnio tego i owego.

110

background image

Tym razem Lainie nie odbierała jego wypowiedzi jako kpin. Określiłaby je 

raczej mianem przyjaznych żartów, gdyż ton głosu Rada był miły i ciepły. I 

patrzył na nią jakoś tak inaczej... Kiedy znaleźli się już na dole, spojrzał na nią 

pytająco.

- Chyba muszę trochę odpocząć - powiedziała.

- Nie masz nic przeciw temu, że wykonam jeszcze jedną rundkę?

-   Oczywiście,   że   nie.   Poczekam   na   ciebie   w   tym   małym   barku.   Kubek 

gorącego kakao dobrze mi zrobi.

- To ja się odmeldowuję.

Zasalutował jeszcze z uśmiechem, zanim udał się w stronę wyciągu. Może i 

dobrze.   Będzie   miała   czas,   by   trochę   ochłonąć.   Była   tak   podekscytowana 

zmianą na lepsze w ich wzajemnych stosunkach, że lada moment mogła zacząć 

okazywać mu więcej uczucia, niż zamierzała. Musiała zachować rozsądek i 

pilnować się, by nie ulec urokowi Rada. Już niemal zapomniała, jak bardzo 

potrafił   być   czarujący   i   uwodzicielski.  Wystarczyła   mała   próbka,   a   znowu 

kręciło jej się w głowie...

Godzinę później ujrzała jego barczystą sylwetkę, gdy torował sobie drogę w 

jej stronę poprzez tłum narciarzy. Serce Lainie natychmiast zaczęło wyprawiać 

przedziwne rzeczy. W dodatku pochlebiało jej, że liczne kobiety śledziły Rada 

pełnym   uznania   wzrokiem.   Gdy   więc   podszedł   do   niej,   ujął   pod   ramię   i 

wyprowadził na zewnątrz, poczuła się bardzo dumna. On również pysznił się 

jak paw, pewnie świetnie mu poszło na stoku i stąd ta mina zwycięzcy.

Nawet   nie   pytała,   dokąd   ją   zabiera.   Mogła   iść   choćby   na   koniec   świata, 

proszę bardzo. Byleby z nim.

Dopiero   gdy   weszli   do   jakiegoś   wnętrza,   które   oślepionej   słońcem   Lainie 

wydało się zupełnie ciemne, podniosła na Rada pytające spojrzenie.

- Nie uważasz, że coraz lepiej nam idzie? - uśmiechnął się do niej wesoło. - 

111

background image

Myślę, że teraz czas na małego drinka.

W   jego   słowach   nie   było   już   nawet   cienia   kpiny   czy   sarkazmu. 

Uszczęśliwiona tym odkryciem Lainie pozwoliła się zaprowadzić do stolika. 

Ostrożnie usiadła na krześle.

- Jak się czujesz? - spytał, obserwując ją.

- Całkiem nieźle. - Poprawiła się tak, by nie siedzieć na najbardziej obolałym 

miejscu.

Rad zamówił dla nich grzany rum. Nie bardzo mogli rozmawiać, gdyż w 

kawiarence, wypełnionej kolorowym tłumem narciarzy, panował głośny zgiełk. 

Było tu przytulnie i ciepło, jednak z uwagi na hałas wyszli, gdy tylko się napili. 

Poczuli głód i poszli poszukać jakiejś dobrej restauracji.

Powoli zapadał zmierzch. Ostatnie promienie zachodzącego słońca barwiły 

szczyty   gór   złotem   i   purpurą.   Gdy   Lainie   i   Rad   zjedli   obiad   i   wyszli   na 

zewnątrz, na granatowym niebie świeciły już gwiazdy. Pomiędzy nimi widniał 

blady sierp księżyca.

-   Zmęczona?   -   spytał   Rad,   ponieważ   Lainie   westchnęła   głęboko,   gdy 

zatrzymali się przed domem.

- Zadowolona. - Posłała mu pełen słodyczy uśmiech.

No, prawie zupełnie zadowolona, skorygowała w myślach. Na zakończenie 

tego pięknego dnia przydałoby się, żeby Rad wziął ją wreszcie w ramiona...

Kiedy weszli do apartamentu, Lainie przestraszyła się, że atmosfera stanie się 

bardziej napięta. Zaistniała sytuacja stwarzała bowiem rozliczne możliwości, 

właściwie nie wiadomo było, jak się zachować.

- Czy tu jest kawa? - spytała może cokolwiek zbyt nerwowo.

- Powinna być w kuchni.

- Zrobię cały dzbanek. Może w tym czasie rozpaliłbyś w kominku?

Rad zgodził się bez oporów i bez żadnych uwag, co ją zaskoczyło i ucieszyło. 

112

background image

Ten wyjazd rzeczywiście dobrze im obojgu robił.

Jakiś czas później siedzieli w zgodnym milczeniu na kanapie, delektując się 

kawą i wpatrując się w tańczące płomienie. Ponieważ Rad nie zapalił światła, 

w salonie panował nastrojowy półmrok.

Lainie z trudem oderwała wzrok od hipnotyzującej gry ognia.

-   Powiedz   mi   coś   o   tych   ludziach,   z   którymi   się   jutro   spotykamy   - 

zaproponowała.

- O Hansonach? - Rad nie odwracał wzroku od kominka. - Chodziliśmy ze 

Steve’em do szkoły średniej, byłem świadkiem na jego ślubie, potem zaczął 

pracować dla firmy mojego ojca. Teraz pracuje dla mnie.

- Nie przypominam sobie, żebyś kiedykolwiek o nim wspominał.

- Gdy mieszkaliśmy razem, Steve siedział akurat w naszej filii w Luizjanie. - 

Po raz pierwszy w jego głosie nie słychać było goryczy, gdy wspominał tamten 

okres. - Tam urodziło się ich trzecie dziecko.

- To ile ich mają?

-  Czworo. Trzy  dziewczynki   i  chłopiec.  Mały  jest  moim  chrześniakiem.  - 

Spojrzał na Lainie i uśmiechnął się. - Sean to żywe srebro. Kiedy miał dwa 

latka,   po   każdej   zabawie   z   nim   miałem   ślady   jego   zębów.   Gdy   miał   trzy, 

wychodziłem posiniaczony, bo jeździł na mnie i kopał mnie piętami. Linda, 

żona Steve’a, mówi, że mały jest teraz na etapie zabawy w Indian. To oznacza, 

że tym razem zostanę oskalpowany.

Lainie roześmiała się i popatrzyła na męża z zachwytem. Nie znała go od tej 

strony.

- Czy wiesz, że po raz pierwszy od tych kilku tygodni, gdy jesteś ze mną, 

słyszę twój śmiech? - Wpatrywał się w nią tak intensywnie, że na moment aż 

przestała oddychać z wrażenia.

Zmieszała się nieco i nie wiedziała, co na to odpowiedzieć, lecz Rad nie 

113

background image

czekał na odpowiedź. Podniósł się, wyciągnął do niej rękę i pomógł jej wstać. 

Lainie nie cofnęła potem dłoni i stali tak, patrząc na siebie.

- Robi się już późno - zauważył. - Pewnie jesteś zmęczona, musisz odpocząć. 

Idź spać.

- Rad... - szepnęła z niewysłowioną tęsknotą.

Przysunęła   się   bliżej,   lecz   on   puścił   jej   rękę   i   ze   smutnym   uśmiechem 

odmownie potrząsnął głową. Następnie pochylił się i pieszczotliwie musnął 

wargami pełne usta Lainie.

- Idź spać. Jeszcze tym razem...

Posłuchała go, a jej serce napełniło się radością. To znaczy, że innym razem... 

Och, Rad!

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Steve Hanson był mniej więcej tego samego wzrostu, co Rad, ale potężniej 

zbudowany.   Proste   włosy   w   kolorze   pszenicy   opadały   mu   na   czoło,   silnie 

kontrastując ze spaloną na brąz skórą. Linda, popielata blondynka o falujących 

włosach, była znacznie niższa od męża.

Rad przedstawił ich Lainie, po czym cała czwórka usiadła razem w salonie, 

żeby panie miały możliwość zapoznać się ze sobą, zanim zostaną same. Był to 

bardzo dobry pomysł, gdyż dzięki obecności swoich mężów były rozluźnione i 

już   po   kilkunastu   minutach   czuły   się   w   swoim   towarzystwie   całkiem 

swobodnie. Dopiero wtedy Rad i Steve podnieśli się i oznajmili, że można się 

ich spodziewać po południu.

Dwie starsze córki państwa Hansonów poszły na narty, młodsza przebywała u 

przyjaciół rodziny i w domu został tylko czteroletni Sean, który rzeczywiście 

ani   przez   chwilę   nie   potrafił   spokojnie   usiedzieć   na   miejscu.   Przez   całe 

przedpołudnie   biegał   między   domem   a   ogrodem,   gdzie   lepił   bałwana. 

114

background image

Nieustannie domagał się, żeby mama wychodziła na zewnątrz i patrzyła, jak 

mu idzie.

Mały   był   śliczny.   Miał   jasne   włoski   i   rozkosznie   zaróżowione   od   mrozu 

policzki, jednak ta anielska uroda była zwodnicza. Łobuzerskie błyski w jego 

oczach   ujawniały,   że   bynajmniej   nie   miało   się   do   czynienia   ze   słodkim 

cherubinkiem.

Linda zabawiała Lainie niezliczonymi anegdotami o psotach Seana, spędziły 

więc miłe, aczkolwiek dość męczące przedpołudnie. Po lekkim posiłku matka 

namówiła synka na małą drzemkę, mogły więc z Lainie wreszcie spokojnie 

usiąść i napić się kawy. Panująca w domu cisza nastrajała do poważniejszej 

rozmowy.

- Opowiedz mi o sobie i o Radzie - zaproponowała pani domu.

Lainie poczuła się nieco zaambarasowana. Nie znała przecież tej kobiety, cóż 

więc   miała   jej   powiedzieć?   Raczyć   ją   wyssanymi   z   palca   bajeczkami   o 

szczęśliwym małżeństwie? Prawdy wyznać nie mogła, a kłamać nie chciała.

- Właściwie nie ma o czym mówić - wykręciła się.

- Jak długo się znacie? - dociekała Linda, bynajmniej nie zniechęcona.

- Od sześciu lat.

- Musiałaś więc znać jego żonę! - zawołała poruszona. - Byliśmy wtedy ze 

Steve’em w Luizjanie, nie spotkaliśmy jej nigdy.

Lainie osłupiała. Nagle skojarzyła, że Rad przedstawił ją wyłącznie z imienia, 

nie powiedział, że są małżeństwem.

- Owszem, znam ją - przyznała, unikając spojrzenia w szczere oczy Lindy.

- Mam wrażenie, że musiała być strasznie rozkapryszona. W dodatku Rad 

wybrał nie najlepszy czas na ożenek.

- To znaczy?

-   Jego   ojciec   prowadził   firmę   razem   ze   wspólnikiem.   Wtedy   postanowił 

115

background image

zostać wyłącznym właścicielem i właśnie finalizował transakcję wykupienia 

udziałów  tamtego człowieka. Oznaczało  to  dla  niego  i  dla jego syna masę 

roboty w najbliższym czasie. Dlatego Rad tak nalegał na szybki ślub. - Linda w 

zamyśleniu pokiwała głową. - Trochę mi szkoda tej dziewczyny. Najpierw Rad 

spędzał z nią każdą wolną chwilę i robił wszystko, by zgodziła się wyjść za 

niego, a po ślubie natychmiast rzucił się w wir pracy, gdyż miał sporo do 

nadrobienia. Nic dziwnego, że jego żonie trudno było się z tym pogodzić.

-   Tak,   z   całą   pewnością   nie   było   jej   łatwo   -   zgodziła   się   wytrącona   z 

równowagi   Lainie.   Gdyby   przedtem   wiedziała,   czemu   Rad   przesiaduje   w 

firmie całymi dniami...

- Kiedy się rozeszli, zmienił się bardzo. Stał się zgorzkniały i cyniczny. Ale 

widzę, że przy tobie jest inny, odżył wyraźnie. Do tej pory ożywiał się tylko 

przy dzieciach, uwielbia je. Szaleją za sobą z Seanem.

Linda   najwyraźniej   całkiem   dobrze   orientowała   się   w   sytuacji.   Lainie   nie 

potrafiła więc oprzeć się pokusie spytania o coś, co dręczyło ją od lat.

- A jego sekretarka?

-   Sondra?   -   Roześmiała   się   Linda   i   zerknęła   na   swoją   rozmówczynię.   - 

Zazdrosna? Zapewniam cię, że nie masz najmniejszych powodów. Gdyby była 

dla   niego   kimś   więcej   niż   sekretarką,   z   pewnością   napomknąłby   o   tym 

Steve’owi, znają się jak łyse konie i opowiadają sobie prawie o wszystkim. A 

gdyby Steve wiedział, to i ja też. Co nie oznacza, że nie próbowała zarzucić na 

niego swojej sieci.

Lainie   pomyślała   właśnie,   że   gdyby   Hansonowie   nie   mieszkali   przed 

pięcioma   laty   w   Luizjanie   i   że   gdyby   znała   Linde   wcześniej,   to   wszystko 

pewnie dałoby się naprawić. Ba, właściwie nie trzeba by było niczego na-

prawiać...

- Myślisz... - zaczęła zdławionym głosem. - Myślisz, że Rad kochał swoją 

116

background image

żonę?

-   Nigdy   nie   chciał   o   tym   mówić,   wyraźnie   sprawiało   mu   to   ból.  Ale   nie 

wyobrażam sobie, by poszedł do ołtarza z kobietą, która niewiele by dla niego 

znaczyła. Bardzo sobie cenił swoją niezależność. Ale na twoim miejscu nie 

przejmowałabym się tym. - Uśmiechnęła się, by dodać Lainie otuchy. - Ona ci 

nie zagraża. Było, minęło. Rad nie popełniłby dwa razy tego samego błędu i z 

pewnością nie zechce mieć nigdy więcej nic wspólnego z tą kobietą.

Ale   zechciał!   Lainie   coraz   mniej   z   tego   wszystkiego   rozumiała.   Natrętnie 

nasuwało   się   przypuszczenie,   że   zszedł   się   z   nią   ponownie   wyłącznie   dla 

zemsty, gdyż to tłumaczyłoby wszystko. Czując mętlik w głowie, sprowadziła 

rozmowę na inny temat.

Sean   obudził   się   dopiero   koło   trzeciej,   wypił   szklankę   mleka,   zjadł   kilka 

herbatników i już chciał biec, by dokończyć lepienie swego bałwana. Ponieważ 

Linda   przygotowywała   obiad,   Lainie   zaproponowała,   że   to   ona   ubierze 

małego.

Sean, jak to dziecko, nie bawił się w podchody, tylko stawiał sprawę wprost.

- Ile masz dzieci? - spytał, gdy owijała mu szyję szalikiem.

- Ani jednego - odparła z uśmiechem. - Ale mam nadzieję, że któregoś dnia 

będę miała.

- Ile chcesz mieć? - niestrudzenie dopytywał się malec.

- Myślę, że trójkę.

- Sami chłopcy - zażądał stanowczo Sean.

- A co sądzisz o dwóch chłopcach i jednej dziewczynce? - zaproponowała.

Za plecami usłyszała stłumiony chichot Lindy.

- Dobra, może być - zgodził się z lekkim ociąganiem, po czym spojrzał gdzieś 

za nią, a  jego  twarzyczka rozpromieniła się. - Wujek  Rad!  -  wykrzyknął  i 

117

background image

wyrwał się z rąk Lainie.

Zaskoczona, odwróciła się błyskawicznie. Rad stał w drzwiach i przypatrywał 

jej się wzrokiem, w którym widniało coś więcej niż tylko rozbawienie. Pod 

jego spojrzeniem zarumieniła się po same uszy. Na szczęście Sean domagał 

się, żeby wujek się nim zajął, skorzystała więc z okazji i umknęła do kuchni, 

gdzie   natychmiast   zaofiarowała   się   z   pomocą   przy   robieniu   obiadu.   Linda 

wręczyła   jej   nóż  i  torbę  marchwi.   Lainie   zawzięcie   strugała  warzywa,   gdy 

nagle poczuła na ramionach dłonie Rada.

- Tęskniłaś za mną? - usłyszała przy uchu jego szept.

W tym momencie do kuchni wpadł Sean z wiadomością, że jest telefon do 

wujka Rada, i to zamiejscowy, i że wujek natychmiast musi z nim iść, bo ktoś 

na wujka czeka i bardzo pilnie chce z wujkiem rozmawiać.

Westchnął   z   żalem,   uścisnął   Lainie   i   poszedł   do   salonu.   Zanim   wrócił, 

zdążyły z Linda ułożyć dania na półmiskach i były gotowe do podania obiadu. 

Gdy Rad ponownie pojawił się w kuchni, odwróciła się do niego z niepewnym 

uśmiechem, lecz mars na jego twarzy nie wróżył niczego dobrego.

- Przykro mi, ale musimy przełożyć ten obiad na kiedy indziej. Natychmiast 

wracamy do Denver.

- Co się stało? - spytała Linda, uprzedzając tym samym pytanie Lainie.

Rad popatrzył na żonę.

- Dzwonili ze szpitala, stan zdrowia twojej matki nagle się pogorszył. Mamy 

przyjechać jak najszybciej.

Lainie zbladła jak ściana, lecz Rad już był przy niej i opiekuńczo otoczył ją 

ramieniem. Jak w transie skinęła głową, przyjmując wyrazy współczucia od 

Hansonów, ale nie była w stanie odpowiedzieć. Zresztą, nawet nie miała czasu. 

Rad chwycił ich ubrania i bez chwili zwłoki zaprowadził ją do samochodu. 

Wrócili do apartamentu, spakowali się w mgnieniu oka i wyruszyli w drogę.

118

background image

Podróż do  Denver  była  dla  niej   koszmarem.  Starała  się  być  dzielna  i  nie 

wpadać w histerię, ale gdyby nie uspokajające spojrzenia Rada, mogłaby nie 

wytrwać w swoim postanowieniu. Och, jak to cudownie, że miała go teraz przy 

sobie.   I   jak   dobrze,   że   pomyślał   o   tym,   by   zostawić   w   szpitalu   wszystkie 

numery telefonów, pod którymi mieli się znajdować podczas wyjazdu. Gdy 

wyskoczyła   z   samochodu,   ze   zdumieniem   spostrzegła   biegnącą   ku   niej 

znajomą postać.

- Po otrzymaniu wiadomości zadzwoniłem do Ann - wyjaśnił cicho Rad. - 

Pomyślałem, że w takiej chwili będziesz potrzebowała jej obecności.

Tak   więc   to   Ann   towarzyszyła   jej,   gdy   weszła   do   pokoju   matki.   Rad 

tymczasem poszukał lekarza. Lainie stanęła przy łóżku i popatrzyła na leżącą 

na   nim   drobną   sylwetkę.   Kiedyś   byłaby   przekonana,   że   matka   celowo 

wmawiałaby   sobie   i   otoczeniu   jak   najgorszy   stan   zdrowia,   byleby   tylko 

ściągnąć córkę do siebie. Jednak przez ostatni miesiąc zbliżyły się do siebie jak 

nigdy przedtem. Ich zażyłość i wzajemne zrozumienie stało się tak wielkie, że 

Lainie nie miała najmniejszych wątpliwości, że mama nie zrobiłaby jej czegoś 

takiego.

- Kiedy na ciebie czekałam, pielęgniarka powiedziała mi, że chyba są oznaki 

poprawy - szepnęła Ann.

Lainie skinęła głową. Och, oby to była prawda!

- Jak długo jest nieprzytomna? - spytała równie cicho.

- Ona właściwie nie jest nieprzytomna - wyjaśniła przyjaciółka. - To bardziej 

przypomina letarg.

Jakby na potwierdzenie tych słów, pani Simmons powoli uniosła powieki. 

Lainie natychmiast przysiadła na brzegu łóżka i ujęła wychudzoną dłoń matki. 

Chora powiodła dookoła błędnym spojrzeniem, które w końcu spoczęło na jej 

twarzy.

119

background image

- Lainie?

- Tak, mamo, jestem przy tobie. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz.

- Przecież powiedziałam im, żeby cię nie wzywali - mówiła z trudem chora. - 

Chciałam, żebyś spędziła ten czas z Radem.

- Ćśś, nic nie mów. Odpoczywaj i wracaj szybko do zdrowia.

- Dobrze. - Pani Simmons posłusznie zamknęła oczy, ale po chwili otworzyła 

je   ponownie.   -   Ponieważ   nie   zamierzam   jeszcze   umierać,   nie   życzę   sobie, 

żebyś się o mnie martwiła.

- Nie będę.

Na ustach chorej pojawił się cień uśmiechu. Zamknęła oczy i zapadła w sen. 

Lainie poczuła na ramieniu dotyk dłoni. Odwróciła się do Ann.

- Właściwie to mama mnie pocieszała, a nie ja ją - szepnęła w zamyśleniu.

- Skoro jest już lepiej, to chodźmy może do świetlicy? Myślę, że filiżanka 

kawy  dobrze   by  ci   zrobiła.   Poproszę   pielęgniarki,  na   pewno   nie   odmówią. 

Zresztą, lada moment wróci Rad i powie nam, co mówił lekarz.

Skinęła   głową   i   pozwoliła   przyjaciółce   wyprowadzić   się   z   pokoju.   Gdy 

znalazły się na korytarzu, wpadły na Lee Waltersa.

-   W   końcu   jednak   zadzwoniłem   do   ciebie,   ale   gospodyni   poinformowała 

mnie, że szukali cię ze szpitala i że twoja matka źle się czuje. - Patrzył na nią 

ze   współczuciem.   -   Przyjechałem   ci   powiedzieć,   że   gdybyś   czegoś 

potrzebowała, to jestem do twojej dyspozycji.

- To bardzo miło z twojej strony - powiedziała szczerze Lainie, ale nagle 

zrozumiała, że wolałaby, żeby Lee nie przyjeżdżał. - Na szczęście mama czuje 

się już lepiej.

- Cieszę się.

Zamierzał dodać coś jeszcze, lecz przerwała mu:

- Wybacz, ale czeka na nas mój mąż, ma nam przekazać opinię lekarza.

120

background image

Lee   wyraźnie   zesztywniał,   po   czym   bez   słowa   odsunął   się   na   bok,   by   je 

przepuścić. Ann posłała przyjaciółce zdziwione spojrzenie. Lainie zdała sobie 

sprawę z tego, że zachowała się niezbyt uprzejmie, ale naprawdę spieszno jej 

było zobaczyć Rada. Nie tylko ze względu na to, co powiedział mu lekarz.

Już z daleka zauważyła jego sylwetkę. Stał w drzwiach dyżurki pielęgniarek i 

rozmawiał z kimś. Odwrócił głowę na odgłos zbliżających się kroków, a rysy 

jego twarzy stwardniały. Lainie szukała w jego oczach poprzedniego ciepła i 

wsparcia,   ale   na   próżno.   Nawet   nie   kryła   zawodu.   Znowu   miała   wrażenie, 

jakby odgrodził się od niej niewidzialną ścianą, której nie potrafiła sforsować.

Bezosobowym tonem poinformował ją, iż rzeczywiście matka powinna z tego 

wyjść i że lekarze są dobrej myśli. Następnie oznajmił, że musi zadzwonić w 

parę   miejsc.   Lainie   prosząco   położyła   dłoń   na   jego   ramieniu   i   chciała 

zaproponować, by został z nią choć przez chwilę, lecz słowa zamarły jej na 

ustach.   Rad   popatrzył   na   dotykającą   go   rękę   z   taką   odrazą,   że   Lainie 

natychmiast cofnęła się i sama poszła do świetlicy, gdzie już czekała na nią 

Ann.

Przez   jakiś   czas   siedziały   w   milczeniu   nad   filiżankami   z   kawą,   gdyż 

przyjaciółka   taktownie   powstrzymywała   się   od   pytań.   Gdy   jednak   Lainie 

trwała w bezruchu i wpatrywała się przed siebie niewidzącym wzrokiem, Ann 

w końcu zdecydowała się. Wyjęła z jej dłoni pustą już filiżankę i usiadła obok.

- Co się dzieje?

Lainie   pokręciła   głową,   gdyż   nie   zamierzała   udzielać   odpowiedzi   na   to 

pytanie. Jednak Ann była nieustępliwa.

- Przecież wiesz, że i tak w końcu wszystko z ciebie wyciągnę. Nie lepiej 

więc, żebyś powiedziała mi od razu?

- Widziałaś, jak on na mnie spojrzał? - spytała drżącym głosem, a do jej oczu 

napłynęły łzy. - Choćbym nie wiem jak się starała, to nic z tego nie będzie.

121

background image

- Że też musiałaś go spotkać na tym koncercie...

-   Przeznaczenie.   -   Lainie   bezradnie   wpatrywała   się   w   swoje   kurczowo 

zaciśnięte dłonie. - Miłość przychodzi, kiedy chce i do kogo chce.

W niebieskich oczach Ann widniało współczucie i zrozumienie.

- Czy on wie, że go kochasz? Powiedziałaś mu?

- Nie. Wtedy byłoby jeszcze gorzej.

Nagle od strony drzwi dobiegł ją jakiś cichy odgłos, odruchowo więc uniosła 

głowę i spojrzała wprost w twarz Rada. Wpatrywał się w nią z taką pogardą, że 

aż zmartwiała. Teraz już wiedział. Słyszał ich rozmowę i stąd jego reakcja. 

Skuliła się wewnętrznie w oczekiwaniu na drwiny. Przecież stało się zupełnie 

jasne, że przez swoje uczucie jest wobec niego zupełnie bezbronna i że on 

może   zrobić   z   nią,   co   zechce.   A   Rad   z   pewnością   nie   omieszka   tego 

wykorzystać, przecież pragnął się na niej zemścić.

- Muszę z tobą zamienić parę słów - rzucił tak nieprzyjemnym tonem, że 

Lainie poczuła, jak ogarnia ją przenikliwy ziąb.

Ann   podniosła   się   i   wyszła   bez   słowa.   Rad   nadal   stał   w   drzwiach   i   nie 

odrywał   ponurego   spojrzenia   od   twarzy   żony.   Na   co   czekał?   Napawał   się 

poczuciem triumfu i dlatego odwlekał moment ostatecznego upokorzenia jej? 

Czy naprawdę musiał ją aż tak dręczyć? Lainie myślała, że już dłużej tego nie 

wytrzyma. On jednak wreszcie przestał się w nią wpatrywać i sięgnął do kie-

szeni po papierosy.

Jego   ruchy   znamionowały   tłumiony   gniew,   co   ją   zaskoczyło.   W   dodatku 

wyglądało na to, że jest wściekły na samego siebie. Nic z tego nie rozumiała. 

Gdy   w   końcu   wszedł   do   środka,   zauważyła   malującą   się   na   jego   twarzy 

rozterkę. Dziwne. Rad, którego znała, zawsze wiedział, czego chce i nigdy się 

nie wahał.

- Naszą umowę uważam za spełnioną - warknął nagle. - Oczywiście nadal 

122

background image

będę pokrywał koszty pobytu twojej matki w szpitalu, dopóki... Dopóki będzie 

to konieczne. Ale ty nie musisz już dłużej ze mną zostawać. Jesteś wolna.

- Wolna? - powtórzyła ze smutkiem. Wiedziała, że to niemożliwe. Kochała go, 

a miłości nie można rozkazać, by odeszła.

-  Tak.  Zgadzam   się  na  rozwód.  -   Skrzywił się  na  widok  jej   zdumienia.  - 

Przecież czekałaś na to całe pięć lat, prawda? - spytał sarkastycznie. - No, to 

wreszcie dopięłaś swego. Byłbym ci wdzięczny, gdybyś wróciła do nazwiska 

Simmons. Nie życzę sobie, by po świecie kręciła się jakaś była pani MacLeod.

Poczuła   przeszywający   ból.   Zamknęła   oczy.   Nawet   to...   Nawet   nie   chciał 

pamiętać   tych   kilku   pięknych   chwil,   które   przeżyli   razem.   Nie   sądziła,   że 

nienawidził jej aż do tego stopnia. Zaczęło ją dławić w gardle.

- Każę odesłać ci twoje rzeczy - dodał, kiedy Lainie nie odzywała się. Jego 

głos stracił nieco na ostrości.

- Wolałabym sama się tym zająć.

Nie   wiedziała,   jakim   cudem   udało   jej   się   cokolwiek   powiedzieć   przez 

boleśnie ściśnięte gardło. Rad popatrzył na nią pytająco. Domyślała się, że 

wykpiłby   ją,   gdyby   podała   mu   prawdziwy   powód.   Otóż   nie   zamierzała 

zabierać   tych   ubrań,   które   kupiła   w   ciągu   ostatniego   miesiąca   za   jego 

pieniądze.   Po   prostu   nie   mogła   ich   wziąć.  Ale   on   by   tego   nie   zrozumiał. 

Dlatego zdecydowała się na pierwsze kłamstwo, jakie jej przyszło do głowy.

- Nie wiem, gdzie się zatrzymam.

Przypatrywał jej się w milczeniu przez dłuższą chwilę. Wreszcie odwrócił się 

i pełnym znużenia gestem przejechał ręką po włosach.

- Mój adwokat skontaktuje się z tobą.

Te straszne słowa zabrzmiały jak ostateczny wyrok. Rad wstał i skierował się 

ku drzwiom. Lainie wiedziała, że to koniec, że już więcej go nie zobaczy. Na-

gle poczuła w ustach smak krwi. Nie miała pojęcia, że aż tak mocno zagryzała 

123

background image

wargi, żeby się nie rozpłakać. Och, nie, nie, jeszcze choć tylko chwilę! Nie 

wiedząc,   co   robi,   zawołała   go   z   rozpaczą.   Odwrócił   się   powoli.   Lainie 

przemogła ogarniającą ją niemoc i podniosła się.

- Chciałam ci podziękować - powiedziała słabym głosem.

- Za co? Za rozwód? - zadrwił i omiótł ją pogardliwym spojrzeniem. - Nie 

musisz dziękować, cała przyjemność po mojej stronie. Nareszcie znikniesz z 

mojego życia!

Zachwiała się, jakby wymierzył jej cios.

- Nie, nie za to. - Nadludzkim wysiłkiem opanowała się jakoś i znalazła siłę, 

by mówić dalej. - Za to, że mnie tu dziś przywiozłeś. Za twoją pomoc.

Zaciągnął się głęboko. Lainie zauważyła, że choć starał się nie dać tego po 

sobie poznać, jej słowa coś w nim poruszyły.

- Żałuję, że powiedziałem kiedyś, że pozwolę ci odejść, kiedy ona umrze. 

Przepraszam. - W jego patrzących zimno oczach pojawiło się coś na kształt 

współczucia. - Naprawdę cieszę się, że jej się polepszyło.

Skinęła głową.

- Wiem. Nie użyłbyś mojej matki jako narzędzia swojej zemsty.

Na jego ustach pojawił się pełen goryczy uśmiech.

- Czymże jest ludzka zemsta w porównaniu z cierpieniami, jakie potrafi zadać 

los?

Pochyliła   głowę,   by   ukryć   łzy.   Tak,   miał   rację.   Los   skazał   ją   na   nie 

odwzajemnioną miłość. Jakież udręki, wymyślone przez człowieka, mogły się 

temu równać?

Gdy ponownie podniosła wzrok, Rada już nie było.

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Dopiero po dwóch dniach Lainie znalazła w sobie dość siły, by udać się do 

124

background image

apartamentu po swoje rzeczy. Przez ten czas niczego jej nie brakowało, gdyż 

Rad zostawił jej walizkę, którą miała w Vail. Na szczęście nie istniała więc 

konieczność natychmiastowego powrotu do jego mieszkania.

Spędziła ten czas u Ann i Adama, gdyż przyjaciółka usilnie nalegała i nie 

chciała przyjąć do wiadomości odmowy. Lainie była tak przygnębiona, że nie 

opierała się zbyt długo i z prawdziwą wdzięcznością przyjęła propozycję.

Czyli jednak rozwód. Nie mogła w to uwierzyć. Nie potrafiła sobie z tym 

poradzić.   Kiedy   rozstawali   się   przed   pięcioma   laty,   nie   miała   pojęcia,   jak 

bardzo go kocha. Zresztą, wtedy Rad stanowczo wykluczył możliwość wzięcia 

rozwodu. Za to teraz już nie mógł się doczekać chwili, gdy wreszcie się od niej 

uwolni raz na zawsze... Jego zemsta dokonała się. Rozkochał ją w sobie i teraz 

mógł już ją porzucić.

Drżącą   dłonią   włożyła   klucz   do   zamka.   Wtedy   w   szpitalu   była   zbyt 

odrętwiała, żeby o tym pomyśleć i oddać klucze. Jak to dobrze, że tego nie 

zrobiła. Mogła teraz przyjść do apartamentu w dowolnym momencie. Godzinę 

wcześniej   zadzwoniła,   by   upewnić   się,   że   Rada   nie   ma   w   domu. 

Poinformowała też panią Dudley, że przyjedzie zabrać swoje rzeczy. Gospody-

ni   z   wyraźną   niechęcią   spytała,   czy   ma   jej   w   czymś   pomóc,   lecz   Lainie 

odmówiła. Teraz jednak ogarnęła ją dziwna słabość i wcale nie była pewna, 

czy poradzi sobie sama.

Weszła do salonu, spojrzała na wystygły kominek, w którym leżał jedynie 

popiół   i   przypomniała   sobie   swoją   pierwszą   wizytę.   Nagle   poczuła,   że 

nienawidzi   tego   miejsca.   To   tutaj   uświadomiła   sobie   z   całą   ostrością,   jak 

bardzo kocha męża. Męża... Już niedługo.

Zacisnęła   zęby,   żeby   się   nie   rozszlochać   i   spojrzała   na   trzymaną   w   dłoni 

kopertę. Pomyślała, że musi działać szybko, zanim się rozmyśli. Wsunęła do 

niej   klucz.   Zadźwięczał,   gdy   uderzył   o   obrączkę,   która   znajdowała   się   w 

125

background image

środku. Była tam jeszcze krótka notatka. Lainie pisała ją wciąż od nowa, gdyż 

za każdym razem wydawało jej się, że przelała w nią zbyt wiele emocji. Po 

wielu próbach wreszcie udało jej się ułożyć dwa zdania, wyprane z wszelkich 

uczuć.

Oddają klucz i obrączką. Więcej już nie będą ich potrzebować.

Lainie

Gdyby   wiedział,   ile   zawarła   w   tym   niewypowiedzianego   bólu   i   miłości... 

Dobrze,   że   nie   będzie   wiedział.   Pobudziłoby   go   to   tylko   do   śmiechu. 

Zdecydowanie   zakleiła   kopertę   i   postawiła   ją   na   gzymsie   kominka.   Przez 

chwilę patrzyła na wypisane na niej imię Rada, po czym otarła łzy i uciekła do 

sypialni. Im szybciej się z tym upora, tym prędzej wyjdzie.

Nie miała pojęcia, ile czasu zajęło jej spakowanie się. Nie patrzyła na zegar, 

za   to   dość   często   jej   wzrok   wędrował   w   stronę   łóżka,   gdzie   spędziła   w 

ramionach Rada dwie niezapomniane noce. Wreszcie skończyła pakowanie i 

wbrew samej sobie stała przez długi czas w milczeniu, po raz ostatni patrząc na 

pokój. Czy Rad będzie mógł tu wejść i nie przypomnieć sobie o niej? Tu prze-

cież spała, w tej szafie wisiały jej rzeczy, na komódce leżały należące do niej 

drobiazgi...

Te myśli sprawiały jej nieznośny ból, z ponurą determinacją chwyciła więc 

dwie walizki i wyszła do salonu. Puszyste dywany tłumiły jej kroki.

Nagle   przystanęła.   Odwrócony   tyłem   Rad   siedział   na   sofie,   konwulsyjnie 

zaciskając palce na kartce papieru, która zawierała oschłą notatkę od Lainie. 

Zgarbiony, wpatrywał się przez chwilę w trzymaną w drugiej dłoni obrączkę, 

po czym zerwał się na równe nogi i z niewypowiedzianą furią cisnął ją precz 

od siebie. W tym momencie spostrzegł, że nie jest sam.

126

background image

Lainie z absolutnym niedowierzaniem patrzyła na jego wykrzywioną bólem 

twarz,   po   której...   po   której   spływały   łzy!   Walizki   wymknęły   się   z   jej 

zmartwiałych palców i ciężko upadły na podłogę.

- Co tu, do cholery, robisz?! - krzyknął z wściekłością, ale zdał sobie sprawę, 

że nie uda mu się gniewem zamaskować rozpaczy. Bezsilnie opadł z powrotem 

na kanapę i odwrócił wzrok. - Zresztą, teraz to już nie ma znaczenia.

W jego głosie zabrzmiało takie rozgoryczenie i żal, że Lainie poczuła, iż serce 

jej się kraje.

- Wydało się, trudno. Ale może zasłużyłaś sobie na tę satysfakcję, bo przecież 

nieźle się odegrałem za to, co mi zrobiłaś - zaśmiał się z pogardą, lecz śmiał się 

z samego siebie. - I pomyśleć, że przez tych pięć lat całkiem nieźle mi szło 

udawanie, że cię nie kocham! Byłem gotów zrobić wszystko, byleby tylko 

ukryć swoje uczucia do ciebie i nie dostarczyć ci broni do dalszego dręczenia 

mnie.

Lainie, wciąż niezdolna do wyduszenia z siebie choćby słowa, wpatrywała się 

w niego z osłupieniem. Jak to? Przecież to na odwrót!

Rad podniósł na nią błagalny wzrok.

-   Wiem,   że   to   bez   sensu,   ale   szaleję   za   tobą.   Nie   potrafiłem   się   ciebie 

wyrzec... Wybacz mi, że cię zaszantażowałem i zmusiłem, żebyś znów była 

moją żoną. Nie widziałem innego wyjścia... - Jego głos przeszedł w chrapliwy 

szept.

- Rad! - zawołała zmienionym głosem.

Zrozumiał to opacznie i w jednej chwili przeszedł do ataku.

- Tylko się nade mną nie lituj! - zażądał gniewnie i podniósł się gwałtownie. - 

Nie życzę sobie tego, jasne?

- Och, nie, to nie to. - Podbiegła szybko do niego, lecz odwrócił się do niej 

plecami. Lekko dotknęła jego ramienia.

127

background image

- Zostaw mnie! - żachnął się. - Idź do swojego Waltersa. Pewnie już się nie 

może doczekać ciebie i tych dwóch chłopców i dziewczynki!

- Kochany - szepnęła i poczuła, jak Rad zesztywniał na dźwięk tego słowa. - 

Lee wcale na mnie nie czeka. A już z pewnością nie na moje dzieci. Tylko ty 

możesz być ich ojcem... Tylko ty...

Odwrócił się nagle i zatopił wzrok w orzechowych oczach Lainie. Wyczytał w 

nich coś takiego, że kurczowo chwycił ją za ramiona. Na jego twarzy rozpacz 

walczyła z niepewnością, niedowierzaniem i budzącą się nadzieją.

- Kocham cię. Rad. Zawsze cię kochałam.

Nadal wpatrywał się w nią z bolesnym napięciem. Stopniowo jego spojrzenie 

łagodniało, a na ustach pojawił się uśmiech.

-   Czy   to   prawda?   -   wyszeptał   z   bezbrzeżną   ulgą.   -   Ty   naprawdę   mnie 

kochasz? - Odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się z całego serca. - Kiedy 

przypadkiem podsłuchałem cię w szpitalu, byłem przekonany, że mówiłaś o 

Lee!   Przecież   dopiero   co   widziałem   was   razem   na   korytarzu,   zaś   Ann 

wspomniała o tym waszym spotkaniu podczas koncertu.

Porwał ją w objęcia i przytulił do siebie tak mocno, że niemal nie mogła 

oddychać.   Ale   jakoś   wcale   jej   to   nie   przeszkadzało.   Wręcz   przeciwnie, 

pragnęła tego.

Nagle   zadrżał   i   Lainie   odgadła,   że   musieli   w   tej   chwili   pomyśleć   o   tym 

samym.

- Ależ byliśmy niemądrzy, najmilsza - wyszeptał. - Mało brakowało, a oboje 

zmarnowalibyśmy sobie życie.

-   Na   szczęście   nie   udało   nam   się.   -   Uniosła   dłonie   do   jego   twarzy   i   ze 

wzruszeniem dotknęła wilgotnych śladów na jego policzkach. - I mamy przed 

sobą całą resztę życia...

Rad   pocałował   ją   delikatnie,   z   ogromną   czułością.   I   choć   oczy   Lainie 

128

background image

pozostawały   zamknięte,   miała   nieodparte   wrażenie,   że   burzowe   chmury 

rozpierzchły się, a niebo i ziemię spiął kolorowy łuk tęczy.

129


Document Outline