background image
background image

Równym krokiem marsz
Jak żyliśmy w Niemczech Hitlera
Wspomnienia z lat 1933-1939

Bernt Engelmann

 
 
 

Spis treści

Od Autora

Jak upadła Republika

1. Cienie przeszłości

2. Jak zaczęła się Trzecia Rzesza

3. Między potańcówką a piwnicę tortur

4. Jak zostaliśmy „ujednoliceni”

5. Ilu było nazistów?

6. Jak został przełamany ostatni opór

7. Czy rzeczywiście nie można było temu zapobiec

8. O ludziach, którzy umieli pomagać

9. Jak dalej dokręcano śrubę

10. O oporze w Hamburgu

11. Gość z Bazylei

12. Führer ma zawsze rację

13. Jak niektórzy przebrnęli przez nazistowskie czasy

14. Od „Anschlussu” do „kryształowej nocy”

15. U blondynki Katrein

16. Czy pan zna Buchenwald?

17. Maszerowanie może być ideą

18. Uwaga - wróg podsłuchuje!

19. Początek końca

 
 
 

background image

Od

 

Autora

 

Ten  retrospektywny  opis  życia  w  nazistowskich  Niemczech,  którego  pierwszy  tom  zatytułowany
Równym krokiem marsz obejmuje lata 1932-1939, powstał ze wspomnień moich i innych świadków
tamtego  czasu.  Ich  wypowiedzi  utrwalone  na  taśmach  magnetofonowych  zostały  wprowadzone  do
tekstu na ogół w dosłownym brzmieniu.

Jedynie  większość  nazwisk,  miejscowości  oraz  danych,  które  mogłyby  ułatwić  rozpoznanie  osób,
stosownie  do  woli  moich  rozmówców,  zostały  zmienione.  Nie  zniekształca  to  jednak  w  niczym
obrazu prawdy.

Wszystkie  relacje,  których  treścią  były  autentyczne  wydarzenia  sprzed  pół  wieku  -  nie  można  było
zatem  wykluczyć  ewentualnych  przeinaczeń  lub  nieścisłości  -  dokładnie  sprawdzono  i  jeśli  zaszła
potrzeba, skorygowano.

Dane  liczbowe,  jak  ceny  czy  płace,  porównano  z  oficjalnymi  opracowaniami  statystycznymi.
Szczególnie  wnikliwie  zbadano  zgodność  opinii  o  nastrojach  społecznych  z  informacjami  na  ten
temat,  zawartymi  w  materiałach  Służby  Bezpieczeństwa  (Sicherheitsdienst  -  „SD”)  oraz  w
„Raportach” Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD) z lat 1934-1940.
 

background image

Jak upadła Republika

 

Panowanie  nazistów  -  czyli  jak  sami  to  nazwali:  Trzecia  Rzesza  -  zaczęło  się  dla  mnie  nie  30
stycznia 1933 roku, ale osiem miesięcy wcześniej, już 30 maja 1932 w poniedziałek. Gdy tego dnia
przyszedłem przed ósmą do szkoły, na maszcie wieżyczki dachowej naszego gimnazjum w dzielnicy
Berlin-Wilmersdorf powiewał duży sztandar ze swastyką.

Wśród uczniów, a cóż dopiero wśród nauczycieli, panowało ogromne poruszenie. Stali na dziedzińcu
i perorowali jeden przez drugiego. W przejściu słyszałem, jak starszy nauczyciel łajał dozorcę:

- Niechże pan to wreszcie ściągnie! Go za skandal! Czemu pan tu sterczy bezczynnie?

Dozorca  z  bezczelnym  uśmiechem  odpowiedział,  że  kluczyk  od  drzwi  wieżyczki  zginął  i  że  pan
dyrektor rozmawia właśnie przez telefon z władzami szkolnymi, które zadecydują, co należy zrobić.
Kilku  stojących  opodal  uczniów  starszych  klas  zareagowało  na  to  rubasznym  śmiechem,  a  jeden
z nich powiedział:

-  A  może  Adolf  Hitler  już  został  kanclerzem,  jeśli  tak,  to  naturalnie  sztandar  musi  pozostać  na
maszcie!

- I niedługo pospadają głowy! - wtrącił inny, czemu dozorca w milczeniu przytaknął.

Nauczyciel udał, że nic nie słyszał, odwrócił się i odszedł.

I  nagle  na  dziedzińcu  zrobiło  się  cicho  jak  makiem  posiał.  Wszyscy  z  wyciągniętymi  szyjami
spoglądali  w  górę,  gdzie  z  okienka  na  dachu  wynurzyła  się  jakaś  postać,  a  kiedy  można  już  było
rozpoznać, kim był ów człowiek i co tam robił, uczniowie - najpierw kilku, a potem coraz to więcej -
oraz  nauczyciele  zaczęli  bić  brawo.  Tu  i  ówdzie  dały  się  słyszeć  okrzyki  protestu,  gwizdy,  ale
zagłuszył je burzliwy aplauz.

Mężczyzną  na  dachu  okazał  się  dr  Levy,  nasz  nauczyciel  francuskiego.  Poznaliśmy  go  po  pustym
lewym rękawie marynarki, który podczas jego wspinaczki po żelaznej drabinie pożarowej trzepotał
na wietrze. Nauczyciel przechylił się przez kratę i w końcu ściągnął sztandar.

Drugą  godzinę  lekcyjną  mieliśmy  z  doktorem  Levy.  Spodziewaliśmy  się,  że  porozmawia  z  nami
o wydarzeniu, ale spotkał nas zawód. Lekcja przebiegała jak zwykle: najpierw przerabialiśmy nowy
tekst, a potem dr Levy wypisywał czasowniki nieregularne. Było ich tak dużo, że nie zmieściły ; się
na  jednej  tablicy,  podciągnął  ją  więc  do  góry,  żeby  dokończyć  na  drugiej,  dotychczas  zasłoniętej.
A tam zobaczyliśmy nagryzmolone dużymi, drukowanymi literami dwa słowa: SALOPE JUIF!

Nie  znaliśmy  tych  słówek  i  wydawało  się,  że  dr  Levy  początkowo  też  zastanawiał  się,  co  z  tym
począć. W każdym razie patrzył osłupiały i kręcił głową. Potem odwrócił się do klasy i zapytał:

-  Czy  ktoś  z  was  to  napisał?  Nie?  Wierzę  wam...  w  tej  klasie  nie  ma  nikogo,  po  kim  mógłbym
spodziewać  się  czegoś  podobnego...  A  może  ktoś  wie,  co  mają  znaczyć  te  słowa?  Nie?  Tak  też
myślałem.  A  więc:  znaczenie  przenośne  słowa  „salope”  w  języku  potocznym  odpowiada  naszemu
słowu  „świnia”.  Również  w  języku  francuskim  jest  to  rzeczownik  rodzaju  żeńskiego  -;  „la  salopę”
zatem  przymiotnik  musiałby  poprawnie  brzmieć:  „Juive”,  nie  zaś  „juif”.  „Le  juif”  jest  francuskim
odpowiednikiem  słowa  „Żyd”,  zatem  „juif”,  „juive”,  to  żydowski,  żydowska...  To,  co  tu  napisano,

background image

można  by  więc  przetłumaczyć:  „żydowska  świnia”,  ale  prawdopodobnie  chodzi  o  „Judensau”
(parszywy  Żyd),  jednak  ten,  kto  przeznaczył  dla  mnie  tę  zniewagę,  nie  potrafił  posługiwać  się
językiem francuskim i nawet nie umiał poprawnie przepisać z leksykonu...

Powiedziawszy  to  wziął  gąbkę  i  starł  słowo  SALOPE,  zastępując  je  innym:  MANCHOT.
MANCHOT JUIF. Mówił nam kiedyś, że MANCHOT w języku potocznym to inwalida, ofiara wojny,
ktoś, kto - jak on w 1917 pod Arras - stracił jedną rękę.

Tego dnia, 30 maja 1932 roku, naziści czuli się już prawie u władzy. Powiedział mi to jeden z nich,
kiedy  po  południu  wracaliśmy  razem  do  domu.  Był  uczniem  szóstej  klasy  gimnazjum,  starszym  ode
mnie o trzy, może o cztery lata. Nawet do szkoły przychodził w bryczesach i w brązowych butach do
jazdy na motorze, a pod pulowerem - zawsze zdejmował go na szkolnym dziedzińcu - nosił brunatną
koszulę ze swastyką na rękawie i pas z koalicyjką.

Rozgłaszana  przez  nazistów  pewność  zwycięstwa  brała  się  z  sukcesu  wyborczego  do  Landtagu  w
Oldenburgu,  gdzie  dzień  wcześniej  uzyskali  absolutną  większość.  Prócz  tego,  dopiero  co  ustąpił
kanclerz  Rzeszy  Brüning,  którego  prezydent  von  Hindenburg  „pozbawił  wotum  zaufania”.  Wielu
oczekiwało,  że  następcą  Brüninga  zostanie  Hitler,  mimo  iż  w  kwietniowych  wyborach  prezydenta
prawie dwie trzecie wszystkich niemieckich wyborców opowiedziało się przeciwko niemu.

Około  czterdziestu  nazistów  na  czterystu  pięćdziesięciu  uczniów  naszego  gimnazjum  było  jednakże
przeświadczonych, że już wybiła godzina ich zwycięstwa. W każdym razie tamtego poniedziałku tak
się  zachowywali,  a  zawieszenie  sztandaru  i  znieważenie  jedynego  w  szkole  nauczyciela  Żyda  było
tylko wstępem do dalszych ekscesów, jakich dopuścili się jeszcze przed południem.

Podczas dużej przerwy trzej uczniowie najstarszych klas, jeden w uniformie SA, dwaj w mundurach
Hitlerjugend,  udali  się  do  dyrektora  ze  skargą  na  doktora  Levy’ego.  Była  to  naturalnie  jawna
prowokacja,  ponieważ  rząd  surowo  zakazał  wszelkim  bojówkom  politycznym  noszenia  mundurów.
Dyrektor  powinien  zatem  bezzwłocznie  powiadomić  policję  o  łamaniu  tego  zakazu,  a  tymczasem
wysłuchał  ich  pretensji  do  nauczyciela  o  to,  że  ten,  jako  Żyd,  nie  miał  prawa  mieszać  się  do
„niemieckich spraw” i że usunął sztandar „ruchu”.

Zamiast  więc  wyrzucić  tę  trójkę  z  gabinetu,  dyrektor  przyrzekł,  że  „zbada  wnikliwie  sprawę”,  po
czym odprawił doktora Levy’ego na urlop „aż do odwołania”.

Zachęceni  tym,  zaraz  po  lekcjach  urządzili  polowanie  na  żydowskich  kolegów.  Pierwszą  ich  ofiarą
był Philipp Löwenstein, szczupły, wątły, niespełna dwunastoletni chłopiec z mojej równoległej klasy.

Czterech  chłopaków  z  Hitlerjugend,  uczniów  klas  średnich,  każdy  o  głowę  wyższy  i  znacznie
silniejszy  od  Philippa,  napadło  go  na  Hohenzollerndamm.  Bili  go  pięściami,  okładali  rzemiennymi
koalicyjkami,  aż  krwawiąc  z  nosa  i  zwijając  się  z  bólu  padł  na  ziemię.  Ja  i~  kilku  moich  kolegów
podbiegliśmy tam, ale napastnicy szybko wycofali się na drugą stronę ulicy. A jeden z nich krzyknął:

- Niech tylko Hitler dojdzie do władzy, to powywieszamy tych wszystkich parszywych Żydów!

Przyszedłem  do  domu  nieco  spóźniony.  Usiadłem  przy  stole  i  przede  wszystkim  spytałem,  czy  to
prawda,  że  Hitler  dziś  został  kanclerzem.  Odetchnąłem  z  ulgą,  usłyszawszy,  -  iż  naziści  cieszą  się
przedwcześnie. Wtedy opowiedziałem rodzicom o tym, co się wydarzyły w szkole i jak nasz dyrektor
dał się zastraszyć chłopakom z HJ.

background image

-  Przez  takie  tchórzostwo  upadnie  Republika  -  powiedział  ojciec,  matka  zaś  dodała,  że  już  na
ostatnim  zebraniu  rodziców  zwróciła  uwagę  na  wypowiedzi  dyrektora.  Co,  prawda  oświadczył  on,
że będzie reagował na wszelkie przejawy politykowania w szkole z „bezwzględną surowością”, ale
równocześnie  unikał  powiedzenia  czegokolwiek  przeciwko  nazistom.  -  Już  z  samego  tonu  można
poznać, że sympatyzuje z nazistami!

Wkrótce  po  tym  zdarzeniu  wyjechaliśmy  z  Berlina  i  zacząłem  naukę  w  nowej  szkole,  gdzie  na
szczęście nie wyczuwało się jeszcze Trzeciej Rzeszy.

Od tej pory upłynęło prawie pięćdziesiąt lat, z których dwanaście były to lata Trzeciej Rzeszy, czas
panowania  nazistów.  Zaważyły  one  na  mojej  generacji,  zburzyły  doszczętnie  nadzieje  jednych,
przeszły  najgorsze  przewidywania  innych.  A  jednak  przetrwali  ten  czas  i  tacy,  na  których  owa
największa w najnowszej historii Niemiec katastrofa jak gdyby nie pozostawiła żadnego śladu.
 

background image

1.
Cienie przeszłości

 

Takie  ciągłe  rokowania,  uważa  pan,  drogi  doktorze,  nie  mają  sensu,  do  niczego  nie  prowadzą!
Jedyne,  co  Rosjanin  rozumie,  to  żelazna  bezwzględność!  Ustępowanie  świadczy  o  słabości,  którą
natychmiast  wykorzysta!  Niech  mi  pan  t  wierzy,  on  musi  mieć  świadomość,  że  się  ma  nad  nim
przewagę!

Było  to  w  Detmold  jesienią  1981  roku.  Pan  przy  sąsiednim  stoliku  w  restauracji  hotelowej,  gdzie
jadłem obiad, mówił tak głośno, że przerwałem lekturę „Lippische Rundschau” i spojrzałem w jego
stronę.  Zobaczyłem  postawnego  mężczyznę  po  sześćdziesiątce  z  siwymi,  krótko  ostrzyżonymi
włosami, o twarzy opalonej - typ energicznego menażera. W klapie jego granatowej marynarki tkwił
mały znaczek klubu rotarianów.

- Niechże pan sobie wyobrazi, drogi doktorze, że Sowiety znów NAS zaatakują! Otóż wtedy na nic
się  zdadzą  sankcje  gospodarcze  i  same  protesty...  Rosjanom  nie  wolno  pozostawiać  najmniejszej
wątpliwości  co  do  tego,  że  mają  do  czynienia  z  silniejszym,  w  przeciwnym  razie  zaatakują  z  całą 
bezwzględnością.  Dobrze  znam  Iwana!  Byłem  tam  jako  młody  chłopak,  w  grudniu  1943,  pod
Żytomierzem, na zachód od Kijowa...

Podczas gdy opowiadał o swoich wojennych przeżyciach, ja szybko obliczyłem, że W roku 1943/44,
kiedy ruszała ofensywa radziecka i okrążając armie niemieckie niszczyła jedną po drugiej, pan przy
sąsiednim stoliku musiał mieć około trzydziestki, a w każdym razie był na tyle dorosły, by wiedzieć,
że  wojna  na  wschodzie  zaczęła  się  od  niemieckiej  agresji,  najpierw  na  Polskę,  potem  na  Związek
Radziecki, i kto z kim poczynał sobie z „całą bezwzględnością”.

„Menażer”  ciągnął  wątek  wspomnieniowy  i  właśnie  powiedział  swemu  partnerowi  -  który  zresztą
kilkakrotnie  spoglądał  zakłopotany  w  moją  stronę,  jak  gdyby  chcąc  przeprosić  za  tamtego  -  że  był
wówczas  dowódcą  w  dywizji  pancernej  SS  w  „Leibstandarte”,  a  na  front  wschodni  poszedł  na
ochotnika.  Przypomniał  mi  się  ktoś,  kto  przed  wielu  laty  też  był  w  Rosji  i  tak  samo  podówczas
mówił:  „działać  z  całą  bezwzględnością”,  „żadnej  słabości”,  „walka  narodowa”,  „polityczno-
państwowa  konieczność”...  Już  od  wielu  dni  prześladowały  mnie  takie  i  podobne  wspomnienia,  za
każdym razem ożywiane przypadkowo usłyszanymi czy przeczytanymi wypowiedziami. Rankiem tego
dnia w wagonie restauracyjnym pociągu, którym jechałem z Kolonii do Bielefeld, dwaj pasażerowie
rozmawiali o sytuacji w Ameryce Środkowej. Jeden z nich opowiadał się zdecydowanie po stronie
żołnierzy;  twierdził,  że  nie  byliby  oni  w  stanie  dłużej  opędzać  się  od  „guerilleros”  w  inny  sposób,
jak  tylko  uciekając  się  do  bardzo  drastycznych  „środków”.  -  „Przecież  to  partyzanci,  a  tam  jak
wiadomo nie ma pardonu!”

„Gdzie  drwa  rąbią,  tam  drzazgi  lecą”,  dodał  jeszcze,  a  ja  znów  wróciłem  myślą  do  czasu,  gdy  to
przysłowie musiało wystarczyć na usprawiedliwienie okrucieństw, jakich nasz kraj nie doświadczył
od wojny trzydziestoletniej.

W Bielefeld miałem przesiadkę do Detmold i idąc tunelem na drugi peron, zobaczyłem na ścianach
tego  podziemnego  przejścia  hasła  wymalowane  czerwoną  i  czarną  farbą:  „Turcy  precz!”,  „Ali  go
home!”,  a  o  kilka  metrów  dalej:  „Wynoście  się,  żydowskie  świnie!”  Pamiętam,  że  właśnie  w  tym
tunelu  10  listopada  1938  roku  prawie  dokładnie  czterdzieści  trzy  lata  temu,  esesmani  „obrabiali”

background image

pejczami tysiące Żydów z całej Westfalii, wysyłanych do obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie,
a  na  kamiennych  schodach  po  drugiej  stronie  „załatwili”  siedemdziesięciopięcioletniego  rabina  -
skopali go butami na śmierć...

A teraz w Detmold, w hotelowej restauracji, siwy menażer z klubowym znaczkiem w klapie zwierzał
się partnerowi przy stole:

- Nie ma pan pojęcia, doktorze! Wówczas nikt z nas ani przez chwilę nie wątpił w słuszność naszej
sprawy  i  w  jej  ostateczne  zwycięstwo.  W  takim  duchu  wyrastaliśmy  i  tak  byliśmy  wychowywani
przez  dom,  szkołę  i  Hitlerjugend.  Ja  byłem  w  „ruchu”  już  przed  trzydziestym  trzecim.  Omal  nie
wyleciałem za to z gimnazjum, tuż przed maturą...

Opowiadał ubawiony, jak to rodzina musiała użyć wszelkich wpływów, żeby wszystko skończyło się
tylko na ostrzeżeniu. No i okazali wyrozumiałość dla jego „młodzieńczego idealizmu”.

-  Wtedy  uważaliśmy  się  naturalnie  za  przedmurze,  które  miało  chronić  przed  „czerwonym
niebezpieczeństwem”.  Niech  pan  nie  zapomina,  doktorze,  że  groził  nam  bolszewicki  przewrót!
Proszę  pamiętać,  że  w  1932  roku  mieliśmy  sześć  milionów  bezrobotnych!  Nas,  drobnych
fabrykantów, powiesiliby w pierwszej kolejności!

Wydawało  się,  że  partner  rozmowy  z  czymś  się  nie  zgadzał.  Nie  usłyszałem,  co  powiedział,  ale
zapewne uznał, że siwowłosy, mówiąc o obawach obywateli Detmold, trochę przesadził. W każdym
razie „menażer” przyznał, iż komuniści w Detmold istotnie nie odgrywali większej roli; że większa
część ludności, w tym nawet wiejskiej, „nastawiona była patriotycznie”.

- Podobnie urzędnicy, a nawet większość naszego personelu miała zdecydowanie zdrowe poglądy -
powiedział. Przypomniał, że partia Hitlera, NSDAP, na krótko przed przejęciem władzy odniosła w
Lippe-Detmold wielkie zwycięstwo wyborcze, decydujące dla dalszego „przebicia się”.

-  Było  to  15  stycznia  1933,  na  dwa  tygodnie  przed  przejęciem  władzy,  przypomina  pan  sobie,
doktorze? A może wtedy jeszcze pana tu nie było?

Tym  razem  zrozumiałem  odpowiedź.  Mężczyzna  tytułowany  „doktorem”  powiedział,  że  kilka  dni
przed tą datą przybył do Detmold.

-  No,  wobec  tego  nie  był  pan  jeszcze  zorientowany.  Ale  zapewne  widział  pan  niezliczoną  ilość
sztandarów,  wiwatujące  tłumy  i  ten  niebywały  entuzjazm.  Ja  nigdy  tego  nie  zapomnę!  Tylu
rozpromienionych  twarzy  nie  widziałem  nigdy  przedtem  ani  potem.  Był  to  istny  szał  radości...
A  wieczorem  30  stycznia  1933,  kiedy  Hitler  został  w  końcu  kanclerzem,  mój  ojciec  wyciągnął
z  piwnicy  najlepsze  butelki  i  jeszcze  o  północy  wykrzykiwał  z  balkonu:  „Sieg  Heil!  Sieg  Heil!”
Matka z radości płakała. „Jakie szczęście, że dane mi było jeszcze TO przeżyć... - mówiła - teraz już
będzie dobrze...” Zresztą rzeczywiście wszystko odbyło się w sposób bezbłędny i zdyscyplinowany.
To chyba pan pamięta, doktorze? U nas w Detmold nikomu wtedy włos nie spadł z głowy - i później
też nie, o ile mi wiadomo...

Urwał w połowie zdania.

Być może partner wtrącił jakąś uwagę nie po jego myśli, bo po chwili milczenia siwowłosy podjął
przerwany wątek już nieco innym tonem:

background image

-  No  cóż,  z  czasem  wszyscy  staliśmy  się  mądrzejsi...  A  jednak  chciałbym,  żeby  nasza  dzisiejsza
młodzież  była  choćby  w  połowie  tak  zdyscyplinowana  jak  my  wówczas,  i  zdolna  do  większego
entuzjazmu w ważnych sprawach, no, wie pan...

Potem  skinął  na  kelnera,  zapłacił  i  wstał  od  stołu,  usprawiedliwiając  odejście  potrzebą  zajrzenia
jeszcze do fabryki.

-  Jutro  z  rana  oczekuję  ważnych  gości  zagranicznych...  trzeba  jeszcze  to  i  owo  zrobić...  A  zatem,
drogi doktorze, było mi naprawdę bardzo przyjemnie! I do zobaczenia wkrótce, mam nadzieję!

Ledwie siwowłosy opuścił salę, jego partner zaraz przesiadł się na zwolnione miejsce. Był to niski,
korpulentny,  sześćdziesięcioparoletni  mężczyzna  o  rumianych  policzkach  i  bystrych  oczach,
patrzących  zza  połyskliwych  szkieł  okularów.  Zamówił  filiżankę  kawy  i  zaraz  zaczął,  rozmowę  ze
mną.

Najpierw  zapytał,  czy  przyjechałem  do  Detmold  na  dłużej,  a  może  jestem  tu  przejazdem?  Czy
zwiedziłem już miasto, bo naprawdę warto, i wreszcie dodał:

- A więc tak brunatne, jak to opisał pan, który siedział ze mną przy stole, w rzeczywistości Detmold
nie  było.  Hitler  miał  naturalnie  i  tu  w  Lippe  zwolenników,  ale  nasz  mały  kraik  wcale  nie  był
nazistowskim  Hofburgiem.  Co  się  zaś  tyczy  Detmold,  to  było  ono,  a  właściwie  jest  po  dzień
dzisiejszy  spokojnym  małym  miastem,  leżącym  podówczas  około  osiemnastu  tysięcy  mieszkańców.
Przemysł prawie tu nie istniał. Nie bez racji mówiono o „spokojnej nobliwości dawnej rezydencji...”

Dowiedziałem się, że pochodzi z Anklam na Pomorzu, że studiował medycynę w Greifswaldzie, i że
w styczniu 1933 roku przyjechał tu do pracy jako asystent w miejscowym szpitalu. W końcu osiadł w
Detmold na stałe i praktykował jako lekarz.

-  Dobrze  znam  Detmold  i  mogę  pana  zapewnić,  że  przed  1933  rokiem  istniała  w  Lippe  tradycja
demokratyczna. A  wiem  to  od  mojej  żony,  jest  ona  córką  tutejszego  pastora.  Najsilniejszą  partią  w
Lippe-Detmold  do  roku  1933  byli  socjaldemokraci.  Ich  przewodniczący,  stary  Heinrich  Drake,
cieszył  się  powszechnym  szacunkiem.  Do  czasu  przejęcia  władzy  przez  nazistów  szefował
krajowemu rządowi w Lippe. Lippe było wtedy jeszcze krajem autonomicznym Rzeszy Niemieckiej,
jak  Hesja  czy  Bawaria.  Prócz  SPD  odgrywali  tu  rolę  przede  wszystkim  narodowi  liberałowie  z
Niemieckiej  Partii  Ludowej.  Na  trzecim  miejscu  plasowali  się  „deutschnationale”  z  partii
kierowanej  przez  tajnego  radcę  Hugenberga,  właściciela  posiadłości  ziemskiej  w  okolicy  Detmold
i  tam  stale  rezydującego.  Czwarte  i  piąte  miejsca  należały  do  umiarkowanie  konserwatywnych
lippeńskich chłopów i liberalnej Partii Państwowej, a jeśli chodzi o szanse w wyborach, to naziści
znajdowali się dopiero na miejscu siódmym, za komunistami i nieco przed katolickim Centrum, które
w Lippe prawie nie miało znaczenia. Do 1932 roku naziści pozyskali dla siebie w lippeńskim kraiku
niespełna trzy tysiące zwolenników i tworzyli frakcję bez miejsca w krajowym parlamencie.

W  ostatnich  wyborach  do  Landtagu  autonomicznego  kraju  Lippe-Detmold,  które  odbyły  się  15
stycznia  1932  roku,  partia  nazistowska  odnotowała  jednak  znaczny  przyrost  głosów,  zdołała
przyciągnąć prawie czterdzieści procent wyborców.

- Ale trzeba przyznać - powiedział starszy pan - że naziści w tych wyborach postawili wszystko na
jedną kartę. Czegóż oni nie wyczyniali dla osiągnięcia takiego sukcesu!

background image

Kryzys  światowy,  który  zaczął  się  w  1929  roku  i  do  1932  stale  się  pogłębiał,  niezadowolenie
spowodowane  narastającą  biedą  i  masowym  bezrobociem  sprawiły,  że  coraz  więcej  wyborców
dawało wiarę demagogicznym hasłom nazistów: „Dobro ogółu przed prywatą!”, „Praca i chleb dla
każdego!”,  .Koniec  jarzma  lichwy!”  i  dało  się  zwieść  fałszywym  pozorom,  że  NSDAP  jest
rzeczywiście  partią  narodowosocjalistyczną.  Zwłaszcza  duża  część  najuboższego  proletariatu
miejskiego odnosiła się z entuzjazmem do „mocnego człowieka”, który obiecywał każdemu to, co ów
chciałby usłyszeć i zrzucał -odpowiedzialność za istniejącą nędzę na Żydów.

W wyborach do Reichstagu w lipcu 1932 roku partia Hitlera, dzięki poparciu udzielonemu jej przez
rzesze bezrobotnych, drobnych urzędników, zrujnowanych chłopów i rzemieślników, osiągnęła szczyt
powodzenia.  Ale  od  tego  czasu  wyborcy  znów  zaczęli  jej  umykać  i  przy  powtórnych  wyborach
w  listopadzie  tegoż  roku,  NSDAP  poniosła  w  całej  Rzeszy  dotkliwe  straty.  W  samym  tylko  Lippe
utraciła od lipca prawie jedną czwartą zwolenników, a ponadto partii Hitlera groził rozłam.

Generał Reichswehry Kurt von Schleicher, któremu prezydent powierzył urząd kanclerza, próbował
w  grudniu  zapewnić  sobie  większość  w  parlamencie  i  zaproponował  niektórym,  jak  sądził  -
umiarkowanym  przywódcom  nazistowskim  wejście  w  skład  gabinetu.  Pertraktował  z  szefem
organizacyjnym  NSDAP  Gregorem  Strasserem,  ale  równocześnie  też  z  prawicowymi
socjaldemokratami  w  kierownictwie  Ogólnoniemieckiej  Federacji  Związków  Zawodowych.  Pod
koniec 1932 roku Hitler i jego stronnicy znaleźli - się w sytuacji pływaków, którzy mając w zasięgu
wzroku zbawczy brzeg, czują, że prąd znosi ich i wciąga w toń: wybory zawiodły, skrzydło Strassera
groziło  przejściem  do  obozu  rządowego,  a  co  gorsza,  finansowi  protektorzy  Hitlera,  przemysłowcy
i bankierzy nie chcieli już płacić.

W tej sytuacji naziści desperackim wysiłkiem raz jeszcze zebrali wszystkie siły, aby utrzymać swoją
pozycję  w  wyborach  do  Landtagu  w  Lippe,  w  gruncie  rzeczy  mało  ważnych.  Gdyby  bowiem,  i  tu
doznali porażki - ciągnął dalej starszy pan - i uzyskali nawet dwa do trzech tysięcy głosów mniej, to
ludzie,  na  których  im  zależało,  odeszliby  od  nich  definitywnie.  I  partia  najprawdopodobniej
rozpadłaby się wówczas, a wtedy...

Zrobił ruch ręką, który zapewne miał oznaczać, że wtedy my, Niemcy, moglibyśmy uniknąć Trzeciej
Rzeszy, a Europa II wojny światowej z wszystkimi jej okropnościami.

W Niemczech na przełomie lat 1932/33 rzeczywiście wszystko postawiono na ostrzu noża i dlatego
wybory  do  lippeńskiego  Landtagu  w  styczniu  1933,  w  innych  okolicznościach  mało  ważne,  teraz
nabrały  tak  ogromnego  znaczenia.  Kierownictwo  nazistowskiej  partii  było  tego  w  pełni  świadome.
W każdym razie Hitler i Goebbels uznali Landtag w Detmold za jedyną w swoim rodzaju okazję do
przeprowadzenia  kampanii  propagandowej  na  skalę  dotychczas  w  Niemczech  nie  znaną.
Przyjechałem tu na początku stycznia, kiedy walka wyborcza była już w toku i niechaj mi pan wierzy,
że miałem największą ochotę od razu stąd uciec. Nie wyobraża pan sobie, co się wówczas działo w
Lippe-Detmold!

Kraik  o  powierzchni  równej  zaledwie  ćwierci  procentu  powierzchni  Rzeszy  i  liczący  mniej
mieszkańców  niż  średniej  wielkości  miasto  stał  się  terenem  bezprzykładnej  agitacji  wyborczej.
Kierownictwo  nazistowskie  sięgnęło  po  ostatnie  rezerwy  finansowe  i  materiały  propagandowe,
ściągnęło  z  całej  Rzeszy  mówców,  agitatorów,  dziennikarzy  i  pomocników  do  wielkiej  batalii
o  względy  niespełna  stu  tysięcy  lippeńskich  wyborców.  Sprowadzono  tu  z  innych  okolic  wiele
tysięcy  ludzi  z  SA  i  SS,  a  wszystkiemu  przyświecał  jeden  cel:  nie  dopuścić  do  rozpadu  partii

background image

i  spektakularnym  zwycięstwem  wyborczym  zrobić  wrażenie  na  sponsorach,  prasie  mieszczańskiej,
a tym samym pozyskać przychylność opinii publicznej. Porażka byłaby dla Hitlera katastrofą.

- Proszę sobie wyobrazić - opowiadał dalej mój rozmówca - że w ciągu dziesięciu zaledwie dni, to
jest od 4 do 14 stycznia, w naszym kraiku odbyło się dziewięćset nazistowskich imprez! Spędzili tu
dziewięćdziesięciu  partyjnych  mówców!  Sam  Hitler  przemawiał  w  ciągu  tych  dziesięciu  dni  na
szesnastu  wiecach.  Każdego  dnia  miejscowa  nazistowska  gazeta  „Lippischer  Kurier”  wydawała
dodatki  nadzwyczajne,  a  hałaśliwe  kolumny  SA,  skandując  na  całe  gardło  swoje  bojowe  hasła,
przemierzały  wsie  i  miasteczka  od  rana  do  późnych  godzin  wieczornych.  Na  wszystkich  placach
i  ulicach  kapele  SA  i  orkiestry  godzinami  grały  marszową  muzykę,  a  setki  głośników  niosły  ją  po
całym kraju.

Przerwał na chwilę i obrzucił mnie triumfującym spojrzeniem.

-  A  czy  pan  wie,  dlaczego  to  opowiadam?  Powiem  panu:  ponieważ  te  bezprzykładne  wysiłki
w walce wyborczej, wszelkie triki, obietnice i zmasowane próby zastraszania nie zdołały wtedy, 15
stycznia,  przekonać  do  nazistów  więcej  niż  sześćdziesiąt  procent  lippeńskich  wyborców!  Pewnie,
partia  Hitlera  w  sumie  uzyskała  blisko  trzydzieści  dziewięć  tysięcy  głosów  -  było  to  prawie  sześć
tysięcy więcej niż w wyborach do Reichstagu, które odbyły się sześć tygodni wcześniej, ale jednak
dwa  tysiące  mniej  niż  w  lipcu  1932  roku.  Mimo  to  naziści  zdołali  wykorzystać  ten  przyrost  dla
wywołania wrażenia, że ich popularność znów wykazuje tendencję zwyżkową.

Dowiedziałem  się  jeszcze,  że  15  stycznia  1933  w  Lippe  również  lewicowi  socjaldemokraci
i  komuniści  otrzymali  ponad  czterdzieści  tysięcy  głosów,  czyli  więcej  niż  naziści. A  jednak  mimo
znacznego przyrostu głosów oddanych na SPD i KPD prasa nie odnotowała prawie tego faktu. Za to
nagłówki  wszystkich  gazet  zwracały  uwagę  na  „zwycięstwo  partii  Hitlera”,  chociaż  bez  mała
pięćdziesiąt  tysięcy  lippeńskich  wyborców  głosowało  na  partie  demokratyczne  -  od  SPD  po
konserwatystów - trzydzieści dziewięć tysięcy na nazistów i jedenaście tysięcy opowiedziało się za
komunistami.

-  W  ten  sposób  osiągnięto  dokładnie  taki  efekt,  na  jakim  zależało  Hitlerowi:  NSDAP  ma  znów
więcej  zwolenników  i  stała  się  najsilniejszą  partią  w  Lippe.  Tym  samym  szala  przechyliła  się  na
korzyść  nazistów,  a  w  czternaście  dni  później  Hitler  został  powołany  przez  Hindenburga  na
stanowisko kanclerza Rzeszy.

- A jakie następstwa miało to dla kraju Lippe-Detmold? - zapytałem. - Hitler zapewne był wdzięczny
tutejszym wyborcom.

Starszy pan pokręcił głową:

-  O  wdzięczności;  nie  mogło  być  mowy,  przeciwnie.  Nasz  kraik  utracił  autonomię,  z  której  był  tak
dumny.  Wraz  z  innymi  małymi  krajami  został  podporządkowany  dyktatorskim  rządom  namiestnika
Rzeszy.  Nowo  wybrany  Landtag  odesłano  do  domu,  nie  był  już  potrzebny...  Ale  ludzie,  gdy  30
stycznia świętowali wejście Hitlera do kancelarii Rzeszy, niczego  jeszcze  nie  przeczuwali.  Zresztą
wiwatowali tylko zwolennicy nazistów; „milcząca większość” -blisko dwie trzecie tutejszej ludności
- nie miała powodu do świętowania i tego dnia pozostała w domach...

- Czy pamięta pan dokładnie ten dzień, 30 stycznia 1933 ręku?

background image

Wydał się zaskoczony.

  Oczywiście  -  odpowiedział  po  chwili  wahania.  Zupełnie  dokładnie.  Byłem  wówczas  od  czterech
tygodni  w  Detmold,  pracowałem  w  szpitalu  i  jako  najmłodszy  stażem  lekarz  miałem  dyżur
w  ambulansie.  Pamiętam  nawet,  jak  starsza  pielęgniarka  powiedziała  mi  ogromnie  podniecona,  że
Hitler został kanclerzem Rzeszy. „Czy to nie cudowne? - zapytała. - Teraz; na pewno będzie lepiej!”
»  Śmiałem  się  z  tego.  Polityka  nie  interesowała  mnie  w  ogóle.  Później,  w  przerwie  na  herbatę,
przypomniały mi się słowa mego ojca - był nauczycielem szkoły średniej: „Gdyby Hitler doszedł do
władzy,  to  z  pewnością  wkrótce  mielibyśmy  wojnę”.  Uważałem,  że  przesadza,  zresztą  ta  myśl  nie
bardzo  mnie  przerażała,  ponieważ  mnie,  jako  lekarzowi  -  tak  myślałem  -  w  czasie  wojny  nic
specjalnego  nie  groziło.  Lekarze  zostają  na  miejscu  albo  pracują  w  lazaretach.  Nie,  właściwie
naziści nie wzbudzali we mnie obaw...

- Ani nadziei?

Pomyślał przez chwilę. W końcu powiedział:

-  Rzeczywiście,  zadawałem  sobie  wówczas  pytanie,  czy  „przejęcie  władzy”  mogłoby  dla  mnie
okazać  się  korzystne.  Studiowałem  w  Greiswaldzie,  a  moi  koledzy  z  uczelni  zawsze  mówili,  że
perspektywy  zawodowe  dla  nas  medyków  są  z  roku  na  rok  gorsze,  ponieważ  w  Niemczech  jest  za
dużo  lekarzy.  Jeśli  jednak  Hitler  doszedłby  do  władzy,  to  „wyłączyłby”  żydowską  konkurencję,
a wtedy każdy z nas, „aryjczyków”, miałby dość dobrą praktykę.

Obrzucił mnie krótkim spojrzeniem, jak gdyby oczekując, że się sprzeciwię. Ale ja milczałem, więc
ciągnął dalej:

-  To  naturalnie  nonsens,  bo  wtedy  w  1932/33  w  całej  Rzeszy  Niemieckiej  było  zarejestrowanych
blisko  pięćdziesiąt  tysięcy  lekarzy,  to  jest  mniej  niż  połowa  tego,  co  mamy  dziś  w  samej  tylko
Republice  Federalnej.  Wtedy  jednak  wielu  widziało  w  niespełna  dziesięciu  tysiącach  lekarzy
pochodzenia żydowskiego poważne zagrożenie. Zazdroszczono żydowskim kolegom, ponieważ mieli
więcej  pacjentów  i  było  wśród  nich  wielu  najbardziej  znanych  lekarzy.  Natomiast  dla  ludzi  mojej
kondycji społecznej, dla syna urzędnika nie dysponującego środkami na otworzenie własnej praktyki
perspektywy nie rysowały się zbyt różowo...

Przerwał, ale nim zdążyłem coś na to odpowiedzieć, szybko dodał:

- Proszę, niech mnie pan źle nie rozumie! Wcale nie byłem zaciekłym antysemitą. W domu mieliśmy
za  sąsiadów  Żydów  i  nasze  stosunki  układały  się  zupełnie  dobrze,  a  ilekroć  było  to  konieczne,
rodzice  zawsze  wzywali  naszego  domowego  lekarza,  też  Żyda,  starego  doktora  Marcuse’a.  Nie,
naprawdę  nie  miałem  żadnych  uprzedzeń.  Ponadto  nie  dopatrywałem  się  niczego  złego
w  zapowiadanym  przez  nazistów  „wyłączeniu”  żydowskiej  konkurencji.  Wyobrażałem  sobie,  że
będzie to, być może, czasowe ograniczenie rejestracji, czy coś w tym rodzaju... Zapewne sam sobie
to  wmawiałem,  bo  w  gruncie  rzeczy  nietrudno  było  przewidzieć,  czego  można  spodziewać  się  po
nazistach...

- Co pan ma na myśli?

- No, naziści w każdym razie wzbudzali we mnie lęk swymi brutalnymi wystąpieniami, skłonnością
do  gwałtownych  czynów  i  ociekającym  krwią  słownictwem...  Wieczorem,  30  stycznia  1933,

background image

pełniłem dyżur w ambulansie - miałem wtedy przedsmak tego, co czekało ich przeciwników. Pracy
było dużo przy wielu rannych, których nam dowożono: komunistów i Żydów - właścicieli sklepów,
kierowników  konsumów...  poturbowanych  przez  pijanych  zwycięstwem  ludzi  z  SA.  A  potem  ta
nagonka  w  gazetach!  Najostrzej  atakowano  wówczas  Fechenbacha,  redaktora  socjaldemokratycznej
gazety „Volksblatt” - czy to nazwisko coś panu mówi?

Felix  Fechenbach  był  najbliższym  współpracownikiem  Kurta  Eisnera,  po  rewolucji  w  1918  roku
pierwszego  premiera  bawarskiego.  Ten  znienawidzony  przez  prawicowych  ekstremistów,  a  bardzo
popularny  wśród  monachijskich  robotników  socjalista  został  zamordowany  w  lutym  1919  roku.  Po
śmierci  Eisnera  prawica  polityczna  rozpoczęła  nagonkę  na  Fechenbacha  i  w  1922  skazano  go  na
jedenaście lat więzienia za rzekomą zdradę kraju. Chodziło o polityczną zemstę na tym bez wątpienia
niewinnym  człowieku.  W  1924  roku  „pod  presją  opinii  publicznej”  Fechenbach  został  zwolniony
z więzienia.

- Nie wiedziałem, że Fechenbach był wtedy w Detmold. Czy znał go pan osobiście? - zapytałem.

- Tak, leczyłem go kiedyś. A trzeba panu wiedzieć, że Fechenbach przez swoje odważne wystąpienia
przeciwko  nazistom  był  uważany  przez  nich  za  „śmiertelnego  wroga”.  „Lippischer  Kurier”
tygodniami  prowadził  morderczą  nagonkę  na  „Żyda  i  zdrajcę  narodu”  -  Fechenbacha.  Później,
w cztery, czy pięć tygodni po przejęciu władzy przez nazistów, w niedzielę 13 marca 1933 roku, o ile
pamiętam, było to chyba w dzień wyborów do Reichstagu, pan Fechenbach został napadnięty na ulicy
i  pobity  przez  czterech  ludzi  z  SA.  Mam  jeszcze  wyraźnie  przed  oczyma  człowieka  leżącego  na
noszach.  Prawie  nie  mógł  mówić,  ale  z  trudem  ściągnął  obrzmiałe,  okrwawione  wargi  w  grymas,
który  miał  być  uśmiechem,  i  powiedział  do  mnie:  „Miałem  mały  karambol  z  nazistami,  panie
doktorze. Nie lubią mnie, zresztą nie bez wzajemności...” Był to bardzo dzielny człowiek.

- I co się z nim stało?

-  Opatrzyłem  go  i  zapytałem,  czy  mam  zawiadomić  jego  rodzinę.  Odpowiedział,  że  żonę  i  dwoje
dzieci wysłał zaraz po 30 stycznia w bezpieczne miejsce. Zadałem mu więc pytanie, dlaczego on sam
też  nie  wyjechał?  Odpowiedział  na  to:  „Być  może  uzna  pan,  doktorze,  moją  decyzję  za  głupią,  ale
przecież nie mogę tak po prostu stąd uciec! Tutejsi robotnicy zaufali mi i nie chciałbym, żeby uznali
mnie  za  tchórza  i  człowieka  wiarołomnego...!”  W  kilka  dni  później  -  Fechenbach  został  właśnie
wypisany  ze  szpitala  -  naziści  zabrali  go  do  „aresztu  prewencyjnego”,  aby  „zapewnić  mu  ochronę
przed  gniewem  ludu”,  jak  potem  podano  w  gazetach.  Dokładnie  przypominam  sobie  zdjęcie  w
„Lippische  Landeszeitung”,  pokazujące  go  między  dwoma  szczerzącymi  zęby  policjantami
pomocniczymi  w  mundurach  SA  i  SS.  Obok  były  fotografie  zajętego  przez  nich  domu  ludowego,
posterunków  przed  sklepem  spółdzielni  spożywczej  i  przed  żydowskim  sklepem  z  obuwiem.
A podpis brzmiał: „Wzburzona ulica w Detmold”, czy coś w tym rodzaju.

- Była to przecież jeszcze prawie obiektywna relacja...

-  Tak,  „Landeszeitung”  jako  gazeta  mieszczańska  była  bardzo  powściągliwa,  a  między  wierszami
wyczuwało  się  niekiedy  nawet  krytykę.  Natomiast  w  nazistowskiej  gazecie  pisano  wprost  o
„obrachunkach” i że to dopiero początek.

- Czy Fechenbach trafił do obozu koncentracyjnego?

-  Najpierw  wysłano  go  do  więzienia  w  Detmold,  a  wkrótce  potem  w  lokalnej  prasie  pojawiła  się

background image

wzmianka, że Fechenbach w drodze do obozu został zastrzelony przy próbie ucieczki. Jednak nikt w
Detmold nie wątpił, że ten szczególnie znienawidzony socjaldemokrata i Żyd padł ofiarą morderstwa.
Co  prawda  nikt  tego  głośno  nie  mówił,  ale  przysłoniwszy  usta  ręką,  szeptano,  że  „to”  jest
niesłychane.

W  lecie  1933  roku  większość  Niemców  rzeczywiście  próbowała  już  przystosować  się  do  nowej
rzeczywistości,  przynajmniej  zewnętrznie.  Prawie  nie  słyszało  się  otwarcie  wypowiadanej  krytyki
częstego  naruszania  prawa  przez  nazistów.  Wielu  dawnych  stronników  partii  demokratycznych  -
nierzadko tylko ze strachu - wstępowało do NSDAP.

Zwłaszcza handlowcy i urzędnicy bardzo szybko ustawili się z wiatrem.

- Ja wtedy też, jak większość, poszedłem po linii najmniejszego oporu - dodał otwarcie starszy pan. -
Tam, gdzie było trzeba, mówiłem grzecznie „Heil Hitler!” i wstąpiłem do narodowosocjalistycznego
stowarzyszenia  lekarzy,  prócz  tego  do  kilku  innych  spośród  wielu  nazistowskich  organizacji,  na
przykład do narodowosocjalistycznej opieki społecznej, do ochrony przeciwlotniczej Rzeszy i co tam
jeszcze  było...  naturalnie  tylko  jako  członek  płacący  składki!  Nasz  lekarz  naczelny,  bardzo  aktywny
nazista, o mało nie namówił mnie, żebym został lekarzem w batalionie SS. Na szczęście zabrakło mi
kilku centymetrów wzrostu do SS, a także nie byłem dość blond... Ale udałem wówczas, że jest mi
z tego powodu bardzo przykro...

- A więc wewnętrznie odrzucał pan reżim?

- Ach, wie pan, szczerze mówiąc, wtedy nie byłem jeszcze zdecydowanym przeciwnikiem nazistów.
Przyznaję,  że  często  oburzało  mnie  ich  postępowanie,  lekceważący  stosunek  do  wszelkich  norm
prawnych i brutalność, z jaką terroryzowali bezbronnych, tak... nie chciałem też podpaść politycznie.
Unikałem rozmów na te tematy i trzymałem język za zębami.

Wyznał, że pewne rzeczy z tego, co się wówczas działo, nawet imponowały mu.

-  Prawdą  jest,  że  nie  byłem  obojętny  na  takie  hasła  jak  „wspólnota  narodowa”,  „narodowe
odrodzenie” i cały ten nastrój z przełomu lat 1932/33. Uważałem też za słuszne, że wreszcie robi się
coś  dla  zlikwidowania  masowego  bezrobocia.  Wspaniałą  sprawą  była  „Pomoc  zimowa”.  Nigdy  za
dużo  tego,  co  służyłoby  zmniejszeniu  nędzy  oraz  stabilizacji,  tak  myślałem.  Wtedy  nie  wiedziałem
jeszcze, że prawie zawsze była to tylko propaganda i wmawiałem sobie, iż wszelkie przykre uboczne
zjawiska nic mnie nie obchodzą. Ostatecznie nie byłem Żydem ani komunistą, czy socjaldemokratą...
Milczałem  więc  i  pocieszałem  się,  że  zapewne  mają  one  charakter  przejściowy.  Podobnie  jak  ja
myślała wówczas większość.

Wypił  kawę  i  tak  szybko,  jak  zaczął  rozmowę,  teraz  ją  zakończył.  Zapłacił  rachunek,  pozwolił
kelnerowi podać sobie palto i życząc mi przyjemnego pobytu w Detmold, wyszedł z restauracji.
 

-  Czy  życzy  pan  sobie  jeszcze  czegoś?  -  zapytał  kelner,  sprzątając  nakrycia  z  sąsiedniego  stolika.
Prócz mnie i kelnera nie było nikogo w lokalu.

Zwlekałem  z  odejściem  i  zamówiłem  jeszcze  jedną  kawę.  Spojrzałem  na  zegarek:  za  dwadzieścia
trzecia...  do  umówionego  spotkania  pozostało  jeszcze  sporo  czasu,  a  nieprzyjazna  jesienna  pogoda
nie zachęcała do spaceru.

background image

Kelner jak gdyby odgadł moje myśli.

- Zamykamy o trzeciej - powiedział. - Zaraz podam panu kawę...

Przyniósł kawę, ale nie odszedł od stolika.

-  Byłem  tu  pikolakiem  w  styczniu  1933  roku  -  powiedział  -  trzeci  rok  praktykowałem...  Jestem
rocznik  1916,  do  1939  wytrzymałem  w  Detmold.  Później  było  się  to  tu,  to  tam.  A  teraz,  kiedy
niedługo odejdę na emeryturę, znów pracuję w miejscu, gdzie zaczynałem. Niewiele się tu zmieniło
od tamtego czasu, mamy nawet kilku dawnych gości...

Odwrócił głowę i wskazał podbródkiem stolik na wpół oddzielony od sali drewnianą ścianką.

- Tam w tej wnęce zawsze siadywali panowie w brunatnych koszulach: pan redaktor Pommerenke z
„Lippischer Kurier”, pan doktor Schröder z kierownictwa okręgu, pan sturmführer Segler...

Wymienił jeszcze kilka nazwisk.

Przypuszczalnie słyszał coś z tego, o czym opowiadał mi stary lekarz, wspominając czasy nazistów w
Detmold,  i  teraz  chciał  mi  dać  do  zrozumienia,  że  on  też  miałby  to  i  owo  na  ten  temat  do
powiedzenia, jeśli mi na tym zależy.

Skinąłem zachęcająco głową.

-  Czasem  przychodził  tu  też  doktor  Meyer.  To  był  gauleiter,  a  potem  został  nawet  namiestnikiem
Rzeszy. Siadywał u nas zwykle do późnego wieczoru...

Opowiedział, jak pewnego dnia doszło do incydentu, który dokładnie jeszcze pamięta.

Mniej  więcej  w  trzy  tygodnie  po  „przejęciu  władzy”  w  lutym  1933  roku  panowie  Pommerenke  i
Segler,  obydwaj  podchmieleni,  polecili  jemu,  pikolakowi,  żeby  doręczył  kartkę  jednemu  z  gości,
który  siedział  w  dość  zapełnionej  sali,  a  był  nim  adwokat,  doktor  Rosenbaum.  Na  kartce  napisane
było: „Wynoś się stąd, żydowska świnio!”

Kelner wyznał, że było to dla niego bardzo nieprzyjemne, ale nie miał odwagi odmówić wypełnienia
tego,  czego  od  niego  żądali.  Doktor  Rosenbaum  poderwał  się  z  miejsca  purpurowy  na  twarzy
i wykrzyknął: „Jestem żołnierzem frontowym! Byłem dwukrotnie ranny pod Ypres i Verdun! Jestem
sierżantem rezerwy odznaczonym Krzyżem Żelaznym I Klasy! Czy muszę znosić coś podobnego?!”

Adwokat  pokazywał  kartkę  gościom,  którzy  siedzieli  przy  sąsiednich  stolikach,  ale  wszyscy
z  zakłopotaniem  odwracali  głowy  i  milczeli.  Nagle  zrobiło  się  tak  cicho,  że  słychać  było  brzęk
naczyń z kuchni.

Wtedy  sturmführer  Segler  wrzasnął  nagle:  „No,  zjeżdżaj,  ty  żydowska  świnio!  A  może  mamy  ci
pomóc?” Pan Pommerenke śmiał się w głos. Doktor Rosenbaum zacisnął pięści, drżał na całym ciele.
Myślałem już, że stanie się coś jeszcze gorszego, ale pan Rosenbaum odwrócił się, położył na stoliku
pieniądze  i  szybko  wyszedł  bez  słowa.  To  był  dobry  gość  ten  pan  Rosenbaum.  Zawsze  dawał  sute
napiwki...

Tego  ostatniego  wieczoru  zostawił  na  stole  banknot  dwudziestomarkowy.  Naturalnie  za  dużo,  bo
należność wynosiła trzy marki sześćdziesiąt.

background image

Podałem ten banknot starszemu kelnerowi, a on powiedział: „Biegnij za panem doktorem i oddaj mu
resztę”. Ale na ulicy nie było go widać... Wie pan, szesnaście marek z groszami to wtedy były duże
pieniądze, prawie tyle dostawał mój ojciec na tydzień zapomogi dla bezrobotnych na czteroosobową
rodzinę...

Dlatego pikolak zatrzymał resztę z rachunku doktora Rosenbauma i zaniósł ją matce. Ale matka kazała
mu odnieść tę sumę doktorowi do domu, i to rano przed pracą. Powiedziała, że panu Rosenbaumowi
są one pewnie teraz bardziej potrzebne niż jej.

Z  rana  po  szóstej  chłopiec  zadzwonił  do  drzwi  adwokata  i  dość  długo  czekał,  zanim  coś  się  tam
ruszyło.  Nawet  zamierzał  już  odejść,  kiedy  drzwi  otworzyły  się.  W  progu  stał  doktor  Rosenbaum
w kapeluszu i w płaszczu. Był blady. Do klapy palta miał przypięte baretki wojskowych odznaczeń.

-  Popatrzył  na  mnie,  a  ja  powiedziałem,  kim  jestem  i  po  co  przyszedłem.  Poznał  mnie.  Postawił
teczkę, którą trzymał w ręce i oparł się o futrynę drzwi. Zapewne oczekiwał, że przyjdzie po niego
policja.  Bo  oni  zawsze,  proszę  pana,  przychodzili  wczesnym  rankiem,  żeby  sąsiedzi  nie  widzieli.
Oddałem  pieniądze.  Chciał  mi  ofiarować  markę,  ale  nie  przyjąłem.  Potem  opowiedziałem
o  wszystkim  starszemu  kelnerowi,  a  on  skwitował  to  słowami:  „Tak,  człowiek  wstydzi  się,  że  jest
Niemcem...” Nigdy tego nie zapomnę.

...W kilka dni później - mówił dalej - było to zaraz po pożarze Reichstagu w Berlinie, o co naziści
oskarżyli komunistów, mój ojciec został aresztowany. Był sekretarzem w związku i socjaldemokratą.
W niczym nie zawinił i w żaden sposób nie mógł pojąć, czego właściwie chcieli od niego, uczestnika
wojny i prawego człowieka.

...Dopiero  po  sześciu  tygodniach  napisał  do  rodziny:  „Jestem  w  areszcie  prewencyjnym.  Czuję  się
dobrze”. Po kilku dniach zwolnili go.

...Ten sturmführer SA Segler był bratem mojej matki - moim wujem. Matce udało się uprosić go, żeby
coś  zrobił  dla  mego  ojca.  Było  jej  chyba  bardzo  trudno  zwrócić  się  do  niego  o  pomoc.  „Segler  -
największy  wałkoń  w  Lippe”,  jak  ludzie  o  nim  mówili,  w  1920  roku  zgłosił  się  do  korpusu
ochotniczego,  który  został  skierowany  na  teren  Ruhry  i  do  Turyngii  przeciw  robotnikom.  Kiedy  na
początku 1924 wszystko tam ostatecznie się skończyło, został strażnikiem u Oetkera w Bielefeld i był
nim, póki firma nie wyrzuciła go za kilka kradzieży... Od tej pory siedział w kieszeni u mojej matki
i reszty rodzeństwa. Wreszcie pewnego dnia były porucznik dawnego korpusu ochotniczego zachęcił
go  do  zorganizowania  bojówki  SA...  Właśnie  takiemu  facetowi  ojciec  zawdzięczał  zwolnienie  i  to
najbardziej  go  bolało.  W  ogóle  po  tym  tak  zwanym  „areszcie  prewencyjnym”  zmienił  się,  był
rozgoryczony. Prawie z nami nie rozmawiał i nie chciał nic wiedzieć o polityce.

Dowiedziałem się jeszcze, że mój rozmówca w 1934 roku opuścił Detmold i wyjechał za granicę. W
1938,  kiedy  Sudetenland  został  „przywrócony  ojczyźnie”,  Trzecia  Rzesza  znów  go  „dopadła”.
Pracował w Karlsbadzie i tam dostał powołanie do wojska.

Dawno już wypiłem kawę. Dochodziła trzecia, chciałem więc już wyjść z restauracji.

Poprosiłem o rachunek, a kiedy płaciłem, kelner powiedział jeszcze: - A w ogóle, to co do jednego
miał zupełną rację pan, który siedział przedtem przy sąsiednim stoliku i tak głośno mówił...

Wymienił  jakieś  nazwisko  i  nazwę  firmy,  zrozumiałem  więc,  że  miał  na  myśli  energicznego

background image

mężczyznę  z  siwymi  włosami,  który  z  rozrzewnieniem  wspominał  wojenne  przeżycia  w
„Leibstandarte”.

-  Ten  pan  powiedział  przecież,  że  z  czasem  staliśmy  się  mądrzejsi.  Widzi  pan,  to  właśnie  on  13
marca 1933 roku zadbał, żeby mój ojciec znalazł się w areszcie. Miał wtedy dwadzieścia jeden lat
i wyżywał się w firmie jako szef junior. Rok wcześniej z wielkim trudem zrobił maturę... A na krótko
przed Bożym Narodzeniem 1932 roku już paradował po fabryce w mundurze SS i mego ojca, który
pracował  tam  od  dwunastu  lat,  po  prostu  wystawił  na  ulicę  „za  zakłócanie  spokoju
i nieposłuszeństwo”. Mój ojciec, proszę pana, odmówił młodemu  szefowi  umycia  jego  sportowego
samochodu, zresztą po godzinach pracy... „Poczekaj, ty marksistowska świnio, zapłacisz mi za to!”,
tak powiedział.

Ojciec  często  do  tego  wracał,  kiedy  był  bez  pracy...  Tak,  tymczasem,  jak  sam  powiedział,  stał  się
mądrzejszy  i  właśnie  jutro  oczekuje  dobrych  klientów  z  Izraela.  Już  zarezerwował  najlepszy  stolik
i wspaniałe menu...

-  Tak  to  właśnie  jest.  Ale  do  dziś  jeszcze  zachwyca  się  „przejęciem  władzy”  -  powiedziałem
i ruszyłem ku drzwiom z zamiarem obejrzenia „spokojnej nobliwości” Detmold.
 

background image

2.
Jak zaczęła się Trzecia Rzesza

 

Obejrzałem  ładne  stare  miasto,  dawną  siedzibę  książąt  -  zamek,  nowy  pałac  i  park,  ulicę  o  miłej
nazwie  Rosenthal  oraz  kręte  uliczki  ze  starannie  odrestaurowanymi  domami  o  fasadach  z  pruskiego
muru.

Próbowałem  sobie  wyobrazić,  jak  to  wszystko  mogło  wyglądać  wtedy,  pod  koniec  stycznia  1933
roku:  ulica  Rosenthal  w  powodzi  sztandarów  ze  swastyką?  Przechodnie  w  brunatnych  i  czarnych
mundurach,  w  płaszczach  z  odznakami  partyjnymi  albo  dystynkcjami  na  kołnierzach  płaszczy?
Kolumny chłopców z Hitlerjugend, fanfary, werble, przed żydowskimi sklepami pikiety SA i portrety
Führera  pośród  tortów  albo  kiełbas  na  wystawach  „aryjskich”  sklepów?  Wszędzie  ów  „narodowy
kicz”,  którego  nawet  nazistowskiemu  kierownictwu  było  za  wiele,  i  marszowa  muzyka  nieustannie
gdzieś rozbrzmiewająca...?

W Detmold było podobnie jak w całej Rzeszy Niemieckiej - mówiłem sobie - nie inaczej niż wtedy
u nas...

Starałem  się  dokładnie  przypomnieć  sobie  ten  czas.  Miałem  wtedy  dwanaście  lat.  Rok  wcześniej,
w czerwcu 1932 roku, moi rodzice przenieśli się z Berlina, gdzie się urodziłem, do Düsseldorfu. Już
oswoiłem  się  z  nowym  otoczeniem;  chodziłem  do  trzeciej  klasy  gimnazjum,  którego  grono
nauczycielskie,  na  ogół  zbliżone  do  katolickiego  Centrum,  w  sposobie  podejścia  do  materiału
nauczania  i  do  uczniów  kierowało  się  raczej  reńskim  liberalizmem.  W  szkole  z  zasady  nie  mówiło
się  o  polityce,  nawet  w  starszych  klasach.  Fakt  powołania  Hitlera  na  urząd  kanclerza  w  naszym
gimnazjum też na razie pominięto milczeniem. I tak Trzecia Rzesza zaczęła się dla mnie dopiero po
południu  w  domu,  kiedy  zasiedliśmy  do  obiadu:  ja,  moi  rodzice  i  kuzynka  Lilly  z  Berlina,  która
przyjechała do nas w odwiedziny. W pewnej chwili ojciec wstał i mimo karcącego spojrzenia matki
wyszedł do drugiego pokoju, żeby posłuchać wiadomości radiowych. Wrócił z wyrazem osłupienia
na twarzy.

Zaniepokojeni spytaliśmy, czy stało się coś złego? Odpowiedział krótko:

- Tak... - A po chwili dodał: - Hitler został kanclerzem Rzeszy...

Już nie przypominam sobie, o czym mówiliśmy później, czy w ogóle ktoś jeszcze coś powiedziały ale
doskonale  pamiętam  przerażenie  na  twarzy  mojej  zamężnej  kuzynki.  Jej  mąż,  lekarz,  był  Żydem,
prowadził praktykę w robotniczej dzielnicy Berlina - Neukölln.

- Muszę natychmiast wracać do Berlina - wyszeptała.

Byłem za młody na to, by wiązać jeden fakt z drugim, ale od razu domyśliłem się, co było powodem
jej niepokoju. Nie zapomniałem przecież własnych przeżyć ze szkoły w Berlinie.

Dlatego  doskonale  rozumiałem,  dlaczego  mianowanie  Hitlera  na  stanowisko  kanclerza  -  zdaniem
ojca - oznaczało początek okropnej i już nie dającej się odwrócić katastrofy. Rozmawiał z nami na
ten  temat  wielokrotnie,  nie  dalej  jak  przed  paroma  dniami  mówił,  co  by  się  stało,  gdyby  naziści
doszli do władzy.

- Zburzą wszystko - powiedział - prawo, porządek, kulturę, wszystko, cokolwiek ma dla nas wartość.

background image

Uczynią  większe  spustoszenie,  niż  dziś  jesteśmy  w  stanie  wyobrazić  to  sobie.  Jeśli  Hitler  przejmie
władzę  -  przed  czym  uchroń  nas  Boże!  -  natychmiast  rozpocznie  zbrojenia  i  będzie  przygotowywał
nową wojnę. Potrzeba mu na to czterech, może pięciu lat, a potem upłynie drugie tyle, aż biedny nasz
kraj znów zostanie całkowicie zniszczony. Ale prędzej nie uwolnimy się od tej zarazy...

Nurtowało  mnie  wiele  wątpliwości:  czy  rzeczywiście  mogłoby  być  aż  tak  źle  -  w  końcu  mamy
przecież policję, sądy, wojsko... Czy nie byłoby możliwe, a nawet chyba dla nas lepsze, żeby Niemcy
nie przegrali i tej wojny? Przeciw komu Hitler chce prowadzić wojnę? Przeciw Francji lub Rosji?
A może „tylko” przeciw. Polsce albo Czechosłowacji? Może przeciwko Anglii też?

Tłumaczył  mi  wtedy  cierpliwie,  że  cała  Europa  łącznie  z Anglią  byłaby  uwikłana  w  taką  wojnę  z
Niemcami  Hitlera,  wreszcie  włączyliby  się  również Amerykanie  i  tym  samym  Niemcy  nie  mieliby
żadnych szans zwycięstwa.

-  Jednak  zanim  naziści  zostaną  zmuszeni  do  ustąpienia,  ponieważ  przegrają  sprowokowaną  przez
siebie  wojnę,  może  upłynąć  dziesięć,  dwanaście  albo  i  więcej  lat.  Będą  to  bardzo  złe  czasy  dla
wszystkich przeciwników nazistów, zwłaszcza dla tych, z których Hitler zrobi ofiarne kozły - przede
wszystkim dla Żydów...

Zapytałem, czy nie dałoby się przeszkodzić hitlerowcom w przejęciu władzy.

- Może, gdyby wszyscy zamiast zwalczać się nawzajem, wyjątkowo zjednoczyli się dla zapobieżenia
tej katastrofie, wówczas...

Co prawda nie zabrzmiało to zbyt optymistycznie, ale w odpowiedzi ojca znalazłem potwierdzenie,
że  bezwiednie  postąpiłem  słusznie,  wstępując  na  początku  1932  roku  w  Berlinie  do  organizacji
Socjalistycznej Młodzieży Robotniczej „Czerwony Sokół”, o czym mój ojciec nie wiedział, a matka
co  najwyżej  domyślała  się.  Jako  uczeń  gimnazjum  z  tak  zwanego  „dobrego”  mieszczańskiego
lewicowo-liberalnego domu właściwie nie miałem tam czego szukać. Wśród szkolnych kolegów był
tylko jeden, który wiedział i pochwalał mój wybór, a nawet zazdrościł mi. W tym czasie jego ojciec,
zecer  i  aktywista  związkowy,  został  bez  pracy,  chłopak  musiał  więc  odejść  z  naszej  szkoły  i  tak
straciliśmy  kontakt.  Będąc  członkiem  „Czerwonego  Sokoła”  i  w  Düsseldorfie  zebrałem  trochę
doświadczeń  z  nazistami.  Kiedyś  rozdawaliśmy  antyfaszystowskie  ulotki  na  Hindenburgwall
w pobliżu urzędu zatrudnienia, gdzie zawsze gromadziło się wielu bezrobotnych. Było to chyba przed
Bożym Narodzeniem, bo pamiętam, że ludzie stali wśród mnóstwa choinek dużych i małych, grzejąc
się  przy  piecykach  sprzedawców.  Handlowano  tam  z  ręki  do  ręki  artykułami  przemycanymi  z
Holandii:  tytoniem,  bibułką  do  papierosów,  czekoladą,  a  czasem  też  śmiesznie  tanimi  japońskimi
rowerami. Tu i ówdzie ludzie z SA w brunatnych mundurach próbowali kuszącymi ofertami ciepłych
posiłków  z  ich  kuchni  polowej  i  talonami  na  nowe  brązowe  buty  z  cholewami  z  prawdziwej  skory
zachęcać młodych, szukających pracy, by wstępowali do ich organizacji.

Nasza  akcja  skierowana  była  właśnie  przeciwko  agitatorom  SA.  Ulotki,  które  ostrzegały  przed
„brunatnymi  szczurołapami”  i  wzywały  wszystkich  antyfaszystów  do  wspólnej  j  walki  z  nazizmem,
spotykały  się  z  poparciem  większości  bezrobotnych.  Wielu  z  nich  zachęcało  nas  do  działania,
a  ilekroć  faceci  z  SA  przyłapywali  nas  na  tej  robocie  i  grozili,  że  dadzą  nam  cięgi,  zawsze
znajdowali  się  ludzie,  którzy  nas  osłaniali,  występowali  do  przodu  i  zmuszali  „brunatnych”  do
odwrotu.

background image

A  jednak  któregoś  dnia  w  drodze  do  domu  przez  park  stanęliśmy  oko  w  oko  bezbronni  przed
szukającymi zemsty nazistami. W odległości dwudziestu kroków zobaczyliśmy nagle bojówkarzy SA
i  chłopaków  z  Hitlerjugend;  wszyscy  byli  znacznie  wyżsi  od  nas  i  silniejsi  -  nasz  przywódca  miał
piętnaście  lat.  Mimo  to  nie  baliśmy  się  bijatyki,  do  której  musiałoby  dojść,  gdybyśmy  nie  zeszli
z drogi. Byliśmy w dobrym nastroju, gotowi stawić zdecydowany opór.

Ale w, rękach najwyższego chłopaka z Hitlerjugend zobaczyliśmy „mordercę”. Była to krótka pałka
z giętkim uchwytem, obciągnięta żółtą skórą i zakończona luźno zwisającą metalową kulką wielkości
pingpongowej  piłeczki.  W  słabym  świetle  latarni  dostrzegliśmy  jeszcze  w  porę  niebieskawo
połyskujące kastety na palcach innych i bykowce w rękach obu bojówkarzy SA.

W  jednej  chwili  podjęliśmy  decyzję:  dajemy  nura  w  krzaki  i  wiejemy  do  domu  ile  sił  w  nogach.
Okazało  się,  że  byliśmy  lepszymi  biegaczami  niż  nasi  prześladowcy,  bo  wkrótce  zdołaliśmy  ich
zgubić. Jednak było to deprymujące przeżycie, uciekliśmy przecież przed jawnym terrorem. Potem na
zebraniu  grupy  padło  pytanie,  czy  jednak  my  też  nie  powinniśmy  być  uzbrojeni.  Ale  większość
poparła  zdanie  szefa,  że  posługiwanie  się  „mordercą”  albo  kastetami,  niczym  banda  opryszków,
w  naszym  przypadku  nie  wchodzi  w  rachubę.  Broń,  jaką  walczymy,  to  słuszne  argumenty
i  solidarność  wszystkich  antyfaszystów...  Słuchałem  dyskusji  jako  jeden  z  najmłodszych  i  nie
wypowiadałem swego zdania, chociaż miałem poważne wątpliwości, czy rezygnowanie z obrony jest
słuszne. W każdym razie teraz zrozumiałem, co miał na myśli mój ojciec - o zajściu w parku nic mu
nie powiedziałem - i inni dorośli, mówiąc o „dyktaturze”, której musielibyśmy się podporządkować,
gdyby nazistom udało się dojść do władzy.

A teraz, od południa 30 stycznia 1933 roku, Hitler i jego SA już byli u władzy - wiadomość o tym
podała  właśnie  rozgłośnia  Zachodnioniemieckiego  Radia  Langenberg,  w  rok  później,  po
„zglajchszaltowaniu”  nazwana  rozgłośnią  Rzeszy  Köln.  W  dniu  „przejęcia  władzy”  słuchaliśmy
wieczorem radia i po raz pierwszy głosu nowego spikera. Brzmiał zupełnie inaczej, nie był -jak do
tej  pory  -  spokojny,  rzeczowy,  ten  należał  do  kogoś  fanatycznie  zaangażowanego,  kto  narzucał
słuchaczom swoją wiarę i entuzjazm.

Siedziałem  wtedy  oniemiały  ze  zdumienia  i  przerażony.  Przypomniały  mi  się  butne  frazesy
przywódcy  Hitlerjugend  w  Berlinie-Wilmersdorf,  tego  samego,  który  najpierw  brutalnie  pobił
Philippa Löwensteina, a potem groził, że powywiesza wszystkich Żydów. Następnego dnia wystąpił
przed  klasą  i  oznajmił:  „Trzeba  nam  żelaznej  woli  do  potwierdzenia  swojej  narodowej
wiarogodności,  miłości  ojczyzny  i  gotowości  do  ponoszenia  ofiar!  Niemcy  muszą  żyć,  nawet  jeśli
nam wypadłoby umrzeć!”

Spiker  wpadał  w  coraz  większą  emfazę,  a  ja  myślałem  o  incydencie  w  düsseldorfskim  parku,
o stalowych kastetach i o „mordercy” obciągniętym żółtą skórą, z groźną, metalową kulką na końcu,
w rękach chłopaka z Hitlerjugend.
 

Po  wielu  latach,  gdy  Trzecia  Rzesza  już  upadła,  natrafiłem  w  archiwum  dawnej  rozgłośni  Rzeszy
Köln  na  tekst,  jaki  został  odczytany  wieczorem  30  stycznia  1933  roku.  Przeglądałem  go  teraz
z  identycznym  uczuciem,  jakiego  doznałem  wówczas,  gdy  jako  dwunastolatek  słuchałem  go  po  raz
pierwszy - ze zdumieniem i odrazą:

„Lotem błyskawicy obiegła całe Niemcy wieść: Adolf Hitler został kanclerzem Rzeszy! Rozgorzały

background image

miliony serc, żywiołowa radość i wdzięczność znajdują ujście...”

Tak  rzeczywiście  było  w  rękopisie  spikera,  a  mówił  te  słowa  -  dokładnie  pamiętam  -  niczym
ogarnięty  obłędnym  uniesieniem  sprawozdawca,  naoczny  świadek  wspaniałego  zwycięstwa
Carracioli w rajdzie samochodowym o Grand Prix Monaco:

„Sto tysięcy pochodni płonie na Wilhelmstraße! Przez Bramę Brandenburską idą bohaterowie długiej
i  ofiarnej  walki  -  zwycięskie,  brunatne  kolumny  SA!  Żywa  czerwień  sztandarów  i  na  białym  polu
swastyka - symbol wschodzącego słońca! Wspaniały, nadzwyczajny widok!

A  teraz  -  ależ  tak!  Od  południowej  strony  słychać  już  twardy,  marszowy  rytm,  to  Stahlhelm.
Wsłuchują  się  weń  oczarowane  tłumy,  pochodnie  falują...  Wszędzie  pochodnie!  Pochodnie
i  wiwatujące  tłumy!  Sto  tysięcy  ludzi  wznosi  radosny  okrzyk:  Heil!  Heil  Hitler!  Ich  głos  niesie  się
w noc!

Tam,  ponad  mrowiem  ludzkim  i  morzem  płonących  pochodni,  stoi  w  oknie  wzruszony  do  głębi
prezydent  Rzeszy  von  Hindenburg,  sędziwy  feldmarszałek  i  zwycięzca  spod  Tannenbergu...  Obok,
w  kancelarii  Rzeszy  -  »wódz«,  tak,  to  Führer!  Stoi  ze  swymi  ministrami  Adolf  Hitler...  nieznany
żołnierz wojny światowej, nieugięty bojownik, chorąży wolności!

Jego wzrok skierowany jest w dal. Zapewne myśli o długich latach walki, o ofierze krwi, jaką złożył
ruch, o długim, ciężkim marszu. A oto teraz - TAK! TAK! Ku młodemu kanclerzowi Rzeszy płynie
pieśń stutysięcznego chóru - to hymn niemiecki! Od Mozy po Memel... Deutschland, Deutschland über
alles über alles in der Welt!

I niesie się w niebo jak modlitwa, jak dziękczynienie i radość! Jak chorał z Leuthen! A teraz... TAK!
TAK! Tłumy intonują pieśń ruchu narodowosocjalistycznego: Horst-Wessel-Lied!

Ale...  w  nie  dającym  się  ogarnąć  wzrokiem,  falującym  ludzkim  mrowiu  widać  jakiś  ruch:  to  sto
tysięcy  ramion  wyciąga  się  w  górę  z  wiarą  i  wdzięcznością  do  niemieckiego  pozdrowienia...
Pozdrawiają  Führera,  oddając  tym  samym  cześć  niezapomnianym  ofiarom  walki,  towarzyszom,
którzy rozgromili czerwony front i reakcję... Tak! Zaiste, oni duchem obecni maszerują dziś razem, są
w tych szeregach!

Iluż  w  tłumie  ociera  ukradkiem  łzy,  łzy  wdzięczności  i  radosnego  wzruszenia!  Niech  żyje  nasz
Führer, niech żyje niemiecka ojczyzna! - śpiewają serca, a tam na ulicy pośród ciżby stara babuleńka
wypowiada  to,  co  czują  dziś  wszyscy,  wszyscy  mężczyźni  i  kobiety,  a  także  dzielni  ludzie
w  mundurach  SA  i  SS,  maszerujący  w  długich  kolumnach  pod  sztandarami  ze  znakiem  swastyki:
»Dzięki Ci, Wszechmocny Boże, że dane nam było doczekać takiego dnia!«„
 

Szedłem przez różany ogród w Detmold i starałem się przypomnieć sobie, co jeszcze wydarzyło się
tego dnia u nas w domu:

Miałem zamiar położyć się już do łóżka, kiedy odezwał się telefon. Zadzwoniła panna Bonse, osoba,
którą znaliśmy od niedawna. Miała wtedy około czterdziestki, srebrnoszare, gładko zaczesane włosy,
które  podkreślały  jeszcze  młodzieńczą  świeżość  jej  twarzy.  Pracowała  w  instytucji  zajmującej  się
organizowaniem wakacyjnych kursów naukowych dla uczniów starszych klas gimnazjalnych i praktyk
studenckich  za  granicą  w  ramach  wymiany.  Moi  rodzice  poznali  ją  przez  wspólną  znajomą

background image

i  kilkakrotnie  już  nas  odwiedzała,  przy  czym  chodziło  o  to,  że  miałem  uczestniczyć  w  takiej
angielsko-niemieckiej  wymianie.  Ale  30  stycznia  panna  Bonse  zatelefonowała  do  nas  z  innego
powodu.

Prosiła  mnie,  abym  szybko  przekazał  wiadomość  komuś,  kto  mieszkał  w  naszym  sąsiedztwie,  a  nie
miał telefonu. Miałem powiedzieć, że za godzinę przyjedzie po niego samochód, powinien więc jak
najszybciej przygotować się do odjazdu.

- A czy ten pan o tym wie? - zapytałem.

Panna Bonse przez chwilą ociągała się z odpowiedzią, w końcu powtórzyła tylko zlecenie:

- Powiedz mu, proszę, że to bardzo pilne, przed północą musi być w Roermond.

Człowiek,  dla  którego  przeznaczona  była  wiadomość,  okazał  się  rzeźbiarzem.  Zastałem  go  jeszcze
przy pracy w atelier. Przypomniałem sobie, że kilka razy widywałem go na ulicy, a również i to, że
przed  paroma  tygodniami,  na  krótko  przed  wyborami  do  Reichstagu,  wywiesił  w  swoim  oknie
czerwoną flagę.

Spokojnie  wysłuchał  tego,  co  miałem  mu  do  powiedzenia  i  nawet  nie  wydawało  się,  żeby  był  tym
specjalnie zaskoczony. Zapytał tylko:

- Czy to rzeczywiście takie pilne?

- Z pewnością, w przeciwnym razie panna Bonse nie mówiłaby tak stanowczo, że to BARDZO pilne.

Skinął głową. Odprowadził mnie do drzwi, uścisnął mi rękę i powiedział:

-  Dziękuję!  Proszę  podziękować  ode  mnie  tej  pani.  Powiedz  jej,  że  mam  nadzieję,  iż  z  mojego
powodu nie będzie miała kłopotów z dobrym Panem Bogiem...

Wracając do domu, uświadomiłem sobie, że Roermond nie leży w Niemczech, ale po drugiej stronie
granicy  z  Holandią.  Domyśliłem  się  też,  że  panna  Bonse,  dobra  katoliczka,  ściśle  współpracująca
z  dyrektorem  ministerialnym  doktorem  Klausenerem,  przywódcą  „Akcji  Katolickiej”  -  o  czym
wiedziałem od ojca - postarała się, by rzeźbiarz mógł uciec za granicę, gdzie naziści go nie dosięgną.

Następnego dnia rano rozmawiałem o tym z rodzicami.

- A więc to się za tym kryje - powiedziała matka, która wróciła z piekarni na rogu, gdzie usłyszała,
co opowiadali sąsiedzi: okazało się, że wczesnym rankiem esesowcy wyłamali drzwi do mieszkania
rzeźbiarza  i  chcieli  go  aresztować,  ale  ten  człowiek  zniknął.  Prawdopodobnie  został  w  porę
ostrzeżony. - Mam nadzieję, że nikt tam ciebie nie widział - dodała.

-  Ta  panna  Bonse  musi  mieć  dobre  informacje,  powinniśmy  niedługo  znów  ją  do  nas  zaprosić...  -
powiedział  ojciec.  -  Żyjemy  w  czasach  rzeczywiście  ciekawych.  Co  prawda  wolałbym,  żeby  były
mniej ciekawe...

Do  hotelu  wróciłem  późno,  ale  w  restauracji  paliły  się  jeszcze  światła.  Miałem  ochotę  na  piwo,
chętnie też porozmawiałbym jeszcze ze starym kelnerem. Okazało się jednak, że skończył już pracę,
więc poszedłem spać.

Przed zaśnięciem próbowałem podsumować wrażenia tego popołudnia. Zdumiewające - pomyślałem

background image

-  jak  dokładnie  można  sobie  przypomnieć  nawet  odległe  w  czasie  wydarzenia  -  naturalnie,  jeśli
CHCE się je sobie przypomnieć...
 

background image

3.
Między potańcówką a piwnicę tortur

 

W kilka dni po powrocie z Detmold spotkałem w Düsseldorfie starą znajomą z lat szkolnych. Stałem
przed wystawą sklepową na Schadowstraße, gdy nagle zagadnęła mnie dobrze jeszcze wyglądająca,
bardzo zadbana i elegancko ubrana starsza pani.

- Czyżby to...? Naturalnie, to przecież ty...!

I ja ją poznałem. Była to Marga, przyjaźniliśmy się: ona, ja, Ali, Günter, Kulle, Susanne, Ingrid. Od
tamtego czasu zupełnie straciliśmy kontakt ze sobą, było więc dużo do opowiadania.

Postanowiliśmy pójść na kawę i już w drodze do kawiarni zaczęła mówić o sobie:

Po  maturze  i  odbyciu  Służby  Pracy  rozpoczęła  studia  medyczne  w  Monachium,  ale  dość  szybko  je
przerwała i w 1939 roku wyszła za mąż za oficera, który później poległ na froncie wschodnim. Do
1949  roku  mieszkała  w  Bawarii,  skąd  potem  wróciła  do  Düsseldorfu  i  tu  została,  żyjąc  dostatnio
z  renty  oraz  z  dochodów,  jakie  przynosiły  jej  odziedziczone  po  rodzicach  i  dwu  ciotkach  domy
czynszowe.

Nie,  nie  wyszła  po  raz  drugi  za  mąż,  a  jedno  dziecko  z  tego  krótkotrwałego  małżeństwa,  córka,
mieszkała obecnie w Szwajcarii z mężem, który był właścicielem hotelu.

Weszliśmy do tej samej kawiarni, gdzie - jeśli starczało kieszonkowego - spotykaliśmy się w czasach
uczniowskich.  Kawiarnia  znajdowała  się  niedaleko  Corneliusplatz,  w  tamtych  latach
przemianowanego  na  Albert-Leo-Schlegeter-Platz,  dla  uczczenia  pamięci  „starego  bojownika”
rozstrzelonego za sabotaż przez francuskich okupantów Nadrenii. Ale tej nowej nazwy używali tylko
fanatyczni  naziści  i  konduktorzy  tramwajów  urzędowo  do  tego  zobowiązani.  My  nadal  mówiliśmy
„Corneliusplatz” i umawialiśmy się pod „normalnym zegarem” przy Königsallee.

-  Czy  pamiętasz,  kiedy  spotkaliśmy  się  tu  wszyscy  po  raz  pierwszy?  -  zapytała  Marga.  -  Ja  nie
zapomniałam,  nawet  datę  pamiętam!  Było  to  w  piątek  trzeciego  dnia,  trzeciego  miesiąca,
trzydziestego  trzeciego  roku,  w  moje  urodziny.  Dostałam  wtedy  nową  sukienkę  na  pierwszą
potańcówkę, pamiętasz?

Pomyślałem przez chwilę i strzeliłem na chybił trafił:

- Zieloną, prawda?

Zgadłem.  Ulubionym  kolorem  Margi  była  zieleń.  Zawsze  nosiła  zielone  sukienki,  jak  wybieraliśmy
się gdzieś razem.

-  Trzeciego  marca  działy  się  tu  różne  rzeczy,  przypominasz  sobie?  Było  to  w  tydzień  po  spaleniu
Reichstagu; w niedzielę 5 marca odbyły się decydujące wybory...

-  Tego  w  ogóle  nie  pamiętam,  bo  ciągle  coś  się  wtedy  działo:  marsze,  parady,  urodziny  Führera,
dożynki,  „Dzień  pracy  dla  narodu”,  „Siła  przez  radość”,  akcja  „Pomocy  zimowej”  -  i  zawsze  dni
wolne od szkoły, to właśnie było w tym najpiękniejsze!

-  Ale  wszystko,  o  czym  mówisz,  działo  się  znacznie  później  -  wtrąciłem.  -  Zapomniałaś  już,  co

background image

zrobiło na nas tak silne wrażenie wtedy, w pierwszych tygodniach marca?

Miałem  na  myśli  pierwszą  wielką  falę  terroru,  jaka  przetoczyła  się  po  całych  Niemczech  i  w
Düsseldorfie  też  pochłonęła  wiele  ofiar.  Doszło  do  poważnego  naruszenia  konstytucji.  Ciężarówki
wyładowane  ludźmi  z  SA  i  SS  grasowały  po  mieście;  wpadali  oni  do  domów  i  mieszkań,  bili
i wypędzali ofiary na ulicę, pakowali ich do piwnic, do pustych budynków fabrycznych i magazynów.
Raz sami widzieliśmy to na własne oczy.

-  Pamiętam,  że  panowała  wtedy  atmosfera  podniecenia  -  powiedziała  Marga.  -  Hasła:  „wspólnota
narodowa”,  „nobilitacja  narodu”  elektryzowały  ludzi,  mówiło  się  tylko  o  tym.  I  ciągle  flagi,
maszerowanie  i  śpiewy.  Byłabym  chętnie  wstąpiła  do  BDM

[1]

,  ale  matka  mi  nie  pozwoliła,  no  cóż,

dzięki temu byłam wolna od „służby” i spotykaliśmy się w mieście, chodziliśmy do kawiarni albo do
kina. A pamiętasz, w jaki sposób udało się nam obejrzeć film „Dziewczęta w mundurach”? Gdzieś
w kinie robotniczej dzielnicy, w Gerresheim czy Bilk...

- To było w Oberbilk. Pojechaliśmy osiemnastką, nie pamiętasz, co tam widzieliśmy?

- Mówiłam przecież: „Dziewczęta w mundurach” z Dorotheą Wieck w roli głównej. Wspaniały film,
ale  zabroniony  dla  młodzieży  i  dlatego  musieliśmy  jechać  do  kina  na  przedmieściu,  gdzie  nie
patrzono tak dokładnie na wiek.

W  drodze  powrotnej  do  domu  widzieliśmy  z  tramwaju  ciężarówki,  którymi  bojówkarze  SA
transportowali „aresztowanych prewencyjnie”. Na Oberbilker Allee miało miejsce takie zdarzenie:

Jeden  z  aresztantów,  młody  człowiek  z  silnie  krwawiącą  raną  głowy,  wyskoczył  z  ciężarówki
w chwili, gdy nieco przyhamowała i wylądował wprost na stopniu drugiego wagonu szybko jadącego
tramwaju.  O  tej  porze  ludzie  wychodzili  z  pracy  i  tramwaj  był  przepełniony,  ale  pasażerowie
pomogli mu i ustąpili miejsca. Jakaś starsza kobieta wyjęła chustkę do nosa, wytarła krew z twarzy
tego  człowieka  i  głośno  powiedziała:  „To  hańba!  Na  co  ci  łajdacy  sobie  pozwalają!”  Nikt  się  nie
odezwał  ani  nie  przeszkodził  zbiegowi  wysiąść  na  najbliższym  przystanku  przy  Worringer  Platz
i  zniknąć  w  ciemnej  bramie  domu,  nim  ciężarówka  z  bojówkarzami  SA,  która  po  drodze  utknęła
w ulicznym ruchu, zdążyła dogonić odjeżdżający tramwaj. Przypomniałem  Mardze  o  tym  zdarzeniu,
które tak silnie utrwaliło się w mojej pamięci.

Zaśmiała się i powiedziała:

- Teraz przypomniałam sobie. Miałam z tego powodu większą przeprawę z ojcem. Pewnie pamiętasz,
że  o  siódmej  powinnam  była  wrócić  do  domu.  A  przyszłam  spóźniona  o  piętnaście  minut  i  na
usprawiedliwienie powiedziałam rodzicom, że tramwaj został zatrzymany, ponieważ ktoś tam chciał
uciec  policjantom.  Mój  ojciec  nie  posiadał  się  z  oburzenia,  kiedy  usłyszał,  że  temu  człowiekowi
udało  się  zbiec.  „I  nikt  nie  zatrzymał  tego  bolszewika?”,  wykrzyknął.  Nawet  chciał  się  dowiedzieć
ode mnie, w którym domu skrył się uciekinier, ponieważ zamierzał powiadomić policję.

- Twój ojciec był takim gorliwym nazistą?

-  Jak  jeszcze!  Wiesz  przecież,  że  był  radcą  sądu  krajowego.  Zawsze  twierdził,  że  jako  przyzwoity
i nacjonalistycznie myślący bursz korporacji walczącej dawno już dostałby awans, gdyby nie był solą
w  oku  „czarnym”  i  Żydom.  Matka,  jako  wierna  kościołowi  katoliczka,  próbowała  nakłonić  go  do
wstąpienia do Centrum. Zamiast tego w 1932 roku po kryjomu wstąpił do partii nazistowskiej. Nie

background image

posiadał  się  więc  z  radości,  kiedy  Hitler  został  kanclerzem.  „Teraz  zostanę  dyrektorem  sądu
krajowego, a może nawet przewodniczącym senatu przy wyższym sądzie krajowym!”, powiedział i z
dumą  pokazał  matce  legitymację  partyjną.  I  wiesz,  co  się  stało?  Matka  się  rozpłakała.  Potem
spakowała walizkę i oświadczyła, że opuszcza dom i nie wróci, póki on nie wystąpi z partii Hitlera.

- I co? Poskutkowało?

- Oczywiście, nie. Po dwu czy trzech dniach wróciła „ze względu na dzieci”, jak powiedziała. Ojciec
z  powodu  jej  wyjazdu  był  bardzo  nieszczęśliwy,  kiedy  więc  wróciła,  prawie  płakał  z  radości.
Uczcili pojednanie szampanem, mnie i memu bratu wolno było tego dnia pójść trochę później spać -
nawet dostaliśmy też po kieliszku. Rodzice zawarli ciche porozumienie, że nie będą się wzajemnie
prowokowali.  Ojciec,  nim  wszedł  do  domu,  zdejmował  odznakę  partyjną,  „cukierek”,  jak  to
nazywała  matka,  a  także  w  domu  nie  wygłaszał  pochwalnych  hymnów  o  Trzeciej  Rzeszy  i  jej
Führerze.  Matka  ze  swej  strony  powstrzymywała  się  w  jego  obecności  od  wszelkich  krytycznych
uwag na temat tego, co gdy byliśmy sami, nazywała wprost „brunatną zarazą”.

- I udawało się?

-  No  cóż,  mimo  to  czasem  dochodziło  do  kłótni,  na  przykład  któregoś  dnia  ojciec  odkrył  u  mamy
firmową  torbę  od Alsberga  i  robił  jej  wymówki,  że  będąc  żoną  partyjnego  towarzysza  i  dyrektora
sądu krajowego, bo otrzymał awans, robi zakupy w żydowskim sklepie... Odpowiedziała, że załatwia
sprawunki tam, gdzie jej to odpowiada. Że patrzy na ceny i jakość, nie zaś na metrykę, legitymację
partyjną czy zaświadczenie o „aryjskim pochodzeniu”. Wtedy ojciec, załamując ręce, błagał ją, żeby
pomyślała tylko, jak bardzo może mu to zaszkodzić - gdyby ktoś zauważył, że właśnie ona wychodzi z
żydowskiego  sklepu,  a  potem  doniósł  jego  zwierzchnim  władzom.  Nie  wiem,  czy  się  zastosowała,
chyba  nie. Ale  żydowskich  sklepów  było  coraz  mniej.  Przecież  większość  właścicieli  zmuszonych
koniecznością  wyzbywała  się  wówczas  sklepów,  a  te  stawały  się  „aryjskimi”  placówkami,  jak  to
określano...  Zresztą  od  lata  1934  roku  ojciec  przestał  się  interesować  tym,  czy  matka  postępuje
zgodnie  z  zaleceniami  partii.  Nagle  opuścił  go  entuzjazm  dla  „nobilitacji  narodowej”.  Zmienił  się
zupełnie  i  przez  pewien  czas  w  ogóle  nie  poruszał  tematów  mających  jakikolwiek  związek
z polityką...

- A co było tego powodem?

- Dowiedziałam się dopiero po kilku latach, byłam już wtedy zamężna. Kiedyś ojciec odwiedził nas -
mój  mąż  przebywał  wówczas  we  Francji  -  i  kiedy  siedzieliśmy  razem  wieczorem,  powiedział  mi.
Miało to związek z tak zwanym „puczem Röhma”. W czerwcu 1934 roku byliśmy w czasie wakacji
całą rodziną w Garmisch. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na kilka dni w Monachium, gdzie
rodzice odwiedzili starych przyjaciół. A na dzień przed naszym odjazdem do Düsseldorfu, to znaczy
30 czerwca, zdarzyło się coś okropnego...

Tego  dnia  Hitler  kazał  zlikwidować  swoją  „starą  gwardię”:  w  tym  jedynego  serdecznego
przyjaciela, „najwyższego przywódcę SA”, Ernsta Röhma i co najmniej stu pięćdziesięciu wyższych
przywódców.  W  całej  Rzeszy,  a  zwłaszcza  w  Berlinie  i  w  Monachium,  powyciągano  ich  w  nocy
z  łóżek  i  bez  słowa  wyjaśnienia  stawiano  pod  ścianę.  Wtedy  też  zastrzelili  najbliższego
współpracownika  wicekanclerza  von  Papena,  doktora  Edgara  Junga,  oraz  przywódcę  „Akcji
Katolickiej”,  dyrektora  ministerialnego  Ericha  Klausenera,  jak  również  poprzednika  Hitlera  na
urzędzie  kanclerskim,  generała  Kurta  von  Schleichera  i  jego  żonę.  Ponadto  padło  ofiarą  mnóstwo

background image

innych  ludzi,  których  zamordowano  albo  z  czystej  zemsty,  albo  dlatego,  że  za  dużo  wiedzieli
o  przeszłości  i  prywatnym  życiu  Hitlera,  wśród  nich  jego  najbardziej  groźnych  rywali  w  NSDAP:
Gregora  Strassera,  ojca  Bernharda  Stempflego,  który  w  1924  roku  pomagał  w  napisaniu Mein
Kampf
, szefa policji w Monachium Augusta Schneidhubera oraz dziesiątki towarzyszy walki Führera.
W sumie było ich setki, 30 czerwca i 1 lipca 1934 roku wymordowano przypuszczalnie ponad tysiąc
osób,  przy  czym  Hitler  w  swoim  przemówieniu  przed  Reichstagiem  w  dniu  13  lipca  oświadczył,
jakoby  sześćdziesiąt  jeden  osób  zostało  rozstrzelanych,  w  tej  liczbie  dziewiętnastu  „wyższych
przywódców  SA”,  trzynastu  innych  straciło  życie  „stawiając  opór  przy  aresztowaniu”,  a  trzej
„popełnili  samobójstwo”,  zatem  łącznie:  siedemdziesiąt  siedem  śmiertelnych  ofiar  potwierdzono
oficjalnie.  Hitler  dowodził,  że  chodziło  „o  konieczną  obronę  kraju”,  ale  wiadomo  było,  że
o zagrażającym rzekomo puczu SA nie mogło być mowy.

Przy  tej  zaskakującej  akcji  -  dla  przypodobania  się  generalicji  Reichswehry  oraz  dawnej  elicie
władzy i finansjery - Hitler chciał wyeliminować wszystkie „elementy” socjalistyczno-rewolucyjne,
a  przy  okazji  wyrównać  kilka  starych  porachunków.  Nie  obyło  się  bez  paru  „wpadek”,  z  których
jedna dotyczyła pośrednio ojca Margi i zmieniła jego wcześniejszy entuzjazm dla Hitlera w milczącą
niechęć.

Wieczorem 30 czerwca 1934 roku jeden z przyjaciół, krytyk muzyczny współpracujący z „Münchener
Neuesten Nachrichten”, dr Wilhelm Schmid, grał w domu na wiolonczeli. Jego żona przygotowywała
kolację  dla  ich  trojga  dzieci.  Najmłodsze  miało  zaledwie  dwa  latka  -  najstarsze  dziewięć.  Dzieci
zjadły  i  poszły  spać.  Schmidowie  mieli  się  spotkać  tego  wieczoru  z  rodzicami  Margi  i  innymi
przyjaciółmi w winiarni, w mieście. Ale nic z tego nie wyszło.

Około  godziny  19.20  odezwał  się  dzwonek  u  drzwi  Schmidów.  Weszli  czterej  esesmani  i  wezwali
doktora Schmida do bezzwłocznego „udania się z nimi”. Nie okazywali gotowości do jakichkolwiek
wyjaśnień. Dr Schmid nie mógł nawet pożegnać się z żoną i dziećmi. On, który nigdy nie zajmował
się polityką, wyszedł z nimi bez sprzeciwu. A po dwu dniach policja zawiadomiła panią Schmid, że
jej mąż „doznał śmiertelnych obrażeń”. Wydano rodzinie ciało w opieczętowanej trumnie, której nie
wolno było otwierać.

Pani  Schmid,  która  przez  czterdzieści  osiem  godzin  daremnie  próbowała  przy  pomocy  ojca  Margi
i innych przyjaciół dowiedzieć się o miejscu pobytu męża, uzyskała w końcu informację, że zarówno
aresztowanie, jak i rozstrzelenie - bez przesłuchania, nawet bez sprawdzenia personaliów - nastąpiło
wskutek pomyłki. Poszukiwanym był bowiem przywódca SA, Willi Schmidt, którego zresztą ujął inny
oddział. Na pocieszenie reichsführer SS Heinrich Himmler zaproponował pani Schmid znaczną sumę
pieniędzy, której przyjęcia z oburzeniem odmówiła.

Tego samego dnia, w którym pani Schmid dowiedziała się o „omyłkowym” zabiciu jej męża, podano
w  prasie,  że  krwawa  łaźnia  w  dniach  30  czerwca  i  1  lipca  1934  roku  uznana  została  post  factum
przez  rząd  Rzeszy  za  „zgodną  z  prawem”  i  że  prezydent  Rzeszy  von  Hindenburg  pogratulował
Führerowi  i  „kanclerzowi  Rzeszy”  jego  „odważnej  interwencji  osobistej”  oraz  wyraził  mu  za  to
„szczególne podziękowanie”.

- Tego już było memu ojcu za wiele - powiedziała Marga. - Wtedy ja i mój brat nie rozumieliśmy, co
ojcu  się  stało,  a  matka  nie  chciała  z  nami  o  tym  mówić.  Nagłe  odejście  ojca  od  ideałów  miało  też
inne następstwa, co prawda trochę zagadkowe, ale dla nas, dzieci, wygodne: ojciec przestał zwracać
uwagę  na  to,  czy  punktualnie  wracaliśmy  do  domu.  Wykorzystywałam  to  oczywiście,  przede

background image

wszystkim na popołudniowe lekcje tańca. Ty nie chodziłeś...

To  prawda.  Byłem  prawie  o  dwa  lata  od  niej  młodszy  i  dopiero  w  1936,  kiedy  skończyłem
szesnaście  lat,  wolno  mi  było  chodzić  na  lekcje  tańca.  Znalazłem  się  w  jednej  klasie  z  Margą
i  innymi  starszymi  kolegami  tylko  dlatego,  że  poszedłem  do  gimnazjum,  mając  dziewięć  lat.  Ale
spędzałem z nimi wolny czas, z wyjątkiem lekcji tańca.

Kurs,  na  który  uczęszczały  moje  koleżanki  i  koledzy,  odbywał  się  późnym  popołudniem.  Często
przychodziłem  po  nich,  żeby  jeszcze  godzinkę  połazić  razem  po  mieście.  Kiedyś  czekałem  na  nich
i  słuchałem  muzyki  z  płyt,  dochodzącej  z  otwartych  okien  na  pierwszym  piętrze,  w  rytm  której  moi
koledzy  uczyli  się  tańczyć  fokstrota,  quickstepa  i  innych  -  przez  nazistów  odrzucanych  jako
„murzyńskie”  i  może  właśnie  dlatego  tak  popularnych  -  modnych  tańców,  spostrzegłem  na  ulicy
Hedwig.

Pobiegłem za nią, przywitaliśmy się serdecznie, a ona zapytała: - Masz chwilę czasu? Muszę ci coś
opowiedzieć.

Wstąpiliśmy  do  kawiarni  na  rogu,  był  akurat  wolny  stolik  przy  oknie,  skąd  mogłem  obserwować
wejście do szkoły tańca, i Hedwig, upewniwszy się „niemieckim spojrzeniem”, jak wówczas mówiło
się żartobliwie, że nikt nas nie usłyszy, zaczęła opowiadać, co wydarzyło się z jej mężem, Fritzem.

Hedwig była przez ponad szesnaście lat pomocnicą domową w naszym domu. Pamiętam, jak do nas
przyszła - wystraszona, siedemnasto czy osiemnastoletnia dziewczyna z Łużyc, ze wsi, bardzo chuda
i  blada.  Byłem  wtedy  mały,  miałem  cztery  lata,  ale  pamiętam,  że  ja  i  matka  od  razu  polubiliśmy
Hedwig, a jak się później okazało, ona nas też. Tylko ojciec miał początkowo zastrzeżenia do nowej
służącej,  ponieważ  uparcie  tytułowała  go  „łaskawym  panem”. Ale  po  dwu  tygodniach  wyzbyła  się
tego,  a  także  lęku,  bladości  i  wyglądu  spłoszonego  chudzielca.  Gdy  przeprowadzaliśmy  się  do
Düsseldorfu,  Hedwig  była  już  dwudziestoparoletnią  kobietą  i  prawie  członkiem  naszej  rodziny.
Wkrótce  po  przenosinach  do  Nadrenii  zakochała  się  w  bardzo  spokojnym,  odpowiedzialnym
człowieku,  jej  równolatku  -  był  rzemieślnikiem.  Zaręczyli  się  i  w  pół  roku  później  wyszła  za  mąż,
z czego cieszyliśmy się ze względu na dobro Hedwig, ale było nam smutno, ponieważ od nas odeszła.
Często odczuwaliśmy jej brak.

Jako dziecko i później też znajdowałem zawsze u Hedwig pociechę w drobnych kłopotach. A teraz,
tego  późnego  popołudnia,  prawdopodobnie  ona  szukała  u  mnie  pocieszenia.  Zwykle  tak  pogodna,
teraz wydawała się zupełnie załamana i bliska płaczu.

Jej mąż został aresztowany przez tajną policję. Przed dwoma tygodniami rankiem, gdy wychodził do
pracy, zabrali go dwaj funkcjonariusze gestapo, bez podania powodu.

- Dlaczego nie zawiadomiłaś nas od razu? - zapytałem.

- Nie chciałam was w to mieszać - odpowiedziała. - Właściwie teraz też nie powinnam tobie o tym
mówić, ale po prostu muszę z kimś porozmawiać...

Do  dziś  dokładnie  pamiętam  tę  opowiedzianą  przez  nią  historię,  która  wtedy  przez  długi  czas  po
naszej  rozmowie  prześladowała  mnie  w  snach.  Wiedziałem,  że  Fritz  należał  do  nielegalnej  partii
komunistycznej  i  prawdopodobnie  został  zadenuncjowany  przez  któregoś  z  dawnych  towarzyszy  -
„poddanego torturom”, jak powiedziała.

background image

- Tortury? - zapytałem z niedowierzaniem. - Myślisz, że bili go tak długo, aż powiedział?

Takie  pogłoski  do  mnie  dochodziły,  jak  i  to,  że  aresztowanych  po  prostu  mordowano  „przy  próbie
ucieczki”,  o  czym  przez  pewien  czas  prawie  każdego  dnia  czytało  się  w  prasie.  Podawano  tego
rodzaju wzmianki, a publiczną tajemnicą było, że to nieprawda.

Właściwie słowo „tortury” kojarzyło mi się z czymś innym: z cierpieniami zadawanymi przez Indian
ich  więźniom  na  „palu  męczeństwa”,  ze  „szwedzkim  napitkiem”  albo  z  „hiszpańskimi  butami”
w  czasach  wojny  trzydziestoletniej,  czy  z  tym,  co  w  najbardziej  mrocznym  średniowieczu  robiła
inkwizycja z rzekomymi czarownicami; widziałem w Norymberdze takie narzędzia tortur, na przykład
„żelazną dziewicę”, śruby do miażdżenia palców, kołowroty do naciągania członków ciała ofiary...
Ale  coś  podobnego  dziś  -  to  wprost  niemożliwe,  w  każdym  razie  w  środku  Europy,  w  Nadrenii,
w  naszym  mieście,  w  1934  roku,  no  nie!  Nie  podejrzewałbym  o  to  nawet  najgorszych  oprychów  z
SA.

-  Najpierw  zamknęli  go  w  żelaznej  szafie  -  powiedziała  cicho,  starając  się  panować  nad
wzburzeniem.  Pochyliła  się  ku  mnie  i  ściszając  głos  do  szeptu,  mówiła  dalej:  -  Siedział  tam  przez
dwanaście  godzin,  do  późnego  wieczoru.  Potem  znów  przyszli  i  przesłuchiwali  go.  Wbijali  mu
drzazgi pod paznokcie, w końcu zmusili go... I opowiedziała, co było dalej. Zrobiło mi się niedobrze
- wybiegłem na zewnątrz.

Kiedy wróciłem, była bardzo zakłopotana.

- Wiem, że nie powinnam tego mówić, ale po prostu nie mogłam dłużej milczeć. Bardzo mi przykro.
Nie powtarzaj nikomu, proszę cię, w domu też nie!

Przyrzekłem, chciałem tylko dowiedzieć się jeszcze, kim był ów torturowany człowiek, który wydał
Fritza. I w jaki sposób dowiedziała się o tym.

I usłyszałem tę historię do końca:

Mąż Hedwig po rozwiązaniu KPD utrzymywał kontakty z towarzyszami, naturalnie przy zachowaniu
wszelkich  środków  ostrożności.  Fritz  nie  powiedział  jej,  jakiej  „nielegalnej  roboty”  się  podjął,
ponieważ  jednak  wieczorami  często  jeździł  nad  holenderską  granicę,  domyślała  się,  że
prawdopodobnie  po  to,  żeby  „przerzucić  któregoś  z  towarzyszy”  na  tamtą  stronę.  Zawsze  mówił:
„Lepiej, żebyś o niczym nie wiedziała”.

Na trzy dni przed jego aresztowaniem dwaj gestapowcy zgarnęli z ulicy młodszego brata Fritza, gdy
wracał  po  pracy  do  domu;  był  ślusarzem  maszynowym.  Zabrali  go  na  Prinz-Georg-Straße,  gdzie
w wielkim budynku mieściło się gestapo. I tam tak długo „traktowali go specjalnie”, aż udzielił im
potrzebnych informacji o Fritzu. Później przyszli po męża Hedwig.

- A teraz będą tak samo straszliwie znęcali się nad Fritzem - wyszeptała.

A cóż ja - ja mogłem tylko w milczeniu uścisnąć jej rękę i tym gestem wyrazić swoje współczucie,
bo nie wiedziałem, co powinienem odpowiedzieć. Ale w dalszym ciągu ciekawiło mnie, skąd miała
tak dokładne informacje o metodach przesłuchiwań w gestapo. Spytałem o to.

Hedwig potrząsnęła głową; zacisnęła usta. - Nie mogę ci powiedzieć. Musisz mnie zrozumieć. Wiem
to od kogoś, kto widział go potem i rozmawiał z nim. To wszystko prawda... niestety.

background image

Wierzyłem jej.

I bez tego zapewnienia nie miałem wątpliwości, że wszystko, o czym mówiła, było prawdą. Nigdy
sama  nie  wymyśliłaby  czegoś  podobnego.  Znałem  Hedwig  dobrze  na  tyle,  żeby  wiedzieć,  iż  nie
kłamała.

Siedzieliśmy  aż  do  siódmej  -  bez  słowa.  O  tej  porze  zamykano  kawiarnię.  Godzinna  lekcja  tańca
moich kolegów dawno już upłynęła. Ale to nie było ważne.
 

Czy powinienem opowiedzieć to Mardze?

Podczas gdy ja myślami byłem przy Hedwig i jej mężu, Marga niestrudzenie gadała: o studniówce,
o  balu  maturalnym,  o  sukienkach,  jakie  wtedy  nosiła,  o  szlagierach  i  filmach  w  tamtych  latach
o  rowerowej  eskapadzie  zaplanowanej  do  Bazylei,  którą  musieliśmy  zakończyć  w  Koblencji,
ponieważ  po  wypadzie  do  winiarni  w  Ahrtal  zabrakło  nam  forsy  na  dalszą  drogę  i  o  różnych
zabawnych historiach z naszych młodzieńczych lat.

A co potem było z Hedwig i Fritzem?

Hedwig częściej do nas przychodziła. Raz dostała list od męża z obozu koncentracyjnego w Emsland.
Pisał,  że  jak  na  tamtejsze  warunki  wiedzie  mu  się  dobrze.  Moja  matka  przygotowała  dla  niego
paczkę,  a  Hedwig  miała  ją  wysłać.  Obie  płakały...  W  rok  czy  dwa  później  Fritza  zwolnili.  Znalazł
pracę i w pierwszą niedzielę „na wolności” przyszedł do nas, żeby, jak powiedział: „przywitać się
tylko  i  podziękować”.  Wiedzieliśmy,  że  ludziom  zwalnianym  z  kacetów  nie  wolno  było  mówić
o pobycie w obozie, dlatego nie pytaliśmy go o nic.

On osiwiał, zauważyłeś? - powiedziała matka, kiedy Fritz wyszedł.
 

- O czym ty myślisz? - usłyszałem pytanie Margi, która nie czekając, aż odpowiem, mówiła dalej: -
Pamiętasz, jak wybraliśmy się po raz pierwszy do teatru?

I  znów:  wymieniała  nazwiska  aktorów,  pamiętała  nawet,  kogo  spotkaliśmy  w  antrakcie  i  jakie
wrażenie  zrobiła  na  nas  kwestia  markiza  Pozy,  gdy  zawołał:  „Najjaśniejszy  Panie,  daj  wolność
myśli!”  -  wywołując  tym  niebywały  aplauz  przy  otwartej  kurtynie.  Przypuszczalnie  nie  wiedziała,
dlaczego ludzie zareagowali wówczas tak burzliwymi oklaskami, bo kiedy powiedziałem, że była to
przecież  jedyna  w  swoim  rodzaju  okazja,  by  z  anonimowości  ciemnej  widowni  jawnie
zaprotestować przeciwko tłumieniu przez nazistów wszelkiej krytyki, wydawała się zdziwiona. Nasi
ówcześni  władcy  też  -  niestety  -  w  ten  sposób  to  odebrali  i Don  Carlos  został  natychmiast  zdjęty
z afisza, jak podano: „na polecenie gauleitera Floriana”.

-  Ach,  tak  -  odpowiedziała,  z  upodobaniem  wracając  do  wspomnień.  Kilka  razy  beztrosko
napomknęła  o  naszej  koleżance  z  tamtych  lat,  o  Zuzannie,  z  którą  przyjaźniliśmy  się  wszyscy,  która
kochała się w nauczycielu biologii, wysokim blondynie, która utonęłaby, gdyby nie Kulle, kiedy, idąc
o  zakład,  wczesną  wiosną  skakaliśmy  z  tamy  na  nadreńskich  łąkach  koło  Oberkassel  do  lodowatej
i już wtedy niezbyt czystej rzeki, a potem w 1935 roku nagle odeszła ze szkoły... Czyżby Marga nie
pamiętała  historii  tej  niebieskookiej  dziewczyny  z  jasnymi  warkoczami,  „również  według  wzrostu
i  kształtu  czaszki  „uosabiającej  cechy  szczególnie  wartościowej  rasy  nordyckiej”  -  jak  nam  ją
prezentowano  nawet  „na  lekcjach  nauki  o  rasach”  -    która  w  kilka  tygodni  po  ogłoszeniu  ustaw

background image

norymberskich  okazała  się  „stuprocentową  Żydówką”  i  została  usunięta  ze  szkoły?  Odniosłem
wrażenie,  że  chyba  zapomniała  i  zrezygnowałem  z  podejmowania  tego  wątku,  a  tym  bardziej
z opowiadania o Hedwig i Fritzu, których w ogóle nie znała. A ja nie mogłem oderwać się myślą od
Zuzanny - jej rodzice z pomocą panny Bonse wysłali ją do Anglii.

Odprowadziłem wtedy Zuzannę na dworzec do pociągu jadącego do Ostendy. Z rodzicami pożegnała
się w domu, „tak było lepiej” - powiedziała.

-  Niechętnie  wychodzimy  do  miasta  -  wyznała  mi  matka  Zuzanny.  -  Wszyscy  nas  tu  znają...  -  Jej
ojciec, a dziadek Zuzanny, był przewodniczącym senatu przy sądzie krajowym, zaś ojciec Zuzanny do
1933  roku  działał  we  władzach  najbardziej  poważanych  w  mieście  towarzystw  sportowych
i  kulturalnych,  póki  nie  „zalecono  mu”,  aby  ustąpił.  I  tak  się  to  skończyło,  potem  nawet  dozorca
powiedział im, że jako „niearyjczycy” nie mają czego szukać w Niemczech. Zostali wyeliminowani
ze  „wspólnoty  narodowej”,  a  fakt,  iż  ojciec  Zuzanny  był  uczestnikiem  wojny  światowej,  że  jako
oficer walczył na froncie zachodnim, że został dwukrotnie ranny i dwukrotnie odznaczony Krzyżem
Żelaznym I i II klasy, nie zmieniał w tym niczego.

Później  dowiedziałem  się  od  niej,  że  już  nie  zobaczyła  swoich  rodziców.  W  1942  roku  otrzymali
wezwanie, aby pozostawiwszy całe mienie, prócz bagażu o wadze nie przekraczającej pięćdziesięciu
kilogramów, stawili się na dworcu towarowym w celu ewakuacji do Polski. I wtedy odebrali sobie
życie.

Zastanawiałem się, czy Marga rzeczywiście o tym nie wiedziała? Przecież były przyjaciółkami. Być
może niezręcznie było jej o tym mówić, ponieważ po relegowaniu Zuzanny ze szkoły odsunęła się od
niej.

Ale  właśnie  w  tej  samej  chwili  Marga  zapytała:  -  Podobno  Zuzanna  nadal  mieszka  w  Anglii?  -
Potwierdziłem.

- Jeśli utrzymujesz jeszcze z nią kontakt, to napisz jej, że ucieszyłabym się bardzo, gdyby dała o sobie
znać. Byłyśmy bardzo zaprzyjaźnione.

Przyrzekłem.

Półtorej godziny później pożegnaliśmy się na Corneliusplatz, pod „normalnym zegarem”.

- Przyjemnie było mi spotkać cię po tylu latach - powiedziała. - To wielka frajda móc znów pogadać
o  dawnych  czasach.  Z  upływem  lat  tyle  się  zapomina,  a  potem  nagle  wszystko  ożywa  w  pamięci...
W sumie mieliśmy jednak wspaniałą, beztroską młodość, prawda?
 

background image

4.
Jak zostaliśmy „ujednoliceni”

 

Wieczorem  po  spotkaniu  z  Margą  pojechałem  do  Kullego.  Mieszkał  niedaleko  Düsseldorfu.
Przywitał  mnie  bardzo  serdecznie,  przedstawił  żonie  i  jej  przyjaciółce  zaproszonej  na  ten  wieczór,
a  później  pokazał  mi  dom,  do  którego  wprowadzili  się  przed  kilkoma  miesiącami.  Dom  urządzony
był  ze  smakiem,  i  gruntowną  znajomością  sztuki.  Podziwiałem  jego  „kolekcje”  barokowych  szaf
i  komód  rodem  z  Akwizgranu-Leodium,  obrazy,  głównie  malarstwo  rodzajowe  mistrzów
flamandzkich i inne.

Kulle  -  właściwie  nazywał  się  Engelbert,  ale  bardzo  niechętnie  używał  tego  imienia  -  był  bez
wątpienia  człowiekiem  zamożnym.  Wbrew  ponurym  rokowaniom  naszego  nauczyciela  jednak  „do
czegoś  doszedł”,  był  profesorem  zwyczajnym,  dziekanem  i  kierownikiem  instytutu,  zajmując  się
działem  nauki,  który  w  naszych  szkolnych  czasach  przysparzał  mu  najwięcej  trudności  Zaśmiał  się,
kiedy mu to przypomniałem.

-  Chyba  pamiętasz,  że  do  czwartej  klasy  uczyłem  się  w  szkole  klasztornej.  Kiedy  naziści  zamknęli
szkołę i wsadzili do więzienia pół tuzina zakonników - pod zarzutem rzekomego przemytu dewiz i tak
zwanych  „wykroczeń  przeciwko  moralności”  -  wtedy  wróciłem  do  Düsseldorfu,  do  bardzo
zmartwionych tym rodziców.

Rzeczywiście,  przypomniałem  sobie.  W  1933  roku  ledwie  doszło  do  podpisania  konkordatu  z
Watykanem,  tak  pilnie  potrzebnego  Hitlerowi  dla  podreperowania  swego  nadszarpniętego  prestiżu
międzynarodowego, naziści rozpoczęli „ujednolicanie” kościelnych organizacji młodzieży. W ślad za
tym ogłoszono zakaz wydawania wielu katolickich publikacji, a potem pozamykano szkoły klasztorne
i  szpitale,  zaś  tysiące  księży,  zakonników  i  nowicjuszy  aresztowano.  Nazistowskie  gazety,  przede
wszystkim  antysemicka  i  antyklerykalna  gadzinówka  „Der  Stürmer”  oraz  oficjalny  organ  SS  „Das
Schwarze  Korps”  wyżywały  się  w  przedstawianiu  „bezprzykładnego  upadku  moralnego”
katolickiego kleru.

-  Początkowo  miałem  duże  trudności  -  powiedział  Kulle.  -  Dwie  szkoły  średnie,  jakie  wchodziły
w  rachubę,  odmówiły  przyjęcia  mnie.  Wtedy  poszedłem  do  waszego  gimnazjum,  ponieważ  dyro,
dawny  człowiek  Centrum,  znał  mego  ojca.  Ale  nie  nadążałem  za  programem,  zwłaszcza
w przedmiotach ścisłych. Wszystko, w czym mógłbym brylować, to znaczy: historia kościoła, żywoty
świętych, etyka i nabożne pieśni, tu nie były potrzebne; a rodzice utyskiwali, bo mój powrót do domu
wyrwał dziurę w ich budżecie. W kolegium otrzymywałem stypendium...

- Twoi rodzice byli chyba ludźmi bardzo religijnymi?

-  Tak,  pochodzili  ze  wsi,  z  Dolnej  Nadrenii.  Co  niedziela  chodzili  do  kościoła  i  przystępowali  do
komunii,  a  w  domu  przed  jedzeniem  zawsze  odmawiało  się  modlitwę.  Jednak  do  kolegium  posłali
mnie tylko dlatego, że urzędnicza pensja ojca nie pozwalała na kształcenie trzech synów w szkołach
średnich,  nie  mówiąc  już  o  studiach.  Powierzył  więc  nas  kościołowi,  siebie  zaś  partii  Centrum,
w  której  kierownik  jego  wydziału  w  głównej  dyrekcji  poczty  był  ważnym  człowiekiem.  Przejęcie
władzy  przez  Hitlera  bardzo  zaniepokoiło  mego  ojca.  Toteż  odetchnął  z  wielką  ulgą,  gdy  po
oświadczeniu  Führera,  że  uważa  on  kościoły  za  „istotny  czynnik  warunkujący  zachowanie  naszego
narodu”  i  „przywiązuje  wielką  wagę  do  przyjaznych  stosunków  z  papieżem”  Centrum  poparło

background image

w  marcu  1933  roku  ustawę,  na  mocy  której  parlament  przekazywał  rządowi  na  cztery  lata
kompetencje  ustawodawcze  i  prawo  uchylania  konstytucji.  A  potem  nagle  w  ramach  programu
„ujednolicania”  Centrum  oraz  inne  partie  przestały  istnieć.  Większość  spośród  wpływowych,
partyjnych przyjaciół ojca usunięto z urzędów i zastąpiono dzielnymi nazistami. Wtedy ojciec wpadł
w  panikę  i  wstąpił  do  NSDAP,  gdyż  obawiał  się,  że  w  przeciwnym  razie  nie  dostanie  awansu.
Dlatego  wziął  na  siebie,  można  powiedzieć,  krzyż  o  załamanych  na  końcu  ramionach  -  swastykę,
i przystosował się.

- A ty, czy w gruncie rzeczy czułeś się nieszczęśliwy, że naziści zamknęli wasze kolegium i musiałeś
wrócić do Düsseldorfu? Wtedy nie wydawałeś się specjalnie tym zmartwiony...

-  Coś  ty,  byłem  bardzo  uradowany,  nie  mówię  o  szkole,  gdzie  przestawienie  się  nastręczało  mi
rzeczywiście  dużo  trudności.  Poza  tym  nie  miałem  nic  przeciwko  znalezieniu  się  znów  wśród
prawdziwych,  normalnych  ludzi!  Móc  włóczyć  się  z  wami  po  „Kö”  (Königsallee)  zamiast  łazić
z  braciszkami  po  krużgankach,  to  dla  mnie  było  wielkie  przeżycie!  Marzyliśmy  o  tym  wszystkim
w kolegium: właśnie o Königsallee z jej wystawami, neonami, kinami i kawiarniami, nie mówiąc już
o  zgrabnych  dziewczynach  i  tylu  eleganckich  babkach,  jakie  się  tam  widziało.  Byłem  wręcz
wdzięczny nazistom, że położyli kres naszemu klasztornemu życiu...

-  To  by  się  zgadzało,  co  prawda  początkowo  cała  nasza  paczka,  a  zwłaszcza  ja  i  Zuzanna,
patrzyliśmy  na  ciebie  trochę  nieufnie.  Tak  wrogie  nastawienie  do  kościoła,  jakie  ty  przejawiałeś
wówczas, typowe było tylko dla najbardziej zaciekłych nazistów. Jeszcze słyszę, jak na wycieczkach
specjalnie  głośno  wyśpiewywałeś:  „...do  ataku  naprzód,  hura!  wsadźcie  na  klasztorny  dach
czerwonego kura!”

Kulle zaśmiał się kpiąco.

- Albo: „...wsadźcie na klasztorny dach pana klechę!” Tak, wiem, że zachowywałem się wtedy dosyć
głupio. Była to jednak chyba naturalna reakcja, nie sądzisz?

- Jasne... Zresztą poza tym dosyć skutecznie wymigiwałeś się od Hitlerjugend i w ogóle...

-  Daj  spokój,  nie  rób  ze  mnie  bojownika  ruchu  oporu.  Jak  długo  było  można,  wykręcałem  się  od
wszystkiego.  W  końcu  chciałem  być  wolnym,  i  tylko  tyle...  I  udało  mi  się  do  matury,  a  potem  w
Służbie  Pracy  i  w  wojsku,  na  szczęście,  nie  trzeba  było  należeć  do  którejś  z  nazistowskich
organizacji... Jednym słowem, nie była to żadna sztuka, a już na pewno nie bohaterski wyczyn.

Trzymanie się na dystans od Hitlerjugend rzeczywiście nie było zbyt trudne, nawet wtedy, gdy ktoś
został już przez nią przywłaszczony. Ja też w maju 1933 roku, nie ruszywszy w tej sprawie palcem,
zostałem  członkiem  HJ  -  grupa  apolitycznej  młodzieży,  do  której  należałem,  została  po  prostu
„wcielona”  do  Hitlerjugend.  Należałem  więc  przez  kilka  miesięcy  i  jak  długo  razem  ze  starymi
przyjaciółmi  układaliśmy  sobie  „służbę”  w  zwykły  sposób,  nawet  mnie  to  bawiło.  Kiedy  jednak
przywódcy  Jungvolku  zaczęli  nas  „ujednolicać”,  a  po  okresie  próby  groziło  nam  prawdziwe
członkostwo,  uświadomiłem  sobie,  co  to  znaczy.  Na  szczęście  znalazłem  wiarogodny  powód  do
„odmeldowania  się”  z  organizacji:  zamierzony  wielomiesięczny  pobyt  za  granicą  i  w  ten  sposób
znalazłem się poza Jungvolkiem do samej matury, nie mając z tego powodu żadnych trudności.

Zakończyliśmy obchód domu. Kiedy wracaliśmy już do pokoju, Kulle powiedział:

background image

- Wyobraź sobie, że niedawno posprzeczałem się z kimś, kto twierdził, jakoby praktycznie wszyscy
z  naszych  roczników  z  mniejszym  lub  większym  entuzjazmem  działali  w  Hitlerjugend.  Mogłem
oczywiście  to  twierdzenie  łatwo  podważyć,  odwołując  się  do  statystyki:  w  1938  roku,  kiedy
zdawaliśmy  maturę,  Hitlerjugend  liczyła  sobie  pięć  lat  i  miała  dość  dużo  czasu  na  to,  by  włączyć
każdego  i  każdą  do  swoich  szeregów  -  było  przecież  mnóstwo  młodzieżowych  organizacji
federalnych i kościelnych, które zostały rozwiązane przez nazistów i po prostu w całości „przejęte”
przez Hitlerjugend. W roku 1938 według oficjalnych danych, a te były raczej zawyżane, HJ, Jungvolk,
BDM i związek dziewcząt młodszych zrzeszały faktycznie około 7,7 miliona członków.

- Zgoda, ale 7,7 miliona członków, to prawie dwie trzecie ogółu młodzieży z roczników, o których
mowa.

-  Właśnie,  jednak  znaczy  to  też,  że  ponad  jedna  trzecia  niemieckich  chłopców  i  dziewcząt  nie
uczestniczyła w tym. A ponieważ wiadomo, że niemało spośród młodych ludzi oficjalnie uznawanych
za  członków  HJ  płaciło  tylko  składki,  wykręcając  się  od  „służby”  bądź  to  zaświadczeniami
lekarskimi, bądź „zaległościami w nauce”, czy na inne sposoby, to okaże się, że było bardzo wielu
takich, którzy nie chcieli mieć nic albo mieli bardzo niewiele wspólnego z Hitlerjugend.

Właściwie dopiero od 1937 roku zaczęto wywierać silniejszą presję, a w marcu 1939, kiedy nas już
powołano  do  Służby  Pracy  dla  Rzeszy,  a  nieco  później  do  wojska,  wydano  ustawę,  w  myśl  której
cała  młodzież  obowiązana  była  do  „służby”  w  Hitlerjugend  na  takiej  samej  zasadzie  jak  do  służby
wojskowej. Ale to już nie dotyczyło naszych roczników.

-  My  w  każdym  razie  nie  musieliśmy  wstępować  do  HJ  -  stwierdził  Kulle  na  zakończenie  -  a  jeśli
ktoś z tego towarzystwa wstąpił, ten albo rzeczywiście tak myślał, albo udawał z takich czy innych
powodów, że opowiada się za tym.

- Próbujecie przezwyciężać swoją przeszłość? - zapytała żona Kullego, kiedy weszliśmy do pokoju
i  usiedliśmy  przy  kominku.  Była  znacznie  młodsza  od  niego.  Jak  później  sam  mi  powiedział,  jej
ojciec, wysoki przywódca SS, został powieszony przez Jugosłowian. Przed ślubem pracowała, była
asystentką Kullego.

- Nie ma tu wiele do przezwyciężania - odpowiedział. - A jeżeli mówimy o prawdziwych nazistach,
to  według  mnie  można  by  wyodrębnić  tylko  trzy  typy  tego  „zbioru”:  pierwszy,  to  przedstawiciele
starszej generacji, uczestnicy wojny światowej, którzy tak samo nie umieli się pogodzić z klęską, jak
z upadkiem monarchii i Republiki Weimarskiej; nie odnaleźli oni swego miejsca w życiu cywilnym.
Byli  to  osobnicy  o  mentalności  lancknechtów,  sfrustrowanych  poruczników  i  zwykłych
awanturników. - Powiedziawszy to, rzucił krótkie spojrzenie na żonę, jakby dawał do zrozumienia, że
ma na myśli jej ojca. - Drugi: to ludzie wywodzący się z najniższej warstwy klasy średniej, tacy, co
to  ledwie  wiązali  koniec  z  końcem:  pomocnicy  rachmistrzów,  dozorcy,  sprzedawcy  sznurowadeł,
dawniej  źle  traktowani  -  teraz  jako  „blokowi”,  starostowie  albo  funkcjonariusze  Niemieckiego
Frontu  Pracy  wyżywali  się,  udawali  ważniaków  i  szykanowali  zastraszonych  współobywateli.
Trzecia i ostatnia grupa to lumpenproletariat, wśród tego przejawiający chroniczny wstręt do pracy
chuligani  i  kanciarze.  Pozostali  członkowie  partii  nazistowskiej  i  licznych  jej  organizacji  były  to
zastraszone mieszczuchy albo zwyczajni oportuniści, przy czym pomiędzy tymi ostatnimi znajdowała
się pewna ilość intelektualistów i chłodnych technokratów. Ci byli najbardziej niebezpieczni.

- Zapomniałeś o jeszcze jednej kategorii - wtrąciła przyjaciółka, chyba rówieśniczka żony Kullego,

background image

która  dotychczas  nie  brała  udziału  w  rozmowie.  -  Byli  też  naprawdę  wierzący  w  Hitlera  jak
w  zbawienie,  zahipnotyzowani  przez  niego.  Na  przykład  moja  matka.  Nigdy  nie  czerpała  żadnych
korzyści z tego, że była „starą bojowniczką”, w każdym razie żadnych korzyści materialnych, tyle że
wolno  jej  było  zasiadać  w  pierwszym  rzędzie,  gdy  organizowano  jakieś  imprezy,  a  raz  wręczała
Führerowi  bukiet  kwiatów  i  to  było  najważniejszym  wydarzeniem  w  jej  życiu.  Miała  natomiast
mnóstwo  pracy  z  przyjmowaniem  składek  i  datków  z  kwesty  oraz  bieganiny  po  niezliczonej  ilości
instytucji, kiedy starała się znaleźć lepsze mieszkanie dla jakiejś wielodzietnej rodziny czy dla ludzi
pozbawionych dachu nad głową podczas bombardowania. Ona rzeczywiście harowała! Każdą minutę
wolną  od  zajęć  gospodarskich  poświęcała  na  wypełnienie  jakiegoś  „zadania”.  Wszystko,  co  robili
naziści,  uważała  za  słuszne,  zaś  to,  co  szeptano  o  ich  okrucieństwach,  brała  za  głupie,  złośliwe
plotki. Nikomu świadomie nie zaszkodziła, zawsze chciała jak najlepiej. Świat się dla niej zawalił
w  maju  1945  roku.  Zostaliśmy  ewakuowani  do  Fürstenfeldbruck  -  miałam  wtedy  szesnaście  lat.
Matka  znalazła  się  pośród  tych,  których  Amerykanie  zmusili  do  obejrzenia  pobliskiego  obozu
koncentracyjnego  w  Dachau,  a  ja  musiałam  jej  towarzyszyć.  Nigdy  tego  nie  zapomnę,  stosy  trupów
zagłodzonych więźniów... Matka załamała się psychicznie i długo trwało, nim odzyskała równowagę.

-  A  co  potem?  -  zapytał  Kulle.  -  Nadal  wierzyła  w  Führera?  Czy  i  z  tego  się  wyleczyła?  Greto,
przecież musiała wiedzieć, że istniały obozy koncentracyjne, i że tam przez dwanaście lat w imieniu
Führera popełniano najstraszliwsze zbrodnie?

Greta  potrząsnęła  głową.  -  To  wcale  nie  zachwiało  jej  wiary  w  Hitlera.  Twierdziła,  że  Führer
z  pewnością  tego  nie  chciał!  Drugi  artykuł  jej  niezłomnej  wiary  brzmiał:  „Prawdziwy  narodowy
socjalizm był czysty i uczciwy”. Wierzyła w to do śmierci - zmarła przed trzema laty.

-  Jak  wobec  tego  umiejscawiała  w  takim  obrazie  świata  obozy  koncentracyjne?  -  chciał  się
dowiedzieć Kulle.

- Tak jak jej to tłumaczono na zebraniach partyjnych. To znaczy, że ulice trzeba oczyścić z szumowin!
Notoryczni  przestępcy,  włóczędzy  i  tak  zwani  „szkodnicy  społeczni”,  czyli  lichwiarze,  spekulanci,
będą  reedukowani  w  obozach  koncentracyjnych  i  przyuczani  do  uczciwej  pracy.  Nauczą  się
dyscypliny, porządku i naturalnie żadnemu z nich włos z głowy tam nie spadnie.

- A ja, kiedy miałam dziesięć, dwanaście lat, słyszałam w domu - wtrąciła żona Kullego - że jest to
„ważna  działalność  wychowawcza”.  Co  prawda  u  nas  mówiło  się  raczej  o  „niebezpiecznych
wrogach państwa”, i że czas ostro się do nich zabrać.

-  Tak  czy  owak  przyznacie  mi  chyba  rację,  że  nikt  nie  mógł  potem  mówić,  jakoby  w  ogóle  nie
wiedział o istnieniu tego rodzaju obozów...

Kulle  powiedział  to  z  wyczuwalną  goryczą,  a  kiedy  spojrzałem  na  niego  z  pewnym  zdziwieniem,
dodał:

-  Mój  ojciec,  który  był  tylko  zwyczajnym  „Pg”

[2]

,  bojaźliwym  sprzymierzeńcem,  w  1945  roku  też

twierdził,  że  nie  miał  pojęcia  o  setkach  tysięcy  ludzi  zamykanych  w  obozach  koncentracyjnych
i zamęczonych tam na śmierć. Przy tym był pilnym czytelnikiem gazet...

- A wolno było w gazetach podawać informacje, że ten czy ów został wysłany do kacetu? - zapytała
ze zdziwieniem jego żona. - Myślałam, że zatajano takie wiadomości.

background image

-  Nie  -  powiedziałem.  -  Od  początku  nieomal  codziennie  czytało  się  w  gazetach:  „Działający  na
szkodę narodu, skierowany do obozu koncentracyjnego...” albo że „aresztantom wiedzie się w obozie
dobrze”.  Nawet  zamieszczano  zdjęcia,  przy  czym  fotoreporterzy  wybierali  z  masy  więźniów
osobników, których wygląd, jak sądzili, wzbudzi u czytelników odrazę...

-  Prócz  tego  -  dodał  Kulle  -  przyjął  się  taki  obiegowy  zwrot:  „Pst!  Uważaj!  Bo  możesz  trafić  do
kacetu!”  Ilekroć  ktoś  zaczął  opowiadać  polityczny  dowcip  albo  odważył  się  przy  stoliku  narzekać
chociażby  na  zarządzenie  gauleitera,  natychmiast  jakiś  życzliwy  ostrzegał  go.  I  na  tym  polegała
tajemnica  tak  gładko  przebiegającego  glajchszaltowania.  Właśnie  dlatego,  że  ludzie  na  ogół  nie
wiedzieli, co dzieje się w kacetach, tym bardziej się bali...

- Jestem przekonana, że twój ojciec wiedział o istnieniu obozów, jednak nie sądzę, żeby miał pojęcie
o tym, co się naprawdę tam działo - zdecydowanie stwierdziła żona Kullego.

- Tak, i z tego powodu uparcie obstawał przy swoim, mianowicie, że w ogóle nic nie wiedział.

Później powiedział nam, dlaczego - jak sądził - ojciec nie chciał słyszeć o obozach koncentracyjnych
ani  o  skutkach,  jakie  najprawdopodobniej  miał  donos  o  politycznym  podtekście  dla  tego,  kogo
dotyczył: otóż w lecie 1935 roku rodzice Kullego po raz pierwszy wyjechali z dziećmi na wakacje.
Ojciec  otrzymał  wymarzony  awans  i  podwyżkę,  więc  wyjechali  na  dwa  tygodnie  do  Schleiden
w górach Eifel. Zamieszkali w pensjonacie, gdzie wśród urlopowiczów przebywał również pewien
artysta malarz. Ojciec Kullego siadywał z nim niekiedy wieczorem przy kuflu piwa i - jak mówił -
prowadzili „bardzo interesujące” rozmowy.

Rankiem  któregoś  dnia  już  pod  koniec  pobytu  cała  rodzina  jadła  w  ogrodzie  śniadanie.  W  pewnej
chwili  ojciec  Kullego  wstał  z  miejsca  i  z  sąsiedniego  stolika,  dopiero  właśnie  zwolnionego  przez
malarza,  zabrał  pozostawioną  tam  gazetę.  Malarz,  odchodząc  w  stronę  domu,  rzucił  uprzejme:  „Do
widzenia! Życzę jeszcze jednego, przyjemnego dnia!” i spojrzał wymownie na ojca Kullego.

-  Wróciwszy  z  gazetą  do  nas  -  opowiadał  Kulle  -  ojciec  zamierzał  zająć  się  lekturą,  ale  w  tym
momencie pojawiła się para gości, małżeństwo, bawiące tam od poprzedniego dnia, które ulokowało
się  obok.  Rodzice  przywitali  ich  grzecznym  „dzień  dobry”,  na  co  nowo  przybyli  odpowiedzieli
karcącym  spojrzeniem  i  głośnym  „Heil  Hitler!”  Ojciec  natychmiast  zrewanżował  się  tym  samym
i sądził zapewne, że wszystko jest w porządku.

...Rozłożył gazetę, zaczął czytać i z przerażenia pobladł jak ściana. Po dość długiej chwili - widać
było, że nad czymś intensywnie myślał - nagle poderwał się, zgniótł ze złością gazetę i ruszył z nią do
sąsiedniego stolika.

...Usłyszeliśmy  jego  słowa:  „Heil  Hitler!  Proszę  wybaczyć,  że  przeszkadzam,  ale  stało  się  coś
niesłychanego  i  muszę  koniecznie  zamienić  z  panem  kilka  słów,  jak  -  że  tak  powiem  -  towarzysz
partyjny z towarzyszem...”

...Obydwaj  panowie  -  ten  drugi,  jak  się  okazało  untersturmführer  SS  -  wygładzili  płachtę  gazety
i  zaczęli  ją  przeglądać.  „To  jest  emigracyjna  gadzinówka,  wydaje  ją  w  Paryżu  Żyd,  Georg
Bernhard!”,  dotarły  do  nas  słowa  untersturmführera.  Później  ojciec  wrócił  do  śniadania  jak  gdyby
uspokojony,  zaś  oficer  SS  wszedł  do  domu  i  stamtąd  zatelefonował.  Po  dziesięciu  minutach  artysta
malarz, który wybierał się w plener, został zatrzymany przez dwu funkcjonariuszy gestapo i dokądś
odtransportowany.

background image

...Nie  dowiedzieliśmy  się,  co  było  dalej  z  tym  człowiekiem.  Następnego  dnia  wyjechaliśmy.
O zdarzeniu nie było już mowy...

- Naprawdę myślisz, że twój ojciec miał z powodu tego incydentu wyrzuty sumienia? - zapytała żona
Kullego. - On przecież chciał tylko was osłonić, zapewne myślał, że esesman przy sąsiednim stoliku
mógł  zauważyć  w  jego  rękach  tę  niebezpieczną  gazetę.  A  wtedy  on  zostałby  aresztowany,
przesłuchiwaliby go, a nawet niewykluczone, że wysłaliby go do obozu.

-  Zgoda,  ale  mógł  powiedzieć,  że  znalazł  tę  gazetę.  Gdzieś  daleko  od  pensjonatu,  chociażby  na
spacerze, w lesie...

-  I  sądzisz,  że  gestapo  dałoby  temu  wiarę?  Przecież  mógłby  ją  znaleźć  tylko  poprzedniego  dnia,
a więc znalazł po południu gazetę w lesie, zabrał, żeby nazajutrz rano przy śniadaniu ją przeczytać?

-  Masz  rację  -  przyznał  Kulle  -  miał  do  wyboru  dwie  możliwości:  albo  wziąć  na  siebie  trudne  do
oszacowania  ryzyko,  że  zostanie  przyłapany  z  najsurowiej  zakazaną  gazetą  i  poniesie  tego
konsekwencje, albo oddalić niebezpieczeństwo, wydając tamtego. Wybrał najmniejsze zło dla siebie,
a  równocześnie  największe  dla  malarza...  i  dla  nas  wszystkich,  bo  właśnie  tak  funkcjonuje  terror!
Gdyby  po  prostu  odłożył  gazetę  i  spokojnie  zaczekał  na  ewentualną  reakcję  sąsiada  przy  stoliku,
prawdopodobnie  nic  by  się  nie  stało.  Ale  zawiodły  go  nerwy.  Nie  był  złośliwym  denuncjatorem,
tylko  wystraszonym  facetem,  drżącym  o  osiągnięte  z  trudem  urzędnicze  stanowisko,  a  ponieważ
większość  ludzi  była  podobnie  jak  on  zastraszona,  to  gestapo,  SS  i  tajna  policja  nie  miały  z  nami
trudnej  roboty.  Dla  zastraszenia  większości  wystarczyło,  żeby  każdy  wiedział,  a  przynajmniej
przeczuwał,  że  z  tymi,  którzy  się  nie  podporządkują  „ujednoliceniu”  albo  złamią  któryś  z  tysięcy
zakazów,  reżim  rozprawi  się  brutalnie  i  bez  skrupułów. A  była  to  przecież  tylko  mała  mniejszość,
która trzymała w szachu dużą większość...
 

background image

5.
Ilu było nazistów?

 

Czy  rzeczywiście  mała  mniejszość  Niemców  terroryzowała  dużą  większość?  Powracając  myślą  do
lat  szkolnych,  próbowałem  sobie  przypomnieć,  ilu  nazistów  było  w  środowiskach  dostępnych
wówczas mojej penetracji. Wśród uczniów, moich rówieśników, byli  „prawdziwi”,  to  znaczy  tacy,
którzy bez zastrzeżeń akceptowali wszystkie tezy o „przewodzeniu”, o „przestrzeni życiowej”, teorie
„rasy”  i  różne  propagandowe  kłamstwa,  jednak  ci  stanowili  zdecydowaną  mniejszość.  Ich  liczba
zmieniała się, w miarę jak jedni odchodzili ze szkoły, przybywali inni, ale przeciętnie w latach 1933-
1938 w klasach, do których chodziłem, każdego roku było najwięcej pięć, a często tylko dwie, trzy
osoby reprezentujące takie postawy myślowe. Klasy liczyły około trzydziestu pięciu uczniów, a pod
koniec,  przed  maturą  -  dwudziestu  dwóch.  W  sumie  więc:  prawdziwych  nazistów  nigdy  nie  było
więcej  niż  osiemnaście,  a  najczęściej  nieco  powyżej  dziesięciu  procent;  podobnie  kształtowały  się
proporcje wśród grona nauczycielskiego.

Oczywista rzecz, że panowie profesorzy gimnazjalni, nie mówiąc już o dyrektorze, a w szczególności
praktykanci  i  asesorzy,  czekający  w  kolejce  na  egzamin  państwowy,  wszyscy  oni  nosili  w  klapach
odznaki partyjne lub znaczki którejś z nazistowskich organizacji, pozdrawiali się przepisowo „Heil
Hitler!”  i  przerabiali  materiał  lekcyjny  zgodnie  z  dyrektywami.  Ale  żaden  ze  starszych  i  tylko
nieliczni spośród młodszych nauczycieli byli nazistami z przekonania. Na przykład wiedzieliśmy, że
jeden  z  nich,  który  szczególnie  często  manifestował  swoje  oddanie  Hitlerowi,  miał  przyjaciółkę
Żydówkę i mieszkał z nią. Zapewne sądził, że w ten sposób uda mu się ją osłonić.

Stuprocentowym  nazistą  był  tylko  nauczyciel  gimnastyki,  bardzo  nie  łubiany  przez  uczniów  i  -  jak
wyczuwaliśmy - przez większość profesorów; tak więc nastroje w całym gronie pedagogicznym i w
środowisku uczniowskim oraz postawy kształtowały się podobnie. Ale zdawałem sobie sprawę, że to
mówi  jeszcze  niewiele.  Gimnazja  mogły  być  reprezentatywne  co  najwyżej  dla  zamożniejszej  klasy
średniej i wykształconego mieszczaństwa. Dzieci robotników, rolników, drobnych urzędników, czyli
przeważającej  części  społeczeństwa,  rzadko  trafiały  do  liceów,  a  zwłaszcza  do  gimnazjów.
W  dodatku  moje  obliczenia  ograniczone  były  do  jednego  tylko,  naszego  gimnazjum,  które  w  dużym
katolickim mieście Nadrenii uchodziło za stosunkowo liberalne.

Próbowałem  więc  w  inny  sposób  dociec,  czy  moi  rówieśnicy  opowiadali  się  w  większości  za
nazizmem,  czy  nie.  Bezpośrednio  przed  przejęciem  władzy  przez  Hitlera,  pod  koniec  1932  roku,
Hitlerjugend liczyła około stu tysięcy członków. Według danych statystycznych HJ przed rokiem 1933
prawie  siedemdziesiąt  procent  stanowili  „młodzi  robotnicy  i  terminatorzy”,  a  młodzież  szkolna
zaledwie  dwanaście  procent.  W  całej  Rzeszy  było  podówczas  dziesięć  milionów  młodzieży,
działającej  w  organizacjach  stowarzyszonych  w  Państwowym  Komitecie  Związków  Młodzieży  -
więcej  niż  w  jakimkolwiek  kraju  na  świecie.  Istniały  organizacje  o  zasięgu  krajowym,  jak:
Wandervogel,  Deutsche  Freischar  czy  Großdeutscher  Jugendbund;  były  związki  młodzieży
ewangelickiej,  katolickiej,  żydowskiej  i  socjalistycznej,  Jugenddeutschlandbund  i  około  stu  innych
o znaczeniu ponadlokalnym.

Zanim  Hitler  doszedł  do  władzy,  Hitlerjugend  zdołała  pozyskać  ponad  jeden  procent  młodzieży
zorganizowanej w związkach, przy czym większość tych młodych nazistów, ponad dwie trzecie, byli
to  ludzie  już  pracujący:  robotnicy  fabryk,  terminatorzy.  Należało  zatem  ten  problem  prześledzić

background image

inaczej.

Mniej więcej wtedy, kiedy to sobie uświadomiłem, spotkałem przyjaciela, prawie mego rówieśnika,
aktywnego związkowca. Tego samego wieczoru wybraliśmy się na piwo i zapytałem go:

- Powiedz mi, Werner, czy w twojej szkole było dużo nazistów?

-  Ja  chodziłem  do  szkoły  tylko  do  Wielkanocy  1935  -  odpowiedział.  -  Miałem  czternaście  lat,  jak
mnie  wywalili.  Przed  33  u  nas,  w  Ludwigshafen,  było  nazistów  niewielu,  a  w  mojej  szkole
Hitlerjugend w ogóle się nie liczyła. Pierwsze „brunatne koszule” pojawiły się dopiero po przejęciu
władzy  przez  Hitlera.  Byli  to  przeważnie  synowie  drobnych  urzędników,  robotników...  Na  ogół
niewielu,  przynajmniej  jak  długo  chodziłem  do  szkoły,  i  zachowywali  się  znośnie.  Nasz
wychowawca, członek „deutschnationale”, po 1933 roku coraz bardziej ujawniał postawę gorliwego
nazisty.  Często  dostawało  mi  się  za  ojca  komunistę.  Musiałem  bardzo  się  starać,  zwłaszcza  przy
pisaniu  domowych  wypracowań,  bo  zawsze  mówił:  „No  cóż,  nic  dziwnego,  że  nawalasz
w niemieckim - z takiego domu...!” Wtedy najchętniej skręciłbym mu kark...

- Czy twój ojciec był aresztowany?

-  Kiedy  chodziłem  do  szkoły,  jeszcze  nie.  Pracował  na  kolei,  na  dworcu  towarowym,  był  bardzo
ceniony przez kolegów i przełożonych. Nawet koledzy z pracy, którzy wstąpili do SA, ostrzegali go,
kiedy zaczęła się fala aresztowań. „Franz, dzisiaj coś wisi w powietrzu - mówili. - Może powinieneś
pojechać do krewnych”. I ojciec nie wracał po pracy do domu, tylko jechał pociągiem do Ellerstadt,
gdzie  jego  siostra  i  szwagier  mieli  małe  gospodarstwo  rolne.  Niedaleko  stąd,  zaledwie  kilka
kilometrów, a ojciec, jako kolejarz, jeździł za darmo. Ktoś zawiadamiał wtedy moją matkę, żeby się
nie denerwowała. Na przykład zaraz po pożarze Reichstagu, w końcu lutego, musiał zniknąć na wiele
dni.  Pamiętam,  że  matka  wysłała  mnie  rano,  przed  szkołą,  na  dworzec  towarowy  do  zawiadowcy
z  wiadomością,  że  ojciec  zachorował  na  grypę.  A  ten  powiedział:  „Tak,  tak,  powinien  na  siebie
uważać  i  nie  wstawać  za  wcześnie...”  Dodał,  że  życzy  ojcu  szybkiego  wyzdrowienia  i  wcisnął  mi
piątaka  na  lody.  On  naturalnie  wiedział.  Do  Wielkanocy  1935  roku  nie  naprzykrzali  się  nam.  Ale
zaraz  po  świętach  -  właśnie  zostałem  wydalony  ze  szkoły  i  do  rozpoczęcia  nauki  zawodu  miałem
jeszcze  kilka  wolnych  dni  -  wczesnym  rankiem  przyszło  do  nas  gestapo.  Dwaj  mężczyźni
w  skórzanych  płaszczach,  z  pistoletami  w  rękach.  Zajmowaliśmy  dwupokojowe  mieszkanie
w  oficynie,  dość  ciasne  dla  pięcioosobowej  rodziny.  Gestapowcy  wyłazili  ze  skóry,  przewrócili
wszystko  do  góry  nogami,  powyrzucali  zawartość  szuflad,  rozbebeszyli  łóżka,  nawet  sól  wysypali
z solniczki na stół, szukali czegoś w popielniku, z czego mogliby skręcić ojcu stryczek.

- I znaleźli?

Werner zaśmiał się.

- W każdym razie nie to, czego szukali. Roczniki pism, które ojciec zbierał przez lata i pilnie czytał,
zostały  zawinięte  w  woskowany  papier  i  zakopane  pod  drzewem  w  komórce.  Tego  nie  znaleźli.
Zarekwirowali  tylko  kilka  książek,  na  przykład  Waltera  Mehringa  Do  niemieckiej  historii,  książkę,
którą czytałem z ogromnym zaciekawieniem, kiedy miałem dziesięć lat, również moją ulubioną Skarb
w Sierra Madre
 Travena i Henryka Manna Poddany. Ale ojca zabrali. Został potem skazany na dwa
lata  więzienia  za  rzekome  „przygotowywanie  zdrady  stanu”  -  bardzo  łagodny  wyrok  jak  na
nazistowskie czasy, co właśnie oznaczało, że nie mogli mu nic zarzucić.

background image

- A co z tobą?

-  Dopóki  ojciec  był  w  więzieniu,  do  listopada  1938  roku,  było  nam  bardzo  ciężko.  Matka
otrzymywała  drobną  pomoc  z  opieki  społecznej,  ale  tego  nie  starczało  nawet  na  opłacenie
komornego,  więc  pracowała  jako  sprzątaczka.  Moje  rodzeństwo  było  za  małe,  żeby  coś  dorobić,
więc każdego ranka przed pójściem do pracy roznosiłem gazety i miałem za to kilka marek, tak nam
wtedy potrzebnych. Miejsce, gdzie miałem terminować - wyszukał je dla mnie ojciec - po tygodniu
utraciłem  jako  „politycznie  niepewny”.  Właścicielem  zakładu  był  powiatowy  przywódca  NSDAP
i  to  on  kazał,  aby  mi  powiedziano,  że  nie  chce  mieć  u  siebie  ucznia,  którego  ojciec  jest
„komunistycznym zdrajcą”. Tego rodzaju kara dla czternastoletniego chłopca wydała się jednak Izbie
Przemysłowo-Handlowej  na  tyle  kłopotliwa,  że  od  razu  znaleziono  dla  mnie  nowe  miejsce
w  nazistowskim  zakładzie  wzorcowym,  gdzie  drukowano  przede  wszystkim  portrety  Führera
i  broszury  partyjne.  „Zakład Artystyczny”  -  tak  się  to  nazywało.  Byłem  bardzo  zadowolony,  że  tam
trafiłem.

- Pewnie pracowali tam sami naziści. I dobrze ci było?

- Nawet bardzo dobrze, a o kolegach w zakładzie można było powiedzieć wszystko, tylko nie to, że
byli  nazistami.  W  większości  byli  socjaldemokratami  i  związkowcami,  a  do  tego  świetnymi,
niezastąpionymi  fachowcami,  którzy  mogli  sobie  na  trochę  więcej  pozwalać.  Była  to  zwarta
społeczność,  a  co  do  mnie,  to  od  samego  początku  traktowano  mnie  bardzo  przyzwoicie.  Majster
mówił:  „Musisz  tym  pokazać!”  -  i  wiedziałem,  że  miał  na  myśli  nazistów,  którzy  zamknęli
w więzieniu mego ojca. Zwalniał mnie z pracy, kiedy raz na sześć tygodni matka dostawała zgodę na
widzenie  i  przez  dwadzieścia  minut  wolno  jej  było  rozmawiać  z  ojcem  w  obecności  strażnika
więziennego.  Wracałem  stamtąd  przybity  atmosferą  więzienia  i  wtedy  pocieszał  mnie:  „To  minie...
pewnego dnia skończy się ta makabra... Bądź zadowolony, że ojciec jest zdrowy, i że traktują go tam
przyzwoicie,  mogłoby  być  dużo  gorzej!”  Wiedziałem,  o  czym  myślał:  jednego  z  kolegów  zamknęli
w  marcu  na  kilka  tygodni  w  obozie  koncentracyjnym  i  od  tej  pory  ciągle  nękały  go  bóle  i  ciężkie
depresje...

- A jaki był stosunek robotników do Trzeciej Rzeszy? Nie chodzi mi tylko o ludzi z twojego zakładu,
ale również o załogi wielkich przedsiębiorstw. Ty miałeś chyba możność wejrzeć w to lepiej?

-  Koledzy  z  branży  graficznej  stanowili  z  pewnością  środowisko  szczególne.  Byli  to  bez  wyjątku
fachowcy  z  dużym  doświadczeniem  zawodowym  i  politycznym,  których  nie  dało  się  tak  łatwo
otumanić, a poza tym trzymali się razem. Na przykład z robotnikami w przemyśle chemicznym naziści
mogli 

poczynać 

sobie 

inaczej, 

bo 

tam 

była 

większość 

robotników 

przyuczonych

i niewykwalifikowanych, a fachowców stosunkowo niewielu. W sumie klasa robotnicza pod rządami
Hitlera ponosiła tylko straty: zaraz na początku rozbite zostały związki zawodowe, przestała istnieć
autonomia  w  zakresie  ustalania  płac,  o  płacach  decydowali  tak  zwani  „komisarze  pracy”,  którzy
uzgadniali je tylko z przedsiębiorcami, wcale nie pytając o zdanie robotników. W rezultacie realne
zarobki ludzi pracy zmniejszały się, podczas gdy kapitał powiększał się i zyski przedsiębiorstw szły
ostro w górę. Przecież Hitler sformułował „żelazną zasadę”, „nie podwyżka stawek za godzinę pracy,
ale wzrost dochodu tylko przez zwiększenie wydajności”. Wtedy, kiedy płace bazowały głównie na
akordzie,  oznaczało  to,  że  robotnicy  mogli  zarobić  więcej  tylko  wówczas,  gdy  pracowali  szybciej
i dłużej...

- Ale czy dostrzegali to? Propaganda głosiła przecież, że powodzi się im coraz lepiej...

background image

-  Tak,  naturalnie,  wszyscy  przywódcy  nazistowscy  w  oficjalnych  wystąpieniach  solidaryzowali  się
z klasą robotniczą i przedstawiali się jako jej dobroczyńcy. Jednak w praktyce wyglądało to inaczej.
Była  przecież  „ustawa  regulująca  pracę  dla  narodu”  ze  stycznia  1934  roku,  w  myśl  której
przedsiębiorcy  stawali  się  „wodzami  zakładów  pracy”,  a  zatrudnieni  w  nich  ludzie  „drużyną”;
zgodnie  z  „zasadą  wodzostwa”  przedsiębiorca  był  jedynym  „panem  zakładu”,  któremu  należało
„dochować wierności”. Nie istniały rady zakładowe ani przedstawicielstwo młodzieży i praktycznie
jakiekolwiek  prawo  do  partnerskiej  rozmowy.  W  przypadkach  nazbyt  rażących  nieprawidłowości
jedynie funkcjonariusze Frontu Pracy mogli podejmować jakieś środki zaradcze. Dotyczyło to jednak
na ogół takich spraw, jak: urządzenia sanitarne czy brak zamków w szafkach pracowniczych. Stawki
za pracę na akord ustalane były odgórnie. A od roku 1935 wprowadzono ponownie - jak za cesarza
Wilhelma - tak zwane „książki pracy”. Kto nie miał książki pracy, nie mógł być zatrudniony, a poza
tym skończyła się możliwość swobodnego zmieniania miejsca pracy, ponieważ przedsiębiorca, jeśli
nie chciał zwolnić robotnika, po prostu zatrzymywał jego „książkę”.

- I naturalnie nikt się nie sprzeciwiał, a może jednak?

Werner zastanawiał się przez chwilę.

- Otwarcie nie, bo wtedy „wódz” zakładu zatelefonowałby do gestapo i za pół godziny „prowodyr”
siedziałby  dobrze  zamknięty.  Ale  bierny  opór  istniał  i  czasem  udawało  się  nawet  uzyskać  lepsze
warunki  pracy,  jeśli  wszyscy  występowali  solidarnie,  co  należało  do  rzadkości.  Zawsze  byli  tacy,
którzy  dawali  się  otumanić  albo  przekupić.  A  było  czym:  od  wyjazdów  na  urlop  w  ramach  „Siły
przez radość” za pośrednictwem Frontu Pracy, aż po nadzieję na volkswagena.

-  Nie  przypominam  sobie,  żeby  wtedy  były  już  produkowane  volkswageny!  „Dla  każdego  rodaka
popularny, tani samochód!” - przecież to hasło propagandowe wymyślone przez samego Hitlera.

-  Masz  rację  -  odpowiedział  Werner.  -  W  czasach  nazistowskich  volkswageny  nie  były
produkowane. Ale można było wnosić przedpłatę i kto uiścił trzy czwarte należności, ten otrzymywał
pokwitowanie  z  numerem  zamówienia,  a  cena  samochodu  ustalona  była  na  sumę  dziewięciuset
dziewięćdziesięciu marek zaledwie. Robotnicy chętnie płacili, godząc się na potrącanie co miesiąc
pięciu  marek  prócz  podatku  i  składki  na  fundusz  socjalny,  na  Front  Pracy,  obligatoryjnej  daniny  na
narodowosocjalistyczną opiekę społeczną, kilku groszy na „Pomoc zimową”, na „Siłę przez radość”
i  innych  „dobrowolnych”  świadczeń.  I  z  zarobku  zostawało  niewiele,  nie  mówiąc  już  o  nadziei  na
volkswagena,  który  okazał  się  mistyfikacją.  Nikt  nie  otrzymał  samochodu,  ani  zwrotu  przedpłaty  za
„numer zamówienia”.

- Jednak myślę, że zlikwidowanie bezrobocia musiało zrobić duże wrażenie na robotnikach, przecież
było to dla nich największą udręką.

- Tak, to prawda. Ludzie dali sobie zamydlić tym oczy. Był to podstawowy argument, jakim naziści
zdołali  przekonać  wielu.  A  przy  tym,  jak  dziś  wiemy,  ale  wtedy  co  najwyżej  domyślaliśmy  się,
bezrobocie  zostało  dopiero  w  jesieni  1936  roku  zlikwidowane  na  tyle,  że  można  było  mówić
o  normalnej  sytuacji  na  rynku  pracy.  Trwało  to  jednak  prawie  cztery  lata.  W  tym  czasie  duże,
uprzemysłowione kraje wyszły już z trwającego od 1929 roku kryzysu światowego - bez stosowania
terroru  i  środków  przemocy,  bez  wielkich  przygotowań  wojennych,  do  których  zgarnięto
bezrobotnych  z  ulic  całej  Rzeszy  Niemieckiej...  A  dla  jednostki,  zwłaszcza  gdy  ktoś  był  ojcem
rodziny,  nie  wynikały  z  tego  „tylko  korzyści”,  skoro  zamiast  pobierać  zasiłek,  musiał  wykonywać

background image

najcięższą  pracę  fizyczną  za  śmiesznie  niskie  stawki  godzinowe,  często  z  dala  od  rodziny,
skoszarowany w prymitywnych barakach i skazany na żywienie z kotła kuchni polowej. Tak było przy
autostradach  budowanych  z  powodów  czysto  strategicznych,  nie  mówiąc  już  o  Wale  Zachodnim.
Większa  część  robotników  budowlanych  kierowanych  do  robót  przy  Wale  Zachodnim  podlegała
ustawowo  obowiązkowi  pracy  bez  względu  na  wyuczony  zawód,  ściągano  też  dziesiątki  tysięcy
młodych ludzi, po prostu powoływanych przez Służbę Pracy i ubieranych w mundury. Ci dostawali
dwadzieścia  pięć  fenigów  żołdu  dziennie  i  ewentualnie  dodatek  w  wysokości  stawki  za  godzinę.
A  cały  program  zatrudnienia  finansowany  był  ze  środków  dostarczanych  przez  maszynkę  do
drukowania pieniędzy - albo, co jeszcze gorsze, wekslami banku Rzeszy. Rachunek musieliśmy potem
sami zapłacić...

Wypiliśmy ostatnie piwo i już mieliśmy zamiar wyjść, kiedy gospodarz, barczysty, dosyć korpulentny
mężczyzna, liczący sobie - jak sam powiedział - „już siedemdziesiąt cztery lata” - przysiadł się do
nas, zapytał, czy wolno i zaprosił do wypicia z nim kieliszka żytniówki.

- Właśnie rozmawialiśmy o tym, czy w nazistowskich czasach masom zwykłych ludzi powodziło się
lepiej czy gorzej. A co pan o tym myśli?

Nie  odpowiedział  od  razu,  najpierw  napełnił  kieliszki,  wypił  solidny  łyk,  a  potem  spojrzał  na  nas
badawczo zza okularów i powiedział:

- Pytacie właściwego człowieka. Wiedzieliście o tym? Nie? No, to było dawno temu. A więc krótko
mówiąc:  byłem  wtedy  na  pewno  najgorliwszym  towarzyszem  partyjnym  w  tej  dzielnicy,  a  może
nawet w całym mieście. Do NSDAP wstąpiłem jeszcze w 1930 roku. Wówczas nie miałem swojej
gospody, ale właśnie przejmowałem sklep po moim ojcu, który zmarł nagle. Prowadziliśmy artykuły
elektryczne i płyty. Naziści byli dla mnie całą nadzieją, bo groziła nam plajta. Klienteli mało, a kto
przychodził, kupował na kredyt albo płacił po dwadzieścia pięć fenigów. Pracowaliśmy, nie mogąc
z tego ani żyć, ani umrzeć...

- A dlaczego pokładaliście nadzieję w nazistach? - zapytał Werner.

-  Mieli  taki  program,  że  dla  nas  nie  mógł  być  lepszy  -  odpowiedział  gospodarz.  -  Koniec  „jarzma
lichwy”,  przejęcie  dużych  domów  towarowych  przez  władze  komunalne  i  odnajęcie  ich  po  niskich
cenach  drobnym  wytwórcom,  to  by  nas  uratowało,  ponieważ  tańsze  żarówki  Woolwortha
i szlagierowe płyty po cenach poniżej kosztu, jakie sprzedawano w domach towarowych, odciągały
klientelę.  A  do  tego  wszystko  to  oferowały  w  nadmiarze  również  sklepy  Oppenheima  na  głównej
ulicy i jego dwie filie na przedmieściach. Były to żydowskie firmy, znacznie większe od naszej - one
mogły  taniej  kupować  i  reklamować  się.  A  naziści  obiecywali  przecież,  że  uwolnią  nas  od
żydowskiej  konkurencji.  To  jedyne,  czego  dotrzymali!  Później  jeden  z  kierowników  filii  przejął  od
Oppenheima interes. Nazwał go „Elektroschmidt” i konkurencja była jeszcze ostrzejsza. Duże domy
towarowe o cenach zunifikowanych też przetrwały, a o podnajęciu stoisk przez małych ludzi, jakimi
my byliśmy, w ogóle nie było mowy!

- Jednak mimo wszystko pozostał pan oddanym zwolennikiem Hitlera? - zapytał Werner.

-  No,  cóż...  Wierzyliśmy  dalej,  moja  żona  i  ja.  Tylko  matka  stale  z  nas  pokpiwała.  „Kiedyż  to
przeniesiemy się z naszym sklepem? - mówiła. - W podziemiach »Tietza« mielibyśmy z pewnością
większe obroty!” Rozmawiałem na ten temat z kreisleiterem. Pocieszał mnie i mówił, że Führerowi

background image

trzeba  dać  więcej  czasu.  Nie  sposób  załatwić  tylu  wielkich  zadań  w  mgnieniu  oka.  A  kiedy  pod
koniec  1934  jeszcze  raz  poszedłem  do  niego  i  oświadczyłem,  że  dalej  tak  być  nie  może,  że
jakkolwiek  by  było,  jestem  „starym  bojownikiem”  i  poniosłem  wielkie  ofiary  na  rzecz  ruchu,
doradził  mi,  żebym  po  prostu  zamknął  sklep  albo  zaproponował  Schmidtowi  otworzenie  jeszcze
jednej filii. I dodał, że postara się dla mnie o coś lepszego.

- Zgodził się pan na to? – spytałem.

-  A  co  miałem  robić?  Ze  złotej  odznaki  partyjnej  nie  mogliśmy  żyć.  Groziło  nam  bankructwo  -
odpowiedział i westchnął na myśl o dawnych kłopotach.

Przypomniał mi się podobny przypadek: ojciec mego szkolnego kolegi, zamożny fabrykant, zatrudniał
szofera,  który  nazywał  się  Obermüller  i  jak  się  okazało  w  1933  roku,  był  on  od  wielu  lat  w  partii
nazistowskiej. Możliwe, że myślał o wielkiej karierze w Trzeciej Rzeszy, ale został szoferem, jak to
się wtedy mówiło, tyle tylko, że na liberii wolno mu było nosić złotą odznakę partyjną. Ojciec mego
kolegi  z  klasy  też  wstąpił  do  partii  nazistowskiej.  Ale  czasem  słyszałem,  jak  zwracał  się  do
partyjnego  towarzysza  szofera:.  „Obermüller,  jutro  nic  nie  będzie  z  waszej  wolnej  soboty  -  przed
południem  musicie  zawieźć  waszą  panią  do  krawcowej,  a  wieczorem  idziemy  do  opery,  i  to  dość
późno!”  Na  co  stary  bojownik  ze  złotą  odznaką  partyjną  odpowiadał  speszony:  „Tak  jest,  panie
dyrektorze! Trudno...” Podobnie zawiedziony był nasz dzisiejszy gospodarz.

Napełnił kieliszki i ciągnął dalej:

- W październiku 1935 roku kończyły się nam pieniądze, jakie uzyskaliśmy ze sprzedaży sklepu, a ja
nie  miałem  żadnych  dochodów.  Roboty  było  dużo:  przyjmowałem  składki  partyjne  i  prowadziłem
kwestę  na  narodowosocjalistyczny  fundusz  opieki  społecznej,  biegałem  z  „Völkischer  Beobachter”
z  mieszkania  do  mieszkania,  żeby  zdobywać  nowych  abonentów,  brałem  udział  we  wszystkich
imprezach i pełniłem „wartę honorową” wraz z innymi „starymi bojownikami”, a w każdą pierwszą
niedzielę  miesiąca,  kiedy  w  prywatnych  domach  i  restauracjach  wolno  było  wydawać  tylko  dania
jednogarnkowe,  i  w  ten  sposób  przyczyniać  się  do  zamierzonych  oszczędności  na  rzecz  pomocy
zimowej,  miałem  szczególnie  dużo  roboty.  Ludzie  kpili  ze  mnie,  nazywając  mnie  „terierem
schodowym”.  Kiedyś,  gdy  chciałem  zainkasować  u  rzeźnika  Kuhbiera  oszczędności  za  „Eintopf”,
usłyszałem,  jak  jego  córka  zapytała:  „Tato,  przyszedł  »terier  schodowy«  z  »pomocy  zimowej«,  co
mam mu dać?” Poczułem się jak żebrak, a w dodatku, wbrew zakazowi, rozchodził się wokół zapach
pieczeni, którą Kuhbierowie mieli w piecyku. „Daj mu osiem groszy i dwa papierosy »Trommler«,
i  tak  nikt  ich  nie  pali”,  usłyszałem  odpowiedź  mistrza  Kuhbiera...  Te  papierosy  produkował  jakiś
dzielny  wytwórca  specjalnie  dla  SA,  a  były  one  wyjątkowo  podłego  gatunku...  A  więc  krótko
mówiąc:  w  październiku  1935  roku  miałem  już  tego  wszystkiego  po  uszy  i  powiedziałem  to
kreisleiterowi.  Najpierw  chciał  na  swój  zwykły  sposób  zbesztać  mnie:  „Partia  nie  jest  zakładem
opiekuńczym...”,  i  tak  dalej,  a  potem  znów  pocieszyć.  Ale  na  szczęście  coś  mu  się  przypomniało
i  zapytał:  „Chyba  nie  był  pan  karany?”,  na  co  odpowiedziałem,  że  w  okresie  walki,  owszem,
trzykrotnie  płaciłem  grzywny  i  dwa  razy  zostałem  skazany  na  areszt  za  naruszenie  zakazu  noszenia
munduru oraz za zakłócenie spokoju publicznego z powodu rozwalenia zebrania naszych wrogów i za
obrażenie  mego  konkurenta  Oppenheima.  „No,  to  są  zaszczytne  kary”,  powiedział  kreisleiter,
dodając, że czyniły one ze mnie nawet „męczennika ruchu”. Potem spytał mnie jeszcze, czy chodzę do
kościoła.  Otóż  moja  żona  pozostała  katoliczką,  ale  ja,  na  krótko  przed  tym,  ze  względu  na  podatek
kościelny,  zadeklarowałem  wystąpienie  i  obecnie  byłem,  jak  to  się  podówczas  nazywało,  tylko

background image

„wierzącym”. I właśnie to przeważyło. - „Znakomicie - powiedział kreisleiter - postaram się, żeby
pan mógł przejąć kantynę w nowych koszarach SS. Pogadam o tym z adiutantem komendanta - już on
to załatwi...” W ten sposób zostałem szynkarzem i jestem do dziś...

Wychyliliśmy kieliszki.

- Wobec tego opłaciło się panu - powiedział Werner, kiedy już płaciliśmy. Gospodarz potwierdził.
A potem poszliśmy do najbliższej stacji metra.

-  Oto  właśnie  miałeś  typowy  życiorys  „starego  bojownika”  -  powiedział  Werner.  -  Stosunkowo
niewielu zwolenników Hitlera sprzed wyborów, które zapewniły mu sukces, zrobiło potem karierę.
W najlepszym razie udało się komuś podskoczyć na urzędowej drabinie o dwa szczeble wyżej, niżby
go do tego predestynowały kwalifikacje lub staż pracy. Wielkie kariery robili inni, przede wszystkim
oportuniści  i  technokraci.  Według  mojej  oceny  może  z  pięć  procent  „starych  bojowników”  zdołało
osiągnąć więcej niż „wierzący” właściciel gospody.

Na początku 1935 roku, to jest w niespełna dwa lata od przejęcia władzy, NSDAP ujawniła aktualną
liczbę swoich członków - co prawda istniała imienna lista obejmująca już ponad cztery i pół miliona
nazwisk,  ale  ów  rejestr  nie  uwzględniał  naturalnych  ubytków  jak  zgony,  oraz  osób,  które  z  różnych
powodów przestały być członkami partii. Tak więc na początku 1935 roku partia liczyła faktycznie
około dwu i pół miliona „Pg”, z tego prawie jedną trzecią stanowili tak zwani „starzy bojownicy” -
słowem: ludzie, którzy wstąpili do organizacji przed sierpniem 1930 roku, to jest wtedy, gdy naziści
odnieśli  pierwszy  sukces  wyborczy  -  jak  ówczesny  właściciel  małego  sklepu,  a  obecnie  nasz
restaurator.  Nie,  większość  z  nich  z  pewnością  nie  miała  z  tego  tytułu  znaczniejszych  korzyści
w  późniejszych  latach.  Czterdzieści,  a  może  pięćdziesiąt  tysięcy  mężczyzn  i  zaledwie  kilka  kobiet
korzystało  z  przywilejów;  „złote  bażanty”  -  jak  drwiąco  nazywano  ludzi  z  wyższych  szczebli
partyjnej „bonzokracji”, tych, którzy stali u steru władzy, wyższych dowódców SS i policji, facetów
zajmujących czołowe stanowiska w ministerstwach, w niezliczonych organizacjach i ich strukturach,
jak również w Głównym Urzędzie Bezpieczeństwa Rzeszy, właściwej centrali terroru, która od 1934
roku zaledwie z dwudziestoma paroma nazistowskimi führerami zaczęła budować doskonałe państwo
policyjne.

W  tajnej  Służbie  Bezpieczeństwa,  której  centralą  był  Główny  Urząd  Bezpieczeństwa  Rzeszy  w
Berlinie,  nazistowscy  führerzy  z  upodobaniem  obsadzali  stanowiska  ludźmi,  którzy  nie  byli  znani
jako członkowie NSDAP ani nawet jako zwolennicy reżimu.
 

background image

6.
Jak został przełamany ostatni opór

 

Trzecia  Rzesza  zaczęła  się  od  bezprzykładnego  terroru.  Już  w  pierwszych  tygodniach  po  przejęciu
władzy  przez  Hitlera  ponad  sto  tysięcy  ludzi  -  przede  wszystkim  działaczy  komunistycznych,
socjaldemokratycznych,  związkowców,  lewicowych  i  liberalnych  intelektualistów  oraz  innych
„niepożądanych” - aresztowano, uprowadzono, poddano brutalnym przesłuchaniom, a wielu zabito.

W ten sposób nazistowskie kierownictwo stłumiło w zarodku pierwszy opór, zastraszając ludność na
tyle,  na  ile  uznało  za  konieczne.  W  następnych  latach  naziści  starali  się  zalegalizować
i  zbiurokratyzować  terror  nieodzowny  dla  utrzymania  władzy.  Zaczęło  się  to  wkrótce  po  krwawej
łaźni w dniach 30 czerwca i 1 lipca 1934 roku, kiedy wymordowali prawie całe kierownictwo SA, a
SS  za  oddanie  tej  katowskiej  usługi  uzyskała  w  nagrodę  niezależność.  I  natychmiast  przystąpiła  do
coraz ściślejszego łączenia swoich organizacji z aparatem policyjnym oraz zaprowadzania w gąszczu
kompetencji  korzystnego  dla  siebie  „porządku”.  Przede  wszystkim  rozwiązane  zostały  ostatnie
„prywatne”  obozy  koncentracyjne  zakładane  wcześniej  przez  poszczególnych  przywódców  SA  -
znane  z  najokrutniejszych  tortur.  Przetrzymywano  w  nich  głównie  ludzi,  którzy  w  latach  Republiki
Weimarskiej  ściągnęli  na  siebie  szczególną  nienawiść  ówczesnych  führerów  SA,  jak  chociażby
opozycyjnych  adwokatów  czy  odważnych  dziennikarzy. Ale  również  bogatych  kupców  pochodzenia
żydowskiego  -  chociaż  ci  wcale  nie  zajmowali  się  polityką  -  kierowano  do  takich  „prywatnych”
kacetów.  W  tym  przypadku  przywódcy  SA  stosowali  szantaż  wobec  rodzin  tych  samowolnie
aresztowanych i groźbami zaostrzenia metod śledczych, a nawet śmierci więźniów wymuszali od nich
okup.  W  taki  sposób  wielu  hauptsturmftihrerów  czy  standartenführerów  SA  doszło  do  znacznych
majątków.

Pod koniec 1934 roku kierownictwo SS postanowiło zatem położyć kres - jak to łagodnie nazwano -
tego  rodzaju  „wybrykom”.  Ale  jeśli  ktoś  myślał,  że  od  tej  pory  będzie  mniej  samowolnych
aresztowań,  i  że  naziści  nie  zamierzali  przynajmniej  torturować  swoich  więźniów,  ten  bardzo  się
mylił. O tym, jak SS zabrała się do „zaprowadzenia porządku”, można się dowiedzieć z zachowanego
„regulaminu”  obozowego  autorstwa  pierwszego  komendanta  obozu  koncentracyjnego  w  Dachau,
byłego komisarza policji Theodora Eickego, który w lipcu 1934 roku został mianowany inspektorem
wszystkich obozów koncentracyjnych oraz komendantem jednostek wartowniczych SS. „Regulamin”
ten  Eicke  wprowadził  później  do  podległych  sobie  placówek  na  terenie  całej  Rzeszy,  a  czytamy
w nim, co następuje:

„...§  11.  Kto  na  terenie  obozu  w  miejscu  pracy,  zakwaterowania,  w  kuchniach  i  warsztatach,
w  klozetach,  w  miejscach  spoczynku  politykuje,  wygłasza  podżegające  mowy,  zbiera  się  z  innymi
w  tym  celu,  tworzy  kliki  albo  włóczy  się  i  dla  uprawiania  wrogiej  propagandy  o  obozach
koncentracyjnych  lub  ich  urządzeniach  zbiera  prawdziwe  albo  nieprawdziwe  informacje,  kto
gromadzi  je,  rozpowszechnia,  przekazuje  innym  albo  obcym  osobom,  kto  przemyca  je  za  pomocą
grypsów  czy  w  inny  sposób  poza  obóz,  podaje  je  zwalnianym  lub  zwierzchnikom  na  piśmie  lub
ustnie,  kto  ukrywa  je  w  częściach  odzieży  albo  w  innych  przedmiotach,  przerzuca  za  pomocą
kamieni  poza  mur  ogrodzenia,  sporządza  tajnopisy...  zostanie  na  mocy  prawa  rewolucyjnego
powieszony jako buntownik.

§  12.  Kto  czynnie  zaatakuje  strażnika  albo  esesmana,  odmówi  posłuszeństwa  lub  pracy

background image

w  wyznaczonym  miejscu,  innych  podżega  do  podobnych  czynów  albo  do  tego  namawia,  jako
buntownik  opuszcza  kolumnę  marszową  czy  miejsce  pracy,  wzywa  do  tego  innych,  wyje  podczas
marszu  lub  przy  pracy,  krzyczy,  podjudza  albo  przemawia,  zostanie  zastrzelony  na  miejscu  jako
buntownik...

Czternastoma  dniami  ostrego  aresztu  i  dwudziestoma  pięcioma  kijami  na  początku  i  na  końcu
tegoż aresztu ukarany zostanie ten, kto w listach albo w innych doniesieniach będzie wypowiadał
nieprzychylne  uwagi  o  narodowosocjalistycznych  przywódcach,  o  państwie  i  rządzie,  władzach
i  urządzeniach,  kto  będzie  chwalił  marksistowskich  czy  liberalistycznych  przywódców  albo
listopadowych przestępców...
” i tak dalej.

W  drodze  do  domu  Werner  opowiedział  mi  parą  szczegółów  z  życiorysu  tego  autora  „obozowego
regulaminu”, który przewidział tak nieskończoną ilość sankcji karnych.

Theodor  Eicke,  który  pochodził  z  Hampont,  wsi  położonej  w  pobliżu  Château-Salins  w  Lotaryngii,
od 1920 roku był komisarzem policji w Ludwigshafen, rodzinnym mieście Wernera. Tam - jak zresztą
wcześniej na innych policyjnych placówkach, między innymi w Turyngii - zamieszany był we wrogą
Republice  działalność  prawicowo-ekstremistyczną,  za  co  ponownie  udzielono  mu  ostrzeżenia  i  w
końcu zwolniono ze służby.

Badeńska  fabryka  aniliny  i  sody,  należąca  wówczas  do    koncernu  IG  Farben,  obecnie  BASF,
największy zakład przemysłowy w Ludwigshafen, który zatrudniał wtedy prawie osiemnaście tysięcy
ludzi, w roku 1932 zaangażował 31-letniego byłego funkcjonariusza policji w charakterze komisarza
ochrony zakładu. W 1928 roku Eicke wstąpił do NSDAP, a wkrótce również do SS, w 1930 został
führerem oddziału szturmowego SS w Ludwigshafen, a w rok później, już jako standartenführer SS,
otrzymał polecenie zorganizowania i kierowania SS w Palatynacie.

W  marcu  1932  roku  stanął  przed  sądem  za  przygotowywanie  zamachów  bombowych  na
przeciwników politycznych i został skazany na dwa lata, w następstwie czego stracił posadę w straży
przemysłowej.  Dzięki  dobrym  stosunkom  z  różnymi  służbami  policyjnymi  oraz  bezpieczeństwa
Eickemu udało się uciec z więzienia śledczego. Na polecenie Himmlera objął kierownictwo obozu w
Malcesine  nad  Gardasee,  założonego  przez  władze  włoskie  dla  zbiegłych  z  Niemiec  ludzi  z  SS
i poszukiwanych w Niemczech listami gończymi.

Zaraz po przejęciu władzy przez Hitlera Eicke wrócił do Niemiec w lutym 1933 roku i znów pojawił
się w Ludwigshafen, gdzie nikt już nie mógł mu zaszkodzić.

- Pamiętam go jeszcze -- powiedział Werner. - Było to chyba w zimie z 1931 na 1932 rok. Miałem
dziesięć,  a  może  jedenaście  lat.  Po  szkole  musiałem  zanieść  ojcu  obiad  na  dworzec  towarowy.
I  przyszedł  tam  Eicke  -  wtedy  był  jeszcze  ważnym  facetem  w  straży  ochrony  zakładu  -  przyjechał
autem. Kierowca otworzył mu drzwi samochodu jak generałowi i stał na baczność. Ojciec pokazał mi
go i powiedział: „To najgorszy przestępca nazistowski w całym Palatynacie. Ma na sumieniu wiele
ludzkich  istnień.  Nie  jest  kwestią  przypadku,  że  przemysł  trzyma  go  za  psa  gończego  i  że  teraz  tu
węszy.  Pewnie  przyszedł  z  powodu  pojemników...”,  po  czym  ojciec  wskazał  na  przegrodę,  przy
której  stali  na  końcu  stacji  dwaj  ludzie  ze  straży  kolejowej.  „Jest  tam  jakiś  materiał  wybuchowy”,
objaśnił ojciec. Zrobiło to na mnie kolosalne wrażenie, do dziś pamiętam brutalną twarz tego faceta...

Eicke  już  wtedy,  jeszcze  przed  wyrokiem  i  ucieczką  do  Włoch,  znany  był  w  Palatynacie

background image

z gwałtowności i chamstwa. Nawet wielu nazistom się nie podobał. Miał kilka karczemnych awantur
z samym gauleiterem NSDAP Palatynatu Josefem Bürcklem, byłym nauczycielem szkoły powszechnej
w  Neustadt.  W  połowie  lutego  1933,  kiedy  Eicke  wrócił  z  Gardasee  do  Ludwigshafen,  gauleiter
Bürckel  rozpoczął  wprowadzanie  w  życie  programu  „glajchszaltowania”  i  mocno  trzymał  w  garści
cugle;  po  kilku  zaledwie  dniach  doszło  do  ostrego  starcia  pomiędzy  dwoma  rywalizującymi
przywódcami  nazistowskimi,  przy  czym  oberführer  SS  Eicke  dopuścił  się  rękoczynów  wobec
gauleitera.

Rachuby  Eickego,  że  teraz  zostanie  jedynowładcą  Palatynatu,  jednak  się  nie  sprawdziły.  Gauleiter
miał  dłuższą  rękę.  Zaalarmował  policję,  której  udało  się  w  końcu  obezwładnić  rozwścieczonego
Eickego  i  na  polecenie  gauleitera  aresztować  prewencyjnie  oraz  odstawić  na  razie  do  więzienia,
gdzie trzeba było szalejącemu führerowi SS założyć kaftan bezpieczeństwa. Później powiadomiono
o  zajściu  reichsführera  SS  Heinricha  Himmlera,  a  ten  nakazał,  żeby  Eickego  poddać  obserwacji
w  klinice  psychiatrycznej.  Prawie  przez  cztery  miesiące  przebywał  w  zamkniętym  oddziale
psychiatrycznym  w  Würzburgu  i  pewnie  siedziałby  tam  jeszcze  przez  wiele  lat,  gdyby
reichsführerowi  nie  był  akurat  potrzebny  człowiek  bez  skrupułów,  brutalny  i  ślepo  oddany.  Wtedy
przypomniał  sobie  o  Eickem  i  kazał  go  zwolnić.  Pod  koniec  czerwca  1933  roku  powierzył  mu
kierowanie  obozem  koncentracyjnym  w  Dachau,  a  w  niespełna  rok  później  wszystkimi  obozami
koncentracyjnymi. Eicke był tym, który bezpośrednio uczestniczył w krwawej łaźni z 30 czerwca na 1
lipca 1934 roku i osobiście zastrzelił szefa sztabu SA, Ernsta Röhma. W kilka dni później otrzymał
nominację  na  „inspektora  obozów  koncentracyjnych  i  służb  wartowniczych  SS  -  jednostek
„Totenkopf”  w  stopniu  gruppenführera  SS  (generała).  Tym  samym  uzyskał  prawie  nieograniczoną
władzę  nad  dziesiątkami  tysięcy  więźniów  i  rozpoczął  działalność  od  sformułowania
i  wprowadzenia  „regulaminu  obozowego”,  który  przewidywał  nie  tylko  kary  śmierci  przez
powieszenie  albo  zastrzelenie,  bicie  kijami,  ciemnicę  o  chlebie  i  wodzie,  ale  i  inne,  specjalne
sposoby  zadawania  cierpień,  wymyślone  przez  niego  i  wypróbowane  na  więźniach  Dachau,  w  tym
przede wszystkim najokropniejsze: „wieszanie na drzewie”.

Temu,  kto  został  przyłapany  na  paleniu  papierosa  albo  wyszedł  bez  zezwolenia  do  klozetu,  za  karę
wiązano mocnym sznurem ręce na plecach, a potem wieszano go na związanych rękach dwa metry od
ziemi,  żeby  stopy  nie  dotykały  gruntu  -  na  haku  wbitym  w  pień  drzewa  albo  w  słup.  W  ten  sposób
powoli wykręcane ramiona sprawiały ból, jaki nie sposób opisać słowami. Krzyki męczonych karane
były  często  dodatkowym  smaganiem  pejczem.  Nieprzytomnych  polewano  zimną  wodą
i doprowadzano do przytomności. Kto przeżył tego rodzaju tortury - trwały od trzydziestu minut do
czterech godzin - ten na zawsze pozostał człowiekiem złamanym psychicznie i fizycznie.

Pogłoski  o  tym,  co  w  rzeczywistości  działo  się  w  obozach  koncentracyjnych,  którym  według
informacji prasowych nie można było „nic zarzucić”, kursowały w Niemczech szczególnie w jesieni
i  zimie  1934  roku.  Podpici  esesmani  oraz  personel  wartowniczy  opowiadali  różne  rzeczy
w gospodzie; kierowcy, którzy dowozili zaopatrzenie dla kuchni SS oraz dla różnych obozów, bywali
przypadkowymi  świadkami  karania  więźniów,  a  i  żony  nielicznych  żonatych  spośród  ludzi  z  SS
„Totenkopf” też nie milczały, powtarzały zasłyszane od mężów historie o wydarzeniach w obozie.

- Pamiętam - opowiadał Werner - że było to w zimie 1934/35, miałem wtedy niespełna czternaście
lat.  Pewnego  dnia  chłopcy,  którzy  mieszkali  od  frontu  w  naszym  domu,  zatrzymali  mnie  w  bramie
i  przycisnęli  do  muru.  Koniecznie  chcieli,  żebym  powiedział,  dlaczego  nie  należę  do  Hitlerjugend.
A  ja  na  to:  „Bo  nie  lubię...”  Parsknęli  śmiechem,  a  jeden  z  nich,  starszy  ode  mnie  o  dwa-trzy  lata,

background image

cynicznie  zawołał:  „Bzdura!  Bo  ci  nie  wolno!  Bo  twój  ojciec  jest  wrogiem  państwa!  Ty  uważaj,
żebyś też nie wylądował jak i on w kacecie!” Ja przecież wiedziałem, że ojciec nie był - na szczęście
-  w  obozie,  tylko  został  skazany  przez  sąd  na  karę  więzienia.  Ale  chciałem  ich  sprowokować  do
wygadania  się,  skorzystałem  więc  z  okazji  i  z  głupia  frant  zapytałem:  „Jak  to  do  kacetu?  Przecież
takich obozów wcale nie ma, to tylko złośliwe wymysły...!” I usłyszałem: „Pewnie, że są, i to jakie!
Mój  brat  jest  w  SS  »Totenkopf«  w  Buchenwaldzie,  tam  wysyłają  takich,  co  działają  na  szkodę
państwa  i  wykańczają  ich.  Mają  nawet  kilku  z  Ludwigshafen:  takiego  Erwina  Mehlmanna,
komunistyczną  świnię,  i  starego  Lendauera  -  żydowską  świnię”.  Znałem  ich  obu.  Mehlmann  był
przyjacielem mego ojca, tam właśnie go zamordowali. A stary Landauer miał sklep pasmanteryjny na
Maxstraße i ilekroć kupowaliśmy coś u niego dla matki, zawsze dawał nam, dzieciom, po cukierku...
„Ten Żyd Landauer - mówił dalej chłopak - musi czyścić latrynę szczoteczką do zębów i biada mu,
jeśli  zostawi  najmniejszą  nawet  plamkę,  wtedy  idzie  na  kozła!”  Zapytałem,  co  to  takiego,  więc
wytłumaczył mi: „Jak są nieposłuszni, to się ich przywiązuje i dostają na goły tyłek dwadzieścia pięć
razy  bykowcem! A  później  jeszcze  wiadro  zimnej  wody  na  łeb  i  taki  musi  powiedzieć:  »Dziękuję
panie rottenführer! Przyrzekam, że się poprawię« Tak to jest. Mój brat sam mu przyłożył taką porcję
batów!”

-  Chełpili  się  tym,  nigdy  tego  nie  zapomnę  -  powiedział  Werner  i  po  chwili  dodał:  - A  po  1945,
kiedy skończyła się ta makabra, ci sami ludzie zachowywali się tak, jak gdyby nie wiedzieli w ogóle,
że istniały obozy koncentracyjne!

Zanim  rozstaliśmy  się  wieczorem,  umówiłem  się  z  Wernerem  za  miesiąc  w  Hamburgu,  dokąd  miał
przyjechać  na  kilka  dni.  Zależało  mi  na  tym  spotkaniu,  ponieważ  mieliśmy  razem  odszukać  kogoś,
o kim Werner powiedział: „To ważny świadek, może ostatni, który jeszcze żyje...”
 

Nieustannie nurtowało mnie pytanie: jak to było możliwe, że gdy skończyło się panowanie nazistów,
tylu ludzi twierdziło, iż nie wiedzieli o istnieniu obozów koncentracyjnych, a tym więcej o tym, co
się  w  nich  działo?  W  pierwszych  latach  po  wojnie  sam  często  słyszałem  takie  wypowiedzi  i  nie
zgadzałem  się  z  nimi,  najgłębiej  przekonany,  że  każdy  świadomy  człowiek,  który  żył  w  Trzeciej
Rzeszy, mówił nieprawdę.

Wiedzieli wszyscy, choćby z pogłosek.

Ale  teraz  pomyślałem,  że  mogli  świadomie  puszczać  mimo  uszu  to,  co  ktoś  mówił,  że  nie  chcieli
słuchać  ani  w  to  wierzyć...  Przecież  ówcześni  władcy  aprobowali  taką  reakcję.  Nazistowska
propaganda przeciwdziałała uparcie rozpowszechnianym pogłoskom, nazywając je „makabrycznymi
łgarstwami” wymyślanymi przez elementy wrogo nastawione do młodego państwa i partii. Wzywano
ludność do wskazywania oszczerców gestapo, które „uciszy tych wrogów państwa”.

Powtarzanie zasłyszanych informacji o obozach koncentracyjnych było tym bardziej niebezpieczne, że
gestapo działało ręka w rękę z tajną policją SS (Sicherheitsdienst), która dopiero pod koniec 1934
roku ujawniła się pod skrótem SD.

SD  miała  swoich  szpicli  nie  tylko  wewnątrz  partii  i  wszystkich  nazistowskich  organizacji,  których
kontrolowanie było początkowo głównym zadaniem tej tajnej policji. W niedługim czasie rozszerzyła
swoją sieć na całe Niemcy i zatrudniała sto tysięcy informatorów, uprawiających ten proceder jako
zajęcie  uboczne.  Dostarczali  oni  informacji  nie  tylko  o  nastrojach  społecznych,  ale  szpiegowali

background image

każdego, kto przez nieopatrznie wypowiedzianą uwagę albo działanie wydał się im podejrzany.

Ludzie  przestali  ufać  jeden  drugiemu,  nikt  nie  miał  odwagi  pisnąć  słowa,  które  można  by  odebrać
jako „wrogie” reżimowi czy choćby tylko krytyczne, w obecności partnera, jeśli dobrze nie znał jego
nastawienia. Nikt nie wiedział, czy w gronie bliskich przyjaciół, a nawet krewnych, nie ma szpicla z
SD.

Ja  sam  miałem  sposobność  przekonać  się  po  raz  pierwszy,  co  to  jest  SD  -  wtedy  nie  wiedziałem
jeszcze  o  istnieniu  tej  organizacji  i  nie  znałem  jej  nazwy  -  a  było  to  na  początku  1935  roku,  kiedy
podczas  ferii  zimowych  pojechałem  z  rodzicami  w  odwiedziny  do  ich  bliskich  przyjaciół.  Nasi
gospodarze byli właścicielami hotelu, najlepszego w małym westfalskim mieście.

Miałem już prawie czternaście lat i w sylwestrowy wieczór pozwolono mi pozostać z dorosłymi aż
do  północy.  Siedzieliśmy  przy  dużym  stole  we  wnęce  sali  restauracyjnej,  razem  z  przyjaciółmi
naszych  gospodarzy.  Po  sylwestrowej  kolacji  dorośli  zaczęli  tańczyć;  zespół  muzyczny  grał  walca,
tango,  angielskiego  walca,  potem  slow-foxa  i  fokstrota.  Nastrój  był  bardzo  wesoły;  o  północy
napełniono  kieliszki,  zadźwięczało  szkło,  wszyscy  życzyli  sobie  szczęśliwego  Nowego  Roku
i całowali się, a w sali na minutę wyłączono światło.

Kiedy  znów  rozbłysło,  gwar  na  sali  nagle  ucichł.  Na  podium  wgramolił  się  opasły,  zasapany
mężczyzna w brunatnym uniformie partyjnym z bardzo szerokim pasem i w butach z cholewami, żeby
wygłosić mowę; wydawało się, że większość gości nie była tym zachwycona. Mówca miał już trochę
skołowaciały  język,  niektórzy  nawet  śmiali  się,  kiedy  zaczął  plątać  różne  dęte  narodowe  frazesy.
Niektórzy  próbowali  uciszać  wesołków  niecierpliwymi  minami  i  gestami,  wreszcie  brunatny
zakończył krótkie wystąpienie wymownym zawołaniem: „Boże zachowaj naszego Führera!”

„Ale nie za długo - jest nadzieja...”, odważył się wtrącić cicho starszy pan przy naszym stole, jednak
na tyle głośno, że zwrócił na siebie spojrzenia kilku osób. Żona gospodarza, przyjaciółka z młodości
mojej matki, szepnęła do niej: „Na litość boską! Mam nadzieję, że Heinz tego nie spostrzegł”.

Doktor  Heinz  był  narzeczonym  ich  córki.  Siedział  po  przeciwnej  stronie,  prawie  przy  końcu  stołu.
Spojrzałem mimo woli w tym kierunku; jego twarz psa gończego nie wyrażała nic. Uśmiechnął się do
mnie,  ale  nie  był  to  uśmiech  sympatyczny.  Później  wstał  z  miejsca  i  kiedy  zespół  zaczął  grać,
poprosił narzeczoną do tańca.

Doktor  Heinz  był  lekarzem.  Niedawno  złożył  egzamin  państwowy  -  zamierzał  zostać  lekarzem
wojskowym.  Sam  od  niego  słyszałem,  że  „jest  zachwycony  nowymi  Niemcami,  całym  ruchem
i  wielkimi  możliwościami,  jakie  otworzył  przed  nami  Führer”.  Ale  nie  był  członkiem  partii  i  nie
należał do żadnej z nazistowskich organizacji bojowych, tylko do narodowosocjalistycznego bractwa
studentów.

Brzmiało to dosyć niewinnie.

Tymczasem  w  kilka  dni  po  Nowym  Roku  gestapo  aresztowało  nieostrożnego  starszego  pana,
adwokata,  człowieka  bardzo  poważanego  w  owym  westfalskim  mieście.  W  miejscowej  gazecie
ukazała  się  potem  wzmianka,  że  „został  zdemaskowany  niebezpieczny  wróg  narodu  i  osadzony
w obozie koncentracyjnym”. Nie wiedziałem wówczas czegoś, o czym dowiedziałem się dopiero po
kilku  latach,  a  co  rzucało  nowe  światło  na  sprawę,  która  tak  przeraziła  moich  rodziców,  mnie,
zwłaszcza  zaś  ich  przyjaciół  hotelarzy  i  tłumaczyło  pewne  okoliczności,  wtedy  dla  nas  zupełnie

background image

zagadkowe.

Po powrocie do domu rodzice otrzymali list. Ich przyjaciele zawiadamiali, że „osoba, która tak nagle
zachorowała po sylwestrze, nie musiała - chwała Bogu - długo cierpieć. Urna z prochami, nadesłana
z Esterwegen, po cichym pogrzebie wstawiona została do grobu”.

We  wschodniofryzyjskim  okręgu  Emsland,  w  pobliżu  Esterwegen,  znajdował  się  podówczas
osławiony  -  w  1936  roku  rozwiązany  -  obóz  koncentracyjny.  Rodzice  mogli  więc  domyślić  się,  że
właśnie tam zamordowano więźnia.

Oni,  a  jeszcze  bardziej  ich  przyjaciele,  byli  wstrząśnięci  losem  człowieka,  który  w  tak  okropny
sposób  stracił  życie,  i  to  dlatego,  że  odważył  się  wypowiedzieć  w  gronie  rzekomych  przyjaciół
drobną  uwagę.  Kiedy  po  roku  odwiedziliśmy  ich  ponownie,  długo  zastanawiali  się,  kto  mógł
zadenuncjować adwokata.

Ale  i  o  tym  mówili  szeptem,  dla  ostrożności  nastawiając  jeszcze  gramofon.  Przecież  w  chwili  gdy
ów człowiek nieopatrznie wypowiedział te słowa, w pobliżu nie było nikogo z personelu. A zatem
musiała  to  zrobić  któraś  z  siedzących  przy  stole  zaprzyjaźnionych  osób.  Ale  nikogo  o  to  nie
podejrzewali, a już z pewnością nie przyszłoby im na myśl, że mógł to być doktor Heinz, ich przyszły
zięć. Pan domu, czyli wuj Franz, jak go nazywałem, powiedział:

- Nie, to wykluczone! Człowiek tak poważny jak nasz zięć, który nawet nie należy do partii... on nie
zrobiłby czegoś takiego! Jest przecież absolwentem wyższej uczelni... - dorzucił z dumą. - Zresztą co
do  związku  jeszcze  raz  upewniłem  się  u  kreisleitera  Müllershagena:  otóż  oświadczył  mi,  że  ten
Narodowosocjalistyczny  Związek  Niemieckich  Studentów  jest  po  prostu  organizacją  nieomal
obowiązkową. Że jeśli ktoś nie chce mieć na uczelni trudności, musi być jej członkiem. Zresztą on już
ukończył  studia.  Sam  mi  powiedział,  że  zamierza  wystąpić  ze  związku  i  nigdzie  się  nie  zapisze!
Wybrał wojsko, gdzie nie pytają o przynależność do partii ani do narodowosocjalistycznego związku
lekarzy...

A jednak byli w błędzie, nawet gruby kreisleiter, ten sam, który wygłaszał noworoczny toast, był też
źle 

poinformowany. 

Pomieszał 

NS-Deutscher 

Studenten-Bund, 

skrócie: 

NSDStB

(Narodowosocjalistyczny 

Związek 

Niemieckich 

Studentów) 

Deutsche 

Studentenschaft

(Stowarzyszenie  Niemieckich  Studentów)  -  jedną  z  „ujednoliconych”  przez  nazistów  masową
organizacją, od należenia do której studiujący raczej nie mógł się wykręcić.

Zupełnie inaczej było z NSDStB, związkiem, do którego należał dr Heinz: w tym przypadku nie tylko
członkostwo  było  dobrowolne,  ale  kandydat  musiał  dowieść,  że  odpowiada  ostrym  kryteriom
doboru. Zgodnie z dyrektywami najwyżej pięć procent studiujących mogło być „dopuszczonych” do
NSDStB.  W  rezultacie  znacznego  zmniejszenia  się  ilości  słuchaczy  wyższych  uczelni  po  roku  1933
NSDStB liczył zaledwie trzy tysiące członków w całej Rzeszy Niemieckiej i miał stanowić - jak to
sformułował ówczesny zastępca Führera Rudolf Hess - coś w rodzaju intelektualnej kadry SS i „elity
politycznej” partii nazistowskiej w środowisku studenckim. Bo to właśnie NSDStB przygotowywał
młode kadry specjalnie dla SD - tajnej służby bezpieczeństwa.

Stąd od roku 1936 kierownictwo NSDStB objął zaprzyjaźniony z doktorem Heinzem jego rówieśnik,
także  lekarz,  doktor  Gustav  Adolf  Scheel,  który  był  równocześnie  wysokim  führerem  SS
i człowiekiem wpływowym w otoczeniu Himmlera. Krótko mówiąc: nie chodziło w tym przypadku

background image

o  zwykły  związek,  lecz  o  szczególnie  niebezpieczną  organizację,  której  członkowie  po  ukończeniu
studiów  pracowali  jako  urzędnicy,  lekarze,  nauczyciele,  architekci,  prawnicy  etc.,  przy  czym  nikt
w ich otoczeniu nie podejrzewał, że należeli do SD i szpiclowali współobywateli.

Wiosną 1935 roku nie wiedzieliśmy jeszcze o tym. Co najwyżej snuliśmy jakieś domysły za każdym
razem,  gdy  gestapo  „odwiedziło”  kogoś  z  kręgu  naszych  znajomych  lub  przyjaciół,  wykazując
doskonałą orientację w sprawach, o których właściwie w żaden sposób nie mogło wiedzieć.

I tak narastał strach przed nieomal wszechwiedzącą policją, a równocześnie nieufność i ostrożność
wobec ludzi.

Nieufnie  odnoszono  się  zwłaszcza  do  osób,  mogących  się  powodować  osobistą  urazą.  Zadawano
sobie  na  przykład  pytanie,  czy  to  możliwe,  żeby  sąsiad  pani  Meinerzhagen,  któremu  raz  groziła,  że
złoży na niego w policji skargę, jeśli nie zaprzestanie trzepania dywanów w porze obiadowej, mógł
w  ramach  rewanżu  posunąć  się  do  zadenuncjowania  jej  w  gestapo?  No  bo  skąd  funkcjonariusze
gestapo mogliby wiedzieć, że Meinerzhagenowie o północy zawsze słuchają zagranicznych audycji,
składających się „po części z murzyńskiego jazzu, a po części z oszczerczych wiadomości”?

Pani  Meinerzhagen  musiała  się  gęsto  tłumaczyć,  że  tylko  raz  chciała  wypróbować  nowy  aparat
radiowy, że jest wdową wojenną i w ogóle nie interesuje się „wrogimi rozgłośniami”. Na szczęście
skończyło  się  na  surowym  ostrzeżeniu.  Ale  od  tego  czasu  ona,  a  wraz  z  nią  wszyscy  zaufani
przyjaciele i krewni, zastanawiali się nieustannie, kto mógł złożyć donos? Mieszkała sama z córką.
Zawsze  zamykała  okna  i  zasuwała  grube  zasłony,  może  tylko  raz  albo  dwa  radio  nastawione  było
nieco  głośniej,  ponieważ  chciała  coś  wyraźniej  usłyszeć...  A  zatem:  jedynie  sąsiad  mógł  na  to
zwrócić uwagę, a może nawet wywiercił dziurę w ścianie... Albo, co też niewykluczone, w telefonie
- aparat stał blisko radia - założony był podsłuch?

Od tej pory nie tylko pani Meinerzhagen, ale również jej przyjaciele na wszelki wypadek za każdym
razem  nakrywali  aparaty  telefoniczne  grubymi  ocieplaczami  dzbanków  do  kawy  w  celu
wyeliminowania  niebezpieczeństwa  ewentualnego  podsłuchu.  Należało  przy  tym  pamiętać,  by
ocieplacze odkładać potem na miejsce. Gdyby bowiem ktoś niespodziewanie wszedł do pokoju, temu
wydałoby się podejrzane tak osobliwe przebranie telefonu.

Ocieplacz  dzbanka  do  kawy  był  naturalnie  jednym  z  wielu  pomysłów  równie  śmiesznych,  co
nieskutecznych,  stosowanych  w  praktyce  dla  ostrożności.  Jednak  strach,  w  jakim  żyło  się  w
Niemczech, był wśród wielu ludzi prawdziwy i - niestety - aż nazbyt uzasadniony. Ponieważ zawsze
tam, gdzie najmniej można było się spodziewać, uderzało gestapo.

Następną  ofiarą,  znacznie  nam  bliższą  niż  adwokat  poznany  tamtego  sylwestrowego  wieczoru  1934
roku, był pastor naszej parafii. Uprzejmy, czasem trochę niecierpliwy człowiek pod sześćdziesiątkę,
który  wraz  z  chorowitą  żoną  i  dwoma  synami  -  młodszy  chodził  do  naszego  gimnazjum  -  mieszkał
w odległości stu metrów od nas w skromnym, szeregowym domu.

Moi  rodzice  płacili  podatek  kościelny,  świadczyli  coś  na  rzecz  gminy,  wspierali  datkami  kwestą
domową,  ale  bardzo  rzadko  chodzili  do  kościoła  i  prawie  nie  uczestniczyli  w  życiu  parafialnej
społeczności.  Ja  też  chodziłem  do  kościoła  tylko  sporadycznie  v  i  dlatego  tym  bardziej  zaskoczyła
mnie prośba rodziców, abym zapisał się na katechizację i przygotował się do konfirmacji.

-  Teraz  trzeba  udzielić  poparcia  kościołowi  -  powiedział  ojciec.  -  To  ostatni  bastion  przeciwko

background image

barbarzyńcom.

Matka  wyraziła  to  konkretniej:  -  Trzeba  dodać  otuchy  pastorowi  Klötzelowi,  który  tak  odważnie
wypowiada  się  w  swoich  kazaniach  przeciwko  okrucieństwu  i  despotyzmowi,  a  przede  wszystkim
przeciw rasowemu obłędowi. Powinniśmy częściej chodzić do kościoła, zwłaszcza w niedziele.

Tak więc uczestniczyłem w lekcjach prowadzonych przez pastora Klötzela, które okazały się o wiele
ciekawsze, niż to sobie wyobrażałem. Pastor umiał znakomicie interpretować Biblię i zasady wiary,
co  prawda  posługując  się  metaforą,  ale  zrozumiałą  dla  każdego,  nawet  dla  mniej  pojętnych.  Nie
ukrywał  też,  że  należał  do  związku  księży  „Pfarrer-Notbund”  i  do  Kościoła  Wyznającego  oraz  że
zdecydowanie odrzuca stworzony przez nazistów Ruch Religijny Niemieckich Chrześcijan.

Ten ruch religijny utworzyli w 1932 roku fanatycy nazizmu wśród działaczy protestanckich. Führerem
„niemieckich  chrześcijan”  był  kapelan  wojskowy  z  Prus  Wschodnich,  Ludwig  Müller,  który
w  sierpniu  1933  roku,  po  bezwzględnym  stłumieniu  przez  gestapo  ostrych  początkowo  protestów
przeciwko jego kandydaturze, został wybrany przez zastraszony synod „biskupem Rzeszy”.

„Reibi”  -  jak  złośliwie  przezwano  Müllera  -  otrzymał  od  Hitlera  misję  scalenia  niemieckiego
protestantyzmu,  rozbitego  na  wiele  krajowych  organizacji  kościelnych,  różnych  pod  względem
autointerpretacji  eklezjologicznej,  oraz  wolnych  wspólnot  religijnych,  przez  rygorystyczne  ich
„ujednolicenie” i połączenie w jeden Kościół Rzeszy. Równocześnie  powstał  ruch  opozycyjny  pod
nazwą  Kościoła  Wyznającego,  zdecydowanie  odrzucający  uznanie  zwierzchności  „Reibiego”.  Na
synodzie  zwołanym  w  maju  1934  roku  w  Wuppertal-Barmen  i  na  późniejszych  jego  obradach
w  listopadzie  tegoż  roku  w  Berlinie-Dahlem  zgromadzeni  pastorzy  oznajmili,  że  jedynie  oni  są
uprawnieni  do  reprezentowania  ewangelickiego  Kościoła  Niemiec.  Pastor  z  Dahlem,  Martin
Niemöller,  dawniej  prawicowy  konserwatysta,  który  w  czasie  wojny  światowej  był  komendantem
łodzi  podwodnej,  i  jeszcze  w  1933  roku,  jak  wielu  innych  ewangelickich  pastorów,  dawał  głośno
wyraz swemu entuzjazmowi dla „narodowego odrodzenia”, teraz stał się główną postacią Kościoła
Wyznającego.

Z ogólnej liczby siedemnastu tysięcy pastorów, zaledwie trzy tysiące opowiedziało się za Kościołem
Niemieckich Chrześcijan, trzy tysiące przystąpiło do Kościoła Wyznającego, większość zaś przyjęła
postawę  ostrożnie  wyczekującą.  Z  jednej  strony  bowiem  wybór  Kościoła  Wyznającego  wymagał
wielkiej  odwagi,  ponieważ  było  to  równoznaczne  z  otwartym  przeciwstawieniem  się  nazifikacji
Kościoła,  sprzecznym  z  nauką  Kościoła  teoriom  rasowym  i  innym,  jak  również  kultowi  „Führera”,
z  drugiej  zaś  tylko  nieliczni  pastorzy  gotowi  byli  popierać  pogromy  Żydów  i  akceptować  manię
wielkości „germańskich władców”..

Pastor  Klötzel,  u  którego  byłem  konfirmowany  w  kwietniu  1935  roku,  był  z  natury  raczej
konserwatystą,  człowiekiem  rozważnym,  ostrożnym.  Ale  w  kwestiach  wiary  bezkompromisowym.
Zwykł mawiać: „Każdy, nawet prostaczek umie odróżnić prawo od bezprawia. Jeśli zatem widzimy,
że  dzieje  się  bezprawie,  jeśli  my  sami,  chociażby  na  rozkaz  z  góry,  mamy  popełniać  bezprawie,  to
musimy się temu przeciwstawić i bardziej słuchać Boga niż ludzi, którzy, być może, są zaślepieni!”

W  maju  1935  roku,  w  dwa  tygodnie  po  mojej  konfirmacji  ja  i  moja  matka  spotkaliśmy  późnym
popołudniem  na  ulicy  pastora  Klötzela.  Przywitaliśmy  się  i  zamienili  kilka  słów.  Pastor
usprawiedliwiał swój pośpiech koniecznością odwiedzenia pewnej rodziny, której stała się wielka
krzywda. Dodał jeszcze, że nie czuje się zbyt dobrze i obawia się, że to zbliża się grypa.

background image

Matka powiedziała, że powinien na siebie uważać... bo majowe wieczory są bardzo chłodne. Pastor
skinął głową i uśmiechnął się. A potem, już odchodząc, odwrócił się jeszcze do nas ze słowami:

- Kiedyś i nam znów zaświeci słońce...

Nazajutrz,  idąc  do  szkoły,  usłyszałem,  że  pastora  „zabrali”.  Później  zobaczyłem  jego  syna,
podbiegłem więc do niego i spytałem: „Czy to prawda?”

-  Tak  -  odpowiedział  ze  smutkiem  -  przyszli  z  nakazem  aresztowania.  Za  „nadużywanie  ambony...”
I powiedzieli, że brak mu piątej klepki. A potem po prostu wepchnęli go do samochodu, tchórzliwe
łotry!

W  kilka  tygodni  później  w  kościele  pastora  Klötzela  odprawione  zostało  nabożeństwo  żałobni
w jego intencji, w intencji człowieka, który „zmarł” w obozie koncentracyjnym. Kościół wypełniony
był  ludźmi  jak  nigdy  dotychczas,  nawet  kilkaset  osób  stało  na  zewnątrz.  Dostrzegłem  tam  wówczas
wielu  żarliwych  katolików,  jak  panna  Bonse,  ale  również  kobietę,  której  mąż,  działacz
komunistyczny, siedział w więzieniu. Nawet mój ojciec tym razem poszedł do kościoła.

Młody  wikary  ze  związku  księży  „Pfarrer-Notbund”  wygłosił  kazanie.  Pod  koniec  zaintonował
silnym głosem: „Bóg jest naszą opoką”; pieśń podchwyciły organy i wszyscy obecni wewnątrz i na
zewnątrz kościoła.

W  tym  czasie  i  w  ciągu  następnych  miesięcy  gestapo  aresztowało  w  całych  Niemczech  ponad
siedmiuset  pastorów  z  Kościoła  Wyznającego  i  wysłało  ich  do  obozów  koncentracyjnych.
W  następnych  latach,  do  końca  1937  roku,  powędrowało  do  kacetów  dalszych  tysiąc  pastorów,
zwolenników tego opozycyjnego ruchu i wielu z nich straciło tam życie. W tym czasie biskup Rzeszy
Müller  ostatecznie  zrezygnował  z  dalszych  prób  przymuszania  wszystkich  protestantów  do  swego
Kościoła  Rzeszy  Niemieckich  Chrześcijan  i  wycofał  się  z  życia  publicznego.  1  lipca  1937  roku,
kiedy  pastor  Niemöller  też  znalazł  się  w  więzieniu  śledczym  w  Moabicie,  opór  Kościoła
Wyznającego był już prawie przełamany. Sąd specjalny skazał potem Niemöllera na karę złagodzoną
przez  zaliczenie  mu  pobytu  w  areszcie  śledczym  i  zwolnił  go.  Ale  naziści  od  dawna  przestali
respektować sprawiedliwość, nawet orzekaną przez ich „sądy specjalne”. Toteż w chwili, gdy pastor
Niemöller opuszczał salę rozpraw, gestapo zabrało go do „aresztu prewencyjnego”. Potem trafił do
obozu  koncentracyjnego,  najpierw  w  Sachsenhausen,  później  w  Dachau,  skąd  dopiero  pod  koniec
wojny wyzwoliły go alianckie oddziały.

Prawie równocześnie z ponownym aresztowaniem Niemöllera większość znajdujących się jeszcze na
wolności duchownych ewangelickich została zmuszona do złożenia przysięgi na wierność Führerowi.
W ten sposób padł ostatni bastion, który stawiał przynajmniej moralny opór reżimowi terroru. Była to
całkowita kapitulacja przed bezprawiem.
 

background image

7.
Czy rzeczywiście nie można było temu zapobiec

 

-  Były  to  ciężkie  czasy  dla  nas  wszystkich  -  powiedział  doktor  Barsch,  odprowadzając  mnie  do
drzwi.  -  Czegóż  to  nie  musieliśmy  znosić...  Ja  znalazłem  się  w  jeszcze  trudniejszym  położeniu:
podczas  nalotu  w  1942  roku  straciłem  całą  bibliotekę  i  cenne  rękopisy...,  strata  nie  dająca  się
powetować!

Już  mi  o  tym  opowiadał  ze  szczegółami,  a  teraz  na  pożegnanie  jeszcze  raz  powtórzył.  W  dużym
lustrze,  przed  którym  stałem,  wkładając  płaszcz,  mogłem  obserwować  jego  twarz.  Z  rozwianymi,
siwymi  włosami,  sterczącymi  na  skroniach,  był  ogromnie  podobny  do  swego  wielkiego
pierwowzoru, Gerharda Hauptmanna.

Teraz  osiemdziesięciopięcioletni  doktor  Barsch  przyjął  mnie  bardzo  serdecznie  i  gotów  był
z miejsca odpowiedzieć na moje pytania.

-  Bardzo  mnie  cieszy  ta  możliwość  wyjaśnienia  i  zamknięta  sprawy.  Kiedy  się  patrzy  na  fakty
z  koniecznego  dystansu  i  rozpatruje  je  we  właściwym  świetle,  wszystko  wygląda  zupełnie  inaczej.
Zobaczy pan...

Rozmawialiśmy  długo,  wymieniając  wspomnienia  o  latach  od  1932  do  37,  kiedy  sąsiadowaliśmy,
dom  przy  domu.  Doktor  Barsch  szefował  wówczas  działowi  „Felietonu”  bardzo  cenionej  gazety,
prócz  tego  był  poetą  i  początkującym  dramaturgiem;  pisywał  pod  dźwięcznie  brzmiącym
pseudonimem.

Początkowo mój ojciec ogromnie go cenił.

- To naprawdę ciekawy i bardzo inteligentny człowiek. Niektóre z jego wierszy zasługują na uwagę.

Jednak  po  10  maja  1933  roku  skończyły  się  rozmowy  przez  płot  i  wzajemne  zapraszanie  się  „na
kieliszek wina po kolacji”. Powodem, dla którego doktor Barsch odsunął się od sąsiadów i odnosił
się  do  nich  z  chłodną  rezerwą,  był  artykuł  opublikowany  w  „Felietonie”  i  podpisany  jego
nazwiskiem. Artykuł  ten  wzbudził  w  moim  ojcu  takie  oburzenie,  jakiego  nigdy  jeszcze  u  niego  nie
widziałem.  Zaczął  czytać  gazetę  i  nagle  poderwał  się  od  śniadania,  zmiął  ją,  potem  wygładził
i powiedział: „No, ten dokument hańby należy starannie zachować, na przyszłość...”

„Hańbą”,  o  której  mówił,  było  spalenie  książek,  a  doktor  Barsch  w  swojej  gazecie  ten  akt  jeszcze
pochwalił!

10  maja  wieczorem  w  Berlinie  -  i  to  właśnie  przed  uniwersytetem  założonym  przez  Wilhelma  v.
Humboldta!  -  oraz  w  wielu  innych  miastach  uniwersyteckich  publicznie  spalono  dzieła  wszystkich
autorów pochodzenia żydowskiego oraz pisarzy z innych powodów nie lubianych przez nazistów! Był
to akt barbarzyństwa, jakiego świat nie widział od końca średniowiecza.

Lista  potępionych  autorów  obejmowała  ponad  dwadzieścia  tysięcy  nazwisk  i  prawie  w  całości
dotyczyła  literatury  współczesnej.  Tylko  nieliczne  ze  znanych  nazwisk  ocalały  od  pogromu,  za  to
wśród  szyderczych  okrzyków  wrzucono  do  ognia  dzieła  wielu  obcych  pisarzy,  takich  jak:  Upton
Sinclair,  H.  G.  Wells,  Jack  London, André  Gide,  Emil  Zola,  Marcel  Proust  -  lista  ogromnie  długa
obejmowała też nazwiska wielkich naukowców, jak: Albert Einstein czy Sigmund Freud.

background image

Doktor Barsch napisał: „Ten prawdziwie rewolucyjny akt samooczyszczenia rzucił migotliwy blask
nie tylko na zasłużony koniec przegniłych do szpiku kości wynaturzeń minionej już ostatecznie epoki,
ale rozświetlił też początek nowej ery narodowego odrodzenia Niemców. Wreszcie niemiecki duch
narodu  sam  przemówi  za  siebie.  Oczyszczająca  siła  ognia  położyła  kres  przewlekłemu  procesowi
zatruwania i rozkładu...”

„Nowa era”, której straszliwy początek gloryfikował doktor Barsch, zaczęła się rzeczywiście i to od
reglamentacji całego życia kulturalnego na tak wielką skalę, jaka nie miała precedensu w Europie od
czasu najbardziej mrocznej reakcji.

W  ciągu  paru  miesięcy  każdy  bez  wyjątku,  kto  zawodowo  miał  do  czynienia  z  kulturą,  został
podporządkowany ścisłym dyrektywom ministra propagandy i informacji, doktora Josefa Goebbelsa,
odpowiedzialnego za całokształt kultury. W dniu 22 września 1933 roku ukoronował on swoje dzieło
powołaniem do życia Izby Kultury Rzeszy, którą sam miał kierować. „Myślą przewodnią utworzenia
Izby  Kultury  Rzeszy  -  oznajmił  minister  w  przemówieniu  transmitowanym  przez  rozgłośnie  całego
kraju  -  jest  zjednoczenie  wszystkich  twórców  w  jedną  duchową  wspólnotę  kulturalną.  Nowa
organizacja  działa  pod  opieką  i  kierownictwem  państwa  i  państwo,  zgodnie  z  zasadą  wodzostwa
(Führerprinzip),  będzie  określało  kierunki  intelektualnego  i  artystycznego  rozwoju  oraz  sterowało
zawodową  działalnością  środowisk  twórczych,  organizowało  ją  i  oczyszczało  z  wszelkich
wynaturzeń, z wszystkiego, co jest sprzeczne z narodowosocjalistycznym światopoglądem”.

Utworzono  siedem  oddzielnych  Izb  Rzeszy  dla:  sztuk  plastycznych,  muzyki,  teatru,  piśmiennictwa,
prasy i radia oraz filmu.

Każdy  zawodowo  czynny  twórca  musiał  być  członkiem  Izby  i  podporządkować  się  wydawanym
przez  nią  dyrektywom  i  nakazom.  Izbom  przysługiwało  prawo  sprawdzania  pochodzenia  swych
członków  -  „niearyjczycy”,  a  przede  wszystkim  osoby  wyznania  mojżeszowego  lub  posiadające
żydowskich  przodków  nie  mogły  ubiegać  się  o  karty  członkowskie.  Podobnie  osoby  „niepewne
politycznie”, nawet wpisane na listę, mogły być w każdej chwili z Izby „wykluczone”. Słowem: Izby
zrzeszały  wyłącznie  ludzi,  którzy,  w  rozumieniu  nazistów,  pod  żadnym  względem  nie  wzbudzali
podejrzeń.  W  stosunku  do  innych  obowiązywał  w  Niemczech  zakaz  wykonywania  zawodu,  co  tym
samym pozbawiało ich możliwości zarobkowania.

W  rezultacie  tych  bezprzykładnych  posunięć  tysiące  niemieckich  artystów,  pisarzy,  reżyserów
filmowych  i  teatralnych,  operatorów,  scenografów,  redaktorów  i  innych  współpracowników  prasy
oraz radia musiało opuścić Niemcy, a ponieważ we wszystkich opanowanych przez Izby dziedzinach
kultury  właśnie  najlepsi,  cieszący  się  światową  sławą  twórcy  w  większości  albo  byli
„niearyjczykami”, albo nie byli „czystymi aryjczykami”, albo pozostawali w związkach małżeńskich
z „niearyjczykami”, albo, w rozumieniu nazistów, byli „politycznie niepewni”, to konsekwencje ich
odejścia  były  oczywiste:  tak  bogate  dotychczas  życie  kulturalne  spustoszone  zostało  w  rozmiarach
trudnych do wyobrażenia.

„Nikt  z  ludzi  myślących  o  tych  sprawach,  którzy  żyli  w  latach  trzydziestych  w  Niemczech”  -  pisał
później  amerykański  korespondent  William  S.  Shirer,  który  do  1941  roku  przebywał  w  Berlinie  -
„nigdy  nie  zapomni,  jak  zastraszająco  obniżył  się  niegdyś  tak  wysoki  poziom  życia  kulturalnego
narodu.  Stało  się  to  oczywiście  nieuniknione  od  chwili,  gdy  przywódca  NSDAP  zadecydował,  iż
sztuka, literatura, prasa, radio i film miały służyć wyłącznie propagandowym celom nowego reżimu

background image

i  jego  poronionemu  światopoglądowi.  Ani  jednemu  z  żyjących  dziś  niemieckich  renomowanych
pisarzy, z wyjątkiem Ernsta Jüngera i Ernsta Wiecherta w pierwszym okresie narodowego socjalizmu
-  należy  w  tym  miejscu  dodać,  że  Wiechert  przez  dwa  miesiące  w  1938  roku  siedział  w  obozie
koncentracyjnym  -  nie  wydawano  książek  w  Niemczech  pod  rządami  nazistów.  Prawie  wszyscy
wyemigrowali,  z  Thomasem  Mannem  na  czele;  nieliczni,  którzy  pozostali,  milczeli  albo  zostali
zmuszeni do milczenia...”

Masowa  ucieczka  czy  emigracja  wielu  znanych,  cieszących  się  uznaniem  twórców  była  bardzo
korzystna dla artystów i pisarzy, którzy pozostali w Niemczech - o ile zostali oni przyjęci do nowych
Izb  -  ponieważ  w  braku  lepszej  oferty  pojawili  się  na  „kulturalnej  scenie”  mierni,  nie  odnoszący
dotychczas sukcesów.

Zapewne  również  Egon  Barsch  żywił  nadzieję,  że  jego  odrzucane  przez  teatry  sztuki  teraz,  po
„oczyszczeniu”  życia  kulturalnego,  wreszcie  będą  wystawiane.  Może  właśnie  dlatego  tak  gorliwie
służył nazistom.

Zapytałem go o to.

- Ależ nie - odpowiedział skwapliwie i bynajmniej nie zakłopotany. - Błędnie pan to pojmuje! Mój
artykuł o paleniu książek, co przecież każdy musiał zrozumieć, był tylko ćwiczeniem obowiązkowym.
Wyraźnie  to  akcentowałem.  Materiałem  wyjściowym  było  przemówienie  Goebbelsa  w  Berlinie,
z  którego,  prawie  dosłownie,  przejąłem  najgorsze  fragmenty,  dodałem  do  tego  kilka  mocnych
przymiotników  i  miałem  nadzieję,  że  właśnie  ta  niesłychana  przesada  wskaże  każdemu  uważnemu
czytelnikowi,  że  tu  ktoś  pod  przymusem,  zdecydowanie  wbrew  własnemu  przekonaniu  chwali  coś,
czym w rzeczywistości brzydzi się najgłębiej...

- A kto pana do tego zmuszał? - zapytałem, a on szybko odpowiedział:

- Widzi pan, obawiałem się, że wkrótce zostanę zwolniony. Naczelny Redaktor musiał zrobić miejsce
dla pewnego „starego towarzysza” z redakcji gospodarczej. Kierownik resortu polityki wewnętrznej
1 kwietnia już został zwolniony. Obawiałem się więc, że ja będę następnym w kolejności i że potem
nigdzie  nie  znajdę  posady,  która  odpowiadałaby  moim  kwalifikacjom.  Musiałem  więc  szybko
udowodnić, „że nie jestem chorym na uwiąd mózgu” liberałem, za jakiego uważali mnie naziści. Aby
jednak  dać  do  zrozumienia  moim  przyjaciołom,  że  napisałem  to  tylko  dlatego,  by  ocalić  swoją
posadę - zresztą w interesie ogółu - przesadziłem do tego stopnia, iż nikt, kto mnie znał, nie mógłby
uwierzyć,  jakoby  ów  artykuł  ujawniał  rzeczywiście  mój  punkt  widzenia  w  tej  sprawie.  I  tak  to
zostało  odebrane  przez  wielu  moich  przyjaciół  i  znajomych.  Nawet  apelowali  do  mnie,
podtrzymywali na duchu, żebym tylko wytrwał i nie oddawał nazistom naszego „Felietonu”. Czy teraz
pan rozumie?

No cóż, jaki sens miałoby pytanie go o to, co jeszcze gorszego mógłby napisać fanatyczny hitlerowski
redaktor  od  kultury,  niż  on  to  zrobił  „ze  świadomą  przesadą”?  Zamiast  tego  zapytałem,  jak
zareagowała na ten artykuł o paleniu książek nowa naczelna redakcja jego gazety.

-  Byli  zachwyceni  -  odpowiedział  z  uśmiechem  zadowolenia.  -  Teraz  byłem  ich  człowiekiem,
dokładnie  tak,  jak  tego  oczekiwałem.  I  „Felieton”  został  uratowany.  - A  potem  śpiesznie  dodał:  -
Potem  naturalnie  też  musiałem  iść  na  pewne  ustępstwa  wobec  nowych  władców,  ale  mogłem
w  znacznej  mierze  zachować  samodzielność  i  coś  niecoś  przemycać  między  wierszami.  Czasem

background image

udawało  mi  się  nawet  wpleść  ostrą  krytykę.  Może  przypomina  pan  sobie  mój  artykuł  z  pierwszej
strony  o  narodowym  kiczu?  Nie?  Szkoda,  niestety,  spalił  się  wraz  z  innymi  rzeczami  w  1942  roku
podczas  wielkiego  nalotu  na  nasze  miasto...  Ten  artykuł  wzbudził  wtedy  sensację.  Nawet
kierownictwo okręgu włączyło się. Ale nikt nie mógł mi nic zarzucić, ponieważ „Schwarze Korps” -
tygodnik  SS  -  też  prawie  w  tym  samym  czasie  skrytykował  komercjalizowanie  i  kiczowanie
narodowych symboli..

Zamilkł i wyczuwając mój sceptycyzm zaczął mówić o czymś innym:

- Widzi pan, miałem też osobiste powody do szczególnej ostrożności. Mimo to przeciwstawiałem się
na  swój  sposób  wrogiej  polityce  kulturalnej  reżimu.  Na  przykład  w  1937  roku  zrobiłem  w  gazecie
rozkładówkę na temat „Sztuki bez sztuki” ze wspaniałymi reprodukcjami dzieł Chagalla, Pechsteina,
van  Gogha,  Gauguina,  Cézanne’a  i  Kokoschki  na  jednej  stronie,  na  drugiej  zaś  najokropniejsze
przykłady złego smaku nazistowskich przywódców. Pewnie, z konieczności musiałem przedstawić to
odwrotnie, ale obrazy mówiły same za siebie, ii wielu czytelników naiwnie pytało, czy przypadkiem
nie  zamieniliśmy  podpisów  pod  ilustracjami...  -  Zachichotał,  dumny  zapewne  do  dziś  z  tak
odważnego żartu.

- Czy mogę zapytać, jakie osobiste powody miał pan do szczególnej ostrożności?

Wydawało  się,  że  czekał  tylko  na  to  pytanie,  bo  natychmiast  podszedł  do  biurka,  dobył  z  szuflady
teczkę  z  różnymi  dokumentami,  otworzył  ją  i  wyjął  duży  podwójny  arkusz,  na  którym  prócz  napisu
„Moi przodkowie” narysowane było drzewo genealogiczne rodu Barschów.

- Ciekawe, prawda? - zauważył, podając mi arkusz.

Przebiegłem wzrokiem po wielu nazwiskach i zatrzymałem się przy jednym.

- Pan wywodzi się z von Schadowów?

Promieniał.

- Od razu znalazł pan mój słaby punkt... wówczas... - powiedział bardzo zadowolony.

Johann  Gottfried  Schadow,  wielki  niemiecki  rzeźbiarz,  poślubił  w  1785  roku  Mariannę  Devidels
córkę Żyda, jubilera z Wiednia. Z tego małżeństwa urodził się syn Friedrich Wilhelm von Schadow,
w  swoim  czasie  bardzo  słynny  malarz,  który  od  1827  do  1859  roku  kierował  Akademią  Sztuk
Pięknych  w  Düsseldorfie.  Został  nobilitowany  -  jego  nazwiskiem  nazwano  jedną  z  głównych  ulic
w  śródmieściu  Düsseldorfu.  W  czasach  władzy  nazistowskiej  ulica  nie  została  przemianowana.
Babka  Eberharda  Barscha  była  córką  tego  malarza  i  dyrektora  Akademii.  Według  kwalifikacji
nazistów  była  ona  „żydowskim  mieszańcem  drugiego  stopnia”,  a  to  już  nie  stwarzało
niebezpieczeństwa  dla  jej  wnuka,  byłego  „redaktora”  -  doktora  Barscha.  Wymagania  nazistów
w  dochodzeniu  „czystości  rasowej”  tak  daleko  nie  sięgały,  bo  w  końcu  nie  znaleźliby  nikogo
w obrębie kultury, kto mógłby być przez nich wykorzystany jako propagandzista.

Jedyną  „pełną  Żydówką”  w  genealogicznym  obrazie  rodziny  Barschów  była  Mariannę  Schadow,
żona  wielkiego  rzeźbiarza.  Ale  ona  urodziła  się  na  długo  przed  1800  rokiem  i  nawet  według
najostrzejszych norm Głównego Urzędu Rasy i Osadnictwa SS nie obciążała już swego prawnuka.

- Jesteśmy też spokrewnieni z Bendemannami - dodał -pan Barsch.

background image

Ale  te  koligacje,  o  których  przypadkowo  wiedziałem,  były  jeszcze  mniej  przekonywającym
argumentem.

Eduard Bendemann, którego też uhonorowano ulicą w Düsseldorfie, syn bankiera z bardzo szacownej
żydowskiej  rodziny,  urodził  się  w  1811  roku  w  Berlinie.  Wychrzcił  się,  zanim  poślubił  córkę
rzeźbiarza Schadowa, Lidę, z jego drugiego „aryjskiego” małżeństwa.

Bendemann,  jeden  z  najsłynniejszych  malarzy  niemieckich  XIX  wieku,  został  następcą  swego
szwagra, młodszego Schadowa, na stanowisku dyrektora Akademii Sztuk Pięknych w Düsseldorfie.
On  również  otrzymał  tytuł  szlachecki,  a  jego  syn  Felix  von  Bendemann,  według  nazistowskich
kryteriów  „pół-Żyd”,  wybrał  karierę  oficera  marynarki  i  na  przełomie  wieku  doszedł  w  cesarskiej
marynarce wojennej do stopnia admirała i szefa jej bazy na Morzu Północnym.

Wszystko  to  jednak,  jeśli  idzie  o  pochodzenie  doktora  Barscha,  było  zupełnie  nieistotne,  ponieważ
w  tym  przypadku  nie  mogło  być  mowy  o  pokrewieństwie  krwi.  Rodziny  von  Schadowów  i  von
Bendemannów  mieszkały  w  Düsseldorfie,  były  ze  sobą  skoligacone  i  zaprzyjaźnione,  jednakże
najwięksi nawet fanatycy rasizmu wśród nazistów nie mogliby z tego ukręcić sznura dla „redaktora”
dra Barscha.

I powiedziałem mu to, ale moje obiekcje skwitował krótko:

-  Tak,  z  pewnością,  ale  wie  pan,  przed  1933  rokiem  szczyciłem  się  przed  kolegami,  mówiąc,  że
jestem  potomkiem  tych  „Wielkich”  niemieckiej  sztuki,  starszego  i  młodszego  Schadowów,  a  także
dyrektora  Akademii  Bendemanna.  Według  ustaw  norymberskich  nikt  nie  mógłby  się  do  mnie
przyczepić, a dla resortu kultury, no i dla „Felietonu” były to przecież plusy. Do tego jeszcze, czego
nie  widać  na  tablicy,  matką  mojej  żony  z  domu  Barnay  była  córka  wielkiego  aktora  i  założyciela
Niemieckiego  Towarzystwa  Teatralnego  Ludwiga  Barnay’a,  który  założył  też  Berliner  Theater
i kierował nim. Jako młody człowiek szczyciłem się i tym. W końcu zależało mi, by dramatopisarze
zwrócili uwagę na moją twórczość. Ale po roku 1933 dowiedziałem się, że Ludwig Barnay też był
Żydem, a moja żona, jako jego wnuczka, „żydowskim mieszańcem drugiego stopnia”. Bądź co bądź
bardzo mnie to obciążało.

-- Prawie nie przypominam sobie pańskiej żony. Czy pan nie rozszedł się z nią?

- Tak, naturalnie. W jesieni, nim wstąpiłem do Izby Prasy. Rozeszliśmy się za obopólną zgodą, ale
zostaliśmy  przyjaciółmi.  Na  szczęście  nic  się  jej  nie  stało.  W  tych  szczególnych  okolicznościach
rozwód  był  nie  do  uniknięcia.  W  przeciwnym  razie  musiałbym  oddać  swój  dział  i  zostałbym
zwolniony.

- Czy rzeczywiście?

- Kierownictwo dawało mi do zrozumienia, że tak powinienem zrobić. W każdym razie, ze względu
na  moją  eksponowaną  funkcję,  byłyby  ogromne  trudności,  oni  się  nie  certowali,  ci  panowie
z gestapo, którzy działali ręka w rękę z prezydiami Izb Prasy i Piśmiennictwa...

Pamiętam  wielu  inaczej  myślących:  przez  dwanaście  lat  nazistowskiej  władzy,  godząc  się  na
zawodową  dyskryminację,  nie  rozeszli  się  ze  swymi  żonami,  Żydówkami  „w  jednej  czwartej”,  „w
połowie”,  czy  „w  stu  procentach”.  Często  przy  milczącej  aprobacie  przełożonych  i  kolegów  sami
starali się o przeniesienie z „eksponowanych” stanowisk na inne, mniej widoczne, i nie wymagające

background image

karty członkowskiej którejś z Izb. Prawie wszyscy przetrwali Trzecią Rzeszę, przy czym ani oni, ani
ich żony, w znacznym stopniu chronione przed prześladowaniami, nie ponieśli z tego powodu strat.

Zmieniłem temat i zapytałem, czy w czasach nazizmu, niezależnie od funkcji szefa „Felietonu”, dużo
publikował?

Był bardzo zadowolony, że może o tym mówić.

- Tak, naturalnie. Nie wiedział pan o tym?

Od razu podszedł do szafy bibliotecznej.

I pewnie musiałbym przez najbliższe pół godziny czytać kilkadziesiąt wierszy, krótkich opowiadań,
nowel,  może  nawet  ważniejszych  scen  z  jego  -  w  nazistowskich  czasach  też  nie  wystawianych,  ale
wydanych  w  formie  prywatnych  druków  -  sztuk  lub  wysłuchać  ich  i  wypowiadać  się,  bo  przyniósł
z  dziesięć  albo  dwanaście  tomików  w  kartonowej,  trochę  już  pożółkłej  oprawie  i  jeden  nieco
grubszy  w  płóciennej  okładce,  ale  ten  już  zamierzał  odłożyć  na  bok,  gdy  nagle  ktoś  zadzwonił  do
drzwi.

Przeprosił mnie, zachęcając, abym w tym czasie zajął się przejrzeniem wierszy i wyszedł z pokoju.
Oprawny w płótno tomik położył w szafie.

Wyjąłem go, pobieżnie przekartkowałem i spojrzałem na tytuł: Młode Niemcy Trzeciej Rzeszy.  Był
to wybór wierszy różnych autorów, z upływem lat dawno już zapomnianych, ale wysoko cenionych
po roku 1933. Weszli oni na miejsca opuszczone przez wielu wybitnych, cieszących się światowym
uznaniem  pisarzy  przepędzonych  z  Niemiec,  takich  jak:  Hans  Friedrich  Blunck,  Hans  Zöberlein,
Hertha Torriani-Seele, Heinrich Anacker, a tymczasem w wyborze znalazłem dwa utwory podpisane
pseudonimem  naszego  dawnego  sąsiada,  doktora  Barscha.  Jeden  zatytułowany  „Obowiązek
drogowskazem”,  drugi,  przełożony  zakładką,  na  której  dr  Barsch  odręcznie  skreślił  uwagę:  „Na
Reichsparteitag  1935  -  list  ministra  Rzeszy  doktora  Goebbelsa  ze  słowami  uznania”.  Tytuł  wiersza
brzmiał: „Nasza Służba Pracy”. A zaczynał się od słów:

„Jest w naszych sercach
siła młodości.
Rąbiemy, kopiemy
Pełni żarliwości”

I pięć dalszych, podobnych zwrotek.

Odłożyłem  na  półkę  tomik  oprawny  w  płótno  i  pomyślałem  sobie,  co  też  powiedzieliby
Bendemannowie, Schadowowie, Barnay’owie i ponad dwa miliony innych Niemców, których objęły
norymberskie  ustawy  rasowe  ogłoszone  przez  Reichstag  15  września  1935  roku,  na  ten  kulturalny
wkład doktora Barscha do przydania blasku aktowi ich dyskryminacji i prześladowań?

Pewnie nie czyniliby zarzutów poecie, który przed 1933 rokiem szczycił się pokrewieństwem z nimi,
że  ani  nie  wyemigrował,  ani  w  najmniejszym  nawet  stopniu  nie  przeciwstawił  się  nazistowskiemu
reżimowi.  Ale  mogliby  mieć  wątpliwości,  czy  rzeczywiście  musiał  w  tak  służalczy  sposób
wysługiwać  się  brunatnym  władcom?  Czy  aby  doktor  Barsch  nie  przeholował  w  lojalności  do  ich
prześladowców? Czy był „do tego” zmuszony?

background image

Wprawdzie  ustawa  z  października  1933  roku,  na  mocy  której  cała  niemiecka  prasa  została
„ujednolicona”,  wymagała  od  wszystkich  redaktorów  oraz  ich  współmałżonków,  prócz  wykazania
się  obywatelstwem  Rzeszy  i  „aryjskim  pochodzeniem”,  składania  deklaracji  lojalności  wobec
narodowosocjalistycznego  państwa.  Zatrudnieni  w  prasie  zostali  zobowiązani  do  „eliminowania
z gazet wszystkiego, co mogłoby wewnątrz i na zewnątrz osłabiać siłę Rzeszy Niemieckiej, zbiorową
wolę  niemieckiego  narodu,  niemiecką  wiarygodność,  kulturę  lub  gospodarkę”.  Ale  od  żadnego
redaktora nie żądano, żeby sam pisał bombastyczne hymny na cześć parteitagów NSDAP.

Kiedy doktor Barsch wrócił do pokoju, zapytałem go wręcz, czy właściwie choćby przez jakiś czas
był  przekonanym  nazistą  albo  co  go  skłoniło  do  dostarczania  dowodów  nadgorliwej  lojalności.
Przecież mała skaza na drzewie genealogicznym, w dodatku sprzed 1800 roku, nie mogła skłonić go
do tego, a z żoną pół-Żydówką rozszedł się przed 1933 rokiem.

- Czyż można było żądać od pana czegoś więcej?

- Widzi pan, wtedy pan był bardzo młody. I nie może pan wiedzieć, jaki nacisk wywierano na nas,
starszych.  Nie  ma  pan  pojęcia,  co  to  znaczyło  być  stale  przygotowanym,  że  przyjdzie  gestapo
i  zamknie  człowieka  w  kacecie.  Oglądałem  taki  obóz  od  środka  -  na  szczęście  nie  jako  aresztant!
„Promi”  -  Ministerstwo  Propagandy  Rzeszy  zorganizowało  takie  zwiedzanie  dla  kilku  krajowych
i  zagranicznych  dziennikarzy...  To  było  okropne!  Nigdy  tego  nie  zapomnę.  Zadbali  naturalnie,  żeby
wszystko wyglądało schludnie i przyzwoicie. Ale można było wyczuć, co się naprawdę za tym kryje.
I ten strach aresztantów, którzy mówili, że dobrze się im tu wiedzie! Spotkałem tam znajomego, był
redaktorem sportowym. Kilka tygodni wcześniej siedziałem z nim wieczorem w lokalu naprzeciwko
Domu  Prasy.  Teraz  wyglądał  okropnie!  Głowa  ogolona,  wystraszony,  postarzały  o  lata...  Miał
przyjaciela,  którego  poszukiwało  gestapo,  a  on  przenocował  go  u  siebie  i  zaopatrzył  na  drogę
w  pieniądze.  Była  to  naturalnie  z  jego  strony  bezgraniczna  lekkomyślność,  ale  ów  fakt  przez  wiele
miesięcy  nie  dawał  mi  zasnąć,  ilekroć  pomyślałem,  że  i  mnie  mogło  się  przydarzyć  coś  takiego  -
moja żona w dalszym ciągu miała klucze od mego mieszkania.

Pożegnałem się.

Odprowadził  mnie  do  drzwi,  dalej  mówiąc  o  swoich  ówczesnych  lękach  i  kłopotach,
o  przesłuchaniu,  w  jakie  był  uwikłany  -  z  powodu  politycznego  dowcipu,  ktoś  opowiedział  go
w knajpie i złożono donos - naturalnie nie on to zrobił.

W chwili gdy prawie zamykał już za mną drzwi, zapytałem:

- Przypomina pan sobie panią Ney, tę z cukierni na rogu?

-  Tak,  oczywiście!  Mieli  tam  bez  wątpienia  najlepsze  ciastka.  Pani  Ney  to  bardzo  dzielna  kobieta
interesu.  Wprawdzie  wyglądała  na  osobę  bardzo  nabożną,  ale  to  nie  szkodziło  ani  ciastkom,  ani
dobrej kawie, jaką tam podawano. Czy ma pan szczególny powód, żeby pytać o nią?

- Nie - odpowiedziałem. - Po prostu przypomniałem sobie o niej akurat teraz.
 

background image

8.
O ludziach, którzy umieli pomagać

 

Prawie  każdy  w  naszej  okolicy  znał  panią  Änne  Ney,  szefową  cukierni  przy  rozwidleniu  linii
tramwajowych,  biegnących  od  tego  miejsca  ku  przedmieściom  i  pobliskim  miasteczkom.  Mąż  pani
Ney, cukiernik, prawdziwy mistrz w swoim fachu, przebywał zazwyczaj na zapleczu, w piekarni. Ale
ilekroć  stamtąd  wychodził,  pojawiał  się  w  cukierni  w  eleganckim,  szytym  na  miarę  ubraniu:
„gentleman w każdym calu”, jak z zadowoleniem mawiała jego żona.

Sprzedaż  tortów,  ciastek,  pralin  i  lodów  oraz  kawiarenka  ciesząca  się  uznaniem  gości  były  jej
domeną.  Przyjmowała  telefoniczne  zamówienia  nie  tylko  z  naszej  dzielnicy,  ale  nawet  z  sąsiednich
miast,  jak:  Duisburg  czy  Krefeld,  a  kierowca  potem  rozwoził  zamówione  wyroby;  czuwała  nad
obsługą  przy  bufecie,  z  każdym  znajomym  klientem  zamieniała  kilka  uprzejmych  słów  i  znajdowała
jeszcze czas na chwilę rozmowy ze stałymi bywalcami kawiarni. Chętnie słuchała, co u nich nowego
w rodzinie, w pracy, zawsze gotowa do okazania pomocy, gdyby mogła się okazać potrzebna.

Mój ojciec zazwyczaj wstępował każdego popołudnia na pół godziny do tej kawiarni. Przeważnie nie
siadał  przy  którymś  ze  stolików  z  marmurowym  blatem,  ale  kawę  podawano  mu  w  kantorku,  gdzie
Änne  Ney  przyjmowała  zamówienia  telefoniczne  i  po  długim  staniu  za  ladą  przez  chwilę
odpoczywała,  gdyż  -  jak  czasem  wzdychając  stwierdzała  -  „nie  była  już  najmłodsza”.  Ponadto
cierpiała na bóle krzyża i dolegliwość ta była szczególnie uciążliwa.

W kantorze pani Ney i mój ojciec rozmawiali zwykle szeptem. Wywnioskowałem z tego, że rozmowy
te,  często  z  udziałem  któregoś  ze  stałych  bywalców,  były  czymś  w  rodzaju  giełdy  politycznych
informacji, a niekiedy nawet więcej.

Pani Ney bowiem, którą wolno mi był nazywać ciocią Änne i u której miałem nieograniczony kredyt -
w lecie na lody, kupowałem je, a pani Ney dopisywała 70 albo 90 fenigów do rachunku ojca, czego
nawet  nie  spostrzegał,  regulując  należność  pod  koniec  tygodnia  -  miała  dobre,  wszechstronne
kontakty.  Co  prawda  dawniej  krytykowała  tych,  co  za  nazistów  doszli  do  władzy  i  wpływów,  ale
później jeśli i któremuś z nich pod koniec miesiąca zabrakło pieniędzy na filiżankę kawy, ten mógł na
nią liczyć. Teraz ci z czasem już bardzo wpływowi i majętni „starzy bojownicy”, wśród nich nawet
gauleiter  i  szef  policji,  darzyli  ją  swego  rodzaju  przywiązaniem,  a  nawet  mieli  dla  niej  respekt,
chociaż  dobrze  wiedzieli,  że  Änne  Ney  nie  żywiła  dla  reżimu  sympatii...  W  końcu  była  to  starsza
pani, trochę niedołężna, miała trudności z chodzeniem, a przy tym zawsze uprzejma. Uznali więc, że
można  ją  było  traktować  jako  osobę  zupełnie  nieszkodliwą  i  nawet  nie  zważać,  jeśli  czasem
grzecznie,  choć  stanowczo,  pozwalała  sobie  na  krytykę  jakichś  środków  podejmowanych  przez
nazistów,  chociażby  przeciwko  kościołowi,  słowem:  pozwalać  jej  na  zdumiewająco  dużo
„wariackiej  swobody”.  Wkrótce  przekonałem  się,  że  naziści  z  gruntu  błędnie  oceniali  panią  Ney.
Domyślała się, że wiem o tym, ale to jej nie przeszkadzało. Raczej powstało między nami milczące
porozumienie,  że  pozostanie  to  naszą  tajemnicą,  a  z  wzajemnego  zaufania  wolno  korzystać  tylko
w  sytuacjach  szczególnych.  Ale  nawet  i  w  takich  przypadkach  obowiązywała  zasada,  że
rozmawialiśmy o sprawie spokojnie, jak gdyby mimochodem, bez dramatyzowania, ograniczając się
do tego, co istotne.

- Lody dla ciebie, proszę - mówiła wtedy, a ja wiedziałem, że czegoś ode mnie chciała, ponieważ

background image

porcja była większa niż zwykle. Nie odchodziłem więc, tylko jadłem lody, stojąc w pobliżu bufetu,
aż ciocia Änne uznała, że chwila jest odpowiednia, by mnie o coś zapytać.

- Czy znasz tę małą Wolf, tę Ruth? Chyba jest w twoim wieku, a może ma czternaście lat... - zapytała,
po czym zaraz zajęła się nowym klientem, podczas gdy ja zastanawiałem się nad pytaniem.

Wolfowie byli Żydami, nie znałem ich bliżej. Wiedziałem tylko, że nie należeli do rodzin osiadłych
tu  od  dawna,  obywateli  zamożnych,  jak  chociażby  rodzice  mojej  szkolnej  koleżanki  Zuzanny;
przyjechali  ze  Śląska  czy  z  Prus  Wschodnich.  Wolf,  ojciec  Ruth,  która  kończyła  naukę  w  ostatniej
klasie  szkoły  powszechnej,  miał  mały  zakład  krawiecki.  Tego  samego  dnia  dowiedziałem  się  od
Rolfa,  mego  szkolnego  kolegi,  który  mieszkał  na  tej  samej  ulicy  co  Wolfowie,  że  rano  u  krawca
wyleciały szyby, a przygotowane do przymiarki garnitury pozrywano z manekinów i podeptano.

-  Materiały  też  pokradli,  a  półki  obrzucili  petardami.  To  świństwo!  -  dodał  po  cichu,  choć  był  w
Hitlerjugend i zawsze uważał za wspaniałe, cokolwiek robili naziści, zwłaszcza zaś fascynowała go
„zasada wodzostwa”.

Dlaczego  ciocia  Änne  zapytała  o  Ruth?  W  chwili  gdy  zastanawiałem  się  nad  tym,  usłyszałem  jej
słowa skierowane do starszej pani, która kupowała duży tort:

- Biedna dziewczynka przeżyła okropny wstrząs, bo ona sypia w przymierzalni za sklepem. Poza tym
Wolfowie  mają  tylko  kuchnię  mieszkalną...-  Mówiąc  to,  rzuciła  mi  krótkie,  znaczące  spojrzenie,
domyśliłem się więc, że rozmawiały o Ruth.

- Co słychać u panny Bonse? - usłyszałem w chwilę później, kiedy nikogo nie było w pobliżu. Pani
Ney, zmiatając z pater okruchy ciasta, cicho dodała zamyślona:

-  Dziewczynka  w  szkole  nie  uczyła  się,  niestety,  angielskiego.  Gdyby  nie  to,  miałaby  pewną
możliwość...

Znów wszedł klient.

- Heil Hitler, pani Ney, chciałbym piękny, duży tort czekoladowy i do tego kilka „murzynków”.

- Pochwalony, panie sturmbannführer - odpowiedziała uprzejmie, a ja uznałem to za bardzo odważne.
- A może jest pan już obersturmführerem? Jeszcze nie? No, z pewnością niedługo pan będzie, jestem
tego zupełnie pewna... Ile ma być ciastek?

Wkładała do kartonowego pudełka murzynki, ciastka z malinami, kremówki. - O, coś mi to wygląda
na  przyjęcie  urodzinowe,  panie  sturmbannführer!  Rzeczywiście?  Wobec  tego  serdecznie  gratuluję  i
życzę panu wszystkiego dobrego, przede wszystkim rychłego awansu - czy pan pozwoli?

Napełniła firmowym koniakiem dwa kieliszki, duży dla sturmbannführera i maleńki dla siebie, trąciła
się z nim i gawędziła dalej.

A  ja  w  tym  czasie  doszedłem  do  słusznego  wniosku,  że  zamierzała  wysłać  Ruth  Wolf  -
przypuszczalnie nawet nie znała jej bliżej - za granicę, gdzie dziewczynka byłaby bezpieczna od tego
rodzaju napadów i mogła otrząsnąć się z szoku.

Teraz  chciała  zapewne  dowiedzieć  się  ode  mnie,  czy  uczennica  szkoły  powszechnej,  nie  znająca
angielskiego,  mogłaby  -  jak  ja  w  ubiegłym  roku  -  wyjechać  do  Anglii  na  wakacyjny  kurs  języka,

background image

organizowany  w  ramach  wymiany  studentów.  Odniosłem  wrażenie,  że  interesuje  ją,  czy  o  tym
specjalnym przypadku nie można by porozmawiać z panną Bonse. Co do tego, że można, nie miałem
wątpliwości.

Kiedy sturmbannführer wyszedł, powiedziałem: - Panna Bonse jest w porządku, bardzo morowa. Czy
mam podać numer jej telefonu?

-  Myślę,  że  byłoby  lepiej,  gdybyś  sam  do  niej  zadzwonił.  Ona  ciebie  przecież  zna.  Proszę  cię,
zapytaj, czy byłaby uprzejma przyjść do mnie na filiżankę kawy, jeśli to możliwe - jeszcze dziś albo
jutro  z  rana.  To  dla  mnie  bardzo  nagląca  sprawa.  I  wytłumacz  jej,  że  chętnie  poszłabym  do  niej,
gdybym mogła wyjść ze sklepu i gdyby chodzenie po schodach nie sprawiało mi takiej trudności. -
Mogłem się z tego domyślić, że ciocia Änne w inny sposób już zasięgała informacji o pannie Bonse,
bo skąd mogłaby wiedzieć, że do jej ładnego atelier z widokiem na Ren wchodziło się po schodkach.
Zatelefonowałem i dowiedziałem się, że panna Bonse może przyjść za godzinkę, przy czym nawet nie
spytała mnie, o co chodzi. Wystarczyło, że ciocia Änne chce jak najszybciej z nią porozmawiać.

Wróciłem do domu i zabrałem się do lekcji.

Nazajutrz poszedłem na lody do Café Ney i zapytałem ciocię Änne, czy panna Bonse będzie mogła jej
pomóc.

Skinęła głową i zajęła się klientką, która w tej chwili weszła do lokalu. Później dodała jeszcze:

- Na razie brak wiadomości, czy wszystko poszło dobrze.

Wiedziałem,  że  zadawanie  dalszych  pytań  było  w  tej  chwili  bezcelowe.  Po  kilku  tygodniach  -
o sprawie niemal już zapomniałem - pokazała mi barwną widokówkę z Nowego Jorku.

-  Zawsze  chciałam  tam  pojechać  -  powiedziała  -  tylko  na  kilka  dni  naturalnie.  Podobno  w  Nowym
Jorku nie ma w ogóle prawdziwej cukierni. Aż trudno sobie to wyobrazić. Ta dziewczynka, Ruth, jest
tam właśnie teraz u swoich wujostwa. Możliwe, że jej rodzice też wkrótce wyjadą... Pisze, że jest jej
tam dobrze.

Miałem ochotę jeszcze o coś zapytać, ale znów weszli klienci. Pani Ney zdążyła mi jeszcze szepnąć:
- Panna Bonse ma kontakty z kwakrami - to wspaniali ludzie. Szkoda, że nie są katolikami...

Na razie więcej nie mogłem się dowiedzieć.

Zaraz po przyjściu do domu zajrzałem do Mądrego abecadła, leksykonu dziesięciotomowego, który
dostałem z okazji konfirmacji i odszukałem hasło „kwakrzy (ang. quakers): członkowie protestanckiej
grupy wyznaniowej założonej przez George’a Foxa około 1650 roku w Anglii i w USA (150 tysięcy
członków).  Odrzucają  zewnętrzne  formy  kultu  (chrzest,  komunia),  nie  uznają  służby  wojskowej,
opowiadają  się  za  równouprawnieniem  kobiet.  Znani  z  działalności  humanitarnej,  nieśli  pomoc
ofiarom Wojny światowej w Europie”.

Przypomniałem sobie książkę dla młodzieży, którą kiedyś czytałem. Jej akcja toczyła się w Ameryce
Północnej:  grupa  ludzi,  nazywających  siebie  „braćmi”,  uratowała  od  prześladowców  zbiega,
czarnego  niewolnika.  Ludzie  ci  rozkuli  go  z  łańcuchów  i  doprowadzili  do  szerokiej  rzeki,  którą
musieli przepłynąć, żeby przedostać się na teren północnych stanów, gdzie byli bezpieczni, ponieważ
tam nie istniało niewolnictwo.

background image

Nurtowała  mnie  wtedy  ciekawość,  w  jaki  sposób  -  zapewne  pełen  przygód  -  udało  się  Ruth  Wolf
uratować przed nazistami i wywieźć ją w bezpieczne miejsce.

Później,  kiedy  moja  ciekawość  została  już  zaspokojona,  byłem  nawet  trochę  rozczarowany.
A najdziwniejsze w tej całej historii było właściwie to, że opowiedział mi ją ktoś, kogo nigdy nie
podejrzewałbym  o  współudział  w  tak  przecież  niebezpiecznym  akcie  miłości  bliźniego,  i  kogo
w dodatku uważałem za nazistę nie tyle z przekonania, ile z zimnego wyrachowania.

Mniej  więcej  w  dwa  tygodnie  po  zagadkowej  wiadomości  o  kwakrach  -  było  to  chyba  pod  koniec
czerwca  1935  roku,  na  kilka  tygodni  przed  Reichstagiem,  na  którym  Hitler,  ogłosił  „ustawy
norymberskie” pozbawiające Żydów praw - pojechałem po obiedzie na Corneliusplatz, żeby spotkać
się z kolegami pod „normalnym zegarem”, a potem razem z nimi trochę połazić po mieście.

- W drodze powrotnej - powiedziała moja matka - wstąp do pana Descha. Odbierzesz ubranie ojca,
jest już gotowe...

Pan  Desch  był  właścicielem  bardzo  eleganckiej  pracowni  krawieckiej  przy  cichej  przecznicy
Königsallee,  a  poleciła  ten  zakład  memu  ojcu  pani  Ney,  której  mąż,  zawsze  tak  doskonale  ubrany,
zaliczał się do stałych klientów pana Descha.

Nie  darzyłem  go  sympatią.  Był  to  wysoki,  bardzo  wytworny  pan.  Miał  przerzedzone,  płowe  włosy
starannie  zaczesane  z  przedziałkiem,  rybią  twarz  i  zimne,  trochę  wypukłe  oczy,  a  sposób,  w  jaki
mówił i ton głosu sugerował rozmówcy jego osobliwy brak zainteresowania konwersacją, chyba że
chodziło o jakość materiału albo o to, jak leży ubranie. Na domiar złego pan Desch był „członkiem
popierającym SS” i przeważnie nosił w klapie marynarki odpowiednią odznakę.

Przyszedłem  na  krótko  przed  zamknięciem  pracowni  i  musiałem  chwilę  zaczekać,  ponieważ  jakiś
wyższy dowódca SS przymierzał właśnie wyjściowy mundur i miał do niego istotne zastrzeżenia.

- Nie, panie oberführer, na pewno nie! - usłyszałem głos pana Descha. - Lamówka jest przepisowa,
daję  za  to  głowę!  Proszę,  sam  pan  widzi,  panie  oberführer,  oto  najnowsza  instrukcja  Głównego
Urzędu Organizacji... - Nawet zaperzył się.

W końcu przekonał klienta. Podczas gdy oberführer zdejmował w przy mierzalni, nowy mundur, który
-  jak  ciągle  podkreślał:  zamierzał  wkładać  tylko  na  wielkie  przyjęcia  u  Führera  z  okazji
Reichsparteitagu  -  kazał  zapakować,  oznajmiając,  że  nazajutrz  jego  szofer  zgłosi  się  po  odbiór
paczki, pan Desch wreszcie zwrócił się do mnie, i już zwykłym, obojętnym tonem powiedział: - Po
ubranie  twego  ojca,  prawda?  Najlepiej  wejdź  od  razu  do  pracowni.  Pan  Wolf  już  je  uprasował
i zaraz je zapakuje. Za chwilę przyjdę tam, tylko zamknę sklep...

Początkowo nie zwróciłem uwagi na nazwisko, jakie wymienił pan Desch i dopiero gdy zobaczyłem
krawca,  który,  jak  się  wydawało,  niespokojnie  nasłuchiwał,  czy  führer  SS  jest  jeszcze  w  atelier
i bardzo nerwowo zareagował, kiedy zapytałem, czy pan Wolf to właśnie on - wtedy wszystko stało
się dla mnie jasne. Był to przecież ojciec Ruth!

- Czy musiał pan oddać swój zakład? - spytałem cicho.

Skinął ze smutkiem głową.

-  Może  uda  mi  się  niedługo  przedostać  do Ameryki,  mnie  i  mojej  żonie  -  wyszeptał.  -  Na  razie  tu

background image

mieszkamy... - Ruchem głowy wskazał na drzwi w głębi pracowni. - Pan Desch to dobry człowiek.
Tu będzie dla pana bezpieczniej, panie Wolf - powiedział - i nie potrzebuje pan za to płacić... - To
naprawdę dobry człowiek, ten pan Desch...

Zaniemówiłem.

Dopiero gdy zaczął pakować garnitur, ochłonąłem z wrażenia i powiedziałem:

-  Ciocia  Ney,  to  znaczy  pani  Ney  pokazała  mi  ładną  widokówkę  od  Ruth,  z  Nowego  Jorku..
Powiedziała mi też, że to kwakrzy jej pomogli...

Przekładał właśnie ubranie wieloma warstwami bibułki, ale gdy wspomniałem o kwakrach, przeraził
się.

- Pst! To nie jest dla obcych uszu! Pan Desch nie chce, żeby wiedziano, co on robi. To on zawiózł ją
samochodem  do  Bazylei,  wyobraź  sobie!  Taki  szacowny  kupiec  zadaje  sobie  tyle  fatygi  dla  naszej
Ruth! On nawet jej...

Umilkł zakłopotany, ponieważ wszedł pan Desch.

- Po prostu miałem do załatwienia w Bazylei kilka handlowych spraw, a w samochodzie było dość
miejsca - obojętnym tonem powiedział pan Desch. - Moja żona była rada, że w drodze mogła z kimś
porozmawiać. Bo kiedy siadam za kierownicą, to nic nie mówię. A więc niech pan nie przesadza...

Co  powiedziawszy,  wziął  pudło  z  ubraniem,  które  w  tym  czasie  pan  Wolf  przewiązał  sznurkiem
i założył uchwyt do niesienia, po czym ruszył ze mną do sklepu, ale nim otworzył drzwi, zapytał:

- Czy w tym roku znów wyjeżdżasz w czasie wakacji do Anglii?

- Tak, już za dziesięć dni.

- Przez Ostendę-Dover...?

- Tak, jak ostatnio.

-  Wyśmienicie!  Przypuszczam,  że  panna  Bonse  jest  we  wszystkim  zorientowana:  mam  na  myśli
godziny odjazdu pociągu, listę uczestników i związane z tym formalności.

- Oczywiście, przecież ona to wszystko organizuje.

Byłem  zdziwiony,  że  znał  pannę  Bonse,  a  w  każdym  razie  jej  nazwisko.  Czyżby  mój  ojciec
opowiadał mu o tym?

Wahałem się, czy zapytać o to, ale on sam chciał jeszcze dowiedzieć się ode mnie, czy do Francji też
jedzie jakaś grupa.

-  Owszem,  ale  do  Anglii  wyjeżdża  więcej  osób.  Spotykamy  się  na  dworcu  głównym  w  Kolonii,
również ci, którzy jadą do Francji. I aż do Lüttich jedziemy razem.

- Wobec tego grupa, która przekroczy granicę w Akwizgranie, będzie dosyć liczna. Ile was tam może
być, jak myślisz?

- Około czterdziestu pięciu, pięćdziesięciu chłopców i dziewcząt, tak sądzę, a może nawet kilka osób

background image

więcej. Ostatnim razem było bardzo wesoło...

-  Znakomicie,  naprawdę  znakomicie  -  powiedział  pan  Desch  jeszcze  bardziej  znudzonym  tonem.  -
A kontrola? Chyba nie interesuje się wami szczególnie?

-  Wcale  nie,  mamy  zbiorowy  bilet  do  Lüttich,  a  potem  każda  grupa  ma  znów  dla  siebie  bilet
zbiorowy, który osoba towarzysząca okazuje konduktorowi tylko raz w Niemczech i raz w Belgii. On
wtedy  sprawdza,  czy  ilość  jadących  zgadza  się  z  listą  i  to  wszystko.  W  czasie  kontroli  musimy
naturalnie siedzieć w przedziałach...

- A odprawa celna?

-  Celnik  zabiera  od  naszej  opiekunki  zaświadczenia  o  posiadanych  pieniądzach,  każdy  ma  prawo
wywieźć pięćdziesiąt marek, a policja graniczna tylko przelicza, ile nas jest i czy ilość uczestników
zgadza się z ilością paszportów oraz legitymacji z fotografiami..

Zaczynałem  się  domyślać  powodu  zainteresowania  pana  Descha  i  nie  dziwiło  mnie,  że  chciał  się
upewnić,  czy  służba  graniczna  dokładnie  ogląda  każdą  legitymację  i  porównuje  zdjęcia  z  twarzami
jadących oraz jak długo trwa cała ta procedura.

- Nie trwa nawet pięciu minut. Wsiadają w Akwizgranie i do Herbestal muszą kontrolę zakończyć.
A w ogóle nie zajmują się nami szczegółowo. Sprawdzają tylko, czy ilość zgadza się z dokumentami.

-  Miło  to  słyszeć.  Miejmy  nadzieję,  że  i  tym  razem  tak  będzie,  jak  mówisz,  myślę,  że  nic  się  nie
zmieni...
 

Dziesięć dni później dołączyłem na dworcu w Kolonii do grupy wyjeżdżających i wcale nie byłem
zdziwiony,  widząc  znacznie  więcej  osób  niż  w  poprzednim  roku  -  około  sześćdziesięciu  paru
chłopców  i  dziewcząt.  Niektórych  znałem,  ponieważ  jechali  już  po  raz  drugi  do  Francji  albo  do
Anglii,  innych  z  widzenia  lub  ze  szkoły.  Po  przywitaniu  zgłosiliśmy  się  do  przydzielonej  nam
opiekunki,  studentki,  i  rozlokowaliśmy  się  w  zarezerwowanym  dla  nas  wagonie.  Wyjrzałem  przez
okno  i  wcale  nie  zaskoczył  mnie  widok  eleganckiego  pana  Descha.  Tragarz  niósł  jego  walizki  do
wagonu pierwszej klasy.

Przechodząc, spojrzał na mnie. Jego rybie oczy, jak zwykle, były bez wyrazu; skinął mi głową, bez
uśmiechu. W klapie jego prochowca dostrzegłem odznakę SA.

Po  półtorej  godzinie,  kiedy  minęliśmy  granicę  i  wysiedli  celnicy,  policja  graniczna  oraz  załoga
pociągu  -  kontrola  przebiegła  szybko,  pobieżnie,  tak  jak  mówiłem  panu  Deschowi  -  zobaczyłem  go
znów  w  korytarzu  naszego  wagonu.  Rozmawiał  ze  studentką,  która  pilotowała  naszą  grupę  do
Londynu. Oddała mu teczkę z paszportami i innymi dokumentami.

W Lüttich wysiedli nie tylko ci, którzy mieli spędzić najbliższe tygodnie we Francji i tu przesiadali
się  do  paryskiego  pociągu,  ale  także  siedemnaścioro  innych  chłopców  i  dziewcząt.  Utworzyli  oni
oddzielną grupę. Podjechał do nich bagażowy z wózkiem, na którym stała już walizka pana Descha,
a potem pojawił się on sam.

- Postawcie bagaże na wózku - powiedział - i pośpieszcie się. Nasz pociąg odchodzi za osiem minut.
Mamy zarezerwowane trzy przedziały w ostatnim wagonie. Nie musimy przesiadać się w Maastricht,

background image

jest to wagon jadący bezpośrednio do Rotterdamu, do samego portu...

Mówił  to  wszystko  tak  znudzonym  tonem,  że  jego  podopieczni  spoglądali  na  niego  ze  zdziwieniem
i strachem. Wyglądało na to, że wcale się tym nie przejmował.

- Proszę się pośpieszyć - powtórzył, odwrócił się i odszedł.

Z  roztargnionym  wyrazem  twarzy  skinął  głową  na  pożegnanie  studentce,  która  w  pociągu  wręczyła
mu paszporty i dokumenty podróży.

- Dokąd oni jadą? - zapytałem ją, kiedy grupa pana Descha odeszła.

-  Wyobraź  sobie,  że  oni  rzeczywiście  popłyną  statkiem  do Ameryki!  Nie  wiedziałam  o  tym,  panna
Bonse powiedziała mi tylko, że szesnaścioro chłopców i dziewcząt pojedzie z Lüttich do Holandii.
Dziwiłam  się  nawet,  bo  przecież  było  inne,  bezpośrednie  połączenie. Ale  podobno  organizacja,  na
zaproszenie  której  wyjeżdżali,  życzyła  sobie,  by  odbyli  razem  z  nami  podróż  do  Lüttich.  Nosi  ona
nazwę:  „Stowarzyszenie  Przyjaciół”,  a  pan,  który  przejął  grupę,  z  pewnością  do  niej  należy.
W  każdym  razie  to  bardzo  uprzejmie  z  jego  strony,  że  zgodził  się  nadłożyć  drogi.  Gdy  tylko
doprowadzi grupę na statek, wróci nocnym promem z Hoek van Holland do Harwich, bo on też jedzie
do Anglii. Chce tam zakupić materiały ubraniowe, otrzymał na to duży przydział dewiz... Proszę, to
od niego, miałam ci to wręczyć. Znasz go bliżej?

Wziąłem kopertę, którą mi podała i odpowiedziałem, że mój ojciec ma z nim jakieś interesy. Potem
poszedłem  do  toalety,  zamknąłem  drzwi  na  zasuwkę  i  zajrzałem  do  koperty.  Była  w  niej  kartka
i mniejsza starannie zaklejona koperta oraz banknot jednofuntowy. Na kartce kilka słów:

„Proszę,  abyś  ten  list  możliwie  najszybciej  doręczył  odbiorczyni  do  rąk  własnych.  Dołączam
pieniądze na koszty przejazdu.”

Adresatka, nosząca niemieckie nazwisko, mieszkała w hrabstwie Yorkshire, w tym samym mieście,
do  którego  jechałem.  Pomyślałem,  że  wykonanie  zlecenia  zabierze  mi  co  najwyżej  godzinę,  za
przejazd  zapłacę  sześć  pensów;  byłem  bardzo  zadowolony,  że  dzięki  temu  powiększę  swój  dosyć
skromny kapitał.

W  Niemczech  obowiązywały  bardzo  surowe  rygory  w  gospodarowaniu  dewizami  -  władze
nazistowskie  pakowały  wszystkie  pieniądze  w  zbrojenia,  a  dewizy  przydzielano  tylko  na  zakup
brakujących surowców. Zwykły podróżny początkowo mógł wymieniać zaledwie 50 marek, a później
tylko 10, zaś wywóz niemieckich banknotów był najsurowiej zakazany. Przepisy dewizowe stanowiły
główną przeszkodę dla wszystkich, którzy chcieli uciec przed terrorem w Niemczech, ponieważ nie
wolno im było zabrać ze sobą własnych oszczędności!

Wymyślny system kontroli, podatków specjalnych, dbał  o to, żeby emigrant, o ile gestapo w ogóle
pozwoliło mu wyjechać - znalazł się w obcym kraju praktycznie bez środków do życia, najczęściej
z dziesięcioma markami całego majątku. Możliwość zabrania ze sobą jakichś wartościowych rzeczy,
które  ewentualnie  można  by  za  granicą  sprzedać,  też  ograniczona  została  do  minimum,  w  związku
z czym wyjeżdżający poddawani byli ostrej kontroli.

W  przeciwieństwie  do  tego  pan  Desch,  jak  się  wydawało,  nie  miał  żadnych  trudności  w  uzyskaniu
potrzebnych dewiz. Czy właśnie dlatego został „członkiem popierającym SS” i szył galowe mundury
na miarę z najlepszych angielskich materiałów?

background image

W  każdym  razie  do  września  1939  roku,  kiedy  wybuchła  wojna,  umożliwił  setkom  ludzi,  głównie
dzieciom  i  młodzieży  z  żydowskich  rodzin,  wyjazd  za  granicę  do  krewnych,  albo  powierzył  ich
opiece  Przyjaciół-Kwakrów,  a  nawet  przypuszczalnie  zaopatrzył  ich  na  drogę  w  trochę  pieniędzy.
Dowiedziałem się o tym wszystkim dopiero po latach.

Na tak często powtarzane wówczas pytanie: „Cóż można było na to poradzić?” - on odpowiedział na
swój sposób.

Panna Bonse i ciocia Ney też znalazły na nie odpowiedź.
 

background image

9.
Jak dalej dokręcano śrubę

 

-  W  zimie  1935/36  roku  terror  nasilił  się.  Wszędzie  dawało  się  to  odczuć.  Przed  Bożym
Narodzeniem, mimo iż ogólna sytuacja do tego nie zachęcała, postanowiłam na krótko wybrać się na
narty. Pomyślałam: może to już ostatni raz... a tak bardzo kochałam bawarskie góry...

Mrs.  Armstrong,  obecnie  sześćdziesięciopięcioletnia  kobieta  o  miłej  okrągłej  twarzy  i  dobrze
uczesanych  srebrnych  włosach  wtedy  miała  dwadzieścia  lat,  jej  rodzinnym  miastem  był  Hanower.
Przed  Bożym  Narodzeniem  1935  roku,  gdy  zdecydowała  się  spędzić  urlop  w  Górnej  Bawarii,
mieszkała już w Kolonii, gdzie pracowała w rozgłośni radiowej. Na krótko przed przejęciem władzy
przez  Hitlera  została  tam  zatrudniona  jako  mikserka  dźwięku.  Nazywała  się  wówczas  Margarete
Nussbaum.

Greta - tak ją nazywano - wzięła dziesięć dni urlopu z zamiarem wykorzystania go na zimowe sporty,
jednakże po przybyciu na miejsce przeżyła pierwszą, złą niespodziankę.

-  Przyjechaliśmy  na  dworzec,  potem  przesiedliśmy  się  do  autobusu,  ponieważ  wieś,  w  której
przyjaciele moich rodziców mieli pensjonat, gdzie miałam zamiar zamieszkać, położona była z dala
od  linii  kolejowej.  Wyglądałam  przez  okno.  Rozległe,  pokryte  śniegiem  łąki  mieniły  się  różem
w blasku zachodzącego słońca - był to wspaniały widok! i kiedy dojeżdżaliśmy już na miejsce, nagle
nad wiejską ulicą zobaczyłam rozpięty szeroki transparent z napisem: „Żydzi przybywają na teren tej
miejscowości na własne ryzyko!” Był to koniec radości z urlopu.

Zgodnie  z  ogłoszonymi  właśnie  ustawami  norymberskimi  Greta  była  „pełną  Żydówką”,  choć
w  rozgłośni  nikt  jeszcze  o  tym  nie  wiedział.  We  własnym  kraju  pozbawiono  ją  niemieckiego
obywatelstwa, nie mogła korzystać nawet z prawa gościnności. Była jeszcze zaledwie „tolerowana”
w Rzeszy Niemieckiej, a i to z dużymi ograniczeniami i wkrótce utraciłaby posadę, bez możliwości
znalezienia  pracy  w  wyuczonym  zawodzie  ani  innej,  która  odpowiadałaby  jej  kwalifikacjom
i zainteresowaniom.

-  Wierzyłam,  że  w  tej  pięknej  miejscowości  wypoczynkowej  czas  się  zatrzymał,  że  nic  się  tu  nie
zmieniło,  że  było  jak  dawniej.  Wszystko  to  okazało  się  naturalnie  naiwnym  złudzeniem,  którego
uczepiłam  się  kurczowo  i  dlatego  przyjechałam  z  dużego  miasta  tu,  w  góry,  chcąc  przynajmniej  na
kilka  dni  wyrwać  się  z  powszedniego,  nazistowskiego  dnia.  Tymczasem  ledwie  otrząsnęłam  się
z pierwszego wrażenia, przeżyłam następny wstrząs: w gospodzie „Zur Post”, gdzie miałam zamiar
zjeść  kolację,  zobaczyłam  u  wejścia  trzy  duże  tablice.  Na  pierwszej  widniał  napis:  „Kobietom
z  czerwonymi  szponami  i  w  spodniach  wstęp  wzbroniony!”  Co  prawda  nie  miałam  paznokci
polakierowanych  na  czerwono,  ale  byłam  w  narciarskich  spodniach,  a  więc  zakaz  dotyczył  i  mnie.
Na drugiej: „Tu wszyscy pozdrawiają się na sposób niemiecki: Heil Hitler!” zaś hasło wypisane na
trzeciej, brzmiało: „Psom i Żydom wstęp wzbroniony!” Zawróciłam głodna i położyłam się do łóżka.
Pół nocy przepłakałam i tak skończył się mój sen o ostatnim skrawku normalnego świata.

...Nie  tylko  te  napisy  były  dla  mnie  tak  okropnym  zaskoczeniem,  znałam  je  przecież  z  Hanoweru  i
Kolonii, na przykład dozorca domu na Luxemburgerstraße, gdzie wynajmowałam umeblowany pokój,
też wywiesił przy bramie kilka haseł, wśród nich chociażby takie: „Czy w naszym domu mieszkają
niemieccy ziomkowie, którzy nie czczą urodzin naszego Führera wywieszeniem flagi?” albo mówiący

background image

wprost:  „Żydzi  są  naszym  nieszczęściem”.  Otóż  w  tamtej  małej  górnobawarskiej  miejscowości
uświadomiłam sobie totalne zatrucie tego pięknego, idyllicznego skrawka ziemi i jego mieszkańców,
których pamiętałam jako skromnych, zacnych ludzi. Właśnie to doprowadzało mnie do rozpaczy.

Po dwu dniach rankiem wróciłam do Kolonii, ani razu nie robiąc użytku z nart.

Zamyśliła się na chwilę, potem potrząsnęła głową i powiedziała:

-  Nie,  to  nie  było  tak.  Najpierw  pojechałam  do  rodziców,  do  Hanoweru.  Bardzo  się  ucieszyli,  że
Boże Narodzenie spędzę w domu. Potem jednak posprzeczaliśmy się i to było okropne!

Westchnęła.

-  Trudno  komuś  wytłumaczyć,  o  co  przy  tym  chodziło,  bo  też  jak  można  dziś  zrozumieć,  że  moi
rodzice  byli  wówczas  zadowoleni  z  ustaw  norymberskich?  Widzieli  w  nich  gwarancje,  albo  jak
Hitler  to  sformułował  „ostateczne  uregulowanie  prawne”,  które  umożliwiało  im  pozostanie
w ukochanej ojczyźnie. Po trzech latach samowoli i terroru bardzo się tym cieszyli...

Wielu  spośród  „niearyjczyków”  -  ich  to  bowiem  dotyczyły  ustawy  norymberskie  -  w  braku  czegoś
lepszego przyjęło je rzeczywiście jako jeszcze znośną propozycję konsolidacji. Owszem, tak zwana
„Ustawa  o  ochronie  niemieckiej  krwi”  zakazywała  zarówno  małżeństw,  jak  stosunków
pozamałżeńskich  „niearyjczykom”  z  „aryjczykami”,  a  nawet  groziła  za  nie  karami  więzienia;
wzbraniała  Żydom  zatrudniania  służby  domowej  „aryjskiej  krwi”;  kobiet  poniżej  czterdziestego
piątego roku życia; odbierała Żydom prawo „wywieszania flagi niemieckiej” - wszystko to przyjęto
jako  zamierzoną  obrazę  i  wstrętną  dyskryminację.  Ponieważ  jednak  „ustawy  norymberskie”  nie
stawiały  Żydom  przeszkód  w  działalności  gospodarczej  i  podporządkowywały  ich  „prawu
gościnności”,  wielu  spośród  nich  odetchnęło  z  ulgą.  Sądzili  oni  bowiem,  że  od  tej  pory  ustaną
szykany i wszelkie akty samowoli, podjudzanie do bojkotu, do wybijania szyb, wymuszania „danin”,
bezpodstawne aresztowania, nie mówiąc już o znęcaniu się i wywożeniu ludzi.

A najważniejsze - tak rozumowali ci optymiści - że nie odebrano im prawa osiedlania się i pobytu
ani  możliwości  zarabiania  na  życie,  co  prawda  poza  sektorem  państwowym  i  nie  w  zawodach
kontrolowanych  przez  Izby  Kultury,  ale  w  wolnej  gospodarce,  czy  to  jako  pracownicy  najemni,
rzemieślnicy, przedsiębiorcy, rolnicy, czy też w wolnych zawodach.

Ojciec  Grety  Nussbaum  jako  syn  wy  chrzczonych  rodziców  żydowskiego  pochodzenia  wychowany
w  duchu  ewangelickim,  oficer  frontowy  w  pierwszej  wojnie  światowej,  doktor  praw,  były  członek
narodowoliberalnej Niemieckiej Partii Ludowej, był głęboko przeświadczony, że wolno mu będzie
w  dalszym  ciągu  prowadzić  firmę  handlową  założoną  przez  jego  ojca,  która  eksportowała  przede
wszystkim obrabiarki.

Matka  Grety,  córka  zamożnego  rejenta  ożenionego  z  córką  bankiera  pochodzenia  żydowskiego,
według  ustaw  norymberskich  uchodziła  za  „mieszańca  pierwszego  stopnia”.  Była  ona  właścicielką
dwu dużych domów towarowych na Schillerstraße i kilku domów czynszowych w Linden, obawiała
się  więc,  że  te  odziedziczone  nieruchomości  będzie  musiała  oddać.  Po  ogłoszeniu  ustaw
norymberskich,  które  jako  „ostateczne  uregulowanie”  nie  przewidywały  niczego,  co  byłoby
niekorzystne  dla  „niearyjskich”  właścicieli  domów  i  gruntów,  poczuła  się  uspokojona.  Do  tego
jeszcze wolno jej było zatrzymać gospodynię od wielu lat związaną z ich domem, liczyła ona bowiem
ponad  czterdzieści  pięć  lat  i  tym  samym  z  punktu  widzenia  ustawodawcy  nie  naruszała  przepisu  o

background image

„hańbieniu rasy”, podobnie ogrodnik, który był równocześnie szoferem i dozorcą, mógł nadal robić,
co do niego należało.

- Moi rodzice wówczas zupełnie nie rozumieli, co miałam na myśli - powiedziała pani Armstrong -
gdy  starałam  się  im  wytłumaczyć,  że  nie  mogę  dłużej  pozostać  w  Niemczech.  „Dokąd  chcesz
wyjechać - bez dewiz?”, zapytał ojciec, a matka usiłowała wybadać, czy może mam jakieś miłosne
kłopoty.  Ale  przecież  nie  chodziło  o  to,  jakkolwiek  fakt,  że  nie  było  mi  wolno  nawet  potańczyć
z którymś z moich „aryjskich” przyjaciół bez narażania ich i siebie na podejrzenie „hańbienia rasy”
zagrożonego więzieniem, odczuwałam boleśnie. W tej nowej sytuacji mogłam wyjść za mąż tylko za
„niearyjczyka”, a nie znałam żadnego, który mógłby wchodzić w rachubę. Jednak najgorsze było to,
że musiałam zrezygnować z zawodu. Praca w rozgłośni kolońskiej podobała mi się i miałam miłych
kolegów.  Czułam  się  tam  dobrze,  w  dodatku  większość  ludzi,  z  którymi  pracowałam,  nie  była
nazistami. Przecież to się wyczuwało, nawet jeśli nikt o tym nie mówił wprost. Na przykład: kiedy
reporter przynosił taśmy nagrane podczas wizyty Führera - widać było, z jaką rezerwą odnosili się
do tego materiału nadreńczycy. Naradzali się, zastanawiali, co by z tym zrobić i w końcu właściwy
redaktor  mówił  do  mnie:  „Panno  Nussbaum,  pewnie  ma  pani  jeszcze  w  rezerwie  trochę
entuzjastycznych  okrzyków.  Proszę  przeciąć  i  wstawić  tam,  gdzie  uzna  pani  za  właściwe,  żeby  nie
brzmiało to tak mizernie, bo będziemy mieli kłopoty - ale bez przesady, jeśli wolno prosić!” - ...Nikt
w rozgłośni nie wiedział, że według ustaw norymberskich byłam „pełną Żydówką”. A przed urlopem
pani Jansen z wydziału personalnego przypomniała mi, że jeszcze nie dowiodłam swojej aryjskości.
„To  tylko  formalność,  panno  Nussbaum  -  powiedziała  -  ale  niechaj  pani  postara  się  możliwie
najszybciej  o  metryki  urodzenia,  żebym  mogła  tę  sprawę  odfajkować.  Brak  mi  tylko  czterech  czy
pięciu  w  całej  firmie,  a  31  stycznia  muszę  wysłać  sprawozdania  do  Berlina...”  Najbardziej
zwariowane było to, że naziści, którzy przecież odcinali się od kościoła i szykanowali księży, całą
swoją teorię rasy mogli dokumentować tylko na podstawie ksiąg kościelnych. Dowodem aryjskiego
pochodzenia  były  bowiem  wypisy  metryk  urodzenia  zainteresowanego,  jego  rodziców  i  dziadków.
I  nic  poza  tym!  Moi  rodzice  zostali  co  prawda  ochrzczeni  w  kościele  ewangelickim  wkrótce  po
urodzeniu, ale rodzice mego ojca zdecydowali się na to dopiero przed ślubem. W rodzinie matki było
podobnie.  Ponadto  w  księgach  parafialnych  odnotowane  było,  że  dziadkowie  przeszli  na
chrześcijaństwo  „z  wyznania  mojżeszowego”.  Jednym  słowem  tam  już  nic  nie  można  było  zrobić
i dlatego jeszcze przed Nowym Rokiem postanowiłam złożyć w rozgłośni wypowiedzenie. Po Bożym
Narodzeniu napisałam z Hanoweru, że zamierzam wyjść za mąż i poprosiłam o rozwiązanie ze mną
umowy o pracę w możliwie najkrótszym terminie. Dzięki temu nie musiałam przynajmniej poddawać
się uwłaczającej procedurze udowadniania aryjskości...

Nie  znalazłszy  u  rodziców  zrozumienia  dla  swojej  decyzji  wyemigrowania  z  kraju,  wróciła  do
Kolonii.  Nie  miała  tam  nikogo,  z  kim  mogłaby  o  tym  porozmawiać;  nie  wiedziała  też,  dokąd
wyjechać i jak to załatwić. Jedyne, czego pragnęła, to możliwie najszybciej opuścić kraj, w którym
gościnni szynkarze zakazują wstępu „psom i Żydom”, a idylliczne wioski już u wjazdu, prawie bez
obwijania w bawełnę, grożą „niearyjczykom” morderstwem.

Jedna z przyjaciółek doradziła jej wtedy, żeby najpierw odświeżyła szkolną znajomość angielskiego
i  francuskiego  -  najlepiej  na  kursach  językowych  za  granicą.  W  ten  sposób  dałoby  się  uniknąć
kłopotów  dewizowych,  ponieważ  wielu  cudzoziemców  uczestniczy  w  podobnych  kursach  w
Niemczech i odbywa się to na zasadzie dwustronnych rozliczeń bezdewizowych. Przyjaciółka podała
jej adres „placówki”, która organizuje tego rodzaju wymianę kursantów. „To jest wspaniała kobieta.

background image

Tak słyszałam, z pewnością pomoże ci. Mieszka w Düsseldorfie, a więc niedaleko Kolonii”. Greta
Nussbaum  miała  jeszcze  kilka  dni  urlopu,  więc  od  razu  następnego  dnia  po  powrocie  z  Hanoweru
wyruszyła do Düsseldorfu pod wskazany adres. W ten sposób poznała pannę Bonse.

- Od razu wzbudziła we mnie zaufanie, może właśnie przez dosyć szorstki sposób bycia. Zaprosiła
mnie  na  filiżankę  herbaty,  zadała  kilka  pytań  bardzo  uprzejmie,  ale  zupełnie  obojętnie,  a  potem
powiedziała:  „Proszę  posłuchać  »panieneczko«,  właściwie  ja  nie  jestem  odpowiednią  dla  pani
osobą,  ponieważ  zajmuję  się  tylko  gimnazjalistami  i  studentami.  Jeśli  jednak  ma  pani  poważne
i  naglące  powody,  to  chciałabym  spróbować  pomóc  pani.  Proszę  mówić  ze  mną  otwarcie,  jak
mówiłaby pani trzy lata temu, kiedy pan Hitler nie był jeszcze kanclerzem Rzeszy...” I to przesądziło.
Opowiedziałam jej wtedy wszystko, trochę chaotycznie, jednym tchem. Słuchała uważnie bez słowa.
Tylko  raz  przerwała  mi  i  wydawała  się  rzeczywiście  przerażona.  „Na  litość  boską,  jeśli  ktoś  się
dowie, że od trzech lat pracuje pani dla naczelnej redakcji politycznej kolońskiej rozgłośni...” Wtedy
zapewniłam  ją,  że  nikt  tam  nie  wie  o  moim  żydowskim  pochodzeniu,  dodając,  że  właśnie  złożyłam
wypowiedzenie pracy. A jednak wydawała się zatroskana i jak się okazało, nie bez przyczyny...

Panna  Bonse  zadała  Grecie  Nussbaum  wiele  pytań,  coś  notowała  i  w  końcu  oświadczyła,  że
potrzebuje trochę czasu, dwa-trzy dni, nim będzie mogła dać jakąś odpowiedź w tej sprawie. W tym
czasie  „panieneczka”,  jak  zwróciła  się  do  Grety,  powinna  natychmiast  postarać  się  o  przedłużenie
ważności paszportu, podając, że zamierza wyjechać w ramach wymiany studentów i że sprawa jest
bardzo pilna. Panna Bonse podała jej nazwisko urzędnika prezydium policji w Kolonii, do którego
miała się z tym zwrócić.

- „Czy pani gospodarze mają telefon?”, zapytała i zanotowała numer. W trzy dni potem, 7 stycznia po
Trzech  Królach,  pamiętam  to  dokładnie,  panna  Bonse  zatelefonowała  wczesnym  rankiem.  Moja
gospodyni  jeszcze  spała,  ale  ponieważ  telefon  stał  w  przedpokoju,  a  ja  właśnie  wychodziłam
z  łazienki,  kiedy  zadzwonił,  podniosłam  słuchawkę.  „Dobrze,  że  to  pani  jest  przy  aparacie”,
usłyszałam.  „Stało  się  coś  nieprzyjemnego,  ale  proszę  się  niczego  nie  obawiać.  Niech  pani  zrobi
teraz dokładnie to, co powiem...”

...Wytłumaczyła mi wszystko że szczegółami i dodała, że powinnam się pośpieszyć. Było kilka minut
po siódmej, a ja już okropnie roztrzęsiona. Po chwili zmobilizowałam siły do wypełnienia poleceń
panny Bonse, przekazanych mi we właściwy jej chłodny, rzeczowy sposób. Zapakowałam do małej
walizki  najniezbędniejsze  rzeczy  i  parę  drobiazgów;  z  których  nie  chciałam  zrezygnować,  potem
skreśliłam kilka słów do mojej gospodyni, żeby nie martwiła się o mnie. Napisałam, że umarł ktoś
z  rodziny  i  w  związku  z  tym  muszę  bezzwłocznie  pojechać  do  Monachium,  Włożyłam  do  kieszeni
płaszcza  klucz,  książeczkę  oszczędnościową,  legitymację  radiową  i  skromne  kosztowności,  jakie
jeszcze  miałam.  Wsiadłam  do  tramwaju  jadącego  nie  na  dworzec  główny,  ale  w  kierunku  Köln-
Mülheim, małego przedmieścia na prawym brzegu Renu przy linii kolejowej do Düsseldorfu.

...Tam, była dokładnie godzina ósma, podjęłam na poczcie wszystkie moje oszczędności i wpłaciłam
je  na  konto,  którego  numer  podała  mi  panna  Bonse.  Kwota  była  dość  spora,  ponieważ  z  urlopu  w
Bawarii  nic  nie  wyszło  i  spędziłam  go  w  domu.  W  dziesięć  minut  później  wsiadłam  do  pociągu
i dojechałam do stacji Düsseldorf-Benrath. Jazda pociągiem trwała zaledwie dwadzieścia minut, za
to tramwaj wlókł się znacznie dłużej. Około wpół do dziesiątej dotarłam do Café Ney, gdzie czekała
na mnie panna Bonse.

...Wydało mi się, że odetchnęła z ulgą, kiedy zobaczyła mnie wchodzącą z walizeczką w ręce, nawet

background image

objęła mnie, ale zaraz wróciła do zwykłej rezerwy, i tylko powiedziała: „No, teraz najpierw trzeba
zjeść  śniadanie.  O  pustym  żołądku  źle  jest  prowadzić  wojnę...”  Zapamiętałam  te  słowa,  ponieważ
uświadomiły mi one powagę sytuacji, a poza tym była to dobra rada, stosowałam się do niej i później
we wszystkich trudnych sytuacjach.

Ku zdumieniu Grety Nussbaum panna Bonse miała już jej paszport, który dwa dni temu sama oddała
urzędnikowi w prezydium policji. Paszport był przedłużony do stycznia 1941 roku!

„Wielkie  szczęście,  że  pani  zaraz  zaniosła  paszport,  ponieważ  ostrzeżono  mnie,  że  nakaz  pani
aresztowania  był  już  przygotowany.  Dziś  rano  gestapowcy,  którzy  teraz  prawdopodobnie  już  są
w  pani  mieszkaniu,  mieli  panią  doprowadzić  na  przesłuchanie.  Ktoś  w  rozgłośni  powziął
podejrzenie,  być  może  dlatego,  że  złożyła  pani  wypowiedzenie.  Wtedy  przypuszczalnie  przejrzał
dokładniej pani akta personalne i i stwierdził, że zaczęła pani pracować w rozgłośni na krótko przed
przejęciem władzy przez Hitlera, że nie należy pani do żadnej organizacji, a pani »aryjskość« jeszcze
nie  została  udokumentowana  i  tak  dalej...  Ów  ktoś  z  pewnością  zasięgnął  informacji  w  policji  w
Hanowerze  o  pani  rodzinie  i  wtedy  ze  strachu  od  razu  zaalarmował  gestapo...  No,  ale  wszystko
poszło dobrze, nie musi się pani niczego obawiać. Teraz jest pani w bezpiecznym miejscu”.

- Wydało mi się to niesamowite: ja, w tym miejscu, tylko z walizką w ręce, bez własnego dachu nad
głową,  oddalona  zaledwie  o  godzinę  jazdy  od  Kolonii  -  mam  być  tu  bezpieczna  -  mówiła  Mrs.
Armstrong - a do tego jeszcze w tej samej chwili do cukierni wszedł jakiś führer SS z głośnym „Heil
Hitler!”  i  żona  właściciela  lokalu,  na  którą  do  tej  pory  nie  zwracałam  uwagi,  uprzejmie
odpowiedziała:  „Dzień  dobry,  panie  obersturmbannführer!”  Gość  usiadł  przy  sąsiednim  stoliku
i  zamówił  kawę.  Panna  Bonse  położyła  mi  rękę  na  ramieniu  i  zaczęła  mówić  o  zakupach,  że  zaraz
musimy kupić bieliznę i pończochy, parę ciepłych rzeczy, co najmniej dwie pary butów i płaszcz od
deszczu.  Myślałam,  że  pozorowała  zwykłą  rozmowę  ze  względu  na  sąsiada,  ale  po  chwili
zorientowałam  się,  że  naprawdę  zamierza  wyekwipować  mnie  na  dłuższą  podróż.  „Na  to  trzeba
mnóstwo  pieniędzy  -  powiedziałam  -  a  ja  mam  przy  sobie  tylko  pięćdziesiąt  marek...”  Zaskoczyła
mnie wiadomością, że telefonowała do mojej matki i że mogę sobie „na urodziny” sama wybrać, co
mi  jest  potrzebne.  Kiedy  führer  SS  wyszedł,  panna  Bonse  powiedziała:  „Teraz  pojedziemy
tramwajem do Krefeld i tam zrobimy zakupy. Ja wyłożę pieniądze, a potem pani rodzice zwrócą mi
je”.  I  wtedy  podeszła  pani  Ney,  przywitałyśmy  się.  „Pomyśleliśmy  o  wszystkim,  panno  Nussbaum.
Nasz  samochód  około  trzeciej  po  południu  jedzie  do  Krefeld  -  mamy  stamtąd  mnóstwo  zamówień
i trzeba dostarczyć towar. Szofer zabierze panią przy Ostwall i zawiezie do dobrych przyjaciół, gdzie
będzie  pani  mogła  się  zatrzymać  przez  kilka  dni,  a  najpóźniej  w  przyszłą  sobotę  znajdzie  się  pani
z  całą  pewnością  w...”  Nie  wiedziałam,  co  na  to  odpowiedzieć  pani  Ney,  chciałam  podziękować,
a  równocześnie  zapytać,  dlaczego  robi  to  wszystko  dla  mnie,  dla  zupełnie  obcej  osoby.
Odpowiedziała  spokojnie,  bardzo  serdecznie  coś,  co  zapamiętałam  i  czego  nigdy  nie  zapomnę:
„Dlatego,  że  nie  chcę  się  wstydzić,  gdy  stanę  przed  moim  Bogiem...”  Potem  ucałowała  mnie,
uścisnęła mi rękę i odprowadziła nas do drzwi.

Wszystko  przebiegło  zgodnie  z  planem:  zakupy,  spotkanie  z  kierowcą  samochodu  dostawczego,
pożegnanie  z  panną  Bonse,  która  wręczyła  jej  paszport  i  udzieliła  jeszcze  kilku  wskazówek,  a  po
południu  Greta  Nussbaum  znalazła  się  w  pięknej,  starej  posiadłości  wiejskiej  na  zachodnim  skraju
Wankumer Heide, gdzie została przyjęta jak mile oczekiwany gość.

Dwie służące od razu zajęły się jej bagażem, po chwili przyszła pani domu i zaprosiła ją na herbatę,

background image

a potem pojawił się również gospodarz - graf czy baron.

- Nie zadawali mi żadnych pytań - wspominała Mrs. Armstrong. - Zachowywali się tak, jak gdybym
została  przez  nich  zaproszona  i  rozmowa  dotyczyła  zupełnie  obojętnych  spraw.  Później  baronowa
wskazała  mi  mój  pokój  i  zapytała,  czy  mam  wszystko,  co  potrzebne.  Dopiero  po  kolacji,  kiedy
zapytałam,  czy  mogę  już  odejść  do  siebie  -  po  wszystkich  emocjach  dnia  poczułam  się  nagle
straszliwie  zmęczona  -  pan  domu  powiedział:  „Życzę  pani  dobrej  nocy.  Pod  naszym  dachem  może
pani czuć się zupełnie spokojna. Rano zobaczymy, co dalej. Słyszałem, że ma pani ważny paszport,
mimo to byłoby lepiej, żebyśmy ominęli stację graniczną. Dlatego jutro po południu, gdy się ściemni,
zrobimy sobie we troje spacer do St. Jakob, to pół godziny drogi stąd. Moja żona i ja chodzimy tam
raz albo dwa razy w tygodniu. Jest to już w Holandii. Bagaż pani będzie już wtedy w Venlo. A z St.
Jakob dojedzie pani tam w dziesięć minut tramwajem. Właściciel gospody Limburger Hof, tuż przy
rynku,  jest  zawiadomiony  i  zarezerwował  dla  pani  pokój.  Pojutrze  rano  odwiedzi  panią  ojciec
Vinzenz.  On  załatwi  resztę,  zna  się  na  tym”.  Ta  troska  zupełnie  obcych  ludzi  była  dla  mnie
niewypowiedzianie kojąca.

W ten sposób Greta Nussbaum, obecnie Mrs. Margaret Armstrong pewnego mglistego, pochmurnego
popołudnia  dosłownie  „wywędrowała”  w  styczniu  1936  roku  z  Trzeciej  Rzeszy  w  towarzystwie
swoich gospodarzy przez zieloną granicę do sąsiedniej Holandii, gdzie nikogo nie prześladowano za
to,  że  jego  dziadkowie  zmienili  wiarę  i  tak  późno  przyjęli  chrzest,  gdzie  była  bezpieczna  przed
gestapo. A  gestapo  tymczasem  węszyło  od  dwu  dni,  poszukując  zdemaskowanej  „pełnej  Żydówki”,
która „wkradła się” do rozgłośni radia Kolonia.

Nazajutrz po opuszczeniu ojczyzny swojej i rodziców, rankiem - jak zapowiedział baron - zjawił się
w  hotelu  ojciec  Vinzenz,  wypił  z  nią  w  jadalni  gospody  kawę  i  wręczył  jej  kopertę.  W  kopercie
znajdował  się  bilet  do  Londynu,  trochę  pieniędzy,  kwit  bagażowy  oraz  zaproszenie  Brytyjskiego
Biura Wymiany Zagranicznej Studentów, które zapewniało jej bezpłatny sześciomiesięczny pobyt w
Wielkiej Brytanii.

„W  ten  sposób  zyskujemy  na  czasie  -  powiedział  ojciec  Vinzenz.  -  Za  pół  roku  będzie  pani  biegle
mówiła po angielsku, a wtedy znajdzie się odpowiednia praca, może nawet w rozgłośni. Bagaż pani
nadaliśmy już, może go pani odebrać na Victoria Station...”

Wydawało  się  jej,  że  to  sen:  ludzie,  których  poznała  przed  kilku  dniami  zaledwie,  jak  chociażby
panna  Bonse  i  zupełnie  obcy,  jak  cichy  pomocnik  w  kolońskim  urzędzie  paszportowym,  pani  Änne
Ney,  jej  szofer,  baronostwo,  wreszcie  ojciec  Vinzenz,  wszyscy  oni,  narażając  się  na
niebezpieczeństwo, pomagali z własnej woli, jak gdyby to było naturalne i uchronili ją przed obozem
koncentracyjnym, uratowali jej wolność, a może nawet życie.

Zastanawiała  się,  czy  tylko  dzięki  szczęśliwemu  przypadkowi  zetknęła  się  z  tymi  kilkoma  spośród
niewielu  odważnych  ludzi,  gotowych  nieść  pomoc  innym?  Czy  może  jednak  wśród  pozornie
„ujednoliconych”  Niemców  istniało  coś  -  czego  wcześniej  nie  dostrzegła  i  czego  brak  boleśnie
odczuwała - w rodzaju niewidocznej, ale zdolnej do działania opozycji? i nie znalazła jednoznacznej
odpowiedzi na to pytanie nawet po czterdziestu pięciu latach, jakie upłynęły od tamtego czasu.

- Tak mało się wie o tajnym oporze - powiedziała przy pożegnaniu - a ci, którzy mogliby coś na ten
temat  powiedzieć,  w  większości  już  nie  żyją.  Czy  jednak  nie  ma  żadnej  możliwości  ocalenia  od
niepamięci tych odważnych ludzi i ich czynów?

background image

 

background image

10.
O oporze w Hamburgu

 

-  Dzień  dobry,  Wernerze,  miło  cię  znów  zobaczyć,  wejdź!  -  powiedziała,  otwierając  drzwi
mieszkania.

Obrzuciła mnie badawczym spojrzeniem i dopiero kiedy zostałem jej przez Wernera przedstawiony
jako kolega i przyjaciel, podała mi rękę i zaprosiła nas do środka.

W  mieszkaniu  składającym  się  z  kuchni  i  małej  sypialni  na  trzecim  piętrze  starej,  czynszowej
kamienicy w północnej części Altony mieszkała, jak się dowiedziałem, od ponad pięćdziesięciu lat.
Pachniało tu świeżo zaparzoną kawą i mydłem do prania.

-  Czekałam.  Napisałeś  „około  trzeciej”,  a  już  dochodzi  czwarta.  -  Mówiąc  to,  wskazała  na
widokówkę,  którą  Werner  wysłał  do  niej,  zapowiadając  naszą  wizytę.  Pocztówka  stała  na  murku
kuchennym oparta o ścianę, między małą butelką z benzyną i pudełkiem zapałek.

- Jak dawniej - zauważył Werner z uśmiechem. A potem wyjaśnił, co miał na myśli:

- Kiedyś u Almy Stobbe był nielegalny punkt przekazywania poczty. Zawsze była więc przygotowana
na  niespodziewane  wizyty  gestapo,  w  przeciwnym  razie  pewnie  już  by  nie  żyła...  Właśnie  w  tym
miejscu kładła widokówki z Pragi, z Hederslev czy ze Sztokholmu z zaszyfrowanymi wiadomościami
dla towarzyszy w Hamburgu, żeby w razie czego mieć je pod ręką i natychmiast spalić. I dzięki temu
dwa razy udało się jej wyjść cało z opresji, prawda, Almo?

- Trzy razy - poprawiła go. Teraz była już starą, trzęsącą się kobietą o pomarszczonej twarzy i wzrok
miała słaby. Aż trudno sobie wyobrazić, że tak energicznie wówczas działała.

Odwiązała fartuch, postawiła na stole talerz z kruchymi ciastkami i usiadła.

- Częstujcie się - powiedziała i od razu wróciła do przerwanego wątku rozmowy o rewizji w domu.

- Trzy razy przewracali wszystko do góry nogami, wybebeszali szuflady w komodzie, łóżko, a przede
wszystkim półkę z książkami. Szukali nawet w solniczce, była tu prawdziwa Sodoma i Gomora... Ale
nic, absolutnie nic nie znaleźli i musieli się wynieść.

W tym rzeczowym stwierdzeniu wyczuwało się nutę triumfu.

Zachęcani,  sięgnęliśmy  po  ciastka,  a Alma  zaczęła  opowiadać:  do  Komunistycznej  Partii  Niemiec
(KPD)  wstąpiła  jako  siedemnastoletnia  robotnica  w  1931  roku,  w  szczytowym  punkcie  kryzysu
gospodarczego  i  masowego  bezrobocia;  w  1932  roku  pozyskała  dla  partii  wiele  koleżanek
z przetwórni ryb i została grupową Czerwonej Robotniczej Opozycji (RGO). W okręgu Wasserkante
większość  spośród  28  tysięcy  członków  tej  bliskiej  KPD  organizacji  była  równocześnie  członkami
różnych związków zrzeszonych w Ogólnoniemieckich Związkach Zawodowych (ADGB). Dzięki temu
RGO  miała  znaczne  wpływy  w  ADGB  w  okręgu,  którym  kierowali  prawicowi  socjaldemokraci.
Organizacja ta dążyła - częściowo z sukcesem - do utworzenia antyfaszystowskiego frontu jedności
robotników,  pracujących  i  bezrobotnych,  bez  względu  na  to,  czy  byli  oni  komunistami,  czy  też  nie
należeli do żadnej partii.

background image

Już  od  stycznia  1933  roku,  to  jest  o  cztery  miesiące  wcześniej  niż  dla  związków
socjaldemokratycznych i chrześcijańskich, zaczął się dla RGO okres nielegalnej działalności.

I  nie  dlatego,  żeby  została  ona  oficjalnie  zakazana,  lecz  dlatego,  że  wskutek  różnych  działań
i środków podejmowanych przez policję wobec jej działaczy i brutalnych ataków SA i SS zostali oni
właściwie od początku zepchnięci do podziemia.

Mimo  iż  wiosną  1933  roku  terror  nazistowski  wzmagał  się  z  miesiąca  na  miesiąc,  hamburskiemu
kierownictwu RGO udało się w porozumieniu z miejskimi komitetami utrzymać w tym hanzeatyckim
mieście  równo  siedem  tysięcy  członków.  Wydawano  regularnie  i  rozprowadzano  nielegalną  gazetę
RGO,  zbierano  co  miesiąc  składki,  a  około  czerwca  1933  roku  zakładowe  komórki  RGO  zaczęły
nawiązywać kontakty z poszczególnymi ludźmi i grupami zakazanych już związków ADGB i włączać
pozyskanych do nielegalnej roboty.

- Mam jeszcze egzemplarz „UKG” („Niezależny Związek Klasowy”) - tak nazywała się nasza gazeta,
zawsze doskonale poinformowana o tym, co się działo w fabrykach i zakładach pracy - powiedziała
Alma  Stobbe.  Wyjęła  z  komody  pożółkły  egzemplarz.  -  Ilekroć  podniesiono  normy  w  akordzie,
przedłużono czas pracy albo robiono kolegom inne świństwa, po kilku dniach odnotowane to było w
„UKG”...

- I coś takiego przechowywałaś w domu?

Werner wskazał na gazetę odbitą na powielaczu, którą właśnie rozłożyła przed nami na stole.

Potrząsnęła głową i roześmiała się.

- Nie, u mnie zawsze było „czysto”. Ta stara gazeta jest jedną z wielu konfiskowanych przez gestapo
u  kolegów.  Zaraz  po  zakończeniu  wojny,  kiedy  my,  którzyśmy  przeżyli,  poszliśmy  obejrzeć  sobie
kwaterę główną tej bandy, zabrałam ją stamtąd na pamiątkę... i to też!

Wyjęła z komody plik papierów i podała je Wernerowi.

-  Psiakość,  to  rzeczywiście  ciekawe!  -  powiedział.  Trzymał  w  ręce  „Raport  o  sytuacji  w  miesiącu
czerwcu  1934  roku”,  opracowany  przez  komisarza  policji  w  Hamburgu  i  standartenführera  SA
Richtera:

...Na przełomie lutego i marca ubiegłego roku spotkało się w Hamburgu kilku nowych przywódców
KPD,  to  jest  pięciu  mężczyzn:  Walter  Hochmuth,  były  członek  komitetu  obywatelskiego  w
Hamburgu,  Bennies,  Griegat,  Gauert  i  Grosse.  Tych  pięciu  ludzi,  inteligentnych
i  przedsiębiorczych,  potrafiło  w  ciągu  kwartału  utworzyć  tu  nielegalny  aparat  partyjny  podobny
do RGO, jakiego chyba od czasu przejęcia władzy w Hamburgu nie było...

- Z tym aparatem partyjnym - wtrąciła Alma Stobbe - to się nie zgadza. Cała piątka to byli ludzie z
RGO. Od samego początku zdecydowanie odcięliśmy się od KPD, żeby w razie wpadki nie zostały
unicestwione dwie organizacje na raz.

...Ze  zdumiewającą  energią  -  powiedziane  było  dalej  -  i  z  zasługującą  na  uwagą  inteligencją
udawało  się  tym  pięciu  ludziom,  mimo  wielomiesięcznej,  intensywnej  akcji  policji  państwowej,
stosunkowo zręcznie kierować ich organizacją, a zwłaszcza wydawać co tydzień i rozpowszechniać
nielegalną  gazetę.  Kiedy  około  czterech  tygodni  temu  zostali  oni  ujęci,  nawet  nie  przeczuwano,

background image

jaki zasięg miała ta organizacja...

-  To  była  fatalna  sprawa,  zgarnęli  tych  pięciu,  a  potem  bardzo  wielu  innych...  Nigdy  tego  nie
zapomnę!  A  zwłaszcza  historii  z  Barniesem:  20  lipca  wpadł  w  ręce  gestapo,  po  czternastu
miesiącach  nielegalnej,  dobrze  przebiegającej  pracy.  Wsadzili  go  do  piwnicy  w  ratuszu  i  okropnie
męczyli... Ale Albert  wszystko  wytrzymał,  nikogo  nie  zdradził,  żadnego  z  towarzyszy.  Okazało  się
jednak,  że  w  jego  kieszeni  znaleźli  list,  który  przed  dwoma  tygodniami  położyłam  na  cmentarzu
w  umówionym  miejscu.  List  wysłany  był  z  Kopenhagi  i  prawdopodobnie  z  jego  banalnej  treści
domyślili  się,  że  Bennies  miał  wyznaczone  spotkanie  na  Reeperbahn  w  „Alkazarze”.  Odkryli  też
dzień  i  godzinę  -  pod  znaczkiem  napisane  były  cyfry.  Spotkanie  miało  się  więc  odbyć  następnego
dnia o dziesiątej przed południem...

No i poszli tam z Benniesem - pięciu facetów z gestapo, wszyscy po cywilnemu i uzbrojeni. Biedny
Albert musiał iść przed nimi przez całą Reeperbahn na wyznaczone miejsce. W St. Pauli zdjęli mu
kajdanki, żeby nikt niczego nie zauważył. I byliby już nieomal osiągnęli cel - wtedy zostałby złapany
nie tylko towarzysz z Kopenhagi, ale i drugi z Hamburga, z fabryki gumy „Phoenix”. Albert Bennies
popsuł  im  jednak  szyki  -  dwadzieścia  kroków  przed  „Alkazarem”  zaczął  na  całe  gardło  krzyczeć:
„Uwaga!  Ostrożnie!  Gestapo!”,  a  potem  rzucił  się  wprost  pod  nadjeżdżający  autobus.  Powstało
naturalnie  ogromne  zamieszanie,  ludzie  wyskakiwali  z  autobusu,  biegli  z  całej  Reeperbahn.  Wśród
tego zgiełku towarzyszom udało się uciec z „Alkazaru”. Albert zmarł w drodze do szpitala w porcie.
Później  pochowali  go  po  kryjomu.  Obawiali  się,  że  mogłoby  dojść  do  masowych  demonstracji,
ponieważ cała Altona wiedziała, co się tam stało...

Skończyła  opowieść,  potem  przyniosła  z  kredensu  kieliszki,  napełniła  je  żytniówką  i  cicho
powiedziała:

- Za Alberta Benniesa.

Był tam jeszcze jeden fragment policyjnego raportu z lipca 1944 roku, który, zdaniem Almy Stobbe,
stanowczo powinniśmy przeczytać:

...skonfiskowano  wiele  maszyn  do  pisania  i  powielaczy,  a  nawet  prawdziwą  małą  drukarnię.
Jakkolwiek  dzięki  interwencji  policji  państwowej  i  tu  niebezpieczeństwo  zostało  zażegnane,  to
przypadek  ten  daje  jednak  wiele  do  myślenia,  dowodzi  on  bowiem  jasno,  że  bardzo  szybko  znów
znajdzie  się  kilku  inteligentnych,  zdecydowanych  na  wszystko  ludzi,  którzy  będą  umieli
wykorzystać  pewne  złe  nastroje  wśród  ludności.  Świadczy  on  też  do  pewnego  stopnia  o  tym,  że
strach  przed  interwencją  policji  nie  jest  już  tak  duży  w  byłych  komunistycznych  kręgach,  jak
dawniej...  Obecnie  toczy  się  postępowanie  przygotowawcze  w  dwu  dużych  sprawach  -  200
oskarżonych  w  każdej  -  o  nielegalne  wznowienie  i  prowadzenie  do  chwili  obecnej  działalności
RGO. Również w Meklemburgu, Bremie i Oldenburgu trwają  podobne  dochodzenia  zakrojone  na
wielką skalę, a podlegające kompetencjom Hanzeatyckiego Wyższego Sądu Krajowego. Prokurator
generalny  i  przewodniczący  Wydziału  Karnego  Hanzeatyckiego  Sądu  Wyższego  też  podzielają
opinię, że nie stwierdzono dotychczas osłabienia siły nielegalnej działalności KPD.

I  rzeczywiście,  w  lecie  1934  roku  -  jak  dowiedzieliśmy  się  od  Almy  Stobbe  -  ponad  ośmiuset
członków  RGO  okręgu  Wasserkante  otrzymało  wyroki  skazujące  w  prawie  sześciuset  procesach.
Wielu  z  nich  straciło  życie  już  podczas  wstępnych  przesłuchań  prowadzonych  przez  gestapo
w piwnicach ratusza albo w pobliskim obozie koncentracyjnym Fuhlsbüttel. Pozostali otrzymali kary

background image

więzienia  lub  ciężkiego  więzienia.  Często  po  odbyciu  kary  pozbawienia  wolności  ludzi  zaraz  po
zwolnieniu ponownie aresztowano i wysyłano do obozów koncentracyjnych, zaś Żydów-komunistów
z  wyrokami  dożywotniego  więzienia  w  roku  1941-42  kierowano  do  Oświęcimia,  do  komór
gazowych - wśród nich sekretarkę Liselotte Schlachcis. Współpracowała ona blisko z Almą Stobbe
i w 1941 roku została aresztowana w Kopenhadze, razem ze ślusarzem Dagobertem Biermannem.

-  Biermanna  poznałam  około  1936  roku  -  powiedziała  zamyślona.  W  tym  czasie  zawiesiliśmy
działalność  RGO  i  nastawiliśmy  się  na  ścisłe  współdziałanie  ze  wszystkimi  nielegalnymi  grupami
związkowymi  i  z  ruchem  oporu.  Najważniejsza  była  wtedy  wojna  w  Hiszpanii.  Frankistowscy
faszyści  zaopatrywani  byli  przede  wszystkim  przez  Hamburg...  Dagobert  Biermann  został
aresztowany po raz pierwszy już w 1933 roku i skazany za wydawanie wraz z innymi komunistami
nielegalnej gazety „Hamburger Volkszeitung”. W 1935, chyba w maju, wyszedł na wolność i zaczął
pracować  jako  ślusarz  w  stoczni.  Wystarał  się  tam  o  pracę  wielu  towarzyszom,  angażując  ich  do
swojej brygady jako specjalistów, choć większość z nich musiała się dopiero uczyć tej pracy.

...Spotkałam go po raz pierwszy w lecie 1936 roku. Chciał dostarczyć przeze mnie „pocztą” bardzo
ważną  wiadomość  do  Kopenhagi.  Poszliśmy  w  niedzielę  rano  na  targ  rybny,  a  potem  na  spacer
z biegiem Łaby. Jego szwagier dostarczył wiadomość o dużym transporcie broni do faszystowskiej
Hiszpanii... Potem Biermann zorganizował tajną służbę wywiadowczą. Jej zadaniem było zbieranie
wszelkich  informacji  o  transportach,  jakie  można  było  uzyskać  od  marynarzy,  robotników  stoczni
i kolejarzy.

...Dagobert  Biermann  stopniowo  nawiązał  kontakty  z  przeciwnikami  nazistów  w  Hamburgu  i  w
Lubece, przede wszystkim z ludźmi, którzy ze względu na miejsce czy charakter wykonywanej pracy
mieli  dostęp  do  wiarygodnych  informacji  o  transportach  dla  Hiszpanii.  Do  tego  kręgu  należeli:
właściciel  trafiki  Hans  Schulz,  w  jego  sklepie  na Alten  Steinweg  zaopatrywało  się  w  tytoń  wielu
marynarzy,  tokarz Albert  Blumenstein  ze  stoczni,  stary  socjaldemokrata  i  związkowiec,  metalowiec
Bruno Riebold, który zorganizował nielegalną, komunistyczną komórkę w zakładach „Blohm i Voss”,
jego szwagier, sternik przybrzeżnego dwumasztowca i adwokat dr Michaelis, jako Żyd wykluczony z
Izby Adwokackiej i pozbawiony prawa wykonywania zawodu.

...Tajna  centrala  tej  służby  wywiadowczej  mieściła  się  w  lokalu  wdowy  Kopke  na  Hafenstraße,
gdzie  przychodziło  wielu  marynarzy.  Tam  napływały  informacje,  z  których  tworzył  się  jasny  obraz
nie  tylko  ogromnych  dostaw  sprzętu  wojennego  dla  frankistowskiej  Hiszpanii,  ale  również  tajnych
zbrojeń  niemieckich.  W  ten  sposób  dowiedzieliśmy  się  wkrótce,  że  w  zakładach  „Blohm  i  Voss”
budowane były okręty wojenne i samoloty bojowe przeznaczone dla Wehrmachtu, natomiast amunicja
bez znaków znamionowych producenta, daty produkcji, kalibru, przeznaczona była dla armii Franco.

...Ponad rok udawało się Biermannowi i jego przyjaciołom przy pomocy Almy Stobbe, oraz innych,
przemycać  te  wiadomości  za  granicę.  Potem  wydał  ich  szpicel,  który  się  wśliznął  do  grupy.  -
Aresztowali jednego po drugim - mówiła - a ja za każdym razem drżałam, że teraz kolej na mnie. Ale
oni milczeli, Albert Blumenstein stracił życie przy pierwszym przesłuchaniu. Biermann dostał sześć,
a Rieboldt dwanaście lat więzienia. Trzej inni, których nazwisk już nie pamiętam, też skazani zostali
na  kary  długoletniego  więzienia.  Doktora  Michaelisa  stracili  w  Berlinie,  pewnie  dlatego,  że  był
człowiekiem wykształconym, więc sądzili, iż to on jest przywódcą...

I  znów  podeszła  do  komody,  przez  chwilę  szperała  w  szufladzie,  wyjęła  kawałek  starej  gazety
i podała Wernerowi.

background image

-  O,  tu  jest  -  powiedziała  -  tu  piszą  o  „czerwonym  mordzie  skrytobójczym”,  chociaż  wszyscy
wiedzieli,  kim  naprawdę  byli  skrytobójcy.  Doktor,  Blumenstein,  Dagobert  -  oni  wszyscy  zostali
zamordowani.

Otarła oczy i zaczęła się krzątać przy kuchni.

Werner przejrzał artykuł, a potem ja.

Tekst  zatytułowany:  „Tylko  jedna  czerwona  nić  prowadzi  do  skrytobójczego  mordu”  brzmiał
następująco: ...Jeśli Żydzi pokroju Michaelisa chcą się tłumaczyć tym, że utrzymywali kontakty nie
tyle z Partią Komunistyczną, ile z intelektualnymi kręgami Ligi Praw Człowieka, wobec tego Liga
Praw Człowieka jest również tak zwanym „kulturalnym” stowarzyszeniem komunistycznym, które
dąży  do  osiągnięcia  nikczemnych  internacjonalistyczno-bolszewicko-żydowskich  i  celów...
I  wreszcie  konkluzja:  ...Żydostwo  i  komintern  były  w  tym  samym  stopniu  zainteresowane
zwycięstwem czerwonych w Hiszpanii. Liczono na to, że zwycięstwo czerwonych mogłoby również
w Niemczech doprowadzić do zdradzieckiego przewrotu.

Tysiące Niemców rzeczywiście walczyło po stronie republikańskiej Hiszpanii w Międzynarodowych
Brygadach  przeciwko  puczystom  generała  Franco,  wspieranym  przez  Hitlera  i  Mussoliniego.
Republikanie w końcu ulegli faszystowskiej przewadze.

Dowiedzieliśmy  się  od Almy  Stobbe,  że  z  samego  tylko  Hamburga  do  Międzynarodowych  Brygad
wstąpiło  ochotniczo  stu  dwudziestu  trzech  ludzi,  w  większości  byli  to  komuniści,  ale  też
socjaldemokraci, związkowcy, anarchiści i różni „politycznie niepewni” dla Rzeszy. Powróciło ich
około trzydziestu zaledwie.

- Mieli dość bezsilnego zaciskania pięści w kieszeniach i wymuszanej potulności wobec brunatnych -
powiedziała Alma Stobbe. - Ale my w Hamburgu też walczyliśmy dla Hiszpanii.

Akcję  pomocy  dla  rebelii  generała  Franco  przeciwko  rządowi  w  Madrycie  naziści  rozpoczęli  już
w  jesieni  1936  roku;  w  hamburskim  porcie  odbywał  się  załadunek  na  statki  dział  i  granatów
w  skrzyniach  oznakowanych  dla  kamuflażu  jako  zwykłe  przesyłki  towarowe.  Wtedy  robotnicy
portowi podjęli kontrakcję. W ciągu nocy pojawiały się w halach warsztatów i na parkanach hasła:
„Niech  żyje  Republika  hiszpańska!”,  „Żadnej  broni  dla  Franco!”  W  ten  sposób  na  terenie  całej
stoczni  tysiące  ludzi  z  pierwszej  i  drugiej  zmiany  mogło  czytać  te  napisy,  póki  władze  ich  nie
usunęły.  A  następnego  ranka  pierwsza  zmiana  znów  zastawała  nowe  hasła:  „Precz  z  Hitlerem  i
Franco!”, „Niech żyje wyzwoleńcza walka ludu hiszpańskiego!” Na drzwiach i oknach metra, kolei
miejskiej,  pojawiały  się  tysiące  nalepek  z  takimi  samymi  lub  podobnymi  tekstami.  Również  na
budynkach,  na  bramach  fabrycznych  i  w  stoczniach,  na  statkach  stojących  w  porcie,  na  mostach
przeładunkowych,  a  nawet  na  butelkach  i  skrzynkach  z  piwem,  przeznaczonych  dla  robotników
„Blohma i Vossa”.

W  październiku  miały  miejsce  pierwsze  akty  sabotażu.  Podczas  załadunku  wielkich  skrzyń
oznakowanych:  „części  maszyn”  -  w  rzeczywistości  były  to  fabrycznie  nowe  haubice  -  zdarzył  się
„wypadek”:  nie  tylko  zatonęło  w  basenie  portowym  pięć  skrzyń,  a  dwie  rozbiły  się  o  keję,  ale
jeszcze dwaj nadzorujący załadunek urzędnicy odnieśli przy tym obrażenia. Gestapo przeprowadziło
aresztowania wśród robotników portu, ale winnego nie wykryto.

W  wielu  dużych  zakładach  regularnie  zbierano  pieniądze,  rzekomo  na  wieniec,  na  upominki

background image

jubileuszowe,  czy  zgodnie  ze  starym  obyczajem  dla  kolegi  „na  nowe  gospodarstwo”  (pieniądze  na
pierwszy  tydzień  wspólnego  życia  nowożeńców,  wręczane  młodej  żonie).  Kwoty  ze  zbiórki
przeznaczane  były  najczęściej  „na  pomoc  dla  republikańskiej  Hiszpanii”,  co  kwestujący  wcześniej
uzgadniali zresztą z rzekomo obdarowanym.

Kiedy  transporty  broni  z  Hamburga  zaczęły  przybierać  coraz  większe  rozmiary,  a  nawet
zaokrętowani  zostali  pierwsi  niemieccy  żołnierze  „Legionu  Condor”

[3]

,  w  niemieckich  portach,

zwłaszcza w Hamburgu, utworzono tak zwaną: „służbę sygnałową”, w której aktywnie działali ludzie
z  Niemieckiego  Frontu  Pracy,  brunatnej  namiastki  „związków  zawodowych”.  Zadaniem  „służby
sygnałowej”  było  meldowanie  o  każdym  załadunku  sprzętu  wojennego  i  w  miarę  możliwości,
osłanianie  kontrdziałań,  w  tym  między  innymi  umyślnego  uchylania  się  od  pracy  robotników
portowych i załóg statków.

-  Na  przykład  ze  statku  „Henrica”  -  wspominała  Alma  Stobbe  -  „wyokrętowała  się”  cała  załoga.
Ludzie  ci  oświadczyli,  że  ani  myślą  przewozić  do  Hiszpanii  armaty  i  samoloty,  wykorzystywane
przeciwko  ludowi, A  wszystko  to  było  możliwe  tylko  dlatego,  że  robotnicy  w  większości  byli  po
naszej stronie...
 

W drodze do domu zapytałem Wernera, czy wie, jak silna była wówczas Partia Komunistyczna?

-  Pod  koniec  1934  liczyła  jeszcze  sto  dwadzieścia  tysięcy  członków,  ale  połowa  z  tego  siedziała
w  aresztach,  więzieniach  i  w  obozach  koncentracyjnych.  Co  najmniej  dwa  tysiące  kadrowych
działaczy  do  tego  czasu  naziści  już  wymordowali.  To,  że  w  ogóle  tylu  komunistów  pozostało  przy
życiu i na wolności, stało się możliwe dzięki cichemu wsparciu byłych towarzyszy, którzy przeszli na
stronę nazistów przede wszystkim ze strachu o los swoich najbliższych, ale w duchu pozostali nam
wierni. Nazywano ich „beafsteaks” - befsztyki - z zewnątrz brunatne, a w środku czerwone. Poza tym
mogli  liczyć  na  lewicowych  socjaldemokratów,  którzy  też  odbudowali  nielegalny  aparat  partyjny.
Działacze komunistyczni znajdowali nierzadko oparcie nawet w kręgach zamożnego mieszczaństwa,
a niekiedy i schronienie. Na przykład człowiek, który pracował dla Alberta Benniesa jako redaktor
nielegalnej gazety RGO, miał swoje „biuro” w wielkopańskiej willi na Rothenbaumchaussee - sam
mi  o  tym  opowiadał.  Rodzina  (liberałowie  należący  do  hamburskiej  burżuazji)  właściciela  domu,
w którym mógł mieszkać, wiedziała dokładnie, że gestapo go poszukuje od miesięcy. Zorganizowali
to więc w taki sposób, że ich „rezydent” - nazywał się Walter - w ogóle nie opuszczał willi, prócz
codziennego spaceru wieczorem po dużym ogrodzie. Wszystkie sprawunki załatwiała dla niego matka
pana  domu  albo  jego  żona.  Załatwiały  nawet  dosyć  niebezpieczne  zakupy  woskowanych  matryc,  na
których Walter pisał swoje artykuły, a potem dostarczały te matryce do pewnego sklepu tytoniowego
w mieście, skąd odbierali je inni towarzysze. Powielacz znajdował się w wypożyczalni książek przy
Lübecker  Chaussee.  Stamtąd  kolporterzy  zabierali  paczki  gotowych  gazet.  Było  to  miejsce,  gdzie
wychodzący z pełnymi torbami na zakupy, teczkami i koszykami, najmniej zwracali uwagę. Poza tym
do wypożyczalni przychodziły przede wszystkim kobiety i dzieci: „Mam odebrać książki, które pan
odłożył  dla  babci”,  mówiły,  a  wśród  nich  nierzadko  była  młodzież  w  mundurach  HJ,  Jungvolku  i
BDM.  Wchodząc,  mówiły  „Heil  Hitler!”  i  podnosiły  rękę  do  nazistowskiego  pozdrowienia.
Maskowanie było doskonałe, inaczej nie udałoby się działać przez tak długi okres czasu.

- A odbierający, również ci z HJ, Jungvolku i BDM, czy oni wszyscy wiedzieli, co było w paczkach
i o co w ogóle chodziło?

background image

-  Naturalnie  -  odpowiedział  Werner.  -  RGO  nigdy  nie  angażowało  do  swojej  działalności  ludzi,
którzy nie wiedzieliby, w czym rzecz. Możliwe, że niektórzy nie wiedzieli dokładnie, co zawierają
paczki odbierane przez nich. Ale mieli świadomość, że chodziło o coś, co było surowo zabronione,
wymierzone  przeciwko  nazistom  i  że  w  żadnym  razie  nie  wolno  im  dać  się  z  tym  nakryć  policji.
Młodzież  była  ostrzeżona  przez  rodziców,  że  w  rozmowach  nie  wolno  im  ani  słowem  napomknąć
o tym, co się dzieje w wypożyczalni książek, ponieważ groziłoby to ich ojcom czy braciom „Kolafu”.

- „Kolafu”? Nigdy nie słyszałem tego słowa.

-  Ja  też  go  nie  znałem. Ale  wiem  od  kolegów  z  Hamburga,  że  antynaziści  takim  skrótem  nazywali
KOnzentrationsLAger  Fuhlsbüttel,  który  istniał  od  1935  roku.  Później  powstał  inny  jeszcze  w
Neugamme - położony nieco dalej, na uboczu...

Werner  wrócił  w  rozmowie  do  owej  kryjówki,  jaką  Walter  znalazł  wówczas  w  willi  przy
Rothenbaumchaussee.

- Myślę, że coś takiego możliwe było tylko w Hamburgu. Hamburg miał chyba najsilniejszą opozycję
lewicową.  Nawet  przy  tak  zwanych  „wyborach”  Hitler  musiał  przyznać  się  do  dwudziestu  pięciu
procent  głosów  sobie  przeciwnych,  innymi  słowy:  nawet  naziści  nie  mieli  odwagi  jeszcze  bardziej
fałszować wyników wyborów, bo ośmieszyliby się. Inaczej było w Palatynacie. Tam mogli podać, że
uzyskali  dziewięćdziesiąt  siedem  procent  głosów,  a  według  mnie  w  rzeczywistości  około
siedemdziesiąt  procent  wyborców  u  nas  głosowało  na  Hitlera,  połowa  z  tego  mniej  lub  i  bardziej
z przekonania albo z głupoty, reszta zaś ze strachu, że się wyda, kto był przeciwko. Poza tym ludzie
uważali,  że  i  tak  wyniki  wyborów  zostaną  sfałszowane.  Zresztą  wielu  z  tych  „przekonanych”  też
zapewne  uległo  tylko  wrzawie  propagandowej  i  w  końcu  uwierzyli  zwodniczym  hasłom
nazistowskich  agitatorów,  że  Hitler  „odbuduje  honor  Niemiec”  i  zlikwiduje  bezrobocie.  U  nas,  w
Ludwigshafen,  za  Hitlerem  opowiadali  się  zwłaszcza  urzędnicy,  właściciele  sklepów,  zaś  wśród
robotników  i  drobnych  urzędników  przeważali  bojaźliwi.  Większość  pośród  średniej  (nie  mówiąc
już  o  kierowniczej)  kadry  BASF,  stanowili  oportuniści.  W  każdym  razie  nie  do  pomyślenia  było,
żeby  tak  zwani  „lepsi”  przygarnęli  do  siebie  i  miesiącami  ukrywali  we  własnej  willi  komunistę
poszukiwanego przez gestapo!

- Tak sądzisz?

- Tak, z całą pewnością. Mój ojciec i jego towarzysze, jeśli wtedy w ogóle mogli na kogoś liczyć, to
jedynie  na  ludzi  swojej  kondycji  społecznej.  Myślę,  że  gdzie  indziej  mogło  być  podobnie,  może
właśnie  z  wyjątkiem  Hamburga.  Nawet  przeciwnicy  nazistów  wśród  zamożnego  mieszczaństwa  nie
darzyli sympatią „czerwonych”. Na ogół byli to twardzi konserwatyści albo pobożni katolicy. Może
jeszcze  kilku,  którzy  należeli  do  Kościoła  Wyznającego  i  trochę  liberałów.  Ci  wprawdzie  nie
denuncjowali komunistów, ale z pewnością nie byli gotowi im pomagać - chociażby ze strachu. Nie
odważyli się nawet pomagać Żydom...

- Nie - powiedziałem - co do tego, mylisz się. Byli przyzwoici ludzie i w tych „lepszych” kręgach,
i nie bali się. Znałem zamożnych kupców, którzy nie tylko pomagali prześladowanym Żydom, wiele
przy  tym  ryzykując,  ale  nie  bali  się  współpracy  z  komunistami.  Racją  nadrzędną  dla  nich  było
działanie przeciw nazistom.

Pomyślałem  w  tej  chwili  o  pewnym  piątkowym  popołudniu  na  początku  marca  1936  roku,  kiedy  w

background image

Café Ney pojawił się „zegarmistrz” z Bazylei.
 

background image

11.
Gość z Bazylei

 

Było  to  chyba  w  piątek  6  marca  1936  roku,  bo  następnego  ranka  -  o  czym  tego  popołudnia  nie
mogliśmy naturalnie jeszcze wiedzieć - czekała nas znów pod koniec tygodnia nowa niespodzianka,
jakimi Führer wówczas wywoływał coraz większe wzburzenie w świecie.

Pierwszą z takich weekendowych niespodzianek obdarował nas rok wcześniej: 16 marca 1935 roku
ogłoszono, na co nikt nie był przygotowany, że przywrócona zostaje obowiązkowa służba wojskowa.
W długim przemówieniu w Reichstagu, transmitowanym przez wszystkie rozgłośnie w Rzeszy, Hitler
szeroko  uzasadniał  podjęcie  takiej  decyzji,  podkreślając  równocześnie,  że  nie  „pragnie”  niczego
więcej,  jak  tylko  „pokoju”.  Rząd  Rzeszy  „nigdy  nie  wykroczy  poza  obronę  niemieckiego  honoru
i  wolności  państwa”.  Wtedy  kazano  nam  zebrać  się  w  auli  gimnazjum,  dla  wysłuchania  tego
przemówienia.

Potem  przypadał  dzień  wolny  od  nauki,  a  Kulle  oświadczył,  że  teraz  na  pewno  dojdzie  do  wojny,
ponieważ Anglia i Francja nie zezwolą na łamanie traktatu wersalskiego. Ale zarówno w Londynie,
jak w Paryżu początkowo nie było żadnej reakcji, a potem tylko słaby protest.

Mój  ojciec  sądził,  że  Hitler  celowo  wybrał  sobotę  na  tego  rodzaju  niespodziankę,  ponieważ
członkowie  zachodnich  rządów  soboty  spędzali  przeważnie  na  wsi,  zajęci  polowaniem  na  ptactwo
albo łowieniem węgorzy, i praktycznie byli nieosiągalni.

Upłynął prawie rok, a w tym czasie stale mówiło się w szkołach o „przysposobieniu obronnym” i o
konieczności umacniania „woli obrony”. Dla nas, uczniów, oznaczało to - prócz zmian w programie
niemieckiego,  gdzie  zamiast  przewidzianych  lektur,  takich  jak: Maria  Stuart,  Intryga  i  miłość,
wprowadzono  zastępczo Wallensteins  Lager   i  Kleista Prinz  von  Homburg  -  że  w  piątki  dołożyli
nam  dwie  godziny  dodatkowych  zajęć  sportowych,  mających  służyć  „przysposobieniu  obronnemu”,
które prowadził z nami nie nauczyciel gimnastyki, ale - co podkreślało znaczenie tej sprawy - nasz
wychowawca.  Nazywał  się  dr  Konen,  przez  nas  nazywany  „Koko”,  ponieważ  kiedy  czasem
przekrzywiał głowę, patrząc znad okularów badawczo na ucznia, podobny był do starej papugi.

Kazano nam zebrać się o trzeciej po południu w szatni. Tam „Koko” wykorzystał kilka minut, jakie
mieliśmy na przebranie się, by uświadomić nam zlecone mu przez władze szkolne niezbyt przez nas
respektowane  zadanie:  oświadczył  nam  mianowicie,  że  przychodzimy  tu  nie  dla  „zabawy”,  ale  „w
służbie  ojczyźnie”,  dla  podnoszenia  sprawności  fizycznej,  jako  przyszli  żołnierze  nowej  armii  -
w celu „wzmocnienia naszych mięśni i ducha obrony”.

Później  ustawialiśmy  się  w  trzech  rzędach  i  „równaliśmy”  do  umownej  prostej,  wyznaczonej
czubkami butów. Jeden z uczniów - przeważnie ten, który prowadził dziennik klasowy - występował
z szeregu i dawał komendę: „Baczność! Na prawo patrz!” Meldował wychowawcy, że stawiliśmy się
w  komplecie,  po  czyni  „Koko”  sam  przejmował  komendę. A  wtedy,  w  zależności  od  pogody,  były
dwie możliwości: albo zostawaliśmy w sali gimnastycznej i graliśmy w piłkę ręczną, albo na dużym
boisku szkolnym dwa razy po trzydzieści minut w piłkę nożną. Przy tym wiedzieliśmy, że „Koko” nie
cenił  wysoko  ani  nazistów,  ani  „podnoszenia  sprawności”.  Zarówno  w  sali,  jak  na  boisku,  nie
przejawiał  najmniejszego  zainteresowania  naszą  grą.  Raczej  zajmował  się  lekturą  „Berliner
Illustrierte”  przechowanej  z  poprzedniego  dnia  na  te  uciążliwe  dla  niego  godziny.  Wreszcie  po

background image

kolejnej  zbiórce  i  „odmeldowaniu  się”,  po  pożegnaniu  „Koko”  „niemieckim  pozdrowieniem”,  przy
którym  nawiasem  mówiąc,  ledwie  unosił  rękę,  wolno  nam  było  odejść  do  szatni,  przebrać  się
i wracać do domu.

Za  każdym  razem  zastanawiałem  się,  czy  podnosił  rękę  do  nazistowskiego  pozdrowienia,  czy  tym
gestem po prostu odprawiał klasę.

W tamten pierwszy marcowy piątek 1936 roku graliśmy w piłkę nożną. Było mi gorąco i w drodze do
domu wstąpiłem na lody do Café Ney. Przez chwilę porozmawiałem z ciocią Änne i wtedy wszedł
do kawiarni ktoś, kogo nie znaliśmy, ani ona, ani ja.

Był to trzydziestoparoletni mężczyzna, niezbyt wysoki, raczej krępej budowy - wyglądał na silnego.
Miał na sobie grubą szarą jesionkę, elegancki popielaty „homburg”, ciemnopopielate rękawiczki ze
skórki  glacé,  czarne  kamasze  wyczyszczone  do  połysku  i  popielate  getry  zwane  „psimi
płaszczykami”;  na  jednej  ręce  zawieszony  parasol,  w  drugiej  staromodną  skórzaną  torbę  podróżną.
Gdyby nie ta torba, można by pomyśleć, że pojawił się niedzielny gość na wyścigach konnych, tylko
brak mu było lornetki.

Stanąwszy przy drzwiach, najpierw rozejrzał się uważnie, jak gdyby szukał kogoś, z kim się umówił
w tym miejscu. Potem podszedł do pani Ney, uprzejmie uchylił szarego homburga i zapytał:

- Pardon, czy może mam przyjemność z panią Änne Ney?

Kiedy usłyszał potwierdzenie, na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu.

-  Cieszę  się  -  odpowiedział,  a  mnie  się  wydało,  że  mówił  dokładnie  tak,  jak  spiker  szwajcarskiej
rozgłośni Beromünster. Mój ojciec co wieczór słuchał wiadomości czytanych przez tego lektora. - To
dobrze się składa, że spotykam panią. Nazywam się Sprüngli. Przyjechałem z Bazylei i mam dla pani
najlepsze pozdrowienia od pani brata. Dobrze mu się wiedzie.

Ciocia  Änne,  zrazu  powściągliwa,  teraz  przywitała  pana  Sprüngliego  bardzo  serdecznie,  uścisnęła
mu rękę, zaprosiła, by usiadł, poczęstowała go kawą i ciastem i zaczęła wypytywać o brata, którego -
jak powiedziała - nie widziała od czterech lat.

- Czy jest pan tu przejazdem?

-  Tak,  naturalnie.  Zatrzymałem  się,  żeby  przekazać  pozdrowienia,  a  także  obejrzeć  pani  zegar
wahadłowy. Słyszałem od pani brata, że jest bardzo cenny i ma szczególnie piękny mechanizm bijący,
wyrób Ernesta Borela z Genewy. Znam się na tym... a może pani już go naprawiła?

- Nie - odpowiedziała pani Ney z pewnym wahaniem.

- Wobec tego moja wizyta jest, być może, pani na rękę. Jestem zegarmistrzem. Brat pani powiedział
mi, że ów zegar znajduje się w pani wiejskim domku w Meerbusch, niedaleko stąd, czy tak?

- Mniej więcej dwadzieścia minut tramwajem. Czy mój brat prosił o przekazanie czegoś jeszcze?

-  Nie,  to  znaczy  prosił  naturalnie  o  przekazanie  pozdrowień  dla  pani  małżonka.  Powiedział:  „Nie
zapomnij pozdrowić ode mnie »Griesgena« i zapytaj, czy nosi jeszcze krawat, który podarowałem mu
na urodziny - granatowy z małymi srebrnymi koronami”...

background image

Spojrzał poważnie z niemym pytaniem w oczach i wydawał się teraz trochę zdenerwowany.

Byłem  pewien,  że  tylko  mnie  się  tak  wydało,  ponieważ  słuchałem  rozmowy  stojąc  blisko
i obserwując grę jego twarzy, podczas gdy inni goście w kawiarni zajęci sobą, nie zwracali na nas
uwagi.

A  przyczyną  mego  zainteresowania  była  uwaga  wypowiedziana  kiedyś  przez  ciocię  Änne,  gdy
mówiło  się  o  brutalnym  traktowaniu  komunistów  przez  gestapo.  Jej  mąż  cukiernik  -  miał  na  imię
Werner,  ale  pani  Ney  często  nazywała  go  „Griesgen”,  robiąc  aluzję  do  jego  wcześnie  posiwiałych
włosów  -  opowiadał  o  znajomym  robotniku  komuniście,  który  został  w  okropny  sposób  skatowany
przez gestapo.

-  Jestem  przeciw  komunizmowi  -  powiedziała  wtedy  ciocia  Änne.  -  Opowiadam  się  za  tym,  żeby
człowiek wierzył w Boga i szanował każdą religię. Jestem też za własnością prywatną co najmniej
taką, na jaką sam zapracował. Mimo to dziś pomogę każdemu komuniście, który musi uciekać przed
nazistami...  w  końcu  nasz  Jupp  też  jest  komunistą...  To  szczęście,  że  zdążył  we  właściwym  czasie
wyjechać do Szwajcarii!

Wiedziałem,  że  „nasz  Jupp”,  to  właśnie  brat  pani  Ney,  mieszkający  w  Bazylei.  Wspominała  o  nim
często  i  o  jego  politycznym  nastawieniu.  Z  rozmowy  z  panem  Sprünglim,  rzekomym  zegarmistrzem,
wywnioskowałem,  że  pod  jego  pozornie  zwykłymi  słowami  kryło  się  coś  więcej,  niż  początkowo
myślałem.

Prawdopodobnie „zegarmistrz”, mówiąc o różnych rzeczach z prywatnego życia pani Ney, o których
ktoś obcy nie mógłby wiedzieć, na przykład o zegarze na komodzie w jej domu na wsi w Meerbusch,
w  ten  sposób  „wylegitymował  się”.  Zresztą  zegar  nie  wymagał  żadnej  naprawy,  sam  słyszałem
ubiegłej niedzieli, jak bił, nawet porównałem wtedy czas z moim zegarkiem kieszonkowym.

Dalsza rozmowa obojga, jak się wydawało, potwierdzała moje przypuszczenia, że „zegarmistrz” miał
nie  tylko  przekazać  pozdrowienia.  Domyślałem  się,  że  potrzebuje  pewnej  kwatery,  ponieważ  na
pytanie cioci Änne, czy bardzo się śpieszy, odpowiedział:

-  No  cóż,  w  pewnym  sensie  tak.  Ale  na  parę  dni  mógłbym  się  zatrzymać.  Tego  rodzaju  naprawa
wymaga trochę czasu...

Teraz  już  pani  Ney  i  ja  też  wiedzieliśmy,  w  czym  rzecz:  pan  Sprüngli  rzeczywiście  potrzebował
schronienia i miał na myśli wiejski domek Ney’ów, który zazwyczaj w ciągu tygodnia stał pusty.

- Do połowy tygodnia powinienem się z tym uporać - dodał pan Sprüngli, a ja zauważyłem, że pani
Ney  po  krótkim  namyśle  jeszcze  raz  obrzuciła  go  badawczym  spojrzeniem,  patrząc  mu  w  oczy.
Pamiętam, że kiedyś powiedziała, iż każdego szpicla rozpozna po oczach.

Sprawdzian  wypadł  widocznie  pomyślnie  dla  gościa,  bo  po  chwili  wyprostowała  się,  westchnęła
i oświadczyła: - Dobrze więc... - ale ku memu zdziwieniu jeszcze zapytała: - A czy mój brat nic nie
mówił o swojej ulubionej kawiarni...? - Mówiła te słowa wolno, jak gdyby jeszcze na coś czekając
i wtedy pan Sprüngli natychmiast odpowiedział:

- Tak, naturalnie. Pani brat mówił, że ostatnio śniła mu się... a stała wśród palm...

-  A  zatem  wszystko  w  porządku.  -  Pani  Ney  wstała.  -  Tramwaj  nadjedzie  za  dwanaście  minut  -

background image

oznajmiła  już  zwykłym,  bardzo  uprzejmym  tonem,  spojrzawszy  na  zegar  ścienny  nad  drzwiami
kantoru. - Zaraz szybciutko coś zapakuję panu. W niedzielę po mszy przyjedziemy na obiad, mój mąż
i ja. - Wychodząc do kuchni, która znajdowała się obok piekarni, odwróciła się do mnie ze słowami:

- Proszę cię, zaczekaj chwilę. Załatwisz coś dla mnie...

- Chętnie, mam czas.

Pan Sprüngli jadł powoli ciasto, dolał sobie z dzbanuszka kawy, a ja tymczasem zastanawiałem się,
dlaczego  ów  rzekomy  sen  brata  pani  Ney  -  a  było  to  z  pewnością  umowne  hasło  -  z  czymś  mi  się
kojarzył.

I przypomniałem sobie: słowa wypowiedziane przez pana Sprüngliego pochodziły z wiersza Ericha
Kästnera!

„Niedawno miałem sen, że ulubiona kawiarnia
stała na wyspie wśród palm,
ja tylko Warnemünde znam,
ale sny przecież chętnie wędrują za morza...”

Znałem twórczość Ericha Kästnera nie tylko z lektury książki Emil i detektywi i z paru innych książek
dla  dzieci,  które  czytałem  w  pierwszej  klasie  dawnego  gimnazjum,  ale  też  jego Lirykę  użytkową.
Trzy  tomy  wydane  przed  1933  rokiem  stały  nawet  na  mojej  półce  obok  pulpitu,  przy  którym
odrabiałem lekcje.

Co  prawda  z  zewnątrz  nie  wyglądały  na  książki  Kästnera.  Obłożyłem  je  w  niebieski  pergamin
i  opatrzyłem  przepisowymi  ośmiokątnymi  naklejkami,  na  których  starannie  wykaligrafowałem:
„Algebra VIa”, „Nauka o rasach ludzi” oraz „Historia - Średniowiecze”.

Na tej samej półce stało też obok WinnetouOliwera TwistaPodróży doktora Dolittle kilka innych
w  ten  sposób  zakamuflowanych  dzieł,  zakazanych  i  10  maja  1933  roku  publicznie  spalonych  przez
nazistów,  ku  radości  ludzi  pokroju  doktora  Barscha.  Wędrowały  one  po  kolei  z  dużej  szafy
bibliotecznej ojca na mój regał, zmieniliśmy tylko ich szatę zewnętrzną, żeby wyglądały na stare, nie
używane  już  podręczniki.  Książka  Tucholsky’ego  z  kolażami  Johna  Heartfielda Deutschland,
Deutschland  über  alles...
  przebrana  została  za Krajoznawstwo  1,  Na  Zachodzie  bez  zmian  Ericha
Marii  Remarque’a  za Siewy  i  plony,  zaś Oblicze  klasy  panującej  George’a  Grosza  ubraliśmy
w okładkę Szkolnego atlasu fizycznego Dierkesa.

Książek było za dużo, więc część z nich powędrowała do spiżarni, do starego kosza na bieliznę, przy
czym  matka  przezornie  ułożyła  na  nich  warstwę  moich  starych  podręczników,  a  na  wieku  kosza
nalepiła kartkę z napisem, który dopełniał maskowania.

Sporo  jednak  uchroniłem  przed  zsyłką  do  spiżarni,  na  przykład:  Döblina Berlin-Alexanderplatz,
Irmgard  Keun Dziewczyna  ze  sztucznego  jedwabiu  i  kilka  innych  -  naturalnie  w  porozumieniu
z rodzicami, którzy też nie chcieli pakować tam wszystkich ulubionych książek.

W ten sposób wiersze Kästnera zostały u mnie i wiele z nich znałem na pamięć. Dlatego nietrudno
było  mi  rozpoznać  słowa  hasła,  które  ostatecznie  przekonało  ciocię  Änne,  że  może  ufać  panu
Sprüngliemu.

background image

Po pięciu minutach pani Ney wróciła z kuchni. Wręczyła mi koszyk z prowiantem, ze zmieloną kawą,
papierosami i słodyczami.

- Chyba mógłbyś to zawieźć do naszego domu w Meerbusch i towarzyszyć przyjacielowi mego brata,
ponieważ on nie zna drogi?

-  Chętnie  to  zrobię  -  odpowiedziałem,  dodając  po  cichu:  -  Powiedz  mu,  ciociu,  że  wsiądę  do
drugiego  wagonu  z  tyłu,  a  on  niech  wskoczy  do  pierwszego,  ale  dopiero  kiedy  tramwaj  ruszy.
Powinien  wysiąść  w  Meerbusch  i  pójść  drogą  wzdłuż  torów,  w  kierunku  jazdy.  Potem  ja  dołączę
i zaprowadzę go. Pokażę mu tam wszystko. A gdzie są klucze od domu?

Byłem z siebie zadowolony, widząc, że ciocia Änne przez chwilę patrzyła na mnie zaskoczona. Ale
zaraz uśmiechnęła się i powiedziała:

- Klucze są w koszyku. Idź już, pośpiesz się, bo tramwaj lada chwila nadjedzie, i nie staraj się być
mądrzejszy, niż jesteś...

Odnotowałem z satysfakcją, że pan Sprüngli dokładnie zastosował się do moich wskazówek. Wsiadł
do  pierwszego  wagonu  w  chwili,  gdy  tramwaj  ruszał,  a  tymczasem  ja  obserwowałem  z  tylnego
pomostu, czy nie ciągnie za sobą „cienia”.

Jazda  do  Meerbusch  trwała  nie  dłużej  niż  kwadrans.  W  tym  czasie  głowiłem  się,  w  jaki  sposób
powinienem go zagadnąć, a potem rozmawiać. Uznałem w końcu, że najlepiej będzie, jeśli po prostu
podejdę do niego, całą resztę pozostawiając jego inicjatywie.

Bardzo byłem ciekaw, czego on tu chciał. Sądząc z wymowy - był naprawdę Szwajcarem. Ale po co
przyjechał ze Szwajcarii, gdzie przecież nie zagrażało mu gestapo?

A może był kurierem? Słyszałem o takich. Nawet kiedyś w gazecie przeczytałem, że „zawsze czujna
policja  ujęła  kuriera  kominternu  z  Moskwy,  wyposażonego  w  instrukcje  bolszewickiego  przewrotu
i wywołania wojny domowej”.

Pan  Sprüngli  nie  wyglądał  jednakże  na  kogoś,  kto  miałby  instruować  ludzi,  jak  się  robi  wojnę
domową.  Z  tą  skórzaną  torbą  przypominał  bardziej  wiejskiego  lekarza,  idącego  na  wizyty  do
pacjentów, niż na rewolucjonistę. Chociaż co do tego można się było mylić...

Najbardziej  frapowało  mnie  jednak  pytanie,  czy  „zegarmistrz”  był  rzeczywiście  ścigany.  I  co  pan
Sprüngli miał na myśli, mówiąc, że ma tak niewiele czasu? A z drugiej strony - tak sobie tłumaczyłem
-  z  pewnością  nie  wszedłby  do  Café  Ney,  gdyby  nie  miał  zupełnej  pewności,  że  pozbył  się
prześladowcy.

Musiało więc kryć się za tym coś innego - tylko co?
 

W  Meerbusch  wszyscy  wysiedli.  Nieliczni  pasażerowie  szybko  rozeszli  się  w  różne  strony.  Pan
Sprüngli ruszył spokojnie drogą wzdłuż torów, nie oglądając się na mnie. Odczekałem chwilę, póki
nie  upewniłem  się,  że  nikt  go  nie  śledzi.  Dopiero  wtedy  podbiegłem,  przywitałem  się
i powiedziałem:

- Tam przy drogowskazie skręcimy w lewo. To jest pierwszy dom, najlepiej będzie, jeśli wejdziemy
przez furtkę od strony drogi. W ten sposób nie zobaczy nas żaden z sąsiadów...

background image

Spojrzał na mnie, ale nic nie odpowiedział.

Weszliśmy  do  domu  przez  ogród.  Pan  Sprüngli  zaczekał  na  tarasie,  póki  nie  otworzyłem  drzwi  od
środka.

- Tu jest kuchnia, a tam łazienka. W sieni stoi telefon, pokój gościny znajduje się na górze, z lewej
strony  przy  schodach.  -  Wyjąłem  zawartość  koszyka,  pokazałem,  gdzie  znajdzie  ryż,  makaron
i słoninę wędzoną. Co powiedziawszy, już miałem zamiar wracać do domu, ale właśnie wtedy nagle
zapytał:

- Czy z twojego okna przypadkiem nie widać mostu na Renie?

- Nie, my nie mieszkamy nad Renem. - I wtedy przypomniałem sobie pannę Bonse. - Ale ciocia Änne,
to znaczy pani Ney zna kogoś, czyje okna wychodzą dokładnie na most.

-  Sądzisz,  że  pani  Ney  mogłaby  poprosić  tę  osobę,  żeby  wczesnym  rankiem  rzuciła  okiem  na  ten
most?

Spojrzałem na niego zdziwiony. Ale odpowiedziałem:

- Pewnie, panie dobrze się znają, chodzi o kogoś, kto jest w porządku... A w ogóle to na co ta osoba
ma zwrócić uwagę?

- Na żołnierzy, na kolumny wojska, na działa i wszelkiego rodzaju wojskowe pojazdy, myślę, że od
piątej rano...

- Czy będzie wojna? - spytałem przerażony.

- Możliwe... - odpowiedział tylko tyle i nic więcej.

Rozejrzał się po domu, upewnił się, że światło i kuchenka elektryczna działają, włączył i wyłączył
radio, a potem obejrzał od strony tarasu wysoką antenę na dachu.

A mnie nurtowały najróżniejsze myśli. W końcu zdobyłem się na odwagę i powiedziałem:

- Przecież my tu na lewym brzegu Renu jesteśmy w strefie „zdemilitaryzowanej”. Mój ojciec sądzi,
że jeśli Hitler każe wojsku tu wejść, to Francuzi i Anglicy z pewnością im w tym przeszkodzą...

- Miejmy nadzieję - odpowiedział.

-  Gdyby Anglicy  i  Francuzi  zmusili  armię  do  odwrotu  -  tak  rozumowałem  -  to  Hitler  zblamowałby
się.  I  możliwe,  że  wtedy  doszłoby  do  powstania  przeciwko  nazistom,  przede  wszystkim  na  terenie
Ruhry  i  w  kolońsko-akwizgrańskim  zagłębiu  węglowym,  a  Düsseldorf  znajduje  się  dokładnie
pośrodku...

- To nie jest pewne - zgasił moje śmiałe nadzieje pan Sprüngli, a po chwili dodał znacząco: - Jednak
zupełnie możliwe. W każdym razie trzeba być i na to przygotowanym.

Dawało to wiele do myślenia. W końcu doszedłem do wniosku, że nie tylko panna Bonse będzie stała
rano  przy  oknie  i  obserwowała  most  na  Renie.  Z  pewnością  w  dolnym  biegu  rzeki,  w  Uerdingen,
Duisburgu,  w  Wesel  oraz  w  górnym:  w  Neuss,  Kolonii,  Bonn,  Remagen,  w  Koblencji,  Moguncji,
Ludwigshafen  i  w  Karlsruhe  przyjaciele  pana  Sprüngliego  też  będą  mieli  oko  na  mosty  na  Renie...

background image

Być  może  on  odpowiadał  tylko  za  określony  odcinek  i  stąd  będzie  się  telefonicznie  kontaktował
z innymi obserwatorami... A już na pewno nawiąże kontakt ze swymi towarzyszami za granicą. Może
przez radio? Może w tej torbie podróżnej miał radiostację? Nie śmiałem o to pytać, pożegnałem się
więc i wróciłem do Café Ney, żeby przekazać cioci Änne prośbę do panny Bonse. Ona też bardzo się
przelękła.

- Czy będzie wojna?

- On powiedział, że to jest zupełnie możliwe...

- Jezus Maria! - wyszeptała.

Tego wieczoru, nim położyłem się do łóżka, nastawiłem budzik na godzinę piątą. Nazajutrz o wpół
do  szóstej  stałem  już  na  Lueg-Allee,  biegnącej  od  mostu  Oberkasseler  Rheinbrücke  prosto  przez
dzielnice  na  lewym  brzegu.  I  rzeczywiście  -  nadeszli:  na  przedzie  strzelcy  na  motocyklach,  potem
kolumna  piechoty,  około  pięciuset  ludzi,  a  za  nimi,  w  tempie  marszowym  kilka  wojskowych
ciężarówek, sanitarka i kuchnia polowa!

Na chodniku stało niewiele ludzi. W pewnej chwili jakiś mundurowy z SA zaczął nagle wykrzykiwać
jak opętany: „Heil! Heil!”, ale kiedy spostrzegł, że nikt z widzów nie przyłączył się do tego wiwatu,
zamilkł.

W  szkole  naturalnie  wszyscy  mówili  o  tym  sensacyjnym  wydarzeniu.  Większość  uważała,  że  to
„fajnie”, bo teraz również obszar po lewej stronie Renu będzie miał garnizony. Inni z zatroskanymi
twarzami mówili: oby to się tylko dobrze skończyło!

Po  dużej  przerwie  zwołano  nas  do  auli  dla  wysłuchania  „przemówienia  Führera”.  Hitler  mówił  z
Kroll-Oper z Berlina przed pośpiesznie zwołanym Reichstagiem:

„...W interesie najbardziej podstawowego prawa narodu do zabezpieczenia jego granic i możliwości
ich  obrony  rząd  Rzeszy  Niemieckiej  z  dniem  dzisiejszym  przywraca  zdemilitaryzowanej  strefie
Nadrenii pełną, nieograniczoną suwerenność!”

Potem  sześciuset  nazistowskich  deputowanych  przez  minutę  ryczało:  „Heil!  Heil!  Heil!”  i  tupało
podkutymi butami.

Z długiego przemówienia zapamiętałem tylko jedno zdanie:

”..Nie zgłaszamy żadnych żądań terytorialnych wobec Europy, Niemcy nigdy nie naruszą pokoju!”

Później zostaliśmy zwolnieni z lekcji.

Tego  dnia  i  w  ciągu  następnych  w  domu  panowało  ogromne  podniecenie.  Ojciec  ciągle  słuchał
wiadomości  radiowych  nadawanych  przez  rozgłośnie  niemieckie  i  zagraniczne.  W  niedzielę,  przed
spotkaniem z przyjaciółmi w kawiarni, powiedział:

- Dziś, w niedzielę, zebrał się rząd angielski, tego jeszcze nie było w ciągu ostatnich stu lat. Ale oni
niczego nie przedsięwezmą, ani Anglicy, ani Francuzi! A byłaby to dla nich jedyna w swoim rodzaju
okazja,  żeby  bez  wielkich  ofiar  skończyć  raz  na  zawsze  z  tą  brunatną  zarazą.  Z  pewnością  już
niedługo będą bardzo żałowali, że nie zareagowali energicznie!
 

background image

Po  latach  przekonałem  się,  że  miał  zupełną  rację:  okazało  się,  że  Hitler  nakazał  wówczas  wojsku,
aby  w  przypadku  militarnej  interwencji  Francuzów  albo  Anglików  natychmiast  wycofali  się  bez
walki na drugi brzeg Renu.

Na  procesie  przestępców  wojennych  w  Norymberdze  generał  Jodl  oświadczył,  że  nie  trzeba  było
więcej,  tylko  samych  żołnierzy  francuskich  wojsk  ochrony  pogranicza,  aby  wówczas  „zdmuchnąć”
bardzo słabe siły Wehrmachtu.

Hitler doskonale wiedział - potwierdziło to wielu jego ministrów, generałów i współpracowników -
że  zajmując  Nadrenię,  narażał  się  na  wielkie  ryzyko.  Jego  tłumacz,  Paul  Schmidt,  cytował  potem
słowa, jakie Hitler wypowiedział w jego obecności: „Tych czterdzieści osiem godzin po wkroczeniu
do  Nadrenii  był  to  okres  najbardziej  denerwujący  w  moim  życiu.  Gdyby  Francuzi  wówczas  weszli
do  Nadrenii,  musielibyśmy  wycofać  się  ze  wstydem  i  hańbą,  bo  siła  militarna,  jaką
rozporządzaliśmy, nie wystarczyłaby w żadnym razie do stawienia choćby słabego oporu. A odwrót
oznaczałby dla nas ruinę...”

Kilka miesięcy później amerykański korespondent w Berlinie, William L. Shirer, zanotował:

„...Patrząc  z  perspektywy  czasu  na  tamte  dni,  można  wyraźnie  dostrzec,  że  pomyślne  uderzenie  na
Nadrenię przyniosło Hitlerowi zwycięstwo, którego skutki mogą się okazać o wiele bardziej zgubne,
niż wówczas można było przewidzieć”.

I  rzeczywiście,  w  ciągu  ostatnich  dni  tygodnia  sytuacja  była  śmiertelnie  niebezpieczna.  Ponieważ
jednak ze strony mocarstw zachodnich nie było poważnego sprzeciwu, Hitler odniósł triumf, którego
oczekiwał  i  który  przyniósł  mu  popularność  nie  tylko  wśród  zwolenników,  ale  także  wśród  wielu
spośród  tych,  którzy  byli  już  skłonni  przejść  do  obozu  cichej  opozycji.  Niskie  płace,  rosnące  ceny,
śrubowanie akordu, wzmagały bowiem niezadowolenie większej części społeczeństwa.
 

W  poniedziałek,  po  wkroczeniu  Wehrmachtu  do  Nadrenii,  zaraz  po  szkole  wstąpiłem  do  kawiarni
cioci Ney.

- Jak gość? - zapytałem.

- Już wyjechał - odpowiedziała.

W  trzy  tygodnie  później,  po  bezprzykładnie  wrzaskliwej  kampanii  propagandowej,  kierownictwo
nazistowskie  przeprowadziło  tak  zwane  wybory.  Prawo  wyborcze  ogłoszone  zostało  obowiązkiem
wyborczym, przy czym listą jedności NSDAP zręcznie połączono z pytaniem, czy wyborca opowiada
się  za  „przywróceniem  honoru  niemieckiego  narodu  i  pełnej  suwerenności  Rzeszy”,  jak  to  osiągnął
Führer przez zajęcie Nadrenii? - oznaczyć krzyżykiem: tak lub nie.

Partia  nazistowska  i  jej  liczne  organizacje  wywierały  na  głosujących  presję  w  stopniu  nigdy
dotychczas  w  Niemczech  nie  praktykowanym.  W  zakładach  pracy,  w  rodzinach,  urzędach,  a  nawet
w  szkołach  przez  trzy  tygodnie  rozbrzmiewały  hasła:  „Przy  tych  wyborach  nie  może  nikogo
zabraknąć! Każdy głosuje na Führera! Kto nie głosuje na Adolfa Hitlera, jest zdrajcą narodu!”

W niedzielę, 29 marca 1936 roku, tuż przed północą, minister propagandy Rzeszy dr Goebbels mógł
triumfalnie  ogłosić  „wyniki  wyborów”:  dziewięćdziesiąt  dziewięć  procent  wszystkich  Niemców
oddało głosy na Adolfa Hitlera i NSDAP!

background image

Nikogo  w  Niemczech  to  nie  zaskoczyło.  Każdy  wiedział,  jaki  nacisk  wywierano,  jak  grożono
w lokalach wyborczych, jak manipulowano i fałszowano.

Cały naród ugiął się pod terrorem.
 

background image

12.
Führer ma zawsze rację

 

Wkrótce  po  Wielkanocy  1936  roku  mogłem  pojechać  do  Berlina  i  odwiedzić  wielu  krewnych
i  przyjaciół.  A  tam  czekała  mnie  niespodzianka  za  niespodzianką,  ponieważ  wszystko  okazało  się
inne,  niż  zachowałem  w  pamięci.  W  ciągu  ponad  trzech  lat  naziści  zdołali  zaprowadzić  zmiany,
jakich nie mógłbym wyobrazić sobie w najśmielszych snach.

Nawet  długa  podróż  pociągiem  dostarczyła  mi  wiele  osobliwych  wrażeń.  Znalazłem  miejsce  przy
oknie w przedziale, gdzie siedziało tylko dwu mężczyzn, którzy nie zwracając na mnie uwagi, cicho
ze sobą rozmawiali. Z tego, o czym mówili, mogłem wywnioskować, że byli to robotnicy zatrudnieni
przy  budowie  autostrady,  wracający  do  pracy  po  świętach  spędzonych  z  rodzinami.  Narzekali  na
„przeklętą mordęgę”, jaka znów ich czekała, na nędzne kwatery i złe wyżywienie.

W  Duisburgu  do  naszego  przedziału  wsiadła  dwudziestoparoletnia  kobieta,  modnie  uczesana,
w  kostiumie  szytym  na  miarę.  Do  bluzki  miała  przypiętą  dużą  broszkę  narodowosocjalistycznej
organizacji  kobiet.  Przywitała  się  z  nami  demonstracyjnie  wesołym  „Heil  Hitler!”  i  zajęła  miejsce.
Obydwaj  robotnicy  mechanicznie  odpowiedzieli  tak  samo  i  kontynuowali  rozmowę  już  nieco
głośniej. Ja powiedziałem „Good morning” i dodałem po niemiecku, naśladując niemiecką wymowę:
„Gu-ten  Mor-gen”.  Był  to  taki  niewinny  trik,  jaki  po  powrocie  z  wakacyjnego  kursu  w  Yorkshire
w ubiegłym roku kilka razy wypróbowałem z dobrym skutkiem. W ten sposób ustawiałem się niejako
poza  możliwą  krytyką,  ponieważ  naziści  okazywali  podówczas  duże  względy  cudzoziemcom,
a zwłaszcza Anglikom, o których sympatię wręcz zabiegali.

Kobieta - jak tego oczekiwałem - obdarzyła mnie przyjaznym uśmiechem i zagłębiła się w lekturze
„Illustrierter Beobachter”. Po kilku minutach opuściła jednak ręce z gazetą i obrzuciwszy robotników
surowym spojrzeniem, powiedziała:

- Czy to narzekanie jest konieczne? W dodatku w obecności młodego cudzoziemca... Powinniście być
zadowoleni, że macie pracę i być wdzięczni Führerowi, że zlikwidował bezrobocie!

W pierwszej chwili obydwaj robotnicy spojrzeli na nią wystraszeni, ale starszy zaraz się opanował
i spokojnie odpowiedział:

-  Niech  pani  posłucha,  młoda  kobieto:  pracujemy  pod  gołym  niebem  czy  ziąb,  czy  plucha,  łopatą,
pięćdziesiąt jeden fenigów za godzinę. Z tego odchodzą potrącenia i dobrowolne daniny, które nam
od  razu  zabierają,  no  i  piętnaście  fenigów  dziennie  za  nocleg,  to  jest  za  siennik  wypchany  słomą
w  drewnianym  baraku,  po  którym  hula  wiatr;  dalej,  trzydzieści  pięć  fenigów  za  tak  zwany  obiad
z  kotła,  jakiego  pani  by  nie  tknęła,  daję  za  to  głowę!  Pół  roku  temu  stawka  za  godzinę  wynosiła
jeszcze sześćdziesiąt sześć fenigów, a tu popędza się nas coraz bardziej.

- Daj sobie spokój, Karl - odezwał się młodszy, ale jego rozgoryczony kolega mówił dalej:

-  Jestem  z  zawodu  drukarzem.  W  lecie  33  zostałem  bez  pracy.  Do  wiosny  1934  chodziłem  po
stempel, a i tak było to lepsze niż teraz. Siedziało się w domu, z rodziną, a od czasu do czasu można
było  na  boku  coś  dorobić  albo  popracować  w  ogródku.  Teraz  podlegam  obowiązkowi  pracy
z dziesięcioma dniami urlopu na rok! W ten sposób człowiek może się wykończyć, ja to pani mówię!

background image

- No, już dość, Karl - znów wtrącił młodszy - to tej pani wcale nie interesuje!

-  Ale  powinno  ją  interesować  -  nie  dawał  się  zbić  z  tropu  starszy.  -  Pewnie,  na  początku  1933
mieliśmy  jeszcze  ponad  sześć  milionów  bezrobotnych,  a  teraz  jest  ich  tylko  dwa  i  pół  miliona,  to
prawda.  Ale  prawdą  jest  też,  że  na  początku  1933  roku  w  swoim  zawodzie  zarabiałem  dobrze
i byłem w domu, a teraz mordujemy się za coraz niższą płacę, za szesnaście marek netto na tydzień.
To jest świństwo i to trzeba powiedzieć!

Członkini związku kobiet milczała wyraźnie speszona. Potem, chyba bardziej przez wzgląd na mnie,
rzekomego „młodego cudzoziemca”, powiedziała:

- Wszystkiego nie da się od razu poprawić, co w ciągu czternastu lat rządów systemu doprowadziło
nas  do  biedy. Ale  teraz  ludzie  odzyskali  przecież  nadzieję!  Już  nie  są  na  ulicy,  a  Niemcy  stały  się
znów  silne  i  potężne!  Odzyskaliśmy  nasz  honor  i  to  jest  najważniejsze!  Być  może  już  na  przyszłą
wiosnę  będzie  pan  mógł  spędzić  z  rodziną  urlop  na  Maderze  -  w  ramach  „Siły  przez  radość”...
Trzeba nam tylko mocno wierzyć w Führera!

- Tak, tak - mruknął zrezygnowany starszy robotnik, widząc błagalne spojrzenie kolegi. Ale jeszcze
dodał:

- Madera! Wolałbym po pracy posiedzieć w swoim ogródku...

W  Dortmundzie  obydwaj  robotnicy  mieli  przesiadkę,  opuścili  więc  przedział.  Wsiedli  inni  ludzie.
Aktywistka narodowosocjalistycznego związku kobiet znów powitała ich wesołym „Heil Hitler!”, na
co  wszyscy,  również  ci,  którzy  wchodząc  do  przedziału  powiedzieli  „dzień  dobry”,  czym  prędzej
odpowiedzieli nazistowskim pozdrowieniem.

Wysiadła w Hamm, ale przedtem zapytała mnie, dokąd jadę.

- Do Börlina - odrzekłem, a ona na to:

-  Ach,  do  Berlina,  do  stolicy  Rzeszy!  To  wspaniałe  i  bardzo  ciekawe  miasto.  Za  kilka  miesięcy
odbędą się tam igrzyska olimpijskie - cały świat wówczas zobaczy czego dokonał nasz Führer, Adolf
Hitler!

Podarowała  mi  „Illustrierter  Beobachter”,  powiedziała  do  wszystkich  „Heil  Hitler!”,  a  do  mnie
jeszcze ekstra: „Goodbye - i przyjemnej podróży!”

Na  dworcu  ZOO  czekali  na  mnie  wuj  Karl  i  ciotka  Elsbeth,  siostra  mojej  matki.  Oniemiałem  ze
zdumienia na widok odznaki partyjnej wuja i broszki związku kobiet, jaką miała przypiętą ciotka.

Starałem się ukryć przerażenie i przywitałem się z nimi serdecznie.

Ciotka od razu powiedziała:

-  Pewnie  jesteś  okropnie  głodny,  chłopcze,  ale  zostawiłam  dla  ciebie  obiad  -  sznycle  cielęce
w śmietanowym sosie z jarzynami, a na deser naturalnie krem cytrynowy.

Znana była w rodzinie ze świetnej kuchni i zawsze nakładała na talerze gigantyczne porcje z obawy,
że ktoś mógłby wstać głodny od stołu. Poza tym znałem ją jako osobę ogromnie serdeczną, przyjazną
i zawsze gotową do niesienia pomocy.

background image

Wuj Karl, którego niewzruszony spokój i poczucie humoru bardzo sobie ceniłem, podśmiewał się ze
mnie na swój sposób, od razu zapytał, czy w tej prowincjonalnej dziurze, skąd przyjeżdżam, w ogóle
jest dworzec - co zabrzmiało tak, jak gdyby trzeba tam było do najbliższej stacji iść na piechotę co
najmniej pięć godzin...

Z wyjątkiem odznak ze swastyką, jakie nosili, wszystko właściwie było tak jak kiedyś.

Przy  kolacji  -  ilość  smakołyków  na  stole  przeszła  nawet  moje  oczekiwania  -  zapytałem  o  mego
kuzyna i kuzynkę, których widziałem po raz ostatni, kiedy oboje chodzili jeszcze do szkoły.

-  Fritz  przyjeżdża  najczęściej  w  niedziele,  ,  kiedy  ma  wolne  -  skwapliwie  odpowiedziała  ciotka
Elsbeth. - Dobrze mu się wiedzie i ma nadzieję, że w przyszłym tygodniu, z okazji urodzin Führera,
dostanie  awans. A  zasłużył  sobie  na  to,  bo  jest  odpowiedzialny  i  obowiązkowy!  Chyba  wiesz,  że
służy w „Leibstandarte”...

Nie wiedziałem, nie wiedziałem nawet tego, że starszy ode mnie o cztery lata, bardzo małomówny i,
zdaniem moich rodziców, trochę „ograniczony” kuzyn wstąpił do SS. A więc teraz miałem kuzyna w
„Leibstandarte” Adolfa Hitlera.

- To niebywałe! - powiedziałem i moje zdumienie było najzupełniej szczere. - A co u Gudrun? Co
ona robi?

Dowiedziałem  się,  że  kuzynka  Gudrun  mieszka  jeszcze  z  rodzicami,  a  do  domu  wraca  zazwyczaj
późnym wieczorem.

- Pracuje jak szalona w tym swoim urzędzie - poinformowała mnie ciotka. - Często wychodzi stamtąd
dopiero o ósmej albo o dziewiątej wieczorem, a szefowie zwykle zapraszają ją jeszcze na kolację,
ostatnio nawet do „Horchera”! Potem podwożą ją do domu samochodem!

Co  to  mógł  być  za  urząd?  Bo  „Horcher”,  jak  słyszałem  od  rodziców,  była  to  jedna  z  najdroższych
i  najelegantszych  restauracji  w  mieście.  Nim  zdążyłem  dowiedzieć  się  czegoś  bliższego,  wuj  Karl
oznajmił, że teraz musi, niestety, szybko iść na zebranie - wszyscy blokowi zostali wezwani. Będzie
przemawiał minister dr Goebbels, i to jako gauleiter Wielkiego Berlina - podobno przede wszystkim
na temat wyborów z 29 marca, przy których coś tam się nie powiodło.

- Jak to? - zdziwiłem się. - Przecież dziewięćdziesiąt dziewięć procent głosowało TAK...?

- Ano właśnie - odpowiedział tylko, wkładając płaszcz.

-  We  wszystkich  okręgach  wyborczych  jednakowo,  dziewięćdziesiąt  dziewięć  procent  -  dodała
ciotka  Elsbeth  -  nie  wygląda  to  dobrze  i  dla  zagranicy  nie  jest  wiarygodne.  -  Wydawała  się
zatroskana.  -  We  Friedrichshagen  w  piętnastu  lokalach  wyborczych  na  dwadzieścia  oddano  tyle
głosów, ilu było uprawnionych do głosowania, a w pozostałych pięciu o jeden głos mniej.

-  To  pierwszorzędnie  -  zauważyłem  -  przecież  było  powiedziane,  że  tym  razem  nie  może  nikogo
zabraknąć! Nie ma więc co narzekać, skoro wszyscy przyszli...

Spojrzała na mnie zdziwiona.

- Taaak - odpowiedziała i szybko zmieniła temat. - Wuj stanowczo za często musi wychodzić jeszcze
wieczorami, a właśnie dziś byłoby tak przyjemnie, gdyby nam coś zagrał, na przykład Schuberta...

background image

Wuj  Karl  był  dobrym  pianistą,  ale  wcale  nie  byłem  zmartwiony,  że  wieczorem  nie  będzie  muzyki.
Ogromnie frapowało mnie, dlaczego musiał pójść na zebranie „blokowych”. W jaką znów funkcję dał
się wrobić nazistom? Już dawniej ciotka Elsbeth użalała się, że wieczorami zawsze chodził na jakieś
zebrania. Ale  wtedy  była  to  przede  wszystkim  „Loża”  -  wuj  Karl  był  wolnomularzem,  prócz  tego
należał  do  klubu  szachowego  i  do  towarzystwa  śpiewaczego,  działał  w  okręgowym  komitecie
pomocy  społecznej  i  w  zarządzie  domu  starców.  Wszędzie  honorowo  pełnił  różne  funkcje  i  stale
biegał na zebrania. Ciotka była z tego bardzo dumna, choć wolałaby częściej widzieć go wieczorami
w domu.

- Karl jest po prostu zbyt dobroduszny - mówiła na to moja matka. - Ilekroć ktoś powie mu: „Karl,
nie możesz nam odmówić, jesteś nam potrzebny”, to godzi się jeszcze i na to.

Może  TO  właśnie  było  i  teraz  wytłumaczeniem,  tak  pomyślałem,  ale  kiedy  następnego  dnia  przed
południem odwiedziłem w Steglitz ciotkę Marthę, drugą, niezamężną siostrę mojej matki i zapytałem
ją, jak to się stało, że wuj Karl i ciotka Elsbeth stali się nazistami, a w każdym razie na to wygląda,
wtedy westchnęła i odpowiedziała:

- Oni rzeczywiście w to wierzą. Niedawno Elsbeth powiedziała mi zupełnie poważnie: „Nie wolno
wątpić w naszego Führera - Führer ma zawsze rację...!” To poczciwa kobieta, ale niestety, ma ptasi
móżdżek, a jej syn, mój siostrzeniec Fritz, dzielny chłopiec, ma umysł jeszcze bardziej ograniczony,
w przeciwnym razie nie wstąpiłby do „Leibstandarte”...

- A wuj Karl?

-  Z  Karlem  sprawa  jest  bardziej  skomplikowana.  On  nigdy  nie  interesował  się  polityką,  aż  nagle,
chyba  w  marcu  albo  kwietniu  1933  roku,  został  wbrew  woli  w  to  wciągnięty.  Loża,  która  tyle  dla
niego  znaczyła,  została  policyjnie  zamknięta,  a  wolnomularstwo  uznane  za  coś  podejrzanego.  I
właśnie wtedy na Kurfürstendamm zaczepili go ludzie z SA, bo on podobny jest do Żyda.

- Naprawdę?

Teraz,  kiedy  ciotka  powiedziała  mi  to,  uświadomiłem  sobie,  że  wuj  Karl  rzeczywiście  z  rysów
przypominał karykatury Żydów zamieszczane przez nazistów w gazetach, a co najdziwniejsze, Żydzi,
jakich znałem, a znałem wielu, bo chodziłem do szkoły w dzielnicy zachodniej Berlina, wcale tak nie
wyglądali.

- Zdarzyło się to na rogu Fasanenstraße, niedaleko synagogi - opowiadała dalej ciotka Marta. - Jeden
z bojówkarzy SA zerwał mu z głowy kapelusz i uderzył go pięścią w twarz. I wtedy Karl zrozumiał,
co to znaczy strach. Bardzo się martwił, przede wszystkim o rodzinę i sklep.

Wuj  Karl  był  zaprzysiężonym  rzeczoznawcą  dzieł  sztuki,  specjalistą  w  zakresie  porcelany,  szkła
i ceramiki. Miał niewielki sklep w” pobliżu Sevignyplatz, gdzie można było kupić niezwykle cenne
stare szkła, kufle z Bunzlau i starą porcelanę. Nietrudno więc było sobie wyobrazić, jak wuj Karl się
bał, że faceci z HJ albo z SA mogą mu rozwalić kamieniami wystawowe szyby.

-  Teraz  ma  na  wystawie  duży  szyld  z  napisem  „Sklep  niemiecki”  -  powiedziała  ciotka  Martha.  -
A jeśli już o tym mowa, to kiedyś miał przecież głównie żydowską klientelę - panowie kreisleiterzy
i standartenführerzy nic nie wiedzą o starych fajansach i szkle weneckim...

-  A  co  właściwie  robi  Gudrun?  -  chciałem  się  dowiedzieć  pod  koniec  wizyty;  na  obiad  byłem

background image

zaproszony przez kuzynkę Lilly.

-  Ja  też  nie  wiem,  co  robi  Gudrun.  Pracuje  w  jakiejś  nowej  instytucji,  ale  ani  od  Elsbeth,  ani  od
Karla nie~ mogłam się dowiedzieć niczego więcej. Zachowuje się bardzo tajemniczo. Wiem tylko, że
wieczorem wraca często do domu dużym autem, i to o dosyć późnej porze. Szofer nosi mundur SS.
 

Kuzynka  Lilly  mieszkała  w  Neukölln,  w  nowej  kamienicy  niedaleko  Hermannstraße.  Była  to
dzielnica  robotnicza,  przed  1933  rokiem  znana  z  największej  ilości  głosów  oddawanych  na
komunistów.  Na  długim  parkanie  wzdłuż  torów  kolei  miejskiej  jeszcze  dziś  można  było  odczytać
napis, choć farba bardzo już zblakła: „Neukölln zostanie czerwona!” Lilly wyszła za mąż za Martina,
wysokiego, dobrze prezentującego się mężczyznę, którego darzyłem szczególną sympatią. Pochodził
z niewielkiego miasta gdzieś w Prusach Zachodnich, studiował w Berlinie i został asystentem bardzo
znanego  internisty.  Później,  ku  ubolewaniu  rodziny,  usamodzielnił  się  i  zamiast  pracować  na
Kurfürstendamm, otworzył prywatną praktykę lekarską w Neukölln.

Martin  był  Żydem,  obawiałem  się  więc,  że  zastanę  jego  gabinet  pusty  i  smutne  twarze  w  domu.
Tymczasem  zobaczyłem  poczekalnię  pełną  ludzi.  Część  pacjentów  siedziała,  a  reszta  stała  nawet
w przedsionku. Kuzynka Lilly przywitała mnie słowami:

- Masz pecha, musimy chwilę zaczekać, nim siądziemy do stołu! Dziś znów tutaj ciągły ruch...

-  Dochtór  powinien  włożyć  aligancki  mundur  -  zauważył  jeden  z  czekających  w  sieni,  starszy
człowiek  w  swetrze  i  w  czapce  z  daszkiem.  -  Zobaczyłaby  pani  dochtorowa,  ile  by  miał  wolnego
czasu. Już o jedenasty można by siadać do obiadu...

Później, przy obiedzie, Martin powiedział:

-  Jeszcze  nigdy  nie  miałem  tyle  pracy  jak  teraz.  Gdyby  tu  było  więcej  miejsca,  mógłbym
z  powodzeniem  zatrudnić  jeszcze  dwóch  kolegów  jako  asystentów.  A  czego  ci  ludzie  nie
opowiadają! Przy mnie mówią bez skrępowania o wszystkim, czego nie odważyliby się powiedzieć
w miejscu pracy, w knajpie, czy nawet w domu.

Dowiedziałem  się,  że  niedawno  utracił  prawo  praktykowania  jako  lekarz  Kasy  Chorych
i  przypuszczał,  że  będzie  musiał  zrezygnować  z  opieki  nad  swymi  ubogimi  pacjentami.  Ale  ilość
wizyt mimo to wcale się nie zmniejszyła, przeciwnie, nawet było ich więcej, co prawda ludzie nie
byli w stanie za nie płacić, ponieważ w większości żyli z zasiłków albo niskie zarobki nie pozwalały
im  na  to.  Płacili  więc  często  w  naturze:  przynosili  trochę  owoców,  parę  główek  kapusty  albo
ogórków  z  własnego  ogródka,  kilka  słoików  przetworów  z  dyni,  niekiedy  gołębie,  a  kiedyś  nawet
kurczaka.  Inni  oferowali  własną  pracę  jako  blacharze,  elektrycy,  stolarze,  a  wszyscy  byli  jego
„prywatnymi pacjentami”.

- I jest zupełnie dobrze - powiedział Martin. - Przedwczoraj przyszedł nawet jeden człowiek z SA...

Zaczekał do wieczora, aż pacjenci wyszli, i Martin chciał już zamknąć gabinet.

- Właściwie nic mu nie dolegało. Miał trochę zaczerwienione gardło, prawdopodobnie od ciągłego
wykrzykiwania  „Heil  Hitler!”  Po  prostu  chciał  się  trochę  wygadać  -  o  ostatnich  wyborach,  że
własnoręcznie  musiał  wpisać  na  ponad  pięciuset  kartkach  wyborczych  krzyżyki  w  kratce  „Tak”  i  o
tym, jak to określił, że Żydom dzieje się „krzywda”. „Ja tam bynajmniej nie mam nic przeciwko panu

background image

to  tylko  chciałem  powiedzieć”,  wyznał  mi  na  pożegnanie,  kładąc  na  stole  trzy  marki  za  wizytę,  po
czym stuknął obcasami i powiedział „Heil Hitler!” Był to mój największy „wpływ” w tym tygodniu...

Martin  i  Lilly  powiedzieli  mi,  że  przygotowują  się  do  wyjazdu.  -  Musimy  stąd  wyjechać,  póki  nie
jest  za  późno.-  Widać  było,  że  kwestia  ta  bardzo  Martina  trapiła.  -  W  przyszłym  roku  albo  za  dwa
lata  dojdzie  do  wojny.  Dobrze  wiem  o  tajnych  zbrojeniach,  moi  pacjenci,  jeśli  dostają  pracę,  to
w zakładach zbrojeniowych. W samym tylko AEG w Treptow praca idzie na dwie zmiany, a ostatnio
na trzy -  dostawy dla wojska. Dowiedziałem się od tutejszych komunistów, że koło Erkner buduje
się  nowe  lotnisko  wojskowe.  Każdy  robotnik  kierowany  do  przymusowej  pracy  jest  zaprzysięgany.
Za  dziesięciogodzinny  dzień  akordowej  pracy,  również  w  niedziele...  otrzymują  pięć  marek...  Jeśli
wojna wybuchnie, wówczas dla nas będzie za późno, musimy wyjechać wcześniej, choć bardzo mi
się tu podoba i tak wspaniale rozwija się praktyka!
 

Po południu spotkałem Bobbiego, szkolnego kolegę. Obydwaj należeliśmy do „Czerwonego Sokoła”.
Teraz nosił odznakę HJ.

- I co? Od kiedy należysz? - zapytałem.

- Od dawna. Wstąpiłem zaraz w maju 1933 roku. Mój ojciec jest przecież urzędnikiem, a poza tym
bardzo mi się to podoba. Atmosfera jest prawdziwie koleżeńska, a na Zielone Świątki wyjeżdżamy
pod  namioty.  Naprawdę  powinieneś  też  tak  zrobić,  przecież  jesteśmy  teraz  wielką  wspólnotą
narodową, a Führer, czego on już nie dokonał…

- Tak, wiem: zlikwidował bezrobocie i wybudował autostradę...

-  A  wkroczenie  do  Nadrenii...  przecież  ty  tam  mieszkasz!  Ludzie  są  chyba  dumni,  że  Führer
przywrócił im honor!

- Jasne - odpowiedziałem - są.
 

background image

13.
Jak niektórzy przebrnęli przez nazistowskie czasy

 

Po  dwudziestu  latach  z  górą  znów  spotkałem  Bobbiego  w  Monachium,  w  Ratuszowej  Piwnicy,
siedział  na  honorowym  miejscu  przy  dużym  stole,  w  towarzystwie  pań  i  panów  w  uroczystych
strojach. Z jego kasztanowych, kręconych włosów został tylko rzadki wianuszek wokół łysiny, poza
tym utył. Ale jego śmiech, mimika i głos nie zmieniły się.

Podałem  mu  przez  kelnera  wizytówkę,  na  której  napisałem:  „Bobbi?”  Zaraz  podszedł  do  mego
stolika. Po przywitaniu dowiedziałem się, że już od 1944 roku mieszkał „na Zachodzie”, że dobrze
mu  się  powodzi.  Był  patronem  dużej  kancelarii  adwokackiej  we  Frankfurcie.  Powiedział  mi,  że
musiał przed chwilą wygłosić przemówienie dla uczczenia pamięci zmarłych członków opozycji.

Widząc  moje  zdziwienie,  wytłumaczył  mi,  że  jego  ojciec  -  był  wyższym  urzędnikiem  -  w  1936
„olimpijskim” roku wstąpił znów do wojska w stopniu podpułkownika, a w czasie wojny awansował
na  generała  majora.  W  związku  ze  spiskiem  oficerów  z  20  lipca  1944  roku  znalazł  się  w  kręgu
podejrzanych i z wyroku sądu ludowego został skazany na karę śmierci i stracony w Plötzensee.

- Był to dla mnie straszliwy wstrząs, wtedy runął mój świat... - Szybko obliczyłem: o półtora roku
starszy  ode  mnie,  a  więc  w  1944  miał  niespełna  dwadzieścia  pięć  lat  i  prawdopodobnie  był
żołnierzem, zapewne oficerem. Potwierdził to.

-  Byłem  wtedy  porucznikiem  na  froncie  wschodnim.  Kiedy  dowódca  pułku  zakomunikował  mi,  że
mój ojciec, generał, został stracony za udział w spisku na życie Hitlera, pomyślałem, że zwariował.
Nie mogłem pojąć, że ojciec, narodowy socjalista z przekonania, niezwykle zdyscyplinowany oficer,
mógł się wdać w coś podobnego.

Potem  opowiedział  mi,  jak  układało  mu  się  życie  w  Trzeciej  Rzeszy:  pod  koniec  1936  roku  jego
ojciec,  podówczas  pułkownik,  został  przeniesiony  do  dowództwa  okręgu  we  Wrocławiu.  Tam  też
przeniosła się rodzina i on we Wrocławiu zrobił maturę. W 1938 roku wstąpił jako podchorąży do
dolnośląskiego  pułku  piechoty,  brał  udział  w  aneksji  Sudetów,  we  „wkroczeniu”  do  Pragi,  po
wybuchu drugiej wojny światowej od pierwszej chwili uczestniczył w kampanii polskiej, a w roku
1940,  po  zaliczeniu  dwu  kursów,  awansował  na  podporucznika  -  „akurat  w  porę  na  kampanię
francuską”  -  powiedział.  Później,  prawie  bez  przerwy  był  na  froncie  wschodnim,  gdzie  został
dwukrotnie ranny i odznaczony złotym Krzyżem Niemieckim.

-  Kiedy  w  jesieni  1944  dowódca  wezwał  mnie  do  siebie,  liczyłem  na  awans  i  krzyż  kawalerski,
a zamiast tego... Otóż wtedy w żaden sposób nie mogłem zrozumieć, dlaczego ojciec mógłby przejść
do  opozycji,  przecież  wszystko  zawdzięczaliśmy  Führerowi!  -  On  naprawdę  do  tej  pory  jeszcze
mówił: „Führerowi”!...

-  W  1940  roku  ojciec  wrócił  do  Berlina,  na  Bendlerstraße.  Mieliśmy  ładną  willę  w  Zehlendorf,
służbę, szofera, ordynansów. Matka była szczęśliwa, osiągnęła wszystko, o czym marzyła: dostęp do
berlińskiego towarzystwa, przyjęcia, bale, proszone obiady... Moja starsza siostra wyszła za mąż za
radcę  poselstwa  z  ministerstwa  spraw  zagranicznych,  a  ja  byłem  zaręczony,  teraz  się  uśmiejesz,
z  córką  sędziego  „trybunału  ludowego”.  Kiedy  przyjeżdżałem  na  urlop  i  oboje  słuchaliśmy  muzyki
tanecznej z płyt, moja niedoszła teściowa upominała nas: „Nie tak głośno, dzieci! Przy takim hałasie

background image

papa  nie  może  pracować,  a  musi  jeszcze  napisać  z  tuzin  wyroków  śmierci...”  Zaręczyny  zostały
naturalnie zerwane - na szczęście - mogę to stwierdzić z perspektywy czasu.

- Ale powiedz, skoro brałeś udział w kampanii polskiej i rosyjskiej, wobec tego musiałeś na własne
oczy widzieć, co się tam działo i pewne rzeczy zrozumieć?

- Pewnie, to, co tam robili z Żydami, było świństwem. Ale nam tłumaczono, że tego wymaga twarda
konieczność.  Zresztą  nie  sądzę,  żeby  mój  ojciec  cokolwiek  o  tym  wiedział.  Był,  jak  to  się  mówi,
gryzipiórkiem  i  zajmował  się  zupełnie  innymi  sprawami...  Nie,  muszę  się  przyznać,  że  wówczas
w  ogóle  nie  zdawałem  sobie  sprawy,  iż  wpadliśmy  w  łapy  przestępców,  zrozumiałem  to  znacznie
później, jak już było po wszystkim.

Dowiedziałem  się  jeszcze,  że  zaraz  po  wojnie,  jako  syn  ofiary  nazistowskiej  dyktatury,  otrzymał
zasiłek  pieniężny  na  studia,  co  go  bardzo  ucieszyło,  że  jego  szwagier  został  przyjęty  do  nowego
Urzędu Spraw Zagranicznych w Bonn, a potem nawet do Biura Kanclerza Federalnego - „zaszczytne”
stanowisko  szwagra  w  SS  poszło  w  zapomnienie  przez  wzgląd  na  teścia  straconego  za  udział
w  spisku  oficerów  -  i  że  takie  powiązanie  z  rządem  federalnym  wyszło  na  dobre  jego  praktyce
adwokackiej.

- A właściwie dlaczego w 1932 roku wstąpiłeś razem ze mną do „Czerwonego Sokoła”? - zapytałem
później, kiedy wspominaliśmy lata gimnazjalne.

Zaśmiał się.

- Właściwie ze względu na ciebie. Gdyby moi rodzice dowiedzieli się o tym, byłoby tęgie lanie... Ot,
taki  krótki  epizod,  choć  przyznaję,  że  wiele  z  tego  podobało  mi  się,  na  przykład  obchody  nocy
świętojańskiej.

- Chyba mylisz „Sokoła” z Jungvolkiem...

- Możliwe, to było tak dawno temu...

Przy pożegnaniu, późnym wieczorem, Bobbi powiedział:

-  Słuchaj,  byłbym  zapomniał.  Mam  ci  przekazać  pozdrowienia  od  damy,  która  siedziała  tam  przy
dużym stole. Mówiła, że jesteś jej szkolnym kolegą i że niedawno spotkaliście się w Düsseldorfie.
Pewnie nie poznałeś jej, bo siedziała odwrócona do ciebie plecami, ale ona zauważyła ciebie, kiedy
przechodziłeś. Powiedziała, że bardzo chętnie porozmawiałaby z tobą. Dziś śpieszyła się na pociąg.
Przyjechała tu tylko na to uroczyste spotkanie.

Ku memu zdziwieniu okazało się, że chodziło o Margę.

- A co ona ma j wspólnego z uroczystością ku czci ofiar z 20 lipca?

-  To  ty  nie  wiesz?  -  zapytał  zdziwiony.  -  Przecież  ona  jest  wdową  po  straconym  oficerze.  To
śmieszne, że nie powiedziała ci tego! Co prawda dość długo starała się ukryć nawet przed córką, że
jej mąż był adiutantem jednego z głównych spiskowców i jako jeden z pierwszych został postawiony
pod ścianę...

-  W  czasie  pierwszego  po  latach  spotkania  rozmawialiśmy  o  szkolnych  czasach,  o  lekcjach  tańca,
o  sukienkach,  jakie  wtedy  nosiła...  Mówiła,  że  jej  mąż  był  oficerem  i  że  poległ  na  froncie

background image

wschodnim.

- Ach tak...?

Nic nie odpowiedziałem, ale postanowiłem, że przy najbliższej okazji zapytam Margę o to.

W kilka tygodni później wpadłem na dzień do Düsseldorfu i zadzwoniłem do Margi. Zaprosiła mnie
na obiad.

Mieszkała w dzielnicy ZOO, w ładnym, jednorodzinnym domu z dwudziestolecia międzywojennego.

-  Mój  ojciec  kupił  ten  dom,  kiedy  wreszcie  został  przewodniczącym  senatu  -  powiedziała.  -  Pod
koniec 1938 roku, na krótko przed moimi zaręczynami. W kwietniu 1939 wesele odbyło się już tu. To
szczęście, że ocalał od bomb. Lubię ten dom. Lubiłam go od początku.

Znałem ten dom.

Zanim  ojciec  Margi  stał  się  jego  prawnym  właścicielem,  mieszkali  tu  dziadkowie  Zuzanny,  naszej
szkolnej koleżanki, Żydówki. Dziadek Zuzanny też był przewodniczącym senatu przy Wyższym Sądzie
Krajowym, póki w 1933 roku nie wyrzucono go. Byłem w tym domu kilka razy z Zuzanną przed jej
wyjazdem do Anglii.

Czy Marga nie wiedziała o tym?

Zapytałem wprost, a ona odpowiedziała:

-  Tak,  zupełnie  możliwe,  w  każdym  razie  ojciec  nabył  go  na  bardzo  korzystnych  warunkach  -
Roześmiała się. - Chodź, pokażę ci dom, do obiadu mamy jeszcze trochę czasu...

Oprowadziła  mnie  po  kilku  bardzo  kosztownie  i  z  wyszukanym  smakiem  urządzonych  pokojach,
zaproponowała sherry, a ja spytałem, czy mieszka tu sama. Dom sprawiał bowiem wrażenie bardzo
zadbanego.

-  Tak,  z  panną  Marquart,  moją  gospodynią.  Mam  naturalnie  jeden  pokój  zarezerwowany  dla  mojej
córki, która przyjeżdża co dwa, trzy miesiące w odwiedziny. Nasza służąca jest Hiszpanką.

Zanim panna Marquart poprosiła nas do stołu, nasunęła mi się pewna myśl:

- Słuchaj, ty chyba bardzo wcześnie wyszłaś za mąż. Razem robiliśmy maturę na początku 1938 roku,
potem musieliśmy odbyć Służbę Pracy...

- Tak, właśnie, i przy pracach żniwnych poznałam mego przyszłego męża. Pracowaliśmy w majątku
jego  ojca  na  Pomorzu.  Później  zaczęłam  studia  medyczne  w  Monachium,  ponieważ  niedaleko
znajdował  się  jego  garnizon,  i  już  9  listopada  obchodziliśmy  zaręczyny...  Był  to  najszczęśliwszy
dzień  w  moim  życiu!  Ojciec  miał  wielkopański  gest  i  wydał  dla  nas  wystawne  przyjęcie  w
Breidenbacher  Hof  -  było  fantastycznie!  -  I  zaraz  opisała  mi  suknię,  w  jakiej  wystąpiła  tego
wieczoru.

- Ale to smutne, że wybraliście akurat ten dzień na waszą uroczystość.

Spojrzała zaskoczona.

-  No  tak,  przecież  9  listopada  1938  roku  wieczorem  zaczęła  się  tak  zwana  „kryształowa  noc”,

background image

pogrom Żydów, największy w historii Niemiec.

-  Słusznie,  teraz  sobie  przypominam,  że  kiedy  w  nocy  wracaliśmy  do  domu,  na  chodnikach  leżało
mnóstwo potłuczonego szkła, a ja miałam lekkie, balowe pantofle i długą suknię... Ojciec nawet był
oburzony, że zakład oczyszczania miasta nie uprzątnął tego natychmiast...

Hiszpańska  służąca  wniosła  przystawki  i  Marga  zmieniła  temat.  Mówiła  o  swoich  wnukach  w
Szwajcarii, o hotelu zięcia, który wyszukał dla niej - odczekawszy aż dziewczyna wyszła z pokoju,
dokończyła - tę perłę Estramadury.

-  ...gdyby  nie  to,  nie  wiedziałabym  doprawdy,  jak  sobie  ze  wszystkim  poradzić.  Kiedyś  nie  było
żadnych problemów ze służbą, nie mówiąc już o czasach wojny. W pierwszych miesiącach naszego
małżeństwa  -  pobraliśmy  się  7  kwietnia  1939  roku,  w  trzy  tygodnie  po  wkroczeniu  do  Czech,  mój
mąż  brał  w  tym  udział  -  zamieszkaliśmy  w  Striegau,  była  to  nędzna  dziura  w  porównaniu  z
Düsseldorfem czy Monachium, ale mój mąż został tam przeniesiony. Nie miałam jeszcze dwudziestu
lat  i  naturalnie  żadnego  pojęcia  o  prowadzeniu  domu,  ale  jako  pani  „podporucznikowa”  miałam
służącą  -  pomyśl  tylko:  za  dwadzieścia  marek  miesięcznie  zajmowała  się  wszystkim!  -  a  ponadto
ordynansa  do  cięższych  prac.  Chłopak  dostawał  za  to  tylko  napiwki...  Mieszkanie  w  Striegau  było
ładne i w pełni umeblowane, nie musiałam więc przewozić tu własnych, wyprawowych rzeczy...

- Prawdopodobnie wyrzucono stamtąd jakąś żydowską rodzinę.

-  Zgadza  się,  teraz,  kiedy  o  tym  mówisz,  przypominam  sobie  nawet,  że  zaraz  w  pierwszych  dniach
spotkała mnie przykrość, ponieważ wpuściłam do mieszkania młodą dziewczynę. Zapukała do drzwi
i  bardzo  nieśmiało  zapytała,  czy  mogłaby  zabrać  tylko  swój  pamiętnik  -  został  w  bieliźniarce.
Pozwoliłam temu biednemu stworzeniu, a później, gdy opowiedziałam o tym mężowi, narobił szumu
i  oświadczył  mi,  że  wszystko,  co  się  znajduje  w  mieszkaniu,  jest  własnością  wojska  i  co  ja
właściwie sobie myślę, żeby wpuszczać Żydówkę! Była to nasza pierwsza małżeńska sprzeczka.

- Twój mąż był rzeczywiście nazistą?

-  Cóż  znowu! Ani  trochę!  On  był  zawodowym  oficerem,  a  polityką  nie  zajmował  się  w  ogóle.  Nie
chciał mieć kłopotów z kreisleiterem, zresztą zupełnie sympatycznym człowiekiem, dla mnie zawsze
bardzo uprzejmym. „Pani porucznikowo - mówił - jeśli ma pani jakieś życzenia, to jestem zawsze do
usług”.  Tylko  kiedy  wypił  za  dużo,  stawał  się  dosyć  wulgarny...  Jednak  w  Striegau  nie  było
wielkiego wyboru, jeśli chodzi o towarzyskie kontakty. Prócz oficerów byli tylko: landrat, kreisleiter
burmistrz, dyrektor sądu i z pół tuzina jakichś miejscowych notabli...

- Długo tam byłaś?

-  Niespełna  rok  tylko.  Po  kampanii  polskiej  mój  mąż  dostał  przeniesienie  do  Kostrzynia.  Nie
podobało mi się tam. Mieszkanie nie  było  już  tak  ładne  jak  w  Striegau,  a  polskie  służące,  jakie  mi
tam przydzielano, ciągle sprawiały mi kłopoty: jedna całymi dniami beczała, druga - chyba studentka
- była dosyć bezczelna...

- Przypuszczalnie wysłano ją do Niemiec do przymusowej pracy - wtrąciłem.

- Może, nie wiem, nie interesowałam się tym, byłam przecież taka młoda, zajmowały mnie przyjęcia
w kasynie, ładne kiecki i to, co mój mąż - gdy od maja 1940 przebywał we Francji - przysyłał mi:
pończochy,  perfumy,  bieliznę,  no  wiesz...  A  kiedy  w  41  zaczęła  się  kampania  rosyjska,  ja

background image

oczekiwałam  dziecka  i  zrezygnowałam  z  mieszkania  w  Kostrzyniu.  Jeszcze  długo  po  zakończeniu
wojny mieszkałam w Bawarii - w sumie były to bardzo dobre czasy.

Dowiedziałem  się  jeszcze,  że  mieszkała  tam  w  wiejskim  domu  swoich  krewnych  wraz  ze  starszą
kobietą  do  „posługi”.  W  ten  sposób  nie  była  narażona  na  ciągłe  alarmy  lotnicze,  nocne  naloty
i bombardowania, na konieczność pracy i niedostatek żywności.

Jej  mąż  -  jak  powiedziała  -  został  ciężko  ranny  i  przez  dłuższy  czas  przebywał  w  szpitalu,  a  na
wiosnę  1944  przeniesiono  go  do  naczelnego  dowództwa  armii  jako  adiutanta  generała.  Właściwie
powinna była pojechać za nim do Berlina, ale on obstawał, żeby wraz z małą córeczką pozostała w
Górnej Bawarii.

- Widziałam się z nim po raz ostatni w Zielone Świątki 1944 roku. Bardzo się zmienił...

- Ostatnio napomknęłaś, że zginął na froncie wschodnim.

- Tak. To znaczy...

Zapewne przypomniała sobie, że po uroczystości ku czci ofiar 20 lipca rozmawiałem z Bobbim, więc
tym razem powiedziała, jak było naprawdę.

- Nie zrozum mnie fałszywie - dodała śpiesznie - ale przyzwyczaiłam się do takiej wersji, że poległ,
co  w  pewnym  sensie  odpowiada  prawdzie.  Wówczas  wydawało  mi  się,  że  wobec  ludzi  ze  wsi,
a  zwłaszcza  wobec  dziecka,  lepiej  jest  uchodzić  za  wdowę  po  poległym  oficerze  frontowym.  Dla
mnie  i  tak  nie  miało  to  znaczenia,  liczyłam  się  z  tym,  że  nie  wróci,  staliśmy  się  sobie  już  trochę
obcy...

- Gestapo zostawiło cię w spokoju?

-  Na  szczęście,  tak.  Nie  licząc  wezwania  na  rozmowę,  która  zresztą  przebiegła  spokojnie.  Muszę
przyznać  nawet,  że  zachowali  się  bardzo  taktownie  i  zapewnili  mnie,  że  z  tego  powodu  nie  będę
miała żadnych przykrości. W każdym razie później już mi się nie naprzykrzali. Prawdę mówiąc, dziś
mogę  to  wyznać,  miałam  wtedy  romansik  z  pewnym  bardzo  wpływowym  człowiekiem...  To
z pewnością bardzo mi pomogło. Od czasu do czasu wizytował on szkołę podchorążych SS w Tölz
i  wtedy  odwiedzał  mnie.  Poznałam  go  w  Monachium.  Niekiedy  jeździłam  tam  na  party  do
przyjaciół...

- „Party” mówiło się trochę później, chyba od maja 1945...

- Słusznie - potwierdziła ze śmiechem. - Od kiedy wyzwolili nas Amerykanie!

Inspektor  szkoły  podchorążych  SS  ustąpił  wtedy  miejsca  kapitanowi  czy  majorowi  US  Military
Government.

- Właściwie zawsze dobrze się bawiłam, na szczęście nigdy nie miałam poważnych kłopotów. Tak
się wszystko układało, jak przepowiedział mi na bankiecie zaręczynowym w Breidenbacher Hof wuj
Hubert,  nasz  najlepszy  mówca  na  wszystkich  uroczystościach  rodzinnych.  Powiedział  wtedy:
„Będziesz  miała,  Margo,  życie  usłane  różami,  bo  jesteś  dzieckiem  szczęścia”.  W  tej  samej  chwili
z  butelki  szampana  niezręcznie  otworzonej  przez  kelnera  wystrzelił  w  górę  korek  prosto  w  klosz
lampy  i  na  stół  posypało  się  szkło.  Wuj  Hubert  od  razu  wykrzyknął:  „Widzisz,  moja  droga,  rozbite
szkło przynosi szczęście” i wszyscy uśmialiśmy się serdecznie...

background image

- Tej nocy było dużo potłuczonego szkła...

-  Tak,  mówiliśmy  już  o  tym,  była  to  właśnie  ta  „kryształowa  noc”...  Wuj  Hubert  w  swoim
przemówieniu  zrobił  nawet  jakąś  aluzję  do  tego.  Coś  w  tym  sensie:  „Jeśli  nawet  dziś  wszystko
rozpryśnie się na kawałki, niechaj was to nie martwi, bo do was należy świat!” Nie wiedzieliśmy, co
miał na myśli i dopiero w drodze do domu zobaczyliśmy tę niespodziankę.

- A wuj Hubert prócz tego, że był prorokiem, czym się zajmował?

-  Był  wyższym  urzędnikiem  administracji,  chyba  wiceprzewodniczącym  okręgu  regencyjnego  albo
kimś w tym rodzaju, ale nie skostniałym biurokratą, przeciwnie, zawsze miał świetny humor i mógł
dużo  wypić.  Po  przyjęciu  zaręczynowym  musieliśmy  co  prawda  trochę  go  podpierać,  mój  kuzyn
Jurgen  i  ja.  Okropnie  się  zataczał,  jak  statek  przy  dużej  fali,  a  przy  tym  śpiewał  na  całe  gardło
„Gaudeamus igitur...”

Zdumiewające,  pomyślałem,  jak  doskonale  pamiętała  to,  co  ją  bawiło,  zaś  wszystko  inne  zdołała
zapomnieć.  I  snuła  dalej  wspomnienia  o  wuju  Hubercie,  o  kuzynie  Jurgenie,  ciotce  Mimi  i  o  wielu
innych, nazwanych z imienia osobach, ale zauważyłem, że w tej relacji jedno imię nie padło ani razu
- jej męża straconego w 1944 roku w Plötzensee.
 

background image

14.
Od „Anschlussu” do „kryształowej nocy”

 

„Wierzę, iż wolą Boga było skierować stąd chłopca do Niemiec, dać mu dorosnąć i podnieść go do
godności  wodza  narodu,  by  mógł  on  przyłączyć  swój  kraj  rodzinny  do  Rzeszy.  Istnieje  wyższe
przeznaczenie, a my wszyscy jesteśmy tylko jego narzędziami...”

Było  to  ostatnie,  transmitowane  przez  radio  przemówienie  Führera,  które  musieliśmy  wysłuchać
w  auli  naszego  gimnazjum.  Tym  razem  chodziło  o  „wreszcie  spełnione  przyłączenie  Marchii
Wschodniej  do  Rzeszy”,  jak  Hitler  określił  dokonane  gwałtem  „przyłączenie”  (Anschluss) Austrii;
fakt, który Führera rodem z Dolnej Austrii, byłego  pomocnika  murarskiego,  sprzedawcę  pocztówek
i  mieszkańca  przytułku  dla  bezdomnych  zwanego  „Domem  Mężczyzn”,  przy  tym  triumfalnym
powrocie, wprawił w stan najwyższego uniesienia. Czuł się niczym wysłannik Boga, nie zapominając
jednak przy tym zelżyć pokonanego przeciwnika, austriackiego kanclerza Kurta Schuschnigga, nazwać
go „nędznym, wiarołomnym kłamcą” i „obłąkanym, zaślepionym człowiekiem”.

„W tym samym momencie, gdy 9 marca pan Schuschnigg złamał umowę, poczułem, że przemówił do
mnie głos opatrzności” - krzyczał do nas z głośników - „i to, co nastąpiło potem w ciągu trzech dni,
stało  się  też  możliwe  dzięki  spełnieniu  się  woli  opatrzności.  W  ciągu  trzech  dni  Pan  ich  pokonał..
A  mnie  w  dniu  zdrady  Wszechmocny  udzielił  łaski,  mocą  której  byłem  uprawniony  do  zespolenia
mojej ojczyzny z Rzeszą...”

13  marca  1938  roku  Schuschnigg  zamierzał  przeprowadzić  w  całej  Austrii  plebiscyt,  w  wyniku
którego  -  wszyscy  krajowi  i  zagraniczni  obserwatorzy  byli  co  do  tego  zgodni  -  znaczna  większość
głosujących opowiedziałaby się niewątpliwie za niezawisłością alpejskiej republiki.

Hitler  jednak  uprzedził  Schuschnigga,  wydając  swoim  siłom  zbrojnym  rozkaz  wkroczenia  i  aneksji
całej Austrii. W ślad za armią wtargnęły do austriackich miast i prowincji: gestapo, SD, formacje SS
„Totenkopf” oraz liczne „jednostki specjalne” wyszkolone w różnych formach terroru, propagandzie i
„ujednolicaniu”.  o  tym,  co  działo  się  dalej,  pisał  neutralny  obserwator,  amerykański  korespondent
William L. Shirer, przebywający w tym czasie w Wiedniu:

W  pierwszych  tygodniach  wiedeńscy  narodowi  socjaliści  zachowywali  się  gorzej,  niż  widziałem
gdziekolwiek  w  Niemczech.  Była  to  istna  orgia  sadyzmu.  Każdego  dnia  ściągano  wiele  Żydów  i
Żydówek, każąc im szorować ściany, na których znajdowały się plebiscytowe hasła Schuschnigga
oraz  czyścić  rynsztoki.  Ludzie  ci  pracowali  na  kolanach  pod  nadzorem  wyniośle  uśmiechniętych
bojówkarzy SA, zaś wokół gromadził się tłum i naigrawał się z tego. Setki Żydów, mężczyzn i kobiet
schwytanych  w  ulicznych  łapankach,  zmuszano  do  czyszczenia  szaletów  miejskich  oraz  klozetów
w  kwaterach  SA  i  SS.  Dziesiątki  tysięcy  uwięziono.  Mienie  tych  ludzi  konfiskowano  albo
rozkradano... W tych okolicznościach nietrudno było przewidzieć wyniki plebiscytu, wyznaczonego
przez  nazistowskie  kierownictwo  na  dzień  10  kwietnia  1938  roku  na  obszarze  całych  Niemiec  i
Austrii.  Hałaśliwa  propaganda  nazistowska,  terror  „jednostek  specjalnych”,  bezprzykładne
zastraszanie  ludności  masowymi  aresztowaniami  i  szerzący  się  w  związku  z  tym  zamęt  skłaniały
ludzi  zorientowanych  na  koniunkturę  do  opowiedzenia  się  za  nazistami  i  stworzyły  podstawy
triumfalnego  zwycięstwa  Führera.  Szeroko  upowszechniane  oświadczenie  wiedeńskiego
arcybiskupa  Innitzera,  w  którym  pochwalał  on  jednoznacznie  narodowy  socjalizm  i  zaleca,

background image

austriackim  katolikom,  by  głosowali  TAK,  wywołał  konsternację  wśród  ostatnich  uczciwych
chrześcijańskiej opozycji.

Ponadto  -  kończy  swoją  relację  Shirer  - Austriaccy wyborcy nie bez podstaw obawiali się, że ich
karty wyborcze będą kontrolowane. Tak się złożyło, że w dniu wyborów miałem wieczorem audycję
w  radio,  dokładnie  w  pół  godziny  po  zamknięciu  lokali  plebiscytowych,  gdy  zdążono  przeliczyć
niewielką zaledwie ilość głosów. Przed audycją usłyszałem od jednego z urzędników, narodowego
socjalisty, że 99% Austriaków głosowało: TAK. Prawie dokładnie tyle, ile potem oficjalnie podano
do wiadomości: 99,8% w Niemczech i 99,75% w Austrii.

10 kwietnia 1938 roku ja i moi koledzy z klasy maturalnej już od dziesięciu dni odbywaliśmy Służbę
Pracy, każdy i każda z nas w innych, rozrzuconych po wszystkich zakątkach Niemiec, obozach. Tego
dnia otrzymaliśmy żołd za pierwszą dekadę - dwie i pół marki.

Wysoki  przywódca  Służby  Pracy  zapewnił  nas  przed  odjazdem  z  Düsseldorfu,  że  czeka  nas  teraz
niezapomniane przeżycie: „przeżycie narodowej wspólnoty i pracy fizycznej na świeżym powietrzu
dla tej wspólnoty oraz przeżycie prawdziwego znaczenia krwi i ziemi...!”

Podobnie dęte przemówienie wygłosił do nas kierownik obozu, kiedy przebrani w brunatne mundury
z opaskami ze swastyką na rękawach i uzbrojeni w nowiutkie łopaty, przeznaczone tylko do defilady,
stanęliśmy przed nim do apelu.

- I zapamiętajcie sobie - powiedział na zakończenie - że tu wszyscy jesteście równi, czy to synowie
grafów  i  bankierów,  czy  zwykłych  robotników  albo  chłopów,  bo  to  jest  właśnie
narodowosocjalistyczna wspólnota ludowa.

Okazało  się  jednak,  że  niektórzy  byli  trochę  „równiejsi”  od  innych,  bo  w  minutę  później
usłyszeliśmy:

- Aburenci trzy kroki wystąp!

Było tylko dwóch abiturientów wśród prawie trzystu ludzi w obozie, a nawet i my dwaj zostaliśmy
różnie zakwalifikowani, kiedy szef obozu obrzucił nas krótkim spojrzeniem. Mój kolega, który - jak
się dowiedziałem - miał na imię Peter i nosił okulary z grubymi soczewkami, został od razu nazwany
„profesorem”,  podczas  gdy  ja  zostałem  zwykłym  „aburentem”.  Szef  obozu,  oberfeldmeister
Kamesaska,  chudy  Niemiec  bałtycki  o  orlim  nosie  i  wąskich  ustach,  którego  pierś  zdobiły  liczne
ordery,  przez  sześć  miesięcy,  to  jest  do  końca  naszej  służby,  twardo  trzymał  się  nadanych  nam
przezwisk. Nie chciał zapamiętywać nazwisk.

-  Wy  Kanaki,  „aburent”  i  „profesor”,  zameldować  się  jutro  rano  u  mnie,  dla  was  mam  specjalne
zadanie... Do szeregu, głupki! Caaałość - baczność!

Już  miał  zamiar  powiedzieć:  rozejść  się,  ale  jeden  z  junaków  zagadał  się  z  kolegą  stojącym  z  tyłu
i nie wykonał w porę komendy: baczność!

Oberfeldmeister  Kamesaska  wpadł  we  wściekłość.  Ryknął  tak  głośno,  że  aż  szyby  w  baraku
zabrzęczały.

- Czyście zwariowali?! Przeklęta hołoto! - I popłynął potok wyszukanych niemieckich, rosyjskich i,
być może, łotewskich przekleństw, a potem pogonił nas wzdłuż i wszerz rozległego placu, kazał się

background image

czołgać  po  żwirze  i  padnij,  i  powstań,  i  przysiad,  i  marsz,  aż  spoceni,  zadyszani,  wykonaliśmy
w końcu rozkaz poprawnie.

-  Jeszcze  mnie  poznacie,  wy  łajdackie  Kanaki!  -  zakomunikował  na  zakończenie  i  pozwolił  się
rozejść.

Nazajutrz  rano,  kiedy  junacy  Służby  Pracy  odmaszerowali  ze  śpiewem  do  „wykopków”,  to  znaczy:
do usuwania za pomocą łopat, motyk i siekier karczów na ogromnym, wypalonym terenie, Peter i ja
czekaliśmy z mieszanymi uczuciami na zapowiedziane „specjalne zadanie”. Byliśmy mile zaskoczeni,
gdy oberfeldmeister Kamesaska najpierw zapytał, czy umiemy czytać mapy i obchodzić się z taśmą
mierniczą.

Odpowiedzieliśmy  ochoczo,  że  tak,  mając  już  przed  oczyma  wielkie  karczowisko,  które  przyjdzie
nam  wymierzyć  i  nanieść  na  mapę  sztabową.  Okazało  się  jednak,  że  zadanie,  jakie  nam  przypadło,
było  jeszcze  pilniejsze.  Chodziło  mianowicie  o  zaprojektowanie,  wytyczenie  w  terenie  oraz
obliczenie ilości materiałów potrzebnych do zbudowania drogi dla rowerzystów.

Droga  miała  prowadzić  z  obozu  do  domu  szefa,  odległego  o  pół  godziny  marszu,  a  stamtąd  do
najbliższego  przystanku  kolejki  okrężnej  -  prawie  dwie  godziny  na  piechotę  –  i  przecinać  teren
w linii prostej, na przełaj przez łąkę, piaski, odcinkami przez las świerkowy. Obóz nasz znajdował
się  bowiem  w  nie  zagospodarowanej  i  nie  zamieszkanej  okolicy  Meklemburgii,  przy  wschodniej
odnodze Müritz.

-  Droga  dla  rowerzystów  musi  być  „picobello”!  Ile  czasu  trzeba  wam,  Kanaki,  na  zrobienie
pomiarów i obliczeń? - zapytał oberfeldmeister, zleciwszy nam to zaszczytne zadanie.

Peter odpowiedział z miejsca:

- To potrwa tygodnie, panie oberfeldmeister, jeśli ma być „picobello”!

Kiwnął głową. I tak następne miesiące spędziliśmy na planowaniu drogi dla rowerzystów o długości
13,333  kilometra.  Biegła  ona  -  naturalnie  tylko  na  papierze  -  prosto  jak  strzelił  od  obozu  do
przystanku  kolejki,  omijając  jedynie  bagnistą,  porośniętą  trzciną  odnogę  Müritz  i  miała  być
zbudowana  na  solidnym  podłożu  ze  żwiru  i  z  nawierzchnią  z  szutru  ze  smołą,  a  na  poboczach,
w  odległości  metra  od  pasma  drogi,  przewidzieliśmy  rabaty  z  żółtych  i  fioletowych  bratków,  które
też uwzględniliśmy w projekcie.

Dla  mnie  i  dla  Petera  było  to  piękne,  wypoczynkowe  lato.  Najczęściej  wylegiwaliśmy  się  gdzieś
poza  zasięgiem  wzroku  szefów,  w  miejscu  zacisznym,  obok  nas  leżały  mapy,  zeszyty,  bloki
rysunkowe, suwak logarytmiczny, linijki i ołówki. Początkowo nie miałem odwagi korzystać w tym
czasie  z  kąpieli  i  popływać,  ponieważ  oberfeldmeister  Kamesaska  od  czasu  do  czasu  wysyłał
któregoś  z  zastępców  dla  skontrolowania  postępów  naszej  pracy.  Wkrótce  nauczyliśmy  się
koegzystowania z tymi „zbirami”, jak mówił o nich Peter, „na bazie” butelki pilznera za każdorazowe
„przymrużenie oka”.

W  taki  oto  sposób  staliśmy  się  znakomitymi  znawcami  ubogiej  flory  i  bogatej  fauny  Meklemburga,
w tym zwłaszcza ptaków błotnych i wodnych. Peter znał się na tym. Miał zamiar studiować zoologię
i napisać pracę doktorską o czaplach siwych.

Plan drogi właściwie dawno zrobiliśmy i była ona niewątpliwie „picobello”, ale wisiała nad nami

background image

groźba  wykonania  pomiarów  bezkresnego,  zdawało  się,  karczowiska  po  wypalonym  lesie.  Na
szczęście  „profesorowi”  udało  się  przekonać  oberfeldmeistra  Kamesaskę,  że  należałoby  jeszcze
przewidzieć  oświetlenie  drogi,  co  samo  w  sobie  byłoby  już  drobną  sprawą,  zważywszy  na  fakt,  że
wkrótce  jego  dom,  a  potem  obóz,  miały  być  podłączone  do  sieci  elektrycznej.  Dzięki  temu
pomysłowi mogliśmy resztę czasu, jaki pozostał nam do zakończenia Służby Pracy, spędzać nadal na
sporządzaniu planu.
 

Kiedy  po  latach  znów  spotkałem  Petera,  stwierdziłem,  że  prawie  się  nie  zmienił.  Owszem,  skronie
mu posiwiały, włosy przerzedziły się, miał zmarszczki i nie był tak opalony jak dawniej. Ale w jego
oczach tlił się i teraz ów szelmowski błysk, jak wówczas w 1938 roku, gdy przekonywał Kamesaskę
do pomysłu oświetlenia drogi dla rowerzystów.

Było  to  w  lecie  1981  roku.  Spotkaliśmy  się  przypadkowo  w  Marburgu.  Miał  tam  odczyt.
Mieszkaliśmy w tym samym hotelu i wspólnie spędziliśmy wieczór. Co prawda nie został zoologiem,
lecz architektem, ale od niedawna rzeczywiście był profesorem.

- Widzisz, Kamesaska od razu poznał się na tobie...

- Ja na nim też - odpowiedział Peter. - Typ prawdziwego lancknechta nieprzydatnego dla pokoju, leń
i brutal.

- Kamesaska był „picobello”, w każdym razie dla nas. Powinniśmy mu być wdzięczni...

- Jego zastępcy też, pamiętasz go? Feldmeister Wondraschek, „doskonały aryjczyk”, wysoki, poruszał
się  okropnie  i  smarował  włosy  funtami  brylantyny.  W  cywilu  chyba  był  alfonsem.  Czasem
przychodził  do  nas  na  kontrolę,  a  po  dwu  butelkach  pilznera  pisał  w  raporcie  pochlebną  opinię
o naszej niestrudzonej działalności. Pamiętasz?

Teraz przypomniałem sobie, że Wondraschek wygłaszał dla nas pogadanki „światopoglądowe”, które
były  tak  ważne,  że  nawet  my,  mierniczowie  drogi  dla  rowerzystów,  nie  byliśmy  zwalniani  od  ich
wysłuchania. Ale te zajęcia i tak odbywały się zwykle wtedy, kiedy na dworze lało.

Wondraschka nazywaliśmy „aryjczykiem doskonałym”, ponieważ jego konikiem była „wyższość rasy
aryjskiej”.  Jako  najdoskonalszych  przedstawicieli  tej  rasy  wymieniał  „ludzi  nordyckich”,  zaś  dla
przybliżenia nam owej elity panów metodą poglądową wskazywał nam oberfeldmeistra Kamesaskę,
Niemca  bałtyckiego,  wielokrotnie  odznaczonego  uczestnika  „korpusu  ochotniczego”  oraz  siebie
osobiście.

-  „Bohaterskie  typy  jak  my”,  tak  to  określał,  mając  na  myśli  Kamesaskę  oraz  innych  doskonałych
„aryjczyków”  i  skrajne  ich  przeciwieństwo,  czyli:  „żydowscy  podludzie”,  „semicko-bolszewicka
finansjera”,  „Einsteinowie  i  Mandelstammowie”.  Profesora  Alberta  Einsteina  znał  tylko
z podręcznika jako „Żyda od względności”, ale z panem Mandelstammem miał chyba ostre starcie i
źle na tym wyszedł, ponieważ przy każdej prelekcji obrzucał go najgorszymi wyzwiskami.

- Trzecim w tej lidze - przypomniał Peter - był unterfeldfebel Perkuleit, złośliwy karzeł z krzywymi
nogami i wąsikiem à la Hitler. Nawet Wondraschek nie mógł nazwać tego perfidnego denuncjatora
i lizusa „nordyckim” bohaterem.

Prawie  o  nim  zapomniałem,  dopiero  Peter  odświeżył  mi  pamięć:  pewien  junak  ze  Służby  Pracy

background image

ostrzegł  nas  przed  Perkuleitem.  Powiedział,  że  dwa  lata  wcześniej,  nim  został  führerem  Służby
Pracy,  szpiclował  w  fabryce  i  wielu  ludzi  wydał  gestapo.  Wtedy  Perkuleit  był  jeszcze
administratorem obozu.

-  Tak,  z  takimi  ludźmi  jak  Wondraschek  i  Perkuleit  mogli  Hitler  i  Goebbels  urządzić  „kryształową
noc” - powiedziałem.

-  To  niezupełnie  tak.  Co  prawda  wykonawcami  były  tego  rodzaju  typy,  ale  ani  Wondraschek,  ani
Perkuleit  czy  Kamesaska  nie  potrafiliby  starannie,  na  zimno,  aż  po  najdrobniejsze  szczegóły
zaplanować, przygotować i w całych Niemczech naraz „wyzwolić” rzekomo spontaniczny „wybuch
gniewu ludu”. To organizowali ludzie zupełnie innego pokroju. Czy pamiętasz mego kuzyna Klausa-
Güntera?

Spojrzałem  na  niego  zdziwiony.  Co  kuzyn  Petera  miał  wspólnego  z  pogromem  w  dniu  9  listopada
1938 roku?

Pamiętałem  kuzyna  mego  przyjaciela.  Odwiedził  nas  kiedyś  w  obozie  w  Meklemburgu  i  zabrał  nas
wtedy samochodem do Neustrelitz na kawę z ciastkami. Później gościł nas u siebie w Berlinie dwa
czy  trzy  razy,  dokąd  wolno  nam  było  jeździć  na  krótkie  urlopy  pod  koniec  tygodnia.  Kuzyn  Petera,
wysoki,  płowowłosy  hamburczyk,  miał  wtedy  około  trzydziestki,  ubierał  się  bardzo  elegancko
i  zważał  na  maniery.  Studiował  prawo  i  jak  pamiętam,  mówiąc  o  swojej  „firmie”,  narzekał,  że
zabierała mu wiele czasu.

Kiedy  spotkaliśmy  się  po  raz  drugi  w  Berlinie,  zastaliśmy  u  niego  „kolegę  z  firmy”,  któremu
towarzyszyła - ku memu ogromnemu zdziwieniu - moją kuzynka Gudrun. Powiedziałem wtedy coś o
„dziwnym  przypadku”  i  serdecznie  przywitałem  się  z  nią,  ale  kuzyn  Petera  skorygował  mnie,
mówiąc,  że  jego  „firma”  nigdy  nie  zdaje  się  na  przypadek.  „W  przeciwnym  razie  dawno  już
splajtowalibyśmy”, dodał ze śmiechem.

Wybraliśmy  się  w  pięcioro  do  eleganckiej  kawiarni  z  dancingiem,  na  Kurfürstendammie,  a  kiedy
Peter  i  ja  chcieliśmy  się  po  godzinie  21  pożegnać,  żeby  zdążyć  na  ostatni  pociąg  do  Meklemburga,
kuzyn Petera był tak uprzejmy, że oddał do naszej dyspozycji swój samochód. Dzięki temu mogliśmy
zostać z nimi nieco dłużej, a potem szofer podwiózł nas do Neustrelitz akurat o właściwej porze, by
złapać ostatni pociąg.

-  Firma  mego  kuzyna  -  powiedział  Peter  -  to  był  Urząd  Bezpieczeństwa  Rzeszy.  Klaus-Günter
podlegał  bezpośrednio  Richardowi  Heydrichowi.  A  Heydrich,  szef  SD,  gestapo  i  całej  policji,
zorganizował wtedy wraz ze swymi współpracownikami „kryształową noc”. Zaplanowali wszystko,
po  najdrobniejsze  szczegóły  -  sam  mi  kiedyś  opowiadał,  że  zamach  na  sekretarza  ambasady
niemieckiej w Paryżu posłużył za pretekst do od dawna przygotowywanej akcji.

W  dniu  7  listopada  1938  roku  Herszel  Grynszpan,  Żyd,  uciekinier,  zastrzelił  w  Paryżu  członka
niemieckiej  ambasady  w  odwet  za  to,  co  robiono  z  Żydami  w  Niemczech.  Rodzice  zamachowca
zostali wcześniej wysłani w bydlęcych wagonach do Polski wraz z tysiącami innych polskich Żydów,
którzy mieszkali w Niemczech.

Kierownictwo nazistowskie postanowiło więc wystartować wieczorem 9 listopada do zaplanowanej
akcji, łącząc ją z dorocznymi uroczystościami ku czci ofiar nieudanego puczu hitlerowskiego w 1923
roku w Monachium. W dniach 8 i 9 listopada 1938 roku Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy przystąpił do

background image

ostatnich  przygotowań.  Dalekopisami  przekazano  rozkazy  do  wszystkich  kierowniczych  komórek
gestapo i SD.

Treść  rozkazu  brzmiała  następująco:  „Wolno  podejmować  tylko  takie  środki,  które  nie  spowodują
zagrożenia  życia  i  mienia  Niemców,  na  przykład:  pożary  tylko  tam,  gdzie  nie  zagrożą  otoczeniu;
sklepy  i  mieszkania  Żydów  mogą  być  dewastowane,  lecz  nie  plądrowane;  policja  nie  powinna
przeszkadzać odbywającym się demonstracjom; należy aresztować tylu Żydów - zwłaszcza bogatych
- ilu można pomieścić w aresztach. Po przeprowadzeniu aresztowań należy bezzwłocznie nawiązać
kontakt z właściwymi obozami koncentracyjnymi w celu możliwie najszybszego umieszczenia w nich
Żydów...”

We  wszystkich  miejscowościach  Rzeszy  Wielkoniemieckiej  powołano  specjalne  sztaby.  Gestapo
dostarczyło  przygotowane  spisy  prywatnych  mieszkań,  sklepów,  domów,  szkół  oraz  innych
żydowskich  placówek.  Bojówki  SA  i  SS  oraz  miejscowe  organizacje  Hitlerjugend  otrzymały
instrukcje,  w  myśl  których  należało  z  każdej  jednostki  wybrać  ludzi  nadających  się  do  „akcji”.
Powinni  oni  stawić  się  w  uprzednio  wyznaczonych  miejscach,  ale  nie  w  mundurach,  tylko  w
„cywilnych  łachach”.  Narodowosocjalistyczny  Korpus  Zmotoryzowany  (NSKK)  miał  dostarczyć
samochody,  kierowców  i  łączników  na  motocyklach,  później  również  ciężarówki  do
przetransportowania  aresztowanych.  Straż  pożarna  zobowiązana  została  do  udostępnienia  siekier,
kilofów i innych narzędzi odpowiednich do akcji niszczenia, a prócz tego do wytypowania niektórych
„odpowiedzialnych” 

funkcjonariuszy, 

których 

zadaniem 

było 

kierowanie 

podpalaczami,

a równocześnie nie dopuszczenie, by ogień przerzucił się na pobliskie budynki. W ciągu 9 listopada
włączano  stopniowo  coraz  większy  krąg  nazistowskich  funkcjonariuszy  i  współpracowników  do
planowanej  „akcji”.  Natomiast  ludność  -  rzekomo  powodowana  pragnieniem  zemsty  i  gotowa  do
„spontanicznej reakcji”, wiedziała o tym, co się ma wydarzyć równie mało jak same ofiary. Co się
tyczy ofiar to zostały one już trzy tygodnie wcześniej - Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy i to uwzględnił
w  swoich  planach  -  zobowiązane  pod  groźbą  najostrzejszych  kar  do  oddania  wszelkiej  posiadanej
broni:  palnej,  kłującej,  siecznej,  etc.,  aby  wykluczyć  jakikolwiek  opór  przy  realizacji  tak  starannie
opracowanego programu „akcji”.

Planiści i ich najbliżsi współpracownicy, wśród nich kuzyn Petera, Klaus-Günter, oraz moja kuzynka
Gudrun, przygotowali nawet wzory meldunków, jakie miały napłynąć z całej Rzeszy. Wystarczyło, by
po  zakończeniu  pogromu  gestapo  i  SD  naniosły  tylko  liczby:  zdewastowanych  mieszkań:...,
zniszczonych  sklepów:...,  inne  zniszczenia:...,  szkody  rzeczowe  szacunkowo  łącznie  marek:...,
podpalonych  synagog:...,  całkowicie  zdemolowanych:...,  ofiar  śmiertelnych:...,  rannych:...,
aresztowanych:...,  Żydów  -  mężczyzn  skierowanych  do  obozu  koncentracyjnego:...,  innych
wypadków:...

- Wszystko było doskonale przygotowane - powiedział Peter.

- Kiedy twój kuzyn opowiedział ci o tym?

-  Mniej  więcej  w  sześć  tygodni  po  fakcie.  Podczas  ferii  Bożego  Narodzenia  byliśmy  na  nartach  w
Obersdorf  w  Allgäu.  Klaus-Günter  też  przyjechał  na  kilka  dni  z  Berlina.  Wieczorem  siedzieliśmy
razem, było nas pięcioro czy sześcioro: kuzynki, kuzyni, moi rodzice i ja. Rozmowa zeszła na „noc
kryształową”.  Wszyscy,  z  wyjątkiem  Klausa,  byli  oburzeni  na  tak  bezprzykładną  nikczemność.
Mojego  ojca  zwłaszcza  oburzało  demolowanie  i  podpalanie  synagog.  Ja  też  coś  powiedziałam
o ohydnej brutalności i tchórzostwie tych bandyckich grup, które w czterech, pięciu ludzi napadały na

background image

pojedynczych starców i na rodziny z małymi dziećmi...

- A widziałeś coś na własne oczy?

- Tak - odpowiedział. - Wracałem do domu późnym wieczorem i nagle zobaczyłem, że kilku facetów
okłada  jednego  człowieka,  aż  w  końcu  ten  upadł,  a  wtedy  oni  zaciągnęli  go  na  jezdnię  i  ułożyli  na
szynach tramwajowych.

Leżał na zakręcie w dość słabo oświetlonym miejscu. Zabrałem go stamtąd, i z pomocą policjanta,
który  akurat  przechodził  ulicą,  doprowadziłem  do  szpitala.  Był  to  stary,  siwy  mężczyzna,  jakiś
adwokat. A idąc do domu, spotkałem kobietę z dwojgiem małych dzieci, miała na sobie tylko płaszcz
narzucony na koszulę nocną. Widziałem ich przerażenie. Kiedy się zbliżyłem, krzyknęła: „Dlaczego
pan  nas  bije?  Przecież  nic  nie  zrobiliśmy...!”  Zaproponowałem,  żeby  weszła  do  naszego  domu,  ale
ona,  niespokojna  o  męża,  wolała  wrócić  do  własnego  mieszkania.  Opowiedziałem  wówczas  to
zdarzenie,  a  mój  kuzyn  na  to:  „Przestańcie  się  zgrywać;  Przecież  to  są  błahostki...  Trzeba  widzieć
ważne  zależności  historyczne  i  polityczno-państwową  konieczność.  Wraz  z  Marchią  Wschodnią  i
Sudetami  dostaliśmy  prawie  pół  miliona  Żydów,  a  to  są  pasożyty!  Lepsza  jest  jednorazowa
bezwzględność  niż  trwająca  sto  lat  walka  narodowościowa.  Poza  tym  Żydzi  mają  grubą  skórę.
Niektórzy  do  tej  pory  jeszcze  nie  zrozumieli,  że  było  to  ostatnie  ostrzeżenie...”  Później  chełpił  się
wspaniałym  przygotowaniem  wszystkiego:  „najlepsza  sztabowa  robota”,  powiedział  i  chwalił
„genialny  pomysł”  Hermanna  Göringa,  że  za  powstałe  straty  Żydzi  zapłacą  sami.  „Muszą  wybulić
miliard  marek!  Inaczej  nie  wypuścimy  bogatych  Żydów,  którzy  podczas  »akcji«  trafili  do  kacetów.
Pomyślcie  tylko,  miliard!  Bardzo  nam  teraz  potrzebny!  Zbudujemy  za  to  Wał  Zachodni.  Czy
rozumiecie, jak pożyteczna była ta »akcja«?

- I co się z nim stało?

- Przeżył wojnę. Amerykanie skazali go potem na karę długoletniego więzienia, ale w 1950 był już na
wolności. Otrzymuje nawet państwową emeryturę, bo pod koniec wojny awansował na generała SS.
Mieszka gdzieś koło Bodensee. Nie utrzymuję z nim kontaktu.

- A po wojnie, czy rozmawiałeś z nim jeszcze o jego ówczesnej „firmie” i o tym co tam robił?

-  Tak,  ale  jeśli  myślisz,  że  okazał  jakiekolwiek  zrozumienie  czy  poczucie  winy,  to  się  mylisz...
Spotkałem  go  raz  na  początku  lat  sześćdziesiątych  i  to  przypadkowo  w  dniu  9  listopada.
Przypomniałem mu o tym. Wcale nie był zażenowany. „Z mojej ręki nikomu włos nie spadł z głowy -
powiedział  -  a  w  tę  rasową  hecę  przecież  i  tak  nikt  z  nas  nie  wierzył.  Byliśmy  tylko  trybikami
wielkiej maszyny, ważnymi trybikami, pewnie, ale w gruncie rzeczy nie robiliśmy nic innego niż to,
co  robi  każdy  oficer  sztabu  generalnego...”  Powiedział  mi,  że  obecnie  jest  w  kierownictwie
wielkiego  przedsiębiorstwa  przemysłowego  i  dodał:  „Fachowcy  są  zawsze  potrzebni”,  i  jeśli  o  to
chodzi, to pewnie miał rację...

Zamilkliśmy obaj. Każdy zagłębił się we własnych myślach.

Potem Peter powiedział: - Wyobraź sobie, że zachował staroświecką, złotą papierośnicę. Pokazał mi
ją,  nim  podjechał  jego  szofer.  „Kobiecie,  do  której  to  należało,  wystarałem  się  jeszcze  w  czasie
wojny o wizę wyjazdową. To mogło mnie kosztować głowę. Jak widzisz, nie byliśmy nieludzcy...”
Na  wieczku  papierośnicy  wygrawerowane  były  słowa:  „Na  pamiątkę  porucznikowi  Helmutowi
Lilienfeldowi”  czy  coś  w  tym  rodzaju,  a  dalej  data  urodzenia,  pułk  i  dzień,  w  którym  poległ  „za

background image

ukochaną Ojczyznę”... To mnie dobiło...

- Dziwi mnie, że przechowywał tę papierośnicę, i że ci ją pokazał.

-  Myślę  -  powiedział  Peter  ze  ściągniętymi  ustami,  jak  wówczas,  gdy  pojawił  się  feldmeister
Wondraschek, żeby nas skontrolować i trzeba było przekupić go dwiema butelkami pilznera - a nawet
jestem  przekonany,  że  mój  kuzyn  Klaus-Günter  nie  tylko  uważa,  że  postąpił  odważnie,  ale
i  przyzwoicie,  wręcz  szlachetnie  i  dlatego  nosi  zawsze  przy  sobie  etui,  niejako  namacalny  tego
dowód. Bo przecież uratował życie tej kobiecie nie dla zdobycia papierośnicy. Papierośnicę mógł po
prostu  zatrzymać,  a  właścicielkę  wysłać  potem  do  Oświęcimia.  Nie,  powód  był  zupełnie  inny:
przede wszystkim nie chodziło o jakąś anonimową ofiarę, ale o żywego człowieka, który stał przed
nim.  W  jakiś  sposób  udało  się  tamtej  kobiecie  dotrzeć  do  niego  i  porozmawiać.  Wtedy  zapewne
pokazała mu papierośnicę swego poległego męża na dowód, że była wdową wojenną. No i pomógł
jej, zatrzymał tylko papierośnicą, na pamiątkę własnej przyzwoitości...

- Możliwe - odpowiedziałem z powątpiewaniem.

-  Na  pewno.  Ja  go  znam  lepiej.  Typy  pokroju  mego  kuzyna  zdolne  są  z  zimną  krwią  mordować
dziesiątki  tysięcy  ludzi,  ale  zza  biurka,  rozkazem  przekazanym  dalekopisem,  oznaczonym  numerem
porządkowym, datą i informacją, czego dotyczy. Wtedy mają wysokie mniemanie o własnym talencie
organizacyjnym  i  zdolnościach.  Ale  nie  myśl,  że  Klaus-Günter  zdobyłby  się  na  pobicie  do  utraty
przytomności starego człowieka i zaciągnięcia go na tory tramwajowe albo że maltretowałby kobiety
i  małe  dzieci  wypędzał  na  ulicę.  Jestem  pewien,  że  z  trudem  przyszłoby  mu  zdemolowanie  nawet
pustego  mieszkania,  nie  mówiąc  już  o  plądrowaniu  czy  podpalaniu  synagogi.  Owszem,  wydawać
rozkazy z daleka, to mógł robić, ale wykonanie rozkazów on i jemu podobni pozostawiają hołocie...
Przecież wiadomo, że zawsze i wszędzie znajdą się ludzie gotowi do każdej niegodziwości. A wtedy
nawet  najgorsze  oprychy  i  mordercy  mogli  się  wyładować  zupełnie  bezkarnie.  Policja  miała  nakaz
ochraniania  przestępców  i  nie  zważania  na  ofiary.  Wiem  o  tym  od  wachmistrza,  który  pomagał  mi
przenieść rannego do szpitala. Bardzo się bał, że zostanie za to ukarany! Sądy też nie mogły się do
tego mieszać, a ileś tysięcy ludzi z SA, SS i z NSKK uczyniono wspólnikami właściwych oddziałów
uderzeniowych.  Nawet  Hitlerjugend  została  wciągnięta  do  plądrowania  synagog  i  bezczeszczenia
żydowskich cmentarzy...

- Niektórzy robili to zapewne ochoczo, nie sądzisz?

Zaprzeczył ruchem ręki.

-  Przecież  nie  o  to  chodzi!  Nigdy  nie  doszłoby  do  tego,  gdyby  nie  było  nakazu  „z  góry”,  gdyby
pierwszorzędni  fachowcy,  większość  z  nich  z  akademickim  wykształceniem,  nie  zorganizowali
wszystkiego tak doskonale, że „akcja” „zgodnie z planem” i „nagle” - to określenie szczególnie sobie
upodobali  -  mogła  być  przeprowadzona  równocześnie  w  całej  Rzeszy.  Młodzi  „panowie”  w
Urzędzie Bezpieczeństwa tym sobie rąk nie brudzili. Siedzieli w swoich biurach, rozwiązywali tam
„politycznie  konieczne”  zadania,  dyktowali  dalekopisy,  sygnowali  listy  ofiar  i  rozkazy
wprowadzania do akcji... - jak mój kuzyn Klaus-Günter...

- A  córki  z  zamożnych,  mieszczańskich  rodzin  pomagały  im  w  tym.  Dobrze  ubrane,  siedziały  przy
maszynach  w  białych  bluzkach  i  przepisywały  na  czysto  wykazy  nazwisk  ofiar...-  ważna  służba  dla
Führera, narodu i ojczyzny.

background image

 

background image

15.
U blondynki Katrein

 

Tej nocy źle spałem. Nie mogłem oderwać się myślą od spraw, o których rozmawialiśmy z Peterem.

Mówiliśmy też o przyjemnych rzeczach, śmialiśmy się i opróżniliśmy przy tym niejedną butelkę wina,
a przed pożegnaniem umówiliśmy się znów na spotkanie i cieszyłem się na nie już teraz.

Ale  kiedy  położyłem  się  do  łóżka,  zaczęły  mnie  dręczyć  wspomnienia  głośnego  stukotu  siekiery,
trzasku  rozłupywanego  drewna,  przeraźliwych  krzyków,  a  wszystko  to  razem  przy  absurdalnym
akompaniamencie muzyki z ryczącego na cały regulator gramofonu...

Właśnie tak utrwalił mi się w pamięci ów późny wieczór 9 listopada 1938 roku.
 

W  tym  samym  czasie,  kiedy  ja  odbywałem  Służbę  Pracy,  moi  rodzice  przeprowadzili  się.
Zajmowaliśmy  teraz  mniejsze  mieszkanie  na  trzecim  piętrze  nowego  domu  w  północnej  części
miasta.  Tego  wieczoru  byliśmy  sami,  moja  matka  i  ja.  Przed  kilkoma  dniami  wróciłem  z
Meklemburga,  a  1  grudnia  miałem  rozpocząć  służbę  w  lotnictwie.  Rozmawialiśmy  o  tym,  ja
naturalnie  opowiadałem  o  Służbie  Pracy,  o  Peterze  i  o  sobie,  czyli  o  dwu  „aburientach”,  którym
przez  sześć  miesięcy  dane  było  projektować  drogę  dla  rowerzystów  z  kwietnymi  rabatami  i  z
elektrycznym oświetleniem.

-  Myślałam,  że  musieliście  tam  ciężko  pracować,  a  tu  wydaje  się,  że  pracy  w  ogóle  nie  było
w programie - powiedziała matka.

- Nie, ale uczono nas tam wielu innych rzeczy: zaścielania łóżek „pod kant” przy pomocy kawałków
tektury, rozmaitych trików dla zmylenia zwierzchników, mieliśmy ćwiczenia z łopatami, których nie
wolno było używać do innych celów i naturalnie zajęcia z „teorii rasy”.

Później  matka  poszła  spać,  a  ja  jeszcze  czytałem.  O  godzinie  23  miałem  zamiar  posłuchać
wiadomości z Londynu, ale nic z tego nie wyszło.

Początkowo  nie  zwracałem  uwagi  na  głuche  odgłosy  dochodzące  zza  ściany.  Ponieważ  jednak
powtarzały  się,  odłożyłem  książkę  i  wyszedłem  do  przedpokoju.  Otworzywszy  drzwi  na  korytarz,
usłyszałem wyraźnie głuche uderzenia siekierą, trzask rozbijanego drewna i brzęk tłuczonego szkła.

Z  sąsiednich  drzwi  wyszła  kobieta.  Sąsiadka,  której  jeszcze  nie  zdążyłem  poznać;  była  blada
i wydawała się wylękniona.

- Na litość boską, przecież tego nie wolno robić - wyszeptała.

Zapytałem, o czym mówi. Zawahała się przez chwilę i cicho powiedziała:

- Na parterze mieszkają Żydzi...

Zbiegłem  po  schodach.  Przystanąłem  na  ostatnim  podeście  oniemiały  na  widok  tego,  co  się  tam
działo:  drzwi  jednego  z  dwu  parterowych  mieszkań  były  otwarte.  Podłoga  w  przedpokoju  usiana
odłamkami rozbitego, dużego lustra, a pośrodku leżała porąbana komoda.

background image

Z  głębi  mieszkania  dochodziło  skrzypienie  przesuwanej  szafy,  prawdopodobnie  wypełnionej
naczyniami  i  szkłem,  która  po  chwili  runęła  z  przeraźliwym  łoskotem.  I  znów  walenie  siekierą.
Kawałki  porąbanych  sprzętów,  pierze,  podarte  szmaty  leciały  aż  na  klatkę  schodową. A  przez  ten
rumor słychać było gramofon ryczący na cały głos szlagierową piosenkę: „Pod Złotą Gęsią u Katrein
blondynki, tam chłopcy w tańcu całują dziewczynki, u Katrein blondynki, tam...”

Nagle usłyszałem krzyk, a zaraz potem drugi raz głos dziecka w panicznym strachu. Gramofon ryczał
dalej. Przez chwilę zastanawiałem się, co robić, spojrzałem w górę z nadzieją, że znajdzie się ktoś,
kto poszedłby tam ze mną. Ale zobaczyłem tylko sąsiadkę przechyloną przez poręcz schodów.

- Niech pani szybko wezwie pogotowie policyjne - krzyknąłem do niej, ale ona pokręciła głową.

- Policja stoi przed bramą - odpowiedziała na tyle głośno, że mogłem ją usłyszeć. Wtedy zobaczyłem
moją matkę. Zeszła w szlafroku na pierwsze piętro, była bardzo zdenerwowana.

- Na co czekasz? - zapytała. - Boisz się?

- Nie - skłamałem.

- No to chodźmy...

Zeszłą ze schodów.

- Zostań! - zawołałem. - Zostań na górze!

Zbiegłem na parter i pchnąłem drzwi, otwierając je na oścież.

Zobaczyłem  poprzewracane  i  chyba  młotem  kowalskim  porozbijane  szafy,  połamane  krzesła,  stoły
i  inne  meble,  pocięte  obicia  foteli,  poduszki,  podarte  firanki  i  sterty  potłuczonej  porcelany  i  szkła.
Z któregoś pokoju, jeszcze nie wiedziałem, z którego, dochodził ryk gramofonu: „Pod Złotą Gęsią u
Katrein blondynki...”

Jakiś chłopak w brązowych butach z cholewami, w bryczesach i w pulowerze pakował właśnie do
worka duży, srebrny świecznik. Inny, też „po cywilnemu”, rozcinał nożem do krajania chleba obraz
olejny, wiszący na ścianie.

- Zwariowaliście, przeklęta hołoto?! - ryknąłem.

Na  szczęście  rabusie  byli  prawie  w  moim  wieku,  mieli  po  siedemnaście,  osiemnaście  lat  i  nie
wyglądali  na  zbyt  silnych,  a  ja  przez  zaskoczenie  miałem  nad  nimi  przewagę;  nie  słyszeli,  kiedy
wszedłem  do  pokoju.  Mój  głos,  którego  siłę  często  ćwiczyłem  w  terenie  podczas  wytyczania  drogi
dla  rowerzystów,  najwidoczniej  zrobił  na  nich  wrażenie.  Chłopak  w  pulowerze  czym  prędzej
odstawił  na  bok  srebrny  świecznik  i  patrzył  na  mnie  wyczekująco.  Drugi  odszedł  od  obrazu
i zawołał: „Truppführer! Tu jest jeden...”

Muzyka ucichła, drzwi otworzyły się gwałtownie i z sypialni wyszedł facet, miał około dwudziestu
pięciu lat, był wysoki, barczysty, ubrany w granatową monterską bluzę, jedną rękę trzymał w kieszeni
spodni.

-  Czegóż  pan  tu  chce?  -  zapytał,  robiąc  krok  do  przodu.  Za  jego  plecami  zobaczyłem  wystraszoną
twarz i coś jasnego przemknęło obok nas do drzwi wejściowych.

background image

-  Pan  tu  za  to  odpowiada?  -  spytałem  najlepszym  tonem  Kamesaski  i  nie  czekając  na  odpowiedź,
oświadczyłem:  -  Ten  człowiek  zamelduje  się  jutro  rano  u  pańskiego  sturmführera,  razem  ze
świecznikiem! A co będzie dalej, -to się okaże. I bądźcie uprzejmi przestać hałasować. Już przecież
skończyliście, czy tak?

Miałem satysfakcję, widząc, że kiedy do niego mówiłem, wyjął rękę z kieszeni i zatrzymał się przede
mną  w  przepisowej  odległości.  Potem  szybko  rozejrzał  się  i  odpowiedział:  -  Tak  jest,  tu
skończyliśmy, a co jest z tym świecznikiem?

-  Niech  pan  lepiej  sam  zapyta  tego  człowieka  i  nie  zapomni  o  złożeniu  meldunku!  -  Potem
odwróciłem się na pięcie i wyszedłem na korytarz, kierując się nie na górę, tylko na ulicę.

A  na  ulicy  policjant  zajęty  był  właśnie  wzywaniem  przechodniów,  którzy  zatrzymali  się
i  zdenerwowani  szeptali  między  sobą,  żeby  natychmiast  przechodzili  dalej.  Wmieszałem  się
pomiędzy nich i razem odszedłem, mając ciągle na oku bramę naszego domu.

Po dwu, a może trzech minutach wyszli stamtąd, barczysty przywódca i dwaj chłopacy. Przeszli przez
tory tramwajowe do stojącej nie opodal ciężarówki, której wcześniej nie zauważyłem, powiedzieli
coś do kierowcy, ten zaś zaraz włączył światła, uruchomił silnik, wszyscy trzej wsiedli i samochód
odjechał.

Teraz ludzie zaczęli głośniej złorzeczyć: - To niesłychane! I policja patrzy na to! Cóż to za stosunki!

Odszedłem szybko. Nie miałem przy sobie kluczy, musiałem więc zadzwonić do drzwi wejściowych:
raz dłużej i trzy razy krótko, żeby matka wiedziała, że to ja.

- Czego pan tu szuka? - zapytał mnie policjant. Usłyszałem w tej chwili brzęczyk i otworzyłem drzwi.

- Lepiej było zapytać i to ludzi, którzy dopiero co stąd wyszli - odpowiedziałem, a stojący w pobliżu
ludzie poparli mnie.

Policjant odwrócił się i wrzasnął na nich:

- Rozejść się! Jazda, no już! Przechodzić!

Zanim  wszedłem  na  górę,  rzuciłem  jeszcze  okiem  na  zniszczone  mieszkanie.  Odłamki  szkła
i  potłuczonej  porcelany  chrzęściły  pod  moimi  butami.  W  przedpokoju,  pod  rozbitym  lustrem,  obok
porąbanej komody, stał srebrny świecznik. Podniosłem go i schowałem w przewróconym kredensie
pod stertą skorup.

Upewniwszy się, że nikogo nie ma w mieszkaniu, szybko ruszyłem na górę.

Matka w drzwiach zapytała:

- Gdzież ty się podziewasz?

Powiedziała to tak, jak gdybym w drodze ze szkoły do domu gdzieś łazikował i przyszedł spóźniony
na obiad.

- Już dwa razy dzwoniłam do panny Bonse, ale ona nie odbiera telefonu.

-  Spróbuj  zatelefonować  do  cioci  Änne  -  zaproponowałem.  - A  to  kto?  Przyprowadziłaś  kogoś  na

background image

górę?

Skinęła głową.

- To teraz nie takie ważne... to ich córka. Prawie dziecko jeszcze... Dałam jej waleriany i tabletkę na
sen...  mam  nadzieję,  że  teraz  śpi.  Tylko  rodzice,  oni  pewnie  lada  chwila  wrócą  do  domu,  tak
powiedziała.  Ta  kobieta,  jej  matka  jest  poważnie  chora  na  serce...  Musisz  ich  ostrzec,  a  także
powiedzieć, że mała jest u nas, inaczej...

- Przecież nie znam tych ludzi! Jak mam ich rozpoznać na ulicy?

-  Ojciec  jest  dosyć  wysoki  -  przerwała  mi  -  chodzi  trochę  pochylony,  nosi  szary,  filcowy  kapelusz
i szarą jesionkę. Kobieta jest znacznie od niego niższa i dosyć korpulentna...

Opisała mi oboje jeszcze dokładniej, tak, jak usłyszała od dziewczynki i rzeczywiście nietrudno było
mi ich zauważyć. Zagadnąłem ich na ulicy, kiedy byli zaledwie w odległości osiemdziesięciu kroków
od domu.

- Niech państwo teraz nie wracają do swego mieszkania - powiedziałem, najpierw przedstawiwszy
się. - Przejdźmy jeszcze kawałek w dół Fischerstraße, proszę...

- Ale ja muszę do domu - przerwała mi kobieta - nasza córka...

- Proszę się nie martwić o córkę. Ona dziś śpi u nas. Moja matka zajęła się nią...

Poszliśmy do Fischerstraße i wzdłuż starego cmentarza. Przez cały czas tłumaczyłem im, co się stało.
Kobieta cicho płakała, a mężczyzna próbował ją pocieszać, wreszcie już spokojniejszy powiedział:

-  Mniejsza  o  meble...  Już  raz  przeżyliśmy  to,  zaraz  na  początku,  mieliśmy  wtedy  sklep  w  Hilden...
Zresztą i tak zamierzaliśmy wkrótce wyjechać do Ameryki. Jeszcze pod koniec tego roku...

I nagle, jak gdyby o czymś sobie przypomniał, zapytał z niepokojem:

-  A  obraz...  Czy  obrazowi  nic  się  nie  stało?  Wie  pan,  kupiłem  go  za  wszystkie  pieniądze,  jakie
jeszcze  mieliśmy.  To  „sztuka  zdegenerowana”,  ten  obraz  można  więc  ze  sobą  zabrać.  Chcemy  go
sprzedać tam i za to odbudować naszą egzystencję...

- A jak on wygląda?

Opisał mi obraz, zresztą od razu domyśliłem się, o którym mówił.

- To Chagall - powiedział.

- Jest wprawdzie uszkodzony - zacząłem ostrożnie - ale z pewnością da się go naprawić. Zabiorę go
na  górę,  żeby  nie  zginął...  -  A  potem  jeszcze  zapytałem,  czy  znają  kogoś,  u  kogo  mogliby  się
zatrzymać na tę, a może i na następną noc.

-  W  przeciwnym  razie  musieliby  państwo  też  przenieść  się  do  nas  -  dodałem  szybko,  choć
pomyślałem z obawą o prowadzeniu ich na górę obok zniszczonego mieszkania. Wiedziałem, że nie
udałoby się ich powstrzymać od zajrzenia do środka...

- Mamy tylko przyjaciół, u których byliśmy dziś wieczorem... ale oni pewnie już śpią...

background image

Zapytałem,  czy  są  to  „aryjczycy”  i  czy  mają  telefon.  Potwierdzili  jedno  i  drugie,  kiedy  więc
zatelefonowałem z budki pod wskazany numer, usłyszałem, że powinni natychmiast tam przyjść.

- Pójdę z państwem jeszcze kawałek. To niedaleko...

Musieliśmy  jednak  kilkakrotnie  nadłożyć  drogi;  widząc  z  daleka  zbiegowisko,  można  się  było
domyślić, że i tam dokonywało się dzieło niszczenia, jak to niedawno sam widziałem na własne oczy.
Doszliśmy do domu ich przyjaciół, gdzie byli oczekiwani i przyjęci bez słów serdecznym uściskiem.

W  drodze  powrotnej  zobaczyłem,  że  teraz  na  Fischerstraße  też  coś  się  działo.  W  narożnym  domu,
prawie  dokładnie  tam,  gdzie  pół  godziny  temu  spotkałem  rodziców  dziewczynki,  w  wielu  oknach
paliło  się  światło,  a  w  niektórych  widać  było  stojących  ludzi.  Wszyscy  patrzyli  w  górę,  w  stronę
okna na najwyższym piętrze, skąd dochodził hałas i krzyki. Potem padł strzał, odłamki rozbitej szyby
posypały się na ulicę. I jeszcze jeden strzał, a potem ktoś wypadł z okna.

Ze wszystkich stron biegli przechodnie i mieszkańcy pobliskich domów. Zaraz podjechał samochód
policyjnego pogotowia i kilka sanitarek. Jakiś mężczyzna, stojący obok mnie, powiedział:

- To był doktor Lichtenstein, okulista...

Wskazał na zwłoki człowieka, który wypadł z okna, i z wyraźną satysfakcją dodał:

- Bronił się., podobno jest jeden zabity, a drugi ranny...

Dwaj sanitariusze wnieśli ofiarę do karetki, która natychmiast odjechała na sygnale. Później wynieśli
z domu jeszcze kogoś - był zakryty serwetą.

- Tak trzeba postępować z wszystkimi tymi szubrawcami - odezwał się ten sam mężczyzna nie na tyle
cicho, żeby kilka osób tego nie usłyszało.

Ale nikt nie zaprotestował.

Zabrałem Chagalla ze zdemolowanego mieszkania i ukryłem go pod swoim łóżkiem, a potem jeszcze
raz wyszedłem z domu, tym razem z rowerem. Ledwie zdążyłem przyhamować na Sternstraße, kiedy
z okna na pierwszym piętrze wyleciał na ulicę cały aparat rentgenowski. Lampa kwarcowa z głośnym
trzaskiem rozprysnęła się na chodniku, a potem leciały jeszcze najróżniejsze narzędzia i instrumenty
medyczne.  Na  bramie  obok  dostrzegłem  szyld  -  a  więc  tu  zniszczony  został  gabinet  laryngologa.
Jeszcze przed rokiem stary doktor Stern leczył mnie i na pytanie, czy trzeba będzie usuwać migdałki,
zaśmiał się i odpowiedział: „Podobno są koledzy, którzy natychmiast usuwają wszystko, co tylko da
się usunąć. Ja jednak jestem stanowczo przeciwny i odradzam - nie należy pochopnie interweniować
chirurgicznie  w  dzieło  natury.  Należy  to  czynić  tylko  w  wyjątkowych  przypadkach.  Ja  nie  traktuję
mego zawodu jedynie jako sposobu zdobywania pieniędzy...”

Nigdzie jak okiem sięgnąć nie było tu widać żywego ducha. Szybko więc pozbierałem nadające się
jeszcze  do  użytku  narzędzia.  Miałem  zamiar  po  kilku  dniach  zwrócić  uratowane  rzeczy
właścicielowi, ale mrukliwy dozorca oznajmił mi:

- Tu już nie mieszkają żadni Żydzi, a doktor jest w kacecie. Teraz to aryjski dom.

Ze  Sternstraße  pojechałem  do  centrum  miasta.  Wszystkie  znane  mi  żydowskie  sklepy  wyglądały
podobnie:  rozbite  szyby  wystawowe,  zniszczone  urządzenia,  rozkradzione  albo  powyrzucane,  na

background image

ulicę towary, niezależnie od tego, co tam było: pończochy czy kosztowne futra. Nieco dalej na niebie
jaśniała łuna. Paliła się synagoga na Kasernenstraße, która - jak następnego dnia podano w gazecie -
padła ofiarą „spontanicznego wybuchu gniewu ludu” i została podpalona. Lud - o tej porze na ulicach
znajdowało się bardzo niewiele ludzi - w rzeczywistości okazał się w najwyższym stopniu oburzony
tym aktem barbarzyństwa, któremu sekundowały i przyglądały się bezczynnie straż pożarna i policja.
Gruby  kreisleiter  w  brunatnym  mundurze  tupał  zdenerwowany  i  wrzeszczał  na  ponuro  patrzących
widzów:

- Dalej, przechodzić! Nie ma tu na co się gapić! Tu wszystko ma swój porządek!

Wracając  do  domu,  często  widziałem  przemykających  ludzi,  pojedynczo  i  parami  -  nieśli  walizki
i  torby,  a  na  widok  pojawiającego  się  przechodnia  czym  prędzej  kryli  się  w  ciemnych  bramach
domów.  Nie  byłem  pewien,  czy  to  uciekinierzy,  czy  rabusie,  którzy  zwąchali  od  razu,  ile
wartościowych rzeczy można było znaleźć na ulicach.

Na  Steinstraße  natknąłem  się  na  kobietę  z  dzieckiem  trzy  a  może  czteroletnim.  Zobaczyła  światło
latarki  mego  roweru  i  wystraszona  przywarła  do  ściany,  ale  dziecko  wyrywało  się  i  zaczęło
krzyczeć.

Zatrzymałem się i zapytałem, czy mógłbym jej w czymś pomóc.

Obrzuciła mnie nienawistnym spojrzeniem - tak mi się wydało - i przyciągnąwszy do siebie dziecko,
zatkała mu usta ręką.

- Na dziś mamy już dość „pomocy”... - odpowiedziała z goryczą. - Proszę zostawić nas w spokoju i...

Zamilkła, ponieważ na ulicy dały się słyszeć męskie głosy i stukot podbitych gwoździami butów.

Podszedłem do niej i szepnąłem:

- Proszę, niech się pani nie boi...

Objąłem  ramieniem  osłupiałą  z  wrażenia.  Dziecko  też  ucichło,  stało  ukryte  w  cieniu.  Czterej
mężczyźni w butach z cholewami i w „cywilnych łachach” minęli nas beztrosko, głośno rozmawiając.

- Jutro zrobię sobie szewski poniedziałek - powiedział jeden - a co, w końcu była to ciężka służba...

Inni ryknęli śmiechem.

Któryś  z  nich  rzucił  jakąś  uwagę  o  nas,  przypuszczalnie  parze  zakochanych,  wzbudzając  tym
wesołość  pozostałych,  ale  nie  zatrzymali  się.  Po  chwili  nie  było  ich  już  widać  i  znów  zrobiło  się
cicho.

-  Dziękuję  -  powiedziała  kobieta,  kiedy  zdjąłem  rękę  z  jej  ramienia  -  i  niech  pan  wybaczy,  że
dopiero...

- Ma pani jakieś schronienie?

- Teraz już nie...

- Proszę pójść ze mną, może uda mi się panią ulokować...

Przypomniałem  sobie,  że  zaraz  za  rogiem  znajdowało  się  atelier  pana  Descha.  Mieszkał  też  w  tym

background image

samym domu, poszedłem więc tam z kobietą i dzieckiem.

Przy  drzwiach  zapaliłem  zapałkę  -  było  bardzo  ciemno.  Znalazłem  szyldzik  z  nazwiskiem.
Zadzwoniłem krótko. Prawie natychmiast usłyszałem znudzony głos:

-  Kto  tam?  -  Odszedłem  dwa  kroki  do  tyłu  i  spojrzałem  w  górę.  Ale  nikogo  nie  zobaczyłem.
Wszystkie okna były ciemne.

- To ja, panie Desch - powiedziałem głośno, podając nazwisko. -- Proszę wybaczyć, że o tak późnej
porze...

- Ach tak, po mundur, rozumiem... Przychodzi pan rzeczywiście bardzo późno, ale to nic, jeszcze się
nie położyłem. Chwileczkę, jeśli można prosić...

Po  chwili  otworzył  drzwi,  jak  zawsze  elegancko  ubrany.  Z  pewnością  ani  myślał  o  spaniu,  choć
dochodziło  wpół  do  trzeciej.  Kiedy  zobaczył  kobietę  i  dziecko,  jego  twarz  nie  zmieniła  wyrazu.
Skinął tylko głową, wpuścił nas do środka i starannie zamknął za nami drzwi.

- Będzie trochę ciasno - powiedział pan Desch.

W pracowni krawieckiej, w prasowalni, nawet między półkami na zapleczu, gdzie poukładane były
bele materiałów, wszędzie leżeli i siedzieli ludzie. Niektórzy spali, inni cicho rozmawiali ze sobą.
Widać  było,  że  wielu  nie  otrząsnęło  się  jeszcze  z  szoku  -  kiedy  weszliśmy,  nawet  na  nas  nie
spojrzeli.

-  We  wnęce  kuchennej  obok  znajdzie  pani  gorącą  herbatę  i  mleko,  a  w  alkowie  jest  jeszcze  trochę
miejsca. Na razie jakoś to będzie, a jutro pomyślimy, co dalej. Zaraz jeszcze do pani wrócę.

Pan  Desch  wyszedł  ze  mną  do  ciemnego  sklepu.  Metalowe  żaluzje  były  spuszczone,  ale  w  nikłej
smudze światła przenikającego przez na wpół otwarte drzwi do pracowni zobaczyłem na manekinie
mundur führera SS.

- Moja żona i panna Bonse są z rannymi na górze w naszym mieszkaniu. Jeszcze nie wiem, gdzie tych
ludzi umieścić, był już lekarz - powiedział cicho. - Jest ich za dużo i to może zwrócić uwagę.

- A co z ciocią Änne?

- Nie czuje się dobrze, miała atak serca...

- Jutro rano pojadę do niej, mam nadzieję, że będzie się już lepiej czuła... ma bardzo słabe serce...
Pomyślałem o jej samochodzie dostawczym. Można by ewentualnie nim...

- Tak, to dobry pomysł. Zaraz pomówię z panną Bonse, zapytam, kto z jej znajomych w dolnym Renie
i w Eifel lubi ciastka...

Odprowadził mnie do drzwi i zamknął je cicho za mną.

Wróciłem do domu około trzeciej, wszędzie panowała cisza. Rano, po ósmej, zbudziła mnie matka.

- Wiesz, powinniśmy zabrać z mieszkania na dole trochę rzeczy, dziewczynka nie ma się w co ubrać.

Na klatce schodowej słychać było stukot młotka. W drzwiach zdemolowanego mieszkania na parterze
stała pani Kannegiesser, właścicielka domu - mieszkała na pierwszym piętrze. Dwaj stolarze usuwali

background image

resztki rozbitych drzwi i osadzali nowe.

-  A  może  -  powiedziała  matka  -  majster  mógłby  rozejrzeć  się  w  środku,  co  dałoby  się  jakoś
naprawić...

-  Zrobi  się  -  odpowiedział  starszy  z  dwu  stolarzy.  -  Już  się  rozejrzałem,  ale  to  źle  wygląda.
Prawdziwy skandal, trzeba się wstydzić, że się jest Niemcem.

Pani Kannegiesser potaknęła głową i otarła łzy.

- Wejdźmy tam i weźmy trochę rzeczy. Mała nie ma co na siebie włożyć..

- Dobrze, że pani ją do siebie zabrała, proszę, pójdę z panią...

Jednak  zamiast  szukać  garderoby,  obie  panie  od  razu  zabrały  się  do  sprzątania.  Matka  kazała  mi
podnieść przewrócony kredens i ustawić go na miejscu. Jeden ze stolarzy pomógł mi. Właścicielka
domu  przyniosła  dwa  wiadra,  śmietniczkę,  szczotki  i  dopiero  po  godzinie,  kiedy  udało  się  usunąć
skorupy i szkło, matka wyszukała coś z garderoby dla dziewczynki, która, jak dowiedzieliśmy się od
pani  Kannegiesser,  miała  na  imię  Ruth.  Później  przyszły  jeszcze  dwie  lokatorki  i  też  pomagały
w sprzątaniu, a kiedy wracaliśmy na górę, nasza sąsiadka z piętra wyszła nam naprzeciw i spytała:

- Czy ja mogę tam na dole w czymś pomóc?

- O, z pewnością - odpowiedziała matka - jest jeszcze dużo do zrobienia... - A kiedy tamta odeszła,
matka szepnęła: - Jej mąż jest nadradcą stanu i zagorzałym nazistą, zawsze wita się, mówiąc „Heil
Hitler!”  i  pewnie  najchętniej  widziałby  flagę  ze  swastyką  ciągle  wywieszoną  z  okna.  Dobrze,  że
naocznie przekonała się, czego tu dokonali partyjni przyjaciele jej męża...
 

W godzinę później jechałem tramwajem do miasta, a stamtąd do Meerbusch, żeby odwiedzić ciocię
Änne  -  wokół  widziałem  twarze  zakłopotane,  smutne  i  zagniewane.  Jakiś  starszy  mężczyzna,  który
siedział  na  miejscu  dla  inwalidów,  w  chwili  gdy  tramwaj  przejeżdżał  koło  zdewastowanego
i ograbionego sklepu z obuwiem, powiedział głośno, tak że każdy w wagonie mógł słyszeć: - Kiedyś
rozstrzeliwało się rabusiów, a dziś policja jeszcze ich osłania! Do tego doszło w Niemczech! I za to
nadstawiało się karku!

Nikt temu nie zaprzeczył.

Na  Luegplatz  do  tramwaju  wsiadła  kobieta,  miała  przypiętą  dużą  broszkę  nazistowskiego  związku
kobiet.  Zapewne  wyczuła  nieprzyjazne  nastawienie  pasażerów,  bo  kiedy  przejeżdżaliśmy  obok
zniszczonego  sklepu  z  tekstyliami  w  pobliżu  Barbarossaplatz,  odezwała  się  do  najbliżej  stojącej
osoby:

- Tego nie należało robić. Jestem przekonana, że Führer też nie pochwaliłby czegoś takiego...!

Osoba,  do  której  skierowane  były  te  słowa,  odwróciła  się,  a  z  głębi  wagonu  ktoś  zaśmiał  się
szyderczo.

Ciocia Änne przywitała mnie w drzwiach.

- Za to, co dzisiejszej nocy zrobiono z Żydami - powiedziała - my, Niemcy, będziemy musieli ciężko
odpokutować... A  potem  nasze  kościoły,  nasze  mieszkania  i  sklepy  zostaną  zniszczone.  Możesz  być

background image

tego pewien!

Oświadczyła, że czuje się lepiej i że jest pilnie w domu potrzebna. Pan Desch rozmawiał już z nią
przez telefon. Kierowca furgonetki też jest powiadomiony.

-  Griesgen,  mój  mąż,  martwi  się  o  swoje  torty  z  kremem  -  powiedziała  z  uśmiechem.  -
W  najbliższych  dniach  musi  ich  bardzo  dużo  wyeksportować...  Oni  wszyscy  muszą  wyjechać  za
granicą. Tu, w Niemczech nie są już pewni życia.

Opowiedziałem jej, co zdarzyło się w naszym domu wieczorem, również o Ruth, która jest u nas.

- Czy oni... czy ci chłopacy coś jej zrobili?

- Myślę, że właśnie przyszedłem w porę...

-  Ona  nie  może  u  was  zostać  -  powiedziała  po  krótkim  namyśle.  -  W  takim  domu  z  dziesięcioma
lokatorami  rozniesie  się  to  szybko  i  na  pewno  znajdzie  się  jeden  albo  jedna,  która  doniesie  o  tym
gestapo...  Wiesz  co?  Przywieź  ją  do  mnie!  Tu  przez  najbliższy  okres  czasu  będzie  bezpieczna,  a  ja
potrzebuję teraz pomocy.

- Jasne - odpowiedziałem bardzo zadowolony. - Przywiozę ją późnym popołudniem.
 

background image

16.
Czy pan zna Buchenwald?

 

- Ty chyba zwariowałeś! -powiedział Kulle, kiedy zaraz po maturze oznajmiłem mu, że zgłosiłem się
ochotniczo do lotnictwa. - Dlaczego nie możesz zaczekać, aż przyjdzie kolej na nasze roczniki?

Próbowałem mu to wytłumaczyć:

- Po pierwsze: okres służby dla abiturientów, którzy zgłaszają się dobrowolnie, trwa tylko dwanaście
miesięcy, a zatem w jesieni 1939 roku będę to miał za sobą. Po drugie: jako ochotnik mogę wybrać
rodzaj  broni  i  miejsce,  w  którym  chcę  odbywać  służbę.  Wybrałem  garnizon  w  małym  westfalskim
miasteczku, gdzie mieszkają przyjaciele moich rodziców i skąd będę mógł na każdą niedzielę jeździć
do domu - dwie i pół godziny pociągiem.

Ale  powód  najważniejszy  był  ten,  że  rodzice  postanowili  wyjechać  z  Niemiec.  Ojciec
w  październiku  1938  wybrał  się  do  Anglii,  żeby  na  miejscu  zbadać  istniejące  możliwości.
Planowane  przeniesienie  miał  uzasadnić  tym,  że  przyjął  przedstawicielstwo  pewnej  niemieckiej
firmy eksportowej. Uznaliśmy, że aby przełamać nieufność policji i biura dewizowego, które musiało
wyrazić zgodę na transfer potrzebnego w tym celu kapitału, byłoby najlepiej, gdybym ja, jedyny syn,
ochotniczo zgłosił się do wojska, potwierdzając niejako tym samym nasze patriotyczne nastawienie.
Po  dwunastu  miesiącach  służby  i  po  zwolnieniu  z  wojska,  miałem  prawo  studiować  w  dowolnie
wybranym miejscu. Już podjąłem starania o stypendium na uniwersytecie angielskim.

- Mimo wszystko wariat z ciebie - uznał Kulle. Każdego dnia może przecież wybuchnąć wojna...

Jego  obiekcje  były  uzasadnione.  Zbrojenia  szły  pełną  parą.  Göring  rzucił  hasło:  „Armaty  zamiast
masła”  i  rzeczywiście  w  „Rheinmetall”  i  w  innych  wielkich  zakładach  produkowano  prawie
wyłącznie armaty, karabiny maszynowe i inny sprzęt wojenny, zaś masło objęto reglamentacją i było
dostępne  tylko  w  sprzedaży  kartkowej.  Wzdłuż  granicy  od  Südbaden  aż  po  okolice  Akwizgranu
rozpoczęto budowę Wału Zachodniego, gigantycznych fortyfikacji, do których szybkiego ukończenia
skierowano  setki  tysięcy  robotników,  objętych  nakazem  przymusowej  pracy.  Kulle  też  miał  pecha,
ponieważ  jego  pociąg,  w  czasie  gdy  odbywał  Służbę  Pracy,  skierowano  do  robót  przy  Wale
Zachodnim. Opowiadał, że mieli tam ciężką harówkę.

We  wrześniu  1938  roku  lęk  przed  wojną  spotęgował  się,  bo  wszystko  wyglądało  na  to,  że  Hitler
zdecydowany  był  zaatakować  Czechosłowację.  Brytyjski  premier  Neville  Chamberlain  dwukrotnie
odwiedził  Niemcy  i  próbował  pertraktować.  Nikt  nie  miał  pewności,  że  w  przypadku  niemieckiej
agresji  na  Czechosłowację  Francuzi  i  Brytyjczycy  nie  zaatakują  Niemców  na  zachodzie.  Czesi
ogłosili  mobilizację,  ale  musieli  się  domyślać,  że  zarówno  Paryż,  jak  Londyn  nie  były  gotowe
dotrzymać wobec Czechosłowacji zobowiązań udzielenia pomocy. Wprawdzie Francja też zarządziła
mobilizację,  na  razie  sześćdziesięciu  dywizji,  zaś  flota  brytyjska  postawiona  została  w  stan
gotowości alarmowej, ale rządy obydwu mocarstw raczej wolały pozostawić Hitlerowi Sudety, niż
podejmować poważne ryzyko nowej wojny światowej.

W  ostatnich  dniach  września  psychoza  wojny  w  całej  Europie,  a  zwłaszcza  w  Niemczech  i  w
zachodnich stolicach wzmogła się do tego stopnia, że ludzie odczuli niezwykłą ulgę, gdy w nocy z 29
na  30  września  doszło  jednak  do  zawarcia  układu  między  rządami  Rzeszy, Anglii,  Francji  i  Włoch

background image

i tym samym groźba wojny została zażegnana, Układ monachijski był naturalnie ustępstwem Paryża i
Londynu  na  rzecz  Hitlera  i  umocnił  jego  pozycję;  Czechosłowację  pozostawili  swemu  losowi  i
1 października wojska niemieckie wkroczyły na obszar Sudetów. Ale - tak w każdym razie myślała
większość - na szczęście jeszcze raz udało się uniknąć wojny, a wielu nawet wierzyło w ponowne
zapewnienie Hitlera, że teraz nie zgłasza już żadnych terytorialnych roszczeń wobec Europy.

Mój ojciec, raczej zawsze sceptyczny, sądził, że pokój uda się utrzymać co najwyżej przez dwa lata.
Tak  twierdzili  jego  angielscy  przyjaciele.  W  tym  czasie  Anglia  dozbroi  się  i  wtedy  dojdzie  do
wielkiego obrachunku z Hitlerem.

I  to  było  dla  mnie  decydujące.  Za  dwa  lata  -  taką  miałem  nadzieję  -  od  dawna  już  nie  będę
żołnierzem tylko studentem, i to, co najważniejsze, nie tu, w Niemczech.

W  końcu  listopada,  o  dzień  wcześniej,  niż  było  trzeba,  pojechałem  do  mego  przyszłego  garnizonu
i zanocowałem u starych przyjaciół rodziców, właścicieli hotelu.

Wuj Franz bardzo się zmienił.

-  Hitler  robi  to  zupełnie  nieźle  -  powiedział.  -  Przecież  niesamowicie  blefował,  ale  w  ten  sposób
rzeczywiście osiągnął to, czego chciał. Teraz nie tylko Austria i Saara, ale też Sudetenland znów są
niemieckie, a wszystko bez wojny - to po prostu nadzwyczajne, co?

Jak  się  później  dowiedziałem,  szczególnie  cieszyło  go,  że  miasteczko  znowu  miało  garnizon.  Jego
hotel  „pierwszy  w  mieście”  zaczął  dobrze  prosperować.  Sprzedaż  trunków,  zwłaszcza  win
i szampana, wzrosła prawie dwukrotnie dzięki stałej klienteli, głównie spośród korpusu oficerskiego.

Jego żona, ciocia Käthe, przeciwnie - nie sprawiała wrażenia osoby zadowolonej. Ledwie wuj Franz
odszedł, usprawiedliwiając się potrzebą czuwania nad porządkiem w piwiarni, powiedziała:

- Nie wiem, co zrobić, może popełniłam wielki błąd... Franz nic o tym nie wie i na litość boską nie
mów o tym w jego obecności... tak się zmienił ostatnio...

Później dowiedziałem się, że jej „wielkim błędem” było to, że przyjęła do hotelu gościa, a był nim
Żyd, fabrykant z sąsiedniej miejscowości.

- Co prawda tylko na kilka dni - dodała cicho. - Przyszedł wczoraj po południu, kiedy Franz był w
Bielefeld.  Znam  go  od  dawna,  to  bardzo  honorowy  człowiek  i  nie  miałam  sumienia  odmówić  mu.
Powiedział,  że  czeka  tylko  na  paszport,  potem  chce  wyemigrować  do  Szwecji.  Jego  żona  i  syn  już
tam są. Po tej straszliwej nocy kryształowej przed trzema tygodniami aresztowano go, myślę, że był
w kacecie - to cud, że wyszedł stamtąd z życiem...

Zapytałem, dlaczego się martwi. Przecież mogła przyjmować do hotelu każdego.

- Nie - odpowiedziała i westchnęła. - Od ostatniego tygodnia obowiązuje zakaz wpuszczania Żydów
do hotelu i do restauracji, to zabronione! Gdyby go ktoś rozpoznał, mielibyśmy poważne kłopoty.

. - A dokąd ten człowiek ma iść? Mieszkania prawdopodobnie już nie ma.

-  Właśnie  -  potwierdziła  -  fabryka  została  oczyszczona  z  ”niearyjczyków”,  a  mieszkanie  odebrano
mu, zabrali nawet auto. Musiał je sam oddać na „Pomoc zimową”!

background image

- Fantastyczne! I co masz zamiar teraz zrobić? Przecież nie możesz wyrzucić go na ulicę?

- Nie, ale tu zostać też nie może. Przyszedł mi jednak pewien pomysł do głowy, może jest to nawet
najlepsze rozwiązanie. Musimy załatwić tę sprawę od razu, bo Franz wraca zwykle około dziesiątej.

Pomysł polegał na tym, że miałem spędzić noc nie w hotelu, ale w ich domku myśliwskim. Tu i tak
było krucho z pokojami, więc mąż nie będzie się dziwił, jeśli ja się tam przeniosę. Miałem naturalnie
zabrać  ze  sobą  niepożądanego  gościa.  Obiecała,  że  przygotuje  prowiant  i  coś  do  picia  i  że  zaraz
zawiezie nas tam samochodem.

Znałem ten domek. Znajdował się w Górach Wezerskich na pięknym stoku z widokiem na rzekę i był
komfortowo urządzony - stąd dwadzieścia minut samochodem.

- Jutro rano odbiorę ciebie i przywiozę pocztę dla pana Kahna, gdyby coś dla niego nadeszło. Może
już jutro otrzyma paszport. Wtedy mogłabym od razu podwieźć go na stację...

Wydawało  się,  że  odetchnęła  z  ulgą,  gdy  zgodziłem  się  na  jej  propozycję,  ponieważ  -  jak
powiedziała  -  nie  chciałaby  zostawiać  tam  pana  Kahna  samego.  Nie  mogłaby  wymagać  tego  od
człowieka, który tyle przeszedł.

Tak  się  więc  złożyło,  że  ostatni  wieczór  i  noc  przed  rozpoczęciem  służby  wojskowej  spędziłem
z kimś, kto dopiero co został zwolniony z obozu koncentracyjnego.

Pan  Kahn  był  niskim,  dosyć  korpulentnym  mężczyzną  około  pięćdziesiątki.  Chyba  sporo  stracił  na
wadze, bo ubranie na nim wisiało. Patrząc na jego twarz, można było domniemywać, że był z natury
człowiekiem  pogodnym,  a  może  nawet  wesołym.  Ale  teraz  wydawał  się  całkowicie  pochłonięty
rozpamiętywaniem straszliwych przeżyć.

Już przy kolacji zaczął mi o tym wszystkim opowiadać.

Rankiem  po  „kryształowej  nocy”,  kiedy  i  jego  mieszkanie  zostało  zdewastowane  -  na  szczęście
zdążył wcześniej sprzedać wszystkie wartościowe rzeczy, żeby opłacić „daninę”, bez czego rodzina
nie  mogłaby  wyjechać  -  dwaj  funkcjonariusze  gestapo  aresztowali  go.  Ciężarówką,  w  której
znajdowało  się  już  kilkunastu  Żydów  z  okolicznych  wsi,  zawieziono  ich  do  Bielefeld.  Po  długim
wyczekiwaniu  w  poczekalni  wywoływano  każdego  po  kolei.  I  każdy  musiał  podpisać  jakiś  papier,
nie mając nawet czasu na przeczytanie go. Około południa zaprowadzono ich na dworzec.

- Na peronie kazali nam się ustawić piątkami. Potem poprowadzili nas schodami w dół przez tunel na
drugi peron. Wzdłuż trasy naszego przemarszu stali młodzi esesmani i bili nas pejczami. Już wtedy
byli  pierwsi  okaleczeni.  W  końcu  załadowali  nas  nie  do  pociągu,  tylko  ciężarówką  zawieźli  do
Buchenwaldu... Czy pan zna Buchenwald?

Odpowiedziałem, że słyszałem o Buchenwaldzie, mówiono, że jest to obóz koncentracyjny w pobliżu
Weimaru. - Tak - potwierdził pan Kahn - niedaleko Weimaru, gdzie mieszkali Goethe i Schiller...

W sumie do obozu w Buchenwaldzie przywieziono blisko dwanaście tysięcy Żydów. Pomieszczono
ich w dużych barakach, jeszcze po części w budowie.

-  Stłoczono  po  sześć  tysięcy  ludzi  w  jednym  baraku,  gdzie  nawet  nie  było  podłogi.  Do  spania
mieliśmy gołe deski, żadnych koców, światła. Warunki sanitarne były okropne...

background image

W  każdym  razie  dostali  chleb,  marmoladę  i  kawę  zbożową,  ale  w  środku  nocy,  kiedy  wreszcie
wszystko  trochę  uspokoiło  się,  nagle  rozbłysły  kieszonkowe  latarki  i  esesmani  wyciągnęli  z  baraku
kilkunastu ludzi.

- Słyszeliśmy ich okropne krzyki; ci już nie wrócili...

Powtarzało się to w ciągu dwu następnych nocy i więźniowie byli tak wystraszeni, że każdy starał się
ukryć w najdalszym kącie.

- Niektórzy dostawali szału i trzeba było ich wiązać. Nie sposób wyobrazić sobie, czym były te noce
dla  każdego  z  nas...  Czyste  piekło.  Na  trzeci  dzień  rano  SS  kazało  nam  wyjść  przed  barak  -  do  tej
chwili nie wolno było wychodzić na zewnątrz - i unterführer przeszedł wzdłuż szeregu. Każdego, kto
miał  widoczne  okaleczenia,  pytano,  w  jaki  sposób  do  tego  doszło.  Pierwsi  zapytani  odpowiedzieli
zgodnie z prawdą: że zostali pobici przez ludzi z SS w Bielefeld. Tych potem bito pejczami, póki nie
powiedzieli, że okaleczyli się sami, w domu. Stosując tego rodzaju szykany, trzymali nas przez cały
dzień w nieustannym strachu. Dopiero na czwarty dzień trochę się poprawiło...

Przydzielono  im  ukończone  baraki,  gdzie  było  nieco  więcej  miejsca  i  od  tego  dnia  pozwolono  za
pieniądze,  jakie  ludzie  mieli  przy  sobie,  bo  nie  zdążyli  im  odebrać,  zakupić  łyżki,  miski,  jakąś
żywność  i  coś  ciepłego  do  ubrania.  Lekarzom  znajdującym  się  wśród  więźniów,  wolno  było
kupować  leki  dla  bardzo  wielu  chorych  i  rannych.  W  przeciwieństwie  do  innych  nie  musieli
pracować,  tylko  rano  i  wieczorem  stawać  do  apelu.  Poza  tym  w  ciągu  dnia  zostawiali  ich  samym
sobie. Ale  apele  i  odliczania  trwały  często  wiele  godzin  i  zwłaszcza  starsi  ludzie  bardzo  cierpieli
wskutek długiego stania na chłodzie. Przez to wielu zmarło.

-  Dwudziestego  dnia  rankiem  podczas  apelu  wywołano  mnie  i  mniej  więcej  trzydziestu  ludzi.
Mieliśmy zostać zwolnieni. Obozowi fryzjerzy wszystkich ogolili. Potem zbadał nas lekarz SS. Kto
miał  „rany  czy  ślady  pobicia,  ten  musiał  złożyć  oświadczenie,  że  doznał  tych  obrażeń  przed
aresztowaniem.  Później  przyszedł  wyższy  stopniem  dowódca  SS,  który  przemówił  do  nas
i  oświadczył,  iż  ma  nadzieję,  że  „poprawiliśmy  się”.  Jeśli  chcemy  tego  dowieść,  to  mamy
sposobność  ku  temu,  wspierając  hojnie  „Pomoc  zimową”.  I  pilnował,  żeby  każdy  coś  dał.  Kazano
nam  zwrócić  zakupione  przez  nas  „nakrycia”,  prócz  tego  zapłacić  trzy  marki  za  wypożyczenie
blaszanych  misek.  W  końcu  przystąpiono  do  sprzedaży  biletów.  Kto  nie  miał  pieniędzy,  ten  musiał
wyjść z szeregu i stanąć po prawej stronie. Pozostałym nakazano przeprowadzić zbiórkę pieniędzy,
aby i tamtym kupić bilety. Równocześnie oznajmiono nam, że bez biletu nikt stąd nie wyjdzie. Kiedy
i to zostało załatwione, jeszcze raz wysłuchaliśmy przemówienia. Ostrzeżono nas, że po opuszczeniu
obozu nie wolno mówić ani słowa o tym, co tu przeżyliśmy, w przeciwnym razie wrócimy w to samo
miejsce i możemy być pewni, że nie wyjdziemy już żywi. Ale właściwie dlaczego opowiadam panu
to wszystko. Myślę, że po prostu muszę o tym mówić po to, by inni wiedzieli i opowiadali dalej. Po
to, by nikt nie mógł powiedzieć, że o tym nie wiedział.

Był bardzo wzburzony.

Wyjąłem  z  koszyka  butelkę  koniaku,  dołożoną  przez  ciocię  Kathe  do  prowiantu  i  nalałem  mu
kieliszek.

Potem trochę się uspokoił i opowiedział, co było dalej:

- Formalności trwały długo i kiedy wreszcie ci, którzy mieli być zwolnieni, ustawili się przy bramie

background image

obozu,  była  już  godzina  dwudziesta.  Od  rana  nie  otrzymaliśmy  żadnych  racji  żywnościowych;  po
czternastu godzinach czekania w nieustannym napięciu ludzie byli skrajnie wyczerpani.

...Pewien prawie osiemdziesięcioletni mężczyzna poprosił strażnika przy bramie o umożliwienie mu
środka  lokomocji,  ponieważ  nie  był  w  stanie  iść  pieszo  osiem  kilometrów  do  stacji  kolejowej  w
Weimarze.  Wartownik  zaśmiał  się  i  odpowiedział,  że  mógłby  wezwać  dla  niego  taksówkę,  ale
starzec  musiałby  zapłacić  trzy  marki  za  telefoniczne  przywołanie.  I  człowiek  ten  dał  trzy  marki,
prosząc, aby zechciał od razu zamówić więcej taksówek, ponieważ są inni, którzy też nie zdołaliby
przejść tak daleko. Zainkasował prawie sześćset marek.

Pan  Kahn  opowiadał  długo  jeszcze.  I  ciągle  wracał  do  pierwszych  trzech  dni  w  kacecie,  kiedy
stłoczeni w na wpół wykończonym baraku drżeli przed Todeskommando.

W  nocy  kilkakrotnie  budziło  mnie  jego  pojękiwanie.  Raz  nawet  krzyknął:  „Nie!  Nie  bić!”  Dopiero
nad ranem uspokoił się.

Około  dziewiątej,  właśnie  jedliśmy  śniadanie,  usłyszeliśmy  nadjeżdżający  samochód.  Pan  Kahn
przeraził się.

- Muszę się ukryć... - wyszeptał. Okazało się, że była to ciocia Käthe.

-  Panie  Kahn,  pański  paszport!  Przysłali  paszport!  -  zawołała  już  z  daleka,  kiedy  wyszliśmy  jej
naprzeciw.

Nie mógł wprost w to uwierzyć.

Ręce  mu  drżały,  gdy  otwierał  kopertę.  Paszport  zawierał  wymarzoną  wizę  wyjazdową. Ale  musiał
jeszcze tego samego dnia opuścić Niemcy.

-  Pociąg  do  Hamburga  z  połączeniem  do  Kopenhagi  odjeżdża  zaraz  po  jedenastej  z  Bielefeld  -
powiedziała nasza gospodyni. - Dowiadywałam się. Zawiozę pana na dworzec.

Wydawała się bardzo zadowolona.

-  O,  nie,  proszę!  -  odpowiedział.  -  Tylko  nie  dworzec  w  Bielefeld,  myślę,  że  nie  mógłbym  tego
znieść.

Ciocia  Käthe  była  bardzo  zdziwiona.  Chciała  coś  wtrącić,  ale  zrezygnowała  i  w  końcu  trochę
urażona oświadczyła:

- Jak pan sobie życzy, panie Kahn.

-  Szybko  spakujemy  nasze  rzeczy,  ciociu  Kathe,  i  podwieziemy  pana  Kohna  na  postój  taksówek  -
powiedziałem.

- Tak - zgodził się - to byłoby bardzo uprzejmie... Wsiądę do pociągu w Herford.

W pięć minut wszystko zostało posprzątane i rzeczy spakowane. Pan Kahn stał już w kapeluszu i w
palcie przy drzwiach. W ręce trzymał walizeczkę.

-  Niech  pan  spojrzy  -  powiedział  sięgając  do  kieszeni  -  jak  moja  ojczyzna  troszczy  się,  żebym  na
obczyźnie zawsze o niej pamiętał.

background image

Pokazał mi paszport.

Na  pierwszej  stronie  obok  „godła”  ze  swastyką,  wydrukowanego  w  miejscu  dawnego  orła  Rzeszy,
urząd paszportowy odbił dużą, czarną literę „J” - Jude.
 

background image

17.
Maszerowanie może być ideą

 

-  Nie  wiem,  skąd  brał  się  mój  optymizm,  że  w  czasie  gdy  będę  odbywał  służbę  wojskową,  nie
dojdzie do wojny - powiedziałem do Wernera przy naszym ponownym spotkaniu. - Co prawda zimą
1938/39 w polityce zagranicznej panował względny spokój, ale właściwie powinienem wiedzieć, że
była to cisza przed burzą...

- Młodzieńcza łatwowierność, przecież miałeś dopiero osiemnaście lat. Gdybyś mnie wtedy zapytał,
to  odpowiedziałbym:  zwiewaj,  bracie,  jak  możesz  najszybciej,  bo  pokój  nie  potrwa  długo!  Ledwie
skończyłem naukę, powołano mnie do Służby Pracy. Pojechałem do Winzeln, to jest koło Pirmasens
w Palatynacie, gdzie miałem nadzieję zobaczyć trochę świata...

- Przynajmniej byłeś niedaleko domu - do Ludwigshafen nie więcej niż godzina drogi pociągiem?

-  Tak,  ale  wychodziliśmy  nieczęsto.  Urlop  na  niedzielę  dostawało  się  najwyżej  raz  w  miesiącu.
Roboty  budowlane,  do  których  nas  tam  przydzielono,  były  ekstra  pilne.  „Największą  dziurę”  w
Westfalii,  jak  się  wtedy  mówiło,  trzeba  było  jak  najprędzej  załatać.  Tylko  z  naszej  okolicy
pracowało  tam  ponad  trzydzieści  tysięcy  robotników  objętych  nakazem  pracy.  I  zawsze  nas
popędzali:  „Tempo!  Tempo!”,  mówiło  się,  „Führer  nie  może  czekać!”  Dlatego  mógłbym  ci
powiedzieć,  że  pokój  nie  będzie  trwał  długo.  Bo  do  czego  były  potrzebne  te  umocnienia  na
zachodniej granicy, na taką skalę i robione w takim pośpiechu?

Opowiedział  mi,  w  jak  bezwzględny  sposób  wyzyskiwano  robotników.  Z  płacy  wynoszącej
sześćdziesiąt  fenigów  za  godzinę  i  przy  znacznych  potrąceniach  za  zbiorowe  żywienie,
zakwaterowanie,  ludzie  prawie  nie  mieli  co  wysyłać  do  domu.  Ich  rodziny  w  większości  skazane
były na korzystanie z zasiłków opieki społecznej.

- Wtedy wszyscy przekonali się, co to znaczy nie mieć związków zawodowych - powiedział.

- A Front Pracy? Nie przejmował się takim stanem rzeczy?

Zaśmiał się.

- Coś ty, kiedy w obozie pracy, niedaleko od nas, kilku ludzi próbowało zorganizować kolegów, żeby
przynajmniej wspólnie złożyć zażalenie w sprawie nie wypłacanych nadgodzin i złego wyżywienia,
to kierownik budowy zatelefonował do gestapo i kazał aresztować prowodyrów. Zwymyślał ich od
świń,  szumowin,  przestępców  i  żydowskich  parobków...  No,  a  my  w  Służbie  Pracy  nie  mieliśmy
w ogóle żadnej możliwości bronienia się. Tam było wszystko jak w wojsku; oprócz pracy mieliśmy
normalne szkolenie najpierw bez, a potem już z bronią: karabiny typ 98k, granaty ręczne, ćwiczenia
z lekkimi karabinami maszynowymi... wiesz, piechota.

Opowiedział  mi  jeszcze,  jak  to  się  stało,  że  będąc  synem  komunisty  -  jak  w  jego  dokumentach
personalnych  odnotowano  -  „karanego  za  wrogą  działalność  antypaństwową”  udało  mu  się  jednak
zasłużyć u przełożonych na opinię „niegroźnego gaduły”.

-  W  zakładzie  poligraficznym,  gdzie  terminowałem,  prócz  portretów  Führera  i  kalendarzy
z germańskimi nazwami miesięcy, jak Hartung, Hornung czy Gilbhart, drukowane były też różne dęte
sentencje, na pergaminie i gotycką czcionką, które rasowi naziści oprawiali w ramki i zdobili nimi

background image

ściany.  Otóż  dwie  z  takich  sentencji,  według  mnie  najbardziej  idiotyczne,  zabrałem  ze  sobą
i nakleiłem je w swojej obozowej szafce. Jedna z nich brzmiała: „Równym krokiem w szeregu, rytm
maszerującej kolumny to takt, który słyszymy zawsze. Bo maszerowanie jest ideą, przepajającą całe
nasze życie. A kto się oddał idei, ten już nie umie bez niej żyć”...

- To Heinrich Anacker?

- Nie, Baldur von Schirach, ale to prawie to samo.

A  druga  była  jeszcze  ładniejsza:  „Führer  jest  naszym  zbawcą.  Niestrudzenie  pracuje  dla  narodu
i  państwa.  Pomóżmy  mu,  w  czym  tylko  pomóc  możemy”.  Oberfeldmeister  był  bardzo  zdziwiony,
kiedy  podczas  kontroli  szafek  odkrył  u  mnie  te  arcydzieła.  I  nic  nie  mógł  temu  zarzucić.  Popatrzył
tylko  na  mnie  z  powątpiewaniem,  ale  od  tej  pory  uchodziłem  za  nacjonalistycznie  myślącego
półgłówka. Moi współtowarzysze naturalnie właściwie ocenili ten trik - doskonale orientowali się,
że w gruncie rzeczy wcale nie byłem nazistą.

- A co działo się w tym czasie z twoim ojcem? Wrócił do pracy na dworcu towarowym po wyjściu
z więzienia?

- Przez pół roku był bez pracy, a do ekspedycji na dworcu nie mógł wrócić jako „antypaństwowiec”.
Próbował  się  zaczepić  w  fabryce  maszyn  jako  niewykwalifikowany  robotnik.  Zarabiał  tam
dwadzieścia osiem marek brutto na tydzień, ale gestapo i na to nie zezwoliło. W końcu dzięki pomocy
jednego z towarzyszy, który był kierowcą furgonetki, znalazł zajęcie w tym samym przedsiębiorstwie,
i to w branży, która w 1938 roku szybko się rozwijała. Była to wytwórnia kostek bulionowych.

- W Ludwigshafen?

- Nie, po drugiej stronie Renu, w pobliżu Mannheim. Wtedy krucho było z mięsem i z tłuszczem, a dla
wielu i ceny były zbyt wygórowane. Różni kombinatorzy próbowali więc zbijać forsę na niedostatku.
Szefem 

mego 

ojca 

był 

dentysta. 

Jego 

szwagier 

zajmował 

wysokie 

stanowisko

w  narodowosocjalistycznej  służbie  zdrowia  i  właśnie  on  potwierdził,  że  kostki  bulionowe  mają
wysoką  wartość  odżywczą,  że  zawierają  dużo  witamin  i  innych  znakomitych  zalet.  Początkowo
personel firmy składał się z dwóch dziewczyn i kierowcy, a kostki produkowano w pralni, w willi
dentysty,  lecz  potem  sąsiedzi  zaczęli  się  uskarżać  na  dokuczliwe  zapachy  i  wytwórnia  została
przeniesiona do pustego magazynu i od tego czasu ojciec znalazł tam stałą pracę.

Kostki bulionowe produkowane były głównie z soli, niewielkiej ilości drożdży i pośledniej jakości
mięsa  wołowego.  Znajdowały  one  ogromny  zbyt  w  szpitalach,  w  kuchniach  wojskowych,
restauracjach i w gospodarstwie domowym. Dentysta zbijał na nich ogromne pieniądze i zrezygnował
z  praktyki  lekarskiej.  Trzeba  było  ciągle  powiększać  personel.  W  chwili  wybuchu  wojny  firma
dysponowała  już  dwudziestoma  pięcioma  własnymi  furgonetkami.  Ojciec  Wernera  zaliczał  się  do
grona  pierwszych,  najstarszych  pracowników. Ale  nigdy  nie  zarabiał  więcej  niż  czterdzieści  jeden
fenigów za godzinę.

-  Z  tego  nie  mógł  sobie  pozwolić  nawet  na  kupienie  papierosa.  Pieniądze,  jakie  on  i  matka  -
pracowała  jako  sprzątaczka  -  zarabiali  razem,  wystarczyły  zaledwie  na  to,  co  najpotrzebniejsze.
Paczka  papierosów,  tak  zwana  „trójka  Ecksteina”  kosztowała  dziesięć  fenigów.  Przy  zarobku,
wynoszącym około osiemnaście marek netto, wypłacanym co piątek, nie było mowy o takim luksusie.
Osiemnaście  marek  kosztowała  wtedy  para  butów,  najtańszych.  Na  masło  -  funt  za  markę

background image

sześćdziesiąt  -  rodzice  nie  mogli  sobie  pozwolić  nawet  raz  w  roku  na  Wielkanoc,  a  margarynę  za
siedemdziesiąt  fenigów  też  kupowali  tylko  raz  na  tydzień.  Zamiast  mięsa  były  tak  zwane  „kotlety
Hermanna Göringa” - „Bratlinge” - pamiętasz?

-  Owszem,  jadłem  je  w  wojsku.  Były  najróżniejsze  teorie  na  temat  tego,  z  czego  je  robiono.
Oficjalnie nazywały się „smażonki”, przypuszczalnie zawierały głównie mączkę rybną. Ale nikt w to
nie wierzył, bo w ogóle nie miały żadnego smaku.

-  Zakład,  w  którym  pracował  ojciec,  produkował  też  proszek  do  produkcji  tych  „smażonek”,  prócz
tego  jaja  w  proszku,  w  torebkach  po  dziesięć  fenigów.  Podobno  miały  wartość  odżywczą  równą
trzem  świeżym  jajkom.  Dentysta  zbijał  fortunę,  miał  przy  tym  poparcie  władz  i  przywileje
podatkowe, ponieważ jego produkty zastępcze pozwalały na oszczędzanie dewiz. Żywności prawie
nie  importowało  się,  tylko  surowce  ważne  dla  przemysłu  zbrojeniowego  -  „armaty  zamiast  masła”.
A jeszcze gorzej było z tekstyliami.

- Tego dokładnie nie pamiętam. Wiem tylko, że wszyscy narzekali i że krążyło mnóstwo dowcipów
na temat ubrań marki „niemiecki las”, które wiosną zieleniały, a w jesieni też odpowiednio zmieniały
kolor.

-  Dla  robotników  i  drobnych  urzędników  był  to  poważny  problem.  Przed  zbrojeniami  mogli  sobie
kupić  przyzwoite  ubranie  z  czystej  wełny,  naturalnie  gotowe,  za  około  trzydzieści  pięć  marek.  W
1938 roku płacili już co najmniej pięćdziesiąt marek za garnitur, który tylko na wystawie wyglądał
jak wełniany. Ubrania te gniotły się, jakby były uszyte z papieru i wisiały na figurze jak worki. Ktoś,
kto odejmując sobie od ust, kupił wreszcie na Boże Narodzenie taki garnitur, po krótkim czasie mógł
go właściwie wyrzucić. Tylko ten, którego stać było na zapłacenie stu pięćdziesięciu marek i więcej,
otrzymywał coś, co w pewnym stopniu odpowiadało dawnej, średniej jakości. Z innymi tekstyliami
też nie było lepiej. Sama tandeta, nie tylko że nie grzała, ale jeszcze niszczyła się błyskawicznie.

Pomyślałem  o  panu  Deschu  -  ten  zdołał  we  właściwym  czasie  zaopatrzyć  się  w  dobre  materiały.
Odwiedziłem  go  przed  Bożym  Narodzeniem  w  1938  roku,  kiedy  po  czterech  tygodniach  służby
wojskowej przyjechałem po raz pierwszy na święta do domu.

Pytał, jak mi jest w wojsku. Powiedziałem, że można wytrzymać i że dostałem przydział do służby
łączności.  Przypuszczalnie  już  za  dwa  tygodnie,  po  ukończeniu  wyszkolenia  podstawowego,
rozpocznę kurs specjalistyczny i mam nadzieję, iż potem uda mi się resztę czasu przetrwać spokojnie
przy  radiostacji.  A  we  wrześniu  będę  mógł  zdjąć  mundur...  Pan  Desch  słuchał  z  całkowicie
obojętnym wyrazem twarzy.

- Miejmy nadzieję, że twoje przewidywania się sprawdzą..: - odpowiedział.

Potem  zapewniwszy  mnie,  iż  mogę  mówić  o  szczęśliwym  zrządzeniu  losu,  ponieważ  trafiłem  do
łączności,  bo  to  najlepsze,  czego  można  się  w  wojsku  nauczyć,  zaczął  gorąco  mnie  zachęcać  do
zamówienia  u  niego  granatowego  munduru  wyjściowego  z  najlepszej  gabardyny.  Dodał,  że  później
mógłbym  odpruć  naszywki  i  wypustki  od  kołnierza,  zmienić  guziki  i  miałbym  eleganckie  ubranie
cywilne na wszelkie okazje - i na długie lata. Zalecając materiał, jaki zachował jeszcze dla dobrych
klientów,  mówił  już  bardzo  ożywiony  i  nim  zdążyłem  cokolwiek  odpowiedzieć,  zaprotestować,
zdejmował ze mnie miarę.

- Ależ proszę pana, to będzie za drogie - próbowałem się bronić. - Nie stać mnie na to!

background image

Potem mówił coś o „cenie dla przyjaciół” i że zawrzemy „arrangement” i to umożliwi mi spłacenie
długu w dogodnych ratach. W końcu zapytał jeszcze, jak często będę przyjeżdżał na urlopy.

-  W  okresie  szkolenia  zasadniczego,  w  ciągu  najbliższych  dwu  miesięcy,  jak  dobrze  pójdzie,  to  co
dwa tygodnie. Bo jestem, o czym do tej pory sam nie wiedziałem, bardzo dobrym strzelcem, a u nas
kto podczas czwartkowego strzelania z karabinu znajdzie się w trójce najlepszych, może wracać do
koszar dopiero w poniedziałek wieczorem, a nie jak inni - do północy w niedzielę. Kiedy zakończy
się szkolenie i zacznę już normalną służbę w łączności, będę miał każdy weekend wolny...

-  Znakomicie  -  powiedział  pan  Desch  już  zwykłym,  znudzonym  tonem.  -  Wtedy  mógłbyś  udzielać
korepetycji  pannie  Bonse.  -  Widząc  moje  zdziwienie,  dodał  cicho:  -  Ona  interesuje  się  amatorsko
łącznością radiową.

I  tak  stało  się,  że  dostałem  szyty  na  miarę  granatowy  wyjściowy  mundur  lotniczy  z  angielskiej
gabardyny,  który  później,  przerobiony  na  cywilne  ubranie  „na  wszystkie  okazje”,  rzeczywiście
nosiłem  jeszcze  w  pierwszych  latach  Republiki  Federalnej,  przez  ponad  dziesięć  lat,  przyciągając
zazdrosne  albo  pełne  podziwu  spojrzenia,  aż  w  końcu  dobry  jeszcze  garnitur  zrobił  się  za  ciasny.
W  zamian  za  uszycie  munduru  od  połowy  stycznia  1939  roku  udzielałem  korepetycji  pannie  Bonse,
o które prosił pan Desch. Najpierw co drugi czwartek, a potem w każdą niedzielę.

Uczyła się bardzo szybko alfabetu Morse’a od A - jak atom (•-) po Z - jak Zorndorf (-) i w niedługim
czasie  osiągnęła  znacznie  większą  biegłość  w  posługiwaniu  się  kluczem  niż  ja,  była  doskonała  w
„technice  nadawania”  i  w  „łączności  w  warunkach  szczególnych”.  Zapoznałem  ją  też  z  relatywnie
prostymi i przy krótkich tekstach prawie niemożliwymi do złamania kodami, używając za podstawę
wiersz Heinricha Heinego Pielgrzymka do Hevlaar. Pierwsza zwrotka brzmiała następująco:

„Przy oknie matka stała
a w łóżku leżał syn.
Czy nie chcesz wstać Wilhelmie
popatrzeć na procesję?”

Podstawą szyfru na jeden dzień była za każdym razem pierwsza linijka jednej z dwudziestu zwrotek,
a po dwudziestu dniach zaczynało się od nowa - od drugiej linijki.

Panna  Bonse  osiągała  też  dobre  wyniki  w  szyfrowaniu  i  odczytywaniu  szyfru.  Jako  nauczyciel
mogłem  więc  być  z  niej  zadowolony.  Tylko  moi  przyjaciele  dziwili  się,  że  w  każdą  niedzielę
spędzam dwie cenne godziny urlopu w towarzystwie tej oschłej, trzydziestoparoletniej osoby, której
codzienny strój przez cały tydzień składał się ze spódnicy i pulowera, a w niedzielę ubierała się jak
przełożona  pensji  dla  panienek.  Tym,  którzy  próbowali  mi  dokuczać,  mówiłem,  że  dwie  godziny
w  tygodniu  poświęcam  na  konwersację  angielską,  ponieważ  w  grudniu  1939  roku  mam  zamiar
wyjechać na studia do Anglii. Mój przyjaciel Kulle zauważył wtedy sceptycznie:

- Jeżeli w ogóle coś z tego wyjdzie, faktycznie wojna już wisi w powietrzu...
 

Opowiedziałem Wernerowi ten epizod.

-  Ja  też  byłem  przekonany,  że  zacznie  się  na  wiosnę  1939.  Było  już  bardzo  gorąco,  kiedy  Hitler
w  styczniu  zażądał  od  Polski  odstąpienia  korytarza,  Poznania  i  Prus  Zachodnich  oraz  przyłączenia

background image

Gdańska do Rzeszy.

Dwa  miesiące  później,  w  marcu  1939  roku  Słowacja  pod  presją  Niemiec  oderwana  się  od  rządu
praskiego  i  15  czerwca  doszło  do  „załatwienia  reszty  Czech”.  Została  zmuszona  do  poddania  się
„opiece  Rzeszy”,  a  w  tydzień  po  wkroczeniu  Wehrmachtu  naziści  utworzyli  „Protektorat  Czech  i
Moraw” i podpisali z Rumunią układ, oddający praktycznie w ich ręce wszystkie posiadane przez ten
kraj surowce (złoża ropy naftowej).

- Wiem, przez kilka dni sytuacja była krytyczna. Ale konto Hitlera znów powiększyło się, zaś wielkie
mocarstwa  poprzestały  na  protestach.  A  według  absolutnie  pewnej  informacji  z  Rzymu,  jak
powiedziała  panna  Bonse,  Hitler  uroczyście  zapewnił  Mussoliniego,  że  przed  1942  rokiem  nie
podejmie żadnych kroków, które mogłyby doprowadzić do Wojny z Francją i Wielką Brytanią...

-  Skąd  ona  miała  tego  rodzaju  informacje,  wówczas  chyba  ściśle  tajne?  -  zaciekawił  się  Werner.  -
I dlaczego uczyła się u ciebie obsługiwania radiostacji? Czyżby miała nielegalną krótkofalówkę? I z
kim utrzymywała łączność?

- Co do tego mogę snuć tylko domysły, ponieważ nigdy nie rozmawialiśmy na ten temat. Wiedziałem,
że  była  zdecydowaną  przeciwniczką  nazistów,  prócz  tego  osobą  pod  każdym  względem  godną
zaufania,  niezwykle  odważną  i  gotową  do  niesienia  pomocy,  gdy  chodziło  o  ratowanie  ludzi  przed
gestapo,  i  to  bez  względu  na  ich  pochodzenie  i  przekonania  polityczne.  To  mi  wystarczyło.  Nie
chciałem wiedzieć więcej. Dla wszystkich było bezpieczniej, jeśli każdy wtajemniczony był tylko na
tyle, ile w danej chwili wymagały tego okoliczności.

Werner przytaknął milcząc.

--  Przypuszczam,  że  albo  u  niej,  albo  u  kogoś  z  kręgu  jej  bliskich  przyjaciół  znajdowała  się
krótkofalówka i utrzymywano łączność z Holandią. Na tę odległość wystarczyła taka miniradiostacja
- do granicy w prostej linii było trochę ponad pięćdziesiąt kilometrów, a powiedzmy: jeśli tylko raz
na  tydzień,  o  różnych  porach  dnia  i  nie  dłużej  niż  przez  pół  minuty  pracowała,  być  może  nawet
w  różnych  miejscach,  to  nadajnik  był  nie  do  zlokalizowania  przez  nadzór  kontroli  radiowej,
zwłaszcza że przy tego rodzaju nadajnikach występuje tak zwana „strefa uskokowa” i wtedy W ogóle
ich  nie  słychać...  Sądzę,  że  jej  partner  radiowy  znajdował  się  w  Holandii,  ponieważ  kiedyś
napomknęła o tym, właśnie w owych krytycznych dniach marca, kiedy Wehrmacht wkroczył do Pragi.

Było to w niedzielą 13 marca 1939 roku. Po południu odwiedziłem panną Bonse i przerabiałem z nią
jeszcze raz kod, przy którym, ze względu na dość samowolną ortografię Heinego, pojawiły się pewne
trudności. Około siedemnastej, kiedy już chciałem się pożegnać, odezwał się telefon.

Panna Bonse powiedziała mi, że dzwoniła pani Ney, ciocia Änne, ponieważ „nasz Jupp” chciał się
dowiedzieć,  która  apteka  ma  tej  niedzieli  dyżur  -  podobno  informacja  co  do  tego  była  pilnie
potrzebna i ważna.

Oboje  wiedzieliśmy,  że  „nasz  Jupp”  to  brat  pani  Ney,  który  należał  do  partii  komunistycznej  i  od
1933  roku  mieszkał  w  Bazylei.  Pani  Ney  wyjawiła  pannie  Bonse,  że  pojawił  się  nagle  u  niej,
podobnie  jak  trzy  lata  temu  w  czasie  zajęcia  Nadrenii,  jego  przyjaciel  „zegarmistrz”.
Prawdopodobnie zdecydował się jak najszybciej znów opuścić Niemcy, bo „dyżurna apteka”, o którą
pytała  pani  Ney,  oznaczała,  że  szuka  możliwości  przejścia  przez  zieloną  granicę  do  Belgii  lub
Holandii.  Panna  Bonse  spytała  jeszcze,  czy  brat  pani  Ney  ma  receptę,  co  należało  rozumieć:  czy

background image

gestapo depcze mu po piętach?

Odpowiedź  brzmiała,  że  nie.  Że  to,  czego  potrzebował  „nasz  Jupp”,  sprzedawano  bez  recepty,
a  zalecił  mu  ów  specyfik  lekarz  domowy,  czyli:  instrukcja  zalecała,  by  w  określonych
okolicznościach, jakie zapewne zaistniały, bezzwłocznie opuścił Niemcy.

- Idy marcowe... - odpowiedziała na to panna Bonse, a ja zdrętwiałem.

Idy,  połowa  miesiąca  marca...  -  pamiętałem  to  z  Szekspirowskiego Juliusza  Cezara,  którym
zamęczano  nas  na  lekcjach  angielskiego  w  siódmej  klasie  gimnazjum  -  oznaczały  największe
niebezpieczeństwo. Czyżby to wojna?

- Sytuacja wydaje się nader krytyczna - powiedziała panna Bonse z powagą, a potem ciszej dodała,
że teraz będzie musiała skontaktować się z Roermond. Poprosiła, abym za godziną jeszcze raz do niej
wstąpił, a potem przekazał wiadomość, na którą czeka pani Ney.

-  Nie  będę  musiała  do  niej  telefonować,  im  rzadziej  korzysta  się  z  telefonu,  tym  lepiej...  -
I wyjątkowo uśmiechnęła się, bo to właśnie ja wpajałem jej tę podstawową zasadę w odniesieniu do
tajnej łączności radiowej.

Po południu wybierałem się do kina, z czego naturalnie zrezygnowałem. Wiadomość, jaką zaniosłem
cioci Änne, bardzo zajętej o tej porze w zatłoczonej kawiarni, brzmiała: „Apteka Maiwald dyżuruje
od dziewiętnastej”.

Skinęła  mi  przyjaźnie  głową,  obsługując  klientkę,  przyjmując  od  kelnerki  paragony,  wydając
zamówienia i jak gdyby mimochodem powiedziała do mnie:

- Szkoda, że nie poznałeś „naszego Juppa”...

Utykając  wyszła  na  zaplecze  -  dokuczał  jej  ból  biodra  -  pewnie  do  piekarni  w  podwórzu,  gdzie
zwykle parkował samochód dostawczy. W drzwiach odwróciła się i z uśmiechem dodała:

- To taki miły chłopak, wiem, że rozumielibyście się dobrze. No, może następnym razem...

Później  dowiedziałem  się  od  niej,  że  „nasz  Jupp”  ukryty  był  w  furgonetce  w  chwili,  gdy
przekazywałem  wiadomość,  kto  przewiezie  go  za  granicę  i  podałem  miejsce  spotkania:  Maiwald  -
była to gospoda w Lobberich, niedaleko holenderskiej granicy, na południe od Venlo, zaś odpowiedź
na  pytanie,  która  apteka  w  pobliżu  dyżuruje  w  niedzielę,  należało  odczytać,  że  syn  właściciela  tej
gospody  podjął  się  przeprowadzenia  go  przez  Brachter  Wald  do  najbliżej  położonej  holenderskiej
wsi.

Tej  niedzieli  wróciłem  do  koszar  około  północy,  jeszcze  przed  capstrzykiem.  Przechodząc  przez
wartownię, stwierdziłem ze zdumieniem, że wszyscy byli na nogach.

-  O  0.45  wymarsz  -  usłyszałem  po  wejściu  do  sali  -  przygotowani  do  zajęć  polowych  i  z  ostrą
amunicją do ćwiczeń MOB! Nie zawiadomiono ciebie, że masz natychmiast przerwać urlop?

Nie wstępowałem do domu i dlatego nic nie wiedziałem o telegramie. Matka pojechała do Anglii, do
ojca. Zamiast więc siedzieć w pustym mieszkaniu, przenocowałem u Kullego.

A  teraz  widziałem  wokół  siebie  poważne  twarze  kolegów.  Zwłaszcza  starsi  byli  wyraźnie

background image

przygnębieni.

- Ćwiczenia MOB - powiedział jeden - to mobilizacja, a mobilizacja oznacza, że prawdopodobnie
będzie wojna... o entuzjazmie naprawdę nie było mowy.

W nocy wyjechaliśmy długą kolumną daleko na południowy wschód, na tak zwane „pozycje MOB”
na  zachodnim  skraju  Lasu  Turyńskiego.  Tam  przez  cały  poniedziałek  czekaliśmy  na  rozkazy,  aż
wreszcie o osiemnastej powiedziano: „Wracać do garnizonu - koniec ćwiczeń”.

Odetchnęliśmy  z  ulgą.  Napięcie  ustąpiło,  a  my,  w  naszym  komfortowym,  ośmiocylindrowym
„Horchu”  posłuchaliśmy  kilku  rozgłośni  i  dowiedzieliśmy  się,  co  się  stało:  o  szóstej  rano
w poniedziałek jednostki Wehrmachtu wkroczyły do Czechosłowacji, nie napotykając oporu. Zajęły
cały kraj, a Hitler, który właśnie przybył do Pragi, oświadczył: „Czechosłowacja przestała istnieć!”

Nieco  później  usłyszeliśmy  w  słuchawkach  jego  głos.  Z  wyraźnym  triumfem  oznajmił:  „I  jest  to
zgodne  z  nakazem  samozachowania  narodu,  że  Rzesza  Niemiecka  postanowiła  bezwzględnie
interweniować  na  rzecz  odbudowy  podstaw  rozsądnego  ładu  w  Europie  Środkowej  oraz  podjąć
wynikające  stąd  działania.  W  swym  tysiącletnim  rozwoju  historycznym  dowiodła  bowiem,  że
zarówno  przez  wielkość,  jak  przymioty  narodu  niemieckiego,  jedynie  ona  powołana  jest  do
wypełnienia tego zadania...”

- No, teraz to już zupełnie zbzikował - powiedział na to Erwin, kolega radiotelegrafista, który jako
obergefreiter  dowodził  załogą  radiowozu  (w  skład  załogi  wchodziłem  tylko  ja  i  kierowca
Barczustowski). - Jest chory na manię wielkości jak przewodnik stada pawianów w naszym ZOO.

Erwin pochodził z Wuppertal, z zawodu był elektrykiem i nie miał nic wspólnego z Hitlerem. Jego
ojciec,  socjaldemokrata,  siedział  w  roku  1933  w  „areszcie  prewencyjnym”,  w  osławionym
„prywatnym kacecie Kemna”, gdzie zmiażdżono mu dziesięć palców i teraz był inwalidą.

Erwin i ja mogliśmy szczerze rozmawiać, ponieważ Barczustowski, stuprocentowy nazista, który od
początku ćwiczeń MOB bardzo przycichł, teraz siedział za kierownicą i nie mógł nas słyszeć.

Pomyślałem  o  pannie  Bonse  i  o  idach  marcowych.  Czyżby  groźba  wojny  minęła?  A  może  Hitler
wkroczył teraz na drogę prowadzącą nieodwołalnie do wojny, do klęski i upadku?

We wtorek rano zatelefonowałem z kantyny do cioci Änne i spytałem, czy wszystko jest w porządku,
a także, jak się czuje jej chory brat.

- Nasz Jupp jest zdrów, nie  martw  się. A  ludzie,  u  których  twoi  rodzice  bawią  z  wizytą,  zaczynają
wreszcie  coś  rozumieć.  Będę  prosiła  Najświętszą  Pannę,  żeby  się  nic  nie  stało  do  twego  powrotu
z wojska...
 

- Tak, wreszcie po rozbiciu Czechosłowacji Anglikom i Francuzom otworzyły się oczy, zrozumieli,
że wszystkie pokojowe deklaracje i zapewnienia to tylko kłamstwa i zwodzenie - powiedział Peter. -
O  wiele  za  późno  uświadomili  sobie,  że  ustępstwami  i  pobłażaniem  rozbudzili  jeszcze  większą
chciwość tego szantażysty... My, mali ludzie, moi rodzice, ich przyjaciele i towarzysze, a nawet ja,
widzieliśmy  to  znacznie  wyraźniej.  A  w  ogóle  życzyłbym  sobie  też  takich  dobrych  przyjaciół
i  sojuszników,  jakich  wtedy  wy  mieliście:  ludzi  pokroju  tego  eleganckiego  krawca,  energicznej
nauczycielki  z  radiostacją  i  religijnej  żony  cukiernika,  która  nawet  komunistom  pomagała

background image

przeprawiać się za granicę...

- Ostatecznie chodziło o jej brata i jego przyjaciół - ale Werner zaprzeczył.

-  My  nie  mogliśmy  ufać  nawet  najbliższym  krewnym.  Zdarzało  się,  niestety,  że  i  wśród  nich  ktoś
dawał  się  kupić,  a  potem  szpiclował  dla  nazistów.  Wielu  miękło  za  cenę  paczki
z narodowosocjalistycznej opieki społecznej, za masło, dobrą kiełbasę, za ciepłe palta dla dzieci z
„Pomocy  zimowej”,  za  perspektywę  uzyskania  lepszej  pracy  i  wyższych  o  kilka  groszy  zarobków...
„Głód  upodla”,  mówił  mój  ojciec,  a  właśnie  wiosną  1939  roku  w  rodzinach  robotniczych  było
bardzo  źle.  Czas  pracy  został  przedłużony  w  fabrykach  do  dziesięciu,  gdzieniegdzie  nawet  do
dwunastu godzin, realne płace spadały, ceny rosły, a zmiana miejsca pracy wymagała każdorazowo
zezwolenia.  To,  co  wyczyniali  z  robotnikami,  było  już  prawdziwym  niewolnictwem,  a  wszystko
w imię przygotowań do wojny, dla zbrojeń, jak to się wtedy mówiło.

- Sądzisz, że w tak nędznych warunkach pracy i życia słabła siła oporu?

-  Niestety  tak.  Do  tego  jeszcze  wielu  poraził  nieustanny,  huraganowy  obstrzał  nazistowskiej
propagandy.  I  ciągły  strach  przed  szpiclami  gestapo.  I  poddawali  się.  Tylko  szeroki  sojusz
chrześcijańskiego i konserwatywnego mieszczaństwa aż po komunistów mógłby nas uczynić zdolnymi
do stawienia oporu. Ale tego nigdy nie było lub tylko zdarzało się w wyjątkowych przypadkach - jak
u was, którzy byliście w znacznym stopniu bezpieczni od szpicli.

Może Werner miał rację, pomyślałem.

Ale  czy  my  rzeczywiście  mogliśmy  się  nie  obawiać  szpicli?  Przypomniałem  sobie,  że  raz  prawie
byłem  gotowy  zaufać  komuś,  o  którego  uczciwości  byłem  przekonany,  a  kto  w  rzeczywistości  od
dawna przeszedł na stronę nazistów.
 

background image

18.
Uwaga - wróg podsłuchuje!

 

Zaraz  po  Zielonych  Świątkach  1939  roku  złożyłem  prośbę  o  trzydniowy  urlop  specjalny,
uzasadniając ją złotym weselem dziadków, 75. rocznicą urodzin dziadka i ślubem kuzynki.

Wobec  takiego  nagromadzenia  ustawowych  podstaw  do  uzyskania  urlopu  udzielono  mi  go  bez
zastrzeżeń. Przyczynił się do tego też w znaczny sposób Erwin, mój szef radiostacji. Poparł podanie
jako  „pilne”,  dodając,  że  jestem  „jedynym  wnukiem”  mego  -  zresztą  przed  laty  zmarłego  dziadka  -
oraz świadkiem na ślubie kuzynki. Potem zielonym ołówkiem dopisał na marginesie: „zaświadczenie
Urzędu  Stanu  Cywilnego  przedłożono”  i  sam  zaniósł  podanie  do  kancelarii,  podrzucając  je  do
korespondencji przeznaczonej „do przedłożenia szefowi kompanii”.

- Należy działać jak nasz Führer - powiedział - nie tylko nie poprzestawać na wierutnym kłamstwie,
ale jeszcze używać mocnych słów.

Wcale nie interesował się i nie zapytał mnie, dlaczego tak mi się śpieszy do Berlina.

- Bawcie się dobrze i pozdrów ją ode mnie, anonimowo niestety - dodał od siebie, a i ja rad byłem
nie rozwijać kwestii.

W piątek rano wezwano mnie do kancelarii po odebranie karty urlopowej. Dostałem zwolnienie na
sobotę, niedzielę i poniedziałek. W czasie przerwy obiadowej Erwin powiedział:

- Możesz jechać już dziś, co prawda dopiero po służbie. Na dzisiejsze popołudnie przewidziane są
ćwiczenia z łączności. Udajemy się do Bielefeld, więc w drodze powrotnej Barczustowski może cię
wysadzić na dworcu i złapiesz jeszcze pośpieszny o czternastej pięćdziesiąt. Damy sobie radę i bez
ciebie.

W  ten  sposób  zyskałem  jeszcze  pół  dnia  urlopu,  a  stuprocentowy  Barczustowski  też  na  tym
skorzystał,  ponieważ  Erwin  pozwolił  mu  po  drodze  odwiedzić  przyjaciółkę.  W  tym  czasie  Erwin
nadał: „zakłócenia techniczne - przerywam łączność” i gdzieś na górze znalazł zacienione miejsce na
drzemkę, bo ten czerwcowy dzień był bardzo gorący.

Przed  trzecią  po  południu  siedziałem  już  w  berlińskim  pociągu  -  w  radiowozie  przebrałem  się
w wyjściowy mundur uszyty przez pana Descha - i starałem się wszystko jeszcze raz przemyśleć.

W środę wieczorem zatelefonowałem do matki. Niedawno wróciła z Londynu. Zamierzaliśmy jeszcze
przed końcem roku, gdy tylko zakończę służbę wojskową, przenieść się do Anglii - o ile Hitler nie
pokrzyżuje naszych planów. Gdyby rozpoczął wojnę w jesieni, to o zwolnieniu z wojska nie byłoby
mowy.

Panna  Bonse  przewidywała,  że  wojna  wkrótce  wybuchnie.  Rozmawialiśmy  o  tym  w  ubiegłą
niedzielę.  Ja  próbowałem  sugerować,  że  przecież,  naziści  dopiero  co  „załatwili”  resztę
Czechosłowacji,  robiąc  z  tego  niemiecki  „Protektorat  Czech  i  Moraw”.  A  więc  te  kraje,
w  poprzednim  roku  Austria  i  Sudety  i  niedawno  wymuszona  na  Litwie  Kłajpeda,  chyba  na  razie
wystarczą.

Panna Bonse była innego zdania.

background image

-  Hitler  to  hazardzista.  I  jak  każdy  hazardzista  zechce  kontynuować  znakomitą  passę,  nie  wie,  że
powinien przerwać grę. On wprost pali się do tego, żeby znów wszystko postawić na jedną kartę.

- Ale zachodnie umocnienia długo jeszcze nie będą gotowe, wiem to od przyjaciół. Prowadzi się tam
gorączkowo prace, jednak dopiero w przyszłym roku ukończą budowę fortyfikacji...

Zdaniem  panny  Bonse  była  to  jedyna  okoliczność,  która  dawała  odrobinę  nadziei.  Jeśli  mimo
wszystko  chciałby  rozpocząć  wojnę  w  tym  roku,  to  nie  później  niż  w  sierpniu,  zaraz  po  żniwach,
czyli za siedemdziesiąt, osiemdziesiąt dni.

W  takim  razie  przygotowania  musiałyby  być  już  w  pełnym  toku  i  pewna  ilość  ludzi  na  kluczowych
stanowiskach wiedziałaby o tym.

-  Wkrótce  jedziesz  do  Berlina  -  powiedziała.  -  Zastanów  się,  czy  nie  macie  wśród  tamtejszych
znajomych  jakiegoś  wysokiego  urzędnika  ministerialnego,  specjalisty  od  zbrojeń,  generała  czy
choćby  gruppenführera  SS?  Byłoby  niesłychanie  ważne  uzyskanie  pewnej  informacji,  i  to  jak
najszybciej! Również dla twoich planów miałoby to zasadnicze znaczenie. Pomyśl o tym!

Myślałem  i  nawet  wymyśliłem  coś,  czego  przynajmniej  warto  było  spróbować.  Ale  właściwa
przyczyna mego pośpiechu z wyjazdem do Berlina była zupełnie innej natury. Ostatniej niedzieli pan
Desch zwrócił się do mnie z prośbą o nawiązanie kontaktu z zarządem gminy żydowskiej w Berlinie,
naturalnie „przy zachowaniu pełnej dyskrecji”, dodał, że to sprawa nie cierpiąca zwłoki. W Berlinie
mieszkało  stosunkowo  dużo  Żydów.  Wielu  przybyło  dopiero  w  ostatnich  latach  z  mniejszych  miast
i  miasteczek,  ponieważ  w  tak  wielkim  skupisku  ludności  czuli  się  pewniej.  A  „przyjaciele”  pana
Descha  gotowi  byli  jeszcze  tego  lata  umożliwić  około  dwustu  trzydziestu  osobom  wyjazd  do  USA
holenderskim  statkiem,  który  odpływał  z  Rotterdamu  do  Nowego  Jorku  na  początku  sierpnia.
Wyrazili  oni  życzenie,  aby  gmina  w  Berlinie  dokonała  wyboru  i  wskazała  imiennie  osoby,  mające
być tą akcją objęte.

- Trzeba tych ludzi wyprawić z Berlina do Nadrenii, a potem przez zieloną granicę - powiedział pan
Desch  -  a  co  najważniejsze,  najpierw  znaleźć  odpowiedzialnego  łącznika,  który  mógłby  przekazać
zarządowi gminy tę informację i cieszył się zaufaniem zarządu. On sam, pan Desch, wiedział o tym
planie  zaledwie  od  kilku  dni,  a  podejmowane  przez  niego  dotychczas  próby  znalezienia  takiego
pośrednika nie powiodły się.

- Rozmawiałem z twoją mamą. Mówiła mi, że ojciec ma w Berlinie przyjaciela z młodości, którego
ty też znasz - jest to pan doktor Elkan...

- Naturalnie, wuj Erich, był adwokatem i rejentem. Mieszka na Litzenburgerstraße. A co z nim?

-  Według  moich  informacji  -  odpowiedział  pan  Desch  jeszcze  bardziej  znudzonym  tonem  -  ten  pan
jest syndykiem zarządu gminy żydowskiej.

-  Naprawdę?  Bardzo  mnie  to  dziwi.  Chodziłem  z  jego  synem  do  szkoły  powszechnej.  Otóż  był  on
zwolniony  z  lekcji  religii,  ponieważ  ani  rodzice,  ani  on  sam  nie  należeli  do  żadnego  kościoła.
Mieszkał  wtedy  na  Prinzregentenstraße  z  matką  -  zaraz  obok  synagogi.  Jego  rodzice  rozeszli  się.
Przypominam  sobie,  że  kiedyś  chciałem  zobaczyć  żydowskie  nabożeństwo  -  przez  ciekawość  -
i  zapytałem,  czy  poszedłby  ze  mną  w  piątek. Ale  on  nie  chciał.  „Moi  rodzice  wystąpili!”  Teraz  on
z  matką  mieszka  w  Szwecji.  Wyemigrowali  w  1933  roku,  kiedy  wuj  Erich  musiał  zrezygnować

background image

z praktyki adwokackiej.

- Być może doktor Elkan wrócił do gminy, jak zaczęły się prześladowania Żydów. W każdym razie
wydaje mi się on właściwym człowiekiem, a ponieważ znacie się dobrze, sądzę, że nie będzie z tym
problemów. Sprawa jest bardzo pilna!

Udzielił  mi  jeszcze  szczegółowych  instrukcji,  które  dokładnie  zapamiętałem,  ponieważ  dla
ostrożności nie robiłem notatek.

Wracając w niedzielę wieczorem do garnizonu, przypomniałem sobie, iż być może, mógłbym znaleźć
jeszcze  lepszy  kontakt  z  gminą  w  Berlinie.  Przed  kilkoma  dniami  odwiedził  moją  matkę  Heinz
Elsässer. Przerwał podróż do Berlina w Düsseldorfie, żeby się ze mną zobaczyć i bardzo żałował, że
mnie nie zastał. Razem dorastaliśmy. Jego rodzice mieszkali wówczas niedaleko od nas w skromnej
oficynie.  Chodziliśmy  do  jednego  przedszkola,  razem  bawiliśmy  się  na  ulicy  i  w  parku  miejskim,
a przez pewien czas chodziliśmy nawet do tej samej szkoły. Nieco później, na krótko przed naszym
wyjazdem  z  Berlina,  spotkaliśmy  się  znów  w  organizacji  „Czerwony  Sokół”,  ale  od  czasu,  gdy
zamieszkałem  w  Nadrenii,  kontakt  urwał  się.  Ojciec  Heinza  był  wtedy  kantorem  przy  nowej
synagodze  na  Oranienburger  Straße,  w  północnej  części  centrum  miasta.  Jego  matka,  wysoka,
postawna  kobieta,  pochodziła  z  Bad  Tölz  i  ciągle  jeszcze  posługiwała  się  bawarskim  dialektem.
O ile pamiętam - bo coś takiego zdarzało się nieczęsto - przeszła dla męża na judaizm i Heinz według
norymberskich ustaw był dla nazistów „pełnym Żydem”.

Heinz  Elsässer  zostawił  u  mojej  matki  swój  nowy  adres,  tym  razem  mogłem  go  więc  odwiedzić.
Mieszkał  z  rodzicami,  którzy  przenieśli  się  do  wschodniej  części  miasta,  gdzieś  pomiędzy
Jannowitzbrücke i Schlesischer Bahnhof. Pomyślałem, że jeśli ojciec Heinza był jeszcze kantorem, to
przez  niego  można  by  łatwo  nawiązać  potrzebny  kontakt  i  postanowiłem  zaraz  po  przyjeździe
odszukać Elsässerów.

Około  ósmej  wieczorem  wysiadłem  co  prawda  na  dworcu  ZOO  w  Berlinie,  ale  najpierw
zatelefonowałem  do  wujostwa  i  zapowiedziałem  swoją  wizytę,  przepraszając,  że  przyjdę  dopiero
przed jedenastą i pojechałem miejską koleją dalej, do Schlesischer Bahnhof.

Ciotka  Elsbeth  ogromnie  ucieszyła  się  z  mego  przyjazdu  i  zapewniła,  że  chętnie  na  mnie  zaczeka.
Powiedziała,  że  i  tak  nie  kładłaby  się  spać,  ponieważ  wuj  Karl  jest  na  kursie  obrony
przeciwlotniczej,  a  kuzynka  Gudrun  też  późno  wróci  do  domu.  Nie  zawiodła  mego  oczekiwania,
dodając: „Mam dla ciebie dość jedzenia, a pokój gościnny zaraz przygotuję”.

Znalazłszy się na Schlesischer Bahnhof, poczułem się jak każdy chyba berlińczyk mieszkający daleko
stąd  w  zachodniej  części  miasta,  zupełnie  nie  orientowałem  się  w  terenie.  Okolica  ponura,  ludzie
wyglądali  na  spracowanych,  bladzi,  zabiegani  Dużo  kobiet  dopiero  o  tej  porze  wracało  z  pracy  do
domów.

Spytałem  o  ulicę,  przy  której  mieszkali  teraz  Elsässerowie.  Odnalazłem  w  końcu  ten  dom,  duży,
koszarowy  budynek.  Przed  ciemną  bramą,  wiodącą  do  dalszych  podwórek,  siedział  na  kuchennym
stołku  starszy  mężczyzna  w  bamboszach.  Ubrany  był  w  gruby  sweter,  do  którego  miał  przypiętą
odznakę partyjną.

- Czego pan tu szukasz? - zapytał, kiedy przechodziłem koło niego, ponieważ Elsässerowie mieszkali
w drugiej oficynie.

background image

Przytknąłem palec do ust, przymrużyłem oko i nie zatrzymując się, odpowiedziałem:

- Dżentelmen korzysta i milczy... - Pomyślałem, że wśród co najmniej osiemdziesięciu podnajemców
lokali są zapewne istoty płci żeńskiej, które mógłby sobie skojarzyć z moją wizytą.

Na  dworze  było  jeszcze  widno.  Ale  na  klatce  schodowej  w  bocznym  skrzydle  oficyny  musiałem
włączyć  nędzne  oświetlenie,  żeby  się  tu  rozejrzeć.  Znalazłem  tabliczkę  z  nazwiskiem  na  drugim
piętrze. Drzwi otworzyła ostrożnie pani Elsässer. Na widok mego munduru przeraziła się.

- Czy pani mnie poznaje?

Wymieniłem swoje nazwisko.

- Jezusie! - wykrzyknęła, a potem zapewniła mnie, że jej Heinz „zwariowałby” z radości, gdyby mógł
mnie  zobaczyć.  Tylko  że  Heinza,  niestety,  nie  ma  w  domu.  Również  jej  mąż,  kantor,  nie  wrócił
jeszcze z synagogi, ale pewnie lada chwila przyjdzie, bo wkrótce zaczyna się szabas.

Nie  pomyślałem  o  tym,  że  był  to  właśnie  piątek.  Poprosiła,  żebym  wszedł  i  został  na  kolacji,  ale
podziękowałem, usprawiedliwiając się, iż czeka na mnie ciotka. Podałem numer telefonu wujostwa
i zapytałem, czy Heinz mógłby jutro do mnie zadzwonić?

Zawahała się.

- Nie wiem, czy dziś wróci do domu. - Odniosłem wrażenie, że było jej nieprzyjemnie powiedzieć
mi o tym.

- Nie szkodzi, niech zatelefonuje, kiedy będzie mógł. Chciałbym jutro gdzieś się z nim spotkać...

W  tej  samej  chwili  uświadomiłem  sobie,  że  niełatwo  będzie  mi  ustalić  miejsce  spotkania  dogodne
zarówno dla Heinza, obecnie „pełnego Żyda” i dla mnie, żołnierza w mundurze.

-  ...może  na  poczcie  głównej  na  Spandauer  Straße  -  zaproponowałem,  a  pani  Elsässer  patrzyła  na
mnie  zdziwiona,  więc  czym  prędzej  dodałem:  -  To  jeszcze  ustalimy,  ważne,  żeby  możliwie
najszybciej do mnie zatelefonował!

- Powtórzę, jak go tylko zobaczę. - Wydawała się zatroskana. - Chyba to nic... nic nieprzyjemnego?

- Absolutnie nie - uspokoiłem ją i pożegnałem się. Pani Elsässer próbowała się do mnie uśmiechnąć.
- Dziękuję i dobrego szabasu.

Zamiast  wrócić  do  Schlesischer  Bahnhof  poszedłem  w  przeciwnym  kierunku  i  byłem  rad,  kiedy  po
kilku minutach marszu zobaczyłem stację miejskiej kolei i Jannowitzbrücke.

Na  żelaznych  schodach  zderzyłem  się  z  kimś,  kto  w  pośpiechu  zbiegał  ze  schodów.  Była  to  młoda
kobieta.

- Och! - krzyknęła i już chciała biec dalej, ale zatrzymała się nagle.

-  No  proszę,  czy  my  się  nie  znamy?  Przecież  pan  jest...  Naturalnie,  to  ty!  Człowieku,  a  to  ci
niespodzianka! i rzeczywiście, była to Ulla.

Nie widziałem jej od lat. Była naszą przewodniczką w „Czerwonym Sokole” - bardzo ją lubiłem.

background image

Padliśmy  sobie  w  objęcia.  Obok  nas  z  prawej  i  z  lewej  strony  przepychali  się  ludzie  śpieszący  na
perony.

- Co, nie macie chaty? - rzucił ktoś przelotem.

Zaproponowałem Ulli, żeby pojechała ze mną na Alexanderplatz i tam wstąpimy do jakiegoś lokalu.

-  Chętnie  -  odpowiedziała  -  ale  najpierw  muszę  wpaść  do  domu  -  widzisz,  jak  wyglądam...
Powiedzmy za godzinę?

Wymieniła nazwę kawiarni, gdzie miałem na nią czekać.
 

Przyszła nieco spóźniona. Trochę się odświeżyła i włożyła ładną, letnią sukienkę, ale widać było, że
jest bardzo zmęczona.

- Musimy okropnie tyrać w fabryce, każdego dnia po dziesięć i pół godziny, a wstaję o piątej rano,
nie mogę więc długo tu zostać.

- A gdzie pracujesz?

-  W  AEG,  w  wydziale  „G”,  to  znaczy:  „tajnym”.  Tak  nas  poganiają,  że  można  by  myśleć,  iż
w  przyszłym  tygodniu  wybuchnie  wojna...  Mój  brat  pracuje  w  Wittenau,  na  północy.  Jest  to  filia
zakładów metalowych „Dürener Metallwerke”, gdzie robi się tylko samoloty. Tam jest jeszcze gorzej
niż u nas. Ostatnio pracują po dwanaście godzin dziennie i jeszcze ich popędzają. I to za trzydzieści
pięć  marek  na  tydzień,  z  czego  siedemnaście  potrąca  się  na  składki,  wyżywienie  i  „daniny”...  Ja
zarabiam dwadzieścia cztery marki brutto, to jest piętnaście marek netto na tydzień. Nikt z tego nie
może wyżyć. Gdybyśmy nie mieli ogrodu...

-  Przyjadę  w  niedzielę  odwiedzić  cię  -  powiedziałem.  -  Jeśli  będziesz  miała  czas  i  ochotę,
moglibyśmy wybrać się gdzieś. Mam ci tyle do powiedzenia, a kto wie, kiedy znów się spotkamy. Jak
tylko skończy się moja służba, chcę stąd wyjechać, do Anglii.

-  Jeśli  coś  z  tego  wyjdzie.  Mój  brat  słyszał,  jak  jego  szef  wydziału  mówił,  że  wojna  zacznie  się
najpóźniej  pierwszego  września.  Może  jeszcze  raz  wszystko  się  jakoś  ułoży,  życzę  ci  tego.  Tu
rzeczywiście  jest  nie  do  wytrzymania,  a  przede  wszystkim  męczy  najbardziej  to,  że  jest  się  ciągle
szpiegowanym.

Ostatnie słowa powiedziała nieco głośniej, a mężczyzna przy sąsiednim stoliku, który przechylił się
w naszą stronę, przypuszczalnie chcąc nas podsłuchać, szybko odwrócił się.

- Chodź - powiedziałem. - Idziemy... - A cicho dodałem: - Nie bądź tak nieostrożna!

Odprowadziłem ją na stację. W drodze zapytała:

- A co ty właściwie robiłeś w naszej okolicy?

-  Chciałem  odwiedzić  Heinza,  Heinza  Elsässera,  ale  nie  zastałem  go  w  domu.  Może  spotkam  się
z nim jutro, pamiętasz go? Był w naszej grupie... co ci jest?

Przystanęła i patrzyła na mnie.

background image

- Kiedy widziałeś Heinza ostatni raz? - zapytała.

Odpowiedziałem, że przez lata nie miałem z nim kontaktu.

- Ale mniej więcej przed dwoma tygodniami pojawił się nagle u mojej matki w Düsseldorfie i pytał
o mnie. Zostawił swój nowy adres, a ponieważ mam tu coś do załatwienia, w czym mógłby mi być
bardzo pomocny...

-  Daj  sobie  spokój  -  powiedziała.  Odniosłem  wrażenie,  że  zastanawia  się,  czy  powinna  mi  coś
powiedzieć, czy nie.

Doszliśmy do barierki w przejściu na perony, gdy wreszcie zdecydowała się wyjawić mi prawdę.

- Słuchaj, nie mogę dać na to dowodów, ale jestem zupełnie pewna, że Heinz jest szpiclem gestapo -
wyszeptała  tak  cicho,  że  ledwie  rozumiałem  jej  słowa.  -  Ubiegłego  roku  po  „kryształowej  nocy”
przesiedział  sześć  tygodni  w  obozie  koncentracyjnym  i  odkąd  zwolnili  go,  zdarzały  się
najdziwniejsze rzeczy. Wszędzie węszył, a potem coś się działo. Ktoś ostrzegł mnie przed nim, akurat
jeszcze  we  właściwym  czasie,  bo  dwa  dni  później  spotkałam  go,  jak  się  wydawało,  zupełnie
przypadkowo. Zadawał mi mnóstwo pytań - omego brata, czy utrzymuje jeszcze kontakty z dawnymi
przyjaciółmi  i  tak  dalej.  Prawdopodobnie  chciał  się  dowiedzieć,  czy  mój  brat  Max  kontaktuje  się
z towarzyszami. Odprawiłam go z kwitkiem. „Max jest uleczony”, powiedziałam. „Teraz jest w SA.
Na  twoim  miejscu  nie  pokazywałabym  się  u  niego...”  I  wycofał  się. A  więc  miej  się  przed  nim  na
baczności!

- Możesz być tego pewna! To szczęście, że ciebie spotkałem...

Umówiliśmy  się  na  niedzielne  popołudnie.  Potem  pojechałem  w  przeciwnym  kierunku,  do
Charlottenburga. Była dokładnie jedenasta, gdy przyszedłem do ciotki Elsbeth.

Przyjęła  mnie  z  ogromną  serdecznością,  podziwiała  mój  nowy  mundur  i  powiedziała,  że  to  jednak
szczęście,  iż  dzięki  Führerowi  mamy  silne  lotnictwo,  w  przeciwnym  razie  Polacy,  być  może,  już
wtargnęliby  do  Berlina.  Potem  przyniosła  półmisek  z  zimną  pieczenią,  salaterkę  sałatki  z  kartofli,
zapytała,  czy  mam  ochotę  na  piwo;  opowiadała  mi  o  swojej  pracy  w  narodowosocjalistycznym
Związku  Kobiet,  której  ledwie  może  podołać,  w  „Pomocy  zimowej”  i  narodowosocjalistycznej
opiece społecznej.

-  Jest  jeszcze,  niestety,  tyle  nędzy  -  powiedziała  -  choć  Führer  dokonał  już  prawdziwych  cudów,
likwidując to straszliwe bezrobocie...

Później wrócił wuj Karl zupełnie wyczerpany upałem i męczącym kursem obrony przeciwlotniczej.
Wypił szklankę piwa i powiedział:

-  Przewodniczący  partii  w  okręgu  oświadczył,  że  stoimy  w  obliczu  wielkiej  próby,  co  on  miał  na
myśli? Chyba nie to, że wkrótce dojdzie do wojny?

- Chyba nie - zgodziłem się z nim.

Odszedł  do  sypialni  bardzo  przygnębiony  i  zamyślony,  w  każdym  razie  nie  tak  jak  zawsze
usposobiony do żartów.

Ciotka Elsbeth odczekała, aż zamknął drzwi. Potem przyciszonym głosem powiedziała:

background image

- On tak się martwi, zwłaszcza odkąd wie, że zwróciłam karty okrętowe.

Zauważyła moje zdziwione spojrzenie.

-  We  wrześniu  przypada  nasze  srebrne  wesele,  pomyślałem  więc,  że  sprawi  mu  szczególną
przyjemność podróż statkiem. I zarezerwowałam dla nas kabinę na „Wilhelmie Gustloffie”, który we
wrześniu odbywa krótki rejs wycieczkowy na Maderę... To podobno wspaniały statek, no, inaczej nie
nazwano by go imieniem tak wielkiego człowieka i męczennika ruchu!

Gustloff,  oficjalnie  szef  komórki  NSDAP  pod  nazwą  „Ortsgruppe  Schweiz”,  w  rzeczywistości
odpowiedzialny  za  tamtejszy  aparat  szpiegowski  i  antysemickie  nagonki  prowadzone  przez
opłacanych  dziennikarzy,  na  początku  1936  roku  został  zastrzelony  przez  Żyda,  studenta  Davida
Frankfurtera.  Chyba  nikt  prócz  mojej  ciotki  nie  uważał  zamordowanego  za  „wielkiego  człowieka”.
Ale  nie  to  było  ważne,  chodziło  mi  raczej  o  te  zwrócone  „szyfkarty”.  Zapewne  niełatwo  było  je
zdobyć, bo ludzie bili się o możliwość uczestnictwa w takim rejsie organizowanym w ramach „Siły
przez radość”. Tym bardziej wydało mi się dziwne, że ciotka Elsbeth, mając już zapewnione miejsca,
dobrowolnie je zwróciła.

Zapytałem  dlaczego  i  wtedy  po  krótkiej  chwili  milczenia,  zwierzyła  mi  się  konfidencjonalnym
szeptem:

-  Mogę  ci  coś  wyjawić,  tylko  ani  słowa  nikomu  na  ten  temat,  bo  nigdy  nie  wiadomo,  do  kogo  taka
informacja  może  trafić,  a  wróg  przecież  wszędzie  podsłuchuje!  Otóż  przed  ośmiu  dniami  Gudrun
powiedziała  mi  w  najgłębszej  tajemnicy,  że  „Gustloff”  nie  popłynie  już  we  wrześniu  na  Maderę,
ponieważ będzie inaczej wykorzystany - jako transportowiec do przewozu wojska...

- Myślisz więc, że przed wrześniem dojdzie do wojny?

-  Pst!  Nie  tak  głośno!  Gudrun  wie,  gruppenführer  SS,  dla  którego  pracuje  w  swojej  „firmie”  i  z
którym niedługo zaręczy się, on to...

Przerwała spoglądając ze strachem na drzwi.

- Gudrun idzie, ale ani słowa o tym!

Przez otwarte okno usłyszeliśmy odgłos zatrzaskiwanych drzwi samochodu. A potem męski głos: „A
więc,  Heil  Hitler!,  skarbie...”  -  Samochód  zaraz  odjechał,  a  po  chwili  zjawiła  się  w  domu
rozpromieniona kuzynka Gudrun.

-  Wyobraź  sobie,  mamusiu,  że  zaręczyliśmy  się!  -  zawołała  w  progu.  -  A  w  niedzielę  około
jedenastej  przyjdzie  Horst-Eberhard,  żeby  z  wami  o  tym  porozmawiać!  Czy  to  nie  wspaniale?
i wtedy dopiero zobaczyła mnie - przywitaliśmy się serdecznie.

- Gratuluję ci - powiedziałem - a teraz zostawiam panie same, pewnie masz wiele do opowiedzenia
mamie. Dobranoc!
 

Nazajutrz  rano  po  śniadaniu  zatelefonowałem  do  wuja  Ericha.  Ucieszył  się,  że  chcę  go  odwiedzić,
zapytał o moich rodziców i czy stało się coś szczególnego?

- Tak. Dlatego postarałem się o urlop specjalny i przyjechałem. Mam ważną sprawę do omówienia

background image

z tobą, jeśli jesteś syndykiem firmy, którą mam na myśli...

Zaniemówił  na  chwilę,  a  ja  wyobrażałem  sobie  zdumienie  na  jego  twarzy.  Pewnie  intensywnie
myślał i podkręcał w tej chwili wąsa.

- Tak, jestem - potwierdził wyraźnie zmienionym głosem.

Wyczułem, że ociąga się z powiedzeniem czegoś więcej.

A potem, jak gdyby przyszedł mu do głowy dobry pomysł, powiedział:

-  Słuchaj,  chłopcze,  lepiej  spotkajmy  się  gdzieś  w  mieście...  Przypomniałem  sobie,  że  dziś  jest
sobota i pani Malzau, która zajmuje się moim gospodarstwem, nie przyjdzie. U mnie w domu byłoby
więc  nieprzytulnie...  Może  pamiętasz  lokal,  w  którym  spotkaliśmy  się  ostatnim  razem,  było  to  po
południu?

-  Tak  -  odpowiedziałem,  choć  właściwie  nie  bardzo  pamiętałem,  gdzie  to  było.  Nasze  ostatnie
spotkanie miało miejsca kilka lat temu.

-  A  zatem,  powiedzmy,  dziś  po  południu  o  szesnastej  spotkamy  się  właśnie  tam.  Napijemy  się
herbaty.  Odpowiada  ci  to?  Świetnie!  A  powiedz  mi  jeszcze,  czy  nadal  odbywasz  służbę  dla
ojczyzny?

Teraz wszystko już było jasne, odpowiedziałem więc z ulgą:

-  Tak,  naturalnie.  Jestem  w  mundurze  i  już  się  cieszę  na  piękny  widok,  coś  takiego  zdarza  się  w
Berlinie tylko raz, prawda?
 

Miejscem  spotkania,  jakie  zaproponował  i  którego  nazwy  zapewne  celowo  nie  wymienił,
przypuszczając,  że  telefon  może  być  na  podsłuchu,  była  duża  kawiarnia  „Vaterland”  („Ojczyzna”),
a w niej salka herbaciarni, w sobotnie popołudnie pewnie zapełniona gośćmi po brzegi.

Budynek, w którym mieściła się ta, zwłaszcza przez przybywających z prowincji, ulubiona kawiarnia
- „Haus Vaterland” - znajdował się na Potsdamer Platz u zbiegu pięciu ulic, w najbardziej ruchliwym
punkcie miasta. Na środku placu, jak nigdzie poza tym miejscem, stała wieżyczka dla dyrygującego
ruchem.  Z  oszklonej  kabiny  policjant  kierował  za  pomocą  świateł  i  strzałek  potokiem  sunących  ze
wszystkich  stron  przez  plac  aut,  samochodów  ciężarowych,  autobusów,  tramwajów  i  ruchem
pieszych.

Wysiadłszy przed szesnastą z kolei miejskiej przy Potsdamer Platz, zastanawiałem się, dlaczego wuj
Erich wybrał na nasze spotkanie tę właśnie najbardziej zatłoczoną część miasta i najpopularniejszą
kawiarnię z koncertem? Ale kiedy przeciskałem się do ruchomych schodów między tłumem mężczyzn
z teczkami, kobiet z siatkami na zakupy, gońców taszczących stosy pudeł i paczek, zrozumiałem, że na
wypełnionej zabieganym tłumem ulicy człowiek najmniej zwraca na siebie uwagę.

Dokładnie  o  czwartej  wszedłem  do  salonu  herbaciarni.  Gości,  jak  przypuszczałem,  było  mnóstwo.
Ale  w  głębi  zobaczyłem  wuja  Ericha.  Siedział  sam  przy  stoliku  pod  oknem.  Dostrzegł  mnie
w wejściu i skinął głową. Ruszyłem w jego stronę. Kelnerka z tacą w rękach wyszła mi naprzeciw
z uśmiechem.

background image

- Pan major już czeka na pana - powiedziała. Na szczęście nie zauważyła mego osłupienia. Doktor
Elkan  miał  w  sobie  rzeczywiście  coś  z  żołnierza,  choć  nie  mógłbym  powiedzieć,  na  czym  to
polegało.  Może  siwe,  krótko  ostrzyżone  włosy,  przy  których  jego  szeroka  twarz  wydawała  się
jeszcze  bardziej  kwadratowa,  a  może  wąsy  -  dawniej  nosił  dłuższe,  teraz  prosto  przycięte,  czy
sylwetka,  a  może  krój  jasnopopielatego  ubrania...  W  każdym  razie  przywitałem  się  z  nim
regulaminowo:  szybko  zdjąłem  czapkę  i  wepchnąłem  ją  pod  lewe  ramię,  ściągnąłem  rękawiczkę
z prawej ręki i pochyliwszy się przepisowo, uścisnąłem jego wyciągniętą dłoń.

Objął mnie i szepnął do ucha:

- Niech cię nie dziwi ten teatr...

Potem  cofnął  się  o  krok,  zlustrował  bacznym  spojrzeniem  mój  szyty  na  miarę  mundur,  aż  po
wyczyszczone  do  lustrzanego  połysku  czarne  półbuty,  skinął  z  zadowoleniem  głową  i  wskazał  mi
krzesło.

Białą  czapkę  i  białe  rękawiczki  ze  skórki  glace  oddałem  uprzejmej  kelnerce,  która  podeszła,  żeby
przyjąć od nas zamówienie.

- Tu są znakomite ciastka - poinformował mnie wuj Erich. - Polecam ci zwłaszcza eklery!

Mówił  dosyć  głośno,  owym  trochę  nonszalanckim,  nosowym  tonem,  jaki  słyszało  się  w  kasynach
feudalnych  regimentów.  Potem  zaczął  się  koncert.,  Najpierw  usłyszeliśmy  „Blutrote  Rosen”,  potem
„Piękny żigolo, biedny żigolo” i najmodniejszą wtedy melodię „Du hast Glück bei den Frauen, Bel
Ami”.  W  tym  czasie  omówiliśmy  wszystko,  co  było  do  omówienia.  Powiedziałem,  że  chodzi
o  możliwość  uratowania  ponad  dwustu  osób  w  ciągu  najbliższych  tygodni  i  że  w  tym  celu  zarząd
gminy  żydowskiej  w  Berlinie  powinien  zdecydować,  kto  miałby  być  objęty,  akcją,  a  także
zatroszczyć  się  o  przewiezienie  wytypowanych  osób  do  Nadrenii,  a  resztę  załatwili  już
„Przyjaciele”.

Słuchał  bardzo  uważnie,  tylko  kiedy  muzyka  cichła  w  krótkich  przerwach  między  poszczególnymi
utworami,  zaczynał  coś  mówić  w  berlińskim  dialekcie,  dość  głośno,  żeby  było  słychać  przy
sąsiednich  stolikach:  -  Może  papierosa?  Dziś  rano  pojeździłem  konno  w  Tiergarten  z  kolegą
pułkowym  -  dla  kondycji...  albo:  -  Stanowczo  musimy  obejrzeć  nową  rewię  w  pałacu  admiralicji,
jest fenomenalna!

Powiedział  mi,  że  zarząd  gminy  w  Berlinie,  której  nieoficjalnie  pomagał  jako  doradca  prawny  i
„łącznik”  w  trudnych  sprawach,  jest  z  grubsza  poinformowany  o  planowanej  akcji  ratunkowej
kwakrów i nawet już ustalił listę „emigrantów”. Byli to głównie chłopcy i dziewczęta w wieku od 16
do  21  lat,  ci,  którzy  chcieli  wyjechać  do  Ameryki  i  ukończyli  kursy  nauki  języka  i  zawodu,
sześćdziesięcioro dzieci ze zniszczonego podczas „kryształowej nocy” sierocińca wraz z opiekunami
i niektóre szczególnie zagrożone osoby.

Niecierpliwie czekano już na zapowiedziany przyjazd łącznika, aby poznać bliższe szczegóły.

-  Trafiłeś  więc  na  właściwego  człowieka  -  powiedział  cicho  -  a  co  do  transportu  do  Nadrenii,  to
wszystko jest już dobrze przygotowane...

W  ostatniej  dekadzie  lipca  wielki  wóz  meblowy  z  przyczepą  miał  w  czterech  lub  pięciu  kursach
przewieźć  emigrantów  do  wskazanych  przez  pana  Descha  miejscowości  na  terenie  Erkelenz-

background image

Kempen-Krefeld. Należało tylko jeszcze ustalić, od kogo i w jaki sposób można by przed wysłaniem
każdego transportu z Berlina uzyskać informację, czy wszystko jest w porządku.

- Tym zajmuje się pewna pani - powiedziałem - może zanotujesz sobie numer jej telefonu.

„Bel  Ami,  Bel  Ami,  Bel  Ami...!”  -  zespół  muzyczny  kończył  utwór.  W  ciągu  pięciominutowej
przerwy, podczas której pianista, akordeonista oraz panowie grający na instrumentach smyczkowych
i na perkusji poszli się „odświeżyć”, wuj Erich nad czymś intensywnie rozmyślał.

-  Czy  pan  major  ma  może  jakieś  specjalne  życzenie?  -  zapytał  nagle  skrzypek,  który  podszedł  do
naszego  stolika.  Wuj  Erich,  zaprzątnięty  w  tej  chwili  zupełnie  innymi  sprawami,  skinął  uprzejmie
głową.

-  Może  coś  Linckego,  co?  Byłoby  to  ogromnie  miłe...  -  odpowiedział,  przesuwając  palcami  po
wąsach.

-  Być  może  pewnego  dnia  i  ja  będę  potrzebował  pomocy  twojej  i  twoich  przyjaciół  -  powiedział
cicho, gdy muzycy zaczęli grać. - W tej chwili przygotowuję sobie drugą tożsamość: major w stanie
spoczynku Erich v. Elken... Mam drugie mieszkanie w małym pensjonacie koło ogrodu botanicznego -
na wszelki wypadek. Tak się szczęśliwie składa, że dysponuję jeszcze pewną sumą pieniędzy i mam
dość  silne  nerwy.  W  każdym  razie  nie  zamierzam  godzić  się,  żeby  te  łotry  traktowały  mnie  jak
robaka...  Co  prawda  człowiek  czuje  się  przy  tym  jak  hochsztapler,  ale  cóż,  jest  to  w  końcu  forma
koniecznej obrony!

Zdawałem sobie sprawę, jak trudno przyszło mu zdecydować się na tego rodzaju rolę, jemu, znanemu
adwokatowi z dobrze prosperującą kancelarią na Pariser Platz, naprzeciwko Bramy Brandenburskiej
i z emaliowanym szyldem, na którym wytłoczony był duży orzeł i napis „Notariat Pruski”.

„Bośmy chłopcy niech to piorun, niech to piorun...” - grał zespół muzyczny.

-  Za  parę  tygodni  będziemy  mieli  wojnę,  najpóźniej  na  początku  września...  -  powiedziałem.  -  Czy
nie byłoby lepiej, żebyś stąd zniknął, póki taka możliwość jeszcze istnieje?

Spojrzał na mnie.

- Prawdopodobnie masz rację, ale kto został wychowany tak jak my, ten nie ucieka, jak długo może
być potrzebny...

Nie  wiedziałem,  co  miał  na  myśli,  mówiąc  „my”,  może  swoje  pokolenie,  albo  od  dawna  osiadłe,
mieszczańskie rodziny Berlina, ale w duchu pragnąłem, aby to „my” obejmowało również i mnie.

„...i  naprawdę,  niech  to  piorun,  znakomicie...”  -  Kapela  kończyła  utwór,  a  my  biliśmy  brawo,
ponieważ byliśmy jej to winni.
 

Wieczorem, zgodnie z umową, zatelefonowałem do pana Descha.

- Jak z towarem? - zapytał.

-  Otrzyma  pan  materiały,  nawet  trochę  więcej.  Kontyngent  został  podwyższony,  gatunkowo  sam
najlepszy towar. Z transportem też wszystko w porządku.

background image

- To świetnie. Czekam na to. Chciałbym otrzymać przesyłkę jak najszybciej. Klienci teraz naciskają.
Jeden chce mieć wszystko gotowe na bal, inny domaga się wykonania zamówienia koniecznie jeszcze
w  tym  miesiącu,  ponieważ  w  okolicy  zaczynają  się  uroczystości.  Czy  dałoby  się  to  załatwić
w przyszłym tygodniu?

Zrozumiałem,  że  sytuacja  uległa  zmianie.  Zapewne  w  strefie  granicznej  przewidywano  manewry
i rozpoczęcie prac przy umocnieniach.

- Zaraz się tym zajmę, sądzę, że da się zrobić. A więc do jutra wieczorem, lepiej będzie, jak wyjadę
wcześniej i od razu wpadnę do pana.

Na szczęście zastałem wuja Ericha pod telefonem w jego dawnym mieszkaniu na Litzenburger Straße.
Od razu zgodził się na wysłanie pierwszego transportu w poniedziałek.

- Im wcześniej, tym lepiej - powiedział - będziemy radzi, jeśli uda się opróżnić nasz magazyn...
 

Następnego ranka po śniadaniu pojechałem koleją miejską do Jannowitzbrücke, żeby pożegnać się z
Ullą, ponieważ postanowiłem po obiedzie wrócić do domu i resztę urlopu spędzić w Düsseldorfie.

Była  bardzo  zaskoczona,  widząc  mnie  o  tak  wczesnej  porze.  Zabawiłem  tam  tylko  kilka  minut,
ponieważ  zauważyłem,  że  przeszkadzam  jej  w  pracy.  Nastawiła  właśnie  kocioł  bielizny  do
gotowania, a na kuchennym stole piętrzył się stos rzeczy przygotowanych do cerowania i naprawy.

- Niedziela jest jedynym dniem, w którym mogę to robić - usprawiedliwiała się.

Wytłumaczyłem, że muszę wcześniej, niż planowałem, wyjechać i chciałem się tylko pożegnać.

- Udało się wszystko?

- Tak i na szczęście bez pomocy Heinza...

- A czy odezwał się do ciebie? Nie? Jeśli go spotkasz, bądź jednak ostrożny! W gruncie rzeczy nie
jest to zły facet. Ale złamali go, zagrozili, że jeśli nie będzie im stale dostarczał informacji, to znów
wezmą go w obroty.

- Jesteś pewna?

Nie  odpowiedziała,  ale  wyczułem,  że  tak  też  myślała.  Odprowadzając  mnie  do  drzwi,  dodała
jeszcze:

- Uważaj na siebie, wkrótce sytuacja stanie się jeszcze bardziej niebezpieczna. A jak kiedyś będziesz
w Berlinie, daj znać o sobie.

Około południa wróciłem do ciotki Elsbeth i wuja Karla. Ich przyszły zięć, gruppenführer SS, przed
chwilą właśnie wyszedł od nich i byli jeszcze zupełnie oszołomieni zaszczytem, jaki ich spotkał. Co
prawda  ciotka  Elsbeth  spodziewała  się,  że  zostanie  u  nich  na  obiedzie.  Od  wczesnego  ranka
przygotowywała  się  do  tego.  Była  więc  bardzo  strapiona,  że  gruppenführer  usprawiedliwił  się
pilnymi  sprawami  służbowymi,  choć  przecież  była  to  niedziela,  i  odjechał  z  Gudrun  do  „firmy”.
Opisała  mi  tylko  wspaniałego  czarnego  „Horcha”,  który  z  kierowcą  w  mundurze  i  z  ordynansem,
czekał na nich przed domem.

background image

Starałem się okazać, że i na mnie zrobiło to duże wrażenie, a potem zapytałem, czy nikt do mnie nie
telefonował.

- Ach tak, byłabym zapomniała. Telefonował twój przyjaciel Heinz, chciał z tobą rozmawiać, tylko
tyle  powiedział.  Poinformowałam  go,  że  musisz  wcześniej  wyjechać.  Chciał  wiedzieć,  którym
pociągiem, może więc przyjdzie na dworzec.

Wysiadłem  wcześniej  na  dworcu  ZOO,  stanąłem  w  pobliżu  wejścia,  gdzie  odprawiano  bagaż
i  obserwowałem  wchodzących  na  peron  pociągów  dalekobieżnych.  Heinz  stał  koło  barierki
i rozglądał się. Nie zauważyłem, żeby ktoś go pilnował. Podszedłem i przywitaliśmy się. Był blady
i wydawał się zdenerwowany.

Odprowadził mnie na peron, gdzie właśnie nadjechał mój pociąg i na schodach zapytał:

- Czy spotkałeś kogoś z naszych dawnych przyjaciół? Kogoś z naszej grupy?

- Odwiedziłem krewnych, moja kuzynka zaręczyła się.

-  Poza  tym  nikogo  nie  spotkałeś?  Matka  powiedziała  mi,  że  chciałeś  coś  omówić  z  moim  ojcem,
jakąś ważną sprawę...  O co chodzi?

Znalazłem pusty przedział, Heinz wsiadł ze mną.

- Pojadę z tobą do stacji Charlottenburg, będziemy mogli trochę pogadać...

- Heinz, dlaczego szpiclujesz? - zapytałem, patrząc na niego.

Otworzył szeroko oczy i jeszcze bardziej pobladł.

-  Jak  na  to  wpadłeś?  Kto  ci...  --  zaczął  bardzo  zdenerwowany,  ale  nie  dokończył.  Zaszlochał
rozpaczliwie i chwycił mnie za rękę. - Nikt z was nie ma pojęcia - wyszeptał - wy przecież wcale nie
wiecie, co oni ze mną robili i czym mi zagrozili...

Łzy spływały mu, po twarzy, nawet nie próbował ich otrzeć.

- Dlaczego nie zwiejesz, Heinz?

-  Bo  wtedy...  wtedy...  -  zobaczyłem  w  jego  oczach  rozpacz  -  wtedy  wezmą  na  przesłuchanie  moją
matkę.

Wiedziałem, jak bardzo był do niej przywiązany i poczułem dla niego ogromne współczucie.

Pociąg ruszył. Za kilka minut zatrzyma się na stacji Charlottenburg, w tym czasie musiałem nakłonić
go  do  przyjęcia  mojej  propozycji,  i  to  nie  tylko  ze  względu  na  niego,  ale  również  na  wielu  ludzi,
których mógł wpędzić w nieszczęście.

- Kiedy masz się u nich zameldować?

Wytarł nos i spojrzał na mnie wystraszony.

- W przyszłą niedzielę. Zawsze w niedziele... dlaczego o to pytasz? Co zamierzasz?

- Pojedziesz ze mną, do mego domu, nie sprzeciwiaj się.

background image

Obiecuję, że w ciągu tygodnia przyjadą tam też twoi rodzice i jeszcze przed niedzielą będziecie za
granicą, w bezpiecznym miejscu. To jedyna w swoim rodzaju szansa!

- Zwariowałeś! Przecież nie mogę. Nie mam pieniędzy nawet na bilet!

Mówił jeszcze dużo, ale w jego zapłakanych oczach dostrzegłem błysk nadziei.

- Weźmiesz mój bilet wojskowy, wielu jeździ w cywilu na niedzielne urlopy. A ja jakoś dogadam się
z konduktorem.

Pociąg zatrzymał się w Charlottenburgu. W ciągu trzech minut udało mi się namówić go.

Naprzeciwko  okna  naszego  wagonu  jeszcze  mokry,  wielki  plakat,  naklejony  na  dużej  tablicy
reklamowej, ostrzegał: „Uważaj przy rozmowach! Wróg podsłuchuje!” A do tego stosowny rysunek:
dwaj  cywile  i  żołnierz  przy  restauracyjnym  stoliku,  a  za  nimi,  na  drugim  planie,  ciemna  sylwetka
podsłuchującego.

- Nie boisz się, że ja... że ja ciebie...? - zaczął Heinz.

- Nie, teraz już nie.

Drzwi  otworzyły  się  nagle  i  do  przedziału  weszła  kobieta  z  dwiema  dziewczynkami  oraz  gefreiter
lotnictwa. Żołnierz od razu otworzył okno i wychylił się przez nie.

Pociąg ruszył.

Gefreiter krzyknął: - Stać! Nie odjeżdżać! Karl! Egon! Gdzie jesteście?!

Wyjechaliśmy z dworcowej hali i pociąg przyśpieszył. Gefreiter zamknął okno i usiadł obok mnie.

- Psiakrew! - powiedział. - Dwaj kumple nie przyszli, a ja mam ich bilety...

- Daj spokój, jakoś to załatwimy. Na przykład ja zostawiłem swój bilet w domu.
 

background image

19.
Początek końca

 

- Najwyższy czas, żeby Führer okazał stanowczość - oświadczył wuj Franz. - Nie wolno tolerować
dłużej męczeństwa Niemców w Polsce!

Byłem na kolacji u niego i cioci Käthe. W tym przedostatnim tygodniu sierpnia ich hotel „pierwszy
w mieście” świecił pustkami. Restauracja też. W czasie upałów ludzie woleli przebywać na otwartej
przestrzeni albo siedzieli w domach przy aparatach radiowych i czekali na najświeższe wiadomości.
Propaganda  nazistowska  wymierzona  przeciwko  Polsce  przybrała  już  charakter  jawnej  nagonki.
Rokowania  podjęte  przez  Londyn,  Paryż  i  Moskwę  w  sprawie  wspólnej  gwarancji  dla  zagrożonej
Polski utknęły na martwym punkcie. Mówiło się, że Hitler przesunął na wcześniejszy termin atak na
Polskę - „dzień X” mógł więc nastąpić w każdej chwili. W gazetach pojawiały się nagłówki:

„Warszawa grozi ostrzelaniem Gdańska! - Nieprawdopodobny wytwór polskiej manii wielkości!”

„Trzy  niemieckie  samoloty  pasażerskie  zestrzelone  nad  Polską.  Niemieckie  rodziny  uciekają  przed
polskim barbarzyństwem. W korytarzu (pomorskim) wiele zagród niemieckich rolników w ogniu!”

- Zupełnie nie pojmuję... - powiedział wuj Franz - że też Führer zadał się z bolszewikami!

Dwa dni wcześniej, to jest 23 sierpnia, zaskoczyła wszystkich wiadomość o podpisaniu niemiecko-
rosyjskiego  paktu  o  nieagresji  i  przyjaźni.  Nowina  ta  spadła  jak  bomba.  Ani  naziści,  ani  ich
przeciwnicy nie umieli sobie wytłumaczyć, jak w ogóle do tego mogło dojść i co się za tym kryło -
prócz  jednego:  że  teraz  Hitler  miał  wolną  rękę  wobec  Polski.  Ale  czy  to  kompensowało  ryzyko
sojuszu z przodującą potęgą komunizmu? Zarówno obóz konserwatywny, jak „starych bojowników”
nurtowały wątpliwości.

- Nic dobrego z tego nie wyjdzie - tego zdania był też wuj Karl.

Zdołałem uniknąć wypowiedzenia się w tej kwestii, ponieważ wreszcie odezwał się telefon, na który
czekając, pozwoliłem cioci Käthe zaprosić się na kolację.

Telefonował pan Desch.

- Towar doszedł - powiedział na wstępie - a twój przyjaciel Heinz i jego rodzice czują się dobrze.

A  więc  już  byli  w  Nowy  Jorku!  Doznałem  wielkiej  ulgi,  że  akcja  ratunkowa  powiodła  się  -  ale
i odrobinę zazdrości.

- A jak z niedzielnym urlopem? - zapytał znudzonym tonem pan Desch.

- Chyba nic z tego nie będzie, siedzimy tu, że tak powiem: na walizkach, gotowi do wyjazdu...

- Ach tak? Może to się zmieni. Słuchałem właśnie wiadomości.

Kiedy  po  rozmowie  wróciłem  do  stołu,  zrozumiałem,  co  miał  na  myśli  pan  Desch:  przed  chwilą
podano przez radio, że Wielka Brytania zawarła z Polską układ o wzajemnej pomocy!

Wuj Franz był oburzony. - Właśnie tego tylko nam brakowało! Teraz nasi angielscy przyjaciele już
otwarcie przeszli do obozu przeciwników, a my jesteśmy sprzymierzeńcami bolszewików!

background image

Wieczorem  w  koszarach  Erwin  powiedział  mi,  że  ćwiczenia  MOB  zostały  przesunięte.  Właściwie
mieliśmy wyruszyć już następnej nocy.

- Adolf się spietrał - pozwolił sobie zauważyć Erwin.

A jednak szok, jaki spowodowały angielskie gwarancje dla Polski, i które skłoniły go do odwołania
wydanych już rozkazów, nie trwał długo.

Następnego  dnia  przed  południem,  w  sobotę  26  sierpnia  1939  roku,  siedzieliśmy  we  trzech
w  radiowozie:  Erwin,  stuprocentowy  Barczustowski  i  ja.  Słuchaliśmy  wiadomości  radiowych
z  wszelkich  dostępnych  na  skali  rozgłośni.  Mówiło  się,  że  Brytyjczycy,  ale  też  Mussolini,  a  nawet
papież, czynili starania, aby jeszcze raz znaleźć pokojowe rozwiązanie konfliktu z Polską.

- Jest nadzieja, że im się uda - odezwał się bardzo zbity z tropu Barczustowski.

Ale  pod  wieczór  sytuacja  zaczęła  się  klarować,  to  znaczy,  że  wszystkie  europejskie  mocarstwa,
łącznie  z  faszystowskimi  Włochami  i  z  Anglią  sprzymierzoną  z  Polską,  w  gruncie  rzeczy
podejmowały tylko starania, żeby nie wplątać się w wojnę, a dla nas stało się jasne, że Hitler teraz
uderzy o godzinie dwudziestej trzeciej - właśnie położyliśmy się do łóżek - zawyły syreny. Na krótko
przed północą nasz oddział wyruszył „w pole”.

-  No,  teraz  „Polacken”  dostaną  za  swoje  -  cieszył  się  Barczustowski.  -  W  przyszłym  tygodniu
będziemy  w  Warszawie,  a  potem  dalej,  na  wschód!  Naród  niemiecki  potrzebuje  życiowej
przestrzeni...

Erwin ryknął na niego:

-  Zamknij  pan  gębę!  Pójdziesz  pan  pod  sąd  wojenny  za  zdradzanie  tajnych  planów  najwyższego
dowództwa! A teraz uwaga! Słuchajcie!

Rozerwał kopertę z rozkazem wymarszu, przeczytał go i uśmiechnął się złośliwie.

-  Nasza  jednostka  łączności  przemieści  się  na  wysuniętą  pozycję,  którą  musimy  zająć  jutro  rano
o  trzeciej  trzydzieści.  Aż  do  odwołania  obowiązuje  całkowita  cisza  radiowa.  Reflektory  należy
osłonić  nakładkami  zaciemniającymi.  Pliechelko  -  łącznik  na  motocyklu  przydzielony  do  nas  -
wyprzedzi radiowóz o pięćset metrów i zapewni nam bezpieczne skrzyżowania. Tempo marszowe -
pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Jakieś pytania?

- Ale dokąd jedziemy? - spytał Pliechelko.

- Słusznie, byłbym zapomniał. Najpierw kierujemy się do Padeborn, a potem autostradą I w kierunku
zachodnim do...

- W zachodnim?

-  Niech  mi  pan  nie  przerywa,  Barczustowski!  W  kierunku  zachodnim  do  Ratingen.  Tam  skręcimy
znów  na  zachód.  Nasza  pozycja  MOB  znajduje  się  w  Kaiserswerth,  tuż  nad  Renem,  osiem
kilometrów  na  północ  od  Düsseldorfu.  Właśnie  tam  „Polacke”  dostanie  za  swoje,  no  nie,
Barczustowski?
 

Od  niedzieli  27  do  czwartku  31  sierpnia  1939  roku  nasza  jednostka  łączności  spędziła  -  na  pozór

background image

bardzo  spokojny,  ale  pełen  niesłychanego  napięcia  -  tydzień  w  gospodzie  nad  Renem,  gdzie
zostaliśmy zakwaterowani.

Nie  mieliśmy  nic  do  roboty,  ponieważ  nadal  obowiązywała  cisza  radiowa.  Słuchaliśmy  więc  od
świtu do nocy radiowych meldunków, a Pliechelko wyprawiał się od czasu do czasu na motocyklu do
kwatery  sztabu,  która  mieściła  się  w  pobliżu,  albo  do  miasta  po  różne  zakupy  „służbowe”,  jak:
specjalna woda po goleniu dla szefa kompanii lub klamerki do bielizny dla kuchni polowej.

Naturalnie towarzyszyłem Pliechelce jako pomocnik kierowcy, którego zadaniem - jak mówił Erwin
-  było  „pilotowanie  go”,  ponieważ  znałem  Düsseldorf.  Dzięki  temu  jeszcze  raz  zobaczyłem  się
z matką, z ciocią Ney, panną Bonse i z panem Deschem. Wszyscy oni byli pewni, że tym razem zanosi
się na wielką wojnę.

-  No  cóż,  musimy  przetrwać  -  powiedziała  pani  Ney  -  bez  wojny  nie  uwolnimy  się  od  brunatnej
zarazy...

Według  pana  Descha  większość  ludzi  kurczowo  trzymała  się  jeszcze  nadziei,  że  kryzys,  być  może
w  drodze  rokowań,  zostanie  w  ostatniej  chwili  załagodzony.  Natomiast  zwolennicy  Hitlera
niezłomnie wierzyli, że Führerowi i tym razem uda się uspokoić Londyn i Paryż.

- To byłaby katastrofa - twierdził pan Desch - gdyby teraz znów poszli na ustępstwa, wówczas sami
znaleźliby się na następnym miejscu w kolejności, a wtedy zupełnie możliwe, że przegraliby wojnę...

- A gdyby uderzyli teraz, czy wygrają? Jest pan pewien, że Hitler zostanie pokonany?

-  Na  pewno  -  odpowiedział.  -  Miejmy  tylko  nadzieję,  że  nie  potrwa  to  zbyt  długo,  i  że  za  to
szaleństwo nie będziemy musieli zbyt drogo zapłacić.

Następnego dnia, w piątek 1 września, usłyszeliśmy, że decyzja zapadła: „...Dlatego zdecydowałem
się rozmawiać z Polską takim samym językiem, jakiego Polacy od miesięcy używają w stosunku do
nas... Nie należy mylić mego umiłowania pokoju i mojej bezgranicznej cierpliwości ze słabością czy
wręcz  z  tchórzostwem.  Od  godziny  5.45  dzisiejszego  ranka  odpowiemy  na  strzały  strzałami,  za
bombę odpłacimy bombą!”

Był  to  oczywiście  stek  kłamstw,  jedno  zuchwalsze  od  drugiego.  Wszyscy,  którzy  ich  słuchali,
wiedzieli o tym.

Pojechałem z Pliechelką do miasta. Nie widzieliśmy, żeby ludzie gromadzili się, ani śladu radości,
nie  mówiąc  już  o  entuzjazmie,  jaki  według  relacji  starszych  towarzyszył  wybuchowi  wojny  we
wrześniu 1914 roku w całych Niemczech.

- Oni jeszcze nie do końca w to wierzą - zauważył Pliechelko, a odzywał się rzadko. - Pewno myślą,
że i tym razem jakoś się jeszcze ułoży.

Tu  i  ówdzie  stały  niewielkie  grupy  ludzi  przy  kioskach  z  gazetami.  Rozmawiali  ze  sobą  cicho
i sprawiali wrażenie przygnębionych. Nikt do nas nie machał rękami, nikt nam nie dawał kwiatów,
jak żołnierzom 1914 roku.

Zawróciliśmy do Kaiserswerth.

-  Jak  w  mieście?  -  spytał  Erwin.  -  Bo  tu  ludzie  wydają  się  oszołomieni. Ale  to  nie  potrwa  długo.

background image

Ockną się wkrótce i spostrzegą, jakiego piwa sobie nawarzyli.
 

background image

 
 

 

Trochę o autorze:

Członek partii socjalistycznej (SPD) od 1977 do 1983.
Przewodniczący Związku Pisarzy Niemieckich w latach 1977 – 1983 (VS - Verband deutscher
Schriftsteller).
Po jego liście do generała Jaruzelskiego, w 1983 roku 50 niemieckich pisarzy zażądało jego
ustąpienia.
Pisarka Angela Hoffmann oskarżyła go, że wyciszał dysydentów.
Jürgen Fuchs oskarżył go, że Kongres Pisarzy w 1984 był realizowany według scenariusza Stasi.

W 2004 roku z materiałów “Rosewood” dowiedziano się, ze Engelmann został zwerbowany przez
Stasi w 1982 roku (pseudonim „Albers”, numer rejestracji XV/8434/81) z powodów
ideologicznych.

[1]

 

Bund Deutscher Mädel (Związek Niemieckich Dziewcząt) - żeńska organizacja Hitlerjugend (przyp. aut.)

[2]

 

Pg = Parteigenosse – towarzysz partyjny (przyp. tłum.)

[3]

 

Nazwa, pod którą kryły się regularne niemieckie siły zbrojne biorące udział w hiszpańskiej wojnie domowej po stronie Franco, łącznie

prawie 6 tysięcy ludzi, z których 450 poległo. Do „Legionu Condor” należał przede wszystkim personel lotniczy z samolotami nurkującymi
(Stukasy) oraz innymi typami bombowców, jednostki artylerii przeciwlotniczej i pancerne. Niemieccy instruktorzy przeszkolili łącznie 36
tysięcy frankistowskich oficerów (przyp. aut.)

background image

Table of Contents

Od Autora. 3
Jak upadła Republika. 3
1. Cienie przeszłości 6
2. Jak zaczęła się Trzecia Rzesza. 16
3. Między potańcówką a piwnicę tortur. 21
4. Jak zostaliśmy „ujednoliceni”. 29
5. Ilu było nazistów?. 35
6. Jak został przełamany ostatni opór. 42
7. Czy rzeczywiście nie można było temu zapobiec. 51
8. O ludziach, którzy umieli pomagać. 58
9. Jak dalej dokręcano śrubę. 65
10. O oporze w Hamburgu. 71
11. Gość z Bazylei 79
12. Führer ma zawsze rację. 87
13. Jak niektórzy przebrnęli przez nazistowskie czasy. 93
14. Od „Anschlussu” do „kryształowej nocy”. 98
15. U blondynki Katrein. 107
16. Czy pan zna Buchenwald?. 115
17. Maszerowanie może być ideą. 120
18. Uwaga - wróg podsłuchuje!. 128
19. Początek końca. 141
[1]
[2]
[3]

background image

Table of Contents

Od Autora. 3
Jak upadła Republika. 3
1. Cienie przeszłości 6
2. Jak zaczęła się Trzecia Rzesza. 16
3. Między potańcówką a piwnicę tortur. 21
4. Jak zostaliśmy „ujednoliceni”. 29
5. Ilu było nazistów?. 35
6. Jak został przełamany ostatni opór. 42
7. Czy rzeczywiście nie można było temu zapobiec. 51
8. O ludziach, którzy umieli pomagać. 58
9. Jak dalej dokręcano śrubę. 65
10. O oporze w Hamburgu. 71
11. Gość z Bazylei 79
12. Führer ma zawsze rację. 87
13. Jak niektórzy przebrnęli przez nazistowskie czasy. 93
14. Od „Anschlussu” do „kryształowej nocy”. 98
15. U blondynki Katrein. 107
16. Czy pan zna Buchenwald?. 115
17. Maszerowanie może być ideą. 120
18. Uwaga - wróg podsłuchuje!. 128
19. Początek końca. 141
[1]
[2]
[3]


Document Outline