background image

MARY LYNN BAXTER

Pewnego lata w Lufkin

Boot Scootin

Tłumaczył: Michał Wroczyński

background image

Rozdział pierwszy

Kelly Warren popatrzyła na leżącą przed nią kartkę papieru i zmarszczyła 

brwi. Po chwili zgniotła ją w kulkę i cisnęła w stronę kosza na śmieci.

–   Dwa   punkty   –   mruknęła   z   gorzkim   uśmiechem,   gdy   kulka   wpadła 

prościutko do kosza.

Podniosła się z krzesła i rozciągnęła nieco zdrętwiałe mięśnie. Uśmiech z 

jej twarzy zniknął. Dzień nie zaczął się najlepiej. Była dopiero dziewiąta rano, a 
ona zdążyła już pokreślić i podrzeć kilka projektów. Może w ogóle nie trzeba 
było zaczynać dziś pracy, zwłaszcza że obchodziła właśnie dwudzieste siódme 
urodziny? Może po prostu powinna zamknąć sklep na cztery spusty, wrócić do 
babci i spędzić dzień na robieniu czegoś cudownie nieodpowiedzialnego?

Kelly   zmarszczyła   czoło   i   przez   chwilę   rozważała   ten   pomysł.   Nie, 

przecież   właśnie   teraz   zajmowała   się   czymś   cudownie   nieodpowiedzialnym; 
robiła dokładnie to, co zawsze chciała robić, a nie to, czego chciał jej ojciec. Jej 
marzenia spełniły się i od niedawna prowadziła własny interes: niewielki sklepik 
z artykułami papierniczymi i upominkami, który nazwała „Pierwsza klasa”. Od 
pewnego   też   czasu   projektowała   artystyczne   pocztówki.   Gdyby   udało   się 
zainteresować   nimi   którąś   z   dużych   firm   zajmujących   się   dystrybucją   kart 
pocztowych – to właśnie projektowanie miało stać się w przyszłości głównym 
zajęciem Kelly.

Zanim przeprowadziła się do domu babci w Lufkin, sennym miasteczku 

we wschodnim Teksasie, Kelly mieszkała w Houston z apodyktycznym ojcem. 
Przez pięć lat, jakie minęły od chwili ukończenia przez nią uniwersytetu, była 
posłuszna mu we wszystkim, a zajmowała się głównie prowadzeniem domu. W 
końcu   miała   już   serdecznie   dość   Simona   Warrena,   jednego   z   magnatów   w 
branży spożywczej, i jego kaprysów właściwych ludziom, którzy mają nadmiar 
bogactwa.   Zrezygnowała   z   blasku   dostatniego   życia   w   wielkim   mieście   i 
wybrała skromne, senne Lufkin.

Często dumała nad tym, jak ułożyłby się jej los, gdyby matka nie zmarła 

wkrótce po porodzie. Zapewne wszystko potoczyłoby się inaczej. Ojciec miałby 
więcej wsparcia ze strony żony i nie wyręczałby się nieustannie córką.

Prowadzenie domu i wystawnego życia męczyło ją. Te nie kończące się 

przyjęcia,   partie   brydża,   tabuny   „przyjaciół”   nudnych   jak   flaki   z   olejem... 
Jedyną czynnością, która dawała jej pewną satysfakcję była dobroczynność, lecz 
i ona nie była w stanie wzbudzić w sercu Kelly zapału i entuzjazmu.

Po   śmierci   bliskiej   przyjaciółki   i   po   zawale   serca,   jaki   przeszła   jej 

ukochana babcia, Kelly uświadomiła sobie, jak kruche i drogocenne jest życie. 
A ona tak beztrosko je marnowała! Kiedy więc Simon wspomniał, że zamierza 
umieścić babcię w domu opieki, odparła mu, że wyjedzie z Houston, osiądzie w 

background image

Lufkin i sama zajmie się Claire.

Pół roku po przeprowadzce Kelly, która po matce odziedziczyła zdolności 

artystyczne,   postanowiła   otworzyć   sklep.   W   podjęciu   tej   niełatwej   decyzji 
niezwykle pomogła jej babcia.

– Czyś ty rozum straciła? – zapytał Simon, gdy córka wyjawiła mu swe 

plany.

– Nie, tato – odparła spokojnie. – Przeciwnie. Zamierzam po prostu zająć 

się tym, co mnie interesuje, a nie tym, co ty uważasz dla mnie za dobre.

Niebieskie oczy Simona, takie same jak jego córki, rozbłysły.
– No cóż, powiem ci otwarcie. Nic z tego nie wyjdzie.
– Dlaczego? – zapytała ostro Kelly.
– Dlatego, że nie masz za grosz samodyscypliny. Od czasu ukończenia 

szkoły nie możesz jakoś zabrać się za nic poważnego.

– A czyja to wina? – spytała gniewnie.
– Dobrze już, dobrze – uspokoił ją. – Skoro chcesz,  zacznij to swoje 

wariactwo. Zobaczysz, że szybko ci wywietrzeje z głowy. Ale kiedy ci się nie 
powiedzie i galopem wrócisz do domu, nie mów, że cię nie ostrzegałem.

Słowa   te   tylko   rozjuszyły   Kelly   i   podrażniły   jej   ambicję.   Jeśli   w 

przyszłości ktoś będzie musiał przyznać komuś słuszność, to ojciec jej, nigdy 
odwrotnie. Żeby udowodnić mu, że to nie on miał rację, była gotowa błagać na 
kolanach   wszystkich   bliższych   i   dalszych   znajomych,   żeby   przyjeżdżali   do 
Lufkin i robili zakupy w jej sklepie. Musiała jednak z satysfakcją przyznać, że 
nie   było   potrzeby   chwytania   się   aż   tak   drastycznych   środków.   Jej   sklep 
funkcjonował   zaledwie   od   dwóch   tygodni   i   już   cieszył   się   sporym 
zainteresowaniem klientów.

Nie znaczyło to wcale, że zarabiała masę pieniędzy. Na razie w jej sklepie 

wiele   osób   pojawiało   się   tylko   po   to,   żeby   się   rozejrzeć.   Prawie   wszystkie 
obiecywały jednak, że jeszcze wrócą. Kelly modliła się o to w duchu. Nie tyle 
przy   tym   chodziło   jej   o   pieniądze,   co   o   sprawdzenie   się,   potwierdzenie,   że 
podjęła słuszną decyzję i że uda jej się zrealizować własne marzenia. Kwestia 
finansowa mogła zejść na dalszy plan. Wkrótce po jej urodzeniu bowiem, babcia 
Claire   utworzyła   w   banku   fundusz   dla   Kelly   i   gdy   wnuczka   ukończyła 
dwadzieścia pięć lat, wszystkie pieniądze przeszły na jej własność.

Zresztą, dla Kelly zawsze bardziej niż pieniądze liczyła się niezależność i 

satysfakcja z wykonywanej pracy.

Przerwała te rozmyślania i zerknęła na zegarek. Za pół godziny, równo o 

dziewiątej trzydzieści, otworzy sklep. Zeszła z poddasza, gdzie od siódmej rano 
próbowała wymyślić pocztówkę, jakiej jeszcze nie było, do mieszczącej się na 
parterze kuchni i nastawiła wodę na kawę. Po kilku minutach, trzymając już w 
dłoniach   parujący   kubek,   przeszła   do   głównego   pomieszczenia,   w   którym 
znajdował się sklep.

background image

Przystanęła w progu, by spojrzeć na swe dzieło. Próbowała patrzeć na 

wszystko oczyma klientów. Jednego była pewna – jej sklep całkowicie różnił się 
od innych.

Mieścił   się   w   starym   ceglanym   budynku,   który   Kelly   chwilowo 

wynajmowała, lecz w przyszłości zamierzała wykupić. Budynek stał w centrum 
miasteczka,   co   zapewniało   doskonałą   lokalizację,   oraz   miał   w   sobie   wiele 
uroku,   na   czym   Kelly   zależało   najbardziej.   Poza   kuchnią   dla   klientów 
przeznaczony był cały parter. Mogli w nim kupić artykuły piśmiennicze, kartki 
pocztowe, zaprojektowane, namalowane i wydrukowane przez Kelly, oraz całą 
masę   innych   „śliczności”:   koszyczki,   saszetki   w   kształcie   serduszek, 
najprzeróżniejszej   wielkości   i   kształtu   ramki   do   zdjęć   i   obrazków,   stroiki, 
bukieciki, dzbanuszki, świece i różnych rodzajów potpourri.

Poddasze   Kelly   przerobiła   na   pracownię.   W   dachu   zainstalowała 

olbrzymie okno, które zapewniało odpowiednią ilość światła do pracy. To tu 
właśnie powstawały jej oryginalne pocztówki.

Teraz więc, przed kolejnym dniem pracy, Kelly spoglądała z dumą na swe 

dzieło. Nie wyrobiła sobie jeszcze w mieście marki, ale wszystko było przed 
nią.   Minęły   dopiero   dwa   tygodnie.   Zresztą   raczej   by   umarła,   niż   miała 
zrezygnować. Po ojcu i babci odziedziczyła nieprawdopodobny wręcz upór.

Odstawiła   kubek,   usiadła   za   kasą   i  otworzyła   szufladkę   z   pieniędzmi. 

Chwilę   później   usłyszała   dźwięk   dzwonka   zawieszonego   nad   drzwiami 
wejściowymi. Uniosła głowę i spojrzała w uśmiechniętą twarz klienta.

Wiele   godzin   później   Kelly   masowała   zdrętwiały   kark.   Ależ   była 

zmęczona!  Po  całym dniu  obsługiwania   klientów  to  jednak  miłe   zmęczenie, 
pomyślała, spoglądając na zegar, którego wskazówki wskazywały siedemnastą. 
Za pół godziny zamknie sklep, pojedzie do domu i resztę dnia swoich urodzin 
spędzi z babcią.

Nieoczekiwanie   znów   zabrzmiał   zawieszony   nad   wejściem   dzwonek. 

Kiedy odwróciła się w stronę drzwi, ze zdumienia szeroko otworzyła usta.

Widząc zaskoczenie na jej twarzy, klient, wysoki mężczyzna, uśmiechnął 

się i powiedział:

– Zamknij buzię, bo złapiesz zarazki.
– Charles! Co tutaj robisz? – zapytała Kelly, nie przestając gapić się na 

Charlesa   Liptona,   znajomego   prawnika,   z   którym  spotykała   się   dość   często, 
zanim nie wyprowadziła się z Houston.

– To chyba oczywiste.
Rozpiął marynarkę drogiego garnituru i usiadł przy końcu lady na krześle 

przeznaczonym dla klientów, którzy zamierzali zabawić w sklepie trochę dłużej.

– Co jest takie oczywiste?
– Ej, Kelly – Charles uniósł brew – przecież dzisiaj są twoje urodziny! 

background image

Pomyślałem, że zechcesz je uczcić. Może wybierzemy się gdzieś do miasta?

Kelly przesłała mu uprzejmy uśmiech. Żywiła wobec Charlesa mieszane 

uczucia. Mówiąc zaś ściślej – niezbyt przyjazne. Robiła jednak wszystko, by nie 
dać po sobie tego poznać. Charles Lipton podobał się jej ojcu. Był człowiekiem, 
jakiego Simon życzyłby sobie na zięcia: trzeźwo myślący, solidny, z głową do 
interesów,   potomek   jednej   z   najbogatszych   rodzin   w   Houston,   spadkobierca 
sieci hoteli. Wszystkie te cechy nudziły Kelly śmiertelnie. Jedynie w samym 
wyglądzie Charlesa nie było nic nudnego.

Mimo że liczył tylko metr siedemdziesiąt wzrostu, był przystojny niczym 

gwiazdor filmowy. Miał gęste jasno-kasztanowe włosy i zielone oczy, główną 
zaś atrakcję stanowił jego uśmiech. Wydawało się, że Charles Lipton doskonale 
wie,   kiedy   rozjaśnić   nim   twarz,   prezentując   przy   tym   imponujący   garnitur 
olśniewająco białych zębów.

Plusy te nie potrafiły wszakże zmienić opinii Kelly, że Charles Lipton jest 

typem człowieka, który ma przekonanie, iż na wszystkim zna się najlepiej, i 
właśnie przez to jest niezwykle irytujący.

– No, to jak będzie? – zapytał z naciskiem.
– Cóż, skoro jechałeś dwie i pół godziny tylko po to, żeby mnie zobaczyć, 

jak mogłabym odmówić?

Charles wstał jak na komendę, a jego twarz znów rozpromienił ów słynny 

olśniewający uśmiech.

– Nie mogłabyś – przyznał.
Dopiero   po   kilkunastu   minutach,   gdy   znaleźli   się   już   na   podjeździe 

prowadzącym do domu babci i mieli wysiadać z samochodu, Kelly uświadomiła 
sobie, że Charles ani słowem nie skomentował jej sklepu – nie pochwalił, nie 
zganił, nie wygłosił na jego temat jakiejkolwiek uwagi.

Zmartwiło ją to, ale tylko na chwilę. Jakie znaczenie ma opinia takiego 

sztywniaka?

– Czeka was uroczy wieczór.
Kelly   uśmiechnęła   się   do   Claire,   nachyliła   i   pocałowała   w   policzek; 

babcia miała skórę cienką jak pergamin.

–   Tak   –   odparła.   –   Martwię   się   tylko,   że   zostawiamy   cię   tu   samą.   – 

Zrobiła smutną minę, a Charles poważnie pokiwał głową.

– Zupełnie niepotrzebnie – odrzekła Claire. – Przecież dzisiaj są twoje 

urodziny. No, idźcie już. Zresztą za chwilę w telewizji zaczyna się mój ulubiony 
program.

Kilka minut później Kelly i Charles znaleźli się znów przed domem. Był 

lipiec i, mimo że dochodziła dwudziesta, słońce przygrzewało jeszcze mocno. 
Charles otworzył drzwi swego lincolna i wpuścił do środka Kelly.

Kiedy zajął miejsce za kierownicą i uruchomił silnik, odwrócił się w jej 

background image

stronę i zapytał:

– Dokąd?
– Do „Boot Scootin”.
– Słucham? – Charles zamrugał oczyma.
– „Boot Scootin”.
– Jeśli to miejsce, o jakim myślę, wybij to sobie z głowy. Chciałem cię 

zabrać na kolację do jakiegoś wytwornego lokalu.

– A to, z kolei, ty możesz wybić sobie z głowy. Nie zapominaj, że to moje 

urodziny.

Charles zacisnął dłonie na kierownicy i cicho zaklął.
– W porządku. Co to za lokal?
– Klub taneczny z muzyką country-and-western.
– I wypożyczalnią rewolwerów przy wejściu – dodał złośliwie. – O ile 

naturalnie nie posiadasz własnego.

– Bardzo śmieszne.
– Uwierz mi, naprawdę chcę cię zabrać do dobrej restauracji.
– A ty posłuchaj, jeśli nie chcesz jechać ze mną, powiedz. Pojadę sama.
– Jasne, jestem bardziej niż pewien, że dokładnie tak byś zrobiła.
– Na twoim miejscu nie byłabym tak uparta – ostrzegła Kelly. Korciło ją, 

by oświadczyć Charlesowi, że na ten wieczór miała już inne plany.

–  No   dobrze.   Niech   ci   będzie.   Najpierw   wpadniemy   gdzieś,   żeby   coś 

przekąsić, a potem – do „Boot Scootin”.

– Poza tym że uwielbiam tańczyć, istnieje inna jeszcze przyczyna, dla 

której chcę pojechać właśnie tam.

Popatrzył na nią z rozpaczą.
– Mówisz poważnie?
–   Pracuję   właśnie   nad   westernowymi   pocztówkami,   wiesz,   takie   z 

motywami z Dzikiego Zachodu... Wiem, że jest na nie ogromny popyt, a nikt 
jeszcze się tym nie zajął.

Charles wyprowadził samochód na ulicę.
– Skoro tak mówisz...
Niebawem   siedzieli   już   przy   stoliku   w   klubie   „Boot   Scootin”,   a   salę 

wypełniały   dźwięki   najnowszego   przeboju   country.   Czekając   na   zamówione 
drinki, Kelly rozglądała się wokół z rosnącym zainteresowaniem. Przytupywała 
nogą w rytm muzyki i ogarniała ją coraz większa ochota do tańca. Napominała 
się   jednak   w   duchu,   że   przede   wszystkim   musi   dokładnie   rozejrzeć   się   po 
lokalu,   ostatnio   najmodniejszym   w   miasteczku.   Jej   uwagę   zwracał   rozległy 
owalny parkiet taneczny pośrodku, a przede wszystkim rustykalne dekoracje: 
stare sprzęty, koła, elementy strojów i uprzęży. Starała się zapamiętać wszystko 
jak najdokładniej.

– No i co o tym myślisz? – zapytał Charles, kiedy kelnerka przyniosła im 

background image

napoje.

– Jest lepiej, niż się spodziewałam.
Charles pociągnął ze szklanki tęgi łyk whisky z samym tylko lodem.
– Cieszę się, że ci się tu podoba.
Ledwo skrywany sarkazm w jego głosie nie uszedł uwagi Kelly. Miała 

ochotę udusić tego faceta! Zachowując jednak pozorny spokój, upiła tylko łyk 
wody mineralnej i wróciła do obserwowania sali.

– Przy barze stoi jakiś typek, który bez przerwy na ciebie patrzy.
Kelly nie spojrzała nawet w tamtym kierunku.
– I co z tego? W takich miejscach to rzecz całkiem normalna.
– I dlatego właśnie nie chciałem tu przychodzić – odburknął Charles.
Kelly uniosła brwi.
– Proszę, proszę, co ja widzę. Humorek coraz gorszy.
– Poklepała Liptona po dłoni. – Daj spokój, dobrze? Chcę tańczyć.
– A jeśli ja nie chcę? – zapytał, wyraźnie rozdrażniony.
– To możesz wrócić – odparła słodziutkim głosem.
– Nie będziesz się nudził.
Charles uśmiechnął się krzywo i gwałtownie wstał.
– Zgoda, wygrałaś – powiedział, biorąc Kelly za rękę.
– Chodźmy na parkiet.
W   chwilę   później   znaleźli   się   na   środku   sali,   a   Kelly   zaczęła 

prowokacyjnie kołysać w tańcu biodrami.

background image

Rozdział drugi

Tucker   Garrett   stał   oparty   o   najbliższy   kręgu   tanecznego   róg   baru. 

Sprawiał wrażenie, jakby otaczający świat w ogóle go nie interesował. Każdy 
jednak, kto znał choć trochę Tuckera, wiedział, że jest zupełnie odwrotnie. Pod 
maską niemrawego, staromodnego poczciwca krył się pełen energii, przekory i 
fantazji mężczyzna.

Teraz było podobnie. Tucker zachowywał wprawdzie kamienną  twarz, 

lecz   gdy   obserwował   tańczącą   na   parkiecie   blondynkę,   czuł,   że   rozpiera   go 
energia, że rośnie w nim napięcie, jakiego nie doświadczył od dawna. O ile w 
ogóle kiedykolwiek w swoim życiu odczuwał podobne napięcie!

Do   licha,   była   śliczna!   Delikatne   rysy,   modnie   obcięte,   krótkie   jasne 

włosy. Nie widział jej oczu, lecz mógłby się założyć o wszystko, że są równie 
piękne jak buzia... Ale to jej ciało o szczupłych biodrach i nie kończących się 
nogach,   poruszające   się   idealnie   w   rytm   dynamicznej   muzyki   sprawiało,   że 
Tuckerowi gwałtownie rosło ciśnienie krwi. Żeby uspokoić rozbudzone zmysły, 
zaklął pod nosem i głęboko odetchnął. Niewiele to pomogło. W miarę jak tempo 
muzyki rosło, dziewczyna coraz szybciej poruszała biodrami, a jemu ciśnienie 
rosło jeszcze bardziej.

Tucker Garrett miał trzydzieści pięć lat, ale nie widział jeszcze w życiu 

kobiecych   bioder,   które   by   w   tak   doskonały   sposób   wypełniały   nienagannie 
skrojone dżinsy. No i naturalnie nie mógł przeoczyć jej piersi. Były krągłe i 
sterczały przepysznie pod pomarańczową jedwabną bluzką.

Nad górną wargą mężczyzny pojawiły się kropelki potu. Ponownie zaklął. 

Do licha, zachowywał się jak jeleń podczas rui. A wszystko to na sam tylko 
widok kobiety. Co by się z nim stało, gdyby jej dotknął!

Odwrócił wzrok, widząc, że powolnym, niezdarnym krokiem zbliża się 

do niego James Arnold, nazywany ze względu na gburowatą i burkliwą naturę 
Ponurakiem.   W   pierwszej   chwili   Tucker   był   zły   na   niego,   że   przerwał   mu 
szalone myśli i chciał go zdrowo ochrzanić. Spojrzał jednak na drewnianą nogę 
Ponuraka i tylko się uśmiechnął.

– Co cię tak bawi? – zapytał James-Ponurak.
– Nic.
– Przyszło sporo ludzi, prawda?
–   Najlepsze   jeszcze   przed   nami   –   wymamrotał   Tucker,   ponownie 

wlepiając wzrok w poruszającą się kusząco na parkiecie kobietę.

Ponurak powędrował za jego spojrzeniem.
– Hmm, teraz rozumiem.
Tucker odwrócił głowę i popatrzył na niego zwężonymi oczyma.
– Co rozumiesz, stary rozpustniku?

background image

– Jak to co? Znamy się jak łyse konie – odciął się Ponurak.
–   Idź   do   diabła!   –   machnął   ręką   Tucker,   a   Ponurak   roześmiał   się, 

pokazując zęby, niegdyś białe, teraz brązowe od palonych przez lata papierosów 
i żutego tytoniu. – W porządku, też jestem starym rozpustnikiem – przyznał po 
chwili Tucker.

– I nic w tym złego, synu.
Tucker nie odpowiedział. Myślał o tym, że miał w życiu wiele szczęścia, 

iż trafił na Ponuraka, swego przyjaciela i pracownika. Bez niego nie poradziłby 
sobie z prowadzeniem klubu. Ponurak pracował tu jako barman, pomocnik i 
człowiek   od   wszystkiego.   Tucker   poznał   go   przez   swego   wuja,   który   nie 
wiadomo skąd go wytrzasnął. Do tej chwili był za to wujowi niewymownie 
wdzięczny...

–   Możesz   się   na   nią   gapić   tak   długo,   dopóki   nie   zaczniesz   czegoś 

kombinować – stwierdził Ponurak.

– O co ci chodzi? – Tucker przesłał mu groźne spojrzenie.
– Dobrze słyszałeś. Ale jak nie dotarło, mogę powtórzyć.
Tucker parsknął.
– Czy nikt ci jeszcze nie powiedział, że twój zwyczaj wtykania nosa w 

cudze   sprawy   nie   wyjdzie   ci   kiedyś   na   dobre?   –   Chwilę   milczał.   –   Wiesz, 
powinienem cię wywalić z roboty.

– Jasne, że powinieneś, ale nie wywalisz. Kto ci dopilnuje tej budy i nada 

jej wspaniały kształt?

Tucker ponownie parsknął, ale nic nie odpowiedział. Doskonale zdawał 

sobie sprawę, że stary dziwak jest niezastąpiony.

– Mówiąc o wspaniałych kształtach... Czy widziałeś już ją tu kiedyś? – 

zapytał.

Ponurak nie próbował nawet udawać, że nie rozumie, o co chodzi.
– Nie, nie sądzę.
– A czy widziałeś, bracie, jakąś, która poruszałaby się tak jak ona? – 

Tucker pokręcił głową i westchnął ciężko.

–   Nie,   nie   widziałem.   Jest   inna   niż   te,   co   tu   zazwyczaj   przychodzą. 

Dlatego powiedziałem, co powiedziałem.

–   Twoim   zdaniem   wybija   się   ponad   przeciętność   i   dlatego   jest   poza 

zasięgiem moich możliwości?

– Sam bym tego lepiej nie ujął synu. Choć z drugiej strony nie sądzę, 

żeby była lepsza od ciebie. Chodzi o to, że taka kobieta oznacza kłopoty. Ona 
złamie ci serce. Do cholery, sam powinieneś wiedzieć o tym najlepiej.

– I wiem. Masz rację. Ale to wcale nie znaczy, że pragnę jej mniej... – 

Tucker urwał. – Och, niech to szlag trafi. I tak zapewne ma męża. Tego gościa, z 
którym tu przyszła...

– Raczej nie. Szkoda by jej było. A poza tym on nie wygląda na chłopa, 

background image

który dałby jej radę.

Tucker znów przesłał Ponurakowi groźne spojrzenie.
– Tak czy siak, to nie nasz interes. Mamy na głowie ważniejsze sprawy.
Ponurak rozejrzał się po sali.
– Rany, masz rację. Robi się tłoczno. Muszę sprawdzić, czy wszyscy się 

dobrze bawią.

– Też ruszam do roboty – mruknął Tucker w stronę pleców oddalającego 

się przyjaciela.

Nie   ruszył   się   jednak   z   miejsca   i   obserwował   tylko   napływających 

tłumnie gości. Na twarzy pojawił mu się uśmiech pełen ulgi i zadowolenia. Nie 
ma to jak powodzenie firmy, pomyślał i uśmiech jego stał się jeszcze szerszy.

Gdy jednak uświadomił sobie, że znów spogląda w kierunku obracającej 

się   na   parkiecie   pary,   spochmurniał.   Teraz,   w   świetle   kolorowych   świateł, 
blondynka o wspaniałych kształtach jeszcze bardziej przykuwała jego uwagę.

Naszła go nagła chęć, by wkroczyć na parkiet, odepchnąć tego frajera i 

zająć jego miejsce przy kobiecie. Ale ku swemu większemu jeszcze zdumieniu, 
Tucker nie uległ pokusie; wahał się, rozważając wszelkie konsekwencje takiego 
rozwiązania sprawy.

Ostatecznie   nie   pracował   już   na   polach   naftowych   jako   prosty   robol, 

gdzie brak dobrych manier nie robił żadnej różnicy i nikogo nie raził. Teraz był 
człowiekiem interesu, a tu dobre maniery zawsze były w cenie. Niemniej trudno 
mu   było   zapanować   nad   sobą.   Zawsze   był   człowiekiem   porywczym   i 
zdecydowanym. Wychowany przez nieżyjącego już wuja, przez większą część 
życia musiał się sam o siebie troszczyć i niczego nikomu nie zawdzięczał – z 
wyjątkiem   Ponuraka.   Kiedy   czegoś   zapragnął,   jak   czołg   parł   do   celu   i 
przeważnie go osiągał. Inna rzecz, że częstokroć posuwał się za daleko i później 
gorzko tego żałował.

Najlepszym przykładem było jego małżeństwo. Za Sheryl Hemple pognał 

na złamanie karku, lecz wkrótce po ślubie zaczął tego żałować. Nie minęło zbyt 
wiele  czasu,  a  miał  już  jej serdecznie   dosyć,  podobnie zresztą   jak pracy   na 
polach naftowych. Kiedy więc nadarzyła się okazja kupna tancbudy w Lufkin, 
bez namysłu z niej skorzystał.

Początkowo   sądził,   że   popełnił   wielki   błąd.   Budynek   był   zniszczony, 

zarówno w środku, jak i na zewnątrz. Jednak chęć posiadania własnego klubu w 
stylu country-and-western okazała się silniejsza  od obaw i Tucker własnymi 
rękami zaczął przerabiać paskudną budę w coś, co mogło służyć ludziom jako 
miejsce spotkań i zabawy.

Udało   się   nie   najgorzej.   Teraz,   kiedy   spłacił   już   zaciągniętą   w   banku 

pożyczkę,   zamierzał   zrealizować   drugie   marzenie   swego   życia:   na   kawałku 
ziemi, którą zostawił mu wuj, założyć hodowlę bydła.

W tej chwili jednak wszystkie marzenia zeszły na plan dalszy. Liczyła się 

background image

tylko ta blondynka na parkiecie.

–   Napijesz   się   czegoś,   szefie?   –   zapytał   Alf,   który   pracował   tu   jako 

barman.

– Trochę później. Ale dzięki za pamięć.
– Na tym parkiecie musi się dziać coś niezwykłego. Nigdy nie widziałem, 

szefie, żebyś tak długo sterczał w jednym miejscu i gapił się na tańczących.

– Pilnuj swego nosa, Alf. Zaczynasz gadać jak Ponurak.
– Jest wystrzałowa, no nie? – wyszczerzył zęby barman.
– Jak cholera! – mruknął Tucker.
Próbował odwrócić twarz w inną stronę, nie patrzeć tam, gdzie z uporem 

wracał jego wzrok. Na próżno. Wreszcie zaklął cicho pod nosem i ruszył w 
kierunku tańczących.

Kiedy rozległy się pierwsze takty Pretty Woman Roya Orbisona, Tucker 

poklepał partnera blondynki po ramieniu.

– Czy mogę? – zapytał.
Para zamarła w bezruchu. Tucker pomyślał, że jeśli facet każe mu teraz 

wynosić się do wszystkich diabłów, będzie miał do tego święte prawo, a on 
będzie musiał  odejść i tylko naje się wstydu. Lecz mężczyzna o przystojnej 
twarzy zmierzył go tylko wzrokiem od stóp do głów i powiedział:

– Proszę bardzo.
– Charles! – Kobieta sprawiała wrażenie strwożonej biegiem wypadków. 

– Wracaj!

Charles zatrzymał się na chwilę.
– Do licha, mówiłem ci, że jestem zmęczony. Muszę się czegoś napić.
–   Charles   –   szepnęła   jeszcze   raz   za   nim,   ale   pozostała   na   parkiecie, 

patrząc   tylko,   jak   jej   partner   przepycha   się   między   tańczącymi   parami, 
zmierzając do stolika.

Tucker popatrzył na jej twarz. Malowało się na niej zmieszanie, a także 

oburzenie, zawód i strach.

– Przykro mi – powiedział i zmusił się do uśmiechu.
–   Wcale   nie   jest   panu   przykro   –   warknęła,   obrzucając   go   gniewnym 

spojrzeniem.

O, jest nie tylko ładna, ale i śmiała, pomyślał z satysfakcją. Z bliska była 

jeszcze piękniejsza, niż myślał. Oczy miała niebieskie jak morze i tak wielkie, 
że wydawało się, iż utonie w nich, jeśli ośmieli się patrzeć w nie dłużej niż kilka 
sekund.

– Ma pani rację – odparł Tucker, a twarz rozjaśnił mu pogodny uśmiech. 

– Rzeczywiście nie jest mi wcale przykro. – Nie odpowiadała, więc dodał: – 
Proszę pani, ja naprawdę jestem nieszkodliwy.

Nie   zareagowała   na   ten   żart.   Wpatrywała   się   w   niego   jedynie,   jakby 

chciała powiedzieć, żeby wynosił się do diabła; albo coś jeszcze gorszego.

background image

– A tak swoją drogą, to kim pan właściwie jest? – zapytała w końcu.
– Tucker Garrett – przedstawił się.
– I to właśnie daje panu prawo, by zachowywać się jak kowboj?
– Biorąc pod uwagę, że ten klub należy do mnie, to tak.
Ku jego radości kobieta prawie się uśmiechnęła. Może nie będzie taka 

nieprzystępna?

– Jeden taniec, zgoda? – zaproponował.
– Czemu nie? Jest pan wprawdzie bezczelny, ale szkoda byłoby, żeby 

zmarnowała się taka ładna piosenka.

– Tak, rzeczywiście byłoby szkoda – odrzekł Tucker i zgodnie zaczęli 

kołysać się w rytm muzyki.

Dupek! – pomyślała Kelly ze złością, spoglądając ukradkiem w stronę 

Liptona. Ale czy Tucker Garrett nie był większym dupkiem niż Charles? Sama 
nie wiedziała, którego z nich miała większą ochotę udusić. Charlesa za to, że 
zostawił ją na pastwę tego prostaka, który pożera ją teraz oczami, jakby była 
deserem, który może w każdej chwili schrupać, czy samego Tuckera za to, że 
tak właśnie na nią spogląda.

Musiała jednak przyznać, że dobrze czuła się z nim na parkiecie. Prostak 

czy nie, jego ciało cudownie poruszało się w tańcu. Był pewny, zdecydowany, 
silny,   doskonale   prowadził.   Szkoda   tylko,   że   twarz   nie   przystaje   do   reszty, 
pomyślała. Miał zbyt ostre rysy, żeby nazwać go przystojnym.

Chociaż... Czy to właśnie nie dodawało mu uroku? Do tego wyraziste, 

prawie zupełnie czarne oczy i gęste, lekko wzburzone, ciemnokasztanowe włosy 
opadające   na   kołnierzyk   sportowej   koszuli.   Wszystko   to   sprawiało,   że   w 
mężczyźnie tym było coś intrygującego, a może nawet – co przyznała z pewnym 
zakłopotaniem – seksownego.

Zresztą nieważne, i tak jej to nie interesuje. Miała już do czynienia z 

ludźmi typu Tuckera Garretta. Określała ich zawsze dwoma słowami: czarujący 
i niebezpieczni; piorunująca mieszanka, której lepiej unikać jak ognia.

Dlaczego więc od razu nie kazała mu się wynieść do wszystkich diabłów i 

dać jej święty spokój?

– Wspaniale pani tańczy – odezwał się po chwili.
–  Pan   również   –   odparła,   unikając   jego  spojrzenia.   Znów  zapanowało 

niezręczne milczenie, a gdy piosenka się skończyła, odsunęli się od siebie.

– Dziękuję – powiedziała Kelly i odwróciła się w stronę stolika.
– Proszę zaczekać.
Sama nie wiedziała, dlaczego się waha. Może sprawił to władczy ton jego 

głosu,   a   może   tak   naprawdę   wcale   nie   chciała   odchodzić?   Tak   czy   inaczej 
zatrzymała się i spojrzała w stronę mężczyzny.

Wyciągnął do niej rękę.

background image

– Powiedział pan, że tylko jeden taniec.
– Skłamałem.
Nieoczekiwanie z głośników rozległy się tony lirycznej ballady. Kelly 

otworzyła usta, żeby odmówić, ale za – nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, on 
już założył ręce na jej szyję i przyciągnął ją blisko do siebie. Przytulił.

–   Nie   –   szepnęła,   czując   przez   ubranie,   że   jej   partner   jest   straszliwie 

podniecony.

On też wiedział, że ona to wie. Oboje jednocześnie zesztywnieli, jakby 

poraził ich prąd.

background image

Rozdział trzeci

Umysł   Kelly   nie   rejestrował   niczego   –   ani   głębokiego   westchnienia 

Tuckera,   ani   migających   świateł,   ani   olbrzymiego   ekranu   telewizyjnego,   ani 
innych   par.   Niczego.   Była   świadoma   jedynie   mężczyzny   trzymającego   ją   w 
ramionach, tak jakby już nigdy nie zamierzał jej wypuścić.

Przez ułamek sekundy żadne z nich nie było w stanie wykonać ruchu, a 

otaczające ich powietrze było niczym naładowane elektrycznością.

Uciekaj, uciekaj, Kelly, gdzie pieprz rośnie! – powtarzała sobie w duchu. 

Nadaremno. Nie była w stanie tego uczynić. Czuła się tak, jakby stopy wrosły 
jej w ziemię.

Nagle oczy Tuckera zapłonęły dziwnym blaskiem. Mężczyzna rozluźnił 

nieco uścisk i zaczął poruszać się łagodnie w takt muzyki. Kelly, jak w transie, 
podążyła za jego ruchami.

–   Niech   się   pani   rozluźni   –   szepnął   jej   do   ucha.   –   Przecież   pani   nie 

ugryzę.

–   Nie   jestem   tego   taka   pewna   –   odparła,   czując   jednocześnie 

niewymowną ulgę, że ich ciała nie stykają już się ze sobą.

Trwało to jednak zaledwie kilka sekund. Jeden bliski kontakt wystarczył, 

by znowu poczuła, że ma do czynienia z mężczyzną. Rumieniec natychmiast 
okrasił jej policzki. Nie, Kelly z całą pewnością nie była pruderyjna, ale, na 
Boga,   nie   miała   przecież   zwyczaju   ocierać   się   o   twardości   podnieconych 
podrywaczy!

– Czy już ktoś pani mówił, że porusza się pani jak anioł?
Te banalne słowa, wypowiedziane zduszonym głosem, sprawiły, że Kelly 

przeszył dreszcz. Nieznajomy zapewne to wyczuł, ponieważ roześmiał się cicho 
i mocniej przygarnął ją do siebie. Natychmiast zesztywniała. Co się z nią dzieje? 
Gdzie się podział jej opór, silna wola, nadzwyczajna zdolność do zbijania z 
tropu przy pomocy kąśliwych uwag?

– Nie... nie takimi słowami – wydukała, pragnąc z całej duszy, żeby obcy 

wypuścił ją wreszcie ze swych objęć.

Tucker znów się roześmiał, jego gorący oddech pieścił ucho Kelly. Robiła 

wszystko, żeby zachowywać się normalnie, nie dać poznać po sobie, że ogarnęło 
ją przerażające i oszałamiające poczucie zniewolenia. Czy ta przeklęta piosenka 
nigdy się nie skończy?

Jej pragnienie spełniło się kilkanaście sekund później. Kelly natychmiast 

wysunęła się z objęć mężczyzny i cofnęła na bezpieczny dystans. Przez następną 
chwilę wpatrywali się sobie w oczy. Później przesłała Tuckerowi wymuszony 
uśmiech – Więc... dzięki za taniec.

– Cała przyjemność po mojej stronie – odparł. Powiedział to tak, jakby 

background image

był Don Juanem, który kpi sobie ze zmieszania naiwnego dziewczątka. Kelly 
zmroziła go wzrokiem, odwróciła się na pięcie i skierowała w stronę stolika. Nie 
oglądała się za siebie, ale była pewna, że Tucker stoi bez ruchu w miejscu i 
patrzy za nią; czuła na plecach jego wzrok. Niech go piekło pochłonie! Co za 
tupet!

– Proszę, proszę, miałaś już dosyć tego... tego... kowboja za trzy grosze? 

– przywitał ją Charles przy stoliku. Mówił niewyraźnie, patrzył na nią mętnym 
wzrokiem, a na jego czole błyszczały krople potu.

– Upiłeś się – stwierdziła Kelly, nie próbując nawet ukrywać niesmaku. 

Już   wcześniej   widziała,   że   Charles   nie   odmawia   sobie   dzisiaj   alkoholu   i 
powinna była przewidzieć taki rozwój wypadków. Co za wspaniały urodzinowy 
wieczór! – pomyślała z goryczą. Najpierw porwał ją do tańca jakiś miejscowy 
uwodziciel,   potem   ona   zachowywała   się   wobec   niego   jak   nastolatka   na 
pierwszej randce, a teraz facet, z którym tu przyszła, jest pijany i bełkocze bez 
sensu.

– Dobra, nie ma sprawy... – Charles wybuchnął niezdrowym śmiechem i 

pociągnął kolejny łyk szkockiej. – Po prostu wolisz brodzić w krowim gnoju, 
niż spędzać czas ze mną. Rozumiem...

– A kto do tego dopuścił? – odpaliła Kelly, gwałtownie odsunęła krzesło i 

usiadła naprzeciwko Charlesa.

– Chyba nie ja, do licha.
–   Mam   ci   przypomnieć,   że   to   właśnie   ty   pozwoliłeś   mu,   by   ze   mną 

tańczył?

– No a co! – zaperzył się Charles. – Nie miałem wyboru!
– Trele-morele!
Charles spuścił z tonu. Znów się zasępił.
– Okay, powiedzmy, że miałem już dosyć tańca.
– W to akurat uwierzę. Nigdy nie lubiłeś tańczyć. Upiłeś się, żeby się na 

mnie zemścić.

Charles pochylił się w jej stronę. Kelly poczuła ostry odór whisky i z 

odrazą cofnęła głowę. Skrzywił się, widząc ten gest i powiedział:

–  Nieprawda.   Nie   cierpię   tylko,  gdy   w   mojej   obecności   jakiś   pastuch 

obmacuje cię w tańcu.

– Och, proszę! – Kelly wzniosła oczy do nieba.
– Chciałem tylko – bełkotał niezrażony Charles – aby ten wieczór był 

szczególny. Żeby to był nasz wieczór...

Kelly westchnęła.
–   Nic   nie   stoi   temu   na   przeszkodzie.   Jeśli   tylko   przestaniesz   pić   i 

zamówisz   kawę,   wszystko   będzie   w   porządku.   –   W   odpowiedzi   Charles 
pociągnął ze szklanki  kolejny potężny haust. – Więc jak będzie?  – zapytała 
Kelly. – Ja czy szkocka?

background image

Charles obrzucił ją tajemniczym spojrzeniem.
– Chciałbym mieć taki wybór – powiedział płaczliwie.
–   Co   takiego?   –   spytała   Kelly,   coraz   bardziej   zirytowana   jego 

zachowaniem. Był taki infantylny, taki mało męski, upijał się na złość, byle 
tylko zwrócić na siebie uwagę. Wolałaby, żeby był bardziej stanowczy, silny, 
miał zawsze własne zdanie. No, może nie do tego stopnia jak tamten tancerz, 
który próbował ją uwieść, ale...

–   Gdybym   miał   ciebie,   w   jednej   chwili   zrezygnowałbym   z   whisky   – 

usłyszała słowa Charlesa i spojrzała na niego zdumiona.

– Posłuchaj, Charles... Ja...
– Naprawdę tak myślę, Kelly.
– W tej chwili.
– Zawsze.
– Jak mogę ci wierzyć, skoro jesteś pijany?
– Do licha, wcale nie jestem!
Wzruszyła ramionami. Doszła do wniosku, że traci tylko czas i energię, 

sprzeczając się z Charlesem.

– W porządku, nie jesteś – powiedziała.
Upiła łyk napoju gazowanego i zacisnęła usta. Popełniła błąd, upierając 

się przy tym właśnie lokalu. Ale nawet jeśli tak się stało, nie miała zamiaru 
dopuścić do tego, by wieczór zakończył się kompletnym fiaskiem. Będzie nadal 
bacznie obserwować salę, może uda jej się porozmawiać z właścicielem... Nie, 
to w ogóle nie wchodziło w grę! Przecież właściciel to ten...

Kelly poczuła, że znów oblewa się rumieńcem.
– Czy wyjdziesz za mnie?
– Słucham? – zapytała z roztargnieniem.
– Cholera jasna, pytam, czy za mnie wyjdziesz. Spojrzała na Charlesa 

szeroko   otwartymi   ze   zdumienia   oczami.   Kiedy   wreszcie   odzyskała   mowę, 
powiedziała:

– To jakiś żart, prawda?
Mężczyzna zbladł, wykrzywił z goryczą usta.
– Żaden żart, ale sądząc po twojej reakcji, na jedno wychodzi. – Kelly 

milczała,   była   kompletnie   zaskoczona   propozycją   Liptona.   Tymczasem   on 
zaczął wykładać argumenty. – Myślę, że tworzymy dobrą parę. Pochodzimy z 
podobnych środowisk, mamy wspólnych znajomych, lubimy...

–   Zaczekaj,   zaczekaj   chwilę   –   przerwała   szybko   Kelly.   –   Twoja 

propozycja padła tak nieoczekiwanie... Czy naprawdę mówisz poważnie?

– Jeszcze nigdy w życiu nie byłem bardziej poważny. Sięgnął do kieszeni 

marynarki,   wyciągnął   atłasowe   pudełeczko   i   podał   je   Kelly   na   wyciągniętej 
dłoni. Kiedy zawahała się, powiedział:

– Bierz. Jest twój... jeśli zechcesz, oczywiście. – Kelly wpatrywała się 

background image

chwilę w pudełko. – No, bierz – nalegał Charles.

Wzięła   prezent   w   dłonie   i   ostrożnie   uniosła   wieczko.   Na   widok 

ogromnego,   cudownie   oprawionego   brylantu   wstrzymała   oddech.   Po   chwili 
gwałtownie zatrzasnęła pudełeczko.

– Nie podoba ci się – stwierdził cicho Charles. Kelly poruszył zarówno 

ból jak i gniew, brzmiące w jego głosie. Czy jednak mogła go pocieszyć?

– Wręcz przeciwnie, bardzo mi się podoba. Jest cudowny, ale...
– Ale go nie chcesz – dokończył za nią Charles.
–   Zgadza   się,   nie   chcę   –   odrzekła   Kelly,   bo   cóż   innego   miała 

odpowiedzieć.

Wyciągnął rękę i gwałtownie odebrał jej pudełko.
– Któregoś dnia dostaniesz to, o co się dopraszasz. I mam tylko nadzieję, 

że będę w pobliżu, żeby to zobaczyć.

–   Posłuchaj,   Charles.   Jesteś   dobrym   przyjacielem   i   przyzwoitym 

człowiekiem – skłamała. – Ale tak się składa, że ciebie nie kocham, i nie sądzę, 
żebyś ty mnie kochał.

– Nawet nie wiesz, co czuję – odwarknął.
–   Może   nie.   Ale   czy   zastanowiłeś   się   choć   przez   chwilę,   że   teraz 

mieszkam w Lufkin i prowadzę własną firmę?

– I co z tego? Możesz przenieść sklep do Houston. Przede wszystkim 

nigdy nie powinnaś stamtąd wyjeżdżać.

– A co z babcią?
– To problem twego ojca, nie twój. Kelly spojrzała na niego z pogardą.
– Mylisz się, mój drogi – odrzekła głosem zimnym jak lód. – Opieka nad 

babcią to moja powinność. I nie robię tego z przymusu, sama chcę. Tak będzie 
zawsze.

Charles wzruszył ramionami.
– A zatem twoja odpowiedź brzmi: „dziękuję, nie skorzystam”?
– Właśnie tak – odparła, siląc się na uprzejmość.
– No i co teraz zrobimy? – zapytał, spoglądając Kelly w oczy.
– Nie wiem. Zostaniemy przyjaciółmi?
– Przyjaciółmi?
– Może.
Charles dopił whisky, z trzaskiem odstawił szklankę na stolik i skinął na 

kelnerkę.

– A jeśli ja nie chcę być twoim przyjacielem? – zapytał podniesionym 

głosem. Kelly nie zdążyła odpowiedzieć, ponieważ przy stoliku pojawiła się 
kelnerka. – Jeszcze jedną whisky! Podwójną! – powiedział, nawet na nią nie 
patrząc.

– Charles, daj spokój. Chodźmy już – poprosiła Kelly, kiedy zostali sami.
– Nigdzie nie pójdziemy! – wykrzyknął. – Sama chciałaś tu przyjść. Masz 

background image

mi potem mówić, że popsułem ci zabawę? O, nie!

– Charles, proszę...
Urwała w połowie zdania. Ktoś dotknął jej ramienia.
– Pozwoli pani?
Odwróciła   się   gwałtownie   i   ujrzała   nieznajomego   młodzieńca.   Przez 

chwilę myślała, że to... Nie, to nie Tucker. Odetchnęła z ulgą i uśmiechnęła się 
do mężczyzny, który prosił ją do tańca.

– Jasne, bardzo chętnie – powiedziała szybko, widząc, że Charles znów 

zanurzył nos w szklance, i ruszyła na parkiet.

– Co z tobą? – zapytał Ponurak. – Pierwszy raz widzę, żebyś tak stracił 

głowę dla baby. I to takiej, której wcale nie znasz.

Tucker spojrzał niechętnie na przyjaciela.
– Któregoś dnia zatkam ci gębę twymi własnymi butami.
Ponurak wzruszył ramionami i wyszczerzył swoje żółte zęby.
– Więc powiedz mi w sekrecie, czy ta blondyna ma coś takiego, czego 

brakuje innym? – Pomasował sobie protezę. – Bo chyba nie piersi. Niezłe, ale to 
nie Dolly Parton.

– Zamknij się, dobrze?
– O co chodzi? Chłopie, przecież gadamy poważnie – odrzekł Ponurak i 

wybuchnął śmiechem.

Tuckera   opadło   znużenie,   poczuł   się   głupio.   Miał   takie   same   szanse 

znaleźć się z tą kobietą w łóżku, jak zostać w następnej kadencji prezydentem 
Stanów Zjednoczonych. Roześmiał się cicho pod nosem. Do licha, to drugie 
byłoby chyba łatwiejsze!

– Powiedz, co cię tak śmieszy, a pośmiejemy się razem – zagadnął znowu 

Ponurak.

– Nic mnie nie śmieszy.
– Naprawdę?
– Słuchaj, odczep ty się ode mnie. Patrzę na tę blondynę i jej partnera 

tylko dlatego, że przewiduję kłopoty.

Ponurak podrapał się po brodzie.
– Naprawdę?
– Ten chłoptaś od samego początku ciągnie czystą whisky.
– Może tak lubi. „Garniturki” mają mocne głowy.
– Ten „garniturek” to szczególny przypadek. Jeśli już się nie urżnął, to 

jest   na   najlepszej   drodze.   Ta   blondyna   cisnęła   mu   właśnie   w   twarz 
pierścionkiem zaręczynowym.

Zaskoczony Ponurak chwilę milczał.
– Sądzisz, że... – zaczął wreszcie.
–  Jasne  –  przerwał  Tucker.  –  Wszystko   widziałem.   Dała  mu  kosza.   I 

background image

miała rację...

– Chłopie, ta panna rzeczywiście zmąciła ci rozum.
– Głupstwa opowiadasz. Powiedziałem: czuję w powietrzu awanturę, a ja 

nie chcę tu żadnych awantur.

– Mam szepnąć słówko Maxowi i trzymać go w pogotowiu?
Max   był   policjantem,   który   w   wolnych   chwilach   pracował   jako 

ochroniarz w klubie.

– Jeszcze nie teraz.
–   Chcesz   to   załatwić   sam?   –   Ponurak   trącił   go   łokciem   i   przesłał 

porozumiewawczy uśmiech.

– Tak, staruchu. Masz coś przeciw?
– Czy ja coś mówiłem? Ale zapamiętaj moją przestrogę: ta znajomość nie 

wyjdzie ci na zdrowie. Ta kobitka od czubka głowy do pięt jest jedwabista. Jeśli 
jesteś na tyle szalony, żeby na nią lecieć, to leć, ale pamiętaj: zje cię kawałek po 
kawałku. Pilnuj się.

– Do diabła, zaufaj choć trochę memu rozsądkowi – odparł Tucker, nie 

spuszczając oka z Kelly, którą jakiś młody człowiek odprowadzał właśnie do 
stolika.

– W porządku, rób jak chcesz – mruknął Ponurak i pokuśtykał w stronę 

baru.

W tej samej chwili wszczął się tumult. Najpierw Tucker usłyszał dźwięk 

gwałtownie odsuwanego krzesła, a następnie dostrzegł, że towarzysz blondynki 
zrywa   się   na   równe   nogi.   Palcem   wskazywał   na   zaskoczonego   młodzieńca, 
który odprowadził Kelly do stolika.

– Ty gnoju! Nie będziesz z nią więcej tańczył! Jazda stąd! Już!
–   Charles,   zamknij   się   i   siadaj!   Nie   rób   awantur!   –   próbowała   go 

uspokajać.

Tucker   pospiesznie   zlustrował   wzrokiem   otoczenie.   Zauważył,   że 

tańczące   w   pobliżu   pary   zatrzymały   się   i   obserwują   z   zainteresowaniem 
awanturę. Jeszcze chwila, a zacznie się niezła burda, pomyślał. Oderwał się od 
baru i ruszył w stronę stolika, który skupiał już teraz uwagę niemal wszystkich 
gości.

– Spokojnie. Nie miałem złych zamiarów – wyjaśniał młody człowiek, 

wyciągając przed siebie ręce.

– Charles! – syknęła Kelly, ale Lipton zupełnie jej nie słuchał.
Wyszedł   zza   stolika   i   runął   na   młodzieńca.   Zadał   jeden   dziki   cios.   I 

następny.

– Nie! – Rozpaczliwy okrzyk kobiety dotarł do Tuckera, w chwili gdy 

wskakiwał między walczących.

– Co jest! Co jest! Uspokój się pan! – warknął i w ostatniej chwili cofnął 

głowę, żeby uniknąć ciosu wymierzonego prosto w nos.

background image

– A ty co? Złaź z drogi! – ryknął Charles, skupiając teraz cały swój gniew 

na Tuckerze.

Nie było wyjścia. Jedynym sposobem na powstrzymanie tego pijanego 

idioty było po prostu tęgo mu przyłożyć.

Tucker   wziął   zamach   i   jego   pięść   pofrunęła   w   stronę   podbródka 

awanturnika. W tej samej chwili między mężczyzn wdarła się Kelly.

– Nie! – krzyknęła, ale było już za późno. Tucker nie zdążył wyhamować 

potężnego ciosu i jego pięść wylądowała na twarzy kobiety. Przeraził się, jakiś 
czas   nie   docierało   do   niego,   co   naprawdę   zaszło.   Pojął   to   dopiero,   gdy 
nieprzytomna upadła u jego stóp. Charles gapił się na Tuckera wybałuszonymi 
oczyma.

– Boże wielki, zabiłeś ją!
Tucker bez zastanowienia wyrżnął go w twarz i obserwował, jak Charles 

powoli osuwa się na podłogę.

– Cholera jasna – mruknął i przyklęknął obok nieprzytomnej Kelly.

background image

Rozdział czwarty

W klubie „Boot Scootin” zapadła cisza jak w kostnicy. Nikt się nie ruszał. 

Było tak cicho, że słychać byłoby nawet spadającą ze stolika na podłogę szpilkę.

Tucker pierwszy przerwał milczenie. Głośno chrząknął, wziął Kelly na 

ręce i szybko zaniósł ją do swego mieszkania na zapleczu klubu. Tam delikatnie 
ułożył ją na łóżku.

Towarzyszył   mu   Ponurak,   który   najwyraźniej   nie   wiedział,   co   ma 

powiedzieć i jak się zachować. Gdyby sytuacja nie była tak poważna, Tucker by 
się roześmiał. Nigdy dotąd się nie zdarzyło, by jego przyjaciel zapomniał języka 
w gębie.

W końcu jednak Ponurak potrząsnął głową i spytał:
– No? I co o tym myślisz?
– Bardzo chcesz wiedzieć? – odparł z posępną miną Tucker.
– Niezła chryja... – Ponurak znów na chwilę pogrążył się w milczeniu. – 

Miałeś rację, chłopie, wystrzałowa dziewucha.

– Jasne – burknął Tucker, nie myśląc jednak ani o wyglądzie Kelly, ani o 

tym, jaka jest śliczna, lecz o zamieszaniu jakiego narobił.

– Czy wiesz, kim ona jest?
– Nie.
– Jeszcze lepiej.
Tucker odwrócił wzrok od dziewczyny i spojrzał na Ponuraka.
– Nie masz co robić? Sam się nią zajmę. Idź lepiej do klubu, zaprowadź 

porządek i dopilnuj, żeby nie było więcej awantur. Chyba wiesz, że jedna afera 
ciągnie za sobą następne. – Zamilkł i jeszcze bardziej spochmurniał. – No i 
otrzeźwij tego gnojka, który z nią przyszedł. A kiedy już to zrobisz, wykop go 
za drzwi.

– Będzie się o nią dopytywał.
– To wyślij go do diabła.
Ponurak otworzył usta, żeby coś jeszcze powiedzieć, ale poskromił język.
– Okay. Ty jesteś szefem – mruknął i opuścił pokój. Kiedy zamknęły się 

za nim drzwi, Tucker popatrzył z troską na spoczywającą w bezruchu kobietę. 
Przetarł stropione czoło dłonią, po czym ruszył do łazienki, przyniósł stamtąd 
zmoczony w zimnej wodzie ręcznik i przyłożył go do karku Kelly.

Jęknęła,   zamrugała   powiekami,   lecz   nie   otworzyła   oczu.   Tucker,   nie 

spuszczając z niej wzroku, przyciągnął krzesło i usiadł obok łóżka.

– Będziesz miał, bracie, szczęście, jeśli z tej awantury wyjdziesz cało – 

mruknął do siebie kwaśno, przewidując niewesołe konsekwencje wydarzenia w 
klubie.

Kobieta znów jęknęła cicho. Nachylił się nad nią. Jezu słodki, ależ była 

background image

piękna! Chciał ją delikatnie ocucić, ale w porę zrezygnował. Sama się obudzi, 
pomyślał. Nie ma co się spieszyć.

–   Szefie,   na   miejscu   wszystko   w   porządku   –   zza   pleców   rozległ   się 

nieoczekiwanie głos Ponuraka.

Zaskoczony Tucker drgnął i odwrócił się w stronę pomocnika.
Ponurak skrzywił się.
– Przepraszam, że cię przestraszyłem, szefie.
– Przestraszyłeś. Powinieneś był zapukać.
– Tak jak kazałeś, wykopaliśmy już gnoja na zewnątrz.
– Były jakieś trudności?
– Nic takiego, z czym byśmy sobie nie dali rady.
– To dobrze.
Ponurak wyciągnął szyję i zerknął przez ramię Tuckera.
– I co z nią?
– Ciągle nieprzytomna, ale kilka razy jęknęła. To dobry znak.
Starszy mężczyzna przesłał szefowi znaczące spojrzenie.
– Już ci mówiłem, chłopie, żebyś uważał. Takie kobiety to trucizna.
– Zsiądź już z tego konia, dobrze? To nie ta baba sprawia, że coś ściska 

mnie w brzuchu. Skręca mnie na myśl o tym, co mnie czeka za ten nokaut. 
Wymiar sprawiedliwości, kapujesz?

– Wymiar sprawiedliwości nic o tym nie wie.
– Dobrze by było. Ale jeśli ktoś wezwał policję, jesteśmy ugotowani.
– Fakt.
– Cholera jasna, za ciężko pracowałem, by stworzyć wreszcie jakiś czysty 

i przyzwoity klub, żeby teraz... – Pokręcił głową z niezadowoleniem.

– Włożyłeś w to kawałek serca, chłopie – dodał Ponurak.
– A żebyś wiedział – burknął Tucker. – Zdajesz sobie sprawę, że taka 

burda może podkopać reputację klubu łatwiej niż cokolwiek innego.

Ponurak przeniósł ciężar ciała ze swej drewnianej nogi na zdrową.
–   Bez   dwóch   zdań,   szefie,   ale   jak   dotąd   nic   takiego   się   jeszcze   nie 

wydarzyło. Więc po co ta złość? Będziemy się martwić później. Na razie musisz 
doprowadzić do porządku tę panią.

– Racja – przyznał Tucker, poklepał przyjaciela po plecach i odprowadził 

do wyjścia.

Kiedy  drzwi zamknęły  się za Ponurakiem,  Tucker usiadł przy łóżku i 

pochylił się znowu nad nieprzytomną pięknością. Czując, że na czoło występuje 
mu   pot,   wstał   z  krzesła   i   podszedł   do   okna.  Kilka   razy   zaczerpnął   głęboko 
powietrza, by odzyskać nad sobą kontrolę; kontrolę, której od tak dawna już nie 
stracił.

–   Gdzie   jestem?   –   usłyszał   cichy   głos.   Zesztywniał,   odwrócił   się   i 

spostrzegł, że kobieta próbuje usiąść na łóżku.

background image

– Ej, spokojnie – ostrzegł i szybko ruszył w jej stronę.
Wyciągnął właśnie ręce, żeby jej pomóc, ale blondynka skuliła się tylko 

ze strachu.

– Niech pan się trzyma ode mnie z daleka! – pisnęła. Natychmiast wsunął 

dłonie do kieszeni dżinsów i wzruszył ramionami.

– Jak pani sobie życzy.
– Gdzie jestem? – zapytała ponownie.
–   W   klubie   „Boot   Scootin”,   w   moim   mieszkaniu   –   wyjaśnił.   Kobieta 

pomasowała   głowę   i   skrzywiła   się   z   bólu.   –   Czy   pamięta   pani,   co   się 
wydarzyło?

Podniosła głowę.
– Tak. Uderzył mnie pan.
– Ale przez czysty przypadek. Wskoczyła pani w ostatniej chwili między 

mnie, a tego... – Urwał, chrząknął i po chwili ciągnął dalej: – Tego mężczyznę, 
który przyszedł z panią, i który sprowokował całą awanturę.

–   Wcale   nie   zamierzam   go   bronić.   Pana   też   nie   oskarżam,   skoro   to 

przypadek... Ale zdaje mi się, że mógł pan go uspokoić bez użycia siły.

– Cóż, ma pani całkowitą rację.
Sarkazm w jego głosie nie uszedł jej uwagi. Zarumieniła się i odwróciła 

głowę.

– Która godzina?
– Dwunasta.
– A gdzie Charles?
–   Otrzeźwiliśmy   go   ździebko   i   wyprosili   z   lokalu   –   wyjaśnił.   Nie 

oburzyła się, jak przewidywał. Przygryzła dolną wargę i odwróciła twarz. – Kim 
pani   jest?   –   zapytał   Tucker,   masując   sobie   kark.   –   Ma   pani   nade   mną   tę 
przewagę, że pani wie, kim jestem, a ja o pani wiem nic.

– Kelly Warren – odparła, zadzierając lekko głowę.
– Czy powinienem znać to nazwisko?
Oczy jej się rozszerzyły, mimo że jedna strona pięknej twarzy zdążyła już 

mocno podpuchnąć.

–   Warren   Foods,   produkty   spożywcze   Warrena.   Mój   ojciec   jest 

właścicielem tego przedsiębiorstwa.

Zanim   Tucker   zdążył   cokolwiek   odpowiedzieć,   ona   już   podeszła   do 

lustra. Z ust wyrwał się jej okrzyk rozpaczy.

– Przykro mi, ale zanim się pani polepszy, najpierw będzie gorzej.
Kelly przysunęła twarz jeszcze bliżej lustra i dokładnie obserwowała swe 

odbicie.

– No, nie!
– Zważywszy okoliczności, nie jest tak źle. Popatrzyła na niego gniewnie.
– Nie jest źle? Jak pan śmie mi to mówić. Wyglądam tragicznie!

background image

– Na kilka dni ucierpi pani uroda, może też trochę duma. To wszystko. 

Nie umrze pani od tego.

– Ale nie wiadomo, co będzie z panem – sapnęła ze złością. – Niech tylko 

dowie się o tym mój ojciec...

– Proszę pani, nie obchodzi mnie, kim jest pani ojciec. Sama pani wlazła 

między walczących, więc proszę mnie o nic nie winić. Dla mnie liczy się tylko 
spokój i bezpieczeństwo moich gości.

Obrzuciła go płonącym wzrokiem.
– Chcę wracać do domu. Tucker zacisnął ze złości pięści.
– Myślałem, że już nigdy nie wpadnie pani ten pomysł do głowy.

Kelly   ściskała   słuchawkę,   tak   jakby   miała   zamiar   wycisnąć   z   niej 

wszystkie soki. Była wściekła.

– Sam się prosiłeś o kłopoty, Charles.
– Akurat!
Odsunęła słuchawkę od ucha, by przygotować jakąś gniewną ripostę, gdy 

w tej właśnie chwili ujrzała babcię i jej wzniesione do nieba oczy. Natychmiast 
poczuła, że napięcie ją opuszcza.

–   Gdybyś   się   nie   upił,   nie   byłoby   całej   hecy   –   powiedziała   cicho, 

odwracając się do Claire plecami.

– Czyżbyś chciała puścić mu płazem to, że popodbijał nam oczy?
– Przepraszam, a co zamierzasz zrobić?
– Zaskarżyć bydlaka do sądu!
– Proszę uprzejmie, ale mnie w to nie mieszaj. Charles chrząknął.
– Przykro mi, Kelly. Zaczynam podejrzewać, że ten wieśniak wpadł ci w 

oko.

– Posłuchaj, myśl sobie, co chcesz – odparła. – I rób, co ci się podoba. 

Mnie to nic a nic nie obchodzi. A na razie odczep się i daj mi spokój.

Powiedziawszy to, odłożyła słuchawkę.
– Proszę, proszę, potraktowałaś go raczej obcesowo.
– Wiem, babciu, ale prawdę mówiąc w pełni sobie na to zasłużył.
Claire   popatrzyła   troskliwie   na   wnuczkę.   Ta   westchnęła,   opadła   na 

krzesło   i   wypiła   łyk   kawy.   Obie   obudziły   się   równocześnie   i   równocześnie 
pojawiły się w kuchni.

– Boże drogi, co się stało z twoją twarzą? – szepnęła Claire, łapiąc się za 

serce.

– Spokojnie, babciu – odpowiedziała pośpiesznie Kelly. – Wszystko w 

porządku. Naprawdę. Mam tylko podbite oko, nic więcej.

– Ale jak... Chodzi mi... – Claire zająknęła się i usiadła na krześle. – Z 

pewnością nie jest to sprawka Charlesa.

– Oczywiście, że nie.

background image

– No dobrze, więc czyja?
Kelly nie słyszała w głosie babci takiego gniewu od czasu jej ostatniego 

zawału.

– To długa i niezbyt ciekawa historia.
– Czasu mam aż nadto. – Claire popatrzyła na ścienny zegar. – Ty też, 

młoda damo. Jest dopiero siódma, a sklep otwierasz o wpół do dziesiątej.

Kelly uśmiechnęła się, lecz natychmiast skrzywiła z bólu. Twarz paliła ją 

jak wszyscy diabli.

– No cóż, skoro pragniesz poznać ją z detalami, proszę bardzo.
Relacja   zajęła   jej   przeszło   godzinę.   Gdy   Kelly   skończyła   opowiadać, 

zapadła cisza. Jakiś czas siedziały obie przy stole i w milczeniu popijały kawę. 
Ciszę przerwała Claire.

–   Sama   nie   wiem,   którego   z   nich   chciałabym   udusić   w   pierwszym 

rzędzie.   Charlesa   czy   tego...   tego   kowboja...   Jak   on   się   nazywa?   –   Claire 
potrząsnęła głową. – Zresztą nieważne. Jego nazwisko jest nieistotne. On sam 
też   niewart   jest   uwagi.   Za   mężczyznę,   który   podnosi   rękę   na   kobietę,   nie 
dałabym złamanego grosza.

– Ale on wcale nie chciał mnie uderzyć. Przecież... – Ugryzła się w język.
Nie mieściło się jej w głowie, że po wydarzeniach poprzedniego wieczoru 

staje   w   obronie   Tuckera   Garretta.   Musiała   jednak   być   sprawiedliwa.   Gdyby 
miała choć odrobinę oleju w głowie, nie właziłaby między dwóch bijących się 
mężczyzn.

Claire obrzuciła wnuczkę osobliwym spojrzeniem.
– Chyba nie chcesz powiedzieć, że on... – Urwała, szukając odpowiednich 

słów, żeby wyrazić to, co chciała powiedzieć.

– Oczywiście, on mnie nic nie obchodzi – szybko wtrąciła Kelly i ujęła 

babcię za dłoń. – A teraz się rozchmurz. Nawet nie jest w moim typie. I nigdy 
więcej go nie zobaczę. Tego możesz być pewna.

– No cóż, nie powiem, że mi z tego powodu przykro.
– A mnie tak.
– Co masz na myśli? – spytała Claire.
– Chciałabym jeszcze  raz rzucić  okiem na jego klub. Wiesz,  że mam 

zamiar namalować serię widokówek z motywami z Dzikiego Zachodu.

– Odwiedź jakieś inne miejsce.
– Chyba będę zmuszona to zrobić. Ale właśnie w „Boot Scootin” panuje 

atmosfera, jaka najbardziej mi odpowiada.

– No cóż, jesteś bystra i zdolna. Poradzisz sobie i bez klubu tego... jak mu 

tam... kowboja.

Kelly zmarszczyła brwi.
– Mam nadzieję. No, muszę zmykać do sklepu.
–   Po   co   ten   pośpiech?   Nie   zamęczaj   się   tak.   Nie   musisz   niczego 

background image

udowadniać. Ani sobie, ani mnie, ani nikomu innemu.

Kelly pocałowała Claire w policzek.
– Właśnie że muszę. Sobie i tacie, który jest najgłębiej przekonany, że 

poniosę porażkę.

– Ale my obie wiemy lepiej, prawda?
– Oczywiście – odparła z uśmiechem Kelly.

Kiedy w sklepie zadzwonił dzwonek przy drzwiach, Kelly zerwała się z 

miejsca.   Podejrzewała,   że   przyszła   właśnie   klientka,   która   zostawiła 
poprzedniego dnia zakupiony podarunek do zapakowania.

–   Już   idę,   pani   Nelson!   –   zawołała   i   wstała   zza   biurka,   przy   którym 

szkicowała projekt kolejnej pocztówki.

Zbiegła po schodach, ale na dole stanęła jak wryta. Uśmiech w jednej 

chwili zniknął z jej twarzy.

– Przepraszam, że panią rozczarowałem – rozległ się lekko schrypnięty 

męski głos.

W sklepie stał Tucker Garrett. Na jego twarzy gościł pogodny uśmiech, a 

w ręku trzymał bukiet kwiatów.

Kelly nie wiedziała, czy ma się śmiać, czy płakać.

background image

Rozdział piąty

W pierwszej chwili Kelly chciała zażądać, żeby wynosił się z jej sklepu. 

Nie wzruszał jej fakt, że Tucker pojawił się tu z wiązanką kwiatów. Zamiast 
tego jednak zapytała tylko:

– Co pan tu robi?
Mężczyzna   uśmiechnął   się   z   wyraźnym   zakłopotaniem.   Kelly   na   ten 

widok mocniej zabiło serce, lecz szybko stłumiła w sobie odruch sympatii.

– Czy wszystkich klientów wita pani w ten sposób?
– Pan nie jest klientem – odwarknęła.
– A skąd pani wie?
Zmieszała się. Była zła na siebie, że tak łatwo daje się zbić z tropu. I to od 

samego początku, od chwili kiedy pojawił się w jej życiu. Myślała, że tylko na 
moment, lecz oto, proszę, znów jest, stoi przed nią, uśmiecha się, a ona zamiast 
go wykpić, wpatruje się nie bez zainteresowania w jego ostre rysy, potężną 
sylwetkę, zaczesane do tyłu, lśniące włosy. Czyżby przyszedł prosto z kąpieli, 
spod prysznica, który rozgrzał jego umięśnione ciało? Stop! Do licha, coś z tym 
trzeba zrobić...

– Zapowiada się upalny dzień – przerwał niezręczną ciszę gość i otarł 

dłonią czoło.

Kelly przełknęła ślinę przez zaschnięte gardło i zmusiła się, by jej głos 

zabrzmiał chłodno i oficjalnie.

– Jeszcze raz pytam, po co pan tu przyszedł? – powiedziała. – Chyba nie 

po to, żeby pogawędzić o pogodzie.

– Lepiej niech pani wstawi te kwiaty do wody, zanim zwiędną – odparł 

niezrażony i wręczył jej bukiet.

Zmierzyła   go   oburzonym   wzrokiem,   fuknęła   pod   nosem   i   poszła   z 

kwiatami do kuchni. Ruszył za nią. Kelly znalazła wazon, wstawiła w niego 
wiązankę,   po   czym   oparła   się   o   szafkę,   skrzyżowała   ręce   na   piersiach   i 
popatrzyła   na   mężczyznę   tak,   aby   nie   miał   wątpliwości,   że   jest   tu   tylko 
intruzem.

– Czy uwierzy mi pani, jeśli powiem, że żałuję bardzo tego, co się stało? 

– zapytał Tucker.

– Nie – odparła szorstko. Nie miała ochoty na żadne przeprosiny.
– A czy uwierzy pani, że przyszedłem tylko po to, by zobaczyć, jak się 

miewa pani oko? – Obrzucił Kelly bacznym spojrzeniem. – Obawiałem się, że 
tak będzie. Spuchnie jeszcze bardziej.

– Panie Garrett, niech pan posłucha...
– Naprawdę jest mi bardzo głupio – przerwał jej swym niskim głosem. – 

Nie mam zwyczaju psuć urody pięknym kobietom.

background image

Kelly   poczuła   na   twarzy   rumieńce.   Chciała   się   odwrócić,   ale   stała   w 

miejscu jak sparaliżowana.

– Zdaję sobie sprawę z tego, że spotkaliśmy się w niezbyt sprzyjających 

okolicznościach – mówił tymczasem Tucker, nie spuszczając z niej wzroku. – 
No, może to nie najlepsze określenie, ale chyba rozumie pani, o co mi chodzi... 
– Znów urwał, a po chwili dodał: – Może mówmy sobie po imieniu. Na imię 
mam Tucker.

–   W   porządku,   Tucker,   rozumiem,   że   ci   głupio.   Ale   skoro   mnie   już 

przeprosiłeś...

– Ale czy ty te przeprosiny przyjęłaś?
– Chyba tak.
– W takim razie... – Przysunął się do niej bliżej i również oparł się o 

szafkę. Podobnie jak ona skrzyżował ręce na piersiach. Ich łokcie dotknęły się 
lekko.

– Tucker... Na twoim miejscu nie przeciągałabym struny.
– No dobrze, czym więc handlujesz w tym sklepie?
Kelly sama nie wiedziała, dlaczego wdaje się w tę rozmowę. Powinna 

kazać mu się wynosić ze sklepu i nigdy więcej w nim nie pokazywać. Zamiast 
tego   stała   obok   niego,   niezdolna   do   żadnych   zdecydowanych   działań. 
Uśmiechnęła się blado i wzruszyła lekko ramionami.

–   A,   takie   tam...   Artykuły   papiernicze,   upominki.   Przede   wszystkim 

artykuły papiernicze.

– Mhm – pokiwał głową ze zrozumieniem.
– Projektuję też pocztówki. Mam nadzieję, że zdołam nimi zainteresować 

jakąś większą firmę.

– Masz jakieś konkretne plany?
– Rozglądałam się tu i tam.
Zapadła chwila pełnego napięcia milczenia. Kelly była świadoma wzroku 

Tuckera, który wpatrywał się w jej usta, a następnie powiódł spojrzeniem w dół. 
Gdy oczy mu pociemniały, poczuła na twarzy gorące wypieki.

–   Powiedz   mi   –   przerwał   wreszcie   niebezpieczną   ciszę   mężczyzna   – 

dlaczego to dla ciebie takie ważne? Skoro twój ojciec ma taką masę pieniędzy, 
to po co ty...

Zakłopotanie, które do tej pory nie pozwalało jej zachowywać się wobec 

Garretta tak, jakby chciała, w jednej chwili zniknęło bez śladu. To był drażliwy 
temat, zawsze budził gorące emocje. A Tucker na dodatek miał nieszczęście 
posłużyć   się   argumentem,   który   za   każdym   razem   doprowadzał   Kelly   do 
szewskiej pasji.

– Pytasz, dlaczego córeczka bogatego tatusia próbuje bawić się w dorosłe 

życie? Czy o to właśnie ci chodzi?

Tucker poruszył się niespokojnie, lecz ostry ton Kelly nie zrobił na nim 

background image

większego wrażenia.

– No, mniej więcej. Choć nie chciałem, żebyś poczuła się...
– Chciałeś – przerwała lodowatym tonem. – Ale i tak nie obchodzi mnie, 

co o mnie myślisz. A teraz, wybacz, tępa blondyna musi się brać do roboty.

– Kelly!
– Żegnam pana, panie Garrett.
Zdawała sobie sprawę z tego, że sama nie pozbyłaby się go tak łatwo. Na 

szczęście w tej samej chwili, w której powiedziała swoje „żegnam”, pojawiła się 
w sklepie klientka. Tucker przez sekundę jeszcze przyglądał się Kelly, po czym 
kpiąco zasalutował i opuścił sklep.

Kelly poczuła lekki zawrót głowy i oparła się o szafkę. Czuła, że nogi 

odmawiają jej posłuszeństwa.

– Czy dobrze się czujesz, kochanie? – zainteresowała się kobieta.
– Tak, dziękuję. – Kelly wyprostowała się. – Nic mi nie jest.
Klientka puściła do niej perskie oko.
– Ach, ci mężczyźni – westchnęła. – Nie można z nimi wytrzymać, ale 

bez nich jeszcze gorzej.

– Ma pani świętą rację – odparła Kelly uprzejmie i wbrew samej sobie 

uśmiechnęła się.

Gdy   znów   została   w   sklepie   sama,   odetchnęła   z   ulgą.   Tucker   Garrett 

wprowadził  w jej myśli  straszliwy  zamęt,  dobrze więc  było pomyśleć  przez 
chwilę w spokoju i samotności. Postanowiła zadzwonić do Claire i poprosić, 
żeby przyjechała do niej do sklepu na lunch. Babcia miała niezwykły talent do 
nadawania   wszystkiemu   właściwych   proporcji   i   patrzenia   na   wszystko   z 
odpowiedniej perspektywy. A Kelly tego właśnie rozpaczliwie potrzebowała.

Kiedy   po   półgodzinie   rozległ   się   dźwięk   zawieszonego   nad   drzwiami 

dzwonka,   Kelly,   przekonana,   że   pojawiła   się   właśnie   zaproszona   na   lunch 
babcia, spojrzała z szerokim uśmiechem w stronę wejścia. Po chwili jednak jej 
twarz spochmurniała.

– To znowu ty!
Stojący w progu Tucker niewinnym ruchem wzniósł ramiona.
– Jestem jak zły szeląg. Wygonisz mnie, a ja wracam.
– Nic tu po tobie.
– Nieprawda – odparł cicho, taksując ciekawym wzrokiem jej postać.
– Posłuchaj... – zaczęła.
– Zajrzysz wieczorem do klubu? – nie dał jej skończyć.
– Chyba żartujesz!
– Dlaczego? – Jego twarz spoważniała. – No, co ty na to?
– Że jesteś nienormalny, wariat.
– Czy mam to potraktować jako „tak”? – Kelly wywróciła tylko oczyma. 

background image

– Świetnie. Przyjadę po ciebie o dziewiątej.

– Tucker, naprawdę nie sądzę... – zawahała się. On jednak już jej nie 

słuchał. Dłuższą chwilę mierzył ją bacznym wzrokiem, po czym rzucił krótko:

– Nie pożałujesz.
– To się jeszcze zobaczy!
Roześmiał się i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.

– Szefie, ktoś chce się z tobą widzieć – poinformował Ponurak, stając w 

progu mieszkania.

Garrett, który siedział właśnie przy biurku i zajmował się księgowością, 

podniósł głowę.

– Czy się przedstawił?
– Nie.
– No cóż, wprawdzie zjawił się nie w porę, ale go wpuść.
W chwilę później w drzwiach pojawił się kościsty wysoki mężczyzna, na 

którego widok Tucker wyraźnie spochmurniał.

– Do licha, Wilder, jesteś ostatnią osobą, którą chciałbym widzieć.
Anson   Wilder   przysunął   do   siebie   najbliższe   krzesło   i   zajął   na   nim 

miejsce.

– Czy tak się wita byłego szefa? – zapytał, uśmiechając się krzywo.
Anson nic się  nie zmienił.  Jego donośny  głos był szorstki jak kiedyś, 

jakby Wilder całe życie nie robił nic innego tylko popijał whisky. Tucker jednak 
nigdy nie widział, żeby jego dawny szef wziął do ust choćby kroplę alkoholu.

– Jakie wiatry przywiały cię w te strony? Anson potarł brodę.
– Chcę, żebyś wrócił.
– Nigdy w życiu.
– Nawet za grubą forsę? Drążymy nowy otwór. To poważna inwestycja.
– Już raz ci powiedziałem, że mam dosyć życia na walizkach. Nic się nie 

zmieniło.

Anson rozejrzał się po pokoju.
– Ile jesteś dłużny za ten budynek?
– Nie twój zakichany interes! – odparł Tucker, czerwieniejąc gwałtownie 

na twarzy.

Chudzielec parsknął i podniósł się z krzesła.
– No cóż, przemyśl sprawę. Za to, co u mnie zarobisz, błyskawicznie 

spłacisz dług. – Zamilkł na chwilę. – Jesteś najlepszy i kogoś takiego właśnie 
potrzebuję. Pomyśl o tym. Będę z tobą w kontakcie.

Tucker nie wysilił się nawet, żeby cokolwiek odpowiedzieć. A kiedy gość 

opuścił pokój, Garrett zamyślił się, zgodnie z jego radą. Byłby głupcem, gdyby 
nie przyjął oferty Ansona. A jednak zdecydowany był ją odrzucić.

Do   diabła,   wszystko   przez   tę   zuchwałą   blondynkę,   której   nigdy   nie 

background image

zdobędzie, choć tak bardzo jej pragnie.

Ze złością wyrżnął pięścią w biurko.

– I co o tym powiesz?
– O czym?
– O klubie.
Minęła już jedenasta. Kelly od dwóch godzin siedziała przy stoliku w 

rogu, sączyła gazowany napój, obserwowała tańczących i rysowała. Cieszyła się 
każdą minutą pracy, jakkolwiek myśl, że jednak przyjechała do „Boot Scootin”, 
że przyjęła zaproszenie od tego natręta, była trudna do strawienia.

Zanim się w końcu na to zdecydowała, kilkakrotnie próbowała odrzucić 

jego ofertę, zadzwonić  i powiedzieć, żeby dał jej spokój. Za każdym razem 
jednak, kiedy podnosiła słuchawkę, żeby wykręcić numer, po chwili odkładała 
ją z powrotem. Ostatecznie, tłumaczyła sobie, to nawet dobrze, że będę mogła 
popatrzeć jeszcze raz na stylowe wnętrza „Boot Scootin”.

– No więc? Co o nim powiesz? – ponownie zapytał Tucker.
– Niezły.
– Tylko tyle? Kelly zawahała się.
– Byłby jeszcze lepszy, gdybyś w którymś z kątów zainstalował ze dwa 

automaty do gry, nie wiem, jakiś mechaniczny bilard czy coś takiego...

– Co?
– Chyba słyszałeś.
Tucker otworzył usta, zamknął je i w końcu wybuchnął śmiechem. Kiedy 

jednak Kelly nie zareagowała, spoważniał.

– Mówisz serio?
– W przeciwnym razie w ogóle nie otwierałabym ust.
– Mhm... Bilard, tak? Taki jak na filmach? – zapytał kpiącym tonem.
– I jak w innych klubach.
– Dlaczego sądzisz, że miałbym wszystkich małpować?
– Wcale tak nie sądzę. I właśnie dlatego, że tego nie robisz, pozbawiasz 

się dobrego zarobku.

Tucker nie przestawał pocierać podbródka.
– Hmm – zastanawiał się głośno – może to i niezły pomysł. Poważnie się 

nad nim zastanowię.

– Serio?
– Serio.
Ich oczy się spotkały i nagle poczuli się tak, jakby w klubie byli tylko oni. 

Po   chwili   Tucker   chrząknął.   Kelly   zdążyła   się   już   zorientować,   że   to   dość 
typowa cecha jego zachowania. Zawsze chrząka, kiedy jest zakłopotany, lub gdy 
czuje się niepewnie.

–   Może   rzeczywiście   powinienem   pomyśleć   o   jakichś   dodatkowych 

background image

atrakcjach...

– Czy chcesz przez to powiedzieć, że finanse klubu kuleją? – zapytała 

Kelly, zadowolona, że rozmowa toczy się wokół tematów zawodowych, a więc 
najbardziej bezpiecznych.

– I tak – podrapał się po czole – i nie. Tłumaczy ci coś taka odpowiedź?
– Wiem, o co chodzi. Sama prowadzę interes.
– No więc, nie jest najlepiej – uśmiechnął się krzywo. – Muszę chyba 

zmienić wystrój. Trochę tu za ponuro, no nie? – Zamilkł i po chwili zmienił 
temat, jakby żałując, że pozwolił sobie na szczerość. – No, daj obejrzeć, coś tam 
namalowała.

Kelly   pokazała   mu   szkice.   Na   kilku   z   nich   widniał   ujeżdżający   byki 

kowboj.

– Ej! Są świetne, Kelly! I ty jesteś świetna...
Ich oczy znów się spotkały; i znów zapadło pełne napięcia milczenie.
– Wiesz, chyba muszę wracać do domu – odezwała się w końcu. – Jutro 

bardzo wcześnie wstaję.

Tucker natychmiast zerwał się z krzesła.
– Jasne. Odwiozę cię.
Kwadrans później wprowadził samochód na podjazd przed domem Kelly. 

Zaparkował, zgasił światła, wyłączył silnik i, patrząc przed siebie, zapytał:

– Kiedy się znów zobaczymy?
–   No,   nie   sądzę,   żebyśmy...   –   zaczęła,   lecz   nie   zdążyła   dokończyć, 

ponieważ Tucker gwałtownie odwrócił się w jej stronę, przyciągnął ją do siebie 
i przyłożył usta do jej warg.

W   pierwszej   chwili   Kelly   była   tak   zaskoczona,   że   nie   wykonała 

najmniejszego ruchu. A kiedy jego język wsunął się między jej zęby, było już za 
późno na protesty. Cicho westchnęła i z pasją odpowiedziała na pieszczotę jego 
gorących,   namiętnych   ust.   I   nagle,   równie   nieoczekiwanie,   oderwali   się   od 
siebie. Tucker cofnął się gwałtownie, przez chwilę oboje ciężko dyszeli.

– Posłuchaj, nie chciałem, żeby to... – Urwał i popatrzył na Kelly, w jego 

ciemnych oczach malował się ból. – Do licha, sam nie wiem, czego chciałem. 
Po prostu...

– W porządku. Nie... nieważne.
Otworzyła   drzwi,   wyskoczyła   z   samochodu   i   popędziła   do   domu,   nie 

oglądając się za siebie ani razu, choć Tucker wołał za nią wielokrotnie:

– Kelly! Kelly!

background image

Rozdział szósty

– Pani Warren?
– Przy telefonie – odparła Kelly, słysząc w słuchawce głos nieznajomej 

kobiety.

– Mówi Martha Havard, dyrektor handlowy Visions Card Company. Mam 

nadzieję, że nie ma mi pani za złe, iż dzwonię o tak wczesnej porze?

Pod Kelly z wrażenia ugięły się nogi. Dzwonią do niej z Visions Card! Z 

wielkiej,   potężnej   firmy   do   sklepiku   w   maleńkim   Lufkin!   Łaska   boska,   że 
stojące za ladą krzesło było tuż obok. Kelly opadła na nie i zwilżyła czubkiem 
języka suche nagle wargi.

– Oczywiście, że nie mam za złe. Bardzo się cieszę, że panią słyszę.
– A ja cieszę się, że przysłała nam pani swoje projekty kart pocztowych.
– Naprawdę się  pani podobają?  – spytała Kelly  opanowanym głosem, 

choć miała ochotę krzyczeć z radości na całe gardło.

– Zaskoczyło to panią? – kobieta roześmiała się lekko.
– Chyba tak.
– Z chęcią obejrzelibyśmy więcej pani prac, zwłaszcza tych z motywami 

z Dzikiego Zachodu.

–  Czy   mam   rozumieć,   że   poważnie   interesujecie   się   państwo   tym,   co 

robię?

–  Tak,   jesteśmy   bardzo   pani  ciekawi.   Ale   muszę   uprzedzić,   że   zanim 

ostatecznie   zdecydujemy   się   nawiązać   współpracę   z   danym   twórcą,   mija 
niekiedy sporo czasu.

– A zatem nie powinnam robić sobie zbyt wielkich nadziei? Czy tak?
– Widzi pani, i tak, i nie. Jak już wspomniałam, jesteśmy zainteresowani 

pani pracami, istnieją też jednak inni graficy, których bierzemy pod uwagę.

–   Rozumiem.   Doceniam   pani   szczerość   i   z   największą   chęcią   przyślę 

wam więcej projektów. Właśnie nad nimi pracuję.

– Doskonale. Gdy tylko skończy pani ten cykl, proszę nam go od razu 

przysłać.

– Przyślę na pewno. Dziękuję jeszcze raz za odpowiedź na moją ofertę.
– Cała przyjemność po naszej stronie. Będziemy w kontakcie.
Kelly odłożyła słuchawkę i dłuższą chwilę siedziała jak odrętwiała. W 

końcu, gdy w pełni już do niej dotarło, z kim rozmawiała, wydała głośny okrzyk 
triumfu.

W chwilę później pomyślała o babci. Postanowiła zadzwonić do niej z 

dobrą wieścią, kiedy ponownie odezwał się telefon.

– Tu „Pierwsza klasa”, sklep Kelly Warren, słucham?

background image

– Cześć – usłyszała tylko w odpowiedzi.
Po raz drugi tego ranka ugięły się pod nią nogi; i znów całym ciężarem 

opadła na krzesło.

– Cześć – wykrztusiła z trudem.
Tucker roześmiał się, czym sprawił, że serce Kelly zaczęło bić jeszcze 

mocniej.

–   Tym   razem   przynajmniej   nie   odkładasz   słuchawki.   Czy   mogę   to 

traktować jako zachętę?

– Jesteś niepoprawny.
Znów się roześmiał, po czym dodał poważnym głosem:
– Nie dzwonię, żeby przepraszać.
Nie   próbowała   udawać,   że   nie   rozumie,   jakie   są   jego   intencje   i   co 

zamierza jej zaproponować. – Nie sądzę, żebyś musiał.

– To dobrze. Skorośmy to już ustalili, to przejdźmy do rzeczy.
– To znaczy?
– Kiedy cię znów zobaczę?
Kelly poczuła, jak oblewa ją gorąca fala. Przestraszyła się tego pytania, a 

jeszcze bardziej własnej na nie reakcji. Zapragnęła rzucić słuchawkę, jakby ta 
paliła jej dłonie, lecz nie zrobiła tego. Najpierw mu powie, żeby się od niej raz 
na zawsze odczepił, a dopiero potem...

Tego też jednak nie była w stanie uczynić. Prawda bowiem była taka, że 

wcale nie chciała, żeby Tucker zostawił ją w spokoju. Było to przerażające, lecz 
prawdziwe.   Żarliwy   pocałunek,   jaki   wymienili   wtedy,   w   samochodzie, 
pozostawił   ją   w   stanie   kompletnego   szoku   i   zmieszania.   Jego   śmiałość   i 
zdecydowanie wywarły na I niej ogromne wrażenie, sama nie wiedziała dobre 
czy złe. Wtedy mu uległa i czuła, że następnym razem również trudno będzie jej 
się mu przeciwstawić.

I dlatego właśnie powinna zdecydowanie przerwać tę znajomość, zanim 

sprawy nie zajdą za daleko.

– Kelly?
– Tak, słucham cię.
– Odpowiedz, proszę.
– Zrozum, muszę pracować, zwłaszcza teraz.
– Dlaczego stało się to nagle aż tak pilne? Powiedziała mu o telefonie z 

Visions Card.

– Wspaniale! – szczerze ucieszył się Tucker. – To dodatkowy powód, 

żebyśmy spotkali się i wspólnie uczcili to wydarzenie.

– Naprawdę sądzisz, że to rozsądny pomysł?
– Nie.
Jego szczerość wstrząsnęła nią.
– Więc dlaczego...?

background image

– Ponieważ chcę się z tobą zobaczyć. Po prostu.
– I co, zawsze stawiasz na swoim?
– No, przeważnie – odparł po chwili wahania.
– Myślałeś już o czymś konkretnym?
– Jasne. Najpierw wspólna kolacja, później wieczór w klubie.
Kelly najchętniej odrzuciłaby pierwszą cześć propozycji. Wspólna kolacja 

– to prawie jak randka. Przeciwko wizycie w klubie nie miała jednak żadnych 
zastrzeżeń. Zwłaszcza po telefonie z Visions. Musiała koniecznie zrobić szkice 
tańczących; motyw, którego dotąd zupełnie nie wykorzystywała.

– Zgoda – odparła w końcu, zagłuszając w sobie głos rozsądku, który 

wołał,   przestrzegał,   napominał,   by   nie   dała   się   zwieść.   Kelly   słyszała   go,   a 
mimo to wypowiedziała to jedno słowo, na które czekał Tucker.

Roześmiał się tak, jak mógł się śmiać wilk, kiedy udało mu się namówić 

Czerwonego Kapturka, by wskazał mu drogę do domu babci.

– Przyjadę po ciebie o szóstej – zapowiedział i zakończył rozmowę.
Kelly chwilę jeszcze spoglądała w głuchy mikrofon, po czym z trzaskiem 

odłożyła słuchawkę.

– Cholera jasna – zaklęła pod nosem.

Na kolację pojechali do „Tejas Cafe”, jednego z ulubionych lokali Kelly, 

gdzie wspólnie zamówili olbrzymią porcję kurczaka  fajita.  Początkowo Kelly 
nie spodziewała się po tym spotkaniu niczego przyjemnego, ale okazało sięże 
towarzystwo Tuckera może być nawet miłe. Zabawiał ją historyjkami z życia na 
polach naftowych; jedne były zabawne, inne dramatyczne.

Gdy jednak przyszło do zwierzeń na tematy osobiste, Garrett nabrał wody 

w usta. Kelly zresztą nie zamierzała wcale nań naciskać. Zdecydowała, że im 
mniej   będzie   o   nim   wiedzieć,   tym   lepiej   także   dla   niej.   Ostatecznie,   gdy 
zakończy   już   prace   nad   szkicami,   nie   będzie   miała   przecież   powodu,   by 
pojawiać się w „Boot Scootin”.

Po kolacji pojechali do pustego jeszcze o tej porze klubu. Kelly zdawała 

sobie sprawę, że niebawem, jak w każdy piątkowy wieczór, zrobi się tu tłoczno, 
lecz tymczasem byli sami. Zaraz po wejściu Tucker zaciągnął ją na parkiet.

– Czy możesz mi powiedzieć jedną rzecz? – zapytał, biorąc ją w ramiona 

i poruszając się w rytm muzyki, którą przed chwilą nastawił. – Czy kochasz tego 
chłoptasia, jak mu tam... Charlesa?

Kelly nie spodziewała się tego pytania.
– Nie twoja sprawa – odparła niezbyt zachęcająco.
–   Dobra,   dobra...   Kochasz   czy   nie?   –   zapytał   znowu,   nie   zrażony   jej 

wyniosłym tonem.

Przestała tańczyć i wysunęła się z jego objęć.
– Dlaczego tak cię to interesuje?

background image

– Z prostej ciekawości. Chyba nie jest w twoim typie.
– Chcesz powiedzieć, że ty jesteś?
– Może – odparł, przewiercając ją na wskroś płonącym wzrokiem.
Serce w niej zamarło. Nie, nie mogła dalej prowadzić tej gry, była zbyt 

niebezpieczna. Kelly odwróciła się do mężczyzny plecami i ruszyła żwawo w 
stronę wyjścia.

– Poczekaj – zatrzymał ją jego głos. – Od tej pory będę zachowywał się 

przyzwoicie, obiecuję.

– Jakoś nie bardzo ci wierzę...
Przystanęła,   a   on   roześmiał   się   tylko,   podszedł   do   niej   i   znów 

poprowadził w rytm muzyki.

Po chwili Kelly uniosła twarz i spojrzała mu w oczy.
– Powinieneś dawać w klubie lekcje tańca – stwierdziła.
Odsunął od niej twarz i przyjrzał się jej zdumiony.
– O co chodzi? Czy powiedziałam coś nie tak?
– Wprost przeciwnie. Tylko że w tej samej chwili pomyśleliśmy o tym 

samym.

– A, rozumiem – odparła ze śmiechem. Tucker uniósł brew.
– Mówię poważnie. To jeden z powodów, dla których z tobą się dziś 

umówiłem.

– Naprawdę?
– Tak, chcę przedyskutować ten właśnie pomysł.
– Cóż, myślę, że takie lekcje cieszyłyby się dużym powodzeniem.
– No właśnie. A więc, jak będzie?
– A co ma być?
– Z tą nauką... – Spojrzał na nią wymownie.
– Ja? Ja miałabym uczyć...
Na jego twarzy pojawił się niewinny uśmiech.
– No a kto?
– Nie, nie sądzę... – zaczęła się wzbraniać.
– Wspaniale! – przerwał jej. – Wiedziałem, że się zgodzisz.
Kelly popatrzyła nań z niedowierzaniem. I wtedy, kiedy ujrzał jej szeroko 

otwarte, cudowne oczy i lśniące usta okalające równe białe zęby, wsunął dłoń w 
jej włosy i pocałował ją niespodziewanie. Był to długi, namiętny, pełen żaru 
pocałunek. W końcu uniósł głowę i szepnął:

– Czy wiesz, że zaczyna to już wchodzić nam w nawyk?
Kelly oddychała pospiesznie.
– Wiem – odparła, patrząc na niego niezbyt przytomnie.
– Ale nie chcę z nim zrywać. A ty?
– Ja...?
Nie dał jej czasu na odpowiedź. Znów wpił się w jej usta – tym razem 

background image

dłużej, goręcej, z większą pasją.

Kelly westchnęła tylko i objęła Tuckera mocno za szyję. Nie miała siły 

się bronić. To było silniejsze od niej, potężne, zniewalające i właśnie dlatego tak 
rozkoszne.  Czuła,  jak  Tucker   pieści  jej  język,  usta,  jak  odsuwa  ją  nieco  od 
siebie, by móc wsunąć dłoń między rozgrzane namiętnością ciała, położyć ją i 
zacisnąć lekko na nabrzmiałej, twardej już i spragnionej pieszczot piersi.

– Kochana, słodka... – szeptał jak w gorączce.
Kelly jęknęła cicho, nieświadoma tego, że muzyka nagle się urwała. Do 

rzeczywistości wróciła dopiero, gdy ktoś poklepał ją po ramieniu. Jak rażona 
prądem wyprostowała się i wyrwała z ramion mężczyzny.

– Ponurak! Czego znów, do licha, chcesz? – usłyszała jak przez mgłę głos 

Tuckera.

Wzrok starszego mężczyzny spoczął na Kelly.
– Przepraszam panią, ale dzwonią do pani ze szpitala.

background image

Rozdział siódmy

Choć nigdy ciężko nie chorowała i w szpitalu była tylko raz, w wieku 

dwunastu lat, kiedy dostała zapalenia wyrostka, Kelly nie cierpiała szpitalnej 
atmosfery. Może odstręczało ją surowe wyposażenie wnętrz i kliniczny zapach 
przenikający powietrze? A może powodował nią lęk, że tym razem jej ukochana 
babcia umrze?

Musiała bezwiednie jęknąć na tę straszną myśl, ponieważ odwracając się 

od okna, ujrzała w oczach Tuckera troskę i wyraźny niepokój.

– Jestem przekonany, że nic się jej nie stanie – powiedział uspokajająco.
– Ja... też.
Ale wcale nie była tego tak pewna i musiała walczyć z napływającymi do 

oczu łzami.

– Do licha, Kelly, nie mogę patrzeć, jak płaczesz – westchnął ciężko.
– Ja też nie znoszę płaczu – Więc nie płacz, proszę.
Kelly zamknęła oczy i zacisnęła usta.
–   Dlaczego   nie   ma   tu   lekarza,   który   by   nam   powiedział,   jaki   jest 

naprawdę stan babci? – zapytała żałośnie.

– Wkrótce się pojawi – zapewnił Tucker i zerknął na zegarek. – Operacja 

trwa dopiero dwie godziny.

– Ale mnie się wydaje, że upłynęły całe wieki.
– Rozumiem.
Kiedy przybyli do szpitala, okazało się, że stan babci jest bardzo zły i że 

niezbędna jest interwencja chirurgiczna. Kelly podpisała zgodę na operację, po 
czym   od   razu   zatelefonowała   do   ojca.   Nie   zdążyła   nawet   podziękować 
Tuckerowi, który tak szybko i sprawnie dowiózł ją do szpitala i nie opuszczał jej 
ani na chwilę.

– Biedna Kelly – szepnął teraz. – Chciałbym cię przytulić...
Spojrzał na nią. Jego oczy mówiły dobitniej niż słowa.
– Ja również, tylko że... – urwała i odwróciła się, nie mogąc dłużej znieść 

jego palącego wzroku. Nawet zresztą gdyby dała się ponieść tej potrzebie ciepła, 
bliskości i wsparcia, nie mogłaby tego zrobić. W szpitalnej poczekalni prócz 
nich było kilka rodzin.

Wciąż nie mogła się nadziwić, że tak szybko pozwoliła mu na zażyłość, 

ba, na intymność nawet. Musiała jednak być ze sobą szczera – Tucker pociągał 
ją jak nikt inny. Właśnie dlatego jednak nie mogła dopuścić, by ich związek się 
rozwinął. To tylko zauroczenie, powtarzała sobie, czysto fizyczna fascynacja. 
Aż dziwne, że dała się nią tak bardzo owładnąć.

Musiała myśleć trzeźwo. Nie zamierzała w najbliższym czasie wiązać się 

ani z Tuckerem, ani z żadnym innym mężczyzną. Określiła przecież jasno swoje 

background image

życiowe cele – chciała pracować, osiągnąć sukces, udowodnić światu, że jest 
niezależna i samowystarczalna.

Dlaczego więc po prostu nie powie Tuckerowi, żeby dał jej święty spokój 

i pomaszerował własną drogą? Nie potrafiła odpowiedzieć sobie na to pytanie. 
Może   owa   potrzeba   wsparcia,   opieki   i   obecności   drugiej   osoby   była   u   niej 
silniejsza, niż Kelly myślała? A może zniewalała ją siła doznań, jakich zaznała 
w trakcie pocałunków i... pieszczot. Tucker ich nie szczędził. Jeszcze teraz czuła 
niemal na sobie gorący oddech, namiętny dotyk jego warg...

– Może masz ochotę na kawę? – zapytał Tucker z troską, przerywając jej 

rozmyślania.

Odwróciła się w jego stronę. Stał tuż obok niej. Blisko, stanowczo za 

blisko. Popatrzyła mu w twarz.

Mężczyzna,   widząc   łzy   w   jej   oczach,   westchnął   ciężko   i   objął   ją 

ramieniem.

– Wszystko będzie dobrze – szepnął, przytulając Kelly do piersi. – Nie 

pytaj, skąd wiem. Po prostu wiem.

Zamknęła oczy. Jak dobrze było czuć obok siebie to silne ciało, słyszeć 

równe bicie serca, być świadomą współczucia i troski ze strony drugiej osoby. 
Nawet  jeśli   tą  osobą  był  ktoś,   wobec  kogo  powinna  zachowywać  rezerwę  i 
dystans. Trudno jej było jednak przyjąć taką postawę. Opiekuńczy gest Tuckera, 
jego stała obecność, rozbroiły Kelly zupełnie i teraz czuła jedynie serdeczną 
wdzięczność, a może nawet coś więcej...

– Kelly? – usłyszała nagle głos zza pleców.
Rozpoznała  go  natychmiast.  Momentalnie  zesztywniała,  wyrwała  się  z 

objęć Tuckera i odwróciła, by stanąć twarzą w twarz z ojcem. Simon jak zwykle 
był opanowany, jego twarz nie zdradzała żadnych uczuć. Fryzurę miał starannie 
wymodelowaną, krawat idealnie zawiązany, eleganckiego garnituru nie kalała 
najdrobniejsza zmarszczka.

– Cześć, tato – przywitała go.
Simon   Warren   bez   słowa   pochylił   się   i   pocałował   córkę   w   policzek. 

Zanim   to   zrobił,   zdążył   jeszcze   obrzucić   niechętnym,   niemal   pogardliwym 
spojrzeniem stojącego obok Tuckera.

–   Czy   już   coś   wiadomo?   –   zwrócił   się   do   córki,   ignorując   zupełnie 

towarzyszącego jej mężczyznę.

– Jeszcze nic. Jak ci się udało dotrzeć tu tak szybko?
– Walter przywiózł mnie samolotem.
– Ach tak – odparła i przeniosła spojrzenie na Tuckera. – A, przepraszam. 

Pozwól, tato... To Tucker Garrett, a to mój ojciec, Simon Warren – przedstawiła 
ich sobie.

– Dzień dobry panu – Tucker odezwał się pierwszy i wyciągnął rękę.
Mimo uprzejmego gestu w jego głosie i spojrzeniu wyczuć można było 

background image

dobrze skrywane lekceważenie. Kelly dostrzegła to od razu. Simon również to 
zauważył. Twarz mu poczerwieniała, wzrok stwardniał.

– A pan kim właściwie jest? – zapytał otwarcie.
– Znajomym pańskiej córki.
– Rozumiem – odparł sucho Simon i potarł podbródek.
Nie,   niczego   nie   rozumiesz,   tato,   pomyślała   Kelly.   To   bardziej 

skomplikowane, niż ci się zdaje. Ale teraz to nieważne. Teraz liczy się tylko 
babcia. Boże, czy ta operacja wreszcie się skończy? Kiedy się dowiedzą, czy się 
udała?

Po chwili, jakby czytając w jej w myślach, młody stażysta poinformował 

ich, że doktor właśnie skończył operować i czeka na nich na szóstym piętrze.

– Chodźmy, Kelly – oświadczył Simon, ponownie ignorując Tuckera.
Zawahała się. Nie bardzo wiedziała, czy ma iść za ojcem, nie oglądając 

się   na   nikogo,   czy   też   wykazać   więcej   zainteresowania   tym,   który   ją   tu 
przywiózł i był z nią w najtrudniejszych chwilach.

Tucker   odgadł   chyba   jej   rozterki.   Uśmiechnął   się,   choć   jego   oczy 

pozostały poważne.

– W porządku, idź – powiedział. – Zadzwonię do ciebie później.
Położył dłoń na jej ramieniu, uścisnął je, po czym odwrócił się i odszedł, 

nie spojrzawszy ani razu za siebie.

– Co to za jeden, do diabła? – zapytał Simon, biorąc córkę za łokieć i 

kierując w stronę schodów. – Zachowuje się jak jakiś nieokrzesany gbur. Słoma 
wyłazi mu z butów...

– Później ci wszystko wyjaśnię – odparła krótko Kelly.
–   Powiesz,   powiesz,   moja   panno.   I   wyjaśnisz   też,   skąd   pod   twoimi 

oczyma te sińce.

– Tato, daj spokój, dobrze? Teraz najważniejsza jest babcia.
Simon nie odpowiedział. Zacisnął tylko usta i spojrzał ponuro na córkę. 

Westchnęła w duchu. Czy problemy zawsze muszą chodzić parami?

Po   trzech   dniach   od   zabiegu   stan   babci   się   poprawił   Operacja   serca 

przebiegła pomyślnie, choć lekarz oświadczył, że sytuacja wciąż jest poważna i 
że upłynie jeszcze wiele czasu, nim niebezpieczeństwo minie zupełnie.

Codziennie punktualnie o siedemnastej trzydzieści Kelly zamykała sklep i 

jechała   do   szpitala,   by   odwiedzić   Claire,   która   wciąż   leżała   na   oddziale 
intensywnej terapii. Niebawem miała zostać przeniesiona do osobnego pokoju, 
na   co   Kelly   czekała   z   niecierpliwością.   Równie   niecierpliwie,   choć   z 
niepokojem i mieszanymi uczuciami, czekała na obiecany telefon od Tuckera. 
Jak na razie nie dzwonił.

Może odezwie się dzisiaj? – pomyślała, wyprostowała się na krześle i 

pomasowała   kark.   Przed   nią   na   stole   stało   nie   dokończone   śniadanie,   a   za 

background image

oknem, na gładko przystrzyżonym trawniku skakały dwa drozdy. To, że Tucker 
milczy, zastanawiało ją nieco. Niedotrzymywanie obietnic jakoś do niego nie 
pasowało. Po dłuższym namyśle Kelly uznała, że to ojciec mógł być przyczyną, 
dla której Tucker ani nie zadzwonił, ani nie pojawił się w jej sklepie. Simon 
Warren nie ukrywał wszak oburzenia i pogardy na myśl, że jego córka mogłaby 
związać się z kimś takim.

Dzięki Bogu, los oszczędził Kelly przepytywania i ojcowskiego gniewu i 

otwarta rozmowa między nimi z konieczności musiała zaczekać. Stało się tak, 
gdyż   zaraz   po   przyjeździe   do   Lufkin   Simon   otrzymał   wiadomość,   iż   były 
pracownik Warren Foods wdarł się z karabinem do jednego z jego sklepów i 
zagroził, że zastrzeli klientów, jeśli nie zostanie ponownie przyjęty do pracy. 
Ojciec wyjechał natychmiast, ale obiecał rychły powrót. Nie było go już dwa 
dni, lecz Kelly wiedziała, że spodziewać się go może w każdej chwili.

Upiła kolejny łyk kawy z wanilią. Wkrótce potem na zewnątrz usłyszała 

czyjeś   kroki,   a   następnie   w   wejściowych   drzwiach   zazgrzytał   klucz. 
Uśmiechnęła się do siebie – ojciec pojawił się w tej samej chwili, w której o nim 
pomyślała.

–   Dzień   dobry   –   powiedział,   stając   na   progu.   Podszedł   do   córki   i 

pocałował ją w policzek.

– Cześć, tato.
– Jak się czuje babcia?
– Dużo lepiej. Rozmawiałam z lekarzami. Dziś zapewne przeniosą ją do 

separatki.

– Dzięki Bogu – westchnął z ulgą i usiadł naprzeciwko Kelly.
– Napijesz się kawy?
– Nie, wypiłem już dziś chyba siedem.
– Jak długo zostaniesz?
– Ponieważ jest niedziela, cały dzień.
Kelly odstawiła filiżankę i wstała z krzesła.
– Poczekaj chwilę. Ubiorę się i pojedziemy razem do szpitala.
–   Skoro   z   Claire   wszystko   w   porządku,   nie   ma   pośpiechu.   Sądzę,   że 

powinniśmy najpierw porozmawiać.

– O czym? – zapytała, udając, że nie wie, o co chodzi.
– Najpierw o babci.
Kelly   zdziwiła   się   nieco.   Sądziła,   że   ojciec   od   razu   przystąpi   do 

omawiania tematu, który dużo bardziej go bulwersował. Miał to wypisane na 
twarzy, kiedy tylko pojawił się w jej sklepie.

– Słucham – powiedziała, siadając znów przy stole.
– Zamierzam jednak oddać ją do domu opieki.
– Tato, proszę, nie.
– To już postanowione. Claire wymaga opieki bardziej starannej niż ta, 

background image

którą jej możesz zapewnić.

– Ale żeby oddać ją do domu starców...! – wykrzyknęła Kelly.
– To nie żaden dom starców tylko pensjonat dla emerytów przy kościele 

metodystów.   Właśnie   ukończono   jego   budowę.   Dopełniłem   już   wszystkich 
formalności. Panuje zupełnie inna atmosfera, niż sobie wyobrażasz.

Kelly   słyszała   o   tej   placówce.   Wiedziała,   że   stworzono   tam 

pensjonariuszom rzeczywiście wspaniałe warunki. Może więc nie był to taki zły 
pomysł, zwłaszcza teraz, w okresie rehabilitacji po przebytym zabiegu.

– No dobrze, tato. Spróbujmy. Zobaczymy, jak jej tam będzie. Ale jeśli 

tylko okaże się, że...

– Przekonasz się, że miałem rację – przerwał jej, zadowolony, że córka 

zgodziła się tak szybko. Po chwili uśmiech zniknął z jego twarzy. Kelly była 
pewna,   że   poważne,   surowe   oblicze   ojca   zwiastuje   pytania   o   Tuckera.   Nie 
myliła się. – Charles wyjaśnił mi, skąd to podbite oko. – Wskazał ręką na jej 
twarz. – Powiedział mi również, że jest mu niewymownie przykro z powodu 
tego, co między wami zaszło.

–   Tylko   mi   nie   mów,   że   przysłał   cię   tu   w   swaty!   Simon   pobladł 

gwałtownie.

– Widzę – powiedział zmieszany – że jesteś bardzo domyślna.
– Posłuchaj, nie kłóćmy się, dobrze? Charles mnie nie interesuje. I nic 

tego faktu nie zmieni.

– Ciekaw jestem, czy to z powodu tego pastucha, do którego w szpitalu 

robiłaś maślane oczy.

– Tato, uczciwie ci powiem, że twoje określenie jest nie tyle staromodne, 

co śmieszne. To nie jest żaden pastuch.

Simon pobladł jeszcze bardziej. Zmarszczył czoło.
–   Nazywaj   go   sobie   jak   chcesz,   ale   nie   pozwolę,   żeby   moja   córka 

związała się z człowiekiem tak małego formatu.

– Tato, nie rozkazuj mi, proszę, co mam robić. Sama wiem, z kim mam 

ochotę się spotykać, a z kim nie.

Simon   spojrzał   na   nią   z   pełnym   złych   przeczuć   niedowierzaniem.   – 

Chyba nie chcesz powiedzieć, że poważnie się nim interesujesz?

– A co jest w Tuckerze złego? – Nie odpowiedziała wprost na pytanie 

ojca. Dlaczego właściwie się z nim spiera? Przecież sama wmawiała sobie, że 
od Tuckera Garretta winna trzymać się z daleka. Skąd więc to zaangażowanie w 
jego obronę?

– A co dobrego? Zastanowiłaś się nad tym?
– Posłuchaj, tato. To, że nie chodzi w garniturze i nie siedzi za biurkiem, 

nie oznacza wcale, że jest człowiekiem pośledniejszego gatunku.

– Wcale tego nie twierdzę. Mówię tylko, że ten fagas do ciebie nie pasuje.
Kelly roześmiała się pozbawionym wesołości śmiechem.

background image

– Może... Przyznaj jednak, że ostatecznie to będzie mój wybór, nie twój.
– A zatem rzeczywiście się z nim związałaś?
–   Daj   spokój,   tato,   nie   histeryzuj.   Wiesz,   że   uwielbiam   country-and-

western. On jest właścicielem klubu z taką muzyką, spotkałam się z nim kilka 
razy. To wszystko.

Simon pochylił się w jej stronę.
–   Nie.   To   wcale   nie   wszystko.   Widziałem,   jak   na   siebie   spoglądacie. 

Niestety – westchnął – obawiam się, że zakochałaś się w tym prostaku.

– Mylisz się.
– A jemu chodzi wyłącznie o twoje pieniądze. Powinnaś o tym wiedzieć. 

–   Kelly   ze   złości   odebrało   głos,   lecz   ojciec   nie   miał   takich   problemów.   – 
Sprawdziłem dokładnie tego łobuza – powiedział. – Dla twojego dobra, Kelly.

– Co takiego zrobiłeś? – spytała z oburzeniem.
– Słyszałaś. Opanuj się więc i posłuchaj.
–   Nie.   To   niewybaczalne.   Nie   zamierzam   dłużej   z   tobą   rozmawiać. 

Przykro mi, tato.

– Otóż posłuchasz mnie, moja droga – odparł niewzruszony Simon. – 

Wiedz,   kochanie,   że   ten   fagas   nie   ma   nawet   własnego   nocnika,   do   którego 
mógłby się wysikać, ani okna, przez które by wylał swoje...

– Od kiedy jesteś taki ordynarny? – przerwała mu.
– Od czasu gdy moje jedyne dziecko robi z siebie durnia, a na dodatek 

popełnia błąd, który zrujnuje jej życie. On jest przegrany, córeczko. To łowca 
posagów.

Kelly popatrzyła na ojca gniewnym wzrokiem.
– Nie obchodzi mnie, kim jest. A to, co do niego czuję i jak postąpię, to 

moja osobista sprawa!

Powiedziawszy to, zerwała się z krzesła, odwróciła na pięcie i ruszyła do 

drzwi. Już chwytała za klamkę, gdy Simon wypowiedział zdanie, które miało 
być ostatnim argumentem w rozmowie z córką:

– Założę się, że nie pochwalił ci się jeszcze, iż miał żonę i dziecko.

background image

Rozdział ósmy

– Nie ma co, ta dziewczyna zawróciła ci całkiem w głowie – mruknął do 

siebie Tucker Garrett, wychodząc spod prysznica.

Owinął biodra ręcznikiem i ruszył do sypialni.
– Z kim rozmawiasz, szefie? – Od strony wejścia dobiegł go znajomy 

głos.

Z grymasem niechęci spojrzał na nieproszonego gościa.
– Do licha, Ponurak, czy ty nigdy nie nauczysz się pukać?
– Pukałem, ale nie zwróciłeś na to uwagi. Zbyt zajęty byłeś gadaniem do 

siebie.   Zgłupiałeś,   czy   jak?   –   zapytał   i  zarechotał,   widząc   skrzywioną   minę 
przyjaciela. – Co, do diabła, się z tobą dzieje, bracie? To ta Warren, mam rację? 
Co, nie pozwoliła ci włożyć palców w majtki?

– Na twoim miejscu liczyłbym się ze słowami – odparł Tucker i chwycił 

Ponuraka   za   wygnieciony   kołnierz   flanelowej   bluzy.   –   Jeśli   nie   będziesz 
pilnował   swej   niewyparzonej   gęby,   twoje   dupsko   znajdzie   się   w   poważnym 
niebezpieczeństwie, przyjacielu.

Ponurak zrozumiał, że tym razem posunął się za daleko.
–   Przepraszam,   szefie.   Chyba   faktycznie   trochę   przesadziłem.   Ale,   do 

licha, od paru dni chodzisz kwaśny jak cytryna...

Tucker otarł z czoła krople wody i uśmiechnął się ponuro.
– Masz rację. To dlatego, że zbyt wiele spraw zaprząta mi głowę. I nie 

mylisz się, jedną z nich jest właśnie Kelly Warren.

– Czy ona też coś do ciebie czuje?
– Skąd mogę wiedzieć? Cholera jasna, sam nie wiem, czy i ja do niej 

czuję coś więcej niż... No, wiesz, co mam na myśli...

– Hm – mruknął domyślnie Ponurak i pokiwał głową w zamyśleniu.
– No dobra – Tucker poklepał jego ramię – możesz sobie pomrukiwać, ile 

chcesz, stary tumanie, ale nie w mojej obecności. Gadaj więc, w jakiej sprawie 
przyszedłeś, albo się wynoś. Zamierzam się ubrać.

– Właściwie to przyszedłem w konkretnej sprawie. Ale nie sądzę, żeby ta 

wiadomość poprawiła ci humor.

– O co chodzi?
–   Po   mieście   krążą   pewne   plotki...   –   zaczął   Ponurak   i   urwał,   jakby 

niepewny, czy ma mówić dalej.

– No, wykrztuś to wreszcie z siebie – ponaglił go szef.
– Mówią, że w mieście ma powstać nowy klub.
Tucker zaklął cicho.
– Może to tylko plotki? – zapytał z nadzieją w głosie. Nie spodziewał się, 

że ta wiadomość aż tak go zaniepokoi. – Jak sądzisz?

background image

– Może tak, a może nie...
Tucker pobłażliwie poklepał przyjaciela po plecach.
–   No,   bracie!   Długo   nad   tym   myślałeś?   Rzeczywiście,   precyzyjna 

odpowiedź...

Ponuraka zirytował ten protekcjonalny ton.
– Do licha, Tuck, taka odpowiedź, jakie pytanie! Plotki to plotki, sam 

najlepiej wiesz. Ale jeśli otworzą taki klub, to co?

– Załatwią nas i tyle. – Tucker wzruszył ramionami.
– E, tam. Głupstwa gadasz. Masz stałych, wiernych klientów, prowadzisz 

naprawdę porządny i przyzwoity klub. Doświadczenie i tradycja – to się liczy.

– To racja, ale, jak mówią, trawa po drugiej stronie ulicy jest zawsze 

bardziej zielona.

– Być może na początku. Później wrócą, sam się przekonasz.
– Oby. Bo jeśli plotki są prawdziwe, a nasi klienci okażą się mniej czuli 

na tradycję, to... – Urwał i pokręcił tylko głową. Nie chciał nawet myśleć o 
takim scenariuszu.

Tak, nie ma co martwić się na zapas. Lepiej pomyśleć o przyjemniejszych 

rzeczach.   O   Kelly   na   przykład.   Nie   widział   jej   od   trzech   dni,   co   psuło   mu 
humor, odbierało zdrowy rozsądek i trzeźwy osąd sytuacji. Może już czas, by to 
zmienić?   Odrobina   Kelly   stanowiłaby   skuteczny   lek   na   wszelkie   kłopoty   i 
dolegliwości. Uśmiechnął się do siebie.

Ponurak obrzucił go dziwnym spojrzeniem i zapytał:
– Co jest? Czy masz jakiś pomysł, szefie?
– Nie. Na razie miej  po prostu uszy  otwarte i daj mi  znać, jak tylko 

dowiesz się czegoś konkretnego. A teraz zostaw mnie, z łaski swojej, samego. 
Muszę ubrać się i wyjść. Mam do załatwienia pewną sprawę.

– Jasne, ta sprawa ma jasne włosy i niebieskie oczy. Tucker ściągnął z 

bioder ręcznik i cisnął nim w Ponuraka.

– Wynoś się stąd, stary świntuchu.
– Ciekaw jestem, kto tu jest świntuch – burknął Ponurak i zamknął za 

sobą drzwi.

Tucker roześmiał się i pogwizdując pod nosem, zaczął wkładać spodnie.

– Czy czegoś ci potrzeba, babciu?
Claire Warren uśmiechnęła się do siedzącej przy jej łóżku wnuczki.
– Nie, moja droga – odparła słabym głosem. – Wystarczy, że ty jesteś 

przy mnie. Od razu lepiej się czuję.

– W takim razie nawet końmi mnie stąd nie wyciągną.
Zgodnie z oczekiwaniami Kelly babcię przeniesiono do osobnego pokoju 

wkrótce   po   powrocie   Simona   do   Houston.   Ponieważ   wypadło   to   akurat   w 
poniedziałek, kiedy sklep Kelly był nieczynny, wnuczka nie odstępowała babci 

background image

na   krok.   Właściwie   każdą   chwilę   powinna   poświęcać   teraz   projektom 
pocztówek, którymi zainteresowała się Visions Card, ale nie chciała zostawiać 
staruszki samej i cały wolny czas postanowiła spędzić w szpitalu. Nie żałowała 
tej decyzji. Pogodny wzrok babci, wracające na jej twarz zdrowe rumieńce i 
dawna energia były najlepszą nagrodą.

Po   długiej   drzemce   Claire   stała   się   rozmowna.   Z   ciepłym   uśmiechem 

ujęła dłoń Kelly i powiedziała:

– Opowiedz mi więcej o tej firmie?
– O Visions? Och, babciu, zupełnie, jakby ziściły się moje sny! – odparła 

z podnieceniem Kelly. Oczy jej pojaśniały. – Kiedy powiedzieli, skąd dzwonią, 
myślałam, że padnę z wrażenia.

– Czy wysłałaś już im następne szkice?
– Jeszcze nie, ale zrobię to niebawem. Mam nadzieję, że będą jeszcze 

lepsze od poprzednich.

– Jestem z ciebie taka dumna, kochanie. Cieszę się twoim szczęściem, 

ale... – Claire urwała i popatrzyła uważnie na wnuczkę.

–   Ale   co,   babciu?   –   zapytała   Kelly,   ściskając   mocniej   wiotką, 

pomarszczoną dłoń leżącą na szpitalnym prześcieradle.

– Ale widzę, że nie jesteś do końca szczęśliwa. Masz jakieś zmartwienia, 

prawda?

– Dlaczego tak sądzisz?
–   Nie   próbuj   mnie   zwodzić.   Znam   cię   lepiej   niż   ty   siebie.   Pewnie 

ogromnie   się   cieszysz,   że   sprzedajesz   swoje   prace,   ale   jednocześnie   coś   cię 
okropnie gnębi. Czy to ma jakiś związek z Charlesem?

Kelly wybuchnęła śmiechem.
– Z Charlesem? Ależ skądże!
–   To   dobrze,   bo   wbrew   temu,   co   uważa   mój   syn,   Charles   do   ciebie 

zupełnie nie pasuje.

– Myślisz, że tata o tym wie?
– Nie osądzaj go zbyt surowo, moja droga. Stanowisz jego największy 

skarb. Pragnie jedynie twego szczęścia. I najwyraźniej uważa, że szczęście to 
zapewnić ci może właśnie Charles.

–   Niestety   –   westchnęła   Kelly.   –   Tatę   tak   trudno   do   czegokolwiek 

przekonać. Z tego właśnie powodu nie mogłam już dłużej mieszkać z nim pod 
jednym dachem. On po prostu nie rozumie, że nie może decydować, co mam 
lubić, a czego nie.

Babcia   pokiwała   głową,   lecz   nie   podjęła   tego   wątku.   Spojrzała   za   to 

uważnie w oczy wnuczki i zapytała wprost:

–   A   więc,   skoro   nie   Charles,   to   o   kogo   chodzi?   Kelly   zatrzepotała 

rzęsami.

– Słucham? Dlaczego sądzisz, że...

background image

–   Moja   miła   –   odparła   z   uśmiechem   Claire   –   znam   życie   i   potrafię 

rozpoznać, kiedy dziewczyna cierpi z powodu nadopiekuńczości ojca, a kiedy z 
powodu innych spraw.

– Jesteś bardzo spostrzegawcza, babciu – odparła ze śmiechem Kelly.
– Wiele widziałam. No więc? Kelly w jednej chwili spoważniała.
– Poznałam go w klubie „Boot Scootin”. Jest zresztą jego właścicielem...
– A, ten kowboj.
– Mówisz zupełnie jak tata – obruszyła się Kelly.
–   Skądże   znowu!   Czy   myślisz,   że   mam   coś   przeciwko   kowbojom? 

Niestety, twój ojciec nie zawsze mierzy ludzi właściwą miarą.

Kelly zacisnęła usta.
–   No   właśnie.   Powinnaś   była   widzieć,   jakim   wzrokiem   patrzył   na 

Tuckera, gdy spotkał go po raz pierwszy. W szpitalu, kiedy miałaś operację.

– Och, więc ma na imię Tucker.
– Tak – uśmiechnęła się Kelly. – Tucker Garrett. To on przywiózł mnie 

do szpitala, kiedy miałaś atak. Bardzo się przejął i niepokoił. O mnie i o ciebie.

– No cóż, może go nie doceniam. Opowiedz mi więcej o tym człowieku.
– Spróbuję, choć w sumie niewiele mam do opowiadania – odparła Kelly 

i w tej samej chwili rozległo się pukanie do drzwi separatki. Kelly popatrzyła na 
babcię pytającym wzrokiem, po czym podniosła się z krzesła i powiedziała: – 
Proszę wejść.

Gdy do sali wkroczył Tucker z bukietem kwiatów, z wrażenia musiała 

usiąść z powrotem.

– Witam panie – powiedział mężczyzna i posłał im przyjazne spojrzenia; 

babci – serdeczne, wnuczce – bardziej tajemnicze i dwuznaczne, wyzywające i 
pełne tęsknoty jednocześnie.

Kelly   w   jednej   chwili   przypomniała   sobie,   z   jakiego   powodu   czuła 

słabość do tego mężczyzny. Było w nim coś, co działało na nią jak magnes, co 
sprawiało,   że   w   jego   obecności   zaczynała   naprawdę   czuć   się   kobietą, 
podziwianą,   adorowaną,   świadomą   atutów   swej   urody.   Tucker   dawał   jej   to 
odczuć jak nikt inny. Pociągało ją to, że był energiczny, zdecydowany, że biła z 
niego radość życia. Dzisiaj wyglądał lepiej niż kiedykolwiek. Ubrany był w 
dżinsy i jasną koszulę, która podkreślała jego piękną opaleniznę i ciemne oczy.

– Witamy. Niech pan nie stoi jak kołek, młody człowieku – odezwała się 

Claire. – Proszę się zbliżyć, abym mogła lepiej pana obejrzeć.

– Babciu! – obruszyła się Kelly.
Tucker natomiast nie dał się zbić z tropu. Uśmiechnął się uprzejmie i 

podszedł do łóżka starszej pani.

– A więc Tucker Garrett to pan? – zapytała.
– We własnej osobie, proszę pani – odparł i puścił oko do Kelly, która 

natychmiast oblała się pąsem. – Mam nadzieję, że wolno mi było przynieść pani 

background image

kwiaty – dodał, ujmując kruchą, wyciągniętą w jego stronę dłoń starszej pani.

– Są prześliczne. Dziękuję – powiedziała. – Wstaw je do wody, kochanie 

– zwróciła się do Kelly, która unikając wzroku mężczyzny, odebrała bukiet i 
zaczęła rozglądać się za wazonem. Kiedy odwróciła się, Tucker i Claire zgodnie 
wybuchnęli śmiechem.

– Może i mnie powiecie, co was tak rozbawiło, pośmiejemy się razem – 

mruknęła naburmuszona.

– A, to taki nasz mały sekret – wyjaśniła Claire. Tucker podniósł się z 

krzesła.

–   Nie   chcę   pani   dłużej   męczyć   –   powiedział.   –   Proszę   jak   najwięcej 

odpoczywać. Już pójdę, ale obiecuję, że jeszcze panią odwiedzę, jeśli wolno.

– Liczę na to – odparła Claire. – I jeszcze raz dziękuję za kwiaty.
– Zawsze do usług – odparł z szarmanckim uśmiechem.
Kelly odprowadziła go na korytarz. Zamknęła za sobą drzwi separatki, po 

czym oparła się o nie plecami i spojrzała w oczy mężczyzny.

– Tęskniłem za tobą – powiedział cicho. Kelly z trudem przełknęła ślinę.
– Ja również. Szkoda tylko... – zawahała się – szkoda, że nie powiedziałeś 

mi wszystkiego o sobie.

– Co ci miałem powiedzieć?
– Że byłeś żonaty. I że masz dziecko.
Tucker   cofnął   się,   spoważniał   natychmiast.   A   więc   ojciec   miał   rację, 

pomyślała. Najwyraźniej poruszyła bardzo delikatny temat. Może nie powinna? 
Nie, musiała przecież to wyjaśnić.

Musiała? Niby dlaczego? Czyżby w imię wspólnej przyszłości?
– Nie pytałaś – odparł Tucker, nie spuszczając z niej wzroku.
– A powinnam?
– Posłuchaj – westchnął ciężko – to nie jest miejsce na tę rozmowę. Skoro 

jednak pytasz, to... tak, ty i twój ojciec macie rację. Byłem żonaty. Dziecko 
natomiast nie jest moje. Gdy się żeniłem, przyjąłem je z całym dobrodziejstwem 
inwentarza. A że się o nie troszczyłem? Nie umiałbym inaczej. Gdy żona ode 
mnie   odeszła   i   zabrała   ze   sobą   Nancy,   bardzo   z   tego   powodu   cierpiałem. 
Cholera, wciąż uważam, że nie powinienem był na to pozwolić. Zresztą, stare 
dzieje... – Machnął ręką i zamilkł na chwilę. – Czy to ci wystarczy?

Kelly   skinęła   głową.   Mówił   szczerze,   jego   oczy   nie   kłamały.   Boże, 

zamierzała go zdemaskować, a tylko wzruszył ją i rozczulił swoim wyznaniem. 
Czy Tucker Garrett byłby równie wspaniałym ojcem jak kochankiem?

Patrzyła   na   jego   szeroki   tors,   silne   ramiona,   opaloną   twarz.   Pragnęła 

wtulić się w niego, poczuć na sobie gorące usta.

– Muszę się z tobą spotkać – powiedział Tucker, jakby czytając w jej 

myślach. – Dziś wieczorem.

Bała   się,   lecz   jednocześnie   nie   była   w   stanie   odmówić.   Przesunęła 

background image

językiem po suchych wargach, a Tucker jęknął z udręką w głosie.

– Co się stało? – spytała.
– Nie drażnij mnie w ten sposób. Chyba że... – Urwał i spojrzał na nią tak, 

że aż zakręciło jej się w głowie, a od kolan w górę zaczęła ogarniać ją słodka, 
zniewalająca fala przeczuwanej rozkoszy.

– Chyba że co? – zapytała niemal bezgłośnie.
– Chyba że tym razem to ty przejmiesz inicjatywę.

background image

Rozdział dziewiąty

Wiejski   prostak.   Tylko   tak   była   w   stanie   o   nim   myśleć   po   owych 

bezczelnych   słowach,   które   usłyszała   na   szpitalnym   korytarzu.   Było   upalne 
popołudnie, od incydentu, który tak ją poruszył, minęły całe dwa dni, a Kelly 
wciąż czuła gniew i oburzenie na każde jego wspomnienie.

„Ty przejmiesz inicjatywę...” Żaden jeszcze mężczyzna nigdy tak się do 

niej nie odezwał. Za kogo ją ma? Za pierwszą lepszą...?

Stała jak zahipnotyzowana, wpatrzona w niego i spragniona jego ciepła. 

Gorąca   krew   pulsowała   w   jej   w   żyłach,   gotowa   była   na   wszystko,   co   jej 
zaproponuje, ale, na Boga, nie na to! A on powiedział swoje, uśmiechnął się do 
niej   zmysłowo   (teraz   myślała,   że   tylko   lubieżnie)   i   zanim   odzyskała   mowę, 
odszedł powolnym, mierzonym krokiem, zupełnie jakby cały świat należał do 
niego.

Do   licha!   Od   razu   powinna   była   zdrowo   utrzeć   mu   nosa   za   taką 

bezczelność,   za   takie   chamstwo!   Ale   jak?   Oświadczając,   że   prędzej   gruszki 
wyrosną na wierzbie, niż ona zgodzi się na coś więcej niż rozmowę? Albo że w 
ogóle   nie   chce   go   znać?   Kelly   parsknęła   w   duchu   szyderczym   śmiechem. 
Dobrze przecież wiedziała, że nie uda jej się oszukać samej siebie. I że nie uda 
oszukać się Tuckera.

Pragnęła go. Przyciągał ją do siebie niczym magnes, a o jego dotyku i 

pocałunkach,   których   zaznała   przecież   tak   niewiele,   nie   była   w   stanie 
zapomnieć.

Następnego wieczora miała zacząć uczyć tańca w klubie. Tucker, za jej 

namową, dał do gazety anons, na który odpowiedziała nadspodziewanie duża 
liczba   chętnych.   Był   jej   wdzięczny,   lecz   ona   nie   potrzebowała   jego 
wdzięczności; chciała, by dał jej miłość.

Czy tylko miłość fizyczną? Jeszcze niedawno skłonna była tak myśleć i 

dziwiła się sobie, że po raz pierwszy pociąga ją ktoś, kto może jej dać jedynie 
udany   seks.   Teraz   wszakże   coraz   częściej   dochodziła   do   wniosku,   że   w   jej 
relacji do Garretta jest jeszcze inny wymiar, którego wcześniej dostrzegać nie 
chciała. Przeczuwała, że za fasadą twardości, nieokrzesania czy chamstwa, kryje 
się inny Tucker – czuły, wrażliwy, ofiarny, spragniony przyjaźni i prawdziwej 
miłości.   Gdyby   zechciała,   mogłaby   mu   dać   to   wszystko,   a   przynajmniej 
wysłuchać po przyjacielsku, gdyby on pragnął się zwierzyć ze swoich trosk, ze 
swego nieudanego małżeństwa.

Mimo złości i mimo urazów, jakie nosiła w sercu wobec niego, Kelly 

zastanawiała   się   coraz   śmielej   nad   perspektywą   trwalszego   związku   z 
Tuckerem. Dlaczego niby miałoby to być czymś tak niewyobrażalnym? Czyżby 
różne środowiska, z jakich pochodzili, rzeczywiście stanowiły barierę nie do 

background image

przebycia? Dla niej pieniądze nie liczyły się w życiu najbardziej, on ich w ogóle 
nie miał. Więc?

Westchnęła   ciężko   i   otworzyła   kasę,   by   przeliczyć   dzienny   utarg. 

Przeglądała właśnie czeki, gdy zadzwonił telefon.

– „Pierwsza klasa”, sklep Kelly Warren, słucham.
– Jak się masz, dziecino? – w słuchawce odezwał się Simon.
– O, cześć, tato.
– Nie wyczuwam w twoim głosie nadmiaru entuzjazmu.
–   Przepraszam,   jestem   trochę   zmęczona   –   odparła,   czując   wyrzuty 

sumienia za to, że nawet w tej chwili wolałaby usłyszeć niski, lekko schrypnięty 
głos Tuckera.

– Zmęczona? Więc po prostu daj sobie z tym sklepem spokój.
– Tato, nie zaczynajmy wszystkiego od początku. Poza tym lubię być 

zmęczona, zwłaszcza kiedy mam coś w zamian.

– Dobrze, nie będę się spierał.
– Jeśli chodzi o babcię, to rekonwalescencja przebiega pomyślnie. Tak w 

każdym razie mówi lekarz.

– Wiem, rozmawiałem z nim. – Ojciec umilkł na chwilę. – Posłuchaj, 

Kelly, chciałbym cię prosić o pewną przysługę.

Wcale   nie   była   tym  zaskoczona.   Jej   ojciec   był   ostatnim   człowiekiem, 

który   zadzwoniłby   bezinteresownie,   tylko   po   to,   żeby   powiedzieć   „cześć”   i 
zapytać, jak się jej powodzi.

– Tak, słucham?
–   Zanim   przejdę   do   rzeczy,   chcę,   żebyś   wiedziała,   że   zamierzam 

otworzyć nową sieć sklepów. – Kelly nie odpowiedziała, ciągnął więc dalej: – 
Dlatego właśnie potrzebuję cię tutaj, w Houston. Chciałbym, żebyś przyjechała 
do   domu   na   tydzień,   zaplanowała   i   zorganizowała   wielkie   przyjęcie,   które 
zamierzam wydać z okazji otwarcia pierwszego sklepu oraz pełniła honory pani 
domu.

– Tato, przecież wiesz, że nie mogę tego zrobić.
– A to dlaczego?
– Wiesz, dlaczego – odparła poirytowana Kelly. – Prowadzę sklep tutaj, 

w Lufkin, poza tym nie możemy przecież zostawić babci samej.

–   Ma   wyśmienitą   opiekę,   więc   to   akurat   najmniejsze   zmartwienie.   A 

sklep...   do   diabła,   wywieś   na   drzwiach   kartkę,   że   przez   tydzień   będzie 
nieczynny.

– A jeśli ja poproszę ciebie, żebyś na swoich sklepach powywieszał takie 

kartki i przyjechał pomóc mi w Lufkin, zrobisz to dla mnie?

Simon parsknął ze złością.
– Nie bądź śmieszna.
– Nawet nie próbuję.

background image

– Jak zwykle jesteś krnąbrna i uparta.
– Stawiam sprawę uczciwie.
Ojciec westchnął i odezwał się oficjalnym tonem:
– Rozumiem zatem, że odmawiasz.
– Niestety. A to, czy moją pracę traktujesz poważnie czy nie, oceń sam. Ja 

do swego sklepu mam stosunek poważny. Właśnie czekam na telefon z Visions 
Card Company. Bardzo interesują się moimi pracami – pochwaliła się Kelly.

–   Chodzi   o   tego   pastucha,   prawda?   –   zapytał,   zupełnie   ignorując   tę 

informację.

Kelly zamknęła oczy, modląc się, aby starczyło jej cierpliwości do końca 

rozmowy.

– Ten „pastuch”, jak go określasz, nie ma tu nic do rzeczy. Chyba wcale 

mnie nie słuchałeś.

– Słuchałem, oczywiście, że słuchałem. Ale w dalszym ciągu uważam, że 

stosujesz wykręty, A jeśli idzie o tego tam, twojego... to lepiej posłuchaj mojej 
rady.   Pochodzicie   z   dwóch   różnych   światów,   prędzej   czy   później   dojdzie 
między wami do nieporozumień. Zapamiętaj sobie moje słowa.

– Dobrze, tato – Kelly z najwyższym trudem zdobyła się na uprzejmość. – 

Dzięki za telefon. Życzę udanego przyjęcia.

Ojciec   pożegnał   się   z   nią   oschle   i   odłożył   słuchawkę,   a   Kelly   długo 

jeszcze trzymała ją przy uchu. W żołądku ściskało ją z żalu, oczy piekły od łez. 
Tucker sprawiłby, że poczułabym się lepiej, pomyślała z uśmiechem. A już na 
pewno   jego   pocałunki.   Westchnęła   głęboko,   spojrzała   na   zegarek   i 
stwierdziwszy,   że   dawno   minęła   piąta   trzydzieści,   podeszła   do   drzwi,   by 
wywiesić tabliczkę z napisem „Zamknięte”. W tym samym momencie odezwał 
się telefon.

–   Halo?   –   Podniosła   szybko   słuchawkę,   przekonana,   że   i   tym   razem 

Tucker Garrett odczytał jej myśli i dzwoni, by ją pocieszyć. Po drugiej stronie 
odezwał się jednak ktoś inny.

– Pani Warren? Tu Martha Havard z Visions Card.

Gdzie, do licha, podziewa się ta dziewczyna?
Tucker już chyba po raz dziesiąty zerknął na zegarek. Kelly nie miała 

zwyczaju się spóźniać. Początkowo specjalnie się nie martwił, sądząc, że po 
pracy poszła pewnie do szpitala i jej wizyta przedłużyła się jak zwykle. Kiedy 
jednak tam zadzwonił, Claire oświadczyła, że nie widziała wnuczki od rana. 
Zatelefonował zatem do domu Kelly i do sklepu. Wszędzie nikt nie podnosił 
słuchawki.

Wściekał się, że Kelly jest spóźniona o ponad godzinę. Bardziej jednak 

niż   to,   że   nie   było   jej,   choć   miała   rozpocząć   dzisiaj   naukę   tańca   w   „Boot 
Scootin”, irytowało go, że nie wie, co się z nią stało. Miał nadzieję, że nic 

background image

poważnego i dostawał furii, nie mogąc tego sprawdzić. Próbował wprawdzie 
wmawiać sobie, że nic go to nie obchodzi, ale doskonale wiedział, że jest wręcz 
odwrotnie.

Do licha, chyba już kompletnie stracił głowę na jej punkcie.
– Ponurak! – przywołał przyjaciela. Mężczyzna natychmiast pojawił się 

przy barze.

– Coś nie tak, szefie?
– Przypilnuj interesu, dobrze?
– Jasne. Czy coś się stało?
– Może. Nie wiem.
– Czy mogę ci jakoś pomóc?
– Nie, stary przyjacielu, ale dzięki za dobre chęci.
–   Nie   ma   sprawy,   szefie.   Jakby   coś,   to   tylko   mi   powiedz   –   odparł   i 

popatrzył Tuckerowi w oczy. Stary poczciwiec martwił się o swego przyjaciela. 
Nie mógł jednak zrobić nic, by ulżyć jego cierpieniom. Lekiem na nie był ktoś 
inny.

Kelly ciężko opadła na kanapę i wyciągnęła z kieszeni chusteczkę. Jej 

policzki były mokre od łez.

Visions Card odrzuciło jej projekty.
Wciąż nie mogła w to uwierzyć. Gdy usłyszała w słuchawce głos Marthy 

Havard, była taka podekscytowana, pełna radości i nadziei. Kilka minut później 
zaś wpadła w skrajną rozpacz.

–  Pani  szkice   są  odrobinę  zbyt  nowatorskie  i  odchodzą   od  przyjętych 

schematów – poinformowała Martha Havard. – Zdaniem naszych handlowców 
nie powinniśmy podejmować aż tak dużego ryzyka. – Zamilkła na chwilę. – 
Myślę jednak – mówiła dalej – że to nie powinno pani zniechęcać. Jest wiele 
firm,  które z pewnością zainteresują się pani pracami. Nam może  być tylko 
przykro, że to nie my. Rozumie pani, rynek ma swoje prawa. W każdym razie, 
życzę pani jak najlepiej.

Kelly podziękowała za słowa otuchy i ze ściśniętym gardłem odłożyła 

słuchawkę. Zaraz potem zalała się łzami i nie przestawała płakać przez następne 
kilka minut.

Kiedy pierwszy spazm rozpaczy już minął, otarła oczy, wstała z kanapy i 

wyszła przed dom,  by odetchnąć głęboko świeżym wieczornym powietrzem. 
Nie wiedziała, co w pewnym momencie ją zaniepokoiło, poczuła naraz, że nie 
jest sama, że ktoś na nią patrzy. Odwróciła głowę. Rzeczywiście, w jej stronę 
zbliżał się Tucker.

– Co się dzieje, do licha? Nie ma cię w klubie, nie odbierasz telefonów... 

– zapytał bez zbędnych wstępów.

– Ja... przepraszam. Po prostu...

background image

– Co się stało? – przerwał, widząc jej zapłakane oczy. Kelly spojrzała na 

niego ze smutkiem. Wyglądała na kompletnie rozbitą i załamaną.

– Visions... Odrzucili moje prace.
– Ta firma od pocztówek? Skinęła głową.
– E, do diabła z nimi. To przecież nie jedyna firma, prawda?
– Nie, ale...
– Nie ma żadnych „ale”. Nie przejmuj się i tyle. Jeszcze będą żałować, 

zobaczysz. – Wziął ją za rękę i przyciągnął do siebie. – No, chodźmy do środka, 
napijemy się wina, to poprawi nam humory. – Gdy byli już w kuchni, pocałował 
Kelly w czubek nosa. – Poza tym, nie mogę patrzeć, jak płaczesz. Serce mi się 
kraje.

Na widok jego zatroskanych oczu, dziewczynę ogarnęła jeszcze większa 

żałość. Wybuchnęła gwałtownym szlochem, łzy oślepiły ją kompletnie, a ciałem 
zaczęły wstrząsać spazmy rozpaczy.

Tucker położył dłonie na jej ramionach.
– Kelly, proszę... przestań.
Uniosła  twarz i  ze  zdumieniem  pomieszanym  z radością  dostrzegła  w 

jego oczach troskę, czułość, tkliwość i miłość; tak, miłość oraz coś jeszcze – 
coś,   co   widziała   w   nich   wtedy,   gdy   szeptał   jej   nieprzyzwoite   słowa   na 
szpitalnym korytarzu – pożądanie.

– Co mogę zrobić, żeby cię pocieszyć? – zapytał przez ściśnięte gardło.
– Możesz... – Urwała. Wstydziła się mówić otwarcie o swych tęsknotach.
– Powiedz, czego pragniesz.
Wyciągnął dłoń, przesunął palcem po jej szyi i zatrzymał go w rozcięciu 

bluzki.

– Możesz... możesz mnie przytulić.
Jej   głos   łamał   się,   nie   umiała   nad   nim   panować.   Wszystko   w   niej 

wibrowało, pulsowało w oczekiwaniu na dotyk jego silnego, gorącego ciała. 
Nigdy jeszcze nie doświadczyła takich wrażeń. Pomyślała, że za chwilę stanie 
się to, o czym myślała od dawna i naraz przestraszyła się. Chciała uciec, ale 
było już za późno. Stała więc jak sparaliżowana, a jej ciałem nie rządził już 
rozum lecz czysta namiętność.

Objął ją. Zadrżała, westchnęła, po jej ciele rozlało się błogie ciepło.
– Nie mogę cię tylko tulić – szepnął prosto w jej ucho. – Pragnę więcej. 

Ale wtedy... wiesz, co się stanie.

Kelly nie potrafiła wykrztusić słowa. Mogła tylko spojrzeć mu w oczy. Z 

obawą, z rozkoszą, z przyzwoleniem.

– Och, Kelly, Kelly... – jęknął  Tucker, widząc  jej zamglony  wzrok, i 

poszukał ustami jej ust.

Oddała   mu   się   z   cichym  jękiem,   pozwoliła   rozpiąć   bluzkę,   pod   którą 

pyszniły  się  nabrzmiałe,   twarde  z  niezaspokojenia  piersi.  Tucker  wziął  je w 

background image

dłonie, czuł ich delikatną, gładką jak aksamit skórę, widział nieskazitelną biel i 
jasny róż brodawek, sterczące dumnie, spragnione pieszczot sutki. Chwilę się 
wahał. Wreszcie spuścił głowę i zrobił to, o czym marzył od pierwszej chwili, w 
której ją zobaczył – dotknął ustami jej biustu.

–  Tak...   Tak,  Tucker...   –  westchnęła   błogo.  Podniósł  głowę  i  objął  ją 

jeszcze mocniej. Opuścił dłoń na pośladki dziewczyny i przycisnął ją do siebie. 
Gdy   Kelly   poczuła   napierającą   na   nią   twardość,   namiętność   i   żądza 
natychmiastowego zaspokojenia ogarnęła ją bez reszty.

– Czujesz, jak na mnie działasz? – szepnął i zajrzał jej głęboko w oczy. – 

Czujesz, jak bardzo cię pragnę?

– Ja... też... Też ciebie pragnę – Kelly wydusiła z siebie łamiącym się 

głosem.

Szybko   zrzucili   z   siebie   ubrania,   spragnieni   dotyku   swych   nagich, 

rozpalonych pożądaniem ciał.

Później, kiedy było już po wszystkim, Kelly uświadomiła sobie, że nigdy 

nawet nie przyszła jej do głowy myśl, że będzie się kochać na środku kuchni. 
Gdy   jednak   Tucker,   wodząc   językiem   po   jej   brzuchu,   przyklęknął   na   jedno 
kolano i ona osunęła się na podłogę.

– Tucker, Tucker, Tucker... – powtarzała nieprzytomnie jego imię.
– O, tak, tak, kochanie – szeptał jak oszalały. – Tak, tak jest dobrze – 

zapewniał ją, pieszcząc najbardziej intymne zakątki jej ciała.

Wplotła palce w jego włosy, czuła, jak zalewa ją rozkosz, fala za falą. 

Stłumione jęki Tuckera pieściły jej uszy, gdy kładł się na niej, gdy rozchylał jej 
uda, gdy wchodził w nią płynnie i delikatnie. Kiedy całkowicie już ją wypełnił, 
oczy Kelly rozszerzyły się.

– Czy sprawiam ci ból? – zapytał i znieruchomiał.
– Tak... nie.
– Czy mam przestać?
– Nie!
Gorączkowo zacisnęła palce na jego pośladkach, pragnąc, by wszedł w 

nią jeszcze głębiej. Przed sekundą myślała, że nie może być większej rozkoszy, 
teraz, gdy ich ciała i serca zaczęły poruszać się równym rytmem, wiedziała już, 
że nie ma ona granic.

background image

Rozdział dziesiąty

Kelly otworzyła oczy i rozejrzała się wokół. Niewątpliwie leżała w łóżku. 

A przecież nie pamiętała, kiedy się w nim znalazła. Wiedziała tylko, dlaczego. 
Gdy   przeniosła   wzrok   na   sąsiednią   poduszkę   i   ujrzała   wlepione   w   siebie 
ciemnobrązowe oczy Tuckera, uśmiechnęła się z zadowoleniem.

– Cześć – powiedziała cichutko i ziewnęła. – Która godzina?
Popatrzył ponad jej ramieniem.
– Według twojego zegarka północ.
– Nic dziwnego, że już usnęłam. Normalnie chodzę spać o jedenastej.
Przysunęła się bliżej jego ciepłego ciała i westchnęła cichutko.
– Czy nic ci nie jest? Chodzi mi o to... czy nie sprawiłem ci bólu? – 

zapytał szeptem, po czym dodał odrobinę głośniej: – Bałem się o ciebie...

Położyła mu palec na ustach.
– Czuję się świetnie, uwierz mi. Nawet mimo tej podłogi.
Zachichotał.
– Zauważyłaś, że to jednak nie ty przejęłaś inicjatywę?
– Tak. Dzięki. – Zaczerwieniła się. Tucker roześmiał się trochę głośniej.
– Masz za co. Do licha, choć mam twarde kolana, nigdy już nie będą takie 

same jak dawniej.

Kelly również się roześmiała. Poczuła, że mężczyzna wodzi opuszkami 

palców po jej plecach. Przebiegł ją rozkoszny dreszcz. Zapragnęła nagle, by 
Tucker ponownie ją posiadł i znowu się zaczerwieniła. Przecież po epizodzie na 
podłodze w kuchni nastąpiło kilka kolejnych; dlaczego więc wciąż jest taka 
nienasycona?

– Nie miałaś zbyt wielu mężczyzn, prawda?
– Skąd wiesz?
– Widzę, czuję. Tak mówi mi intuicja.
– To prawda – odparła cicho.
– Czy kiedykolwiek się w kimś zakochałaś?
– Raz, kiedyś.
– W Charlesie?
– Panie Boże  broń! To było jeszcze  przed  Charlesem.  Ale  nie  trwało 

długo.   Kłóciliśmy   się   o   byle   głupstwo.   Oboje   byliśmy   tacy   niedojrzali, 
zwłaszcza ja. Szybko zerwaliśmy ze sobą.

– Rozumiem.
Przesunęła dłonią po jego torsie, zsunęła ją na brzuch i zaczęła wodzić 

paznokciem wokół pępka. Tucker westchnął.

– Jeśli nie przestaniesz, nie będę w stanie odpowiadać na twoje pytania.
Kelly uśmiechnęła się, jej dłoń znieruchomiała.

background image

– Masz rację, od chwili rozkoszy ważniejsze są twoje odpowiedzi.
– E, gadanie... Czy jest coś, co może być ciekawsze?
– Pewnie, że jest. Powiedz mi, jak to było z twoim małżeństwem? Muszę 

przyznać, że fakt, iż składałeś przysięgę przed ołtarzem...

– Nic z tych rzeczy – przerwał jej. – Mam tylko ślub cywilny.
– Ach, tak.
– My również o wszystko się kłóciliśmy. O pieniądze, o moją pracę. Nie 

znosiła, że ciągle nie ma mnie w domu.

– I jak to się skończyło?
– W któryś z piątków wróciłem wcześniej z pól naftowych. Wiesz, co 

zastałem – bardziej stwierdził, niż zapytał.

– Swoją żonę z kimś innym?
– Otóż to.
–   Cóż...   przykro   mi   z   tego   powodu.   –   Powiedziała   prawdę.   Było   jej 

rzeczywiście przykro z powodu zdrady, jakiej dopuściła się jego żona, a jeszcze 
bardziej dlatego, że w głosie Tuckera wciąż słychać było gorycz, gdy o tym 
opowiadał.

– Dlaczego ma być ci przykro? – żachnął się. – Tamten gość po prostu 

bardziej jej pasował. W sumie dobrze się stało. Poczułem wtedy ogromną ulgę. 
Oczywiście,   pomijam   sprawę   Nancy.   Tego,   że   ją   straciłem,   zawsze   będę 
żałować. Ale cóż, życie toczy się dalej. Muszę przyznać, że było to dla mnie 
bardzo ważne doświadczenie. Dostałem lekcję, której nigdy nie zapomnę.

– Jaka jest jej treść? – zapytała Kelly z niejasnym przeczuciem, że za 

chwilę usłyszy coś, co sprawi jej ból.

– Że ognisko domowe wcale nie jest takim cudownym wynalazkiem, jak 

sądzą niektórzy. – Kelly nic nie odpowiedziała. Słowa Tuckera zasmuciły ją 
głęboko i zaniepokoiły. On jednak nie rozwijał tego wątku. – Przykro mi, że 
odrzucili twoje szkice – powiedział, zmieniając temat.

– Mnie również.
– Cóż, będą żałować, mówiłem ci już. Zobaczysz, że ktoś inny się nimi 

zainteresuje.

–   Jasne.   Wcale   nie   zamierzam   się   poddawać.   Pocałował   ją   w   czubek 

głowy.

– Innymi słowy, niech Visions Card się udławi.
– Wyjąłeś mi to z ust – odparła z uśmiechem Kelly. Uniosła głowę i 

spojrzała mu prosto w oczy. – Słyszałam ostatnio, że po drugiej stronie miasta 
otwierają nowy klub. Wiesz coś o tym?

– I co z tego?
– Stracisz sporo klientów.
–   A   niby   dlaczego?   Twoje   lekcje   tańca   ściągną   sporo   osób.   Jeszcze 

większą frekwencję zapewnią automaty, które właśnie instaluję.

background image

– A widzisz! – ucieszyła się Kelly i pocałowała go w usta. – Posłuchałeś 

mnie jednak. Nie pożałujesz tego wydatku. Ten drugi klub też może się udławić.

–  Na   to  liczę,   chociaż   żadnej   pewności   nie  mam.   Niestety,   nie   wiesz 

jeszcze, jakie prawa rządzą życiem małego miasteczka.

– Poczekaj. Sam się przekonasz, czy nie miałam racji.
– Mam nadzieję, że ten zakład przegram.
Kelly przysunęła się do niego bliżej. Przez dłuższą chwilę oboje milczeli, 

starając się uporządkować myśli, zastanawiając się, co takiego wydarzyło się 
między nimi, co naprawdę zaszło.

–   Nie   żałujesz?   –   odezwał   się   pierwszy   Tucker.   Kelly   nie   próbowała 

nawet udawać, że nie wie, o co pyta jej kochanek.

– Nie, a ty? Tucker westchnął.
– I tak, i nie.
– Nie jestem przekonana, czy taką odpowiedź chciałam usłyszeć.
– Ale to prawda. Nasz związek spowoduje wiele komplikacji.
Kelly   miała   nadzieję,   że   usłyszy,   o   jakie   to   komplikacje   chodzi,   ale 

Tucker milczał. Nie trzeba było jednak geniusza, żeby zrozumieć, co ma na 
myśli.

Przypomniała sobie słowa ojca. Może faktycznie łączy ich tylko to, że 

oboje lubią tańczyć i że są zafascynowani sobą, ale to stanowczo za mało, żeby 
powstał trwały związek. Były też inne przeszkody: gniew i niezgoda Simona, 
cierpka uwaga Tuckera na temat pozornych zalet ogniska domowego...

Gdy więc Kelly odwoływała się do zdrowego rozsądku, ten sączył w nią 

jad wątpliwości. Serce jednak podpowiadało inaczej.

– Przyznaję, że sytuacja nie jest prosta, ale chcę się z tobą spotykać – 

powiedziała otwarcie.

– Ja też.
– A jaki w takim razie jest nasz plan na przyszłość? – zapytała niepewnie, 

obawiając się, że odpowiedź, którą usłyszy, nie będzie dla niej radosna.

– Nie ma żadnego planu. Na razie cieszmy się sobą i nie myślmy o tym, 

co będzie potem.

– Cieszmy się sobą... – powtórzyła z niewinnym uśmiechem Kelly. – Czy 

rozumiesz to dosłownie? – zapytała cichutko.

Oczy zalśniły mu nagłym pożądaniem, pochylił się i dotknął ustami jej 

piersi.

– A jak myślisz?
Westchnęła, a po chwili krzyknęła cicho, gdy Tucker uniósł ją sprawnie i 

posadził na sobie.

–   Och,   Tucker...   –   jęknęła   tylko,   czując   go   w   sobie,   i   zaczęła   się 

rytmicznie poruszać.

background image

Ta noc była początkiem wielu następnych. Kelly i Tucker nie mogli się 

sobą   nasycić.   Ona   była   szczęśliwa   jak   nigdy   dotąd,   jakkolwiek   nieustannie 
spadały na nią kłopoty. Teraz jednak miała przy sobie Tuckera. Towarzyszył jej, 
gdy umieszczała babcię w domu opieki, pomagał, jak umiał, kiedy dach w jej 
sklepie zaczął przeciekać i zniszczeniu uległa znaczna część towaru, był przy 
niej, gdy kolejna firma zajmująca się produkcją pocztówek odrzuciła jej prace.

A jednak ani razu nie powiedział jej, że ją kocha, ani razu nie zająknął się 

nawet na temat wspólnej przyszłości.

Któregoś dnia, gdy przy jej łóżku zadzwonił telefon, Kelly z radością 

podniosła słuchawkę już po drugim dzwonku, sądząc, że to Tucker.

– Dzień dobry – odezwała się wesoło.
– Widzę, że nabrałaś lepszych manier, moja droga.
– O, cześć, tato – zdziwiła się nieco.
– Odnoszę wrażenie, że mój telefon cię rozczarował.
–   Nie,   to   nieprawda   –   zaprzeczyła,   ale   zbyt   pospiesznie,   żeby   mogła 

zmylić tym ojca.

–   No   dobrze,   nieważne.   Co   powiesz   na   to,   żebyśmy   spędzili   razem 

dzisiejszy dzień? Jest niedziela, więc nie masz wymówki.

– Och, tato. Bardzo bym chciała, ale naprawdę mam masę pracy. Poza 

tym powinieneś spędzić trochę czasu z babcią. Bardzo za tobą tęskni.

Simon westchnął.
– Masz rację. Może zabiorę ją gdzieś na przejażdżkę.
– Bardzo by była szczęśliwa.
Nie odpowiedział i milczał przez dłuższą chwilę.
– Tato? – zaniepokoiła się Kelly.
– Jestem, jestem. Powiedz, czy wciąż spotykasz się z tym kowbojem?
Kelly westchnęła głęboko.
– Tak.
– Do licha, Kelly, sama wiesz...
–   Tato,   rozmawialiśmy   już   na   ten   temat   i   wiem,   co   masz   mi   do 

powiedzenia. Pamiętam twoje przestrogi – przerwała mu zdecydowanie. Ojciec 
ponarzekał jeszcze trochę, po czym pożegnał się z córką i zakończył rozmowę.

Zaledwie Kelly odłożyła słuchawkę, zadźwięczał dzwonek u drzwi.
– Kogo znów diabli niosą?  – burknęła, odrzuciła kołdrę i sięgnęła po 

szlafrok.

– Kto tam? – zapytała, wchodząc do korytarza.
– Zgadnij.
Uchyliła drzwi na centymetr.
–   Witaj   –   odezwał   się   Tucker,   obrzucając   wzrokiem   jej   sylwetkę, 

szczególnie   zaś   to,   co   odsłoniło   się   spomiędzy   rozchylonych   klap   luźnego 
szlafroka.

background image

– Podobam ci się?
–  Przecież   wiesz.   Ale   teraz  się   ubieraj.   Popatrzyła   nań   rozszerzonymi 

oczyma.

– Naprawdę ci się podobam?
– Tak, ale chcę ci coś pokazać.
– Co?
– To tajemnica.

background image

Rozdział jedenasty

Gdy   opuszczali   dom,   Kelly   nie   miała   zielonego   pojęcia,   co   zamierza 

pokazać   jej   Tucker.   Podczas   jazdy   nie   odezwał   się   ani   słowem.   Nie 
przejmowała się jednak tym zbytnio. Cieszyła ją sama obecność Tuckera, to, że 
jest obok niej. Z zainteresowaniem śledziła przesuwające  się  za oknem auta 
krajobrazy. Kiedy w końcu Tucker zatrzymał  swój samochód  pod jednym z 
wielkich dębów u stóp rozległego wzgórza, powiedział:

– Muszę się przyznać, że bardzo mnie zaskoczyłaś. Większość kobiet z 

wielkich metropolii  nie znosi  prowincji. A ty  nawet się  nie  skrzywiłaś,  gdy 
wyjechaliśmy z miasta...

Kelly żartobliwie klepnęła go w ramię.
– Zacznijmy od tego, że jestem inna niż większość znanych ci kobiet.
Tucker roześmiał się głośno, objął ją za szyję i czule pocałował.
– To fakt – przyznał, a potem dodał: – No, chodźmy. Pokażę wyjątkowej 

kobiecie wyjątkowe miejsce.

Wysiadła z samochodu i zaczęła wspinać się za nim pod górę. Gdy dotarli 

na   szczyt   wzgórza,   Tucker   przystanął   i   popatrzył   na   Kelly   z   szerokim 
uśmiechem.

–   Od   samego   widoku   można   doznać   zawrotu   głowy   –   wydyszała   z 

niekłamanym zachwytem, zmęczona wspinaczką.

W   dole,   poniżej   porośniętego   majestatycznymi   drzewami   stoku, 

rozciągały się łąki pokryte bujną trawą i polnymi kwiatami. Kelly nie znała ich 
nazw,   były   jednak   tak   piękne,   że   miała   ochotę   usiąść,   wyciągnąć   kredki   i 
szkicownik   i   malować   je   godzinami.   Pośrodku   rozległych   pól   błyszczał   w 
słońcu staw, lekkie podmuchy wiatru marszczyły jego gładką toń.

– Zawrót głowy. To dobre określenie – odezwał się po dłuższej chwili 

Tucker. W jego głosie Kelly dosłyszała wzruszenie, jednak jego przyczyny nie 
umiała odgadnąć.

–   Co   to   za   miejsce?   –   zapytała   więc,   domyślając   się,   że   Tucker 

nieprzypadkowo przywiózł ją właśnie tutaj.

– Moje.
– Twoje? – spytała ze zdumieniem.
– Aha. Zostawił mi je mój wuj. Należy do mnie.
– Udało ci się.
– Pewnie. Zwłaszcza że to jedyna naprawdę wartościowa rzecz, jaką od 

niego dostałem. – Tym razem w jego głosie zabrzmiała gorycz.

Kelly ponownie uświadomiła sobie, z jak różnych pochodzą środowisk i 

jak odmienne są ich życiowe doświadczenia. Ona miała życie usłane różami, dla 
niego zostały tylko kolce.

background image

– Kochasz to miejsce, prawda?
– Aż tak to po mnie widać?
–   Tak   –   odparła   cicho.   –   W   twoim   głosie   było   jakieś   szczególne 

wzruszenie, ton, który słyszałam tylko wtedy, gdy... gdy... – Zaczerwieniła się 
jak piwonia.

Oczy Tuckera rozbłysły.
– Kiedy? Gdy się kochaliśmy?
– Właśnie – odparła zawstydzona.
– Masz rację. Zawsze gdy tu przyjeżdżam, czuję taki sam zawrót głowy, 

jakiego doznaję, gdy jestem... w tobie.

Kelly zadrżała, jej ciało ogarnęło zniewalające ciepło, jak zawsze, gdy 

myślami wracała do rozkosznych chwil, które dzielili ze sobą tak często.

– Mam poważne plany odnośnie tego miejsca – mówił dalej Tucker. – 

Zbuduję tu wielki dom, oczywiście, o ile... – zawahał się – no, o ile...

– O ile, co?
– O ile zgodzisz się ze mną go dzielić – wydusił z siebie wreszcie.
Na te słowa serce Kelly zabiło radośnie. Spojrzała na niego wzrokiem 

pełnym zdumienia, niedowierzania i jednocześnie nadziei.

– Czy chcesz przez to powiedzieć, że chcesz ze mną być zawsze, że... że 

mnie kochasz?

– Tak, chyba tak. Kocham cię, Kelly – odparł poważnie.
– A ja kocham ciebie!
– Naprawdę? – Jego twarz pojaśniała ze szczęścia.
– Oczywiście, ty głuptasie! – zawołała ze śmiechem i rzuciła mu się w 

ramiona.

Gdy rozległo się pukanie do drzwi, Tucker odłożył długopis i oparł się na 

krześle.   To   pewnie   Kelly,   pomyślał.   O   tej   porze   często   zamykała   sklep   i 
wpadała   do   niego   z   lunchem.   Odetchnął   z   ulgą   –   przyszła   w   samą   porę. 
Wypełniał   właśnie   księgę   podatkową,   a   czynność   ta   zawsze   straszliwie   go 
nudziła. Mógł się jednak tylko cieszyć, że jest co księgować. Zainstalowane 
automaty do gry oraz lekcje tańca przynosiły coraz większe dochody.

– Otwarte – powiedział znużonym głosem.
W progu jednak nie ujrzał Kelly, lecz jej ojca. St. oto przed nim Simon 

Warren.   Na   jego   widok   Tuckerowi   zwęziły   się   źrenice,   wyprostował   się 
natychmiast i zacisnął dłonie na krawędzi biurka.

– Nie przeszkadzam?  – spytał Simon, nie trudząc się nawet, by podać 

gospodarzowi dłoń na powitanie.

– Nie sądzę, żeby robiło to panu jakąkolwiek różnicę – odparł Tucker. – 

Ale skoro pan już przyszedł, proszę usiąść.

Simon zbliżył się do biurka z zaciętym wyrazem twarzy.

background image

– Możesz pan sobie oszczędzić tych grzeczności, zabierają mi tylko czas.
Tucker wstał od biurka, by mieć oblicze rozmówcy na wysokości własnej 

twarzy.

– Przykro mi to słyszeć – powiedział.
– Posłuchaj pan – zirytował się ojciec Kelly – nie przyszedłem tu po to, 

byśmy wymieniali słodkie słówka.

– Rozumiem. Widzę, że stawia pan sprawę po męsku – odrzekł spokojnie 

Tucker,   nie   zrażony   arogancją   Simona,   choć,   prawdę   mówiąc,   miał   wielką 
ochotę wyrżnąć go po prostu w tę pewną siebie twarz.

– Uważasz się pan za lepszego cwaniaka, prawda? Otóż mylisz się pan. 

Tym   razem   się   nie   uda.   Nie   zamierzam   stać   z   boku   i   przyglądać   się,   jak 
bałamuci pan moją córkę. Nie dopuszczę do waszego ślubu!

Tucker uniósł brwi.
– Przykro mi, ale pańskie zdanie mniej się liczy niż...
– Nieprawda! – przerwał mu agresywnym tonem Simon. – Kocham swoją 

córkę i chcę dla niej jak najlepiej.

– Obaj tego chcemy.
– Jeśli tak, to trzymaj się od niej jak najdalej.
– Cóż. Obawiam się, że tego akurat nie jestem w stanie uczynić. Widzi 

pan,   jesteśmy   w   sobie   zakochani.   I   jeśli   Kelly   sama   nie   wyrazi   sprzeciwu, 
pobierzemy się.

Twarz   Simona   poczerwieniała,   następnie   stała   się   szara,  a   na   końcu 

przybrała barwę papieru.

– Po moim trupie! – wykrzyknął. – Nie dopuszczę, żeby Kelly Warren 

poślubiła takiego gołodupca jak...

– No, no! – Tym razem Tuckera poniosły nerwy. – Niech pan uważa na 

słowa, bo inaczej zakończymy tę rozmowę! – Rzadko podnosił głos, ale w tej 
chwili   nie   mógł   się   opanować.   Najwyraźniej   groźba   podziałała,   bo   Simon 
zamilkł natychmiast. – Wie pan co, panie Warren – odezwał się znowu Tucker 
spokojniejszym już głosem.

– Najlepiej będzie, jeśli wyjdzie pan stąd, zanim nie dojdzie do czegoś, 

czego obaj będziemy potem żałować.

Simon   bez   słowa   sięgnął   do   wewnętrznej   kieszeni   marynarki   i   wyjął 

książeczkę czekową. Położył ją na blacie biurka.

– W porządku. Rozumiem. Ile pan sobie życzy za to, żeby na zawsze 

zniknąć z życia Kelly? Sto patyków? Mało? To co, dwieście?

Tucker pobladł z oburzenia. Sięgnął przez biurko, chwycił Warrena za 

krawat i przyciągnął jego twarz do swojej.

– Zabierz tą swoją zakichaną forsę – wycedził. – Nie wezmę ani centa, 

rozumiesz?   I   pamiętaj,   tylko   dzięki   Kelly   wynosisz   stąd   wszystkie   zęby.   – 
Puścił krawat mężczyzny, wygładził mu go, poklepał po ramieniu i zakończył: – 

background image

A teraz, skoro powiedziałeś już wszystko, co chciałeś, spadaj. Wynoś się, póki 
mam cierpliwość, i nigdy nie wracaj.

Wpadające   przez   okno   słoneczne   światło   ozłacało   ich   nagie   ciała.   Od 

czasu gdy wyznali sobie miłość, upłynęły już dwa tygodnie, a Kelly wciąż żyła 
zachwytem zakochania i pierwszej prawdziwej miłości.

–   Boże,   nie   przeżyłbym,   gdybym   miał   cię   utracić   –   powiedział   cicho 

Tucker.

Kelly popatrzyła nań ze zdziwieniem.
– Skąd ci przychodzą do głowy takie myśli? Milczał przez chwilę, po 

czym westchnął ciężko i wyznał:

– Odwiedził mnie twój ojciec.
Kelly usiadła na łóżku, zaskoczona tą nowiną.
– Po co?
– Zgadnij.
– Pewnie chce...
– Tak – nie pozwolił jej skończyć. – Dobrze wiem, czego chce. Pragnie 

jedynie twego dobra. Cholera, chyba nie okazałem szacunku dla tej jego troski.

– Czy coś się stało? – zaniepokoiła się Kelly.
– Prawie – przyznał z zakłopotaniem.
– Chciałabym być muchą na ścianie i to widzieć – zażartowała.
Twarz mężczyzny wciąż jednak pozostawała poważna.
– Pragnie jedynie twego dobra – powtórzył.
– Akurat! Pragnie własnego dobra, a przede wszystkim chce sprawować 

nade mną pełną kontrolę, tak jak robił to zawsze.

– Uspokój się. Jeśli chodzi o mnie, to pewnie ma rację.
– Co chcesz przez to powiedzieć? Tucker wzruszył ramionami.
– Nigdy nie dam ci tego, do czego przywykłaś.
–  
Czego   znowu?   –   zdenerwowała   się.   –   Domu  z  dwunastoma 

sypialniami?   Salonu   pełnego   antyków?   Sportowych   samochodów   i   jachtu? 
Przecież wiesz, że nie dbam o rzeczy! – wykrzyknęła. – Obchodzisz mnie tylko 
ty!

– Wysłuchaj mnie, dobrze? – Obrzuciła go gniewnym spojrzeniem, ale 

pozwoliła mówić.  –  Widzisz  – zaczął   – ten  nowy  klub  skomplikował   wiele 
spraw. Spłacenie długu za „Boot Scootin” i budowa domu potrwają znacznie 
dłużej, niż zakładałem. Tak więc...

Kelly, nie czekając, aż Tucker dokończy, wyszła z łóżka.
– Dokąd się wybierasz? – zapytał zdziwiony.
– To tajemnica – rzuciła przez ramię Kelly.
– Akurat długo ją utrzymasz – parsknął Tucker. Kelly odwróciła się w 

jego stronę i ujęła pod boki.

background image

– Wytłumacz dokładniej, co masz na myśli. Roześmiał się tylko.
– Nie spotkałem jeszcze w życiu kobiety, która zdołałaby zachować jakiś 

sekret.

Gdy Kelly pokazała mu język, ponownie wybuchnął śmiechem.
– Tak, tak. Zobaczymy, kto miał rację.
– Właśnie. Zobaczymy, kto się będzie śmiał ostatni. Po prostu chwilę 

poczekaj. – Popatrzyła na niego tajemniczo i sięgnęła po torebkę. Po chwili 
wyciągnęła z niej zaklejoną kopertę i wróciła z nią do łóżka. – No, proszę – 
powiedziała, wręczając mu kopertę. – Masz. To dla ciebie.

– Co to jest? Czy zamierzasz...
–   Cicho.   Otwórz,   a   wszystkiego   się   dowiesz.   Tucker   pochylił   głowę, 

rozdarł kopertę i zaczął czytać. Kelly poczuła, jak ogarnia ją podniecenie; czuła 
wręcz   zawrót   głowy.   Kiedy   sądziła   już,   że   nie   zdoła   dłużej   wytrzymać 
rozpierającego ją napięcia, Tucker podniósł twarz.

Wstrzymała oddech. Na jego twarzy malował się gniew.
– Co to ma, do ciężkiej cholery, znaczyć? – zapytał.

background image

Rozdział dwunasty

Kelly   spodziewała  się   po  nim innej  reakcji.  Na   widok  jego  surowego 

oblicza serce podeszło jej do gardła. Po chwili jednak zapanowała nad sobą na 
tyle, że wyjaśniła:

– To... to twój weksel bankowy. Wykupiłam go. Nie masz już długu.
–   Ale   po   jaką   cholerę?!   –   wykrzyknął   z   wściekłością.   Cofnęła   się, 

zdumiona   i   wstrząśnięta   jego   gwałtowną   i   tak   niespodziewaną   reakcją. 
Otworzyła usta, żeby powiedzieć coś  na swoją obronę, ale gardło miała  tak 
ściśnięte, że nie potrafiła wykrztusić słowa. Tucker nie miał takich kłopotów.

– Kim, do cholery, myślisz, że jesteś? Moim zbawcą?
– A jeśli nawet, to co? Czy to zbrodnia? – zdobyła się na odpowiedź.
– Tak, właśnie tak. Wielka zbrodnia – sapnął i zaczął pospiesznie wkładać 

dżinsy.

– Ale o co ci chodzi? Nie rozumiem, dlaczego aż tak cię to dotknęło?
Obserwując, jak Tucker się ubiera, Kelly przypomniała sobie, że sama 

jest naga i szybko włożyła koszulę.

– Klub to mój problem i mój interes, rozumiesz?
– Rozumiem, ale przecież...
Tucker wybuchnął pełnym goryczy śmiechem.
– Och, nic nie rozumiesz. W przeciwnym razie nie wtrącałabyś nosa w 

nie swoje sprawy.

Kelly uniosła brodę.
– Nie wydaje mi się – powiedziała oficjalnym tonem – żebym wtykała 

nos w nie swoje sprawy. Klub jest twój, a ja ciebie kocham. Traktuję to jako 
gest miłości.

Tucker jakby się nieco zmieszał, po chwili jednak oświadczył:
– Dobrze, powiedzmy to inaczej: nie potrzebuję pieniędzy twego ojca, ani 

teraz, ani nigdy.

– Ależ Simon nie ma z tym nic wspólnego! Wykupiłam ten weksel za 

pieniądze z mojego konta.

– Twoich pieniędzy też nie chcę. Czyż tego nie rozumiesz? Wcześniej czy 

później sam spłaciłbym dług. Obecnie klub przeżywa pewne kłopoty, ale daleko 
mu jeszcze do bankructwa.

– Wiem o tym. Wiem doskonale. Ale jak już wspomniałam, był to z mojej 

strony wyłącznie gest miłości. Dlatego ofiarowałam ci te pieniądze.

Tucker obrzucił ją pogardliwym spojrzeniem.
– Nie kupisz mnie za pieniądze, Kelly. Nie jestem na sprzedaż.
– Ty, ty... – Coś ścisnęło ją za gardło, nie była w stanie powiedzieć więcej 

niż: – Ty uparty, niewdzięczny...

background image

– Zgoda, ja jestem niewdzięczny, a ty pójdziesz do banku i zabierzesz 

swoje pieniądze. I to jutro.

Kelly roześmiała się pozbawionym wesołości śmiechem.
– To twoja duma, Tucker, nie pozwala ci niczego przyjąć, prawda? Liczy 

się dla ciebie bardziej niż nasza miłość.

– Duma nie ma tu nic do rzeczy.
– A właśnie że ma. Jesteś wpatrzonym w siebie egoistą i pyszałkiem, 

który widzi tylko czubek własnego nosa.

– Rozumiem, że każesz mi się wynosić?
– Bardzo dobrze rozumiesz.
– Świetnie, więc idę.
Przeszedł przez pokój, mocnym szarpnięciem otworzył drzwi i zatrzasnął 

je za sobą z wściekłością.

– Czy rozmawiam z panią Kelly Warren?
– Tak – odparła niepewnie Kelly, nie rozpoznając przez telefon głosu 

rozmówcy.

–  Mówi Velma Pritchard z Simply Cards.  Dzwonię w sprawie szkiców, 

które pani niedawno do nas przysłała.

– Słucham – powiedziała Kelly z nadzieją w sercu.
– Chcielibyśmy je od pani kupić. Te i wszystkie inne, które zdecyduje się 

pani sprzedać.

Kelly nie mogła uwierzyć własnemu szczęściu. Wolną ręką złapała się za 

głowę.

– Naprawdę? – spytała z niedowierzaniem w głosie.
Pani Pritchard roześmiała się do słuchawki.
– Oczywiście. Chciałabym zaprosić panią do nas na spotkanie, w trakcie 

którego mogłybyśmy omówić szczegóły dotyczące kontraktu.

– Wspaniale. Jestem w każdej chwili do państwa dyspozycji – odparła i 

nie   skończywszy   jeszcze   rozmowy,   zaczęła   obmyślać   projekty   nowych   kart, 
które   mogłaby   zaproponować   przedstawicielom   Simply   Cards,   jednego   z 
najpotężniejszych przedsiębiorstw tej branży.

Spotkanie   miało   miejsce   dwa   dni   później.   Kelly   sprzedała   niemal 

wszystkie   swoje   dotychczasowe   prace   i   podpisała   umowę   na   wykonanie 
następnych. Kontrakt okazał się bardzo korzystny – dawał jej twórczą swobodę, 
a jednocześnie gwarancję regularnych i stosunkowo wysokich zysków.

W takiej sytuacji trudno było nie czuć satysfakcji i zadowolenia z siebie. 

Oto   po   wielu   miesiącach   starań   osiągnęła   swój   cel,   powinna   więc   być   w 
siódmym   niebie.   A   jednak   jeszcze   nigdy   w   życiu   Kelly   nie   była   tak 
nieszczęśliwa.   Straciła   Tuckera.   Straciła   go   w   chwili,   gdy   tak   bardzo 
potrzebowała jego wsparcia, jego obecności, jego miłości.

background image

Pogrążona   w   najczarniejszych   myślach,   bez   reszty   oddała   się   pracy. 

Pracowała   całymi   godzinami,   tak   długo,   aż   jej   wzrok   nie   zaszedł   mgłą,   aż 
dosłownie padała ze zmęczenia.

I bardzo dużo płakała.
Nie potrafiła zrozumieć powodów, dla których Tucker tak gwałtownie 

zareagował   na   ofiarę,   którą   złożyła   z   najgłębszej   potrzeby   serca.   Gdyby   go 
zrozumiała, może by jej przyniosło to ulgę.

W   poszukiwaniu   wytchnienia   i   ciszy   często   odwiedzała   babcię   w   jej 

ustronnym   pensjonacie.   Tutaj   mogła   leczyć   swą   samotność   i   poczucie 
opuszczenia, stąd zawsze wracała umocniona i pokrzepiona, choć jak dotąd nie 
wtajemniczała Claire w rozterki swego serca. Babcia jednak była zbyt mądra i 
zbyt spostrzegawcza, by nie widzieć udręki w oczach Kelly.

–   Czyżbyś   źle   się   czuła,   kochanie?   –   zapytała   któregoś   razu,   bacznie 

wpatrzona w pobladłą twarz wnuczki.

Kelly   pochyliła   się,   pocałowała   babcię   w   policzek,   po   czym   usiadła 

naprzeciwko   niej   na   krześle.   Przez   chwilę   panowało   milczenie.   Kelly   i   jej 
babcia   wyglądały   przez   wielkie   okno,   obserwując   z   uwagą   buszującą   w 
gałęziach drzewa wiewiórkę.

– Jest mi tu bardzo dobrze – przerwała ciszę Claire.
– Cieszę się, że polubiłaś to miejsce.
– Tak. A dom zostawiam tobie. Możesz robić w nim, co zechcesz.
– Jak to? Chcesz pozostać tu na stałe? Claire uśmiechnęła się.
– Chyba tak. Mam wszelkie wygody i doskonałą opiekę w każdej chwili.
–   Nie   wspominając   już   o   tym,   że   przebywa   tu   również   wielu   twych 

dobrych znajomych.

– Ano właśnie. Sama więc widzisz, że jest mi tu jak u Pana Boga za 

piecem.   To  wspaniale  czuć  się  szczęśliwą  na  stare  lata...  – Urwała,  bacznie 
spojrzała   na   wnuczkę   i   poprawiła   się:   –   Ale   byłabym   jeszcze   szczęśliwsza, 
gdybym nie martwiła się tak o ciebie. I o twego ojca. Kelly delikatnie uścisnęła 
dłoń babci.

– Nie musisz się martwić. U mnie wszystko dobrze.
– Kelly – babcia pogroziła jej palcem – mnie nie oszukasz. Tylko ślepy 

nie spostrzegłby, że coś jest z tobą nie tak. Podejrzewam, że ma to związek z 
Tuckerem. Czy mam rację?

Kelly odwróciła tylko twarz i skinęła głową.
– Tak też myślałam. Simon powiedział mi, że już się nie spotykacie. Co 

się stało? Jakaś kłótnia?

– Zgadza się – odparła dziewczyna grobowym głosem.
– Czy to ojciec doprowadził do waszego zerwania?
– Nie. Choć próbował. Spotkał się z Tuckerem bez mojej wiedzy i kazał 

mu o mnie zapomnieć. Naiwny. Tucker nigdy by się na to nie zgodził...

background image

– A zatem problem leży gdzie indziej – domyśliła się Claire.
W   oczach   Kelly   zalśniły   łzy.   Jeszcze   chwila   i   zaczęły   płynąć   po   jej 

policzkach. Nie mogła już dłużej wytrzymać, jej zbolałe serce jakby pękło z żalu 
i rozpaczy, a ona wybuchnęła szlochem. Wtuliła twarz w ramię babci i drżącym 
głosem   wyznała   całą   prawdę.   Gdy   skończyła   mówić,   Claire   podała   jej 
chusteczkę, odczekała aż wnuczka wytrze sobie twarz i powiedziała:

–   Powinnaś,   moja   droga,   pamiętać,   że   nie   szczęście   jest   celem,   lecz 

dążenie do szczęścia. Nie tyle liczy się cel, co dążenie do celu.

Kelly zamrugała oczyma.
– Słucham?
– Dobrze usłyszałaś. Teraz tylko przemysł sobie to, co ci powiedziałam, a 

następnie odnieś to do Tuckera.

Chwilę tylko trwało, nim do Kelly dotarł w pełni sens usłyszanych słów.
–   Mówisz,   że   dokładnie   za   to   samo,   co   zrobiłam   Tuckerowi,   gotowa 

byłam zamordować własnego ojca?

– Właśnie tak.
– Gdyby na przykład tata udał się do Visions i za pomocą łapówki skłonił 

ich do przyjęcia moich szkiców, czułabym się oszukana – mówiła dalej Kelly – 
ponieważ pozbawiłby mnie możliwości osiągnięcia sukcesu własnymi siłami, 
korzystając z własnego talentu... – Kelly zamilkła i jej oczy znów wypełniły się 
łzami.   –   No   tak,   a   przecież   to   właśnie   zrobiłam   Tuckerowi.   Odebrałam  mu 
możliwość samodzielnego osiągnięcia celu, szczęścia...

– Sama nie ujęłabym tego lepiej.
– Babciu, tak mi przykro i wstyd, że okazałam się aż tak głupia.
– Wcale nie. Twoja decyzja płynęła z serca, z miłości.
– Ale czy on mi wybaczy? Claire uśmiechnęła się.
– Tego nie możesz wiedzieć. Musisz sama go o to zapytać.
– Tak, to chyba najlepsze rozwiązanie.
Przez okna wpadały do sali złociste promienie słońca, rzucając na stoliki 

połyskliwe   cienie.   Przez   chwilę   Tucker   spoglądał   na   ustawione   w   kącie 
automaty do gry, następnie przeniósł wzrok na parkiet, na którym kiedyś on i 
Kelly...

– Nie! – mruknął pod nosem.
Kelly była ostatnią osobą, o której chciał rozmyślać. I zarazem jedyną 

osobą, o której rozmyślał ostatnio nieustannie.

Tęsknił   za   nią,   tęsknił   duszą   i   ciałem.   Poza   nią   nie   dbał   o   nic   ani   o 

nikogo; a zwłaszcza o siebie, jak to rankiem tego dnia trafnie zauważył Ponurak.

–   Cokolwiek   cię   gniecie,   synu,   musisz   zrobić   z   tym   porządek   – 

oświadczył. – Tak dalej być nie może. Wyglądasz jak nieboszczyk.

– Oszczędź sobie tych miłych słów – odciął się Tucker.
– Nie musisz mnie słuchać, jeśli nie chcesz, ale myślę, że przydałaby ci 

background image

się poważna rozmowa.

– Czyżby?
– Jasne. Klub ponownie stanął na nogi, ale twojej w tym zasługi nie ma 

żadnej. Zresztą przez ostatni tydzień byłeś pijany na okrągło, więc skąd możesz 
o tym wiedzieć...

– Przeglądałem księgi. Ponurak zarechotał.
– E, tam. Księgi. Dlaczego się od razu nie przyznasz, że nie możesz bez 

niej żyć? A jeśli nie możesz, dlaczego pierwszy nie wyciągniesz do niej ręki?

– To nie takie proste. Zachowałem się wobec niej jak kretyn, jak dupa 

wołowa, ot co.

– To w twoim stylu – zaśmiał się Ponurak. Tucker łypnął na niego złym 

okiem, lecz nie odciął się, jak miał w zwyczaju. Starszy mężczyzna spoważniał. 
Jego szef rzeczywiście był nie w sosie. – Dobra, bracie – powiedział i poklepał 
Tuckera po ramieniu – nie wiem, co tam nabroiłeś, ale skoro już sam zdajesz 
sobie sprawę, że się zbłaźniłeś, dlaczego tego nie naprawisz?

Tucker zmarszczył brwi.
–   Nie   wiem,   czy   to   możliwe.   Mówiłem   ci   już,   spaprałem   sprawę 

dokumentnie.

– No, ale przecież nikt za ciebie jej nie załatwi – odparł Ponurak. – Więc 

na co jeszcze czekasz? Do zobaczenia jutro.

Pogrążony w ponurych myślach Tucker ruszył przez parkiet. Kelly nie 

wycofała swych pieniędzy, jak ją o to prosił, mimo że posprzeczali się na amen. 
Klub był teraz całkowicie jego własnością i wolny od wszelkich zadłużeń. A 
przecież nikt mu nigdy w życiu nie pomógł, dopiero ona, Kelly Warren. I to 
bezinteresownie. Bo to, że chciała go kupić, to bzdura nad bzdury. Niby co, nie 
miała go pod dostatkiem, gdy byli jeszcze razem?

A co zrobił on? Odrzucił jej ofiarę, jej miłość i szczodrość. Wzgardził 

tym wszystkim. I to dlaczego? Dla głupiej dumy, jak powiedziała, dla dumy, 
która tak naprawdę liczyła się tu najmniej.

No tak, zachował się jak skończony dureń. Ale może jeszcze nie jest za 

późno? Podszedł do tylnych drzwi, otworzył je i... stanął jak wmurowany.

Kelly!
Zamrugał oczyma, sądząc w pierwszej chwili, że to złudzenie.
– Przykro mi... – zaczął niepewnym głosem.
– Mnie  też  –  szepnęła.  Na  jej policzku  zabłysła  łza. Tucker  otworzył 

ramiona i dziewczyna z płaczem wpadła w jego objęcia. Tuliła się do niego, a 
on całował jej policzki, nos, usta, szyję.

– Przepraszam, przepraszam – szeptał jak w gorączce.
–   Ja   też   przepraszam.   Kocham  cię,   kocham...   Tak   mi   przykro,   że   cię 

zraniłam, wprowadziłam w zakłopotanie.

– Daj spokój – odrzekł. – To ja... To moja wina. Wybacz, Kelly. Też 

background image

ciebie kocham.

– Więc co będzie?
– A wyjdziesz za mnie?
– Tak. Ale najpierw musisz obiecać, że nigdy już mnie nie zostawisz.
Scałowywał łzy z jej twarzy.
– Uwierz mi, nie jestem aż takim osłem, żeby po raz drugi porzucać raj.

Po uroczystości ślubnej w niewielkim kościółku i skromnym przyjęciu 

para młoda, jedynie w towarzystwie Simona, Claire i Ponuraka, pojechała do 
domu babci. Kelly i Tucker mieli w nim zamieszkać do czasu, aż nie uwiją sobie 
własnego,   wymarzonego   gniazdka   w   miejscu,   które   niegdyś   tak   zachwyciło 
Kelly.

Nawet Simon, przekonany ostatecznie przez matkę, musiał pogodzić się z 

faktem, że Kelly sama podjęła tę najważniejszą decyzję w swoim życiu. Na 
chwilę przed ślubem córka położyła mu dłonie na ramionach i szepnęła:

– Nigdy jeszcze nie byłam w życiu tak szczęśliwa, tato. Ciesz się razem 

ze mną.

Simon nieznacznie tylko potrząsnął głową, uśmiechnął się i przygarnął 

córkę do siebie.

– Wiem, kiedy należy się poddać – powiedział, po czym odwrócił się do 

Tuckera i wyciągnął rękę. – Przepraszam za wszystko.

– I ja przepraszam – odrzekł Tucker z uśmiechem i potrząsnął dłonią 

Simona.   –   A  jeżeli   okaże   się,   że   pańska   córka   nie  będzie   przy   moim   boku 
najszczęśliwszą   kobietą   pod   słońcem,   ma   pan   pełne   prawo   dać   mi   tęgiego 
kopniaka tam, gdzie kończą się plecy.

– Masz to u mnie jak w banku, synu.
Teraz, kiedy emocje związane z ceremonią już opadły, gdy zostali sami, 

opuszczeni dyskretnie przez najbliższych, Tucker odetchnął głęboko i przytulił 
żonę do siebie.

– Powinnam być jednak na ciebie wściekła – odezwała się cicho Kelly.
– A to dlaczego?
– Ponieważ kazałeś mi ostatecznie zwrócić te pieniądze do banku.
– I co, już nie jesteś wściekła?
– Nie, nie jestem. Ale gdybyś kiedykolwiek ich potrzebował, wiesz gdzie 

są.

– Wiem – odparł Tucker i wtulił twarz w jej dekolt, przysłonięty tiulem 

sukni ślubnej.

Oczy   Kelly   zaszły   mgłą.   Uśmiechnęła   się,   przycisnęła   jego   głowę   do 

piersi i szepnęła mu do ucha:

– Przez całą ceremonię ślubną wierciłeś się niespokojnie – powiedziała. – 

Czyżbyś już wtedy myślał o nocy poślubnej?

background image

– Ty też nie mogłaś się doczekać, prawda?
– Nie!
– Kocham cię.
– I ja ciebie.
– Więc jak będzie? – zapytał, zaglądając jej głęboko w oczy. – Do kogo 

tym razem będzie należeć inicjatywa?


Document Outline