background image

ANNE McCAFFREY

JODY LYNN NYE

STATEK, KTÓRY 

ZWYCIĘŻYŁ

 

(Przełożył: MARIAN BARANOWSKI)

background image

ROZDZIAŁ l

Ciężkie,   okute   drzwi   w   końcu   wąskiego   przejścia   otworzyły   się   z   charakterystycznym 

skrzypieniem.   Wyszedł   zza   nich   sędziwy   mężczyzna,   który   skierował   wzrok   na   Keffa.   Keff 

doskonale wiedział, jaki widok ukazał się oczom starca: dojrzały człowiek, dość wysoki, o bujnej, 

ciemnej   czuprynie   z   ledwie   widocznymi   pasemkami   siwizny   nad   mocnym   czołem   oraz   o 

niebieskich,   głęboko   osadzonych   oczach.   Ostry   nos,   który   mógł   być   kiedyś   złamany,   i   usta 

obwiedzione kreską przyjaznego uśmiechu dopełniały wizerunku kogoś, kto jest zdecydowany i 

twardy, ale zachowuje swoisty umiar. Ubrany był w zwykłą tunikę, a przy boku miał szablę, którą z 

pewnością potrafił się posługiwać. Starzec miał na sobie jakiś ubiór, którego jedynym zadaniem 

było zapewnić ciepło i swobodę ruchów. Obaj przypatrywali się sobie przez chwilę. Keff pochylił 

głowę na powitanie.

- Czy twój pan jest w domu?

- Ja nie mam żadnego pana. Wracaj, skąd przyszedłeś - fuknął starzec z błyskiem w oku.

Keff zorientował się, że nie rozmawia ze służącym. Dopuścił się obrazy samego Wielkiego 

Czarownika Zarelba! Wyprostował się, żeby mimo to wyglądać przyjaźnie.

- Nie, panie - powiedział Keff. - Muszę z tobą porozmawiać.

Szczury, które wydostały się przez drzwi, przemknęły obok Keffa i czmychnęły wzdłuż 

ścian. Odrażające miejsce, ale cóż, jest pewne zadanie do wykonania.

- Odejdź - powtórzył starzec. - Niczego dla ciebie nie mam.

Próbował zamknąć potężne wrota. Keff włożył rękę w pancernej rękawicy między drzwi a 

futrynę. Starzec cofnął się o krok, a w jego oczach widać już było strach.

- Wiem, że masz Hebanowy Zwój - rzekł spokojnie Keff. - Potrzebuję go, aby uratować 

ludzi z Harimm. Oddaj go, a nie spotka cię żadna krzywda.

- No dobrze, młody człowieku - odparł czarownik. - Odstąpię ci mą własność, gdyż w tej 

sytuacji nie mam innego wyjścia.

Keffowi   ulżyło.   Zauważył   jednak   odbłysk   światła   w   oczach   czarownika.   Jego   źródłem 

mogło być jedynie coś, co znajdowało się za Keffem. Nie czekając, odwrócił się gwałtownie i 

wydobył szablę z pochwy. Trzech uzbrojonych zbójów blokowało drogę ucieczki.

Jeden z nich uśmiechał się szyderczo, ukazując czarne resztki zębów.

- Wybierasz się dokądś, chłopcze? - spytał.

- Zmierzam tam, dokąd wzywają mnie obowiązki.

- Brać go!

Keff znalazł się w opałach. Zaatakowany, powstrzymał uderzenie napastnika i skutecznie 

odbił ciężki miecz. Odsłonięta pierś złoczyńcy stała się teraz celem ataku. Przeciwnik szybko się 

background image

pozbierał i z impetem ruszył naprzód wspierany przez swych kompanów. Keff wywijał szablą, 

odpierał uderzenia, trzymał całą trójkę w szachu. Gwałtowne cięcie przeszło obok jego twarzy. 

Odskoczył w ostatniej chwili i zręcznie odparował cios, unikając śmiertelnego trafienia.

- Dalej! - krzyczał Keff. - Na co czekacie? Ruszył przed siebie i zadał pchnięcie przywódcy 

zbirów.

Trafił go w sam środek klatki piersiowej. Zbój osunął się na

ziemię i przepadł.

- No, już! - krzyczał Keff, operując sprawnie mieczem i kreśląc w powietrzu świetliste “Z”. 

- Nie jesteście niezwyciężeni. Poddajcie się albo zginiecie!

Animusz Keffa zbił z tropu pozostałych rzezimieszków, którzy broniąc się chaotycznie, 

wpadali na siebie, trafiani celnie wiązką światła. Najpierw jeden, potem drugi z jękiem upadli i 

zniknęli. Keff schował szablę do pochwy i odwrócił się w stronę czarownika, który spokojnie 

obserwował rozwój wypadków.

- W imieniu ludu Harimm żądam Zwoju - powiedział wyniośle i wyciągnął rękę w kierunku 

rozmówcy. - Chyba że chcesz mnie zaskoczyć czymś innym?

- Nie, nie.

Starzec   poszperał   w   zniszczonej   skórzanej   torbie,   którą   miał   przy   boku.   Wyjął   zwój 

pożółkłego pergaminu. Keff spojrzał na to ze strachem. Skłonił się czarownikowi, który okazał mu 

nieco szacunku.

Zwój   uniósł   się   z   ręki   starca   i   poszybował   do   Keffa.   Ten   przyglądał   się   spłowiałemu 

wizerunkowi gór, dróg i rzek znaczonych brązowym atramentem.

- Mapa! - rzekł ze zdziwieniem.

- Zatrzymaj ją - powiedział czarownik głosem, który zmienił się z głębokiego barytonu w 

przyjemnie brzmiący alt. - Jesteśmy w zasięgu satelitów telekomunikacyjnych.

Drzwi, szczury i postać starca zniknęły. Pozostały same ściany.

- Znów pył kosmiczny - powiedział Keff, odpinając pas z laserową szablą, i ciężko usiadł na 

fotelu awaryjnym przy pulpicie sterującym. - Całkiem mi się to podobało! Dobra robota!

Zdjął przepoconą tunikę i otarł nią twarz. Ciemne, kręcone włosy pokrywające jego szeroką 

pierś były gdzieniegdzie znaczone siwizną, ale miał jeszcze młodzieńczy wygląd.

-   Niewiele   brakowało,   a   byłbyś   w   opałach   -   rozległ   się   głos   Carialle   wysyłającej 

jednocześnie do SSS-900 potwierdzające sygnały identyfikacyjne. - Następnym razem uważaj na 

tyły.

- Co z tego?

- Nie ma nagrody za nie dokończone dzieła. Mapy to zawsze wielka niewiadoma. Będziesz 

musiał pójść ich śladem i wszystko sprawdzić - powiedziała nieśmiało Carialle.

background image

Na ekranie obok tytanowej kolumny ukazał się obraz wysokiej kobiety w starodawnym 

szpiczastym czepku, owianej mgłą i odzianej w powłóczystą szatę. Ładna twarz obdarzyła Keffa 

uśmiechem.

- Dobrze się spisałeś, rycerzu - rzekła Jasna Pani i zniknęła. - SSS-900, tu CK-963 z prośbą 

o zezwolenie na podejście i połączenie. Cześć, Simeon!

- Carialle! - dał się słyszeć głos kontrolera stacji. - Witaj! Masz zezwolenie, dziecino. Teraz 

jesteśmy SSS-900-C, C jak Channa. Wiele się tu zmieniło przez ten rok. Keff, jesteś tam?

Keff nachylił się do namiernika.

- Jestem, Simeon. Już niedaleko, zaraz będziemy.

-   Cieszę   się   -   powiedział   Simeon.   -   Mamy   tu   trochę   bałaganu,   mówiąc   delikatnie,   ale 

przecież nie będziecie sprawdzać porządków.

-   Nie,   złotko,   ale   żadna   dziewczyna   nie   odmówi   przyjemności   poddania   się   twojemu 

odkażaniu - żartowała Carialle z przekornym chichotem.

- Simeon, do licha! Co tu się działo?! - krzyknął Keff, wpatrując się w ekrany radarów.

- Jeśli chcesz wiedzieć...

W miarę zbliżania się do stacji SSS-900 statek zwiadowczy przedzierał się przez coraz 

gęstszy labirynt różnego złomu. Carialle przeanalizowała uwagi Keffa dotyczące alarmu, a potem 

ustawiła silniki korekcyjne na pełną moc, aby uniknąć przecięcia z torem, po którym przemieszczał 

się   jeden   z   krążących   wokół   stacji   kawałków   metalu.   Mniejsze   pojazdy   manewrowały   wśród 

szczątków satelitów i pojazdów kosmicznych, pełniąc funkcję swoistych sprzątaczy. Dwa ciężkie 

pchacze z ogromną szuflą z przodu wyglądały niczym olbrzymie odkurzacze. Tworzyły pracowitą 

parę oczyszczającą przestrzeń z drobnego pyłu, który mógłby przedziurawić kadłuby poruszających 

się w przestrzeni statków. Sanitarne pojazdy pozdrowiły Carialle, gdy przeszła obok nich po łuku w 

czasie  synchronizacji z  obrotami  stacji.  Pomocny pierścień  cumowniczy  był  w  naprawie,  więc 

Carialle   zwiększyła   ciąg   i   zbliżyła   się   do   południowego.   Światła   zaczęły   penetrować   obrzeża 

pierścienia w poszukiwaniu miejsca do zacumowania. Wreszcie udało się je znaleźć.

- ...to, co widziałeś, to pozostałości po piracie Belazirze i jego szajce - dokończył Simeon 

znużonym głosem. - Mam nadzieję, że tak już zostanie. Moja powłoka została umieszczona w 

bardziej odpornej obudowie i dodatkowo uszczelniona. Ostatnie sześć miesięcy zbieraliśmy części i 

doprowadzaliśmy   wszystko   do   porządku.   Jeszcze   czekamy   na   niektóre   elementy.   Firma 

ubezpieczeniowa jest bardzo dociekliwa i kwestionuje wszystko, co jest w wykazie, ale nikogo to 

nie   dziwi.   Statki   flotylli   pozostają   w   rejonie.   Tworzymy   stały   patrol,   coś   w   rodzaju   małego 

garnizonu.

- Macie mnóstwo czasu - wtrąciła Carialle ze współczuciem.

background image

- Kolej na dobre wieści - powiedział Simeon zaskakująco energicznym głosem. - A gdzie wy 

się podziewaliście? 

Carialle wydała dźwięki naśladujące fanfary.

-   Z   przyjemnością   donoszę,   iż   gwiazda   GZA-906-M   ma   dwie   planety,   na   których   w 

atmosferze zawierającej tlen występują ślady życia - rzekł Keff.

-   Gratuluję   wam   obojgu   -   odpowiedział   Simeon   i   nadał   sygnał   dźwiękowy   imitujący 

wiwatujący   tłum.   Przerwał   na   chwilę.   -   Wysyłam   jednocześnie   komunikat   do   Wydziału 

Dochodzeniowego. Czekają tam na kompletne sprawozdania z próbkami i wykresami, ale najpierw 

ja! Chcę się wszystkiego dowiedzieć.

Carialle   dotarła   do   swych   plików,   wybrała   częstotliwość   odpowiadającą   częstotliwości 

odbioru Simeona.

- To tylko streszczenie, bo całość przekażemy tym na górze - powiedziała. - Oszczędzimy ci 

całej tej nudy.

- Niedobra wiadomość to chyba ta - zaczął Keff - że nie ma oznak życia biologicznego na 

planecie numer cztery, a planeta numer trzy jest jeszcze zbyt słabo rozwinięta, aby włączyć ją do 

Światów Centralnych jako pełnoprawnego partnera. Spotkaliśmy się tam jednak z przychylnością i 

miłym przyjęciem.

- On tak uważa - Carialle wtrąciła, prychając. - Ja nigdy nie wiedziałam, o czym myślą te 

Blekoty.

Keff rzucił niechętne spojrzenie na jej kolumnę, ale na Carialle nie zrobiło to żadnego 

wrażenia. Przeglądała katalog plików i zatrzymała się na mieszkańcach Iriconu III.

-   Dlaczego   nazywacie   ich   Blekotami?   -   spytał   Simeon,   wpatrując   się   w   zapis   wideo 

pokazujący chude, obrośnięte, sześcionogie istoty, które z twarzy podobne były do inteligentnych 

pasikoników.

-   Posłuchaj   zapisu   dźwiękowego   -   zaśmiała   się   Carialle.   -   Porozumiewają   się 

skomplikowanym systemem, który budzi w nas odrazę. Keff sądził, że to ja coś wydmuchuję.

- Nieprawda, Cari - zaprotestował Keff. - Początkowo sądziłem - powiedział z naciskiem - 

że   nie   występuje   u   nich   żadna   konieczność   posługiwania   się   mową.   Mieszkają   na   bagnach   - 

relacjonował dalej, komentując obraz z kryształu wizyjnego. - Jak widać, poruszają się na sześciu 

kończynach   albo   na   czterech   w   pozycji   pionowej,   mając   wtedy   dwie   wolne.   Jest   wiele 

drapieżników,   które   zjadają   Blekoty,   więc   jakiś   prosty   język   wystarczy   do   ostrzegania   przed 

niebezpieczeństwem.   Tamtejsze   tereny   obfitują   w   owoce   i  w   warzywa.   Na   planszy   pokazano 

niebezpieczne gatunki roślin.

- Nie za wiele - powiedział Simeon, spostrzegłszy międzynarodowe oznaczenie związków 

trujących   i   niebezpiecznych:   czaszka   i   skrzyżowane   piszczele   oraz   wizerunek   twarzy   z 

background image

wystawionym językiem.

- Pierwsze jagody, które spróbował mój błędny rycerz... podkreślam: błędny - stwierdziła 

Carialle - to były właśnie te czerwone maliny po lewej oznaczone “grymaśną twarzą”.

- Cóż, krajowcy jedli je, a przecież biologicznie nie różnią się aż tak bardzo od ziemskich 

płazów - Keff skupił się przy tych słowach - ale miałem potem potworne bóle żołądka. Tarzałem się 

po ziemi i trzymałem się za brzuch. Blekotom bardzo się to podobało.

Na ekranie monitora pojawiły się sześcionożne stwory, które wydawały te swoje dźwięki, 

stojąc nad biednym, wykrzywiającym się z bólu Keffem.

- Ja bardzo się bałam - dodała Carialle - że może zjadł coś trującego. Kazałam mu poczekać 

na pełną analizę...

- To trwałoby zbyt długo - dorzucił szybko Keff. - Całość działa się w czasie rzeczywistym.

- W każdym razie zrobiłeś na nich wrażenie.

- Rozumieliście Blekoty? Czy sprawdził się program TS? - spytał Simeon, zmieniając temat.

TS   to   skrót   od   Tłumacz   Symultaniczny   oznaczający   program   translatorski   opracowany 

przez Keffa jeszcze przed skończeniem szkoły. TS był ciągle udoskonalany poprzez dodawanie 

reguł   i   prawideł   z   różnych   obcych   języków   rejestrowanych   przez   ekipy   badawcze   Światów 

Centralnych. Sam wynalazca, człowiek z krwi i kości, bardziej wierzył w skuteczność programu niż 

jego   partner,   mózg,   który   nie   był   całkowicie   przekonany   o   użyteczności   TS.   Carialle   często 

dokuczała   Keffowi   przy  okazji   błędów   translatorskich,   ale   jej   kpiny  miały  raczej   przyjacielski 

charakter. Pracowali przecież razem od czternastu lat i stanowili doskonale rozumiejącą się parę. 

Carialle nie tolerowała żartów pod adresem Keffa czynionych przez kogoś z zewnątrz, mimo że 

sama pozwalała sobie na niewinne docinki. Teraz sapnęła:

- Jeszcze nie działa idealnie, ponieważ wykorzystuje symbolikę języków stosowanych przez 

już odkryte organizmy. Nawet jeśli uwzględnić Poprawkę Blaize'a dla języków migowych, i tak, 

według mnie, nie będzie w stanie niczego przewidywać. To znaczy, kto wie, jakich reguł i prawideł 

będą się trzymać nowe rasy...

- Długotrwałe wykorzystywanie pewnego symbolu w jakimś kontekście świadczy o tym, że 

przypisuje się mu określone znaczenie - utrzymywał Keff. - To właśnie cała zasada tego programu.

- Jak odróżnić powtarzający się ruch z pewnym znaczeniem od tego, który znaczenia nie 

posiada? - spytała Carialle, przytaczając stare argumenty. - Przypuśćmy, że ruchy meduzy raz służą 

przemieszczaniu się, a innym razem mają za zadanie przekazanie informacji? Słuchaj, Simeonie, 

będziesz rozjemcą.

- Świetnie - zgodził się rozbawiony szef stacji.

- A jeśli przedstawiciele nowej rasy mają usta i mówią, ale udzielają ważnych informacji w 

inny sposób? Na przykład, wydając dźwięki za pomocą zwieracza?

background image

- Wszystko przez te maliny - powiedział Keff. - To ich pożywienie powodowało te... te 

powtórzenia.

- Może ten zwyczaj ma  związek z początkiem ich cywilizacji - powiedziała zgryźliwie 

Carialle.   -   Właściwie,   Simeonie,   to   Keff   uruchomił   kiedyś   translator,   by   ten   zajął   się   ich 

słownictwem. - Okazało się, że najpierw powtarzali bezmyślnie wszystko to, co sam powiedział, 

jak jakieś prymitywne twory o sztucznej inteligencji, potem stopniowo tworzyli zdania we własnym 

języku, ale nie przypominały już niczego, co usłyszeli. Początkowo wydawało się to sensowne. 

Myśleliśmy,   że   zaczną   powoli   uczyć   się   języka   standardowego,   zanim   Keff   połapie  się   w 

zawiłościach ich mowy, ale nic takiego nie nastąpiło.

-   Powtarzali   poprawnie,   ale   w   ogóle   nie   rozumieli,   co   mówiłem   -   powiedział   Keff, 

dostosowując komentarz do stylu Carialle. - Żadnego porozumienia.

- Cała ta nadętość drażniła go, nie tylko dlatego, że była wszechobecna, ale dlatego, że 

można ją było opanować.

- Nie wiem, czy miało mnie to zdenerwować, czy może miało inny podtekst. W każdym 

razie potem zajęliśmy się nimi bardziej wnikliwie.

Klatki zapisu wideo pokazywały różne sceny, w których ukazywały się chude, owłosione 

istoty nurkujące po węgorze i inne rybokształtne stwory łapane środkową parą kończyn. W dalszej 

części   filmu   widać  było,   jak  łapczywie   zjadają  zdobycz,   uczą   młode   polować,  szukać   drobnej 

zwierzyny,   kryć   się   przed   większymi   i   bardziej   niebezpiecznymi   napastnikami.  Większą   część 

terenu pokrywały mokradła, a wszystkie zgłodniałe gatunki poszukiwały roślinności.

Na filmie było widać, że początkowo stwory bały się Keffa. Zachowywały się tak, jakby 

oczekiwały ataku z jego strony. W przeciągu kilku dni, gdy okazało się, że nie jest agresywny ani 

bezradny, zaczęły mu się przypatrywać. Keff jadał koło nich swe posiłki.

- Wreszcie, trzymając się w bezpiecznej odległości, zacząłem zadawać im pytania, stosując 

wznoszącą intonację głosu, którą posługiwały się ich młode, prosząc o różne wskazówki. Bardzo im 

to odpowiadało, chociaż mogły być zakłopotane tym, że dorosły osobnik potrzebuje informacji na 

temat sposobu przetrwania. Współpraca i porozumienie między gatunkami były im nie znane.

Keff   obserwował   Carialle,   która   szybko   przeglądała   zapis   i   doszła   do   kolejnego 

zarejestrowanego zdarzenia.

- To była biesiada. Zanim się na dobre zaczęła, stwory zjadły tonę swych malin.

-  Keff   stwierdził,   że   nie   mogą   być   za   mądre,   jeśli   doprowadzają  się   do   takiego   stanu. 

Jedzenie czegoś, co wywoływało tyle bólu, tylko dlatego, że wymagała tego okazja, nie było zbyt 

rozsądne.

- Byłem rozczarowany. Potem włączył się TS, reagując na dźwięki Blekot. Wreszcie i ja 

poczułem się głupio. - Keff zaśmiał się z siebie.

background image

- Co się w końcu stało? - spytał Simeon. 

Mężczyzna się skrzywił.

-   Carialle   miała   rację.   Maliny   stanowiły   klucz   do   ich   porozumiewania   się.   Musiałem 

przekonać   się   do   tego   powtarzania,   no...   tego   języka   ciała.   Zaprogramowałem   TS,   aby 

wychwytywał znaczenie wiadomości przekazywanych przez Blekoty, nie tylko same wypowiedzi, 

ale wszystkie ruchy i dźwięki, żeby poddać je analizie. Nie zawsze poprawnie to funkcjonowało...

- Słyszysz? - przerwała triumfująco Carialle. - Sam to przyznaje!

- ...ale wkrótce zacząłem się orientować w tym, o co chodzi. Mowa była tylko czymś w 

rodzaju maskującego tła. Blekoty mają naturalny dar mimikry. TS działał bez zarzutu, no, prawie 

bez zarzutu. Cały ten system wymaga jeszcze trochę badań, ot co.

- Zawsze wymaga więcej badań i prób - zauważyła cierpko Carialle. - Kiedyś wreszcie 

zabraknie nam tego, czego naprawdę potrzebujemy.

Keff nie przejmował się zbytnio.

- Może TS potrzebuje odrobiny sztucznej inteligencji, aby sprawdzić każdy rodzaj ruchów 

czy gestów, od razu wychwycić znaczenie i przekazać je do glosariusza. Zamierzam wykorzystać 

TS do badań ludzkiej mowy, żeby sprawdzić, czy uda mi się w ten sposób rozszyfrować kalambury, 

gdy będzie znane znaczenie przekazu.

- Jeśli się to sprawdzi - powiedział Simeon, wykazując coraz większe zainteresowanie - a ty 

będziesz umiał zrozumieć język ciała, cały ten program przewyższy wszelkie sposoby i metody 

tłumaczenia. Będziesz uznany za kogoś, kto umie czytać w myślach. Istoty ludzkie rzadko mówią 

to, co mają na myśli - wyrażają to poprzez postawę  i  gestykulację. Widzę wiele praktycznych 

zastosowań Tłumacza Symultanicznego tu, w Światach Centralnych.

-   Jeśli   chodzi   o   Blekoty,   to   nie   ma   powodu,   aby  wstrzymywać   dalsze   badania   w   celu 

przyznania im statusu ISS, szczególnie od kiedy okazało się, że odczuwają zmysłowo i osiągnęły 

pewien   stopień   cywilizacji,   choć   prymitywnej.   To   wszystko   przedstawię   w   sprawozdaniu   dla 

centralnego komputera. Mieszkańcy Iriconu III muszą znaleźć się w wykazie - zakończył Keff.

- Chciałbym przy tym być - odezwał się Simeon z nie skrywaną wesołością w głosie - gdy 

ekipa naszych inspektorów będzie rozmawiać z tymi waszymi Blekotami. Wszyscy będą wydawać 

dźwięki   niczym   cała   masa   rozregulowanych   silników.   Wiem,   że   ci   od   centralnego   komputera 

ucieszą się na wieść o kolejnej rasie istot zdolnych do odbierania wrażeń zmysłowych.

- Zgoda - zareagował Keff z nutą smutku w głosie - ale to nie jest tylko kwestia rasy.

Dla   Keffa   i   Carialle   odkrycie   nieznanej   rasy,   na   takim   etapie   rozwoju   kulturowego   i 

technicznego,   który   dawał   szansę   spotkania   z   ludzkością,   mającej   niezależne   osiągnięcia   w 

informatyce i podróżach kosmicznych, było porównywalne z poszukiwaniem świętego Graala.

- Jeśli ktokolwiek miałby odnaleźć nową rasę, to tylko wy dwoje - powiedział Simeon z 

background image

niekłamaną szczerością.

Carialle  doprowadziła statek do przystani i wyłączyła silniki, gdy magnetyczne chwytaki 

przejęły kadłub i pierścień próżniowy uszczelnił śluzę powietrzną.

- Nareszcie w domu - odetchnęła z ulgą. 

Lampki   na   pulpicie   zaczęły   migotać,   gdy   Simeon   przekazał   sygnał   o   konieczności 

dekontaminacji CK-963. Keff odsunął się od monitorów i poszedł do swej kabiny, aby zamknąć 

szafki z rzeczami osobistymi przed przybyciem specjalistycznej ekipy.

- Nasze zapasy są prawie wyczerpane, Simeonie - powiedziała Carialle. - Zasoby białka 

kończą się, moje składniki odżywcze są na rezerwie, ogniwa paliwowe na zero. Musisz wszystko 

uzupełnić.

- Mamy chwilowe braki - odrzekł Simeon. - Ale dam wam to, co będę mógł załatwić. - 

Przerwał na moment, lecz wkrótce znów dał się słyszeć jego głos: - Sprawdziłem pocztę. Są dwie 

paczki dla Keffa. W wykazie znajdują się obwody i rotoflex. Co to jest?

- Sprzęt  do  ćwiczeń  -  odparł  wesoło Keff.  - Rotoflex  pomaga  rozwinąć  mięśnie  klatki 

piersiowej i pleców bez uszczerbku dla pasów międzyżebrowych.

Złożył ręce płasko na żebrach i oddychał głęboko, aby pokazać sposób ćwiczeń.

- Akurat potrzebujemy takich klarnetów na moim pokładzie - powiedziała Carialle głosem 

naśladującym sapanie.

- A gdzie jest twoje zamówienie, Carialle? - spytał z udawaną niewinnością. - Myślałem, że 

kupiłaś sobie jakiegoś manekina.

- Źle myślałeś - odparła Carialle poirytowana tą starą śpiewką. - Jest mi dobrze w mojej 

postaci, dziękuję.

- Chciałabyś móc chodzić, moja pani - dodał Keff. - Wiele tracisz, będąc ciągle w tym 

samym miejscu! Nawet sobie tego nie wyobrażasz. Powiedz coś, Simeonie!

- Ona podróżuje więcej ode mnie, sir Galahad. Daj spokój!

- Czy jeszcze ktoś ma coś dla nas? - spytała Carialle.

- Nic mi o tym nie wiadomo, ale podam komunikat, że zacumowaliście.

Keff wstał energicznie, zbierając fałdy tuniki.

- Pójdę już i oddam się w ręce medyków - powiedział. - Czy możesz się zająć pozostałą 

częścią odprawy, moja droga Cari, czy chcesz, żebym został i dopilnował, aby ci intruzi nie wtykali 

wszędzie swych nosów?

- Nie, mój rycerzu -  odpowiedziała tym samym tonem. - Podróżowałeś długo i daleko, a 

teraz czas na nagrodę.

- Chciałbym jedynie - powiedział Keff z zadumą - piwa, które nie byłoby zamrożone przez 

rok, i trochę towarzystwa. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie jesteś odpowiednim towarzystwem 

background image

dla mnie, moja droga - z czułością dotknął tytanowej kolumny - ale, jak mówią mędrcy, niech 

będzie trochę rozłąki w waszym związku. Wybaczysz?

- Nie pozwalaj sobie za dużo - powiedziała Carialle. 

Keff wyszczerzył zęby. Carialle śledziła go wewnętrznymi kamerami, aż wszedł do swojej 

kabiny. Słyszała odgłos akustycznego prysznica oraz przesuwania drzwi kabiny.  Wreszcie Keff 

wyszedł odświeżony i odziany w nową, suchą tunikę.

- No, wreszcie jestem gotów - powiedział Keff. - Zdam relację, a potem nie odmówię sobie 

piwa.

Zanim   zamknęła   się   śluza   powietrzna,   Carialle   zdążyła   przekazać   Simeonowi   rejestry 

pamięci   z   całą   historią   misji   poświęconej   Iriconowi.   Chwilę   później   zgłosił   się   Wydział 

Dochodzeniowy, pytając o wyczerpujący raport z wyprawy. Keff z pewnością musiał odpowiadać 

na   podobne   pytania   przedstawicieli   służb   medycznych.   Wydział   Dochodzeniowy   zawsze 

interesował się bezpośrednią relacją, a nie tylko zapisami i nagraniami.

W  czasie   łączności   z   Simeonem   Carialle   doglądała   czynności   przeprowadzanych   przez 

ekipę dekontaminacyjną oraz zaopatrzeniową, a potem odpoczęła trochę po wyczerpującej podróży. 

Po paru spokojnych dniach znów przyjdzie jej ochota na podbój nieznanej przestrzeni.

Badanie lekarskie prowadzone przez dr Chaundrę nie trwało dłużej niż piętnaście minut, ale 

rozmowa w Wydziale Dochodzeniowym toczyła się przez wiele godzin. Po długotrwałej burzy 

mózgów   i   wyrzuceniu   wszystkiego,   co   pozostało   w   pamięci,   a   dotyczyło   Blekot,   Keff   był 

rzeczywiście wyczerpany.

- Wiesz,  Keff - powiedział  Darvi z Dochodzeniowego,  zamykając  notatnik z papierami 

dotyczącymi Blekot - gdybym cię nie znał, pomyślałbym, że masz chyba nie po kolei w głowie, 

nadając przedstawicielom nowych ras tak śmieszne nazwy, jak: Blekoty, Morskie Nimfy, Zagubieni 

- to przykłady, które pamiętam.

- Nigdy nie bawiłeś się w “Mity i legendy”, Darvi? - zapytał spokojnie Keff.

- Tak dawno, że nie pamiętam. To taka dziecinna zabawa,

- Nie! Nic mi nie jest, “nyuk-nyuk”- powiedział Keff, szorując głowę pięściami i robiąc 

dziwaczne miny.

Ksenolog przez chwilę wyglądał na zmartwionego, ale gdy tylko zdał sobie sprawę, że Keff 

z niego żartuje, rozluźnił się.

- A tak poważnie, to nic innego, jak samoobrona przed nudą. Po czternastu latach pracy 

można mieć dość mówienia o gatunkach jako rasie tubylczej czy istotach zamieszkujących Zoocon. 

Ani ja, ani Carialle nie jesteśmy jakimiś trutniami o sztucznej inteligencji.

- Jakkolwiek by patrzeć, to te wszystkie nazwy są głupawe.

background image

- Ludzkość to głupawa rasa - zaryzykował Keff. - Najzwyczajniej daję upust niewinnej 

zabawie.

Nie chciał poruszać tego, co on i Carialle nazywali poważnymi kwestiami, sprawą honoru, 

satysfakcją z osiąganych sukcesów. Nie chodziło tu bynajmniej o to, czy on i Carialle potrafią 

odróżnić grę, zabawę od rzeczywistości. Gra i tak przenika do życia. Staje się czymś więcej po tym, 

jak zyskuje  inne, nowe znaczenie. Nigdy nie przewidziałby tego, co się stało - nie określiłby roli, 

która przypadła mu do odegrania. “Najwyraźniej to właśnie twoje miejsce”- powiedział sobie w 

myślach.

- To wszystko? - zapytał, wstając.

Darvi zapisywał coś w swych kartotekach. Keff zdołał odejść, zanim temu przyszło na myśl 

zapytać o coś jeszcze. Szybko przemierzył wijący się korytarz, aby dojść do najbliższej windy.

Keff   poznał   “Mity  i   legendy”   w   szkole   podstawowej.   Raz   w   tygodniu   grono   kolegów 

zbierało się po lekcjach (czasami częściej, gdy nie było zbyt dużo nauki). Keff lubił wcielać się w 

role   dobrych   rycerzy   zwalczających   zło   i   przynoszących   światu   spokój.   W   miarę   upływu   lat 

przybywało mu wiedzy. Dowiedział się, że galaktyka jest miliard razy większa od planety, na której 

mieszkał. Dążenie do robienia czegoś pożytecznego stawało się coraz silniejsze, niezależnie od 

skali   działania.   Swoją   gotowość   do   altruizmu   zachował   w   tajemnicy   w   czasie   testów 

psychologicznych   przed   przyjęciem   na   kursy   specjalistyczne.   Keff   wykonywał   przydzielone 

zadania z ogromną energią i poświęceniem, jak rycerz ze starych czasów. Przysięgał, że nigdy nie 

uczyni niczego złego. Stosował prawidła gry w codziennym życiu.

Carialle także uwielbiała “Mity i legendy”, ale bardziej ze względu na ich strategiczny 

charakter i konieczność analizy niż na przygody zawarte w fabule.

Po tym, jak los zetknął ich oboje, stali się uczestnikami gry prowadzonej w czasie długich 

miesięcy przebywania w przestrzeni międzygwiezdnej. Przerodziło się to już w styl życia: Keff był 

błędnym   rycerzem,   a   Carialle   jego   damą.   Dla   mężczyzny   było   to   naturalne   przedłużenie 

młodzieńczych, dojrzewających wraz z nim pragnień.

Kiedy   Keff   dowiedział   się,   że   CX-963   potrzebuje   załoganta,   jego   romantyczna   natura 

podjęła decyzję, by zostać partnerem Carialle. Jak wszyscy znał historię niszczycielskiej burzy 

kosmicznej   i   zderzenia,   które   doprowadziły   do   śmierci   Fanine   Takajima-Morrow   i   zagrożenia 

całego systemu Carialle.

Naukowcy   ze  Stowarzyszenia   do   Walki   o   Ochronę   Praw   Mniejszości   Obdarzonych 

Inteligencją i Konferencji Mutantów (KM) uradowali się, gdy po długiej rekonwalescencji Carialle 

oświadczyła,   że   jest   gotowa   do   lotów,   a   ponadto   chce   sprawdzać   kandydatów   na   załogantów. 

Keffowi   bardzo   zależało   na   dostaniu   się   do   programu.   Zapoznawszy  się   z   kartoteką   Carialle, 

zapragnął stać się jej obrońcą. Brzmi to dziwnie, gdy bierze się pod uwagę fakt, że źródłem jej 

background image

potencjału myślowego są końcówki nerwowe. Tamta tragiczna burza uwypukliła  jej delikatność. 

Poddając się instynktowi opiekuńczemu, Keff podjął wyzwanie, aby chronić ją przed wszelkimi 

niebezpieczeństwami.

Sama rzadko o tym mówiła, ale Keff przypuszczał, iż w chwilach, kiedy jej mózg zapada w 

sen, nadal miewa koszmary związane z tamtymi ciężkimi przejściami. Carialle udowodniła, że jest 

najlepszym partnerem i współtowarzyszem wypraw. Polubił ją, jej zainteresowania i upodobania, 

nie mówiąc już o jej wadach czy dążeniu do okazania wyższości. Ona nauczyła go cierpliwości, on 

natomiast nauczył ją kląć w dziewięćdziesięciu językach, co okazało się najlepszym sposobem 

rozładowywania napięcia i stresu. Wzajemnie się wspierali. Ich zaufanie było bezkresne niczym 

przestrzeń   kosmiczna   i   ciągle   żywe.   Czternaście   lat   wspólnej   pracy   upłynęło   w  przyjemnej 

atmosferze.   Keff   uważał   ten   układ   za   najwyższe   wyróżnienie   i   zaszczyt,   jaki   mógł   spotkać 

zwykłego człowieka.

Winda zatrzymała się powoli, ze zgrzytem i drzwi się otworzyły. Keff był na SSS-900 tak 

wiele razy, że doskonale znał drogę do baru, który zawsze odwiedzał przy okazji pobytu na stacji.

Najprawdopodobniej za sprawą Simeona wszyscy wiedzieli już, że wrócił. Na świecącym, 

wypolerowanym, stalowym kontuarze czekało na niego piwo zwieńczone pianką. Od razu spojrzał 

na złocisty płyn.

- Świetnie! - krzyknął, wyciągając obie ręce w stronę piwa. - Czas na parę łyków.

Zanim chwycił kufel, zauważył dłoń, która delikatnie dotknęła jego ręki. Keff spojrzał w 

górę.

- Masz czym zapłacić? - spytała barmanka i uśmiechnęła się zalotnie. Była kobietą w jego 

wieku. Miała krótko przycięte, ciemnokasztanowate włosy i bardzo jasną, charakterystyczną dla 

przebywających  cały czas  w kosmosie Europejczyków, cerę. - Żartuję. Napij się, Keff, to na koszt 

firmy. Cieszę się, że cię znów widzę.

- Chwała ci za to, Mariad, i tym wszystkim, którzy potrafią zrobić tak wspaniałe piwo - 

rzekł Keff, po czym powoli zanurzył nos w pianie i odchylił głowę, unosząc kufel. Wypił i całą 

zawartość jednym haustem. - Rozkosz! Proszę jeszcze raz to samo!

Wszyscy obecni okazali uznanie za ten piwny wyczyn. Keff pomachał do nich z radością. 

Niektórzy na dowód aprobaty unieśli do góry kciuki, a potem wrócili do przerwanej rozmowy czy 

partyjki rzutek.

- Zawsze poznam załoganta po długotrwałym locie po tym, jak uzupełnia zapasy w porcie - 

powiedział jeden z mężczyzn, podchodząc do Keffa, aby się przywitać.

Był szczupły, a na jego melancholijnej twarzy gościł dziwny uśmiech.

Keff wstał i klepnął go po plecach.

- Baran Larrimer! Nie wiedziałem, że ciebie i Shelby nosiło gdzieś daleko.

background image

Stary przyjaciel Larrimer był także członkiem statku mózgowego przydzielonego do flotylli 

obrony  Światów   Centralnych.   Keff   przypomniał   sobie   teraz   to,   co   Simeon   mówił   o   wsparciu. 

Larrimer musiał dokładnie wiedzieć o tym, co powiedziano Keffowi. Starszy kolega spojrzał na 

niego i przytaknął, widząc grymas niepewności i wyczekiwania na jego twarzy.

- Musieliśmy być w gotowości - stwierdził.

- Ale ty się zaniedbujesz  - dodał czyjś  głos. Szczupłe  ramię  mocno  objęło mężczyznę. 

Obejrzał się szybko. - Jak miło cię widzieć, Keff.

-   Susa   Gren!   -   Keff   uniósł   filigranową,   młodą   kobietę   i   mocno   pocałował,   co   zostało, 

oczywiście, odwzajemnione. - Ty i Marliban też tu jesteście?

- Misja kurierska w celach handlowych - powiedziała cicho Susa, mrużąc ciemne oczy.

Zwróciła głowę w kierunku grupy nieznajomych siedzących przy stoliku w rogu sali.

- Mam nadzieję, że sprzedam Simeonowi partię czujników zabezpieczających. Zapomnieli, 

że Marl jest mózgiem i może wszystko usłyszeć. Co oni przy nim wygadywali! Simeon zna każde 

słówko.   Do   licha,   będę   mieć   problem,   żeby  coś   sprzedać.   Powiem   chyba   tym   od   centralnego 

komputera,   żeby   ci   idioci   sami   trafili   z   powrotem,   jeśli   nie   okażą   szacunku   mózgowi.   Mimo 

wszystko - westchnęła - to przynoszące zyski zajęcie.

Marl   działał   dopiero   dwa,   nie,   trzy   lata,   ale   nadal   miał   zobowiązania   wobec   Światów 

Centralnych za szkolenie, obudowę czy wyłączenie z będących źródłem dochodu misji kurierskich. 

Susa była w podobnej sytuacji. Przejęła długi rodziców, którzy zaciągnęli pożyczki na działalność 

w górnictwie, ale im  się nie powiodło. Na szczęście pozostały im jakieś środki do życia. Keff 

bardzo lubił odważną, młodą kobietę i miał wiele podziwu dla jej rozsądku i energii. Podobała mu 

się też jej figura i sposób poruszania się. Oboje czuli coś do siebie, co szybko zauważyła Carialle i 

stwierdziła, że najlepszym partnerem człowieka jest drugi człowiek. Niewielu mogło zrozumieć 

poświęcenie człowieka dla mózgu jego statku kosmicznego oraz ich długotrwały związek.

- Susa - odezwał się nagle Keff. - Czy masz trochę czasu? Możemy usiąść i porozmawiać? 

Mrugnęła powiekami, jakby czytając w jego myślach.

- Nie mam nic do roboty ani nigdzie nie idę. Marl i ja korzystamy ze swobody aż do czasu, 

gdy te trutnie będą chciały wracać. Postawisz mi drinka?

Larrimer wstał taktownie, nie chcąc, aby uznali go za intruza. Rzucił swój bon kredytowy na 

kontuar i skinął do Mariad.

- Wpadnij przy okazji, Keff - powiedział. - Shelby ucieszy się na twój widok.

-   Z   pewnością   -   odparł   Keff,   klepiąc   bezwiednie   na   pożegnanie   rękę   Larrimera.   - 

Szczęśliwej drogi!

Usiadł wraz z Susa w spokojnym zakamarku baru. Mariad podała dwa piwa i oddaliła się 

bezszelestnie.

background image

- Dobrze wyglądasz - powiedziała Susa, przyglądając się twarzy Keffa z serdeczną uwagą. - 

Opaliłeś się!

- Tak, to pamiątka z ostatniego lądowania na planecie - oznajmił Keff. - Jeszcze się trzyma.

- Dobrze ci z tą opalenizną - oświadczyła. Jej usta przybrały filuterny grymas. - Jak daleko 

sięga? 

Keff zmarszczył na sekundę brwi.

- Może dam ci szansę, abyś sama to sprawdziła.

- Czy te rysy są groźne? - spytała Carialle, widząc techników sprawdzających zewnętrzne 

części pojazdu.

Statek   był   zacumowany   poziomo   w   suchym   doku,   co   dawali   i   doskonałą   sposobność 

przeprowadzenia szczegółowych oględzin.

- Nie jest źle. Naprawiam teraz jedną z rys przy instalacji paliwowej - powiedział jeden z 

członków ekipy technicznej, nakładając jakiś klej. Substancja powoli twardniała, stapiając ii; w 

jedno z płytami kadłuba. - Powinno się trzymać nawet w skrajnych warunkach cieplnych, moja 

pani, ale grubość w tym miejscu jest trochę mniejsza. Mimo wszystko zapewni ci należytą ochronę.

- Wielkie dzięki - rzuciła Carialle.

Po zaschnięciu kleju sprawdziła nową powłokę za pomocą rezonansu i uznała, że dobrze 

dobrano ciężar właściwy materiału. Wkrótce i tak o tym zapomni. Program księgowy wykrył, że 

opłata za materiały do naprawy jest wyjątkowo niska w porównaniu z kosztami demontażu płyt 

poszycia, ich wymiany czy regeneracji.

Ramię dźwigu przeniosło ładunek nad częścią dziobową i opuściło węże do luku. Skrzynki z 

materiałami do analiz i badań zostały zabrane w zaplombowanym pojemniku. Pracownik służb 

oczyszczania   ubrany   w   swój   służbowy   strój   dokładnie   sprawdził   wszystkie   zakamarki,   czy 

przypadkiem   jakieś   zabłąkane   zarodniki   nie   dostały   się   do   Światów   Centralnych.   Dźwigowy 

podłączył elastyczne węże do odpowiednich zaworów. Najpierw paliwo, więc Carialle otworzyła 

klapkę wlewu, gdy ogromny przewód zbliżył się do kadłuba. Cienki rurociąg, którym dostarczano 

zapasy białek, miał na czopie numerowany filtr. Carialle zarejestrowała ten numer na wypadek, 

gdyby okazało się, że końcowy produkt zawiera jakieś zanieczyszczenia. Na szczęście przewód, 

którym   podawano   miazgę   węglanowo-białkową   do   syntezatora   żywności   Keffa,   był 

nieprzezroczysty. Ruchy perystaltyczne gęstej masy zawsze przywodziły  Carialle na myśl lotne 

piaski, ośmiornice pełzające po dnie oceanu czy nieświeżą owsiankę.

Na moment zwróciła uwagę na nabrzeże, po którym zbliżała się ładowarka z oznaczonymi 

kodem Keffa dużym i małym pojemnikiem. Dała sygnał operatorowi, żeby umieścił je w ładowni.

Niska,   krępa   kobieta   z   ekipy   technicznej   w   wysokich   butach   na   grubych   podeszwach 

background image

podeszła do śluzy powietrznej i uniosła jakiś mały przedmiot.

- To dla ciebie od szefa stacji. Mogę wejść na pokład? 

Carialle   skoncentrowała   uwagę   na   krysztale   zawierającym   dane   i   wyraźnie   odczuła 

zaciekawienie.

- Udzielam zezwolenia na wejście - powiedziała. Kobieta przeszła do śluzy, obróciła pomost 

tak, aby dopasować go do położenia pokładów, a następnie ostrożnie przeszła w kierunku głównej 

kabiny.

- Powiedział, co to jest?

- Nie, proszę pani. To niespodzianka.

- Och, Simeon! - wykrzyknęła Carialle, korzystając z połączenia na prywatnym kanale szefa 

stacji. - Koty! Bardzo dziękuję! - Przeglądała zawartość kryształu wizyjnego. - To prawie cały 

tydzień relacji. Skąd to masz?

- Od biologa, który hoduje domowe koty. Był tu dwa miesiące temu. Cały materiał to dwa 

filmy o jego kotach i kociętach, a także fragmenty o dzikich kotach, które filmował w koloniach. 

Chyba ci się to spodoba.

- Simeon, to fantastyczne. Czym mogę się odwdzięczyć? 

W głosie szefa stacji zabrzmiało zakłopotanie.

- Nie musisz się niczym odwzajemniać, Cari. Może jednak masz jakiś zbędny obraz? Ale 

chciałbym, żeby to nie była transakcja.

- No, nie. Nie zrobisz dobrego interesu. Te obrazki nie mają żadnej wartości.

Z pewnym wahaniem i ociąganiem Carialle umożliwiła Simeonowi wejście do jej systemu 

wizji i skierowała go do narożnika głównej kabiny, gdzie złożono cały “sprzęt” malarski.

Dla   każdego   normalnego   mieszkańca   planety   kabina   wyglądała   schludnie,   ale   bywalec 

przestworzy uznałby ją za srocze gniazdo. Z jednej strony znajdował się należący do Keffa sprzęt 

do ćwiczeń. Po drugiej zaś półki z przyrządami do malowania, nie wspominając już o ścianach 

ozdobionych gotowymi obrazami, których nie rozdała albo nie wyrzuciła. Ci, którym dane było 

widzieć prace autorstwa Carialle, nazywali je arcydziełami, ale ona, oczywiście, nie przyjmowała 

tego do wiadomości.

Nie posiadając ciała i rąk, które operowałyby narzędziami sztuki, korzystała ze zmyślnego 

warsztatu stworzonego tak, aby osiągnąć zamierzony efekt artystyczny.

Płótno,   którego   używała,   było   cienkie   i   składało   się   z   porowatych   komórek.   Mogła   je 

wypełniać farbą niczym punkciki na monitorze i tworzyć barwne kompozycje. Całość dawała efekt 

przypominający pociągnięcia pędzlem. Dzięki zaawansowanej technologii, częściowo za sprawą 

udziału inteligentnych kończyn, Carialle opracowała konstrukcję rąk zdolnych do trzymania pędzla 

background image

i nakładania farby na powierzchnie wstępnie przygotowanych płócien.

To,  co  początkowo  było  specyficzną  terapią   po  otarciu   się  o  śmierć,   przerodziło  się   w 

bardzo   pożyteczne   hobby,   przynosząc   w  dodatku   Carialle   uznanie.   Sprzedanie   jakiegoś   obrazu 

pomagało nieraz zdobyć środki na uzupełnienie zapasów paliwa, gdy kasa świeciła pustkami, a 

sprezentowanie   dzieła   malarskiego   potrafiło   zjednać   nieprzychylnych   biurokratów.   Ramiona 

poruszane odpowiednimi siłownikami podawały obraz za obrazem, tak aby Simeon mógł je oglądać 

i podziwiać.

- Ten jest do oddania - powiedziała Carialle, obracając za pomocą mechanicznych ramion 

widok czarnego krajobrazu kosmicznego wypełnionego barwnym wizerunkiem jakiegoś dziwnego 

nietoperza oraz studium kryształu wbitego w meteoryt. - Ten dałam Keffowi. Ten zostawiam sobie. 

To nie jest jeszcze skończone. O, te dwa są do oddania, i ten też.

Wiele z tych wspaniałości nie byłoby wcale widocznych dla oczu niewprawnego artysty, ale 

czujniki służące autorce przydawały światła i koloru scenom, które wydawałyby się jedynie czernią 

i kropkami gwiazd.

- Ten jest znakomity. - Simeon skierował kamerę ku obrazowi ze sfatygowanym statkiem 

zwiadowczym   zmierzającym   w   stronę   odległej   mgławicy,   która   przesłaniała   niczym   welon 

poświatę wokół gwiazdy. Płótno nie miało kształtu prostokąta, ale nieregularny, co oddawało obrys 

przedstawionego obiektu.

- Cóż - powiedziała Carialle. Jej oko z mikroskopijną dokładnością wychwyciło plamki w 

kilku komórkach z farbą. Były czerwone, a nie karminowe. Odcień jeszcze nie zadowalał artystki. - 

Ten nie jest skończony.

- Nie przesadzaj, dziewczyno. Podoba mi się.

- W takim razie już jest twój - powiedziała Carialle z wyraźną rezygnacją w głosie.

Mechanizm zdjął obraz z regału i przeniósł go po szynach w stronę śluzy powietrznej. 

Carialle uruchomiła kamerę na zewnątrz kadłuba, aby wypatrzyć na lądowisku pracownicę  ekipy 

technicznej.

- Barkley, nie zabrałabyś czegoś dla szefa? - spytała przez głośnik.

- Dlaczego nie - odpowiedziała tamta z uśmiechem. 

Podajnik przekazał obraz w ręce kobiety.

- Masz talent, mała - stwierdził Simeon, pozostając na podglądzie w systemie wizyjnym. - 

Dzięki. Będę strzegł tego obrazu jak skarbu.

- Drobiazg - powiedziała skromnie Carialle. - To tylko hobby.

- Bzdury. Słuchaj, mam pomysł. Może następnym razem zrobisz wystawę? Przyjeżdża tu 

mnóstwo ludzi i różne grube ryby. Zapłaciliby sporo za oryginały, tym bardziej że malowane są 

przez mózgowca.

background image

- Nie wiem... - odparła Carialle, zastanawiając się. 

Dam ci miejsce na tydzień zupełnie bezpłatnie. Jeśli nie masz na tyle odwagi, żeby pokazać 

publicznie swoje prace, możesz zaprosić tylko tych, których sama wybierzesz. Musisz pamiętać, że 

i tak wszyscy szybko się o tym dowiedzą. 

- Przekonałeś mnie - stwierdziła Carialle. 

- Moje intencje są absolutnie uczciwe - dodał szarmancko Simeon. - Co jest?! - krzyknął. 

Szybkość   przekazu   na   jego   częstotliwości   maksymalnie   podskoczyła.   -   Jesteś   gotowa,   jakbyś 

zaczynała wyprawę, Carialle. Zbierz się i opuszczaj stację. Generalny Inspektor chce się z tobą 

spotkać za piętnaście minut. Właśnie prosił mnie o przekazanie tej wiadomości. Zwlekam z tym, 

jak mogę.

-   No,   nie!   -   powiedziała   Carialle   równie   prędko.   -   Nie   mam   zamiaru   poddawać   się 

psychologicznemu maglowaniu przez Maxwella-Coreya od doktora Semeta za każdym razem, gdy 

lądujemy na stacji. Jestem wyleczona, do cholery! Nikt nie musi mnie ciągle sprawdzać!

-   Cari,   lepiej   spływaj.   Ściany,   które   mają   uszy,   doniosły   mi   że   uważa,   jakoby   twoja 

“obsesja” na punkcie na przykład “Mitów i legend” stawiała wyleczenie pod znakiem zapytania. 

Kiedy   usłyszy   twoje   sprawozdanie   o   Blekotach,   z   pewnością   podda   cię   kolejnej   sesji  badań 

psychologicznych, a i Keffa razem z tobą. Nawet Maxwell-Corey musi pokazać, że coś robi.

- Do czorta z nim! Jeszcze nie skończyliśmy uzupełniać zapasów. Mam dopiero połowę 

składników odżywczych, a większość z tego, co zamówił Keff, jest w magazynie.

- Przykro mi, słoneczko. Nic się nie zmieni do twego powrotu. Przyspieszymy załadunek, 

jak on odjedzie.

Carialle rozważała, czy warto do Stowarzyszenia do Walki o Ochronę Praw Mniejszości 

Obdarzonych Inteligencją składać skargę na Generalnego Inspektora w sprawie jego obsesyjnego 

pragnienia,   aby  udowodnić   jej   nieprzydatność   do   służby.   Chciał   najzwyczajniej   przeprowadzić 

polowanie na czarownice, a ona nie miała zamiaru być  ofiarą. Czy nie dość, że przy każdym 

spotkaniu usiłował przypominać jej o tragedii sprzed szesnastu lat? Kiedyś może dojść do scysji, 

ale jeszcze nie tym razem. Nie miała na to ochoty.

Simeon miał rację. Dekontaminacja i naprawy CK-963 zostały zakończone. Od czasu ich 

rozmowy   upłynęła   dosłownie   mała   chwila.   Simeon   mógł   powstrzymać   realizację   polecenia 

Generalnego   Inspektora   tylko   do   czasu,   kiedy   hałaśliwy   Maxwell-Corey   zacznie   domagać   się 

badania.

- Simeon, daj mi trochę czasu. Muszę znaleźć Keffa.

- Spokojnie - powiedział szef stacji. - Wiem, dokąd poszedł.

- Keff - odezwał się głos nad jego głową. - Pilna wiadomość od Carialle.

Keff odwrócił leniwie głowę.

background image

- Simeon, jestem zajęty. Sprawa prywatna. 

Susa   wyciągnęła   rękę,   zmierzwiła   mu   czuprynę.   Keff   wdychał   zapach   młodej   kobiety, 

przesuwał dłonie po jej ciele. Jedną ręką ściągał górną część jej stroju, a drugą pieścił pośladki i 

talię. Przywarła do niego nogami, szukając dłonią klamry paska.

- Pilna, ważna wiadomość od Carialle - powtórzył Simeon.

Keff z żalem oderwał swe usta od warg Susy. Jej oczy pełne były wyrozumiałości. Nie 

zrobił najmniejszego ruchu głową.

- No dobrze, Simeon. Łącz!

- Keff - powiedziała zaniepokojona Carialle. - Wracaj natychmiast. Musimy jak najszybciej 

opuścić stację.

- Dlaczego? - spytał poirytowany mężczyzna. - Przecież na pewno jeszcze nie skończył się 

załadunek.

- Nie, ale nie możemy czekać. Musimy ruszać. Chodź szybko!

Keff z westchnieniem odsunął się od Susy i rozdrażniony przemówił do nadajnika w suficie.

-   A   co   z   moją   przepustką?   Wiesz,   że   niczego   tak   nie   uwielbiam,   jak   spędzać 

dziewięćdziesiąt   dziewięć   procent   czasu   z   tobą,   ale   jest   ten   jeden   procent,   gdy   my,   ludzie, 

pragniemy...

Carialle przerwała mu:

- Keff, Generalny Inspektor jest na stacji.

- Co? - Keff usiadł z wrażenia.

- Domaga się kolejnego spotkania, a wiesz, czym to pachnie. Musimy oddalić się stąd tak 

szybko, jak tylko nam się uda. 

Keff wskakiwał w swój ubiór.

- Mamy paliwo? Co z zapasami?

Z ukrytego głośnika dobiegł głos Simeona:

- Macie jedną trzecią. To tyle, ile możecie dostać. Mówiłem, że krucho ze wszystkim.

- Daleko na tym nie zajedziemy. Zrobimy jeden etap albo dwa krótkie.

Keff wstał i już wsuwał stopy w buty. Susa usiadła i naciągała na obnażone ramiona górną 

część   stroju.   Rzuciła   krótkie   spojrzenie   w   stronę   Keffa.   Była   w   nim   mieszanina   żalu,   ale   i 

zrozumienia.

-   Uzupełnimy   zapasy   gdzie   indziej   -   zapewniała   Carialle.   -   Który   kierunek   jest 

najbezpieczniejszy, Simeon?

- Już pójdę - powiedziała Susa, wstając z łóżka. Położyła  rękę na ramieniu Keffa. Ten 

pochylił się i pocałował ją.

-   Im   mniej   wiem,   tym   mniej   będę   musiała   zeznać   pod   przysięgą.   Życzę   wam   obojgu 

background image

bezpiecznej podróży. 

Posłała Keffowi długie spojrzenie spod ciemnych rzęs.

- Może następnym razem będzie lepiej. 

Odeszła bez żalu, bez zrzucania winy na kogokolwiek. Keff był pełen podziwu dla takiej 

postawy. Carialle, jak zwykle, miała rację: najlepszym partnerem człowieka może być tylko inny 

człowiek. Mimo wszystko czuł się lekko sfrustrowany tym, że nie doszło do spełnienia seksualnych 

zamiarów. Trzeba będzie wykorzystać tę energię w pożyteczny sposób. Gdy udało mu się wreszcie 

założyć buty, wybiegł na korytarz. Widział Susę, która szła w stronę windy. Z rozmysłem obrócił 

się i wybrał inną drogę w kierunku swego statku.

- Simeon, trzymaj mnie z dala od Maxwella-Coreya. Przebiegł przez łuk korytarza i dotarł 

do drugiej windy. Nacisnął przycisk i z niecierpliwością czekał na otwarcie drzwi.

- Jesteś na dobrej drodze - usłyszał głos szefa stacji. 

Wszedł do windy. Drzwi się zamknęły.

- No, już dobrze. Teraz odwagi.

- Co z sektorem G? - spytała Carialle, gdy Keff dotarł na pokład CK-963.

Na wszystkich monitorach w głównej kabinie pojawiły się mapy nieba. Keff skinął w stronę 

kolumny Carialle i usiadł w fotelu awaryjnym, przeglądając instrukcję odlotu.

- Wszystko będzie w porządku, jeśli nie chcemy podążać w stronę Saffronu. To tam statki 

floty namierzyły ludzi Belazira. Nie chcesz się z nimi spotkać?

- Wiesz, że nie.

- A sektor M? - spytał Keff, wpatrując się w mapę, którą miał bezpośrednio przed sobą. - 

Ostatnio nam się tam powiodło.

- Ostatnio to Zagubieni spowodowali całe zamieszanie z zegarem - przypomniała Carialle 

bez żadnej aluzji. - To miało być powodzenie?

- Jest jeszcze parę układów w tym rejonie, które chcieliśmy sprawdzić. Pasują do koncepcji 

złożonych  form życia  - spokojnie  powiedział  Keff.  - Sprawdzilibyśmy MBA-487-J,  gdyby nie 

kłopoty z paliwem i konieczność powrotu. Pamiętasz, Cari?

-   Jak   pech,   to   pech   -   odparła   Carialle   bez   entuzjazmu,   nie   chcąc   roztrząsać   własnych 

błędów. - Tracimy czas.

- A może wylecimy poza Światy Centralne? Gdzieś w górne galaktyki?      

- Maxwell-Corey pojedzie stąd w stronę DND-922-Z - powiedział Simeon.

- Nie możemy sobie pozwolić na to, aby udał się za nami - wycedziła Carialle.

Keff wpatrywał się we wskaźniki poziomu paliwa.

background image

- Co byś nam poradził, Simeonie? - zapytała Carialle, mocując wszystkie luźne elementy i 

zamykając   z   sykiem   śluzę   powietrzną.   Wskaźniki   Carialle   drgnęły,   gdy   włączyła   zasilanie. 

Składniki pokarmowe, paliwo, baterie - poniżej połowy stanu. Nie uśmiechało się jej odlatywać w 

takich warunkach, ale nie miała wyboru. W przeciwnym razie czekało ją długotrwałe śledztwo, 

wywiady, rozmowy - a może nawet unieruchomienie na dobre.

- Mam tu coś ciekawego, czym możecie się zająć - powiedział Simeon, wpisując wybrany 

plik do pamięci Carialle. - Jest to sprawozdanie kapitana statku transportowego, który przeleciał 

przez sektor R. Jego spektroskopy wykryły promieniowanie w pobliżu RNJ-599-B. Nie mamy 

żadnych dowodów na istnienie jakiegoś osadnictwa w tamtych rejonach. To może być ciekawe.

- Gwiazdy typu G - stwierdził Keff z aprobatą. - Wiem, co miał na myśli. Spektroanaliza, 

Cari?

- Wszystko wskazuje na to, że mogły tam powstać planety - odpowiedział mózg. - Jaka jest 

opinia Wydziału Dochodzeniowego?

- Nikt jeszcze nie przeprowadził żadnych badań w tamtej części sektora R - rzekł Simeon z 

wyjątkową uprzejmością.

- Nikt? - spytała Carialle, przeglądając pliki informacyjne. - W istocie!

- Będziemy więc pierwsi? - spytał Keff z tym samym podnieceniem w głosie.

Pragnienie pionierskiego dotarcia tam, gdzie jeszcze nie był nikt ze Światów Centralnych, 

było silniejsze niż strach przed Generalnym Inspektorem.

- Nie ma się nawet na czym wzorować - stwierdziła Carialle, wyświetlając mapy nieba bez 

żadnych tras. Keff wysyłał sygnały kierunkowe.

- Poszukiwać nowych światów, śmiało podróżować...

-   Cicho   -   powiedziała   ostro   Carialle.   -   Chciałbyś   pierwszy   postawić   swą   stopę   na 

powierzchni nowych lądów.

- Macie jeszcze dwadzieścia sekund - zakomunikował Simeon. - Nie mówcie mi, dokąd 

lecicie. Lepiej, żebym tego nie wiedział. Macie moje błogosławieństwo. Wracajcie szczęśliwie. Jak 

najprędzej.

- Postaramy się - dorzucił Keff, zapinając pasy. - Dzięki za wszystko, Simeonie. Cari, pełna 

gotowość...

Nie było już słychać dalszej części wypowiedzi, gdyż CK-963 odcumował od przystani i 

uruchomił silniki sterownicze lewej strony.

background image

ROZDZIAŁ 2

Z czujnika akustycznego na prywatnej częstotliwości Simeona rozległ się pełen złości głos 

Generalnego Inspektora:

- CK-963, odbiór!

- Namierzony!  - krzyczał Keff, uderzając dłonią o kanapę, na której  siedział. Następna 

chrapliwa wypowiedź wywołała kolejny okrzyk. - Złap nas, jeśli potrafisz, bazyliszku!

Cicho! - zareagowała Carialle w taki sposób, aby jej głos był wyraźnie słyszalny. - Dzie... 

dziewięćset... sły... szę - Keff nie mógł powstrzymać się od śmiechu. - Proszę... po... wtórzyć...

- Powtarzam: wracać! Macie spotkanie ze mną o dziesiątej czasu południkowego, a już jest 

dziesiąta piętnaście. - Carialle wyobraziła sobie jego pulchną, wąsiastą twarz, czerwoną ze złości. - 

Jak śmieliście odlecieć bez mojego zezwolenia? Muszę się z wami spotkać!

- Przepr... - mówiła Carialle - rozłączamy się. Przyślemy sprawozdania, Inspektorze.

-   Słyszę,   Carialle   -   rozeźlony   głos   huczał   w   głośniku.   -   Nie   ma   żadnych   zakłóceń   w 

przekazie. Róbcie zwrot o 180 stopni i wracajcie. Widzę was u siebie za dziewięćdziesiąt minut. 

Maxwell-Correy wyjechał.

- Ooo - powiedział wesoło Keff. 

Uniósł głowę, zwrócił się w stronę podestu Carialle i mrugnął znacząco.

- Maxwell-Correy nie uwierzy, że ostatni zwrot, to coś zupełnie bez znaczenia, co?

- Będzie musiał - stwierdziła zdecydowanie Carialle. - Nie mam zamiaru wracać i poddawać 

się badaniom móżdżku. Co za biurokrata! Wiem, że nic mi nie jest. Ty też jesteś w porządku. 

Dlaczego za każdym razem po lądowaniu na planecie i zakończeniu wyprawy musimy się zginać i 

kaszleć na zawołanie? Wylądowałam, poddałam się czyszczeniu i dekontaminacji, sporządziłam 

wyczerpujący raport dla Wydziału Dochodzeniowego. Niech mi dadzą spokój i nie rozgrzebują 

przeszłości.

- Dobrze,  że  Simeon  nas ostrzegł  - powiedział  Keff, przeglądając  na  swoim monitorze 

informacje dotyczące aktualnego stanu statku. - Chyba nie oberwie za to. Patrz! Tylko trzydzieści 

procent paliwa i żywności?

- Wiem - rzekła Carialle ze skruchą. - Ale co mogłam zrobić? 

- Nie ma rady - zgodził się Keff. - Szczerze mówiąc, lepsze to niż czekanie na następne 

dostawy, bo nie wiadomo, co by się mogło stać. Pełne zbiorniki i uzupełnione zapasy jedzenia nie 

mogłyby   zrekompensować   całej   tej   hecy   z   Maxwellem-Correyem.   W   końcu   jednak   kiedyś 

będziemy musieli wrócić. 

- Trzeba się upewnić, czy Simeon sam sobie z nim poradzi. Na wszelki wypadek prześlę mu 

pytanie o to, czy Maxwell-Correy wyleciał do sektora D...

background image

- Albo gdzieś równie daleko. Możemy przecież wytrzymać na tych żelaznych zapasach do 

chwili, gdy otrzymamy od Simeona wiadomość, że wszystko w porządku - zaproponował Keff, 

chociaż Carialle zauważyła, że nie było to powiedziane z pełnym przekonaniem.

- Jeśli Generalny Inspektor ma dość sprytu...

- ...albo jest podstępny, jak nikt inny...

- ...to przejrzy pliki z przekazami i dowie się o czasie naszego pobytu, a potem wstrzyma 

przekazywanie wszelkich zapasów dla CK-963 na wszystkich stacjach.

-   Nie   dojdzie   do   takiej   sytuacji,   moja   droga   -   powiedział   Keff,   przybierając   pozę   sir 

Galahada. - Tymczasem polecimy w stronę sektora R i zobaczymy, co tam jest.

Entuzjastycznie machnął rękoma i wskazał na dziób statku. Carialle się zaśmiała.

- Dobrze - powiedziała. - Na czym to skończyliśmy? Czarownik ukazał się na ścianie i 

przemówił swym skrzeczącym tenorem.

- Rycerzu, masz już teraz swój Zwój. Czy chcesz jeszcze o coś spytać?

Z grymasem na twarzy Keff chwycił szablę i ruszył mu na spotkanie.

Gdy Keff ścigał rycerzy po głównej kabinie, Carialle skoncentrowała się na tym, aby nie dać 

się namierzyć Generalnemu Inspektorowi.

Po ustaniu przekazu Maxwella-Correya wykryła, że z SSS-900 wysłano bezzałogową sondę 

z oficjalnym wezwaniem. Przeważnie wokół stacji panował spory ruch, więc bez wielkiego wysiłku 

można było skierować taką sondę za jakimś innym pojazdem, tym bardziej że nie posiadała mózgu. 

Czas potrzebny na to, aby wykryć błąd, wystarczy, żeby opuścić sektor i udać się w nieznane rejony 

galaktyki.

Później, gdy już zagrożenie minie, Carialle sporządzi skargę do Stowarzyszenia do Walki o 

Ochronę Praw Mniejszości Obdarzonych Inteligencją. Z reguły tak właśnie postępowała.

Nieskrępowany ruch, pełne panowanie nad silnikami i wykorzystanie zdolności było jedną z 

najważniejszych   rzeczy   w   jej   życiu.   Każdorazowe   zagrożenie   tego   prawa   wywoływało   u   niej 

reakcję, która uzasadniała stwierdzenie przez Generalnego Inspektora nadpobudliwości.

Gdzieś w oddali namierzyła pozycję dwóch małych statków podążających jej pierwotnym 

kursem. Na razie jeden-zero dla Generalnego Inspektora. Wiedział, że nie będzie chciała słuchać 

jego   poleceń,   więc   rozkazał   zorganizować   pościg.   Mogło   to   także   oznaczać,   iż   wysłał   sygnał 

ostrzegawczy w związku z rzekomym zagrożeniem dla niej samej i załoganta oraz konieczności 

ściągnięcia ich do bazy bez względu na okoliczności. Czy te małe pojazdy będą w stanie wykryć 

promieniowanie cieplne? Powinna już być o jeden etap przed starym Sennetem i spodziewać się 

tego typu błazeństw. Pozostało jej tylko zachować spokój. Cóż, trudno było opanować drżenie “v 

wołane bliskością Generalnego Inspektora. Skorygowała poziom adrenaliny. Tylko spokój! Spokój! 

background image

Myśl!

Szybki rzut oka na mapę nieba potwierdził nieznaczne przemieszczenie się burzy jonowej. 

Skierowała się w tamtą stronę. Przeszła jej skrajem, a następnie, zdając się na komputer, wybrała 

obszar o maksymalnie dużej dawce promieniowania - osłony zabezpieczały przed uszkodzeniem. 

Przemknęła chyżo po granicznej płaszczyźnie niczym deską surfingową po pofalowanej kipieli. 

Wspaniałe przeżycie! Zwykli piloci, którzy nie są w stanie bezpośrednio odczuć nacisku na kadłub, 

nigdy nie odważyliby się na coś podobnego. Ponadto ich wskaźniki radarowe nie wykryłyby jej w 

tej jonowej zamieci.

Krótko mówiąc, Carialle była przekonana, że zgubiła intruzów. Wykonała zwrot, wyszła z 

rejonu   burzy   i   obserwowała   pierścieniowate,   opalizujące   halo,   które   zostało   z   tyłu,   gdy 

maksymalnie zwiększyła moc silników.

Keff przypatrywał się hologramowi “wiejskiego pubu”. Spojrzał na jej postument, gdy znów 

się zwróciła do niego.

- Pozbyliśmy się niechcianego towarzystwa?

- Dzięki odrobinie szczęścia i odporności płyt antypromiennych umknęliśmy ulubieńcom 

złego czarownika - powiedziała Carialle. A teraz, czas na piwo.

Sprawdziła stan zużycia adrenaliny, uzupełniła szybko białka i witaminę B-complex.

Keff uniósł szklankę w jej stronę. Szybka analiza dała wyraźną odpowiedź: złoty napój 

wyglądał jak piwo, ale był to tylko bezalkoholowy roztwór elektrolitów, który Keff spożywał po 

swoich ćwiczeniach.

- Za twoją szybkość i spryt, moja droga, oraz za prezenty dla naszych wrogów. A co z kawą?

- W porządku, wszystko gra, proszę pana - odparła, ukazując na ścianie obraz salutującego 

żołnierza piechoty morskiej. - Szef zaopatrzenia przemycił trochę łakoci, gdy Simeon był zajęty 

przesyłaniem komunikatów. Mam nawet trochę czekolady, najlepszy gatunek, Best Demubian.

Keff promieniał z radości.

-   Cari,   teraz   wiem,   jak   bardzo   mnie   kochasz.   Czy   miałaś   czas,   aby   zrealizować   moje 

specjalne zamówienia? - spytał, obracając głowę.

- Skoro o to ci chodzi, to w ładowni są dwa zaadresowane do ciebie pudła.

Bum, bum! Bum, bum!

Rozstawienie   błyszczącego   przyrządu   ze   stali,   rotofleksu,   nie   wymagało   wiele   czasu. 

Nagrana na wideo instrukcja obsługi wyjaśniała, jak z niego korzystać. Keff siedział na skórzanej 

ławeczce. Z obu stron znajdowały się koła osadzone na ramionach. Czerwony z wysiłku unosił 

ciężarki  aż  na  wysokość obojczyka,  a  potem zwalniał  je. Przy  uderzaniu  o  amortyzatory linki 

napinające wydawały metaliczny dźwięk. Keff przymykał z wysiłku oczy. Ścięgna szyi ukryte pod 

lśniącą od potu skórą były prawie tak grube jak postronki.

background image

- Dwieście trzy - mruknął. - Ale ciężar! Dwieście cztery. Dwieście...

-   Spójrzcie   na   mnie   -   powiedziała   Carialle   niskim   głosem,   naśladując   styl   z 

trójwymiarowych   reklamówek.   -   Zanim   zacząłem   ćwiczenia,   byłem   chudzielcem   ważącym 

czterdzieści cztery kilogramy. A teraz, popatrzcie. I wy możecie...

-   W   porządku,   daj   już   spokój   -   powiedział   Keff,   opuszczając   ciężarki.   Zadźwięczały 

metalicznie, opadając na swoje miejsca. Keff wstał z siodełka i wytarł ręcznikiem spocone ciało.

- Nie wystarcza zwyczajny ciężar. Chcę sprawdzić, jak silny jest ten przyrząd.

- Chcesz powiedzieć, ile ty jesteś w stanie wycisnąć? Jeszcze sobie kiedyś zrobisz krzywdę - 

ostrzegła Carialle.

Zauważyła, że puls Keffa zaczął spadać z ponad dwustu uderzeń na minutę.

- Większość wypadków zdarza się w domu - zauważył Keff z grymasem na twarzy.

- Bardzo mi przykro, że musiałam przerwać ci randkę z Susą - usprawiedliwiała się Carialle 

po raz dwudziesty.

- Nie ma sprawy - oznajmił Keff przekonywająco. - Można było znaleźć lepszy sposób na 

przyspieszenie bicia serca, ale i tak ci się udało. Dzięki!

Ziewnął i przeciągnął się.

- Mam ochotę na prysznic i spanko, moja droga.

- Dobranoc, muskularny mocarzu.

Wkrótce całe wnętrze statku ogarnęła cisza i spokój. Słychać było jedynie szum pracujących 

urządzeń. Technicy z SSS-900 zrobili kawał dobrej roboty, chociaż okoliczności. zmusiły ich do 

pewnego pośpiechu. Carialle sprawdzała poszczególne systemy i układy, zapisując to, co zostało 

naprawione lub wymienione. Zajęło jej to trochę czasu. Czuła, że brakuje jej towarzystwa. Było to 

dość przewrotne, bo wiedziała, że Keff pośpi kilka godzin.

Nie była jeszcze zbyt daleko od wytyczonych szlaków, którymi poruszały się statki. Mogła 

poplotkować z innymi, ale nie chciała nawiązywać łączności, żeby przypadkiem Maxwell-Corey 

nie wykrył jej położenia. Wymuszony stan ciszy zostawiał jej mnóstwo czasu na przemyślenia.

Keff mruczał i stękał we śnie. Carialle włączyła znajdującą się za zamkniętymi drzwiami 

kamerę i na krótko zerknęła do jego kabiny, a potem wyłączyła światła, żeby nie burzyć jego 

spokoju. Leżał na swojej koi na wznak, z ręką na twarzy. Cienką kołdrę odrzucił poniżej pasa, tak 

że przykrywała jedną nogę, która poruszała się miarowo. Jedna z jego cennych książek leżała 

otwarta   na  nocnej   szafce.   Cały   ten   widok   był   godzien   płótna   któregoś   z   wielkich   mistrzów 

malarstwa   -   Herkules   odpoczywający   po   pracy.   Sfrustrowany   brakiem   kobiecego   towarzystwa 

ćwiczył zawzięcie i pracował nad muskulaturą. Potem odczuwał zapewne przez jakiś czas ból,  a 

nawet   spał   nie   bardzo   spokojnie.   Z   biegiem   czasu   ćwiczenia   stawały   się   coraz   bardziej 

background image

wyczerpujące, ale Keff był dumny z utrzymywania dobrej kondycji.

Carialle   uważała,   że   ludzie   są   śmieszni.   Najpierw   wkładają   wysiłek,   żeby   zwiększyć 

mięśnie, a potem, aby ogromnym nakładem sił je utrzymać. Pewne ćwiczenia, które uważali za 

sprzyjające zdrowiu,  niektórym  mogły wcale nie  służyć. Dążyli  do osiągnięcia  celów,  które w 

następnych pokoleniach zatracały znaczenie i nie pozostawiały żadnego trwałego śladu. Mimo to z 

entuzjazmem trwali w spełnianiu drobiazgów, mając nadzieję, że utrzymają się na powierzchni 

życia i zdobędą uznanie następców.

Carialle   bardzo   lubiła   Keffa.   Nie   dopuszczała   do   siebie   myśli,   że   mogłoby   mu   się 

przydarzyć coś złego. Przyczynił się do jej powrotu do normalności i chociaż nie był tym, kim 

Fanine - któż mógłby ją zastąpić? - miał wiele zalet. Sprawił, że wróciła jej chęć do życia, a potem 

łagodnie nakłonił ją do realizacji celu, który sam chciał osiągnąć - znalezienia gatunku zdolnego do 

kontaktu   z   człowiekiem,   wymiany   kulturalnej   i   naukowej,   mającego   szerokie   horyzonty. 

Zastanawiała się, czy jego krótkie życie, a do tego jeszcze krótszy okres umowy z Wydziałem 

Badawczym Światów Centralnych wystarczy, aby zrealizować przydzielone zadanie. Kiedyś okaże 

się, że sann będzie musiała kontynuować rozpoczęte dzieło. A jeśli istoty, których szukają, w ogóle 

nie istnieją?

Mózgowce takie jak ona mają pamięć dobrą, ale zawodną. Czy za trzysta albo czterysta lat 

będzie jeszcze pamiętać Keffa? Czy będzie chciała pamiętać, żeby nie odczuwać bólu po stracie? 

“Jeśli znajdę te istoty po twojej... nazwę je twoim imieniem”, przyrzekała w ciszy, wsłuchując się w 

spokojny oddech Keffa. Tyle nieśmiertelności mogła mu obiecać.

Wszystkie   istoty,   z   którymi   dotychczas   mieli   kontakt,   nie   były   zdolne   do   odczuwania 

czegokolwiek. Były interesujące dla psychologów badających zachowania, dla biologów, ale ani 

Zagubieni, ani Wielkie Gryzonie, ani Skrzydlate Smoki czy Hydry nie okazały się tym, czego 

szukali.

Nadzieja na odkrycie  nowego gatunku pojawiła się pięć lat i cztery miesiące temu, gdy 

odebrali sygnał radiowy nadany przez przedstawicieli jakiejś rasy, która zdawała się być bardzo 

cywilizowana i inteligentna. Keff próbował wykorzystać TS, aby zrozumieć treść przekazu. Oboje 

byli niezwykle podnieceni, sądząc, że odkryli gatunek, z którym można by prowadzić wymianę 

doświadczeń kulturalnych i technicznych. Wkrótce okazało się, że mieszkańcy Jove II istnieli w 

takich   warunkach   ciśnienia   i   atmosfery,   które   zupełnie   uniemożliwiała  fizyczną   obecność. 

Pozostawał   tylko   kontakt   korespondencyjny.   Światy   Centralne   zmuszone   były   ograniczyć 

komunikowanie się z Kwasowcami do transmisji radiowych. Właściwie trudno uznać to za jakiś 

sukces, chociaż nie była to też klęska. Nie nawiązano jednak prawdziwego kontaktu.

Może tym razem, w trakcie misji skierowanej do sektora R, zdarzy się coś godnego uwagi, 

coś, co okaże  się diamentem wśród popiołów. Taka nadzieja pchała  ich w głąb  nie   zbadanej 

background image

przestrzeni,   daleko   od   znanej,   swojskiej   galaktyki   i   możliwości   łączności   z   przyjaciółmi 

znajdującymi się w podobnych statkach. Carialle zdecydowała się nie mówić Keffowi, że jej równie 

mocno zależy na nawiązaniu pierwszego kontaktu. Nie chodziło tylko o to, aby być pierwszym 

statkiem załogowym,  który napotka  coś zupełnie nowego, ale patrząc bardziej  przyszłościowo, 

zgubić te wszystkie węszące, małe pojazdy szpiegowskie.

Dla   mózgu   statku   kosmicznego   mającego   ogromne   możliwości   wyszukiwania   i 

sprowadzania danych oraz superszybkiego przywoływania wszystko, co istnieje w pamięci, jakby 

dopiero co się zdarzyło. Zapominanie wymagało pewnego wysiłku: decyzji o usunięciu faktów z 

banku   danych.   Nieraz   tak   działająca   pamięć   była   przekleństwem.   Carialle   zmuszana   była   do 

ciągłego   sprawdzania   zdarzeń,   które   doprowadziły  do  wypadku.  Trapiła   ją   powracająca   zmora 

bezlitosnych i nieubłaganych sekwencji obrazów z przeszłości - nawet teraz, w czasie spokojnego 

lotu.

Szesnaście lat temu, działając w imieniu Służby Kurierskiej, przybyła wraz z pierwszym 

załogantem, Fanine, do małej stacji naprawczej na obrzeżach Światów Centralnych. Kosmonauci, 

którzy tam przebywali, złożyli skargę do Centralnego Komputera, jakoby zostali okradzeni. Po 

jakimś czasie, nawet po kilku miesiącach od opuszczenia SSS-267, zapisano na ich

  

konto mnóstwo 

drogocennej aparatury. Fanine zbierała dowody przeciw całemu systemowi łapówek, przekupstwa i 

szwindli, potwierdzając podejrzenia Centralnego Komputera. Wysłała komunikat, informując, że 

mają wystarczające dowody i wracają z nimi do bazy.

Nigdy nie spodziewałyby się sabotażu, ale przecież powinny; Carialle poprawiła się: ona 

powinna zwracać większą uwagę na to, co robi obsługa w czasie ostatecznego przeglądu przed 

opuszczeniem   CF-963.   Pamiętała   bulgotanie   paliwa   zapełniającego   zbiorniki:   było   zimne, 

niezwykle zimne, jakby schłodzone w próżni. Mogła odmówić, powinna była odmówić tankowania.

W  czasie   lotu   powrotnego   do   Światów   Centralnych   dziwna   substancja   rozpuszczona   w 

paliwie   pozostawała   gdzieś   na   dnie.   Silniki   stopniowo   zużywały   właściwe   paliwo,   aż   zaczęły 

pobierać ciecz z dołu. Wreszcie stężenie roztworu osiągnęło stan krytyczny i nastąpił zapłon.

Czujniki wyłączyły się w chwili eksplozji, ale tamten moment - 10:54:02:351 - wrył się 

Carialle głęboko w pamięć. Nastąpił kres życia Fanine, a Carialle została wyrzucona w ciemną 

otchłań.

Najpierw uderzyło ją przenikliwe zimno. Jej temperatura powinna wynosić 37 stopni, a w 

kabinie   około   dwudziestu   jeden.   Carialle   nadała   sygnał   regulacji   ogrzewania,   ale   okazał   się 

nieskuteczny. Wszelkie funkcje silników napędowych ustały i nie miała na nie wpływu. Miała 

wrażenie, że usunięto jej kończyny - w wypadku mózgu wszystkie synapsy odpowiedzialne za ruch 

- a najgorsze, że także i za wzrok. Była bezbronna i niewidoma. Wszystkie jej zewnętrzne układy i 

background image

systemy, poza kilkoma czujnikami dźwięku i skóry, przestały działać. Wołała Fanine, ale nikt nie 

odpowiadał.

Wstrząs   psychiczny   paraliżował   uczucia   przerażenia   i   strachu.   Była   odseparowana, 

odłączona od wszystkiego, jakby nic się, jej nie przydarzyło. Ze spokojem zrewidowała to, co było 

wiadome.   Miała   miejsce   jakaś   eksplozja.   Naruszona   została   konstrukcja   kadłuba   statku.   Brak 

łączności z Fanine. Może Fanine nie żyje. Carialle nie miała żadnych urządzeń wizyjnych ani 

możliwości wpływu na ich działanie, nawet gdyby nie były zniszczone. Utrata zdolności widzenia 

była   najgorsza.   Gdyby   widziała,   mogłaby   dokonać   oceny   sytuacji.   Zostały   zapasy   żywności   i 

działała recyrkulacja powietrza, więc awaryjne zasilanie funkcjonowało mimo odcięcia systemów 

pokładowych. Zachowały się rezerwy związków chemicznych i enzymów.

Po   pierwsze   należało   wezwać   pomocy.   Posługując   się   resztką   systemu   synaps,   zdołała 

znaleźć   połączenie   awaryjnej   wiązki   kierunkowej.   Nie   wiedziała,   czy   w   ogóle   zadziała,   ale 

włączyła ją, co przynajmniej miało zbawienny wpływ na jej samopoczucie.

Zaczęła odmierzać czas, licząc sekundy. Bez zegara nie miała szans, aby przekonać się, na 

ile ten sposób jest dokładny, ale przynajmniej zajęło to część jej potencjału umysłowego. Zbyt 

szybko zużywała endorfinę i serotoninę. Musiała przestawić się na techniki opanowania stresu, 

które   kiedyś   w   młodości   wpajali   jej   cierpliwi   instruktorzy,   gdy   sądziła,   że   jest   nieśmiertelna. 

Śpiewała   wszystkie   znane   piosenki   i   nuciła   wszelkie   melodie,   recytowała   wiersze   od   czasów 

średniowiecza, tłumaczyła utwory literackie, dzieliła na poszczególne wersy, komponowała do nich 

muzykę, medytowała i zamieniała w wewnętrzny krzyk.

To   wszystko   dlatego,   że   większa   część   jej   samej   chciała   się   zamknąć   w   kuli   w 

najciemniejszych zakamarkach umysłu i przerażenia. Znała wszystkie historie o mózgach, które 

cierpiały na deprywację sensoryczną, czyli odcięcie dopływu bodźców z otoczenia. Opowieści o 

histerii   i   pomieszaniu   zmysłów   znane   były   w   szkołach,   gdzie   przebywały   młode   mózgowce. 

Doskonale ilustrowały nieuchronne pogrążanie się w chorobę: najpierw nadchodził strach, potem 

nieufność i wreszcie rozpacz. Halucynacje zaczynały się wtedy, gdy synapsy, w oczekiwaniu na 

stymulację, odrzucały wzorce, które w pełni świadomy i przytomny mózg usiłowałby traktować 

jako racjonalne, prowadząc w końcu do nieodwołalnego obłąkania. Carialle aż wzdrygnęli się na 

wspomnienie tego, jak dzieci szeptały sobie ultradźwiękiem, który mógł być rozpoznawany przez 

monitory  komputerów,   o   wrażeniach   słuchowych   przynoszących   wizje   czegoś   co   w   ogóle   nie 

istniało.

Ku swemu przerażeniu stwierdziła, że to wszystko właśnie dotyczy jej samej. Pozbawiona 

wzroku   nie   widziała   niczego   mając   w   świadomości   jedynie   obraz   przestrzeni   kosmicznej   Nie 

odbierała   bodźców   akustycznych,   nie   posługiwała   się   dotykiem.   Zanikały   układy   sterowania 

pamięcią. Było jej coraz zimniej w tej ciemności. W końcu zaczęła odczuwać stukanie w swą 

background image

powłokę i odbierać drgania.

Nagle zdała sobie sprawę z tego, iż nie było to dzieło wyobraźni. Ktoś, nie wiadomo po jak 

długim czasie, zareagował na sygnał wiązki kierunkowej i zbliżał się w jej stronę. Ożywiona tym 

Carialle, korzystając z łączy komputerowych, wysłała sygnał na wszystkich częstotliwościach i 

krzyczała w nadajnik akustyczny w nadziei, że ktoś ją usłyszy i zrozumie.

- Jestem tutaj! Żyję! - wołała. - Na pomoc! 

Znajdujące   się   wokół   istoty   nie   zwracały   na   nic   uwagi.   Ich   ruchy   nie   ustały.   Wciąż 

odczuwała gorączkowe skrobanie. 

Jej umysł, początkowo skłaniający się niebezpiecznie ku obłędowi, skoncentrował się na 

tym pojedynczym fakcie, próbując znaleźć sposoby przedarcia się poza barierę poszycia. Czuła 

odrywanie   poszczególnych   elementów   powłoki,   rozłączanie   sensorów   powodujące   agonię 

zakończeń nerwów. Myślała, że wybawcy przedzierają się przez spalony, porozrywany kadłub lub, 

aby do niej dotrzeć, ale pukanie i chrobotanie trwało za długo. Obcy ratowali kadłub, ale przecież 

ona   była   żywa   i   znajdowała   się   wewnątrz!   To   już   przechodziło   wszelkie   granice,   dałoby   się 

porównać do okaleczenia przeszczepów. Wołała, krzyczała, chcąc zwrócić na siebie ich uwagę, ale 

nie słuchali, nie słyszeli, nie przestawali.

Kim   byli?   Każdy  podróżujący  w   kosmosie   i   pochodzący  ze   kwiatów   Centralnych   znał 

emblemat statków z mózgiem. Nawet mieszkańcy lądów musieli widzieć trójwymiarowe obrazy 

kolumny  ochronnej   z   tytanu,   w   której   umieszczano   mózgowce.   Nie   wiedziała,   czy  usiłowanie 

otwarcia powłoki bez należytej ostrożności oznaczało, że musieli być spoza Światów Centralnych 

albo spoza systemów związanych z tą organizacją. Zupełnie obcy? Czyżby byli spoza centralnego 

systemu?

Skrobanie ustało tak nagle, jak się zaczęło, w momencie gdy była całkowicie pewna, że 

ratownicy   przerywają   połączenia   z   układem   recyrkulacji   powietrza   i   zasobami   środków 

żywnościowych. Carialle znów została zupełnie sama. Wiedziała że, jest bliska obłędu. Z  trudem 

zaczęła liczyć, przypominając sobie wygląd poszczególnych cyfr, delektowała się nimi, wczuwała 

się w ich sens, posuwała się powoli w stronę coraz większych wartości, dalej i dalej. Nie zdawała 

sobie sprawy z tego, jak i czym różnią się liczby, czym właściwie są.

Trzy miliony sześćset dwadzieścia cztery tysiące pięćset  osiemdziesiąt trzy sekundy później 

pilot   wojskowego   transportera   odebrał   sygnał.   Umieścił   kapsułę   w   ładowni.   Zrobił   to,   czego 

wymagały zasady udzielania pierwszej pomocy mózgowcowi - przywrócił jej zdolność widzenia. 

Po przybyciu do najbliższej stacji ekipa techniczna natychmiast przystąpiła do akcji. Carialle zalana 

była własnymi odpadami - nie udało się jej przekonać nikogo, że ratowanie uszkodzonego kadłuba 

przez jakieś nieznane istoty było prawdziwą wersją wydarzeń. Nie było właściwie żadnego dowodu 

background image

na to, żeby po wypadku cokolwiek stykało się z jej statkiem. Charakter uszkodzeń i wgniecenia 

świadczyły bowiem o eksplozji i uderzeniach różnego rodzaju odpadów kosmicznych. Pokazano jej 

poskręcaną skorupę będącą resztką tego, co było kiedyś systemem podtrzymywania życia. W czasie 

eksplozji uratowało ją szczęśliwe zasklepienie otworu, które nastąpiło pod wpływem ciepła. W 

przeciwnym razie narażona byłaby na bezpośrednie oddziaływanie próżni. Z uwagi na zwiększony 

poziom  zanieczyszczeń   sądzono  jednak,  że  cała   ta  historia  jest   wytworem  jakichś  halucynacji. 

Carialle była całkowicie przekonana, że niczego sobie nie wymyśliła. Ktoś był wtedy na zewnątrz. 

Na pewno był!

Historia niczym z baśni dla dzieci na szczęście się nie ziściła. Carialle wiele przeszła, ale jej 

zdolności myślenia nie zostały naruszone. Jej wartość zmniejszyła się nieco do czasu powrotu do 

pełnej sprawności. Carialle jeszcze długo była przerażona panującymi ciemnościami i błagała, aby 

nie zostawiać jej samej. Doktor Dray Perez-Como, jej osobisty lekarz, sporządził listę ochotników, 

którzy   przez   cały   czas   przy   niej   czuwali,   sprawdzając,   czy   jest   w   stanie   odbierać   wrażenia 

wzrokowe z któregokolwiek czujnika optycznego. Trapiły  ją koszmary, krzyczała w ciemności, 

ciągle   słysząc   dźwięki   dobywające   się   z   rozrywanego   kadłuba.   Starała   się   zwalczać   depresję, 

stosując   rozmaite   sposoby,   ale   z   powodu   braku   czegoś,   co   odwróciłoby   jej   uwagę,   “sny” 

nawiedzały ją wtedy, kiedy zmniejszała koncentrację.

Jeden z terapeutów poradził, aby Carialle spróbowała odtworzyć dręczące ją obrazy poprzez 

przeniesienie ich na płótno. Uczyła się więc posługiwania pędzlami, mieszania farb - początkowo 

skłaniała   się   ku   ciemnym   barwom   i   rozmalowywała   je   po   całej   powierzchni   płótna,   nie 

pozostawiając   żadnych   jasnych   plam.   Potem   stopniowo   wyzwalała   w   sobie   umiejętność 

uzewnętrzniania   szczegółów:   zaznaczała   pasmo   ciemnej   umbry  czy  odrobinę   żółci.  Wykazując 

staranność   i   drobiazgowość   charakterystyczną   dla   mózgowca,   tworzyła   dzieła   coraz   bardziej 

malownicze, eksperymentowała z barwą, przestrzenią i figuratywnością. Zafascynował ją kolor, 

delikatność odcieni, przechodzenie od barwy do barwy za pomocą jedynie cienkiego włoska pędzla. 

Odczuwała   coraz   większą   przyjemność   malowania,   doskonaląc   swoją   technikę   motoryczną. 

Dawało to wytchnienie po ciężkiej tragedii, która ją dotknęła.

Zauważyła, że w jej pamięci powstała luka - brakowało szczegółów ze szkoły, wczesnych 

lat   spędzonych   w   głównym   ośrodku   Centrali,   a   także   wiedzy,   którą   wtedy   nabyła.   Musiała 

odbudować   i   przywrócić   pamięć.   Straty   były   ogromne.   Brakowało   jej   słownictwa   z   języków, 

którymi kiedyś biegle władała, wiadomości naukowych, wzorów i reguł, wiedzy z nawigacji. Jak na 

ironię przypomniała sobie za to szczegóły samego wypadku, zbyt żywe, aby nie burzyć spokoju. To 

były najzwyklejsze pozbawione detali fakty przychodzące na myśl pierwszego załoganta, Fanine. 

Brakowało   wciąż   obrazu   przeżytych   wspólnie   wydarzeń,   zagrożeń,   sprzeczek   czy   radości.   Ta 

pustka była niszcząca.

background image

Statki naprawdę głęboko przeżywały utratę załoganta: nawet wtedy, gdy żył aż do wieku 

emerytalnego.   Oczekiwano,   że   i   Carialle   pogrąży   się   w   żałobie.   Odczuwała   pewne   wyrzuty 

sumienia   z   powodu   tego,   iż   udało   się   jej   przetrwać,   a   inne   życie   zostało   zakończone.   Nie 

przypominała sobie na tyle dużo o Fanine ani ich współpracy, aby doznać smutku i rozpaczy. Czy w 

ogóle darzyły się sympatią? Carialle przesłuchała zapisy ze wspólnych wypraw i rozmów. Można 

było je różnie interpretować. Dziewięć spędzonych razem lat  zostało sprowadzonych do suchych 

relacji bez żadnego osobistego zaangażowania, które pozostałoby w pamięci.

W   ramach   swoistej   terapii   zawodowej   Carialle   podjęła   pracę   przekazywania   sygnałów 

łączności   nadsyłanych   do   Centralnego   Komputera.   To   absorbujące   zajęcie   wymagało   trochę 

wysiłku lub intelektu. Korzyścią z tej pracy była ciągła obecność różnych osób i głosów, które 

otaczały Cari.

Po dwóch latach była gotowa do objęcia następnego statku.

 

Po połączeniu ostatnich synaps i 

odzyskaniu pełnej świadomości Carialle czuła niesamowite podniecenie: stanowiła znów integralną 

całość i była silna. Taka miała być: zdolna przemieszczać przestrzeń kosmiczną, gotowa i chętna do 

ważnych   misji.   Jej   przeznaczeniem   nie   było   udzielanie   odpowiedzi   układom   łączności   ani 

przemykanie transporterem ślizgowym korytarzami pełnymi ludzi.

Centralny   Komputer   zakładał   pewne   wydatki   na   akcję   ratunkową   i   opiekę   lekarską, 

ponieważ   ostatnia   misja   była   niebezpieczna,   ale   cena   nowego   CX-963   spowodowała   szok. 

Ubezpieczenie   oparte   było   na   cenie   zakupu,   a   nie   wymiany   urządzeń.   Wstępne   szacunki 

sporządzono  w  oparciu   o  cenę  oryginalnego   statku.  Okazało   się  więc,   że  jej  oszczędności  nie 

wystarczyły na pokrycie wszystkich kosztów. Nie będzie mogła wybierać misji według swojego 

uznania. Będzie musiała podejmować wiele zadań i to od razu, aby zacząć spłacać zadłużenie.

Jednocześnie jej lekarze i Centralny Komputer naciskali, aby wybrać nowego załoganta. Po 

utracie poprzedniego, Carialle nie bardzo miała ochotę rozpoczynać całą procedurę, gdyż kolejny 

towarzysz mógł zginąć w następnym wypadku. Wyraziła zgodę na spotkanie z mężczyzną, który 

był   szczególnie   rekomendowany,   ale   nie   mogła   jakoś   się   do   niego   przekonać   i   w   końcu   sam 

zrezygnował. Nie musiała mieć załoganta. Statki mózgowców mogą odbywać samotne wyprawy 

alba pracować na zasadzie krótkoterminowych kontraktów. Mogłaby dokonać wyboru. Lekarze i 

Centralny Komputer mieli sprawdzić możliwości pracy i zostawili ją w spokoju.

Dziewięć   statków   mózgowców   z   załogantami   znajdowało   się   obecnie   w   bazie   Regulus 

Centralnego Komputera, co było raczej rzadkością. Albo były w naprawie, albo oczekiwały na 

kolejne misje. Cari miała okazję porozmawiać z innymi mózgowcami. Zadbano o to, aby czuła się 

akceptowana.   Miała   świadomość,   że   wszyscy   wiedzą   o   tym,   co   ją   spotkało,  ale   nikt   sam   nie 

podejmował   drażliwego   tematu.   Ona   też   nie   chciała   o   tym   mówić.   Przysłuchiwała   się 

wypowiedziom   innych   mózgowców.   Padały  różne   słowa   -   przyjemne   i   miłe,   wesołe,   a   nawet 

background image

boleśnie szczere. Wśród znajdujących się na stacji było pięć osiemsetek i dwie siedemsetki o tak 

bogatych doświadczeniach i dużym dorobku, że Carialle nie miała śmiałości w ogóle się do nich 

zwracać; ósmy statek przygotowywał się do długiej misji, a dziewiątym była ona sama. Otwarty 

kanał przekazu dawał możliwość słuchania przechwałek o tym, co robią poszczególni załoganci, w 

jakich dziedzinach osiągają sukcesy, a także pytań odnośnie wątpliwości, kto właściwie odkrył 

planetę B, księżyc C, sprowadził ratunek dla dziewięćdziesięciu procent zagrożonych niechybną 

śmiercią   w   kolonii  A?   Osiemsetki   z   radością   opowiadały   o   nieporozumieniach,   które   mogły 

zaistnieć   między   mózgowcami   statków   a   załogantami.   Słuchając   tego   wszystkiego,   Carialle 

odczuwała   coraz   większy   smutek   z   powodu   braku   partnera.   FC-840   opowiadał   o   kłopotach 

wynikających  z konieczności zastawienia kadłuba pod wykup załoganta uwikłanego w długi po 

przegranej w kasynie. Cari z ulgą wyznała, że nigdy nie miała takich przejść z Fanine. Pierwszy raz  

doznała uczucia, a właściwie wspomnień, które wywołały szacunek dla rozsądku Fanine. Wracało 

coraz więcej wspomnień, początkowo powoli, choć wszystkie koncentrowały się wokół przyjaźni z 

Fanine,   współpracy   i   zrozumienia.   Nieuchronnie   doprowadziło   to   do   tego,   że   Carialle   z   całą 

świadomością zrozumiała swą samotność.

Oznajmiła   Centralnemu   Komputerowi,   że   chciałaby   spotkać   się   z   kilkoma   ludźmi,   aby 

doprowadzić do wyboru załoganta. Od razu otrzymała mnóstwo podań, co sprawiało wrażenie, że 

każdy   odpowiedział   na   jej   prośbę.   Zastanawiała   się,   na   ile   rozmowy   z   pozostałymi   mózgami 

nakłoniły ją do podjęcia tej decyzji. Wszystkie przecież zwracały na nią szczególną uwagę.

Pierwszy dzień rozmów z kandydatami był wyczerpujący, interesujący, pełen umizgów i 

uprzejmości. Carialle stopniowo wyeliminowała tych, którzy byli podobni z wyglądu do Fanine - 

wysokiego, jasnego bruneta o dużych stopach i dłoniach, a także tych, którzy pochodzili z tej samej, 

co Fanine planety. Na szczęście nie było ich wielu. Żaden z pierwszej tury kandydatów, niezależnie 

od płci, nie bardzo odpowiadał Carialle, choć wzbogacał listę cech idealnego, wymarzonego przez 

Carialle załoganta.

Keff był pierwszy w drugiej, porannej turze. Jego szeroka pogodna twarz i zdecydowany 

głos od razu przypadły jej do gustu. Był strasznie ruchliwy. Kręcił się po całym statku, oglądał 

kabinę, sprawdzał każdy szczegół. Rozmawiali razem o swoich hobby. Doszło prawie do kłótni, 

gdy Keff nalegał na to, aby sprowadzić sprzęt do ćwiczeń gimnastycznych. Carialle wyraziła swój 

pogląd o obsesji ludzi na punkcie formy i sprawności fizycznej, ale nie zdenerwowała się mimo 

pewnego naruszenia jej “suwerenności terytorialnej”. Keff był wdzięcznym słuchaczem. Okazał się 

bardzo ujmujący. Carialle poinformowała Centralny Komputer, że chciałaby zawrzeć umowę o 

współpracy z załogantem. Mężczyzna szybko przeniósł się na pokład razem ze swoim sprzętem.

Carialle   nie   wnikała   w   to,   jaka   procedura   zostanie   przyjęta   przez   Centralny  Komputer. 

Oczywiste było, że mózg i załogant dobierani są na bardzo długi czas, stąd konieczność wnikliwej 

background image

analizy całej sprawy. Keff i Carialle znakomicie się uzupełniali. Zapał, nadzieja i inteligencja nie 

były obce żadnemu z nich. Już w czasie wstępnej rozmowy Keff zdołał przywróci Carialle poczucie 

humoru, o którym sama zdążyła już zapomnieć.

W   czasie   pierwszych   kilku   dni   oczekiwania   na   przydział   zadań   czuli   się,   jakby 

współpracowali od lat. Oboje z nie ukrywaną szczerością podkreślali szczęśliwość losu, który dał 

im szansę spędzania razem czasu. Każde z łatwością podążało z tokiem myślenia przeciwnej strony. 

Keff po prostu stanowi drugą połowę jej duszy.

Mimo ostatnich ciężkich przejść Carialle była w doskonałe formie. Była dumna ze swych 

niezwykłych   zdolności,   które   stwarzały   możliwości   równoczesnej   realizacji   wielu   zadań. 

Współczuła normalnym ludziom. Wiele niezwykle wysublimowanych funkcji czy czynności, które 

nie sprawiały mózgowcom żadnych problemów, było poza zasięgiem możliwość zwykłych istot 

ludzkich. Cieszyło ją, że urodziła się w okolicznościach, które doprowadziły do zamknięcia jej w 

kapsule.

Dawno   temu,   przed   wiekami,   naukowcy   dokładali   starań   aby   opracować   metody 

rehabilitacji dzieci charakteryzujących się normalnym poziomem inteligencji, ale mających ciała 

nie dające szans na spełnianie funkcji motorycznych czy fizjologicznych. Po podłączeniu synaps do 

specjalnych węzłów inteligentne dziecko może manipulować kapsułą za pomocą pseudokończyn, 

które   obsługują   także   narzędzia   lub   klawiaturę.   Postęp  w   tej   dziedzinie   doprowadził   do 

skonstruowania   pierwszych   statków   kosmicznych   sterowanych   wyłącznie   przez   ludzki   umysł 

umieszczony w kapsule. Wykorzystywano też takich ludzi do nadzorowania systemów sterowania 

zakładami  przemysłowymi,  stacjami  i  miastami  w  przestrzeni  kosmicznej. Od chwili  wybrania 

małego dziecka i uznania przydatności na mózgowca., było ono tak kształtowane, aby docenić 

wartość i znaczenie takiego życia w porównaniu z życiem normalnych ludzi, którzy nie posiadali 

podobnych zdolności i funkcjonowali znacznie krócej.

Jednym z najsłynniejszych statków kosmicznych tego typu był HN-832 albo Helva-Niall, 

znany   jako   “statek,   który   śpiewał”,   operujący   bardzo   zróżnicowanym   artystycznie   głosem. 

Przygody Helvy inspirowały wielu młodych adeptów, chociaż nie stacjonował on zbyt często w 

okolicach   Centralnego   Komputera.   Sama   Carialle   była   rozczarowana   brakiem   zdolności 

muzycznych, ale podniosło ją na duchu to, że radziła sobie dobrze z malarstwem.

Sama została zamknięta w kapsule w wieku trzech miesięcy. Cała jej edukacja była dziełem 

programów   powstałych   przy   udziale   sztucznej   inteligencji   oraz   innych   mózgowców.   Nie 

wykształciła   w   sobie   wizerunku   swej   osoby   jako   zwyczajnego   człowieka.   Miała   zdjęcia   całej 

rodziny i uważała, że są to mili ludzie, ale czuła, iż jest inna.

Po przejściu przez okres “czarnego” malarstwa została poproszona przez swych terapeutów 

o stworzenie autoportretu. Nie było to udane dzieło, ponieważ wiedziała, że oczekiwano “ludzkiego 

background image

wizerunku”, natomiast ona widziała się jako statek kosmiczny. Namalowała coś, co wyglądało 

mniej więcej tak: stożkowato ukształtowany dziób statku kosmicznego zaznaczonego ze wszystkimi 

szczegółami   otaczał   owalną   krągłość   z   pewnymi     śladami   rysów   twarzy   i   blond   lokami 

pokrywającymi czujniki. Rodzeństwo Carialle miało długie blond włosy. 

Po długich naradach doktor Dray i cała jego ekipa uznali, że może jest to odpowiedni 

autoportret stanowiący swoiste połączenie rzeczywistości (statek kosmiczny) i fikcji (rysy twarzy). 

Było już na tyle dużo mózgowców, że według doktora Draya mogły uznawać się za jakiś oddzielny, 

różniący się od innych istot gatunek. Carialle wykazała jak najbardziej poprawne podejście do 

tematu, to znaczy nie ukazała się jako piękna kobieta, ponieważ nie miała ani nigdy nie mogła mieć 

doskonałego ciała.

Prezent Simeona okazał się niezwykle udany. Carialle przepadała za kotami, ich mechatymi 

mordkami i ruchliwym ogonkami. W rzadkich momentach odpoczynku oglądała taśmy ukazujące 

zabawy tych sympatycznych zwierzaków. Ludzie byli dla niej dwoma różniącymi się gatunkami, 

przy czym niektóre osobniki były bardziej atrakcyjne od innych.

Według   Carialle,   Keff   był   bardzo   przystojny.   Jego   chłopięce   loki   i   iskra   w   głęboko 

osadzonych niebieskich oczach przysparzały mu wielu zdobyczy. Carialle domyślała się, że jest 

pociągający, ale nie odczuwała w stosunku do niego ani innych mężczyzn żadnej zmysłowości. 

Uważała,   że   ludzie,   kobiety   i   mężczyźni,   są  raczej   kiepskim   wytworem   w   porównaniu   z 

przedstawicielami innych gatunków, które widziała. Uznając człowieka za szczytowe osiągnięcie 

natury, należy przyznać tejże naturze ogromne poczucie humoru.

Protezy   zwykły   zastępować   utracone   kończyny,   a   nawet   i   narządy   zmysłów.   Nowo 

skonstruowane protezy motoryczne stanowiły ogromny krok naprzód w porównaniu z tradycyjnym 

zapewnieniem   inwalidom   możliwości   ruchu.   Mózgowce   otrzymały   szansę   funkcjonalnego 

wcielenia się w doznania i przeżycia właściwe zwykłym ludziom. Nowe protezy obalały wiele 

uprzedzeń i usuwały mnóstwo ograniczeń. Keff słysząc o motorycznych ciałach i nakłaniał Carialle, 

aby zamówiła takie cacko dla siebie. Unikała udzielenia odmownej odpowiedzi, gdyż ceniła Keffa 

za   jego   upór   w   dążeniu   do   zapewnienia  jej   szansy   doznań   i   przeżyć   w   życiu   poza   kapsułą. 

Uczestniczyła tak aktywnie w jego planach na przyszłość, jakby wcale nie była w niej zamknięta. 

Czuła   jednak   zdecydowaną   awersję   do   samej   idei.   Gdyby   protezy   motoryczne   były   dostępne 

jeszcze przed wypadkiem, może przekonałaby się chętniej.

Carialle nie dopuszczała do siebie myśli, aby porzucić bezpieczną kapsułę, może właściwie 

to nie opuścić, ale mieć wrażenie , jakby się z niej wyszło, stać się bardziej kruchą i delikatną, 

narażoną na niebezpieczeństwa. Keff jednak uparł się, aby przejrzała schematy, wykresy i instrukcje 

i przekonała się o doskonałości ciał motorycznych. Nie mogła jednak pojąć, dlaczego uważał, że 

powinna być podobna do ludzi, często nieporządnych, delikatnych i nieodpornych.

background image

Zaczęła   oglądać   taśmy   ofiarowane   przez   Simeona,   aby   odpędzić   te   bezsensowne   i 

niepokojące myśli. Dysponowała całą kolekcją nagrań przedstawiających różne zwierzęta i ptaki, 

ale   najbardziej   zachwycała   się   wdziękiem   rodziny   kotów   i   ich   zwinnością.   Oglądała   obraz 

ogromnego, płynnie czołgającego się po ziemi kociska. Trzymało głowę i ogon tak nisko, iż prawie 

znikało   z   pola   widzenia.   Z   pewnością   nie   widział   go   kozioł   o   rozłożystym   porożu.   Carialle 

wpatrywała się w ekran, gdy napastnik zgiął się, sprężył i pomknął pełnym pędem za swą ofiarą. 

Zatrzymała klatkę i cofała obraz do momentu skoku, zachwycając się wspaniałym łukiem grzbietu, 

wyciągniętymi   kończynami   i   mocnym   zadem.   Zastanawiała   się   nad   kompozycją   obrazu,   który 

chciała namalować: uciekający, głupawy kozioł zagrożony przez wspaniale jedwabistą bestię.

Planując   układ   obrazu,   przeprowadziła   analizę   grawitacji,   wpływu   żółtozłotego   słońca, 

miejsce plamki na radarze odzwierciedlającej położenie planety i sporządziła model komputerowy. 

Przy okazji założyła się sama z sobą o to, czy odkryją jakieś nowe gatunki i jak będą wyglądać ich 

przedstawiciele.

background image

ROZDZIAŁ 3

Keff nie zwrócił uwagi na to, że ostre gałęzie szarpały i haczyły jego kombinezon, gdy 

przesunął się do przodu, aby mieć lepszy widok. Za rzadkimi, kolczastymi zaroślami zobaczył coś, 

w   co   nie   mógł   uwierzyć.   Zmniejszenie   odległości   nie   doprowadziłoby   do   rozwiania   tego 

wspaniałego widoku, bo nie były to przecież żadne zwidy ani halucynacje. Powoli, z mozołem 

przedzierał   się   do   przodu.   Niecałe   sto   metrów   przed   sobą   ujrzał   grupę   stworzeń   o   dobrze 

rozwiniętych czaszkach. Miały cechy ssaków, były zróżnicowane pod względem płci, dwunożne, o 

symetrycznym   układzie   ciała.   Grupa   ciężko   pracowała,   zbierając   coś   z   pola.   Osobniki   te   byty 

podobne   do   ludzi   -   jedyną   różnicę   stanowiło  futrzaste   owłosienie   pokrywające   całe   ciała   z 

wyjątkiem oczu, warg, dłoni i stóp, a także, być może miejsc, które znajdowały się pod skromnym 

ubraniem. Obrośnięte, kędzierzawe istoty ludzkie.

-   Wspaniałe!   -   Keff   westchnął   kolejny   raz   w   mikrofon,   zdając   relację   Carialle.   -   Są 

wspaniałe pod każdym względem.

- Szowinista - usłyszał jej łagodny głos w implancie za uchem. - Tylko dlatego, że są 

podobne do ludzi, są doskonalsze od innych człekokształtnych czy człekopodobnych ras, z którymi 

się zetknęliśmy?

-   Tak,  ale   tylko   pomyśl   -   powiedział   Keff,   przyglądając   się   pracującej   kobiecie   o 

wypełnionych   mlekiem   piersiach,   która   miała   na   plecach   zawiniątko   z   maleństwem.   - 

Niesamowicie podobne do nas.

- Mów za siebie - odparła pogardliwie Carialle.

- No, właściwie to prawie takie jak ludzie.

- Z wyjątkiem futer i twarzy przypominających pyski psów gończych, są dokładnie takie 

same.

- Ich twarze nie są aż tak psie - protestował Keff, ale i tym razem artystyczne oko Carialle 

trafnie dojrzało podobieństwo.

Męski zarost na ich twarzach podważył to przypuszczenie. 

- Może mają coś z psów, ale nie są podobni do świń, jak ostatnio napotkana grupa. Chyba 

odkryliśmy skarb, Cari.

Podmuch zimnego wiatru od strony zarośli potargał luźne fałdy ubioru Keffa. Nie czuł 

chłodu, mimo że zesztywniały mu uszy, palce i nos. Był ciągle pod wrażeniem tego, co zobaczył. 

Odkryli skarb na RNJ-599-B-V. Upłynie jeszcze sporo czasu, zanim ludzie, na których spoglądał, 

będą w stanie odbywać podróże kosmiczne.

Przy podchodzeniu do planety Carialle włączyła  wszystkie urządzenia, które służyły do 

badania   terenu.   Kontynent   leżał   na   półkuli   północnej.   Biegun   pokrywał   lód,   a   reszta   była 

background image

podzielona  na cztery części  pasmem  wysokich,  potężnych,  podobnych  do Alp gór. W każdym 

regionie znajdowały się także niższe  góry, ale wszystkie musiały być kiedyś wulkanami. Teraz 

jednak nie było widać żadnych śladów ich aktywności.

Znajdowali   się   na   planecie   od   kilkunastu   dni,   przyglądając   się   tej   i   innym   grupom 

mieszkańców,   wykorzystując   wszelkie   dogodne   punkty   obserwacyjne.   Carialle   pozostawała   w 

wąwozie, we wschodniej części kontynentu, cztery kilometry od miejsca, w którym znajdował się 

teraz Keff, i nikt z poziomu ziemi nie mógł jej zobaczyć. Według niej była to doskonała kryjówka, 

ponieważ nigdzie nie natknęli się na radar czy inne urządzenia śledzące lub lokacyjne. Od czasu do 

czasu drgały wszystkie wskazówki czujników, ale nie było w tym żadnej prawidłowości, więc 

uznali, że mogą być wywoływane naturalnymi  zmianami natężenia pola magnetycznego planety. 

Carialle była dość sceptyczna, ponieważ zmiany wskazań były znaczniejsze, niż wynikałoby to z 

oddziaływania pola magnetycznego, i trwały dłużej, co utrudniało ustalenie miejsca ich powstania z 

dokładnością   do   pięciu   stopni   kątowych.   Profesjonalna   dokładność   nie   pozwalała   jej   dać   za 

wygraną w ustalaniu logicznego rozwiązania zagadki.

Keff   pochłonięty   był   tym,   co   widział:   wspaniałymi   osobnikami   nieznanego   gatunku. 

Przypatrywał się narzędziu, którym najbliższy z mężczyzn skuwał ziemię. Metalowy, wykonany ze 

stopu   żelaza   i   miedzi   koniec   miał   dwa   otwory,   przez   które   przechodziły   gwoździe   czy   bolce 

mocujące  płaski  trzonek  o  długości  półtora  metra.  Dodatkowym  zabezpieczeniem  był  oplot  ze 

sznurka   albo   łyka.   Mrużąc   mocno   powieki,   Keff   włączył   kamerę   umieszczoną   w   szkłach 

kontaktowych,  aby lepiej przyjrzeć się narzędziom używanym przez pracujących na polu. Były 

bardzo proste, ale zmyślne w swej konstrukcji i zapewniające skuteczność. Nie potrafili chyba ich 

naprawiać, bo na obrzeżach pola leżało sporo uszkodzonych czy połamanych sprzętów. Ludzie ci 

mogli odkryć sposoby wytapiania metalu ale nie umieli spawać. Przeszli jednak od etapu myślistwa 

i zbieractwa do uprawy roli i hodowli zwierząt. Mały, ale zadbany ogródek kwiatowo-warzywny 

stykał się z polem i dochodził do wejścia do jaskini.

-   Są   na   późnym   etapie   brązu   albo   wczesnym   żelaza   -   mruczał   Keff   do   siebie.   -   Z 

antropologicznego punktu widzenia jest to znakomity materiał do długotrwałych obserwacji pod 

kątem sprawdzenia kierunku rozwoju.

Rozsunął poszycie, ale nie zbliżył się do otworu w krzakach.

- Poza tym, że mają tylko trzy palce i kciuk u każdej dłoni, ich kończyny są na tyle sprawne, 

iż mogą osiągnąć wysoki poziom techniki.

- Przydatny do programów rządowych - powiedziała z przekąsem Carialle. - Nie rozumiem, 

dlaczego   brak   jednego   palca   miałby   ograniczać   możliwości   wykonywania   bardziej 

skomplikowanych narzędzi niż te, którymi już się posługują!

- Nie - stwierdził Keff. - Byłbym bardziej rozczarowany, gdyby nie mieli kciuków. Nowy 

background image

gatunek człekopodobnych! Mogę napisać o nich jakiś artykuł. - Oddychał coraz szybciej w miarę 

narastania entuzjazmu. - Równoległy rozwój z człowiekiem żyjącym na Ziemi? Ewolucja w tym 

samym kierunku, co ludzkość na Ziemi?

- Bardziej prawdopodobne jest to, że umieszczono ich tu, przed tysiącami lat - sugerowała 

Carialle, wiedząc, iż lepiej utemperować zapał Keffa, zanim stanie się trudny do opanowania. - 

Może jest to jakaś zapomniana kolonia?

-   Doprowadzenie   do   zatarcia   różnic   w   wyglądzie   fizycznym   wymagałoby   wieków   - 

powiedział Keff. Sprawa równoległego rozwoju ewolucyjnego była zadziwiająca, ale myśl o tym, 

że odnaleźli nieznanych kuzynów własnego gatunku, nie dawała mu spokoju. - Patrząc na sprawę 

naukowo, trzeba i to brać pod uwagę, szczególnie w świetle licznych kolonii, które nigdy nie nadały 

sygnału “tutaj jest niebezpiecznie”.

- Zgadzam się. Musimy poważnie rozważyć  ten aspekt  - Powiedziała Carialle, ale  tym 

razem bez sarkazmu.

Aby wyłowić dźwięki, które wydawali tubylcy, Keff wysunął szczękę, przez co zmniejszył 

dystans   między   mikrofonem   podsłuchowym   a   nimi.   Wszyscy   byli   zajęci   zbieraniem   korzeni. 

Gdyby nawet istniało tutaj jakieś szkolnictwo, to wszystkie lekcje byłyby zawieszone na czas żniw. 

Jest to typowe dla społeczności wiejskich, gdzie całe życie podporządkowano naturalnemu cyklowi 

rozwoju   roślin.   Osobniki   różnego   wieku   i   wzrostu   znajdowały   się   na   polach   lub   wokół   pól, 

wykopując coś  z ziemi. Pracowały pod kierunkiem lidera czy liderki w grupach liczących osiem 

lub dziewięć istot. Nie widać było nikogo, kto spełniałby funkcję nadzorcy. Wszyscy więc musieli 

doskonale zdawać sobie sprawę ze swych obowiązków. Próżniacy reagowali na karcące spojrzenia i 

uwagi współtowarzyszy i nadrabiali zaległości. Keff zastanawiał się, czy pracujący dobierani byli 

według umiejętności, czy może dziedziczyli pewne obowiązki w ramach klanów rodzinnych.

Małe dzieci i niemowlęta gromadziły się przy wejściach do pieczar, które były źródłem 

śladowych ilości ciepła wykrytych przez czujniki Carialle. Musiały być to miejsca, gdzie mieszkali 

tubylcy. Wydawało się to dość sensowne, gdyż stała temperatura pod ziemią wynosiła około 14 

stopni,   a   więc   była   wyższa   niż   na   powierzchni.   Schronienie   takie   dawało   się   łatwo   ogrzać,   a 

warstwa   gleby  stanowiła   dobrą   izolację.  Tylko   głód   mógłby  skłonić   Keffa   do   polowania   albo 

jakichś robót polowych w chłodne dni.

Sam Keff nie wymyśliłby świata bardziej podporządkowanego prawidłom przetrwania. Dni 

były długie, ale temperatura między wschodem a zachodem słońca się nie różniła. Tylko najbardziej 

wytrwali ludzie i najbardziej odporne rośliny mogły przetrwać w takich warunkach. Skalista ziemia 

nie była łatwa do uprawy. Keff roztarł między palcami odrobinę gleby

- Duża zawartość glinki krzemionkowej - powiedziała Carialle, widząc, co robi załogant. - 

Nie ułatwia roboty rolnikowi ani nie sprzyja roślinom.

background image

- Potrzebny byłby piasek i nawozy - dodał Keff. - I więcej wody. Kiedy ich bliżej poznamy, 

możemy przekazać im nasze doświadczenia w zakresie melioracji i poprawy jakości gleby. Widzisz 

to   płaskie   obniżenie   terenu   w   miejscu   gdzie   zaczyna   się   pole?  Tam   magazynują   wodę,   którą 

przynoszą z dolin.

Długi sznur zwykłych beczek ustawionych przy zboczu zdawał się potwierdzać tę teorię.

Obok pracujących usypane były kupki oblepionych ziemią korzeni i bulw różnej wielkości i 

koloru.

-   Zadziwiające,   że   uzyskują   takie   zbiory   -   zauważy   Keff.   -   Musieliby   zdobyć   pewne 

umiejętności z dziedziny rolnictwa.

- Dążenie do przetrwania - powiedziała Carialle. - Pomyśl tylko, ile mogliby zbierać, gdyby 

znali nawozy, a ziemia regularnie otrzymywałaby dawki deszczu. Wilgotność powietrza wynosi 

poniżej   ośmiu   procent,   chociaż   wieją   tu   kontynentalne   wiatry   między   oceanem   a   pasmami 

górskimi. Powinno dużo padać i nie byłoby wtedy żadnych problemów.

Młodzi,   nadzorowani   przez   osobnika   w   średnim   wieku   o   jasnobrązowym   owłosieniu, 

układali dobywane z ziemi korzenie na płachty ciągnięte przez dziwne, sześcionożne zwierzęta 

przemieszczając się jednocześnie wzdłuż rzędów. Po zapełnieniu płacht odciągano je z pola.

- Jaki jest następny etap w procesie produkcji? - spyta Keff z ciekawością.

Kobieta  prowadziła   obładowane   zwierzę   na   plac   wyznaczony   ułożonymi   kamieniami, 

uważając, aby po drodze nic nie wypadło. Następnie odczepiała płachtę i kierowała się z powrotem 

na pole.

- Dlaczego zostawiają tu pożywienie, jeśli mieszkają w jaskini? - spytał Keff.

- Może bulwy muszą wyschnąć, zanim będą się nadawać do magazynowania - powiedziała 

Carialle. - Albo mają nieprzyjemny zapach. Dowiesz się wszystkiego, kiedy nawiążemy z nimi jakiś 

kontakt. Spróbuj, przybyszu, może będzie ci to smakować!

- O, nie. Dziękuję.

Zwierzę czekało spokojnie, gdy młoda kobieta przyczepiała do uprzęży nową płachtę. Było 

uderzająco podobne do zwykłego konia pociągowego, z tym że miało sześć kończyn i podwójne 

obniżenie kręgosłupa w okolicy nasady dodatkowych kończyn. Skórę zwierzęcia pokrywał gruby, 

aksamitny włos, co stanowiło dobrą ochronę przed zimnymi wiatrami. Niektóre części ubiorów 

noszonych przez tubylców oraz torby na narzędzia były bez wątpienia zrobione ze skóry tych 

zwierząt. Keff przyjrzał się kończynom “koni”. Zamiast kopyt miały trzy krótkie i grube palce z 

tępymi szponami i grube, twarde podeszwy. Chód zwierząt był tak samo majestatyczny, niezależnie 

od tego czy ciągnęły wyładowane płachty, czy nie.

- Są silne - stwierdził Keff. - Założę się, że zaprzęg złożony z sześciu zwierząt mógłby cię 

wciągnąć na górę.

background image

- Chciałabym to widzieć - parsknęła Carialle. 

Przodownicy brygad pokrzykiwali i gestykulowali, kierując pracujących do nowych rzędów. 

Słychać   było   jakieś   rozmowy   powadzone   przy   wydobywaniu   i   obijaniu   wyciąganych   z   ziemi 

korzeni. Carialle wyobrażała sobie, jak zareagują specjaliści z Wydziału Dochodzeniowego, gdy 

zobaczą nagrania.

- Dziwne - powiedział po chwili Keff. - Powinienem rozumieć to, co mówią. Sposób, w jaki 

rozmawiają, nie odbiega od języka standardowego. Występuje pewna kadencja, nie tak szybka i 

niefleksyjna, jak na przykład w językach azjatyckich.

Mocno obrośnięta matka przywoływała dziecko, które bawiło się w dołku razem z gromadą 

innych   nagusów.   Nie   zareagowało   zajęte   zabawą   polegającą   na   układaniu   kamyków.   Matka 

zawołała jeszcze raz. W jej głosie wyraźnie brzmiały oznaki zdenerwowania. Tym razem dziecko 

zwróciło się w jej stronę. Powtórzyła polecenie, wypowiadając poszczególne słowa bardzo powoli i 

robiąc kolisty ruch prawą ręką. Malec podbiegł i dostał klapsa, a zaraz potem ruszył biegiem obok 

wejścia do pieczary, kierując się w stronę wzgórza.

-   Bardzo,   bardzo   ciekawe   -   stwierdził   Keff.     Nie   powiedziała   nic   innego,   ale   dziecko 

posłuchało,   gdy   matka   zrobiła   ruch   ręką.   Wprowadzili   do   swego   języka   pewne   elementy 

somatyczne.

- A może było inaczej - sugerowała Carialle. - Skąd wiesz, że gesty i sygnały przekazywane 

ręką nie były pierwsze, nie pojawiły się wcześniej?

- Trzeba się tym zająć - odpowiedział z powagą Keff - ale raczej powszechne, codzienne 

sygnały   przekazywane   są   werbalnie,   a   gestykulacja   najprawdopodobniej   pojawiła   się   później. 

Ciekawe, dlaczego rozwój poszedł tą drogą?

- Może część z nich ma kłopoty ze słuchem albo w ogółem jest dotknięta głuchotą? 

- Nie, bo w ich  języku występuje wyraźna kadencja i rytm. Na takim etapie gospodarki 

rolnej   nie   wykształciliby   czytania   z   układu   warg.   Można   się   pokusić   o   porównanie   z   mową 

żyjących na Ziemi plemion anglo-normańskich. Istnieje prawdopodobieństwo, że zostali podbici 

przez  jakiś lud, który używał głównie języka opartego na znakach i symbolach. A może znaki 

wywodzą się z religii, a mama mówiła dziecku, że Bóg nie byłby zadowolony, gdyby nie usłuchało.

- Ha, co za szczególny szantaż!                      

Keff poklepał zdalny TS, który prawie dotykał jego brody.

- Chcę porozmawiać z tymi ludźmi i sprawdzić, jak szybko to moje urządzenie potrafi 

tłumaczyć. Nie mogę się doczekać, aby sprawdzić różnice między językiem ich a standardowym.

- Spokojnie - powiedziała Carialle, a jej głos dźwięczał w implancie za uchem. Keff aż 

skrzywił się z bólu. - Pozory nie mylą. Trzeba się im bliżej przyjrzeć.

- Cari, już widzieliśmy kilka takich grupek. Wszyscy są podobni. Mają nawet ogródki o 

background image

takiej samej wielkości. Kiedy mam z nimi porozmawiać?

Głos Carialle zdradzał pewne zaniepokojenie.

- Coś mi tu nie gra. Co powiesz o wieku tych artefaktów? 

Keff wzruszył ramionami.

- Przydatne narzędzia, które przechodzą z pokolenia na pokolenie. Nic szczególnego, jeśli 

chodzi o rozwijające się cywilizacje. 

Uważam, że jest zupełnie inaczej. Spójrz tylko! 

Dwa osobniki płci męskiej zbliżały się w kierunku pracujących na polu. W siatce wykonanej 

z grubych sznurów niosły jakieś kuliste naczynie wypełnione gęstą, błotnistą cieczą. Przed nimi 

biegło dziecko, które odesłała matka. Chłopiec krzyczał coś do grup pracujących człekoludów, 

którzy odłożyli narzędzia i otrzepali skórę, zanim podeszli, aby się napić. Każdy czekał spokojnie 

na swą kolej, zaczerpnął wody, a potem wszyscy kolejno wracali do pracy.

- Przerwa na wodę - zauważył Keff, pocierając brodę dłonią. - Niezłe wiadro.

-   Keff,   bardziej   mi   to   przypomina   kopułę   promiennika   mikrofalowego   -   powiedziała 

Carialle. - Co ty na to? Używają szczątków nowoczesnej aparatury do noszenia wody.

-  Na   wszystkie   świętości,   masz   rację!  Wygląda   na   kopułę   promiennika.  W  takim  razie 

cywilizacja ta raczej chyli się ku upadkowi - stwierdził załogant, pocierając palcami policzek.- 

Może były tu przed wiekami jakieś wojny i przeciwnicy zniszczyli cywilizację. Jest tu tak zimno i 

sucho, że można nawet przyjąć, iż spotykamy tych, którzy przeżyli uderzenie komety.

Carialle   przeglądała   mapy   fotograficzne   wykonane   z   dużej   odległości   w   przestrzeni 

kosmicznej.

- Na ziemi nie widać ruin miast. Żadnych oznak zanikającego promieniowania poza tymi 

wahaniami   wskazań.   Znów   mi   się   to   przydarzyło.   Może   przyczyną   są   zakłócenia   pola 

magnetycznego? Występują silne zaburzenia elektromagnetyczne, ale ich źródłem musi być sama 

planeta. Przypuszczam, że to coś naturalnego - ale mimo wszystko ciekawe. Zwycięstwo mogło być 

pyrrusowe i obie strony przeszły przez etap upadku, który zakończył się w erze żelaza. Powstała 

Owłosiona ludzkość.

- Teraz, po tym, co powiedziałaś, rozpoznaję, z czego robią narzędzia - oznajmił Keff.

Widział, jak kobieta prowadziła zaprzęg złożony z dwóch zwierząt, które ciągnęły pług.

Twoja teoria jest słuszna pod warunkiem, że nie stanowią oni jakiejś sekty, której celem jest 

powrót do natury. Lemiesz tego pługa bardzo przypomina część statecznika promu kosmicznego, 

szczególnie   jeśli   wziąć   pod   uwagę   podobieństwo   wiadra   do   kopuły   promiennika.   To   smutne. 

Bardzo   rozwinięta   społeczność   sprowadzona   do   poziomu   wyniosłych   pierwotnych   ze   śladami 

wyższej cywilizacji.

- Tak właśnie możemy ich nazwać - szybko wtrąciła Carialle. - Wyniośli Pierwotni.

background image

- Propozycja przyjęta.

Inna   młoda   kobieta   i   jej   łagodne   zwierzę   ciągnęli   ładunek   korzeni   na   wyznaczony 

kamieniami plac. Keff odwrócił się w tamtą stronę.

- Ostatni transport zniknął! Nie widziałem przy tym nikogo.

-   Nie   zwracaliśmy   na   to   uwagi   -   powiedziała   Carialle.   -   Teren   jest   nierówny.   Może 

niedaleko placu jest jakaś piwnica. Przejdź się po okolicy, a ja przeprowadzę sondowanie. 

Keff usłyszał za sobą jakieś furczenie. Przesunął się nieco w bok, zachowując jak najdalej 

idącą ostrożność

- Czy jestem dobrze zamaskowany?

- Nie martw się, Keff. To tylko żaba.

- Do licha, ale chyba mnie widzi.

Małe,   zielone,   ziemno-wodne   żaby   były   kolejnym   przykładem   życia   na   RNJ. 

Przemieszczały się pomiędzy rzadko występującymi źródłami wody zamknięte w przezroczystych 

powłokach   wypełnionych   wodą.   Mogły   mieć   około   trzydziestu   centymetrów   długości.   Miały 

delikatne kończyny z płaskimi, dużymi łapkami. Przemieszczały się kolistym ruchem po suchej 

ziemi. Keff nazwał je kulistymi żabami. Za przewodnikiem posuwały się jeszcze dwie kule. Były 

czujne i ciekawskie niczym koty. Wydawało się, że skupiały swą uwagę na Keffie;

- Biedactwa, zupełnie jak żywe dmuchawce - stwierdzała ze współczuciem Carialle. 

- Bardziej inteligentne formy życia też nie mają łatwo - odparł Keff. - Wszędzie sucho jak 

pieprz.

- To straszne, że wszystkie osobniki są skazane na walkę o przetrwanie - przyznała Carialle.

- Ach, i tak mnie widzą - powiedział zrezygnowany załogant. - No, nie! Podchodzą bliżej. 

Przestań się śmiać.

- To twój magnetyzm przyciąga zwierzęta - powiedziała rozbawiona Carialle.

Żaby przytoczyły się bliżej ustawione w jednym rządku; albo aby lepiej się przyjrzeć, albo 

ze względów bezpieczeństwa. Gdyby Keff rzucił się do ataku, mógłby zniszczyć tylko jedną. Hałas 

pękających kulistych powłok żab robił wrażenie grzmotu.

- Sio! - krzyknął Keff, usiłując odegnać intruzy, zanim mogliby pojawić się robotnicy, aby 

sprawdzić, co się dzieje. Spojrzał w stronę pracujących na polu, ale nikt nie zwracał uwagi na żaby. 

- Cari, czy jest tu gdzieś w pobliżu woda?

-  Tam,   skąd   przywożą   wodę   do   picia.   Około   dwóch   kilometrów   na   północ,   północny-

wschód.

- Idźcie tam - powiedział Keff, wskazując kierunek ręką. - Woda, mnie nie chcecie. No, już! 

- Prztyknął palcami - Ruszajcie tam, proszę was!

Żaby zwróciły w jego stronę swe wyłupiaste oczy i zatrzymały się o metr przed nim. Jedna z 

background image

nich otworzyła mały pyszczek, ukazując krótkie, ostre zęby i jasny, niebiesko-zielony język. Keff 

wykonywał rozpaczliwe gesty i błagał, żeby odeszły. Stworzenia spojrzały po sobie i oddaliły się w 

kierunku, który im wskazał. Małe dziecko, które bawiło się niedaleko w płytkim rowie, krzyknęło z 

radości na ich widok i pobiegło za nimi. Żaby przyspieszyły, ale malec nie zostawał w tyle. Kopnął 

jedną, aż przeleciała nad małym pagórkiem. Pozostałe zdążyły szczęśliwie umknąć wesołkowi.

- O rany!  - zawołał  Keff. - O mało mnie nie  zdekonspirowały.  Lepiej  będzie, jeśli się 

ujawnię, zanim sami mnie odkryją.

- Jeszcze nie teraz! Nie mamy pewności, czy Wyniośli Pierwotni nie są wrogo usposobieni.

- Zawsze się narażamy. Taki nasz zawód. Mamy inne wyjście?

- Słuchaj! Z obserwacji wiemy, że tubylcy nie opuszczają swoich terenów. Nie potrafią 

odróżnić mieszkańca jednej wioski od drugiej. Ty też nie wyglądasz jak jeden z nich. Nie chcę 

ryzykować ataku na ciebie. Sama jestem cztery kilometry stąd. Nie będę w stanie zapewnić ci 

żadnej ochrony. Upłynie sporo czasu zanim do ciebie dotrę.

Keff rozruszał mięśnie. Miał ochotę się przeciągnąć.

- Jeśli podejdę do nich bardzo spokojnie, to przynajmniej powinni mnie wysłuchać.

- A jak im powiesz, że nie jesteś z tej planety? Czy są przygotowani na spotkanie z bardziej 

rozwiniętą cywilizacją?

-   Mają   prawo   do   wszystkich   zdobyczy,   do   naszej   pomocy,   aby   przywrócić   ich   do 

normalności. Sama widzisz, w jakich warunkach żyją. Pomyśl o tych wszystkich prymitywnych 

narzędziach   i   sprzętach.   Kiedyś   doznawali   dobrodziejstw   cywilizacji   i   rozwiniętej   technologii. 

Światy   Centralne   mogą   im   pomóc.   Mamy   obowiązek   dać   im   szansę   poprawy   warunków, 

przywrócić ich do teraźniejszości. Kiedyś byli tacy jak my. Zasłużyli na szansę powrotu, Cari.

- No, dobrze, rycerzu. Masz wielkie serce i umysł. 

Na polu podniósł się krzyk, zanim uzgodnili, jak się zbliżyć do tubylców. Keff spojrzał w 

tamtą stronę. Dwa męskie osobniki stały naprzeciw siebie, obrzucając się obelgami i wyzwiskami. 

Jeden wyszarpnął z torby narzędziowej nóż wykonany z kawałka metalu służącego kiedyś zupełnie 

innym celom. Nóż był już bardzo cienki, zużyty w wyniku częstego ostrzenia. Przeciwnik cofnął się 

i podniósł motykę. Nożownik rzucił się naprzód; trzymając ostrze ponad głową. Dzieci rozbiegły 

się na wszystkie strony. Udało mu  się zadać cios, zanim ten drugi uniósł swój oręż. Grupowi 

podbiegli,   żeby   rozdzielić   walczących.   Zraniony   brocząc   krwią,   która   mieszała   się   z   kurzem, 

warknął na rywala. Uwolnił się z uchwytu, wrzeszcząc przy tym przeraźliwie.

- Keff, chyba nici z pokojowego spotkania.

- Chyba tak - odpowiedział tamten. - Przezorny zawsze ubezpieczony.

Walczący   krążyli   wokół   siebie   otoczeni   przez   tłum   gapiów.   Keff   wycofywał   się   na 

czworakach, pełzając przez kolczaste zarośla. Wreszcie wstał i ruszył szybko w stronę wąwozu, 

background image

gdzie stacjonowała Carialle.

Carialle   łagodnie   wzbiła   się   w   górę,   opuszczając   wąwóz   i   obracając   się,   podążyła   w 

kierunku kolejnego miejsca, gdzie według wskazań monitorów były oznaki życia.

- To jakby pukać do drzwi - powiedział Keff. - Bez sensu jest szokować ich jeszcze czymś 

innym. Gdyby tylko udało mi się wcześniej dojść!

-   Nie   ma   co  wszystkiego   roztrząsać   -   odrzekła   Carialle   ze   spokojem.   -   Możesz   ich 

zaskoczyć tym, co już o nich wiesz.

Carialle   przyjęła   właściwe   położenie   przed   wejściem   do   atmosfery   i   zniżyła   lot, 

przechodząc przez cienkie warstwy chmur, a potem przecięła niebo, opadając na skaliste pole, i 

ukazała się robotnikom. Włączyła zewnętrzne kamery i przekazała obraz do monitora, aby Keff 

mógł wszystko zobaczyć.

- Mogłabym namalować wspaniały obraz - powiedziała - Portret oślepiającego zdziwienia.

- Kolejna mutacja terytorialna - stwierdził Keff, analizując obrazy na ekranie. - Są ładni, to 

samo pochodzenie, ale z twarzy przypominają owce.

- Świetnie przystosowani do wybałuszania oczu - dodała szybko Carialle. - Ciekawe, co 

wywołuje tak duże zróżnicowanie w ramach grup. Promieniowanie? Ewolucja oparta na funkcji i 

sposobie życia?

-   Dlaczego   mieliby   wyglądać   jak   owce?   -   spytał   Keff,   uwalniając   się   z   pasów 

bezpieczeństwa.

- Może stali za daleko w kolejce, gdy rozdawano takie małpie twarze jak twoja - żartowała 

Carialle, a potem dodała już serio: - Odbieram sygnały o większej liczbie podziemnych źródeł 

ciepła. Jedno siedlisko, trzy wejścia. Temperatura otoczenia wynosi czternaście stopni. Tu jednak 

jest zimno.

- Założę sweter, mamusiu. No, jazda!

Carialle opuściła pomost. Keff czekał na ten moment z niecierpliwością, sprawdzając sprzęt 

i przygryzając wszczepiony kontakt, aby upewnić się, czy działa prawidłowo. Śluza powietrzna 

powoli się otwierała. Na skraju pola, kilkaset metrów od wysokiego, srebrzystego cylindra stał tłum 

Wyniosłych Pierwotnych o twarzach podobnych do owiec i gapił się na nieznany obiekt.

Keff zrobił głęboki oddech i wyszedł na pomost, unosząc rękę, aby pokazać, że nie jest 

uzbrojony. Drugą trzymał przy boku. Na szyi miał pasek z TS, swoim tłumaczem.

- Witajcie, przyjaciele! - zawołał do obcych stłoczonych na suchym polu. - Przybywam w 

pokoju. Szedł wolno w ich stronę. Pierwotni wpatrywali się w niego. Twarze dorosłych skryte pod 

gęstą sierścią pozostawały bez wyrazu, ale dzieci były najwyraźniej przerażone. Keff  ostrożnie 

background image

uniósł drugą rękę i uśmiechnął się.

- Nie boją się ciebie, Keff - powiedziała Carialle, analizując ich zachowanie. - Właściwie, to 

nie są nawet zaskoczeni. I to jest dziwne!

- Dlaczego przybywa do nas jeden z magów? - powiedział zaniepokojony Alteis, widząc 

nieznajomego. - Czy zrobiliśmy coś złego? Zdążyliśmy ze żniwami. Wszystko przebiega zgodnie z 

planem. Zebraliśmy już prawie wszystkie korzenie. Plony są dobre.

Brannel sapnął, biorąc oddech, który poruszył sierść na jego górnej wardze, a następnie 

odwrócił się w stronę starszego. Alteis tak bardzo się bał magów, że zrobiłby sobie jakąś krzywdę, 

gdyby   zwierzchnicy   byli   naprawdę   niezadowoleni.   Patrzy   na   idącego   w   ich   kierunku   maga. 

Mężczyzna był niższy o niego, ale dobrze zbudowany, i szedł mocnym, pewnym krokiem. Jego 

ręce,  co było niezwykłe jak na maga,  nie były delikatne,  a raczej  nosiły ślady ciężkiej  pracy. 

Wyniosła mina podkreślała pozycję, ale ciemne, szaroniebieskie oczy były pogodne.

Brannel starał się przypomnieć sobie wszystkich panujących, ale był pewien, że tego jeszcze 

nigdy nie widział.

- Tego nie znamy - powiedział szybko Brannel, prawie nie otwierając ust. - Może przybył, 

aby nam powiedzieć, że jest nowym panem?

- Naszym panem jest Klemay - odpowiedział wzburzony Alteis.

- Ale od dawna nikt go nie widział - mówił dalej Brannel. - Mówiłem ci, że widziałem ogień 

w górach. Potem nie było żadnego wybuchu mocy z góry Klemaya.

- Może ten służy Klemayowi - wtrąciła Mrana, towarzyszka Alteisa.

Otarła   ukradkiem   pył   z   twarzy   jednego   z   dzieci.   W   czasie   żniw   wszyscy   wyglądali 

nieporządnie, bo nikt wtedy nie zwracał na to uwagi. Władca musi to zrozumieć.

- Słudzy służą - sapał Brannel. - Żaden władca nie jest poddany drugiemu, ale tym z Pięciu 

Punktów. Klemay nie był znaczącym magiem.

- Nie mów o czymś, o czym nie masz pojęcia - powiedział Alteis, okazując zdenerwowanie. 

- Magowie cię usłyszą.

- Magowie nie słuchają - odciął się Brannel. 

Alteis chciał go jeszcze bardziej zrugać, ale pan był już blisko i mógł wszystko słyszeć. 

Nieznajomy podszedł na odległość kilku kroków i zatrzymał się. Wszyscy robotnicy pokłonili się, 

rzucając ukradkowe spojrzenie na przybysza. Alteis wyszedł w jego stronę i nisko się skłonił.

- Jaka jest twoja wola, panie? - spytał. 

Zamiast udzielić odpowiedzi na pytanie, mag sięgnął po wiszące na szyi pudełko i przesunął 

je prawie pod brodę Alteisa. Mówił coś do przywódcy tubylców. Brannel uważnie słuchał, ale i tak 

nie   mógł   niczego   zrozumieć.  Alteis   wyczekał,   a   następnie   powtórzył   swą   wypowiedź   bardzo 

background image

wyraźnie, aby władca wszystko zrozumiał. Mag uśmiechał się, przechylił głowę na bok i niczego 

nie pojmował.

- Czym mogę wraz z moimi robotnikami ci służyć, jaśnie panie? - spytał Brannel, stając 

obok Alteisa. Skłonił się równie nisko, aby okazać szacunek, choć kiełkowała mu w głowie pewna 

myśl. Nieznacznie pochylił głowę, ażeby dobrze widzieć przybysza.

Mężczyzna manipulował przy małym, zwisającym na piersi pudełku, które wydawało jakieś 

dźwięki.   Mówił   przez   ten   aparat   i   może   wypowiadał   zaklęcia.   Nie   było   w   tym   niczego 

szczególnego: wszyscy najwyżsi zwierzchnicy, których widział Brannel, czasem mówili sami do 

siebie. Przybysz miał z pewnością moc i władzę, ale nie rozumiał języka ludu ani nim nie mówił.  

Nie   zorientował   się   nawet,   że   Brannel   posługiwał   się   mową   magów,   którą   wplatał   w   swe 

wypowiedzi. Zaintrygowany Brannel zmarszczył czoło. Podlegli mu robotnicy stali w odpowiedniej 

odległości, okazując strach i szacunek dla jednego z wielkich panów. Nie zagłębiali się w sedno 

sprawy.   Najzwyczajniej   nie   mieli   w   tej   kwestii   swojego   zdania   albo   tak   się   przynajmniej 

Brannelowi wydawało. Tym bardziej sam zaczął się przyglądać nieznanemu władcy.

Wyglądał   na   maga   pełnej   krwi,   miał   trzy   typowe   cechy   skórę   bez   sierści,   dobrze 

wykształcone ręce i jasne oczy. Jego ubiór nie był podobny do tego, który noszą władcy. Brannel 

doszedł do dziwnego wniosku: ten mężczyzna nie jest władcą i panem. Nie zna ich języka, nie nosi 

tego, co władcy, nie zachowuje się jak oni i, co oczywiste, nie przybył z wysokość Wschodu. 

Zaciekawienie rosło, aż wreszcie nie mógł się powstrzymać, żeby nie spytać:

- Kim jesteś?

Alteis złapał go za brodę i odciągnął w głąb przestraszonego tłumu.

- Jak śmiesz tak mówić do pana, młokosie? - powiedział, prawie warcząc z wściekłości. - 

Spuść wzrok i zamilcz.

- Alteisie, to nie jest żaden pan - oznajmił Brannel, nabierając coraz większej pewności, co 

do tej kwestii.

- Bzdura - powiedział Fralim, ściskając ramię Brannela. 

Syn Alteisa, Fralim, był wyższy i silniejszy od Brannela, ale nie miał sierści. Stanął przy 

Brannelu,   obnażył   zęby,   lecz   cała   ta   wściekłość   przynajmniej   w   połowie   powodowana   była 

strachem.

- Ma  wszystkie  palce,  tak?  Palec  władcy  nie  został  amputowany.   Umie  się posługiwać 

aparatami mocy. Proszę o wybaczenie, panie - powiedział Fralim, zwracając się do przybysza.

- On nie  zna naszego języka - upierał się dalej Brannel. - Nie zna mowy magów. Oni 

wszyscy mówią takim językiem, który rozumiem. Udowodnię to. Panie - przemówił do Keffa w 

języku magów. - Czego żądasz?

Przybysz uśmiechnął się przyjacielsko i znów mówił coś, trzymając pudełko przed sobą. 

background image

Swoiste doświadczenie nie zrobiło żadnego wrażenia na pozostałych robotnikach. W dalszym ciągu 

wpatrywali się w obcego ze strachem i obojętnością, jak stado owiec, do których byli podobni.

- Keff - powiedział obcy, wskazując kilka razy na siebie. Potem skierował dłoń na Brannela.

- A tyy?

Wszyscy zrobili unik jak przed ciosem. Skierowany ku nim palec władcy oznaczał nadejście 

kary   bożej.   Brannel   nie   chciał   dać   poznać   po   sobie,   że   też   zamierzał   się   cofnąć,   ale   gest 

nieznajomego mógł być jedynie prośbą o informację.

- Brannel! - powiedział, kładąc rękę na sercu, które łomotało z wrażenia.

Ta odpowiedź zadowoliła pytającego, który podniósł kamień.

- Aco-toj-est? - zapytał.

- Kamień - odpowiedział Brannel. Zrobił kilka kroków naprzód, stając blisko władcy. - Co 

to? - spytał, wyciągając dłoń, aby dotknąć rękawa tuniki maga.

- Brannel, nie rób tego! - ostrzegł Alteis. - Zginiesz, dotykając jego szat!

Nic ma nic gorszego, niż żyć wśród kretynów, pomyślał z odrazą. Nie spadła na niego żadna 

kara. Usłyszał za to głos

- Rekaf.

- Rekaf - powtórzył Brannel z zastanowieniem. Brzmiało to prawie jak normalne słowo. 

Ozran jest wielki! - pomyślał z wdzięcznością. Może i Keff jest magiem, ale z bardzo daleka.

Zaczęli   nazywać   rozmaite   przedmioty.   Keff   prowadził   Brannela   do   różnych   miejsc, 

wskazując  na  rzeczy i  zadając  pytania. Ten okazywał   coraz  większe  zainteresowanie,  podawał 

nazwy i słuchał, jakich słów używał Keff w swoim języku. Załogant stwarzał Brannelowi okazję 

poznania   nowych   nazw.   Język   stanowił  potęgę   i   Brannel   o   tym   wiedział,   a   potęga   stanowiła 

warunek samookreślenia.

Mieszkańcy wioski podążali za nimi zwartą grupą, ale trzymali się w dość sporej odległości. 

Strach już minął. Widzieli bowiem, że między dwoma rozmówcami panuje przyjazna atmosfera. 

Fralim mruczał coś do siebie. Mogła to być oznaka jakichś przyszłych kłopotów, ponieważ to on 

uważał się za następcę Alteisa, lokalnego przywódcy. Bał się jednak maga i nie potrafił pojąć tego, 

co się dzieje. Gdyby Brannelowi udało się po czasie zatrzeć  niekorzystne wrażenie, Fralim nie 

wspomni o przyczynach urazy. Znikną gdzieś w niepamięci trapiące prawie wszystkich poddanych 

na   Ozranie.   Brannel   postanowił   wykorzystać   sytuację   i   podawał   magowi   imiona   wszystkich 

robotników. Fralim prawie zbladł, ale zaciskając zęby, wymusił uśmiech, gdy przyszła kolej na 

niego.

Przybysz-mag pytał o wszystkie korzenie, bulwy, kwiaty i zioła, które były w ogrodzonym 

ogródku   koło   wejścia   do   pieczary.   Dwukrotnie   próbował   wejść   do   środka   domostwa,   ale 

powstrzymał się, widząc, jak zdenerwowany Brannel staje przed progiem. Robotnik był zupełnie 

background image

pewien, jak nigdy dotąd, że ten mag różnił się od innych; nie wiedział, że wchodzenie do domu od 

świtu do zmroku jest zabronione i grozi karą

Pod wieczór przygotowano na placu posiłek dla mieszkańców wsi, podobnie jak i o innej 

porze dnia. Brannel musiał udawać, że je i miał nadzieję, że powstrzyma swój wygłodniały żołądek 

do czasu, gdy będzie mógł skorzystać ze swych ukrytych zapasów. Pracował ciężko przez cały 

dzień, zanim ogarnęło go to podniecenie wywołane niespodziewanym spotkaniem

Wśród tłumu dało się słyszeć szemranie i pomruk. Dzieci były głodne i nie mogły czekać. 

Alteis i Mrana zastanawiali się, czy mogą ośmielić się zaproponować tak skromny posiłek Nie 

chcieli   wywołać   oburzenia   goszczącego   u   nich   maga.   Czy   powinni   przerwać   wizytę,   żeby 

umożliwić zwykłym robotnikom zjedzenie kolacji? Co robić?

Brannel znalazł rozwiązanie. Zachowując należną odległość, poprowadził Keffa na plac i 

uniósł   pokrywę   jednego   z   ogromnych   kotłów.   Jedną   ręką   wykonał   ruch,   który   miał   oznaczać 

jedzenie.

Keff uśmiechnął się na widok parującego naczynia pełnego duszonych warzyw. Pokazał, że 

nie skorzysta z zaproszenia, ale zachęcał miejscowych, aby podeszli i zaczęli jeść. Brannel dołączył 

do   nich,   wiedząc,   iż   Alteis   bacznie   wszystko   obserwuje.   Przełknęli   kilka   małych   kęsów, 

przeżuwając je starannie. Na szczęście wielokrotnie ktoś mu przeszkadzał, przez co łatwo udało mu 

się  wymigać   od  jedzenia.   Keff  pytał  go  o  nazwy różnych   produktów  rolniczych  i   składników 

potraw.

- Korzeń pomarańczy - powiedział Brannel, wskazując jeden z garnków. - Chleb ze zboża. - 

Pokazał ziarna, z których wypieczono chleb. - Duszone jarzyny. Pokrojone bulwy smażone w oleju 

sojowym.

Soja została zebrana miesiąc wcześniej i odebrana przez magów, więc Brannel wziął małe 

kamyki i pokazywał na ich przykładzie, jak się wyciska olej. Keff zrozumiał jego intencje. Brannel 

też był przekonany, że trafił do niego. Był podekscytowany tak samo jak mag, gdy pudełko zaczęło 

wydawać dźwięki przypominające brzmienie mowy: chreb, chlob, szleb, chleb.

- Chleb! Dobrze! - wykrzyknął uradowany Brannel, gdy Keff powtarzał to, co wydobywało 

się z pudełka. - Bardzo dobrze, wielki panie: chleb!

Keff mocno klepnął Brannela po plecach. Robotnik podskoczył i zakrztusił się, ale reakcja 

ta była bardziej oznaką przyjaźni niż dezaprobaty, zupełnie jakby Keff był jednym z robotników, 

sąsiadem... przyjacielem. Starał się uśmiechać. Wszyscy pozostali upadli na kolana, ukryli głowy w 

ramionach, oczekując ze strachem na zesłanie gromów.

- Chleb - powtórzył uradowany Keff. - Już wszystko wiem!

-  Czyżby?   -  usłyszał  pytanie  Carialle.   - A czy  deszcz   w Hiszpanii  pada   przeważnie   w 

dolinach?

background image

- Ozran - powiedział Keff, podkreślając każdą głoskę. Tubylcy wstali z ziemi i podeszli 

bliżej, aby przyjrzeć się Brannelowi. Keff był bardzo wesoły, ale starał się powstrzymać emocje, 

aby ich jeszcze bardziej nie przestraszyć.

- Trudno mi w to uwierzyć. Idzie mi lepiej, niż się spodziewałem. Carialle, w ich mowie są 

elementy   starych   języków   używanych   na   Ziemi.   Oczywiście,   formy   te   zostały   przemieszane. 

Uważam, że mieszkańcy Ozranu mieli styczność z ludzkością może tysiące lat temu, styczność, 

która zmieniła albo uzupełniła funkcjonalizm ich języka. Czy w archiwach są jakieś materiały, które 

dotyczyłyby takich kontaktów w tym sektorze?

-   Sprawdzę   -   powiedziała   Carialle,   uruchamiając   sekwencję   przeszukiwania   programu 

sztucznej   inteligencji.   Włączyło   się   kilka   obwodów   i   program   biblioteczny   zaczął   z   szumem 

pracować.

Korzystając z implantu Keffa, Carialle mogła obserwować tubylców. Kilka osobników płci 

żeńskiej zbierało naczynia przypatrując się uważnie przybyszowi i wciąż zachowując bezpieczną 

odległość. Duży “mężczyzna” o czarnej sierść i drugi starszy, bardziej siwy, oglądali Brannela, 

który bezskutecznie ich odpychał.

- Czego chcą od niego?

-   Hm,   nie   wiem.   Sprawdzają,   czy   nie   ma   żadnych   znaków,   uszkodzeń,   czegoś   w   tym 

rodzaju. Myślą, że może wyrządziłem mu krzywdę, klepiąc go po plecach.

- Nie wiem. Bezpośredni kontakt nie może być niebezpieczny. Szkoda, że nie możesz do 

nich podejść, abym mogła rozpoznać objawy czynności życiowych i dokonać analizy chemicznej 

ich skóry.

Keff stał z dala od tubylców, uśmiechając się i potakując głową za każdym razem, gdy 

któryś   z  nich   spoglądał  w  jego  stronę.  Każda  próba   zbliżenia   się  o  krok  wywoływała  reakcję 

polegającą na automatycznym cofnięciu się.

- Oczywiście, że nie dopuszczą mnie do siebie. Czemu większość z nich jest tak przerażona, 

a nikt nie jest zaskoczony moim widokiem?

- Może krążą wśród nich legendy o bóstwach podobnych do ciebie - odezwała się Carialle z 

wymuszonym humorem. - Może jesteś spełnieniem jakiegoś dawnego proroctwa, według którego 

“Przybędzie gładkobrody z niebios, aby nas uwolnić”.

-   Nie   -   stwierdził   zamyślony   Keff.   -   Ich   reakcja   jest   bardziej   bezpośrednia,   bardziej 

współczesna.   Jakkolwiek   by   patrzeć,   są   łagodni   i   chętni   do   współpracy   -   etnolog   nie   może 

oczekiwać niczego więcej. Robię postępy w porozumiewaniu się z nimi. Chyba już wiem, jak jest 

“być”, ale nie potrafię jeszcze robić rozbioru gramatycznego zdań. Brannel tylko się uśmiecha, gdy 

pytam o znaczenie słów.  

- Tak trzymać! - powiedziała zachęcająco Cari. - Do, odważnych świat należy! Dobrze ci 

background image

idzie,       

Rozjuszony Brannel zdołał się uwolnić od swych towarzyszy. Wygładził futro i spojrzał na 

otaczających go współplemieńców, ale minę miał nietęgą.

Zwrócił się do Keffa z takim wyrazem twarzy, który zdawał się mówić:

- Wracajmy do nauki języka i nie zaprzątajmy sobie uwagi tymi prostakami.

- Chciałbym wiedzieć, o co tu chodzi - powiedział z życzliwym uśmiechem Keff, używając 

języka standardowego. - Będę musiał się sporo nauczyć, zanim zacznę poprawnie zadawać pytania 

dotyczące całej tutejszej społeczności.

Jeszcze jeden z Wyniosłych Pierwotnych coś mamrotał do siebie. Brannel odwrócił się do 

niego   i   ostro   zareagował.   Jego   wypowiedź   nie   wymagała   tłumaczenia.   Już   sam   jej   ton   był 

Obraźliwy.   Keff   wkroczył   między   nich,   aby   rozładować   sytuację.   Rywal   Brannela   szybko   się 

wycofał.   Keff   zajął   uwagę   swego   nowego   przyjaciela   pytaniem   o   naczynie,   które   służyło   do 

noszenia wody. Wsłuchując się w podpowiedzi TS, zdecydował się na ułożenie pełnego zdania w 

języku miejscowych.

- Co to są? - spytał Keff. - I co? Dobrze? 

Rozbawiona   mina   Brannela   świadczyła   o   tym,   że   nie   za   dobrze.   Keff   szeroko   się 

uśmiechnął.

- Może byś mnie nauczył?

Brannel, ośmielony przyjaznym nastrojem Keffa, zaśmiał się rubasznie, prawie rechocąc.

- To - spytał Keff, dalej próbując sił w języku Ozranu - jak są tak?

Szeptem zwrócił się do Carialle:

- Nawet nie wiem, jak spytać “czy poprawnie”? Mówię chyba jak przygłup.

- Jak to się nazywa. Jak one się nazywają - mówił Brannel, biorąc do ręki pojedynczy 

kamyk i całą garść kamieni do drugiej. Pokazywał raz zawartość jednej ręki, raz drugiej. Poprawnie 

odbierał to, że Keff usiłował pytać o liczbę pojedynczą i mnogą oraz pokazywał różnicę. Inni gapie 

nie pojmowali, o co chodzi. Keff był niezwykle podniecony tym wydarzeniem.

- Niesamowite. Znalazłeś najpewniej jedynego inteligentnego człowieka na tej planecie - 

powiedziała   Carialle,   rejestrując   przebieg   wydarzeń   i   słysząc,   jak   TS   dobierał   prawidłowe 

zastosowania   czasowników,   narzucał   liczbę   i   przyrostki   dla   innych   czasowników,   tasując 

onomatopeiczne   transliteracje   jak   karty.   -  Jedyny  z   całej   gromady,   który  pojmuje  abstrakcyjne 

pytania.                                          

- Jest wyjątkowy - przyznał Keff. - Urodzony lingwista. Straciłbym mnóstwo czasu, aby 

dojść   do   tego,   co   on   oferuje   zupełnie   dobrowolnie,   a   muszę   dodać,   że   i   bardzo   inteligentnie. 

Poznanie znaczenia znaków potrwa dłużej, ale tylko Brannel może się okazać pomocny.      

Zgłębiwszy tajniki deklinacji, Keff siadł z Brannelem przy ognisku, aby zacząć rozmowę.

background image

- Czy słyszysz, że on stara się też używać moich słów? - powiedział Keff do Carialle.

Posługując się znakami oraz rosnącym zasobem słów swego tłumacza, Keff spytał Brannela 

o życie pod powierzchnią ziemi.

- ...Ciepło z... ziemi - mówił Brannel, dotykając gruntu. 

TS zostawiał puste miejsca tam, gdzie brakowało mu odpowiednich słów i wiadomości z 

gramatyki, ale Keff uważał, że i tak wystarczy to do porozumiewania się w czasie rozmowy

- Ogrzewanie geotermalne. Teraz jest zimno, dlatego nie możemy wejść do środka? - spytał 

Keff, zginając palec na podobieństwo wejścia do jaskini i naśladując chód dwoma palcami drugiej 

ręki.

- Nie - odpowiedział zdecydowanie Brannel i zrobił zakazujący gest lewą dłonią. 

TS starał się tłumaczyć znaczenie wypowiedzi.

- Nie dzień jaskini. My... pracujemy... dziś.        

- Widzisz - powiedziała Carialle. - Przymus, który zabrania schodzenia z pola w czasie 

godzin pracy. Zapytaj go o przyczynę wahnięcia wskazań moich przyrządów.

Keff zwrócił się z takim pytaniem do Brannela. Wszyscy gapie rzucili w jego kierunku 

bardzo posępne spojrzenia. Osobnik o brązowej sierści zaczął mówić, ale zaraz przestał, gdy starsza 

“kobieta” wydała z siebie jakiś płaczliwy okrzyk świadczący o strachu i przerażeniu.

- Nie - uciął krótko.

- Chyba nie wie - powiedział Keff do Carialle. - A ty, panie - skierował teraz słowa do 

najstarszego z całej grupy, Alteisa, który natychmiast skulił się ze strachu. - Skąd pochodzi ciepło? - 

Złożył ręce w łuk nad głową. - Co wytwarza gorąco?

Jeden z małych chłopców, najprawdopodobniej ten, który wcześniej nie usłuchał polecenia 

matki,   z  wrzaskiem   zrobił   gwałtowny  ruch  ręką   w   powietrzu.   Potem  szybko   uciekł   do   matki, 

szukając u niej oparcia. Dorosła “kobieta” o imieniu Nona spojrzała na niego przerażona i spuściła 

wzrok ku ziemi. Pozostali szeptali między sobą, ale nikt nie patrzył w stronę Keffa ani głośno nie 

mówił niczego.

- Piorun? - spytał Keff Alteisa. - Co wywołuje pioruny, panie?

Starzec o posiwiałym futrze wpatrywał się w układ ust mówiącego, a następnie zwrócił się o 

pomoc do Brannela, który zachowywał stoicki spokój. Keff powtórzył pytanie. Alteis kiwał głową, 

jakby rozważając to, co ma odpowiedzieć, ale jego spojrzenie powędrowało gdzieś ponad Keffem. 

Po chwili patrzył na wprost. Jego wzrok był mętny, świadczył o tym, że niczego nie zrozumiał albo 

nie zdołał zapamiętać pytania.

-   Nic   nie   wie   -   stwierdził   z   westchnieniem   Keff.   -   Cóż,   wracamy  do   początku.   Gdzie 

przechowujecie żywność? - spytał. Wskazał w stronę kamiennego placu i podniósł jeden z  korzeni, 

których   Brannel   używał   wcześniej   jako   pomocy   przy   nadawaniu   nazw.   -   Dokąd   przenosicie 

background image

korzenie?

Brannel wzruszył ramionami i mówił coś niezbyt wyraźnie.

- Nie wiem - zareagował TS. - Korzenie wywożą, przywożą jedzenie.

- Jakaś kultura, gdzie przygotowanie pożywienia jest uświęconym zwyczajem? - pytała z 

coraz   większym   zainteresowaniem   Carialle.   -   To   zadziwiające.   Dostaniemy   premię,   gdy 

przekażemy to do Wydziału Dochodzeniowego.

- Nie jesteście ciekawi? Nie próbowaliście się o tym dowiedzieć? - pytał Keff Brannela.

- Nie! - krzyknął Brannel. Zdenerwował się pierwszy raz od czasu przybycia Keffa. - Jeden 

ciekawy, wszyscy - w tym miejscu klasnął dłońmi - wszyscy... wszyscy - mówił, wstając. Zrobił w 

powietrzu koło wokół dorosłego osobnika płci męskiej, żeńskiej i trojga dzieci. Wykonywał ruch 

naśladujące bicie “mężczyzny” i odpychanie misek z jedzeniem od “kobiety” i dzieci. Większość 

owłosionych człekoludów wzdrygnęła się, a jedno z dzieci zaniosło się płaczem.

- Wszyscy pokarani za ciekawość jednego? Ale dlaczego? - pytał natarczywie Keff. - Przez 

kogo?

Zamiast odpowiedzi Brannel wyciągnął swą trójpalczastą dłoń w stronę gór, a pogardliwa 

mina, którą przybrał, powinna wszystko wyjaśnić. Keff spojrzał w kierunku oddalonych szczytów.

- I co? Coś przeoczyłam? - spytała Carialle.

- Kara z gór? Czy to uświęcony zwyczaj związany z górami? - zapytał Keff. - Brannel 

przyjmuje wszystko, co przychodzi z gór, ale to mu się nie podoba.

- Typowe dla wierzeń  religijnych  - sapnęła Carialle. Skierowała  swe  kamery na  leżący 

daleko przed Keffem szczyt i zrobiła zbliżenie. - Keff, tam są jakieś budowle. Obraz się zlewa i nie 

mogę ich jeszcze zidentyfikować. Co to jest? Świątynie? Grobowce? Kto je zbudował?

Keff zwrócił się do Brannela.

- Co to...? - zaczął. Jego wypowiedź została przerwań przez wiązkę światła wysłaną prosto 

ze szczytu najwyższej góry i trafiającą pod nogi Keffa. Gorąca jasność pochłonęła całą jego postać. 

- Coo...? - usiłował coś powiedzieć.

Ręka bezwładnie opadła mu wzdłuż boku, uderzając mocno w nogę. Powietrze w gardle 

przerodziło się w żar. Usta i język zaschły. Ogłuszający szum wypełnił mu uszy. Obraz twarzy 

wybałuszającego oczy Brannela mignął na moment i zaraz przemienił się w czarną plamę ulatującą 

ku górze, ku bezchmurnemu, ciemnemu niebu.

Jaskrawy   obłok   światła   przesłonił   obiektyw   mikroskopijnej   kamery,   ale   zewnętrzna 

aparatura Carialle zarejestrowała całe zdarzenie. Przez moment, zaraz po uderzeniu jasności, Keff 

stał wyprostowany, a następnie powoli, bardzo powoli przewracał się, aż runął na ziemię. Monitor 

pokazujący zapis jego czynności życiowych zapiszczał, gdy wszystkie wykresy przeszły w stan linii 

background image

prostej. Wszystko wskazywało na to, że Keff nie żyje.

- Keff! - krzyknęła Carialle.

Jej   system   domagał   się   adrenaliny.   Wtłaczała   serotoninę   i   endorfinę   do   układu 

krwionośnego. W ułamku sekundy doszła do siebie. Musiała być w pełni sił, aby zająć się Keffem.

Jej obwody błyskawicznie dokonały diagnostycznego sprawdzenia implantów, upewniając 

się, czy nie nastąpiła jakaś awaria. Wszystkie wskazania były na zielono.

- Keff? - pytała, zwiększając poziom głośności w jego implancie. - Słyszysz mnie?

Nie   odpowiadał.   Carialle   sprawdziła   teraz   swoje   obwody   i   poddała   kontroli   implanty. 

Wszystko   oprócz   kamery   świeciło   na   zielono.   Zanim   Carialle   zastanowiła   się   nad   przyczyną 

zakłóceń, styki zaczęły ponownie przesyłać impulsy. Czynności życiowe Keffa powoli wracały do 

normy. Żył! Carialle nie posiadała się z radości. Ale niebezpieczeństwo nie minęło. Cokolwiek 

wywołało to niespodziewane uderzenie celnie trafiające pod nogi, mogło ponownie zadziałać. Musi 

go stamtąd zabrać. Takie zjawisko nie mogło powstać samoistnie, ale trzeba poczekać na dokładną 

analizę. Keff doznał poważnego uszczerbku i wymagał opieki. Nie było nic ważniejszego. Jak go 

ściągnąć z powrotem?

Niewielkie siłowniki, które były na statku, mogłyby go podnieść, ale były przystosowane do 

przemieszczania się po stosunkowo płaskich powierzchniach. Obciążone wagą Keffa nie zdołałoby 

przetransportować go po pofałdowanym terenie. Pierwszy raz żałowała, że nie ma sztucznego ciała, 

na które namawiał ją mężczyzna. Brakowało jej teraz dwu nóg i mocnych rąk.

Ale, chwileczkę! Było jednak ciało: ciało jedynego inteligentnego osobnika na całej tej 

planecie. W momencie uderzenia wiązki światła Brannel szybko stoczył się po kamienistym gruncie 

do osłoniętego miejsca za małym wzniesieniem. Pozostali tubylcy uciekali w popłochu do pieczary, 

ale ten pozostawał nieruchomo kilka metrów od ciała Keffa. Carialle sprawdziła jego impuls na 

podczerwieni   oraz   rytm   uderzeń   serca   -   Brannel   znajdował   się   dziesięć   metrów   od   Keffa. 

Nawiązała z nim łączność akustyczną poprzez TS i przycisk.

-   Brannel!  -   zawołała,   zwiększając   maksymalnie   głośność.   -   Brannel,   podnieś   Keffa   i 

przynieś go do domu.

TS nie przetłumaczył słowa “domu”. Szybko sprawdziła bazę danych, szukając jakiegoś 

równoznacznego terminu.

- Brannel, przynieś Keffa do jego jaskini!

Jej głos był niemal histeryczny. Starała się uspokoić, zwiększyła poziom endorfiny i dawkę 

białka, aby zneutralizować podniecenie.

-   Maga   Keffa?   -   spytał   Brannel.   Wysunął   bojaźliwie   głowę   z   ukrycia,   obawiając   się 

kolejnego uderzenia jasności. - Keff mówi?                     

Keff   leżał   na   ziemi.   Miał   otwarte   usta   i   niecałkowicie   przymknięte   powieki.   Brannel 

background image

wiedział, że uderzenie może się powtórzyć i zachowywał daleko idącą ostrożność.

- Przynieś Keffa do jego pieczary - błagał czyjś głos. Był to kobiecy głos dochodzący spod 

brody   maga.   Jakiś   duch?   Brannel   kiwał   się   na   wszystkie   strony,   zmagając   z   ambiwalentnymi 

żądzami. Keff był dla niego dobry. Chciał spełnić życzenia maga. Nie zamierzał jednak pakować się 

w kłopoty z powodu jednego z tych, których zwaliło uderzenie  jasności. Czy Keff jest następcą 

Klemaya i dlatego nawiedził ich rolniczą osadę? Uderzenie jasnego gromu stanowiło wyzwanie 

prawa sukcesji po Klemayu.

Srebrzysty   cylinder   wysunął   pomost,   najwyraźniej   oczekując   swego   pana.   Brannel 

spoglądał ukradkiem na tę poruszającą się fortecę. Nachylił się nad Keffem i wpatrywał w jego 

oczy.   Nieznaczne   pulsowanie   drgających   powiek   świadczyło   o  tym,   że   mag   żyje,   chociaż   jest 

nieprzytomny.

- Przynieś Keffa do jego pieczary - powiedział znów ten sam łagodny, przekonujący głos. - 

Brannel, ruszaj, przynieś

 

Keffa!

- Dobrze - odezwał się wreszcie Brannel, a chęć poznania srebrzystego cylindra okazała się 

silniejsza niż poczucie ostrożności. Pierwszy raz został zaproszony do twierdzy maga. Kto wie, co 

za cuda znajdzie w wieży Keffa?

Jedną ręką chwycił nieprzytomnego za ramię i podniósł go z ziemi. Po latach ciężkiej pracy 

przeniesienie ciała mniejszego  mężczyzny nie stanowiło dla Brannela żadnego problemu. Po raz, 

pierwszy   też   dotykał   maga.   Z   lekkim   dreszczem   strachu   niósł   sztywne   ciało   Keffa   w   stronę 

srebrzystej wieży.

Brannel przystanął u podnóża podestu. Patrzył z ciekawością na drzwi, które z delikatnym 

szumem płynnie otworzyły się do wewnątrz. Dziwił się, że do ich otwarcia niepotrzebne były żadne 

ręce.

- Brannel, wejdź - odezwał się miły, przekonujący głos, który dochodził z tyłu.

Brannel posłuchał wezwania. Bose, twarde stopy łomotały głucho przy każdym kroku po 

podeście. Zapach powietrza w środku był zupełnie inny. Światła zapaliły się, gdy przekroczyły próg 

i wszedł do ciemnego, wąskiego przejścia. Ściany były gładkie jak tafla spokojnej wody i tworzyły 

kąt prosty z sufitem. Doskonałość wykonania wzbudziła podziw Brannela. Ale przecież nie można 

oczekiwać czegoś innego od maga.

Stanął   na   początku   korytarza.   Wąskie   strumienie   niebieskawego   światła   zapewniały 

wystarczającą   jasność.   Po   ścianie,   na   wysokości   oczu   Brannela   przesuwały   się 

pomarańczowoczerwone,   migocące   promienie,   aż   doszły   do   końca.   Światełka   przebiegały   z 

powrotem i czekały.

- Idę za tobą, tak? - spytał w języku maga, zaczynając iść korytarzem.

- Chodź - odpowiedział tajemniczy głos w mowie stosowanej przez mieszkańców Ozranu, a 

background image

echo   rozbrzmiewało   w   całej   przestrzeni   wokół   Brannela.   Mag   Keff   musi   być   potężnym 

czarownikiem, jeśli ma mówiący dom.

Carialle z ulgą przyjęła reakcję Brannela, który nie przestraszył się tajemniczego głosu ani 

widoku statku kosmicznego. Cały czas wykazywał pewną ostrożność, co zresztą Carialle bardzo 

doceniała.  Kierowała  światłami  prowadzącymi  go  do ściany,  gdzie  znajdowała  się  ława  Keffa. 

Ława wysunęła się bezszelestnie przed Brannelem, który nie potrzebował wskazówek, aby złożyć 

tam ciało załoganta.

- Jedyny inteligentny osobnik na całej planecie - powiedziała sama do siebie.

Brannel wyprostował się i bez pośpiechu rozejrzał się po kabinie, a potem odwrócił się na 

swych   zrogowaciałych   piętach.   Na   monitorach   zobaczył   pole   i   zbliżenie   jednego   ze   swych 

ziomków przycupniętych wśród współtowarzysza u wejścia do jaskini. Na ten widok zaśmiał się 

szyderczo.

Carialle   przestawiła   swe   wewnętrzne   monitory   tak,   aby   zbadać   objawy   czynności 

życiowych Keffa. Zaczął powoli oddychać, a pod zamkniętymi powiekami widać było nawet rud 

gałek ocznych,                          

Brannel zaczął obchodzić całą kabinę. Starał się niczego nie dotykać, a jedynie nachylał się 

nad różnymi przyrządami czy urządzeniami i obwąchiwał je. Zrobił bardzo zdziwioną minę widząc 

przyrządy do ćwiczeń, które Keff zabrał na pokład statku

- Brannel, dziękuję za pomoc - powiedziała Carialle korzystając z TS. - Możesz już odejść. 

Keff podziękuje c później,                                           

Brannel nie wykazywał chęci odejścia. Najprawdopodobniej wcale nie usłyszał jej słów. 

Chodził   dalej   po   kabinie,   ujawniając   coraz   większe   zainteresowanie.   Carialle   wcale   się   to   nie 

podobało.   Była   wystarczająco   wdzięczna   obrośniętemu   człekoludowi   za   uratowanie   Keffa. 

Pozwoliła mu obejrzeć wnętrze statku i to powinno wystarczyć.

- Dziękuję, Brannel. Do widzenia! - odezwała się, ale tym razem ton jej głosu był bardzo 

zdecydowany. - Możesz iść. Proszę, idź! Wyjdź!

Brannel słyszał wyraźnie oddzielone słowa wypowiadani przez osobę znajomą magowi, ale 

nie   tak   przyjaźnie   jak   na   początku.   Nie   chciał   opuszczać   tak   fascynującego   miejsca.   Wiele 

przedmiotów kusiło, aby je obejrzeć, a niektóre były tak małej że dałyby się schować w dłoni. 

Wielki mag z pewnością nie przeoczyłby braku nawet jakiegoś drobiazgu. Skupił swą uwagę na 

spłaszczonym, jajowatym  i lśniącym białym  cacku, które leżało na wąskiej półce pod regałem 

zrobionym   ze   sztywnych,   wyglądających   na   drewniane   kwadratów.   Nawet   krótkie   spojrzenie 

pozwoliło dojrzeć na białej powierzchni pięć wgłębień Z wrażenia aż zaczął szybciej oddychać, gdy 

sięgał po ten przedmiot.

- Nie! - krzyknął głos. - To moja paleta.

background image

Ze ściany błyskawicznie wysunęła się wykonana z czarnego metalu ręka i uderzyła go w 

nadgarstek. Zaskoczony Brannel upuścił biały przedmiot. Druga ręka zdołała go złapać, zanim 

runął na podłogę. Brannel się cofnął, gdy jedna ręka przełożyła białą rzecz do drugiej i ta odłożyła 

ją na półkę.

Nie zrażony niepowodzeniem, rozejrzał się, szukając kolejnej łatwej zdobyczy. Szczerzył 

długie zęby i zastanawiał się, gdzie jest niewidoczny obserwator. Celowo przesunął się w kierunku 

innego małego przedmiotu leżącego na blacie stołu usianego iskrzącymi się światełkami. Prawie 

bezwiednie podniósł rękę, chcąc sięgnąć po łup.

- O, nie, nie ruszaj - powiedziała twardo Carialle, a wystraszony Brannel upuścił krokomierz 

Keffa na pulpit z monitorami. Widziała, jak kręci głową, próbując ją zlokalizować. - Czy nikt ci 

nigdy nie mówił, że złodziejstwo jest wstrętne?

Cofnął się jeszcze bardziej, chowając ostentacyjnie ręce za plecami.

- Nie chcesz wyjść po dobroci, prawda? - spytała Carialle - Potrzebny ci będzie jakiś impuls.

Z przeciwległego końca kabiny zaczęła generować straszne dźwięki, które prowadziły do 

bólu uszu. Człekolud upadł na kolana, zakrywając uszy, a jego barania twarz wykrzywiła się w 

cierpieniu.   Carialle   zwiększyła   głośność   i   nadawała   sygnał   kolejno   przez   wszystkie   głośniki 

rozmieszczone aż do śluzy powietrznej. Brannel, czołgając się i potykając, przesunął się w kierunku 

podestu.  Chciał  jednak  zawrócić  i  przedostać  się   do  wnętrza,  jak  tylko   Carialle  zakończyła   tę 

swoistą   audycję.   Zmuszona   była   zabrzmieć   wybuchem   brzęczenia   podobnego   tysiącom   rojów 

pszczół i zamknąć drzwi, zanim przekroczył próg.

- Niektórzy nie wiedzą, kiedy mają wyjść - gderała, uruchamiając kilka siłowników, które 

miały się zająć Keffem.

Brannel, odpędzony i wyrzucony na świeże powietrze przez eksplozję hałasów, uciekał od 

latającego   zamku   przez   wzgórze.   Na   polu,   po   przeciwległej   stronie,   trwało   zgromadzenie 

miejscowych,   którzy   żywiołowo   gestykulowali,   rozprawiając   najprawdopodobniej   o   dziwnym 

magu. Na szczęście nikt nie zwracał uwagi na Brannela. Miał się nad czym zastanawiać, a poza tym 

był  głodny. Został zmuszony do zjedzenia odrobiny wstrętnej strawy. Miał nadzieję, że mimo to 

zdoła zapamiętać wszystko, co się dziś wydarzyło.

W czasach młodości zachorował, miał bóle głowy i wymioty, nie mógł jeść niczego, co 

dostarczali władcy. Rodzice sprzeczali się wtedy, czy błagać Klemaya o pomoc. Matka Brannela 

uważała,   że   taka   prośba   zostanie   przyjęta,   gdyż   młodzian   jest   silny   i   wyrośnie   na   dobrego 

robotnika. Ojciec natomiast nie chciał zanosić błagania, obawiając się kary za naruszanie spokoju 

jednego z wielkich. Brannel słyszał całą rozmowę i zastanawiał się, czy umrze.

Rankiem  pojawiło   się  ruchome   oko  Klemaya,  aby nadzorować   codzienną  pracę.  Matka 

background image

Brannela nie pobiegła, aby oddać należny pokłon. Stan chorego nie polepszył się, a ona zapomniała 

o tym, aby zwrócić się o pomoc. Ukryła Brannela na skraju pola i poklepała go czule po nodze. Nie 

pamiętała o tym, co zaprzątało jej uwagę poprzedniej nocy. Ojciec też nie pamiętał. Brannel się nie 

zrażał. Tak to już jest. Dziwne było to, że on zachowuje pamięć.  Wczorajszy dzień nie został 

wymazany, nie przepadł w odmętach szarości. Wszystko, co usłyszał i zobaczył, było tak żywe i 

wyraźne, jakby nadal się działo. Różnica między dniem wczorajszym a przedwczorajszym polegała 

tylko na tym, że niczego nie jadł.

Później   w   miarę   możliwości   starał   się   unikać   jedzenia   tego   co   jedli   współplemieńcy. 

Próbował spożywać naturalne rośliny jadalne, które rosły nad rzeką, ale w gruncie rzeczy odżywiał 

się surowymi jarzynami i zbożem wykradanym z koryt zwierząt pociągowych. Rozwijał się dobrze 

i wyrastał na wyższego i silniejszego od rówieśników. Jeśli matce zdarzyło się kiedykolwiek o tym 

wspomnieć   przy   nawrotach   pamięci,   zawsze   podkreślała,   że   wydała   na   świat   syna,   z   którego 

władcy będą mieć pożytek. Z biegiem czasu stawał się coraz mądrzejszy i zapamiętywał wszystko, 

co   usłyszał.   Nie   chciał   utracić   cennego   daru   poprzez   jedzenie   tego,   co   pozostali   członkowie 

plemienia.   Jak   dotąd   magowie   nie   mieli   powodów,   aby   podejrzewać,   że   różni   się   od   reszty 

mieszkańców wioski. On sam starał się nie ściągnąć na siebie ich uwagi przez nieposłuszeństwo. 

Najgorsze, co mogłoby go spotkać, to utrata jasności umysłu.

Ten umysł rozważał teraz przypadek Keffa: jest magiem czy nie jest? Ma źródła władzy, ale 

nie mówi  językiem magów. Jego znajoma też nie  zna owego języka, ale  zastosowała  te same 

sposoby, co Klemay, aby go odpędzić. Podobnie przecież robotnicy wyganiani są hałasem z jaskini, 

aby pracować. Keff ma władzę, ale i tak został rażony gromem jasności, aż stracił przytomność. 

Czy Keff nie mógł przewidzieć nadejścia takiej kary?

Brannel   dotarł   na   skraj   pola.   Przecisnął   się   między   krzakami   w   stronę   zbocza,   które 

prowadziło do jego kryjówki w pobliżu rzeki. Nie zauważony przez nikogo, zjadł trochę surowych 

korzeni, które schował przed dwoma dniami. Plony w tym roku były dobre i nikt nie zauważył, ile 

koszy zabrał albo ile inni zabrali. Niczego nie pamiętali. To mu bardzo sprzyjało.

Po zaspokojeniu głodu Brannel poszedł do swojej pieczary, aby posłuchać o wydarzeniach 

dnia, nowym magu i o tym, jak został on powalony na ziemię. Nikomu nie przyszło na myśl 

zapytać, co się z nim stało, a i Brannel wcale nie chciał im niczego przypominać czy wyjaśniać. Po 

zapadnięciu zmroku wszyscy udali się do ciepłej jaskini. Alteis spojrzał na swego syna, wykrzywił 

twarz, usiłując przypomnieć sobie coś, o co chciał go zapytać, ale po dłuższej chwili zrezygnował.

background image

ROZDZIAŁ 4

Wydawało się, że w zalanej promieniami zachodzącego słońca sali posiedzeń Wielkiego 

Maga   Południa   jest   tylko   jeden   człowiek,   sam   Nokias   siedzący   na   unoszącym   się   krześle 

przypominającym   tron.   Plennafrey,   posługując   się   swym   ruchomym   okiem,   które   omiotło   całą 

wspaniałą komnatę, stwierdziła obecność ogromnej władzy, znacznie większej niż gdzieśkolwiek 

indziej   na   Ozranie.   Była   dumna,   że   i   ona   jest   tu   wśród  sprzymierzonych   Nokiasa,   chociaż 

odczuwała lęk.

Z tyłu, zaraz za tronem, zawisły zwykłe srebrne kule gotowych na każde skinienie sług 

Wielkiego Maga, ale także zapewniających ochronę. Stanowiły oczy z tyłu jego głowy, ale nie były 

to zwyczajne oczy, jakie wyobrażała sobie Plennafrey gdy była dzieckiem. Widoczne były także 

bardziej   efektowne   kuliste   oczy  magów   różnej   płci.  W  najciemniejszym   rogu  unosiła   się   kula 

należąca do posępnego Howeta. Na wysokość maga, powyżej pozostałych, fruwało spoglądające 

pogardliwie na całą resztę oko Asedowa. Czerwona kula Iraniki dryfowała w pobliżu wielkiego 

okna wychodzącego na góry i najwyraźniej nie zdradzała zainteresowania tym, co działo się wokół 

Przed Nokiasem pojawiło się iskrzące oko o metalicznym zabarwieniu różem i złotem należące do 

Potrii,   niebezpieczne   i   ambitnej   czarodziejki.   Plennafrey   zdążyła   zwrócić   swe   oko   w   stronę 

Nokiasa, zanim Potria zdołała zobaczyć, że nie patrz na niego.

Daleko stąd, w domu, w swoim umocnionym sanktuarium Plenna czuła, jak czerwienieją jej 

policzki. Nie było to spowodowane chęcią przyciągnięcia czyjejś uwagi. Kierując się względami 

bezpieczeństwa, zacisnęła palce i kciuk w pięciu wgłębieniach klamry paska, który stanowił źródło 

jej mocy w potem zaczęła pleść pajęczynę klątwy zapewniającej ochronę, ale także stanowiącej 

groźną broń zdolną do zadania ran lub śmierci każdemu, kto ośmieliłby się przekroczyć jej granice, 

albo wytworzyć atmosferę samopotępienia i zaniku. Jej magiczne środki obronne były równie silne, 

jak innych: słabością natomiast był brak doświadczenia. Plennafrey była najmłodsza wśród magów, 

jedynym   pozostałym   przy  życiu   członkiem   rodziny.   Dopiero   przed   dwoma   laty  zajęła   miejsce 

swego   ojca.   Na   szczęście   Potria   nie   czuła   się   urażona,   a   jej   różowo-złote   oko   wirowało   w 

powietrzu, aby mogła się przyjrzeć wszystkim po kolei. Plenna usunęła swe niebiesko-zielone oko 

w cień, by się nie wyróżniać, ale dalej utrzymywała zaklęcie w gotowości.

- Powinniśmy przejąć posiadłość Klemaya - oznajmił głos Potrii. Był  mocny,  o niskim 

brzmieniu, przepełniony mityczną siłą. Stare ozdoby na ścianach lekko zadrżały w swych ramach.

- Najpierw odbędziemy radę, lady Potria - powiedział łagodnie Nokias.

Był to szczupły mężczyzna o rumianej twarzy, nie tak wysoki jak zmarły ojciec Plennafrey, 

ale o stosunkowo dużych, w porównaniu do całej sylwetki, dłoniach i stopach. Ciemne, brązowe 

oczy  o niewinnym   spojrzeniu  wcale  nie  zdradzały bystrego  umysłu.  Prztyknął  palcami  i  zaraz 

background image

ukazał się przed nim służący trzymający tacę. Owłosiony osobnik ukląkł przed Nokiasem i napełnił 

elegancki kielich zielonym musującym winem.

Wielki Mag Południa wpatrywał się w zawartość pucharu, szukając natchnienia.

-   Mój   brat   na   Wschodzie,   Ferngal,   też   ma   roszczenia   do   posiadłości   Klemaya.   To 

nieporozumienie  z  naszym   zmarłym  bratem  doprowadziło  do  tego,   że  jego  własność  jest...  do 

wzięcia.

Gdy magowie zastanawiali się nad tym stwierdzeniem, w sali zapadła cisza.

- Panowanie Klemaya dotyczy pogranicza Wschodu i Południa - stwierdził dobiegający z 

kuli koloru indygo głos Asedowa. - Teren ten nie należy ani do Ferngala, ani do nas, dopóki ktoś nie 

zgłosi swych roszczeń. Przekonajmy się, że nasze roszczenia są słuszne!

- Czy liczysz na to, że takie postępowanie przyniesie ci szybki awans? - zapytał cicho 

Nokias, odstawiając na wpół opróżniony kielich.

Wśród niektórych magów dał się usłyszeć pomruk, oczywiście, w sferze ducha. Nie tylko 

Plenna wiedziała, jak ambitna jest Asedow. Nie był jeszcze jednak dość zuchwały ani silny aby 

rywalizować z Nokiasem o tytuł Maga Południa. Próbował brać udział we wszystkim, co się da, a 

zapomniał o niezbędnej asekuracji. Plennafrey usłyszała kiedyś, że niedługo już może tylko wrony 

pozostaną tam, gdzie są posiadłości Asedowa.

- Klemay nosił przyrząd, który pobierał najwięcej mocy z Rdzenia Ozranu - stwierdził 

Asedow. - To coś jest długie jak ręka, ma na końcu uchwyt, który wygląda niczym wielki czerwony 

klejnot. Klemay potrafił za pomocą tego panować nad piorunami. Chcę to zdobyć.

- Możesz zatrzymać to, co zdobędziesz - odparł Nokias 

Wypowiadał słowa powoli, ale niosły one w sobie tyle grozy, ile dudniący wulkan. Nawet i 

teraz Asedow nie tracił buty Chyba że miał na celu sprowokowanie Nokiasa. Nie była to najlepsza 

pora na kłótnie, gdyż groziło im wyzwanie z zewnątrz! Zachowując ostrożność, spowodowała, że 

jej  oko obserwacyjne obniżyło się poza zasięg razów władcy. Słyszała o pewnym magu, który 

został spalony na popiół przez błyskawice zesłaną za pośrednictwem oka obserwacyjnego władcy.

Tylko Nokias zauważył jej obecność i posłał przyjazne spojrzenie w stronę jej statku. Czuła, 

że widzi ją taką, jaka jest w rzeczywistości: dziewczyna w wieku około dwudziestu lat z ostro 

zakończonym   podbródkiem   i   ciemnymi,   czujnym   oczami.   Zawstydzona   okazywaniem   słabości 

Plenna odważnie uniosła  oko obserwacyjne na  wysokość  nieco  poniżej  poziomu zajmowanego 

przez pozostałe. Nokias zaczął się wpatrywać w róg sufitu, jakby rozmyślając nad swym związkiem 

z omawianą sprawą.

- Jest coś specjalnego tam, na Wschodzie - powiedział Iranika poważnym głosem, starając 

się utrzymać nieruchomo swe różowe, drgające oko.

Była wiekowym magiem i mieszkała daleko, w południowym paśmie gór. Plennafrey nigdy 

background image

nie spotkała jej osobiście ani nic nie wskazywało na to, że spotkanie dwu kobiet kiedykolwiek 

nastąpi. Staruszka przebywała w dobrze strzeżonej fortecy, unikając prób zamachu.

- Dwukrotnie odebrałam dziwne emanacje. Podejrzewam zmowę, najprawdopodobniej ze 

strony wschodnich sił, które chcąc przejąć panowanie nad częścią południowego terytorium. 

- I ja mam pewne podejrzenia - dodał potakująco Notkias

-   Mag   Wschodu   chce   rozciągnąć   swoją   zwierzchność   i   objąć   cały   Ozran,   niczym 

promieniami słońca - sapnęła Iranika. - Potrzebne jest przeciwdziałanie, bo pomyśli, że jesteś słaby. 

Niech kilkoro z was poleci na górę Klemaya. Już teraz trzeba przejąć władzę! Dziwne znaki dają się 

zauważyć w oddali.

- Polecicie na górę? A ty, siostro, nie będziesz wśród nas - zagrzmiał Howet.

- Nie, nie potrzebuję dodatkowej władzy, jak co niektórzy - odpowiedziała Iranika, robiąc 

subtelną aluzję do Asedowa, który zignorował jej słowa, gdyż uważał ją za swoją stronniczkę. - 

Mam tyle, ile trzeba. Nie chcę jednak, aby bogactwo Klemaya wpadło w ręce Wschodu.

- Ktoś może to samo powiedzieć o twoim - zaatakowała Potria. - Powinnam po nie sięgnąć, 

zanim twe miejsce będzie puste, zanim zajmie je ktoś z Zachodu.

- Możesz spróbować - powiedziała Iranika, kierując swe oko na Potnę.

- Mam ci pokazać, jak to zrobię? - spytała Potria, a jej głos dźwięczał w całej komnacie.

Różowo-złota kula podążyła w stronę czerwonej. Obie uniosły się pod sufit, obrzucając się 

pogróżkami.

Obraz, który miała Plenna ze swego oka, był nieustabilizowany, ponieważ chciała widzieć 

tamte dwie. Asedow pragnął zająć miejsce Maga Południa, a Potria zawładnąć całym zbiorem 

magicznych przyrządów Iraniki. Nokias był co prawda zwierzchnikiem magów w tym regionie, ale 

z tego, co słyszała Plennafrey, tylko dlatego, iż Iranika nie chciała tej funkcji. Wolała spokojny 

żywot starszej kobiety. Plennafrey dużo by dała, aby dowiedzieć się, czy zajmowała swą pozycję 

prawnie czy jedynie dzięki bluffowi. Jeśli ktoś już słabnie, stanie się na pewno ofiarą zamachu i 

straci znamiona mocy, zanim wrony pojawią się nad jego trupem.

Zdobycie   uznania   i   awansu   w   hierarchii   wymaga   od   magów   podjęcia   wyzwania   i 

odniesienia zwycięstwa w rywalizacji ze zwierzchnikiem czarodziejów. Takie potyczki nie zawsze 

są rozstrzygające ani nie muszą mieć magicznego charakteru. Czasami przeciwnicy posługują się 

przekupywaniem służących, aby wykradli artefakty i do tego stopnia osłabili przez to moc rywala, 

że mag  zostaje pokonany jakimiś przebiegłymi sztuczkami. Zabójstwa dodają jeszcze splendoru. 

Plennafre wiedziała o tym, ale była przeciwna odbieraniu życia. Nawet myśli o kradzieży czy 

morderstwie nie przychodziły jej łatwo. Uciekała się do nich tylko w ochronie  własnego życia. 

Innym sposobem awansu jest zdobycie magicznych przyborów z tajemnej skrytki, które pozostawili 

Starożytni albo Starzy - takie rzeczy były znane. Plenna nie uzyska wiele z zapasów Klemaya jeśli 

background image

nie zdobędzie się na odwagę. Była zdecydowana  żądać czegoś, niezależnie od tego, ile by ją to 

kosztowało.

Znamiona   mocy,   przybory   czarodziejskie,   które   przekazane   zostały   Starym   przez 

Starożytnych, a potem magom, różnił się między sobą, ale wszystkie miały tę samą właściwość - 

zdolność   pobierania   mocy   z   Rdzenia   Ozranu,   mistycznego   źródła.   Nie   było   chyba   żadnego 

prawidła, według którego Starożytni tworzyli przedmioty przenoszące moc: amulety, pierścienie, 

pałeczki, buławy i inne, wszystkie o tajemniczych kształtach które należało osadzić w paskach albo 

bransoletach i nosić ze sobą. Plennafrey słyszała nawet o rękawicy w kształcie zwierzęcego łba. 

Nokias miał na ręce Wielki Pierścień Ozranu a także posiadał amulety o dziwnych kształtach. Jego 

zwolennicy mieli mniej takich przyborów, ale wszystkie charakteryzowała jedna wspólna cecha: 

pięć wgłębień, w które wkładano palce przy wypowiadaniu nakazów (słownie albo tylko w myśli)

- Dość tych przycinków - powiedział znużony Nokias. - Doszliśmy już do porozumienia? 

Zabieramy Klemayowi tyle ile się nam uda? To, co odbierzemy, podzielimy między siebie wedle 

starszeństwa   -   zdecydował   Nokias.   a   jego   wzrok   świadczył   o   tym,   że   nie   oczekuje   żadnego 

sprzeciwu. - I stosownie do potencjału.

- Zgoda - z oka Potrii wydobył się głos.

- Tak - zagrzmiał Howet.

- W porządku - potwierdził cierpko Asedow.

-  Tak   -   dodała   cichutko   Plenna,   której   prawie   nie   było   słychać   wśród   równie   cichych 

wypowiedzi. 

Iranika nie odezwała się.

-   No,   to   po   wszystkim   dla   oczu   -   powiedział   jowialnie   Nokias,   klaszcząc   ogromnymi 

dłońmi.

Plennafrey przyłączyła się do chóru pomruków, które roznosiły się po komnacie. To, co 

powiedział Nokias, było znane już dawno, gdy jeszcze Starożytni stąpali po Ozranie.

- Jak tego dokonamy, Wielki Magu? - pytała Potria. - W otwartym ataku czy z zasadzki?

- Zasadzka świadczyłaby o tym, że mamy coś do ukrycia - zareagował szybko Nokias. - 

Starożytne skarby należą do tego, kto po nie sięgnie i zachowa je. Przypuśćmy otwarty atak na 

Ferngala!

-  Ach   -   krzyknęła   nagle   Potria.   -   Ferngal   i   ludzie  Wschodu   są   akurat   w  ruchu!   Czuję 

zakłócenia linii mocy na terenach, o których mowa. Niezwykłe emanacje mocy. 

- Ferngal nie ośmieliłby się! - protestował Asedow. 

- Chwileczkę! - powiedział Nokias, przymykając powieki. Jego wzrok był rozkojarzony. - 

Czuję to, co ty, Potrio - Wskazał ręką na jedną ze swych faworyt unoszących się za tronem pana. - 

Masz w pobliżu oko obserwacyjne. Zbadaj sprawę.

background image

- Tak, Wielki Magu - powiedział głos Dyrene. 

Młoda kobieta sprawdzała obraz z wielu oczu obserwacyjnych jednocześnie, aby Wielki 

Mag nie musiał zaprzątać swej uwagi takimi błahostkami.

- Hm, hmm! To nie Ferngal, ale coś tajemniczego. Na polu wśród robotników znajduje się 

srebrzysty cylinder. Jest bardzo duży. Wielki Magu, ogromny niczym wieża. Nie wiem, skąd się 

tam wziął. W pobliżu cylindra jest jakiś mężczyzna.... Nie znam go.

Iranika   zachichotała.   Pozostałe   oczy   obserwacyjne   zwróciły   się   na   nią,   a   spojrzenia 

świadczyły o wściekłości operatorów

- Wiedziałaś o tym od dawna, starucho - powiedziała Potria z wyrzutem.

-   Wykryłam   to   przed   paroma   godzinami   -   odparła   Iranika   z   przesadną   skromnością.   - 

Mówiłam,   że   są   zakłócenia   linii   mocy,   ale   nie   chcieliście   słuchać,   tak?   Czy   chcieliście   sami 

sprawdzić? Ja patrzę i obserwuję. Wielki srebrzysty cylinder spadł z nieba, ciągnąc za sobą ogień. 

Prawdziwa latając forteca. Przedmiot mocy o niezwykłej sile. Mężczyzna, który wyszedł ze środka, 

przebywa z wieśniakami Klemaya.

- On nie ma styczności z Rdzeniem Ozranu - oznajmi Nokias po chwili zamyślenia. - Poza 

tym nie jest magiem. Łatwo da się schwytać. Przekonamy się, kim jest i skąd pochodzi. Użycz mi 

swoich oczu, Dyrene, i daj mi popatrzeć.

- Twoja wola, panie - powiedział cichy głos. 

Skupiając się na celu. Mag Południa położył lewą rękę na prawej dłoni, aby zbudzić Wielki 

Pierścień, a potem wzniósł obie ręce ku oknu. Z jego palców z trzaskiem wystrzeliła w niebo 

ognista, szkarłatna wiązka ognia.

- Upada, Wielki Magu - relacjonowała Dyrene.

-   Muszę   to   sama   zobaczyć   -   powiedziała   Iranika.   Nie   czekając   na   zezwolenie,   jej   oko 

obserwacyjne wzniosło się w stronę dużego okna.

- Spokojnie! - krzyknęła Dyrene. - Wieśniak dotyk ciała nieznajomego. Niesie je w kierunku 

srebrzystej wieży.

Gdy po chwili oczy obserwacyjne krążyły wokół kuli. Dyrene dodała: 

- Jest już w środku. 

Iranika mruczała coś siebie.

- Chcę mieć ten srebrzysty cylinder - zapalił się Asedow. - Ma ogromną moc! Wielki Magu, 

biorę to!

- Sprzeciw! - zapiszczała Potria. - Żądam wieży i człowieka!

Różne   głosy  dołączyły   się   do   sporu,   opowiadając   się   po   obu   stronach.   Inne   krzyczały, 

domagając się prawa do posiadania nowych artefaktów. Nokias zignorował je. Potria i Asedow 

otrzymają zgodę na podjęcie pierwszej próby. Pozostali będą mogli rzucić wyzwanie zwycięzcy, 

background image

jeśli sam Nokias nie zgłosi prawa do zdobyczy.

- Ogłaszam początek rywalizacji - zawołał Nokias, przekrzykując wrzawę. Uniósł rękę z 

Wielkim   Pierścieniem.   Plenna   skierowała   swe   oko   obserwacyjne   pod   unoszącym   się   fotelem 

Nokiasa   ku   oknom   swej   górskiej   rezydencji.   Szkarłatne   wiązki   promieni   mocy,   po   jednej   od 

każdego z dwu magów mających siedziby w górach, wpadły przez otwarte okno Nokiasa. Zderzyły 

się powodując wybuch stłumiony przez Wielki Pierścień.

- Zawody rozpoczęte!

Wszystkie oczy wydostały się na zewnątrz, podążając za rywalami, aby obejrzeć przedmiot 

sporu.

- Jest większe niż olbrzymie - zauważyła Plennafrey, okrążając srebrną wieżę swym okiem. 

- Jakie piękne!

- Są tu jakieś napisy runiczne - odezwał się stary głos Iraniki.

Plennafrey poczuła lekkie szturchnięcie, którym staruszka chciała zwrócić na siebie uwagę, 

a potem zbliżyła się do czerwonego, penetrującego okolice podstawy oka.

- Spójrz tutaj. Nie widziałam niczego w zasobach mej pamięci, co byłoby do tego podobne.

- Widzę mym małym okiem zagadkę ogromnych proporcji - powiedział Nokias, a jego złota 

kula unosiła się za nimi,  gdy starały się rozszyfrować treść napisów.

-   Wspaniała   złuda   -   stwierdził   Howet,   oddalając   się,   aby   widzieć   cały   obiekt.   -   Skąd 

wiadomo, że nie jest to jakaś sztuczka Ferngala? Metal i ogień to nie żaden cud. Wielki Magu ja 

sam mogę zbudować coś takiego.

- Wyjątkowa konstrukcja - powiedział Nokias.

- Ferngal nie ma za grosz wyobraźni - protestowała Potria.

- Jest cudowne - zachwycała się Plenna. 

- Ładne, ale bezużyteczne - bełkotała Iranika. 

- Skąd wiesz? - spytała ostro Potria.

W   czasie   gdy   siłowniki   i   inne   przyrządy   zajmowały   się   Keffem.   Carialle   bacznie 

obserwowała pasmo gór na południu. Nie padało, więc skąd się wziął ten piorun, o ile w ogóle by to 

piorun? Wyładowanie elektryczne tak wielkiej mocy musiało mieć jakieś źródła. Nie stwierdziła w 

tamtej   okolicy   niczego   szczególnego   ani   nawet   złóż   rud   o   własnościach   przewodzących.   Fakt 

pozostawał faktem: celne trafienie pod nogi Keffa oznaczało przemyślane działanie.

Powietrze wokół niej było zjonizowane, tchnęło pustką i kruchością. Po uderzeniu wiązki 

jaskrawości   atmosfera   powracała   do   normalnego   stanu,   zupełnie   jakby   jej   składniki   ponownie 

wypełniły   pustkę   po   uderzeniu.   Czujniki   zarejestrowały   ciche   dudnienie   i   znów   zaczynało 

brakować powietrza. Tym razem czuła mocny powiew wiatru w stronę gór. Nagle szkarłatne wiązki 

background image

znów uderzyły, dwie poszarpane błyskawice złączyły się w jedno na odległym szczycie. Po chwili 

drobne iskry, takie jak te spod młota kowala, który kuje rozgrzane żelazo, odbiły się od punktu 

trafienia i szybowały w jej stronę.

Skierowała wzrok na nadchodzące uderzenie jasnych drobin. Miały zbyt regularne kształty 

jak na kamienie, a ponadto sprawiały wrażenie, że lecą dzięki swej własnej mocy i zwiększają 

prędkość. Analiza sytuacji była gotowa na kilka chwil przed tym, jak latające świetliki dotarły do 

Carialle. Zgodnie z treścią raportu były to przedmioty o doskonale kulistym kształcie, gładkie i o 

jaskrawych barwach. Z jednej strony miały wycięcie ukazujące otwór, jakby obiektyw. Dziwne, że 

nie miały żadnych wewnętrznych mechanizmów. Były puste.

Kule krążyły nad statkiem i wokół niego, jakby podrzucane przez tajemniczego żonglera. 

Carialle   zaczęła   odbierać   słabe   impulsy   o   niskiej   częstotliwości.   Kule   przesyłały   sygnały   do 

jakiegoś ośrodka. Carialle włączyła TS w układ zewnętrzny

Pierwsze przypuszczenie, że dane przesyłane są tam, skąd wysłano kule, zmieniło się, gdy 

zauważyła   zmiany   charakteru   nadawania   i   zanotowała   odpowiedzi   ze   strony   kul,   które   nie 

komunikowały   się   z   nieznanym   centrum.   Najzwyczajniej   rozmawiały   ze   sobą.   Wyregulowała 

częstotliwość i usłyszała głosy

Usiłowała   wychwycić   znaczenie   rozmów,   korzystając   ze   słownictwa   i   zasad   gramatyki, 

które Keff nagrał w czasie kontaktów z Brannelem i innymi. TS zostawiał długie przerwy, Język 

Ozranu   był   tak   złożony   jak   standardowy.   Keff   dopiero   zaczął   analizować   składnię   i   zebrane 

słownictwo. Carialle rejestrowała wszystko niezależnie od tego, czy rozumiała, czy nie.

- Do diaska, Keff, zbudź się! - błagała. 

To przecież jest jego domena. On wie, jak nastawić i wyregulować TS, aby spełniał swe 

zadanie. Strzępki zdań, które rozumiała, męczyły ją.

- Przybliż się - powiedziała jedna z kul do drugiej wysokim, piskliwym głosem... (coś) nie... 

jak (nieprzetłumaczalne).

- ...(nieprzetłumaczalne)... skąd... wie... - Carialle usłyszała niski męski głos, który dodał 

słowo używane przez Brannela, gdy zwracał się do Keffa, a potem jeszcze jedno niezrozumiałe 

zdanie.

- ... (nieprzetłumaczalne).

- Skąd wiesz?

Całe zdanie zostało przetłumaczone. Carialle włączyła swe czujniki foniczne, wytężając je, 

aby lepiej słyszeć. Wysłała polecenie, by siłownik przy pryczy trącił Keffa.

-   Keff.   Wstawaj,   Keff!   Jesteś   mi   potrzebny.   Musisz   tego   posłuchać!   -   krzyknęła 

zdenerwowana, a basowe dźwięki jej głosu wprawiały w drżenie membrany głośników. - Mamy tu 

grupę swobodnie rozmawiających w tutejszym języku, którzy rozpierzchli się nie wiadomo gdzie, a 

background image

ty sobie śpisz!

Wahania mocy, które stwierdziła zaraz po wylądowaniu, były teraz silniejsze. Czy ta moc 

sprawia,   że   puste   kule   działają?   Ktokolwiek   za   tym   stoi,   musi   dysponować   potężną,   wręcz 

nieograniczoną siłą. Nie chciała uwierzyć, że mogą to być Wyniośli Pierwotni. Nie dysponowali 

niczym bardziej zaawansowanym technicznie od uprzęży swych zwierząt pociągowych. Carialle 

powinna poszukać oddzielnej sekty czy grupy “władców”.

Przejrzała mapy planetarne w poszukiwaniu źródeł mocy, ale i tym razem bez powodzenia. 

Linie sił układają się bezładnie. Sprawa byłaby o wiele łatwiejsza, gdyby w atmosferze nie było tyle 

aktywności elektromagnetycznej. Duże natężenie pola uniemożliwiało poszukiwania. Carialle była 

zafascynowana, ale i zdenerwowana. Dopóki Keff nie odzyska sił, nie będzie zmieniać miejsca i 

spróbuje ustalić, kto za tym wszystkim stoi i czym się posługuje.

Nie było czasu na eleganckie wzniesienie statku. Na rozkaz Carialle roboty przycisnęły 

czoło, szyję, klatkę piersiową, biodra i nogi Keffa do pryczy. Mózg przygotowywał program od 

lotu. Wokół cylindra nie było nikogo z Wyniosłych Pierwotnych, nie było więc obaw o to, że mogą 

się przestraszyć albo że stanie się im coś złego. Latające oczy obserwacyjne będą  musiały same 

zmienić położenie. Uruchomiła silniki. Wszystko było w porządku poza tym, że statek się nie 

ruszył i pozostawał wciąż w tym samym miejscu.

Zwiększając moc prawie do zakresu oznaczonego czerwoną kreską, czuła, jak rozgrzane 

silniki roztapiają skały, ale nie następował żaden ruch.

- Co to za miejsce? - dziwiła się Carialle. - Coś mnie trzyma.

Zmniejszyła ciąg, a potem nagle zwiększyła, chcąc rozerwać niewidzialne więzy. Zamknąć 

ciąg! Zamknąć ciąg!

Żadnego ruchu. Była w pułapce. Zaczynała panikować, ale szybko się opanowała. Zdawała 

sobie sprawę z realiów: to się nie powinno zdarzyć statkowi o takich możliwościach.

Carialle sprawdziła szybko wszelkie układy i systemy i nie stwierdziła zakłóceń. Nie mogła 

w to wszystko uwierzyć. Nie odkryła na tej planecie żadnej elektrowni, oczywiście nie takiej, która 

byłaby zdolna  powstrzymać   silniki   sterownicze   na  pełnej  mocy.  Powinna  przynajmniej  odczuć 

jakieś szarpnięcie gdyby taka moc się wyłączała. Nieznana, ogromna siła przytrzymywała ją przy 

ziemi.

- Nie - szeptała. - Jeszcze nie.

Idea ogromnej, nieujarzmionej mocy sterowanej z taką łatwością fascynowała racjonalną, 

niewrażliwą na uczucia część mózgu Carialle. Jednak, z drugiej strony, bała się. Wyłączyła silniki, 

aby ostygły.

Nie było szans na ratunek. Nawet Simeon nie wiedział, gdzie oni są. Sektor R był ogromny i 

nie zbadany. Nie traciła ducha. Należało powiadomić Światy Centralne o anomaliach mocy, żeby 

background image

ostrzec innych przed lądowaniem na tej planecie.

Przygotowała bezzałogowy pojazd, do którego pamięci wgrała wszystkie dane, które wraz z 

Keffem   zdołała   zebrać   na   temat   Ozranu.   Otworzyła   właz.   Silniki   tego   pojazdu   nie   odpaliły. 

Niewidzialna siła trzymała go równie mocno, jak ją. Analiza częstotliwości wykazała, że sygnał 

ratunkowy nie jest zdolny przebić się przez zewnętrzne szumy elektromagnetyczne. Nawet gdyby 

udało   się   go   nadać,   nie   wiadomo,   kto   odczytałby  go   w   ciągu   kilkuset   przyszłych   lat.   Zostali 

pozostawieni sami sobie.

- Oooo - pomruk od strony urządzeń do ćwiczeń oznajmił, że Keff wraca do siebie.

- Jak się czujesz? - spytała, włączając głośnik, który znajdował się najbliżej załoganta.

- Paskudnie.

Keff próbował usiąść, ale od razu zaniechał jakiegokolwiek ruchu. Dokuczliwy ból zaczął 

mu świdrować tylną część głowy. Podłożył rękę pod czaszkę. Zamknął  oczy, a potem szeroko je 

otworzył z nadzieją, że minie stan znużenia. Jego powieki były zgrubiałe i czuł, jakby oczy były 

pełne piasku. Zrobił kilka głębokich wdechów i zaczął drżeć z zimna.

- Cari, czemu jest tak zimno? Przemarzłem do szpiku kości.

-   Temperatura   na   tej   planecie   nie   jest   korzystna   dla   ludzi   -   odpowiedziała   Carialle 

przepełniona radością w związku z, powrotem Keffa do sił.

- Brrr! Już o tym nie mów!

Keff przesunął nogi i oparł stopy o podłogę. Widział coraz lepiej i był już świadomy tego, że 

siedzi na pryczy. Siłowniki robotów czekały w gotowości o kilka metrów od niego.

- Jak się tu dostałem? Pamiętam tylko rozmowę z Brannelem na polu. Co się potem stało?

- Brannel cię przyniósł, mój ranny rycerzu. Czy już wszystko zaczyna do ciebie docierać?

Głos Carialle był miły, ale Keff od razu się zorientował, że jest bardzo zdenerwowana.

Najważniejsze   to   pozbyć   się   bólu   głowy  i   wrócić   do   formy.   Zarzucił   duży  ręcznik   na 

ramiona   niczym   pelerynę   i   powolutku   szedł   w   stronę   syntezatora   jedzenia,   żeby   nie   drażnić 

pękającej od bólu głowy.

- Lekarstwo na kaca numer pięć i coś na rozgrzewkę z dużą zawartością węglowodanów - 

zażądał. Syntezator posłusznie furkotał. Keff wypił to, co ukazało się na półce, i wzdrygnął się, gdy 

płyny dotarły do żołądka. Odbiło mu się.

- Dobre, nie ma co. Coś bym zjadł. Gorące i z dużą ilością białka. Uzupełnię moje zapasy, a 

ty opowiadaj, moja damo.  

Uśmiechnął się do jej centralnej kolumny i czekał.

- Na czym to stanęliśmy? - zaczęła spokojnym głosem ale Keff znał ją na tyle dobrze i 

długo,   że   wyczuł   jej   podniecenie.   -   Zostałeś   trafiony   szkarłatnym   piorunem.   Nie   było   to   nic 

naturalnego, bo nie wskazywały na to warunki meteorologiczne. Ponadto uderzenie było niezwykle 

background image

dokładne,   prosto   pod   nogi,   i   dosięgło   tylko   ciebie.   Zostałeś   powalony   na   ziemię   i   straciłeś 

przytomność. To nie mógł być przypadek. Ktoś skierował piorun akurat na ciebie! Namówiłam 

Brannela, żeby wniósł cię do środka.

- Tak? - powiedział Keff z podziwem, wiedząc, że jej znajomość języka tubylców była 

prawie żadna.

- Miałam kłopoty, żeby go wyprosić, delikatnie mówiąc. Potem nastała inwazja czegoś, co 

można by nazwać pojazdami rozpoznawczymi, które jednak nie mają żadnych dających się wykryć 

urządzeń wewnętrznych, ani antygrawitacyjnych, ani służących do latania.

Monitory przestawiły się na obraz z zewnątrz. Ukazały się małe kolorowe kule unoszące się 

w pewnej odległości, przy czym ich płaskie obiektywy skierowane były na statek.

- Ktoś ma  piękne oczy - powiedział Keff, wykazując oznaki dużego zainteresowania. - 

Żadnych widocznych urządzeń, dziwne.

Rozległ   się   dźwięk   dzwonka,   który   informował,   że   posiłek   jest   gotowy.   Keff   z 

przyjemnością sięgnął po duży, parujący talerz.

- Ale wspaniałości!                                 

Na monitorze obok obrazu każdej kuli pojawił się wykres falowy informujący o modulacji 

częstotliwości. Występowały regularne zmiany poziomu głośności.

- To zarejestrowałam w paśmie ultradźwięków.

- Bardzo niskie częstotliwości - powiedział Keff, patrząc na wykresy. - To nie może być 

przekaz bardzo skomplikowanych danych.

- Nadają do siebie impulsy głosowe - stwierdziła Carialle. - Przepuściłam taśmy przez TS i 

posłuchaj, co otrzymałam. 

Szybko odtworzyła cały zapis z nieco wyższą prędkością. Keff uniósł brwi, słysząc pełne 

zdanie w języku standardowym. Podszedł do pulpitu, gdzie za pozwoleniem Carialle zainstalował 

procesor TS, i zaczął manipulować pokrętłami.

- Hm,  o wiele  więcej  słów, czasowników, i ośmielam się przypuszczać, że  mamy parę 

kolokwializmów   lub   okrzyków,   chociaż   brak   nam   jeszcze   wzorców,   aby   je   dokładnie 

przetłumaczyć. Niezły pasztet, co? Ktokolwiek kieruje tymi obiektami ma to bez wątpienia coś 

wspólnego   z   niespodziewanymi   emisjami   promieniowania,   o  których   donosił   Simeon   dowódca 

statku transportowego. - Wyprostował się i spojrzał z kwaśną miną w kierunku kolumny Carialle. - 

No cóż, moja droga. Nie uśmiecha mi się nadstawiać karku. Lepiej zróbmy coś, zamiast analizować 

język, bo jesteśmy w samym centrum walki. Nie dysponujemy żadnym uzbrojeniem, żeby odpierać 

takie zmyślne ataki. Dlaczego nie  odlecimy i nie damy komuś innemu, lepiej opancerzonemu, 

szansy dokończenia sprawozdania o Ozranie? 

Carialle wydała rozpaczliwy jęk.

background image

Odleciałabym, i to bez chwili wahania, ale coś nas trzyma. Nie mogę stwierdzić, co jest 

źródłem tej siły ani z jakiego kierunku działa. To niemożliwe, lecz nie mogę się ruszyć nawet o 

milimetr. Spaliłam mnóstwo paliwa, próbując się oderwać od ziemi. Wiesz, że nasze zapasy nie są 

zbyt duże.

Keff skończył jeść i odstawił naczynie na półkę syntezatora. Mając pełny żołądek, czuł się o 

wiele lepiej. Ból głowy ustąpił, a ciepło powoli wracało do mięśni.

- Jako twój załogant sprawdzę, co się dzieje - powiedział.

-   Znów   się   poświęcasz?   Dla   kilku   błędnych   oczu?   -   Carialle   chciała   zbagatelizować 

problem, ale Keff nie dał się zwieść.

Uśmiechnął się do niej. Wszystkie instynkty obronne gotowe były do akcji.

- Ty jesteś moją damą - powiedział z ukłonem. - Szukam zdobyczy, aby rzucić ci ją do stóp. 

W tym wypadku jest nią informacja. Może metabolizm na Ozranie doznaje tylko lekkiego wstrząsu 

po trafieniu  tajemniczą  wiązką  jaskrawości.  Nie wiemy,   czy  lud po  drugiej  stronie  jest wrogo 

usposobiony.

- Wszystko, co mnie trzyma przy ziemi, jest wrogo usposobione.

- Nie będziesz uwięziona, dopóki ja, twój rycerz, żyję. - Keff wziął TS, sprawdził, czy nie 

jest uszkodzony i zawiesił go na szyi. - Przynajmniej odszukam Brannela i spytam, co mnie trafiło.

- Nie bądź w gorącej wodzie kąpany - upominała Carialle.

Na górnym monitorze pokazała scenę ataku na Keffa.

- Sytuacja się zmieniła. Nie mamy już do czynienia z miejscowymi wieśniakami, którzy nie 

dysponują żadnymi osiągnięciami techniki, ale z nieznaną formą życia na wyższym poziomie niż 

my. I na coś takiego się porywasz.

Keff usiadł i wpatrywał się w ekran. Przeglądał klatkę po klatce, a potem odtworzył cały 

nagrany materiał.

- O, teraz wiem, o co pytać - powiedział, wskazując palcem monitor. - Widzisz to? Brannel 

wiedział, czym jest ta jasność. Wiedział, że nadchodzi i zszedł z jej kierunku. Spójrz na te odblaski! 

Hmm. Uderzenie wyszło z gór na południu. Południowym zachodzie. Ciekawe, czy tu, na Ozranie, 

też   tak   określają   kierunki?   Mogę   mu   narysować   różę   kompasową   na   piasku   i   zaznaczyć 

astronomiczny wschód...

Carialle przerwała załogantowi, napełniając główną kabin dźwiękiem syreny.

- Keff, ty wcale mnie  nie słuchasz. To może być bardzo niebezpieczne. Dla nieznanych 

mocy, zdolnych unieruchomić wielki pojazd kosmiczny, jeden człowiek to drobiazg. Już raz prawie 

cię załatwiły.

- Von Scoyk-Larsens nie daje się łatwo zabić - powiedział z uśmiechem Keff. - Może się 

zdziwią, że jeszcze się ruszam. A może nie przypuszczali, iż ten piorun zrobi mi taką krzywdę. Czy 

background image

masz inny pomysł na to, aby nas stąd wydostać

- No, już dobrze - westchnęła Carialle. - Zbieraj oręż i stawaj do walki, sir Galahadzie! Ale 

jeśli padniesz i złamiesz obie nogi, nie próbuj wracać biegiem!

- O, nie, pani - powiedział Keff, oddając honory tytanowej kolumnie. - Z tarczą lub na 

tarczy. Zaraz wracam.

background image

ROZDZIAŁ 5

Keff wszedł do śluzy powietrznej. Obciągnął tunikę, sprawdził sprzęt, rozluźnił mięśnie, 

stojąc wspięty na palcach stóp. Wziął jeszcze jeden głęboki oddech dla nadania sobie pewności, 

kiwnął w kierunku kamery Carialle i ruszył do przodu.

Carialle coraz bardziej żałowała, że dała się na to wszystko namówić, ale nie mając innego 

wyjścia, odsunęła drzwi i powoli opuściła podest. Zgodnie z jej przypuszczeniami latające oczy 

zbliżyły się, aby lepiej widzieć to, co się dzieje. Była pełna niepokoju o to, czy nie zaatakują Keffa. 

Nie miał żadnej tarczy ani osłony. W gruncie rzeczy miał rację:  tylko on mógł znaleźć jakieś 

rozwiązanie, które umożliwiłoby im opuszczenie tego miejsca.

Keff wyszedł na pomost. Wzniósł ręce i skierował dłonie ku unoszącym się kulom.

- Przychodzę w pokoju - powiedział.

Wszystkie kule przybliżały się i nagle “pstryk!”, zniknęły, oddalając się w kierunku gór.

- Hura! - zawołał uradowany Keff. - Wysłannicy złych im mocy nie mogą panować tam, 

gdzie jest dobro. 

Odezwał się sygnał alarmowy. Carialle obserwowała monitory.

- Czujesz? Średnia wilgotność atmosfery w najbliższym otoczeniu spadła. Krzywe zakłóceń, 

które przecinały się nad nami, zaczynają przyjmować kształt linii prostych. Wahania mocy stają 

coraz większe, większe...

- Czuję to - odpowiedział Keff, oblizując suche wargi. - Włosy na karku mi się zjeżyły. 

Patrz! - krzyknął. - Nadchodzą goście! 

Na przestrzeni trzystu metrów od nich nie było niczego widać, ale gdzieś w oddali, w 

kierunku południowego wschodu zaczęły się wynurzać jakby z niebytu dwa obiekty, które w miarę 

przybliżania się nabierały rzeczywistych kształtów. Keff dojrzał je chwilę później niż Carialle.

- Tym razem nie są to puste kule - stwierdził Keff. - To nasz czarodziej.

- Nie czarodziej - poprawiła go Carialle. - Nie jeden, a dwoje.

Keff potwierdził skinieniem, gdy drugi obiekt stał się wyraźnie widoczny.

- To nie Wyniośli Pierwotni! To zupełnie odmienny gatunek.

Wpatrywał się oszołomiony.

- Spójrz na nich, Cari! Prawdziwe człekokształtne istoty, zupełnie jak my!

Carialle przestawiła obiektywy kamer, aby uzyskać dokładniejszy obraz. Wiara Keffa w 

rozwiązanie zdawała się być uzasadniona. Przybysz znajdujący się bliżej kamery Carialle mój być 

najzwyklejszym   mężczyzną   w   średnim   wieku   pochodzącym   ze   Światów   Centralnych.   W 

przeciwieństwie do żyjących w jaskini rolników miał gładką twarz bez zarostu, sierści czy wąsów, a 

jego dłonie miały cztery palce i sprawny kciuk.

background image

- Niesamowite! Objawy czynności życiowych, puls na poziomie osiemdziesięciu pięciu na 

minutę, sądząc po wyrazi twarzy i wypiekach na policzkach. Sapie i złorzeczy. Oddech między 

czterdziestoma a sześćdziesięcioma - relacjonował Carialle przez implant za uchem Keffa.

- Jak ludzie, którzy są w stresie! - dodał rozradowany Keff

-   Podobnie   było   z   Brannelem   i   jego   ziomkami   -   odparł   Carialle,   rzucając   wykresy  na 

monitor.   -   Wyjątkiem   są   różnice   w   wyglądzie   zewnętrznym   między   nim   a   naszymi   drogimi 

Pierwotnymi. To zastanawiające. Czy ten nowy gatunek przeszedł ewolucję? Jeśli tak, to dlaczego 

linia Wyniosłych  Pierwotnych nie wymarła? Powinni wyginąć po powstaniu mutacji wyższego 

rzędu. A jeśli gładkolicy ewoluowali z owłosionych, to dlaczego Pierwotni są tak zróżnicowani - 

podobni do baranów, psów, kotów czy wielbłądów?

- Mogę ich o to zapytać - powiedział wolno Keff, podkreślając każdy wyraz, gdy pierwszy 

powietrzny podróżnik zbliżył się do niego. Zaczął machać do przybysza.

Mężczyzna o gładkiej twarzy miał bardzo wyniosłą minę, jak ktoś, kto chce być uważany za 

zwierzchnika. Jego ładne, wypielęgnowane dłonie spoczywały złożone na zaokrąglonym brzuchu 

świadczącym   o   siedzącym   trybie   życia   i   zamiłowaniu   do   dobrego   jedzenia.   Wyprostowany   i 

wyniosły   poruszał   się,   siedząc  na   czymś   ozdobnym,   przypominającym   połączenie   krzesła   i 

toboganu. Z boku wyglądało jak litera “h” z wydłużonym i wybrzuszonym ogonkiem; rydwan bez 

koni. Ciemne, zielone krzesło unosiło się kilka metrów nad ziemią i tak, jak wcześniej pojawiające 

się metalowe kule, nie miało żadnych urządzeń napędowych.

- Na czym to się trzyma? - spytał Keff. - Na jakichś podniebnych wieszakach?

-   Najzwyczajniejsza,   normalna,   czysta   siła   -   powiedziała   Carialle.   -   Jednak   przez   tę 

powłokę, która mnie chroni, nie widzę, jak on tym kieruje. Nie drgnął mu żaden mięsień, a porusza 

się jak kosmiczny dżokej.

- Psi - rzekł Keff. - Stosują teleportację, a w tej chwili   telekinezę. Superpsi. Wszystkie 

myślące   rasy  ludzkie   połączone   razem   nie   są   tak   silne,   jak   ci.   Ponadto   są   tak   bardzo   ludzcy. 

Przyjacielu! - Keff pokiwał rękę.

Tron skręcił w stronę statku kosmicznego Carialle, wcale nie zwracając uwagi na Keffa. 

Następnie   obrócił  się   wokół   własnej  osi  i   ustawił  przodem  do  różowo-złotego  rydwanu,   który 

przybył za nim. Druga z przybyłych osób umiała gwałtownie wznieść swój wehikuł, aby uniknąć 

zderzenia. Była to kobieta o oczach płonących niebiesko-zielonym ogniem i wściekle rozwianych 

brązowych włosach. Szczupłe ciało okrywały zwoje  szyfonu w kolorze złota i ochry. Sprawiała 

wrażenie istoty eterycznej, chociaż jej mina zdradzała niezwykle silne wzburzenie. Przekazywała 

mężczyźnie  znaki  rękami,  na  które  on  szyderczo  odpowiadał  tym  samym.   Keff  z  wrażenia  aż 

otworzył usta.

- Znów język znaków - powiedziała Carialle, patrząc na gestykulującą kobietę. - Nowe 

background image

symbole. TS nie miał ich  swoim słowniku.

- Jestem zakochany - wyrzekł rozmarzony Keff. - A jeśli nie, to chociaż opanowała mnie 

żądza. Kim ona jest?

- Nie wiem, ale ona i ten mężczyzna nie są do siebie przyjacielsko nastawieni. O coś walczą.

- Mam nadzieję, że ona zwycięży - westchnął Keff przybierając idiotyczną minę. - Jest 

niewątpliwie bardzo ładna. Niezłe ciało. A włosy! Tak ciemne, jak skóra! Cudowne!

Kobieta przeleciała nad Keffem. Jego wzrok zupełnie się rozpalił, gdy wyczuł specyficzny 

zapach.

- Cóż to za perfumy!

Carialle   zauważyła   jego   przyspieszony   oddech   i   szybsze   krążenie   krwi,   a   zaraz   potem 

chrząknęła z niecierpliwością.

- Keff! Mieszka na planecie, którą mamy się zająć. Wyłącz te hormony pięćdziesięciolatka i 

wróć do rzeczywistości czterdziestopięcioletniego mózgu. Musimy się przekonać o tym, kim są, 

abyśmy mogli się uwolnić i odlecieć.

- To nie takie łatwe, jak ci się wydaje - gderał Keff. - Nie mogę nic poradzić na to, że 

podoba mi się atrakcyjna kobieta.

- Ja też nie jestem odporna na piękno - przypomniała Carialle. - Ale jeśli to ona jest sprawcą 

wszystkich   naszych   kłopotów,   to   chcę   wiedzieć   dlaczego.   Szczególnie   zależy  mi   na   tym,   aby 

powiedziała “jak”!

Kilkoro z Wyniosłych Pierwotnych wyszło ze swej jamy na pole. Krzyczeli coś w kierunku 

unoszących się krzeseł, a trzymali się z daleka. Keff zauważył Brannela, który stał wyprostowany 

wśród przestraszonych tubylców.

- Dalej nic sobie nie robi z władcy - pomyślał Keff z  nutą wymuszonego podziwu.

- Czy chcesz go spytać, o co tu chodzi? - zabrzmiał w implancie głos Carialle.

- Pamiętaj, co powiedział o karze za ciekawość - przypomniał Keff. - To ludzie, których się 

boi. Jeśli go wyróżnię spośród pobratymców, zostanie ukarany. Później z nim porozmawiam na 

osobności.

Najstarszy, Alteis, podszedł i skłonił się nisko osobom na tronie, które jednak nie zważały na niego 
i dalej krążyły na wysokości dziesięciu metrów, pokrzykując na siebie
.- Wiedziałam, że nie można na ciebie liczyć i czekać, aż Nokias nas tu przywiedzie, Asedowie - 
krzyczała ze złością Potria. - Nadejdzie taki dzień, że twoja ręka sięgająca po władzę zostanie ci 
odrąbana.

- Zarzucasz mi, że złamałem reguły, a ty też nie czekałaś -  odciął się Asedow. - Gdzie jest 

teraz Nokias?

- Nie mogłam ci ustąpić pola bez walki - powiedziała Potria - więc po prostu zrobiłam swój 

ruch po twoim. Teraz ponownie oświadczam, że to ja powinnam dostać srebrzysty cylinder i jego 

mieszkańca. Wykorzystam ich lepiej niż ty.

background image

-   Starożytni   śmialiby   się   z   twojej   obłudy,   Potrio   -   powiedział   szyderczo   Asedow.   - 

Najzwyczajniej   chcesz   tylko,   żeby   nie   dostali   się   w   moje   ręce.   To   ja   -   krzyczał   -   jestem 

posiadaczem tych artefaktów zsyłanych przez wieki i tylko ja potrafię z nich mądrze skorzystać.

Potria   okrążyła  Asedowa,   usiłując   przybliżyć   się   do   wielkiego   cylindra,   ale   zastąpił   jej 

drogę. Skierowała swoje krzesło ku górze, ponad nim. On jednak ruszył za nią, jazgocząc jak 

wściekły.   Była   przepełniona   nienawiścią   za   to,   że   chciał   pokrzyżować   jej   plany.   Dawniej   byli 

przyjaciółmi, a nawet myśleli, żeby zostać kochankami. Ona liczyła na to, że sprzymierzeni, będą w 

stanie odebrać władzę Nokiasowi i tej wstrętnej Iranice, żeby potem wspólnie rządzić Południem, 

mimo  że główne  prawo pierwszych  magów wymagało  jednoosobowego panowania. Nie mogli 

dojść do porozumienia, które ma dostąpić zaszczytu sprawowania władzy. Teraz więc żadne nie 

poprze żądań drugiego. Musieli wypełnić starodawne, ustalone przed tysiącami lat zasady. Zostali 

postawieni naprzeciw siebie niczym wściekłe szczury w za małej klatce. Ona lub Asedow - jedno 

musi zwyciężyć w ostatecznej walce. Potria była głęboko przekonana, że to ona zostanie zwycięzcą.

Delikatny poszum, który odbierała swym mistycznym słuchem, potwierdził przypuszczenie, 

że Asedow pobierał siłę z linii mocy,  aby przygotować atak. Musiał ją przepędzić albo celnie 

uderzyć, pozbawiając przytomności, aby wygrać rywalizację. Zabójstwo nie wchodziło w rachubę. 

Mogłoby jedynie zdenerwować Wielkiego Maga Nokiasa, który uważał Potrię za  sojuszniczkę. 

Potria zaczęła coraz intensywniej snuć linie mocy między palcami, aby utkana sieć mogła opaść na 

Asedowa. Jej zadaniem byłoby stłumienie mocy jego czarów i wyeliminowanie go.

- To wszystko daremne! - krzyczał Asedow. - To ja wygram, a nie ty!

Rozciągając złożoną sieć, rozłożyła ręce w geście modlitwy, zwracając dłonie ku sobie, aby 

nie uronić nic z błogosławieństwa.

- W imię Ureth, Matki Raju, wzywam wszystkie siły na pomoc w tej walce - zaklinała.

Asedow przemknął koło niej na swym rydwanie, rzucając czar. Potria uniosła się wyżej, 

ciskając na niego kontrczary i śmiała się, gdy dosięgło go uderzenie własnej mocy. Jego fotel 

zadygotał i zatrzymał się po stu metrach. Przekleństwo które rzucał, wypełniły całą okolicę. Okręcił 

się wokół właśni osi. Widziała jego twarz, która nabiegła krwią. Dyszał przy tym i sapał.

- Myślałeś, że łatwo ci pójdzie, co? - krzyczała Potria. 

Sama rozpoczęła przygotowania do ataku, nie śmiertelnego ale skutecznego.

Stwierdziła zakłócenia w eterze. Przybywało więcej magów, których przyciągało narastanie 

mocy   w   tej   opustoszałej   nieciekawej   okolicy.   Potria   zmieniła   całą   filozofię   fortelu,   który 

szykowała. Jeśli będą gapie, to zrobi niezłe widowisko i zakpi z Asedowa.

background image

przygotowany. Potria zaśmiała się i uniosła delikatną dłoń, rozstawiając palce. Energia wyzwoliła 

się   z   czaszy   ochronnej   wokół   Potrii,   przemierzyła   pustą   przestrzeń,   aż   natrafiła   na   pierwszą 

przeszkodę, drzewo, i zapaliła ją. Część tej energii skierowała się na Asedowa, wywołując tak silny 

wstrząs jego tronu, że prawie stracił nad nim panowanie.

Odparowawszy atak Asedowa, Potria zdołała rzucić szybki spojrzenie na nowo przybyłych 

magów. Były to niewielkie światełka ze Wschodu rozjuszone tym, że ona i Asedow przekroczyli 

granice ich domniemanego królestwa. Przyjęło się, że musiały się trzymać z dala od terenu walki, 

więc unosiły się gdzieś na boku, złorzecząc na najazd magów z Południa. Nie przejmowała się 

nimi. Na razie nie wchodziły jej w drogę.

Keff zauważył, że gdzieś poza polem walki pojawiło się pięć nowych światełek. Pierwsze 

dwa okrutnie zapiszczały przy zatrzymywaniu się, co przywodziło na myśl kłopoty z hamowaniem. 

Pozostałe z większą ostrożnością zbliżały się do krążących przeciwników.

- Te pierwsze coś mi przypominają - powiedział Keff - ale nie jestem pewien co. Takie nagłe 

zatrzymanie!

- To jak osobliwy napęd - odpowiedziała Carialle. - Ciekawe, że zdwoili skuteczność, i to w 

atmosferze. 

- Rzeczywiście, czary - stwierdził Keff.

Piątka nowych pojawiła się na skraju pola zaraz po tym, jak walczący zadali ostatnie ciosy.

Dym uniósł się z zielonej chmury. Została trafiona błyskawicą, której towarzyszyły pioruny. 

Dym rozchodził się spiralnie otaczając czarodziejkę, a potem zamknął się, tworząc mroczną kulę ze 

złotą kobietą w środku. Wewnątrz błyskało światło i Keff usłyszał krzyki. Nie mógł dokładnie 

określić, czy wywołała je złość, strach czy ból.

Nagle kula się rozpadła. Dym rozszedł się po wieczornym niebie, uwalniając Potrię. Jej 

włosy wyszły spod czepca i sterczały tworząc dziwaczną plątaninę. Część jej sukni okrywająca 

ramiona była wypalona i odsłaniała gołe ciało. W jej oczach widać było błysk złości. Przycisnęła 

ręce do piersi, a następnie wyrzuciła dłonie w powietrze, zsyłając na przeciwnika błyskawice i 

prądy.

Mężczyzna skrzyżował przed sobą ramiona, zasłaniając się przed atakiem, ale nie dość 

skutecznie.   Drobne   języki   ognia   raziły  jego   nogi   i   płozy  tronu,   wypalając   dziury  w   szatach   i 

niszcząc   ozdoby.   Musiał   się   odsunąć   od   Carialle   na   otwartą   przestrzeń,   aby   uciec   przed 

błyskawicami.   Triumfująca   Potria   okrążyła   statek   mózgowca.   Z   przodu   rakiety   na   wysokości 

Carialle wzniósł się samoistnie mur z przezroczystej cegły.

Keff przypatrywał się temu ze zdziwieniem.

- Czyżby walczyli o nas? - zapytał z niedowierzaniem. 

background image

Carialle prawie się obraziła,

- Nie ośmielą się! - powiedziała. - To jest mój statek a nie nagroda w konkursie!

Mężczyzna nie zamierzał łatwo się poddać. Po przejściu gradu błyskawic zawrócił w stronę 

statku.   Między   jego   rękami   zaczynała   rosnąć   biało-niebieska   kula.   Rzucił   ją   wprost   na   mur   i 

czarodziejkę, która się za nim znajdowała. Potria nie spodziewała się ciosu. Została trafiona w 

brzuch.   Siła   uderzenia   odrzuciła   ją   wraz   z   krzesłem   na   kilkaset   metrów   obok   unoszących   się 

intruzów,   którzy   szybko   umknęli   jej   z   drogi.   Iluzoryczny   mur   zniknął.   Kobieta   powróciła   z 

przeraźliwym wrzaskiem. Rozcapierzyła palce niczym kocie pazury. Z każdego tryskał skierowany 

na Asedowa ogień. Jego tron został wyrzucony w powietrze i zrobił pętlę. Jakimś cudem mężczyzna 

nie wypadł. Dokładał wszelkich starań, aby wrócić w pobliże Carialle.

- Walczą o mnie! Co za tupet!

Widząc pierwszą mistyczną błyskawicę, robotnicy uciekli na bezpieczną odległość, skąd 

przypatrywali się bitwie. Brannel, nie zważając na rozkazy Alteisa, wpatrywał się w magów, ale 

wcześniej zauważył Keffa. Może tym razem zdarzy się cud i któryś z nich upuści insygnia mocy. W 

panującym   rozgardiaszu   pozostałoby   to   niezauważone   i   wtedy   on,   Brannel,   sięgnąłby   po   taki 

magiczny przedmiot. Samo posiadanie czegoś takiego nie dałoby mu władzy maga, ale chciał się 

sam   o   tym   przekonać.   Całe   życie   marzył   o   tym,   żeby   się   nauczyć   latać   albo   panować   nad 

błyskawicami.

Nie było jednak szans na spełnienie marzeń. Magowie to magowie, a robotnicy to robotnicy 

- mają żyć, umierać albo służyć kaprysom władców, a nie dążyć do zmiany statusu. Do czasu 

pojawienia się maga Keffa Brannel nie przypuszczał, że może być trzeci sposób na życie. Obcy nie 

był magiem w rozumieniu panujących na Ozranie, bo władcy toczyli o niego boje, ale z pewnością 

nie był  też robotnikiem. Musi być czymś pośrednim, ogniwem między wieśniakiem a władcą. 

Brannel wiedział, że Keff może mu pomóc w zmianie niskiego stanu i zdobyciu miejsca wśród 

magów, ale jak pozyskać jego przychylność i wsparcie? Już przysłużył się magowi Keffowi. Być 

może jeszcze zaoferuje jakieś usługi, zakładając, że Keff przetrwa toczącą się w górze rywalizację.

Brannel   rozpoznał   Potrię   i   Asedowa   po   ich   barwach.   Pozostali   tubylcy   byli   zbyt 

wystraszeni,   żeby   podnieść   głowy.   Wiele   by   dał,   aby   umieć   wypowiadać   zaklęcia.   Mimo   że 

walczący zadawali sobie skuteczne ciosy, żaden z języków ognia ani obłoków dymu nie zbliżył się 

do Keffa, który spokojnie obserwował arenę walki, wcale nie okazując strachu. Brannel podziwiał 

jego odwagę. Keff był potężnym mentorem. Razem pokonaliby  istniejący porządek i umożliwili 

wybitnym przedstawicielom najniższej warstwy sięgnięcie po władzę, jeśli zasługiwaliby na to. 

Oczywiście, jeżeli Keff nie zginie w walce, która toczy się również i o niego.

background image

- Świat czarów, moja droga! - chichotał Keff. - To magia! Nic dziwnego, że nie możesz 

znaleźć źródła mocy, bo go nie ma. To wszystko jest wywoływaniem mocy z astralnych pokładów 

galaktyki.

Piękna kobieta przemknęła obok niego na swym latającym krześle. Dłońmi wykonywała 

ruchy, które musiały mieć pewne znaczenie, oraz rzucała zaklęcia. Wyregulował TS, aby wszystko 

rejestrować, i potem dokonać podziału pomiędzy językiem a rytuałem. Istniała także możliwość 

odbioru   drugiego   języka   mówionego   lub   dialektu.   TS   przekazał,   że   Brannel   używał   innych 

wyrazów. Keff zastanawiał się nad różnicami językowymi istniejącymi pomiędzy poszczególnymi 

gatunkami. 

- Magiczne  wywoływanie  siły jest ściśle  naukowe,  Keff -  przypominała  mu  Carialle.  - 

Uzyskują z pewnością energię z jakiegoś źródła. Rejestruję ślady narastania natężenia mocy, ale 

trop gdzieś się potem urywa.

- Wywodzi się z eteru - powiedział urzeczony Keff. - To czary.

Nie nazywaj tego czarami. Nie uczestniczymy w żadnej zabawie - zareagowała Carialle 

ostro. - Doświadczamy zmyślnego manipulowania energią, a nie jakiegoś tam abrakadabra.

- Spójrz logicznie - powiedział Keff, widząc, że mężczyzna cisnął w stronę przeciwniczki 

płomienną   kulę   wielkości   dłoni.   -   Czy   można   inaczej   wytłumaczyć   latanie   bez   silników   albo 

przybywanie znikąd?

- Telekineza.

- A tkanie błyskawicy w dłoniach? Albo wywołanie płomieni i ognia bez paliwa? O tym 

mówią legendy. Magia.

-   To   nie   tylko   szachrajstwo.   Tyle   mogę   przyznać,   ale   na   pewno   istnieje   też   logiczne 

wyjaśnienie. 

Keff się zaśmiał.

- Jest logiczne wyjaśnienie. Odkryliśmy planetę, gdzie prawa magii są prawami przyrody.

- Jakkolwiek by patrzeć, fizyka pozostaje fizyką - powiedziała Carialle. - Nasi czarodzieje 

zaczynają wykazywać oznaki zmęczenia. Ich zasoby energetyczne nie są nieskończone.

Riposty i ataki stawały się coraz wolniejsze. Kobieta zachowywała wyraz zadowolenia, a jej 

przeciwnik nie umiał ukryć zdenerwowania i złości.

Na skraju pola pojawiły się kuliste żaby, jakby przyciągnięte toczącą się walką. Przedostały 

się pomiędzy tubylców, którzy obserwowali bitwę powietrzną. Ci zaś unikali kontakt z kulistymi 

stworzeniami,   odpędzając   je   kopniakami.   Małe   stadko   wytoczyło   swój   “dobytek”   na   pustą 

przestrzeń i zatrzymało się. Keff zauważył, że bystre, czarne oczy potworków skierowane są na 

walczących. Wydawały się zafascynowane przebiegiem wypadków.

- Spójrz, Carialle - mówił Keff, kierując w ich stronę kamerę. - Czy przyciąga je ruch, czy 

background image

światło? Można był pomyśleć, że boją się większych od siebie istot.

- Prawdopodobnie przyciąga je energia, jak światło ćmy - odpowiedziała Carialle - chociaż 

wiesz, że sama nie widziałam ciem ani lampy. Nie jestem specjalistką od zachowań zwierząt, ale 

nie   uważam,   że   takie   przyciąganie   jest   czymś   niezwykłym.   Są   nierozważne   aż   do   granicy 

samobójstwa. Nasi nadprzyrodzeni użytkownicy psi mogą je zniszczyć o wiele mniejszą energią niż 

ta, której potrzeba do utrzymania położenia latających krzeseł.

Dwoje magów nadal walczyło, nie zważając na niezgrabnych obserwatorów. Wreszcie żaby 

zaniechały pościgu za uczestnikami powietrznej batalii i całym stadkiem skierowały się w stronę 

Keffa i Carialle.

- Twój zwierzęcy magnetyzm znów daje o sobie znać - zauważyła Carialle.

Żaby napierały mocno na wewnętrzne ściany swych czasz, przemierzały kamienistą, ziemię 

i przesuwały się po prowadzącym do wnętrza statku pomoście.

- Hola, chwileczkę! Nie ma wchodzenia! Uciekać! - krzyknęła Carialle przez głośniki przy 

włazie. - Sio! 

Żaby zdawały się nie słyszeć. Carialle widziała je wewnętrznymi kamerami. Skierowała 

roboty do śluzy powietrznej, aby pozbyły się żab. Żaby próbowały przejść obok niskich robotów, 

ale w końcu zmieniły pozycję wewnątrz swych kul i wycofały się.

- Co za szkodniki! - powiedziała oburzona Carialle. - Czy jeszcze ktoś na tej planecie chce 

sobie zrobić wycieczkę po moim wnętrzu?

Żaby z łoskotem stoczyły się po pomoście i ruszyły w stronę zarośli. Keff odprowadził je 

wzrokiem.

- Ciekawe, czy wabią je każde drgania albo promieniowanie? - zapytał.      

- Może. Uwaga! - krzyknęła nagle Carialle.

Cofnęła wszystkie roboty. Keff nie pytał, co i jak, ale szybko wpadł do włazu i upadł na 

podłogę. Ułamek sekundy później poczuł impet ognia, który smagnął go po policzku. Gdyby został 

na swoim miejscu, skutki byłyby o wiele poważniejsze.

- Wchodź dalej! Oni już nie panują nad swymi ruchami! - zawołała Carialle.

Keff usłuchał. Walka stawała się coraz bardziej zażarta, a przeciwnicy wcale nie dbali o 

celność miotanych przez siebie pocisków. Kolejna porcja żaru wystrzelonego spod palców Potrii 

spadła o kilka metrów od Keffa.

Załogant przemknął przez otwór drzwi wewnętrznych. Carialle zasunęła zamknięcie śluzy 

powietrznej, a Keff ledwie zdążył zabrać stopy. Usłyszał zaraz za sobą odgłos uderzenia czegoś o 

metal.

- Ejże, to smagnięcie było zimne! Jak oni to robią? 

Keff dobiegł do głównych monitorów i opadł na fotel awaryjny.

background image

- Cari, daj pełny obraz!

Nie   mając   wyboru,   Cari   zamieniła   trzy   sąsiednie   ściany   na   wielki   ekran   dający   obraz 

obejmujący 270 stopni.

Keff   obrócił   fotel   pilota   i   obserwował   zieloną   smugę   ciągnącą   się   przez   całe   niebo   za 

Asedowem,   który   przemierzał   strefę   walki.   Sprawiał   wrażenie   pokonanego.   Ostatnie   niecelne 

uderzenie, które trafiło bok statku, musiało być wymierzone przez niego. Kobieta, piękna i układna, 

siedziała   na   swoim   tronie   i   szykowała   następny   atak.   Jej   zielone   oczy,   jakby   bez   wyrazu, 

świadczyły o tym, że wcale nie dba o skuteczność planowanego ciosu. Pięciu znajdujących się na 

obrzeżach   pola   walki   magów   było   znudzonych   i   złych   z   powodu   biernego   przyglądania   się 

zmaganiom. Pojedynek i tak zbliżał się ku końcowi.

Keff czuł zmiany w atmosferze, chociaż był już we wnętrzu statku. Jego włosy, brwi i rzęsy, 

a   także   owłosienie   rąk   by   naładowane   elektrostatycznie.   Coś   ważnego   wisiało   w   powietrzu. 

Przesunął się bliżej centralnego ekranu.

W   samym   środku   objętej   walką   strefy   pojawiły   się   trzy   nowe   latające   krzesła.   Keff 

mimowolnie odchylił się w swym fotelu.

- A to dopiero! - zawołała Carialle. - Nie ma już wolnego miejsca. Wszyscy pchają się do 

środka.

Ognisty oręż przygotowywany przez walczących rozpłynął się niczym kolorowy dym na 

wietrze.   Wskaźniki   Carialle   zanotowały   znaczny   spadek   natężenia   pola   elektromagnetycznego. 

Potria i Asedow opuścili dłonie, kierując wzrok ku niespodziewanym przeszkodom, które pojawiły 

się między nimi. Gdyby wzrok mógł zapalić paliwo rakietowe, to wściekłe spojrzenie obojga rywali 

spowodowałoby  pożar   zbiorników  Carialle.  Trójka   przybyszów  zupełnie   pozbawiła   walczących 

animuszu i energii.

Fotele nowo przybyłych były większe i bardziej wytworne od tych, które Keff i Carialle 

mieli okazję dotychczas oglądać. Chmara mniejszych krzeseł z mniej znaczącymi magami uniosła 

się   i   odleciała   na   odpowiednią   odległość   od   koła.   Trójka   wielkich   miała   najwyraźniej   zamiar 

przywołać walczących do porządku.

- Prezentacja - powiedział Keff, wsłuchując się w TS. - Wielcy i potężni. Ten na złotym 

krześle to Nokias, na czarnym Ferngal, a na srebrnym, w środku, wyglądający na zdenerwowanego, 

to Chaumel. Jest dyplomatą.

Carialle przyglądała się gestykulacji maga na srebrnym krześle.

Wydaje mi się, że Ferngal i Nokias nie przepadają za sobą.

Chaumel krążył między złotem a czernią z uśmiechem i skinieniem głowy zdołał zmusić 

pozostałych do przywitania. Wszyscy obserwatorzy, magowie o mniejszym znaczeniu, rozdzielili 

się na dwie grupy, okazując przez to swe sympatie.

background image

- Pozdrowienia dla Ludzi Wielkich Gór od mej pięknej damy i jej przyjaciela - kontynuował 

Keff. - To Potria i Asedow. Jeden z obserwatorów mówi, że przybywając tu wykazali - śmiałość? 

próżność? A to słowo, którego używał Brannel, znaczy: zakazane! Jest ono słowem źródłowym dla 

całego języka. Muszę ponownie przesłuchać zapis. Mówią coś o sporach terytorialnych.

Nokias   i   Ferngal   poruszali   jakieś   szczegóły.   Keff   był   w   stanie   przetłumaczyć   parę 

grzecznościowych zwrotów, które magowie wypowiadali pod swoim adresem.

- Coś o wysokich górach - powiedział, poddając ich wypowiedzi analizie przez TS. - Tak, 

słowo, które się powtarza, to “władza”, a Ferngal zwraca się do Nokiasa jako tego, który ma dużą 

władzę, sięgającą gór i podziemi. - Keff się zaśmiał. - Takie same dwuznaczności występują w 

języku   standardowym.   Użył   tego   samego   słowa,   które   Brannel   używał   dla   jadalnych   korzeni. 

Robotnicy i magowie rzeczywiście posługują się dwoma różnymi dialektami, ale są one powiązane. 

Różnice poznawcze są niebywale ciekawe. Tego aspektu nie ma żaden z języków, które już mam w 

banku danych.

- Cała ta intelektualna analiza jest zajmująca - powiedziała Carialle - ale co oni mówią? A 

konkretnie, w jaki sposób może to nas dotyczyć?

Zmieniła ustawienie kamer. Potria i Asedow pojawili się na oddzielnych ekranach.

Po   przemówieniach   dwóch   przełożonych   przyszła   kolej   na   walczących,   przy   czym 

przerywali sobie często i wskazywali na Carialle.

- To najwyraźniej gesty świadczące o chęci zawłaszczenia - powiedział podenerwowany 

Keff.

- Nikt nie będzie sobie rościł pretensji do mojego statku - zaczęła spokojnie Carialle. - Które 

z nich przykuło mnie do ziemi? Niech nas wreszcie puści.

Keff wsłuchiwał się w urządzenie do tłumaczenia i kręcił głową.

-   Żadne   z   nich   nie   jest   sprawcą   przymusowego   postoju.  To   może   być   jakieś   zjawisko 

przyrodnicze.

- To dlaczego żadne z krzeseł nie jest przykute do ziemi

- Cari, nie wiemy, co się tu dzieje.

- Mam dobrze rozwinięty instynkt przetrwania i wiem, co on mi podpowiada.

-   Dobrze,   powiemy   im,   że   to   twój   statek   i   nie   mogą   go   przejąć   -   powiedział   Keff.   - 

Chwileczkę, teraz przemawia ten dyplomata.

Czarownik odziany w srebrną szatę uniósł dłonie, aby zwrócić na siebie uwagę i mówił do 

zgromadzonych,   odwracając   się   od   czasu   do   czasu.   Asedow   i   Potria   przestali   na   siebie 

pokrzykiwać,   a   pozostali   dwaj   Ludzie  Wielkich   Gór  słuchali   w  zamyśleniu.   Rozbawiony  Keff 

odchylił głowę.

- Tylko pomału: Chaumel zaprowadził porządek. Dobrze sobie radzi. O, zbliża się.

background image

Srebrny rydwan odłączył się od reszty, poszybował w stronę Carialle i łagodnie osiadł na 

ziemi blisko podestu. Dwa stronnictwa czarowników uniosły się nad środek pola, prezentując całą 

gamę wyrazów twarzy, od nerwowej ciekawości do zazdrości i skąpstwa. Mag podniósł się z tronu i 

stanął na ziemi. Trzymając ręce złożone na brzuchu, skłonił się w kierunku statku.

-   Potrafią   stać,   niebywałe   -   powiedziała   Carialle.   -   Z   zaskoczenia   malującego   się   na 

obliczach naszych Wyniosłych Pierwotnych wnioskuję, że nie jest to częsty widok. Magowie nie 

chodzą pieszo zbyt często, to pewne.

- Z pewnością. Dysponują tajemniczymi mocami, zostawiają chodzenie wieśniakom, sami 

nie robią tego codziennie.

- Najwyraźniej na coś czeka. Mamy mu dać jakiś znak? Zaprosić na herbatkę?

Keff spoglądał wprost na Chaumela.

- Poczekajmy,  aż  sam zrobi  pierwszy ruch. O, widzisz! Przychodzi z wizytą. Oficjalną 

wizytą, moja droga.

Chaumel po namyśle zdecydował dostojnie przejść po pomoście. Stąpał ciężko krok po 

kroku. Doszedł do wejścia, zatrzymał się i ponownie głęboko ukłonił.

-   Czuję   się   zaszczycona   -   powiedziała   Carialle.   -   Gdybym   wiedziała,   że   przyjdzie, 

upiekłabym ciasto.

background image

ROZDZIAŁ 6

-   Teraz   kolej   na   nas   -   powiedział   Keff.   Patrzył   na   ma   ekran   TS,   urządzenia,   które 

przetwarzało wszystkie zarejestrowane przez Carialle informacje, gdy on sam był nieprzytomny i 

porównywało z dialogiem z Brannelem oraz rozmowami magów.

Ostatni kryształ z danymi wyskoczył z kieszeni przyrządu i Keff wrzucił go do małego 

przenośnego tłumacza znajdującego się na tablicy sterującej.

- Nareszcie dysponujemy słownictwem Ozranu. Mogę już teraz z nim porozmawiać.

-   Możesz   stawiać   mądre   pytania?   -   spytała   Carialle.   -   Będziesz   w   stanie   prowadzić 

negocjacje na temat naszego uwolnienia i powiedzieć, że jesteśmy z innej planety?

- Nie - przyznał Keff. - Mogę zadawać tylko głupie pytania i zebrać więcej informacji. TS 

będzie nastawiony na odbiór odpowiedzi i myślę, że zdoła je przełożyć, wykorzystując kontekst.

- To pudło nie jest nawet warte prądu, który je zasila - powiedziała stanowczo Carialle.

- Spokojnie, nie denerwuj się - odparł z uśmiechem Keff

- Przepraszam. Staram się zrozumieć sytuację. Nie znoszę jednak uczucia bezsilności, gdy 

nie mogę sama o sobie decydować.

- Doskonale cię rozumiem - odpowiedział Keff. - Więc im szybciej wyjdę i spotkam się z 

tym   facetem,   tym   będzie   lepiej,   niezależnie   od   tego,   czy   już   potrafię   dostatecznie   dobrze 

porozumiewać się w jego języku.

- Gdyby ci się przypadkiem zdarzyło powiedzieć coś obraźliwego, nie przeżyjesz chyba 

drugiego uderzenia błyskawic

- Jeśli są na tyle podobni do ludzi, na ile wyglądają, to nie zrobią mi krzywdy tak długo, aż 

dowiedzą się tego, czego chcą. A do tego czasu zostaniemy już przyjaciółmi.

- Dobry rycerzu, zakładasz, że ich kurtuazja będzie równa twojej.

- Muszę stawić mu czoło, choćby ze względu na honor rycerza.

- Sir, nie popieram opuszczania twierdzy, gdy czyhają tam zastępy czarowników zdolnych 

ciskać na ciebie gromy, a ty nie masz niczego, czym mógłbyś się bronić.

- Carialle, nie można teraz przestać!

- Cóż - sapnęła. - Jestem chyba zbyt opiekuńcza, prawda? Na nic zdałoby się siedzenie we 

wnętrzu statku i czekanie, aż zaczną nas zasypywać gromami i ogniem. Nie mielibyśmy szansy na 

odlot. Musimy nawiązać łączność. Wydział Dochodzeniowy umarłby ze zmartwienia, gdybyśmy 

tego nie zrobili, i moglibyśmy tylko pomarzyć o premii.

- O to właśnie chodzi - powiedział Keff, zapinając klamrę pasów swego wyposażenia.

Carialle sprawdziła zewnętrzne połączenia z TS.

- Cokolwiek powiemy, będzie to nadane w łamanym języku Ozranu, tak?

background image

Keff zamilkł na chwilę i spojrzał w jej stronę.

- Czy ty w ogóle powinnaś się odzywać? Myślisz, że oni nie będą zaskoczeni mówiącym 

statkiem kosmicznym?

- A czy my byliśmy przygotowani na widok latających krzeseł? - odparowała Carialle.

- Wolałbym, żeby nie dowiedzieli się o tym, że ty mówisz - dodał z naciskiem Keff.

- Wiedzą już, że rozmawiałam z Brannelem, gdy byłeś nieprzytomny. Chyba że myśli, iż 

przytrafiło ci się coś niematerialnego.

-   Zakładając,   że   Brannel   odważy  się   zbliżyć   do   magów,   i   tak   nie   będzie   w   stanie   im 

wyjaśnić, że słyszał jakiś głos. Nie bał się mnie, ale sama widziałaś, że trzymał się z dala od 

podróżujących   na   latających   krzesłach   magów.   Oni   dzierżą   władzę,   a   on   jest   tylko 

najzwyczajniejszym robotnikiem.

- To fakt, że się ich boi - przyznała Carialle. - Pamiętam, co mówił o karze za ciekawość, 

którą zsyłają ludzie z gór. A przychodzi im to łatwo. Mają nieograniczone możliwości rażenia, gdy 

decydują o zaatakowaniu wroga.

-   Ja   jestem   przeciwnego   zdania.   Zaryzykowałbym   stwierdzenie,   że   każdy   z   tych 

czarowników wysłuchałby go, gdy zdecydował się przyjść z informacjami. Na obrzeżach pola jest 

sporo   ludzi   Brannela,   a   magowie   w   ogóle   na   nich   nie   spojrzeli.   Żaden   nie   zwraca   uwagi   na 

wieśniaków.  Twoja  tajemnica  nie  jest   zagrożona.   Dlatego  właśnie   wolałbym,   żebyś  była   cicho 

chyba że zaistnieje jakaś nadzwyczajna potrzeba.

-   Niech   tak   będzie   -   zgodziła   się   Carialle.   -   Pozostanę   w   ukryciu,   jeśli   tak   można 

powiedzieć. Ale gdyby coś ci groziło... Nie wiem, co zrobię.

- OK.                                             

Keff posłał przyzwalające spojrzenie w stronę jej kolumny.

- Sprawdzimy działanie systemu - powiedziała Cari. Mały ekran z prawej strony głównego 

korytarza rozjaśnił się i wyświetlił liniowy zarys sylwetki Keffa. Załogant wstał i stanął przed 

ekranem, rozkładając ręce.

- Próba - powiedział. - Ma, mi, me, mu. Zwinny lis przeskoczył leniwego psa. Maxwell-

Corey to głupi, dociekliwy, wścibski kretyn - powiedział szeptem poszczególne wyrazy zdań.

Małe zielone światełka zapalały się na policzkach wizerunku na monitorze.

- Zrozumiałam - usłyszał głos Carialle w swoim uchu. 

Lampki   implantów   zapaliły   się,   a   potem   zadziałały   przetworniki   światłowodowe 

wszczepione w skórę zewnętrzny kącików oczu.

- Nie polegam jedynie na samych przyciskach. Ta wcześniejsza błyskawica chwilowo je 

unieruchomiła.

Monitory serca, oddechu, napięcia skóry umieszczone w jamie klatki piersiowej oraz mięśni 

background image

ud świeciły na zielono. Lampki zgasły i zapaliły się ponownie, gdy Carialle wykonywała próby 

układów rezerwowych.

- Twoje połączenia są w porządku. Pod tym względem jesteś gotowy. Widzę, słyszę i czuję 

to wszystko, co może ci przydarzyć.

- Świetnie. Nasz gość czeka - powiedział Keff dla dodania sobie animuszu.

- Oto nadchodzi przybysz. 

Implant przetłumaczył uwagę Asedowa, która padła na widok wychodzącego na zewnątrz 

Keffa. Keff chciał wyglądać równie dostojnie jak Chaumel. Zrobił kilka kroków po podeście i 

przystanął, rozważając, czy ma się już zatrzymać. Dało mu to pewną przewagę psychologiczną nad 

gościem, który musiał spojrzeć ku górze. Może powinien zejść na ziemię, okazując uprzejmość? Z 

uśmiechem   na   twarzy   zrobił   kilka   kroków   w   bok.   Chaumel  cofnął   się,   robiąc   mu   miejsce. 

Stanąwszy twarzą w twarz ze srebrnym magiem, Keff podniósł rękę, zwracając otwartą dłoń ku 

niemu.

- Pozdrawiam - powiedział. - Jestem Keff. 

Relacje   były   prawdziwe,   stwierdził   od   razu   Chaumel.   Przybysz   jest   jednym   z   nich. 

Najdziwniejsze, że nie rozpoznaje maga. Na całym Ozranie nie pozostało zbyt wielu przedstawicieli 

tej   kasty.   Rodzina   magów   nie   mogła   ukryć   takiego   syna,   który   dorósł   i   w   dodatku   ma   tak 

niesamowitą rzecz jak srebrzysty cylinder.

- Witaj, doniosły gościu - powiedział uprzejmie Chaumel, robiąc nieznaczny ukłon. -Ja 

jestem Chaumel. Zaszczycasz nas swą obecnością.

Keff   wyciągnął   szyję,   jakby  czegoś   nasłuchiwał.   Chaumel   wykrył   minimalne   natężenie 

mocy   w   czasie   tej   krótkotrwałej   przerwy.   Nie   pochodziło   ono,   według   informacji   Nokiasa,   z 

Rdzenia Ozranu.

Po chwili Chaumel  usłyszał słowa wypowiadane przez nieznajomego, ale była  to jakaś 

bezładna mieszanina urywanych zdań i żargonu.

Witaj - powiedział. - Zaszczyt... poznać... ciebie. I

Chaumel cofnął się o pół kroku. Nieznajomy nie znał języka. Co mogło się kryć za tym, że 

mag wykorzystujący moce nie pochodzące z Rdzenia nie zna języka?

Nieznajomy zdawał się odgadywać targające srebrnym magiem wątpliwości i mówił dalej, 

ale nawet połowa wypowiedzi nie miała żadnego sensu. Pozostałe też brzmiały niewiarygodnie.

- Przybywam z gwiazd - powiedział Keff, wskazując na niebo.

Wskazał statek kosmiczny, opuścił poziomo rękę, potem naśladował start i lądowanie.

- Przyleciałem tu, no... srebrnym domem. Jestem z innego świata.

- ...Nie... tutaj - odezwał się Chaumel.              

TS   pominął   kilka   wyrazów,   ale   nie   sens.   Chaumel   skinął   Keffa   i   stanął   tyłem   do 

background image

pozostałych.

- Nie chcesz tu o tym rozmawiać? - spytał cicho Keff.

-  Nie   -   odpowiedział   Chaumel,   spoglądając   ostrożnie   dwóch   na  Ludzi  Wielkich   Gór.   - 

Chodź... góry... mną.

TS przesłuchał całą wypowiedź i przekazał pełne znaczenie: Wróć ze mną do mojej góry. 

Tam porozmawiamy.

- Nie, dziękuję - zaoponował Keff, potrząsając głową. - Porozmawiajmy tutaj. Czemu nie 

poprosisz innych?

- Keff! - krzyczała Carialle.                      

Wiedział przecież, dlaczego Wyniośli Pierwotni byli tak pokorni i za wszelką cenę unikali 

kłopotów. Chaumel zdjął z pasa coś, co wyglądało na latarkę i szturchnął nią Keffa w bok. Z klatki 

piersiowej błysnął ogień, objął szyję i kręgosłup, odbierając Keffowi czucie w mięśniach. Znów 

upadł ziemię. Tym razem zachował pełną świadomość. Zobaczył, że Chaumel miał czarno-srebrne 

buty   na   grubych   podeszwach.   Grunt   był   bardzo   suchy,   ale   kurz   nie   osiadał   na   cholewach 

zrobionych prawdopodobnie ze skóry zwierząt, może tych “koni pociągowych” używanych przez 

tubylców. Usłyszał głos Carialle:

- Co jest, Keff? Czemu nie trzymałeś się z dala od niego. Wiem, że jesteś przytomny. 

Możesz się ruszać?

Stopy Chaumela przesunęły się ciężko na jedną stronę i nie zasłaniały Keffowi widoku. 

Nagle grunt usunął się spod Keffa. Nie mógł zrobić żadnego ruchu. Głowa opadła mu na bok. Czuł, 

że unosi się w powietrze, jakby ktoś transportował go krótkim materacu. Bez żenady zrzucono 

Keffa na podnóżek rydwanu Chaumela. Leżał z niewygodnie odgiętą głową. Czarownik przeszedł 

nad Keffem i usiadł na swym ozdobnym tronie. Powietrzny pojazd wzniósł się.

- Telekineza - mamrotał Keff.                      

Czuł, że powoli odzyskuje czucie w mięśniach. Poruszał palcami. Mięsień prawej łydki 

lekko drgał. Uprzytomnił sobie że krzesło unosi się ponad polami. Widział zarys pieczary, w której 

mieszkali ludzie Brannela. Pojawiły się góry, bardzo wysokie góry, a on unosił się ponad szczytami.

- W porządku - usłyszał radosny głos Carialle. - Połączenia działają. Myślałam, że stracę z 

tobą kontakt po tym ognistym uderzeniu.

- Batuta - powiedział Keff. 

Poruszał już oczami i skierował je na pas srebrnego maga.

- Batuta!

- Wyglądało jak batuta, ale zadziałało niczym szpikulec do poganiania zwierząt.

Nastąpiła krótka przerwa w wypowiedzi.

- Nie ma uszkodzeń elektrycznych. Wygląda na to, że reaguje na bodźce synaptyczne. To 

background image

jakiś wyszukany przyrząd.

- Magiczny - syknął Keff.

- Porozmawiamy o tym później. Możesz się uwolnić?

- Nie - powiedział Keff. - Reakcje motoryczne są spowolnione

-  Psiakrew,  Galahadzie!  Nie   mogę  przybyć   ci  na   ratunek.  Jesteś  już  za  wysoko.   Mogę 

śledzić twoje położenie, nieważne, gdzie jesteś.

Carialle była wzburzona. Keff nie chciał jej denerwować, ale teraz był zupełnie bezwolny. 

Próbował ruszyć głową i inaczej ją ułożyć. Sapał przy tym ze zmęczenia, gdyż jego pozycja nie 

była wygodna.

Stwierdzono już kiedyś obecność w galaktyce istot empatycznych i im podobnych, ale były 

bardziej uzdolnione od innych ludzi. Keffa przeraziła energia telekinetyczna zdolna przenosić jego, 

tron i Chaumela. Nie znajdowało to naukowego uzasadnienia.

- Czary - mruczał.

- Nie wierzę w czary - powiedziała zdecydowanie Carialle. - Przynajmniej w tej sytuacji, 

gdzie występują zakłócenia pola elektromagnetycznego.

- Nawet czary są oparte na zasadach fizyki - utrzymywał Keff.

- Phi! - parsknęła lekceważąco.

Zaczęła się zastanawiać nad różnymi możliwościami, z których część prawie ocierała się o 

czary,   a   przecież   Carialle   wykluczała   ich   istnienie.  To   coś,   co   mogłoby   sprowadzić   Keffa   do 

wnętrza jej statku, a im obojgu umożliwić odlot, nie wykazywało oznak zaniku.

Brannel schował się sam w zaroślach na drugim końcu pola i czekał, czy mag Keff znów 

wyjdzie. Po okazaniu hołdu należnego władcom reszta plemienia skorzystała z tego, że nikt nie 

wykazywał zainteresowania tubylcami, i wróciła do domu tam gdzie jest ciepło.

Brannel był ciekawy. Może po zakończeniu bitwy magowie odlecą i wtedy on sam będzie 

mógł się spotkać z Keffem. Ku jego zdziwieniu nikt nie opuszczał pola. Oni też czekali na to samo, 

co on: wyjście maga Keffa. Brannel przeraził się na widok Srebrnego Chaumela, który pieszo 

podszedł do wielkiej wieży. Mag czekał i z napięciem na twarzy wpatrywał w zamknięte drzwi.

Keff nie wychodził. Może chciał im wszystkim ułatwić zadanie. Być może był mądrzejszy 

od magów-władców. To najbardziej zadowoliłoby Brannela.

Jednak   Keff   niespodziewanie   przewrócił   się   zaraz   po   wyjściu   na   zewnątrz   i   krótkiej 

rozmowie   z   Chaumelem.   Następnie   został   wrzucony   na   krzesło   Srebrnego   i   zabrany.   W   tym 

momencie prysły wszystkie marzenia Brannela o wolności i chwale. Wszelkie znajdujące się w 

srebrzystej wieży skarby wymknęły mu się na zawsze z rąk.

Wracając do pieczary mruczał pod nosem. Po drodze spotkał Fralima, który wypytywał go o 

background image

szczegóły.

- Powinniśmy się tam udać i uratować maga Keffa.

-   Uratować   maga?   Chyba   jesteś   szalony!   -   powiedział   Fralim.   -   Jest   noc.  Wchodź   do 

pieczary i śpij. Jutro czeka nas dużo pracy.

Przygnębiony Brannel wszedł do ciepłego podziemia, podążając za synem wodza.

background image

ROZDZIAŁ 7

- Czemu... utrudniać sprawy... niepotrzebnie? - mruczał Chaumel.

TS wyszukał brakujące wyrazy i przekazał Keffowi pełną treść pytania.

-   Dlaczego   musisz   komplikować   sprawy   bardziej   niż   potrzeba?   Chcę   porozmawiać... 

wcześnie...

- Proszę o wybaczenie, wielmożny panie - powiedział Keff z wahaniem.

Powoli dochodził już do siebie po tym, jak został rażony wiązką energii. Zdołał usiąść na 

końcu krzesła Chaumela. Czarownik pochylił się, aby chwycić Keffa za ramię i odciągnąć o parę 

centymetrów.

Keff cieszył się z tego, że znów miał kontakt z Carialle. Dowiedział się od niej, że wznieśli 

się na dwieście metrów i wciąż nabierali wysokości. Nie miał pojęcia, jak to się dzieje, ale cała ta  

niezwyczajna podróż zaczynała mu się podobać.

Widok   był   wspaniały.   Siedmiometrowy   plac,   gdzie   Brannel   i   jego   pobratymcy  składali 

plony,   oraz   kopiec,   pod   którym   mieściła   się   mieszkalna   pieczara,   nie   były   teraz   większe   niż 

paznokieć. Na płaskim wzgórzu stał srebrzysty statek wyglądający jak mała statuetka. Miniaturowe 

krzesła z kolorowymi laleczkami wzbijały się w powietrze i znikały.

Keff zauważył nagle, że śledzą ich złote i czarne oczy obserwacyjne lecące po bokach tronu, 

mimo że wznosili się coraz wyżej i podążali w kierunku ciemniejszego nieba. Inne kolorowe kule 

trzymały się z dala niczym ostrożne wróble towarzyszące krukowi. Wszystko musi mieć jakąś 

hierarchię. Keff był przekonany, że nie jest to żadna obstawa honorowa, ponieważ Nokias i Ferngal 

stali wyżej w hierarchii od Chaumela, a nie mieli takiego orszaku. Wszystko wskazywało na to, że 

spełniają   raczej   rozkaz   śledzenia   Srebrnego   Maga   i   przybysza.   Keff   zdobył   się   na   uśmiech   i 

pozdrowił ich gestem ręki.

- Cześć, mamuśka - powiedział Keff.

- Przy tym tempie nie dolecicie za szybko do tamtych gór - stwierdziła Carialle, której głos 

zabrzmiał w implancie. - Ciekawe, jak długo będzie mógł kontynuować lot bez uzupełniania paliwa 

albo odpoczynku, albo... czy ja wiem.

Keff odwrócił się w stronę Chaumela.

- Dokąd...

Okolica zupełnie się zmieniła, zanim zdołał dokończyć pytanie.

- ...lecimy?

Keff rozglądał się z niekłamanym zdziwieniem. Nie było już pola Brannela. Srebrny rydwan 

wzniósł   się   na   krótkim   odcinku   ponad   ośnieżone   szczyty   gór.   Temperatura   obniżyła   się   tak 

gwałtownie, że Keff mimowolnie trząsł się z zimna.

background image

- Co  za  paskudna, obrzydliwa,  wstrętna  planeta!  - krzyknęła  nie  słyszana  przez  chwilę 

Carialle. - Tu jesteś! Znajdujesz się teraz sto czterdzieści siedem kilometrów na północny wschód 

od miejsca, gdzie byliście przedtem.

- Moja droga, cóż to za słownictwo! - zdołał wtrącić Keff. - Nie przystoi damie.

- Ale trafne! Przez dłuższy czas nie mogłam cię zlokalizować. A niech to, martwiłam się!

- Wydawało mi się, że minęła tylko sekunda - powiedział skruszony Keff.

- Pięćdziesiąt trzy setne sekundy - stwierdziła szorstko Carialle. - Moja aparatura odebrała 

ten   czas   jako   długie   widmo.   Musiałam   szukać   śladów   objawów   twych   czynności   życiowy 

sprawdzając całe mnóstwo rejonów, gdzie występuje pole elektromagnetyczne, aż cię znalazłam. 

Na   szczęście   ten  twój   czarownik   powiedział,   że   zmierzacie   w  stronę   góry.   Oszczędziło   mi   to 

przynajmniej przeszukiwania pięćdziesięciu procent obszaru.

- Przenieśliśmy się bez stosowania napędu! - krzyki oczarowany Keff. - Ja się przeniosłem 

w przestrzeń. Zupełnie niczego nie czułem.

- Nie podoba mi się to - odpowiedziała Carialle. - Nie było z wami żadnej łączności w tym 

czasie. Nie wiedziałam, gdzie jesteście i czy w ogóle żyjesz. Do diaska z ich nieelektronicznymi 

urządzeniami i nie-mechanicznymi pojazdami!

- Mój... dom w górach - oznajmił Chaumel, przerywając rozmowę Keffa z Carialle.

Srebrny mag wskazał na budowlę wzniesioną na samym szczycie najwyższej góry w całym 

paśmie.

- Wspaniałe   -  powiedział  Keff  z  nadzieją,  że   jeden  ze   zwrotów  zasłyszanych   z  nagrań 

rozmów bezzałogowych kul jest akurat stosowny.

Zadowolenie malujące się na twarzy Chaumela potwierdziło przypuszczenie Keffa.

Pierwsze,   co   zobaczył,   to   balkon   wiszący   nad   niezmierzoną   i   otchłanią   mającą   w 

promieniach zachodzącego słońca ciemno-purpurową barwę. Wysokie, zakończone łukowato okna 

osadzono w skałach. Świeciły jaskrawo, odróżniając się od biało-niebieskich czap lodu, ponieważ 

były płaskie i gładkie. Widoczne były także poszarpane urwiska i strome wąwozy. 

-   Potężne...   nie...   z...   ziemi   -   powiedział   Chaumel   gestykulując   i   pokazując   coś,   co 

wynurzałoby się z dołu i trafiało na opór.

TS zdołał przetłumaczyć całe zdanie i podać sensowną treść.

- To potężna twierdza. Nic nie zdoła dotrzeć tu z ziemi. 

- To pewne.

Nie trzeba było niczego dodawać. Żaden z magów nie chciałby zajmować bastionu, który 

łatwo mógłby zostać zdobyty. Najbezpieczniejsze jest miejsce dostępne tylko z powietrza.

Balkon   okazał   się   tak   ogromny   jak   lądowisko   dla   śmigłowców.   Faktycznie,   były   tam 

oddzielone różnokolorowymi kostkami z  kamieni stanowiska. Jeden kwadrat najbliżej wysokich, 

background image

szklanych drzwi miał kolor srebrnoszary i najpewniej był zarezerwowany dla pana na włościach.

Latający rydwan wykonał rundę nad lądowiskiem i łagodnie jak piórko osiadł na swoim 

stanowisku.   Zaraz   po   wylądowaniu   cała   ekipa   kul   obserwacyjnych   zrobiła   zwrot   i   odleciała. 

Chaumel dał znak ręką, aby Keff wysiadł.

Załogant zszedł z powietrznego pojazdu na kamienne płyty i zaczął tańczyć, usiłując z 

trudem   utrzymać   równowagę.   Posadzka   była   gładka,   wypolerowana   i   nieprzyczepna   jak 

powierzchnia sterującej kursorem kulki. Keff stracił oparcie pod stopami, przewrócił się, podparł 

dłońmi   i   ponownie   próbował   wstać.   Przy   zetknięciu   z   kamieniami   poczuł,   że   są   naładowane 

energią. Nie słyszał niczego, ale takie miał uczucie. Zupełnie odebrało mu to odwagę i bojowość. 

Potarł dłonie.

- Co jest? - spytała Carialle. - Obrazy się zmieniają. A, teraz już dobrze. Hm, nie jest dobrze. 

Co to za drgania? Jakieś mechaniczne wibracje.

- Nie wiem - mówił powoli i wyraźnie Keff, dotykają ręką posadzki.

Wygląda, że jest sucha, ale przy dotyku okazuje się mokra i prawie lepka.     

- Ślisko - dodał, patrząc z uśmiechem na swego gospodarza.                        

Chaumel zmarszczył groźnie brwi i najwyraźniej sugerował, aby Keff się podniósł. Załogant 

ostrożnie ukląkł, a potem udało mu się stanąć. Chaumel skinął głową, odwrócił się i minął wysokie, 

podwójne drzwi. Keff poszedł za nim, stąpając niczym kaczka.

Przy każdym zetknięciu stopy z podłogą czuł, jak drgania przechodzą mu poprzez nogi aż 

do   kręgosłupa.   Za   wszelką   cenę   chciał   nadążyć   za   Chaumelem,   więc   nie   zwracał   uwagi   na 

wibracje.

Srebrny mag gderał coś pod nosem ni to do siebie, ni to do Keffa. Ten zwiększył czułość TS, 

aby zarejestrować wszystkie wypowiedzi, które zamierzał potem odtworzyć i poddać analizie.

Szklane drzwi otworzyły się od strony dużej, wyglądająca jak sala balowa lub tronowa 

komnaty. Niezwykle wysoki sufit był wspaniale ozdobiony. Keff wpatrywał się w malowany i 

złocony   fresk   sprawiający   trójwymiarowe   wrażenie.   Przedstawiał   niesamowite   ptaszyska   na 

zachmurzonym niebie. W ścianach znajdowało się mnóstwo okien zrobionych ze szkła, kryształu 

górskiego i barwnych minerałów, a w suficie umieszczono świetlik. Keff wcale się nie zdziwił, że 

pomieszczenia ozdobione są aż po samą górę, biorąc pod uwagę fakt, że gospodarz domu i jego 

świta mogą wszędzie latać. Mieszkanie wewnątrz góry mogłoby wywoływać klaustrofobię u tych, 

którzy   lubią   światło.   Ściany   wykuto   w   naturalnym   granicie,   ale   posadzki   wszędzie   były   tak 

przeraźliwie gładkie...

- Ta rzecz... moja... stara - powiedział Chaumel, wskazując parę oprawionych, wiszących na 

ścianach dzieł sztuki.

Keff spojrzał na pierwsze z nich, aby zorientować się, co przedstawia, ale potem żałował. 

background image

Coś wstrętnie abstrakcyjnego sprawiało wrażenie koszmarnego ruchu. Keff szybko odwrócił wzrok, 

ledwie powstrzymując łzy i kręcenie w żołądku.

- Bardzo oryginalne - powiedział, ciężko oddychając. 

Chaumel zawiesił na moment głos i spojrzał na Keffa, zdziwiony jego reakcją. Wskazał 

kolejne przyprawiające o ból żołądka dzieło. Keff spoglądał poniżej poziomu ramy i, oczywiście, 

wypowiadał się z zachwytem, wcale nie patrząc na to, co pokazuje Chaumel. Wpatrywał się tylko w 

srebrne buty czarodzieja i obrzeże jego szaty.

Przekroczyli   próg   poczekalni,   gdzie   kilkunastu   służących   zajętych   było   sprzątaniem   i 

odkurzaniem. Tylko na moment oderwali wzrok od posadzki, aby oddać szacunek przechodzącym. 

Okazało się, że nie tylko Keff nie był w stanie patrzeć na wątpliwe dzieła sztuki.

Chaumel okazał się jedynym, który nie miał owłosienia i sierści na twarzy. Cały personel 

składał się z obrośniętych futrem Wyniosłych Pierwotnych, takich jak Brannel, ale niektórzy mieli 

pięć palców u dłoni.

- Brakujące ogniwo? - Keff zapytał Carialle. 

Osobniki, na które patrzył, były czymś pośrednim między liniami Chaumela a plemieniem 

Brannela. Ich twarze pokrywało owłosienie, ale nie miały tak zwierzęcego wyglądu, jak twarze 

wieśniaków. Byli bardziej podobni do normalnych ludzi.

- Czy sądzisz, że im dalej władców żyją, tym większe są zmiany ukształtowania twarzy?

Zatrzymał się, aby przyjrzeć się służącej, która zawstydzona opuściła oczy. Zgniotła szmatę, 

którą trzymała w dłoniach.

- Doszukiwanie się różnic z uwagi na położenie geograficzne nie jest logiczne - powiedziała 

Carialle, chrząkając przy tym znacząco. - Można zakładać jakieś krewniacze krzyżówki między 

tymi dwiema rasami. Oznaczałoby to, że są one bliskie genetycznie. Zastanawiające.

Chaumel spostrzegł, że jego słuchacz został nieco w tyle. Zawrócił i odciągnął Keffa od 

służącej, a potem razem przeszli w kierunku obniżonego sklepienia.

- Przyjrzymy  się, jak  to jest zrobione?  -  spytał  Keff  okazując  podziw.  - Bardzo  ładne, 

Chaumelu.

-  Cieszę   się,  że...   -   powiedział   mag,   wychodząc   na   szeroki   korytarz.   -  Teraz,   to...  mój 

ojciec...

“To” okazało się kilimem, jak stwierdziła Carialle po błyskawicznej analizie. Było utkane z 

barwionych włókien roślinnych i ozdobione dodatkowo kolorowym haftem.

- Stare. Ma przynajmniej ze czterysta lat. Dobra robota - komentowała Carialle.

- Cudowne - powiedział Keff, sprawdzając, czy czujniki zdołały objąć całość dzieła dla 

celów archiwizacji przez Wydział Badawczy. - No, Chaumelu, dobra robota.

Chaumel   był   bez   wątpienia   kolekcjonerem   dzieł   sztuki   i   po   za   owymi   obrzydliwymi 

background image

obrazami,   wszystkie   jego   eksponaty   potwierdzały   wyczucie   piękna.   Keff   podziwiał   eleganckie 

krzesła, stoły i podesty z drewna i kamienia, kolejne kilimy, przyrządy naukowe, które przestały 

być   przydatne   i   służyły   innym   celom.   Bardzo   prymitywny   rydwan,   zapewne   pierwowzór 

wyszukanych   krzeseł,   którymi   posługiwał   się   Chaumel   i   jego   ludzie,   był   umieszczony   pod 

portretem brodatego mężczyzna w srebrnym stroju. Chaumel posiadał również kilka obrazów i 

innych wyrobów artystycznych o wysokich walorach. Keff zachwycał się wszystkim, rejestrował z 

nadzieją, że i one  mogą przyczynić się do tego, aby Carialle wraz z nim jak najszybciej zdołała 

opuścić Ozran.

Kilku z przedmiotów, które były własnością Chaumela w ogóle nie dało się opisać. Część z 

nich  wyglądała  na  rzeźba  albo  posągi,  ale  były  zniszczone  i  wykazywały ślady  długotrwałego 

użytkowania. Mogły to być również meble, ale nie wiadomo dla kogo.                                     

-   Co   to   jest,   Chaumelu?   -   spytał   Keff,   wskazując   na   zespół   zgromadzonych   w   niszy 

przedmiotów. Szczególnie zainteresowało go coś, co przypominało sztalugi z dwoma drewnianymi 

odgałęzieniami w kształcie litery “V”.

- To jest bardzo stare.

- Ach... z bardzo starych czasów... - ożywił się Chaumel.

TS przetłumaczył szybko zwrot jako “ze starożytności”.

Według mnie, to ma między tysiącem sześciuset a tysiącem dziewięciuset lat - oznajmiła 

Carialle, potwierdzając udzieloną przez maga informację.  

Chaumel spojrzał na Keffa ze zdziwieniem.

- Z pewnością twoi ludzie nie używali tych rzeczy - rzekł Keff. - Nie da się na tym usiąść, 

widzisz?

Keff pozorował siadanie na wąskim, kamiennym blacie umieszczonym poziomo prawie na 

wysokości kolan. 

Chaumel uśmiechnął się szeroko i potrząsnął głową. 

- Starodawni używali... siedzieć-leżeć - powiedział. 

- Nie byli człekopodobni? - spytał Keff, a następnie dodał kilka słów, widząc, że mag nie 

bardzo rozumie sens jego wątpliwości: - Nie tacy, jak ty, ja albo twoi służący?

- Nie, nie. Przed Nowymi, my.

- W takim razie istoty człekopodobne nie były pierwotną rasą na tej planecie - mówiła 

ożywiona Carialle. - Oni są podróżnikami. Osiedlili się obok krajowców i podzielili ich obyczaje i 

kulturę.

- To wyjaśniałoby anomalia językowe - stwierdził Keff. - I te wstrętne dzieła artystyczne w 

głównej sali. 

Następnie już głośno zwrócił się do Chaumela:

background image

- Nie, nie. Dawno temu odejść. Pracować, przenieść się z pustych ziem do góry. Dać nam, 

dać im.

Chaumel usiłował poprzez gestykulację zobrazować znaczenie swych słów.

- Wszyscy... odejść.

- Chyba rozumiem. Pomogliście im wyjść z dolin, a oni dali wam... co? Potem zginęli? Jaka 

była tego przyczyna? Plaga, kataklizm?

Chaumel   stał   się   nagle   bardzo   ostrożny.   Zaczął   coś   mruczeć   pod   nosem,   podszedł   do 

kolejnego zbioru przedmiotów. Przerwał, stojąc przed jednym z leżących na drewnianym stojaku 

eksponatów. To coś było zrobione z szarego kamienia, miało około pięćdziesięciu centymetrów 

wysokości i przypominał dziwacznie powyginaną urnę z otworem.

- Starzy - Starodawni - powiedział ze strachem, kładąc ręce na urnie.

- Starodawni - Starożytni? - spytał Keff, różnicując chronologię ruchem dłoni.

- Tak - rzekł Chaumel.                        

Gładził   kamień.   Keff   podszedł   bliżej,   tak   aby   umożliwić   Carialle   obejrzenie   tego 

przedmiotu za pomocą swojej aparatury.

- To jest nawet starsze niż krzesło Starodawnych, jeśli jest, czym jest. O wiele starsze. 

Zapytaj, czy to przedmiot kultu religijnego. Czy Starożytni są ich bogami? - pytała Carialle.

- Czy ojciec twego ojca przywiódł Starożytnych na Ozran? - zapytał Keff. 

- Nie nasi przodkowie - odpowiedział Chaumel, układając trzy wyimaginowane przedmioty 

w rzędzie. - Ozran: Starożytni. Starodawni, Nowi, my. Starożytni - dodał, wyciągając swą batutę 

trzymaną przy pasku.

- Carialle, według mnie, on uważa, że ten przedmiot to pozostałość z pierwotnej kultury. Jest 

bardzo stary, ale przed tysiącami lat nastąpiła w nim jakaś modyfikacja.

Następnie przemówił do Chaumela:

- Przekazali użyteczne przedmioty? Czy Starożytni byli podobni do Starodawnych? Czy byli 

ich przodkami? 

Chaumel wzruszył ramionami.

-   Wygląda   to   na   całkowicie   odmienną   cywilizację,   Keffie   -   powiedziała   Carialle, 

przetwarzając   obraz   wszystkich   przedmiotów   wystawionych   w   sali.   -   Tych   przedmiotów 

pochodzących z okresu Starożytnych jest za mało, żeby na ich podstawie można wysnuć jakieś 

mądre wnioski, ale mój program rekonstrukcji podaje, że Starożytni różnili się od Starodawnych, 

jeśli wziąć pod uwagę budowę ciała. Byli podobni to fakt. Przedstawiciele obu gatunków poruszali 

się, zachowując postawę pionową, mieli kończyny dolne osadzone w stawach i zginające się do tyłu 

-   nie   wiadomo,   ile   tych   kończyn,   ale   sprzęty   Starodawnych   przystosowane   są   dla   większych 

osobników. Może nie tak dużych, jak człekopodobni.

background image

- Wygląda na to, że te gatunki ludzkie następowały po sobie - powiedział Keff. - Starodawni 

przybyli, aby żyć wspólnie ze Starożytnymi, a potem, po kilku pokoleniach, Starożytni wymarli, 

przybyli Nowi i tworzyli wspólnotę ze Starodawnymi. Są więc trzecim z kolei żyjącym na tej 

planecie ludem: tubylcy, Starodawni i Nowi albo ludzie korzystający z czarów.

Carialle sapnęła.

- To nie świadczy o Ozranie jako dobrym miejscu egzystencji dla form ożywionych, jeśli 

dwie myślące rasy wyginęły jedna po drugiej w ciągu paru tysięcy lat.

- Człekopodobni zostali sprowadzeni do życia bez dostępu do techniki - powiedział Keff, 

nie bardzo wsłuchując się w to, co przekazywała Carialle. - Czy to może mieć coś wspólnego z 

polem działania sił, które trzymają cię w miejscu! Czyżby ich tu uwięziono?

- Keff, to coś zatrzymało mnie z premedytacją! Lądowałam na Ozranie sześć razy i nie 

miałam problemów z odlotem. Tym razem stało się coś przemyślanego i chcę wiedzieć, kto za tym 

stoi.

- Kolejna tajemnica do wyjaśnienia. Ja też chcę wiedzieć, dlaczego Starodawni przenieśli się 

tutaj,   z   dala   od   źródeł   pożywienia   -   powiedział   Keff.   -  To   jakieś   socjologiczne   anomalie,   bo 

przecież są uzależnieni od tego, co tu rośnie. 

Carialle przekazała świeżo przetłumaczone przez TS dane:

- Starodawni nie przenieśli się tu z pomocą Nowych. Byli już gdy przybyli człekopodobni. 

Znaleźli przedmioty Starożytnych w dolinach.

-   Ci   Nowi   byli   szczególnie   utalentowani,   gdy   się   tu   pojawili,   ale   ich   styczność   ze 

Starodawnymi udoskonaliła ich do stopnia, który teraz widzimy. Carialle, dwie rasy poruszające się 

w kosmosie. - Keff nie mógł opanować podniecenia.- Ciekawe, czy możemy się więcej dowiedzieć 

o zupełnie obcej cywilizacji. Później zobaczymy, czy uda się nam sięgnąć aż do jej początków. 

Szkoda, że tak mało po nich zostało: po upływie setek lat rządów człekopodobnych wszystko się 

pomieszało.

- Czy synteza nie jest równie rzadka? - spytała zgryźliwie Carialle.

- W naszej cywilizacji, tak. Ale sprawa staje się również oczywista tam, skąd pochodzi język 

znaków   -   powiedział   Keff.   -  To   pozostałość   po   okresie   jednej   z   poprzednich   ras   -   symbolika 

przydatna do czynienia czarów. Starodawni nie posługiwali się “ludzkim” językiem, będąc niejako 

nadrzędni cywilizacją, ale w jakiś sposób komunikowali się z przybyszami. To temat na artykuł dla 

“Galactic Geographic”. Pewne jest to, że Chaumel nie ma pojęcia o tym, jak wyglądali Starożytni

Czarodziej spostrzegł, że Keff mówi do siebie i wymienia jego imię. Usłyszał także pytanie. 

Chaumel z żalem potrząsnął głową.

- Ja nie. Długo przede mną.

- Skąd przybyliście? - pytał Keff. - Z jakiej gwiazdy? - powiedział, wskazując na niebo.

background image

- Też tego nie wiem. Skąd przybywacie wy? - pytał Chaumel, nie spuszczając wzroku z 

Keffa.

Keff   usiłował   wyjaśnić,   gdzie   są   Światy   Centralne,   ale   zasób   słownictwa,   którym 

dysponował, był za mały. Bezradnie uniósł ręce.

- Na próżno - westchnęła Carialle. - Wciąż próbuję znaleźć jakieś dane odnośnie osadnictwa 

w tym sektorze. Nic, nie ma nic, kompletna pustka. Gdyby były jakieś zapiski, mogłabym poprosić 

Światy Centralne o pełny przegląd archiwów.

- W takim razie, jakie jest miejsce Wyniosłych Pierwotnych, Chaumelu? - zapytał Keff, 

kładąc mu rękę na ramieniu, zanim ten zaczął wywód na temat kolejnego eksponatu swej kolekcji. 

Wskazał   na   służącego   w   białe,   długie   szaty   ubranego,   który   uciekł   przestraszony,   widząc,   że 

gładkolicy patrzy na niego.

- Jak widzę, służący mają mniej intensywne owłosienie niż ci wszyscy, którzy mieszkają na 

wsi.

Pokazał ręką do tyłu z nadzieją, że Chaumel zorientuje się, iż chodzi o miejsce, z którego 

właśnie   przybyli.   Skubnął   swe   włosy   i   potarł   kciukiem   o   palec   wskazujący,   chcąc   przekazać 

znaczenie słowa “rzadki”, a potem pogładził się po policzku i wyciągnął dłoń przed siebie.

- Są przystojniejsi. Niektórzy mają pięć palców, jak ja. - Keff pokiwał palcem wskazującym. 

- Dlaczego tamci z doliny mają tylko cztery?

Zgiął jeden palec, chowając go w dłoni.

- Och - zaśmiał się Chaumel.

Powiedział coś bez namysłu przyjaznym tonem, ale TS nie zdołał wychwycić znaczenia 

jego słów. Zrobił przy tym kilka ruchów palcami, naśladując cięcie nożyczkami i dodał:

- ...gdy małe dzieci. Nie myślą... nie chcę wiedzieć... robotnik.

Znów naśladował ruch nożyczek.

- Co? - krzyknęła Carialle w ucho Keffa. - To nie żadna mutacja, ale okaleczenie. Nie ma 

dwóch rodzajów istot człekopodobnych. Jest jeden, ale większość biedaków jest gnębiona przez 

kilku szczęściarzy.

Keff był  tak zaskoczony, że nie był w stanie powiedzieć ani słowa. Całe szczęście, że 

Chaumel nie oczekiwał odpowiedzi. Carialle kontynuowała swój wywód, a Keff tylko kiwał głową 

i uśmiechał się do czarodzieja.

- Ponadto zawsze traktuje Pierwotnych jak rzecz, przedmiot. Kiedy mówił o posiadłości, TS 

wtrącił   termin   oznaczających   wieśniaków   jako   “majątek”.   Nie   podobają   mi   się   ci   wszyscy 

czarodzieje, ani trochę!

- Hmm, bardzo dobrze - powiedział Keff w języku Ozranu, chcąc podtrzymać rozmowę.

Chaumel się uśmiechnął.

background image

- Otaczamy ich opieką, my, którzy obcujemy z Rdzeniem Ozranu.  Przewodzimy naszym 

słabszym   braciom.   Chronimy   ich,   gdy   ciężko   pracują   w   dolinach   i   zbierają   dla   wszystkich 

pożywienie.

- Ujarzmiacie ich - syknęła Carialle. - Mieszkają tu wygodnie, a ludzie Brannela marzną. 

Wygląda  bardzo  przyjaźnie  jak na  handlarza  niewolników.  Spójrz  na  jego  oczy  - martwe,  bez 

wyrazu, jak układy scalone.

- Słabszym? Czy to znaczy, że niedorozwiniętym? Tam w dolinach są silni, no... dobrze 

zbudowani, ale z ich umysłami nie jest najlepiej - powiedział Keff. - Twoi służący są bardziej 

inteligentni od tych, których tam spotykaliśmy.   

Nie wspomniał ani słowa o Brannelu.

- Robotnicy jedzą głupio, nie pytaj... kto wie lepiej, władcy - padło z ust Chaumela. 

- Chcesz przez to powiedzieć, że dodajecie im czegoś do jedzenia, żeby byli ogłupiali, ulegli 

i   nie   sprzeciwiali   się   ciężkim   robotom?  To   ohydne   -   powiedział   Keff,   ale   wciąż   zachowywał 

uśmiech na twarzy.

Chaumel nie zrozumiał ostatniego słowa. Skłonił się.

- Dzięki. Korzystają z uzdolnień, minęły lata, my daliśmy - pokazywał jednocześnie, że 

zgrubiały im ręce.  - Więcej skóry, włosów, lepsze mięso..

TS przeszukiwał wykaz synonimów. Keff wychwycił jeden z nich.  

- Mięśnie? - spytał,                              

TS powtórzył ostatnie słowo Chaumela, potwierdzając trafność wyboru.           

- Tak - powiedział Chaumel. - Dobre do życia... zimne doliny. Ciężka praca!

-   Sądzisz,   że   możesz   skąpić   na   ogrzewanie,   jeśli   uczyni   ich   bardziej   wytrzymałymi   - 

wtrąciła Carialle z pogardą. - Ty krwiopijco!

Chaumel zmarszczył czoło, jakby słyszał to, co powiedziała Carialle.

- Cicho! No, nie wiem, czy jest to pytanie tabu, Chaumelu - zaczął Keff, gładząc brodę - ale 

krzyżujecie się z rasą służących, tak? Gładkolicy i obrośnięci płodzicie dzieci?

- Ja nie - szybko odparł srebrny mag. - Ale, tak... niektórzy czarodzieje i wróżki, nisko w 

hierarchii, mają twarze z włosami. Nie zajmują miejsca magów, ale... nie każdy jest posłany dla 

władzy.

Przeznaczony do wielkości, Keff skorygował TS. Urządzenie powtórzyło wyraz.

-   To   znaczy,   dlaczego   ty   nie   jesteś   wielki?   -   powiedział   jeszcze   raz   innymi   słowami, 

mówiąc: “nie jednym z magów” TS wtrącił te słowa, których użył.

- Ja jestem dobry, zadowolony z tego, czym jestem - rzekł Chaumel, z samozadowoleniem 

kładąc ręce na brzuchu.

- Dlaczego amputują im palce, jeśli już ich odurzyli? - chciała wiedzieć Carialle.

background image

- Co palce mają wspólnego z magią? - zapytał Keff, wykonując ruchy rękami jak czarodziej.

- Ach - powiedział Chaumel.

Wziął Keffa pod rękę i prowadził go korytarzem do niskich drzwi osadzonych w grubej, 

kamiennej ścianie. Służący, których mijali, patrzyli z przerażeniem, gdy Chaumel wyciągnął swą 

srebrną   batutę   zza   pasa   i   skierował   na   zamek.   Niektórzy   z   nich   przyspieszyli   kroku,   widząc 

laserową wiązkę wpadającą do dziurki od klucza. Jeden czy dwóch równie ciekawych Brannel 

zajrzało do środka po otwarciu drzwi. Chaumel obrzucił ich lodowatym spojrzeniem i wprowadził 

Keffa do wnętrza.

Ciemność rozjaśniła się, gdy tylko przekroczyli próg. Mleczna poświata wydobywała się z 

materiału ścian.

- Cari, czy to jest radioaktywne? - zapytał Keff.

Jego szept zwielokrotnił się, odbijając od kamiennych płyt.

- No, w gruncie rzeczy nie ma żadnych wskazań informujących o naturze światła. Dziwne.   

- Czary!

- Przestań! - powiedziała nadąsana Carialle. - Mówię tylko, że jest to nie znana mi forma 

energii. 

W przeciwieństwie do wszystkich komnat, które Keff widział w siedzibie Chaumela, ta 

miała niski, surowy sufit z granitu. Był tak niski, że Keff bał się o swą głowę. 

Chaumel   przemierzył   komnatę   niczym   kapłan.   Wyposażenie   przypominało   kaplicę. 

Naprzeciw drzwi znajdował się srebrny stół wyglądający jak ołtarz, na którym spoczywało pięć 

przedmiotów ułożonych w koło na haftowanym obrusie. Keff, stąpając na palcach, podążył  za 

Chaumelem. 

Wspomniane  przedmioty nie były szczególnie  ciekawe: metalowa  bransoleta  o średnicy 

dwunastu centymetrów, srebrna rurka, płaska tarcza z otworami o kształcie półksiężyca na obrzeżu, 

kryształowa kostka z kawałkiem metalu oraz pusty walec o kształcie słoika.

- Co to za rzeczy

7

 - spytał Keff.

- Przedmioty dające moc - odparł Chaumel.

Podnosił je po kolei i pokazywał Keffowi. Chaumel obrócił bransoletę tak, aby jego gość 

mógł przyjrzeć się wewnętrznemu żłobieniu. Na gładkiej krzywiźnie rozmieszczono pięć wgłębień, 

które miały swoiste oznakowanie. Chaumel włożył palce w te wgłębienia.

- Och, potrzeba pięciu palców, aby skorzystać z tego amuletu - powiedział Keff.

- Jak widzisz, amputacja uniemożliwia służbie zorganizowanie pałacowej rewolty - dodała 

Carialle. - Żaden niezadowolony poddany nie miałby fizycznej możliwości wykorzystania tych 

czarodziejskich przedmiotów.

-   Hm,   ile   mogą   mieć   lat?   -   powiedział   Keff,   zbliżając   się   do   ołtarza   i   pochylając   nad 

background image

obrusem. 

- Stare, stare - odpowiedział Chaumel, dotykając metalowego walca. 

- Starodawni - skorygowała Carialle, patrząc na wszystko implantami umieszczonymi w 

oczach   Keffa.   -   Z   tamtymi   czasów   jest   też   bransoleta.   Pozostałe   trzy   pochodzą   z   okresu 

Starożytnych, a Starodawni dokonali małych zmian. Wszystkie przedmioty mają płytki dociskowe. 

Teraz wiadomo, dlaczego Brannel chciał wziąć moją paletę. Ona też ma pięć wgłębień, jak i te 

wszystkie rzeczy. Myślał, że paleta jest też przedmiotem dającym moc.

- Jest tu pewna zbieżność: obie tutejsze rasy były pięciopalczaste jak ludzie. Zastanawiam 

się, czy jest to cecha powtarzająca się w całej galaktyce dla ras będących na wysokim poziomie 

techniki - mówił Keff. - Dłonie o pięciu palcach.

Chaumel był najwyraźniej dumny. Odstawił metalowy walec, potarł dłonie i strzepywał 

niewidzialne drobiny kurzu, starannie czyszcząc paznokcie.

-   Kształtne   dłonie   -   zauważyła   Carialle.   -   Mogłyby   się   znaleźć   na   freskach   Kaplicy 

Sykstyńskiej, chociaż proporcje mają jakieś dziwaczne.

Keff   spojrzał   na   dłonie   Chaumela.   Po   raz   pierwszy   zauważył,   że   jego   kciuki,   które 

wydawały się długie, posiadają bardzo udane protezy z paznokciami i delikatnym owłosieniem, 

przez co całość sięga końców palców wskazujących. Małe palce były tak długie, jak serdeczne, co 

rzucało się w oczy, a w ogóle to wszystkie wyglądały jak ucięte równo od sznurka. Chaumel, zdając 

sobie sprawę, że Keff przygląda się jego dłoniom, pociągnął za małe palce.

- Czy on chce je wydłużyć? - zapytała Carialle. - To fizycznie niemożliwe. Ale sądzę, że nie 

ma co mówić, aby przestał, bo i tak tego nie zrobi. Zabobony to zabobony.  

-   To,   no...   groteskowe,   Chaumel   -   powiedział   Keff   z   uśmiechem,   który   miał   wyrażać 

podziw. 

- Dziękuję, Keffie - odpowiedział Chaumel z ukłonem. 

- Pokaż mi, jak działają te przedmioty - poprosił Keff, wskazując na stół. - Chciałbym to 

zobaczyć, ale tym razem nie jako cel ataku.

Chaumel nie miał jeszcze ochoty na spełnienie tej prośby. 

- Wiesz już, do czego służą te przedmioty - powiedział łaskawie. 

Wziął pierścień i rurkę, a swoją ulubioną batutę ukrył w futerale na pasku.

- Chodź za mną.

Chaumel zaczął na nowo swój monolog, gdy wychodzili z wąskiego pomieszczenia. Tym 

razem skoncentrował się na pochodzeniu i kolejach losu, które przechodziły tajemnicze przedmioty.

- Jesteśmy dumni z naszych zabawek - powiedziała Carialle z dezaprobatą. - Czary-mary.

- O! Niesamowite! - krzyknął Keff, gdy Chaumel wyciągnął dłoń, na której pojawił się 

wielki, gliniany wazon. - Czary-mary! Nie ma co!

background image

Chaumel uśmiechnął się dyskretnie i dmuchnął na wazon, który łagodnie przefrunął przez 

korytarz jak po lodzie. Uniósł rurkę, ustawił ją i lekko ścisnął. Wazon zatrzymał się, a potem 

rozpadł w zwolnionym tempie na maleńkie drobiny, które obsypały ściany i obu mężczyzn.

- Wspaniale! - wykrzyknął oszołomiony Keff.

Wypluł piasek i pył pochodzący z wazonu.

- Brawo! Jeszcze raz!

Posłuszny Chaumel wyczarował dużą, porcelanową tacę.

- Należała do mojej matki. Ja osobiście za nią nie przepadam - powiedział.

Szybkim   ruchem   zgiął   nadgarstek   i   taca   podzieliła   los   wazonu.   Tym   razem   czarodziej 

posłużył   się  pierścieniem,  a  nie  rurką. Taca  eksplodowała,  rozpadając  się  na  kawałki.  Szklany 

pucharek, a potem dzbanek wyłoniły się znikąd. Chaumel wprawił je w ruch, tak że kręciły się 

wokół siebie. Następnie zespolił je w jedno przy pomocy nikłej błyskawicy ze swej batuty. Spadły 

na posadzkę, rozpryskując odłamki szkła na wszystkie strony.

- A co na bis? - spytał Keff.

- Hola! - krzyknął Chaumel.                     

Pomachał batutą i zaraz ukazały się trzy służące ze szczotkami  i wiadrami. Pozostawił 

magiczne przyrządy, które unosiły się w powietrzu, i zaklaskał w dłonie. Służące szybko zaczęły 

sprzątać. Chaumel założył triumfująco ręce i zadowoleni spojrzał na Keffa.

- Rozumiem. Ty się bawisz, a na nie spada cała reszta - powiedział Keff, potakując ruchem 

głowy. - Ale i tak, brawa.

- Sprawdzałam przyrost energii podczas tej zabawy w stylu Dzikiego Zachodu - powiedziała 

Carialle.   -   Nie   ma   żadnego   związku   pomiędzy   tym,   co   Chaumel   robi   ze   swoimi   zabawkami, 

szumem   w   podłogach,   a   źródłem   energii,   poza   reakcją   z   tego   chaosu   na   niebie.   Pokłady 

geotermalne milczą. A żebyś już nie pytał, on nie ma żadnego generatora. Zapytaj go, skąd mają 

energię.

- Skąd pochodzą twoje magiczne zdolności? - zapytał Keff.

Naśladował rzucanie klątw przez Potrię, zagarnianie rękami i wyrzut przed siebie. Chaumel 

przestąpił z nogi na nogę. Zbladł i patrzył na Keffa zgubnym wzrokiem.

- To chyba nie jest tylko język znaków? - zapytał nieśmiało Keff. - Czysty funkcjonalizm 

symboli.   Przepraszam,   że   łamię   etykietę,   ale   czy   Starodawni   byli   do   tego   zdolni   -   zaczął 

gestykulować, ale szybko przestał - gdy przybyli na Ozran?

-   Niektórzy.   Większość   nauczyła   się   od   Starodawnych   -   powiedział   Chaumel   bez 

przekonania.

Wypuścił   batutę   w   powietrze.   Okręcała   się,   zniknęła   i   znów   widać   ją   było   w   futerale 

noszonym na pasku.

background image

- Latanie? - spytał Keff, wykonując ruchy ręką, które miały zobrazować latanie krzesła. - 

Nauczyli się latania od Starodawnych?

- Dali naukę nam, aby im przekazać. 

- Niesamowite! - Keff nie krył entuzjazmu. - Cóż bym dał za lekcje czarów. Ale skąd 

pochodzi energia? 

Chaumel wyglądał na coraz bardziej uszczęśliwionego.

- Z Rdzenia Ozranu - odpowiedział, unosząc ręce w czarodziejskim geście.

- Co to jest? Coś konkretnego czy filozoficznego?

- To Rdzeń - powiedział zniecierpliwiony Chaumel, dziwiąc się tępocie umysłowej Keffa.

Keff wzruszył ramionami.

-   Rdzeń   to   rdzeń   -   powiedział.   -   Oczywiście,   ot   co.   Chaumelu,   mój   statek   jest 

unieruchomiony. Czy ma to coś wspólnego z Rdzeniem Ozranu?  

- Może, może. 

Keff nie ustępował.

- Chciałbym, abyś udzielił odpowiedzi. To ma dla mnie szczególne znaczenie - powiedział, 

tracąc nadzieję na poznanie prawdy. 

Chaumel nerwowo potrząsnął głową i zamachał rękami.  

- Zajmę się nim później, Cari - szepnął Keff. 

- Teraz lepiej... Co to za dźwięk? - odezwała się Carialle. 

Keff rozejrzał się wokoło. 

- Niczego nie słyszałem.

Chaumel musiał coś słyszeć. Odwrócił się niczym pies gończy na odgłos trąbki. Keff czuł, 

jak elektryzują mu się włosy.  

- Znów to samo - powiedziała Carialle. - Około pięćdziesięciu tysięcy herców. Odbieram 

poważne wahania energii tam, gdzie jesteś. To, co Chaumel zrobił w korytarzu, to kropla w morzu 

w porównaniu z tym.

Chaumel chwycił Keffa za rękę i zrobił spiralny ruch palcem w górę.

- Tędy, szybko! - krzyknął, popychając Keffa w kierunku dużej sali i lądowiska, które się za 

nią znajdowało. - Szybko! Szybko!

background image

ROZDZIAŁ 8

Noc   zapadła   nad   górami.   Nowi   przybysze   roztaczali   własny   blask,   lecąc   pod 

ciemnopurpurowym niebem w kierunku siedziby Chaumela. Keff, który przebywał wraz ze swym 

gospodarzem w sali z wysokimi, szklanymi drzwiami, rozpoznał Ferngala, Nokiasa, Potrię i kilkoro 

innych,   których   widział   po   południu.   Ponadto   pojawiło   się   sporo   nowych   twarzy,   a   niektórzy 

podróżowali na krzesłach równie fantazyjnych jak to, którego używał sam Chaumel.

- Znane osobistości wraz ze swymi przyjaciółmi. Szkoda, że nie mogę włożyć odświętnego 

ubrania - powiedział Keff do Carialle, a zwracając się do swego gospodarza, rzekł: - Może byśmy 

wyszli, aby ich powitać?

- Cicho! - odpowiedział Chaumel, kładąc palec na usta i unosząc swą czarodziejską batutę. 

W   ciszy   naśladował   układanie   wszystkich   przedmiotów   w   rządku“... 

(nieprzetłumaczalne)...”.

- Wiem, o co chodzi - powiedział Keff, przerywając tok wypowiedzi przygotowywanej 

przez TS. 

- Kwestia pierwszeństwa. Protokół. Należy poczekać, aż wszyscy wylądują, 

Chaumel   zacisnął   usta,   szybko   skinął   głową   i   dalej   przypatrywał   się   przybywającym 

gościom. Rydwany podchodziły kolejno do lądowania niczym stado przelotnych ptaków. Niektóre 

próbowały zająć lepszą pozycję, ale wracały do szeregu, gdy padały ostre słowa wypowiedziane 

przez znaczniejszych w hierarchii. Keff miał wrażenie, że przestrzeganie zasad protokołu ma dla 

wszystkich magów ogromne znaczenie. Nie ma wyboru: albo przestrzegaj zasad, albo przepadnij.  

Chaumel otworzył wielkie drzwi, gdy wszyscy już wylądowali i stanął u progu, wykonując 

głęboki   ukłon.   Keff   pospieszył   w   ślad   za   nim.   Pięć   latających   krzeseł   osiadło   w   najbliższym 

sektorze. Przybyłe osoby wstały i majestatycznie podeszły do witających.

- Zolaika, Wielka Magini Północy - powiedział Chaumel, składając ukłon. - Pozdrawiam 

serdecznie.

-   Chaumel   -   odpowiedziała   szczupła,   starsza   kobieta   z   ciemnozielonego   rydwanu, 

nieznacznie pochylając głowę.

Przebyła dumnie dystans dzielący ją od środka wielkiej sali i zatrzymała się półtora metra 

nad posadzką jak rzeźba.      

- Ilnir, Wielki Mag Wysp.

Chaumel oddał pokłon chudemu mężczyźnie o haczykowatym nosie i dużej, łysej głowie.

Nokias   ruszył   naprzód,   ale   Chaumel,   wznosząc   palec,   wykonał   przepraszający   gest   i 

powiedział:

- Ferngal, Wielki Mag Wschodu. Bądź pozdrowiony. 

background image

Twarz   Nokiasa   przybrała   ciemnoczerwony   kolor.   Wyszedł   do   przodu,   postępując   za 

Ferngalem z zadowoloną miną.

- Zapomniałem się, bracie Chaumelu. Przepraszam za nietakt.

- To ja proszę o wybaczenie - odparł Chaumel, z uprzejmością wznosząc ręce. - Twoja 

grzeczność powinna być przykładem dla innych. Witaj, Nokiasie, Wielki Magu Południa. 

 Złoty mag dostojnie wszedł do sali i zajął miejsce na południowym krańcu kręgu. Omri z 

Zachodu szedł za nim. Był to czarujący, przystojny mężczyzna odziany w elegancki niebieski strój. 

Chaumel pozdrowił go na powitanie. 

Okazał też szacunek, co prawda mniejszy, wszystkim pozostałym magom, którzy przybyli z 

wizytą.  

- Góruje nad nimi - powiedziała Carialle do Keffa. - Robi wszystko, aby dać im odczuć, że 

mają  szczęście, spotykając  się z nim.  Nie wiem dokładnie,  jakie jest  jego miejsce  w całej  tej 

społeczności. Może nie jest tak ważny jak pierwsza piątka, ale posiada ogromną władzę.     

- I mnie przy okazji - dorzucił Keff.

Kilkoro z czarodziejów pomniejszego znaczenia zostało zmuszonych do zajęcia miejsca za 

ważniejszymi współbiesiadnikami.

Chaumel   pilnował   porządku   i   strofował   tych,   którzy   byli   w   niełasce   czy   dopuścili   się 

naruszenia etykiety. Keff zastanawiał się, czy starszeństwo było ustalone raz na zawsze, . może 

podlegało jakimś zmianom. Zauważył, że następowała wymiana ostrych gestów i błysków, ale nikt 

się nie odzywał ani nie wymachiwał batutą.

Potria i Asedow zdążyli się odświeżyć i przebrać po bitwie. Potria zgrabnie zeszła ze swego 

różowo-złotego   tronu   ubrana   w  szatę   z  niezwykle   delikatnej   tkaniny,   a   zapach   jej   perfum   był 

zniewalający. Asedow, odziany w zieleń, miał na sobie łańcuszki i bransolety, które dźwięczały 

metalicznie   przy  każdym   kroku.   Oboje   przepychali   się,   podchodząc   do   Chaumela.  Walczyli   o 

pierwszeństwo przy powitaniu. Chaumel rozwiązał sytuację. Chwycił rękę Potrii i skłonił się, ale 

wskazał Asedowowi, aby ten przeszedł za jej plecami. Potria obdarzyła gospodarza wymuszonym 

uśmiechem, lecz Asedow pierwszy wszedł do sali. Chaumel był jednak dyplomatą, co Carialle i 

Keff zauważyli już wcześniej.

- W jaki sposób osiąga się awans? - spytał Chaumel, który ukłonił się ostatniej osobie 

wchodzącej   do   sali   balowej   szczupłej   dziewczynie   w   bladoróżowym   stroju.   -   Według   jakich 

kryteriów przyznajecie pierwszeństwo?

- Wyjaśnię ci to później - odpowiedział srebrny mag. – Chodź.

Wziął delikatnie Keffa za ramię. Obaj weszli do środka, aby zamienić kilka słów z każdym 

gościem.   Podeszli   do   Zolaiki,   z   którą   po   wymianie   ukłonów   Chaumel   zaczął   prowadzić 

niezrozumiałą rozmowę, a do tego jeszcze uniósł się ponad posadzkę, aby znaleźć się na tej samej 

background image

co   owa   dama   wysokości.   Keff   stał   i   wpatrywał   się   w   rozmówców.   Był   świadkiem   swoistego 

słownego   ping-ponga.   Szkoda,   że   TS   nie   nadążał   z   tłumaczeniem.   Słyszał,   że   kilkakrotnie 

wymieniono jego imię, ale nie mógł zrozumieć kontekstu wypowiedzi. Cała rozmowa przebiegała 

w  nieznanym   dialekcie   uzupełnionym   gestykulacją,   Keff   rozpoznał   jedynie   znaki   używane   dla 

wyrażenia słów “pomoc” i “honor”.

- Mam  nadzieję, że nagrywasz wszystko po to, aby później się tym zająć - powiedział 

powoli do Carialle.

Odwrócił się, założył ręce za plecy, żeby przejść się spokojnie po całej sali.

- No, nie chce mi się wierzyć, ale to ty spowodowałeś cały ten zjazd. Każdy chce cię 

zobaczyć. Założę się, że wszyscy dokładali starań, aby się tu znaleźć. Raczej niewielu zostało w 

domu i starają się znaleźć dobrą wymówkę, aby tu zadzwonić - komentowała Carialle.

- Żadnych zakładów - powiedział rozbawiony Keff. - Patrz, był tu jakiś dekorator.

-   Wielka   sala,   która   świeciła   pustkami   przed   przybyciem   gości,   zaczęła   się   wypełniać 

różnymi sprzętami. Na ścianach zawisły dwa rzędy kinkietów z pochodniami. Troje czarodziejów 

rozmawiających przy podwójnych drzwiach spostrzegło kanapę stojącą z tyłu i skorzystało z okazji, 

aby usiąść. Krzesła podążały za magami, aby ustawić się w odpowiednim miejscu, gdyby zechcieli 

usiąść, chociaż oni nigdy nie spoglądali za siebie. Duże liściaste rośliny w ogromnych gliniastych 

donicach wyłoniły się, aby zasłonić dwu czarodziejów, którzy stanęli przy ścianie i potajemnie 

rozmawiali przyciszonym głosem.

 Rozłożyste krzesło trąciło kolano Zolaiki, gdy otomana podsuwała się pod stopy staruszki. 

Usadowiła   się   wygodnie,   odbierając   potem   wyrazy   szacunku   składanego   przez   przedstawicieli 

młodszego   pokolenia.   Mały   stół   z   okrągłym   blatem,   który   znalazł   się   pośród   nich,   służył   do 

położenia na nim na czas tego zebrania różnych magicznych przedmiotów.

Chaumel  ucałował  dłoń  Zolaiki,  ale  zaraz  ją  opuścił  i  poprowadził  Keffa  do kolejnych 

wielkich magów. Ilnir, pochłonięty rozmową, spojrzał na Keffa, ukłonił się Chaumelowi i wsparł 

się na rzeźbionej podpórce.

Każdy z wyższych magów otoczony był całym rojem pochlebców różnej płci, stanowiących 

eskortę.   Potria,   poruszająca   się   z   ogromną   wyniosłością   i   dobrze   widoczna   w   stroju 

brzoskwiniowego koloru, znajdowała się w kręgu Nokiasa. Asedow był blisko niej. Spoglądali na 

Chaumela, ale adorowali swego zwierzchnika. Po przejściu Keffa i Chaumela podnieśli głos, żaląc 

się, że przeszkodzono im we wcześniejszej batalii.

Ferngal i Nokias stali razem w pobliżu kryształowych okien powyżej kręgu ich orszaków. 

Wymieniali żarty, ale właściwie nie prowadzili żadnej poważnej rozmowy. Keff zwiększył moc 

swego   przetwornika   akustycznego,   zaciskając   mocniej   mięśnie   szczęki.   Usłyszał,   jak   jeden   z 

dyskutantów powiedział coś o pogodzie.

background image

Chaumel zatrzymał się w pewnej  odległości od obu magów. Trzymając rękę w fałdach 

swego   srebrnego   stroju,   szturchnął   Keffa   tak,   aby   najpierw   skłonił   się   Ferngalowi,   a   potem 

Nokiasowi. Keff wypowiedział przy tym parę miłych słów. TS zażarcie przetwarzał podchwycone 

wypowiedzi i przekazał Keffowi zwroty grzecznościowe, które były stosowane w tej sytuacji.

- Czuję się jak tresowana małpa - mówił powoli Keff. 

Wyprostował się, a Carialle mogła zobaczyć zebranych.

- Oni też tak myślą. Są zaskoczeni tym, że umiesz mówić. 

Chaumel zabrał go dalej. Opuścili towarzystwo ważnych gości. Mag nachylił się w stronę 

Keffa.

- Wiesz, młody przyjacielu, wolałbym mieć cię tylko dla siebie. Nie mogę jednak odmawiać 

magom, którzy stoją nade mną, jeśli wyrażają chęć przybycia do mego domu. Awans osiąga się 

dzięki   władzy   i   mocy...   (“rozgrywki   o   władzę   według  TS)...   udało   się   zgodnie   z   poleceniami 

zostawiony   przez   naszych   przodków.  Takie   rozgrywki  o  władzę   określmy   wysokość   (pozycję, 

szepnął TS). Także śmierć. To najłatwiej.

- Śmierć? - nie dowierzał Keff. - To znaczy, awansujecie, jeśli ktoś umiera? 

- Tak, ale i wtedy, gdy ktoś sprawi śmierć - powiedział Chaumel, spoglądając ku wielkim 

magom.              

Keff wytrzeszczył oczy.

- Chcesz powiedzieć, że awansujecie, gdy dokonacie zabójstw?

- Zupełnie jak przeszeregowanie w służbie kosmicznej - zauważyła Carialle.

- Ach, ale nie tylko, także poprzez uzyskiwanie tajemnic i przyrządów magicznych, i to z 

różnych źródeł. Ferngal ze Wschodu pozbył się właśnie w pojedynku...

- Załatwił - powiedziała Carialle.

-   ...maga   Klemaya   i   uniósł   się,   wzniósł   nad   maga   Nokiasa   z   południa.   Trzeba   to 

zaakceptować, chociaż - jego twarz przybrała tragiczną minę - boleję, że zakłopotanie spadnie na 

mego przyjaciela, Nokiasa. Staramy się zachować umiar i porządek.

Keff wcale nie uważał, że Chaumel wygląda na kogoś, kto czuje jakiś niepokój. Sprawiał 

wrażenie, że cieszy się z klęski Maga Południa.

- Co za wredne plemię. Cieszą się z porażek bliźnich - zauważyła Carialle. - Jedyna rzecz, 

która emanuje harmonią, to  same latające rydwany ze swoją dobraną kolorystyką. Zauważyłeś? 

Każdy ma swój kolor. Ciekawe, czy go dziedziczą, kupują czy najzwyczajniej wybierają. 

Zachichotała w ucho Keffa.

- A co wtedy, gdy ktoś ma już kolor, który ty chcesz?      

-   Jeszcze   jedno   zabójstwo   -   powiedział   Keff,   kłaniając   się   jednocześnie   i   uśmiechając 

półgębkiem, gdy Ferngal skierował się ku Ilnirowi.

background image

Po   oddaleniu   się   orszaku   ubranego   na   czarno   maga   faworyci   Nokiasa   rozpierzchli   się, 

korzystając z miejsca, które niespodziewanie zwolniło się w przestrzeni.  

Keff odwrócił się w stronę Potrii i posłał jej najbardziej ujmujący uśmiech, na jaki był w 

stanie się zdobyć, ale ona  skarciła go surowym spojrzeniem.

- Miło cię znów widzieć, moja pani! - powiedział powoli poprawnym językiem Ozranu.

Wspaniała ogorzała kobieta odwróciła się i spoglądała w innym kierunku. Pukle złotych 

włosów z prawej strony głowy całkowicie zasłoniły jej twarz. Zawiedziony Keff tylko westchnął.

- Bez szans - powiedziała Carialle. - Pogadaj lepiej z jej krzesłem, ha, ha. Twoje hormony 

nie mają wyczucia.

- Dziękuję za ten zimny prysznic, moja droga – rzucił Keff ni to do Potrii, ni do Carialle. - 

Jesteś bezduszną, nieczułą kobietą.

W odpowiedzi usłyszał zduszony chichot.

- Ona nie różni się wiele od pozostałych. Nigdy w życiu nie widziałam tylu twardych sztuk. 

Miej się na baczności. Nie wywnętrzaj się, nie opowiadaj im za dużo. I tak jesteśmy w kiepskiej 

sytuacji. Nie lubię tych, którzy okaleczają i zniewalają tysiące innych, nie mówiąc już o chwytaniu 

bezbronnych statków międzyplanetarnych.

- Myślisz jak ja, moja droga - powiedział spokojnie Keff. - Tamta wcale nie jest taka twarda.

Przy ścianie, prawie ukryta w zasłonie za koroną w różowej draperii, stała kobieta, której 

musiał się pokłonić. TS przypomniał, że ma na imię Plennafrey. Bladożółta suknia, metaliczna, 

niebiesko-zielona szarfa sięgająca podłogi, duże ciemne oczy, wystająca broda i szerokie kości 

policzkowe sprawiali że jej wygląd był dość wyzywający. Spojrzała na Keffa, ale szybko odwróciła 

wzrok.   Załogant   nie   mógł   oderwać   oczu   od   jej   atramentowoczarnych   włosów   ułożonych   w 

misterny warkocz.

- Szkoda mi jej - stwierdził Keff.- Wygląda na zagubioną. To wszystko chyba ją przerasta.

Carialle zupełnie zmieniła tok rozmowy.

- Zawsze dajesz się nabierać na widok niewiniątka - powiedziała. - Dlatego też łatwo cię 

wpakować w kłopoty w “Mitach i legendach”.

- Tak uważasz? Muszę się mieć na baczności przed tobą, co?

- Uważaj na tych dziwaków wokół siebie, a potem dopiero zajmiesz się mną, dobrze? To nie 

są tacy zwyczajni zjadacze chleba jak Blekoty.

Keff zdążył układnie skinąć głową wysokiej dziewczynie, zanim Chaumel pociągnął go w 

stronę ostatniego z wielki magów.

- Wiem, jak ona się czuje. Nie mam doświadczenia w kontaktach ze społecznościami, które 

stoją wyżej cywilizacyjnie niż ja. Lepiej radziłbym sobie z tymi mieszkańcami bagien.

background image

- No, popatrz - powiedziała Potria. - Chaumel chodzi sobie z czymś, co ma należeć do mnie.

- Do mnie - odpowiedział Asedow. - Jeszcze nie rozstrzygnęliśmy kwestii własności.

- Ma miłą twarz - zaczęła Plennafrey cichutko.

Potria poruszyła swe różowo-złote szaty i obrzuciła ją karcącym spojrzeniem.

- Jesteś szalona. Nie jest z Ozranu i jak wieśniacy niczym nie różni się od zwierząt. 

Plennafrey chrząknęła dla dodania sobie odwagi.

Jestem przekonana, że on nie jest tylko przedmiotem. Wygląda na normalnego mężczyznę.

Uznała,   że   wygląda   sympatycznie.   Jego   żywe   oczy   przypominały   jej   o   szczęśliwych 

chwilach, których nie doświadczyła już dawno, od czasu śmierci ojca. Gdyby zdarzyło się jej mieć 

kogoś takiego, nie byłaby już samotna. Potria odwróciła się z oburzeniem.

- Pozbawiono mnie mych praw.

- Ciebie? Ja pierwszy przemówiłem - powiedział Asedow z błyskiem oczu.    

- Ja wygrałam - zareplikowała Potria, ukazując zaciśnięte białe zęby.

Machnęła ręką przed nosem Asedowa, który przybrał obronną pozę. Plenna przyglądała się 

całej tej scenie. Wiedziała, że z pewnością nie rozpoczną tu swego magicznego pojedynku, ale 

oboje przepełnieni byli nienawiścią. 

Doznała nagle uczucia, jakby znów coś zaczęło się dziać między dwojgiem przeciwników. 

Podobna myśl musiała także powstać w umyśle Nokiasa. Asedow i Potria cofnęli się i nie ustawali 

w   słownym   pojedynku.   Plenna   rzuciła   okiem   na   pozostałe   grupki   gości.   Wszyscy   zaczęli   się 

przyglądać.   Nokias,   który  już   raz   tego   wieczoru   doznał   goryczy  wstydu,   wściekłby  się   gdyby 

podwładni wprawili go w zakłopotanie na oczach wszystkich zgromadzonych. Asedow mówił coraz 

głośniej, pomagając sobie gestykulacją.

- Nie popuszczę, a wieża i to żywe będą moje! 

Potria także wymachiwała rękami.

- Nie masz żadnego honoru. Twoja matka miała sierść i głowę jak koń. A twój ojciec posiadł 

ją po pijanemu! 

Zabójcze spojrzenie Asedowa spowodowało, że Plenna ze strachu położyła dłoń na ukrytej 

pod szarfą klamrze pasa. Może uda się jej powstrzymać kłótnię. Siłą własnej woli wytworzyła 

poduszkę powietrzną wokół rozsierdzonych dyskutantów, tak że żadne dźwięki nie wydostawały się 

poza ich mały krąg. Mimo wszystko widać było energiczną gestykulację zwaśnionych stron.

- Jak śmiecie! - Tron Zolaiki spadł na dwoje rywali i rozpędził ich. Przy okazji rozproszyła 

się powłoka ciszy, którą wytworzyła Plenna. - Bezcześcicie uświęcone znaki awanturą o drobiazgi!

- Ona chce zabrać to, co według prawa jest moje! wrzeszczał Asedow.

Jego głos był tak donośny, że omal nie spowodował zawalenia sufitu.

-  O,  wielka!   Zwracam  się   do   ciebie   -  powiedziała   Potria   kierując   słowa   do  najstarszej 

background image

czarodziejki. - Walczyłam o boskie przedmioty i uważam je za swoją własność.

Wskazała przy tym na Keffa.

Keff został pociągnięty do tyłu.

- Jeszcze chwilkę - powiedział przestraszony, gdy zrozumiał sens tamtej wypowiedzi. - Nie 

jestem niczyją własnością.

- Cicho! -rozkazała Zolaika, kierując na niego jakiś mały przedmiot.

Keff   skulił   głowę   w   ramiona,   lękając   się   kolejnego   uderzenia   szkarłatnej   błyskawicy. 

Chaumel   pociągnął   go   w   swą   stronę   i   przytrzymując   za   ramię,   starał   się   powiedzieć   coś   dla 

złagodzenia napięcia.

- Ona wcale nie jest taka, jak myślałem - powiedział ze smutkiem Keff do Carialle.

- Zwyczajna La Belle Damę Sans Merci - odpowiedziała Carialle. - Traktować uprzejmie, 

trzymać się z daleka.

- Jeśli już mówimy o dochodzeniu praw - zaczął Ferngal, gdy wraz z innymi podszedł do 

nich. Wyciągnął przed siebie dłoń i przyglądał się swym długim palcom. - Pozwolę sobie zauważyć, 

że owe przedmioty znaleziono na terytorium Klemaya, które jest teraz w moim władaniu, więc ja 

mam pierwszeństwo. Wieża i mężczyzna należą do mnie.

Ścisnął dłonie na zakończenie swej wypowiedzi.

- Ale wcześniej były u mnie! - krzyknęła stojąca przed oknem staruszka w czerwieni. Jej 

krzesło uniosło się w powietrze. - Widziałam srebrny przedmiot i tę istotę w pobliżu mojej wioski, 

gdy pierwszy raz osiedli na Ozranie. Mam większe prawo do własności niż ty, Ferngalu!

- Nie jestem niczyim znaleziskiem! - powiedział Keff, wyrywając się Chaumelowi. - Jestem 

wolnym człowiekiem. Mój statek jest moim magicznym przyrządem, niczyim więcej.

- Ja należę do siebie - przypomniała lakonicznie Carialle.

- Lepiej, żebym cię nadal nazywał magicznym przyrządem, bo gotowi są mnie zabić za 

gadający statek z mózgiem.

La Belle Damę Sans Merci wydała z siebie przenikliwy okrzyk. Chaumel doleciał na środek 

sali i wzniósł ręce, ponieważ chciał utrzymać spokój we własnym domu.

-   Szacowni   goście,   nadeszła   już   pora   posiłku.   Zapraszam!   Porozmawiajmy  spokojnie   o 

wszystkim, ale najpierw, proszę, zjedzmy coś.

Klasnął w dłonie i natychmiast pojawiła się cała armia służących z parującymi tacami. Na 

skinienie   dłoni   pana   rozeszli   się   po   całej   sali,   podając   smakowite   przekąski.   Keff   wciągnął 

powietrze, delektując się zapachami.

- Niczego nie ruszaj - ostrzegła Carialle. - Nie wiesz, co jest w środku.

- Dobrze, ale umieram z głodu. Od dawna nie miałem nic gorącego w ustach.

background image

Żołądek omal nie skoczył mu do gardła, ale za wszelką cenę usiłował się opanować.

Chaumel ponownie klasnął w dłonie. Tym razem owłosieni muzycy grający na dziwacznych 

instrumentach   ukazali   się   w   różnych   miejscach   sali.   Z   uśmiechem   poruszali   się   między 

uczestnikami   biesiady.   Chaumel   był   najwyraźniej   zadowolony   z   niebie.   Jeszcze   raz   dał   znak. 

Kolejni Wyniośli Pierwotni wyłonili się z powietrza, trzymając puchary i dzbanki z musującym 

płynem. Jakieś krzesło podstawione zostało Keffowi, aby usiadł.

- Nie, dziękuję - powiedział, odchodząc na krok. 

Krzesło najzwyczajniej przesunęło się w stronę kolejnej osoby, która stała obok.

- Cari, rozejrzyj się! To zupełnie jak twierdza Merlina w Kamiennym mieczu. Już się czuję 

oszołomiony sławą. Odkryliśmy rasę czarodziejów. To ukoronowanie naszej kariery. Możemy już 

pójść na emeryturę, bo i tak staniemy się bohaterami.

- Kiedy uda się nam stąd odlecieć i dostać do domu! Powtarzam ci, Keff, że to, co oni tu 

robią, to nie jest żadna magią. To nie mogą być czary. Prawdziwe czary nie potrzebują energii, 

choćby  takiej,   którą   oni   pobierają   z   otoczenia.   Może   jakiejś   mocy  umysłowej,   ale   nie   energii 

elektrycznej, bo taka przechodzi liniami pola elektromagnetycznego.

-   Energia   jest   wypromieniowywana   i   pochłaniana,   gdy  potrzeba   -   mówił   Keff,   usiłując 

przypomnieć sobie prawidła podawane w zasadach “Mitów i legend”.

Carialle czytała chyba w jego myślach:

- Nie mów o grze! To rzeczywistość, a nie czary. Oto jest dowód.

Keff   spojrzał   ku   górze.   Chaumel   kłaniał   się   przed   czymś   unosiło   się   w   powietrzu   na 

wysokości jego oczu. Było to jakieś pudełko. Odchyliło się tak, że płaska strona skierowała się na 

Chaumela.   Zza   szklanej   płyty   wyglądała   ciemnoskóra   twarz   bardzo   starego   mężczyzny. 

Pomarszczone powieki zacisnęły się, gdy spojrzał na Keffa.

- Widzisz? To jest urządzenie, a nie czary wywołane przez użytkownika. Przekazuje swój 

wizerunek, bo prawdopodobnie jest za stary, aby przybyć tu osobiście.

- Może to relikt przeszłości - odezwał się na to Keff, jego wielka teoria miała parę słabych 

punktów. - Ale nic tego sprzętu nie zasila.

-   Do   przekazywania   energii   nie   potrzeba   kabli,   Keff.   Doskonale   o   tym   wiesz.   Nawet 

Chaumel nie wyczarowuje żywności. Zamawia ją gdzieś; może w podziemiach są całe zastępy 

kucharzy o głupawym wyglądzie i tych, którzy przygotowują wina. Odgrywa chyba rolę zdalnego 

mistrza ceremonii.

- No, już dobrze. Przyznaję, że mogą być jakimiś technikami. Chciałbym jednak się teraz 

dowiedzieć, czego od nas chcą i dlaczego nas tu trzymają.

-   Jesteśmy   dla   nich,   a   przynajmniej   ja,   wspaniałym,   technicznym   gadżetem.   Ta   twoja 

sympatia   i   jej   zielony   przyjaciel   nie   chcą,   aby   coś   tak   dużego   wymknęło   im   się   z   rąk.   U 

background image

osiemdziesięciu procent tu obecnych występuje przyspieszony oddech i puls, gdy patrzą na ciebie i 

skrzynkę TS, a pośrednio na mnie. To zupełnie nieprzyzwoite.

Chaumel krążył po sali jak powiew wiatru, rozładowując spory, prosząc gości o zajęcie 

miejsc i przygotowanie się do uczty. Keff z podziwem patrzył, jak świetnie sobie radzi. Pojawiły się 

również   kanapy   ze   stołami.   Goście   ospale   dyskutowali   wsparci   o   aksamitne   poduchy,   a   stoły 

ustawiały się tak, żeby łatwo było do nich sięgnąć. Roznoszący przekąski kelnerzy zniknęli. Na 

stołach   rozłożono   obrusy,   srebrne   sztućce,   zastawę   oraz   po   trzy   kryształowe   kielichy   różnych 

kształtów. Na kolanach gości pojawiły się haftowane serwetki.

Coś  chwyciło  Keffa  za   brzuch  i   kolana.  Musiał   się  zgiąć.  Miękkie,   wyściełane   krzesło 

uniosło go ku siedzącym czarodziejom. Na jednym oparciu znalazła się taca. Pod stopami poczuł 

oparcie. Serwetka opadła mu na uda łagodnie jak puch.    

- Och, nie jestem głodny - powiedział.

Niewidzialny mistrz ceremonii  zdawał  się nie reagować. Keffowi też  podano zastawę  i 

kielich oraz małą miseczkę na serwetce. Podniósł kielich, żeby go obejrzeć. Szkło było cienkie, ale 

mimo tego ozdobiono je delikatnym wzorem i mnóstwem maleńkich diamentów.

- Cudowne!

- Współczesne, ale niezłe - przyznała niechętnie Carialle. 

Keff obrócił kielich pod światło. Trącił szkło palcem i słuchał dźwięcznej melodii.

Niosący   gliniany   dzbanek   obrośnięty   kelner   przystanął   obok   Keffa,   aby   napełnić   jego 

kieliszek   ciemnozłotawym   winem.   Keff   uśmiechnął   się   i   powąchał   płyn.   Pachniał   ziołami   i 

miodem.

- Nie pij tego - powiedziała Carialle, chcąc najpierw sprawdzić informacje, które dotarły do 

niej przez węchowy implant Keffa. - Pełno tam siarczków oraz strychniny, którą mógłbyś się otruć 

przynajmniej sześć razy, zupełnie jak u Borgiów. Zaskoczony Keff odstawił kielich, który zniknął, a 

w jego miejsce pojawił się pusty. Kelnerka nalała do miseczki jasno-czerwonego napoju. Keff 

uśmiechnął się do zarośniętej kobiety, która w rewanżu uniosła kąciki ust.

- Kto zatruł moje wino? - wyszeptał Keff, rozglądając się wokół.

Chaumel szukał Keffa wzrokiem. Ten skinął w jego stronę rozpromieniony, chcąc przez to 

pokazać, że wszystko jest w porządku. Srebrny mag odwzajemnił gest i dalej przemierzał salę, 

przystając przy każdym z gości.

-   Nie   wiem   -   odpowiedziała   Carialle.   -  To   nie   dzbanek,   ale   nie   zdążyłam   prześledzić 

powrotu energii do tego, kto ją wysłał. Takie coś zdarza się chyba częściej.

Obok   każdego   z   czarodziejów   pojawił   się   przedstawiciel   Wyniosłych   Pierwotnych. 

Zdziwiony Keff wpatrywał się w nich. Zauważył, że różnią się wyglądem. Jedni byli bardziej 

zwierzęcy,   inni  mniej,  więc  musieli  pochodzić  z  rodzinny  stron magów.  Służący Asedowa  był 

background image

podobny do konia. Służący tej ładnej dziewczyny nie był bardzo zmieniony, ale kształt jego oczu 

przypominał nieco kocie. Potria wcale nie patrzyła na swego świniopodobnego lokaja i podała mu 

kielich wyciągniętą ręką. Wypił mały łyk. Nic mu się nie stało, ale dwóch pozostałych służących 

padło   na   posadzkę,   skręcając   się   z   bólu.   Zniknęli,   a   na   ich   miejscu   pojawili   się   nowi. 

Świniopodobny oddał kielich swej pani i czekał z założonymi rękami na jej skinienie.

Pozostali magowie, spełniwszy pierwszy kielich, dopominali się ponownego napełnienia 

pucharów.

- Króliki doświadczalne! Więcej jest rzeczy na niebie i ziemi, niż wydawało się waszym 

filozofom, Horacy - powiedział Keff.

- Ha, to umniejszanie faktów. Szkoda, że nie widzisz tego co ja. Te leniwe, ospałe pozy, to  

tylko pozy. Wszystko rejestruję i zabiera mi to około osiemdziesięciu procent pojemności pamięci. 

Nie   chodzi   tu   tylko   o   trzy   wersje   języka.   Znacznie   więcej   dzieje   się   w   tajemnicy.   Każdy   z 

czarodziejów jest bardzo spięty. Dziwię się, że w ogóle mogą cokolwiek przełknąć. Powietrze pełne 

jest przenoszonej energii, miniaturowych dziur grawitacyjnych, sygnałów o niskiej częstotliwości, 

mikrofal i czego tam jeszcze - stwierdziła Carialle.

- Czy jesteś w stanie prześledzić ich tor? Czemu to ma wszystko służyć?

Przekazy na niskiej częstotliwości to drobiazg, zwykła gadanina. Przesyłają sobie prywatne 

uwagi, tworząc jakieś drobne przymierza przeciw wszystkim obecnym. Impulsy mocy opowiadają 

diabelskim sztuczkom, jak na przykład trucizna w twoim winie. Mikrofale - to coś tajemniczego. 

Przekaz nie przypomina niczego znanego, a poza tym nie jestem na odbiorze.

- Połączenie dwupunktowe?

- Szkoda, że  ja też  nie  mam możliwości  komunikowania  się w ten sposób - przyznała 

Carialle. - Ktoś dobrze sobie radzi z tym wszystkim.

TS nie przerywał swej translatorskiej działalności, ale w rozmowach nie było nic ciekawego 

poza nieistotnymi uwagami na temat smaku wina czy zbioru owoców. Dwie kobiety prowadziły 

ożywioną rozmowę na temat architektury, a dla wzmocnienia swych argumentów poruszały się w 

górę i w dół na swych krzesłach. W niektórych grupkach czarodzieje nachylali się w stronę swych 

partnerów, chcąc zachować tajemnicę, ale nie było widać, żeby ich wargi poruszały się, mówiąc 

cokolwiek. Keff podejrzewał, że jest to przekazywanie jakichś wieści w taki sam sposób, jak proces 

kontrolowania przez oczy obserwacyjne. Wtedy, na polu wypełniały one prawie całą przestrzeń. 

Keff spojrzał na zupę w ogromnych srebrnych wazach i przyszły mu na myśl pomyje, które 

musieli zjadać współplemieńcy Brannela. A on sam wraz z Carialle wciąż nie mogli opuścić tej 

planety. Mimo niedogodności odczuwał pewną satysfakcję.

- To jest taka rasa, o której cały Wydział Badawczy mógłby tylko marzyć - powiedział Keff. 

- Cari, oni są równi nam pod względem rozwoju technicznego. Cokolwiek by powiedzieć, jest to 

background image

rasa człekopodobna, której ewolucja przebiegała równolegle do naszego rozwoju. Są niesamowici.

- Niesamowici, jeśli amputują palce niemowlętom? - zapytała Carialle. - Do tego trzymają 

pewien odłam pod swą kontrolą za pomocą spreparowanej żywności i napojów? To mają być istoty, 

które przyrównujesz do nas? Dziękuję ci bardzo. Wolę pozostać nierówna. Poza tym niczego nie 

wytwarzają, tylko  użytkują.  Chaumel  jest  bardzo  dumny  z tych   różnych  technozabawek,  które 

pozostawili mu Starodawni i Starożytni, ale wcale nie wie, jak się nimi posługiwać. Nikt inny też 

tego nie wie. Spójrz w róg sali!

Keff spojrzał tam, gdzie chciała Carialle. Na posadzce leżała puszka Chaumela. Zupełnie 

oniemiał na ten widok.

- Czy zauważył zgubę?

- Nie zgubił tego. Sama widziałam, jak upuścił. Jest bezużyteczna więc najzwyczajniej ją 

wyrzucił. Każdy zresztą przyglądał się temu podekscytowany. Gdy zdali już sobie sprawę z tego, że 

na   nic   się   nie   przyda,   przestali   się   nią   interesować.   Nie   są   inżynierami.   To   najzwyczajniejsi 

użytkownicy czy operatorzy.

- Ale są to osobniki, które potrafią posługiwać się narzędziami, a w rozwoju cywilizacyjnym 

przewyższają   nas   pod   różnymi   względami.   Gdyby   tak   udało   się   ich   sprowadzić   do   Światów 

Centralnych, to z pewnością mogliby nas wiele nauczyć.

- Mamy już dość wiedzy na temat korupcji, dziękuję bardzo - zakończyła Carialle.

Służący,  który podszedł  do  Keffa,  przyniósł  wazę  z  pachnącą  zupą.  Uśmiechnął  się  do 

wszystkich.   Inny   ze   sług   szybko   nalał   zupy   do   stojącego   na   tacy   talerza.   Złotawa   zawartość 

mieściła w sobie kawałki zielonych i czerwonych warzyw oraz okrągłe kluski. Keff wsadził srebrną 

łyżkę do talerza.

- Cari, umieram z głodu. Czy można to zjeść? Nie przydzielili mi nikogo, kto najpierw 

skosztowałby i sprawdził, czy nie jest zatrute.

- Nabierz trochę, a powiem ci, czy nikt niczego nie dodał.

 Keff spełnił jej prośbę i udawał, że studzi łyżkę. 

- W porządku, możesz jeść.

- Aaa! - krzyknął Keff, unosząc łyżkę do ust.      

Krzesło, na którym siedział, szarpnęło w bok. Zupa wylała mu się z łyżki, ale zniknęła, 

zanim oblała mu ramię. Okazało się, że znalazł się twarzą w twarz z Omrim.

- Powiedz mi, przybyszu - zaczął mag ubrany w kolorowe szaty, siedząc na swej latającej 

kanapie i mieszając niedbale zupę w talerzu - skąd przybywasz?

- Uważaj! - ostrzegła Carialle.

- Z daleka, panie - odpowiedział Keff. - Ze świata, który okrąża słońce daleko stąd.

- To niemożliwe.

background image

Keff zawirował i ocknął się tuż przed czarnooką kobietą w brązowej sukni.

-  Nie   ma   innych   słońc   poza   naszym.   Krzesło   Keffa   znów   obróciło   się,   zanim   zdążył 

cokolwiek odpowiedzieć.

- Nie zwracaj uwagi na Lacię. To rewizjonistka - powiedział Ferngal przyjaznym głosem, 

ale jego wzrok pozostawał dziwnie martwy. - Opowiedz mi o tej gwieździe. Jak się nazywa?

- Calonia.

- To im nic nie mówi - wtrąciła Carialle. 

- To nam nic nie mówi - zawtórował Chaumel, okręcając krzesło Keffa o trzy czwarte obrotu 

w lewo. - Jak daleko jest stamtąd i ile czasu podróżowałeś do nas? 

Keff chciał coś powiedzieć, ale obraz Chaumela się zatarł.

- Jaką mocą dysponują twoi ludzie? - spytał Asedow. - Szuu!

- Ilu ich jest? - pytała Zolaika. 

Tu nastąpiło kolejne szarpnięcie i obrót krzesła.

- Dlaczego tu przyleciałeś? - spytał pulchny jegomość ubrany na żółto i też zaraz rozpłynął 

się w powietrzu.  

- Czego chcesz tu, na Ozranie? - zapytał Nokias. 

Keff usiłował wydusić z siebie odpowiedź.

-   Nie...

Znów   krótkie,   gwałtowne   szarpnięcie   krzesła.   “W   jaki   sposób   wszedłeś   w   posiadanie 

srebrzystej wieży? - padło pytanie ze strony Potrii.

- To mój s...

Dwa półobroty w przeciwnych kierunkach, zanim dojrzał Ferngala, którego obraz zakołysał 

się na wszystkie strony.

- Czy przybędzie tu więcej waszych? - usłyszał Keff. 

Żołądek zaczął mu podchodzić do gardła.

-   Ja...   -   rozpoczął,   ale   jego   krzesło   znów   zmieniło   położenie,   ustawiając   się   przed 

podwójnym wizerunkiem Ilnira, który niezrozumiale bełkotał.

- Hej! - protestował Keff.

- Niebezpieczne oblężenie, Galahadzie - żartowała sobie Carialle. - Bądź silny, odważny i 

śmiały!

-  To już chyba kinetoza - narzekał Keff. - Trening pilota to pestka! Jestem kompletnie 

zakręcony!

Krzesło obracało się tak, aby odwrócić się od Ilnira. Zamglona postać w kolorze bladej żółci 

i zieleni, którą wid kątem oka, zaczęła przybierać bardziej wyraźne kształty.

Koło ręki Keffa pojawił się mały kieliszek. Napełniony był musującą, bladozieloną cieczą. 

background image

Wzrok Keffa znów się wyostrzył. Czyżby kolejna próba otrucia? Srebrna plama, którą okazał się 

być Chaumel, rzuciła podejrzliwe spojrzenie na wysoką dziewczynę, a później skinęła na Keffa. 

Ten właśnie sięgnął po ozdobną czarkę, gdy dwóch pijących padło zemdlonych, a ich kielichy 

roztrzaskały się o podłogę. Szybko przybiegło dwóch służących. Wszyscy byli owłosieni i mieli po 

cztery palce u dłoni. Keff oglądał swą czarę nad wyraz podejrzliwie.

- Cari, czy to można wypić?

-   To   lekarstwo   na   kinetozę   -   oświadczyła   Carialle   po   dokonaniu   szybkiej   analizy 

spektrochemicznej.

Keff   szybko   wychylił   zawartość   czarki.   Miała   miętowy   smak   i   przyjemnie   rozgrzała 

żołądek. Poczuł się o wiele lepiej i nabrał sił, aby znieść wszelkie niedogodności. Spojrzał na ładną 

dziewczynę, gdy zawirował koło niej. Odwzajemniła się przelotnym uśmiechem.

Stan oblężenia chwilowo ustał. Keff stwierdził, że zniknął talerz z zupą, zamiast niego zaś 

ujrzał koszyk z owocami i salaterkę sałatki. Pozostali biesiadnicy także otrzymali kolejne danie. 

Niektórzy ze znudzoną miną odmówili. Podano im wysokie, wąskie, gliniane naczynia z obrzeżem 

inkrustowanym solą. Zanim kolejny raz został obrócony wraz ze swym krzesłem, zauważył, że 

Zolaika wyciąga coś ze środka i rozrywa jakiegoś obrzydliwego skorupiaka. 

- Fu! Żadnych ryb ani nic takiego - powiedział Keff. 

Nabrał jednak apetytu dzięki napojowi otrzymanemu od młodej kobiety. Przed udzieleniem 

odpowiedzi na zadane pytania brał kolejno różne owoce. Carialle sprawdzała, czy zawierają jakichś 

podejrzanych dodatków. 

- Nie - mówiła. - Nie, nie, tak - o, już dość. Nie, nie, tak!

Brał kawałek do ust i wcale nie patrzył, co je. Miąższ okazał się wyborny, a sok miał lekko 

kwaśny   smak.   Następny   kęs   to   cierpki,   przypominający   jagodę   owoc.   Przerywał   jedzenie   i 

odpowiadał kolejnym rozmówcom, znów brał kawałek owocu w usta i mówił, nie dokończywszy 

jedzenia.

Kosz zniknął i zamiast niego pojawił się przyprawiający o mdłości gliniany garnek. Palce 

zanurzały się w rzadkim, szarym sosie. Keff poczuł woń zepsutego oleju. Jego żołądek ścisnął się i 

prawie zwrócił dotychczas zjedzone owoce. Na szczęście kelner zauważył minę nieszczęśnika i 

zabrał naczynie. Szybko wymienił je na półmisek z mięsem polanym gęstym sosem.

- Nie! - rzuciła Carialle, gdy sięgnął po widelec.

- Och, Cari - krzesło Keffa zawirowało, wpychając go głęboko w oparcie, a całe danie 

wyparowało. - Do diabła!

- Dlaczego przybyłeś na Ozran? - spytał Ilnir. – Jeszcze mi nie odpowiedziałeś.

- Nie mogłem - powiedział Keff, zbierając się w sobie oczekując w napięciu na ponowny 

obrót. 

background image

Krzesło nie ruszało się. Wyprostował się więc i rzekł:

Jesteśmy na wyprawie badawczej. Ta planeta ciekawie wygląda, więc wylądowaliśmy.

- My? - spytał Ilnir. - Czy jest ktoś oprócz ciebie w tej srebrzystej wieży?

- Sza! - zareagowała Carialle.

- To znaczy ja i mój statek - wyjaśnił szybko Keff. - Jak się podróżuje samemu, to głośno się 

do siebie mówi.

- A słychać odpowiedzi? - spytał Asedow roześmianych biesiadników.

Keff też się zaśmiał.

- To byłoby coś! - odpowiedział niewinnie. Asedow zdobył się na wymuszony uśmiech.

- Ten gość nawet nie wie, że go poniosło - stwierdziła Carialle.

- Słuchajcie, ja nie stanowię dla was żadnego zagrożenia - powiedział z przekonaniem Keff. 

- Byłbym bardzo wdzięczny, gdybyście uwolnili mój statek i pozwolili mi odlecieć.

- O, jeszcze nie - odezwał się Chaumel z lekkim uśmiechem, który nie przypadł Keffowi do 

gustu. - Dopiero przybyłeś. Daj nam szansę okazania ci naszej gościnności.

- Jesteście bardzo łaskawi - stwierdził Keff. – Ale ja muszę kontynuować swą misję.

Krzesło niespodziewanie zawirowało.

- Dlaczego chcesz tak szybko odlecieć? - spytała Zolaika, przypatrując się Keffowi.

Twarz z monitorem, która unosiła się koło niej, spogląda na Keffa i powiedziała coś w 

dialekcie, którego nie pojmował. Keff bez namysłu skorzystał z TS. Usłyszał pytanie:

- Co powiesz ty o nas?

- Co powiem o was? - powtórzył Keff, szybko myśląc nad odpowiedzią. - Cóż, jesteście 

wysoko rozwiniętym społeczeństwem o bogatym języku i silnej kulturze, co stanowi ciekawy temat 

do badań.

Jakaś boczna siła spowodowała obrót w przeciwnym kierunku.                                            

- Przyślesz tu innych? - spytał Ferngal.

- Nie, jeśli sobie tego nie życzycie - odparł Keff. - Zapewniam, że nikt nie naruszy waszego 

spokoju. 

Krzesło obróciło się szybko w stronę Omriego.

- Będziemy mieć większy spokój, jeśli nie powrócisz, aby sporządzić raport - powiedział 

mag w kolorowej, jaskrawej szacie.

Pół obrotu i Keff znalazł się przed Potrią.

- Hej, przyjaciele  - zaczęła.  - Dlaczegóż  mamy zakładać  nieprawość, jeśli  nie  istnieje? 

Przybyszu,   zapewniam   cię,   że   nie   będziesz   żałował   spędzonego   tutaj   z   nami   czasu.   Za   nową 

przyjaźń!

Pstryknęła palcami. Czarka z opałowego szkła spłynęła delikatnym ruchem na tacę Keffa. 

background image

Zdziwiony i zadowolony uniósł ją w górę w geście podziękowania.

- Co w niej jest, Cari? - spytał, oddzielając wyraźnie wyraz od wyrazu.

- Ha, wspaniałe naczynie z płynem, który wywabia pamięć - powiedziała. - Stabilizowane 

związki sodu i inne przysmaki, które sprawią, że będziesz myślał tylko o niej.

Keff obdarzył wróżkę czarującym uśmiechem i grzecznym ukłonem, uniósł czarkę w jej 

stronę, ale zaraz odstawił.

- Przepraszam, o pani. Nie piję.

Brązowa dama zrobiła szybki ruch ręką i naczynie rozpłynęło się w powietrzu.

- Nieźle, chłopie - powiedziała triumfująco Carialle. 

Keff wziął mały pierożek, który spoczął na talerzu.   

- Tak - szepnęła Cari.

Keff   włożył   go   do   ust   i   połknął.   Łapczywość,   z   jaką   pochłonął   pierożek,   rozbawiła 

czarodziejów siedzących w południowi części sali. Ich krzesła poruszały się w górę i w dół w takt 

śmiechu. Keff uśmiechnął się do nich i postanowił zmienić temat rozmowy.

- Bardzo ciekawi mnie wasza społeczność. Jakie rządy tu panują? Kto podejmuje decyzje 

dotyczące was wszystkich?

To niewinne pytanie dało początek filozoficznej dyskusji, która z czasem przeistoczyła się w 

burzliwą kłótnię, a ostatecznie doprowadziła do śmierci lub utraty przytomności jeszcze sześciu 

obrośniętych, którzy próbowali potrawy. Keff śmiał się, kłaniał i starał się nie zgubić wątku. Od 

czasu do czasu połykał przy tym małe kęsy pożywienia.

Słuchając   zaleceń   Carialle,   odmówił   przyjęcia   dwóch   kolejnych   dań,   zjadł   kawałek 

następnego,   potem   nie   ruszył   jeszcze   trzech,   gdy   stwierdziła   w   nich   obecność   pierwiastków 

śladowych mogących spowodować podrażnienie układu trawiennego, a w końcu nie odmówił sobie 

chrupiących, gorących pasztetów nadziewanych warzywami. Każde z kolejno serwowanych dań 

było bardziej soczyste od poprzedniego i wyglądało bardziej apetycznie.

- Nie mogę się połapać w tych wszystkich czarach - szeptał Keff, dziobiąc widelcem suflet.

- Jeśli to czary, to mogli wykombinować to, co lubisz, nic tylko to, co chcieli zjeść. A jeśli  

chodzi o resztę, to znasz już moje zdanie.

- Jedzenie jest jednak wyborne - upierał się Keff. - Żadnych chrząstek, kostek, spalenizny 

czy kiepskich sosów. To muszą być czary.

-  A  może   jedynie   synteza   -   zareplikowała   Carialle.   -   Gdybym   pracowała   u   Chaumela, 

bałabym się sknocić jakąkolwiek potrawę, a ty?

- Ostatecznie, mam chociaż tych nieznanych dotąd ludków - westchnął Keff.

- Dość gadania - przerwał Chaumel i klasnął w dłonie, aż wszyscy zebrani podnieśli głowy. 

- A teraz czas na zabawę. Co wy na to?

background image

Klasnął raz jeszcze.

Włochaty   akrobata   wkroczył   saltem   do   tyłu   między   Nokiasa   i   Ferngala.   Przemierzał 

przestrzeń w kierunku środka sali. Krzesło Keffa cofnęło się między dwa inne, zostawiając miejsce 

w środku. Pojawiła się cienka linka, która zwisała od sufitu. Dziesięć metrów nad posadzką wisiało 

na niej dwoje innych akrobatów przymocowanych za kostki nóg. Zaczęli powoli się kręcić, potem 

coraz szybciej, aż znaleźli się równolegle do podłogi. Rozległ się głośny aplauz. Linka i akrobaci 

zniknęli, a skoczek rozpłynął się po wykonaniu kilku ewolucji. Potem znikąd wynurzyło się małe 

zwierzę w ozdobnym kołnierzyku. Zrobiło zmyślny skok na drążek, gdy treser szturchnął je swoją 

nogą. Omri ziewał. Treser i zwierzę ustąpili miejsca całej grupie młodych akrobatów.

Keff   usłyszał   poszum   wiatru   dochodzący   przez   otwarte   okna.   Wieczorne   powietrze 

przyniosło tuman kurzu, który jednak nie doszedł do otwartych drzwi. Pył zatrzymany został przez 

niewidzialną przegrodę i opadł na posadzkę.

- Czy to też część programu? - spytał Keff.

- Kolejny przykład dziur energetycznych - powiedziała Carialle. - Mają jakiś sposób na to, 

że   następuje   wysysanie   energii   z   otoczenia.   Powietrze   wokół   górskiej   siedziby   Chaumela   jest 

całkowicie puste.     

- Magia nie musi ujawniać się tam, gdzie powstaje - wyrokował Keff. 

- Keff, fizyka! Energia zmierza tam, gdzie ty jesteś. Logika nakazuje więc twierdzić, że jest 

tam potrzebna.

- Czary nie zależą od fizyki. Przyjmuję jednak twoje domniemanie.

- To prawda, chociaż w to nie wierzysz. Pola sił słabną wszędzie oprócz tamtego miejsca.
 

- Czy jest szansa, że osłabną na tyle, aby udało ci się odlecieć?

- Nie - padło po krótkiej przerwie.

Kuglarz i jego pokryta sierścią asystentka, którzy pojawili się w powietrzu, opadali w dół, 

wykonując różne sztuczki. Wzięli potem obręcze, przez które skakali akrobaci wyłaniający się ze 

ścian.   Kolejni   zmaterializowali   się,   aby   asekurować   skoczków.   Nie   każdy   z   gości   okazywał 

zainteresowanie widowiskiem. Krzesło Keffa szarpnęło i ruszyło w stronę Lacii tak gwałtownie, że 

prawie przeleciał do tylu przez oparcie. Akrobaci musieli odskoczyć, aby nie nastąpiła jakaś kolizja.

-  Jesteś szpiegiem frakcji z drugiej strony Ozranu, tak? - domagała się odpowiedzi.

- Nie ma innych frakcji na Ozranie - wyjaśnił Keff. - Widziałem wszystko z góry. Tylko ten 

kontynent na półkuli północnej i archipelag na południowym zachodzie są zamieszkane.

- W takim razie musiałeś stamtąd przybyć - powiedziała - Komu służysz i czyim jesteś 

szpiegiem? 

Zaczęło się wypytywanie. Nie dano mu czasu na udzielenie odpowiedzi. Wszyscy zaczęli 

się   prześcigać   w   podejrzeniach   i   oskarżeniach   pod   jego   adresem.   Potria,   wciąż   rozeźlona,   nie 

background image

podejmowała z nim rozmowy, ale odciągała go od czasu do czasu od reszty towarzystwa, aby 

delektować się jego widokiem, widokiem kozła ofiarnego, który ledwie łapał dech. Asedow wcale 

nie był gorszy. Chaumel również ciągnął go na wszystkie strony, uniemożliwiając odpowiadanie na 

pytania.   W   całym   tym   zamieszaniu   Keff   wirował   coraz   szybciej,   stawał   się   coraz   bardziej 

rozdrażniony tym, że traktowano go jak pionka. Trzymał się mocno swego krzesła i zacisnął zęby. 

Bombardowały go huczące strzępki pytań:

- Kim jesteś?

- Chcę wiedzieć...!

- Czym się zajmujesz...?

- Powiedz mi...

- Jak...?

- Dlaczego...?

- Co...?

Wreszcie nie mógł już tego znieść i krzyknął ku bezkształtnemu ogromowi barw: 

- Dość tego prymitywnego śledztwa! Już się w to nie bawię!

Odepchnął tacę, nie zważając na wirowanie krzesła, zstąpił z podpórki, na której trzymał 

stopy, i spadał, spadał, spadał...

background image

ROZDZIAŁ 9

Keff wciąż spadał w ciemną otchłań. Lodowaty wiatr wiał ku górze i zimnym całunem 

omiatał jego twarz i ręce wzniesione nad głową. Układający się poziomo nieostry wizerunek postaci 

magów przeobraził się w rozmazane pionowe pasmo szarości, czerni i brązu. Keff leciał wąskim 

tunelem o ścianach z surowego kamienia. Co jakiś czas ukazywały się przebłyski oślepiających, 

kolorowych świateł. Próbował złapać się czegoś, lub oprzeć o coś nogi, ale jego wysiłki były 

bezowocne.

Wstrętne, maszkarowate twarze przypatrywały mu się, szemrząc coś między sobą. Latające 

potwory o kilkunastu zakończonych pazurami łapach spadały na niego, tarmosząc go za ramiona i 

targając mu włosy. Pęd upadku był tak duży, że głowa Keffa się odgięła. Udało mu się dojrzeć 

dalekie,   umieszczone   gdzieś   nad   nim   światło,   które   poruszało   się   w   takt   bicia   jego   serca. 

Przyprawiło go to o zawrót głowy. Żołądek podchodził mu do gardła. Z trudem opanowywał torsje. 

Zimny wiatr szczypał w uszy i wywoływał szczękanie zębów. Keff robił wszystko, żeby zamknąć 

usta.

- Carialle, na pomoc! Spadam! Gdzie jestem? 

- Wcale się nie ruszyłeś, Keff. Jesteś wciąż w samym środku jadalni Chaumela. Wszyscy 

patrzą   na   ciebie   i   dobrze   się   bawią.   No...   patrzysz   na   sufit   -   ton   jej   głosu   wyrażał   pewne 

zakłopotanie.

Keff starał się zestawić jej słowa z doznanym uczuciem spadania, kamiennymi ścianami, 

maszkaronami i nagle przestał się bać. Ogarnęła go wściekłość. Otchłań to iluzja! Iluzja, którą 

został ukarany. Co za diabelskie sztuczki!

- Dość już tej błazenady! - wrzasnął.  

Dziwaczny stan, w którym się znajdował, skończył się gwałtownie. Brzęczenie i drgania, 

które nagle poczuł pod stopami zmusiły go do zrobienia ruchu. Słaniał się na nogach, próbował 

utrzymać   równowagę   na   śliskiej   posadzce.  Wywrócił   się   boleśnie   posiniaczył   kolana   i   dłonie. 

Energicznie zamrugał oczami. Plamki światła okazały się pochodniami i owalem twarzy Plennafrey. 

Sprawiała   wrażenie   zaniepokojonej.   Keff   domyślał   się,   że   to   ona   złamała   zaklęcie,   które 

zapanowało nad jego umysłem.

- Dziękuję - powiedział, a jego głos zabrzmiał bardzo donośnie, przynajmniej tak mu się 

wydawało,             

Usiadł na posadzce i zbierał siły, żeby wstać.  

Zorientował się, że wszyscy patrzą na tę młodą kobietę. Chaumel był wściekły, Nokias 

zaskoczony,   Potria   oburzona.   Plenna   uniosła   głowę   i   bez   żenady   spojrzała   na   swych 

zwierzchników. Keff zarzucał sobie, iż uważał ją za słabą i tchórzliwą teraz miał dowód na to, że 

background image

jest wspaniała.

- Serce bije jej mocniej. Oddech przyspieszony. Zaczyna się przejmować - mówiła Carialle. 

-  Nie  należy do  starszyzny,   a  właściwie   jest  najmłodsza.  W  dodatku  zepsuła   im  całą   zabawę. 

Niegrzecznie. O, znów impulsy energii.

Keff   starał   się   uporządkować   myśli.   Zaczęły   mu   się   kłębić   różne   postrzępione   wątki. 

Plennafrey   chroniła   go.   Kolejny   impuls,   który   do   niego   dotarł,   przyniósł   wizerunek 

pokrwawionych, na wpół zjedzonych ciał palących się gdzieś na wysypiskach. Ten koszmar drążył 

jego świadomość, zanim nie został wyparty powiewem świeżego, chłodnego powietrza.

- Keff, co się dzieje? - zapytała Carialle. - Straszny skok adrenaliny.

- Napady psychiczne - powiedział przez zaciśnięte zęby. - Staram się zapanować nad sobą. 

Dokładał starań, aby myśleć o wszystkim, a nie tym, co bombarduje jego świadomość. 

Wyobrażał sobie kufel zimnego piwa, który przemienił się w strugę zielonego, parującego napoju. 

Potem wykreował obraz dyskoteki z gromadą dziewczyn. Te znów przeobraziły się w megiery - 

uskrzydlone harpie dziobiące jego ciało, które kołysze się na szubienicy. Wreszcie pomyślał o 

swoich   ćwiczeniach.   Widział   siebie   napinającej   dźwignie   rotofleksu.   Taka   krótkotrwała 

koncentracja   dezorientowała   prawdopodobnie   ciemięzców,   którzy   musieli   zakłócić   chwilowy 

spokój i ład umysłu, aby ponownie zawładnąć Keffem.

Prędzej czy później czarodzieje będą musieli przestać, a on nigdy nie pozna różnicy między 

wytworami własnego umysłu a tym, co zostało mu narzucone. Był zrozpaczony. Dotychczasowe 

długie wyprawy i podróże nie dostarczyły żadnych doświadczeń w zakresie obrony przed tego 

rodzaju zagrożeniem. Ile jeszcze będzie w stanie wytrzymać? Jeśli będzie się to przedłużać, to 

ujawni im całą historię swego życia.

Co to, to nie! Ze złością postanowił się otrząsnąć i wziąć się w garść. Jeśli nie da sobie rady,  

to   nie   będzie   w   stanie   ochronić   Carialle.   Nawet   gdyby   miał   poświęcić   swoje   życie,   musi 

uniemożliwić   im   odkrycie   prawdy   o   mózgu.   To,   co   mogłoby   się   wydarzyć,   byłoby   o   wiele 

straszniejsze niż historia, którą prze-żyła zanim jeszcze zostali partnerami.

Dźwignie rotofleksu, które widział w swej wyobraźni, przemieniły się w noże raniące go w 

pierś. Zmuszał swe wnętrze, aby pozbyć się takiego koszmaru. Ostrza wybuchały płomieniami 

smagającymi   jego   ręce.   Potem   spadł   łagodny   deszcz.   Ogień   został   ugaszony   z   sykiem 

niezadowolenia. Mina Keffa pojaśniała. Ponowna interwencja Plennafrey.

Był   wdzięczny   młodej   czarodziejce   za   wstawiennictwo.   Czy   długo   jeszcze   zdoła 

przeciwstawiać   się   zjednoczonym   siłom   starszyzny?  Wydawało   mu   się,   że   czuje   te   przebłyski 

energii błądzące między Plennafrey i całą resztą. Plennafrey właściwie powstrzymywała się od 

wykorzystania własnego arsenału, co z  kolei powodowało ich konsternację i oburzenie. Pozorny 

spokój groził bardzo poważnymi następstwami.

background image

- Impulsy małej mocy - oznajmiła Carialle. - Szturchnięcie z prawej. O, reakcja z lewej. 

Targnięcie; co to?

Jakaś niewidzialna siła trzymała Keffa. Powoli zaczynał się obracać jak akrobaci zawieszeni 

na linie, ale tym razem bez krzesła. Wirował coraz szybciej, szybciej i szybciej. Całe zadowolenie z 

odkrycia  rasy  magów prysło  z  przypływem  nudności  i skurczów  żołądka.  Keff  chciał  dotknąć 

podłogi,   chwycić   kogoś  z   czarodziejów,   ale   wszystko   pozostawało   poza   zasięgiem   jego   rąk. 

Obracał się coraz szybciej i szybciej, aż komnata stała się układem warstw światła i barw. Obrazy 

zaczęły wnikać do jego świadomości. Towarzyszyły im okrzyki znaczone strachem i złością, które 

także niszczyły układ nerwowy. Czuł tylko ból, a huk w głowie odbierał wszelkie zmysły.

Keff poczuł dotknięcie w ramię i nagle stwierdził, że chwiejnie kroczy po śliskiej posadzce 

gdzieś z tyłu, za Plennafrey. Opuszczała plac bitwy, aby go uratować. Przytrzymała go za ręce i 

przeszli razem w kierunku otwartych drzwi.

Przezroczysty mur Chaumela nie stanowił żadnej przeszkody. Plennafrey sięgnęła ręką do 

paska i w murze ukazał się otwór. Do komnaty wpadły tumany kurzu przelatującego obok pary 

uciekinierów. Krztusząc się i kaszląc, wybiegli na lądowisko. Keff przypomniał sobie, co Carialle 

mówiła o przyporządkowaniu kolorów, i pobiegł za dziewczyną aż na koniec balkonu, w stronę 

niebiesko-zielonego krzesła. Jego stopy niezbyt pewnie czuły się na dziwnej posadzce, ale dokładał 

wszelkich starań, żeby nadążyć.

Usiadła z impetem na swój tron i wciągnęła Keffa. Bez zbytnich ceregieli wznieśli się w 

ciemność.   Keff  zdążył   zauważyć   wszystkich   pozostałych   magów  pędzących  do  swych   krzeseł. 

Chaumel wygrażał w stronę uciekającej pary.

Wpadli   do   rozległej   skalnej   pieczary,   którą   rozświetlały   pochodnie.   Rozciągała   się   w 

nieskończoność na obie strony. Plenna zatrzymała swe latające krzesło na ułamek sekundy i skręciła 

w prawo. Jej duże ciemne oczy śledziły mijaną rzeczywistość. Keff trzymał się, żeby nie wypaść, 

gdy krzesło gwałtownie poderwało się ku górze, wznosząc się nad stalagmitem. Zaraz opadło, żeby 

trafić pod obniżenie sklepienia. Keff ciężko oddychał. Powietrze było wilgotne i miało piwniczny 

zapach.

- Gdzie jesteś? - glos Carialle huczał w uchu Keffa.  - Cholera, wcale mi się to nie podoba! 

- Cari, sprawdź głośność.                          

Carialle zmniejszyła znacznie poziom głośności i dalej mówiła.

-  Jesteś   jakieś   dziewięćset   metrów   poniżej   poprzednia   miejsca.   Zmierzacie   na   południe 

potężnym systemem połączonych, podziemnych jaskiń i pieczar.

- Co?! - nie dowierzał, ale potem ugryzł się w język, gdy krzesło Plennafrey pędziło wąskim 

przesmykiem i wpadło do pieczary, której dno zniknęło, ukazując iluzoryczną otchłań. 

background image

- Niedaleko namierzyłam parę linii pola elektromagnetycznego. Jednak nie przecinają się z 

tunelem, którym teraz podróżujesz.

- Dokąd zmierzamy? - spytał dziewczynę.

- Tam, gdzie będziemy bezpieczni - odpowiedziała krótko. 

Zmarszczyła czoło i przybrała pozę, jakby chcąc pchnąć coś przed sobą.

- Coś nie tak?

- To te dawne linie - powiedziała. - Tu, gdzie jesteś ich natężenie jest słabe. Chcę zbliżyć się 

do linii, które położone są gdzieś daleko. Musimy do nich dotrzeć, aby mieć szansę ucieczki, ale 

Chaumel chce mnie powstrzymać.

- Co to za “dawne linie”? - pytał Keff, domagając się dalszych wyjaśnień.

Doznał potem uczucia nawrotu pamięci i uruchomił TS, aby odszukać podobną terminologię 

w języku standardowym. W rezultacie uzyskał komentarz, który opisywał “dawne” następująco: 

“przymiotnik,   archaiczne,   odnoszące   się   do   tajemnej   mocy”.   Bardzo   zbliżone,   zauważył   Keff, 

przyjmując to wszystko do wiadomości.

- Co będzie, jeśli nie dotrzemy do mocnych “dawnych” linii? - krzyczał.

- Przedostaniemy się do mojej siedziby - powiedziała, nie patrząc na niego. - Zabierze to 

trochę czasu, ale tutejsze góry są wydrążone u podstaw.

Powietrze   przed   nimi   zrobiło   się   bardziej   gęste   i   ujrzeli   kilkanaście   latających   krzeseł. 

Skierowały   się   w   stronę   Keffa   i   dziewczyny,   którzy   zrobili   nagły   zwrot   i   podążyli   w   stronę 

wąskiego przesmyku. Chaumel, błyszcząc jak gwiazda, przemknął przed oczami Keffa. Srebrny 

mag obrzucił ich dzikim spojrzeniem.

Asedow popędził swój zielony rydwan, aby wyprzedzić Chaumela. Spowodował przez to 

mały zator i zablokował pogoń przy wejściu do przesmyku, w którym zniknęła Plennafrey jej to 

trochę przewagi.

Czarodziejka przemierzała szlak poprzez gąszcz filarów z onyksu. Keff opierał się o jej 

kolana, gdy ścinała ostre zakręty, aby nie nadziać się na wystające skałki. Spojrzał na jej twarz i 

stwierdził, że jest opanowana, skoncentrowana, blada, czujna i piękna jak lilia. Pokręcił głową ze 

zdziwienia, że i zauważył tego wcześniej. Zdecydował się też spojrzeć w tył. Daleko za nimi ujrzał 

gromadę magów, którzy  kontynuowali pościg, mknąc w gęstwinie stalaktytów. Słyszał krzyki i 

przekleństwa, pogróżki, a zaraz potem odgłosy zderzenia. Liczba ścigających zmniejszyła się do 

jedenastu.

-  Przesmyk   rozszerza   się   za   tym   skrzyżowaniem,   gdzie   pojawiliście   się   pierwszy  raz   - 

mówiła Carialle, obserwując system podziemi. - Przed wami jakieś żywe istoty.

Przelecieli pod niskim nawisem, który oddzielał kolejną, wapienną jaskinię. Keff poczuł 

zapach jedzenia i rzucił ukradkowe spojrzenie w kierunku rozświetlanym przez jasność pochodni. 

background image

Zapachy  jedzenia   mieszały  się   z   zimną,   wilgotną,   wapienną   wonią   jaskini.   Ujrzeli   przed   sobą 

rozległą,   podziemną   kuchnię,   której   istnienie   zapowiadała   Carialle.   Temperatura   tego 

pomieszczenia   była   znacznie   wyższa   niż   innych   miejsc   w   podziemiach.  Keff   czuł,   że   gorąco 

powoduje   czerwienienie   policzków.   Plennafrey   zrobiła   się   lekko   różowa.   Całe   mnóstwo 

obrośniętych   kucharzy  i   ich   pomocników   krzątało   się   w  pośpiechu,   niosąc   garnki   i   rondle   do 

dużych pieców o kilku paleniskach, które rozmieszczone były pod ścianami, albo dźwigając tace 

pełne gotowych dań do stołów ustawiony w środku komnaty.    

-   Gaz   ziemny,   ciepło   geotermalne   -   powiedziała   Carialle.   -   Służba   gastronomiczna   dla 

dziesięciu kręgów piekła.

W jednym rogu zestawiono setki naczyń nie tkniętych przez wybrednych biesiadników, 

którzy ucztowali gdzieś na górze.

- Co za marnotrawstwo - stwierdził Keff, gdy przelecieli obok tej kupy śmieci. Gryzące 

opary z psującej się żywności powodowały łzawienie oczu.  

Rydwan   gwałtownie   obniżył   pułap   lotu,   aby   nie   uderzyć   w   obniżony   sufit.   Przerażeni 

kucharze wypuścili z rąk rondle i patelnie, szukając bezpiecznego schronienia. Płozy tronu dotknęły 

czegoś miękkiego, ale nie spowodowało to zakłóceń ruchu. Keff obejrzał się za siebie i zobaczył 

pozostałe resztki wysokiego tortu i zasmucone oblicze szefa ciastkami.

- Przepraszam! - krzyknął Keff. 

Magowie uczestniczący w pogoni wpadli do jaskini, wykrzykując, aby Plennafrey poddała 

się i oddała zdobycz. Ogniste pioruny rzucane w stronę uciekinierów odbijały się od kamiennych 

ścian i wywoływały lawinę iskier spadających na przerażonych kucharzy. Plennafrey wykonała 

gwałtowny   zwrot   w   dół.   Grom   zmierzający   w   ich   kierunku   na   szczęście   nie   zdążył   trafić   w 

zamierzony cel. Zmiótł za to stalaktyt, rozbijając go w pył. Keff nie zdołał na czas zasłonić twarzy i 

musiał potem wypluć wapienny pył, który dostał mu się do ust.

- Nie zniszcz mi niczego! - wrzeszczał błagalnie Chaumel. - Moja kuchnia!

Keff  widział,   jak  rozpaczliwie  macha  rękami  i   zsyła  różne   zaklęcia,   aby  uratować   swą 

własność. Plennafrey spojrzała za siebie i zwiększyła prędkość lotu. Przyciągnęła Keffa nogami. 

Spojrzał na nią ze zdziwieniem. 

- Muszę mieć wolne ręce - powiedziała i natychmiast zaczęła sama wypowiadać różne 

zaklęcia.   Keff   trzymał   się   mocno  z   tyłu   rydwanu   i   tak   ułożył   swe   ciało,   żeby  Plennafrey  nie 

wypadła.

Jaskinia zwężała się, przez co musieli schodzić coraz bliżej posadzki. Obrośnięci Pierwotni, 

którzy wcześniej uciekli z drogi latającego krzesła, leżeli teraz płasko na ziemi lub przyciskali się 

do ściany. Kobiety rozpaczliwie krzyczały, mężczyźni podnosili alarm.

Szkarłatne   języki   ognia   odbijały   się   od   ścian   i   przelatywały   w   małej   odległości   od 

background image

niebiesko-zielonego   tronu.   Młoda   czarodziejka   zaczęła   miotać   dymne   kule.   Keff   pochłonięty 

obserwowaniem ściany, która zdawała się wyrastać im na drodze, słyszał krzyki i wrzaski, po 

których nastąpiła seria eksplozji. 

Plennafrey na szczęście zapanowała nad swym wehikułem, wykonała ostre zejście w dół i 

wpadła do tunelu. Musiał to być centralny korytarz całego podziemnego kompleksu Chaumela. 

Setki   Wyniosłych   Pierwotnych   porzuciło   narzędzia   i   sprzęty,   szukając   osłony   przed 

niespodziewanymi   intruzami.   Plennafrey   wykazała   ogromne   mistrzostwo,   wykonując 

skomplikowane manewry, aby nie wyrządzić krzywdy przestraszonym mieszkańcom podziemi i nie 

wpaść na żadne naturalne przeszkody.

- Świetnie sobie radzi - zauważył Keff, kierując te słowa do Carialle. - Byłaby znakomitym 

pilotem kosmicznie!

Główny tunel łączył się z wieloma rozgałęzieniami. Plennafrey bacznie obserwowała każde 

z nich. Keff nie widział zbyt daleko, ponieważ pochodnie nie dawały dobrego światła. Plennafrey 

przygryzła wargę i z przechyłem skręciła w dziewiąty tunel po prawej.  

- Keff, nie tędy! - krzyknęła Carialle.

- Aha!             

Keff słyszał okrzyk radości Chaumela i pokrzykiwania pozostałych uczestników pościgu. 

Zastanawiał się, dlaczego są tacy zadowoleni.    

Plenna odbiła w lewo, żeby nie zderzyć się z wielkim wozem załadowanym odpadami. 

Wydawało się, że nie ma miejsca i kolizja jest nieunikniona. Kolejny raz mieli jednak szczęście. 

Keff usłyszał odgłosy tarcia, a zaraz potem wściekłe wrzaski. Dwóch magów zostało zmuszonych 

do zrezygnowania z pościgu i powrotu do domów w celu oczyszczenia swych wspaniałych szat ze 

śmieci. Wkrótce nastąpił kolejny trzask Keff wiedział już, że jeszcze jeden z magów nie zmieścił 

się między ścianą tunelu i wozem. Pozostało ośmioro uczestników pogoni. Załogant spojrzał do 

tyłu. Srebrne migotanie z przodu to Chaumel, ciemna zieleń za nim to Asedow, dalej różowo-złota 

Potria, złoty Nokias, jeszcze dalej Ferngal i kilkoro innych, których nie dało się już rozpoznać. 

Plennafrey przemierzała kręty, zwężający się korytarz i rzucała uroki oraz zaklęcia, które 

miały opóźnić pościg. 

- Zawrócę i założę sieć, w którą powinni wpaść - powiedziała - ale dalej musimy mieć się na 

baczności.

- W pełni się z tobą zgadzamy, pani - odparł Keff. - Uważaj na drogę. Patrz, tam przed nami 

jest jaśniej.

Rozpraszający się mrok świadczył o tym, że jest tam większa, dająca lepsze możliwości 

manewrowania komnata. Plenna wzniosła się nad wysokim progiem i niespodziewanie wydała jęk 

przerażenia. Pomieszczenie rozszerzało się, tworząc pieczarę, która miała bardzo regularny kształt. 

background image

Przy ścianach wybiegły rzędy regałów zapełnionych butelkami. Nigdzie nie było widać żadnych 

otworów dających szansę wyjścia.

- Ślepy tor - powiedział zrozpaczony Keff. - Jesteśmy piwnicach Chaumela. Nic dziwnego, 

że był taki rozradowany.

- Próbowałam was ostrzec - mówiła Carialle. - Nie usłuchałeś mnie.

- Przepraszam Carialle, to wariacka jazda.

Plennafrey zrobiła przewrotkę w tył i ruszyła gwałtownie w stronę wąskiej szczeliny. Keff 

czuł,  że przy tej  ewolucji serce  skoczyło mu  do gardła.  U wylotu  szczeliny pojawił  się nagle 

Chaumel i cała reszta. Plennafrey poruszała się wstecz i zawisła w samym środku pomieszczenia. 

Osiem otaczających krzeseł sprawiało wrażenie sądu. 

- ...To już koniec.

- Mamy was, przyjaciele. Za szybko opuściliście nasze towarzystwo - zaczął Chaumel. - 

Plennafrey,   przeceniłaś   swoje   możliwości.   Zapomniałaś,   że   tak   łatwo   nie   zrezygnujemy   ze 

zdobyczy w postaci tego nieznajomego i jego wieży na rzecz, najniższej w całej hierarchii.

Keff poczuł, że Plennafrey docisnęła kolana do jego pleców.

- On może wcale nie chce zostać czyjąś własnością - powiedziała - Zwrócę mu wolność.   

- Nie masz prawa do takich wyborów - oznajmił Nokias.

Wyciągnął ręce i położył jedną z nich na kolistej bransolecie. Keff skulił się, gdy błyskawice 

zsyłane z bransolety otoczyły latające krzesło Plennafrey. Niewidzialny pręt zebrał wszystkie błyski 

i odprowadził je gdzieś w nicość. Zdziwiony Nokias nie spodziewał się, że Plennafrey potrafi 

przeciwstawić się takiej potędze. 

- Właśnie coś takiego trafiło cię wtedy, na równinie - szeptała Carialle w ucho Keffa. - To 

musiała być sprawka Nokiasa. Nie mogę w to uwierzyć, ale on jest rzeczywiście zaskoczony.

Pozostali wielcy wznieśli swe magiczne przedmioty, przygotowując decydujące uderzenie.

- Przyjaciele, bardzo was proszę - powiedział Chaumel, przesuwając się między nimi w 

stronę potępieńców. Jego dziki wzrok świadczył o wściekłości. - Pozwólcie, że ja to zrobię.

Wyciągnął z pochwy swą pałeczkę i podniósł ją. Keff spojrzał na Plennafrey. Czarodziejka z 

wyrazem buntu na twarzy zaczęła zagarniać powietrze.

- Wiem, co ona zrobi - powiedziała Carialle z trwogą w głosie. - Keff, powiedz jej, żeby 

znów nie zniknęła w przestrzeni. Nie chcę...

Jaskinia eksplodowała z jaskrawym błyskiem.

Keff i Plennafrey chyba w ogóle nie zmienili miejsca pobytu, ale wokół nich nie było już 

ośmiorga magów. Znajdowali się w samym środku kulistej pieczary wykutej w litej skale. Keff 

spostrzegł jednak, że ściany nie są gładkie i sufit nie jest aż tak wysoki. Plennafrey osadziła krzesło 

background image

na ziemi i westchnęła z ulgą. Keff też odetchnął.

Podał jej rękę. Z uśmiechem skorzystała z uprzejmości i zeszła z krzesła.

-   O   pani,   chciałbym   podziękować   za   uratowanie   życia   -   powiedział   Keff   z   ukłonem, 

trzymając dłonie Plennafrey.

Spojrzał na nią i zauważył, że oblała się rumieńcem - z żenowania albo zadowolenia, któż to 

wie.

- Nie mogłam pozwolić, aby traktowali cię jak przedmiot - rzekła.

- Wiem, że jesteś prawdziwym człowiekiem, a nie takim jak my.

-   Prawdziwy   mężczyzna   składa   hołd   prawdziwej   damie   -   powiedział   Keff   z   kolejnym 

ukłonem.

Speszona Plennafrey uwolniła swe dłonie z rąk uśmiechniętego Keffa.

- Cóż to za wspaniałe maniery - dał się słyszeć słaby głos Carialle. - Jesteś o czterdzieści 

pięć stopni od poprzedniego miejsca. Zdążyłam cię namierzyć,  zanim zanikły impulsy energii. 

Znajdujesz się w małej kulistej niszy przy jednym z tych kompleksów długich jaskiń. Co to za 

miejsce? 

- Właśnie miałem o to zapytać - odpowiedział Keff i rozglądał się wokół siebie. - Gdzie 

jesteśmy, moja droga?

W przeciwieństwie  do  piwnic,  w których  Chaumel  trzymał  wino, pomieszczenie  to  nie 

pachniało  wilgocią  i   drożdżami.  Łagodny,   naturalny zapach  powietrza  mieszał   się  z  aromatem 

perfum.   Komnata   ta,   aczkolwiek   duża,   miała   bardzo   intymny   charakter.   Wygodne,   rozłożyste 

krzesło otoczone było małymi stoliczkami, grubymi poduchami i pluszowymi zwierzakami. Przy 

ścianie   stało   niewielkie   łóżko   przykryte   jakąś   kapą,   a   przy   nim   stół   z   różnymi   błyskotkami. 

Niewielka, jaskrawa lampa dawała przyjemne, błękitne światło. Keff zorientował się, że jest to 

buduar   młodej   damy,   która   weszła   w   dorosłość,   i   nie   chciała   rozstać   się  z   zabawkami 

towarzyszącymi jej od dzieciństwa.

- To moja komnata - powiedziała Plennafrey. TS nie przetłumaczył przymiotnika, ale Keff 

domyślał się, że chodzi zapewne o słowo “tajemna” lub “prywatna”. Zauważył swoistą dumę na 

twarzy Plennafrey. Zorientował się, że nikt poza nim, nie gościł w tym sanktuarium.

- Nic nam tu nie grozi.

- Jestem zaszczycony - powiedział Keff wpatrzony w młodą kobietę.

Uśmiechnęła się. Keff spojrzał na szafkę przy łóżku, potem zobaczył okrągłą ramę, z której 

wyłaniały się wizerunki kilku osób. Skierował czujniki w tę stronę, aby umożliwić przekaz dla 

Carialle w celu analizy.

- Holografia - stwierdziła bez namysłu Carialle. - No, właściwie coś podobnego. Efekt 

zbliżony, ale inna technika. 

background image

Keff obracał ramę w swych dłoniach. Mężczyzna stojący z tyłu był wysoki i szczupły, miał 

czarne włosy i krzaczaste brwi. Trzymał dłonie na ramionach dwóch chłopców, którzy byli podobni 

do niego. Małą dziewczynką w środku całej gromady musiała być Plennafrey w młodszym wieku.

- Rodzina? 

- Tak.

- Sympatyczni ludzie. Gdzie oni mieszkają? 

Odwróciła oczy.

- Wszyscy nie żyją - powiedziała.

- Bardzo mi przykro. 

Plennafrey znów spojrzała na Keffa. Miała czerwone oczy i płakała. Szukała czegoś w 

metalowej szkatule, uniosła ją potem nad głowę i odrzuciła z całej siły. Rzucony przedmiot odbił 

się z łoskotem od ściany i upadł na posadzkę.

- Nienawidzę tego. Nienawidzę tej mojej roli. Byłabym szczęśliwa, gdyby nie...

TS   próbował   dokonać   tłumaczenia   jej   słów,   ale   zbyt   dogłębna   analiza   wypowiedzi 

doprowadziła w efekcie do zagubienia sensu. Carialle przerwała, mówiąc:

- Wydaje mi się, że to ona ich zabiła. Nie pamiętasz, co mówił Chaumel o drodze awansu: 

albo kradzież artefaktów albo morderstwo. Zostałeś uwięziony w jaskini z obłąkaną. Staraj się, aby 

jej nie zdenerwować. Uciekaj.

-   Nie   wierzę   -   powiedział   stanowczo   Keff.   -   Wszyscy   zmarli?   Czy   chcesz   mi   o   tym 

opowiedzieć?

Wziął dłonie dziewczyny w swe ręce. Chciała je zabrać, ale Keff przytrzymał je łagodnie. 

Podprowadził ją do krzesła.

- Twoja rodzina wyginęła, a ty odziedziczyłaś przedmioty dające moc, tak? Nie masz nic 

wspólnego z ich śmiercią.

- Mam - powiedziała Plenna. - To ja jestem sprawczynią. Mój ojciec był bardzo potężnym 

magiem. On... z samym Nokias.

- Rywalizował - wtrącił TS.

- Obaj chcieli zająć stanowisko Maga Południa, ale Nokiasowi się poszczęściło. Przegrana 

bardzo dotknęła mego ojca. Po pewnym czasie...  

Gestykulowała, przebierając palcami, jakby nie chcąc wypowiedzieć słów prawdy

- Oszalał - dokończył Keff.                         

Plenna spuściła wzrok.      

-   Tak.   Przysiągł,   że   będzie   rywalizował   ze   Starożytnymi.   Potem   zdecydował   się   na 

potomstwo, przez co utracił moc. Chciał nas wyniszczyć, aby ją odzyskać.

- To straszne - powiedział Keff. - Był rzeczywiście szalony. Nikt przy zdrowych zmysłach 

background image

nie mógłby nawet pomyśleć o zabiciu swych dzieci.

- Nie mów tak! - błagała Plennafrey. - Kochałam ojca Musiał zachować swoje stanowisko. 

Nie masz pojęcia o tym, jak jest tu, na Ozranie. Przy jakichkolwiek oznakach słabości narażasz się 

na utratę pozycji.

- Mów dalej - powiedział Keff, zachowując powagę chwili.

Plennafrey kontynuowała wypowiedź wspomagana od czasu do czasu przez TS.

Nie mam wiele do opowiadania. Ojciec próbował różnych sposobów, aby uzyskać kontakt z 

Rdzeniem Ozranu i przez to zwiększyć swą moc, ale bezskutecznie. Któregoś dnia, dwa lata temu, 

badałam stare linie mocy i poczułam wzmocnienie wrogiej energii. 

- Narastanie - przerwał TS.

- Zgodnie z tym, czego mnie nauczono, broniłam się, tworząc zapory energetyczne...

- Zasłony? - spytał Keff, słuchając analizy słownictwa dokonanej przez TS.

- Tak, a także odsyłając energię liniami, którymi została nasłana. To wszystko przerastało 

moje wcześniejsze doświadczenia.

Na wspomnienie tamtego wydarzenia źrenice dziewczyny rozszerzyły się tak mocno, że jej 

oczy nabrały czarnej barwy. 

- Byłam wtedy na balkonie. Znalazłam się w gorących płomieniach. Zebrałam całą moc i 

odrzuciłam ją od siebie najdalej jak mogłam. Pochłonęło to cały mój potencjał. Energia wróciła do 

tego,   kto   ją   zesłał.   Przeszła   koło   mnie   do   naszej   siedziby.  Wewnątrz   domu   nastąpiła   potężna 

eksplozja. Uzmysłowiłam sobie wtedy, co zrobiłam. Pobiegłam. 

Jej twarz zbladła i była pełna niepokoju. 

-   Drzwi   przybytku   mego   ojca   były  wyważone.   Moi   bracia   leżeli   martwi   na   korytarzu. 

Zabici. Zabici. To wszystko moja wina.

Łzy zaczęły spływać jej po policzkach. Wycierała je rękawem swej żółtej sukni.

- Przybył Nokias i inni. Powiedzieli, że zrobiłam pierwszy ważny krok. Osiągnęłam pozycję 

czarodziejki. Wcale tego nie chciałam. Zabiłam całą moją rodzinę.

- Nie zrobiłaś tego świadomie - powiedział Keff, sięgając do kieszeni po chusteczkę, którą 

podał dziewczynie. - To wypadek.

- Mogłam umożliwić mu zwycięstwo. Wtedy wszyscy by żyli - mówiła dalej Plennafrey. - 

Powinnam była wiedzieć.

Łza stoczyła się jej po szyi. Ze złością wytarła oczy i usiadła, gniotąc w dłoniach rąbek 

sukni.

- Walczyłaś o życie. To normalne. Nie powinnaś poświęcać siebie samej, gdy ktoś sięga po 

władzę.

- Ale to był mój ojciec! Szanowałam go i byłam mu posłuszna. Czy tam, gdzie ty mieszkasz 

background image

jest inaczej? - spytała

- Nie - odpowiedział Keff zdziwiony stanowczości swego głosu. - Żaden ojciec nie zrobiłby 

tego, co on. Dla nas życie jest święte.

Plenna spojrzała na swe dłonie i westchnęła.   

- Też chciałabym tam żyć. 

- Coraz bardziej  mi się tu nie podoba - powiedziała Carialle, o uratowanie życia której 

zaczęto walczyć, zanim się jeszcze urodziła.     

-   Korupcja   jest   nagradzana,   życie   dziecka   nie   warte   mrugnięcia   okiem,   władza   jest 

ważniejsza od rodziny, życia, świętości. Jak już się stąd wydostaniemy, to wprowadzimy zakaz 

przylotów na tę planetę. Tutejsi nie podróżują w kosmosie, więc nie ma obaw, że pojawią się w 

Światach Centralny.

- Najpierw musimy się stąd wydostać - przypomniał Keff. - Może uda się nam przy okazji 

wprowadzić tu parę zmian na lepsze, zanim odlecimy.

Carialle sapnęła.

- Jak zwykle masz rację, rycerzu o lśniącej zbroi. Powinniśmy zrobić to wszystko, co leży w 

naszej mocy. Nie mogę jednak popierać tego, co zrobiła ta dziewczyna.

Keff odwrócił się w stronę Plennafrey. Wbiła oczy w posadzkę najwyraźniej rozmyślała o 

tragicznej przeszłości.

- Plennafrey, bardzo cię proszę - powiedział Keff w języku Ozranu, starając się, aby jego 

wypowiedź była tak czarująco przekonująca, jak to tylko możliwe. - Wszystko jest dla mnie nowe 

w twym świecie. Chciałbym dowiedzieć się o tobie i o was jak najwięcej. Bardzo mi na tobie 

zależy. Co to jest? - spytał, wskazując najbliższą błyskotkę. 

Roztargniona, spojrzała na Keffa, który wziął mały cylinder i uśmiechnęła się. 

- To muzyka - odpowiedziała.

Keff potrząsnął pudełkiem i odstawił je. Boki otworzyły się i ze środka popłynęły dźwięki 

miłej melodyjki.

- Mam to już od dawna, właściwie od dzieciństwa.

- Czy to coś starego?

Istnieje kilka pokoleń. Ojciec ojca mego ojca - chichotała radośnie, licząc na palcach - zrobił 

to dla swojej żony.      

- Bardzo ładne. A to?

Keff   wstał   i   sięgnął   po   krótki,   zwinięty   sznurek   z   wiszącym   na   jednym   końcu   czymś 

kolorowym, co w świetle lampy mieniło się błękitem, zielenią i czerwienią.

- To zabawka - odparła Plennafrey z coraz większą, naturalną radością powracającą na jej 

oblicze. - Trzeba umieć się tym posługiwać. Żadne czary. Przyznam, że dobrze mi z tym idzie. Moi 

background image

bracia nie byli tak dobrzy.

- Pokaż - poprosił Keff.

Stanęła koło niego i nawinęła sznurek wokół wisiorka. Przełożyła wskazujący palec przez 

pętlę   na   końcu   sznurka,   poruszała   całą   zabawką   i   wyrzuciła   ją   w   powietrze.   Odwinęła   się   ze 

sznurka   i   wróciła   do   ręki.   Odrzuciła   ją   jeszcze   raz,   ale   wykonali   taki   ruch   ręką,   że   wisiorek 

przemknął koło jej głowy, potem przeleciał między ich kolanami i w górę, aby trafić do jej dłoni.  

- Jo-jo! - krzyknął uradowany Keff.

- Macie coś takiego? - zapytała Plennafrey i obdarzyła Keffa szczerym uśmiechem.

Keff odwzajemnił go.

- Tak, ale to jest o wiele ładniejsze od tych, którymi ja się bawiłem. Prawdziwe dzieło 

sztuki. Mogę spróbować? 

 - Oczywiście.

Plenna zdjęła sznurek z palca i podała mu zabawkę. Przez chwilę przytrzymał jej dłonie. 

Potem rozhuśtał jo-jo i wykonał kilka skomplikowanych ewolucji.

- Znakomicie sobie radzisz - powiedziała rozbawiona Plennafrey. - Pokażesz mi, jak się robi 

te fantastyczne ewolucje?

- Z przyjemnością.

Oddał jej zabawkę. Przy dotknięciu jej dłoni poczuł coś, jakby wstrząs elektryczny. Stali tak 

blisko siebie, że czuł dotyk jej ud. Przenikało go jej ciepło. Oboje zaczęli coraz szybciej oddychać. 

Z rozkoszą i przyjemnością uświadomił sobie i ona czuje to samo. Jo-jo opadło na taboret, gdy Keff 

mocno splótł jej dłonie. Uśmiechnęła się łagodnie. Wyraz jej oczu potwierdzał zaufanie i nadzieję. 

Keff przesunął swe dłonie po ramionach, objął ją w talii i przycisnął do siebie. Nie oponowała. 

Przywarła do niego. Czuł lekkie drżenie jej ciała. Przytuliła się do niego i ułożyła swą głowę na 

jego ramieniu. Cienka tkanina sukni oddzielała go od ciepła jej skóry. Zniewalał go jej kwiatowy, 

głęboki zapach. Czuła się błogo w jego ramionach. Przez moment się wahał, bo przecież ona jest 

zupełnie nieznaną istotą, ale szybko odrzucił wszelkie opory. Byli przecież dwojgiem  partnerów, 

których połączyło zagrożenie. Wierzył, że wszystko pójdzie po jego myśli. Nieznani byli tak mocno 

podobni do normalnych ludzi, że z pewnością i kochają się podobnie. 

Plennafrey nie była tak kusząca, jak ubrana w przezroczyste szaty Potria, lecz Keff bardziej 

cenił   jej   naturalne   zachowanie.   Byli   teraz   razem   i   coś   intrygującego   zaczęło   ich   zespalać. 

Przyglądał się jej długim rzęsom, które skrywały duże, ciemni oczy. Podziwiał jej smukłą szyję. Nie 

mógł oderwać oczu od pulsującego zagłębienia nad obojczykiem. Kąciki jej ust drgnęły, gdy ona 

też zaczęła wpatrywać się w niego. 

- O czym myślisz? - spytał, patrząc jej w oczy.

- Jesteś bardzo przystojny - odpowiedziała.     

background image

- Jesteś bardzo piękna, moja czarodziejko - wyszeptał i dotknął ustami jej ramienia. 

- Nienawidzę tej roli - powiedziała, prawie szlochając.

- Cieszę się, że taka jesteś. Gdybyś nie była z magów, nigdy bym cię nie poznał. Jesteś  

najpiękniejszym zjawiskiem, które widziałem od czasu przybycia na Ozran.

Podłożył swą dłoń pod jej brodę i połaskotał jej szyję palcem. Przymknęła oczy jak kot. 

Odchyliła głowę do tyłu, zupełnie jakby miała zamiar pomruczeć z zadowolenia. Przysunął potem 

twarz do jego szyi i przyciągnęła głowę Keffa dłońmi aby zbliżyć jego usta do swoich. Mężczyzna 

rozkoszował   się   smakiem   wiśniowo-cynamonowych   warg   i   tracił   poczucie   rzeczywistości   w 

zapachu   jej   perfum.   Całował   ją   coraz   mocniej   a   Plenna   odwzajemniała   pocałunki   z   ognistą 

żarliwością. Pochylił się niżej, aby dotknąć wargami jej ramiona. Czuł, jak dociska policzek do jego 

ucha. Nagle ochłonęła i cofnęła się. Patrzyła na niego z wyczekiwaniem i obawą. Keff przygarnął 

jej   ręce   i   całował   je.   Przyciągnął   ją   delikatnie   do  siebie   i   zaczął   łagodnie   pieścić   jej   usta,   aż 

rozwarła je z westchnieniem. 

- Cari, wyłącz odbiór fonii i wizji - wyszeptał Keff. 

Plennafrey położyła mu głowę na ramieniu. Obsypał ją pocałunkami.

Carialle nie od razu wyłączyła czujniki i monitory. Zasady Służby Kurierskiej nie pozwalały 

na zerwanie łączności w systemach zagrożenia szczególnie, gdy nie zakończył się jeszcze pościg.

Kobieta z Ozranu krzyknęła, a Keff wydał z siebie jęk zadowolenia. Carialle uznała wtedy, 

że prawo Keffa do intymności stoi wyżej niż zakazy. Zdecydowała jednak, że musi utrzymywać 

jakiś kontakt z załogantem.

- Jak sobie życzysz, błędny rycerzu - powiedziała i odłączyła implanty.

Pozostawiła łączność z czujnikami układu oddechowego i krążenia, które dawały teraz z 

siebie wszystko.

Carialle postanowiła zająć się sytuacją panującą na zewnątrz, gdyż załogant był pochłonięty 

swymi sprawami. Większość sygnałów radiowych i energetycznych skupiała się nadal na górze 

Chaumela   i   w   jej   wnętrzu.   Każde   z   czarodziejów   miało   nieco   inną   częstotliwość   radiową 

wykorzystywaną do porozumiewania się, więc Carialle mogła je rozróżnić. Cała ósemka goniących 

Keffa i jego przyjaciółkę po podziemnych korytarzach przemierzała teraz powierzchnię planety i 

przegrupowywała się. Pościg jak na razie był nieskuteczny, a Carialle w myślach dawała im odczuć, 

że ma ich gdzieś.    

- Obyście nigdy ich nie znaleźli, paskudniki. 

Oczy   obserwacyjne   poczęły   się   wyłaniać   nie   wiadomo   skąd   i   krążyć   wokół   Carialle. 

Zaczęła się im przyglądać i rejestrować ich “rozmowy” przy pomocy TS. Keff zgromadził spore 

background image

zasoby słownictwa i gramatyki języka Ozranu. Stwarzało możliwość rozumienia tego, co nadawały 

do siebie.

Po   pewnym   czasie   tempo   uderzeń   serca   Keffa   wróciło   stanu   normalnego.   Fale 

bioelektryczne   mózgu   wskazywały  na   to,   że   zasnął.   Carialle   zajęła   się   sprawdzaniem   systemu 

komputerowego i śledzeniem ruchów uczestników pogoni, którzy musieli chyba słabnąć.

Dała   Keffowi   czas   na   to,   aby   zniknęły   toksyny   po   okresie   snu   i   włączyła   układy 

komunikacji. Czujniki wizyjne umieszczone koło jego oczu przesłały bardzo romantyczny widok. 

małym łóżku stojącym przy ścianie buduaru leżała młoda wtulona w Keffa kobieta. Oboje byli 

zupełnie nadzy. Potężna, muskularna, owłosiona ręka Keffa obejmowała szczupłą talię dziewczyny. 

Stopa  Keffa  poruszała  się  miarowo po  łydce  partnerki.  Carialle  dokonała  analizy całej  postaci 

nagiej nieznajomej i stwierdziła, że wygląda interesująco.

Keff chrapnął cicho, co było dla niego typowe na chwilę przed przebudzeniem.

-   Czy   jesteś   pewien,   że   tak   właśnie   wygląda   według   Światów   Centralnych   pierwszy 

kontakt? 

Keff zachichotał.

- Ale to był pierwszy kontakt, moja droga - powiedział, dając jej do zrozumienia, że może 

dwu- albo trzykrotny.

- Gentleman nigdy nie chwali się swymi podbojami, małpiszonie - strofowała go Carialle. 

Uśmiechnął się. Dziewczyna poruszyła się we śnie i położyła rękę na jego owłosionej piersi. 

Twarz Plennafrey rozjaśnił uśmiech.               

- Keff, muszę ci coś o niej powiedzieć, a właściwie to o wszystkich mieszkańcach Ozranu: 

oni są ludźmi. 

- Bardzo podobni, ale to jacyś kuzyni ludzkości - poprawił ją Keff. - Poczekaj, aż pokażemy 

taśmy ludziom z Wydziału Badawczego. Nie tę, oczywiście. Zupełnie oszaleją.

- Ona jest prawdziwym człowiekiem, Keff. Musi być potomkiem jakiejś zaginionej kolonii 

albo statku z misji wojskowej, który wylądował tu przed wiekami. Jej reakcje i odruchy ciśnienie 

krwi, budowa ciała, wszystkie układy - była wystarczająco blisko twych implantów, żebym nabrała 

pewności. Jestem pewna - spotkaliśmy mieszkańców Ozranu i są tacy jak my.

- Analiza genetyczna? - Keff był rozczarowany.

Carialle mogła mówić swoje, ale on i tak jest na tyle dobrym specjalistą z zakresu nauki o 

życiu pozaziemskim, żeby samemu dojść do takiego wniosku.

Jeśli dostarczysz mi kilka jej włosów, to udowodnię moją tezę.

- Dobrze - powiedział, przytulając mocniej  Plennafrey. - Ja jednak wciąż nie mogę się 

nacieszyć tym społeczeństwem o tak wielkich możliwościach. 

Carialle westchnęła:

background image

- Ale uparciuch.

- To nie kwestia wielkich możliwości, ale korzystania z wyszukanych narzędzi. Odbierz jej 

te zabawki i przekonaj się, czy wtedy potrafi robić te swoje sztuczki.

Keff sięgnął po ciężki pas leżący przy łóżku i uniósł go za klamrę. Następnie ułożył dłoń 

tak, że palce skierowane były w stronę pięciu wgłębień.

- Czy ja też mogę zrobić z tego użytek?

- Jestem o tym przekonana.

Lekki   szczęk   klamry  obudził   młodą   czarodziejkę.  Usiadła   na   łóżku   i   rozglądała   się   po 

komnacie.

- Kto tu jest? - spytała.

Keff podał jej pas, który szybko chwyciła.

- To tylko ja - powiedział. - Przepraszam. Chciałem sprawdzić, jak to działa. Nie chciałem 

cię obudzić. 

Plenna   spojrzała   przepraszająco,   jakby   tłumacząc   swą   gwałtowną   reakcję   na   zwykłą 

ciekawość. Oddała mu pas, ostrzegając:

- Nie wolno tu używać pasa. To on zapewnia bezpieczeństwo buduaru. Jesteśmy na skraju 

tych   starych   linii.   Moja   klamra   i   futerał   zbyt   słabo   rezonują,   aby  ktokolwiek   je   zlokalizował. 

Wszystko, co jest w tym pomieszczeniu, zostało tu przyniesione lub zrobione ręcznie, bez użycia 

tajemnych mocy. 

- To najlepszy zwyczaj - przyznał Keff. - Oznacza to, że żaden z poprzednich użytkowników 

nie pozostawił żadnych śladów, tropów czy zaklęć ułatwiających odnalezienie.

- Albo obwodów - powiedziała Carialle. - Jak działają ich czary?                                            

Pytanie pozostało bez odpowiedzi. Zanim zadał je Plennafrey, skierował swój wzrok na 

sufit.   Ukazał   się   tam   tron   Chaumela,   za   nim   Potria   i  Asedow.   Chaumel   spłynął   nad   łóżko. 

Wpatrywał się w nich przekrwionym wzrokiem.

- Cóż za miłe miejsce - powiedział z wrednym uśmiechem. - Później je dokładnie obejrzę. - 

Spojrzał władczo na nagą Plennafrey i dodał: - W twoim towarzystwie, moja panno. Nieźle się 

bawiliście, gdy my wszędzie was szukaliśmy.

Keff i Plennafrey sięgnęli w pośpiechu po ubrania. Pozostali uczestnicy pościgu zapełnili 

małą, kulistą komnatę.

- Sytuacja jest znów ciekawa, co? - powiedziała Potria. 

Nie   wyglądała   najlepiej.   Jej   delikatna   suknia   była   zgnieciona,   a   makijaż   zupełnie   się 

rozmazał.

- Znudziła mnie gonitwa za cieniami.

- Ofiara pojawia się ponownie - powiedział Chaumel - Ale tym razem łowcy są gotowi.

background image

Plenna patrzyła na Chaumela, zakładając swą suknię.

- Nie powinniśmy tu przylecieć na krześle - burknęła. 

Keff wbił się w spodnie i wkładał prawy but.

- Racja - powiedział Chaumel, rozpierając się na swym krześle i kładąc swe długie dłonie na 

brzuchu. - Potrzebowaliśmy trochę czasu, aby odnaleźć wasze połączenie z sercem. Ozranu, przez 

które otrzymywaliście energię, ale mamy was wreszcie. Na ciebie, młoda czarodziejko, wydamy 

wyrok później, a teraz oddaj nam nasze trofeum.

Keff i Plenna stali sparaliżowani, gdy Nokias, Ferngal i Omri zajęli miejsce obok Chaumela.

- Zapłacisz za nieposłuszeństwo - powiedział Nokias surowym tonem.

Dziewczyna skłoniła głowę, ściskając pas i futerał.

-   Przepraszam   za   okazane   zlekceważenie,   Wielki   Magu   -   powiedziała   ze   skruchą. 

  Keff   był   zaskoczony   nagłą   zmianą   postawy   dziewczyny.   Nokias   uśmiechał   się   tak 

bezczelnie, że Keff miał ochotę zadać mu cios w zęby. 

- Moje dziecko, okazałaś brak rozwagi, ale wybaczam ci.

Złote   krzesło   zrobiło   zakręt   i   osiadło   na   posadzce   pomiędzy  małym   łóżkiem   Plenny   a 

stołem.  Przy błyskach piorunów Plennafrey złapała  Keffa  za rękę,  przeskoczyła  przez  mebel  i 

rzuciła   się   w   stronę   swego   tronu.  Trzymając   w   rękach   jeden   but   i   ubranie,   Keff   wykorzystał 

moment przerwy i zdecydował dołączyć do niej, gdy widział, jak niebiesko-zielony rydwan odrywa 

się od ziemi i kieruje w stronę jednego z tuneli. Wskoczył na latający tron Plennafrey i dokończył  

zakładać   swój   uniform.   Trzymał   w   zębach   pasek   od   skrzynki   TS.   Rozpiął   go   i     wyciągnął 

urządzenie zza pazuchy, następnie zawiesił całość na szyi. Nie zdążył założyć drugiego buta.

- Dobra robota, najdroższa! - krzyknął.

Jego głos odbijał się od ścian krętego i wąskiego korytarza, którym się poruszali.

- Jak śmieli wtargnąć do mego sanktuarium?! - obruszyła się Plennafrey.

Wcale nie przestraszył jej widok innych magów. Była najzwyczajniej wściekła. 

- To przechodzi wszelkie granice. To jak naruszenie prywatności umysłu! Jak śmieli! Żałuję, 

że tam przybyłam. Nie powinnam była tego robić.

- To przeze mnie - powiedział skruszony Keff. 

Trzymał się krzesła, gdy Plenna pokonywała ostry zakręt. Zdołał na czas podkurczyć nogi. 

Brzeg wehikułu prawie zetknął się z wystającymi kamieniami. Plennafrey położyła delikatnie rękę 

na jego ramieniu. Pieszczotliwie dotknął jej dłoni. 

- Uratowałaś mi życie.

- Keff, to nie twoja wina - powiedziała. - Powinnam była wszystko przewidzieć. ponoszę za 

wszystko odpowiedzialność. Nie mogłeś wiedzieć tego, czego uczono mnie przez lata. 

Mocniej ścisnął jej dłoń.

background image

- Zupełnie nie wiem, dokąd możemy polecieć. 

Cała zgraja magów nadal ich ścigała. Keff słyszał pokrzykiwania i odgłosy szorowania o 

kamienne ściany. Tunel był węższy niż pod zamkiem Chaumela. Spadający stalaktyt ledwie minął 

uciekającą parę. Plenna wykonała uskok ku przeciwległej ścianie, ale otarła się o nią. Keff skulił 

nogi aż pod brodę i bał się, że spadnie.

- Chodzę tędy pieszo - tłumaczyła się Plenna. - Takie krzesło nie jest przeznaczone do 

przemierzania tych tuneli.

Keff miał pewność, że Chaumel i cała reszta też się o tym przekonuje. Słychać było odgłosy 

uderzenia o ściany; przekleństwa stawały się coraz głośniejsze. Gdyby Plenna nie była tak dobrym 

pilotem, już dawno roztrzaskaliby się o skały.

- Nie możemy stąd zniknąć? - spytał Keff.

- Nie możemy - odpowiedziała Plenna, wpatrując się przed siebie. - Mogliśmy tylko tu się 

znaleźć. Trzymaj się. Keff dociskał nogi do krzesła, które, jak się zdawało, przemierzyło cały 

szereg rozległych jaskiń i karkołomnych przesmyków. Wreszcie, ku jego zadowoleniu, wyłonili się 

ze   skał   na   otwartą   przestrzeń.  Znaleźli   się   nad   stromym,   wąskim   korytem   rzeki   otoczonym 

ciemnymi krzakami i skarłowaciałymi drzewami. Spostrzegł częściowo osłonięte zagłębienia, gdzie 

zaraz Plenna na wylądowała. Keff dopiero teraz zorientował się z przerażeniem, jak wysoko lecieli. 

Strofował sam siebie za tchórzostwo - nie czuł lęku wysokości w próżni, ale zupełnie inaczej czuł ją 

w normalnym polu grawitacyjnym - żołądek podchodził mu do gardła.          

Odwrócił się, słysząc jakiś okrzyk. Okazało się, że to Chaumel i Asedow. Pozostali musieli 

być już bardzo blisko. Z pewnością usiłowali wydostać się z labiryntu Plennafrey albo mieli kraksę, 

uderzając o kamienne ściany. Asedow szybko wyciągnął swoją batutę. Czerwony ogień wystrzelił w 

stronę uciekinierów. Plenna zaczęła wykonywać rozpaczliwe manewry, żeby zejść z toru płomieni. 

Suche zarośla w dolinie rzeki zatliły się i zapalili

Chaumel był bardziej wyrafinowany. Keff miał wrażenie, że coś przejmuje władzę nad jego 

umysłem. Zdawało mu się, że dostał się w paszczę smoka. Palące powietrze omiatało jego plecy i 

włosy; było coraz bardziej gorące. Ostre kły wpijały mu się już w nogi. Krzyknął i zacisnął zęby, 

walcząc z tym strasznym obrazem. Wizerunek ten rozwiał się, gdy łagodny powiew od Plenny 

dosięgnął Keffa. W mgnieniu oka pojawił się kolejny złudny obraz, szybko zlikwidowany przez 

Plennafrey, która nie traciła kontroli nad polem walki. Chaumel przygotowywał następny fortel.

-   Nie   chcę,   żeby   opanowali   mój   umysł   –   protestował   Keff,   zmagając   się   z   obrazami 

atakujących go ośmiornic o niezwykle ostrych zębach.

- Keff, skoncentruj się - prosiła Carialle. - Te obrzydłe paskudztwa nie będą mogły cię 

pokonać, jeśli nie rozkojarzysz myślenia. Pomyśl o wzorach. Sześć do potęgi ósmej to...?

- Sześć razy sześć jest trzydzieści sześć, razy sześć to dwieście szesnaście, razy sześć... - 

background image

recytował Keff. 

Plennafrey zaczęła lepić kule z szarości. Jej krzesło okręciło się wokół własnej osi i wtedy 

uciekinierzy znaleźli się twarzą twarz z goniącymi, którzy rozpierzchli się na boki jak wytrawni 

piloci myśliwców, ale nie zdążyli przed rzuceniem czarów. Cała dolina napełniła się odgłosami 

eksplozji. Krzesło Ferngala wywróciło się, a on sam spadł w wąwóz. Keff usłyszał jego krzyk, 

zanim mag rozpłynął się w powietrzu. Czarny tron też nie pozostawił po sobie żadnego  śladu. 

Nokias zbliżył się na bezpieczną odległość. Trzymał rękę na bransolecie, która była źródłem jego 

mocy.   Plenna   zdołała   zastawić   ścianę,   która   stanowiła   doskonałą   ochronę   przed   szkarłatnymi 

piorunami.

-   Podzielić   przez   czternaście   to...?   Coś   ty!   -   mówiła   Carialle.   -   Do   najbliższej   liczby 

całkowitej. 

Z wylotu jaskini wyłaniała się kolejna trójka magów, którzy włączyli się do powietrznej 

walki.

Keff nie patrzył, jak Plenna tka swe sieci, gdyż przywodziło mu to na myśl potężne pająki 

zsyłane do jego świadomości przez autorów iluzorycznych obrazów. Odpędzał krwiożercze stwory 

za pomocą liczb.

- Jaką długość ma fala radiowa o częstotliwości dziewięćdziesięciu pięciu kiloherców? - 

pytała Carialle, nie ustępując - Keff, ostatnia wiadomość: setki rydwanów wylatują   z rezydencji 

Chaumela! Wszystkie zdążają po ciebie. Znikajcie, już!

- Jesteśmy za słabi! - krzyczał zachrypnięty Keff. - Jeśli uda im się przeniknąć do mego 

mózgu,   tak   jak   wtedy   w   sali   bankietowej,   to   skończę   tę   zabawę.   Chyba   że   wcześniej   nas 

wystrzelają!   Sześcioro   pozostałych   magów   ustawiło   się   wokół   Plennafrey,   tworząc   swoisty 

sześcian, i rzucało przy tym rozmaite czary i obrazy. Dziewczyna ruchami rąk ochraniała siebie i 

Keffa w półprzeźroczystej czaszy energii. Głos Carialle zakłócany był przez pole elektrostatyczne.

Tron, na którym był Keff, spadł nagle. Klątwy i błyskawice oraz ochronna czasza przepadły. 

Boki wąwozu podniosły się na podobieństwo skalnych ścian z trapiących Keffa koszmarów.

- Co się dzieje? - krzyczał.

Wszyscy magowie biorący udział w szaleńczej gonitwie także lecieli w dół. Na ich twarzach 

malowało się przerażenie. Przerażający lot ustał, zanim skończył wypowiadać treść pytania. Keff 

czuł, że jego włosy wydają trzaski wywołane elektrycznością statyczną. Iskry otaczały wszystkie 

rydwany magów. Plenna bez wahania poderwała swe krzesło i wzleciała ponad kanion, a następnie 

płaskim lotem skierowała się na wschód.

- Co to było?

- Czyżbyś nie zapłacił rachunku za prąd? - zapytała Carialle. - Całkowite zaciemnienie, 

spadek natężenia pola elektromagnetycznego. Wydaje mi się, że przeciążyliście wszelkie obwody, 

background image

ale znów są w porządku. Dotknęło to na szczęście wszystkich, nie tylko ciebie.

- A jak tam u ciebie? - spytał Keff.                

Carialle westchnęła i zaczęła głosem pełnym zawodu: 

- Przez, krótką chwilę byłam wolna, ale, niestety, nie udało mi się oderwać od ziemi! Cała 

energia tej planety spływa do was; nawet rośliny tracą barwy. Wszyscy was ścigają. Keff niech ona 

cię tu sprowadzi!     

Zgraja   rydwanów   niczym   rój   szerszeni   wyleciała   spoza   krawędzi   wąwozu.   Świetliste 

pioruny przelatywały obok Keffa. Chwycił kolano Plennafrey i odwrócił się w jej stronę.

- Plenna, jeśli nie możemy stąd zniknąć, to wniknijmy w coś, w mój statek! 

Skinęła głową na znak zgody.                        

Ręce dziewczyny rzucały zaklęcia nad jego głową. Keff wpatrywał się w chmurę tworzoną 

przez   niezliczone   latające   krzesła.   Modlił   się   w   myślach,   aby   nie   nastąpił   zanik   tajemnej 

czarodziejskiej mocy.

- O, Matko Raju, pomóż!                          

Plenna   wyrzuciła   ręce   w   powietrze   i   natychmiast   zniknęła   cała   sceneria,   czarodzieje   i 

wszystko, wszystko.

background image

ROZDZIAŁ 10

Ziit! Rydwan znalazł się nagle wewnątrz głównej kabiny statku Carialle.

-   Ledwie   się   wam   udało   -   powiedziała   Cari   przez   duży  głośnik.   -   Byliście   o   włos   od 

katastrofy.     

- Ale wyszliśmy cało - rzekł Keff, schodząc z niemałym trudem z latającego krzesła.

Zdołał   rozprostować   nogi   i   wyciągnąć   ręce   ponad   głowę,   aż   słychać   było   chrupanie 

kręgosłupa. Ach...

Plenna wstała i zaczęła ze zdziwieniem rozglądać się po kabinie.

- Tak, wyszliśmy cało. To tak właśnie wygląda wnętrze wieży. Podobne do domu, ale jest tu 

tyle dziwnych rzeczy! 

- Chyba jej się tu podoba - powiedziała Carialle. 

- Co ma się nie podobać? - odparł Keff. - Czy ci wszyscy magowie są jeszcze w drodze?

Nie wiedzą, dokąd im umknęliście. Dowiedzą się już niedługo, ale wytwarzam zakłócenia, 

żeby utrudnić im identyfikację. To zupełnie dezorientuje oczy obserwacyjne, ale mam gdzieś te 

obrzydliwe, metalowe komary. 

- To nie twój głos - powiedziała Plennafrey, gdy zabrzmiała ostatnia wypowiedź. - Jest tu 

jeszcze drugi głos, żeński. Czy twoja wieża potrafi mówić? 

Keff zdawał sobie sprawę, że nawyki nabyte przez czternaście wspólnych lat są silniejsze 

niż dyskrecja. Spojrzał na kolumnę z Carialle i przybrał skruszoną minę.

- Ooo - usłyszał głos Cari.

- No, właściwie to nie jest wieża. To statek kosmiczny - wyjaśnił Keff.

- I w dodatku nie jego, ale mój.                     

Carialle ukazała się na głównym monitorze jako Jasna Pani z “Mitów i legend”. Plennafrey 

zdołała opanować zaskoczenie. Ujrzała bowiem wspaniałą, dostojnie odzianą postać. 

- Jesteś tylko... obrazem - wykrztusiła.  

-  Chcesz   zobaczyć   trójwymiarowy  wizerunek?   -  spytała   Cari   i   “zeszła”   ze   ściany  jako 

hologram.  

Wyciągnęła ręce, a długie rękawy jej różowej sukni zaczęły jedwabiście falować. 

- Wedle życzenia. Ja naprawdę istnieję. Mieszkam wewnątrz statku. Jestem drugą połową 

załogi Keffa. Mam na imię Carialle.                         

Gwałtowana,   gniewna   mina   Plennafrey  świadczyła   o   tym,   że   dziewczyna   jest   strasznie 

zazdrosna   o   wszystko,   co   dotyczy   Keffa.   Trzeba   będzie   wziąć   to   pod   uwagę,   gdy   minie   już 

zagrożenie ze strony magów. Na szczęście nowa rozmówczyni szybko zrozumiała całą sytuację. 

- Witaj, Carialle - powiedziała grzecznie Plenna. 

background image

- Keff, ona wygrała - Cari przesłała tę wypowiedź jedynie do implantu Keffa. - Bardzo ładna 

i tylko trochę wyższa od ciebie. To wszystko musiało być interesujące, nie ma co.

Zadowolony Keff włączył się do rozmowy.  

- Teraz, po prezentacji, musimy porozmawiać poważnie zanim Chaumel i jego zgraja zdążą 

tu dotrzeć. Co tam się zdarzyło, na miłość boską?    

- Nigdy nie widziałam, aby wielcy magowie byli tak... tak szaleni - zaczęła Plennafrey. - To 

przeszło wszelkie oczekiwania.     

- Nie to mam na myśli - powiedział Keff. - Czary przestały działać, gdy znaleźliśmy się nad 

korytem rzeki. 

- Wszystko zdarzyło się jeszcze wcześniej - dorzuciła poważnym głosem Plenna. - Nie 

wtedy, gdy byłam w przestworzach. To było okropne.        

- Ucieczka energii wywołała bez wątpienia pewne zachwianie systemu - zawyrokowała 

Carialle.      

Stworzyła obraz krzesła, aby na nim usiąść, i dała im znak, żeby też usiedli,   

- Obniżenie natężenia nastąpiło wtedy, gdy siatka tych starych linii opadła na całą planetę. 

Przez moment nie było żadnej energii, którą można by wezwać. Jej przywrócenie miało miejsce po 

tym, jak przeżyliście pewien rodzaj zaciemnienia. Patrzcie.

Dwumetrowy, trójwymiarowy obraz Ozranu ze starymi liniami wykreślonymi w czerwieni 

na brązowej, zielonej i niebieskiej kuli pojawił się między nimi. Ukazały się też wszystkie cechy 

topograficzne ukształtowania terenu.

- Och - zdziwiła się Plenna, rozpoznając niektóre obszary - Tak wygląda Ozran?

- Właśnie tak - powiedział Keff.

- Cudownie jest - odezwała się Plenna, patrząc pierwszy raz na Cari - umieć tworzyć tak 

wspaniałe obrazy. 

Carialle skłoniła głowę, dziękując za komplement.

- Dziękuję, moja droga. Uważajcie teraz: taki jest normalny przepływ tych tajemniczych fal 

elektromagnetycznych. A tak się zmienił, gdy nastąpiła eksplozja pyłu w siedzibie Chaumela.

Półprzezroczysta kula obróciła się tak, aby duży kontynent na półkuli północnej znalazł się 

naprzeciw Plenny i Keffa. Ciemne linie stawały się bardziej intensywne, zmierzając ku szczytowi w 

paśmie   gór   położonych   w   rejonie   północno-wschodnim,   a   na   pozostałym   obszarze   stopniowo 

zanikały, pozostawiając nieliczne “wierzchołki”.

- Według mnie, to magowie, którzy nie przybyli na przyjęcie. Patrzcie tu - układ zmienił się 

nieznacznie,   a   wybrzuszenia   kierowały   się   bardziej   na   południe   -   to   odpowiada   sytuacji   gdy 

uciekliście. Następny obrazuje wasze przeniknięcie do sanktuarium Plennafrey.

background image

przemieniło się w linie w pobliżu doliny rzeki w najbardziej na południe wysuniętym paśmie gór, 

odpowiadając spadkowi natężenia sił na południowym  wschodzie. Góra Chaumela była  prawie 

niewidoczna   wśród   linii   mocy   do   czasu,   gdy   magowie   nie   rozpierzchli   się   całej   powierzchni 

Ozranu. Zdarzało się też, że grupowali się na nowo. 

- Chwilowy wzrost to odnalezienie kryjówki Plennafrey przez ósemkę, która was goniła - 

wyjaśniała Carialle - a następny to zgromadzenie uczestników pościgu. A tu gonitwa Dalej wzrost, 

gdy reszta opuściła górę Chaumela. I... 

Linie nagle zrobiły się bardzo cienkie, a niektóre nawet zniknęły.

- To się zdarzało wcześniej - powtórzyła Plenna. -

 

Nie za często, chociaż teraz częściej.

-  Absolutna   władza   korumpuje,   a   nie   mówię   tylko   o   władzy  politycznej   -   powiedziała 

Carialle, kończąc przegląd geograficzny.

- Czy możesz pokazać ten obraz jeszcze raz? - zapytał Keff, nachylając się, aby lepiej 

widzieć. - Czary nie powinny wywoływać zakłóceń równowagi pól elektromagnetycznych planety.

- Ale wywołują zależnie od tego, gdzie mają źródło - zareplikowała Carialle. - W jakim 

celu? Dlaczego istniał rozległa sieć linii sił? Musi być jakiś powód.

Odwróciła się do Plenny.

- Skąd bierze się twoja moc? 

- Z mojego amuletu -  wyjaśniła, pokazując ciężką klamrę. - Futerał też jest amuletem. 

Należał do mojego ojca. Nie bardzo lubię się nim posługiwać.

Odpięła pas i chciała go podać Carialle. Ta jednak potrząsnęła głową.      

- Cóż, nie jestem materialna.                       

Przekazała   magiczny   przedmiot   Keffowi.   Carialle   zapaliła   duży   reflektor   na   suficie   i 

ustawiła go tak, aby załogant, a przy okazji i ona sama, lepiej mogli dojrzeć wszystkie szczegóły 

Keff obracał pas, trzymając go w dłoniach. Carialle nastawił kamerę, która przekazywała dokładny 

obraz przedmiotu.

Zgodnie z tym, o czym kiedyś wspomniał Chaumel, było tam pięć zagłębień. Klamra została 

przemodelowana przez jakiegoś nieznanego rzemieślnika około ośmiuset lat temu, potwierdzała 

szybka analiza przeprowadzona przez Cari. Po bokach przyspawano dodatkowe zaczepy i języczek. 

Całość   miała   objętość   prawie   dziewięćdziesięciu   centymetrów   sześciennych,   była   wykładana 

szczerym złotem, dzięki czemu po tylu latach nie nosiła żadnych śladów korozji. Carialle zapisał 

wszystkie informacje w pamięci.

- Czy możesz mnie nauczyć, jak się tym posługiwać? - spytał Keff z uśmiechem.

Plennafrey nie była początkowo zdecydowana, aby udzielać jakichkolwiek lekcji, ale uległa 

urokowi von Scoyk-Larsensa.

- Tak, ufam ci.

background image

To zdanie świadczyło o tym, że nie obdarzała zaufaniem zbyt pochopnie. Takie zachowanie 

w tym świecie, według Carialle, nie ułatwiłoby przetrwania.

Plenna stanęła za Keffem i pokazała mu, jak wkładać palce w zagłębienia.  

-   Nie przyciskaj, nie... twardo - powiedziała.

- Mocno - Keff skorygował tłumaczenie dokonane przez TS

Umieścił klamrę w drugiej ręce i podniósł ją na wysokość oczu.

- Dobrze - powiedziała Plennafrey, nie zważając na mówiącą skrzynkę. - Wyobraź sobie, że 

wciskasz palce w serce, gdzie zetkną się z Rdzeniem Ozranu.  

- Dlatego nosisz nakładki na palce? - zapytał Keff po próbie włożenia dłoni w zagłębienia.  

Musiał   nienaturalnie   wygiąć   kciuk   i   mały   palec,   aby   dotknąć   wszystkich   zagłębień, 

natomiast   Plennafrey,   mając   swe   różowe   nakładki,   z   łatwością   sięgała   do   wszystkich   miejsc, 

zginając tylko kciuk.

- Tak. Palce większości magów nie są wystarczająco długie. To jedna z cech, w której 

ustępujemy   Starożytnym.   Oni   przecież   pozostawili   nam   te   przedmioty.   -   W   tonie   Plennafrey 

zabrzmiało przerażenie. - Skoncentruj myśli. Czujesz ogień palący wnętrze? Powinien spłynąć po 

rękach aż do serca.

- Coś czuję - przyznał po chwili Keff. - A co dalej? 

Rozejrzała się po kabinie i zobaczyła leżący na konsoli krokomierz.

- Spraw, aby uniósł się w powietrze.

Keff   wpatrywał   się   intensywnie   w   krokomierz,   aż   cały   poczerwieniał   z   wysiłku.   Ku 

zadowoleniu   Carialle   przyrząd   uniósł   się   kilka   centymetrów,   potem   ponownie   opadł   na   swoje 

miejsce.

- Widzisz? - powiedziała. - Sprawa natury mechanicznej.

Plennafrey wyciągnęła ręce po pas i Keff zwrócił jej własność.

- Popatrz, jak ja to robię.

Skierowała   wzrok   na   przedmiot,   a   jej   palce   lekko   dotykały   zagłębień.   Przyrząd 

błyskawicznie oderwał się od pulpitu i zawisł w powietrzu. Keff podszedł i usiłował ściągnąć go na 

dół, ale ten ani drgnął. Napierał z całej siły.

-   Zupełnie,   jakbyś   go   tam   przytwierdziła   -   powiedział   Keff   i   pocałował   Plennafrey.   - 

Carialle, oboje mamy rację. Rzeczywiście korzystają z urządzeń, ale to coś więcej. Nie potrafię 

powtórzyć tego, co ona zrobiła. Omal nie dostałem przepukliny, starając się oderwać krokomierz od 

pulpitu. Jej udało się przesunąć pudełeczko jak punkt w układzie trójwymiarowym i nawet się nie 

zaczerwieniła.

Obraz Jasnej Pani nie zdradzał rozdrażnienia, które zabrzmiało w głosie Carialle.

background image

mechaniczną.   Może   to   wynik   selektywnego   krzyżowania   na   przestrzeni   wieków.   -   Widzisz 

przecież, co zrobili z Wyniosłymi Pierwotnymi.

- Prawidłowe rozumowanie - przyznał pogodnym głosem Keff. - Czy ten gadżet działa w 

dowolnym miejscu na planecie? - zapytał Plennafrey

- Tak - odpowiedziała czarodziejka. - Ale im bliżej Rdzenia Ozranu, tym lepiej,

Keff skinął ze zrozumieniem głową i usiadł koło Plenny, żeby raz jeszcze przyjrzeć się 

klamrze. 

- Chaumel  coś już o tym wspominał, ale nie mówił dokładnie, co to jest. Czy to źródło 

energii? Czy wiesz, jak to działa? 

- Wiem, a właściwie to chyba wiem.                

Oczy Plennafrey rozmarzyły się, gdy wzniosła ręce do góry i zaczęła wykonywać nimi 

jakieś ruchy.

- To ogromne żarzące się jądro energii ukryte gdzieś głęboko pod powierzchnią Ozranu. To 

najwspanialsze dzieło Starożytnych.

Przez moment sprawiała wrażenie onieśmielonej.

- Moja moc nie jest tak duża jak innych. Próbowałam dowiedzieć się więcej o Starożytnych 

i Rdzeniu, żeby zwiększyć moją siłę, ale nie... nie tak, jak robili to niektórzy z magów.

Spojrzała przy tym z zażenowaniem na Carialle.    

- Wiem wszystko o twoim ojcu, czarodziejko - powiedziała Carialle. - Słyszę i widzę to, co 

Keff. 

Plennafrey uświadomiła sobie to, że Carialle musiała widzieć i słyszeć wszystko, co zaszło 

między nią a Keffem, i oblała się rumieńcem. 

- Ach, tak.

Carialle próbowała ratować sytuację. 

- Zgadzam się też ze wszystkim, co mówił o tobie. Jesteś bardzo dzielna.

- Dziękuję. Jak już mówiłam, chciałam się połączyć z Rdzeniem i nikomu przez to nie 

wyrządzić żadnej krzywdy. Znam pewne bardzo stare dokumenty, które z pewnością kryją klucz do 

tajemnic   mocy   Rdzenia,   ale   nie   potrafię   z   nich   skorzystać   -   mówiła   do   Cari   i   Keffa.   -   Nie 

zwracałam się do nikogo o pomoc, żeby nie dzielić z nikim tajemnicy. Może wy będziecie mogli mi 

pomóc?  

- Dokumenty? - zapalił się Keff.

Wstał i zaczął chodzić po kabinie.

- Dokumenty napisane najprawdopodobniej przez Starożytnych? Czy pozwolisz je obejrzeć? 

Ja jestem obcy, nie mam żadnych powodów, aby cię okraść. Jestem też dobry w językach. Zaufasz 

mi?

background image

Stanął przy tronie Plennafrey i wziął ją za rękę.

- Dobrze - powiedziała czarodziejka.  

Spojrzała na niego z uwielbieniem.     

- Nie zaufałabym nikomu innemu.    

-  Nieźle   jej   zawróciłeś   w  głowie   -   usłyszał   w  uchu   głos   Carialle.   -   Szkoda,   że   na   tej 

dziwacznej   planecie   nie   ma   fajnych   facetów...   Mamy   jednak   poważny   problem   -   powiedziała 

głośno. - Nie mogę się oderwać od podłoża, a ponadto mamy wokół siebie ekipę nadzorców.      

- Gdzie jest Chaumel z całym towarzystwem? – zapytał Keff.

Carialle spojrzała na ekrany monitorów obejmujących całą czaszę. Wielki natłok purpury 

rozrzedził się, pozostawiając pojedyncze punkciki rozrzucone wzdłuż przecinających się linii.

- Wszyscy, poza kilkoma unoszącymi się wokół siedziby Chaumela, udali się już do domów.

- Jestem przekonana, że będą mnie szukać w mojej warowni - powiedziała zrezygnowana 

Plenna. – Wszystko stracone.

- Potrzebujemy jakiegoś konspiratora - zapowiedz Keff. - Mam kandydata.

- Kto to jest? Mówiłam już, że wszyscy ukradliby moje dokumenty, a potem zmusiliby 

ciebie, żebyś je odczytał. 

Keff mrugnął okiem.

- To nie mag. Cari, czy udałoby ci się wypuścić mnie przez luk ładunkowy tak, żeby nikt 

mnie nie zauważył? Chciałbym zaangażować Brannela.

- Kim jest Brannel? - spytała Plenna, podążając za Carialle i Keffem w stronę luku.

- To jeden z robotników, którzy mieszkają w jaskini - odpowiedział Keff, wskazując ręką 

miejsce siedliska tubylców.

-   Taki,   który   ma   cztery   palce?   Chcesz   wyjawić   tajemnicę   Rdzenia   Ozranu   jednemu   z 

wieśniaków Klemaya?

-  Nie  wiesz,  co  jest  w  tych  papierach   -  powiedziała  Carialle.  -  Może  to   jakaś  książka 

kucharska z Epoki Ciemności. Posłuchaj, czarodziejko.

Wizerunek Carialle zatrzymał się w ładowni, gdy Keff zaczął odsuwać różne pojemniki. 

Plennafrey stanęła, aby na nią nie wpaść. 

- Potrzebujemy pomocy. Coś niedobrego dzieje się w twym świecie, i to od czasu, gdy twoi 

przodkowie byli jeszcze dziećmi. Twoje dokumenty to pierwsze prawdziwe informacje. Brannel 

może dokonać tego, czego my nie jesteśmy w stanie zrobić - może wejść i wyjść z twego domu, tak 

żeby go nikt nie zauważył. 

- Cari?                                            

Keff wskazał blokujące dojście do drabinki duże skrzynki. Wysięgniki ze ściany chwyciły 

pudła i zaczęły ustawiać je na półkach.    

background image

- Będę musiał zeskoczyć z trzech metrów. Lepiej, żebyś zmieniła położenie.

- Już ja się tym zajmę - powiedziała Cari. 

Odprowadziła czarodziejkę do głównej kabiny.

- Trochę się teraz zabawimy.

Carialle wyregulowała położenie monitorów i zestroiła trzy kamery, nastawiając je na właz, 

główne wyjście i oczy obserwacyjne.

Szpiegowskie kulki skupiły się w jednym miejscu, gdy Cari otworzyła śluzę powietrzną, aby 

wystawić   robota.   Niski,   mały   robot   stoczył   się   po   rampie   na   ziemię,   a   następnie   zniknął   w 

krzakach. Cała chmara obserwatorów ruszyła za nim. Drzwi śluzy powietrznej zasunęły się ze 

świstem.

- Naprzód! - krzyknęła przenikliwie Carialle przez głosik w ładowni.

Rozsunęła drzwi, tak aby Keff mógł się przecisnąć na zewnątrz.

Załogant z trudem wydostał się ze statku i przychylił się ku ziemi. Zbiegł w dół i przeciął 

pole, kierując się w stronę robotników, którzy przed rozpoczęciem codziennej pracy zgromadzili się 

u wejścia do jaskini.

Carialle wiedziała, że Keff da sobie radę. Wpatrywała się w obraz przekazywany przez 

kamerę  robota,  który nagle  wpadł  do  kałuży.  Rozpryskujące  się  błoto  ochlapało  niektóre  oczy 

obserwacyjne.

Robot przesuwał się dalej pomiędzy stadem kulistych żab, które rozpierzchły się na boki i 

dawały sobie jakieś znaki ostrzegawcze. Zaraz jednak weszły na tor ruchu robota i wydawały 

hałaśliwe dźwięki, chcąc przez to wyrazić swoje niezadowolenie. Cari prowadziła go tak, żeby nie 

wpadł na żadną żabę i doszedł do najgłębszego miejsca mokradła.

Oczy obserwacyjne przekazywały sobie jakieś informacje na niskich częstotliwościach. Cari 

podłączyła TS do czujników dźwięku. Plenna obserwowała wszystko, co się dzieje, a wyraz jej 

twarzy świadczył o tym, że sprawia jej to dużą satysfakcję.

- Gdzie to idzie? - spytał głos Potrii - Czy kieruje się tam, gdzie oni są?

Plennafrey chichotała.

- Czy dom obcego sam to robi? - zapytał Nokias. -  To najpotężniejszy przedmiot.

- Wciąż traktują mnie jak przedmiot - oburzyła się Carialle. - Niech tak będzie. Jakoś to 

jeszcze zniosę.

- Gdyby wiedzieli o tym, że jesteś żywą istotą, nie traktowaliby cię jak przedmiot. Och - 

powiedziała, zdając sobie sprawę z rzeczywistości - chyba i tak nie byliby w porządku, prawda? 

Przecież nie uszanowali Keffa. A co się stało z moim światem?

Carialle zrobiło się żal Plennafrey. Mogłaby być kimś z wyższych sfer, ale nie dawało jej to 

zadowolenia.

background image

Na monitorze pojawiły się oczy obserwacyjne, które wciąż przekazywały sobie różnorakie 

informacje, zataczały koła i usiłowały rozpoznać charakter misji robota. Ten majestatycznie wtoczył 

się na mokradła, gdzie rosły jakieś chwasty o różowych kwiatach. Carialle zaprogramowała go, aby 

szukał rośliny, która ma piętnaście liści i dwanaście płatków.

- Ma zajęcie na jakiś czas - powiedziała Carialle.

- Czego on szuka w tym błocie? - biadolił głos Asedowa. - Zaczyna mnie to nudzić. 

- Nie spuszczaj go z oczu - napominał Nokias. - Może doprowadzi nas na ślad przybysza. 

Carialle śmiała się razem z Plennafrey.                

Keff dobiegł do wejścia do jaskini. Wzgórze zasłaniało go przed bacznym spojrzeniem oczu 

obserwacyjnych.   Wyniośli   Pierwotni   czyścili   twarze   i   futra   z   resztek   śniadania   i   słuchali 

wskazówek   dotyczących   czekającej   ich   w   ciągu   dnia   pracy.   Brannel   stał   koło   grupy Alteisa   i 

wydawał się niezbyt zainteresowany tym wszystkim, o czym mówili przedstawiciele starszyzny. 

Keff przypuszczał, że metabolizm tego osobnika uwzględnia jakiś mechanizm odrzucający środki 

przeciw amnezji albo może Brannel jest o wiele mądrzejszy, niż sądzą jego zwierzchnicy i władcy. 

Skłaniał się jednak bardziej ku tej drugiej hipotezie.      

- Szsz... Brannelu! - wyszeptał Keff.               

Jakieś dziecko odwróciło się, słysząc ten odgłos, i zobaczyło nieznajomego,                                      
 Keff posłał małej dziewczynce karcące spojrzenie, pokręcił głową i pokazał jej ręką, żeby się od 
niego odwróciła. Zastraszone dziecko zacisnęło dłonie i wykonało polecenie. Keff zdziwił się tak 
szybką reakcją, choć wcale nie zamierzał nikogo straszyć. Łatwiej jednak było tutaj osiągnąć 
uległość niż bardziej przyjazne odruchy. Zawołał jeszcze raz, zniżając głos.

- Hej, Brannelu, tu jestem!

Tym razem Brannel go usłyszał. Uśmiech zagościł na jego baraniej twarzy. Odczołgał się od 

grupy robotników. Alteis zauważył ten ruch.

- Brannelu, wracaj! - rozkazał. 

Brannel pokazał, że boli go brzuch i musi iść na stronę. Lider grupy roboczej potrząsnął 

potakująco głową i przestał się nim zajmować. Keff był pełen podziwu: Brannel był rzeczywiście 

kimś wyjątkowym.

- Cieszę się, że jesteś cały i zdrów, panie - powiedział Brannel, gdy doszli do podnóża 

wzgórza. - Bałem się o ciebie.

Keff był bardzo mile zaskoczony.

- Dziękuję bardzo, Brannelu. Też się bałem. Jak widzisz, wszystko jest w porządku.

Brannel był pod wrażeniem. Nie dalej jak wczoraj Keff nie umiał prawie wcale mówić w 

języku Ozranu. Teraz mówił już tak dobrze, jakby urodził się na tej planecie.

- Czym mogę służyć, panie?

- Zastanawiam się, czy zechciałbyś wyświadczyć mi przysługę? Potrzebny mi ktoś o twoim 

sprycie - powiedział Keff.

background image

Brannel sprawiał wrażenie, że nie bardzo pojmuje sens jego słów. 

- No, potrzebuję twego mądrego umysłu i pomyślunku.

- Aha - zareagował Brannel, który dopiero teraz skojarzył, że nie słyszał dotąd tego słowa. - 

Panie, jesteś dla mnie za dobry. Zrobię wszystko, co zechcesz.

Brannel czuł się wspaniale. To mag odszukał go pośród robotników! Może za to pójść do 

niego na służbę, ale co w zamian? Keff posiadał wiele dobrych cech i dysponował rozległą wiedzą. 

Może czymś się odwdzięczy? Może przyjdzie taki czas, że i on, Brannel, zrealizuje swe marzenia i 

zdobędzie moc magów?

Keff się rozejrzał.

- Nie będziemy tu rozmawiać. Może nas ktoś usłyszeć. Chodź ze mną do srebrnej wieży.

Brannel nie był tym zbyt uradowany. Keff zauważył to i spytał:

- O co chodzi?

- Ten hałas, który tam był - powiedział i włożył palce do uszu - wyrzucił mnie na zewnątrz.

- Ach, tak - zareagował Keff. - To się już nie powtórzy. Chodź ze mną i nie bój się, dobrze?

Brannel  przytaknął.  Keff ruszył  przez  pole.  Nikt  z  robotników  nie  patrzył   w  tę  stronę. 

Brannel poszedł za nim z nadzieją.

Nie weszli głównym podestem. Podeszli z drugiej stron Keff wyciągnął rękę do góry. W 

gładkiej srebrnej ścianie zrobiła się szczelina o długości ręki.

- Dlaczego...? - spytał Brannel. 

- Przód jest pod obserwacją - wyjaśnił Keff.          

Złożył ręce i położył je na kolanie.

- Połóż stopę tu, o tak jest dobrze. Hej, do góry!      

Brannel chwycił się krawędzi i podciągnął. Potem, będąc już w środku, pomógł magowi 

Keffowi   dostać   się   do   wnętrza   ładowni.   Otwór   w   ścianie   zamknął   się   za   nimi.   Głos   kobiety 

przemówił w dziwnym języku: 

- Wchodźcie dalej.   

- Chodź ze mną - powiedział Keff w języku Ozranu. 

Przeszli dalej wąskim korytarzem. Dwie osoby siedział przed ogromnymi obrazami. Jedna z 

nich wstała i spojrzała Brannela. Była zdziwiona i przestraszona. Reakcja Brannela była identyczna.

- Czarodziejka Plennafrey! - wykrzyknął Brannel i upadł na kolana, spojrzawszy najpierw 

na Keffa. 

Położył mu rękę na ramieniu.

- Współpracujemy ze sobą.

- Uspokójcie się - powiedziała druga czarodziejka głosem srebrzystej wieży. - Nie zapominajcie o 
tych szpiegowskich oczach, które mogą usłyszeć dźwięki wychodzące ze statku
.Carialle włączyła w śluzie powietrznej pole magnetyczne o takim natężeniu, by unieszkodliwiło 

background image

każde oko, które chciałoby się przedostać do wnętrza, a nie uszkodziło robota. Podniosła drzwi 
wejściowe. Mały robot wtoczył się na podest i przemknął przez otwór drzwiowy. Okazało się, że 
przyniósł jeden z błotnych kwiatów.

Oczy  obserwacyjne,   chcąc   wykorzystać   okazję,   ruszyły   za   robotem.   Jedno,   które 

znajdowało   się   na   czele,   dostało   się   w   obręb   pola   magnetycznego   i   ze   szczękiem   spadło 

unieszkodliwione. Rozmowa między pozostałymi przybrała bardzo nerwowy charakter. Zmieniły 

kurs i szybko odleciały. 

- Chyba zwariują - powiedziała Carialle.

Pierwsze oko stoczyło się po rampie, zanim jego właściciel, który znajdował się gdzieś z 

drugiej strony kontynentu, zdołał przejąć nad nim kontrolę. Uniosło się i błyskawicznie zniknęło.

- Przyjemnej podróży! - powiedziała Carialle i wróciła na dobre do kabiny.

Keff stanął między Plennafrey a Brannelem. Brannel zacisnął swe okaleczone dłonie w 

pięści.   Plennafrey  trzymała   ręce   na   klamrze   magicznego   pasa.  Mieszkańcy  Ozranu  patrzyli   na 

siebie z wrogością.

- Słuchajcie! Potrzebuję was obojga. Niech zapanuje tu spokój - apelował Keff.

- Chcesz wyjaśnić robotnikowi, co zamierzamy robić? - Plenna spytała Keffa. - On ma tylko 

cztery palce! Możesz im wydawać polecenia, ale nie będą w stanie pojąć szczegółowych instrukcji 

ani zagmatwanych sytuacji.

Brannel przysłuchiwał się tym słowom wypowiadanym w mniej powszechnym dialekcie. 

Zrozumienie znaczenia sprawiło mu spore kłopoty, ale odezwał się w tym samym języku, czym 

wprawił Plennafrey w ogromne zdumienie. Nie spodziewała się, że w ogóle ośmieli się cokolwiek 

mówić w jej obecności.

- Jestem w stanie rozumieć. Mag Keff zdecydował się dać mi szansę przyjścia z pomocą. 

Zrobię wszystko, co mag Keff  zechce - powiedział z oddaniem.

Carialle sprawiła, że jej obraz przesunął się do tyłu.

- Moja droga Plennafrey, jesteś uprzedzona do wszystkich ludzi, którym amputowano palec. 

Myślisz, że są głupi. Brannel jest wyjątkowy pod każdym względem. Ma niezwykły umysł, jak na 

kogoś, kto wyrastał w tak ciężkich warunkach. Myślę, że jest mądrzejszy od tych, którzy mieszkają 

w górach z wami, magami. Wcale się tak bardzo nie różnicie. Należy do tego samego gatunku - 

powiedziała, szukając przykładu na potwierdzenie - jak... jak Keff i ja.

- Ty? - spytała Plennafrey.

Carialle   zrobiła   przerwę,   zdziwiona,   że   zdobyła   się   na   te   słowa,   i   czekała   na   reakcję 

pozostałych. Tłumaczyła sobie że powodowała nią złość na to, iż w tutejszym świecie istnieje 

podział na panów i niewolników. Uświadomiła sobie różnicę między Ozranem a społecznością, z 

której ona pochodzi, Faktycznie, była inna, ale porównując wszystkie pozostałe aspekty, z którymi 

ona i Keff mieli do czynienia, podobieństwa były bardzo istotne. Jej człowieczeństwo było jednak 

background image

niezaprzeczalne. Mimo tego, że jest zamknięta wewnątrz metalowej  kapsuły chroniącej jej układ 

nerwowy, zawsze czuje się istotą ludzką. To wszystko podnosiło ją na duchu i dodawało jej zapału.

- Tak - powiedziała zwyczajnie. - Ja. 

Keff spojrzał na jej kolumnę. Obraz Jasnej Pani odwzajemnił radosne spojrzenie. Plennafrey 

sprawiała wrażenie zaskoczonej. Jeśli Carialle jest człowiekiem, to znaczy, że mieszkanka Ozranu 

ma rywalkę. Jeśli dodatkowo wziąć pod uwagę fakt, że ukochany ma bardzo liberalne podejście do 

niższych warstw społeczności, to nie powinna się dziwić konsternacji Plennafrey. Nie odrzucała 

poglądów Keffa, ale nie mogła znieść obecności drugiej kobiety w jego życiu. Carialle nie chciała 

podsycać niepokoju i postanowiła przemieścić swój obraz na ścianę. Plennafrey odetchnęła z ulgą.

-   Powinnaś   zrozumieć,   że   Brannelowi   należą   się   wyjaśnienia,   jeśli   ma   przyjść   nam   z 

pomocą. 

- Właściwie... - zaczęła Plennafrey.

-   Słyszałem,   że   niektórzy   magowie   wywodzą   się   od   istot   podobnych   Brannelowi   - 

powiedział Keff. - Czyż matka Asedowa nie jest do nich podobna? Potria nazywała ją końskim 

łbem. 

- To prawda - przyznała Plenna. - On jest inteligentny. Może nie radzi sobie z myśleniem, 

ale jest inteligentny - Uśmiechnęła się przy tym melancholijnie. - Nie chcę niczego utrudniać. 

Możecie na mnie liczyć.

- Jaki jest cel tego wszystkiego? - zapytał odważnie Brannel, spoglądając na magów.

- Chodzi o dokumenty - powiedział Keff. - Muszę je zobaczyć. Pani Plennafrey dokładnie je 

opisze, a Carialle stworzy ich obraz, abyś je zobaczył.

Brannel nie był usatysfakcjonowany tymi wyjaśnieniami.     

- Co ja będę z tego miał? Dlaczego mam się narażać? - nie przestawał pytać.

- No, cóż. Czego chcesz? Na ile się cenisz? I

Plennafrey powoli traciła cierpliwość.

- Ośmielasz się prosić o nagrodę? Magowie dają ci jedzenie i schronienie. To mało?

- Mamy to, o czym mówisz, pani. My jednak też pragniemy wiedzy.

Nie zamierzał na tym skończyć, ale chciał przedstawić wszystkie swoje żale i argumenty.

- Magu Keffie... ja też chcę być magiem. Pomogę wam za najmniejszy przedmiot dający 

moc. To nie musi być nic potężnego, ale wiem, że będę dobrym magiem. Nikomu nie zaszkodzę. 

Zawsze chciałem poznać tajniki czarów. Oddam wam życie za dopuszczenie do tych tajemnic.

Keff widział, z jaką pasją ten Wyniosły Pierwotny mówi, i gotów był wyrazić zgodę.

- Dać moc komuś o czterech palcach? Nie! - zaprotestowała zdecydowanie Plennafrey.

- Brannel, to nie przyniesie ci niczego dobrego - odezwała się Carialle, biorąc stronę Plenny. 

- Zobacz, co magowie zrobili, używając swej mocy bez ograniczeń. Co byś powiedział na lepsze 

background image

mieszkanie albo szansę nauki?

- Może przywrócić równowagę sił, Cari? - zapytał Keff, wciągając powietrze.

- Tu nie chodzi o przywrócenie, ale o nierozprzestrzenianie mocy - odpowiedziała Cari, 

kierując swe słowa do implantu załoganta. - Czy sądzisz, że tej planecie potrzebny jest kolejny mag 

wywijający czarodziejską pałeczką? Nadal nie wiemy, czemu ta moc miała służyć.

Wydłużona twarz Brannela przybrała bardzo uparty wyraz. Carialle mogła go namalować z 

oślimi   uszami.   Nie   uśmiechało   mu   się   słuchać   płaskiej   czarodziejki   ani   podlegać   prawdziwej 

czarodziejce.

- Nikt nie mówi o tym, co było wcześniej - powiedział. - Obietnice magów czynione innym 

niż magom zawsze były fałszywe. Służyłem Klemayowi, ale on nie żyje. Kto go zabił? Wiem, że 

zabójca nie zawsze jest nowym panem.

Plenna otworzyła usta ze zdziwienia.

- Skąd to wiesz? Nie pobierałeś nauk. Nigdy też nigdzie nie bywałeś.

- Mówicie tak, jakby nas nie było - powiedział z żalem Brannel. - Ale ja, ja rozumiem. Kto? 

Chciałbym wiedzieć lepiej jednak, żebyś to nie była ty.

Plennafrey sprawiała wrażenie dotkniętej tym, iż ktoś podejrzewa ją o zdolność popełnienia 

morderstwa.

Keff poklepał ją po ręce.

-   Plenna,   on   nie   wie.   Skąd   mógłby   wiedzieć?   To   Ferngal   -   powiedział   Brannelowi.   - 

Chaumel wyjaśnił to wczoraj wieczorem.

- Dobrze - przemówił Brannel. - Zrobię, co chcecie. Znacie moją cenę.

- Niemożliwe - powiedziała Plennafrey. - To ignorancja.

- Można się z tego wyleczyć - odparł Keff. - Nie usunięto mu części mózgu.

Keff wykonał kilka ruchów dłoni, naśladując cięcie.

- Może się wszystkiego nauczyć. Już to udowodnił. 

Brannel spojrzał z zazdrością na długie palce Plennafrey.

- Nie będę mógł korzystać z przedmiotów mocy bez pomocy.

Carialle żałowała, że Keff wspomniał o amputacji.

- Brannelu, nic na to nie poradzimy. Niektórzy magowi używają protez, przecież ty też 

możesz. 

- Gdybyśmy byli u siebie - powiedział zamyślony Keff moglibyśmy skorzystać z pomocy 

lekarzy, aby doprowadzić do odrostu palców.

Poczuł, że Plenna patrzy na niego.   

- Muszę zobaczyć te cuda - powiedziała, przesuwając się bliżej Keffa. - Nie powinnam 

wracać   razem   z   wami?   Mówiłeś,   że   chcecie   sami   poznać   moich   ludzi.   Ja   mogę   nauczyć   was 

background image

wszystkiego o Ozranie i zobaczyć świat, w którym wy żyjecie.  

Położyła długą dłoń na ramieniu Keffa.   

- Dobrze, dobrze, ale wszystko po kolei, Plenno. 

Keff się uśmiechnął. Jej dotyk wywołał uczucie przyjemnego mrowienia. Jej boski zapach i 

cudowne oczy działały na niego jak magnes. Nigdy nie myślał o jakimś stałym związku z kobietą. 

Najwidoczniej ona pomyślała za niego. Powinien wcześniej wszystko przewidzieć, zanim się z nią 

przespał.     

- Carialle, możemy mieć kłopoty - powiedział powoli, podkreślając każdy wyraz.

- Już mamy kłopot - odezwała się głośno Carialle. - Oczy wróciły. Krążą wokół nas.

- Och - Plenna podbiegła do monitora. - Nokias, Chaumel i inni wielcy magowie. Naradzają 

się.

- Czy już odkryli, że tu jesteśmy? - spytał Keff.

-   Nie   -   odpowiedziała   Plenna,   wsłuchując   się   w   ich   rozmowy.   -   Nadal   prowadzą 

poszukiwania.

- W takim razie zróbmy szybko jakiś ruch, jeśli chcemy zdobyć te papiery - zaproponował 

Keff. - Nasz agent powinien jedynie wyrazić zgodę na to, żeby pójść i je wydobyć. 

Brannel stał obok pulpitu i przysłuchiwał się rozmowie trojga gładkolicych. Skrzyżował 

ręce na swej owłosionej piersi.

- Dla ciebie, magu Keffie, zrobię wszystko, ale ktoś taki jak ja ma tylko jedną szansę. 

Pytałeś, co będę za to chciał. Powiedziałem ci, czego pragnę. Zgodzisz się? 

Keff zwrócił się do Plennafrey.

- Zasłużył na to, aby dać mu szansę. 

Plennafrey spojrzała krzywo na Wyniosłego Pierwotnego.

-   Gdyby   wszystko   poszło   zgodnie   z   planem,   to   nie   miałabym   nic   przeciw   temu   - 

powiedziała powoli. - Nie wiem jeszcze, gdzie mam szukać tego czarodziejskiego przedmiotu dla 

niego, ale spróbuję.

- Zgoda, Brannelu? Pani Plennafrey nauczy cię, jak się posługiwać przedmiotem mocy. 

Będzie twoim nauczycielem i będzie do pewnego stopnia kontrolować to, co robisz. Dostaniesz swą 

szansę. Ona przekaże ci też inne wiadomości, które powinien posiadać wykształcony człowiek. 

Zgoda? 

- Zgoda - powiedziała Plennafrey.                  

Brannel padł na kolana przed czarodziejką, chcąc w ten sposób okazać wdzięczność. 

- Dzięki, o pani.

- Może jednak już nie wystarczyć mocy dla nikogo -   przypominała Carialle. - Wzrost 

częstotliwości   spadków   natężenia   energii   może   oznaczać   wyczerpywanie   się   zasobów   źródła 

background image

czarodziejskiej mocy na Ozranie.

- Czego mam szukać? - zapytał potulnie Brannel. 

Korzystając ze wskazówek Plenny, Carialle sporządziła holograficzny obraz zakurzonych, 

pożółkłych ze starości dokumentów i obracała je tak, aby Wyniosły Pierwotny widział wszystkie 

ich strony.

- Są bardzo delikatne i kruche - powiedziała Plennafrey. - Mogą się rozpaść w pył, jeśli na 

nie dmuchniesz.

- Będę bardzo uważał - obiecał Brannel. 

-   Pozostaje   jeszcze   jedna   sprawa   -   powiedział   Keff.   -   Jak   Brannel   przedostanie   się   do 

siedziby Plennafrey?       

Obraz Carialle zaśmiał się figlarnie.

- Trzeba spróbować skorzystać z tych spadków mocy. Gdybyśmy ponownie ściągnęli uwagę 

wszystkich, może udałoby się ruszyć po zgaszeniu świateł. Potrzebuję dosłownie chwili. Nie jestem 

przecież zależna od Rdzenia Ozranu. W każdym momencie będę gotowa do startu, a wtedy wy 

spokojnie się tam przeniesiecie.

- Jak to zrobić? - zapytał,      

- Trzeba im pokazać, gdzie jesteście - powiedziała Cari. - Wyjdźcie na zewnątrz i zacznijcie 

wielkie łowy. Wszyscy się zlecą i o ile moje przypuszczenia się sprawdzą, nastanie przeciążenie 

linii mocy. Wystartuję, jak tylko zaniknie siła trzymająca ogon, i wtedy pociągnę za sobą wszystkie 

oczy obserwacyjne. Wyprowadzę je na orbitę Ozranu, a Brannel zdobędzie papiery.

- Czy masz dość paliwa? - spytał Keff.

- Wystarczy na jedną próbę - odpowiedziała, pokazując wskaźnik - albo... Spaliłam sporo, 

już wcześniej próbując się  wyrwać. Tylko mnie nie zawiedź.

- Nic bez ciebie nie znaczę, moja droga damo - powiedział Keff przesyłając jej całusy. - 

Spotkamy się tu za dwie godziny.

Keff jeszcze raz spojrzał na wizerunek Carialle. Plenna zajęła miejsce na swym latającym 

tronie. Keff przykucnął za nią niczym poganiacz psiego zaprzęgu, a Brannel tak mocno chwycił 

oparcie, że aż zbielały mu kostki palców.

- Uwaga! Gotowi! Start!

Carialle otworzyła drzwi śluzy powietrznej i dziwaczny wehikuł szybko przeciął wąskie 

przejście.     

- Ju-hum! - wrzeszczał Keff, gdy przelatywali nad jaskiniami Wyniosłych Pierwotnych. 

Oczy obserwacyjne zamarły na ich widok. 

Cała   przestrzeń   wypełniła   się   latającymi   krzesłami   magów.   Wszyscy   rozglądali   się   za 

Plennafrey, która była już wiele kilometrów od Carialle.

background image

- Patrzcie! - wrzasnął Asedow, wskazując ręką kierunek, a cała grupa rzuciła się za nimi.

Chaumel, Nokias i Ferngal zgodnym lotem pędzili wraz z resztą magów. 

Keff odwrócił się i zagrał im na nosie. 

- Uuu! - krzyczał w stronę goniących.

Dwieście   piorunów   wystrzeliło   z   dwustu   amuletów   i   batut,   sterując   się   ku   trójce 

uciekinierów.   Plennafrey   zdążyła   postawić   zasłonę,   która   odbijała   uderzenia   we   wszystkich 

kierunkach.

- Uwaga! Uwaga! - mówiła Carialle do Keffa. - Rośnie, rośnie... teraz!

-   Trzymaj   się!   -   wrzasnął   Keff,   gdy   po   zaniku   mocy   stracili   grunt   pod   nogami.   Czuł 

drgnienie ramion Plennafrey. Brannel jęczał za strachu.

W całej dolinie słychać było krzyki i lament magów, którzy pozbawieni swej mocy spadali 

bezradnie ku ziemi. Niektórzy omal nie uderzyli o twardy grunt, zanim skończył się czas zaniku 

energii. Jedna z czarodziejek siedziała oszołomiona wśród szczątków swego latającego krzesła.

Tym razem okres zaniku mocy był także bardzo krótki, Carialle zdołała uruchomić silniki i 

uwolnić się z tajemnych więzów. Wzniosła się przy oszałamiającym ryku maszyn. W tej samej 

chwili setki magów zrobiły zwrot w powietrzu i podążyły za Carialle, zapominając o Plennafrey i 

Keffie.     Kamery  statku   zarejestrowały  obraz   zdziwionych   i   rozwścieczonych   twarzy.   Chaumel 

uderzał nerwowo w swe krzesło.

- Złapcie mnie, jeśli się wam to uda! - krzyknęła i odleciała na północ.

Jeszcze tylko pięćdziesiąt metrów i Plennafrey przeniosła ich z doliny Klemaya na samotny 

szczyt. Brannel nic nie mówił, skulił się tylko u jej stóp. Keff sądził, że Pierwotny i śmiertelnie 

przestraszony, ale zmienił zdanie, gdy zobaczył pełne żaru i ciekawości oczy Brannela.

- O, pani. Też chcę zrobić coś takiego! - krzyknął z entuzjazmem. - Byłbym najszczęśliwszą 

istotą, gdybym potrafił latać. Nigdy nawet nie marzyłem o czymś takim. Proszę cię, naucz mnie 

tego w pierwszej kolejności.

Keff uśmiechnął się na to wszystko.         

-   Myślę,   że   nie   stracisz   animuszu,   gdy   dowiesz   się,   ile   wysiłku   wymagają   czary   - 

powiedział.

- Cóż za wspaniałe uczucie wolności! - usłyszał głos Carialle w swoim uchu.

Carialle wiedziała, w którym kierunku lecą, i natychmiast połączyła się z implantem Keffa.

- Muszę zwolnić, żeby nie zgubić adoratorów. Brak im wytrwałości. Potria już dwa razy 

prawie się zgubiła.

- Czy jest tam jeszcze ktoś niepożądany? - zapytał Keff wskazując palcem na implanty 

oczne.

- Nie widzę na razie oczu obserwacyjnych - odpowiedziała Carialle po chwili.

background image

Plenna   przeleciała   nad   balkonem   podobnym   do   tego,   który   znajduje   się   w   rezydencji 

Chaumela, i uniosła się kilka centymetrów nad szare płytki,                            

- Nie wolno tu lądować, bo stare linie mogą przekazać informacje - powiedziała Plennafrey. 

Brannel zeskoczył i szybko przedostał się do wnętrza.

- Powodzenia! - krzyknął Keff.

Plenna wzniosła się i zrobiła pętlę nad lądowiskiem, żeby przeczekać poniżej nawisu.

Brannel czuł pod stopami drżenie podłogi, ale robił wszystko, żeby się tym nie przejmować. 

To było nic w porównaniu z szansą przystąpienia do magów, zostania ich przyjacielem, może nawet 

zrównania się z nimi. Nawet najprawdziwsza czarodziejka Ozranu okazała się bardzo miła. Mag 

Keff dał też  tak  ważną  obietnicę!  To wszystko dodawało  mu  otuchy.  Przyspieszył  kroku, idąc 

korytarzem wykładanym malowanymi  płytkami. Doszedł do obramowanych na zielono drzwi  i 

złapał za klamkę.

- Co to? - zdziwił się Brannel.

Jakiś owłosiony, wysoki osobnik z dłonią o pięciu palcach wyszedł mu naprzeciw. Miał 

dziwną twarz z płaskim nosem i podniesionymi kącikami oczu. Był mimo wszystko przystojny, 

prawie jak mag.

- Jesteś obcy. Co tu robisz?

- Przysłała mnie czarodziejka - powiedział Brannel i zdecydowanie ruszył na służącego, 

który się cofnął.

- Kto? Jaka czarodziejka? - służący domagał się wyjaśnień. Spojrzał z pogardą na wydatne 

szczęki Brannela.

- Nie jesteś jednym z nas?

-   Oczywiście,   że   nie   -   odpowiedział   Brannel,   prostując   się   -   Jestem   uczniem   pani 

Plennafrey.

Zdecydowana postawa przybysza zrobiła piorunujące wrażenie. Służący szeroko otworzył 

oczy.

Brannel wszedł śmiało do środka. Pomieszczenie było pełne ozdobnych tkanin. Podszedł do 

czwartego obrazu, licząc od drzwi, i obejrzał go od tyłu. Spokojnie wyjął gruby zwój z ukrytej 

kieszeni. Zaczął iść, nie biec. Przeszedł koło przestraszonego służącego, przemierzył korytarz, aż 

wyszedł na balkon. Latające krzesło ukazało się niespodziewanie na krawędzi muru nad przepaścią 

i wystraszyło Brannela. Keff przywitał go pozdrowieniem, odebrał od niego paczkę i wciągnął go 

na obrzeże pojazdu Plenny. 

- Brannelu, spisałeś się! Cari, gdzie jesteś? - Mag Keff skierował pytanie w powietrze. - 

Jesteśmy w drodze na równiny. Tak, Cari! Mam to! Prawie wszystko rozumiem!

background image

Krzesło znów ruszyło na podniebny szlak. Brannel podziwiał widoki, zadowolony z tego, że 

spełnił swój obowiązek i z pewnością czeka go zasłużona nagroda. Kiedyś też będzie tak leciał 

ponad górami swoim własnym krzesłem. Alteis dopiero będzie miał na co patrzeć.

-   Czy   to   jest   akurat   to,   czego   chciałeś?   -   zapytała   Carialle   gdzieś   znad   bieguna 

południowego.

- Tak! Instrukcje ze statku kosmicznego - powiedział Keff, nie mogąc oderwać wzroku od 

dokumentów. - Jednego z naszych statków. Całość napisana w języku standardowym, ale starym, 

bardzo   starym.   Oceniam   to   na   dziewięćset   do   tysiąca   dwustu   lat.   Sprawdź   w   pamięci   zapisy 

dotyczące tego okresu dla - drżącym palcem przytrzymał dokument, prawidłowo odczytać symbol - 

CW-53 TMS Bigelow. Odszukaj informacje o tym, kiedy wyleciał i zniknął, bo na pewno nie ma 

żadnych śladów danych na temat lądowania na tej planecie,

Keff przewracał poszczególne strony pożółkłego pliku, tak aby Carialle mogła się z nimi 

zapoznać dzięki implantom.

-   To   cenna   rzecz,   ale   delikatna   -   powiedział.   -   Gdyby   coś   się   stało,   zanim   do   ciebie 

dotrzemy, będziemy przynajmniej mieć kompletny rejestr zawartości. 

Okładki i strony wykonane zostały z gładkiego plastiku który teraz był bardzo podatny na 

uszkodzenia. Dzięki technologii sprzed tysiąca lat, druk laserowy był nadal doskonały czarny i 

czytelny. Patrząc na dokument, zastanawiał się nad tym, co pomyśleliby sobie autorzy, widząc, do 

czego służy ich dzieło.                                     

- Czy to są dobre dokumenty? - zapytała Plennafrey przekrzykując szum wiatru.       

- Nie tylko dobre, ale bardzo dobre! - odparł Keff, wychylając się w jej stronę, żeby pokazać 

schemat statku i oznaczenie wydrukowane na wewnętrznej stronie okładki pierwszego tomu. - To 

wszystko potwierdza, że jesteś potomkiem załogi statku kosmicznego ze Światów Centralnych, 

który wylądował tu tysiąc lat temu. Jesteś człowiekiem jak ja.

- Wspaniale! - krzyknęła i chwyciła go za rękę. - To znaczy, że możemy być ze sobą. 

Będziemy mogli mieć dzieci. Keff otworzył szeroko oczy. Nie pozostawało mu w tej sytuacji nic 

innego, jak ucałować ją, co zrobił z ogromną radością.

- Nie tak od razu, Plenno - odpowiedział Keff, powracając szybko do czytania dokumentów. 

- O, jest tu mowa Rdzeniu Ozranu. O ile dobrze rozumiem, to... tak, jest to przyrząd przekazany im, 

a nie zrobiony przez Starodawnych, których przedstawiono na następnej stronie. 

Keff przewrócił stronę i zobaczył ilustrację.

- Uuu! Obrzydliwe!

Starodawni   byli   osobnikami   o   pionowej   postawie,   symetrycznej   budowie,   którzy   mogli 

używać   takich   krzeseł,   które   znajdują   się   w   kolekcji   Chaumela.   Na   tym   jednak   kończy   się 

podobieństwo tej rasy do człekoludów. Nogi ruchome w kilku stawach i z kolanami skierowanymi 

background image

do tyłu wystawały z tułowia o szerokości jednego metra. Płaskie twarze posiadały pięcioro oczu w 

jednym rzędzie. Gładkie czarne czułki na okrągłych, cylindrycznych głowach mogły być antenami 

albo włosami.

- Brrr! - Keff zrobił zdegustowaną minę. - Teraz wiemy, jak wyglądali Starodawni.

-  Tak   -   powiedział   Brannel   i   najzwyczajniej   wstał,   jakby   codziennie   latał   wysoko   nad 

ziemią. - Ojciec mego ojca opowiadał nam o Starodawnych. Bardzo dawno temu mieszkali w 

górach z władcami.

- Jak dawno temu? - zapytał Keff.

Brannel   usiłował   przypomnieć   sobie   więcej   szczegółów,   ale   wzruszył   ramionami.   - 

Obrzydliwe jedzenie pogorszyło pamięć - wyjaśnił przepraszającym tonem, ale zacisnął szczęki ze 

złością.

- Keffie, coś trzeba zrobić dla tej opóźnionej w rozwoju populacji - powiedziała z powagą 

Cari.  -  Dieta,  którą   im  narzucają,  spowoduje  niedługo   całkowitą  utratę  zdolności  racjonalnego 

myślenia.

- Zaraz! - krzyknął triumfująco Keff. - Taśmy! 

Spod okładki jednego z tomów wyciągnął szpulę.

- Skondensowany zapis, a może nawet coś w rodzaju filmu o naszych przyjaciołach. Możesz 

to sprawdzić, Cari?

- Postaram się. Wykorzystam któryś z odtwarzaczy, i nie wiem, w jakim formacie to jest - 

powiedziała. - Potrzebuję trochę czasu.

Keff już wcale nie słuchał. Był pochłonięty zawartością drugiego tomu.

-   Fascynujące!   -   zawołał.   -   Spójrz,   Cari!   Cały   system   zdalnego   sterowania   mocą   jest 

połączony z ogólnoświatową siecią regulacji pogody! Do tego właśnie służą stare linie. To nic 

innego, jak czujniki elektromagnetyczne służące do pomiaru temperatury i wilgotności na Ozranie. 

Zaprojektowano wytwarzanie deszczu  czy mżawki tam, gdzie  są potrzebne.  Ale  to nie  zostało 

zbudowane   przez   Starodawnych.   Albo   najzwyczajniej   to   już   zastali,   albo   zetknęli   się   z 

właścicielami   systemu   gdy   przybyli   na   tę   planetę.   Musieli   odnosić   się   do   tego   z   pewną 

ostrożnością. Starodawni dostosowali te urządzenia, aby moc i energia wywoływały deszcz, i wam 

je przekazali - powiedział, zwracając się do Plennafrey. - Starożytni byli twórcami całego systemu.

- Starożytni - powtórzyła Plenna, przybliżając tom dokumentów, aby wszystko zobaczyć. - 

Czy tutaj są ich wizerunki? Nikt nie wie, jak wyglądali.

Keff szybko przerzucił wszystkie kartki.

- Nie. Nic. A niech to!

- Deszcz? - odezwał się Brannel. - Wywoływali deszcz?

- Regulacja pogody - powiedziała Carialle. - Nie ma co, to cywilizacja o wysokim stopniu 

background image

rozwoju   techniki.   Szkoda,   że   ich   już   nie   ma.   Ta   planeta   to   najzwyczajniejsza   kolebka   burz 

piaskowych. Keffie, jestem już niedaleko. Zaczynam podchodzić do lądowania... O, ślady energii 

gdzieś koło was. Zanosi się na towarzystwo!

Keff usłyszał jakieś zwycięskie okrzyki. Rozglądał się, sykając źródła pochodzenia tych 

dźwięków. Cała chmara magów obojga płci pod kierownictwem Chaumela i Potrii kierowała się w 

ich stronę z kierunku północno-zachodniego.

- Odnaleźli nas! - krzyknęła wystraszona Plennafrey. 

Keff wyprostował się i złapał oparcie latającego krzesła.

Czarodziejka zaczęła wykonywać rękami jakieś skomplikowane ruchy. Brannel zorientował 

się, że znajduje się na linii rzucania klątwy, i zrobił unik. Plenna z zadowoleniem przyglądała się 

efektom celności uderzenia, które zmiotło trójkę napastników. Świst napełniający powietrze drażnił 

Keffa.

- Czy możesz teraz przenieść się stąd gdzieś daleko?

- Ktoś mnie paraliżuje - wycedziła przez zęby Plenna. - Muszę teraz walczyć.

- Ugrzęźliśmy tu na dobre - wtrąciła Carialle - bo znów coś mnie unieruchomiło, jak tylko 

dotknęłam ziemi. Ruszajcie!

Plenna wcale nie potrzebowała takiej rady. Wykonała kilka wywijasów w powietrzu ponad 

głowami uczestników pościgu i spadła między ogniste pioruny wystrzelone w jej kierunku. Keff 

dojrzał twarz Potrii. Złota czarodziejka tym razem wyglądała niezwykle groźnie. Gdyby jej celność 

była równa złości, z pewnością zniszczyłaby ich wszystkich.

Chaumel natomiast zdawał się być bardzo zadowolony. Rzucał swe gromy bardziej po to, 

aby zmusić Plennafrey do wykonywania skomplikowanych manewrów mających na celu unikanie 

trafienia. Doceniał chyba to, że jej zamiarem nie było zabicie kogokolwiek, a taka postawa nie była 

typowa dla magów z Ozranu.

Plennafrey  pikowała,   obniżyła   lot   i   kontynuowała   ucieczkę   dolinami.   Liczyła   na   to,   że 

goniący nie będą chcieli ponosić ryzyka kluczenia po różnych pułapkach terenowych. Keff czuł, jak 

suche   gałęzie   smagają   go   po  plecach,   gdy  przelatywali   wąskim   korytarzem   skalnym,   a   potem 

wpadli  do  tunelu.  Cała  zgraja  magów  krążyła   znacznie  wyżej   niczym   stado  rozwrzeszczanych 

kruków.   Plennafrey   pędziła   tymczasem,   przecinając   mając   podnóże   góry.   Krzyki 

rozentuzjazmowanego Brannela odbijały się echem od wilgotnych  ścian  tunelu. Wkrótce znów 

wydostali się na światło dzienne.

Keff  sądził,   że   udało   im   się  zgubić   pogoń.  Nie   wziął   niestety  pod  uwagę   determinacji 

Chaumela. Zaraz po opuszczeniu tunelu ujrzeli srebrnego maga, który energicznie wymachiwał 

rękami. Wystraszony Brannel od razu skulił się i ukrył głowę w ramionach.

background image

Plenna położyła dłonie na klamrze swego pasa. Półprzezroczysta czysta czasza tajemnej 

mocy otoczyła jej postać. 

- O, dziecino! - krzyknął Chaumel, uśmiechając się cynicznie, i pstryknął palcami.

Krzesło Plenny zaczęło powoli opadać.

- Sprawił, że powłoka ochronna zrobiła się za ciężka powiedział Keff. - Spadamy na ziemię!

Plennafrey zmieniła szybko taktykę. Od obrony przeszła do ofensywy. Odrzuciła czaszę i 

wystrzeliła  w  kierunku  Chaumela     kilka   błyskawic.  Jego  towarzysze   wykonali  nieco  leniwych 

niedbałych  gestów dłońmi  i błyskawice rozpadły się przed osiągnięciem celu, znikając w dali. 

Chaumel próbował jeszcze kilka trafień, ale udało się je odparować. Plennafrey nie pozostawała 

dłużna. Posłała całą serię ognistych pierścieni, które powiększając się, otoczyły szyję, nogi i ręce 

Chaumela. Dwa z nich po zetknięciu z ciałem srebrnego maga rozpadły się na łukowate ogniki i 

pociągając za sobą pozostałe, przepadły w nicość.

Po chwili pojawił się Asedow wraz z Potrią.

- Znalazłeś ich! - krzyknęła Potria.

Różowo-złota czarodziejka była wyraźnie rozradowana. Plenna wykonała zwrot w jej stronę 

i wystrzeliła biały ogień, Potria wrzasnęła, gdy parzące iskry spadły na jej wspaniałe szaty i skórę. 

Odwzajemniła   atak   gradem   ognistych   pocisków   wspomaganych   czarami   kierującymi   je   na 

Plennafrey. 

Asedow wykorzystał tę chwilę i ruszył na nich z drugie strony. Jego metody były bardziej 

prostackie. Umieścił w powietrzu kłęby dymu, które niczym miny utrudniały Plennie zawirowanie 

pomiędzy pociskami wystrzelonymi przez Potrię stanowiąc istotne zagrożenie. Keff omal nie spadł, 

gdy pierwszy dymny pocisk eksplodował mu za plecami. Plennafrey wykonała gwałtowny skręt, 

usiłując ominąć przeszkody. Na nie szczęście co chwila zderzała się z nimi. Strzały Potni również 

okazały się celne. 

Keff   uświadomił   sobie   nagle,   że   owijają   go   zwoje   niewinnej   jedwabistej   tkaniny   o 

właściwościach magnetycznych. Czuł, że przylegają szczelnie do nosa i ust. Magia sprawiała, że 

wszystkie zasoby energetyczne jego ciała przenikają przez skórę. Zaczął ciężko oddychać. Było mu 

coraz bardziej duszno w rozrzedzającym się powietrzu. Plennafrey, oparta o bok swego krzesła, 

toczyła   uporczywą   walkę.  Była   cała  niebieska.  Dokładała  wszelkich  starań,  żeby wydobyć   jak 

najwięcej ogni ze swej tajemnej klamry. Była zdeterminowana, a siła jej woli przewyższała siłę 

magii Potrii. Słoneczne płomienie wypełniały powietrze wokół niej, a potem objęły sieć zarzuconą 

na Brannela i Keffa, przemieniając ją w czarny popiół. Wydawało się, że zagrożenie minęło, gdy 

nagle znaleźli się w obłoku rażących ze wszystkich stron błyskawic.

Keff zdążył jeszcze usłyszeć kłótnię Potrii i Asedowa na temat prawa własności do statku i 

jego samego, a w chwilę potem stracił przytomność. W gasnących myślach złożył ślubowanie, że